Wyniki branży leasingowej po trzech kwartałach 2020r.

  • 48,5 mld zł to łączne finansowanie udzielone przez polską branżę leasingową w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2020r.
  • Dynamika rynku leasingu po trzech kwartałach 2020r. wyniosła -15,2 % r/r.
  • III kwartał wyróżnił się 4,0 proc. dynamiką r/r.
  • Ponad 170 tys. przedsiębiorców zostało objętych wakacjami leasingowymi.

Związek Polskiego Leasingu, reprezentujący polski sektor leasingowy podał, że w ciągu trzech pierwszych kwartałów 2020r. firmy leasingowe udzieliły finansowania o łącznej wartości 48,5 mld zł, przy ujemnej dynamice rynku na poziomie -15,2% r/r. (dane ZPL po trzech kwartałach 2020r.).ZPL_aktywa_po III kw. 2020

Jak zmieniała się sytuacja na rynku leasingu w ciągu roku?

Restrykcje administracyjne, które rząd wprowadził w połowie marca, poskutkowały bardzo wyraźnym wyhamowaniem działalności gospodarczej (głównie w sektorze usług) oraz ograniczeniem aktywności całego społeczeństwa. Ich rezultatem były spadki obserwowane w produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, czy spadki w zakresie wielkości finansowania udzielanego przez firmy leasingowe. Dane Związku Polskiego Leasingu pokazują, że w pierwszej połowie tego roku polska branża leasingowa udzieliła łącznego finansowania o wartości 29,8 mld zł, przy dynamice rynku na poziomie -24% r/r.

W kolejnych miesiącach roku leasingodawcy obserwowali większe zainteresowanie wśród firm finasowaniem udzielanym przez branżę. W samym trzecim kwartale br. wartość nowych kontraktów leasingowych wyniosła 18,8 mld zł, co było wynikiem lepszym o 4,0% r/r. Mimo dodatnich wyników trzeciego kwartału, skumulowane dane branży leasingowej na koniec września pokazują -15,2 proc. dynamikę rynku r/r przy łącznej wartości nowych kontraktów na poziomie 48,5 mld zł.

„Polska branża leasingowa, pomimo spadającej liczby nowych kontraktów, zdecydowała się pomóc przedsiębiorcom w czasie kryzysu. Leasingodawcy – na wniosek swoich klientów – zmieniali harmonogramy spłat i odraczali spłatę rat leasingowych na okres od 3 do 6 miesięcy. W okresie od połowy marca do końca września 2020r., finansujący objęli wakacjami leasingowymi ponad 170 tys. przedsiębiorców, w odniesieniu do 380 tys. umów leasingu. Co istotne 95% pomocy zostało przyznane do końca czerwca 2020 roku” – powiedziała Ewa Łuniewska, Przewodnicząca Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu.

Struktura rynku leasingu

W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy roku przedsiębiorcy, przy udziale leasingu i pożyczki inwestycyjnej, najczęściej finansowali pojazdy osobowe i dostawcze do 3,5 tony. Mają one 47,6 proc. udział w strukturze rynku. Na drugim miejscu znalazły się maszyny i inne urządzenia (29,9 proc. udział), a na trzecim miejscu – pojazdy ciężarowe (16,8 %). Rzadziej finansowe były: sprzęt IT (1,6%), samoloty, statki i tabor kolejowy (1,5%), nieruchomości (1,3%) i inne aktywa (1,4%).ZPL_struktura_po III kw. 2020

Trendy w grupach produktów

Pojazdy osobowe i dostawcze do 3,5 tony

Po istotnych spadkach w zakresie finansowania pojazdów lekkich w drugim kwartale tego roku, trzeci kwartał przyniósł poprawę i wzrost dynamiki finasowania do 11,9 % r/r. Branża leasingowa w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy roku sfinansowała pojazdy lekkie (tj. pojazdy osobowe i dostawcze do 3,5 t.) o łącznej wartości 23,1 mld zł, co stanowiło wynik o 9,2 proc. niższy przed rokiem. Tegoroczny spadek finansowania pojazdów lekkich opierał się zarówno o samochody osobowe (-9,3% r/r), jak i pojazdy dostawcze do 3,5 tony (- 8,8% r/r). Co istotne we wrześniu dynamika finansowania pojazdów lekkich wyniosła 21,2% r/r, czyli była zdecydowanie powyżej wyników z lipca i sierpnia.

„Wyniki sektora OSD są mocno skorelowane ze zmianami popytu konsumpcyjnego w Polsce. Już w I kwartale 2020 dynamika wydatków konsumpcyjnych wyhamowała do 1,2% r/r, a w II kwartale odnotowała spadek aż o 10,9% r/r. Zakładamy, że popyt konsumpcyjny pozostanie słaby w dalszej części roku, w dużej mierze za sprawą bardzo negatywnego wpływu pandemii na nastroje konsumentów. Będzie to miało negatywne przełożenie na popyt wewnętrzny i koniunkturę w handlu detalicznym, co jest ściśle powiązane z wielkością finansowania pojazdów lekkich” – powiedział Marcin Nieplowicz, Dyrektor ds. Statystyki i Monitorowania Rynku ZPL.

Maszyny i inne urządzenia

W omawianym okresie łączne finansowanie udzielone przez branżę leasingową na inwestycje w maszyny i inne urządzenia wyniosło 14,5 mld zł, przy ujemnej -7,2 proc. dynamice r/r (dane po trzech kwartałach tego roku). Rezultat, jaki uzyskały maszyny był najlepszym wynikiem wśród głównych segmentów rynku leasingu w Polsce w tym roku. Dynamikę -13,1% r/r odnotowano dla finansowania maszyn leasingiem, a 7 proc. wzrost (r/r) dla finansowania maszyn pożyczką.

„Słabszy wynik uzyskany w maszynach w leasingu jest mocno powiązany z wynikami produkcji przemysłowej. Lock down gospodarki (w tym przede wszystkim zamknięcie części zakładów przemysłowych lub ograniczenie ich działalności) doprowadził do załamania produkcji przemysłowej w kwietniu. Kolejne miesiące przyniosły stopniową normalizację sytuacji, a od czerwca dynamika produkcji osiągnęła dodatni wynik” – powiedział Marcin Nieplowicz, Dyrektor ds. Statystyki i Monitorowania Rynku ZPL.

Analiza ZPL pokazuje też, że wciąż znacznie lepsze wyniki są uzyskiwane w tych segmentach maszyn, w których popyt inwestycyjny nie jest tak mocno uzależniony od zmian koniunktury. To przede wszystkim finansowanie maszyn rolniczych (+6,8% r/r za III kw.) i sprzętu medycznego (+29,0% r/r za III kw.), czyli obszarów mocno powiązanych z pożyczką. Z drugiej strony wciąż na wyraźnym minusie w III kwartale 2020r. były te segmenty maszyn, w których poziom finansowania jest mocno uzależniony od oceny sytuacji gospodarczej tj. maszyny do obróbki metalu i produkcji plastiku czy maszyny poligraficzne.

Pojazdy ciężarowe

W segmencie finansowania pojazdów ciężarowych, gdzie uwzględnione zostały takie aktywa jak pojazdy ciężarowe powyżej 3,5t., ciągniki siodłowe, naczepy i przyczepy oraz autobusy, obserwujemy kontynuację spadków, które rozpoczęły się jeszcze w czerwcu 2019 roku. I połowa roku przyniosła pogłębienie ujemnych dynamik do -51,2% r/r. W samym trzecim kwartale tego roku dynamika finansowania tych pojazdów była na lekkim minusie -3,6% r/r. Skumulowane dane ZPL pokazują, że od początku roku branża leasingowa podpisała nowe kontrakty na pojazdy ciężarowe o łącznej wartości 8,1 mld zł, przy dynamice rynku na poziomie -39,4% r/r.

Grosze wyniki w tym segmencie rynku obserwujemy przede wszystkim w obszarze związanym z międzynarodowym transportem drogowym. W okresie od stycznia do września 2020r. finansowanie ciągników siodłowych spadło o 43,7% r/r, przy dodatniej dynamice za III kwartał (3,8% r/r), a wartość nowych kontraktów dotyczących finansowania naczep i przyczep była niższa o 39,2% r/r. Trudna sytuacja w transporcie zbiorowym jest widoczna w wynikach segmentu autobusów, który w ciągu pierwszych trzech kwartałów zanotował wynik gorszy o 43% r/r, niż przed rokiem. Relatywnie najmniejsze spadki dotyczą segmentu ciężarówek o masie powyżej 3,5 t, a to za sprawą relatywnie dobrego wyniku budowlanki.

Pozostałe segmenty rynku (IT, samoloty, statki, tabor kolejowy i nieruchomości)

W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2020 roku firmy leasingowe sfinansowały także:

  • Sprzęt IT o łącznej wartości 752, 2 mln zł (-5,3 proc. dynamika r/r)
  • Samoloty, statki i tabor kolejowy o wartości 703,7 mln zł (- 10,9 proc. dynamika r/r)
  • Nieruchomości, o łącznej wartości 624,9 mln zł (+55,9 proc. dynamika r/r)

Co firmy leasingowe mówią o kolejnych miesiącach roku?

Według kwartalnego odczytu badania koniunktury branży leasingowej, realizowanego wśród osób odpowiedzialnych za sprzedaż w firmach leasingowych zrzeszonych w ZPL, w ostatnim kwartale roku, ankietowane firmy spodziewają się bardzo wyraźnego przyspieszenia aktywności sprzedażowej (za sprawą wzrostu liczby wpływających wniosków leasingowych). Poza tym oczekują zauważalnego wzrostu zatrudnienia i nieznacznego polepszenia jakości portfela.

W zakresie nowej produkcji, połowa badanych firm spodziewa się wzrostu finansowania w segmencie pojazdów lekkich, a 1/3 firm oczekuje wzrostów w zakresie finansowania maszyn i urządzeń. Firmy oczekują też stabilizacji poziomu finansowania w segmencie transportu ciężkiego, a ujemne perspektywy rysują się dla finansowania nieruchomości.ZPL_koniunktura2_po III kw. 2020 ZPL_koniunktura1_po III kw. 2020

Hays Poland: Pracownicy wysoko oceniają swoją efektywność podczas pracy zdalnej

85% pracowników wysoko ocenia swoją efektywność podczas pracy zdalnej. Największym wyzwaniem pozostaje zachowanie równowagi praca-dom.

Pracownicy wysoko oceniają swoją efektywność i produktywność podczas pracy z domu. Mimo że wielu z nich przed pandemią nigdy nie wykonywało swoich zawodowych obowiązków poza siedzibą firmy, to okres pracy zdalnej – chociaż niepozbawiony wyzwań – jest przez pracowników oceniany pozytywnie. Wyniki badania przeprowadzonego przez MC2 Innovations we współpracy z Hays Poland i Uniwersytetem SWPS malują optymistyczny obraz efektywności pracy zdalnej. Jednak wraz z przedłużającym się okresem funkcjonowania w tym modelu pojawia się pytanie, jak w dalszej perspektywie brak bezpośredniego kontaktu pracowników z firmą wpłynie na ich zaangażowanie i poczucie przynależności.

Praca zdalna w okresie pandemii z dnia na dzień stała się codziennością dla rzeszy pracowników. W obliczu zagrożenia epidemicznego wiele firm podejmowało decyzję o umożliwieniu swoim zespołom wykonywania obowiązków zawodowych z domu. Nierzadko taki krok wymagał dodatkowych inwestycji, a także szybkiego stworzenia zasad regulujących funkcjonowanie biznesu w cyfrowej rzeczywistości. Dla wielu organizacji praca zdalna nie była zupełną nowością, lecz zaobserwowaną w roku 2020 skalę jej zastosowania z całą pewnością można określić jako bezprecedensową.

Początkowo firmy i szefowie zespołów stanęli przed wyzwaniem zapewnienia pracownikom narzędzi oraz zasobów niezbędnych do kontynuowania pracy z domu. Jednak wraz z przedłużającym się okresem pracy zdalnej pojawiły się inne trudności i pytania. Firmy zaczęły poświęcać uwagę zagadnieniu skuteczności zarządzania zespołami na odległość, a także efektywności i zaangażowaniu zatrudnionych, którzy w realiach pandemii utrzymują kontakt ze współpracownikami i przełożonym wyłącznie za pośrednictwem środków komunikacji cyfrowej – komentuje Agnieszka Pietrasik, Executive Director w Hays Poland.

Rozważania nad efektywnością pracy zdalnej i wpływem formy świadczenia pracy na poczucie przynależności pracowników, zainspirowały badanie na grupie ponad 800 osób, które w okresie pandemii Covid-19 wykonywały swoje zawodowe obowiązki z domu. Jak wynika z raportu „Zaangażowanie w czasie pandemii. Wpływ Covid-19 i zdalnego trybu pracy na efektywność polskich firm”, stworzonego przez MC2 Innovations, we współpracy z Hays Poland i partnerem merytorycznym, Uniwersytetem SWPS, pracownicy dobrze odnajdują się w realiach pracy zdalnej i wysoko oceniają swoją efektywność w tym modelu. Dostrzegają jednak konkretne wyzwania i braki wiążące się z wykonywaniem pracy poza siedzibą firmy.

Brak równowagi, brak interakcji

Respondenci badania wśród największych wyzwań dla osób pracujących zdalnie wskazali zaburzenie równowagi pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym (43 proc. wskazań). Kolejne 28 proc. respondentów wskazało również na problem z „odłączeniem” się, co skutkuje poczuciem ciągłego przebywania w pracy. Okazuje się, że brak jednoznacznego momentu zakończenia pracy, który w tradycyjnym trybie wyznacza opuszczenie siedziby firmy na koniec dnia, utrudnia pracownikom zdalnym rozdzielenie poszczególnych sfer życia. Wyłączenie komputera po przepracowaniu ośmiu godzin mogło okazać się trudniejsze niż opuszczenie biura. W okresie pandemii pracownicy nierzadko znajdowali się pod większą presją, co mogło sprzyjać pracy w nadgodzinach.

Co więcej, niektórzy w ciągu dnia musieli również opiekować się dziećmi. Nie dziwi zatem fakt, że rozproszenie uwagi zostało zidentyfikowane jako wyzwanie pracy zdalnej przez 28 proc. respondentów. Pracownicy zapytani o czynniki rozpraszające ich podczas pracy zdalnej, najczęściej wskazywali na dzieci i opiekę nad nimi (22 proc.), obowiązki domowe (18 proc.) oraz telefon i bezcelowe przeglądanie Internetu (15 proc.).

Hays Poland – Pracownicy wysoko oceniają swoją efektywność podczas pracy zdalnej

Źródło: Raport MC2 Innovations, Hays Poland, Uniwersytet SWPS „Zaangażowanie w czasie pandemii. Wpływ Covid-19 i zdalnego trybu pracy na efektywność polskich firm”, październik 2020.

Jednocześnie należy podkreślić wyzwania związane ze zmianą formy kontaktu w przestrzeni zawodowej. Aż 37 proc. respondentów jako jedno z głównych wyzwań pracy zdalnej wskazało brak bezpośrednich kontaktów ze współpracownikami, a 25 proc. poczucie samotności oraz izolacji. Zapytani o elementy, których najbardziej brakuje im podczas pracy zdalnej, respondenci badania najczęściej wskazywali na czynniki towarzyskie – spontaniczne rozmowy z kolegami, bezpośrednie spotkania i możliwość wymiany informacji na temat sytuacji w firmie. Zaledwie 16 proc. respondentów zadeklarowało, że podczas pracy zdalnej niczego im nie brakuje.

Wysoka samoocena spójna z rzeczywistością?

Osoby, które podczas pandemii zdalnie wykonywały swoje zawodowe obowiązki, są zadowolone z poziomu swojej efektywności (skutecznego wykorzystania dostępnych zasobów) oraz produktywności (osiąganych efektów pracy). Niemal co drugi respondent badania ocenił efektywność swojej pracy zdalnej bardzo wysoko. Jednocześnie aż 43 proc. respondentów jest przekonanych, iż w pracy zdalnej wykazuje się większą produktywnością, a kolejnych 41 proc. nie dostrzega zmiany produktywności, wynikającej z formy świadczenia pracy. Można zatem wnioskować, że pracownicy są zadowoleni z tego, co udaje im się wypracować w modelu home office. Zapewne zwiększy to ich determinację do zachowania możliwości pracy z domu również po zakończeniu pandemii, gdy firmy powrócą do standardowej formy działalności.Hays Poland – Pracownicy wysoko oceniają swoją efektywność podczas pracy zdalnej 2

Źródło: Raport MC2 Innovations, Hays Poland, Uniwersytet SWPS „Zaangażowanie w czasie pandemii. Wpływ Covid-19 i zdalnego trybu pracy na efektywność polskich firm”, październik 2020.

 

Analiza współzależności pokazała, że im większe doświadczenie w pracy zdalnej przed wybuchem epidemii, tym wyższa ocena swojej obecnej efektywności i produktywności. Osoby, które pracowały zdalnie przed pandemią identyfikują również więcej korzyści płynących z tej formy świadczenia pracy. Wyniki pokazały również, że osoby pracujące więcej dni w tygodniu w trybie pracy zdalnej są mniej zaangażowane. Natomiast osoby pracujące intensywniej w ciągu doby (liczba godzin) otrzymały wyższe wyniki na skali zaangażowania.

Deklaracje pracowników należałoby jednak zestawić z perspektywą pracodawców. Wynikający z raportu obraz skuteczności pracy zdalnej w organizacjach wciąż generuje wiele pytań przede wszystkim dlatego, że jest on nadal dynamiczny i bazuje na deklaratywności odpowiedzi, która nadaje mu ton subiektywizmu.

Subiektywizm ten nie zawsze jest uświadomiony i może być wynikiem presji stanu zagrożenia zarówno biologicznego, jak i społeczno-gospodarczego. Tak być może należy interpretować dysonans poznawczy, który odczuwamy czytając entuzjastyczne samooceny w zakresie efektywności i produktywności, pozytywne odniesienie się do pracy zdalnej jako trybu pracy, ale z drugiej strony sygnalizowane przeciąganie czasu pracy, zniechęcenie brakiem równowagi praca-dom, czy po prostu stres wynikający z izolacji – komentuje Anna Streżyńska, CEO MC2 Innovations i twórca platformy Carrotspot.

Poczucie przynależności w realiach pracy zdalnej

Zdaniem respondentów praca zdalna nie ma wpływu na ich poczucie przynależności do organizacji, w której są zatrudnieni. 43 proc. uczestników badania całkowicie się zgadza, a kolejnych 27 proc. raczej zgadza się ze stwierdzeniem, że w ostatnich miesiącach ich poczucie przynależności się nie zmieniło. Pomimo tak optymistycznych wyników badania, należy również wziąć pod uwagę fakt, że długofalowe skutki masowej pracy zdalnej wciąż pozostają nieznane.

Wiele firm wciąż nie dokonało gruntownej analizy skutków pandemii w obszarze kultury organizacyjnej, zaangażowania i nastrojów pracowników. Obserwacje rynku, ale także odpowiedzi respondentów badania, pozwalają jednak wywnioskować, że w niektórych firmach pandemia – a więc okres niepewności, zmian i pracy zdalnej – unaoczniła braki kompetencji menedżerskich lub ich niedopasowanie do realiów pracy zespołów rozproszonych. Jednocześnie są to elementy kluczowe z punktu widzenia budowania przynależności pracowników.

Pandemia udowodniła, że część kadry menedżerskiej nie była przygotowana do zarządzania pracownikami wykonującymi swoje obowiązki z domu i nie zapewniała im odpowiedniego wsparcia. Tymczasem w realiach pracy zdalnej menedżer powinien stanowić główne ogniwo integrujące osoby pracujące zdalnie z organizacją, darzyć je zaufaniem, wyjaśniać wdrażane zmiany i dbać o poczucie przynależności pracowników, którzy na co dzień nie mają ze sobą bezpośredniego kontaktu. Jest to kluczowe zarówno w przypadku osób, które wykazują duże zaangażowanie i są naturalnie trzonem organizacji, jak i osób, których zaangażowanie jest w danym momencie niższe, ale nadal może ulec poprawie.

Nie istnieje uniwersalny przepis na zarządzanie rozproszonymi zespołami. Każda organizacja i zespół charakteryzuje się inną dynamiką, strukturą i zakresem obowiązków, co wymaga dopasowania stylu zarządzania do ich specyfiki. Jednak tak długo, jak firmy będą wzmacniać przywództwo swoich menedżerów i skoncentrują się na rozwoju kompetencji zarządczych w realiach pracy zespołów rozproszonych, możliwe będzie podtrzymanie pracy zdalnej w organizacjach – bez negatywnych skutków dla poziomu produktywności i zaangażowania pracowników – wyjaśnia Agnieszka Pietrasik z Hays Poland.

O badaniu

Przedstawione wnioski pochodzą z raportu będącego opisem danych uzyskanych w badaniu, które zostało przeprowadzone przez zespół badawczy Carrotspot (MC2 Innovations) przy współpracy Hays Poland i partnera merytorycznego, Uniwersytetu SWPS. Jednym z jego celów było sprawdzenie, czy zmiana trybu pracy ze stacjonarnego na zdalny oddziałuje na efektywność i produktywność w pracy. Badanie zrealizowano techniką CAWI między 1 a 10 sierpnia 2020 r. W badaniu wzięło udział 826 osób.

Indeksy koniunktury ze świata

Piątek upłynął w cieniu publikacji indeksów koniunktury. Pomimo tego, że to tylko wstępne dane widać wyraźnie pewną tendencję względem oczekiwań dalszego rozwoju sytuacji w Europie i za oceanem.

Korzystne indeksy z Europy

Poznaliśmy dane na temat indeksów PMI w Europie. Wstępne dane dla Unii Europejskiej pokazują dość specyficzną tendencję. Z jednej strony coraz lepiej wypada indeks PMI dla przemysłu, a coraz gorzej ten dla usług. Historycznie to często branża usługowa charakteryzowała się większym optymizmem. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę na pewną charakterystyczną cechę obecnego kryzysu. Większość ograniczeń dla gospodarki dotyka branży usługowej, co powoduje, że optymizm tam siłą rzeczy jest niższy niż w przemyśle.

Bezrobocie w Polsce bez zmian

W piątek opublikowano również stopę bezrobocia w Polsce. Była ona zgodnie z oczekiwaniami równa 6,1%. Skończyła się zatem bardzo dobra passa polskiego rynku pracy, gdzie z roku na rok bezrobocie od lat spadało, ustanawiając historyczne minima. Z drugiej strony warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że nie jest to poziom, którego, jako kraj, musimy się wstydzić. Złoty przyjął te dane relatywnie spokojnie i podobnie jak przez większość poprzedniego tygodnia po delikatnym przebiciu poziomu 4,59 zł za euro znów odzyskał trochę wartości.

Indeksy za oceanem

W przeciwieństwie do wyników w Europie indeksy koniunktury za oceanem mają się znacznie lepiej. Co więcej, nie widać tam prawidłowości widocznej w Europie, gdzie przedstawiciele usług są wyraźnie bardziej pesymistyczni niż Ci z przemysłu. Dodatkowo, warto zwrócić uwagę, na fakt, że obydwa subindeksy są wyraźnie powyżej 50 pkt, co wskazuje na wiarę respondentów w korzystny rozwój sytuacji. Z drugiej strony odczyty w USA są słabsze od oczekiwań, co pokazuje, że poprawa, której spodziewali się analitycy, nie jest wcale aż taka dobra. Dolar reagował spokojnie na te dane.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

660 mln euro na rozwój nauki i innowacji

660 mln euro – tyle pozyskała Polska w kończącym się właśnie unijnym programie badań i innowacji Horyzont 2020 (2014-2020). To o dwie trzecie więcej niż w analogicznym okresie jego poprzedniej edycji (2007-2013) – wynika z analizy przygotowanej przez Krajowy Punkt Kontaktowy Programów Badawczych Unii Europejskiej.

  • Przez ostatnie sześć lat skorzystały z niego aż 832 polskie podmioty, czyli o połowę więcej niż w latach 2007-2013.
  • W pozyskiwaniu funduszy najwyższą dynamikę wzrostu osiągnęły MŚP i instytuty naukowe i badawcze. To właśnie małe i średnie firmy dostały najwięcej grantów.
  • Polska ma szansę na kolejne środki, w tym na projekty związane z neutralnością klimatyczną. W najbliższych latach, do podziału jest co najmniej 90 mld euro na badania i innowacje, w tym na przeciwdziałanie COVID-19.

Od 36 lat Unia Europejska prowadzi programy ramowe. Ich celem jest rozwój badań naukowych i technologii, które służą rozwiązywaniu kluczowych problemów ważnych z punktu widzenia polityki, gospodarki i społeczeństwa europejskiego. Właśnie dobiega końca ósmy program ramowy – Horyzont 2020 (2014-2020).

– Pozyskaliśmy o ponad 258 mln euro więcej niż w analogicznym okresie poprzedniej edycji programu w latach 2007-2013. To dowód na to, że nasze wnioski są coraz lepszej jakości. Z drugiej strony, chodź zdobywamy coraz większe unijne pieniądze na rozwój nauki i technologii, to w większości jako partnerzy. Tymczasem kluczem do sukcesu są projekty, które się inicjuje i koordynuje. To jest nasz cel na najbliższe lata – mówi Zygmunt Krasiński, dyrektor Krajowego Punktu Kontaktowego Programów Badawczych UE.

Zygmunt Krasiński zaznacza też, że kwoty, które odzyskaliśmy z budżetu UE na rozwój nauki i technologii są wciąż niezadowalające. – Z Horyzontu 2020 pozyskaliśmy 1,2 proc, a do całego budżetu UE dołożyliśmy 3 proc. Ten niekorzystny trend równoważy się jednak w całościowym bilansie finansowym UE. Nie zapominajmy o tym, że wciąż dostajemy od UE znacząco więcej niż wkładamy, jesteśmy bowiem beneficjentem netto w ramach polityki spójności – podkreśla Zygmunt Krasiński.

Kto najskuteczniejszy?

Najwięcej pieniędzy wśród instytucji naukowych na rozwój badań i innowacji w kraju pozyskał Uniwersytet Warszawski. To blisko 32 mln euro. Na podium znalazł się także Instytut Chemii Bioorganicznej PAN z wynikiem ponad 31 mln euro i Narodowe Centrum Nauki, które zyskało ponad 19 mln euro. W programie Horyzont 2020 polskim liderem pod względem wysokości pozyskanego finansowania została firma FundingBox – fundusz pomagający się rozwijać start-upom i inicjatywom badawczym z całej Europy.

– To dla nas olbrzymi powód do dumy. Uniwersytet Warszawski  zwiększył udział Polski w programie Horyzont 2020, pozyskując niemal 32 mln euro na rozwój badań i innowacji w kraju. Uniwersytet Warszawski jest także podmiotem, który koordynuje projekty o największej wartości – 16,5 mln euro – mówi prof. dr hab. Zygmunt Lalak, prorektor ds. badań UW.

Dwa razy więcej beneficjentów z Polski

W kończącym się programie o połowę wzrosła liczba polskich organizacji, które skorzystały z unijnego budżetu na badania naukowe i innowacje. Wcześniej, w latach 2007-2013, takie wsparcie uzyskało 547 podmiotów. Teraz z programu Horyzont 2020 skorzystały aż 832 instytucje.

Największy budżet pozyskały instytuty naukowe i badawcze oraz uczelnie (ok. 372 mln euro).

Najwięcej wniosków o dofinansowanie własnych projektów złożył sektor prywatny. Firmy i przedsiębiorcy łącznie pozyskali ponad 172 mln euro. W tym prym wiedzie sektor MŚP z wynikiem 116,11 mln euro, czyli rezultatem dwukrotnie wyższym niż w latach 2007-2013. Duże firmy wypadły słabiej (56 mln euro), choć to i tak zdobyły o połowę więcej niż w poprzedniej edycji programów ramowych.

Polska pozyskała o 258 mln euro więcej niż poprzednio. Jak tego dokonaliśmy?

Zdaniem Katarzyny Walczyk-Matuszyk, wicedyrektorki w Krajowym Punkcie Kontaktowym Programów Badawczych UE, to skutek zmian systemowych. – Zmieniły się przepisy w zakresie ewaluacji polskich jednostek naukowych. Udział w projektach międzynarodowych i zdobywanie dużych budżetów po prostu zaczęły się opłacać. Wprowadzono mechanizm łączący unijne programy ramowe z programami krajowymi (tzw. Seal of Exellence). To zapewniło wsparcie dla MŚP i aktywizację polskiego przemysłu. Program Horyzont 2020 zapewnił atrakcyjne poziomy finansowania działań podejmowanych przez firmy. Chodzi o pokrycie 100 proc. kosztów kwalifikowanych w przypadku badań na podstawowych poziomach gotowości technologicznej – wylicza ekspertka.

Ponadto, jak mówi Walczyk-Matuszyk, firmom z sektora MŚP umożliwiono samodzielne aplikowanie o budżet z programu ramowego, co wcześniej nie było możliwe. Wcześniej jedną z największych barier ich udziału w programach ramowych była konieczność dołączenia do konsorcjum projektowego. – Utrudniała to niewystarczająca sieć kontaktów międzynarodowych w obszarze B+R, co nadal jest jednym z dużych wyzwań polskiego przemysłu – dodaje ekspertka.

45 mln euro na trzy międzynarodowe centra badawcze w Krakowie, Warszawie i Świerku

Jednym z największych sukcesów finansowych w programie Horyzont 2020 jest wynik drugiego konkursu Teaming for Excellence. Jego celem jest tworzenie międzynarodowych centrów badawczo-innowacyjnych w konsorcjach krajów o niższych wskaźnikach w zakresie doskonałości naukowej (m.in. Europa Środkowo-Wschodnia i Portugalia) z wiodącymi instytucjami badawczymi w Europie. Trzy ośrodki naukowe – Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie, Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych Sieć Badawcza Łukasiewicz i Narodowe Centrum Badań Jądrowych – stworzyły międzynarodowe konsorcja i koncepcję centrów badawczych. Wszystkie trzy wnioski uzyskały pozytywne oceny i w sumie niemal jedną czwartą całego budżetu konkursowego, bo 45 ze 195 mln euro. Te pieniądze rozwiną polską technologię w zakresie badań medycznych, nanotechnologii, przemysłu jądrowego, chemicznego i materiałowego.

Do innowacyjnej ligi mistrzów wciąż aspirujemy

Projekty, na które dostaliśmy pieniądze z programu Horyzont 2020, to w większości współpraca w ramach konsorcjów inicjowanych i koordynowanych przez inne kraje. I choć sytuacja się poprawia, bo koordynujemy o jedną trzecią więcej projektów niż w poprzedniej edycji programu, to i tak przed Polską długa droga.

– Dla polskiej instytucji bycie liderem konsorcjum projektowego to nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę, że pozycja Polski w „European Innovation Scoreboard” i nasze wydatki na B+R są nadal dalekie od średniej europejskiej. Aby zdobyć koordynację, trzeba mieć świetny pomysł i motywację do konkurowania z najlepszymi, po drugie – wedrzeć się do istniejących sieci współpracy, zbudować zaufanie i przekonać do swojego pomysłu – komentuje Zygmunt Krasiński z Krajowego Punktu Kontaktowego Programów Badawczych UE.

Najwięksi partnerzy polskich instytucji to Niemcy – 1159 wspólnych projektów, Włochy – 1062, Hiszpania – 1028, Francja – 967 i Wielka Brytania – 931. Wśród partnerów Polski spoza UE najwięcej projektów zostało zrealizowanych ze Szwajcarią, Norwegią, Izraelem, Turcją, USA, Serbią, Ukrainą, Islandią, Kanadą i Chinami.

Wciąż niski udział uczelni i naukowców

Zdaniem Krasińskiego, wyzwaniem jest także za mała aktywność uczelni i pracowników naukowych. – Pomimo wyraźnego skoku, wciąż obserwujemy stosunkowo mały udział w wyścigu o dotacje na rozwój badań naukowych i innowacji ze strony krajowych uczelni. Dla przykładu sam Oxford University uzyskał 460 mln euro dofinansowania, podczas, gdy wszystkie polskie uczelnie zdobyły poniżej 200 mln euro – komentuje Krasiński.   

Dane pokazują także małe zaangażowanie naukowców. W programie Horyzont 2020 z grantów indywidualnych skorzystało jak dotąd 180 pracowników naukowych z Polski. W poprzedniej edycji programu było ich 237. Polska nie jest też atrakcyjnym krajem do budowania indywidualnej kariery. W latach 2007-13 do Polski przyjechało 72 naukowców z zagranicy, w ramach grantów z programów ramowych. Do tej pory program Horyzont 2020 pozwolił na rozwój zawodowy 25 takim osobom. Podobnie wygląda to w przypadku grantów Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych (ERC) przyznawanych na badania podstawowe – pozyskaliśmy 8 mln euro więcej (skok z 20 do 28 mln), jednak to nadal mniej niż 0,3 proc. budżetu Komisji Europejskiej przeznaczonego na te prestiżowe granty

Mamy coraz większy wpływ na zasady i kształt unijnych programów na badania i innowacje

Zdaniem Zygmunta Krasińskiego z poziomu działania Komisji Europejskiej doświadczyliśmy dwóch ograniczeń, które w kolejnej edycji programu ramowego nie będą już dla nas barierą. Po pierwsze, niekorzystne zasady wynagradzania naukowców, którzy realizują projekty w ramach programów ramowych. Po drugie, brak pomysłu Komisji Europejskiej na rozwiązania systemowe, które zapewniłyby wykorzystanie pełnego potencjału intelektualnego wszystkich krajów UE, a nie tylko tych najbardziej rozwiniętych.

– Dotychczas polski naukowiec zarabiał więcej, gdy realizował projekty z grantów krajowych niż Horyzontu 2020. To powodowało, że naukowcom nie opłacało się walczyć o pieniądze z Komisji Europejskiej. Z drugiej strony, kraje bardziej rozwinięte miały tendencje do realizowania projektów w swoim gronie, co ograniczało udział m.in. Polski w międzynarodowych konsorcjach. Ale te bariery już nie będą nas ograniczać. Dzięki działaniom Polski i innych krajów, Komisja Europejska zmieniła reguły wynagrodzeń i wprowadziła dodatkowe kryterium selekcji projektów, bazujące na różnorodności geograficznej. W nowej perspektywie finansowej stare kraje Unii będą motywowane do współpracy z takimi krajami jak Polska – z satysfakcją zaznacza Zygmunt Krasiński.

Jak podsumowuje, działania na rzecz zwiększenia udziału Polski w budżecie unijnym na rozwój badań i innowacji to trudny proces, który sukcesywnie realizujemy, a w który od lat zaangażowani są główni polscy gracze. – Podjęte od 2014 r. działania dają już efekty, ale ogromna praca przed nami. Cel to udział Polski w kolejnym programie ramowym, Horyzont Europa, na poziomie 3 proc – mówi Krasiński.

Miliardy euro dostępne w najbliższych miesiącach i latach

W ramach programu Horyzont 2020 jest do podziału jeszcze 1 mld euro w ramach konkursu Europejski Zielony Ład. Dofinansowanie otrzymają najlepsze pomysły na innowacje technologiczne i społeczne, które dotyczą klimatu, transportu, energii, budownictwa, rolnictwa, różnorodności biologicznej. Termin składania wniosków mija 26 stycznia 2021 r.

Na lata 2021-27 Komisja Europejska przygotowała kolejne fundusze na inwestycje w badania naukowe i innowacje. Do podziału będzie łącznie ok. 90 mld euro. Dla porównania program Horyzont 2020 opiewał na 77 mld euro. Jednym z najważniejszych celów nowego programu ramowego jest walka z pandemią COVID-19 i spowodowanym nią kryzysem gospodarczym. Największą szansę na wsparcie mają projekty z zakresu zdrowia, kultury, bezpieczeństwa cywilnego na rzecz społeczeństwa. Komisja kładzie nacisk także na technologie cyfrowe, przemysł i przestrzeń kosmiczną, klimat, energetykę i mobilność, żywność, a także biogospodarkę, zasoby naturalne, rolnictwo i środowisko.

Prezentujemy wypowiedzi 9 ekspertów:

  • dr hab. Zygmunt Lalak, prorektor ds. badań UW
  • Anna Dymowska, partner w FundingBox
  • dr Jacek Gajewski, koordynator Projektów Międzynarodowych, Narodowe Centrum Badań Jądrowych w Świerku
  • Mateusz Sagan, dyrektor handlowy, SDS Optics
  • Jacek Szymanek, członek zarządu Mostostal Warszawa SA
  • dr hab. Magdalena Król, kierownik Samodzielnej Pracowni Biologii Nowotworu w Instytucie Biologii SGGW, współzałożycielka firmy Cellis, w której rozwija komórkową terapię nowotworów
  • Anna Gembicka, Sekretarz Stanu, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej
  • Zygmunt Krasiński, dyrektor, Krajowy Punkt Kontaktowy Programów Badawczych UE
  • Katarzyna Walczyk-Matuszyk, zastępczyni dyrektora, Krajowy Punkt Kontaktowy Programów Badawczych UE

Prof. dr hab. Zygmunt Lalak, prorektor ds. badań UW

Uniwersytet Warszawski znacząco zwiększył udział Polski w programie Horyzont 2020, pozyskując niemal 32 mln euro na rozwój badań i innowacji w kraju. Jest także podmiotem, który koordynuje projekty o największej wartości – 16,5 mln euro.

Na Uniwersytecie Warszawskim wspieramy potencjał naukowy, staramy się przede wszystkim stworzyć optymalne warunki do pracy badawczej, inwestujemy w infrastrukturę, prowadzimy wewnętrzne programy grantowe. W ramach programu Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza realizujemy działania, które sprzyjają pozyskiwaniu prestiżowych międzynarodowych projektów, a także wspomagają ich skuteczną realizację.

Biuro Międzynarodowych Programów Badawczych oraz sekcje obsługi badań naukowych i sekcje finansowe w poszczególnych jednostkach zapewniają obsługę administracyjną i finansową projektów. Aktywnie poszukują kandydatów na wnioskodawców, pomagają w planowaniu ścieżki rozwoju kariery naukowej, organizują spotkania mentoringowe, warsztaty i konsultacje indywidualne, a także zachęcają do udziału w programie UWERTURA Narodowego Centrum Nauki na staże w zagranicznych zespołach naukowych, które realizują granty Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych (European Research Council, ERC).

Dotychczasowi laureaci grantów ERC dzielą się swoimi doświadczeniami z innymi naukowcami, którzy zamierzają się ubiegać o grant. Stają się mentorami młodszych kolegów, recenzują pomysły naukowe, opiniują wnioski, odbywają spotkania indywidualne, a także uczestniczą w panelach próbnych przed drugim etapem konkursu (Starting Grants i ERC Consolidator Grants), do których zapraszani są eksperci spoza UW, również naukowcy zagraniczni.

Te wszystkie działania są jednak tylko dodatkiem do talentu naszych naukowców. Bez nich nawet najlepszy system wsparcia czy najnowocześniejsza aparatura nic by nie dały.

Anna Dymowska, partner w FundingBox

Spółka pozyskała jedną dziesiątą całego budżetu (8,5 proc.) przyznanego polskim beneficjentom. Z uwagi na to, że FundingBox to dystrybutor kaskadowy pieniędzy z Komisji Europejskiej do podmiotów z całego świata, które biorą udział w dofinansowanych projektach, tylko część tego budżetu została w kraju. FundingBox to także firma, która samodzielnie prowadzi projekty o wartości 15 mln euro, a tym samym jest w top3 polskich podmiotów koordynujących projekty z ramienia Polski.

Pewnie nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jeśli powiem, że pozyskiwanie funduszy z programów ramowych bardziej przypomina wyścig długodystansowy niż sprint. Oczywiście organizacje muszą przede wszystkim wiedzieć, że istnieje taka możliwość, i tu praca Krajowego Punktu Kontaktowego Programów Badawczych UE ma kluczowe znaczenie dla rozpowszechniania informacji publikowanych przez KE. Aby odnieść sukces, organizacje muszą połączyć podejście strategiczne (zidentyfikowanie i uszeregowanie pod względem ważności tematów, które mają znaczenie) ze zoptymalizowanym zasięgiem swojej sieci kontaktów (tj. budowanie nowych relacji i utrzymywanie obecnych). Wszystko to wymaga czasu i poświęcenia. Dotarcie do właściwych partnerów jest najtrudniejszym aspektem równania, ponieważ zależy w dużej mierze od czynników zewnętrznych.

Oczywiście nie można lekceważyć znaczenia czasu poświęconego na przygotowanie dobrego wniosku, ponieważ konkurencja jest duża. Idea projektu, a szczególnie jego wartość dodana, musi być wyraźna, jasno wyjaśniona i odpowiednio przedstawiona w formularzu zgłoszeniowym. Ten szczegół, jakim jest właściwa prezentacja projektu, jest oczywisty, ale jednak bardzo trudny do zrealizowania, tym bardziej że musimy to zrobić, choć w znanym, to jednak w obcym języku.

Dr Jacek Gajewski, koordynator Projektów Międzynarodowych, Narodowe Centrum Badań Jądrowych w Świerku

NCBJ w Świerku to jeden z pięciu polskich podmiotów, które najbardziej zwiększyły udział Polski w programie Horyzont 2020. NCBJ pozyskał 17,5 mln euro na rozwój badań i nowych technologii jądrowych.

Uczestnictwo w programach ramowych UE i Europejskiej Wspólnoty Energii Atomowej to dla nas szansa na współpracę naukową w ramach głównych światowych trendów badawczych. W ramach kończącego się programu Horyzont 2020 stworzyliśmy międzynarodowe centrum badawcze o nazwie NOMATEN, które działa według światowych standardów organizacyjnych i prowadzi badania sprofilowane na potrzeby polskiego przemysłu i medycyny.

Aby efektywnie pozyskiwać fundusze zagraniczne na działalność badawczą i rozwojową, mamy w naszych strukturach dwa zespoły, które zajmują się pozyskiwaniem grantów zewnętrznych, pisaniem wniosków projektowych i ich rozliczaniem. Bardzo ważne jest dla nas to, aby powstawały w Polsce infrastruktury badawcze, aby inicjowane i organizowane były długofalowe współprace naszych ekspertów w ramach międzynarodowych sieci i komitetów eksperckich. Widzimy też potrzebę stworzenia systemu kształcenia kierowników projektów i organizatorów prac badawczych oraz specjalistów do spraw kontaktów z przemysłem.

Mateusz Sagan, dyrektor handlowy, SDS Optics

SDS Optics to jeden z trzech polskich MŚP, które w największym stopniu zwiększyły udział Polski w programie Horyzont 2020. Firma pozyskała niemal 4 mln euro na rozwój technologii, która może zastąpić tradycyjną biopsję w diagnostyce nowotworowej.

Małe i średnie firmy są małe i średnie, a pozyskanie pieniędzy z programu ramowego wymaga wielkiego zaangażowania. Jakie są trzy kluczowe czynniki sukcesu z perspektywy organizacji?

Z programu Horyzont 2020 pozyskaliśmy niemal 4 mln euro na badania kliniczne i komercjalizację przełomowej technologii do diagnostyki markerów nowotworowych w rakach piersi. Nie było to łatwe. Grant pozyskaliśmy dopiero za trzecim podejściem. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że o skuteczności MŚP w pozyskiwaniu pieniędzy z programu ramowego UE decydują trzy czynniki. Po pierwsze, przełomowa technologia. Należy być przygotowanym z oceną własnego pomysłu, mieć oceny ekspertów zewnętrznych, szczególnie gdy mówimy o projektach medycznych czy bardzo zaawansowanych technologii. Konkurencja jest tak duża, że finansowanie otrzymują tylko najbardziej przełomowe projekty. Drugim czynnikiem jest wytrwałość. Rzadko komu udaje się pozyskać grant za pierwszym podejściem. Nie byłoby to też możliwe bez zespołu. Żadna firma nie wypełni sama tak skomplikowanego wniosku grantowego.

Jacek Szymanek, członek zarządu Mostostal Warszawa SA

Mostostal Warszawa SA to jedna z pięciu polskich dużych firm, które najbardziej zwiększyły udział Polski w programie Horyzont 2020. Firma pozyskała niemal 2,3 mln euro na rozwój inteligentnego budownictwa w kraju.

Od 15 lat uczestniczymy w programach ramowych Unii Europejskiej, dzięki czemu możemy tworzyć innowacyjne technologie w sektorze budowlanym. Projekty, które realizujemy, są związane z materiałami budowlanymi, efektywnością energetyczną i cyfryzacją. W tym zakresie szczególną rolę odgrywa technologia BIM (ang. Building Information Modeling), która umożliwia ciągły i natychmiastowy dostęp do informacji o projekcie, jego kosztach i harmonogramach. W sektorze budowlanym wykorzystanie tego systemu zarządzania budynkami to oczywista droga rozwoju. Udział w programie Horyzont 2020 pozwolił nam sfinansować wiele projektów spójnych z naszą strategią rozwoju na rynku i zgodnych z globalnymi trendami w zakresie inteligentnego budownictwa.

Prof. dr hab. Magdalena Król, kierownik Samodzielnej Pracowni Biologii Nowotworu w Instytucie Biologii SGGW, współzałożycielka firmy Cellis, w której rozwija komórkową terapię nowotworów

Prof. dr hab. Magdalena Król jest przykładem naukowczyni, która pozyskała dwa granty Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych (European Research Council, ERC) na rozwój badań i innowacji w kwocie ponad 1,56 mln euro. Jej projekt naukowy został uznany za jeden z 10 flagowych projektów realizowanych przy wsparciu ERC przez ostatnią dekadę.

Aplikowałam o grant Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych, ponieważ miałam pomysł na ambitny, długoletni projekt, w dodatku obarczony bardzo dużym ryzykiem. Obecnie system polskich grantów nie wspiera innowacji – wygrywają projekty przewidywalne i krótkie. Nie ma możliwości pozyskania tak „dużych” grantów dla młodych naukowców jak te, które są przyznawane w ramach programów ramowych KE poprzez Europejską Radę ds. Badań Naukowych. Taki grant to niewyobrażalna wolność, niezależność i swoboda, której naukowiec potrzebuje jak powietrza. Dzięki temu projektowi moja kariera zawodowa przyspieszyła i nabrała innego wymiaru – stałam się przedsiębiorcą. Mam start-up, w którym zamieniam to, co odkryłam dzięki grantowi z KE, w prawdziwą terapię. Do tego mam najwspanialszy na świecie zespół współpracowników.

Anna Gembicka, Sekretarz Stanu, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej

Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej w partnerstwie z Instytutem Podstawowych Problemów Techniki PAN – Krajowym Punktem Kontaktowym Programów Badawczych Unii Europejskiej realizuje bezpłatny ekspercki program wsparcia dla polskich firm w zakresie wypracowania innowacji i pozyskiwania grantów unijnych, w tym z programów ramowych – Innovation Coach. Projekt finansowany jest z budżetu Programu Operacyjnego „Inteligentny Rozwój” i stanowi drugą ścieżkę instrumentu STEP – Sprawdzimy Twój Eksperymentalny Pomysł na Projekt. Dotychczas prawie 300 przedsiębiorstw z całej Polski wzięło udział w procesie coachingu innowacji i otrzymało indywidualne rekomendacje, które mają przybliżyć je do skutecznego aplikowania o środki europejskie.

Jak zwiększyć udział przedsiębiorców w aplikowaniu o fundusze z programów ramowych UE na badania, rozwój i innowacje (B+R+I)?

Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej ma na to pomysł. Resort wskazuje korzyści dla firm, które mają potencjał, ale nie wprowadziły dotychczas do swojej działalności prac badawczo-rozwojowych, albo nie aplikowały o granty na te cele. Oferujemy bezpłatną pomoc dla firm, które mają już konkretny pomysł na innowacyjny projekt. Ten instrument nazwaliśmy Sprawdzimy Twój Eksperymentalny Pomysł w skrócie STEP. Firmy z konkretnym pomysłem na innowację otrzymują bezpośrednie i indywidualne wsparcie eksperta, który analizuje pomysł w kontekście kryteriów oceny projektów. W ten sposób przedsiębiorstwo uzyskuje indywidualną, uwzględniającą specyfikę branży i firmy analizę słabych i mocnych stron pomysłu. To dobry punkt wyjścia do przygotowania wniosku konkursowego (I ścieżka STEP).

Z kolei firmy, które nie mają pomysłu na innowację, ani doświadczenia w pozyskiwaniu grantów na działania B+R+I, otrzymują wsparcie coacha. Analizuje on branżę, środowisko i dotychczasowe doświadczenie przedsiębiorstwa. Następnie w trakcie bezpośredniej współpracy z przedsiębiorcą bada potencjał jego organizacji, możliwości i zasoby w zakresie B+R+I. Coach uwzględnia również sytuację finansową, kadrową oraz infrastrukturalną. W rezultacie przedstawia przedsiębiorcy rekomendacje wdrożenia innowacji w przedsiębiorstwie oraz możliwości pozyskania finansowania na innowacje z Unii Europejskiej (II ścieżka STEP – Innovation Coach). Celem obu ścieżek instrumentu STEP jest zwiększenie liczby firm prowadzących działalność B+R+I, które zostaną odbiorcami środków unijnych na działalność B+R+I.

Zygmunt Krasiński, dyrektor, Krajowy Punkt Kontaktowy Programów Badawczych UE

Krajowy Punkt Kontaktowy Programów Badawczych UE wspiera udział polskich jednostek naukowych, przedsiębiorstw oraz innych podmiotów w programach ramowych. Zadaniem KPK jest informowanie o konkursach, organizowanie dni informacyjnych, seminariów, konferencji, prowadzenie strony internetowej, przygotowywanie publikacji i biuletynów.

Dlaczego tak mało projektów koordynujemy?

Programy ramowe UE, takie jak Horyzont 2020, to liga mistrzów badań i innowacji. Dla polskiej instytucji bycie liderem konsorcjum projektowego to nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę, że pozycja Polski w „European Innovation Scoreboard” i nasze wydatki na B+R są nadal dalekie od średniej europejskiej.

Koordynatorzy projektów to podmioty, które decydują o kształcie projektu i składzie konsorcjum, a co za tym idzie – otrzymują największe fundusze. Aby zdobyć koordynację, po pierwsze, trzeba mieć świetny pomysł i motywację do konkurowania z najlepszymi, po drugie – wedrzeć się do istniejących sieci współpracy, zbudować zaufanie i przekonać do swojego pomysłu. Po trzecie – mieć za sobą wsparcie i profesjonalne zaplecze administracyjne instytucji, w której projekt będzie realizowany. To trudny proces, który wymaga strategicznego podejścia, zarówno ze strony osoby sprawującej rolę lidera, jak i samej instytucji.

Kluczowe czynniki to także krajowa strategia umiędzynarodowienia nauki, systemy zachęt i oceny działalności badawczej, programy wsparcia dla innowatorów oraz wprowadzanie odpowiednich mechanizmów, które pomagają łączyć krajowe programy finansowania badań i innowacji z programami międzynarodowymi.

Od początku 2019 r. obserwujemy wyraźne zwiększenie dynamiki wzrostu polskiego uczestnictwa w Horyzoncie 2020, również jeśli chodzi o liczbę koordynacji. Na 1750 projektów, w których uczestniczymy, co szósty koordynujemy i liczba koordynacji jest już o jedną trzecią wyższa niż w poprzednim programie ramowym (7PR). Polskie wnioski uzyskują coraz lepsze oceny.

Nadal wyzwaniem dla Polski jest wciąż za niski udział polskich uczelni w Horyzoncie 2020. Pomimo wyraźnego skoku w strukturze polskiego uczestnictwa obserwujemy cały czas udział uczelni na poziomie 27 proc., a więc ponad 10 pkt proc. niższym niż w całym Horyzoncie 2020 (39 proc.). Dla przykładu sam Oxford University uzyskał 460 mln euro dofinansowania, podczas gdy wszystkie polskie uczelnie zdobyły poniżej 200 mln euro. Wyzwaniem jest niskie zainteresowanie naszych naukowców aplikowaniem do Horyzontu 2020, w szczególności w konkursach Marii Skłodowskiej-Curie, które umożliwiają rozwój kariery naukowej dzięki wyjazdom zagranicznym i przyjazdom zagranicznych naukowców do Polski.

Co negatywnie wpłynęło na nasz wynik w programie Horyzont 2020?

Z poziomu pojedynczych organizacji należy wymienić: zbyt małe zainteresowanie współpracą międzynarodową, słabą aktywność w Brukseli, często zbyt niski poziom naukowy i innowacyjny projektów, niekorzystne zasady wynagradzania dla naukowców realizujących projekty w ramach programu Horyzont 2020, brak jasnych celów strategicznych instytucji w obszarach badawczych, wraz z rozpoznaniem tego, gdzie jest potencjał do konkurowania, a także brak narzędzi do wdrażania w organizacji strategii zwiększenia udziału w programach ramowych (nowe regulaminy wynagradzania, systemy motywacyjne, zapewnienie profesjonalnego wsparcia administracyjnego i eksperckiego dla zespołów naukowych).

Z poziomu krajowego to, co ograniczyło nasze możliwości, to m.in. brak strategicznych celów i działań krajowych na rzecz umiędzynarodowienia, niski poziom współpracy międzyministerialnej na rzecz zwiększenia udziału w Horyzoncie 2020 i brak lobbowania w Brukseli. Idąc dalej – brak konkretnych zachęt dla innowacyjnych przedsiębiorców inwestujących w B+R, brak motywacji dla naukowców i ich instytucji do składania dobrych wniosków do programów ramowych, takich jak kryteria oceny działalności badawczej, czy za mały nacisk na synergię programów krajowych na badania i innowacje z programem ramowym. Nie da się nie wspomnieć o niewystarczających działaniach na rzecz podniesienia rangi polskiej nauki poprzez systemowy wzrost nakładów na jej rozwój i promocję.

Z poziomu działania Komisji Europejskiej wystąpiły dwie główne bariery, które osłabiły nasze wyniki w programie Horyzont 2020. Po pierwsze, niekorzystne zasady wynagradzania naukowców, którzy realizują projekty w ramach programów ramowych. Po drugie, brak pomysłu Komisji Europejskiej na wyrównanie poziomu innowacyjności we wszystkich regionach UE.

Przez cały okres trwania kończącego się właśnie programu ramowego polski naukowiec zarabiał więcej, gdy realizował projekty z grantów krajowych niż europejskich. To powodowało, że naukowcom nie opłacało się walczyć o pieniądze z Komisji Europejskiej. Wpłynęliśmy na zmianę tych zasad wynagradzania. W kolejnym programie ramowym są dla nas korzystne. Trzeba tylko dostosować regulaminy wynagradzania w jednostkach naukowych, do czego zachęca inicjatywa MNiSW – PAKT („Premia dla AKTywnych”).

Przez lata obserwowaliśmy też, że Komisja Europejska nie miała pomysłu na rozwiązania systemowe, które zapewniłyby wykorzystanie pełnego potencjału intelektualnego wszystkich krajów UE, a nie tylko tych najbardziej rozwiniętych, które mają tendencję do realizowania projektów we własnym gronie. Dzięki skutecznemu lobbingowi w Brukseli w kolejnym programie ramowym – Horyzont Europa – zostanie wdrożone dodatkowe kryterium selekcji projektów, bazujące na różnorodności geograficznej. W nowej perspektywie finansowej stare kraje Unii będą motywowane do współpracy z takimi krajami jak Polska.

Podjęte od 2014 r. działania dają już efekty, ale ogromna praca przed nami, aby zrealizować cel, jakim jest udział Polski w kolejnym programie ramowym, Horyzont Europa, na poziomie 3 proc.

Katarzyna Walczyk-Matuszyk, zastępczyni dyrektora, Krajowy Punkt Kontaktowy Programów Badawczych UE

Czemu MŚP radzi sobie lepiej niż duże firmy?

Pomijając to, że małych i średnich firm w Polsce jest znacznie więcej niż dużych, przede wszystkim umożliwiono firmom z sektora MŚP samodzielne aplikowanie o budżet z programu Horyzont 2020. Wcześniej jedną z największych barier ich udziału w programach ramowych była konieczność dołączenia do konsorcjum projektowego. Niedostateczna sieć kontaktów międzynarodowych w obszarze B+R to jedna z bolączek polskiego przemysłu. Kolejne to brak zasobów, przede wszystkim kadr z doświadczeniem w realizacji projektów międzynarodowych, niska aktywność we współpracy ze środowiskiem naukowym czy koncentracja na celach krótkoterminowych.

Nie bez znaczenia jest również przebieg procesu podejmowania decyzji o tym, czy dołączyć do projektu lub go koordynować. W MŚP taka ścieżka jest krótka i szybka, w dużych firmach to często długi proces wymagający akceptacji na kilku szczeblach.

Przygotowanie i opracowanie działań w zakresie B+R danego przedsiębiorstwa powinno iść w parze z dostosowaniem ich do aktualnych trendów rynkowych i biznesowych. Projekty powinny być zatem odpowiedzią na zmiany koniunktury, czego np. oczekiwała Komisja Europejska w ostatnich konkursach poświęconych skutkom kryzysu wywołanego przez COVID-19. Tutaj znowu MŚP łatwiej mogą się dostosować do zmian, podczas gdy np. przestawienie produkcji w dużej firmie to proces czaso- i kapitałochłonny.

Co zwiększyło naszą skuteczność w programie Horyzont 2020?

Po pierwsze, zmiana legislacyjna w zakresie ewaluacji polskich jednostek naukowych. Udział w projektach międzynarodowych, zdobywanie dużych budżetów po prostu się opłaca. Ta pociągnęło za sobą zmiany w strategii czy organizacji poszczególnych jednostek. Dane pokazują, że skutecznie, bo udział uczelni się zwiększył.

Po drugie, wprowadzono mechanizm łączący program ramowy z programami krajowymi dla MŚP, co dodatkowo zaktywizowało polski przemysł. Firmy, które startowały w konkursach realizowanych w ramach programu Horyzont 2020, a których wnioski były ocenione bardzo dobrze, ale zabrakło im punktów potrzebnych do pozyskania grantu, mogły liczyć na pozyskanie budżetu z kraju. Stało się to możliwe dzięki konkursom Szybka Ścieżka w NCBR i InnoLab w PARP oraz dzięki formalnemu uprawnieniu z KE w postaci tzw. certyfikatu Seal of Excellence.

Po trzecie, KE wprowadziła w programie Horyzont 2020 atrakcyjne poziomy finansowania działań podejmowanych przez firmy – nawet 100 proc. kosztów kwalifikowanych w przypadku badań aplikacyjnych na jednym z podstawowych poziomów gotowości technologicznej.

Sytuacja na polskim rynku biurowym w III kw. 2020 r.

Popyt na największych rynkach regionalnych w Polsce od stycznia do września, pomimo pandemii, był niższy o 11% r-d-r. Jednak ze względu na obecną sytuację wielu najemców odkłada tymczasowo plany ekspansji lub decyzje o relokacji.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na polskim rynku biurowym w trzecim kwartale 2020 r.

Popyt

W okresie od stycznia do końca września w Polsce wynajęto prawie 907 000 mkw. Na sam III kw. przypadło blisko 240 000 mkw. (113 000 mkw. w Warszawie, 126 000 mkw. poza nią).

Zapotrzebowanie na powierzchnię biurową poza Warszawą sięgnęło prawie 460 000 mkw. od początku roku. To wynik niższy o 11% w stosunku do analogicznego okresu w 2019. Największą aktywnością wykazali się najemcy na rynku wrocławskim, łódzkim i trójmiejskim, osiągając odpowiednio o 66%, 46% i 11% lepsze rezultaty w popycie rok do roku. Warto też wspomnieć, że za 43% zapotrzebowania na biura oraz jedenaście z piętnastu największych transakcji w analizowanym okresie na rynkach regionalnych odpowiadały firmy technologiczne. – komentuje Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL

Popyt w okresie od stycznia do września wynikał głównie z odnowień umów najmu, które w samym trzecim kwartale stanowiły 52% aktywności najemców.

Ze względu na obecną sytuację firmy często decydują się na przedłużenie umów najmu, a nie na relokację. Ponadto, jednym z najbardziej widocznych obecnie trendów jest rosnąca liczba ofert podnajmów. Z ok. 116 000 mkw. takiej podaży na głównych rynkach biurowych poza Warszawą, 30% znajduje się we Wrocławiu, 23% w Trójmieście i 22% w Krakowie. – dodaje Karol Patynowski

Największe tegoroczne umowy najmu zawarto w Warszawie: rekordowy przednajem PZU w Generation Park Y (46 500 mkw.), kontrakt typu sale and leaseback DSV na Mokotowie (20 000 mkw.), oraz odnowienie najmu i ekspansja Poczty Polskiej w Domaniewska Office Hub (19 800 mkw.). Jeśli chodzi o miasta regionalne, warto wspomnieć o przedłużeniu umów przez Nokię w dwóch wrocławskich biurowcach: West Gate i West Link (na łączną powierzchnię ponad 28 500 mkw.) oraz przez ABB w biurowcu Axis Krakowie (20 000 mkw.).

Podaż

Łączne zasoby powierzchni biurowej w Polsce wynoszą 11,5 mln mkw., z czego na największe miasta regionalne przypada 5,7 mln mkw.
W pierwszych trzech kwartałach 2020 r. na polskim rynku biurowym do użytku oddano ok. 540 000 mkw., w tym ponad 305 000 mkw. w regionach. Warto podkreślić, że na rynkach poza stolicą 42% powierzchni ukończono w samym trzecim kwartale. W Polsce, w budowie pozostaje obecnie ok 1,3 mln mkw. w tym prawie 700 000 mkw. powierzchni jest realizowane poza Warszawą. Jest to mniej niż przed wybuchem pandemii, co wynika głównie z faktu, że deweloperzy nie rozpoczynają na razie nowych inwestycji. – tłumaczy Hanna Dąbrowska, Analityk Rynku, JLL

Do największych projektów ukończonych w Polsce pomiędzy styczniem a wrześniem należą, m.in. wielofunkcyjny kompleks The Warsaw Hub (89 000 mkw., Ghelamco Poland), warszawskie biurowce Varso I&II (46 600 mkw., HB Reavis) oraz Chmielna 89 (25 200 mkw., Cavatina Holding), Olivia Prime B w Gdańsku (25 000 mkw., Olivia Business Center) oraz trzy budynki zrealizowane przez Skanska Property Poland: Centrum Południe we Wrocławiu (23 700 mkw.), Wave A w Trójmieście (26 600 mkw.) oraz czwarty budynek kompleksu High5ive w Krakowie (23 000 mkw.).

Rynek inwestycyjny

Aktywność inwestorów w sektorze biurowym utrzymuje się na wysokim poziomie.
Od stycznia do września sfinalizowano w Polsce 26 transakcji biurowych o wartości ponad 1,54 mld euro. To trzeci najwyższy wolumen w historii tego sektora, jeśli chodzi o dziewięć pierwszych miesięcy roku. Poza Warszawą, gdzie inwestorzy byli w tym czasie najbardziej aktywni, dużym zainteresowaniem cieszyły się również Kraków, Katowice i Wrocław. Wyniki za trzeci kwartał wskazują na nieznaczne spowolnienie pod względem liczby nowych transakcji, m.in. ze względu na obostrzenia dotyczące podróżowania. Spodziewamy się jednak, że odroczone umowy kupna-sprzedaży będą kontynuowane w kolejnych miesiącach, co powinno znaleźć odzwierciedlenie w wynikach za 2021 rok. – komentuje Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Największymi tegorocznymi transakcjami na rynkach regionalnych były na razie: sprzedaż High 5ive II (bud. 4&5) oraz zakup Equal Business Park (A, B, C) w Krakowie. Obie z nich zostały sfinalizowane w pierwszej połowie roku przy udziale JLL.

Powierzchnie niewynajęte i czynsze

Średni poziom pustostanów w Polsce to 10,7%. W Warszawie 9,6% istniejących zasobów biurowych pozostaje do wynajęcia, natomiast poza nią – 11,9%. W przypadku rynków regionalnych jest to wzrost o 2,8 p.p. r-d-r i 1,7 p.p. w ujęciu kwartalnym. Zmiana ta wynika m.in. z zakończenia w trzecim kwartale inwestycji, będących wynajętych niespełna w połowie. Najniższym współczynnikiem pustostanów mogą się pochwalić Katowice (7,0%), podczas gdy najwyższe wskaźniki są obecnie w Łodzi i we Wrocławiu (w obu przypadkach 14,3%).

Aktualnie na rynkach poza Warszawą najwyższe czynsze transakcyjne charakteryzują Kraków (14-15,5 euro/ mkw. / miesiąc), a najniższe Lublin (10,5-11,5 euro / mkw. / miesiąc.

Co dalej z gazociągiem Nordstream2?

Projekt budowy gazociągu Nordstream 2, mającego zwiększyć ilość gazu płynącego aktualnie z Rosji do Niemiec, budzi wiele kontrowersji. Niemcy – główny beneficjent projektu – odpierają zarzuty, jakoby miałyby działać wbrew interesowi politycznemu Unii Europejskiej. Swoje motywacje podpierają argumentem, że budowa Nordstream 2 podyktowana jest pobudkami ekonomicznymi. To jednak nie zmienia faktu, że ekonomiczne powody budowy drugiej nitki gazociągu pod Bałtykiem mocno dotykają inne kraje Unii. Importując tani gaz bezpośrednio z Rosji – z pominięciem państw Europy Środkowowschodniej – działają na niekorzyść między innymi Polski, która zajmuje się eksportem rosyjskiego gazu do dalszych krajów europejskich. Na nasze szczęście budowa gazociągu stanęła pod znakiem zapytania, ze względu na amerykańskie sankcje nałożone na Rosję.

– Jeszcze pod koniec 2019 roku wydawało się że nie da się nic zrobić i dojdzie do realizacji gazociągu Nordstream 2, który ma połączyć Rosję i Niemcy wbrew interesom europejskim i atlantyckim. Jednak sankcje, którymi USA grozi Rosji za otrucie opozycjonisty Aleksieja Nawalnego, doprowadziły do nowej debaty na temat tego projektu – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert.pl. – W Parlamencie Europejskim trwa na ten temat debata. Pojawił się apel Komisji Europejskiej o to, aby coś wreszcie zrobić z Nordstream2. To powoduje, że projekt stoi pod znakiem zapytania. Polacy wyszli z inicjatywą, proponując Niemcom import większej ilości gazu przez Baltic Pipe – który łączy Polskę i kraje zachodnie. Niemcy najpewniej odrzucą tę propozycję, co odsłoni ich hipokryzję – pokaże, że nie budują drugiej nitki Nordstream ze względu na niedobór gazu w swoim kraju. Chcą nim zastąpić szlak ukraiński szlakiem niemieckim i być rozdzielnią rosyjskiego gazu w Europie. Realizując ten wąski, własny interes ekonomiczny podkopują wspólną politykę europejską i atlantycką – podkreśla Jakóbik.

Nawet Komisja Europejska ma wątpliwości co do Pakietu Mobilności – jak interpretować nowe przepisy?

Zmiany dotyczące czasu jazdy i odpoczynku kierowców w całej Unii Europejskiej obowiązują od 20 sierpnia. Upłynęły więc już dwa miesiące, a w dalszym ciągu nie ma jasnych informacji, jak respektować zapisy, które weszły w życie. Wśród przedstawicieli branży transportowej pojawia się coraz więcej wątpliwości związanych z interpretowaniem nowej dyrektywy. Co więcej, sama Komisja Europejska wskazała kilka zastrzeżeń w konstrukcji nowych zapisów. Ta sytuacja w szczególności dotyczy ponad 35 tys. międzynarodowych przewoźników drogowych z naszego kraju, dla których wykonywanie przewozów w obliczu niepewności prawnej znacznie zwiększa ryzyko prowadzenia działalności. Mateusz Włoch, ekspert OCRK z Grupy INELO przedstawia najważniejsze wątpliwości związane z interpretacją przepisów wprowadzonych wraz z Pakietem Mobilności.

Obowiązkowy powrót kierowcy, a może tylko obowiązkowa organizacja tego powrotu?

Inspekcje zwracają szczególną uwagę na to, że nowy obowiązek dotyczy firm transportowych, a nie bezpośrednio kierowców. Mowa bowiem o obowiązku zorganizowania przez przedsiębiorcę powrotu, a niekoniecznie o obowiązku powrotu dla samego kierowcy, który może zdecydować o pozostaniu w innym kraju.

Rozporządzenie ostatecznie nie wyjaśnia na jakich zasadach kierowca może nie wracać. W toku prac nad Pakietem Mobilności pojawiła się wersja rozporządzenia z ustępem traktującym o możliwości udokumentowania braku powrotu kierowcy, ale w tekście ostatecznym już go zabrało. Co więcej, art. 8a rozporządzenia 561 określa, że „przedsiębiorstwo dokumentuje, w jaki sposób spełnia ten obowiązek, i przechowuje tę dokumentację w swoim lokalu oraz przedstawia ją na żądanie organów kontrolnych.” Niestety forma tej dokumentacji nie została określona. Mogą więc to być wszelkie dane, jakie posiada firma, włącznie z informacjami z karty kierowcy. Warto zwrócić tutaj uwagę na kwestię odpowiedniego rejestrowania dojazdu kierowcy za pomocą wpisu manualnego wraz z wpisami krajów rozpoczęcia i zakończenia pracy.

Z innego zapisu wynika, że jeżeli kierowca jest dowożony na miejsce pracy, to powinien zaznaczać na karcie dyspozycyjność, a ta z kolei nie jest traktowana jako odpoczynek. Oznacza to, że jeżeli trucker w ostatnim dniu trasy pracował już 15 godzin (np. od 07:00 do 22:00), to powinien wykonać najpierw odpoczynek dobowy, a dopiero potem może zostać odwieziony z miejsca pracy do domu lub na bazę innym środkiem transportu.

Szczególnie pokrzywdzeni będą kierowcy zza wschodzniej granicy

Dla przedsiębiorstw funkcjonujących na zasadach wyjazdów kierowców dłuższych niż 3, czy 4 tygodnie to ogromna rewolucja w całej dotychczasowej działalności. Zmiana ta dotknie w szczególności kierowców zza wschodniej granicy, którzy zatrudniają się w polskich firmach. Tacy truckerzy chcą być jak najdłużej w trasie, aby jak najwięcej zarobić, a następnie jak najdłużej przebywać w domach. Ci kierowcy nie chcą wracać do polskiej bazy, gdzie nie mają rodziny i tutaj odbierać odpoczynku. Co więcej, nowe przepisy nie określają warunków, jakie ma zapewniać taka placówka.

Odpoczynki tygodniowe, czyli jak skomplikować już skomplikowane reguły

Najtrudniejsze w dobrym rozplanowaniu czasu pracy kierowców do tej pory były odpoczynki tygodniowe. Po zmianach przepisów staje się to jeszcze trudniejsze, ponieważ nie tylko nie zostały rozwiane poprzednie niejasności, ale pojawiło się wiele zupełnie nowych. Ważną kwestią jest to, że nowe zasady odstępstwa od przepisów dotyczą jedynie sytuacji, gdy kierowca odbiera z rzędu dwa odpoczynki tygodniowe skrócone za granicą. W przypadku jednak, gdy kierowca nie będzie korzystał z tego odstępstwa, to musi stosować się do poprzednich zasad odpoczynków tygodniowych.

Pod znakiem zapytania stają więc kwestie wykonywania dwóch odpoczynków tygodniowych skróconych na dotychczasowych zasadach. Dlatego do czasu wyjaśnienia sytuacji bezpieczniej w przypadku wystąpienia takiej sytuacji zastosować się do wszystkich zasad odstępstwa. Co ciekawe wspomniane reguły nie dotyczą branży przewozu osób.

Najwięcej wątpliwości związanych jest ze wspomnianymi odpoczynkami tygodniowymi skróconymi pod rząd. Pewne jest tylko to, że mają one zostać odebrane przed kolejnym regularnym odpoczynkiem tygodniowym. Kwestią interpretacji jest, czy ta rekompensata musi się zmieścić w okresie 6 dób pomiędzy odpoczynkami tygodniowymi oraz czy przed rekompensatą powinien zostać odebrany odpoczynek dzienny. Zastosowanie się do najbardziej rygorystycznej wersji wydaje się najbezpieczniejszym rozwiązaniem:

przykład poprawnego odbierania odpoczynków według zapisów Pakietu Mobilności
Grafika przygotowana przez Grupę INELO: przykład poprawnego odbierania odpoczynków według zapisów Pakietu Mobilności

Jednak takie „bezpieczne” rozwiązanie niesie za sobą wiele ograniczeń – kierowca w ostatnim tygodniu musi wrócić odpowiednio wcześniej, aby rekompensaty zmieściły się w 6-ciu okresach 24-godzinnych, jak również później spędzić przynajmniej kilka dni w domu.

Dodatkowo, dwa odpoczynki tygodniowe skrócone z rzędu zaostrzają obowiązek zorganizowania powrotu kierowcy do kraju. W takiej sytuacji przedsiębiorstwo powinno zorganizować powrót kierowcy jeszcze przed kolejnym odpoczynkiem tygodniowym regularnym.

Wyjazdy poza UE

Umowa AETR, zawierająca przepisy dotyczące czasu jazdy i odpoczynków, do których muszą się stosować kierowcy wykonujący przewozy poza kraje UE, Szwajcarię, Norwegię czy Lichtenstein, nie uległa zmianie. Oznacza to, że nie zawiera ona np. nowych odstępstw dot. odpoczynków tygodniowych. Wybierając fracht w kierunku wschodnim kierowca powinien stosować się do poprzednich zasad. Nie jest jasne, kiedy i czy w ogóle nowe zasady zostaną wprowadzone do AETR. Służby kontrolne mają twardy orzech do zgryzienia jeśli chodzi o to, w jaki sposób zweryfikować naruszenia kierowcy, który wykonywał przewozy na zmianę, raz w ramach AETR, innym razem w Unii.

Przedłużenie czasu jazdy przy powrocie do bazy lub domu naszpikowane dodatkowymi warunkami

Prawidłowe, zgodne z zasadami nowego brzmienia artykułu 12. rozporządzenia 561/2006 zastosowanie możliwości przedłużenia czasu jazdy przy powrocie na bazę lub do domu nie jest takie proste jak się wydaje. Te dwa nowe akapity kryją wiele pułapek – np. to, że można przedłużyć czas jazdy dziennej oraz tygodniowej (56h), ale już nie można przedłużyć czasu jazdy dwutygodniowej (90h). Ważne też, że przy przedłużeniu jazdy można jedynie za późno odebrać odpoczynek dobowy w pojedynczej obsadzie, ale nie można naruszyć żadnych innych zasad odpoczynków dziennych czy też tygodniowych. Kontrolujący zwracają uwagę na konieczność zaistnienia sytuacji szczególnej, niespodziewanej jak i na inne warunki takie jak powrót na odpowiedni odpoczynek tygodniowy 24/45h w zależności od długości przedłużenia, wydruk wraz z opisem sytuacji, rekompensaty przedłużonego czasu, czy wymagana przerwa 30 minut przed dodatkowymi dwoma godzinami jazdy.

Brakuje jeszcze sporo informacji od UE

W pakiecie mobilności wspomniano m. in. o konieczności powstania nowego rozporządzenia o dokumentowaniu okresów kiedy kierowca jest poza pojazdem – nie znamy jednak jeszcze daty kiedy takowe przepisy się pojawią. Jest to ważna kwestia, ponieważ obecnie osoby, które rzadko wykonują przewozy drogowe, a najczęściej pracują np. w biurze lub prowadzą pojazd do 3,5 tony muszą wykonywać długie i skomplikowane wpisy manualne.

Jakie są konsekwencje niedopełnienia formalności? Takie pytanie często pada z ust przewoźników. W przypadku nowych zasad dot. np. organizacji powrotu kierowcy odpowiedzi jeszcze nie ma. Jest to związane z tym, że do nowego rozporządzenia każde państwo członkowskie powinno jeszcze dopasować krajowy taryfikator. Dodatkowo, zgodnie z nowymi zasadami wszystkie kraje UE muszą te taryfikatory przetłumaczyć na wszystkie oficjalne języki w UE, tak aby mogły być one opublikowane na specjalnej stronie internetowej – do tej pory nie z ostały jeszcze wprowadzone zmiany w taryfikatorach. Nie ma także witryny zawierającej ich przetłumaczone wersje.

Brak także informacji o nowych wyłączeniach i ich obowiązywaniu w poszczególnych krajach. Chodzi tutaj np. o przewóz gotowego betonu – w Polsce jest on wyłączony z obowiązku stosowania tachografu na mocy ustawy o czasie pracy kierowców, ale jak jest w innych krajach? O tym powinna informować KE, ale jak widać są tutaj spore opóźnienia.

KE również ma wątpliwości – czy i kiedy poznamy odpowiedzi?

Zastrzeżenia, nie tylko do obowiązujących już zapisów, ale także do tych, które mają dopiero wejść w życie od 2 lutego 2022 roku ma także Komisja Europejska. W oficjalnej deklaracji w odniesieniu do wprowadzenia obowiązku powrotu pojazdu do kraju, jak również zaostrzenia zasad kabotażu stwierdziła:

„Komisja oceni teraz dokładnie wpływ tych dwóch aspektów na klimat, środowisko i jednolity rynek. Uczyni to z uwzględnieniem Zielonego Ładu i środków mających na celu dekarbonizację transportu i ochronę środowiska, przy jednoczesnym zapewnieniu dobrze funkcjonującego jednolitego rynku. Po dokonaniu oceny skutków Komisja, w razie konieczności, skorzysta z prawa do przedstawienia ukierunkowanego wniosku ustawodawczego przed wejściem w życie tych dwóch przepisów.”

Prace w tym zakresie są już prowadzone – np. we wrześniu przewoźnicy mogli uzupełnić ankietę dotyczącą wspomnianych aspektów. Jest więc szansa, że jedne z największych zagrożeń w przepisach dla rodzimych firm wykonujących przewozy międzynarodowe zostaną zniesione.

Z informacji do których dotarliśmy wynika, że KE prawdopodobnie do końca br. przeprowadzi ocenę skutków nowych regulacji dot. powrotu ciężarówki oraz zasad kabotażu.

Również w związku z wieloma wątpliwościami odnośnie interpretacji wprowadzonych w sierpniu nowych reguł czasu jazdy i odpoczynku kierowców istnieje spora szansa, że powstaną wytyczne wyjaśniające najbardziej newralgiczne kwestie. Zanim jednak to nastąpi spodziewamy się oficjalnych odpowiedzi od KE, np. na pytania sformułowane przez organizację IRU.

Należy również pamiętać, że poszczególne państwa członkowskie jak np. Polska czy Litwa zapowiedziały złożenie skargi na przepisy pakietu mobilności do Trybunału Sprawiedliwości UE. Czas procedowania spraw w trybunale jest zwykle długi i wyjaśnienie tych kwestii może potrwać przynajmniej kilkanaście miesięcy.

Autorem materiału jest Mateusz Włoch, ekspert OCRK, Grupa INELO.

Przegląd wydarzeń tygodnia 26.10-30.10.2020

Finisz kampanii wyborczej w USA, niknące szanse na porozumienie fiskalne i gwałtowna fala pandemii z rekordami liczby zakażeń po obu stronach Atlantyku. Czynniki te sprawiają, że ubiegłotygodniowe osłabienie dolara nie powinno być kontynuowane. W normalnych warunkach rynek żyłby serią ważnych danych, ale rekordowe odbicie wzrostu w trzecim kwartale w obliczu jego niechybnego wygasania jest jedynie miłym wspomnieniem, coś jak pocztówka z wakacji na którą przypadkiem natykamy się sprzątając biurko.

Ubiegłotygodniowy przedział wahań EUR/USD, czyli 1,17-1,19 powinien zostać utrzymany. Zagrożone stają się waluty surowcowe, przede wszystkim państw eksportujących ropę naftową. Nowa fala restrykcji uderza w zapotrzebowanie na surowiec a jego dostępność wcale nie spada, m.in. za sprawą powrotu ropy z Libii na rynek. Cały czas zagrożony pozostaje również złoty. EUR/PLN flirtuje ze szczytem z przełomu września i października a wyżej są już tylko rekordy kursu notowane podczas marcowego, pandemicznego krachu.

Jeśli nerwowość przed wyborami prezydenckimi nie będzie wspierać USD (poprzez redukcję pozycji w aktywach ryzykownych), to walucie mogą pomóc dane. Wstępny odczyt PKB za III kw. (czw) powinien potwierdzić silne odbicie gospodarki po lockdownie z II kw., wyraźnie lepsze niż pierwotnie zakładano. Dane podkreślą solidniejsze podstawy USA w porównaniu chociażby z Europą, nawet pomimo wyższych statyk zachorowań latem. Regionalne wskaźniki koniunktury (jak Chicago PMI – pt) mogą wskazywać na osłabienie tempa wzrostu w IV kw., ale ogólnie sytuacja w gospodarce USA nie wygląda niepokojąco. Innym pozytywnym znakiem będzie spodziewany wzrost indeksu nastrojów konsumentów (wt).

W Europie szaleje COVID-19 i ponad 20 krajów notuje rekordy liczby zakażeń. Wprowadzenie nowych restrykcji może być argumentem za pogorszeniem nastrojów i sprzedażą europejskich aktywów. Sytuacja zdrowotna prawdopodobnie przyćmi odczyty danych: Ifo (pon) i PKB (pt). Jesienna fala pandemii prawdopodobnie stanie się też tematem konferencji prasowej prezes EBC, gdzie raczej należy się spodziewać pesymistycznego wydźwięku. Zmian w polityce jednak nie będzie – te najwcześniej mogą pojawić się w grudniu, kiedy bank będzie w posiadaniu nowych projekcji makroekonomicznych.

Rozmowy na temat brexitu mają być intensyfikowane z każdym dniem. Od szczytu UE z połowy października większość sygnałów ze strony kluczowych urzędników po obu stronach była pozytywna. Pozostał niecały miesiąc na finalizację rozmów, gdzie rynek powoli dyskontuje sukces i kupuje GBP. Jednak wrażliwość na zgrzyty i niepokojące nagłówki pozostaje bardzo wysoka.

W Polsce na pierwszym planie pozostaną statystyki dotyczące się rozprzestrzeniani się COVID-19 i czy rządowe restrykcje skutecznie osłabią tempo przyrostu nowych zakażeń. Dla złotego ryzyka przeważają po negatywnej stronie. Choć na razie 4,60 EUR/PLN stanowi psychologiczną barierę, tak przy obawach o nowe rekordy w liczbie zachorowań nie można wykluczać nasilenia presji sprzedaży złotego i zrównania marcowych szczytów (4,6340). Zakładamy utrzymanie CPI w październiku na 3,2 proc. r/r.

Bank Kanady powinien pozostawić stopę overnight na 0,25 proc. (śr). Ostatnie dane (w tym kwartalny raport kondycji przedsiębiorstw – Business Outlook Survey) potwierdzają solidne odbicie ożywienia, choć bez osiągnięcia poziomów aktywności sprzed wybuchu pandemii. Odbicie w aktywności powinno też przeciwdziałać spadkowi inflacji. Taki stan zdejmuje z banku centralnego presję na wprowadzenie bardziej akomodacyjnej polityki. Ryzyka związane z ponownym wzrostem zachorowań nie znikają, ale relatywnie neutralna postawa BoC (na tle gołębich RBA/RBNZ) powinna premiować CAD w stosunku do AUD lub NZD.
Odczyt inflacji CPI z Australii (śr) nie powinien mieć istotnego znaczenia dla AUD. RBA zdaje sobie sprawę z inflacji mocno odbiegającej od celu, ale obecnie za priorytet stawia rynek pracy.

Bank Japonii utrzyma parametry polityki pieniężnej bez zmian (czw), ale w towarzyszącym decyzji raporcie nt. perspektyw gospodarczych powinna zostać podkreślona przewaga negatywnych ryzyk dla aktywności gospodarczej i trendów cenowych z powodu pandemii. BoJ podtrzyma gołębie nastawienie wraz z kontynuacją programu pożyczkowych. Nie spodziewamy się reakcji JPY na decyzję.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dywersyfikacja portfela inwestycyjnego, co trzeba wiedzieć?

W czasie niepewnej sytuacji gospodarczej, eksperci od spraw finansów odradzają “stawiania wszystkiego na jedną kartę”, zalecając budowę zdywersyfikowanego portfela inwestycyjnego, który pozwala znacznie ograniczyć ryzyko. Na czym polega taka dywersyfikacja? Jakie są jej zalety i wady?

Różne branże, inny horyzont czasu

Paulina Łata, doradca klienta z poznańskiego oddziału Reliance Polska
Paulina Łata, doradca klienta z poznańskiego oddziału Reliance Polska

Termin dywersyfikacja wywodzi się z języka łacińskiego od słów diversus – różny oraz facio – robię i oznacza rozszerzenie, a także zróżnicowanie zachowań bądź obszaru działalności np. przedsiębiorstwa. Dywersyfikacja portfela inwestycyjnego polega więc na inwestowaniu kapitału w różne aktywa w ramach odmiennych branż, celem zminimalizowania ryzyka związanego z niepowodzeniem inwestycji. Najtrafniej opisują to znane sentencje “nie stawiaj wszystkiego na jedną kartę” bądź “nie wkładaj wszystkich jajek do jednego koszyka”. Posiadanie spółek z różnych branż jest niezmiernie ważne, gdyż na każdą z nich mają wpływ różne czynniki mikro i makroekonomiczne. Paulina Łata, doradca klienta z poznańskiego oddziału Reliance Polska zwraca również uwagę na to, że w dywersyfikacji portfela istotne jest posiadanie instrumentów zarówno długo, jak i krótkoterminowych:

W celu osiągnięcia najlepszej możliwej płynności finansowej konieczne jest dobieranie instrumentów długo i krótkoterminowych. Głównym celem dywersyfikacji jest maksymalne zmniejszenie ryzyka inwestycyjnego, które możemy osiągnąć, inwestując w kilka odmiennych projektów np. w kilka różnych spółek o innym współczynniku korelacji stóp zwrotu. Budując swój portfel, należy zacząć od analizy potrzeb oraz możliwości finansowych. Pod uwagę należy wziąć takie parametry jak wolne środki finansowe, oczekiwany horyzont czasu, prognozowany zysk oraz próg ryzyka. Rynek finansowy jest obecnie mocno rozbudowany, mamy szereg możliwości inwestycyjnych w aktywa stałe, dobra materialne (grunty, nieruchomości, złoto), jak i aktywna płynne typu papiery wartościowe czy też inwestycje kapitałowe. Właściwa dywersyfikacja zależy w dużej mierze od osobistych celów, preferowanych sektorów inwestycyjnych oraz tolerancji ryzyka – mówi Paulina Łata.

Płynność finansowa i nutka ekscytacji

Eksperci wskazują, że budowa zdywersyfikowanego portfela niesie ze sobą szereg korzyści: – Główną zaletą dywersyfikacji jest komfort zabezpieczenia swojego majątku, a także nutka ekscytacji, którą dają nam inwestycje z większym potencjałem zysku, niemające określonego limitu – twierdzi Paulina Łata, doradca klienta z poznańskiego oddziału Reliance Polska. – Dodatkowo, budując w odpowiedni sposób portfel inwestycyjny, mamy większą płynność finansową, czyli swobodę korzystania z zainwestowanych środków, która umożliwia nam dalsze powiększanie majątku i nie ogranicza nas w sytuacjach kryzysowych, gdy zmuszeni jesteśmy wykorzystać część kapitału. Jedyna wada, która przychodzi mi na myśl, to trudności mogące pojawić się w zarządzaniu takim portfelem. Dlatego bardzo istotne jest, aby korzystać z wiedzy osób specjalizujących się w tej dziedzinie. Zwróćmy uwagę na to, że oprócz czasu, który trzeba  poświęcić na rzetelną kontrolę aktywów, trzeba też rozsądnie ocenić sytuacje. Doradca przeanalizuje wszystkie skomplikowane zapisy w umowach inwestycyjnych, podpowie nam, kiedy warto wycofać się z danej inwestycji, a kiedy rozpocząć nową, nie tracąc przy tym kontroli, chociażby w kwestii towarzyszących nam emocji – mówi Paulina Łata.

Niepewna koncentracja

Przeciwieństwem dywersyfikacji portfela jest koncentracja. Skoncentrowany portfel inwestycyjny polega na skupieniu wszystkich środków na aktywach jednej spółki, jest to długoterminowa  inwestycja, w której zysk uzależniony jest od wartości danej spółki .

Z tego typu inwestycji czerpiemy regularne dochody, nie mniej jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ile potrwa hossa danego podmiotu.  Zupełnie inaczej jest w przypadku inwestycji z określonym z góry zyskiem. Jest to korzystne rozwiązanie jako jeden z dodatkowych instrumentów w naszym portfelu inwestycyjnym. Najważniejszy jest balans, im szerszy i bardziej rozbudowany portfel, tym bardziej prawdopodobne, że będzie on odzwierciedlał wyniki z całego rynku finansowego – zauważa doradca klienta Reliance Polska.

Czy warto korzystać z pomocy w imporcie towarów z Chin?

Import towarów z Chin do Polski powinien być przemyślany. Nie wystarczy sam pomysł. Konieczna może okazać się znajomość tamtejszej kultury i zwyczajów biznesowych. W tym celu warto skorzystać z pomocy specjalistów, którzy zajmą się całkowitą lub częściową obsługą importu z Chin, np. wyszukaniem fabryki oraz jej audytem lub kontrolą poprodukcyjną.

Na czym polega częściowa obsługa importu towarów z Chin

Podczas importowania towarów z Chin można napotkać kilka kluczowych trudności. Zdarzają się one zarówno na samym początku (np. jaką wybrać fabrykę do produkcji towarów?), jak i na etapie kończącym (np. jak dobrze skontrolować załadunek towaru w Chinach?). W tym celu warto skorzystać z pomocy osób, które wezmą odpowiedzialność za jeden lub więcej etapów importowania towarów z Chin.

W Fullbax nie tylko pośredniczymy w transporcie, ale również od podstaw realizujemy import z Chin do Polski. Doskonale znamy biznesowe realia tamtejszego regionu, dlatego wiemy, jak zadbać o: produkcję, jakość i transport towarów naszych klientów.

Częściowa obsługa importu z Chin daję więc możliwość: wydajnej produkcji wysokiej jakości towarów, bezpiecznego i szybkiego transportu, a w konsekwencji duży zysk. Zobacz, na jakim etapie możemy Ci pomóc!

Jak wybrać fabrykę w Chinach do produkcji towarów?

Fabryk w Chinach nie brakuje, jednak kluczowe jest wybranie tej jedynej, która spełni nasze oczekiwania, co do jakości i kosztów produkcji. Aby uzyskać pożądany efekt, ważna jest znajomość chińskich portali handlowych oraz doświadczenie w rozmowach z chińskimi firmami. Warto wyszukać więcej niż jedną fabrykę, a następnie sprawdzić (poprzez wstępne rozmowy), która z nich jest w stanie zrealizować nasze potrzeby. W Fullbax dokonujemy dodatkowo wstępnej kontroli wybranego producenta, sprawdzając go pod względem: wiarygodności, bezpieczeństwa i jakości, produkowanych towarów.

Sprawdzanie producenta i audyt fabryki

Profesjonalna pomoc w imporcie z Chin oznacza również dokładne sprawdzenie producenta oraz audyt wybranej fabryki.

Sprawdzanie wiarygodności producenta oznacza korzystanie z oficjalnych rejestrów firm w Chinach. Można w nich skontrolować m.in.: konta bankowe i wypłacalność, status i zakres działalności, udziałowców firmy czy rejestracje w poszczególnych urzędach. Warto wiedzieć, że wyszukiwanie chińskich firm w Google nie działa, ponieważ tamtejsze wyszukiwarki korzystają z nieco innego algorytmu.

Warto więc korzystać z pomocy, dzięki której uzyskasz pewność, co do rzetelności wybranego producenta.

Co więcej, audyt fabryki w Chinach pozwala sprawdzić, w jakim stanie znajduje się budynek oraz jak wyglądają tamtejsze warunki pracy. Zdarza się, że mimo nienagannej sytuacji prawnej, fabryka prezentuje się źle. Jej audyt – dostosowany do zakresu prowadzonej działalności – umożliwia więc kontrolę nie tylko od strony prawnej i teoretycznej, ale również praktycznej. Sprawdzenie sytuacji rzeczywistej na miejscu chroni przed nieuczciwymi producentami!

Profesjonalna kontrola towaru w Chinach

Jeśli wszystkie poprzednie etapy przebiegły pomyślnie, fabryki prawdopodobnie rozpoczęły produkcję Twoich towarów. Czy to oznacza koniec odpowiedzialności za uzyskany efekt? Oczywiście, że nie! W Fullbax wyróżniamy 3 różne rodzaje kontroli zależne od etapu prowadzonych prac:

  • kontrola produkcyjna (wraz z wysyłką próbek towarów do Polski),
  • kontrola poprodukcyjna,
  • kontrola załadunku towaru z Chin.

Dla osób mieszkających w Polsce, kontrola produkcji w Chinach jest problematyczna ze względu na różnice czasowe. Kiedy w Polsce jest godzina 8:00, w Chinach kończy się dzień pracy. Z tego powodu jest mała szansa, że otrzyma się odpowiedź na wysłanego maila! Specjaliści Fullbax mieszkają w Chinach na co dzień, dlatego zapewniają nieograniczony kontakt z fabryką od rana do wieczora!

Kontrola poprodukcyjna natomiast sprowadza się do dokładnego mierzenia i ważenia wyprodukowanych towarów, a następnie porównania ich względem poszczególnych wytycznych. W przypadku problemów towar pozostaje w fabryce, a producent jest zmuszony go poprawiać, aż do uzyskanie oczekiwanego efektu.

Na etapie załadunku warto sprawdzić, czy towar zgadza się pod względem ilościowym i jakościowym w poszczególnych kontenerach. Następnie można otworzyć losowe kartony, aby sprawdzić wybrane towary. Bardzo ważne jest, aby osobiście doglądać ładowanie kontenera. W Fullbax jesteśmy obecni na miejscu, gdzie nagrywamy całą procedurę i wysyłamy ją w formie filmu video dla naszych klientów, aby mogli na własne oczy zobaczyć proces załadunku.

Import towarów z Chin do Polski na Twoich zasadach!

Całkowita lub częściowa obsługa importu z Chin pozwala: wybrać właściwego producenta, zrobić audyty fabryki, skontrolować proces produkcji, sprawdzić wytworzone produkty pod kątem jakości i ilości, a następnie dokonać bezpiecznego załadunku. W Fullbax możemy zająć się wszystkimi lub wybranymi etapami. W ten sposób oferujemy import towarów z Chin do Polski na Twoich zasadach! My bierzemy pełną odpowiedzialność za produkcję w Chinach, a Ty możesz spokojnie czekać w Polsce na produkty, dzięki którym zwiększysz dochód i rozwiniesz swoją firmę.

Black Friday 2020 w Polsce: jak będą kupować pokolenia?

2020 rok bezsprzecznie przyspieszył rewolucję technologiczną sprawiając, że zdecydowana większość pokolenia Baby Boomers (osoby urodzone w latach 1946-1964) skutecznie przeniosła swoje nawyki zakupowe do online’u. Q4 jest najważniejszym dla handlu, bowiem znajdują się w nim 3 bardzo istotne peaki zakupowe – Święta, poświąteczne wyprzedaże oraz Black Friday. W związku z tym ostatnim Grupa Domodi przeprowadziła badanie, w którym sprawdzono w jaki sposób różne pokolenia planują realizować zakupy podczas zbliżającego się Czarnego Piątku.

Promocje jak zawsze kuszące

Z ankiety wynika, że 47% badanych już dziś wie, że na pewno weźmie udział w BF, natomiast 43% – pozostaje w tej kwestii niezdecydowanych. 10% deklaruje w tym temacie brak zainteresowania tym dniem. Na pytanie, dlaczego Black Friday jest idealną okazją do zrobienia zakupów internauci odpowiadali, że obok niskiej ceny i oczywiście rabatów cenią także możliwość kupienia większej liczby rzeczy oraz dostępność darmowej dostawy. Wśród wymienianych korzyści, istotną okazuje się także zakup rzeczy markowych w atrakcyjnych cenach.Black Friday_wyniki badania_Grupa Domodi (2)

Według badanych, optymalny czas trwania Black Friday to weekend – wskazało tak 51% osób. Dla 36% – idealnym jest tydzień, a tylko 6% uważa, że 1 dzień celebrowania jest wystarczającym. To ważna wskazówka dla sklepów i marek, które planują swoje sprzedażowe działania.

Dlatego w tym roku, podobnie jak w poprzednim, zdecydowaliśmy się na akcję sprzedażową “Black Week”, która będzie trwała 7 dni. Nasze doświadczenia sprzedażowe pokazują, że to optymalny czas na podejmowanie decyzji zakupowych przez konsumentów – mówi Martyna Głowińska, marketing i PR manager w Grupie Domodi.Black Friday_wyniki badania_Grupa Domodi (3)

Nawyki zakupowe Polaków

55% badanych deklaruje, że rok rocznie ich aktywność zakupowa w trakcie Black Friday  skupiała się głównie na kanale online’owym. Przemawia za tym fakt szybkości znalezienia produktu, wysokość rabatów i brak kolejek w sklepach. 14% ankietowanych wybierało głównie kanały offline’owe w tym czasie, gdyż lubią sprawdzić produkt przed zakupem. Natomiast 24% ankietowanych korzysta z miksu kanałów – przeplatając ze sobą sklepy internetowe ze stacjonarnymi.

Pomimo sytuacji związanej z pandemią, aż 73% badanych deklaruje, że w tym roku ich nawyki zakupowe związane z Black Friday nie ulegną zmianie, z czego: 45% skupi się głównie na sklepach online, 5% zrealizuje swoje potrzeby w sklepach stacjonarnych, 16% – postawi na miks kanałów, a 7% deklaruje całkowitą rezygnację z zakupów w tym czasie. Wśród najmniej skorych do zmian zachowań znalazły się osoby w wieku 25-34 lata.

20% badanych wskazuje, że ich nawyki zmienią się, stawiając głównie na zakupy internetowe. Wśród odpowiadających za zmianą najwięcej jest przedstawicieli pokolenia y oraz x, czyli odpowiednio osób w przedziałach wiekowych 35-44 i 45-55.

Natomiast zdecydowana większość pokolenia Baby Boomers do tej pory kupowała offline. W ankiecie jednak deklarują oni zmianę zachowań i przeniesienie się do internetu.

W przypadku najmłodszej z badanych grup, czyli pokolenia z ( przedział wiekowy 16-24) w dużej mierze deklarują oni chęć zobaczenia produktu na żywo przed zakupem, dlatego też w tym roku chętniej postawią na miks kanałów online i offline.Black Friday_wyniki badania_Grupa Domodi (4)

Koszyk zakupowy na Black Friday

W top3 najchętniej wskazywanych kategorii w trakcie nadchodzącego Black Friday znalazły się: odzież i obuwie, kosmetyki oraz wyposażenie wnętrz. Poza podium znalazły się sprzęty RTV i AGD czy elektronika.Black Friday_wyniki badania_Grupa Domodi (5)

Polacy nie planują także oszczędzać w tym dniu. Na pytanie odnośnie planowanych wydatków 30% badanych wskazało, że zmieści się w przedziale 100-299 zł. Dla 29% – kwota ta nie przekroczy 300-499 zł, a w tym przedziale cenowym najwięcej wydadzą osoby w wieku 16-24 i 45-55. Natomiast 19% -wyda 700 zł  i więcej, a 8% – 500-699 zł.

Najwięcej Baby Boomers’ów wyda w trakcie Black Friday przeznaczy na zakupy od 100 zł do 299 zł, a niewiele mniej badanych w tym przedziale wiekowym – wyda 700 zł i więcej.

Szczegóły badania

Badanie w formie anonimowej ankiety Grupa Domodi przeprowadziła wraz z użytkownikami swoich trzech serwisów: Domodi.pl, Allani.pl oraz Homebook.pl w dniach od 22-28 września 2020. Wzięło w nim udział 86% kobiet i 14% mężczyzn. Przekrój wiekowy był bardzo zróżnicowany,  co pozwala przedstawić pełne spektrum obecne na Polskim rynku.

Cyfryzacja może pomóc firmom poradzić sobie ze skutkami pandemii. Umożliwia pracę zdalną, komunikację z klientami i nowy sposób świadczenia usług online

– Interesuje nas to, jak pomóc firmom przetrwać ten najtrudniejszy czas. Trzeba podjąć takie działania, aby umiały one przekształcić swoją działalność, nakierować ją na inne tory. Cyfryzacja jest w tym procesie niezbędna – podkreśla Małgorzata Oleszczuk, prezes PARP. W polskich przedsiębiorstwach pandemia znacząco przyspieszyła cyfrową transformację. PARP wyłoniła właśnie najlepsze projekty w tym obszarze, które dotyczą m.in. zdalnej komunikacji z klientami, nowego sposobu świadczenia usług online czy automatyzacji procesów. Agencja ogłosiła wyniki konkursu „100 najlepszych projektów na zwiększenie poziomu cyfryzacji w firmie”.

– Cyfryzacja to jeden z priorytetów stawianych przez Komisję Europejską, równie ważny dla nas, przy dysponowaniu środków europejskich. Tak będzie – nawet w dużo większym stopniu – w nowej perspektywie finansowej. Dzisiaj cyfryzacja przesądza o sukcesie przedsiębiorstw, o tym, czy są konkurencyjne, czy są w stanie obniżać koszty i wprowadzać produkty oczekiwane przez rynek. Dlatego będziemy starali się przekazywać jak najwięcej środków na promocję, zachęcanie i propagowanie idei cyfryzacji procesów zachodzących w przedsiębiorstwach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Waldemar Buda, wiceminister funduszy i polityki regionalnej.

Wrześniowe badanie Krajowego Rejestru Długów „Jak pandemia wpłynęła na biznes” pokazuje, że dla 21 proc. firm z sektora MŚP oznaczała ona przyspieszenie cyfryzacji. Zatem dla co piątego przedsiębiorstwa strategią na adaptację w nowej rzeczywistości stał się rozwój cyfrowych narzędzi i kanałów, np. obsługi przez internet.

Potwierdza to również raport Banku Światowego i PARP pt. „COVID-19 Business Pulse Survey – Polska”. W odpowiedzi na wybuch pandemii koronawirusa 32 proc. firm zaczęło używać bądź zwiększyło użycie internetu, mediów społecznościowych, wyspecjalizowanych aplikacji czy platform cyfrowych w celach biznesowych. Przedsiębiorstwa poprawiły w ten sposób głównie sprzedaż (45 proc.), marketing (38 proc.) i zarządzanie (24 proc.).

– Postawiliśmy sobie za cel wytwarzanie nowoczesnych detektorów podczerwieni bez ciągłej asysty inżyniera, żeby można było wszystkie informacje, kwalifikacje i pomiary realizować za pomocą zautomatyzowanych stanowisk na hali produkcyjnej – mówi Adam Piotrowski, prezes Vigo System, jednego z laureatów konkursu PARP. – Cyfryzacja pomogła nam przygotować się do wyzwań kryzysu związanego z koronawirusem. Dzięki niej świętujemy trzy najlepsze kwartały w historii pod względem przychodów i wolumenów produkcji. Cała załoga może dziś pracować zdalnie lub ze swoich biur, w odcięciu od hali produkcyjnej. To jest ewidentny sukces naszego programu cyfryzacji.

W tegorocznym indeksie gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego (DESI) na 2020 rok Polska skoczyła do góry o dwa oczka, choć i tak uplasowała się na 23. pozycji na 28 państw członkowskich UE. Z raportu Komisji Europejskiej wynika, że nadal dużo do nadrobienia pozostało m.in. w obszarze cyfrowych kompetencji społeczeństwa i stopniu ucyfrowienia przedsiębiorstw.

Jak wskazuje prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, Małgorzata Oleszczuk – skalę zainteresowania cyfryzacją po stronie polskich firm dobrze pokazuje ostatni konkurs „100 najlepszych projektów na zwiększenie poziomu cyfryzacji w firmie”. Na innowacyjne rozwiązania mogły one pozyskać w nim łącznie ponad 2 mln zł z unijnych środków.

– Konkurs na najlepsze rozwiązania cyfrowe w firmach – realizowany w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój – ogłosiliśmy w czerwcu. Sądziliśmy, że nabór będzie trwał cały miesiąc, ale zgłoszeń było tak dużo, że musieliśmy go skrócić. Aplikacje złożyło prawie pół tysiąca firm z całej Polski, a najwięcej pochodziło od mikroprzedsiębiorców. W ramach tego konkursu prezentowali nam swoje pomysły i innowacyjne rozwiązania dotyczące wprowadzonych rozwiązań cyfrowych – wskazuje Małgorzata Oleszczuk.

Do PARP w ciągu około trzech tygodni napłynęło łącznie 468 wniosków, w których przedsiębiorcy prezentowali swoje działania i projekty w obszarze cyfryzacji – takie, które niedawno skończyli lub planowali zrealizować w najbliższym czasie. Proste założenia konkursu przyciągnęły najmniejsze firmy, które stanowiły aż 82 proc. wnioskujących. Naborem zainteresowali się też przedsiębiorcy ze wszystkich województw, choć liderami były Mazowsze i Wielkopolska.

– Małe przedsiębiorstwa gremialnie odpowiedziały na udział w tym konkursie i to jest asumpt do tego, żeby w kolejnej perspektywie myśleć nad podobnymi inicjatywami – mówi wiceminister Waldemar Buda.

– Dostaliśmy ciekawe przykłady dotyczące m.in. sprzedaży internetowej. Firmy, które do tej pory w ogóle nie myślały o sprzedaży online – zamknięte z powodu pandemii – nagle podjęły decyzję o zmianie swojej polityki i przestawieniu się na ten kanał. Co ważne, te rozwiązania nie są chwilowe, one pozwolą firmom rozwijać się też w popandemicznej rzeczywistości – dodaje  prezes PARP.

Wśród złożonych do PARP aplikacji wyróżniły się m.in. te dotyczące cyfrowej transformacji w zakresie zdalnej komunikacji z klientami, nowego sposobu świadczenia usług online, automatyzacji procesów w przedsiębiorstwach czy bezpieczeństwa danych.

Wyłonieni laureaci otrzymają nagrodę po 20 tys. zł. Co istotne, blisko 3/4 z nich stanowią mikroprzedsiębiorcy. Ze względu na wysoki poziom (przy maksymalnej liczbie 23 punktów połowa nagrodzonych firm została oceniona na 21–23, reszta nie zeszła poniżej 19), PARP zdecydowała się też nagrodzić więcej firm, niż było to początkowo przewidziane.

– Początkowe założenie było takie, że nagrodzimy 100 firm. Natomiast – ponieważ setna firma w naszym rankingu otrzymała tyle samo punktów, co pięć kolejnych – uznaliśmy, że musimy nagrodzić je wszystkie. Dlatego w sumie nagrodziliśmy 105 firm, zwiększając nieco alokację. Ten konkurs jest o tyle ciekawy, że przedsiębiorcy nie dostali dotacji na zrealizowanie swojego projektu. Zostali po prostu nagrodzeni za to, że te projekty już zrealizowali albo byli na etapie zaawansowanych przygotowań – mówi Małgorzata Oleszczuk.

W konkursie PARP 2/3 laureatów to firmy usługowe, a co piąta pochodzi z sektora produkcyjnego. Prezes PARP podkreśla, że nagrodzone przedsiębiorstwa są przykładem dla innych, które wciąż zastanawiają się, jak poradzić sobie ze skutkami pandemii COVID-19 i dostosować do nowych realiów rynkowych.

– Interesuje nas to, jak pomóc firmom przetrwać ten najtrudniejszy czas. Dlatego trzeba podjąć takie działania, żeby – na miarę ich możliwości – umiały przekształcić swoją działalność, nakierować ją na inne tory. Cyfryzacja jest tutaj po prostu niezbędna – podkreśla.


Unia Europejska - PARP

Rynkiem kredytowym rządzi niepewność wywołana pandemią. Banki mogą wrócić do ostrzejszej polityki, zwłaszcza w segmencie mieszkaniowym

We wrześniu banki udzieliły dużo mniej kredytów gotówkowych i mieszkaniowych w porównaniu z ubiegłym rokiem. Spadki dotyczyły nie tylko liczby, lecz także wartości udzielonego finansowania, a jedynym pozytywnym wyjątkiem na tle całego rynku są kredyty ratalne – wynika z danych BIK. Kolejna fala pandemii i nowe obostrzenia wprowadzone przez rząd mogą w kolejnych miesiącach ponownie skłonić banki do zaostrzenia polityki, szczególnie w segmencie kredytów mieszkaniowych. – Nadchodzące miesiące – zwłaszcza początek 2021 roku – pokażą też, jak duże jest przełożenie pandemii i problemów na rynku pracy na spłacalność kredytów. Jeśli ich szkodowość istotnie wzrośnie – może to mocno zachwiać kondycją sektora bankowego – mówi dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

– Głównym czynnikiem oddziałującym zarówno na popyt, jak i na podaż kredytów jest bardzo duża niepewność dotycząca dalszego przebiegu pandemii i jej bezpośredniego wpływu na sytuację gospodarczą i społeczną – w tym głównie na sytuację ekonomiczną gospodarstw domowych. W takich warunkach – co zrozumiałe – banki ostrożnie podchodzą do kredytowania – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski, prof. SGH i główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Według danych BIK we wrześniu banki i SKOK-i przyznały dużo mniej kart kredytowych, udzieliły też mniej kredytów gotówkowych i mieszkaniowych. W porównaniu z ubiegłym rokiem liczba przyznanych kart spadła o 21,6 proc., liczba kredytów gotówkowych – o 23,3 proc., a mieszkaniowych – o 5,1 proc. Pozytywny wyjątek stanowiły kredyty ratalne, których udzielono o 7,1 proc. więcej niż w tym samym miesiącu rok wcześniej.

Wrześniowe spadki dotyczyły nie tylko liczby, lecz także wartości udzielonego finansowania. Banki i SKOK-i przyznały o 1/5 mniej limitów kartowych niż przed rokiem. Spadła też wartość udzielonych kredytów gotówkowych (o 22,8 proc.) oraz mieszkaniowych (o 2,5 proc.). Ponownie wyjątkiem były kredyty ratalne, które odnotowały wzrost wartościowy o 17,2 proc.

– Łącznie w trzech pierwszych kwartałach tego roku spadek liczby udzielonych kredytów gotówkowych wynosi 30,5 proc., natomiast ich wartość spadła o 31,8 proc. w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej – mówi prof. Waldemar Rogowski. – Na tym tle bardzo pozytywnie wyróżniają się kredyty ratalne, których udzielono o 7,1 proc. więcej niż rok temu we wrześniu, a wzrost wartościowy sięgnął aż 17,2 proc. Także w tych trzech pierwszych kwartałach br. dynamika kredytów ratalnych jest dodatnia i wyniosła 1,4 proc. w ujęciu liczbowym i 0,8 proc. w ujęciu wartościowym.

Analitycy BIK wskazują, że wnioski o kredyty konsumpcyjne i karty kredytowe są procesowane bardzo szybko, więc w ich przypadku wrześniowe dane odzwierciedlają aktualną sytuacje rynkową. Z kolei wnioski o kredyty mieszkaniowe są procesowane nawet do dwóch miesięcy. Dlatego też wrześniowe dane są efektem wniosków kredytobiorców składanych jeszcze w lipcu i sierpniu.

– We wrześniu tego roku na rynku kredytów mieszkaniowych nadal obserwowaliśmy – choć niższe – to jednak nadal ujemne wartości. W sumie w pierwszych dziewięciu miesiącach br. banki udzieliły 160,1 tys. kredytów mieszkaniowych, co oznacza ponad 11-proc. spadek w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej. Łączna wartość tych kredytów sięgnęła 46,16 mld zł, co też oznacza spadek o 5,4 proc. – wylicza  główny analityk BIK.

W dziewięciu pierwszych miesiącach tego roku już prawie połowa (47,5 proc.) wartości udzielanych kredytów mieszkaniowych dotyczyła przedziału kwotowego powyżej 350 tys. zł. Co istotne, dodatnie dynamiki dotyczą tylko tego przedziału kwotowego. Pomiędzy styczniem a wrześniem banki udzieliły – w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym – o około 6 proc. więcej kredytów mieszkaniowych na kwoty przekraczające 350 tys. zł.

Prof. SGH zauważa też, że sytuację na rynku kredytów mieszkaniowych determinuje w tej chwili zarówno zachowanie klientów, jak i banków. Te poluzowały we wrześniu wymagania dotyczące wkładu własnego. Natomiast wrześniowy odczyt Indeksu popytu na kredyty mieszkaniowe BIK wyniósł +5,4 proc. i był pierwszym dodatnim od lutego br. Jednak kolejna fala pandemii, rekordowe przyrosty zakażeń SARS-CoV-2 i nowe obostrzenia wprowadzone przez rząd w październiku przełożyły się na powrót niepewności, która może ponownie skłonić banki do zaostrzenia polityki kredytowej – co może skutkować mniejszą dostępnością kredytów, zwłaszcza mieszkaniowych.

– Trudno prognozować w tej chwili sytuację na rynku kredytowym, bo ona jest bardzo dynamiczna, a po drugie – zdeterminowana sytuacją pandemiczną i obostrzeniami. Wprowadzany właśnie soft lockdown w najbliższych miesiącach raczej negatywnie wpłynie na akcję kredytową. Ten wzrost niepewności nie sprzyja udzielaniu kredytów – ani gotówkowych, ani wieloletnich kredytów mieszkaniowych. Sądzę też, że strona popytowa – czyli osoby, które chcą zaciągnąć kredyty – z uwagi właśnie na tę niepewność wstrzymają się z decyzją o składaniu wniosków kredytowych. Zwłaszcza w przypadku długoterminowych kredytów mieszkaniowych – mówi prof. Waldemar Rogowski.

Statystyki BIK pokazują, że – mimo obaw dotyczących wzrostu szkodowości kredytów gotówkowych i ratalnych wrzesień przyniósł poprawę ich jakości. Odzwierciedla ją Indeks Jakości BIK, którego najnowszy odczyt z września wyniósł 1,56 proc. Kilkukrotnie wyższą szkodowością (najwyższą wśród wszystkich grup produktowych) charakteryzują się jednak kredyty gotówkowe, których szkodowość we wrześniu wyniosła 4,02.

Jak wskazują analitycy – pozytywny odczyt Indeksu Jakości BIK może wynikać z faktu, że obejmuje on zaległości w spłacie powyżej 90 dni. Tymczasem problemy ze spłatą kredytów, spowodowane pandemią COVID-19, mogły się jeszcze w pełni nie ujawnić, bo część kredytobiorców skorzystała z opcji odroczenia, czyli tzw. wakacji kredytowych, rozumianych jako bankowe wsparcie udzielone im w zakresie odroczenia spłaty rat kredytowych z powodu sytuacji wywołanej COVID-19.

– Wakacjami kredytowymi było objętych łącznie 924 tys. rachunków kredytowych i pożyczkowych dla klientów indywidualnych – z czego większość stanowiły kredyty gotówkowe (około 70,6 proc.) i mieszkaniowe (ok. 22,5 proc.). W obu przypadkach wakacjami objętych było około 8 proc. wszystkich czynnych rachunków kredytowych, czyli pozostających obecnie w spłacie. Natomiast w ujęciu wartościowym wakacjami została objęta kwota 79,5 mld zł, z czego 70,3 proc. to zadłużenie tylko z tytułu kredytów mieszkaniowych – mówi główny analityk BIK.

W sumie wakacjami kredytowymi zostało objęte ok. 11,5 proc. łącznego zadłużenia gospodarstw domowych w Polsce.

– Dla banków i gospodarki oznacza to, że przesunęliśmy potencjalne problemy kredytobiorców o trzy miesiące. Ten negatywny wpływ pandemii został przesunięty o 90 dni, co jednak wróci do nas na początku 2021 roku – prognozuje Waldemar Rogowski. – Fundamentalnym pytaniem jest, czy kredytobiorcy będą spłacali swoje pożyczki i kredyty po zakończeniu tych wakacji, czy – z uwagi na problemy z dochodami i problemy na rynku pracy – zaprzestaną spłaty. To jest na dziś jeden z najbardziej wrażliwych aspektów dla sektora bankowego, który może – poprzez wzrost rezerw – istotnie wpłynąć na jego wyniki w 2021 roku.

Pandemia uderza w alergików. Brak refundacji doustnych leków ogranicza możliwość bezpiecznego odczulania w domu

Około 12 mln Polaków cierpi na alergie, ale tylko 1,2 proc. poddaje się odczulaniu. To wyzwanie zwłaszcza w dobie pandemii, podczas której pacjenci mają utrudniony kontakt z lekarzem. Tymczasem skuteczne leczenie można przeprowadzić samodzielnie w domu. Immunoterapię alergenową można wygodnie przyjmować w kroplach lub tabletkach pod język. Takie rozwiązanie oszczędza czas i eliminuje konieczność częstych wizyt w gabinecie alergologa. Jednak w  Polsce ta metoda nie jest refundowana przez NFZ i pacjenci muszą płacić za leczenie duże kwoty. Refundacja i większa dostępność immunoterapii podjęzykowej mogłyby skłonić większą liczbę pacjentów do poddania się takiemu leczeniu i przynieść wymierne korzyści w systemie.

Do tej pory nie wykazano zwiększonego ryzyka ciężkiego przebiegu choroby COVID-19 u osób z chorobami alergicznymi i astmą, o ile są one odpowiednio kontrolowane i leczone. W czasie pandemii staje się to jednak coraz większym wyzwaniem m.in. ze względu na utrudniony dostęp do lekarzy. Zaniechanie lub przerwanie terapii może być groźne w czasach szalejącego wirusa SARS-CoV-2, dlatego lekarze wskazują na nowoczesne doustne metody leczenia przyczynowego alergii, takie jak immunoterapia alergenowa.

– Mechanizm immunoterapii – zarówno iniekcyjnej, jak i podjęzykowej – jest identyczny. Mówiąc w uproszczeniu: przywracamy naturalne mechanizmy tolerancji alergenów, które występują u osób zdrowych, bez alergii. Czyli nie stosujemy tutaj takiego leczenia jak w przypadku farmakoterapii, ale wracamy do naturalnej odpowiedzi organizmu na alergeny – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria prof. Marek Jutel, prezydent Europejskiej Akademii Alergologii i Immunologii Klinicznej, kierownik Katedry Immunologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Według danych NFZ w Polsce na alergie cierpi w sumie około 12 mln osób – z których 8 mln ma alergiczny nieżyt nosa, a ponad 4 mln walczy z astmą, najczęściej właśnie o podłożu alergicznym. Ze względu na szybki wzrost liczby chorych alergie określa się mianem jednej z epidemii XXI wieku, a według WHO już w tej chwili zajmują one trzecią pozycję na liście najczęstszych chorób przewlekłych.

Skłonność do alergii w dużym stopniu jest dziedziczna, ale wzrost liczby zachorowań wiąże się też z czynnikami cywilizacyjnymi i zanieczyszczeniem powietrza (smog, dym papierosowy, środki chemiczne etc.). Chorują zarówno dzieci, jak i dorośli. Objawy alergii są bardzo uciążliwe dla chorych, a wywołują je alergeny – najczęściej są to pyłki traw, drzew, roztocza kurzu domowego, naskórek zwierząt czy pleśnie. Co istotne, nierozpoznana lub nieleczona alergia może prowadzić do powikłań i cięższych schorzeń, takich jak astma oskrzelowa.

– Pacjenci mają do dyspozycji kilka metod leczenia. Pierwsza to jest leczenie farmakologiczne – tradycyjne i skuteczne, ale jest to tylko leczenie objawowe. Na przyczynę choroby wpływa jedynie immunoterapia alergenowa. która ma charakter przyczynowy. Leczy przyczynę choroby i powoduje, że pacjent uczulony na pyłek – u którego występowały objawy nadreaktywne – zaczyna go tolerować, a jego układ immunologiczny nabiera zdolności do ignorowania tego alergenu – mówi prof. Marita Nittner-Marszalska  z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Pneumonologii i Alergologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Immunoterapia alergenowa, popularnie nazywana odczulaniem, polega na podawaniu pacjentowi niewielkich dawek alergenów, na które jego organizm ma uzyskać tolerancję. Immunoterapia to stosowana od wielu lat i bezpieczna metoda leczenia alergii na tyle, że można ją rozpocząć już nawet u dzieci, które ukończyły piąty rok życia. Zapobiega ona rozwojowi astmy oskrzelowej i ciężkich postaci innych chorób alergicznych.

– Immunoterapię stosujemy w różnych wariantach. Tradycyjną, podskórną, czyli w formie zastrzyków, albo immunoterapię podjęzykową, która może występować w kroplach i tabletkach, co jest obecnie najbardziej nowoczesną formą leczenia – mówi prof. Marita Nittner-Marszalska.

Rozpoczęcie immunoterapii nie jest możliwe bez wcześniejszego przeprowadzenia testów diagnostycznych w kierunku alergii. Zwykle przeprowadza się testy skórne lub śródskórne oraz badanie krwi, w którym określa się wysokości stężenia przeciwciał IgE.

– Proces diagnostyki zaczyna się zawsze od wywiadu, to jest nasz podstawowy i bardzo istotny instrument diagnostyczny. Musi być dokładny, rzetelny i wówczas uzyskujemy informacje, od których możemy zacząć. Następnie proponujemy pacjentowi serię testów – mogą być to testy skórne albo testy surowicy, czyli serologiczne. Celem obu rodzajów tych testów jest stwierdzenie, czy pacjent ma specyficzne przeciwciała klasy IgE w surowicy lub w skórze skierowane przeciwko alergenom. To daje nam możliwość wyboru szczepionki dla tego pacjenta, bo tylko ci, którzy mają objawy i którzy mają te przeciwciała, mogą być kwalifikowani do immunoterapii – mówi profesor z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Immunoterapię, czyli odczulanie, zazwyczaj prowadzi się od trzech do pięciu lat. Jednak – w porównaniu z leczeniem farmakologicznym, które wielu pacjentów musi kontynuować przez całe życie – jest to stosunkowo krótki okres.

– Jeżeli zaczniemy odczulanie przed sezonem pylenia, to pacjent już w kolejnym sezonie powinien odczuć wyraźną poprawę. Im dłużej odczulamy, tym efekt jest z roku na rok coraz lepszy, dlatego zalecamy długotrwałą terapię. Minimalny czas to trzy lata, ale nie ma ograniczeń czasowych – w zależności od indywidualnej decyzji możemy odczulać pięć lat i dłużej. Nie jest to natomiast uciążliwe ani kłopotliwe dla pacjenta. W przypadku immunoterapii iniekcyjnej stosujemy odstępy pomiędzy kolejnymi podaniami szczepionki, które trwają od czterech do ośmiu tygodni. Natomiast w immunoterapii podjęzykowej stosujemy raz dziennie tabletkę pod język, która szybko się rozpuszcza – wyjaśnia prof. Marek Jutel.

Immunoterapia pod język jest bezpieczna, a przy tym najwygodniejsza dla pacjentów, ponieważ oszczędza czas i eliminuje konieczność częstych wizyt w gabinecie alergologa, co w dobie pandemii wpływa na ograniczenie zakażeń wirusem SARS-CoV-2. Można stosować ją samodzielnie w domu. W Polsce problemem jest jednak fakt, że immunoterapia w kroplach lub tabletkach pod język nie jest refundowana przez NFZ.

– Problemem jest cena tych szczepionek i brak refundacji. Głównie z tego powodu one nie są w Polsce zbyt popularne. Ta sytuacja mogłaby się zmienić, gdyby były refundowane, bo w tej chwili dla większości naszych pacjentów ich koszty są zbyt wysokie. To jest błędem, ponieważ nie zawsze i nie każdemu pacjentowi możemy zaoferować szczepionkę iniekcyjną. Istnieje duża grupa pacjentów, którzy nie mogą stosować iniekcji i powinni dostawać tę szczepionkę właśnie w formie tabletek czy kropli podjęzykowych – mówi prezydent Europejskiej Akademii Alergologii i Immunologii Klinicznej.

– W przekonaniu większości specjalistów immunoterapia alergenowa jest metodą, która powinna być szeroko dostępna i szeroko stosowana, ponieważ nie ma innego sposobu przyczynowego leczenia alergii. Immunoterapia podjęzykowa nie jest stosowana tak szeroko, jak powinna, z uwagi na cenę, która ogranicza dostęp pacjentów do tej metody – dodaje prof. Marita Nittner-Marszalska.

Alergolodzy wskazują, że refundacja i większa dostępność immunoterapii podjęzykowej w kroplach lub tabletkach mogłyby skłonić większą liczbę pacjentów do poddania się takiemu leczeniu, ponieważ w tej chwili odczulaniu poddaje się raptem 1.2 proc. alergików. Przyniosłoby to również realne korzyści finansowe w systemie ochrony zdrowia.

Prezes PGE Baltica: Polska ma potencjał być regionalnym liderem morskiej energetyki wiatrowej. Projekty farm coraz bardziej zaawansowane

0

Morze Bałtyckie ma w nadchodzących latach stać się prawdziwym placem budowy dla morskich farm wiatrowych, a Polska może być liderem tego procesu. Program rozwoju offshore może stać się kołem zamachowym dla całej gospodarki. – To inwestycja, która służy nie tylko energetyce, lecz również pobudzi polskie PKB – ocenia Monika Morawiecka, prezes zarządu PGE Baltica.

Budowa morskich farm wiatrowych na Bałtyku to nie tylko inwestycja, która ma służyć energetyce, ale i program gospodarczy, niezależny od pandemii. Właśnie tego typu inwestycje w duże przemysłowe instalacje mogą mieć bardzo duży wpływ na pobudzenie polskiego PKB – mówi agencji Newseria Biznes Monika Morawiecka.

PGE Baltica przygotowuje się do wybudowania na Bałtyku trzech farm wiatrowych o łącznej mocy blisko 3,5 GW. W styczniu spółka otrzymała decyzję o uwarunkowaniach środowiskowych dla dwóch pierwszych projektów, Baltica 2 oraz Baltica 3, o łącznej mocy do 2,5 GW. Mają one być gotowe do 2030 roku, a wyprodukowana przez nie zielona energia będzie w stanie zasilić nawet 4 mln gospodarstw domowych. PGE Baltica rozpocznie niebawem prace nad projektem technicznym dla obu farm. W lutym zakończyła dwuletni program pomiarów wiatru na Bałtyku przy użyciu pływającego LiDAR-u. Dane zebrane podczas badań potwierdziły odpowiednie warunki wietrzne do realizacji inwestycji.

Trzeci projekt, Baltica 1, ma już także wydane pozwolenia lokalizacyjne, a w czerwcu PSE wydały dla niej techniczne warunki przyłączenia do sieci przesyłowej. Farma o mocy ok. 900 MW ma powstać jako trzecia, po 2030 roku. Po uruchomieniu Baltica 1 PGE będzie posiadać łącznie prawie 3,5 GW mocy zainstalowanej na Morzu Bałtyckim, co pozwoli na zasilenie ok. 5,4 mln gospodarstw domowych i zaspokojenie ok. 8 proc. krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną. Spółka zapowiedziała już, że rozważa kolejne inwestycje w branży offshore.

– Mamy potencjał w tej dziedzinie. Powiem więcej, w tej chwili wszystkie oczy są zwrócone na PGE. Bałtyk jest gorącym tematem, a Polska jest postrzegana jako lider tego obszaru – mówi prezes PGE Baltica.

Do 2040 roku Polska planuje mieć na Bałtyku 8–11 GW mocy. Morskie farmy wiatrowe są jednym z programów strategicznych ujętych w projekcie „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, którego nową wersję Ministerstwo Klimatu przedstawiło we wrześniu i przekazało do konsultacji. Rząd wymienia energetykę wiatrową – obok energetyki jądrowej – jako jeden z głównych filarów przyszłego kształtu polskiej energetyki i podkreśla jej rolę na drodze do niskoemisyjnej gospodarki. Wart ok. 130 mld zł program budowy farm na Bałtyku ma też stać się kołem zamachowym dla całej gospodarki.

Jak ocenia, Polska jest dobrze uprzemysłowionym krajem, z rozwiniętym przemysłem stoczniowym i metalowym, ma dobrze rozwinięte porty i wszystkie komponenty niezbędne, żeby wygenerować impuls dla rozwoju branży offshore. W realizację projektów na Bałtyku muszą być angażowane krajowe firmy. Włączenie ich w łańcuch dostaw dla tego sektora poprawi ich konkurencyjność, wygeneruje dodatkowe dochody i miejsca pracy.

Już w tej chwili jest wiele polskich firm, które uczestniczą w łańcuchu dostaw dla  przemysłu morskiego, produkują komponenty na rzecz budowanych w Europie morskich farm wiatrowych. Mamy więc potencjał i ważne jest, żeby go nie zmarnować, żeby ten przemysł był przyszłościowy i służył nie tylko projektom w Polsce, ale – przede wszystkim – był konkurencyjny na skalę światową – mówi Monika Morawiecka.

Według raportu Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej („Przyszłość morskiej energetyki wiatrowej w Polsce 2019”) w tej chwili w naszym kraju jest ok. 140 przedsiębiorstw, które mogłyby się włączyć w  procesy przygotowania, budowy i eksploatacji farm wiatrowych na Bałtyku.

Pamiętajmy też, że Morze Bałtyckie to nie tylko nasz kawałek. To jest spory akwen i chyba już wszystkie państwa dookoła mają plany rozwoju morskiej energetyki wiatrowej. Przykładowo wybudowanie w którymś z polskich portów dedykowanego portu instalacyjnego mogłoby posłużyć nie tylko naszym projektom, ale i sąsiednim krajom, szczególnie tym mniejszym, gdzie nie opłaca się tak duża inwestycja – zauważa prezes PGE Baltica.

Branża spodziewa się, że jeszcze przed końcem tego roku wejdzie w życie długo wyczekiwana tzw. ustawa offshorowa. Jej projekt był gotowy już na początku tego roku, w lipcu Ministerstwo Klimatu przekazało zaktualizowany dokument do ponownych uzgodnień. Przedstawiciele resortu chcą, by trafiła pod obrady Sejmu na początku listopada. Nowe przepisy zakładają m.in., że inwestorzy, którzy będą stawiać na Bałtyku morskie farmy wiatrowe, będą zobowiązani do przedstawienia planu łańcucha dostaw, obejmującego także potencjał współpracy z polskimi firmami.

Morska energetyka wiatrowa to jeden z najszybciej rozwijających się sektorów OZE w Europie. Farmy na morzach ma obecnie 11 europejskich państw, a liderami są Wielka Brytania, Niemcy, Dania, Belgia i Holandia. Komisja Europejska podkreśla, że to jedno z głównych narzędzi dążenia do neutralności klimatycznej w 2050 roku.

Według danych Wind Europe za I połowę 2020 roku szybkim rozwojem tego sektora nie zachwiała nawet pandemia COVID-19. Choć łańcuch dostaw dla przemysłu wiatrowego doświadczył w pierwszym półroczu poważnych zakłóceń, szczególnie dotyczących produkcji i montażu komponentów turbin wiatrowych oraz importu podzespołów, to i tak na morzu zainstalowano 1,2 GW nowych mocy (156 turbin i 5 oddanych do użytku farm wiatrowych w pięciu europejskich krajach). Najwięcej nowych mocy na morzu zainstalowały właśnie liderzy sektora: Wielka Brytania (507 MW), Belgia (235 MW), Holandia (224 MW) i Niemcy (213 MW). W tej chwili całkowita moc zainstalowana w ramach morskich farm wiatrowych w Europie wynosi 23,2 GW, a tylko w I półroczu w nowe projekty o łącznej mocy 3,7 GW zainwestowano 11 mld euro.

Innowacje społeczne mogą być odpowiedzią na kryzys wywołany koronawirusem. Pomogą budować nowe kompetencje i utrzymać więzi społeczne

– Innowacje społeczne to szerokie włączanie społeczeństwa i budowanie nowych kompetencji, zawodów, nowych możliwości rozwoju dla różnych ludzi z różnych grup społecznych – mówi Agnieszka Sznyk, prezes Instytutu Innowacji i Odpowiedzialnego Rozwoju innowo. Innowacje mogą być odpowiedzią na zmieniające się potrzeby rynku pracy. Pozwolą też budować lokalne społeczności i rozwijać więzi społeczne.

– Innowacje społeczne to nowy obszar w obrębie rozwoju gospodarczego, który polega na szerokim włączaniu społeczeństwa i budowaniu nowych kompetencji, zawodów, nowych możliwości rozwoju dla różnych ludzi z różnych grup społecznych. W tej chwili ogromny postęp technologiczny powoduje, że wiele osób może stracić pracę, ponieważ zastąpią je maszyny, komputery i technologia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje podczas Mazovian Circulal Congress Agnieszka Sznyk, prezes Instytutu Innowacji i Odpowiedzialnego Rozwoju innowo.

Naukowcy z Uniwersytetu w Oxfordzie podają, że ponad 60 proc. dzieci będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie powstały. Blisko połowa obecnych profesji zniknie zaś z rynku pracy w ciągu następnych kilkudziesięciu lat. Jednocześnie jednak, jak wskazuje raport PwC, sztuczna inteligencja bardziej wpłynie na budowanie nowych miejsc pracy niż na likwidację tych już istniejących. Innowacje i rozwój technologii mogą być szansą dla ogromnej grupy społeczeństwa, pod warunkiem jednak że wszyscy będą mieć równe szanse w rozwoju kompetencji.

– Dlatego bardzo ważny jest rozwój innowacji społecznych, które pomogą budować dla tych osób nowe kompetencje, nowe zawody, nowe możliwości rozwoju. Z drugiej strony jest to też pewien obszar zrównoważonego rozwoju, który pozwoli nam w mądry, odpowiedzialny sposób rozwijać nasze społeczeństwo i gospodarkę – przekonuje prezes innowo.

Innowacje, jak pokazała pandemia koronawirusa, pozwalają też utrzymywać więzi społeczne. Już w 2016 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych ogłosiła, że ​​dostęp do internetu jest prawem człowieka. Podczas pandemii stało się to jeszcze wyraźniejsze, a dostęp do technologii cyfrowych może uratować życie, ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa, a usługi internetowe mogą pomóc nam normalnie żyć.

Podczas pandemii firmy telekomunikacyjne i dostawcy usług internetowych wdrożyli różne środki w celu zapewnienia ludziom funkcjonalnej łączności i dostępu do internetu. W USA zniesiono np. limity danych, aby zaspokoić nowe potrzeby ludzi w zakresie pracy i nauki w domu. W Urugwaju 120 tys. gospodarstw domowych otrzymało bezpłatne 50 GB internetu do pracy z domu. W Salwadorze dekret prezydencki nakazał zawieszenie płatności związanych z internetem i elektrycznością na trzy miesiące. W Kolumbii rząd uznał usługi telekomunikacyjne za niezbędne, a ich świadczenie nie może zostać zawieszone z powodu braku płatności. Podobnie postąpiło także Peru. To tylko pokazuje, że większość państw i dostawców ma świadomość roli cyfrowych narzędzi.

– We wdrażaniu innowacji społecznych konieczna jest współpraca. Wszystkie elementy kwarantanny, kiedy jesteśmy odseparowani od społeczeństwa, powodują, że to ma ogromny wpływ na nasze życie. I innowacje społeczne, które pomogą nam utrzymać kontakt z drugim człowiekiem, budować więzi społeczne, będą niezbędne. Wszelkiego rodzaju aplikacje, platformy społecznościowe mogą w tym pomóc i utrzymać naszą równowagę emocjonalno-psychiczną – mówi Agnieszka Sznyk.

Innowacje społeczne wpływają też na rozwój lokalnych społeczności. Ich rolę wyraźnie pokazała pandemia. Ekonomia społeczna okazała się pionierem w ich identyfikowaniu i wdrażaniu. Innowacje były następnie często włączane do głównego nurtu i przyjmowane przez pozostałą część gospodarki, jak np. ruchy żywności ekologicznej. Przyczyniły się do transformacji społecznej i gospodarczej, a za ich rozwój odpowiadają przede wszystkim lokalne społeczności. Powstają też kolejne platformy ułatwiające współdzielenie.

– Globalizacja jest pewnym zagrożeniem, szczególnie w epoce pandemii, dlatego tak ważne jest zejście o poziom niżej i skupienie gospodarki regionalnie. Mogą tworzyć się różne innowacje, które pomogą nam wykorzystywać i wprowadzać różnego rodzaju surowce, dobra, produkty, usługi na poziomie lokalnym, żebyśmy nie musieli korzystać z produktu wyprodukowanego na drugim końcu świata, ale żebyśmy mogli się dzielić np. jakimiś urządzeniami. Cała ekonomia współdzielenia, sharing economy, to przyszłość – przekonuje prezes innowo.

Sytuacja na Białorusi komplikuje plany polskiej energetyki

Strategicznym projektem dla polskiej energetyki miał być rewers na ropociągu Przyjaźń w kierunku Białorusi. PERN zdecydował by wschodnia część rurociągu „Przyjaźń” uzyskała możliwość rewersyjnego tłoczenia ropy naftowej, czyli tłoczenia surowca z Płocka do Adamowa. Obecnie transport odbywa się jedynie w przeciwnym kierunku. W najbliższych tygodniach okaże się co pozostało z tych planów.

Możliwości rewersyjnej pracy ma dziś tylko rurociąg północny łączący Gdańsk z Płockiem. Jak bardzo takie rozwiązanie jest potrzebne, przekonaliśmy się w czasie tzw. kryzysu chlorkowego, kiedy do kraju napłynęła z Rosji zanieczyszczona ropa naftowa.

– PERN, czyli polski operator systemu przesyłowego Przyjaźń, 27 lutego 2020 poinformował o chęci umożliwienia rewersowego tłoczenia ropy naftowej, z bazy paliwowej w Płocku do bazy w Adamowie. Celem jest poprawa bezpieczeństwa energetycznego Polski – mówi w rozmowie z MarketNews24 Mariusz Marszałkowski, BiznesAlert.pl.

Takie rozwiązanie pomogłoby stronie białoruskiej w pozyskiwaniu ropy naftowej na przykład poprzez Naftoport w Gdańsku.

Teraz, w wyniku zbliżenia Białorusi do Rosji kwestia dywersyfikacji i sprowadzania nierosyjskiej ropy na Białoruś raczej upadła.

PERN ocenia, że nawet w sytuacji, gdy nie dojdzie do rewersu na Białoruś, rewers ten będzie jednak nadal opłacalny ponieważ uelastyczni możliwość magazynowania ropy już nie tylko w północnej Polsce, ale stworzy możliwości magazynowania innej ropy niż rosyjska, właśnie w bazie w Adamowie.

– Jesień przyniesie rozstrzygnięcia, okaże się czy na Białorusi będą realizowane inwestycje powiązane z planami dotyczącymi rewersu – wyjaśnia M.Marszałkowski

Rzecznik MŚP informuje Ministra Zdrowia o niezrozumiałych obostrzeniach dotyczących m.in. salonów masażu

Pismem z 19 października 2020 r., znak: WPL.682.2020.PD, Rzecznik MŚP przekazał Ministrowi Zdrowia ocenę dotyczącą rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 9 października 2020 r. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii (Dz. U. z 2020 r. poz. 1758, dalej: „Rozporządzenie”) oraz nowelizującego je rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 16 października 2020 r. (Dz. U. z 2020 r. poz. 1829). Rzecznik MŚP wskazał w niej na problematyczny stan prawny wykreowany na podstawie tych rozporządzeń, w tym wątpliwości związane z ustanowieniem dodatkowych zakazów w zakresie działalności polegającej na prowadzeniu basenów, aquaparków, siłowni, klubów i centrów fitness (z pewnymi wyjątkami).

Z kolei, pismem z dnia 23 października 2020 r. Rzecznik MŚP poinformował Ministra Zdrowia o kolejnym przykładzie niezrozumiałych obostrzeń. Zgodnie bowiem z aktualną treścią § 6 ust. 1 pkt 3 Rozporządzenia, do odwołania ustanowiono zakaz prowadzenia przez przedsiębiorców w rozumieniu przepisów ustawy z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców (Dz. U. z 2019 r. poz. 1292, ze zm.) oraz przez inne podmioty działalności polegającej na prowadzeniu działalności usługowej związanej z poprawą kondycji fizycznej (ujętej w PKD w podklasie 96.04.Z). Jednakże zgodnie z tą podklasą PKD obejmuje ona działalność usługową łaźni tureckich, saun i łaźni parowych, solariów, salonów odchudzających, salonów masażu itp. mającą na celu poprawę samopoczucia. Innymi słowy, na podstawie powyższych regulacji działalność m.in. salonów masażu została zakazana.

Z drugiej strony, przedsiębiorcy, których działalność została sklasyfikowana w PKD 96.02, a więc tacy, którzy zajmują się m.in. masażami twarzy, manicure i pedicure, robieniem makijażu – nie są objęci powyższym zakazem. Tym samym przedsiębiorca prowadzący salon masażu objęty jest całkowitym zakazem wykonywania działalności gospodarczej, podczas gdy podmiot wykonujący m.in. masaże twarzy już nie. Rzecznik MŚP podniósł, że taka sytuacja jest całkowicie niezrozumiała i budzi poczucie niesprawiedliwości wśród przedsiębiorców.

Rząd nie konsultuje programów pomocowych z przedsiębiorcami

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział dzisiaj wprowadzenie kolejnych obostrzeń, m.in. zamknięcie lokali gastronomicznych, ograniczenia w sklepach w całym kraju. Szef rządu zadeklarował również, że w ciągu kilku dni zaprezentuje plan wsparcia dla zamkniętych branż.

– Uderza brak konsultacji z przedsiębiorcami programów wsparcia różnych branż. Chociaż trzeba przyznać, że niektóre nasze postulaty, np. uruchomienie pracy zdalnej w szkołach, zostały wprowadzone w życie. Sztab antykryzysowy składa się wciąż wyłącznie z przedstawicieli rządu, lekarzy i epidemiologów. Dotykamy kolejnych obszarów funkcjonowania biznesu bez wysłuchania głosu biznesu. Słyszymy od rządu, że trwają rozmowy z przedstawicielami przedsiębiorców. A ja pytam, z jakimi i gdzie? Mamy Radę Przedsiębiorczości, która skupia 9 największych organizacji biznesu w Polsce, w tym Lewiatana i do nas nikt się nie zgłosił do rozmów.

Zdaniem szefa Lewiatana jesteśmy za blisko całkowitego lockdownu i nie mamy już kolejnych setek miliardów złotych. Musimy być znacznie bardziej rozsądni i działać inteligentnie.

– Mamy kolejne ograniczenia dla branży gastronomicznej przy jednoczesnym braku konkretnych informacji o tym, jak te tysiące firm zostanie wspartych. One już po pierwszym lockdownie, w wielu przypadkach, stoją na progu bankructwa – komentuje Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan.

Kapitał nieodnawialny, czyli bańka spekulacyjna w branży OZE

Odwrót od paliw kopalnych jest zauważalny na całym świecie, ale giełdowe wyceny spółek z branży OZE wydają się być zdecydowanie przeszacowane. W długim terminie pomóc może Joe Biden.

Polski rząd ogłasza odejście od węgla, w kraju i na świecie rosną kolejne farmy solarne i wiatrowe. Jednocześnie inwestowanie w spółki zajmujące się odnawialnymi źródłami energii (OZE) stało się tak modne, że powstają bańki spekulacyjne. W Nowym Jorku, ale także w Warszawie.

Na świecie trwa hossa na spółkach zajmujących się produkcją baterii solarnych czy turbin wiatrowych. Od giełdowego dołka z marca koszyk akcji utworzony z takich spółek zwiększył swą wartość o ponad 50 proc.

– Jest to branża dużej bańki spekulacyjnej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – Także w Polsce, skoro na NewConnect mamy firmę, której kurs w ciągu dwóch lat wzrósł z poziomu 1 zł do okolic 100 zł za akcję.

Oprócz ryzyka rynkowego, warto brać pod uwagę również to polityczne, na przykład związane z możliwym opóźnieniem z powodu pandemii zaplanowanej zielonej transformacji w UE. Dla inwestujących w spółki z branży OZE bardzo istotne będą też wybory prezydenckie w USA, które odbędą się 3 listopada. Przedwyborcze sondaże pokazują dużą przewagę kontrkandydata Donalda Trumpa.

– W rozważaniach, który kandydat na prezydenta USA byłby lepszy dla giełdy, inwestorzy dostrzegli, że Joe Biden jest wielkim zwolennikiem energii odnawialnej i do 2035 r. chciałby drastycznie zredukować emisję CO2 – wyjaśnia ekspert CMC Markets.

Sądny czas dla złotego

Kurs złotego wobec euro może przekroczyć niebezpieczną granicę, co doprowadzi do dalszego osłabienia polskiej waluty. Nie ma dobrych wieści dla frankowiczów. Ta granica na parze euro/złoty to 4,60 zł za euro. Dlaczego jest istotna?

– To jest poziom, który w tym roku już dwukrotnie zatrzymał osłabienie złotego – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Teraz bardzo szybko wróciliśmy do tego poziomu i jest duże ryzyko, że złoty będzie słabszy.

Indeksy giełdowe są nadal na wysokich poziomach, a więc nie dyskontują scenariuszy o pogorszeniu się globalnej sytuacji gospodarczej. Gdyby doszło do takiego pogorszenia dolar powinien się wzmacniać. Niepewna sytuacja rynkowa zazwyczaj sprzyja dolarowi. Inwestorzy w takiej sytuacji często obawiają się o spadek płynności w dolarze i na wszelki wypadek kupują dolary. W połowie października było jednak inaczej – dolar wyraźnie tracił.

Na rynkach daje o sobie znać ryzyko wyborcze. Do wyborów w USA zostały mniej niż dwa tygodnie i na rynkach zaczyna być wyczuwalna pewna nerwowość. Warto pamiętać, że w grę wchodzi nie tylko Biały Dom, ale cały układ sił, gdyż odbywają się także wybory do Kongresu i szczególnie zacięta walka zapowiada się w przypadku Senatu. Rynki żyły ostatnio w dużej mierze tematem kolejnego pakietu fiskalnego, a ponieważ od dwóch miesięcy „negocjacje” przypominają grę w „kotka i myszkę”, jest ryzyko, że pakietu nie będzie wcale, bo po wyborach nie znajdzie się dla niego odpowiedni układ sił. Tak może być jeśli wybory prezydenckie wygra Joe Biden, a Senat pozostanie pod kontrolą Republikanów. Ponieważ kampania jest już zdecydowanie na ostatniej prostej wszelkie ruchy koncyliacyjne pomiędzy stronami wydają się mało realne.

Tym właśnie można przede wszystkim tłumaczyć osłabienie dolara, który względem euro był najsłabszy od miesiąca. Zwykle jest tak przy dobrych nastrojach na giełdach – teraz jest odwrotnie.

Na tym zamieszaniu o tyle korzysta złoty, że to ratuje go w sytuacji, która robiła się już mocno nieciekawa. Wzrosty na parze EURUSD zwykle pomagają złotemu i tak też jest tym razem – szczególnie przekłada się to na kurs dolara, ale złotemu udało się też odrobić nieco strat wobec euro. Dobre dane o produkcji (wzrosła we wrześniu o 5,9% r/r), nie miały istotnego znaczenia.

Złoty tracił podobnie jak i inne waluty krajów wschodzących. Doznał bardzo podobnego osłabienia jak węgierski forint.

– Cały nasz region radzi sobie podobnie ponieważ spowolnienie gospodarcze w tej części Europy jest bardzo prawdopodobne ze względu na drugą fale pandemii – wyjaśnia ekspert XTB. – Polityka banków centralnych też nie sprzyja wzmocnieniu złotego.

Kurs franka szwajcarskiego jest bliski 4,25 zł. Nie jest jednak rekordowy. Minimum z ostatnich 52 tygodni to 3,86 zł, a maksimum – to 4,36 zł (kurs z 23 marca).

– Na razie globalne rynki podchodzą dość spokojnie do rozwoju sytuacji związanej z pandemią, jednak może dojść do pogorszenia nastrojów, a wówczas frank wzmocni się wobec euro i dolara, natomiast polska waluta jeszcze dodatkowo się osłabi – mówi P.Kwiecień. – Nie widzę więc powodów do osłabienia franka wobec złotego.

Złoty wciąż słaby

Polska waluta jest wciąż bardzo słaba, podobnie zresztą jak inne waluty naszego regionu. Problemem są jednak dane na temat deficytu sektora finansów publicznych. Dobre dane makroekonomiczne są efektem pompowania pieniędzy w gospodarkę, a nie kondycji przemysłu.

Debata Biden-Trump

W nocy polskiego czasu odbyła się debata dwóch głównych kandydatów na prezydenta USA. Można się sprzeczać nad tym, czy i ilu kandydatów dodatkowo można zapraszać na debaty, ale w tym wyścigu podobnie jak w poprzednich liczą się tylko kandydaci dwóch głównych partii. Sama debata była znacznie bardziej merytoryczna od poprzednich, gdzie walczący o fotel prezydenta realnie się pokłócili. Nie oznacza to oczywiście, że brakowało emocji. Pojawiło się kilka ważnych różnic w programach. Łatwiej oczywiście było punktować Bidenowi, którego nie można zweryfikować wynikami. Po debacie dolar umacniał się, co zdaniem analityków było spowodowane przewagą demokraty w dyskusji.

Kolejne minimum wniosków o bezrobocie

Wczorajsze dane z USA pozytywnie zaskoczyły analityków. Jest to pierwszy od początku pandemii odczyt liczby wniosków poniżej 800 tysięcy. Problemem jest w dalszym ciągu to, że normalnym poziomem dla gospodarki amerykańskiej jest poniżej 300 tysięcy. Pokazuje to, jak daleko jesteśmy od dawnej normalności. Z drugiej strony dane są wyraźnie lepsze od oczekiwań. Był to jeden z sygnałów, który wpłynął wczoraj na poprawę notowań dolara.

Rekordowy deficyt w Europie

Daleko nie trzeba było szukać skąd brały się dobre wyniki polskiej gospodarki w walce z covidem. Zadłużamy się bowiem na potęgę, deficyt sektora finansów publicznych w tym roku będziemy mieć największy w Europie. Prowadzenie polityki ekonomicznej tak bardzo na kredyt nie jest czymś, co budzi zaufanie inwestorów. Ktoś za to będzie musiał zapłacić, a skoro rząd nie ma swoich pieniędzy, to nietrudno się domyślić, że za państwo dobrobytu na kredyt zapłacimy wszyscy. Szczególne wątpliwości analityków budzi wysokość deficytu względem pieniędzy na tarczę antykryzysową. Deficyt jest bowiem niemal dwa razy za duży, co pokazuje koszty programów socjalnych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Perspektywy gospodarcze zmieniają się dramatycznie z powodu koronawirusa

Nadejście drugiej fali koronawirusa ma duży wpływ na gospodarkę. Najmocniej wydaje się dotykać ona Czechy. Państwo to musi stawić czoła największej na świecie liczbie zarażonych w przeliczeniu na milion osób. W tym tygodniu wprowadzono tam kwarantannę na dużą skalę, zamykając większość sklepów i punktów usługowych.

Polska na tle reszty Europy wypada średnio pod względem liczby zakażonych. Należy jednak zauważyć, że pod względem ekonomicznym nadal bardzo racjonalnie zarządza kryzysem w pandemii, co widać w głównych wskaźnikach. Na przykład we wrześniu produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła o 5,9%, sprzedaż detaliczna o 2,7%, a wynagrodzenia o 5,6%. Tylko zatrudnienie we wrześniu wykazało spadek o 1,2%. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, liczby te są pozytywne, choć należy się spodziewać, że druga fala znacznie spowolni gospodarkę Polski i Europy.

Możliwe, że polska gospodarka będzie jedną z mniej dotkniętych skutkami koronawirusa w porównaniu z resztą Europy. Mimo tego sytuacja złotego raczej nie poprawi się w najbliższych miesiącach. Powodem jest ogólna preferencja rynku w czasach niepewności do walut bezpiecznych, takich jak dolar, euro czy frank szwajcarski. Dopóki sytuacja się nie uspokoi, złoty prawdopodobnie nie wzmocni się w znaczący sposób.

W tym tygodniu złoty osłabił się do poziomu 4,58 PLN/EUR. Natomiast euro umocniło się w stosunku do USD, co można tłumaczyć nasilającą się nerwowością w Stanach Zjednoczonych spowodowaną zbliżającymi się wyborami prezydenckimi i zatwierdzeniem pakietu fiskalnego mającego pomóc gospodarce USA. Tym samym eurodolar wzrósł w tym tygodniu do 1,180 USD/EUR.

Marta Pavlik, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Ukraińscy lekarze są zainteresowani pracą w Polsce

Ukraińscy medycy są zainteresowani pracą w Polsce. Jeśli jednak procedura zatrudnienia i potwierdzenia kwalifikacji będzie nadal tak złożona, ich wybór padnie na inne kraje UE

Od początku pandemii wzrosło zainteresowanie lekarzy ukraińskich pracą w Polsce i w innych krajach europejskich. Za wyjazdem za granicę przemawia kilka czynników – niskie wynagrodzenia, brak ubezpieczenia zdrowotnego i środków ochronnych przed koronawirusem – informuje Centrum Analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal.

W ciągu sześciu miesięcy na Ukrainie prawie 8,5 tys. pracowników medycznych odeszło z pracy z powodu niedopracowanej reformy służby zdrowia. Jednak głównym powodem masowych odejść są niskie wynagrodzenia. We wrześniu podniesiono pensje lekarzy ukraińskich z 680 zł do 1100 zł. Ale medycy nadal nie otrzymali zapowiedzianych dopłat. W samym Kijowie podczas pandemii 25% pracowników służby zdrowia odeszło z pracy. Ukraińscy lekarze nie widzą dla siebie perspektyw na Ukrainie. Jednak nie spieszy im się z wyjazdem do Polski ze względu na skomplikowany i zbiurokratyzowany system nostryfikacji dyplomów.

„To, jak szybko ukraińscy lekarze i personel medyczny będzie gotowy do wyjazdu, zależy od trzech czynników: o ile łatwiejsza będzie procedura potwierdzania kwalifikacji, jak szybko będą mogli zalegalizować swój pobyt w Polsce i przystosować się do życia w nowym kraju. Jesteśmy gotowi zatrudniać personel medyczny z Ukrainy i pomóc im przystosować się do życia i pracy w Polsce: koordynować ich przyjazd z Ukrainy, znaleźć mieszkanie i pomagać w załatwianiu formalności. Widzimy zainteresowanie zarówno lekarzy ukraińskich, jak i białoruskich. Kiedy jednak dowiadują się, jaką drogę muszą pokonać, porzucają plany pracy w Polsce w swoim zawodzie. Obecnie obserwujemy sytuacje, kiedy ukraińscy lekarze i personel medyczny już pracują w Polsce, ale często nie w swoim zawodzie. Albo jadą do Czech i Słowacji, gdzie procedury zatrudniania zagranicznych lekarzy są prostsze ”- mówi Tomas Bogdevic, dyrektor generalny agencji zatrudnienia międzynarodowego.

Czechy i Słowacja to dwa najpopularniejsze kierunki wybierane przez lekarzy ukraińskich, którzy pragną pracować w zawodzie. Ukraina jest jednym z trzech krajów, z których lekarze wyjeżdżają do pracy w Czechach. Jeszcze w 2015 r. kraj ten stworzył rządowy projekt „Ukraina” mający na celu przyciągnięcie wykwalifikowanych pracowników i zatrudnienie ukraińskich lekarzy. Na Słowacji również uproszczono procedurę zatrudnienia zagranicznych lekarzy. Wynagrodzenie wynosi tam 1500 – 3500 euro i dodatkowo lekarzom oferuje się wsparcie w dalszym szkoleniu i znalezieniu mieszkania.

Jak podkreśla Centrum Analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal, jeśli proponowana procedura zatrudnienia w Polsce będzie nadal tak skomplikowana, kosztowna i czasochłonna, lekarze ukraińscy będą wyjeżdżać do pracy do innych państw UE.

1200 sklepów sieci Biedronka wydłuża godziny pracy do 2 w nocy

Sieć Biedronka zgodnie z zapowiedziami konsekwentnie powiększa zasięg działania Akcji 24. W trosce o klientów już w piątek, 23 października, sieć wydłuża godziny pracy kolejnych sklepów, aby pozwolić kupującym na przygotowania do weekendu w dogodnej dla siebie porze, a tym samym rozłożyć ruch w sklepach na dłuższy czas i zadbać o bezpieczeństwo.

W najbliższy piątek ponad 1200 placówek sieci Biedronka będzie czekać na klientów aż do 2:00 w nocy. Co więcej, liczba sklepów, które czynne są całodobowo, przekroczy już 600. Oznacza to, że łącznie ponad 2700 placówek sieci będzie w piątek funkcjonować w wydłużonych godzinach pracy, co najmniej do 23:30 lub dłużej.

„Otrzymujemy pozytywne informacje zwrotne od klientów, że Akcja24 jest potrzebna. Dlatego konsekwentnie, zgodnie z zapowiedziami, wszędzie, gdzie to możliwe, pracujemy nad tym, by nasze sklepy mogły jak najbardziej komfortowo obsłużyć klientów dzięki dłuższym godzinom otwarcia. To nasza tradycja w Akcji24, że dla klientów po 22:00 przygotowaliśmy również dodatkową ofertę promocyjną” – mówi Paweł Stolecki, dyrektor operacyjny makroregionu w sieci Biedronka.

Klienci, którzy posiadają kartę Moja Biedronka, decydując się na zakupy powyżej 99 zł od godziny 22:00 w piątek do 6:00 rano w sobotę będą mogli otrzymać specjalny voucher o wartości 20 zł do wykorzystania na kolejne zakupy o wartości co najmniej 99 zł w poniedziałek 26.10.

Nawet 100 mld EUR na inwestycje w nieruchomości komercyjne w regionie EMEA w IV kwartale

Aktywność inwestycyjna w sektorze nieruchomości komercyjnych w regionie EMEA może wzrosnąć nawet do 100 mld EUR w IV kwartale tego roku – wynika z raportu „Prevail & Prosper”, opracowanego przez firmę doradczą Colliers International. Będzie to skutkiem zdecydowanego odwrócenia tendencji i większych transakcji  sfinalizowanych w III kwartale. Oznacza to, że wolumen inwestycji w 2020 roku wyniesie blisko 270 mld EUR,  czyli jedynie 14 procent mniej niż w ubiegłym roku. Wynik ten zostanie uzyskany pod warunkiem, że stosunkowo stabilna sytuacja utrzyma się, a rynek nie będzie dodatkowo  obciążony zewnętrznymi  czynnikami geopolitycznymi i makroekonomicznymi.

Raport „Prevail & Prosper” dotyczy przepływów kapitałowych i tzw. hot spotów w sektorze nieruchomości komercyjnych w regionie EMEA. W publikacji przeanalizowano, jak rynek inwestycyjny reaguje na działania miast i sektorów w obliczu pandemii. Eksperci Colliers zbadali również, w jaki sposób poszczególne rynki mogą skorzystać z trwającego ożywienia gospodarczego i inwestycyjnego, które odnotowano w III kwartale tego roku.

Kluczowe wnioski wynikające z raportu „Prevail & Prosper”:

  • 95% inwestorów, którzy wzięli udział w badaniu ankietowym Colliers spodziewa się, że za 12 miesięcy rynek powróci do równowagi,
  • Kapitał niemiecki, szwajcarski i francuski był szczególnie aktywny w regionie EMEA, utrzymując wysokie przepływy międzyregionalne rok do roku.
  • Rynki niemiecki i skandynawski czerpią korzyści z najbardziej stabilnego otoczenia makroekonomicznego i politycznego. Dzięki średniej wielkości miastom, które charakteryzują się dostępnością alternatywnych rozwiązań w zakresie dojazdów do pracy, niskim ryzykiem zerwania umów najmu oraz wyrównanym poziomem popytu i podaży rynki te znajdują się w ścisłej czołówce.
  • W perspektywie długoterminowej pozycja gospodarcza Londynu i Paryża nie osłabnie, pomimo kilku rynkowych niewiadomych. Oba rynki przechodzą obecnie korektę cen, co stanowi doskonałą okazję do zakupów inwestycyjnych. Londyn, a także brytyjskie miasta regionalne stanowią atrakcyjne miejsca lokowania kapitału dłużnego ze względu na ograniczoną konkurencję. Dzięki temu dają szansę na większy zysk niż inne duże miasta europejskie.
  • Inwestycje w sektor logistyczny oraz mieszkaniowy okazały się być najbardziej bezpieczne, utrzymując wysoki poziom zainwestowanego kapitału. Colliers szacuje, że we wrześniu bieżącego roku na sprzedaż zostały wystawione portfele nieruchomości logistycznych o wartości ponad 3 mld EUR, z czego część znalazła już nabywców, a wartość niektórych z nich wzrosła nawet o 20 procent.
  • Wolumen inwestycji biurowych spadł w II i III kwartale, powodując korektę cen wynikającą z niepewności co do przyszłej roli miejsca pracy. We wrześniu, podczas gdy ceny aktywów typu core wzrosły o kilka punktów procentowych, wartość budynków biurowych typu core-plus i Value-Add spadły nawet o 20 procent w przypadku trwających transakcji. Istotna rola sektora biurowego w generowaniu przychodów i ogólnych wynikach ekonomicznych nie ulegnie zmianie, a nasze analizy potwierdzają ograniczone zmiany w czynszach i wartości budynków biurowych w perspektywie długoterminowej.
  • Sektory handlowy i hotelarski będą musiały stawić czoła dużym wyzwaniom, a wielu mniejszych operatorów nie będzie w stanie przetrwać w obecnej formie. Poziom wskaźnika RevPAR, czyli przychodu na jeden dostępny pokój hotelowy znacznie spadł przez pandemię i prawdopodobnie nie powróci do poziomu sprzed pandemii nawet do końca 2022 roku.

Richard Divall, Szef Rynków Kapitałowych na region EMEA wyjaśnia:

W trzecim kwartale nastroje inwestorów i płynność na rynkach poprawiły się, co zaowocowało większymi transakcjami w całej Europie. Wchodząc w ostatni kwartał roku, spodziewamy się wzrostu wolumenów, ponieważ inwestorzy chcą wykorzystać część swojego kapitału alokowanego na ten rok, a sprzedających napędza odpowiedni profil nabywców, jak i płynność  rynku.

Nieruchomości z sektorów takich, jak logistyka, przystępne cenowo budownictwo mieszkaniowe, parki naukowe i opieka zdrowotna nadal generują największy popyt. W pozostałych sektorach inwestorzy zachowują ostrożność i stają się bardziej selektywni. Oczywiście rynek nadal pozostaje dość chwiejny, a czynniki zewnętrzne mogą spowodować ponowne zawirowania (np. listopadowe wybory w Stanach Zjednoczonych czy druga fala pandemii w Europie). Jeśli jednak uda się  uniknąć dotkliwych skutków tychże czynników, w czwartym kwartale wolumen inwestycji może osiągnąć ponad 100 mld EUR, czyli wartość dwukrotnie wyższą w stosunku do trzeciego, a także drugiego kwartału.

Polska na tle Europy

Z uwagi na fakt, że europejskie gospodarki są zróżnicowane i napędzają je inne sektory, pandemia w różnym stopniu uderzyła w ich kondycję. W wyniku zamknięcia granic w II kwartale silnie ucierpiały Włochy, Hiszpania, Portugalia, Francja czy Wielka Brytania, ponieważ to sektor turystyczny jest ważną częścią gospodarek tych państw. W mniejszym stopniu skutki zamknięcia granic odczuła Polska.

Jesienny powrót pracowników do biur i otwarcie szkół spowodowały nieunikniony wzrost liczby zakażań w całej Europie. Na kwestię tę należy jednak spojrzeć całościowo, od początku pandemii. Liczba zakażeń wzrasta w porównaniu z pierwszą falą, jednak wzrosła także liczba testów – średnio czterokrotnie. Porównując te dane z pierwszą falą widzimy, że większość krajów UE opanowała pandemię. Dla państw takich, jak Wielka Brytania, Hiszpania, Holandia i Francja, które wprowadzają nowe działania ochronne, wydaje się, że sytuacja jest bezpieczna. Wyjątkami od tej reguły są Polska, Czechy i Węgry, gdzie wskaźniki drugiej fali są znacznie wyższe niż pierwszej. To efekt stosunkowo niewielkiej liczby zakażeń po wprowadzeniu natychmiastowego lockdownu w marcu.

W makroekonomicznej perspektywie ożywienia gospodarki oraz zarządzaniu pandemią najlepiej wypadają Niemcy i region nordycki, zwłaszcza Norwegia, Dania i Szwecja. Duże gospodarki, takie jak Francja i Wielka Brytania mają dodatni bilans ekonomiczny, ale następne sześć miesięcy pozostaje dla nich niepewne pod względem zarządzania pandemią. Sytuacja w krajach Beneluksu i głównych rynkach Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski i Czech, wygląda dobrze. Próbą dla nich będzie jednak druga fala COVID-19. Po przeciwnej stronie znajdują się Hiszpania i Włochy, które czeka kilka trudnych lat. Panujący niepokój stworzy jednak wiele możliwości dla inwestorów akceptujących wyższy poziom ryzyka.

Polski rynek inwestycyjny pozostał silny pomimo lockdownu i trwającej pandemii. Choć spodziewany wolumen transakcji inwestycyjnych na koniec tego roku będzie niższy, to jednak niektóre sektory, w szczególności biurowy i logistyczny nadal osiągają dobre wyniki. Obserwujemy ciągły  napływ kapitału na kluczowe rynki w Polsce, aczkolwiek, ze zrozumiałych powodów, transakcje trwają dłużejtłumaczy Piotr Mirowski, Senior Partner, szef Działu Doradztwa Inwestycyjnego w Colliers International.

14-procentowy spadek

W ujęciu ogólnym, aktywność w całym regionie EMEA jest korzystna z punktu widzenia inwestycji. Ogólny spadek wolumenów w pierwszym półroczu wyniósł jedynie 10 procent w stosunku do roku poprzedniego. Oczekiwane odbicie w IV kwartale br. sprawi, że region EMEA odnotuje tylko 14-procentowy spadek rok do roku. Choć w drugim półroczu 2020 r. rozpoczęło się wychodzenie z gwałtownego załamania gospodarczego spowodowanego skutkami lockdownu, to sposób, w jaki rynki wracają do nowej normalności, nadal różni się w zależności od sektora i lokalizacji – podsumowuje Damian Harrington, szef Działu Badań EMEA w Colliers International.

– Nastroje inwestorów zależą od ich położenia – jeśli posiadają problematyczne aktywa w złej lokalizacji są nie najlepsze, dobre zaś jeśli mają zasób kapitału , który chcą wykorzystać na zakup nieruchomości w okazyjnej cenie lub którym uda się sprzedać nieruchomości logistyczne, czy całe ich portfele ze znacznym zyskiem – dodaje.

Polska piłka w dobrej kondycji przed pandemią – ponad 572 mln zł przychodów klubów Ekstraklasy w 2019 r.

W 2019 r. klubom udało się wypracować 572, 3 mln zł przychodów – wynika z 14. raportu firmy doradczej Deloitte „Piłkarska liga finansowa”. Do tego należy doliczyć jeszcze rekordowe 155,7 mln zł wpływów z tytułu transferów, z czego 92 proc. stanowią transakcje zagraniczne. Prowadząca w rankingu Legia Warszawa w tym sezonie powiększyła swoją przewagę, a na drugie miejsce podium, wyprzedzając Lecha Poznań, wskoczyła Lechia Gdańsk.

Kolejny rok z rzędu przychody Ekstraklasy przekraczają poziom 0,5 mld zł i nie wydaje się, aby spadek poniżej tej granicy był możliwy, zakładając, że rozgrywki nie zostaną przerwane i kluby będą rozgrywać mecze ligowe. Ranking wyraźnie zdominowała warszawska Legia, która ze 124 mln przychodów sportowych wygrywa już dziewiąty raz z rzędu.

Kluby Ekstraklasy w 4 kolejnym roku osiągnęły w sumie ponad pół miliarda przychodów. Kwota 572, 3 mln zł przychodów sportowych (bez transferów) w 2019 jest bliska rekordowemu roku 2016, w którym Ekstraklasa miała reprezentanta w Lidze Mistrzów. Na tak dobry wynik wpływ miał istotny wzrost przychodów z tytułu transmisji. Źródłem przychodów szczególnie narażonym na ryzyko w czasach pandemii są przychody z dnia meczu, które w 2019 roku zbliżyły się do granicy 90 mln zł. Restrykcje związane z pandemią wirusa SARS-CoV-2 polegające na ograniczeniu liczby widzów na stadionach nie dają szans na poprawę frekwencji oraz przychodów z dnia meczu w najbliższej perspektywie – mówi Przemysław Zawadzki, Partner Associate, Lider Sports Business Group Poland, Deloitte.

Ubiegłoroczny wynik został osiągnięty bez istotnych wpływów z tytułu gry klubów w europejskich pucharach. Oznacza to, że w kolejnych latach lepszą ogólną kondycję finansową klubów potencjalnie mogłyby uzupełnić przychody wynikające z udziału w tych rozgrywkach. W tym roku eliminując między innymi lidera ligi belgijskiej, do fazy grupowej dotarł klub z Poznania. Już sam ten awans zapewni Lechowi ok. 4 mln euro dodatkowych przychodów, a do tej kwoty doliczyć należy jeszcze pieniądze z puli rynkowej, które pochodzą głównie ze sprzedaży praw telewizyjnych przez UEFA. Wzrost ten zauważymy prawdopodobnie w kolejnej edycji raportu.

Dodatkowo, w budżetach klubów występujących w Ekstraklasie w sezonie 2019/20 po raz pierwszy widać efekt rekordowego kontraktu dotyczącego praw telewizyjnych, a także wpływów od sponsora tytularnego rozgrywek – PKO Banku Polskiego.

Wyniki ubiegłego roku pokazują, że nasza liga systematycznie się rozwija, co ma także bezpośredni wpływ na finanse. Gratuluję klubom, które o 6 mln zł zwiększyły wpływy komercyjne i o kolejne 5 mln zł przychody z dnia meczu w porównaniu rokiem 2018. Dołożyliśmy do tego jako Ekstraklasa wpływy z rekordowego kontraktu mediowego oraz ze scentralizowanych praw marketingowych, co zaowocowało zwiększeniem kategorii transmisje o 34 mln zł r/r do 201 mln zł raportowanych za rok 2019. Zakładamy, że w kolejnym roku będziemy wciąż notować wzrost w tej kategorii, gdyż 2020 rok powinien już w pełni pokazać środki przekazywane klubom z kontraktów ligowych. W sezonie 2019/20 wypłaciliśmy pełną wartość 225 mln zł i również w kolejnym – o ile pandemia nie zaburzy rozgrywek – do klubów trafi taka sama kwota. Środki te przekładają się na wielowymiarowy rozwój klubów i liczymy, że w niedalekiej przyszłości będziemy mogli cieszyć się z sukcesów naszych drużyn w rozgrywkach europejskich i odnotowywać też w przychodach ligi znaczące wpływy z tego tytułu – mówi Marcin Animucki, Prezes Zarządu Ekstraklasy S.A.

Przetasowania na podium

Legia Warszawa wygrywa ranking Deloitte począwszy od 2011 roku i nic nie wskazuje na to, by w przyszłości ta sytuacja uległa zmianie. Mimo braku awansu do fazy grupowej europejskich pucharów, warszawski klub zdołał zwiększyć swoje przychody sportowe ze 100 mln zł do 124 mln zł. W tegorocznej edycji rankingu doszło natomiast do roszady między Lechem a Lechią. Klub z Gdańska zanotował wzrost przychodów o 2,8 mln zł, natomiast Lech spadek przychodów o 11 mln zł, przez co zmiana miejsc na podium była nieunikniona. Wszystkie źródła przychodów trzeciego w tegorocznym rankingu Lecha Poznań uległy zmniejszeniu w porównywalnych wartościach procentowych, natomiast w wartościach bezwzględnych najbardziej spadły przychody komercyjne (5,4 mln zł). Dzięki dobrej grze w końcówce sezonu Lech występuje w europejskich pucharach, a to oznacza, że kolejny raport prawdopodobnie pokaże bardziej optymistyczne wyniki drużyny z Poznania.

Wśród klubów, które w sezonie 19/20 występowały na boiskach Ekstraklasy łącznie wzrost przychodów zanotowało aż 11 drużyn: Legia Warszawa, Piast Gliwice, Wisła Kraków, Raków Częstochowa, Cracovia, Pogoń Szczecin, ŁKS Łódź, Lechia Gdańsk, KGHM Zagłębie Lubin, Śląsk Wrocław oraz Korona Kielce. Spadku łącznych przychodów doświadczyły trzy kluby: Jagiellonia Białystok, Górnik Zabrze oraz Lech Poznań. W roku 2019 kluby Ekstraklasy osiągnęły bardzo wysokie przychody z tytułu działalności sportowej. Wzrost rok do roku wynosi 44,3 mln zł, natomiast do pobicia rekordu z 2016 roku, w którym Legia zaksięgowała większość przychodów od UEFA z tytułu udziału w Lidze Mistrzów, zabrakło 6,8 mln zł.

Transferowe eldorado

Z roku na rok coraz bardziej istotnym źródłem finansowania polskich klubów stają się wpływy transferowe. Suma przychodów z tego tytułu w 2019 r. wyniosła aż 155,7 mln zł, a ich udział w przychodach ogółem zaprezentowanych w raporcie wynosi 27,2 proc. w porównaniu do 15,5 proc. w roku poprzednim. Przeważającą większość (92 proc.) tych przychodów stanowią transfery zagraniczne. Niekwestionowanym liderem rankingu przychodów transferowych jest Legia Warszawa, której budżet dzięki temu został zasilony kwotą 48 mln zł.

Kwota uzyskana dzięki transferom w 2019 r. to historycznie wysoki wynik. Przyczyniają się do tego przede wszystkim transfery młodych polskich zawodników, co może świadczyć o wysokim potencjale, który niosą inwestycje w szkolenie młodzieży. W dłuższym horyzoncie czasowym mogą one nie tylko stanowić o sile zespołu, ale także przynieść duże korzyści materialne dla klubu. Ze względu na ostatnie ruchy transferowe spodziewamy się więc, że rok 2020 może przynieść kolejny rekord przychodów polskich klubów z tego tytułu
– mówi Karol Furmanek, Starszy Menedżer, Ekspert Sports Business Group, Deloitte.

Widzowie i piłkarze

W sezonie 2019/20, po rozegraniu 26 kolejek na meczach PKO BP Ekstraklasy, wprowadzono ograniczenia wynikające z walki z zagrożeniem koronawirusem – raport Deloitte analizuje wyniki frekwencyjne tylko z okresu wcześniejszego. Wysoka frekwencja na meczach piłkarskich jest jednym z kluczowych czynników sukcesu sportowego i finansowego klubów. Podobnie jak w mocnych ligach zachodnich w przypadku Ekstraklasy przychody z dnia meczowego stanowią istotną część przychodów klubów.

W porównaniu do poprzedniego sezonu nastąpiła poprawa frekwencji o 2,6 proc., a mecze Ekstraklasy oglądało z trybun średnio 9 030 widzów. Rekord frekwencyjny w sezonie 2019/2020 padł podczas derbowego spotkania Wisły Kraków z Cracovią w 10. kolejce PKO BP Ekstraklasy, kiedy na trybunach stadionu przy Reymonta zasiadło okrągłe 33 tys. widzów. Natomiast najwyższym procentowym wzrostem frekwencji może się pochwalić Śląsk Wrocław – 48 proc. w relacji sezon do sezonu.

Odpowiedzialne zarządzanie kontraktowaniem graczy jest niezwykle istotne, aby utrzymywać odpowiednią relację wydatków na wynagrodzenia w porównaniu do przychodów klubów. Tym bardziej, że jest to największa część składowa kosztów w klubach piłkarskich. Za optymalny wskaźnik tej relacji uznawane jest 60 proc., co jest też najczęstszym punktem odniesienia na świecie.

Nie uwzględniając przychodów transferowych, do grona klubów ze wskaźnikiem wynagrodzeń zbliżonym do optymalnego (60-65 proc.) zaliczyć możemy osiem klubów: Lechię Gdańsk, Piast Gliwice, Raków Częstochowę, Koronę Kielce, Legię Warszawa, Cracovię, KGHM Zagłębie Lubin oraz Śląsk Wrocław. Powyżej znalazły się: Wisła Płock, Arka Gdynia, Górnik Zabrze, Pogoń Szczecin, Lech Poznań i Jagiellonia Białystok. Jednak po dodaniu transferów tylko jeden klub wydaje zdecydowanie więcej na wynagrodzenia niż jest to przyjęte – Wisła Płock. W 2019 roku klub ten otrzymał 5 mln zł z tytułu emisji akcji, co nie zostało zaliczone do przychodów kalkulowanych we wskaźniku, ale zwiększyło budżet klubu. Po uwzględnieniu tej kwoty wskaźnik wynagrodzeń ulega znacznej poprawie. Większość klubów Ekstraklasy trzyma więc swoje wynagrodzenie w ryzach.

Choć wysokość zarobków graczy nie zawsze przekłada się na pozycję klubu w rozgrywkach, prawdopodobnie Legia Warszawa swój kolejny ligowy sukces w znacznej mierze zawdzięcza wysokiemu budżetowi płacowemu. Przeznaczenie wysokich kwot na wynagrodzenia piłkarzy jest nieuniknione, żeby systematycznie zajmować wysokie miejsca w lidze. Mistrzostwa Polski z reguły nie zdobywają kluby spoza finansowej czołówki, co pokazuje analiza ostatnich zwycięzców Ekstraklasy, gdzie na osiem ostatnich sezonów, w sześciu tryumfowała Legia Warszawa – mówi Mateusz Korytkowski, Starszy Konsultant, Sports Business Group, Deloitte.

O raporcie:
Raport Deloitte został sporządzony w oparciu o przychody klubów Ekstraklasy, pochodzących z trzech źródeł: z dnia meczu (wpływy ze sprzedaży biletów, karnetów i cateringu), praw do transmisji (uwzględniające również premie za udział w pucharach oraz scentralizowane prawa marketingowe) oraz komercyjnych (wpływy reklamowe, sponsoring, sprzedaż gadżetów). Ranking analizuje przychody klubów, które w sezonie 2019/2020 grały w rozgrywkach Ekstraklasy oraz tych, które do niej awansowały. Dane finansowe są za rok kalendarzowy 2019. Zostały one dostarczone przez same kluby i nie były weryfikowane przez Deloitte. Do porównań z klubami oraz ligami zagranicznymi wykorzystano dane z raportów Deloitte „Annual Review of Football Finance”. Przedstawione w raporcie dane dotyczące frekwencji uwzględniają jedynie mecze rozegrane w normalnym trybie (26 kolejek) przed wprowadzeniem ograniczeń w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa.

Zmiana w zasiłku chorobowym za okres pozostawania na kwarantannie

Choć projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym związanym z wystąpieniem COVID-19 w znacznej części dotyczy sposobu organizowania szpitali i możliwości powoływania nowych osób do leczenia zakażonych, to znalazła się w nim jedna istotna z punktu widzenia pracodawców zmiana – jest to proponowany art. 4h ust. 1.

Zgodnie z jego treścią, pracownik lub inna osoba zatrudniona (np. na umowie zlecenia) poddana obowiązkowej kwarantannie, za zgodą pracodawcy lub zatrudniającego, będzie mogła świadczyć w trybie pracy zdalnej pracę określoną w umowie i otrzymywać z tego tytułu wynagrodzenie.
Proponowaną zmianę należy ocenić pozytywnie. Jest ona potwierdzeniem powszechnie przyjętego stanowiska, zgodnie z którym osoba pozostająca na kwarantannie może świadczyć pracę w trybie zdalnym i uzyskiwać z tego tytułu całe wynagrodzenie. Proponowany zapis jest szczególnie istotny z punktu widzenia osób, które miały w ostatnim czasie kontakt z takimi osobami i pozostają na obowiązkowej kwarantannie, ale same nie są chore i mogą wykonywać pracę. Analogiczna sytuacja odnosi się do osób, które w ostatnim czasie wróciły z zagranicy i przekroczyły granicę zewnętrzną Unii Europejskiej – komentuje mecenas Adam Ziębicki z kancelarii prawnej Chałas i Wspólnicy

Na gruncie obecnych przepisów osoby odbywające kwarantannę z powodu choroby traktowane są co do zasady jako osoby niezdolne do pracy. Za niezdolne do pracy uznaje się również osoby, które nie mogą jej wykonywać w skutek decyzji wydanej przez właściwy organ (o obowiązku odbycia kwarantanny). Z tego tytułu osobom tym przysługuje świadczenie chorobowe w wysokości 80% wynagrodzenia. Obecne przepisy co prawda nie wykluczały możliwości świadczenia przez osoby odbywające kwarantannę pracy zdalnej (jeżeli stan zdrowia im na to pozwalał), natomiast kwestia ta nie była nigdzie skonkretyzowana i pojawiały się odmienne opinie na ten temat.. W konsekwencji pracodawcy bądź zatrudniający podejmowali decyzję nie mając pewności co do ich zgodności z prawem.

Wprowadzona zmiana jest też istotna z punktu widzenia pracownika. Świadczenie chorobowe przysługuje za okres łącznie 33 dni w ciągu roku kalendarzowego, a w przypadku pracownika, który ukończył 50 rok życia – za okres łącznie 14 dni. Wykonywanie zatem pracy zdalnej w trakcie kwarantanny i pobieranie z tego tytułu wynagrodzenia spowoduje, że pracownik nie będzie wykorzystywał tych dni niezdolności do pracy, jeżeli objęty jest kwarantanną, a tym samym w przypadku faktycznego zakażenia i trudnego przechodzenia choroby, nie będzie musiał się martwić o dotychczas wykorzystane dni – uzupełnia mec. Adam Ziębicki.

Podsumowując, w przypadku przyjęcia proponowanej zmiany, pracownik objęty kwarantanną, jeżeli pozwoli mu na to stan zdrowia i pracodawca wyrazi zgodę, będzie mógł świadczyć pracę zdalną, za co uzyska pełne wynagrodzenie. W przypadku osób, których stan zdrowia na to nie pozwoli, albo pracodawca nie wyrazi zgody na pracę zdalną, ewentualnie gdy praca, którą wykonuje pracownik nie jest możliwa do świadczenia w trybie zdalnym, to za okres kwarantanny uzyska on świadczenie chorobowe.

Podatnicy narażeni na spore ryzyko. Eksperci ostrzegają przed urnami w skarbówkach

Urny do składania dokumentów w skarbówkach wprowadzono, żeby ułatwić kontakt w czasie lockdownu. Tak przekonuje Krajowa Administracja Skarbowa, ale eksperci odradzają korzystanie z tego rozwiązania. I ostrzegają, że w tym przypadku nie otrzymuje się potwierdzenia wpływu. A to może mieć już poważne konsekwencje karnoskarbowe. Z kolei KAS broni się, że do tej pory nie odnotowano sygnałów o istotnych nieprawidłowościach dot. funkcjonowania tej koncepcji.   

W urzędach skarbowych w całej Polsce znajdują się tzw. urny, do których podatnicy mogą wrzucać dokumenty. Są one przyjmowane, ale bez potwierdzenia wpływu. Jak zaznacza Anita Wielanek, rzecznik prasowy Szefa Krajowej Administracji Skarbowej, głównym celem tego rozwiązania było ułatwienie podatnikom kontaktu z organem w okresie lockdownu. Wszystkie urzędy skarbowe korzystały z urn w trakcie ograniczenia w obsłudze bezpośredniej podatników. Obecnie stosowanie tego rozwiązania zależy wyłącznie od decyzji poszczególnych jednostek.

– To są metody charakterystyczne dla okresu zarazy. Wszystkie kwestie, które rządzą tego rodzaju korespondencją, są w jakimś sensie zagrożone. Dla przykładu, reguła tajemnicy skarbowej chroni to, co napisze obywatel w swoich dokumentach. Wiemy o potencjalnych zagrożeniach, ale nie mamy lepszego pomysłu, aby to inaczej rozwiązać, przynajmniej teraz – komentuje Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.

Jak stwierdza Jerzy Martini, doradca podatkowy, rozwiązanie jest zdecydowanie problematyczne. O ile zrozumiała jest przyczyna w kontekście stanu epidemii, to jednak pomysł zawiera istotną wadę. Pozbawia bowiem podatnika możliwości uzyskania potwierdzenia złożenia dokumentów oraz daty ich wpłynięcia. A w wielu przypadkach są to kluczowe kwestie. Skorzystanie z tej formy może więc daną osobę kosztować sporo kłopotów.

– Urna, w której podatnik nie uzyskuje potwierdzenia złożenia dokumentów, może być dobra tylko na anonimowe donosy. Z pewnością nie jest to narzędzie w poważnych sprawach. Zwłaszcza w tych, w których niezłożenie deklaracji wiąże się z odpowiedzialnością karnoskarbową. To jest absolutnie nieakceptowane, żeby w cywilizowanym państwie były rozwiązania, które generują ryzyko po stronie podatnika. Nie wiadomo, w jaki sposób będzie on ewent. udowadniał, że dostarczył dokumenty. Co innego, gdyby urna generowała potwierdzenie – podkreśla dr Jacek Matarewicz, ekspert BCC ds. podatku VAT, akcyzy oraz prawa karnoskarbowego.

Niezłożenie pisma w terminie może mieć bardzo daleko idące, z reguły negatywne skutki, co podkreśla Łukasz Czucharski, ekspert Pracodawców RP ds. podatkowych. Dlatego zdecydowanie rekomenduje korzystanie z poczty tradycyjnej lub środków komunikacji elektronicznej. W ten sposób otrzymujemy potwierdzenie nadania pisma, które stanowi dowód, że dotrzymaliśmy terminu. To może pomóc w ewentualnym sporze z organem. Ekspert przyznaje również, że sam nie złożyłby dokumentów do urny, ponieważ jest to rozwiązanie bardzo ryzykowne. Ale wielokrotnie zdarzały się też sytuacje, że poczta gubiła pismo wysłane przez podatnika. Z tą jednak różnicą, że wtedy mieliśmy potwierdzenie nadania.

– Urny opróżniano w zależności od potrzeb, najczęściej raz na dobę po zakończeniu pracy przez urząd lub przed jej rozpoczęciem. Dokumenty rejestrowano z datą faktycznego złożenia. Urzędy informowały klientów, że skorzystanie z tego rozwiązania wiąże się z brakiem potwierdzenia jego złożenia. Ponadto zachęcały do przesyłania korespondencji z wykorzystaniem środków komunikacji elektronicznej tzn. e-PUAP, usług online Twój e-PiT, e-Deklaracje. Można również korzystać z operatorów pocztowych – opisuje Anita Wielanek z KAS.

Według Jerzego Martiniego, trudno sobie wyobrazić sytuację, w której najpierw wrzuca się dokument do urny, a następnie uzyskuje się pokwitowanie w kancelarii urzędu. Pracownik skarbówki nie ma raczej możliwości potwierdzenia czegokolwiek, chyba że dokładnie widzi, co jest umieszczane w tym miejscu. Ale taka sytuacja niewiele się różni od tradycyjnej formy składania dokumentów. Nieuniknione są więc kolejki. Musi istnieć kontakt pomiędzy pracownikami urzędu a podatnikami.

– Zgłaszanie się do kancelarii po potwierdzenie bez okazania urzędnikowi dokumentu rodziłoby ryzyko nieprawidłowości. Podatnik mógłby wrzucić czystą kartkę i oczekiwałby pokwitowania złożenia konkretnej deklaracji. Z pewnością tak też nie może być. Z drugiej strony pokazywanie pracownikowi skarbówki tego, co podatnik chce wrzucić, mija się z celem. Równie dobrze kancelaria mogłaby przyjąć ten dokument z prezentatą, czyli w normalnym trybie, po wcześniejszej jego weryfikacji – dodaje dr Matarewicz.

Jak zaznacza Anita Wielanek, Ministerstwo Finansów do tej pory nie odnotowało sygnałów o istotnych nieprawidłowościach dotyczących funkcjonowania urn. Nie otrzymało też żadnego zgłoszenia dotyczącego braku dokumentów bądź konsekwencji poniesionych przez podatników. Z informacji docierających do resortu wynika, że rozwiązanie to cieszyło się zainteresowaniem podatników. Nie ma jednak danych dot. liczby składanych w ten sposób dokumentów.

– Jako zawodowi pełnomocnicy ryzykujemy rzetelność zawodową wobec klientów. Wolimy postać na poczcie, żeby mieć dowód nadania. Natomiast to nowe rozwiązanie jest zbudowane na zasadzie podwyższonego kredytu zaufania. Jeżeli ktoś wkłada dokumenty do urny, to wierzy, że urząd ich nie zgubi, nie pomiesza i nie dopuści do tego, że ktoś nieuprawniony je przeczyta. Jednocześnie władza powinna bardziej ufać obywatelom. Mamy na to szanse, zmiany w tym zakresie widać już po tzw. reformie Banasia, choć jeszcze nie na wszystkich płaszczyznach – podsumowuje prof. Modzelewski.

Rozwój na wschód szansą dla krakowskiego rynku magazynowego?

Krakowski rynek magazynowy  nie należy do największych na logistycznej mapie Polski. Niemniej w ostatnich pięciu latach, dzięki ożywionej aktywności deweloperskiej, jego całkowite zasoby powiększyły się o niemal 260%. Atrakcyjna lokalizacja, a także duży potencjał biznesowy Krakowa sprawiają, że rynkiem tym interesują się zagraniczni inwestorzy i najemcy. Jaki jest jego potencjał i kierunki rozwoju sprawdzili eksperci AXI IMMO.

Na koniec pierwszej połowy 2020 roku na krakowskim rynku inwestycyjnym w sektorze magazynowym odnotowano dwie transakcje. Pierwszą była sprzedaż wybudowanego przez firmy 7R i Hillwood budynku typu built-to-suit w ramach centrum logistycznego 7R Park Kraków (41 000 mkw.) do funduszu zarządzanego przez GLL Real Estate Partners. Druga transakcja dotyczyła parku logistycznego zlokalizowanego w podkrakowskiej Modlniczce. Nabywcą, wycofującej swoje aktywa z regionu Europy Środkowo-Wschodniej firmy Goodman Group, została spółka GLP Group. W ramach zakupu portfela nieruchomości nowy właściciel nabył prawa m.in. do parku logistycznego Goodman Kraków Airport Logistics Centre (115 500 mkw.). Finalizacja transakcji odbyła się  w III kw. tego roku, po orzeczeniu przez organy regulacyjne.

„Inwestorzy zainteresowani rozwojem w województwie małopolskim mogą skorzystać z oferty 26 Stref Aktywności Gospodarczej, a także Specjalnej Strefy Ekonomicznej – Krakowskiego Parku Technologicznego. Wśród atutów regionu z pewnością należy wymienić lokalizację. Z roku na rok poprawia się infrastruktura drogowa umożliwiająca połączenia na północ w kierunku Warszawy i Trójmiasta, zaś w kierunku wschód zachód dogodną dystrybucję umożliwia autostrada A4. Lokalizacja w południowej części kraju sprzyja rozwojowi zagranicznej dystrybucji zwłaszcza w krajach takich jak  Słowacja, Czechy czy Ukraina. Z drugiej strony, 100 km od Krakowa znajduje się jeden z największych rynków magazynowych w Polsce tj. rynek górnośląski. Z tego względu krakowski rynek rozwija się w kierunku wschodnim w stronę Rzeszowa, a Nowa Huta, Kokotów, Targowisko i Wieliczka to najbardziej perspektywiczne  lokalizacje magazynowe i logistyczne. Planowane na 2022 rok ukończenie północnej części obwodnicy miasta potencjalnie otworzy również i te rejony na kolejne, nowe projekty magazynowe – komentuje Marta Nowik z działu Industrial AXI IMMO.

W pierwszych sześciu miesiącach 2020 r. nowa podaż na krakowskim rynku magazynowym wyniosła 46 000 mkw., co pozwoliło na powiększenie całkowitych zasobów tego regionu do 533 000 mkw. (+26,2% r/r). W ostatnich 5 latach obserwowaliśmy dynamiczny wzrost podaży powierzchni magazynowej. Deweloperzy tj. Panattoni, Goodman, 7R oraz gracze krajowi i lokalni, tacy jak BIK czy Witek , oddali do użytkowania ok. 412 000 mkw. W ciągu tego okresu odnotowano wzrost całkowitych zasobów magazynowych Krakowa o 260%. Największe wzrosty podaży odnotowano na w końcówce 2018 roku i pierwszym półroczu 2019 r. w wyniku oddania do użytku parku logistycznego 7R Park Kraków w Kokotowie (180 000 mkw.). W kolejnych miesiącach aktywność deweloperska uległa spowolnieniu i na zakończenie czerwca 2020 r. w budowie znajdowało się tylko 12 000 mkw. co stanowi ok. 2% zasobów rynku krakowskiego.

W pierwszej połowie 2020r. całkowity wolumen transakcji najmu powierzchni magazynowej w Krakowie wyniósł 57 000 mkw. Wśród trzech największych transakcji zanotowanych na rynku, w których nie ujawniono najemców były umowy na 8 850 mkw. w Panattoni Kraków IV, 7 000 mkw. w Goodman Kraków Airport Logistics Center, a także 6 470 mkw. w 7R Park Kraków (Kokotów). W analizowanym okresie od stycznia do  czerwca 2020 r. firmy logistyczne odpowiadały za ponad połowę wynajętej powierzchni w Krakowie. Na krakowskim rynku magazynowym aktywność wykazują także sieci handlowe, lokalni dystrybutorzy, firmy zajmujące się lekką produkcją oraz kilku najemców z branży motoryzacyjnej.

Umiarkowany popyt wraz z ograniczoną w ostatnich miesiącach podażą pozwolił na obniżenie współczynnika pustostanów do 4,7%. Jest to ponad 25 000 mkw. powierzchni magazynowej, przy czym średnia krajowa to 6,8%. Stabilna sytuacja na krakowskim rynku magazynowym utrzymuje stawki bazowe w granicach 3,40 – 3,60 EUR/mkw.

Województwo małopolskie możemy podzielić na kilka stref  magazynowych. Najbardziej rozwinięta z nich to Kraków z trzema podrynkami – Miastem i okolicami lotniska, Modlniczką oraz Nową Hutą. Kolejne krakowskie subrynki magazynowe to rejon Kokotowa i Targowiska, a także Skawina. Na uwagę w województwie zasługują także nowe, wschodzące lokalizacje magazynowe takie jak Brzesko i Tarnów” – wylicza Marta Nowik z AXI IMMO. 

„Zarówno Kraków Miasto, jak i okolice lotniska oferują prywatne obiekty typu SBU (Small Business Unit), a swoją obecność zaznaczają tu deweloperzy jak BIK i 7R. Między innymi dzięki ukończeniu wschodniej obwodnicy miasta na odcinku trasy S7  w zakresie bazy logistyczno-magazynowej zaczęła rozwijać się Nowa Huta. W połowie przyszłego roku zobaczymy tam nowy park logistyczno-magazynowy” – komentuje Marta Nowik z AXI IMMO.

„Jeżeli chodzi o strefę Kokotowa i Targowiska stanowi ona doskonałą alternatywę dla starszych magazynów np. na Rybitwach. To doskonałe zaplecze do obsługi Krakowa m.in. przez niższe w porównaniu do magazynów miejskich czynsze. Natomiast najemcy zainteresowani obsługą zarówno Krakowa, jak i Rzeszowa mogą zdecydować się na ofertę Brzeska czy Tarnowa. Podrynek Brzeska i Tarnowa w ostatnich latach cieszył się dużym zainteresowaniem zwłaszcza wśród najemców produkcyjnych m.in. przez wzgląd na dużą dostępność wykwalifikowanych pracowników” – komentuje Marta Nowik z AXI IMMO.

„Zlokalizowana na południowy zachód od centrum Krakowa Skawina, posiada długie tradycje przemysłowe. Podrynek ten został zdominowany operatorów logistycznych i dystrybutorów. Natomiast położona na północny zachód od Krakowa Modlniczka charakteryzuje się obiektami w formule BTO i BTS” – dodaje Marta Nowik z AXI IMMO.

W tym samym miejscu

Druga (i ostatnia) debata między prezydentem USA Donaldem Trumpem a kandydatem Demokratów Joe Bidenen wniosła niewiele do dyskusji o szansach zwycięstwa któregoś z nich w wyborach 3 listopada. Inwestorom dalej pozostaje wyczekiwanie progresu na polu negocjacji fiskalnych, ale coraz mniej wskazuje na przełom. Tymczasem Europa musi się zmierzyć z indeksami PMI.

Finalna debata Trump-Biden w porównaniu z pierwszą odbyła się w bardziej cywilizowanej atmosferze i z większym skupieniem na kwestiach merytorycznych, ale nie dostarczyła raczej nic, co mogłoby wpłynąć na zmianę poglądu wyborców. Z perspektywy rynków uwagę zwróciły komentarze odnośnie Rosji (Biden stwierdził, że Rosja „zapłaci cenę”) i Chin (Biden skłoniłby Chiny do „gry zgodnie z międzynarodowymi zasadami”), ale brak konkretów pozwolił na ignorowanie komentarzy. Pakiet fiskalny także był tematem, jednak ograniczony został tylko do oskarżeń Trumpa, że opóźnienie jest winą Demokratów z Izby Reprezentantów. Nic nie wspomniano o blokowaniu pakietu przez Republikanów z Senatu, co jest kluczowe jeśli nawet spikerka Izby Pelosi i sekretarz skarbu Mnuchin uzgodnią warunki pakietu dziś do końca dnia. Podsumowując, w tematach negocjacji fiskalnych i wyborów jesteśmy w tym samym miejscu, co na początku tygodnia, czyli bez przestrzeni na dodatkowy ładunek optymizmu. Stąd nie powinno dziwić, że S&P500 jest w tym tygodniu na minusie (-0,9 proc.), a pierwotny zapał na sprzedaż USD i kupno walut ryzykownych wyparował. Na ostatniej prostej przed głosowaniem 3 listopada jest możliwe, że motywem przewodnim staną się obawy o niejednoznaczny wstępny wynik wyborów, który będzie kwestionowany przez jeden z obozów, dostarczając rynkom niepotrzebnego chaosu. W kolejnych dniach należy z szacunkiem podchodzić do szans na ostre zwroty cenowe.

Jeszcze dziś nowym czynnikiem ryzyka mogą być dane o aktywności gospodarczej. Prognozy dla wstępnych odczytów indeksów PMI sugerują spadki zarówno w przemyśle i usługach dla indeksów z Francji, Niemiec i całego strefy euro. Niewykluczone jednak, że pogorszenie wskaźników będzie głębsze jako przejaw wzrostu obaw firm w związku z rozwojem drugiej fali pandemii w Europie. Inwestorzy zdają się już przygotowywać na złe dane, co tłumaczy zjazd EUR/USD do 1,18. Podobne zagrożenie czyha też w przypadku odczytów PMI z Wielkiej Brytanii, choć jeśli już dane z Eurolandu wypadną słabo, GBP raczej nie będzie czekał na potwierdzenie krajowych indeksów i będzie towarzyszył EUR w ruchu niżej. W USA wzrost liczby zachorowań na COVID-19 także jest widoczny, ale jesienna fala nie jest w tak zaawansowanym stadium, jak w Europie. W konsekwencji dane o aktywności gospodarczej w USA pozostają solidne, co powinno pozwolić wskaźnikom PMI utrzymać poziomy w obszarze ekspansji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zasady opodatkowania należności licencyjnych podatkiem dochodowym od osób prawnych

Opodatkowanie należności licencyjnych wymaga podjęcia kilku niezbędnych kroków, aby nie generowało dodatkowego ryzyka podatkowego. W pierwszej kolejności należy ustalić, czy świadczenia będące przedmiotem transakcji stanowią w ogóle należności licencyjne. Pomimo zdefiniowania w ustawie o CIT oraz umowach międzynarodowych pojęcie „należności licencyjnych” jest często przedmiotem sporów pomiędzy płatnikami/podatnikami a fiskusem. Kolejny krok to ustalenie prawidłowych zasad opodatkowania, w szczególności w przypadku zagranicznych wypłat ustalenie przepisów odpowiedniej umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania. Ostatni etap obejmuje konieczność prawidłowego rozliczenia się z fiskusem oraz złożenia odpowiednich informacji i deklaracji.

Kategoria należności licencyjnych

Zgodnie z przepisami ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (art. 21 ust. 1 pkt 1 ustawy o CIT) należności licencyjne to przychody z tytułu praw autorskich lub praw pokrewnych, ze znaków towarowych i wzorów zdobniczych, z praw do projektów wynalazczych, z praw użytkowania urządzenia przemysłowego, urządzenia handlowego lub naukowego, w tym także środka transportu, z tytułu udostępnienia tajemnicy receptury lub procesu produkcyjnego, a także know-how. Umowy, z których wynikają należności licencyjne, najczęściej bazują na przepisach ustaw o prawie autorskim, „prawie wolności przemysłowej” oraz innych pokrewnych ustaw.

Powyższy katalog jest bardzo ogólny, a podmioty powinny każdorazowo przeanalizować przedmiot transakcji. Przykładowo można się tu odnieść do należności z tytułu korzystania z praw autorskich do programu komputerowego. W wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach z 30 stycznia 2019 r., sygn. akt I SA/Gl 925/18, WSA stwierdził, że należności takie nie zostały wprost wymienione w umowie międzynarodowej o unikaniu podwójnego opodatkowania z Chorwacją, która ma pierwszeństwo przed krajowymi przepisami, przez co przyporządkowanie takich należności przez organ podatkowy na mocy krajowych przepisów do należności z tytułu praw autorskich i w konsekwencji objęcie podatkiem u źródła było nieprawidłowe.

Kolejną bardzo szeroką kategorią są urządzenia przemysłowe. W tym zakresie wypowiedział się m.in. Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 24 sierpnia 2018 r., sygn. akt II FSK 2151/16, gdzie NSA stwierdził, że określenie „urządzenia przemysłowe” należy rozumieć bardzo szeroko, jako wszelkie urządzenia, które racjonalnie mogą być wykorzystywane w konkretnej gałęzi gospodarki z uwagi na obiektywne cechy konstrukcyjne i użytkowe. Sprawa dotyczyła kontenerów do przechowywania materiałów oraz ich transportu.

Każdorazowo więc podatnik/płatnik powinien dokładnie przeanalizować charakter przedmiotu transakcji.

Opodatkowanie należności licencyjnych na rzecz zagranicznych dostawców

Polska ustawa o podatku dochodowym od osób prawnych przewiduje ryczałtowy podatek od należności licencyjnych w wysokości 20%. Jest to podatek u źródła, zatem obowiązek poboru powstaje w momencie wypłaty należności.

Powyższe ma zastosowanie wyłącznie w powiązaniu z odpowiednimi umowami o unikaniu podwójnego opodatkowania, w których stawka opodatkowania jest niższa niż 20%. Co do zasady należności licencyjne powstające w jednym umawiającym się państwie, a wypłacane do drugiego państwa, mogą być opodatkowane w tym drugim umawiającym się państwie (art. 12 ust. 2 Konwencji Modelowej OECD). W tym celu konieczne jest spełnienie dodatkowych warunków jak choćby posiadanie certyfikatu rezydencji oraz dochowanie należytej staranności w przypadku dokonywania wypłaty. Przykładowo umowa między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o unikaniu podwójnego opodatkowania przewiduje możliwość poboru podatku u źródła w wysokości 5% wypłacanych należności.

Jednocześnie art. 21 ust. 3 ustawy o CIT przewiduje zwolnienie z podatku dochodowego przychodów z tytułu należności licencyjnych w sytuacji, gdy łącznie spełnione są następujące warunki:

  • wypłacający należności ma siedzibę lub zarząd na terytorium Polski;
  • uzyskującym dochody jest spółka z innego państwa Unii Europejskiej lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego;
  • występują relacje właścicielskie na poziomie minimum 25% udziałów nieprzerwanie w okresie minimum dwóch lat;
  • zagraniczna spółka nie korzysta ze zwolnienia z opodatkowania podatkiem dochodowym od całości swoich dochodów bez względu na źródło ich osiągania;
  • rzeczywistym właścicielem wypłacanych należności jest podmiot określony w pkt 2.

Powyższe zasady zwolnienia mają zastosowanie jedynie w sytuacji, gdy warunki transakcji są rynkowe. Jeżeli pomiędzy podmiotami powiązanymi wystąpią nierynkowe warunki, tzn. kwota wypłaconych należności będzie zbyt duża, wtedy z preferencji korzystać może jedynie kwota w wysokości rynkowej wartości.

Ponadto płatnicy podatku u źródła zobowiązani są do złożenia informacji dotyczącej przychodów dla osób fizycznych (IFT-1 lub IFT-1R) oraz prawnych (IFT-2 lub IFT-2R).

Opodatkowanie otrzymywanego wynagrodzenia od zagranicznych klientów

W przypadku otrzymywania należności licencyjnych od zagranicznych kontrahentów z państw, z którymi Polska ma podpisaną umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania, polski rezydent zobowiązany jest do opodatkowania ich w ramach całego osiąganego dochodu. Podatek zapłacony za granicą co do zasady może być zaliczony na poczet podatku, przez co nie występuje podwójne opodatkowanie. Przykładowo polski rezydent świadczący na rzecz podmiotu z Francji usługi objęte należnościami licencyjnymi może odliczyć, poprzez proporcjonalne zaliczenie, kwotę 10% podatku u źródła zapłaconego zgodnie z umową międzynarodową we Francji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Przedsiębiorcy nie przetrwają drugiego lockdownu

Na piątkowej konferencji prasowej przedstawiciele prezydium Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie oraz Prezes Zachodniopomorskiego Związku Pracodawców i Przedsiębiorców zaapelowali do Rządu RP o szybkie wsparcie dla branż, które zagrożone są niechybnym bankructwem w obliczu wprowadzenia kolejnych restrykcji gospodarczych. W województwie zachodniopomorskich sytuacja jest bardzo poważna, o czym świadczy szereg zgłoszeń od takich branż jak: hotelarstwo, gastronomia, turystyka czy transport.  – Otrzymujemy od przedsiębiorców bardzo jasny sygnał: przedsiębiorcy nie przetrwają drugiego lockdownu – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. W poniedziałek odbędzie się posiedzenie Zachodniopomorskiego Zespołu Parlamentarnego, które poświęcone będzie sytuacji gospodarczej regionu.

– To, co obecnie się dzieje jest już drugim lockdownem. To spowolnienie, hamowanie, wygaszanie, faktyczny lockdown, który doprowadzi wielu przedsiębiorców do upadku. Apelujemy do parlamentarzystów ziemi zachodniopomorskiej i prosimy o wstawiennictwo za naszymi przedsiębiorcami. Oni przez lata budowali swoje biznesy, płacą podatki, zatrudniają pracowników, czynią region silniejszym. Stoimy przed niebezpieczeństwem, że nasi przedsiębiorcy będą upadać. Słyszymy z różnych stron, że nie będzie wsparcia rządowego. Tak być nie może i nie ma na to naszej zgody! Prosimy o przywrócenie tarcz antykryzysowych, o wsparcie dla turystyki, gastronomii i hotelarstwa oraz zwolnień ze składek ZUS – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej Hanna Mojsiuk.

– Wprowadzenie czerwonej strefy to jest faktyczny drugi lockdown i przedsiębiorcy mówią miedzy sobą, że to już jest czas „ratuj się kto może”. Branża kreatywna, kultura, sport, turystyka, hotelarstwo, gastronomia. Dzisiaj przedsiębiorcy spłacają ZUS, który był odroczony z czasów pierwszego lockdownu, a za chwilę dojdzie nam kolejny podatek. My dzisiaj w większości nie świadczymy usług, a nie chcemy zwalniać pracowników, jesteśmy przytłoczeni. Najbliższe dwa-trzy miesiące będą prawdziwym testem dla gospodarki. Przygotowaliśmy szereg wniosków, których oczekujemy jako przedsiębiorcy. Chcemy zatrudniać ludzi, płacić im pensje, ale potrzebujemy pomocy – mówi Mirosław Sobczyk, Wiceprezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.  – Jeżeli nie będziemy solidarni, to będzie bardzo ciężko – dodaje Sobczyk.

– Prosimy o zrozumienie, bo my rozumiemy sytuacje w kraju i chcemy pomóc. Apelujemy o konsultacje społeczne, które pozwolą nam wyartykułować jak my jako przedsiębiorcy możemy funkcjonować w nowym reżimie. Jesteśmy w tragicznej sytuacji i może się okazać, że za chwilę połowa przedsiębiorców po prostu zbankrutuje. Prosimy o odroczenie lub zawieszenie płatności ZUS, prosimy o obniżenie stawek VAT, prosimy także o uproszczenie i przyspieszenie dostępności pożyczek obrotowych i płynnościowych. Drodzy Państwo, to przerażające, ale w marcu zgłaszali się do nas przedsiębiorcy z prośbą o wsparcie. Przedsiębiorcy otrzymywali zgodę, ale pieniądze wypłacane były po 3-6 miesiącach. Wtedy już nie były one im potrzebne, bo albo radzili sobie sami albo ogłaszali upadłość – mówi Magdalena Gajdamowicz, Sekretarz Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

SimFabric podpisał czwartą umowę na usługi e-learningowe dla szkół o wartości 0,5 mln zł

Oferta SimFabric zwyciężyła w 4 przetargach na stworzenie i rozwijanie materiałów e-learningowych ogłoszonych w ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój 2014-2020, realizowanego przez Europejski Fundusz Rozwoju. Działania z obszaru B+R to jeden z filarów działalności SimFabric. Podpisane w wyniku wygranych przetargów umowy pozwoliły zwiększyć portfel zamówień B+R spółki o 1.36 mln zł.

Przedmiotem czwartej, podpisanej 21 października, umowy jest kierowanie platformą e-podręczników z języka polskiego. Pozostałe umowy dotyczą: usług programistycznych na potrzeby opracowania e-materiałów z języka polskiego oraz opracowanie animacji i materiałów graficznych (w tym grafik 3D) na potrzeby stworzenia wysokiej jakości materiałów e-dydaktycznych z matematyki i informatyki. Wszystkie materiały mają zostać dostosowane do potrzeb uczniów z niepełnosprawnościami wzrokowymi i słuchowymi. Ich odbiorcami będą uczniowie szkół średnich: liceów ogólnokształcących oraz techników.

B+R to jeden z filarów strategii SimFabric. Jak wyjaśnia Julia Leszczyńska, prezes Zarządu spółki.: Naszym celem jest rozwój działalności B+R w obszarze usług IT i produkcji gier. W lipcu 2019 roku otworzyliśmy w Łodzi oddział SimFabric dedykowany działaniom badawczo-rozwojowym, w 2023 roku planujemy otworzyć Centrum Badawczo-Rozwojowe Space Engine Lab w Katowicach, poza tym angażujemy się w drobniejsze projekty e-learningowe. Cieszymy się z wygranych przetargów i możliwości przygotowania materiałów dydaktycznych dla szkół – wpisuje się to w naszą strategię zrównoważonego rozwoju. Jest to ciekawe wyzwanie, które jako rozwijającą się w kierunku B+R firma, chętnie podejmiemy.

Zamówienia realizowane będą w ramach II Osi Priorytetowej Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój 2014-2020, EFEKTYWNE POLITYKI PUBLICZNE DLA RYNKU PRACY, GOSPODARKI I EDUKACJI, Działania 2.10 WYSOKA JAKOŚĆ SYSTEMU OŚWIATY, typ operacji Tworzenie e-podręczników i rozwijanie e-materiałów dydaktycznych towarzyszących istniejącym e-podręcznikom.

E-commerce to must have, czyli jak lockdown zredefiniował potrzeby zakupowe Polaków

Pandemia koronawirusa znacząco wpłynęła na tendencje zakupowe Polaków. Zauważalnie zwyżkują zakupy online, stanowiąc bezpieczną alternatywę dla tradycyjnych sklepów, wymagających kontaktu społecznego. Na co stawiają Polacy przy wyborze usług i produktów? Czy lokalność w dalszym ciągu jest istotnym czynnikiem dla wielu z nas? Odpowiedzi na te i inne pytania znaleźć można w najnowszej, trzeciej już fali badania „Polacy w Pandemii”, przeprowadzonego przez dział analityczny dentsu Polska.

Coraz lepsza kondycja naszych portfeli

Sytuacja finansowa i zawodowa w oczywisty sposób wpływają na nastrój i poczucie stabilizacji Polaków. Wrześniowy pomiar dentsu uwidocznił poprawę wskaźników i stopniowy, powolny powrót do sytuacji sprzed pandemii. 27% ogółu badanych zadeklarowało obniżkę wydatków w ostatnim czasie, jednak sytuacja w tym przypadku nie jest szczególnie pesymistyczna. Nadal istnieje natomiast spora grupa osób (30% ogółu badanych osób z obniżonymi wydatkami), która pozostaje w niepewności i nie wie, czego może się spodziewać w najbliższym czasie.
E-commerce to must have, czyli jak lockdown zredefiniował potrzeby zakupowe Polaków

Zakupy online coraz mniej straszne

Okres uspokojenia i ograniczenie kontaktów społecznych wpłynęły na to, że przyzwyczailiśmy się do dystansu społecznego, jednak stabilizacja, nawet pozorna, powoduje także zmianę naszych postaw i zachowań. W miarę możliwości unikamy dużych skupisk ludzi, w obawie przed zakażeniem (w dalszym ciągu się go obawiamy – 42% ogółu badanych, choć to mniej niż na samym początku pandemii – 79%). Jednak w kwestii codziennych zakupów to właśnie przebywanie wśród większej liczby osób stanowi barierę dla 45% ogółu badanych.

Pandemia wywarła większy wpływ na kobiety niż na mężczyzn. Więcej kobiet dostrzega pogorszenie stanu domowego budżetu na skutek pandemii –49% kobiet vs 37% mężczyzn. Kobiety, w polskim społeczeństwie bardziej zaangażowane w opiekę nad dziećmi i codzienne decyzje zakupowe, są także poddane większej presji rzeczywistości i trudniej im oddzielić życie zawodowe od pracy. Pomimo wciąż wysokiej niepewności co do dochodów i możliwości utraty pracy (40% w marcu vs 31% we wrześniu) oraz w większości negatywnej oceny wpływu pandemii na stan budżetu domowego, widoczne we wrześniu zaostrzenie wrażliwości cenowej wydaje się łagodzić, na co może mieć wpływ zmęczenie nową rzeczywistością i realna potrzeba znalezienia od niej odskoczni. Aż¾ badanych deklaruje że wydaje tyle samo lub więcej co przed pandemią, zaś 25% więcej, co wraz z prognozami na przyszłość (16% badanych spodziewa się poprawy warunków życiowych) pokazuje, że zmęczeni rzeczywistością, możemy podejmować mniej racjonalne decyzje zakupowe, nastawione na chwilową poprawę nastroju. Większe skupienie na sobie widzimy też w sposobie realizacji misji zakupowych –tylko 21% badanych wspierało lokalny biznes we wrześniu, podczas gdy w marcu deklarowało to 56%. – komentuje Marcin Stalij, Strategy Director, Isobar / dentsu Polska.

Podczas pandemii postawiliśmy na online i to za pośrednictwem tego „świata” zaczęliśmy dokonywać zakupów. Jakiego rodzaju działań oczekują Polacy od marek i produktów, z którymi mają styczność na co dzień? Nie chcemy już rozmawiać o ograniczeniach związanych z koronawirusem, elementy bezpośrednio związane z epidemią, takie jak sterylność i higiena podczas procesu zakupowego czy dostępność produktów, straciły na znaczeniu. Chcemy iść dalej, interesują nas nowe produkty, jednak nadal zwracamy uwagę na ich ceny. Najbardziej interesuje nas szybka (dla 46% ogółu badanych) i bezpłatna dostawa (50% ogółu badanych).

Z biegiem czasu przyzwyczailiśmy się do wygody, jaką dają transakcje online. Na tyle spodobał nam się ten rodzaj zakupów, że nie dostrzegamy w nim już żadnych barier (41% ogółu badanych we wrześniu przyznało, że nie widzi żadnych uniedogodnień, przy czym w maju deklarowało tak mniej, bo 33% ankietowanych).

Produkty już nie tylko polskie i lokalne

W porównaniu do wysokich majowych wskaźników, we wrześniu spadło zainteresowanie zakupami polskich i lokalnych produktów. 17% ogółu badanych zadeklarowało, że obecnie zwraca większą uwagę na jakość i pochodzenie produktów. Takie zainteresowanie jest szczególnie wyraźne wśród najmłodszej grupy badanych, Gen Z (18-24 lata). W maju 56% ogółu badanych zadeklarowało zakup produktów od lokalnych dostawców, we wrześniu 21% ogółu badanych. Podobna tendencja nastąpiła w przypadku chęci zakupu polskich produktów (maj – 52%, wrzesień – 18%).

Wyzwanie dla biznesu

W ostatnich miesiącach liczy się pewność i korzystny zakup. Bardziej zwracamy uwagę na to co kupujemy pamiętając, już coraz mniej o ograniczeniach jakie spowodowała epidemia. Epidemia jest i panuje wokół nas, ale my chcemy iść dalej i oczekujemy konkretnych rozwiązań marketingowych.

Jednym z zauważalnych skutków pandemii jest wzrost wolumenów sprzedaży online, w kategoriach takich jak m.in.: e-grocery, zdrowie czy uroda – kanał online zaczął tu odgrywać dużo bardziej znaczącą rolę niż dotychczas. Nagły wzrost sprzedaży w tym kanale jest zarówno wyzwaniem, jak i szansą. Wyzwaniem -bo wszelkie tak gwałtowne zmiany, których charakter ma znamiona trwałej modyfikacji nawyków zakupowych konsumentów –stawia biznes przed koniecznością szybkiej reakcji, reorganizacji zasobów wewnętrznych, poszukiwania wsparcia z zewnątrz. Jest jednocześnie też szansą–gdyż pomimo trwałego trendu i przewidywań specjalistów, nadal olbrzymia część firm, motywowana perspektywą krótkoterminową, nie inwestowała w sprzedaż online, zarówno tę zapośredniczoną-Retail Commerce, jak i tym bardziej w rozwój sprzedaży bezpośredniej –D2C. Oczywiście nie ma uniwersalnych scenariuszy dla wszystkich. W zależności od branży i indywidualnej sytuacji każdej z firm, charakter i skala działań będzie różna. Jednak to, co każdy z biznesów powinien teraz zrobić to spróbować odpowiedzieć sobie na kilka poniższych pytań: Jakie misje zakupowe wypełniają konsumenci w dzisiejszych czasach? Czy wiemy, jaką rolę powinny pełnić nasze kategorie w e-commerce? Czy są one obecnie takie same jak przed pandemią? Jaki mamy wpływ na doświadczenie naszych produktów przez konsumenta? Skąd konsument czerpie wiedzę na ich temat? Odpowiedzi będą podstawą dla stworzenia agendy działania –pozwolą na zaplanowanie następnych kroków, które przybliżą do sprostania wyzwaniom, które stawia przed nami świat VUCA. – podkreśla Paweł Petkowicz, Content & E-Commerce Director, Isobar / dentsu Polska

E-commerce pozostanie z nami na dłużej, bo oznacza wygodę, szybkość i bezpieczeństwo działania. Jeżeli kupujemy w pewnym źródle i zakup okazał się sukcesem, to konsument na pewno będzie korzystać z tej przetartej ścieżki. Warto więc otwierać działalność online, a w przypadku, gdy już istnieje – nie ma lepszego momentu, by zainwestować w jej rozwój.

Pandemia przyspieszyła zmianę zachowań konsumentów, sektor handlowy przechodzi trudny egzamin

Pandemia COVID-19 przyspieszyła tempo zmian behawioralnych w stylu życia ludzi na całym świecie, w sposobie w jaki: pracują, jedzą, komunikują się, bawią, uczą, spędzają czas wolny czy robią zakupy. Nowa rzeczywistość wpłynęła w dużym stopniu na handel i zwyczaje zakupowe konsumentów. Polacy coraz chętniej robią zakupy w małych parkach handlowych i lokalnych centrach typu convenience, bliżej domu, gdzie czas zakupów można ograniczyć do minimum. Duże centra handlowe z rozbudowaną strefą gastronomiczną i rozrywkową są obecnie rzadziej odwiedzane przez klientów. Szeroko pojęta branża rozrywkowa w obiektach handlowych działająca w surowym reżimie sanitarnym, cieszy się zdecydowaniem mniejszym zainteresowaniem odwiedzających i czeka ją wyboista droga powrotu do normalności.

Rekordowo niska podaż nowej powierzchni

W trzecim kwartale 2020 roku podaż nowej powierzchni wyniosła zaledwie 21 500 m. kw. Klientom udostępniono jedynie 2 nowe obiekty: ATUT Express Wieliczka oraz market budowlany Castorama w Nowym Sączu. W tym samym czasie klientom udostępniono również rozbudowaną część parku handlowego w Nowych Babicach.

Do końca roku można spodziewać się dodatkowych 196 000 m.kw., o ile tempo i ciągłość prac deweloperów zostaną zachowane, a druga fala epidemii nie spowoduje znaczących opóźnień. Na koniec września na etapie budowy było ok. 465 000 m. kw. powierzchni najmu. Dominującym formatem budowanej obecnie powierzchni handlowej w Polsce pozostają centra handlowe (53%), natomiast udział parków handlowych, mimo znacznego zainteresowania inwestorów, wynosi obecnie 37%. Wśród centrów handlowych w budowie przeważają obiekty małe i średniej wielkości, a tylko cztery z nich mają mieć powierzchnię przekraczającą 20 tys. m kw. W formacie parków handlowych w budowie także dominują projekty małe, o powierzchni najmu 5-10 tys. m kw., ulokowane w miastach o liczbie mieszkańców poniżej 100 tys. Autorzy raportu zwracają uwagę, że nadal należy podkreślić rosnącą rolę małych obiektów handlowych o charakterze tzw. „convenience”, ulokowanych w mniejszych miastach. Jest to trend, który będzie się utrzymywał w kolejnych kwartałach.

Kryzys spowodowany pandemią COVID-19 przyspieszył proces zmian zapoczątkowanych na rynku handlowym w Polsce już od kilkunastu kwartałów. W trzecim kwartale 2020 r. sieć Auchan zdecydowała się na zamknięcie części swoich nierentownych sklepów, a hipermarkety Tesco są sukcesywnie zastępowane przez innych operatorów branżowych, jak np. Kaufland, bądź zmieniają format handlowy. Na rynku coraz częściej będziemy obserwować również modernizacje i przebudowy starszych obiektów handlowych, tak by mogły lepiej dostosować swoja ofertę do zmieniających się potrzeb klientów.

Rok 2020 jest czasem bardzo wymagającego testu dla całej branży handlowej. Wybuch Covid-19 i wszystkie jego konsekwencje spowodowały zdecydowane przyspieszenie trendów, które obserwowaliśmy od dłuższego czasu. Klienci zmienili swoje przyzwyczajenia zakupowe, chętniej korzystają z lokalizacji blisko domu, z mniejszą częstotliwością odwiedzają obiekty handlowe i starają się spędzać tam mniej czasu. Zakupy przez internet zyskały na popularności, nawet w grupie starszych konsumentów, a także w branżach, w których wcześniej dominował handel stacjonarny, czego najlepszym przykładem jest branża spożywcza. Operatorzy handlowi, którzy szybko rozpoznali wagę kanału internetowego w strategii sprzedaży i szybko zareagowali na wyzwania technologiczne, są obecnie bardziej odporni na ograniczenia w działalności handlu stacjonarnego, które są wynikiem rozwoju kolejnej fazy epidemii. – Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, Europa Środkowo-Wschodnia BNP Paribas Real Estate Poland.

Długo wyczekiwany debiut

W trzecim kwartale nastąpił długo oczekiwany debiut sieci Primark w Polsce. Po ponad roku od informacji o oficjalnym wejściu sieci do Polski, gigant otworzył swój pierwszy sklep w Galerii Młociny w Warszawie. Równocześnie sieć zapowiedziała plan otwarcia kolejnego sklepu w przyszłym roku w Poznaniu, jednakże dalsza ekspansja uzależniona jest od sytuacji epidemiologicznej oraz od tego, jak Polacy przyjmą nową markę. W lipcu z kolei, po ponad dwóch latach od pierwszych zapowiedzi, ruszył w Częstochowie pierwszy „hard dyskontowy” sklep rosyjskiej sieci dyskontów Mere. Jest to koncept sklepowy, w którym liczy się wyłącznie niska cena, a towary sprzedawane są bezpośrednio z palet i kartonów, jak za czasów pierwszych dyskontów w Polsce.

Handel w nowej normalności. Szybkie zakupy w sąsiedztwie ulubioną formą handlu

Obraz handlu w Polsce na przestrzeni ostatnich 20 lat diametralnie się zmienił. Szybsze tempo życia, zapotrzebowanie na wysokiej jakości produkty, wyższa świadomość, a także rosnące znaczenie technologii, cyfryzacji i sprzedaży internetowej powodują, że starsze formaty handlowe (centra handlowe I generacji, z dominującym hipermarketem) powoli zaczynają się wyczerpywać. Małe parki handlowe i centra convenience (o powierzchni <= 15 000 m kw.) są największym beneficjentem zmian strukturalnych i behawioralnych ostatnich lat. Udział takich obiektów w sektorze nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce wynosi obecnie około 15%, i wartość ta z roku na rok systematycznie wzrasta, a popularność wśród klientów rośnie. Według danych monitorowanych przez Polską Radę Centrów Handlowych, w ostatnim tygodniu września klienci chętniej wracali do zakupów w małych parkach handlowych i centrach convenience niż w dużych obiektach handlowo – rozrywkowych. Obiekty małe i średnie szybciej wracają do poziomów odwiedzalności z 2019 r., a średnia liczba klientów osiągnęła ponad 80% wartości ubiegłorocznych. Pod względem położenia geograficznego, najtrudniejsza sytuacja jest nadal w regionie wschodnim, gdzie wyniki odwiedzalności są o kilka punktów procentowych poniżej średniej, co w dużej mierze jest wynikiem ograniczonej liczby klientów zza naszej wschodniej granicy, którzy wcześniej chętnie przyjeżdżali do Polski na zakupy.

W czasie pandemii ubyło młodych dłużników

Z powodu pandemii wiele osób wchodzących w dorosłość znów znalazło się na garnuszku rodziców, a marzenia o wyrwaniu się w świat musiało odłożyć na później. Choć ucierpiała nauka i życie towarzyskie, badania i dane pokazują, że zyskały relacje rodzinne, a także portfele. Z baz BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że 18-24-latkowie to jedyna grupa wiekowa, która w czasach koronawirusa zmniejszyła zaległości z tytułu nieopłaconych rachunków, kredytów i pożyczek. Ale i tak ma ich 1,19 mld zł.

Lockdown przemeblował życie wielu osób, ale najbardziej dotknął chyba jednak początkujących dorosłych. Z dnia na dzień doświadczyli ograniczenia życia towarzyskiego, nierzadko utraty pracy, przejścia na naukę w trybie zdalnym, a zamiast usamodzielniania się, powrotu do rodzinnego domu. To mocno zmniejszyło wydatki, na mieszkanie, transport i jedzenie, do tego doszły skromne wakacje i są efekty. 18-24-latkowie to jedyna grupa wiekowa, w której od marca do sierpnia zmniejszyła się liczba niesolidnych dłużników i suma zaległości. Gdy przez pięć miesięcy, obejmujących wiosnę i wakacje, liczba wszystkich niesolidnych dłużników wzrosła o 10,8 tys. (0,4 proc. do 2 844 373), w najmłodszej grupie wiekowej ubyło ponad 7 tys. osób (5 proc.). Spadła również kwota ich zaległości, wprawdzie jedynie o 9 mln zł do 1,19 mld zł, ale biorąc pod uwagę, że przeterminowane zobowiązania ogółu wzrosły o 3,4 mld zł (o 3,9 proc. do 83,2 mld zł) można to uznać za sukces. Rok wcześniej w ciągu II i III kw., przeterminowane zobowiązania młodych podwyższyły się o 14 mln zł, a wszystkich Polaków o 2,68 mld zł.

– Zmniejszenie zaległości w warunkach spowolnienia gospodarczego to bez wątpienia dobra informacja. Szczególnie, że ze względu na lockdown i ograniczenie działalności wielu gałęzi gospodarki, część młodych osób straciła źródło utrzymania lub część zarobków. Jak jednak widać dla kwoty zaległości decydujące okazało się ograniczenie wydatków, bo towarzysząca pandemii atmosfera nie sprzyja życiu ponad stan – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Choć młodzi nie są tak skorzy do drastycznego cięcia kosztów jak reszta, to jednak ponad połowa deklaruje, że wydaje teraz wyłącznie na niezbędne rzeczy (54 proc. vs 63 proc. ogółu). Niemal połowa osób (45 proc.) między 18 a 24 rokiem życia nie zaplanowała w tym roku urlopu i zaoszczędziła też na wyjazdach zagranicznych. Zdecydowanie więcej osób młodych niż wszystkich ankietowanych mówi, że korzysta z promocji (44 proc. vs 36 proc.) i zakupów rzeczy używanych – 30 proc. vs 22 proc. ogółu.

– Jednak z drugiej strony, statystyki są nieubłagane – co dwudziesta osoba dopiero wchodząca w dorosłość ma długi, których nie daje rady spłacić. Konsekwencje nadszarpnięcia wiarygodności finansowej na tym etapie życie mogą być dotkliwe i w najmniej odpowiednim momencie zablokować dostęp do finansowania nieruchomości lub biznesu – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

Obecnie przeciętne przeterminowane zobowiązania 144 tysięcy 18-24-latków to 8 255 zł, o 340 zł więcej niż na koniec marca. Z kolei średnia zaległość wszystkich niesolidnych dłużników wzrosła o 1 088 zł do 29 236 zł, są to m.in. zaległe raty kredytów, pożyczek, niespłacone rachunki za telefon i internet, nieopłacone kary za jazdę bez ważnego biletu, zaległe czynsze, sądowe kary grzywny, a nawet alimenty.

Powrót do domu pozwolił młodym nie tylko zaoszczędzić, ale jak wynika z badań zrealizowanych dla BIG InfoMonitor, także poprawić relacje rodzinne. Aż 51 proc. młodych zwróciło uwagę, że dzięki ograniczeniom wynikającym z pandemii udało im się poprawić stosunki z najbliższymi. Takiego wyniku nie udało się uzyskać żadnej innej grupie badanych. Młodzi także stosunkowo najlepiej ocenili pracę z domu – czterech na dziesięciu uznało ją za pozytywny efekt pandemicznych warunków. Trudno natomiast pozytywnie mówić o możliwości znalezienia nowej pracy, na co narzekało 51 proc. pytanych. W nowych okolicznościach zdecydowanie gorzej wygląda też nauka zdalna i codzienne wydatki – po 45 proc. negatywnych wskazań. Choć akurat jeśli chodzi o bieżące wydatki, to inne grupy wiekowe skarżyły się znacznie częściej niż 18-24-latkowie.

W czasie pandemii ubyło młodych dłużników 2
Źródło: badanie research&grow dla BIG InfoMonitor

W czasie pandemii ubyło młodych dłużników

Poprawa sytuacji młodych nie dzieje się jednak w próżni i dlatego możliwą konsekwencją ich powrotu do domów rodzinnych może być pogorszenie się kondycji budżetów rodziców. Z pewnością nie jest to jedyny powód, ale w pięć analizowanych miesięcy zaległości z tytułu nieopłaconych w terminie rachunków i rat kredytowych najbardziej zwiększyły się wśród 45-54-latków. W sumie wzrosły o 1,12 mld zł do 22,68 mld zł. Znacząco, bo o niemal 0,8 mld zł (ponad 8 proc.) podwyższyły się też przeterminowane zobowiązania osób po 64. roku życia.

– Zadłużenie młodych ludzi to złożony problem. Po pierwsze, zwykle nie mają jeszcze znaczących oszczędności i większe wydatki finansują pożyczonymi pieniędzmi. Jednocześnie często brakuje im odpowiedniej edukacji finansowej, a to sprzyja popełnianiu błędów. Musimy im wyraźnie i jak najczęściej tłumaczyć, że w przypadku zarządzania pieniędzmi należy unikać impulsywnego działania, a każdą decyzję dotyczącą zaciągnięcia zobowiązania długo i gruntownie przemyśleć – radzi Sławomir Grzelczak.

Badanie research&grow przeprowadzone techniką CAWI na ogólnopolskiej próbie reprezentatywnej Polaków N=1000, zrealizowane w dniach 10-13 lipca 2020.

Odmowna decyzja kredytowa – jak się zabezpieczyć?

Odmowna decyzja kredytowa w kilku bankach oznacza spory kłopot. Warto jednak wiedzieć, że taka sytuacja nie musi skutkować utratą zadatku.

Już od dłuższego czasu docierają do nas informacje o zaostrzeniu polityki kredytowej krajowych banków. Zmiana stanowiska kredytodawców dotyczącego finansowania mieszkań była szczególnie widoczna w drugim kwartale bieżącego roku. Kolejny kwartał (zwłaszcza pod koniec) przyniósł informacje mówiące o tym, że banki stopniowo łagodzą kryteria przyznawania kredytów mieszkaniowych. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że jesienny wzrost liczby zachorowań na koronawirusa ponownie może zmienić sytuację. Wszystko będzie zależało od tego, jak ponowne nasilenie epidemii wpłynie na kondycję krajowej gospodarki. Niektóre osoby nie chcą jednak czekać z zakupem lokalu lub domu aż do czasu zakończenia aktualnego kryzysu. Tacy potencjalni kredytobiorcy powinni w odpowiedni sposób zabezpieczyć się przed problemem, który spowoduje negatywna decyzja kredytowa banku. Wyjaśniamy, jak można skutecznie to zrobić.

Domyślnie zadatek pozostanie u sprzedającego lokum

Opisywane przez nas zabezpieczenie przed fiaskiem transakcji dotyczy przede wszystkim zadatku. Jest on często mylony z zaliczką i właśnie dlatego część osób kupujących mieszkanie może oczekiwać, że w razie negatywnej decyzji kredytowej z kilku banków jednak łatwo otrzymają od niedoszłego sprzedawcy zwrot wpłaconych pieniędzy. W rzeczywistości sprawa wygląda jednak zupełnie inaczej. W tym kontekście warto powołać się na przepisy kodeksu cywilnego (KC). Konkretniej rzecz ujmując, chodzi o artykuł 394 paragraf 1 KC. Mówi on, że: „W braku odmiennego zastrzeżenia umownego albo zwyczaju, zadatek dany przy zawarciu umowy ma to znaczenie, że w razie niewykonania umowy przez jedną ze stron druga strona może bez wyznaczenia terminu dodatkowego od umowy odstąpić i otrzymany zadatek zachować, a jeżeli sama go dała, może żądać sumy dwukrotnie wyższej”.

Takie brzmienie przepisu sugeruje, że odmowna decyzja kredytowa banku nie będzie automatycznie skutkowała obowiązkiem zwrócenia zadatku. Jeżeli strony chcą wprowadzić inną zasadę, to konieczne będzie odpowiednie zredagowanie umowy przedwstępnej lub umowy deweloperskiej. „Wspomniana umowa powinna również precyzować, czy pieniądze wpłacane na poczet ceny mieszkania stanowią zadatek i nie są zaliczką” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Spór sądowy jest problematyczny oraz długotrwały …

Konieczność umownego uregulowania kwestii dotyczącej zwrotu zadatku może wydawać się zbytnią ostrożnością w nawiązaniu do artykułu 394 paragraf 3 kodeksu cywilnego. Wspomniany przepis mówi bowiem, że: „W razie rozwiązania umowy, zadatek powinien być zwrócony, a obowiązek zapłaty sumy dwukrotnie wyższej odpada. To samo dotyczy wypadku, gdy niewykonanie umowy nastąpiło wskutek okoliczności, za które żadna ze stron nie ponosi odpowiedzialności albo za które ponoszą odpowiedzialność obie strony”. Brzmienie cytowanego paragrafu sugeruje, że negatywna decyzja kredytowa powinna stanowić podstawę do zwrócenia zadatku, o ile oczywiście nie jest ona spowodowana zaniedbaniami ze strony niedoszłego nabywcy nieruchomości. „Problem polega jednak na tym, że osoba oferująca dom lub lokal na sprzedaż może kwestionować konieczność zwrócenia zadatku na podstawie przepisów kodeksu cywilnego” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Orzecznictwo sądowe sugeruje, że spory związane z opisywanym tematem wcześniej zdarzały się już dość często. Niektóre wyroki sądów potwierdzają, że odmowna decyzja kredytowa faktycznie stanowi podstawę do zwrócenia zadatku wedle przepisów kodeksu cywilnego. Ważnym przykładem wydaje się Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 7 kwietnia 2004 r. (sygn. akt IV CK 212/03). „Warto jednak zdawać sobie sprawę, że w razie ewentualnego sporu ze sprzedawcą postępowanie sądowe bywa przewlekłe oraz kosztowne” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Umowa powinna chronić także interesy sprzedającego

W praktyce problematyczne może okazać się przekonanie sprzedawcy nieruchomości do zawarcia w umowie klauzuli przewidującej zwrot zadatku w związku z problemem, jaki stanowi odmowna decyzja kredytowa. Trudno się temu dziwić, bo fiasko transakcji jest niekorzystne również dla osoby sprzedającej używany lokal. Oznacza ono bowiem wydłużenie czasu sprzedaży, zmianę wcześniejszych planów (związanych np. z wyjazdem), a nawet konieczność poniesienia dodatkowych kosztów. Wyższe koszty wynikające z niedojścia transakcji do skutku ponosi również deweloper. „Właśnie dlatego potencjalni nabywcy domów i lokali nie powinni mieć pretensji do właścicieli tych nieruchomości, którzy też próbują chronić swoje interesy” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Sposobem na złagodzenie konfliktu interesów może być wprowadzanie do umowy rozwiązań, które mają charakter kompromisowy. Przykładem jest obniżenie ostatecznego poziomu zadatku w zamian za brak konieczności jego zwrócenia. Inny wariant przewiduje obowiązek udowodnienia, że negatywna decyzja kredytowa została wydana przez więcej niż jeden bank i wiązała się np. z brakiem zdolności kredytowej, a nie zaniedbaniami wnioskodawcy. „Takie rozwiązanie zabezpiecza sprzedawcę nieruchomości przed klientami, którzy po prostu rozmyślili się już po podpisaniu umowy przedwstępnej lub umowy deweloperskiej” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Prowadzenie salonu kosmetycznego – jak zacząć?

Mimo że salonów kosmetycznych jest na rynku wiele, zapotrzebowanie na tego rodzaju usługi ciągle rośnie. Rzecz jasna, zawód kosmetyczki nie jest dla każdego, jeśli jednak czujesz, że odnajdziesz się w tej roli, wystarczy zbadać rynek i przystąpić do działania, tworząc biznesplan oraz ofertę. Istnieje kilka ważnych punktów na drodze do prowadzenia własnego biznesu kosmetycznego, których nie sposób pominąć. Jakie działania są szczególnie istotne, jeśli spojrzeć na czynności przygotowawcze pod kątem przyszłego biznesu?

1. Badanie rynku, biznesplan i formalności

2. Wybór miejsca, oszacowanie kosztów i organizacja pracy

3. Baza klientów

Prowadzenie salonu kosmetycznego to, zgodnie z klasyfikacją, prowadzenie działalności usługowej. Kosmetyczka klientów przyjmować może w punkcie lub – z czego chętnie korzystają salony kosmetyczne w dobie coronavirusa – z dojazdem do klienta. W przypadku działań mobilnych jest nieco trudniej, ponieważ to w gabinecie znajduje się niezbędny do zabiegów sprzęt, który trudno jest przewozić.

Badanie rynku, biznesplan i formalności

Zawód kosmetyczki nie jest zawodem regulowanym, na samym początku kluczowy jest zatem wpis działalności do Ewidencji Działalności Gospodarczej, uzyskanie numerów NIP i REGON oraz założenie konta bankowego. Potrzebować będziesz też pozwolenia Inspektoratu Sanitarnego, który przekaże informacje na temat konkretnych wymogów.

Jeszcze przed startem przeprowadzić trzeba weryfikację rynku, gdyż każde miasto, a nawet konkretna w tej miejscowości lokalizacja, rządzi się swoimi prawami. Godną polecenia praktyką jest przejrzenie ofert konkurencji, sprawdzając zarówno zakres usług, jak i średnie ceny. Będzie to istotna baza informacji, która przełoży się później na to, jaki klient w salonie kosmetycznym się pojawi. Naturalną konsekwencją rozeznania jest biznesplan, który uwzględniać powinien opis inwestycji, jej cele, plan marketingowy i finansowy, prognozy oraz plan awaryjny.

Wybór miejsca, oszacowanie kosztów i organizacja pracy

Oczywiste jest, że lokalizacja ma kluczowe znaczenie, chociaż nie oznacza to wcale, że centrum miasta stanowi najlepszy wybór. Lokale tam są droższe, a wcale nie oznacza to, że obsługa klienta w salonie kosmetycznym będzie lepsza. Niektórzy lubią odwiedzać kosmetyczkę blisko domu, co oznacza, że peryferia mogą być strategią doskonałą. Przewagę daje dobry dojazd komunikacją miejską oraz wygodny parking. Nierzadko wybór miejsca wymuszony jest kosztami, a te w przypadku salonu kosmetycznego są niemałe.

Poza sprzętem do zabiegów warto zainwestować także w narzędzia usprawniające codzienną pracę, jak na przykład terminarz, przechowujący daty wizyt i dane klienta w salonie kosmetycznym, w kalendarzu kosmetyczki od Versum. Za pomocą tego rodzaju udogodnień znacznie łatwiejsze będzie planowanie konkretnych działań.

Baza klientów

Kosmetyczkę, podobnie jak fryzjera, zawsze ma się „swoją” i ta relacja na linii pracownik – klient jest bardzo istotnym elementem działań. Warto zatem zbudować bazę klientów, w której znajdą się nie tylko dane klienta w salonie kosmetycznym, ale również informacje na temat jego preferencji, upodobań, typu skóry. Sprawdza się także karta klienta w salonie kosmetycznym, dzięki której najwierniejsi goście uzyskiwać będą mogli rabaty, próbki kosmetyków oraz możliwość skorzystania z promocji oraz okazji. Najwygodniejszym sposobem przechowywania takich informacji są aplikacje komputerowe i na urządzenia mobilne, które ułatwiają uporządkowanie wszystkich istotnych danych.

60 proc. studentów uważa naukę zdalną za mniej efektywną. Ich zaangażowanie może poprawić grywalizacja

0

W związku z rekordowym przyrostem zakażeń SARS-CoV-2 rząd rozważa wprowadzenie nauki zdalnej we wszystkich szkołach ponadpodstawowych, jak i młodszych klasach podstawówek. Już od początku października w tryb zdalnej nauki przeszła zdecydowana większość uczelni wyższych. Z badania zrealizowanego na zlecenie BIK wynika, że zdania studentów dotyczące tej formy kształcenia są podzielone, a ponad 60 proc. ocenia ją jako mniej motywującą i mniej efektywną od stacjonarnego modelu nauczania. Brak zajęć praktycznych i warsztatowych wymaga wprowadzenia do zdalnego nauczania nowych narzędzi, które to zrekompensują i zwiększą zaangażowanie. Przykładem jest grywalizacja, często wykorzystywana w korporacjach jako narzędzie motywacyjne jeszcze przed pandemią COVID-19.

– Przeniesienie w zasadzie całego systemu edukacji do sieci nastąpiło praktycznie z dnia na dzień. Placówki edukacyjne musiały przeorganizować całą swoją pracę i jednocześnie kontynuować realizację programu. Po kilku miesiącach musiały zakończyć rok szkolny czy akademicki, sklasyfikować uczniów, przeprowadzić sesje, egzaminy, potem rekrutacje i wszyscy – w tym nauczyciele, uczniowie, studenci i wykładowcy – znaleźli się w trudnej sytuacji. Na tego typu zmiany, na wprowadzenie nowych standardów i dobrej jakości po prostu trzeba czasu – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Bielińska, dyrektor ds. edukacji Biura Informacji Kredytowej. – Nauka zdalna ma dużą szansę być równie skuteczna jak tradycyjna – ale po tych kilku miesiącach trudno powiedzieć, że tak jest.

Wprowadzona w marcu powszechna nauka zdalna niemal z dnia na dzień objęła prawie 5 mln uczniów z ok. 24,5 tys. placówek oświatowych  wynika ze sprawozdania MEN „Zapewnienie funkcjonowania jednostek systemu oświaty w okresie epidemii Covid-19”. Część z nich dość szybko i sprawnie poradziła sobie z wdrożeniem nowego modelu kształcenia, w innych zarówno nauczyciele, jak i uczniowie borykali się z problemami wynikającymi m.in. z braku kompetencji cyfrowych, materiałów do e-learningu czy wystarczającej liczby komputerów i sprzętu.

Mimo trudności model nauczania na odległość ugruntowuje się wraz z rekordowymi przyrostami zakażeń SARS-CoV-2. Zgodnie z rozporządzeniem MEN od 19 października w szkołach ponadpodstawowych został przywrócony zdalny lub hybrydowy model nauczania (w zależności od lokalizacji placówki w strefie żółtej bądź czerwonej), a rząd rozważa wprowadzenie zdalnej nauki również w starszych klasach szkół podstawowych.

– Pandemia pokazała, że nauka zdalna na dużą skalę jest możliwa, a to jest milowy krok. Ale potrzeba przygotowania systemu i ludzi, zaznajomienia ich z narzędziami – tak, żeby czuli się w tym nowym środowisku swobodnie. Jeżeli będą znać narzędzia i będą potrafili z nich korzystać, łatwiej będzie też o zaangażowanie i wysoką jakość nauczania. Narzędzi do komunikacji jest bardzo wiele. Są to m.in. narzędzia do wideokonferencji, do prowadzenia webinarów, platformy e-learningowe, wideolearning czy grywalizacja – wymienia Małgorzata Bielińska.

Także zdecydowana większość uczelni wyższych już z początkiem października rozpoczęła zajęcia dydaktyczne w formie zdalnej. Jak pokazuje wrześniowe badanie „Postawy młodych osób wobec finansów i nauki w trakcie pandemii” – przeprowadzone przez Research & Grow na zlecenie Biura Informacji Kredytowej – w trakcie pandemicznych miesięcy aż 89 proc. studentów uczyło się zdalnie, ale ich zdania dotyczące tego modelu kształcenia są podzielone. Ma on 39 proc. zwolenników i zarazem 41 proc. przeciwników.

Badanie BIK pokazuje, że w nauce zdalnej studentom najbardziej doskwiera brak spotkań towarzyskich i bezpośredniego kontaktu z prowadzącym zajęcia, a także brak pomocy naukowych, sprzętu i zajęć praktycznych. Na plus zaliczają natomiast elastyczność, możliwość uczestniczenia w wykładach z dowolnego miejsca i możliwość rozwijania swoich cyfrowych kompetencji. Ogółem w ocenie ponad połowy studentów nauka zdalna nie zapewnia też równie wysokiej jakości kształcenia, co jej tradycyjny odpowiednik. 62 proc. oceniło ją też jako mniej motywującą, a 64 proc. jako mniej efektywną od stacjonarnego modelu nauczania.

– Studenci raczej negatywnie ocenili ten pierwszy okres zdalnej nauki. Ich zdaniem jest mniej efektywna, mniej angażująca. Mimo tego podobny odsetek studentów zarówno chciałby, jak i nie chciałby kontynuować takiej nauki, przy czym ok. 20 proc. ciągle pozostaje niezdecydowanych – wskazuje dyrektor ds. edukacji BIK. – Trzeba też wziąć pod uwagę, że na te oceny wpływają inne czynniki, bo studenci – poza możliwością tradycyjnej nauki – zostali pozbawieni też normalnego studenckiego życia, a to jest dla nich bardzo ważne. Brakuje im spotkań towarzyskich, wspólnej pracy, ducha studiowania, wolności, czasem przebywania poza domem.

Ekspertka podkreśla, że brak zajęć praktycznych i warsztatowych wymaga wprowadzenia do zdalnego nauczania nowych narzędzi, które to zrekompensują i zwiększą zaangażowanie studentów. Jednym z takich narzędzi jest grywalizacja, dość często wykorzystywana w korporacjach jako narzędzie motywacyjne jeszcze przed pandemią COVID-19.

– Grywalizacja wykorzystuje mechanikę z gier, ale jej cel to przede wszystkim zmiana zachowań i budowanie zaangażowania. Może być świetnym narzędziem w edukacji, ale i w każdym innym obszarze, gdzie zaangażowanie jest potrzebne. Zdrowa rywalizacja, gra zespołowa, budowanie statusu – to wszystko są mechanizmy, z którymi spotykamy się na co dzień w życiu i one popychają nas do działania. I na nich właśnie opiera się grywalizacja, w której zbieramy punkty, mamy rankingi. Już samo gromadzenie tych punktów jest ekscytujące i motywujące, a obserwowanie, jak radzą sobie inni, dodatkowo popycha do działania – podkreśla Małgorzata Bielińska.

Grywalizacja łączy zdobywanie wiedzy z formą zabawy, możliwością sprawdzenia się, zmierzenia z konkretnymi wyzwaniami. Dla wykładowców i kadry naukowej może być pomocnym narzędziem w trakcie zajęć prowadzonych zdalnie. Zwłaszcza że jak wynika z wrześniowego badania BIK aż 70 proc. studentów, którzy mieli z nią do czynienia, oceniło ją pozytywnie, a 44 proc. uznało za bardzo atrakcyjną formę kształcenia. Jednak jak do tej pory tylko co piąty student (12 proc.) miał okazję się w ten sposób uczyć i zdobyć zaliczenie semestru.

– Grywalizacja  to różnego rodzaju wyzwania, misje, quizy, no i fabuła – jesteśmy w stanie wcielić się w jakąś rolę, nie jesteśmy tylko biernym odbiorcą, możemy mieć wpływ na to, jak potoczy się scenariusz i jaki będzie ostateczny wynik. Wszystko to – połączone z dawką wiedzy – ma szansę zadziałać – przekonuje ekspertka.

Opartą na grywalizacji formą e-szkolenia jest platforma przygotowana przez BIK, gdzie studenci pokonując specjalne misje zdobywają wiedzę, m.in. z zakresu wiarygodności kredytowej i ochrony przed wyłudzeniami. Platforma Score Hunter to przetestowane i sprawdzone narzędzie dydaktyczne, bo do końca ubiegłego roku akademickiego skorzystało z niej już 31 tys. osób.

– Ponad 600 tys. młodych ludzi w wieku między 18. a 24. rokiem życia posiada zobowiązania kredytowe. Tak jak i starsi korzystają z kredytów, z pożyczek, kart kredytowych, z bankowości elektronicznej. Pandemia spowodowała też, że więcej czasu spędzają w sieci, korzystają z różnych portali, kupują, płacą, a to wszystko też naraża ich np. na utratę danych osobowych – mówi Małgorzata Bielińska. – My przekazujemy taką wiedzę, po którą studenci raczej sami nie sięgną. Mówimy, jak budować wiarygodność kredytową, jak odpowiedzialnie pożyczać, jak dbać o bezpieczeństwo swoich danych osobowych i jak bezpiecznie poruszać się w sieci. 

Z danych BIK wynika, że w Polsce na kredyt żyje 612 tys. osób w wieku 18–24 lata, którzy korzystają z różnych produktów i usług finansowych. Między innymi właśnie do nich jest skierowana platforma Score Hunter, która przekazuje wiedzę o tym, jak zarządzać swoimi zobowiązaniami i przygotować się np. do zaciągnięcia pożyczki gotówkowej czy kredytu na mieszkanie. Praktyczna wiedza jest połączona z rozrywką, bo platforma wprowadza elementy gry, zabawy i możliwość konfrontacji z innymi użytkownikami.

Score Hunter wykorzystywany jest przez wykładowców i studentów niezależnie od kierunku studiów. Narzędzie włączane jest w plan zajęć dydaktycznych, służy jako element zaliczenia, może także stanowić formę pracy samodzielnej. BIK szeroko udostępnia to narzędzie edukacyjne w ramach programu Nowoczesne Zarządzanie Biznesem, realizowanego we współpracy ze Związkiem Banków Polskich.

– Z początkiem roku akademickiego uruchomiliśmy kolejną edycję, udostępniliśmy ją w zasadzie całemu środowisku akademickiemu, studentom i wykładowcom – mówi dyrektor ds. edukacji BIK. – Każdy może skorzystać z platformy, rejestrując się pod adresem ScoreHunter.edu.pl.