Globalworth Poland przejmuje od EPP zarządzanie częścią własnego portfela

GPRE Property Management to nowo powstała spółka w ramach Globalworth Poland, która jest odpowiedzialna za kompleksowe usługi zarządzania właścicielskiego. Jako pierwszy do jej portfela trafił w czerwcu tego roku wrocławski biurowiec West Link. Z początkiem sierpnia Globalworth przejmie od EPP zarządzanie trzema swoimi obiektami handlowo-biurowymi, czyli Halą Koszyki, Renomą oraz Supersamem. Globalworth Poland jest największym jednostkowym właścicielem nieruchomości biurowych w Polsce.

Powołana ostatnio spółka zarządcza GPRE Property Management skupia wszystkie procesy z obszaru zarządzania nieruchomościami, tj. świadczy na rzecz spółek celowych usługi z zakresu zarządzania majątkiem i relacjami z najemcami, utrzymania substancji nieruchomości, obsługi finansowej i raportowej. W ramach polskiej grupy Globalworth działa ponadto druga spółka, GPRE Management, która jest odpowiedzialna za długoterminowe zarządzanie wartością aktywów. Za rozwój wszystkich tych kompetencji jest odpowiedzialny Remigiusz Królikowski, który przez ostatnich 17 lat był zaangażowany w procesy akwizycji obiektów i budowania właścicielskich zespołów na potrzeby zarządzania nieruchomościami oraz aktywami w regionie Europy Środkowo – Wschodniej.

Remigiusz Królikowski, Dyrektor ds. Zarządzania Majątkiem i Aktywami, Globalworth Poland: „Dynamiczna ekspansja Globalworth Poland musi być wsparta jakościowym działaniem w zakresie zarządzania właścicielskiego, które będziemy świadczyć w ramach grupy. Obecnie jesteśmy w trakcie tworzenia zespołu, który docelowo będzie liczyć kilkadziesiąt osób z mocnym doświadczeniem menadżerskim, analitycznym i operacyjnym w obszarze nieruchomości komercyjnych. Centralizacja wszystkich procesów związanych z zarządzaniem portfolio Globalworth Poland pozwoli nam jeszcze lepiej i szybciej reagować na potrzeby najemców i kreować wartość naszych budynków.”

Edyta Bobek, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych w Globalworth Poland, komentuje: „Przejęcie wszystkich trzech obiektów to kontynuacja strategii nakierowanej na zarządzanie właścicielskie, którą przyjęliśmy w Globalworth Poland. Zarówno Hala Koszyki, wrocławska Renoma, jak i Supersam w Katowicach to flagowe już projekty na mapie handlowej w Polsce. Skupienie wszystkich procesów związanych z zarządzaniem tymi obiektami w ramach grupy Globalworth pomoże umocnić ich wiodącą pozycję w kraju i pozwoli jeszcze lepiej reagować na bardzo dynamiczną sytuację w sektorze nieruchomości komercyjnych. Jednocześnie dziękujemy za dotychczasową, niezwykle udaną współpracę z zespołem EPP”.

Legendarna Hala Koszyki została wzniesiona w latach 1906 – 1908, ponownie otwierając się dla mieszkańców Warszawy i turystów w 2016 roku. Kompleks obejmuje w całości ponad 22 000 tys. mkw. powierzchni handlowo-biurowej, mieszcząc kilkanaście konceptów restauracyjnych, spożywcze sklepy specjalistyczne, supermarket Piotr i Paweł oraz w którym swoje biura mają tak renomowani najemcy, jak Mindspace, HansGrohe, czy Symphar. Z kolei wrocławska Renoma, wybudowana w 1930 roku, to jeden z najbardziej charakterystycznych obiektów na mapie handlowej Polski. Rozbudowana w roku 2009 obejmuje 42 000 mkw. powierzchni handlowo-biurowej zlokalizowanej w ścisłym centrum Wrocławia. W budynku znajduje się wyjątkowy dobór najemców, gdzie ekskluzywnym butikom marek premium towarzyszą znani sieciowi najemcy tacy jak Inditex Group, Tk Maxx, LPP Group czy Empik. Powierzchnię biur zajmuje firma DXC. Równie bogatą historię ma Supersam w Katowicach, którego początki sięgają lat 30. XX wieku. Dziś to jeden z ulubionych obiektów handlowych w tym mieście, który na ok. 23 000 mkw. zgromadził tak popularne marki, jak Aldi, Rossmann, sklepy grupy LPP, Media Expert, fitness klub Calypso, a w części biurowej firmy Groupon, CitySpace oraz Jampf.

IPOPEMA Gotówkowy SFIO wśród najlepszych funduszy rynku pieniężnego

Coraz częściej – szukając alternatywy dla lokat bankowych – inwestorzy kierują swoją uwagę w stronę funduszy gotówkowych i pieniężnych. Czy opłaca się bardziej inwestować w fundusze pieniężne, czy korzystać z najlepszych lokat bankowych?

Zestawienie wyników funduszy gotówkowych i pieniężnych w ostatnich miesiącach pokazuje znaczną przewagę nad standardowymi lokatami. Najlepsze fundusze wypracowują wynik na poziomie 3% rocznie, czyli 2 razy więcej niż standardowe lokaty bankowe. Na czele stawki w ciągu ostatnich miesięcy plasuje się IPOPEMA Gotówkowy, który w okresie 3, 6, 12 i 36 miesięcy charakteryzował się stabilnym wzrostem jednostki, zdobywając Ranking 4A, zarówno w okresie rocznym, jak i trzyletnim. Również Rating Analiz Online (4 gwiazdki) plasuje fundusz wśród najlepszych w swojej klasie.

Wyniki funduszu IPOPEMA Gotówkowy SFIO (Analizy.pl)ipop1

– Aktywa funduszu są lokowane wyłącznie w denominowane w walucie polskiej instrumenty rynku pieniężnego oraz depozyty. Ponad połowę portfela stanowią obligacje skarbowe o zmiennym oprocentowaniu. Jako uzupełnienie wykorzystujemy obligacje korporacyjne dużych i uznanych polskich emitentów, głównie to banki i liderzy w swoich branżach – podkreśla Mariusz Zaród, zarządzający funduszem IPOPEMA Gotówkowy SFIO.

Fundusz pieniężny przeznaczony jest dla osób i instytucji, które chcą osiągnąć stopę zwrotu wyższą niż w przypadku krótkoterminowych lokat bankowych. Polityka inwestycyjna funduszu jest konserwatywna, nawet w przypadku inwestycji w obligacje korporacyjne. Należy zaznaczyć, iż dotychczasowe wyniki funduszu potwierdzają bardzo ostrożne podejście i dużą dywersyfikację lokat. Na uwagę zasługuje również fakt, bardzo niskiej zmienności jednostki.ipopem2

Hamas zaatakował urządzenia mobilne izraelskiej armii

Świat wciąż ogarnia gorączka Mistrzostw Świata, tymczasem na początku lipca izraelskie agencje bezpieczeństwa ogłosiły, że organizacja terrorystyczna Hamas zainstalowała oprogramowanie szpiegujące na smartfonach izraelskich żołnierzy, usiłując zebrać informacje o armii. Około 100 osób padło ofiarą ataku, który przybrał formę fałszywych informacji o Pucharze Świata i internetowych aplikacji randkowych, które zostały przesłane do Google Play Store, oficjalnego sklepu z aplikacjami Google.

Po zainstalowaniu aplikacji na telefonach ofiar, bardzo inwazyjne złośliwe oprogramowanie było w stanie przeprowadzić szereg złośliwych działań, takich jak:

  • Nagrywanie połączeń telefonicznych użytkownika.
  • Robienie zdjęć, gdy użytkownik odebrał połączenie.
  • Kradzież kontaktów użytkownika.
  • Kradzież wiadomości SMS użytkownika.
  • Kradzież wszystkich obrazów i filmów przechowywanych na urządzeniu mobilnym wraz z informacjami o tym, gdzie zostały zrobione.
  • Przechwytywanie danych o lokalizacji GPS użytkownika.
  • Robienie losowych nagrań w otoczeniu użytkownika.
  • Kradzież plików i zdjęć z pamięci urządzenia mobilnego.

Atak ten dotyczył złośliwego oprogramowania, które omijało zabezpieczenia Google Play, co jest dobrym przykładem tego, jak hakerzy z łatwością wykorzystują aplikacje nawiązujące do najważniejszych popularnych wydarzeń, by przyciągnąć potencjalne ofiary.

Jak wskazuje firma Check Point Software Technologies, chociaż wiele osób wyobraża sobie i przewiduje „Cyber 9/11” oraz inne sposoby, w jakie terroryzm może odgrywać rolę w dzisiejszym hiper-połączonym świecie, ten najnowszy atak demonstruje bardziej właściwy obraz tego, w jaki sposób terroryści wykorzystują dziś złośliwe oprogramowanie do przeprowadzania ataków.

To nie pierwszy przypadek, kiedy tego typu taktyki zostały użyte przeciwko światowym agencjom rządowym. Check Point przypomina, że na początku 2017 roku Viperat spyware atakował żołnierzy izraelskich służących na terenie Strefy Gazy, wykorzystując techniki socjotechniczne do kradzieży zdjęć i plików audio ze smartfonów. W marcu 2016 r. „SmeshApp”, aplikacja wywołująca i wysyłająca wiadomości w sklepie Google Play, została rzekomo wykorzystana przez Pakistan do szpiegowania indyjskiego personelu wojskowego. W 2016 r. Rosyjska grupa APT była podejrzewana o używanie spyware na Androida do śledzenia ukraińskich jednostek artylerii polowej.

Jednak wszystkie te przypadki szpiegostwa nie tylko dotyczą sił zbrojnych i rządów, ale służą też jako kolejny przykład tego, jak rozwijają się zagrożenia cyfrowe przy użyciu mobilnych urządzeń. Co więcej, niezależnie od tego, czy zagrożenia te pochodzą od podmiotów niepaństwowych, czy z gangów hakerskich, często używają wyrafinowanych technik i złośliwego oprogramowania, by ominąć tradycyjne mechanizmy kontrolne i osiągnąć cel.

Niezależnie jednak od tego co jest celem tych kampanii, ataki przypominają nam, jak bardzo polegamy na naszych urządzeniach mobilnych jako naszym głównym narzędziu komunikacji oraz o tym, jak wiele informacji osobistych i związanych z pracą zawierają. Powinno to dać do myślenia organizacjom rządowym, siłom zbrojnym oraz przedsiębiorstwom aby podjęły dodatkowe wysiłki w celu ochrony swoich pracowników i sieci przed zagrożeniami.

Ponieważ zarówno konsumenci jak i pracownicy często używają smartfonów jako preferowanego sposobu przeglądania Internetu, zasobów firmowych, przechowywania informacji osobowych, priorytetem numer jeden w celu zapewnienia bezpieczeństwa powinno być poznanie jakie aplikacje są na te urządzenia pobierane. Co więcej, chociaż sklepy z aplikacjami innych firm robią wszystko, co w ich mocy, aby zablokować wysyłanie szkodliwych aplikacji, zaawansowane ataki tego typu zawsze znajdą nowy, zaskakujący sposób ich ominięcia, sprawiając, że ochrona urządzenia staje się jeszcze bardziej potrzebna.

Cyberprzestępcy wiedzą, że bez odpowiedniej ochrony informacje na temat naszych smartfonów i tabletów mogą być ich własnością. Ale jaka jest właściwa ochrona naszych urządzeń mobilnych?

Check Point twierdzi, że organizacje i konsumenci potrzebują innowacyjnego podejścia do bezpieczeństwa urządzeń przenośnych zarówno dla systememu iOS, jak i Android, które wykrywają i zatrzymują zagrożenia mobilne przed ich uruchomieniem. Niezależnie od tego, czy Twoje dane znajdują się w stanie bezpośrednio na urządzeniu, czy są dostępne w chmurze, funkcja Mobile Threat Prevention pomaga chronić się przed lukami w zabezpieczeniach oraz atakami, które mogą narazić te dane na ryzyko.

Wszędzie tam, gdzie są przechowywane poufne dane, niezależnie czy smartfon należy do żołnierza czy pracownika firmy, zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli zyskać do nich nieautoryzowany dostęp. W związku z tym, organizacje rządowe i firmy wszystkich rozmiarów nie mogą pozwolić sobie na brak ochrony tych danych i zaleca się wprowadzenie ochrony już dziś, przed kolejną kampanią złośliwego oprogramowania.

Walutowy rollercoaster na brytyjskim funcie

Wczorajszy dzień był prawdziwym rollercoasterem dla brytyjskiej waluty. W efekcie zmian szterling istotnie osłabił się w parze z silniejszym polskim złotym.

W poniedziałek kurs funta charakteryzował się bardzo dużą zmiennością. Szterling doświadczył pierwszego spadku w trakcie sesji azjatyckiej, kiedy to rynki dowiedziały się o rezygnacji Davida Davies’a ze stanowiska głównego negocjatora ws. Brexitu. Zgodnie z informacjami nie był on w stanie dojść do wspólnego stanowiska z Theresą May. Po przetworzeniu tej informacji, inwestorzy zwrócili uwagę, że decyzja Daviesa może być na rękę premier Wielkiej Brytanii, która ma możliwość powołania na jego stanowisko sprzymierzeńca, który optowałby za bardziej łagodnym Brexitem. Z nominacji premier May nowym sekretarzem od Brexitu został Dominic Raab – wspierający Brexit były minister ds. mieszkalnictwa.

Kolejny cios spadł na szterlinga dużo później tego samego dnia. Do dymisji podał się minister spraw zagranicznych Boris Johnson, jeden z najbardziej zagorzałych zwolenników Brexitu. Wyraził on tym samym niezadowolenie z „łagodnego” podejścia Theresy May do Brexitu –  były minister spraw zagranicznych twierdzi, że w wyniku zaakceptowania ugodowego porozumienia Wielka Brytania zyska „status kolonii”. Kurs pary GBP/PLN stracił około 1% zaraz po rezygnacji Johnsona. Inwestorzy zaczęli ponownie obawiać się o to, jak silną pozycję we własnym rządzie ma Theresa May.

May wyszła jednak obronną ręką z kolejnej politycznej batalii. Co najmniej kilku posłów Partii Konserwatywnej poinformowało media, że obecnej premier nie grozi podważenie jej przywództwa, co pozwoliło szterlingowi na odrobienie części strat z tego dnia.

Para EUR/USD wyhamowuje wzrost, złoty reaguje na poprawę nastrojów

Kurs najpopularniejszej pary na świecie (EUR/USD) wzrósł w poniedziałek rano, co wynikało głównie z utrzymującej się słabości dolara. Inwestorzy powrócili do aktywów ryzykownych, stąd złoty i pozostałe waluty EM odnotowały umocnienie, na czym z kolei ucierpiał dolar. W czasie sesji europejskiej doprowadziło to kurs pary EUR/USD do poziomu bliskiego 1,18. Sytuacja zmieniła się jednak w drugiej połowie dnia. Dolar względem euro umocnił się, w wyniku wspomnianej rezygnacji Borisa Johnsona ze stanowiska ministra spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii.

Z punktu widzenia makroekonomicznych publikacji, poniedziałek nie przyniósł żadnych nowych danych. Stąd inwestorzy byli skupieni na polityce i wypowiedziach członków banku centralnego. Mario Draghi potwierdził we wczorajszej wypowiedzi, że stopy procentowe pozostaną niezmienione do końca lata. Przewodniczący EBC wskazał na protekcjonizm jako główne ryzyko dla gospodarek strefy euro – nie powinno to jednak zakłócić wygaszania programu luzowania ilościowego. Jego słowa nie miały jednak istotnego przełożenia na cenę wspólnej waluty.

Dziś czekamy przede wszystkim na szczegółowy raport JOLTS z rynku pracy w Stanach Zjednoczonych. Inwestorzy będą z uwagą obserwować rozwój sytuacji politycznej w Wielkiej Brytanii, jak i wszelkie informacji związane ze zmianami w światowym handlu.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

NSA uchylił interpretację indywidualną fiskusa – przedsiębiorca może ponownie odliczyć wydatek na zakup kasy fiskalnej

Naczelny Sąd Administracyjny zdecydował, że organy skarbowe błędnie odmawiały prawa do ponownego odliczenia wydatku na kasę fiskalną w przypadku przekształcenia przedsiębiorcy będącego osobą fizyczną w jednoosobową spółkę kapitałową. A zatem interpretacja fiskusa odnosząca się do przejmowania obowiązku prowadzenia ewidencji obrotu i kwot podatku należnego przy pomocy kas rejestrujących przez spółki powstałe w wyniku przekształcenia jest wadliwa.

Przełomowy wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego (NSA) zapadł 2 marca 2018 r. (sygn. akt I FSK 726/16). Sentencja orzeczenia wskazywała na konieczność uchylenia w całości zaskarżonego wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Kielcach, który oddalił skargę przedsiębiorcy na interpretację indywidualną Ministra Finansów z 5 sierpnia 2015 r. (znak: IPTPP3/4512-243/15-2/ALN) w zakresie podatku od towarów i usług. Naczelny Sąd Administracyjny, uchylając tę interpretację, uznał za błędną wykładnię przepisów prawa podatkowego dokonaną zarówno przez fiskusa, jak i przez sąd I instancji.

W ocenie sądu rozpoznającego skargę kasacyjną indywidualny przedsiębiorca może ponownie odliczyć wydatki na zakup kasy fiskalnej, jeżeli zdecydował się na przekształcenie w spółkę kapitałową. Wyrok NSA potwierdza, iż skorzystanie z takiej ulgi nie jest dopuszczalne przy innym rodzaju przekształceń, co znajduje potwierdzenie w dotychczasowym orzecznictwie sądów administracyjnych. NSA wyjaśnił również rozbieżności interpretacyjne przepisów podatkowych, które pojawiły się w związku z wcześniej ogłoszonym wyrokiem z 23 listopada 2017 r. (sygn. akt I FSK 279/16), gdzie analizie poddawane były kwestie sukcesji uniwersalnej.

Fiskus i WSA bezpodstawnie odmówiły spółce prawa do powtórnej ulgi

Omawiany wyrok wydany został przez Naczelny Sąd Administracyjny w następstwie rozpatrywanej skargi kasacyjnej, której podstawą było wykazanie, że organy podatkowe i Wojewódzki Sąd Administracyjny w Kielcach w sposób błędny i nieuprawniony odmówiły podatnikowi skorzystania z powtórnego prawa do ulgi z tytułu zakupu kas rejestrujących. W tym zakresie skarżąca spółka wywodziła, że na podstawie art. 111 ust. 4 Ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (Dz.U. z 2017 r. poz. 1221, dalej: „ustawa o VAT”) uprawniona była do otrzymania zwrotu kwot wydanych na zakup kas rejestrujących zgłoszonych na dzień rozpoczęcia ewidencjonowania w wysokości 90% jej zakupu bez podatku, ale w wysokości nie więcej niż 700 zł.

Stan faktyczny sprawy wskazywał, że w 2014 r. nastąpił wpis przekształcenia jednoosobowego przedsiębiorstwa w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością do rejestru przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego (KRS). Podstawą prawną dokonanego przekształcenia był art. 551 w zw. z art. 584 Ustawy z dnia 15 września 2000 r. Kodeks spółek handlowych (Dz.U. z 2017 r. poz. 1577, dalej: „k.s.h.”). Zmiana formy prawnej skutkowała zarejestrowaniem spółki w KRS i otrzymaniem przez nią nowych numerów NIP oraz REGON.

Po przekształceniu działalności gospodarczej nowa spółka wymieniła kasy fiskalne i poinformowała urząd skarbowy o rozpoczęciu obowiązku ewidencjonowania, wskazując liczbę urządzeń oraz miejsce ich używania. Jednocześnie powstała w wyniku transformacji spółka wystąpiła do fiskusa z zapytaniem o możliwość skorzystania z odliczenia wydatków poniesionych na zakup kas fiskalnych na podstawie art. 111 ust. 4 ustawy o VAT. Otrzymawszy negatywną interpretację indywidualną, podmiot zdecydował się złożyć skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Kielcach. Sąd I instancji podtrzymał wykładnię przepisów dokonaną przez Ministerstwo Finansów – uzasadnił to, twierdząc, że w rozpoznawanej sprawie nie doszło do likwidacji jednoosobowej działalności gospodarczej osoby fizycznej. Sąd administracyjny podkreślił za organem, że proces przekształcenia w istocie dotyczył zmiany formy prawnej prowadzonej działalności, a więc wystąpiła kontynuacja istniejącego obowiązku prowadzenia ewidencji obrotu i kwot podatku należnego przy zastosowaniu kasy rejestrującej. Uznawszy, że w przekształconej spółce nie powstał nowy obowiązek ewidencjonowania obrotu za pomocą ww. urządzeń, fiskus oraz WSA w Kielcach odmówiły spółce prawa do ponownego odliczenia poniesionego przez nią wydatku. Skarżąca spółka nie zgodziła się z tym stanowiskiem i zdecydowała się złożyć skargę kasacyjną.

NSA wskazał na dokonanie niewłaściwej wykładni przepisów prawa podatkowego

Na gruncie rozpatrywanej sprawy Naczelny Sąd Administracyjny stwierdził, że zarówno w uzasadnieniu interpretacji indywidualnej, jak i wyroku sądu I instancji nie dokonano wykładni przepisów Ustawy dnia 29 sierpnia 1997 r. Ordynacja podatkowa (Dz.U. z 2018 r. poz. 800, dalej: „Ordynacja podatkowa”). W szczególności nie dokonano prawidłowej analizy art. 112b Ordynacji podatkowej w związku z art. 93a § 4 tej ustawy. W konsekwencji pominięto fakt, że w niniejszej sprawie nie doszło do pełnej sukcesji podatkowej.

Sąd rozpoznający skargę kasacyjną zwrócił szczególną uwagę na to, że sukcesja praw podatkowych następuje z mocy przepisów ustawy (art. 93a § 4 Ordynacji podatkowej). Natomiast do przejęcia zobowiązań przez osoby trzecie niezbędne jest wydanie decyzji na podstawie art. 108 § 1 Ordynacji podatkowej. Zasadnicze znaczenie dla rozpatrywanej sprawy miała również właściwa wykładnia art. 112b Ordynacji podatkowej, zgodnie z którym za osobę trzecią uznaje się jednoosobową spółkę kapitałową powstałą w wyniku przekształcenia przedsiębiorstwa będącego osobą fizyczną.

Tym samym NSA podkreślił, że organy rozpoznające sprawę w niższych instancjach nieprawidłowo przyjęły, że odpowiedzialność osoby trzeciej za zaległości podatkowe oznacza przejęcie obowiązków. NSA, rozpatrując skargę kasacyjną co do uprawnień spółki do ponownego skorzystania z ulgi na zakup kas rejestrujących, podkreślił: „Przytoczenie pełnej treści art. 93a Ordynacji podatkowej jest o tyle istotne, że w treści tego przepisu ustawodawca przewidział inny zakres sukcesji w zależności od formy prawnej przekształcenia. Nie ulega wątpliwości – co także dostrzegł organ i orzekający Sąd pierwszej instancji – iż w przypadku przekształcenia przedsiębiorcy będącego osobą fizyczną w jednoosobową spółkę kapitałową (jak w niniejszej sprawie) spółka ta wstępuje jedynie w przewidziane w przepisach prawa podatkowego prawa przekształcanego przedsiębiorcy związane z prowadzoną działalnością gospodarczą, a nie obowiązki”.

Naczelny Sąd Administracyjny – przyznając rację skarżącej spółce – podkreślał konieczność prawidłowej wykładni art. 93a § 1, § 2 oraz § 3 Ordynacji podatkowej. Wskazane regulacje wskazują na zdarzenie sukcesji uniwersalnej, czyli przejęcia wszelkich praw i obowiązków przekształcanej osoby albo spółki. NSA zwrócił też uwagę na art. 93a § 4 Ordynacji podatkowej, który stanowi, że spółka po transformacji z mocy prawa przejmuje jedynie prawa wynikające z przepisów podatkowych dotyczące przekształcanego podmiotu. Tym samym odpowiedzialność osoby trzeciej za zaległości podatkowe nie może być utożsamiana ze wstąpieniem spółki w obowiązki osoby fizycznej, wobec czego błędna była interpretacja przepisów prawa podatkowego dokonana przez fiskusa i WSA w Kielcach.

Skoro skarżąca spółka nie kontynuuje obowiązku prowadzenia ewidencji obrotu i kwot podatku należnego przy zastosowaniu kas rejestrujących, to fiskus oraz sąd administracyjny I instancji niesłusznie postąpiły, odmawiając jej prawa do ulgi przy zakupie kas rejestrujących. Sąd jednoznacznie podkreślił, że nowa spółka stała się podatnikiem, który rozpoczyna ewidencjonowanie zgodnie z art. 111 ust. 4 ustawy o VAT, a tym samym uwzględnił argumenty podnoszone w treści skargi kasacyjnej.

Przekształcenie spółki w spółkę wyklucza powtórne prawo do ulgi

Powtórne skorzystanie z ulgi nie będzie możliwe w przypadku, kiedy nowa osoba prawna utworzona zostaje w wyniku przekształcenia, łączenia czy przejęcia spółek osobowych lub kapitałowych i wstępuje we wszystkie prawa i obowiązki poprzednika prawnego (sukcesja generalna). Stanowisko takie znalazło potwierdzenie w wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 23 listopada 2017 r. (sygn. akt I FSK 279/16), który rozstrzygnął zagadnienie możliwości skorzystania z ponownej ulgi na zakup kasy rejestrującej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, która przejęła spółkę komandytową.

Stan faktyczny dotyczył połączenia spółek prawa handlowego w trybie przejęcia całego majątku spółki przejmowanej przez spółkę przejmującą (art. 492 § 1 pkt 1 k.s.h.). Spółka przejmowana prowadziła ewidencję obrotu i kwot podatku należnego przy zastosowaniu kas rejestrujących. W przeszłości, na podstawie art. 111 ust. 4 ustawy o VAT, odliczyła od podatku należnego kwotę wydatkowaną na zakup kas rejestrujących. Spółka przejmująca zdecydowała, że przed dniem połączenia zakupi kasy rejestrujące, natomiast w dniu poprzedzającym dzień połączenia zakończona zostanie praca „starych” kas fiskalnych. Planując zdarzenie przyszłe, spółka zdecydowała się zadać organowi podatkowemu pytanie, czy będzie mogła skorzystać z prawa odliczenia od podatku kwoty wydatkowanej na zakup każdej z kas rejestrujących.

Wojewódzki Sąd w Poznaniu wyrokiem z 12 listopada 2015 r. (sygn. akt I SA/Po 993/15) oddalił skargę na rozstrzygnięcie Izby Skarbowej w Poznaniu. Uznał bowiem, iż w takim stanie prawnym i faktycznym dochodzi do sukcesji uniwersalnej. Oznacza to przejęcie przez nową spółkę po jej poprzedniczce prawnej zarówno praw, jak i obowiązków, w tym zobowiązania ewidencji za pomocą kas rejestrujących. Organy podtrzymały dotychczasową praktykę, zgodnie z którą nabycie kolejnych kas po dacie powstania obowiązku ewidencjonowania nie uprawnia podatnika do skorzystania z ustanowionej ulgi (zob. wyrok WSA w Krakowie z 17 lipca 2014 r., sygn. akt I SA/Kr 729/14; wyrok NSA z 26 lutego 2013 r., sygn. akt I FSK 494/12). W świetle powyższego Izba Skarbowa w Poznaniu i WSA w Poznaniu uznały, że nie istnieją podstawy do ponownego odliczenia wydatku na kasę fiskalną, ponieważ w myśl art. 93 § 1 i § 2 Ordynacji podatkowej spółka nie rozpoczynała ewidencjonowania fiskalnego.

Stanowisko takie potwierdził Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 23 listopada 2017 r. (sygn. akt I FSK 279/16), który zwrócił uwagę, że na gruncie art. 111 ust. 4 ustawy o VAT prawo do skorzystania z ulgi ma charakter jednorazowy, odnoszący się do całości dotychczasowej działalności gospodarczej podmiotu chcącego skorzystać z takiego uprawnienia. NSA uznał, że w przypadku przejęcia spółki komandytowej, która otrzymała w przeszłości ulgę na zakup kas, spółka ją przejmująca nie nabywa ponownie prawa do odliczenia. Istotą sukcesji z art. 93 Ordynacji podatkowej jest bowiem takie korzystanie z uprawnień poprzednika, jak gdyby w ogóle nie nastąpiło połączenie spółek przez przejęcie (wyrok NSA z 14 lutego 2014 r., sygn. akt II FSK 536/12).

Rodzaj przekształcenia ma zatem decydujące znaczenie, jeśli chodzi o prawo do ponownego odliczenia wydatków na kasę fiskalną. Nie będzie ono przysługiwało przekształconemu przedsiębiorstwu, jeżeli na gruncie przepisów prawa podatkowego dochodzi do sukcesji uniwersalnej (generalnej). Uprawnienie takie przysługuje natomiast indywidualnemu przedsiębiorcy, który przekształci swoją działalność w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Złotówka zwalnia z rana

We wtorkowy poranek widzimy nieznacznie osłabienie złotówki. Oczywiście nie można już spisywać dzisiejszego dnia na straty, gdyż to dopiero pierwsze godziny handlu. Niemniej jednak odbicie dolara na szerokim rynku może pokrzyżować plany dalszych spadków na parach złotówkowych.

Z samego rana frank szwajcarski wyceniany jest na 3,70 zł. Funt brytyjski kosztuje aktualnie 4,86 zł. Za wspólną walutę zapłacimy 4,31 zł, a za dolara amerykańskiego 3,67 zł.

Nieciekawy kalendarz

Przeglądając dzisiejszą kartę z kalendarza można śmiało stwierdzić, iż na rynkach na dobre zagościł klimat wakacyjny. Nie ma bowiem zaplanowanych na dziś żadnych publikacji, mogących w znaczny sposób wpłynąć na rynki. Co prawda poznamy dane dotyczące bilansu handlu zagranicznego oraz wyniki produkcji przemysłowej w Wielkiej Brytanii, jednakże odczyty te najprawdopodobniej pozostaną bez większego odzewu ze strony inwestorów. Może być to skutkiem weekendowej decyzji brytyjskiego ministra delegowanego do negocjacji brexitowych, który zrezygnował ze swojej funkcji. Do czasu poznania nowej osoby i stylu jej negocjacji najprawdopodobniej publikacje z Wysp nie będą miały aż tak dużego znaczenia dla inwestorów. Dodatkowo w godzinach przedpołudniowych warto jeszcze zwrócić uwagę na naszych zachodnich sąsiadów. Opublikują oni indeks instytutu ZEW, który ukaże obecne nastroje w niemieckiej gospodarce.

Kolejne dni ciekawsze

Następne dni tygodnia zapowiadają się już znacznie ciekawiej jeśli chodzi o odczyty makroekonomiczne. Do końca tygodnia poznamy dynamikę inflacyjną zarówno konsumencką, jak i producencką w Stanach Zjednoczonych. Dodatkowo opublikowany zostanie protokół z posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego, a także poznamy decyzję Banku Kanady odnośnie stóp procentowych.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Kurs funta pod wpływem politycznych zawirowań

Funt ponownie znalazł się w wirze niestabilności politycznej po tym, jak w ślad za rezygnacją sekretarza ds. Brexitu Davida Daivisa tą samą droga poszedł szef MSZ Boris Johnson. Uruchomiło to lawinę spekulacji poddających w wątpliwość możliwości premier May dalszego przewodzenia Torysom. Twardzi Brexitowcy mają jednak ograniczone pole działania, a jeśli Bruksela jest gotowa na kompromisy z Londynem, miękki Brexit staje się coraz bardziej realny.

Wczoraj funt znalazł się w spirali wyprzedaży, kiedy rezygnacja Borisa Johnsona obudziła spekulacje, że frakcja zwolenników twardego Brexitu rozpocznie teraz procedurę odwołania premier May. Do wieczora otrzymaliśmy potwierdzenie, że „pucz” na razie nie jest planowany. Z resztą, pole działa eurosceptyków jest ograniczone. By odwołać premiera, Torysi musieliby zakwestionować jej przywództwo w całej partii. Jakkolwiek potrzeba tylko 48 głosów do uruchomienia procesu, cała procedura głosowania i wyboru nowego lidera może zająć trzy miesiące. W tym czasie negocjacje Brexitu stanęłyby w miejscu, nic nie udałoby się ustalić przed październikowym szczytem UE, a według nowych poprawek do ustawy ws. wyjścia z UE, brak porozumienia do końca października powoduje, że prawo do dalszego prowadzenia negocjacji przejmuje parlament, w którym dominują zwolennicy miękkiego Brexitu i utrzymania Wielkiej Brytanii w unii celnej z UE. Kwestionowanie stabilności rządu także będzie bezowocne, gdyż przyspieszone wybory prawdopodobnie oddadzą władze Partii Pracy (tak wynika z sondaży). Stąd premier May powinna przetrwać powstałą burzę, w miejsce dezerterów już powołała swoich popleczników i teraz kluczowe jest, jaką strategię przyjmie Bruksela. Opór do propozycji przyjętej przez rząd brytyjski w ostatni piątek jest niemal pewny, gdyż May liczy na korzystny dla siebie porozumienia handlowe, ale bez włączania w to swobody przepływu ludzi, podległości pod ETS i wpłat do unijnego budżetu. Mimo to ze wszystkich potencjalnych scenariuszy coraz bliżej jesteśmy miękkiego Brexitu, co w dłuższym horyzoncie jest pozytywne dla funta. Ale wcześniej trzeba poradzić sobie z politycznym sztormem, co gwarantuje podwyższoną zmienność, a dla sporej części rynku ponownie odstrasza do angażowania się w handel GBP.

Reszta rynku FX także nie jest jakoś bardziej pociągająca. Co jeszcze wczoraj rano wyglądało na podsycane trybem risk-on wyprzedawanie USD względem innych walut, dziś straciło swój zapał. Tylko USD/JPY ponad 111 próbuje wyciągnąć dla siebie więcej z rosnącego rynku akcji, ale EUR/USD powrócił pod 1,1750 i zahamowały wzrosty m.in. AUD/USD i NZD/USD. Nadzieje, że obawy o wojny handlowe były tylko złym snem, gdzieś tam są, ale wydaje się zbyt słabe, by przekonać inwestorów do bardziej stanowczego kupowania walut ryzykownych. To w pewnym sensie potwierdza moje przekonanie, że ostatnie odreagowanie strachów o wojny handlowe jest oparte na słabych filarach i bardzo łatwo może zostać zburzone, np. jednym krótkim tweetem.

W zeszłym tygodniu pisałem, że złoty będzie jak Belgia w meczu z Japonia i z fatalnego stanu 0:2 (EUR/PLN 4,41) zdołała odwrócić wynik. Dziś rano byliśmy 10 groszy niżej, choć szczerze muszę przyznać, że sądziłem, że druga połowa meczu potrwa dłużej. Mimo wszystko wahania złotego potwierdzają nieuzasadniony charakter wcześniejszej wyprzedaży, która mogła być podsycana transakcjami zabezpieczającymi inwestorów niechcących uciekać z polskich aktywów (obligacji). Uspokojenie sentymentu zewnętrznego czyni zabezpieczenia niepotrzebnymi i ruch na walucie jest odwrotny. Możliwe też, że wczorajsze umocnienie dodatkowo było napędzane przesiadką inwestorów w regionie z TRY na PLN w obliczu bezprecedensowych zmian dziejących się w Turcji. Zmianie uległo prawo dot. wyboru władz banku centralnego, m.in. skrócenie kadencji obecnego prezesa, zablokowanie jego ponownej kandydatury i zabranie mu prawa rekomendacji wiceprezesów. Od teraz prezydent Erdogan może mianować kogo chce, nie zważając na kompetencje kandydatów. Co więcej ze stanowiska ministra finansów odwołany został dobrze odbierany przez rynek Mehmet Simsek, a jego miejsce zajął zięć Erdogana. W rezultacie lira zanurkowała, a dziś pozostaje na dużej huśtawce. Dalsza wyprzedaż TRY może być czynnikiem wspierającym złotego, choć baczną uwagę trzeba cały czas przywiązywać do sentymentu globalnego. Powrót obaw o wojny handlowe z pewnością nie pozostawi złotego obojętnego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Europejski Fundusz Obronny pobudzi innowacje w zbrojeniówce. Polskie firmy z sektora mogą liczyć na wielomilionowe dofinansowania

Europejski Fundusz Obronny pobudzi innowacje w zbrojeniówce. Polskie firmy z sektora mogą liczyć na wielomilionowe dofinansowania 1

Unijna inicjatywa, powołana do życia w ubiegłym roku, to szansa na wielomilionowe dotacje dla polskich firm, które wezmą udział w projektach rozwijających nowe technologie i innowacje w przemyśle obronnym. Budżet Europejskiego Funduszu Obronnego wynosi 13 mld euro, z czego ponad 4 mld trafi na różnego typu projekty badawcze. – Wyzwaniem będzie taka alokacja tych środków, aby nie budziła kontrowersji politycznych, że niektóre państwa czy firmy europejskie korzystają z tych funduszy w większym stopniu, a inne pozostają na uboczu – mówi dr Beata Winter-Górka, ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego.

Pomysł finansowania projektów w dziedzinie obronności w końcu się w Unii Europejskiej zmaterializował. Przez wiele lat wspólna polityka bezpieczeństwa i obrony – oprócz nielicznych wyjątków, jak mechanizm Athena – właściwie wykluczała wspólnotowość finansowania inicjatyw militarnych. Fakt, że po wielu latach sugestii, negocjacji, blokad stawianych przez różne państwa, ta pula na wspólne inicjatywy wojskowe będzie dostępna, to jest ogromny postęp, który należy docenić i wykorzystać w jak największym stopniu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Beata Górka-Winter, ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego.

Projekt budżetu na lata 2021–2027, przyjęty na początku maja br. przez Komisję Europejską, po raz pierwszy w historii uwzględnia wydatki na zbrojenia i obronność. W następnej siedmiolatce Wspólnota przeznaczy na ten cel w sumie ponad 20 mld euro. Główne zadanie to wzmocnienie pozycji i zdolności obronnych UE, szczególnie w kontekście m.in. zagrożenia ze strony Rosji, Państwa Islamskiego, niestabilnej sytuacji na Bliskim Wschodzie czy rosnącej liczby ataków terrorystycznych i cybernetycznych. Kolejnym czynnikiem jest Brexit, który mocno osłabi zdolności obronne UE.

Największy budżet, w sumie ok. 13 mld euro, otrzyma utworzony w zeszłym roku Europejski Fundusz Obronny, który ma finansować prace badawczo-rozwojowe i nowe technologie w dziedzinie obronności, prowadzone przez europejskie firmy. Utworzenie EDF oznacza zainicjowanie przez UE własnej polityki w przemyśle obronnym.

Wyzwaniem będzie taka alokacja tych środków, aby nie budziła ona kontrowersji politycznych czy biznesowych, że niektóre państwa czy firmy europejskie korzystają z tych funduszy w większym stopniu i są bardziej zaangażowane, a inne pozostają na uboczu. Polskie stanowisko w kwestii redystrybucji środków, między innymi właśnie z Europejskiego Funduszu Obronnego, było od początku klarownie określone – nie możemy dopuszczać do sytuacji, w której beneficjentami tych środków są wyłącznie największe i najzamożniejsze, ale też najbardziej konkurencyjne państwa i firmy zbrojeniowe. Wydaje się, że ten postulat został usłyszany, ale na jego realizację będziemy musieli poczekać, a także wykazać dużo własnej inicjatywy w procesie pozyskiwania tych funduszy – mówi dr Beata Górka-Winter.

EDF zapewni 4,1 mld euro głównie w formie dotacji na bezpośrednie finansowanie projektów badawczych. Na działania realizowane po zakończeniu fazy badań przeznaczone zostanie blisko 9 mld euro. To m.in. inwestycje krajów UE w opracowywanie prototypów, testowanie i certyfikację rozwiązań. Dzięki temu funduszowi UE stanie się jednym z czterech największych inwestorów w dziedzinie technologii obronnych.

Polskie firmy z sektora, które wezmą udział w projektach współfinansowanych przez EDF, mogą liczyć na wielomilionowe wsparcie. Polska Grupa Zbrojeniowa już w styczniu informowała, że wraz z czterdziestoma innymi europejskimi podmiotami będzie uczestniczyć w programie OCEAN 2020, jest to jeden z pierwszych wojskowych projektów badawczych finansowanych ze środków EDF. Jego celem jest rozbudowa potencjału bezzałogowych statków powietrznych i platform nawodnych oraz podwodnych w rozpoznaniu i nadzorze akwenów morskich.

Utworzenie EDF to jedna z inicjatyw mających wzmocnić wzmocnienia zdolności obronnych. Inną jest PESCO (Permanent Structured Cooperation), czyli stała współpraca strukturalna, która nie obejmuje tylko Wielkiej Brytanii (wychodzi z UE w 2019), Malty i Danii. W grudniu ubiegłego roku Rada Unii Europejskiej zgodziła się na uruchomienie tego mechanizmu przez dwadzieścia pięć spośród dwudziestu ośmiu członków UE. Polska notyfikowała przystąpienie do stałej współpracy strukturalnej, jednak polski rząd miał zastrzeżenia i obawy, czy nie zaszkodzi to naszym relacjom w ramach NATO.

– Od bardzo wielu lat  UE i NATO prowadziły dialog na temat możliwych form współpracy, jednak postęp w tej dziedzinie był dość powolny. Od niedawna ten impas jest już szczęśliwie zażegnany, mamy coraz lepszą współpracę w obszarze definiowania zagrożeń, proponowania pewnych rozwiązań. W tej chwili jest już kilkadziesiąt obszarów, w ramach których obydwie organizacje zadeklarowały swoją współpracę. Jeśli przyjrzymy się strategiom bezpieczeństwa czy dokumentom programowym, w których obie organizacje formułują swoje założenia, to widać coraz mniejsze rozbieżności i coraz większą wolę współpracy po obydwu stronach – mówi dr Beata Górka-Winter.

Jak wynika z danych Eurostatu, w 2016 roku kraje Unii Europejskiej wydały na obronność łącznie blisko 200 mld euro. Najwięcej Wielka Brytania (47 mld euro), Francja (40 mld) oraz Niemcy (30 mld). Wielka trójka odpowiada za dwie trzecie sumarycznych europejskich wydatków na ten cel. Polska znalazła się na siódmym miejscu (6,8 mld euro).

Polscy producenci drobiu walczą z rosnącym problemem salmonelli. Liczba zachorowań rośnie od dwóch lat

Polscy producenci drobiu walczą z rosnącym problemem salmonelli. Liczba zachorowań rośnie od dwóch lat 2

Zachorowania na salmonellozę stanowią coraz poważniejszy problem – ich liczba od dwóch lat systematycznie rośnie, przekraczając 10 tys. przypadków rocznie. Jednym z głównych źródeł zakażeń są jaja i drób, w którego produkcji Polska zajmuje pierwsze miejsce w UE. Budżet państwa traci co roku duże sumy na pokrywanie strat poniesionych przez producentów drobiu z powodu salmonelloz. Od kilku miesięcy obowiązują nowe zasady krajowego programu zwalczania salmonelloz, które kładą większy nacisk na profilaktykę, bioasekurację i skuteczną eliminację bakterii u źródła, przerzucając większą odpowiedzialność na hodowców.

W 2017 roku produkcja mięsa drobiowego w Polsce mogła wynieść ok. 3 mln ton, co przekłada się na pierwsze miejsce w UE oraz ósme na świecie. Polska jest również jednym z największych eksporterów mięsa drobiowego (czwarte miejsce na świecie) oraz jaj (szóste miejsce). Jednak – podobnie jak wszystkie inne kraje produkujące drób – walczy z zakażeniami wywołanymi bakteriami salmonella. Są one naturalną częścią mikrobiomu jelitowego drobiu, którego równowaga może zostać zachwiana przez różne czynniki (spadek odporności, leczenie, presja środowiska) i stać się zagrożeniem dla zdrowia zwierząt oraz ludzi. W ubiegłym roku w europejskim systemie RASFF pojawiły się aż 64 ostrzeżenia o salmonellozach wykrytych w jajach konsumpcyjnych i mięsie drobiowym z Polski, co stanowiło prawie połowę (48 proc.) wszystkich zeszłorocznych alertów.

 Salmonella spośród mnóstwa bakterii wydaje się najbardziej istotna z punktu widzenia zagrożenia dla zdrowia. Jest to najbardziej powszechnie występujące zakażenie bakteryjne wśród ludzi. Są jeszcze inne zakażenia bakteryjne, ale nie występują tak masowo. Zagrożenia ze strony salmonelli generalnie ograniczają się do chorób układu pokarmowego, ale obserwuje się w tej chwili coraz więcej zakażeń, które przenikają przez sferę jelitową i doprowadzają do form chorobowych zagrażających życiu. Notuje się nawet przypadki śmierci, co prawda pojedyncze, spowodowane zatruciami bakterią salmonella – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Franczak, dyrektor ds. komercyjnych Proteon Pharmaceuticals, autora Białej Księgi ws. sytuacji w branży drobiarskiej związanej z zachorowaniami na salmonellozy.

Salmonella jest w tej chwili drugim pod względem częstości występowania patogenem bakteryjnym odpowiedzialnym za zakażenia przewodu pokarmowego u ludzi. W 2016 roku na terenie UE miało miejsce 128 zgonów spowodowanych zakażeniem tą bakterią. Według danych Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) od 2015 roku na terenie Unii Europejskiej obserwuje się tendencję wzrostową salmonelloz.

 Zagrożenie ze strony salmonelli wynika z globalnego, narastającego zjawiska antybiotykoodporności. Salmonella w swojej populacji ponad 60 proc. bakterii jest oporna na dostępne antybiotyki. Stąd istnieje prawny zakaz stosowania antybiotyków w leczeniu salmonelli, bo z jednej strony takie leczenie nie przynosi pozytywnego skutku, a z drugiej – zwiększa antybiotykoodporność. Jeżeli nie zostaną podjęte żadne odpowiednie działania ograniczające występowanie salmonelli, skala tego zjawiska będzie narastać. Przypadki zachorowań będą coraz częstsze i coraz trudniej będzie je wyleczyć. Jest to jeden z pilnych problemów dla zdrowia publicznego, którym należy się tym zająć – podkreśla Stanisław Franczak.

Tradycyjne metody walki z salmonellozą, w tym stosowanie antybiotyków, są ściśle regulowane przez Unię Europejską. Również konsumenci, coraz bardziej świadomi, domagają się zmniejszenia użycia antybiotyków w hodowli zwierząt. Choć oficjalnie istnieje zakaz używania antybiotyków w walce z bakteriami salmonella, wciąż odnotowuje się nowe przypadki antybiotykoopornych szczepów zarówno u zwierząt, jak i u ludzi.

Od początku tego roku w Polsce obowiązują nowe zasady krajowego programu zwalczania salmonelloz. Ich celem jest przede wszystkim poprawa standardów sanitarnych produkowanej żywności. Wynika to z epidemiologii – liczba zachorowań na salmonellę w Polsce rośnie, a według danych Państwowego Zakładu Higieny w ostatnich dwóch lat przekraczała ona 10 tys. przypadków rocznie.

– To bardzo duży wzrost w stosunku do wcześniejszych lat, kiedy liczba zachorowań była na poziomie 6–7 tys. rocznie. Trzeba podkreślić, że nie wszystkie zachorowania są odnotowane przez system. Można przypuszczać, posługując się danymi amerykańskimi, że realny problem może dotyczyć dwukrotnie większej liczby zachorowań – podkreśla Stanisław Franczak.

Konsumenci są narażeni na salmonellozę poprzez konsumpcję produktów pochodzenia zwierzęcego: jajek, mleka czy mięsa.

– Drugim źródłem zakażeń mogą być produkty pochodzenia roślinnego, jak sałata czy orzeszki ziemne – statystycznie jest to pół na pół zachorowań. Dla własnego bezpieczeństwa konsumenci powinni stosować domowe środki bioasekuracji, czyli myć te produkty, obrabiać termicznie i przede wszystkim kupować z bezpiecznych źródeł, gdzie prowadzona jest urzędowa kontrola salmonelli ­– radzi ekspert Proteon Pharmaceuticals.

Jak podkreśla, starty w gospodarce powodowane przez salmonellozy są liczone nawet w setkach milionów złotych. Są to zarówno koszty po stronie systemu służby zdrowia, koszty społeczne, jak i te ponoszone przez hodowców i producentów.

– Koszt leczenia jednego pacjenta w Polsce szacuje się na około 2 tys. zł. Z drugiej strony, nie szacuje się strat niezwiązanych z leczeniem, czyli absencji w pracy i innych strat ekonomicznych. Dla porównania w USA wyliczono, że gospodarka amerykańska traci rocznie ponad 2,5 mld dol. z tytułu zakażeń bakteriami salmonella – mówi Stanisław Franczak.

W 2016 roku w związku z wykrytymi w hodowlach bakteriami salmonella polscy hodowcy otrzymali z budżetu państwa odszkodowania w wysokości blisko 10 mln zł brutto dla kur hodowlanych oraz ponad 30 mln zł brutto dla kur niosek.

– Salmonellozy powodują istotne straty w rolnictwie, w hodowli zwierząt z tytułu obniżonej jakości artykułów spożywczych. Z drugiej strony powodują też bardzo duże straty ekonomiczne w produkcji. Wzrasta spożycie paszy powodowane biegunkami i wzrasta śmiertelność powodowana śmiertelnymi formami salmonelloz. Kolejnym elementem są straty po stronie budżetu państwa, który wydaje około 100 mln zł na program zwalczania salmonelli i odszkodowania, które musiał wypłacić farmerom za straty. Co istotne, bez większego pozytywnego wpływu, ponieważ notowana liczba salmonelloz od kilku lat rośnie. Dlatego wydaje się, że te pieniądze nie są najlepiej wydawane – ocenia Stanisław Franczak.

Obowiązujące od stycznia nowe zasady krajowego programu zwalczania salmonelloz kładą większy nacisk na profilaktykę, bioasekurację i skuteczną eliminację bakterii salmonella u źródła. Główna odpowiedzialność w całym łańcuchu dostaw żywności została przeniesiona na hodowców, co z kolei wymaga od nich większych niż do tej pory nakładów finansowych. Producenci, którzy nie zastosują skutecznych (innych niż antybiotyki) form walki z bakteriami salmonella i odpowiednio dobranych programów kontroli salmonelloz w stadach, muszą się liczyć z kosztami. Pomimo początkowych kosztów w dłuższej perspektywie przełoży się to na pozytywne efekty ekonomiczne, m.in. dzięki ograniczeniu strat w produkcji.

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii wspiera inwestycje w sektorze farmaceutycznym. Wspólnie z branżą chce zmieniać system refundacji

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii wspiera inwestycje w sektorze farmaceutycznym. Wspólnie z branżą chce zmieniać system refundacji 3

Wsparcie biotechnologii i rozwoju branży farmaceutycznej to priorytety Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, bo to napędza innowacyjność gospodarki – podkreśla minister Jadwiga Emilewicz. Temu służyć ma m.in. ogłoszony program akceleracyjny i zamiar uruchomienia hubu biotechnologicznego. W planach jest także zmiana systemu refundacji.

– Zdajemy sobie sprawę z tego, że biotechnologia i produkcja nowych leków jest tym, co przynosi dziś największe zyski do budżetów wielu państw na świecie. To jest też napęd machiny, o której ciągle mówimy, czyli innowacyjności. To, co udało się zrobić przez ostatnie dwa lata, to przede wszystkim zanalizować potencjał tej branży, gdzie jesteśmy w zakresie produkcji leków generycznych, a z drugiej strony, czy jesteśmy w stanie rozwijać nowe komórki i formuły, które zaspokajają najbardziej wyszukane potrzeby – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

Jak podkreśla, polski rynek to podatny grunt dla inwestycji firm farmaceutycznych, a wsparcie dla biotechnologii jest jednym z rządowych priorytetów.

– Kilka tygodni temu ogłosiliśmy konkurs na program akceleracyjny dla branży biotechnologicznej, dzięki czemu wiele spółek będzie mogło rozwijać innowacyjne produkty. Chcielibyśmy uruchomić coś, co nazywamy hubem biotechnologicznym. Mamy nadzieję dokończyć ten projekt w tym roku. Uruchomiliśmy fundusz biotechnologiczny w BGK, a dodatkowo w PFR został powołany fundusz Life Science, który już zainwestował w dwie spółki biotechnologiczne, a kolejne są w trakcie oceny. Z drugiej strony mamy projekt realizowany wspólnie przez Roche i Centrum Onkologii w Warszawie. Kolejne tego typu inwestycje globalnych liderów świata farmaceutycznego są planowane w najbliższym czasie w Polsce – wylicza minister Jadwiga Emilewicz.

Jedną z palących kwestii w polskim systemie ochrony zdrowia jest zwiększenie dostępności nowych leków i terapii dla polskich pacjentów.

– Staramy się przemodelować budżet refundacyjny. Przypominam, że w Polsce produkujemy 50 proc. leków zaspokajających nasze potrzeby zdrowotne, a płacimy za to 27 proc. całej naszej refundacji. Chcielibyśmy tę politykę refundacyjną nieco zmienić wspólnie z branżą farmaceutyczną – mówi Jadwiga Emilewicz.

Przyspieszenie procesów refundacji jest jednym z postulatów zawartych w dokumencie „15 Tez dla Zdrowia” stworzonym przez Radę Ekspertów think-tanku Medycznej Racji Stanu. Jest wśród nich także propozycja utworzenia Funduszu na rzecz Walki z Rakiem oraz odrębnego Funduszu na rzecz Chorób Rzadkich i Ultrarzadkich. Na takie schorzenia w Polsce cierpi około 6 proc. społeczeństwa, czyli nawet trzy miliony osób.

– Sytuacja, w której ktoś żyje w nowoczesnym społeczeństwie opartym na humanitarnych zasadach, gdzie wszystkie osoby publiczne, politycy i dziennikarze, codziennie się do tych zasad odwołują, ale państwa nie stać na jego leczenie, to wielka hańba społeczna – podkreśla dr Paweł Kowal, ekspert Instytutu Studiów Politycznych PAN, były wiceminister spraw zagranicznych.

Jednym z głównych postulatów jest przyjęcie zasady zdrowie w polityce. Jak dotąd służba zdrowia nie była priorytetem żadnej z ekip rządzących po 1989 roku, ta tematyka nie pojawia się nawet w trakcie wyborów prezydenckich czy parlamentarnych. Eksperci proponują, żeby zapisać w regulaminie Sejmu zasadę corocznego exposé premiera, poświęconego kwestiom szeroko rozumianej polityki społecznej i służby zdrowia, wygłaszanego 11 lutego w Światowym Dniu Chorego.

– Pomysł jest taki, żeby coraz szersze kręgi interesowały się problemami reformy służby zdrowia – brzmi nudno, a dotyczy nas wszystkich. Wierzymy, że w trakcie wyborów można mówić o służbie zdrowia, o ochronie zdrowia, o tym, jak ją zmienić, jak zapewnić ludziom dostęp do szpitala, wiedzę o możliwościach leczenia, jak dać im podstawowe poczucie bezpieczeństwa – mówi dr Paweł Kowal.

Według ekspertów dobrym pomysłem jest przeprowadzenie ogólnopolskiego referendum, poprzedzonego dyskusją o najważniejszych problemach w służbie zdrowia. Polaków należałoby zapytać m.in. o to, jak wydatkować środki publiczne przeznaczane na zdrowie i czy zgadzają się na dobrowolne ubezpieczenia komplementarne albo pokrywanie części kosztów za określone świadczenia. Po referendum powinna zostać podpisana umowa społeczna – pod patronatem Prezydenta RP – z udziałem wszystkich znaczących sił politycznych zobowiązująca kolejne rządy do kontynuowania reform w służbie zdrowia.

– Od dawna kołacze się pomysł na to, aby pewne rozwiązania w zakresie ochrony zdrowia zaproponować jako europejskie, podobnie jak kiedyś powstała Unia Bankowa czy Unia Energetyczna, która opierała się o struktury Unii Europejskiej i proponowała rozwiązania ponadpaństwowe. To byłby ruch odświeżający naszą aktywność wewnątrz UE – mówi dr Paweł Kowal.

Jedną z propozycji jest stworzenie solidarnościowej, europejskiej listy leków dla całej UE i zrównanie dostępu do leków refundowanych. Założenia EUZ (oparte o doświadczenia takich rozwiązań jak np. Europejska Unia Energetyczna) mogłyby się stać częścią budowania polskiej koalicji wewnątrz Wspólnoty.

– Ochrona zdrowia to element bezpieczeństwa narodowego. Nie można mówić o bezpieczeństwie tylko w kategoriach zamówień na czołgi, samoloty i okręty, ale również w kategoriach tego, jak zmniejszyć kolejki do lekarza, jak zapewnić wszystkim chorym na raka możliwość szybkiej, taniej i skutecznej terapii. To jest możliwe – są państwa rozwinięte, które lepiej się zorganizowały, mają dobre wzorce i trzeba zacząć myśleć nad tym, jak je wprowadzić w Polsce, uwzględniając naszą specyfikę i możliwości budżetowe – mówi dr Paweł Kowal.

Wśród pozostałych propozycji think-tanku Medyczna Racja Stanu znalazły się m.in. postulaty wsparcia systemowego dla osób walczących z nadwagą i otyłością, propagowanie wiedzy na temat zapobiegania chorobom cywilizacyjnym, wsparcie dla POZ i opieki środowiskowej, wprowadzenie równości podmiotów leczniczych wobec płatnika (NFZ), umożliwienie pozabudżetowego dopływu środków finansowych na ochroną zdrowia i zrównanie składek wszystkich grup społecznych, znowelizowanie koszyka świadczeń gwarantowanych oraz skrócenie czasu oczekiwania na refundację leków i realizację programów lekowych.

W najbliższych miesiącach „Tezy dla Zdrowia” zostaną poddane konsultacjom i przedstawione zainteresowanym resortom. Równolegle toczy się zainicjowana przez Ministerstwo Zdrowia debata, która ma potrwać do wiosny 2019 roku i wyznaczyć kierunek reform w służbie zdrowia na kolejnych 15–30 lat.

Mobilne urządzenia medyczne są coraz bardziej zaawansowane. Przenośny analizator ciała zmierzy m.in. tkankę tłuszczową i masę mięśniową

Mobilne urządzenia medyczne są coraz bardziej zaawansowane. Przenośny analizator ciała zmierzy m.in. tkankę tłuszczową i masę mięśniową 4

Coraz więcej inteligentnych rozwiązań wspiera osoby aktywne fizycznie. Urządzenia noszone na ciele lub w kieszeni pozwalają monitorować stan organizmu, informując np. o składzie wydychanego powietrza, tętnie czy saturacji. Nowością jest przenośny analizator tkanki tłuszczowej, który błyskawicznie zmierzy poziom tkanki tłuszczowej, masy mięśniowej, a nawet określi typ metaboliczny. Mobilne urządzenia medyczne są coraz bardziej zaawansowane. Potrafią już mierzyć jakość wydychanego powietrza, a nawet wykrywać wczesne objawy raka czy Parkinsona.

– Opracowaliśmy przenośny analizator tkanki tłuszczowej o nazwie One SmartDiet. Potrafi on mierzyć skład ciała, czyli tkankę tłuszczową, masę mięśniową, podstawową przemianę materii i wskaźnik masy ciała.  Posiada też czujnik aktywności, więc użytkownik może sprawdzać powyższe informacje w zakładkach, gdy np. urządzenie znajduje się w kieszeni – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Seungmin Yoo z koreańskiej firmy OneSoftDigm.

Mobilny analizator zbiera dane o kondycji ciała za pomocą czterech elektrod. Według producenta, urządzenie podaje wyniki z dokładnością nawet 98,8 proc. Zmierzy w procentach i kilogramach poziom tkanki tłuszczowej, a w kilogramach poziom masy mięśniowej. Obliczy także BMI i dzienne zapotrzebowanie na kalorie. Za opracowanie danych z czujników odpowiedzialne są autorskie algorytmy stworzone przez producenta.

– Wyciągając ramiona i trzymając analizator przed sobą będziemy mogli zważyć górne partie ciała, a aplikacja wyświetli wynik pomiaru. Wykorzystujemy technologię analizy impedancji bioelektrycznej, dzięki czemu urządzenie analizuje dane o impedancji w organizmie, a aplikacja wyświetla wynik bazujący na naszym własnym algorytmie, którego opracowanie zajęło nam cztery lata – tłumaczy Seungmin Yoo.

Trwają prace nad kolejną generacją urządzenia, które będzie wyposażone dodatkowo w pulsometr, czujnik stresu oraz termometr mierzący temperaturę skóry. Producent planuje również opracować kompleksowy system wsparcia, dzięki któremu użytkownicy zyskają dostęp do jeszcze bardziej zaawansowanych funkcji i analiz.

– Pracujemy nad platformą i funkcjonalnościami, dzięki którym użytkownicy będą mogli wysyłać dane do serwera w chmurze, a my, w oparciu o silnik big data, będziemy je analizować, a następnie przesyłać użytkownikowi porady dotyczące jego zdrowia – zapowiada ekspert.

Rynek medycznych urządzeń wearables rozwija się bardzo dynamicznie. To już nie tylko opaski mierzące puls, czy inteligentne zegarki z zaawansowanymi czujnikami mierzącymi np. puls. Do końca 2018 roku na rynku ma się pojawić system VitaScale. Składa się on z dwóch elementów – systemu słuchawek z czujnikami analizującymi skład wydychanego powietrza oraz analizującej te dane aplikacji mobilnej. Na podstawie zebranych informacji użytkownik dowie się ile spala tłuszczu i węglowodanów.

Na rynku dostępne są również bardziej zaawansowane mobilne rozwiązania, pozwalające nawet na wykrycie raka, czy Parkinsona. Jedno z nich opracowali naukowcy z Izraelskiego Instytutu Technologii. Działający również w oparciu o analizę wydychanego powietrza analizator jest w stanie wykryć markery ośmiu nowotworów, a w sumie może przyczynić się do zdiagnozowania siedemnastu różnych chorób, w tym między innymi choroby Parkinsona.

Według analityków marketsandMarkets rynek medycznych urządzeń wearables do 2022 roku osiągnie wartość 14,5 mld dolarów.

Sztuczna inteligencja na sieciowych serwerach ułatwi pracę m.in. lekarzy. Specjalny pakiet oprogramowania ułatwi jej wdrażanie w firmach i instytucjach

Sztuczna inteligencja na sieciowych serwerach ułatwi pracę m.in. lekarzy. Specjalny pakiet oprogramowania ułatwi jej wdrażanie w firmach i instytucjach 5

Rozwijanie i wdrażanie technologii sztucznej inteligencji to jeden z głównych trendów w IT. Ponad połowa organizacji na świecie jest na etapie gromadzenia informacji, które pozwolą im na stworzenie własnych strategii wdrażania rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji. Dla firm, które planują takie wdrożenia, problemem są kwestie kosztów i logistyki. Pakiet oprogramowania przeznaczony do obsługi sztucznej inteligencji może zrewolucjonizować proces wdrażania nowych rozwiązań. W pierwszej kolejności skorzysta z niego medycyna.

– QuAI to pakiet oprogramowania działający na serwerach NAS (Network Attached Storage – przyp.red.), przeznaczony do obsługi sztucznej inteligencji. Oferujemy oprogramowanie dla deweloperów, aby mogli wdrażać swoje rozwiązania sztucznej inteligencji bez względu na to, do czego chcą ją wykorzystać – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Mathias Fürlinger z firmy QNAP Systems.

Raport Gartnera „Top 10 Strategic Technology Trends for 2018” wskazuje sztuczną inteligencję jako jedną z czołowych technologii 2018 roku. Wciąż jednak aż 59 proc. organizacji jest dopiero na etapie gromadzenia informacji, które pozwolą im na stworzenie własnych strategii wdrażania rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji. Pozostałe testują lub faktycznie stosują takie technologie. Problemem przy wdrożeniu są koszty i logistyka – przede wszystkim wyposażenie w sprzęt z odpowiednią mocą obliczeniową.

– Serwery NAS z technologią GPU passthrough pozwalają instalować dodatkowe karty graficzne. Mamy więc system działający na serwerze QNAP, który charakteryzuje się znaczną modularnością. Poprzez centrum aplikacji można dodać nasze oprogramowanie, a w nim możemy zaprogramować i zainstalować kod oprogramowania do sztucznej inteligencji, którą można wykorzystać np. w służbie zdrowia – tłumaczy Mathias Fürlinger.

W serwerach NAS można zainstalować oddzielną kartę graficzną, a specjalna aplikacja umożliwia podłączenie jej do maszyny wirtualnej, która w ten sposób zwiększy moc obliczeniową systemu, niezbędną do korzystania ze sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Zainstalowany na serwerze pakiet oprogramowania QuAI pozwala zaś programistom na optymalizowanie modeli sztucznej inteligencji, które zostały uruchomione na serwerze. Pierwsze wdrożenia pakietu wykorzystywane są w medycynie.

– Gdy lekarz musi przefiltrować tysiące zdjęć rentgenowskich, aby znaleźć niewielką plamkę wskazującą na potencjalną chorobę u pacjenta, pomóc może sztuczna inteligencja, automatycznie filtrując obrazy, ucząc się przy tym bazy danych, aby czynność ta była wykonywana w tle – przekonuje Mathias Furlinger.

Prawdopodobnie już ok. 2040 roku sztuczna inteligencja dorówna ludzkim możliwościom, a roboty coraz częściej zastępują człowieka, przede wszystkim w produkcji i przemyśle. Badania Oxford Martin School wskazują, że w konsekwencji postępu technologicznego w ciągu 10–20 lat niemal połowa wszystkich amerykańskich zawodów może zostać skomputeryzowana.

– Sztuczna inteligencja może wykonywać o wiele sprawniej wszystkie czynności, które wymagają znacznych nakładów pracy manualnej, w tym czasochłonne prace, takie jak porównywanie danych z bazą danych – wskazuje ekspert.

Według raportu „Artificial Intelligence Technologies 2018” wartość rynku technologii sztucznej inteligencji ma wzrosnąć z 2,4 mld dol. w 2017 roku do 59 mld dolarów w 2025 roku.

Przybywa fanów żeglowania. Inwestycje w jachty na wynajem zyskują na popularności

Przybywa fanów żeglowania. Inwestycje w jachty na wynajem zyskują na popularności 6

Relaks pod żaglami staje się coraz bardziej popularną aktywnością. Ponad pół miliona Polaków uprawia żeglarstwo sportowo, a 1,3 miliona ma uprawnienia do kierowania łodzią. Ze względu na koszty tylko niewielki odsetek ma własną jednostkę pływającą. Choć używaną żaglówkę można kupić już za kilka tysięcy złotych, motorowe jednostki pełnomorskie to koszt kilkuset tysięcy. Dlatego coraz częściej decydujemy się na czarter. To szansa dla inwestorów. Zwrot z inwestycji w jacht może wynieść od kilku do nawet 16 proc.

– Polacy coraz więcej podróżują, coraz częściej wybierają destynacje bardziej odległe od Polski i decydują się na różne formy wypoczynku, również żeglarstwo – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Zięba, menadżer ds. kluczowych partnerów w mFinanse, przedstawiciel Związku Firm Pośrednictwa Finansowego. – To sport uprawiany przez ludzi, którzy nawet nie mają patentu. Można wynająć łódź ze sternikiem i popłynąć w dłuższy czy krótszy termin, nie znając się zupełnie na żeglarstwie.

Z raportu „Polski rynek żeglarski” wynika, że ponad pięć milionów Polaków co najmniej raz na kilka lat uczestniczy w rejsach jako rekreacyjna, bierna załoga. W sumie aż 70 proc. Polaków miało w życiu większą lub mniejszą styczność z żeglarstwem. Liczbę osób, które biorą udział w zawodach lub uprawiają ten sport profesjonalnie, szacuje się na ponad pół miliona. Na własną łódź lub jacht stać jednak nielicznych. Dlatego łodzie są coraz chętniej czarterowane. To zaś okazja dla tych, którzy szukają ciekawych możliwości inwestycyjnych.

– Inwestycja w jacht jest dobrym pomysłem, dlatego że Polacy coraz chętnie podróżują. Pływamy i na Bałtyku, i na Morzu Śródziemnym. Jest wielu Polaków, którzy żeglują, część osób zastanawia się więc nad tym, czy nie warto na tym zarobić – wskazuje Leszek Zięba.

Za wynajem łodzi trzeba zapłacić od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Wszystko zależy od rodzaju łodzi, wielkości i wyposażenia. Przy wynajmie jachtu powyżej 7,5 metra konieczne jest posiadanie specjalnych uprawnień. Jeśli takich nie mamy, można wypożyczyć łódź razem z opieką skipera. Wówczas koszty rosną.

Nie brakuje osób, które decydują się na zakup jachtu z myślą o inwestycji. Zwłaszcza że może przynieść znacznie większe zyski niż np. najem mieszkania. Z analizy Róży Wiatrów wynika, że np. z jednostki o wartości 150 tys. zł właściciel może uzyskać około 25 tys. zł rocznie przychodu z samych tylko czarterów krajowych. Zwroty z inwestycji sięgają od 5 proc. do nawet kilkunastu procent.

– Jeśli nie mamy własnych środków, warto pomyśleć nad kredytem bądź leasingiem. Jeśli mamy działalność gospodarczą i chcemy czerpać z tego korzyści jako firma, to leasing bądź kredyt inwestycyjny będzie dobrym pomysłem. Osoby fizyczne, które chcą skorzystać z tego typu inwestycji, powinny zastanowić się nad kredytem gotówkowym – mówi ekspert ZFPF.

Używaną żaglówkę można mieć już za kilka tysięcy złotych. Większe jednostki to już koszt kilkuset tysięcy złotych i więcej. Do tego dochodzą dodatkowe wydatki, m.in. koszt utrzymania, remontów czy opłaty portowe.

– Koszty takiej inwestycji to przede wszystkim zakup samego jachtu czy łodzi motorowej, bo w przypadku pełnomorskich, dużych łodzi motorowych koszty idą już w setki tysięcy. Im nowsza łódź, im bardziej bogato wyposażona, tym koszty będą wyższe. Oprócz tego musimy się liczyć z kosztami całorocznego utrzymania takiej jednostki, a jeśli pływamy nie tylko w Polsce, to także z kosztami cumowania w portach, względnie dodatkowymi kosztami wynikającymi z przeliczeń walutowych – wymienia Zięba.

Na rynku jest coraz więcej firm specjalizujących się w wynajmie łodzi, nie brakuje też prywatnych inwestorów, którzy albo korzystają z pomocy specjalistów, albo sami zajmują się najmem łodzi.

– Wyspecjalizowane firmy, które pomogą nam znaleźć wynajmujących, pomogą też ustalić grafik, który zapewni nam maksymalne korzyści z tej inwestycji – zaznacza Zięba.

Ekspert radzi, by przed podjęciem decyzji opracować biznesplan, określić ryzyko i potencjalny zysk. Warto też pamiętać o tym, że koszty inwestycji może zwrócić nie tylko czarter łodzi, lecz także np. sprzedaż powierzchni reklamowej.

Specjalny plecak stworzy trójwymiarowy obraz otoczenia za pomocą lasera. Technologia sprawdzi się wśród architektów, a także w autonomicznych pojazdach

Specjalny plecak stworzy trójwymiarowy obraz otoczenia za pomocą lasera. Technologia sprawdzi się wśród architektów, a także w autonomicznych pojazdach 7

Systemy trójwymiarowego obrazowania przestrzeni w ciągu ostatnich kilku lat znacząco ewoluowały. Dzięki upowszechnieniu się rozwiązań inteligentnych w branży motoryzacyjnej udało się je zminiaturyzować do tego stopnia, że z powodzeniem zmieszczą się w niewielkim plecaku. Takie rozwiązanie umożliwi zeskanowanie trudno dostępnych miejsc oraz spopularyzuje tę technologię wśród geodetów, architektów czy firm budowlanych. W niektórych przypadkach dobrze zobrazowany przestrzennie teren może ratować życie.

Leica Pegasus to przenośna platforma do skanowania zamknięta w obudowie z włókna węglowego. Plecak łączy pięć kamer oferujących w pełni skalibrowany widok 360 stopni oraz dwa profilery LiDAR. Synchronizuje obrazy i chmury punktów, dostarczając pełną dokumentację budynków podczas całego cyklu ich użytkowania.

– Plecak Pegasus to mobilna platforma pomiarowa umożliwiająca mobilną rejestrację otoczenia użytkownika. Urządzenie wyposażono w pięć kamer rejestrujących obraz w zakresie 180 stopni, a także dwa skanery LIDAR Velodyne, skanujące przestrzeń z częstotliwością 600 tys. punktów na sekundę. Dzięki technologiom GPS i IMU nakreślamy trajektorię, w oparciu o którą nakładamy trójwymiarową chmurę punktów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Viktor Milev z Leica Geosystems.

Z technologii lidarowej, czyli laserowego pomiaru odległości, najczęściej korzystają policjanci do pomiaru prędkości kontrolowanych pojazdów. Jednak coraz częściej wykorzystuje się ją także do obrazowania trójwymiarowej przestrzeni w branży motoryzacyjnej. Sięgnął po nią m.in. Elon Musk podczas projektowania inteligentnych samochodów. Lidar jest jednym z najważniejszych elementów systemu rozpoznawania obiektów w trójwymiarowej przestrzeni, dzięki któremu pojazdy Tesli potrafią rozpoznawać pasy ruchu, innych uczestników ruchu drogowego czy pieszych, którzy bez uprzedzenia wtargną na jezdnię.

Technologia laserowego obrazowania terenu ma jednak znacznie szersze zastosowanie – z lidarowych map lotniczych korzysta się m.in. przy prowadzeniu badań geomorfologicznych. Mobilne obrazowanie terenu w 3D znajdzie również zastosowanie przy mapowaniu planów i tras ewakuacji. Osoby reagujące na klęski żywiołowe mogą pieszo pozyskiwać dane 3D o katastrofie. Krótsze czasy reakcji mogą się przełożyć na ochronę życia i minimalizację szkód.

– Plecak przeznaczony jest przede wszystkim dla ekip geodezyjnych, firm budowlanych i biur architektonicznych do sporządzania dokumentacji obiektów lub budynków, jak również do pomiarów w tunelach i miejscach, gdzie korzystanie z GNSS nie jest możliwe. W razie niedostępności GNSS, Pegasus pozwala też na georeferencjonowanie chmury punktów – dodaje rozmówca.

Wraz z rozwojem branży autonomicznych pojazdów zainteresowanie obrazowaniem laserowym będzie rosło. Projektanci Volvo otwarcie przyznali, że nie wyobrażają sobie tworzenia inteligentnych samochodów bez wykorzystania lidarów. Podobnego zdania są naukowcy z instytutu Leti, którzy planują rozwijać technologię lidarową z francuskim przewoźnikiem Transdev, aby umożliwić wprowadzenie na rynek autonomicznych pojazdów transportu publicznego.

– To bardzo przyszłościowa technologia, która znajdzie zastosowanie w pojazdach samojezdnych, gdzie rejestrowanie całego otoczenia tak, aby samochód rozpoznawał poszczególne obiekty, stanowi duże wyzwanie. Poza tym może się ona przydać do tworzenia dokumentacji wszelkich budynków i budowli, pozwalając na tworzenie trójwymiarowych modeli – podsumowuje Viktor Milev.

Szacuje się, że rynek technologii obrazowania laserowego dla urządzeń autonomicznych osiągnie w 2026 roku wartość 2 mld dol. Według raportu Transparency Market Research średnioroczny wskaźnik wzrostu w tym okresie przekroczy 35 proc.

Polska w unijnej czołówce pod względem liczby reklam alkoholu w telewizji. Przekładają się one na zachowanie młodych ludzi

Polska w unijnej czołówce pod względem liczby reklam alkoholu w telewizji. Przekładają się one na zachowanie młodych ludzi 8

Liczba reklam piwa w Polsce znacznie przekracza średnią europejską. W ciągu 10 miesięcy 2017 roku przekroczyła 780 tys.,  a w ciągu 16 lat – blisko 4 mln. Rośnie też czas antenowy przeznaczany na reklamy piwa zarówno w telewizji publicznej, jak i prywatnej. Te wzrosty przekładają się na większe spożycie złotego trunku, szczególnie wśród młodzieży – podkreśla dyrektor Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Dlatego jego zdaniem reklamy piwa należałoby wyeliminować w ogóle z życia publicznego, zarówno z tradycyjnych mediów, jak i mediów społecznościowych.

Nowelizowana ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi ma ograniczyć reklamę piwa tylko do godzin 23.00–6.00 (zamiast od godz. 20.00, jak dotychczas). Zdaniem dyrektora PARPA to zbyt mało.

W Polsce prawnie dozwolona jest reklama piwa, ale niestety jest tak, że inne alkohole są również reklamowane, w związku z tym problem reklamy powinien być potraktowany kompleksowo. Problem jest duży, bo reklama ma przemożny wpływ na zachowanie młodych ludzi, którzy uczą się przez obserwowanie środowiska i to, co serwuje im się w mediach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Brzózka, dyrektor Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

Z raportu Komisji Europejskiej wynika, że pod względem liczby reklam alkoholu w telewizji Polska zajmuje miejsce w unijnej czołówce. Udział takich spotów w całości emitowanych reklam wyższy jest tylko w Chorwacji, Rumunii, Bułgarii i Czechach, a łączna liczba reklam alkoholowych wyższa jest tylko w Wielkiej Brytanii.

Łącznie w ciągu ostatnich 16 lat (od 2001 roku prawo umożliwia reklamowanie piwa) wyemitowano 3,8 mln spotów. W ciągu 10 miesięcy 2017 roku było ich ponad 780 tys., a ich udział w reklamach ogółem wyniósł 3,21 proc. Jeszcze w 2010 roku było to 1,21 proc. Dom mediowy Starcom podaje, że wydatki firm piwowarskich na promocję w telewizji systematycznie rosną i w ubiegłym roku sięgnęły 112 mln zł.

Bez względu na to, w jakich porach te reklamy są emitowane, młodzi ludzie je oglądają. Rzecz w tym, że reklamy w moim przekonaniu należałoby wyeliminować w ogóle z życia publicznego, i to zarówno w nadajnikach typu telewizja, jak i w mediach społecznościowych. To istotne, ponieważ liczba reklam emitowanych w Polsce przekracza wszelkie europejskie osiągnięcia, skutki tego niestety już mamy – mówi Krzysztof Brzózka.

Choć przedstawiciele branży alkoholowej przekonują, że reklamy nie są skierowane do dzieci i młodzieży, to najmłodsi mają z nimi kontakt. Badania przeprowadzone w Wielkiej Brytanii wykazały, że dziesięcioletnie dzieci doskonale orientują się w markach piw, a ich wiedza jest w tym zakresie większa niż w przypadku marek chipsów czy ciastek.

– Młodzi ludzie w okresie rozwojowym mają swoje problemy, wątpliwości dotyczące siebie, swojej pozycji w grupie. Poprzez reklamy pokazujemy młodzieży, jak łatwo być pięknym, uśmiechniętym, zadowolonym, mieć sukces towarzyski, dobrze się czuć w otoczeniu, być rozmownym. Pokazujemy, że wystarczy sięgnąć po kufel piwa – podkreśla dyrektor PARPA.

Zdaniem eksperta konieczne jest nie tylko całkowite zabronienie reklam napojów alkoholowych w telewizji, lecz także w mediach społecznościowych. Zwłaszcza że najmłodsi są tam bardzo aktywni. Potrzebne są jednak odpowiednie przepisy.

Jeżeli zostawimy ściganie reklam organom publicznym, państwowym i każdemu emitentowi mielibyśmy wytaczać proces, to będzie to nieskuteczne. Liczba reklam ukazujących się w mediach społecznościowych jest przeogromna i śledzenie każdego przypadku jest po prostu niemożliwe – mówi Krzysztof Brzózka. – Ale tak jak możliwe jest nałożenie filtrów dotyczących przemocy czy pornografii przez media społecznościowe, tak samo jest możliwe nałożenie filtrów dotyczących reklam alkoholu. 

PARPA podaje, że od 2001 do 2016 roku całkowite spożycie alkoholu wzrosło o 40 proc. Jeszcze w 2001 roku Polak wypijał średnio 6,63 litra 100 proc. etanolu zawartego we wszystkich napojach alkoholowych (3,66 litra w piwie). W 2016 roku było to już 9,37 litra, z czego piwo wyniosło 5,7 litra (wzrost o blisko połowę).

Wzrost spożycia notowany jest także wśród młodzieży. Według badań, na które powołuje się PARPA, w jej przypadku przy reklamach skierowanych do młodych prawdopodobieństwo sięgnięcia po konkretne marki alkoholu było pięciokrotnie większe niż w przypadku tych osób, które reklam nie widziały.

Średni wiek inicjacji alkoholowej w Polsce wynosi 12 lat. Rzecz w tym, żebyśmy nie wychowywali dzieci w kulcie sięgania po alkohol, kiedy mają jakiś problem życiowy albo dlatego że panuje taka moda. Warto pamiętać, że reklama tytoniu została zakazana i wśród młodych palenie przestaje być modne. I o to chodzi, o wytworzenie społecznej atmosfery, która podobnie jak w przypadku tytoniu będzie miała swój efekt w przyszłych zachowaniach młodych ludzi – podkreśla Krzysztof Brzózka.

Tydzień odpoczynku dla giełd

Początek lipca przyniósł odreagowanie na rynkach akcyjnych. Wzrostom sprzyjał brak nowych doniesień związanych z wojną handlową. Dodatkowo, piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy okazały się korzystne dla akcji. Silny przyrost miejsc pracy i powrót na rynek aktywnie jej poszukujących, przy braku większej presji na wzrost płac sprzyja rynkom akcyjnym. W Europie indeks DAX zyskał w przeciągu tygodnia 1,55%, francuski CAC40 0,98%, a brytyjski FTSE100 znalazł się delikatnie pod kreską uzyskując -0,25%. W Stanach Zjednoczonych, podobnie jak w większości krajów europejskich, dominował kolor zielony. Indeks S&P500 wzrósł o 1,52%, DJIA 0,76%, a indeks giełdy Nasdaq zyskał aż 2,37% ponownie wkraczając na miesięczne maksima.

W Polsce indeks szerokiego rynku również znalazł się na plusie, jednak wzrosty były napędzane głównie poprzez największe spółki co pokazuje siłę zagranicznego kapitału. Mniejsze spółki nie radziły sobie jednak równie dobrze co nie najlepiej świadczy o krajowym parkiecie. W skali całego tygodnia indeks WIG zyskał 0,97%, wyceny największych spółek wzrosły o 0,78%, a indeksy mniejszych i średnich spółek sWIG80 i mWIG40 zakończyły tydzień z wynikiem, odpowiednio, 0,48% i -0,53%.

W tym tygodniu w środę zakończy się dwudniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, które prawdopodobnie nie przyniesie żadnych zaskoczeń, a w piątek opublikowane zostaną finalne dane o inflacji CPI za czerwiec. W gospodarce globalnej we wtorek istotne mogą okazać się dane o inflacji z Chin, produkcji przemysłowej we Francji i Wielkiej Brytanii oraz odczyty indeksu ZEW dla gospodarki niemieckiej. W środę warto zwrócić uwagę na odczyt inflacji PPI w Stanach Zjednoczonych, natomiast w czwartek będzie mieć miejsce najważniejszy odczyt tygodnia – inflacja CPI z USA, a także produkcja przemysłowa ze strefy euro.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA

Agencja ratingowa EuroRating podsumowała 2017 rok w Grupie Murapol wydając ocenę ratingową na poziomie BB-

Agencja ratingowa EuroRating podsumowała 2017 rok w Grupie Murapol wydając ocenę ratingową na poziomie BB- z perspektywą stabilną, zwracając uwagę na dokonane w 2017 roku wysokie nakłady inwestycyjne. Warto jednak podkreślić, że w pierwszym półroczu 2018 roku Murapol zrealizował dezinwestycje aktywów niezwiązanych z podstawową działalnością oraz osiągnął rekordowe poziomy sprzedaży mieszkań. Grupa Murapol w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2018 roku sprzedała blisko 1,8 tys. mieszkań, czyli o ok. 12 proc. więcej niż w analogicznym okresie ub.r. W całym 2018 roku Spółka planuje przekazać klientom rekordowe 2,6 tys. lokali mieszkalnych, o ponad 120% więcej niż w 2017 roku, co zostanie rozpoznane w wynikach II półrocza 2018 roku. Biorąc pod uwagę założone plany sprzedaży oraz przekazań mieszkań, zarząd spółki Murapol oczekuje relacji skonsolidowanego długu netto do skonsolidowanych kapitałów własnych w Grupie na poziomie poniżej 0,6x na koniec 2019 roku.

Agencja EuroRating obniżając ocenę ratingową Grupy Murapol do BB- z BB zwróciła uwagę m.in. na wysokie nakłady inwestycyjne poczynione przez Grupę w 2017 roku, szczególnie związane z zaangażowaniem kapitałowym w Skarbiec Holding S.A oraz Polnord S.A. Należy jednak zwrócić uwagę, że w ramach prowadzonej przez nowy zarząd Spółki strategii upraszczania struktury bilansu, Grupa wyszła z tych inwestycji. Transakcje te zostały zrealizowane z ceną wyższą niż średnia cena giełdowa tych akcji z ostatniego kwartału. Poczynione dezinwestycje z aktywów niepracujących wpłyną pozytywnie na sytuację wskaźnikową i profil kredytowy Grupy.

Agencja zwróciła uwagę także na wzrost zadłużenia związanego z istotnym wzrostem wartości aktywów, jaki nastąpił w ciągu ostatnich kilku kwartałów. Poczynione nakłady inwestycyjne spowodowały wzrost zobowiązań – w tym długu oprocentowanego. Poza powyższymi inwestycjami kapitałowymi, znaczna część inwestycji dotyczy transakcji związanych ze wzrostem skali podstawowej działalności – deweloperskiej, czego wyrazem jest posiadany portfel zarówno projektów w budowie, jak i w przygotowaniu. Na zakończenie pierwszego półrocza 2018 roku, portfel projektów w budowie Grupy Murapol obejmował 6236 lokali mieszkalnych powstających w 36 projektach. Dodatkowo dokonano znacznego rozbudowania aktywnego banku ziemi, który obecnie jest jednym z największych banków ziemi w relacji do skali rocznej sprzedaży wśród krajowych deweloperów. Odnosząc się do parametru konwersji gotówki i stanu zapasów, warto zauważyć, iż mamy do czynienia z efektem kumulacji inwestycji, gdzie zdecydowana większość projektów ma wysoki poziom zaawansowania. Cel przekazań w 2018 roku wynosi 2,6 tys. lokali mieszkalnych, wobec 1,15 tys. w ub.r. Ten ponad dwukrotny wzrost przekazań będzie odzwierciedlony w wynikach finansowych Grupy – ze względu na typową dla deweloperów sezonowość w II półroczu 2018 roku.

Oceniający zwrócił także uwagę na ryzyko niekorzystnych zmian prawnych tj. postulowanych przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zmian tzw. ustawy deweloperskiej, zakładających likwidację funkcjonowania otwartych rachunków powierniczych. W naszej ocenie istnieje wiele czynników, które sprawiają, że ryzyko to nie będzie miało tak istotnego wpływu na działalność Grupy Murapol, przynajmniej w horyzoncie oceny ratingowej. Po pierwsze, harmonogram potencjalnej implementacji ustawy może dotyczyć biznesu deweloperskiego najwcześniej w 2020 roku (o ile zostanie ona w obecnym kształcie uchwalona). Ponadto ustawa dotknęłaby całą branżę, ale w stopniu relatywnie mniejszym największych deweloperów. Ponadto spółka rozważa wdrożenie rozwiązań, które pozwolą minimalizować jej ewentualne skutki – np. kredyty projektowe.

Agencja EuroRating przyznała Grupie Murapol perspektywę stabilną, która oznacza, iż według obecnych ocen nadany spółce rating w horyzoncie kolejnych 12 miesięcy najprawdopodobniej nie powinien ulec zmianie. Jest to wyrazem oczekiwań agencji co do pozytywnych efektów poczynionych dezinwestycji kapitałowych oraz finalizacji realizowanych obecnie dużych projektów deweloperskich na przełomie 2018 i 2019 roku, co sprawi że pozycja kapitałowa i płynnościowa Murapolu powinna ulec poprawie.

Nikodem Iskra
Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol S.A.

– Rozumiemy stanowisko agencji ratingowej, która oceniając stan obecny operuje danymi historycznymi. Aktualnie jesteśmy na etapie zmian wewnętrznych, reorganizacji strukturalnej, która pozwoli Grupie stać się typowym podmiotem deweloperskim, zarówno pod względem zakresu prowadzonej działalności, jak i ujęcia finansowego jej efektów. Dlatego mając na uwadze wyjścia z inwestycji pasywnych, niezwiązanych wprost z naszym podstawowym biznesem, mamy ambicje, które uważamy za jak najbardziej realne do spełnienia, że w wyniku kolejnej weryfikacji, wrócimy do poprzedniej oceny ratingowej, a w kolejnych okresach poprawimy ją. Tak bowiem oceniamy naszą obecną kondycję oraz perspektywy działalności w kolejnych okresach, czego potwierdzeniem są opublikowane w ostatnim czasie wyniki i cele sprzedażowe. – mówi Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol S.A.

W ocenie Grupy Murapol jej sytuacja finansowa jest stabilna, a trend należy ocenić jako zdecydowanie pozytywny, co jest efektem realizowanej od początku br. strategii koncentracji na podstawowym biznesie deweloperskim oraz wzmocnienia struktury bilansu, m.in. w drodze dezinwestycji aktywów nieoperacyjnych, a czego potwierdzeniem jest sprzedaż akcji Skarbiec Holding S.A. oraz Polnord S.A. W pierwszej połowie 2018 roku, pomimo niesprzyjających zjawisk na rynku finansowym, Spółka zabezpieczyła potrzeby cash flow w średnim terminie. Należy także zwrócić uwagę, że spółka spodziewa się znacznych wpływów z podpisanych z klientami umów dot. sprzedaży mieszkań, które będą wydawane w kolejnych miesiącach, co daje stabilną perspektywę dla dalszej poprawy profilu kredytowego Grupy w średnim terminie. Warto podkreślić, że przyjęty przez Grupę Murapol model biznesowy w zakresie akwizycji gruntów pozwoli jej zachować ponadprzeciętne rentowności na realizowanych projektach inwestycyjnych, pomimo zauważalnego na rynku wzrostu cen nieruchomości.

Pierwszy raport analizujący sytuację finansową Murapol S.A. agencja EuroRating opublikowała 25 stycznia 2016 roku, nadając Spółce ocenę BB z perspektywą stabilną. Od tego czasu agencja przeprowadziła dziewięć weryfikacji, w ośmiu utrzymując rating na niezmienionym poziomie, a w bieżącej obniżając o jedną klasę – do poziomu BB- z perspektywą stabilną.

Inflacja w Wenezueli przekroczyła 41 tys. proc.

Ceny w Wenezueli rosną w tak szalonym tempie, że inflacji nie sposób policzyć stosując statystyczne metody. Zastąpiono je porównaniem ile kosztuje filiżanka kawy. Jej cena wzrosła w ciągu dwóch lat o 41 tys. proc. To efekt niszczenia mechanizmów wolnego rynku.

Przed dwoma laty kubek kawy kosztował 400 boliwarów, teraz kosztuje 1 mln boliwarów. W ciągu zaledwie miesiąca cena wzrosła z 800 tys. właśnie do miliona.

Jest to efekt zmian, które w gospodarce od 1998 r. wprowadzał Hugo Chavez, gdy został wybrany prezydentem Wenezueli. Zmiany te przez kilka lat były wychwalane przez lewicowych intelektualistów. Wenezuela teoretycznie mogłaby należeć do państw zamożnych, ze względu na złoża ropy naftowej. Cóż więc się stało?

– W 1998 r. prezydent Hugo Chavez rozpoczął demontaż mechanizmów rynkowych – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Działanie rynku zostało zastąpione realizacją populistycznych haseł.

– Wenezuela to przykład tego, jak ryzykowne jest centralne planowanie, w wykonaniu kilku osób, które rządzą krajem – komentuje ekspert.

Czy PLN wróci do łask inwestorów?

Ostatni kwartał nie był zbyt udany dla polskich inwestorów. WIG 20 nie zachwycił, tak samo jak polska waluta. Dlatego dzisiaj zastanowimy się, czy polski złoty powróci do łask inwestorów i od czego to zależy. Na samym początku spójrzmy na wykres PLN-a.

Notowania USDPLN, interwał tygodniowy

Notowania USDPLN, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Pierwszy impuls wzrostowy na notowaniach USDPLN przypadł na połowę kwietnia, trwał przez 7 tygodni. Został zakończony minimalną korektą. Po dwóch tygodniach po raz kolejny zobaczyliśmy impuls wzrostowy, aczkolwiek był bardzo słaby. Ostatnie Pin Bary mogą sugerować na możliwe odwrócenie ostatniego ruchu.

Scenariusz ten sugerowany jest także przez oscylator stochastyczny, który wskazuje na mocną negatywną dywergencję. Przy takim scenariuszu celem sprzedających jest poziom w okolicy 3.52 zł. Natomiast czy jest to scenariusz możliwy? W odpowiedzi na to pytanie warto spojrzeć na indeks WIG 20.

WIG 20, interwał dzienny

WIG 20, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na chwile obecną polski indeks WIG 20 w dalszym ciągu znajduje się w trendzie spadkowym. Ostatni ruch wzrostowy możemy uznać jedynie za korektę. Dopiero pokonanie oporu 2130-2180 będzie oznaczało zmianę trendu. Warto również zauważyć, że w tym samym miejscu przebiega linia trendu spadkowego, co może przeszkodzić kupującym w wypchnięciu indeksu WIG 20 na wyższe poziomy.

Ponadto dopiero przebicie 200-okresowej średniej kroczącej od dołu mogłoby świadczyć o zmianie długoterminowego trendu na wzrostowy.

Zatem mamy trzy możliwe scenariusze zachowania pary walutowej USDPLN.

Scenariusze 1: WIG 20 wybije opór oraz linię trendu spadkowego. W takim przypadku celem dla sprzedających na USDPLN byłby poziom w okolicy 3.52 zł.

Scenariusz 2: WIG 20 wraca do trendu spadkowego i przebija ostatnie minima z okolicy 2053 punktów. Jest to scenariusz bardziej pesymistyczny. Przy dalszym odpływie kapitału z polskiej giełdy USDPLN poszybowałby w górę w okolicę 3.81 zł. Kolejnym celem byłby poziom psychologiczny w okolicy 4.00 zł.

Scenariusz 3: WIG 20 znalazł się w konsolidacji. W tym przypadku z dużym prawdopodobieństwem USDPLN również znalazłby się w konsolidacji.

Poniżej została przedstawiona grafika indeksu WIG 20 na tle pary walutowej PLNUSD (odwrócony kurs USDPLN).

bloomberg

Źródło: Bloomberg

Jak widać WIG 20 (kolor żółty) często wyprzedzał umocnienie bądź też osłabienie polskiej waluty. Z tego względu warto obserwować zarówno indeks jak i parę walutową USDPLN.

Dział Analiz Admiral Markets

Inwestorzy wyprzedają dolara, zyskuje na tym kurs złotego

Globalne rynki finansowe ostatecznie nieco bardziej optymistycznie nastawiają się do kwestii konfliktu handlowego między największymi potęgami świata. Indeksy giełdowe poszły w górę, a rentowności amerykańskich papierów dłużnych nieco się obniżyły.

Połączenie niższych rentowności w Stanach Zjednoczonych z rosnącym apetytem na ryzyko przełożyło się na umocnienie większości walut względem dolara amerykańskiego.

W tym tygodniu inwestorzy powinni wyczekiwać raportu o amerykańskiej inflacji w czerwcu. Niższy od oczekiwanego przez konsensus czerwcowy wzrost płac, o którym dowiedzieliśmy się przy okazji publikacji ostatniego raportu o rynku pracy, sugeruje, że dane o dynamice cen w Stanach Zjednoczonych znów mogą rozminąć się z opinią konsensusu. W czwartek światło dzienne ujrzą również „minutki” z ostatniego spotkania EBC, które będą kolejnym ważnym wydarzeniem tygodnia.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień umocnieniem w relacji do głównych walut. Warto jednak zaznaczyć, że umocnienie nadeszło po tym jak kurs EUR/PLN osiągnął najwyższy poziom od stycznia ubiegłego roku. Umocnieniu PLN w drugiej części tygodnia sprzyjał wzrost kursu EUR/USD i poprawa sentymentu do aktywów ryzykownych, których część w konsekwencji ostatniej wyprzedaży znalazła się na poziomach nieuzasadnionych przez fundamenty.

Dane z Polski, które poznaliśmy w ubiegłym tygodniu sugerują wzrost aktywności w sektorze przemysłowym w czerwcu – indeks PMI wzrósł niespodziewanie z poziomu 53,3 do 54,1. W czerwcu wzrosła również inflacja, jednak jej dynamika była nieco niższa od oczekiwań i zgodnie z wstępnym odczytem w czerwcu wyniosła 1,9% rocznie.

Wydarzeniem tygodnia w Polsce będzie środowa decyzja w sprawie stóp procentowych i konferencja Rady Polityki Pieniężnej. Oprócz tego warto będzie zwrócić uwagę na piątkowe dane inflacyjne, które powinny potwierdzić odczyt z poprzedniego tygodnia. Dla polskiego złotego znaczenie oprócz danych makroekonomicznych będzie miała cały czas kwestia zmian sentymentu do ryzyka i rynków wschodzących i zmiany na głównych parach walutowych.

GBP

Rynki nadal przywiązują największą wagę do braku postępu w negocjacjach ws. Brexitu. Nie przejmując się nadto zarówno pozytywnymi odczytami aktywności biznesowej PMI, jak i optymistycznym tonem przewodniczącego BoE, Marka Carneya podczas przemówienia w zeszłym tygodniu. Kurs funta brytyjskiego względem dolara niemal dokładnie odwzorowywał ruch pary EUR/USD. Tym samym na przestrzeni tygodnia szterling umocnił się o ponad 1%.

Warto wspomnieć o rezygnacji głównego negocjatora ds. Brexitu z ramienia Wielkiej Brytanii, Davida Davisa, który zdecydował się na odejście, cytując brak porozumienia z premier May. Jego odejście początkowo było odbierane jako czynnik wprowadzający dodatkowy niepokój i nie sprzyjający szterlingowi, jednak obecnie wygląda na to, że może wzmocnić pozycję May, co wspiera funta.

Mimo, iż ostatnio mają nieco mniejsze znaczenie, warto wspomnieć o tym, iż w najbliższym tygodniu poznamy kilka interesujących odczytów z Wielkiej Brytanii. Warto będzie zwrócić uwagę w szczególności na wtorkowe dane o produkcji przemysłowej w maju. Lepsze dane powinny mieć potencjał wzmocnienia brytyjskiej waluty.

EUR

Stosunkowo spokojny tydzień w strefie euro przyniósł jednakowoż pozytywne zaskoczenie w postaci dobrych danych o zamówieniach i produkcji niemieckiego przemysłu. Raport ten sugeruje, że niedawne spowolnienie w aktywności gospodarek strefy euro było raczej krótkim wahaniem aniżeli zmianą trendu. W czwartek opublikowane zostaną „minutki” z ostatniego spotkania EBC, które rzucą nieco światła na oczekiwany przez członków banku centralnego termin podniesienia stóp procentowych. Rynki spodziewają się, że pierwsza podwyżka nastąpi we wrześniu 2019. Nabieramy jednak przekonania, że EBC może zdecydować się na ten krok nieco wcześniej

USD

Raport z amerykańskiego rynku pracy był niejednoznaczny. Kluczowe dane pokazały, że w czerwcu powstało 213,000 nowych miejsc pracy, w porównaniu z oczekiwanym odczytem na poziomie 195,000. Warto zwrócić uwagę, że w wyniku rewizji wzrósł również odczyt z poprzedniego miesiąca. Zaskoczeniem okazał się wzrost bezrobocia – w maju wynosiło ono 3,8%, natomiast już w czerwcu podniosło się o 0,2 punkta procentowego. Zmianę wskaźnika należy jednak przypisać ponownemu wejściu na rynek ludzi dotychczas biernych zawodowo, którzy liczą na zdobycie nowej posady. Tempo wzrostu wynagrodzeń spadło z 0,3% do 0,2% w ujęciu miesięcznym. Natomiast w ujęciu rocznym, płace wzrosły o 2,7%, co po raz pierwszy od kilku lat jest poziomem niższym od inflacji w tym samym okresie. Jeżeli w czwartek dane o dynamice cen mierzonej wskaźnikiem CPI również rozczarują, rynki mogą zacząć rozważać potencjalny spadek szans na planowane dwie podwyżki stóp procentowych w tym roku i kontynuować wyprzedaż dolara.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Passus SA zadebiutuje w lipcu na NewConnect

Zarząd GPW dopuścił do obrotu na rynku NewConnect akcje Passus SA, producenta i integratora specjalistycznych rozwiązań do poprawy bezpieczeństwa i wydajności sieci teleinformatycznych. Data debiutu giełdowego jest planowana na 17 lipca 2018 r. o godzinie 11:30 na Sali Notowań GPW. Pozyskane na giełdzie środki spółka chce przeznaczyć na rozwój systemu do automatyzacji testów wydajności aplikacji www oraz rozwój nowych produktów przez budowę grupy kapitałowej.

Passus, przy pomocy autoryzowanego doradcy INC SA, wprowadzi do obrotu na rynku NewConnect 71 400 akcji zwykłych na okaziciela serii B, 63 400 akcji zwykłych na okaziciela serii D, a także 248 300 akcji zwykłych na okaziciela serii F. Wartość nominalna każdej akcji ze wszystkich trzech serii to 10 gorszy każda.

Na początku stycznia br., w ramach przeprowadzonej za pośrednictwem Domu Maklerskiego INC SA subskrypcji, przydzielono inwestorom 248 300 akcji serii F po 5,07 zł za akcję.

„Środki pozyskane z emisji akcji serii F w kwocie 1,259 mln złotych chcemy przeznaczyć na rozwój rozwiązania AppStresser, które umożliwia automatyczne prowadzenie testów wydajności aplikacji w oparciu o rzeczywisty ruch sieciowy. Na rozwój tego projektu pozyskaliśmy wcześniej dotację z UE. Chcemy także rozwijać naszą ofertę przez budowę grupy kapitałowej. W naszych rozwiązaniach planujemy wykorzystać uczenie maszynowe do analizy ruchu sieciowego. To innowacyjne podejście otworzy nowe możliwości wykrywania zdarzeń oraz znacznie ułatwi codzienną pracę użytkownikom systemu” – mówi Tadeusz Dudek, Prezes Zarządu Passus SA.

Jedną ze spółek z grupy kapitałowej Passus jest Chaos Gears, która specjalizuje w realizacji projektów z wykorzystaniem chmury publicznej dla dużych firm i instytucji, a także szybko rozwijających się start-upów. Firma buduję swoją ofertę z wykorzystaniem technologii Amazon Web Services (AWS), udostępniając szereg usług i narzędzi służących automatyzacji procesu migracji i zarządzania infrastrukturą i aplikacjami w chmurze. Passus poinformował o włączeniu tej spółki do grupy kapitałowej w kwietniu br.

„Debiut na NewConnect jest dla nas ważnym etapem w drodze na parkiet główny. Zwiększy się nasza transparentność dla polskich i zagranicznych kontrahentów, a także uwiarygodni wycena firmy i akcji. Ta wiarygodna wycena jest dla nas ważna m.in. w kontekście programu motywacyjnego, jaki prowadzimy dla kluczowych pracowników firmy” – mówi Dariusz Kostanek, członek zarządu Passus SA.

Złoty kontynuuje umocnienia, a Erdogan zwalnia

Kolejny z rzędu dobry dzień dla złotego. W Turcji jednym dekretem zwolniono prawie 20 000 pracowników. Minister odpowiedzialny za twardy kurs w Brexicie zrezygnował.

Złoty nadal się umacnia.

Poniedziałek rozpoczął się od kolejnego zainteresowania inwestorów walutami naszego regionu. Euro kosztuje już mniej niż 4,33 zł. Kredytobiorcy walutowi, widząc franka już niemal po 3,72 zł zaczynają znów mieć powody do radości. Do minimów z początków tego roku wciąż jest jeszcze daleko, ale od szczytów z zeszłego tygodnia odbiliśmy się już niemal 10 groszy. Mocniej traci dolar. Od szczytów z 3,80 zł stracił już 12 groszy. Powodem jest nie tylko odbicie na złotym, ale również korekta na samym dolarze względem głównych walut. W rezultacie zmiana względem złotego jest sumą tych dwóch czynników. Funt zbliża się dzisiaj do granicy 4,90 zł.

Turcja kontynuuje represje

Po zwycięskich wyborach pojawił się kolejny wyraźny sygnał jak będzie wyglądać teraz Turcja. Dekretem prezydenckim zwolniono bowiem ponad 18 tysięcy osób. Głównie policjantów oraz wojskowych. Nie obyło się jednak bez dużej redukcji w ministerstwie sprawiedliwości, edukacji narodowej a także niemal 200 wykładowców uniwersyteckich. Decyzją zamknięto również kilkanaście organizacji, stację telewizyjną oraz trzy gazety. Podobno dekret ten ma być wstępem do zniesienia przedłużanego stanu wyjątkowego. Wydawać by się mogło, że na rynkach informacja wzbudzi panikę. Nic bardziej mylnego. Inwestorów najwyraźniej ucieszyły jasne zasady gry, bo od rana lira turecka wyraźnie zyskuje na wartości.

Minister do spraw Brexitu zrezygnował

Kolejna zmiana w brytyjskim rządzie. Theresa May od zeszłorocznych wyborów musi wymienić już szóstego ministra. Tym razem zrezygnował David Davis. Jest to jedna z ważniejszych osób dla rynków walutowych, gdyż odpowiadał za negocjacje w sprawie Brexitu. Do dymisji podał się również jego zastępca, co utrudni wyłonienie kolejnej osoby na to stanowisko. Co było powodem rezygnacji? Zdaniem obserwatorów był to konflikt pomiędzy koncepcją twardego rozwodu ze wspólnotą prezentowanego przez Davida Davisa, a miękkim Brexitem Theresy May i ministra finansów Philipa Hammonda. Jak zareagowały rynki? Inwestorzy znacznie spokojniej reagują na miękki Brexit, stąd nie może dziwić, że pomimo zawirowania na tak ważnym stanowisku funt nie tylko nie osłabił się, ale wręcz się umocnił.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów makroekonomicznych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Pierwszy rok działalności Krajowej Administracji Skarbowej

W marcu 2018 minął rok funkcjonowania Krajowej Administracji Skarbowej. Z tej okazji na stronie Ministerstwa Finansów pojawiło się podsumowanie jej działalności. Wynika z niego, że KAS jest połączeniem najlepszych doświadczeń administracji podatkowej, kontroli skarbowej i służby celnej, a jej utworzenie było reakcją na oczekiwania podatników.

Misja, wizja, ambicja

Podsumowanie MF to obszerna, 43-stronicowa prezentacja opisująca liczne dokonania KAS. Rzec można, że jest to list pochwalny przybliżający pomysł stworzenia i sposób wdrożenia nowej struktury administracji państwowej. Według tej prezentacji misją KAS jest „zapewnienie stabilnych, efektywnych i zrównoważonych finansów publicznych oraz wysokiej jakości świadczonych usług”. Dalej czytamy o wizji, jaka przyświeca KAS – „nowoczesna, skuteczna w egzekwowaniu podatków oraz ciesząca się zaufaniem społecznym organizacja, wspierająca uczciwych podatników i przedsiębiorców, zwalczająca oszustwa podatkowe i celne oraz chroniąca rynek i społeczeństwo”.

Podsumowanie MF a rzeczywistość

Według Ministra Finansów KAS już w pierwszym roku dokonała wręcz niemożliwego – uszczelniła system podatkowy i zmniejszyła liczbę kontroli podatkowych dzięki zwiększeniu ich efektywności. Najważniejszym osiągnięciem jest jednak to, że KAS przyczyniła się do zdecydowanego wzrostu wpływów do budżetu państwa.

Tu pojawia się pytanie: czy ten wzrost wpływów do budżetu rzeczywiście został spowodowany efektywnym, realnym i zgodnym z obowiązującymi przepisami działaniem organów KAS?

W podsumowaniu czytamy: „Przedsiębiorcy mają prawo oczekiwać, że państwo stworzy im dobre warunki do prowadzenia legalnej działalności i KAS realizuje to uprawnienie. Oprócz skutecznej walki z przestępczością gospodarczą i oszustwami podatkowymi naszym priorytetem jest ochrona legalnego biznesu i wsparcie uczciwych podatników”. Tymczasem, jak pokazuje doświadczenie, już przy założeniu działalności gospodarczej i wniosku o wpis na listę podatników VAT czynnych zaczynają się schody. Pracownik urzędu skarbowego podejmuje bowiem czynności sprawdzające. Teoretycznie taka procedura może pozwolić na wykrycie oszustwa już na samym początku. Jednak nie każdą osobę, która chce zostać przedsiębiorcą, powinno się traktować jak oszusta.

W Polsce zaś procedura sprawdzania wygląda tak, że pracownik urzędu skarbowego nie tylko dzwoni do danej osoby i wypytuje o każdy najmniejszy szczegół dotyczący przyszłej działalności, ale też może złożyć wizytę w miejscu zarejestrowania siedziby – i to bez uprzedzenia. Pojawia się szereg pytań. Czy aby na pewno dana osoba ma zamiar w tym miejscu prowadzić działalność? Czy właśnie tu będzie przyjmowała klientów? Czy rzeczywiście będzie wykonywała taką, a nie inną działalność? Pytania są z pozoru nieszkodliwe. Uzasadniona jest jednak obawa o to, czy na podstawie odpowiedzi urzędnik nie zmusi nas do zmiany naszych zamiarów dotyczących takiej działalności.

Wspomniane w podsumowaniu „dobre warunki dla prowadzenia działalności” z pewnością nie obejmują możliwości wykreślenia podmiotu z listy podatników czynnych VAT bez jakiegokolwiek powiadomienia. Część przedsiębiorców, w obawie przed tym, że zostaną wykreśleni, co jakiś czas nerwowo sprawdza, czy aby na pewno widnieją jeszcze w systemie. Jest to niepotrzebny stres.

MF chwali się zmniejszeniem liczby wszczętych kontroli podatkowych i jednoczesnym zwiększeniem ich efektywności. W podsumowaniu czytamy, że „w 2017 r. efektywność kontroli podatkowych, liczona stosunkiem liczby kontroli zakończonych do liczby kontroli, w których stwierdzono nieprawidłowości wyniosła 86% i była większa niż w 2016 r. Czas trwania kontroli został skrócony średnio o 10 dni. Średni czas trwania kontroli – do 45 dni”. Te dane obrazują prawdziwy cel KAS. Dla fiskusa efektywność kontroli oznacza jedno: stwierdzanie coraz większej liczby nieprawidłowości. Czy na pewno zawsze jest to uzasadnione? Czy kontrolujący rzeczywiście mają odpowiednie kwalifikacje, aby interpretować przepisy prawne i wykładać sposób ich stosowania?

Czas kontroli – 45 dni. Pamiętajmy jednak, że nie chodzi tylko o dni następujące po sobie. Protokół kontroli może zawierać wskazanie 45 konkretnych dni np. w przeciągu roku, przy czym coraz częściej organy podatkowe zawieszają kontrole na czas uzyskania danych –zwłaszcza od administracji skarbowych zagranicznych państw właściwych dla zagranicznych kontrahentów przedsiębiorcy. A czasu zawieszenia również nie wlicza się do czasu trwania kontroli. W dalszym ciągu istnieją przypadki, że kontrola podatkowa trwa już kilka lat i wcale nie zmierza ku końcowi. Nadal zdarza się też, że protokół stwierdzający nieprawidłowości nie zawiera stosownego uzasadnienia faktycznego ani prawnego. Czy na tym polega efektywność? Prawdą jest, że kontrola została zakończona i stwierdzono podczas niej nieprawidłowości – ale czy aby na pewno kontrolujący działali w granicach prawa?

Z czego wynika zmniejszenie liczby wszczętych kontroli? W latach 2013–2016 znaczna część kontroli była wszczynana w związku z oszustwami podatkowymi mającymi za przedmiot obrót paliwem, stalą czy elektroniką. Od tamtego czasu sukcesywnie wprowadza się mechanizm odwróconego obciążenia w VAT. W związku z tym sukcesywnie zmniejsza się też liczba wszczynanych kontroli (z uwagi na przedawnienie czy brak możliwości organizacji oszustwa karuzelowego w kolejnych latach). Do zmniejszenia liczby kontroli z pewnością przyczyniło się również wdrożenie jednolitego pliku kontrolnego. Narzędzie to pozwala organom na efektywne i niejako automatyczne wykrywanie oszustw podatkowych. Zgodnie z podsumowaniem MF, w 2017 r. zidentyfikowano „faktury wystawione przez podmioty nie mające otwartego obowiązku w podatku VAT o łącznej wartości ok. 2 mld zł”. Przypomnieć jednak trzeba, że JPK to nadal forma kontroli – i to dotycząca wszystkich przedsiębiorców!

„UCS to trudny przeciwnik dla przestępców podatkowych” – czytamy w podsumowaniu. Rozwinięcie tezy wskazuje m.in., że w 2017 r. w wyniku kontroli UCS wstrzymano zwrot VAT lub zmniejszono kwotę zwrotu VAT na kwotę ponad 1,5 mld zł. Jaka jest natomiast łączna wartość wstrzymanych zwrotów VAT? Kwota ta z pewnością w jakimś stopniu załatała lukę budżetową. Należałoby jednak liczyć się z tym, że znaczną część będzie trzeba w końcu oddać podatnikom (z odsetkami!).

Podsumowanie „podsumowania”

Sam w sobie cel działania KAS jest rzeczywiście słuszny. Niewątpliwie utworzenie tej instytucji przyczyniło się do zwiększenia wpływów do budżetu państwa i wzrostu efektywności walki z przestępczością gospodarczą i oszustwami podatkowymi. Nasuwa się jednak pytanie, czy środki realizacji celu KAS są odpowiednie i czy nie godzą również w uczciwych podatników? Odczuwalna jest dziś wzmożona podejrzliwość – nie tylko wobec przedsiębiorców działających już od dawna, ale również wobec tych nowych. Niepokoją coraz większe ingerencje państwa w swobodę działalności gospodarczej. A MF niestety nie zauważa problemów, z jakimi borykają się przedsiębiorcy właśnie w związku z nowymi przepisami i nową organizacją administracji podatkowej. Czy KAS jest zatem organizacją cieszącą się zaufaniem społecznym? Na to pytanie każdy powinien odpowiedzieć sam.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Spadek aktywności IPO w Europie w II kwartale 2018 r.

Wartość pierwotnych ofert publicznych (Initial Public Offering, IPO) przeprowadzonych na europejskich giełdach w II kwartale 2018 r. wyniosła 9,3 mld euro – to spadek aż o 43% w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego (16,2 mld euro). Na giełdzie w Warszawie w minionym kwartale odnotowano 10 ofert o łącznej wartości 43 mln euro – wynika z najnowszego raportu „IPO Watch Europe” przygotowanego przez firmę doradczą PwC.

W II kwartale 2018 r. w Polsce miało miejsce 10 pierwotnych ofert publicznych (IPO) – trzy debiuty na rynku głównym GPW oraz siedem na alternatywnym rynku NewConnect. Największą pod względem wartości ofertą publiczną był debiut wydawcy gier komputerowych Ten Square Games (94,0 mln zł). Drugim warszawskim debiutem było IPO spółki biotechnologicznej OncoArendi Therapeutics  (58,0 mln zł). Na trzecim miejscu uplasowała się oferta spółki z rynku fotowoltaiki ML System (34,6 mln zł). Łączna wartość IPO przeprowadzonych na alternatywnym rynku NewConnect wyniosła 15,2 mln zł, z czego 8,0 mln zł dotyczyło debiutu spółki Creativeforge Games.

Warszawski parkiet przyciągnął w ostatnich miesiącach emitentów z innowacyjnych sektorów gospodarki (m.in. gry i technologie IT, biotechnologia), co z pewnością jest bardzo dobrą wiadomością dla kolejnych innowacyjnych spółek rozważających debiut giełdowy. Mimo to, nie był to z pewnością udany kwartał, który zwykle jest jednym z najaktywniejszych okresów w ciągu roku. Warszawska GPW od niemal roku czeka na znaczące IPO o wartości przekraczającej 100 mln euro, które przyciągnęłoby uwagę inwestorów zagranicznych i pobudziło aktywność na rynku. W pierwszym półroczu 2018 r. pozycję naszego rynku w zakresie liczby debiutów ratował głównie NewConnect i powracający na rynek alternatywny inwestorzy. Natomiast jeśli chodzi o łączną wartość ofert, Warszawa była po raz kolejny jednym z najmniejszych rynków spośród tych, na których przeprowadzono co najmniej jedno IPO. Perspektywy na kolejne miesiące są niepewne, brak przy tym jasnych i wyraźnych zapowiedzi dużych transakcji w drugiej połowie roku, a luki po nich nie wypełnią kolejne debiuty na rynku alternatywnym” – mówi Bartosz Margol, dyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

Podsumowanie europejskiego rynku ofert pierwotnych w II kwartale 2018 r.

Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, łączna wartość IPO w Europie wyniosła 9,3 mld euro i spadła w minionym kwartale (w porównaniu do drugiego kwartału 2017 r.) aż o 6,9 mld euro. Odnotowano 99 debiutów (wobec 106 w drugim kwartale 2017 r.). W analizowanym okresie miała miejsce jedna mega oferta (IPO o wielkości przekraczającej 1 mld euro) przeprowadzona w maju na giełdzie w Szwajcarii – IPO CEVA Logistics AG (1,061 mln euro). Drugim największym IPO była oferta spółki Ayden BV (947 mln euro, debiut na giełdzie Euronext w Amsterdamie), a trzecim – IPO Avast Plc (788 mln euro, giełda w Londynie).

Aktywność na europejskim rynku IPO w I poł. od 2009* r.Aktywność na europejskim rynku IPO w I poł. od 2009

Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie) od 2014Aktywność na europejskim rynku IPO

* Dane przed 2011 r. nie uwzględniają giełd w Stambule, Zagrzebiu i Bukareszcie

Pierwsza połowa roku zakończyła się wzrostem wartości IPO o 5% w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego, głównie dzięki mega ofertom przeprowadzonym na rynkach europejskich w pierwszym kwartale 2018 r. W drugiej połowie roku perspektywa wojny handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a jej partnerami, a także trwające negocjacje w sprawie Brexitu, mogą spowodować powrót niepewności i negatywnie wpłynąć na rynek ofert publicznych. Jednak pomimo dość stonowanej aktywności w zakresie IPO w drugim kwartale oraz niepewnych nastrojów gospodarczo-politycznych, europejski rynek IPO jest nadal otwarty na emitentów, a kolejne transakcje są wciąż przeprowadzane. Otwartą kwestią pozostają wyceny uzyskiwane w procesie IPO przy coraz bardziej selektywnym podejściu inwestorów. Mimo to spodziewamy się, że aktywność w zakresie IPO na europejskich rynkach w drugiej połowie roku wzrośnie” – podsumowuje Tomasz Konieczny, partner w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

O raporcie IPO Watch Europe

Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004-2017.

Raport IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie (włączając w to giełdy w Unii Europejskiej, Islandii, Norwegii, Turcji i Szwajcarii) i jest publikowany kwartalnie. Debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwszą ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w ramach jednej giełdy, nie zostały uwzględnione w statystykach. Raport dotyczy okresu od 1 stycznia do 30 czerwca 2018 roku i został sporządzony w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji. Dodatkowe informacje, w tym tabele danych, są dołączone do niniejszej informacji prasowej.

 

W tym tygodniu kurs złotego może jeszcze się umacniać

W piątek weszła w życie pierwsza „partia” zapowiadanych ceł na chiński eksport do USA. Resort handlu w Pekinie oświadczył, że Chiny zaczęły już stosować cła odwetowe, aby bronić kluczowych interesów kraju. Tym samym wojnę handlową pomiędzy USA a Chinami można uznać za rozpoczętą. Reakcja rynków, choć była stonowana, niemniej jednak wskazywała na utrzymujące się obawy o ekonomiczny wpływ globalnego protekcjonizmu na gospodarkę światową. Napięcie w stosunkach handlowych są bowiem nie tylko na linii USA-Chiny, ale też pomiędzy USA a Unią Europejską. Ponadto Donald Trump cłami objął również produkty pochodzące z Kanady oraz Meksyku. Najbliższe miesiące pokażą, czy wojna faktycznie przybiera na sile, czy jest jedynie próbą sił, niemniej w piątek od rana dało się zauważyć wzrost awersji do ryzyka, m.in. w postaci osłabiającego się chińskiego juana oraz innych walut EM, w tym polskiego złotego, czeskiej korony, czy węgierskiego forinta.

Wzrosty złotego wspierało nadal umacniające się euro wspierane kolejnymi lepszymi raportami z Niemiec. W czwartek wyższe od oczekiwań odczyty pokazały dane nt. zamówień w przemyśle, w piątek zaś dane nt. produkcji przemysłowej. Ponadto, piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy podobnie, jak czwartkowe rozczarowały, co dodatkowo ograniczało wzrosty notowań kursu EURPLN. W czerwcu w amerykańskiej gospodarce wykreowano 177 tys. nowych miejsc pracy w sektorze prywatnym (prognozowano 190 tys.). Choć w tym samym miesiącu stworzono 213 tys. nowych miejsc pracy w sektorach poza rolnictwem (prognozowano 195 tys.), solidnie rozczarowała stopa bezrobocia (w czerwcu wzrost do 4% z 3,8% miesiąc wcześniej) oraz wysokość tygodniowych zarobków (w czerwcu spadek do 0,2% m/m z 0,3% miesiąc wcześniej). W reakcji na dane dolar zaczął się osłabiać (kurs EURUSD wzrósł powyżej 1,176 już podczas sesji europejskiej), zaś EURPLN spadł poniżej 4,35.

Biorąc pod uwagę dobre dane dot. krajowej gospodarki złoty nadal utrzymuje relatywnie niskie poziomy. Od dłuższego czasu na kurs polskiej waluty w znacznie większym stopniu wpływają czynniki zewnętrzne niż lokalne (w tym solidne dane gospodarcze wskazujące na możliwy wzrost PKB kraju o ponad 5% w II kwartale 2018 roku).  Opublikowany w zeszłym tygodniu wskaźnik PMI dla przemysłu, choć za czerwiec pokazał wynik na poziomie 54,2 (wyraźnie lepszy od oczekiwań analityków) został przyćmiony obawami o skutki sporów handlowych oraz tarcia na tle polityki azylowej w koalicji rządzącej w Niemczech.

W tym tygodniu złoty może jeszcze umocnić się (poniżej 4,34 na EURPLN) bazując na pogorszeniu sentymentu do dolara w reakcji na słabsze dane z rynku pracy oraz braku gołębich zaskoczeń podczas wtorkowo-środowego posiedzenia RPP.

Wykres dnia: Złoty w znacznie większym stopniu reaguje na czynniki zewnętrzne niż lokalne, w tym solidne dane gospodarcze. Poniżej kurs EURPLN (linia niebieska, l.oś) na tle rynkowego indeksu „strachu” VIX.

kurs
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

5 kierunków rozwoju handlu w Polsce

Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE
Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE

W 2018 roku spodziewamy się dużego wzrostu na rynku powierzchni handlowych. Szacujemy, że do użytku zostanie oddanych 460 tys. mkw. nowej powierzchni handlowej, czyli aż o 27% więcej niż w 2017 roku. Dodatkowo, modernizacji ulegną dotychczasowe obiekty, bo w sektorze handlowym do głosu dochodzą nowe trendy.

Polski rynek centrów handlowych rozwija się dynamicznie w pięciu kierunkach.

Kierunek #1: centra społecznościowe

Centra handlowe przestają być wyłącznie destynacją zakupową, a stają się centrami społecznościowymi. Zyskują rozbudowane funkcje rozrywkowo-rekreacyjne, kulturalne, są wzbogacane o przestrzeń publiczną. Dzięki temu klienci traktują je jako miejsce spotkań i różnorodnych form spędzania wolnego czasu. Przykładem może być nowo otwarte Forum Gdańsk.

Kierunek #2: wygodne zakupy na małej przestrzeni

Lokalne centra handlowe typu „convenience” są coraz popularniejsze. To mniejsze obiekty umożliwiające szybkie i sprawne zakupy pierwszej potrzeby. Centra tego typu muszą być dobrze zlokalizowane i oferować łatwy dostęp do parkingu. Najczęściej są budowane w mniejszych miastach, do 20 tys. mieszkańców.

Kierunek #3: remonty i modernizacje

Budowa tradycyjnego obiektu handlowego, ze względu na dużą konkurencję czy brak dostępności odpowiednich działek, będzie możliwa coraz rzadziej. Z tego powodu właściciele istniejących centrów handlowych skupią się na możliwościach rozbudowy i modernizacji istniejących obiektów oraz dopasowaniu ich oferty do potrzeb klientów. Przykładem jest warszawskie Blue City, które zainwestowało w rozwój funkcji gastronomicznej i rozrywkowej, a ostatnio zawarło umowę z siecią IKEA, która otworzy tam swój butikowy koncept.

Kierunek #4: wielofunkcyjne projekty

Powierzchnie handlowe są coraz częściej elementem projektów wielofunkcyjnych, tzw. „mixed-use”, które często powstają w rewitalizowanych, pofabrycznych budynkach, nadając im nowy postindustrialny charakter. Najlepszym przykładem jest powstająca Bohema na warszawskiej Pradze, gdzie będzie m.in. część biurowa, rozrywkowa – aparthotel czy sklepowa. Takie obiekty są odpowiedzią na główne trendy na rynku nieruchomości, takie jak rewitalizacja, demografia czy rozwój nowych technologii.

Kierunek #5: oglądamy w sklepie, kupujemy w Internecie i odwrotnie

Centra handlowe stawiają na łączenie sprzedaży internetowej z tradycyjnymi kanałami. Zjawisko „showromingu” przenika się z „webroomingiem”. Klienci często odwiedzają sklepy stacjonarne, aby obejrzeć i przymierzyć produkt, a następnie dokonują zakupu w Internecie (showrooming). Z drugiej strony, sprzedawcy, poprzez spersonalizowaną obsługę klienta, starają się zachęcić go, aby po obejrzeniu produktu online dokonał zakupu w ich sklepie tradycyjnym (webrooming).

Pod ochroną Trzech Lwów

Wojny handlowe na poważnie wystartowały, tymczasem rynki finansowe kontynuują pozytywne odbicie. Ostatnie słowo nie zostało jeszcze wypowiedziane, więc trwałość poprawy nastrojów nie jest pewna. W międzyczasie gorąco robi się na brytyjskiej scenie polityczne, gdzie ostatnie postanowienia ws. Brexitu wywołują roszady w rządzie.

W piątek USA zaczęły respektować cła importowane na towary z Chin. W odpowiedzi Chiny zastosowały podobne środki dla towarów z USA. Konflikt handlowy między tymi dwoma krajami przeszedł z fazy zapowiedzi do faktycznych działań i bardzo prawdopodobne jest, że nie zostało jeszcze powiedziane ostatnie słowo. W końcu sam prezydent Trump groził, że jeśli Chiny odpowiedzą na jego cła (co Pekin zrobił), to on zaostrzy cła nawet na cały import z Państwa Środka. Stąd eskalacja obaw rynkowych nie jest do końca wykluczona, choć jak na razie inwestorzy pozostają zrelaksowani. Być może jest to przejaw zmęczenia tematem i bez namacalnych dowodów ryzyka większych zaburzeń w globalnym handlu rynki nie zamierzają przereagowywać? To jednak byłoby coś nowego po „skocznym” czerwcu. A może rekordowe upały nawiedzające obecnie Wielką Brytanię otępiły traderów w City? Cokolwiek by to nie było, nie sądzę, aby zagrożenie minęło na dobre.

Póki co jednak odreagowanie aktywów ryzykownych trwa, na czym przede wszystkim korzystają waluty z Antypodów i Skandynawii, a przegranym jest USD (który do niedawna był bezpieczną przystanią). Piątkowy raport z rynku pracy USA z niższą od prognoz dynamiką płac nie przyłożył się do obrony wartości dolara. Pozytywny sentyment pomaga też złotemu i EUR/PLN systematycznie oddala się od 4,40, dziś testując 4,34. Dziś w kalendarzu brakuje kluczowych publikacji – indeks Sentix prawie nigdy nie przyciąga uwagi, a w popołudniowym przemówieniu w PE prezes EBC Draghi nie może niczym zaskoczyć po tym, jak w na czerwcowej konferencji dokładnie wyłożył stanowisko banku.

Entuzjazm po tym, jak premier Wielkiej Brytanii ogłosiła w piątek sukces w wypracowaniu konsensusu po wielogodzinnych rozmowach swojego gabinetu, okazał się krótkotrwały. Nowa propozycja dalszej strategii prowadzenia negocjacji Brexitu okazała się nie do zaakceptowania przez głównego ministra prowadzącego rozmowy z UE. David Davis złożył w niedzielę rezygnację, a w uzasadnieniu napisał, że obecny trend w polityce i przyjęta taktyka czynią coraz mniej prawdopodobnym, że Wielka Brytania opuści unię celną i jednolity rynek europejski. W odniesieniu do GBP na szali na przeciw siebie pozostawione są stabilność rządu i wzmocnienie szans na „miękki Brexit”. W rządzie wciąż pozostało kilku głośnych zwolenników twardego rozstania z UE (np. Boris Johnson), którzy mogą torpedować działania od środka. Ponadto May musi jeszcze przekonać do swojej wizji swoją partię, gdzie nie brakuje osób o poglądach bliższych Johnsona. Z drugiej strony May ma możliwość powołania na stanowisko Davisa kogoś, kto usprawni rozmowy z UE. Jeśli zostanie znalezione rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony, ułatwi to m.in. decyzję Banku Anglii o podwyżce stopy procentowej w sierpniu, choć nie zapominajmy, że BoE uważnie śledzi też dane z gospodarki – w tym tygodniu produkcja przesyłowa i PKB (wt). Na razie funt trzyma się mocno, w czym pomocny może być fakt, że brytyjska prasa także nie pastwi się nad rządem, a jest bardziej zajęta relacjonowaniem przygotowań do środowego meczu półfinałowego Anglii z Chorwacją. Premier May nie mogła wybrać lepszego momentu na odważne decyzje niż w momencie, kiedy reprezentacja Trzech Lwów odnosi zaskakujący sukces.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Stacje benzynowe inwestują w gastronomię. Są coraz ważniejszym graczem w tym segmencie

Stacje benzynowe inwestują w gastronomię. Są coraz ważniejszym graczem w tym segmencie 9

W branży gastronomicznej i handlu silnym graczem stały się stacje benzynowe. Konkurują z osiedlowymi sklepikami i dyskontami, doganiając je zarówno pod względem asortymentu, jak i promocji. Ekspresy na stacjach robią lepszą kawę niż niejedna lokalna kawiarnia, a oferta gastronomiczna zaczyna przypominać tę restauracyjną. Niemal każda z większych sieci paliwowych rozwija już własny koncept gastronomiczno-kawiarniany, a sprzedaż pozapaliwowa staje się coraz istotniejszym źródłem przychodów. 

– Stacje benzynowe zmieniają swój charakter, przyjmują nowe funkcje, oferują nowe usługi. Zmiany społeczne powodują, że ludzie traktują stacje benzynowe jako przestrzeń, w której realizują różne potrzeby, na przykład siedzą z laptopem i korzystają z darmowego Wi-Fi, jedzą lunch, na stacji można też na czas zakupów zostawić dziecko w kąciku multimedialnym, który często jest wyposażony lepiej niż w dobrej restauracji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Müller, restaurator i food concept director.

Zmiany na rynku paliwowym i niska marżowość na paliwach płynnych powodują, że stacje benzynowe stawiają na ofertę gastronomiczną i usługi dodatkowe. Z drugiej strony wpływa na to podejście samych konsumentów. Dla nich stacja benzynowa otwarta 24/7 i zawsze po drodze powoli przestaje być punktem tankowania auta i zakupu kilku batoników czy hot-doga. W coraz większym stopniu jest miejscem, w którym można zaspokoić większość potrzeb zakupowo-usługowych.

– W innych kulturach stacje kojarzą się z miejscem, w którym można coś zjeść. U nas jeszcze do niedawna kojarzyły się z miejscem, w którym pachnie ropą i nie jest zbyt przyjemnie. Obecnie ich jakość i standard przypomina dobre delikatesy, przyjemnie jest chodzić po takiej stacji. Mają bardzo ciekawą ofertę kawy, często lepszą niż w dobrej restauracji. Stacje benzynowe będą się zmieniać i inwestować w rynek HoReCa, będą rosły formaty gastronomiczne na stacjach paliw – ocenia Tadeusz Müller.

Sprzedaż pozapaliwowa jest istotnym punktem strategii BP. Paliwowy koncern jako pierwszy wszedł dekadę temu na rynek z gastronomiczno-kawiarnianym brandem Wild Bean Café, który oferuje restauracyjne menu i świeżo mieloną kawę. Na koniec ubiegłego roku sieć liczyła ponad pięćset kawiarni w całej Polsce – więcej niż restauracji McDonald’s. Sieć Circle K postawiła na świeżo wypiekane pieczywo, wprowadzając na stu stacjach koncept Great Bakery. Sukcesywnie rozwija też markę Simply Great Coffee, koncept samoobsługowych punktów kawiarnianych. Shell zamierza zwiększyć swoje przychody ze sprzedaży pozapaliwowej do 50 proc. przed 2025 rokiem, m.in. dzięki wprowadzeniu oferty zdrowej żywności. Natomiast Orlen postawił na polskie smaki, szybkie, ale wysokiej jakości przekąski do ręki. Przez dwa lata paliwowy koncern otworzył też ponad dwieście punktów z nowym konceptem Stop Cafe 2.0.

Jak podkreśla Tadeusz Müller, sieci paliwowe mocno śrubują też standardy jakości, stawiając na clean label. Dzięki temu przeganiają rynek QSR (Quick Servis Restaurants – restauracje szybkiej obsługi).

– Mają ofertę, która moim zdaniem przewyższa to, co proponuje dziś rynek QSR i fast foody. Możemy się spodziewać, że gastronomia na stacjach paliw będzie bardziej lokalna, będzie opierała się o bardziej wyselekcjonowane składniki, a to jest duża korzyść dla konsumentów. Coraz częściej zaspokajamy potrzeby poza domem i pracą. Właśnie dlatego stacja – nawet dla ludzi, którzy nie tankują samochodu – może być miejscem na lunch, co nie jest złem koniecznym, ale już świadomym wyborem – mówi Tadeusz Müller.

Ekspresy na stacjach robią lepszą kawę niż niejedna lokalna kawiarnia. W Wild Bean Café można wypić kawę w porcelanowych filiżankach, z kolei Orlen jest liderem jakości mielenia, parzenia i dodatków do kawy, na wielu stacjach można też kupić akcesoria do alternatywnych metod parzenia.

Co istotne, poszerza się też oferta usług dodatkowych na stacjach paliw. Na większości dostępne są bankomaty, paczkomaty InPostu, w których bez względu na porę można wygodnie odebrać albo nadać przesyłkę, kąciki ze świeżymi kwiatami czy oferta dodatkowych usług finansowych.

– Możemy odebrać paczkę kurierską, dorobić zapasowy klucz, napoić psa, możemy zjeść rozbudowany posiłek – te usługi są bardzo zróżnicowane. W Anglii byłem na stacji benzynowej, na której był sklep z organicznym mięsem. Kiedyś supermarkety stawiały obok punkty z ekonomicznym paliwem. Teraz to stacje benzynowe stawiają obok proximity markety, w którzy można się zaopatrzyć. To okazja tym bardziej teraz, w niehandlowe niedziele – zauważa Tadeusz Muller.

Food concept director i współautor sukcesu kilku znanych restauracji zauważa, że sieci paliwowe inwestują w ten segment, ale brakuje im jednak doświadczenia w branży gastronomicznej.

– Sieci, które zorientują się w trendach i skorzystają z usług firm doradczych, które mają doświadczenie w gastronomii, na pewno będą rosły. Obserwujemy, że po zmianach, ulepszeniu oferty, po lekkim rebrandingu i wprowadzeniu nowocześniejszego jedzenia, stacje benzynowe sprzedają nawet 20-30 proc. więcej szybkich przekąsek i jedzenia ogółem – mówi Tadeusz Muller.

Wiceprezes Kapsch TrafficCom: viaTOLL jednym z najbardziej efektywnych systemów poboru opłat. Kilka krajów w Europie chce realizować tego typu projekty

Wiceprezes Kapsch TrafficCom: viaTOLL jednym z najbardziej efektywnych systemów poboru opłat. Kilka krajów w Europie chce realizować tego typu projekty 10

System elektronicznego poboru opłat działa już od siedmiu lat i w tym czasie zapewnił wpływy do Skarbu Państwa przekraczające 10 mld zł. Jego operator podkreśla, że viaTOLL jest jednym z najbardziej efektywnych finansowo systemów w całej Europie, ale i najbardziej skomplikowanych – ze względu na wyśrubowane wymogi postawione przez GDDKiA. Grupa Kapsch TrafficCom – która zbudowała viaTOLL i zarządza nim od siedmiu lat – realizuje podobne projekty m.in. w Austrii, Czechach i na Białorusi, ale również poza Europą, w Stanach Zjednoczonych, RPA czy Australii.

System opiera się o technologię DSRC (bramownice na drogach i urządzenia w pojazdach), co zdaniem operatora jest najbardziej efektywnym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę specyfikę polskiego rynku. Obecnie w całym kraju rozmieszczone są 964 bramownice, które mogą być wykorzystywane nie tylko na potrzeby viaTOLL, lecz także do wykrywania przejazdu pojazdów przeciążonych, przemytu czy wparcia organów ścigania.

 Pozyskanie projektu viaTOLL w Polsce nie było proste i wymagało długotrwałych starań. Ostatecznie jednak udało nam się wygrać międzynarodowy przetarg, dzięki zaoferowaniu najlepszej jakości i ceny. To było najtrudniejsze. Sam projekt i jego wdrożenie podlegały ścisłym ramom czasowym, ale na tym etapie poszliśmy najkrótszą drogą, finalizując podpisanie umowy w ciągu jednego miesiąca. Od tamtej pory system działa pełną parą, bez żadnych problemów czy zakłóceń, i generuje spore zyski dla strony polskiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michael Gschnitzer, wiceprezes Kapsch TrafficCom.

Elektroniczny system poboru opłat drogowych od kierowców viaTOLL działa od siedmiu lat. Powstał w rekordowo krótkim czasie – osiem miesięcy po podpisaniu umowy – i zwrócił się w całości już po półtora roku działania. Dotychczas system zapewnił wpływy przekraczające 10 mld zł do Krajowego Funduszu Drogowego, który przeznacza te środki na modernizację i budowę nowych dróg. Aktualnie w systemie zarejestrowanych jest prawie 1,2 mln pojazdów, a sieć obejmuje ponad 3 660 kilometrów dróg.

Za zbudowanie i utrzymanie systemu viaTOLL – na zlecenie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad – odpowiada Kapsch Telematic Services. To spółka córka Kapsch TrafficCom – międzynarodowego dostawcy inteligentnych systemów transportowych, systemów poboru opłat drogowych i innowacyjnych rozwiązań opartych na technologiach telematycznych. Spółka zwraca uwagę na to, że wymogi postawione przez Skarb Państwa były bardzo wyśrubowane i ostatecznie w postępowaniu dotyczącym budowy systemu viaTOLL wzięły udział tylko dwa podmioty, które były w stanie im sprostać.

 Nasza spółka prowadzi działalność w tym obszarze już od 25 lat i jest obecna na pięciu kontynentach. Jako jedyna firma na świecie realizujemy zakrojone na szeroką skalę projekty tego typu w więcej niż jednej lokalizacji. System krajowy działa np. w Austrii, gdzie wdrażaliśmy nasz pierwszy projekt. Ostatnio ponownie wygraliśmy tam przetarg na nowy system, którego wdrażanie właśnie kończymy. Od 13 lat jesteśmy operatorem systemu tego typu w Czechach. Wkrótce będzie on przedmiotem kolejnego przetargu, bo aktualna umowa dobiega końca. Jeszcze przez 20 lat będziemy operatorem takiego systemu na Białorusi – mówi Michael Gschnitzer.

Grupa Kapsch TrafficCom zajmuje się realizacją podobnych projektów nie tylko w Europie, lecz także w Stanach Zjednoczonych, RPA, Ameryce Łacińskiej i Australii.

– W Europie kilka krajów chce realizować projekty tego typu. Często są to systemy wdrażane w ramach ponownych przetargów, ponieważ obowiązujące umowy dobiegają końca. Oprócz tego są inne kraje, takie jak Grecja czy Bułgaria, gdzie ostatnio wygraliśmy przetarg i teraz realizujemy tam prace wdrożeniowe. Należy także wspomnieć o Azji Środkowej i tamtejszych projektach na dużą skalę – wylicza Michael Gschnitzer.

Jak podkreśla, polski system poboru opłat od kierowców viaTOLL jest jednym z najskuteczniejszych i najbardziej efektywnych kosztowo w Europie – i to pomimo faktu, że stawki opłat drogowych w Polsce są jednymi z najniższych. Koszty operacyjne stanowią 16 proc. wpływów (1,6 mld zł w trakcie siedmiu lat działania viaTOLL), a system jest szczelny niemal w stu procentach.

Na przychody polskiego systemu poboru opłat viaTOLL składają się opłaty pobierane od pojazdów lekkich: manualnie (na bramkach) bądź za pośrednictwem urządzeń viaAUTO oraz opłaty za przejazdy samochodów ciężarowych, busów i autobusów po sieci dróg płatnych (kierowcy autobusów i pojazdów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 t muszą obowiązkowo korzystać z systemu). W miarę rozwoju systemu i pod wpływem badań satysfakcji kierowców – operator wprowadził szereg dodatkowych udogodnień, m.in. opcję eNota, powiadomienia SMS oraz aplikację mobilną.

Od 2 listopada br. pieczę nad systemem ma przejąć publiczny podmiot – Główny Inspektorat Transportu Drogowego, który po siedmiu latach ma zastąpić dotychczasowego operatora.

Brak podwyżek stóp procentowych uderza w oszczędzających na lokatach. Szukają więc bardziej zyskownych form inwestycji

Brak podwyżek stóp procentowych uderza w oszczędzających na lokatach. Szukają więc bardziej zyskownych form inwestycji 11

Podwyżek stóp procentowych nie należy się spodziewać jeszcze przez co najmniej rok – tak uważa prezes NBP Adam Glapiński, sugerując, że być może nie wzrosną one nawet w 2020 roku. To dobra wiadomość dla kredytobiorców, ale zła dla osób, które oszczędzają na lokatach. Niskie oprocentowanie w połączeniu z inflacją i podatkiem Belki niweluje zyski kapitałowe, przez co Polacy szukają bardziej zyskownych możliwości lokowania oszczędności. Rosnącą popularnością cieszą się fundusze inwestycyjne, które pozwalają lepiej zarobić, a pieniądze, w odróżnieniu od lokaty, można wypłacić w dowolnym momencie wraz z wypracowanym zyskiem. 

Główna stopa procentowa NBP wynosi obecnie 1,5 proc. Na niezmienionym, historycznie niskim poziomie utrzymuje się już od marca 2015 roku.

Niskie stopy procentowe oznaczają z jednej strony niskie raty kredytów hipotecznych, co z pewnością ucieszy osoby, które planują zakup mieszkania na własność czy w celach inwestycyjnych. Z drugiej strony, niskie stopy procentowe przekładają się na niskie oprocentowanie lokat, dlatego poszukiwane są inne możliwości, które pozwalają skutecznie pomnażać środki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Tymoszuk, menadżer ds. kluczowych klientów w Union Investment TFI.

Lokaty są drugą najpopularniejszą formą oszczędzania po przysłowiowej skarpecie. Według badania Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych oraz Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH pieniądze odkłada na nich 43 proc. Polaków. Lokaty są stosunkowo bezpiecznym instrumentem finansowym, ale aktualnie niskie oprocentowanie, inflacja i podatek Belki niwelują zyski. Według Comperia Analytics, średnie oprocentowanie lokat 3M skali roku wyniosło w kwietniu br. 1,42 proc. przy inflacji na poziomie 1,6 proc. rdr., co oznacza, że lokaty przyniosły oszczędzającym straty. Expander szacuje je na ok. 1,9 mld zł w zeszłym roku, gdy Polacy trzymali na lokatach ok. 280 mld zł.

– Widać wzrastające zainteresowanie inwestowaniem w nieruchomości. Tego typu inwestycje często wymagają na samym początku zgromadzenia większych środków pieniężnych, a jeśli mówimy o mieszkaniach na wynajem, dochodzą do tego dodatkowe kwestie związane z zarządzaniem nieruchomością – mówi Łukasz Tymoszuk.

Z wyliczeń Metrohouse wynika, że w I kwartale 2018 roku 28 proc. mieszkań kupiono z zamiarem inwestycyjnym (w porównaniu do 23 proc. rok wcześniej). Z badań wynika, że już dwie trzecie Polaków uznaje nieruchomości za najlepszą formę lokowania kapitału. Z danych Reas wynika, że w zeszłym roku popyt na nowe mieszkania na sześciu głównych rynkach (w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście Poznaniu i Łodzi) wzrósł o 17 proc., a pierwszy kwartał br. tylko potwierdził, że popyt na mieszkania z rynku pierwotnego wciąż nie słabnie. Wielu Polaków wybiera jednak inną alternatywę – fundusze inwestycyjne.

– Klienci najczęściej wybierają fundusze gotówkowe i pieniężne, które pozwalają zyskać więcej niż lokaty bankowe przy stosunkowo niskim ryzyku ­– podkreśla menadżer ds. kluczowych klientów Union Investment TFI

W tym przypadku próg wejścia zaczyna się już od kilkuset złotych. W odróżnieniu od lokaty, gdzie wcześniejsza wypłata powoduje utratę odsetek, pieniądze w funduszu wraz z wypracowanym zyskiem są dostępne w każdej chwili. Odpowiedni fundusz można wybrać w zależności od akceptowalnego ryzyka i oczekiwanej stopy zwrotu.

– Wpływ na wybór odpowiedniego funduszu ma wiele czynników, m.in. profil ryzyka klienta, oczekiwana stopa zwrotu i horyzont inwestycyjny. Poszukując właściwego funduszu inwestycyjnego, warto szukać firmy o ugruntowanej pozycji na rynku, która istnieje wiele lat i jest wyróżniana za osiągane wyniki. Dzięki temu możemy mieć pewność, że nasze środki będą zarządzane efektywnie i skutecznie – mówi Łukasz Tymoszuk.

Jak wynika z przeprowadzonego na początku roku badania KPF i SGH, oszczędności zgromadzone w jednostkach funduszy inwestycyjnych ma 4,7 proc. polskich gospodarstw domowych. Podobny odsetek wskazuje marcowe badanie na zlecenie Deutsche Banku. Wynika z niego, że oszczędności w jednostkach funduszy ma 3,6 proc. Polaków, przy czym ten odsetek jest dwukrotnie wyższy (8,3 proc.) w gronie osób bardziej zamożnych, z dochodami przekraczającymi 7 tys. zł miesięcznie.

Kolejne cła w światowym handlu. Na razie napięcia na linii USA – Chiny nie powinny zaszkodzić Polsce

Kolejne cła w światowym handlu. Na razie napięcia na linii USA – Chiny nie powinny zaszkodzić Polsce 12

W życie wchodzą kolejne zapowiadane przez administrację amerykańską cła na towary chińskie i zapowiadane przez władze Chin cła na towary amerykańskie. To nie pierwsze bariery w wymianie handlowej między tymi krajami, a zapowiadane są następne. Napięcia w światowym handlu nie omijają też UE, która w czerwcu w odwecie na środki wprowadzone przez Donalda Trumpa nałożyła cła na niektóre amerykańskie towary. Na razie nie wpływa to znacząco na światowy handel, ale w długiej perspektywie może to mieć znaczenie dla europejskich gospodarek, również polskiej.

– Unia Europejskie niektóre produkty amerykańskie okłada cłem: jeansy, Burbon. Nie są to duże wartości, to niecałe 3 mld euro, razem z tymi produktami, które USA obłożyły cłem, tzn. aluminium i stal, to jest może 1,5 proc. całej wymiany handlowej UE – Stany, więc na razie jest to potyczka handlowa, a nie wojna handlowa – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Gorsze jest to, że może to być początek czegoś znacznie poważniejszego, co jak widzimy w tej chwili wydaje się rodzić na linii Stany Zjednoczone – Chiny.

22 czerwca weszły w życie 25-proc. cła wprowadzone przez Unię Europejską na niektóre amerykańskie produkty, takie jak dżinsy, Burbon, jachty czy niektóre motocykle. To reakcja na obłożenie przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa cłami importowanych aluminium i stali. Obowiązują one od początku czerwca. Co więcej, to może być dopiero początek wojny handlowej, bo Trump już zapowiedział, że przyjrzy się importowi samochodów. Przede wszystkim chciałby zmniejszenia wwozu niemieckich aut i nakłonienia koncernów zza Odry, by składały swoje pojazdy w USA. Wówczas Unia, która na razie stara się nie zaogniać sytuacji, musiałaby podjąć kolejne kroki.

– Na razie tego nie odczujemy, odczulibyśmy na pewno, gdyby ta wojna handlowa się naprawdę nasiliła, gdyby – co pan Trump obiecuje – na nasze karne cła pojawiły się dużo większe ich cła, my byśmy znowu zwiększyli swoje i pojawiłoby się sprzężenie zwrotne. To doprowadziłoby do prawdziwej wojny handlowej, która zahamowałaby wzrost gospodarczy na całym świecie. Odczulibyśmy to niewątpliwie również w Polsce, na własnych kieszeniach i na rynku pracy – przewiduje Piotr Kuczyński.

Amerykański prezydent zamierza chronić rodzimy rynek nie tylko przed Unią Europejską. Kolejnym jego celem stały się Chiny – w lipcu zaczną obowiązywać cła na 1100 produktów z Chin o łącznej wartości 50 mld dolarów i już szykuje kolejne, o czterokrotnie wyższej wartości. Pekin natychmiast zapowiedział wprowadzenie własnych ceł na towary z USA. I choć ekonomiści zgodnie twierdzą, że wojna z USA Chinom się nie opłaci, mocarstwo to nie może sobie pozwolić na pozostawienie kroku Trumpa bez odpowiedzi ze względów ambicjonalnych.

– Trump odpowiedział, że on w związku z tym obłoży cłami następne 200 mld dolarów – przypomina główny analityk DI Xelion. – Na razie, jak mówi szef Goldman Sachs, jest to tylko retoryka, która służy do tego, żeby dojść do porozumienia. Tak zresztą reagują na to rynki finansowe. Nie bardzo wierzą w pełną skalę wojny handlowej, ale trzeba brać pod uwagę to, że ego pana prezydenta Trumpa może doprowadzić do różnych rozwiązań. Ponadto Azjaci nadzwyczaj cenią sobie zachowanie twarzy i nie dadzą się upokorzyć, do czego zdaje się dążyć pan Trump. To może doprowadzić do zupełnie nieoczekiwanych wyników. Zbitka tych dwóch postaw może doprowadzić do prawdziwej wojny handlowej.

Na Unię Europejską, Chiny i Stany Zjednoczone przypada po ok. 15 proc. światowego obrotu towarami, co razem daje niemal połowę globalnej wymiany. To przeszło 10 bln euro. Jednak jedna piąta całego unijnego eksportu do krajów zewnętrznych trafia do Stanów Zjednoczonych. To niemal dwa razy tyle, co do Chin. A zważywszy na fakt, że Amerykanom zależy na ograniczeniu pozycji Niemiec, uderzenie w ten kraj może zaszkodzić Polsce. Niemiecka gospodarka odbiera bowiem niemal 28 proc. polskiego eksportu. To więcej niż pięć kolejnych krajów razem wziętych.

– W obecnej sytuacji nie będziemy tego odczuwali, bo to nie są duże wartości. Jeżeli jednak na pełną skalę rozkręci się wojna handlowa, wtedy słabnący globalnie wzrost gospodarczy doprowadzi do recesji lub stagnacji w Niemczech, a to natychmiast przełoży się na koniunkturę w Polsce – ocenia Piotr Kuczyński.

Od przyszłego roku ma zniknąć użytkowanie wieczyste gruntów. Potrzebne gigantyczne zmiany w 2,5 mln ksiąg wieczystych

Od przyszłego roku ma zniknąć użytkowanie wieczyste gruntów. Potrzebne gigantyczne zmiany w 2,5 mln ksiąg wieczystych 13

Z początkiem przyszłego roku ma zniknąć prawo użytkowania wieczystego – tak zakładają przepisy, nad którymi właśnie pracuje Sejm. To oznacza, że właściciele domów jednorodzinnych i mieszkań, którzy byli użytkownikami wieczystymi, automatycznie uwłaszczą się na gruncie, na którym znajduje się ich nieruchomość. Dotychczasową opłatę za użytkowanie zastąpi opłata przekształceniowa, płacona przez kolejnych 20 lat. Zmiana zapewni przyszłym właścicielom dużo większe możliwości dysponowania gruntem czy zaciągania zobowiązań. Dla samorządów to gigantyczna operacja, która wymaga wprowadzenia zmian w 2,5 mln ksiąg wieczystych.

Nowe przepisy zakładają, że od 1 stycznia przyszłego roku zniknie użytkowanie wieczyste gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe we współwłasność. Każdy użytkownik wieczysty, który jest dzisiaj właścicielem swojego mieszkania albo domu, a współużytkownikiem wieczystym gruntu, z mocy prawa stanie się właścicielem gruntu pod swoim domem lub mieszkaniem w całości bądź w przysługującym mu udziale. Ustawa jest już na ostatniej prostej ścieżki legislacyjnej. Wczoraj w Sejmie odbyło się I czytanie, po którym projekt został skierowany do dalszych prac w komisji sejmowej.

– Nowe przepisy będą dotyczyć około 2,5 mln użytkowników wieczystych, a więc wraz z rodzinami pewnie ok. 10 mln Polaków. To ważna informacja, bo oznacza, że już nikt nigdy nie otrzyma decyzji o zmianie stawki za użytkowanie wieczyste. Zdarzało się tak, że wzrost wartości nieruchomości aktualizowany przez samorząd powodował zwielokrotnienie tej opłaty. To było całkowicie społecznie nieakceptowalne – mówi agencji Newseria Biznes Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Jak podkreśla, użytkowanie wieczyste gruntów, które zostało wprowadzone w latach 60., to relikt epoki PRL, nieprzystający do dzisiejszych realiów rynkowych.

– Własność oznacza możliwość zaciągania zobowiązań, dajemy ludziom swobodę dysponowania gruntem. Nie muszą czekać kilkudziesięciu lat w ramach tego dziwactwa, jakim jest 99-letnie użytkowanie wieczyste – podkreśla Artur Soboń.

Przekształcenie użytkowania wieczystego we własność nie będzie jednak całkiem bezpłatne. Projekt nowej ustawy zakłada, że w miejsce obecnych opłat za użytkowanie wieczyste przyszli właściciele będą wnosić opłatę przekształceniową, rozłożoną na 20 lat. Wysokość rocznych rat ma być równa opłacie rocznej z tytułu użytkowania wieczystego obowiązującej przed 1 stycznia 2019.

– W przypadku, kiedy będzie to teren Skarbu Państwa, zaproponowaliśmy w ustawie 60-proc. bonifikatę, jeśli ktoś zapłaci opłatę łączną. W przypadku terenów należących do samorządów, to one dysponują własnym mieniem i określą wysokość takiej bonifikaty – mówi Artur Soboń.

Jak ocenia, w przypadku części nieruchomości nowe przepisy spowodują wzrost ich wartości. Natomiast dla rynku nieruchomości w dużych miastach nie będą mieć wielkiego znaczenia, ponieważ wartość użytkowania wieczystego jest już dzisiaj niemal równa wartości rynkowej.

Wprowadzone w latach 60. użytkowanie wieczyste oznacza, że każdy, kto kupił albo wybudował dom, mieszkanie czy garaż na gruncie w użytkowaniu wieczystym jest jego właścicielem, ale nie dysponuje własnością gruntu, na którym ta nieruchomość się znajduje. Za jej użytkowanie musi co roku uiszczać określoną opłatę Skarbowi Państwa bądź samorządowi. Jak podkreśla sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju, zmiana tych przepisów będzie bardzo dużym wyzwaniem logistycznym.

 To jest gigantyczna operacja w 2,5 mln ksiąg wieczystych. Mamy na to przygotowane pieniądze, zatrudnimy armię ludzi do tego, aby w tych księgach dokonać zmian. To duża operacja dla samorządów, które muszą wydać odpowiednie zaświadczenia, i dla 2,5 mln użytkowników wieczystych, którzy muszą albo przyjść do notariusza i to szybko załatwić, albo spokojnie płacić, wiedząc, że z czasem będą musieli zapisać przekształcenie w księgach – mówi Artur Soboń.

Panasonic i Green Caffè Nero podnoszą się po dużych kryzysach wizerunkowych. Przykład firm pokazał znaczenie strategii antykryzysowych dla marek

Panasonic i Green Caffè Nero podnoszą się po dużych kryzysach wizerunkowych. Przykład firm pokazał znaczenie strategii antykryzysowych dla marek 14

Kryzys wizerunkowy Panasonica, którego pracownik zamieścił na LinkedInie seksistowski komentarz, pokazał, jak ważna w działaniach każdej marki jest strategia antykryzysowa. Internauci negatywnie zareagowali na oświadczenia firmy, które – w ocenie ekspertów – były przesiąknięte korporacyjną nowomową, nijakie i zbyt ogólne. Coraz częściej zdarza się, że pracownik, naruszając normy społeczne bądź wartości wyznawane przez internautów, sprawia kłopoty, przez co firmę zalewa fala krytyki. 

Kryzys wizerunkowy firmy Panasonic pokazał, jak ważna jest konkretna komunikacja, a nie uderzanie w korporacyjną nowomowę. Jeden z jej pracowników zapytał na portalu LinkedIn o umiejętności seksualne potencjalnej kandydatki na asystentkę. Wśród oburzonych tym faktem znalazła się dziennikarka, która nagłośniła sprawę w mediach społecznościowych. Krytyka Panasonica bardzo szybko pojawiła się na Facebooku marki – mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Przybylski, redaktor serwisu PRoto.pl.

W odpowiedzi na zarzuty Panasonica – poza stwierdzeniem, że ma świadomość zaistniałej sytuacji – odciął się w oświadczeniu od komentarza pracownika, podkreślając, że w procesach rekrutacji firma zwraca uwagę jedynie na kompetencje poszczególnych kandydatów. Eksperci, z którymi rozmawiało PRoto.pl, zwracali jednak uwagę na to, że w komunikacji firmy Panasonic coś poszło nie tak, ponieważ odbiorcy zwracali bardziej uwagę na samą firmę, a nie na głównego winowajcę, czyli jednego z pracowników, który zamieścił seksistowski komentarz.

Powodem tego – według ekspertów – mogło być zbyt słabe odcięcie się Panasonica od działań swojego pracownika oraz zbyt ogólne komunikaty – mówi Maciej Przybylski.

Barbara Labudda-Krysztofczyk z agencji Synertime podkreśliła, że oświadczenie marki w przypadku kryzysu wizerunkowego nie może być nijakie, zbyt ogólne czy pełne korporacyjnej nowomowy. Jeżeli ktoś został poszkodowany, należy go przeprosić i wyrazić ubolewanie. Zdaniem Urszuli Podrazy z agencji Planet PR, z którą rozmawiał serwis PRoto.pl, Panasonic mógł też przedstawić konkretne działania, które podjął w związku z tą sprawą. Innym firmom ekspertka poradziła, żeby w swoich strategiach na wypadek kryzysu wizerunkowego także uwzględniły sytuację podobną do tej, z którą zmierzył się Panasonic. Coraz częściej bowiem zdarza się, że jakiś pracownik firmy – naruszając normy społeczne – sprawia kłopoty, przez co firma jest krytykowana przez internautów.

Kilka dobrych praktyk antykryzysowych eksperci wskazali za to w działaniach sieci kawiarni Green Caffè Nero. Problem firmy związany był ze zdrowiem klientów, ponieważ w produktach sprzedawanych przez sieć kawiarni wykryto bakterie, które wywoływały salmonellę. Zatruciu uległo kilkadziesiąt osób, wiele z nich trafiło do szpitala, przez co marka spotkała się z krytyką internautów – mówi Maciej Przybylski.

W działaniach antykryzysowych Green Caffè Nero bardzo ważną rolę odegrał Facebook. Za pośrednictwem tego kanału marka poinformowała o problemie i z własnej inicjatywy skontaktowała się z poszczególnymi poszkodowanymi. Ogłosiła też, że wycofuje ze sprzedaży podejrzane produkty, by zapobiec kolejnym zatruciom. Dodatkowo na facebookowym profilu marka opublikowała film z przeprosinami samego Adama Ringera, czyli prezesa sieci kawiarni.

Jak stwierdził Jan Kołodyński z agencji Lighthouse, jego oświadczenie było bardzo ludzkie, pozbawione korporacyjnej mowy-trawy, dlatego wypadło dobrze i tak samo było oceniane. Zdaniem eksperta takie oświadczenia mogą pokazywać ludzką twarz biznesu. Urszula Podraza z Planet PR dodała, że dzięki zaangażowaniu prezesa w działania antykryzysowe firma może pokazać, że rzeczywiście traktuje poważnie całą tę sytuację – mówi Maciej Przybylski.

Eksperci na ogół chwalą działania antykryzysowe marki, wskazując jednak, że przeprosiny mogły się pojawić nieco wcześniej, marka mogła też odpowiadać na większą liczbę zgłoszeń na Facebooku.

W działaniach antykryzysowych bardzo ważne są nie tylko pierwsze dni po rozpoczęciu kryzysu, lecz także późniejszy okres, w którym firma musi pokazać, że rzeczywiście poradziła sobie z sytuacją. Dr hab. Monika Kaczmarek-Śliwińska z UW wskazała, że późniejsze dni po wygaśnięciu pierwszej fali kryzysu mogą być okazją do przewartościowania myślenia o firmie przez konsumentów. To może być okazja do nowego otwarcia, ale także do pogłębienia pogorszonej reputacji firmy, dlatego działania antykryzysowe w razie jakiegoś problemu są bardzo ważne – mówi redaktor serwisu PRoto.pl.

Dostęp do zdjęć satelitarnych dla każdego dzięki nowej platformie. Codziennie z kosmosu przybywa dwadzieścia terabajtów nowych danych satelitarnych

Dostęp do zdjęć satelitarnych dla każdego dzięki nowej platformie. Codziennie z kosmosu przybywa dwadzieścia terabajtów nowych danych satelitarnych 15

Dane satelitarne są coraz bardziej dostępne dla zwykłych użytkowników i firm. Ułatwienia dostępu do danych z obserwacji Ziemi wszystkim zainteresowanym ma stymulować rozwój usług, które bazują na wykorzystaniu danych satelitarnych. Konstelacji satelitarnych, które przynoszą takie dane, jest coraz więcej, w tym Copernicus, wysyłany w kosmos przez Europejską Agencję Kosmiczną. Codziennie dostarczanych jest nawet dwadzieścia terabajtów danych, których jak dotąd wyzwaniem było odpowiednie wykorzystanie, a wciąż problemem jest ich przechowywanie.

Dane satelitarne zyskują na znaczeniu. Już teraz szacuje się, że 60 proc. rynku kosmicznego stanowi właśnie wykorzystanie danych satelitarnych przez użytkowników. Służą do nawigacji, ale pomagają też obserwować Ziemię, zmieniające się środowisko, umożliwiają przewidzenie zjawisk naturalnych i zminimalizowanie ewentualnych strat. Problemem jednak jest ogromna liczba danych, które spływają każdego dnia.

– Jest mnóstwo rzeczy, które można zrobić z danymi satelitarnymi. Program DIAS polega na tym, żeby te dane łatwo udostępnić użytkownikom i wszystkim tym, którzy mogą mieć jakieś nowe pomysły. Większości zastosowań tych danych jeszcze nie znamy, nie zostały jeszcze wymyślone. Po to właśnie jest platforma, która ma ułatwić dostęp do nich, żeby wszystko, co spływa z tych satelitów, było łatwe do użycia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Maciej Krzyżanowski, prezes CloudFerro.

Dane zgromadzone na platformie, której operatorem i dostawcą technicznym jest CloudFerro, to miliony gigabajtów. Wykonywane na bieżąco przez satelity zdjęcia, które trafiają do repozytorium, mają powiększać jego rozmiar o ponad dwa petabajty (dwa tysiące terabajtów) rocznie. Satelity generują olbrzymie ilości danych – dostarczając zarówno zdjęcia optyczne, w bliskiej podczerwieni, w bliskim nadfiolecie, jak i obserwacje radarowe. Wielkość zgromadzonych danych może ostatecznie przekroczyć nawet 30 PB.

– Dane satelitarne zbierane są przez satelity systemu Copernicus – europejski system obserwacji satelitarnej. Obecnie są trzy rodzaje satelitów: radarowe, obserwacyjne i meteorologiczne, zaraz będą kolejne. Tych danych spływa bardzo dużo, 20 TB dziennie. To około 40 laptopów spadających codziennie z nieba. W tej chwili danych na platformie mamy już 7,5 PB, czyli 7,5 tys. TB, czyli 15 tys. laptopów. Danych cały czas przybywa, więc niezwykle ważna jest dostępność tych danych, żeby można było ich łatwo użyć i żeby wszyscy, którzy mają dobre pomysły, mogli to zrobić –  mówi ekspert.

Możliwości wykorzystania zobrazowań satelitarnych są bardzo duże zarówno przez administrację, jak i firmy. Mogą się okazać przydatne przy zarządzaniu kryzysowym, np. w przypadku powodzi, a także przy planowaniu optymalnych tras linii wysokiego napięcia czy dróg szybkiego ruchu. Fotografie pozwalają na bieżąco monitorować zmiany klimatu, prowadzić inspekcje instalacji naftowych i zwalczać nielegalną wycinkę lasów deszczowych. To źródło informacji dla geologów, rolników czy ekologów.

Program Copernicus DIAS ma przybliżyć dane z obserwacji Ziemi potencjalnym użytkownikom. Platforma umożliwia wybór satelity, miejsca do zobrazowania czy zakresu dat, z których zdjęcie ma pochodzić. Można też skorzystać z dostępnych narzędzi obliczeniowych.

– Satelity obserwacyjne robią zdjęcia w wielu pasmach fal świetlnych, od bliskiej podczerwieni do bliskiego nadfioletu, a przede wszystkim po prostu w świetle widzialnym, można mieć po prostu zwykłe zdjęcie, tak jak my widzimy świat. Drugi rodzaj to satelity radarowe, które za pomocą fal radarowych przebijają się przez chmury, sięgają wszędzie i widzą wszystko bez przerwy, dając cały zestaw możliwości, które są niemożliwe do osiągnięcia dla fal widzialnych. W szczególności można za ich pomocą robić tzw. interferometrię – obserwować, jak przesuwa się teren – tłumaczy Maciej Krzyżanowski.

Z raportu Euroconsul wynika, że globalny rynek danych  satelitarnych osiągnie wartość 8,5 mld dol. do 2026 roku.

Przestój w negocjacjach dotyczących brexitu. Rozmowy powinny zostać zamknięte maksymalnie do października

Przestój w negocjacjach dotyczących brexitu. Rozmowy powinny zostać zamknięte maksymalnie do października 16

Od kilku miesięcy brak przełomu w negocjacjach dotyczących brexitu. Główne, wciąż nierozstrzygnięte kwestie to sytuacja prawna Irlandii Północnej i przyszłe relacje handlowe. Bruksela i Londyn mają na razie fundamentalnie różne wizje dotyczące przyszłego statusu Wielkiej Brytanii i docelowego modelu współpracy. Negocjacje może przyspieszyć przyjęte w ubiegły piątek stanowisko brytyjskiego rządu, ale czasu jest coraz mniej. – Żeby porozumienie było obowiązujące, musi zostać wypracowane w stosunkowo krótkim czasie i ratyfikowane do marca. To oznacza, że realne negocjacje powinny zostać zamknięte do września, października – mówi ekspert PISM.

– W negocjacjach brexitowych w tej chwili obserwujemy moment zastoju i przesilenia. On jest związany z tym, że w grudniu w porozumieniu politycznym, które wówczas podpisano między Unią a Wielką Brytanią szereg najtrudniejszych kwestii pozostawiono otwartych. Teraz, ze względu na zbliżający się dealine, wymagają one rozstrzygnięcia. Są to kwestie najtrudniejsze politycznie, zwłaszcza po stronie brytyjskiej. Na pierwszy plan wybija się kwestia statusu granicy lądowej między Irlandią Północną a Republiką Irlandii. W tle trwają regularne spotkania zespołów negocjacyjnych i na poziomie technicznym te negocjacje idą stopniowo do przodu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Przemysław Biskup, starszy analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Na szczycie w Brukseli w końcówce czerwca szefowie państw i rządów 27 krajów UE wezwali Wielką Brytanię do przyspieszenia negocjacji dotyczących wyjścia tego kraju ze Wspólnoty. Główny unijny negocjator ds. brexitu przestrzegał przed brakiem porozumienia w tej sprawie. Michael Barnier już w połowie maja informował, że od marca w negocjacjach „nie odnotowano znaczącego postępu”. Zgodnie z harmonogramem Wielka Brytania powinna opuścić unijne struktury do 29 marca 2019 roku.

Jednym z głównych nierozwiązanych problemów w negocjacjach pozostaje przyszła sytuacja prawna Irlandii Północnej i kwestia uregulowania granicy lądowej pomiędzy Irlandią i Irlandią Płn. (po Brexicie będzie ona jedyną częścią Wielkiej Brytanii posiadającą granicę lądową z UE). Według unijnych ekspertów powrót do twardej granicy może oznaczać powrót do eskalacji konfliktu w Ulsterze. Początkowo Bruksela zaproponowała utrzymanie Irlandii Północnej w unii celnej i stworzenie granicy przepływu towarów na Morzu Irlandzkim. Pomysł został jednak odrzucony przez Theresę May. Szefowa brytyjskiego rządu zaproponowała w końcówce maja, że Wielka Brytania miałaby pozostać zamknięta na unię celną z UE dopóki kwestia irlandzkiej granicy nie zostanie ostatecznie uregulowana.

– Ryzyko braku porozumienia jest w tej chwili dość wysokie z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby porozumienie było obowiązujące, musi zostać wypracowane w stosunkowo krótkim czasie i ratyfikowane do marca. To oznacza, że realne negocjacje powinny zostać zamknięte do września, października. Z drugiej strony, na stole pozostają najtrudniejsze kwestie polityczne. Długookresowo jest to pytanie, czy UE uda się skłonić Wielką Brytanię do przyjęcia statusu państwa w jakiś sposób stowarzyszonego z Unią. Tutaj najczęściej mówi się o formule trwałego pozostania Wielkiej Brytanii w unii celnej z UE po brexicie – mówi dr Przemysław Biskup.

Miesiąc temu brytyjski dziennik Sunday Times opublikował szczegóły tajnego, rządowego raportu dotyczącego konsekwencji wyjścia Wielkiej Brytanii z UE bez porozumienia dotyczącego przyszłych relacji handlowych. Wynika z niego, że tzw. twardy brexit może doprowadzić do poważnych zakłóceń w funkcjonowaniu państwa. Po kilku dniach w odległych zakątkach kraju i w Szkocji zaczęłoby brakować żywności, szpitale mogą borykać się z brakiem leków, pojawiłby się też problem z niedostatkiem paliwa, a w walkę z kryzysem musiałaby zaangażować się armia.

UE najchętniej widziałaby maksymalne przedłużenie status quo, tzn. Wielką Brytanię będącą członkiem jednolitego rynku, tak jak w modelu norweskim. Mniejsze, ale ciągle wysokie poparcie ma też model turecki, w którym Wielka Brytania pozostałaby nie we wspólnym rynku, ale przynajmniej w unii celnej. W ostatni piątek brytyjski rząd przyjął stanowisko dotyczące przyszłości negocjacji z UE. Jedną z propozycji jest stworzenie strefy wolnego handlu, w której uregulowany byłby przepływ dóbr przemysłowych i artykułów rolnych.

 Sami Brytyjczycy chcą odzyskania swobody decyzyjnej w zakresie polityki handlowej, prawodawstwa, sądownictwa i budżetu. Te postulaty w zasadzie wykluczają rozwiązania preferowane przez Unię. Dlatego Brytyjczycy proponują rozbudowaną umowę o wolnym handlu na wzór CETA albo coś, co oni nazwali partnerstwem celnym. W kategoriach formalno-prawnych jest to formuła nieokreślona, trzeba byłoby ją zdefiniować od zera. Moim zdaniem żaden z istniejących modeli nie jest adekwatny. Gdyby rzeczywiście chcieć pogodzić postulaty obu stron i zakładać, że to są negocjacje równorzędne, trzeba stworzyć całkiem nowy model – ocenia dr Przemysław Biskup.

Jak podkreśla ekspert PISM, brexit jest bezprecedensowy, ponieważ nigdy w historii ostatnich 100-150 lat nie mieliśmy do czynienia z ruchem, który dążyłby nie ku integracji gospodarczej, ale raczej ku jej przeciwieństwu.

– Istotnym pytaniem jest, czy te negocjacje będą do końca równorzędne. Jak na razie taktyka Brukseli jest mocno oparta na tym, że Unia Europejska jest dużo silniejszym partnerem w stosunku do Wielkiej Brytanii. To w pewnym sensie przynosi dobre rezultaty, które widzieliśmy na przykładzie porozumienia podpisanego w grudniu, ale też rodzi wyzwania polityczne po stronie brytyjskiej, które podwyższają ryzyko braku ostatecznego porozumienia – ocenia analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Negocjacje dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii ze struktur Unii Europejskiej ruszyły 19 czerwca. To efekt referendum z 2016 roku, w którym za takim scenariuszem opowiedziało się 17,4 mln Brytyjczyków.

Jak podaje Eurostat, w 2016 roku państwa Unii Europejskiej odpowiadały za 47 proc. eksportu i 51 proc. importu Wielkiej Brytanii. Na rozwodzie z UE najbardziej ucierpi wspólny rynek (który dla Wielkiej Brytanii oznacza również dostęp do ponad 400 mln europejskich konsumentów). Brytyjski dziennik „Financial Times” ujawnił w ubiegłym roku, że aby Wielka Brytania mogła bez przeszkód funkcjonować na arenie międzynarodowej po brexicie, brytyjski rząd musi renegocjować co najmniej 759 umów i kontraktów handlowych ze 168 państwami.

Młodzi Polacy przestają korzystać z Facebooka

Z Facebooka korzysta obecnie (czerwiec 2018) ponad 16 milionów Polaków w wieku 13+. Oznacza to, że w ciągu roku serwis zdobył 8% nowych użytkowników. W tym samym czasie Instagram, również należący do Facebooka, zanotował w naszym kraju wzrost  o 47% – z 4,2 miliona do 6,2 miliona. Analiza demograficzna osób aktywnie korzystających z Facebooka pokazuje jednak ciekawe zjawisko – spadek liczby użytkowników wśród najmłodszych. Danym z bliska przygląda się Grzegorz Berezowski, CEO NapoleonCat

W czerwcu ubiegłego roku, w grupie wiekowej 13-17, Facebook posiadał 1,8 miliona użytkowników. Po roku ta liczba spadła do 1,5 miliona, co oznacza 18-procentową stratę. Ten niekorzystny wynik serwis nadrabia z nawiązką w pozostałych grupach wiekowych. Zwłaszcza wśród osób powyżej 35. roku życia Facebook zanotował dwucyfrowy wzrost. Łącznie zdobył 1,2 miliona nowych użytkowników, co oznacza 8-procentowy wzrost rok do roku.Młodzi Polacy przestają korzystać z Facebooka

W tym samym okresie Instagram zanotował 48-procentowy wzrost liczby użytkowników – z 4,2 miliona w czerwcu 2017 do 6,2 miliona w czerwcu 2018, czyli 2 miliony nowych osób w ciągu roku. W tym przypadku wzrosty możemy zaobserwować we wszystkich grupach docelowych, choć procentowo najwyższe są także w starszych wiekowo grupach – wśród osób pow. 45 roku życia nawet trzycyfrowe. Oczywiście, tłumaczyć to można niską bazą w starszych grupach wiekowych oraz wysoką penetracją w gronie młodszych Polaków.uzytkownicy instagrama w Polsce

Ciekawie przedstawia się też analiza współkorzystania z platform społecznościowych należących do Facebooka, czyli Instagrama, Messengera oraz samego Facebooka. Łączny zasięg tych trzech platform w czerwcu 2018 roku wyniósł 17 milionów. W tej grupie 24% osób korzysta jedynie z Facebooka, 6% – tylko z Instagrama, zaś łącznie ze wszystkich trzech narzędzi korzysta 24%, czyli ponad 4 miliony Polaków.platformy

Porównanie tej szerokiej grupy wiekowej z najmłodszą, czyli użytkownikami w (deklarowanym) wieku 13-17 lat, ukazuje ciekawe różnice. Wśród nich aż 50% korzysta jednocześnie z Facebooka, Messengera oraz Instagrama. Z samego Instagrama natomiast korzysta taki sam odsetek, czyli 6 procent.platformy 2

Powyższe dane sugerują, iż Facebook dojrzewa, zyskując coraz szerszą popularność wśród dorosłych Polaków. Pomimo i tak już wysokiej penetracji w naszym kraju, nadal sukcesywnie powiększa grono swoich aktywnych użytkowników. Instagram stale rozbudowując swoje możliwości wizualnej ekspresji, przede wszystkim dzięki Instagram Stories, staje się platformą atrakcyjną dla coraz szerszej grupy Polaków. Co ciekawe, nie jest on alternatywą, lecz raczej uzupełnieniem Facebooka, który stanowi źródło informacji oraz miejsce w którym toczone są dyskusje pomiędzy jego użytkownikami. Naturalne uzupełnienie obu serwisów stanowi Messenger, który stanowi obecnie nie tylko narzędzie do komunikacji pomiędzy indywidualnymi użytkownikami; jest coraz częściej wybierany przez nich jako preferowany kanał kontaktu z markami/firmami, dla których Social Customer Service przestał być pustym buzzwordem i stał się biznesową codziennością.

Co nas czeka w następnym tygodniu

Najbliższy tydzień będzie ważnym testem sentymentu i może przynieść próbę ucieczki inwestorów od dyskusji na temat wojen handlowych. Jeśli tak, pod lupę mogą być wzięte wskaźniki makro, w tym CPI z USA, produkcja przemysłowa z Eurolandu, czy PKB z Wielkiej Brytanii. Posiedzenia banków centralnych zaplanowano w Polsce i Kanadzie, przy czym do zmian może dojść tylko w tym drugim przypadku.

Przyszły tydzień: CPI z USA, Zew, produkcja przemysłowa z EZ, Brexit, PKB z Wlk. Brytanii, RPP, BoC

USD pozostaje silny kontrastem w ocenie kondycji gospodarki USA i reszty świata, choć w dalszym ciągu występuje asymetryczność, gdzie dolar więcej może stracić po słabszych danych, niż zyskać po lepszych. Jeśli spór handlowy USA-Chiny nie będzie po weekendzie eskalował, od strony makro dolar pozostanie z niesmakiem po lekko gołębim raporcie NFP. Dopiero dane o inflacji w czwartek będą mogły zmienić obraz. Wyższa od prognozowanych 2,3 proc. r/r inflacja bazowa byłaby solidnym impulsem dla podbicia rentowności obligacji USA, co wsparłoby USD. Ze strony Fed usłyszymy od Williamsa (śr), Kashkariego, Harkera (czw) i Bostica (pt), choć małe szanse, aby prywatne opinie zburzyły wizję jastrzębio nastawionego banku.

EUR potrzebuje, aby dane napływające z gospodarki pokazywały, że EBC nie może być już bardziej gołębi, a nawet jego stanowisko może się zaostrzyć. W mijającym tygodniu doniesienia, że część członków EBC nie jest zadowolona z rynkowej wyceny podwyżki dopiero na grudzień 2019 r., pomogły wzmocnić EUR. Teraz przydatne byłoby, gdyby niemiecki ZEW (wt) i dane o produkcji przemysłowej (czw) potwierdziły poprawę wskaźników po rozczarowującym I kw. Uważamy, że EUR będzie kierować się wyżej w kolejnych tygodniach, ale proces ten będzie postępował bardzo powoli z dużą uwagą przywiązywaną do danych makro.

Funt ma po swojej stronie dobre dane i rosnące szanse na sierpniową podwyżkę Banku Anglii, ale jest wstrzymywany niepewnością wokół Brexitu. Finał dzisiejszego zamkniętego posiedzenia gabinetu premier May będzie kluczowym bodźcem dla handlu w następnym tygodniu. Jeśli nowa propozycja „miękkiego Brexitu” zyska akceptację parlamentu i UE, byłby to silny impuls dla aprecjacji GBP. Poza tym dane o handlu zagranicznym i produkcji przemysłowej (wt) będą chwilowym katalizatorem zmienności. Nowością jest zmiana sposobu publikacji danych o PKB na miesięczne aktualizacji kroczącej dynamiki kwartalnej. Oznaki przyspieszenie wzrostu będą ważnym argumentem za podwyżką.

W Polsce przed nami kolejne mało wnoszące posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej (wt-śr) bez zmian w poziomie stóp procentowych. Od ostatniego posiedzenia po stronie gospodarki realnej niewiele uległo zmianie. CPI odbija w oparciu o wyższe ceny ropy naftowej, ale poza tym nie widać nasilania presji inflacyjnej. Z kolei po stronie produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej widać mocne odczyty. Na konferencji prezes Glapiński może być zapytany o ostanie osłabienie złotego i czy NBP ma zamiar z tym cokolwiek robić, ale wątpimy, aby bank centralny miał zamiar ingerować w mechanizmy rynkowe. Szybkie odejście EUR/PLN do 4,41 pokazuje, że ostania fala słabości stoi w sprzeczności z fundamentami, jednak w obliczu napięć na rynkach globalnych zmienność pozostanie podwyższona.

Uważamy za zaskakującą odporność USD/JPY na wahania sentymentu rynkowego, gdyż spodziewalibyśmy się większego popytu na jena przy wzroście awersji do ryzyka. Jeśli korelacja z Nikkei 225 byłaby dalej zachowana, USD/JPY powinien być teraz w okolicach 108. Wydaje się, że obie waluty w podobnej skali są wykorzystywane jako „bezpieczna przystań”, stąd dla bezpośredniej relacji zachowana jest równowaga. Przy danych z Japonii pozostających na dalszym planie, wrażliwość kursu uzależniona będzie od bezpośredniej zmiany nastawienia wobec dolara. Jednak słabość USD może być łatwo zaburzona, jeśli osłabną obawy o wojny handlowe, a rynki akcji ruszą na północ. Obecnie preferujemy podejście wait-and-see.

AUD i NZD pozostają przede wszystkim skupione na rozwoju sytuacji wokół sporu handlowego USA-Chiny, więc ich krótkoterminowe perspektywy w dużym stopniu będą zależeć od kształtowania się ogólnego apetytu na ryzyko. Słabość cen metali odzwierciedla obawy o negatywne skutki dla globalnego wzrostu, a spadki na chińskim rynku akcji będą podsycać pesymizm w stosunku do walut mocno wrażliwych na sentyment w stosunku do Chin. W danych z Australii intersujące będzie, czy indeksy zaufania biznesu (wt) i konsumentów (śr) wskażą na rosnące niepokoje związane z wojnami handlowymi.

W przyszłym tygodniu w Kanadzie na pierwszym planie będzie decyzja BoC (śr). Zakładamy podwyżkę stopy overnight o 25 pb do 1,50 proc. W przemówieniu w ubiegłym tygodniu prezes BoC Poloz brzmiał optymistycznie, wyrażając zadowolenie z ogólnego stanu gospodarki, jednocześnie bagatelizując jednorazowe „wyskoki” w danych miesięcznych. W tym ostatnim zdawał się odnosić się do rozczarowującego odczytu majowej sprzedaży detalicznej, podczas gdy dobrą kondycję gospodarki potwierdził wyższy do oczekiwań odczyt PKB za kwiecień. Ponadto kwartalna ankieta banku centralnego wśród przedsiębiorstw wskazała na wzrost ogólnego wskaźnika nastrojów do najwyższego poziomu od 2011 r. W badaniu widać było też wzrost oczekiwań inflacyjnych i napięć na rynku pracy z powodu niedoboru pracowników. Przy podwyżce zdyskontowanej w 80 proc. wciąż jest pole do umocnienia CAD w okresie zbliżania się do decyzji. Dalsze perspektywy będą zależeć od wydźwięku komunikatu, ale jeśli BoC nie położy nacisku na obawy o eskalację sporu handlowego z USA, rynek dostanie zielone światło, by dalej wyciągać CAD z obszaru niedowartościowania.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kurs funta traci podwójnie. Co z euro i dolarem?

Inwestorzy z całego świata nadal bacznie obserwują relacje handlowe między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Od ich przyszłości zależy także los polskiej waluty.

Polska waluta, podobnie jak inne waluty Europy Środkowo-Wschodniej doznały wczoraj wyraźnego umocnienia w relacji do głównych walut. W ich wzroście pomagało umocnienie euro, brak presji ze strony dolara i ogólna poprawa sentymentu do aktywów ryzykownych, widoczna również we wzrostach na globalnym rynku akcji.

Sytuacja euro i dolara

Europejska waluta zaczęła umacniać się przed rozpoczęciem londyńskiej sesji, w parze z dolarem wzrastając do poziomu 1,17. Wzrost kursu wspierały dane dotyczące produkcji przemysłowej w największej gospodarce strefy euro, jak i niedawny raport agencji Bloomberg. Według doniesień Bloomberga, część członków Europejskiego Banku Centralnego uważa, że końcówka 2019 r. jest zbyt późnym terminem na pierwszą podwyżkę stóp w strefie euro.

Ton zmienił również Waszyngton. Europejscy producenci samochodów otrzymali informację, że administracja Trumpa nie będzie grozić ocleniem samochodów pochodzących z Unii. Nie jest to jednak bezwarunkowe – prezydent USA oczekuje, że w zamian UE zniesie cła na import pojazdów ze Stanów Zjednoczonych. Wczorajsze umocnienie euro można po części przypisać również temu oświadczeniu.

Wczorajsze dane z USA były raczej niezłe, co jednak nie wystarczyło, żeby dolar amerykański zakończył dzień umocnieniem. Sytuacja na rynku pracy była mniej więcej zgodna z oczekiwaniami, a aktywność biznesowa w sektorze usług wzrosła. Indeks ISM osiągnął najwyższy od czterech miesięcy poziom 59,1.

Odsuwając na bok dane ekonomiczne warto wspomnieć o najważniejszej czwartkowej publikacji. Podsumowanie ostatniego spotkania Rezerwy Federalnej sugeruje, że z uwagi na obawy dotyczące wojny handlowej, niektóre amerykańskie firmy zmniejszają skalę inwestycji lub odkładają je w czasie. O ile pogarszający się sentyment biznesu może zaszkodzić wzrostowi gospodarczemu w przyszłości, nie wydaje się to jeszcze być na tyle dużym problemem, aby zostać odzwierciedlonym w danych ekonomicznych.

Kurs GBP/PLN traci podwójnie

W czwartek funt brytyjski nie zdołał utrzymać ostatnich wzrostów. Kurs GBP/PLN obniżył się o 5 groszy, co związane było zarówno ze wspomnianą wcześniej siłą złotego, jak i słabością szterlinga. Rośnie niepokój, że Wielka Brytania nie będzie w stanie zawrzeć porozumienia w kwestii handlu przed opuszczeniem UE, czemu można przypisać wyhamowanie ostatnich zysków. Funtowi brytyjskiemu nie pomogła nawet optymistyczna ocena perspektyw brytyjskiej gospodarki, wygłoszona przez obecnego przewodniczącego Banku Anglii. Carney potwierdził, że w ocenie Banku pogorszenie ekspansji gospodarczej na początku roku było jedynie przejściowe, i obrazowało pogorszenie warunków pogodowych, a nie pogarszający się klimat ekonomiczny.

Co nas czeka?

Dziś w Stanach Zjednoczonych opublikowany zostanie kluczowy raport o stanie amerykańskiego rynku pracy w czerwcu. Zdaniem konsensusu amerykańska gospodarka wytworzyła w tym miesiącu 195 tysięcy nowych miejsc pracy, a wynagrodzenia wzrosły o 2,8% w porównaniu z tym samym okresem w zeszłym roku. Oprócz odczytów, inwestorzy będą nadal bacznie obserwować relacje handlowe między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Administracja Trumpa oficjalnie ogłosiła nowe cła o wartości 34 miliardów dolarów na import z Chin, na co analogicznym ruchem odpowiedziały Chiny. Trump ponownie zagroził objęciem cłami większej ilości chińskich produktów – poinformował, że cła w przyszłości mogą objąć całość eksportu Chin do USA, jednocześnie zaznaczając, że kolejne cła na produkty o wartości 16 miliardów dolarów zostaną nałożone na Chiny w ciągu kilkunastu dni.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – raport z amerykańskiego rynku pracy

Autor: Roman Ziruk, analityk Ebury

Nie ma winnych zatorów płatniczych

Firmy nie widzą swojej winy w tym, że nie płacą odbiorcom w momencie, gdy sami nie otrzymują zapłaty. Nie poczuwają się też do winy za to, że mają kontrahentów, którzy nie płacą im na czas narażając na problemy finansowe a nawet bankructwo – wynika z badania zleconego przez BIG InfoMonitor. Co szczególnie niepokojące, badani nie dostrzegają zależności pomiędzy generowaniem zaległości i jakością zarządzenia firmą.

Sami nie otrzymują płatności na czas, dlatego opóźniają – to najczęstsza z odpowiedzi na pytanie: Jak sądzisz z czego to wynika, że niektórzy Państwa kontrahenci nie regulują terminowo swoich zobowiązań? Przedsiębiorcy uważają, że pętla nieterminowości wynika… z nieterminowości. Dłużnicy nie płacą, ponieważ im też nie płacą (50 proc.). Albo nie płacą, ponieważ mają stały problem z utrzymaniem płynności (31 proc.). Tę ostatnią opinię częściej wyrażają firmy handlowe. Co czwarty przedsiębiorca, a jeszcze częściej firmy usługowe oceniają natomiast, że nie płacenie, to strategia biznesowa, która sprowadza się do kredytowania kosztem innych. Firmy usługowe oraz producenci uważają też częściej niż reszta, że ich opóźniający płatności kontrahenci są po prostu niewypłacalni. Wśród ogółu badanych na tę przyczynę wskazał niemal co ósmy. Zaledwie 1,5 proc. ankietowanych zauważa, że sedno problemu może tkwić w złym zarządzaniu firmą przez właścicieli.

Przy okazji, warto zwrócić uwagę, że od niemal 7 do ponad 8 proc. firm mówi o tym, że opóźnienia wynikają ze skomplikowanych procedur płatności a także błędów na fakturach, czyli elementów niezależnych od moralności płatniczej i kondycji finansowej.
Efekt jest taki, że czwarty kwartał z kolei z problemami opóźnionych płatności wynoszących min. 60 dni zmaga się ponad połowa firm.

Nie mam pieniędzy to mój dostawca też nie będzie miał – uważa 7 na 10 przedsiębiorstw

Co więc robią sami, gdy dochodzi do kumulacji zobowiązań, a na koncie jest za mało pieniędzy? Opóźniają płatności innym. Zdarza się to ponad połowie firm (53 proc.) i nie mają one wówczas litości wobec swoich kontrahentów. Dostawcy towarów czy usług – siedem na dziesięć firm zapłaci na samym końcu, czyli po terminie.

– Uzyskane wyniki sugerują, że na rynku istnieje swoista akceptacja tego stanu rzeczy i dosyć powszechne wręcz zrozumienie dla praktyki niepłacenia na czas. W efekcie prowadzący biznes przestają poczuwać się do odpowiedzialności za skutki jakie wnoszą zatory płatnicze do firmy. Mają tendencję do przenoszenia ciężaru przyczyn takiego stanu „na zewnątrz”. Na dodatek nie wiążą tego w ogóle z jakością zarzadzania firmą czy pieniędzmi – zauważa Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Faktury od kontrahentów, to w przypadku kumulacji płatności, zobowiązanie spłacane jako ostatnie przede wszystkim przez firmy produkcyjne. Przedsiębiorstwa usługowe i handlowe, mają wobec swoich dostawców większy respekt i częściej niż wynika z przeciętnych wskazań, decydują się „przesunąć” na koniec kolejki gazownię i elektrownię niż kooperanta. Handlowcy na listę płatności regulowanych bez pośpiechu dodają także czynsz. Natomiast mikro podmioty częściej niż reszta podają, że w ostatniej kolejności spłacają rachunki za telefon. Nie zmienia to jednak obrazu całości, który wypada mocno na niekorzyść przede wszystkim kontrahentów.

– Opinie przedsiębiorców, którzy nie wiążą złej jakości zarządzania firmą z tym, że opóźnia ona płatności, z jednej strony pokazują, że jest to sposób na radzenie sobie z kontrolowaniem płynności firmy, a z drugiej uświadamiają swego rodzaju poczucie bezradności i brak wiary przedsiębiorców w to, że można tym problemem pokierować – uważa Sławomir Grzelczak.

Niemal 9 na 10 firm korzystających z BIG jest przekonanych o jego skuteczności
Jednym z nisko kosztowych narzędzi pozwalających to robić jest Biuro Informacji Gospodarczej. W BIG, do którego wierzyciele zgłaszają osoby i firmy opóźniające płatności można sprawdzać wiarygodność płatniczą przedsiębiorstw i dowiedzieć się, czy ktoś inny już nie zawiódł się na firmie, z którą planowane jest podpisanie umowy. Dobrze jest też po zawarciu kontraktu, monitorować w BIG swoich kontrahentów upewniając się w ten sposób, że dobrze sobie radzą i terminowo rozliczają z innymi dostawcami. Jeśli coś złego zaczyna się dziać i kontrahenci informują o tym BIG, przedsiębiorca monitorujący wybraną firmę jest wśród pierwszych poinformowanych na ten temat. Jeśli sam ma problem z uzyskaniem zapłaty powinien szybko przystąpić do działania i nie dopuścić do długoterminowych opóźnień. Może skorzystać ze wsparcia windykacji w postaci wysyłki ostrzeżenia o wpisie do rejestru dłużników czy też ze specjalnego oprogramowania, które krok po kroku podpowiada co robić, podsuwa treści zredagowanych pism i sms-ów. Pozwala działać bez przekazywania sprawy od razu do firmy windykacyjnej co jest już bardziej kosztowne. Jak pokazują badania, korzystający z usług BIG doceniają jego pomoc. Niemal 88 proc. uważa, że jest skuteczne (zdecydowanie tak – 15,3 proc. i raczej tak – 62,3 proc.). Na to samo pytanie zadane wszystkim firmom, czyli korzystającym i nie korzystającym z BIG, przekonanie takie miało 48 proc. badanych.

*Badanie „Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm”. przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm sprzedających z odroczonym terminem płatności, techniką wywiadów telefonicznych, maj 2018 r.

Biuro Informacji Gospodarczej InfoMonitor (BIG InfoMonitor) prowadzi Rejestr Dłużników BIG. Działając w oparciu o Ustawę o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych przyjmuje, przechowuje i udostępnia informacje gospodarcze o przeterminowanym zadłużeniu osób i firm. BIG InfoMonitor umożliwia dostęp do baz: Biura Informacji Kredytowej i Związku Banków Polskich, dzięki czemu stanowi platformę wymiany informacji pomiędzy sektorem bankowym i pozostałymi sektorami gospodarki. Oferuje również sektorowi bankowemu i przedsiębiorcom narzędzia do weryfikowania wiarygodności płatniczej klientów i kontrahentów oraz wspiera ich w odzyskiwaniu zaległych należności. BIG InfoMonitor jest spółką zależną sektora bankowego – poprzez Biuro Informacji Kredytowej – swojego głównego akcjonariusza.

Nie bój się RODO! Spotkanie informacyjne w łódzkim Idea Hub

W europejskim prawie już od ponad miesiąca funkcjonuje dyrektywa RODO, czyli unijne Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych. Jeśli prowadzisz swój biznes i chcesz dowiedzieć się jak postępować, by zabezpieczyć swoją firmę przed dużymi karami pieniężnymi wynikającymi z niestosowania się do nowych przepisów, przyjdź w czwartek, 12 lipca o godzinie 19:00 do łódzkiego Idea Hub na rynku Manufaktury.  Podczas spotkania Wojciech Wawrzak, prawnik kreatywnych, autor bloga praKreacja.pl, omówi  najważniejsze problemy związane z RODO oraz strategie postępowania dla małych przedsiębiorców, których budżet na wdrożenie RODO jest ograniczony.

RODO oficjalnie funkcjonuje od 25 maja. Choć od tego czasu minął już nieco ponad miesiąc, dla wielu ludzi ta dyrektywa to wciąż jedna wielka niewiadoma. Tym bardziej dla przedsiębiorców, którzy pod groźbą dużych kar finansowych, zobowiązani są do chronienia wszystkich danych osobowych z którymi mają styczność w swojej działalności. Umowy, identyfikatory klientów sklepu internetowego, adresy mailowe i wszystkie inne dane, które potencjalnie mogą zdradzać tożsamość osoby, muszą być teraz traktowane w wyjątkowy sposób.

Jednak aby uniknąć zbędnych nerwów, warto zaczerpnąć fachowej wiedzy, która pomoże zrozumieć, w jakich przypadkach stawiać należy zmienić działania, a kiedy nie jest to konieczne. Nowa dyrektywa to nie tylko zobowiązanie do ochrony danych osobowych, które weszły w nasze posiadanie, ale również prawo do wiedzy oraz decydowania, kto przechowuje i w jaki korzysta z naszych personaliów. Nawet częste telefony od telemarketerów nie powinny mieć teraz miejsca bez zgody odbiorcy. Wśród oczekiwanych efektów RODO, eksperci wymieniają stałą ochronę danych na każdym etapie czy mniej wycieków danych. Co ciekawe, dane osobowe to nie tylko imię, nazwisko, adres czy PESEL, ale również informacje zawarte w plikach cookies czy dane biometryczne.

Uporządkowanie i usystematyzowanie wiedzy na temat nowego prawa może pomóc w funkcjonowaniu wielu małym przedsiębiorcom. Już w najbliższy czwartek, 12 lipca o godzinie 19:00 w łódzkim Idea Hub na rynku Manufaktury fachową wiedzą nt. RODO podzieli się Wojciech Wawrzak, prawnik kreatywnych, autor bloga praKreacja.pl, którypomaga twórcom, przedsiębiorcom, freelancerom, sklepom internetowym, start-upom oraz innym przedstawicielom branży kreatywnej i e-commerce. Idea Hub to przestrzeń coworkingowa, w której można bezpłatnie popracować, napić się kawy czy wynająć salę konferencyjną na spotkanie biznesowe. Regularnie odbywają się w niej również szkolenia dotyczące pozyskiwania i rozwijania przedsiębiorczych kompetencji.

Wstęp na spotkanie jest bezpłatny, jednak liczba miejsc jest ograniczona. Zapisy możliwe są pod adresem [email protected].