Firma, która nie płaci przez miesiąc, nie zapłaci też przez dwa

Dyscyplina płatnicza firm nie ulega poprawie. O opóźnieniach płatności kontrahentów wynoszących co najmniej 60 dni w ciągu ostatnich 6 miesięcy, wciąż informuje ponad połowa przedsiębiorstw – 52 proc. Na dodatek więcej firm niż w I kwartale negatywnie patrzy w przyszłość. Pesymistami są głównie firmy z branży handlowej – wynika z badania BIG InfoMonitor. Badania dotyczące zjawiska zatorów płatniczych wśród MSP pokazują również, że jeśli odbiorca usług czy towaru przeciąga płatność przez miesiąc, to w 90 proc. przypadków pozwoli sobie nie zrobić przelewu również w kolejnym miesiącu.

Odsetek firm zgłaszajacych problemy z przeterminowanymi należnościami pow. 60 dni w poprzednich 6 miesiącach
Źródło: Badanie BIG InfoMonitor

Choć wskaźniki makroekonomiczne informują o bardzo dobrej kondycji krajowej gospodarki oraz dobrej sytuacji gospodarek zagranicznych, jakość wzajemnych płatności przedsiębiorstw nie zmienia się na lepsze. W II kwartale br. wciąż ponad połowie firm – 52 proc., dokuczają trwające min. 60 dni opóźnienia w uzyskiwaniu płatności od kontrahentów. W porównaniu z I kwartałem tego roku, odnotowano jedynie symboliczną zmianę. Odsetek firm, które miały w minionych 6 miesiącach kłopot z uzyskaniem pieniędzy za sprzedany towar i usługi spadł z 52,6 proc. do 52,1 proc. Obecnie częściej niż pozostali, na opóźnione płatności skarżą się firmy handlowe.

W opinii firm handlowych, płatności opóźniają głównie podmioty z branży budowlanej i przemysłowej. Z kolei podmioty usługowe częściej podają, że nieterminowo płacą im głównie przedsiębiorstwa transportowe. O opóźnieniach ze strony szeroko pojętego przemysłu, istotnie częściej informują producenci, którzy sami reprezentują branżę przemysłową  – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Co wydaje się zaskakujące, w II kwartale rzadziej problemy z płatnościami od odbiorców sygnalizują mikrofirmy zatrudniające do 9 osób.  Jak wynika z badania, najwięcej kłopotów mają natomiast średnie przedsiębiorstwa z załogą liczącą od 50 do 249 pracowników.

Prognoza dla liczby faktur, z płatnością opóźnioną o ponad 60 dni
Źródło: Badanie BIG InfoMonitor

Jeśli chodzi o perspektywy na przyszłość, to liczba przedsiębiorców obawiających się zwiększenia kwot przeterminowanych płatności wzrosła, głównie dzięki handlowi. Opinię, że opóźnionych należności będzie przybywać. Na początku roku podzielało 15 proc. badanych, obecnie myśli tak 18 proc. firm. Natomiast odsetek optymistów przewidujących poprawę spadł z 22 proc. do 18 proc. (odpowiadały firmy, które mówiły, że mają problem z uzyskiwaniem płatności).

Jakby tego było mało, topnieje odsetek firm, które choć handlują z odroczonym terminem płatności, mają solidnych dostawców i nie dotyczy ich problem opóźnień. Pod koniec zeszłego roku odpowiadało tak 36 proc. firm, na początku tego roku 33 proc., a obecnie jedynie 24 proc.

Wzrósł natomiast udział firm przyznających, że przyczyniają się do powstania zatorów płatniczych. Po tym jak im nie zapłacono przekazały problem dalej i nie zapłaciły też swoim dostawcom. Tym razem robi tak więcej niż co czwarty przedsiębiorca (27 proc.) i jest to częstszy problem, niż w dwóch poprzednich kwartalnych pomiarach, kiedy o takiej sytuacji informowało 16-18 proc. respondentów. Jak wynika z badania, obecnie wyraźnie częściej zachowują się w ten sposób firmy usługowe.

– Ze względu na zmianę prawa, która pozwala wpisać do rejestru BIG dług opóźniony już co najmniej o 30 dni, a nie jak wcześniej o 60 dni, spytaliśmy mikro, małe i średnie firmy o skalę ponad 30-dniowych opóźnień – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.Odpowiedzi dają do myślenia i niezbicie pokazują jak niebezpieczne jest dopuszczenie do niezapłacenia faktury nawet przez miesiąc. Jeśli dłużnik przeciąga płatność przez miesiąc, to w 9 na 10 przypadków pozwoli sobie nie zrobić przelewu też w kolejnym miesiącu – zwraca uwagę.

Odsetek firm, które miały w ostatnich 6 miesiącach należności przeterminowane
Źródło: Badanie BIG InfoMonitor

Okazało się bowiem, że w ostatnich 6 miesiącach, problem płatności opóźnianych o min. miesiąc miało 58 proc. respondentów, a opóźnień przekraczających 60 dni miało niewiele mniej bo 52 proc. Co pokazuje, że tylko w 1 na 10 przypadków opóźniający płatności powyżej 30 dni, zdecyduje się zapłacić w następnym miesiącu. Pozostali będą zwlekać dalej. – Stwierdzenie w tym kontekście, że cierpliwość popłaca, z pewnością się nie sprawdza. Wyniki badania pokazują niezbicie, że na opóźnienia w regulowaniu zobowiązań kontrahentów trzeba reagować szybko – komentuje Sławomir Grzelczak. Najlepiej jednak zapobiegać niż leczyć i przed podpisaniem umowy dobrze zweryfikować odbiorców, aby nie narażać biznesu na ryzyko współpracy z niesolidnym płatnikiem – dodaje.

W Rejestrze Dłużników Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor oraz bazie BIK, płatności przeterminowanych o min. 30 dni, na kwotę co najmniej 500 zł jest już obecnie 26,5 mld zł. Zaległości dotyczą 227 350 firm.

*Badanie „Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm”. przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm sprzedających z odroczonym terminem płatności, techniką wywiadów telefonicznych, maj 2018 r.

Wysokie miejsce w rankingu nie chroni przed klęską

Rynki drżą przed wizją, że negocjacyjne gierki Trumpa w końcu osłabią globalny wzrost gospodarczy. Pojawiają się głosy, że wyborcze hasło „America First” stanie się przepowiednią wejścia największej gospodarki świata jako pierwszej w stan recesji (i pociągnie resztę globu). Inwestorzy są zaniepokojeni, co podsyca awersję do ryzyka. Wygrywa USD i JPY, traci cała reszta.

Polityka handlowa USA zaczyna kreować coraz większą dezorientację. Wczoraj mieliśmy moment ulgi po doniesieniach, że prezydent USA Trump zamierza wzmocnić proces kontroli zagranicznych inwestycji w USA. Działania te docelowo miałyby udaremnić nabycie technologii przez chińskie podmioty, jednak byłoby to łagodniejsze podejście wobec Chin niż wcześniejsze sygnały sugerujące plany konkretnych restrykcji dla firm z Państwa Środka. Spokój nie trwał jednak długo, gdyż kilka godzin później doradca gospodarczy Białego Domu Larry Kudlow powiedział, że decyzja Trumpa wcale nie oznacza, że złagodził on swoje stanowisko wobec Chin. Zamieszanie informacyjne tylko podsyca wątpliwości, do czego finalnie doprowadzi protekcjonizm USA. A w szczególności, coraz trudniej jest bronić tezy, że skutki dla globalnego ożywienia będą minimalne. Osobiście pozostanę optymistą i nie spodziewam się, aby świat czekała totalna wojna handlowa. Z drugiej strony przeciągający się okres niepewności i obaw może podkopać zaufanie wśród inwestorów, gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, co finalnie przerodzi się w spowolnienie gospodarcze. Politycy igrają z ogniem, nie widząc pobocznych konsekwencji.

Na rynkach wyczuwalna jest atmosfera awersji do ryzyka. Jeśli dodamy do tego klątwę końca kwartału oraz ograniczona płynność w środowe popołudnie (kiedy spora rzesza inwestorów wolała śledzić historyczne wydarzenia w rosyjskim Kazaniu), otrzymujemy mieszankę, gdzie ucieczka od ryzyka jest trudna do zatrzymania. Nawet jeśli źródłem niepokoju są USA, dolar wciąż pozostaje najpłynniejsza bezpieczną przystanią, a zanim zaraz pojawia się JPY. Zaangażowanie Chin w konflikt uderza w AUD i NZD i one powinny najbardziej tracić, jeśli spirala strachu się rozkręci. Ale w ramach G10 bezpieczne nie będą też inne waluty z wysoka betą, jak SEK i NOK. EUR/USD wraca w stronę 1,15, gdyż kapitulują Ci, którzy na początku tygodnia wierzyli w trwalsze odbicie kursu. To techniczny ruch, któremu jednak nic nie stoi obecnie na przeszkodzie. Problemy ma też złoty (jak i cały segment rynków wschodzących) i w krótkim terminie należy się nastawiać podtrzymanie słabości.

Dziś w kalendarzu nie ma nic szczególnego. Finalny odczyt PKB z USA raczej nie ruszy dolarem – dane za I kw. są za bardzo przestarzałe. Inflacja z Niemiec ma nikłe szanse, by zaznaczyć nasilenie presji inflacyjnej, więc euro to nie pomoże. W Brukseli startuje szczyt UE, gdzie głównym tematem będzie imigracja. Kanclerz Niemic Merkel jedzie z zadaniem wypełnienia ultimatum o powstrzymaniu dalszego napływu uchodźców z południa Europy do bogatszej północy. W przeciwnym wypadku Merkel ryzykuje utratę partnera koalicyjnego (CSU) i rozpad rządu. Przed Niemcami kolejny trudny pojedynek z dużymi szansami porażki. Ale póki rozpad rządu nie stanie się faktem, ryzyka dla EUR z tego frontu pozostają ograniczone.

Konrad Białas, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polski rynek pracy jednym z atrakcyjniejszych w Europie

W kwietniu br. stopa bezrobocia w Polsce była jedną z najniższych w Europie, a Polacy znaleźli się w grupie narodów najlepiej oceniających rodzimy rynek pracy. Lepsze nastroje w tym czasie panowały tylko w Niemczech, Austrii i Szwecji. Wg Eurostatu, największe problemy ze znalezieniem zatrudnienia mają obecnie pracownicy z krajów śródziemnomorskich. To oni również są najmniej zadowoleni z warunków oferowanych im przez pracodawców – wynika z badania „Confidence Index” przeprowadzanego cyklicznie przez firmę rekrutacyjną Michael Page.

W marcu br. stopa bezrobocia w naszym kraju wyniosła 3, 9 proc., a w kwietniu 3, 8 proc., czyli prawie dwa razy mniej niż średnia w Unii Europejskiej (7,1 proc.) – podaje Europejski Urząd Statystyczny. Natomiast wg Głównego Urzędu Statystycznego (GUS), stopa bezrobocia w Polsce na koniec marca 2018 r. wyniosła 6,6 proc., a miesiąc później zmniejszyła się o 0,3 pkt. proc. – do 6,3 proc. Mimo różnicy w danych statystycznych, wynikających z odmiennej metody obliczania, niepodważalnym faktem jest to, że bezrobocie w Polsce maleje, a polski rynek pracy coraz lepiej wypada również na tle europejskim.

Europejscy liderzy rynku pracy

Wg Eurostatu, w kwietniu br. niższe bezrobocie od Polski odnotowało tylko pięć krajów – Czechy (2,2 proc.), Islandia (2,9), Malta (3,0 proc.), Niemcy (3,4 proc.) i Węgry (3,7 proc.). Dane te znajdują również odzwierciedlenie w wynikach cyklicznych badań „Confidence Index” przeprowadzanych przez firmę Michael Page. Zgodnie z nimi, w I kwartale 2018 r. większość polskich pracowników (62 proc.) korzystnie oceniło krajowy rynek pracy i swoją obecną sytuację zawodową. Poziom optymizmu wśród Polaków był wyższy od średniej europejskiej o 4 p.p., co uplasowało Polskę na 4. pozycji w Europie. Bardziej usatysfakcjonowani rodzimym rynkiem pracy byli tylko Niemcy (69 proc.), Austriacy (68 proc.) i Szwedzi (68 proc.). Co ciekawe, wg Eurostatu poziom bezrobocia w Austrii i Szwecji w kwietniu br. był o wiele wyższy niż w Polsce i wynosił kolejno 4,9 proc. i 6,3 proc. Analizując wyniki badania Michael Page, można jednak zauważyć, że reprezentanci tych krajów zdecydowanie lepiej niż Polacy oceniają przyszłość swojej kariery zawodowej. Awansu w ciągu najbliższego roku spodziewa się ponad 67 proc. Austriaków i niemal 60 proc. Szwedów. Dla porównania, wśród naszych rodaków promocji oczekuje 4 na 10 badanych.

Wciąż skomplikowana sytuacja krajów śródziemnomorskich

Najtrudniejsza sytuacja na rynku pracy panuje w krajach śródziemnomorskich. Wg Eurostatu, w marcu br. bezrobocie w Grecji wynosiło 20 proc. Nieco lepsze wskaźniki w kwietniu br. odnotowała Hiszpania (15,9 proc.) i Włochy (11,2 proc.). To oddziałuje również na nastroje pracowników. Badanie Michael Page pokazuje, że zadowolonych z rodzimego rynku pracy jest tylko 42 proc. Włochów i 48 proc. Hiszpanów. Na tle pozostałych badanych krajów, to właśnie reprezentanci tych państwa zdecydowanie bardziej martwią się także o stabilność swojego zatrudnienia. Do niepewnej sytuacji przyznało się aż 44 proc. Włochów i 27 proc. Hiszpanów. Dla porównania, w Polsce odsetek osób niepokojących się o swoje zatrudnienie wynosi nieco ponad 17 proc.

Dzięki specjalnej pompie może się zwiększyć liczba dawców zakwalifikowanych do transplantacji. Obecnie co dziesiąty jest odrzucany z przyczyn medycznych

Dzięki specjalnej pompie może się zwiększyć liczba dawców zakwalifikowanych do transplantacji. Obecnie co dziesiąty jest odrzucany z przyczyn medycznych 1

Dzięki zastosowaniu pompy perfuzyjnej pracującej w temperaturze zgodnej z fizjologiczną podczas przechowywania narządów do transplantacji można znacząco zwiększyć liczbę udanych przeszczepów. Dzięki urządzeniu narząd przed operacją mógłby zostać wyleczony, dzięki czemu poszerzyłoby się grono potencjalnych dawców. Obecnie na narząd do przeszczepu czeka co roku w Polsce około 1,5 tys. osób. Liczba dawców jest trzykrotnie niższa.

– Standardowym sposobem przechowywania narządów jest włożenie ich do worka z chłodnym płynem, w którym temperatura wynosi 4 stopnie C. Tak zapakowany organ trafia następnie do ośrodka transplantacyjnego. Przy pomocy pompy perfuzyjnej narząd podłącza się do specjalnego systemu przepływowego i tam w trakcie przechowywania cały czas tłoczony jest chłodny płyn, który przepływa przez układ naczyniowy. W ten sposób narząd jest zdecydowanie lepiej przydatny do przeszczepienia. Okazało się natomiast, że hipotermia wcale nie jest doskonała dla narządów. Lepiej, gdyby były one przechowywane w temperaturze ok. 37 stopni – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. n. med. Michał Wszoła, przewodniczący Rady Konsorcjum BIONIC.

Wielu potencjalnych dawców nie jest kwalifikowanych do pobrania narządów np. z powodu chorób, z którymi zmagali się za życia. Część narządów nie jest natomiast dopuszczana do przeszczepu, ponieważ nie udało się ich zachować w należytym stanie. Dzięki zastosowaniu pompy perfuzyjnej o temperaturze zbliżonej do ciała człowieka będzie możliwość podawania różnego rodzaju leków do narządów w trakcie ich przechowywania, zanim trafią do ciała biorcy (zwykle trwa to ok. 24 godzin).

– W tym czasie mamy możliwość zastosowania leków, terapii genowej, najróżniejszych preparatów, które pomogą i być może wyleczą ten narząd. Leki będzie można podać w większych dawkach z tego względu, że one będą działały wyłącznie na ten narząd, a nie będą zastosowane w organizmie człowieka. W ten sposób jesteśmy w stanie zwiększyć potencjalną pulę narządów do przeszczepienia – zapewnia dr hab. Michał Wszoła.

Dyskwalifikujące do przeszczepu są na przykład wszelkiego rodzaju przewlekłe choroby zapalne, które mogą wpływać na kondycję innych organów, nawet jeśli nie dotyczą bezpośrednio przeszczepianego narządu. Przykładem chorób dyskwalifikujących dawcę są nieswoiste zapalenia jelit (nzj). Możliwość wyleczenia narządu osłabionego chorobą w znaczny sposób zwiększyłaby więc kwalifikowalność do pobrań na cele przeszczepu.

– Są określone kryteria dotyczące tego, od jakiego dawcy można pobrać narządy, i część osób zmarłych nie spełnia tych kryteriów. Zastosowanie takiej pompy w normotermii dałoby możliwość rozszerzenia tej potencjalnej puli dawców. Te narządy, których teraz nie pobieramy wcale, można by włożyć na taką pompę, poddać odpowiedniemu leczeniu i dopiero wtedy wykonać przeszczep – tłumaczy przewodniczący Rady Konsorcjum BIONIC.

Na świecie kilka zespołów pracuje nad podobnymi rozwiązaniami. W Kanadzie w warunkach klinicznych wykorzystuje się podobną pompę przy przeszczepach płuc. W badaniach przedklinicznych są już także pompy dla serca i wątroby.

Projekt pompy perfuzyjnej jest na razie na początkowym etapie realizacji. Za zespołem badawczym jest już stworzenie inżynierskich projektów urządzenia oraz konsultacje z firmą stosującą tego typu pompy w warunkach hipotermii. Konsorcjum stara się też pozyskać środki niezbędne do wdrożenia kolejnych etapów, w tym testów przedklinicznych na zwierzętach.

Według danych Poltransplantu pod koniec 2016 roku na narząd do przeszczepu oczekiwało nieco ponad 1,6 tys. Polaków, a zarejestrowano 677 potencjalnych dawców. W przypadku 9 proc. z nich nie doszło do pobrania ze względów medycznych.

P. Kuczyński: Polska może być bardziej podatna na zagrożenia gospodarcze i polityczne. Wszystko przez osobny budżet dla strefy euro

P. Kuczyński: Polska może być bardziej podatna na zagrożenia gospodarcze i polityczne. Wszystko przez osobny budżet dla strefy euro 2

Zapowiedź osobnego budżetu dla strefy euro, choć na razie mało konkretna, może być pierwszym krokiem do tworzenia Europy dwóch prędkości – ocenia Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. Natomiast kraje spoza Eurolandu, w tym Polska, będą bardziej podatne na globalne zagrożenia. Dlatego wiele z nich będzie za wszelką cenę dążyć do przyjęcia wspólnej waluty. W Polsce – zdaniem eksperta – nie ma na to szans przez kolejne 7–9 lat.

Kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydent Francji Emmanuel Macron po spotkaniu w zamku Meseberg zapowiedzieli stworzenie osobnego budżetu dla strefy euro. Mógłby obowiązywać już w 2021 roku. Politycy przyznali, że uzgodnienie tego projektu było najtrudniejszym elementem rozmów. Analitycy dodają, że równie trudna może być faktyczne stworzenie wspólnego budżetu strefy euro.

Zapowiedzi prezydenta Macrona i kanclerz Merkel niewiele mówią. Mówią tylko o tym, że chcieliby, żeby powstał specjalny budżet dla strefy euro. Po pierwsze, musi być na to zgoda wszystkich krajów strefy euro. Wcale nie jest pewne, że ona nastąpi. Po drugie, nawet jeśli nastąpi, to nie wiadomo, jaka będzie skala tego budżetu, bo kanclerz Merkel raczej myślałaby o dziesiątkach miliardów euro, a Macron raczej myśli o setkach miliardów euro – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Zdaniem analityków wspólny budżet strefy w pierwszym etapie projektu będzie stosunkowo niewielki. Środki ze wspólnej kasy miałyby być przeznaczane na inwestycje i zmniejszanie różnic między państwami. Jednocześnie miałyby też chronić kraje strefy przed kryzysami i atakami gospodarczymi.

Przypuszczam, że jest to pierwszy ruch, który ma doprowadzić do scementowania strefy euro, żeby ona była bardziej zwarta, by powstała Europa pierwszej prędkości, w odróżnieniu do Europy drugiej prędkości, która euro nie używa – podkreśla Piotr Kuczyński.

Kraje strefy euro, konsolidując wspólne finanse, będą lepiej chronione przed zagrożeniami zewnętrznymi. To oznacza, że państwa pozostające poza nią mogą być na nie bardziej podatne.

Napięcia na świecie rosną. Zapowiedzi wojny globalnej, nacjonalizmy, autorytaryzmy – te zjawiska stają się coraz groźniejsze. W tej sytuacji należy się konsolidować – tłumaczy Piotr Kuczyński. – Osobny budżet to sygnał, że prędkość w UE wyraźnie będą nadawać kraje strefy euro, a ci, którzy są na zewnątrz, będą coraz bardziej pomijani w decyzjach. Podejrzewam więc, że wiele krajów, które nie są w strefie euro, będą dążyły do przyjęcia wspólnej waluty.

O perspektywie przyjęcia euro coraz częściej mówi nawet premier Węgier Viktor Orbán, a to – w opinii Kuczyńskiego – może oznaczać, że Polska w perspektywie kilku lat może być jednym z niewielu państw bez wspólnej waluty. Zgodnie z traktatami Polska musi przyjąć wspólną walutę, ale data jej przyjęcia nie została określona.

To może być odsuwane ad Kalendas Graecas. Moim zdaniem gospodarczo nie jesteśmy przygotowani na używanie euro w tej chwili, ale od strony politycznej lepiej byłoby je przyjąć. Tyle że teraz nie ma takiej możliwości. Nie wyobrażam sobie też, że po wyborach w przyszłym roku będzie taka możliwość, bo trzeba np. zmienić konstytucję w kierunku przyjęcia euro. W związku z tym w najbliższej przyszłości datowanej na następne 7–9 lat nie widzę euro w Polsce – dodaje główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Tylko 20 proc. młodych innowacyjnych firm jest finansowanych ze środków prywatnych. To dziesięciokrotnie mniej niż w innych krajach europejskich

Tylko 20 proc. młodych innowacyjnych firm jest finansowanych ze środków prywatnych. To dziesięciokrotnie mniej niż w innych krajach europejskich 3

Liczba start-upów w Polsce rośnie, ale od trzech lat utrzymuje się poniżej 3 tys. – wynika z raportu ExMetrix „Przedsięwzięcia w fazie start-up oraz nakłady na badania i rozwój – sytuacja w Polsce i na świecie” przygotowanego na zlecenie Zespołu Usług Technicznych Rady Stołecznej NOT. Pod względem nakładów na badania i rozwój znacznie odbiegamy od europejskiego rynku. Najlepsza sytuacja panuje w Danii oraz Luksemburgu, gdzie w przedsięwzięcia rozwijające się angażowanych jest ponaddziesięć razy więcej kapitałów venture niż w Polsce. Ponadto koszty założenia start-upu są u nas cztery razy wyższe niż w innych krajach bałtyckich. Prezentując raport, ZUT NOT chce zaprosić start-upy do udziału w konkursie Laur Innowacyjności 2018, który promuje innowacyjne produkty, technologie i usługi.

ExMetrix zwraca uwagę na fakt, że pod względem finansowania start-upów w początkowej fazie Polska odbiega od rynku europejskiego.

– W Polsce ok. 20 proc. środków pochodzi od inwestorów prywatnych, natomiast aż 80 proc. ze środków publicznych. W Europie ta proporcja jest zupełnie inna. Jest to związane m.in. z polskim stanem prawnym, który nie motywuje osób prywatnych do inwestowania poprzez fundusze VC w tego typu przedsięwzięcia ze względu na podwójne opodatkowanie. Dopóki ono nie zniknie, inwestorzy będą woleli inwestować na rynku forex czy w nieruchomości –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Łukoś, autor raportu „Przedsięwzięcia w fazie start-up oraz nakłady na badania i rozwój – sytuacja w Polsce i na świecie”, ekspert ExMetrix.

– Podstawowy problem to finansowanie start-upów w Polsce, dlatego że małe przedsiębiorstwa z dobrymi pomysłami mają problem z pozyskaniem godziwych środków, które można potem realnie wykorzystać na finansowanie działalności. Drugi problem to wsparcie merytoryczne, chodzi m.in. o korelację start-upy kontra uczelnie czy inne zespoły eksperckie – mówi Tomasz Karwat, prezes Zespołu Usług Technicznych Rady Stołecznej NOT.

Jak wynika z danych ExMetrix, koszty procedur związanych z założeniem start-upu w Polsce nieznacznie spadły w porównaniu z ubiegłym rokiem (o 0,1 pkt proc.), ale wciąż pozostają znacznie wyższe niż w regionie Europy Centralnej i innych państwach nadbałtyckich.

– W fazie początkowej działania start-upu ponoszone są pewne koszty związane z procedurami, które są niezbędne, aby założyć tego typu przedsięwzięcie w danym kraju. W oczy rzuca się ogromna dysproporcja między Polską a krajami bałtyckimi, ale również np. Białorusią. W Polsce te koszty wynoszą około 1 500 dolarów, podczas gdy w innych krajach regionu są kilkukrotnie niższe i wynoszą około 200–300 dolarów – mówi Ryszard Łukoś.

W działalności start-upów przeważa model B2B (57 proc.), co sugeruje, że impulsem do zakładania takich przedsięwzięć jest rynek tworzony przez duże firmy. Istotnym czynnikiem rozwoju jest też ekspansja zagraniczna – te start-upy, które eksportują swoje produkty i usługi, są większe i rosną znacznie szybciej.

– O start-upach mówi się, że związane są z innowacyjnością. Najwięcej ich działa w branży IT, ale od kilku lat na prowadzenie wysuwa się obróbka dużych ilości danych, czyli big data – tym zajmuje się 19 proc. start-upów. Na kolejnych miejscach są takie dziedziny jak narzędzia dla deweloperów i programistów, IT, nauki przyrodnicze i biotechnologia – wylicza Ryszard Łukoś.

Co ciekawe, na przestrzeni ostatnich dwóch lat niemal dwukrotnie wzrosła liczba start-upów, które deklarują współpracę z nauką (z 25 proc. do 46 proc.). Znacznie zwiększyła się też liczba podmiotów, które mają własne laboratoria (z 11 proc. w 2016 roku do 29 proc. obecnie)

Zespół Usług Technicznych Rady Stołecznej NOT zainaugurował 8. edycję konkursu Laur Innowacyjności, którego celem jest wyłonienie najlepszych produktów innowacyjnych oraz promowanie nowoczesnych polskich produktów, technologii i usług. Swój akces do konkursu może zgłosić każdy start-up, osoba fizyczna czy spółka – niezależnie od wielkości – która chce się pochwalić innowacyjną usługą lub produktem.

– Konkurs Laur Innowacyjności skupia rozwiązania techniczne, które są inne, lepsze, bardziej efektywne. Chcemy zachęcić do udziału wszystkich tych, którzy mają dobre pomysły na nowe produkty, usługi, prawdziwą innowacyjność. Kapituła ekspertów ocenia te rozwiązania i daje możliwość porównania się z innymi, to jest ideą konkursu – mówi Tomasz Karwat.

Start-upy i innowacyjne przedsiębiorstwa mogą zgłaszać swój akces do konkursu najpóźniej do 9 października. Następnie jury wyłoni zwycięzców w 13 kategoriach: energetyka, transport, informatyka, komunikacja, maszyny i urządzenia, budownictwo, telekomunikacja, przemysł spożywczy i farmaceutyczny gospodarka wodna, rolnictwo.

– W każdej z tych 13 kategorii dobierane są zespoły ekspertów, które oceniają dane rozwiązania na podstawie prezentacji. Każdy z uczestników przygotowuje prezentację, opisuje, na czym polega jego rozwiązanie techniczne. To faza grillowania, dlatego że nasze zespoły eksperckie chcą wyciągnąć jak najwięcej i zadają dużo kłopotliwych pytań. Chcielibyśmy zaprosić do udziału w konkursie wszystkich tych, którzy mają dobre pomysły. Mogą być to start-upy, które działają nie dłużej niż 2 lata, ale również inne podmioty, które praktykują na rynku rozwiązania techniczne, rozwijają je, mają nowe pomysły na technologie albo usługi – mówi prezes Zespołu Usług Technicznych Rady Stołecznej NOT.

Zgłoszenia do udziału w konkursie można składać w trzynastu kategoriach do 9 października na stronie internetowej laurinnowacyjnosci.pl. Ocenia je niezależna kapituła, w skład której wchodzą eksperci Zespołu Usług Technicznych Rady Stołecznej NOT, mający niezbędne uprawnienia państwowe i branżowe, biegli sądowi, profesorowie najlepszych polskich uczelni. Zwycięzcy zostaną nagrodzeni podczas uroczystej Gali Konkursu, która odbędzie się 7 listopada 2018 r. w Warszawskim Domy Technika przy ul. Czackiego 3/5.

Instytut Staszica: Połączenie Orlenu i Lotosu poprawi bezpieczeństwo energetyczne Polski. Zyskają też kierowcy, bo ceny paliw mogą spaść

Instytut Staszica: Połączenie Orlenu i Lotosu poprawi bezpieczeństwo energetyczne Polski. Zyskają też kierowcy, bo ceny paliw mogą spaść 4

Konsolidacja Orlenu i Lotosu może przynieść duże korzyści polskiej gospodarce – oceniają eksperci Instytutu Staszica. Budowa przez duże koncerny siły ekonomicznej państwa w ramach inwestycji w przetwórstwo ropy czy możliwość inwestowania w duże projekty technologiczne może także wpłynąć na przyspieszenie rozwoju gospodarki. Korzyści powinni odczuć także kierowcy. Jeśli integracja pomiędzy Orlenem a Lotosem będzie skuteczna, rynek będzie lepiej zorganizowany, a to może doprowadzić nawet do obniżki cen paliw.

– Polska jako jedyna z krajów nie tylko Europy Środkowej, lecz także wśród wielu krajów Zachodu miała dwa odrębne podmioty kontrolowane przez państwo na rynku paliwowym, energetycznym i naftowym. Połączenie Orlenu i Lotosu w jeden silny organizm zdecydowanie poprawi naszą sytuację jako negocjatora w przypadku zakupów ropy naftowej, czy to od Rosji, czy to od Arabii Saudyjskiej, Iranu czy USA, po drugie, zdecydowanie pomoże nam w łatwiejszym pozyskiwaniu dostępu do złóż ropy naftowej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dawid Piekarz, ekspert Instytutu Staszica.

Jak podkreśla, konsolidacja Orlenu i Lotosu sprawi, że powstanie jedna silna firma, która będzie mogła skuteczniej konkurować z potentatami z innych krajów. Duża firma będzie bardziej odporna na niekorzystne warunki makroekonomiczne. Umocni się także pozycja takiego podmiotu w segmencie poszukiwań oraz wydobycia ropy i gazu. Obecnie stanowi to ok. 23 proc. działalności Lotosu i 2 proc. Orlenu. Po połączeniu firmie łatwiej będzie pozyskiwać dostęp do własnych złóż, a to zaś przełoży się na większe bezpieczeństwo energetyczne Polski.

– Na rynku dużych przedsiębiorstw trwa walka o to, kto kogo przejmie, rywalizacja. Duży podmiot będzie łatwiejszy do obronienia przed wrogim przejęciem, a z drugiej strony w sytuacji, kiedy trzeba będzie w taki czy inny sposób wyłożyć pieniądze na jakiś istotny projekt inwestycyjny albo przejęcie innego podmiotu z korzyścią dla nas, będzie to zdecydowanie łatwiej zrobić jednemu, silniejszemu kapitałowo podmiotowi. Pod tym względem ta transakcja jest korzystna dla siły polskiej gospodarki – przekonuje dr Dawid Piekarz.

Po połączeniu powstanie firma, która nie będzie ustępować największym graczom w regionie. Łączna kapitalizacja obu spółek przekracza 13,5 mld euro. Dla porównania, węgierski MOL wart jest ok. 7,6 mld euro, a austriacki OMV – 7,3 mld euro. Także pod względem przerobu ropy bylibyśmy najwięksi w regionie. Szacuje się, że łącznie moce produkcyjne Lotosu i Orlenu sięgają 42,8 mln ton. Ponad połowę mniej przetwarza węgierski MOL, a OMV mniej niż 16 mln ton.

Konsolidacja może oznaczać nie tylko korzyści dla rynku paliwowo-energetycznego i gospodarki, lecz także dla kierowców. Zdaniem ekspertów nie należy się obawiać podwyżki cen paliw, choć oczywiście dużo będzie zależeć od cen surowców.

– Jeśli transakcja przebiegnie sprawnie, jeśli integracja pomiędzy Orlenem a Lotosem będzie skuteczna, to rynek stanie się jeszcze lepiej zorganizowany, niż jest obecnie, a to prosta droga do obniżki cen – analizuje dr Marian Szołucha, ekspert rynku paliwowo-energetycznego z Akademii Finansów i Biznesu „Vistula”.

Dla sukcesu konsolidacji kluczowe będzie minimalizowanie czynników ryzyka, które pojawiają się przy każdej tego typu transakcji między dwoma dużymi podmiotami. Dlatego Instytut Staszica podkreśla, że z punktu widzenia pracowników i akcjonariuszy ważne jest jak najszybsze przygotowanie i przedstawienie „mapy drogowej” konsolidacji.

– Te wyzwania to, po pierwsze, przerost organizacji, który rodzi pewne problemy w zarządzaniu, związany choćby z biurokratyzacją podmiotu. Po drugie, to kwestie związane z różnicami w kulturach organizacyjnych. Poza tym przy dużych transakcjach mogą się zdarzyć niespodzianki w negatywnym znaczeniu. Po czwarte, jeśli cena transakcji jest zbyt wysoka, to stopa zwrotu z takiej inwestycji okazuje się niższa, niż wcześniej zakładał podmiot przejmujący i jego właściciel – wymienia dr Marian Szołucha.

Z uwagi na obroty obu firm na przeszkodzie w konsolidacji może stanąć Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a przede wszystkim, z racji choćby na napięte relacje między Polską a krajami Unii – Komisja Europejska. Jeden silny koncern, choć podobnie jest w innych krajach – Francji, Hiszpanii czy Włoszech – może jednak naruszać przepisy unijne.

– Obie instytucje z pewnością będą się bardzo bacznie przyglądały przygotowaniom i samemu przebiegowi połączenia Orlenu i Lotosu – zaznacza dr Marian Szołucha.

Co czwarty Polak jest przewlekle chory. Pracodawcy niechętnie zatrudniają takie osoby

Co czwarty Polak jest przewlekle chory. Pracodawcy niechętnie zatrudniają takie osoby 5

W sytuacji, gdy polskie społeczeństwo się starzeje, a rynek cierpi na brak rąk do pracy, duża grupa osób w wieku produkcyjnym nie może pracować z powodu przewlekłej choroby. Problemem jest brak dostępu do szybkich i skutecznych terapii, ale także niechęć samych pracodawców do zatrudniania takich osób. Według organizacji Pracodawców RP zapewnienie chorym dostępu do odpowiednich terapii mogłoby zmienić podejście przedsiębiorców.

– Trzeba sobie zdać sprawę z sytuacji demograficznej, w której każdy pracownik jest na wagę złota. Często osoby, których dotyka choroba przewlekła, w firmie są kluczowymi pracownikami, więc to pracodawca powinien m.in. dostosować czas pracy dla takich osób oraz uwzględnić ten fakt w innych elementach polityki HR – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Pączka, zastępca dyrektora generalnego Pracodawców RP. – Aby te wszystkie elementy zagrały w zakresie zwiększenia dostępności i zatrudniania osób chorujących przewlekle, zmian wymaga także system ochrony zdrowia.

W ramach kampanii „Choroba? Pracuję z nią” organizacja Pracodawców RP przeprowadziła dwa badania, ilościowe i jakościowe, dotyczące zarówno perspektyw zatrudnienia osób z chorobą przewlekłą, jak i ich odczuć. Wynik jest mało optymistyczny: okazuje się, że zarówno pracodawcy mają obawy przed zatrudnianiem osób chorujących przewlekle, jak i sami pracownicy odczuwają niechęć pracodawców. 71 proc. przedstawicieli HR przyznało, że zdarzają się przypadki odrzucenia kandydatury pracownika ze względu na stan jego zdrowia i to pomimo, że już ponad połowa firm deklaruje problemy z pozyskaniem kadry. Tymczasem 23 proc. osób w wieku produkcyjnym choruje przewlekle. Dopóki mogą, udają, że są zdrowe.

Współczesna medycyna daje jednak chorym przewlekle szansę na prowadzenie aktywnego życia społecznego i zawodowego. Nowoczesne, stosowane rzadziej lub w wygodniejszej formie terapie trafiają już do pacjentów chorych m.in. na raka piersi i reumatoidalne zapalenie stawów. Są także choroby jak np. stwardnienie rozsiane, gdzie również pojawiają się coraz skuteczniejsze leki, które wystarczy stosować np. dwa razy w ciągu roku.

– Są np. innowacyjne terapie podskórne, które powodują, że taki pracownik-pacjent, jest 2–3 godziny w szpitalu, a następnego dnia już może wrócić do pracy – przekonuje Arkadiusz Pączka. – Mówimy często o zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia, tymczasem musimy jako system ochrony zdrowia i państwo polskie w większym stopniu wdrożyć i stosować innowacyjne terapie. One spowodują, że pracodawcy nie będą mieli z tyłu głowy, że ten pracownik będzie permanentnie na zwolnieniu albo 2–3 tygodnie w szpitalu w celu leczenia.

To już 3. edycja kampanii „Choroba? Pracuję z nią”. W tym roku organizatorzy chcą się skupić na poprawie relacji między pracodawcą a pracownikiem. Jednocześnie celem tegorocznej kampanii będzie nagrodzenie najlepszych praktyk HR-owych stosowanych w firmach, które pomagają chorującym przewlekle pracownikom w dalszej aktywności zawodowej. Organizatorzy podkreślają, że to właśnie praca jest często czynnikiem aktywizującym tę grupę ludzi i dającym im poczucie przynależności do grupy i przydatności w społeczeństwie.

– Drugim istotnym obszarem kampanii jest nasza petycja skierowana do decydentów, bo to oni odpowiadają za cały system ochrony zdrowia, także za politykę rynku pracy – mówi przedstawiciel Pracodawców RP. – Kodeks Pracy powinien być bardziej elastyczny dla chorujących przewlekle.

Wystosowana do decydentów petycja w ramach kampanii „Choroba? Pracuję z nią” postuluje dostęp chorych pracowników do nowoczesnych terapii, pozwalających im na sprawne funkcjonowanie i leczenie w niewielkim stopniu zakłócające rytm pracy oraz wsparcie pracodawców, umożliwiające im elastyczne podejście do trybu pracy zatrudnionego żyjącego z chorobą.

Obecnie blisko połowa pracodawców widzi wyzwania związane z zatrudnianiem przewlekle chorych. Obawiają się zwolnień lekarskich, braku motywacji do pracy i chęci do podejmowania wyzwań. Sądzą też, że zdrowi pracownicy mogą mieć pretensje o faworyzowanie chorujących kolegów. Dlatego jak podkreślają we wnioskach Pracodawcy RP, oprócz realnego dostępu pracowników do nowoczesnego leczenia potrzebna jest tez zmiana mentalności właścicieli firm, by nie bali się zatrudniania osób żyjących z chorobą.

Kolejki do lekarzy coraz dłuższe

W ciągu roku drastycznie wzrósł czas oczekiwania na wizytę u lekarza w Polsce w ramach gwarantowanych świadczeń zdrowotnych. Od dawna słynne „kolejki” to jedna z największych bolączek polskiej opieki zdrowotnej, wynika z barometru opracowanego przez Fundacje WHC przy współpracy Warsaw Enterprise Institute. WEI po raz kolejny zwraca uwagę na potrzebę kompleksowych zmiany systemu i powrót do dyskusji o prywatnych ubezpieczeniach, koniecznych dla dofinansowania koszyka świadczeń zdrowotnych i rozładowania kolejek.

Średni czas oczekiwania na pojedyncze gwarantowane świadczenia zdrowotne w Polsce (niezależnie od ich charakteru: diagnostyczne i lecznicze bez uwzględnienia w tej ocenie kompleksowości i niezbędnej etapowości leczenia) wynosił w kwietniu i maju 2018 roku 3,7 miesiąca (około 16 tygodni). W porównaniu do danych zebranych w czerwcu i lipcu ubiegłego roku ogólny czas oczekiwania wzrósł o około pół miesiąca. Od kilku lat autorzy barometru obserwowali stagnację czasu oczekiwania, oscylował on w granicy 2,9 – 3,1 miesiąca. W obecnym roku „kolejka” znacząco się wydłużyła. Pierwszy raz od początku badania czas oczekiwania przekroczył nieznacznie granicę 3,5 miesięcy.

Najdłużej pacjenci czekają na zabieg w endokrynologii aż 11 miesięcy. Doszło tam do prawie dwukrotnego wydłużenia czasu w porównaniu do poprzedniego. Wzrósł też czas oczekiwania na świadczenie w zakresie otolaryngologii, wynosi on 7 i pół miesiąca. Najkrócej czekamy na świadczenie z zakresu medycyny paliatywnej bo około 2 tygodni. Skrócił się czas oczekiwania na pomoc okulisty (3,4 miesiąca). Spośród jedynie 7 z 43 badanych dziedzin medycyny nastąpił zauważalny spadek czasu oczekiwania, aż w 11 przypadkach kolejki wzrosły. We większości dziedzin nie zauważono dużych zmian w okresach oczekiwania, lecz zasadniczo na wizytę czeka się stanowczo zbyt długo w porównaniu do oczekiwań pacjentów.

Jak wybrać najlepszych kandydatów do pracy i ocenić kompetencje osób zatrudnionych, czyli dlaczego firma potrzebuje asesora?


Jednym z największych wyzwań stojących przed przedsiębiorstwami nie tylko w Polsce, ale również na całym świecie, jest zatrudnianie odpowiednich pracowników. Podstawowym kryterium zawsze powinny być twarde kompetencje, ale – zwłaszcza na stanowiskach kierowniczych – liczą się też, tak zwane kompetencje miękkie, jak zarządzanie ludźmi, umiejętność rozwiązywania sporów, myślenie kreatywne, analizowanie różnych sytuacji i inne. Trudno podczas jednego czy dwóch spotkań rekrutacyjnych ocenić, czy dany kandydat faktycznie posiada wszystkie niezbędne kompetencje i cechy wymagane na danym stanowisku. Dlatego też coraz więcej firm decyduje się na rozszerzenie kompetencji działów HR. Jednym z najpopularniejszych kursów HR, jest ten dotyczący procesów Assessment Center/Development Center. Dlaczego warto się nimi zainteresować i kim jest w nich postać asesora?

Kim jest asesor i jaką rolę pełni w Assessment Center/Development Center

Aby zrozumieć, kim jest asesor i jaką rolę odgrywa, należy najpierw wytłumaczyć, czym jest Assesment Center/Development Center (w skrócie AC/DC). Są to procesy, podczas których ocenia się kompetencje, umiejętności, mocne i słabe strony potencjalnych kandydatów do pracy lub już zatrudnionych pracowników, aby lepiej zrozumieć, w jakich zadaniach sprawdzą się lepiej, a jakie mogą sprawić im większe trudności. Bardzo ważne jest również to, że takie badanie kompetencji jest wielowymiarowe i obejmuje kilka aspektów pracy i zachowań pracownika lub potencjalnego pracownika. Składają się na nie zadania indywidualne oraz grupowe, test kompetencji, a także wywiad psychologiczny, czy testy zdolności. Procesy AC/DC są ustandaryzowane, więc dają możliwość porównania kilku osób w oparciu o te same kryteria. Kim jest asesor? Jest to osoba z działu HR, która przygląda się całemu procesowi, nadzoruje go i ocenia (z ang. assessment – ocena). Żeby móc pełnić taką funkcję, musi jednak przejść odpowiedni kurs.

Przebieg procesu AC/DC i uczestnictwo asesora

Zadania, które przygotowane są w ramach procesu Assessment Center/Development Center mogą być bardzo różnorodne i dostosowane do stanowiska, na które poszukuje się kandydata lub cech i kompetencji pracowników, które chce się sprawdzić. Zadania indywidualne to między innymi analiza dokumentów, przygotowanie prezentacji, analiza case study lub udział w zaaranżowanym spotkaniu. Wśród zadań grupowych mogą znaleźć się: dyskusja grupowa, w której wszyscy uczestnicy są na takim samym poziomie, dyskusja z przypisanymi rolami, rozmowa z liderem. Do tego dodać można testy umiejętności – na przykład na inteligencję, twórczego myślenia, analizy danych i tym podobne. Jeśli chce się również sprawdzić predyspozycje na dane stanowisko, w ramach AC/DC można przeprowadzić też test osobowości czy temperamentu. Nad wszystkimi zadaniami czuwać powinien asesor. To właśnie osoba na tym stanowisku powinna przygotować zadania, wiedzieć jaki efekt jest pożądany, a po zakończeniu – oceniać wyniki poszczególnych kandydatów czy pracowników. Bardzo ważne jest również to, że asesor sam nie bierze udziału w procesie – jest tylko obserwatorem. Dobrze przygotowany do tego zadania, nie powinien w żaden sposób zdradzać, czego oczekuje od ludzi, którzy biorą udział, ani też – swoimi reakcjami – nie dawać sygnału, czy zachowania poszczególnych użytkowników są dobre, czy niepożądane.

Dlaczego warto w dziale HR mieć asesora, czyli korzyści płynące z procesu AC/DC

Assessment Center/Development Center nie są zjawiskami nowymi. Wręcz przeciwnie, praktyki podobne do nich, znane są już od wielu dziesięcioleci. Wielowymiarową ocenę kompetencji stosowano już w latach 30. XX wieku między innymi w lotnictwie wojskowym. Oceniano nie tylko czy piloci potrafią obsługiwać samolot, ale również jak radzą sobie w ekstremalnie stresujących sytuacjach, jakie czynniki wpływają na podejmowane przez nich decyzje i tym podobne. Dzięki temu można było wybrać nie tylko dobrych pilotów, ale również takich, którzy w najważniejszym momencie dadzą większą szansę na powodzenie misji. Obecnie, podczas rekrutacji do firm, zwłaszcza na wyższe stanowiska, twarde kompetencje i wiedza są bardzo ważne, ale jeśli wraz z nimi nie idą inne umiejętności, może okazać się, że nawet kandydat z pozornie najlepszym CV nie będzie ostatecznie najlepszym wyborem. Asesor, dzięki odpowiednim kursom HR, będzie w stanie to ocenić. Dzięki AC/DC będzie również w stanie, wśród już zatrudnionych pracowników, wychwycić tego, który rokuje na rozwój w jakiejś dziedzinie, ukierunkować go na nią i wykorzystać jego kompetencje, dla lepszej pracy firmy.

Akademia asesora, czyli odpowiedni kurs HR

Jeśli firma zdecyduje się na rekrutowanie pracowników i ocenianie ich kompetencji za pośrednictwem asesora, musi stworzyć dla takiej osoby odpowiednie warunki. Podstawą jest odpowiedni kurs z oferty dla HR. Przykładem może być akademia asesora, czyli program szkoleniowy dla HR, z którego szczegółami można zapoznać się pod tym linkiem – https://www.academyofbusiness.pl/pl/szkolenia/akademia-asesora,41/. Bardzo ważnym aspektem akademii asesora jest fakt, że oprócz analizy gotowych zadań, uczestnik otrzymuje wiedzę, dzięki której może przygotować własny zestaw testów, które można dostosować do wymagań danej firmy. Sprawia to, że asesor staje się elastycznym fachowcem, a jego wiedzę można wykorzystać do przeprowadzenia każdej rekrutacji czy analizy kompetencji pracowników. W dobie bardzo niskiego bezrobocia i trudnościach w pozyskaniu wysoko wykwalifikowanych specjalistów i managerów, które spotyka wiele firm, wykorzystanie kompetencji asesora i procesów Assessment Center/Development Center może okazać się idealnym sposobem, na uzupełnienie braków kadrowych oraz pozyskanie najlepszych pracowników z rynku. To również idealna metoda na odkrycie nieoszlifowanych diamentów, które z pewnością znaleźć można w kadrach każdego przedsiębiorstwa.

 

 

 

Marcin Pałażej nowym prezesem DUKA INTERNATIONAL S.A.

Marcin Pałażej
Marcin Pałażej

W maju br. do zarządu DUKA INTERNATIONAL S.A. w roli Prezesa Spółki dołączył Marcin Pałażej. Jest to ogromny krok w rozwoju marki, która planuje intensywny rozwój sieci w kraju i za granicą.

Pojawienie się osoby Marcina Pałażeja jest przełomowym momentem dla marki, która ufa, że doświadczenie nowego Prezesa pomoże w realizacji celów, w szczególności zintensyfikowaniu ekspansji międzynarodowej i rozwoju e-commerce’u.

„Wierzymy, że obecność Marcina i jego wcześniejsze doświadczenie zawodowe zapewnią naszej firmie kompetencje retailowe na najwyższym, światowym poziomie” – komentuje Radosław Kaczmarek, CFO Grupy Kapitałowej

Marcin Pałażej ma za sobą ponad 15 letnie doświadczenie w branży retail. Współpracował z markami zarówno o zasięgu krajowym jak i międzynarodowym, odpowiadając za zarządzanie operacyjne, planowanie strategiczne, a także działania wspierające rozwój oraz reorganizację sieci handlowych.

Przed pojawieniem się w DUKA obejmował stanowisko Vice Prezesa w CCC Group. Wcześniej, jako niezależny doradca biznesowy, udziełał wsparcia m.in. grupie LPP. Warto wspomnieć o jego znaczącym wpływie na rozwój hiszpańskiej spółki Inditex gdzie w latach 2005-2011, jako Prezes Inditex Polska, wprowadził na polski rynek 6 marek spółki. Następnie w latach 2011-2015, z ramienia Inditex Spain, sprawował kontrolę nad markami w Rosji, Ukrainie, Rumunii, Polsce, Bułgarii i Kazachstanie. Zanim związał się z firmą Inditex, pełnił obowiązki Dyrektora Finansowego oraz Dyrektora Operacyjnego w Grupie Empik.

Bezpieczny jak fundusz pieniężny

Inwestują w pewne i bezpieczne instrumenty, bardzo płynne, dzięki czemu inwestor w każdej chwili może sprzedać jednostki uczestnictwa w funduszu. Bariera wejścia jest bardzo niska, podobnie jak ryzyko. Potencjalny zysk może być natomiast wyższy niż na najlepszej lokacie. To najważniejsze elementy charakteryzujące fundusze pieniężne.

Utarł się pogląd, że fundusze pieniężne są alternatywą dla lokat bankowych. Obydwa produkty są do siebie podobne, a zysk jaki wypracowują zależy co do zasady od jednego czynnika, jakim jest stopa procentowa na rynku. Wydaje się, że bardziej adekwatne jest stwierdzenie, że są to produkty komplementarne, i że obydwa warto mieć w portfelu. Fundusz pieniężny może stanowić znakomite uzupełnienie do posiadanych depozytów i odwrotnie – posiadając lokatę dobrze jest zainwestować w fundusz pieniężny.

Czym są fundusze pieniężne

Na rynku oferowane są jako: fundusze gotówkowe, depozytowe, płynnościowe, lokacyjne, rynku pieniężnego. W każdym przypadku chodzi o ten sam rodzaj funduszu – pieniężny, czyli najbardziej bezpieczny i płynny. Wynika to ze sposobu w jaki alokują środki klientów oraz doboru instrumentów finansowych, które kupują. Co do zasady nabywają aktywa o krótkim terminie wykupu, nieprzekraczającego roku, charakteryzujące się dużym stopniem bezpieczeństwa, odpornością na zmiany wartości i wysoką lub bardzo wysoką płynnością.

Fundusz pieniężny kupuje instrumenty z rynku pieniężnego, emitowane przez instytucje i podmioty o wysokim stopniu wiarygodności, szukające finansowania na krótkie terminy. To zupełne inny segment rynku niż obligacje, gdzie instrumenty dłużne mają co do zasady dłuższe terminy wykupu lub są bezterminowo oferowane do kupna. Wśród instrumentów finansowych, w które inwestują są chociażby bony skarbowe, bony emitowane przez NBP, czy certyfikaty depozytowe emitowane przez banki.

– Inwestowanie w depozyty i papiery skarbowe ma swoje konsekwencje jeśli chodzi o późniejszy zwrot. Bezpieczeństwo ma bowiem swoją cenę. Nie mamy jednak, jak w przypadku lokaty, wiedzy jaki dokładnie przyniesie zysk. Możemy opierać się na statystykach z przeszłości, pamiętając jednak, że nabywca nie ma gwarancji zysku – zaznacza Dorota Seń, ekspertka BGŻOptima.

Ryzyko straty

Jest jedna zasadnicza cecha, która odróżnia fundusze pieniężne od lokaty bankowej – inwestor musi brać pod uwagę możliwość poniesienia straty. Są to przypadki bardzo rzadkie, ale zdarza się, że fundusz pieniężny osiąga ujemny wynik.

Wprawdzie fundusze pieniężne inwestują wyłącznie w aktywa bezpieczne, co jednak nie oznacza, że są one pozbawione ryzyka. Dotyczy to nawet tak pewnych papierów jak papiery rządowe. W czasie kryzysu zadłużeniowego lat 2011-13 niektóre fundusze pieniężne poniosły straty w związku z dużymi zmianami rentowności obligacji państwowych. Trzeba dodać, że była to sytuacja wyjątkowa, kryzysowa, której negatywne skutki odbiły się na wycenach również innych aktywów, np. akcji czy surowców.

Nauka płynąca z ostatniego kryzysu finansowego jest taka, że niewypłacalność państwa nawet dużego nie jest wykluczona. W jeszcze większym stopniu dotyczy to firm, nawet tych największych. Wśród papierów, w jakie inwestują fundusze pieniężne są obligacje dużych spółek, pewnych, wiarygodnych, posiadających ratingi uznanych firm. Ryzyko inwestycyjne związane z zakupem papierów dłużnych takich korporacji jest minimalne, ale należy o nim pamiętać.

Zarządzający funduszami pieniężnymi mają na celu głównie ochronę kapitału powierzonego im przez klientów oraz maksymalnie duży zwrot z inwestycji. Dysponując paletą takich instrumentów jak bony, depozyty, mają ograniczone możliwości wypracowania ponad przeciętnego zysku. Szanse na wyższy zwrot daje inwestycja w lepiej oprocentowane obligacje korporacyjne, które wiążą się z relatywnie niewielkim ryzykiem.

Jak się przygotować

Przed zakupem jednostek funduszu pieniężnego należy sprawdzić w co dokładnie inwestuje fundusz, a przede wszystkim zwrócić uwagę na dwie kwestie: jaki jest poziom zaangażowania funduszu w obligacje korporacyjne i jak ryzykowne są to papiery. Odpowiedzi na te pytania można znaleźć w karcie informacyjnej funduszu oraz w sprawozdaniu publikowanym co sześć miesięcy. Jeśli obligacje zajmują w portfelu 50 proc., mówimy już o funduszu obligacyjnym, czyli funduszu o możliwie wyższej stopie zwrotu, ale też potencjalnie wyższym ryzyku. Im bliżej tej granicy znajduje się interesujący nas fundusz z tym większą uwagą należy rozważyć, czy jest to akceptowalny dla nas poziom ryzyka.

Drugim parametrem, na który należy zwrócić uwagę przeglądając kartę informacyjną jest poziom koncentracji, czyli jaki jest procentowy udział papierów poszczególnych firm w portfelu obligacji. Przyjmuje się, że ekspozycja na jedną spółkę nie powinna przekraczać 5 proc.

Dobry miks

Strata w portfelu funduszu pieniężnego jest zdarzeniem rzadkim, a zarządzający potrafią dobrze dobierać papiery korporacyjne do portfeli. Świadczy o tym chociażby fakt, że w ubiegłym roku wyniki funduszy pieniężnych były generalnie lepsze niż wyniki funduszy dłużnych, które inwestują głównie w obligacje. Średnia stopa zwrotu TFI gotówkowych i pieniężnych, złotówkowych i uniwersalnych wyniosła w 2017 r. 2,8 proc. Tylko nieznacznie lepsze były fundusze dłużne polskich papierów skarbowych, które zyskały 2,9 proc. Ale już fundusze dłużne, inwestujące w krajowe obligacje korporacyjne odnotowały wynik słabszy niż fundusze pieniężne – 2,7 proc. Jeszcze niższy zwrot wypracowały globalne uniwersalne fundusze dłużne – 1,4 proc.

Od zarządzającego funduszem zależy jak dobierze zestaw instrumentów w portfelu: ile będzie w nim papierów skarbowych, certyfikatów depozytowych, obligacji krajowych i zagranicznych, a ile obligacji korporacyjnych. Ale to nabywca jednostek funduszu decyduje, czy taki dobór produktów mu odpowiada czy nie. Portfele funduszy, a co za tym idzie, wyniki różnią się od siebie.

– Przy bardzo ograniczonym ryzyku inwestycyjnym, fundusze pieniężne to rozwiązanie dla posiadaczy depozytów i lokat terminowych, które warto rozważyć. Przeznaczając część oszczędności na fundusz możemy potencjalnie uzyskać wyższy zysk niż wypłaci bank – mówi Dorota Seń, ekspertka BGŻOptima. – Fundusz inwestycyjny może też być dobrą szkołą dla początkujących inwestorów. Pozwoli zbadać jak poruszać się po rynku funduszy inwestycyjnych, jakie obowiązują na nim zasady, czy jakie są koszty. Dodatkowo, bariera wejścia jest bardzo niska – wynosi nawet 100 zł – dodaje.

Jest jeszcze jeden istotny argument, który może przekonać do rozpoczęcia inwestowania w fundusze inwestycyjne. W przeciwieństwie do lokaty terminowej, której zerwanie w większości przypadków, skutkuje utratą zysków, z funduszu pieniężnego można wyjść w dowolnym momencie. Płynność instrumentów, w jakie inwestują fundusze sprawia, że zlecenie sprzedaży jednostek realizowane jest w stosunkowo krótkim czasie.

KAS coraz częściej, ale jeszcze nie w pełni, korzysta z możliwości jakie daje JPK

Obowiązek raportowania w formie Jednolitego Pliku Kontrolnego (JPK) obejmuje w Polsce ok. 1,6 mln podatników. Jest istotnym elementem uszczelniania systemu podatkowego i choć administracja skarbowa coraz częściej korzysta z JPK np. przy identyfikacji fałszywych faktur, potencjał do wykorzystania tego narzędzia jest dużo większy – wynika z analizy przygotowanej przez ekspertów firmy doradczej PwC. Jak podkreślają, JPK daje też możliwość podatnikom na wykazanie się tzw. należytą starannością.

System raportowania danych przez podatników w formie JPK funkcjonuje w Polsce już prawie 2 lata i obejmuje ok. 1,6 mln podmiotów. Dotychczas obowiązek przedłożenia danych w formie JPK nie obejmował wszystkich grup podatników prowadzących księgi podatkowe przy użyciu programów komputerowych. Natomiast już 1 lipca 2018 r. wszystkie podmioty prowadzące w ten sposób swoje księgi będą mogły być zobowiązane do ich przedłożenia w formie JPK w całości lub części, lub wybranych dowodów księgowych w dowolnym momencie na żądanie fiskusa. Co ważne, obowiązek ten będzie dotyczyć zarówno firm, jak też osób, które np. mają dochody z wynajmu mieszkania, a nie prowadzą de facto działalności gospodarczej i nie będzie on zależny od comiesięcznego obowiązku przesyłania danych z ewidencji VAT w formie JPK_VAT.

Jednolity Plik Kontrolny jest istotnym elementem uszczelniania systemu podatkowego w Polsce, dając administracji skarbowej kompleksowy zestaw informacji o danej firmie i dokonywanych przez nią transakcjach. Kluczowe w tym procesie są narzędzia do analizy otrzymywanych w plikach danych. Krajowa Administracja Skarbowa korzysta obecnie z Repozytorium JPK, w celu m.in. automatyzacji oceny ryzyka danego podatnika oraz jego kontrahentów, a także przy identyfikacji wierzytelności podatników na potrzeby stosowania środków egzekucyjnych bądź zabezpieczających. Ważnym narzędziem jest także Analizator JPK, który pozwala na automatyczną identyfikację rozbieżności w rozliczaniach VAT i uniemożliwienie zaniżania zobowiązań podatkowych lub zawyżania kwoty VAT do zwrotu.

O skuteczności powyższych narzędzi świadczy rosnąca z miesiąca na miesiąc liczba podatników wykreślonych z rejestru podatników VAT po uprzednim sprawdzeniu ich raportów JPK_VAT.

Dane z comiesięcznych plików JPK_VAT nabierają coraz większego znaczenia w walce z karuzelami podatkowymi i stanowią ważny element narzędzi informatycznych ukierunkowanych na identyfikację nieprawidłowości w rozliczeniach podatników. W pewnym uproszczeniu można nawet uznać, że po objęciu obowiązkiem raportowania JPK_VAT wszystkich podatników VAT od początku 2018 roku, system ten stanowi swego rodzaju Centralny Rejestr Faktur w polskim wydaniu. W związku z tym można uznać, że w zakresie rozwoju funkcjonalności i wykorzystania danych z JPK_VAT resort finansów osiągnął wiele. Jeżeli chodzi o wykorzystanie innych struktur JPK, np. księgi rachunkowe (JPK_KR) czy wyciąg bankowy (JPK_WB) na potrzeby działalności administracji podatkowej, są one jak na razie stosowane w ograniczonym stopniu. Co prawda statystki wskazują, że organy podatkowe żądają od podatników ich przedłożenia, ale wciąż w niewielkim zakresie. Przedmiotowe struktury zawierają wiele wartościowych danych i ich szersze wykorzystanie, w powiązaniu z automatyzacją analizy tych danych, może istotnie podnieść efektywność kontroli podatkowej.

Marcin Sidelnik, partner w PwC, lider zespołu ds. technologii podatkowych

Eksperci PwC podkreślają, że Jednolity Plik Kontrolny to narzędzie do wykorzystania nie tylko przez administrację podatkową, ale też przez samych podatników. Dzięki niemu mogą wykazać się tzw. należytą starannością przed fiskusem, udowadniając, że przeprowadzili właściwe czynności sprawdzające uczciwość swoich kontrahentów nie tylko bezpośrednio przed zawarciem pierwszej transakcji, ale również w trakcie realizacji kolejnych.

Resort finansów w Metodyce w zakresie oceny dochowania należytej staranności przez nabywców towarów w transakcjach krajowych stwierdził, że „rozpoczęcie współpracy z kontrahentem stanowi zawarcie transakcji z podmiotem, z którym podatnik wcześniej nie zawierał transakcji handlowych dotyczących towarów. Przy czym za rozpoczęcie współpracy z kontrahentem należy uznać również sytuację, w której transakcja jest zawierana z podmiotem, z którym podatnik zawierał już wcześniej transakcje, ale nowe transakcje będą dotyczyły towarów nieobjętych dotychczas branżą lub profilem działalności tego podmiotu i które dotychczas nie były od niego nabywane przez podatnika”.

Dlatego tak ważne jest również wykorzystanie informacji z JPK do analizy bieżących relacji handlowych podatników. Na ich podstawie w szybki sposób można przeprowadzić automatyczne testy i wizualizację danych wskazujących na ryzyko dopuszczenia się nadużycia podatkowego przez kontrahenta. Ponadto, wizualizacja danych z JPK pozwala nie tylko na analizy dotyczące kwestii podatkowych, ale również analizy biznesowe, gdyż pliki JPK zawierają dane o wszystkich transakcjach sprzedaży i zakupu podatnika.

Marcin Sidelnik, partner w PwC, lider zespołu ds. technologii podatkowych

Nie tylko JPK, czyli STIR i split payment

Skuteczne wykorzystanie danych z JPK_VAT stanowi priorytet dla resortu finansów. Potwierdza to fakt prowadzenia prac zarówno w zakresie optymalizowania funkcjonujących zautomatyzowanych raportów JPK_ANALIZATOR, jak i prac wdrożeniowych narzędzi informatycznych Systemu Kompleksowej Oceny Ryzyka Podatkowego (SKORP). Narzędzia w ramach SKORP mają przyczynić się do detekcji obszarów wysokiego ryzyka i typowania podmiotów do kontroli z wykorzystaniem plików JPK_VAT oraz mają uwzględniać funkcjonalności wspomagające monitorowanie i raportowanie.

Przyglądając się działaniom resortu w zakresie automatyzacji raportów z analiz JPK_VAT, rozwoju narzędzi informatycznych w ramach SKORP, czy też tzw. systemu STIR, SENT oraz wprowadzaniu modelu podzielonej płatności w VAT, można postawić pytanie, czy w ramach ewentualnych sporów z administracją podatkową kluczowy dla ich rozstrzygnięć nie będzie właśnie wynik działalności analitycznej KAS na podstawie danych z JPK. W związku z tym już teraz warto zadbać o jakość merytoryczną danych przekazywanych w formie JPK.

Agnieszka Kurzeja, starszy menedżer w zespole ds. technologii podatkowych PwC

Jednolity Plik Kontrolny – co może się jeszcze zmienić?

Z dniem 1 października 2018 r. rozpocznie się dalszy etap digitalizacji procesu składania rocznych dokumentów finansowych, co powinno doprowadzić do generalnego obowiązku sporządzania sprawozdań finansowych w postaci elektronicznej JPK przez wszystkie podmioty zobowiązane do ich sporządzenia.  Natomiast już od 2019 roku powinno rozpocząć się przesyłanie danych z kas rejestrujących (kas fiskalnych) do Centralnego Repozytorium Kas w sposób ciągły, zautomatyzowany i bezpośredni, w postaci elektronicznej odpowiadającej strukturze logicznej, o której mowa w art. 193a § 2 Ordynacji podatkowej, czyli w założeniu JPK. Ponadto, z wypowiedzi przedstawicieli Ministerstwa Finansów wynika, że planowana jest już od 2019 roku likwidacja standardowych deklaracji VAT i zastąpienie ich jedynie comiesięcznym JPK_VAT.

Rekordowy początek roku w budownictwie mieszkaniowym

W pierwszych pięciu miesiącach 2018 r.  oddano do użytkowania więcej mieszkań niż przed rokiem. Wzrosła również liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia oraz liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto.

Według GUS oddano do użytkowania 69942 mieszkania, tj. o 6,9% więcej niż przed rokiem (wtedy odnotowano wzrost o 5,5%).

-Deweloperzy przekazali do użytkowania 40 tys. mieszkań, to o 10,4% więcej niż w analogicznym okresie ub.r., a  inwestorzy indywidualni prawie 30 tys. mieszkań, czyli o 0,6% więcej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław M. Skoczeń, Emmerson Realty SA.

W okresie pięciu miesięcy wydano pozwolenia na budowę 109 478 mieszkań, o 2,9% więcej niż w analogicznym okresie, kiedy notowano wzrost o 37,7%.

Jeżeli tempo prac będzie utrzymane to na koniec roku możemy się spodziewać lepszego wyniku, który został odnotowany w 2017 roku.

GIVT działa już w 30 krajach w UE. Po miesiącu biznes zagraniczny stanowi już 25% portfela spółki

GIVT to platforma technologiczna pomagająca klientom w uzyskiwaniu odszkodowań od linii lotniczych. Obsługa klientów w lokalnych językach, poza strona internetową, obejmuje również zespół konsultantów zapewniający wsparcie klientom – od rozmowy telefonicznej, aż po wypłatę odszkodowania.Przewaga konkurencyjna spółki wynika przede wszystkim z zaawansowanych technologii, w które GIVT bardzo mocno inwestuje, po to aby zapewnić możliwie prosty i szybki proces obsługi dla klienta. GIVT posiada też dostęp do niezbędnych informacji – o warunkach pogodowych oraz danych historycznych dotyczących lotu – które umożliwiają skuteczne egzekwowanie odszkodowań od linii lotniczych. Obecnie GIVT działa już w 30 krajach w Unii Europejskiej. Po miesiącu od wyjścia z operacjami poza Polskę, biznes zagraniczny stanowi 25 procent portfela spółki.

– Po wakacjach proporcje te zapewne się odwrócą. Polska stanie się jednym z rynków, na których działamy, a większość rozwiązywanych spraw klientów będzie pochodziła z zagranicy – powiedział serwisowi eNewsroom Jacek Komaracki, wiceprezes GIVT – Po roku działalności jesteśmy wiodącą firmą na wielu rynkach. Skala działalności rośnie w bardzo szybkim tempie – o 100 proc. miesiąc do miesiąca. W związku z tym budujemy międzynarodowy zespół. Centrum biznesu i operacji pozostaje Polska. Firma jest obecna w Warszawie i Wrocławiu. W stolicy zlokalizowany jest contact center i back-office, a we Wrocławiu departament odpowiadający za oprogramowanie. Niezależnie od tego działania marketingowe prowadzone są na zagranicznych rynkach w wielu obcych językach. Firma inwestuje też w technologie oparte o sztuczną inteligencję i machine learing – co pozwala przyspieszać procesy, automatyzować je i być jeszcze bardziej skutecznym – wskazał Komaracki

Raport: Obraz polskiego managera – wyzwania 2018

Ponad 65% managerów jest promowanych na wysokie stanowiska z niewłaściwych powodów. Assessment Systems Poland przebadało ponad 3500 polskich managerów w średnich i dużych firmach*. Większość decyzji rekrutacyjnych podejmowanych jest intuicyjnie, co powodują, że ok. 70% wytypowanych liderów nie jest w stanie odnieść sukcesu zawodowego na zajmowanym stanowisku.

Badania wykazują, że polska kadra managerska jest dobrze wykształcona i  otwarta
na nowoczesne technologie. Jednocześnie odznacza się niską samooceną i odpornością na stres oraz małą pewnością siebie. Polscy liderzy mają również wysoką labilność emocjonalną, przywiązują dużą uwagę do statusu społecznego oraz finansów. Natomiast ze względu na niedopasowanie kulturowe do organizacji aż 40
% managerów ponosi porażkę już w pierwszych 18 miesiącach od momentu objęcia nowego stanowiska. Raport pokazuje również, że osobowość prezesa wpływa w 17-24% na wynik finansowy firmy.
– mówi Magdalena Giryn, Country Manager,
Assessment Systems Poland – Rekrutacje często są przeprowadzone intuicyjnie, a osoby awansuje się z złych powodów, czego konsekwencją są błędne decyzje biznesowe. Niewłaściwa rekrutacja to koszt ok. 150% rocznej pensji źle zrekrutowanego pracownika – dodaje.

Assessment Systems Poland przez 5 lat przebadał 3542 polskich, czynnych zawodowo managerów, którzy pracują w średnich i dużych firmach o polskim i międzynarodowym kapitale. Są to osoby wykształcone, o bardzo wysokich kwalifikacjach zawodowych, podobnych kompetencjach, skupione na karierze zawodowej  i obracające się
w podobnych kręgach.

Płeć polskiego managera

Polski manager bez względu na płeć jest bardzo dobrze wykształcony i ma wysokie kompetencje zawodowe. Ta grupa ma podobne ambicje i świadomie buduje swoją karierę. Raport wskazuje, że kobiety i mężczyźni mają podobne zawodowe zdolności umysłowe
i emocjonalne. Większość cech osobowości występuje zarówno u kobiet jak i u mężczyzn na tym samym poziomie. Mediana wyników badania pokazuje, że mężczyźni wykazują nieznacznie wyższą dociekliwość (mężczyźni na skali dociekliwości plasują się
w ok. 31 percentylu a kobiety w ok. 26 percentylu) i większą uwagę przywiązują do sfery finansowej (mężczyźni na skali finansów plasują się w ok. 63 percentylu a kobiety
w ok. 45 percentylu). Kobiety zaś są bardziej otwarte na wiedzę (mężczyźni na skali  otwartości na wiedzę plasują się w ok. 60 percentylu a kobiety w ok. 73 percentylu).   Badania nie wykazały istotnych różnic w osobowości i stylu zarządzania managera kobiety i managera mężczyzny.

Główne motywatory managerów w Polsce

Czynnikami najbardziej motywującymi dla polskich managerów jest status społeczny
i finanse. Managerowie dużą uwagę przywiązują do rozpoznawalności (ok. 85 percentyl
na skali rozpoznawalności), władzy (ok. 85. percentyl na skali władzy co oznacza,
że ważne jest dla nich posiadanie wypływu na  projekty i realizację zadań w firmie).  Istotne jest też zadowolenie z pracy i radość życia (ok. 77 percentyl na skali hedonizmu).
Ważne jest dla nich również tzw. „bezpieczeństwo”,czyli posiadanie umowy o pracę, stałe, miesięczne przychody i wysokie zarobki (ok. 48 percentyl na skali bezpieczeństwa). Mniejszą uwagę przywiązują do tzw. motywatorów społecznych jak przynależność,
czy tradycja. Stąd polskie oddziały międzynarodowych korporacji często postrzegane
są jako działające na innych zasadach niż ich siedziby główne.

Wśród cech osobowości, które pozytywnie wyróżniają polskich managerów na tle całej Europy jest duża otwartość na wiedzę (ok. 60 percentyl na skali otwartości na wiedzę)
i chęć do korzystania z nowoczesnych rozwiązań i technologii oraz bycie na bieżąco
w sprawach biznesowych i technicznych.

Sposób podejmowania decyzji przez polskich managerów

Badania wykazały, że polscy liderzy często podejmują decyzje w oparciu o swoje przeczucia i intuicję, niż na podstawie analizy twardych  danych i faktów (ok. 35 percentyl na skali nauki;  ok. 75 percentyl na skali estetyki).

Rekrutacja na wysokie stanowiska to duże wyzwanie dla head hunterów. Osoby, które odnoszą sukces w jednej organizacji niekoniecznie będą odnosiły je w kolejnej. Potrzebne są zatem skuteczne narzędzia, które zweryfikują nie tylko kompetencje techniczne,
ale również osobowość kandydata i sprawdzą, czy dana osoba podoła wyzwaniu
i odniesie sukces w organizacji. Kwestionariusze opracowane przez dr. Hogana przebadały z sukcesem prawie 6 milionów osób i są
rekomendowane przez Amerykańskie i Brytyjskie Towarzystwo Psychologiczne. Wyniki badań Hogana pozwalają obiektywnie ocenić poszczególnych badanych, ponieważ nie są brane pod uwagę wiek, płeć, uprzedzenia, stereotypy, czy inne kwestie pozamerytoryczne. – mówi Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Poland.

*Raport na podstawie badania Assessment Systems Poland przeprowadzonego na grupie 3542 osób w przeciągu ostatnich 5 lat.

GK GPW zaprezentowała zaktualizowaną strategię #GPW2022

  • 14 inicjatyw strategicznych wesprze dynamikę wzrostu GK GPW, stając się również motorem innowacji w polskiej gospodarce

Zarząd GPW, za zgodą Rady Giełdy, przedstawił 14 inicjatyw strategicznych, które będą drogowskazami na drodze ku umacnianiu pozycji międzynarodowej GK GPW. Grupa Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie postawi też na budowę nowych platform umożliwiających spotkanie kupujących i sprzedających na warszawskim parkiecie. Będzie też, w jeszcze większym stopniu niż dotychczas, wspierać krajową gospodarkę, co powinno ułatwić Polsce dogonienie najbardziej rozwiniętych gospodarek świata – takie są główne cele zaktualizowanej przez Zarząd GPW strategii #GPW2022. Dokument jest kontynuacją dotychczasowych założeń strategicznych.

Rozpoczynamy konkurencję z 24 najbardziej rozwiniętymi krajami świata, po tym jak FTSE Russell przekwalifikowała Polskę z rynków rozwijających się do rozwiniętych. Jeśli chcemy być w tym skuteczni, musimy udoskonalić nasze dotychczasowe produkty oraz wchodzić w nowe obszary biznesowe. Dziś przedstawiamy pierwsze z naszych inicjatyw – kolejne będą prezentowane na początku 2019 roku – mówi Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Inicjatywy strategiczne #GPW2022:

  1. Rozwój Rynku Pierwotnego (GPW Growth) – kompleksowy program edukacyjny, wspierający rozwój przedsiębiorców z sektora Małych i Średnich Przedsiębiorstw. Filarem projektu jest wprowadzenie i rozwój programu GPW Growth, którego głównym założeniem będzie wsparcie spółek w budowaniu ich wartości poprzez ekspansję z wykorzystaniem zewnętrznych źródeł finansowania, w szczególności z mocnym akcentem rozwoju poprzez rynek kapitałowy;
  2. System Pożyczek Papierów Wartościowych – stymulacja wzrostu płynności na rynku kasowym i instrumentów pochodnych GK GPW poprzez promocję i zwiększenie skali pożyczek papierów wartościowych;
  3. Rozwój Instrumentów Pochodnych – wprowadzenie nowych instrumentów pochodnych dostosowanych do potrzeb klientów oraz promocja pasywnych zleceń dostarczających płynność do arkusza zleceń, a także rozszerzenie programów promocyjnych i edukacyjnych dla wszystkich grup inwestorów;
  4. GPW Private Market – utworzenie platformy łączącej spółki poszukujące kapitału z inwestorami na rynku niepublicznym. Inicjatywa stanowi dopełnienie oferty grupy kapitałowej GPW tak, aby mogły z niej korzystać spółki na każdym etapie rozwoju;
  5. GPW Ventures – utworzenie spółki, która zainwestuje w fundusze kapitału podwyższonego ryzyka jako inwestor pasywny. Inicjatywa umożliwi stworzenie instrumentu finansowania aktywizującego rozwój polskiego rynku venture capital, a w dłuższej perspektywie wzrost liczby pierwotnych ofert publicznych. Dzięki inwestycjom w start-upy technologiczne, nastąpi także zwiększenie innowacyjności GK GPW;
  6. Rozwój Rynku BondSpot – zapewnienie pełnej oferty produktów i usług w zakresie instrumentów dłużnych (obligacji skarbowych i korporacyjnych), rynku pieniężnego oraz instrumentów pochodnych na obligacje i stopy procentowe. Wszystko będzie realizowane w ramach jednego miejsca obrotu;
  7. Warsaw Repo Rate, Bondspot Benchmark – wprowadzenie dwóch nowych wskaźników referencyjnych dla rynku obligacji i rynku pieniężnego, zapewnienie przejrzystych i stabilnych metod kalkulacji wskaźników opartych na danych z systemów obrotu, wspieranie transparentności transakcyjnej na rynku finansowym, zapewnienie zgodności z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego o Wskaźnikach Referencyjnych („BMR”) nr 2016/1011 z dnia 8 czerwca 2016 r.;
  8. Instytut Analiz i Ratingu – upowszechnienie wiarygodnego ratingu na krajowym rynku dłużnych instrumentów finansowych, co w perspektywie średnioterminowej przyniesie wymierne korzyści polskiej gospodarce;
  9. GPW Data – wprowadzenie standardów raportowania biznesowego pozwalających na automatyczne przetwarzanie danych i obniżenie kosztów raportowaniem przez spółki, wykorzystanie technologii big data w procesie gromadzenia danych istotnych z punktu widzenia inwestycji na rynku kapitałowym i generowanie raportów na ich podstawie oraz implementacja narzędzi bazujących na sztucznej inteligencji (AI), wspierających inwestorów krajowych i zagranicznych;
  10. GPW TCA TOOL – Transaction Cost Analysis (TCA), oznacza analizę kosztów transakcyjnych. W ramach projektu zostanie zbudowany zestaw innowacyjnych narzędzi do identyfikacji i analizy kosztów transakcyjnych. Tego typu informacje będą źródłem wiedzy dla inwestorów i brokerów i pozwolą na przeprowadzenie analiz od danych zagregowanych do mikrostruktury rynku.;
  11. Zorganizowana Platforma Obrotu (OTF) – przekształcenie rynku terminowego towarowego funkcjonującego w strukturze TGE w zorganizowaną platformę obrotu (OTF), zgodnie z wymogami Dyrektywy MiFID II. Projekt umożliwi też TGE dalszy rozwój instrumentów terminowych z fizyczną dostawą energii elektrycznej i gazu oraz instrumentów finansowych;
  12. Platforma Aukcyjna Usług Infrastrukturalnych – udostępnienie platformy aukcyjnej dla usług infrastrukturalnych związanych z rynkami energii elektrycznej i gazu;
  13. Rozliczanie Transakcji OTC – prowadzenie usług rozliczeniowych dla kontraktów terminowych na energię elektryczną i gaz, zawieranych na zorganizowanych platformach obrotu lub w ramach transakcji bilateralnych;
  14. Platforma Handlu Odpadami i Surowcami Wtórnymi – stworzenie elektronicznej platformy do handlu odpadami i produktami ich przetworzenia. Platforma będzie rozwiązaniem wpisującym się w unijny model związany z gospodarką odpadami, oparty na obiegu zamkniętym.

Nowe podejście Zarządu GPW do rozwoju warszawskiego parkietu jest efektem przeobrażeń w otoczeniu Giełdy oraz skutkiem przekonania Zarządu o możliwości osiągnięcia wyższego rozwoju krajowych rynków: kapitałowego i towarowego. GK GPW ma zamiar skoncentrować się na rozwoju technologicznym oraz wdrażać innowacyjne rozwiązania, które zdywersyfikują przychody grupy.

W Polsce powstaje coraz więcej innowacyjnych spółek, startupów, które będą potrzebowały kapitału na rozwój. Nasza oferta musi być dostosowana także do nich, by mogły po ten kapitał sięgnąć w zorganizowany sposób. Przedsiębiorcom wciąż brakuje możliwości finansowania przedsięwzięć obarczonych dużym ryzykiem. GPW pragnie odpowiedzieć na potrzeby sektora MSP, który w przyszłości będzie stawał w szranki z międzynarodową konkurencją. W polskiej gospodarce firmy powinny oferować produkty i usługi skalowalne globalnie – podkreśla Marek Dietl.

Obecna modyfikacja strategii #GPW2022 to efekt szczegółowej analizy strategicznego przeglądu działalności, struktur organizacyjnych i procesów biznesowych.

– Zdecydowaliśmy o utrzymaniu naszych dotychczasowych, głównych założeń finansowych. Jesteśmy przekonani, że osiągnięcie 7 proc. wzrostu średniorocznych przychodów Grupy GPW, podwojenie zysku EBITDA, jest bardzo ambitne, ale inicjatywy strategiczne są przygotowane po to, aby utrzymać wyznaczone cele – mówi Jacek Fotek, Wiceprezes Zarządu GPW.

W nadchodzących latach, rynek kapitałowy ma być wsparciem w finansowaniu budowy nowej infrastruktury w Polsce, co będzie wymagało kilkuset miliardów złotych nakładów. GPW będzie także wspólnie z giełdami regionu stawiać czoła zmianom w europejskim otoczeniu prawno-regulacyjnym (m.in. MAR, MIFID II/MIFIR), czemu może przysłużyć się członkostwo prezesa Marka Dietla w Radzie Federation of European Stock Exchanges.

Ziemi coraz mniej… a ceny dla kupujących mieszkania coraz wyższe

Rekordowa sprzedaż i bardzo wysoki popyt na mieszkania wyraźnie napędzają deweloperskie inwestycje, jednak o grunty pod zabudowę wielorodzinną jest coraz trudniej, a ich ceny idą w górę. Największe podwyżki odnotowano w Łodzi (20%), Poznaniu (18%) i we Wrocławiu (18%) – wskazują eksperci Emmerson Evaluation w raporcie „Grunty pod zabudowę mieszkaniową wielorodzinną”. Sytuacja na rynku działek deweloperskich jest także ważna dla kupujących mieszkania, bo udział kosztów zakupu ziemi w wartości inwestycji ma bezpośrednie przełożenie na końcową cenę mieszkań.

Dobra passa na polskim rynku mieszkaniowym oraz deficyt działek pod zabudowę przyczyniły się do zakupów gruntów deweloperskich po znacznie wyższych cenach niż rok wcześniej. Jak wyliczyli eksperci firmy Emmerson Evaluation, zajmującej się profesjonalną wyceną nieruchomości, wzrost cen gruntu w przeliczeniu na 1 mkw. powierzchni użytkowej mieszkalnej (PUM) wahał się od 4% do nawet 20% w skali roku.

Ziemi coraz mniej…

Liczba wydanych pozwoleń na budowę w 2017 roku była rekordowa. Liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto, wzrosła wg danych GUS aż o 18,4% r/r. W podobnym stopniu zwiększyła się liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia (18,3% r/r). Obecna skala i tempo rozpoczynania nowych projektów wpływa na zmniejszanie się zasobów ziemi dostępnej dla deweloperów. Zmusza ich to do coraz bardziej intensywnych poszukiwań działek budowlanych. – Pomimo bardzo wysokiego popytu ze strony firm deweloperskich, w 2017 roku nie zaobserwowaliśmy rekordowych wolumenów transakcji gruntami. Poziom sprzedaży był zbliżony do roku 2016, co wskazuje, że deweloperzy mają coraz większe problemy z zakupem ziemi. Nie zaskakuje więc fakt, że ostatni rok przyniósł wzrosty cen gruntów pod zabudowę mieszkaniową wielorodzinną we wszystkich większych miastach Polski – wskazuje Dariusz Książak, Prezes Zarządu Emmerson Evaluation i dodaje, że malejące w szybkim tempie zasoby wolnych gruntów zmuszają deweloperów do zakupu działek, które mogą być zabudowane dopiero po dokonaniu dodatkowych działań, jak np. rozbiórka istniejącej zabudowy czy usunięcie wad prawnych czy środowiskowych.

…a ceny coraz wyższe

Na rynkach wszystkich większych polskich miast w perspektywie ostatnich 3 lat widać tendencję wzrostową średniego udziału cen gruntu w wartości inwestycji, podkreślają w raporcie „Grunty pod zabudowę mieszkaniową wielorodzinną” eksperci Emmerson Evaluation. Rozpiętości udziału ceny gruntu w wartości inwestycji w 2017 r. zawierały się w przedziale od 9 do ponad 30%. Najwyższe ceny za grunty w stosunku do wartości inwestycji deweloperzy płacili w Warszawie. – Firmy deweloperskie często są w stanie zapłacić wysokie kwoty za grunty zlokalizowane w centralnych dzielnicach Warszawy, ponieważ przy dużym popycie na mieszkania, jaki obecnie obserwujemy, inwestycja w śródmiejskiej lokalizacji z pewnością zapewni odpowiedni zysk – komentuje Dariusz Książak z Emmerson Evaluation.

Wykres 1.

średnia cena gruntuJednak to nie rejony, gdzie od kilku lat ceny za grunty są najwyższe w kraju, jak Warszawa czy Trójmiasto (szczególnie Sopot) zanotowały najwyższe podwyżki cen mkw. gruntu w przeliczeniu na 1 mkw. PUM. W Warszawie średnia cena mkw. PUM w 2017 roku wyniosła 1 900 zł i była o 5% wyższa w porównaniu z ubiegłym rokiem. Eksperci Emmerson Evaluation prognozują, że w tym roku w stolicy może zostać przekroczony próg średniej ceny za mkw. PUM w wysokości 2 000 zł. W Trójmieście zaś średnia cena w tym samym okresie osiągnęła 4% wzrost r/r i poziom 1 400 zł za mkw. PUM. Jednak to obszary, na których hossa na rynku deweloperskim rozpoczęła się nieco później niż w stolicy, jak np. Łódź, Szczecin czy peryferyjne rejony Poznania i Wrocławia, odnotowały największe ożywienie na rynku nieruchomości gruntowych. Wzrosty średnich cen gruntów w przeliczeniu na 1 mkw. powierzchni użytkowej mieszkalnej wynosiły tam odpowiednio: 20% w Łodzi, 18% w Poznaniu, 12% we Wrocławiu. ‒ Na rynku widać wyraźny trend podwyżki cen gruntów w miastach regionalnych, w ślad za ostatnimi wzrostami cen w stolicy. Jednak pomimo dużych wzrostów, średnie ceny gruntów w przeliczeniu na 1 mkw. PUM w Łodzi czy Szczecinie są nadal ok. 2-3 razy niższe niż w Warszawie, a podaż gruntów w tych rejonach jest nadal stosunkowo duża – podkreśla Dariusz Książak.

Wykres 2.udział cen gruntu

…także dla kupujących mieszkania

Średni udział ceny gruntu w wartości inwestycji w 2017 roku wzrósł praktycznie we wszystkich analizowanych miastach (oprócz Krakowa i Szczecina, gdzie udział był identyczny, jak rok wcześniej). Największy wzrost, bo aż o 4 punkty procentowe, nastąpił w Trójmieście i Łodzi. Są to równocześnie lokalizacje, które zanotowały w tym okresie największy wzrost cen mieszkań na rynku pierwotnym. – Nasza analiza pokazuje, że deweloperzy chcąc utrzymać swój zysk na dotychczasowym poziomie, muszą dokonywać szybkich podwyżek cen lokali – dodaje Dariusz Książak.

Eksperci Emmerson Evaluation spodziewają się, że ceny gruntów pod zabudowę wielorodzinną w najbliższej perspektywie będą nadal rosły. ‒ Zasoby ziemi systematycznie się zmniejszają, a podaż wolnej ziemi jest fizycznie ograniczona. W związku z czym spodziewamy się, że coraz częściej na polskim rynku będą się pojawiać inwestycje typu „brownfield”, wykorzystujące powtórnie tereny zabudowane, gdzie rewitalizuje lub wyburza się istniejącą już zabudowę – prognozuje Prezes Zarządu Emmerson Evaluation. – Ogólnopolscy inwestorzy posiadają „banki ziemi”, z których zasobów będą korzystać przez kolejne kilka lat. Jednocześnie, rynek zmierza w kierunku konsolidacji, tzn. coraz większą rolę prawdopodobnie będą odgrywać firmy deweloperskie posiadające własne spółki budowlane. Przy rosnących kosztach produkcji budowlanej, takie przedsiębiorstwa będą w stanie wygenerować mniejsze koszty związane z budową inwestycji, niż firmy, które korzystają z zewnętrznego generalnego wykonawstwa – dodaje ekspert Emmerson Evaluation.

Polska wygrywa z Japonią, przynajmniej gospodarczo

Niezależnie od tego jaki będzie wynik meczu, możemy być zadowoleni, że przynajmniej jeśli chodzi o obecną sytuację i perspektywy gospodarcze, zdecydowanie wygrywamy z Japończykami.

Polacy i Japończycy już niedługo znajdą się na jednym boisku. Społecznych i kulturowych różnic między krajami jest niezliczona ilość, jednak – biorąc pod uwagę specjalizację Ebury – interesuje nas przede wszystkim to jak sytuacja wygląda od strony gospodarczej. Jak radzi sobie waluta Japonii? Czy wspomniane różnice gospodarcze pomiędzy Polską i Japonią są aż tak głębokie?

Dynamika PKB Polski i Japonii w ujęciu rocznym (2010-2018)

Dynamika PKB Polski i Japonii w ujęciu rocznymŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 27/06/18

Gospodarka Polski

Nikogo nie zaskoczy stwierdzenie, że polska gospodarka ostatnio radzi sobie bardzo dobrze. Informacjami tego typu od kilku lat jesteśmy zarzucani ze wszystkich stron. Nie jest to jednak propaganda sukcesu tylko fakt, mierzalny przez cały dywizjon wskaźników gospodarczych ze wzrostem PKB na czele.

Ekspansja krajowej gospodarki na początku bieżącego roku wyniosła 5,2% rocznie. Rok wcześniej średniorocznie wzrosła ona o 4,6%. Wzrost gospodarczy wzmacnia przede wszystkim konsumpcja, wspierana przez pozytywne zmiany na rynku pracy i prospołeczną politykę polskiego rządu. Gwoli wyjaśnienia, co tyczy się tej ostatniej – nie chodzi już o 500+, ani nawet o 300+, tylko raczej o świadomość, że państwo kładzie większy nacisk na redystrybucję. Nie jest czymś zaskakującym, że większe bezpieczeństwo finansowe większości grup społecznych wzmacnia konsumpcję.

Inwestycje radzą sobie nieco gorzej i pomimo odbicia w drugiej połowie roku ich dynamika nadal nie jest zadowalająca, zwłaszcza jeśli uwzględnimy fakt, że wzrost inwestycji dotyczy inwestycji publicznych, a nie prywatnych. Bilans handlowy w pierwszym kwartale działał na niekorzyść dynamiki PKB (wartość importu, wspieranego przez konsumpcję przewyższyła wartość eksportu), istotnie i niespodziewanie wzrosły również zapasy. Taka struktura wzrostu i obserwowane wytracanie tempa ekspansji gospodarczej u naszych zachodnich sąsiadów sugerują, że szczyt koniunkturalny mamy już za sobą. Nie oznacza to jednak, że polska gospodarka natychmiast istotnie zwolni. Zważywszy na wysoki poziom konsumpcji, która – zgodnie ze wszelkimi wskazaniami – nie powinna doświadczyć zbyt silnego spowolnienia dynamiki, oraz na fakt, iż spodziewamy się utrzymania poprawy w inwestycjach (przynajmniej publicznych), jesteśmy zdania, że średnioroczny wzrost gospodarczy w 2018 r. powinien znaleźć się w okolicy 4,5%, a spowolnienie ekspansji w kolejnych latach powinno być stosunkowo łagodne.

Wzrost gospodarczy w Polsce jest obecnie wyraźnie wyższy od potencjalnego (szacowanego na ok. 3-3,5%), jednak ani to, ani fakt wyraźnego wzrostu płac w firmach zdaje się nie generować presji inflacyjnej. Wewnętrzna miara owej presji i perspektyw kształtowania się dynamiki cen w przyszłości, czyli inflacja bazowa w ostatnim miesiącu spadła do poziomu 0,5% rocznie. Inflacja CPI jest wyraźnie wyższa i wynosi 1,7%, ale jest to w dużym stopniu związane z ostatnim wzrostem cen ropy naftowej. Nawet mimo to inflacja jest niższa niż w końcówce poprzedniego roku.

Narodowy Bank Polski, w kontekście niskiej inflacji ani myśli podnosić stopy procentowe i sugeruje, że do wzrostu kosztów pieniądza nie dojdzie prawdopodobnie w 2019 r. a może i dłużej. Jest najbardziej gołębim, z liczących się banków centralnych regionu, jednak w obliczu ostatnich danych o inflacji wygląda na to, iż nie jest to stanowisko nieuzasadnione.

Gospodarka Japonii

W 2017 r. Japonia odnotowała dość umiarkowane tempo wzrostu gospodarczego wynoszące ok. 1,6%. Jednak już w pierwszym kwartale br., w ramach kolejnego ciosu dla luźnej polityki banku centralnego (która ma m.in. wspierać wzrost gospodarczy), gospodarka doświadczyła spowolnienia ekspansji. Wydatki gospodarstw domowych pozostają względnie niskie, a rozczarowujący wzrost płac skutecznie powstrzymuje wzrost wydatków konsumpcyjnych.

Dynamika płac w Polsce i Japonii (2011-2018)

Dynamika płac w Polsce i JaponiiŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 27/06/18

Sam potencjał wzrostu gospodarki Japonii nie jest wysoki. Bank centralny kraju szacuje, że gospodarka Japonii powinna rosnąć o około 1% rocznie. Przyspieszeniu ekspansji nie sprzyja słabnąca produktywność i struktura demograficzna kraju. Podobny jak Polska potencjał wzrostu Japonia miała do początków lat 90-tych XX wieku.

Inflacja w Japonii pozostaje niska, mimo, iż wewnętrzna presja cenowa rośnie. Co ciekawe, w obecnym momencie inflacja bazowa jest wyższa niż w Polsce i wynosi 0,7% rocznie. Potencjał wzrostu dynamiki cen jest jednak bardziej ograniczony, co sprawia, że Bank Japonii (BoJ) utrzymuje wyjątkowo akomodacyjną politykę monetarną celem stymulowania wzrostu i dynamiki cen. Stopa depozytowa BoJ pozostaje ujemna od dwóch ostatnich lat (-0,1%), i dopóki dynamika cen w Kraju Kwitnącej Wiśni nie osiągnie celu inflacyjnego 2%, dopóty utrzyma się ona na tym poziomie – przynajmniej tak sugerują sygnały płynące z BoJ. W ramach tzw. „luzowania ilościowego i jakościowego wraz z kontrolą krzywej rentowności” Bank Japonii będzie również skupował rocznie warte 80 bilionów jenów obligacje rządowe, aby utrzymać 10-letnie rentowności japońskich obligacji rządowych w okolicach zera, co ma przyspieszyć wzrost cen oraz wspierać gospodarkę.

Podsumowując, gospodarczo Polska radzi sobie obecnie wyraźnie lepiej od Japonii. Trzeba jednak zaznaczyć, że porównywanie wskaźników gospodarczych w obu krajach należy traktować trochę „z przymrużeniem oka”. Polska nie znajduje się jeszcze na tym etapie rozwoju co Japonia, w związku z czym nie musi borykać się z problemami charakterystycznymi dla tej gospodarki. Warto jednak zwrócić uwagę na te różnice, aby w pełni docenić sytuację w jakiej znajdujemy się obecnie. Niektóre z problemów obserwowanych w Japonii w przyszłości prawdopodobnie będą obserwowane również w naszym kraju.

Rynek walutowy

Polska i japońska waluta znajdują się na dokładnie przeciwległych biegunach jeśli chodzi o ich status. Mimo przeobrażania się polskiej gospodarki z rozwijającej się w rozwiniętą, PLN przez inwestorów nadal jest uznawany za walutę zaliczaną do grona rynków wschodzących (emerging markets, EM). Jen, z kolei jest walutą tzw. „bezpiecznej przystani” (safe-haven).

W czym objawia się ta różnica? Przede wszystkim w reakcji na globalne zawirowania polityczne i wzrost ryzyka na rynku. Oprócz czynników wewnętrznych, które obecnie mają mniejsze znaczenie, obie waluty zachowują się zależności od tego, z jakim sentymentem mamy do czynienia – czy pozytywnym, czy negatywnym dla aktywów ryzykownych.

Jeśli inwestorzy są optymistami, a postrzegane przez nich ryzyko spada, waluty EM z zasady powoli zyskują, a „bezpieczne przystanie” nie otrzymują zewnętrznego paliwa do wzrostów. Jeśli jest odwrotnie, inwestorzy pozbywają się aktywów ryzykownych i uciekają w stronę tych, uznawanych za bezpieczne.

Z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie. Wzrost ryzyka związany z obawami dotyczącymi stosunków handlowych USA i reszty świata sprawił, że polski złoty stał się mniej atrakcyjny i względem jena japońskiego jest najsłabszy od ponad roku.

Kurs PLN/JPY (czerwiec ’17-czerwiec ‘18)

Kurs PLN JPYŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 27/06/18

Autor: Roman Ziruk, analityk Ebury

Słabsze dane z USA nie pogrążyły dolara. Cena ropy w górę

Zapowiedź sankcji na eksport ropy z Iranu spowodowała wybuch strachu na rynkach. Słabsze dane z USA nie pogrążyły dolara. Kolejne posiedzenia banków centralnych.

Amerykanie windują ceny ropy naftowej

Powodem nagłego wzrostu cen jest informacja, że od listopada, kiedy to zaczną obowiązywać amerykańskie sankcje na Iran eksport ropy z tego kraju powinien wynieść 0 baryłek. Taki ruch spowodowałby, że kraj Ajatollahów zostałby właściwie odcięty od finansowania z zewnątrz. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że obecnie kraj ten produkuje niemal 4 miliony baryłek miesięcznie. Ostatnia podwyżka wydobycia w ramach OPEC mówiła o zwiększeniu produkcji o zaledwie 25% tej wartości. To właśnie dlatego ceny ropy po pojawieniu się informacji o możliwym zablokowaniu eksportu z Iranu wyskoczyły w górę. Od wczoraj ropa naftowa podrożała o ponad 2,5%. Nie jest to dobry sygnał przed wakacjami. Drożejący surowiec przełoży się najprawdopodobniej na wyższe ceny na stacjach benzynowych. “Dobrą wiadomością” jest to, że cena benzyny nie powinna pójść aż o 2,5% w górę bo spora część tej ceny to podatek.

Słabsze dane z USA

Wczoraj poznaliśmy dane na temat indeksu zaufania konsumentów. Jest to parametr pokazujący nastroje Amerykanów. Im wyższy rezultat tym optymistycznie patrzą oni w przyszłość. Wynik 126,4 punktu nie jest złym rezultatem, ale jest gorszy od spodziewanych 128 punktów. Rynki przyjęły to spokojnie. W poniedziałek były z kolei lepsze dane z rynku nieruchomości. Ważniejsze dane będą publikowane dzisiaj i w czwartek. Zostaną wtedy opublikowane informacje na temat zamówień na dobra, a jutro dane z rynku pracy oraz finalny wzrost PKB. To prawdopodobnie na nie czekają obecnie inwestorzy z istotniejszymi reakcjami.

Posiedzenia Banków Centralnych

Dzisiaj odbędą się posiedzenia zarówno Czeskiego Banku Narodowego jak i Królewskiego Banku Nowej Zelandii. W obydwóch przypadkach analitycy spodziewają się utrzymania obecnego poziomu stóp procentowych. Mamy obecnie dość dziwną sytuację, gdzie niemal cały świat utrzymuje bardzo niskie stopy procentowe. Z tendencji tej wyłamuje się obecnie właściwie niemal tylko Ameryka Północna.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – zamówienia na dobra,
  • 16:30 – USA – zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

 

Fiskus wydaje interpretacje podatkowe, których potem sam nie uznaje

Organy podatkowe wydają indywidualne interpretacje podatkowe, w zgodzie z którymi podatnicy przeprowadzają transakcje. Po ich dokonaniu wnoszą o należny zwrot VAT – wówczas fiskus odmawia, odwracając się od wydanej wcześniej interpretacji. W efekcie nie tylko wstrzymuje zwrot VAT, ale i żąda zapłaty podatku od czynności cywilnoprawnych. Sądy nazywają to szkodzeniem podatnikowi i wciąganiem go w pułapkę.

„Skoro Nabywca będzie zarejestrowany jako podatnik VAT czynny i planowana Transakcja przedmiotowej Nieruchomości spełnia warunki dla uznania jej za czynność opodatkowaną podatkiem VAT (…) Nabywcy po nabyciu Nieruchomości i otrzymaniu prawidłowo wystawionej faktury dokumentującej faktyczne nabycie Nieruchomości będzie przysługiwało prawo do obniżenia kwoty podatku VAT należnego o kwotę podatku VAT naliczonego (…). Tym samym, Nabywca z tytułu nabycia przedmiotowej Nieruchomości będzie miał prawo do zwrotu nadwyżki VAT naliczonego nad VAT należnym zgodnie z regulacjami art. 87 ustawy o VAT” (sygn. 1462-IPPP2.4512.747.2016.2.MT). To stanowisko, wyrażone przez Dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie w interpretacji z 29 grudnia 2016 r., powielały w swoich interpretacjach indywidualnych organy podatkowe. Do czasu.

Kuszące zwroty VAT

Art. 6 pkt 1 Ustawy o podatku od towarów i usług (Dz.U. 2004 Nr 54, poz. 535 ze zm.) nie ma zastosowania do transakcji zbycia przedsiębiorstwa lub jego zorganizowanej części. Tym samym, zgodnie z art. 2 pkt 4 Ustawy o podatku od czynności cywilnoprawnych (dalej: u.p.c.c.; Dz.U. 2000 Nr 86, poz. 959 ze zm.), transakcja taka będzie objęta podatkiem od czynności cywilnoprawnych w wysokości 2%.

Dokonujący transakcji, zwłaszcza dużych, mających za przedmiot komercyjne nieruchomości i powiązaną z nimi działalność, takich jak np. centra handlowe, chcąc uniknąć obłożenia ich 2% stawką PCC, przenosili własność wybranych składników majątkowych i niemajątkowych w takim zakresie, by nie zostało to uznane za zbycie przedsiębiorstwa lub jego zorganizowanej części. Jednocześnie występowali o zwrot uiszczonego przy nabyciu VAT-u. Fiskus chętnie przystawał na takie deklaracje opodatkowania transakcji. Co prawda rezygnował z 2% daniny, ale obejmował dzięki temu we władanie ponad 11-krotnie większą kwotę 23% VAT. Przykłady: interpretacja indywidualna Dyrektora Izby Skarbowej w Łodzi z 16 stycznia 2013 r., sygn. IPTPP2/443-896/12-4/JN; interpretacja indywidualna Dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie z 15 września 2015 r., sygn. IPPP1/4512-731/15-2/RK; interpretacja indywidualna Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 10 sierpnia 2017 r., sygn. 0114-KDIP1-1.4012.266.2017.1.MAO.

Zjeść ciastko i mieć ciastko

2,14 mld zł w okresie od 1 stycznia 2017 r. do 3 lipca 2017 r. oraz 3,23 mld zł w okresie od 1 stycznia 2016 r. do 27 października 2016 r. – to kwoty wstrzymanych zwrotów VAT wg danych ujawnionych przez Ministerstwo Finansów. To mniej więcej tyle, ile wynosi roczny budżet Gibraltaru (ok. 3 mld zł; źródło: www.gibraltar.gov.gi/new/budget-2017-2018). Z kolei zgodnie z opublikowanym w lutym 2018 r. raportem firmy doradczej Cushman&Wakefield łączna wartość inwestycji w Polsce na rynku nieruchomości komercyjnych w 2017 r. wyniosła 5 mld euro (czyli ok. 21,5 mld zł). Potraktowanie wszystkich tych inwestycji jako zbycie przedsiębiorstwa lub jego zorganizowanej części mogłoby przynieść Skarbowi Państwa 430 mln zł z samego tylko podatku od czynności cywilnoprawnych.

Art. 2 pkt 4 lit. a u.p.c.c. wyklucza możliwość obciążenia tym podatkiem czynności cywilnoprawnych innych niż umowa spółki i jej zmiany w zakresie, w jakim są opodatkowane podatkiem od towarów i usług. Oznacza to – zgodnie z zasadą, że nie można zjeść ciastka i mieć ciastka – że objęcie danych czynności jednym z podatków wyklucza nałożenie drugiego.

Fiskus bierze wszystko

Okazało się, że jednak można złapać dwie sroki za ogon. Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 20 marca 2009 r. orzekł: „interpretacja wiąże organ podatkowy tylko w stanie sprawy przedstawionym we wniosku, przyjętym za podstawę stanowiska organu” (sygn. II FSK 1915/07), a w wyroku z 6 czerwca 2017 r. – „na podatniku spoczywa obowiązek wyczerpującego przedstawienia stanu faktycznego, który następnie wyznacza granice ochrony prawnej związanej z wydaną na jego podstawie interpretacją indywidualną. Jeżeli rzeczywisty stan faktyczny będzie odbiegał od tego przedstawionego we wniosku o interpretację – co może ustalić organ podatkowy w postępowaniu podatkowym – to w takim przypadku skarżąca nie będzie mogła skorzystać z ochrony wynikającej z wydanej wcześniej na jej wniosek interpretacji indywidualnej” (sygn. I FSK 1788/15).

Wskazana linia orzecznicza sądów otworzyła fiskusowi furtkę do osiągnięcia, wydałoby się, niemożliwego. Organy po wydaniu interpretacji podatkowej, w zgodzie z którą podatnicy dokonują następnie transakcji, odżegnują się od potwierdzonego w niej stanowiska, powołując się na rozbieżność pomiędzy rzeczywistym stanem faktycznym a tym podanym we wniosku o interpretację. Dzięki temu fiskus bierze wszystko: i 23% VAT, i 2% PCC.

Wciągnięcie w pułapkę

W lutym 2016 r. będący spółką podatnik wystąpił do organu o wydanie interpretacji ws. opodatkowania transakcji zbycia nieruchomości i prawa do odliczenia i zwrotu podatku naliczonego. Jej przedmiotem było centrum handlowe. Dyrektor Izby Skarbowej w Warszawie przyznał wnioskodawcy rację, że transakcja będzie opodatkowana VAT, a po jej dokonaniu spółka będzie uprawniona do obniżenia kwoty podatku VAT należnego o kwotę podatku VAT naliczonego przy nabyciu budynków, budowli lub ich części wchodzących w skład centrum handlowego i do zwrotu jego nadwyżki (sygn. IPPP3/4512-88/16-2/IG).

We wrześniu 2016 r., stosując się do wydanej interpretacji, spółka wystąpiła o zwrot nadpłaconego VAT. Dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej (dalej: DUKS) w wyniku przeprowadzonego postępowania kontrolnego ustalił zobowiązanie spółki za kwiecień 2016 r. w podatku VAT, z tytułu przeprowadzonej w tym miesiącu transakcji, na kwotę 817 419 zł. Określił również kwotę nadwyżki VAT naliczonego nad należnym do zwrotu na konto podatnika w wysokości… 0 zł!

Zdaniem organu ujawniony na fakturze dokumentującej sprzedaż przedmiot nabycia stanowiła zorganizowana część przedsiębiorstwa, do której nie stosuje się przepisów ustawy o VAT. Tym samym podważył prawidłowość odliczenia VAT z tej faktury, stwierdzając jednocześnie dokonanie przez spółkę zawyżenia kwoty podatku naliczonego. Co więcej, DUKS poinformował, że zgodnie z art. 1 ust. 1 pkt 1 lit. a u.p.c.c. transakcja nabycia zorganizowanej części przedsiębiorstwa będzie podlegać opodatkowaniu podatkiem od czynności cywilnoprawnych. Organ stwierdził, że interpretacja indywidualna, w oparciu o którą rozliczeń dokonał podatnik, przedstawiała odmienny stan faktyczny od tego, jaki został ustalony w postępowaniu kontrolnym. Tym samym odmówił mu wynikającej z niej ochrony.

Nie do pogodzenia ze standardami państwa prawa

20 lutego 2018 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w wyniku wniesionej przez spółkę skargi wskazał na bezzasadność stanowiska organu uznającego przeprowadzoną transakcję za nabycie zorganizowanej części przedsiębiorstwa. Równocześnie sąd zwrócił organowi uwagę, że „[p]ewność co do prawidłowości postępowania opartego na treści otrzymanej interpretacji urzędowej nie może prowadzić podatnika w swoistą «pułapkę prawną», gdy interpretacja indywidualna zostanie nieuwzględniona, powodując wymierne szkody majątkowe u podatnika. W szczególności dotyczy to sytuacji, gdy organ podatkowy, wbrew pierwotnej treści interpretacji urzędowej, odmówi podatnikowi nabywającemu majątek, prawa do odliczenia od podatku należnego podatku naliczonego lub zwrotu podatku, a więc w efekcie obarcza go ciężarem podatkowym. (…) W takiej zaś sytuacji podatnicy wpadają zatem w swoistą pułapkę zastawioną przez prawo i de facto organy podatkowe, co jest nie do pogodzenia ze standardami państwa prawa, wyrażonymi w art. 2 Konstytucji, czyli z wyrażoną tam zasadą zaufania obywatela do państwa” (sygn. III SA/Wa 1896/17).

Potwierdzenie ochrony prawa do zwrotu VAT

Niemal w identycznej sprawie Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wydał wyrok 18 kwietnia 2018 r. Tu również przedmiotem transakcji były składniki majątkowe centrum handlowego. Tu również podatnik uzyskał wcześniej od organu pozytywną interpretację podatkową (przywołana we wstępie interpretacja, sygn. 1462-IPPP2.4512.747.2016.2.MT), której następnie organ kontrolujący transakcję nie uwzględnił, powołując się na różnice pomiędzy stanem przyszłym podanym we wniosku o interpretację a udokumentowanym fakturą stanem rzeczywistym. Sąd, uwzględniając zarzuty skargi wniesionej przez podatnika, potwierdził, że stosowanie się przez niego do interpretacji podatkowej powinno skutkować udzieleniem mu w ściśle określonym zakresie ochrony prawnej, obejmującej również ochronę prawa do zwrotu VAT (sygn. III SA/Wa 2329/17).

Paradoks prawny

Kształtująca się linia orzecznicza sądów zobowiązująca organy do udzielania ochrony podatnikom stosującym się do wydawanych przez nie interpretacji podatkowych, także w zakresie prawa do zwrotu VAT, stanowi wyraźny sprzeciw wobec urzędniczego bezprawia, jakim jest naruszanie zasady nieszkodzenia oraz konstytucyjnej zasady zaufania obywatela do państwa.

Praktyki fiskusa, który żąda od podatnika zapłaty 2% PCC, a jednocześnie odmawia mu zwrotu VAT, doprowadziły do sytuacji, w której podatnik, zwłaszcza przedsiębiorca (to on jest przede wszystkim podmiotem zwolnienia z podatku od czynności cywilnoprawnych w zakresie, o jakim mówi art. 2 pkt 4 lit. a u.p.c.c.), zmuszony jest do szukania ochrony prawnej przed sądem. Występując w postępowaniu sądowoadministracyjnym jako przeciwnik w sporze z fiskusem, broni tak naprawdę stanowiska… fiskusa. Stanowiska, które potwierdził w wydanej przez siebie indywidualnej interpretacji podatkowej.

Drugie dno

Na mocy Ustawy z dnia 1 grudnia 2016 r. o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. poz. 2024) 1 stycznia 2017 r. weszły w życie nowe kary. W rozdziale „Dodatkowe zobowiązania podatkowe” Ustawy o VAT, w art. 112b i 112c zawarto sankcje za niezłożenie deklaracji podatkowej i nieuiszczenie zobowiązania podatkowego lub za wykazanie kwoty zobowiązania podatkowego w nieprawidłowej wysokości. Naczelnik urzędu skarbowego lub naczelnik urzędu celno-skarbowego obok określenia właściwej kwoty zobowiązania ustala wówczas także dodatkowe zobowiązanie w wysokości 20%, 30% lub nawet 100% kwoty zaniżenia zobowiązania podatkowego albo kwoty zawyżenia zwrotu różnicy podatku, zwrotu podatku naliczonego lub różnicy podatku do obniżenia podatku należnego za następne okresy rozliczeniowe.

Sankcja 30% to sankcja bazowa. Do niższej, 20%, podatnik będzie „uprawniony”, jeśli po zakończeniu kontroli podatkowej lub kontroli celno-skarbowej (lub w ich trakcie) złoży deklarację, dokona jej korekty, odda kwotę uzyskanego, nienależnego zwrotu, a przede wszystkim wpłaci kwotę należnego zobowiązania podatkowego. 100% sankcja obciąża korzyści podatkowe osiągnięte za pomocą niezgodnych z prawdą faktur. Chodzi głównie o tzw. puste faktury (art. 112c).

Lep na podatnika

Dodatkowych sankcyjnych zobowiązań podatkowych można uniknąć (poza 100% sankcją z art. 112c). Wystarczy złożyć deklarację podatkową lub korektę deklaracji podatkowej oraz wpłacić na rachunek urzędu skarbowego kwotę wynikającą ze złożonej deklaracji lub jej korekty wraz z odsetkami za zwłokę. Należy to wszystko zrobić przed dniem wszczęcia kontroli podatkowej lub kontroli celno-skarbowej (art. 122b pkt 3 Ustawy o VAT).

Ta wizja uniknięcia odpowiedzialności i wysokich sankcji za niezłożenie lub złożenie nieprawidłowej deklaracji może kusić podatników. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom. Przepisy milczą bowiem na temat postępowania podatkowego. Dokonanie przez podatnika wspomnianych korekt tak naprawdę nie uchroni go przed sankcjami (30% i 100%). Wręcz przeciwnie – sankcje zostaną na niego nałożone, jeśli tylko organ podatkowy postanowi o wszczęciu postępowania podatkowego.

Reprezentacja przy zwrocie VAT

Jak widać, zmiana linii interpretacyjnej organów podatkowych może służyć nie tylko pozyskiwaniu przez fiskusa pieniędzy podatników z tytułu 2% podatku od czynności cywilnoprawnej – pieniędzy, których fiskus by nie otrzymał, gdyby uznał dokonywane transakcje za objęte podatkiem VAT. Nie dając ochrony prawnej własnym interpretacjom przepisów podatkowych, fiskus może określać dodatkowe, sankcyjne zobowiązania za złożenie błędnych deklaracji podatkowych.

Dlatego przy wystąpieniu do organów o wydanie interpretacji podatkowej tak istotne jest przemyślane opisanie stanu faktycznego. Tak, by potem fiskus nie mógł podważyć jego zaistnienia. Jest to wyjątkowo trudne. Zwłaszcza zważywszy na fakt, że organy podatkowe nie dążą wcale do tego, by orzekać jednolicie w takich samych sprawach – podobnie jak sądy: „Nawet teoretycznie zakładając, iż dwie sprawy mają identyczny stan faktyczny i prawny to strona, a zwłaszcza profesjonalny pełnomocnik, musi się liczyć, iż Sąd w różnych składach może dokonać rożnej interpretacji przepisów i wydać różne rozstrzygnięcia. Taka potencjalna możliwość wynika wprost z konstytucyjnej zasady niezawisłości sędziów” (postanowienie WSA w Poznaniu z 3 września 2015 r., sygn. II SA/Po 463/15).

Przedstawiając stan faktyczny, należy więc zwrócić szczególną wagę na używane sformułowania. Nawet na to, gdzie stawia się przecinek. A co z deklaracjami składanymi przez rząd w związku z wejściem w życie Konstytucji Biznesu, założeniem domniemania uczciwości przedsiębiorcy czy wprowadzeniem klauzuli pewności prawa? Niestety, mogą się one okazać niczym wobec urzędniczego bezprawia. Przygotowując wniosek o wydanie interpretacji podatkowej, warto więc pokusić się o wsparcie kancelarii prawnej specjalizującej się w reprezentacji w postępowaniu przed organami podatkowymi oraz przed sądami administracyjnymi.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

 

Skandynawowie coraz chętniej inwestują w polskich specjalistów IT

Jak wskazują badania, pierwsze miejsce pod względem atrakcyjności w świadczeniu outsourcingowych usług IT wciąż niepodzielnie zajmują Indie[1]. Z usług hinduskich deweloperów bardzo chętnie korzystają Skandynawowie, szczególnie wysoko ceniąc pracę takich firm jak Tata Consultancy Services czy HCL Technologies[2]. Okazuje się jednak, że skandynawskie przedsiębiorstwa coraz częściej wykorzystują także nearshoring.

Nearshoring, czyli bliższa alternatywa offshoringu

Gdy myślimy o outsourcingu, najczęściej kojarzy się on nam z offshoringiem, czyli przenoszeniem wybranych procesów biznesowych przedsiębiorstwa za granicę – głównie do krajów słabiej rozwiniętych. Wśród decydujących zalet tego sposobu zlecania pracy wymienić można przede wszystkim niższe koszty oraz możliwość całodobowego wsparcia, wynikającego z różnic czasowych. Wadami mogą być natomiast różnice kulturowe, bariery komunikacyjne, a także duża odległość i wiążące się z nią dalekie i drogie podróże.

Alternatywą dla offshoringu może być nearshoring, polegający na przenoszeniu procesów biznesowych poza granice danego kraju, do państw bliskich pod względem geograficznym i kulturowym. Zaletami takiego rozwiązania są ta sama strefa czasowa i niewielkie różnice kulturowe, a także możliwość szybkiego reagowania. Minusem jest wyższy koszt w porównaniu do offshoringu.

Polska najatrakcyjniejsza w Europie

Według raportu A.T. Kearney Global Services Location Index™”[3] Polska znajduje się na pierwszym miejscu wśród najatrakcyjniejszych lokalizacji w Europie dla świadczenia outsourcingu usług IT. Choć Polacy nie posiadają tak licznej populacji programistów jak Indie, to również wśród nich można znaleźć programistów o bardzo wysokich i cenionych w branży IT umiejętnościach. Programiści z Polski dobrze znają język angielski, posiadają certyfikaty, a dzięki obecności zachodnich i amerykańskich firm mają dostęp do metodologii i najnowszych technologii. Położenie Polski i bardzo dobra siatka połączeń lotniczych sprawia, że w około 2 godziny można się znaleźć w większości europejskich miast. Dodatkowy brak różnic czasowych daje nearshoringowi przewagę nad offshoringiem.

Współpraca polsko-skandynawska

 – Skandynawowie zauważyli, że Polska to bardzo bliski mentalnie kraj dla rozwoju biznesu i sami zakładają w Polsce swoje firmy lub ich oddziały. Wśród nich wymienić można m.in. Cybercom Poland czy Schibsted Tech Polska. W ogóle Skandynawia w ciągu ostatniej dekady zainwestowała w naszym kraju ponad 11 mld euro, a w mediach wciąż słyszy się o tym, że kolejna firma z kapitałem skandynawskim poszukuje informatyków. Zdarza się też, że ludzie od wielu lat mieszkający w Skandynawii wracają do Polski i zaczynają robić własny biznes. Skandynawowie nawiązują z takimi firmami partnerstwa i chcą z nimi współpracować ­– mówi Robert Strzelecki, prezes polskiej grupy kapitałowej TenderHut.

Do miana dużego centrum usługowego oprócz Warszawy, Krakowa, Gdańska, Wrocławia i Łodzi,  wyrasta dziś wśród polskich miast Białystok, określany często Puszczą Krzemową. Rynek w Białymstoku rozwija się bardzo dynamicznie i ulega konsolidacji. W tym mieście mieszka grupa prawdziwych fascynatów IT, którzy organizują spotkania, meet-upy, a także współpracują przy rozwoju branży IT w ramach badań rozwojowych z uczelniami. To właśnie w tym mieście rozkwitła owocna współpraca polsko-skandynawska. Ojcem jednej z największych firm IT w regionie – spółki TenderHut – był Polak przez lata mieszkający w Danii – Waldemar Birk. Przedsiębiorstwo dziś jest jedną z najdynamiczniej rozwijających się firm IT w Europie, o czym świadczy umieszczanie w ważnych klasyfikacjach zagranicznych, np. w prestiżowym rankingu Financial Times. Poza działalnością w kraju, firma posiada 8 zagranicznych przedstawicielstw i planuje otwierać kolejne, co świadczy nie tylko o jej dynamizmie, ale także  jakości usług. Po śmierci Waldemara Birka Grupa TenderHut nadal ma częściowo skandynawski kapitał, bo akcje przeszły w ręce synów prezesa. Jeden z nich mieszka w Danii, a drugi w Szwecji, dlatego więzi ze Skandynawią nadal pozostaną silne.

Pasja, najwyższe kompetencje i zaangażowanie sprawiają, że Polacy są zaufanymi i sprawdzonymi specjalistami w swojej dziedzinie, z którymi Skandynawowie chętnie podejmują współpracę. Zasadne staje się pytanie, czy Skandynawowie powinni szukać specjalistów IT np. w Indiach, skoro na swoim kontynencie posiadają tak dobrych fachowców?

[1] Źródło: https://www.atkearney.com/strategic-it/global-services-location-index/full-report,
[2] Źródło: https://www.version2.dk/sites/v2/files/nordicsurvey2016wspress.pdf,
[3] Źródło: https://www.atkearney.com/strategic-it/global-services-location-index/full-report

Billon na prestiżowej liście 50 najlepszych fintechów w Europie

Firma technologiczna Billon została uwzględniona na liście „FinTech50”, zestawieniu 50 najbardziej innowacyjnych europejskich firm ze świata finansów i technologii, tworzonym od 2012 roku przez prestiżowy brytyjski magazyn “Fintech Finance”. Lista obejmuje 50 najbardziej obiecujących przedsiębiorstw, które postawiły na model biznesowy oparty na nowych technologiach. Ponad połowa z nich to fintechy wywodzące się z londyńskiego City.

O miejsce w zestawieniu rywalizowało ponad 1 800 firm technologicznych z całej Europy. Jest to jak do tej pory największa liczba fintechów branych pod uwagę w wyborze do zestawienia “FinTech50”. O obecności na liście zdecydował panel ekspercki, złożony ze specjalistów ds. innowacji i inwestycji reprezentujących banki i ubezpieczycieli takich, jak HSBC, Deutsche Bank, Barclays, Axa, czy Aviva, a także inwestorów i uznane fintechy, jak Stripe. Oprócz Billona listę tworzą tak uznane marki, jak Monzo Bank, Revolut, Azimo, Ethereum, czy Onfido.

Eksperci wybrali Billona dzięki opracowanej przez Polaków technologii blockchain następnej generacji, rozwiązującej problemy operacyjne wynikające z używania przestarzałych, scentralizowanych systemów IT. Lekka i rozproszona architektura pozwala na zapisywanie pieniędzy, dokumentów i tożsamości bezpośrednio w strukturze blockchain, umożliwiając pełną kontrolę dostępu innym podmiotom czy użytkownikom. Opracowana przez polskich inżynierów technologia zachowuje wszystkie zalety blockchaina – bezpieczeństwo transakcji przy eliminacji pośredników i wysokich kosztów ich obsługi – wzbogacając je o wydajność i zgodność z regulacjami sektorowymi.

Cieszymy się, że zostaliśmy wyróżnieni w tegorocznej edycji FinTech50  – mówi Andrzej Horoszczak, prezes i założyciel Billon. Ta nagroda jest potwierdzeniem wieloletniej pracy naszego zespołu nad stworzeniem blockchaina, z którego łatwo mogą korzystać zwykli ludzie. Teraz, dzięki zawiązanemu w tym kwartale partnerstwu z Biurem Informacji Kredytowej, udostępniamy tę technologię milionom osób i firm w Polsce.

Blockchain Billon jako jedyny na świecie umożliwia transakcje finansowe walutami narodowymi w oparciu o unijne regulacje pieniądza elektronicznego. Do przechowywania środków nie jest potrzebne konto bankowe – wystarczy je zapisać na komputerze, czy smartfonie. Dzięki minimalnym kosztom wejścia i obsługi infrastruktury blockchain może z niej korzystać dowolna firma prowadząca działalność online, niezależnie od jej rozmiarów, czy obrotu. E-pieniądza w wersji Billon używają już przedsiębiorstwa w Polsce i Wielkiej Brytanii do codziennego rozliczania należności, czy wypłaty nagród motywacyjnych.

Technologia opracowana przez inżynierów Billon to także unikalne na skalę światową blockchainowe rozwiązanie budujące zaufanie między klientami a instytucjami w zakresie bezpiecznego i przejrzystego obrotu danymi. W kwietniu spółka nawiązała współpracę z Biurem Informacji Kredytowej, mającą na celu wprowadzenie – nie tylko w instytucjach finansowych – technologii blockchain do komunikacji dokumentów. W ramach współpracy BIK udostępnia użytkownikom portal do rozproszonej sieci blockchain, przez który instytucje publikują dokumenty, a klienci mają do nich zapewniony dostęp przez narodowe lub bankowe dane identyfikacyjne nawet po ustaniu relacji z instytucją. BIK i Billon wykorzystają też tę technologię do realizacji usług elektronicznego potwierdzenia doręczenia oraz zawierania umów online.

Założony w 2012 r. startup zatrudnia obecnie w swoich biurach w Wielkiej Brytanii i Polsce około 100 osób. Do założycieli lub udziałowców Billon należą najbardziej znane i doświadczone osoby w branży finansowej w Polsce, takie jak Andrzej Horoszczak (założyciel, ekspert blockchain z 10-letnim doświadczeniem pracy na Wall Street), Andrzej Klesyk (były prezes PZU), David Putts (m.in. założyciel Inteligo) czy Wojciech Kostrzewa (były prezes i dyrektor generalny w Polskim Banku Rozwoju, BRE Banku i Commerzbanku). Rozwój unikalnego protokołu blockchain Billona został wsparty m.in. 2 milionami euro z prestiżowego programu Komisji Europejskiej Horizon 2020 za rewolucyjny potencjał wykorzystania technologii dla bezpośrednich płatności.

W poszukiwaniu zwycięskiej taktyki

Spory handlowe pozostaje głównym tematem dla rynków z nowym powodem do rozterek w postaci osłabiającego się chińskiego juana. CNY jest najsłabszy od pół roku, ale do końca nie wiadomo, czy to objawy pesymizmu inwestorów wobec perspektyw Chin, czy nowa taktyka Pekinu w walce z protekcjonizmem USA.

Słabość juana to zwykle zła wiadomość dla walut rynków wschodzących, a także powiązanych AUD i NZD, jednak reakcja na razie jest ograniczona. Wyczuwalny jest brak poczucia kierunku, co po części jest uzasadnione. Zakładanie, że wszystkie groźby Trumpa zostaną przekute w obowiązujące przepisy wydaje się przedwczesne. Totalna wojna handlowa wciąż jest mało prawdopodobna, choć ryzyko jej wystąpienia jest nieco wyższe niż wcześniej. Ale też polityka handlowa nie jest tematem prostym do uchwycenia, biorąc pod uwagę skomplikowaną sieć powiązań między dostawcami a producentami końcowym wyrobów. Izolowanie jednego kraju wcale nie musi być korzystne dla lokalnych producentów, jeśli utrudni im się dostęp do komponentów lub zablokuje zagraniczne rynki zbytu. Po drugie, jeśli inne kraje odpowiedzią celowym osłabianiem swoich walut względem USD, korzyści z polityki celne zostaną umniejszone. Ogólnie jest wiele niewiadomych, przez które trudno ocenić finalny wpływ polityki handlowej, a zatem ciężko określić wygranych i przegranych na rynku walutowym. W rezultacie szarpany handel na EUR/USD czy USD/JPY ma swoje uzasadnienie. W innych miejscach widać przewagę awersji do ryzyka mającą swoje źródło w czystej niepewności.

Dziś w nocy Bank Rezerwy Nowej Zelandii (RBNZ) opublikuje wynik posiedzenia, ale nikt nie spodziewa się zmiany stopy OCR (1.75 proc.). Ostatnio polityka monetarna Nowej Zelandii nie była na pierwszym planie, ale przypomnienie neutralnego stanowiska nie powinno oznaczać neutralnej reakcji rynku. W końcu w dobie coraz większej ilości jastrzębich sygnałów z banków centralnych (Fed, BoE, Norges Bank, BoC), utrzymywanie status quo w polityce jest de facto pozostawaniem w tyle. Ostatnie dane z Nowej Zelandii wysyłały mieszane sygnały. Z tych najważniejszych wzrost PKB w I kw. (0,5 proc. k/k) zwolnił do najniższego tempa od końca 2016 r., podczas gdy CPI (1,1 proc. r/r) znajduje się przy dolnej granicy przedziału celu 1-3 proc. Do tego dochodzą obawy o wpływ napięć handlowych na małą, otwartą gospodarkę Nowej Zelandii. Jeśli w komunikacie zostaną odkreślone ryzyka globalne, będzie to gołębi zwrot. Dodatkowo wyższy od prognoz banku kurs NZD TWI (indeks wartości waluty ważony wolumenem handlu) osłabia presję inflacyjną, do czego bank także może się odnieść. Rynek nie stawia na pierwszą podwyżkę wcześniej, jak pod koniec 2019 r., a NZD od początku tygodnia odczuwa, że inwestorzy znajdują więcej argumentów do osłabienia. W nocy mogą otrzymać potwierdzanie.

Presja na CAD jest najmniejsza spośród wszystkich surowcowych walut G10, ale dziś wieczorem może to ulec zmianie. Rynek wyczekuje przemówienia prezesa Banku Kanady Poloza, gdzie mogą pojawić się kluczowe przesłanki w odniesieniu do decyzji o stopach procentowych w przyszłym miesiącu. Rozczarowujące odczyty CPI i sprzedaży detalicznej w ubiegły piątek oraz niejasne postępy rozmów w sprawie NAFTA są przeszkodami dla podwyżki stóp procentowych, a jednak rynek wycenią prawie 60-proc. prawdopodobieństwo takiego ruchu w lipcu. Gołębie przesłanki w przemówieniu Poloza mogą zatem zachwiać równowagą CAD i skłonić rynek do nadganiania wyprzedaż AUD i NZD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Drony do robienia selfie zyskują na popularności. Na rynek trafiają urządzenia z funkcjami slow motion i rozpoznawania obrazu

Drony do robienia selfie zyskują na popularności. Na rynek trafiają urządzenia z funkcjami slow motion i rozpoznawania obrazu 6

Rejestracja obrazu w jakości 4K, pełna autonomia połączona z rozpoznawaniem obrazu i możliwość publikowania nagrań od razu w sieci – to najważniejsze trendy na rynku dronów konsumenckich. Niewielkie urządzenia latające, do prowadzenia których nie są wymagane licencje, służą przede wszystkim do rejestrowania obrazów i robienia selfie. To właśnie segment dronów do użytku prywatnego ma rozwijać się najszybciej w najbliższych latach. Wkrótce na rynek trafi urządzenie, które może służyć jako dron, kamera sportowa, a także kamera IP.

– Dron Pitta 4K Selfie Drone to pierwszy w pełni autonomiczny dron do selfie z czujnikiem obrazu 4K, wyposażony w nasze autorskie rozwiązanie do rozpoznawania obrazu. Po wybraniu danej osoby przez użytkownika dron będzie automatycznie za nią podążał – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michael Janser z firmy Eyedea.

Pitta 4K, gdy trafi na rynek, będzie jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie dronów przeznaczonych do użytku prywatnego. Maksymalna długość lotu urządzenia wynosi 15 minut, zasięg to ok. 20 metrów. Oprócz rozdzielczości 4K kamera zapisuje też obraz w rozdzielczości 1080p z prędkością do 60 klatek na sekundę. Zawiera również specjalne funkcje nagrywania obrazu, takie jak zwolnione tempo, widok z lotu ptaka, panorama oraz obrót o 360 stopni.

– Wszystkie te funkcje można uruchomić za pomocą jednego dotknięcia wyświetlacza telefonu. Nasza aplikacja jest dostępna w wielu wersjach językowych i działa zarówno na urządzeniach z systemem Android, jak i IOS. Nie ma oddzielnego pilota do sterowania dronem, urządzenie należy sparować z telefonem za pośrednictwem sieci WiFi Direct. Dron może następnie wystartować z ręki. Kierować nim można za pośrednictwem telefonu lub włączając tryb automatycznego podążania za daną osobą – tłumaczy Michael Janser.

Urządzenie można także transformować. Skrzydła drona można w łatwy sposób zdemontować, dzięki czemu można stosować go także jako kamerę sportową lub kamerę IP, służącą do monitorowania domu. Dron wpisuje się w pełni w trend internetu rzeczy, gdyż może być permanentnie podłączony do internetu.

– Największą zaletą naszego urządzenia jest możliwość bezpośredniego przesyłania rejestrowanego obrazu w czasie rzeczywistym do sieci, udostępniania go za pośrednictwem portali społecznościowych lub telefonu niezależnie od tego, gdzie akurat się znajdujemy – przekonuje przedstawiciel firmy Eyedea.

Latające drony do selfie zyskują na popularności. W 2016 roku start-up Zero Zero Robotics zaprezentował Hover Camera Passport. Urządzenie, podobnie jak Pitta 4K Selfie Drone, jest zdolne do nagrywania filmów w 4K, potrafi również podążać za właścicielem, orbitować wokół niego i ustawić się w wyznaczonym miejscu. Przy wadze 242 gramów mieści się w dopuszczalnej masie latających obiektów, do których obsługi w większości krajów nie są wymagane specjalne uprawnienia.

– Prawa dotyczące dronów są różne w zależności od kraju. Nasze urządzenie waży tylko 200 gramów, więc w wielu przypadkach nie zostałoby ono zaklasyfikowane jako dron. Na rynku amerykańskim oraz niemieckim jako drony uznawane są urządzenia ważące powyżej 250 gramów. W związku z tym nasz dron należałby raczej do kategorii zabawek, a więc każdy mógłby go obsługiwać bez żadnych pozwoleń, a jego użytkowanie nie podlegałoby szczególnym regulacjom – twierdzi ekspert.

Pitta 4K zadebiutuje na rynku najprawdopodobniej we wrześniu lub październiku. Producent zbiera fundusze na rozpoczęcie produkcji poprzez platformę crowdfundingową Kickstarter.

Z raportu opracowanego przez Goldman Sachs wynika, że światowy rynek dronów osiągnie do 2020 roku wartość 100 mld dol. 17 proc. z tej kwoty mają stanowić produkty dla osób prywatnych. Najdynamiczniej rosnącym sektorem mają być urządzenia na potrzeby komercyjne. Ich wartość ma do 2020 roku sięgnąć 13 mld dol.

Opracowano urządzenia wytwarzające wodę pitną z powietrza. Mogą rozwiązać problem niedoboru wody na świecie

Opracowano urządzenia wytwarzające wodę pitną z powietrza. Mogą rozwiązać problem niedoboru wody na świecie 7

Nawet jedna trzecia ludności cierpi na niedobór wody, a 1,2 mld ludzi na jej poważne braki. Ocieplenie klimatu pogłębia ten problem, który można jednak rozwiązać. Słoweński start-up opracował metodę pozyskiwania wody z powietrza przy wykorzystaniu zjawiska kondensacji, czyli skraplania pary wodnej. Rozwiązanie ma nie tylko pomóc w walce z niedoborem wody, lecz także z zanieczyszczeniem środowiska. Do 2021 roku sprzedaż plastikowych butelek przekroczy 583 miliardy. Do oceanu co minutę trafia kontener plastikowych odpadów. W tym tempie do 2050 roku w oceanie będzie więcej śmieci niż ryb.

Na Ziemi żyje ponad 7,5 mld ludzi, z czego ponad miliard nie ma dostępu do wody pitnej. Problemy z niedoborem wody ma nawet co trzeci człowiek. Prognozy ONZ są alarmujące, do 2025 roku już 2 mld ludzi nie będą miały co pić. Problemem jest ocieplanie klimatu. Według Światowego Forum Ekonomicznego w 2030 roku susza może dotknąć nawet 40 proc. planety. Dlatego naukowcy od lat pracują nad nowymi metodami pozyskiwania wody pitnej.

 – Wytwarzamy wodę pitną z powietrza, wykorzystując w tym procesie zjawisko kondensacji. Wytwarzanie wody opiera się na procesie odwrotnym do działania układów klimatyzacji – w ich przypadku woda stanowi produkt uboczny, my zaś kondensujemy ją i wykorzystujemy do picia – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Slavec ze słoweńskiego start-upu myWater.

Opracowane przez myWater skraplacze działają podobnie co domowe klimatyzatory. Są chłodniejsze od otoczenia, powietrze ochładza się w kontakcie z nimi i skrapla, w efekcie dając wodę. Dystrybutor ma mieć kranik, pod który wystarczy podstawić butelkę. Po uiszczeniu opłaty dozownik zostanie odblokowany. Napełnienie pół litrowej butelki potrwa kilkadziesiąt sekund.

– Załóżmy, że idziemy ulicą i właśnie skończyła nam się woda w butelce. Co wtedy robimy? Wyrzucamy butelkę czy ponownie ją napełniamy? Z pewnością lepiej jest ją napełnić, ponieważ wyrzucając butelkę, generujemy jedynie odpady. Podczas zakupów możemy skorzystać z automatu, gdzie za drobną opłatą ponownie napełnimy butelkę wodą – mówi Robert Slavec.

Słoweński start-up zakłada, że technologia pomoże nie tylko rozwiązać problem z wodą pitną, lecz także zredukuje liczbę plastikowych butelek. Co roku sprzedaje się ich ok. 440 mld. Do 2021 roku, jak szacuje Euromonitor, ich liczba wzrośnie do ponad 583 mld. Plastikowe odpady to nie tylko problem dla środowiska naturalnego, lecz także dla człowieka. Pod wpływem światła plastik rozpada się na mikrocząsteczki, które trafiają do układu pokarmowego ryb i zwierząt i w ten sposób do człowieka. Plastik może być trujący i powodować nowotwory. Dzięki automatom puste butelki będzie można ponownie napełnić bez generowania odpadów.

– Korzystanie z wody butelkowanej prowadzi do powstawania odpadów plastikowych, których ilość chcemy ograniczyć. Miasta wydają znaczne kwoty na składowanie odpadów z tworzywa sztucznego. Czemu więc nie wprowadzić rozwiązania, które zadowoli zarówno turystów, jak i władze miast – przekonuje ekspert.

Słoweński start-up aktualnie opracowuje prototyp urządzenia. Jego wydajność i pojemność na razie nie jest znana. Początkowo automaty z tak pozyskiwaną wodą mają stanąć w miejscach popularnych wśród turystów w Słowenii. W przyszłości, jeśli rozwiązanie się sprawdzi, podobne urządzenia mogą powstać na całym świecie, nie tylko tam, gdzie jest problem z dostępem do wody pitnej.

– Pracujemy nad otwarciem obiektu w słoweńskich górach, czyli w jedynym miejscu w Słowenii, w którym nie ma dostępu do wody w tradycyjnej postaci. Kolejnym miejscem będzie słoweńskie jezioro Bled. Stanowi ono najpopularniejsze miejsce wśród turystów, dlatego to właśnie tam przeprowadzimy działania pilotażowe – zapowiada Robert Slavec.

Cena napełnienia butelki wodą z automatu będzie zależała od władz miast i terenów, na których automaty będą stać. Zakładana cena ma być jednak niższa od przeciętnej ceny wody butelkowanej.

Armagedon IoT – szanse i zagrożenia Sztucznej Inteligencji

Korzyści z wykorzystania Internetu Rzeczy oraz Sztucznej Inteligencji są równie duże, jak zagrożenia z tym związane. Największą obawę może budzić popełnienie błędu przez człowieka podczas tworzenia samego systemu. Potem taka pomyłka będzie replikowana przez maszynę. Projektowanie rozwiązań musi odbywać się w transparentny, inżynierski i bardzo dokładny sposób – aby błędy te nie były powielane między kolejnymi urządzeniami. Przeniesienie usterki na miliony maszyn nazywa się w branży „Armagedonem IoT”. Może on doprowadzić do wykorzystywania powstałego błędu – celowo lub nieświadomie. Taki wypadek może zagrozić cyberbezpieczeństwu. Największą szansą, jaką dają nowe technologie, jest zwiększenie wolumenu. Obecnie zastosowanie Internetu Rzeczy jest już powszechne.

– Najważniejszą szansą, jaką dają nowe technologie, jest prowadzenie biznesu na większą skalę – szybciej, taniej, lepiej i sprawniej – powiedział serwisowi eNewsroom Aleksander Poniewierski, Partner/ Global IoT Leader w EY – Kiedy ludzie osiągają pewien limit możliwości komunikacyjnych jeśli chodzi o zarządzanie, wprowadzone mogą być rozwiązania z zakresu Internet of Things. Wtedy to urządzenia będą podejmować decyzje i działania za nas. W sytuacji kiedy nie jesteśmy w stanie nadzorować dużej liczby transakcji, może to zrobić Sztuczna Inteligencja, która będzie zarządzała ich milionami. Korzystamy z tej technologii – tak samo jak ze Sztucznej Inteligencji – chociaż często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Zmiany te nastąpiły na przestrzeni kilku ostatnich lat. Kiedyś kupując bilet lotniczy otrzymywało się go w formie papierowej. Dzisiaj wszystkie rezerwacje i bilety są elektroniczne. Ich ceny wyznaczane są właśnie przez AI (ang. Artificial Intelligence). To rozwiązanie, które nikogo już nie dziwi i jest powszechnie wykorzystywane. Na lotnisku wystarczyć okazać dokument tożsamości – dowód lub paszport, a system sam identyfikuje dokąd lecimy. Do tego może jeszcze wysłać wiadomość z przypomnieniem o odprawie. Takich przykładów jest wiele. Dotyczą one logistyki w transporcie, rozwiązań Smart Cities – które dają np. olbrzymie możliwości geolokalizacji w telefonach. Prawdziwe zastosowanie dla przedsiębiorców w Polsce to wdrożenie tej technologii do biznesu operacyjnego własnych firm i stworzenie za jej pomocą nowych produktów i możliwości. To także zapoczątkowanie nowych procesów biznesowych – podsumował Poniewierski.

Na świecie ponad 60 proc. ludzi pracuje zdalnie. W Polsce taką możliwość daje tylko co trzecia firma

Na świecie ponad 60 proc. ludzi pracuje zdalnie. W Polsce taką możliwość daje tylko co trzecia firma 8

Tylko co trzecia firma w Polsce umożliwia pracę zdalną. Dla pracowników, którzy coraz częściej szukają bardziej elastycznych form pracy, praca zdalna może stanowić decydujący czynnik przy wyborze pracodawcy. Praca elastyczna, także zdalna, znajduje się wśród najbardziej pożądanych świadczeń pracowniczych. Ponad 75 proc. osób przyznaje, że gdyby miało taką możliwość – wybrałoby telepracę. Pracodawcy będą musieli pójść w stronę pracy zdalnej, tego wymaga rynek – podkreśla Iwo Szapar z Remote-how.

– Pracownicy mają oczekiwania, aby pracować zdalnie coraz więcej. Obecnie jednak tylko 1/3 firm umożliwia pracę zdalną i to w ograniczonym modelu, ale 75 proc. osób które ma taką możliwość, korzystają z tego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwo Szapar z Remote-how.

Badanie „Rynek pracy zdalnej a oczekiwania pracowników” firmy Kantar TNS przy współpracy z Remote-how wskazuje, że tylko co trzeci Polak (32 proc.) ma możliwość pracy zdalnej. Z danych Hays Poland wynika zaś, że zaledwie 14 proc. firm zachęca do pracy zdalnej wszystkich zatrudnionych. Najczęściej, jeśli pojawia się możliwość telepracy, dotyczy ona tylko niektórych zatrudnionych. Jednocześnie 76 proc. osób deklaruje, że chętnie pracowałoby poza biurem, gdyby tylko pracodawcy dali im taką możliwość.

– Rynek pracy zdalnej jest na bardzo początkowym etapie rozwoju. Jest to zazwyczaj jeden dzień home-office’u, raz na tydzień, czy raz na miesiąc – mówi Szapar.

Z badania wynika, że średnio Polacy, którzy mają możliwość pracy zdalne,j pracują w ten sposób przez 8,5 dnia w ciągu miesiąca. Ponad połowa (52 proc.) wskazuje jednak, że gdyby nie było ograniczeń, pracowałaby poza biurem ponad 20 dni w miesiącu, czyli niemal cały czas.

– Wynika stąd jasno, że potrzeba po stronie pracownika jest, firmy są jeszcze niegotowe, ale będzie się to rozwijać w stronę poszerzania tych możliwości po stronie pracodawców. Muszą iść za tym procesy, edukacja, bo jest to zupełnie inny tryb wykonywania pracy. W końcowym etapie pracownik może być gdziekolwiek, dostarczać to, do czego jest zobligowany, ma jasno wyznaczone cele i nie ma różnicy czy jest w Warszawie czy w Bieszczadach – tłumaczy ekspert.

Zadowolenie z pracy rośnie, jeżeli można pracować zdalnie 90 proc. przy 78 proc. osób, które nie mają takiej możliwości). Elastyczne godziny pracy, niekoniecznie między 9-17, są drugim najczęściej wskazywanym istotnym pozapłacowym benefitem. Dlatego, jak przekonuje przedstawiciel Remote-how, od pracy zdalnej nie ma ucieczki.

– Pracodawcy jeszcze cały czas się boją, jest zdecydowany strach i opór, bo jest to jednak ogromna zmiana. Ale w obliczu problemu ze znalezieniem nowych, dobrych pracowników, praca zdalna pojawia się jako wyjście naprzeciw problemom biznesowym. Z jednej strony odpowiadamy na potrzeby pracowników, z drugiej – rozwiązujemy bolączki ze znalezieniem pracowników – ocenia Szapar.

Praca zdalna, choć w Polsce jeszcze niezbyt popularna, na Zachodzie staje się codziennością. Z badania Grupy IWG wynika, że na świecie już 62 proc. pracowników korzysta z telepracy, a ok. 70 proc. specjalistów czy właścicieli firm pracuje zdalnie przynajmniej raz w tygodniu.

– Dążymy do tego, żeby praca zdalna nie była benefitem, tylko standardem. Prawie 40 proc. osób na rynku pracy w USA w tym roku to będą freelancerzy. To pokazuje ogromną zmianę sposobu jak pracownicy chcą pracować, w jakiej relacji do pracodawcy i to będzie postępować, już się dzieje w Europie Zachodniej, w Polsce też, tylko jeszcze nie na taką skalę – podkreśla Iwo Szapar.

Nowe obowiązki mniejszych przedsiębiorców. Od 1 lipca będą musieli przekazywać JPK na żądanie urzędu skarbowego

Nowe obowiązki mniejszych przedsiębiorców. Od 1 lipca będą musieli przekazywać JPK na żądanie urzędu skarbowego 9

Od początku lipca wchodzą nowe obowiązki dla mikro-, małych i średnich firm związane z kontrolą skarbową. Urzędy skarbowe będą miały prawo zażądać od przedsiębiorcy w dowolnym momencie roku podatkowego przesłania dokumentacji księgowej w formie jednolitego pliku kontrolnego (JPK). Obowiązek obejmuje wszystkich przedsiębiorców bez względu na formę rozliczenia podatkowego. Wyjątkiem są firmy prowadzące dokumentację w formie papierowej. Za nieudostępnienie żądanych danych w tym roku będzie groziła kara porządkowa do 2,8 tys. zł.

– Od 1 lipca 2018 roku zarówno mali, średni, jak i mikroprzedsiębiorcy będą mieć kolejne obowiązki związane z przesyłaniem struktur JPK. Tym razem będzie to obowiązek przesyłania ich na żądanie urzędu skarbowego, czyli nie tak jak obecnie, że przesyłamy JPK VAT co miesiąc – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Sławińska-Rzemek, doradca podatkowy z firmy inFakt.

JPK to elektroniczna forma ksiąg podatkowych i dowodów księgowych, przekazywanych w określonym układzie i formacie, która jest generowana z systemu informatycznego ERP danej firmy. Wszystkie przedsiębiorstwa generują plik według identycznego schematu, co ma usprawnić kontrolę danych finansowo-księgowych. Urząd skarbowy może zażądać przekazania w formie JPK całości lub części ksiąg i dowodów księgowych, np. w toku postępowania podatkowego czy kontroli podatkowej.

To będzie np. struktura JPK KPiR, dotyczy to osób, które prowadzą książkę przychodów i rozchodów. Jeżeli przedsiębiorca prowadzi ewidencję przychodu, ponieważ jest opodatkowany ryczałtem, wtedy składa JPK EWP. W przypadku prowadzenia ksiąg rachunkowych będzie to kolejna struktura, która nazywa się JPK KR. Tutaj każdy z przedsiębiorców składa tylko taką strukturę, w jakiej formie prowadzi księgi podatkowe – mówi Magdalena Sławińska-Rzemek.

Poza strukturami związanymi z dokumentacją podatkową przepisy wprowadzają również nowe struktury: JPK FA, czyli wyciąg z faktur sprzedażowych wystawianych przez podatnika, JPK WB, czyli wyciąg z rachunku bankowego, i JPK MAG, zawierający dane związane ze stanem magazynów.

Nowe obowiązki będą dotyczyć tylko tych przedsiębiorców, którzy prowadzą księgi rachunkowe w formie elektronicznej. Pojawiają się jednak wątpliwości, czy podatnicy, którzy część ksiąg prowadzą w formie papierowej, będą musieli przekazywać dane z nich w formie JPK.

– Do końca nie wiadomo, czy osoba, która prowadzi rejestry VAT-owskie elektronicznie, a faktury wystawia w formie papierowej, ma obowiązek składania JPK FA? Wydawałoby się z jednej strony, że nie, ponieważ faktury są wystawiane papierowo, natomiast z drugiej strony prowadzi ona księgi podatkowe elektronicznie, w związku z tym obowiązek powinien ją obejmować – mówi Magdalena Sławińska-Rzemek. – Co w przypadku, jeżeli przedsiębiorca prowadzi elektronicznie rejestry VAT-owskie, bo ma taki obowiązek, a książkę przychodów i rozchodów w formie papierowej? Uważam, że nie ma on obowiązku składania JPK KPiR, natomiast jest to kwestia, która budzi wątpliwości i obawy mikroprzedsiębiorców.

Żądane dokumenty powinny zostać przekazane w terminie, który wyznacza organ podatkowy, ale nie może być on krótszy niż trzy dni. Przedsiębiorcom, którzy źle zinterpretują przepisy i nie udostępnią JPK, grożą kary porządkowe w wysokości do 2,8 tys. zł (to kwota na 2018 rok). Dlatego zdaniem ekspertów w przypadku wątpliwości przedsiębiorca powinien się otwarcie komunikować z organami podatkowymi.

Jeżeli ktoś uważa, że nie ma obowiązku składania takiej struktury na żądanie organu podatkowego, powinien na to żądanie odpowiedzieć i uzasadnić swoje stanowisko. W mojej opinii w takim przypadku nie powinna zostać na niego nałożona kara, być może zostanie poproszony o przesłanie skanów faktur za dany miesiąc, natomiast nie ma podstaw do tego, żeby podatnika ukarać, ponieważ on nie ignoruje wezwania organu podatkowego, tylko uważa, że nie ma takiego obowiązku – podkreśla Magdalena Sławińska-Rzemek.

Według ekspertów nowe przepisy sprawią najwięcej problemów mikroprzedsięborcom, którzy często korzystają z rozwiązań papierowych.

Nowe obowiązki raportowe mikro-, małych i średnich firm to kolejny etap uszczelniania systemu podatkowego i programu podnoszenia wpływów z VAT.

Ponad 80 proc. palaczy chce wiedzieć o mniej szkodliwych produktach tytoniowych. Zgodnie z prawem nie mogą być o tym informowani

Ponad 80 proc. palaczy chce wiedzieć o mniej szkodliwych produktach tytoniowych. Zgodnie z prawem nie mogą być o tym informowani 10

Po papierosa codziennie sięga 31 proc. Polaków. Rocznie z powodu palenia umiera w Polsce ok. 70 tys. osób. Problem mógłby być mniejszy, gdyby większa była świadomość o zdrowszych alternatywach. Takie produkty jak e-papierosy czy produkty oparte na technologii podgrzewania tytoniu mogą znacznie ograniczyć szkodliwość nałogu. Prawo zabrania jednak sprzedawcom informowania o ofercie sklepu. Polska Izba Handlu chce to zmienić i postuluje zmiany w przepisach.

 Na rynku są dostępne alternatywne produkty w stosunku do wyrobów tytoniowych, np. e-papierosy czy produkty, w których tytoń jest podgrzewany, a nie spalany. Jednak zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem, konsumenci nie mogą w sklepie zdobyć wiedzy o tym, że te produkty znajdują się w ofercie. Oczywiście można taką informację wyszukać w internecie czy wśród znajomych, ale sprzedawca, pomimo że takie produkty w ofercie ma, nie może o nich informować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu.

Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia, co roku na świecie ponad 7 mln ludzi umiera z powodu czynnego i biernego palenia tytoniu. W Polsce regularnie pali 31 proc. osób, a rocznie z powodu chorób odtytoniowych umiera 70 tys. Ich liczba mogłaby być mniejsza, zwłaszcza że na rynku pojawiła się alternatywa dla zwykłych papierosów. W elektronicznych papierosach wdychana mgiełka jest pozbawiona substancji smolistych, tlenku węgla i rakotwórczych nitrozoamin. Z kolei technologia IQOS – podgrzewania tytoniu bez spalania go, wytwarza aerozol, który ma średnio nawet 90 proc. mniej szkodliwych substancji niż dym papierosowy.

 Zgodnie z ustawą o ochronie zdrowia przed następstwami używania wyrobów tytoniowych informacja o wyrobach tytoniowych w punktach sprzedaży nie może być prezentowana, czyli sklep może mieć różnego rodzaju produkty, natomiast nie może o nich komunikować. Dotyczy to również produktów alternatywnych, które zawierają zdecydowanie mniej szkodliwych substancji niż papierosy. Nie mówimy tu o reklamie, która powinna być zakazana, ale o rzetelnej, obiektywnej informacji dotyczącej np. wyników badań naukowych – wskazuje Ptaszyński.

Na taką informację jest jednak zapotrzebowanie. Jak wynika z badania Polskiej Izby Handlu i instytutu badań rynkowych Ibris, zdecydowana większość palaczy (84,5 proc.) chce informacji o mniej szkodliwych produktach niż papierosy. Ponad 90 proc. uważa, że palacze powinni mieć prawo do poznania wyników badań naukowych na temat mniejszej szkodliwości alternatywnych produktów, a 86 proc. podkreśla, że sprzedawca powinien mieć możliwość przekazu informacji o cechach produktów.

 Wiele osób chce rzucić palenie, ale niekoniecznie chce to robić od razu, albo nie jest w stanie. Choćby z tego względu powinny wiedzieć, że są różnego rodzaju produkty, których szkodliwość jest znacznie mniejsza. Powinno być również możliwe, i o to postulujemy, żeby można było informować konsumentów o wynikach badań naukowych, które jednoznacznie wskazują, że produkty alternatywne mają mniejszą szkodliwość. Niestety, ustawa o ochronie zdrowia przed następstwami używania wyrobów tytoniowych, która implementuje dyrektywę tytoniową, na to nie pozwala – podkreśla Ptaszyński.

Polska Izba Handlowa skierowała pismo do ministra zdrowia z apelem o zmiany w prawie w ramach konsultacji społecznych w sprawie nowelizacji ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami palenia. Postuluje wprowadzenie ulotek, na których znalazłyby się wszystkie informacje o produktach i ich wpływie na zdrowie.

To kwestia umożliwienia sklepom i punktom handlowym przedstawiania informacji o tym, co mają w ofercie, ale nie chodzi w żaden sposób o zachęcanie do zakupu. W poprzedniej wersji ustawy występował zapis o informowaniu o ofercie wyrobów tytoniowych w sposób niezachęcający do sprzedaży. Do tego chcielibyśmy powrócić. Możliwości informowania jest dużo w sensie technicznym i organizacyjnym, problem polega jedynie na tym, że nie jest to dopuszczone przez prawo – podkreśla Maciej Ptaszyński.

Prawo do informacji o produktach mniej szkodliwych niż papierosy obowiązuje w wielu krajach, które prowadzą regularną wojnę z papierosami. Pierwsze skrzypce wiodą tu m.in. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, w której resort zdrowia zachęca palaczy do wyboru mniej szkodliwych alternatyw. Podobna droga idą również Czechy, Włochy, Portugalia, Austria czy Japonia.

Firmy szukają sposobów na przyciągniecie i zatrzymanie pracowników. Jednak niewiele z nich ma opracowaną strategię w tym zakresie

Firmy szukają sposobów na przyciągniecie i zatrzymanie pracowników. Jednak niewiele z nich ma opracowaną strategię w tym zakresie 11

Rekordowo niskie bezrobocie sprawia, że firmy muszą się bardziej koncentrować na komunikacji z pracownikami i kandydatami do pracy. Employer branding, który umożliwia firmie pozycjonowane się jako atrakcyjny pracodawca, pomaga zahamować rotację pracowników i pozyskać fachowców na bardzo konkurencyjnym rynku pracy, a także ograniczyć koszty procesów rekrutacyjnych. Jednak pracodawcy powinni pamiętać o tym, że dla kandydatów coraz częściej liczą się nie tylko benefity czy wynagrodzenie, lecz także wartości, wpływ na organizacje i możliwości rozwoju.

– Pracodawcy, którzy mają coraz większe trudności w ściąganiu kandydatów do pracy, próbują dotrzeć do nich poprzez działania employer brandingowe. One mają na celu pokazanie atrakcyjnych stron działalności firmy i tego, jakim jest pracodawcą, a przy okazji – naprawienie tego, co wymaga naprawy w ramach organizacji. Na employer brandingu wszyscy wygrywają: kandydaci – bo pracodawcy o nich zabiegają, pracownicy – bo pracodawcy chcą, żeby pracowali długoterminowo, i właściciele firm – bo dzięki temu zyskują zaangażowany zespół, a za tym idą konkretne pieniądze dla firmy – mówi agencji Newseria Biznes Anna Macnar, prezes HRM Institute.

Zdecydowana większość, bo aż 86 proc. polskich pracodawców uważa, że dzięki strategii employer brandingowi łatwiej jest przyciągnąć kandydatów do firmy – wynika z ostatniego raportu „Employer Branding w Polsce 2017”, przeprowadzonego przez HRM Institute. Mimo to w ubiegłym roku tylko 14 proc. pracodawców miało jasno sprecyzowaną strategię employer brandingową, a 32 proc. było w trakcie jej opracowywania.

– Employer branding jest czymś, co wszyscy powinni mieć. Zarówno małe, jak i duże firmy powinny zadbać o to, żeby być atrakcyjnym prawodawcą –podkreśla Anna Macnar.

Działania, które umożliwiają firmie pozycjonowanie się jako atrakcyjny pracodawca i zaprezentowanie swoich atutów, są szczególnie ważne teraz, kiedy na rynku pracy od miesięcy utrzymuje się historycznie niskie bezrobocie, a brak kadr i specjalistów zaczyna hamować rozwój przedsiębiorstw. Z wrześniowego raportu „International Business Report” Grand Thornton wynika, że już 60 proc. dużych i średnich firm w Polsce ma problemy ze znalezieniem odpowiednio wykwalifikowanych pracowników.

Prezes HRM Institute podkreśla też fakt, że jednym z czynników najsilniej wypływających na employer branding jest demografia. Z powodu niżu demograficznego i starzenia się społeczeństwa pracodawcy powinni się liczyć z tym, że coraz trudniej będzie im pozyskiwać pracowników.

 Jak dodamy fakt, że ci, którzy urodzili się w Polsce, niekoniecznie będą chcieli tu pracować i mieszkać, to wyzwanie jest całkiem spore. Drugim trendem, który jest coraz bardziej widoczny w dziedzinie employer brandingu, jest wykorzystanie technologii, czyli sposobu komunikowania się z kandydatem. Chodzi zarówno o zrobienie dobrych materiałów online typu strona internetowa, dobre ogłoszenie o pracę, a także dialog dwustronny, czyli social media, w których można porozmawiać z pracodawcą na co dzień – mówi Anna Macnar.

Kolejny trend wiąże się ze zmianami kulturowymi. Kandydaci coraz bardziej chcą pracować dla pracodawcy, który jest atrakcyjny nie tylko pod względem benefitów i wynagrodzenia, lecz także pod względem kulturowym. Chcą mieć poczucie, że mają spójne wartości z pracodawcą, realny wpływ na to, co dzieje się w organizacji i mogą się rozwijać.

– Pracownicy to kluczowi interesariusze. Wierzymy, że rozwój jest ważny, dlatego dbamy o pogłębianie ich kompetencji zarówno zawodowych, jak i osobistych. Wychodząc naprzeciw nowym technologiom, stawiamy również na edukację naszych pracowników w tym obszarze. To ważne, ponieważ rozwój kompetencji pracowników przyczynia się do rozwoju organizacji, a tym samym do realizacji jej kluczowych kierunków strategicznych – mówi Anna Dudzińska, dyrektor ds. personalnych w VELUX Polska.

VELUX Polska – największy w kraju producent i eksporter okien – rokrocznie potrzebuje więcej pracowników (w 2017 roku grupa zatrudniła w sumie 500 nowych pracowników, co stanowiło 12-proc. wzrost rdr.), dlatego prowadzi długofalową politykę employer brandingową. W ramach firmy działa fundacja pracownicza, która pomaga w ciężkich wypadkach losowych, finansuje kosztowne leczenie i edukację dzieci pracowników. Firma VELUX prowadzi też autorski program szkoleniowo-rozwojowy Level Up, który umożliwia rozwijanie pracownikom swoich kompetencji i nabywanie nowych.

 Koncepcja programu składa się z trzech sekcji. Dotyczy rozwoju takich kompetencji jak współpraca, interakcja, wiedza z zakresu zarządzania projektami czy konstruktywnego udzielania feedbacku. Drugi obszar jest związany z umiejętnościami posługiwania się narzędziami i programami IT oraz znajomością procesów i produktów. Trzeci dotyczy nas samych, czyli są to spotkania dotyczące profilaktyki zdrowotnej, która również jest bardzo ważna. Unikatowość programu polega na tym, że oferujemy krótkie, dwugodzinne szkolenia w różnych terminach, w związku z tym każdy z naszych pracowników może w dowolnym, najbardziej mu odpowiadającym czasie uczestniczyć w wybranym warsztacie – wyjaśnia Anna Dudzińska.

Program szkoleniowo-rozwojowy Level Up został w ubiegłym tygodniu nagrodzony w konkursie Employer Branding Excellence Awards 2018. Otrzymał główną statuetkę w kategorii Wewnętrzna Kampania Wizerunkowa.

– Korzyści z programów rozwojowych to przede wszystkim wzrost zaangażowania i motywacji pracowników. Pracownicy nieustannie mogą podnosić swoje kompetencje w różnych obszarach, również w obszarach nowoczesnych technologii, przez to cały czas nasza organizacja się rozwija zgodnie z trendami, które istnieją na rynku – podsumowuje dyrektor ds. personalnych w VELUX Polska.

Paliwa alternatywne to przyszłość światowego transportu. Inwestuje w nie coraz więcej firm

Paliwa alternatywne to przyszłość światowego transportu. Inwestuje w nie coraz więcej firm 12

Zbliża się nowa era zasilania w transporcie. Benzynę i diesla już dzisiaj wypierają biopaliwa, gaz, energia elektryczna oraz wodór. Poszukiwanie nowych rozwiązań technologicznych to jeden z celów konkursu Shell Eco-marathon skierowanego do młodych inżynierów z całego świata. Ich zadaniem jest opracowanie pojazdu jak najbardziej wydajnego energetycznie. W tegorocznym finale, który odbędzie się w Londynie, weźmie udział aż siedem drużyn z Polski.

Świat stoi przed poważnymi wyzwaniami energetycznymi. Z danych marki Shell wynika, że do 2040 roku światowe zapotrzebowanie na energię wzrośnie o ponad 30 proc. Za jedną trzecią tego zapotrzebowania odpowiada transport, tymczasem w ciągu trzydziestu kolejnych lat liczba samochodów poruszających się po drogach ma się podwoić i osiągnąć poziom dwóch miliardów. Poważnym wyzwaniem jest redukcja emisji dwutlenku węgla do atmosfery i poprawa jakości powietrza, do czego niezbędne jest m.in zwiększenie roli paliw alternatywnych w stosunku do benzyny i oleju napędowego.

– Dzisiaj dominują dwa paliwa, benzyna i diesel, aczkolwiek widzimy, że od kilku lat liczba samochodów napędzanych dieslem maleje. Równolegle widzimy wzrost różnorodności napędów, po drogach jeździ coraz więcej aut hybrydowych, napędzanych energią elektryczną, biopaliwami. W niedalekiej przyszłości będziemy widzieli auta zasilane na gaz, m.in. skroplony gaz ziemny, sprężony gaz ziemny, wodór, a także LPG – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Molenda, dyrektor działu stacji paliw i rozwoju sieci detalicznej w Shell Polska.

Marka Shell już teraz wdraża nowe sposoby zasilania w transporcie. Połowa globalnych przychodów koncernu pochodzi z gazu. Stacje tego typu istnieją w Holandii, Wielkiej Brytanii, a od niedawna także w Belgii. Do 2025 roku 20 proc. biznesu paliwowego marki Shell ma bazować na paliwach niskoemisyjnych takich jak gaz, biopaliwa, energia elektryczna oraz wodór. Obecnie koncern dysponuje kilkunastoma stacjami na wodór w Niemczech, w planach ma udział w budowie, wspólnie z innymi podmiotami, sieci czterystu tego typu placówek. Rozważa również rozwój paliw alternatywnych na polskim rynku.

– Zaczęliśmy współpracę z Ionity. To operator sieci punktów ładowania samochodów elektrycznych o wysokiej mocy. Współpraca będzie obejmowała dziesięć krajów, w tym również Polskę. W pierwszym etapie powstanie pięćset punktów ładowania na osiemdziesięciu stacjach wzdłuż głównych korytarzy transportowych w całej Europie, w tym w naszym kraju – mówi Rafał Molenda.

Marka widzi ponadto duże możliwości inwestowania w Polsce w skroplony gaz ziemny dla transportu. Ten kierunek rozwoju wynika z postępującego zanieczyszczenia polskich miast, wzrostu gospodarczego oraz zwiększającej się świadomości społeczeństwa w zakresie ochrony środowiska. Duże znaczenie ma również fakt, że Polska należy do liderów na polu flot samochodów ciężarowych i transportu samochodowego.

W przybliżaniu nowej ery zasilania w transporcie mają pomagać takie inicjatywy jak Shell Eco-marathon.

– To platforma, w której umożliwiamy wymianę poglądów i innowacji między studentami i uczniami szkół średnich, gdzie tworzymy wspólnie przyszłość energetyczną, a także poszukujemy nowych rozwiązań dla technologii – mówi Rafał Molenda.

Shell Eco-marathon to konkurs, którego celem jest wspieranie młodych inżynierów w ich odkryciach w zakresie technologii i motoryzacji. Pierwsze oficjalne zawody miały miejsce w 1985 roku, jednak początki konkursu sięgają 1939 roku, gdy pracownicy Shell Oil Company w USA zawarli zakład, chcąc się przekonać, który z nich przejedzie najdłuższy dystans przy określonej ilości paliwa. Najlepszy wynik wyniósł wówczas 21 km, obecny rekord należy natomiast do francuskiego zespołu Microjoule-La Joliverie, który w 2010 roku przejechał 3771 km na litrze paliwa.

– Konkurs podzielony jest na dwie kategorie: Prototype i UrbanConcept. Idea polega na tym, że dążymy do maksymalnej efektywności energetycznej, tworzymy nowe rozwiązania dla technologii, a także stawiamy na innowacje – mówi Rafał Molenda.

W kategorii UrbanConcept mogą brać udział auta przystosowane do poruszania się po mieście. Prototype natomiast to kategoria przeznaczona dla pojazdów o aerodynamicznej formie i niskiej masie, których celem jest osiągnięcie maksymalnej wydajności. W tym roku w konkursie wezmą udział sto czterdzieści trzy drużyny z całego świata, w tym siedem z Polski. Dla drużyny ROTOR z Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Krośnie będzie to trzeci start w tej imprezie – w ubiegłym roku zajęła ona trzydzieste miejsce w kategorii prototypów.

– Chcemy poprawić nasz wynik, który wynosi 306 km na jednym litrze paliwa, startujemy na etanolu w kategorii Prototype. Zmieniliśmy praktycznie cały silnik, jednostkę sterującą, układ napędowy, zastosowaliśmy ceramiczne łożyska w kołach, chcemy poprawić nasz zeszłoroczny wynik – mówi Michał Domek, członek zespołu Rotor z Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Krośnie.

Zespół SKAP2 z Politechniki Warszawskiej jest weteranem konkursu Shell Eco-marathon, bierze w nim bowiem udział od 2011 roku. Dwa lata temu ich bolid o nazwie PAKS zajął drugie miejsce w kategorii UrbanConcept, na jednym litrze paliwa pokonując 257 km. Tym razem warszawscy studenci wystartują z nową, ultranowoczesną konstrukcją samonośną z włókna węglowego i silnikiem o podniesionym stopniu sprężania.

– Przede wszystkim kluczem jest struktura. W tej chwili mamy strukturę samonośną, węglową, którą budowaliśmy od zera. Dzięki kompleksowej budowie jesteśmy w stanie znacząco ograniczyć masę i kompatybilność pojazdu – mówi Janusz Popławski, kierownik drużyny SKAP2 z Politechniki Warszawskiej.

Finał Shell Eco-marathon odbywa się w trzech różnych lokalizacjach. W USA finaliści rywalizowali w tym roku w kalifornijskim mieście Sonoma, młodzi inżynierowie z Azji rywalizowali natomiast w Singapurze. Europejski finał będzie miał miejsce w Londynie podczas festiwalu „Make the Future Live”. Polskie drużyny liczą na dobry wynik, choć nie ukrywają, że rywalizacja będzie zacięta. Podkreślają też, że stworzenie auta spełniającego wszystkie kryteria nie jest łatwe – najmniejsze niedociągnięcie ma bowiem ogromny wpływ na efekt końcowy.

– Pojazd musi mieć jak najmniejsze opory toczenia, aerodynamiczny kształt, jak najmniejszy współczynnik oporów powietrza. Układ paliwowy, napędowy, kierowniczy muszą być jak najbardziej precyzyjnie wykonane. Również kierowca musi spełniać odpowiednie wymagania, musi ważyć minimum 50 kg i być jak najmniejszy, aby pojazd również mógł być jak najmniejszych gabarytów – mówi Anna Sałata z zespołu Iron Warriors z Politechniki Łódzkiej.

Dodatkową atrakcją Shell Eco-marathon jest konkurs Driver’s World Championship, który również odbędzie się w Londynie. W jego ramach zwycięskie drużyny z trzech kontynentów będą uczestniczyć w wyścigu, który wyłoni najbardziej efektywnego kierowcę na świecie.

W 2021 roku tempo wzrostu polskiej gospodarki może spaść poniżej 3 proc. Największymi zagrożeniami są problemy rynku pracy i pogorszenie koniunktury w strefie euro

W 2021 roku tempo wzrostu polskiej gospodarki może spaść poniżej 3 proc. Największymi zagrożeniami są problemy rynku pracy i pogorszenie koniunktury w strefie euro 13

Spadek tempa wzrostu gospodarczego, pogorszenie w finansach publicznych i powrót do stagnacji w inwestycjach – taki scenariusz prognozują eksperci Europejskiego Kongresu Finansowego dla polskiej gospodarki do 2021 roku. Wśród głównych zagrożeń wymieniają pogorszenie koniunktury u głównych partnerów handlowych, przede wszystkim w strefie euro, oraz brak rąk do pracy, który zaczyna hamować rozwój przedsiębiorstw. W ocenie ekspertów rząd powinien postawić m.in. na aktywizację zawodową młodych i poprawę polityki migracyjnej. 

Europejski Kongres Finansowy zapoczątkował w tym roku sporządzanie ekspertyz makroekonomicznych i prognoz dla Polski, które będą publikowane cyklicznie w czerwcu i grudniu. Ich autorami są eksperci EKF: makroekonomiści, eksperci czołowych banków, instytucji finansowych i renomowanych firm konsultingowych oraz przedstawiciele środowiska akademickiego. Zgodnie z ich przewidywaniami w najbliższych trzech latach należy się spodziewać spowolnienia wzrostu gospodarczego. Tempo wzrostu PKB w Polsce ma obniżyć się z 4,5 proc. w bieżącym roku do poniżej 3 proc. w 2021 roku.

– Rozbieżności pomiędzy prognozami rządu a ekspertów Europejskiego Kongresu Finansowego dotyczą m.in. ścieżki inwestycji. O ile w tym roku ma nastąpić odbicie inwestycji, a tempo wzrostu ma przekroczyć 8 proc., o tyle w kolejnych latach ta dynamika będzie się znacząco obniżać. Największe różnice dotyczą jednak wyników sektora finansów publicznych. Zgodnie z prognozami ekspertów EKF ten rok ma być przyzwoity, ale w kolejnych należy się spodziewać istotnego pogorszenia. Deficyt będzie rosnąć, choć pozostanie poniżej 3 proc. PKB – mówi agencji informacyjnej informacyjnej Newseria Biznes Marek Rozkrut, partner i główny ekonomista firmy doradczej EY.

Spożycie indywidualne, czyli konsumpcja prywatna, pozostanie istotnym czynnikiem wzrostu PKB, czemu sprzyjać będzie niskie bezrobocie (poniżej 4 proc.) i szybko rosnące płace (6–7 proc. rocznie). Większość ekonomistów jest jednak zgodna, że nie należy się spodziewać utrzymania wzrostu konsumpcji na obecnym poziomie i w 2021 roku prawdopodobnie spadnie ona do około 3 proc. Eksperci wieszczą również spadek tempa wzrostu inwestycji (które po okresie stagnacji powinny w tym roku urosnąć o 8 proc.) i podkreślają konieczność zdecydowanych działań, które zwiększą atrakcyjność inwestycyjną polskiego rynku dla prywatnego kapitału.

– Wśród największych zewnętrznych zagrożeń dla wzrostu gospodarczego istotne jest pogorszenie koniunktury gospodarczej u naszych głównych partnerów handlowych, przede wszystkim w strefie euro. Eksport i sukcesy polskich przedsiębiorców na arenie międzynarodowej stanowiły kluczowy czynnik wzrostu naszej gospodarki. Tak powinno pozostać w kolejnych latach, jeżeli chcemy utrzymać szybki wzrost – mówi Marek Rozkrut.

W ocenie ekspertów wewnętrznym zagrożeniem dla tempa wzrostu PKB jest głównie sytuacja na rynku pracy i niska podaż wykwalifikowanych pracowników, która hamuje rozwój przedsiębiorstw. Jest to związane zarówno z sytuacją demograficzną, jak i niedoskonałą polityką migracyjną. Napływ pracowników ze Wschodu, w szczególności z Ukrainy, jest niewystarczający, aby zapełnić lukę na rynku pracy. Z kolei szybki wzrost kosztów pracy może istotnie ograniczyć konkurencyjność polskich przedsiębiorstw i eksport.

W odniesieniu do rynku pracy eksperci postulują reformę systemu emerytalnego, która powinna skutkować dłuższą aktywnością zawodową i odpowiednią polityką migracyjną, żeby zapełnić luki na rynku pracy. Choć w przyszłości robotyzacja czy inteligentna automatyzacja będą kompensować niedobór wykwalifikowanych pracowników, to jednak na dziś te procesy automatyzacji dotyczą czynności standardowych, powtarzalnych, podczas gdy wykwalifikowani pracownicy nadal są i będą potrzebni.

 Eksperci wskazują też konieczność aktywizacji zawodowej tych rezerw, które wciąż są w polskiej gospodarce, przede wszystkim wśród osób młodych i kobiet w wieku przedemerytalnym, które powinny w większym stopniu wchodzić na rynek pracy. Dziś często pozostają bierne zawodowo. Można zmienić to m.in. poprzez system zachęt, reformę systemu ubezpieczeń społecznych i systemu podatkowego czy rozwiązania sprzyjające pracy na część etatu –wskazuje Marek Rozkrut.

Wśród innych zagrożeń eksperci wskazywali także ryzyko narastania nierównowag w finansach publicznych.

 Podkreślana jest potrzeba zmniejszenia deficytu finansów publicznych – mówi główny ekonomista EY. – Mówimy o obniżeniu deficytu, obniżeniu zadłużenia, a także tej części zadłużenia, która związana jest ze zobowiązaniami wobec zagranicznych inwestorów. To mogłoby skutkować poprawą wiarygodności kredytowej Polski i różnych instytucji, w tym polskich banków, które również miałyby dostęp do kapitału zagranicznego na bardziej atrakcyjnych warunkach.

Firma doradcza EY od kilku lat bada również to, jak największe polskie banki i ich prezesi widzą wyzwania i możliwości stojące przed kierowanymi przez nich instytucjami. W tym roku sektor bankowy wskazuje jednoznacznie, że największym wyzwaniem jest relatywnie niska rentowność banków w stosunku do kapitału zainwestowanego przez inwestorów.

 To niesłychanie istotna kwestia, ponieważ kiedy banki przestają być atrakcyjne dla inwestorów, część z nich wycofuje się z dalszego inwestowania w Polsce. Taką strategię niewątpliwie przyjęło już kilka dużych grup. Dla innych jest to z kolei szansa, ponieważ w ten sposób przejmują mniejsze banki, wierząc, że długoterminowo sektor bankowy jest atrakcyjnym miejscem do zainwestowania w Polsce kapitału. Wiąże się to ze zwiększoną konsolidacją sektora, która postępuje – mówi Iwona Kozera, partner EY, Lider Doradztwa Biznesowego dla sektora finansowego w Europie Centralnej i Południowo-Wschodniej.

Jak ocenia, polski system bankowy jest w bardzo dobrej, stabilnej sytuacji. Od czasu poprzedniego kryzysu finansowego zmieniła się jednak odporność zarówno polskiej gospodarki, jak i systemu bankowego na potencjalne szoki z zewnątrz. W sytuacji pogorszenia koniunktury w strefie euro Polska również odczułaby spowolnienie.

– Polski sektor bankowy jest bardzo bezpiecznym systemem i nadal będzie stabilny. Natomiast jego zdolność do wspomagania gospodarki, dostarczania kredytów, możliwości rozwoju gospodarki w trudniejszych czasach jest czymś, o co musimy zadbać – podkreśla Iwona Kozera.

Jak dobrać terminal do potrzeb naszej firmy?

Jak reagujecie na zakupach, gdy okazuje się, że płatność kartą jest niemożliwa? Zapewne jest to zmieszanie połączone z zażenowaniem. No właśnie – dziś absolutnie każda firma, nie zależnie od tego, jakie produkty sprzedaje, musi zaopatrzyć się w terminal płatniczy, umożliwiający płacenie bez gotówki. Jak jednak dostosować nasze potrzeby do tego, w co naprawdę należy zainwestować, aby prowadzenie sprzedaży było proste jak jeszcze nigdy?

Cechy fizyczne terminala

Na samym początku warto zdać sobie sprawę z tego, że to, na co się ostatecznie zdecydujemy, zależy nie tyle, co od samej ceny, jak i tego, co naprawdę potrzebujemy w codziennym funkcjonowaniu. Nie musimy zwracać uwagi na technologie, gdyż dziś praktycznie każde urządzenie umożliwia płatności nie tylko przez zbliżenie karty, ale także płatność smartfonem czy kodami BLIK. Problem zaczyna się przy decyzji na temat tego, czy terminal będzie stacjonarny, czy mobilny. Te pierwsze są podłączane za pomocą kabla do sieci internetowej lub telefonicznej, natomiast drugie korzystają z Internetu mobilnego lub sieci Wi-Fi. Ich zalety są różne: stacjonarne modele dają pewność, że będą działać pewniej, jednak bezprzewodowe modele są lekkie poręczne i działają świetnie przy pracy na przykład kelnerów.

Więcej o doborze terminalu płatniczego przeczytasz na stronie https://mojanowoczesnafirma.pl/jaki-terminal-platniczy-wybrac-dla-biznesu/

Nie tylko terminal

Innym równie ważnym elementem naszego zakupu są urządzenia towarzyszące. Pierwszym z nich jest drukarka paragonów wbudowana w sam terminal. Takie zintegrowanie z samym terminalem jest bardzo praktyczne, gdyż unikniemy w ten sposób niepotrzebnego odchodzenia od Klienta, aby zabrać paragon. Dodatkowo możemy także zaopatrzyć się w klawiaturę PinPad, będącą drobnym urządzeniem z przyciskami i czytnikiem, dających naszemu Klientowi możliwość zapłaty w maksymalnie prosty sposób. To jednak kwestia czysto kosmetyczna: niektórzy wolą podać przy zapłacie małą klawiaturę zamiast całego terminala. Ostatnią kwestią będzie sam wyświetlacz. Zadajmy sobie pytanie, czy powinien być on czarnobiały, czy może kolorowy? A może zainwestujemy w model dotykowy? Każdy z wyborów ma swoje plusy i minusy!

Podsumowanie

Jak widać, wybór terminala dla nas, to naprawdę nie taka oczywista sprawa. Musimy wziąć pod uwagę naprawdę dużą ilość czynników, które bezpośrednio wpłyną nie tyle, ile na cenę, ale także na funkcjonalność naszego urządzenia. Jednak warto przyłożyć sporą uwagę do tej decyzji, gdyż zmieni ona to, jak nasi Klienci będą postrzegać naszą firmę!

CR7 czy 5R? Jak stworzyć efektywny zespół?

Mimo że na pierwszy rzut oka sport może znacznie różnić się od biznesu, to obydwie branże istotnie się przenikają. To biznes szczególnie czerpie dobre wzorce ze sportu. I w jednej, i w drugiej dziedzinie wpływ na ostateczny sukces może mieć praca pojedynczych jednostek, jak i całego zespołu. W obliczu trwającego święta futbolu zasadne rodzi się zatem pytanie, czy o ostatecznym triumfie decydować będą indywidualności pokroju Cristiano Ronaldo czy jednak kolektyw?

Brak wspólnych celów w firmach

Firmy są podzielone najczęściej na kilka działów, wśród których najłatwiej wymienić można handlowy, operacyjny, marketingu, finansów czy HR. Najczęstszym wyzwaniem dla nich jest to, że nie posiadają określonych wspólnych celów. Jeszcze większym problemem jest brak zgodności również na poziomie zarządu. Nasze doświadczenie wyniesione z pracy z Łukaszem Kruczkiem pokazuje, że sportowcy, którzy chcą osiągnąć sukces muszą charakteryzować się motywacją bliską 100 proc. Jest to spowodowane tym, że wiedzą, jaką mają rolę i o jaki cel walczą – mówi Radosław Drzewiecki, założyciel Leanpassion.

Pozytywne wzorce zaczerpnięte ze sportu pokazują, że drużyna – a zarazem biznes – mogą funkcjonować w optymalny sposób, gdy każdy zawodnik tudzież pracownik posiada określoną rolę i sprecyzowany cel. W celu stworzenia skutecznego i zmotywowanego zespołu przydatne może być narzędzie 5R – Efektywne zespoły. Najczęściej przyjmuje one formę jednostronicowego plakatu, stworzonego przez sam zespół, zawierającego 5 następujących elementów:

Jak stworzyć efektywny zespół?

1R – KIERUNEK (RETNING po duńsku). W pierwszej kolejności zespół definiuje cele, które powinien osiągać, by wspierać strategię całej firmy  (cele zespołowe)

2R – RAMY. Następnie tworzone są ramy, w których powinien pracować cały zespół (linie boiska)

3R – ROLE. To indywidualne role, każdego członka zespołu, żeby móc realizować cele wspólne (rola na boisku)

4R – REGUŁY. To twarde zasady postępowania, zapewniające konsekwencje w działaniu (zasady gry)

5R – RELACJE. To zachowania na co dzień, które budują atmosferę w zespole (zasady współpracy)

Punktem kulminacyjnym w procesie tworzenia 5R jest podpisanie plakatu przez wszystkich członków zespołu i powieszenie go w miejscu pracy. Celem stosowania narzędzia 5R jest stworzenie świadomego, zaangażowanego i efektywnego zespołu. Przenosząc je na grunt piłkarski, drużyny nie mogą funkcjonować, gdy nie będą grały zespołowo. Indywidualności mogą mieć wpływ i napędzać grę drużyny, jednak za ostateczne zwycięstwo w rezultacie zawsze odpowiedzialny będzie zespół. CR7 nie strzelałby tylu goli i nie wygrywał takiej liczby spotkań bez skutecznych asyst i pewnej gry obronnej swoich kolegów ­­– dodaje Radosław Drzewiecki.

Łódź sięga po pół miliona mkw. biur

Od trzech lat łódzki rynek biurowy rośnie trzy razy szybciej niż wcześniej. Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w mieście osiągną niedługo poziom 500 tys. mkw.

W ostatnich latach w Łodzi oddawana jest rekordowa ilość powierzchni biurowej, którą szybko wchłania rynek. A jeszcze w 2014 roku roczny przyrost podaży w aglomeracji utrzymywał się na trzykrotnie niższym poziomie niż obecnie. W ciągu minionych pięciu lat, jak obliczają specjaliści z Walter Herz, zasoby powierzchni biurowej w mieście zwiększyły się o około 45 proc., a od 2010 roku oferta biurowa wzrosła dwukrotnie.

Łódź plasuje się na szóstym miejscu w Polsce pod względem dostępnej powierzchni biurowej, ale dzięki intensywnemu rozwojowi tego segmentu, w krótkim czasie ma szansę wyprzedzić Poznań i Katowice. W ubiegłym roku łódzki rynek biurowy wzbogacił się o rekordowe 74 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni, dzięki oddaniu do użytku m.in. takich inwestycji jak Przystanek mBank, Nowa Fabryczna A i B, czy Symetris Business Park II.

Trwa rozbudowa biurowej Łodzi

Na koniec 2017 roku całkowite zasoby biurowe w Łodzi sięgały blisko 440 tys. mkw. powierzchni. Eksperci Walter Herz szacują, że do końca tego roku rynek biurowy w mieście wzrośnie o kolejne 45 tys. mkw. powierzchni, a w następnych latach oczekują znacznie szybszego przyrostu nowej podaży. W bieżącym roku najwięcej powierzchni (ponad 28 tys. mkw.) dostarczyć ma kompleks Ogrodowa Office.

Według danych Walter Herz, w Łodzi w budowie jest obecnie ponad 124 tys. mkw. powierzchni biurowej, z której większość ma zostać oddana w 2020 roku. Największą ilość nowych biur przyniesie m.in. inwestycja Brama Miasta (ponad 38 tys. mkw.) i projekt Monopolis (30 tys. mkw. powierzchni użytkowej), bazujący na rewitalizacji zabudowań dawnych zakładów Monopolu Wódczanego.

W mieście kształtują się huby biurowe

Rosnąca dojrzałość łódzkiego rynku przynosi coraz wyraźniej krystalizujące się na terenie miasta huby biurowe. Największa część inwestycji biurowych przypada na Centralną Oś Łodzi, która skupiona jest w okolicy OFF Piotrkowskiej i na linii od alei Kościuszki do skrzyżowania Piłsudskiego z aleją Śmigłego-Rydza. Popularność tego rejonu, w którym ulokowana jest około jedna czwarta łódzkich biur, wiąże się z jego centralnym położeniem i świetnymi warunkami komunikacyjnymi.

Jak szacują specjaliści Walter Herz, do końca 2020 roku centralna oś biznesowa miasta może zwiększyć swój potencjał nawet o ponad 100 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Na tym obszarze w budowie są aktualnie takie inwestycje jak: Imagine A&B, Hi Piotrkowska i OFF Piotrkowska Center oraz Textorial Park II i Monopolis.

Nowe centrum kulturalno-biznesowe Łodzi

Interesujący obszar biznesowy tworzy się też w strefie Nowego Centrum Łodzi w sąsiedztwie Dworca Łódź Fabryczna, w kwadracie ulic Narutowicza, Kopcińskiego, Tuwima i Piotrkowskiej, gdzie 100 ha teren objęty jest intensywnym procesem rewitalizacyjnym. Obecnie oferuje ponad 40 tys. mkw. powierzchni biurowej, głównie w dwóch nowoczesnych inwestycjach, które tam powstały – Nowej Fabrycznej i Przystanku mBank. W realizacji na tym obszarze jest Brama Miasta i zapowiadany start budowy Centrum Biurowego Fabryczna.

Jeśli jednak rozbudowa tej części miasta przebiegnie planowo, w ciągu najbliższych kilku lat, jak szacuje Walter Herz, NCŁ może się wzbogacić o około 150 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej. Kilka wiodących firm deweloperskich zakupiło tam działki i zapowiedziało już budowę swoich projektów.

Koncepcja rewitalizacji tego terenu wiązała się ze staraniami Łodzi o organizację wystawy Expo w 2022 roku, która odbędzie się jednak w Buenos Aires, ale Nowe Centrum Łodzi zyskało dzięki temu nowoczesny dworzec Łódź Fabryczna. Zmodernizowane zostały również budynki dawnej Elektrowni Łódzkiej przy ulicy Targowej, gdzie mieści się teraz EC1 Łódź – Miasto Kultury.

Szerokie plany rewitalizacyjne

Realizacja projektu rewitalizacji obszarowej miasta finansowana jest w połowie ze środków unijnych. Plan rewitalizacji, sięgający 2030 roku zakłada zmianę funkcji terenów poprzemysłowych i kolejowych, stworzenie ciągu przestrzeni publicznych oraz twórcze wykorzystanie zabytkowej tkanki urbanistycznej, w tym zabudowy z przełomu XIX i XX wieku. Łączny budżet dla rozbudowy terenu NCŁ szacowany jest na blisko 3 mld złotych.

Mateusz Strzelecki, Partner w firmie Walter Herz przyznaje, że Łódź konsekwentnie wykorzystuje swój niezwykły potencjał, w tym unikalną, historyczną zabudowę o charakterze industrialnym. Zdaniem eksperta, łódzki rynek biurowy wyróżnia na tle innych miast przede wszystkim duża ilość inwestycji o charakterze rewitalizacyjnym.

– To właśnie dzięki udanemu połączeniu nowoczesnych obiektów z modernizowanymi zabudowaniami poprzemysłowymi oraz odrestaurowywanymi, zabytkowymi pałacami i kamienicami Łódź staje się coraz bardziej konkurencyjna w porównaniu z innymi miastami. Jednocześnie jest jednym z najbardziej zachęcających rynków biurowych pod względem wysokości stawek czynszowych za wynajem biur, które kształtują się na średnim poziomie 12 – 13 euro / mkw./ m-c. O dużej atrakcyjności aglomeracji dla biznesu świadczyć może choćby relatywnie niski poziom niewynajętej powierzchni biurowej w porównaniu z innymi, krajowymi rynkami – zauważa Mateusz Strzelecki.

Z danych Walter Herz wynika, że popyt na łódzkie biura w minionym roku, podobnie jak w dwóch poprzednich latach, kształtował się na poziomie około 60 tys. mkw. powierzchni. Głównym najemcą powierzchni biurowej są firmy z branży BPO/SSC/IT. W 2017 roku udział tego sektora w popycie osiągnął poziom 80 proc.

Nowe miejsca pracy

W 2017 roku firmy z tej branży działające na terenie Łodzi odnotowały kilkunastoprocentowy wzrost zatrudnienia, co przyniosło miastu około 2500 nowych miejsc pracy. Te lokalizację dla swojej siedziby wybrała m.in. firma Iris Telecommunication Poland, spółka zależna Nokii, której w procesie poszukiwania i wynajmu powierzchni doradzała firma Walter Herz, planująca docelowo stworzyć 250 miejsc pracy. Ponadto, do Łodzi ze 120 miejscami pracy weszła firma Digital Workforce Services Ltd. i ZF Group, która zamierza zatrudniać 200 osób.

Poza ciekawymi projektami biurowymi, inwestorów z tego segmentu przyciąga do miasta szeroki dostęp do wykwalifikowanej kadry. W łódzkich uczelniach studiuje około 87 tys. osób. Na Politechnice Łódzkiej i Uniwersytecie Łódzkim powstają fakultety, a nawet nowe kierunki dedykowane branży BPO/SSC/IT.

Konstruktorzy i inżynierowie, absolwenci Politechniki Łódzkiej wiosną przyszłego roku znajdą też zatrudnienie w powstającym przy ulicy Lodowej – Centrum Badawczo-Rozwojowym BSH. W ośrodku powstaną najnowocześniejsze laboratoria i ponad 1,5 tys. stanowisk do badań i testów, gdzie pracować będzie około 200 osób.

Autor: Walter Herz

Kurs złotego w opałach

W ostatnich dniach polska waluta doświadczyła silnej wyprzedaży. Kurs EUR/PLN na przestrzeni nieco ponad tygodnia wzrósł aż o 7 groszy i znalazł się na poziomach zbliżonych do tych notowanych w pierwszym kwartale ubiegłego roku.

Polski złoty nie zareagował słabością na sytuację w kraju (ta nadal jest bardzo dobra), tylko na to, co działo się na zewnętrz. Wzrost obaw dotyczących ryzyka wystąpienia globalnej wojny handlowej, do czego doszło po agresywnych decyzjach rządu USA oraz serii komunikatów ze strony samego prezydenta Stanów Zjednoczonych podkopały sentyment do aktywów ryzykownych, co objawiało się poprzez spadki na indeksach giełdowych, aktywach EM i wzrostem zainteresowania lokowaniem kapitału w „bezpiecznych przystaniach”.

Oprócz zawirowań z globalnym handlem w tle, na aktywa EM (w tym na złotego) mogą negatywnie wpływać zmiany w niektórych, pozornie niezwiązanych krajach zaliczanych do grupy rynków wschodzących. Wczoraj w centrum uwagi inwestorów znajdowała się Turcja, gdzie Erdogan wygrał wybory prezydenckie w pierwszej rundzie, a koalicja rządząca w skład której wchodzi jego partia zapewniła sobie ponad 50% głosów w wyborach parlamentarnych. Początkowa reakcja rynku na informacje o zwycięstwie „sułtana” była pozytywna – lira turecka istotnie zyskiwała w relacji do dolara amerykańskiego. Ostatecznie jednak iluzję stabilności pod rządami wieloletniego wodza przysłoniły obawy o jego nieortodoksyjne poglądy, które przeczą klasycznej wiedzy o ekonomii. Po wyborach Erdogan umocnił swoją pozycję w państwie, tym samym jego poglądy (zgodnie z którymi w kontekście dwucyfrowej inflacji należałoby obniżać stopy procentowe) mogą przestać być jedynie słowami, a mieć jeszcze większy efekt na realną gospodarkę, a to może być dla Turcji i jej waluty bardzo niebezpieczne.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 4,32-4,35. Wspólna europejska waluta zakończyła dzień umocnieniem w relacji do głównych walut. Euro nie zaszkodziły wczorajsze odczyty indeksów Ifo dla Niemiec, które wprawdzie były zbliżone do oczekiwań, jednak sugerują, że nastroje wśród niemieckich przedsiębiorców są najgorsze od kilkunastu miesięcy. Z pewnym niepokojem zdają się oni również patrzeć w przyszłość, co raczej nie dziwi, biorąc pod uwagę zwiększenie napięć na linii USA-UE i wzrost ryzyka globalnej wojny handlowej, której z pewnością niemieccy przedsiębiorcy woleliby uniknąć.

GBP

Kurs GBP/PLN  w poniedziałek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,90-4,94. Funt wczoraj reagował przede wszystkim na ruchy pozostałych głównych walut.

Oprócz informacji dotyczących negocjacji ws. Brexitu dla inwestorów istotne znaczenie ma to, kiedy dojdzie do kolejnej podwyżki kosztów pieniądza. W kontekście wydarzeń z ostatniego tygodnia, kiedy to główny ekonomista Banku Anglii zdecydował się na zagłosowanie za natychmiastową podwyżką stóp warto wspomnieć o nowych głosach płynących z BoE.

W dzisiejszym przemówieniu nowy członek brytyjskiego MPC, Jonathan Haskel stwierdził, że zgadza się z komunikacją Banku, która sugeruje, że stopy procentowe będą rosły. Jednocześnie jednak poinformował, że dostrzega ryzyka, jeśli BoE zdecyduje się na podwyżki zbyt szybko. Również wypowiadający się w dniu dzisiejszym Ian McCafferty w nieco kontrastującym tonie sugerował, iż to właśnie zbyt długie zwlekanie z podwyżkami stóp procentowych może generować większy szok.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,70-3,72. W centrum uwagi inwestorów nadal znajduje się kwestia zmian w globalnym otoczeniu handlowym, które zmienić starają się Stany Zjednoczone. Sekretarz skarbu USA, Steve Mnuchin stwierdził, iż restrykcje handlowe “obejmą wszystkie kraje, które kradną naszą technologię”. Jego słowa oraz informacje o potencjalnych ograniczeniach nałożonych na firmy w których znaczącymi udziałowcami są Chińczycy wywołały przecenę amerykańskich akcji, w konsekwencji której główne indeksy traciły nawet 2%. Nieco później nadeszła informacja ze strony jednego z głównych doradców Trumpa ds. handlu, Petera Navarro, który stwierdził, że reakcja rynków była przesadzona, a administracja nie planuje nakładać ograniczeń na inne kraje. Niezależnie od tego, jak ocenia się ostatnią reakcję inwestorów, można założyć, że niekonsekwencja w komunikacji ze strony amerykańskich oficjeli raczej nie sprzyja uspokojeniu nastrojów na rynkach.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 15:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości
  • 16:00 – indeks zaufania konsumentów wg Conference Board w czerwcu
  • 19:00 – przemawia Raphael Bostic z FOMC
  • 19:45 – przemawia Robert Kaplan z FOMC

Autor: Roman Ziruk, analityk Ebury

PROCON/POLZAK 2018 – Ojciec chrzestny zakupów w Polsce!

Jego wizyta związana jest z honorowym uczestnictwem w piątej, jubileuszowej edycji konferencji zakupowej PROCON/POLZAK organizowanej przez firmę doradczą OptiBuy oraz Polskie Stowarzyszenie Menedżerów Logistyki i Zakupów.

Urodzony w 1939 roku, na Słowenii, Kraljič do dziś pozostaje autorytetem w kwestiach zakupów B2B czy zarządzania łańcuchem dostaw. W opublikowanym w 1983 roku artykule, przedstawił autorską metodologię, która pomagała zbadać zależności kategorii zakupowych w łańcuchu dostaw organizacji. Metoda ta, zyskała ogromny rozgłos w pismach biznesowych i branżowych. Ponad 2500 cytowań i 35 lat później, jest nieustannie stosowana jako fundamentalne narzędzie do nakreślania podstaw strategii zakupowych przedsiębiorstw na całym świecie.

– Macierz stworzona przez dr. Kraljiča jest dla zakupów w biznesie tym, czym analiza SWOT jest dla zarządzania strategicznego lub tym, czym macierz BCG dla controllingu – podkreśla Mateusz Borowiecki, CEO w OptiBuy, ekspert zakupowy – Metodę tą poznałem w czasie studiów, lata temu. Ciężko uwierzyć, że będę mógł poznać jego twórcę – dodaje.

Znaczenie działów zakupów rośnie z roku na rok. Co raz więcej dużych i średnich firm, widzi w kupcach nie tylko szansę na oszczędności, ale i szansę na zdobycie przewagi konkurencyjnej.

W obecnej gospodarce, pilnowanie tzw. liczb i cyferek, czyli kosztów przejmowane jest przez automaty i maszyny.  Strategiczne relacje z dostawcami, poszukiwanie wartości w tych relacjach, w których agentem jest właśnie dział zakupów, zdobywa należną pozycję w strukturach organizacyjnych w Polsce.

– Działy zakupów stały się ważnym partnerem biznesowym organizacji – mówi Andrzej Zawistowski, Członek Zarządu PSML – Ich znaczenie będzie rosnąć, bo zmienia się ich funkcja. Nie chodzi już o koszty, chodzi o wartość płynącą z tego co firma kupuje i z kim współpracuje. Jestem przekonany, że sam dr Kraljič, odniesie się w swoim wystąpieniu do tej transformacji i zmian jakie zaszły w zakupach na przestrzeni 35 lat.

Żyjąca legenda zakupów poruszy kwestie globalizacji i roli zakupów oraz zmieniającej się specyfiki łańcuchów dostaw podczas swojego wykładu, 23 października w Hotelu Marriott Centrum w Warszawie.

Polska najatrakcyjniejszym miejscem do inwestycji w hotele w Europie Środkowo-Wschodniej w 2018 roku

Aż 90% inwestorów planuje zakup hotelu w 2018 roku. Polska została wskazana jako pierwsze najbardziej atrakcyjne miejsce do tego typu inwestycji w Europie Środkowo-Wschodniej oraz dziewiąte w całej Europie – wynika z raportu CBRE „European Hotels. Investor Intensions Survey 2018”. Eksperci CBRE wskazują, że rynek Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski, jest atrakcyjny ze względu na szybki rozwój gospodarczy w ostatnim czasie. To oznacza, że w tym roku jest szansa na pobicie rekordu z 2017 roku, kiedy w polski sektor hotelarski zainwestowano aż 350 mln euro.

Ubiegły rok, zarówno pod względem wielkości jak i liczby transakcji hotelowych, był rekordowy dla Polski. Inwestycje na tym rynku wyniosły około 350 mln euro, a wiele wskazuje na to, że 2018 rok będzie jeszcze lepszy. Po pierwsze, apetyt inwestorów rośnie. W naszym badaniu aż 90% respondentów wskazało, że w 2018 roku zainwestuje w hotele. Po drugie, tego typu inwestycje już nie są postrzegane jako niszowa forma lokaty kapitału. Grono zainteresowanych inwestorów sukcesywnie się powiększa, a liczą oni przede wszystkim na wzrost wartości kapitału w przyszłych latach – mówi Przemysław Felicki, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych, CBRE.

Polska na hotelowym topie

Aż 90% inwestorów przebadanych przez CBRE na pytanie, czy zamierzają inwestować w hotele w 2018 roku, odpowiedziało „tak”. Co ważne, aż połowa planuje przeznaczyć na ten cel więcej środków niż w ubiegłym roku, a 44% tyle samo. Podobnie jak rok wcześniej, w pierwszej trójce najatrakcyjniejszych miejsc w Europie dla hotelowych inwestycji znalazły się kolejno: Wielka Brytania (wybór 35% inwestorów), Niemcy (18%) oraz Hiszpania (16%). Polska w tym zestawieniu uplasowała się na dziewiątej pozycji, co oznacza awans o jedno miejsce w porównaniu do ubiegłorocznej edycji badania. Warto jednak podkreślić, że Polska jest numerem jeden w regionie CEE i wyprzedziła w tym wyścigu m.in. Czechy. Tak wysoka pozycja kraju nad Wisłą nie jest zaskoczeniem, jeżeli uwzględnimy, że w 2017 roku odnotowano rekord pod względem liczby oraz wartości inwestycji na rynku hotelowym (350 mln euro), co zaostrza apetyt inwestorów na kolejne lata.

Pierwsza 10 najatrakcyjniejszych miejsc do inwestycji w Europie przedstawia się następująco: Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania, Francja, Irlandia, Włochy, Portugalia, Holandia, Polska oraz Czechy.

Grono hotelowych inwestorów się powiększa

Hotele przestały być postrzegane jako niszowa forma lokowania kapitału. Grono inwestujących stale się powiększa. Z raportu CBRE wynika, że hotelowych inwestycji poszukują głównie firmy prywatne, które stanowią aż 28% inwestorów, następnie fundusze inwestycyjne (23%) oraz indywidualne osoby lub spółki rodzinne (20%). To właśnie oni są najbardziej zainteresowani umowami najmu (32%, wzrost o 4% w stosunku do 2017 roku), następnie obiektami wolnymi od umów (26%), które dają największą elastyczność, 23% preferuje umowy zarządzające hotelami, a 18% wyraża zainteresowanie umowami franczyzowymi.

Te wyniki są zgodne z tym, co widzimy na polskim rynku hotelowym, gdzie dążenie funduszy inwestycyjnych do inwestowania w umowy najmu skłania coraz większą liczbę deweloperów do zainteresowania tymi formami operacyjnymi – mówi Przemysław Felicki z CBRE.

Hotelowe mocne i słabe strony

Główne motywacje dla inwestycji w hotele to oczekiwanie wzrostu wartości kapitału (ten argument został wskazany przez 38% respondentów) oraz potrzeba dywersyfikacji portfela (16% wskazań). Inwestorzy podkreślali również, że oczekują wyższej stropy zwrotu, w porównaniu do oferowanych przez innego typu nieruchomości.

Na drodze inwestycji hotelowych stoi jednak kilka przeszkód. Te najważniejsze to cena aktywów wskazywana przez 32% inwestorów, co oznacza wzrost o aż 13 pp. w porównaniu do ubiegłego roku. Na drugim miejscu wśród barier znalazło się otoczenie geopolityczne wskazywane przez co piątego inwestora, a podium domyka dostępność środków (15% wskazań).

Metodologia badania:

Badanie „European Hotels. Investor Intentions Survey 2018” zostało zrealizowane przez CBRE w 2018 roku. Wielkość próby wyniosła 336 respondentów (inwestorów) na całym świecie.

Sprawdź najnowsze wykresy od BofA

Czerwiec 26, 2018 12:29

USA EDIT

Już tylko 41 dni dzieli nas od najdłuższego w historii rynku byka. Prawdopodobnie bez problemu rekord zostanie pokonany, przecież to tylko niespełna dwa miesiące.

Jednak Bank of America ostrzega przed nadchodzącym kryzysem, obecna wycena rynku po raz kolejny została oderwana od fundamentów, liczą się tylko nowe wzrosty. Analitycy BofA wskazują na kilka rzeczy, które mogą doprowadzić do kryzysu finansowego.

  1. Zacieśnianie monetarne – bank przewiduje, że w przeciągu następnych 6-8 miesięcy banki centralne staną się sprzedawcami netto. Co to właściwie oznacza? Odwrócony program QE, czyli papiery wartościowe, które zostały nabyte w trakcie luzowania ilościowego od 2009 roku zaczną być wyprzedawane. Oprócz tego duże ryzyko niosą za sobą podwyżki stóp procentowych.
  2. Wojna handlowa – kolejne taryfy celne nakładane na produkty chińskiego pochodzenia zwiększają protekcjonizm USA, który znalazł się na najwyższym poziomie od 1970 roku. Według BofA „wojna handlowa” jest pierwszym etapem do wojny zbrojeniowej pomiędzy USA-Chiny.
  3. Kolejny powód do obaw, to spowalniający przyrost zysków przypadających na jedną akcję.
  4. Odwrócona krzywa rentowności. Ostatnie 7 recesji zostało przewidziane przez spadek rentowności obligacji 2-10 letnich poniżej zera. Po wystąpieniu tego zjawiska recesja przeważnie nadchodziła w przeciągu 4-5 kwartałów kalendarzowych.

US recessions

Wszystkie powyższe ostrzeżenia dotyczą dłuższego terminu. Jak widać spread rentowności 2-10 lat nie spadł poniżej zera, zatem nie możemy mówić o nagłym nadejściu recesji. Nawet, kiedy dana zmienna spadnie poniżej zera, to według BofA kryzys pojawi się prawdopodobnie dopiero po czterech kwartałach.

Natomiast w krótkim terminie bank wskazuje na zbyt duży pesymizm wśród inwestorów. Wskaźnik Bull & Bear znalazł się blisko poziomu „Extreme Bear”, co może sugerować mocniejszy rajd wzrostowy na amerykańskich indeksach.

BofAML

Analiza techniczna – DJI30

A co na to analiza techniczna? Na indeksie Dow Jones Industrial w krótkim terminie widać tylko konsolidację. Dolna banda konsolidacji znajduje się w okolicy poziomu 23170-23450. Z kolei górna została wyznaczona przez szczyt z lutego 2018 roku.

Co pozostanie bazowym scenariuszem? Kontynuacja ostatnich wzrostów do górnej bandy konsolidacji, ponieważ oscylator stochastyczny wskazuje na bardzo mocno wyprzedany indeks. Oprócz tego warto spojrzeć na ostatnie impulsy wzrostowe, które za każdym razem wypychały indeks na wyższe poziomy.

Jednakże z drugiej strony pokonanie krótkoterminowego wsparcia 24250-24430 mogłoby doprowadzić do ponownej wyprzedaży w okolicę minima z lutego 2018 roku.

Notowania DJI30 , interwał dzienny

Notowania DJI30 , interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Dział Analiz Admiral Markets