Mamy coraz więcej informacji na temat planowanego debiutu giełdowego InPost w Amsterdamie. Po wejściu na parkiet spółki Allegro ostatniej jesieni i Answear na początku stycznia byłoby takie to kolejne takie wydarzenie z udziałem polskiego lidera branży e-commerce w ciągu kilku miesięcy. Poniżej komentarz dotyczący samego wydarzenia jak i trendu autorstwa eksperta firmy merce.com:
Wczoraj dowiedzieliśmy się o dość wysokiej względem oczekiwań inwestorów wycenie InPostu przekraczającą 30 mld zł. Warto obserwować, co wydarzy się dalej, bo poprzedni, warszawski debiut InPostu i Integera to jedna z ciekawszych historii na polskiej giełdzie. Mimo, że inwestorzy postawili na dobrego konia, finalnie nie okazało się to dla nich dobrą inwestycją. To może być jedna z pośrednich przyczyn decyzji o obecnym debiucie na Euronext. Jednak główną przyczyną wydają się być międzynarodowe ambicje spółki. InPost po związaniu się z Advent, strategicznej współpracy z Allegro i zwinnemu podejściu do zmieniających się warunków rynkowych, kilkanaście lat po pierwszym debiucie znowu jest atrakcyjną spółką.
InPost obecnie jest w samym środku boomu na e-commerce i świetnie go wykorzystuje. W Polsce w 2014 było 1100 Paczkomatów, a teraz ich liczba przekracza w 10 tysięcy. Jeśli dodamy do tego kolejne rynki jak Włochy czy Wielką Brytanię, to mamy interesującą perspektywę na rozwój. Co ciekawe choć debiut giełdowy poza granicami Polski wskazuje jasno na międzynarodowe ambicje InPostu inni liderzy e-commerce chcą mu rzucić wyzwanie na macierzystym rynku. Ostatnio Allegro i Alibaba zapowiedziały zbudowanie własnych sieci automatów pocztowych. Będziemy zapewne świadkami “wojen paczkomatów” które mogą zakończyć się rozejmem i wzajemnym korzystaniem z własnej infrastruktury, co też byłoby interesującym modelem do wyeksportowania za granicę.
JR HOLDING ASI S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2012 r., podpisała list intencyjny ze spółką SatRevolution S.A. JR HOLDING ASI S.A. zamierza zainwestować w ten podmiot oraz wesprzeć go we wprowadzeniu na rynek akcji NewConnect lub rynek regulowany GPW.
JR HOLDING ASI S.A. podpisała list intencyjny ze spółką SatRevolution S.A. dotyczący współpracy w kilku obszarach. Jednym z nich jest doprowadzenie do wejścia SatRevolution S.A. lub podmiotu wchodzącego w skład jej grupy kapitałowej do zorganizowanego obrotu na rynku regulowanym lub w alternatywnym systemie obrotu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie S.A. Współpraca spółek nie wyklucza także upublicznienia SatRevolution S.A. poprzez połączenie z publiczną spółką akcyjną w ramach realizacji transakcji odwrotnego przejęcia. JR HOLDING ASI S.A. zamierza także udzielić finansowania tej spółce na jej dalszy rozwój. SatRevolution S.A. działa w branży kosmicznej i zajmuje się kompleksowo projektowaniem, produkcją i umieszczaniem na orbitach okołoziemskich nanosatelitów obserwacyjnych zbierających dane optyczne. Spółka ta zamierza rozwijać swoje technologie oraz usługi w zakresie dostarczania danych optycznych wysokiej rozdzielczości, a także zamierza rozwinąć swoją działalność na rynkach zagranicznych. Szczegółowe zasady, zakres oraz warunki finansowe dotyczące współpracy pomiędzy JR HOLDING ASI S.A. a SatRevolution S.A. zostaną ustalone w umowie o współpracy, której uzgodnienie i podpisanie ma nastąpić w terminie do dnia 31.03.2021 r.
„Podpisanie listu intencyjnego z SatRevolution S.A. stanowi realizację naszej zaktualizowanej strategii rozwoju. Podmiot ten działa w bardzo przyszłościowej branży i osiąga już znaczące sukcesy. Upublicznienie SatRevolution S.A. z pewnością przyczyni się do wzrostu wartości spółki i jej dalszego dynamicznego rozwoju. JR HOLDING ASI posiada ogromne doświadczenie w zakresie wspierania spółek przy wejściu na rynek publiczny poprzez odwrotne połączenie, dlatego jesteśmy przekonani, że także ten projekt uda nam się z sukcesem zrealizować.” – komentuje January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING ASI S.A.
JR HOLDING ASI S.A. jest spółką inwestycyjną notowaną na rynku NewConnect od listopada 2012 r. Spółka dokonała w ostatnim czasie aktualizacji strategii rozwoju na lata 2020-2022. JR HOLDING ASI S.A. zamierza osiągnąć do końca 2022 r. wartość aktywów w portfelu inwestycyjnym na poziomie 3 mld zł oraz rozpocząć pierwsze inwestycje w spółki zagraniczne i globalne, a także zainwestować w latach 2021-2022 środki w wysokości od 200 mln zł do 500 mln zł m.in. w projekty z obszaru Digital Business. Emitent planuje również przenieść notowania na rynek główny GPW w Warszawie.
Jak wykazało badanie przeprowadzone przez Proxi.cloud i UCE RESEARCH, o ponad 60% spadła bezpośrednio przed świętami zarówno liczba klientów, jak i wizyt w galeriach, centrach oraz pasażach handlowych. Tak wynika z porównania blisko miesięcznego ruchu zanotowanego przed ostatnią Wigilią i w analogicznym czasie 2019 r. Z kolei liczba odwiedzin przypadająca na jedną osobę w zestawianych ze sobą okresach zwiększyła się o ponad 1%. Natomiast średnia liczba wizyt statystycznego klienta wzrosła w 2020 r. do 3,79 z 3,75 w 2019 r.
Z przeprowadzonej analizy na próbie blisko 560 tys. konsumentów, którzy odbyli ponad 2,1 mln wizyt, wynika, że o 60,7% zmniejszyła się liczba klientów w galeriach, centrach i pasażach handlowych od 28 listopada do 24 grudnia ub.r. w porównaniu z analogicznym okresem 2019 r. Natomiast patrząc na dane dotyczące liczby wizyt, widać, że nastąpił spadek o 60,2%. To oczywiście nie musi oznaczać niższych obrotów. Klienci mogli robić w czasie pandemii większe, pojedyncze zakupy.
– Dane wyraźnie pokazują, że jest to spowodowane ograniczeniami rządowymi, w tym obostrzeniami dotyczącymi liczby ludzi w sklepie i ilości osób mogących wspólnie spędzać Wigilię. Z tego powodu Polacy nie przygotowywali dużych uroczystości, a więc kupowali mniej prezentów. Za spadek ruchu w sklepach w dużej mierze mogą odpowiadać również zakupy online – prezentowe, ale także spożywcze – komentuje Mateusz Chołuj z firmy technologicznej Proxi.cloud.
Wizyty w galeriach handlowych w analizowanym okresie 2020 roku były stosunkowo wyrównane, pomijając jedyną niedzielę niehandlową, tj. 29 listopada. Krzysztof Zych z UCE RESEARCH podkreśla, że największy spadek nastąpił 6 grudnia. Zdaniem eksperta, to mogło być spowodowane późną decyzją o otwarciu galerii w niedzielę. Ostateczna zgoda została ogłoszona dopiero 4 grudnia. Wiele osób mogło o tym nie wiedzieć bądź nie zdążyć zaplanować zakupów.
– Najwięcej wizyt odnotowywano w soboty. Co ciekawe, po każdym skoku ruchu w taki dzień, następował widoczny spadek na zakończenie weekendu, mimo zniesienia zakazu handlu w niedziele. Pomimo wyjątkowego otwarcia sklepów, część klientów nie zmieniła swoich przyzwyczajeń i nie odwiedziła placówek handlowych. W przypadku analizowanych okresów w 2019 i 2020 roku liczby wizyt w galeriach zaczęły spadać od 22 grudnia – tłumaczy Adam Grochowski, analityk z Proxi.cloud.
Z kolei Krzysztof Zych zaznacza, że w badanym okresie 2019 roku były dwie niedziele niehandlowe. Oprócz nich, nie odnotowano drastycznych różnic w dziennej liczbie wizyt. Jednocześnie ekspert dodaje, że największe skoki ruchu można było zaobserwować w soboty. To jest zrozumiałe, że dla dużej części społeczeństwa stanowi ona dzień wolny od pracy. Ponadto z zebranych danych wynika, że w analizowanym okresie ub.r. liczba wizyt przypadających na jedną osobę wzrosła dokładnie o 1,05%. Ostatnio średni footfall przypadający na jednego klienta wyniósł 3,8, natomiast wcześniej – 3,7.
– W końcówce ubiegłego roku prawie połowa klientów pojawiła się w galerii tylko raz. Więcej osób zdecydowało się na jednorazowe zakupy w 2019 roku. Mogłoby się wydawać, że opcja ta powinna być popularniejsza w ostatnich tygodniach z powodu pandemii. Jednak badany okres 2020 roku był jedynym, w którym mogliśmy kupić prezenty w sklepach stacjonarnych – analizuje Mateusz Chołuj.
Natomiast Adam Grochowski zaznacza, że przed ostatnią Wigilią jedna trzecia badanych była w galerii 3 lub więcej razy. To pokazuje, że nadal, mimo wszystkich obostrzeń, duża część klientów jest w stanie zapomnieć o pandemii w obliczu nadchodzących świąt. Ekspert dodaje też, że rok wcześniej wynik ten był niemal identyczny.
Analiza została przeprowadzona w oparciu o dane zarejestrowane w okresie od 28.11 do 24.12.2020 roku i analogicznym czasie w 2019 roku przez firmę technologiczną Proxi.cloud i platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH. Badanie zrealizowano w 16 województwach na próbie 685 galerii, centrów handlowych i pasaży. Obserwowano blisko 560 tys. konsumentów (w wieku od 18 do 65 lat), którzy odnotowali łącznie ponad 2,1 mln wizyt. Analiza polegała na zebraniu danych za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie.
Przedsiębiorca miał zobowiązania podatkowe za poszczególne miesiące 2011 roku. Jednak fiskus nie zamierzał ich odpuścić nawet po 7 latach. Dlatego w 2018 r. wydał postanowienie o zaliczeniu powstałych w jego późniejszej działalności nadpłat na poczet tych zaległych zobowiązań. Ostateczne rozstrzygnięcie w tej sprawie podjął Naczelny Sąd Administracyjny, pouczając organy, że skoro upłynął termin przedawnienia, to nie mogą dochodzić zobowiązań podatkowych, które nie istnieją.
Podważenie rozliczeń VAT spółki przez organ
W styczniu 2016 r. naczelnik urzędu skarbowego, odnosząc się do rozliczeń podatkowych spółki za poszczególne miesiące 2011 roku, określił jej do uregulowania zobowiązanie w podatku od towarów i usług. Był to efekt przeprowadzonej w spółce kontroli skarbowej oraz postępowania podatkowego, w wyniku których ustalono, że firma rozliczyła w korektach deklaracji VAT-7 faktury korygujące, do których nie przedstawiła potwierdzenia odbioru korekty przez nabywcę. Dodatkowo organ oskarżył przedsiębiorcę, że ten zaniżył wartość należnego VAT z tytułu importu usług.
Spółka skutecznie zaskarżyła część ustaleń organów
Miesiąc później spółka odwołała się od tej decyzji organu w zakresie dotyczącym zakwestionowania odliczenia VAT z faktur korygujących. A ponieważ dyrektor izby skarbowej utrzymał ją w mocy, wniosła skargę do sądu, który wyrokiem z 26 kwietnia 2017 r. przyznał jej rację, orzekając m.in., że za wystarczający należy uznać każdy rodzaj potwierdzenia, który pozwala stwierdzić, że faktura korygująca dotarła do nabywcy, a więc i taki, jak przedstawiła spółka w formie elektronicznej (wyrok WSA w Warszawie, sygn. akt III SA/Wa 1970/16). Niemniej w pozostałym zakresie spółka nie podważała ustaleń organów. Stąd w rozliczeniach części miesięcy 2011 r. po stronie spółki pozostały do uregulowania zobowiązania podatkowe, a w części objętych korzystnym dla niej wyrokiem sądu powstała nadpłata w VAT.
Dla organów istotna była nie data powstania zobowiązania, a powstania nadpłaty
Organy nie zamierzały jednak odpuszczać. Postanowieniem naczelnika urzędu skarbowego z 18 października 2018 r., podtrzymanym następnie postanowieniem ze stycznia 2019 r. dyrektora izby administracji skarbowej, jako organu odwoławczego, organy podatkowe zaliczyły powstałe w rozliczeniach spółki nadpłaty w latach 2011, 2012 i 2016 na pokrycie pozostałych, spornych zobowiązań podatkowych za 2011 r. Spółka podniosła, że fiskus nie może dochodzić w 2018 r. zobowiązań, które powstały w 2011 r. Organ odpowiedział, że przecież spółka sama skierowała sprawę do sądu w maju 2016 r., a odpis wydanego przez ten sąd wyroku właściwy organ otrzymał w październiku 2017 r. Stąd też zdaniem fiskusa w okresie pomiędzy majem 2016 r. a październikiem 2017 r. nastąpiło zawieszenie biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego spółki za poszczególne miesiące 2011 r., ostatecznie wydłużając upływ tego terminu do 20 maja 2018 r.
W opinii dyrektora izby administracji skarbowej dla skutecznego zaliczenia nadpłaty istotne jest to, aby zaległości, na poczet których nadpłata ma zostać zaliczona, nie były przedawnione w dacie dokonania zaliczenia. A w sprawie spółki, w wyniku skutecznego zaskarżenia do WSA, nadpłaty powstały w maju, czerwcu, lipcu, wrześniu 2011 r., w styczniu 2012 r. oraz w grudniu 2016 r., i w tych samych datach zostały też zaliczone na poczet zaległości.
Organy nie mogą dochodzić od przedsiębiorcy zobowiązań, których już nie ma
Z organem podatkowym częściowo zgodził się sąd, do którego skargę wniosła spółka. W listopadzie 2019 r. przyznał, że termin przedawnienia zobowiązań spółki rzeczywiście upływał 20 maja 2018 r. Jednocześnie orzekł, że fiskus nie mógł zaliczyć spornych nadpłat na pokrycie zaległych zobowiązań spółki z 2011 r., gdyż w tym przedmiocie wydał postanowienie 18 października 2018 r., a więc po upływie terminu przedawnienia tych zobowiązań.
„[…] zarówno skarżone postanowienie, jak i poprzedzające je postanowienie NUS naruszają art. 59 § 1 pkt 9, art. 70 § 1 w zw. z art. 76 § 1 w zw. z art. 76a O.p., skoro bowiem w dacie wydawania przez NUS postanowienia o zaliczeniu z dnia […] października 2018 r. zobowiązania w podatku od towarów i usług za luty, marzec, lipiec, wrzesień, październik i listopad 2011 r. nie istniały, gdyż z dniem […] maja 2018 r. wygasły wskutek upływu terminu przedawnienia, nie było możliwe dokonanie zaliczenia nadpłaty, organy nie mogą bowiem dokonywać zaliczenia na poczet zaległości, których już nie ma” (wyrok WSA w Warszawie z 15 listopada 2019 r., sygn. akt III SA/Wa 806/19).
Organ nie miał podstaw do wydania decyzji wymiarowej
Fiskus ponownie nie dał za wygraną, i tym razem to on wniósł skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego, podtrzymując swoje wcześniejsze stanowisko co do dat zaliczenia nadpłat na poczet zaległości. Naczelny Sąd Administracyjny stwierdził, że powyższe rozważania sądu I instancji i organów podatkowych co do skuteczności postanowienia o zaliczeniu nadpłaty na zobowiązania podatkowe wydanego po dacie, w której zobowiązania te uległy przedawnieniu, nie mają dla rozstrzygnięcia sprawy najistotniejszego znaczenia. Bo konsekwencją takich rozważań byłby błędny wniosek, że postanowienia organów można by uznać za zgodne z prawem, gdyby zostały wydane przed dniem 20 maja 2018 r.
Z kolei jak wskazał NSA, istotne jest to, że przyjęta w zaskarżonych postanowieniach wysokość zobowiązań podatkowych za poszczególne miesiące 2011 r. nie wynika z deklaracji złożonych przez spółkę, a z wydanej wobec niej zmieniającej tę wysokość decyzji wymiarowej organu. W decyzji z 9 kwietnia 2018 r. naczelnik urzędu skarbowego określił od nowa wysokość zobowiązań spółki, a decyzję tę 18 maja 2018 r. podtrzymał organ II instancji. To właśnie wysokość zobowiązań podatkowych wynikająca z tych decyzji stanowiła podstawę do rozliczenia spornych nadpłat. Uchylenie przez WSA w Warszawie w kwietniu 2019 r. zaskarżonej decyzji z 18 maja 2018 r., po tym, jak wyrok ten się uprawomocnił, sprawiło, że organ nie miał już podstaw do wydania kolejnej decyzji wymiarowej (wyrok NSA z dnia 9 listopada 2020 r., sygn. akt I FSK 1010/20).
Wszystko po to, by nie zwrócić nadpłaty
Wniosek z niniejszej, trwającej przecież blisko 9 lat, sprawy jest taki, że organy podatkowe chciały wydać kolejną decyzję wymierzającą zobowiązanie podatkowe przedsiębiorcy, pomimo tego, że jego zobowiązania wskutek upływu terminu przedawnienia wygasły. Dzięki temu nie musiałyby zwracać spółce długo wyczekiwanych przez nią pieniędzy. Przedsiębiorcy w ochronie swoich firm muszą bronić się przed takim nieuprawnionym działaniem organów. Być może niektórzy powinni przejrzeć swoje rozliczenia podatkowe, bo może sami padli już ofiarą takiej kreatywnej księgowości fiskusa. Zarówno NSA, jak i wydający wyrok w I instancji WSA w Warszawie stanowczo stwierdziły, że nie można dochodzić od podatników zobowiązań, które nie istnieją.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Podniesienie się gospodarki po zeszłorocznym spowolnieniu będzie wymagać zainwestowania dużej ilości pieniędzy. To nie ulega wątpliwości. Ważny jest jednak sposób ich wydawania. Realizacja długich, dużych inwestycji nie pomoże w zwiększeniu obrotów – gdyż po etapie planowania i organizacji pieniądze trafią do gospodarki dopiero za kilka lat. W sytuacji dużej recesji i potrzeby zwiększenia popytu realizować trzeba krótkie, mniejsze inwestycje. Do tego zaś bardzo dobrze nadają się środki z Funduszy Unijnych.
– Polska gospodarka inwestuje rocznie około 100 miliardów euro. Dodatkowe 60 miliardów z Funduszy Unijnych to ogromne zwiększenie skali inwestycji. To są jednak pieniądze, które muszą być wydane w sposób sprawny, szybki i zgodny z unijnymi kierunkami polityki gospodarczej. W naszej sytuacji nie jest to jednak zła strategia. Tak, jak zaleca Unia – te pieniądze mają sens, jeśli wyda się je w tym roku – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Nie chodzi więc o wielkie programy, takie jak przekop kolejnej mierzei. Trzeba uruchomić programy szybko działające, w których bardzo sprawnie można wydać pieniądze. Prawdopodobnie będą to programy mocno zregionalizowane, masowo wykorzystywane przez firmy i gospodarstwa domowe. Pieniądze z Funduszy Unijnych mogą mieć w tym roku kolosalne znaczenie dla naszej gospodarki. Pod warunkiem, że będziemy umieli z nich skorzystać. Brak dostępu do tych środków nie jest problemem mitycznej unijnej biurokracji. To jest problem tego, co mają w głowach nasi urzędnicy. Dlatego dobrze by było, żeby ci urzędnicy potrafili konsultować się z biznesem i samorządami, by wspólnie ustalać kształt programów – zaleca Orłowski.
Praca zdalna to dla większości z nas duża oszczędność czasu oraz elastyczność godzinowa. Nie musimy wstawać tak wcześnie, nie stoimy w korkach, dojeżdżając do biura, mamy zdecydowanie więcej swobody. Ale czy podczas wykonywania obowiązków w domu zajmujemy się tylko pracą? Aż 82 proc. ankietowanych przyznaje, że zdarzyło im się wykonywać w domu inne czynności w czasie, który powinien być przeznaczony na pracę zawodową.
Zespół OLX Praca przy współpracy instytutem badawczym ARC Rynek i Opinia stworzył specjalny dodatek do raportu „Prognozy przyszłości – OLX Praca. Know How 2021”, który z kolei został opublikowany pod koniec ubiegłego roku. Najnowsze opracowanie dotyczy perspektywy pracowników oraz osób poszukujących zatrudnienia. Tematyka związana jest z sytuacją na rynku pracy podczas pandemii, pracą zdalną oraz oceną podejmowanych decyzji przez pracodawców.
Obowiązki zawodowe podczas pracy zdalnej? Nie tylko!
W badaniu osoby pracujące zdalnie zapytano o to, czy zdarzało im się wykonywać inne, niezawodowe czynności podczas home office. Ponad 80 proc. osób odpowiedziało, że tak. Jakie dodatkowe zadania wykonujemy w trakcie pracy w domu? Aż 72 proc. zajmuje się sprzątaniem oraz praniem, podobnie jest z gotowaniem – czynności w kuchni podczas pracy wykonuje 69 proc. respondentów. Kolejne obowiązki, które znalazły się na liście chętnie wykonywanych podczas pracy zdalnej, to: zakupy (34 proc.), opieka nad dzieckiem/dziećmi (34 proc.) oraz nadzorowanie nauki zdalnej dzieci (25 proc.).
Jednocześnie podejmowanie dodatkowych czynności w trakcie wykonywania pracy wpływa na zacieranie się granic pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym – ponad połowa ankietowanych (53 proc.) pracujących zdalnie zgadza się z tą tezą. Pewną analogię do większej swobody podczas korzystania z pracy z domu możemy zaobserwować w samej organizacji firm. Wśród osób, które zarządzają pracą innych ludzi, aż 73 proc. nie korzysta z narzędzi do monitorowania czasu pracy pracowników wykonujących swoje obowiązki z domu.
Praca zdalna najważniejszym benefitem?
Pracownicy zauważają spopularyzowanie możliwości korzystania z trybu home office. Z refleksji nad różnymi aspektami pracy zdalnej wyłania się pogląd na temat jej przyszłości. Niemal 70 proc. ankietowanych (68 proc.) zgadza się ze stwierdzeniem, że po uspokojeniu się obecnej sytuacji związanej z pandemią, praca zdalna zyska na znaczeniu i pracodawcy oraz pracownicy nadal będą z niej korzystali. Coraz częściej rekruterzy dopisują do swoich ogłoszeń wzmiankę o możliwości pracy poza biurem, która już teraz jest istotnym benefitem dla kandydatów.
Zdaniem ankietowanych najważniejszymi zaletami pracy z domu są elastyczne godziny pracy (55 proc.) oraz oszczędność czasu (54 proc.). Pracownicy mogą wówczas lepiej zaplanować dzień, a jednocześnie nie muszą codziennie podróżować na trasie dom–biuro. Świadomość, że skorzystanie z pracy zdalnej w większości przypadków zostało umożliwione przez sytuację związaną z koronawirusem, sprawiła, że aż 53 proc. pracowników uważa, że home office daje gwarancję mniejszego ryzyka zarażenia się chorobami. Kolejną zaletą jest możliwość pracy z dowolnego miejsca (53 proc.) oraz indywidualne tempo i metody pracy (49 proc.).
Wśród największych wad pracy zdalnej respondenci najczęściej wskazują ograniczony kontakt ze współpracownikami, alienację (44 proc.), rozpraszanie uwagi przez domowników (41 proc.) i trudności ze skupieniem (39 proc.), co może się wiązać także z chęcią pracowania w przyszłości w systemie hybrydowym. Ciekawostką jest jednak inny wynik – jedynie 13 proc. pracowników przedstawia jako wadę brak kontaktu z przełożonym.
Zainteresowani najczęściej chcieliby mieć wybór dotyczący miejsca wykonywania obowiązków zawodowych. Z przeprowadzonych badań wynika, że tylko 11 proc. respondentów chciałoby w przyszłości pracować wyłącznie zdalnie. Zdecydowana większość (60 proc.) opowiada się za pracą częściowo w biurze, a częściowo poza nim. Na wykonywanie obowiązków wyłącznie z biura liczy 29 proc. pracowników.
Niezależnie od nastrojów, wad oraz zalet, wyniki badania pokazują, że praca zdalna wzbudziła u pracowników duże zainteresowanie. W przyszłości pracodawcy oraz rekruterzy zapewne będą zwracać większą uwagę na możliwość zaoferowania wykonywania pracy w trybie home office. Niewykluczone, że największą popularność zyska system rotacyjny.
Poszerzenia zakwalifikowanej do pomocy sektorowej w Tarczy 6.0 listy branż o firmy projektujące i budujące stoiska targowe, a także zajmujące się logistyką targową, przedłużenia okresu „pomocowego”, przedstawienia konkretnego planu odmrażania poszczególnych branż gospodarki czy rekompensaty w wysokości 50% ubiegłorocznego przychodu dla przedsiębiorstw branży targowej – m.in. tego domagają się działający w sektorze targowym właściciele firm zrzeszeni w Komitecie Obrony Branży Targowej. – Rząd nas ominął, powinien to jak najszybciej skorygować. Inaczej niemal czeka nas rychła śmierć – mówią przedsiębiorcy targowi.
Znane w Polsce i na świecie targowe imprezy jak Polagra czy Amberif jeszcze na początku zeszłego roku stanowiły dla przedsiębiorców doskonałą okazje do prezentacji swoich ofert czy nawiązywania biznesowych kontaktów, a dla rządzących – do chwalenia się sukcesami czołowych gałęzi polskiej gospodarki. Wszystko jednak brutalnie zakończyło się wraz z nastaniem pandemii i, mimo częściowego odblokowania targów na wiosnę 2020 roku, trwa do dziś. Działający w tym sektorze przedsiębiorcy czują się dziś zapomniani przez władze, która – oprócz ogólnej pomocy dla całej gospodarki – pominęła znaczną cześć tzw. przemysłu targowego w programach wsparcia sektorowego.
– Mimo uwzględnienia nas dopiero ostatnio w przygotowanej przez PFR Tarczy 2.0., rząd nas po prostu ominął, co powinien jak najszybciej skorygować. Inaczej niemal czeka nas rychła śmierć. Walczymy jednak cały czas. Chcemy przede wszystkim, aby rząd objął pomocą firmy, które w związku z pandemią poniosły dotkliwe straty, a takich są w naszej branży tysiące, i zrezygnował z wyłącznego kryterium przyznawania wsparcia, jakim są określone numery PKD – mówi Krzysztof Szofer przedsiębiorca około targowy, zasiadający w Radzie Polskiej Izby Przemysłu Targowego, a jednocześnie współzałożyciel Komitetu Obrony Branży Targowej. Przypomina, że to właśnie sprawa PKD budzi największe emocje, bowiem np. numer 73.11.Z grupujący przedsiębiorstwa projektujące i budujące stoiska targowe został w czasie letnich i jesiennych prac parlamentarnych nad Tarczą 6.0 usunięty.
Właściciele firm około targowych z takim PKD są więc rządowej pomocy sektorowej pozbawieni. Jak wskazywała w grudniu prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego – bez wsparcia pozostawać może przez to nawet 90 procent całej branży targowej. Dlatego pierwszym żądaniem Komitetu jest poszerzenie listy branż uprawnionych do pomocy z tarczy 6.0 o PKD 73.11.Z oraz rezygnacji z uzależniania przyznania pomocy od wiodącego PKD. – Będziemy postulować, żeby w ślad za rozwiązaniami PFR, zostało pomięte, czy dane PKD jest wiodące, czy też było wpisane na liście PKD związanych z działalnością danej firmy – tłumaczy Krzysztof Szofer i przypomina kolejne postulaty branży:
przedłużenie środków pomocowych z tarczy 6.0 dla branży targowej oraz całej spotkań przynajmniej o kolejne 3 miesiące
przedstawienie konkretnego planu odmrażania poszczególnych branż gospodarki, w związku z przyjętym planem szczepień, biorąc pod uwagę wzajemne powiązania gospodarcze. – Ten punkt jest szczególnie ważny dla branży targowej oraz całego przemysłu spotkań, gdyż restart naszych działalności musi zostać poprzedzony kilkumiesięcznym okresem prowadzenia prac przygotowawczych – wyjaśnia Krzysztof Szofer.
rozważenia przedsiębiorstw z branży targowej w jak najwcześniejszym etapie planu szczepień przeciwko COVID 19. Jako najmocniej poszkodowana przez COVID 19, branża będzie miała szansę powrotu do normalnej pracy na rynkach polskich i europejskich tylko wówczas, gdy pracownicy naszych firm będą zaszczepieni. – Już teraz słychać zapewnienia linii lotniczych oraz coraz częstsze głosy organizatorów targów, na temat przyszłych warunków współpracy. Niektóre linie lotnicze już ogłosiły, że wstęp na pokład samolotów będą miały tylko osoby zaszczepione. Prawdopodobnym jest, że podobne warunki udziału w imprezach targowych postawią na nogi niektóre ośrodki wystawiennicze w Europie. Stąd konieczność uwzględnienia naszej branży jako jednej z najbardziej potrzebującej wysokiego poziomu wyszczepialności przeciwko COVID 19 – wyjaśnia Krzysztof Szofer.
rekompensatę w wysokości 50% ubiegłorocznego przychodu dla firm, które pod rygorem odpowiedzialności karnej oświadczą, że 75% ubiegłorocznego ich przychodu była całkowicie zależna od organizacji, obsługi oraz innych usług świadczonych na rzecz imprez targowych w kraju i za granicą.
zajęcie się jak najszybciej rozwiązaniem problemu jednoosobowych działalności gospodarczych. Gros firm okołotargowych, czyli tzw. podwykonawców, z uwagi na konieczność współpracy z wieloma dużymi firmami targowymi, preferuje taką formę prowadzenia działalności gospodarczej. – Mimo dużego znaczenia i wpływu na rynek usług okołotargowych, firmy te zostały pozbawione pomocy rządowej. Będziemy apelowali do rządu o znalezienia rozwiązania pomocowego dla tych właśnie firm – zapowiada Krzysztof Szofer i nawiązuje do przeprowadzonej przez Komitet samochodowej pikiety na podpoznańskim odcinku autostrady: – Naszą zmorą okazał się numer PKD, gdyż przez niego upadają firmy około targowe. Dlatego określenie Polska Klasyfikacja Dyskryminacji jest cały czas w pełni uzasadniona, tym bardziej, żemimo ostatnich telewizyjnych zapewnień premiera o znajomości bardzo trudnej sytuacji naszych firm, rząd zdecydował dopisać do listy branż poszkodowanych i zasługujących na pomoc kolejne, a nas znowu zlekceważył – stwierdza Krzysztof Szofer.
Zdaniem jego oraz współpracujących z Komitetem ekspertów, wszystko wskazuje na to, że autorzy tworzonego na ten temat kilkanaście lat temu rozporządzenia omyłkowo przyporządkowali numer 73.11.Z firmom budującym stoiska. Teraz Komitet będzie chciał to zmienić lub przekonać rządzących, że głównymi kryteriami przyznawania pomocy przedsiębiorstwom około targowym powinny być drastyczny spadek obrotów i związanie tych podmiotów z targami w przeważającej mierze swojej działalności. Zarówno Krzysztof Szofer, jak i inni przedsiębiorcy około targowi będą wraz z branżą spotkań (MICE) także o tym rozmawiać z przedstawicielami ministerstwa rozwoju. Teraz czekają na informację o terminie takich rozmów.
Analizując nadchodzące trendy w obszarze sztucznej inteligencji (AI), nie można nie zwrócić uwagi na pandemię, która zdominowała ostatni rok i wpłynęła na wszystkie aspekty życia ludzi na całym świecie. Jak wynika z badań Capgemini, ponad połowa firm oferujących usługi finansowe prowadzi prawie 40 proc. interakcji z klientem przy wsparciu AI. Z drugiej strony, aż 54 proc. kupujących każdego dnia wchodzi w interakcje z algorytmami sztucznej inteligencji m.in. za pośrednictwem wirtualnych agentów, skanerów biometrycznych, interaktywnych przymierzalni, czy hiperpersonalizowanych ofert. Żyjemy w czasach wyjątkowego postępu naukowo-technologicznego, którego dynamika stale przyspiesza. Te aspekty mają wpływ również na trendy panujące w obszarze sztucznej inteligencji w roku 2021.
Porównanie tempa wdrożeń AI
Z końcem ubiegłego roku firma O’Reilly, chcąc oszacować poziom adopcji rozwiązań AI, przebadała ok. 1500 firm z różnych sektorów. Badania miały na celu nie tylko odpowiedzieć na pytanie czy firmy są zainteresowane rozwiązaniami AI, ale podjęto próbę oszacowania poziomu dojrzałości tych rozwiązań oraz trendów w tym obszarze.
Głównym wnioskiem z badań było stwierdzenie, iż w chwili obecnej około 85 proc. organizacji rozpatruje lub rozpoczyna pierwsze przymiarki do produkcyjnych zastosowań AI. Co ciekawe, ponad połowa badanych firm uznała się za dojrzałych odbiorców z pierwszymi wdrożeniami, gdzie jedna trzecia to firmy na etapie rozpoznawania potencjalnych opcji i rozwiązań. Analizując podobne badania z roku wcześniejszego można zobaczyć niemalże lustrzane odbicie. Dane z roku 2019 pokazywały tylko 27 proc. badanych uznających się za dojrzałych, a ponad 54 proc. to firmy wkraczające na ścieżkę AI. Widzimy też duży wzrost samego zainteresowania i szukania biznesowych szans w oparciu o sztuczną inteligencję. W roku ubiegłym tylko 15 proc. firm nie widziało sensu w odkrywaniu potencjalnych korzyści płynących z AI, co jest znaczącym spadkiem do lat wcześniejszych (o ponad 20 proc.) – mówi Tomasz Cieślar, manager w dziale Cloud Infastructure Services w Capgemini.
Jak reagują branże?
Porównując tempo wdrożeń w zestawieniu z branżami, w których te wdrożenia występują, niewiele zmienia się w stosunku do roku ubiegłego. Nadal kluczowymi obszarami są marketing i sprzedaż, gdzie firmy w poszukiwaniu nowych możliwości i sposobów pozyskiwania klientów sięgają po rozwiązania z obszaru SI, co przekłada się bezpośrednio na wzrost przychodów. Silnym i chłonnym obszarem, gdzie AI znajduje zastosowanie, jest szeroko pojęty rozwój produktów i usług. Jeżeli z kolei popatrzymy na część kosztową i oszczędności w tych obszarach, to główny z nich stanowi obszar łańcucha dostaw.
Patrząc na tempo wdrożeń i przymiarek do sztucznej inteligencji w przedsiębiorstwach, to już przed pandemią było ono duże – około 85 proc. przedsiębiorstw testowało lub wykorzystywało AI. Co istotne, firmy, które dostrzegły potencjał w tych rozwiązaniach, zaczynały zwiększać nakłady na tego typu produkty, głównie, aby dostarczyć nową wartość – konieczną w zmieniającym się otoczeniu, albo też, aby niwelować potencjalne koszty lub ograniczenia. W wielu obszarach, tam gdzie sztuczna inteligencja dopiero raczkowała, pandemia paradoksalnie stała się akceleratorem do bardziej dynamicznego wzrostu i pewnym stymulatorem pozytywnych zmian – mówi Ruslan Korniichuk, ekspert IT i doktorant na Wydziale Nauk Ścisłych i Technicznych Uniwersytetu Śląskiego.
Nadchodzi czas hiperautomatyzacji
Analizując trendy rynkowe w obszarze IT, automatyzacja procesów i AI są integralnym elementem tych prognoz już od pewnego czasu. Nadchodzi jednak czas, kiedy oba trendy połączą się, stanowiąc hiperautomatyzację. To zastosowanie kombinacji szeregu narzędzi informatycznych, wzbogaconych wszędzie tam, gdzie jest to możliwe i zasadne o mechanizmy uczenia maszynowego (szerzej: AI), mające na celu wzmocnienie potencjału pracowników. Wzrost i tempo zmian przekłada się na budowanie świadomości, że czeka nas nie tylko rewolucja w obszarze marketingu i sprzedaży, ale coraz częściej będziemy się stykać z AI mówiąc o zdrowiu, bezpieczeństwie, rolnictwie i innych dziedzinach i branżach otaczającego nas świata.
Co stanowi największy hamulec w rozwoju sztucznej inteligencji?
Szanse i zagrożenia, które niesie za sobą AI wymagają nie tylko odpowiedniej edukacji w tym obszarze, ale i właściwej legislacji, która zapewni regulacje i zagwarantuje bezpieczeństwo. Prawodawstwo stanie się też kamieniem węgielnym w budowaniu zaufania, które często stanowi hamulec dla tych rozwiązań. Unia Europejska pracuje nad pierwszym pakietem przepisów adresującym te szanse i zagrożenia.
Prace w obszarze regulacji prawnych dla rozwiązań opartych na AI to krok we właściwą stronę – ponad 22 proc. badanych uważa, że brak legislacji w tym obszarze jest główną barierą dla bardziej dynamicznego tempa wzrostu i adopcji rozwiązań – komentuje Ruslan Korniichuk.
Wśród pozostałych czynników hamujących wzrost, wymienić można niewystarczającą liczbę ekspertów ze znajomością AI oraz jakość danych, które stanowią wkład do budowania inteligentnych rozwiązań.
Profit, jaki niosą nowe rozwiązania
Mówiąc o korzyściach płynących ze sztucznej inteligencji i szansach, które daje, warto zwrócić uwagę na bezpieczeństwo, które potencjalnie może się zwiększyć, gdy rozwiązania, których używamy na co dzień wzbogacone są o elementy AI. Mowa tu także o istotnych korzyściach dla biznesu.
Nie chodzi o pojawienie się nowej generacji produktów i usług, ale co istotniejsze, planowany wzrost wydajności pracy o ok. 11-37 proc. Należy też pamiętać o wpływie na usługi publiczne, transport, edukację, czy energetykę i gospodarkę odpadami – mówi Tomasz Cieślar.
Ludzie mają skłonność do uczłowieczenia AI i rozwiązań bazujących na jej implementacji. Często zakłada się, że dojrzała AI to ta, która w zachowaniu przypomina reakcje człowieka. Maszyny zaczną dążyć w tym do doskonałości, a marzeniem staje się posiadanie duszy. Od kilku dostrzegalne jest jednak, co dodatkowo uświadamia obecna sytuacja, że sztuczna inteligencja rozwija się w kierunku obszarów, które nie tylko przewyższają ludzką inteligencję, ale i reprezentują jej zupełnie inne oblicze.
Autorzy:
Tomasz Cieślar
Kierownik zespołu odpowiedzialnego za wytwarzanie oprogramowania w Capgemini Polska, nauczyciel, blogger. Doświadczony menadżer, od początku swojej kariery zawodowej związany z procesem tworzenia oprogramowania, początkowo jako programista, a w tym momencie jako osoba kierująca zespołem świetnych ekspertów i pasjonatów. Na co dzień obraca się w technologiach dostarczanych przez firmę Microsfot. W wolnych chwilach coraz częściej używa Pythona, głównie w celach edukacyjnych.
Ruslan Korniichuk
Architekt rozwiązań IT w Capgemini Polska, pochodzący z Ukrainy. Główne obszary jego działań to tworzenie oprogramowania i przetwarzanie w chmurze. Szczególnie zainteresowany jest tematem sztucznej inteligencji. Ma na swoim koncie sukcesy w działaniach w wielu branżach, w tym w obszarze bankowości, opieki zdrowotnej, edukacji, startupów. Doktorant na Wydziale Nauk Ścisłych i Technicznych Uniwersytetu Śląskiego. Prowadził zajęcia z technologii server-side i projektowania systemów informatycznych. Prelegent na PyCon PL, PyCode, DataOps Polska, Silesian AI, Data Science Silesia, Kariera IT.
20 stycznia br. podczas spotkania zorganizowanego przez Polską Radę Centrów Handlowych przedstawiciele właścicieli i zarządzających obiektami handlowymi analizowali różne scenariusze i możliwości podjęcia kroków prawnych przeciwko Skarbowi Państwa w związku z niekonstytucyjnymi i dyskryminującymi przepisami regulującymi zasady działalności podmiotów w czasie pandemii.
Zdaniem ekspertów z kancelarii Dentons sektor centrów handlowych ma mocne podstawy do wystąpienia z roszczeniami zarówno w postaci pozwów zbiorowych, jak i indywidualnych, uwzględniających sytuację poszczególnych podmiotów. Stosowane obecnie przepisy naruszają nie tylko w sposób istotny krajowy porządek prawny, ale także umowy międzynarodowe o ochronie wzajemnych inwestycji – Bilateral Investment Treaty.
Ponad stu przedstawicieli branży centrów handlowych wzięło udział w zorganizowanym przez Polską Radę Centrów Handlowych spotkaniu, podczas którego omówiono możliwości występowania z roszczeniami wobec Skarbu Państwa w związku ze znaczącym ograniczeniem działalności centrów handlowych z powodu epidemii COVID-19.
Obecnie branża centrów handlowych mierzy się z dotkliwymi konsekwencjami rozporządzeń ograniczających działalność galerii i niekonstytucyjnego zapisu 15 ze (tzw. abolicji czynszowej) ustawy covidowej. Ograniczenia w działalności galerii w czasie pandemii pozbawiły wpływów znaczącą liczbę najemców oraz właścicieli i zarządców. Dotychczasowa łączna strata w obrotach sklepów i punktów usługowych, działających centrach handlowych, wynikająca z 15 tygodni lockdownu, to około 30 mld zł. W wyniku trzech lockdownów przychody wynajmujących będą niższe o prawie 5 mld zł, a więc o około 45 proc. ich rocznej wartości.
Ogromne wątpliwości budzi niezgodny z ustawą zasadniczą artykuł 15ze ustawy covidowej, który w obecnym kształcie ustawowego wsparcia jednej grupy podmiotów – najemców, kosztem innej grupy – wynajmujących – nie powinien obowiązywać w polskim systemie prawnym. Naruszenie przez ustawodawstwo covidowe gwarantowanej przez Konstytucję równości wobec prawa, swobody działalności gospodarczej, ochrony prawa własności przy jednoczesnym braku wsparcia adekwatnego do ponoszonych strat, może skutkować skierowaniem pozwów wobec Skarbu Państwa.
Sektor centrów handlowych oczekuje traktowania podmiotów działających na polskim rynku w sposób równy i zgodny z prawem. Niezrozumiałe jest, dlaczego sklepy i punkty usługowe zlokalizowane poza centrami handlowymi mogą swobodnie działać. Dodatkowo trudno jest znaleźć uzasadnienie pod kątem epidemiologicznym dla doboru branż, które mogą prowadzić działalność bez ograniczeń. Jest to dyskryminacja podmiotów ze względu na miejsce i przedmiot prowadzonej działalności. Obecnie zarówno na gruncie krajowym, jak i w sferze prawa międzynarodowego istnieją realne przesłanki do wystąpienia z roszczeniami odszkodowawczymi.
Dodatkowym argumentem wzmacniającym istotnie roszczenia właścicieli obiektów handlowych jest arbitralność i nieprzewidywalność wprowadzanych ograniczeń, pomimo ogromnych wysiłków podejmowanych przez branżę w celu zapewnienia bezpieczeństwa osób odwiedzających centra handlowe oraz wykluczenie wynajmujących ze wsparcia w ramach tarcz antykryzysowych i finansowych.
W 2020 roku transakcje nabycia aktywów osiągnęły wartość niemal 1,7 mld EUR. Równocześnie, firma sprzedała nieruchomości o łącznej wartości 833 mln EUR.
Wartość aktywów zarządzanych przez Savills IM w ramach europejskiej platformy logistycznej osiągnęła ok. 4,7 mld EUR
W 2020 r. na polskim rynku firma nabyła nieruchomości o łącznej wartości 430 mln EUR.
Savills Investment Management (Savills IM), międzynarodowy menedżer inwestycyjny rynku nieruchomości, zrealizował w 2020 roku na całym świecie transakcje o wartości ponad 2,5 mld EUR, w tym około 2,1 mld EUR w Europie oraz około 457 mln EUR w Azji. W skali globalnej transakcje objęły niemal 1,7 mld EUR w zakresie akwizycji i 833 mln EUR w zakresie sprzedaży, co odpowiada inwestycji netto na poziomie 842 mln EUR. Savills IM zarządza obecnie aktywami o łącznej wartości około 21,2 mld EUR (ponad 25 mld USD), co stanowi rekord w historii firmy.
W 2020 r. Savills IM zrealizował 74 transakcje w 14 krajach, z których 8 przekroczyło wartość 100 mln EUR. Najważniejsze z nich to nabycie parku logistycznego Łódź City VI w centralnej Polsce w ramach nowego strategicznego partnerstwa z Kajima Properties, zakup kompleksu logistycznego w Ansbach w Niemczech w imieniu European Logistics Fund 2 oraz przejęcie portfela 38 supermarketów w Danii.
Savills IM skoncentrował się na zwiększaniu ekspozycji na bardziej odporne sektory, wprowadzając nowe fundusze łączone (pooled funds) oraz dyskrecjonalne, które cechują się wyższą odpornością na recesję. Wśród nich należy wyróżnić dyskrecjonalny pan-europejski fundusz logistyczny VESALF I oraz European Food Retail Fund, koncentrujący się na segmencie spożywczym, w którym inwestorzy dążą do zwiększenia swojej ekspozycji zgodnie z prognozami przedstawionymi przez Savills IM w raporcie Outlook 2021.1
Rok 2020 był szczególnie pomyślny dla europejskiej platformy logistycznej Savills IM. Wartość aktywów logistycznych zarządzanych przez Savills IM osiągnęła ok. 4,7 mld EUR. Oprócz uruchomienia funduszu VESALF I, kontynuowano pozyskiwanie kapitału dla ELF 2 i ELF 3 oraz zrealizowano szereg transakcji logistycznych dla innych funduszy i klientów w ramach partnerstw strategicznych, m.in. we Włoszech i w Polsce. Fundusz ELF 2 zakończył alokację kapitału po zakupie budynku logistycznego w Venray w Holandii. Łącznie posiada on 28 nieruchomości w sześciu krajach.
Po ostatnich transakcjach w Holandii i Francji, następca ELF 2 – fundusz ELF 3, może pochwalić się portfelem siedmiu nieruchomości w trzech krajach i kapitałem własnym w wysokości ponad 375 mln EUR. Z ponad 1,9 mld EUR kapitału zgromadzonego globalnie w 2020 r., największa część przypadła właśnie na ELF 3.
Piotr Trzciński, Head of Investment – Poland w Savills IM, skomentował:
„Jesteśmy zadowoleni z wyników, jakie osiągnęliśmy w trudnym 2020 roku. Wartość transakcji, zrealizowanych przez nas w Polsce w imieniu kapitału europejskiego i azjatyckiego stanowiła ok. 25% naszej globalnej wartości transakcji, co jest bezprecedensowym wynikiem i wyrazem naszej wiary w polski sektor logistyczny. Wysoka aktywność transakcyjna idzie w parze z osiągnięciami w zarządzaniu aktywami – w 2020 roku w zarządzanym przez nas portfelu zostały podpisane umowy najmu na ponad 100,000 m kw., obejmujące aktywa biurowe, magazynowe i handlowe, co jest najlepszym wynikiem leasingowym w historii Savills IM w Polsce. Te świetne rezultaty nie byłyby możliwe bez zaangażowania naszych zespołów, partnerów i doradców w Europie i w Polsce, za które chciałbym im podziękować.”
Kiran Patel, Global CIO and Deputy Global CEO w Savills IM, podsumował:
„Wpływ pandemii COVID-19 utrzyma się również w 2021 r., jednak w dalszej perspektywie ulegnie on osłabieniu. Inwestorzy, którzy trafnie interpretują krótkoterminowe skutki pandemii, odniosą korzyści w perspektywie długofalowej. Pojawiają się okazje inwestycyjne w sektorach rynkowych wykazujących większą odporność, takich jak: logistyka, sektor mieszkaniowy czy rynek handlowy w segmencie spożywczym. Na tle długotrwale niskich stóp procentowych, stopy zwrotu z nieruchomości komercyjnych są jeszcze bardziej atrakcyjne.
Okazje inwestycyjne najszybciej i najtrafniej potrafią określić eksperci posiadający szeroką wiedzę na temat lokalnego rynku, dlatego tak dużą wagę przywiązujemy do naszej sieci 17 biur w 13 krajach”.
1: Raport Savills IM Outlook 2021: „Budowanie odporności globalnych portfeli nieruchomości” https://www.savillsim.com/research/outlook-2021.aspx
Polski sektor TSL mocno odczuje regulacje dla transportu drogowego, wprowadzane przez Unię. Czeka nas mała rewolucja w polskiej branży transportowej. Polscy przewoźnicy mogą stracić na konkurencyjności, która dotychczas była ich motorem napędowym i będą musieli zmagać się ze zwiększonymi kosztami pracy. Dla najmniejszych przewoźników to może być koniec działalności na terenie Unii, a i ci więksi mogą zdecydować się na przesunięcie swoich usług na krajowy rynek.
Nowa dekada przyniesie być może najpoważniejsze i najdalej idące zmiany w całej historii transportu. To cały szereg nowych wyzwań, z którymi trzeba będzie się zmierzyć: wejście w życie kolejnych zapisów Pakietu Mobilności, chaos związany z Brexitem, niesłabnące zapotrzebowanie na zawodowych kierowców, nadchodząca rewolucja ekologiczna czy wreszcie – automatyzacja i cyfryzacja sektora, bez których straty spowodowane przez lockdown mogłyby być dla branży TSL o wiele bardziej dotkliwe. Miniony rok pokazał nam już, że rynek premiuje elastyczność i operatywność, a więc nagradza tych, którzy dobrze odnaleźli się w nowych, trudnych realiach i przygotowali plan „B”. Jednocześnie weryfikuje firmy, które nie potrafiły się dostosować do nowej, dynamicznej sytuacji i nie miały alternatywy. Wygrali ci, którzy, zamiast czekać na najgorsze, postawili na rozwój, bo kryzysową sytuację potraktowali jako impuls, a nie zagrożenie.
Regulacje, na których stracimy
I choć pandemia przyniosła poważne straty dla branży, to nie ona i jej skutki stanowią największe „zmartwienie” dla branży logistycznej. O wiele więcej uwagi poświęca się dziś szeroko pojętemu wzrostowi kosztów, który – choć rozkłada się na kilka lat – jest nieuchronny. Składa się na niego kilka czynników – to Brexit czy stopniowe wchodzenie w życie kolejnych zapisów Pakietu Mobilności, które zaostrzają restrykcje wobec przewoźników działających na terenie Unii. Konieczność powrotu do bazy przez kierowcę po 8 tygodniach, obligatoryjne wprowadzenie tachografów nowej generacji, podniesienie kosztów wynagrodzenia czy brak możliwości odbierania odpoczynku przez kierowcę w kabinie oznacza znaczący wzrost kosztów po stronie pracodawcy. Wielu mniejszych przewoźników, których dotychczasową siłą były konkurencyjne stawki, uzna to za ograniczenie dostępu do rynku i stwierdzi, że w nowej rzeczywistości przewozy międzynarodowe staną się mało opłacalne. Ci, którzy „pozostaną” będą musieli liczyć się z otwarciem biur w innych krajach – bo zarządzanie całą flotą z bazy w Polsce nie będzie dłużej wykonalne. Według różnych prognoz i zapowiedzi, udział pracy przewozowej polskich przewoźników w transporcie międzynarodowym może spaść o nawet 13 % wobec poziomu w ubiegłych latach. Przypomnijmy: z danych Eurostatu za 2018 rok wynika, że polskie firmy przewiozły 23 proc. całego unijnego transportu drogowego – 270 milionów ton ładunków!
Zamiast zagranicy – przewozy krajowe
Nie oznacza to oczywiście, że nastąpi załamanie na rynku, a setki przewoźników krajowych będzie musiało zmierzyć się z widmem bankructwa. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest przesunięcie usług tylko i wyłącznie na krajowy rynek. Nawet przy mocno nasyconym rynku transportu krajowego pojawienie się nowych graczy może być dodatkowym bodźcem stymulującym rozwój branży. Wszystko zależy jednak od wzrostu gospodarczego – m.in. wzrostu produkcji krajowej, a co za tym idzie, rozwoju krajowych rynków i łańcuchów dostaw. Pamiętajmy jednak, że i tutaj pojawia się poważne wyzwanie – na rynku, tak polskim, jak i europejskim, stale brakuje profesjonalnych i doświadczonych kierowców. Ich dostępność na rynku jest w interesie wszystkich – tak producentów, jak i spedytorów czy przewoźników, a skoro są dobrem deficytowym, cała branża powinna walczyć o pracownika… Nie ze sobą, a wspólnymi siłami.
Kto poradzi sobie po „migracji” z tras międzynarodowych na rynek krajowy? Wszyscy, którzy są operatywni, elastyczni i nie dynamicznie dostosowują do nowych realiów bez względu na okoliczności. Rynek nagradza taką postawę – w ubiegłym roku branża zdążyła się już o tym przekonać.
Rynki globalne przywitały nowego prezydenta USA pozytywnymi nastrojami i umacnianiem się ryzykownych aktywów, gdyż inwestorzy liczą na wsparcie ożywienia gospodarczego dodatkowym planem fiskalnym i wyraźny spadek ryzyka nagłych zwrotów w polityce. Reflacja wraca jako motyw przewodni dla rynków.
Nowe rekordy na Wall Street i na niektórych rynkach w Azji. Rynek FX obserwuje powrót słabości dolara z poprawą wycen walut surowcowych i rynków wschodzących. Wśród powodów powrotu risk-on wymienia się obietnice nowego prezydenta USA J. Bidena odnośnie pomocy dla gospodarki w kwocie 1,9 bln USD. Trend reflacyjny nie jest na rynkach nowy i nie dotyczy tylko USA, ale na początku stycznia został na chwilę zapomniany i przysłonięty m.in. obawami, że Fed popsuje rajd ryzykownych aktywów przedwczesnym zacieśnianiem polityki. Dziś jednak wiemy, że Fed nie spieszy się z redukcją skupu aktywów (nie wspominając nawet o podwyżkach stóp procentowych), a ambitne plany fiskalne Bidena mogą spotkać opór Republikanów w Kongresie (a kluczowe wydatki budżetowe nie przejdą bez ich poparcia). Gospodarka USA, jak i światowa, powoli wychodzi z pandemicznego dołka, zatem minie jeszcze sporo czasu, aby wolne moce wytwórcze były w pełni zaspokojone, by zaistniało zagrożenie wysoką inflacją. Inflacja w końcu przyspieszy, ale nie na tyle, by zmuszać banki centralne do zaciągania hamulca. A to najważniejsze dla podtrzymania rajdu ryzykownych aktywów i presji na dolarze.
Po dzisiejszym posiedzeniu Europejskiego Banku Centralnego nie spodziewamy się zmian w polityce, biorąc pod uwagę, że dopiero co w grudniu bank dokonał rekalibracji swojej polityki. Można oczekiwać, że na konferencji prezes Lagarde pojawią się komentarze o stanie gospodarki w dobie zaostrzonych restrykcji i sile euro, ale raczej bez sygnałów nowych działań. Ciekawszym tematem może być jednak opinia o sile euro. W grudniowym komunikacie „zwracano uwagę, że nominalny efektywny kurs walutowy jest obecnie najwyższy w historii, a ostatnia aprecjacja może znacząco przyczynić się do osłabienia perspektyw inflacji”. W opublikowanym w ubiegłym tygodniu protokole po posiedzeniu napisano również, że „wyrażano obawy o ryzyko związane ze zmianami kursu walutowego, które mogą mieć negatywne konsekwencje dla perspektyw inflacji”. Jednak ostatnie cofnięcie się EUR/USD pod 1,21 (kurs jest mniej więcej na tych samych poziomach, co podczas grudniowego posiedzenia banku) z pewnością osłabiło zaniepokojenie EBC kursem, szczególnie że nie widać negatywnego wpływu aprecjacji na oczekiwania inflacyjne, które w ostatnich tygodniach wzrastały. W rezultacie możemy oczekiwać podtrzymania języka, że kurs jest obserwowany, ale ogólnie rzecz biorąc nie powinniśmy usłyszeć żadnego zaostrzenia języka mającego na celu zbić wartość euro.
Podtrzymanie gołębiego przekazu EBC, ale bez sygnalizacji nowych narzędzi, nie powinno być zaskakujące i stać się pretekstem do dalszej redukcji długich pozycji w EUR/USD. Możliwe, że wydarzenie przyniesie tzw. sprzedaż faktów i przywróci popyt na EUR w ramach realizacji długoterminowej strategii opartej o odbicie ożywienia gospodarczego w kolejnych kwartałach i pozytywną korelację EUR/USD z rynkiem akcji. W obliczu optymizmu rozkręcanego po zaprzysiężeniu Bidena, dziś może być łatwiej o taki rozwój wypadków.
Styczniowe posiedzenie Norges Banku jest spotkaniem odbywanym pomiędzy publikacjami nowych prognoz, przez co nie jest to moment na podejmowanie kluczowych decyzji. Nowe informacje z gospodarki wspierają oczekiwania banku do podwyżki stopy procentowej na początku 2022 r., ale na ten moment bank powtórzy w komunikacie, że wokół perspektyw ożywienia utrzymuje się duża niepewność. Dla NOK śledzenie trendu cen ropy naftowej powinno być ważniejsze.
Złoty w ograniczonym stopniu korzysta na poprawie nastrojów na rynkach zewnętrznych i generalnie EUR/PLN kontynuuje ruch boczny w przedziale 4,52-4,54. Wczoraj opublikowano wywiad z członkiem Rady Polityki Pieniężnej Cezarym Kochalskim, zdaniem którego przestrzeń do obniżek stóp procentowych istnieje, ale aktualne dane przemawiają za utrzymaniem stóp na niezmienionym poziomie. Komentarz wpisuje się w dominujący w RPP przekaz o stabilizacji stóp, ale z podkreśleniem większych szans obniżki. Dziś pozytywny odbiór decyzji EBC przez euro może pośrednio wspierać złotego i waluty regionu.
Do końca stycznia w Polsce została przedłużona tzw. Narodowa Kwarantanna. Tej decyzji obawiało się wielu przedsiębiorców, jednak największy cios odczuła branża gastronomiczna. Jeżeli obowiązujące ograniczenia działalności w sektorze HoReCa zostaną utrzymane w kolejnych miesiącach, co piąta firma (20,8 proc.) szacuje, że nie przetrwa na rynku dłużej niż około miesiąca.[1]
Branża gastronomiczna nie będzie dobrze wspominać ubiegłego roku. W listopadzie i grudniu odnotowano najwyższe wskaźniki (odpowiednio 54,9 proc. i 43,2 proc.) obaw o wpływ negatywnych skutków pandemii zagrażających stabilności firm od czasu pierwszej fali.[2] Na niepewność wśród przedsiębiorców wpłynęło przede wszystkim przedłużające się od 24 października zamknięcie restauracji, barów i kawiarni. Wprowadzony wtedy z dnia na dzień zakaz miał obowiązywać teoretycznie tylko dwa tygodnie, w rzeczywistości mijają już 3 miesiące. Obecnie 7,5 proc. (średnia krajowa: 3,7 proc.) spośród 68,3 tys. wciąż funkcjonujących firm gastronomicznych na rynku posiada poważne zadłużenie. Łączna wartość zobowiązań, wg danych BIK, na koniec września 2020 r. wynosiła 695,6 mln zł.[3]
– Szacujemy, iż w grudniu minionego roku suma długów przekroczyła już 700 mln zł, a liczba zadłużonych firm gastronomicznych jest bliska 10 proc. Co jednak najbardziej nas niepokoi to ponad połowa (57,1 proc.) przedsiębiorców z sektora HoReCa, którzy oceniają, że nie przetrwają na rynku dłużej niż 3 miesiące, jeśli obostrzenia się utrzymają. Co piąta firma (20,8 proc.) szacuje wytrzymałość zaledwie do około miesiąca.[4] – wylicza Jan Enno Einfeld, dyrektor generalny Finiata Group.
Nowe obowiązki, podatki i koszty
Wchodząc w 2021 rok, większość Polaków patrzyła z nadzieją, że będzie to dla nich lepszy i spokojniejszy czas. Niestety dla przedsiębiorców nowy rok przygotował podwyżki podatków i kolejne opłaty. Wśród nich m.in. podatek cukrowy (obciążający producentów napojów słodzonych, ale także ich odbiorców), podniesiony koszt energii elektrycznej oraz opłata mocowa (firmy mają płacić 80 proc. całego jej wolumenu, czyli około 4,5 mld złotych rocznie – dla wielu przedsiębiorstw oznacza to nawet podwojenie kosztów prądu), a także wyższe daniny od nieruchomości czy wywozu śmieci. Dla właścicieli firm, którzy chcieli tylko przetrwać czas ograniczonej działalności, nowe podatki to kolejny krok do zakończenia działalności.
1 stycznia minął termin zakupu kasy online przez przedsiębiorców z branży gastronomicznej i restauracyjnej. Data była już jednokrotnie przekładana przez Ministerstwo Finansów z powodu pandemii, jednak resort nie zgodził się na dalsze odroczenie obowiązku. Jedynie dla przedsiębiorców, w szczególnie trudnej sytuacji umożliwiono wydłużenie terminu o konkretnie określony przez nich czas. Zgodę jednak na to musiał wyrazić pracownik urzędu skarbowego.
– W kilkunastu przypadkach przedsiębiorcom rzeczywiście udało się oddalić termin wdrożenia kas o kilka tygodni. – komentuje Jan Enno Einfeld, Finiata Group – Poznaliśmy jednak historie przedsiębiorców, którzy otwierając firmy 2-3 lata temu chcieli zainwestować w kasy online, jednak tych nie było jeszcze na rynku. Kupili więc zwykłe kasy, mimo że wiedzieli o nadchodzącym obowiązku wymiany. W międzyczasie przyszła pandemia, ich obroty spadły nawet o 70-80 proc., byli zmuszeni zwolnić pracowników, a restrykcje ograniczyły działalność do minimum. Próby odroczenia obowiązku wdrożenia kas online niestety kończyły się odmową urzędu skarbowego, ze względu na wytyczne naczelnika.
Nie sposób pominąć dodatkowego skutku ubocznego powszechnej wymiany kas, czyli gwałtownej nadprodukcji elektrośmieci. Kasy starego typu nie nadają się do odsprzedania, nawet jeśli mają zaledwie dwa lata, ponieważ program digitalizacji dotyczy wszystkich branż prowadzących sprzedaż. Co więcej przedsiębiorca jest zobowiązany do zwrotu ulgi otrzymanej na zakup kasy fiskalnej, gdy zlikwiduje działalność w przeciągu 3 lat od momentu jej rozpoczęcia.
Nie liczy się konkurencja a przetrwanie
Od wprowadzenia wiosennego lockdownu minie niedługo rok, a dla branży gastronomicznej niezmiennie brakuje rozwiązań, które umożliwiłyby przetrwanie okresu postoju. Według danych GUS, od kwietnia do września 2020 r. z rynku zniknęło 2055 firm gastronomicznych, a ponad 4,3 tys. przedsiębiorców zawiesiło działalność.[5] Decyzja o dalszym przedłużeniu obostrzeń spowoduje, że straty będą już dla wielu nie do odrobienia.
– Zdecydowana większość firm gastronomicznych jest w sytuacji, w której osiągany obroty nie pokrywają ani kosztów stałych, ani wynagrodzenia pracowników. Co czwarty restaurator obawia się pojawienia lub nasilenia problemów z cash flow. – mówi Jan Enno Einfeld –Największą stratą dla firm gastronomicznych jest utrata czasem wieloletnich i lojalnych pracowników. Szacuje się, że pandemia kosztowała już branżę ponad 130 tys. miejsc pracy.[6] Pozostałym pracownikom zmniejszono z kolei wynagrodzenia.
Sytuacja panująca w branży gastronomicznej jest trudna dla wszystkich podmiotów, niezależnie od skali działania. Niedawno jeden z największych graczy na rynku, spółka AmRest, odnotowała spadek obrotów w III kwartale o 12,6 proc. r/r. Po trzech miesiącach funkcjonowania w zamknięciu przedsiębiorcy nie myślą już o rywalizowaniu z konkurencją, bo ta również boryka się z brakiem przychodów. Firmy walczą o przetrwanie każdego kolejnego dnia, aby nie dołączyć do grona ok. 7-8 tys. lokali gastronomicznych, które w zeszłym roku ogłosiły upadłość w wyniku pandemii.[7]
[1] Dane GUS, Wpływ pandemii COVID-19 na koniunkturę gospodarczą, grudzień 2020
[2] Dane GUS, Wpływ pandemii COVID-19 na koniunkturę gospodarczą, grudzień 2020
Blisko 9 na 10 Polaków jest otwartych na nowe oferty pracy, a główną motywacją do jej zmiany pozostają zarobki – wynika z najnowszych badań Pracuj.pl „Polacy w środowisku pracy”, towarzyszących nowej kampanii portalu. Jak wykazują badania, obok pensji do nowych miejsc pracy przyciągają nas ciekawe obowiązki i możliwości rozwoju. Najważniejszym narzędziem poszukiwania ofert pozostają portale z ogłoszeniami, ale na znaczeniu zyskują media społecznościowe.
Wyniki badań w skrócie:
86% Polaków jest otwartych na nowe oferty pracy.
Najczęstszą przyczyną chęci zmiany pracy są lepsze zarobki (71%).
Co trzeci szukający zatrudnienia czuje się niedoceniony w obecnej pracy.
Top 3 atuty ofert pracy: wysoka pensja, ciekawe obowiązki i łatwy dojazd.
Portale z ofertami i social media to kluczowe narzędzia szukania pracy.
Idealny pracodawca? Wspiera rozwój, awanse i dba o work-life balance.
Polacy w środowisku pracy
Rynek pracy przechodzi dynamiczne zmiany, a motywacje i cele zawodowe Polaków ewoluują. Nowe pokolenia, rodzące się zawody i sytuacja na świecie sprawiają, że kandydaci stają przed licznymi wyzwaniami. Jak do tej sytuacji odnoszą się Polacy i jak postrzegają życie zawodowe? By tego się dowiedzieć zespół Pracuj.pl przygotował badanie „Polacy w środowisku pracy”, przeprowadzone na reprezentatywnej grupie ponad tysiąca osób.
W pierwszej odsłonie wyników badań respondenci opowiadają m.in. o gotowości na zmianę pracy, sposobach jej szukania, a także kluczowych atutach pracodawców. Raport towarzyszy kampanii „W środowisku Pracuj.pl”, w której portal z przymrużeniem oka przedstawia animowany świat zwierząt, symbolizujących wiele doświadczeń i zachowań pracowników.
Gotowi na nowy krok zawodowy
Więcej, niż co trzeci Polak (35%) badany przez Pracuj.pl deklaruje, że aktywnie rozgląda się za nowym miejscem zatrudnienia. Jednocześnie jednak grupa osób, które potencjalnie mogłyby zmienić pracodawcę jest znacznie większa. Aż 86% respondentów jest otwartych na przyjęcie nowej, ciekawej oferty pracy. Wyniki pokazują, że o ile mniejszość z nich podejmuje proaktywne działania rekrutacyjne, zdecydowana większość byłaby gotowa na podjęcie decyzji o przejściu do innego pracodawcy, jeśli byłaby atrakcyjna.
To kolejne badanie Pracuj.pl, które konsekwentnie pokazuje duży potencjał mobilności zawodowej Polaków. Otwartość na nowe oferty pracy utrzymuje się na wysokim poziomie mimo dużych wyzwań i niepewności wynikającej z ostatnich doświadczeń w czasie pandemii. Po niemal roku funkcjonowania w nowych okolicznościach większość z nas przyzwyczaiła się do nowych „zasad gry”. Obawy związane z niepewnymi perspektywami rynku pracy nie powstrzymują Polaków przed chęcią poszukiwania nowych, atrakcyjnych miejsc zatrudnienia. Dotyczy to wszystkich grup wiekowych, choć nieco większą odwagą wykazują się najmłodsi pracownicy. Z zewnętrznych danych dostępnych na rynku można wnioskować także, że nowe okoliczności mogą zwiększać skłonność do migracji za pracą, zachęcając Polaków do szukania zatrudnienia w innych miejscowościach niż te, w których mieszkają – komentuje Agata Dzierlińska, HR Business Partner w Grupie Pracuj.
Słowa ekspertki potwierdzane są przez wyniki badań. Dużą otwartość na przyjęcie nowej oferty pracy wykazują zarówno przedstawiciele Generacji Z (92%), jak i osoby powyżej 45. roku życia (81%). Jednocześnie jednak widać dysproporcję między pracownikami do 18-34, a starszymi uczestnikami rynku pracy.
Motywacja do zmiany i kluczowe aspekty pracy
Dlaczego Polacy decydują się na zmianę pracy? Zdecydowanie dominującą przyczyną jest oczekiwanie lepszych zarobków – wyraża je 71% respondentów deklarujących poszukiwanie nowego pracodawcy. Ważną motywacją pozostają także ambicje zawodowe – 33% badanych czuje się niedocenionych w obecnym miejscu zatrudnienia, a 28% nie ma możliwości awansu i rozwoju.
Poszukiwanie lepiej płatnych stanowisk jest uniwersalną motywacją kandydatów, którą obserwujemy w wynikach badań od wielu lat. Od jakiegoś czasu widzimy, że drogą do uzyskania wyższych zarobków jest dla kandydatów przebranżowienie. Co piąty badany deklaruje, że przeglądanie ofert wiąże się właśnie z chęcią zmiany branży. Elastyczny czas pracy, praca zdalna to trendy na rynku pracy, które znacząco przyspieszyła pandemia. Coraz częściej poszukujemy miejsc pracy, które nam to umożliwią – zauważa Małgorzata Skonieczna, Ekspert ds. Badań Kandydatów w Grupie Pracuj.
Badacze zapytali także respondentów o to, jakie kwestie są w ich ocenie najważniejsze przy poszukiwaniu pracy i wyborze nowego pracodawcy. Respondenci uszeregowali je w kolejności od 1 (najważniejsze) do 9 (najmniej ważne). Tu również wynagrodzenie okazuje się zdecydowanie najbardziej istotnym aspektem branym pod uwagę (średni wynik 2,6). Na pierwszym miejscu wskazała je aż blisko połowa (47%) badanych, w tym 50% mężczyzn i 42% kobiet, a na jednym z 3 pierwszych miejsc – aż 77% respondentów.
Na podium priorytetów znalazły się także ciekawy zakres obowiązków (średnia 4,1) oraz łatwy i szybki dojazd do pracy (4,3). Warto zauważyć, że mimo deklarowanej w ostatnich miesiącach przez Polaków chęci pracy zdalnej, możliwość jej dowolnej realizacji znalazła się dopiero na 7 miejscu (5,8) – za np. benefitami pozapłacowymi (4,8) czy opinią pracodawcy wśród znajomych i pracowników (5,2). Można wnioskować, że choć w wyniku pandemii model pracy zdalnej zyskał na popularności, a pracownicy odnoszą się do niego pozytywnie, na liście priorytetów rekrutacyjnych wciąż plasuje się ona stosunkowo nisko.
Idealny pracodawca wspiera rozwój
Nie samym wynagrodzeniem pracownik żyje. Dlatego badacze zapytali respondentów o to, z jakimi cechami – nie związanymi bezpośrednio z zarobkami – charakteryzuje się idealny pracodawca. Polacy najczęściej wskazują w tym wypadku kwestie związane z karierą – dawanie możliwości rozwoju (58%) i awansu (52%), a także wspieranie samodzielności i rozwoju pomysłów pracowników (36%).
Ważną rolę odgrywają także czynniki związane ze swobodną organizacją pracy oraz równowagą. Według 39% badanych idealny pracodawca ma siedzibę blisko ich miejsca zamieszkania, a 37% – pozwala zapomnieć o obowiązkach po formalnych godzinach pracy. Co ciekawe, co czwarty badany (24%) oczekuje od idealnego pracodawcy możliwości pracy zdalnie w dowolnym wymiarze. To szczególnie istotna kwestia w obliczu zmian z ostatnich miesięcy, związanych z nową normalnością.
Pracy szukamy na portalach i w… social media
Sieć stała się w ostatnich latach zdecydowanie dominującą przestrzenią poszukiwania pracy – co potwierdzają odpowiedzi badanych. Głównym źródłem pozostają portale z ofertami zatrudnienia (np. Pracuj.pl) – sięga po nie blisko 2/3 osób deklarujących proaktywną chęć zmiany pracodawcy. Dużą popularnością cieszą się jednak także wyszukiwarki (46%), popularne serwisy społecznościowe takie jak np. Facebook i Instagram (41%), aplikacje mobilne (31%), a najrzadziej z tej grupy – strony internetowe pracodawców oraz specjalistyczne, biznesowe serwisy społecznościowe jak np. LinkedIn.
Badania Pracuj.pl potwierdzają, że to najmłodsze osoby najczęściej spośród wszystkich grup wiekowych poszukują pracy przez serwisy społecznościowe (np. Facebook, Instagram). Wśród grupy 18-24 deklaruje to 59% respondentów, 25-34 – 41%, a w grupach 35-44 i 45-65 – tylko co trzeci. Dodajmy jednak, że choć przedstawiciele tzw. Generacji Z są najbardziej aktywnymi użytkownikami mediów społecznościowych pod względem rekrutacyjnym, portale z ofertami pracy pozostają dla nich kluczowym źródłem ofert. Korzysta z nich 67% badanych szukających pracy w grupie 18-24.
Z pozostałych źródeł wspierających poszukiwanie pracy Polacy najchętniej sięgają po rekomendacje oraz rady znajomych i rodziny – konsultowanie się z nimi deklaruje blisko co drugi badany (47%).
Nasze badania pokazują wyraźnie wpływ nowych mediów na zwyczaje rekrutacyjne Polaków. Chcąc dotrzeć do kandydata, pracodawca powinien być tam, gdzie on zagląda na co dzień. Po pierwsze są to wysoko pozycjonowane w wyszukiwarkach serwisy pracy i dobrze oceniane aplikacje mobilne. Po drugie budowanie marki pracodawcy na Facebooku czy Instagramie. Te kanały trafiają nie tylko do młodych, ale również do doświadczonych specjalistów. To dobre miejsce by pokazać firmę i zainteresować nią kandydatów. Tradycyjna zakładka kariera na stronach pracodawców nie będzie gwarantowała szerokich zasięgów. Do ogłoszeń zamieszczanych na stronach karier docierają najczęściej osoby, które dobrze znają daną firmę i regularnie zaglądają na firmową witrynę. Zmieniające się zwyczaje kandydatów to wyzwanie, ale też szansa dla firm, które chcą się wyróżnić – podsumowuje Małgorzata Skonieczna.
O BADANIU
Badanie „Polacy w środowisku pracy” zostało zrealizowane w grudniu 2020 roku przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie portalu Pracuj.pl metodą CAWI (profesjonalnego formularza internetowego). Pomiar został przeprowadzony na próbie 1022 osób, reprezentatywnej dla populacji osób czynnych zawodowo w wieku 18-65 pod względem płci, wieku, poziomu wykształcenia i wielkości miejscowości. Celem projektu było poznanie opinii czynnych zawodowo Polaków na temat rynku pracy, kariery, sposobów poszukiwania pracy i zawodowego stylu życia.
Zdecydowana większość klientów i sprzedawców przebadanych przez SW RESEARCH pozytywnie ocenia swoje doświadczenia z serwisami elektroniki w Polsce. Badania zostały przeprowadzone na zlecenie firmy FIXIT SA, która specjalizuje się w usługach opieki posprzedażowej. To pierwsze takie badania w Polsce. Wyniki dostarczają ciekawych informacji na temat Customer Experience na rynku napraw elektroniki użytkowej w naszym kraju. Wskazują m.in. na to, czego brakuje na stronach internetowych, które w obecnej sytuacji zyskały na znaczeniu.
Pierwsze takie badania w Polsce
W dzisiejszych czasach elektronika użytkowa otacza nas z każdej strony. Nie brakuje zatem także serwisów naprawiających tego typu sprzęt. Do tej pory nikt w Polsce nie zbadał jednak, jakie doświadczenia w kontaktach z takimi firmami mają zarówno klienci, jak i sprzedawcy. Pierwsze tego typu badania zostały zrealizowane przez agencję SW RESEARCH na zlecenie firmy FIXIT SA. To firma od 2003 roku specjalizująca się w dostarczaniu producentom elektroniki oraz indywidualnym użytkownikom spersonalizowanych usług opieki posprzedażowej, które pomagają współtworzyć unikalne Customer Experience.
Serwisy elektroniki oceniane pozytywnie
Kontakt z serwisami elektroniki jest oceniany podobnie pozytywnie zarówno przez klientów (84,8% pozytywnych ocen), jak i sprzedawców (81,4%) – wynika z badania przeprowadzonego przez SW RESEARCH na zlecenie firmy FIXIT SA. Pierwsza grupa respondentów najlepiej oceniła czas odpowiedzi (79,2%), przejrzystość informacji o kosztach naprawy (78,9%), wiedzę konsultantów na dany temat (77,9%) oraz zaangażowanie serwisu w naprawę (77,1%). Zdecydowana większość klientów (75,3%) otrzymała naprawione urządzenie do tygodnia. Sprzedawcy najbardziej pozytywnie ocenili natomiast skuteczność i jakość napraw (83,3% pozytywnych ocen), łatwość zgłaszania reklamacji (81,5%) oraz przestrzeganie terminów (81,5%).
Strony internetowe przejrzyste, ale mało funkcjonalne
Pandemia koronawirusa zdecydowanie wpłynęła na sposób obsługi klienta. Wiele działań z tego zakresu przeniosło się do sieci. Na znaczeniu zyskały zatem internetowe rozwiązania. Ważne jest więc to, że zdecydowana większość badanych konsumentów (83,8%) pozytywnie oceniła prostotę działania stron internetowych serwisów i łatwość poruszania się po nich. Okazuje się jednak, że brakuje na nich wielu przydatnych funkcji, które pomagają budować pozytywne Customer Experience klientów w internecie i ułatwiają ich obsługę.
Wskazania respondentów pokazują, że nieczęsto strony www serwisów oferują możliwość sprawdzenia, na jakim etapie naprawy jest sprzęt (32,4%), zarejestrowania swojego produktu w bazie serwisu w celu uzyskania informacji o nowych wersjach oprogramowania (29,7%) czy nawet dokonania zmiany adresu i daty odesłania sprzętu (27%). Jeszcze rzadziej umożliwiają one dosłanie dowodu zakupu (21,6%). Co piąta strona internetowa serwisu elektroniki (21,6%) nie posiada żadnej z wymienionych funkcji. To niezbyt pozytywna wiadomość w czasie, w którym internet jeszcze bardziej zyskał na znaczeniu pod względem biznesowym.
W czasie globalnej pandemii koronawirusa Customer Experience zdecydowanie zyskało na znaczeniu. Na własnym przykładzie widzimy, jak ważna w tym okresie jest odpowiednia obsługa – zarówno klientów, jak i sprzedawców. Na podstawie wyników przeprowadzonych badań można wyciągnąć wiele wniosków na temat tego, jak ją usprawnić. Warto m.in. zadbać o przejrzystość strony internetowej i wdrożyć na niej nowe rozwiązania. Taka platforma powinna umożliwić np. zarejestrowanie produktu w bazie serwisu czy sprawdzenie, na jakim etapie naprawy jest urządzenie. To także dobry moment na to, by pomyśleć o dedykowanej aplikacji – mówi Mariusz Ryło, CEO FIXIT SA.
*Badania zostały przeprowadzone metodą wywiadów online (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W badaniu wzięło udział 506 respondentów, którzy mieli doświadczenie z oddawaniem urządzeń do serwisów napraw urządzeń oraz 54 sprzedawców elektroniki, którzy kontaktują się z takimi serwisami. Dla obu grup przygotowano osobne kwestionariusze. Dla analizy statystycznej większości odpowiedzi zastosowano metody ilościowe, natomiast odpowiedzi z pytań otwartych zostały poddane ilościowej analizie danych jakościowych. Pełną wersję raportu prezentującego wyniki badań* przeprowadzonych przez agencję SW RESEARCH na zlecenie firmy FIXIT SA można pobrać za darmo pod adresem: https://cxreport.fixit-service.com
Dotychczas pandemia nie odbiła się negatywnie na finansach emerytów, którzy w 2021 rok wchodzą z niższym o ponad 100 mln zł zadłużeniem niż 12 miesięcy temu. Z danych Krajowego Rejestru Długów wynika, że osoby znajdujące się obecnie na emeryturze mają do oddania ponad 6,4 mld zł. Pomimo tego, że ogólna liczba dłużników i zobowiązań spadły niepokoić może fakt, że statystyczny senior zalega ze spłatą na kwotę ponad 18 tys. zł, to więcej niż przed rokiem.
Na początku i w trakcie epidemii koronawirusa eksperci prognozowali, że może ona wpłynąć negatywnie na finanse osobiste Polaków. Porównując styczeń 2021 z początkiem ubiegłego roku widać jednak, że akurat w przypadku emerytów, suma zaległości w bazie Krajowego Rejestru Długów spadła o ponad 100 mln zł. To jedyna grupa wiekowa, która w minionym roku spłaciła część swojego zadłużenia. Zmniejszyła się również liczba zadłużonych kobiet po 60. roku życia i mężczyzn po 65. roku. Jest ich obecnie 355 tys. osób, o 21 tys. mniej niż przed rokiem. Wpływ na lepszą, niż można się było spodziewać, sytuację finansową seniorów miało kilka czynników.
– Pandemia nie mogła wpłynąć znacząco na spadek miesięcznych przychodów seniorów, ponieważ wypłatę emerytury, która podlega jeszcze waloryzacji, więc nie traci na wartości, mają zagwarantowaną niezależnie od sytuacji. W 2020 r. do wszystkich seniorów trafiła również tzw. trzynastka, czyli dodatkowe świadczenie, które będzie kontynuowane w kolejnych latach. Nie bez znaczenia był także fakt, że jako główna grupa zagrożonych zarażeniem, znacznie ograniczyli wyjścia z domu, a co za tym idzie również wydatki. Oczywiście duża część z nich musiała się sobie poradzić ze stałymi opłatami w postaci, np. zapłaty za leki lub potrzebne zabiegi, jednak podobnie, jak większość Polaków, nie wiedząc, jak rozwijać się będzie pandemia, zaczęli jeszcze uważniej oglądać każdy grosz przed wydaniem – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.
Najtrudniejszy początek emerytury
W przeciwieństwie do innych grup w wiekowych, w przypadku emerytów, to panie mają więcej do oddania – ponad 3,5 mld zł przy 2,8 mld zł mężczyzn. Stanowią również większość (58 proc.) wszystkich zadłużonych seniorów. Sam moment przejścia na emeryturę jest jednak trudniejszy dla mężczyzn. 65-letnich mężczyzn jest w bazie KRD o połowę więcej niż 60-latek. Proporcja wyrównuje się dopiero wśród 70-latków. Wówczas liczba seniorek i seniorów się równoważy. Wpływ na to ma jednak struktura wiekowa społeczeństwa – według danych GUS, średnia długość życia mężczyzn i kobiet w Polsce to odpowiednio prawie 74 i 82 lata.
Wśród emerytów najbardziej zadłużoną grupą wiekową są właśnie 65-latkowie, który mają także największą liczbę zobowiązań wobec wierzycieli. Te osoby muszą oddać prawie 627 milionów złotych. Ich zadłużenie nie wynika z faktu przejścia na emeryturę, a tym samym odchudzenia portfela, a raczej ze zobowiązań zaciągniętych w poprzednich latach. Zmniejszenie dochodów niewątpliwie nie poprawia zdolności do ich spłaty.
Młodzi rzadziej proszą o pomoc
Z danych ZUS wynika, że średnia emerytura w Polsce po III kwartale 2020 r. wyniosła ok. 2 377 zł. Biorąc pod uwagę fakt, że średnie zadłużenie osoby w wieku emerytalnym wynosi ponad 18 tys. zł, statystycznie jeden senior musiałby przeznaczyć prawie 8 wypłat emerytalnych, żeby spłacić wszystkie zobowiązania. Jasnym jest jednak, że nikt nie poświęci całej emerytury w miesiącu na spłatę, dlatego zazwyczaj trwa to znacznie dłużej.
– Przy mniejszej liczbie dłużników i niższej niż rok temu kwocie zobowiązań, za niepokojący należy uznać wzrost o blisko 750 zł średniego zadłużenia. To prawie 1/3 przeciętnej emerytury. A należy przecież pamiętać, że budżety seniorów ze względu na stałe opłaty oraz częsty zakup leków, czy zabiegów, są zazwyczaj bardzo ciasne. Zdarza się również, że w pierwszej kolejności starają się pomóc młodszym członkom swojej rodziny, którzy akurat potrzebują pomocy. Z danych KRD z końca 2020 roku wynika jednak, że młodzi coraz częściej są w stanie sami wziąć na siebie obciążenia kredytowe i nie przychodzą już tak często z prośbą o pomoc do swoich dziadków – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.
Największe kłopoty ze spłatą zobowiązań mają seniorzy z województwa śląskiego. Prawie 57 tys. emerytów musi oddać wierzycielom 1,08 miliarda złotych. Zaraz za nimi są ich rówieśnicy z Mazowsza (866 mln zł.), a niechlubną trójkę zamykają emeryci z Dolnego Śląska (618 mln zł.). Najwięcej do oddania ma z kolei przeciętny senior z województwa mazowieckiego (20,4 tys. zł), opolskiego (19,6 tys. zł) oraz śląskiego (19 tys. zł). Problem zadłużenia wśród emerytów dotyczy głównie mieszkańców miast, którzy muszą oddać ponad 5,3 mld zł.
Enefit, spółka należąca do estońskiej grupy Eesti Energia, jednego z największych wytwórców energii elektrycznej w krajach bałtyckich, podsumowuje kolejny udany rok. Pomimo tego, że branża energetyczna doświadczyła negatywnych skutków obostrzeń związanych z pandemią, Enefit podpisał w 2020 r. największą w historii Grupy umowę sprzedaży energii. Kontrakt pokrywający całe zapotrzebowanie energetyczne Orange Polska, obejmuje także realizację jednej z pierwszych na polskim rynku w 100% fizycznych umów typu Corporate PPA.
– Pomimo obostrzeń związanych z pandemią, które dotknęły niektórych naszych klientów, powodując spadek zapotrzebowania na energię, zaliczamy ubiegły rok do udanych. Jako spółka sukcesywnie rośniemy. W 2020 r. obserwowaliśmy też wzrost dynamiki sprzedaży w porównaniu do roku poprzedniego i odnotowaliśmy większą sprzedaż gazu niż pierwotnie zakładaliśmy – mówi Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający Enefit w Polsce.
Sprzedaż energii i gazu
W ubiegłym roku Enefit sprzedał w Polsce 1,7 TWh energii elektrycznej i 800 GWh gazu. Umowy jednoroczne oraz dwu i trzyletnie były podpisywane zarówno w formule tradycyjnej po cenie stałej (FIX), jak również w formie umów na produkty klikane/transzowe.
Oferta firmy kierowana jest do segmentu małych i średnich przedsiębiorstw, jak również największych odbiorców przemysłowych. Enefit współpracuje z 756 klientami biznesowymi i dostarcza obecnie energię dla podmiotów z takich sektorów jak: FMCG, handel, przemysł ciężki i lekki, logistyka, służba zdrowia i segment hotelarsko-gastronomiczny. W 2020 roku do grona klientów Enefit dołączył operator usług telekomunikacyjnych – Orange Polska.
Przez większą część roku najczęściej sprzedawaną usługą z oferty Enefit był „FIX” – produkt oparty na sprzedaży energii po cenach stałych. Wyjątek stanowił drugi kwartał, kiedy największą popularnością, zwłaszcza wśród odbiorców przemysłowych, cieszył się model klikany „KLIK”, czyli zakup energii w transzach, po cenie ustalanej w oparciu o aktualną sytuację rynkową.
Przełomowa umowa Corporate PPA
W ubiegłym roku Enefit obserwował wśród klientów duże zainteresowanie długoterminowymi kontraktami na dostawę energii ze źródeł odnawialnych. Umowa podpisana z Orange Polska nadaje Enefitowi rolę integratora umożliwiającego klientowi podpisywanie w tym czasie Corporate PPA z wytwórcami energii z OZE.
– Zdecydowanie naszym największym sukcesem w ubiegłym roku było podpisanie umowy z Orange Polska na dostawę 510 GWh energii elektrycznej rocznie. To nie tylko rekordowa transakcja w historii całej Grupy Eesti Energia, ale też pierwszy na polskim rynku Corporate PPA, który zapewnia fizyczne dostawy energii do kilkunastu tysięcy rozproszonych punktów odbioru. Przewidujemy, że zainteresowanie tym modelem wśród dużych firm będzie w najbliższych latach coraz większe – mówi Maciej Kowalski.
Działalność w segmencie OZE
Enefit oferuje także rozwiązania w zakresie sprzedaży instalacji PV dla potencjalnych wytwórców energii z sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Świadczy również usługi z obszaru zakupu energii elektrycznej i bilansowania handlowego (POB) dla wytwórców energii ze źródeł odnawialnych – w ubiegłym roku Enefit zakontraktował łącznie 106 GWh.
Działalność Spółki w obszarze OZE wpisuje się w strategię całej Grupy. Eesti Energia dąży do tego, aby do 2024 roku wytwarzać 43% energii elektrycznej i ciepła ze źródeł odnawialnych.
Drugą działającą na polskim rynku spółką, należącą do Grupy Eesti Energia, jest Enefit Green. Jej działalność skupia się na pozyskiwaniu energii ze źródeł odnawialnych. Na terenie Polski Enefit Green posiada 19 elektrowni słonecznych o łącznej mocy zainstalowanej przekraczającej 18 MW. Grupa Eesti Energia ma ambicje zwiększenia produkcji zielonej energii w Polsce i planuje kolejne inwestycje w tym obszarze, głównie w zakresie energii słonecznej.
W celu sprostania wzrostowi liczby przesyłek transgranicznych, przy których kluczowe znaczenie ma czas dostarczenia, DHL Express inwestuje w nowe samoloty.
Osiem nowych, wysoko wydajnych frachtowców Boeing 777 przybliża przewoźnika do realizacji strategii zerowej emisji.
Cała flota DHL Express składa się obecnie z ponad 260 wyspecjalizowanych samolotów. Firma współpracuje z 17 partnerskimi liniami lotniczymi obsługującymi dziennie ponad 600 lotów w 220 krajach i terytoriach.
DHL Express i Boeing poinformowali, że globalna firma logistyczna złożyła zamówienie na osiem frachtowców Boeing 777. Celem inwestycji jest rozbudowa międzykontynentalnej sieci lotniczej międzynarodowego przewoźnika. Wykorzystanie nowych samolotów pomoże zaspokoić rosnące zapotrzebowanie klientów oraz partnerów DHL na przesyłki ekspresowe. Pierwsza dostawa nowych frachtowców planowana jest na 2022 rok.
Odpowiedź DHL Express na duże wzrosty w e-commerce
– Zakup 8 nowych frachtowców firmy Boeing ma na celu sprostać rosnącemu zapotrzebowaniu klientów na międzynarodowe przesyłki ekspresowe. Jak wynika z analiz Statista.com[1], wartość globalnej sprzedaży detalicznej wzrośnie z 23 do 25 bilionów dolarów w bieżącym roku oraz do prawie 27 bilionów dolarów w następnym – komentuje Edwin Osiecki, wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu w DHL Express Poland. – Jako wiodącą firma logistyczna na świecie chcemy być przygotowani na przyszłe potrzeby klientów i rynku. Warto podkreślić, że do kluczowych aspektów dla klienta należą szybkość dostawy i skuteczność doręczeń. Zakup nowych samolotów również wspomoże nas w realizacji tych oczekiwań. – dodaje.
– Mimo że obecny kryzys ograniczył funkcjonowanie kilku dziedzin życia, światowy handel nie stanął w miejscu – mówi John Pearson, prezes DHL Express. – Dzięki globalizacji, cyfryzacji i bezprecedensowemu popytowi naszych klientów w czwartym kwartale, nasz globalny wolumen e-commerce wzrósł o ponad 40 proc. Jesteśmy przekonani, że wzrost handlu elektronicznego jest trwałym megatrendem, dlatego z początkiem tego roku zdecydowaliśmy się zamówić osiem nowych, szerokokadłubowych samolotów frachtowych – dodaje.
Boeing 777 Freighter to największy na świecie, najdłuższy i najbardziej wydajny dwusilnikowy frachtowiec o zasięgu 9.200 km (4.970 mil morskich) i maksymalnej ładowności 102.010 kg. Wyróżnia się niezawodnością i pomoże zrealizować cele strategii zerowej emisji do 2050 r. Oszczędna technologia zużycia paliwa zmniejsza emisję CO2 o 18 proc. w porównaniu z wykorzystywanym do tej pory modelem B747-400. Włączenie do floty nowych samolotów pozwoli DHL Express zmniejszyć liczbę postojów i obniżyć związane z tym opłaty za lądowanie na trasach długodystansowych.
Odbiór dodatkowych 10 samolotów B777F
– DHL zarządza potężną, międzynarodową siecią. Grupa od ponad dekady używa wydajnych samolotów Boeing 777 Freighter. Jesteśmy zaszczyceni, że DHL złożyło nam kolejne, duże zlecenie. Jest to szczególnie ważne w dzisiejszych czasach, zważywszy na niezwykle istotną rolę, jaką odgrywa ten międzynarodowy przewoźnik w dystrybucji szczepionek przeciwko COVID-19 – powiedział Ihssane Mounir, starszy wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu The Boeing Company.
Niedawno DHL Express odebrał 10 nowych samolotów B777F z wcześniejszego zlecenia na 14 maszyn, złożonego w 2018 roku. Dzięki temu, firma była w stanie zaspokoić bezprecedensowe zapotrzebowanie klientów w szczytowym okresie wysyłkowym w czwartym kwartale 2020 r.
Zgodnie z badaniem „Boeing World Air Cargo Forecast 2020”, w ciągu najbliższych 20 lat na świecie przewidywany jest 60% wzrost zapotrzebowania na nowe samoloty transportowe. Wynika to z rosnącego popytu na transgraniczne przesyłki ekspresowe, w których DHL Express jest liderem. Z tego powodu niemieckie przedsiębiorstwo oraz firma Boeing zawarły wstępne porozumienie dotyczące zakupu czterech dodatkowych samolotów.
Poprzez ciągłą modernizację floty, DHL Express wspiera rozwój globalnego handlu. Firma wykorzystuje ponad 260 wyspecjalizowanych samolotów z 17 partnerskimi liniami lotniczymi realizując dziennie ponad 600 lotów w 220 krajach i terytoriach.
[1] Statisa.com, Total retail sales worldwide from 2018 to 2022
Strategia rozwoju Platige Image S.A. na lata 2021-2025 zakłada ewolucję modelu biznesowego Spółki do modelu hybrydowego łączącego działalność w dotychczasowych obszarach usług serwisowych, z rozwojem projektów własnych (IP) w zakresie produkcji gier komputerowych (game development) oraz seriali i filmów (film development) z wykorzystaniem istniejących struktur produkcyjnych oraz uzupełnieniem brakujących kompetencji.
Strategia jest odpowiedzią na obserwowany w ostatnim czasie dynamiczny rozwój obszaru gier oraz zmieniające się trendy na rynku produkcji filmowej i serialowej, w tym w szczególności na zmiany wywołane pandemią Covid-19 zarówno w obszarze wewnętrznym (zarządzanie projektami, model pracy), jak też zewnętrznym (zmiany otoczenia rynkowego, trendów popytowych, technologii), w zestawieniu z posiadanymi przez Spółkę zasobami i kompetencjami oraz możliwościami ich efektywnego wykorzystania w nowych warunkach gospodarczych.
W obszarze usług serwisowych kluczową sferą rozwoju będzie animacja 3D. Strategia zakłada dalszy rozwój usług animacyjnych dla szybko rosnącego sektora game development (cinematiki i kontent „in game”), a także pozyskiwanie zleceń produkcyjnych w zakresie projektów serialowych zarówno dla sektora game development jak i na potrzeby platform streamingowych. Planowany jest także dalszy rozwój usług tworzenia efektów specjalnych (VFX) na potrzeby filmów i seriali.
Spółka planuje rozwój usług serwisowych w zakresie tzw. wirtualnej produkcji (virtual set) – obsługę projektów filmowych i reklamowych w zakresie dostarczania kontentu oraz obsługi planów zdjęciowych z wykorzystaniem ekranów LED.
Kontynuowana i rozwijana będzie także działalność w zakresie usług produkcji i postprodukcji reklamowej oraz usług na rzecz sektora broadcast, organizacji eventów oraz sektora entertainment.
Jednym z głównych filarów ma być rozwój technologiczny i wykorzystanie najnowszych dostępnych technologii w produkcji contentu.
W obszarze projektów własnych (rozwój własnych IP) Spółka planuje rozwój w dwóch obszarach – produkcji gier komputerowych (game development) oaz produkcji filmów i seriali (film development)
W obszarze game development Spółka planuje wykorzystać posiadane kompetencje w zakresie tworzenia grafiki komputerowej dla branży game development, rozbudowując je istotnie o kompetencje w zakresie produkcji i sprzedaży gier. Przewiduje się produkcję gier w różnych możliwych modelach n.in.: pozyskanie zespołów deweloperskich i tworzenie spółek celowych, zawiązanie spółek celowych z innymi deweloperami, produkcją gier in house, koprodukcja gier z innymi deweloperami i odpowiedzialność za wizualną stronę gry.
Projekty w obszarze film development dotyczyć będą filmów i seriali animowanych oraz live action. Wdrożony zostanie model pracy z budową portfela pomysłów własnych o charakterze IP, pozyskiwania pomysłów zewnętrznych, oceną ich komercyjnego potencjału, możliwości finansowania i optymalnej kosztowo produkcji.
Strategia na najbliższe 5 lat zakłada wykorzystanie najmocniejszych kompetencji Platige do dalszego rozwoju poprzez realizację zarówno projektów serwisowych jak i własnych. W najbliższej przyszłości zamierzamy postawić większy nacisk na ich rozwój, który będzie możliwy dzięki wykorzystaniu naszego doświadczenia, połączonego z rozwiniętymi kompetencjami kreatywnymi i wciąż rozwijanym zapleczem technologicznym. – wyjaśnia Karol Żbikowski, CEO Platige Image.
– Autorskie projekty są nieodłącznym elementem DNA Platige od początku istnienia studia. W najbliższej przyszłości zamierzamy postawić większy nacisk na rozwój projektów własnych, który będzie możliwy dzięki wykorzystaniu naszego doświadczenia, połączonego z rozwiniętymi kompetencjami kreatywnymi i wciąż rozwijanym zapleczem technologicznym.– komentuje Piotr Sikora, Wiceprzewodniczący Rady Nadzorczej.
Grupa ROBYG inwestuje w innowacyjną technologię dezynfekcji biur sprzedaży przy pomocy nowoczesnych urządzeń Aura Air. To najinteligentniejsza na świecie technologia dezynfekowania powietrza, która jednocześnie monitoruje jego jakość w czasie rzeczywistym. Korzystanie opatentowanego i zatwierdzonego przez EPA sterylizatora i filtra promieni, a także diod LED UVC neutralizuje bakterie, wirusy, grzyby, pleśnie, czy zapachy. Urządzenia są sterowane za pomocą aplikacji mobilnej.
„Technologia Aura Air odpowiada na potrzeby ochrony sanitarnej przed koronawirusem i powstała we współpracy z Oddziałem Chirurgii Ogólnej i Onkologicznej Centrum Medycznego Chaim Sheba – jednego z najlepszych centrów medycznych w Izraelu. Urządzenia są skuteczne w dezynfekcji i oczyszczaniu powietrza z wielu zanieczyszczeń. Wyniki wykazują niezwykłą zdolność technologii do dezynfekcji patogenów: bakterii, wirusów, grzybów, etc. Wraz z wybuchem pandemii COVID-19 globalne środowisko medyczne zaleca zapobieganie zakażeniom bakteryjnym i ochronę przed rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2, a Grupa ROBYG wdraża tak zaawansowaną technologię jako pierwsza w Polsce” – mówi Eyal Keltsh, wiceprezes zarządu ROBYG SA.
Technologia Aura Air, która zostanie zainstalowana w każdym biurze sprzedaży ROBYG obejmuje:
Filtr wstępny – usuwa duże cząsteczki kurzu, pyłki, owady, sierść zwierząt i inne duże cząsteczki. Filtr wstępny odgrywa kluczową rolę w utrzymaniu jakości urządzenia.
Opatentowany Ray-Filter ™ składa się z trzech części:
Filtra HEPA –skuteczny w 99,98% filtr cząstek stałych o wielkości 0,3 mikrona
Warstwy węglowej, która pochłania LZO i brzydkie zapachy
Inteligentnej tkaniny miedzianej – materiał składający się z miedzianego filtra warstwowego, który filtruje wirusy, bakterie i wiele innych zanieczyszczeń
UVC LED – skuteczny w neutralizowaniu bakterii, wirusów i pasożytów przez niszczenie białek błony komórkowej
Sterylizator™ – komponent oparty na technologii bipolarnej jonizacji. Sterylizator generuje jony dodatnie i ujemne – podobnie, jak te występujące w przyrodzie – które oczyszczają i odświeżają powietrze w pomieszczeniach, eliminując wymienione powyżej szkodliwe zanieczyszczenia. Neutralizuje bakterie, wirusy i pasożyty przez niszczenie białek błony komórkowej.
Ponadto Grupa ROBYG wprowadziła systematyczne testy pracowników biur sprzedaży i budów na obecność przeciwciał wirusa SARS-CoV-2. Testy będą prowadzone dla każdego raz w tygodniu. Dzięki temu zwiększona zostanie ochrona zarówno załogi, jak i klientów firmy. Firmy, które finansują swoim pracownikom systematyczne badania umożliwiające wykrycie osób potencjalnie zarażonych koronawirusem SARS-CoV-2 apelują, by takie działania stały się nowym standardem w obsłudze klienta w dobie pandemii. ROBYG od wielu miesięcy pracuje zgodnie z wytycznymi GIS, stosuje środki ochronne dla pracowników i klientów, prowadzi też cykliczne dezynfekcje i ozonowanie wszystkich biur minimum dwa razy w tygodniu. ROBYG to 25.000 sprzedanych lokali i ponad 100.000 zadowolonych klientów.
Grupa ROBYG podjęła liczne działania związane z pomocą w obliczu epidemii koronawirusa – aktywnie wspierała potrzebujących, seniorów i Powstańców oraz instytucje medyczne podczas pandemii koronawirusa. Łącznie spółka przekazała w całym 2020 roku 258 tysięcy złotych na wsparcie i dofinansowania. ROBYG wspiera potrzebujących we wszystkich miastach, w których prowadzi działalność: Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu i Poznaniu. Spółka nie dokonała także zwolnień podczas epidemii i zachowała miejsca pracy w poczuciu odpowiedzialności za około 3000 rodzin, którym Grupa zapewnia przychody.
Krzysztof Pawlak, główny dealer walutowy serwisów InternetowyKantor.pl i Walutomat, został najlepszym traderem 2020 roku. Konkurs Liga Traderów organizowany jest co roku pod patronatem Comparic.pl.
W IX edycji Ligi Traderów startowało 90 ekspertów walutowych, którzy w ciągu ostatniego kwartału 2020 roku typowali kursy par walutowych. Zwycięzcą okazał się Krzysztof Pawlak, dealer znanych serwisów wymiany walut, który startował pod pseudonimem Antilo.
– Tu nie startują gracze z przypadku, a poziom rywalizacji jest naprawdę wysoki, dlatego wygrana bardzo mnie cieszy – komentuje zwycięzca.
Krzysztof Pawlak „Antilo”, zwyciężył w 70 proc. spotkań. Także 70 proc. oddanych przez niego typów było trafionych. To był klucz do sukcesu. W 2019 roku Krzysztof Pawlak był czwarty w tej rywalizacji.
Liga Traderów to jeden z najstarszych i najbardziej znanych konkursów traderskich w Polsce. Liga łączący trading z emocjami rywalizacji. Zawodnicy typują kursy w bezpośrednich pojedynkach. W tygodniu odbywają się 2 typowania. Cała liga trwa trzy miesiące.
Oficjalne obostrzenia i indywidualne obawy o własne zdrowie spowodowały, że kupujący zaczęli bywać w sklepach rzadziej i spędzać w nich mniej czasu. To przełożyło się na większe jednorazowe wydatki, wybór sklepów położonych blisko domu i przyspieszenie rozwoju e-handlu. Zmieniła się także zawartość koszyka. Częściej wkładamy do niego produkty prozdrowotne. Wciąż jednak istotnym elementem wyboru jest dziś – i według firmy badawczej Mintel pozostanie – cena.
– Konsumenci stali się bardziej ostrożni wskutek zachwiania sytuacji ekonomicznej. Zakupy są bardziej przemyślane, koszyk zakupowy oscyluje w kierunku dóbr podstawowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Honorata Jarocka, Senior Food and Drink Analyst w firmie Mintel. – Nasze dane dla rynku polskiego mówią o tym, że ponad połowa respondentów deklaruje, że w sklepie spędza mniej czasu, nie tylko z powodu obaw, ale też żeby zrobić miejsce innym kupującym. Więcej też gotujemy w domu, a to też się przekłada na to, co wybieramy w sklepach.
W koszykach Polaków, zwłaszcza podczas pierwszego, wiosennego lockdownu, znalazło się więcej produktów o długim terminie przydatności do spożycia, takich jak oleje, kasze, makarony, oraz takich, z których można przygotować posiłki w domu. Spadło natomiast znaczenie dań gotowych i produktów kupowanych pod wpływem impulsu, takich jak np. wafelki, batoniki czy lody jednoporcjowe.
Większa dbałość o zdrowie przejawiła się w wybieraniu warzyw i owoców, jogurtów funkcjonalnych czy suplementów diety wspierających odporność. Ponieważ z jednej strony konsumenci starali się oszczędzać, a z drugiej produkty prozdrowotne cechują się zwykle wyższymi cenami, na znaczeniu zyskały sklepy dyskontowe. Z danych sprzedażowych Biedronki na przykład wynika, że w całym 2020 roku jej przychody zwiększyły się o 10,4 proc. Zyskały także mniejsze sklepy osiedlowe i supermarkety, gdyż klienci starali się zaopatrywać w pobliżu domu.
– Jest tutaj jeszcze dużo do zrobienia w kwestii przystępności cenowej. Zawsze podkreślamy, że wartości dodane, prozdrowotne powinny być przystępne cenowo. W tę potrzebę wpisują się marki własne. Dobrym kierunkiem jest to, że bardzo dużo marek lokalnych, rodzimych rozwija się w tej kategorii. To też wpływa na to, że te produkty są przystępniejsze, pojawiają się w portfolio marek masowych, w związku z czym jest ich więcej, a to wymusza pewne obniżki cenowe – wyjaśnia ekspertka Mintela. – Cena zawsze była ważna dla konsumenta, szczególnie na rynku polskim. Aż 44 proc. Polaków wskazuje na to, że w postpandemicznej rzeczywistości niska cena nadal będzie bardzo ważnym atrybutem zakupowym.
Bardzo wyraźnym i naturalnym w tej sytuacji trendem jest rozwój sprzedaży online. Sieci handlowe wchodzą w porozumienie z firmami dostawczymi, takimi jak Glovo czy Stava, których głównymi klientami przed pandemią były restauracje. Wiele z nich rozbudowuje także system „kliknij i odbierz”, przy czym odbiór możliwy jest zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i paczko- czy lodówkomatach.
Według Głównego Urzędu Statystycznego w listopadzie 2020 roku, podczas drugiego, „miękkiego” lockdownu wartość sprzedaży detalicznej przez internet wzrosła wobec października o 47,9 proc., a jej udział w sprzedaży ogółem zwiększył się z 7,3 proc. w październiku br. do 11,4 proc. w listopadzie br. Jednak w przypadku żywności wciąż jest on dużo niższy.
– Perspektywy wzrostu na pewno są bardzo duże. Nawet starsi konsumenci są coraz bardziej obeznani, jak zamawiać online. Zyskali na poczuciu bezpieczeństwa i pewności, że zakupy będą zrealizowane tak, jak oni by tego chcieli. Na pewno wymaga to dalszych dużych inwestycji. Cała infrastruktura, dowozy wciąż są kluczową barierą, ale na pewno perspektywa jest rosnąca – komentuje Honorata Jarocka. – Ciekawym kierunkiem jest to, że same marki spożywcze organizują swoje własne sklepy internetowe po to, aby być bardziej wygodnym dla lojalnych konsumentów, którzy tych produktów będą kupować więcej, chcąc zapewnić sobie zapasy.
Większość tych trendów – zarówno jeśli chodzi o rozwój e-sklepów, jak i bardziej rozważny wybór produktów, nacisk na ich prozdrowotne właściwości, nie tylko dla ciała, ale i ducha – może pozostać aktualna także po pandemii. Wpisuje się to także w obecny już od kilku lat trend „zero waste”, czyli niemarnowania produktów i niewyrzucania żywności.
Kolejnym ważnym trendem będzie personalizacja komunikacji z klientem. To w dobie pandemii stało się bardzo popularne dzięki mediom społecznościowym. Tym bardziej że potrzeby konsumentów pod wpływem różnych wydarzeń mogą zmieniać się bardzo szybko, co utrudnia ich monitorowanie i zaspokajanie.
– Uważam, że to jest bardzo dobry kierunek, ponieważ dzięki temu marki mogą uzyskać informacje z rynku, mogą też testować swoje koncepty produktowe – wskazuje analityczka firmy Mintel. – Jednym z ciekawych przykładów była komunikacja producenta Jogurty Magda, gdy wprowadzali jogurty roślinne PlantOn. Bardzo uważnie w mediach społecznościowych słuchali konsumentów, którzy np. zgłaszali, że produkt świetny, o dobrym składzie, ale zawiera cukier. I wypuścili wariant bez cukru. Teraz są już firmą w pełni roślinną. Wydaje mi się, że już odchodzimy od masowego komunikatu, masowego podejścia do słuchania konsumenta, widzimy też budowanie communities, czyli grup konsumentów wokół danej marki. To jest kierunek, który pozwoli firmom szybciej wyłapywać niuanse, a dzięki temu umacniać swoją pozycję na rynku.
Terapia CAR-T wykorzystuje własny układ odpornościowy pacjenta i zaawansowaną inżynierię genetyczną do walki z nowotworem. Potrafi całkowicie wyleczyć część chorych na ostrą białaczkę limfoblastyczną, jest też skuteczna u około połowy pacjentów chorych na chłoniaka rozlanego. Na razie stosuje się ją w określonych wskazaniach opornych lub nawrotowych nowotworów krwi, ale na całym świecie trwają badania kliniczne, które mają sprawdzić skuteczność tej metody w innych chorobach nowotworowych. Lekarze i eksperci określają ją mianem przełomu w leczeniu nowotworów. Terapie CAR-T są już zarejestrowane i refundowane w co najmniej kilkunastu krajach Europy, a w Polsce w tym roku mają ruszyć rozmowy Ministerstwa Zdrowia z firmami farmaceutycznymi dotyczące jej finansowania.
– Terapia CAR-T jest bardzo zindywidualizowana, bo jest oparta na komórkach własnych człowieka, które mają zmieniany materiał genetyczny i wracają niejako do organizmu, aby walczyć z chorobą nowotworową. To jest zupełnie nowe otwarcie i zupełnie nowe podejście do terapii chorób – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Marcin Czech, kierownik Zespołu ds. Zakażeń Szpitalnych w Instytucie Matki i Dziecka, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia w latach 2017–2019.
– Każdy z nas ma komórki odpornościowe zdolne do walki z rakiem, ale jest ich stosunkowo mało. Kiedy nowotwór jest rozwinięty, one nie są w stanie sobie z nim poradzić. Terapia CAR-T polega na tym, że pobieramy z krwi pacjenta jego komórki odpornościowe, zwane limfocytami T, które trafiają do laboratorium, gdzie są genetycznie przeprogramowywane. Wprowadza się im specjalny gen, który pozwala rozpoznawać antygeny komórek nowotworowych. W laboratoriach są też stymulowane i namnażane tak, żeby było ich jak najwięcej. Później trafiają z powrotem do krwioobiegu pacjenta i rozchodzą się po organizmie, gdzie wyszukują i niszczą komórki nowotworowe – tłumaczy prof. dr hab. n. med. Sebastian Giebel, kierownik Kliniki Transplantacji Szpiku i Onkohematologii w Narodowym Instytucie Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie, Oddział w Gliwicach.
Terapie CAR-T są postrzegane jako przełom w leczeniu chorych na nowotwór, bo dają szansę na życie u części pacjentów, którzy wyczerpali już inne metody leczenia. Minęły dwa lata od zarejestrowania w Europie pierwszych tego typu terapii. Służą one leczeniu pacjentów do 25. roku życia, chorych na oporną bądź nawracającą ostrą białaczkę limfoblastyczną z komórek B, a także pacjentów dorosłych chorych na opornego/nawracającego chłoniaka rozlanego z dużych komórek B i pierwotnego chłoniaka śródpiersia z dużych komórek B.
– Jest to bezprecedensowa terapia, wspierająca naturalną walkę z nowotworem. Przyzwyczailiśmy się do leczenia chorób nowotworowych w sposób przewlekły i długoterminowy. Tymczasem przy CAR-T jeden wlew ma wieloletni potencjał leczniczy – mówi Emanuele Ostuni, dyrektor zarządzający Cell & Gene Therapy w Novartis Oncology, jednej z firm, które oferują taką terapię.
CAR-T można stosować u części pacjentów, u których zostały wykorzystane wszystkie inne możliwości terapeutyczne i nie ma dla nich już żadnej alternatywy, a jednocześnie spełniają kryteria kwalifikacji do leczenia. Terapia daje im szansę na wydłużenie życia, a nawet całkowite wyleczenie choroby.
– Ta terapia była zastosowana u chorych, u których zawodziły co najmniej dwie wcześniejsze linie leczenia i którym mieliśmy niewiele do zaproponowania. Prognozowany czas przeżycia takich osób nie przekracza sześciu miesięcy. Tymczasem terapia CAR-T cells pozwoliła na uzyskanie remisji, czyli stanu, w którym choroby prawie w ogóle nie widać u niemal wszystkich chorych na ostrą białaczkę limfoblastyczną i ponad połowy chorych na chłoniaka rozlanego. Można szacować, że około 50 proc. pacjentów z białaczką i ok. 40 proc. pacjentów z chłoniakami jesteśmy w stanie tą metodą wyleczyć. Z wykorzystaniem innych metod ta szansa nie przekracza 10 proc. – wskazuje prof. Sebastian Giebel
Na całym świecie – a najwięcej w Chinach i Stanach Zjednoczonych – prowadzone są badania kliniczne, które mają sprawdzić skuteczność tej metody leczenia także w innych chorobach nowotworowych.
– Dotyczy to nowotworów hematologicznych, takich jak szpiczak plazmocytowy, podtypy chłoniaków i białaczek, ale też szereg nowotworów litych, jak np. rak płuca, rak piersi, jelita grubego czy trzustki. Jestem przekonany, że w perspektywie kilku czy kilkunastu lat liczba wskazań bardzo się poszerzy, a terapia CAR-T cells może stać się podstawowym narzędziem terapeutycznym, które być może zastąpi inne formy leczenia, takie jak chemioterapia – ocenia kierownik Kliniki Transplantacji Szpiku i Onkohematologii w Narodowym Instytucie Onkologii. – W Stanach Zjednoczonych w ostatnich tygodniach zarejestrowano tę terapię również u chorych na chłoniaka z komórek płaszcza, w Europie dopiero czekamy na tę rejestrację.
Polskie ośrodki akademickie także rozpoczynają prace nad terapiami CAR-T w kolejnych wskazaniach, m.in. dzięki finansowaniu Agencji Badań Medycznych.
CAR-T jest już refundowana w kilkunastu krajach Europy. Polska stoi jeszcze przed wyzwaniem refundacyjnym w tym zakresie, ale – według zapowiedzi Ministerstwa Zdrowia – w tym roku mają rozpocząć się rozmowy z firmami farmaceutycznymi dotyczące szczegółów finansowania.
– Najważniejsze jest dostrzeżenie wartości tej terapii, wówczas jesteśmy gotowi zachować elastyczność w podejściu do negocjacji. W każdym z blisko 20 państw Europy, gdzie terapia CAR-T jest refundowana, zasady refundacji są inne. Każdy kraj ma bowiem inne potrzeby i wymagania. Zależy nam na współpracy, nie staramy się tworzyć uniwersalnego rozwiązania dla wszystkich. Dlatego jesteśmy w stanie dojść do porozumienia z każdym państwem w Europie. Również w Polsce deklarujemy pełną gotowość do rozmów negocjacyjnych z ministrem zdrowia, ponieważ naszym celem, jako Novartis Oncology, jest przede wszystkim umożliwienie pacjentom dostępu do tej przełomowej terapii. Pacjenci nie mogą czekać, dla nich liczy się każdy dzień – zapewnia Emanuele Ostuni.
Jak podkreśla prof. Marcin Czech, wprowadzenie finansowania innowacyjnej terapii wymaga pewnego wysiłku i analizy, ponieważ możliwości jest kilka – np. w ramach ścieżki refundacyjnej czy świadczeń opieki zdrowotnej. System ochrony zdrowia powinien nastawiać się na to, że z czasem będzie się pojawiać coraz więcej takich terapii, które będą wymagać finansowania.
– Terapii genowych – zarówno w onkologii, jak i chorobach rzadkich, neurologii czy reumatologii – będzie z czasem dużo więcej. W okulistyce już takie mamy, a z czasem można spodziewać się ich zwłaszcza w jednogenowych chorobach genetycznych, metabolicznych – wymienia kierownik Zespołu ds. Zakażeń Szpitalnych w Instytucie Matki i Dziecka. – Jako kraj rozwinięty będziemy musieli do tego podejść systemowo – finansować w taki sposób, żeby budżet to wytrzymał, pacjenci mieli dostęp do skutecznego leczenia, a płatnik był pewien, że płaci za coś, co na pewno działa i jest bezpieczne.
Przygotowanie i podanie terapii CAR-T wymaga odpowiedniej infrastruktury medycznej i przeszkolonego personelu.
W Polsce obecnie trzy ośrodki zakończyły formalny proces certyfikacji, który potwierdza ich przygotowanie do stosowania tej terapii. Są to Klinika Hematologii i Transplantacji Szpiku Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, Klinika Transplantacji Szpiku i Onkohematologii Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie (Oddział w Gliwicach) oraz Klinika Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej „Przylądek Nadziei” Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu.
Gminy górskie, które ucierpiały w wyniku pandemii, dostaną od rządu dodatkowy 1 mld zł pomocy finansowej. Środki trafią do ok. 200 samorządów i będą mogły zostać wykorzystane m.in. na infrastrukturę turystyczną. Prezes Tatrzańskiej Izby Gospodarczej Agata Wojtowicz wskazuje, że nie będą mieć jednak wpływu na trudną sytuację przedsiębiorców utrzymujących się z turystyki, którzy w tym roku stracili praktycznie cały sezon zimowy. Ci coraz częściej zapowiadają, że otworzą swoje biznesy mimo rządowych obostrzeń i lockdownu. – Ta niepokora jest dopiero namiastką tego, co za chwilę zacznie dziać się w całej Polsce – mówi Agata Wojtowicz.
– Bardzo się cieszymy, że w ogóle jakakolwiek pomoc została wyasygnowana dla gmin z regionów górskich. Tym bardziej że ich kasa będzie w tym roku pusta. My jako przedsiębiorcy nie będziemy zasilać ich swoimi podatkami, bo nie pracując i nie uzyskując przychodów, nie będziemy nic płacić – mówi agencji Newseria Biznes Agata Wojtowicz, prezes Tatrzańskiej Izby Gospodarczej.
W ubiegłym tygodniu Rada Ministrów przyjęła uchwałę, która przyznaje dodatkową pomoc gminom z rejonów górskich (Sudety Wschodnie, Środkowe i Zachodnie, Beskidy Środkowe i Zachodnie, Obniżenie Orawsko-Podhalańskie, Łańcuch Tatrzański i Beskidy Lesiste) poszkodowanym w wyniku pandemii. Większość z nich znalazła się w bardzo trudnej sytuacji finansowej na skutek rządowych obostrzeń i lockdownu, przez który hotele i stoki narciarskie będą zamknięte co najmniej do końca stycznia.
Dodatkowa pomoc obejmie ponad 200 górskich gmin, które będą mogły skorzystać z dwóch instrumentów wsparcia w ramach Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych. Pierwszym jest dofinansowanie 40 proc. średniorocznej wartości wydatków gminy na inwestycje w latach 2016–2020 (jednak nie więcej niż 8 mln zł na jedną gminę). Drugi instrument to rekompensaty za zwolnienie przedsiębiorców z podatku od nieruchomości w I kwartale br. Chodzi o zwolnienia z tej daniny gruntów, budynków i budowli związanych z prowadzeniem usług hotelarskich i infrastruktury turystycznej (kolejki linowe, wyciągi, etc.). Rządowe dofinansowanie ma pokryć 80 proc. utraconych przez gminy dochodów.
Prezes Tatrzańskiej Izby Gospodarczej ocenia, że to dodatkowe wsparcie od rządu podreperuje budżety samorządów, ale nie będzie mieć dużego przełożenia na sytuację przedsiębiorców z regionów górskich, którzy stracili w tym roku cały zimowy sezon turystyczny.
– Instrumenty pomocowe samorządów dla przedsiębiorców są niestety bardzo ograniczone prawem. Samorządy nie mogą w jakikolwiek sposób finansować działalności firm. Jedyną rzeczą, jaką mogą zrobić, jest właśnie zwolnienie, odroczenie lub zmniejszenie wpłat na podatek od nieruchomości. To może być także ograniczenie podatku od gruntu lub rezygnacja z opłat czynszowych, np. w lokalach, których właścicielem jest gmina. Są tylko te trzy instrumenty, którymi gmina może się posłużyć, chcąc pomóc przedsiębiorcom. Z drugiej strony jest też gros różnych przedsiębiorców, którzy nie płacą podatku od nieruchomości, np. przewodnicy, piloci wycieczek, i oni nie dostaną tej pomocy – mówi.
Zgodnie z rządową uchwałą dodatkowe środki dla gmin będą mogły sfinansować infrastrukturę turystyczną i komunalną związaną z usługami turystycznymi, czyli na przykład budowę i modernizację szlaków turystycznych, placów, parków, punktów widokowych, parkingów, muzeów, obiektów kultury regionalnej i innych atrakcji turystycznych, a także dróg czy chodników.
– Środki, które mają popłynąć do samorządów, są przeznaczone głównie na różne inwestycje. Wiadomo, że realizując je, gmina musi ogłosić przetarg. Miejscowi mogą do niego stanąć, ale nie wiadomo, czy wygrają i ile firm będzie te projekty realizowało. Te wyasygnowane pieniądze nie są przecież aż tak duże, żebyśmy mogli mówić o jakimś boomie inwestycyjnym. Dlatego najprawdopodobniej te środki w każdej gminie zostaną przeznaczone na dokończenie dotychczasowych inwestycji. Nie ma co oczekiwać, że to jest kanał pomocowy dla przedsiębiorców – mówi Agata Wojtowicz.
W górach turystyka jest dominującą aktywnością gospodarczą. Większość przedsiębiorców utrzymuje się właśnie z turystów i zarabia głównie zimą. Jednak w tym roku sezon narciarski został odwołany, a stoki są puste. Ich właściciele – podobnie jak m.in. hotelarze i restauratorzy – z każdym miesiącem ponoszą dotkliwe straty. Prezes TIG wskazuje, że część spośród tych firm może już nie stanąć na nogi, dlatego w nadchodzącym czasie można spodziewać się fali upadłości i bankructw.
– Już widzimy, że firmy się zamykają, część upadnie, na pewno wyjdzie z tej sytuacji bardzo okaleczona. Niektórzy pewnie wrócą na rynek szybciej, niektórzy będą wracali wolniej. Jesteśmy w sytuacji, w której wyczerpaliśmy już wszystkie swoje zasoby, więc naprawdę trudno mówić o jakichś inwestycjach czy o dynamice rozwoju w tych firmach – mówi .
Z turystyki utrzymują się nie tylko gminy górskie, ale też te położone nad Bałtykiem czy na Mazurach. One również zaapelowały już do rządu o przyznanie im dodatkowego wsparcia. Tamtejsi przedsiębiorcy, chcąc uniknąć upadłości, coraz częściej deklarują też, że otworzą swój biznes mimo rządowych obostrzeń i lockdownu.
– Po góralsku nazywa się to „poruseństwo”. Ta niepokora jest dopiero namiastką tego, co za chwilę zacznie dziać się w całej Polsce. Jeżeli ktoś już teraz nie zacznie o tym myśleć, to za miesiąc będzie już za późno. Będziemy mieli o wiele większe problemy społeczne i coraz więcej ludzi będzie wypowiadać posłuszeństwo. Zresztą dobrze wiemy, że ono ma miękkie podstawy prawne, coraz więcej przedsiębiorców zdaje sobie z tego sprawę i przestaje się obawiać, bo niewiele ma już do stracenia. To będzie narastać jak kula śnieżna. Ona została ulepiona tutaj, na południu, ale można ją potoczyć pod sam Bałtyk – przestrzega Agata Wojtowicz.
Ponad 70 proc. Polaków zmaga się z negatywnymi skutkami pandemii, a 46 proc. odczuwa obciążenie psychiczne przynajmniej raz w tygodniu – wynika z badania „Kondycja psychiczna Polaków” przeprowadzonego przez Instytut LB Medical i SW Research. Specjaliści alarmują, że jedną z długotrwałych konsekwencji pandemii będzie pogorszenie zdrowia psychicznego Polaków, a najbardziej odczują to osoby starsze i samotne. Tym bardziej że w dobie COVID-19 mają one utrudniony dostęp do lekarzy specjalistów. – Liczba osób w potrzebie jest tak duża, że nasza społeczność może w końcu zaakceptować fakt, że pójście do psychiatry nie jest niczym złym – prognozuje psycholog Krzysztof Tokarski.
– Kiedy pandemia się skończy, będziemy musieli wyjść z traumy spowodowanej sytuacją z ostatniego roku: codziennymi lękami, niepewnością, konfliktami, które narastały między ludźmi w rodzinach i związkach. Konflikty będą skutkowały rozwodami, rozpadem rodzin, zerwaniem związków, więzi zawodowych i kłopotami w pracy – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Tokarski, psycholog, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku. – Z tym będziemy się musieli mierzyć jako psychologowie przez najbliższe lata.
Z badania „Kondycja psychiczna Polaków” wynika, że w 2020 roku ponad 70 proc. badanych odczuwało w swoich nastrojach negatywne skutki pandemii COVID-19. Respondenci przyznają, że odczuwali lęk i niepokój (36 proc.), strach, a nawet przerażenie (31 proc.), smutek i przygnębienie (16 proc.) w odniesieniu do sytuacji związanej z koronawirusem.
Problem pogorszenia zdrowia psychicznego Polaków pokazuje także raport pt. „Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2020. Wpływ pandemii koronawirusa na polski rynek pracy” opublikowany przez Koalicję Bezpieczni w Pracy. Według statystyk prawie trzech na czerech badanych zaczęło doświadczać różnych schorzeń od czasu wybuchu pandemii. Co trzeci badany wspomina o uczuciu lęku i niepokoju. U 31 proc. pracowników pojawiły się zaburzenia nastroju, a co czwarty badany zadeklarował, że zaczął doświadczać zaburzeń snu, bólu głowy lub pleców bądź kręgosłupa. Podobnie jest także w innych krajach. Z ankiety Międzynarodowego Czerwonego Krzyża wynika, że ponad połowa społeczeństwa w siedmiu badanych krajach (Kolumbia, Liban, RPA, Szwajcaria, Ukraina, Filipiny i Wielka Brytania) odczuwa negatywne skutki pandemii dla ich zdrowia psychicznego.
– Co nas nie zabije, to nas wzmocni, takie panuje powszechne przekonanie, ale jest ono mitem. Uodparnianie się na stresy i lęki jest okupione bardzo wysokim kosztem psychologicznym – twierdzi psycholog z WSB.
Często skutkuje to zamknięciem się w sobie i wycofaniem z życia społecznego.
– Pod względem nasilenia lęków najtrudniej będą miały osoby starsze, samotne, o temperamencie neurotycznym lub osoby w spektrum autyzmu. To grupy osób, które z natury rzeczy częściej chorują na depresję, mają stany lękowe, zaburzenia adaptacyjne. Teraz będą spotykały się z trudnościami natury organizacyjnej, bo lekarzy jest za mało, czas oczekiwania w kolejkach się wydłuża, a nie każdego stać na prywatną wizytę – zauważa Krzysztof Tokarski.
Jak pokazało badanie Instytutu LB Medical, świadomość społeczna na temat zdrowia psychicznego jest bardzo niska, co może prowadzić do wykluczenia społecznego pewnych grup. Wprawdzie 40 proc. Polaków deklaruje, że gdyby obciążenie psychiczne zdarzało się częściej niż raz w tygodniu, udaliby się do psychologa lub psychiatry, jednak osoby zmagające się z zaburzeniami często nie są tego świadome lub wstydzą się skorzystać z pomocy.
– Już obecnie widzimy pewne skutki utrudnionej pomocy specjalistycznej i medycznej dla osób z wyjątkowymi trudnościami. Ceny wizyt u lekarzy są wysokie, zajęcia rewalidacyjne czy rehabilitacje są odwoływane, a gabinety integracji sensorycznej dla dzieci zamykane. Dla osób niepełnosprawnych jest to bardzo duży problem. Uważam, że nawet gdy przywrócimy dostęp do tych gabinetów, to będziemy zmagać się przede wszystkim z traumami oraz ze skutkami lęku i niepewności – zaznacza psycholog.
Ta sytuacja może jednak zmienić przekonanie Polaków na temat korzystania z pomocy psychiatry czy psychologa. Do tej pory często był to temat tabu.
– Liczba osób w potrzebie w tej chwili jest tak duża, że nasza społeczność może w końcu zaakceptować fakt, że pójście do psychiatry nie jest niczym złym, nie jest żadną ujmą, i stanie się to powszechne. Zaakceptują to, że czasem mogą potrzebować pomocy lekarza psychiatry. Lepiej z pomocą lekarza dojść do siebie w ciągu kilku miesięcy, niż próbować sobie radzić z nerwicami i depresją samodzielnie przez znacznie dłuższy czas – tłumaczy wykładowca z WSB w Gdańsku.
Jak podkreśla, przynajmniej u części osób dotkniętych obniżeniem nastroju powrót do normalności i poprawa kondycji psychicznej nie będą jednak długotrwałym procesem.
– Kiedy rozpoczną się szczepienia przeciwko koronawirusowi i pojawi się szansa na powrót do normalności, ludzie będą tak spragnieni wyjścia na ulicę, do restauracji, spotkań na luzie, że to podziała jak najlepsza terapia. Bardzo szybko przyzwyczaimy się do tego i powrócimy do naszego codziennego życia – podsumowuje Krzysztof Tokarski.
Automatyzacja procesów biznesowych postępuje coraz szybciej. Już dziś szereg monotonnych działań pracownicy umysłowi mogą oddelegować inteligentnym botom reagującym na polecenia głosowe i tekstowe. Dzięki opracowanej przez Polaków platformie znacznie usprawni się praca przedstawicieli handlowych. Specjalna aplikacja sama nawiąże kontakt z klientem, wysyłając mu maila lub SMS i podejmując dalsze działania uzależnione od jego reakcji. Dzięki temu skróci się czas między zainteresowaniem się klienta ofertą a przedstawieniem mu bardziej szczegółowych informacji. Rozwiązanie może zastąpić systemy CRM i zwiększyć szanse na sprzedaż nawet dwuipółkrotnie.
– Platforma Sellions jest narzędziem do wsparcia pracy handlowców w terenie. Po pierwsze, umożliwia szybkie dotarcie do potencjalnego klienta. Po drugie, umożliwia handlowcom łatwe raportowanie wizyt, tak żeby również ich przełożeni widzieli, jak handlowcy pracują w terenie. A po trzecie, zapewnia handlowcom szybką informację zwrotną na temat ich pracy, wykorzystując elementy grywalizacyjne do tego, aby budować zaangażowanie pracowników w terenie – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wojciech Mikucki-Wituszyński, prezes zarządu Sellions.
Opracowana przez Polaków platforma do automatyzacji procesów biznesowych dzięki wykorzystaniu innowacyjnego silnika procesorowego umożliwia m.in. bezobsługową wysyłkę wiadomości e-mail do klientów i zaprogramowanie konkretnych działań następujących np. po kliknięciu przez nich w link. Zautomatyzowane jest również wysyłanie wiadomości SMS. Dzięki temu klient otrzymuje natychmiastową reakcję na wykazanie zainteresowania ofertą. To kluczowe dla zwiększenia sprzedaży.
– Zredukowanie czasu oczekiwania klienta na pierwszy kontakt ze strony handlowca do czasu krótszego niż 15 minut daje o 250 proc. wyższe szanse na zamknięcie tej sprzedaży niż kontakt po 24 godzinach. Firmom przyświecają bardzo zróżnicowane cele, jeżeli chodzi o powody, dla których decydują się na wdrożenie aplikacji do automatyzacji procesów. To może być chęć zwiększenia sprzedaży, to może być chęć zwiększenia jakości ekspozycji naszych produktów u klientów, chęć skrócenia czasu dotarcia do klienta albo po prostu zgromadzenie w jednym miejscu informacji na temat klientów, jakich nasi handlowcy obsługują, i na temat relacji, jakie z nimi budują – wyjaśnia Wojciech Mikucki-Wituszyński.
Platforma umożliwia również gromadzenie informacji o klientach, co pozwala na personalizację działań poprzez mechanizmy segmentacji i scoringu. Sellions jest również rozwiązaniem pozwalającym na zarządzanie przebiegiem wizyty handlowej. W czasie spotkania z klientem handlowiec korzysta z aplikacji mobilnej, która umożliwia nie tylko programowanie dalszych działań biznesowych, lecz także kontrolę pracy przedstawiciela przez przełożonych.
– Kierownicy zespołów sprzedażowych mają zróżnicowane możliwości weryfikacji tego, jak pracują ich handlowcy w terenie. Zaczynając od weryfikacji po GPS-ie, przez weryfikację zdjęć, które zostały zrealizowane np. w czasie wizyty u klienta, po zdjęcia dokumentów, które ten klient podpisał. Co więcej, menadżerowie mogą dokładnie zobaczyć przebieg wizyty handlowej, prześledzić krok po kroku, jakie elementy w jej czasie były realizowane. Kluczową wartością jest jednak dostarczenie pracownikom wartości, np. w postaci szybkiej informacji zwrotnej na temat tego, jak ich wyniki wypadają na tle innych osób, i pokazania, na czym powinni się skupić w danym miesiącu, aby zrealizować postawione przed nimi cele – zaznacza prezes Sellions.
Inteligentne platformy do zarządzania procesami biznesowymi mogą zastąpić powszechnie już wykorzystane w firmach systemy zarządzania relacjami z klientami (CRM). Tego typu oprogramowanie cieszy się wprawdzie wciąż dużym zainteresowaniem przedsiębiorców, ale rozwój tego rynku wyraźnie traci na dynamice. Według PR Newswire w 2020 roku był on wyceniany na 23,7 mld dol. Do 2026 roku wzrośnie do 25,4 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu wyniesie 1,1 proc.
– Współczesne CRM-y nie odpowiadają na potrzeby rynku, w szczególności na potrzeby przedstawicieli handlowych. Obecne na rynku CRM-y w większości zostały stworzone w wyniku potrzeb raportowych kierowników zespołów sprzedażowych. W tym wszystkim został pominięty aspekt handlowców, od których zależy to, czy dane wprowadzone do systemu będą się zgadzać i czy menadżerowie na wyższych szczeblach będą mieli tak naprawdę co analizować. Staramy się tak rozwijać aplikacje, żeby to przede wszystkim handlowcom zapewniały one wartość i pomagały w codziennej pracy. To od nich zaczyna się ścieżka, która prowadzi do zgromadzenia danych potrzebnych menadżerom do analizy tego, czy dany proces jest skuteczny, czy też nie – wskazuje Wojciech Mikucki-Wituszyński.
Tymczasem dynamicznie rośnie rynek robotycznej automatyzacji procesów. Według Globe Newswire osiągnie on do 2025 roku wycenę na poziomie 7,2 mld dol. w skali świata przy utrzymaniu średniorocznego tempa wzrostu na poziomie sięgającym niemal 33 proc. Na początku ubiegłego roku firma NICE wypuściła na rynek rozwiązanie NEVA, czyli pierwszego na świecie inteligentnego asystenta cyfrowego współpracującego z pracownikami, który może wykonywać za pośrednictwem ich poleceń głosowych i tekstowych szereg działań w różnych aplikacjach. Jeden z modułów oprogramowania obejmuje optyczne rozpoznawanie znaków. Zdaniem ekspertów między innymi w tym kierunku w najbliższych latach rozwiną się technologie związane z automatyzacją procesów biznesowych.
– Będzie to kombinacja poszczególnych procesów, od zbierania podpisu pod dokumentami w formie elektronicznej, przez prowadzenie zautomatyzowanych konwersacji z klientami, czy to w formie czatu, czy to wręcz w formie rozmowy głosowej, jak też połączenie tych wszystkich działań w ramach jednego, spójnego i łatwego do zarządzania procesu kompleksowej obsługi klienta – przewiduje prezes Sellions.
Branża e-sportu jest podatna na rozwój technologiczny. Na przestrzeni lat rynek gier zintegrował nowe technologie, takie jak sztuczna inteligencja czy rzeczywistość wirtualna i rozszerzona. Pandemia nie wstrzymała wprowadzania innowacyjnych rozwiązań. – Dzięki działaniom, które w dużej mierze skupiły się na internecie, nie straciliśmy na innowacyjności, a wręcz w pewnych aspektach zyskaliśmy – zapewnia Paweł Kowalczyk, prezes Polskiej Ligi Esportowej. Przyszłością branży jest blockchain, który może wypełnić lukę między zasobami offline i online i wpłynąć nie tylko na sposób interakcji graczy i programistów, lecz także na dostęp do cyfrowych zasobów.
– Polski e-sport na pewno możemy uznać za innowacyjną dziedzinę rozrywki, chociażby dlatego że stwarza zdecydowanie więcej możliwości do wprowadzania innowacji niż sport tradycyjny. Mieliśmy okazję to zauważyć w ostatnich miesiącach, jeżeli chodzi chociażby o podnoszenie jakości realizacji telewizyjnej, pokazania zawodników. To jedna z tych gałęzi, w ramach której mamy większy dostęp do danych na temat naszych odbiorców, wiemy, czego potrzebują, przez co jesteśmy w stanie spełniać ich oczekiwania – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Paweł Kowalczyk, prezes Polskiej Ligi Esportowej.
Według firmy badawczej Grand View Research wartość globalnego rynku e-sportu do 2027 roku wzrośnie do 8,2 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 24,4 proc. w skali roku. Rozgrywki przyciągają miliony widzów niezależnie od sytuacji pandemicznej. Przykładem na polskim podwórku może być turniej Intel Extreme Masters rozgrywany w Katowicach. Choć został zamknięty dla publiczności kilkanaście godzin przed rozpoczęciem, a zawody odbyły się przy zamkniętych trybunach, rywalizację w sieci śledziło blisko milion widzów.
Według szacunków Insider Intelligence w 2023 roku liczba widzów e-sportowych sięgnie 646 mln. To wszystko sprawia, że e-sport coraz częściej sięga po nowoczesne rozwiązania, które poprawiają komfort rozgrywek i ich oglądania. Pandemia była okresem, kiedy w branży przyspieszył rozwój technologiczny.
– Z jednej strony mieliśmy ograniczenia tych działań, które były stricte offline’owe, i nie mogliśmy sobie pozwolić na to, żeby tam wprowadzać pewne produkty, które moglibyśmy uznać za innowacyjne. Z drugiej strony mogliśmy się bardziej skupić na innowacyjności w obszarze online i starać się szukać tam rozwiązań, które byłyby substytutem tych działań offline’owych. Więc myślę, że dzięki działaniom, które w dużej mierze skupiły się na internecie, nie straciliśmy na innowacyjności, a wręcz w pewnych aspektach zyskaliśmy – przekonuje prezes Polskiej Ligi Esportowej.
Na przestrzeni lat rynek gier zintegrował nowe technologie, takie jak sztuczna inteligencja czy rzeczywistość wirtualna i rozszerzona. Wydaje się, że branża gier jest też gotowa na zmiany oparte na blockchainie. W e-sport zaangażowanych jest wiele grup, gracze, twórcy gier, sponsorzy, media, reklamodawcy, kierownicy zespołów. Potrzebują kompleksowej platformy, w czym może pomóc właśnie blockchain, który zwiększy także przejrzystość i bezpieczeństwo.
Inteligentne kontrakty zawierane na takiej platformie mogą działać jako umowy między twórcami gier a organizatorami turniejów. Przejrzystość kontraktów może też wyeliminować obawy związane z nieuczciwą dystrybucją nagród pieniężnych. To istotna kwestia, bo najlepsi e-gracze zarabiają krocie. Dla przykładu w 2019 roku wśród 10 sportowców z różnych dziedzin, którzy zarobili najwięcej w jednym tylko turnieju, znalazło się sześciu przedstawicieli e-sportu. Olbrzymie pieniądze zarabia jednak tylko część osób. Dzięki platformie blockchain łatwiej będzie wyeliminować ryzyko jakiejkolwiek pomyłki.
– Te wszystkie innowacyjne gałęzie gospodarki, które widzimy w świecie online’owym czy innych gałęziach, są także obecne w e-sporcie. Z jednej strony to blockchain, z drugiej strony możliwość dostarczania cyfrowej rozrywki dla użytkowników bez konieczności wychodzenia z domu, z rozgrywek z zachowaniem wszelkich reżimów sanitarnych. W żaden sposób nie ogranicza nas konieczność przebywania w domu, bo kluczowym warunkiem jest posiadanie łącza internetowego – tłumaczy Paweł Kowalczyk.
Związek Cyfrowa Polska przedstawił rządowi swoje stanowiska ws. projektów rozporządzeń Komisji Europejskiej o rynkach cyfrowych (DMA) oraz o usługach cyfrowych (DSA). Opinie zostały złożone do ministra do spraw cyfryzacji w KPRM Marka Zagórskiego oraz ministra rozwoju, pracy i technologii Jarosława Gowina w ramach prowadzonych przez ich resorty publicznych konsultacji.
Cyfrowa Polska o usługach cyfrowych
Związek pozytywnie ocenił fakt, że zaprezentowany przez KE projekt DSA opiera się na zasadach obecnej Dyrektywy o handlu elektronicznym, w tym w szczególności systemie odpowiedzialności pośredników, zakazie ogólnego monitorowania czy zasadzie kraju pochodzenia. Zdaniem organizacji reprezentującej polską branżę cyfrową i nowych technologii, konieczna jest jednak harmonizacja przepisów, co – w jej ocenie – pozwoli na dokończenie budowy jednolitego rynku cyfrowego. A to znacząco ułatwi prowadzenie biznesu szczególnie małym i średnim przedsiębiorcom. Dlatego, też w tym zakresie Związek popiera koncepcję przyjęcia przepisów w formie rozporządzenia, nie zaś w formie Dyrektywy.
Cyfrowa Polska popiera zróżnicowane podejście KE do kwestii treści bezprawnych oraz szkodliwych – definicja treści szkodliwych powinna pozostać w gestii poszczególnych państw członkowskich. Związek pozytywnie odnosi się również do umieszczenia w projekcie DSA zasady „dobrego samarytanina”, która chroni pośredników przed odpowiedzialnością w przypadku, gdy usuwając nielegalne treści działają w dobrej wierze. Ostrzega on jednak przed tym, aby nie doprowadzić do sytuacji, w której każde imienne zgłoszenie mogłoby zostać uznane za faktyczną wiedzę lub świadomość o bezprawności treści. Takie rozwiązanie prowadziłoby do zagrożenia wolności prowadzenia otwartej publicznej debaty.
W ocenie Cyfrowej Polski konieczna jest pełna harmonizacja procedury notice and action. Bo jakiekolwiek rozbieżności w systemach prawnych poszczególnych państw utrudniają swobodny przepływ usług i zaburzają funkcjonowanie jednolitego rynku. Wątpliwości wzbudza jednak katalog obowiązkowych elementów oceny okoliczności popełnienia nadużyć, które zdaniem Związku należy doprecyzować.
W odniesieniu do Alternatywnych metod Rozwiązywania sporów (ADR) Cyfrowa Polska obawia się regulacji, które pozwalałyby każdej osobie, nawet tej działającej w złej wierze, na korzystanie z alternatywnych metod rozwiązywania sporów (ADR). Wątpliwości budzi też bezwarunkowe zwolnienie odbiorcy usług z wszelkich opłat dotyczących postępowania pozasądowego w przypadku, gdy jego sprawa zostanie rozstrzygnięta na korzyść platformy internetowej.
Związek w opinii do ministra Marka Zagórskiego zwraca uwagę na zróżnicowanie przepisów do podmiotów o określonej wielkości. W obecnym brzmieniu przepisy koncentrują się na „bardzo dużych platformach internetowych”. Aby regulacje mogłyby być naprawdę skuteczne, obowiązki w zakresie należytej staranności muszą chronić – zdaniem Związku – przed rozpowszechnianiem nielegalnych treści również na mniejszych platformach.
Cyfrowa Polska o rynkach cyfrowych
Związek zaniepokojony jest dążeniem Komisji do wprowadzenia mechanizmu ex ante, co wpłynie negatywnie nie tylko na same platformy, ale również na korzystające z ich usług MŚP – doprowadzi do ograniczenia konkurencji i zmniejszenia gamy oferowanych produktów.
Związek przeciwny jest zmianom prawa konkurencji, dlatego z niepokojem obserwuje zaprezentowaną przez Komisję koncepcję tzw. „strażników dostępu”. W jego ocenie kryteria kwalifikowania danego podmiotu jako tzw. strażnik dostępu” powinny być określane indywidualnie w odniesieniu do konkretnych działań na określonych rynkach. „Kryteria przedstawione w DMA dotyczące identyfikacji „strażników” według liczby użytkowników i przychodów są bardzo arbitralne. Projekt powinien w szczególności wyjaśniać, w jaki sposób progi ilościowe i kryteria jakościowe będą stosowane do wyznaczania platform, które pełnią funkcję „strażników dostępu”, biorąc pod uwagę różnorodność modeli biznesowych w sektorze cyfrowym. Niezbędne wydaje się również, aby metodologia określania danego przedsiębiorstwa jako „strażnika dostępu” została dokładnie zdefiniowana w samym projekcie” – napisano w projekcie stanowiska.
Cyfrowa Polska w piśmie do ministra Jarosława Gowina zwraca uwagę na to, że regulacje wymierzone w dominujące platformy mogą w sposób nieproporcjonalny dotknąć przedsiębiorców z sektora MŚP, a przez to negatywnie wpływać na potencjalny rozwój innowacji cyfrowych w Unii. Związek uważa, że nowe regulacje nie powinny powodować nadmiernych kosztów i obciążeń dla europejskich przedsiębiorstw, a także nie ograniczać ich rozwoju oraz oferowanych usług zarówno na terenie UE jak również na całym świecie.
Według Związku projekt DMA powinien zostać oparty o podstawę traktatową dotyczącą konkurencji, a nie o przepisy dotyczące funkcjonowania rynku wewnętrznego. A przyjęcie regulacji w obecnym kształcie może spowodować przyznanie zbyt dużych uprawnień Komisji Europejskiej, odbierając je Państwom Członkowskim i tworząc obszar niepewności kompetencyjnych dla krajowych organów ochrony konkurencji.
Od kilku dni przedsiębiorcy mogą składać wnioski o subwencje z Tarczy Finansowej PFR. Otrzymanie środków uzależnione jest jednak od przestrzegania przepisów epidemicznych, związanych z ograniczeniem prowadzenia działalności gospodarczej. Przedsiębiorcy muszą w tej sprawie złożyć stosowne oświadczenie. Problem w tym, że wątpliwości interpretacyjne budzi kwestia, kiedy dochodzi do naruszenia przepisów epidemicznych.
– Sanepid kontroluje firmę np. z branży fitness. Nakłada na przedsiębiorcę karę, uznając, że nie stosuje się do ograniczeń. Ten uważa jednak, że jego klienci, korzystają z oferty klubu zgodnie z zawartą w rozporządzeniu dyspozycją o wyłączeniu od zakazu prowadzenia działalności – np. są sportowcami. Dochodzi do sporu, który ostatecznie rozstrzygnie sąd. Stanie się to jednak dopiero za jakiś czas, a już dziś przedsiębiorca ma zadeklarować, czy naruszył przepisy, czy nie. Takie sytuacje stwarzają niebezpieczeństwo ignorowania przez urząd zasady domniemania niewinności – komentuje problem Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.
W tej sprawie Rzecznik MŚP zwrócił się 30 listopada 2020 r. o wydanie objaśnień prawnych do Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii, które to 17 grudnia 2020 r. przekazało sprawę Ministerstwu Zdrowia. Natomiast 19 stycznia 2021 r. Biuro Rzecznika MŚP wysłało do tego ministerstwa ponaglenie, w celu jak najszybszego przedstawienia stanowiska.
Warto przypomnieć, że Rzecznik MŚP na całym etapie procedowania ustawy zgłaszał uwagi do przepisu art. 23 ust. 1 ustawy z dnia 28 października 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym, związanym z wystąpieniem COVID-19 (Dz. U. z 2020 r. poz. 2112) – który to przepis uzależnia otrzymanie wsparcia od respektowania przepisów epidemicznych. W praktyce oznacza to bowiem, że przedsiębiorca poniesie dodatkową karę, obok np. grzywny nałożonej za samo złamanie obostrzeń. W dodatku ograniczony czas składania wniosków w programach pomocowych może wykluczać możliwość otrzymania wsparcia po uprawomocnieniu się wyroku sądu, ponieważ nie ma jasno określonego trybu odwoławczego. Dlatego były kierowane wystąpienia przez Rzecznika MŚP w przedmiotowej sprawie.
Praca i jej elastyczność nabrały w ostatnich miesiącach zupełnie innego znaczenia. Home office, który nie tak dawno był pożądanym benefitem, stał się nie zawsze chcianą codziennością. Obserwujemy również kształtowanie się nowych trendów. Które z nich pozostaną z nami na dłużej i na co pracodawcy postawią w tym roku? O tym Monika Pawelczak, specjalista HR firmy New Work.
Elastyczność niejedno ma imię
Pojęcie elastyczności ma wiele znaczeń. Jeszcze do niedawna większość firm nastawiona była na pracę w sztywnych ramach, wyłącznie z biur. Obecnie wygląda to nieco inaczej, pracodawcy stawiają na mobilność, a przekonanie, że efektywność pracy zależy wyłącznie od fizycznej obecności w biurze, odchodzi w zapomnienie. Ubiegły rok można nazwać mianem przełomowego, także w kwestii podejścia do pracy.
– 2020 rok to czas społecznej izolacji, niepewności i funkcjonowania w środowisku wirtualnym. Wraz z pojawieniem się szczepionki na koronawirusa, z niecierpliwością czekamy na możliwość powrotu do życia jakie znamy sprzed pandemii. Nowa elastyczność w kwestii organizacji pracy zakłada tworzenie takiej przestrzeni, by zapewnić pracownikom komfort i bezpieczeństwo, przy optymalnym wykorzystaniu powierzchni biurowej. Zachwianie równowagi między pracą a domem, którego mamy okazję doświadczać w czasie pandemii skłania do refleksji. W obecnej sytuacji bezpieczeństwo i higiena pracy nabierają głębszego znaczenia. – mówi Monika Pawelczak, specjalista HR w firmie New Work, operatora biur elastycznych, oferujących nową generację biur serwisowanych.
Co zaskoczy nas w tym roku?
Po 2020 roku wydawałoby się, że niewiele może nas zaskoczyć. Choć wiele ze schematów wypracowanych do tej pory będzie nadal funkcjonowało, szeroko rozumiana elastyczność pozostanie niekwestionowanym liderem dominując rynek pracy. Przedsiębiorcy, położą nacisk na projektowanie takich modeli pracy, który połączą bezpieczeństwo i komfort pracowników z optymalizacją kosztów.
Wszystkie te elementy mają na celu zwiększenie efektywności pracy, a w rezultacie – poczucia bezpieczeństwa u pracowników, na które negatywnie wpływa niepewna sytuacja związana z pandemią. Jakie jeszcze trendy będą w zauważalny sposób rozwijać się w najbliższych miesiącach?
Upskilling – czyli połączenie rozwoju pracowników z potrzebami organizacji. Wiele mówi się o poszerzaniu horyzontów i zdobywaniu nowych umiejętności. Coaching, programy rozwojowe, szkolenia dla pracowników, to stałe elementy polityki personalnej corocznie realizowane w wielu firmach. Upskillling w kontekście pandemii związany jest również z redukcją zatrudnienia jakie miało miejsce w wielu organizacjach w ubiegłym roku. W wyniku braków kadrowych spowodowanych tym procesem, pracodawcy muszą zapewnić ciągłość funkcjonowania firm, mając do dyspozycji ograniczone zasoby. To jest moment na reorganizację i doszkalanie pracowników. Niezwykle ważną rolę w tym procesie odgrywają liderzy – to oni przekazują rzetelne informacje na temat kierunku rozwoju organizacji dając możliwość pracownikom na określenie swoich celów, co w przyszłości ułatwiłoby im podjęcie się wyzwań w innym obszarze zawodowym. Otwartość na zmiany, głęboka analiza mocnych i słabych stron i poszerzanie umiejętności – to coś, na co należy postawić w tym roku.
Przywództwo nowych czasów – czas pandemii to sprawdzian dla liderów. Kształtowanie nowego środowiska pracy wymaga pokory, empatii i zmiany podejścia do zarządzania zasobami ludzkimi. Pracownicy potrzebują teraz liderów, którzy pomagają w rozwoju, oferują wsparcie i dają możliwość swobodnej realizacji zadań swoim pracownikom.
Wellbeing – nowy wymiar zyskała promocja zdrowia i równowagi między pracą a domem. Jest to ogromnie ważne szczególnie w przypadku firm, w których pracownicy wykonują obowiązki zawodowe z domu. Przez przedłużające się lockdowny coraz trudniej jest rozgraniczyć obowiązki służbowe od czasu prywatnego, co w konsekwencji prowadzi do nieuzasadnionych nadgodzin, stresu i poczucia przeciążenia zadaniami. Dlatego teraz zarówno pracodawcy, jak i pracownicy, kładą jeszcze większy nacisk na „prawo do bycia offline” i stawianie jasnych granic między pracą a domem.
Komunikacja na odległość – spotkania, zebrania i poranną kawę w biurach zamieniliśmy na środowisko wirtualne. Taka forma kontaktu ze współpracownikami i klientami wpłynęła nie tylko na sposób organizacji pracy, ale ma również bardzo silny wydźwięk społeczny. Ograniczone możliwości spotkań offline pozostawiają w nas poczucie osamotnienia. Pracodawcy będą mocno skupiać się na tym, by utrzymać komunikację pomiędzy firmą a pracownikami na odpowiednio wysokim poziomie. Regularność kontaktu z zespołem oraz spotkania liderów z pracownikami w formule 1 na 1, są niezwykle istotne ze względu na planowanie pracy, wyznaczanie celów i stałe podtrzymywanie zaangażowania zespołów.
Innowacyjne rozwiązania – Digitalizacja segmentu biurowego, to przyszłość, która staje się rzeczywistością. Ze względu na obowiązujący dystans społeczny, a także wzmożone reżimy sanitarne oraz pracę z domu, która w wielu przypadkach nie spełnia naszych oczekiwań, coraz bardziej popularne stają się elastyczne przestrzenie biurowe. Elastyczność to nie tylko optymalizacja kosztów, ale także bezpieczne środowisko pracy, wygodny sposób rozliczania się i możliwość wykonywania obowiązków służbowych z dowolnej lokalizacji.
Korzystanie z takiego rozwiązania jeszcze nigdy nie było tak proste. Posiadając aplikację na telefonie można wybrać przestrzeń, która najbardziej nam odpowiada – biuro czy salkę konferencyjną w preferowanej lokalizacji. Aplikacja i usługi z nią połączone dają nam wolność wyboru oraz przestrzeń do pracy, która jest dostosowana do naszych potrzeb a nie odwrotnie.
– Warto podkreślić, że firmy to przede wszystkim ludzie i ich emocje. Elastyczne i empatyczne podejście do ich potrzeb to podstawa dobrych relacji i wstęp do budowania zdrowej kultury organizacyjnej – podsumowuje ekspertka New Work.
Ponad 70 tys. spraw sądowych było rozstrzyganych w składach, które pozostają wątpliwe, ze względu na sposób powołania Krajowej Rady Sądownictwa. Tych spraw jest tak dużo, że być może Trybunał w Strasburgu zdecyduje się na wydanie tzw. wyroku pilotażowego.
Jak wynika z innych danych, również na koniec czerwca 2020 r., sędziów powołanych przez neo-KRS było ponad pięciuset, stąd tak duża też liczba orzeczeń, które mogą zostać zakwestionowane.
– Skala problemu jest olbrzymia, ponieważ obywatelowi przysługuje prawo do rozpoznania jego sprawy karnej bądź cywilnej przez niezawisły, bezstronny i niezależny sąd, przy udziale sędziego ustanowionego ustawą – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Skrzypek, senior associate w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Polski problem dotyczy właśnie sformułowania dotyczącego „udziału sędziego ustanowionego ustawą”.
W wyroku z 1 grudnia 2020 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, który zajmował się tym problemem, zdecydował, że procedura powołania sędziego nie może budzić żadnych wątpliwości, a w szczególności żadna z innych władz (ze względu na trójpodział władzy) nie może mieć zbyt dużego wpływu na powoływanie sędziów. Ten wyrok Trybunału dotyczył wprawdzie bezpośrednio sprawy w Islandii, jednak może mieć istotny wpływ na polskie sądownictwo.
Trybunał stwierdził, że jeżeli są wątpliwości dotyczące procedury powołania sędziego, to dla uznania, że proces nie jest rzetelny bez znaczenia jest postawa takiego sędziego podczas procesu. Wyrok ETPC jest więc dalej idący niż uchwała polskiego Sądu Najwyższego, podjęta w składzie trzech izb połączonych.
– Konsekwencją wadliwości powoływania sędziów w Polsce jest to, że każdy przedsiębiorca i obywatel będzie mógł domagać się odszkodowania jeżeli jego sprawa była rozstrzygana z udziałem sędziego powołanego przez neo-KRS – wyjaśnia M.Skrzypek. – Tych spraw jest tak dużo, że być może Trybunał w Strasburgu zdecyduje się na wydanie tzw. wyroku pilotażowego, w którym stwierdzi, że problem jest systemowy, a Polska jako państwo pozwane musi jak najszybciej podjąć działania zmierzające do usunięcia tego problemu.
Postępowanie najczęściej zaczyna się po roku od złożenia skargi, co oznacza, że wydanie orzeczenia zajmie co najmniej dwa lata.
– Pocieszające jest jednak, że takie postępowanie jest bezpłatne – dodaje prawnik z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.
Szansa dla Europy na wzmocnienie więzi między UE i USA, wola współdziałania w obronie demokratycznego porządku, potrzeba uregulowania zasad działania gigantów technologicznych – takie m.in. wątki pojawiły się w środowej debacie w Parlamencie Europejskim, związanej z inauguracją prezydentury Joe Bidena.
Przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel podkreślił, że dzień inauguracji kadencji Bidena jest okazją do ożywienia stosunków transatlantyckich, które bardzo ucierpiały w ciągu ostatnich czterech lat.
„W tym czasie świat stał się bardziej złożony, mniej stabilny i mniej przewidywalny. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej wymaga to od nas, Europejczyków, by wziąć nasz los w swoje ręce, by bronić naszych interesów i promować nasze wartości. Wspólnie z USA musimy stać na fundamencie opartego na zasadach porządku międzynarodowego, działając na rzecz pokoju, bezpieczeństwa, dobrobytu, wolności, praw człowieka i równości płci” – przekonywał Michel.
W podobnym tonie utrzymane było wystąpienie przewodniczącej KE Ursuli von der Leyen. „Europa ma teraz przyjaciela w Białym Domu i jest gotowa na nowy start ze swoim najstarszym i najbardziej zaufanym partnerem. Musimy dążyć do globalnych zmian opartych na wspólnych wartościach, na demokracji, w dziedzinie zmian klimatycznych, przeciwdziałaniu pandemii, wyzwań cyfryzacji” – argumentowała.
Odnosząc się do ataku na Kapitol, przygotowanym w internecie, do mowy nienawiści i dezinformacji szerzonej za pośrednictwem mediów społecznościowych, von der Leyen wezwała do współpracy z USA w celu uregulowania kwestii gigantów technologicznych, tzw. wielkiej czwórki.
„Nieokiełznana władza polityczna internetowych gigantów musi być ograniczona, ponieważ ich działanie musi opierać się na prawie, a nie na arbitralnych decyzjach podejmowanych przez tego czy innego prezesa zarządu firm z Doliny Krzemowej” – podkreśliła.
„Dziś jest dzień nadziei; cztery lata dzielenia społeczeństwa są już za nami” – powiedział Manfred Weber z EPL. Uznał, że nie możemy pouczać USA, ponieważ Europa ma te same problemy. „Media społecznościowe promują postawy skrajne. Wielka czwórka potrzebuje jasnych zasad – muszą one służyć społeczeństwu” – podkreślił Weber. Według niego ważne jest również, aby poważnie potraktować obawy wyborców Trumpa.
Iratxe Garcia Perez (S&D) wyraziła pogląd, że wszystkie demokracje, nawet te najsilniejsze, są zagrożone. Według niej przerażające sceny ataku na Kapitol dowodzą, że konieczna jest walka z dezinformacją. Wspólnym wyzwaniem we współpracy UE i USA jest też odbudowa multilateralizmu w stosunkach międzynarodowych, a także zapewnienie poszanowania zasad i instytucji demokratycznych.
„Atak na Kapitol ma rozpoznawalne korzenie – powiedział Dacian Ciolos (Renew Europe). – Populizm, pogoń za egoistycznymi interesami podczas sprawowania urzędu publicznego, polaryzacja i wielkie kłamstwa wymyślone i propagowane z pozycji najwyższego urzędu w kraju. Żadna demokracja na świecie nie jest odporna na takie zagrożenia” – argumetował. Według niego dzisiaj jest „szansa, której nie możemy przegapić”. Musimy zakasać rękawy i nadać nowy kształt naszemu partnerstwu oraz znaleźć wspólną wizję tego, jak radzić sobie ze wspólnymi wyzwaniami, takimi jak łagodzenie napięć w handlu, przeciwdziałanie zmianom klimatycznym oraz radzenie sobie z cyfrowymi gigantami – przekonywał.
Zdaniem Jerome Riviere (ID) atak na świątynię amerykańskiej demokracji jest niewybaczalny. Jednak potępił on jednak to, że prawie wszystkie media społecznościowe zablokowały demokratycznie wybranego prezydenta, który nadal sprawował urząd, naruszając podstawową demokratyczną zasadę wolności słowa. Powiedział, że porażka Donalda Trumpa nie zmienia programu politycznego USA, „który ma na celu zdominowanie całego świata”.
Ska Keller (Zieloni/EFA) wezwała do ochrony podstawowych wolności i praworządności. Według niej wydarzenia na Kapitolu były bezpośrednim rezultatem zachęt Trumpa i „czterech lat codziennych kłamstw i pogardy dla faktów”. Czy Europa jest zabezpieczona przed populizmem i demagogią, przed dezinformacją i atakami na praworządność? – pytała posłanka. Wymieniła w tym kontekście kampanię poprzedzającą brexit „przepełnioną rażącymi kłamstwami i fałszywymi obietnicami”, „niewiarygodne lekceważenie przez polski rząd prawa kobiet do własnych ciał” oraz „systemowy demontaż praworządności na Węgrzech przez Viktora Orbana”.
Derk Jan Eppink (EKR) ostrzegał przed uciszaniem debaty publicznej przez gigantów technologicznych lub polityków. Uznał, że „duże firmy technologiczne nadużywają swojej dominującej pozycji, a ich władza musi zostać złamana”. Ale podczas gdy demokraci mogą „przeżywać traumę po czterech latach rządów Trumpa”, nowa władza powinna powstrzymać się od kryminalizacji przejawów sprzeciwu. Podnoszenie niewygodnych kwestii jest sednem demokracji” – dodał.
Martin Schirdewan (GUE/NGL) powiedział, że cztery lata rządów Trumpa podważyły zaufanie do demokracji, które należy przywrócić i wzmocnić. Według niego nowy prezydent USA powinien też dać sygnał dla nowego początku w stosunkach transatlantyckich. Poseł przedstawił oczekiwania swojej frakcji politycznej w PE: powrót do multilateralizmu, wspólne działania na rzecz klimatu i wspólna praca na rzecz pokojowego porządku na świecie.
Dziś inauguracja Joe Bidena jako 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki. BusinessEurope liczy, że oznaczać to będzie nową erę w stosunkach transatlantyckich, która, miejmy nadzieję, będzie bardziej kooperacyjna i mniej konfliktowa.
Bez wątpienia ważnym sygnałem wskazującym, że rozpoczął się odnowiony dialog, byłoby zniesienie lub przynajmniej zawieszenie taryf w czasie, gdy obie administracje negocjują rozwiązanie długotrwałych sporów między Airbusem a Boeingiem. W perspektywie średnioterminowej celem powinno być opracowanie wspólnej agendy, obejmującej m.in. współpracę w Chinach, reformę WTO, kwestie klimatyczne i technologie cyfrowe.
Prezes BusinessEurope Pierre Gattaz powiedział:
„Mamy teraz szansę na nowy początek i wejście w nową erę. Przedsiębiorstwa europejskie z niecierpliwością czekają na odnowione partnerstwo transatlantyckie, w ramach którego obie strony wspólnie określą nowe możliwości ścisłej współpracy w obszarach wspólnego zainteresowania. Obywatele Europy i biznes z niecierpliwością czekają na sygnał, że Stany Zjednoczone ponownie postrzegają Unię Europejską jako sojusznika i partnera.
Wynegocjowane rozwiązanie sporów Airbusa i Boeinga pomogłoby odwrócić stronę i przejść do innych pilnych kwestii, takich jak bardzo potrzebne przyjęcie wielostronnych dyscyplin dotyczących dotacji i ogólna modernizacja Światowej Organizacji Handlu.
Podczas gdy obie nasze gospodarki borykają się z dramatycznymi ekonomicznymi i społecznymi skutkami Covid-19, gospodarka transatlantycka może być potężnym motorem wspierającym trwałe ożywienie i przywracającym trwały wzrost gospodarczy i nowe miejsca pracy. Jednocześnie nasi obywatele zarówno w UE, jak i w USA odnieśliby korzyści z budowania pozytywnego dwustronnego programu, który dotyczy pilnych wyzwań gospodarczych i społecznych, takich jak zmiana klimatu, transformacja cyfrowa, opieka zdrowotna lub handel ”.
Komentarz Kingi Grafy, dyrektorki biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli: „Mamy nadzieję, że nowa amerykańska administracja postawi na bardzo bliską współpracę polityczną i gospodarczą z UE, tym samym wzmacniając więzi transatlantyckie. Kluczowym wyzwaniem będzie wypracowanie wspólnego podejścia UE i USA wobec Chin”.
Dotychczas górny limit wpłat na IKE (Indywidualne Konta Emerytalne) i IKZE (Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego) był z ustalany odgórnie. Osoby, które chciały samodzielnie oszczędzać na emeryturę w ramach tzw. trzeciego filaru mogły wpłacać określone środki pieniężne, ale tylko do pewnej wysokości. Okazuje się, że od tego roku osoby samozatrudnione będą mogły wpłacić więcej na IKZE. Czy te zmiany spowodują, że większa liczba Polaków zacznie oszczędzać na emeryturę? Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM, twierdzi, że powyższe zmiany to raczej mikrozmiany, a z samym oszczędzaniem Polacy wciąż są na bakier. Przekonuje, że potrzebne są szeroko zakrojone działania edukacyjne, które zmieniłyby myślenie o emeryturze jako czymś bardzo odległym.
Górny limit wpłat na IKE i IKZE zależy od prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia brutto i jest ustalany co roku. Pod koniec 2020 r. Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej ogłosiło, że wynagrodzenie to wyniesie 5259 zł. Na Indywidualne Konta Emerytalne będzie zatem można wpłacić w 2021 roku maksymalnie 15 777 zł (czyli trzykrotność przeciętnego wynagrodzenia brutto), a na IKZE maksymalnie 6380,10 zł (czyli 1,2 krotność). Zmiany, które weszły w tym roku dotyczą samozatrudnionych i oszczędzania na IKZE. Samozatrudnieni będą mogli wpłacić 1,8 krotność przeciętnego wynagrodzenia brutto, czyli 9466,20 zł.[1]
Komentarz Roberta Majkowskiego, Prezesa Funduszu Hipotecznego DOM
Wyższy limit wpłat na IKZE to dobry pomysł, choć warto go oceniać raczej w skali mikro. Trzeba pamiętać, że w Polsce o oszczędzaniu na tzw. przyszłość mówi się zazwyczaj w dwóch aspektach. Pierwszy to oszczędzanie na czarną godzinę, czyli ciężkie czasy. Trwająca właśnie pandemia była i wciąż jest jednym z najpoważniejszych sprawdzianów pod kątem posiadanych oszczędności. Wielu Polaków straciło pracę, zamknęło biznes, ograniczyło skalę prowadzenia firmy lub musiało zmagać się ze zmniejszeniem wymiaru godzin pracy, a co za tym idzie – niższymi wpływami do domowego budżetu. Jeszcze w połowie ubiegłego roku, gdy mówiliśmy o początkach zamrożenia gospodarki, Polacy deklarowali, że oszczędności wystarczą im na ok. 3 miesiące życia. Pod koniec roku 2020 – jak wynika z badania Corona Mood – tylko 24 proc. rodaków deklarowało, że jest w stanie żyć z oszczędności powyżej 3 mies., a 12 proc. twierdziło, że wystarczy im na miesiąc. Do 23 proc. wzrosła liczba osób deklarujących, że nie mają już żadnych oszczędności.[2]
Drugi aspekt, w którym najczęściej mówi się o oszczędzaniu to odkładanie pieniędzy na emeryturę. W tym przypadku Polacy również nie są zbyt systematyczni ani przezorni (tak jak chociażby Niemcy, czy przedstawiciele innych krajów Europejskich). Z badania Insurance Europe wynika, że 47 proc. rodaków nie oszczędza na emeryturę a 25 proc. w ogóle nie widzi takiej potrzeby. Jeszcze w 2016 roku Polacy w ciekawym badaniu Pracowni Badań Społecznych również deklarowali, że nie przywiązują wielkiej wagi do oszczędzania na starość, ale jednocześnie blisko 70 proc. z nich przyznawała, że mogłaby zacząć odkładać, ale tylko wtedy, gdyby Państwo dołożyło im do tego.[3] W powiększaniu senioralnych oszczędności miał pomóc m.in. ogólnopolski program PPK, którego konstrukcję oceniam nieźle. Coraz większa liczba Ekspertów przyznaje jednak, że program rządowy okazał się fiaskiem. Blisko 77 proc. Polaków wypisało się z uczestnictwa w programie, a trzeba przyznać, że od początku frekwencja była dość niska.[4]
Co stoi za tym, że Polacy wciąż oszczędzają zbyt mało? Moim zdaniem kluczowa jest edukacja. Osoby aktywne zawodowo, będące w wieku, który umożliwia im odkładanie pieniędzy w długiej perspektywie czasu powinny być edukowane na szeroką skalę dlaczego oszczędzanie jest tak ważne. Zmiana myślenia na ten temat jest podstawą, by zacząć planować przyszłość z ołówkiem w dłoni, a nie myśleć o niej jako czymś bardzo odległym. Nasze doświadczenie w ponad dziesięcioletniej pracy z seniorami pokazuje, że osoby starsze bardzo często popadają w długi, mają trudności z zarządzaniem tak skromnym budżetem jak ich własna emerytura i żałują, iż nie powzięły stosownych kroków wcześniej. Oczywiście na podreperowanie senioralnego budżetu istnieją różne sposoby, takie jak chociażby renta dożywotnia, jednak na oszczędzanie, dorabianie pieniędzy na emeryturze lub zakładanie własnego biznesu, by zapewnić dodatkowe wpływy pieniężne jest już w tym wieku niejednokrotnie za późno.
Według prognoz międzynarodowej firmy doradczej Savills, inwestorzy poszukujący nieruchomości odznaczających się niskim ryzykiem inwestycyjnym (tj. z segmentu core i core plus) w 2021 roku nadal będą zainteresowani nowoczesnymi budynkami biurowymi w kluczowych lokalizacjach w obrębie Centralnych Obszarów Biznesu (COB), charakteryzującymi się niskim wskaźnikiem powierzchni niewynajętej, w miastach takich jak Berlin, Monachium, Paryż, Sztokholm i Londyn.
Savills prognozuje również, że w kręgu zainteresowań tej grupy inwestorów pozostaną nieruchomości handlowe z segmentu convenience i obiekty wspierające logistykę ostatniej mili w gęsto zaludnionych miastach, a także nowoczesne magazyny logistyczne na rynkach o wysokim lub rosnącym udziale handlu internetowego, między innymi we Francji, w Niemczech, Hiszpanii, Holandii, krajach nordyckich i Wielkiej Brytanii. Na radarze inwestorów nadal będą także budynki mieszkaniowe oferowane w formie najmu instytucjonalnego w miastach i regionach o niewystarczającej podaży, między innymi w regionie Randstad (Amsterdam, Rotterdam, Haga i Utrecht) w Holandii, Sztokholmie, Paryżu, Londynie i wielu miastach Niemiec.
W segmencie value-add uwagę inwestorów w tym roku mogą przyciągać inwestycje logistyczne na rynkach, na których występuje luka podażowa, takich jak kraje nordyckie i Hiszpania, a także sektory umożliwiające uzyskanie przychodów w krótkim czasie, między innymi biura elastyczne i akademiki, które mają szansę na poprawę sytuacji w drugim półroczu. Zainteresować ich mogą także inwestycje na rynkach, które odnotowują wzrost popytu na mieszkania na wynajem instytucjonalny, takich jak Europa Południowa i Wschodnia. Wiele krajów europejskich wprowadziło w ostatnich latach bardziej rygorystyczne standardy budownictwa ekologicznego, co sprawia, że okazją dla inwestorów są także inwestycje w ekomodernizację istniejących budynków.
Według Savills, w tym roku inwestorzy oportunistyczni mogą zdecydować się na przekształcanie mniej popularnych budynków biurowych w nieruchomości mieszkaniowe lub na zakup obiektów hotelowych będących w trudnej sytuacji w lokalizacjach turystycznych. Jednymi z najciekawszych obiektów inwestycyjnych w sektorze nieruchomości alternatywnych w 2021 roku mogą być parki naukowe w najbardziej renomowanych klastrach uniwersyteckich w Europie, między innymi w Danii, Francji, Niemczech, Szwecji i Szwajcarii. Do tej kategorii można zaliczyć także placówki medyczne, domy seniora i domy opieki w krajach o starzejącej się populacji i oferujących takie produkty inwestycyjne, między innymi w Belgii, Finlandii, Francji, Niemczech, Szwecji i Holandii. Atrakcyjne mogą być także centra danych na rynkach charakteryzujących się solidnymi fundamentami i rozbudowaną infrastrukturą w miastach takich jak Amsterdam, Frankfurt, Paryż i Londyn oraz w krajach nordyckich.
„Przewidujemy, że większość inwestorów będzie koncentrować się na najbardziej atrakcyjnych nieruchomościach z segmentu core i core plus – przynajmniej do drugiej połowy bieżącego roku. Mimo to prognozujemy także pojawienie się nowej fali kapitału zainteresowanego okazjami inwestycyjnymi wynikającymi z trudnej sytuacji niektórych aktywów. W segmencie value-add zaobserwowaliśmy jednak już pewną stagnację. W najbliższych miesiącach możemy być świadkami stopniowej weryfikacji wartości posiadanych aktywów przez właścicieli nieruchomości. Większa przejrzystość cen powinna zachęcić sprzedających do wprowadzania na rynek produktów inwestycyjnych, co przełoży się na wzrost płynności” – dodaje Marcus Lemli, CEO Savills w Niemczech i dyrektor działu doradztwa inwestycyjnego na Europę.
„Silny popyt ze strony najemców na powierzchnię magazynową i produkcyjną w Polsce napędza wysoką aktywność deweloperską w tym segmencie. Zainteresowanie inwestorów nieruchomościami logistycznymi powinno się utrzymać również w 2021 r. i zapewne będziemy również świadkami kolejnych transakcji typu JV i forward funding. W 2021 r. popularnością cieszyć się będzie również segment mieszkań na wynajem instytucjonalny oraz sektor prywatnych domów studenckich. To dopiero rodzące się rynki w naszym kraju, na których wciąż brakuje produktu, przez co również na nich należy się spodziewać transakcji na etapie finansowania inwestycji. Pozytywny sentyment inwestorów powinien być odczuwalny również w stosunku do obiektów handlowych, których głównym najemcą jest operator spożywczy oraz sklepów typu convinience, które wykazały się dużą odpornością na negatywne skutki gospodarcze pandemii. Inwestorzy mogą również selektywnie rozważać zakup nieruchomości biurowych, zwłaszcza tych o wysokiej jakości, zapewniających długoterminowy, stabilny dochód, w centralnych lokalizacjach w Warszawie. Aktywa tego typu wydają się być relatywnie atrakcyjnie wyceniane w porównaniu z głównymi rynkami w Europie Zachodniej. Potencjalne okazje inwestycyjne mogą się również pojawić w sektorze hotelowym, który mocno ucierpiał w wyniku lockdownu” – mówi Marek Paczuski, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego, Savills.
„Inwestorzy gotowi podjąć pewne ryzyko mogą zdecydować się na realizację nowych inwestycji, aby wykorzystać fazę ożywienia cyklu koniunkturalnego. Deweloperzy już poszukują alternatywnych źródeł finansowania z powodu utrzymujących się rygorystycznych warunków jego pozyskiwania. Obecna sytuacja sprzyja realizacji nowych inwestycji ze względu na ograniczoną podaż i niewielką aktywność deweloperską. Średnie wskaźniki pustostanów w Europie są nadal rekordowo niskie i wynoszą 6,3% na rynku biurowym oraz 5,3% w przypadku obiektów logistycznych. Ograniczeniem w sektorze nieruchomości mieszkaniowych jest wzrost kosztów pracy i budowy. Odsetek mieszkań wybudowanych w Europie po roku 2010 wynosi zaledwie 3,7%, co oznacza, że sektor ten będzie w tym roku nadal bardzo atrakcyjny” – podsumowuje Eri Mitsostergiou, dyrektor w dziale badań rynków europejskich w Savills.
Polska spółka 4Nature System zajmująca się aranżacją wewnętrznych ogrodów wertykalnych pozyskała 1 mln złotych od funduszu Simpact VC. Środki te zostaną przeznaczone na rozwój innowacyjnej linii zielonych mebli biurowych z żywą roślinnością. Zaangażowanie funduszu w spółkę 4Nature wpisuje się w przyjętą strategię inwestycyjną Simpactu, gdzie jednym z kluczowych kryteriów jest pozytywny wpływ na społeczeństwo i środowisko naturalne.
4Nature System to proptech startup działający zarówno na polskim, jak i zagranicznych rynkach, który specjalizuje się w połączeniu mebli biurowych i natury przy wykorzystaniu technologii IoT (internet rzeczy). Środki, które zostały pozyskane przez spółkę, zostaną przeznaczone na działania marketingowe oraz dalsze prace badawczo-rozwojowe. Ich celem jest rozwój technologii 4Nature System tak, aby właściwy dobór i rozmieszczenie modułowych mebli z żywą zielenią w biurze zapewniło odpowiedni poziom wilgotności w pomieszczeniach.
– Inwestycja w 4Nature System to nasza cegiełka w promocję i upowszechnienie rozwiązań ekologicznych, służących zarówno gospodarce, jak i ochronie środowiska naturalnego. Cieszymy się, że jako fundusz możemy wspierać projekty, które mają pozytywny wpływ na życie ludzi. Mamy nadzieję, że pozyskane środki ułatwią realizację założonych przez zespół celów biznesowych dotyczących między innymi ulepszenia innowacyjnej linii mebli biurowych – mówi Wojciech Majewski, członek zarządu Simpact VC.
Inwestycja w naturę
Suche powietrze w biurze czy też domu to jedna z istotnych niedogodności, jakie spotykają pracowników. Wpływa to nie tylko na komfort pracy, lecz może też być przyczyną między innymi problemów z oddychaniem. Niski poziom wilgotności powietrza może ponadto przyczynić się do przenoszenia grypy w okresie zimowym, co jest obecnie szczególnie ważne w kontekście pandemii Covid-19.
– Stworzyliśmy 4Nature System z myślą o wszystkich tych, którzy pragną żyć i pracować wśród zieleni, ale ze względu na coraz szybsze tempo życia nie mają czasu na dbanie o nią. Pomysł ten został bardzo dobrze przyjęty. Świadczy o tym między innymi portfolio naszych klientów jak H&M, Amazon, HB Reavis czy Skanska – mówi Beata Dziedzic, CTO firmy 4Nature System. – Cieszymy się, że w dalszym rozwoju wspiera nas fundusz z odpowiednim doświadczeniem w projektach z pozytywnym wpływem społecznym.
W 2021 roku zespół Simpactu zamierza przeprowadzić 8 nowych inwestycji, po czym zakończy swój okres inwestycyjny. – Większość ze wspomnianych wejść planowana jest już na pierwszą połowę bieżącego roku. Ponadto spodziewamy się też dwóch exitów, co potwierdza słuszność przyjętej przez fundusz strategii inwestycyjnej – mówi Krzysztof Grochowski, dyrektor zarządzający funduszem Simpact VC.
Liczba lokali socjalnych w Polsce wciąż jest zbyt mała względem potrzeb. Dane GUS wskazują jednak, że liczba wspomnianych mieszkań wzrasta, co można uznać za pewne zaskoczenie.
Dane Głównego Urzędu Statystycznego z końca 2019 r. mówią, że wówczas na gminne lokum czekało 150 579 gospodarstw domowych. Ponad połowę oczekujących (81 214) stanowiły rodziny oraz osoby samotne potrzebujące mieszkania socjalnego. Niedobór gminnych lokali o niskim standardzie i czynszu niestety jest widoczny już od dawna. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili sprawdzić, jak zmieniała się liczba mieszkań socjalnych. Analiza danych GUS prowadzi do dość zaskakującego wniosku. Główny Urząd Statystyczny dzięki informacjom zawartym w Banku Danych Lokalnych pozwala nam łatwo sprawdzić, jak przez ostatnie lata zmieniała się liczba lokali socjalnych. Dane GUS mówią, że gminy posiadały następującą liczbę takich mieszkań:
Oprócz wzrostu liczby analizowanych mieszkań, widać było także coraz większy ich udział w ogólnym zasobie lokali posiadanych przez gminy. Ten odsetek zmieniał się następująco:
W kontekście powyższych informacji warto pamiętać, że wzrost liczby lokali socjalnych po części wynikał z przekwalifikowywania mieszkań komunalnych na „M” o niższym standardzie. Taka zmiana często jest spowodowana faktem, że gmina nie ma pieniędzy na kosztowny remont lokalu i całego budynku.
Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl
Dla powstającej w sercu Łodzi Fuzji miniony rok upłynął pod znakiem intensywnych prac i przełomowych momentów. Deweloper przekazał do użytkowania dwa budynki mieszkalne i rozpoczął budowę trzeciego. Wystartowały również prace związane z realizacją części biurowej projektu. Echo Investment w połowie bieżącego roku zapowiada także otwarcie ogólnodostępnego, miejskiego placu z zabytkową zrewitalizowaną elektrownią.
Fuzja to blisko 8 ha historycznego terenu, który po zakończeniu prac zyska 90 tys. mkw. powierzchni o różnych funkcjach oraz ponad 4 ha przestrzeni ogólnodostępnej. Rok 2020 był dla projektu niezwykle udany. Deweloper zakończył budowę dwóch pierwszych budynków mieszkalnych i oddał do użytkowania 274 lokale. W listopadzie wystartowała także budowa trzeciej nieruchomości, w której znajdzie się 237 mieszkań. Zakończenie tego etapu prac planowane jest na I połowę 2022 roku.
We wrześniu 2020 roku Fuzja weszła w kolejną fazę realizacji projektu. Na terenie inwestycji wbita została symboliczna łopata pod budowę dwóch biurowców o łącznej powierzchni 19 900 mkw. Ich najemcą zostanie Fujitsu Technology Solutions. Firma wprowadzi się do swojej nowej siedziby już w 2022 roku. Biurowce będą miały odpowiednio pięć oraz sześć kondygnacji naziemnych oraz jedną kondygnację podziemną. Na realizację części biurowej Fuzji deweloper pozyskał w listopadzie finansowanie od Banku Pekao S.A. w wysokości blisko 34 mln EUR. Na koniec 2021 roku planowane jest zakończenie prac związanych ze stanem surowym obu budynków, na których zawiśnie tradycyjna wiecha.
Ten rok będzie przełomowy dla Fuzji jako projektu miastotwórczego. W połowie 2021 otwarty zostanie otwarty ogólnodostępny plac miejski zlokalizowany w centrum kompleksu. Nowy dziedziniec o powierzchni blisko 3 600 mkw. będzie przyjazną przestrzenią, sprzyjającą rozmaitym aktywnościom, która jednocześnie pozwoli na relaks i odpoczynek. Sercem placu będzie zrewitalizowana zabytkowa elektrownia, której odnowioną fasadę i piękne nowe oszklenia w postaci witraży będzie można podziwiać wraz z otwarciem dziedzińca.
– Udostępnienie placu we Fuzji będzie wielkim wydarzeniem w życiu naszej inwestycji, ale też i całego miasta. Przez wiele lat był to teren zamknięty i przez to poniekąd zapomniany. Teraz odzyskuje swoją świetność, której przedsmak zobaczyć będzie można już za kilka miesięcy. Na terenie Fuzji pozostawimy jak najwięcej śladów fabrycznej Łodzi, np. naturalnej cegły, która nadaje temu miejscu niezwykłego klimatu. Będzie to wspaniałe miejsce spotkań, idealne do pracy i zapewniające komfort w codziennym życiu. Każdy z pewnością znajdzie tu coś dla siebie – mówi Anna Malarczyk-Arcidiacono, dyrektor projektu Fuzja.
Fuzja to jeden z największych i najbardziej wymagających projektów realizowanych przez Echo Investment w Polsce. Wieloetapowa inwestycja zakłada powstanie wielofunkcyjnej przestrzeni biurowej, handlowo–usługowej, gastronomicznej, a także budynków mieszkalnych, placu miejskiego i otwartych, zielonych terenów wspólnych. Wszystko w otoczeniu historycznej zabudowy dawnych zakładów włókienniczych Karola Scheiblera, które stanowią dziedzictwo Łodzi Fabrycznej. Na terenie Fuzji są budowane także nowe budynki, które uzupełnią istniejącą zabudowę. Łącznie na 8 ha zlokalizowanych będzie 20 budynków, z czego 14 stanowić będą obiekty historyczne. Za projekt architektoniczny inwestycji odpowiada Medusa Group.
EDPR nabędzie 85% udziałów w firmie C2 Omega, która posiada w portfelu dystrybucyjnym 89 MW energii pozyskiwanej ze źródeł fotowoltaicznych.
Inwestycja odpowiada wartości przedsiębiorstwa wynoszącej około 119 mln USD i ugruntuje obecność EDPR w tym szybko rosnącym segmencie.
EDPR, poprzez swoją w pełni zależną spółkę EDP Renewables North America, zawarł umowę nabycia udziałów większościowych w C2 Omega, będącej platformą dystrybucyjną producenta energii fotowoltaicznej – firmy C2 Energy Capital.
EDPR nabędzie 85% udziałów w portfelu dystrybucyjnym energii pochodzącej z farm fotowoltaicznych, który zawiera 89 MW w instalacjach już operujących oraz bliskich oddania do użytku, jak również 120 MW w projektach w zaawansowanej fazie opracowania, łącznie niemal 200 lokalizacji w 16 stanach USA.
Inwestycja EDPR w platformę dystrybucji C2 wynosi ok. 119 mln USD, co odpowiada wartości przedsiębiorstwa zakupionej wraz z portfolio operacyjnycm (89 MW). Transakcja obejmie dodatkowe ruchy finansowe w oparciu o przyszły wzrost zdolności operacyjnej. Zespół zarządzający C2 będzie nadal zaangażowany w bieżącą działalność operacyjną firmy.
Dzięki tej transakcji EDPR wejdzie do prężnie rozwijającego się sektora na świecie. Firma stanie się operatorem jednego z największych komercyjnych i przemysłowych portfolio dystrybucyjnych w USA, co umożliwi EDPR obsługę tego rosnącego rynku jednocześnie oferując swoim klientom szereg nowych usług i rozwiązań w zakresie korzystania z energii odnawialnej.
Pełniący tymczasowo obowiązki Dyrektora Generalnego EDPR Rui Teixeira powiedział: „Porozumienie osiągnięte z C2 Omega jest kluczowym kamieniem milowym dla EDPR, umożliwiającym nam wejście do prężnie rozwijającego się sektora rynku w USA, poprzez nabycie wiodącego dystrybutora energii ze źródeł odnawialnych. C2 Omega jest firmą z imponującymi osiągnięciami, silnym zespołem zarządzającym i wysokiej jakości portfelem komercyjnym i przemysłowym. Dzięki tej transakcji EDPR i C2 będą wspólnie rozwijać segment dystrybucji, poszerzać ofertę konkurencyjnych rozwiązań dostarczanych naszym klientom i zwiększać potencjał wzrostu całej platformy. Transakcja potwierdza ponadto nasze zaangażowanie na rynku Ameryki Północnej, gdzie EDPR zarządza portfolio 7600 MW energii, z czego ponad 7200 MW to instalacje już operujące.
Finalizacja tej transakcji podlega szczegółowym warunkom prawnym i jej zamknięcie jest spodziwane w pierwszym kwartale 2021r.
Pandemia mocniej uwidoczniła wyzwania, przed którymi już wcześniej stał polski rynek handlowy, podkreślając nie tylko wagę wielokanałowej sprzedaży, ale też konieczność poszukiwania alternatywnych lokalizacji.
Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku nieruchomości handlowych w Polsce na koniec 2020 roku.
Ogłoszone w ubiegłym roku trzy epizody lockdownu w oczywisty sposób wpłynęły na zmiany w zwyczajach zakupowych Polaków i przyczyniły się do rosnącej popularności mniejszych formatów handlowych. Jednocześnie wybuch pandemii uwypuklił wyzwania, którym rynek stawiał czoła od dłuższego czasu. Oprócz wzrostu sprzedaży internetowej i wielokanałowej, mocniej została też podkreślona konieczność poszukiwania alternatywnych lokalizacji, które pozwolą sieciom na przyciągnięcie nowych grup klientów. Wśród nich możemy wymienić m.in. lokalizacje znajdujące się przy szeroko pojętych ulicach handlowych, które dzięki przyjęciu odpowiedniej strategii, mogą zyskać na aktualnych przemianach mających miejsce na rynku, tłumaczy Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.
Podaż – dominują parki handlowe i centra convenience
Pandemia wzmocniła popularność wygodnych i szybkich zakupów, które można zrobić w niedalekiej odległości od swojego domu. Znalazło to również odzwierciedlenie w nowej powierzchni, która została dostarczona na rynek. W całym 2020 roku deweloperzy ukończyli budowę 430 000 mkw. powierzchni w ramach wielkopowierzchniowych obiektów handlowych, a także centrów codziennych zakupów, tzw. centrów convenience.
41% ukończonej powierzchni zostało oddanej do użytku w ramach parków handlowych, a kolejne 28% w centrach convenience. Centra handlowe, które wciąż są najpopularniejszym formatem w Polsce, odpowiadały za zaledwie 20% nowej podaży. W rezultacie całkowita powierzchnia handlowa w Polsce, obejmująca zarówno wielkopowierzchniowe formaty, jak i centra convenience, na koniec 2020 roku osiągnęła poziom blisko 16 mln mkw., tłumaczy Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL.
Największymi projektami otwartymi w 2020 roku była Galeria Wiślanka w Żorach (20 000 mkw.), Dekada w Nysie (19 600 mkw.), Galeria Chełm w Chełmie (17 500 mkw.) a także wielofunkcyjny projekt Elektrownia Powiśle w Warszawie (15 500 mkw. powierzchni handlowej).
W tym samym czasie około 335 000 mkw. zostało wycofanych z podaży nowoczesnej powierzchni handlowej, jako wynik zamknięć wybranych, starszych galerii Tesco i Auchan, centrum handlowego Sukcesja w Łodzi, a także częściowej konwersji powierzchni handlowej na inne funkcje w wybranych obiektach.
Popyt – przetasowania na mapie handlowej
Spadek liczby odwiedzających i obrotów w większości centrów handlowych w Polsce, a także negocjacje między właścicielami a najemcami, wpłynęły na spowolnienie lub tymczasowe zawieszenie planów ekspansji większości najemców.
Z drugiej strony, większość sieci spożywczych i najemców z kategorii „value retailers” zostało w mniejszym stopniu dotkniętymi przez pandemię, a ich plany ekspansji podtrzymane, i niejednokrotnie skierowane na nowe destynacje handlowe, bardziej odporne na skutki wprowadzanych obostrzeń. Warto też przypomnieć, że ubiegły, pandemiczny rok był momentem debiutu kilku zagranicznych marek, m.in.: modowego giganta Irlandii, czyli firmy Primark i amerykańskiego brandu Urban Outfitters. Ponadto, swoje pierwsze sklepy w Polsce otworzyły w tym czasie American Vintage z Francji, Falconeri z Włoch, butik z kosmetykami Armani Beauty z Francji, sieć sklepów meblowych Mömax z Austrii, czy rosyjski dyskont spożywczy Mere, dodaje Joanna Tomczyk.
Jednocześnie niektóre marki zdecydowały o wyjściu z polskiego rynku. Powodem była kondycja finansowa tych sieci, która jednak w wielu przypadkach była niekorzystna jeszcze przed wybuchem pandemii. Zjawisko to można było zaobserwować również na rynkach zagranicznych. Wśród sklepów, które zdecydowały o zakończeniu działalności w Polsce znalazły się modowe Forever21, Camaieu, Promod i Stefanel, sieć obuwnicza Salamander, sklep sportowy Sportisimo, czy oferujący artykuły do wnętrz Miniso.
Rynek inwestycyjny
Analogicznie do trendów obserwowanych w innych krajach 2020 rok przyniósł spadki w wolumenie inwestycyjnym w sektorze nieruchomości handlowych w Polsce.
W ubiegłym roku zawarto transakcje na blisko 650 mln euro, których przedmiotem były w większości parki handlowe, centra zakupów codziennych, sklepy budowlane i spożywcze lub obiekty przeznaczone do repozycjonowania, zmiany funkcji lub operatora. Spodziewamy się, że wraz z utrzymującą się dużą aktywnością deweloperów właśnie w segmencie parków i centrów zakupów codziennych, a także zmieniającymi się zwyczajami zakupowymi polskich konsumentów, uwaga inwestorów w coraz większym stopniu będzie koncentrować się na tego typu formatach. Stopy kapitalizacji za najlepsze parki handlowe pozostają na poziomie ok. 6,8% z prognozą dalszej kompresji z uwagi na zainteresowanie funduszy tą klasą produktu, komentuje Agnieszka Kołat, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych, JLL.
Żadne centrum handlowe o powierzchni najmu przekraczającej 20 tysięcy metrów kwadratowych nie było przedmiotem bezpośredniej transakcji w 2020 roku. Jedyna transakcja uwzględniająca duże centra handlowe to sprzedaż 61,49% udziałów w spółce GTC, właściciela Galerii Północnej w Warszawie i Galerii Jurajskiej w Częstochowie, przez Lonestar w ramach transakcji korporacyjnej na rzecz węgierskiego funduszu Optimum Ventures Private Equity Fund. Dodatkowo, 50% udziałów w centrum wyprzedażowym Wrocław Fashion Outlet zostało sprzedanych jako część europejskiego portfela przez Hammerson na rzecz APG za ok. 22 mln euro.
Strategia na przyszłość
2020 był rokiem pełnym wyzwań także pod względem warunków czynszowych. Zobowiązania między właścicielami obiektów handlowych a najemcami zostały tymczasowo zawieszone, w przypadku wymogu zamknięcia sklepów najemcy zostali zwolnieni z opłat czynszowych i eksploatacyjnych w zamian za przedłużenie umowy najmu o okres trwania lockdownu plus sześciu miesięcy. Poza regulacjami rządowymi, wielu najemców otrzymało od wynajmujących tak zwane upusty covidowe, najczęściej rozłożone na kilka miesięcy 2020 roku.
Ze względu na drugi lockdown w listopadzie i trzeci trwający obecnie, dalsze upusty czynszowe w wielu przypadkach są przedmiotem rozmów. Należy jednak mieć na uwadze, że rządowe regulacje wpłynęły negatywnie na kondycję finansową właścicieli centrów handlowych, którzy dodatkowo nie zostali objęci żadnym programem pomocowym. Odnowienia umów najmu są aktualnie bardziej elastyczne i w niektórych przypadkach podpisywane na okres 2-3 lat, zamiast standardowych pięciu. Aspektem, który pozwala na ostrożny optymizm w zakresie stopniowej odbudowy kondycji centrów i marek handlowych, są potrzeby zakupowe polskich konsumentów. Choć wzrost e-commerce w Polsce jest niezaprzeczalnym faktem, to Polacy nadal najchętniej wybierają handel tradycyjny, podsumowuje Anna Wysocka