Cztery tematy do dyskusji po weekendzie

Rozpoczynamy drugą połowę roku, ale na razie nie zapowiada się, że będzie spokojniej. Po weekendzie na rynkach utrzymuje się awersja do ryzyka ze źródłami niepokojów w USA, Chinach i Niemczech. Wojna handlowa, polityka, tweety Sami-Wiece-Kogo. Po staremu.

Na rynku walutowym USD pozostaje mocne, EUR znalazło się pod presją, tracą waluty ryzykowne. Rynek akcji w Azji dołuje pod dyktat niemocy indeksu w Szanghaju. Atmosfera obaw i nerwowości jest dalej obecna. Głównym tematem pozostaje widmo wojny handlowej, gdyż w tym tygodniu może dojść do wymiany ciosów na polu ustalania ceł importowych. W piątek USA ma ustanowić taryfy na import dóbr z Chin warty 34 mld USD. Chiny z pewnością szybko odpowiedzą swoją listą sankcjonowanych towarów. Prezydent Donald Trump atakuje też europejski przemysł motoryzacyjny, grożąc 20-proc. cłem, na co UE jest przygotowania z odpowiedzią. Kanada w niedzielę wprowadzi cła odwetowe za ograniczenia w eksporcie stali i aluminium do USA. Indie, Turcja i Rosja rozważają swoje działania. Jak zwykle, pozostaję otwarty do dyskusji, ile z ceł będzie aktywnych, przez jak długi czas i z jaką bezpośrednią szkodliwością dla globalnego wzrostu. Podtrzymuję zdanie, że ryzyka są niskie w każdym aspekcie, ale tak samo nie zamierzam zaprzeczać, że im dłużej podgrzewamy atmosferę wokół sporów handlowych, tym bardziej zakorzenia się do w świadomości przedsiębiorców i konsumentów. A pośrednie negatywne skutki niepewności mogą być dużo większe.

Impulsywność chińskich inwestorów jest czymś dobrze znanym na rynku, więc gdy tylko Chiny są zaangażowane w jakiś problem, tamtejszy rynek będzie reagował szybko i mocno. Shanghai Composite dorzuca dziś 2,5 spadków do 7,3 proc. w czerwcu i jest już ponad 22 proc. niżej od styczniowego szczytu. Nie lepiej ma się chińska waluta – USD/CNY przez ostatnich 12 sesji tylko raz nie wzrastał. W takim klimacie wodą na młyn stały się odczyt PMI z Państwa Środka, które choć dalej informują o ekspansji w przemyśle i usługach, to tempo wzrostu jest coraz niższe. Czy to już oznaka skutków napięć handlowych? Odczyt Caixin PMI dla przemysłu na poziomie 51 wobec prognozy 51,1 (tyle samo w maju) nie zapala jeszcze światła ostrzegawczego, ale najwyraźniej inwestorzy w Chinach podchodzą do kwestii zero-jedynkowo.

W Europie dochodzi ryzyko polityczne, po tym, jak szef MSZ Horst Seehofer podał się do dymisji. Jest on jednocześnie liderem mniejszej partii koalicyjnej CSU. Stabilność rządu Merkel ponownie jest poddawana testowi (choć rozmowy na szczycę CDU/CSu) trwają. Kością niezgody jest sprawa imigracyjna a rzekomy sukces rozmów na zeszłotygodniowym szczycie okazał się jednak niezadowalający dla lidera CSU, gdyż nie daje gwarancji zatrzymania napływu imigrantów do Niemiec. Na razie przesadnym byłoby ekstrapolowanie obecnych wydarzeń w kierunku rozpadu rządu i powtórzenia wyborów, ale EUR reaguje nerwowo, tracąc zapał do odbicia.

Na rynku ropy naftowej optymizm został przygaszony z pomocą prezydenta Trumpa, który na Twitterze oznajmił, że rozmawiał z królem Arabii Saudyjskiej, wyraził swoje niezadowolenie z wysokich cen ropy naftowej i zwrócił się z prośbą o zwiększenie wydobycia o 2 mln b/d. Biały Dom i agencja prasowa Saudyjczyków wypuściły oświadczenia, według których strony dyskutują, co zrobić z ubytkami wydobycia, ale żadne decyzje nie zostały jeszcze podjęte. Jednak bezpośrednie próby ingerencji przez Trumpa w równowagę rynkową nie mogą być całkowicie zignorowane, co gwarantuje podtrzymanie podwyższonej zmienności na rynku ropy.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek zamówień publicznych uzdrowi nowa ustawa i zmiana mentalności zamawiających

W ostatnim czasie Urząd Zamówień Publicznych oraz Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii pracują nad nowym projektem ustawy o zamówieniach publicznych. Dotychczasowy dokument jest jednym z najczęściej modyfikowanych w kraju. Od wielu lat w ustawie tej pojawiają się nowe nakładki i nieustanne zmiany. W 2015 roku nastąpił przełom w postaci dostosowania przepisów o zamówieniach publicznych do dyrektywy unijnej. Zmiana ta była konieczna i miała uzdrawiający wpływ dla branży. Wówczas uzgodniono, że ostateczny kształt ustawa przyjmie w 2018 roku i będzie już w pełni odzwierciedlała oczekiwania Unii Europejskiej oraz rynku polskiego.

– Wiele elementów prawa mieści się w zapisach ustawowych – jednak są też kwestie, które zakorzenione są w mentalności zamawiających.  To właśnie w tym – a nie w samym prawie – tkwi obecnie problem zamówień publicznych w Polsce – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) – FPP od dłuższego czasu zwraca uwagę na to, że zamawiający nie kupują usługi, ale godziny i etaty. W tym momencie ciężko mówić o rozwojowych zamówieniach publicznych – ponieważ dla zamawiających, którzy kupują etaty, nie ma znaczenia, w jakim czasie i czy dobrze zostanie wykonana usługa. Nawet gdyby dodać do niej innowacyjne rozwiązania, to i tak nadal będziemy mieli taką samą liczbę etatów i zajmujących je ludzi, którzy w związku z wprowadzeniem technologii mogą nawet nie mieć zajęcia. Problemem jest także zakup produktów. Zamawiający często nie potrafią opisać we właściwy sposób charakteru produktu i tego, co chcą kupić. W związku z tym konkurencja wśród wykonawców jest bardzo mała. Dziś narzeka się, że w zamówieniach polskich przypada 1,5 oferenta na jedno zamówienie. W takiej sytuacji próbuje się znaleźć rozwiązania systemowe związane z poprawą prawa. Nie uda się jednak tego zrobić bez zmiany mentalnej zamawiających. Muszą nauczyć się kupować to, czego potrzebują i właściwie opisywać produkt. Wówczas wzrośnie zaufanie wykonawców i chętniej będą startować w przetargach – podkreślił Kowalski.

Raport Coface: upadłości i restrukturyzacje firm w Polsce w I półroczu 2018

  • W pierwszej połowie 2018 r. łączna liczba upadłości i restrukturyzacji firm w Polsce wyniosła 467, czyli o 21 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2017 r. 
  • Wśród rodzajów postępowań najwięcej ogłoszono upadłości – 276. Stanowią one aż 59 proc. wszystkich postępowań.
  • Liczba postępowań restrukturyzacyjnych wzrosła o 28 proc. W I połowie 2018 r. zanotowano ich łącznie 191. Stanowią one 41 proc. wszystkich postępowań, czyli podobnie jak w I poł. 2017 roku (38,5 proc.).
  • Najbardziej popularna (57 proc.) jest najszybsza forma restrukturyzacji, czyli przyspieszone postępowania układowe.
  • Spośród form postępowań restrukturyzacyjnych największy wzrost odnotowaliśmy w przypadku postępowań sanacyjnych (tj. +85 proc.).
  • Ogółem, najwięcej upadłości i restrukturyzacji nastąpiło w produkcji (132 tj. 28 proc. wszystkich). Natomiast największy skok postępowań odnotowaliśmy w transporcie (+61,5 proc.).
  • Udział budownictwa w ogólnej liczbie upadłości i restrukturyzacji nieco się zmniejszył (o 2 pkt proc.), ale nadal ich liczba postępowań w budowlance rośnie.
  • W I półroczu 2018 roku najwięcej upadłości i restrukturyzacji było w województwie mazowieckim (83). Znaczny spadek postępowań odnotowaliśmy natomiast w województwie warmińsko-mazurskim (-55 proc.).  

Postanowienia upadłościowe (A) i restrukturyzacyjne (B) w Polsce w I półroczach lat 2008-2018

rodzaj postępowania

upadłościowego

I-VI 2008 I-VI 2009 I-VI 2010 I-VI 2011 I-VI 2012 I-VI
2013
I-VI 2014 I-VI 2015 I-VI 2016 I-VI 2017 zmiana

2018/17

I-VI 2018
(A) Upadłości 170 274 287 290 348 388 363 350 289 238 276
(A) Upadłości z możliwością zawarcia układu 32 49 65 58 76 82 61 59 23 0 0
(B) Postępowanie o

zatwierdzenie układu***

1 6 2
(B) Przyspieszone

postępowanie układowe***

43 88 109
(B) Postępowanie układowe*** 12 22 19
(B) Postępowanie

sanacyjne***

18 33 61
ogółem 202* 323* 352* 348* 424* 470* 424* 409* 386* 387** +21% 467

 

* Stan wg wiedzy na koniec

każdego roku.

** Stan wg wiedzy na koniec pierwszego półrocza 2017.
*** Procedury restrukturyzacyjne, które pojawiły się od 1 stycznia 2016 r.

Komentuje Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Polsce

Najlepszy okres w polskiej gospodarce już za nami. Co prawda ekspansja gospodarcza była kontynuowana w pierwszym kwartale tego roku, co potwierdza wysoki wzrost PKB na poziomie 5,2 proc. r/r, jednak paliwo do trwałego utrzymania tak dobrego tempa jest już na wyczerpaniu. W tym roku wskaźniki obrazujące koniunkturę w Polsce nie osiągają już tak wysokich wyników jak w roku ubiegłym.

Dynamika sprzedaży detalicznej spowalnia, co z jednej strony jest rezultatem stabilizacji tempa wydatków gospodarstw domowych, a z drugiej niższych obrotów handlowych w związku z wprowadzeniem ograniczenia handlu w wybrane niedziele. Dynamika produkcji przemysłowej w sporym stopniu odzwierciedla sytuację na naszych głównych rynkach eksportowych – w Niemczech oraz ogólnie w strefie euro na początku 2018 roku koniunktura sięgnęła najwyższego poziomu w historii, co potwierdziły wskaźniki PMI, aby w kolejnych miesiącach odnotować już spadki. Otoczenie zewnętrzne nadal cechuje pewien poziom ryzyka – we Włoszech, jednej z największych gospodarek strefy euro, poza ryzykiem politycznym istotnym zagrożeniem są problemy strukturalne i wysokie zadłużenie. Rynki globalne są zaniepokojone rosnącym protekcjonizmem, zwłaszcza ze strony Stanów Zjednoczonych. Wprowadzone dotychczas wyższe cła nie stanowią dużego zagrożenia dla Polski, jednak możliwość ich rozszerzenia na europejską branżę motoryzacyjną istotnie podwyższyłoby to ryzyko, jako że jesteśmy znacznym producentem i dostawcą części oraz komponentów motoryzacyjnych dla zachodnioeuropejskich koncernów samochodowych.

Z kolei na rynku krajowym ograniczenia podażowe obniżają możliwości dalszego wzrostu. Sytuacja na rynku pracy, która jest korzystna dla gospodarstw domowych, powoduje trudności dla przedsiębiorstw. Rosnąca presja płacowa oraz trudności w zapełnieniu wakatów stanowią istotną barierą w bieżącej działalności oraz rozwoju biznesu i jest zgłaszana przez coraz większą liczbę firm. Wykorzystanie mocy produkcyjnych sięga najwyższych poziomów w historii, co z jednej strony motywuje przedsiębiorstwa do podjęcia nowych inwestycji w rozwój przedsiębiorstw, ale z drugiej strony stają one przed dylematem możliwości obsadzenia stanowisk pracy, gdy projekty już będą zrealizowane.

Wzrost liczby upadłości i restrukturyzacji przedsiębiorstw w Polsce o 21 proc. w pierwszej połowie 2018 roku nie jest wyłącznie konsekwencją uprzedniej zmiany prawa upadłościowego i wprowadzenia prawa restrukturyzacyjnego. Liczba restrukturyzacji przedsiębiorstw stanowi 41-proc. udział we wszystkich postępowaniach, jednak konieczność ich zastosowania wynika z problemów płynnościowych, jakie dotykają wiele przedsiębiorstw w Polsce. Nadal najbardziej popularna jest najszybsza forma restrukturyzacji, czyli przyspieszone postępowania układowe, ale dynamicznie zwiększa się liczba sanacji, których było 61 w pierwszym półroczu 2018 r., czyli o niemal 85 proc. więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. W przeciwieństwie do 2017 r. w tym roku wzrasta liczba upadłości, czyli postępowań, które mają na celu likwidację majątku spółki, a nie próbę naprawy biznesu. Ich liczba wzrosła aż o 16 proc. w pierwszej połowie tego roku. Pomimo wysokiego tempa wzrostu gospodarczego w poprzednich kwartałach, biznes odczuwa trudności. W wielu branżach jest duża konkurencja, co nie pozwala zwiększać marż, pomimo rosnących kosztów, jak chociażby zwiększających się wynagrodzeń pracowników. Ostatnie badanie płatności Coface potwierdziło, że zarówno terminy płatności, jak również opóźnienia w płatnościach wzrosły w Polsce na przestrzeni ostatniego roku. Ze strony makroekonomicznej przedsiębiorstwa będą odczuwać gorsze warunki gospodarcze, a wprowadzany właśnie tzw. split payment pogorszy płynność finansową biznesu. Liczba upadłości i restrukturyzacji w Polsce będzie stopniowo zwiększać się i zgodnie z przewidywaniami Coface będzie wyższa o 29 proc. na koniec 2018 r. niż w 2017 roku.

Upadłości i restrukturyzacje według branż

branża liczba**
upadłości i restr.I-VI 2017
liczba**
upadłości  i restr.I-VI 2018
 

zmiana

PRODUKCJA, w tym: 106 132 +24,5%
Przetwórstwo przemysłowe, w tym m.in.: 95 115 +21%
         Produkcja metali i metalowych wyrobów gotowych 24 27 wzrost
         Produkcja artykułów spożywczych i napojów 10 18 +80%
         Produkcja maszyn, urządzeń i urządzeń elektrycznych 12 14 wzrost
         Produkcja wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych 6 8 wzrost
         Poligrafia i reprodukcja 1 5 wzrost
         Produkcja chemikaliów i wyrobów chemicznych 5 2 spadek
         Produkcja papieru i wyrobów z papieru 2 4 wzrost
         Produkcja odzieży i wyrobów tekstylnych 3 5 wzrost
         Produkcja mebli 3 2 porównyw.
         Produkcja wyrobów z drewna, z wyłączeniem mebli 12 12 bez zmian
         Produkcja wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych (w tym materiały budowlane) 6 4 spadek
         Przetwórstwo pozostałe 11 14 wzrost
HANDEL, w tym m.in.: 97 116 +20%
          Handel hurtowy 57 76 +33%
          Handel detaliczny 29 30 porównyw.
BUDOWNICTWO 68 73 +7%
TRANSPORT 13 21 +61,5%
POZOSTAŁE branże, w tym m.in.: 103 125 +21%
         Obsługa rynku nieruchomości 19 14 spadek
         Zakwaterowanie i gastronomia 8 15 +87,5%
ogółem 387 467 +21%

 

** Stan wg wiedzy na koniec pierwszego półrocza.

Charakterystyka upadłości i restrukturyzacji w wybranych sektorach

Komentuje Marcin Siwa, dyrektor działu oceny ryzyka w Coface

Przetwórstwo przemysłowe

Gospodarka Polski nadal rozwija się bardzo szybko, jednak widoczne są już oznaki spowolnienia. To przekłada się również na przemysł. Dynamika sprzedaży detalicznej spada, zaczynamy obserwować wzrost ryzyka płynnościowego w wielu gałęziach przetwórstwa przemysłowego. Jest to najbardziej widoczne oczywiście w tych większych – przetwórstwie metali, produkcji artykułów spożywczych czy też maszyn i urządzeń. Tak naprawdę jednak wzrost ryzyka widać w całym sektorze, choć póki co jest to jedynie zwiastun tego, co może nadejść w najbliższych kwartałach. Symptomy przegrzania gospodarki są widoczne, wiele firm przemysłowych ma problem z kontrolą kosztów – bardzo mocno rosną ceny robocizny, materiałów, zaczyna wydłużać się okres ściągalności należności. To wszystko powoduje coraz większą presję na płynność. Kluczowe obecnie wydaje się być rozsądne planowanie rozwoju w najbliższym okresie, kontrola kosztów i zadłużenia, gdyż popyt na artykuły przemysłowe może nieco zmaleć.

Handel

Od wielu już kwartałów działalność handlowa staje się coraz bardziej ryzykowna. Coraz więcej firm upada, coraz więcej ma problemy z utrzymaniem się na rynku. Nie jest to tylko specyfika polska, w wielu innych europejskich krajach jest podobnie. Silna konkurencja, spadające marże oraz ryzyko spadku popytu sprawiają, że mniejsze i średnie podmioty znajdują na rynku coraz mniej miejsca dla siebie. Co jakiś czas słyszymy o większych i mniejszych przejęciach, konsolidacja rynku, choć trwa już od jakiegoś czasu, nie zwalnia tempa i na pewno będziemy mieli do czynienia z kontynuacją tego trendu. Jeśli rzeczywiście będziemy musieli stawić czoła spowolnieniu gospodarki i spadkom w sprzedaży detalicznej, wiele firm handlowych czekają trudniejsze czasy. Szczególnej kontroli wymagają w takim okresie stany zapasów. Zmiany popytu mogą wywołać spadki cen poszczególnych grup towarowych u producentów, a utrzymywanie drogich zapasów jest dla firm handlowych bardzo niebezpieczne.

Budownictwo

Inwestycje infrastrukturalne trwają. Nie mają już tej dynamiki co kilka lat temu, ale realizowanych jest dużo projektów. Problemem są jednak dramatycznie rosnące koszty w branży budowlanej. Wiele kontraktów staje się nieopłacalnych, a nowe często są mało atrakcyjne cenowo dla wykonawców, którzy muszą kupować materiały za dużo wyższe ceny niż jakiś czas temu, a dodatkowo nie mają siły roboczej do wykonania poszczególnych zadań. Liczba upadłości w branży rośnie. Coraz więcej firm boryka się z rosnącym zadłużeniem – zarówno ze względów kosztowych jak i zatorów płatniczych. W najbliższych kwartałach można się spodziewać wzrostu dynamiki upadłości w tym sektorze.

Transport

Mówi się, że transport jest barometrem gospodarki. Statystyki upadłościowe w związku z tym nie napawają optymizmem. Wiele mniejszych firm transportowych ma problemy płynnościowe, wiele z nich kończy działalność. Problemem są koszty, przede wszystkim koszty pracy. Wzrost upadłości o ponad 60 proc. r/r, nawet przy niewielkich liczbach bezwzględnych jest poważnym znakiem ostrzegawczym, szczególnie że w ostatnich miesiącach dodatkowo wzrosły ceny paliw.

Upadłości i restrukturyzacje w budownictwie

rok budownictwo *
(firmy budowlane)
udział budownictwa w ogólnej liczbie upadłości i restr. obsługa rynku nieruchomości **
2018** 73 15,6% 14
2017** 68 17,6% 19
2016* 64 16,6% 20
2015* 71 17% 14
2014* 88 21% 17
2013* 112 24% 7
2012* 104 24,5% 20
2011* 61 17,5% 13
2010* 48 13,6% 7
2009* 33 10% 8
2008* 29 14% 1
2007* 30 13% 6

 

* – dane dotyczą upadłości wykonawczych firm budowlanych (nie obejmują producentów i dystrybutorów materiałów budowlanych) i obejmują poniższe kody PKD:

41 – roboty budowlane związane ze wznoszeniem budynków

42 – roboty związane z budową obiektów inżynierii lądowej i wodnej
43 – roboty budowlane specjalistyczne

** – kod PKD 68 – działalność związana z obsługą rynku nieruchomości

Upadłości i restrukturyzacje według regionów

województwo liczba**
upadłości i restr.I-VI 2017
liczba**
upadłości i restr.I-VI 2018
zmiana
mazowieckie 76 83 +9%
śląskie 52 56 wzrost
dolnośląskie 36 38 wzrost
wielkopolskie 32 36 wzrost
małopolskie 27 32 wzrost
podkarpackie 20 31 +55%
pomorskie 17 31 +82%
lubelskie 17 30 +76%
kujawsko-pomorskie 14 29 +107%
zachodniopomorskie 26 24 spadek
podlaskie 20 23 wzrost
łódzkie 8 15 +87,5%
świętokrzyskie 5 12 +140%
lubuskie 9 10 porównyw.
opolskie 10 9 porównyw.
warmińsko-mazurskie 18 8 -55%
ogółem 387 467 +21%

 

** Stan wg wiedzy na koniec pierwszego półrocza.

Wzrost liczby upadających oraz objętych restrukturyzacją firm widać w zdecydowanej większości województw. Listę otwiera województwo mazowieckie, gdzie zarejestrowanych jest najwięcej firm. Tam odnotowano 83 upadłości i restrukturyzacje (o 7 więcej niż w ubiegłym roku), co stanowi 18 proc. wszystkich postępowań. Zaś największy skok widzimy w województwach: podkarpackim, pomorskim, lubelskim, kujawsko-pomorskim, łódzkim i świętokrzyskim. Tylko w dwóch województwach (zachodniopomorskim i opolskim) liczba postępowań spadła, ale nieznacznie. Najmniej postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych zanotowaliśmy natomiast w woj. warmińsko-mazurskim. Tam też mamy największy spadek postępowań (z 18 w I poł. 2017 r. do 8 w I poł. 2018 r.)

Upadłości i restrukturyzacje według form prawnych przedsiębiorstw

forma prawna liczba * upadłości

i restr.

I-VI 2012

liczba *  upadłości

i restr.

 I-VI 2013

liczba *
upadłości i restr.I-VI 2014
liczba *
upadłości i restr.

I-VI 2015

liczba *
upadłości
i restr.

I-VI 2016

liczba **
upadłości
i restr.

I-VI 2017

liczba **
upadłości
i restr.

I-VI 2018

 

zmiana

2018/2017

 

Spółka z o.o. 250 271 233 243 206 212 230 +8,5%
Przedsiębiorca 96 112 107 90 126 104 142 +36,5%
Spółka akcyjna 31 46 42 35 27 34 47 +38%
Spółka jawna 21 23 19 20 10 14 19 +36%
Spółka komandytowa 11 7 12 10 7 10 17 +70%
Spółdzielnia 14 5 10 7 7 4 7 +75%
Pozostałe formy 1 6 1 4 3 9 5 -44%
ogółem 424 470 424 409 386 387 467 +21%

 

* Stan wg wiedzy na koniec

każdego roku.

** Stan wg wiedzy na koniec pierwszego półrocza.

W pierwszej połowie 2018 roku prawie we wszystkich grupach form prawnych sytuacja pogorszyła się. Największą grupę wśród firm upadającym lub objętych restrukturyzacją stanowią spółki z ograniczoną odpowiedzialnością (49 proc. wszystkich postępowań). Na drugim miejscu znalazła się grupa przedsiębiorców (30 proc.). Jedynie w pozostałych formach ogółem (do których zaliczają się m.in. przedsiębiorstwa państwowe, stowarzyszenia, fundacje) odnotowaliśmy nieznaczny spadek postępowań.

Obroty i wiek w upadających i restrukturyzowanych firmach

Obroty

Po analizie obrotów firm, których upadłość lub restrukturyzację ogłoszono w pierwszej połowie 2018 roku, problem niewypłacalności dotyczy w większości firm o rocznych obrotach pomiędzy 5 a 50 mln PLN (57 proc.*). 28 proc. stanowiły firmy z rocznym obrotem do 5 mln PLN. Najmniejsza grupa (15 proc.) to przedsiębiorstwa duże, generujące powyżej 50 mln PLN obrotu rocznie. W grupie tej znalazły się tak znane firmy jak Próchnik S.A. (upadłość) oraz GetBack S.A. (przyspieszone postępowanie układowe).

* Na około 50 proc. przedsiębiorstw, o których dane finansowe posiadał Coface. Większość firm, których danych finansowych Coface nie posiadał, to przedsiębiorstwa małe, które często nie publikują swoich danych finansowych.

Wiek

Zgodnie z analizą wieku upadających i objętych postępowaniami restrukturyzacyjnymi przedsiębiorstw dominują firmy z kilku- i kilkunastoletnim stażem działalności. Jest ich około 65 proc. Przedsiębiorstwa założone przed 1990 rokiem stanowią jedynie około 7 proc. Najstarszą firmą na liście postępowań, która objęta została upadłością są Żywieckie Zakłady Papiernicze Solali S.A., założone w 1833 roku. Postępowanie sanacyjne dotknęło Zakładów Metalurgicznych Pomet S.A. z Poznania, których korzenie sięgają 1913 roku. Znaną firmą, którą objęto upadłością, z bardzo długą historią jest Próchnik S.A., założony w 1948 roku.

Prezentowane statystyki są przygotowywane przez ubezpieczyciela należności Coface od 1997 roku w oparciu o daty wydania postanowień sądów o ogłoszeniu upadłości, czyli faktyczne daty upadłości. Podane wyniki za I półrocze 2018 nie są ostateczne i należy się jeszcze spodziewać wzrostu liczby postanowień. Jednak dane sprzed roku, do których liczony jest ostatni wzrost procentowy r/r., także pochodzą z czerwca, co zapewnia rzetelność porównań statystycznych. Dane historyczne, dotyczące lat 2008-2016, pokazują wyniki znane na koniec każdego roku.

 

1 stycznia 2016 roku wprowadzono nowe prawo restrukturyzacyjne. Głównym celem postępowania restrukturyzacyjnego, oprócz zaspokojenia wierzycieli, jest uniknięcie ogłoszenia upadłości dłużnika przez umożliwienie mu restrukturyzacji w drodze zawarcia układu z wierzycielami, a w przypadku postępowania sanacyjnego – również przez przeprowadzenie działań sanacyjnych, przy zabezpieczeniu słusznych praw wierzycieli.

Istotną zmianą jest także fakt, że w obecnym prawie, postępowaniu restrukturyzacyjnemu podlegają zarówno firmy niewypłacalne, jak i zagrożone niewypłacalnością, w związku z tym nowe statystyki pokazują nie tylko liczbę bankrutów, ale także firm zagrożonych bankructwem. Wcześniej obowiązujące prawo umożliwiało ogłoszenie upadłości układowej tylko wobec firmy faktycznie niewypłacalnej.

Przegląd wydarzeń tygodnia

Pierwszy tydzień lipca tradycyjnie przynosi zalew odczytów PMI/ISM oraz raport NFP. Dane makro z USA powinny podkreślić kontrast między kondycją ekonomiczną kraju i reszty świata. W Polsce odbicie inflacji na fali wyższych cen paliw nie będzie impulsem dla RPP. Szwedzki Riksbank raczej podąży śladem EBC i oddali perspektywę podwyżki stóp procentowych. Poza tym tydzień przyniesie decyzję RBA, minutki FOMC, dane z rynku pracy Kanady i zapewne więcej w temacie sporu handlowego USA-Chiny.

ISM/NFP z USA, minutki FOMC, PMI z Wlk. Bryt., Riksbank, PMI/CPI z Polski, raport Tankan, RBA, rynek pracy z Kanady

W USA mamy dziurawy tydzień ze Dniem Niepodległości w środę. Dane makro powinny podkreślić kontrast między kondycją ekonomiczną USA i reszty świata. Indeksy ISM dla przemysku (pon) i usług (czw) szybują ponad 58 pkt. nawet pomimo ciągnącego się sporu handlowego z Chinami. W drugiej części tygodnia w centrum uwagi będzie raport z rynku pracy, gdzie oczekuje się podtrzymania wysokiego tempa przyrostu zatrudnienia (~200 tys.). Tradycyjnie w ostatnim czasie, kluczem do odbioru raportu będzie dynamika płac, gdzie oczekuje się kolejnego powyżej trendu wzrostu o 0,3 proc. m/m. Taki rozwój wypadków będzie wzmacniał argumentację jastrzębi z FOMC forsujących jeszcze dwie podwyżki do końca roku. Jaki jest obecnie podział zdań w komitecie pomogą określić publikowane w czwartek minutki z czerwcowego posiedzenia FOMC. Ogólnie nadchodzące wydarzenia powinny przemawiać za podtrzymaniem siły USD, który na razie zyskuje niezależnie do tego, czy napięcia handlowe nasilają się, czy słabną.

W strefie euro kalendarz jest ubogi. Indeksy PMI w finalnej odsłonie (pon, śr) nie przyciągają już tyle uwagi, co wstępne szacunki. Sprzedaż detaliczna (wt) raczej nie zaoferuje dobrego odczytu, biorąc pod uwagę zaskakująco silny spadek w Niemczech. Od strony polityki monetarnej czeka nas cichy okres, gdyż kolejne posiedzenie EBC jest dopiero 26 lipca. Mimo to w EUR/USD widać walkę o odbicie, więc w najbliższym czasie to kwestie techniczne, a nie fundamentalne, mogą liczyć się bardziej.
Przy publikacji indeksów PMI z Wielkiej Brytanii (pon-śr) ryzyko leży w tym, czy niepewność wokół Brexitu nie hamuje ambicji inwestycyjnych firm. Skromne rewizji wskaźników nie powinny mocno ważyć na funcie i będą potraktowane jako niski wymiar kary. GBP może dużo korzystać na potencjalny powrocie apetytu na ryzyko (jeśli wystąpi), choć zagrożeniem pozostaną doniesienia ze sery politycznej.

Szwedzki Riksbank podejmuje decyzję w sprawie polityki monetarnej (wt), gdzie poza utrzymaniem stopy procentowej bez zmian spodziewamy się gołębiego przekazu z obniżeniem projekcji ścieżki stóp procentowych. Dla Riksbanku ważna jest polityka EBC, stąd prawdopodobne jest, że będzie podążać jego śladem i oddali perspektywę podwyżki z grudnia na początek przyszłego roku. Rynek jest przygotowany na taki scenariusz i utrzymuje SEK nisko. Tylko jeśli Riksbank nie zmieni projekcji, korona może zyskać.
W Polsce startujemy z pakietem danych za czerwiec i w pierwszej kolejności otrzymamy istotne wskazania aktywności biznesowej i inflacji (pon). Spodziewamy się przyhamowania ekspansji przemysłu i spadek PMI do 52,6 z 53,3 w maju, co może być sygnałem niepewności przedsiębiorców nastawionych na eksport. Inflacja powinna odbić do 2 proc. r/r z 1,7 proc. w maju głównie za sprawą wyższych cen paliw, ale inflacja bazowa raczej pozostanie nisko (0,6 proc.), więc nie szukalibyśmy tutaj sygnałów do zmiany stanowiska RPP. Osłabienie złotego bez wątpienia ma źródła zewnętrzne, a niska płynność i koniec kwartału podsycały skalę wzrostów EUR/PLN bez oznak silnej obrony ze strony sprzedających. Biorąc pod uwagę, że na koniec tygodnia EUR/USD mocno odbił (w reakcji a ustalenia ze szczytu UE), a klimat wokół rynków wschodzących poprawiał się, powinno to przynajmniej przystopować wyprzedaż złotego.

W Japonii nieco uwagi będzie poświęcone kwartalnemu raportowi Tankan opisującemu kondycję i nastroje przedsiębiorstw (pon). Prognozy sugerują, że zagrożenie wojną handlową odcisnęło piętno na nastrojach przedsiębiorców i osłabia zaufanie do perspektyw gospodarczych. Jeśli spadki indeksów aktywności będą głębokie, może to być ważny sygnał dla BoJ, a na rynku wyciszy spekulacje o prędkim zwrocie w polityce monetarnej. Poza tym JPY pozostaje barometrem apetytu na ryzyko (a raczej jego braku), co powinno wpierać jena na crossach z walutami ryzykownymi, jednak na USD/JPY rynek skłania się do wybicia górą z miesięcznej konsolidacji.

W Australii na pierwszym planie jest decyzja RBA (wt). Oczekujemy braku zmiany stopy kasowej, a w komunikacie powinien zostać podtrzymany neutralny ton. Ostatnie dane miały mieszany wydźwięk z silniejszym PKB, ale pogorszeniem wskaźników zaufania biznesu oraz mierników zatrudnienia. Niepewność otoczenia zewnętrznego także sugeruje niespieszenie się z podwyżkami, co naszym zdaniem nie nastąpi aż do II kw. 2019 r. Z danych otrzymamy bilans handlowy i sprzedaż detaliczną (śr), gdzie prognozy wskazują na pozytywne wyniki. Przyszłość AUD zależy od kształtowania się sentymentu zewnętrznego w obliczu napięć handlowych na linii USA-Chiny i dopóki temat nie przycichnie, trudno być optymistą wobec walut ryzykownych. Podobne wnioski tyczą się NZD, gdyż przyszły tydzień oferuje pusty kalendarz makro z Nowej Zelandii. Po gołębim wydźwięku komunikatu RBNZ kiwi powinien zachowywać się gorzej od aussie.

W Kanadzie kalendarz jest lekki aż do piątku, kiedy otrzymamy raport z rynku pracy. Przed miesiącem dane rozczarowały, w szczególności spadkiem zatrudnienia na pełny etap, jednak dane te zwykle mają wahadłowy charakter, więc czerwiec powinien przynieść odreagowanie. Będzie to ostatni test przed posiedzeniem Banku Kanady w kolejnym tygodniu. Rynek wycenia podwyżkę w prawie 70 proc., ale wciąż jest pole do budowy jastrzębich oczekiwań, a przy wyciszeniu tematu wojen handlowych, CAD powinien kontynuować umocnienie.

Konrad Białas

Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Tylko 20 proc. Polaków negatywnie ocenia zakup kolekcji Czartoryskich

Tylko 20 proc. Polaków negatywnie ocenia zakup kolekcji Czartoryskich 1

Zakup przez rząd kolekcji Czartoryskich – 250 tys. obiektów bibliotecznych, 86 tys. muzealnych oraz nieruchomości – negatywnie ocenia tylko 20 proc. Polaków. Ponad dwa razy więcej (42 proc.) wyraziło ocenę pozytywną – wynika z badania Panelu Ariadna. Wśród osób znających sprawę transakcję pozytywnie ocenia połowa badanych, negatywnie – tylko 31 proc. Socjolodzy po analizie badań podkreślają, że zakup kolekcji Czartoryskich nie był obciążeniem wizerunkowym dla rządu i próba uczynienia z tego afery po prostu się nie powiodła.

– Przeprowadziliśmy badanie na ogólnopolskiej próbie dorosłych Polaków mające na celu ocenę zakupu kolekcji Czartoryskich przez Skarb Państwa. Mniej więcej 42 proc. ogółu Polaków pozytywnie ocenia tę transakcję, a 20 proc. – negatywnie. Kiedy ograniczymy te wyniki wyłącznie do osób, które orientują się, na czym polegała ta transakcja, to odsetek ocen pozytywnych rośnie do 50 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Tomasz Baran z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Sprawa zakupu kolekcji Czartoryskich przez polski rząd była w ostatnich tygodniach gorącym tematem medialnym, podgrzewanym przez polityków opozycji. Skarb Państwa kupił kolekcję liczącą 86 tys. obiektów muzealnych, 250 tys. bibliotecznych oraz nieruchomości za 100 mln euro, czyli zaledwie ok. 3 proc. wartości rynkowej (kolekcję wycenia się na 3 mld euro). Jak wynika z badań o całej sprawie słyszała jednak mniej niż połowa Polaków.

Widać, że nie jest to sprawa, która przykuwała opinię publiczną i którą Polacy śledzili z wypiekami na twarzy. Sprawa była prezentowana przez media głównego nurtu jako pretekst do uderzenia w obóz rządowy, co oczywiście jest wilczym prawem każdej opozycji. Niemniej bolesne jest to, że każda tego rodzaju sprawa staje się przyczynkiem i kolejnym etapem wojny polsko-polskiej, jest z automatu upolityczniana i staje się pretekstem do kopania się po kostkach przez wszystkich aktorów sceny politycznej – ocenia Marcin Jóźko, socjolog z Lokalnych Badań Społecznych.

Więcej badanych ocenia zakup kolekcji pozytywnie – zarówno wśród wyborców Prawa i Sprawiedliwości (59 proc.), jak i Platformy Obywatelskiej (34 proc.). Wśród osób, które wiedziały o transakcji, połowa uważa, że to dobrze, że Polska przejęła na własność dzieła sztuki.

Wyniki mnie nie zaskoczyły, bo nie był to przecież zakup na cele wybranej grupy jednostek, tylko na cel, który ma służyć ogółowi Polaków. Zaskoczyło mnie natomiast, że wokół tej transakcji w mediach zaczęto toczyć spór polityczny, podczas gdy wiadomo, że o zakup tej kolekcji starały się różne rządy. Moim zdaniem decyzja o hejtowaniu tej transakcji w celach politycznych była nieco chybiona – ocenia dr Tomasz Baran.

Przez 25 lat Fundacja XX Czartoryskich opiekowała się kolekcją. 29 grudnia 2016 roku, by na przyszłość zabezpieczyć zbiory, polski rząd zawarł z Fundacją Książąt Czartoryskich transakcję, na mocy której bezcenne zbiory sztuki, archiwum i biblioteka wraz z muzealnymi budynkami przeszły na własność państwa i zostały powierzone pod dalszą opiekę krakowskiemu Muzeum Narodowemu. Zdaniem ekspertów 100 mln euro za tak bogatą kolekcję to niewiele. Dzięki transakcji w ręce Skarbu Państwa trafiły takie dzieła jak m.in. „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci, „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta, pierwodruk „De revolutionibus” Mikołaja Kopernika z biblioteki króla Zygmunta Augusta, a także zabytki starożytnego Egiptu, Grecji i Rzymu oraz polskie pamiątki narodowe.

Decyzja o zakupie była jednak od początku krytykowana. Rządowi zarzucano rozrzutność, zwłaszcza że – jak podkreślano – w świetle prawa kolekcja teoretycznie nie mogła opuścić Polski.

Sprawa zakupu kolekcji Czartoryskich była potencjalnym zagrożeniem wizerunkowym dla obozu władzy, była jedną z tych kwestii, która służyła do uderzenia w obóz władzy, była też przedmiotem bardzo zażartej i ostrej debaty publicznej. Biorąc pod uwagę inne tego rodzaju kwestie, np. ustawę o IPN, sprawę osób niepełnosprawnych czy najbardziej obciążającą wizerunkowo dla rządu kwestię przyznawania sobie nagród w rządzie Beaty Szydło, zakup kolekcji Czartoryskich nie był tym obciążeniem wizerunkowym i próba uczynienia z tego afery po prostu się nie powiodła – podkreśla Marcin Jóźko.

Zatrudnienie w centrach usług wspólnych rośnie skokowo. Najbardziej potrzebni inżynierowie oprogramowania, analitycy i eksperci od finansów

Zatrudnienie w centrach usług wspólnych rośnie skokowo. Najbardziej potrzebni inżynierowie oprogramowania, analitycy i eksperci od finansów 2

Do 2020 roku centra usług wspólnych, których jest już w Polsce ponad 1,2 tys., będą zatrudniać 340 tys. pracowników – wynika z prognoz ABSL. Tylko na przestrzeni ostatnich dwóch lat liczba nowych miejsc pracy wzrosła o 30 proc. Każdego dnia centra usługowe zatrudniają średnio około 90 nowych pracowników. Najbardziej poszukiwani są deweloperzy, inżynierowie oprogramowania, testerzy, eksperci od finansów i księgowości oraz analitycy finansowi. Obok kompetencji zawodowych kluczowa jest znajomość języków obcych. W ostatnich latach popularność zyskują zwłaszcza języki nordyckie.

– Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce łączy międzynarodowe i polskie firmy poprzez sposób organizacji pracy. Mamy centra outsourcingu procesów biznesowych. Są to firmy, które zawodowo świadczą usługi i wspierają procesy biznesowe innych przedsiębiorstw. Mamy także wewnętrzne centra usług, organizowane w Polsce przez międzynarodowe korporacje na własne potrzeby. Mamy również takie, które cechuje rodzaj specjalizacji – przykładem są centra IT i badawczo-rozwojowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Popławski, dyrektor zarządzający Accenture Operations Polska oraz członek zarządu ABSL.

Polska jest jednym z najbardziej dynamicznie rosnących rynków dla BPO/SSC (Business Process Outsourcing/Shared Service Center) nie tylko w regionie, lecz także na całym świecie. Z danych branżowego stowarzyszenia ABSL (Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych) zrzeszającego 170 globalnych inwestorów wynika, że na polskim rynku jest już 1 236 centrów usług, z których 840 to zagraniczne inwestycje (68 proc.). Tylko w okresie od I kwartału 2017 do I kwartału 2018 działalność na polskim rynku rozpoczęło 91 nowych centrów usług. Wszystkie centra zatrudniają łącznie w tej chwili prawie 280 tys. pracowników (ponad 80 proc. pracuje w centrach zagranicznych), a na przestrzeni ostatniego roku wzrost zatrudnienia w tym sektorze wyniósł 13 proc. Licząc od początku 2016 roku, całkowity przyrost nowych miejsc pracy wyniósł 30 proc. – wynika z najnowszego raportu ABSL. Eksperci prognozują, że w optymalnym scenariuszu w 2020 roku centra usług w Polsce będą zatrudniać już ponad 340 tys. pracowników.

– Sektor rozwija się w tempie kilkunastu procent rocznie. Od początku 2016 roku miejsce pracy znalazło w nim 65 tys. osób. To oznacza średnio 90 nowych miejsc pracy każdego dnia – mówi Wojciech Popławski.

Według aktualnych danych swoje centra usług w Polsce ma już 831 firm (spośród których 601 to inwestorzy zagraniczni). Co ciekawe, w Polsce swoje centra usługowe ulokowało już 83 inwestorów z prestiżowej listy amerykańskiego magazynu Fortune Global 500.

– Najważniejszy dla zagranicznych inwestorów w Polsce jest dostęp do kapitału ludzkiego, coraz większa dostępność ekspertów z doświadczeniem w konkretnych zawodach oraz rosnąca liczba utalentowanych studentów i absolwentów uczelni wyższych. Dodatkowym elementem, który odgrywa jedną z kluczowych ról, jest infrastruktura, dostępność lotnisk, komunikacja pomiędzy miastami oraz jedna z najnowocześniejszych infrastruktur biurowych w tym regionie. Nie bez znaczenia, chociaż nie jest to już kluczowy czynnik, jest też koszt prowadzenia biznesu w porównaniu z Europą Zachodnią czy Stanami Zjednoczonymi oraz wysoka i ciągle rosnąca etyka pracy – wymienia Wojciech Popławski.

Centra usług działają już w czterdziestu ośrodkach w całej Polsce, z których główne i największe to Kraków, Warszawa, Wrocław, Trójmiasto, Aglomeracja Katowicka, Łódź, Poznań, Bydgoszcz, Lublin, Rzeszów i Szczecin. Tych jedenaście ośrodków łącznie odpowiada w tej chwili za 95 proc. całkowitego zatrudnienia w branży.

– Zakres specjalizacji jest bardzo szeroki, niemniej najbardziej popularne obecnie są zawody technologiczne. Jest bardzo duży popyt na deweloperów, inżynierów oprogramowania oraz testerów. Kolejną znaczącą specjalizacją jest obszar finansów i księgowości. Patrząc z perspektywy Accenture, zatrudniamy dzisiaj coraz więcej analityków finansowych. Zajmują się oni bardzo skomplikowanymi analizami, które są wykorzystywane przez zarządy regionalne i globalne firmy do podejmowania decyzji. Trzecią grupą, która jest bardzo znacząca i będzie rosła najszybciej w najbliższych latach, są specjaliści bankowości, finansów i ubezpieczeń – ocenia Wojciech Popławski.

Według badań ABSL centra usług wspólnych zatrudniają obecnie pracowników, którzy posługują się trzydziestoma pięcioma językami obcymi. Najbardziej popularne to – oprócz angielskiego – niemiecki, francuski, włoski i hiszpański. Na przestrzeni ostatnich kilku lat szybko rośnie również popularność języków nordyckich.

– Patrząc przekrojowo, ponad 30 proc. centrów usług w Polsce zatrudnia pracowników obsługujących procesy w ponaddziesięciu językach obcych – podsumowuje dyrektor zarządzający Accenture Operations Polska oraz członek zarządu ABSL.

Aplikacje mobilne pomagają w walce z uzależnieniami. Ich skuteczność nie odbiega od terapii prowadzonych stacjonarnie

Aplikacje mobilne pomagają w walce z uzależnieniami. Ich skuteczność nie odbiega od terapii prowadzonych stacjonarnie 3

Technologia mobilna może usprawnić pracę terapeutów zajmujących się leczeniem alkoholizmu i innych uzależnień. Dzięki aplikacji będą mogli mieć stały kontakt z pacjentami, monitorować ich postępy, stan zdrowia oraz prowadzić wideokonsultacje. Opracowywane algorytmy sztucznej inteligencji pozwolą usprawnić proces pomocy osobom uzależnionym oraz przewidywać nawroty choroby alkoholowej. Skuteczność terapii online cały czas rośnie, a już teraz jest ona porównywalna z terapiami stacjonarnymi. Obecnie w Polsce aż 800 tys. osób cierpi na alkoholizm.

– Wszelkiego rodzaju dane wskazują na to, że terapie online potrafią być równie skuteczne jak terapie stacjonarne. My w aplikacji AlkyRecovery koncentrujemy się na uzależnieniach behawioralnych oraz chemicznych. Wychodzimy od największego problemu, a więc od uzależnienia od alkoholu. Chcemy skoncentrować się na predykcji, czyli przewidywaniu nawrotów choroby. Badania konkurencji, które przeprowadziliśmy z zewnętrzną firmą, pokazały, że nie ma na świecie takiego rozwiązania – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Brysiak, pomysłodawca aplikacji AlkyRecovery.

Według Polskiej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w Polsce żyje od 600 do 800 tys. osób ze zdiagnozowanym alkoholizmem, a aż 3 mln osób spożywa nadmierne ilości alkoholu. Agencja podaje, że co roku 150 tys. osób kończy terapie, a aż 52 proc. z osób kończących terapie w pierwszych dwunastu miesiącach ma nawrót choroby, czyli łamie abstynencję.

W samokontroli mogą pomóc aplikacje mobilne, które pozwalają nie tylko prowadzić dzienniczki do samooceny, lecz także umożliwiają nieustanne monitorowanie stanu zdrowia i ciągły kontakt ze specjalistą.

– Aplikacja AlkyRecovery ma wspomagać proces leczenia. Jest narzędziem do samooceny, samokontroli i wsparcia terapeutów. Już teraz prowadzimy darmowe czaty z certyfikowaną terapeutką, przygotowujemy się też do uruchomienia terapii w formie wideoczatu. Aplikacja współpracuje z opaską monitorującą czynności życiowe, może wyczytać ze wskaźnika HRV poziom stresu i na podstawie zebranych danych wejściowych dokonać predykcji oraz uruchomić proces wsparcia – wyśle wiadomość do terapeuty – opowiada Marcin Brysiak.

Najnowsze technologie mobilne coraz częściej pomagają w walce z uzależnieniami. To już nie tylko opaski monitorujące stan zdrowia, lecz także sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe. Twórcy aplikacji wraz z zespołem terapeutycznym chcą zaprojektować specjalny algorytm, który pozwoli pomóc osobom uzależnionym w pierwszym kontakcie.

– Końcowym efektem prac po trzech latach będzie chatbot, który będzie w stanie wziąć na siebie pierwszą część pytań i odpowiedzi najczęściej zadawanych przez użytkowników na początkowym etapie albo kiedy spotykają się z sytuacjami, których nie byli w stanie przewidzieć – tłumaczy ekspert.

Analitycy Research and Markets szacują, że w 2018 roku wartość rynku mobilnych usług zdrowotnych wyniesie ponad 28 mld dol., a średnioroczne tempo wzrostu na przestrzeni trzech kolejnych lat przekroczy 30 proc.

Technologie Wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości stają się coraz bardziej dostępne. Poza szkoleniami będą wykorzystywane także w medycynie i przemyśle

Technologie Wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości stają się coraz bardziej dostępne. Poza szkoleniami będą wykorzystywane także w medycynie i przemyśle 4

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość wchodzi do powszechnego użytku. Oprócz zastosowań rozrywkowych i szkoleniowych wciąż pojawiają się kolejne, bardziej zaawansowane zastosowania tych technologii. Dziś VR i AR pomagają szkolić np. maszynistów i operatorów maszyn, ale w niedalekiej przyszłości będą wspierać też m.in. chirurgów plastycznych. Dzięki tym technologiom możliwa jest także optymalizacja procesów produkcyjnych w fabrykach. Przedstawiciele branży wskazują, że najbliższe lata będą stały pod znakiem ewolucji dotychczas opracowanych rozwiązań.

– W tym momencie VR w przemyśle wykorzystuje się głównie w szkoleniach, a także do symulacji różnych procesów. Jeżeli chodzi o szkolenia, to są to przeważnie tematy techniczne – szkolenia dla pracowników technicznych, którzy muszą przetrenować jakieś ręcznie wykonywane czynności, opanować jakieś procesy. Zaletą oprogramowania VR jest to, że można zasymulować warunki niebezpieczne, a z drugiej strony np. nie blokujemy w fabryce linii produkcyjnej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mateusz Tokarski z firmy Giant Lazer, projektującej rozwiązania VR i AR.

Wirtualna rzeczywistość niebawem pozwalać będzie jednak na znacznie bardziej zaawansowane symulacje. Do 2020 roku ma zostać opracowany symulator przeznaczony do przeprowadzania symulacji zabiegów związanych z dermatologią estetyczną i dermatologią kliniczną. Lekarz po nałożeniu gogli VR będzie operował oczujnikowaną manetką, symulującą końcówkę sprzętu dermatologicznego. Do jego oczu trafi widok wirtualnej głowy pacjenta, a na manetce poczuje opór, tak jakby pracował na żywym pacjencie. Nad symulatorem pracuje polski zespół badawczy. Od pewnego czasu lekarze z Instytutu Kardiologii w Aninie korzystają natomiast z Google Glass do udrażniania tętnic wieńcowych.

Na zwiększenie spektrum zastosowań wirtualnej rzeczywistości pozwalają coraz niższe ceny rozwiązań.

– VR stał się bardziej dostępny dla szerokiego grona odbiorców, ponieważ stał się tańszy, dlatego biznes może już coraz szerzej stosować wirtualną rzeczywistość. Na pewno bardzo dynamicznie rozwija się technologia rozszerzonej i mieszanej rzeczywistości. Przewiduje się, że to będzie technologia, która będzie bardzo zyskiwała na znaczeniu w przyszłości, teraz jest bardzo niedoskonała, natomiast prawdopodobnie za 2–3 lata wejdzie do szerokiego użycia – prognozuje Mateusz Tokarski.

Technologia wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości coraz częściej wykorzystywana jest także do monitorowania np. linii produkcyjnych w fabrykach, a nawet całych fabryk. Dzięki niej można np. odtworzyć w wirtualnej czy rozszerzonej rzeczywistości model faktycznie działającej fabryki, monitorować dane w czasie rzeczywistym i optymalizować procesy. Obecnie z wirtualnych fabryk korzystają przede wszystkim duże przedsiębiorstwa produkcyjne i firmy z branży automotive.

Ford dla jednej z europejskich fabryk stworzył wirtualnego bliźniaka z użyciem kamer skanujących. Wdrożenie wirtualnej fabryki pomaga amerykańskiej firmie m.in. w opracowywaniu bezpiecznych pozycji dla pracowników na linii produkcyjnej, dzięki czemu udało się zredukować liczbę wypadków przy pracy o 70 proc.

W najbliższych latach technologie VR i AR będą się bardzo dynamicznie rozwijać, jednak według przedstawicieli branży będzie to raczej ewolucja dotychczasowych rozwiązań.

– Nie liczę na żadną rewolucję, ponieważ rewolucja dokonała się wtedy, kiedy te technologie weszły po raz pierwszy na rynek. Wszyscy natomiast widzą ich niedoskonałości i na pewno ich rozwój będzie bardziej iteracyjny i stopniowy. Raczej myślę, że to będzie udoskonalenie tego, co mamy teraz – mówi ekspert.

Zgodnie z przewidywaniami Orbis Research, rynek sprzętu i oprogramowania VR osiągnie w 2020 roku wartość ponad 40 mld dol.

Kolekcjonerskie książki dobrą alternatywą dla tradycyjnych inwestycji. Zyski mogą sięgać kilkuset procent

Kolekcjonerskie książki dobrą alternatywą dla tradycyjnych inwestycji. Zyski mogą sięgać kilkuset procent 5

Polacy coraz częściej stawiają na alternatywne środki pomnażania kapitału. Rośnie popularność inwestycji w tradycyjne dzieła sztuki, jak obrazy czy rzeźby, ale wysoki zysk pozwalają też osiągnąć kolekcjonerskie książki. Bibliofilskie egzemplarze to zwykle unikatowe, numerowane edycje, które charakteryzuje dbałość o najmniejszy szczegół, wykorzystanie specjalnego papieru i sygnatury artystów. Choć ceny mogą sięgać kilkudziesięciu tysięcy złotych w przypadku jubilerskich opraw, nie brakuje chętnych. Zwłaszcza że w ciągu kilku lat zyski mogą sięgać kilkuset procent.

Książki kolekcjonerskie właściwie trudno nazwać produktem. To bardziej dzieła sztuki: niepowtarzalne, wykonywane czasami tylko w jednym egzemplarzu, numerowane, sygnowane przez artystów, drukowane na papierach ręcznie czerpanych, artystycznych, zawierające grafiki warsztatowe. Interesuje nas każdy możliwy sposób przybliżenia książki do dzieła sztuki. Również zabawa z formą książki, z formą jej okładki to są nasze poszukiwania na płaszczyźnie książki artystycznej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Urszula Kurtiak z Wydawnictwa Artystycznego Kurtiak Ley.

Z badania KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce 2017” wynika, że blisko połowa bogatych Polaków inwestowała w sztukę, inwestuje lub planuje taki krok w przyszłości. Jest też coraz więcej firm, które specjalizują się w sprzedaży aukcyjnej dzieł sztuki. Dane portalu Artinfo wskazują, że w 2017 roku odbyło się 284 aukcji – najwięcej w historii, a obrót na polskim rynku sztuki przekroczył 214 mln zł. Choć kupowane są przede wszystkim obrazy, rysunki i rzeźby, to rośnie zainteresowanie książkami artystycznymi.

– To produkt inwestycyjny bardzo trudny do podrobienia. Książki artystyczne są bardzo trudne do skopiowania, czego nie można powiedzieć o dotychczas znanych nam dobrach inwestycyjnych, jak malarstwo czy grafika. Wymagałoby to tak ogromnego przedsięwzięcia, że jest to prawie niewykonalne – ocenia Urszula Kurtiak.

W książkach artystycznych stosowane są ręcznie czerpane papiery – bezdrzewne i bezkwasowe, co zapewnia im trwałość. Książki są ręcznie szyte i oprawiane, a okładki dobierane są do danego egzemplarza. Jak jednak przekonuje ekspertka, przy zakupie książki z myślą o inwestycji, należy zwrócić uwagę na detale, nie zawsze zdawać się tylko na intuicję.

Szlachetny materiał, którego się używa, jest gwarancją, że jest to dobra rzecz. Warto również poznać się na technice, trochę na typografii, bo będąc laikiem, można nie dostrzec pewnych rzeczy. Trzeba zgłębić wiele dziedzin albo posłuchać sprzedawcy, czym uzasadnia to, że książka jest wyjątkowa. Jedna z naszych książek ma linoryty, które artysta odbijał ręcznie, wszystkie są sygnowane i numerowane na specjalnym chińskim papierze Xuan, ręcznie wykonywanym, który ma tysiąc lat gwarancji – mówi przedstawicielka Wydawnictwa Artystycznego Kurtiak Ley.

Przy zakupie warto też zwrócić uwagę na nakład. Im mniej egzemplarzy, tym cena książek będzie wyższa. W takim przypadku lepiej pospieszyć się z decyzją o ewentualnej inwestycji. Z biegiem czasu cena książki będzie rosła.

– Jeśli mówię, że jest 138 egzemplarzy, nie ma prawa być ani jednego więcej. Nabywca powinien wiedzieć, że jest to liczba skończona i powinien mieć gwarancję, że nigdy nie będzie dodruku – mówi Urszula Kurtiak.

Ceny książek artystycznych zaczynają się od kilkuset złotych. Dużo zależy nie tylko od nakładu, lecz także od użytych materiałów, rodzaju papieru czy ozdób. W przypadku jubilerskich opraw ceny sięgają już kilkunastu i kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Wszystko zależy od tego, jaka to książka, jak mocno skomplikowana, co znajduje się w środku: jakie ilustracje, papier, ile tekstu, jaka oprawa. Niektóre oprawy są wykonane tylko w jednym projekcie, nie ma możliwości, żebyśmy zrobili drugi raz taki sam pomysł – wymienia Kurtiak.

W przypadku inwestycji w dzieła sztuki nie ma gwarancji zysku. Podobnie jest w przypadku książek artystycznych. Wiele zależy od popularności takich książek i popytu. Przy tych wykonanych w niewielkiej liczbie egzemplarzy ryzyko jest jednak stosunkowo niewielkie, zaś zysk w ciągu kilku lat może sięgnąć kilkuset procent.

– Jedna z naszych książek, której cena początkowa w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze wynosiła ok. 120 zł, w tej chwili po wyczerpaniu się nakładu osiąga cenę około 15–17 tys., ale też pojawia się bardzo rzadko na wolnym rynku – wskazuje Urszula Kurtiak.

Wydawnictwo Artystyczne Kurtiak i Ley otrzymało nagrodę Godło „Teraz Polska” za ręcznie tworzone książki kolekcjonerskie, które znajdują się w bibliotekach na całym świecie. Jak przekonuje Urszula Kurtiak, choć kolekcjonerami są przede wszystkim Polacy, to książki artystyczne mogą też być dobrą promocją naszego kraju.

– Książki są dobrą reklamą Polski od wielu lat. Pierwszy raz zetknęliśmy się z tym w 1992 roku w Chicago, na festiwalu zorganizowanym przez placówki konsularne. Pokazaliśmy luksusowe przedmioty, choć wówczas Polska wcale luksusowo się nie kojarzyła, były mity o tym, że jest to tak ubogi kraj, że trzeba tam posyłać paczki. Nasz konsul był bardzo rad, że właśnie takie przedmioty reprezentowały Polskę w tym międzynarodowym gremium – mówi Urszula Kurtiak.

W Opolu będą możliwe najbardziej skomplikowane zabiegi ratujące życie. W szpitalu klinicznym otwarto jedną z najnowocześniejszych sal operacyjnych w Polsce

W Opolu będą możliwe najbardziej skomplikowane zabiegi ratujące życie. W szpitalu klinicznym otwarto jedną z najnowocześniejszych sal operacyjnych w Polsce 6

Hybrydowa sala operacyjna umożliwia równoczesne wykonywanie mało inwazyjnych zabiegów i operacji na otwartym sercu z wykorzystaniem pełnej diagnostyki. Jest wyposażona w ultranowoczesny sprzęt, zdolna pomieścić kilka zespołów lekarzy różnych specjalizacji, którzy mogą na bieżąco ze sobą współpracować. To znacznie zwiększa bezpieczeństwo pacjenta, a także skuteczność interwencji chirurgicznej. Takie sale znajdują się na razie zaledwie w kilku największych, najbardziej wyspecjalizowanych szpitalach w Polsce. Kolejna została otwarta w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Opolu, który dzięki tej inwestycji uplasował się w gronie najnowocześniejszych placówek w Polsce. 

 Hybrydowa sala operacyjna stwarza zupełnie nowe możliwości. To połączenie sali, na której zabiegi wykonują kardiolodzy interwencyjni – czyli takiej z aparatem rentgenowskim, gdzie z wykorzystaniem kontrastu poszerzamy tętnice, oraz sali, na której pracują kardiochirurdzy i chirurdzy naczyniowi, wyposażonej w stół operacyjny, aparat do znieczulenia, gdzie dostępny jest anestezjolog. Wszystko to mieści się w jednym pomieszczeniu. Siłą takiego połączenia, zarówno sprzętu, jak i zespołów, jest to, że możemy wspólnie decydować, co zrobić z pacjentem, wspólnie wykonywać zabiegi. Co więcej, możemy zmieniać swoje decyzje w trakcie zabiegu, na przykład z powodu komplikacji czy powikłań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Marek Gierlotka, kierownik Oddziału Kardiologii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu.

Hybrydowa sala operacyjna to innowacja, w którą wyposażonych jest jak dotąd tylko kilka największych i najbardziej wyspecjalizowanych szpitali w Polsce. Kolejna została właśnie oddana na oddziale kardiologii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu.

– To nowoczesny warsztat pracy chirurga naczyniowego. Sala, która umożliwia równoczesne wykonywanie zabiegów klasyczną techniką chirurgii naczyniowej oraz nowoczesnymi metodami chirurgii wewnątrznaczyniowej. Co więcej, w trakcie zabiegów na sali hybrydowej możemy korzystać z angiografu, który jest doskonałym narzędziem diagnostycznym. W trudnych sytuacjach, w których mamy wątpliwości, możemy się posiłkować tym urządzeniem i na bieżąco zmieniać taktykę operacji – mówi prof. dr hab. n. med. Wacław Kuczmik, kierownik Oddziału Chirurgii Ogólnej, Angiologii i Flebologii Górnośląskiego Centrum Medycznego.

Jak podkreśla, hybrydowa sala operacyjna wymusza współpracę pomiędzy specjalistami różnych dyscyplin medycznych. Tworzą się zespoły, w których możliwe jest wykorzystanie wiedzy lekarzy z różnych dziedzin w jednym miejscu dla dobra chorego.

 Połączenie różnych metod sprawia, że pacjent często może uniknąć wieloetapowego wykonywania zabiegów, kilkukrotnego przyjęcia do szpitala. W jednym miejscu i w tym samym czasie możemy wykonać zabieg w dużo szerszym zakresie, z mniejszą inwazją, mniejszym obciążeniem dla chorego – mówi prof. dr hab. n. med. Wacław Kuczmik.

Obok ultranowoczesnego angiografu hybrydowa sala operacyjna Szpitala Klinicznego w Opolu wyposażona jest także w wielopłaszczyznowy aparat rentgenowski (umożliwia oglądanie naczyń i serca z różnych stron), aparat do krążenia pozaustrojowego, respirator, sprzęt do UKG, znieczulenia, badania echa serca oraz specjalny stół operacyjny.

 Są dwa ekrany dla zespołów stojących po obu stronach stołu operacyjnego, co jest dużym udogodnieniem. Hybrydowa sala jest też dużo większa po to, aby w razie konieczności przy pacjencie mógł działać dodatkowy sprzęt. W trakcie zabiegu na sali jest wiele urządzeń, dziesiątka ludzi i nadal się mieścimy – mówi prof. dr hab. Marek Gierlotka.

Główną różnicą pomiędzy tradycyjną a hybrydową salą operacyjną jest obecność sprzętu do diagnostyki obrazowej. Zwykle urządzenia takie jak tomograf czy aparat rentgenowski znajdują się poza blokiem operacyjnym i żeby poddać pacjenta badaniom, trzeba go przewieźć w inne miejsce. W hybrydowej sali operacyjnej taki sprzęt jest stałym wyposażeniem. To oznacza, że można w tym samym czasie i w jednym miejscu przeprowadzić pełną diagnostykę obrazową i zabieg chirurgiczny.

 Diagnostyka jest kluczowa. Badania, z którymi trafiają do nas pacjenci, często nie są już aktualne. A nawet jeśli są, to ich jakość nie zawsze pozwala przewidzieć wszystkie komplikacje i zdarzenia w trakcie zabiegu. Dlatego możliwość wykonywania diagnostyki obrazowej jest absolutnie kluczowa dla powodzenia wykonywanych procedur – podkreśla prof. dr hab. n. med. Wacław Kuczmik.

Możliwość wykonania zabiegu z wykorzystaniem diagnostyki obrazowej poprawia komfort lekarzy i pacjenta, a także znacznie zwiększa jego bezpieczeństwo i skuteczność interwencji chirurgicznej. Lekarze mają też możliwość szybkiego reagowania w razie ewentualnych komplikacji.

– Czasem hybrydowa sala operacyjna stwarza też możliwość przeprowadzenia zupełnie nowych zabiegów, które dotąd były niedostępne, czyli małoinwazyjnych zabiegów zarówno ze strony kardiologów, kardiochirurgów, jak i chirurgów naczyniowych. To łączy się z mniejszym ryzykiem, krótszym pobytem w szpitalu i ostatecznie lepszym efektem leczenia – mówi prof. dr hab. Marek Gierlotka.

Wicewojewoda opolski Violetta Porowska podkreśla, że dzięki hybrydowej sali operacyjnej Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Opolu plasuje się w tej chwili w pierwszej dziesiątce najnowocześniejszych szpitali w Polsce. Inwestycja została oddana kosztem 6 mln zł, z czego 4 mln zł pochodziło z dotacji Ministerstwa Zdrowia. Sala została wyposażona m.in. w sprzęt firmy Siemens Healthcare, specjalizującej się w medycznych innowacjach.

 Ta sala hybrydowa jest na tyle innowacyjna, że dzisiaj spokojnie możemy powiedzieć, że mamy w Opolu odrobinę technologii kosmicznej. Te technologie są dziś uznawane za najnowocześniejsze, ale przede wszystkim – najbezpieczniejsze. Pozwalają leczyć pacjentów z bardzo skomplikowanymi schorzeniami, dlatego cieszymy się zarówno jako pacjenci, jak i osoby, które zarządzają ochroną zdrowia w województwie opolskim – mówi Violetta Porowska.

Polski rynek fitness pod lupą UOKiK. Zasady konkurencji mogło naruszyć kilkanaście firm

Polski rynek fitness pod lupą UOKiK. Zasady konkurencji mogło naruszyć kilkanaście firm 7

Kary do 2 mln zł dla menadżerów i do 10 proc. przychodów firm – takie kary grożą graczom rynku fitness badanym przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. UOKiK wszczął wobec Benefit Systems, operatorowi m.in. popularnych kart MultiSport, oraz operatorom klubów fitness postępowanie antymonopolowe. Urząd podejrzewa porozumienia w sprawie podziału rynku i działania, które miały wzmocnić pozycję Benefit Systems względem konkurentów. Dla osób korzystających z klubów fitness mogło to oznaczać wyższe ceny i mniejszy wybór usług klubów – podkreśla prezes Urzędu.

 Stwierdziliśmy, że na rynku klubów fitness zachodzą niepokojące zjawiska. Były to na tyle wiarygodne dane, że sąd zgodził się na to, żebyśmy weszli do tych firm z przeszukaniem. Byliśmy w kilku firmach i u organizatora tego systemu kart wejścia, czyli MultiSport. Na podstawie danych, które tam zebraliśmy, okazało się, że możemy uruchomić postępowanie już nie sprawdzające, tylko przeciwko konkretnym podmiotom, czyli i organizatorowi, Benefit Systems, i wielu klubom fitness, które z nim współpracowały i dzieliły się rynkiem, a równocześnie utrudniały wejście innym operatorom analogicznych systemów kart dostępu do klubów fitness – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Niechciał, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Blisko co trzeci Polak uprawia jakąkolwiek aktywność fizyczną trzy razy w tygodniu (MultiSport Index 2018). Wielu z nich korzysta z klubów fitness, których w polskich miastach jest coraz więcej. Osoby te nie tylko kupują karnety w klubach fitness, ale także korzystają z pakietów sportowo-rekreacyjnych oferowanych przez pracodawców jako benefit pozapłacowy.

UOKiK wszczął postępowanie przeciw operatorowi pakietów MultiSport i operatorom klubów fitness w związku z podejrzeniem ograniczania konkurencji i utrudniania dostępu do klubów.W ramach przeprowadzonych jeszcze w 2017 roku przeszukań zebrano dowody, które wskazują, że 16 przedsiębiorców mogło zawrzeć porozumienia ograniczające konkurencję – podzielić między sobą rynek i wspólnie ustalić, w których rejonach Polski będą działały.

– Było to blokowanie rynku i dzielenie się rynkiem, np. klub fitness mógłby działać w wielu miejscach w kraju, a działał tylko w jednym, w dwóch, a w tych pozostałych ograniczał się, ale miał w zamian pewność, że kluby z innych miast nie przyjdą do jego miasta – wskazuje Marek Niechciał.

Urząd podejrzewa, że kluby fitness ustaliły, że nie będą współpracować z rywalami Benefit Systems. Miało to sprzyjać ochronie silnej pozycji firmy na rynku pakietów sportowych.

 Blokowanie działania innego systemu takich kart powoduje, że pracodawcy są w pewnym sensie zmuszeni do korzystania z tego, który wymusił na innych ograniczenie konkurencji – zaznacza prezes UOKiK. – To działanie na niekorzyść konsumentów, bo ograniczenie wyboru w praktyce tylko do jednego systemu oznacza, że prawdopodobnie jest to droższe i warunki współpracy są gorsze, niż gdyby ten rynek był konkurencyjny. 

Jak podkreśla, dowody mogą świadczyć także o udziale w zmowie sześciu menadżerów firm (odpowiedzialność menadżerów firm za zmowy rynkowe funkcjonuje w Polsce od 2015 roku). Postępowanie jest prowadzone przeciw AM Classic, Baltic Fitness Center, Bartosz Gibała Platinium, Benefit Partners, Benefit Systems, Calypso Fitness, EFC, Fabryka Formy, Fitness Academy, Fitness Academy SKA, Fit Invest, Fitness MCG, Fitness za rogiem, Jupiter Sport, Platinium Wellness i Zdrofit.

 Ewentualne kary wynoszą do 2 mln zł dla menadżerów, a dla firm do 10 proc. obrotów z poprzedniego roku. Tu mogą być kary idące w wiele milionów złotych – mówi Marek Niechciał.

Dodaje, że przedsiębiorcy i osoby zarządzające firmami mogą uniknąć kar, współpracując z UOKIK.

– Jeśli ktoś ma wiadomości o tego typu działaniach, może się anonimowo zgłosić do UOKiK, czy to mailowo, również anonimowo, czy też dzwoniąc. Tych sygnałów jest już łącznie parę tysięcy, z czego kilkadziesiąt było obiecujących. Jedno postępowanie łącznie z przeszukaniem było właśnie na podstawie takiego sygnalisty – mówi Marek Niechciał.

Na koniec I kwartału 2018 roku liczba kart MultiSport w Polsce i na rynkach zagranicznych przekroczyła 1 mln (z czego w Polsce 916 tys. użytkowników). Operator systemu – spółka Benefit Systems – w komunikacie poinformował, że nie zgadza się z zarzutami Urzędu.

Jak zainwestować w mieszkanie na wynajem i nie stracić kapitału?

Popyt na mieszkania z rynku pierwotnego nie słabnie. W ubiegłym roku deweloperzy ukończyli i oddali do użytkowania blisko 90 tys. lokali oraz podpisali umowy na sprzedaż prawie 100 tys. kolejnych. Analitycy przewidują, że cały 2018 r. i pierwsze kwartały 2019 będą charakteryzowały się wysokim poziomem sprzedaży. Bardzo duży odsetek lokali jest kupowanych z myślą o wynajmie[1]. Czy przy takim nasyceniu ofertami mieszkań na wynajem pomnażanie kapitału w ten sposób ma jeszcze sens?

Zgodnie z wynikami badania przeprowadzonego przez Stowarzyszenie Mieszkanicznik w 2017 r. blisko 30 proc. nowych lokali w dużych miastach, a w Warszawie aż 40 proc. mieszkań, było zakupionych z myślą o późniejszym najmie. Wpływ na to ma zwiększająca się świadomość kupujących, dla których nieruchomości stały się sposobem lokowania kapitału czy zabezpieczenia emerytalnego. Inwestycje w nieruchomości niosą za sobą co prawda większe ryzyko, ale dają też szansę na bardziej zadowalający zwrot kapitału niż obligacje i lokaty bankowe. – Obecnie z wynajmu mieszkania w dobrej lokalizacji,  w dużej aglomeracji, można uzyskać stopę zwrotu o wartości nawet 6 – 8 proc. w skali roku – mówi Karol Andrzejewski, Dyrektor Regionalny marki TuMieszkamy. – Daje to kilkukrotnie wyższy zysk niż lokata bankowa. Niskie stopy procentowe nie zachęcają Polaków do lokowania oszczędności w bankach i poniekąd zmuszają do poszukiwania alternatywnych sposobów pomnażania kapitału dodaje Karol Andrzejewski. Poniżej przedstawiamy czynniki, na które należy zwrócić uwagę kupując lokal na wynajem.

Wybór odpowiedniego mieszkania kluczem do sukcesu

Dokonując wyboru mieszkania pod wynajem należy poświęcić czas na poszukiwania nieruchomości z dużym potencjałem, pamiętając o czynnikach, które wpływają na jego wartość. Ważna jest wiedza na temat danego regionu, plany zagospodarowania najbliższej przestrzeni oraz bliskość lokali usługowych, szkół, szpitali. Należy też zastanowić się, komu chcemy wynajmować mieszkanie, czyli stworzyć tzw. profil idealnego klienta. Kolejną kwestią jest wielkość lokalu. Wybór takiego mieszkania, na jakie aktualnie jest największy popyt, zmniejszy prawdopodobieństwo utraty kapitału. Najbardziej pożądane okazują się być dwu lub trzypokojowe lokale, rozkładowe, czyli z korytarzem, z którego przechodzi się do innych pomieszczeń (bez pokojów przechodnich), na planie zbliżonym do kwadratu. Dają one poczucie prywatności oraz intymności i mogą być wynajmowane na pokoje. Mniejsze znaczenie od liczby i rozkładu pomieszczeń ma metraż, choć najlepiej, aby mieszkanie nie było większe niż 60 mkw. Zainteresowaniem cieszą się kawalerki z aneksem kuchennym, tzw. studia, których najczęściej poszukują studenci, single i turyści. – Jeśli decydujemy się na zakup niewielkiego, kompaktowego mieszkania, wybierzmy lokalizację w pobliżu uczelni, parków biurowych lub w niedalekiej odległości od atrakcji turystycznych. Lokale w centrum to świetne lokum pod wynajem krótkoterminowy dla biznesmenów podróżujących służbowo, turystów, natomiast okolice uczelni oraz dobrze skomunikowane osiedla  także dla uczniów i studentów – mówi Karol Andrzejewski, Dyrektor Regionalny TuMieszkamy. Aktualnie stabilne są inwestycje w lokale mieszkalne w dużych aglomeracjach. Przyzwoity standard lokalu oraz lokalizacja blisko centrum miasta lub ośrodków akademickich zapewni ciągłość wynajmu i zagwarantuje oczekiwany zwrot.

Inwestować w wynajem czy nie?

Stopy zwrotu dla inwestycji w lokale mieszkalne w dużych aglomeracjach wynoszą średnio 6 proc. w skali roku. Jeśli więc zdecydujemy się na kupno mieszkania pod wynajem, pamiętając o czynnikach, które wpływają na jego wartość, będzie to lokata kapitału przynosząca oczekiwany zysk. Nie można zapominać o tym, że inwestowanie w nieruchomości, tak jak inne sposoby lokowania środków, jest również obarczone ryzykiem. Inwestując pieniądze w nieruchomości, zarabiamy na wzroście wartości mieszkania w czasie oraz na comiesięcznym najmie. – Bieżący zysk, czyli kwota, która co miesiąc będzie wpływała na nasze konto, zależy od tego, jak szybko znajdziemy lokatorów i czy dopuścimy do pustostanów pomiędzy kolejnymi najemcami – mówi Karol Andrzejewski, Dyrektor Regionalny marki TuMieszkamy. – Logiczne jest, że gdy lokal stoi  pusty, nie przynosi zysków, jedynie generuje koszty. Trzeba mieć też na uwadze, że poszukiwania najemców mogą zająć nawet kilka miesięcy. Jeśli proces się przedłuża, koniecznie zastanówmy się nad przyczynami i reagujmy, modyfikując ogłoszenie, regulując opłatę za wynajem, czy zmieniając kanały dotarcia do potencjalnego najemcy, tak aby nie osiągnąć celu przeciwnego do założonego – dodaje Andrzejewski. Rekordowo niskie stopy procentowe, rosnące stawki najmu, duży popyt na mieszkania na wynajem zdecydowanie zachęcają do lokowania kapitału w branży nieruchomości i wpływają na jego opłacalność.

[1] Zgodnie z wynikami ankiet Stowarzyszenia Mieszkanicznik, w 2017 r. 20-30 proc. nowych lokali w dużych miastach, a w Warszawie aż 40 proc.

W obawie przed szpiegostwem Biały Dom rozważa wprowadzenie ograniczeń dla chińskich naukowców

Administracja prezydenta D. Trumpa, zaniepokojona rozwojem technologicznym Chin, rozważa wdrożenie ostrych środków, które ograniczyłyby możliwość prowadzenia badań na amerykańskich uniwersytetach i w tamtejszych instytutach przez obywateli chińskich. W tle jest obawa, iż mogą oni pozyskiwać tajemnice intelektualne. Rozważa się ograniczenie dostępu grona tych chińskich naukowców, którzy pracują nad projektami o charakterze wojskowym lub wywiadowczym, do określonych rodzajów wiz. Szczegóły restrykcji nie są jeszcze znane.

Administracja uważa, że w walce z rosnącym zagrożeniem bezpieczeństwa narodowego ze strony Chin, które oskarża się o naciskanie na amerykańskie firmy, by te przekazywały cenne tajemnice handlowe, nowe ograniczenia są konieczne.

Dotyczyłyby one obywateli Chin, ale z dwoma wyjątkami: osób z zielonymi kartami, które dają im prawo do stałego pobytu w Stanach Zjednoczonych, oraz osób, którym przyznano azyl z powodu prześladowań w kraju ojczystym. Zwolnieni z nich byliby także obywatele chińscy, którzy zrzekną się obywatelstwa i zostaną naturalizowanymi Amerykanami.

Próba podziału chińskich obywateli może jeszcze bardziej zamrozić relacje między dwoma państwami, których ściśle zintegrowane rynki wspierają firmy znane na całym świecie. Firmy technologiczne takie jak Apple, Qualcomm, IBM czy General Electric uzależniają swój przyszły rozwój od dostępu do chińskiego rynku.

Instytuty badawcze w USA są szczególnie narażone na szpiegostwo. Według statystyk Departamentu Obrony prawie jedna czwarta wszystkich zagranicznych wysiłków mających na celu uzyskanie informacji szczególnie chronionych lub informacji niejawnych w 2014 r. była skierowana na instytucje akademickie. Podczas kwietniowego przesłuchania w Kongresie Michelle Van Cleave, była szefowa krajowego kontrwywiadu, stwierdziła, że wolność i otwartość Stanów Zjednoczonych sprawiły, że kraj stał się „rajem szpiegowskim”, a chińscy i rosyjscy agenci przyjeżdżają ze „szczegółowymi listami zakupów”.

Jeśli propozycja zostanie zatwierdzona przez Departament Handlu, a ostatecznie przez prezydenta Trumpa, amerykańskie firmy i uniwersytety będą musiały uzyskać specjalne licencje dla obywateli chińskich, co utrudni prace nad szeregiem badań naukowych i programów rozwojowych. Wydaje się, że społeczność akademicka będzie opierała się wysiłkom administracji, w obawie o swój rozwój i autonomię.

Źródło: „The New York Times” z 1.05.2018 r.

Siergiej Skripal wywiadowczo aktywny przed zamachem

Według akredytowanych w Pradze reporterów „The New York Times” (NYT) Siergiej Skripal po uwolnieniu z rosyjskiego więzienia i osiedleniu w Wielkiej Brytanii nadal był aktywny zawodowo i spotykał się z oficerami wywiadów krajów europejskich.

Wielka Brytania, która zdecydowanie oskarżyła Kreml o próbę zabójstwa, jednocześnie próbowała przedstawić Skripala jako niewinną ofiarę prowadzącą spokojny żywot emeryta w Salisbury. Okazuje się jednak, że po osiedleniu się w Wielkiej Brytanii Skripal, przy pomocy władz brytyjskich, intensywnie podróżował po Europie, oferując wywiadom zagranicznym spotkania dotyczące Rosji.

Według NYT wiele razy spotykał się z oficerami czeskiego wywiadu oraz w 2016 r. odwiedził Estonię. Tego rodzaju działania nie są nielegalne, ale oznaczałyby, że Skripal współpracował z wywiadami prowadzącymi operacje przeciwko Rosji, więc jego próba zabicia mogła być aktem zemsty.

Według informacji czeskiego tygodnika Respekt, a potwierdzonych przez NYT, Skripal po raz pierwszy przybył do Pragi w 2012 r., wkrótce po śmierci swojej żony Ludmiły, i spotkał się z oficerami przynajmniej jednej z trzech służb specjalnych Czech. Według tych samych źródeł, podczas wizyty Skripal pił, żartował i dzielił się informacjami o oficerach GRU operujących na terenie Europy. Pomimo, iż swoją służbę zakończył w 1999 r., jego informacje miały okazać się cenne, ponieważ wielu oficerów GRU, których znał, było wciąż aktywnych. Oficerowie czeskiego wywiadu jeszcze wielokrotnie mieli się z nim spotykać, w tym również w Wielkiej Brytanii.

Skripal, który miał skromną emeryturę, prowadził dość komfortowe życie. Był właścicielem domu z czerwonej cegły na Christie Miller Road w Salisbury, jeździł ciemnoczerwonym BMW. Było jasne, że pozostawał w zainteresowaniu służb rosyjskich. W 2013 r. GRU włamało się na konto e-mailowe jego córki, zaś w 2014 r. jego przypadek został przedstawiony w rosyjskim serialu dokumentalnym o życiu rosyjskich zdrajców pod tytułem „Cena tajemnic wojskowych”.

Rzecznik rządu brytyjskiego odmówił komentarza w tej sprawie.

Źródło: „The New York Times” z 14.05.2018 r.

CIA poszukuje nowych sposobów ochrony tożsamości agentów

22 kwietnia 2018 r. Dawn Meyerriecks, zastępca dyrektora Departamentu Nauki i Technologii CIA, występując w Tampa na Florydzie na sympozjum GEOINT 2018 poświęconym wyzwaniom związanym z ukrywaniem tożsamości tajnych agentów, zaprezentowała stanowisko w sprawie tzw. tożsamości wywiadowczej.

Według niej barierą dla tajnych operacji jest możliwość szczegółowego odtworzenia tożsamości osoby z danych uzyskanych w drodze analizy jej aktywności online i cyfrowych „śladów” pozostawionych na wszelkiego rodzaju urządzeniach bezprzewodowych. Możliwość zebrania tych danych, w połączeniu z materiałami z systemów telewizji przemysłowej (CCTV) i innymi formami audiowizualnego nadzoru, utrudnia zadanie tym, którzy planują tajne operacje i je realizują. Dzisiaj ok. 30 krajów korzysta z systemów telewizji przemysłowej z funkcjami tak zaawansowanymi, że umożliwiają fizyczne śledzenie aktywności ludzi. Meyerriecks ostrzegła, że połączenie tych zaawansowanych systemów w tzw. inteligentnych miastach z powszechnymi sieciami cyfrowymi, a także z Internetem stanowi poważne zagrożenie dla zdolności tajnych operacji CIA.

Według niej rezygnacja z obecności w sieciach online nie jest rozwiązaniem, ponieważ zwraca uwagę na nieobecnego. Wyraziła to następująco: „Jeśli masz (…) sześciocyfrową lub siedmiocyfrową kwotę, a nie posiadasz nieruchomości, nie masz żadnych polis zdrowotnych, o których możesz mówić, wyłączasz telefon codziennie od 8.00 do 17.00, to dla kogo pracujesz?”.

Zmiany technologiczne nie oznaczają końca wywiadu opartego na źródłach osobowych, ale zmuszają do ogromnych zmian we wzorcu życia tajnych agentów. Muszą oni żyć pod przykryciem w całkowicie inny sposób niż dotychczas.

Paradoksalnie technologia może dostarczyć rozwiązania tych problemów. Z pomocą mogą przyjść np. aplikacje telefoniczne, które podrabiają współrzędne geoprzestrzenne urządzenia – w ten sposób stwarzają „większy obszar badań”. Innym rozwiązaniem jest zastosowanie algorytmów sztucznej inteligencji do mapowania sieci kamer CCTV w ośrodkach miejskich. Mapy te mogą pomóc tajnym agentom uniknąć obszarów nadzorowanych przez kamery.

Źródło: portal intelNews.org z 25.04.2018 r.

Wielka Brytania przeprowadziła pierwszą militarną cyberkampanię przeciwko ISIS

Nowo mianowany dyrektor brytyjskiego Centrum Łączności Rządowej (GCHQ), odpowiedzialnego za wywiad satelitarny, Jeremy Fleming, ujawnił w trakcie konferencji CYBERUK 2018 w Manchesterze, iż GCHQ po raz pierwszy w historii przeprowadziła militarną cyberkampanię przeciwko wojskowym grupom sunnickim Państwa Islamskiego (ISIS).

Fleming powiedział, że była to „kampania ofensywna”, która utrudniła grupie inicjowanie i koordynowanie ataków fizycznych i internetowych na przeciwników. Uniemożliwiła także ISIS wykorzystywanie swoich „normalnych kanałów” w Internecie do rozpowszechniania ideologicznego przesłania, skutecznie niwecząc jego wysiłki propagandowe. Dyrektor dodał, że w olbrzymiej części operacja była tajna. Metody zastosowane wobec ISIS były na tyle agresywne, że zniszczyły „wyposażenie i sieci” wykorzystywane przez bojowników Państwa Islamskiego. Nie sprecyzował, co oznacza „zniszczone wyposażenie”, ale jego komentarz sugerował użycie wirusa Stuxnet, który został odkryty w 2010 r. Wirus ten został zaprojektowany jako „dobrze wyposażone państwo narodowe” i miał na celu paraliżowanie wrażliwych składników znajdujących się w wirówkach używanych przez rząd irański w programie jądrowym.

Uderzenie brytyjskie, według Fleminga, było zgodne z obowiązującym międzynarodowym porządkiem prawnym. Międzynarodowa doktryna dotycząca cyberataków wciąż się jednak rozwija. Zdaniem Fleminga brytyjskie zdolności i możliwości są duże. Zapewnił, iż wykorzystywane były wyłącznie zgodnie z prawem krajowym i międzynarodowym, z zachowaniem zasady konieczności i proporcjonalności, a także, że były „nadzorowane na miejscu”.

Źródło: portal intelNews.org z 20.04.2018 r.

Już 23% polskich internautów kupuje w zagranicznych e-sklepach

Co drugi polski internauta robi zakupy w sieci, postrzegając je jako nieskomplikowane, wygodne, a także tańsze i zajmujące mniej czasu, niż kupowanie w sklepach tradycyjnych – wynika z najnowszego raportu ‘E-commerce w Polsce 2018. Gemius dla e-Commerce Polska’[1]. Polacy robią zakupy nie tylko na rodzimych stronach internetowych – z każdym rokiem znacząco rośnie segment handlu transgranicznego.

W zagranicznych sklepach internetowych kupuje już 23% badanych, podczas gdy dwa lata temu było to zaledwie 10%. Polacy najchętniej poza granicami kraju kupują odzież, dodatki i akcesoria (52%), kosmetyki i perfumy (32%), a także książki, płyty, filmy i inne multimedia (28%).

– Do tego wyniku na pewno przyczyniła się dynamicznie rosnąca popularność chińskiego giganta e-commerce – Aliexpress. Azjatycką platformę sprzedażową spontanicznie rozpoznaje 30% e-konsumentów, którzy zrobili zakupy za granicą w ciągu ostatnich 6 miesięcy. – mówi Joanna Pieńkowska-Olczak, Country Manager PayU w Polsce.

Rosnąca popularność e-handlu transgranicznego jest związana także z rosnącym bezpieczeństwem i wygodą opłacania międzynarodowych transakcji. Polscy e-konsumenci, płacąc za swoje towary zamówione w kraju i za granicą, najchętniej wybierają tzw. pay by linki, czyli szybkie e-przelewy. Aż 65% z nich wskazuje PayU, jako serwis, z którego korzystają najczęściej.

Dzięki najnowszym rozwiązaniom technologicznym i finansowym, Polacy mogą nie tylko wygodnie, i w złotówkach, płacić za produkty kupowane na zagranicznych serwisach, ale także oferować swoje produkty klientom z całego świata. Aby odpowiedzieć na potrzeby sprzedawców rozwijających ofertę dla zagranicznych kupujących, PayU zbudowało  globalną platformę PayU Hub. Dzięki łatwej integracji z jednym API, można uruchomić w sklepie szereg lokalnych metod płatności pochodzących z najszybciej rozwijających się rynków e-commerce na świecie oraz usługi finansowe, takie jak raty czy odroczenie płatności.

Handel transgraniczny jest motorem wzrostu gospodarki cyfrowej na świecie. Przewiduje się, że do 2020 roku branża e-commerce będzie warta ok. 3 biliony dolarów, a aż jedna trzecia tego będzie transgraniczna. W samej Europie Środkowo-Wschodniej wartość handlu transgranicznego online wzrośnie do 45 miliardów dolarów. Oznacza to również szansę dla polskiego e-handlu w konkurowaniu o międzynarodowych klientów, zwłaszcza, że polskie sklepy internetowe mają bardzo dobrą ofertę produktową i z powodzeniem mogłyby odważniej ją prezentować na zagranicznych rynkach.

[1] https://bit.ly/2Kvrjl6

Plusy i minusy split payment

Już 1 lipca wchodzi w życie mechanizm split payment, czyli podzielonej płatności za faktury w obrocie między przedsiębiorcami. Jest to jedna z najbardziej kontrowersyjnych zmian w prawie dla przedsiębiorców w 2018 roku. Eksperci z firmy inFakt wskazują, że chociaż stosowanie tego rozwiązania nie jest obowiązkowe, to jednak w praktyce takiej dobrowolności może nie być.

Czym dokładnie jest split payment?

Najprościej mówiąc, jest to nowy mechanizm płatności za faktury. Po jego zastosowaniu kwota VAT wpływa na specjalne konto VAT, a kwota netto trafia na rachunek rozliczeniowy. Do każdego rachunku rozliczeniowego powstanie więc bankowy rachunek VAT. Mechanizm podzielonej płatności można będzie stosować od 1 lipca tego roku.

W praktyce będzie to wyglądało następująco: płatność, którą będzie dokonywał nabywca towarów lub usług, trafi na dwa konta. Nabywca jednak będzie przelewać tylko kwotę brutto za fakturę na rachunek bankowy kontrahenta, wybierając opcję płatności podzielonej w bankowości elektronicznej. Rozdziałem środków na konto rozliczeniowe i konto VAT będzie zajmował się bank. Przelewy w split payment będą dostępne tylko w walucie polskiej.

Chociaż stosowanie split payment nie jest obowiązkowe, to jednak podmiot, który wystawia fakturę, nie ma żadnego wpływu na to, co wybierze jego klient – podkreśla Magda Sławińska-Rzemek, doradca podatkowy w firmie inFakt, oferującej nowoczesne rozwiązania księgowe. – Można oczywiście próbować dogadywać się z kontrahentem na konkretny rodzaj zapłaty, ale ostateczna decyzja należy do niego.

Czy rzeczywiście wolny wybór?

W szczególnej sytuacji znajdą się mikroprzedsiębiorcy, którzy w swojej działalności wykorzystują prywatny rachunek bankowy. Oni nie będą mieli automatycznie utworzonego rachunku VAT. Aby taki założyć, muszą utworzyć rachunek rozliczeniowy i przestać używać rachunku prywatnego w swojej działalności.

Kiedy mikroprzedsiębiorca wystawia fakturę firmie, która korzysta już ze split payment, a sam nie ma rachunku VAT, łatwo można wyobrazić sobie następujący proces:

  • Firma opłaca jego fakturę z wykorzystaniem tego mechanizmu.
  • Ponieważ mikroprzedsiębiorca nie ma rachunku VAT, bank cofa całą kwotę przelewu do firmy opłacającej fakturę.
  • Mikroprzedsiębiorca musi poprosić nabywcę jego usług, aby wysłał przelew jeszcze raz, już bez użycia split payment.
  • W efekcie mikroprzedsiębiorca otrzyma płatność z opóźnieniem.

Plusy split payment

Czy mechanizm podzielonej płatności ma zalety i jego stosowanie może być korzystne z punktu widzenia mikroprzedsiębiorcy?

Przede wszystkim urząd skarbowy będzie miał obowiązek dokonać zwrotu VAT na rachunek VAT w ciągu 25 dni na wniosek podatnika złożony wraz z deklaracją podatkową.

Ponadto w przypadku split payment nie znajdzie zastosowania solidarna odpowiedzialność przewidziana w ustawie VAT. Jest to mechanizm, według którego we wskazanych w ustawie przypadkach nabywca towaru odpowiada solidarnie ze sprzedawcą za to, czy sprzedawca odprowadzi z tej faktury VAT. – Urząd Skarbowy może wybrać tego, od kogo będzie dochodził zapłaty i domagać się jej albo od sprzedawcy, albo od nabywcy, albo od obydwu. Taka sytuacja występuje obecnie na przykład w branży budowlanej – mówi Magda Sławińska-Rzemek.

Jeżeli przedsiębiorca użyje split payment i zapłaci VAT przed terminem, czyli przed 25. dniem miesiąca, będzie miał prawo do obniżenia należnej kwoty podatku. Będzie można ją wyliczyć ze wzoru zawartego w ustawie. W praktyce korzyść jest iluzoryczna. Przy kwocie VAT do zapłaty w wysokości 5 tysięcy złotych i zapłaceniu jej 20. dnia miesiąca, kwota obniżki wyniesie… 1 zł.

Minusy split payment

Zdaniem ekspertów inFakt najbardziej uciążliwą konsekwencją mechanizmu podzielonej płatności będzie ograniczona możliwość korzystania ze środków zgromadzonych na rachunku VAT. Brak możliwości swobodnego dysponowania tymi pieniędzmi może mocno wpłynąć na płynność finansową wielu mikroprzedsiębiorców. – W mojej ocenie wprowadzenie tego rozwiązania może wymusić na części przedsiębiorców znalezienie nowych sposobów finansowania działalności, a na części – być może nawet jej likwidację – przewiduje Magda Sławińska-Rzemek.

Ponadto uciążliwe konsekwencje split payment to konieczność podawania większej ilości danych w przelewach (także: NIP kontrahenta, numer faktury, kwotę brutto oraz kwotę VAT) oraz wymóg uzyskania zgody od naczelnika urzędu skarbowego na inne niż wskazane w ustawie wykorzystanie środków zgromadzonych na rachunku VAT.

Najgorsza zmiana w prawie?

Z obecnej perspektywy minusy mechanizmu są wyraźniejsze niż płynące z niego potencjalne korzyści. Aż 59% księgowych ankietowanych w 2018 roku przez inFakt wskazało na split payment jako na zmianę w prawie, która sprawi najwięcej kłopotów przedsiębiorcom. Z kolei tylko 1% księgowych wskazał, że mechanizm podzielonej płatności będzie im pomocny w codziennej pracy.

Dolar w odwrocie. Nadwyżka budżetowa

Amerykański dolar stracił na wartości po tym jak kolejne dane okazały się słabsze od oczekiwań analityków. Polski budżet ma nadwyżkę.

Słabsze dane z USA

Wczoraj poznaliśmy kolejne w tym tygodniu słabsze dane zza oceanu. W środę zobaczyliśmy spadki w zamówieniach. Wczoraj z kolei poznaliśmy wzrost PKB USA, który okazał się wynosić zaledwie 2% przy oczekiwaniach 2,2%. Drugim odczytem była liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych. 227 tysięcy to więcej niż oczekiwane 220 tysięcy, ale biorąc pod uwagę zmienność tych danych takie odchylenie nie powinno zbyt wiele zmieniać. Jak zareagowały rynki walutowe? Początkowo przecena dolara była niewielka natomiast duże ruchy odbyły się podczas sesji azjatyckiej. Dzisiaj dolar jest o niemal centa słabszy niż wczoraj. Tym samym przy w miarę podobnych poziomach złotego względem euro dolar wypada o kilka groszy taniej niż wczoraj.

Przejściowa nadwyżka budżetu

Działania rządu w ramach zwiększonej ściągalności podatków przynoszą duże efekty szczególnie w pierwszej połowie roku. Powodem jest sytuacja na rynku pracy. To właśnie zarówno wpływy z PIT jak i CIT wzrosły o 16,4%. Nie bez znaczenia dla całego bilansu jest fakt, że więcej pracujących to większe składki ZUS co z kolei odciąża stronę wydatkową. Nie ma bowiem potrzeby aż tak mocno dotować FUS. Jak zauważają analitycy nadwyżka podobnie jak w zeszłym roku jest przejściowa. Z drugiej strony warto przypomnieć słowa wiceministra finansów o tym, że w dalszym ciągu nie stać nas na przywrócenie VAT na poziom 22%. Oznacza to, że kolejny rok mamy silne przesunięcie wydatków na drugą połowę roku. Rynki walutowe nie dają się nabrać na takie sztuczki i czekają na koniec roku i podsumowanie deficytu. Szczególnie obserwowana jest relacja długu publicznego do PKB, która akurat w zeszłym roku została istotnie zredukowana.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – dochody i wydatki Amerykanów,

16:00 – USA – raport Uniwersytety Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

McKinsey: nawet 5,8 bln dolarów pozwoli wygenerować sztuczna inteligencja

Amerykańska firma doradcza szacuje, że zastosowanie sztucznej inteligencji może wygenerować światowej gospodarce od 3,5 do nawet 5,8 bln dolarów rocznie. McKinsey przeanalizował ponad 400 projektów wykorzystujących AI w 19 branżach. Największym beneficjentem wykorzystania sztucznej inteligencji jest handel oraz obszar marketingu i sprzedaży.

Sztuczna inteligencja to nie modne hasło, ale ogromny potencjał – taki wniosek wyłania się z kilkudziesięciostronnicowego raportu McKinsey poświęconego tej tematyce. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez firmę doradztwa strategicznego, w aż 69% analizowanych przypadków, wykorzystanie sztucznej inteligencji i sieci neuronowych okazało się skuteczniejsze w porównaniu z innymi narzędziami analitycznymi.

AI skuteczniejsza niż analityka

W niektórych przypadkach zastosowanie AI dało wręcz znacząco lepsze wyniki. Największą, skokową wręcz poprawę wskaźników zaobserwowano w branży turystycznej (128%), logistycznej (87%) oraz handlu (86%), ale we wszystkich analizowanych branżach wzrost przekraczał 30%. Średnio wyniósł on 62%.

Przez wiele lat sztuczną inteligencję prezentowano jako ciekawostkę. Technologię, która wprawdzie wygra z człowiekiem w szachy, ale nie ma realnych, biznesowych zastosowań. Badania McKinsey’a pokazują, że jest inaczej, co doskonale widać na przykładzie systemów konwersacyjnych. Ta technologia stała się w tej chwili już na tyle dojrzała, że zasilany sztuczną inteligencją chatbot jest w stanie zrozumieć kontekst i poprawnie odpowiedzieć na ponad 98% pytań zadawanych przez klienta. Dlatego też klienci banków czy telekomów mając świadomość, że rozmawiają z chatbotem/voicebotem, chętnie z tego korzystają, bo informacja jest aktualna, pewna i szybko dostarczona – zwraca uwagę Maciej Stanusch z firmy Stanusch Technologies, od kilkunastu lat realizującej projekty z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Jego zdaniem w sytuacji deficytu specjalistów, AI nie tylko zapełnia lukę na rynku pracy, ale stanowi realne wsparcie w obszarze marketingu, sprzedaży czy obsługi klienta, a nawet bezpieczeństwa.

Branża handlowa skorzysta najwięcej

Analitycy zwracają uwagę, że największym beneficjentem wykorzystania sztucznej inteligencji będzie branża handlowa. Zastosowanie nowych rozwiązań pozwoli wygenerować jej dodatkowo nawet 800 mld dolarów. Kwotą 400-500 mld dolarów zasili AI budżety branży transportowej i logistycznej. Niewiele mniejszą, turystycznej. W pozostałych branżach efekty wykorzystania sztucznej inteligencji będą wprawdzie mniejsze, ale nie mniej imponujące. Sektor finansowy wygeneruje dzięki niej dodatkowo 200 – 300 mld dolarów, telekomunikacyjny 100-200 mld dolarów, motoryzacyjny nawet 300-400 mld dolarów.

Jak wynika z badań McKinsey, jeśli chodzi o biznesowe obszary, efekty wdrożenia sztucznej inteligencji w największym stopniu będą widoczne w marketingu i sprzedaży oraz zarządzaniu łańcuchem dostaw. W tym drugim przypadku sztuczna inteligencja „dołoży” do budżetu 1,2 – 2 mld dolarów, w tym pierwszym 1,4-2,6 bln dolarów. W samym tylko handlu zastosowanie sztucznej inteligencji pomoże wygenerować marketerom dodatkowo 500 mld dolarów.  Analitycy McKinsey zwracają uwagę, że jest to możliwe dzięki temu, że AI pozwala dokładnie przeanalizować interakcje klienta z marką: czas spędzony na stronie, zainteresowania klienta i na tej podstawie dostosowywać ceny, promocje i produkty w czasie rzeczywistym.

Warto zwrócić uwagę, że sztuczna inteligencja nie rewolucjonizuje w tej chwili wyłącznie handlu e-commerce, ale zmienia też w znaczący sposób handel stacjonarny. – Technologia stwarza dokładnie takie same możliwości opomiarowania sklepów jaki ma np. Amazon. Doświadczenia pokazują, że dzięki analizie video ruchu i zachowań klientów czy dostępności i ulokowania produktów na sklepowych półkach, można zwiększyć przychody o co najmniej kilkanaście procent – zauważa Wojciech Stramski, CEO Lab4Motion, firmy tworzącej rozwiązania dla branży handlowej z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Dzięki wykorzystaniu głębokiego uczenia, technologia staje się coraz bardziej dokładna i skuteczna, nawet dokładniejsza w rozpoznawaniu produktów na zdjęciu niż człowiek. Dodatkowo szybciej pozwala wyciągnąć wnioski z danych, które dla człowieka były niewidoczne albo których pozyskanie byłoby zbyt czasochłonne. Firmy które to zrozumieją i zainwestują w technologię żeby ją nauczyć, skorzystają najszybciej dodaje Wojciech Stramski.

Analiza przyczyn zmian cen ropy naftowej – które branże oraz jak odczuwają aktualne zmiany jej cen

Dział analiz ekonomicznych Euler Hermes opracował analizę niedawnej dynamiki cen ropy naftowej, efektów tego zjawiska dla płynności finansowej poszczególnych branż oraz perspektyw na przyszłość.

Proces wzrostu cen ropy naftowej, przebiegający dotychczas z powodu odrabiania wcześniejszych dużych spadków jej cen oraz z powodu popytu zmienił ostatnio przyczynę na geopolitykę – główny czynnik wpływający na ceny ropy od początku drugiego kwartału 2018 roku. W szczególności był to wzrost napięć w Syrii i na Bliskim Wschodzie, a także wycofanie się USA z porozumienia nuklearnego z Iranem. Rynkiem wciąż rządzą obawy o niedobory dostaw związane z geopolityką, które mogą się zmaterializować.

Szczyt cen ropy naftowej może być za nami

Pewna liczba czynników, które leżały u podstaw niedawnego wzrostu cen ropy naftowej, aktualnie osłabła, a nawet może ulec odwróceniu. Podwyższony obecnie wpływ ryzyka geopolitycznego ulegnie zapewne zmniejszeniu, gdy tylko ujawnią się rzeczywiste przepływy rynkowe. Sytuacja finansowa może się zmienić na mniej optymistyczną – uważamy, że szczyt (światowego) cyklu gospodarczego jest już za nami. Ponadto wysokie ceny ropy naftowej same w sobie mogą ograniczać popyt.

W scenariuszu podstawowym (najbardziej prawdopodobnym) zakładamy średnioroczną cenę ropy naftowej na poziomie 72 USD za baryłkę (bbl), przy założeniu: wzrostu  światowego PKB w 2018 r. o 3,3%, 2,5% aprecjacji (wzrostu siły nabywczej) dolara USD, powrotu długich pozycji finansowych netto do średniej z dwóch lat. W kwestii samego wydobycia ropy naftowej założeniem jest zmniejszenie wydobycia w wysokości 0,5 mbpd (miliona baryłek dziennie) przyjmując, że większość strat z tytułu dostaw z Iranu zostanie złagodzona (podczas gdy z Wenezueli – nie). OPEC dysponuje wolnymi mocami produkcyjnymi na poziomie około 2 mbpd, ponadto produkcja w USA może być jeszcze podniesiona w niewielkim stopniu. Nasza prognoza podstawowa (najbardziej prawdopodobna) na 2019 r. zakłada cenę 69 USD/Bbl (za baryłkę).

Podwyżki cen ropy – wiele sektorów boryka się w dłuższym okresie ze zwiększonymi kosztami nakładów

Wiele sektorów boryka się obecnie ze zwiększonymi kosztami nakładów jako efekt wzrostu cen ropy i gazu. Mimo tego wysokie marże udaje się utrzymać w sektorach, w których dostawcy mają pozycję wystarczająco silną do dyktowania cen, w szczególności w sektorze: chemikaliów specjalistycznych, niektórych rodzajach maszyn oraz w wąskich kategoriach metali nieszlachetnych. Widzimy ryzyko zmniejszenia się rentowności linii lotniczych, w transporcie na niektórych szlakach żeglugowych i w produkcji wyrobów z metali charakteryzujących się nadmiarem mocy produkcyjnych, zwłaszcza stali.

Pozytywne efekty wyższych cen ropy?

Oczekiwania dotyczące utrzymującego się wzrostu cen ropy naftowej prawdopodobnie doprowadzą do szybszego rozpowszechniania się pojazdów elektrycznych. Sektory ropy naftowej i gazu odnotowują pozytywne wykorzystanie mocy produkcyjnych, zwiększone zyski i pozytywny wpływ na przepływy pieniężne. Ceny ropy naftowej powyżej 75 USD za baryłkę zwiększają szanse na rozwój i perspektywy finansowania oraz wdrożenie alternatywnych źródeł energii, nowych technologii i procesów zastępczych. Sektory te mogą się wyłonić z nową siłą po okresie, w którym niskie ceny ropy naftowej wymuszały jedynie wzrost wydajności jej wydobycia i koncentrację na stabilności finansowej sektora.

Specjalistyczne chemikalia
  • Wzrost kosztów czynników produkcji łagodzony do pewnego zakresu poprzez podnoszenie cen produktów końcowych – zalecana obserwacja stopnia komercjalizacji danego segmentu (na ile towary w nich wyróżniają się pod względem atrybutów jak niepowtarzalność lub marka, a na ile są zastępowalne i stają się w oczach rynku lub konsumentów zwykłymi towarami)
Przemysł wytwórczy i ciężki
  • Inflacja kosztów czynników produkcji – jej szczyt łagodzony przez podnoszenie cen
Transport lotniczy
  • Presja na spadek marż poprzez rosnące koszty paliwa przy niewielkim marginesie na podniesienie cen w bardzo konkurencyjnym otoczeniu
Transport drogowy
  • Przeniesienie kosztów paliwa na klienta końcowego w zależności od rynku
Żegluga
  • Kwestia spadku rentowności spowodowana wzrostem kosztów paliwa w zależności od intensywności konkurencji na danej trasie / w transporcie danego rodzaju towaru
  • Możliwy pozytywny wpływ dla branż o niskich kosztach importu (popyt)
Motoryzacja
  • Przyspieszenie rozpowszechniania się pojazdów elektrycznych w odpowiedzi na oczekiwania długoterminowych wzrostów cen ropy naftowej
Górnictwo
  • Presja podwyższonych kosztów, zrównoważona w branżach surowców o ograniczonych rynkach dostaw (nikiel, ewentualnie miedź), spadek marży w sektorach o nadmiarze mocy produkcyjnych (np. stal)
Przemysł wydobycia ropy i gazu
  • Pozytywny wpływ na zyski i przepływy pieniężne w całym łańcuchu, w szczególności na rachunku zysków i strat
  • Odrodzenie w sektorze usług energetycznych w wyniku wzrostu nakładów inwestycyjnych
  • Pozytywny wpływ na przemysł gazowniczy poprzez efekty cenowe i substytucyjne (zastępowanie ropy w pewnych sytuacjach)
Alternatywne źródła energii i nowe technologie
  • Znacznie większa opłacalność technologii zastępujących użycie ropy naftowej
  • Przyspieszenie wdrażania dojrzałych, sprawdzonych technologii
  • Większe możliwości rozwoju i pozyskiwania funduszy na technologie na wczesnym etapie przy oczekiwaniu na utrzymywanie się wysokich ceny ropy naftowej

 

Superkomputery pomogą w walce z Alzheimerem i Parkinsonem. HP stworzyło w tym celu zupełnie nową architekturę komputerową

Superkomputery pomogą w walce z Alzheimerem i Parkinsonem. HP stworzyło w tym celu zupełnie nową architekturę komputerową 8

Inżynierowie HP Labs opracowali superkomputer memrystorowy pozbawiony pamięci masowej i operacyjnej, który umożliwia skalowanie mocy obliczeniowej. Naukowcy wykorzystają potężną moc obliczeniową komputera do walki z chorobami uważanymi za nieuleczalne. W pierwszej kolejności skupią się na chorobach Parkinsona i Alzheimera. Już teraz prowadzone są badania na 30 tys. pacjentów, których tomografie komputerowe będą przetwarzane przez ok. 30 lat.

– Znalezienie leku na choroby Alzheimera oraz Parkinsona jest niezwykle istotnym zadaniem z punktu widzenia całego rodzaju ludzkiego. W zeszłym roku uruchomiliśmy pierwszy prototyp „Maszyny” w naszym głównym zakładzie. To klaster komputerowy złożony z czterdziestu węzłów. Ma pamięć wielkości 160 terabajtów i po raz pierwszy wprowadziliśmy do niego dane prawdziwych pacjentów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Andreas Hausmann z Hewlett Packard Enterprise

The Machine to kolejny krok na drodze do zrozumienia nieuleczalnych chorób. Dzięki zastosowaniu memrystorów oraz optycznych szyn do przesyłu informacji może on przetwarzać ogromne ilości danych, a jego moc obliczeniową można skalować w zależności od potrzeb. Lekarze z DZNE wykorzystują go do przekrojowej analizy wyników tomografii komputerowej 30 tys. pacjentów cierpiących na Parkinsona. Badania będą prowadzone na przestrzeni około 30 lat, co oznacza, że superkomputer będzie musiał przetworzyć eksabajty danych.

– Nasza nowa architektura zakłada, że centralnym elementem jest pamięć, wokół której odbywa się przetwarzanie danych, co umożliwia ich skalowanie. Urządzenie, którego obecnie używamy, umożliwia skalowanie danych o wielkości do 96 terabajtów zapisanych w dostępnej pamięci. Dzięki temu dane, które DZNE przetwarzało do tej pory w 22 minuty, są teraz przetwarzane w 13 sekund – twierdzi ekspert.

Próbę znalezienia lekarstwa na Alzheimera i Parkinsona podjęli także naukowcy zrzeszeni w ramach projektu Human Brain Project, którzy zaprojektowali superkomputer symulujący działanie ludzkiego mózgu. Cyfrowy model ma pomóc zrozumieć naturę obu chorób oraz odnaleźć efektywne sposoby ich wyleczenia.

Do prac nad superkomputerem zdolnym do rozwikłania natury tych nieuleczalnych chorób włączyły się również firmy IBM oraz Nvidia, które zaprojektowały superkomputer wykorzystujący sztuczną inteligencję oraz proces uczenia maszynowego do przyspieszenia analizy ogromnych ilości danych. Na razie wszystkie te projekty są we wstępnej fazie.

– Na podstawie pierwszych wyników trudno powiedzieć, czy opracujemy lek. Moim zdaniem za wcześnie, aby ferować wyroki, ponieważ znajdujemy się na wczesnym etapie prac. Musimy mieć na uwadze, że genom jest skomplikowany i obejmuje olbrzymie ilości danych. Robimy zadowalające postępy, ale jest jeszcze zbyt wcześnie, aby prognozować, kiedy uda się opracować lekarstwo na te choroby – podsumowuje Andreas Hausmann.

Według raportu opublikowanego przez Research And Markets globalna wartość rynku big data wyniesie w 2018 roku 65 mld dol., a do 2021 roku wzrośnie do 96 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14 proc.

Komisja Europejska zapowiedziała, że w ramach unijnego projektu „Cyfrowa Europa” w latach 2021–2027 przeznaczy na rozwój superkomputerów 2,7 mld euro.

Transakcje dokonane za pomocą kryptowalut mogą być bezpieczniejsze niż płatność gotówką. Dzięki specjalnym zabezpieczeniom można się uchronić przed atakami hakerów

Transakcje dokonane za pomocą kryptowalut mogą być bezpieczniejsze niż płatność gotówką. Dzięki specjalnym zabezpieczeniom można się uchronić przed atakami hakerów 9

Kryptowaluty cieszą się niezmiennie wysokim zainteresowaniem inwestorów, pomimo bardzo dużych wahań kursów. W Polsce miała je już nawet co dziesiąta osoba. Wirtualne waluty, nawet w większym stopniu niż zwykłe pieniądze, są jednak narażone na kradzież, a ataki hakerów zdarzają się nader często. Dlatego zamiast przechowywać cyfrowe waluty na giełdzie, dobrym pomysłem jest skorzystanie ze sprzętowych portfeli. Nowoczesne urządzenia wykorzystują zaawansowane technologie szyfrowania, a ich bezpieczeństwo zwiększa działanie offline.

– Kiedy ceny kryptowalut idą w górę, wszyscy szukają rozwiązań umożliwiających ich przechowywanie w trybie offline, ponieważ w internecie można znaleźć liczne historie osób, które padły ofiarą kradzieży w wyniku działań hakerskich. Również transakcje, których przedmiotem są kryptowaluty, bywają celem ataków hakerów, dlatego nawet przy największych tego typu transakcjach wykorzystywane są urządzenia, które umożliwiają bezpieczne przechowywanie kryptowalut w trybie offline, poza siecią – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Martin Kuthan z Trezor.

Kryptowaluty coraz częściej znajdują się na celowniku hakerów. Do największej kradzieży doszło w tym roku na japońskiej giełdzie Coincheck, gdzie z portfela, w którym przechowywana była kryptowaluta NEM, zniknęło 532 mln dol. Także zwykli użytkownicy padają ofiarami cyberprzestępców, zwłaszcza że rzadko pamiętają o odpowiednich zabezpieczeniach. Zdecydowanie bezpieczniej jest przechowywać wirtualne monety w specjalnym portfelu.

– Trezor to urządzenie zabezpieczające, które umożliwia przechowywanie kryptowalut w trybie offline, poza siecią, by zapewnić ochronę i zapobiec utracie środków zainwestowanych w kryptowaluty, takie jak Bitcoin. Urządzenie wykorzystuje zaawansowane technologie szyfrowania. Może również służyć jako menadżer haseł lub urządzenie autoryzujące w weryfikacji dwuetapowej. Wykorzystujemy zaawansowane szyfrowanie GnuPG oraz Secure Shell. Zaawansowana architektura korzysta z dwóch połączonych ze sobą układów scalonych – mówi ekspert.

Trezor wykorzystuje standardy kryptograficzne BIP39, BIP32 i BIP44. Przy logowaniu do portfela należy wprowadzić PIN, za każdym razem zmieniany jest przy tym układ cyfr. Cyfrowe środki zabezpieczone są kluczem prywatnym, przy czym bezpieczeństwo gwarantuje przechowywanie go offline. W ten sposób portfel jest odporny na ataki hakerskie i niezależny od dostępu do internetu czy kondycji serwisu.

– Trezor działa w oparciu o przechowywane na nim klucze prywatne użytkownika – nigdy nie jest podłączony bezpośrednio do internetu, co gwarantuje bezpieczeństwo użytkowania. Kryptowaluta jest widoczna w bazie blockchain, ale dokonanie jakiejkolwiek transakcji wymaga wprowadzenia prywatnego klucza – tłumaczy Martin Kuthan.

Kryptowaluty biją wśród inwestorów rekordy popularności. Według aktualnych danych CoinMarketCap łączna kapitalizacja rynku wynosi blisko 247 mld dol. Bitcoin (BTC), najpopularniejsza spośród zarejestrowanych kryptowalut, odpowiada za większą część tego rynku. Jej obecny kurs to nieco ponad 6,1 tys. dol., choć pod koniec 2017 roku wynosił już nawet prawie 20 tys. dol.

W Polsce, jak wynika z raportu SW Research zrealizowanego na zlecenie Luno, już co dziesiąta osoba ma kryptowaluty, przede wszystkim bitcoiny. Komisja Nadzoru Finansowego oficjalnie ostrzega przed inwestowaniem w kryptowaluty, nazywając je piramidą finansową.

Stworzono plecaki VR z wbudowanym mikrokomputerem. Wirtualna rzeczywistość z plecaka może stać się przyszłością przemysłu

Stworzono plecaki VR z wbudowanym mikrokomputerem. Wirtualna rzeczywistość z plecaka może stać się przyszłością przemysłu 10

Miniaturyzacja i dążenie do mobilności to jedne z głównych trendów branży wirtualnej rzeczywistości. Zdecydowaną większość dostępnych na rynku urządzeń VR można założyć na głowę – są to albo okulary, albo hełmy. Przyszłością branży, zwłaszcza w zastosowaniach przemysłowych, mogą być jednak plecaki z wbudowanymi komputerami, zapewniające mobilność, a przy tym świetną grafikę. Ich użytkownikami są najczęściej architekci i inżynierowie, ale zainteresowanie płynie również z branży gier.

– Stworzyliśmy plecak VR w oparciu o technologię komputerów Mini PC. Zotac VR Go to komputer Mini PC zamontowany w plecaku, który umożliwia bezprzewodowe korzystanie z technologii wirtualnej rzeczywistości. Na tegorocznych targach Computex zaprezentowaliśmy plecaki VR nowej generacji. Nowy plecak będzie nieco mniejszy i lżejszy, a także będzie wyposażony w procesor najnowszej generacji. Dodaliśmy także nieco „świecidełek” dla fanów gier – wyposażyliśmy go w diody RGB z możliwością sterowania – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Maciej Wieczorek z firmy Zotac Technology.

Nowa generacja Zotac VR GO wyposażona jest w procesor Intel Core i7 siódmej generacji oraz kartę graficzną GeForce GTX 1070. Wbudowana bateria pozwala na dwie godziny ciągłej pracy, ale możliwość bezinwazyjnej podmiany baterii może wydłużyć ten czas. Komputer można odłączyć od szelek, dzięki czemu można go wykorzystać także jako zwykłego, biurkowego PC.

Komputery zamknięte w plecaku mogą zaoferować znacznie lepsze specyfikacje sprzętowe od zwykłych gogli VR, które zasilane są zwykle procesorami i kartami graficznymi znanymi ze smartfonów. Jednocześnie, dzięki możliwości noszenia ich na plecach i bezprzewodowej łączności, pozwalają na mobilność, ważną zwłaszcza w zastosowaniach przemysłowych.

– Plecak VR można stosować w różnych celach, ale ok. 99 proc. jest sprzedawana w ramach handlu B2B pracowniom architektonicznym i inżynierskim. Znajdujemy także popyt w branży gier – sprzedajemy nasze plecaki salonom gier, w których gracze mogą za opłatą przeżyć przygodę w rzeczywistości wirtualnej. Niewielki odsetek plecaków trafia do osób prywatnych zainteresowanych wykorzystaniem ich do grania w domu – mówi Maciej Wieczorek.

Podobne rozwiązanie opracowała firma Lenovo. Legion VR PC to miniaturowy komputer mocowany na szelkach, także wyposażony w procesor Intel Core i7 oraz oddzielną kartę graficzną od AMD – Radeon RX 480. Co ciekawe, komponenty wchodzące w skład jednostki centralnej nie są chłodzone powietrzem, lecz cieczą. Waga urządzenia to 2,5 kg.

Mimo coraz większej liczby dedykowanych urządzeń VR, technologia wirtualnej rzeczywistości na razie nie rozwija się tak dynamicznie, jak zakładano. Obecnie wykorzystywana jest głównie w biznesie i przemyśle, zwłaszcza w różnego rodzaju szkoleniach, które można przeprowadzić niemal wszędzie. Według specjalistów główny problem tkwi w braku zaawansowanych gier. Boom w branży rozrywkowej mógłby się przełożyć na cały rynek wirtualnej rzeczywistości.

– Naszym zdaniem technologia wirtualnej rzeczywistości ma olbrzymi potencjał nie tylko w zakresie handlu B2B, lecz także znajdzie zainteresowanie wśród prywatnych użytkowników i w branży gier. Na chwilę obecną nie ma zbyt wielu gier, które w pełni korzystają z technologii. W związku z tym, że nieco ucichło zainteresowanie VR-em w kontekście gier, można mówić nie tyle o problemie, lecz o pewnym spowolnieniu koniunktury – wyjaśnia ekspert.

Zgodnie z prognozami MarketsandMarkets, rynek wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości w 2018 roku ma być wyceniany na 11,1 mld dol. Do 2023 roku ma rosnąć w tempie 40 proc. średniorocznie, by przekroczyć wartość 60 mld dol.

Nick Rose (Advent International): W InPost dostrzegliśmy spółkę o ogromnym potencjale rozwoju

Amerykański fundusz Advent International zainwestuje w 2018 roku nawet 250 mln zł w infrastrukturę paczkomatową oraz rozwój usług kurierskich w ramach swojej spółki portfelowej InPost. Operator logistyczny dysponuje siecią ponad 3500 Paczkomatów® w całej Polsce. W okresie styczeń – maj 2018 roku InPost dostarczył 30 mln przesyłek, czyli o 42,2% więcej rok do roku – w tym Paczkomaty® notowały wzrost o 41,2%, a kurier InPost o 43,4%. InPost zbudował mocną pozycję na polskim rynku logistycznym, bijąc kolejne rekordy w dostawach e-commerce. W ramach rozwoju sieci InPost będzie wdrażać nowe standardy doręczeń i narzędzia do optymalizacji dostaw.

– Jesteśmy inwestorem globalnym – co oznacza, że poszukujemy inwestycji na całym świecie. Przez lata dokonaliśmy wielu inwestycji w Polsce – powiedział agencji eNewsroom Nick Rose, dyrektor zarządzający Advent International – W InPost dostrzegliśmy spółkę o ogromnym potencjale rozwoju. Pokładamy wielkie nadzieje w zautomatyzowanych paczkomatach i możliwościach, jakie niosą one ze sobą. Dostrzegliśmy spółkę, która rozwijała się bardzo dynamicznie, lecz której brakowało odpowiedniej struktury kapitałowej oraz odpowiedniego finansowania wspomagającego ten rozwój. Widzimy, że istnieją możliwości dokonania kolejnych inwestycji i oferowania nowych usług. Do tej pory zainwestowaliśmy już około dwustu milionów euro kapitału własnego – to inwestycja Advent International. Zgromadziliśmy fundusze niezbędne do wsparcia tego przedsięwzięcia w perspektywie przynajmniej kolejnych kilku lat. Planowane inwestycje pokazują poważne zaangażowanie Adventu w polski rynek logistyczny oraz wiarę w jego doskonałe perspektywy – dodał Rose.

Tak duże imprezy sportowe jak mundial pomagają zachęcać dzieci do sportu. Bez względu na wynik reprezentacji

Tak duże imprezy sportowe jak mundial pomagają zachęcać dzieci do sportu. Bez względu na wynik reprezentacji 11

Duże imprezy sportowe, bez względu na to, jak wypada w nich polska reprezentacja, pomagają zachęcić dzieci do aktywności fizycznej – przekonują eksperci. Najmłodsi chcą uprawiać sport, brakuje im tylko odpowiednich bodźców. Przykładem na to jest fakt, że zachęcane przez znanych sportowców chętnie trenują i biorą udział w rywalizacji. Udowodniła to zakończona niedawno pierwsza edycja programu Drużyna Energii, do którego zgłosiło się sześćset szkół z całej Polski.

– Duże imprezy zawsze pomagają w zachęcaniu do aktywności fizycznej. Bez względu na to, jak wypada tam nasza reprezentacja, są to emocje związane z obserwowaniem przygotowań, występów, z komentarzami i opiniami po mundialu. Sukces rodzi się zawsze w bólu i nie tylko zwycięstwo jest napędem, również porażka. Fajnie, że dzieci to obserwują i są w stanie zmierzyć się z porażkami swoich idoli, bo to dla nich naprawdę dobra lekcja – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Leszczyński, współorganizator projektu Drużyna Energii, dyrektor ds. marketingu sportowego w New Balance.

Choć polska reprezentacja w piłce nożnej nie będzie miała z mundialu w Rosji specjalnie dobrych wspomnień, to same mistrzostwa są doskonałym bodźcem dla młodego pokolenia. Pokazują, że dzięki treningom można spełniać marzenia, występować w reprezentacji, grać o najwyższe cele. Motywacją są też sami sportowcy, także ci, którzy kariery mają już za sobą. Wykorzystali to pomysłodawcy programu Drużyna Energii, zainaugurowanego jesienią 2017 roku. Ambasadorzy programu, czyli siatkarz Krzysztof Ignaczak, były piłkarz Marek Citko, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik oraz youtuber sportowy Krzysztof Golonka, odwiedzali wybrane szkoły, by przeprowadzić treningi z uczniami.

– Jesteśmy dumni, że udało nam się zachęcić blisko sześćset szkół do nadesłania zgłoszeń do całorocznej rywalizacji. Setka z nich otrzymała sprzęt od sponsorów New Balance i Grupy Energa. Wyposażyliśmy szkoły w stroje dla reprezentacji. Przez kilka miesięcy ambasadorzy projektu pokazywali ćwiczenia, do których wykonywania zachęcaliśmy uczniów wybranych stu szkół – mówi Robert Leszczyński.

Na podstawie filmów publikowanych przez ambasadorów Drużyny Energii uczniowie nagrywali własne filmy, na których odtwarzali trening. Za każde nadesłane wideo szkoła otrzymywała punkty.

– Wpłynęło do nas ponad 20 tys. filmików z nagranymi ćwiczeniami. Rywalizację wygrała szkoła podstawowa z Gdyni – tłumaczy Leszczyński. – Mocno wierzymy, że jest to kolejny potrzebny projekt sportowy. Jego wyróżnikiem jest to, że dzieci do pokazywania swoich sportowych umiejętności, trików i sztuczek używają telefonów. Łączymy więc nową technologię, w której dzieci funkcjonują, ze sportem.

Jak oceniają organizatorzy projektu, pierwsza edycja programu przerosła oczekiwania: 2,2 tys. przejechanych kilometrów, ponad 20 tys. filmów z ćwiczeniami i ponad 35 tys. spalonych kalorii podczas treningów z gwiazdami sportu.

– Liczba nadsyłanych filmików utrzymywała się non stop na bardzo wysokim poziomie, nawet szkoły, które wygrywały miesięczne etapy, wciąż brały czynny udział w rywalizacji. Kolejny aspekt, pozasportowy, to zachęcenie dzieci do zdrowych nawyków żywieniowych. Posłużyliśmy się ich rówieśniczką, czyli Julią Cymbaluk, która została oficjalnym kucharzem Drużyny Energii i serwowała dla uczniów potrawy, które mogliby wykonywać sami w domu – podkreśla współorganizator projektu Drużyna Energii.

Zachęcanie dzieci i młodzieży do aktywności ma kolosalne znaczenie, ponieważ – jak wynika z danych WHO oraz Instytutu Matki i Dziecka – niemal co trzeci ośmiolatek w Polsce ma zbyt dużą masę ciała. W ostatnich latach spada też poziom aktywności fizycznej najmłodszych. Według NIK 15 proc. uczniów klas IV–VI szkoły podstawowej korzysta ze zwolnień lekarskich z zajęć sportowych, w gimnazjach – już 23 proc.

– Szukamy różnych stron, bodźcujemy dzieci różnymi pomysłami. Dziś naturalne wydaje się docieranie do nich przez ekran telefonu, komputera, tak aby do ich świata wkraczać tą drogą, która jest w tym momencie najprostsza i najbardziej skuteczna – tłumaczy Robert Leszczyński.

Organizatorzy są zadowoleni z efektów programu i już zapowiadają jego kontynuację. W kolejnych edycjach treningi mają być coraz bardziej skomplikowane, większa ma być też skala trudności poszczególnych ćwiczeń, mogą się też pojawić kolejne dyscypliny sportu.

Zmieniają się potrzeby gości hotelowych. Liczy się nie tylko cena, lecz także indywidualne podejście obsługi, organizacja czasu wolnego oraz wystrój wnętrz

Zmieniają się potrzeby gości hotelowych. Liczy się nie tylko cena, lecz także indywidualne podejście obsługi, organizacja czasu wolnego oraz wystrój wnętrz 12

Cena przestaje odgrywać decydującą rolę przy wyborze hotelu. Równie dużą wagę Polacy przywiązują do jakości obsługi, zindywidualizowanego podejścia do klienta, pomocy w poruszaniu się po mieście oraz organizacji czasu wolnego. Coraz więcej osób podróżuje z dziećmi, dlatego pokoje w komfortowych hotelach wyposażone są w przewijaki i łóżeczka dziecięce. Goście zwracają również uwagę na ciekawy wystrój wnętrz, łączący nowoczesny design z kameralnym i przytulnym klimatem.

Polacy coraz chętniej podróżują – z danych GUS wynika, że w ubiegłym roku na taką formę spędzenia czasu wolnego od pracy zdecydowała się ponad połowa z nich. Coraz bardziej doceniają też uroki własnego kraju i zamiast zagranicznych wyjazdów wybierają podróże po Polsce. Jak pokazuje badanie „Plany wakacyjne Polaków”, zrealizowane na zlecenie Mondial Assistance, tegoroczny urlop w kraju spędzi aż 60 proc. z nas. Rosnącą popularnością cieszą się także weekendowe wypady, których celem jest poznawanie nie tylko stolic europejskich, lecz także zwiedzanie nieznanych dotąd miast w Polsce.

– Ludzie powoli odkrywają, że jest mnóstwo wspaniałych miejsc, które warto odwiedzić. Jednocześnie możemy się tym dzielić z naszymi przyjaciółmi z zagranicy, którzy już w tej chwili znają nie tylko Kraków i Warszawę, lecz odkrywają Rzeszów, Toruń czy Poznań – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Kalinowska-Klimek, dyrektor hotelu Novotel Poznań Centrum.

Polacy wydają ponadto na podróże coraz większe kwoty, a także przywiązują wagę do jakości miejsca noclegowego. Znacznie chętniej decydują się na pobyt w hotelach, które przestały się kojarzyć z usługą luksusową, a więc kosztowną. Ma to związek nie tylko z rosnącą zamożnością Polaków, lecz także z wyraźnym spadkiem cen doby hotelowej – mimo wysokiego popytu wiele hoteli decyduje się przyciągać turystów za pomocą promocji cenowych.

 Wielokrotnie możemy znaleźć hotele w tak niskich cenach, jakich wcześniej nawet sobie nie wyobrażaliśmy. 10–15 lat temu cena pokoju hotelowego w odniesieniu do miesięcznego wynagrodzenia była dość wysoka. Dzisiaj jest to kwota, na którą większość z nas stać – mówi Małgorzata Kalinowska-Klimek.

Cena to wciąż czynnik w największym stopniu determinujący wybór hotelu. Polacy coraz większe znaczenie przywiązują także do jakości obsługi – zwłaszcza indywidualnego podejścia do każdego klienta, ciekawego wystroju wnętrz, oferty wykraczająca poza usługi związane stricte z nocnym wypoczynkiem. Standardowym oczekiwaniem ze strony klientów jest dostęp do bezpłatnego internetu w pokojach hotelowych.

 Goście potrzebują dużo więcej indywidualizmu. Lubią spersonalizowane przygotowanie i przywitanie, lubią, kiedy ktoś się nimi zaopiekuje i pokaże obiekt, przedstawi, co można w mieście robić – mówi Małgorzata Kalinowska-Klimek.

Na polskim rynku hotelarskim istnieje obecnie ponad 2,7 tys. skategoryzowanych obiektów hotelowych, łącznie oferujących ponad 135 tys. pokoi. Zapotrzebowanie na nowe obiekty tego typu wciąż jest jednak bardzo wysokie. Z danych firmy Walter Hertz wynika, że znane sieci hotelowe otwierają nowe obiekty zarówno w dużych miastach i popularnych kurortach, jak i w mniejszych miejscowościach, np. Kaliszu czy Oświęcimiu. Nowo powstające hotele stawiają przede wszystkim na rozbudowane strefy F&B, które mają zapewnić gościom dodatkowe atrakcje oprócz pokoju na nocleg, dbając o jego czas wolny.

– Kolejny element to przestrzenie wspólne i organizacja spotkań wieczornych. Jeszcze parę lat temu każdy stolik był osobno, goście siedzieli oddzielnie, dzisiaj tworzymy przestrzenie wspólne, bo ludzie z jednej strony chcą być indywidualnie traktowani, ale z drugiej strony chcą czuć wspólnotę – mówi Małgorzata Kalinowska-Klimek.

Aby dostosować się do nowych potrzeb i oczekiwań klientów, hotel Novotel Poznań Centrum przeszedł szeroko zakrojoną modernizację. Trwała ona od listopada 2016 roku do maja 2018 roku, przy czym hotel przez cały ten czas normalnie działał. Celem było odświeżenie istniejącego już obiektu przy wykorzystaniu elementów zastanych. Wnętrza zostały odnowione w klimacie eko – w kolorystyce dominują odcienie zieleni z elementami drewna. Jasne wnętrza o spokojnych barwach i naturalnym wykończeniu sprzyjają wyciszeniu, odpoczynkowi i pracy.

 Modernizacja obejmowała wszystkie obszary, włącznie z rozbudowaną strefą gastronomiczną. Mamy nową, unikatową kawiarnię Wise Cafe, gdzie sami wypalamy kawę. Kolejną przestrzenią, która powstała w tym czasie, jest całkowicie nowe centrum konferencyjne. Mamy 1200 mkw. powierzchni. Możemy jednocześnie pomieścić około 1,1 tys. gości hotelowych i konferencyjnych – mówi Małgorzata Kalinowska-Klimek.

W zakresie designu postawiono na mocne graficzne formy, otwarte sufity przełamane drewnianymi elementami, ciepłym światłem i nieoczywistą kolorystyką. Elementem wyróżniającym ten obiekt hotelowy jest zlokalizowany przy recepcji spektakularny mural Tytusa Brzozowskiego, przedstawiający poznańskie ulice i oddający ich atmosferę. Hotel został ponadto dostosowany do potrzeb osób podróżujących z dziećmi – pokoje zostały wyposażone m.in. w przewijaki, łóżeczka dla dzieci oraz krzesełka. Stworzono także dla najmłodszych klientów kącik zabaw.

 Mamy promocję Family&Novotel. Dzieci do 16. roku życia nocują w pokoju rodziców za darmo, śniadanie również mają gratis, jeśli jednak rodzice chcieliby trochę więcej komfortu, wówczas drugi pokój dostają z 50-proc. rabatem – mówi Małgorzata Kalinowska-Klimek.

2,5 mln Polaków cierpi z powodu nietrzymania moczu. Problemem ograniczony dostęp do nowoczesnych leków i środków higienicznych

2,5 mln Polaków cierpi z powodu nietrzymania moczu. Problemem ograniczony dostęp do nowoczesnych leków i środków higienicznych 13

Nietrzymanie moczu może prowadzić do wykluczenia z rynku pracy, izolacji społecznej, a nawet depresji. Leczenie przynosi efekty w blisko 70 proc. przypadków, polscy pacjenci mają jednak utrudniony dostęp do nowoczesnych terapii. Od 4 lat, mimo rekomendacji Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, na liście refundacyjnej brakuje jednego z najbardziej innowacyjnych i skutecznych leków. Problemem jest także dostęp do refundowanych środków absorpcyjnych.

Światowa Organizacja Zdrowia zalicza nietrzymanie moczu (NTM) do grupy chorób cywilizacyjnych. Szacuje się, że w krajach rozwiniętych problem ten dotyka ok. 6 proc. społeczeństwa. W Polsce z jego powodu cierpi blisko 2,5 mln osób. Schorzenie to dotyka przedstawicieli obu płci, częściej jednak chorują kobiety, głównie w okresie menopauzy, choć zdarzają się i młodsze pacjentki. Najczęstszą postacią choroby jest wysiłkowe nietrzymanie moczu, objawiające się uwalnianiem moczu nawet podczas niewielkiego wysiłku fizycznego, jakim jest kichnięcie. W Polsce NTM wciąż traktowany jest jak temat tabu, w efekcie czego do lekarza zgłasza się tylko 1/3 chorych, często po wielu miesiącach od wystąpienia pierwszych objawów

W ostatnich latach wzrosła świadomość na temat nietrzymania moczu, wobec tego część pacjentek na pewno będzie samodzielnie pytać lekarza, ale niestety część nadal będzie czuła zażenowanie. W związku z tym dopóki lekarz sam nie wyjdzie naprzeciw i nie rozpocznie rozmowy, może się zdarzyć, że dopóty pacjentka nie powie o tym lekarzowi – mówi agencji informacyjnej Newseria dr n. med. Elżbieta Narojczyk-Świeściak, ginekolog położnik z II Kliniki Położnictwa i Ginekologii, CMKP w Warszawie.

Nietrzymanie moczu to poważne schorzenie, które w istotny sposób wpływa na jakość życia chorych, ograniczając ich aktywność zawodową i życie towarzyskie. Często prowadzi do całkowitej izolacji ze społeczeństwa, a w skrajnych przypadkach staje się przyczyną depresji i prób samobójczych. Leczenie przynosi pożądany skutek w blisko 70 proc. przypadków, barierę stanowi jednak nie tylko wstyd powstrzymujący chorych przed zasięgnięciem porady lekarskiej, lecz także kwestie związane z systemem ochrony zdrowia. Zdaniem ekspertów podstawowym problemem systemowym jest brak długofalowego planu opieki nad pacjentami z nietrzymaniem moczu.

Nie jesteśmy mistrzami planów długofalowych, co władza to inny pomysł i nie kontynuuje pewnych rzeczy. Niemcy mają plan na 2050 rok, oni już teraz wiedzą, czego będzie im brakowało i co robić, żeby temu zapobiec. U nas robi się plany na jedną kadencję rządową. Trzeba uczulić polityków, żeby pomyśleli o takich problemach długofalowo – mówi dr n. med. Andrzej Przybyła, urolog z Vratislavia Medica, Szpital im. Św. Jana Pawła II we Wrocławiu.

Punktem wyjścia do sukcesu terapeutycznego jest prawidłowa diagnoza. Lekarz specjalista musi określić, z jakim rodzajem nietrzymania moczu pacjent ma do czynienia, aby odpowiednio dobrać opcję leczenia. W Polsce już ten etap nastręcza trudności, nie tylko ze względu na konieczność wielomiesięcznego czekania na wizytę u lekarza i krótki czas konsultacji, lecz także nieprzygotowanie specjalistów do zajmowania się pacjentami z NTM. Większość urologów specjalizuje się w leczeniu nowotworów, ginekolodzy nie mają natomiast umiejętności z zakresu uroginekologii. Zdaniem ekspertów niezbędne jest wprowadzenie nadspecjalizacji uroginekologicznej do procesu kształcenia lekarzy.

Zarówno w ginekologii, jak i w urologii temat nietrzymania moczu jest spychany na margines. Problem pogłębia fakt, że wchodzimy w coraz nowsze technologie medyczne, a o tych podstawowych rzeczach takich jak powikłania po zabiegu, np. inkontynencja, często zapominamy – mówi dr n. med. Andrzej Przybyła.

Na skutek błędnej diagnozy polscy pacjenci cierpiący na nietrzymanie moczu często są nieprawidłowo leczeni antybiotykami. Zdarza się, że na właściwe rozpoznanie muszą czekać nawet kilkanaście miesięcy. Kolejnym problemem jest zabezpieczenie pacjentów przed wyciekaniem moczu poprzez dostęp do środków wchłaniających. Obecnie prawo do refundacji mają wyłącznie pacjenci z NTM, u których zdiagnozowano inne choroby współwystępujące, np. nowotwory lub udar. Z refundacji wyłączone są osoby cierpiące na wysiłkowe nietrzymanie moczu. Istotna pozostaje także kwestia limitów cenowych na refundowane środki absorpcyjne.

Niedawno zostało znowelizowane rozporządzenie, gdzie pan minister wprowadził zapis o 90 sztukach środków wchłaniających, nie podwyższając limitu wartościowego. Limit ten nie był zmieniany od 1999 roku, od 18 lat mamy limit dla pacjentów urologicznych wart 90 zł, a dla pacjentów onkologicznych bez refundacji z NFZ – 77 zł – mówi Anna Sarbak, prezes zarządu głównego Stowarzyszenia Osób z NTM „UroConti”.

Problemem polskich pacjentów jest ponadto utrudniony dostęp do nowoczesnych terapii. W ramach programu refundacyjnego chorzy mogą korzystać z tzw. leków pierwszego rzutu, przy czym dostęp do jednego z nich uwarunkowany jest wykonaniem badania urodynamicznego, który zdaniem ekspertów jest zbędny. Jednym z postulatów środowisk pacjenckich kierowanych do resortu zdrowia jest poszerzenie listy leków refundowanych w leczeniu zespołu pęcherza nadreaktywnego o terapie nowej generacji, m.in. lek mirabegron.

Cztery lata temu stowarzyszenie zostało powiadomione, że lek mirabegron dostał pozytywną ocenę AOTMiT. Minęły 4 lata, a na liście leków refundowanych ten lek się nie pojawił, mimo że jest to lek nowej generacji, niepowodujący skutków ubocznych u pacjentów. Pacjenci oczekują na ten lek –mówi Anna Sarbak.

Zwrócenie uwagi na potrzeby pacjentów z NTM oraz przełamanie społecznego tabu to cele Światowego Dnia Kontynencji, obchodzonego w ostatnim pełnym tygodniu czerwca. Inicjatorem akcji jest Międzynarodowe Towarzystwo Kontynencji prowadzące działania edukacyjne, podnoszące świadomość społeczną oraz związaną z poprawą jakości życia pacjentów. W Polsce współorganizatorem obchodów jest  Stowarzyszenie Osób z NTM „UroConti”.

Bez modernizacji polska Marynarka Wojenna może utracić zdolności operacyjne. Najpilniejsze są zakupy nowych śmigłowców i okrętów

Bez modernizacji polska Marynarka Wojenna może utracić zdolności operacyjne. Najpilniejsze są zakupy nowych śmigłowców i okrętów 14

Marynarka Wojenna jest najbardziej zaniedbanym sektorem sił zbrojnych w Wojsku Polskim. Jeżeli decyzje modernizacyjne, które pozwolą rozpocząć budowę nowych okrętów i pozyskać śmigłowce, nie zostaną szybko podjęte, to zdolności operacyjne i przemysłowe zostaną utracone – przekonują eksperci. Konieczny jest zakup śmigłowców do zwalczania okrętów podwodnych z opcją wykonywania misji poszukiwawczych i ratunkowych (SAR – search and rescue – red.). Modernizacja wyposażenia MW jest konieczna, żeby zapewnić bezpieczeństwo militarne i cywilne na Bałtyku.

– Stulecie Marynarki Wojennej to niestety pesymistyczne święto. Sytuacja zarówno floty Marynarki Wojennej, jak i przemysłu stoczniowego jest zła. Programy, które są wstrzymane bądź opóźnione, cały czas czekają na realizację. Największą bolączką MW jest brak decyzji w strategicznych programach takich jak Orka, zakup śmigłowców na potrzeby MW, zarówno do zwalczania okrętów podwodnych oraz SAR – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jędrzej Graf z Defence24 podczas debaty toczącej się podczas Balt Military Expo w Gdańsku.

Eksperci podkreślają, że opóźnienia w programach modernizacyjnych Marynarki Wojennej już stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski. Bez odpowiedniego sprzętu siły zbrojne nie będą mogły reagować na incydenty naruszania wód terytorialnych. W maju tego roku na polskim wybrzeżu znaleziono pociski sygnalizacyjne wystrzelone z rosyjskich okrętów. Jeśli sytuacja się nie zmieni, takie zdarzenia mogą się powtarzać.

 Wieloletnie zaniedbania dotyczące MW powodują, że dzisiaj zarówno zdolności zwalczania okrętów podwodnych, jak i zdolności ratownictwa morskiego są coraz bardziej ograniczone. Jeżeli nie zostaną podjęte szybkie decyzje, to Polska utraci je całkowicie – przestrzega Jędrzej Graf.

Opóźnienia w programach Orka, Miecznik, Czapla, Płomykówka sprawiły, że na polu zwalczania okrętów podwodnych sytuacja jest wyjątkowo trudna, a polska marynarka praktycznie utraciła jakiekolwiek możliwości reagowania.

Obecnie polska marynarka ma na wyposażeniu trzy okręty nawodne, trzy okręty podwodne, jeden samolot An-28B1RM Bis oraz cztery śmigłowce SH-2G i osiem Mi-14PŁ, które mogą zwalczać okręty podwodne. W przypadku Mi-14PŁ mają być prowadzone prace remontowe, jednak i tak będą mogły być użytkowane najpóźniej do 2021 roku.

W ramach postępowania, które toczy się od ubiegłego roku, MON zamierza wyłonić dostawcę nowych śmigłowców dla Marynarki Wojennej przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych, z jednoczesną zdolnością prowadzenia misji ratowniczych na morzu.

 W pierwszej kolejności musimy się skupić na śmigłowcach do zwalczania okrętów podwodnych, w drugiej kolejności zwiększyć liczbę i polepszyć jakość eksploatacji śmigłowców ratowniczych. Jeżeli te dwa kierunki utrzymamy w gotowości, to spełnimy zadania, jakie stoją przed Marynarką Wojenną –przekonuje kmdr rez. Zbigniew Smolarek.

W postępowaniu na śmigłowce morskie uczestniczą konsorcjum Airbus Helicopters i Heli Invest ze śmigłowcem H225M Caracal oraz należące do koncernu Leonardo Helicopters zakłady WSK PZL-Świdnik z AW101.

Eksperci podkreślają, że o ile Caracal jest sprawdzonym w służbie śmigłowcem, to nie ma wersji do zwalczania okrętów podwodnych. Z kolei AW101 to największy śmigłowiec opracowany i produkowany w Europie, sprawdzony wielokrotnie w warunkach bojowych i będący na wyposażeniu m.in. Królewskiej Marynarki Wielkiej Brytanii oraz Danii, Norwegii, Włoch, Portugalii, Japonii i Kanady. Ma trzy silniki, zasięg wynoszący ponad 1,3 tys. km, który pozwala na prowadzenie długotrwałych akcji i doświadczenie w misjach z zakresu zwalczania nawodnych i podwodnych zagrożeń na morzu.

Ze względu na to, że mam olbrzymi szacunek do brytyjskich marynarzy i znając ich doświadczenia, przychylam się do śmigłowca AW101, który jest dedykowany na Morze Północne, czyli trudne morze, bardzo podobne do Bałtyku, jak również przeszedł już całą drogę rozwoju, od Mk1 do Mk4. W tym kryptonimie Merlin zawiera się marzenie moich młodych kolegów – mówi kmdr rez. Zbigniew Smolarek.

 AW101 jako jedyny w klasie ma trzy a nie dwa silniki, co pozwala mu na bardzo długotrwałe loty, trwające nawet do 5,5 godz. W akcjach zwalczania okrętów podwodnych i poszukiwawczych Marynarka Wojenna potrzebuje maszyny wytrzymałej, zdolnej do długotrwałej misji. To kwestia zarówno zasięgu, jak i czasu pozostawania w gotowości, żeby odpowiednio wykrywać i zwalczać okręty podwodne przeciwnika. To śmigłowiec na tyle duży i pojemny, że można dzięki niemu realizować także funkcje poszukiwawczo-ratownicze na polu walki, bo takie jest wymaganie MON i Marynarki Wojennej – wymienia Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.

Sam zakup nowych śmigłowców to jednak za mało. Zdaniem ekspertów resort powinien planować ich nabycie jednocześnie z okrętami, z których mogłyby startować śmigłowce. Obecnie polska marynarka ma trzy okręty do zwalczania okrętów podwodnych, są jednak przestarzałe i mają małą wartość bojową.

– Nie warto kupować śmigłowców pokładowych w sytuacji, kiedy jeszcze nie ma okrętów z lądowiskami. Apeluję do decydentów o analizę, jakie śmigłowce na tych okrętach powinny się znaleźć i aby realizować oba zakupy łącznie. Rozdzielone zakupy powodują różnego rodzaju ryzyka i niekorzystne rozstrzygnięcia – podkreśla Krzysztof Krystowski.

Nieudaną wycieczkę będzie można zareklamować nawet do 3 lat po jej zakończeniu. Od lipca zaczynają obowiązywać nowe przepisy

Nieudaną wycieczkę będzie można zareklamować nawet do 3 lat po jej zakończeniu. Od lipca zaczynają obowiązywać nowe przepisy 15

Od 1 lipca zacznie obowiązywać ustawa o imprezach turystycznych, której głównym celem jest lepsza ochrona podróżnych i klientów sektora turystycznego. Nowe przepisy oznaczają więcej pracy i więcej obowiązków dla biur podróży oraz pośredników online, zwiększają także ich odpowiedzialność karną. Za to konsumentom ustawa przyznaje szereg przywilejów, m.in. prawo do odsprzedaży do siedmiu dni przed rozpoczęciem wyjazdu turystycznego i zareklamowania jej w ciągu trzech lat.

 Konsekwencją wdrożenia nowych przepisów będzie większa odpowiedzialność dystrybutorów i pośredników online, konieczność przygotowania nowych umów i weryfikacji dostawcy usług sprzedaży online. Ustawa zwiększa odpowiedzialność karną przedsiębiorców turystycznych, przewiduje nawet karę pozbawienia wolności do trzech lat. Co więcej, wszystkie przepisy regulujące odpowiedzialność przedsiębiorców turystycznych – szczególnie w obszarze ubezpieczeń – spowodują wzmożony wysiłek szczególnie małych przedsiębiorstw turystycznych, które będą musiały mocno nadgonić obszar związany z przygotowaniem umów czy zasobami związanymi z pokryciem kosztów ubezpieczeń wyjazdów turystycznych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dominika Czechowska, menedżer kierunku Turystyka i Rekreacja w Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku.

Ustawa o imprezach turystycznych i powiązanych usługach turystycznych została przyjęta w końcówce ubiegłego roku. Nowe przepisy wejdą w życie z dniem 1 lipca br. i zastąpią dotychczasowe obowiązujące od 1997 roku. Ich głównym celem jest lepsza ochrona podróżnych i klientów sektora turystycznego.

– Ta ustawa wchodzi w życie zgodnie z unijną dyrektywą UE z 2015 roku. Jest bardzo korzystna dla podróżujących. Najważniejszą zmianą jest włączenie do ustawy podmiotów definiowanych jako przedsiębiorstwa ułatwiające nabywanie usług turystycznych. Są to po prostu portale online pośredniczące w sprzedaży wycieczek, noclegów oraz innych usług okołoturystycznych – wyjaśnia Dominika Czechowska.

Ustawa na nowo definiuje pojęcie „usługa turystyczna” i określa warunki oferowania, sprzedaży oraz realizacji imprez turystycznych czy powiązanych usług turystycznych w Polsce i za granicą. Wyznacza też ramy działania Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego. Na mocy nowych przepisów klienci zyskają szereg przywilejów, m.in. możliwość zareklamowania usługi lub imprezy turystycznej w ciągu trzech lat od jej zakończenia. W tej chwili przysługuje im na to 30 dni.

– Ustawa wprowadza bardzo wiele korzystnych regulacji dla podróżujących, poczynając od zmiany zakresu odpowiedzialności za organizację imprezy turystycznej. Teraz zostaje ona przeniesiona na pośredników online sprzedających te usługi. Drugi aspekt to możliwość odstąpienia od umowy nawet do siedem dni przed rozpoczęciem wyjazdu turystycznego, czyli możliwość odsprzedaży. Dodatkowo, podróżujący, który kupi wycieczkę bezpośrednio w oddziale przedsiębiorstwa turystycznego, może do czternastu dni odstąpić od niej online, nie musi ponownie przyjeżdżać do tego biura – mówi Dominika Czechowska.

Nowe przepisy stwarzają również możliwość odstąpienia od imprezy turystycznej w przypadku wystąpienia tzw. nadzwyczajnych okoliczności w miejscu docelowym i jego bezpośrednim sąsiedztwie. To oznacza, że klient może zrezygnować z wycieczki, jeżeli w regionie, do którego wybiera się na wakacje, wystąpi np. podwyższone zagrożenie terrorystyczne. Ustawa przyznaje też klientom prawo do rezygnacji w przypadku bardziej znaczących zmian wprowadzonych przez organizatora, jak zmiana środka transportu czy podwyższenie ceny imprezy turystycznej o więcej niż 8 proc. W takim przypadku organizator będzie mógł zaproponować klientowi inną, porównywalną ofertę albo zwrócić mu wszystkie dotychczas wpłacone środki.

Ekspertka WSB zwraca również uwagę na fakt, że nowa ustawa nie reguluje odpowiedzialności pośredników online wobec przedsiębiorstw turystycznych np. przedsiębiorstw noclegowych. Podróżujący, który dokonał aktu wandalizmu w danym obiekcie, może po raz kolejny skorzystać z usług pośrednika online bez żadnych konsekwencji.

 Należałoby się zastanowić, czy nie ograniczyć dostępności tych usług w stosunku do osób, które zachowały się w sposób nieodpowiedni – ocenia Dominika Czechowska. – Ustawa nie reguluje też bardzo ważnego aspektu, jakim są opinie o imprezach turystycznych. Na ich podstawie swoje decyzje o zakupie usługi turystycznej opiera 93 proc. podróżnych, a często są to opinie nieprawdziwe. Należałoby zastanowić się nad ustawowym uregulowaniem tej kwestii poprzez brak anonimowości. Przykładowo, jeżeli chcesz zawrzeć w internecie opinię na temat obiektu, to pokaż, kim jesteś poprzez dołączenie profilu na Facebooku czy Twitterze.

Administratorzy fanpage podlegają RODO, sprawdź jakie mają obowiązki

Szum wokół RODO nieco ucichł. Nie oznacza to jednak, że nie zachodzą żadne zmiany. Niedawno zapadł wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) dotyczący statusu prawnego firm prowadzących fanpage na Facebooku. Trybunał uznał, że portal społecznościowy nie będzie jedynym podmiotem odpowiadającym za przetwarzanie danych osobowych odwiedzających go osób – obok niego, w charakterze odrębnego administratora danych osobowych, występować będzie również administrator samego fanpage’a. Według raportu udostępnionego przez platformę do zarządzania komunikacją w social media NapoleonCat w Polsce z Facebooka korzysta obecnie 16,3 mln osób powyżej trzynastego roku życia. Oznacza to ogrom gromadzonych szczegółów o tych użytkownikach. Czy tak naprawdę zdajemy sobie sprawę kto i w jaki sposób je wykorzystuje?

Wielu administratorów

TSUE w swoim orzeczeniu potwierdził powszechnie znane stanowisko, iż Facebook jest administratorem danych osobowych (ADO) użytkowników portalu społecznościowego. Jednak to, co w przedmiotowym wyroku znacząco odbiega od dotychczasowego podejścia do przetwarzania danych przez „właścicieli” portali społecznościowych, to ustalenie, iż na poziomie UE za przetwarzanie danych zbieranych za pomocą tzw. plików cookies współodpowiedzialni są także administratorzy fanpage.

Wynika to z faktu, iż to zarządzający stroną podejmuje działania polegające na określeniu celów i sposobów przetwarzania danych osób odwiedzających jego fanpage,, takich jak szczegóły demograficzne, geograficzne, styl życia czy zainteresowania, co jednak wciąż stanowi działania marginalne w stosunku do działań podejmowanych przez samego Facebooka. Nie ma przy tym znaczenia, że korzysta z narzędzi dostarczanych przez Facebooka, bo to przecież właśnie Facebook – przy pomocy plików cookies – zapewnia funkcjonalność pozwalającą na gromadzenie takich danych. Skoro administrator fanpage’a  decyduje się wykonywać działania związane z wykorzystywaniem udostępnionych mu przez Facebooka informacji w określonych przez siebie celach – ma on jednocześnie obowiązek udzielić użytkownikom stosownych, wymaganych na gruncie europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 roku (RODO), informacji dot. przetwarzania danych (czyli spełnić tzw. obowiązek informacyjny).

Niezależnie od powyższego należy wskazać, że Facebook może być wykorzystywany również do innych działań, w ramach których gromadzone są dane osobowe. Większość z nas należy do grup, gdzie zamieszczane są ogłoszenia o pracę. Firma, która publikuje na Facebooku ofertę pracy, wybiera ten środek komunikacji ze względu na wygodę, duży zasięg, popularność tego kanału komunikacji oraz co najważniejsze – brak dodatkowych opłat. Osoby prowadzące w ten sposób rekrutację muszą pamiętać, że gromadząc CV przesyłane w odpowiedzi na zamieszczony post, stają się ADO w stosunku do danych osób aplikujących na stanowisko – mówi Agata Kłodzińska, specjalista ds. ochrony danych, ODO 24. Z udostępnionych przez Marka Zuckerberga informacji wynika, że obecnie z serwisu korzysta 2,1 miliarda ludzi, przy czym 1,4 miliarda spośród nich robi to codziennie. Ciężko sobie nawet wyobrazić, jaki ogrom danych osobowych jest w związku z tym przetwarzanych. Jedna osoba „lubi” kilka fanpage’ów lub przynależy do licznych grup na Facebooku – administratorów jej danych osobowych jest zatem wielu. Jednak czy ktokolwiek z nas, użytkowników Facebooka, jest o tym fakcie informowany? Czy tak naprawdę wiemy co się z dzieje z naszymi danymi osobowymi? Zgodnie z RODO każdy z nas ma prawo znać szczegóły dotyczące tego, w jaki sposób są one wykorzystywane i jak – w tym również przez kogo zbierane – dodaje.

Jeszcze więcej danych

W regulaminie Facebooka możemy przeczytać, że użytkownik udziela mu pozwolenia na wykorzystywanie bez żadnego wynagrodzenia jego imienia i nazwiska, zdjęcia profilowego oraz informacji o działaniach podejmowanych na platformie w reklamach, ofertach i innych sponsorowanych treściach. Dzięki temu niebieski gigant może pokazać naszym znajomym, że jesteśmy zainteresowani promowanym wydarzeniem lub polubiliśmy stronę stworzoną przez właściciela marki, który zapłacił za wyświetlanie reklam.

Co więcej, ze względów bezpieczeństwa serwis kontroluje to, kto loguje się z jakiego urządzenia, a gdy zmieniamy sprzęt, informuje nas o tym, żebyśmy mogli szybko zareagować, gdyby ktoś obcy próbował włamać się na nasze konto. Jednak jest to równoznaczne z tym, że pobiera on i przechowuje naszą geolokalizację. Zapisuje też dane o każdej aplikacji, którą kiedykolwiek łączyliśmy z serwisem. Może więc wiedzieć choćby to, że jesteśmy aktualnie samotni, bo np. zainstalowaliśmy Tindera – wskazuje Agata Kłodzińska, specjalista ds. ochrony danych, ODO 24. Nie powinniśmy być obojętni na przedstawiane nam checkboxy i regulaminy. Mając świadomość przysługujących nam praw, jesteśmy w stanie skutecznie reagować na wszelkie naruszenia prywatności, w tym także nielegalne przetwarzanie danych osobowych – podsumowuje.

Aby przekonać się, jakie informacje są przechowywane na Facebooku wystarczy wygenerować specjalny raport z poziomu ustawień naszego profilu. Możemy pobrać ich kopię – wszystkich lub wybranych – w dowolnym momencie.

Ukraińcy czują się w Polsce jak w domu

Wyniki III edycji badania nastrojów imigrantów, przeprowadzonego na zlecenie OTTO Work Force Polska pokazują, że zwiększyło się zadowolenie Ukraińców zatrudnionych w Polsce. Jak pokazują badania, aż 81% ankietowanych deklaruje, że jest zadowolona z pracy. Większość z nich ma zamiar regularnie przyjeżdżać i pracować w Polsce (34%). Ponad 1/3 badanych chce tu zostać na stałe. To
o ponad 10% mniej niż w roku 2017. Niepokojący może być jednak fakt, że blisko ¼ pracowników z Ukrainy rozważa również wyjazd do pracy do innego kraju np. do Niemiec, Wielkiej Brytanii lub Holandii. 

Ratunkiem dla polskiego rynku pracy jest imigracja zarobkowa pracowników zza wschodniej granicy. „Od 2013 roku, kiedy zaczęliśmy rekrutację na Ukrainie, obserwujemy dynamiczny wzrost zapotrzebowania naszych klientów na pracowników ze Wschodu. Rocznie zatrudniamy stamtąd blisko 8 tys. pracowników tymczasowych. Z myślą o naszych klientach od ponad trzech lat badamy oczekiwania i potrzeby pracowników ukraińskich, tak aby wiedzieć, co robić by zatrzymać ich w naszym kraju jak najdłużej” – komentuje wyniki raportu Tomasz Dudek – Operations Director CEE, OTTO Work Force Polska.

51% badanych pracowników z Ukrainy wskazała, że jest „zadowolona”, a 30% że jest „raczej zadowolona” z pracy w Polsce. W analogicznych badaniach przeprowadzonych przez OTTO Work Force na przełomie 2016 i 2017 r.  27% badanych było zadowolonych, a 67% raczej zadowolonych. Oznacza to, że zadowolenie tej grupy pracowników systematycznie rośnie. „Tym większe jest zadowolenie pracowników tymczasowych z Ukrainy z wynagrodzenia, im lepiej są wdrożeni do pracy,  a także gdy część ich wynagrodzenia uzależniona jest od efektów, mają dobrą atmosferę w pracy, otrzymują premię za brak absencji, dba się o ich rozwój i awans, a system motywacyjny dopasowany jest do charakteru pracy” – komentuje dr hab. inż. Teresa Kupczyk, Prof. Akademii Wojsk Lądowych im. Generała Tadeusza Kościuszki i Wyższej Szkoły Handlowej we Wrocławiu.

Argumenty, które zachęcałyby pracowników tymczasowych do pozostania w PolsceArgumenty, które zachęcałyby pracowników tymczasowych

„Trzecia edycja naszego badania wskazuje również na pierwsze zagrożenia związane ze zmianą oczekiwań pracowników przyjeżdżających do Polski z Ukrainy. Wraz ze zmianami na rynku pracy rosną również oczekiwania badanych. Coraz ważniejszym czynnikiem staje się możliwość zapewnienia dalszego rozwoju oraz długofalowe zatrudnienie w oparciu o umowę o pracę – tak stwierdza 87% badanych”- podkreśla Tomasz Dudek – Operations Director CEE, OTTO Work Force Polska. To o 5% więcej niż w roku 2017, w którym ta kwestia była istotna dla 82% badanych.

Dużym problemem staje się znaczne niedopasowanie kompetencji pracowników do wykonywanej pracy. Analiza badań pokazuje, że aż 46% badanych pracowników ma wykształcenie wyższe, 43% średnie, a tylko 8% podstawowe, przy czym aż 72% z nich jest zatrudniona jako pracownicy fizyczni. Tylko 19% pracuje jako pracownicy administracyjni, a jedynie 3% pełni funkcje kierownicze. W zdecydowanej większości badani nie pracują zgodnie ze swoim wykształceniem (85% odpowiedziało „nie” i „raczej nie”). To o 7% mniej niż w 2015 roku.

Z punktu widzenia bardzo trudnej sytuacji na rynku pracy i braku pracowników, ważną kwestią było ustalenie, czy badani pracownicy tymczasowi z Ukrainy rozważają wyjazd do pracy do innego kraju niż Polska. Okazało się, że aż 24% „rozważa” taki wariant, a 13% „raczej rozważa”. 34% badanych jeszcze nie wie. Tylko 16 % odpowiedziało, że „nie” a 12% „raczej nie”. Miejscem docelowym rozważanego wyjazdu badanych do pracy są najczęściej Niemcy (40%), Wielka Brytania (15%), Holandia (14%), Norwegia (13%), Włochy (9%) i Francja (8%).  Z badania wynika, że 19% chce zmienić kierunek wyjazdu do pracy w ciągu najbliższych 3 lat. Powodów takiej decyzji wymieniają kilka w tym: wyższe zarobki, możliwość bezpłatnej nauki języka i większe zapotrzebowanie na kompetencje jakie posiadają. Wpływ na taką decyzję może mieć m.in. wynik badania z 2017 roku, w którym ankietowani przyznali, że najbardziej istotną kwestią związaną z podjęciem pracy jest dla nich wysokość wynagrodzenia (95%). Jak wynika z wewnętrznych analiz firmy OTTO, pracownicy z Ukrainy rozważają chęć wyjazdu pomimo, że ich średnie zarobki w Polsce w roku 2018 wzrosły o 300 zł netto w stosunku do roku poprzedniego.Planowany przez pracowników czas pracy w Polsce

Strategicznym rozwiązaniem dla polskiego rynku pracy jest sięgnięcie do obszarów jeszcze bardziej oddalonych od naszego kraju. W Polsce coraz częściej możemy spotkać pracowników z Azji. Również OTTO jest w trakcie realizacji projektu związanego z pozyskaniem siły roboczej z rynku azjatyckiego. Od kwietnia tego roku grupa OTTO stała się częścią globalnej, notowanej na giełdzie w Tokio grupy Outsourcing Inc. Ta międzynarodowa firma posiada silne struktury rekrutacyjne w większości państw azjatyckich. Obecnie wspólnie pracujemy nad sprowadzaniem do Polski pracowników z Wietnamu I Indii” – zaznacza Tomasz Dudek.

Jak wynika z badania, dla pracowników z Ukrainy bardzo ważne są również dodatkowe benefity otrzymywane od pracodawców. Do najatrakcyjniejszych z nich należą: dodatkowa opieka medyczna (61% wskazań), dofinasowanie do posiłków w pracy (53% wskazań) i zniżki/rabaty do sklepów i karty sportowe (odpowiednio 44% i 43%). Na ich motywację podziałałyby również dodatkowe benefity, takie jak np. premia za absencję w pracy. W ostatnich latach dbałość o kwestię rozwoju osobistego wzrosła z 27% w badaniach z latach 2015/2016 do 42% w roku 2017.

W projekcie pt. „Badania naukowe na rzecz rozwoju usług OTTO WORK FORCE POLSKA” zrealizowanym w ramach Miejskiego Programu Wsparcia Partnerstwa Szkolnictwa Wyższego i Nauki oraz Sektora Aktywności Gospodarczej Mozart 2017/2018 przebadano 514 pracowników tymczasowych z Ukrainy.

Dolar rośnie w cieniu wojny handlowej

Niepokoje związane z wojną handlową na linii USA-Chiny znowu mają duży wpływ na rynek walutowy.

W środę dolar amerykański istotnie umocnił się względem euro i funta brytyjskiego – kurs USD ważony udziałem poszczególnych krajów w handlu zagranicznym zbliżył się do poziomu najwyższego od prawie roku. W tym samym czasie zaniepokojenie związane z wojną handlową na linii USA-Chiny doprowadziło do kolejnej wyprzedaży ryzykownych walut na której istotnie ucierpiał również polski złoty.

Największym ryzykiem dla rynków finansowych pozostaje scenariusz, w którym wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi i Chińską Republiką Ludową nabierze charakteru totalnego. Obie strony potyczki wysyłają sprzeczne sygnały, co zwiększa niepewność i po części odpowiada za powrót inwestorów do aktywów bezpiecznych, takich jak jen japoński. Wczoraj wyprzedaży uległ m.in. juan – waluta Chin osłabiła się względem dolara do wartości najniższych od sześciu miesięcy. Wyprzedaż tę można przypisać niepokojem związanym z potencjalnym wpływem wojny handlowej na chińskie przedsiębiorstwa. Na horyzoncie nie widać żadnych perspektyw na pokojowe rozwiązanie sprawy, stąd spodziewamy się, że przy najbliższej sesji juan może być poddany dalszej deprecjacji.

Ryzyko kryzysu politycznego w Niemczech dodało strat na wspólnej europejskiej walucie – kurs EUR/USD spadł poniżej progu 1,16, ryzykownie blisko poziomu najsłabszego od niemal roku. Niemiecka koalicja rządząca znajduje się obecnie w potrzasku w związku z brakiem zgody w kwestii polityki migracyjnej. Kanclerz Merkel przyznała, że nie dojdzie do żadnego porozumienia przed szczytem UE, który rozpocznie się dziś.

Dziś także może czekać nas dość zmienna sesja. Kilka kluczowych danych makroekonomicznych najpewniej przyczyni się do przesunięć w kursach walut G3. Z rana opublikowane zostaną dane liczbowe o dynamice cen w Niemczech, co da nam pewien ogólny pogląd na raport o inflacji dla całej strefy euro. Po południu pojawią się również odświeżone dane o PKB w Stanach Zjednoczonych z pierwszego kwartału, jednak rynki spodziewają się, że dane te pozostaną w dużej mierze niezmienione.

Carney ostrzega przed Brexitem, funt słabnie

Ponownie pojawiły się wątpliwości co do podwyżki stóp procentowych Banku Anglii w sierpniu, co wczoraj przyczyniło się do kolejnych strat dla funta brytyjskiego. Podczas sesji londyńskiej, szterling osłabił się najmocniej na przestrzeni dwóch tygodni, tracąc względem dolara niemal jeden procent. Tym samym GBP zbliżył się do poziomu najsłabszego od listopada ubiegłego roku.

Przewodniczący Banku Anglii, Mark Carney, ostrzegał wczoraj na konferencji prasowej, że bez osiągnięcia porozumienia ws. Brexitu na rynku powstanie zawirowanie, które będzie dalekie od wspierania funta brytyjskiego. Przewodniczący BoE nie odniósł się jednak do możliwości kolejnej podwyżki stóp procentowych w Wielkiej Brytanii jeszcze w tym roku. Stwierdził jednak, że banki w UK są w pełni przygotowane na wyjście kraju z Unii Europejskiej.

Autor: Matthew Ryan, analityk Ebury

BioMaxima S.A. rozważa przejście na rynek regulowany GPW w Warszawie

Akcjonariusze BioMaxima S.A., notowanego na NewConnect polskiego producenta podłoży mikrobiologicznych, systemów do oznaczania lekowrażliwości, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, podjęli podczas ZWZA Uchwałę w sprawie warunkowego podwyższenia kapitału zakładowego związanego z Programem Opcji Menedżerskich. Spółka rozważa również zmianę rynku notowań na rynek regulowany GPW w Warszawie.

Podczas ZWZ BioMaxima S.A. w dniu 27.06.2018 r. Akcjonariusze podjęli Uchwałę w sprawie zmiany Statutu Spółki i wprowadzeniu do niego zapisu o warunkowym podwyższeniu kapitału zakładowego o kwotę 330.000 zł poprzez emisję 330.000 akcji serii E. Akcje serii E będą wydawane posiadaczom warrantów subskrypcyjnych, które zostaną wyemitowane na podstawie Uchwały ZWZ. Emitent prowadzi obecnie istotny program inwestycyjny mający na celu wzrost jego mocy produkcyjnych oraz zwiększenie rentowności Spółki. Poprzez przyjęcie Programu Motywacyjnego BioMaxima S.A. chce powiązać poziom wynagrodzeń Zarządu Spółki ze wzrostem jej wartości oraz spełnić kryteria kapitałowe związane ze zmianą rynku notowań na rynek regulowany GPW w Warszawie. Program Motywacyjny ma także umożliwić pozyskanie oraz utrzymanie osób zarządzających, dzięki którym Spółka będzie mogła nadal rozwijać się w wysokim tempie.

„Historycznie Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie wymagała, aby kapitał zakładowy spółki, której akcje dopuszczone  są  do  obrotu  giełdowego  nie  był  niższy niż 4 mln zł. Mimo, że prawo uległo zmianie w ostatnim czasie, tak się składa, że wszystkie spółki dopuszczane do obrotu na głównym parkiecie spełniają to kryterium. Teraz również BioMaxima będzie je spełniać.” – komentuje Łukasz Urban, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

Podczas ZWZ zatwierdzone zostały sprawozdania finansowe za 2017 r. oraz udzielono absolutoriów Członkom Zarządu oraz Rady Nadzorczej BioMaxima S.A. Akcjonariusze Spółki podjęli również Uchwałę w zakresie podziału zysku netto za 2017 r., który wyniósł 807.985,61 zł. Z tej kwoty, 219.641,63 zł zostanie przeznaczone na pokrycie strat z lat ubiegłych, a 588.343,98 zł trafi na kapitał zapasowy.

Pokolenie wspólnego dobra – dlaczego lepiej używać niż mieć na własność

Marcin Maliszewski – współwłaściciel firmy blinkee.city
Marcin Maliszewski – współwłaściciel firmy blinkee.city

W czasach wszechobecnej konsumpcji na filozoficzne pytanie „być czy mieć” młode pokolenie Polaków coraz częściej odpowiada „być”. Bo „nie mieć” nie jest już równoznaczne z „nie korzystać”. Czy globalne pożyczanie będzie znakiem przyszłości? Komentarza udziela Marcin Maliszewski – współwłaściciel firmy blinkee.city, która udostępnia skutery elektryczne do wypożyczenia.

Posiadanie, a tym samym wypełnianie swojego życia rzeczami, które mają świadczyć o naszym statusie społecznym to model postępowania, który z roku na rok ma coraz mniej zwolenników. O ile pragnienie posiadania własnych czterech kątów wciąż jest w kręgu aspiracji Polaków, o tyle inne dobra materialne już niekoniecznie, bowiem nowoczesna gospodarka pozwala cieszyć się nimi bez potrzeby posiadania tego na własność.

Ekonomicznie i ekologicznie

Okazuje się, że zjawisko globalnego pożyczania ma już swoją naukową nazwę – sharing economy, czyli po polsku ekonomia współpracy lub inaczej – gospodarka współdzielenia. To zjawisko, które w teorii naukowej opisano już dawno, ale dopiero teraz, dzięki wszechobecnej digitalizacji, ma ono szansę w pełni zaistnieć w rzeczywistości. Jednym z jego elementów jest właśnie współużytkowanie, które rozwinęło się dzięki galopującemu postępowi technologii, który z kolei zrewolucjonizował komunikację. – Głównym założeniem ekonomii współdzielenia jest idea, że dostęp do dóbr jest bardziej wartościowy niż samo ich posiadanie, a co za tym idzie, brak czegoś na własność nie stoi na przeszkodzie w użytkowaniu danej rzeczy. Dotyczy to zwłaszcza tych przedmiotów, na posiadanie których nie można sobie pozwolić ze względu na wysokie koszty lub nie chce się ich mieć z powodu stosunkowo rzadkiej potrzeby korzystania– tłumaczy Marcin Maliszewski. Potwierdzają to badania – aż 81% respondentów twierdzi, że bardziej opłacalne jest dla nich korzystanie z dóbr i usług niż

posiadanie ich na własność, a 43% uważa wręcz, że posiadanie niepotrzebnie obciąża budżet[1]. Konsumentów korzystających z współdzielenia nazywa się odpowiedzialnymi, bo ekonomia współdzielenia ma także swoje ekologiczne podstawy. W dobie konsumpcjonizmu i nadprodukcji społeczeństwo zaczyna dostrzegać  negatywne skutki takiego stanu rzeczy, a obroną przed nim ma być właśnie świadome rezygnowanie z posiadania na rzecz korzystania z dostępnego dobra w razie potrzeby, tak aby zmniejszyć zjawisko globalnej nadprodukcji i jej niekorzystnych dla ludzi konsekwencji.

Posiadanie na godziny

Wypożyczyć na określony czas można wszystko to, czego nie musimy mieć na własność, by przeżyć. Oczywistym przykładem są tutaj wypożyczalnie samochodów, ale warto zwrócić uwagę także na inne dobra, które od lat istnieją już nie tylko jako towary, ale przede wszystkim jako usługi. Tak właśnie stało się z muzyką czy kinem, które swoje miejsce znajdują teraz przede wszystkim na platformach internetowych lub w wirtualnych wypożyczalniach, a ich kupowanie i kolekcjonowanie uchodzi raczej za hobby niż typowy sposób korzystania. Taki sam los coraz częściej spotyka luksusowe ubrania, na wypożyczanie których decydują się już nie tylko celebryci, lecz także przeciętni „Kowalscy”. W dużych miastach furorę robi też coworking, który klasyfikowany jest jako jeden z obszarów rozwoju gospodarki współdzielenia. Coworkingiem określa się nowoczesny sposób pracy, który polega na samodzielnym działaniu, ale we wspólnym biurze. Przestrzenie coworkingowe to miejsca, w których na pracy skupiają się niezależnie osoby, najczęściej freelancerzy, którzy chcą pracować samodzielnie, ale nie samotnie.

Biznes w stylu sharing economy

Idea wspólnego dobra budzi kreatywność w przedsiębiorcach, którzy wychodzą do konsumentów z coraz ciekawszymi pomysłami na usługi. Właśnie na tej fali w Marcinie Maliszewskim i jego wspólnikach zrodził się pomysł na blinkee.city, czyli elektryczne skutery do wypożyczania w mieście. – Sercem całego projektu jest aplikacja mobilna, przez którą użytkownik zakłada swoje konto, płaci i wypożycza, a nawet uruchamia skuter. Nie ma żadnej stacji, gdzie trzeba maszynę odprowadzić – tam, gdzie skończyliśmy trasę, tam zostawiamy skuter. To wygodne, proste w obsłudze i ekologiczne, czyli właśnie takie, jakiego chce nowoczesny mieszkaniec miasta i świadomy konsument – mówi Maliszewski. Scooter sharing, tak jak inne elementy globalnego „sharingu” został przyjęty przez polskich konsumentów bardzo pozytywnie, a firma w krótkim czasie z kilku złożonych w domu skuterów rozrosła się do kilkunastu pokaźnych flot (firma ma już w Europie blisko 700 pojazdów) zlokalizowanych w największych polskich miastach oraz za granicą, np. w Walencji czy Budapeszcie.

Czy sharing economy będzie z czasem zataczać jeszcze szersze kręgi? Wszystko na to wskazuje, bo trend ten za podstawę swojego istnienia bierze oszczędzanie, czyli to, co po kryzysie w 2008 roku, w perspektywie globalnej stało się jednym z najważniejszych dążeń. – Nowoczesny konsument chce być wolny od zbędnych wydatków, ale nie zamierza rezygnować z dóbr, które ułatwiają mu życie. Można więc z całą pewnością sądzić, że idea ekonomii współdzielenia będzie się wciąż rozwijać – mówi Marcin Maliszewski.

[1]    http://www.repozytorium.uni.wroc.pl/Content/79622 03_4_W_Ziobrowska-Sharing_economy_jako_nowy.pdf

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Pierwsza fala spadkowa za nami. Czeka nas kolejna?

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Każdy okres giełdowej dekoniunktury ma swoją medialną przyczynę. Nie zawsze jest ona jedyna czy nawet słuszna, ale ma swoje dość istotne znaczenie psychologiczne. Tym razem główną przyczyną obserwowanego pogorszenia nastrojów jest wojna handlowa USA z resztą świata. Co interesujące, jeszcze nie tak dawno była ona przez wiele analityków bagatelizowana. Wskazywane były dwie ku temu przesłanki. Pierwsza wiązała się z niezaprzeczalnym faktem, że dotychczas nałożone cła obejmują jedynie ułamek globalnej wymiany handlowej i w praktyce nie mają na nią większego przełożenia. Druga z kolei wynikała z oczekiwań, że konflikt jest jedynie przykrywką dla zakulisowych mediacji i stanowi część taktyki negocjacyjnej. O ile pierwszy argument może jeszcze się bronić, to drugi stał się już nieaktualny. Inwestorzy giełdowi przez dłuższy czas nie dawali wiary, że konflikt będzie się stopniowo zaostrzał i tym samym rozwijał w potencjalnie bardzo groźnym kierunku. Na przełomie minionego i obecnego tygodnia oczekiwania się najprawdopodobniej zmieniły i aktualnie scenariusz bazowy zakłada, że z „wojną handlową” przyjdzie nam żyć w najbliższych miesiącach i szybko się ona nie skończy. Czy oznacza to, że akcje będą już tylko tanieć? Niekoniecznie. Otóż z kontrariańskiego punktu widzenia zmianę nastawienia inwestorów można rozpatrywać korzystnie. O ile bowiem etap bagatelizacji zagrożenia nie jest pozytywny dla rynkowych perspektyw, gdyż nie bierze pod uwagę realizacji negatywnego scenariusza, to obecnie pojawić się mogą zbyt czarne scenariusze stwarzające okazje do rajdu ulgi wynikającego z ich niespełnienia. Zresztą już pojawiają się doniesienia sugerujące, że Chiny przygotowują się na „pełnowartościową” wojnę handlową i mogą ograniczyć bądź wręcz zaprzestać zakupów amerykańskich obligacji. Ten ruch obecny konflikt przeniósłby na nowy wyższy poziom i jego negatywne efekty byłyby niemałe. Trudno jednak wyobrazić sobie jego rychłą realizację. Podobnie było przecież z Brexitem, gdzie negatywny wpływ referendum w krótkim terminie się nie ujawnił i zaczyna być widoczny dopiero teraz po upływie wielu miesięcy. Wydaje się więc, że istnieć może potencjał do zatrzymania ostatnich spadków, ale ewentualne letnie wzrosty skończyć się mogą kolejną falą przeceny. Jej przyczyną powinna być obawa o los globalnej koniunktury, której problemy maskują wciąż dobre wskaźniki w USA. Ten temat inwestorzy na chwilę obecną bagatelizują, a jak pokazał wątek wojen handlowych, to niebezpieczny etap, który skończyć się może bolesnym zderzeniem z rzeczywistością.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Postawienie zarzutu przestępstwa skarbowego a przedawnienie

Każdy przedsiębiorca w prowadzonej przez siebie działalności powinien orientować się w gąszczu przepisów regulujących podejmowane przez niego działania, a w szczególności mieć się na baczności przy wykonywaniu obowiązków ogólnie zwanych skarbowymi. Co jednak w sytuacji gdy świadomie bądź nieświadomie przedsiębiorca uszczupli lub choćby narazi na uszczuplenie należności publicznoprawne?

Odpowiedzialność karnoskarbowa a odpowiedzialność karna

Zgodnie z kodeksem karnym skarbowym istnieje dwu-podział deliktów skarbowych na przestępstwa skarbowe i wykroczenia skarbowe. Pojęcia przestępstwa skarbowego oraz wykroczenia skarbowego stanowią kategorie autonomiczne wobec pojęć przestępstwa i wykroczenia występujących w powszechnym prawie karnym[1].

Przestępstwo a wykroczenie skarbowe

Przestępstwo skarbowe jest to czyn zabroniony przez kodeks pod groźbą kary grzywny
w stawkach dziennych, kary ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności, zaś wykroczenie skarbowe jest to czyn zabroniony przez kodeks pod groźbą grzywny określonej kwotowo, jeżeli kwota uszczuplonej lub narażonej na uszczuplenie należności publicznoprawnej albo wartość przedmiotu czynu nie przekracza pięciokrotnej wysokości minimalnego wynagrodzenia w czasie jego popełnienia.

Podstawowa różnica pomiędzy przestępstwem a wykroczeniem, to zagrożenie karą. Za przestępstwo skarbowe grozi ograniczenie lub pozbawienie wolności,  grzywna w określonej liczbie stawek od 10 do 720 , gdzie wysokość stawki nie może być niższa od 1/30 części minimalnego wynagrodzenia ani też przekraczać czterystukrotności. W roku 2018  stawka dzienna waha się w granicach od 70 do 28 000 zł. Kara grzywny waha się
w granicach od 700 do 20 160 000 zł.  Kara grzywny za wykroczenie skarbowe jest wymierzana kwotowo, w granicach od 1/10 do dwudziestokrotnej wysokości minimalnego wynagrodzenia, a zatem waha się w granicach od 210  do 42 000 zł.

Przedawnienie odpowiedzialności karnej

Karalność przestępstwa skarbowego ustaje, jeżeli od czasu jego popełnienia upłynęło lat 5 – gdy czyn stanowi przestępstwo skarbowe zagrożone karą grzywny, karą ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności nieprzekraczającą 3 lat (pkt 1), 10 – gdy czyn stanowi przestępstwo skarbowe zagrożone karą pozbawienia wolności przekraczającą 3 lata (pkt 2).

Bieg przedawnienia przestępstwa skarbowego polegającego na uszczupleniu lub narażeniu na uszczuplenie należności publicznoprawnej rozpoczyna się z końcem roku, w którym upłynął termin płatności tej należności. Jeżeli w okresie 5 (pkt 1) bądź 10 (pkt 2) lat od popełnienia czynu wszczęto postępowanie przeciwko sprawcy, karalność popełnionego przez niego przestępstwa skarbowego określonego w pkt. 1 ustaje z upływem 5 lat, a przestępstwa skarbowego określonego w pkt. 2 – z upływem 10 lat od zakończenia tego okresu.

Decydujące znaczenie ma zatem moment „wszczęcia postępowania wobec sprawcy”, a oceniać go należy na podstawie treści art. 71 § 1 KPK oraz art. 313 § 1 KPK, mających odpowiednie zastosowanie w postępowaniu w sprawach o przestępstwa skarbowe i wykroczenia skarbowe – art. 113 § 1 KKS[2].

Postanowienie o przedstawieniu zarzutu

Sporządzenie postanowienia o przedstawieniu zarzutów nie powoduje przekształcenia postępowania z fazy in rem w fazę ad personam. Z powołanego wyżej art. 71 § 1 KPK wynika bowiem, że za podejrzanego uważa się osobę, co do której wydano postanowienie
o przedstawieniu zarzutów albo bez wydania takiego postanowienia postawiono zarzut
w związku z przystąpieniem do przesłuchania w charakterze podejrzanego.

Pomiędzy terminami „wydanie” a „sporządzenie” postanowienia zachodzi istotna różnica, jako że dla „wydania” niezbędne jest dopełnienie kolejnych czynności procesowych określonych w art. 313 § 1 KPK, niezbędnych dla skuteczności procesowej czynności. Aby zatem postanowienie o przedstawieniu zarzutów zostało uznane za wydane, czyli prawnie skuteczne, niezbędne jest kumulatywne spełnienie trzech warunków: sporządzenie postanowienia, jego niezwłoczne ogłoszenie i przesłuchanie podejrzanego[3].

Przedawnienie a brak ogłaszania postanowienia o przedstawieniu zarzutów

Wskazać również należy, że Trybunał Konstytucyjny w wyroku z dnia 17.07.2012r.[4], stwierdził, że art. 70 § 6 pkt 1 ustawy Ordynacja podatkowa, w zakresie, w jakim wywołuje skutek w postaci zawieszenia biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego
w związku z wszczęciem postępowania karnego lub postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe, o którym to postępowaniu podatnik nie został poinformowany najpóźniej
z upływem terminu wskazanego w art. 70 § 1, jest niezgodny z zasadą ochrony zaufania obywatela do państwa i stanowionego przez nie prawa wynikającą z art. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Co więcej zgodnie z art. 313 § 1 KPK (stosowanym na podstawie art. 113 KKS odpowiednio), postanowienie o przedstawieniu zarzutów rozpoczynające fazę postępowania in personam jest sporządzane, jeżeli dane istniejące
w chwili wszczęcia śledztwa lub zebrane w jego toku uzasadniają dostatecznie podejrzenie, że czyn popełniła określona osoba. To postanowienie ogłasza się niezwłocznie podejrzanemu i przesłuchuje się go, chyba że ogłoszenie postanowienia lub przesłuchanie podejrzanego nie jest możliwe. Postanowienie o przedstawieniu zarzutów zawiera wskazanie podejrzanego, określenie zarzucanego mu czynu i jego kwalifikacji prawnej. Dopiero zatem na tym etapie podatnik uzyskuje informację o wszczętym przeciwko niemu postępowaniu, które rodzi skutek w postaci przedłużenia biegu terminu przedawnienia karalności przestępstwa lub przestępstwa (wykroczenia) skarbowego.

Faza ad rem i ad personam postępowania karnoskarbowego

Wydanie postanowienia o przedstawieniu zarzutów rozpoczyna fazę in personam postępowania przygotowawczego i kreuje stronę procesową podejrzanego. Pogląd taki wyraził również SN w wyroku z dnia 23.07.1992 r.[5], Sąd zwrócił uwagę, że zarówno w orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego[6], jak również w orzecznictwie Sądu Najwyższego[7] utrwaliła się tzw. zasada ochrony zaufania obywatela do prawidłowości działań organów administracji, z której wynika, iż nie powinien być narażony na uszczerbek obywatel działający w przekonaniu, iż odnoszące się doń działania organów państwa są prawidłowe i odpowiadające prawu. Podobna też argumentacja znalazła się w wyroku NSA z dnia 11.04.1996 r[8].

Status podejrzanego

Działanie praworządne polega między innymi na tym, aby niezwłocznie nadać status strony osobie podejrzanej. Zasadniczym celem tych przepisów jest, aby już od najwcześniejszego etapu postępowania przygotowawczego istniała równość stron, bowiem dopiero w fazie in personam mogą być realizowane konwencyjne uprawnienia oskarżonego wynikające z art. 6 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, w tym prawo oskarżonego do niezwłocznego otrzymania szczegółowej informacji w języku dla niego zrozumiałym
o istocie i przyczynie skierowanego przeciwko niemu oskarżenia.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

[1] wyrok SN z 4.4.2005 r., I KZP 7/05
[2] wyrok SN z 7.11.2006 r., IV KK 150/06
[3] orzeczenia SN postanowienie z 24.04.2007 r., IV KK 31/07, wyrok z 2.06.2010 r, V KK 376/09, wyrok z 24.04.2013 r, V KK 453/12
[4] P 30/11, OTK-A 2012/7/81
[5] sygn. akt III ARN 40/92, POP 1993/4/68
[6] orzeczenie K. 3/89, K 14 i 15/91
[7]  orzeczenie z 14.02.1991 r., sygn. akt I PRN 1/91, OSNC 1992/11/207
[8] sygn. akt SA/WR 1931/95, Glosa 1997 r. Nr 8 str. 32

Mundial a rynek walutowy. Czy mistrzostwa świata mają wpływ na kursy?

Ostatnimi czasy pojawia się w mediach wiele artykułów, w których autorzy starają się udowodnić wpływ wielkich imprez sportowych na gospodarkę. W tym kontekście przeważnie analizowane są mistrzostwa piłkarskie, zarówno świata, jak i Europy, oraz igrzyska olimpijskie. Wielu komentatorów stara się znaleźć pewne prawidłowości statystyczne na poparcie swoich tez. W tym kontekście warto zastanowić się, jaki wpływ duże imprezy sportowe, takie jak piłkarski mundial, mają na kursy walut.

Jakie mają być powody fundamentalne wpływu tych wydarzeń? Na gospodarkę korzystny wpływ mają mieć już same inwestycje infrastrukturalne, poczynione, by tę imprezę przeprowadzić. W przypadku rynków walutowych z kolei będzie to zwiększony popyt na walutę. Powodem jest napływ kapitału z zagranicy, który musi zostać sprzedany, by nabyć walutę gospodarza imprezy. Im bardziej wzrośnie liczba chętnych na zakup waluty, tym bardziej powinna dana waluta drożeć. Pytaniem otwartym jest czy naprawdę te efekty są tak znaczące, by miały zauważalny wpływ. To z kolei jest mocno zależne od wielkości gospodarki względem oczekiwanych przychodów z imprezy.

Jak zatem można szacować wpływ walutowy mundialu? Z jednej strony należy zsumować kwoty, które kibice muszą wymienić, by spędzić czas w kraju gospodarza. Pula biletów na sprzedaż w Rosji to imponujące 3 miliony sztuk. Wedle danych z połowy czerwca sprzedano około 90%. Warto zwrócić uwagę, że mniej więcej jedna trzecia trafiła do Rosjan, co powoduje, że nie można liczyć tej części w ramach potrzeb walutowych. Pozostaje zatem około 1,8 miliona biletów przypadających na cudzoziemców. Zakładając, że prognozy o około 400 000 odwiedzających okażą się słuszne, okazuje się, że na każdego przyjeżdżającego przypada przeciętnie około 4,5 biletu. Ciężko oszacować jaki procent wydatków na miejscu pozostanie w Rosji, gdyż FIFA zysk ze sprzedaży będzie wymieniać z rubli. Zakładając nawet, że na 1 bilet przypadnie średnio 1000 dolarów, po odliczeniu środków dla FIFA otrzymujemy imponującą kwotę 1,8 miliarda dolarów.

Pytanie nasuwa się samo – ile to jest dla Rosji 1,8 miliarda dolarów. Miesięczny eksport tego państwa wynosi 36 miliardów. Mundial zatem będzie stanowił poniżej 0,5% rocznego eksportu. Sam eksport ropy i gazu w zeszłym roku dał ponad 130 miliardów dolarów. Oznacza to, że właściwie codziennie mamy wahnięcie cen ropy, które w perspektywie roku przekracza swoim wpływem cały mundial.

Jak zachowywał się rubel w ostatnim czasie? Chcąc być bardzo życzliwym można powiedzieć, że od połowy kwietnia rubel znajduje się na z grubsza stałych poziomach względem zarówno euro, jak i dolara. Jest to głównie podyktowane tym, że na początku kwietnia w ciągu kilku dni stracił około 10%, zatem to, że teraz delikatnie słabnie nie robi na nikim szczególnego wrażenia. Można oczywiście tłumaczyć, że rubel jako waluta powiązana z surowcami, osłabia się, gdy ich ceny spadają. Ta teoria ma jedną podstawową wadę: „W ostatnich czasach ropa będąca głównym towarem eksportowym wyraźnie drożeje. Trzeba też zauważyć, że ostatnich dniach rubel się przecież umacnia. Jest to owszem prawda, ale zaczął się umacniać piątego dnia mundialu i bardziej wygląda to na korektę ostatnich spadków, niż realne umocnienie” – ocenia Maciej Przygórzewski, główny ekspert walutowy Currency One, operatora serwisów Internetowykantor.pl i Walutomat.pl.

Czy zatem organizacja tak dużej imprezy nie ma wpływu na rynki walutowe? To z kolei za daleko idący wniosek, bo skala tego zajścia jest niepomijalna. Z drugiej strony gdy wejdzie się w szczegóły to okazuje się, że jedno nawet bardzo duże wydarzenie nie zmieni ani waluty ani gospodarki blisko 150 milionowego państwa.

Zakaz handlu w niedziele – co najbardziej irytuje Polaków?

Blisko 3/4 spośród respondentów dostrzega wady wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę. Tak wynika z najnowszego badania „Zakaz handlu w niedziele w kontekście zwyczajów i opinii konsumentów” zrealizowanego dla ITBC Communication i Polskiej Rady Centrów Handlowych przez SW Research.

Polaków najbardziej irytuje sam fakt, odgórnej ingerencji w ich wolny wybór (35% badanych) oraz bardzo duży ruch i kolejki w obiektach handlowych w piątki oraz soboty bezpośrednio poprzedzające niehandlową niedzielę (35%).Obraz2

Wpływa to niekorzystnie na sposób postrzegania tych zmian legislacyjnych przez Polaków. Bowiem większa ilość odwiedzających sklepy to dłuższe kolejki i czas oczekiwania przy kasie, co niewątpliwie wywołuje frustrację wśród klientów.

Polacy podzieleni w sprawie centrów handlowych

Wyłączenie centrów handlowo-usługowych z ustawy o zakazie handlu w niedzielę podzieliło badanych, przy czym większa część respondentów (54%) zgadza się z postulatem wyłączenia obiektów handlowych na terenie „galerii” z rygoru ograniczającego handel w niedziele, który cieszył się szczególnym poparciem wśród mieszkańców miast liczących 200-500 tys. mieszkańców (70%). Co ciekawe, owy entuzjazm nie występuję wśród mieszkańców miejscowości nieznacznie mniejszych: 100-200 tys. (59%) oraz większych, liczących ponad 500 tys. mieszkańców (54%).

Miało być więcej czasu dla rodziny

Po wprowadzeniu 1 marca br., częściowego zakazu handlu w niedziele, dyskurs wyjaśniający potrzebę wprowadzenia ustawy opierał się na sformułowaniach wskazujących, że zmiana prawa pozwoli Polkom i Polakom na spędzenie większej ilości czasu razem z bliskimi. Jak się okazało, dla większości respondentów, wprowadzenie ustawy ograniczającej handel w niedzielę, nie wpłynęło na ilość czasu spędzanego z rodziną (68% wskazań).Obraz15

Mimo wszystko, przeszło 27% badanych po wprowadzeniu ustawy deklaruje większą ilość czasu jaki spędzają wspólnie z rodziną, przy czym 15% uważa, że tego czasu mają dużo więcej.

*Metodologia

Celem projektu była realizacja pogłębionych analiz zachowań i preferencji zakupowych Polaków po wprowadzeniu ustawy ograniczającej handel w niedziele. Badanie zostało zrealizowane przez SW RESEARCH dla ITBC Communication i Polskiej Rady Centrów Handlowych. Badanie zostało zrealizowane w dniach 23.04-29.04.2018. Agencja SW RESEARCH pozyskała wywiady metodą CAWI (on-line) z wykorzystaniem panelu internetowego SW Panel. W badaniu dobrano próbę pełnoletnich mieszkańców Polski z uwzględnieniem postulatu reprezentatywności dla płci, przedziałów wiekowych oraz klasy wielkości zamieszkiwanej miejscowości. W ramach badania zgromadzono 1001 unikalnych wywiadów.

Kurs dolara znów triumfuje. Euro powyżej 4,35

Spada spread polskich instrumentów dłużnych nad czeskimi w wyniku podwyżki stóp procentowych w Czechach. Ponownie umacniający się dolara, przy nadal wysokiej awersji do ryzyka, pchnął EURPLN na nowe, tegoroczne maksima powyżej 4,35.

Rynek walutowy i stopy procentowej

W środę złoty pogłębił spadek. Przy zniżkującym EURUSD do 1,155 kurs EURPLN wzrósł powyżej 4,35. Najwyraźniej, przy nadal dominującej awersji do ryzyka (w wyniku konfliktu handlowego między USA a ich głównymi partnerami), rynek potrzebuje impulsu (w tym w postaci solidnych danych z Niemiec i strefy euro), aby wspólna waluta mogła wyraźniej zyskać na wartości. Wzrostom dolara nie przeszkadzają słabsze wyniki gospodarcze dla USA, w tym workowy spadek indeksu konsumentów Conference Board, czy wczorajsze odczyty dla zamówień na dobra trwałe (kolejny miesiąc z rzędu na minusie, w maju na poziomie -0,6%). To pokazuje, że obecnie nie fundamenty, a geopolityka kieruje zmianami na rynkach finansowych.

Nadal też negatywny wpływ na złotego wywiera słabnący chiński juan. Z Chin napływają doniesienia, że rząd może wesprzeć firmy, które stracą na wojnie celnej. Kurs juana do dolara notuje obecnie półroczne minimum, nasilając dodatkowo spekulacje, że Pekin chce wykorzystać słabszą walutę do ograniczenia strat będących wynikiem wojny handlowej. PBOC mógłby bowiem podjąć zdecydowane działania, które wsparłyby juana, czego jednak nie czyni.

W regionie najciekawszym wydarzeniem środowego handlu było decyzyjne posiedzenia Banku Czech. Nieoczekiwanie bank podniósł główną stopę o 25 pb do poziomu 1,0% czym umocnił czeska koronę. Kurs EURCZK spadł do 25,74 z blisko 25,92 przed decyzją. Para szybko jednak powrócił w okolice poziomów sprzed decyzji. Bardziej restrykcyjna polityka Banku Czech w stosunku do polskiej RPP sprzyja również zawężeniu spreadów instrumentów dłużnych. W sektorze 2-letnim spread swapów PL-CZ spadł w okolice 40pb. Decyzja czeskich władz monetarnych wynika z presji na wzrost cen, ryzyka do projekcji inflacyjnej zostały bowiem ocenione prowzrostowo.

Na polskim rynku stopy procentowej rentowności obligacji spadały, korygując ruch wzrostowy z początku tygodnia. Przy braku istotniejszych lokalnych publikacji, gdzie dopiero w czwartek opublikowane zostaną minutes z ostatniego posiedzenia RPP (które powinny potwierdzić gołębie nastawienie), uwaga koncentrowała się na wydarzeniach globalnych. Do spadku rentowności obligacji na świecie przyczyniały się utrzymujące się obawy dotyczące sytuacji handlowej na świecie. Prezydent Trump ogłosił, że zamierza wzmocnić rolę CFIUS, czyli agencji ds. inwestycji zagranicznych oraz działania Departamentu Handlu, których celem ma być ochrona przed transferem technologii i kradzieżą własności intelektualnej. Choć nie zaostrza to relacji pomiędzy USA, a Chinami to jednak rynek pozostaje ostrożny.

W najbliższych dniach wsparciem dla euro (i pośrednio złotego) mogą okazać się wstępne odczyty inflacyjne (czwartek dane dla Niemiec, a piątek dla całej EZ), jeśli nie rozczarują sięgając celu EBC. Rynek spodziewa się wzrostu indeksów zarówno DE CPI, jaki DE HICP do 2,1% r/r oraz EZ HICP do 2% r/r).  Niemniej presja niepewności utrzymująca się na rynku będzie nadal odczuwalna na krajowym rynku walutowym.

Wykres dnia: Podwyżki stóp procentowych w Czechach, przy stabilnej polityce monetarnej prowadzą do zawężenia spreadu instrumentów dłużnych.

Podwyżki stóp procentowych w Czechach, przy stabilnej polityce monetarnej prowadzą do zawężenia spreadu instrumentów dłużnych
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski