Populizm i odejście od demokracji to problemy dotyczące Węgier i Polski

Populizm jest ostatnio wrzucany do jednego worka z niedemokratycznymi i nieliberalnymi zjawiskami. Taka sytuacja wymaga uporządkowania. Jego rozwój jest jednoczesny ze wzrostem ksenofobii i nacjonalizmu, jednak w Europie nie jest on na zatrważającym poziomie. Pojawiają się jednak pewne sygnały. Jak twierdzą niektórzy, populiści są barometrem tego, że coś złego dzieje się w systemie i wymaga zmian. Nigdzie na Zachodzie ich grupa nie ma szans na dojście do władzy i stworzenie rządu. Chociaż ostatnie wybory we Włoszech temu przeczą, należy pamiętać, że jest to bardzo specyficzny kraj, w którym rządy często się zmieniają. W Europie Zachodniej populizm nie stanowi problemu. Jest jedynie sygnałem, że warto zastanawiać się nad tym, jak ulepszać naszą liberalną demokrację.

– Ostatnie wydarzenia i rządy w Polsce można nazwać klientystycznym autorytaryzmem. Chodzi o wybieranie swojej części narodu do redystrybuowania wspólnego dobra publicznego. Taki system trwa od lat na Węgrzech. Pojawia się wiele określeń tego ustroju. Większość poważnych światowych instytucji kwalifikuje go już jako niedemokrację – powiedział serwisowi eNewsroom prof. Radosław Markowski, politolog – Polska i Węgry to dwa kraje w Europie Wschodniej, które mają obecnie największy problem jeśli chodzi o relacje z Unią Europejską, Komisją Wenecką i innymi autorytetami zajmującymi się demokracją. Narracja prezydenta Orbana wskazuje, że buduje on nieliberalną demokrację, chociaż te dwa pojęcia się wykluczają. Ustrój ten może być mniej lub bardziej liberalny, ale jego trzon – państwo prawa i niezależne sądownictwo – jest kluczowym, niezmiennym elementem. Tego oczekuje Unia Europejska i jej obywatele. W innych krajach wschodnioeuropejskich problemem nie jest populizm, a korupcja. Nie działają tam instytucje demokratyczne. W Polsce i na Węgrzech odnotowujemy odwrót od jakościowej demokracji w kierunku ustroju, który już przestaje nią być. W przypadku takich krajów, jak Bułgaria czy Rumunia należy pamiętać, że tam skonsolidowanej demokracji nigdy tak naprawdę nie było. Należy pamiętać o rozróżnianiu całej Polski i polskiego rządu oraz jego działań. Polacy nie mają wspólnego kwantyfikatora, a ich poglądy na temat tego, jak powinna wyglądać ich rzeczywistość są bardzo różne. Niepokojące są jednak badania, które mówią, że Polacy coraz bardziej nie lubią innych narodów. Warto zaznaczyć, że nie dotyczy to tylko obywateli państw, z którymi wiąże nas trudna historia. Jak się okazuje chodzi także o Hiszpanów, Chińczyków czy Japończyków. Niestety nie świadczy to o nas dobrze – dodał Markowski.

W ciągu kilku lat w Polsce może powstać bioniczna trzustka. To przełom w leczeniu cukrzycy typu pierwszego

W ciągu kilku lat w Polsce może powstać bioniczna trzustka. To przełom w leczeniu cukrzycy typu pierwszego 1

Polscy naukowcy opracowują rewolucyjne rozwiązanie dla cukrzyków. Nawet 20 tys. osób w Polsce mogłoby już teraz skorzystać z bionicznej trzustki – wydrukowanej w 3D, która funkcjonowałaby jak prawdziwy narząd, produkując insulinę i glukagon. Bioniczne trzustki miałyby być budowane w podobny sposób, jak drukuje się elementy kości. Już teraz trwają prace nad drukowaniem naczyń i stworzeniem całego systemu naczyniowego. Stworzenie bionicznej trzustki to szansa na normalne życie dla osób z cukrzycą typu pierwszego, gdzie trzustka przestaje wydzielać insulinę.

– Nikomu na świecie nie udało się wydrukować jeszcze całego narządu miąższowego, takiego jak wątroba, trzustka, nerka, serce, płuco czy nawet mięśnie, w takim stopniu, żeby można to było zastosować w praktyce klinicznej. My postanowiliśmy wydrukować bioniczną trzustkę – organ, który będzie produkował insulinę i glukagon, po to żeby móc leczyć pacjentów z cukrzycą – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab.n.med. Michał Wszoła, przewodniczący Rady Konsorcjum Bionic.

Medycyna coraz częściej sięga po możliwości jakie dają nowe technologie. Możliwe są operacje, w których lekarze uczestniczą nawet na odległość, w leczeniu pomaga wirtualna i rozszerzona rzeczywistość. Wykorzystuje się też druk 3D, choć na razie jeszcze w dość ograniczonym stopniu.

Obecnie technologie biodruku 3D umożliwiają prace nad nerkami, czy kośćmi. Już niedługo możliwe będzie stworzenie niemal każdej części zamiennej w organizmie, także narządu miąższowego, jak trzustka. Nad bioniczną trzustką pracują polscy naukowcy w ramach projektu finansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Obecnie planowane są doświadczenia na myszach.

– My jesteśmy teraz na etapie planowania doświadczenia na myszach. Chcemy zacząć wszczepiać płatki trzustkowe, czyli części, z której będzie się składała cała bioniczna trzustka, myszom bez układu immunologicznego, żeby zobaczyć na ile to co już w tym momencie wyprodukowaliśmy jest funkcjonalne, i na ile jest to w stanie odwrócić cukrzycę – tłumaczy Michał Wszoła.

Taka trzustka miałaby działać jak normalny organ – produkować insulinę. Na takim rozwiązaniu skorzystają cukrzycy, zwłaszcza chorzy na cukrzycę typu pierwszego, gdzie trzustka przestaje wydzielać insulinę. Obecnie jedynym sposobem na leczenie tego typu cukrzycy jest regularne wstrzykiwanie insuliny. To jednak działanie doraźne, które wymaga ciągłego monitorowania wyników.

– Na całym świecie ponad 400 mln osób choruje na cukrzycę, do 2040 roku chorych będzie ponad 650 mln osób. W Polsce ponad 3 miliony osób jest chorych na cukrzycę, ale jeśli spojrzymy tylko na cukrzycę typu pierwszego, który jest najbardziej interesujący w kwestii tego programu, to w Polsce chorych jest ponad 200 tys. osób, z czego pomocy chirurga transplantologa, czyli uzyskania przeszczepienia, wymaga 10-20 tys. osób. To one mogłyby natychmiast skorzystać z tej terapii – wskazuje ekspert.

Bioniczne trzustki miałyby być budowane w podobny sposób, jak drukuje się elementy kości. Konieczne jest jednak stworzenie „rusztowania” dla wysp trzustkowych, które pomagałoby je utrzymywać i umożliwiałyby ich funkcjonowanie. Trzustka miałaby zostać stworzona na bazie wysp trzustkowych przekształconych z własnych komórek macierzystych chorego lub wysp pobranych od dawcy. W ten sposób mniejsze byłoby ryzyko odrzucenia takiego przeszczepu.

– Tak jak w normalnej drukarce 3D mamy kartridże, ale zamiast tuszu wkładamy zawiesinę komórek, czyli komórek śródbłonka, w drugim biotuszu używamy komórek macierzystych, a do trzeciego biotuszu wkładamy małe wyspy trzustkowe. To są małe kawałki tkanek bardziej zorganizowane razem z odpowiednim medium i przy pomocy odpowiednich dysz układamy to w odpowiedni wzór – tłumaczy przewodniczący Rady Konsorcjum BIONIC.

Obecnie wyzwaniem jest znalezienie odpowiedniej biodrukarki. Konsorcjum prowadzi właśnie zbiórkę crowdfundingową, aby zebrać potrzebne środki. Jednocześnie współpracuje też z innymi ośrodkami, które chcą stworzyć bioniczne narządy.

Z  raportu Grand View Research wynika, że rynek sztucznych organów życiowych i medycznej bioniki osiągnie wartość blisko 46 mld dolarów w 2022 roku.

Rewolucja w uzdatnianiu wody. Dzięki specjalnym ogniwom paliwowym można jednocześnie oczyścić ścieki i uzyskać energię elektryczną

Rewolucja w uzdatnianiu wody. Dzięki specjalnym ogniwom paliwowym można jednocześnie oczyścić ścieki i uzyskać energię elektryczną 2

Oczyszczanie ścieków wymaga znacznej ilości energii elektrycznej. Dzięki mikrobiologicznym ogniwom paliwowym, zamiast zużywać energię na oczyszczanie ścieków, można energię elektryczną wyprodukować w trakcie ich oczyszczania. Nowe technologie umożliwiają zdalne monitorowanie procesu oczyszczania ścieków w czasie rzeczywistym. Tym samym oczyszczanie ścieków może też być znacznie bardziej wydajne.

Oczyszczanie ścieków to proces energochłonny, w którym prawie wszystkie etapy wymagają znacznej ilości energii elektrycznej. Dzięki mikrobiologicznym ogniwom paliwowym (MFC), zamiast zużywać energię na oczyszczanie ścieków, można otrzymać jednocześnie oczyszczone ścieki i wyprodukować energię elektryczną. Ogniwa zamieniają energię chemiczną zawartą w związkach chemicznych na energię. W ogniwach mikrobiologicznych energię uzyskuje się dzięki bakteriom, które utleniają substancje organiczne, znajdujące się w ściekach.

– Opatentowaliśmy technologię produkcji mikrobiologicznych ogniw paliwowych, które pozwalają na oczyszczanie ścieków przy jednoczesnym wytwarzaniu energii elektrycznej. To duża zmiana w stosunku do konwencjonalnych technologii, które wymagają dużych nakładów energii. Dzięki naszej technologii możliwe jest jednoczesne wytwarzanie energii i oczyszczanie wody – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mate Erdo z węgierskiego startupu BES Europe.

Firma opracowuje ogniwa paliwowe, które byłyby stosowane jako czujniki. W przeciwieństwie do zwykłych protokołów pomiaru , czujniki oparte na ogniwach paliwowych zapewniają monitorowanie w czasie rzeczywistym (w tradycyjnych czujnikach rezultaty dostarczane są 5 dni po pobraniu próbek), zdalnie i bez pracochłonnych prac laboratoryjnych. Zasada działania czujnika opartego na MFC opiera się na obserwacji, że prąd wyjściowy jest proporcjonalny do zawartości organicznej monitorowanych ścieków. Czujniki nie wymagają zewnętrznego zasilania, co umożliwia ich łatwe wdrażanie.

– Rozwiązanie to może okazać się bardzo przydatne w państwach lub miejscach, które nie dysponują infrastrukturą do oczyszczania ścieków lub nie ma do niej dostępu. Nasza technologia ma charakter modularny, a zatem może być dostosowana do lokalnych uwarunkowań. Skorzystają na niej przede wszystkim duże oczyszczalnie, którym zależy na obniżeniu kosztów operacyjnych czy nakładów związanych ze zużyciem energii elektrycznej. Skorzystają także małe miejscowości i firmy nieobjęte systemem oczyszczalni ścieków oraz branża gastronomiczna – wskazuje Mate Erdo.

Zastosowanie na szeroką skalę nowej technologii w zakresie oczyszczania ścieków zwiększy wydajność oczyszczalni. Jednocześnie niższe będą koszty operacyjne, bez konieczności zwiększania powierzchni produkcyjnej danego obiektu.

– Wciąż jesteśmy na etapie przeprowadzania testów, ale wielu naszych partnerów, w tym kilka browarów i oczyszczalni ścieków w Budapeszcie, wyraziło już zainteresowanie naszym produktem. Technologia zostanie u nich wdrożona na pewno jeszcze przed końcem tego roku, a do powszechnego obrotu trafi jeszcze w tym roku albo na początku następnego – zapowiada ekspert.

Z raportu Market Research wynika, że rynek mikrobiologicznych ogniw paliwowych wzrośnie z 9 mln dol. w 2017 roku do 18,6 mln dol. w 2025 roku.

Polska atrakcyjna dla firm biotechnologicznych. Globalne koncerny chętnie inwestują tu w badania kliniczne i opracowywanie nowych leków

Polska atrakcyjna dla firm biotechnologicznych. Globalne koncerny chętnie inwestują tu w badania kliniczne i opracowywanie nowych leków 3

Medycyna spersonalizowana oraz finansowanie nie tylko usług i leków, lecz także efektów zdrowotnych pozwalają optymalizować nakłady na technologie medyczne i rozwijać innowacje. Polska jest dla firm farmaceutycznych bardzo atrakcyjnym rynkiem pod tym względem. Jedna z nich, Amgen, obecna w Polsce od kilkunastu lat, prowadzi w Polsce badania kliniczne i rokrocznie przeznacza na działalność badawczo-rozwojową około 54 mln zł. Jednym z głównych obszarów działalności firmy są również leki biopodobne, opracowywane po wygaśnięciu ochrony patentowej oryginału i zgodnie z polskim prawem wprowadzane na listy refundacyjne, gdy są co najmniej o 25 proc. tańsze.

– Value based healthcare to medycyna oparta na wartościach – choć nie są to wartości etyczne, ale ekonomiczne. Można ją określić jako medycynę opartą na efekcie zdrowotnym. Dzisiaj system ochrony zdrowia płaci za poszczególne usługi czy leki. Natomiast przyszedł czas – szczególnie teraz, kiedy coraz węższe grupy docelowe stosują np. leki biologiczne – żeby system płacił za konkretny efekt zdrowotny. To jest zmiana paradygmatu, który pozwala stosować nowoczesne rozwiązania – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Graliński, dyrektor ds. korporacyjnych Amgen.

Model efektywnej opieki opartej na wartościach zyskuje coraz większą popularność i nie jest już tak rewolucyjny, jak jeszcze dekadę temu. Ta koncepcja jest spójna z ideą medycyny personalizowanej, która w ostatnich latach spowodowała ogromny postęp w skuteczności leczenia onkologicznego. Leki celowane stanowią dzisiaj ponad 73 proc. stosowanych w czerniaku, 51 proc. w raku jelita grubego i 32 proc. w przypadkach nowotworu piersi.

Do końca 2016 roku na rynku było już dostępnych 137 terapii celowanych (spersonalizowanych), każdy z nich wymagający badania na okoliczność specyficznego biomarkera, a w ubiegłym roku zostały zarejestrowane pierwsze terapie genowe. Obecnie ponad jedna czwarta wszystkich nowych leków zatwierdzanych przez FDA to leki medycyny personalizowanej, których liczba w ciągu najbliższych pięciu lat ma wzrosnąć do 69 proc. Do końca tej dekady nakłady finansowe na medycynę spersonalizowaną w globalnej skali wzrosną kilkukrotnie, do ponad 149 mld dol.

Medycyna spersonalizowana znajduje zastosowanie nie tylko w onkologii, lecz także jej osiągnięcia coraz intensywniej wykorzystuje się też m.in. w kardiologii, reumatologii, chorobie Parkinsona czy Alzheimera. W połączeniu z koncepcją value based healthcare – ukierunkowaną na efekty – służy zarówno pacjentom, jak i optymalizacji nakładów przeznaczanych na technologie medyczne.

 Koncepcja value based healthcare jest w coraz większym stopniu obecna w świadomości menadżerów i polityków zdrowotnych w Polsce. Chcemy zabrać głos w tej dyskusji, ponieważ mamy doświadczenie i ekspertyzę – podkreśla Jacek Graliński.

Polska jest dla Amgen najważniejszym w Europie (drugim po USA) krajem pod względem liczby pacjentów w badaniach klinicznych. W 2016 roku firma prowadziła w Polsce pięćdziesiąt trzy badania kliniczne, głównie trzeciej fazy m.in. w obszarze onkologii, hematologii, chorób sercowo-naczyniowych, układu nerwowego, kostnego i chorób autoimmunologicznych. Ostatnio zostały też uruchomione w kluczowych obszarach trzy badania pierwszej fazy. W prowadzone w Polsce badania zaangażowanych jest aż czterysta pięćdziesiąt ośrodków badawczych, ponad dwa tysiące lekarzy oraz około cztery tysiące pacjentów.

Rok temu Amgen utworzył w Warszawie – jako szóste na świecie – Centrum Badań Klinicznych, które zarządza projektami w całej Europie i poza nią (m.in. w Rosji, Niemczech, Czechach, Szwajcarii i w krajach Półwyspu Bałkańskiego). Pod względem liczby badań klinicznych Polska zajmuje drugie miejsce na świecie w ramach globalnej struktury Amgen. Profesjonalizm i wysokie kompetencje lekarzy uczestniczących w badaniach oraz potencjał ośrodków medycznych są od lat doceniane przez firmę. Amgen, jako lider biotechnologii, aktywnie uczestniczy również w debacie nad wzmocnieniem potencjału Polski w tym zakresie.

– Myślimy o takich aktywnościach, które wesprą rozwój start-upów, albo dostarczaniu informacji, które są pomocne dla nowo tworzonych cząsteczek i organizacji uczestniczących w tym procesie – mówi Jacek Graliński.

Amgen w Polsce jest obecny od kilkunastu lat. Pod względem inwestycji w działalność badawczo-rozwojową plasuje się w czołówce firm farmaceutycznych na świecie, przeznaczając na ten cel ok. 4 mld dol. rocznie. Na polskim rynku w 2016 roku firma zainwestowała w B+R ponad 54 mln zł. Jednym z głównych obszarów działalności firmy są również leki biopodobne, opracowywane po wygaśnięciu ochrony patentowej oryginału i zgodnie z polskim prawem wprowadzane na listy refundacyjne gdy są co najmniej o 25 proc. tańsze.

– Z naszego punktu widzenia, oprócz wysokiej jakości i bezpieczeństwa dostaw tych produktów, korzyścią jest bez wątpienia duża oszczędność dla systemu ochrony zdrowia. Mówimy o bardzo istotnych kwotach, kiedy bierzemy pod uwagę setki milionów złotych wydawanych dzisiaj na terapie biologiczne, mówimy o bardzo dużej uldze dla budżetu płatnika– mówi Jacek Graliński.

Dyrektor ds. korporacyjnych Amgen ocenia, że Polska ma bardzo duży potencjał do rozwoju biotechnologii. Duża w tym zasługa przyjętej przez rząd w ubiegłym roku Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju do roku 2020, która wskazała tę branżę jako jeden z motorów innowacyjności całej gospodarki.

Wielu rodziców bagatelizuje leczenie zębów mlecznych u dzieci. Może to prowadzić do chorób zębów stałych i wad zgryzu

Wielu rodziców bagatelizuje leczenie zębów mlecznych u dzieci. Może to prowadzić do chorób zębów stałych i wad zgryzu 4

Bagatelizowanie konieczności leczenia zębów mlecznych to częsty błąd popełniany przez rodziców. Mleczaki są bardzo podatne na próchnicę i zanim wypadną, mogą zaszkodzić wyrzynającym się zębom stałym. Nieleczone mogą prowadzić do poważnych chorób zębów stałych oraz wad zgryzu. Eksperci podkreślają, że regularne kontrole u stomatologa należy zacząć więc już w momencie pojawienia się pierwszych ząbków i przeprowadzać je co trzy miesiące.

Moment pojawienia się pierwszych zębów jest bardzo indywidualny, zależny w dużej mierze od czynników genetycznych. Zazwyczaj proces ząbkowania rozpoczyna się między 6. a 8. miesiącem życia i trwa do trzecich urodzin dziecka. Większość rodziców nie przywiązuje wagi do leczenia zębów mlecznych ze względu na fakt, że dziecko wkrótce je utraci. Tymczasem zaniedbanie stanu mleczaków może prowadzić do nieprzyjemnych konsekwencji w przyszłości. Wizyty kontrolne u dentysty warto zacząć więc już w momencie pojawienia się pierwszych zębów, najpóźniej natomiast w drugim roku życia malucha.

 Zębami należy zajmować się zawsze. Nikt z nas nie pozostawia stanu zapalnego na skórze i mówi: ponieważ skóra wymienia się dosyć często, w takim razie nie będziemy leczyć, poczekamy aż się zarośnie. Najwyżej będzie blizna. To samo jest z zębami mlecznymi – należy je leczyć, pomimo że będą wymienione na stałe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Urszula Jarosz, lekarz ortodonta, protetyk i implantolog z Varsovia Dental.

Wczesne wizyty w gabinecie dentystycznym mają dwojakie znaczenie. Przede wszystkim pomagają oswoić maluchy z nowym otoczeniem, przyzwyczaić je do kontaktu z lekarzem i personelem medycznym oraz wyrobić w nich nawyk regularnego kontrolowania stanu uzębienia. W trakcie tego spotkania stomatolog może wykonać proste, całkowicie bezbolesne zabiegi, takie jak zapobiegające rozwojowi próchnicy lakierowanie czy lakowanie, dzięki czemu dziecko nie będzie obawiało się kolejnych wizyt. Lekarz może również zademonstrować maluchowi zasady działania niektórych przyrządów stomatologicznych.

– W takim wieku wizyta nie jest stresująca, bo dziecko może się pobawić, coś sobie obejrzeć, a jednocześnie można skontrolować, czy dobrze się rozwija, czy zęby wyrzynają się w odpowiednim miejscu, można się zorientować, czy istnieje wada zgryzu – mówi dr Urszula Jarosz.

Podczas pierwszej wizyty lekarz pokaże rodzicom, jak czyścić zęby i dziąsła malucha oraz jak zapobiegać próchnicy. Mleczaki cechuje dużo niższy poziom zmineralizowania niż zęby stałe, dlatego są bardziej podatne na powstawanie próchnicy. Rozwija się ona niezwykle szybko – nowe ubytki mogą powstać w kilka tygodni, dlatego wizyty kontrolne powinny odbywać się co trzy miesiące. Próchnica prowadzi do namnażania się bakterii i patogenów w jamie ustnej, które prowadzą do chorób śluzówki, niszczą nie tylko zęby mleczne, lecz także wyrzynające się zęby stałe.

Jeżeli będzie konieczność usunięcia mlecznych zębów, należy zadbać o to, by dziecko otrzymało utrzymywacze przestrzeni. W przeciwnym przypadku po utracie mleczaków, stałe zęby przesuwają się i zmniejszają luki po ekstracji. Jeżeli dziecko ma za wcześnie usunięte zęby mleczne, pojawiają się wady zgryzu i stłoczenia na tyle duże, że należy później usuwać zdrowe zęby stałe, najczęściej przedtrzonowce, żeby pozostałe zęby w ogóle zmieściły w łuku –mówi dr Urszula Jarosz.

Na wizytę u stomatologa przed ukończeniem przez malucha 6. miesiąca życia należy się zdecydować w przypadku dostrzeżenia takich zmian jak problemy ze śluzówką jamy ustnej lub stan zapalny. Zaniedbania w tym zakresie mogą prowadzić do problemów zdrowotnych oraz konsekwencji natury psychologicznej.

Jeżeli dziecko będzie miało stan zapalny zębów, jeżeli będzie go bardzo bolało, będzie przeżywało traumatyczne wizyty u dentysty, to nie jest to dobry start do zdrowego życia. Na pewno będzie to miało konsekwencje dla stanu uzębienia w przyszłości, bo zacznie tego dentysty unikać – mówi dr Urszula Jarosz.

Budowanie pozytywnego wizerunku w sieci ważne w każdej firmie. Warunkiem jest jednak uczciwa polityka wobec pracowników

Budowanie pozytywnego wizerunku w sieci ważne w każdej firmie. Warunkiem jest jednak uczciwa polityka wobec pracowników 5

Działania employer brandingowe, budujące pozytywny wizerunek, można wdrożyć w każdej firmie, niezależnie od jej wielkości i budżetu. Warunkiem jest, aby firma prowadziła uczciwą politykę wobec pracowników i miała jasno sprecyzowane wartości. – Jeżeli nie mamy dobrych wartości, nie szanujemy pracownika, wynagrodzenia są zbyt niskie, to employer branding nie pomoże – mówi Karolina Latus, prezes Agencji Crafts. Firmy mają do dyspozycji cały wachlarz darmowych działań, które mogą poprawić ich markę pracodawcy. Rzadko zwracają uwagę na wrażenia kandydatów z całego procesu rekrutacyjnego.

– Często zgłaszają się do nas właściciele i menadżerowie, którzy mówią, że chcieliby zrobić kampanię employer brandingową, natomiast nie mają poukładanych wartości w firmie. Chodzi o to,  żeby nie malować trawy na zielono. Jeżeli nie mamy dobrych wartości, nie szanujemy pracownika, wynagrodzenia są zbyt niskie, to żaden employer branding tu nie pomoże – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Latus, prezes Agencji Pracy Tymczasowej Crafts.

Jak wynika z ostatniego raportu „Employer Branding w Polsce 2017”, przeprowadzonego przez HRM Institute, aż 86 proc. polskich pracodawców uważa, że dzięki strategii employer brandingowi łatwiej jest im przyciągnąć kandydatów do firmy. Mimo to w ubiegłym roku tylko 14 proc. pracodawców miało jasno sprecyzowaną strategię employer brandingową, a 32 proc. było w trakcie jej opracowywania.

– Ogłoszenia o pracę – fajne, kolorowe, kreatywne – wpływają na budowanie pozytywnego wizerunku pracodawcy w sieci. Współpraca działu marketingu i HR powinna być bardzo ścisła. Istotne jest to, aby wspólnie ocenić cechy, których poszukujemy w profilach kandydatów. Następnie wspólnie zastanawiamy się, w jakich miejscach oni przebywają i co zachęci ich do aplikowania na dane stanowisko. Dział HR powinien dać treść ogłoszenia, natomiast marketing – wspomóc w kwestiach graficznych, promocji, ale również w kwestii smaczków, które można wrzucać do sieci, żeby zainteresować kandydatów – mówi Karolina Latus.

Działania employer brandingowe można wdrożyć w każdej firmie, niezależnie od jej wielkości i budżetu. Przedsiębiorstwa, które dysponują relatywnie niewielkim budżetem na ten cel, mają do dyspozycji cały wachlarz działań, które nie wymagają dużych nakładów finansowych, ale przynoszą wymierne efekty.

– Organizujemy spotkania z pracownikami, rozmawiamy z nimi, ponieważ komunikacja wewnętrzna w firmie jest również elementem budowania dobrego wizerunku pracodawcy. Szacunek dla pracownika także nic nie kosztuje, a ma bardzo dobry wpływ. Możemy także zaangażować pracowników w różne działania charytatywne, organizować akcje społeczne jako firma. Ludzie lubią się czuć elementem większej całości, lubią robić dobre rzeczy i chętniej wybiorą firmę, która coś takiego umożliwia – wylicza Karolina Latus.

Jak podkreśla, firma powinna też zadbać o opinie na swój temat na forach dyskusyjnych w internecie. Błędem jest jednak zmuszanie pracowników, żeby pisali o niej pozytywy. Najlepiej po prostu zadbać, żeby atmosfera w pracy była przyjazna – wtedy zadowolony pracownik sam chętnie opowie o tym innym osobom.

– Tych bezkosztowych działań employer brandingowych jest naprawdę sporo. Natomiast jeżeli szukamy większej liczby pracowników, to możemy się pokusić o wydanie większego budżetu i zorganizowanie całej akcji. Dodajemy narzędzia takie jak np. storytelling i mamy gotową kampanię, która przyciąga kandydatów. Bardzo istotne jest, aby pamiętać, że kandydat to również nasz klient. Jeżeli będzie niezadowolony z procesu rekrutacyjnego, to mniej chętnie skorzysta później z usług firmy albo kupi jej produkt – podkreśla Karolina Latus.

Pracodawcy rzadko pamiętają, że ważnym elementem employer brandingu jest candidate experience. To wrażenia kandydata z całego procesu rekrutacyjnego – od momentu otrzymania telefonu czy e-maila aż do wyjścia z rozmowy rekrutacyjnej i otrzymania informacji zwrotnej. Wciąż niewiele firm wysyła ją do kandydatów, którzy wysłali aplikację, ale nie przeszli procesu rekrutacyjnego.

– Niewiele firm odpowiada krótką wiadomością „Dziękujemy za przesłanie CV” wszystkim kandydatom, którzy nadesłali aplikacje. Podobnie jak niewiele firm wysyła informację zwrotną po rozmowie kwalifikacyjnej. Informujemy kandydatów, którzy nas interesują i przeszli do następnego etapu, ale o pozostałych zapominamy. Powinniśmy przynajmniej podziękować im za poświęcony czas, bo w ten sposób również budujemy employer branding. Jeżeli ktoś twierdzi, że nie ma na to czasu, to sugeruję się zastanowić, czy dobrze optymalizuje swój czas pracy i czy nie zaprasza zbyt dużej liczby kandydatów na rozmowy kwalifikacyjne – mówi prezes Agencji Pracy Tymczasowej Crafts.

Polacy i zakaz handlu w niedziele

Od wprowadzenia zakazu handlu w niedziele minęły prawie cztery miesiące. Czy niehandlowe niedziele zmieniły zwyczaje Polaków? Czy znacząco utrudniły codzienne funkcjonowanie? Jak radzimy sobie z zakazem handlu? I przede wszystkim, czy chcemy żeby ten zakaz został zniesiony? Na te i inne pytania spróbował odpowiedzieć zespół badawczy Havas Media Group – Intelligence Team w cyklu badań zrealizowanych na przestrzeni od marca do czerwca 2018 r.

Średnio około 20% badanych wskazało, że wprowadzenie zakazu handlu w niedziele znacząco zmieniło sposób spędzania niedziel. Przed wprowadzeniem zakazu handlu, osoby te często spędzały niedziele na zakupach w centrach handlowych (ponad 30% badanych, w porównaniu do około 15% w całej próbie) i był to najpopularniejszy sposób spędzania wolnego czasu w tej grupie.

Obecnie niedziele niehandlowe to dzień, który spędzamy z rodziną (coraz częściej), oglądając telewizję lub spędzając ten czas na świeżym powietrzu – i takie spędzanie wolnego czasu w niedzielę deklarują zarówno osoby, których sposób spędzania tego dnia uległ znaczącej zmianie, jak i pozostali badani.

Warto zauważyć, w jaki sposób pogoda wpływała na sposób spędzania wolnego czasu w niedzielę. Pierwsza niedziela objęta zakazem handlu była jednym z pierwszych cieplejszych dni tego roku – tego dnia wiele osób spędziło czas na świeżym powietrzu. W drugą niedzielę nastąpiło załamanie pogody – ten dzień większość badanych spędziła przed telewizorem (co istotne – częściej przed telewizorem, niż z rodziną). Kolejne niedziele, w których przeprowadzono badanie to powrót pięknej pogody, która odciągnęła ludzi od telewizorów i skłoniła do spędzenia czasu na świeżym powietrzu.

Jak Polacy radzą sobie z zakazem handlu w niedziele?Jak Polacy radzą sobie z zakazem handlu w niedziele

Z brakiem możliwości zrobienia zakupów radziliśmy sobie w różny sposób. Większość osób starała się zrobić zakupy wcześniej, około 10% próbuje znaleźć jakikolwiek otwarty w niedzielę sklep. Do zakazu handlu Polacy przyzwyczajali się stopniowo, są coraz lepiej przygotowani i zakupy robią odpowiednio wcześniej.Zakaz-handlu-w-niedziele_podsumowanie-2

Osoby, które zadeklarowały, że wprowadzenie zakazu handlu w niedziele znacząco zmieniło ich sposób funkcjonowania, w pierwszych tygodniach zakazu deklarowały częstsze robienie zakupów przez internet. W ostatniej fali badania odsetek ten spadł i obecnie znajduje się na poziomie zbliżonym do populacji. Wciąż jednak osoby z tej grupy są gorzej przygotowane do niehandlowych niedziel – znacząco częściej niż ogół badanych poszukują sklepów otwartych w niedziele lub przekładają zakupy na kolejny tydzień.Zakaz-handlu-w-niedziele_podsumowanie-3

Ocena zakazu handlu podzieliła Polaków. Niemal taki sam odsetek badanych chciałby zniesienia handlu, co jego utrzymania. Również niewielkie różnice występują jeśli chodzi o ocenę zakazu handlu – nieznacznie większy odsetek osób ocenia jego wprowadzenie pozytywnie.Zakaz-handlu-w-niedziele_podsumowanie-4

Zgodni jesteśmy w jednym – niedziele powinny być wolne dla wszystkich, nie tylko pracowników handlu.

Badanie zostało przeprowadzone w 5 falach. Pierwszą z nich zrealizowano tydzień przed wprowadzeniem zakazu handlu, dwie kolejne: po pierwszej i drugiej niedzieli objętej zakazem handlu. Czwartą i piątą falę zrealizowano 23.04 i 20.06. CAWI, n=800, próba reprezentatywna dla internautów.

Gdy chodzi o VAT, sądy muszą chronić przed fiskusem nawet organy władzy

„Samorząd terytorialny uczestniczy w sprawowaniu władzy publicznej” (art. 16 ust. 2 Konstytucji RP). Jego jednostki organizacyjne, świadcząc odpłatne usługi, stają się podatnikami VAT. Część usług wykonują jednak nieodpłatnie, w ramach realizacji zadań publicznoprawnych. Rozdzieleniu dla potrzeb podatku VAT działalności w ramach tych dwóch sfer służy tzw. prewspółczynnik. Mimo że sama ustawa o VAT daje podatnikom możliwość dostosowania sposobu określenia proporcji, fiskus wymusza stosowanie metod określonych w akcie niższej rangi, jakim jest rozporządzenie.

11 maja 2018 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu (sygn. I SA/Op 350/17) uchylił interpretację indywidualną Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej (dalej: DKIS) odmawiającą jednej z gmin prawidłowości określania tzw. prewspółczynnika, dającego podstawę do odliczenia podatku naliczonego od wydatków służących zarówno działalności gospodarczej gminy, jak i niepodlegającej opodatkowaniu działalności niemającej charakteru gospodarczego (sygn. 0112-KDIL4.4012.213.2017.1.AR).

Usługi odpłatne a usługi nieodpłatne

Poprzez zakład oczyszczania i wodociągów gmina realizuje m.in. zadania zaopatrzenia mieszkańców w wodę czy oczyszczania ścieków komunalnych. Zazwyczaj robi to odpłatnie. Osiąga przychody, ale i ponosi koszty związane z utrzymaniem i rozbudową niezbędnej infrastruktury. Nie zawsze jednak wykonuje te zadania za opłatą – w części wykonuje je na potrzeby własne, np. poprzez dostarczanie wody do dwóch świetlic, z których mieszkańcy korzystają bezpłatnie. Ponieważ zaś zgodnie z art. 5 ust. 1 pkt 1 Ustawy o podatku od towarów i usług (Dz.U. 2004 nr 54, poz. 535 ze zm.) podatkiem VAT objęta jest odpłatna dostawa towarów i odpłatne świadczenie usług na terytorium kraju, gmina musi rozdzielić, jaką część wydatków ponoszonych na daną infrastrukturę może zakwalifikować do obniżenia podatku należnego o kwotę podatku naliczonego.

Trudności w rozdzieleniu

Gmina zwróciła uwagę, że nie będzie w stanie rozdzielić wydatków ponoszonych w związku z prowadzeniem infrastruktury wodno-kanalizacyjnej w ramach działalności gospodarczej od tych z nią niezwiązanych. Potrafi jednak określić udział ilości metrów sześciennych fizycznego zużycia wody i odprowadzonych ścieków od odbiorców, od których pobiera płatność w całkowitym zużyciu wody i odprowadzonych ścieków.

W związku z tym, że gmina planowała wykorzystywać tę infrastrukturę na potrzeby własne w marginalnym stopniu, uznała przedstawiony sposób wyliczania proporcji za najbardziej reprezentatywny dla celów kwalifikowania kosztów w związku ze świadczeniem usług w ramach działalności gospodarczej oraz poza nią.

W ocenie organu

Fiskus stwierdził jednak, że taki sposób określenia proporcji jest nieprawidłowy, a sposób interpretacji przepisów zaprezentowany przez gminę prowadziłby do nieczytelności odliczeń podatku naliczonego. Jedynie słuszny w tej sytuacji jest prewspółczynnik ustalany w drodze odesłania art. 86 ust. 22 ustawy o VAT do rozporządzenia z dnia 17 grudnia 2015 r. w sprawie sposobu określania zakresu wykorzystywania nabywanych towarów i usług do celów działalności gospodarczej w przypadku niektórych podatników (Dz.U. z 2015 r. poz. 2193). Jak uznał organ, „(…) argumentacja Wnioskodawcy jest nieprecyzyjna, nie zawiera racjonalnych i obiektywnych powodów, dla których wybrana metoda najbardziej odpowiada specyfice działalności jednostki. Nie jest to argumentacja wystarczająca do uznania tego sposobu określenia proporcji za bardziej reprezentatywny niż ten wskazany w rozporządzeniu”.

Organ zarzuca organowi dyskryminację

W skardze do WSA gmina podniosła szereg naruszeń dokonanych interpretacją indywidualną wydaną przez organ podatkowy – nie tylko poprzez błędną wykładnię przepisów ustawy o VAT, ale i naruszenie dyrektyw unijnych, a nawet konstytucyjnych zasad równego traktowania oraz zakazu dyskryminacji (sygn. I SA/Op 350/17). Gmina przypomniała fiskusowi, że na mocy art. 86 ust. 2h ustawy o VAT, jeśli ustalony poprzez zastosowanie przepisów rozporządzenia „sposób określenia proporcji nie będzie najbardziej odpowiadać specyfice wykonywanej przez niego [podatnika] działalności i dokonywanych przez niego nabyć, może zastosować inny bardziej reprezentatywny sposób określenia proporcji”.

Udawanie ślepego, czyli o co chodzi?

WSA w Opolu ostatecznie uchylił skarżoną interpretację podatkową. Nie jest to jednak pierwszy przypadek, gdy fiskus zdaje się ignorować uprawnienie nadane podatnikom w art. 86 ust. 2h (por. wyrok z 9 maja 2017 r., sygn. I SA/Po 1626/16, wyrok z 6 grudnia 2017 r., sygn. I SA/Sz 886/17, wyrok z 16 stycznia 2018 r., sygn. I SA/Rz 747/17, wyrok z 7 marca 2018 r., sygn. I SA/Ol 79/18).

W marcu 2018 r. WSA w Olsztynie rozpatrywał sprawę gminy, która stosując sposób określania proporcji na podstawie rozporządzenia, mogłaby odliczyć VAT jedynie w wysokości 5%, podczas gdy realny zdaniem gminy prewspółczynnik wynosił 98%. Sąd orzekł: „Gmina (…) może zastosować metodę kalkulacji prewspółczynnika na podstawie art. 86 ust. 2h (…) w oparciu o przyjęte zasady obliczania proporcji, które są dla niej bardziej reprezentatywne, gdy uzna że sposób ustalania proporcji zgodny z przepisami wydanymi na podstawie art. 86 ust. 22 ustawy o VAT nie odpowiada specyfice tej działalności” (sygn. I SA/Ol 79/18).

W innej sprawie skład orzekający stwierdził: „Nie ma w przepisach prawnych obowiązujących od 1 stycznia 2016 r. obligatoryjnego sposobu obliczania prewskaźnika, również dla podmiotów wymienionych w rozporządzeniu MF. Zatem podatnicy wymienieni w rozporządzeniu MF mają prawo zastosować inny sposób określenia proporcji, o ile wykażą, że ten inny sposób jest bardziej reprezentatywny do całej działalności gospodarczej, a zaproponowana metoda będzie odpowiadała najbardziej specyfice prowadzonej przez podatnika działalności gospodarczej” (sygn. I SA/Po 1626/16).

To nie jedyne przykłady, gdy sądy wypowiedziały się na korzyść podatników. Świadczy o tym chociażby takie orzeczenie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Rzeszowie: „Przyznanie, z mocy ustawy podatnikowi prawa wyboru metody określania prewspółczynnika, opiera się na tym, że to przecież podatnik, najlepiej jest zorientowany w specyfice prowadzonej przez siebie działalności, zna jej uwarunkowania, determinujące dobór sposobu określenia proporcji uwzględniającego specyfikę działalności i dokonywanych nabyć. Jeżeli organ w skarżonej interpretacji uważa inaczej, powinien podać racjonalne, rzeczowe powody swojego stanowiska (…)” (sygn. I SA/Rz 747/17).

Pytanie: czy fiskus nie widzi prawa podatników do ustalania autonomicznego, najbardziej oddającego charakter prowadzonej przez nich działalności prewspółczynnika, czy też po prostu nie chce go widzieć?

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

33% wzrost wydatków na reklamę dóbr luksusowych w Internecie

Marcin Rupiński, CEO sieci reklamowej Royal Ad
Marcin Rupiński, CEO sieci reklamowej Royal Ad

Reklama luksusowa na dobre przeniosła się do mediów cyfrowych. Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Zenith, w tym roku w Internecie pojawi się o 33% więcej reklam segmentu premium w stosunku do 2017. Prognozy na kolejne lata napawają optymizmem. Jak będzie wyglądać luksus online w przyszłości? O tym w artykule Marcina Rupińskiego, CEO Royal Ad.

Luksus częścią świata digital

Według raportu Zenith, to właśnie reklama cyfrowa głównie napędza sprzedaż dóbr luksusowych. Eksperci przewidują także, że w latach 2017-2019 wydatki na reklamę segmentu premium wzrosną o 886 mln dolarów. Tym samym reklama telewizyjna wzrośnie o 27 mln, kinowa o 21 mln, a radiowa o 2 miliony dolarów. Według ekspertów, za dwa lata dobra luksusowe zagospodarują 35% digitalu.

Odbiorcy marek premium

Konsumenci dóbr luksusowych coraz częściej dokonują decyzji zakupowych za pośrednictwem kanałów online. Finalizacja nie zawsze odbywa się w Internecie, jednak jest on miejscem, w którym podejmowana jest decyzja zakupowa. Wyniki najnowszych badań dotyczących intencji zakupowych konsumentów dóbr segmentu premium skłaniają ich producentów i sprzedawców do przeznaczania większości budżetów reklamowych na działania w digitalu. Zenith prognozuje, że producenci luksusowych samochodów wydadzą aż 39% swoich budżetów na reklamę cyfrową. Kolejno za nimi znajdą się producenci zegarków i biżuterii (28%), perfum i kosmetyków (27%) oraz luksusowej odzieży (13%). W wydatkach na reklamę online na prowadzeniu znajduje się branża hotelarska, ponieważ większość konsumentów, właśnie w sieci szuka informacji o luksusowych hotelach, restauracjach, klubach czy spa i tam też dokonuje rezerwacji oraz zakupu. Według raportu, w tym roku do sieci trafi 50% nakładów na reklamę dóbr i usług tej branży.

Największe rynki

W 2017 roku, w Stanach Zjednoczonych wydatki na reklamę dóbr luksusowych osiągnęły 5,2 mld dolarów, tym samym plasując tamtejszy rynek na pozycji lidera. Na drugim miejscu znalazły się Chiny, z wartością rynku reklamy marek luksusowych wynoszącą 2,1 mld dolarów. Spośród wszystkich krajów, które wskazano w raporcie, udziału w łącznych wydatkach na reklamę dóbr luksusowych Chin i USA wyniósł 61%. Chiny także mogą pochwalić się najbardziej zaawansowanym cyfrowo rynkiem reklamy, w którym w ubiegłym roku udział online wyniósł 53%, a zgodnie z prognozami w 2019 osiągnie 68%.

Jak wynika z raportu Luxury Advertising Expenditure Forecast 2018, w ubiegłym roku, 57% budżetów reklamowych trafiło do prasy, natomiast przewiduje się, że w 2019 będzie to 55%. Do tej pory większość marek premium docierała do konsumentów za pomocą ekskluzywnych tytułów prasowych. Reklamy online traktowano sceptycznie, ze względu na niskiej jakości kontent prezentowany w Internecie. Obecnie, rozwój formatów reklamowych dostępnych w sieci, coraz wyższa jakość prezentowanych treści, personalizacja przekazu, a także możliwość bardziej precyzyjnego dotarcia do klienta chociażby za pomocą reklamy w modelu programmatic sprawiają, że marki mogą bardziej efektywnie docierać do konsumentów przy jednoczesnym zachowaniu ekskluzywności.

W najbliższych latach, również polski rynek reklamy online dóbr luksusowych będzie rósł w siłę. Marki, chcąc dotrzeć z przekazem do jak największego i najodpowiedniejszego grona odbiorców, będą musiały dostosować się do preferencji klientów, których aktywność w większości koncentruje się na kanałach online. Zenith szacuje, że 40% konsumentów przed dokonaniem zakupu zapoznaje się z produktem w Internecie, natomiast komunikacja online wpływa na przeszło 60% decyzji zakupowych konsumentów dóbr luksusowych. To solidne dane, których nie należy bagatelizować.

Autor: Marcin Rupiński, CEO Royal Ad.

Roboty nie zastąpią ludzi – uważa 92% pracodawców z 42 państw. A co sądzą polscy managerowie?

Czy ludzie obawiają się, że zastąpią ich roboty? Zdecydowanie nie! Tak wynika z raportu Skills Revolutions 2.0 firmy Manpower. Aż 92% z 20 tysięcy przebadanych przez firmę pracodawców uważa, że maszyny nie zastąpią ludzi. A wręcz przeciwnie. W 34 na 42 badane państwa, dzięki automatyzacji spodziewany jest wzrost zatrudnienia. W tym gronie jest Polska.

Przedsiębiorcy nie chcą zastępować swoich pracowników robotami, wynika z analizy Manpower. Jak informuje agencja zatrudnienia w raporcie Skills Revolutions 2.0, w przeważającej większości przypadków czwarta rewolucja przemysłowa nie spowoduje zmniejszenia liczby pracowników. Z przeprowadzonego w 42 krajach świata badania wynika, że na 100 zapytanych managerów, aż 92 planuje utrzymanie na niezmienionym poziomie lub nawet zwiększenie zatrudnienia z powodu postępującej automatyzacji.

Maszyny wkraczają w coraz to nowsze dziedziny życia i wykonują czynności zarezerwowane dla człowieka. Roboty pracują już w przemyśle, usługach czy rolnictwie. W jednych obszarach zastępują ludzi, ale w innych tworzą miejsca pracy – mówi Sławomir Kuźniak z BPSC i zarazem dodaje – Zawody wymagające kreatywność, zarządzania ryzykiem oraz wykorzystania umiejętności społeczno-emocjonalne przynajmniej na razie pozostają domeną ludzi. – komentuje ekspert z katowickiej firmy, dostarczającej zaawansowane rozwiązania technologiczne dla firm, w tym systemy ERP i MES.

Będą zatrudniać, ale też… zwalniać

Wpływ technologii na poziom zatrudnienia w najbliższych dwóch lat będzie różny dla poszczególnych gospodarek świata. Spośród 20 tysięcy pracodawców pytanych przez Manpower, zdecydowana większość, aż 86% planuje utrzymać lub zwiększyć liczbę pracowników. Tylko 10% deklaruje, że zmierza zmniejszyć zatrudnienie z powodu postępującej cyfryzacji. 4% nie potrafi określić, czy robotyzacja wpłynie na wzrost, czy spadek zatrudnienia.

Gdzie kadra managerska planuje redukcję zatrudnienia? Sięgając do wyników raportu Skills Revolutions 2.0 widać, że krajami najbardziej zagrożonymi postępującą automatyzacją są państwa z Europy. W Norwegii, Słowenii, Słowacji, Rumunii, Finlandii i Bułgarii maszyny mogą doprowadzić do tego, że liczba etatów zmniejszy się nawet o 10%. Jednak krajem, w którym największe spustoszenia na rynku pracy mogą przynieść roboty, jest Austria. Tam automatyzacja może spowodować aż 20% redukcję zatrudnienia.

Polska zdaniem ekspertów będzie wpisywać się w ogólnoświatowe trendy. Jak podaje Manpower, w naszym kraju automatyzacja może wygenerować nawet 10% wzrostu zatrudnienia. A to będzie miało przełożenie na średni roczny wzrost gospodarczy w kolejnej dekadzie, szacuje McKinsey. Dzięki inwestycji w robotyzację może być on wyższy o nawet 1%, oceniają eksperci. A to nie wszystko. Postępująca automatyzacja przełoży się na wzrost produktywności. Dzięki niej w 2030 r. PKB Polski może urosnąć o 15%, podają analitycy McKinsey.

Roboty zagrożeniem dla Millenialsów?

Zdecydowana większość (79%) pracowników w wieku 18-35 lat, czyli tzw. „millenialsi” uważa, że technologia tworzy więcej miejsc pracy, niż niszczy, wynika z ogólnoświatowego sondażu opublikowanego w 2016 roku badania przez Światowe Forum Ekonomiczne (WEF). Czy słusznie?

Młode pokolenia dorastały z technologią i jest im ona znacznie bliższa niż ich rodzicom. Dlatego nie obawiają się jej, a wręcz upatrują w niej nadzieję – komentuje ekspert śląskiej firmy BPSC.

Pomimo licznych doniesień i ostrzeżeń o ryzyku, jakie niesie ze sobą wprowadzenie robotów w fabrykach i sztucznej inteligencji, młodzi ludzie nie zmienili zdania przez dwa lata i nadal z optymizmem patrzą w przyszłość. Czego najlepszym dowodem są dane A.T. Kearney. Z raportu Workplace of the Future 2018 dowiadujemy się, że ponad 70% menedżerów i 80% młodych pracowników cieszy się na myśl o nadchodzącej automatyzacji. To dobitnie pokazuje, że ludzie widzą potencjał w technologii, nie zaś zagrożenie.

Jakie branże są najbardziej zagrożone?

Polski oddział firmy McKinsey opublikował, które branże są najbardziej zagrożone automatyzacją. Jak wynika za prognoz są to sektory: przemysłowy i logistyczno-transportowy. Według firmy doradztwa strategicznego za 12 lat aż 49% czasu pracy Polaków może zostać zautomatyzowane.

Z roku na rok coraz więcej czynności wykonują maszyny i taka już będzie tendencja. Wynika to głównie z przyczyny obniżania kosztów produkcji. Przedsiębiorstwa uciekają od produkcji wielkoseryjnej na rzecz produkcji dopasowanej do potrzeb określonej grupy klientów, czyli produkcji krótko seryjnej czy wręcz jednostkowej. Muszą przy tym zachować poziom kosztów jednostkowych produkcji wielkoseryjnej. Nie da się tego zrobić bez automatyzacji procesów produkcyjnych z wykorzystaniem robotów i zaawansowanych algorytmów – tłumaczy Sławomir Kuźniak.

Słowa eksperta katowickiej firmy znajdują potwierdzenie w danych. W maju podczas Forum Ekspertów BPSC zapytało prawie 300 prezesów i dyrektorów ze średnich i dużych polskich firm produkcyjnych czy dostrzegają problem ze znalezieniem pracowników. Aż 81% badanych uczestników Forum, odpowiedziało, że ma kłopot ze znalezieniem rąk do pracy.

46% pytanych uważa, że odpowiedzią na te problemy będzie automatyzacja i robotyzacja. Czy to może oznaczać, że maszyny zajmą miejsca ludzi.

– Przynajmniej na razie roboty zastępują ludzi głównie w pracach fizycznych, które wymagają powtarzania tych samych, żmudnych czynności. Dzięki maszynom produkcja będzie bardziej efektywna i tańsza, a potencjał ludzki będzie uwolniony. Ludzie będą zajmować się pracami bardziej złożonymi i wymagającymi kreatywności, jednak w przyszłość może okazać się , że i do tych prac zostaną stworzone algorytmy sztucznej inteligencji. Wtedy pozostanie nam praca w usługach, ale to już inny temat – kończy Sławomir Kuźniak z BPSC.

Finansowanie, wiedza i sieć kontaktów – InnoEnergy odpowiada na potrzebę innowacji

InnoEnergy, największy w Europie fundusz inwestujący w rozwiązania z obszaru energii, cleantech, mobilności oraz szeroko pojętych technologii smart, będzie gospodarzem 6. edycji wydarzenia „The Business Booster” (TBB)[1] poświęconego innowacjom w energetyce. Tegoroczna edycja odbędzie się w Kopenhadze, w Danii w dniach 17-18 października, a tematem przewodnim będzie hasło „Future is Now”. Podczas dwóch dni będzie można zapoznać się ze 150 gotowymi produktami stworzonymi przy współpracy z InnoEnergy, jak również wymienić się spostrzeżeniami z przedstawicielami wiodących firm branży energetycznej z całej Europy. W poprzednich latach w TBB udział wzięli, m.in.: Orlen, PGE, Tauron, Rafako, Boryszew, Innogy Polska, Energa, EDF Polska, Grupa Kęty.

The Business Booster to jedyne wydarzenie zrzeszające najbardziej innowacyjne start-upy z całej Europy, uznanych ekspertów branżowych, inwestorów oraz instytucje sektora publicznego, aby przyspieszyć transformację w dziedzinie czystej energii w Europie – mówi Elena Bou, Dyrektor ds. Innowacji, InnoEnergy. – Oprócz wystąpień start-upów, uczestnicy będą mogli wziąć udział w równolegle organizowanych sesjach tematycznych, a także zobaczyć ekspozycje produktów – zapowiada Bou.

Premiera: Prezentacje ekspertów i krótkie prezentacje przed inwestorami

Podczas wystąpień zostaną zaprezentowane najnowsze innowacje oraz rozwiązania, które zrewolucjonizowały obszary związane z magazynowaniem, transportem, energią wiatrową i inteligentnymi miastami. Podczas krótkich prezentacji, firmy z sektora energetycznego zwrócą się do przedsiębiorców InnoEnergy w poszukiwaniu takich rozwiązań technologicznych w energetyce, które odpowiadałyby ich wyzwaniom.

Odpowiadamy na aktualne potrzeby uczestników, dlatego Business Booster zmienia się każdego roku. Wierzymy, że takie podejście pomaga start-upom i przedstawicielom branży energetycznej w osiągnięciu realnych korzyści z obecności na wydarzeniu – mówi Bou. Co więcej, przemyślane połączenie sesji tematycznych, prezentacji produktów i networkingu stwarza idealne warunki do nawiązywania kontaktów – dodaje.

Od wysokowydajnych rozwiązań magazynowych po sortowanie odpadów komunalnych

Wśród tegorocznych wystawców jest m.in. szwedzka firma Northvolt, która buduje największą w Europie fabrykę akumulatorów litowo-jonowych. W wydarzeniu wezmą udział również polscy przedsiębiorcy, którzy dzięki wsparciu InnoEnergy odnoszą już sukcesy rynkowe. Przykładem może być firma Impact Clean Power Technology, producent rozwiązań z zakresu magazynowania energii dla elektromobilności i przemysłu.

– Dla przedsiębiorców z krajów Europy Środkowo-Wschodniej, The Business Booster jest doskonałą okazją zainteresowania swoimi produktami i rozwiązaniami inwestorów i przedstawicieli przemysłu właściwie z obszaru całej Europy. Możliwość komercyjnego wejścia na rynki międzynarodowe to jedna z unikalnych zalet współpracy z InnoEnergy – mówi Sebastian Siuchta, zarządzający portfelem start-upów w InnoEnergy Central Europe.

Wśród prelegentów jest już Dr Daniel M. Kammen, profesor energii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley i zdobywca Pokojowej Nagrody Nobla w 2007 roku. Z kolei w debatach panelowych i równoległych sesjach tematycznych udział wezmą Robert Rosner, dyrektor i założyciel Instytutu Polityki Energetycznej Uniwersytetu w Chicago oraz eksperci branżowi – Lars Aagaard, prezes Duńskiego Stowarzyszenia Energetycznego oraz Michael Sen, członek zarządu Siemens.

[1] https://tbb.innoenergy.com/

Złoty odrabia straty

Złotówka zaczęła się umacniać i euro nie kosztuje już powyżej 4,40 zł. Zdaniem Bloomberga Danske Bank zamieszany w proceder prania pieniędzy. Porozumienie handlowe USA-UE.

Oddech złotego na rynkach

Po tym, jak za euro trzeba było płacić powyżej 4,41 zł na rynkach pojawiła się korekta. Dzisiaj rano na moment kurs zszedł do poziomu 4,37 zł. Co jest powodem umocnienia złotego? Zdaniem większości analityków jest to chęć realizowania zysków przez inwestorów, którzy grali wbrew polskiej walucie. Powoli złoty dochodzi do poziomów, gdzie jest po prostu tani. Inwestorzy widzą obecnie niedowartościowaną walutę oraz obligacje, które względem danych makroekonomicznych są również relatywnie tanie. Czy można się zatem spodziewać odbicia złotego? Potrzebne jest do tego kilka warunków. Po pierwsze pogorszenie danych makroekonomicznych z Polski. Po drugie brak kolejnych dużych ryzyk politycznych w Europie i na świecie. Po trzecie wyciszenie problemów politycznych wokół polskiego wymiaru sprawiedliwości. Może się oczywiście zdarzyć, że inwestorzy, widząc dobrą cenę i tak zainwestują w złotego, jak warunki te nie będą spełnione.

Kolejny bank zamieszany w pranie pieniędzy

Jak podaje agencja Bloomberg, Danske Bank ma być zamieszany w dużą aferę związaną z praniem brudnych pieniędzy z Europy Wschodniej. Temat dotyczy wydarzeń z lat 2007-2015 i dotyczyć estońskiej filii banku. Sam bank powstrzymuje się na razie od komentarzy, gdyż prowadzi własne wewnętrzne śledztwo, by sprawdzić jak taka sytuacja mogła trwać tak długo niezauważona.

Kolejny rozdział wojny handlowej

Konflikt w ramach ceł pomiędzy USA a innymi państwami nie musi wcale oznaczać nowych ceł. Okazuje się, że możliwa jest również ich wzajemna redukcja. Właśnie taka oferta jest obecnie negocjowana pomiędzy USA a Unią Europejską. Miałaby on dotyczyć importowanych samochodów. Głównym zainteresowanym po europejskiej stronie są Niemcy, których przemysł samochodowy mocno ucierpiał na aferze dieslowej. Gdyby dla odmiany doszło do poluzowania ceł, byłby to znacznie lepszy sygnał dla rynków obawiających się recesji związanej z wojną handlową.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 16:30 – USA – zmiana zapasów paliw,
  • 20:00 – USA – protokół z posiedzenia FOMC.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kurs EUR/USD pozostaje w wąskim korytarzu wahań

Podczas wczorajszej sesji w Londynie euro minimalnie osłabiło się względem dolara.

Nieco lepsze od zakładanych dane o aktywności biznesowej PMI dla strefy euro nie dały wystarczającego wsparcia wspólnej walucie. W drugiej połowie dnia spadek utrzymał się, jednak jego tempo znacząco zwolniło. Ze względu na osłabienie dolara kurs pary EUR/USD zakończył dzień na poziomie zbliżonym do tego z jego początku, a po zakończeniu sesji londyńskiej zaczął nawet rosnąć.

Na umocnienie renminbi, którego kurs wzrósł z najniższego poziomu od 11 miesięcy, istotny wpływ miał słabszy dolar oraz werbalna interwencja Ludowego Banku Chin. Chińscy oficjele oświadczyli również, że rząd z pewnością nie zamierza wystrzelić pierwszych strzałów w potencjalnej wojnie handlowej. Oczekuje się, że już 6 lipca zarówno Stany Zjednoczone jak i Chiny nałożą na siebie nawzajem cła na towary importowe o wartości 34 miliardów dolarów. Środki podjęte przez Chiny odpowiadają groźbom prezydenta Trumpa. Są one podejmowane w reakcji na decyzję prezydenta o ukaraniu Chin za niesprawiedliwe praktyki w handlu.

Wczoraj ożywienia doświadczył nie tylko juan. Względny spokój na rynkach umocnił również część pozostałych walut emerging markets. Skorzystały zwłaszcza najbardziej płynne waluty Europy Środkowo-Wschodniej, które były poddane dużej presji ze względu na niepewność związane z stanem globalnego handlu. Największe zyski odnotował forint węgierski, zyskiwał również polski złoty.

Funt brytyjski kontynuuje ożywienie, w czym wspiera go osłabienie dolara oraz dobre dane PMI. Zgodnie z danymi aktywność sektora usług wzrosła z wartości 54,0 w maju do 55,1 w czerwcu. Wskaźnik znajduje się tym samym na poziomie najwyższym od ośmiu miesięcy. Szereg pozytywnych zaskoczeń na froncie ekonomicznym które obserwujemy w tym tygodniu zdaje się potwierdzać, że spowolnienie gospodarcze w Wielkiej Brytanii w pierwszym kwartale było zaledwie tymczasowe – tak jak sugerował Bank Anglii podczas przedostatniego spotkania.

Dziś zaleje nas prawdziwa powódź istotnych dla rynków informacji. Pośród wielu wypowiedzi członków banków centralnych i nowych publikacji makroekonomicznych, na przód wysuwa się wypowiedź przewodniczącego BoE Marka Carneya w środku dnia, raport o rynku pracy ADP oraz dane dotyczące zmian liczby bezrobotnych wnoszących o zasiłki w Stanach Zjednoczonych. Inwestorzy zwrócą również uwagę na wskaźniki PMI/ISM z USA, których publikacja została przesunięta ze względu na obchody Święta Niepodległości. Najistotniejsze jednak powinny być „minutki” z ostatniego spotkania Rezerwy Federalnej.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 12:00 – przemawia prezes BoE, Mark Carney
  • 12:55 – przemawia Jens Weidmann z Bundesbanku
  • 13:30 – raport Challengera dotyczący rynku pracy USA w czerwcu
  • 14:15 – dane ADP dla USA w czerwcu
  • 14:15 – przemawia Yves Mersch z EBC
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
  • 15:45 – wskaźnik PMI dla usług USA w czerwcu
  • 16:00 – wskaźnik ISM dla usług USA w czerwcu
  • 20:00 – publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC

Autor: Roman Ziruk, analityk Ebury

Powrót od pracy… i obaw

Po jednym dniu wywołanego świąteczną przerwa w USA uspokojenia wracają demony wojen handlowych, co nie wróży dobrze sentymentowi na rynkach. Trwa odliczanie do jutrzejszego uruchomienia przez Biały Dom ceł importowych na chińskie towary, co z dużym prawdopodobieństwem spotka się z odwetowymi działaniami Pekinu. Obawy o przygaszenie ożywienia globalne uderzają w waluty rynków wschodzących, surowce i indeksy. Na tym tle jasno świeci USD, dla którego dane są solidnym wsparciem.

Środa była potraktowana jako mini weekend z podwyższonym ryzykiem zdarzeń nadzwyczajnych, w efekcie czego we wtorek inwestorzy skupili się na domykaniu zyskownych pozycji, póki jeszcze mieli na to szanse. Jako że wczorajszy dzień minął bez niespodzianek, dziś wracamy do motywu przewodniego ostatnich dni, jaki są wojny handlowe i ich wpływ na globalną gospodarkę. Oczy inwestorów zwrócone są przede wszystkim na Chiny, gdzie dziś notowania juana były stabilne, ale rynek akcji pozostawał w niedźwiedzich nastrojach. Mocno traciły też miedź i ruda żelaza, co razem pokazuje, że jest nerwowo. W tym kontekście stabilność walut G10 imponuje, choć może to być cisza przed burzą. Do eskalacji sporu handlowego jest blisko, gdyż już jutro Biały Dom ma wprowadzić życie cła importowe obejmujące chińskie towary warte 34 mld USD. Donald Trump obiecał ograniczania importu dla dóbr wartych 50 mld USD, więc ryzykiem do końca tygodnia jest, co USA zamierzają zrobić z pozostałymi 16 mld USD. Jednocześnie Chiny zastrzegły, że „w żadnym razie” nie wykonają pierwszego ruchu, ale nie zawahają się odpowiedzieć na poczynania USA. Osobiście mam wątpliwości, czy wdrożenie ceł przyniesie reakcję rynku w stylu „kupuj plotki, sprzedawaj fakty”. Biorąc pod uwagę, że Trumpowi nie spodobają się działania odwetowe Chin i zagrozi dalszymi cłami, może to być przyczynkiem dla dalszej fali awersji do ryzyka.

Po pozytywnej stronie należy zaznaczyć, że inwestorzy często bywają jak niesumienni uczniowie w szkole, którzy przynoszą słabe oceny, ale każda kolejna „dwója” wywołuje coraz mniejsze emocje. Tak samo może być z obecnym konfliktem handlowym. Pierwsze uderzenie cłami było najsilniejsze, a każde kolejne będą już wywoływać mniejszą reakcję rynku, gdyż zakres potencjalnych taryf będzie systematycznie mniejszy. Jest bardzo małe prawdopodobieństwo, aby USA i Chiny poszły na wojnę na ograniczenia całej wymiany handlowej – nawet Trump musiał dostać stosowna notkę, że w takiej wojnie na koniec USA przegrają. Na razie jednak jesteśmy w fazie, gdzie strach karmi się niepewnością i nie można wykluczyć przynajmniej jeszcze jednej fali skoku awersji do ryzyka.

W wyczekiwaniu na kolejny rozdział sporu handlowego w czwartek przeszkadzać będą dane z USA, które powinny podkreślić kontrast między kondycją ekonomiczną USA i reszty świata. ISM dla usług powinien pozostać na wysokim poziomie ponad 58 pkt., szczególnie jego odpowiednik dla przemysłu mocno zaskoczył w poniedziałek, przecząc hipotezom, że wojna handlowa zaczyna odbijać się na aktywności biznesu. Raport ADP o zmianie zatrudnienia przygotuje nas na jutrzejszy NFP. Wieczorem minutki FOMC skupią uwagę, a tekst powinien potwierdzać, że Fed mocno stąpa po ścieżce „stopniowych podwyżek”.

Eskalacja napięć handlowych pozostaje głównym ryzykiem dla stabilności rynku FX. W G10 AUD i NZD pozostają najbardziej wrażliwe i mogą tracić głównie do USD i JPY. EUR/USD stracił kierunek bez oznak siły wybicia z przedziału 1,1530-1,1720. Na lokalnym rynku złoty skorzystał wczoraj na poprawie sentymentu i oddalił do 4,41 do 4,37, ale ostrożnie podchodzimy do perspektyw podtrzymania jednostajnego umocnienia w krótkim terminie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Najważniejsze wydarzenia na rynkach w pierwszym półroczu 2018 r.

Pierwsza połowa 2018 roku obfitowała w bardzo dynamiczne zmiany nastrojów inwestorów, a wraz z nimi kursów walut, cen surowców, notowań największych indeksów czy spółek. Kamil Hajdamowicz z Vienna Life komentuje największe wydarzenia minionego półrocza na rynku.

Spółki technologiczne z USA przynoszą zyski polskim funduszom

W pierwszym półroczu 2018 r. fundusze inwestycyjne oparte na spółkach notowanych w Stanach Zjednoczonych przyniosły najwyższą średnią stopę zwrotu. – Tutaj należy wyróżnić fundusze inwestujące dużą część portfela w spółki technologiczne, których stopa zwrotu wyniosła 12-15%. Bardzo dobrze zachowywały się instrumenty inwestujące w szeroki sektor spółek technologicznych, zdywersyfikowane geograficznie. Do takich należy Investor Nowych Technologii, inwestujący w spółki ze Stanów Zjednoczonych, Europy Zachodniej i Polski, którego stopa zwrotu w I półroczu wyniosła 19,19% – mówi Kamil Hajdamowicz, Doradca Inwestycyjny w Vienna Life.

Motorem napędowym są tzw. FAANG-i, czyli Facebook, Amazon, Apple, Netlix i Google. W marcu pojawiła się nerwowość wśród inwestorów spowodowana współpracą spółki Facebook z Cambrige Analityca i nieuprawnionym wykorzystaniem danych milionów użytkowników. Szybko jednak ta sprawa została zapomniana, a inwestorzy skupili się na prawdziwych wartościach tych spółek, a nie na spekulacjach, które do tej pory się nie zmaterializowały. Notowaniom pomagały wyniki kwartale spółek, które w prawie 80% przypadków przebiły rynkowe oczekiwania. Można oczekiwać utrzymania tego trendu w II kwartale, chociaż coraz większym czynnikiem ryzyka pozostaje polityka monetarna Fed.

Sprzyjającym czynnikiem dla instrumentów opartych na spółkach notowanych w USA był również wzrost wartości dolara. Względem złotego umocnił się on o 7,32 proc. (licząc do 25 czerwca br.).

Trump podgrzewa rynki

Bardzo sprzeczne doniesienia o kolejnych sankcjach wprowadzanych przez Trumpa także wpływały na zmienne nastroje inwestorów. Prezydent USA wdrożył już dodatkowe opłaty za import stali i aluminium z UE. W odwecie Unia nałożyła taryfy na warte 2,8 mld euro produkty (motocykle, Bourbon, sok pomarańczowy). Trump grozi teraz wprowadzeniem 20 proc. cła na samochody importowane z państw unijnych.

Obecnie natomiast najbardziej atmosferę na rynkach podgrzewają informacje o regulacjach blokujących chińskie inwestycje w sektor technologiczny Stanów Zjednoczonych. Trump rozważa przygotowanie planu wzmożonej kontroli eksportu, którego celem jest zapobieganie wypływowi technologii do Chin. The Wall Street Journal podaje, że prezydent USA tymi działaniami chce uniemożliwić Chinom realizację strategii „Made in China 2025” – państwo środka aspiruje, by stać się globalnym liderem w 10 obszarach związanych z technologią (m.in. przemysł lotniczy, biotechnologie czy technologia informacyjna). Jesteśmy w tym momencie świadkami szeroko zakrojonej rozgrywki politycznej (która w niektórych obszarach przybiera już postać wojny gospodarczej) o globalną supremację w obszarze nowoczesnych technologii

Rynki finansowe działają pod wpływem polityki Białego Domu. Trudno w tym momencie prognozować, czy wojna handlowa jest tylko nową formą gry negocjacyjnej i politycznej (przed wyborami do Kongresu na jesieni b.r.), czy też realną chęcią nałożenia ceł na wybrane obszary świata w celu obrony amerykańskiej gospodarki. Wpływa ona jednak na tempo globalnej wymiany handlowej i nastroje gospodarcze (odzwierciedlone w odczytach wskaźników wyprzedzających oraz w statystykach eksportu), co bezpośrednio przekłada się na nastroje rynkowych inwestorów. Obserwujemy w ostatnich tygodniach podwyższoną zmienność na rynkach finansowych, którą w szczególności dotknięte zostały rynki wschodzące, a przez to również Polska – komentuje Kamil Hajdamowicz.

GetBack i wpływ afery na rynek obligacji korporacyjnych

W wyniku problemów finansowych wrocławska firma windykacyjna winna jest dziś obligatariuszom ok. 2,5 mld zł. Na wniosek KNF w kwietniu br. zawieszono obrót akcjami spółki. Ponadto firma wielokrotnie przekładała przedstawienie sprawozdania finansowanego za ubiegły rok. Rynek i inwestorzy trwali w niewiedzy, a zainteresowanie sytuacją finansową spółki było ogromne. Gdy już wreszcie opublikowano raport, na jaw wyszło, że strata GetBack za 2017 rok wynosi 1,33 mld zł. Sytuacja związana z GetBack kolejny raz, w bardzo nieprzyjemny sposób, przypomniała wielu inwestorom zasadę, że wysoki zysk najczęściej idzie w parze z wysokim ryzykiem, a dotyczy to zarówno rynku akcji, jak i obligacji.

Sprawa GetBacku niekorzystnie wpływa na nastroje na rynku obligacji korporacyjnych. Skutki tego zjawiska są już widoczne na rynku Catalyst. Odzwierciedla się to w przewadze strony podażowej na tym rynku, co przekłada się na spadki wycen niektórych obligacji. Inwestorzy zaczęli oczekiwać wyższej premii za ryzyko, co miało wpływ na większą trudność w uplasowaniu nowych emisji na tym rynku (z uwagi na fakt, że przez efekt spadków cen na rynku dostępne są obligacje z dużo większą rentownością niż mogliby i chcieli zaoferować emitenci). Ponadto, przez sprawę GetBacku i działania KNF trudniej będzie domom maklerskim aktywnie uplasować nowe emisje obligacji, zwłaszcza mniejszych emitentów. Jeśli do tego dołożymy zeszłoroczne zalecenie KNF, by obligacje podporządkowane banków miały nominał nie mniejszy niż 400 tys. PLN i wstrzymanie się przez część banków z nowymi emisjami, obraz drugiego półrocza na rynku obligacji korporacyjnych może być trudny – dodaje Doradca Inwestycyjny w Vienna Life.

Analiza perspektyw dla rynku najmu w Polsce w perspektywie najbliższych 5 lat

– Trendy społeczne sprzyjają właścicielom mieszkań na wynajem – ocenia w swojej analizie perspektyw dla rynku najmu w Polsce Artur Kaźmierczak, prezes Mzuri Investments i spółek Mzuri CFI, które umożliwiają grupowe inwestowanie w mieszkania na wynajem osobom dysponującym relatywnie niewielkim kapitałem. – Główne ryzyka dla rynku najmu mają natomiast charakter regulacyjny – komentuje Kaźmierczak.

W ocenie eksperta największy wpływ na rozwój rynku najmu w Polsce w perspektywie najbliższych 5 lat będzie mieć utrzymanie lub dalszy wzrost wysokiego poziomu napływu imigrantów do Polski, skutkujący wysokim poziomem popytu na mieszkania na wynajem. Według danych Mzuri, Ukraińcy, Białorusini i inne nacje stanowią dużą część rynku najmu: ok. 10 proc. Dynamicznie rośnie też liczba studentów przyjeżdżających do Polski na studia (wg danych GUS w roku akademickim 2016/2017 studiowało w Polsce 65,8 tys. osób z zagranicy, co oznacza wzrost o 15 proc. w stosunku do roku poprzedniego). Niemniej, nie tylko imigranci będą motorem wzrostu. – Do wzrostu popularności najmu w Polsce niezmiennie przyczynia się również utrzymanie się trendu socjologicznego polegającego na rosnącym preferowaniu przez młodych ludzi najmu ponad własność. Trend ten będzie nakręcać popyt na mieszkania na wynajem – dodaje Kaźmierczak. Tendencje takie jak zwiększona mobilność pracowników, promocja najmu jako pełnoprawnej formy korzystania z mieszkania (choćby poprzez program Mieszkanie Plus), rosnąca niechęć do wieloletnich kredytów, czy duża liczba rozwodów będą dodatkowo przyczyniać się do wzrostu popularności najmu.

Z kolei takie czynniki jak wzrost stóp procentowych, rosnąca długość życia, czy dalszy wzrost cen mieszkań będą wpływać na ograniczenie podaży mieszkań na wynajem. – Mniej osób będzie inwestować w mieszkania na wynajem gdyż można zakładać, że krótkoterminowo wzrośnie relatywna atrakcyjność lokat bankowych, obligacji skarbu państwa itp., a tym samym zwolni tempo wzrostu podaży mieszkań na wynajem czyli zmniejszy się konkurencja między właścicielami mieszkań – komentuje Kaźmierczak. Z racji ograniczeń podaży gruntów, rosnących cen materiałów budowlanych i mniejszej osiągalności pracowników, inwestycja w mieszkanie na wynajem będzie też osiągalna dla mniejszej liczby osób.

Główne ryzyka dla rynku najmu w perspektywie najbliższych 5 lat mają natomiast charakter regulacyjny. – Gdyby rząd postanowił wprowadzić maksymalną stawkę czynszu za metr kwadratowy bądź zwiększyć opodatkowanie najmu mogłoby to zaburzyć atrakcyjność najmu – prognozuje Kaźmierczak. Rząd wdrożył już rozwiązania idące w tym kierunku podnosząc ryczałt od dochodów z najmu przekraczających 100 tys. zł rocznie do poziomu 12,5%. Jeśli gospodarka zacznie zwalniać i pojawią się kłopoty z finansowaniem programów socjalnych, rząd może mieć motywację do zwiększenia obciążeń właścicieli mieszkań na wynajem. – Prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest jednak średnie; a ewentualny wpływ na rynek zależny od poziomu regulacji, ale zapewne nie bardzo duży – ocenia Kaźmierczak. Czynnikiem o potencjalnym negatywnym wpływie na rynek najmu byłoby też ograniczenie możliwości wynajmowania mieszkań na krótki termin. – Coraz więcej miast w Europie wprowadza podobne ograniczenia, rząd zapowiada, że pojawią się one również w Polsce. Ich wdrożenie mogłoby zmotywować właścicieli takich mieszkań do dwóch ruchów: albo przejścia na najem długoterminowy (tym samym zwiększając konkurencję między właścicielami mieszkań na wynajem długoterminowy) albo sprzedaży mieszkania, co z kolei albo zmniejszyłoby popyt na najem (bo spadek cen skłoniłby część potencjalnych najemców do zakupu własnego mieszkania) albo zwiększyło podaż mieszkań na długi termin, gdyby lokale te zostały kupione przez inwestorów – ocenia ekspert. Prawdopodobieństwo takiego scenariusza z perspektywy całego rynku jest średnie, a ewentualny wpływ na rynek niewielki.

Ronson Development – sprzedaż i przekazania lokali 2Q 2018

W II kwartale 2018 r. Ronson Development zakontraktował sprzedaż 232 lokali, czyli o 29% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Liczba lokali przekazanych klientom od początku kwietnia do końca czerwca br., które zostaną rozpoznane w rachunku wyników za ten okres, wyniosła 213 wobec 72 przed rokiem.

– W drugim kwartale tego roku osiągnęliśmy wyraźnie lepsze wyniki sprzedażowe niż w kilku poprzednich kwartałach. W ostatnich trzech miesiącach zakontraktowaliśmy sprzedaż 232 lokali, czyli niemal o 30% więcej niż przed rokiem. Strzałem w dziesiątkę okazał się nasz nowy projekt w Poznaniu – Grunwald2 wprowadzony do oferty w kwietniu. Sprzedaliśmy już tam ponad 40 mieszkań. W Warszawie naszym bestsellerem jest obecnie osiedle Miasto Moje na Białołęce, gdzie w samym drugim kwartale znaleźliśmy nabywców na ponad 60 lokali. Dlatego też niebawem planujemy rozpocząć realizację trzeciego etapu tej inwestycji. Niezmiennie dużą popularnością cieszy się również projekt City Link na Woli, w którym od kwietnia do czerwca sprzedaliśmy blisko 40 lokali. Dobre wyniki sprzedażowe notujemy także we Wrocławiu: w drugim kwartale tego roku w projektach Vitalia oraz Miasto Marina sprzedaliśmy po kilkanaście lokali – powiedział Andrzej Gutowski, członek zarządu, dyrektor sprzedaży i marketingu Ronson Development.

Narastająco od początku tego roku Ronson Development znalazł nabywców łącznie na 436 lokali, co jest rezultatem podobnym do osiągniętego w pierwszej połowie 2017 r. Liczba ta uwzględnia 32 apartamenty sprzedane w prestiżowym projekcie Nova Królikarnia na warszawskim Mokotowie, który Ronson odkupił w tym roku od Global City Holdings. W samym drugim kwartale Spółka sprzedała 16 lokali w tej inwestycji.

Na koniec czerwca br. w ofercie sprzedaży Ronson Development znajdowało się łącznie ponad 880 lokali w czterech miastach: Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu i Szczecinie.

– Drugi kwartał tego roku był dla nas bardzo udany również pod względem liczby mieszkań przekazanych nabywcom. Nasi klienci otrzymali w tym okresie klucze do 213 lokali. To niemal trzykrotnie więcej niż w analogicznym okresie 2017 r. Blisko 80 lokali przekazaliśmy w czwartym etapie projektu Espresso na Woli, którego budowa zakończyła się w lutym. W czerwcu uzyskaliśmy natomiast pozwolenie na użytkowanie pierwszego etapu osiedla Miasto Moje i do końca miesiąca zdążyliśmy przekazać nabywcom 60 mieszkań. W drugim kwartale przekazaliśmy również pierwsze 24 lokale w projekcie Nova Królikarnia. Są to głównie apartamenty o dużych metrażach i wysokiej średniej cenie jednostkowej, w związku z czym projekt ten będzie mieć znaczący udział w przychodach za drugi kwartał – wskazał Rami Geris, członek zarządu i dyrektor finansowy Ronson Development.

W całej pierwszej połowie 2018 r. Ronson wydał klucze do łącznie 517 lokali, wobec 371 lokali przekazanych klientom w pierwszych sześciu miesiącach 2017 r.

Ronson Development – sprzedaż i przekazania lokali

Liczba lokali 2Q 2018 2Q 2017 Zmiana r/r 1-2Q 2018 1-2Q 2017 Zmiana r/r
Sprzedaż 1) 232 180 +29% 436 439 -1%
Przekazania 213 72 +196% 517 371 +39%

1) Dane za 2018 r. obejmują sprzedaż odpowiednio 16 lokali w drugim kwartale i łącznie 32 lokali w pierwszym półroczu w ramach projektu Nova Królikarnia, który trafił do portfela Ronson Development na początku kwietnia br.

Rośnie prestiż wyścigów konnych w Polsce. Wyższe nagrody i modernizowane tory przyciągają coraz większą publiczność

Rośnie prestiż wyścigów konnych w Polsce. Wyższe nagrody i modernizowane tory przyciągają coraz większą publiczność 6

Rośnie zainteresowanie wyścigami konnymi w Polsce. Otwarcie Sezonu czy Derby przyciągają coraz więcej osób. Podczas największych wydarzeń na tory przychodzi kilkanaście tysięcy osób. Warszawski Służewiec odwiedziło w tym roku już nawet kilkanaście procent widzów więcej niż w poprzednich latach. Pojawiają się też sponsorzy i dodatkowe nagrody – w Gonitwie Derby Grupa Westminster ufundowała dodatkowe nagrody w kwocie 50 tys. zł. Wyższe nagrody to też większa szansa na przyciągnięcie najlepszych stajni, a tym samym – zwiększenie prestiżu gonitw w Polsce.

 Wyścigi konne w Polsce mają duży potencjał rozwojowy. Już pierwsze wyścigi w tym sezonie przyciągnęły 15 tys. ludzi. Macie znakomite obiekty i dużo inwestujecie, jakość koni wyścigowych w Polsce rośnie z każdym rokiem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marian Ziburske, prezes zarządu Grupy Westminster, głównego partnera sezonu 2018, a prywatnie także wielki fan jeździectwa.

Wyścigi konne przyciągają coraz więcej widzów. Stają się wydarzeniem towarzyskim – w dni gonitw przychodzi coraz więcej młodych ludzi i całych rodzin.

– Osoby odwiedzające tor spędzają tu 5–6 godzin. Można przyjść z rodziną. Dobrze bawić mogą się tu również dzieci, dla których przewidziano mnóstwo aktywności, jak np. jazda na kucykach – mówi Marian Ziburske.

W gonitwach biorą udział lepsze konie, ponieważ polskie tory stają się atrakcyjne dla najlepszych stajni. W Polsce działają obecnie cztery tory wyścigowe, a największą rangę z punktu widzenia hodowli i selekcji ma tor na warszawskim Służewcu, którego partnerem w tym roku jest Grupa Westminster.

– Nie ukrywam, że konie są moją pasją – sam uprawiam jeździectwo i jestem właścicielem dwudziestu pięciu koni wyścigowych. Ale myślę też, że jest to ogólnie bardzo dobry kierunek działalności sponsorskiej – przyznaje Ziburske.

Prywatnie Marian Ziburske kocha sport, a w szczególności konie, piłkę nożną i hokeja. Sponsoruje tor wyścigowy Berlin-Hoppegarten i German Friendships, wspiera klub hokeja na lodzie HC Dynamo Pardubice w Czechach. Grupa Westminster była również oficjalnym głównym sponsorem reprezentacji Niemiec w hokeju na lodzie.

Grupa zajmująca się wynajmem nieruchomości inwestuje w Polsce od 2017 roku. Podstawą jej koncepcji biznesowej jest pozyskiwanie lokali mieszkalnych i komercyjnych, ich modernizacja lub rozbudowa, a następnie długoterminowe wynajmowanie.

– Pod względem rozwoju naszego biznesu głównego w Polsce mamy powody do dużej satysfakcji. W ciągu ostatnich czternastu miesięcy nabyliśmy już ponad tysiąc lokali. Skupiamy się na kupowaniu i długoterminowym wynajmie nieruchomości mieszkalnych na terenie całej Polski, działamy więc inaczej niż firmy deweloperskie. Dostrzegam duży potencjał na tym rynku w Polsce – mówi Marian Ziburske.

Od tego roku logo Westminster można zobaczyć na Torze Służewiec. Jak podkreśla Marian Ziburske, to nie ostatnie słowo grupy we wspieraniu sportu w Polsce. Firma ma plany związane z piłką nożną i tenisem.

– Grupa Westminster działa w charakterze partnera głównego Toru Służewiec, dzięki czemu nasze reklamy można zobaczyć w bardzo atrakcyjnych miejscach na terenie toru przez wszystkie pięćdziesiąt cztery dni wyścigowe – mówi prezes Westminster.

Nagrody w Polsce są jeszcze stosunkowo niewielkie – wynoszą zazwyczaj kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy złotych. Te największe mają pule kilkuset tysięcy. 85 proc. nagrody za wygraną gonitwę trafia do właściciela konia.

– Wyścigi z roku na rok zwiększają swoją publiczność. Obserwujemy z każdym kolejnym rokiem wzrost sprzedaży biletów na poszczególne wydarzenia. Jeszcze nie zakończyliśmy tego wzrostu i myślę, że popularność wyścigów będzie z każdym rokiem rosła. Otwarcie sezonu jest jednym z większych dni wyścigowych. W tym roku przez tor w ciągu całego dnia przewinęło się już ponad osiem tysięcy osób – mówi Sylwester Puczen, rzecznik prasowy Toru Służewiec.

Polski Klub Wyścigów Konnych przeznacza w tym sezonie ponad 600 tys. zł na dodatkowe nagrody na Torze Służewiec. Za każdy ważny start konia polskiej hodowli w gonitwach grupowych zapłaci 200 zł, ufundował też trzy nagrody dla polskich hodowców, których konie zajmą najwyższe trzy miejsca w Derby i Wielkiej Warszawskiej (odpowiednio 15, 10 i 5 tys. zł).

 Jesteśmy jednym z partnerów Gali Derby, dzięki czemu nagroda w tym sezonie wzrosła do 50 tys., czyli o 30 proc. Na innych torach w Europie ma miejsce odwrotna sytuacja – kwoty nagród są obniżane – wskazuje Marian Ziburske.

Dzięki zaangażowanie partnera na służewieckim torze pojawią się też nowe gonitwy. Na Torze Służewiec we wrześniu odbędzie się Westminster Freundschaftspreis, gdzie suma nagród wyniesie 105 tys. zł.

– Stworzyliśmy nowe międzynarodowe wyścigi, na które zaprosimy naszych partnerów z Niemiec, Słowacji i Czech. Chcemy pokazać, że wyścigi konne w Polsce stoją na międzynarodowym poziomie, a ponadto zaprezentować zagranicznym gościom przepiękny obiekt na Służewcu – mówi Marian Ziburske.

Nie tylko wyścigi w Polsce mają coraz większy prestiż, lecz także same obiekty przechodzą remonty. Tor Służewiec po generalnych pracach ma odzyskać przedwojenny blask.

– W tym roku skupialiśmy się przede wszystkim na udoskonaleniu alei dojazdowej, wymieniliśmy oświetlenie, poprawiamy kasy biletowe. W 2017 roku otworzyliśmy Trybunę Honorową po gruntownym remoncie konserwatorskim, we wcześniejszych latach prowadziliśmy takie prace na Trybunie II. Teraz czas na prace dotyczące budynków związanych z bieżącą obsługą. Poprawiamy wszystko tak, aby ta perła architektoniczna służyła nam jak najdłużej – zapowiada Sylwester Puczen.

Nowe możliwości dla najpopularniejszych youtuberów. Serwis wprowadzi płatny dostęp do ekskluzywnych treści

Nowe możliwości dla najpopularniejszych youtuberów. Serwis wprowadzi płatny dostęp do ekskluzywnych treści 7

Serwis YouTube zapowiedział wprowadzenie płatnych subskrypcji. Youtuberzy mający więcej niż 100 tys. subskrybentów będą mogli odpłatnie udostępniać ekskluzywne treści. Pojawi się także możliwość sprzedawania gadżetów za pośrednictwem serwisu i publikowania nowych materiałów w sekcji „Premiery”. Zmiany czekają także użytkowników Facebooka – serwis testuje nową funkcję pokazującą, jaki czas dana osoba spędza w mediach społecznościowych i opcję chroniącą przed niepożądanymi spoilerami filmów czy seriali.

– YouTube zapowiedział wprowadzenie płatnych subskrypcji. Kosztują blisko 5 dol. i dotyczą tych twórców, którzy mają więcej niż 100 tys. subskrybentów. Dzięki skorzystaniu z płatnej subskrypcji użytkownicy otrzymują dostęp do ekskluzywnych treści publikowanych przez twórcę. Z kolei twórcy z USA, którzy mają więcej niż 10 tys. fanów, mogą sprzedawać własne gadżety na swoim kanale YouTube – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Piotrowska, redaktor PRoto.pl.

Trzecia nowość w serwisie to sekcja „Premiery”, w której twórcy mogą zapowiadać i publikować nowe materiały.

– Facebook w ostatnich dniach poinformował o wprowadzeniu zmiany dotyczącej transparentności reklam, którą zapowiadał już w ubiegłym roku. Użytkownicy mogą teraz zobaczyć kampanie reklamowe, które w obecnym czasie są prowadzone przez strony. Nie muszą być też w grupie docelowej tych kampanii, aby móc się z nimi zapoznać – wyjaśnia Paulina Piotrowska.

Użytkownicy Facebooka zyskali dostęp do dodatkowych informacji na temat stron, również tych, które nie mają w danej chwili żadnej aktywnej reklamy. Mogą zobaczyć, kiedy powstała dana strona i czy zmieniała nazwę. W najbliższych tygodniach Facebook chce w ramach zakładki udostępnić kolejne informacje na ich temat.

– Facebook zapowiedział też powstanie narzędzia o nazwie Brand Collabs Manager, które ma ułatwiać nawiązywanie współpracy między markami a twórcami – wskazuje Paulina Piotrowska.

Za jego pośrednictwem marki będą mogły wyszukiwać facebookowych twórców i sprawdzać ich pod względem takich kryteriów jak zainteresowania, płeć czy wiek, oraz czy ich odbiorcy są zbliżeni do grupy docelowej marki. Twórcy po uzyskaniu dostępu do narzędzia mogą zaprezentować swoje portfolio, w tym np. statystyki czy dane dotyczące wcześniejszej współpracy.

Facebook poinformował też, że testuje nowy szablon dla materiałów wideo i wprowadził kolejne rozwiązania dla twórców – takie jak możliwość dodawania ankiet czy quizów, dzięki którym ich filmy mają być bardziej interaktywne.

Serwis Marka Zuckerberga rozpoczął testy nowej funkcji Keyword Snooze, która pozwala tymczasowo ukryć posty zawierające słowa kluczowe wskazane przez użytkownika. Po włączeniu funkcji wpisy z wybranymi hasłami przez 30 dni nie będą wyświetlać się na tablicy. Będzie ona także chronić użytkowników przed niepożądanymi spoilerami filmów czy seriali.

Serwis testuje też funkcję, która pokazuje czas, jaki użytkownik spędza w portalu społecznościowym. „Twój czas na Facebooku” pokazuje czas spędzony w aplikacji w ciągu tygodnia oraz średni czas poświęcony na korzystanie z serwisu w ciągu dnia. Facebook prowadzi też testy opłat za członkostwo w najbardziej popularnych grupach.

 Zmiany wprowadzono też do facebookowego komunikatora. W Messengerze pojawiły się automatycznie odtwarzające się reklamy wideo – wymienia redaktor PRoto.pl.

Z kolei Instagram poinformował o wprowadzeniu opcji zakupów do sekcji Stories. Marki zyskają możliwość oznaczania produktów w publikowanych przez siebie relacjach.

 Instagram stworzył także platformę wideo o nazwie IGTV. Jest to oddzielna aplikacja, ale żeby oglądać materiały, które są w niej publikowane, nie trzeba opuszczać Instagrama – dodaje Piotrowska.

Sejm pracuje nad nowymi przepisami o odpadach. Mają one ukrócić patologie w branży i zakończyć plagę pożarów składowisk

Sejm pracuje nad nowymi przepisami o odpadach. Mają one ukrócić patologie w branży i zakończyć plagę pożarów składowisk 8

Sejm pracuje nad nowymi przepisami o odpadach oraz Inspekcji Ochrony Środowiska. Oba projekty procedowane w ekspresowym tempie mają ukrócić patologie w branży gospodarowania odpadami i zakończyć plagę pożarów składowisk, które od kilku miesięcy przetaczają się przez całą Polskę. Jednak prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu Jerzy Ziaja ocenia, że w obecnym kształcie przepisy nie przyniosą oczekiwanego efektu i nie gwarantują zagospodarowania około 20 mln ton frakcji palnej, którą można by wykorzystać w energetyce. Spowodują za to lawinę bankructw małych i średnich przedsiębiorców.

– W Sejmie procedowana jest obecnie ustawa o Inspekcji Ochrony Środowiska i ustawa o odpadach. Obie mają na celu ograniczenie zjawiska, jakim jest palenie odpadów w magazynach i na składowiskach. Obecny system polega na selektywnej zbiórce i zakazie składowania frakcji palnej. Te czynności oraz jeszcze wiele innych  są sfinansowane z opłaty ryczałtowej od mieszkańców, którą pobiera gmina. Problem w tym, że opłata ryczałtowa, która jest zbyt niska,powoduje, że odpady są tylko zbierane i magazynowane. Jeżeli przedsiębiorca, który wygrał przetarg, chce zagospodarować je prawidłowo, niestety nie ma na to środków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Ziaja, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu.

Podczas pierwszego czytania w Sejmie, w środę 27 czerwca, wszystkie kluby opowiedziały się za nowelizacją ustawy o gospodarce odpadami. Po drugim czytaniu w tym tygodniu oba projekty zostały odesłane do sejmowej komisji środowiska, ponieważ posłowie zgłosili do nich kolejne uwagi.

Oba procedowane w ekspresowym tempie projekty (zostały przyjęte przez rząd w końcówce czerwca) mają uszczelnić system gospodarki odpadami i zapobiegać ich nielegalnemu porzucaniu oraz ukrócić plagę pożarów magazynów i składowisk odpadów, które od kilku miesięcy wybuchają w różnych regionach Polski. Państwowa Straż Pożarna notuje lawinowy wzrost takich interwencji, a w wielu przypadkach odpady są podpalane celowo, żeby się ich pozbyć.

– W 90 proc. płoną odpady zmagazynowane przez jednostki budżetowe lub przedsiębiorców, którzy wygrali przetarg i nie wiedzą, co dalej z tymi odpadami zrobić, ponieważ nie ma możliwości pozbycia się ich poprzez legalne poddanie recyklingowi czy odzyskowi energetycznemu. Palą się magazyny, czyli odpady zebrane, posortowane, ale brakuje końcowego elementu, czyli odzysku energetycznego albo recyklingu, bo na to potrzebne są dodatkowe środki. W krajach UE odpad, który nie nadaje się do recyklingu, jest przekazywany do producentów paliwa alternatywnego. Oni przygotowują paliwo do wykorzystania energetycznego w cementowniach bądź elektrociepłowniach. W Polsce takich przepisów nie ma – mówi Jerzy Ziaja.

Jak podkreśla, ustawa ma również zaostrzyć przepisy dotyczące przewozu odpadów do odzysku energetycznego. Wiele odpadów, takich jak zużyte oleje i rozpuszczalniki, farby i kleje czy akumulatory ołowiowe, można poddawać recyklingowi i odzyskiwać z nich energię. Zaostrzenie przepisów w tej kwestii może przyczynić się do bankructwa wielu małych i średnich przedsiębiorców.

– Nowe przepisy mają zaostrzyć możliwość przywozu odpadów do odzysku energetycznego. Te, które dziś przyjeżdżają do Polski – z zezwoleniem lub bez – są z tzw. „Zielonej listy”, czyli są dopuszczone do takiej procedury przez Unię Europejską. Odpady takie poddawane są recyklingowi lub odzyskowi energetycznemu, a nie są składowane, za każdą tonę poddaną recyklingowi lub odzyskowi przedsiębiorca otrzymuje dofinansowanie na pokrycie kosztów procesu. Jak by nie liczyć, są to wpływy do budżetu państwa. Dzięki takiemu mechanizmowi przedsiębiorca może kupować polski odpad do tej samej produkcji. Zaostrzenie przepisów spowoduje, że około 3/4 małych i średnich przedsiębiorców będzie musiało pożegnać się z prowadzoną działalnością gospodarczą. W Polsce nie ma niestety szarości – jest albo zakaz, albo nakaz – mówi Jerzy Ziaja.

Prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu ocenia, że w związku z tym od 2020 roku wielu przedsiębiorców będzie musiało zamknąć działalność. Przepisy nie gwarantują zagospodarowania około 20 milionów ton frakcji palnej, którą można by wykorzystać w energetyce.

– Aby rozwiązać problem przyszłościowo, należy przede wszystkim wprowadzić ekonomię w gospodarce odpadami. Ustawy, które są aktualne procedowanie, dotyczą nie tylko odpadów komunalnych, ale również złomu, żelaza, stali czy metali nieżelaznych, baterii czy zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Musimy wprowadzić takie przepisy, które będą ekonomicznie uzasadnione, zgodne z dyrektywami UE dotyczącymi gospodarki o obiegu zamkniętym. Chodzi o system oparty na współodpowiedzialności wytwórcy odpadu i przedsiębiorcy, który taki odpad może przetworzyć pod odpowiednim nadzorem emisyjnym. Teraz mamy system, który jest dziurawy jak durszlak, taki funkcjonuje wyłącznie w Polsce – podkreśla Jerzy Ziaja.

Nowelizacja ustawy o gospodarce odpadami wprowadza m.in. obowiązkowy monitoring składowisk odpadów, a także zakaz składowania ich dłużej niż przez rok. Z kolei ustawa o Inspekcji Ochrony Środowiska przyznaje jej inspektorom większe uprawnienia m.in. w zakresie kontrolowania wysypisk i transportu śmieci przywożonych do Polski zza granicy.

W ciągu najbliższych 5 lat służba zdrowia przejdzie poważne zmiany. Najpilniejsze to dostępność do specjalistów, profilaktyki, nowoczesnych metod diagnostyki i terapii

W ciągu najbliższych 5 lat służba zdrowia przejdzie poważne zmiany. Najpilniejsze to dostępność do specjalistów, profilaktyki, nowoczesnych metod diagnostyki i terapii 9

Ogólnopolskie referendum dotyczące wydatkowania środków na służbę zdrowia, skrócenie czasu oczekiwania na refundację leków, zrównanie składek wszystkich grup społecznych, a także powołanie Funduszu na rzecz Walki z Rakiem i Chorobami Rzadkimi – to kilka z 15 propozycji think- tanku Medycznej Racji Stanu odnoszących się do przyszłego kształtu systemu ochrony zdrowia. Te reformy powinny zostać wdrożone w ciągu najbliższych 5 lat – podkreślają eksperci. W działania na rzecz zreformowania systemu ochrony zdrowia zaangażował się też Kościół. 

– Dostępność do specjalistów i diagnostyki to jedno z najpilniejszych wyzwań zdrowotnych. Kolejki są problemem, który najbardziej bezpośrednio dotyka Polaków. Do tej pory reformy w ochronie zdrowia były nakierowane na rozwiązania systemowe – to niezmiernie ważne, natomiast potrzebne są też takie rozwiązania, które odczują pacjenci, bo to oni są najważniejszym elementem w systemie. Druga ważna kwestia to brak kadr medycznych i średnia wieku osób, które pracują w służbie zdrowia. Musimy stworzyć takie rozwiązania, które zwiększą zasób kadr, zatrzymają odpływ lekarzy za graniczę czy – w przypadku pielęgniarek – do innych zawodów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Szumowski, Minister Zdrowia.

Według danych Komisji Europejskiej i OECD Polska znacząco odbiega od państw rozwiniętych pod względem nakładów na służbę zdrowia. Polska Unia Onkologii i Instytut Studiów Politycznych PAN już dwa lata temu zwróciły uwagę na niedoszacowanie wyzwań zdrowotnych, czego jaskrawym przejawem był brak tej tematyki podczas  wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Służba zdrowia w Polsce jest historycznie mocno niedofinansowana – po 1989 roku był to jeden z obszarów, który najbardziej niedomagał finansowo i nigdy nie był priorytetem dla żadnej z ekip rządzących. Z sondażu przeprowadzonego w styczniu przez Ipsos na zlecenie OKO.press wynika, że 56 proc. Polaków chciałoby zwiększenia publicznych wydatków na służbę zdrowia.

Klimat wokół ochrony zdrowia stopniowo się jednak poprawia, czego dowodzi m.in. expose premiera Mateusza Morawieckiego, w którym po raz pierwszy zdrowie zostało zaliczone do priorytetów polskiego rządu. Z początkiem roku weszła w życie ustawa, która przewiduje, że w tym roku nakłady na służbę zdrowia mają wynieść nie mniej niż 4,67 proc. PKB, a w kolejnych latach będą stopniowo wzrastać, aby w 2024 roku osiągnąć docelowy poziom 6 proc. PKB.

W kwietniu Minister Zdrowia Łukasz Szumowski zainicjował ogólnopolską debatę o systemie służby zdrowia, której celem jest wypracowanie rozwiązań na kolejnych 15–30 lat. Debata ma potrwać do wiosny 2019 roku i zostaną w nią zaangażowani wszyscy interesariusze: pacjenci, pracownicy i pracodawcy systemu ochrony zdrowia, eksperci i samorządy.

– Musimy rozmawiać o tym, w jaki sposób najbardziej racjonalnie wydawać pieniądze na zdrowie, tak aby pacjent odniósł największą korzyść i odczuł poprawę sytuacji. Tezy, które padają w trakcie debat, są bardzo ważne dla mnie jako Ministra, urzędnika, dlatego że pokazują, w jakim kierunku powinniśmy zmierzać. Liczę, że cykl takich debat pozwoli na wypracowanie stanowiska, które wyznaczy długoterminowy kierunek zmian. Powinniśmy dążyć do tego, żeby system opieki zdrowotnej w Polsce nie był gwałtownie zmieniany przez kolejnych Ministrów. Mam nadzieję, że uda się to wypracować. Zdrowie nie jest miejscem na rewolucje, ale na poprawę ewolucyjną opieki nad pacjentem – mówi Minister Łukasz Szumowski.

Powołany przez Instytut Studiów Politycznych PAN, Polską Unię Onkologii i Kolegium Lekarzy Rodzinnych think- tank Medycznej Racji Stanu,  który swą wiedzą wsparło interdyscyplinarne grono ekspertów, opracował „15 Tez dla Zdrowia”. Są tu propozycje m.in. ogólnopolskiego referendum dotyczącego wydatkowania środków na służbę zdrowia, skrócenia czasu oczekiwania na  dostęp do innowacyjnych terapii, umożliwienia pozabudżetowego dopływu środków finansowych na ochronę zdrowia i zrównania składek wszystkich grup społecznych. Wśród rekomendacji znalazło się również większe wsparcie dla pacjentów cierpiących na choroby rzadkie, seniorów osób uczestniczących w programie walki z nadwagą i otyłością. Zdaniem ekspertów think-tanku Medycznej Racji Stanu kluczowe reformy powinny zostać przeprowadzone w ciągu 5 lat („Horyzont 2023”).

– Postulujemy m.in. powołanie Funduszu na rzecz Walki z Rakiem i Chorobami Rzadkimi, ponieważ  trudno zgodzić się na to by – ludzie najbardziej dotknięci przez los pozostawali bez leczenia, w przypadkach, w których podjęcie terapii jest możliwe. Jednocześnie proponujemy konkretne rozwiązania, które mogą wspomóc budżet. Tych 15 tez poddajemy w tej chwili pod dyskusję, a na początku września  przekażemy je zainteresowanym resortom, ponieważ prezentowane tu rozwiązania dotyczą nie tylko Ministerstwa Zdrowia, ale również Resortu Przedsiębiorczości i Technologii oraz Rodziny Pracy i  Polityki Społecznej – mówi Anna Jasińska, rzecznik prasowy think-tanku Medycznej Racji Stanu.

Ogólnopolską debatę „Medyczna Racja Stanu – Tezy dla Zdrowia” objął patronatem ks. kardynał Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. Jak podkreśla, dyskusja o przyszłym kształcie systemu ochrony zdrowia powinna odbywać się ponad podziałami.

– Kościół także powinien znaleźć swoje miejsce w tej debacie na miarę tego, na ile jest przygotowany do zajmowania się takimi sprawami. Kościół zawsze będzie wypowiadał się od strony przede wszystkim etycznej, także na tematy związane ze zdrowiem, z ochroną zdrowia i głosił prawdę piątego przykazania, które stoi na straży ludzkiego zdrowia. Kościół ma potężne narzędzie, jakim jest ambona. Kształtowanie świadomości ludzi dotyczącej własnego zdrowia, odpowiedzialności za drugiego człowieka, ale również narodowej solidarności w podejściu do tej tematyki – to jest nasza szansa i nasza nadzieja – mówi ks. kardynał Kazimierz Nycz.

Drobni usługodawcy mają szansę wyjść z szarej strefy. Działalność nierejestrowa powinna też zwiększyć przedsiębiorczość

Drobni usługodawcy mają szansę wyjść z szarej strefy. Działalność nierejestrowa powinna też zwiększyć przedsiębiorczość 10

Działalność nierejestrowa pomoże walczyć z szarą strefą i zwiększy przedsiębiorczość – ocenia Mariusz Rutke z Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach. Na rozwiązaniu skorzystają przede wszystkim drobni usługodawcy, np. prowadzący korepetycje, świadczący drobne usługi krawieckie i osoby, dla których działalność gospodarcza ma charakter dorywczy. Obecnie w większości działają w szarej strefie, bo nie są w stanie z osiąganych przychodów zapłacić składek ZUS. Przy działalności nierejestrowej, jeśli nie przekroczą limitu, takie osoby są zwolnione ze składek społecznych.

– Działalność nierejestrowa będzie ograniczała szarą strefę. Obecnie wiele osób obawia się prowadzenia działalności gospodarczej z uwagi na zbyt wysokie składki czy dużą ilość obowiązków, która z tego wynika, natomiast rynek usług drobnych, takich jak korepetycje, usługi szewskie, w moim przekonaniu wyjdzie z szarej strefy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Rutke, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.

Z raportu Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych wynika, że w 2018 roku szara strefa wyniesie 402 mld zł, czyli o 6 mld zł więcej niż rok wcześniej. Choć największą jej część stanowi działalność ukryta – nierejestrowane transakcje legalnie działających firm, to problemem jest też działalność nieformalna – usługi świadczone przez osoby, które nie prowadzą żadnych rejestrów. Działalność nierejestrowa, która została wprowadzona 30 kwietnia, może pomóc to zmienić.

– To rozwiązanie skierowane do drobnych usługodawców, którzy dziś w większości trafiają do szarej strefy, bo nie są w stanie z osiąganych przychodów zapłacić składek ZUS – wskazuje Mariusz Rutke. – Poza tym wiele firm będzie skłonnych współpracować z takimi osobami, które prowadzą działalność nierejestrowaną, ponieważ rachunki, które te osoby będą wystawiać, można wrzucić w koszty. Ktoś, kto współpracował z szarą strefą, nie będzie miał do tego dalszej motywacji, bo tego nie da się wrzucić w koszty, a rachunki z działalności nierejestrowanej jak najbardziej – tłumaczy.

Drobni przedsiębiorcy, jeśli skorzystają z przepisów o tzw. działalności nieewidencjonowanej, unikną obowiązku rejestracji działalności gospodarczej czy płacenia składek na ZUS. Nie muszą też płacić comiesięcznych (lub cokwartalnych) zaliczek na podatek ani prowadzić skomplikowanej działalności (wystarczy uproszczona ewidencja sprzedaży).

Osoby te mają jeden obowiązek. Muszą prowadzić minimalną ewidencję zdarzeń gospodarczych, dlatego że po zakończeniu roku kalendarzowego będą musiały rozliczyć podatek dochodowy. To jest jedyny obowiązek, który ta osoba musi spełnić, ale w porównaniu do działalności gospodarczej jest to minimum – podkreśla Rutke.

Obowiązujące od końca kwietnia przepisy mogą też pomóc zwiększyć przedsiębiorczość. Osoby, które myślą o rozpoczęciu działalności gospodarczej zniechęcają liczne formalności: obowiązek rejestracji i ponoszenia kosztów. Dzięki działalności nierejestrowej będą mogli spróbować własnego biznesu.

 To taka firma na próbę. Można sprawdzić, czy biznes zadziała, czy produkty i usługi się sprzedadzą, a następnie zacząć prowadzić standardową działalność gospodarczą – mówi ekspert WSB.

Z działalności nierejestrowej mogą skorzystać osoby, których przychody z działalności nie przekroczą w żadnym miesiącu 50 proc. kwoty minimalnego wynagrodzenia (w 2018 jest to 1050 zł) i które nie prowadziły wcześniej działalności (lub ich firma została wykreślona z ewidencji przed 30 kwietnia 2017 roku).

– Limit 1050 zł wydaje się właściwy. Jeżeli dana osoba przekroczy ten limit, to w tym momencie założy działalność gospodarczą. Trzeba pamiętać, że 30 kwietnia został wprowadzony także 2,5-letni okres preferencyjnego ZUS-u. Przez pół roku przedsiębiorca nie płaci składek społecznych, a później płaci składki preferencyjne, natomiast nawet po przekroczeniu okresu 2,5 roku wejdzie tzw. mały ZUS – tłumaczy Mariusz Rutke.

Robotyczne szkielety zastępujące ludzkie mięśnie są coraz doskonalsze. Pomagają w rehabilitacji i pozwolą także stworzyć superżołnierzy

Robotyczne szkielety zastępujące ludzkie mięśnie są coraz doskonalsze. Pomagają w rehabilitacji i pozwolą także stworzyć superżołnierzy 11

Roboty coraz częściej znajdują zastosowanie nie tylko w przemyśle, lecz także w medycynie. Za nami są już pierwsze operacje wykonywane przez w pełni autonomiczne roboty. Opracowywane są także egzoszkielety, czyli robotyczne powłoki zakładane na ciało człowieka, wzmacniające siłę ludzkich mięśni. Wykorzystać je można przede wszystkim przy rehabilitacji. Naukowcy z Niemiec pracują nad nową generacją urządzenia, które wspierane będzie sztuczną inteligencją, a poszczególnymi elementami będzie można sterować za pomocą głosu.

Egzoszkielety to mechaniczne powłoki zakładane na ciało człowieka, które mają za zadanie wzmacniać mięśnie człowieka, przede wszystkim w trakcie rehabilitacji. Stosowanie tego rodzaju urządzeń jest coraz popularniejsze, także w Polsce. Urządzenia są coraz lżejsze, coraz lepiej dopasowujące się do ciała człowieka, a także wyposażone w coraz bardziej zaawansowane technologie. Naukowcy z German Research Center for Artificial Intelligence opracowują egzoszkielet nowej generacji, kontrolowany za pomocą głosu, a nie jak do tej pory – pilota.

– Zaprojektowaliśmy egzoszkielet przeznaczony do rehabilitacji osób po udarze. Ma on system silników elektrycznych firmy Maxon ze sterowaniem głosowym lub pozycyjnym – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marc Tabie z German Research Center for Artificial Intelligence.

W Polsce egzoszkielety rehabilitacyjne sprzedaje gliwicka firma Technomex. Urządzenia pomagają przede wszystkim osobom po udarze, po urazie rdzenia kręgowego, ze stwardnieniem rozsianym, ale również z wieloma innymi schorzeniami neurologicznymi. Sparaliżowany 17-latek z Gliwic, Michał Żołyński, dzięki egzoszkieletowi wziął udział w tegorocznej edycji Wings For Life World Run. Wykonanie dwóch okrążeń poprzedziły cztery lata żmudnej rehabilitacji, wspieranej robotycznym szkieletem.

– Egzoszkielet może działać w różnych trybach ćwiczeń. Przykładowo jeden z trybów polega na naśladowaniu ruchów jednej ręki przez drugą, czyli klasycznej terapii metodą naśladowczą, w której ręka zdrowa porusza rękę sparaliżowaną. W innym trybie fizjoterapeuta wykonuje określony ruch egzoszkieletu, który następnie można odtworzyć 10–20 razy dzięki napięciu mięśniowemu – wyjaśnia Marc Tabie.

Zastosowań tej technologii jest jednak więcej. Egzoszkieletowe kamizelki dostarczane przez amerykańską firmę Ekso Bionics są testowane w fabryce Forda na pracownikach fizycznych. Celem ma być odciążenie ich barków, a co za tym idzie – zmniejszenie liczby urazów związanych z pracą na linii montażowej. Urządzenie kosztuje około 6,5 tys. dol. i waży około  czterech kilogramów. W 2016 roku Ford zanotował najniższe od lat statystyki obrażeń u pracowników na liniach montażowych.

Egzoszkielety znajdują także zastosowanie w wojsku. Amerykański koncern zbrojeniowy Lockheed Martin opracował urządzenie nowej generacji o nazwie Onyx, które wspomoże żołnierzy w ćwiczeniach i na polu walki. Robotyczne nogi wraz z pasem zwiększą siłę i wytrzymałość żołnierzy przy noszeniu ciężkiego sprzętu, zwiększą ich mobilność zwłaszcza w trudnym terenie, a także zredukują napięcie mięśniowe nóg. Urządzenie zostanie przetestowane na jesieni przez jeden z oddziałów amerykańskich sił zbrojnych.

Według Market Research Engine globalny rynek egzoszkieletów w 2024 roku ma osiągnąć wartość 2,5 mld dol. Prognozowane tempo wzrostu w najbliższych latach wyniesie 24 proc.

Aplikacje mobilne do wideokonferencji coraz bardziej zaawansowane. W przyszłości będą tłumaczyć rozmowy na żywo i wykonywać automatyczne transkrypcje

Aplikacje mobilne do wideokonferencji coraz bardziej zaawansowane. W przyszłości będą tłumaczyć rozmowy na żywo i wykonywać automatyczne transkrypcje 12

W dobie powszechnie dostępnego internetu oraz wszechstronnych urządzeń mobilnych praca zdalna, z każdego miejsca na świecie, jest już możliwa. Obecnie już ponad 60 proc. pracowników na świecie pracuje mobilnie, wykonując swoją pracę za pośrednictwem smartfonów, tabletów lub laptopów. Aplikacje mobilne do prowadzenia wideorozmów są coraz bardziej zaawansowane, a wkrótce będą mogły wykonywać tłumaczenia w czasie rzeczywistym czy prowadzić automatyczne transkrypcje.

– Nasze badania pokazują, że ponad 60 proc. pracowników firm na świecie pracuje mobilnie, nie tylko przy swoich biurkach, lecz także w terenie. Miejsce wykonywania pracy w tej chwili może być dowolne, gdziekolwiek się znajdujemy. Nasze aplikacje również znajdują się na smartfonach i tabletach, a pracownicy mogą się połączyć do korporacyjnego systemu wideokonferencyjnego poprzez urządzenia mobilne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Abramczyk, dyrektor ds. sprzedaży na Europę Wschodnią w Polycom.

Dzięki takim aplikacjom jak Skype, FaceTime czy Hangouts możemy rozmawiać ze znajomymi z drugiego końca globu niemal twarzą w twarz, bez żadnych opłat, za pośrednictwem smartfonów, które zawsze są pod ręką. Również coraz więcej pracodawców sięga po narzędzia pozwalające przeprowadzać wirtualne konferencje z pracownikami przebywającymi na całym świecie. Dzięki nim nie muszą się ograniczać do zatrudniania wyłącznie tych specjalistów, którzy zgodzą się dojeżdżać do fizycznego biura.

Ograniczenia terytorialne przestają być także przeszkodą dla samych pracowników, którzy mogą podjąć współpracę z pracodawcą z innego miasta lub kraju, komunikując się z nim wyłącznie za pośrednictwem wideokonferencji.

– Bardzo dużo młodych osób wchodzących na rynek pracy, przyzwyczajonych jest do korzystania z wideokonferencji w życiu prywatnym i oczekuje takich samych narzędzi w swoim środowisku pracy. Firmy zderzają się tutaj z jednej strony z oczekiwaniami użytkowników, z drugiej strony z wymaganiami bezpieczeństwa i skalowalności zarządzania w firmie – zaznacza Jakub Abramczyk.

Mobilne aplikacje do wideokonferencji są coraz bardziej zaawansowane. Apple zapowiedziało już dodanie grupowego wideoczata (do 32 osób) do swojej popularnej aplikacji FaceTime. Coraz większą popularność zyskują także mobilne kamery do prowadzenia wideokonferencji. Kompaktowa kamera Logitech Connect pozwala na prowadzenie grupowych wideorozmów w jakości 1080p, pracuje na baterii przez trzy godziny i zapewnia łączność Bluetooth.

W stacjonarnych systemach wideokonferencyjnych wdrożono już pomyślnie takie funkcjonalności, jak automatyczne transkrypcje przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji czy integrację z asystentem głosowym Amazon Alexa. Technologie są dostępne np. na platformie GoToMeeting firmy LogMeln. Polycom natomiast pracuje nad wdrożeniem do swoich systemów wideokonferencyjnych technologii automatycznego tłumaczenia w czasie rzeczywistym. Kwestią czasu jest pojawienie się tych technologii także w aplikacjach mobilnych.

– Na pewno era smartfonów i mobilności bardzo mocno wpływa na rynek wideokonferencyjny. Przede wszystkim mamy dużo większą liczbę użytkowników, którzy są zainteresowani tymi połączeniami, bardzo dużo osób korzysta w życiu prywatnym z technologii wideokonferencyjnych i chcą w ten sam sposób komunikować się w pracy – przekonuje ekspert.

Według badań przeprowadzonych przez Transparency Market Research wartość światowego rynku urządzeń do wideokonferencji wzrośnie do 2026 roku do 10,5 mld dol., przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 7,9 proc.

10 mld zł na budowę dróg w 7 lat. Polski elektroniczny system poboru opłat jednym z najbardziej efektywnych w Europie

10 mld zł na budowę dróg w 7 lat. Polski elektroniczny system poboru opłat jednym z najbardziej efektywnych w Europie 13

Ponad 10 mld zł wpływów do Krajowego Funduszu Drogowego zapewnił przez siedem lat funkcjonowania elektroniczny system poboru opłat drogowych od kierowców. viaTOLL jest jednym z najbardziej efektywnych finansowo systemów w Europie, ale i najbardziej skomplikowanych. Obejmuje sieć 3660 km dróg, 964 bramownic rozmieszczonych w całym kraju, a zarejestrowanych jest w nim blisko 1,2 mln pojazdów. Od listopada br. pieczę nad nim przejmie publiczny podmiot – Główny Inspektorat Transportu Drogowego, który zastąpi dotychczasowego operatora, firmę Kapsch. 

System viaTOLL jest akceptowany przez kierowców, podobny do innych systemów europejskich w sąsiednich państwach. Czechy, Austria i Białoruś mają podobne, oparte o tę samą technologię. Po początkowym okresie, w którym była to nowość dla polskich kierowców, system uzyskał pełną akceptację, jest w pełni rozpoznawalny i nie stwarza żadnych problemów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Cywiński, dyrektor zarządzający Kapsch Telematic Services, operatora systemu.

Elektroniczny system poboru opłat za przejazdy wybranymi odcinkami dróg krajowych funkcjonuje od siedmiu lat – wystartował dokładnie 1 lipca 2011 roku. W tym czasie łączne wpływy z viaTOLL do Krajowego Funduszu Drogowego przekroczyły 10 mld zł; obecnie system zarabia średnio 5,4 mln zł dziennie. Te środki są przeznaczane na modernizację i budowę nowych dróg. Aktualnie w systemie poboru opłat viaTOLL zarejestrowanych jest prawie 1,2 mln pojazdów, a sieć obejmuje ponad 3660 kilometrów dróg.

Jak podkreśla dyrektor zarządzający Kapsch Telematic Services, polski system poboru opłat jest jednym z najbardziej ekonomicznych w Europie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że stawki opłat drogowych są jednymi z najniższych, a koszty operacyjne stanowią zaledwie 16 proc. wpływów (1,6 mld zł w trakcie siedmiu lat jego funkcjonowania). System działa przez 24h/dobę, siedem dni w tygodniu i 365 dni w roku bez chociażby przerw technicznych i co istotne – jest niemal w 100 procentach szczelny.

viaTOLL to skomplikowane przedsięwzięcie na ogromną skalę. Zajmuje się nim 180 osób, dodatkowe 440 pracuje w części odpowiedzialnej za manualny pobór opłat, a operator współpracuje dodatkowo z 200 firmami podwykonawczymi. System składa się z 964 bramownic rozmieszczonych w całym kraju i systemu informatycznego działającego na 200 serwerach, w którym każdego roku rejestrowanych jest ponad 900 mln rekordów. Każdego dnia Kapsch składa do GDDKiA 23 różne raporty finansowe, a wszelkiego rodzaju dokumentów związanych z systemem do tej pory Dyrekcja zatwierdziła już ponad 1,5 tys.

– Zbudowaliśmy najwięcej systemów poboru opłat w Europie. Wymogi, które postawił przed nami polski rząd, były najwyższymi z możliwych. Tylko nieliczni byliby w stanie im sprostać – przypomnę, że ostatecznie na krótkiej liście były tylko dwa startujące podmioty. To nie dziwi, ponieważ Skarb Państwa chciał zabezpieczyć w jak największym stopniu swój interes. Te wymogi udało nam się spełnić, zbudowaliśmy grupę pracowników unikalną pod względem kompetencji w skali całego kraju – mówi Marek Cywiński.

Jak podkreśla, regularnie przeprowadzane badania pokazują, że polscy kierowcy są zadowoleni z funkcjonowania systemu viaTOLL. To m.in. zasługa rozbudowanej obsługi klienta – w Polsce funkcjonuje ponad 200 takich punktów, czynnych 24 godziny na dobę.

Pod tym względem jest to również system unikalny w stosunku do innych systemów europejskich, gdzie dostępność kanałów obsługi klienta nie jest tak powszechna jak w Polsce. O to również zadbał zamawiający – mówi Marek Cywiński.

Elektroniczny system poboru opłat za przejazdy wybranymi odcinkami dróg krajowych viaTOLL siedem lat temu zastąpił karty opłaty drogowej (winiety). Z systemu obowiązkowo muszą korzystać kierowcy autobusów i pojazdów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 t. Utrzymaniem systemu – na zlecenie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, zajmuje się spółka Kapsch Telematic Services, której kontrakt wygasa pod koniec tego roku.

To rozwiązanie korzystne z punktu widzenia finansowania infrastruktury drogowej. Poprzedni system był na tyle niewydolny, że pieniądze zbierane z poboru opłat w systemie winietowym były prawie w całości konsumowane jako rekompensata przejazdów ciężarowych przez autostrady koncesyjne. Ten system zbierał około 800 mln zł rocznie. W tej chwili przychody z 3,6 tys. km dróg to prawie 2 mld zł rocznie. Wartość przychodów i skuteczność poboru opłat jest większa, również udział przewoźników zagranicznych w finansowaniu polskiej infrastruktury drogowej jest większy, niż był wtedy – mówi Marek Cywiński.

Jak poinformował minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, w toku są prace nad opracowaniem nowego systemu poboru opłat na drogach krajowych od samochodów, których masa przekracza 3,5 tony. Pieczę nad nim przejmie publiczny podmiot – Główny Inspektorat Transportu Drogowego (GITD), który po 2 listopada br. zastąpi dotychczasowego operatora. Aktualnie trwa szkolenie pracowników i przekazywanie systemu, w tym roku nie są spodziewane już jakiekolwiek zmiany w jego funkcjonowaniu.

Wsparcie zewnętrzne dla przedsiębiorcy

Na każdym etapie rozwoju biznesu przedsiębiorca powinien szukać solidnego wsparcia merytorycznego, jak i finansowego na zewnątrz firmy. Nawet w najcięższej sytuacji warto mieć sprawdzonego partnera, który podejdzie do problemów przedsiębiorcy indywidualnie i kompleksowo – podkreślają eksperci rynku finansowego.

W I kwartale 2018 roku liczba upadłości i restrukturyzacji polskich firm wyniosła 213, czyli o 13 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2017 roku – podaje COIG (Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej). Szacuje się, że tylko 1/5 zakładanych dzisiaj firm przetrwa dwa pierwsze lata działalności. Dlaczego tak się dzieje?

Główne przyczyny to niewystarczający kapitał przy zakładaniu działalności, zbyt mała wiedza o skomplikowanych przepisach podatkowych, aspektach prawnych i źródłach pozyskiwania dofinansowania. Do tego często dochodzi do utraty płynności finansowej. Czasem jedynym rozwiązaniem w takiej sytuacji pozostaje ogłoszenie upadłości gospodarczej. -mówi Marta Sewerynek-Otwinowska, ekspertka z Move On Finance.

Na czym polega upadłość likwidacyjna?

O upadłości gospodarczej mówimy kiedy firma jest całkowicie niewypłacalna. W znaczeniu prawnym jest to procedura ułatwiająca wierzycielom działania w sytuacji, w której dłużnicy nie są w stanie lub nie chcą spłacić długów.

Przykładem takiego rozwiązania jest ogłoszenie upadłości likwidacyjnej, kiedy roszczenia wierzycieli zaspokajane są ze środków pochodzących ze zbycia majątku przedsiębiorstwa upadłego. Wtedy też osoba prowadząca działalność gospodarczą przestaje ją prowadzić, ale jednocześnie zwolniona jest z opłacania składek do ZUS-u.
-komentuje Marta Sewerynek-Otwinowska.

Kompromis zamiast bankructwa, czyli upadłość układowa

Podczas gdy upadłość likwidacyjna wiąże się z całkowitym zamknięciem firmy, upadłość układowa kładzie większy nacisk na dążenie do zawarcia układu dłużnika z wierzycielami i może zapobiec całkowitemu zamknięciu firmy. Jest to bardziej skomplikowana procedura, która bazuje na prawie restrukturyzacyjnym – mówi Marta Sewerynek-Otwinowska, ekspertka z Move On Finance. Na szczęście przepisy restrukturyzacyjne zmieniły się na korzyść prowadzących działalność gospodarczą – dodaje.

Autogaz coraz bardziej opłacalny

Wzrost ceny benzyny i oleju napędowego jest prostą konsekwencją wzrostu cen ropy naftowej. To jedyny produkt potrzebny do rafinacji w celu wytworzenia tych paliw. Kiedyś ceny gazu płynnego były mocno związane z ruchami baryłki ropy, tak jak benzyna czy olej napędowy. W ostatnich latach – ze względu na nadprodukcję gazu na rynkach światowych i większą podaż niż popyt – ta bliska relacja cen słabnie. To dobra wiadomość dla konsumentów.

– Wzrosty cen ropy naftowej i w konsekwencji także oleju napędowego i benzyny niekoniecznie muszą powodować wyższe ceny LPG, czyli autogazu na stacjach benzynowych – powiedział serwisowi eNewsroom Sylwester Śmigiel, prezes Gaspol Energy – Spodziewamy się, że różnica, którą obserwowano do tej pory przy cenie 4,5 zł, będzie się teraz jeszcze bardziej powiększała. Efektywność ekonomiczna używania LPG jako napędu samochodów wzrośnie. Brakuje wiedzy na temat tego, jak w takiej sytuacji zachowa się fiskus. Zawsze istnieją tendencje, aby opodatkować paliwa. Mówi się o pewnych daninach na rzecz Skarbu Państwa. Należy jednak wierzyć w roztropność władzy i w to, że nie narzuci takich podatków, które spowodowałyby, że gaz płynny przestanie być opłacalny. Przy dzisiejszych trendach opłacalność jazdy na autogazie będzie jeszcze większa – podkreślił Śmigiel.

Konferencja Life Science Open Space 2018

Konferencja Life Science Open Space 2018

Klaster LifeScience Kraków wraz z Partnerami zapraszają na konferencję Life Science Open Space, która odbędzie się w dniu 11 października 2018 roku, w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie.

Life Science Open Space 2018 to otwarte Forum Współpracy i Innowacji dla Zdrowia i Jakości Życia. Impreza adresowana jest do osób reprezentujących wszystkie dziedziny nauki, biznesu i administracji, zainteresowanych technologiami, innowacjami, otwartych na współpracę lub szukających partnerów do rozwoju przedsięwzięć, których celem jest poprawa zdrowia i jakości życia.

W programie konferencji znajdą się:

  • prezentacje możliwości i ofert współpracy w ramach projektów naukowych i biznesowych, takich jak rozwój technologii, innowacje produktowe, procesowe, organizacyjne, czy marketingowe
  • wyzwania odnośnie niezaspokojonych potrzeb, problemów do rozwiązania i nowych idei kierowane do środowiska innowatorów i wynalazców zdolnych podjąć się  zadań w zamian za nagrodę,
  • giełda pracodawców, talentów i ofert pracy w sektorze life science,
  • sesja prezentacji StartUpów Pitching,
  • networking i biznes mixer.

Konferencja Life Science Open Space oceniana jest jako unikalne wydarzenie, na którym w jednym miejscu i czasie spotyka się wyłącznie osoby z nastawieniem na wspólne działania. Wierzymy, że tegoroczna edycja, będzie równie udana jak poprzednie i przyniesie wymierne korzyści wszystkim uczestnikom.

Szczegółowe informacje o konferencji: http://lsos.info/. Udział w wydarzeniu jest bezpłatny.

Zapraszamy do zgłaszania propozycji prezentacji (abstraktów), które wpisują się w ramy tegorocznych sesji tematycznych: Digital Health, Druk 3D, Telemedycyna, Sztuczna inteligencja, Nanotechnologie, MedTech,  Innowacyjny Szpital, Nowoczesna diagnostyka i terapia, Nowe technologie i urządzenia medyczne, Aktywne i zdrowe życie, Badania nad rozwojem leków, Zdrowy dom i biuro, Kosmetologia, Biogospodarka, Nowoczesne, zrównoważone rolnictwo, Zdrowa żywność i żywienie.

Prezentacje muszą dotyczyć jednej z pięciu kategorii współpracy: WYZWANIE, OPEN INNOVATION, DEMO, STARTUP, KARIERA.

W trakcie Life Science Open Space są do zdobycia 3 nagrody w kategoriach:

# 1: Najlepszy przykład praktycznego podejścia do otwartej innowacji
# 2: Najciekawsza oferta współpracy
# 3: Najlepsza prezentacja biznesowa

informacje dla prezenterów znajduje się na stronie wydarzenia: www.lsos.info.

Ilość prezentacji jest ograniczona. Wszystkich chętnych zapraszamy do kontaktu! 

Konferencja Life Science Open Space
11 października 2018
Lokalizacja: Centrum Konferencyjne ICE w Krakowie
Zapraszamy na stronę wydarzenia i do rejestracji:
https://lsos.info/
Udział jest bezpłatny

Eksport w maju 2018 – prognoza Krajowej Izby Gospodarczej

Dostępne obecnie dane o stanie gospodarki realnej oraz opinie pozyskane od członków KIG pozwalają szacować, że eksport w maju 2018 wyniósł 17 214 mln EUR. Zwiększył się więc w stosunku do wartości notowanych dla kwietnia o 0,2%, w stosunku zaś do wielkości notowanych przed dwunastu miesiącami wzrósł o 2,5%. Wielkość eksportu odnotowana dla czerwca może okazać się wyraźnie wyższa w stosunku do notowanej w maju.

Wyniki eksportu w maju są zazwyczaj ściśle uzależnione od notowanych w kwietniu. Jeśli w czwartym miesiącu roku mamy silne odreagowanie w dół – po doskonałym marcu – to w maju notowane jest pokaźne odbicie wyników w górę. Jeśli natomiast korekta kwietniowa jest umiarkowana, to wzrosty majowe są raczej symbolicznych rozmiarów. Oczywiście jest to w znacznej mierze odzwierciedlenie różnic w czasie pracy pomiędzy wzmiankowanymi miesiącami (i terminu w jakim przypadają Święta Wielkanocy).

W bieżącym roku korekta kwietniowa eksportu przybrała raczej symboliczne rozmiary, maj powinien więc przynieść sprzedaż eksportową niemal tych samych rozmiarów co w poprzednim miesiącu. Będzie to jednak rozkład odmienny od notowanego przed rokiem. W konsekwencji pogorszeniu uległa roczna dynamika sprzedaży eksportowej z 8,6% w kwietniu do 2,5% w maju.

Słaba dynamika roczna sprzedaży eksportowej w maju i jednocześnie bardzo dobra w kwietniu, to po części efekt nietypowej bazy z roku ubiegłego. Wyniki maja rok temu prezentowały się nadzwyczaj dobrze, kwietnia zaś zostały przyjęte z rozczarowaniem. Czerwiec najprawdopodobniej przyniesie kontynuację huśtawki wyników – roczna dynamika sprzedaży eksportowej mocno wzrośnie w okolice 8% i będzie przyjmowana jako zaskakująco wysoka.

Oczekiwane zmiany eksportu 2018 2019
Eksport ogółem 7,2% 7,5%
Niemcy 7,6% 7,9%
Pozostałe kraje strefy euro 6,9% 6,7%
Kraje UE nie będące w strefie euro 7,3% 7,4%
Pozostałe kraje rozwinięte 7,5% 8,0%
Kraje Europy Środkowo – Wschodniej 12,0% 11,0%
Kraje rozwijające się 3,0% 6,5%

Główną walutą rozliczeniową dla polskiego eksportu pozostaje euro. W maju złoty osłabił się wobec euro o 2,1% do 4,2820 i okazał się równocześnie o 1,9% słabszy niż przed rokiem. Osłabienie majowe nie jest czymś zwyczajnym i tym razem miało u swego podłoża przede wszystkim globalny wzrost ryzyka politycznego. W jego wyniku sytuacja finansowa eksporterów ze względu na kurs uległa poprawie. Wypada podkreślić, że w maju złoty okazał się słabszy niż przed rokiem po raz pierwszy od przeszło roku. Poprawiła się też sytuacja eksporterów rozliczających sprzedaż w dolarach. W maju złoty osłabił się w stosunku do dolara – o aż 5,8% do 3,6183. Po tej zmianie złoty był już o zaledwie 5,0% mocniejszy niż przed dwunastoma miesiącami (w kwietniu skala aprecjacji wynosiła jeszcze 13,6%).Eksport w maju 2018 – prognoza Krajowej Izby GospodarczejWedług Narodowego Banku Polskiego w pierwszych czterech miesiącach bieżącego roku eksport wyniósł 68 578 mln EUR i okazał się o 5,6% większy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Według sprawozdawczości prezentowanej przez Główny Urząd Statystyczny eksport wynosząc w okresie I – IV 2018 r. 70 000 mln EUR okazał się wyższy niż przed dwunastoma miesiącami o 5,0%.

Zgodnie z aktualnymi założeniami co do stanu światowej i polskiej gospodarki w latach 2018 – 2019 można oczekiwać zwiększenia naszej sprzedaży ze 198,8 mld EUR w roku 2017 do odpowiednio 213,1 mld EUR (o 7,2%) w roku 2018 oraz do 229,2 mld EUR (o 7,5%) w roku 2019.  Eksport w maju 2018 – prognoza Krajowej Izby Gospodarczej 2

Grupa Murapol sprzedała w pierwszej połowie 2018 roku blisko 1,8 tys. mieszkań, planuje w całym roku przekazać 2,6 tys. lokali mieszkalnych

Grupa Murapol w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2018 roku sprzedała blisko 1,8 tys. mieszkań, czyli o ok. 12 proc. więcej niż w analogicznym okresie ub.r. Cel sprzedaży na cały 2018 rok zakłada 3,7 tys. lokali mieszkalnych. W pierwszym półroczu 2018 roku Murapol przekazał klientom 378 mieszkań. Zakładając kulminację przekazań w drugiej połowie roku, cel na cały br. zakłada przekazanie klientom 2,6 tys. lokali, co oznacza wzrost o ponad 120% w stosunku do poziomu z 2017 r. Biorąc pod uwagę założone plany sprzedaży oraz przekazań mieszkań, zarząd spółki Murapol oczekuje osiągnięcia relacji skonsolidowanego długu netto do skonsolidowanych kapitałów własnych w Grupie na poziomie poniżej 0,6x na koniec 2019 roku.

SPRZEDAŻ
W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2018 roku Grupa Murapol sprzedała 1798 lokali mieszkalnych, w tym 1422 na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych. W samym drugim kwartale łączna sprzedaż wyniosła 872 lokale mieszkalne.
Plan sprzedaży na cały br. zakłada łącznie 3,7 tys. mieszkań, co oznacza wzrost w stosunku do sprzedaży w 2017 roku w wysokości 3,6 tys. mieszkań.

PRZEKAZANIA
W pierwszym półroczu br. Grupa Murapol przekazała 378 lokali mieszkalnych. Cel na cały 2018 rok to przekazanie klientom i rozpoznanie w wyniku finansowym 2,6 tys. mieszkań, co oznacza wzrost o ponad 120% w stosunku do poziomu wypracowanego w 2017 roku w wysokości 1,15 tys. mieszkań.

WPROWADZENIE DO OFERTY
Strategia Grupy zakłada konsekwentne umacnianie pozycji rynkowej dzięki stałemu poszerzaniu oferty dostępnych w sprzedaży lokali mieszkalnych. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. Grupa wprowadziła do sprzedaży 2191 mieszkań powstających w 13 projektach inwestycyjnych, m.in. w dwóch warszawskich inwestycjach – Murapol Osiedle Natura oraz Murapol Osiedle Praskie, a także Murapol Parki Krakowa, Murapol Zielone Bulwary we Wrocławiu, Murapol Nowy Poznań czy Murapol Apartamenty Trzy Stawy w Katowicach.

LICZBA MIESZKAŃ W BUDOWIE
Na zakończenie pierwszego półroczna 2018 roku, portfel projektów w budowie Grupy Murapol obejmował 6236 lokali mieszkalnych powstających w 36 projektach.

Analizując założone plany przedsprzedaży oraz cele dotyczące przekazań mieszkań, zarząd Murapol S.A. oczekuje osiągnięcia relacji skonsolidowanego długu netto do skonsolidowanych kapitałów własnych w Grupie na poziomie poniżej 0,6x na koniec 2019 roku.

Nikodem Iskra
Nikodem Iskra, prezes zarządu Abadon Real Estate S.A.

– Ostatnie lata działalności to dynamiczny wzrost działalności Grupy Murapol, osiągnięty dzięki wypracowanemu know-how oraz skutecznemu zagospodarowaniu niszy rynkowej zidentyfikowanej dzięki przeprowadzonym wnikliwym analizom rynku mieszkaniowego. Obrany model biznesowy zakłada dywersyfikację geograficzną, koncentrację na segmencie popularnym oraz optymalizację struktury oferty produktowej. Ponadto nowy zarząd firmy Murapol wdrożył politykę uproszczenia struktury finansowania i wzmacniania struktury bilansu, a jednym z elementów tego procesu była sprzedaż aktywów nieoperacyjnych. W bieżącym roku porządkujemy także strukturę i skład organizacji co pozwoli nam jeszcze efektywniej wykorzystywać nasz wewnętrzny potencjał. – mówi Nikodem Iskra prezes zarząd Murapol S.A. – Patrząc w przyszłość zakładamy zrównoważony rozwój w zakresie zarówno poziomu produkcji mieszkań, jak i wielkości oferty handlowej, co zapewni nam posiadany portfel projektów w budowie i jego systematyczne, ale rozważne rozbudowywanie. – dodaje Nikodem Iskra.

Grupa Murapol do tej pory komunikowała tego rodzaju informacje jedynie w treści raportów okresowych, a w interwałach półrocznych informowała o wybranych wstępnych szacunkowych jednostkowych i skonsolidowanych danych finansowych.

Spółka począwszy od drugiego kwartału 2018 roku zmienia sposób komunikacji z rynkiem poprzez wdrożenie praktyki raportowania informacji operacyjnych przekazywanych periodycznie do publicznej wiadomości, w sposób analogiczny do identyfikowanej w tym zakresie dominującej praktyki rynkowej dla emitentów z sektora deweloperskiego, w interwałach kwartalnych. Działanie to jest wynikiem zaistnienia identyfikowalnych istotnych rozbieżności pomiędzy postrzeganą przez rynek, a rzeczywistą sytuacją Grupy Murapol. Publikowane kwartalnie dane sprzedażowe, pozwolą inwestorom ocenić w sposób prawidłowy rzeczywistą sytuację Grupy Murapol i prowadzoną przez nią na bieżąco działalność deweloperską oraz zachodzące zmiany w tym zakresie.

Przygotuj się na przyszłe dane makroekonomiczne 03.07.2018

W przyszłym tygodniu zostanie opublikowane kilka ważnych informacji, które mogą w dużej mierze wpłynąć na notowania poszczególnych walut. Pierwsze ważniejsze dane zostaną opublikowane dopiero we wtorek. W nocy poznamy australijską koniunkturę w przemyśle wg NAB. Natomiast o godzinie 9:30 brytyjski bilans handlowy.

Środa będzie emocjonująca, szczególnie dla Kanady. Jednak jako pierwsze przyjadą dane z Australii – optymizm konsumentów wg. Westpac. O 9.00 odbędzie się spotkanie członków ECB. Z kolei dopiera na godzinę 15.00 zaplanowano publikację kanadyjskich stóp procentowych.

Czwartek będzie najciekawszym dniem dla inwestorów na rynku amerykańskich obligacji. Z USA napłyną informacje na temat inflacji CPI. Na ostatni dzień sesji zaplanowano jedynie jedną publikację z USA – indeks nastrojów konsumentów Uniwersytetu Michigan.

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Kanada – stopy procentowe

Publikacja kosztu pieniądza została zaplanowana na 11 lipca na godzinę 15:00. Z 81,2 procentowym prawdopodobieństwem zostaną podniesione o 25 punktów bazowych. Rynek praktycznie w pełni wycenił możliwą podwyżkę, dlatego zmiana stóp procentowych nie doprowadzi do dużego ruchu na parach walutowych z dolarem kanadyjskim. Większym zaskoczeniem byłoby pozostawienie stóp procentowych na niezmienionym poziomie.

canada

Źródło: Bloomberg

Stany Zjednoczone – inflacja

Od ostatniego kryzysu banki centralne zalały rynek finansowy płynnością. Bankierzy chcieli zobaczyć stabilna inflację, przeważnie w okolicy 2 albo 2.5 procenta. Gdyby cel został wcześniej zrealizowany, to stopy procentowe dawno zostały podniesione. Dlatego na dzień dzisiejszy publikowany CPI jest jednym z ważniejszych wskaźników makroekonomicznych.

Ostatnie podwyżki stóp procentowych tylko na chwile zatrzymały wzrost inflacji, aktualnie po raz kolejny zaczęła rosnąć. Inflacja zostanie opublikowana 12 lipca o godzinie 13:30. Jest na co czekać.

USA inflacja

Źródło: Admiral Markets

Wzrost inflacji powinien pozytywnie wpłynąć na notowania dolara amerykańskiego, ponieważ wzrost cen wspiera podwyżkę stóp procentowych oraz dalszego zacieśniania monetarnego. Z kolei niższa inflacja nie będzie wsparciem dla obecnej polityki monetarnej Rezerwy Federalnej.

Instrument do obserwacji – WIG 20

Ostatnie kilka miesięcy dla kupujących było trudne, wszystko spowodowane globalną wyprzedażą na rynkach wschodzących. Ostatnie odbicie również było bardzo mizerne, ale jest światełko w tunelu. Jeżeli kupującym uda się przebić linię trendu spadkowego oraz strefę oporu w okolicy 2150 punktów, to strona kupująca otworzy sobie drogę do kontynuacji wzrostów w okolicę 2280 punktów. Zatem nie wszystko jest stracone. Z drugiej strony przebicie poprzedniego minima 2052 punktów da sprzedającym zielone światło do odwiedzenia psychologicznego poziomu 2000 punktów.

Notowania indeksu WIG 20, interwał dzienny

Notowania indeksu WIG 20, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Władza kontra przywództwo: jak powstają liderzy

dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholog, ekspert kierunku zarządzanie i przywództwo, kierownik studiów podyplomowych Creative Leaedership
dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholog, ekspert kierunku zarządzanie i przywództwo, kierownik studiów podyplomowych Creative Leaedership

Współczesne przywództwo coraz wyraźniej odchodzi od pojmowania władzy jako narzędzia kontroli, a kieruje się w stronę świadomego wpływu, opartego na odpowiedzialności i relacjach. W tym kontekście warto przyjrzeć się głębiej, czym jest przywództwo w biznesie, rozumiane jako proces wewnętrznego rozwoju i świadomego kształtowania kultury organizacyjnej.

Dwight Eisenhower twierdził, że miarą dobrego przywództwa jest przekonanie ludzi do robienia tego, czego chce lider. Jednak nie dlatego, że zostają do tego zmuszeni, ale dlatego, że sami tego chcą. To znak, że nie każdy, kto posiada władzę, jest jednocześnie przywódcą, a o charyzmie lidera mogą wypowiedzieć się jego podwładni, nie on sam – wyjaśnia dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholog, kierownik studiów podyplomowych Creative Leadership. Jak efektywnie i twórczo zarządzać zespołami na Uniwersytecie SWPS.

Na temat tego, w jaki sposób wyłaniają się liderzy, specjaliści dyskutują od lat. Główny spór toczy się na linii psychologii społecznej i psychologii osobowości. Reprezentanci pierwszego nurtu uznają, że na to, czy w konkretnym człowieku ujawnią się cechy przywódcze, wpływają sytuacja i okoliczności. Z kolei psychologia osobowości podaje, że to właśnie osobowość predestynuje konkretne osoby do objęcia liderskich pozycji lub też znacznie im to ułatwiaja. Do lat 50. XX wieku za najbliższą prawdy uznawano koncepcję great man in history, którą stworzyli psychologowie osobowości. Jednak brak konsekwentnych uwarunkowań i zależności w wynikach badań doprowadził do jej zarzucenia. Po wielu latach nastąpił powrót do tej koncepcji, dzięki użyciu metaanaliz, na które składa się suma wyników badań realizowanych w danym obszarze, potwierdziły, że osobowość ma znaczącą rolę w zdobywaniu pozycji przywódcy. Należy jednak mieć na uwadze, że nie jest to proces przyczynowo-skutkowy, a jedynie korelacja.

Cechy lidera – czyli jakie?

Z badań wynika, że cechami ułatwiającymi objęcie przywództwa są inteligencja, męskość, ekstrawersja, otwartość, sumienność oraz dominacja. Wszystkie te cechy wspólnie pomagają w zdobywaniu pozycji lidera. Szczególnie dwie z nich zasługują na wyjaśnienie. W przypadku dominacji obserwatorzy często mylą ją z kompetencją. Ma na to wpływ sposób, w jaki dominujące osoby wypowiadają się: z przekonaniem, często głośniej. Męskość z kolei traktowana jest tu bardzo stereotypowo i odnosi się do postawy wyrażającej zdecydowanie. Nie oznacza to, że kobiety nie mogą lub nie chcą stawać się liderkami – wręcz przeciwnie. Muszą jednak zmierzyć się ze społecznym oczekiwaniem, któremu trudno sprostać, że liderem mogą zostać osoby posiadające przymioty stereotypowo utożsamiane z męskością.

Kiedy potrzebujemy lidera?

Kiedy grupa rozrasta się na tyle, że pojawia się potrzeba objęcia konkretnych ról, ktoś naturalnie przejmuje rolę lidera lub jest do tej funkcji wybierany.  W jaki sposób sobie z nią radzi? Psychologowie wyróżniają najczęściej dwa style zarządzania: autokratyczny (zadaniowy) i demokratyczny(społeczny). Styl autokratyczny jest niekiedy postrzegany negatywnie, zwłaszcza w organizacjach czy zespołach, w których wartością jest wspólne podejmowanie decyzji.  Jak wskazują kolejne metaanalizy badań styl demokratyczy (społeczny) zdecydowanie skuteczniej podnosi satysfakcję z pracy, zadowolenie z lidera i motywacje podwładnych niż styl zadaniowy. Na produktywność grupy jednak oba style wpływają podobnie. A styl autokratyczny jest szczególnie skuteczny w 2 skrajnych przypadkach: w warunkach sprzyjających liderowi, który dobrze zna swój zespół i może pozwolić sobie na zadaniowy tryb pracy, a także w sytuacji bardzo mu niesprzyjającej, kiedy np. przywódca został wyłoniony w wyniku konfliktu. W tym przypadku skoncentrowanie na zadaniu i jego realizacji wysyła do grupy sygnał, że oto jej członkowie znaleźli się pod skrzydłami profesjonalisty. Naturalnym wyborem, kiedy przywódca napotka na problemy relacyjne z zespołem, jest demokratyczny styl zarządzania. Jest często preferowany ze względu na próbę łagodzenia zastanej sytuacji i przekonanie, że dobrze rozumiejący się i zaprzyjaźniony ze sobą i z liderem zespół będzie działał lepiej. Badania pokazują jednak, że nie jest to najlepsze rozwiązanie.

Niektórzy psychologowie społeczni wyróżniają także trzeci styl zarządzania: charyzmatyczny. To on okazuje się być najbardziej efektywny. Taki lider to rzadkość. Działający w ten sposób menadżer potrafi wzbudzać w swoim zespole entuzjazm, przy jednoczesnym stawianiu wysoko poprzeczki i głębokim przekonaniu, że jego podwładni poradzą sobie z powierzonymi zadaniami.  Charyzma jest tu rozumiana jako rodzaj szczególnej relacji między liderem a zespołem. Aby konkretny model zarządzania określić mianem stylu charyzmatycznego, niezbędna jest uważności na innych ludzi, chęć dostrzegania ich potencjału i stałe przekazywanie informacji zwrotnych o rozwoju. Lider charyzmatyczny to taki, który głosi przesłanie, posiada dalekosiężną wizję i wie, jak doprowadzić zespół do jej realizacji.

Przywództwo i władza – to nie to samo

Dlaczego więc, znając dobrze możliwe style zarządzania i wiedząc, jak wdrożyć je w codzienną pracę z zespołem, wielu menadżerów nie radzi sobie ze swoją rolą? To efekt zmian w zachowaniu i postrzeganiu rzeczywistości, które powstają na skutek posiadania władzy. Tak samo jak sytuacja może stworzyć dobrych liderów, potrafi także kształtować złych przywódców. Władza i podwładność pozostają ze sobą w dynamicznej współzależności i proporcje, jakie przybiorą, wpłyną na to, w jaki sposób zarówno zespół, jak i lider, będą ze sobą funkcjonować.

Pomiędzy władzą i podwładnością

Już samo wyobrażenie sobie sytuacji, w której mieliśmy nad kimś władzę, lub wręcz przeciwnie – silnie odczuwaliśmy, że wykonujemy jedynie polecenia, wpływa na aktywowanie tego, co badacze nazywają władzą lub podwładnością. Z badań jasno wynika, że osoby z aktywizowaną władzą są w stanie o wiele szybciej podejmować decyzje, choć nie zawsze opierają się na wystarczającej liczbie danych, myślą bardziej abstrakcyjnie i dostrzegają znacznie mniej czynników uniemożliwiających wykonanie zadania. Pozostawanie, nawet przez chwilę, w pozycji władzy, uruchamia system dążenia, który wyzwala z kolei funkcje wykonawcze. Te skomplikowane terminy oznaczają w praktyce, że takie osoby są o wiele bardziej zmotywowane do działania.

Z kolei uczucie podwładności działa zupełnie odwrotnie. Uruchamia się system unikania, który upośledza funkcje wykonawcze. Dzieje się tak zwłaszcza w sytuacjach, w których lider wyraźnie wskazuje na podległą rolę swoich podwładnych. W efekcie menadżerowie odnoszą wrażenie, że ich zespół jest niekompetentny, a wchodzące w jego skład osoby nie myślą kreatywnie, działają wolno i popełniają błędy. W przeciwieństwie do zarządzających. Dlaczego i kiedy tak się dzieje? Odwaga w podejmowaniu ryzykownych kroków i zdecydowanie w działaniu to efekt zmiany postrzegania rzeczywistości, którą wywołuje posiadanie władzy. To także wynik z jednej strony mniejszych ograniczeń, a z drugiej możliwości gospodarowania zasobami według własnej oceny. Osoby z władzą w mniejszym stopniu kierują się ograniczeniami, a większym możliwościami wynikającymi z jej posiadania.

Oddać władzę i pozostać liderem

Kluczowym momentem w procesie kształtowania się dobrego lub złego lidera jest to, czy zechce poznać perspektywę, ograniczenia, możliwości i motywacje swoich podwładnych. Niestety menadżerowie często dystansują się od swoich zespołów, a w efekcie nie są w stanie osiągnąć celów, które zostały przed nimi postawione. Im bardziej władczy okazuje się być lider, tym bierniejsi są jego podwładni. Zmotywowanie grupy do działania wymaga od przywódcy nie tyle jeszcze mocniejszego wejścia w rolę silnego przełożonego, co oddanie zespołowi części odpowiedzialności, ale też korzystania z możliwości jakie wynikają ze sprawowanej w tym zakresie władzy. Wówczas również podwładni poczują satysfakcję, którą na co dzień odczuwają liderzy.

dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholog, ekspert kierunku zarządzanie i przywództwo, kierownik studiów podyplomowych Creative Leaedership. Jak efektywnie i twórczo zarządzać zespołami, Uniwersytet SWPS

IPOPEMA Dłużny SFIO w czołówce polskich funduszy dłużnych papierów skarbowych

Fundusze z ekspozycją na polski dług są jednymi z najlepiej radzących sobie w tym roku. W sytuacji nagłych zawirowań na rynkach finansowych, z jakimi mieliśmy do czynienia od początku roku, polska gospodarka, a więc i rynek długu, wyglądają obiecująco – solidny wzrost gospodarczy, utrzymujące się niskie stopy procentowe. Stąd bardzo dobre wyniki funduszu IPOPEMA Dłużny SFIO, który od początku roku zyskał 2,09%, a w czerwcu okazał się liderem rynku z pozytywnym wynikiem 0,74%.

 Na bardzo dobry wynik w minionym miesiącu złożyły się w głównej mierze inwestycje w krajowe obligacje skarbowe o średnim i długim terminie do wykupu oraz inwestycje w obligacje zmiennokuponowe i indeksowane inflacją. Globalne ryzyka nie miały znaczącego wpływu na krajowy rynek papierów skarbowych, co pomogło w uzyskaniu wysokich wyników inwestycyjnych – potwierdza Mariusz Zaród, zarządzający funduszem.

IPOPEMA Dłużny SFIO inwestuje głównie w Polsce, okazjonalnie w portfelu znajdują się papiery z państw Europy Środkowo-Wschodniej, jak np. Węgier, Turcji czy Rumunii. Historycznie jednak udział zagranicy nie był zbyt wysoki, a zarządzający wybierał wyłącznie papiery denominowane w twardej walucie, zabezpieczając jednocześnie ryzyko walutowe.

Stopy zwrotu IPOPEMA Dłużny SFIO od początku działalności należą do najwyższych w grupie porównawczej. Choć fundusz działa od 3 lat – do tej pory niezmiennie plasuje się w czołówce. Przez okres 36 miesięcy dał zarobić inwestorom ponad 13%. Pozytywne perspektywy potwierdza zarządzający: W perspektywie najbliższych miesięcy pozostajemy pozytywnie nastawieni na polski rynek długu. Sprzyjać temu powinna ograniczona podaż obligacji skarbowych oraz inflacja utrzymująca się stale poniżej celu NBP i to w szczycie cyklu koniunkturalnego. Polski dług wspiera bardzo dobra sytuacja budżetowa, a pierwsze podwyżki stóp procentowych możemy zobaczyć dopiero w 2020 r.  Sprzyjające czynniki lokalne sprawiają, iż polski dług pozostaje relatywnie odporny na globalne czynniki ryzyka – mówi Mariusz Zaród.

Graphic S.A. zmienia nazwę na Wolfs Technology Fund S.A.

Graphic S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zajmująca się obrotem i zarządzaniem nieruchomościami oraz prowadzeniem projektów inwestycyjnych, zmieniła nazwę na Wolfs Technology Fund S.A. Zmiana nazwy jest związana z realizowaniem działalności w nowych obszarach biznesowych.

Wolfs Technology Fund S.A. (dawniej Graphic S.A.) otrzymała postanowienie Sądu o zarejestrowaniu zmiany Statutu obejmującej zmianę nazwy. Spółka koncentruje się obecnie na prowadzeniu projektów inwestycyjnych w segmencie deweloperskim w zakresie budownictwa mieszkaniowego. Zmiana nazwy pozwoli Emitentowi lepiej budować swoją rozpoznawalność wśród inwestorów oraz interesariuszy. Zarząd Wolfs Technology Fund S.A. jest zdania, że ostatnie działania w obszarze funkcjonowania Spółki są zgodne z przyjętymi kierunkami rozwoju oraz przełożą się długoterminowy wzrost jej wartości.

„Przez ostatnie kilka miesięcy intensywnie skupiliśmy się na wdrożeniu nowej strategii rozwoju przedsiębiorstwa i realizacji zamierzonych celów. Zmiana nazwy jest jednym z ważnych elementów tego procesu, dzięki któremu dalsze działania będą bardziej transparentne dla interesariuszy Spółki, tych obecnych, jak i przyszłych. Z pewnością przełoży się to także na zwiększenie rozpoznawalności marki, którą od kilku miesięcy sukcesywnie budujemy.” – wyjaśnia Michał Krzyżanowski, Prezes Zarządu Wolfs Technology Fund S.A.

W czerwcu br. Spółka podpisała dwie przedwstępne warunkowe umowy zakupu nieruchomości gruntowych zlokalizowanych w Gdyni, na których planuje zrealizować projekty deweloperskie. Pierwszy z nich to deweloperska inwestycja mieszkaniowa usytuowana w Gdyni Oksywiu, w bardzo ciekawej okolicy, o PUM na poziomie ok. 1.100 m2, która będzie obejmowała 15-16 mieszkań i minimum 16 miejsc postojowych w garażu. Drugi projekt deweloperski Wolfs Technology Fund S.A. zostanie zrealizowany w Gdyn, w dzielnicy Mały Kack. Emitent zamierza przeprowadzić deweloperską inwestycję mieszkaniową z widokiem na Gdynię o PUM sięgającym ok. 450 m2, obejmującą 7-8 mieszkań.

W maju tego roku Sąd zarejestrował podwyższenie kapitału zakładowego Spółki w drodze emisji 2.727.500 akcji serii D. Emisja akcji serii D została przeprowadzona w drodze subskrypcji prywatnej poprzez zaoferowanie WOLFS CORPORATION S.A. z siedzibą w Chorzowie łącznie 2.727.500 sztuk akcji zwykłych imiennych serii D po cenie emisyjnej wynoszącej 2,00 zł za akcję, a więc za łączną cenę 5.455.00,00 zł za wszystkie akcje, w zamian za wniesienie przez ten podmiot wkładu niepieniężnego poprzez przeniesienie własności zorganizowanej części przedsiębiorstwa spółki WOLFS CORPORATION S.A. W skład wniesionego przedsiębiorstwa wchodzi pięć nieruchomości położonych w Katowicach i Chorzowie.

Wraz ze zmianą nazwy Spółki uruchomiona została również jej nowa strona internetowa. Jest ona dostępna pod następującym adresem – www.wolfstechfund.com

Polscy programiści nadal mogą liczyć na wysokie zarobki

Nie od dziś wiadomo, że zawód informatyka, a szczególnie programisty jest jednym z najbardziej opłacalnych. Sprawdziliśmy zarobki informatyków w pierwszym kwartale 2018. Wynika z niego, że programistom żyje się i żyć będzie naprawdę dobrze z racji dużego zapotrzebowania na specjalistów z tej dziedziny. Ukazuje je raport przygotowany przez No Fluff Jobs, czyli czołowego portalu z ogłoszeniami o pracę dla pracowników IT.

Czym tak naprawdę zajmuje się programista? To pytanie zadaje sobie wielu z nas. Przede wszystkim taka osoba może tworzyć aplikacje lub strony internetowe. Osoba, która włada Javą, JavaScript, .NET, Phytonem czy PHP może liczyć na naprawdę dobre wynagrodzenie. Według raportu wynagrodzeń informatyk może zarobić średnio 11000 złotych brutto w przypadku umowy o pracę lub 12000 zł netto, jeśli zdecyduje się na kontrakt B2B, czyli wystawianie faktur za zrealizowane zadania.

Najbardziej opłacalne technologie

Zgodnie z danymi przedstawionymi w raporcie No Fluff Jobs w przypadku regularnego zatrudnienia najbardziej opłacalną technologią jest Angular ze średnią wysokością zarobków na poziomie 12000 złotych brutto. Angular to napisany w języku JavaScript, tak zwany otwarty framework, czyli platforma umożliwiająca tworzenie aplikacji mobilnych i internetowych. Z kolei w przypadku rozliczeń B2B, najwięcej zarobią programiści tworzący w oparciu o technologię Spring – szkielet tworzenia aplikacji w języku Java, którzy średnio mogą liczyć na 15000 złotych netto. W jednym i drugim przypadku, niezależnie od formy kontraktu,  na podium znalazła się Java, która dotychczas królowała w zestawieniach. Osoby specjalizujące się w tej technologii zarobią niewiele mniej. Średnia zarobków dla programistów Java w zatrudnionych w ramach umowy o pracę to 11500 zł brutto, a w przypadku kontraktów B2B to 14250 zł netto.

Programowanie tylko dla ekspertów, czy dla każdego?

Nie da się ukryć, że na rynku pracy IT potrzeba przede wszystkim osób z dużym doświadczeniem, co przekłada się oczywiście na ich zarobki. Z jednej strony jest to zrozumiałe, gdyż takie osoby są w stanie aktywnie uczestniczyć w realizowaniu projektów bez żadnego przeszkolenia, właściwie od momentu rozpoczęcia współpracy. Jednakże z drugiej strony jest to swego rodzaju błędne koło, ponieważ uniemożliwia rzeszy absolwentów zdobycie cennego doświadczenia biznesowego, wymaganego przez firmy. Dlatego właśnie No Fluff Jobs od jakiegoś czasu prowadzi akcję “Początki w IT bez ściemy!”, która oprócz popularyzacji zatrudnienia programistów stawiających pierwsze kroki w świecie IT, oferuje również dziesiątki materiałów pomocnych początkującym programistom.” – informuje Tomasz Bujok, CEO & Co-founder No Fluff Jobs.

Java dostępna dla każdego.

W powszechnym przekonaniu, nauka języka programowania, takiego jak Java jest bardzo trudna i długotrwała. Niekoniecznie jest to prawdą. Oczywiście wymagane są pewne predyspozycje takie jak umiejętność logicznego myślenia. Natomiast, podstawowe kompetencje niezbędne do rozpoczęcia pracy w tym zawodzie można zdobyć w trakcie kilkutygodniowych szkoleń, takich jak na przykład Bootcamp Java organizowany przez Kodołamacz.pl. Bootcampy pozwalają na zdobycie kompetencji w relatywnie krótkim czasie, dzięki czemu proces przebranżowienia się jest znacząco krótszy w porównaniu do tradycyjnych form szkolenia, takich jak na przykład studia podyplomowe.

W trakcie bootcampów przygotowujemy uczestników do rozpoczęcia kariery na poziomie juniorskim. Program bootcampów, dobór technologii oraz narzędzi, a także warsztatowy charakter zajęć zostały sprofilowane pod kątem potrzeb rynku i kompetencji, które są obecnie najbardziej poszukiwane przez pracodawców.” – mówi Radosław Szmit, opiekun bootcampów Java i Fullstack w Kodołamacz.pl.

Praca w domu zamiast w biurze?

Coraz częściej słyszymy o pracy zdalnej, która szczególnie w przypadku osób zatrudnionych w branży IT, często jest wygodną alternatywą wobec pracy stacjonarnej. Programiści, którzy decydują się na wykonywanie swojego zawodu poza biurem mogą liczyć na około 8300 – 14000 złotych netto w przypadku kontraktu B2B i 11500 – 16000 zł brutto, jeśli mają umowę o pracę.

Kraków, Warszawa, a może Trójmiasto?

Wysokość zarobków w dużych miastach jest zbliżona i co ciekawe przenosiny do Warszawy nie zawsze stanowią w tym wypadku gwarancję wyższych zarobków. Wszystko zależy od specjalizacji oraz formy kontraktu. Jeśli chodzi o zatrudnienie na umowę o pracę, na stanowiskach seniorskich na najwyższe zarobki – średnio 15000 zł brutto – mogą liczyć osoby, które wybiorą pracę w Trójmieście. Warszawa ze średnią 14 000 zł jest na drugim miejscu, a po piętach depczą jej Kraków i Wrocław, gdzie średnia pensja na tych stanowiskach jest o tysiąc złotych niższa. Natomiast, w przypadku kontraktów B2B dla stanowisk seniorskich najwyższe średnie stawki oferowane są w Warszawie. Mowa tutaj o 14500 zł netto. Natomiast, tuż za stolicą znalazły się Kraków i Wrocław, gdzie analogiczne stawki są jedynie o 500 złotych niższe.

Wszystkie dane pochodzą z ogłoszeń o pracę zamieszczonych w portalu No Fluff Jobs w okresie od 1 stycznia do 31 marca 2018 roku. Próbę badawczą stanowiło 1886 ofert opublikowanych na portalu w danym okresie. Wysokość wynagrodzenia w przypadku umów o pracę w każdym przypadku jest kwotą brutto, natomiast w przypadku umów B2B zawsze jest kwotą netto na fakturę.

Analityka Big Data ma się coraz lepiej. Tak korzystają z niej twoje ulubione marki

Obserwatorzy rynku nowych technologii przywykli już do tego, że największym rozgłosem cieszą się one we wczesnym okresie dojrzewania, kiedy ze świeczką w ręku należy szukać udanych implementacji i przemyślanych zastosowań. Podobny los spotkał analitykę Big Data, która doczekawszy się wielu udanych projektów zniknęła z nagłówków gazet, jednak w naszym życiu obecna jest jak nigdy dotąd – dyskretna i niezwykle skuteczna.

Analityka danych ma się dobrze pomimo RODO – nowych unijnych regulacji w obszarze danych osobowych, które miały zadać jej bolesny cios. O tym, że zostanie z nami na dobre świadczą chociażby wyniki badania przeprowadzonego niedawno przez WARC na grupie specjalistów ds. reklamy i marketingu z całego świata. W 2018 r. analityka wielkich, nieustrukturyzowanych zbiorów ma być priorytetem dla 59 proc. agencji i 55 proc. dużych przedsiębiorstw. Zdaniem Grzegorza Kosińskiego, prezesa Audience Network, firmy specjalizującej się w data consultingu, przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać patrząc na rynek z szerokiej perspektywy. To, że RODO nie zatrzyma rozwoju Big Data, nikogo w zasadzie nie powinno dziwić. Wokół RODO jest wiele niedopowiedzeń, a przecież nowe prawo ma pomóc ujednolicić oraz doprecyzować przepisy dotyczące ochrony danych osobowych w Unii Europejskiej. Dane leżą u podstaw cyfrowej gospodarki, i żadne prawo, nawet najbardziej restrykcyjne, tego nie zmieni. Zarówno internauci, jak i firmy generują ich coraz więcej. Cyfrowe Informacje spływają na serwery ze wszystkich możliwych działów – od sprzedaży, przez obsługę klienta po transport i logistykę. Nieokiełznanie tych cyfrowych zasobów to poważne zaniechanie, podczas gdy ich monetyzacja dla współczesnych przedsiębiorstw jest jak wiatr w żagle tłumaczy Kosiński. Jego słowa znajdują pokrycie w działaniach znanych marek, które czerpią z Big Data pełnymi garściami.

Sztuczna inteligencja nakręca sprzedaż kawy

Weźmy na przekład międzynarodową sieć kawiarni Starbucks, która łącznie posiada ponad 25 000 tysięcy lokali i obsługuje tygodniowo około 90 milionów transakcji. Za sprawą aplikacji mobilnej, z której korzysta już ponad 17 milionów właścicieli smartfonów i programu lojalnościowego obejmującego 13 mln aktywnych użytkowników, korporacja zaczęła gromadzić spore wolumeny jakościowych danych. Cała sztuka polega na ich umiejętnym wykorzystaniu i zdaje się, że Starbucks całkiem sprawnie ją opanował. Dzięki dwóm wspominanym wyżej kanałom przepływu cyfrowych informacji – programowi lojalnościowemu i aplikacji mobilnej – amerykański gigant zyskał wiedzę o preferencjach zakupowych swoich klientów, od ulubionych napojów po porę dnia, w której najczęściej składają zamówienia. Gdy taka osoba odwiedza dowolny lokal uzbrojony w nowoczesny point-of-sale system, już na wstępie jest ona identyfikowana poprzez smartfona tylko po to, by barista mógł zaproponować jej ulubioną kawę.

Takiego poziomu personalizacji nie doświadczymy w innych kawiarniach, podczas gdy w sieci Starbucks to zaledwie wierzchołek góry ludowej. Analizując historię zakupów, pogodę, porę dnia czy też ważne wydarzenia, takie jak np. urodziny lub święta publiczne, aplikacja mobilna zaproponuje użytkownikowi odpowiednie pozycje z menu. Nad całym procesem czuwa działający w chmurze obliczeniowej silnik sztucznej inteligencji, który w czasie rzeczywistym analizuje dziesiątki zmiennych. Te same dane wykorzystywane są przez Starbucks w komunikacji marketingowej. Na ich podstawie generowane są spersonalizowane oferty i mailingi reklamowe. Tymczasem, z punktu widzenia konsumenta, największym hitem jest wirtualny barista – nowa funkcja w aplikacji mobilnej, która pozwala na dokonywanie zamówienia poprzez komendy głosowe lub wiadomości tekstowe – za ich interpretację również odpowiada sztuczna inteligencja.

Zarząd sieci Starbucks pokłada ufność w danych do tego stopnia, że kieruje się nimi nawet w doborze lokalizacji dla nowych kawiarni. Działanie w oparciu o przeczucie musiało ustąpić logicznym kalkulacjom, a te dokonywane są poprzez Atlas – narzędzie do mapowania i analityki biznesowej opracowane przez firmę Esri. Przetwarza ono ogromne ilości danych, w tym położenie innych kawiarni, demografię czy natężenie ruchu, by ocenić potencjał lokalizacji i wpływ otwarcia w niej oddziału na okoliczne placówki Starbucksa.

Wrocław z patentem na zwyciężanie

Nadzieję w Big Data położył również Wrocław i szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Miasto stu mostów otrzymało prestiżowy tytuł European Best Destination 2018 zostawiając w tyle Pragę, Paryż, Barcelonę i Amsterdam. Zwycięstwo umożliwiła mu internetowa kampania reklamowa oparta o profile behawioralne internautów i zaawansowaną analitykę danych. Efekty mówią same za siebie – za Wrocławiem opowiedziało się ponad 27,5 tys. osób, co stanowi 67 proc. wszystkich głosów oddanych w konkursie.

Zespół Audience Network, który odpowiadał za kompleksowy zakup mediów i targetowanie reklam, przeprowadził dokładną analizę profili osób odwiedzających serwisy wroclaw.pl oraz visitwroclaw.eu. Zdiagnozowano w ten sposób najlepiej konwertujących internautów i na podstawie utworzonych profili behawioralnych precyzyjnie określono grupę docelową, do której skierowano internetową kampanię reklamową. – Jeśli firma chce poznać, kim naprawdę są jej klienci, przygotowanie w ten sposób profili behawioralnych jest ku temu najlepszym sposobem. Na podstawie takich analiz można nie tylko docierać z reklamą internetową do osób o zbliżonej charakterystyce, lecz również tworzyć lub optymalizować całe strategie marketingowe marek – tłumaczy Marcin Filipowicz, wiceprezes Audience Network.

Aby rozszerzyć grono odbiorców, zespół Audience Network skorzystał z OnAudience.com, należącej do Cloud Technologies hurtowni anonimowych danych o internautach, która obserwuje kilkanaście miliardów urządzeń z całego świata, dokładnie analizując aktywność internetową ich użytkowników. Na podstawie opracowanej wcześniej analizy utworzono specjalny segment look-alike. Zawierał on profile osób o cechach najbardziej zbliżonych do określonej grupy docelowej, którym następnie wyświetlano reklamę w modelu programmatic buying. Obrana przez Audience Network strategia okazała się wyjątkowo skuteczna, o czym świadczy współczynnik konwersji przekraczający 60 proc. W kampanii wykorzystano również geotrapping, czyli kierowanie reklam do osób przebywających w konkretnej lokalizacji. Bannery wyświetlano internautom, którzy w danej chwili znajdowali się w konkretnych punktach użyteczności publicznej we Wrocławiu: na rynku miasta, dworcu, lotnisku lub galeriach handlowych.

Doskonałym rozwiązaniem okazało się objęcie komunikacją marketingową Polaków przebywających za granicą. Polscy emigranci chętnie oddawali głosy na bliskie ich sercu miasto, przez co wskaźnik konwersji sięgnął w tej grupie 51 proc. Dotarcie do nich było możliwie dzięki zaawansowanym narzędziom do Big Data marketingu i jakościowym danym, które w kampaniach programmatic buying są nie do zastąpienia.

Nietypowe propozycje w kampanii Toyoty

Ciekawym wykorzystaniem nierozłącznego duetu – analityki Big Data i sztucznej inteligencji – może pochwalić się Toyota. Japoński producent samochodów wspólnie z agencją Saatchi & Saatchi zrealizował nietypową kampanię, w której podjął próbę zestawienia modelu Rav4 z ulubionymi zajęciami indywidualnych konsumentów. W tym celu nakarmiono Watsona, superkomputer stworzony przez IBM, tysiącem najpopularniejszych aktywności świata. Na liście znalazło się np. bieganie, gotowanie czy taniec. Przed sztuczną inteligencją postawiono niebanalne zadania – miała ona sparować najmniej pasujące do siebie zajęcia. Na podstawie utworzonych w ten sposób par powstało 300 unikalnych filmów, które marketerzy wykorzystali w działaniach reklamowych.

“Built to take your activities further” – brzmiało główne hasło kampanii, której celem było przedstawienie Toyoty Rav4, jako modelu skrojonego pod ludzi aktywnych. Jako element wspólny dla wszystkich spotów miało zachęcać odbiorców do rozwijania swoich zainteresowań i podejmowania nowych wyzwań. Kreacje poświęcone popularnym aktywnościom wyświetlano w oparciu o zainteresowania internatów. I tak na przykład oczom osób, których cyfrowe ślady w sieci wskazywały na zamiłowanie do pilatesu, ukazał się spot namawiający do osobliwego połączenia tej formy gimnastyki z cosplay (z ang. costume playing – zabawa w przebieranie za postaci z mangi, anime, komiksów, gier komputerowych i filmów): „Przebierz się za swoją ulubioną postać fikcyjną, a następnie wykonaj podstawowe ćwiczenia nie uraniając kropli potu tak, by nie zniszczyć makijażu i nie zdradzić swojej prawdziwej tożsamości”. Z kolei fanom sztuk walki przedstawiono kreację łączącą ich ulubioną aktywność z grillowaniem. „Przygotuj mięso na ogródkowego grilla używając technik walki wręcz. Zmiękcz kotlety schabowe ciosami karate” – brzmiało wyzwanie umieszczone w końcowej części klipu.

Chris Pierantozzi, dyrektor kreatywny w Saatchi & Saatchi uważa, że stworzeniem nietypowych kombinacji aktywności mógłby równie dobrze zająć się człowiek, jednak Watson popisał się nowym poziomem kreatywności, co pomogło zespołowi podejść do sprawy nieszablonowo. – Sztuczna inteligencja pomogła nam również w skalowaniu, ponieważ w krótkim czasie potrafi wymyśleć tysiące rozwiązań, podczas gdy człowiekowi zajęłoby to dużo dłużej. W przyszłości SI pozwoli nam na jeszcze większą personalizację. Na razie jesteśmy dopiero na początku tej drogi – stwierdził Pierantozzi.

Marcel Płoszczyński, Account Executive w inPlus Media

Coraz wyższe sankcje za przestępstwa gospodarcze. Fałszerze faktur karani jak zabójcy

W marcu 2018 r. prokuratorzy otrzymali wytyczne: żądać surowych kar za przestępstwa gospodarcze i finansowe. Miesiąc później Ministerstwo Sprawiedliwości ogłosiło program reform „Sprawiedliwość i bezpieczeństwo”, który jeszcze bardziej zaostrza sankcje grożące za przestępstwa popełnione w obrocie gospodarczym. Fałszerze faktur narażający Skarb Państwa na uszczuplenie znacznej wartości mają być karani podobnie jak gwałciciele i zabójcy.

Możliwie najsurowsze karanie

12 sierpnia 2016 r. Prokurator Generalny udzielił prokuratorom wytycznych „w sprawie zasad prowadzenia postępowań przygotowawczych w sprawach o przestępstwa finansowe popełniane na szkodę wielu pokrzywdzonych przy wykorzystaniu instrumentów finansowych oraz działalności bankowej”. Rok później, 10 sierpnia 2017 r., kolejne wytyczne Prokuratora Generalnego dotyczyły „zasad prowadzenia postępowań przygotowawczych w sprawach o przestępstwa związane z procederem wyłudzania nienależnego zwrotu podatku od towarów i usług (VAT) oraz innych oszukańczych uszczupleń w tym podatku”.

Przesłanie, jakie płynęło z obu wytycznych, sprowadzało się do tego, że prokuratorzy mają wnioskować o możliwie jak najsurowsze przewidziane kary. Prokurator Generalny nakazywał w nich m.in., by w sprawach wyłudzeń, których wartość przekracza 1 mln zł, a szkoda nie została naprawiona, prokuratorzy wnioskowali dla ich sprawców o karę bezwzględnego pozbawienia wolności.

Pozbawiać wolności bez zawieszenia

Na początku marca 2018 r. Prokuratura Krajowa poinformowała o przekazanych prokuratorom zaleceniach, aby przy sporządzaniu wniosków do sądów o wymierzenie kar za przestępstwa gospodarcze lub finansowe brali pod uwagę przede wszystkim wysokość wyrządzonej szkody. Prokuratorzy mają wnioskować o kary pozbawienia wolności w górnych granicach:

  • – 3 lata pozbawienia wolności, gdy wartość wyrządzonej szkody przekracza 200 tys. zł;
  • – 5 lat pozbawienia wolności, gdy wartość wyrządzonej szkody przekracza 1 mln zł;
  • – 7 lat pozbawienia wolności, gdy wartość wyrządzonej szkody przekracza 5 mln zł;
  • – 10 lat pozbawienia wolności, gdy wartość wyrządzonej szkody przekracza 10 mln zł.

Zgodnie z zaleceniem Prokuratora Krajowego „[z]asadą powinno być wnioskowanie o karę pozbawienia wolności bez warunkowego jej zawieszenia”.

Sprawiedliwość i bezpieczeństwo

Zaprezentowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości pod koniec kwietnia 2018 r. program reform pt. „Sprawiedliwość i bezpieczeństwo” zakłada kolejne obostrzenia kar za przestępstwa popełnione w obrocie gospodarczym, przede wszystkim – podniesienie progów wymiaru kar pozbawienia wolności za oszustwa VAT. Poza tym, jak głosi program zmian, „jednym z ważniejszych aspektów reformy jest wprowadzenie elastyczności kar. Dziś prawo wiąże prokuratorom i sądom ręce. Pozwala skazać za najpoważniejsze przestępstwa na kary: do 15 lat pozbawienia wolności, osobną karę 25 lat więzienia oraz dożywocie. Nie można więc wymierzyć np. kary 22 czy 27 lat więzienia, nawet gdyby była ona odpowiednia”.

Ministerstwo chce również wysokich kar dla łapówkarzy. Przyjęcie korzyści majątkowej powyżej 1 mln zł ma być zagrożone karą pozbawienia wolności od 3 do 20 lat. Resort chce też nadać większe kompetencje prokuratorom w zakresie spraw dotyczących tzw. ustawiania przetargów publicznych. W sprawach „budzących wątpliwości” prokuratura już nie będzie musiała czekać na złożenie zawiadomienia o nieprawidłowościach. Będzie miała prawo podejmować działania z urzędu.

Gwałciciele, porywacze, zabójcy i… fałszerze faktur

Obowiązujące kary za fałszerstwa na wielką skalę, czyli takie, których wartość przekracza 10 mln zł, mają ulec uelastycznieniu. Obecnie wynoszą one od 5 do 15 lat pozbawienia wolności oraz 25 lat pozbawienia wolności. Po reformie sądy będą mogły wymierzać te kary w przedziale od 5 do 25 lat pozbawienia wolności. To przedział kar taki sam jak ten przewidziany za gwałt ze szczególnym okrucieństwem czy za porwanie dla okupu połączone ze szczególnym udręczeniem. Ciężej karane mają być już tylko przestępstwa, których skutkiem jest śmierć człowieka (do 30 lat pozbawienia wolności lub dożywocie).

Oczywiście potrzeba karania nieuczciwych przedsiębiorców czy zawodowych oszustów jest jak najbardziej uzasadniona. Niepokojące wydaje się jedynie, że sporządzenie fałszywej faktury ma być zagrożone karą wyższą niż przygotowanie do zabójstwa czy przyjęcie zlecenia zabójstwa (od 2 do 15 lat pozbawienia wolności).

Podsumowanie

Kierunek zmian prawa zaostrzający kary przestępcom gospodarczym pokazuje, że została im wypowiedziana otwarta wojna. W programie reform „Sprawiedliwość i bezpieczeństwo” zostało wyraźnie wskazane: „Zaostrzone dzięki Ministerstwu Sprawiedliwości kary dla oszustów VAT-owskich przyniosły nie tylko większe o dziesiątki miliardów przychody Skarbowi Państwa, ale też udowodniły, że surowe kary dają pożądany efekt”. Aby osiągnąć ten efekt, zrewidowano również doktrynę obowiązującego prawa – na naszych oczach przestaje obowiązywać, wyrażona w art. 58 § 1 Kodeksu karnego, zasada nieorzekania kar pozbawienia wolności w przypadku przestępstw zagrożonych karą pozbawienia wolności nieprzekraczającą 5 lat, jeśli inna kara lub środek karny mogą spełnić cele kary.

Księgowy, prawnik i doradca podatkowy – bez nich przedsiębiorcy będą się bać podejmować czynności w obrocie gospodarczym, w strachu przed np. wciągnięciem w wir karuzeli VAT. Zwłaszcza że za przestępstwo gospodarcze można stracić wszystko, nie tylko wolność. Zgodnie z art. 23 Kodeksu karnego skarbowego najwyższa grzywna, jaką może wymierzyć sąd, wynosi 720 stawek dziennych. W 2018 r. to równowartość 20 mln 160 tys. zł. Z kolei art. 44a Kodeksu karnego przewiduje całkowity przepadek przedsiębiorstwa służącego do popełnienia przestępstwa, z którego sprawca nawet pośrednio uzyskał korzyść majątkową znacznej wartości.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Kurs euro najwyżej od półtora roku

Amerykańskie zamówienia nie są tak złe jak sądzili analitycy. Euro dotarło do 4,40 zł, będąc najdroższe od 1,5 roku. Złoto po dużych spadkach odzyskuje trochę wartości.

Lepsze od oczekiwań dane z USA

Wczoraj poznaliśmy dane na temat zamówień na dobra w USA. Analitycy oczekiwali delikatnego spadku. Dane pokazały spadek mniejszy od oczekiwań. Jest to z jednej strony dobra wiadomość, bo odczyt jest lepszy niż to na co byli gotowi inwestorzy. Z drugiej strony spadek zamówień sugeruje, że coś niedobrego dzieje się w gospodarce. Przegląd danych cząstkowych pokazuje, że za sporą część spadków odpowiada przemysł samochodowy. Inwestorzy nie zareagowali jakoś szczególnie na te dane. Powodem może być dzisiejsze święto i wczorajsza skrócona sesja. 4 lipca jest bowiem w USA Dniem Niepodległości. Przed dniami wolnymi od pracy bardzo często inwestorzy nie chcą otwierać nowych pozycji inwestycyjnych w obawie jak się zachowa rynek podczas dnia wolnego.

Euro zawraca na 4,40

W poniedziałek euro, po raz pierwszy od końca 2016 roku, osiągnęło poziom 4,40 zł. Szczyty z tamtych czasów były mniej więcej 10 groszy wyżej, zatem jak widać obecne poziomy nie są niczym nadzwyczajnym, ale już teraz wielu analityków zadaje sobie pytanie, kiedy ten ruch się odwróci. Obecnie złotemu ciąży nie tylko sytuacja na świecie, ale również kolejne zamieszanie polityczne związane z polskim sądownictwem. Inwestorzy boją się sankcji unijnych, które miałyby już realny, a nie tylko wizerunkowy wpływ.

Złoto odbija się od dna

Złoto uchodzi za bardzo dobrą inwestycję na trudne czasy. Jednak, gdy na rynkach zaczyna dziać się lepiej, wielu inwestorów w poszukiwaniu lepszych stóp zwrotu rozgląda się za innymi inwestycjami. Wczoraj złoto przebiło minima grudnia zeszłego roku, osiągając tym samym najniższy poziom od niemal roku. Dzisiaj widzimy wzrosty, aczkolwiek dopiero kolejne dni pokażą nam czy to realne odbicie czy po prostu korekta w serii ostatnich spadków. Biorąc pod uwagę potencjalną eskalację konfliktu handlowego pomiędzy USA a Chinami może się okazać, że na rynkach znów zapanuje niepokój. To właśnie strach sprzyja wzrostom na złocie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych. Ze względu na wspomniane święto w USA można spodziewać się mniejszej zmienności na rynkach.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kurs dolara do euro na fali politycznych zawirowań

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Kryzys w niemieckiej koalicji, liczne problemy wewnętrzne Unii Europejskiej, a przy tym wsparcie dla amerykańskiego dolara w kontekście konfliktu handlowego na linii USA – Chiny osłabia nieco europejską walutę. Niemniej jednak według ekspertów Aforti Exchange – para EUR/USD utrzymuje się w trendzie wzrostowym, dając zapowiedź wsparcia dla popytu w lipcu 2018.

Jednocześnie warto wstrzymać się jeszcze z zamianą PLN na EUR, o ile w lipcu 2018 nie zostanie przekroczony poziom 4.38, co będzie jednoznacznym sygnałem do zakupu europejskiej waluty, zanim utrzymany zostanie szeroki trend wzrostowy. Podobnie sytuacja wygląda na parze USD/PLN – zakupu amerykańskiej waluty nie powinno się dokonywać przynajmniej do momentu odnotowania trwałego ruchu powyżej poziomu 3.78.

Pozytywne sygnały dochodzą również z rynku ropy – utrzymujący się w czerwcu 2018 trend wzrostowy tego surowca, przy utrzymaniu w lipcu poziomu 70.60 USD, będzie według ekspertów Aforti Exchange, zapowiedzią dalszych wzrostów na rynku ropy.

EUR/USD drugi miesiąc z zrzędu w silnym trendzie wzrostowym

Lokalne minimum w cenie 1.1650 okazało się wystarczającym wsparciem dla rynku. Zakończenie drugiego miesiąca z rzędu powyżej poziomu 1.1650 ma jednak dużo większe znaczenie – utrzymany został bowiem trend wzrostowy, co będzie wspierać popyt w lipcu. Wspomnieć należy również o 38.2-proc. zniesieniu poprzedniej struktury wzrostowej, która pokrywa się z okolicami poziomu 1.1650. Wszystkie te elementy zapowiadają większe odreagowanie rynku w okolice poziomu 1.1920.

kurs euro i dolara
Źródło: Aforti Exchange – notowania EUR/USD w układzie miesięcznym

EUR/PLN – w lipcu wyhamowanie wzrostu wartości złotówki względem euro

zdecydowane pokonanie strefy 4.2910 – 4.3110 pokazuje jednoznacznie siłę wspólnej waluty. Niemniej trzeba pamiętać, że po tak zdecydowanym wybiciu, początek kolejnego miesiąca przynosi zazwyczaj sporego zasięgu korektę – dokładnie tak, jak miało to miejsce w czerwcu 2018, kiedy jego początek spowodował cofniecie o 0,05 zł, zanim doszło do docelowego ruchu w górę. Dodatkowo, w końcówce czerwca 2018 mieliśmy do czynienia z zatrzymaniem notowań na górnym ograniczeniu szerokiego kanału spadkowego, zatem będzie to kolejny czynnik hamujący dalszą aprecjację EUR.

Dopiero trwałe wybicie wspomnianego kanału spadkowego będzie wiarygodnym sygnałem na dalsze umocnienie wspólnej waluty. Do tego brakuje również trwałego ruchu powyżej poziomu 4.38, a dopóki notowania nie doprowadzą do jego pokonania, z zakupami EUR warto się wstrzymywać.

Tym samym, przekroczenie poziomu 4.38 w lipcu 2018 będzie sygnałem na test strefy 4.4230 – 4.45. Wtedy zakupy staną się konieczne, gdyż poza potwierdzeniem zanegowania wciąż aktualnego trendu spadkowego, potwierdzi się siła szerokiego kanału wzrostowego od marca 2010 roku, a to z kolei będzie premiowało długie pozycje w EUR w drodze na szczyt z listopada 2011 roku w cenie 4.50.

kurs euro do złotego
Źródło: Aforti Exchange – notowania EUR/PLN w układzie miesięcznym

USD/PLN – w oczekiwaniu na trwały ruzh powyżej poziomu 3,78

50-proc. zniesienie poprzedniej fali spadkowej (poziom 3.77) zatrzymało rynek po raz drugi. Zarówno na koniec maja jak i czerwca podaż wykorzystała okolice poziomu 3.77 do cofnięcia.

Z zakupami USD należy się zdecydowanie wstrzymać do momentu trwałego pokonania wspomnianego poziomu. Aktualnie nie zapowiada się bowiem większe cofnięcie niż w okolice poziomu 3.65.

Tym samym, trwały ruch powyżej poziomu 3.78 będzie sygnałem, że rynek będzie dążył do kolejnego oporu w cenie 3.87. Wtedy zakupy dolara amerykańskiego będą konieczne.

kurs dolara do złotego
Źródło: Aforti Exchange – notowania USD/PLN w układzie miesięcznym

ROPA nadal na fali wzrostów

Silny ruch wzrostowy w czerwcu 2018, a przy tym trwałe i zdecydowane pokonania poziomu 68.60 USD otwiera drogę do lokalnego minimum pierwszej fali wyższego rzędu na poziomie 78.80 USD, ograniczonego dodatkowo przez 61.8-proc. zniesienie poprzedniej struktury spadkowej na poziomie 79.40 USD. Trwałe pokonanie zakresu 78.80 – 79.40 USD będzie zatem bardzo trudne.

notowania ropy
Źródło: Aforti Exchange – notowania ropy w układzie miesięcznym

Tym samym, z uwagi na bardzo wyraźne wzrosty w czerwcu 2018, lipiec może przynieść lokalną korektę na rynku, jednakże dopóki poziom 70.60 USD będzie się utrzymywał, scenariuszem podstawowym pozostają dalsze wzrosty na rynku ropy.

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Kurs euro kończyć będzie kwartał przy 4,30

Na mundialu chwila przerwy od emocji, podobnie powinno być w przypadku rynków finansowych, które zapewne będą spokojniejsze ze względu na święto w USA. Kibice czekają na piątkowe ćwierćfinały a inwestorzy na dane z rynku pracy USA oraz pierwszy dzień obowiązywania ceł na chińskie towary o wartości 34 mld USD.

Duża część inwestorów zaczęła się obawiać, że osłabienie CNY i tąpnięcie na giełdzie w Szanghaju mogą być wiązane z silnym odpływem kapitału. Jednak werbalne wsparcie dla waluty ze strony władz monetarnych przekładające się na drugi dzień wyraźnego umocnienia juana oraz wyraźnie lepszy od prognoz PMI dla usług Chin powinny nieco rozwiewać obawy. Wszelkie porównania do sytuacji z 2015 roku, gdy strach o perspektywy Chin i stabilność tamtejszego systemu finansowego są naszym zdaniem w znikomym stopniu uzasadnione. Przede wszystkim wynika to z faktu, że tamte turbulencje były pokłosiem błędów regulatorów, którzy najpierw dopuścili do powstania bańki spekulacyjnej na rynku akcji a potem nieudolnie walczyli ze skutkami jej pęknięcia. Teraz nic takiego nie ma miejsca, choć należy pamiętać, że skala długu jest poważnym problemem w systemie finansowym Państwa Środka. Jest to jednak problem długofalowy i stały element w bilansie ryzyk a nie nowy element rynkowej układanki, który nagle pojawia się i wywołuje szok.

Pierwsze oznaki uspokojenia nastrojów idą w parze z wyhamowaniem aprecjacji USD. Po wielotygodniowym rajdzie przed dolarem nie widzimy znacznego pola do umocnienia, bardzo dużo pozytywnych informacji jest już zdyskontowanych. Szansę na najtrwalsze i największe umocnienie ma naszym zdaniem funt. GBP/USD prawdopodobnie przy 1,3050 znalazł średnioterminowy dołek i powinien odrabiać 6 – proc. załamanie z drugiego kwartału. Sprzyjać temu będzie perspektywa podwyżki stóp na posiedzeniu Banku Anglii zaplanowanym na 2 sierpnia. Jeśli obawy o przyszłość Chin zostaną szybko rozwiane to na mocne odbicie mogą liczyć AUD i NZD. Średnio – i długoterminowe perspektywy obu walut nie są naszym zdaniem pozytywne (niska akrakcyjność odsetkowa i brak perspektyw na szybki wzrost stóp procentowych) a rynek potencjalne odbicie będzie pewnie wykorzystywał do odnowienia krótkiej ekspozycji. EUR/PLN powinien schodzić na zdecydowanie niższe pułapy, ale na razie rynkowi brakuje impulsu do wygenerowania wyraźnego ruchu. Zakładamy, że kurs kwartał kończyć będzie przy 4,30. W przypadku EUR/USD scenariuszem bazowym na najbliższe sesje jest stabilizacja w bezpiecznej odległości od dołków 1,1510. Drogę do 1,1850 zamyka cały czas 1,1730.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers