Aplikacja odczyta stan liczników czy informacje z faktur i przekształci je w dane cyfrowe. Technologia trafi m.in. do biznesu i służby zdrowia

Aplikacja odczyta stan liczników czy informacje z faktur i przekształci je w dane cyfrowe. Technologia trafi m.in. do biznesu i służby zdrowia 1

Odkąd aparaty w telefonach nauczyły się rozpoznawać przedmioty w zasięgu obiektywu, ich funkcjonalność zaczęła wykraczać poza proste robienie zdjęć. Dziś możemy wykorzystać je do archiwizowania dokumentów, rozpoznawania tekstu czy odczytywania kodów kreskowych i QR, a następnie automatycznie wysyłać zebrane dane do aplikacji lub usługi chmurowej. Technologia znajdzie zastosowanie głównie w przemyśle i administracji – pozwoli np. błyskawicznie sczytywać dane z liczników.

– Opracowujemy rozwiązania na smartfony, tablety i inne urządzenia mobilne, które umożliwiają skanowanie danych analogowych i konwertowanie ich na dane cyfrowe. Pracujemy nad rozwiązaniami z zakresu rozpoznawania obrazów i nagrań wideo, które zawarliśmy w aplikacji. Dane z aplikacji są przekazywane do serwera bazy danych w chmurze – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michael Hausmann z firmy Pixolus.

Technologia rozpoznawania i przetwarzania obrazu z analogowego na cyfrowy wykorzystuje zarówno technologię rozszerzonej rzeczywistości, jak i uczenia maszynowego. Dane w postaci cyfr i liter są rozpoznawane za pomocą specjalnego oprogramowania, przy wykorzystaniu aparatu cyfrowego w smartfonie. Technologia może znaleźć zastosowanie w wielu dziedzinach życia. Poza najbardziej oczywistym zastosowaniem, tzn. rozpoznawaniem pisma odręcznego, może się przydać także w sektorze energetycznym i opiece zdrowotnej.

Aplikacja potrafi w formie cyfrowej zapisać odczyty liczników energii elektrycznej, gazu, wody czy ciepła. Potrafi także odczytać numer IBAN z rachunku lub faktury i wykorzystać go bezpośrednio przy wykonywaniu przelewu.

– W branży logistycznej mamy kody kreskowe oraz kody QR, które można skanować urządzeniami mobilnymi. Ponadto można skanować kody IBAN wykorzystywane w sektorze finansowym. W sektorze energetycznym możemy skanować czujniki gazu i manometry, które będąc przyrządami mechanicznymi, zawsze przedstawiają dane w postaci analogowej. My możemy je przekształcić w dane cyfrowe, które znacznie łatwiej przechowywać –tłumaczy Michael Hausmann.

Jednym z najciekawszych zastosowań systemów rozpoznawania obrazu we współczesnych aparatach smartfonowych jest aplikacja Office Lens od Microsoftu. Oprogramowanie automatycznie wykadruje fotografowany dokument, wyretuszuje go i zapisze w jednym z najpopularniejszych formatów graficznych lub pliku PDF. Wyposażono ją nawet w system rozpoznawania pisma maszynowego, dzięki czemu możemy zapisać zeskanowane dokumenty do formy cyfrowej, by potem je edytować. Technologię można wykorzystać także w biznesie, np. do skanowania notatek ze spotkań z klientami oraz upubliczniania ich w firmowych chmurach danych tuż po zakończeniu zebrania. Tego typu rozwiązania można zastosować także w służbie zdrowia.

– W sektorze ochrony zdrowia wykorzystujemy nasze technologie do skanowania dokumentów na oddziałach intensywnej terapii. Obecnie większość szpitali w Niemczech czy w Polsce posługuje się dokumentacją analogową, papierową. Teraz pracownicy mogą wykorzystać aplikację do skanowania sprzętu medycznego, by wprowadzać dane bezpośrednio do systemu, co przyspiesza procesy, a nawet może skutkować np. spadkiem śmiertelności –przekonuje ekspert.

Rozwiązanie dla sektora ochrony zdrowia nie jest jeszcze dostępne na rynku. Zgodnie z harmonogramem projektu pt. „Komet”, którego partnerami są Philips i Uniklinik Aachen, rozwiązanie będzie gotowe do zastosowania na szerszą skalę w 2019 roku.

Według Research and Markets globalny rynek aplikacji dla biznesu w 2021 roku osiągnie wartość 98 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 15,24 proc. Technologia rozpoznawania obrazu do 2021 roku ma być warta 39 mld dol.

Ponad połowa Polaków regularnie stresuje się swoją pracą. Przez to popełniają błędy, są mniej efektywni i szybciej wypaleni zawodowo

Ponad połowa Polaków regularnie <a title=stresuje się swoją pracą. Przez to popełniają błędy, są mniej efektywni i szybciej wypaleni zawodowo" title="Ponad połowa Polaków regularnie stresuje się swoją pracą. Przez to popełniają błędy, są mniej efektywni i szybciej wypaleni zawodowo" />

stresuje-się-swoją-pracą.-Przez-to-popełniają-błędy-są-mniej-efektywni-i-szybciej-wypaleni-zawodowo.jpg” alt=”” align=”left” hspace=”10″ />

Polscy pracownicy są jednymi z najbardziej zestresowanych w Europie. Ponad połowa regularnie stresuje się swoją pracą, co może prowadzić do problemów ze zdrowiem, spadku efektywności, wypalenia zawodowego, a w konsekwencji – konieczności odejścia z firmy. Zdaniem ekspertów stresem w firmie można jednak odpowiednio zarządzać, m.in. dzięki właściwej organizacji pracy i dobrej komunikacji w zespole. Decydującą rolę odgrywa lider, którego zadaniem jest kształtowanie przyjaznego środowiska pracy. 

– Polscy pracownicy są jednymi z najbardziej zestresowanych w Europie. Bardziej od nas stresują się tylko Grecy i Turcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystian Krawczyk, wiceprezes zarządu Quality Watch.

Jak wynika z badań OECD, ponad połowa Polaków (53,3 proc.) odczuwa stres w pracy. W Europie pod tym względem wyprzedzają nas jedynie Grecy (58 proc.) i Turcy (67,5 proc.). W sąsiednich Czechach czy w Niemczech odsetek zestresowanych pracowników jest znacząco niższy (odpowiednio 43,4 proc. i 42,4 proc.), nie mówiąc już o krajach skandynawskich takich jak Szwecja (14 proc.) czy Norwegia (18,2 proc.).

Potwierdza to również ubiegłoroczne badanie „The Workforce View in Europe 2017”, przeprowadzone na zlecenie międzynarodowej firmy doradczej ADP. Wynika z niego, że 22 proc. Polaków codziennie doświadcza stresu w miejscu pracy, a 46 proc. stresuje się swoją pracą często bądź bardzo często. Te wyniki stawiają nas na czele stawki spośród ośmiu europejskich nacji poddanych badaniu.

– Warto podkreślić, że niewiele mamy mechanizmów, które redukują stres pracowników, to odróżnia nas od krajów zachodnich, takich jak Niemcy. Także w Japonii – gdzie stres w pracy jest olbrzymi – istnieje wiele mechanizmów, które pozwalają go rozładować i pomóc pracownikowi – podkreśla Krystian Krawczyk.

Stres ma istotny wpływ na psychikę i stan zdrowia pracowników. Długotrwała ekspozycja na stres może powodować m.in. kołatania serca, nerwobóle, bóle głowy, problemy ze snem i koncentracją, a w skrajnych przypadkach nawet prowadzić do nerwicy. Co istotne, zmniejsza on również zaangażowanie pracownika, jest przyczyną spadku efektywności, błędnych decyzji i częstszej absencji w pracy.

– To są realne koszty zarówno dla pracodawcy, jak i dla samego pracownika. Stres da się zmierzyć finansowo, można oszacować jego wpływ na organizację. Ten aspekt zdrowotny jest kluczowy – pracownik długotrwale zestresowany nie będzie efektywny, nie będzie czuł się dobrze w pracy, będzie dążył do zmiany miejsca pracy – mówi Krystian Krawczyk.

Do najbardziej stresogennych czynników w pracy należą: natłok obowiązków, nadmierna biurokracja, niewłaściwa organizacja pracy i problemy z realizacją wyznaczonych celów. Przyczynia się do niego również zła atmosfera i problemy w komunikacji z zespołem czy przełożonym.

Jak podkreśla wiceprezes Quality Watch, w dużej mierze to pracodawca decyduje o tym, czy występują sytuacje stresogenne. Prostym przykładem jest wysłanie w piątkowe popołudnie e-maila do pracownika z prośbą o przygotowanie materiałów na poniedziałek, co automatycznie buduje napięcie.

– W zarządzaniu stresem kluczowa jest rola lidera, który układa pewne procesy, komunikuje się, gra fair play. Sytuacji stresogennych jest mniej, kiedy mamy właściwy harmonogram pracy, dobre zarządzanie, a każdy ma szansę porozmawiać i skonsultować swoje wątpliwości. Pracownik nie może się obawiać rozmowy z przełożonym. Powinien wiedzieć, że zawsze może do niego przyjść, wyjaśnić pewne rzeczy, że po drugiej stronie ma partnera. Decydującą rolą lidera jest kształtowanie takiego środowiska w pracy, żeby ten stres występował jak najrzadziej – mówi Krystian Krawczyk.

Pracownik może też spróbować samodzielnie poradzić sobie ze stresem i właściwie nim zarządzić. Przede wszystkim powinien zrobić rachunek sumienia i szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, czy dane stanowisko i zakres obowiązków nie przerastają jego możliwości i czy jest w stanie dalej efektywnie pracować.

– Druga rzecz to przygotowanie się do stresu, bo nie każda sytuacja stresowa pojawia się nagle, niektóre można zaplanować. Przykładowo, jeśli stres wywołuje zaplanowane w poniedziałek spotkanie zespołu, zaplanujmy sobie, co powiemy na tym spotkaniu, przygotujmy sobie materiały, nie róbmy tego na ostatnią chwilę – mówi Krystian Krawczyk.

Warunkiem radzenia sobie ze stresem jest również utrzymywanie work-life balance, czyli równowagi pomiędzy pracą a życiem prywatnym i czasem przeznaczonym na odpoczynek.

– Nawet jeżeli stres się pojawia, nie reagujmy emocjonalnie. To jest naturalna reakcja. Możemy sobie z nią poradzić, idąc na spacer, odpoczywając, rozmawiając z kimś. Stres może się pojawić, on jest częścią pracy, ale można nim właściwie zarządzić – podkreśla wiceprezes zarządu Quality Watch.

Inteligentne rejestratory pozwalają kontrolować zużycie energii wszystkich domowych urządzeń. Pomogą oszczędzić nawet do 30 proc. energii

Inteligentne rejestratory pozwalają kontrolować zużycie energii wszystkich domowych urządzeń. Pomogą oszczędzić nawet do 30 proc. energii 2

Informacje o poborze energii przekazywane na bieżąco pozwalają osiągnąć oszczędności na poziomie 12 proc. Wykrycie wadliwie działającego sprzętu może je podnieść nawet do 30 proc. Nowe technologie umożliwiają optymalizację pracy urządzeń domowych i nadzorują zużycie energii. Dzięki innowacyjnym urządzeniom można też sprawdzić ilość zmagazynowanej energii ze źródeł odnawialnych, decydować, kiedy i jakiego źródła użyć oraz do jakiego urządzenia przypisać nadmiar wytworzonej energii.

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń, dzięki którym można na bieżąco monitorować zużycie energii elektrycznej, sprawdzić, które urządzenia zużywają jej najwięcej i przeglądać przepływy energii. Inteligentne rejestratory zużycia energii można stosować nie tylko w firmach, lecz także w domach, zwłaszcza że są proste i intuicyjne w użyciu.

– Zakładamy obręcz na główny wyłącznik zasilania, dzięki czemu mierzymy napięcie i prąd z bardzo wysoką częstotliwością –  cztery tysiące razy na sekundę. Dzięki temu słyszymy, co się dzieje. Każde urządzenie ma charakterystyczne brzmienie, a wykonując próbkowanie z wysoką częstotliwością, możemy usłyszeć, które z nich się włącza albo wyłącza. Korzystając z tylko jednego czujnika, słyszymy wszystkie urządzenia podłączone do danej linii – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ben Vermeulen z firmy Smappee.

Urządzenie wystarczy podłączyć do skrzynki bezpieczników za pomocą czujnika. Rejestrator zużycia energii daje podgląd zużycia energii w czasie rzeczywistym. Dzięki aplikacji można poznać całkowite zużycie energii, także w trybie czuwania. Na wyświetlaczu smartfona pojawi się ilość zużywanej energii w danym momencie, a także zestawienie kosztów z ostatniego miesiąca lub z dowolnego, monitorowanego okresu.

– Nasza aplikacja służy jako interfejs dla użytkownika końcowego, a za pośrednictwem API zapewniamy naszym partnerom dane, aby mogli świadczyć własne usługi na rzecz ich klientów – mówi Vermeulen.

W aplikacji mobilnej można też sprawdzić, ile kilowatogodzin wytwarzają zainstalowane w domu panele słoneczne i ile można dzięki nim zaoszczędzić energii. Jeśli okaże się, że więcej jest wytwarzanej energii, nadmiar można wykorzystać do obsługi wybranego urządzenia. W ten sposób nie marnuje się prąd, a dla użytkownika oznacza to spore oszczędności.

– Analogicznie do obręczy umieszczanych na głównym wyłączniku zasilania, które mierzą ogólny pobór energii w rozbiciu na poszczególne urządzenia, możemy je również stosować na instalacjach solarnych. Dzięki temu widzimy w czasie rzeczywistym, ile energii zostało wyprodukowanej. Wiemy zatem, jak wygląda produkcja i pobór oraz ile energii nam zostało – wskazuje ekspert.

Dzięki wtyczce Comfort Plugs Smappee pozwala zdalnie zarządzać urządzeniami w domu za pomocą smartfona. Dzięki aplikacji urządzenia mogą się ze sobą komunikować, Smappee można też podłączyć do innych urządzeń w sieci. Zastosowanie inteligentnych rejestratorów zużycia energii może prowadzić do znacznych oszczędności.

– Amerykańska Rada ds. Efektywności Energetycznej wykazała, że przekazywane w czasie rzeczywistym informacje o poborze energii poszczególnych urządzeń pozwalają osiągnąć oszczędności na poziomie 12 proc. Wykrycie wadliwie działającego sprzętu, takiego jak lodówka lub zamrażarka, może je podnieść do nawet 30 proc. – podkreśla Ben Vermeulen.

Według Navigant Research globalny rynek inteligentnej energii do 2024 r. osiągnie wartość 136 mld dol.

Negocjowanie umowy to sztuka. Jak ugrać to, na czym nam zależy?

Niewystarczające pieniądze – to powód, dla którego zmieniamy pracę. Chcemy zarabiać lepiej, ale jednocześnie zarobki są wciąż tematem tabu. Do negocjowania umowy, a zwłaszcza pieniędzy, trzeba się przygotować: emocjonalnie i merytorycznie.

  1. Psychiczne nastawienie

Idąc na rozmowę o pracę, musimy wcześniej zastanowić się co odpowiemy, gdy padnie pytanie o to, ile chcemy zarabiać. Nie można liczyć, że odpowiedź przyjdzie nam do głowy już na rozmowie. Musimy wiedzieć, jaką kwotę wymienimy i do jakiej jesteśmy skłonni zejść w trakcie negocjacji. Musimy wierzyć w siebie i w to, że mamy prawo do lepszej płacy. Pomocna może być świadomość, że nie jesteśmy w tym osamotnieni. Z „Badania satysfakcji i preferencji wynagrodzeń” Monster Polska wynika, że atrakcyjna oferta pracy w nowej firmie dla 65 proc. pracowników oznacza większe pieniądze.

  1. Negocjowanie z punktu osoby pracującej

Wypalenie zawodowe, niezadowolenie z wykonywanej pracy, frustracja – to czynniki, które sprawiają, że zdarzają się śmiałkowie, którzy porzucają pracę i dopiero potem szukają nowej. Ten odważny krok sprawia, że negocjowanie umowy staje się trudniejsze. Rekruter będzie miał świadomość, że zależy nam na znalezieniu nowego źródła dochodu i wykorzysta tę wiedzę do obniżenia proponowanego wynagrodzenia. Dlatego mimo zmęczenia, warto próbować przetrwać u dotychczasowego pracodawcy i jednocześnie poszukiwać nowego miejsca pracy.

„Negocjowanie z pozycji osoby pracującej jest spokojniejsze, a tym samym bardziej skuteczne.” zauważa Aleksandra Pocheć, ekspertka serwisu rekrutacyjnego Monster Polska

  1. Znajomość siatki płac

Owocne negocjowanie musi być osadzone w rzeczywistej siatce płac. To kolejny powód, dla którego do rozmowy o pieniądzach należy się przygotować. Informacji można szukać np. na pensjometr.pl oraz w GUS. Na początku tego roku urząd opublikował „Strukturę wynagrodzeń według zawodów”, czyli dane o średnich zarobkach 8,2 mln osób. Okazało się, że średnia płaca Polki wyniosła 3971 zł brutto, a Polaka – 4706 zł brutto. Warto o tym pamiętać podczas rozmów o pieniądzach. Jeśli pracodawca proponuje nam niższe pieniądze, zaproponujmy wynagrodzenie wyższe o statystyczne 700 zł. Musimy wiedzieć, że firma ma te pieniądze w budżecie.

  1. Żelazne argumenty

Chcąc zarabiać na dobrym poziomie, trzeba dać przyszłemu pracodawcy powody, aby chciał nam płacić większe pieniądze niż dotychczasowy. Dlatego należy mieć idealnie przygotowane CV, pokazujące doświadczenie oraz referencje od byłych współpracowników i szefów. Poza tym musimy wykazać się wiedzą o firmie, do której aplikujemy, aby móc świadomie odpowiedzieć na pytania rekrutacyjne. Słowem wygrywa profesjonalizm.

  1. Rozmowa o awansie płacowym

Rozmowa kwalifikacyjna to moment, w którym warto porozmawiać o możliwościach rozwoju w firmie, czyli awansie zawodowym i płacowym. Taki wątek na rozmowie pokazuje rekruterowi, że myślimy o firmie w sposób długofalowy. Warto ujawniać swoje ambicje, chęć wspinania się po szczeblach kariery. Niech osoba rekrutująca dostrzeże nasz potencjał.

  1. Spotkanie w połowie drogi

Istotnym punktem negocjacji jest porozumienie. Powinno satysfakcjonować obie strony. Oznacza to, że wyjściowa kwota jaką podamy musi być wyższa od ostatecznej, na którą się zgodzimy. Jednocześnie pamiętajmy, aby negocjowanie płacy nie przysłoniło nam innych ważnych czynników. Z badania Monster Polska wynika, że do zmiany pracy motywuje gwarancja dobrych relacji między członkami zespołu. Na ten czynnik wskazało aż 56 proc. z osób biorących udział w ankiecie.

  1. Negocjowanie, czyli dofinansowanie szkoleń i zapisy w umowie

Dla każdego korzystna umowa oznacza coś innego. Jeśli ważne są dla nas szkolenia i kursy językowe, zadbajmy o to, aby zasady ich finansowania znalazły się w aneksie do umowy o pracę. Sprawdźmy też, czy umowa nie narzuca nam np. zbyt długiego zakazu konkurencji. A przede wszystkim – przeczytajmy dokumenty przed podpisaniem. Nagminną praktyką jest zatrudnianie pracowników na pełen etat, a wpisywanie w umowie ½ etatu. Warto to zweryfikować przed podpisaniem umowy.

„I pamiętajmy, nawet z najbardziej zaawansowanych negocjacji mamy prawo się wycofać.”podkreśla Aleksandra Pocheć, ekspertka serwisu rekrutacyjnego Monster Polska

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – czerwiec 2018 r.

  • Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 7,9% rdr do 16,7 mld zł w czerwcu 2018 r.
  • Wzrost wolumenu obrotu kontraktami na waluty o 163,1% rdr do poziomu 267,6 tys. szt. w czerwcu 2018 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu kontraktami terminowymi o 16,5% rdr do poziomu 896,1 tys. szt. w czerwcu 2018 r.
  • Wzrost wartości emisji obligacji nieskarbowych notowanych na rynku Catalyst o 29,7% rdr do poziomu 80,1 mld zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 111,3% do poziomu 18,4 TWh w czerwcu 2018 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem o 6,7% rdr do 10 TWh w czerwcu 2018 r.
  • Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia[2] na rynku spot o 32,5% do 5,4 TWh w czerwcu 2018 r.

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 17,7 mld zł w czerwcu 2018 r., czyli o 41,4% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń spadła w czerwcu 2018 r. o 7,9% rdr, do poziomu 16,7 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń osiągnęła w czerwcu 2018 r. poziom 797,1 mln zł, o 7,9% mniej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec czerwca 2018 r. wyniosła 55 954,44 pkt i była o 8,3% niższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w czerwcu 2018 r. odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 15,3% rdr do poziomu 149,3 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect w czerwcu wzrosła o 28,9% rdr i wyniosła 144,6 mln zł.

W czerwcu 2018 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 896,1 tys. szt., o 16,5% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł w czerwcu 2018 r. 504,4 tys. szt., co oznacza spadek o 2,4% rdr. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na waluty wzrósł o 163,1% do poziomu 267,6 tys. szt. wobec 101,7 tys. szt. w czerwcu 2017 r.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 80,1 mld zł na koniec czerwca 2018 r. wobec 61,7 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku[3]. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła w czerwcu 2018 r. o 7,8% rdr, do poziomu 228,5 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła w czerwcu tego roku 29 mld zł i była o 44,3% niższa niż rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w czerwcu 2018 r. wyniósł 18,4 TWh, co oznacza wzrost o 111,3% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku forward wzrósł o 138,1% rdr do poziomu 16,3 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wyniósł w czerwcu 2018 r. 10 TWh, o 6,7% więcej niż rok wcześniej. Na rynku spot wolumen obrotu spadł o 22,1% do poziomu 0,7 TWh. Natomiast wzrost o 9,9% do poziomu 9,2 TWh odnotowano na rynku terminowym.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[4], na rynku spot wyniósł w  czerwcu 2018 r. 5,4 TWh, co oznacza wzrost o 32,5% rdr. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 31,9% rdr osiągając w czerwcu 2018 r. poziom 17 ktoe4.

Kapitalizacja 424 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku wyniosła na koniec czerwca 2018 r. 569,33 mld zł (130,53 mld EUR). Łączna kapitalizacja 473 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec czerwca tego roku 1 229,17 mld zł (281,82 mld EUR).

Na Głównym Rynku w czerwcu 2018 r. zadebiutowała spółka ML System, o wartości oferty 34,61 mln zł.

Na NewConnect w czerwcu 2018 r. zadebiutowały spółki 7Levels, Ultimate Games, Prime Bit Games i Vabun, o łącznej wartości oferty 5,10 mln zł.

W czerwcu 2018 r. na GPW odbyło się 21 sesji giełdowych, tyle samo co rok wcześniej.

W załączeniu dane o obrotach na rynkach prowadzonych przez Grupę GPW.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[1] z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)

[1] Od 3 stycznia 2018 r. w związku z wejściem MiFID 2 obligacje Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK) są kwalifikowane jako obligacje skarbowe, a obligacje EBI jako obligacje komunalne. W związku z tym dane o wartości emisji obligacji nieskarbowych z poprzednich komunikatów obrotowych są nieporównywalne z danymi prezentowanymi w tym komunikacie.

[1] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

Za 15-20 lat osoby, które zrezygnowały z PPK, mogą tego żałować

Każdy – nawet najlepszy – pomysł można łatwo zepsuć. Pracownicze Plany Kapitałowe są dobrym pomysłem, ale patrząc na zgłaszane poprawki wypada sobie jasno powiedzieć – musimy uważać, aby tego dobrego pomysłu nie zepsuć dziwnymi rozwiązaniami. Ataki w postaci wyłączania coraz to szerszych kręgów (grup zawodowych lub grup pracowniczych) po to, by ktoś nie musiał opłacać składek, mogą skończyć się brakiem dodatkowej emerytury dla wielu osób.

– Osoby te nie zdążą wsiąść do pociągu, które właśnie odjeżdża. Chodzi o to, by wagoników, które pojadą razem z nami w PPK, było jak najwięcej. Nie chcemy nikogo zostawiać na bocznym torze – powiedział agencji eNewsroom.pl dr Marcin Wojewódka, radca prawny, wiceprezes Instytutu Emerytalnego – Wszelkie wyłączenia – w postaci odciążeń pracodawców i pracowników – będą się mściły za 15-20 lat. Okaże się wtedy, że trzeba było jednak zacząć oszczędzać. Jeżeli zepsujemy projekt na samym starcie zbytnim poluzowaniem, to zakładane założenia nie zostaną spełnione. Mówiąc wprost: dla wielu osób nie będzie emerytury, ani nie będzie odłożone kapitału mającego na celu zasilenie polskiej gospodarki – podsumował Wojewódka.

Siła wszystkich strachów dla rynków wschodzących. Nowa rotacja aktywów

  • Pod obstrzałem wojen handlowych
  • Siła wszystkich strachów dla rynków wschodzących
  • Balansowanie na granicy bessy

Pod obstrzałem wojen handlowych

Czerwiec upłynął pod znakiem spadków na giełdach, obserwowanych przede wszystkim na rynkach wschodzących. Głównym impulsem do zniżek był powrót obaw o rozwój tak zwanej wojny handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a resztą świata. Co istotne, również indeksy akcji na rynkach rozwiniętych nie mogły dłużej ignorować coraz dalej idących zapowiedzi Białego Domu. Ogłoszone i nałożone cła na towary chińskie sięgają już wartości 50 mld dolarów rocznie, dalsze zapowiedzi idą w kierunku 200 mld dolarów. Powróciła również retoryka kradzieży przez Chiny amerykańskiej własności intelektualnej. Co ciekawe, eskalacja konfliktu miała miejsce po dość koncyliacyjnej postawie Pekinu, który był skłonny do wielu ustępstw w kierunku USA. W tym momencie należy oczekiwać jednak twardej odpowiedzi ze strony chińskich władz. Warto jednak pamiętać, że trwająca od kilku miesięcy niepewność wpływa już teraz na spowolnienie globalnej wymiany handlowej. Widać to przykładowo po ostatnich odczytach wskaźników wyprzedzających dla strefy euro. Do tego należy dołożyć obawy, skądinąd niebezpodstawne, czy moment szczytu cyklu koniunkturalnego na świecie nie jest już przypadkiem za nami. W efekcie w ostatnich dniach czerwca do spadających rynków wschodzących dołączyły indeksy rynków rozwiniętych. Najsilniej zareagowały indeksy europejskie, w przypadku których do obaw o globalną gospodarkę dołączyły obawy o dalszą politykę EBC. Niemiecki DAX stracił od początku miesiąca 1,4%, podobnie zachował się francuski CAC40. Spadki odnotowały również pokazujące do tej pory relatywną siłę indeksy amerykańskie, przede wszystkim indeks spółek technologicznych Nasdaq. Najbliższe dni pokażą, czy było to tylko przejściowe załamanie nastrojów, czy też początek nowych tendencji. Warto zawsze mieć z tyłu głowy, że wojny handlowe w globalnej gospodarce nie są zjawiskami wyizolowanymi. Każda akcja implikuje reakcję, co widzimy już po polityce Kanady, która również zastanawia się nad ochroną swojego rynku po wprowadzeniu (lub deklaracjach wprowadzenia) ceł na towary z Unii Europejskiej i Chin przez USA.

W cieniu polityki banków centralnych

W mijającym miesiącu miały miejsce prawdopodobnie najważniejsze w tym roku posiedzenia największych banków centralnych: Fed i EBC. Amerykańska Rezerwa Federalna zdecydowała się po raz kolejny w tym roku podnieść cenę pieniądza z przedziału 1,5–1,75% do 1,75–2%. Przedstawiła też projekcje mówiące, że na koniec roku jego główna stopa procentowa sięgnie 2,4 proc., co sugerowałoby jeszcze dwie podwyżki. Ważną decyzję, zaskakującą część rynkowych obserwatorów, podjął również w czerwcu Europejski Bank Centralny, który zdecydował o zmniejszeniu programu skupu aktywów z 30 mln euro miesięcznie do kwoty 15 mln euro miesięcznie, efektywnie od września, oraz całkowitym zakończeniu programu w grudniu bieżącego roku. Jednocześnie Mario Draghi zadeklarował, że stopy procentowe zostaną utrzymane na dzisiejszym poziomie do końca 2019 roku. Pojawia się pytanie, czy zaostrzenie polityki przez banki centralne będzie negatywnie oddziaływać na rynek akcji. W dłuższym terminie na pewno tak. Jakkolwiek zarówno polityka EBC (niskie stopy do końca 2019 roku), jak i co bardziej zaskakujące, Fed pozostaje akomodatywna, czyli wspierająca gospodarkę. Jeśli w przypadku EBC jest to dość intuicyjne, to jednak może z początku zaskakiwać w przypadku polityki banku centralnego USA. Dopóki jednak  stopy procentowe znajdują się poniżej neutralnego poziomu stóp w gospodarce (w przypadku USA jest to wartość około 3%), dopóty rynki akcji mają szanse rosnąć. Warto jednak mieć z tyłu głowy, że inwestorzy często dyskontują przyszłość z dość dużym wyprzedzeniem, więc im bliżej będzie tego neutralnego poziomu, tym z większą zmiennością możemy mieć do czynienia na rynku.

Balansowanie na granicy bessy

W czerwcu zaangażowanie na rynkach wschodzących kosztowało inwestorów sporo emocji. Zdecydowanie najsłabiej radziły sobie giełdy azjatyckie, z uwagi na konsekwencje wojny handlowej z USA. Miesięczna strata części indeksów sięgnęła ok. 10%. Słabo radził sobie również nasz rodzimy parkiet. Straty indeksu WIG20 od szczytu hossy, notowanego w połowie stycznia, oscylują w okolicy 20%, która to wartość jest przyjmowana jako granica bessy. Trwałe przekroczenie tej psychologicznej bariery może oznaczać dalszy spadek cen na warszawskim rynku, gdzie następnych przystankiem jest poziom 2000 punktów. A trudno jest znaleźć obecnie jakieś trwale czynniki wsparcia dla warszawskiej giełdy. Napływy kapitału są dla GPW zdecydowanie negatywne, zarówno w kraju (umorzenia z funduszy inwestycyjnych), jak i z zagranicy (negatywne postrzeganie rynków wschodzących). Pomóc by mogło dopiero uspokojenie sytuacji na arenie międzynarodowej, na co przynajmniej do listopadowych wyborów w USA się nie zapowiada. Patrząc od początku roku, trudno jest znaleźć sektor, który przyniósł dodatnią stopę zwrotu (z wyłączeniem może niektórych producentów gier). Najlepiej zachowywał się indeks WIG Media, który jednak również traci od początku roku (0,8%). Najsłabiej wypadły spółki energetyczne, chemiczne i wydobywcze, giełdowe indeksy grupujące te podmioty straciły już w tym roku ponad 20%. Niewiele lepiej (-16%) wypadły spółki paliwowe. Jeśli dołożymy od tego spadki spółek bankowych o ponad 15% od początku roku, to obraz, jaki nam się maluje, jest mało optymistyczny. Dużym plusem warszawskiego rynku są już coraz niższe wyceny, co prędzej czy później zainteresuje ponownie kapitał zagraniczny. Kluczem jest zmiana globalnego nastawienia do ryzyka, co na razie sugeruje raczej później niż wcześniej.

Kamil Hajdamowicz, Doradca Inwestycyjny Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group

Z Vienna Life związany od 2018 r. Posiada licencję maklera papierów wartościowych nr 2927 oraz doradcy inwestycyjnego nr 603. W trakcie uzyskiwania tytułu CFA. Absolwent Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Karierę zawodową rozpoczął w banku Citihandlowy. Przez wiele lat związany z BGŻ BNP Paribas na stanowisku analityka, gdzie był odpowiedzialny za analizę i wycenę spółek, jak również usługę doradztwa inwestycyjnego. W ostatnim okresie współpracował z Polskim Domem Maklerskim na stanowisku zarządzającego portfelami.

Na jakie wynagrodzenie może liczyć handlowiec?

6900 złotych brutto – takiej wysokości sięgają według danych Pracuj.pl średnie zarobki przedstawicieli handlowych w branży technologicznej. Aż 1/3 ogłoszeń opublikowanych na portalu w 2017 roku skierowana była właśnie do specjalistów ds. handlu i sprzedaży. Kto może liczyć na najwyższe wynagrodzenia i co decyduje o wysokości pensji – o tym można przeczytać w najnowszym raporcie Pracuj.pl „Kariera w sprzedaży”.

Ponad 1/3 wszystkich ogłoszeń publikowanych na Pracuj.pl w 2017 roku skierowana była do sprzedawców. Tendencja ta utrzymała się także w I kwartale 2018 roku, kiedy ogłoszenia dla tej grupy stanowiły 34% wszystkich ofert zamieszczonych na portalu.

Czy tak duża liczba ofert pracy oznacza, że specjaliści z tej branży mogą dyktować warunki pracodawcom? Jak podkreśla Radosław Żemło, Dyrektor Sprzedaży w Grupie Pracuj, sytuacja nie jest jednoznaczna.

Radosław Żemło, Dyrektor Sprzedaży w Grupie Pracuj
Radosław Żemło, Dyrektor Sprzedaży w Grupie Pracuj

Handlowcy to bardzo szeroka grupa pracowników. Są wśród nich osoby początkujące w zawodzie, zarabiające adekwatnie do swoich kompetencji niewygórowane kwoty. Jednocześnie jednak wśród sprzedawców znajdują się także mocno wyspecjalizowani eksperci, np. inżynierowie sprzedaży, którzy sprzedają nie tyle produkt, co technologie. Jeszcze inną grupę stanowią osoby na stanowiskach kierowniczych. Tak znaczący rozstrzał kompetencji i zadań przekłada się na ogromne zróżnicowanie w płacach. – Radosław Żemło, Dyrektor Sprzedaży w Grupie Pracuj

KTÓRE SPECJALIZACJE CENIONE SĄ NAJWYŻEJ?

Specjaliści Pracuj.pl przeanalizowali dane dotyczące wynagrodzeń z 360 000 ankiet zebranych na portalu Zarobki.pracuj.pl w 2017, by sprawdzić, na jakie pensje mogą liczyć handlowcy.

Podstawa wynagrodzenia najlepszych specjalistów ds. sprzedaży (Key Account Managerów) potrafi sięgać nawet 12 000 złotych brutto – dzieje się tak w przypadku branż IT i telekomunikacyjnej, Artykułów Spożywczych oraz Farmacji i Medycynie. Zwłaszcza obszary technologii i farmaceutyki wymagają od ekspertów specjalistycznej wiedzy, a nieraz także odpowiedniego wykształcenia kierunkowego, bez których sprzedawcy trudno o partnerskie relacje z klientami.  Po doliczeniu premii najlepszy handlowiec w branży IT/telekomunikacji może zarabiać nawet 19 000 złotych brutto.Raport-kariera-w-sprzedazy

Wszystkie te dane wskazują, że w branży sprzedaży i handlu najwyżej cenieni są eksperci, którzy posiadają unikalną wiedzę, kompetencje miękkie lub wieloletnie doświadczenie. Jak podkreśla Radosław Żemło, nie bez znaczenia są także relacje zbudowane z partnerami biznesowymi.

Sprzedaż, niezależnie od tego, czy rozpatrujemy obszar B2B czy B2C, opiera się w dużej mierze na umiejętności budowania relacji. W kontakcie z klientem indywidualnym liczy się łatwość nawiązywania kontaktów, umiejętność słuchania, wiedza. W przypadku specjalistów zajmujących się sprzedażą w obszarze B2B, odpowiednio zbudowana relacja to więcej niż połowa sukcesu. – Radosław Żemło, Dyrektor Sprzedaży w Grupie Pracuj

Na wysokie zarobki mogą liczyć także kierownicy, choć ich zarobki mocno różnią się zależnie od specjalizacji. Jak podaje raport Pracuj.pl, przeciętna podstawa ich wynagrodzenia oscyluje w granicy 7 000 -10 000 złotych brutto. Na najwyższe zarobki mogą liczyć kierownicy w obszarze farmacji/medycyny, natomiast na najwyższe premie – osoby zarządzające procesami sprzedażowymi w branży technologicznej.

LEPSZE ZAROBKI W SKLEPIE, CZY W TERENIE?

Według raportu Pracuj.pl, rynkowa średnia zarobków sprzedawców jest zależna nie tylko od specjalizacji eksperta, ale także modelu jego pracy. Jak pokazują dane, tzw. handlowcy aktywni (np. przedstawiciele handlowi) mogą liczyć na lepsze wynagrodzenia od handlowców pasywnych (np. doradców klienta lub sprzedawców w sklepach).

Raport-kariera-w-sprzedazy3

Wśród handlowców aktywnych na najwyższe średnie zarobki mogą liczyć osoby działające w branży IT/telekomunikacja oraz Farmacji i Medycynie (po 5 400 złotych brutto). Do zasadniczego wynagrodzenia doliczyć trzeba jeszcze w ich wypadku około 1500 złotych premii. W efekcie średnie zarobki aktywnych sprzedawców w obu tych specjalizacjach sięgają blisko 7000 złotych brutto.

Natomiast handlowcy pasywni na najwyższe średnie wynagrodzenia mogą liczyć w obszarze Inżynierii/Techniki i Produkcji (4100 złotych brutto), a także branży usług profesjonalnych (3800) i budownictwa (3 600).Raport-kariera-w-sprzedazy4

Warto zauważyć, że sprzedawcy działający stacjonarnie mogą liczyć także na znacznie niższe premie, niż np. przedstawiciele handlowi – są one 2-3 krotnie niższe w grupie handlowców pasywnych. Jak zauważa Artur Kobyliński, Analityk Danych w Pracuj.pl, dane dotyczące sprzedaży odzwierciedlają tendencje na całym rynku pracy.
Artur Kobyliński, Analityk Danych w Pracuj.pl
Artur Kobyliński, Analityk Danych w Pracuj.pl

Dane dotyczące sprzedaży są niejako odzwierciedleniem całego rynku pracy. Także tutaj, najwyżej ceni się te specjalizacje, które związane są z digitalem i szeroko rozumianymi nowymi technologiami. Nie dziwi również wysoka pozycja farmacji i medycyny. To mocno rozwijające się obszary, a ich rozwój związany jest także z coraz doskonalszymi możliwościami diagnostycznymi i co za tym idzie coraz większym postępem w obszarze leczenia. – Artur Kobyliński, Analityk Danych w Pracuj.pl

JAKIE BENEFITY DLA HANDLOWCÓW?

Według badań Pracuj.pl „Czy pieniądze szczęścia nie dają”, prawie ¾ Polaków otrzymuje w pracy przynajmniej jedno świadczenie pozapłacowe. Najczęściej są to opieka medyczna lub  dofinansowanie do szkoleń i urlopów. We trzy benefity stanowią także dla pracowników największy motywator do zmiany obecnej pracy na firmę, która je gwarantuje.

A jak wygląda to w wypadku specjalistów od handlu i sprzedaży? Jak się okazuje, są one dość charakterystyczne dla specyfiki pracy w badanej przez Pracuj.pl branży. Najpopularniejszym benefitem wśród sprzedawców aktywnych jest możliwość wykorzystywania telefonu służbowego do celów prywatnych – posiada go 70% badanych z tej kategorii. Handlowcy działający „w terenie” mogą liczyć także często na dostęp po pracy do samochodu służbowego.

Wśród sprzedawców pasywnych benefity występują znacznie rzadziej. Najwięcej, bo ¼ badanych z tej kategorii może liczyć na bony towarowe i świadczenia socjalne od pracodawcy – czyli działania umożliwiające oszczędności finansowe.

Złoty będzie jak Belgia

Zawirowania na globalnych rynkach nie oszczędzają złotego i wczoraj EUR/PLN przełamał 4,41 i znalazł się najwyżej od początku 2017 r. Choć na pierwszy rzut oka słabość złotego i innych walut regionu wygląda na skoordynowaną ucieczkę inwestorów z rynków wschodzących, są pewne różnice między Polską a resztą, które pozwalają zakładać, że czynniki zewnętrzne wygasną złoty z łatwością zacznie dorabiać straty.

Od połowy czerwca na 13 sesji aż 11 zakończyło się osłabieniem złotego do euro i wywindowaniem kursu z 4,27 do 4,41. Powody wyprzedaży złotego w ostatnich tygodnia są globalne i biorą się z rosnących obaw o zahamowanie ożywienia gospodarczego przez skutki wojen handlowych. Okres systematycznego osłabienia jest dłuższy i sięga połowy kwietnia, kiedy rajd USD zaczął wywierać presję na aktywa rynków wschodzących. Teraz w główny spór handlowy z USA zaangażowane są Chiny, stąd perturbacje na tamtejszym rynku walutowym (juan najsłabszy do dolara od sierpnia 2017 r., indeks giełdy w Szanghaju najniżej od ponad dwóch lat) są najsilniejsze. Jednak z uwagi na to, że sentyment względem Państwa Środka dyktuje klimat do całego segmentu rynków wschodzących, kłopoty tam odczuwa cała grupa emerging markets.

Złoty nie jest odosobniony w deprecjacji. W okresie nasilenia napięć handlowych osłabienie polskiej waluty było na równi z innymi walutami z koszyka Europy Środkowo-Wschodniej: węgierskim forintem i południowoafrykański randem. Pewnie podobna relacja byłaby zachowana z turecką lirą, gdyby nie zakłócenia wywołane nierozsądnymi komentarzami prezydenta Erdogana w maju oraz późniejszymi wyborami w Turcji. Mimo to pod jednym względem pozycja złotego jest lepsza. Jakkolwiek osłabienie waluty zwykle jest interpretowane jako porzucanie lokalnych aktywów przez zagranicznych inwestorów, w przypadku Polski tak do końca nie jest. Przez ostatnie dwa miesiące wraz ze słabością złotego nie doszło do wyraźnego wzrostu rentowności polskich obligacji. W tym samy czasie inwestorzy porzucali papiery dłużne Węgier, RPA i Turcji. Inwestorzy zagraniczni są obecni na polskim rynku obligacji, więc dlaczego ich teoretyczna ucieczka nie objawia się w zmianie cen? A może do tej ucieczki wcale nie doszło? W sumie czemu mieliby uciekać, kiedy fundamenty polskiej gospodarki pozostają solidne (wysoki wzrost PKB, poprawa na rynku pracy, niska inflacja)? Wytłumaczeniem dysonansu między zachowaniem złotego i obligacji może byc obrona przez inwestorów zagranicznych zysków z inwestycji w obligacje. By zniwelować ryzyko kursowe (które przy deprecjacji PLN „zjada” stopę zwrotu z obligacji), zagraniczne fundusze (inwestycyjne, emerytalne, ubezpieczeniowe) decydują się na transakcje zabezpieczające przed osłabieniem waluty lokalnej. Jednak takie zabezpieczenie oznaczają dodatkową podaż złotego, czym podsycają osłabienie.

Optymistycznym wnioskiem z analizy jest to, że gdy tylko sytuacja na globalnych rynkach się uspokoi, zabezpieczenia przed ryzykiem kursowym staną się zbędne, a ich domykanie będzie generować presję na umocnienie złotego. W rezultacie powrót złotego na wyższe poziomy może być dość szybki. Oczekiwałbym, że złoty będzie jak Belgia we wczorajszym meczu z Japonią. Obecnie jesteśmy przystanie 0:2, jest 55. minuta i Japonia (japońskie fundusz emerytalne?) nie rezygnuje z ataków. Ale gra się do ostatniego gwizdka. Podtrzymuję prognozę, że jeszcze przed końcem kwartału EUR/PLN zbliży się do 4,30.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

2 na 3 dzieci będzie pracować w profesjach, których jeszcze nie ma. Głównie będą to zawody twórcze

Twórca aplikacji, menadżer social media czy analityk Big Data to zawody, które jeszcze w 2006 roku nie istniały, a teraz jest na nie duże zapotrzebowanie. Nowych profesji będzie przybywało. W 2017 roku na World Economic Forum oszacowano, że 65% dzieci w wieku szkolnym będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie powstały. Eksperci Personnel Service wskazują, że największe zapotrzebowanie będzie na kreatywne zawody, które trudniej zautomatyzować. To wyzwanie dla Polski, która musi szybciej dostosowywać się do zmian i zmodyfikować sposób kształcenia na promujący wolnomyślicielstwo i kreatywność.

Rynek pracy zmienia się na naszych oczach od kilkunastu lat. Ludzie pracują w zawodach, o których 10 lat temu nikt nie słyszał. Podobnie będzie w kolejnej dekadzie. Powstaną stanowiska i specjalizacje, o których teraz możemy nawet nie mieć pojęcia. Jest jednak pewna uniwersalna wartość, w którą możemy wyposażyć nasze dzieci już teraz, żeby łatwiej adaptowały się do nowych warunków. Chodzi oczywiście o kreatywność. Na nią będą stawiały firmy, które proste zadania będą mogły zautomatyzować – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.

Jak zmienia się lista zawodów?

Postęp technologiczny na bieżąco weryfikuje aktualną listę zawodów dodając do niej nowe pozycje. Jeszcze w 2006 roku nie istniały lub dopiero raczkowały takie zawody jak twórca aplikacji, menadżer social media, kierowca Ubera, inżynier samochodów autonomicznych, specjalista could computing, analityk Big Data, menadżer zrównoważonego rozwoju, twórca treści na YouTube czy operator drona. Teraz takie oferty pracy nikogo nie dziwią. Co więcej, systematycznie ich przybywa. Natomiast w kolejnych latach, ze względu na coraz większą adaptację sztucznej inteligencji na rynku pracy pojawi się zapotrzebowanie m.in. na trenerów sztucznej inteligencji.

Kreatywność kontra automatyzacja pracy

Z raportu opublikowanego przez Uniwersytet Oksfordzki oraz Yale wynika, że już za 45 lat roboty wykonają większość zadań, które dziś wykonują ludzie. Są jednak pewne wyjątki. Istnieje tylko 2% szansy, że stanowiska takie jak dyrektor artystyczny, producent, reżyser, fotograf czy projektant mody zostaną zautomatyzowane. Jeszcze mniejsza szansa jest na to, że roboty wykonają zadania kuratora wystawy. Spokojnie mogą czuć się również marketingowcy, których praca w dużej mierze opiera się na kreatywnym myśleniu.

Rosnące znaczenie kreatywności to wyzwanie dla każdej gospodarki, która chce wygrać w wyścigu o wysoką pozycję w zrobotyzowanej rzeczywistości. W Polsce musimy głównie postawić na zmiany w systemie szkolnictwa, który jest nastawiony głównie na przekazywanie wiedzy, a to w tym momencie zdecydowanie za mało. Nie jest to jednak tylko problem w naszym kraju – mówi Krzysztof Inglot.

Ken Robinson, pisarz, mówca i doradca, lider w dziedzinie rozwoju kreatywności, innowacyjności i zasobów ludzkich, w swoim wystąpieniu w ramach konferencji TED postawił tezę, że szkoła zabija kreatywność. Uzasadnił swoją opinię tym, że będąc dzieckiem próbujemy improwizacji i nie boimy się popełniać błędów. A kreatywność właśnie tego wymaga – bycia przygotowanym na pomyłkę. Bez tego nie można wymyślić nic oryginalnego. Natomiast szkoła jest tym miejscem, gdzie traci się swobodę popełniania błędów, bo są one na każdym kroku wytykane.

Consulting Service zrywa kontakt z partnerem, blokując z premedytacją wydanie kodów authinfo

Consulting Service, która została wezwana przez o12.pl – spółkę córkę nazwa.pl, do wydania kodów authinfo, od ponad dwóch tygodni milczy w tej sprawie. W dodatku firma przestała odbierać oficjalną korespondencję, ignorując procedury kontaktu zawarte w umowie partnerskiej pomiędzy spółkami. Patową sytuację może rozwiązać narodowy operator domeny .pl – NASK, jednak czy skorzysta on z narzędzi, które zapewnią bezpieczeństwo klientom spółki o12.pl?

W trosce o bezpieczeństwo i w interesie swoich Klientów, spółka o12.pl zdecydowała się na wypowiedzenie pełnomocnictwa Consulting Service do reprezentowania Klientów o12.pl przed NASK. Chroniąc interes Klientów, o12.pl zażądała także od Consulting Service wydania kodów authinfo dla Abonentów domen, których spółka reprezentuje. – Brak kontaktu ze strony Consulting Service, unikanie oficjalnej korespondencji, a przede wszystkim niewydanie, mimo upływu ponad dwóch tygodni, kodów authinfo jest działaniem łamiącym zapisy, mówiące o niezwłocznym wydawaniu kodów na żądanie Abonentów, w imieniu których wystąpiła spółka o12.pl – stanowczo podkreśla Krzysztof Cebrat, prezes zarządu o12.pl.

Spółka o12.pl podjęła także interwencję w NASK, będąc przekonaną, że narodowy operator zabezpieczy interes abonentów, którzy nie mieli wyboru i zostali skazani na korzystanie z usług niewiarygodnego partnera, jakim w oczach spółki o12.pl stała się firma Consulting Service. – NASK od dwóch tygodni nie podjął decyzji dotyczącej zaistniałej sytuacji. Rozwiązanie jest proste. Narodowy operator posiada narzędzia obligujące Consulting Service do wydania kodów authinfo – wystarczy z nich skorzystać, podejmując decyzję leżącą w interesie Abonentów, który to interes powinien być dla NASK wykładnią w spornych sytuacjach – zaznacza Cebrat. W dodatku o12.pl zwróciła się do NASK o zbadanie pełnomocnictwa Consulting Service, którym firma ta posługuje się w kontekście reprezentowania klientów o12.pl. – pełnomocnictwo ze strony o12.pl zostało wypowiedziane. W przypadku, gdy Consulting Service będzie posługiwała się nim przed NASK, jawnie wprowadza narodowego operatora w błąd – podkreśla Cebrat.  – Oczekujemy, aby Consulting Service udowodniła, że posiada prawnie umocowane możliwości reprezentowania Abonentów spółki o12.pl, jeżeli takowego nie posiada, to w ocenie o12.pl, spółka Consulting Service nie pozostawia wyboru NASK, który nie może legitymizować działań partnera niezgodnych z regulaminem i umową partnerską – wyjaśnia Cebrat.
Firma o12.pl zaznacza, że opisana sytuacja nie ma precedensu. Do tej pory żaden partner rejestru w tak jawny sposób, jak robi to Consulting Service, nie ignorował przyjętych zasad i zapisów regulaminu operatora, nie respektując przy tym podstawowych praw abonentów, do których przestrzegania sam się zobowiązał.  – Partner zobowiązany jest do wydania kodów authinfo, jednak w tym wypadku firma nie reaguje na oficjalną korespondencję, ignorując wszelkie umowy i porozumienia. Czy w takim wypadku instytucja nadzorująca, jaką jest NASK powinna zareagować? – W ocenie o12.pl naruszony został interes abonentów, więc naturalne jest to, aby inicjatywę podjęła instytucja do tego stworzona. Każdy dzień zwłoki naraża abonentów na ryzyko, dlatego o12.pl oczekuje stanowczej reakcji – tłumaczy Cebrat.
Spółka o12.pl podkreśla, że jej działania podyktowane są troską o bezpieczeństwo i interes Klientów. Firma wykorzystała wszystkie oficjalne kanały związane z zaistniałą sytuacją. Wskazała między innymi w piśmie skierowanym do NASK, że: „W przypadku bezczynności lub zaniechań Partnera, w następstwie pisemnej skargi Abonenta skierowanej do NASK, NASK udostępni kody authinfo w odpowiedzi na wnioski Abonentów nazw w domenie .pl (…).” W ocenie o12.pl brak kontaktu i działania spółki Consulting Service są podstawą do wydania kodów, co umożliwia punkt 12 regulaminu nazw domeny .pl. – Spółka o12.pl oczekuje pilnie na wydanie kodów uważając, że dalsze zaniechania w tym temacie godzą w samych abonentów, których interes dla NASK powinien być nadrzędny. Można zatem zastanawiać się, czy operator rejestru zwlekając ze stanowczym działaniem w stosunku do Consulting Service realizuje wytyczne, do których sam się zobowiązał? – zauważa Krzysztof Cebrat, prezes zarządu o12.pl.

Upadłość

Złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości jest bardzo ważne – niezłożenie go w odpowiednim terminie powoduje oddalanie wniosku o upadłość konsumencką.

W myśl art. 21 Ustawy z dnia 28 lutego 2003 r. Prawo upadłościowe dłużnik ma obowiązek zgłosić w sądzie wniosek o ogłoszenie upadłości nie później niż w terminie trzydziestu dni od dnia, w którym wystąpiła podstawa do ogłoszenia upadłości. Jeżeli dłużnikiem jest osoba prawna albo inna jednostka organizacyjna nieposiadająca osobowości prawnej, której odrębna ustawa przyznaje zdolność prawną, wskazany obowiązek spoczywa na każdym, kto na podstawie ustawy, umowy spółki lub statutu ma prawo do prowadzenia spraw dłużnika i do jego reprezentowania, samodzielnie lub łącznie z innymi osobami.

Osoby odpowiedzialne za niezłożenie w terminie wniosku ponoszą odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną wskutek niezłożenia wniosku o ogłoszenie upadłości, chyba że nie ponoszą za to winy. Mogą się one uwolnić od odpowiedzialności, jeżeli wykażą, że we wskazanym terminie otwarto postępowanie restrukturyzacyjne albo zatwierdzono układ w postępowaniu o zatwierdzenie układu.

Co do zasady wniosek o ogłoszenie upadłości konsumenckiej może zgłosić dłużnik. W myśl art. 8 i art. 9 Prawa upadłościowego wierzyciel może złożyć wniosek o ogłoszenie upadłości osoby fizycznej, która była przedsiębiorcą, także po zaprzestaniu prowadzenia przez nią działalności gospodarczej, jeżeli od dnia wykreślenia z właściwego rejestru nie upłynął rok. Wierzyciel może złożyć wniosek o ogłoszenie upadłości osoby fizycznej, która faktycznie prowadziła działalność gospodarczą, nawet wówczas, gdy nie dopełniła obowiązku jej zgłoszenia we właściwym rejestrze, jeżeli od dnia zaprzestania prowadzenia działalności nie upłynął rok.

Upadłość ogłasza się w stosunku do dłużnika, który stał się niewypłacalny, czyli stracił zdolność do regulowania swoich zobowiązań pieniężnych. Utrata ta, w myśl art. 11 ust. 1a Prawa upadłościowego, oznacza opóźnienie w wykonaniu zobowiązań pieniężnych przekraczające trzy miesiące.

Sąd oddala wniosek o ogłoszenie upadłości, jeżeli w okresie dziesięciu lat przed dniem zgłoszenia wniosku:

  1. w stosunku do dłużnika prowadzono postępowanie upadłościowe, a postępowanie to zostało umorzone z innych przyczyn niż na wniosek dłużnika;
  2. ustalony dla dłużnika plan spłaty wierzycieli uchylono;
  3. dłużnik, mając taki obowiązek, wbrew przepisom ustawy nie zgłosił w terminie wniosku o ogłoszenie upadłości;
  4. czynność prawna dłużnika została prawomocnie uznana za dokonaną z pokrzywdzeniem wierzycieli

– chyba że przeprowadzenie postępowania jest uzasadnione względami słuszności lub względami humanitarnymi (art. 4914 Prawa upadłościowego).

Ponadto sąd oddala wniosek o ogłoszenie upadłości, jeżeli dane podane przez dłużnika we wniosku są niezgodne z prawdą lub niezupełne, chyba że uchybienia nie są istotne lub przeprowadzenie postępowania jest uzasadnione względami słuszności lub względami humanitarnymi.

Przesłanka z art. 4914 ust. 2 pkt 3 Prawa upadłościowego, tj. niezgłoszenie w terminie wniosku o ogłoszenie upadłości, dotyczy zarówno dłużników, którzy byli przedsiębiorcami, jak i tych, którzy byli i są osobami uprawnionymi do reprezentowania przedsiębiorcy i nie złożyli w terminie wniosku o ogłoszenie upadłości przedsiębiorstwa, którym zarządzali.

Przepisy nie definiują pojęcia względów słuszności lub humanitarnych. Należy jednak przyjąć, że sąd bierze pod uwagę względy słuszności, gdy uzna, że w danej sprawie oddalenie wniosku o ogłoszenie upadłości byłoby niesprawiedliwe (np. oszustwo na szkodę dłużnika i podejmowane przez niego próby rozmów z wierzycielami). Względy humanitarne uwzględnia natomiast, gdy dostrzega konieczność zaspokojenia podstawowych potrzeb dłużnika.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

TOP10 miast z największą liczbą obiektów handlowych

Z zakupowej mapy Polski przygotowanej przez CBRE wynika, że zakupową stolicą Polski jest Warszawa, w której działa aż 37 obiektów handlowych. Za nią znajdują się Poznań z 20 galeriami i Gdańsk z 19. Jednak najbardziej nasycone centrami handlowymi są mniejsze miasta. Zestawienie „TOP10 miast z największą liczbą powierzchni handlowej na 1000 mieszkańców” otwierają Zgorzelec, Opole i Rzeszów. Co więcej, z najnowszego raportu CBRE „Rynek handlowy w Polsce w I półroczu 2018” wynika, że podaż nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce wynosi niemal 12 mln mkw., a 0,5 mln mkw. pozostaje w budowie.

Na przygotowaną przez CBRE zakupową mapę Polski składają się 2 zestawienia: TOP10 miast z największą liczbą obiektów handlowych oraz TOP10 miast z najwyższym nasyceniem powierzchnią handlową.

 Warszawa stolicą zakupową

Z rankingu TOP10 miast z największą liczbą obiektów handlowych (statystki obejmują tylko miasta, a nie aglomeracje) wynika, że zakupową stolicą Polski, biorąc pod uwagę liczbę obiektów handlowych i całkowitą powierzchnię handlową, jest Warszawa. Pozostałe miasta pozostają daleko w tyle. Warszawa ma niemal dwa razy więcej obiektów handlowych (37) oraz dwa razy więcej powierzchni zakupowej (1,25 mln mkw.) niż Poznań, który zajmuje drugie miejsce. W  stolicy Wielkopolski do dyspozycji klientów jest 20 galerii handlowych o łącznej powierzchni 690 tys. mkw. Podium domyka Gdańsk z 19 galeriami. Jeśli jednak spojrzymy na powierzchnię zakupową, na trzecim miejscu uplasowała się stolica Małopolski – 16 obiektów o łącznej powierzchni 602 tys. mkw.obiekty handlowe

Więcej niż metr kwadratowy na mieszkańca

Na szczycie zestawienia TOP10 miast z najwyższym nasyceniem powierzchnią handlową uplasował się Zgorzelec. Na 1000 mieszkańców przypada aż 1672 mkw. Na drugim miejscu znalazło się Opole z nasyceniem 1452 mkw. na 1000 mieszkańców. W stolicy Podkarpacia, która zajmuje trzecią lokatę, na 1000 rzeszowian przypada 1328 mkw. powierzchni handlowej. Warto zwrócić uwagę, że w dziesiątce najbardziej nasyconych powierzchnią handlową miast znajdują się tylko 3 miasta, w których mamy największą liczbę galerii (Poznań, Gdańsk, Lublin).obiekty handlowe 2

Handlowy plac budowy

Na koniec I połowy 2018 roku podaż nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce skupionej w centrach handlowych, parkach handlowych, centrach wyprzedażowych i projektach typu „mixed-use” przekroczyła 11,77 mln mkw. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku przybyło ponad 160 tys. mkw. nowej powierzchni handlowej, a w budowie pozostaje aż 540 tys. mkw. Eksperci CBRE prognozują, że w całym 2018 roku zostanie oddanych do użytku 460 tys. mkw., co oznacza aż 27% wzrost w porównaniu do 2017 roku.

Stolica trzy razy droższa niż regiony

Warszawa pozostaje najdroższym miastem Polski biorąc pod uwagę cenę najmu lokali handlowych. Czynsze za lokale (poniżej 100 mkw.) w najlepszych obiektach handlowych wynoszą 100-130 euro / mkw. miesięcznie. W pozostałych największych aglomeracjach najemcy mogą liczyć na niższe stawki – ok. 35-60 euro / mkw. miesięcznie. Warto jednak dodać, że strategiczni najemcy mogą liczyć na sporą pulę „zachęt” takich jak częściowe pokrycie kosztów aranżacji powierzchni, obniżki kosztów eksploatacyjnych czy krótsze umowy najmu.

Pełna wersja raportu CBRE „Rynek handlowy w Polsce w I półroczu 2018” do pobrania na stronie https://bit.ly/2KEcr40.

Polscy przedsiębiorcy przeciwko podatkowi od linków i filtrowaniu sieci

Przedstawiciele największych polskich związków przedsiębiorców i stowarzyszeń reprezentujących firmy z sektora nowoczesnych technologii, cyfrowego oraz internetowego wspólnie zaapelowali do polskich eurodeputowanych, by ci w Parlamencie Europejskim odrzucili projekt Dyrektywy w sprawie prawa autorskiego w obecnym kształcie, który uderza m.in. w polskie firmy, naukowców oraz internautów. O wsparcie w tej sprawie zwrócili się także do premiera Mateusza Morawieckiego. Zaniepokojenie wobec niektórych projektowanych przepisów wyraziła Federacja Konsumentów.

Jak podkreślono we wspólnym liście – pod którym podpisali się Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, Krajowa Izba Gospodarcza, Związek Pracodawców Technologii Cyfrowych Lewiatan, Związek Cyfrowa Polska, Fundacja Centrum Cyfrowe oraz Startup Poland – przyjęcie Dyrektywy w sprawie prawa autorskiego w obecnym kształcie negatywnie wpłynie na konkurencyjność całego sektora związanego z nowoczesnymi technologiami, co odczują też polscy konsumenci. „Dlatego w naszym wspólnym interesie jest, by internet, który odgrywa podstawową rolę w gospodarce cyfrowej, pozostawał otwarty i dostępny dla wszystkich. Wszelkie próby sztucznego ograniczania dostępu do kontentu odbiją się na rozwoju innowacji” – podkreślono.

Nie dla podatku od linków

Zdaniem przedsiębiorców błędnym kierunkiem jest pomysł wprowadzenia w art. 11 Dyrektywy licencjonowania treści poprzez tzw. „podatek od linków”. Bo jak argumentują, wydawcy są obecnie wystarczająco chronieni przez obowiązujące przepisy dotyczące praw autorskich. „Z doświadczeń niemieckich i hiszpańskich niezbicie wynika, że z ekonomicznego punktu widzenia koncepcja pobierania opłat za linkowanie nie ma sensu i nie przyniesie żadnych dochodów wydawcom, za to doprowadzi do zamknięcia wygodnych dla użytkowników dróg dotarcia do poszukiwanych informacji oraz ruiny małych, lokalnych i specjalistycznych wydawców, którzy polegają na agregatorach, social mediach i wyszukiwarkach jako źródłach ruchu generującego dochód z reklam” – tłumaczą. I alarmują, że pod znakiem zapytania stanie również prawo do wolnej konkurencji, ponieważ tak sformułowane przepisy będą w rzeczywistości sprzyjać jedynie największym wydawcom. „Zagrożona zostanie przyszłość mniejszych wydawnictw i inicjatyw dziennikarskich czy start-upów, którzy nie będą w stanie uzyskać wszystkich licencji – od dużych wydawców – niezbędnych do zaistnienia na rynku” – podkreślili sygnatariusze listu.

Nie dla obowiązku filtrowania treści

Ich zastrzeżenie budzi też art. 13 Dyrektywy, który wprowadza obowiązek filtrowania internetu w celu ochrony praw autorskich, a także odpowiedzialność prawną dostawców usług internetowych za treści zamieszczenie przez ich użytkowników. Jak tłumaczą, tak skonstruowane przepisy wywołają nieprzewidywalne konsekwencje i szkody dla innowacyjnych przedsięwzięć funkcjonujących w sieci, a także całego rynku e-commerce. Dostawcy usług w internecie będą bowiem zobligowani do wprowadzenia specjalnych filtrów w celu uniknięcia grożących im konsekwencji za ewentualne naruszenie praw autorskich. Nie tylko uderzyłoby to znów w najmniejsze podmioty, ale jest to sprzeczne z Kartą Praw Podstawowych poprzez utrudnianie prowadzenia własnego biznesu, jak również ograniczenie wolności słowa samym konsumentom. „Można bowiem z góry założyć, że nadmierna ostrożność wydawców skutkowałaby wręcz cenzurą. Jest to sprzeczne z ideą Unii Europejskiej, która miała być otwarta dla obywateli i której jednym z podstawowych założeń był rozwój społeczeństwa informacyjnego oraz konkurencyjność europejskiego przemysłu i kultury” – zauważono w liście.

Nie dla ograniczania przepływu danych

Z kolei proponowany kształt prawa autorskiego na Jednolitym Rynku Cyfrowym zgodnie z zapisami w art. 3 projektu Dyrektywy zdaniem przedsiębiorców zagrozi zablokowaniem postępu w dziedzinie przepływu i wykorzystywania danych (text and data mining; TDM). „Wprowadzenie wyjątku swobodnego praktykowania TDM tylko do przypadku niektórych badaczy, w szczególności uderzy w Polskę, która chętnie wybierana jest przez międzynarodowe koncerny do lokowania Centrów R&D. Wyrażamy obawę, że wprowadzenie nowych zapisów w takim ograniczonym kształcie spowoduje przeniesienie tych ośrodków z Polski do innych krajów spoza Unii Europejskiej” – przestrzegają.

Federacja Konsumentów zaniepokojona możliwym ograniczeniem w dostępie do informacji

Swoje zastrzeżenia do unijnej Dyrektywy zgłasza również Federacja Konsumentów, która w piśmie przesłanym do eurodeputowanych wyraziła zaniepokojenie skutkami projektowanej Dyrektywy. A szczególnie wprowadzeniem zapisów art. 11 oraz art. 13 „Niepokoi nas to, że nowe regulacje w znaczący sposób ograniczą dostęp do informacji w sieci, uniemożliwią swobodę dzielenia się nimi, co uderzy w podstawy nowoczesnego społeczeństwa informacyjnego” – wyraziła Federacja Konsumentów i zaapelowała do polskich przedstawicieli w Parlamencie Europejskim o przemyślaną decyzję w głosowaniu nad Dyrektywą.

Dlaczego kurs złotego traci tak mocno?

Minione tygodnie przyniosły wyraźne osłabienie polskiego złotego, które nasiliło się w ostatnich dniach.

Kurs EUR/PLN od połowy kwietnia skoczył z poziomu w okolicy 4,15 do 4,40 obecnie (zmiana o ok. 6%) i znajduje się na najwyższym poziomie od stycznia ubiegłego roku. Złoty osłabił się również istotnie w parze z dolarem amerykańskim względem, którego od maksimum z kwietnia stracił ok. 11%, tym samym obecnie jest najsłabszy od lipca 2017 r.

Kurs EUR/PLN & USD/PLN (2016-2018)

kurs złotegoŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 02/07/18

Polski złoty w swojej słabości nie jest odosobniony. Istotnie tracą również inne waluty rynków wschodzących, w tym waluty CEE (krajów Europy Środkowo-Wschodniej), takie jak forint węgierski, czy korona czeska. Pierwszy względem euro stracił na przestrzeni dziesięciu tygodni aż ponad 6%.

Kurs EUR/PLN & EUR/CZK (styczeń ‘18-lipiec ‘18)

kurs złotego 2Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 03/07/18

Tracą nie tylko waluty – presji poddane są również inne klasyczne aktywa ryzykowne, takie jak papiery udziałowe na rynkach wschodzących, które w przeciwieństwie do np. indeksów amerykańskich nie zaczęły w ostatnich miesiącach odrabiać strat po bardzo słabym rozpoczęciu roku, tylko kontynuowały wyprzedaż.

Indeks WIG-20 i indeks MSCI EM [w PLN] (styczeń ‘18-lipiec ‘18)

indeks WIGŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 02/07/18

Co stało za tymi spadkami?

Głównych powodów stojących za wyprzedażą złotego jest kilka, wszystkie one przełożyły się na wzrost awersji do ryzyka (lub – jak w przypadku punktu 2 i 3 – były również jego konsekwencją):

  • Ryzyko wojny handlowej;
  • Umocnienie USD;
  • Obawy o sytuację na rynkach wschodzących;
  • Obawy o rozpad koalicji rządzącej w Niemczech.

W poprzednich miesiącach złotemu nie sprzyjał również wzrost ryzyka we Włoszech.

Obawy dotyczące wywołania przez USA globalnej wojny handlowej nie są nowe, mamy z nimi do czynienia od marca – obecnie jednak ryzyko takiej ewentualności wzrosło: Stany Zjednoczone nałożyły cła na import stali i aluminium swoich partnerów (UE, Kanada, Meksyk), co wywołało również ich odpowiedź. USA zdecydowały się również nałożyć cła na import towarów z Chin, które wejdą w życie już 6 lipca. Niemal każdego dnia pojawiają się również nowe informacje sugerujące możliwość nałożenia przez USA kolejnych „sankcji” na Państwo Środka.

W konsekwencji wzrostu ryzyka zyskały waluty uznawane za bezpieczne, wśród których znajduje się dolar amerykański. Umocnienie USD i osłabienie walut rynków wschodzących w połączeniu z perspektywą oczekiwanych szybszych podwyżek stóp procentowych ze strony Rezerwy Federalnej zaczęły budzić dodatkowe obawy o przyszłość niektórych krajów zaliczanych do grupy rynków wschodzących (Argentyna, Turcja), które w gospodarczych tarapatach znajdowały się już wcześniej. Efekt zarażania sprawił, że ucierpiały również waluty krajów o solidnych fundamentach gospodarczych, takie jak PLN.

W ostatnich dniach wzrosło również ryzyko rozpadu koalicji rządzącej w Niemczech. Historyczni partnerzy, partie CDU i CSU nie mogły dojść do porozumienia w kwestiach imigracji (m.in. polityki azylowej), co groziło rozpadem rządu. Ostatecznie jednak wygląda na to, iż kryzys udało się zażegnać.

Dlaczego polski złoty traci tak mocno?

Polski złoty traci silnie w ujęciu bezwzględnym, a nawet w porównaniu z innymi walutami CEE, czy ogólnie, walutami rynków wschodzących. Złotemu w obecnej sytuacji nie sprzyja kilka kwestii, które sprawiają, że PLN może być podatny na potencjalną dodatkową presję spekulacyjną:

  • duża płynność, która przekłada się na relatywnie niskie koszty transakcyjne w przypadku sprzedaży;
  • niskie stopy procentowe, które umożliwiające tanie pożyczanie i sprzedaż złotych (short-selling);
  • fakt, iż Narodowy Bank Polski nie działa aktywnie w celu kształtowania kursu wymiany złotego;
  • najniższe spośród liczących się krajów CEE prawdopodobieństwo rychłych podwyżek stóp procentowych (wzrostu kosztów pożyczek).

Czy taka tendencja może się utrzymać?

W naszej opinii – nie powinno tak się stać. Prawostronna skośność rozkładów walut EM i fakt grupowania zmienności, sprawiają, że – abstrahując od powodów ze względu na które ona wystąpiła – w krótkim terminie możliwe jest utrzymanie presji na PLN. Mimo to, bieżący poziom kursu EUR/PLN nie odpowiada dobrym fundamentom polskiej gospodarki, które w dłuższym terminie powinny przeważyć.

Wzrost ryzyka wystąpienia wojny handlowej, obawy o sytuację w Europie i na rynkach emerging markets wywołały panikę i dały pretekst do wyprzedaży walut nawet o silnych fundamentach, takich jak PLN. Jeśli sytuacja na rynkach wschodzących wróci do normy, polski złoty powinien w naszej opinii po pewnym czasie powrócić do poziomów z kwietnia bieżącego roku.

Sprzyjać temu ma również oczekiwane przez nas wyhamowanie aprecjacji dolara amerykańskiego i docelowo prawdopodobna zmiana trendu w przypadku pary EUR/USD, w związku z nadchodzącymi zmianami w polityce monetarnej po obu stronach Atlantyku w dłuższym terminie.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Rekordowo słaby Forint

Rozmowy Angeli Merkel z Horstem Seehoferem uspokoiły inwestorów. Forint podobnie jak złoty traci na wartości. Szwedzi nie podnieśli stóp procentowych, ale dali dobre prognozy dla swojej korony.

Porozumienie w Niemczech

Wczorajsze rozmowy liderów CDU i CSU przyniosły skutek. Angela Merkel porozumiała się z Horstem Seehoferem w sprawie polityki migracyjnej. Tym samym dymisja została wycofana. Kompromis zakłada zatrzymywanie emigrantów w centrach tranzytowych oraz negocjowanie ich powrotu. Inwestorzy zwracają uwagę, że o ile centra tranzytowe są akceptowalnym rozwiązaniem dla chadeków, o tyle koalicyjne SPD nie patrzy na nie przychylnie. Padło oczywiście trochę banałów o osiągnięciu kompromisu, ale socjaldemokraci wyraźnie chcą negocjować szczegóły projektu, by wyjść z tego całego układu z twarzą. Biorąc pod uwagę kwestię umów wzajemnych z państwami w ramach odsyłania emigrantów zapowiada się, że jeszcze chwilę będziemy żyć tym tematem. Reakcje rynków była pozytywna, aczkolwiek wciąż euro w dłuższej perspektywie jest w odwrocie względem dolara.

Forint w odwrocie

Ostatnie tygodnie to nie tylko problemy złotego. Wczoraj po raz kolejny oglądaliśmy historyczne minimum forinta względem euro. Inwestorzy patrzą na tą walutę z pewnym niepokojem. Oliwy do ognia dolał komunikat banku centralnego, który jasno dał do zrozumienia, że jego priorytetem jest cel inflacyjny a nie kursowy. Oznacza to, że nie będzie on podnosił stóp procentowych, by ratować wartość forinta. Warto zwrócić uwagę, że Węgry nie rozpoczęły, w przeciwieństwie do Czechów, procesu podnoszenia stóp procentowych. W Polsce również nie rozpoczęliśmy jeszcze takich działań. Na korzyść złotego działa fakt, że obniżka stóp po kryzysie zatrzymała się na relatywnie wysokim poziomie 1,5%.

Szwedzi nie zmieniają stóp procentowych

Dzisiaj o 9:30 Bank Szwecji nie zmienił stóp procentowych. Pozostały one na poziomie 0,5%. To na co warto zwrócić uwagę w przypadku komunikatu Riksbank-u to wzrost prognozowanej inflacji oraz zapowiedź podwyżek pod koniec tego roku. Informacje te spowodowały umacnianie się korony szwedzkiej na rynku o ponad 1%, dla porównania jest to tak, jakby euro nagle staniało względem złotego o niemal 5 groszy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Deloitte: Dla ponad 60 proc. milenialsów niestandardowe formy zatrudnienia są alternatywą dla etatu

Zaufanie młodych ludzi do biznesu spada. Mniej niż połowa milenialsów uważa, że przedsiębiorstwa postępują etycznie. Spada też przywiązanie do pracodawcy – aż 43 proc. z nich deklaruje, że zmieni pracę w ciągu kolejnych dwóch lat. Jak pokazuje siódma edycja globalnego badania „2018 Deloitte Millennial Survey. Millennials disappointed in business, unprepared for Industry 4.0”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, ich poziom lojalności może wzrosnąć dzięki elastyczności i niestandardowym formom zatrudnienia. Zaledwie 36 proc. milenialsów uważa, że posiada umiejętności potrzebne w epoce czwartej rewolucji przemysłowej i w związku z tym oczekuje pomocy od swoich pracodawców.

Badanie objęło 10 455 przedstawicieli pokolenia Y (urodzonych w latach 1983-1999) z 36 krajów, w tym 303 z Polski. W raporcie wyodrębniono również grupę niemal 1 850 przedstawicieli młodszych milenialsów (urodzonych pomiędzy 1995 a 1999 rokiem) z sześciu krajów, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy.

Biznes za mało etyczny

Dwie poprzednie edycje badania Deloitte wskazywały na to, że milenialsi coraz lepiej postrzegają motywację i etykę przedsiębiorstw. W tym roku nastąpił jednak gwałtowny zwrot w opiniach na temat biznesu, które osiągnęły poziom najniższy od czterech lat. Obecnie mniej niż połowa przedstawicieli pokolenia Y uważa, że przedsiębiorstwa postępują etycznie, podczas gdy w 2017 roku było to 65 proc. – Na ten stan rzeczy wpłynęły gwałtowne zmiany społeczne, technologiczne i geopolityczne, które zaszły w ostatnich kilkunastu miesiącach. Jedynie 47 proc. badanych jest zdania, że szefowie firm działają na rzecz poprawy sytuacji społeczeństw. Rok wcześniej było to o 15 proc. więcej.

– Po raz kolejny widzimy, że zdaniem młodych ludzi, będących na początku swojej kariery, miara sukcesu firmy powinna wykraczać poza wyniki finansowe. Aż 83 proc. badanych uważa, że firmy powinny działać według modelu odpowiedzialnego biznesu 4.0, czyli takiego, który wartości i etyczne decyzje wpisuje w DNA swojego działania. Firmy współpracujące z innymi interesariuszami w celu rozwiązania problemów związanych z różnorodnością, równością wynagrodzenia, nierównością dochodową, imigracją i zmianami klimatycznymi mogą poprawić wyniki finansowe i zwiększyć wartość marki, natomiast brak takich działań nadszarpuje reputację firmy w oczach milenialsów i osłabia ich lojalność. – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej. – Mniej niż połowa przedstawicieli pokolenia Y uważa, że przedsiębiorstwa postępują etycznie (48 proc. – spadek o 17 pp.), i że działają one na rzecz poprawy sytuacji społecznej (47proc. – spadek o 15 pp.). Zmiana nastawienia milenialsów powinna być dzwonkiem alarmowym dla wszystkich liderów biznesowych liderów – dodaje.

Badanie Deloitte pokazuje, że młodzi ludzie zwracają uwagę na problemy społeczne i polityczne, choć w zależności od kraju, w którym żyją, kwestie te bywają różne. W Polsce 49% badanych obawia się terroryzmu i konfliktów zbrojnych (41 proc.). W krajach rozwiniętych młodzi ludzie obawiają się przede wszystkim terroryzmu (32 proc.) i zmian klimatycznych (31 proc.). Z kolei w krajach rozwijających się bardziej palący wydaje się być problem przestępczości (30 proc.) i korupcji (28 proc.). Zaledwie 19 procent (12 proc w Polsce) milenialsów uważa, że politycy wywierają pozytywny wpływ na otoczenie (wobec 71 proc. (80 proc polskich) respondentów wystawiających ocenę negatywną).

Wyższość elastyczności nad etatem

Aż 43 proc. milenialsów planuje rezygnację z obecnej pracy w ciągu najbliższych dwóch lat, a tylko 28 proc. ma zamiar pozostać w obecnym miejscu ponad pięć lat. Powstała więc 15-punktowa luka, która wzrosła o 7 punktów procentowych w stosunku do poprzedniego badania. W najmłodszej badanej grupie luka ta jest jeszcze większa. Aż 61 proc. z nich chce opuścić miejsce pracy w przeciągu najbliższych dwóch lat, podczas gdy jedynie 12 proc. planuje związać się z jednym pracodawcą na dłużej niż pięć lat. – Jest to bardzo duży problem dla firm, choć jednocześnie szansa na przyciągnięcie i utrzymanie najbardziej utalentowanych pracowników. Warunkiem jest jednak zwielokrotnienie działań, które mogą przekonać młodych ludzi, że dana firma oferuje im coś więcej niż tylko miejsce, w którym mogą zarabiać. Oprócz atrakcyjnych zarobków, wśród czynników pozytywnie wpływających na lojalność milenialsów, respondenci tegorocznego badania wskazywali przede wszystkim na przyjazną kulturę organizacyjną, elastyczną organizację pracy oraz możliwość stałego rozwoju kompetencji. Warto zauważyć, że milenialsi coraz częściej upatrują szansę na zaspokojenie tych oczekiwań w pracy opartej na nieetatowych formach zatrudnienia – rośnie zainteresowanie krótkoterminowymi kontraktami zawieranymi w celu realizacji konkretnego projektu – mówi Magdalena Bączyk, Menedżer w dziale konsultingu Deloitte.

Co może wpłynąć na ich plany? Spośród tych milenialsów, którzy chętnie opuszczą swojego pracodawcę w ciągu dwóch lat, 62 proc. uznaje niestandardowe formy zatrudnienia za realną alternatywę dla pracy na pełen etat. Tylko 17 proc. z nich odrzuca taką opcję. Wśród młodszych milenialsów odsetek ten wynosi 13 proc. Badani uważają, że niestandardowe formy zatrudnienia dają możliwość większego zarobku (62 proc.) oraz elastyczność (39 proc.). Zdaniem 37 proc. ankietowanych taka forma zatrudnienia wspomaga osiągnięcie work-life balance.

W opinii ponad połowy badanych (57 proc.) w pracy kluczowa jest kultura organizacji, a także benefity finansowe (51 proc.). Respondenci wymieniają również elastyczność czasu pracy oraz możliwość uczenia się (po 44 proc.).

Strach przed czwartą rewolucją przemysłową

Milenialsi dobrze wiedzą, jak czwarta rewolucja przemysłowa – oparta coraz bardziej na automatyzacji i robotyzacji, sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym – będzie kształtować i wpływać na nowe miejsca zatrudnienia. Zdają sobie sprawę, że uwolni ona ludzi od rutynowych czynności, co pozwoli na większą kreatywność. Jednak wielu z nich z obawą przyjmuje to zjawisko. Siedemnaście procent wszystkich przebadanych milenialsów i 32 proc. tych, których organizacje już stosują w szerokim zakresie technologie przemysłu 4.0, obawia się, że część lub całość ich obowiązków zostanie zlikwidowana.

Mniej niż czterech na dziesięciu pracowników z pokolenia Y ma poczucie, że posiada umiejętności potrzebne do osiągnięcia sukcesu. Stąd oczekuje od biznesu pomocy w przygotowaniu się do pomyślnego działania w nowej epoce. I nie chodzi tylko o kompetencje techniczne, a raczej umiejętności miękkie związane z pewnością siebie, stosunkami interpersonalnymi i etyką oraz uczciwością. W ich odczuciu przedsiębiorstwa nie reagują jednak odpowiednio na ich potrzeby rozwojowe. Zaledwie 36 proc. milenialsów stwierdziło, że pracodawcy pomagali im zrozumieć i przygotować się na zmiany związane z czwartą rewolucją przemysłową. – Przedsiębiorstwa muszą wsłuchiwać się w to, co milenialsi mówią i czego oczekują, by jeszcze raz zastanowić się nad podejściem biznesu do zarządzania talentami w epoce czwartej rewolucji przemysłowej. Rodzi się potrzeba koncentracji na uczeniu się i rozwoju tak, aby wspomagać pracowników w rozwijaniu kariery przez całe ich życie – mówi Anna Łukawska, Menedżer w zespole marki pracodawcy Deloitte. – Wielu młodych ludzi zastanawia się, czy mają możliwości konkurowania w przemyśle 4.0 i coraz częściej szukają takich pracodawców, którzy zapewnią im umiejętności potrzebne do odniesienia sukcesu – dodaje.

Ponad połowa polskich firm ma trudności ze znalezieniem pracowników

Wykwalifikowani pracownicy fizyczni, kierowcy, operatorzy produkcji oraz maszyn otwierają polską listę 10 zawodów najbardziej dotkniętych niedoborem talentów. Trudności w znalezieniu pracowników o odpowiednich kompetencjach zgłasza 51% polskich przedsiębiorstw, podczas gdy jeszcze dwa lata temu ten problem dotyczył 45% firm. Zjawisko nie jest charakterystyczne wyłącznie dla polskiego rynku pracy, na trudności z rekrutacją odpowiednich specjalistów narzeka 45% zagranicznych organizacji – potwierdza opublikowany dziś przez ManpowerGroup raport „Niedobór talentów”.

Wykwalifikowani pracownicy fizyczni, czyli tacy fachowcy jak między innymi elektrycy, spawacze, mechanicy, hydraulicy czy murarze, niezmiennie już od kilku lat są numerem jeden na liście zawodów najbardziej dotkniętych niedoborem talentów w Polsce. W czołówce stanowisk najtrudniejszych do obsadzenia są również kierowcy, szczególnie samochodów ciężarowych, budowlanych oraz pojazdów transportu zbiorowego. Na podium znajdują się też operatorzy maszyn i produkcji. Według tegorocznej edycji badania ManpowerGroup polskie firmy zgłaszały też trudności ze znalezieniem inżynierów, pracowników restauracji i hoteli oraz przedstawicieli handlowych. Dziesiątkę zawodów obarczonych największym niedoborem talentów zamykają pracownicy działu IT oraz pracownicy biurowi.
– Niedobór talentów to problem, z jakim już od lat mierzą się polscy pracodawcy. Analizując dane z raportu widzimy, że razem z rosnącym odsetkiem firm, które mają trudności z obsadzaniem stanowisk, rośnie też liczba organizacji, które nie podejmują żadnych działań, by walczyć z tym zjawiskiem. Podczas gdy cztery lata temu w Polsce było to 29% badanych firm, tak w roku bieżącym to już 35% przedsiębiorstw – komentuje Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce. – Biorąc pod uwagę trend związany z narastającym problemem niedoboru talentów, każda zwłoka przedsiębiorstw i brak działań, by zatrzymać ten proces może zmniejszać ich konkurencyjność i przewagę biznesową, którą tworzą ludzie wraz ze swoimi unikatowymi kompetencjami – dodaje Iwona Janas.brak pracownika

Biorąc pod uwagę dane z 2008 roku, to w ciągu ostatnich 10 lat z listy zawodów najbardziej dotkniętych niedoborem talentów zniknęli pracownicy działu obsługi klienta oraz niewykwalifikowani pracownicy fizyczni. Do grupy najbardziej deficytowych zawodów dołączyli natomiast finansiści i księgowi, których zabrakło także na liście w 2016 roku. W stosunku do 2016 roku pracodawcy obecnie zgłaszają większe trudności także z obsadzaniem stanowisk biurowych.

Ponad połowa polskich pracodawców ma trudności z obsadzaniem stanowisk

Problemy związane z niedoborem talentów zgłasza 51% polskich przedsiębiorstw. To o 6 punktów procentowych więcej niż w ostatniej publikacji raportu (grudzień 2016). W historii badania ManpowerGroup, czyli od 2008 roku, tak wysoki wynik dla Polski osiągnięto tylko raz – w 2010 roku. Największe trudności w znalezieniu pracowników o odpowiednich kompetencjach zadeklarowali przedstawiciele dużych przedsiębiorstw – 75% firm. Mniejsze problemy wskazali przedstawiciele średnich (57%), małych (48%) i mikrofirm (29%).

Polska powyżej średniej dla regionu EMEA

Wynik uzyskany dla Polski daje nam również miejsce powyżej średniej globalnej (45%) i średniej dla regionu EMEA, czyli Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (43%). Na tle 25 przeanalizowanych rynków z regionu EMEA Polska znalazła się w pierwszej dziesiątce krajów posiadających największe trudności z rekrutacją odpowiednich pracowników. Najwyższe wyniki w regionie odnotowano w Rumunii (81%), Bułgarii (68%) i Turcji (66%). Najmniejsze problemy z pozyskiwaniem talentów wskazali pracodawcy z Irlandii (18%), Wielkiej Brytanii (19%) oraz Hiszpanii i Holandii – po 24%. W ujęciu globalnym największe trudności w rekrutacji pracowników mają firmy w Japonii (+89%), Rumunii (+81) i Tajwanie (78%), z kolei najmniejsze w Chinach (13%), Irlandii (18%) oraz Wielkiej Brytanii (19%).Niedobór Talentów EMEA

O badaniu: Bieżące wydanie raportu „Niedobór talentów” to 12. globalna edycja i 10. polska edycja badania ManpowerGroup. Na świecie wzięło w nim udział blisko 40 000 respondentów z 43 krajów, w tym reprezentatywna grupa 750 z Polski. Ankietowani to osoby odpowiedzialne za politykę personalną w małych, średnich i dużych firmach. Celem powadzonego przez ManpowerGroup badania przedsiębiorców „Niedobór talentów” jest określenie ich trudności w pozyskiwaniu pracowników a także sprawdzenie, które zawody, i dlaczego, jest najtrudniej obsadzić. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów są dostępne na stronie na stronie: www.go.manpowergroup.com.

Zobacz jak zmienia się polityka monetarna banków centralnych

FED, jedyny z największy banków centralnych, który podwyższa stopy procentowe. Co do tego nie ma wątpliwości, jest bankiem wyznaczającym trendy globalnej polityki monetarnej. W 2008 roku jako pierwszy zdecydował się na luzowanie ilościowe, pozostałe banki centralne jak BoJ, BoE, ECB za nim podążyły.

Jako pierwszy zdecydował się również na podwyżkę stóp procentowych, ale nie tylko. Oprócz samych podwyżek stóp procentowych liczy się bilans banku, który każdego miesiąca ma być redukowany o 30 miliardów USD.

Bloomberg

Według agencji informacyjnej Bloomberg skup aktywów netto trzech największych banków centralnych będzie negatywny już na początku 2019 roku. Co to dla nas oznacza? Do 2019 roku banki centralne będą nabywcami netto papierów wartościowych, natomiast od 2019 roku sprzedawcami netto, czyli zacznie maleć płynność.

Płynność – o to w tym chodzi. Brak płynności oznacza spadek aktywności kredytowej. Instytucje przestaną sobie ufać oraz pożyczać kapitał. Banki komercyjne zaczną wypowiadać umowy kredytowe, a rentowność obligacji przedsiębiorstw będzie mogła wzrosnąć do kilkunastu procent. Z tego powodu płynność jest kluczowa dla rynku kapitałowego.

Dlatego warto sobie zadać pytanie, czy redukcja bilansu może doprowadzić do bessy na giełdzie. Odpowiedź jest twierdząca, ponieważ brak płynności jest równy z brakiem zaufania. Jak zaobserwować brak płynności? Poprzez odwrócony spread rentowności 10 oraz 2 letnich, co zostało przedstawione na poniższym wykresie.

10-year Treasury

Spread rentowności spada systematycznie od 2015 roku, czyli zakończenia QE prowadzonego przez Rezerwę Federalną. Spadający spread obrazuje malejącą płynność na rynku kapitałowym, co jest zjawiskiem bardzo mało pożądanym. Natomiast ostatnie miesiące oraz tygodnie wskazują na coraz szybszy spadek spreadu rentowności w okolicę zera.

Statystycznie po spadku spread poniżej poziomu zera po 4-5 kwartałach na rynku pojawiała się recesja, która doprowadzała do wyprzedaży na rynku akcji.

A gdyby tak powrócić do QE?

Obecna zmiana globalnej polityki monetarnej nie będzie trwała wiecznie. Wcześniej czy później banki centralne po raz kolejny wrócą do luźniej polityki monetarnej. QE zostało już przetestowane i z pewnością jeszcze raz zostanie użyte. Wpływ tego programu na amerykański indeks S&P 500 oraz gospodarkę przedstawia poniższa grafika przygotowana przez Real Investment Advice.

Total Percentage FED

Co wynika z powyższej grafiki? Otóż Bilans Rezerwy Federalnej od początku kryzysu wzrósł o 365 procent, natomiast amerykański indeks S&P 500 o 313 procent. Zatem na każdy wzrost indeksu o 1 USD przypadł wzrost bilansu banku o 1.16 USD.

Z kolei podczas wzrostu bilansu FED-u o 365 procent doszło do ponad 39 procentowego wzrostu gospodarki Stanów Zjednoczonych.

Indeks S&P 500 – analiza techniczna

Amerykański indeks w dalszym ciągu utrzymuje się powyżej 200-okresowej średniej kroczącej. Dopiero jej przebicie mogłoby świadczyć o możliwym rynku byka, czy do tego dojdzie? Bardzo wątpliwe, ponieważ tuż nad średnią kroczącą znajduje się mocne wsparcie 2675-2690. W takim przypadku bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu wzrostowego.

Notowania S&P 500, interwał dzienny

Notowania S&P 500, interwał dzienny

Źódło: Admiral Markets

Dział Analiz Admiral Markets

Nowoczesne kopuły pozwolą zanurzyć się w świecie wirtualnej rzeczywistości. Do korzystania z niego tworzone są przestrzenie rzutowe w kształcie iglo

Nowoczesne kopuły pozwolą zanurzyć się w świecie wirtualnej rzeczywistości. Do korzystania z niego tworzone są przestrzenie rzutowe w kształcie iglo 3

Oglądanie prezentacji w wirtualnej rzeczywistości w kilka osób jest już możliwe. Wszystko za sprawą specjalnych platform w kształcie kopuł lub cylindrów do współdzielenia wrażeń VR. Tego typu konstrukcje zapewniają 360 – stopniową przestrzeń rzutową, dzięki której animacje pozwalają jeszcze bardziej zanurzyć się w wirtualnym świecie. Ponadto mogą być wykorzystywane do bardziej zaawansowanych zastosowań. Wykorzystuje się je przede wszystkim w przemyśle i do przeprowadzania szkoleń, w których może brać udział więcej niż jedna osoba.

– Wszystko sprowadza się do stworzenia wspólnej przestrzeni, czyli zebrania większej grupy osób w jednym miejscu. Jesteśmy w stanie dokonać projekcji identycznych treści, jak w przypadku standardowych zestawów VR. Główną ideą rozwiązań Igloo jest jednak wspólne doświadczanie ‒ wirtualna rzeczywistość współdzielona jest z współpracownikami lub przyjaciółmi. Stąd też możemy mówić o współdzielonym VR – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jake Rowland z Igloo Vision.

Technologia współdzielenia VR jest coraz popularniejsza. Pierwszym tego typu rozwiązaniem na świecie była opracowana przez firmę Laduma kopuła CaVRn 360° VR. Urządzenie do stworzenia efektów wizualnych wykorzystuje ustawione w szeregu projektory laserowe. Instalacja pozwala współdzielić wrażenia pomiędzy nawet 20 użytkownikami. Nieco inaczej do tematu współdzielonego VR podchodzi platforma Eventual VR. Pozwala użytkownikowi stworzyć własny, wirtualny świat, do którego można zaprosić znajomych i np. porozmawiać z nimi za pomocą technologii VoIP.

Igloo to rozwiązanie złożone z pomieszczenia o cylindrycznym kształcie, kilku rzutników i wyświetlaczy zainstalowanych na ścianach pomieszczenia oraz serwera, na który można wgrywać materiały filmowe 360 stopni, nagrane np. przy pomocy kamery sferycznej GoPro Fusion lub Ricoh Theta S. Stworzone przez producenta oprogramowanie służące mieszaniu i wyginaniu obrazów łączy wszystkie obrazy i wygładza przestrzeń, dzięki czemu użytkownik uzyskuje 360-stopniowy rzut.

– Projektujemy i konstruujemy 360-stopniowe przestrzenie rzutowe o kształcie cylindrów lub kopuł. Mniejsze przestrzenie cylindryczne można wykorzystać przy tworzeniu wizualizacji budynków, realizacji imprez typu pop-up, czy prowadzeniu szkoleń – wymienia Jake Rowland.

Rozwiązania Igloo umożliwiają wirtualną symulację problemów i realizację szkoleń w bezpiecznym i powtarzalnym środowisku. Ich zaletą, w porównaniu z goglami VR, jest możliwość przeszkolenia jednocześnie większej liczby osób. Instruktorzy mogą bezpośrednio komunikować się z operatorami i na bieżąco uzyskiwać informacje zwrotne. Użytkownicy mogą również uczestniczyć w szkoleniach z pełnym wyposażeniem, takim jak kaski, krótkofalówki itd.

– BP korzysta z naszych rozwiązań przy organizacji szkoleń dla personelu zakładów i operatorów platform wiertniczych. W niektórych zakładach produkcyjnych obowiązują bardzo złożone procedury, których personel musi przestrzegać. Określone sytuacje zachodzą bardzo rzadko, ale jeśli już mają miejsce, zwykle niosą ze sobą istotne konsekwencje operacyjne i finansowe – twierdzi Jake Rowland.

Do korzystania z cylindra o średnicy 6 metrów potrzebne jest pomieszczenie o wymiarach przynajmniej 6 m kw. Koszt takiego urządzenia to ok. 70 tys. euro. Firma dostarcza również Igloo w średnicy o rozmiarze 9, 12 i 21 metrów.

Według analityków Orbis Research, rynek sprzętu i oprogramowania VR przekroczy w 2020 roku wartość 40 mld dol.

Dzięki innowacyjnemu symulatorowi będzie można znacznie zmniejszyć liczbę wypadków. Co roku na drogach ginie ponad milion osób

Dzięki innowacyjnemu symulatorowi będzie można znacznie zmniejszyć liczbę wypadków. Co roku na drogach ginie ponad milion osób 4

Co roku na drogach ginie 1,2 mld osób. Miliony doznają poważnych obrażeń i żyją z negatywnymi konsekwencjami. Za blisko 90 proc. wypadków odpowiadają kierowcy – nadmierna prędkość, siadanie za kółkiem pod wpływem alkoholu czy substancji psychoaktywnych. Dzięki specjalnemu symulatorowi opracowanemu przez słoweński start-up, liczbę wypadków będzie można znacznie zmniejszyć. Urządzenie pozwala ocenić zachowanie kierowcy w kryzysowej sytuacji, a uzyskane informacje pozwolą stworzyć wiarygodne środowisko, w którym można byłoby testować pojazdy autonomiczne.

– Naszym celem jest bezpieczeństwo na drodze. Innymi słowy, chcemy ratować ludzkie życie. Środkiem do tego celu jest symulator. Pozwala on na ocenę zachowania i reakcji kierowcy w sytuacji kryzysowej, której przeprowadzenie nie byłoby możliwe w prawdziwych warunkach – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Andrej Brelih z NervTeh.

Dzięki nowej technologii można dowiedzieć się więcej o tym, jak poszczególni kierowcy zachowują się w krytycznych sytuacjach, sprawdzić czas reakcji  i dzięki temu zaoferować bardziej dopasowane szkolenie dla kierowców, zanim wsiądą za kierownicę samochodu. Szereg kamer w czasie rzeczywistym monitoruje ruch oczu kierowcy, dzięki czemu zawsze wiadomo na czym jest skupiony. Zamontowane w specjalnej opasce czujniki mierzą natomiast poziom stresu. Następnie zaprojektowane algorytmy sztucznej inteligencji błyskawicznie analizują zebrane dane.

– Dokonujemy pomiaru wszystkich parametrów fizycznych. Najważniejszy jest dla nas jednak pomiar parametrów psychofizycznych kierowcy. Za pomocą kamer obserwujemy jego wzrok, więc wiemy dokładnie na co patrzy. Wiemy także jak aktywny jest jego mózg oraz znamy jego reakcje na stres – podkreśla Andrej Brelih.

Wypadki drogowe są główną przyczyną zgonów wśród młodych ludzi ( 15- 29 lat), powodują rocznie do 4,6 mld euro globalnych szkód. Według danych ONZ rocznie na drogach ginie 1,2 mln osób – co 30 sekund jeden człowiek, a 30-50 mln odnosi obrażenia. Tylko w Europie rocznie wypłacanych jest ok. 100 mld euro odszkodowań – to koszty powrotu do zdrowia, szkody materialne, zadośćuczynienia i odszkodowania związane ze śmiercią w wypadkach.

Pozyskane z symulatora informacje NervTeh chce przede wszystkim przełożyć na zmniejszenie liczby wypadków. Ale są także inne zastosowania urządzenia.

– Pierwszym z nich są firmy ubezpieczeniowe, które są zainteresowane oceną kierowców pod kątem analizy ryzyka. Dzięki temu mogą dopasowywać składki w zależności od kierowcy. W ostatecznym rozrachunku chodzi jednak o zmniejszenie wypadkowości, a tym samym ilości wniosków o wypłatę odszkodowania. To jedno z zastosowań. Kolejne to możliwość szkolenia kierowców zatrudnionych w przedsiębiorstwach, które dysponują dużą ilością pojazdów – wskazuje Brelih.

Dzięki urządzeniu można zebrać dane dotyczące milionów kierowców i w ten sposób stworzyć symulację, do złudzenia przypominającą środowisko drogowe. To zaś będzie można wykorzystać np. przy pojazdach autonomicznych.

– W trakcie tego typu symulacji gromadzone są duże ilości danych, które mogą potem posłużyć do stworzenia klonów określonych grup kierowców. W ten sposób uzyskujemy środowisko, które bardziej przypomina zachowania prawdziwych ludzi na drodze. W takim środowisku można potem testować na przykład algorytmy wykorzystywane w pojazdach autonomicznych, systemy HMI czy systemy inforozrywkowe – tłumaczy Andrej Brelih.

Globalny rynek wirtualnych szkoleń i symulacji ma osiągnąć wartość 329 mld dol. w 2022 roku. Prognozowane średnioroczne tempo wzrostu wyniesie w najbliższych latach prawie 17 proc.

Brexit obniży potencjał obronny Unii Europejskiej o jedną czwartą. Konieczna nowa wspólna polityka obronna

Brexit obniży potencjał obronny Unii Europejskiej o jedną czwartą. Konieczna nowa wspólna polityka obronna 5

Potencjał obronny Unii Europejskiej po brexicie może spaść nawet o jedną czwartą, pod znakiem zapytania stoi też dostęp brytyjskich firm do Europejskiego Funduszu Obronnego, podobnie jak uczestnictwo Wielkiej Brytanii w mechanizmie stałej współpracy obronnej PESCO. Unia musi jak najszybciej ustalić kształt nowej, wspólnej polityki obronnej. Zdaniem ekspertów RAND będzie ona kontynuowana głównie w ramach NATO i umów dwustronnych. 

Wielka Brytania zawsze była postrzegana i realnie działała na rzecz niezbyt dynamicznego rozwoju tej polityki, nigdy nie leżało to w jej interesie. Nie jest to państwo, które aktywnie wspierało europejską politykę bezpieczeństwa i obrony. Wraz z wystąpieniem Wielkiej Brytanii z UE, ubywa nam jednak pewnych zdolności, które Wielka Brytania wnosi do UE – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Górka-Winter, ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego.

Zagrożenie ze strony Rosji, tzw. Państwo Islamskie czy wojna w Syrii stanowią poważne wyzwania dla Unii Europejskiej, która musi jak najszybciej ustalić kształt nowej wspólnej polityki obronnej po brexicie. Wielka Brytania, która jest najsilniejszym militarnie członkiem Unii Europejskiej, opuści unijne struktury 29 marca 2019 roku. Według instytutu RAND (raport „Defence and Security after Brexit”) po wyjściu Brytyjczyków potencjał obronny UE może spaść nawet o jedną czwartą.

Wielka Brytania ma duże zasoby wojskowe, potencjał jądrowy i doświadczenie w sojuszniczych operacjach m.in. w Afganistanie, należy do liderów wzmacniania wschodniej i południowej flanki NATO, jest też mocno zaangażowana w koalicję przeciw Państwu Islamskiemu. Jak wynika z analizy Polskiego Instytut Spraw Międzynarodowych, jej wyjście z UE pociągnie za sobą negatywne skutki dla europejskiej polityki bezpieczeństwa i obrony, a pośrednio także dla NATO.

– Fakt, że Wielka Brytania pozostaje w grupie państw, które posiadają tzw. key enablers, czyli zdolności umożliwiające prowadzenie dużych operacji militarnych, operacji zarządzania kryzysowego, dawał Europie przekonanie o możliwości polegania na brytyjskich zdolnościach. Nie wiemy, w jakim zakresie te możliwości pozostaną do dyspozycji Europy po brexicie, trwają na ten temat rozmowy. Wydaje się natomiast,  że żadne twarde uregulowania nie wchodzą w grę ponad to, co już w tej chwili mamy i ponad porozumienia dwustronne, które Wielka Brytania zawarła choćby z Francją na temat współpracy militarnej – mówi Beata Górka-Winter.

W ramach programu rotacyjnego w okresie od lipca do grudnia 2019 roku Brytyjczycy mieli przejąć dowództwo nad unijną grupą szybkiego reagowania i wystawić siły bojowe złożone z 1,5 tys. żołnierzy. Jednak pod koniec marca Wielka Brytania poinformowała już Brukselę o wycofaniu się z wystawienia sił na lata 2019–2020, mimo zapewnień o chęci kontynuacji współpracy w dziedzinie obronności. W ocenie ekspertów RAND współpraca Wielkiej Brytanii z UE na tym gruncie będzie kontynuowana głównie w ramach NATO bądź umów dwustronnych.

Europejska Inicjatywa Interwencyjna, zgłoszona przez prezydenta Macrona, może uchronić europejskie możliwości przed negatywnymi konsekwencjami brexitu. Macron zaprosił Wielką Brytanię do tej inicjatywy, która, w najbardziej ogólnym zarysie, ma zapewnić możliwości tej koalicji stworzonej do podejmowania działań militarnych. Jest to inicjatywa europejska, ale pozaunijna, więc wydaje się, że przynajmniej w tym zakresie Europa będzie mogła liczyć na Brytyjczyków – mówi dr Górka-Winter.

Brexit będzie wymagać, aby zarówno Wielka Brytania, jak i UE ponownie określiły swoje cele strategiczne i rolę na świecie. Jak wynika z raportu „Defence and Security after Brexit”, współpraca w obszarze bezpieczeństwa i obrony musi być kontynuowana, ponieważ obie strony obecnie korzystają z wymiany informacji, pracy wspólnych organów, takich jak Europol, oraz europejskiego nakazu aresztowania.

Do rozważenia pozostają również kwestie dystrybucji środków z EDF. Wielka Brytania bardzo korzystała na grantach Europejskiej Agencji Uzbrojenia, teraz nie będzie takiej możliwości – zauważa dr Beata Górka-Winter.

Od 2007 roku Wielka Brytania zdobyła jedną piątą wszystkich grantów UE na badania, w sumie 8 mld funtów. UE planuje zainwestować setki milionów euro w nowe badania i rozwój w dziedzinie obronności, jednak dostęp brytyjskich firm do Europejskiego Funduszu Obronnego stoi pod znakiem zapytania, podobnie jak uczestnictwo Wielkiej Brytanii w mechanizmie stałej współpracy obronnej PESCO.

Największy polski eksporter okien stawia na długoterminowe inwestycje. We wszystkich swoich fabrykach zatrudnia już ponad 4 250 osób

Największy polski eksporter okien stawia na długoterminowe inwestycje. We wszystkich swoich fabrykach zatrudnia już ponad 4 250 osób 6

Mija 20 lat od uruchomienia zakładu produkcyjnego Grupy VELUX w Gnieźnie. W dwóch zlokalizowanych tam fabrykach firma stworzyła blisko tysiąc miejsc pracy, wsparła blisko stu lokalnych dostawców oraz przyczyniła się do rozwoju miasta i regionu. Fabryki VELUX w Gnieźnie, wraz z pozostałymi zakładami w Namysłowie i Wędkowych, należą do największych eksporterów okien z Polski i od lat wyznaczają kierunek rozwoju całej branży okien.

Od 2015 roku Polska jest jednym z największych eksporterów stolarki okiennej na światowe rynki. Jak pokazują dane Centrum Analiz Branżowych na przestrzeni ostatnich czterech lat eksport wzrósł o 25 proc. – tylko w pierwszej połowie 2017 roku polscy producenci wyeksportowali za granicę blisko 5 mln sztuk okien i drzwi. Głównymi odbiorcami rodzimej stolarki okiennej są Niemcy, Francja i Wielka Brytania. Za 25 proc. eksportu odpowiada Grupa VELUX i spółki siostrzane, będące częścią duńskiego koncernu VKR. W Polsce firma obecna jest od 1990 roku.

 Byliśmy pierwszą firmą, która weszła na rynek polski w segmencie okien dachowych. Ten rynek nie istniał, razem z partnerami, wykonawcami podjęliśmy pracę tworzenia tego rynku poprzez dużą działalność edukacyjną, poprzez tworzenie standardów. Jako znaczny gracz na rynku uważamy, że częścią naszej misji jest właśnie odpowiedzialność za to, aby tworzyć standardy – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

Siedziba spółki handlowej VELUX Polska mieści się w Warszawie, natomiast cztery zakłady produkcyjne należące do Grupy zlokalizowane są w Gnieźnie, Wędkowach oraz Namysłowie. W sumie zatrudniają one ponad 4 250 osób. Jako pierwszy, w 1998 roku, powstał zakład w Gnieźnie. Dziś w mieście tym mieszczą się dwie fabryki – jedna produkuje okna, w drugiej natomiast powstają okucia przeznaczone na użytek wszystkich firm okiennych należących do Grupy VELUX. Przedstawiciele marki oraz członkowie lokalnej społeczności nie mają wątpliwości, że powstanie gnieźnieńskiego zakładu przed dwudziestoma laty istotnie przyczyniło się do rozwoju miasta.

– Te 20 lat to duże podatki, również ogromne zatrudnienie, bo z roku na rok ono rośnie. Trzymam kciuki, aby na koniec tego roku przekroczyło tysiąc. To jest rozwój całej społeczności. Budując infrastrukturę chociażby drogową czy autobusową, patrzymy i przygotowujemy ją pod firmę, czyli jest symbioza między dwoma podmiotami – mówi Tomasz Budasz, prezydent Gniezna.

Dzięki współpracy z gnieźnieńskimi fabrykami VELUX rozwija się ponad stu lokalnych dostawców. Obecność zakładów przyczyniła się również do transferu know-how, dzięki czemu wiele lokalnych firm mogło nie tylko rozwinąć działalność w regionie, lecz także wejść na rynki europejskie.

Marka wyznacza ponadto trendy w całej branży stolarki, m.in. w zakresie wprowadzania innowacyjnych rozwiązań technologicznych. W 2016 roku VELUX wprowadził przystępne dla szerokiego grona odbiorców energooszczędne okna trzyszybowe.

– Wcześniej to były produkty ekskluzywne, bardzo drogie i niedostępne. Dzisiaj widzimy, że cały rynek poszedł za nami, daliśmy dobry przykład i uważam, że to jest bardzo fajne, bo dzisiaj klienci mają dużo większy wybór i mogą korzystać z lepszych technologii w przystępnych cenach – mówi Jacek Siwiński.

Firma VELUX bardzo poważnie podchodzi do kwestii społecznej odpowiedzialności, będącej istotnym elementem strategii biznesowej marki. Ma to odzwierciedlenie zarówno w polityce środowiskowej, jak i społecznej. Firma bardzo angażuje się w życie społeczności lokalnej. Gnieźnieńskie fabryki wspierają imprezy społeczne, sportowe oraz kulturalne, jak również instytucje oświatowe i zajmujące się osobami niepełnosprawnymi. Jest to możliwe dzięki środkom z fundacji pracowniczej, która pomaga nie tylko pracownikom, lecz także wspiera ważne inicjatywy społeczne.

– Fundacja pomaga naszym pracownikom, instytucjom w Gnieźnie i w okolicy. Wkrótce przygotowujemy się do większego projektu, w którym będziemy w stanie poprawić czy zrewitalizować jakąś część Gniezna – mówi Robert Purol, dyrektor fabryk VELUX w Gnieźnie.

– Aspekty związane z odpowiedzialnością biznesu traktujemy nie tyle jako działalność charytatywną dołączoną do biznesu, ile jako odpowiedzialność w biznesie, odpowiedzialność za środowisko, zasoby, zrównoważony rozwój regionu, w którym się znajdujemy – dodaje Jacek Siwiński.

Zdaniem prezydenta Gniezna miasta powinny szukać wsparcia i współpracy u dużych inwestorów. Warunkiem udanej koegzystencji jest zrozumienie potrzeb obu stron i udzielenie wzajemnego wsparcia. Do tego niezbędne są częste spotkania i wymiana informacji. Tylko w ten sposób można – według Tomasza Budasza – myśleć o długoterminowym rozwoju miasta.

– Myślę, że trzeba szukać inwestorów w aktualnej sytuacji gospodarczej, ta sytuacja zgodnie z koniunkturą gospodarczą za chwilę ulegnie zmianie, więc o inwestorów trzeba cały czas zabiegać, również trzeba tworzyć w mieście pozytywny klimat – mówi prezydent Gniezna.

Od 2018 roku ulga na badania i rozwój jeszcze korzystniejsza. Co czwarta firma planuje z niej skorzystać

Od 2018 roku ulga na badania i rozwój jeszcze korzystniejsza. Co czwarta firma planuje z niej skorzystać 7

Już co czwarta firma chce skorzystać z ulgi na badania i rozwój za 2018 rok. To znacznie więcej niż w ostatnich latach. Za rok podatkowy 2017 z odliczenia skorzystało tylko 9 proc. firm. Problemem jest niska świadomość przedsiębiorców. Nawet co trzecia firma w ogóle nie słyszała o uldze na B+R. Część zaś nie wie, że może z niej skorzystać. Tymczasem ulga przekłada się na rozwój innowacyjności biznesu i podniesienie konkurencyjności. W ramach ulgi B+R przedsiębiorca może bowiem odzyskać niemal 1/5 wydatków poniesionych na B+R.

 Ulga na badania i rozwój pozwala w 2018 roku odpisać dodatkowe 100 proc. kosztów. Jeżeli przedsiębiorca ponosi koszty z tytułu działalności badawczo-rozwojowej w wysokości 1 mln zł, od podstawy opodatkowania może faktycznie odpisać 2 mln zł. To mechanizm, który jest obecnie najbardziej przystępną formą wsparcia działalności badawczo-rozwojowej wśród przedsiębiorstw w Polsce. Warto z niego korzystać, ponieważ pozwala on uzyskać dodatkowe środki na zwiększenie aktywności działalności badawczo-rozwojowej, co może się przełożyć na wzrost innowacyjności i konkurencyjności przedsiębiorstwa – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, dyrektor linii biznesowej Finance and Innovation w Ayming Polska.

Firmy prowadzące działalność badawczo-rozwojową mogą korzystać z ulgi na badania i rozwój już od 2016 roku. Pierwotny kształt ulgi pozostawiał wiele do życzenia – niska wartość odliczenia, ograniczony katalog kosztów kwalifikowanych do ulgi i preferencyjne traktowanie przede wszystkim sektora MŚP. Zmiany w przepisach sprawiły, że korzystanie z ulgi jest bardziej opłacalne. Od 2018 r. wydatki kwalifikowane można odliczać w 100 proc. ich wartości. Teraz za koszty kwalifikowane uznaje się też wynagrodzenia z tytułu umów-zleceń i umów o dzieło, a nie tylko wynagrodzenia z tytułu umowy o pracę.

– Dzięki skorzystaniu z ulgi przedsiębiorca może odzyskać niemal 1/5 wydatków poniesionych na działalność badawczo-rozwojową. Dla przykładu, przedsiębiorca, który identyfikuje koszty osobowe dedykowane do działalności badawczo-rozwojowej na poziomie 1 mln zł oraz pozostałe koszty kwalifikowane, które stanowią kolejny 1 mln zł, w roku 2018 będzie mógł zaoszczędzić 380 tys. zł – wylicza Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik.

W 2018 roku każda złotówka wydana na B+R może stanowić podstawę do odliczenia dwóch złotych w zeznaniu podatkowym. Mimo to wciąż jeszcze niewielki odsetek firm korzysta z tych preferencji. Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że za rok podatkowy 2016 rozliczono ulgę na kwotę ponad 323 mln zł. Resort zaś oceniał, że kwota odliczeń od podstawy opodatkowania w wyniku rozliczania ulgi przekroczy 1,6 mld zł. Z danych Ayming Polska wynika, że w 2018 roku z ulgi ma skorzystać 25 proc. firm. Problemem jest niska świadomość istnienia takiej ulgi i korzyści, jakie ze sobą niesie.

– Według raportu przygotowanego na zlecenie Ayming Polska, 35 proc. firm nie ma świadomości, że istnieje ulga na działalność badawczo-rozwojową. Tylko 9 proc. naszych respondentów odpowiedziało, że skorzystali z ulgi na działalność badawczo-rozwojową w 2017 roku i wszyscy oni będą korzystać z niej w 2018 roku. Wynika to głównie z pozytywnych doświadczeń, jakie mieli przy rozliczeniu ulgi – wskazuje Wojciech Popardowski, project manager w Ayming Polska.

Z badania Ayming Polska wynika, że 45 proc. przedsiębiorstw deklaruje, że nie prowadzi działalności badawczo-rozwojowej. Może to dziwić, zwłaszcza że badanie zostało przeprowadzone wśród przedsiębiorstw z branż, w których taka działalność powinna występować w bieżącej działalności operacyjnej.

– Niskie korzystanie z ulgi wynika z dwóch powodów. Pierwszy to kojarzenie działalności badawczo-rozwojowej z zaawansowanymi innowacjami, gdy tymczasem aby skorzystać z ulgi, wystarczą wprowadzone innowacje na poziomie przedsiębiorstwa. Drugim powodem jest dotychczasowy kształt ulgi, a przede wszystkim jej wysokość. Od 2018 roku ulga dla wszystkich przedsiębiorstw wzrosła do 100 proc. odliczenia kosztów kwalifikowanych, a w przypadku przedsiębiorstw mających status centrum badawczo-rozwojowego do 150 proc. Między innymi to jest powodem, że 25 proc. naszych respondentów stwierdziło, że skorzysta z ulgi w 2018 roku – mówi Wojciech Popardowski.

PARPA: Ponad 40 proc. piętnastolatków w ciągu ostatniego miesiąca piło alkohol. Co piąty się nim upił

PARPA: Ponad 40 proc. piętnastolatków w ciągu ostatniego miesiąca piło alkohol. Co piąty się nim upił 8

Granica inicjacji alkoholowej ciągle się obniża i to znacząco: alkohol próbowali już dwunasto-, a nawet jedenastolatkowie. Dotyczy to nie tylko dzieci z trudnych środowisk. Badania Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych pokazują, że dorośli nie stawiają nieletnim barier, jeśli chodzi o spożycie alkoholu i dostęp do niego, co więcej, nierzadko ułatwiają im zakup. Tymczasem nawet niewielkie ilości alkoholu spożyte przez nieletnich mają niekorzystny wpływ na ich system nerwowy, a dodatkowo kształtują złe nawyki na przyszłość.

Dzieci upijają się, bo mają łatwy dostęp do napojów wyskokowych. Z ubiegłorocznego badania CBOS „Postawy młodych wobec alkoholu” wynika, że w 68 proc. przypadków za inicjacją alkoholową młodego człowieka stoi dorosły – ktoś z domowników albo znajomych, kto decyduje się kupić albo poczęstować nastolatka czymś mocniejszym, np. podczas domowej uroczystości. Widoczne jest to szczególnie w okresie wakacyjnym, kiedy dorośli odreagowują stres związany z praca, a młodzież – ze szkołą.

– Ponad 40 proc. piętnastolatków w ciągu ostatniego miesiąca piło alkohol, a 20 proc. się nim upiło. To są dane, które muszą niepokoić. Wiek inicjacji alkoholowej w Polsce wynosi dwanaście lat. To dość przerażające, że tak młode dzieciaki mają swoje pierwsze doświadczenia z alkoholem. Sięganie po alkohol jest wśród młodzieży dość powszechne, chociaż widzimy pewne optymistyczne oznaki – w ostatnich ośmiu latach zauważamy tendencję spadkową, jeśli chodzi o częstość sięgania po alkohol i ilość wypijanego alkoholu przez młodych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Brzózka, dyrektor Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

W walce ze zbyt wczesną inicjacją alkoholową młodzieży nie pomagają również sprzedawcy. Z badań wynika, że jedynie 11–16 proc. nieletnich spotyka się w sklepie z odmową sprzedaży piwa, wina czy wódki. Poza tym w mediach i w reklamie jest wytwarzana tzw. moda alkoholowa.

– Wpływa na to przemożny wpływ reklam, gęsta sieć sprzedaży alkoholu, to, że alkohol jest wszechobecny w naszym życiu, bo my, Polacy, jesteśmy narodem w UE najbardziej zsocjalizowanym z alkoholem. W ogromnej większości uważamy, że alkohol jest czymś normalnym, co jest niemalże niezbędne do życia. Z tego wynika nasza tolerancja na zachowania tych, którzy pić alkoholu nie powinni. Niestety, nie mamy świadomości odpowiedzialności, jeśli chodzi o nasze zachowania w stosunku do alkoholu – mówi Krzysztof Brzózka.

Eksperci podkreślają, że statystyki dotyczące picia alkoholu obejmują dzieci z różnych środowisk, nie tylko z marginesu.

– Dziewczęta piją na równi z chłopcami. O ile wśród chłopców jest tendencja spadkowa, o tyle dziewczyny, którym przemysł alkoholowy funduje lepsze smaki, piją coraz więcej. To jest kłopot, ponieważ to są przyszłe matki, osoby, które w perspektywie będą musiały myśleć o okresie ciąży, macierzyństwa, wtedy te przyzwyczajenia mogą zostać – mówi Krzysztof Brzózka.

Kobiety pijące najwięcej alkoholu to osoby w wieku od 18 do 29 lat, pozostające w stanie wolnym (panny i osoby rozwiedzione), mieszkanki miast (powyżej 50 tys. mieszkańców), uczące się i studiujące oraz bezrobotne. Co dziesiąta kobieta w tym wieku wypija rocznie ponad 7,5 l czystego alkoholu, co stwarza ryzyko poważnych szkód zdrowotnych, psychologicznych i społecznych. Krzysztof Brzózka podkreśla, że rocznie w Polsce rodzi się około 7,5 tys. dzieci z uszkodzonym ośrodkowym układem nerwowym spowodowanym przez picie alkoholu w czasie ciąży. Nie można tego więc traktować jako zjawiska marginalnego.

– Picie alkoholu przez kobiety w ciąży w ogóle nie powinno mieć miejsca. Te symboliczne dwie kreski powinny skończyć kontakt zarówno z alkoholem, jak i z innymi używkami. To jest oczywiste, ale niestety tak się nie dzieje, ponieważ potrafimy lekceważyć zalecenia lekarzy. Nawet jedna lampka wina wypita w nieodpowiednim czasie może zaszkodzić – mówi Krzysztof Brzózka.

Firmy mogą już stosować mechanizm podzielonej płatności. Dla niektórych może on oznaczać problemy z płynnością

Firmy mogą już stosować mechanizm podzielonej płatności. Dla niektórych może on oznaczać problemy z płynnością 9

1 lipca weszły w życie przepisy wdrażające mechanizm podzielonej płatności. Opcja split payment dla firm płacących za produkty lub usługi polega na tym, że przedsiębiorca może rozdzielać swoją płatność: przelać kwotę netto na rachunek rozliczeniowy kontrahenta, natomiast kwotę VAT – na jego rachunek VAT. Środki gromadzone na tym drugim koncie są niejako zamrożone – firma może z nich regulować zobowiązania związane z VAT-em. Zgodę na ich inne wykorzystanie wydaje naczelnik urzędu skarbowego. W przypadku niektórych firm to może oznaczać problemy z płynnością.

Mechanizm podzielonej płatności, którego wprowadzenie ma uszczelnić system podatkowy i zwiększyć wpływy z VAT-u do budżetu państwa, zakłada utworzenie dla przedsiębiorcy drugiego konta bankowego, na które wpływać będzie kwota podatku VAT należna firmie od kupującego towar lub usługę kontrahenta. Na rachunek rozliczeniowy przedsiębiorcy trafi jedynie kwota netto. Środki z konta VAT-owskiego będą mogły być przeznaczone jedynie na uregulowanie tegoż podatku bądź to wobec urzędu skarbowego, bądź innego kontrahenta. W ten sposób firmy nie będą mogły dysponować całością kwoty w dowolny sposób.

– Kwota VAT-u będzie zawsze zablokowana na koncie VAT – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Sławińska-Rzemek, doradca podatkowy w firmie inFakt. – Przedsiębiorca nie będzie mógł z tego konta uregulować całości faktury zakupowej, podatku dochodowego czy ZUS-u. To może spowodować u niego pewne problemy. Jest całe grono osób, które w dużej mierze korzystają na tym, że kwotę VAT-u otrzymują, otrzymują też zwroty VAT-u i obracają tą gotówką. Jeżeli ta kwota zostanie zablokowana na rachunku VAT i będzie mogła być przeznaczona tylko na określone w ustawie cele, może to spowodować utratę płynności finansowej u takich przedsiębiorców.

Tę kwotę będzie można odzyskać, ale w tym celu przedsiębiorca musi wystąpić z wnioskiem do naczelnika urzędu skarbowego o przelanie jej na rachunek rozliczeniowy. Urzędnik może jednak nie wyrazić zgody na taki przelew.

– Może dojść do wniosku, że nie mamy wystarczającej kwoty na rachunku VAT na pokrycie naszego najbliższego zobowiązania podatkowego, w związku z tym odmówi zwrotu kwoty VAT. Dużo trudniejsze będzie odzyskiwanie tej kwoty, tak żeby można było swobodnie obracać nią w firmie – podkreśla Magdalena Sławińska-Rzemek.

Korzystanie ze split payment na razie jest dobrowolne. Najwcześniej w styczniu 2019 roku może się stać obowiązkowe w niektórych branżach, w których stosowany jest odwrócony VAT, np. w budownictwie. Choć banki zgodziły się na niepodnoszenie opłat za prowadzenie rachunków, przedsiębiorcy decydujący się na zastosowanie split paymentu będą musieli dokonywać osobnych przelewów za każdą fakturę, co ma służyć skutecznej kontroli.

– Wyobrażam sobie, że w niedługiej przyszłości możemy wpaść w samonakręcające się koło i każdy będzie musiał korzystać ze split paymentu. Jeżeli nasz kontrahent zapłaci nam na konto z użyciem metody split payment, będziemy mieć pewne środki na rachunku VAT, wiadomo, że będziemy chcieli je wykorzystać, więc zapłacimy z niego kolejnemu kontrahentowi – wyjaśnia Magdalena Sławińska-Rzemek. – W ten sposób może dojść do sytuacji, że dobrowolny mechanizm stanie się mechanizmem obowiązkowym.

O tym, czy zastosować split payment, decyduje strona kupująca i opłacająca fakturę; sprzedawca może najwyżej poprosić kontrahenta, by tego nie robił. Skoro jednak firma sama będzie otrzymywać płatność podzieloną, w jej interesie będzie wykorzystanie środków z konta VAT właśnie na opłacenie VAT w ramach faktury otrzymanej od innej firmy. Wiadomo już też, kto od razu zastosuje mechanizm podzielonej płatności: rząd już zapowiedział, że objęte nim zostaną wszystkie spółki Skarbu Państwa.

CSR domaga się komunikacji

Coraz więcej firm w Polsce podchodzi do społecznej odpowiedzialności biznesu w sposób strategiczny odrzucając początkowe identyfikowanie CSR z prostymi działaniami charytatywnymi. Jednocześnie z opublikowanych badań i raportów wynika, że wciąż konieczne jest wspieranie rozwoju i budowanie świadomości społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstw oraz jej sprzężenia z biznesem.

62% firm stowarzyszonych we Francusko-Polskiej Izbie Gospodarczej uważa, że ilość informacji na temat CSR, zarówno po stronie klientów, pracowników, dostawców, jak i zarządów wciąż jest w Polsce niewystarczająca. Dalsze szerzenie wiedzy na ten temat, m.in. przy pomocy prezentowania dobrych praktyk, jest zatem niezbędne. Kluczową rolę ma tu do odegrania przejrzysta, regularna i konsekwentnie prowadzona komunikacja. Komunikacja prezentująca CSR jako integralny element tożsamości i kultury organizacyjnej firmy, budujący jej przewagę konkurencyjną, reputację oraz wizerunek.

To, co się liczy

Wagę komunikacji działań CSR doskonale rozumieją przedstawiciele biznesu ankietowani w czerwcu br. przez agencję Effective PR. Jak zauważa Ewa Jaxa-Jankowska z firmy 3M: Nie ma CSR bez dobrej komunikacji. To, co robimy musi być pokazane zarówno pracownikom, jak i otoczeniu na zewnątrz organizacji. Do kogo firmy kierują swoje komunikaty? Najczęściej do pracowników, klientów biznesowych, mediów oraz bezpośrednio do konsumentów. Edukowanie tych ostatnich wydaje się szczególnie istotne, o tyle że wg danych zaczerpniętych z projektu Nienieodpowiedzialni.pl 70% Polaków w ogóle nie bierze pod uwagę działań społecznie odpowiedzialnych podczas zakupu produktów czy usług. Potwierdzeniem dużego znaczenia przypisywanego przez firmy komunikacji jest także to, że planują one zwiększenie różnorodności kanałów komunikacji zarówno z klientami (68% firm ankietowanych przez Francusko-Polską Izbę Gospodarczą), partnerami biznesowymi (60%), jak również pracownikami. 77% firm zadeklarowało swoją otwartość na dialog wewnętrzny, którego przykładem mogą być np. akcje typu „otwarte drzwi prezesa”.

Informuj poprzez media

Najczęściej wykorzystywane przez firmy społecznie odpowiedzialne narzędzia komunikacji to: własne strony internetowe, intranet, newslettery, profile w mediach społecznościowych, komunikaty prasowe, wywiady, wypowiedzi i artykuły eksperckie. Firmy realizują lokalne kampanie informacyjne i edukacyjne związane ze swoją działalnością oraz akcje informacyjne skierowane do klientów uświadamiające im korzyści płynące z działań CSR. Komunikacja wewnętrzna oraz skierowana bezpośrednio do interesariuszy dominuje nad współpracą z mediami. A to właśnie dzięki tym ostatnim firmy mogą zapewnić sobie oraz idei CSR dotarcie do szerokiej opinii publicznej i budowanie świadomości społecznej na jej temat. Tym bardziej, że przedstawiciele mediów są zainteresowani nagłaśnianiem praktyk z tego zakresu. Jak zauważa zapytana przez agencję Effective PR Aneta Cichla, zastępca redaktor naczelnej miesięcznika Eurobuild Central & Eastern Europe: Nagłośnienie ważnej sprawy, szczytnej idei czy właściwego celu zawsze jest potrzebne i mobilizuje innych do działania.

Poznaj efekty

O ile konieczność komunikowania praktyk CSR jest dla firm oczywista, o tyle pomiar jej efektywności już nie. Według danych agencji Effective PR, tylko ok. połowa firm monitoruje efekty swoich działań w tym zakresie. Przeszkodą są przede wszystkim brak specjalistycznej wiedzy oraz odpowiednich narzędzi, a czasami także braki kadrowe. Firmy, które mierzą efektywność komunikacji CSR robią to, aby na bieżąco kontrolować swój wizerunek, prezentować mierzalne wyniki działań w raportach CSR lub poznać opinię interesariuszy na temat realizowanych praktyk.

W zgodzie z ideą

Około 43% firm zapytanych przez Francusko-Polską Izbę Gospodarczą deklaruje posiadanie długofalowej strategii CSR wpisanej w strategię biznesową organizacji. Z kolei 38% przedsiębiorstw prowadzi jedynie działania doraźne. Poparciem tych danych mogą być wyniki analizy zgłoszeń do raportów wydawanych corocznie przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu, które wskazują na wzrost zgłoszeń praktyk długofalowych, w tym realizowanych nawet od ponad 15 czy 20 lat. Najczęściej występujące w Polsce praktyki CSR wg klasyfikacji obszarów ISO 26000 dotyczą zaangażowania społecznego oraz rozwoju społeczności lokalnej, pracy, a także ochrony środowiska naturalnego. Wśród korzyści, jakie firmy zyskują dzięki prowadzeniu praktyk CSR najczęściej wymieniana jest poprawa wizerunku organizacji (75%). Istotne są także motywowanie pracowników i tworzenie atrakcyjnego miejsca pracy oraz budowa trwałych i przejrzystych relacji z partnerami biznesowymi.

Oni odpowiadają za CSR

Za działania CSR oraz ich komunikację najczęściej odpowiada w firmach jeden dział – przede wszystkim marketingu, rzadziej PR. W strukturach działów wyodrębniane są dedykowane, najczęściej pojedyncze, stanowiska raportujące do zarządów firm lub szefów działów. Najrzadziej komunikacją CSR zajmuje się zewnętrzna agencja PR.

Linux Polska publikuje badanie na temat polskiego rynku Open Source

9 na 10 przedstawicieli polskiego sektora technologii korzysta z rozwiązań open source. Przeważa system operacyjny, ale firmy stawiają również np. na otwarte bazy danych – wynika z badania Polski Rynek Open Source 2018, przeprowadzonego przez Linux Polska w ramach konferencji Open Source Day 2018. Do największych zalet technologii otwarto źródłowych wymienionych przez respondentów należą: elastyczność, efektywność kosztowa, a także brak uzależnienia się od pojedynczego dostawcy rozwiązań IT.

Badanie Polski Rynek Open Source to pierwsza inicjatywa tego rodzaju w naszym kraju, mająca na celu ocenę wykorzystania narzędzi i oprogramowania open source na polskim rynku. Tegoroczna ankieta została przeprowadzona 23 maja, m.in. wśród specjalistów, inżynierów, menedżerów i osób zarządzających projektami IT, reprezentujących branżę teleinformatyczną, finansową, FMCG czy sektor publiczny.

Cieszymy się, że po raz kolejny możemy przedstawić unikatowe w skali kraju dane, pokazujące skalę korzystania z technologii open source przez polskie firmy, oraz wskazać na motywacje, jakie stoją za wdrożeniem tych rozwiązań. Z naszych obserwacji wynika, a badanie to potwierdza, że otwarte oprogramowanie jest nie tylko powszechnie stosowanie w wielu przedsiębiorstwach, ale też ma realny wpływ na polski biznes – zaznacza Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator konferencji Open Source Day i inicjator badania.

Systemy operacyjne nadal w czołówce

Jak wynika z opracowania, otwarte oprogramowanie jest najczęściej wykorzystywane przez polskie przedsiębiorstwa w obszarze systemów operacyjnych – odpowiedziało w ten sposób ponad 25 proc. badanych. Na drugim miejscu respondenci wskazali na stosowanie otwartych baz danych (19,4 proc).

Wyniki tegorocznego badania pokazują, że ponad 1/4 organizacji korzysta z otwartych systemów operacyjnych, ale to niejedyne zastosowanie technologii open source w biznesie. Analizując odpowiedzi respondentów, należy stwierdzić, że rozwiązania otwarto źródłowe są coraz częściej wykorzystywane jako komponenty służące do rozwoju istniejącego już oprogramowania i tworzenia autorskich rozwiązań IT. Nad otwartym oprogramowaniem pracuje wielomilionowa społeczność inżynierów i programistów na całym świecie, która dba o ulepszanie danego kodu, pracując nad wyłapywaniem ewentualnych błędów czy rozbudową funkcjonalności. Dlatego proces wdrażania nowego programu czy aplikacji z wykorzystaniem opensourcowych narzędzi, zazwyczaj odbywa się szybciej i sprawniej – komentuje Tomasz Dziedzic, Chief Technology Officer, Linux Polska.Open Source w biznesie

Przeszło co szósty ankietowany biorący udział w badaniu, korzysta z otwartych technologii
w obszarze automatyzacji (14,9 proc. badanych), czyli rozwiązań, które np. pomagają w utrzymaniu kontroli nad wdrożeniami w środowiskach centrów danych oraz tzw. kontenerów (14,6 proc. respondentów), które upraszczają proces budowania i wdrażania nowego kodu. Innym przykładem mogą być rozwiązania chmurowe (ponad 12 proc.), które cały czas zyskują na znaczeniu, co jest spowodowane, chociażby zmianami zachodzącymi w sposobie organizacji pracy i coraz większej potrzebie dostępu do danych w dowolnym miejscu i czasie.

Elastyczność przede wszystkim

Uczestnicy badania Polski Rynek Open Source 2018 wskazali, że największą zaletą otwartego oprogramowania jest jego elastyczność, czyli możliwość dostosowania tego rozwiązania do indywidualnych potrzeb organizacji, ale prawie tyle samo głosów zyskała inna, mocna strona technologii open source – brak uzależnienia się od pojedynczego dostawcy. Te dwie cechy zostały wymienione przez blisko 52 proc. respondentów. Na kolejnych miejscach uplasowały się: efektywność kosztowa (blisko 21 proc.) lub inaczej – optymalizacja kosztów, na którą mogą liczyć firmy wdrażające open source, a także wysoka jakość i bezpieczeństwo tych rozwiązań (w obu przypadkach – przeszło 13 proc.).zalety Open Source

Respondenci zapytani o największe zalety w korzystaniu z rozwiązań otwartych, na pierwszym miejscu wskazali na ich elastyczność, co nie jest zaskakujące. Szeroka dostępność, kompatybilność
z innymi systemami, także tymi zamkniętymi, stanowią największe wyróżniki narzędzi bazujących na

 

open source. Sprawiają również, że firmy, które z nich korzystają, unikają uzależnienia się od jednego dostawcy oprogramowania, a to z kolei tłumaczy, dlaczego ta zaleta technologii otwarto źródłowych przez osoby biorące udział w badaniu została wymieniona na drugim miejscu. Ankietowani zwrócili również uwagę na optymalizację kosztów, którą zapewniają rozwiązania open source. Wiele z nich udostępnianych jest bezpłatnie, ale efektywność kosztowa, o której możemy mówić w przypadku stosowania otwartego oprogramowania, nie bierze się wyłącznie z jego niższej ceny, ale z faktu wspomnianej elastyczności – zauważa Dariusz Świąder, Linux Polska.

Budowanie świadomości na temat open source nadal potrzebne

Chociaż 99 proc. badanych przyznało, że reprezentowana przez nich firma korzysta na co dzień z open source, co wskazuje na powszechność tych rozwiązań, to jednak ankietowani zwrócili uwagę na potrzebę większej edukacji w zakresie stosowania tej technologii. W rezultacie przyczyniłoby się to, do dalszego upowszechniania się rozwiązań otwartych w polskich firmach. Aż 6 na 10 badanych uważa, że można byłoby to osiągnąć poprzez zwiększenie świadomości na temat open source wśród osób decyzyjnych w przedsiębiorstwach lub poprzez budowanie świadomości na temat uwarunkowań prawnych związanych z korzystaniem z narzędzi tego rodzaju (prawie 36 proc. ankietowanych).Open Source w firmach

Z każdym rokiem obserwujemy, jak technologia open source, która obecnie jest kluczowym kierunkiem rozwoju informatyki i motorem napędowym innowacji w wielu gałęziach gospodarki, staje coraz popularniejsza w naszym kraju. Po rozwiązania otwarte sięga nie tylko biznes, ale również instytucje z sektora publicznego. Przykładem jest Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która za skuteczną implementację rozwiązań bazujących na otwartym kodzie otrzymała wyróżnienie podczas tegorocznej konferencji Open Source Day – wyjaśnia Dariusz Świąder, Linux Polska.

Jak dodaje Dariusz Świąder, wiedza o korzyściach, na które mogą liczyć firmy wdrażające open source, powinna trafić nie tylko do specjalistów z branży, a co ważne, także do osób decyzyjnych w przedsiębiorstwach, odpowiedzialnych za infrastrukturę IT, co przyznają uczestnicy badania.

Zwiększanie świadomości na temat rozwiązań otwarto źródłowych było także głównym celem przyświecającym nam przy organizowaniu pierwszej edycji konferencji Open Source Day i nie zmienił się on przez 11 lat. Dziś to wydarzenie jest największą platformą wymiany wiedzy na temat open source nie tylko w Polsce, ale i Europie Środkowo-Wschodniej.

Uczestnicy badania Polski Rynek Open Source 2018 wyrazili również chęć zdobywania praktycznej wiedzy oraz umiejętności z obszaru technologii open source. Jeżeli chodzi o ofertę szkoleń przygotowaną przez Linux Polska, ponad 60 proc. respondentów łącznie chce uczestniczyć w warsztatach z zakresu takich rozwiązań jak: EDB/PostgreSQL, Red Hat RHEL, Red Hat OpenSfhift, Splunk czy Puppet.

Pracochłonna flota sektora MŚP

Spośród wszystkich czynności związanych z obsługą służbowej floty, najbardziej pracochłonny dla firm z sektora MŚP jest nadzór nad stanem zużycia samochodów – wynika z badania zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A., jednej z czołowych na polskim rynku firm specjalizujących się w wynajmie długoterminowym pojazdów. Na konieczność utrzymywania służbowych aut w dobrej kondycji, a co za tym idzie – dbania o bieżące naprawy i obsługę techniczną – wskazuje 21,7 proc. badanych.

Pracochłonna flota sektora MŚP – infografikaRok 2017 był drugim z rzędu bardzo udanym dla całego rynku motoryzacyjnego w Polsce. Według Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu pojazdów, sprzedaż nowych samochodów osobowych osiągnęła najwyższy w tym stuleciu poziom. Z salonów wyjechało 486 tys. aut – o 17 proc. więcej niż rok temu.

Więcej samochodów, więcej obowiązków

Za dobrą koniunkturę, podobnie jak w kilku ostatnich latach, odpowiadały przede wszystkim firmy – były one nabywcami blisko 70 proc. wszystkich nowych samochodów osobowych sprzedanych w minionym roku. Na rozwój rynku motoryzacyjnego w Polsce coraz większy wpływ mają podmioty z sektora MŚP. Rosnąca liczba samochodów w mikro, małych i średnich przedsiębiorstwach oznacza jednak coraz większą liczbę obowiązków związanych z ich utrzymaniem.

Ilona Ochęduszko – Carefleet SA – Dyrektor Account Management 2 Im większa liczba samochodów w firmie, tym większe są nakłady czasu i pracy, które trzeba przeznaczyć na ich utrzymanie. Do kwestii stricte technicznych, takich jak przeglądy serwisowe, naprawy mechaniczne czy sezonowa wymiana opon dochodzą jeszcze obowiązki administracyjne – twierdzi Ilona Ochęduszko dyrektor Departamentu Account Management w Carefleet S.A. – O ile korporacje i duże przedsiębiorstwa posiadają całe działy lub pracowników dedykowanych obsłudze firmowej floty, o tyle w przypadku mniejszych  firm obowiązki te spadają na pracowników odpowiedzialnych za inne obszary funkcjonowania firmy, w tym często również na samych właścicieli – dodaje.

Nie tylko nadzór nad stanem samochodów służbowych

Oprócz konieczności utrzymania aut służbowych w dobrej kondycji, stosunkowo dużych nakładów pracy wymaga od firm z sektora MŚP również koordynacja przeglądów serwisowych oraz rozliczanie faktur związanych z eksploatacją samochodów. Na te kwestie wskazało odpowiednio 13,4 i 13,2 proc. respondentów, którzy wzięli udział w badaniu. Ankietowani zwracali również uwagę m.in. na pracochłonność działań administracyjnych związanych z obsługą floty, takich jak rejestracje i ubezpieczenia (11,1 proc.) czy koordynacja napraw szkód komunikacyjnych (6,2 proc.). Jak twierdzi Ilona Ochęduszko, duże nakłady pracy i czasu, jakie należy poświęcić na obsługę samochodów służbowych, sprawiają, że coraz częściej przedsiębiorcy z sektora MŚP zlecają te zadania wyspecjalizowanym firmom zewnętrznym.

Właściciele małych i średnich firm traktują samochody służbowe w kategorii narzędzi pracy. Powinny być ekonomiczne, funkcjonalne i generować jak najmniej dodatkowej pracy. Dlatego też z roku na rok coraz większą popularnością cieszy się outsourcing usług związanych z zarządzaniem flotą – mówi Ilona Ochęduszko. – Wśród nich możemy m.in. wymienić obsługę techniczną pojazdów, sezonową wymianę i przechowywanie opon, likwidację szkód komunikacyjnych, karty paliwowe czy wsparcie w kwestiach związanych z administracją firmowej floty – dodaje.

Sektor MŚP coraz bardziej otwarty na wynajem

W ostatnich latach coraz większą popularność w sektorze MŚP zyskuje wynajem długoterminowy – rozwiązanie,  które łączy w sobie atrakcyjne finansowanie samochodu z szerokim zakresem usług z obszaru zarządzania flotą. Jeszcze kilkanaście lat temu z rozwiązania tego korzystały przede wszystkim korporacje i duże przedsiębiorstwa. Obecnie, jak wynika z badania zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A., 19,6 proc. mikro, małych i średnich firm w Polsce finansuje samochody służbowe w formie wynajmu długoterminowego. To niemal o 15 proc. więcej niż w 2009 roku.

Sztuczna inteligencja potrzebuje człowieka

Według jednego z największych umysłów współczesnych czasów, zmarłego w marcu Stephana Hawkinga, głównym wyzwaniem związanym ze sztuczną inteligencją jest sposób kontrolowania jej przez człowieka. Obawy dotyczące tej technologii potwierdzają wyniki badania SAS, w których niespełna połowa (47%) respondentów stwierdziła, że czuje się komfortowo, współpracując z firmami korzystającymi z AI. Twórcy rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję zwracają uwagę na fakt, że wymagają one nadzoru specjalistów, którzy wezmą odpowiedzialność za ich działanie.

(2 lipca 2018 r.) – Mimo że matematyczne modele sieci neuronowych opracowano w latach 40-tych ubiegłego wieku, analitycy musieli pokonać wiele przeciwności zanim algorytmy AI zaczęły prześcigać człowieka w coraz to nowych dyscyplinach. Wciąż trudno mówić o istnieniu sztucznej inteligencji, której sposoby „myślenia” byłyby choćby zbliżone do ludzkich. Obecnie AI jest wykorzystywana w ściśle określonych obszarach. Przykładowo system, który nauczył się gry w szachy nie będzie umiał postawić pasjansa. Zdaniem Daniela Dennetta niekontrolowany rozwój sztucznej inteligencji mógłby doprowadzić do utraty przez ludzi zdolności rozumienia. Amerykański filozof i kognitywista, zajmujący się m.in. ewolucją umysłu, twierdzi, że AI powinna być narzędziem, a nie kolegą. W jego opinii, gdy pozwolimy maszynie mieć swoje własne plany, cele, dążenia, może się okazać, że zacznie prowadzić działania, które będą dla nas niekorzystne lub których sobie nie życzymy.

Inwestycje w AI mimo obaw

Wiele obaw związanych ze sztuczną inteligencją wynika z braku zrozumienia, czym jest ta technologia, jaki jest stopień jej zaawansowania i jak wiele możemy od niej oczekiwać. Eksperci SAS, lidera analityki biznesowej i rozwiązań z zakresu AI, zwracają uwagę na fakt, że technologia ta potrzebuje bardzo dużej ilości danych oraz mocy obliczeniowej, niezbędnej do ich przetworzenia – dlatego efekty jej działania obserwujemy dopiero od kilku lat. To człowiek zasila system informacjami i wprowadza parametry wejściowe. Na obecnym etapie rozwoju sztuczna inteligencja nie wyręczy go we wszystkich procesach decyzyjnych. Natomiast niezwykle prawdopodobne jest, że w przyszłości będzie nas wspierać w czynnościach, które sami uznamy za uciążliwe lub nudne, jak np. tłumaczenia (namiastką czego jest obecnie Google Translate).

Obawy związane ze sztuczną inteligencją nie wstrzymują jej rozwoju. Zgodnie z przewidywaniami ośrodka badawczego Markets & Markets, w latach 2017 – 2023 wartość technologii opartej na sztucznej inteligencji będzie rosła o około 36% rok do roku.

Jak zapanować nad sztuczną inteligencją

Specjaliści z SAS wskazują 3 kroki, które pozwolą zapanować nad sztuczną inteligencją.

  1. Zapewnienie dobrej jakości danych – algorytmy sztucznej inteligencji są tworzone w oparciu o dane. Jeżeli jest ich zbyt mało lub są nieprawdziwe, system będzie prezentował błędne rezultaty. Analitycy muszę również brać pod uwagę, że ktoś, celowo lub przypadkiem, zasili system fałszywymi informacjami, przez co wpłynie na działanie algorytmów AI.
  2. Odpowiedni nadzór – projekty związane ze sztuczną inteligencją wymagają stworzenia odpowiedniej polityki i ustalenia, kto będzie sprawował nad nimi nadzór. Algorytmy AI wymagają regularnych audytów m.in. po to, aby upewnić się, że nie stały się one tendencyjne.
  3. Przewidywanie skutków działania sztucznej inteligencji – algorytmy sztucznej inteligencji rozwijają się same na podstawie analizy dostarczonych danych. Jednak bieżąca kontrola może być niewystarczająca. Należy upewnić się, że systemy wykorzystujące AI działają nie tylko efektywnie, ale dbają również o jakość, postępują zgodnie z zasadami etyki, a cele, które przed nimi stawiamy wzajemnie się nie wykluczają.

Przyszłość sztucznej inteligencji

Potrzebę zapanowania nad sztuczną inteligencją dostrzegają również władze międzynarodowe. Do końca 2018 roku Komisja Europejska przygotuje kodeks etyki, który ma obowiązywać organizacje rozwijające sztuczną inteligencję. Nie oznacza to jednak spowolnienia prac nad AI. Władze Unii Europejskiej chcą, aby do końca 2020 roku nakłady na badania i innowacje w sektorze publicznym i prywatnym dotyczące sztucznej inteligencji zwiększyły się o co najmniej 20 mld euro.

Ogromne inwestycje w sztuczną inteligencję nie mogą dziwić, gdyż korzyści wynikające z wykorzystania tej technologii są nie do przecenienia m.in. automatyzacja procesów czy poprawa jakości i personalizacja kontaktu z klientem (tzw. Customer Intelligence). Przykładem pierwszego zastosowania jest eksperyment przeprowadzony w Chinach, polegający na uruchomieniu fabryki prawie w całości obsługiwanej przez roboty. Projekt okazał się sukcesem, gdyż w placówce odnotowano mniej błędów i wzrost wydajności. Innym ważnym obszarem zastosowania AI jest medycyna, gdzie już dziś maszyna jest w stanie wykrywać na zdjęciach diagnostycznych różne formy nowotworu ze skutecznością dorównującą doświadczonym radiologom.

Źródło: 3 essential steps for AI ethics

629% wzrost w kategorii złośliwego oprogramowania do kopania kryptowalut

Już nie tylko ataki ransomware, kradzieże danych i oszustwa są dla cyberprzestępców źródłem kryptowalut. Coraz częściej stosują cryptojacking, czyli wykorzystanie do kopania wirtualnej waluty mocy obliczeniowej komputera łączącego się z zainfekowaną stroną. Liczba próbek złośliwego oprogramowania typu coin miner wzrosła w pierwszym kwartale 2018 roku o 629%, osiągając rekordowy poziom 2,9 miliona, wynika z najnowszego raportu McAfee Labs (McAfee Labs Threats Report: June 2018).

Cryptojacking to szybszy, łatwiejszy i mniej ryzykowny niż dotychczasowe sposób na pozyskanie kryptowaluty, twierdzą eksperci McAfee. Cyberprzestępcy coraz sprawniej przechwytują przeglądarki swoich ofiar, infekują ich systemy i w ten sposób potajemnie wydobywają kryptowaluty, np. Bitcoiny. To oznacza, że generują zyski bez angażowania stron trzecich w monetyzację działań przestępczych.

– Cyberprzestępcy robią wszystko, by zmaksymalizować swoje zyski – mówi Arkadiusz Krawczyk, Country Manager w McAfee Poland. – W ostatnich kwartałach zauważyliśmy przejście od klasycznego modelu kradzieży danych do ataków ransomware, czyli metody o wiele skuteczniejszej. Wzrost wartości wirtualnej waluty powoduje, że przestępcy skupiają się na cryptojackingu i kradzieżach kryptowaluty. Musimy pamiętać, że cyberprzestępczość to biznes, więc mechanizmy rynkowe będą nadal kształtować kierunki obierane przez graczy w tym sektorze – dodaje Krawczyk.

Raport McAfee Labs Threats Report: June 2018 ujawnia także, że w I kwartale 2018 roku w każdej sekundzie na świecie pojawiało się pięć nowych próbek złośliwego oprogramowania.

– W kwartale tym roku mieliśmy do czynienia z nowymi, skomplikowanymi kampaniami cyberprzestępców, które uderzały w użytkowników i systemy biznesowe na całym świecie – tłumaczy Raj Samani, Chief Scientist w McAfee. – Przestępcy wykazali się zadziwiająco wysokim poziomem technicznej sprawności i innowacyjności pod względem używanych narzędzi i taktyk.

Do najbardziej znanych kampanii cyberprzestępczych zaliczyć można działania grupy Lazarus służące kradzieży Bitcoina (kampania phishingowa HaoBao), atak na organizacje zaangażowane w Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pjongczang w Korei Południowej oraz operację GhostSecret, która objęła sektor medyczny, finansowy, rozrywkowy i telekomunikacyjny.

Incydenty bezpieczeństwa w różnych sektorach gospodarki:

McAfee Labs naliczył w I kwartale 2018 roku 313 publicznie ujawnionych incydentów, co stanowi wzrost o 41% w porównaniu z IV kwartałem 2017.

• Sektor medyczny. Liczba ujawnionych incydentów w branży medycznej wzrosła o 47%. Cyberprzestępcy nadal korzystali z ransomware SAMSA. W wielu przypadkach szpitale były zmuszone do zapłacenia okupu.
• Edukacja. Liczba incydentów w sektorze edukacyjnym wzrosła o 40%, a ransomware było główną metodą w atakach na szkoły i inne instytucje oświatowe.
• Finanse. Liczba ujawnionych incydentów wzrosła o 39%, obejmując regularne ataki na systemy bankowe SWIFT.

PPE na oku aktywnych pracodawców

Trwające prace oraz dyskusja nad Pracowniczymi Planami Kapitałowymi (PPK), w której tle notujemy kolejne rekordowo niskie notowania stopy bezrobocia, wzmagają zainteresowanie Pracowniczymi Programami Emerytalnymi (PPE). Dodatkowo z informacji płynących z rynku wynika, że znacząco rośnie rola benefitów pracowniczych w procesie rekrutacyjnym oraz wzmacnianiu lojalności już zatrudnionych pracowników. PPE już od blisko 20 lat są elementem portfela benefitów w firmach, a obecnie ich rola rośnie. Stają się nie tylko ważnym narzędziem w walce o nowych rekrutów, ale także dostarczają mocnych argumentów przemawiających za pozostaniem w obecnym miejscu pracy.

Z szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w maju w Polsce stopa bezrobocia zanotowała kolejne minimum osiągając 6,3%[1]. Byłby to już dziewiąty kolejny miesiąc ze stopą bezrobocia poniżej 7%. To wynik nienotowany od 1990 r. i jednocześnie impuls dla pracodawców do wzbogacania pakietu benefitów, by wyróżnić się wśród konkurencji.

„Niska stopa bezrobocia w dużym stopniu przekłada się na efektywność procesu rekrutacyjnego. W branży HR coraz śmielej mówi się o rynku pracownika i trudno się temu dziwić przy takich statystykach. Najtrudniejszy proces rekrutacyjny dotyczy oczywiście specjalistów, ale z rynku docierają już sygnały o problemach również
w rekrutacji np. pracowników podstawowego szczebla. W takich okolicznościach wzrasta ranga benefitów pozapłacowych, które mogą pomóc przyciągnąć potencjalnych kandydatów do pracy, szczególnie tych najbardziej wykwalifikowanych. Spośród nich jedną z najciekawszych opcji jest m.in. dodatkowa prywatna emerytura opłacana przez pracodawcę czyli tzw. programy PPE. Jest nimi obecnie objętych ok. 2,4% wszystkich pracujących w Polsce. PPE mają zatem wciąż duży potencjał do wzrostu i do wyróżnienia firmy na tle reszty rynku. Na PPK według wszystkich znaków na niebie i ziemi jeszcze poczekamy, natomiast PPE pozwala już teraz wzbogacić pakiet benefitów pozytywnie oddziaływując na proces rekrutacyjny w firmie”
– mówi Przemysław Gawlak, dyrektor sprzedaży produktów emerytalnych Esaliens Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych.

PPE to element trzeciego filaru systemu emerytalnego i jednocześnie szansa na dodatkową emeryturę dla pracownika, niezależną od ZUS czy OFE. Składki, które pracodawca w ramach PPE odprowadza co miesiąc na rzecz pracownika są zwolnione z obowiązkowych danin na ubezpieczenie społeczne, a dodatkowo koszty związane z prowadzeniem programu są dla pracodawcy kosztem uzyskania przychodu. Przywileje podatkowe dotyczą również samego pracownika, który jest zwolniony z podatku od zysków w przypadku wypłaty środków na emeryturze. Dodatkowo, środki zgormadzone w ramach PPE mogą być dziedziczone przez najbliższych pracownika, w przypadku jego śmierci. Nad każdym z prowadzonych PPE nadzór sprawuje Komisja Nadzoru Finansowego.

Póki prace nad PPK trwają, można śmiało korzystać z PPE – już funkcjonującego
i efektywnego rodzaju oszczędzania na emeryturę. Eksperci pracujący nad PPK obserwują bacznie rynek Pracowniczych Programów Emerytalnych i czerpią z niego inspirację dopracowując PPK. Na portalu Rządowego Centrum Legislacji opublikowano pod koniec maja nowy projekt ustawy o PPK. Zawiera on szereg zmian, które stanowią odpowiedź na komentarze zgłaszane przez przedstawicieli rynku finansowego.

„Nowe propozycje zmian do ustawy o PPK idą właśnie w kierunku pracowników szczebla podstawowego. Wedle najnowszego projektu zmianom miałyby ulec stawki, które mają być uzależnione od wysokości pensji. Wszystko po to, aby oprócz świetnie zarabiających specjalistów do PPK przekonać nawet pracowników o najskromniejszych zarobkach. Mieliby oni wpłacać na PPK preferencyjną stawkę, obniżoną nawet do 0,5% wynagrodzenia. Natomiast Ci, których przychody z tytułu pracy przekroczą 2100 PLN zapłacą stawkę na poziomie 2%. Dodatkowo ustawodawca proponuje, ale dodać zapis w ustawie chroniący zgromadzone pieniądze. Będą one stanowiły prywatną własność uczestnika. To z kolei ma uchronić pieniądze przed losem oszczędności zgromadzonych w OFE. Nowy projekt zmian w ustawie zawiera także wiele zmian związanych z niższymi opłatami dla oferujących, większym bezpieczeństwem środków czy wydłużonym okresem ponownego zapisu pracowników. Wszystko to ma na celu uczynienie projektu bardziej elastycznym i dostosowanym do potrzeb rynku” – wyjaśnia Przemysław Gawlak.

[1] https://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/zatrudnienie-i-przeciwdzialanie-bezrobociu/art,9993,6-1-wynioslo-bezrobocie-w-maju.html

Waluty CEE ponownie znalazły się pod presją

Ostatni tydzień był dość zmienny dla euro i dolara amerykańskiego. Dolar umacniał się ze względu na ogarniającą rynki niechęć do ryzyka.

Wynikało to z wiadomości o tym, że prezydent Trump rozważa kolejne „sankcje” względem Chin, dokładniej wprowadzenie ograniczeń na chińskie inwestycje. Natomiast osłabienie euro zostało spowodowane niepokojem, że brak zgody na ostateczną wizję polityki migracyjnej w Niemczech skaże na porażkę koalicję rządową pod przewodnictwem kanclerz Merkel. Pod koniec tygodnia okazało się, że porozumienie zostało jednak osiągnięte, co sprawiło, że euro zmieniło swój krótkookresowy trend, wracając do poziomu jeszcze z początku tygodnia. Podobnie zachowywał się funt brytyjski.

Z kolei „przegranym tygodnia” był dolar nowozelandzki, który osłabł o 2% w reakcji na obawy, które bank centralny wyraził w kwestii temat perspektyw gospodarczych kraju.

W tym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na raport o rynku pracy w Stanach Zjednoczonych, który zostanie opublikowany w piątek. Brytyjską walutę mogą potencjalnie wesprzeć indeksy PMI o aktywności biznesowej, które ujrzą światło dzienne w pierwszej połowie tygodnia. We wtorek natomiast spotkają się banki centralne Australii oraz Szwecji.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem w relacji do głównych walut. PLN dołączył do innych walut CEE, które traciły z uwagi na wzrost obaw na rynku i siłę dolara. Obok forinta węgierskiego był jedną z najchętniej wyprzedawanych walut regionu, w czym na pewno nie przeszkadzała relatywnie wysoka płynność na parze EUR/PLN.

Ubiegły tydzień nie obfitował w istotne dane z Polski. Poniedziałkowy odczyt potwierdził, że w maju mieliśmy do czynienia z wyraźnym spadkiem bezrobocia – stopa bezrobocia spadła wtedy do poziomu 6,1%.

Poza dzisiejszymi danymi, które pokazały wyraźny wzrost aktywności w sektorze przemysłowym i nieco niższą od oczekiwanej inflację, bieżący tydzień nie przyniesie istotnych informacji z Polski. Dla polskiego złotego oprócz danych z głównych gospodarek znaczenie będzie miała kwestia zmian sentymentu do ryzyka i rynków wschodzących.

GBP

Ostatni tydzień nie obfitował w istotniejsze publikacje gospodarcze, zabrakło również wieści o stanie negocjacji ws. Brexitu. Tym samym zmiany kursu funta brytyjskiego względem walut innych niż euro były blisko związane z wahaniami wspólnej europejskiej waluty.

W tym tygodniu największy wpływ na szterlinga będą miały nowe indeksy aktywności biznesowej PMI. Jesteśmy zdania, że w obliczu ogólnie silniejszego charakteru brytyjskiej gospodarki istnieje spora szansa, że wskaźniki pójdą w górę. Jeżeli tak się stanie, spodziewamy się sporego umocnienia funta względem zarówno euro jak i dolara.

EUR

Zaskakujące porozumienie Unii Europejskiej w sprawie migracji dostarczyło wspólnej walucie długo oczekiwanego wsparcia. Niemniej, już w niedzielę wieczorem członkowie bawarskiej Unii Chrześcijańsko-Społecznej (CSU) domagali się, aby zarejestrowani w innych krajach migranci byli odsyłani z powrotem na granicy kraju (co stanowiłoby złamanie traktatu z Schengen). CSU groziło również zerwaniem koalicji rządowej. W tym tygodniu nie doświadczymy zbyt wielu nowych informacji o polityce ani gospodarce strefy euro, z wyjątkiem zaplanowanych na wtorek danych o zamówieniach dóbr przemysłowych w Niemczech. Tym samym za zmiany kursu odpowiedzialne będą wieści polityczne.

USD

Dane gospodarcze w USA są od kilku tygodni słabsze niż zakładano. Jest nadal za wcześnie, aby przypisywać temu jakieś większe znaczenie. Niemniej, brak odzwierciedlenia słabszej sytuacji gospodarczej Stanów Zjednoczonych w kursie USD oznacza, że dolar jest wyeksponowany na wszelkie potencjalnie negatywne niespodzianki, które mogą wyniknąć z zaplanowanego na piątek raportu o rynku pracy. Konsensus zakłada bowiem, że dane liczbowe znów będą dobre. W czwartek, co równie istotne, opublikowane zostaną minutki z ostatniego spotkania Rezerwy Federalnej.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Ponowny wzrost PMI, ale optymizm gorszy

W czerwcu 2018 r. PMI polskiego przemysłu wyniosło 54,2, co było odczytem wyższym zarówno w porównaniu z poprzednim miesiącem (53,3), jak i oczekiwaniami rynkowymi (53,1). Czerwcowy odczyt był najwyższy od stycznia br. i wydłużył bieżącą tendencję wzrostową do 45 miesięcy z rzędu.

Wzrost produkcji w czerwcu był konsekwencją wzrostu liczby nowych zamówień, który był najsilniejszy od 4 miesięcy. Ankietowane firmy wskazywały szczególnie na dobry popyt krajowy, podczas gdy liczba nowych zamówień z zagranicy nieznacznie wzrosła po majowym spadku.

Nowe zamówienia spowodowały chęć zwiększania zatrudnienia. Zatrudnienie w czerwcu 2018 r. wzrosło w najszybszym tempie od kwietnia 2017 r. i był to jeden z najsilniejszych wyników od początku badań zapoczątkowanych 20 lat temu. Niemniej jednak zaległości produkcyjne dalej rosły, a opóźnienia w dostawach wydłużały się.

IHS Markit w raporcie za czerwiec 2018 r. zwraca także uwagę na rosnące presje cenowe, bowiem koszty produkcji w przemyśle osiągnęły najwyższy poziom od kwietnia 2011 r. Główną przyczyną są rosnące ceny metali.

Prognozy na kolejne 12 miesięcy pozostawały dobre, co przedsiębiorcy argumentowali spodziewanym wzrostem produkcji i nowych zamówień oraz bardziej wydajnymi maszynami. Niemniej jednak poziom optymizmu osłabł do najniższego poziomu od 19 miesięcy, co naszym zdaniem potwierdza obawy dotyczące utrzymania wysokiego tempa wzrostu polskiej gospodarki.

Piotr Ludwiczak, Zarządzający funduszem, Michael/Ström Dom Maklerski

Nowe propozycje Komisji Europejskiej dotyczące regulacji podatku od działalności cyfrowej

Na początku marca 2018 r. Komisja Europejska zaproponowała nowe rozwiązania mające na celu opodatkowanie działalności cyfrowej w sprawiedliwy i zrównoważony sposób na terenie całej Unii Europejskiej. Pomysłodawcy projektu zauważyli, że rozwój przedsiębiorstw opartych na działalności cyfrowej, takich jak media społecznościowe czy dostarczanie treści za pomocą Internetu, ma ogromny wpływ na gospodarkę unijną. Obecnie aż 9 z 20 największych pod względem kapitalizacji firm stanowią przedsiębiorstwa cyfrowe – dziesięć lat temu była to jedna taka firma. Obowiązujące przepisy podatkowe nie są dostosowane do rzeczywistej sytuacji na rynku, ponieważ nie uwzględniają nowych sposobów generowania zysków w cyfrowym świecie, a także ogromnej roli, jaką odgrywają w tym procesie użytkownicy. Zastosowanie rozwiązań zaproponowanych przez Komisję Europejską ma być odpowiedzią na powyższe problemy.

Wspólna reforma unijnych przepisów

Unijne propozycje zawierają dwa odrębne projekty dyrektyw. Pierwsze z zaproponowanych rozwiązań to wspólna reforma unijnych przepisów dotyczących podatku od osób prawnych z tytułu działalności cyfrowej. Komisja Europejska wskazuje, że zyski powinny być opodatkowywane w miejscu, w którym są generowane, a zatem tam, gdzie przedsiębiorstwa utrzymują interakcje z użytkownikami za pośrednictwem kanałów cyfrowych. Wyznacznikiem położenia źródła dochodów byłoby zatem miejsce, w którym użytkownik znajduje się w okresie korzystania z usługi, a nie, jak dotychczas, miejsce rejestracji podmiotu zapewniającego wirtualne usługi. Nowe przepisy umożliwiłyby państwom członkowskim opodatkowanie zysków generowanych na ich terytorium, nawet jeżeli dane przedsiębiorstwo nie posiadałoby fizycznie siedziby na ich terytorium. W związku z tym Komisja proponuje wprowadzenie definicji „obecności cyfrowej”, czyli wirtualnego, stałego miejsca prowadzenia działalności w państwie unijnym.

Aby podlegać opodatkowaniu w danym państwie, platforma cyfrowa musi spełniać jeden z trzech warunków: jej roczne przychody uzyskane w danym państwie członkowskim przekraczają 7 mln euro, liczba użytkowników w danym państwie członkowskim wynosi ponad 100 tys. użytkowników w danym roku podatkowym lub pomiędzy danym przedsiębiorstwem a jego użytkownikami biznesowymi dochodzi do zawarcia ponad 3 tys. umów o usługi cyfrowe w ciągu roku podatkowego.

Ponadto zaproponowane rozwiązania mają zmienić mechanizm podziału zysków pomiędzy państwami członkowskimi, aby lepiej odzwierciedlać możliwości tworzenia przez przedsiębiorstwa wartości w Internecie. W konsekwencji nowy system zapewni rzeczywisty związek między miejscem, w którym wypracowywane są zyski, a miejscem, w którym podlegają one opodatkowaniu. Środek ten mógłby ostatecznie stać się częścią wspólnej skonsolidowanej podstawy opodatkowania osób prawnych (CCCTB). Jednakże problem w tym, że państwa członkowskie już od wielu lat nie mogą wypracować wspólnego stanowiska w tej sprawie, ponieważ niektóre z nich mogłyby sporo na tym stracić.

Tymczasowy podatek od niektórych przychodów z działalności cyfrowej

Druga propozycja przedstawiona przez Komisję Europejską jest w założeniu rozwiązaniem łatwiejszym do zaakceptowania zarówno przez państwa członkowskie, jak i same przedsiębiorstwa, ale za to jedynie tymczasowym. Projektowany system będzie miał więc zastosowanie wyłącznie do czasu wdrożenia kompleksowych reform. Jest on odpowiedzią na działania kilku państw członkowskich, które samodzielnie poszukiwały rozwiązań gwarantujących sprawiedliwy podział zysków generowanych z wirtualnych usług świadczonych na ich terytorium.

Komisja proponuje wprowadzenie podatku pośredniego, który miałby zastosowanie do przychodów osiąganych z określonych rodzajów działalności cyfrowej, które obecnie całkowicie wymykają się ramom podatkowym. W projekcie wskazuje się, że chodzi w szczególności o przychody, w których centralną rolę odgrywają użytkownicy. Przykładem takiej działalności jest sprzedaż przestrzeni reklamowej w Internecie, działalność w zakresie pośrednictwa internetowego, która zapewnia użytkownikom możliwość interakcji z innymi użytkownikami i może ułatwiać im zawieranie ze sobą transakcji sprzedaży towarów i usług, czy sprzedaż danych generowanych w oparciu o informacje przekazane przez użytkowników. W projekcie przewidziane są oczywiście mechanizmy mające na celu złagodzenie możliwości podwójnego opodatkowania.

Dochody z tego podatku zasilałyby państwo członkowskie, w którym znajdują się użytkownicy, a podatkiem obciążone byłyby wyłącznie przedsiębiorstwa, które w skali globalnej osiągają łączne roczne przychody w wysokości 750 mln euro, a w skali Unii Europejskiej – 50 mln euro. Takie progi finansowe sprawiają, że podatek nie obciąży mniejszych przedsiębiorstw typu startup. Z szacunkowych wyliczeń wynika, że przy ustaleniu stawki tego podatku na poziomie 3% mógłby on przynieść państwom członkowskim wpływy na poziomie 5 mld euro rocznie.

Wprowadzenie tego podatku byłoby bardzo korzystne dla państw członkowskich – z uwagi na swój charakter zacząłby on niemal natychmiast generować dochody. Przysporzyłby on jednak zmartwień cyfrowym przedsiębiorcom.

Warto pomyśleć o przyszłości przedsiębiorstwa już dziś

Wnioski legislacyjne Komisji Europejskiej w niedługim czasie zostaną przedstawione Parlamentowi oraz Radzie Unii Europejskiej. Gdyby proponowane zmiany weszły w życie, niewątpliwie zrewolucjonizowałyby one sposób opodatkowania przychodów osiąganych przez osoby prawne. Przedsiębiorcy prowadzący cyfrowy biznes powinni nie tylko czujnie monitorować proces, ale już dziś przygotować się na zwiększenie obciążeń podatkowych. Jeśli zaś uniknięcie nadmiernego obciążenia fiskalnego jest decydujące dla funkcjonowania i rozwoju biznesu oraz dalszych inwestycji danego przedsiębiorcy, powinien on rozważyć skorzystanie z usług planowania podatkowego. Odpowiednio wykwalifikowani specjaliści zawsze pomogą przeanalizować indywidualne potrzeby danego przedsiębiorcy i zaproponują najkorzystniejsze rozwiązanie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Kiedy drony będą dostarczać zakupy? Eksperci: Nie tak szybko

Wykorzystanie dronów do przesyłania towarów byłoby zastrzykiem energii dla e-commerce. Jednak tego typu usługa nie pojawi się zbyt szybko. Najpierw nowa technologia musi przejść testy bezpieczeństwa. Potem będzie trzeba znowelizować przepisy ruchu lotniczego. Do zmian powinna przystosować się też branża logistyczna. Według specjalistów, potrzeba na to kilku lat, sporo nakładu finansowego oraz wysiłku wielu ludzi. Oferta szybkich dostaw bezpośrednio do odbiorcy brzmi fantastycznie, tylko nie wszędzie się sprawdzi. Dla przykładu, w gęstej zabudowie trudno byłoby wylądować z zakupami. Trzeba też liczyć się z wysokim kosztem takiej obsługi. Dlatego na razie to potencjalna nowość wyłącznie dla biznesu i osób bardzo zamożnych. Dopiero w dalszej przyszłości może stać się dostępna dla zwykłego Kowalskiego.

Liczy się bezpieczeństwo

E-handel i branża logistyczna liczą na wykorzystanie dronów do transportu przesyłek. Usługi testują takie firmy, jak Amazon, Google (Alphabet), DHL czy Walmart. Niewątpliwą zaletą powietrznych dostaw jest możliwość ominięcia zakorkowanych ulic i dotarcie bezpośrednio do klienta. Produkty można wysyłać bezpośrednio z magazynu z pomięciem etapów pośrednich – przekazania do hubu regionalnego, a następnie do kuriera. Zdaniem Macieja Ptaszyńskiego, dyrektora generalnego Polskiej Izby Handlu, nowe rozwiązania mogą pojawić się w Polsce, jednak będą wymagały reorganizacji zarządzania przestrzenią powietrzną.

– Brakuje prawodawstwa regulującego ruch dronów, szczególnie ich poruszania się nad miastami i gęsto zaludnionymi oraz zabudowanymi aglomeracjami. To nie tylko kwestia przelotów, ale także ochrony przed atakiem terrorystycznym. Dron może być wymarzonym narzędziem dla tego typu przestępców. Poza opracowaniem odpowiednich przepisów czekamy też na rozwiązania techniczne, pozwalające na unikanie sytuacji niebezpiecznych, np. zderzeń z ptakami. A to wszystko potrwa jakiś czas. Wcześniej na krajowym rynku pojawią się autonomiczne paczkomaty, czyli samoobsługowe pojazdy rozwożące towary – twierdzi Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Bezpieczeństwo zawsze jest priorytetem w przypadku przejazdów i lotów bez kontroli człowieka. W kwestii samosterujących pojazdów osiągnięto ogromny postęp, ale wprowadza się je ostrożnie, bo to jest faza mocno testowa. Transport dronami stawia jeszcze większe wyzwania. Obok minimalizacji zagrożeń w powietrzu i na ziemi, trzeba zorganizować logistykę i infrastrukturę.

– Problemem pozostaje lokalizacja dostaw. Tam, gdzie mamy do czynienia z rozproszoną zabudową jednorodzinną, można wylądować w pobliżu posesji. Przedsiębiorstwa prawdopodobnie też sobie poradzą, np. tworząc lądowiska na dachach swoich biurowców. Jednak w Polsce mamy liczne, często gęsto zabudowane aglomeracje. Na osiedlach brakuje miejsca nawet na drobne rzeczy, a co dopiero na obiekty latające. W najbliższej przyszłości będzie to kolejne ograniczenie dla tych nowatorskich usług – komentuje Maciej Ptaszyński.

Według Sebastiana Starzyńskiego, nowe usługi łatwiej będzie wprowadzić w Stanach Zjednoczonych, ze względu na duży udział wolnostojących domów. Ekspert dodaje natomiast, że operacje magazynowe nie będą wymagały zdecydowanych zmian. Paczki w e-commerce są już kompletowane jednostkowo, zgodnie z zamówieniami odbiorców. Zatem nie ma znaczenia, czy produkty będą pakowane do ciężarówek, czy bezpośrednio do dronów. Sam sposób dystrybucji się nie zmieni.

Transport przyszłości

– Perspektywy rozwoju są, ale wiele zależy od tego, czy drony będą podróżować całkowicie samodzielnie, czy pozostaną pod kontrolą operatorów sterujących rejsami. W tym drugim przypadku musimy zadbać o przygotowanie wyszkolonych kadr, a na razie ich nie mamy. Będą też potrzebne kanały komunikacji do wymiany operacji między ludźmi a obiektami w powietrzu. Nawet sto niewielkich statków powietrznych nad miastem już wymaga sporego nadzoru. Nie mamy jeszcze doświadczeń z ich działaniem, szczególnie przy dużej skali lotów – uważa dyrektor generalny PIH.

Z kolei Sebastian Starzyński sądzi, że w perspektywie 5 czy 10 lat mamy realne możliwości rozwinięcia nowej formy transportu. Czas ten wynika przede wszystkim z konieczności pokonania barier regulacyjnych i przyciągnięcia klientów. Prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA podkreśla, że odpowiednie ustawy pojawią się dopiero po tym, jak nowości staną się w pełni bezpieczne i praktyczne. Urządzenia muszą być w pełni autonomiczne i reagować na zagrożenia. Powinna też wzrosnąć wydajność baterii i silników. Dopiero wtedy nastąpi masowe wdrożenie. Pojawią się np. małe lądowiska na dachach lub na skwerkach. Maszyny latające będą mocno konkurować z samoobsługowymi samochodami, których koszt zakupu i utrzymania będzie znacznie niższy.

– Na razie trudno przypuszczać, że klienci będą zamawiać lotnicze dostawy pizzy lub urodzinowego tortu. Aktualnie jednostkowe koszty dostawy są wyższe, niż w przypadku tradycyjnych środków transportu. Dlatego w początkowej fazie rozwoju będą to usługi dość ekskluzywne, przeznaczone dla firm i osób zamożnych. Tym bardziej, że pojawią się dodatkowe inwestycje, związane z infrastrukturą logistyczną czy wyznaczeniem stref odbioru na osiedlach. Ale biznes już mógłby korzystać z możliwości np. zamawiania krytycznych podzespołów lub części do produkcji – informuje Maciej Ptaszyński.

Pomysł na zastosowanie maszyn latających do przenoszenia towarów jest bardzo atrakcyjny z punktu widzenia branży e-commerce. Sebastian Starzyński zapewnia, że wraz z udoskonalaniem urządzeń i obniżeniem cen energii elektrycznej, drony staną się bardziej powszechne. Będą w stanie realizować nawet najdrobniejsze zlecenia. Wybrane produkty spożywcze będą dostarczane drogą powietrzną maksymalnie w ciągu kilkudziesięciu minut. Zniknie zatem konieczność samodzielnego udawania się do sklepów. Wystarczy aplikacja dla klientów, szybka konfekcja w lokalnym magazynie i błyskawiczny transport.

Sprawdź pozycje funduszy lewarowanych na indeksie dolara oraz EURUSD

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

EURUSD – fundusze lewarowane

Według ostatniego raportu COT duzi gracze w dalszym ciągu powiększają swoją krótką pozycję w euro. W poprzednim tygodniu w portfelu funduszy lewarowanych przybyło 3 260 krótkich pozycji oraz zostało zamkniętych 1 491 pozycji długich. Jest to bardzo niedźwiedzi wydźwięk dla notowań euro względem dolara amerykańskiego.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Admiral Markets

Linia netto pozycji (pozycje długie – krótkie) spada systematycznie od końca lutego bieżącego roku kalendarzowego. Aczkolwiek zawdzięczaliśmy to głównie redukcji długich pozycji. Dopiero pod koniec kwietnia fundusze lewarowane zaczęły dobierać coraz więcej pozycji krótkich, zatem obecny ruch może jeszcze potrwać. Linia pozycji netto na tle historycznym w dalszym ciągu znajduje się na wysokim poziomie.

Pomimo tego, że analiza raportu COT wskazuję na przewagę niedźwiedzi, to analiza techniczna wskazuje na możliwość mocniejszego odbicia. Na interwale dziennym para walutowa EURUSD już po raz trzeci odbiła się od poziomu wsparcia 1.148-1.155, aczkolwiek każdy impuls wzrostowy był słabszy, co może oznaczać siłę sprzedających.

Gdyby doszło do przebicia wsparcia, to celem sprzedających byłby poziom 1.128. Z drugiej strony stoją kupujący, którzy starają się obronić wsparcie. Gdyby im się udało, to ich celem stanie się opór w okolicy 1.178.

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Zatem co dalej? Czy dolar amerykański w dalszym ciągu będzie się umacniał? Według pozycjonowania się funduszy lewarowanych na indeksie dolara większe prawdopodobieństwo leży po stronie byków.

dxy cot

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie zobrazowano indeks dolara (linia biała) na tle pozycji netto. Jak widać linia zielona (pozycje netto) dopiero co odbiła ze swojego długo niewidzianego minimum. W związku z tym fundusze mają spore zasoby do otwierania coraz większej ilości longów na indeksie dolara amerykańskiego oraz na pozostałych parach walutowych. Oczywiście nie możemy wykluczyć większej korekty, ponieważ jego ostatnia aprecjacja była bardzo gwałtowna.

Dział Analiz Admiral Markets

Złoty słabnie, kurs euro zbliża się do 4.40

Dzisiaj rano oglądaliśmy coś, co jeszcze dwa miesiące temu wydawało się niemożliwe – zbliżamy się do 4,40 zł za jedno euro.

Kryzys w niemieckiej koalicji

Wpływ na to ma m.in głównie sytuacja w Niemczech. Lider CSU Horst Seehofer zrezygnował nie tylko z funkcji lidera partii, ale również ze stołka ministra spraw wewnętrznych Niemiec. Rezygnacja jest związana z konfliktem wewnątrz CDU-CSU, partii, które od tak dawna są w koalicji, że traktowana są bardzo często jako jedna formacja. Problemem nie do przejścia okazała się polityka migracyjna otwartych granic. To właśnie napływ imigrantów i kwestia zawracania ich na granicy była głównym punktem spornym pomiędzy Angelą Merkel a Horstem Seehoferem, liderami CDU-CSU. Analitycy zastanawiają się jak to wszystko wpłynie na obecną koalicję. SPD jest zdecydowaną zwolenniczką otwartych granic. W rezultacie zaostrzenie stanowiska CDU, by uspokoić siostrzaną CSU, może zaognić sytuację z socjaldemokratami. Jak reagują rynki? Jak prawie zawsze w takich sytuacjach. Inwestorzy wolą przeczekać trudne czasy. W rezultacie w górę idzie dolar i frank jako główne alternatyw wobec europejskiej waluty. Złotówka traci podwójnie, po pierwsze Niemcy to bardzo ważny partner handlowy, po drugie złotówka jest silnie powiązana z euro. Co ciekawe w takich sytuacjach złotówka, jak i inne waluty naszego regionu, tracą na wartości mocniej niż euro. Nie inaczej było też w tym wypadku. Dlatego też złoty traci również względem euro.

Słabość złotego

Ostatnie tygodnie to prawie cały czas ten sam problem. Nieważne co dzieje się w Polsce, inwestorzy nie chcą trzymać pieniędzy w naszym regionie. Amerykanie, podnosząc stopy procentowe, przyciągają kapitał. Stabilność polityczna Europy jest ostatnimi miesiącami coraz słabsza. Niemcy i Włosi mają niepewną większość koalicyjną, Brytyjczycy mają Brexit, który coraz mniej się im podoba, ale sami sobie zgotowali ten los. Dane makroekonomiczne z kolei pozwalają myśleć o tym, że złoty mógłby być mocniejszy. Indeks PMI dla przemysłu wyniósł 54,2 punktu, to o 1,1 punktu więcej niż oczekiwali analitycy. Z drugiej strony inflacja nie rośnie tak szybko jak dotychczas oczekiwano. Nie zmienia to faktu, że wzrosła ona do 1,9% i powoli zbliża się do celu inflacyjnego ustawionego na poziomie 2,5% w skali roku. Jeżeli wzrosty cen ropy nie przyspieszą to 1% tolerancja w celu inflacyjnym powinna spokojnie wystarczyć. Taki scenariusz nie zmusi RPP do interwencji, która umocniłaby rodzimą walutę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 15:45 – USA –  indeks PMI dla przemysłu,
  • 16:00 – USA – raport ISM dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Inflacja podskoczyła przez wysoką cenę ropy naftowej

Według szybkiego szacunku GUS, w czerwcu inflacja podskoczyła z 1,7 do 1,9 proc. To przede wszystkim wpływ wysokich notowań ropy naftowej, w wyniku czego paliwa na naszych stacjach podrożały aż o 15,2 proc. w porównaniu do cen z czerwca 2017 r. Swoje przysłowiowe „trzy grosze” dołożyło też do tego osłabienie złotego wobec dolara, w wyniku czego import surowca stał się bardziej kosztowny. Zmniejszyła się natomiast dynamika wzrostu cen żywności i napojów bezalkoholowych. Jeszcze w kwietniu żywność była droższa niż przed rokiem o 4,1 proc., w maju różnica ta stopniała do 3 proc. a w czerwcu do 2,7 proc.

Od lipca powinniśmy obserwować obniżenie się wskaźnika inflacji, związane z wysoką statystyczną bazą odniesienia z ubiegłego roku, gdy zarówno inflacja, jak i szczególnie ceny żywności bardzo mocno szły w górę. O ile w najbliższych miesiącach nie przeszkodzą skutki suszy oraz wysokich notowań ropy naftowej, tegoroczna inflacja będzie prawdopodobnie nieco niższa niż w 2017 r., co utwierdzi Radę Polityki Pieniężnej w zamiarze utrzymywania stóp procentowych na niezmienionym, rekordowo niskim poziomie jeszcze przez dłuższy czas.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Relokacja za pracą – czy to się opłaca?

Z raportu Antal wynika, że aż 74 proc. specjalistów i menedżerów rozważyłoby relokacje, pod warunkiem, że otrzyma atrakcyjną ofertę. Kandydatów zachęcają niższe koszty życia, zarobki na podobnym, a nawet wyższym poziomie oraz wsparcie ze strony pracodawców. Jak wskazują konsultanci Antal – w co trzeciej rekrutacji związanej z relokacją kandydat może liczyć na jednorazowy dodatek do pensji. Z kolei wyższa podstawa wynagrodzenia jest o oferowana przez 23 proc. pracodawców, a 22 proc. z nich decyduje się również na finansowanie mieszkania. Czego jeszcze możne oczekiwać pracownik w przypadku relokacji?

GUS alarmuje, że w pierwszym kwartale 2018 roku powstało o 14,4 proc. więcej nowych miejsc pracy niż rok wcześniej. Brak pracowników już teraz spędza sen z powiek pracodawców, a luka kadrowa wciąż się powiększa. Jak przyznaje ekspertka Antal – droga do pozyskania kandydata jest mocno wyboista.

– Z ogółu rekrutacji przeprowadzanych przez Antal wynika, że jeden na siedmiu kandydatów jest relokowanych. Wprawdzie z przyczyn racjonalnych i ekonomicznych decyzja o relokacji będzie zawsze drugim wyborem, ale zapotrzebowanie na pracowników jest tak duże, że firmy, już dziś sięgają po zasoby z innych regionów oraz zagranicy, a także promują się w konkurencyjnych lokalizacjach. Działania mające na celu przyciągnięcie kadry podejmują również przedstawiciele miast, prowadząc kampanię przedstawiające korzyści przeprowadzki do danej lokalizacji. Z perspektywy pracodawcy, gwarantem sukcesu jest umiejętne dostosowanie oferty do kandydata, a przede wszystkim elastyczne podejście do potrzeb pracowników, którzy zdecydują się na relokację – mówi Joanna Szymczyk, konsultant Antal.

Na jaką premie może liczyć pracownik przy relokacji?

Najsilniejszym argumentem dla kandydata są zawsze kwestie finansowe. Z rekrutacji przeprowadzanych przez Antal wynika, że do relokacji pracowników zachęcają dodatki do wynagrodzenia wypłacane jednorazowo lub przez pierwsze miesiące po zatrudnieniu. Bonus wypłacany zaraz po zatrudnieniu oferuje 34 proc. pracodawców, a 17 proc. z firmy zapewnia większe wynagrodzenie przez pierwsze miesiące po relokacji, by wesprzeć pracownika w trudnościach związanych ze zmianą miejsca zamieszkania.

Specjaliści, którzy decydują się na relokację mogą liczyć na dodatek finansowy do podstawy wynagrodzenia wynoszący od 2500 zł brutto do niemal 10 tys. zł brutto. Średnia wysokość premii relokacyjnej wynosi na poziomie 4400 zł brutto. Z kolei przeciętny pakiet relokacyjny dla menedżerów oscyluje między 5700 zł brutto a ponad 16 tys. złotych, co średnio daje 6450 zł brutto.   

Wysokość dodatku finansowego jest zależna przede wszystkim od branży i doświadczenia danego pracownika. Na najbardziej konkurencyjnych rynkach takich jak IT, Produkcja czy SSC/BPO pracodawcy bardzo często oferują jednokrotność, a nawet 3-krotność wynagrodzenia. Naturalnie na najbardziej atrakcyjne pakiety relokacyjne mogą liczyć pracownicy IT. Zbliżony poziom utrzymuje również branża produkcyjna, która obecnie boryka się z dużym deficytem wyspecjalizowanych kandydatów – wyjaśnia Agnieszka Wójcik, Market Research Manager w Antal.

Zamiast teatru w Warszawie, pizza w Neapolu

Równie zachęcające dla kandydatów są niższe koszty życia w regionalnych lub podmiejskich lokalizacjach. Przykładowo, pracownik, który przenosi się w okolice Warszawy, przy założeniu, że zarabia na tym samym lub wyższym poziomie, zamiast wybrać się do teatru w stolicy, może pozwolić sobie na weekend spędzony za granicą. Zdarza się również tak, że po wielu latach pracy w dużej korporacji specjaliści czy menedżerowie chcą uciec od szybkiego tempa życia i przenieść się w spokojniejsze miejsce. Pracodawca, który umie zidentyfikować indywidualne potrzeby takiego pracownika, ma większą szansę na zaoferowanie mu adekwatnej oferty.

Mieszkanie, zwrot kosztów podróży i przedszkole dla dziecka

Największą barierą dla pracowników decydujących się na relokacje są kwestie organizacji przeprowadzki oraz życia rodzinnego w nowym miejscu. Szczególnym wyzwaniem jest znalezienie zakwaterowania, dlatego 22 proc. z firm, które relokują pracownika, finansuje mieszkanie. Często stosowaną praktyką jest również opłacanie hotelu na czas bez własnego lokum – robi tak 11 proc. pracodawców. Podczas rekrutacji, konsultanci Antal spotykają się również z organizacjami, które dbają nie tylko o samego pracownika, ale również jego rodzinę – zapewniając wsparcie w znalezieniu pracy dla małżonka (6 proc. firm) czy przedszkola/szkoły dla dziecka (9 proc. firm). W branży SSC/BPO oraz produkcyjnej, pracodawcy opłacają także koszty transportu i przeprowadzki. Z kolei specjaliści IT cieszą się większą elastycznością pracy, częstą możliwością pracy z domu, a nawet płatnym biletem do domu – co najmniej raz w miesiącu.

Sięganie po pracowników z lokalnych i zagranicznych rynków, zyskuje w Polsce coraz większą popularność. Atrakcyjność pakietów relokacyjnych i rywalizacja o najlepszych specjalistów, to kolejny przykład na pogłębiający się rynek kandydata. Jednocześnie relokacja pracownika, otwiera przed firmami nowe możliwości, ale przede wszystkim pozwala na stabilny rozwój biznesu, a dla samego pracownika oznacza szansę na przyśpieszenie kariery zawodowej – podsumowuje Joanna Szymczyk, konsultant Antal.