Rodzinna spółka – wyzwania związane z przekształceniem

Przekształcenie jako jedna z transakcji restrukturyzacji spółki, zasadniczo nie wpływa na jej funkcjonowanie, zmieniając jedynie formę prawną prowadzonej działalności. Praktyka pokazuje jednak, że cała procedura może być zdecydowanie bardziej skomplikowana i znacząco wykraczać poza przygotowanie umowy przyszłej spółki, a sam plan przekształcenia uwzględniać szereg innych czynności, nie tylko z zakresu prawa. Dobrze widać to na przykładzie przekształcenia spółki rodzinnej, gdzie dodatkowym wyzwaniem może być udział małoletnich dzieci. Jakie wyzwania stoją przed prawnikami?

W ostatnich miesiącach wiele spółek cywilnych zdecydowało się na przekształcenie. To jedno z następstw Polskiego Ładu, którego wejście w życie spowodowało, że ich wspólnicy dosyć mocno zaczęli odczuwać wzrost danin publicznych, głównie składki zdrowotnej. Argumentami za zmianą bywa także rozwój spółki, przekładający się na wzrost przychodów.

Jako alternatywa po analizach prawno-podatkowych często wybierana jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, która w zasadzie nie podlega obowiązkowemu ubezpieczeniu społecznemu, za to może skorzystać z tzw. estońskiego CIT.

W przypadku spółek rodzinnych istotny jest także fakt, że spółka z o.o. pozwala na rozgraniczenie odpowiedzialności związanej z prowadzonym biznesem od odpowiedzialności jej wspólników.

Co więcej cała procedura może przebiegać w tzw. trybie uproszczonym, dzięki czemu szybko można skorzystać z udogodnień nowej formy spółki.

Nie zawsze jednak, mimo planu, możliwy jest taki tryb – przykładem jest spółka rodzinna. Jeśli spółka z o.o. powstała w wyniku przekształcenia spółki cywilnej ma funkcjonować dalej właśnie jako rodzinna, przekształcenie rodzi kolejne wyzwania. Umowa musi kompleksowo regulować relacje pomiędzy wspólnikami. Konieczne jest ograniczenie możliwości zmiany składu osobowego udziałowców oraz wskazanie sukcesora na wypadek śmierci któregokolwiek z nich. Ważne także, aby zapewnić jednoosobową reprezentację spółki każdemu udziałowcowi.

Emocje – częste utrudnienie w kwestiach prawnych

Proces przekształcenia spółki, choć sam w sobie jest czynnością prawną, bywa że wykracza poza wymiar wyłącznie prawny. Pomiędzy wspólnikami często pojawiają się spory o naturze emocjonalnej i czysto osobistej.

Posłużmy się przykładem spółki cywilnej prowadzonej przez życiowych partnerów, u których na etapie przygotowania umowy przekształcenia doszło do nieporozumienia w kwestii podziału udziałów. Jeden ze wspólników nie chciał pozostać przy dotychczasowym podziale 40% do 60%, ale zrównać go po połowie, powołując się na stopień zaangażowania w rozwój przedsiębiorstwa, a także odnosząc się do kwestii związanych wyłącznie z osobistą sytuacją rodzinną między nimi.

Co w takiej sytuacji może zrobić prawnik? Czekać na rozwiązanie sporu między wspólnikami (na co w tej konkretnej sytuacji trudno było liczyć) lub podjąć próbę wsparcia w koncyliacyjnym rozwiązaniu impasu. Oczywiście kluczowe jest zachowanie standardów etyki zawodowej i neutralnej postawy.

W tym konkretnym przypadku zaproponowano nieszablonowe rozwiązanie, w którym do rozdysponowania udziałów w spółce miało być włączone dwoje dzieci wspólników, a więc przyszli sukcesorzy przedsiębiorstwa. Przekazanie im części udziałów (po 10%), wyrównało udział wspólników do 40%.

Rozwiązanie to nie kończy jednak wyzwań przekształcenia.

Dzieci w spółce z o.o.

Nie ma przeszkód prawnych, aby dzieci weszły do spółki w charakterze wspólników. Warto jednak wybrać odpowiedni na to moment.

Zasadniczo można by to zrobić jeszcze na etapie spółki cywilnej, dokonując zmiany jej umowy. Nie jest to jednak korzystne rozwiązanie, gdyż spowodowałoby powstanie po stronie dzieci ich osobistej odpowiedzialności za istniejące zobowiązania spółki cywilnej. Żeby tego uniknąć najlepszym byłoby, aby dzieci nabyły uprawnienia właścicielskie dopiero po powstaniu spółki z o.o.

Przy czym należy pamiętać, że jeśli mamy do czynienia z przekształceniem to spółka z o.o. powstanie nie w chwili podjęcia uchwały o przekształceniu, ale z chwilą jej wpisu do rejestru przedsiębiorców KRS.

Kolejnym wyzwaniem może być fakt małoletnich dzieci w spółce – w przywoływanym przypadku jedno z nich było małoletnie, drugie osiągnęło już pełnoletność. Tym samym musimy wyjść poza kodeks handlowy, sięgając po kodeks rodzinny i opiekuńczy, który w art. 101 § 3 stanowi, że rodzice nie mogą bez zezwolenia sądu rodzinnego dokonywać czynności przekraczających zakres zwykłego zarządu ani wyrażać zgody na dokonywanie takich czynności przez dziecko.

Nie ma wątpliwości, że zawarcie przedwstępnej umowy sprzedaży udziałów stanowiłoby czynność przekraczającą zwykły zarząd. Pozostawałoby zatem czekać na decyzje sądu rodzinnego, a to mogłoby potrwać nawet kilka miesięcy, co z punktu widzenia przekształcenia spółki niepotrzebnie wydłużyłoby procedurę. Pozostaje zatem znów poszukać alternatywnego rozwiązania. W tym konkretnym przypadku wraz z uchwałą o przekształceniu spółki cywilnej w spółkę z o.o. zawarto dwie umowy przedwstępne sprzedaży części udziałów – pomiędzy każdym ze wspólników a pełnoletnim synem. Jednocześnie założono, że kiedy małoletnia córka osiągnie pełnoletność, brat odsprzeda jej część udziałów.

Jak pokazuje przytoczony przykład transakcje restrukturyzacji wymagają od prawnika znacznie więcej niż znajomość przepisów kodeksu spółek handlowych. Bardzo często należy znać także inne obszary prawne, a co więcej wykazać się umiejętnościami mediacyjnymi i często reprezentować nieszablonowe podejście, które pozwoli rozwiązać nietypową sytuację między wspólnikami.

Autorką komentarza jest Milana Krzemień, Adwokat, Partner Zarządzający KZ Legal (Krzemień Zaliwska Adwokaci i Radcowie Prawni S.K.A.), oraz autorka bloga Tozalezy.com.

Kryptowaluty nieco stabilniejsze, ale zmienność pozostaje

Zarówno bitcoin, jak i ethereum utrzymały nowe wyższe poziomy w zeszłym tygodniu, ponieważ rynek kryptoaktywów nadal wykazywał pozytywne oznaki pomimo pewnej oczywistej zmienności.

Bitcoin rozpoczął tydzień powyżej poziomu 23 000 dolarów i wykazywały pewną zmienność w ciągu tygodnia, a w czwartek spadł poniżej 22 250 dolarów. Szybko jednak odzyskał swoją pozycję. Natomiast dziś rano wzrósł powyżej 23 500 dolarów.

Ethereum rozpoczął ubiegły tydzień około 1675 dolarów, spadając poniżej 1575 na początku tygodnia, ale ponownie wzrósł, aby osiągnąć poziom powyżej 1725 dolarów. Dziś rano notuje się tuż poniżej tego poziomu.

Simon Peters, analityk kryptowalut eToro

Ponad 40 proc. Polaków odczuło psychicznie skutki inflacji. Jesienią problem dotknie nawet 70 proc.

BADANIE: Inflacja niszczy zdrowie psychiczne Polaków. Najczęściej skarżą się osoby w wieku 18-35 lat. Prawdziwy problem zacznie się jesienią. Eksperci twierdzą, że sezon grzewczy jeszcze pogłębi ten problem.

Polacy są niemal po połowie podzieleni na podupadłych na zdrowiu psychicznym z powodu inflacji, w tym rosnących cen i rat kredytowych, oraz na tych, którzy nie stracili kondycji. O pogorszeniu samopoczucia mówią głównie rodacy zarabiający 5000-6999 zł netto miesięcznie, kobiety, osoby młode i dobrze wykształcone. Przeważnie deklarują to mieszkańcy miast liczących 20-49 tys. ludności. Tak wskazuje najnowsze badanie opinii publicznej. Eksperci komentujący wyniki przewidują, że w IV kwartale br. odsetek osób deklarujących utratę zdrowia psychicznego z powodów ekonomicznych wzrośnie nawet do 70%. W sezonie grzewczym najgorsze nastroje będą występowały na wsiach i w małych miejscowościach.

Inflacyjny podział

Wyniki badania pt. „Zdrowie psychiczne Polaków w czasach wysokiej inflacji”, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH oraz platformę ePsycholodzy.pl na próbie 1034 dorosłych Polaków, wskazują, że 43,7% respondentów doświadcza pogorszenia własnego zdrowia bądź funkcjonowania psychicznego, kondycji psychicznej albo samopoczucia w związku ze wzrostem inflacji. To, że spadają dochody i rosną ceny w sklepach oraz raty kredytów, a do tego drożeją waluty, nie wpływa natomiast na stan emocjonalny 44,2% ankietowanych. Z kolei 12,1% nie potrafi tego ocenić.

– Można wysnuć wniosek, że inflacja trwa zbyt krótko, żeby jej wzrost poważnie zaniepokoił większość społeczeństwa, którego zamożność jako całości jest bardzo duża. Im dłużej będą rosły ceny, tym większe będzie zaniepokojenie rodaków. W obecnej sytuacji jedyną nadzieją byłoby szybkie zduszenie inflacji – komentuje Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych z DI Xelion.

Jak zauważa ekonomista Marek Zuber, inflacja trwa już wystarczająco długo, ale całe społeczeństwo jeszcze mocno jej nie odczuło, ponieważ do maja br. rosła wolniej od wynagrodzeń. Dopiero teraz osoby, które otrzymały znaczące podwyżki jeszcze na początku tego roku, zaczynają ją odczuwać. A myśląc o jesieni i zimie, są wręcz przerażone, jak sobie poradzą. Zdaniem eksperta, jeśli badanie zostanie powtórzone np. w listopadzie, to odsetek rodaków odczuwających pogorszenie stanu zdrowia z powodu inflacji, może wynieść nawet 70%.

– Prędzej czy później inflacja będzie odczuwalna przez wszystkich dorosłych Polaków, bez względu na stan finansowy. Oczywiście każdy może w inny sposób jej doświadczać, w zależności od indywidualnych możliwości. Niemniej jednak podobny poziom stresu mogą przeżywać osoby, których zasobność portfeli znacznie się różni. Zarówno ludzie zamożni, jak i ubodzy mogą w identyczny sposób reagować na inflację, bojąc się zupełnie innych scenariuszy – stwierdza Michał Pajdak, jeden ze współautorów badania z platformy ePsycholodzy.pl.

Zarobki i płeć

Co ciekawe, obecnie o pogorszeniu stanu zdrowia psychicznego z powodu sytuacji ekonomicznej mówią głównie osoby zarabiające 5000-6999 zł netto miesięcznie – 51,8%. Najubożsi Polacy, których dochody nie sięgają 1000 zł na rękę, są na drugiej pozycji w tym zestawieniu – 44,2%. Natomiast na ostatnim miejscu są rodacy uzyskujący co miesiąc ponad 9 tys. zł – 35,9%. Według Marka Zubera, osoby reprezentujące ten pierwszy pułap mogą mieć wiele zobowiązań finansowych i nie odkładać żadnych pieniędzy. Jeśli już teraz na bieżąco wydają całe zasoby, które uzyskują, to mogą odczuwać taki sam stres, jak wszyscy inni ludzie, którym nie starcza do przysłowiowego pierwszego.

– Polacy, których miesięczne zarobki mieszczą się w przedziale 5000-6999 zł na rękę, lokują się blisko średniej płacy w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających ponad 9 osób w firmie. Mają oni rozbudzone potrzeby wydatkowe, na które rosnąca inflacja ma olbrzymi wpływ. To może skutkować zagrożeniem dla dotychczasowego stylu życia, a to z kolei musi mocno niepokoić – wyjaśnia Piotr Kuczyński.

Z badania również wynika, że częściej ww. problemów doświadczają kobiety niż mężczyźni (47,7% – 39,3%). Michał Murgrabia z platformy ePsycholodzy.pl, uważa, że ma to związek z wciąż jeszcze dominującym w społeczeństwie modelem, zgodnie z którym mężczyzna utrzymuje rodzinę. Mąż i ojciec jako jedyny żywiciel może czuć się bardziej sprawczy niż niepracująca żona i matka, bo to on podejmuje konkretne działania.

– To znany społeczny problem, że kobiety zarabiają mniej od mężczyzn. Jednak, w mojej ocenie, nie to jest powodem większego zaniepokojenia Polek niż Polaków. Najczęściej to one dbają o codzienne zaopatrzenie gospodarstw domowych. Dlatego są bardziej wyczulone na kwestię wzrostu cen – przekonuje ekspert z DI Xelion.

Wiek i etap życia

Młodsi Polacy częściej niż starsi informują o pogorszeniu zdrowia w związku z inflacją. W grupie osób mających od 18 do 22 lat ten problem deklaruje 54%, a wśród ludzi w wieku 23-35 lat – 51,6%. To oznacza, że ponad połowa rodaków pomiędzy 18. a 35. rokiem życia skarży się na gorsze samopoczucie.

– Wysoka inflacja będzie najbardziej odczuwalna przez młodych Polaków, którzy mają jasno określone potrzeby i niskie zarobki. Dla wielu z nich już teraz oznacza odsunięcie w nieznane marzeń np. o mieszkaniu na kredyt. Dodatkowo osoby, które dopiero wchodzą na rynek pracy, często borykają się z wieloma innymi wyzwaniami, m.in. z wyprowadzką z rodzinnego domu czy miasta. Natomiast od początku 2020 roku kryzys goni kryzys, co może obciążać i demotywować – tłumaczy Michał Murgrabia.

Jak wynika z sondażu, wśród Polaków, którzy mają 36-55 lat, 41,1% odczuwa pogorszenie stanu zdrowia psychicznego. Natomiast w najlepszej formie są obecnie seniorzy pomiędzy 56. a 80. rokiem życia. W ich grupie tylko 35% dotykają ww. kłopoty.

– Starsze osoby zazwyczaj lepiej zarabiają niż młode. Mają też mniejsze potrzeby. Seniorzy nie spłacają kredytów. W większości posiadają własne, urządzone już mieszkania czy domy. Żyją wolniej, spokojniej i rzadziej potrzebują stołować się poza domem. Poza tym mają emerytury całkiem porządnie waloryzowane. To prawda, że najczęściej są one niskie, ale zawsze pewne, więc i niepokój jest mniejszy – zwraca uwagę Piotr Kuczyński.

Edukacja i zamieszkanie

Natomiast uwzględniając poziom edukacji respondentów, można zauważyć, że o problemach mówią głównie osoby z wykształceniem wyższym – 46,3%. Za nimi są ankietowani z wykształceniem podstawowym lub gimnazjalnym – 44%, średnim – 42,1%, a na końcu – z zasadniczym zawodowym – 38,1%. Marek Zuber uważa, że osoby z wyższym wykształceniem mogą mniej zarabiać od tych z zasadniczym zawodowym. Dla przykładu, manikiurzystki, fryzjerzy czy hydraulicy często mają znacznie wyższe dochody niż nauczyciele albo urzędnicy.

– Stopień edukacji zasadniczo ma mały wpływ na nastroje. Widać jedynie dość dużą różnicę między osobami z wykształceniem wyższym i zasadniczym zawodowym. Stąd nasuwa się oczywisty wniosek, że wiedza daje większą świadomość dotyczącą czyhających zagrożeń – dodaje Piotr Kuczyński.

Biorąc pod uwagę wielkość miejsca zamieszkania, widać, że o problemach mówią głównie osoby z ośrodków miejskich liczących od 20 tys. do 49 tys. mieszkańców – 49,7%. Na drugim miejscu są Polacy z miejscowości mających od 5 tys. do 19 tys. ludności oraz z dużych miast, w których żyje od 200 tys. do 499 tys. osób – po 48,3%. Dalej są rodacy żyjący w największych aglomeracjach, liczących co najmniej 500 tys. ludności – 44%. Natomiast na końcu tej listy znajdują się Polacy z miast mających od 50 tys. do 99 tys. mieszkańców – 35,2%.

– Według mnie, stosunkowo nieduże różnice w wynikach pokazują, że miejsce zamieszkania nie ma w tym wypadku znaczenia. Zarówno mieszkańcy dużych aglomeracji, jak niewielkich miejscowości nie czują się bezpiecznie. Jedynie w miastach mających od 50 tys. do 99 tys. mieszkańców widać większy optymizm. Być może życie jest tam tańsze, a jednocześnie nie brakuje miejsc pracy – analizuje ekspert z DI Xelion.

Jak podsumowuje ekonomista Marek Zuber, gdy zacznie się sezon grzewczy, najgorsze nastroje będą występowały na wsiach i w małych miasteczkach, wszędzie tam, gdzie domy są opalane węglem. Niższe koszty życia nie będą wystarczającym powodem do optymizmu.

Pięć źródeł niepewności w biznesie. Takiej kumulacji nie było od lat

To, że inflacja w Polsce jest najwyższa od ponad dwóch dekad, nie jest jedynym wyzwaniem dla przedsiębiorców. Wszechobecnemu wzrostowi kosztów towarzyszą ich silne obawy o przyszłość. Najważniejsze obecnie pytanie brzmi: jak planować działalność biznesową i zachować płynność.

Stwierdzenie o wyjątkowo mocnych obawach przedstawicieli biznesu wynika nie tylko z rozmów przedstawicieli Ebury z eksporterami i importerami. Znajduje ono potwierdzenie np. w odczytach wskaźnika niepewności World Uncertainty Index (WUI), publikowanego co kwartał przez ekonomistów związanych z Międzynarodowym Funduszem Walutowym (MFW).

W połowie roku ww. wskaźnik WUI dla Polski, po silnym wzroście wywołanym przez wybuch wojny w Ukrainie, nadal pozostaje na poziomach najwyższych od lat 80. ubiegłego wieku. Warto przypomnieć, że wówczas kluczowym problemem dla gospodarki również był gwałtowny wzrost cen, który utrzymywał się także przez kolejną dekadę.World Uncertainty Index

Wysoka inflacja (15,5 proc. r/r w lipcu) wcale nie jest jednak największym problemem polskich firm. Oto pięć wyzwań, których kumulacja sprawiła, że niepewność w biznesie jest obecnie nawet wyższa niż na początku pandemii koronawirusa w 2020 r.

Spadek dostępności kredytów – cash is king again

Dziesięć kolejnych podwyżek stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej (RPP) w połączeniu z niepewną sytuacją gospodarczą sprawiło, że banki wyraźnie zaostrzyły kryteria udzielania kredytów.

I chociaż komentatorzy skupiają się głównie na kredytach hipotecznych, to warto zwrócić uwagę, że znalezienie zewnętrznych źródeł bieżącego finansowania stało się również poważnym wyzwaniem dla przedsiębiorstw. Ankietowane przez Narodowy Bank Polski (NBP) banki uzasadniają swoje decyzje pogorszeniem prognoz gospodarczych i tym samym wzrostem ryzyka w wielu branżach.

Tymczasem odcięcie od kapitału (np. kredytów obrotowych) jest narastającym problemem dla firm. Przykładowo dla importerów, którzy na co dzień muszą podejmować decyzje o zakupie towarów z Azji. Np. w Chinach w wielu branżach obecnie liczy się zasada: kto pierwszy, ten lepszy. Kupujących jest tak wielu, że dostawcy wybierają płacących najszybciej.

Zjawisko rosnącego zapotrzebowania na kapitał i utrzymywania wyższej niż dotąd płynności finansowej wyraźnie widzimy w Ebury: popyt na udzielane przez nas limity kredytowe dla importerów, umożliwiające szybkie płatności za faktury od dostawców, jest obecnie rekordowo wysoki – zapotrzebowanie jest kilka razy większe niż jeszcze w 2021 r.

To pozwala wnioskować, że menedżerowie i przedsiębiorcy właśnie wracają do nieco zakurzonej w ostatnich latach dewizy: „cash is king”.

Wysokie koszty obsługi zadłużenia. Niestety firmy ograniczą inwestycje

Przedsiębiorstwa, które jeszcze przed gwałtownymi podwyżkami stóp procentowych zaciągnęły zobowiązania, zmagają się z rosnącymi kosztami odsetek. Stawki WIBOR 3M lub 6M, od których jest uzależnione oprocentowanie kredytów dla przedsiębiorstw, przekraczają już 7 proc., podczas gdy jeszcze jesienią ubiegłego roku wynosiły niecałe 0,5 proc.

Według ostatnich danych NBP z maja 2022 r. (a więc jeszcze sprzed serii podwyżek stóp procentowych w czerwcu i lipcu) średnie oprocentowanie kredytów dla przedsiębiorstw wynosiło 8,2 proc. w skali roku wobec 3,6 proc. z maja 2021 r. W dużym uproszczeniu: dla każdych dziesięciu milionów złotych zadłużenia oznacza to wzrost kosztów odsetkowych o około 460 tys. zł rocznie. A cykl podwyżek w Polsce najprawdopodobniej jeszcze się nie zakończył. Analitycy Ebury oczekują, że po wakacjach Rada Polityki Pieniężnej powróci do walki z inflacją.

Dobrą informacją w tym kontekście jest to, że przedsiębiorstwa wchodzą w okres spowolnienia z wyższymi depozytami niż kredytami. Jednocześnie analizy NBP jeszcze z 2021 r. wskazywały, że wówczas przewidywany spadek rentowności przedsiębiorstw związany z potencjalnym wzrostem odsetek od kredytów miał być wyraźnie mniejszy niż np. w wyniku wzrostu kosztów energii, surowców importowanych czy kosztów pracy.Depozyty i kredyty przedsiębiorstw niefinansowych

Jednak nawet jeżeli większość przedsiębiorstw poradzi sobie z obsługą rosnących kosztów zadłużenia, to z pewnością wiele z nich będzie ograniczać nowe inwestycje.

Wiele firm może nie poradzić sobie z rosnącymi w szybkim tempie podwyżkami cen surowców, a także niedostatecznie dużą podażą i w przerwami w ich dostawach.

Rekordowe ceny energii elektrycznej i gazu. To potężny cios dla biznesu

Po wybuchu wojny w Ukrainie nastąpił gwałtowny wzrost kosztów nośników energii. Ograniczenia dostaw gazu i węgla ze Wschodu i w efekcie – energii elektrycznej (wciąż w większości pozyskiwanej z tych źródeł) przełożyły się na koszty działalności operacyjnej przedsiębiorstw, przede wszystkim w polskim przemyśle.

Wszystko wskazuje na to, że odnotowany do tej pory wzrost cen nośników energii rzędu kilkudziesięciu procent to nie koniec. Ten narastający problem będzie widoczny również w przyszłym roku, przy jednoczesnych ciągłych obawach o przerwy w dostawach gazu (ryzyko zakręcenia na dłużej gazociągu Nord Stream 1 przez Rosję) lub prądu w związku z kondycją polskich elektrowni.

O tym, jak istotną barierą w prowadzeniu działalności są obecnie wysokie ceny energii, przekonują m.in. wyniki monitoringu nastrojów w biznesie Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE). W lipcu ceny energii po raz pierwszy zostały uznane za najważniejszą barierę w prowadzeniu działalności. Ponad trzy czwarte badanych przedsiębiorstw stwierdziło, że ma ona dla nich „bardzo duże” bądź „duże” znaczenie. Przedsiębiorcy spodziewają się, że tak dynamiczny skok cen energii przełoży się na dalszy wzrost kosztów operacyjnych i w rezultacie nie pozwoli im utrzymać satysfakcjonujących marż.

Opóźnienia w płatnościach. Ich ryzyko znacząco wzrosło

Wysoka inflacja i wyraźny skok kosztów prowadzenia biznesu – to dwa podstawowe czynniki, które w najbliższych miesiącach spodziewanego spowolnienia dynamiki wzrostu gospodarczego negatywnie wpłyną na zdolność kontrahentów do terminowego regulowania należności.

To zjawisko nieuchronnie doprowadzi do nasilenia problemu zatorów płatniczych, które i tak już od dawna są poważnym wyzwaniem w wielu branżach. Jeszcze przed wybuchem pandemii rządowy raport („Zatory płatnicze w Polsce. Zielona Księga”) informował o tym, że ponad połowa firm w Polsce musi akceptować narzucone przez kontrahentów dłuższe terminy płatności wbrew swojej woli.

Jeżeli zjawisko zatorów płatniczych się pogłębi, wówczas dodatkowo zostanie wzmocnione zapotrzebowanie firm na kapitał, który mógłby zabezpieczyć przed utratą płynność.

Wahania złotego nie sprzyjają ani eksporterom, ani importerom

Wbrew obiegowej opinii słabość złotego nie jest kluczowa i jednoznacznie korzystna dla eksporterów. Doświadczenia Ebury pokazują, że dla firm sprzedających towary za granicę liczy się przede wszystkim stabilność kursu – pozwala ona zaplanować biznes i oszacować marże. Oczywiście część z nich stała się beneficjentami osłabienia złotego, ale może to być efekt przejściowy.

Trzeba jednak przede wszystkim pamiętać o tym, że gwałtowne wahania złotego powodują niestabilność wyników finansowych. Dotyczy to w dużej mierze firm, które eksportują i jednocześnie importują surowce albo elementy do produkcji towarów sprzedawanych później za granicę. Potwierdzeniem tej tezy może być chociażby fakt, że – jak podał NBP – w I kwartale 2022 r., w okresie wyraźnego osłabienia polskiej waluty, odsetek eksporterów informujących o nieopłacalności eksportu był wyższy niż w poprzednich okresach. To właśnie wynik zjawiska polegającego na tym, że w ich przypadku osłabienie złotego spowodowało przekroczenie granicy opłacalności importu np. surowców i półproduktów.

W efekcie również eksport przy niezmienionych cenach mógł stać się mniej opłacalny.

Wysoka zmienność na rynku walutowym będzie towarzyszyć firmom w kolejnych miesiącach. To dla nich kolejny czynnik ryzyka, który powinny uwzględnić w biznesplanach na czas spowolnienia gospodarczego. Na rynek walutowy wpływają obecnie w znacznej mierze trudne do przewidzenia wydarzenia polityczne i militarne.

Dlatego można spodziewać się, że polskie firmy będą coraz częściej proponować swoim partnerom rozliczenia w lokalnych walutach (np. koronach czeskiej i szwedzkiej, chińskim juanie, funcie szterlingu czy węgierskim forincie) zamiast w euro czy dolarach. W ten sposób, korzystając dodatkowo z instrumentów zabezpieczających kurs wymiany waluty, będą w stanie lepiej zabezpieczyć zarówno interesy zarówno swoje, jak i kontrahentów.

Umiejętne zarządzanie ryzykiem przesądzi o losach firm

Kumulacja ww. pięciu czynników spowodowała, że prowadzenie biznesu w najbliższych kwartałach będzie bardziej wymagające niż dotąd. W celu uodpornienia się na rynkowe szoki i zapewnienia lepszej pozycji negocjacyjnej niezbędne będzie bardziej elastyczne zarządzanie płynnością.

Z kolei dla utrzymania zyskowności biznesu – poza podwyżkami cen, które da się przecież wprowadzać jedynie do pewnego momentu – konieczne będzie trzymanie w ryzach kosztów i znalezienie innych narzędzi, które pozwolą chronić niepewne marże.

Jeszcze ważniejsza – także wśród małych i średniej wielkości firm, co do tej pory nie było oczywiste – stanie się profesjonalizacja obszaru zarządzania finansami oraz ryzykiem. Znaczenia nabiorą też nowoczesne usługi w tym obszarze dostarczane przez fintechy. Warto, aby przedsiębiorcy zwrócili uwagę na te rozwiązania, które z powodzeniem uzupełniają dotychczasowe metody. Dzięki elastyczności i zastosowaniu najnowszych technologii pomagają one przejść przez obecne rynkowe turbulencje i rozwinąć działalność na rynkach zagranicznych.

Jestem przekonany, że w obliczu dużej niepewności rynkowej i wobec spodziewanego spowolnienia gospodarki przedsiębiorcy coraz częściej będą decydować się na profesjonalne i elastyczne narzędzia m.in. w zakresie ubezpieczania należności eksportowych, weryfikacji partnerów handlowych, compliance (zwłaszcza w kontekście sankcji) i zarządzania finansami i ryzykiem walutowym.

Prowadzenie działalności bez tego typu narzędzi i zabezpieczeń znacząco podnosi ryzyko poważnych strat. Przedsiębiorcy nie mogą sobie na to pozwolić.

Autor: Jakub Makurat, Country Manager na Polskę, Czechy, Słowację i kraje bałtyckie, Ebury

Ceny ropy naftowej próbują się odbić w z poziomów 5-miesięcznych minimów

S&P 500, który w minionym tygodniu dotarł do istotnego poziomu oporu wyznaczanego przez lokalny szczyt z początku maja (4177 pkt.) i minimum z początku marca (4171 pkt.), odbił się w piątek od tej przeszkody (-0,16 proc.). Spadł na ostatniej sesji minionego tygodnia również Nasdaq Composite (-0,5 proc.), natomiast średnia przemysłowa Dow Jones zyskała +0,23 proc., ale pozostawała poniżej swoich ubiegłotygodniowych maksimów.

Dziś rano kontrakty na amerykańskie indeksy lekko zwyżkowały (S&P 500 +0,32 proc.).

Na giełdach w Azji i Oceanii brak było dziś jakiejś dominującej tendencji. Najsilniej zwyżkował indyjski SENSEX 30 +0,76 proc., który osiągnął dziś najwyższy poziom od kwietnia. Największy spadek – -1 proc. – notował filipińskie PSEi.

Na giełdach europejskich dominowały dziś rano wzrosty (DAX +0,84 proc., CAC 40 +0,79 proc. ok. godz. 9:45). Turecki XU100 osiągnął dziś po raz kolejny najwyższy poziom w historii.

Na GPW WIG-20 próbował dziś rano odrabiać straty poniesione w trakcie 4 poprzednich sesji (+0,67 proc. ok. godz. 9:50). Najwyżej w swej historii były dziś ceny akcji Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin (+6,13 proc. ok. godz. 9:50).

Lekko spadały dziś rano rentowności 10-letnich obligacji skarbowych w USA i Europie. „Spread” pomiędzy rentownością amerykańskich 2-latek i 10-latej przekraczał 0,4 pkt. proc. nadal generując ostrzegającą przez gospodarczą recesją „inwersję”.

Ceny kontraktów na ropę naftową, które w minionym tygodnia spadły do najniższych poziom od lutego drugą sesję z rzędu próbowały odrabiać straty (WTI i Brent +1,11 proc. ok. godz. 9:25 proc.). W piątek na ICE cena kontraktów na węgiel w Rotterdamie spadły o 8,83 proc. do najniższego poziomu od początku maja. Lekko drożały dziś rano kontrakty na miedź (+0,43 proc.) i metale szlachetne (złoto +0,13 proc., srebro +1 proc., platyna +0,41 proc., pallad +0,33 proc.).

Po silnym wzroście w piątek (ze 133 do 135 JPY) kurs USD/JPY nadal lekko zwyżkował dziś rano (+0,15 proc.). Kurs EUR/USD oscylował dziś rano wokół poziomu piątkowego zamknięcia (+0,08 proc.). Amerykański dolar osiągnął dziś najwyższy od początku 2017 roku poziom względem malezyjskiego ringitta.

Polski złoty lekko się dziś rano umacniał (EUR/PLN -0,21 proc., USD/PLN -0,29 proc. ok. 9:20).

Kurs Bitcoina względem dolara wyszedł dziś rano na najwyższy poziom od tygodnia (+2 proc. ok. godz. 9:15).

Autor: Wojciech Białek, TMS Brokers

Udział inwestorów w obrotach instrumentami finansowymi na GPW w I połowie 2022 r.

  • W I półroczu 2022 r. inwestorzy zagraniczni wygenerowali 63 proc. obrotów na Głównym Rynku (GR) akcji GPW (+8 pp. rdr) – to rekordowy udział za pierwsze półrocze w ciągu ostatniej dekady. Krajowi inwestorzy indywidualni odpowiadali za 18 proc. obrotów (-6 pp. rdr), a instytucjonalni – za 19 proc. (-2 pp. rdr)
  • Na rynku NewConnect prym nadal wiodą inwestorzy indywidualni, których udział w obrotach wyniósł 83 proc. (-5 pp. rdr). Wzrósł udział inwestorów instytucjonalnych do 11 proc. (+5 pp. rdr). Udział inwestorów zagranicznych, w porównaniu do I połowy 2021 r. nie zmienił się i wyniósł 6 proc.

I połowa roku na Głównym Rynku akcji Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) stała pod znakiem inwestorów zagranicznych.

– W I połowie tego roku na Głównym Rynku akcji GPW zagraniczni inwestorzy instytucjonalni stanowili aż 63 proc. ogólnego obrotu akcjami. Jest to o 8 punktów procentowych więcej niż w analogicznym okresie przed rokiem. W minionej dekadzie, nigdy dotąd, w pierwszej połowie roku inwestorzy zagraniczni nie stanowili aż tak dużego udziału na naszym rynku. Jednocześnie przełożyło się to na spadek udziału pozostałych dwóch grup inwestorów, czyli inwestorów indywidualnych oraz krajowych instytucjonalnych – powiedział Przemysław Gerschmann, Doradca Zarządu GPW w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW” zamieszczonym na oficjalnym kanale Giełdy w mediach społecznościowych.

W I półroczu 2022 r. inwestorzy indywidualni wygenerowali 18 proc. obrotów na akcjach notowanych na Głównym Rynku – o 3 pp. mniej niż w II połowie 2021 r. i o 6 pp. mniej niż w I półroczu zeszłego roku. Z kolei krajowi inwestorzy instytucjonalni wygenerowali 19 proc. obrotów. – Analizując te dane musimy wziąć pod uwagę zdarzenia z pierwszej połowy roku. Niemal na wszystkich rynkach akcyjnych na świecie odnotowano spadki, co więcej traciły też inne klasy aktywów takie jak obligacje czy niektóre surowce. Nawet nasze depozyty ulokowane w bankach traciły w związku z globalnym wystrzałem inflacji, która w wielu krajach sięgnęła nawet dwucyfrowych poziomów – dodał Doradca Zarządu GPW.

Na rynku NewConnect niezmiennie największą rolę odgrywają krajowi inwestorzy indywidualni. W I połowie tego roku odpowiadali za 83 proc. obrotów, co w porównaniu z I połową ubiegłego roku stanowi spadek o 5 pp. Inwestorzy zagraniczni w tym samym czasie wygenerowali 6 proc. obrotów, tyle samo co przed rokiem. Grupą, która powiększyła swój udział były krajowe instytucje, które odpowiadały za 11 proc. obrotów.

– W I połowie tego roku inwestowanie stało się bardziej wymagające, co związane było z trzema czynnikami. Pierwszy z nich to niepewność co do losów światowej gospodarki. Drugi to zmiana kierunku polityki monetarnej banków centralnych w Europie oraz w Stanach Zjednoczonych. Natomiast trzeci to niepewność co do sytuacji geopolitycznej. W związku z tymi czynnikami, nawet te aktywa, które miały być bezpiecznymi nie do końca spełniły swoje oczekiwania. Dlatego też inwestorzy wyraźnie ograniczają swoją aktywność w obszarze instrumentów finansowych, które są uznawane za najbardziej ryzykowne i najbardziej zmienne – podsumował Przemysław Gerschmann.

Wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW w I półroczu br. przekroczyła 181 mld zł.

Andrzej Sadowski: zatrzymanie inflacji powinno być priorytetem rządu

Przez dwie dekady polskie społeczeństwo zapomniało o inflacji i jak bardzo jest ona niszcząca. Dziś okazuje się, że brak stabilnego i mocnego złotego polskiego ma dramatyczne konsekwencje dla nie tylko gospodarki – ale też dla życia polskiego społeczeństwa. Według doktora Kamila Zubelewicza, ówczesnego członka Rady Polityki Pieniężnej, należało już w roku 2018 – zgodnie z jego wnioskiem – zacząć powoli podwyższać ujemne stopy procentowe, aby nie doszło do rozlania się inflacji. Już w lutym 2020 roku – czyli na miesiąc przed pandemią w Polsce – inflacja rok do roku wzrosła o 100% i w lutym dochodziła do poziomu 4,7% – co było stanem wysoce alarmowym. Rozpoczęta podwyżka stóp procentowych pod koniec 2021 roku przy jednoczesnej polityce pro-inflacyjnej rządu prowadzi tylko do samych nieszczęść – a to dlatego, że nie ma pozytywnych skutków wzmacniania złotego, który się cały czas osłabia. Jednocześnie nie ma żadnego zahamowania inflacji, która rośnie.

– Dzieje się tak dlatego, że Rząd i Rada Polityki Pieniężnej oraz Narodowy Bank Polski muszą współdziałać i być zdeterminowanymi, aby powstrzymać inflację. Dlatego będzie ona rozsadzała polską gospodarkę, a także przyszłość polskiego społeczeństwa – bo trudno sobie dzisiaj wyobrazić jakiekolwiek oszczędności w złotym polskim, do czego się przyzwyczailiśmy przez ostatnie dwie dekady – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Żeby planować życie na najbliższe pokolenia, trzeba mieć możliwość przeniesienia wartości za pomocą złotego polskiego w czasie. Stąd brak współpracy i prowadzenie rozbieżnych polityk przynosi wyłącznie bardzo jednoznacznie negatywne skutki. Każda podwyżka stóp procentowych to nie jest tylko kwestia zwiększenia zobowiązań kredytobiorców – ale też trzeba pamiętać o przedsiębiorcach oraz o rządzie, który płaci coraz więcej za zobowiązania międzynarodowe w obcych walutach. Brak spójności w politykach – a jednocześnie osłabianie cały czas polskiego złotego – ma takie konsekwencje, że za paliwa płacimy nieproporcjonalnie więcej niż wynikałoby tylko ze zwyżki cen ropy na światowych rynkach. Najważniejsze jest jednak wyjście z inflacji – która się rozkręca i jest taką siłą, która nie zatrzymana i niewyhamowana przyniesie równie wiele nieszczęść, jak pod koniec lat 80 i 90 w Polsce. Wato przypomnieć sobie, jakim kosztem społecznym zostało wtedy osiągnięte zatrzymanie inflacji oraz sprowadzenie jej do wartości, które jeszcze były notowane roku 2015 czy 2016 – przypomina Sadowski.

Bain&Co.: Spółki paliwowe mocno zwiększają inwestycje w sektor OZE

Z powodu postępującej dekarbonizacji połowa największych na świecie spółek z sektora ropy i gazu spodziewa się spadku przychodów z podstawowej działalności w ciągu najbliższych 10 lat, wynika z badania Bain & Company. Jednocześnie, niemal trzy czwarte uważa, że inwestycje w nowe obszary działalności, w tym w odnawialne źródła energii, pomogą im do 2030 roku zrekompensować utratę przychodów lub całkowicie zastąpić obecną działalność.

Spodziewając się spadku popytu na paliwa kopalne ankietowani przez Bain & Company menedżerowie z sektora energetyczno-wydobywczego deklarują, że zwiększają inwestycje w rozwój nowych obszarów działalności. Jak wynika z badania, obecnie przeznaczają oni na to średnio około 23% wydatków kapitałowych, co stanowi wzrost w porównaniu do poziomu 16% deklarowanego w sondażu z 2020 roku. Zdaniem ekspertów Bain & Company, jeśli obecny trend się utrzyma, większość spółek z sektora energetyczno-wydobywczego może osiągnąć neutralność emisyjną znaczniej wcześniej niż w 2050.

Coraz więcej podmiotów z sektora paliwowego zdaje sobie sprawę, że ten biznes będzie się kurczyć, więc konieczne są inwestycje w nowe obszary. Nawet gwałtowny wzrost cen paliw w ostatnich miesiącach nie powstrzymuje firm przed inwestowaniem w transformację – powiedział Roch Baranowski, Partner w Bain & Company. – Zmiana profilu działalności nie jest jednak łatwym zadaniem i wiele spółek ma trudności z osiągnięciem odpowiednich stóp zwrotu z nowych inwestycji, przyciągnięciem utalentowanej kadry czy też ze wzmocnieniem swoich kompetencji organizacyjnych.

Jak podkreślają eksperci Bain & Company koncerny energetyczne już od kilku lat starają się obniżyć swój ślad węglowy i pozbywają się wysokoemisyjnych aktywów. Dzięki temu pozyskują rocznie z transakcji sprzedaży ponad $100 mld, co pozwala im inwestować w nowe, bardziej perspektywiczne obszary działalności, jak choćby odnawialne źródła energii, elektromobilność, technologie związane z wychwytywaniem i składowaniem dwutlenku węgla, czy też produkcję zielonego wodoru i biopaliw.

Transformacja koncernów z segmentu ropy i gazu w kierunku zielonej energii staje się faktem. Nasze analizy planów inwestycyjnych tych firm pokazują, że do 2030 roku co najmniej trzy z nich znajdą się w pierwszej dziesiątce największych producentów OZE. To olbrzymia zmiana, ponieważ jeszcze dwa lata temu wśród 10 największych producentów OZE, niemal wszystkie firmy to były tradycyjne koncerny elektroenergetyczne – powiedział Roch Baranowski.

Dodatkowym bodźcem do wchodzenia w nowe obszary działalności jest rosnąca presja ze strony inwestorów, którzy oczekują od spółek wdrażania działań związanych ze równoważonym rozwojem i redukcją emisji gazów cieplarnianych. Jak pokazał sondaż Bain & Company, niemal trzy czwarte inwestorów (73 proc.) chce, by producenci ropy i gazu inwestowali w projekty niskoemisyjne. Jednocześnie tylko połowa z nich oczekuje od zarządów spółek kontynuowania inwestycji związanych z poszukiwaniem i wydobyciem ropy.

Eksperci Bain & Company spodziewają się, że tocząca się wojna w Ukrainie nada dodatkowego impetu inwestycjom w OZE, co wynika z chęci uniezależnienia się krajów Unii Europejskiej od importu paliw z Rosji. Gwałtowny wzrost cen paliw obserwowany w ostatnich miesiącach także sprzyja tej ekspansji. Rosną bowiem zyski spółek paliwowych, a co za tym idzie rosną szanse, że ten zwiększony strumień gotówki zostanie przeznaczony na finansowanie inwestycji w nowe obszary działalności.

Rynek energetyczny czekają ogromne przeobrażenia w najbliższych latach. Dotyczy to nie tylko samych źródeł energii, ale także konsolidacji branży ropy i gazu, która w dużej mierze jest rozdrobniona i w której wyceny spółek są niskie – powiedział Roch Baranowski. – Katalizatorem zmian staje się także wojna w Ukrainie, bo wiele firm robi przegląd swoich aktywów i wychodzi z inwestycji w Rosji, jak np. koncern BP. Ponadto, spodziewamy się, że coraz więcej spółek będzie przejmować podmioty działające w branży OZE, by przyspieszyć transformację swojego biznesu.

Badanie Bain & Company zostało przeprowadzone wśród ponad 1.000 managerów pracujących dla największych na świecie 125 spółek z sektora energetyczno-wydobywczego i zlokalizowanych w 45 krajach. Łączna wartość rynkowa tych firm przekracza $6 bilionów.

Zbliża się koniec podwyżek stóp procentowych?

Rynek wycenia, że dojdzie do zakończenia cyklu podwyżek przez Fed w tym roku i obniżki w roku przyszłym. Czy tym śladem pójdą inne banki centralne, także NBP?

Trzecia kolejna „duża” podwyżka stóp procentowych w USA została przyjęta przez rynki po raz trzeci euforycznie. Tłumaczy się to zapowiedzią zwolnienia tempa podwyżek. Rynek chciał usłyszeć, że Fed mięknie i usłyszał to co chciał.

Główna stopa procentowa została podniesiona przez Fed do 2,25-2,5%, czyli o 75 punktów bazowych. Taki sam ruch wykonano wcześniej w czerwcu po 50 punktach w maju. Fed nie zacieśniał polityki w takim tempie od dekad, a wobec coraz liczniejszych symptomów spowolnienia w USA rynki liczyły na sygnały wygaszania podwyżek. Można powiedzieć, że Powell na konferencji taki sygnał przekazał – stopy mają wzrosnąć mocno jeszcze we wrześniu (zapewne 75 punktów choć to może się zmienić jeśli dane będą znacznie słabsze), a potem mają rosnąć w wolniejszym tempie (w domyśle o 25 punktów bazowych na posiedzenie). To wystarczyło aby uruchomić pokaźne zwyżki na Wall Street i osłabić dolara.

– Powinniśmy pamiętać, że nawet jeszcze przed pandemią polityka pieniężna była często wykorzystywana do zasypywania problemów stwarzanych przez politykę gospodarczą – mówi w rozmowie z MarketNews 24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Nie rozwiązywano problemów, natomiast zwiększano nacisk na banki centralne, aby stymulowały gospodarkę tanim pieniądzem i niskimi stopami procentowymi. Pomimo niskich stóp procentowych utrzymywała się niska inflacja. Taka polityka miała demoralizujący wpływ na rządy.

Banki centralne traktowano jako „dopalacza”, który bez negatywnych konsekwencji może drukować pieniądze. Po pandemii kontynuacja takich działań doprowadziła do przekroczenia progu bólu.

– Teraz ludzie zorientowali się, że pieniądze, które im obiecano i dostali je, są dużo mniej warte – dodaje ekspert XTB. – I teraz okazuje się, że konsekwencje będą o wiele bardziej przykre niż sądzono.

Jednak walka z inflacją nie będzie łatwa, jej koszty będą duże, gdy jednocześnie narastają obawy, że dojdzie do gospodarczej recesji. Nic więc dziwnego, że pojawiają się rozważania, że polityka podwyższania stóp procentowych potrwa krócej niż sądzono zaledwie przed kilkunastoma miesiącami.

Rynek wycenia zakończenie cyklu podwyżek w wykonaniu Fed już w tym roku i obniżki w roku przyszłym. Tak było już przed posiedzeniem Fed. Powell z pewnością nie zasugerował czegoś, co mogłoby jeszcze zmiękczyć te oczekiwania, a nawet tych oczekiwań nie potwierdził. Przekaz był jasny: potrzebujemy spowolnienia, aby sprowadzić inflację do celu. Innymi słowy Fed sugeruje kontynuację podwyżek tak długo, aż nie upewni się, że inflacja wraca na właściwe tory. To może oznaczać zacieśnianie nawet w obliczu coraz gorszych danych. Teraz zdaje się akceptować ryzyko recesji, jeśli inflacja będzie uporczywa. Oczywiście, jest też całkiem realne, że pod presją polityczną przed jesiennymi wyborami do Kongresu Fed zmięknie i zacznie widzieć inflację w celu, nawet wbrew danym. Na ten moment jednak za wcześnie aby o tym przesądzić, a rynek nadal zdany będzie przede wszystkim na publikacje danych o inflacji, która w USA jest rekordowo wysoka od wielu dekad (prawie dwukrotnie niższa niż w Polsce).

Jeśli Fed obniży stopy procentowe, tak jak to wycenia rynek, to podobne decyzje podejmie większość banków centralnych?

– Fed ma gigantyczny wpływ na globalny rynek i globalna gospodarkę, a poprzez to na rynek walutowy – odpowiada P.Kwiecień. – Jednak każdy bank centralny powinien patrzeć na swoje cele i na sytuację gospodarczą kraju, a NBP wie jaki jest w Polsce cel inflacyjny i tego powinien się trzymać w swojej polityce pieniężnej.

Brytyjczycy podnoszą, a Czesi nie

Jedne banki centralne są wciąż w cyklu podwyżek stóp procentowych. Inne z kolei, przeważnie te, które nie zaspały tak bardzo z podwyżkami, już je kończą. Mianownik jest jednak wspólny. Wszyscy boją się recesji.

Wielka Brytania podnosi stopy

Zgodnie z oczekiwaniami wzrosły wczoraj w Wielkiej Brytanii stopy procentowe z 1,25% do 1,75%. Głosowanie było jednogłośne i wszystkich 9 członków poparło decyzję. Biorąc pod uwagę komunikat po decyzji, rynki zakładają, że może to być koniec cyklu podwyżek stóp procentowych. To właśnie dlatego funt po decyzji tracił na wartości. Inwestorzy dostosowywali bowiem swoje inwestycje do niższego docelowego poziomu stóp procentowych i sprzedawali funta. Co powoduje zmianę oczekiwań? Szybsza prognoza powrotu inflacji do celu, pomimo że wynosi ona obecnie aż 9,4%. Ważniejszy jest chyba fragment o gotowości do sprzedania aktywów zakupionych w ramach programu luzowania ilościowego. Spowoduje to zmniejszenie ilości kapitału na rynku bez manipulowania stopą procentową. Aż dziwne, że rozwiązanie to jest stosowane tak rzadko i tak późno.

Rynek pracy w USA

Za oceanem sytuacja na rynku pracy jest ogólnie bardzo dobra. Dzisiaj wieczorem poznamy stopę bezrobocia, aczkolwiek rynki są zgodne, że pozostanie ona na wyjątkowo niskim poziomie 3,6%. Wczorajsze dane o delikatnie większej liczbie wniosków o zasiłek dla bezrobotnych budzą niepokój, ale z drugiej strony raport Challengera na temat zwolnień wypada optymistycznie. W rezultacie można mówić, że rynek jest blisko stabilizacji po olbrzymim szoku, jakim była dla amerykańskiego rynku pracy pandemia.

Czesi nie zmieniają stóp procentowych

O ile w Polsce jest pewna zgoda co do oczekiwań, że mamy właśnie koniec cyklu podwyżek stóp procentowych, o tyle w Czechach nie pozostawili wątpliwości. Na wczorajszym posiedzeniu stopy procentowe nie wzrosły, pozostając na poziomie 7%. Co ciekawe, dzieje się to pomimo przyspieszenia inflacji do 17,2%. Teoretycznie na konferencji prasowej nowy prezes banku zapowiedział, że w przyszłości będą zależni od danych. Biorąc pod uwagę wspomniany odczyt inflacji, chciałoby się zapytać, dlaczego dopiero w przyszłości. Jak widać Czesi, mimo że nie są szczególnie religijnym narodem, najwyraźniej zamierzają wierzyć w cud. Co ciekawe furtka, którą na konferencji pozostawił nowy prezes banku, doprowadziła wczoraj do umocnienia czeskiej korony względem euro.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Columbus dostarczy fotowoltaikę dla Data Center Orange

Columbus Energy podpisał umowę na dzierżawę fotowoltaiki dla Warsaw Data Hub – data center Orange Polska. W ramach współpracy Columbus zamontuje na dachu obiektu instalację o mocy 331 kWp.

Kontrakt realizowany jest w modelu solar as a service. Columbus odpowiada za dostarczenie i montaż instalacji fotowoltaicznej na dachu budynku Warsaw Data Hub w Łazach pod Warszawą, a także za okresowy serwis instalacji oraz jej podłączenie do własnego systemu monitoringu. Umowa między Orange Polska a Columbus Energy została zawarta na 20 lat.

Coraz więcej naszych klientów biznesowych decyduje się na usługę solar as a service. To wygodny model współpracy, który nie wymaga inwestowania własnych środków finansowych, zapewnia stałe i przewidywalne koszty oraz komfort związany z pełną obsługą instalacji (serwis, ubezpieczenie), która jest po stronie firmy dostarczającej taką usługę tłumaczy Bartłomiej Solner, Dyrektor Strategii Sprzedaży w Columbus Energy S.A. – Stawiamy kolejny krok w kierunku zacieśnienia naszej współpracy z Grupą Orange. W czerwcu uruchomiliśmy wspólną ofertę fotowoltaiki dla klientów indywidualnych, a teraz podpisaliśmy kontrakt na współpracę B2B.

Instalacja o mocy 331 kWp zajmie powierzchnię blisko 1600 m2 i będzie rocznie produkować około 275 MWh energii. Oznacza to uniknięcie emisji około 150 ton CO2 rocznie i uzupełnia działania Orange Polska zmierzające do neutralności klimatycznej.

– Orange Polska promuje i wdraża działania związane z poprawą efektywności energetycznej infrastruktury i dekarbonizacją. Na ten moment podpisaliśmy już 3 kontrakty PPA, dzięki którym ok 30% energii zużywanej przez infrastrukturę Orange Polska będzie pochodziło ze źródeł odnawialnych. Oprócz wspomnianych działań wciąż szukamy innowacyjnych sposobów na realizację naszej strategii. Jednym z nich są instalacje fotowoltaiczne na obiektach Orange. Innym pionierskim rozwiązaniem jest wdrażanie modelu biznesowego solar as a service. Instalację w takim modelu uruchomiliśmy już w 2019 r., kolejną planujemy w 2022 roku, a instalacja na Warsaw Data Hub będzie następnym dużym przedsięwzięciem mówi Daniel Piechocki, Dyrektor Infrastruktury i Serwisu Usług w Orange Polska.

Hotele z 29% wzrostem gości, ale wciąż poniżej poziomu sprzed pandemii

Tegoroczny sezon wakacyjny będzie niezwykle ważny dla polskiej branży hotelarskiej. Jak pokazuje raport „Rynek hoteli i condohoteli w Polsce”, przygotowany przez Emmerson Evaluation, w 2021 r. sektor zaczął się sukcesywnie odbudowywać. Wciąż jednak obłożenie było dalekie od poziomu sprzed pandemii. W stosunku do 2019 r. liczba gości była nadal mniejsza o 39 proc. A na horyzoncie piętrzą się nowe wyzwania, jak wysoka inflacja i wzrost kosztów działalności oraz efekt wojny w Ukrainie.

W swoim cyklicznym raporcie Emmerson Evaluation przeanalizował sytuację obiektów skategoryzowanych stricte jako hotele w 2021 r., ze szczególnym uwzględnieniem najważniejszych dla branży rynków. W tegorocznej edycji opracowania analitycy tradycyjnie zestawili dane w ujęciu rocznym, a także dodatkowo porównali je z okresem poprzedzającym pandemię, czyli rokiem 2019.

Powrót do „normalności”

Ubiegły rok był kolejnym, w którym pandemia dyktowała warunki funkcjonowania hoteli. Jednym z najcięższych okresów dla polskiego rynku hotelowego okazało się pierwsze półrocze 2021 r. Ferie zimowe zostały skrócone i odbywały się w jednakowym dla wszystkich województw terminie, ograniczono możliwość przyjmowania gości do 50% pokoi, co przełożyło się na bardzo niską podaż turystów w Polsce.

Z kolei czerwiec 2021 r. był miesiącem napawającym optymizmem dla turystyki krajowej. Według danych pochodzących z GUS, w tym miesiącu zanotowano ponad dwukrotnie wyższą liczbę turystów niż w maju,, co przełożyło się na wizytę 1 341 762 gości, w tym 131 116 turystów zagranicznych.

Trzeci kwartał ub. r. okazał się już bardzo dobry dla hotelarzy. Odnotowano średnią liczbę odwiedzających oscylującą na poziomie 2 milionów miesięcznie, w tym blisko 300 tysięcy gości z zagranicy.

W czwartym kwartale względem ostatniego kwartału roku 2020 widać było duży wzrost liczby turystów, który wyniósł aż 172%, co przełożyło się na 1 590 419 gości w tym 267 098 turystów zagranicznych. W porównaniu do czwartego kwartału 2019 r. była to jednak liczba mniejsza o 17%.

Turyści wrócili, ale nie tak licznie, jak przed pandemią

Dane pochodzące z Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że w całej Polsce na koniec lipca 2021 r. funkcjonowało 2521 obiektów skategoryzowanych stricte jako hotele, liczących prawie 297 tysięcy miejsc noclegowych. Oznacza to, że w porównaniu do 2020 r. mieliśmy do czynienia z nieznacznym wzrostem liczby obiektów wynoszącym 0,9%, natomiast miejsc noclegowych o 7,4%. Przekłada się to na zwiększoną podaż w stosunku do 2020 r. w 6 województwach. Największy wzrost liczby hoteli (5,4%) wystąpił w województwie pomorskim, gdzie Polacy chętnie wykupywali noclegi w okresach wakacyjnych. Natomiast najwięcej miejsc noclegowych przybyło w województwie mazowieckim, o 15,1%. Najbardziej wyraźny spadek podaży hoteli oraz miejsc noclegowych odnotowało województwo lubuskie, odpowiednio o 7,5% dla obiektów hotelarskich oraz 3,7% dla miejsc noclegowych. Porównując dane z 2021 r. do danych z 2019 r. widoczne jest zmniejszenie liczby obiektów hotelowych. Podaż nie wróciła jeszcze do stanu sprzed pandemii i była mniejsza o 4,3%. Z kolei liczba miejsc noclegowych wzrosła, o 3,7%. Największy wzrost podaży hoteli wystąpił (tak samo jak w 2020 r.) w województwie pomorskim. Spośród wszystkich województw opolskie odnotowało największe spadki podaży zarówno obiektów hotelowych (-14,3%), jak i miejsc noclegowych (-11,4%).Hotele z 29% wzrostem gości, ale wciąż poniżej poziomu sprzed pandemiiHotele z 29% wzrostem gości, ale wciąż poniżej poziomu sprzed pandemii 2

Poddając ogólnej analizie rok 2021 w stosunku do roku poprzedniego widać wzrost liczby wszystkich turystów, którzy odwiedzili hotele o 29%, co daje łącznie 3 230 061 więcej gości. Natomiast liczba klientów z zagranicy poszła w tym czasie w górę o 15%, czyli o 260 753 osoby. Analiza 2021 r. względem roku 2019, pokazuje jednak, że liczba osób odwiedzających hotele nie wróciła jeszcze do stanu sprzed pandemii. Zmniejszenie liczby gości wynosi 39%, czyli o 9 150 104 osoby. W 2021 r. do polskich hoteli przyjechało o 67% mniej zagranicznych turystów niż w roku 2019, co w przeliczeniu stanowi ubytek 4 009 357 gości.Hotele z 29% wzrostem gości, ale wciąż poniżej poziomu sprzed pandemii 3

Wojna kładzie się cieniem na sytuacji branży

Dostępność szczepionek i mniejszy poziom zakażeń Covid-19 sprawiły, że rynek oczekiwał ożywienia w 2022 r., a przynajmniej pewnej stabilizacji. Okazało się jednak, że po dwóch trudnych latach dla branży hotelowej pojawiło się kolejne wyzwanie, związane z atakiem wojsk rosyjskich na Ukrainę. Od 24 lutego w sektorze znów zagościł duży niepokój.

Wiele polskich obiektów udostępniło bezpłatne miejsca noclegowe dla Ukraińców. Jednak nie wszyscy Ukraińcy potrzebowali bezpłatnej pomocy. Część osób przyjeżdżających zza wschodniej granicy, dysponowała gotówką i mogła zorganizować noclegi we własnym zakresie. Bardzo dużo firm posiadających swoje oddziały na Ukrainie zdecydowało się ściągnąć swoich pracowników wraz z rodzinami do Polski opłacając noclegi w obiektach hotelowych. Paradoksalnie w pierwszych miesiącach wojny hotele notowały zatem bardzo dobre wyniki obłożenia, co raczej nie będzie długotrwałym trendem, zaznaczają autorzy raportu.

Konflikt zbrojny tuż za wschodnią granicą niesie za sobą negatywne skutki dla polskiego rynku hotelowego. Zagraniczni turyści postrzegając Polskę jako kraj przyfrontowy w obawie przed potencjalnym zagrożeniem zaczęli rezygnować z planowanych wyjazdów do naszego kraju i pobytu w lokalnych hotelach. Obecnie, rezerwacje dokonywane są bardzo późno, nawet bezpośrednio przed przyjazdem. Polscy turyści w obawie przed skutkami ekonomicznego konfliktu oraz galopującą inflacją również wstrzymują się z decyzją o rezerwacji miejsc noclegowych – zaznacza Dariusz Książak, Prezes Zarządu Emmerson Evaluation.

Wzrost cen kolejnym wyzwaniem

Dodatkowym problemem jest także rekordowo wysoka inflacja. Wszyscy przedsiębiorcy, w tym także hotelarze, borykają się z dotkliwym problemem jakim są podwyżki cen energii. Presja inflacyjna i zwiększone koszty działalności operacyjnej hoteli wymuszają na branży podwyżki swoich usług. Z niepokojem patrzymy na sytuację konsumentów, których pieniądze tracą na wartości, co w dłuższej perspektywie może ograniczyć popyt na usługi hotelarskie i gastronomiczne.

W okresie pandemii rynek nieruchomości hotelowych ucierpiał najbardziej ze wszystkich sektorów nieruchomości. Wiele wskazuje na to, że również zostanie najbardziej dotknięty obecną sytuacją – rozchwianą gospodarką, galopującą inflacją, a przede wszystkim wojną w Ukrainie. W zależności od tego, kiedy skończy się konflikt za wschodnią granicą i jak szybko zostanie zdławiona inflacja oraz ustabilizowana gospodarka, będzie można dokładniej prognozować dalsze losy sektora. Branża hotelarska jednak już nie po raz pierwszy musi dostosowywać się do nowej rzeczywistości. Nasz rynek jest coraz bardziej dojrzały, a hotelarze nauczeni doświadczeniem pandemii coraz lepiej radzą sobie w nieprzyjaznych warunkach – podsumowuje Prezes Emmerson Evaluation.

Raport „Rynek hoteli i condohoteli w Polsce”: https://www.emmerson-evaluation.pl/wp-content/uploads/2022/08/raport-rynek-hoteli-oraz-condohoteli-w-polsce-2022.pdf.

Węgiel, gaz i… wakacje kredytowe a rynek akcji i obligacji

Eksperci VIG/C-QUADRAT przyglądają się kluczowym wskaźnikom ekonomicznym, analizują wyniki spółek za II kwartał tego roku, prezentują z jakimi zagrożeniami zmierzy się polski rynek akcji oraz zastanawiają się czy to już „czas na obligacje”.

Rynki globalne – akcje

Lipiec można podsumować jednym zdaniem – „nie walcz z Fed”. To słynne już powiedzenie sprzed kadencji aktualnie urzędującego szefa Rezerwy Federalnej Jerome’a Powell’a, wróciło do łask przy okazji ostatniej konferencji amerykańskiego banku centralnego. Podkreślano na niej, że gospodarka USA nie jest w recesji, a kluczowym jest silny rynek pracy. Był to katalizator dla skrajnie negatywnie nastawionych inwestorów, by przynajmniej chwilowo powrócić do akcji. Warto podkreślić, że wskaźnik Bull&Bear obliczany przez Bank of America Merill Lynch wskazywał poziom „0”, co obrazowało fatalne nastroje inwestorów. Jednocześnie, był to odwrotny do trendu rynkowego sygnał kupna dla akcji, w rezultacie czego globalne rynki akcji zaliczyły jeden z najlepszych miesięcy od wielu kwartałów.

Wartość indeksu dla akcji rynków rozwiniętych (MSCI World) wzrosła o 7,9% w minionym miesiącu. Indeks spółek technologicznych w USA (Nasdaq Composite) wzrósł o 12,3%, podczas gdy indeks największych amerykańskich spółek  (S&P500) wzrósł o 9,1%.

W opinii ekspertów VIG/C-QUADRAT TFI akcje amerykańskie nadal są relatywnie drogie w ujęciu historycznym. Kluczowa pozostaje selekcja i właściwy dobór sektorów oraz spółek do portfela.  Szybki i gwałtowny powrót do bardziej ryzykowanych aktywów po wypowiedzi Jerome’a Powell‘a nie spowodował spowolnienia tempa wzrostu podwyżek stóp procentowych w USA. Mamy więc do czynienia z sytuacją, gdy stopy procentowe w USA dalej rosną, a aktualne dane makroekonomiczne i perspektywy na najbliższe kwartały są słabe lub się pogarszają.

Sezon wyników za drugi kwartał w USA pokazał, że w warunkach zmiennego otoczenia makroekonomicznego największe spółki radzą sobie dużo lepiej, co było dodatkowym wsparciem dla rynków akcji, głównie z uwagi na wysoki udział wiodących spółek w indeksach.

Rynek krajowy – akcje

Sytuacja na krajowym rynku akcji pozostaje niezmienna: wyniki spółek są dobre lub bardzo dobre, wyceny są niskie, a sentyment rynkowy pozostaje zły. Komentarze Fed nieco poprawiły nastroje, ale wywołały tylko przeciętne wzrosty w ujęciu miesięcznym.

Indeks polskich spółek (WIG) wzrósł w lipcu o 2,7%. Indeksy dużych spółek (WIG20TR) i średnich spółek (mWIG40) wzrosły odpowiednio o 1,5% i 2,7%, podczas gdy indeks małych spółek (sWIG80) wzrósł o 0,2%.

Polski rynek akcji pozostaje pod wpływem zbliżających się problemów z zapewnieniem węgla i gazu na sezon zimowy. Dotyczy to nie tylko Polski, ale i większości krajów z regionu Europy Centralnej. Druga ważna kwestia to uruchomienie tzw. „wakacji kredytowych” dla kredytobiorców złotówkowych.  Zdaniem ekspertów VIG/C-QUADRAT TFI spowoduje to negatywne implikacje dla sektora bankowego w Polsce. Procentowa partycypacja klientów w programie rozstrzygnie kwestię skali kosztów, ale najgorsze szacunki (przy wysokiej partycypacji) wskazują na kwotę ok. 20 mld zł.

Obligacje skarbowe

W lipcu ceny obligacji skarbowych mocno wzrastały (co oznacza spadek ich rentowności). Już pierwszego dnia miesiąca rentowności 10-letnich obligacji skarbowych spadły o 0,4 pkt proc, kontynuując silne spadki z końcówki czerwca. Tego dnia ukazał się odczyt PMI dla polskiego przemysłu, który zasygnalizował pogorszenie koniunktury gospodarczej. Odczyt wyniósł 44,4, podczas gdy rynek spodziewał się poziomu 48. Ostatni tak słaby odczyt (nie licząc pierwszej fali Covid-19) miał miejsce w 2009 r.

Spadkowi rentowności sprzyjała podwyżka stóp procentowych o 0,5 pkt proc. (o 0,25 pkt proc. niższa od oczekiwań rynkowych) oraz konferencja prezesa NBP, który wydawał się pierwszy raz w tym roku martwić nadchodzącym spowolnieniem gospodarczym – projekcja wzrostu PKB na przyszły rok została znacząco obniżona (z 1,9-4,1% do 0,2-2,3%).

Spowolnienie widać także w czerwcowych danych, które napłynęły na rynek w lipcu. Produkcja przemysłowa i budowlano-montażowa, sprzedaż detaliczna czy też wzrost wynagrodzeń okazały się niższe od oczekiwań rynkowych. Wszystko to przyczyniło się do spadku rentowności 10-letnich obligacji, które na koniec lipca wyniosły 5,54%.

Od lokalnego szczytu rentowności w czerwcu, gdzie obligacje osiągnęły poziom 8,05%, w okresie niespełna półtora miesiąca doświadczyliśmy gwałtownego ich spadku o 2,5 pkt proc. Spodziewamy się, że w najbliższym czasie mogą nastąpić korekty ostatnich wzrostów. Mimo tego, że prawdopodobnie jesteśmy już blisko końca cyklu podwyżek stóp procentowych, eksperci VIG/C-QUADRAT TFI nie spodziewają się, aby spowolnienie gospodarcze miało przynieść gwałtowny spadek inflacji – zwłaszcza w kontekście problemów na rynku gazu i węgla oraz oczekiwanego, gwałtownego wzrostu cen prądu. Może to oznaczać, że w kolejnych miesiącach na krajowym rynku długu nadal będzie panowała podwyższona zmienność.

Obligacje korporacyjne

W lipcu na rynku wtórnym ceny obligacji korporacyjnych – w przeciwieństwie do cen obligacji skarbowych – nadal spadały. Rentowności do wykupu (YTM) obligacji wyemitowanych przez najlepszej jakości emitentów z branży finansowej zbliżają się do 10% w skali roku. Przy tak wysokim koszcie finansowania trudno się spodziewać, aby na rynku pierwotnym pojawiło się wiele ofert. Zdarzają się pojedyncze emisje, jednak o niewielkich wolumenach i w większości obejmowane przez inwestorów indywidualnych.

Lipiec był pierwszym miesiącem w tym cyklu podwyżek stóp procentowych, w którym spadły stawki WIBOR. Do posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej, które miało miejsce 7 lipca, utrzymywała się tendencja wzrostowa, natomiast po decyzji o podniesieniu stóp, WIBOR osiągnął swój szczyt na poziomie 7,43% (WIBOR6M). Konferencja prasowa prezesa NBP tym razem była mniej optymistyczna (sporo uwagi poświęcono spowolnieniu gospodarczemu), co przyczyniło się do dalszego spadku wskaźnika, by na koniec lipca WIBOR6M osiągnął wartość 7,30%, tj. o 0,05 pkt proc. mniej niż na koniec czerwca tego roku.

Polski Ład 2.0 od lipca w nowym wydaniu – czy przewoźnicy na nim zyskają?

Rozliczanie pracowników od nowego roku 2022 przysporzyło problemów niejednemu pracodawcy i księgowemu. Chociaż z założenia Polski Ład miał uprościć dotychczasowy system podatkowy i obniżyć ich wysokość, zmiana przepisów od stycznia jeszcze bardziej go skomplikowała. Dlatego rząd postanowił jeszcze raz znowelizować ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych, a w konsekwencji zlikwidował niektóre z wcześniej wprowadzonych rozwiązań. Jakie? Przede wszystkim obniżył pierwszy próg podatkowy z 17 proc. na 12 proc., co związane jest z mniejszą kwotą wolną od podatku, zniósł ulgę dla klasy średniej oraz usunął tzw. rolowanie zaliczek. Ten ostatni przepis dawał pewną dowolność w rozliczaniu pracownika według systemu podatkowego z 2021 lub 2022 roku w zależności od tego, która opcja była dla niego korzystniejsza. Czy reforma „Niskie Podatki”, obowiązująca o 1 lipca 2022 roku, okaże się tym razem sukcesem, a przewoźnicy oszczędzą na zmianach?

Nowelizację ustawy związaną z Polskim Ładem najbardziej odczują przewoźnicy, zatrudniający kierowców z wynagrodzeniem netto, mieszczącym się w przedziale 9-10 tys. Wówczas, łączny koszt pracodawcy może zmniejszyć się nawet o 400 zł – zauważa, Bartłomiej Zgudziak, ekspert ds. analiz i rozliczeń, Grupa Inelo.

Polski Ład 2.0 – co się zmieniło?

Jedną z najważniejszych zmian w Polskim Ładzie 2.0 jest obniżenie pierwszego progu podatkowego, z 17 proc. na 12 proc., który sięga aktualnie do kwoty 120 tys. złotych. Oznacza to, że każdy płatnik, mieszczący się w pierwszym progu podatkowym, zapłaci mniejszą zaliczkę na podatek do Urzędu Skarbowego. Skąd ta zmiana? Nowe przepisy mają za zadanie udoskonalić dotychczasowy system, obowiązujący od stycznia 2022 roku, aby rozliczanie pracowników było zdecydowanie łatwiejsze. Dlaczego? We wcześniejszej wersji Nowego Ładu obowiązywała ulga dla klasy średniej dla rocznych dochodów, mieszczących się w przedziale 68 411, 99 zł – 102 588 zł i powyżej 102 588 do 133 692.[1] Obliczanie jej wartości było trudne ze względu na konieczność stosowania skomplikowanego wzoru i różnych przedziałów, zależnych od zarobków. Z tego względu przepisy zostały uproszczone, co wiąże się z likwidacją ulgi dla klasy średniej i z obniżeniem pierwszego progu podatkowego.

Warto zwrócić uwagę na to, że wraz z obniżeniem podatku w pierwszym progu zmieniła się również kwota wolna od podatku. Nadal jej wartość wynosi 30 tys. złotych na rok, ale w ujęciu miesięcznym jest ona mniejsza i wynosi aktualnie 300 zł, a nie 425 zł, która obowiązywała po wprowadzeniu przepisów Nowego Ładu w styczniu – podkreśla Bartłomiej Zgudziak, ekspert ds. analiz i rozliczeń, Grupa Inelo.

Polski Ład – rolowanie zaliczek

Dodatkowo nowe przepisy Polskiego Ładu uchyliły system odraczania zaliczek na podatek. Rolowanie zaliczek obowiązywało po to, aby nie działać na niekorzyść pracowników i rozliczać ich według korzystniejszych warunków, czyli niższej zaliczki dla pracowników w zależności od wyliczeń zgodnych z zasadami, obowiązującymi w systemie podatkowym w 2021 lub 2022 roku.

– Przy rozliczeniu rocznym PIT-2 wartości zaliczek, które powinny być odprowadzone do urzędu skarbowego, będziemy porównywać do zasad, obowiązujących już w nowym systemie, czyli ze zmniejszonym podatkiem dochodowym do 12 proc., bez ulgi dla klasy średniej i „rolowania” zaliczek. Może się okazać, że zaliczki, zapłacone od stycznia do czerwca były wyższe w porównaniu do tych, które rzeczywiście trzeba byłoby uregulować zgodnie z przepisami od lipca. Z tego względu niektórzy pracownicy mają większą szansę na zwrot podatku. Warto jednak pamiętać o tym, że każdy kierowca w firmie transportowej jest inaczej rozliczany. Dodatkowo w wyliczaniu podstawy opodatkowania trzeba uwzględnić odpowiednio wartość wirtualnych diet w przewozach międzynarodowych, a to zdecydowanie zmienia wysokość kwoty do opodatkowania mówi Bartłomiej Zgudziak, ekspert ds. analiz i rozliczeń, Grupa Inelo i dodaje, że już samo wyliczenie wirtualnej diety może sprawiać trudności, bo kierowcy jeżdżą po wielu krajach UE w ciągu jednego miesiąca.

Nowy ład transportowy – kto jest wygranym?

Celem nowej reformy systemu podatkowego jest nie tylko zmniejszenie obciążeń podatników, łatwiejszy system rozliczania pracowników, ale również pomoc samym przedsiębiorcom. Przewoźnicy mogą spodziewać się mniejszych kosztów pracodawcy.

Tabela nr. 1, Opracowanie eksperta Bartłomieja Zgudziaka, Grupa Inelo

Tabela nr. 1, Opracowanie eksperta Bartłomieja Zgudziaka

Nie możemy jednoznacznie określić, ile przewoźnik zaoszczędzi, dzięki przepisom Polskiego Ładu. Z symulacji jasno wynika, że kwota ta może być różna – od kilkunastu złotych do nawet 400 zł oszczędności na jednym pracowniku. Wszystko zależy od tego, jak kierowca był dotychczasowo rozliczany, bo niektórzy truckerzy rozliczani byli przykładowo z uwzględnieniem ulgi dla klasy średniej, a innym rolowano zaliczki na podatek, bo system kadrowo-płacowy w firmie transportowej na to pozwalał. Istnieje tutaj wiele zmiennych, od których zależy wysokość zaliczki na podatek, ale na pewno zlikwidowanie ulgi dla klasy średniej i obniżenie podatku do 12 proc. sprawi, że przewoźnikom zostanie więcej pieniędzy w kieszeni – komentuje Bartłomiej Zgudziak i dodaje, że łączny koszt pracodawcy może być pomniejszony nawet o ponad 4,5 proc, a to dlatego, że w ostatnim przykładzie (tabela nr. 2) kierowca był rozliczany jedynie według zasad z 2022 roku (bez rolowania zaliczki), a co więcej, wycofał on ulgę dla klasy średniej. Oznacza to, że przewoźnik dotychczasowo płacił możliwie najwyższy koszt podatku, a więc aktualnie (po zmianie przepisów) zaoszczędzi najwięcej.

Przewoźnicy, którzy nie są pewni, ile zyskali wraz ze zmianą przepisów podyktowaną Polskim Ładem, mogą spróbować dopasować rozliczenie swoich kierowców do jednej z trzech grup z tabeli nr 2.Tabela nr. 2, Opracowanie eksperta Bartłomieja Zgudziaka

Tabela nr. 2, Opracowanie eksperta Bartłomieja Zgudziaka, Grupa Inelo

[1] https://www.e-pity.pl/polski-lad/ulga-dla-klasy-sredniej/

Ropa była wczoraj najtańsza od początku wojny

Ceny kontraktów na ropę naftową na NYMEX-ie i ICE spadły wczoraj do najniższych (przedwojennych) poziomów od końca lutego. Dziś rano próbowały odrabiać te straty (WTI +0,9 proc., Brent +0,7 proc.). Lekko drożała dziś rano miedź i metale szlachetne.

Główne indeksy amerykańskiego rynku akcji zastanawiały się wczoraj na swoimi kolejnymi ruchami. Nasdaq Composite (+0,41 proc.) był najwyżej od 3 miesięcy. S&P 500 po dotarciu do poziomu swego szczytu z początku czerwca lekko się cofnął (-0,08 proc.). Dziś rano kontrakty na te indeksy lekko rosły (S&P 500 +0,17 proc.).

Na giełdach Azji i Oceanii dziś rano przeważały wzrosty. Widać było ulgę odczuwaną na Tajwanie – TAIEX +2,27 proc. – sugerującą, że ostatnie napięcia geopolityczne w relacjach z Chinami nie doprowadzą do jakiejś poważniejszej eskalacji.

Dosyć wakacyjna atmosfera panowała również na rynkach akcji w Europie (DAX +0,03 proc., CAC 40 +0,04 proc. ok. godz. 9:45). Najwyższy poziom w swej historii osiągnął dziś turecki XU100.
Swe straty z ostatnich 3 sesji próbował dziś rano odrabiać WIG-20 (+0,87 proc. ok. godz. 9:45). Zwyżkowały – chociaż nieznacznie – dziś rano wszystkie indeksy sektorowe GPW (najsilniej – o 1,37 proc. – WIG-Paliwa). Najwyższy poziom od roku osiągnęła dziś rano cen akcji spółki Photon Energy NV.

Niewiele się działo dziś rano na rynku 10-letnich obligacji skarbowych. Nadal utrzymywała się duża – ok. 35 punktów bazowych – ujemna różnica pomiędzy rentownością amerykańskich 10-latek i 2-latek (strasząca gospodarczą recesją „inwersja” krzywej rentowności). Rentowność polskich 10-latek lekko spadała (5,588 proc.).

Na rynku walutowym nie działo się dziś rano zbyt wiele. Amerykański dolar lekko umacniał się względem japońskiego jena (+0,18 proc.) i euro (EUR/USD -0,12 proc.).

Również minimalne były dziś rano zmiany kursu złotego (EUR/PLN -0,02 proc., USD/PLN +0,11 proc. ok. godz. 9:25).

Bitcoin dziś rano dosyć dynamicznie odrabiał swe wczorajsze straty względem dolara (BTC/USD +3,14 proc.).

Autor: Wojciech Białek, TMS Brokers

W 2023 r. kara za brak OC wzrośnie dwa razy

Rząd w przyszłym roku planuje dwie podwyżki płacy minimalnej. To oznacza, że dwukrotnie wzrośnie także kara za brak OC. Będzie ona miała rekordową wysokość, którą szacuje Ubea.pl.

Niecałe 7000 zł za jazdę samochodem osobowym bez wymaganego OC. Taki scenariusz na przyszły rok wydaje się bardzo prawdopodobny. Duża podwyżka płacy minimalnej sprawi, że kary dla posiadaczy pojazdów bez opłaconego OC wzrosną do rekordowego poziomu. Co więcej, rząd planuje dwie zmiany „najniższej krajowej” w 2023 r. Eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl postanowili sprawdzić, ile po wspomnianych podwyżkach ze stycznia i lipca mogą wynosić stawki karne za brak obowiązkowego OC.

Podwyżka płacy minimalnej ma liczne konsekwencje

Przypuszczenia dotyczące wysokości przyszłorocznych kar za brak OC bazują na niedawno opublikowanym projekcie rozporządzenia Rady Ministrów w sprawie płacy minimalnej na 2023 r. Rząd planuje, że „najniższa krajowa” od 1 stycznia 2023 r. wyniesie 3383 zł brutto, a pół roku później jej poziom wzrośnie do 3450 zł. Warto przypomnieć, że ustawa o ubezpieczeniach obowiązkowych uzależnia kary za brak OC kierowców od minimalnego wynagrodzenia za pracę. „Poza tym wiele innych ustaw odwołuje się do najniższej płacy jako ważnego wskaźnika” – dodaje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Przepisy wskazują, że w przypadku ponad dwutygodniowego przerwania ciągłości ochrony z OC, kierowca auta zapłaci 200% „najniższej krajowej”, a samochodu ciężarowego, autobusu i ciągnika samochodowego – 300%. Bazowa kara dla motocyklistów to natomiast jedna trzecia minimalnego wynagrodzenia za pracę. Brak ciągłości ochrony ubezpieczeniowej przez okres wynoszący do 3 dni włącznie oraz 4 dni – 14 dni skutkuje obniżeniem kary naliczanej przez UFG – odpowiednio o 80% i 50%. Te zasady nie zmieniają się już od lat. „Rośnie jedynie poziom najniższej krajowej płacy. Zasady jej podnoszenia regulują przepisy ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę” – mówi Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Nie tylko kara dotycząca samochodów pobije rekord

Eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl postanowili sprawdzić, ile będzie wynosiła kara za brak OC jeśli podwyżki płacy minimalnej okażą się zgodne z planami rządu. Poniżej widzimy dwie tabele. Pierwsza z nich informuje, jakie stawki kar za brak OC nadal obowiązują (do końca 2022 r.). Kolejne zestawienie pokazuje kary, które mogą obowiązywać w przyszłym roku. Oczywiście, nie ma jeszcze stuprocentowej pewności, że 3383 zł oraz 3450 zł brutto będą stawkami najniższej krajowej płacy na przyszły rok. „Nie można wykluczyć, że rząd jeszcze bardziej podniesie minimalne wynagrodzenie. Korekta w dół wydaje się mniej prawdopodobna” – uważa Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Jeżeli natomiast zmian nie będzie, to w 2023 r. kierowca samochodu osobowego nieposiadający OC przez ponad dwa tygodnie, zapłaci odpowiednio 6770 zł (od 1 stycznia 2023 r.) oraz 6900 zł (od 1 lipca 2023 r.). Podane w tabeli, inne wyniki też uwzględniają już zaokrąglenia do pełnych dziesiątek złotych wynikające z ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych. W ramach porównania wyliczonych kwot do obecnych kar, warto przypomnieć, że tegoroczna podstawowa stawka kary za brak OC dotyczącego auta to 6020 zł. Nie tylko kary dla kierowców samochodów osobowych pobiją rekord w 2023 r. „Przyszłoroczna stawka kary za brak OC dla ciężkich pojazdów będzie już pięciocyfrowa w przypadku przerwania ochrony przez ponad dwa tygodnie. Dokładna kwota najprawdopodobniej wyniesie 10 150 zł/10 350 zł” – podsumowuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.kara za brak OC

Czeka nas podwyżka opłat i podatków lokalnych

1 sierpnia 2022 r. opublikowane zostało obwieszczenie Ministra Finansów w sprawie górnych granic stawek podatków i opłat lokalnych na rok 2023. Zgodnie z przepisami są one co roku podnoszone o wskaźnik inflacji za I półrocze danego roku, a więc tym razem wzrosną o 11,8%.

Podniesienie opłat lokalnych to kolejny czynnik, który wpłynie na wzrost obciążeń finansowych. Gospodarstwa domowe i przedsiębiorcy odczuwają wyższe opłaty eksploatacyjne lokali, np. za ogrzewanie czy energię. Dodatkowo jeszcze będą musieli udźwignąć rosnące podatki.

Przykładowo: w 2023 roku maksymalne stawki podatków od posiadania lokalu mieszkalnego wzrosną o 0,11 zł za 1 m2, a w przypadku lokali związanych z działalnością gospodarczą o 3,04 zł za 1 m2. Nowe stawki wyniosą odpowiednio 1 zł i 28,78 zł za 1m2.

– Pamiętajmy, że obwieszczenie określa najwyższe możliwe do zastosowania stawki. Ostatecznie mogą być niższe, ponieważ decyzję o ich wysokości podejmują samorządy. Jednak obciążenia związane z posiadaniem lokalu w największych miastach, takich jak Warszawa, Wrocław, Kraków czy też Gdańsk, w roku 2022 były ustalone na najwyższym możliwym poziomie. Trudno spodziewać się, że w 2023 roku będzie inaczej, zwłaszcza w kontekście przepisów Polskiego Ładu, który spowodował, że wpływy samorządów pochodzące z podatku dochodowego będą niższe – ocenia Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt.

Istnieją jednak i takie miasta, w których na rok 2022 nie zastosowano maksymalnych stawek. Jest to np. Olsztyn, gdzie podatek od lokali wynosi 0,80 zł za m2 w przypadku lokali mieszkalnych oraz 22,38 zł w przypadku lokali związanych z działalnością gospodarczą. Jednak jeśli tamtejsza rada miasta postanowi przyjąć na 2023 r. maksymalne stawki, to podwyżka będzie bardziej odczuwalna niż w Krakowie czy Warszawie, bo wyniesie odpowiednio 0,20 zł i 6,40 zł.

Kiepskie wiadomości czekają też na właścicieli psów. Podatek od posiadania czworonoga ma wzrosnąć o niemal 16 zł, ze 135 zł do 150,91 zł. Wyższe będą również opłaty uzdrowiskowe pobierane w kurortach. Ich maksymalna wysokość wyniesie 5,40 zł za dobę, podczas gdy obecnie jest to 4,83 zł.

Poniżej znajduje się pełna lista podatków lokalnych na 2023 rok:

  • Podatek od gruntów:
  1. związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej, bez względu na sposób zakwalifikowania w ewidencji gruntów i budynków 1,16 zł od 1 m kw. powierzchni,
  2. pod wodami powierzchniowymi stojącymi lub wodami powierzchniowymi płynącymi jezior i zbiorników sztucznych – 5,79 zł od 1 ha powierzchni,
  3. pozostałych, w tym zajętych na prowadzenie odpłatnej statutowej działalności pożytku publicznego przez organizacje pożytku publicznego – 0,61 zł od 1 m kw. powierzchni,
  4. niezabudowanych objętych obszarem rewitalizacji, o których mowa w przepisach – 3,81 zł od 1 m kw. powierzchni;
  • Podatek od budynków lub ich części:
  1. mieszkalnych – 1 zł od 1 m kw. powierzchni użytkowej,
  2. związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej oraz od budynków mieszkalnych lub ich części zajętych na prowadzenie działalności gospodarczej – 28,78 zł od 1 m kw. powierzchni użytkowej,
  3. zajętych na prowadzenie działalności gospodarczej w zakresie obrotu kwalifikowanym materiałem siewnym – 13,47 zł od 1 m kw. powierzchni użytkowej,
  4. związanych z udzielaniem świadczeń zdrowotnych w rozumieniu przepisów o działalności leczniczej, zajętych przez podmioty udzielające tych świadczeń – 5,87 zł od 1 m kw. powierzchni użytkowej,
  5. pozostałych, w tym zajętych na prowadzenie odpłatnej statutowej działalności pożytku publicznego przez organizacje pożytku publicznego – 9,71 zł od 1 m kw. powierzchni użytkowej;
  • Podatek od środków transportowych: Od samochodów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej:
  1. od 3,5 tony do 5,5 tony włącznie – 1020,16 zł,
  2. powyżej 5,5 tony do 9 ton włącznie – 1701,84 zł,
  3. powyżej 9 ton – 2042,19 zł,

Od samochodów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej równej lub wyższej niż 12 ton – 3897,01 zł.

Od ciągników siodłowych lub balastowych przystosowanych do używania łącznie z naczepą lub przyczepą o dopuszczalnej masie całkowitej zespołu pojazdów od 3,5 tony i poniżej 12 ton – 2382,52 zł.

Od ciągników siodłowych lub balastowych przystosowanych do używania łącznie z naczepą lub przyczepą o dopuszczalnej masie całkowitej zespołu pojazdów równej lub wyższej niż 12 ton – (do 36 ton włącznie – 3012,13 zł; powyżej 36 ton 3897,01 zł).

Od przyczep lub naczep, które łącznie z pojazdem silnikowym posiadają dopuszczalną masę całkowitą od 7 ton i poniżej 12 ton, z wyjątkiem związanych wyłącznie z działalnością rolniczą prowadzoną przez podatnika podatku rolnego – 2042,19 zł.

Od przyczep lub naczep, które łącznie z pojazdem silnikowym posiadają dopuszczalną masę całkowitą równą lub wyższą niż 12 ton, z wyjątkiem związanych wyłącznie z działalnością rolniczą prowadzoną przez podatnika podatku rolnego (do 36 ton włącznie – 2382,52 zł; powyżej 36 ton – 3012,13 zł).

Od autobusu, w zależności od liczby miejsc do siedzenia poza miejscem kierowcy (mniejszej niż 22 miejsca – 2411,44 zł; równej lub większej niż 22 miejsca – 3048,71 zł).

  • Opłaty:
  1. targowa, nie może przekroczyć 953,38 zł dziennie,
  2. miejscowa w miejscowościach posiadających korzystne właściwości klimatyczne, walory krajobrazowe oraz warunki umożliwiające pobyt osób w tych celach, nie może przekroczyć 2,80 zł dziennie,
  3. miejscowa w miejscowościach posiadających status obszaru ochrony uzdrowiskowej, nie może przekroczyć – 3,94 zł dziennie,
  4. uzdrowiskowa, nie może przekroczyć – 5,40 zł dziennie,
  5. od posiadania psów – 150,93 zł
  6. część stała opłaty reklamowej nie może przekroczyć 3,14 zł dziennie
  7. część zmienna opłaty reklamowej nie może przekroczyć 0,28 zł od 1 m kw. pola powierzchni tablicy reklamowej lub urządzenia reklamowego służących ekspozycji reklamy dziennie.

Opinie ekspertów cyberbezpieczeństwa o pierwszym półroczu 2022

Agresja Rosji na Ukrainę, ransomware wymierzone w systemy rosyjskie, wzrost świadomości zagrożenia przekładający się na większą dbałość o bezpieczeństwo i przestępcy, którzy sięgać będą po sztuczną inteligencję. To, jak komentują eksperci ds. cyberbezpieczeństwa z ESET, Stormshield i DAGMA, zdarzenia i zjawiska warte szczególnego odnotowania w pierwszym półroczu bieżącego roku.

ESET

Zdarzeniem, które w największym stopniu wpłynęło na zagadnienia w obszarze cyberbezpieczeństwa, była rosyjska agresja na Ukrainę. Specjaliści ESET wskazują w tym kontekście na dwa szczególne trendy. Pierwszym jest wykorzystanie sfery cyfrowej jako pola walki. Choć telemetria ESET i prowadzone przez firmę analizy pokazują, że działania przeciwko Ukrainie prowadziło w ostatnich latach wiele grup APT, to działania z końca lutego były w tym kontekście o tyle szczególne, że ich przeprowadzenie – przygotowywane od wielu miesięcy – było bezpośrednim wstępem do działań militarnych. Napastnicy łączyli ataki DDoS z wykorzystaniem oprogramowania typu „wiper” (CaddyWiper, HermeticWiper czy IsaacWiper), tj. niszczącego zawartość zainfekowanych dysków. Drugim trendem, na który wskazują, było wykorzystywanie w działaniach przestępczych motywu pomocy uchodźcom wojennym.

– Pierwsze miesiące bieżącego roku przyniosły ataki cyberwojenne pierwszy raz prowadzone na tak szeroką skalę, a także oszustwa w postaci fałszywych zbiórek na rzecz pomocy mieszkańcom Ukrainy. Nigdy wcześniej nie zaobserwowano tak wielu wyspecjalizowanych i ukierunkowanych ataków wycelowanych w systemy i sieci jednego kraju, które byłyby przeprowadzone w tak krótkim okresie – komentuje Kamil Sadkowski, starszy specjalista ds. cyberbezpieczeństwa w ESET.

Zwraca on również uwagę na fakt odnotowania przez telemetrię ESET wzmożonej aktywności wymierzonej w rosyjskie systemy cyfrowe.

– W pierwszych czterech miesiącach bieżącego roku odnotowaliśmy znaczny wzrost detekcji oprogramowania ransomware wycelowanego w rosyjskie systemy, niektóre z analizowanych zagrożeń posługiwały się nawet tytułem „Slava Ukraini”. Wzrost detekcji oprogramowania ransomware wycelowanego w rosyjskich użytkowników to nowe zjawisko, wcześniej tego typu zagrożenia generalnie unikały infekowania systemów w Rosji – mówi Kamil Sadkowski.

DAGMA Bezpieczeństwo IT

W opinii DAGMY wart podkreślenia jest wzrost zainteresowania zagadnieniami cyberbezpieczeństwa, do czego przyczyniła się pandemia i będące jej pokłosiem zmiany. Praca zdalna, rozwój branży e-commerce czy medycyny online spowodował, że aktywność społeczna i zawodowa w znacznym stopniu przeniosły się do sieci.

– Wielu użytkowników Internetu zaczęło krytycznie podchodzić do kwestii własnego cyberbezpieczeństwa. Pomocne w zrozumieniu podstawowych zagadnień z cyberbezpieczeństwa były materiały tworzone przez specjalistów IT security, które pokazywały jak bezpiecznie korzystać z Internetu, pracować zdalnie czy zabezpieczyć swoje dane – komentuje Krystian Paszek, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa i audytów w DAGMA Bezpieczeństwo IT.

Zwraca przy tym uwagę, że podobny trend można zauważyć wśród osób decyzyjnych wielu firm, w których praca zdalna była novum, w związku z którym zaczęły pojawiać się pytania o zabezpieczenie danych firmowych.

– Wiele firm podjęło dodatkowe działania, które w pierwszej kolejności miały na celu zweryfikowanie stanu bezpieczeństwa, wskazanie luk i słabych punktów, a w dalszych krokach podniesienie poziomu cyberbezpieczeństwa w posiadanej infrastrukturze. Zawsze podkreślamy, że świadomość zagrożenia jest fundamentem bezpieczeństwa, a ta kwestia przez lata była niedoceniana. Obecnie zauważamy pozytywne zmiany, choć oczywiście, mówiąc kolokwialnie, wciąż jesteśmy w tyle. Jednak coraz więcej podmiotów wprowadza w swoje struktury komórki zarządzające cyberbezpieczeństwem, jak również współpracuje z firmami zajmującymi się IT Security – mówi Krystian Paszek.

– Nowym trendem jest również szkolenie pracowników biurowych z zakresu bezpieczeństwa cyfrowego i radzenia sobie z socjotechniką wykorzystywaną przez internetowych przestępców. Do zarządzających dociera, że to człowiek wciąż jest najsłabszym ogniwem w przypadku ataków hakerskich. Większa świadomość tego faktu cieszy – dodaje.

Eksperci DAGMY  wskazują także na wzrost zagrożeń związanych z dezinformacją oraz atakami phishingowymi, przede wszystkim ukierunkowanymi na wojnę w Ukrainie. Zwracają  uwagę na podniesienie poziomu alertu CRP, do poziomu trzeciego Charlie. Jest on wprowadzany w przypadku wystąpienia zdarzenia potwierdzającego prawdopodobny atak o charakterze terrorystycznym w cyberprzestrzeni lub uzyskania wiarygodnych informacji o planowanym zdarzeniu. Ogłoszenie poziomu Charlie 3 to pokłosie zaangażowania się Polski w pomoc dla Ukrainy.

– Rosyjscy hakerzy wielokrotnie wypowiadali wojnę w sieci, zapowiadając ataki na infrastrukturę technologiczną zachodnich państw wspierających Ukrainę. Polska znacząco zaangażowała się w pomoc dla Ukrainy, przez co znalazła się w gronie państw najbardziej zagrożonych odwetem i rosyjskimi atakami cybernetycznymi. Z danych zgromadzonych przez ESET wynika, że były podejmowane ataki na polski sektor zbrojeniowy i energetyczny – dodaje ekspert DAGMA Bezpieczeństwo IT.

– Alert Charlie 3 to sygnał dla służb i administracji publicznej do zachowania szczególnej czujności. Administracja jest zobowiązana do całodobowego prowadzenia wzmożonego monitoringu stanu bezpieczeństwa systemów teleinformatycznych dla systemów kluczowych. Instytucje publiczne są zobowiązane by monitorować i weryfikować, czy nie doszło do naruszenia bezpieczeństwa komunikacji elektronicznej – dopowiada Aleksander Kostuch ze Stormshield.

STORMSHIELD

Zdaniem ekspert europejskiego wytwórcy oprogramowania nasila się profesjonalizacja cyberprzestępców pracujących na zlecenie rządów lub innych zleceniodawców.

– Istotnie zwiększyło się zagrożenie funkcjonowania systemów krytycznych dla funkcjonowania państwa i biznesu. Efekt działań ataków cybernetycznych najczęściej nie zawsze ma już na celu zarobkowanie. Ataki mają zdestabilizować logistykę, wytwarzanie i dystrybucję energii elektrycznej, wodociągi, kanalizację czy też gazownictwo – komentuje Aleksander Kostuch.

Wykorzystywane są nie tylko podatności systemów, atakowani są również ludzie. Dostęp do zasobów firmowych nierzadko udostępniany jest na prywatnych, nie sprawdzonych i często nie zabezpieczonych komputerach. To przyczynia się do łatwiejszej kradzieży danych i przełamania zabezpieczeń. Cyberprzestępcy wykorzystują zdobytą wiedzę – wyłudzają dane dostępowe i podszywają się autoryzując swoje destrukcyjne działania, bazując głównie na ransomware.

– Możemy spodziewać się, że w najbliższym czasie cyberprzestępcy będą starać się wykorzystać wiedzę z zakresu sztucznej inteligencji dla jeszcze skuteczniejszego omijania zabezpieczeń. – przewiduje Aleksander Kostuch.  – Wobec tego instytucje i firmy potrzebują dalszego wzmocnienia bezpieczeństwa, aby ograniczyć ryzyko i skalę potencjalnych szkód. W tym kontekście pozytywnie należy ocenić zadeklarowane przez rząd zwiększenie nakładów na cyberbezpieczeństwo, poprzez finansowanie obowiązkowych audytów bezpieczeństwa i projekt „Cyfrowa Gmina” – dodaje.

Specjaliści Stormshield zwracają uwagę na rozpowszechniający się model działania przestępców, związany z zagrożeniem dla poczty internetowej indywidualnych użytkowników.

– Skuteczność socjotechniki powoduje, że działania przestępców coraz częściej wymierzone są w pojedyncze osoby. Znaczna część ataków, jak ocenia się nawet 90% prowadzonych przeciw instytucjom publicznym i podmiotom biznesowym, jest skierowana na skrzynki email – mówi Aleksander Kostuch, inżynier Stormshield, europejskiego lidera branży bezpieczeństwa IT.

Grupa o nazwie UNC1151/Ghostwriter atakuje pocztę elektroniczną polskich obywateli poprzez podszywanie się pod emaile pochodzące rzekomo od zaufanych domen. Jej członkowie wysyłają wiadomości ze skrzynek pocztowych utworzonych na portalach, takich jak wp.pl, interia.pl, op.pl czy gmail.com.

– Działania te mają na celu wyłudzenie danych do logowania do skrzynek pocztowych. Ich treść nakłania użytkownika do podjęcia natychmiastowego działania, którego brak może rzekomo doprowadzić do utraty dostępu do skrzynki, a nawet jej skasowania – ostrzega Aleksander Kostuch.

Innym istotnym zagrożeniem są ataki typu „Browser in the Browser” polegające na wyświetleniu w ramach odwiedzanej strony pozornie nowego okna przeglądarki, zawierającego fałszywy panel logowania. Okno to jest na tyle dobrze wykonane, że ofiara może mieć trudność z odróżnieniem spreparowanego okna od faktycznego nowego okna aplikacji. W ten sposób wyłudzane są wrażliwe dane.

Te zdarzenia potwierdzają, że należy wzmocnić bezpieczeństwo poprzez stosowanie polityk dostępu na firewallach, aby dostęp do oficjalnych skrzynek pocztowych, był zabezpieczany poprzez podwójną autoryzację i szyfrowanie. Należy również wzmocnić kontrolę dostępu do stron internetowych blokując fałszywe strony przed nieroztropnym kliknięciem. Przede wszystkim należy zwiększać świadomość i czujności wśród użytkowników i nie ulegać powszechnej dezinformacji.

Spadło zainteresowanie Polaków obligacjami

Krajowe obligacje ma obecnie w portfelu 26 proc. polskich inwestorów. W ostatnim kwartale popularność obligacji spadła. Tylko 15 proc. inwestorów planuje natomiast inwestycje w obligacje w ciągu najbliższego roku. W IV kwartale 2021, gdy obligacje kupował premier Morawiecki, tak samo chciało postąpić 20 proc. polskich inwestorów.

Polskie obligacje w swoich portfelach posiada obecnie 26 proc. polskich inwestorów, wynika z badania eToro Puls Inwestora Indywidualnego. W efekcie mocnego spadku cen obligacji, wynikającego ze wzrostu inflacji i stóp procentowych, popularność obligacji spadła z poziomu 29 proc. w poprzednim kwartale. Jest to trend jaki obserwujemy na całym świecie, bowiem na wszystkich globalnych rynkach spadło zainteresowanie obligacjami.

11 proc. polskich inwestorów ma w swoich portfelach także obligacje zagraniczne. Nie odbiegamy w tym wypadku od światowej średniej, bowiem globalnie takie instrumenty w portfelu ma 12 proc. inwestorów.

zainteresowanie Polaków obligacjami
Źródło: eToro Puls Inwestora Indywidualnego

Obligacje krajowe ma w portfelu 27 proc. globalnych inwestorów. Polacy inwestują w krajowe obligacje częściej niż Niemcy (23 proc.), ale rzadziej niż Włosi (45 proc.), Francuzi (33 proc.), Brytyjczycy (31 proc.) czy Amerykanie (29 proc.). Z naszym regionie więcej obligacji w portfelach mają Rumunii (29 proc.). Czesi natomiast mają ich tyle samo co Polacy (26 proc.). Do tej kategorii krajowych obligacji zaliczamy zarówno obligacje rządowe o stałym oprocentowaniu, jak i te indeksowane o inflację (lub wskaźnik WIBOR). A także krajowe obligacje korporacyjne. Spadki w ciągu ostatniego roku odnotowały obligacje o stałym oprocentowaniu, zwiększyła się natomiast popularność obligacji o zmiennym oprocentowaniu indeksowanych inflacją, jako środka ochrony przed wzrostem cen w przyszłości. Gdy inflacja osiągnie szczyt, a stopy zaczną spadać, trend się odwróci i wartość obligacji o stałym oprocentowaniu zacznie rosnąć wobec tych ze zmienna stopą procentową.

Inwestorzy nie wierzą jednak w odwrócenie tego trendu w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Tylko 15 proc. inwestorów w Polsce zamierza zainwestować w obligacje w tym okresie, ta liczba spadła z 20 proc. w poprzednim kwartale.
Także 20 proc. polskich inwestorów było zainteresowanych zakupem obligacji w IV kwartale 2021 roku, kiedy to zakup 10-letnich obligacji indeksowanych o inflację był atrakcyjniejszy niż obecnie (w pierwszym roku oprocentowanie wynosiło 1,7 proc., w kolejnym już inflacja +1 pp.). Wtedy też według doniesień mediów obligacje o znacznej wartości zakupił premier Mateusz Morawiecki.

Obligacje indeksowane są obecnie jednym ze sposobów na ochronę przed inflacją. Gdy inflacja zacznie hamować, a my znajdziemy się bliżej końca cyklu podwyżek stóp, ceny obligacji o stałym oprocentowaniu zaczną iść w górę. Warto ten proces obserwować i być przygotowanym na odbicie na rynku obligacji.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Główne cyberzagrożenia w drugim kwartale 2022 r. wg Cisco Talos

Po raz pierwszy od ponad roku ransomware nie jest głównym zagrożeniem obserwowanym przez Cisco Talos Incident Response (CTIR). Nieznacznie wyprzedziły go ataki wykorzystujące tzw. commodity malware. W porównaniu z poprzednimi kwartałami, ransomware stanowił znacznie mniejszy odsetek wszystkich ataków. W Q2 2022 było to 15%, a w Q1 aż 25%. Ma to związek m.in. z zakończeniem działalności – czy to z własnej woli, czy też na skutek śledztw prowadzonych przez organy ścigania i rządy – kilku grup zajmujących się właśnie ransomware.

Commodity malware było najczęściej pojawiającym się zagrożeniem w minionym kwartale, co jest o tyle istotną zmianą, że wcześniej liczba obserwowanych przez zespół CTIR (Cisco Talos Incident Response) ataków wykorzystujących trojany typu commodity spadała regularnie od 2020 r. Eksperci Cisco Talos wskazują, że obecnie obserwujemy renesans trojanów odpowiadających za ataki na pocztę elektroniczną. W okresie kwiecień – czerwiec stwierdzono działanie m.in. Remcos Remote Access Trojan (RAT), złodzieja informacji Vidar, Redline Stealer oraz Qakbot (Qbot) – dobrze znanego trojana bankowego, który w ostatnich tygodniach pojawił się w nowych skupiskach aktywności.

W dalszym ciągu najbardziej narażone na ataki były firmy z branży telekomunikacyjnej, którą niezmiennie od IV kwartału 2021 r. interesują się cyberprzestępcy. Tuż za nią plasują się organizacje z sektora edukacji i opieki zdrowotnej.

Commodity malware głównym zagrożeniem w Q2 2022

W drugim kwartale tego roku zauważono znaczny wzrost zagrożeń ze strony commodity malware, które stanowiły 20% wszystkich ataków odnotowanych przez Cisco Talos Incident Response. To szkodliwe oprogramowanie można łatwo zakupić lub nawet bezpłatnie pobrać. Zazwyczaj cyberprzestępcy, którzy je wykorzystują, stawiają na efekt skali, gdyż nie jest ono dostosowane do potrzeb ataków na konkretne cele. Atakujący używają go na różnych etapach swoich operacji m.in. do dostarczania dodatkowych zagrożeń, w tym wielu wariantów złośliwego oprogramowania, o których mowa poniżej.

O tym, że phishing jest wciąż chętnie wykorzystywaną przez cyberprzestępców metodą, świadczy przykład ataku na placówkę medyczną w USA. Zespół CTIR zidentyfikował złośliwy plik Microsoft Excel (XLS) rozpowszechniany za pośrednictwem wiadomości phishingowych zawierających jeden z wariantów złośliwego programu RAT Remcos. Będący w użyciu od co najmniej 2016 roku Remcos nagrywa audio, robi zrzuty ekranu, gromadzi dane ze schowka i informacje wprowadzane za pomocą klawiatury, a także wiele więcej. Zespół CTIR zidentyfikował zdalne połączenia sieciowe przy użyciu konta administratora systemu, poza godzinami jego pracy.

W ostatnich tygodniach zespół Cisco Talos zaobserwował aktywność Qakbota, trojana przejmującego wątki e-mail. Metoda ta polega na rozsyłaniu wiadomości z historią konwersacji w treści, dzięki czemu osoba zaatakowana odnosi wrażenie, że jest to kontynuacja korespondencji. W ramach incydentu, który dotknął władze lokalne w USA, zespół CTIR zbadał trzy fale wiadomości phishingowych, które po otwarciu przez użytkownika instalowały Qakbota. Zainfekowane wiadomości były tworzone na dwa sposoby. Jednym z nich było użycie całkowicie fałszywych kont i wiadomości e-mail, które miały rzekomo zawierać dokumenty podatkowe. Drugi polegał na połączeniu sfałszowanej i prawdziwej treści wiadomości e-mail, zaprojektowanej tak, aby pojawiła się w odpowiedzi na trwającą już konwersację.

Ransomware nadal groźny

Ransomware nadal stanowił jedno z głównych zagrożeń obserwowanych przez Cisco Talos. W drugim kwartale szczególnie widoczne były znane już wcześniej warianty oprogramowania ransomware dostępne jako usługa (Ransomware as a Service, RaaS), takie jak BlackCat (znany również jako ALPHV) i Conti. Wykorzystywano je do ataku na duże organizacje, licząc na znaczne wypłaty okupu.

Mimo, że grupa Conti ogłosiła zaprzestanie działalności na początku tego roku, to potencjalny wpływ tej decyzji na krajobraz oprogramowania ransomware jest nadal nieznany. Eksperci Cisco Talos podejrzewają, że nowy wariant RaaS o nazwie Black Basta jest rebrandingiem Conti i może stanowić zagrożenie w nadchodzących kwartałach.

Z kolei ransomware LockBit pojawił się w nowej wersji, która zawiera nowe opcje płatności w kryptowalutach dla ofiar, dodatkowe taktyki wymuszeń i nowy program „bug bounty”, zachęcający do zgłaszania nowych podatności, które następnie cyberprzestępcy mogą wykorzystać do ataku.

Źle skonfigurowane zasoby są bardziej narażone na ataki

W minionym kwartale przeprowadzono również kilka akcji, w których do ataku wykorzystano podatności w publicznie dostępnych aplikacjach, routerach i serwerach. W jednym przypadku działająca w Europie firma informatyczna miała źle skonfigurowany i przypadkowo ujawniony serwer Azure. Hakerzy próbowali zdalnie uzyskać dostęp do systemu, zanim został on odizolowany. Działał on sam w swojej podsieci, ale był połączony z innymi zasobami wewnętrznymi za pośrednictwem tunelu IPSec VPN. Analiza pozwoliła na zidentyfikowanie wielu nieudanych prób logowania i ataków typu brute force, polegających na sprawdzaniu wszystkich możliwych kombinacji haseł lub kluczy z różnych zewnętrznych adresów IP.

Jak można zmniejszyć ryzyko cyberataku

Zespół CTIR zlokalizował w ostatnich miesiącach kilka programów – złodziei informacji (ang. infostealers), które wykorzystały brak odpowiednio skonfigurowanego uwierzytelniania wieloskładnikowego w zaatakowanej organizacji lub u partnerów firmy.

Eksperci Cisco Talos wskazują uwierzytelnianie wieloskładnikowe jako metodę znacznie zmniejszającą ryzyko wystąpienia cyberataku. W co najmniej dwóch incydentach w tym kwartale, partner lub osoba trzecia związana z dotkniętą atakiem organizacją, nie mieli wdrożonej tej formy zabezpieczeń, co umożliwiło napastnikowi łatwiejsze uzyskanie dostępu i dokonanie uwierzytelnienia.

Steven Bandrowczak nowym dyrektorem generalnym Xerox

Steve ma na swoim koncie wiele sukcesów w osiąganiu wyników, dzięki wykorzystaniu platform cyfrowych, w celu zwiększenia udziału w rynku i rentowności. Nieustannie stawał na wysokości zadania, wykazywał się umiejętnością przewodzenia firmy z pasją i empatią, kiedy Xerox najbardziej go potrzebował. Zarząd jest w pełni przekonany, że Steve jest właściwym liderem, który poprowadzi Xerox do realizacji celów – powiedział James Nelson, prezes zarządu Xerox.

Jestem zaszczycony decyzją zarządu o powołaniu mnie na stanowisko dyrektora generalnego. Widzę ogromny potencjał w naszej firmie. Jestem dumny, że mogę współpracować ze wszystkimi moimi kolegami z Xerox i wspólnie budować jej lepszą przyszłość – powiedział Steven Bandrowczak.

Dodatkowe informacje o nowym dyrektorze generalnym

Steven Bandrowczak dołączył do Xerox w 2018 roku z Alight Solutions, gdzie był dyrektorem operacyjnym i dyrektorem ds. Informatyki odpowiedzialnym za globalny łańcuch dostaw firmy, usługi wspólne, rozwój produktów, biuro transformacji, zobowiązania, strategię i operacje IT, zarządzanie ryzykiem korporacyjnym i nieruchomości.
Przed rozpoczęciem pracy w Alight Solutions Steven był prezesem Telecommunication Media and Technology w Sutherland Global Services. Wcześniej pełnił funkcję starszego wiceprezesa ds. globalnych usług biznesowych w Hewlett-Packard, gdzie przekształcił organizację usług wspólnych, zatrudniającą 16 000 pracowników, w wysoce wydajną działalność z naciskiem na automatyzację, analitykę biznesową i optymalizację pracy. Ponadto Bandrowczak kierował praktyką outsourcingu procesów biznesowych (BPO) w Enterprise Services Group.
Podczas swojej kariery Steven zajmował wysokie stanowiska kierownicze w różnych globalnych firmach o wartości wielu miliardów dolarów, w tym Avaya, Nortel, Lenovo, DHL i Avnet.

Kolejne dane lepsze dla dolara

Amerykańska waluta ma obecnie znów nie najgorszą passę. Na jej korzyść przemawiają ostatnio zarówno dobre dane o zamówieniach, jak i wysoki optymizm w branży usługowej.

Dane z USA

Opublikowano wczoraj lepsze od oczekiwań dane na temat zamówień w USA. Zamówienia w przemyśle rosną o 2% przy oczekiwanych 1,1%, z kolei zamówienia na dobra trwałego użytku rosną o 2% przy oczekiwaniach na 1,9%. Te relatywnie niskie wartości wynikają z faktu, że dane te publikowane są w ujęciu miesięcznym. Spojrzenie z szerszej perspektywy wcale nie poprawia sytuacji. W obydwóch przypadkach jest to drugi najwyższy wynik w ciągu ostatniego roku. Mamy zatem do czynienia z dobrym rezultatem, ale pod żadnym pozorem nie możemy uważać, że cały rok był taki. Te dobre dane pracowały jednak na korzyść dolara. Wczoraj mieliśmy kolejny dzień, kiedy USD umacniał się względem euro.

Usługi lepsze od przemysłu

Koniunktura w przemyśle okazała się dalej słabnąć. Co ciekawe, usługi, które teoretycznie powinny być bardziej podatne na wahanie koniunkturalne, pokazują lepsze wyniki. Mowa o indeksie PMI dla usług. W przeciwieństwie do wspomnianego przemysłu wskaźnik dla usług dalej pokazuje przewagę pozytywnych odpowiedzi nad negatywnymi. Nie jest to przytłaczająca większość i widać spadki, ale wyniki są lepsze od oczekiwań. Z drugiej strony należy pamiętać, że usługi mocniej ucierpiały podczas pandemii, stąd odnoszą się do innej sytuacji niż przemysł.

Czy inflacja w Turcji spowalnia?

Jest to ciekawa hipoteza, biorąc pod uwagę, że ceny rosną tam o imponujące 79,6%. Tak – nie pomyliliśmy się z umiejscowieniem przecinka – jest to niemal 80%. Warto jednak pamiętać, że miesiąc temu było to zaledwie 1% mniej. Pokazuje to, że inflacja rośnie coraz wolniej. Jeżeli nałożymy na to potencjalny spadek cen ropy naftowej, o którym coraz więcej się mówi w kontekście potencjalnego spowolnienia gospodarczego, moglibyśmy zobaczyć nawet spadek w kolejnych miesiącach. Coraz bardziej palącym problemem jest jednak inflacja producencka. Pokazuje ona, że ceny producentów rosną szybciej niż konsumentów. W rezultacie mamy tykającą bombę, która może się przekładać na dalsze wzrosty cen. Lira w tle tych wydarzeń kontynuuje swoją słabą passę. Jest obecnie najsłabsza w historii względem głównych walut z wyjątkiem krótkiego epizodu z grudnia 2021 roku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – Czechy – decyzja w sprawie stóp procentowych,
14:30 – USA – bilans handlu zagranicznego,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Przepisy karne w projekcie ustawy o sygnalistach

Pomimo, że Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/1937 z dnia 23 października 2019 r. w sprawie ochrony osób zgłaszających naruszenia prawa Unii (Dz. U. UE. L. z 2019 r. Nr 305, str. 17 z późn. zm.; dalej jako Dyrektywa) nałożyła na państwa członkowskie Unii Europejskiej obowiązek wprowadzenia w terminie do dnia 17 grudnia 2021 r. odpowiednich regulacji dotyczących ułatwienia zgłaszania naruszeń prawa i zapewnienia odpowiedniej ochrony osobom zgłaszającym, to stosowne przepisy póki co nie weszły w życie.

7 lipca 2022 r. na stronie internetowej Rządowego Centrum Legislacji pojawiła się już trzecia wersja projektu tzw. ustawy o sygnalistach. Nie ulega wątpliwości, że oprócz spełnienia formalnego obowiązku implementacji Dyrektywy, wprowadzenie odpowiednich przepisów może poprawić sytuację osób, które dostrzegą nieprawidłowości w miejscu pracy i w związku z tym odważą się podjąć odpowiednie działania. Choć oczywiście opóźnienie we wdrożeniu Dyrektywy do krajowego systemu prawnego należy ocenić negatywnie, to mając na uwadze obecny trend do błyskawicznego uchwalania nie zawsze do końca przemyślanych rozwiązań, trzeba docenić próbę dołożenia należytej staranności w procesie legislacyjnym.

Celem wymuszenia prawidłowego stosowania ustawy twórca projektu w rozdziale 6 zdecydował się na wprowadzenie przepisów karnych (art. 51-56 projektu). W uzasadnieniu projektu wskazano, że wymóg wprowadzenia sankcji za naruszenie zakazów lub niedopełnienie obowiązków w zakresie zgłaszania i ujawniania naruszeń prawa oraz podejmowania działań odwetowych wynika z art. 23 Dyrektywy.
Prawie wszystkie z projektowanych przepisów karnych mają na celu ochronę zgłaszających naruszenia prawa. Jedynie art. 54 przewiduje pociągnięcie do odpowiedzialności samych zgłaszających. Zgodnie z tym przepisem grzywnie, karze ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat 3 podlega ten, kto świadomie dokonał zgłoszenia lub ujawnienia publicznego nieprawdziwych informacji lub pomógł w dokonaniu zgłoszenia nieprawdziwych informacji.

W związku z tym, że opisany występek stanowi czyn umyślny i ustawa nie przewiduje odpowiedzialności za jego nieumyślne popełnienie, wprowadzenie przesłanki „świadomości” przy dokonywaniu zgłoszenia wydaje się zbędne. Skoro sprawca musi mieć zamiar popełnienia przestępstwa, czyli co najmniej przewidując możliwość dokonania zgłoszenia nieprawdziwych informacji godzić się na to, to oczywistym jest, że pociągnięcie go do odpowiedzialności możliwe jest wyłącznie w sytuacji, gdy organy ścigania wykażą, że co najmniej przewidywał, że przekazane informacje były nieprawdziwe – co jest równoznaczne z tym, że miał tego świadomość. Takie brzmienie przepisu wynika jednak z dosłownego przeniesienia treści obowiązku z art. 23 ust. 2 Dyrektywy i może mieć na celu podkreślenie okoliczności, że wskazany występek może popełnić wyłącznie sprawca działający z zamiarem bezpośrednim popełnienia przestępstwa.

Art. 51 sankcjonuje utrudnianie dokonania zgłoszenia, przewidując za to karę grzywny albo ograniczenia wolności. Dodatkowo kara pozbawienia wolności do lat dwóch została przewidziana za popełnienie typu kwalifikowanego wskazanego w § 2, polegającego na popełnieniu tego przestępstwa przy zastosowaniu przemocy, groźby lub podstępu. Taki wymiar kary, tj. w maksymalnej wysokości do dwóch lat pozbawienia wolności, jest systemowo niezrozumiały, ponieważ obecnie obowiązujący art. 191 § 1 Kodeksu karnego, zgodnie z którym karze podlega ten, kto stosuje przemoc wobec osoby lub groźbę bezprawną w celu zmuszenia innej osoby do określonego działania, zaniechania lub znoszenia, przewiduje karę pozbawienia wolności do lat 3. Może zatem często dochodzić do sytuacji zbiegu przepisów, tzn. sytuacji, w której ten sam czyn, polegający np. na użyciu groźby w celu zmuszenia zgłaszającego do zaniechania dokonania zgłoszenia, będzie realizował znamiona dwóch typów czynów zabronionych i trudno znaleźć uzasadnienie dla „uprzywilejowania” jednego typu względem drugiego. Oczywiście w takich sytuacjach sąd skaże za jedno przestępstwo na podstawie dwóch zbiegających się przepisów wymierzając karę na podstawie przepisu przewidującego karę surowszą.

Projekt ustawy w art. 52 przewiduje grzywnę lub karę ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 za podejmowanie działań odwetowych wobec osoby, która dokonała zgłoszenia lub ujawnienia publicznego, lub osób, o których mowa w art. 21, czyli osoby pomagającej w dokonaniu zgłoszenia oraz osoby powiązanej ze zgłaszającym. Działaniem odwetowym jest bezpośrednie lub pośrednie działanie lub zaniechanie w kontekście związanym z pracą, które jest spowodowane zgłoszeniem lub ujawnieniem publicznym i które narusza lub może naruszyć prawa zgłaszającego lub wyrządza lub może wyrządzić nieuzasadnioną szkodę zgłaszającemu, w tym wszczynanie uciążliwych postępowań przeciwko zgłaszającemu. Otwarty katalog działań odwetowych podejmowanych w stosunku do osób, których praca była, jest lub ma być świadczona na podstawie stosunku pracy został wymieniony w art. 12 projektu, który jako takie działania wskazuje m. in. odmowe nawiązania stosunku pracy oraz wypowiedzenie lub rozwiązanie bez wypowiedzenia stosunku pracy.

Projekt ustawy przewiduje również sankcje za naruszenie obowiązku zachowania poufności tożsamości osoby, która dokonała zgłoszenia (art. 53) oraz za brak ustanowienia lub nieprawidłowe ustanowienie procedury zgłoszeń wewnętrznych (art. 55), przy czym ten drugi czyn ma stanowić wykroczenie.

Jedną z funkcji prawa karnego jest prewencja generalna, czyli odstraszenie członków społeczeństwa od popełniania przestępstw poprzez ich uświadomienie, że grozi to poniesieniem określonej kary. Samo wprowadzenie określonych zakazów lub nakazów bez sankcji za ich nieprzestrzeganie nie zapewniłoby osiągnięcia celu ustawy, jakim jest zagwarantowanie skutecznej ochrony osobom dokonującym zgłoszeń naruszenia prawa. Ostateczny kształt przepisów karnych w ustawie o sygnalistach poznamy po zakończeniu procesu legislacyjnego. Jednak biorąc pod uwagę termin na implementację Dyrektywy, który już upłynął, powinno to nastąpić w nieodległej przyszłości.

Autor: mec. Krzysztof Kleszcz, Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy

Bardziej się boimy, że za długi bank nie da kredytu, niż że stracimy dobre imię

70 proc. Polaków wie, że wpis do Krajowego Rejestru Długów może uniemożliwić zaciągnięcie kredytu bądź pożyczki, a 56 proc. uważa, że może utrudnić zakupy na raty. Niemal tyle samo jest zdania, że grozi to utratą wiarygodności i dobrego imienia. Najmniej obawiają się tego najmłodsi, najbardziej najstarsi. To wyniki najnowszego sondażu przeprowadzonego przez TGM Research w lipcu 2022 r.

Na koniec I półrocza 2022 r. w Krajowym Rejestru Długów Biurze Informacji Gospodarczej było wpisanych blisko 2,7 mln konsumentów i firm zadłużonych na łączną kwotę 54,3 mld zł. 83 proc. tej sumy, czyli 45,2 mld zł, należy do osób fizycznych, których w KRD jest 2,4 mln. 5-krotnie mniej, bo 9,2 mld zł, są winne swoim kontrahentom przedsiębiorstwa, instytucje i jednoosobowe działalności gospodarcze – tych w rejestrze jest 274 197.

Zadłużenie Polaków byłoby z pewnością niższe, gdyby nie ich mała wiedza o finansach. Nieco lepiej wypadamy w teście znajomości KRD – prawdopodobnie dlatego, że jest on z nami już 19 lat.

Wpis do KRD to same problemy

Krajowy Rejestr Długów rozpoczął działalność 4 sierpnia 2003 r. i do dziś jest skutecznym straszakiem na niepłacących. Obecność w KRD oznacza kłopoty. Najpoważniejszą konsekwencją wpisania na listę dłużników jest, zdaniem 70 proc. Polaków, brak możliwości zaciągnięcia kredytu i pożyczki. 56 proc. badanych wskazuje na problem z zakupami na raty, a 45 proc. na kłopoty z zawarciem umowy abonamentowej np. na telefon, Internet lub telewizję. 29 proc. respondentów zdaje sobie sprawę z tego, że dłużnik wpisany do KRD nie może skorzystać z opcji odroczonej płatności np. kupując na Allegro czy w sklepie internetowym. Polacy dostrzegają też konsekwencje natury moralnej – dla 55 proc. pojawienie się w KRD oznacza  utratę wiarygodności i dobrego imienia, a dla 23 proc. wstyd przed tym, co powiedzą inni.

Z tego badania płyną dwa wnioski, oba mało optymistyczne. Po pierwsze nadal spory odsetek Polaków nie czyta umów, które podpisuje, bo sklepy nie kredytują zakupów na raty, robią to banki. Po drugie bardziej boimy się utraty ekonomicznych korzyści niż dobrego imienia, co wskazywałoby, że dla sporej grupy społeczeństwa uczciwość jest niejako wymuszona obawą przed restrykcjami, a nie wynika z przekonania – komentuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Mało optymistyczne jest też to, że najmniej obaw przed utratą dobrego wizerunku z powodu niespłacania długów mają najmłodsi Polacy. W przedziale 18-24 lata wskazywało tak 42 proc. respondentów, między 35. a 64. rokiem życia od 53 proc. do 59 proc., a w gronie najstarszych 69 proc.

Nie jest to zaskakujące, choć niewątpliwe smutne. Od lat obserwujemy, że najmłodszemu pokoleniu najłatwiej przychodzi decyzja, żeby czegoś nie zapłacić i nie czuć z tego powodu dyskomfortu. Pocieszające jest to, że wraz z wiekiem zmieniają podejście, niestety u części z nich jest to konsekwencja trafienia wcześniej do rejestru dłużników – dodaje Adam Łącki.

Co ciekawe, to najmłodsi najczęściej przyznają, że gdyby zabrakło im pieniędzy na opłacenie wszystkich rachunków, to w pierwszej kolejności regulowaliby te, za które mogliby zostać wpisani do KRD. Stwierdziło tak prawie 80 proc. ankietowanych w przedziale od 18 do 34 lat, podczas gdy wśród seniorów po 65. roku życia ten odsetek wyniósł 56 proc. Dla porównania – wśród przedsiębiorców taką deklarację złożyło 62 proc. ankietowanych.Bardziej się boimy, że za długi bank nie da kredytu, niż że stracimy dobre imię

Sprzeciw nic tu nie da, trzeba zapłacić

Obecność na liście dłużników może skutecznie utrudnić życie, dlatego wiele osób i firm chce zniknąć z rejestru jak najszybciej. Niestety nie każdy wie, jak to zrobić. Co 4. Polak myśli, że wystarczy spłacić część długu, a co 10. że trzeba zgłosić sprzeciw do KRD. To oczywiście nie jest prawdą. Podobnie jak wycofanie zgody RODO na przetwarzanie danych osobowych (9 proc.) czy zgłoszenie sprzeciwu do wierzyciela lub do UOKiK-u (po 7 proc. wskazań). Sposobem na to, by informacja o zadłużeniu zniknęła z KRD jest całkowita spłata zadłużenia. Uważa tak ¾ Polaków i to oni mają rację. W przypadku przedsiębiorców, co 2. (55 proc.) deklaruje, że spłaciłby natychmiast cały swój dług, gdyby dowiedział się, że został wpisany do KRD za nieuregulowaną w terminie fakturę.Bardziej się boimy, że za długi bank nie da kredytu, niż że stracimy dobre imię 2

 Jak sprawdzają, to chcą współpracować

Jedni wpisują dłużników do KRD, żeby odzyskać pieniądze, drudzy sprawdzają swoich kontrahentów, żeby… dłużników nie mieć. W sektorze finansowym i w dużych firmach to standard, ale w gronie małych i średnich przedsiębiorców to wciąż przedmiot kontrowersji. Część z nich uważa, że takie sprawdzanie to nietakt, bo klientowi trzeba ufać.

Jak więc sami zareagowaliby na informację, że zostali sprawdzeni przez inną firmę w KRD?

19 proc. obraziłoby się, ale tylko w 8 proc. uraza byłaby tak silna, że uniemożliwiałaby dalszą współpracę. 11 proc. podjęłoby kooperację. 49 proc. ankietowanych przedsiębiorców z sektora MŚP uznałoby, że skoro sprawdzają, to chcą współpracować i taką współpracę by podjęła.

To dobry wynik, pokazuje że już połowa przedsiębiorców przyswaja sobie te standardy działania, jakie obowiązują w dużych firmach, czy instytucjach finansowych: uważają, że sprawdzanie kontrahenta to normalna procedura. Te obawy, że ktoś się na nas obrazi są pokłosiem ciągle mocno obecnego w naszej kulturze przekonania, że to wierzyciel ma się zawsze wstydzić – albo tego, że sprawdza, albo tego, że domaga się spłaty, a nie dłużnik, który często kreuje się na ofiarę. Kiedy w połowie 2008 roku pod patronatem KRD uruchamialiśmy program Rzetelna Firma, to wielu właścicieli nie chciało się chwalić tym, że są uczciwi, jakby to było coś niewłaściwego – tłumaczy Andrzej Kulik, ekspert programu Rzetelna Firma.

Mamy dobre wieści

Dobrą informacją jest też to, że KRD gromadzi i udostępnia nie tylko dane na temat zadłużenia konsumentów i firm, ale również dane na temat tego, czy osoby fizyczne i przedsiębiorcy płacą swoje rachunki i faktury w terminie. To tzw. informacja pozytywna. W rejestrze widnieje już 59 mln zobowiązań pozytywnych o łącznej wartości 34,5 mld zł. Więcej takich informacji (78 proc.) dotyczy konsumentów i najczęściej wpisują je do KRD tacy wierzyciele jak: operatorzy telekomunikacyjni czy dostawcy innych usług masowych.Bardziej się boimy, że za długi bank nie da kredytu, niż że stracimy dobre imię 3

O badaniach:

Badania zrealizowane na zlecenie Krajowego Rejestru Długów przez TGM Research w lipcu 2022 roku:

– badanie ankietowe zrealizowane metodą CAWI na reprezentatywnej próbie osób w wieku 18-74; N=1000,

– badanie ankietowe zrealizowane metodą CAWI na reprezentatywnej próbie przedsiębiorstw z sektora MŚP, N=400.

GIP60 wzrósł w lipcu o 1,36% po spadku o 6% w czerwcu

Na koniec lipca Giełdowy Indeks Produkcji (GIP60) osiągnął wartość 869,35 punktów, co było wartością wyższą o 1,36% od tej zaobserwowanej na koniec czerwca, ale jednocześnie prawie 6% niższą od poziomu z końca maja i 24% poniżej wartości ustalonej na koniec ubiegłego roku. Niewielkie odbicie zaobserwowane w lipcu było możliwe głównie dzięki ogólnemu odreagowaniu na rynkach akcji, ale tym razem spółki produkcyjne zachowały się minimalnie gorzej od pozostałych branż, głównie przez obawy o dalszy spadek produkcji przemysłowej sygnalizowanego przez wskaźniki bazujące na ankietach wśród pracowników firm produkcyjnych.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc lipiec. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

„Akcje polskich spółek produkcyjnych notowanych na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych są wyceniane obecnie średnio 13% poniżej wartości z początku 2016 roku, czyli umownego początku procesu reindustrializacji polskiej gospodarki.  W samym 2022 roku wartość Giełdowego Indeksu Produkcji opartego o 60 największych polskich spółek produkcyjnych z GPW spadła o 24%. O ile w tym roku GIP60 jest silnie skorelowany z indeksami szerokiego rynku WIG i jego pochodnymi, to w ostatnich latach wypada na ich tle słabo – WIG wzrósł w 2022 roku o ok. 22% a mWIG40 o ponad 42%. Może to sugerować duże niedoszacowanie cen akcji naszych producentów nawet na tle pozostałych akcji z GPW oraz innych rynków wschodzących wycenianych stosunkowo nisko. A perspektywy stojące przed sektorem wytwórczym nie są malowane jedynie w ciemnych kolorach, wręcz przeciwnie, stawiają przed naszymi producentami wiele szans i okazji.

Mimo trudnej sytuacji na wschodzących rynkach akcji, do których ciągle należy jednak zaliczać naszą GPW, kilka branż z sektora przemysłowego przyciągnęło w lipcu uwagę inwestorów. Najlepiej wypadły spółki z branży farmaceutycznej, które po gwałtownym wzroście „koronawirusowym” systematycznie traciły na wycenie rynkowej, jednak w lipcu na powrót zainteresowały inwestorów, najprawdopodobniej w wyniku rosnących obaw o potencjalną kolejną falę zachorowań. W konsekwencji ceny akcji spółek farmaceutycznych z GIP60 rosły w lipcu średnio o ponad 50% m/m. Również spółki z branży spożywczej i tzw. projektanci (spółki łączące funkcje projektowania, produkcji i dystrybucji odzieży) wypracowały swoim akcjonariuszom przyzwoite stopy zwrotu z inwestycji, bo średnia wśród spółek spożywczych wyniosła 9,51%, a u projektantów 2,1%. Na przeciwległym biegunie przemysł drzewny (średnio -8,67%), lekki (-5,86%), materiałów budowlanych (-4,83%) – czyli branże, które najbardziej odczuwają braki w zaopatrzeniu surowców. Rozkład stóp zwrotu w przekroju branżowym do złudzenia przypomina kulminację problemów wywołanych pandemią koronawirusa, kiedy oprócz spółek farmaceutycznych rosły ceny akcji niektórych producentów żywności i odzieży.

Skoro jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze?

Opóźnienia w dostawach i wysoka inflacja kontynuują destabilizację rynków, co doprowadziło w ostatnich miesiącach do znaczącego spadku produkcji oraz nowych zamówień. Przełożyło się to na dalszy spadek nastrojów wśród spółek produkcyjnych – indeks PMI® spadł z 52,4 w kwietniu do 42,1 punktów w lipcu, znacznie oddalając się coraz dalej od neutralnej granicy 50 punktów i wkraczając w rejony pesymizmu gospodarczego z wartością najgorszą od maja 2020 roku. Produkcja i nowe zamówienia spadają w szybkim tempie, co sprawiło, że warunki w polskim sektorze wytwórczym gwałtownie się pogorszyły. Niestety spadły również zamówienia eksportowe, a firmy zaobserwowały niepokojące spowolnienie w europejskim przemyśle.

Podobnie kiepskie nastroje zapanowały w Niemczech. Instytut Badań Ekonomicznych Ifo z Uniwersytetu Monachijskiego, monitorujący sytuację w tamtejszym przemyśle, zwraca uwagę na poważne problemy z niedoborami komponentów elektronicznych i surowców, ale także na mnożące się przeszkody w globalnej logistyce, które ustawicznie i bezlitośnie pogłębiają problemy związane z zamówieniami. Według Instytutu największy udział firm zgłaszających problemy z wąskimi gardłami obserwuje się w branżach będących głównymi siłami napędowymi niemieckiej gospodarki, jak branża elektryczna i elektroniczna, producenci maszyn i urządzeń oraz motoryzacja – 9 na 10 firm z tych branż zgłosiło, że nie otrzymują wszystkich potrzebnych materiałów i półproduktów.

Problemy u naszego największego partnera handlowego są z jednej strony zagrożeniem, dla naszego przemysłu, z drugiej zaś szansą, którą zdają się wykorzystywać również inne kraje z naszego regionu. Przykładowo w branży motoryzacyjnej – jednej z najbardziej dotkniętych przez pandemię i powiązane z nią problemy – w przeciągu ostatnich kilku lat największy wzrost produkcji zanotowano na Litwie, w Polsce i w Bułgarii, a największy spadek w Niemczech, Belgii, Grecji i Francji. Jedną z przyczyn jest wzrost produkcji części zamiennych, ale drugim istotnym czynnikiem jest proces przesuwania produkcji z krajów Europy Zachodniej do naszych rejonów.

Najnowsze badania barometru ManpowerGroup monitorującego zatrudnienia w przemyśle wskazują na duży apetyt spółek produkcyjnych do zwiększenia zatrudnienia – 37% deklaruje wzrost zatrudnienia do końca września, a 55% utrzymanie obecnego poziomu. Może to potwierdzać oczekiwany przez producentów powrót dobrej koniunktury w branży i wysoki apetyt na wykorzystanie szans jakie niosą za sobą problemy gospodarek przemysłowych. A to by oznaczało, że jesteśmy w trakcie promocji na bardzo dobry towar jakim są akcje polskich spółek produkcyjnych. ”

W II kw. 2022 r. wyniki Banku Pekao pod wpływem kosztów regulacyjnych i rezerw

W II kwartale 2022 r. Bank Pekao S.A. znacząco zwiększył skalę działania w bankowości dla biznesu, po raz kolejny odnotował dynamiczne wzrosty w kanałach cyfrowych i poprawił efektywność operacyjną, utrzymując silną pozycję kapitałową i bilans. Jednak o obliczu wyników finansowych zdecydowały przede wszystkim koszty regulacyjne i zawiązanie ostrożnościowo dodatkowych rezerw na kredyty we frankach szwajcarskich.

– W drugim kwartale słowem-kluczem była dla nas odpowiedzialność. Kierowani odpowiedzialnym podejściem do zarządzania bilansem oraz do całego sektora finansowego zawiązaliśmy dodatkowe rezerwy na kredyty hipoteczne w CHF oraz ponieśliśmy koszty systemu ochrony instytucjonalnej. Choć trzeba podkreślić, że biznesowo nadal rozwijaliśmy się, szczególnie w przypadku bankowości dla firm, gdzie pod względem tempa wzrostu aktywów odnotowaliśmy wynik lepszy od naszych głównych konkurentów. Zwiększyliśmy wyraźnie wyniki odsetkowy i prowizyjny, wciąż ogromną wagę przykładaliśmy do efektywności i transformacji cyfrowej, co przyniosło wymierne rezultaty – mówi Leszek Skiba, prezes Banku Pekao.

WZROST w bankowości dla firm

  • Podobnie jak w pierwszym kwartale, tak i w drugim, na uwagę zasługuje wzrost wolumenów kredytowych w segmentach biznesowych. W przypadku dużych korporacji wzrost wolumenu kredytów wyniósł 16 proc., a w przypadku firm z segmentu MŚP i MID aż 27 proc. w ujęciu rok do roku.
  • Mocny był wzrost nowych rachunków bieżących klientów indywidualnych. W II kw. 2022 r. przybyło 136 tysięcy rachunków wobec 94 tys. rok wcześniej.
  • Skonsolidowany zysk netto Banku Pekao w II kw. 2022 r. wyniósł 468 mln zł wobec 605 mln zł rok wcześniej. Za całe pierwsze półrocze 2022 r. zysk netto zamknął się kwotą 1,375 mld zł w porównaniu do 850 mln zł w pierwszej połowie 2021 r.
  • O spadku zysku netto w II kw. 2022 r. zdecydowały koszty systemu ochrony instytucjonalnej, wzrost rezerw na kredyty hipoteczne CHF oraz jednorazowy wzrost kosztów operacyjnych.

EFEKTYWNOŚĆ stale na celowniku

  • Wskaźnik koszty/dochody spadł w II kw. 2022 r. do 37 proc. z 45 proc. w II kw. 2021 r. Strategiczny cel Pekao do 2024 r. to zmniejszenie wskaźnika koszty/dochody do 42 proc.
  • Wskaźnik ROE w II kw. 2022 r. wyniósł 8,2 proc. wobec zapisanego w strategii Banku Pekao celu 10-proc. ROE w 2024 r.
  • Koszty operacyjne w II kw. 2022 r. były obciążone zdarzeniami jednorazowymi i były o 16,4 proc. wyższe niż rok wcześniej oraz o 10,9 proc. wyższe wobec I kw. 2022 r., przy wzroście kosztów w pierwszym półroczu 2022 r. znacznie poniżej inflacji (+4,7 proc.).

KLIENCI jeszcze aktywniejsi w produktach cyfrowych

  • Drugi kwartał był kolejnym z rzędu, kiedy siłą napędową banku pozostawała bankowość cyfrowa. Liczba aktywnych klientów bankowości mobilnej Pekao urosła na koniec II kw. 2022 r. do 2,6 miliona klientów z 2,2 miliona rok wcześniej. Cel strategiczny na 2024 r. to 3,2 mln aktywnych klientów bankowości mobilnej.
  • Wskaźnik digitalizacji, czyli miara możliwości cyfrowego dostępu do usług bankowych, urósł o 13 punktów procentowych do 63 proc., licząc od czasu ogłoszenia czteroletniej strategii Banku Pekao wiosną 2021 r. Pekao zakłada, że w 2024 r. zbliży się on do 100 proc., czyli niemal każdą usługę bankową klient indywidualny będzie miał dostępną poprzez kanały zdalne.
  • W kanałach cyfrowych sprzedanych zostało w minionym kwartale 73 proc. pożyczek gotówkowych, podczas gdy rok wcześniej było to 56 proc.

ODPOWIEDZIALNOŚĆ w działaniu

  • W pogarszającym się otoczeniu gospodarczym jeszcze większego znaczenia nabiera odpowiedzialne zarządzanie ryzykiem. Pozwoliło ono utrzymać standardowe koszty ryzyka banku pod pełną kontrolą. W II kw. 2022 r. znalazły się one na poziomie 51 pb. W strategii na 2024 r. założony jest poziom 50-60 pb.
  • W II kwartale wyniki Pekao obciążyła rezerwa na wpłatę do funduszu pomocowego systemu ochrony instytucjonalnej w wysokości 440 mln zł brutto. W ciężar II kwartału bank utworzył również rezerwy na ryzyko prawne walutowych kredytów hipotecznych na 404 mln zł.
  • Ponadto, jak bank informował w połowie lipca, na wyniki kolejnego, III kwartału 2022 r., istotny wpływ będzie miało ujęcie kosztu związanego z modyfikacją umów złotowych kredytów hipotecznych z tytułu zawieszenia spłat kredytu tzw. „wakacje kredytowe”
    w łącznej kwocie 2,429 mld zł brutto. W konsekwencji Bank Pekao oraz Grupa Kapitałowa spodziewają się ujemnego wyniku finansowego za III kwartał 2022 r.
  • Pekao utrzymuje wysoką bazę kapitałową. Na koniec czerwca łączny współczynnik kapitałowy (TCR) wyniósł 16,6 proc., a Tier1 14,8 proc.

Wyniki badań – co daje przewagę w sektorze przemysłowym

Jakość produktów, terminowość i najniższa cena – to daje przewagę w sektorze przemysłowym.

Według firm przemysłowych z sektora MŚP, kluczowymi czynnikami, które umożliwiają zdobycie przewagi nad konkurencją są wysokiej jakości produkty (58,2 proc.), dotrzymywanie terminów (44,2 proc.) oraz oferowanie najniższych cen (28,5 proc.). Jak wynika z badania Siemens Financial Services w Polsce, w porównaniu do badania przeprowadzonego w 2020 roku spadło znaczenie dobrych relacji z kontrahentami, a wzrosło terminowości i niższej ceny.

Zdaniem prawie 60 proc. badanych firm z sektora przemysłowego, wysoka jakość produktów końcowych to czynnik, który najbardziej decyduje o przewadze na rynku. Na drugim miejscu ankietowani przedsiębiorcy z branży spożywczej, poligraficznej, obróbki metali i przetwórstwa tworzyw sztucznych najczęściej wskazują na dotrzymywanie terminów – 44,2 proc. Z kolei 28,5 proc. uważa, że w zdobyciu takiej przewagi pomaga oferowanie najniższych cen.
Wyniki badań - co daje przewagę w sektorze przemysłowym

Jak wynika z badania Siemens Financial Services w Polsce, co dziesiąty ankietowany uważa, że o przewadze konkurencyjnej decyduje również nowoczesny i odnawiany park maszyn i urządzeń (MiU). Podobna liczba przedsiębiorców wymienia także dobre relacje z kontrahentami, doświadczony i kompetentny zespół pracowników oraz zautomatyzowany park maszynowy.

– Dobrą wiadomością jest to, że po raz kolejny polscy przedsiębiorcy wymieniają wysoką jakość produktów jako główny czynnik przewagi na rynku i to właśnie nią chcą konkurować. W porównaniu do badania przeprowadzonego w 2020 roku, wzrosło znaczenie dotrzymywania terminów – o prawie 17 pkt proc. Coraz ważniejsze dla przedsiębiorców staje się również oferowanie najniższej ceny. Warto jednak podkreślić, że stopień istotności tych czynników różni się w zależności od badanej branży – mówi Grzegorz Jarzębski, Country Head of Sales w Siemens Financial Services w Polsce.

Terminowość najważniejsze dla obróbki metali

Jedyną z czterech badanych branż, w której najczęściej wskazuje się inny czynnik niż jakość produktów, jest obróbka metali. W przypadku przedsiębiorców z tego sektora znalazła się ona dopiero na drugim miejscu (44 proc.). Ankietowani najczęściej wskazywali na dotrzymywanie terminów (58 proc.), zaś na trzecim miejscu – najniższe ceny (32 proc.).

Co piąty przedsiębiorca z branży obróbki metali wskazał, że głównym czynnikiem dającym przewagę konkurencyjną jest nowoczesny i odnawialny park maszyn i urządzeń. Natomiast co szósty uważa, że pomocne są dobre relacje z kontrahentami. Zdaniem co dziesiątego to doświadczony i kompetentny zespół pracowników pozwala zdobyć przewagę na rynku.

Przetwórstwo tworzyw sztucznych częściej konkuruje ceną

Przedsiębiorstwa przetwarzające tworzywa sztuczne, podobnie jak poligraficzne i spożywcze, najczęściej wskazują jako przewagę konkurencyjną wysoką jakość produktów (59 proc.). Na drugim miejscu znalazła się terminowość. Warto podkreślić, że firmy z tej branży dużo częściej niż z innych sektorów wymieniały najniższe ceny. Zdaniem aż 40 proc. badanych to właśnie ten czynnik daje przewagę na rynku przetwórstwa tworzyw sztucznych. Ponadto 10 proc. wskazało na dostęp do finansowania zewnętrznego.

Przewagi w branży poligraficznej i spożywczej

Oferowanie najniższych cen jest istotne także w branży poligraficznej – wskazuje na to prawie co trzeci ankietowany z tej branży. Co piąta firma poligraficzna jako ważną przewagę na rynku wymienia zautomatyzowany park maszynowy, a co dziesiąta doświadczony i kompetentny zespół pracowników.

W branży spożywczej przedsiębiorstwa konkurują głównie wysoką jakością produktów. Na ten czynnik wskazuje aż 72 proc. ankietowanych – najwięcej ze wszystkich badanych branż. Na kolejnych miejscach znalazła się terminowość (17 proc.), doświadczony i kompetentny zespół pracowników (15 proc.) oraz nowoczesny i odnawialny park maszyn i urządzeń (14 proc.).

– Warto pamiętać, że przewagi te często są w pewnym stopniu powiązane. Nowoczesny i odnawiany park MiU ułatwia utrzymanie najwyżej jakości produktów, a zautomatyzowane maszyny potrzebują wysoko wykwalifikowanej kadry do ich obsługi. Wykorzystanie najnowocześniejszych technologii sprzyja m.in. optymalizacji kosztów, co w konsekwencji może umożliwić oferowanie niższych cen. Z kolei inwestycje w nowoczesne maszyny często wymagają dostępu do finansowania zewnętrznego oferowanego przez partnerów biznesowych, którzy rozumieją daną branże i jej sytuację – podsumowuje Grzegorz Jarzębski z Siemens Financial Services w Polsce.

Pracodawca ogłasza upadłość. Prawnicy radzą, jak nie wpaść w niepotrzebne kłopoty

Co się dzieje z pracownikiem po ogłoszeniu upadłości przez pracodawcę? Prawnicy to wyjaśniają krok po korku.

Przepisy nie chronią pracownika przed wypowiedzeniem lub rozwiązaniem umowy o pracę, gdy jego pracodawca ogłasza upadłość. Dotyczy to też m.in. osób przebywających na urlopach wypoczynkowych. Syndyk ma prawo nie tylko ich zwolnić, ale również skrócić im okres wypowiedzenia i wypłacić za to stosowne odszkodowanie. W przypadku zwolnienia grupowego zatrudnionym przysługuje ponadto odprawa pieniężna. Wszystkie roszczenia pracownicze, a zwłaszcza zaległe wynagrodzenia, są uprzywilejowane, a więc podlegają spłacie przed innymi wierzytelnościami. Jednak mogą wystąpić pewne komplikacje. Jeżeli dokumentacja upadłego pracodawcy nie była prowadzona właściwie, to należność może być trudna do ustalenia. Mogą też nastąpić znaczne opóźnienia w uregulowaniu zobowiązań.

Brak ochrony

Kiedy pracodawca ogłasza upadłość, przepisy nie chronią pracownika przed zwolnieniem. Zdaniem radcy prawnego i doradcy restrukturyzacyjnego Adriana Parola, nie są potrzebne zmiany w tym zakresie. Postępowanie upadłościowe co do zasady ma być szybkie. Jego istotą jest przekazanie odpłatnie majątku upadłego innemu podmiotowi potrafiącemu efektywnie go wykorzystać. Upadłość nie zawsze jednak oznacza likwidację przedsiębiorstwa. Czasem dochodzi do restrukturyzacji. I wówczas nowy właściciel może zatrudniać zarówno starych, jak i nowych pracowników.

– Art. 41(1) kodeksu pracy stanowi, że w razie ogłoszenia upadłości lub likwidacji pracodawcy nie stosuje się art. 38, 39 i 41 ani przepisów szczególnych dot. ochrony pracowników przed wypowiedzeniem lub rozwiązaniem umowy o pracę. Osoby w wieku przedemerytalnym, przebywające na zwolnieniach lekarskich lub urlopach wypoczynkowych bądź macierzyńskich nie są też w żaden sposób chronione – komentuje radca prawny dr Karolina Mazur.

Jak informuje Adrian Parol, syndyk ma możliwość zwolnienia pracownika, również chronionego. Może nawet skrócić mu okres wypowiedzenia. Wszystko jednak zależy od rodzaju przedsiębiorstwa i jego stanu. Jeśli istnieje możliwość kontynuowania działalności przez syndyka, to zazwyczaj dąży on do zatrzymania części pracowników, którzy mogą być wartością dodaną przedsiębiorstwa, oczywiście dostosowując poziom zatrudnienia do potrzeb firmy.

– Znalezienie cenionych na rynku, wysoko wykwalifikowanych specjalistów w niektórych branżach bywa naprawdę trudne. Tym bardziej wieloletni, efektywnie działający pracownik, który zna dobrze firmę i rozumie jej potrzeby, może być pożądany przez nabywcę przedsiębiorstwa. I z moich obserwacji wynika, że w tego typu sytuacjach można uniknąć zwolnienia, a nawet otrzymać awans, podwyżkę oraz możliwość szkolenia nowego zespołu – podkreśla radca prawny i doradca restrukturyzacyjny Łukasz Goszczyński.

Odszkodowania i odprawy

Zgodnie z art. 36(1) kodeksu pracy, jeżeli wypowiedzenie pracownikowi umowy o pracę zawartej na czas nieokreślony lub określony następuje z powodu ogłoszenia upadłości bądź likwidacji firmy albo z innych przyczyn niedotyczących pracowników, pracodawca może skrócić okres trzymiesięcznego wypowiedzenia do jednego miesiąca. Jak zaznacza dr Mazur, w takiej sytuacji zatrudnionemu przysługuje odszkodowanie w wysokości wynagrodzenia za pozostałą część okresu wypowiedzenia. To rekompensata szkody majątkowej, powstałej wskutek utraty możliwości zarobkowania w tym czasie.

– Pracodawca lub syndyk powinien wypłacić odszkodowanie najpóźniej w ostatnim dniu pracy, jeżeli upadły ma na to odpowiednie środki. Jeśli natomiast ich brakuje, to należność może zostać zaspokojona za pomocą środków Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. W okresie jednego miesiąca od daty niewypłacalności pracodawcy syndyk składa marszałkowi województwa wykaz niezaspokojonych roszczeń. I to on wypłaca należności – mówi mec. Goszczyński.

Pracownikowi zwalnianemu z powodu upadłości pracodawcy może również przysługiwać specjalna odprawa pieniężna. W przypadku podmiotu zatrudniającego co najmniej 20 pracowników stosuje się przepisy Ustawy z dnia 13 marca 2003 r. o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników.

– Zwolnienie jest uznawane za grupowe, gdy w okresie nieprzekraczającym 30 dni pracodawca zatrudniający mniej niż 100 pracowników pozbawia pracy co najmniej 10 osób. Z taką sytuacją mamy również do czynienia, jeśli firma ma minimum 100 pracobiorców, ale mniej niż 300 i 10% z nich traci zatrudnienie w ww. okolicznościach. A jeżeli przynajmniej 300 osób pracuje w danym przedsiębiorstwie, to powyższe dotyczy 30 zwolnionych pracowników – tłumaczy dr Karolina Mazur.

Jeżeli pracownik był zatrudniony u upadłego pracodawcy krócej niż przez 2 lata, to w ramach grupowego zwolnienia przysługuje mu odprawa w wysokości jednomiesięcznego wynagrodzenia. Osobie, która pracowała od 2 do 8 lat, należy się równowartość dwumiesięcznej pensji. Natomiast jeśli zatrudniony przepracował u danego pracodawcy ponad 8 lat, to należna mu jest odprawa odpowiadająca trzymiesięcznemu wynagrodzeniu.

– W każdej z powyższych sytuacji odprawę pracowniczą powinien oczywiście wypłacić pracodawca lub syndyk. Ale jeżeli upadły nie ma na to odpowiednich środków, to ten obowiązek przechodzi na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych – dodaje dr Mazur.

Uprzywilejowany wierzyciel

Do tego Łukasz Goszczyński dodaje, że wszystkie roszczenia pracownicze są uprzywilejowane w postępowaniu upadłościowym. Wynika to wprost z art. 342 prawa upadłościowego i dotyczy w szczególności zaległych wynagrodzeń. Oznacza to też, że podlegają zaspokojeniu z masy upadłości, tj. przed innymi wierzytelnościami. A jeżeli majątek upadającej firmy nie pozwala na uregulowanie należności, to część świadczeń pokrywa Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

– Pracownik nie musi zgłaszać swojego roszczenia do syndyka czy sądu upadłościowego, bo należności wynikające ze stosunku pracy są umieszczane na liście wierzytelności z urzędu. Jednak jak najbardziej wskazane jest takie zgłoszenie, gdyż ułatwia ono ustalenie wysokości wierzytelności pracownika i samo jej istnienie. Z moich obserwacji wynika, że dokumentacja upadłego pracodawcy często bywa niewłaściwie prowadzona. A to zdecydowanie utrudnia syndykowi ustalenie wielkości roszczenia – zwraca uwagę mec. Adrian Parol.

Natomiast dr Mazur wskazuje, że należność jest ustalana na podstawie prowadzonej przez pracodawcę dokumentacji kadrowo-płacowej, tj. listy płac, listy obecności oraz innych dokumentów. Jeżeli nie były one prowadzone w prawidłowy sposób, zatrudniony musi przedstawić, w jakiej wysokości powinny być ujęte wierzytelności ze stosunku pracy. Może wykazać m.in. spełnienie przesłanek z regulaminu premiowania. Często pracownicy indywidualnie prowadzą wykazy godzin pracy w zakresie godzin nadliczbowych, prac w niedziele i święta. Takie dowody mogą również przedstawić przed sądem upadłościowym. Natomiast nie mają możliwości zgłaszania wierzytelności grupowo oraz wzajemnego potwierdzania ilości przepracowanych godzin. Każdy dokonuje tego indywidualnie.

– Kwestie sporne w zakresie wysokości roszczenia to tylko jeden z problemów, na jaki może natrafić pracownik. Powinien on być też przygotowany na to, że mogą wystąpić znaczne opóźnienia w spłacie bieżących zobowiązań, jeśli postępowanie sądowe będzie się długo toczyło. Jeżeli natomiast pracodawca jest niewypłacalny, to Fundusz wypłaci równowartość wynagrodzenia maksymalnie za okres trzech miesięcy, które upłynęły od dnia wystąpienia niewypłacalności pracodawcy bądź od momentu ustania stosunku pracy. Zważywszy na to, że na rynku może być coraz więcej upadłości, pracownicy powinni zawczasu o tym wszystkim wiedzieć i w miarę możliwości poszerzać swoją wiedzą prawną – podsumowuje radca prawny i doradca restrukturyzacyjny Łukasz Goszczyński.

Cena kontraktów na WTI najniżej od lutego

S&P 500 (+1,56 proc.) i Nasdaq Composite (2,59 proc.) wyszły wczoraj na najwyższe poziomu od początku maja. Nieco w tyle pozostała średnia przemysłowa Dow Jonesa (+1,29 proc.), która na razie nie przebiła swych maksimów z ostatnich sesji. Łącznie w ciągu minionych 32 sesji S&P 500 wzrósł o 13,3 proc., co jest największym tego typu ruchem od wiosny 2020.
Dziś rano cena kontraktów na S&P 500 była stabilna (-0,03 proc. ok. 9:30).

W Azji przeważały zwyżki głównych indeksów giełdowych (najsilniej – o 1,8 proc.) zyskiwał Hang Seng. Podobnie było dziś rano w Europie (DAX +0,52 proc., CAC 40 +0,4 proc.).

Na GPW WIG-20 po spadkach we wtorek i środę dziś rano nie wykazywał większej chęci do dużych ruchów (+0,01 proc. ok. 9:30). Wśród składników mWIG-u 40 (-0,77 proc. ok. 9:35) swój najwyższy od 1,5 roku poziom zaliczył kurs akcji Budimexu. Wśród składników sWIG-u 80 (+0,32 proc. ok. 9:35) ponownie najwyższy poziom w swej sięgającej 2009 roku historii na GPW osiągnęła cena akcji spółki Arctic Paper.

Lekko rosła dziś rano rentowność 10-letnich obligacji skarbowych rządu USA. W strefie euro rentowność podobnych papierów minimalnie spadała.

W ciągu minionych prawie 2 miesięcy cena kontraktów na ropę naftową WTI notowanych na NYMEX-ie spadła z ponad 120 USD na 90,34 USD dziś rano. To najniższy poziom ceny tego kontraktu od drugiej połowy lutego br. Kontrakty na ropę Brent były przez chwilę niżej niż obecnie w czerwcu, ale gdyby zamknęły się dziś na porannych poziomach, to byłoby to najniższe zamknięcie od końca lutego. Lekko drożały dziś metale szlachetne na COMEX-ie (złoto +0,74 proc., srebro +0,84 proc., platyna +0,43 proc., pallad +0,3 proc.). Cena kontraktów na owies na CBOT spadły wczoraj o 5,11 proc. i była już o połowę niższa niż kwietniu i najniższa od roku. Po stracie 5,37 proc. na wczorajszej sesji najniżej od sierpnia ub.r. znalazła się cena kontraktów na drewno na CME.

Na rynkach walutowych było dziś rano dosyć sennie. USD lekko się umacniał względem japońskiego jena (+0,25 proc. ok. 9:15) i lekko słabł względem euro (+0,09 proc.).

Również zmiany kursów zagranicznych walut względem polskiego złotego były niewielkie (EUR/PLN +0,25 proc., USD/PLN +0,12 proc.).

Kurs Bitcoina względem amerykańskiego dolara oscylował dziś rano wokół poziomu 23000 USD (-1,22 proc. ok. 9:15).

Autor: Wojciech Białek, TMS Brokers

Decyzja OPEC+ nic nie zmieni?

Dlaczego decyzja OPEC+ nie ma większego znaczenia dla ropy?

OPEC podczas dwudniowego posiedzenia 3-4 sierpnia ma podjąć decyzję o dalszych losach porozumienia o “ograniczaniu” produkcji. W tym momencie nie powinniśmy jednak mówić o ograniczaniu, gdyż sierpniowe cele wyrównały się z poziomami referencyjnymi porozumienia.

Co więcej, OPEC+ wg zewnętrznych źródeł nie pokrywa celu produkcyjnego i obecnie ze strony największej grupy producentów na świecie może brakować nawet 4 mln baryłek na dzień.

OPEC+ może obawiać się o potencjalne spowolnienie gospodarcze i nie będzie chciał stymulować nadmiernego wzrostu produkcji. W zasadzie jedynie kilka krajów jest w stanie produkować więcej i eksportować więcej. Jest to Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Irak. Nawet Rosja jest mocno ograniczona pod względem rozwoju produkcji i przede wszystkim eksportu, dlatego Arabii Saudyjskiej może zależeć na utrzymaniu tego partnera w swojej sieci wpływów.

Teoretycznie porozumienie może trwać nadal i teraz spekuluje się o podniesienie limitu produkcyjnego o 100 tys. brk na dzień. Jest to wielkość symboliczna i w zasadzie nic nie zmienia. Arabia Saudyjska i ZEA prawdopodobnie będą zwiększać produkcję, ale umiarkowanie i bez większych zapowiedzi. Kluczowe jest tu jednak słowo “prawdopodobnie”. Pojawiły się spekulacje, że Stany Zjednoczone dogadały się właśnie z tymi dwoma producentami na dostawę broni z USA. W odpowiedzi moglibyśmy mieć zapowiedź większej produkcji lub nawet anulowanie całego porozumienia OPEC+. Wtedy z pewnością obserwowalibyśmy głębsze cofnięcie cen.

Nie jest to jednak scenariusz bazowy. Rynek ropy jest mocno napięty i najprawdopodobniej taki zostanie. Ostatnie dane JODI i IEF pokazały, że popyt na ropę i paliwa jest bliski temu, co mieliśmy przed pandemią. Brak jest jednak dodatkowej podaży, dlatego utrzymanie cen na poziomie 100 USD i wyżej wydaje się możliwe. Co jeśli jednak cały świat wpadnie w recesję? W takim wypadku mieliśmy spadek popytu najprawdopodobniej od 2 do 5%. Rynek uległby wtedy zbilansowaniu i ceny sięgnęłyby najprawdopodobniej zakresu 60-70 USD. Na niższe ceny bez większych inwestycji w nową podaż na razie nie ma co liczyć, choć oczywiście cały czas trzeba mieć na uwadze potencjał rozwoju jaki niesie za sobą utrzymanie obecnie wysokich cen.decyzja OPEC+ nie ma większego znaczenia dla ropy

Bloomberg pokazuje nam na wykresie, że OPEC+ znajduje się bardzo daleko od swojego celu produkcyjnego. Właśnie dlatego decyzja nie ma dużego znaczenia. Dopiero zakończenie porozumienia lub pojedyncze deklaracje mogłyby przyczynić się do spadków cen. Źródło: Bloomberg

decyzja OPEC+ nie ma większego znaczenia dla ropyCeny robi odbijają dzisiaj, najprawdopodobniej ze względu na rozczarowanie nadchodzącą decyzją OPEC. Z drugiej strony ceny pozostają w trendzie spadkowym, który jest wywołany obawą o wzrost gospodarczy. Źródło: xStation5

Autor: Michał Stajniak, starszy analityk XTB

Jak korzystać z VPN na Google Chromecast?

Wirtualna sieć prywatna, czyli VPN niesie ze sobą szereg korzyści. Mowa m.in. o zapewnieniu odpowiedniego bezpieczeństwa w sieci oraz anonimowości. Taka forma połączenia z cyfrowym światem umożliwia zamaskowanie naszego adresu IP i szyfrowanie przesyłanych danych, przez co są one znacznie trudniejsze do przechwycenia przez hakera. Z dobrodziejstw VPN mogą korzystać zarówno osoby prywatne, jak i duże oraz małe firmy. To jednak nie wszystko, bo VPN pozwala też odblokować treści objęte cenzurą m.in. na Chromaście. Jak z niego korzystać?

VPN na Google Chromecast — inny wymiar komfortu 

VPN na Google Chromecast pozwala przesyłać treści internetowe na telewizor, które nie są jednak z różnych przyczyn dostępne w Twojej lokalizacji. VPN maskuje wówczas adres IP użytkownika i odblokowuje strony objęte ograniczeniami. Mowa także o platformach streamingowych, takich jak HBO Max, Netflix czy Disney+. 

Niestety, żeby korzystać z VPN na Google Chromecast niezbędne będzie skonfigurowanie swojego urządzenia. Na początku trzeba zainstalować wybraną usługę VPN tj. VPN for Chrome i stworzyć formę wirtualnego routera na swoim PC. Następnie łączymy się z serwerem VPN w kraju, który nas interesuje. W przypadku Disneya czy Netflixa może być to jeden z amerykańskich serwerów. Później łączymy nasze urządzenie z Chromecastem i routerem, co sprawia, że zyskujemy dostęp do treści nieosiągalnych normalnie w naszej lokalizacji. 

Chromecast z Google TV — jedna z wielu opcji 

Jedną z wielu opcji jest tutaj zainstalowanie VPN-a na Chromecast będącym aplikacją ze sklepu Google Play. Wystarczy wówczas kliknąć na nią w sklepie, wybrać opcję “zainstaluj”, a następnie ją otworzyć. W zależności od VPN-a, którym dysponujemy, proces konfiguracji może się trochę od siebie różnić, ale założenia są dokładnie takie same. 

Po instalacji potwierdzamy żądanie połączenia. Nasz telewizor powinien wówczas poinformować, że VPN został już działa sprawnie. I tak naprawdę to wszystko — od tej pory możesz już cieszyć się wszystkimi zablokowanymi wcześniej treściami zarówno w formie ulubionych filmów, jak i seriali. 

Kopia ekranu — inna propozycja

Kolejną możliwością jest wykonanie tzw. lustrzanej kopii ekranu do Chromecasta. Wystarczy wówczas dostęp do przeglądarki Google Chrome. Jak to wygląda w praktyce? Cóż, włączamy komputer, łączymy go z VPN i za pomocą przeglądarki łączymy się z Chromecastem. Jest to zdecydowanie najskuteczniejszy i najprostszy sposób korzystania z VPN.

Co ciekawe, metody tej nie wykorzystamy z poziomu smartfona. Niezbędny będzie więc komputer lub laptop z systemem Windows, macOS lub Linux. Na początku odłączamy VPN od PC, następnie wchodzimy w Google Chrome i klikamy przycisk menu. Tam wybieramy opcję „przesyłaj” i ustawiamy Chromecast jako miejsce docelowe. Dopiero wtedy włączamy VPN i możemy cieszyć się treściami niedostępnymi w naszym kraju. Warto jednak zaznaczyć, że zastosowanie tej metody ma kilka wad — jedną z nich jest znacznie gorsza jakość obrazu, bo Chrome kompresuje wideo podczas jego przesyłania TV. 

Istnieje również możliwość skonfigurowania routera za pośrednictwem komputera. Zasada jest ta sama, ale uzyskana jakość może być nieco lepsza. Niestety, w przypadku darmowych VPN-ów zastosowanie takich opcji nie będzie miało sensu — mają one zbyt słabą przepustowość serwerów, przez co nie poradzą sobie z przesyłaniem tak dużej liczby danych. Na szczęście renomowane VPN-y odpalimy poprzez Google TV, co pozwoli korzystać z Chromecasta  bez żadnych przeszkód. 

Szybka sprzedaż nieruchomości to już rzadkość. Właściciele muszą uzbroić się w cierpliwość

Najdłużej sprzedają się dziś domy i trwa to najczęściej od 6 miesięcy do roku. Najszybciej, w miesiąc, znika większość ogłoszeń dotyczących kawalerek na wynajem – takie wnioski płyną z badania nastrojów pośredników w II kwartale 2022 r., które przeprowadził portal ogłoszeniowy Nieruchomosci-online.pl.

„Jak zmienił się średni czas życia oferty od momentu jej upublicznienia do dokonania transakcji w 2022 r. w porównaniu do 2021 r.?” – na to pytanie pod koniec czerwca odpowiedziało blisko 700 agentów nieruchomości z całej Polski.

Ile trwa sprzedaż lub wynajem nieruchomości

– Wyniki badania wskazują, że ostatni rok – naznaczony podwyżkami stóp procentowych, spadkiem akcji kredytowej, inflacją i wojną w Ukrainie – przyniósł wydłużenie czasu sprzedaży. Szczególnie widoczne jest to w segmencie większych mieszkań, gdzie wydłużenie czasu życia oferty odczuło aż 81 proc. pośredników. W przypadku domów potwierdziło to 77 proc. agentów, a działek 56 proc. – mówi Alicja Palińska z działu analiz Nieruchomosci-online.pl. Zwraca też uwagę, że odwrotna sytuacja panuje za to na rynku najmu: – Zarówno w przypadku kawalerek, jak i większych mieszkań, skrócenie czasu poszukiwania najemcy zauważyło około 60 proc. badanych.

Ile trwa sprzedaż lub wynajem nieruchomości?

Sprzedaż kawalerki trwa obecnie najczęściej od 1 do 3 miesięcy – takiego zdania jest 49 proc. agentów nieruchomości biorących udział w badaniu Nieruchomosci-online.pl. Znacznie trudniej jest znaleźć kupca na większe mieszkanie, bo tam sprzedaż wydłużyła się w 2022 r. do 3-6 miesięcy – takiego zdania jest 52 proc. pośredników. W 2021 r. sprzedaż większego mieszkania trwała najczęściej od 1 do 3 miesięcy.

Badanie wskazuje, że w największą cierpliwość muszą uzbroić się osoby sprzedające domy. W tym segmencie oferta „żyje” najczęściej od 6 miesięcy do roku – potwierdza to 49 proc. agentów. Co ważne, 19 proc. kolejnych przyznało, że sprzedaż zajmuje im nawet ponad 12 miesięcy. Oznacza to znaczne wydłużenie czasu sprzedaży domów, ponieważ w 2021 r. pośrednicy przyznawali, że najczęściej zamykali transakcje w czasie od 3 do 6 miesięcy (34 proc.) lub od 1 do 3 miesięcy (29 proc.). Zaledwie 6 proc. sprzedawało wówczas dom dłużej niż rok.

Sytuacja podobnie wygląda w przypadku działek. Jeszcze w ubiegłym roku największy odsetek pośredników (40 proc.) wskazywał, że oferty w tym segmencie nieruchomości znikały najczęściej w czasie od 1 do 3 miesięcy, a 23 proc. agentów było zdania, że nawet krócej niż w miesiąc. Teraz pośrednicy przyznają, że czas sprzedaży działki to najczęściej od 3 do 6 miesięcy (36 proc. opinii) lub od 6 miesięcy do roku (35 proc. opinii). Działkę w miesiąc sprzedają już tylko szczęśliwcy (3 proc.).

W znacznie lepszym nastroju jest rynek najmu, gdzie ogłoszenia znikają w ekspresowym tempie. Szczególnie widoczne jest to w przypadku kawalerek: 82 proc. pośredników przyznaje, że znalezienie najemcy zajmuje im krócej niż miesiąc, a 14 proc., że od 1 do 3 miesięcy. Czas życia oferty jest nieco dłuższy w kategorii większych mieszkań na wynajem, ale i tu znalezienie chętnego nie jest problemem: 67 proc. agentów nieruchomości wynajmuje takie mieszkania maksymalnie w miesiąc, a 25 proc. od 1 do 3 miesięcy. Na rynku dłużej pozostają jedynie bardzo przeszacowane oferty lub te z mieszkaniami w najgorszych lokalizacjach.

Sprzedający boją się, że kupujący nie otrzymają kredytów

Czas sprzedaży wydłużył się, ale zdaniem pośredników potrzeby mieszkaniowe Polaków nie zniknęły. Klienci wciąż chcą nabywać nieruchomości na własne cele mieszkaniowe, ale u wielu z nich drastycznie zmniejszyła się zdolność kredytowa.

– Widać już skutki decyzji Rady Polityki Pieniężnej. Zmiany, które nastąpiły w dostępie do finansowania zakupu nieruchomości kredytem hipotecznym, czujemy już od około kwartału. Domy, działki, a nawet niewielkie mieszkania na start czy inwestycyjne, które dotychczas sprzedawały się natychmiast, pozostają na rynku znacznie dłużej – komentuje Małgorzata Gajewska z biura NIERUCHOMOŚCI Gajewska we Wrocławiu.

Agenci biorący udział w badaniu Nieruchomosci-online.pl relacjonują też, że nierzadko dochodzi do sytuacji, w której nawet zdecydowani klienci rezygnują w ostatniej chwili z podpisania umowy. Wielu z nich obawia się rosnących kosztów kredytu.

Pośrednicy zwracają również uwagę, że obecnie potrzeba więcej starań z ich strony, aby klient zdecydował się na zakup. – Zauważalna jest większa liczba prezentacji, aby sprzedać nieruchomość, a klienci wstrzymują się z podjęciem decyzji zakupowych. Oglądają po stokroć wszystkie koszty – mówi Urszula Brzezińska z biura nieruchomości AVANTI w Szczecinie.

– Nie wystarczy tylko opublikować ofertę. Należy zadbać, aby się wyróżniała, przygotować ją do sesji zdjęciowej, a przede wszystkim właściwie wycenić nieruchomość. Oferty popularne, które często były sprzedawane na kredyt, będą sprzedawać się dłużej. Klient kredytowy, mimo chęci, nie ma możliwości, aby dokonać transakcji. Zatem klient posiadający własne środki ma w czym wybierać i mocno negocjuje – dodaje Marta Grzebińska z MG Nieruchomości w Gdańsku.

Pośrednicy zauważają także, że przy rygorystycznych warunkach uzyskania kredytów istnieje duże ryzyko opóźnienia transakcji. – Wszechobecna informacja o sytuacji kredytowej powoduje, że sprzedający są bardziej niechętni do zawierania umów przedwstępnych z klientami kredytowymi. Obawiają się, że klient nie otrzyma kredytu i sprzedaż będzie wstrzymana przez 1 czy 2 miesiące, co skutkuje ponownym rozpoczynaniem procesu sprzedaży – opowiada Karol Myśliwiec z warszawskiego biura FindSQUARE.

Przesłanki stosowania pracowniczych kosztów autorskich – wyrok NSA

Przesłanki stosowania pracowniczych kosztów autorskich – wyrok NSA z 12 kwietnia br. (sygn. II FSK 1557/19).

Podwyższone koszty uzyskania przychodów są preferencją podatkową, która dla wielu osób powoduje znaczące zmniejszenie zobowiązania podatkowego i tym samym wzrost wypłacanego wynagrodzenia netto. Narzędzie to może być wykorzystywane przez firmy, aby przyciągnąć najlepszych pracowników z rynku, jako rodzaj podatkowego benefitu wdrożonego przez firmę. Należy jednak pamiętać, że podwyższone koszty uzyskania przychodów dla pracowników, jak każda preferencja podatkowa, podlegają istotnym ograniczeniom w możliwości zastosowania, dlatego przed wdrożeniem tego rozwiązania warto się dobrze przygotować. Uwagę na stosowanie ograniczeń wynikających z ustawy zwrócił także NSA w sprawie o sygn. II FSK 1557/19.

Istota podwyższonych kosztów uzyskania przychodów

Zgodnie z art. 22 ust 9 pkt 3) ustawy o PIT koszty uzyskania niektórych przychodów określa się z tytułu korzystania przez twórców z praw autorskich i artystów wykonawców z praw pokrewnych, w rozumieniu odrębnych przepisów, lub rozporządzania przez nich tymi prawami – w wysokości 50% uzyskanego przychodu, co oznacza, że pracownik może zamiast bardzo niskich ryczałtowych kosztów uzyskania przychodu, skorzystać z 50% kosztów uzyskania przychodu.

Jakiego rodzaju przychody podlegają uldze?

Należy zaznaczyć, że nie każdy pracownik będzie mógł skorzystać z 50% KUP. Ustawodawca zdecydował bowiem o ograniczeniu katalogu przychodów, które podlegają uldze (zgodnie z art. 22 ust 9b ustawy o PIT). W praktyce ulgę tę stosuje się bardzo często do przychodów uzyskiwanych z tytułu działalności twórczej w zakresie programów komputerowych oraz do działalności badawczo-rozwojowej, naukowej, naukowo-dydaktycznej, badawczej, badawczo-dydaktycznej oraz prowadzonej na uczelni działalności dydaktycznej.

Podsumowując więc, można wskazać na kryteria zastosowania 50% KUP wskazane w wyroku NSA z dnia 2022-04-12, sygn. II FSK 1557/19:

  1. praca wykonywana przez pracownika jest przedmiotem prawa autorskiego, a więc spełnia przesłanki utworu określone w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych;
  2. pracownik jest twórcą w rozumieniu tej ustawy i uzyskiwanie przychodu przez pracownika wynika z korzystania przez twórcę z tychże praw lub rozporządzania tymi prawami;
  3. stosunek prawny łączący pracownika i pracodawcę przewiduje zróżnicowanie wynagrodzenia należnego pracownikowi za część związaną z korzystaniem z praw autorskich i część związaną z wykonywaniem typowych obowiązków pracowniczych oraz pracodawca prowadzi stosowną dokumentację w tym zakresie, np. prowadzi szczegółową ewidencję przekazanych utworów;
  4. określenie tej wartości lub procedur jej obliczania powinno być jasno i precyzyjnie zawarte w dokumentach regulujących treść stosunku pracy w czasie jego istnienia
  5. przychody muszą być uzyskiwane z tych rodzajów działalności, o których mowa w art. 22 ust. 9b ustawy o PIT.

Co ciekawe z dotychczasowego stanowiska organów podatkowych wynika, że program komputerowy, jak każdy inny utwór, nie musi mieć postaci ukończonej, aby korzystać z autorsko-prawnej ochrony. Nawet krótkie fragmenty programu mogą stanowić przedmiot prawa autorskiego. Innymi słowy, aby programista mógł skorzystać z ulgi nie musi wcale skończyć programu, lecz wystarczy, że udokumentuje twórczy charakter powstałej części pracy.

Działalność twórcza

Pojęciem, które przewija się w ramach omawiania kryteriów skorzystania z ulgi jest pojęcie działalności twórczej. W pierwszej kolejności należy zaznaczyć, że przedmiotem prawa autorskiego jest tylko taka działalność twórcza, która prowadzi do powstania utworu korzystającego z ochrony praw autorskich. Zatem musi być to skonkretyzowana działalność twórcza, polegająca na powstaniu lub dążeniu do powstania utworu chronionego prawem autorskim. Zatem ulga co do zasady nie powinna przysługiwać w przypadku tworzenia odtwórczych prac i działalności bieżącej takiej jak helpdesk.

Nabycie następcze

Ustawa o prawie autorskim przewiduje możliwość, aby pracodawca i pracownik uzgodnili w umowie o pracę, iż majątkowe prawa autorskie do programu komputerowego stworzonego (współtworzonego) przez pracownika w wyniku wykonywania obowiązków ze stosunku pracy przysługują pracownikowi, a nie pracodawcy (art. 74 ust. 3). Wówczas stosuje się zasadę wtórnego nabycia przez pracodawcę majątkowych praw autorskich do programu za odpowiednim wynagrodzeniem i uchylona zostaje – stanowiąca wyjątek od tej zasady – ustawowa regulacja pierwotnego nabycia przez pracodawcę całości majątkowych praw autorskich do programu.

Ustalenie czasu pracy

Zasadą powinno być, że preferencję 50% KUP stosujemy w stosunku do pracownika, który poświęca ściśle określony czas na stworzenie (tworzenie) konkretnego dzieła. W praktyce częstym rozwiązaniem jest rejestrowanie czasu pracy twórczej w odrębnym dokumencie (np. w ewidencji prowadzonej papierowo lub w formie elektronicznej), lub przy użyciu specjalnie do tego stworzonego oprogramowania, czy ewentualnie w oświadczeniu składanym pracodawcy za określony okres, np. miesiąc, kwartał, półrocze lub rok. Czas pracy poświęcony na działalność twórczą powinien zostać zaakceptowany lub przynajmniej uzgodniony z pracodawcą.

Należy jednak zaznaczyć, że do zastosowania 50-proc. kosztów uzyskania przychodów nie jest konieczne kwotowe wyodrębnienie honorarium twórcy utworu. Tak wynika orzeczenia, o którym mowa na wstępie, a także z wyroków NSA o sygn. akt II FSK 1552/19, II FSK 1510/19 – art. 29 ust. 9 pkt 3 ustawy o PIT nie zawiera norm regulujących sposób bądź zasady ustalania wynagrodzenia z tytułu korzystania lub rozporządzania prawami autorskimi.

Autor: Agnieszka Stachurska, dyrektor Biura Rachunkowego Skarbiec Corporate Services należącego do Grupy Kancelarii Prawnych Skarbiec specjalizującej się doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Jak banki i ich klienci odczują zmiany klimatyczne?

  • Mogłoby wydawać się, że globalne ocieplenie to problem głównie przyrodniczy, związany z ryzykiem powodzi, suszy czy zmian klimatycznych.
  • Tymczasem zmiany klimatyczne, czyli tzw. ryzyka fizyczne (w tym pożary wywołane suszą lub powodzie na coraz większych obszarach) mają istotny wpływ na rozwój różnych branż, w tym branży finansowej.
  • Banki już dziś muszą uwzględniać dwa rodzaje przekładalnych na straty ryzyk: ryzyko fizyczne i transformacyjne.
  • Zachodzący w branży proces dotyczy dodatkowo klientów banków i innych dziedzin gospodarki.
  • Receptą może być modelowanie biznesu z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego pod kątem analizy konsekwencji zmian klimatycznych np. dla obszaru prawnego czy zachowań konsumenckich.

Na Ziemi wraz ze wzrostem temperatury coraz więcej osób dostrzega wpływ zmian klimatu na ich życie. Jak pokazało badanie 3M State of Science Index 2022, aż 92 proc. Polaków wierzy, że zmiany klimatu są realne. 67 proc. osób w tej grupie uważa, że procesy te dotykają ich osobiście, podczas gdy jedna czwarta (25 proc.) twierdzi, że to nie ma wpływu na ich codzienne życie. Warto zaznaczyć, że wciąż 8 proc. Polaków deklaruje brak wiary w zmiany klimatyczne.

Tymczasem 2020 rok był najcieplejszym w historii pomiarów. Z dwudziestu najcieplejszych lat, 19 zarejestrowano w XXI wieku. Od końca XIX wieku średnia temperatura na Ziemi wzrosła o 0,95-1,20 stopnia Celsjusza. Różnica, która może wydawać się drobna z perspektywy naszego codziennego odbioru ciepła i zimna, jest jednak ogromną zmianą dla przyrody i zachodzących w niej procesów. Podwyższenie średniej temperatury wpływa na długość okresów wegetacyjnych roślin, obecność konkretnych gatunków zwierząt na danym terenie oraz na gospodarkę wodną. Poza tym, mówimy o temperaturze średniej, zatem są miejsca, gdzie zmiany mogą być większe. Klimatolodzy szacują, że ocieplenie o 2 stopnie drastycznie podniesie ryzyko katastrofalnych zmian w środowisku. Ale jakie to ma znaczenie dla banków i sektora finansowego?

Susza czy powódź to straty finansowe

Dla biznesu zagrożenie klimatyczne to kolejny obszar ryzyka, który trzeba uwzględnić w zarządzaniu. Instytucje finansowe biorą pod uwagę dwa typy ryzyka – pierwsze z nich to ryzyko fizyczne. Polega na możliwym wystąpieniu jednorazowych lub przewlekłych zdarzeń pogodowych, które powodują bezpośrednie straty. Chodzi np. o powodzie, w wyniku których zalane mogą zostać serwerownie, co uniemożliwi prowadzenie codziennej działalności biznesowej. Powodzie wpływają też na wartość finansowanych długoterminowo hipotek. Rośnie ryzyko niewypłacalności czy też utraty płynności: coraz częściej pożyczki rolnicze nie są spłacane regularnie właśnie z powodu suszy, która skutkuje słabymi plonami i niższymi od zakładanych zyskami. Drugi rodzaj niebezpieczeństwa to ryzyko transformacyjne. Dotyczy konsekwencji finansowych związanych z przechodzeniem na model gospodarki niskoemisyjnej, co wymusza polityka Unii Europejskiej, dyktując nowe normy i regulacje prawne. Ale w ryzyku transformacyjnym mamy również konsekwencje rozwoju technologicznego oraz zmiany nastrojów i preferencji klientów.

Uniwersalny charakter tych zagrożeń sprawia, że nie przynależą wyłącznie do sektora finansowego. Wręcz przeciwnie, ryzyka fizyczne i transformacyjne mogą dotyczyć przedsiębiorstwa z każdej branży. Zmiany klimatu wymuszają konieczność wypracowania zapasowych planów ciągłości działania, a przez to wpływają na utratę wydajności, zakłócają łańcuchy dostaw, ograniczają inwestycje, podnoszą ceny oraz koszty reagowania kryzysowego. Akurat sektor bankowy ma pewną przewagę, bo od dawna korzysta z zaawansowanej analityki, która pozwala szacować niebezpieczeństwa i przygotowywać się na nie.

Banki nie są gotowe na ryzyko klimatyczne

Ryzyko klimatyczne zostało zakwalifikowane przez World Economic Forum w raporcie The Global Risk Report jako jedno z najbardziej krytycznych i dotkliwych w najbliższych latachzauważa Łukasz Libuda, który w SAS Institute zajmuje się doradztwem w obszarze ryzyka.Do teraz zarządzający ryzykiem, głównie kredytowym, musieli się mierzyć z analizami w horyzoncie najbliższych kwartałów, lat a maksymalnie dekady. Obecnie analizy ryzyka klimatycznego muszą być przeprowadzane w okresie dziesięcioleci i tu pomocnym narzędziem pozwalającym na uwzględnienie zarówno zmian w czynnikach makro, jak i mikroekonomicznych stają się testy warunków skrajnych – wyjaśnia.

Ekspert SAS dodaje, że jeszcze niedawno Europejski Bank Centralny (ECB) oceniał, że prawie żaden bank w strefie euro nie jest przygotowany na ryzyko związane ze zmianą klimatu. – Świadomość tematu się zmienia, jest on szeroko dyskutowany przez zarządy w każdej organizacji, a ECB udało się wypracować pierwsze wersje regulacji, które zawierają wytyczne i główne kroki pozwalające na efektywne uwzględnienie ryzyka klimatycznego w procesach szeroko pojętego zarządzania ryzykiem. Jednakże nadal nie ma jednego, dopasowanego do wszystkich, wzorca do działania, wytyczne wciąż muszą być interpretowane indywidualnie w odniesieniu do każdej organizacji – podkreśla Łukasz Libuda.

Troska o klimat może generować zyski

Firmy, które chcą zoptymalizować koszty biznesowe wynikające z praktycznych konsekwencji globalnego ocieplenia, powinny skorzystać z narzędzi wyposażonych w sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe. To pozwoli im przewidzieć, zmierzyć i zrozumieć skutki tych procesów w kontekście zachowań klientów, zmian prawnych, warunków finansowania czy rynku pracy.

– Zaawansowana analityka oparta na algorytmach AI/ML pozwoli zobaczyć, które elementy naszego otoczenia biznesowego są najbardziej zagrożone zmianami klimatu. Mogą to być konkretne sektory rynku, obszary geograficzne czy nawet kontrahenci, a cała prognoza będzie mogła wybiegać daleko w przyszłość. Pomoże to podjąć trafne, czyli opłacalne decyzje biznesowe – mówi Łukasz Libuda. – Dzięki analizie scenariuszowej możemy przygotować i sprawdzić wiele ścieżek zmian czynników ryzyka klimatycznego. Gdy uwzględnimy je w symulacjach portfela i bilansu, zobaczymy, jakie skutki może mieć podjęcie działań dostosowawczych. Co istotne, zobaczymy też, co może się wydarzyć, jeżeli tych działań nie podejmiemy. Każdy ze scenariuszy jest uzależniony od wielu zmiennych makro- i mikroekonomicznymi. Dlatego bez analityki wspartej AI/ML nie bylibyśmy w stanie dostarczać tak wysokiej jakości prognozowanych wskaźników – podkreśla ekspert SAS.

Wyzwania obejmujące kryzys klimatyczny są też przy okazji szansą do przemodelowania procesów i nawet zwiększenia zysków. Łukasz Libuda z SAS Institute zauważa, że firmy starają się być „green”, aby zbudować lepszy wizerunek wśród swoich klientów (którzy mogą być skłonni płacić wyższą cenę za produkty „green”), uzyskać niższą marżę na kredyty i inwestycje wśród banków, a to wszystko w ramach strategii zrównoważonego biznesu. Pierwsze doświadczenia biznesowe wskazują już pozytywne reakcje na produkty „green” czy to w obszarze ubezpieczeń (np. naprawa szkody nieruchomości odbywa się wyłącznie przy wykorzystaniu produktów, technik i podwykonawców „green”), czy też bankowości – zainteresowanie rynkiem „zielonych obligacji”.

Co więcej, Europejski Zielony Ład, czyli strategia unijna w zakresie klimatu i gospodarki, nie tylko wprowadzi rygorystyczne wymagania dla firm, ale stworzy też pola dla rozwiązań innowacyjnych. Zatem przy odpowiednim podejściu, ryzyko klimatyczne może stać się szansą do rozwoju i stworzenia przewagi konkurencyjnej a nie zagrożeniem dla organizacji. Aby było to możliwe, przedsiębiorcy będą musieli pamiętać o zastosowaniu zaawansowanej analityki, prognozowania i analiz scenariuszowych.

Wakacje kredytowe a zdolność kredytowa

Z końcem lipca weszła w życie ustawa wprowadzająca tzw. wakacje kredytowe. Już na etapie ścieżki legislacyjnej budziła ona wiele kontrowersji. Finalnie jej forma jest dość ogólna. Podane są minimalne wymagania, jakie należy spełnić, aby skorzystać z wakacji kredytowych. Wśród założeń znalazły się zapisy mówiące o tym, że:

  1. Umowa kredytowa musi być podpisana przed 1 lipca 2022 r.
  2. Kredyt musi być udzielony w PLN
  3. Kredyt został zaciągnięty w celu zaspokojenia własnych potrzeb mieszkaniowych
  4. Możliwość zawieszenia spłat dla jednego kredytu hipotecznego
  5. Do końca okresu kredytowania pozostało więcej niż 6 miesięcy – licząc od dnia wejścia w życie ustawy – tj. od 28 lipca 2022 r.

Banki miały stosunkowo niewiele czasu na wypracowanie ścieżki, jaką musi przejść klient, aby złożyć wniosek o zawieszenie rat. Z niektórych banków, praktycznie do ostatniego dnia, nie było jasnego komunikatu o sposobie złożenia wniosku. W Lendi odebraliśmy mnóstwo telefonów od naszych klientów z prośbą o informację o sposobie przyjmowania dyspozycji przez banki oraz o możliwych „haczykach” kryjących się w ustawie.

Jak złożyć wniosek o wakacje kredytowe?

Finalnie praktycznie w każdym banku komercyjnym wniosek o wakacje kredytowe można złożyć za pośrednictwem bankowości elektronicznej. Zajmuje to dosłownie kilka minut. Większość kredytobiorców skorzystała właśnie z tej formy złożenia wniosku. W pierwszym dniu, od którego można było wnioskować o wakacje kredytowe, w niektórych bankach zauważalne były problemy techniczne przy składaniu wniosku elektronicznego. Jednak w ciągu kilku godzin banki się z nimi uporały. Drugą dopuszczalną formą złożenia wniosku jest forma papierowa, złożona w placówce bankowej. Reagując na duże zainteresowanie tą właśnie formą, w piątek 29 lipca, PKO BP wydało komunikat, że ich placówki bankowe będą otwarte wyjątkowo w sobotę w godzinach 9.00-12.00.

W części banków wniosek o wakacje kredytowe składamy tylko na najbliższy miesiąc. Zatem konieczne jest pamiętanie o cyklicznym składaniu wniosku i, co ważne, aby składać go przed dniem płatności zawieszanej raty. Najprawdopodobniej jednak docelowo każdy bank wprowadzi opcję zawieszenia wszystkich ośmiu rat jednym wnioskiem, co z pewnością będzie ułatwieniem dla kredytobiorców. Przypomnę jednak, że zawieszeniu nie ulegają ubezpieczenia, których koszty pobierane są wraz z ratą.

Kto może skorzystać z wakacji kredytowych i co warto zrobić?

Choć ustawa skierowana jest przede wszystkim do osób, które mają faktyczne problemy z terminowym regulowaniem zobowiązań, to korzystają z nich również te osoby, które są w stanie bez problemu spłacać aktualne zobowiązania.

Łatwo obliczyć, że korzystniejsze jest zawieszenie spłaty i skumulowanie środków celem późniejszego nadpłacenia kredytu. Daje to możliwość spłacenia większej kwoty kapitału, niż płacenie rat zgodnie z założonym przez bank harmonogramem.

Druga strona medalu to raportowanie wakacji kredytowych do Biura Informacji Kredytowej. Na pewno informacja o korzystaniu z zawieszenia będzie widoczna w BIK. Jednak, póki co, nie można jednoznacznie stwierdzić, jak duży (lub czy w ogóle?) będzie ona miała wpływ na zaciąganie kredytów w przyszłości. W pierwszych dniach obowiązywania ustawy UOKiK odebrał od konsumentów kilkaset skarg dotyczących wakacji kredytowych. Część z nich dotyczyła obaw kredytobiorców dotyczących możliwości obniżenia ich zdolności kredytowej, jeśli skorzystają z zawieszenia rat. Prezes UOKiK jasno jednak powiedział, że banki nie mają podstaw, aby twierdzić, że samo skorzystanie z wakacji będzie rzutowało na zdolność kredytową.

Najbliższe miesiące pokażą, jaki faktycznie wpływ na udzielanie nowego finansowania, będzie miał fakt korzystania z zawieszenia przez kredytobiorców.

Jakub Kucharek, ekspert kredytowy Lendi

Czy zabraknie prądu i ciepła zimą? Cena za błędy w krajowej polityce energetycznej

Polska teoretycznie ma zasoby węgla – ale w wyniku chaotycznej polityki nie inwestowała w nowe ściany wydobywcze, w nowe kopalnie, które opłacałoby się eksploatować w obecnych warunkach ekonomicznych,. Nie mamy więc krajowego węgla i na pewno nie zdążymy zaimportować tyle, by pokryć braki. Czy w związku z tym w Polsce rządzący zwrócą się do społeczeństwa i poproszą, by ograniczyć swoje potrzeby energetyczne? By na przykład utrzymywać w mieszkaniach nieco chłodniejsze powietrze – zamiast 21 stopni, mieć w domu 20 stopni? To jest bardzo duża oszczędność energetyczna. Wbrew pozorom to mogłoby dać możliwość przetrwania zimy – ale tego typu gesty są możliwe w krajach, w których władza ufa społeczeństwu, a społeczeństwo ufa władzy.

– Zima zapowiada się bardzo chłodno i to nie tylko dlatego, że klimat może sprawić niespodziankę. Także dlatego, że skumuluje się to, czego rząd dokonał demolując sektor energetyczny. Na przykład sektor produkujący energię elektryczną dla zasilenia przemysłu i gospodarstw domowych. Tutaj mamy do czynienia z pasmem ciągłych pomyłek. Nie dość że odwrócono – zawracając za wszelką cenę Wisłę kijem – trend rozwoju rozwoju energetyki taniej i przyjaznej środowisku, takiej jak energetyka wiatrowa czy fotowoltaiczna, słoneczna – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Cydejko, publicysta ekonomiczny. – Do tego nie potrafiono zarządzić tym wymarzonym, tym wyśnionym Graalem naszej władzy, jakim jest energetyka węglowa. No i skończyliśmy w sytuacji, w której nasz kraj wciąż utrzymuje pierwsze miejsce wśród tych, które ogrzewają domy i mieszkania węglem. Najczarniejszym z możliwych paliw. Jest to po prostu niechlubny rekord. Tego węgla oczywiście nie jesteśmy w stanie wykopać tyle, by wystarczyło na potrzeby w dużej mierze stworzone poprzez błędy polityczne. Dlaczego 7 lat temu wprowadzono ustawę likwidującą możliwości czy sensowność biznesową budowania farm wiatrowych? Dlaczego zabrano pieniądze z systemu RTS – czyli z tego źródła, które pozwala polskiemu rządowi sprzedawać uprawnienia do emisji dwutlenku węgla? Rząd powinien przeznaczać te pieniądze na rozwój systemu energetycznego, na jego transformację – choćby na sieci przesyłowe, które mogłyby pomóc w przyłączaniu coraz to nowych tysięcy mini i mikro elektrowni, jakie ludzie w Polsce budują na swoich dachach czy swoich obejściach. No po prostu te pieniądze zostały zdefraudowane na bieżące potrzeby polityczne. Zatem jesteśmy w sytuacji, w której już nawet węgla nam teraz nie wystarczy, by zasypać błędną politykę energetyczną. Ten problem jest znowu rozstrzygany w sposób najgorszy z możliwych – czyli przez zamykanie ust krytykom. Bo czym innym jest program rozdania 3 tysięcy złotych w ramach jakby zapomogi na ogrzewanie domów i to tylko tym ludziom, którzy ogrzewają swe domy i mieszkania węglem? No przecież ten program, który będzie kosztował 11,5 miliarda złotych, finansują Polacy. To jest pusty pieniądz. Pieniądz, który będzie pochodził z długu, pieniądz który będzie pochodził z podatku inflacyjnego, pieniądz pusty. Pieniądz, który rozreguluje nam gospodarkę i zostanie wpompowany tylko do portfeli niektórych. Przecież dzieci tych ludzi, którzy wezmą te 3 tysiące złotych, będą spłacać ten dług – ale wielokrotnie większy niż w kwocie, którą dziś otrzymają ich rodzice. Tak kuriozalnej sytuacji nie mieliśmy w Polsce nigdy. Absolutnie nigdy w historii. Więc będziemy mieli zimę zimniejszą – nawet, gdyby klimat przyniósł nam nieco łagodniejsze warunki atmosferyczne, to my będziemy marzli – ocenia Cydejko.

Rynek mieszkaniowy w Polsce – 7 miast

W lipcu w większości miast kupujący wrócili na rynek, choć wciąż nie jest ich tylu, co na początku roku. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl zaobserwowali, że deweloperzy starają się zaspokoić popyt. Czy zmieniły się ceny?

Analitycy portalu RynekPierwotny.pl z uwagą śledzą sytuację na rynkach mieszkaniowych największych miast. Szczegółowe dane dotyczące popytu, podaży oraz cen mieszkań prezentują w miesięcznych raportach, które przygotowywane są w oparciu o informacje z pierwszej ogólnopolskiej platformy do monitoringu i analizy rynku mieszkaniowego – BIG DATA RynekPierwotny.pl.

Sprzedaż mieszkań

Z lipcowych danych wynika, że w 7 największych miastach deweloperzy znaleźli chętnych na łącznie 2,4 tys. mieszkań, co jest wynikiem lepszym od czerwcowego o 12%. Oczywiście w porównaniu z lipcem 2021 r. sprzedaż była mniejsza, i to aż o 31%.Wykres 1

Warto też zwrócić uwagę, że choć w lipcu wyniki sprzedażowe deweloperów były lepsze niż w czerwcu, to wciąż nie dorównują tegorocznej średniej miesięcznej, która wynosi 2,9 tys. mieszkań. Dodajmy, że ubiegłoroczna miesięczna średnia w analogicznym okresie to 4,5 tys. lokali.

Ponadto sytuacja popytowa w poszczególnych miastach wciąż jest bardzo zróżnicowana. Z największego wzrostu sprzedaży – aż o 41% – mogli się cieszyć gdańscy deweloperzy, choć warto przypomnieć, że w poprzednich dwóch miesiącach odnotowano w tym mieście mocne tąpnięcie. W maju sprzedaż nowych mieszkań spadła aż o 40%, a w czerwcu o kolejne 29%. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w Łodzi, Krakowie i Warszawie, gdzie po dwóch miesiącach spadków sprzedaży lipiec mógł wlać trochę otuchy w serca deweloperów. Ich sprzedaż wzrosła o odpowiednio: 32%, 22% i 11%.

Z kolei dla poznańskich deweloperów lipiec był drugim miesiącem wzrostowym w sprzedaży po jej dramatycznym załamaniu w maju. Przypomnijmy, że w Poznaniu tak słabego miesiąca pod tym względem nie było od czasu lockdownu związanego z pandemią COVID-19 w kwietniu 2020 r. Czerwcowe odbicie wyniosło 29%, a lipcowe – 24%. Poznańscy deweloperzy wciąż mogą jednak pomarzyć o powrocie ubiegłorocznej koniunktury, gdy średnio w ciągu miesiąca sprzedawali 426 mieszkań. W okresie siedmiu miesięcy tego roku ta średnia wynosiła 310 mieszkań

Nie ma wątpliwości, że popyt na mieszkania dusi rosnące oprocentowanie kredytów hipotecznych oraz nowa rekomendacja Komisji Nadzoru Finansowego (KNF), która drastycznie ograniczyła zdolność kredytową potencjalnych nabywców mieszkań. W okresie 7 miesięcy tego roku deweloperzy sprzedali o 35% mniej lokali niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Należy podkreślić, że popyt skurczył się we wszystkich analizowanych miastach. Najbardziej we Wrocławiu (o 46%) oraz w Warszawie i Gdańsku (o 40%).

Ten rok pokazuje jak silna jest zależność między rynkiem mieszkaniowym oraz rynkiem kredytów hipotecznych. Biuro Informacji Kredytowej podało, że w czerwcu banki udzieliły zaledwie 10,9 tys. kredytów mieszkaniowych. Dla porównania, w analogicznym okresie przed rokiem było ich 24,3 tys., czyli przeszło dwukrotnie więcej. Optymizmem nie napawa także kurcząca się dramatycznie liczba wniosków kredytowych. Ich liczba w czerwcu była o ponad 18% mniejsza niż w maju i aż o blisko 60% mniejsza niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Załamanie kredytowe może więc być nawet większe niż po wybuchu kryzysu finansowego w 2008 r.Wykres 2

Podaż mieszkań

W lipcu deweloperzy wprowadzili do sprzedaży w 7 miastach łącznie ok. 3 tys. nowych mieszkań, czyli aż o 23% mniej niż w czerwcu. Zgodnie z przewidywaniami ekspertów portalu RynekPierwotny.pl, po czerwcowym boomie podażowym, gdy na rynek trafiło przeszło dwukrotnie więcej nowych ofert niż w maju, lipiec przyniósł wygaszenie aktywności podażowej części firm deweloperskich.Wykres 3

Warto przypomnieć, że w poprzednim miesiącu, szczególnie w Poznaniu, Gdańsku, Warszawie i Wrocławiu, uruchamiały one sprzedaż mieszkań, aby zdążyć przed wchodzącą 1 lipca w życie,  nową ustawą deweloperską, która nałożyła nowe obowiązki skutkujące wzrostem kosztów realizacji inwestycji. Widać jednak, że deweloperzy starają się dostosować swoją aktywność inwestycyjną do popytu.

W lipcu zmniejszyły nową podaż zwłaszcza warszawskie, gdańskie i łódzkie firmy. Z kolei w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Katowicach deweloperzy postanowili uzupełnić swoją ofertę wprowadzając do sprzedaży większą niż w czerwcu liczbę mieszkań. Np. w Krakowie było ich aż o 64% więcej, a przypomnijmy, że miesiąc wcześniej stolica Małopolski była jedynym miastem, w którym deweloperzy ograniczyli nową podaż.

Warto zwrócić przy tym uwagę, że w większości analizowanych przez miast deweloperzy wprowadzili w lipcu do sprzedaży więcej mieszkań niż ich sprzedali. Wyjątkami były Gdańsk i Łódź. W obu tych miastach deweloperzy ograniczyli w lipcu nową podaż, a w stolicy Pomorza dodatkowo wzrosła sprzedaż.

W okresie 7 miesięcy tylko w Krakowie nie odnotowano nadwyżki nowej podaży nad popytem. Przy czym w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku i Łodzi była ona dość znaczna. Najpewniej to dlatego tamtejsi deweloperzy wprowadzili do sprzedaży mniejszą liczbę mieszkań. Mimo to lipiec zakończył się 6% wzrostem oferty. W siedmiu analizowanych miastach było w niej łącznie ponad 36,4 tys. mieszkań. Lipcowa oferta była o 13% większa od ubiegłorocznej.

Wykres 4Potencjalnych nabywców powinna ucieszyć wiadomość, że niemal we wszystkich miastach zwiększył się wybór mieszkań. Wyjątkami są Gdańsk i Łódź, gdyż w tych miastach deweloperzy wprowadzili w lipcu na rynek mniej mieszkań niż sprzedali.

Ceny mieszkań

Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że tylko w Katowicach lipiec przyniósł 1% spadek średniej ceny metra kwadratowego mieszkań oferowanych przez deweloperów. W pozostałych miastach średnia wzrosła o 1%, a we Wrocławiu aż o 7%. Taka podwyżka może wydać się szokująca. Pamiętajmy jednak, że przyczyną może być nie tylko wprowadzenie przez deweloperów do sprzedaży drogich mieszkań, ale także wyprzedanie najtańszych. I tak właśnie było w stolicy Dolnego Śląska.Wykres 5

W lipcu na rynku w tym mieście pojawiła się duża pula mieszkań ze średnią ok. 15,2 tys. zł za m kw., czyli znacznie odbiegającą w górę od średniej w ofercie, która sięgnęła 11,5 tys. zł za metr. Równocześnie niższa od niej była średnia cena metra mieszkań sprzedanych. W ofercie wrocławskich deweloperów skurczył się więc z 51% do 45% udział mieszkań w cenie do 10 tys. zł za m kw., a z 23% do 30% wzrósł w niej udział lokali z ceną powyżej 12 tys. zł za metr. W skali roku zmiany w strukturze cen są jeszcze bardziej widoczne.

Dzięki temu można dostrzec zjawisko, jakim jest dramatycznie szybko kurcząca się w największych miastach oferta mieszkań w cenach przystępnych dla osób i rodzin o przeciętnych dochodach, czyli do 8 tys. zł za m kw.

Przez ostatni rok najbardziej spektakularną zmianę można było zaobserwować w Poznaniu, gdzie udział lokali w cenie nie przekraczającej tego pułapu skurczył się z 54% do zaledwie 5%! W Warszawie i Krakowie takie oferty można policzyć dosłownie na palcach.Wykres 6

Wzrósł natomiast odsetek mieszkań z ceną ofertową powyżej 12 tys. zł za m kw. Najwyższy jest oczywiście w Warszawie i Krakowie: 57% i 41%.  Ponadto w Poznaniu i Łodzi w ciągu ostatnich 12 miesięcy w ofercie firm deweloperskich pojawiły się luksusowe apartamenty. Dlatego to właśnie w tych miastach średnia cena metra kwadratowego poszybowała najbardziej.

W Poznaniu w lipcu średnia była aż o 22% wyższa niż w analogicznym okresie przed rokiem, a w Łodzi – o 21%. We wszystkich miastach odnotowaliśmy dwucyfrową podwyżkę. Przy czym w Krakowie była wynosiła ona „tylko” 11%.

Choć w lipcowych statystykach spadku cen mieszkań nie widać, to nie oznacza, że ich nie ma. Kamuflują je stosowane przez deweloperów rabaty i różnego rodzaju bonusy takie jak wyposażenie kuchni lub miejsce parkingowe w cenie mieszkania. Tego typu promocje obejmują najczęściej tylko wybrane inwestycje lub pojedyncze lokale.

Hakerzy celują w polskie wojsko. Rząd podtrzymuje stopień alarmowy RCB

W marcu 2022 roku The Washington Post donosił, że celem cyberataków byli – obok ukraińskich urzędników – polscy wojskowi. Za ataki mieli odpowiadać białoruscy hakerzy, w ramach szeroko zakrojonej akcji, mającej na celu kradzież poufnych danych przy pomocy phishingu. Analizy firmy Check Point Research potwierdzają – wojsko jest najbardziej narażone na działania hakerów. Co tydzień dochodzi do ponad 1100 ataków na ośrodki militarne w Polsce. Jednocześnie Rząd RP podtrzymuje 3 stopień alarmowy Charlie-RCB oraz 2 stopień alarmowy BRAVO.

MON i agendy wojskowe stały się celem ataków. Jak podaje Check Point Research co tydzień w Polsce przeprowadzanych jest 1106 ataków na pojedynczą organizację z sektora rządowo-wojskowego. Sektor ten jest w Polsce najbardziej narażony na ataki. Ale to i tak mniej niż na świecie, gdzie instytucje militarne atakowane są 1675 razy tygodniowo.

I choć większość z nich z powodzeniem blokowana jest przez systemy bezpieczeństwa, to pojedyncze dokonują paraliżu infrastruktury sieciowej oraz generują straty sięgające setek tysięcy złotych. Taka sytuacja miała miejsce zaledwie kilka miesięcy temu, kiedy to – w związku z reakcją polskich władz na sytuację w Ukrainie – doszło do ataków na polskie serwisy rządowe (Portal Podatkowy i Mój GOV.pl). Dopiero po czasie udało się ustalić, że stoją za nimi cyberprzestępcy z Killnet, ugrupowania hakerskiego wspieranego przez Moskwę.ataki hakerów 2022

Fakt, że polskie instytucje wojskowe stały się̨ celem ataków cyberprzestępców potwierdził (luty 2022) m.in brytyjski tygodnik The Record, twierdząc, że polski rząd bagatelizuje ataki i wyciek danych wojskowych, informując publicznie, że wyciek wojskowej bazy danych nie zawiera żadnych tajnych ani wrażliwych informacji wojskowych i że incydent nie stanowi zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa ani dla funkcjonowania Sił Zbrojnych RP.

Brytyjski tygodnik opisał historię opublikowaną przez polski portal Onet, w której twierdził, że baza danych może być niezwykle cenna dla zagranicznych służb wywiadowczych. Przedmiotem zainteresowania hakerów okazała się kopia inwentarza Wojska Polskiego, zawierająca informacje m.in. o ilości pocisków przeciwpancernych czy liczby myśliwców F-16, będących w posiadaniu MON. Ciekawostką jest – stwierdza brytyjski tygodnik – że kilka godzin po raporcie polskie MON stwierdziło, że żadna z informacji zawartych w wyciekającej bazie danych nie została utajniona, a każdy mógł uzyskać te same informacje z publicznych rejestrów. Urzędnicy MON stwierdzili, że tzw. poufne dane to System Informatyczny Jednolitego Indeksu Materiałowego, publikowany przez NATO w ramach bazy danych Master Catalog of Reference for Logistics (NMCRL).

Według amerykańskiego dziennika, analitycy firmy Google (zespół Google ds. zwalczania zagrożeń (TAG – Treat Analysis Group) odkryli, że grupa białoruskich hakerów UNC1151 próbowała uzyskać dane uwierzytelniające ukraińskich urzędników rządowych i członków polskiego wojska. To pierwsza odnotowana próba ataku na konta wojskowych w Polsce. – Jeszcze nigdy polskie wojsko nie było celem cyberprzestępców – ujawniła rzecznik Google Kaylin Trichon. Co istotne, Google nie był jednak w stanie potwierdzić, czy wyciekły jakieś dane, ponieważ skrzynki nie należały do tego giganta.

I rzeczywiście – nie tylko polskie ośrodki wojskowe stały się celem cyberataków. Rosyjscy hakerzy próbowali niedawno (marzec 2022) przeniknąć do sieci NATO i sił zbrojnych niektórych krajów Europy Wschodniej – informowała firma Google. W raporcie nie podano, które siły zbrojne były celem ataków, które Google określił jako „kampanie wyłudzania danych uwierzytelniających” zainicjowane przez rosyjską grupę Coldriver lub Callisto. W oświadczeniu NATO nie odniosło się bezpośrednio do raportu Google, ale stwierdziło: Codziennie obserwujemy złośliwą aktywność cybernetyczną.

W obliczu rosnącego zagrożenia polski rząd jednak podjął stanowcze kroki. W kilka dni po atakach polski Minister Obrony Mariusz Błaszczak powołał generała armii na szefa nowych Sił Cyberobrony, aby oficjalnie rozpocząć działalność jednostki. Gen. Karol Molenda, który stanął na czele jednostki, będzie ściśle współpracować z zainicjowanym w 2019 r. Narodowym Centrum Cyberbezpieczeństwa.

Minister obrony poinformował, że misja sił obejmuje obronę, rozpoznanie i w razie potrzeby, działania ofensywne mające na celu ochronę Sił Zbrojnych RP przed cyberatakami. – Doskonale zdajemy sobie sprawę, że w XXI wieku cyberataki stały się jednym z narzędzi agresywnej polityki, wykorzystywanej także przez naszego sąsiada – powiedział Błaszczak, najwyraźniej odnosząc się do Rosji.

Stopień alarmowy CHARLIE-CRP w Polsce

Pod koniec maja br. premier RP – Mateusz Morawiecki przedłużył obowiązywanie w kraju stopni alarmowych BRAVO i CHARLIE–CRP. Stopień alarmowy CHARLIE-CRP został wprowadzony, aby przeciwdziałać zagrożeniom w cyberprzestrzeni. Tak wysoki stopień – trzeci z czterech – obowiązuje w kraju po raz pierwszy. Premier wprowadził go 21 lutego. Wcześniej, od połowy lutego, obowiązywał pierwszy stopień ALFA-CRP.

Wojciech Głażewski, dyrektor zarządzający firmy Check Point Software Technologies w Polsce, podkreśla, że wprowadzenie i podniesienie alarmu Charlie jest wyraźnym sygnałem, iż scenariusz ataków na polskie systemy, instytucje państwowe i wojskowe jest realny i nadal może rosnąć.

Dziś poznamy kondycję amerykańskiego sektora usług. Gorsze wskaźniki mogą osłabić dolara

Media dużą uwagę poświęcają wizycie Nancy Pelosi w Taipei. Dziś oczekuje się, że odbędzie się wspólny briefing prasowy z prezydent Tajwanu Tsai Ing-wen. Chiny zapowiedziały testy rakietowe i ćwiczenia wojskowe wokół tego kraju. Rynki w ostatnich kilkunastu godzinach żyją jednak serią jastrzębich komentarzy ze strony urzędników Fed.

Pekin uznał wizytę spikerki amerykańskiej Izby Reprezentantów za naruszenie suwerenności Chin. Wojska Państwa Środka są w gotowości. Gromadzony jest sprzęt na swoim nabrzeżu. Inwestorzy na razie nie reagują jakoś znacznie na te wydarzenia.
Rynkami poruszyły komentarze urzędników Fed: Mary Daly, Loretty Mester i Charlesa Evansa. Stanowczo odrzucili oni sugestie, że Fed odchodzi od swojego jastrzębiego stanowiska. Amerykańskie akcje znalazły się pod presją, rentowność amerykańskich papierów wartościowych wzrosła na całej krzywej, a dolar wzrósł. EUR/USD ponownie znalazł się przy dolnej bandzie konsolidacji, która jest widoczna na wykresie od kilku tygodni.

Prezes Fed z San Francisco Mary Daly powiedziała we wtorek, że oczekuje na napływające dane, aby zdecydować, czy Rezerwa Federalna może obniżyć podwyżki stóp, czy kontynuować je w obecnym tempie. Rzeczniczka Powella dodała, że praca nad walką nad inflacją nie została zakończona. Ze słów Daly wynika, że Fed ma w sobie wystarczająco dużo determinacji aby osiągnąć stabilność cen. Przed Fed-em jeszcze jednak daleka droga do realizacji tego celu – widać, że bank centralny w pełni jest tego świadomy. Daly jest z obozu gołębi, więc jastrzębie komentarze mają pewną wagę.

Dziś poznamy kondycję amerykańskiego sektora usług. Oczekuje się spadku wskaźnika ISM (do 53,5 pkt.) oraz PMI (do 47 pkt.). Z pewnością bacznie będzie obserwowany indeks cen płaconych oraz indeks zatrudnienia. Gorsze (od prognoz) wskaźniki koniunktury oraz wyhamowanie wzrostu cen powinno osłabiać USD i tym samym powodować wzrosty na Wall Street. Dzisiejsze dane, o ile bardzo nie zaskoczą, nie powinny jednak wywoływać większej zmienności. Rynek czeka na piątkowy NFP. Najbliższe raporty z rynku pracy (za lipiec i sierpień) z pewnością przykują uwagę w większym stopniu niż w ostatnim czasie. Fed cały czas podkreśla silny rynek pracy, który pozwala na mocnie zacieśnianie. Jeśli pojawią się oznaki schłodzenia, pole do interpretacji będzie dość spore. Wrześniowa decyzja Rezerwy Federalnej będzie w dużym stopniu opierać się na tych odczytach.

Autor: Łukasz Zembik, DM TMS Brokers

FPP: System kaucyjny to jedyna efektywna metoda zebrania ponad 90% opakowań po napojach

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że system kaucyjny będzie efektywny i zapewni wysokie poziomy zbiórki surowców, jeśli będzie opierać się na kluczowych filarach – wygodzie dla konsumentów, powszechności i dostępności oraz szerokim zakresie materiałowym. Tylko w ten sposób osiągniemy cele zbiórki, z których pozyskane zostaną cenne i jakościowe surowce do ponownego użytku. System kaucyjny to jedyna efektywna metoda zebrania z rynku ponad 90% wprowadzonych opakowań po napojach.

Takie założenia wypełniają zawarte w projekcie ustawy obowiązek pobierania kaucji przez placówki handlowe, brak konieczności paragonu, wymogi sprawozdawczości, organizacja systemu przez wprowadzających oraz zwolnienie zużytych opakowań zebranych w systemie z obciążeń finansowych przewidzianych w ustawie o ROP.

Dzięki dostępności wielu supermarketów i sklepów spożywczych, konsumenci mają lokalny dostęp do wielu potencjalnych punktów zwrotu. Odpowiednio zaplanowana logistyka i częsty odbiór pozwala skutecznie zarządzać zebranymi opakowaniami, nie obciążając funkcjonowania sklepu. Im większy udział sklepów w systemie, tym skuteczniejsza staje się organizacja odbioru. A to przekłada się również na wygodę i zadowolenie konsumenta, który może zwrócić dowolne opakowanie w dogodnym dla siebie punkcie.

Co równie istotne, system kaucyjny umożliwia prasowanie lub zgniatanie. W przypadku butelek PET zmniejsza się rozmiar 2,5:1, natomiast puszek aluminiowych 6:1. W ten sposób osiągana jest oszczędność miejsca oraz kosztów transportu związanego z odbiorem surowców. Jednocześnie jest to zabezpieczenie przed nieuprawnionym zwrotem, ponieważ zgniecionych opakowań nie da się zwrócić ponownie. Im bliżej punktu zbiórki następuje ich zgniatanie, tym większa jest oszczędność paliwa, węgla i zasobów.

„System kaucyjny to najefektywniejszy system zbiórki opakowań po napojach. Potwierdzają to doświadczenia z krajów, w których system działa – przynosząc około 90%-owy odzysk materiałów nadających się do recyklingu. Czym on się cechuje? Przede wszystkim wygodą dla konsumenta, którą gwarantują detaliści. Jak wynika z danych rynkowych, ilość odpadów będących opakowaniami po napojach, wyrażona jako odsetek wszystkich śmieci, jest o 66% niższa w regionach posiadających systemy kaucyjne niż w tych, które ich nie posiadają. Detaliści odgrywają znaczącą rolę w ograniczaniu zanieczyszczenia tworzywami sztucznymi – potwierdzają to wyniki badania przeprowadzonego w Polsce przez ARC Rynek i Opinia, które wprost wskazują, że bliskość sklepu z opcją zwrotu będzie miała znaczny wpływ na efektywne działanie systemu kaucyjnego. Sieć dogodnych punktów zbiórki, w tym przede wszystkim sklepów, gwarantuje konsumentom możliwość uczciwego odzyskania pieniędzy z kaucji. I to właśnie kaucja oraz prosta droga do zwrotu puszki czy butelki dają konsumentom kolejny powód do odwiedzenia sklepu. Co ciekawe, w badaniu przeprowadzonym w czterech krajach Europy, klienci zwracający opakowania wydali nawet o 50% więcej pieniędzy podczas tej samej wizyty w sklepie niż ci, którzy ich nie zwracali” – podkreśla Piotr Wołejko, ekspert ds. społeczno-gospodarczych Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Aż 8 na 12 działających systemów kaucyjnych w Europie obejmuje najszerszy zakres materiałowy – czyli PET, metal, szkło. Są to kraje: Chorwacja, Dania, Estonia, Finlandia, Niemcy, Islandia, Litwa i Łotwa. Ich śladem planują pójść kolejne państwa jak Malta, Rumunia, Szkocja czy Turcja. Na rynku globalnym 38 z 45 istniejących obecnie systemów kaucji obejmuje także szklane butelki, a 12 z nich włączyło szkło jednorazowe.

„Sklepy poniżej określonej wielkości mogą być zwolnione z obowiązku uczestnictwa w systemie, ale jeśli tylko chcą, mogą oferować usługi odbioru opakowań. Jednak ważne jest, ile korzyści mogą odnieść dzięki posiadaniu punktu zwrotu opakowań – możliwość zwrotu puszek i butelek daje konsumentom powód do odwiedzenia sklepów detalicznych. To właśnie tam klienci zazwyczaj wydają pieniądze uzyskane z kaucji. W badaniu przeprowadzonym wśród konsumentów z Michigan, 73% stwierdziło, że wydaje pieniądze z kaucji w sklepie, w którym zwrócili opakowania. Na innych rynkach zakłada się, że odsetek ten wynosi aż 95%. W innym badaniu przeprowadzonym w czterech krajach Europy, klienci zwracający opakowania wydali nawet o 50% więcej pieniędzy podczas tej samej wizyty w sklepie niż ci, którzy nie zwracali opakowań” – dodaje Piotr Wołejko.

W badaniach przeprowadzonych wśród użytkowników systemu w Norwegii, ponad 80% respondentów stwierdziło, że dostęp do punktu zwrotu bez konieczności czekania był dla nich niezwykle ważny przy oddawaniu pustych opakowań. Zazwyczaj detaliści otrzymują zapłatę za świadczoną usługę przyjmowania opakowań w postaci „opłaty manipulacyjnej”. W systemach o wysokiej wydajności, jest ona wypłacana detalistom za każde opakowanie – realizuje to centralny administrator systemu finansowanego przez sektor produkcji napojów. W ośmiu z dziesięciu najlepszych systemów kaucyjnych, sprzedawcy detaliczni otrzymują opłatę manipulacyjną.