W Polsce chorzy na stwardnienie rozsiane czekają na leczenie blisko 15 miesięcy od diagnozy. Zalecany czas to maksymalnie cztery tygodnie

Na stwardnienie rozsiane choruje ok. 45 tys. Polaków, a tylko co trzeci otrzymuje leki modulujące przebieg choroby. Ten odsetek wciąż jest zbyt niski w porównaniu do innych państw europejskich. Kolejnym wyzwaniem jest czas oczekiwania na rozpoczęcie leczenia. W Polsce od wystąpienia pierwszych objawów do postawienia diagnozy SM mija średnio siedem i pół miesiąca, a kolejne 15 miesięcy chorzy czekają na wdrożenie leczenia – wynika z najnowszej analizy przeprowadzonej na grupie 12 tys. pacjentów. Należy dążyć, by czas ten skrócić do maksymalnie kilku tygodni, bo w przypadku aktywnej choroby, jaką jest stwardnienie rozsiane, czas ma kluczowe znaczenie dla powodzenia terapii. 

– Stwardnienie rozsiane jest chorobą ośrodkowego układu nerwowego, czyli mózgu i rdzenia kręgowego. Jest ona bardzo heterogenna i rozwijające się objawy zależą od tego, w której części układu nerwowego dojdzie do wystąpienia uszkodzenia. Neurologia dysponuje lekami, które potrafią łagodzić naturalny przebieg choroby i zapobiegać jej konsekwencjom zdrowotnym bądź też je łagodzić – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Alina Kułakowska, neurolog z Kliniki Neurologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Obecne metody leczenia pozwalają chorym utrzymać sprawność. Im szybsza diagnoza i włączone leczenie, tym lepsza jakość życia. Jeśli wdrożenie terapii się opóźnia, może to skutkować szybszym postępem niesprawności chorego. Stan kliniczny ocenia się najczęściej za pomocą rozszerzonej skali niewydolności ruchowej Kurtzkiego (skala EDSS, z ang. Expanded Disability Status Scale). Im wyższy stopień w skali, tym większy stopień niepełnosprawności.

– Celem naszego leczenia jest to, aby nie powstawały nowe ogniska uszkodzenia w ośrodkowym układzie nerwowym – w konsekwencji, aby nie rozwijała się niepełnosprawność, żeby pacjenci mogli prowadzić normalne życie i pełnić swoje role społeczne – podkreśla neurolog z Kliniki Neurologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Niedawno opublikowana pierwsza polska specjalistyczna analiza „Cechy kliniczne i epidemiologiczne pacjentów ze stwardnieniem rozsianym leczonych za pomocą leków modyfikujących przebieg choroby w Polsce” wskazuje, że w naszym kraju zdecydowanie zbyt długo trwa uzyskanie i potwierdzenie diagnozy oraz rozpoczęcie odpowiedniej terapii modyfikującej przebieg choroby. Znacząco odbiega to od międzynarodowych rekomendacji neurologów, co z kolei ma przełożenie na efektywność leczenia, bo czas w przypadku SM ma kluczowe znaczenie.

 Wszyscy pacjenci, którzy są włączani do programów lekowych, są rejestrowani w programie monitorowania leczenia – SMPT. Rzetelne dane z tego programu, a więc z codziennej praktyki klinicznej, pokazują rzeczywistość leczenia stwardnienia rozsianego w naszym kraju. Grupa neurologów przeanalizowała te dane, a informacje, które uzyskaliśmy, są bardzo interesujące, ważne i mogą stać się wyznacznikiem pewnych zmian w leczeniu stwardnienia rozsianego – mówi prof. dr hab. n. med. Alina Kułakowska, współautorka badania.

Analiza danych wykazała, że w Polsce mediana czasu mijającego od wystąpienia objawów do postawienia diagnozy wynosi najczęściej siedem miesięcy.

Jeszcze bardziej niepokojąco wygląda mediana czasu od postawienia diagnozy do włączenia leczenia – to ponad 14 miesięcy. Niespełna połowa pacjentów otrzymuje leczenie w ciągu roku od zdiagnozowania choroby. To sytuacja, która nie powinna nas zadowalać, i musimy podjąć zdecydowane działania zmierzające do jej poprawy – podkreśla neurolog z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Opracowane w 2018 roku międzynarodowe standardy jakości opieki rekomendują, by maksymalny czas od wystąpienia pierwszych objawów SM do postawienia diagnozy wynosił dwa miesiące, a docelowo dwa tygodnie. Z kolei zalecany czas na wdrożenie leczenia modyfikującego chorobę, licząc od momentu diagnozy, powinien wynosić maksymalnie cztery tygodnie, a docelowo tydzień.

 W niektórych krajach istnieją rekomendacje, wręcz administracyjne, dotyczące tego, jak długi okres może maksymalnie upłynąć od postawienia diagnozy do włączenia leczenia – mówi prof. dr hab. n. med. Alina Kułakowska.

Jak pokazują doświadczenia innych krajów, można wprowadzić zmiany systemowe, które usprawnią leczenie stwardnienia rozsianego. Przykładem mogą być Czechy, gdzie od 2012 roku jest obowiązek włączenia leków modyfikujących chorobę w ciągu 28 dni od postawienia diagnozy.

Jako przyczyna opóźnień w rozpoczęciu terapii SM w Polsce często wskazywana jest zbyt mała liczba lekarzy neurologów (2320 w roku 2018), a także utrudniony dostęp do lekarzy i specjalistycznych badań. To może wynikać z miejsca zamieszkania pacjentów oraz długich terminów oczekiwania na konsultacje lekarskie i badania potwierdzające diagnozę.

– Staramy się wypracować koncepcję, która pozwoliłaby usprawnić leczenie stwardnienia rozsianego. Na świecie sprawdziła się tzw. idea MS Units, czyli centrów diagnostyki i leczenia stwardnienia rozsianego – mówi neurolog z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. – Stworzenie ok. 20 takich centrów w naszym kraju – przeciętnie jedno w województwie, a dwa–trzy w województwach z większą gęstością zaludnienia – byłoby bardzo korzystne. Takie centrum diagnostyki leczenia powinno jednocześnie być powiązane z systemem mniejszych, podlegających mu ośrodków. Centrum mogłoby inicjować leczenie i przekazywać prowadzenie pacjenta do ośrodka niższej referencyjności, jednocześnie nadzorując to leczenie. Ważne jest, aby było ono prowadzone blisko domu, ale też bezpiecznie. To bezpieczeństwo może zapewnić bardzo dobrze wyszkolona kadra specjalizująca się w danej chorobie.

Jak najszybsza diagnoza i skrócenie czasu oczekiwania na wdrożenie leczenia pozostają priorytetem ze względu na aktywny, postępujący charakter choroby i przeciwdziałanie konsekwencjom SM.

Polacy opracowują nowy, skuteczniejszy lek na raka. Wykorzystują w tym celu nanotechnologię

Zespół badaczy z Narodowego Instytutu Leków i Uniwersytetu Warszawskiego wypracował nową metodę celowanej aplikacji leków onkologicznych przy wykorzystaniu rozwiązań z zakresu nanotechnologii. W trakcie eksperymentów naukowcy podawali lek za pośrednictwem dwuwarstwowych pęcherzyków fosfolipidowych, które precyzyjnie dostarczały substancje organiczne do komórek rakowych, tym samym zwiększając skuteczność terapii.

– Pacjentów onkologicznych stale przybywa, więc kwestia poszukiwania nowych leków jest bardzo istotna i takie badania ciągle się rozwijają. Udało nam się stworzyć lek innowacyjny, który jest lekiem celowanym, ponieważ selektywnie oddziałuje tylko na komórki nowotworowe. Przy okazji jest to lek bezpieczny, o dużo większym bezpieczeństwie niż standardowe leki stosowane w terapiach przeciwnowotworowych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Katarzyna Wiktorska, profesor z Narodowego Instytutu Leków.

Naukowcy z Narodowego Instytutu Leków i Uniwersytetu Warszawskiego odkryli, że jednoczesne podanie dwóch substancji organicznych stosowanych w terapiach onkologicznych skutkuje szybszym zmniejszaniem się guza nowotworowego. Zauważono także mniejszy negatywny wpływ leków na komórki zdrowe. Odkrycie jest wynikiem szeroko zakrojonych prac badawczych i eksperymentów, które NIL i UW prowadzą wspólnie od 10 lat.

– Stworzyliśmy lek celowany, selektywnie oddziałujący na komórki nowotworowe. Połączyliśmy substancję standardowo wykorzystywaną w chemioterapii z drugą, którą uznaliśmy za obiecującą. Zamknęliśmy je w specjalnym nośniku leków, cała ta konstrukcja wprowadza leki do komórki nowotworowej i nie pozwala im wnikać do komórki prawidłowej. W komórce nowotworowej zostaje dłużej i może efektywnie niszczyć raka, jednocześnie oszczędzając inne komórki – tłumaczy dr hab. Katarzyna Wiktorska.

W ramach prac nad dwuskładnikowymi lekami onkologicznymi nowej generacji polscy naukowcy wykorzystali doksorubicynę, powszechnie wykorzystywaną w terapiach przeciwnowotworowych, i połączyli ją z sulforafanem. Nowy składnik jest substancją organiczną pozyskiwaną głównie z roślin krzyżowych. Badania laboratoryjne dowiodły, że obie substancje działając w synergii, mogą dwukrotnie przyspieszyć tempo zwalczania nowotworu w porównaniu do terapii, w której wykorzystuje się je niezależnie.

Do precyzyjnego dostarczenia substancji aktywnych do komórek nowotworowych konieczne było skorzystanie z nowatorskich metod iniekcji leków. Pomogła w tym nanotechnologia. Naukowcy w roli nośnika substancji aktywnych wykorzystali dwuwarstwowe pęcherzyki fosfolipidowe o rozmiarze dopasowanym do wielkości porów naczyń krwionośnych komórek nowotworowych. Dzięki precyzyjnemu dobraniu wielkości liposomów badacze mogli opracować nośnik, który przeniknie do tkanek nowotworowych, ale nie wniknie do zdrowych komórek organizmu.

– Nanotechnologia pozwala nam w precyzyjny sposób projektować nośniki, które przenoszą lek do guza. Dzięki temu główny składnik na naszej formulacji jest bardziej skuteczny, lepiej niszczy komórki nowotworowe, a jednocześnie jest mniej toksyczny dla komórek zdrowych. W wielu przypadkach leki cytostatyczne są kardiotoksyczne bądź szkodzą na komórki mięśnia sercowego. W naszym przypadku składnik leku jest mniej toksyczny, niż gdybyśmy go podawali osobno. Dzięki temu skorzystają na tym nie tylko pacjenci onkologiczni, ale również ci, którzy musieliby mieć np. przeszczep serca – tłumaczy dr hab. Maciej Mazur, profesor Uniwersytetu Warszawskiego.

W pierwszej fazie eksperymentów badania tego dwuskładnikowego leku przeprowadzono in vitro. Kiedy okazało się, że pęcherzyki fosfolipidowe sprawdzają się w roli precyzyjnego nośnika substancji czynnych, powtórzono badania na myszach zainfekowanych trójnegatywnym rakiem sutka. Druga faza eksperymentów również wykazała zwiększoną skuteczność nowej terapii. Zastosowanie dwuskładnikowego leku pozwoliło przez dłuższy czas utrzymać w komórkach nowotworowych doksorubicynę odpowiedzialną za degradację cząsteczek organicznych. Jednocześnie zastosowanie liposomów pozwoliło zredukować toksyczne działanie tej substancji na zdrowe komórki badanego organizmu.

UW i NIL zdecydowały się utworzyć pod koniec 2019 roku wspólną spółkę spin-off, OncoBoost, która będzie jednostką odpowiedzialną za komercjalizację odkrycia. Naukowcy gotowi są przedstawić swoje dokonania inwestorom zainteresowanym rozwojem tej innowacyjnej terapii. Według wstępnych szacunków wprowadzenie celowanych leków onkologicznych wykorzystujących nanotechnologiczne nośniki substancji aktywnych może zająć do 10 lat.

– Chcemy, żeby to był nowy lek, który będzie skuteczniejszy i lepszy od tych w tej chwili obecnych na rynku, którymi mogą dysponować lekarze, lecząc pacjentów onkologicznych. To jest nasz główny cel – wskazuje Maciej Mazur.

– Zakończyliśmy fazę badań in vitro, jak również mamy wstępne obiecujące wyniki badań in vivo, czyli w modelu zwierzęcym, i uważamy, że nasze świetnie opracowane badania mówią o tym, że znaleźliśmy świetnego kandydata na nowy lek – dodaje dr hab. Katarzyna Wiktorska.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku rozwiązań nanotechnologicznych na potrzeby dostarczania leków w 2020 roku wyniosła 47,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 164,1 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 19,4 proc.

Tysiące spraw sądowych odwołanych w wyniku pandemii. Niezbędna jest szybka digitalizacja polskich sądów

Koronawirus odcisnął swoje piętno na przestarzałym procesie prowadzenia spraw sądowych. Tylko w ciągu kilku pierwszych tygodni od wprowadzenia restrykcji pandemicznych sędziowie musieli odwołać przeszło 230 tys. spraw, których nie można było przeprowadzić w klasycznym trybie procedowania. Kompleksowo opracowany system digitalizacji sądów pozwoliłby upłynnić i uprościć funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, o czym przekonują autorzy raportu „Sądy dostępne przez Internet” autorstwa specjalistów z Fundacji Court Watch Polska.

– W naszym raporcie „Sądy dostępne przez Internet” pokazaliśmy praktykę, która jest szczególnie interesująca w Kanadzie, gdzie digitalizacja akt jest rozwijana już od kilkunastu lat i jest już standardem. Sądy, pełnomocnicy i strony korzystają z akt, które znajdują się albo w chmurach internetowych, albo w specjalnie stworzonych do tego systemach – mówi agencji Newseria Innowacje Zofia Branicka, specjalistka ds. badań i edukacji prawnej Fundacji Court Watch Polska. – Jest to wygodne dla stron postępowania, ponieważ akta są przygotowywane w taki sposób, że pełnomocnik może wskazywać np. stronę, do której chciałby przejść, i wszyscy są w stanie śledzić jego propozycję przeglądania akt.

Fundacja Court Watch Polska powołuje się na badania systemów sprawiedliwości z 13 krajów z całego świata. Za jedną z największych wad polskiego systemu sądownictwa uznała rozproszenie usług administracji publicznej takich jak e-Sąd, eKRS czy eKW. Choć systemy te funkcjonują w formie cyfrowej, dotychczas nie udało się ujednolicić ich baz danych, zasad użytkowania oraz interfejsów. W odpowiedzi na zagrożenia wynikające z pandemii koronawirusa Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” wezwało Ministerstwo Sprawiedliwości do przeprowadzenia procesu gruntownej informatyzacji wymiaru sprawiedliwości, który pozwoliłby zachować ciągłość pracy sądów m.in. w czasie pandemii.

– W Polsce takie cyfrowe akta wprowadzane są dopiero w pewnym stopniu w sądach administracyjnych, ale mamy nadzieję, że za jakiś czas to po prostu będzie standard, który będzie zdecydowanie wygodniejszy i praktyczniejszy dla wszystkich – wskazuje Zofia Branicka.

Polski system sądowniczy daje możliwość prowadzenia posiedzeń zdalnych w postępowaniu cywilnym dzięki nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego z 2015 roku, ale do czasu wybuchu pandemii koronawirusa sądy nie korzystały z tej możliwości ze względu na konieczność łączenia się za pośrednictwem aplikacji Avaya Scopia, która nie była powszechnie dostępna w salach sądowych. Aby upowszechnić procesy tego typu, konieczne będzie wypracowanie nowych metod komunikacji ze stronami.

Rząd w tarczy antykryzysowej z 31 marca 2020 roku przewidział wdrożenie systemu teleinformatycznego do zdalnej obsługi postępowań sądowych, jednak powszechne wdrożenie rozwiązań tego typu wymaga czasu, odpowiednich środków finansowych oraz stworzenia zaplecza technologicznego, które pozwoli przeprowadzać procesy w sposób sprawny oraz bezpieczny.

Równie istotne w usprawnieniu pracy wymiaru sprawiedliwości może okazać się digitalizacja akt sprawy, zwłaszcza w przypadku spraw wymagających podjęcia błyskawicznej decyzji.

– W przypadku tymczasowych aresztowań sąd ma 24 godziny na zapoznanie się z aktami postępowania przygotowawczego, które są przygotowywane przez organ prowadzący postępowanie, najczęściej przez prokuraturę. Sądy narzekają na to, że przeglądanie nieodpowiednio oznaczonych akt jest bardzo trudne. W sytuacji, gdyby te akta były zdigitalizowane, to takie wyszukiwanie byłoby zdecydowanie prostsze, szczególnie jeżeli byłyby one przygotowane w profesjonalny sposób – podkreśla ekspertka.

Według raportu analityków z firmy McKinsey & Company proces cyfryzacji w Polsce przebiega dwukrotnie szybciej niż w największych krajach Europy. Na świecie administracja cyfrowa rozwija się w tempie 7 proc. w skali roku, a wartość usług cyfrowych do 2025 roku może wzrosnąć do 275 mld zł.

Frans Timmermans w Parlamencie Europejskim o nowych ambicjach klimatycznych UE

Zakończyło się się posiedzenie Komisji ds. Środowiska, Zdrowia i Żywności Parlamentu Europejskiego, podczas którego miała miejsce wymiana zdań między europosłami a Wiceszefem Komisji Europejskiej odpowiedzialnym za tzw. „Zielony Ład” Fransem Timmermansem.

Frans Timmermans przedstawił europosłom główne założenia opublikowanej przez Komisję Europejską 17 września br. nowej oceny skutków dot. ambitniejszych celów klimatycznych Europy do 2030 r. tj. przede wszystkim redukcji emisji o minimum 55 %: „Pokazuje ona jak bardzo trudne będzie to osiągnąć, ale jednocześnie udowadnia, że jest to możliwe. Naszym zdaniem jest to dobry kompromis między wyższymi, a niższymi żądaniami redukcji emisji” – stwierdził Wiceszef Komisji.

Timmermans zapowiedział dokonanie przeglądu prawa klimatycznego uwzględniającego nowe ambicje klimatyczne i zaproponowanie rozwiązania legislacyjnego w tym zakresie do czerwca 2021 r. Ponadto, Komisja rozszerzy obecnie obowiązujący ETS o transport i budynki, zmieni cele dot. efektywności energetycznej i energii odnawialnej oraz zacieśni kontrolowanie emisji spalin samochodów. „Bardzo ważne jest, aby samochody jak najszybciej stały się ekologiczne i były w przystępnej cenie dla obywateli” – stwierdził Wiceprzewodniczący Komisji. Timmernas podkreślał, że dla Komisji priorytetowe będzie poprawienie wskaźników pochłaniania emisji przez lasy, które są obecnie w Europie w złym stanie. Zwracał uwagę na kontekst międzynarodowy tj. strategię Chin, aby osiągnąć neutralność klimatyczną do 2060 r., a także taką samą zapowiedź RPA do 2050 r., dla której wydobycie węgla jest nadal przecież istotnym elementem gospodarki. W sprawie USA stwierdził, że kluczowy będzie wynik zbliżających się wyborów prezydenckich.

Pytania europosłów były bardzo zróżnicowane – od takich, które zarzucały Komisji brak wiarygodności ze względu na tak szybką zmianę zdania ws. celu redukcji emisji (jeszcze 2 lata temu Komisja proponowała redukcję 40%), czy też ryzyko szkodzenia gospodarce (przede wszystkim frakcje Chadecka tj. EPL i Konserwatywna tj. EKR), poprzez zarzucanie Komisji przyjęcia mało ambitnego podejścia, niezgodnego z wiedzą naukową (przede wszystkim frakcje Zielonych i Socjalistów).

Timmermans podkreślił wyraźnie, że nowy cel jest odpowiedzią na polityczne zapotrzebowanie dot. szybszego osiągnięcia ambitnego celu klimatycznego wdrażającego porozumienie Paryskie i stąd była potrzebna rewizja celu redukcji do 55%. Jego zdaniem jest to jak najbardziej zgodne z wyliczeniami naukowymi i każda ocena skutków będzie teraz uwzględniać także konsekwencje gospodarcze wynikające z pandemii koronawirusa.

W kwestii sektora motoryzacyjnego wyraźnie znaczył, że każde nowe zaproponowane prawo dot. emisji będzie poprzedzone bardzo pogłębioną oceną skutków i konsultacjami publicznymi. Jednocześnie jeszcze raz podkreślił jak ważne jest jak najszybsze osiągnięcie neutralnej klimatycznie i dostępnej cenowo dla przeciętnego obywatela mobilności – „nie chcemy ekologicznych samochodów tylko dla bogatych” – mówił Timmermans. Odniósł się także do zarzutu, że jest przeciwnikiem samochodów o silnikach spalinowych – „Nie jestem nim. Ale jeśli nawet premier Bawarii mówi, że w 2035 r. sprzedamy ostatni taki samochód to o czymś to świadczy. Będziemy oczywiście patrzeć na pełen cykl produkcji np. w przypadku samochodów elektrycznych na baterie”.

Zaznaczył także, że Komisja zachowuje pełną neutralność ideologiczną ws. technologii za pomocą jakiej poszczególne kraje/sektory będą redukować emisje spalin, w tym ws. energetyki jądrowej. Tak samo podkreślił, że Komisja w szczególności w przypadku państw zależnych od węgla, będzie wspierać inwestycje w infrastrukturę gazową, tym bardziej, że taka infrastruktura może być potem dostosowana także do dystrybucji wodoru.

Ponadto, dla Komisji priorytetowe będzie zaradzenie ubóstwu energetycznemu, w czym ma pomóc m.in. inicjatywa „Rennovation Wave” (z ang. Fala Renowacji), która powinna doprowadzić do odnowienia i ulepszenia zasobów budowalnych w UE.

Timmernas zauważył także, że przemysł jest w dość dobrej pozycji, aby osiągnąć ambitniejsze cele klimatyczne, natomiast w najtrudniejszej sytuacji znajduje się transport i gospodarstwa domowe, dlatego dla Komisji bardzo ważne będzie wsparcie tych sektorów.

Wiceprzewodniczący Komisji na końcu podał Polskę jako przykład kraju, w którym debata dot. niskoemisyjnej gospodarki idzie w bardzo dobrym kierunku, co napawa go optymizmem. Zwrócił również uwagę, że bardzo ważne jest odpowiednie wsparcie finansowe na poziomie UE np. poprzez Fundusz Sprawiedliwej Transformacji i przekierowanie inwestycji na „zieloną drogę” – tzw. Zielone Obligacje powinny sfinansować ok. 30% Funduszu Odbudowy i Rozwoju, bardzo ważną rolę odegra tutaj także tzw. zielona taksonomia.

„Bardzo ważne jest dla zachowania konkurencyjności unijnej gospodarki inwestowanie w nowe technologie i przechodzenie w kierunku niskoemisyjnej, a docelowo zeroemisyjnej gospodarki. Jednak musi to być proces stopniowy, rozłożony na lata, który nie wyrządzi szkód gospodarczych. Bardzo cieszy nas obietnica Wiceprzewodniczącego Komisji Timmermansa ws. przeprowadzania pogłębionej oceny skutków i obszernych konsultacji publicznych przed ewentualnym proponowaniem nowego prawa dot. wymogu emisji dla samochodów, a także dostrzeżenie, że dla sektora transportu spełnienie ambitnych celów klimatycznych będzie bardzo dużym wyzwaniem” – stwierdził Adam Dorywalski, ekspert Konfederacji Lewiatan ds. UE w biurze w Brukseli.

Co dalej z inflacją?

Najwyższą od grudnia 2001 r. inflację bazową w Polsce mamy już za sobą. Wrzesień powinien okazać się drugim miesiącem, gdy tak mierzony wzrost cen będzie już poniżej rekordowego, choć nadal pozostanie wysoki.

– Teraz najbardziej interesująca stała się inflacja bazowa, bo jest najistotniejsza dla wydatków konsumpcyjnych gospodarstw domowych, a dotyczy wszystkich wydatków gospodarstw na towary i usługi, oprócz żywności i paliw – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krystian Jaworski, starszy ekonomista Credit Agricole Bank Polski. – Tendencje są inne niż dla całej inflacji. W sierpniu szacujemy, że wyniosła 4,0 proc. i pozostaje na podwyższonym poziomie.

W najbliższych miesiącach prawdopodobnie będziemy obserwować dwie przeciwstawne tendencje. Przedsiębiorstwa będą podwyższać ceny, aby utrzymać swoją rentowność w warunkach obniżonych obrotów. Firmy chcą też przerzucać na ceny wszystkie koszty związane z przygotowaniami sanitarnymi dotyczącymi pandemii.

Istotne będą też tendencje inflacyjne u naszych najważniejszych partnerów zagranicznych, przede wszystkim ze strefy euro. W strefie euro inflacja w sierpniu była na poziomie najniższym w historii. I zmienia się w deflację.

– Zestawiając te dwa czynniki, z których jeden podbija ceny, gdy drugi je wyhamowuje, w przyszłym roku inflacja w Polsce powinna być już niższa od tegorocznej i wyniesie nieco poniżej 2,0 proc. – ocenia K.Jaworski.

Zgodnie z finalnymi danymi GUS inflacja zmniejszyła się w sierpniu do 2,9% r/r wobec 3,0% w lipcu. Czynnikiem oddziałującym w kierunku obniżenia inflacji w sierpniu było zmniejszenie dynamiki cen żywności i napojów bezalkoholowych (3,0% r/r w sierpniu wobec 3,9% w lipcu). Niższe tempo wzrostu cen w tej kategorii wynikało przede wszystkim ze zmniejszenia dynamiki cen mięsa (efekt wysokiej bazy sprzed roku) oraz owoców i warzyw (wynik lepszych tegorocznych zbiorów). Przeciwny wpływ na inflację miała natomiast wyższa dynamika cen paliw (-12,3% r/r w sierpniu wobec -16,1% w lipcu) w ślad za rosnącymi cenami ropy naftowej na światowym rynku. Dynamika cen nośników energii nie zmieniła się w sierpniu w porównaniu do lipca i wyniosła 4,5% r/r.

W kierunku spadku inflacji oddziaływała również niższa inflacja bazowa, która zgodnie z szacunkami Credit Agricole Bank Polski zmniejszyła się w sierpniu do 4,0% r/r wobec 4,3% w lipcu. Spadek inflacji bazowej wynikał z niższej dynamiki cen w kategoriach „łączność”, „restauracje i hotele”, „wyposażenie domu i prowadzenie gospodarstwa domowego” oraz „rekreacja i kultura”. W strukturze danych na szczególną uwagę zasługuje odnotowany w sierpniu spadek inflacji bazowej po tym jak w lipcu ukształtowała się ona na najwyższym poziomie od grudnia 2001 r. Wynika to przede wszystkim z oddziaływania efektów wysokiej bazy sprzed roku.

Spadkowi inflacji bazowej sprzyja także obniżenie popytu na niektóre towary i usługi spowodowane pandemią, co znalazło odzwierciedlenie m.in. w dalszym spadku dynamiki cen w kategorii „turystyka zorganizowana”.

Co gnębi złotego? Dlaczego kurs złotego jest tak nisko?

We wtorek za euro musieliśmy płacić 4,59 zł, czyli najwięcej od sześciu miesięcy. W samym tylko wrześniu europejska waluta podrożała względem złotego o 4 proc. W górę ostro wydają się iść także: frank szwajcarski, funt i dolar, który zbliża się już do bariery 4 zł, podczas gdy ledwie przed miesiącem kosztował poniżej 3,70 zł. Dlaczego ostatnio odliczamy dni słabości złotego, a polska waluta sporo traci na wartości?

Obecna skala i dynamika deprecjacji polskiej waluty wydaje się porównywalna z tym, co działo się w marcu br., gdy światową gospodarkę mroził lockdown. Na wartości zyskiwały tzw. bezpieczne przystanie, czyli m.in. złoto, frank szwajcarski, dolar czy jen. Złoty zaś, jako waluta z grupy nieco bardziej ryzykownych, był wyraźnie w odwrocie.

Gdy rośnie liczba zachorowań i strach przed jeszcze większą falą

Koronawirus i groźba kolejnych restrykcji mogą przyczyniać się dziś do spadków notowań polskiej waluty. W wielu europejskich krajach już dziś istotnie zwiększa się dzienna liczba zakażeń COVID-19. W Polsce w minionym tygodniu padały pod tym względem niechlubne rekordy, licząc od samego początku pandemii.

Wraz z tym zwiększają się obawy, że późną jesienią i zimą, gdy koronawirus zbiegnie się z sezonem grypowym, a liczba zachorowań zwiększyła się jeszcze bardziej, na powrót mogą zostać wprowadzone restrykcje, które negatywnie odbiją się na kondycji firm i ich pracowników, hamując ożywienie gospodarcze.

– Ten czynnik może negatywnie wpływać na złotego, stawiając polską walutę pod presją wyprzedażową, najmocniejszą od marca br. Nie jest jednak tak, że widmo koronawirusa w pełni odpowiada za ostatnie spadki wartości złotego względem głównych walut świata – zwraca uwagę Daniel Kostecki, główny analityk spółki Conotoxia Ltd., która świadczy usługę Forex dla klientów portalu Cinkciarz.pl.

Wątek polityczny, czyli co będzie z dostępem do pakietu pomocowego

Drugim z czynników, który obecnie ciąży złotemu, wydaje się nierozstrzygnięta sprawa zarzutów Unii Europejskiej o przestrzeganie zasad praworządności w Polsce. Istnieje ewentualność, że ta kwestia może odgrodzić nasz kraj od przyznanego przez UE pakietu pomocowego dla polskiej gospodarki w wysokości 750 mld euro.

– Wczoraj po południu serwisy informacyjne podały, że do przegłosowania kary za nieprzestrzeganie praworządności dla poszczególnych krajów będzie potrzebna zgoda 15 z 27 krajów UE, a nie tak jak wcześniej sądzono również w Polsce, że decyzja musi być jednomyślna. W tej sytuacji Polska czy Węgry, do których to krajów są największe zastrzeżenia, mogą być odcięte od środków pomocy z UE, chyba że zastosują się do zaleceń – analizuje Daniel Kostecki. I dodaje: – To w zasadzie od rozstrzygnięcia sporu z UE i dostępu do pakietu pomocowego może teraz zależeć sytuacja złotego oraz forinta. Inwestorzy dość jasno pokazują, jak niewielkie są obecnie szanse Polski na zmianę mechanizmu warunkowości przyznania pieniędzy z europejskiego budżetu – zauważa główny analityk spółki Conotoxia Ltd., która świadczy usługę Forex dla klientów portalu Cinkciarz.pl.

NBP prawdopodobnie nie wkroczy do gry

Wydaje się, że złotemu nie przyjdzie z odsieczą Narodowy Bank Polski. Wszak ostatnio przedstawiciele NBP opiniowali, że kurs polskiej waluty nie dostosował się do realiów.

– Innymi słowy, złoty był zdaniem NBP zbyt mocny. Jego obecne osłabienie może być zatem niejako na rękę Radzie Polityki Pieniężnej. Dlatego wydaje się, że żadnych interwencji na rynku walutowym nie będzie – rozważa Daniel Kostecki.

4 zł za dolara?

Polska waluta może zatem nadal tracić na wartości względem euro, franka szwajcarskiego, funta czy dolara. Na niekorzyść złotego mogą działać także inne czynniki: zbliżające się wybory prezydenckie w USA czy też negocjacje Wielkiej Brytanii z Unią Europejską w sprawie umowy handlowej po brexicie.

Możliwe istotne poziomy obecnie dla kursu EUR/PLN to 4,63 zł, dla USD/PLN 4,00 zł, dla CHF/PLN 4,38 zł, a dla GBP/PLN rejon 5,15 zł. Jeśli te wartości zostaną przekroczone, polska waluta może ponosić coraz większe straty.

Powyższa publikacja handlowa nie stanowi rekomendacji inwestycyjnej ani informacji rekomendującej lub sugerującej strategię inwestycyjną w rozumieniu Rozporządzenia (UE) nr 596/2014 z dnia 16 kwietnia 2014 r. Została ona sporządzona w celach informacyjnych i nie powinna stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Ani autor opracowania, ani Conotoxia Ltd. nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszej publikacji.

79 proc. rachunków inwestorów detalicznych odnotowuje straty pieniężne w wyniku handlu kontraktami CFD u niniejszego dostawcy. Zastanów się, czy rozumiesz, jak działają kontrakty CFD i czy możesz pozwolić sobie na wysokie ryzyko utraty pieniędzy.

Łańcuch dostaw dla morskiej energetyki to potencjalna polska specjalizacja eksportowa

29 września br. w Szczecinie odbyła się konferencja Security Forum Szczecin, której partnerem strategicznym była PGE Polska Grupa Energetyczna. Jednym z uczestników Forum był prezes zarządu PGE Wojciech Dąbrowski. Tematem wydarzenia był udział polskiego przemysłu w programie budowy farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim.

Morze Bałtyckie posiada bardzo dogodne warunki do rozwoju morskiej energetyki wiatrowej. Potwierdzają to również wyniki badań wietrzności zrealizowane przez Grupę PGE. Program Offshore w PGE zakłada budowę 3 farm wiatrowych o łącznej maksymalnej mocy do 3,5 GW, z czego 2,5 GW do 2030 roku.

„Grupa PGE stawia na ogromny potencjał wiatrowy Bałtyku. Morska energetyka będzie podstawą neutralności klimatycznej Grupy PGE. Naszą aspiracją strategiczną jest 100 proc. zielonej energii dla Klientów PGE w 2050 roku. Dzięki budowie morskich farm wiatrowych ten cel jest jak najbardziej realny” – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Skala inwestycji w farmy wiatrowe na Bałtyku jest ogromna, dlatego podstawowym wyzwaniem jest budowa odpowiednio dostosowanego portu oraz rozległego zaplecza przemysłowo-usługowego na lądzie. Morskie farmy wiatrowe na Bałtyku będą powstawać z udziałem dostaw i usług polskich przedsiębiorców.

„Łańcuch dostaw inwestycji energetycznych na morzu może stać się polską specjalizacją eksportową. Działania PGE są okazją do zaangażowania polskich producentów i dostawców technologii offshore oraz rozwoju krajowego przemysłu stalowego oraz stoczniowego. Stawiamy na krajowych przedsiębiorców i liczymy na ich istotny wkład w budowę farm wiatrowych Grupy PGE” – dodaje Wojciech Dąbrowski.

Na konferencji w Szczecinie prezes Wojciech Dąbrowski podkreślił, że rozwijanie technologii OZE w północnej części Polski wymaga rozwoju elastycznych mocy opartych o paliwo gazowe, które umożliwią bilansowanie systemu elektroenergetycznego. Stanowi to impuls dla takich inwestycji jak ta realizowana przez PGE w Elektrowni Dolna Odra, obejmująca 2 bloki gazowo-parowe o mocy blisko 700 MW każdy. Będą one mogły wykorzystać paliwo z budowanego gazociągu Baltic Pipe oraz terminalu LNG w Świnoujściu – stymulując tym samym rozwój infrastruktury przemysłowej.

Prezes PGNIG: należy utrzymać europejskie finansowanie dla sektora gazowego

W miksie energetycznym udział gazu cały czas wzrasta, mniej więcej w takim samym tempie jak udział energii odnawialnej – stwierdził Jerzy Kwieciński, prezes zarządu PGNIG SA podczas XXIII konferencji Gazterm 2020, która odbyła się w Międzyzdrojach w dniach 27-30 września br.

„Zużycie gazu ziemnego w Polsce zwiększa się szybciej, niż wcześniej przewidywaliśmy. W tej chwili sięga 20 mld metrów sześciennych. Pięć lat temu wydawało się, że będzie rosło w tempie pół miliarda m3 rocznie, a tymczasem jest to miliard” – powiedział prezes zarządu Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa. „Jeżeli ten trend się utrzyma, a wszystko na to wskazuje, to na koniec dekady możemy mieć zużycie gazu zna poziomie 30 mld m3. Jest to związane z transformacją energetyczną” – uzupełnił.

Prezes Kwieciński uczestniczył w panelu dyskusyjnym „Perspektywy finansowania inwestycji w gazownictwie i petrochemii”, który odbył się 28 września podczas konferencji Gazterm 2020 odbywającej się pod hasłem „Szczyt Gazowy Trójmorza – bezpieczeństwo, integracja, transformacja”.

Uczestnicy panelu zgodzili się, że w perspektywie następnych lat niezbędne będą duże inwestycje w infrastrukturę gazową. „To będą zarówno inwestycje w systemie przesyłowym, jak i rozbudowa systemu dystrybucyjnego gazu, która będzie dla nas kluczowa. W tym roku możemy wybudować ok. 100 tys. nowych przyłączy gazowych. Parę lat temu standardem było 30-40 tys. przyłączeń rocznie” – podkreślił prezes PGNIG.

O przyszłości gazu ziemnego jako źródła energii mówił też Grzegorz Puda, sekretarz stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej. „Wydaje się, że gaz jest naturalnym buforem między starą energetyką opartą na węglu, a tym co będzie w przyszłości. Emisje dwutlenku węgla w efekcie spalania gazu ziemnego są o 60 proc. mniejsze niż w przypadku paliw stałych, można więc uznać go za paliwo niskoemisyjne” – stwierdził Puda. „Gaz jest też paliwem prorozwojowym, wszędzie, gdzie mamy do czynienia z inwestycjami gazowymi, widać ten prorozwojowy kierunek” – powiedział.

Paneliści zwracali uwagę, że przy takiej skali potrzebnych inwestycji niezbędne są zewnętrzne źródła finansowania, w tym fundusze unijne. „W ramach Krajowego Planu Odbudowy myślimy o inwestowaniu w infrastrukturę gazową, dostosowaną także do przesyłu paliw alternatywnych, jak wodór, co będzie naszą przyszłością. Ale będziemy musieli poszukiwać różnych źródeł finansowania, również w budżecie państwa” – zaznaczył wiceminister Puda.

Jerzy Kwieciński za wielki sukces polskiego rządu uznał negocjacje na forum Unii Europejskiej, które doprowadziły do tego, że gaz ziemny został uznany za paliwo przejściowe w drodze do transformacji energetycznej Europy. „W tej chwili czekamy na formalne potwierdzenie tej decyzji przez instytucje europejskie” – dodał prezes PGNIG.

„Jesteśmy na dobrej ścieżce, jeśli chodzi o politykę spójności. Fundusz Sprawiedliwej Transformacji początkowo nie miał finansować inwestycji gazowych, jednak wydaje mi się, że jest na to szansa” – stwierdził Kwieciński. Dodał jednak, że Polsce i PGNIG zależy na tym, by możliwość finansowania tego sektora stworzono również w ramach Planu Odbudowy dla Europy oraz programu InvestEU, który jest kontynuacją tzw. Planu Junckera.

„Chcielibyśmy również zmiany decyzji Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI), który zapowiedział, że 2021 rok będzie ostatnim, w którym bank będzie przyjmował projekty sektora gazowego. Byłoby bardzo niedobrze, gdyby to zostało utrzymane” – zaznaczył prezes PGNIG. Odnosząc się do źródeł finansowania z UE powiedział: „Mówimy o najbliższej perspektywie finansowej na lata 2021-2027 plus 2-3 lata na dokończenie rozpoczętych inwestycji. Chcielibyśmy, aby to nie zakończyło się na tej perspektywie, ale żeby miało dłuższy horyzont”.

„Rozumiemy, że z czasem Europa będzie odchodziła od gazu, ale powinno to nastąpić nie w ciągu 10 lat, tylko 30-40. Jesteśmy gotowi wziąć udział w takiej transformacji” – zaznaczył Kwieciński. Wyjaśnił, że PGNiG będzie stopniowo wprowadzać do swojego miksu biometan, czyli gaz produkowany m.in. z odpadów rolniczych, a także wodór.

Prezes Kwieciński podkreślił jednak, że spółka nie jest w stanie finansować zielonej transformacji wyłącznie z własnych środków, ale potrzebuje kapitału zewnętrznego. „Jeżeli UE nie zapewni takich środków, będziemy szukali ich gdzie indziej. Fundusz Trójmorza może być takim źródłem dla przedsięwzięć komercyjnych, a dla pozostałych poszukamy finansowania na rynkach międzynarodowych, np. w Azji. Byłoby jednak bardzo źle, gdyby tak ważna europejska transformacja energetyczną była finansowana z pieniędzy spoza Europy” – uznał.

Inicjatywa Trójmorza skupia państwa Unii Europejskiej – Europy Środkowo-Wschodniej pomiędzy Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem. Fundusz Trójmorza ma finansować kluczowe inwestycje w infrastrukturę transportową, energetyczną i cyfrową. Jednym z założycieli Funduszu jest Bank Gospodarstwa Krajowego.

„Obecnie w funduszu jest zadeklarowane 600 mln euro, pod koniec roku ta kwota może wzrosnąć do 1 mld euro, a docelowo chcielibyśmy, aby fundusz dysponował 3-5 mld euro” – powiedział podczas panelu Paweł Nierada, pierwszy wiceprezes BGK. Przyznał, że Fundusz Trójmorza mógłby przeznaczyć środki na realizację inwestycji gazowych, ale pod warunkiem, że te projekty miałyby wpływ na przynajmniej dwa kraje z tego regionu. „Rozbudowa infrastruktury przesyłowej np. do krajów bałtyckich zdecydowanie wpisuje się w optykę inwestycyjną funduszu. Natomiast zawsze musi być zachowany aspekt komercyjny” – zaznaczył Nierada.

Na potrzebę dywersyfikacji źródeł gazu ziemnego ze względu na bezpieczeństwo ekonomiczne wskazywał z kolei Paweł Jabłoński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Uznał, że potrzebne jest „stworzenie alternatywnego systemu uzupełnienia tego, co już mamy w tej chwili, żeby państwa z naszej części Europy przestały być uzależnione od gazu z jednego źródła”. Jego zdaniem, nie wykluczając całkowicie dostaw gazu ze wschodu, należy stworzyć dla nich alternatywę, a ten cel przyświeca właśnie inicjatywie Trójmorza. „Wciąż jeszcze w naszej części świata gaz będzie wykorzystywany przez wiele lat” – podsumował wiceminister Jabłoński.

Unilogo – firma z pasją do drukowania

Unilogo Digital Printing jest ważnym punktem na mapie przedsiębiorstw w Piasecznie. Ta początkowo niewielka firma prężnie się rozwija i słynie z dostarczania klientom zaawansowanych technologicznie rozwiązań z zakresu drukowania etykiet, których celem jest zwiększenie atrakcyjności opakowań.

Jaka jest historia przedsiębiorstwa Unilogo?

Przedsiębiorstwo Unilogo Digital Printing, czyli jedna z najnowocześniejszych cyfrowych drukarni, zlokalizowane jest w Piasecznie – stosunkowo niewielkim mieście powiatowym położonym w województwie mazowieckim, około 17 km od Warszawy. Firma rozpoczęła swoją działalność w 2006 roku i już wtedy była wyposażona w nowoczesny sprzęt najwyższej klasy, czyli pierwszą specjalistyczną drukarkę cyfrową marki HP. W następnych latach Unilogo wzbogaciło się o kolejne maszyny. W 2013 roku w Wielkiej Brytanii zakupiono profesjonalny sprzęt do sztancowania, czyli techniki wykrawania określonych kształtów z materiałów, z których produkowane są etykiety. W roku 2014 z kolei firma zainwestowała w dwie cyfrowe maszyny do drukowania HP Indigo WS 6000 oraz trzy linie do finishingu służące do procesu wykańczania etykiet. Co istotne, przedsiębiorstwo wciąż dynamicznie się rozwija, oferując swoim klientom profesjonalne usługi o najwyższej jakości. Aby dowiedzieć się więcej na temat działalności i oferty Unilogo Digital Printing, warto odwiedzić oficjalną stronę internetową firmy: https://unilogo-drukarnia.pl/.

Jaki jest zakres działalności drukarni Unilogo?

Drukarnia Unilogo Digital Printing specjalizuje się przede wszystkim w wytwarzaniu etykiet samoprzylepnych, czyli elementu pozwalającego uatrakcyjnić wygląd opakowań produktów. W ofercie firmy znajdują się modele wykonane z różnych materiałów, m.in. z papieru, materiałów syntetycznych (folii) oraz papierów typu kraft. Oprócz tego możliwe jest zwiększenie atrakcyjności podstawowych etykiet poprzez zastosowanie dodatkowych rozwiązań technologicznych. Wymienić można tu m.in. lakierowanie wodne, funkcjonalne lub utrwalane światłem UV, laminowanie zabezpieczające dany materiał oraz złocenie. Co istotne, przed rozpoczęciem współpracy z Unilogo klienci mogą skorzystać z darmowych wydruków próbnych, które ułatwią im podjęcie ostatecznej decyzji dotyczącej tego, czy dany projekt i jego wykonanie spełniają ich oczekiwania oraz preferencje.

Oprócz tworzenia etykiet samoprzylepnych drukarnia Unilogo zajmuje się produkowaniem etykiet sleeve (znanych również jako shrink sleeve lub etykiety termokurczliwe). Tego typu modele wykonane są ze specjalnej folii PCV i PET. Po podgrzaniu kurczą się, dzięki czemu możliwe jest doskonałe dopasowanie ich do budowy produktu, który mają pokrywać. Ze względu na ich właściwości etykiety sleeve stosuje się na artykułach, które wyróżniają się złożonymi i fantazyjnymi kształtami. Proponowane przez firmę Unilogo owijki termokurczliwe są wykonywane zgodnie z najwyższymi standardami druku i powinny spełnić oczekiwania nawet bardzo wymagających klientów.

Untold Tales [QubicGames] przedstawia swoją strategię

Portfolio Untold Tales, spółki powołanej przez QubicGames, będzie skupiać się przede wszystkim na tytułach dla jednego gracza (zawierających tryb singleplayer), które będą opowiadać wyjątkowe historie. Zespół Untold Tales chce skoncentrować się na wydawaniu kilku produkcji rocznie na wybrane platformy. W najbliższym czasie za ich pośrednictwem na rynek trafią dwie gry, które są mocno rozpoznawalne w środowisku graczy. Pierwsza to The Hong Kong Massacre, która zmierza na platformę Nintendo Switch, zaś druga to Beautiful Desolation, która ukaże się na PlayStation 4 oraz Nintendo Switch. Untold Tales pracuje także nad trzecim, jak dotąd niezapowiedzianym tytułem, który zostanie wydany na PC i konsole. 

– Stawiamy na wyjątkowe historie, dlatego tak starannie dobieramy tytuły i studia, którym pomożemy wydać ich gry. Praca nad wydaniem jednej lub dwóch gier w danym czasie pozwala nam zagwarantować klientom najlepsze wsparcie z możliwych – zarówno w trakcie, jak i po zakończeniu produkcji. Zależy nam, żeby współpracując z nami, deweloperzy czuli się komfortowo. Dzięki temu będą mogli skupić się na rzeczach dla nich ważnych, czyli tych związanych z produkcją gry, a nie na całym zawiłym procesie ich wydawania. Czasy się zmieniły i tak samo zmieniły się najlepsze sposoby wydawania gier. Oznacza to również, że niektóre platformy są lepsze od innych dla określonych gier. Nie będziemy zmuszać deweloperów, by byli wszędzie i za wszelką cenę próbowali zmaksymalizować widoczność.” – mówi Maciej Łączny, Prezes Zarządu Untold Tales.

Głównym założeniem spółki jest budowanie z deweloperami relacji opartej na szczerości i wzajemnym zaufaniu. Każdy podmiot, z którym firma będzie współpracować, będzie traktowany uczciwie i przede wszystkim etycznie. Untold Tales będzie podejmować decyzje w oparciu o dane, a także budować społeczność, którą łączy zamiłowanie do gier oferujących unikalne historie. Takie podejście ma im pomóc w wydawaniu gier w sposób efektywny i atrakcyjny dla graczy i dla deweloperów.

– Deweloperzy mogą być spokojni – nie chcemy praw do ich gier (IP). Nie chcemy też takiego podziału przychodów, w którym to studio tworzące grę jest najbardziej pokrzywdzone. I co najważniejsze – nigdy nie będziemy naciskać, aby deweloper wydał grę niedokończoną, co realnie przełożyłoby się na zrujnowanie wizerunku studia. Chcemy, by cały proces wydawania danej gry był przeprowadzany wspólnie z jej deweloperem jako partnerem, zaś by całość bazowała na danych i feedbacku od społeczności. – mówi Grzegorz Drabik, Wiceprezes Zarządu, Head of Business Development – Jeśli chodzi o graczy, nasze relacje chcemy budować na szczerości. Gry wydawane przez Untold Tales nie będą miały 3-etapowych kampanii przedsprzedażowych z płatnym DLC, które czai się tuż za rogiem. Chcemy zagwarantować, że każda wydawana przez nas gra posiada najlepsze z możliwych wsparcie po premierze. Czy będą to darmowe aktualizacje lub większe rozszerzenia – wszystko zależy od planów i dostępności deweloperów. Ale mówimy jasno i od samego początku wyznajemy zasadę: “kupujesz kompletną grę” – dodaje Drabik.

Maciej Łączny, były producent i Head of Operations Techlandu, będzie kierował doświadczonym zespołem złożonym ze specjalistów ds. produkcji, QA, business developmentu, marketingu i PR.

 – Obecnie jest nas w sumie około 10 osób. Wszyscy opuściliśmy Techland na różnych etapach naszej kariery, aby dołączyć do innych zespołów i projektów, ale głównie chodziło o zdobycie doświadczenia i wiedzy poza grami AAA. Byliśmy częścią wielu projektów, współpracowaliśmy z twórcami z całego świata i przeszliśmy przez wiele sytuacji, które udowodniły, że potrzebni są bardziej sprawni i elastyczni wydawcy, którzy traktują deweloperów serio – jak partnerów, a nie wyrobników – mówi Paweł Skaba, Wiceprezes Zarządu, Head of Marketing.

Dotychczas Untold Tales podpisało już dwie umowy, w tym na wydanie The Hong Kong Massacre na platformę Nintendo Switch – jest to gra akcji z widowiskową rozgrywką w filmowym stylu i efektami slow-motion, stworzona przez szwedzkie studio VRESKI. Kolejnym tytułem będzie niesamowicie klimatyczna i efektowna gra Beautiful Desolation – zmierzająca na PS4 i Nintendo Switch izometryczna przygodówka osadzona w postapokaliptycznej Afryce, stworzona przez The Brotherhood, znane studio z RPA. Kolejny, trzeci tytuł, dotychczas niezapowiedziany, będzie wydany na PC oraz konsole.

Trump startuje z pozycji underdoga. Będzie się działo

Presja na krajową walutę nadal się utrzymuje. EUR/PLN blisko granicy 4,60. Poniedziałek z wyraźną poprawą nastrojów na rynkach. Pakiet pomocowy w USA bliżej niż dalej. Dzisiaj w centrum uwagi pierwsza debata kandydatów na amerykańskiego prezydenta.

Znów straty

Polski złoty nadal pozostaje w defensywie. Dzisiaj rano EUR/PLN testował poziom 4,60, co stanowiło najwyższy kurs od kwietnia tego roku. Słabej kondycji krajowej waluty nie można już zrzucić na pasmo mocniejszego dolara amerykańskiego, gdyż ten wczoraj nieco wyhamował trend wzrostowy. Otoczenie i tym samym nastroje na rynkach były wczoraj naprawdę szampańskie, a główne giełdy notowały spore wzrosty.

Wraca wydawałoby się stary już temat

Czym spowodowana jest nagła i tak duża słabość złotego? W ciągu raptem tygodnia euro podrożało w relacji do PLN o 14 groszy. Powraca temat powiązania funduszy unijnych z zasadą praworządności. Jak dobrze wiemy, temat ten aż nazbyt dotyczy Polski. UE w tym kontekście ma do naszego kraju olbrzymie zastrzeżenia. Poza krajami skandynawskimi i Holandią do grona państw, które chcą połączyć wydatkowanie środków z tym kryterium, dołączyły wczoraj Niemcy. Nasz zachodni sąsiad chce, by oprócz funduszy UE również i fundusz odbudowy po pandemii warty 750 mld euro był dla krajów spełniających wspomnianą zasadę. Według dokumentu, do którego dotarł Reuters, krajami “wykluczonymi” są Polska i Węgry. Stąd inwestorzy boją się, że jeśli faktycznie środki dla tych krajów zostaną wstrzymane, ucierpią one mocno pod względem gospodarczym, a odbudowa po korona kryzysie będzie znacznie utrudniona. Inna sprawa, że przyjęcie tej rezolucji musi odbyć się tzw. kwalifikowaną większością głosów. W praktyce oznacza to, że jeśli Polska i Węgry plus kraje grupy wyszehradzkiej zagłosują przeciw, nie uda się tej zasady wprowadzić.

Jest nadzieja na pakiet

Wczoraj na rynkach znacząca poprawa sentymentu. Była to zasługa przede wszystkim słów Nancy Pelosi z obozu Demokratów o nowej propozycji w sprawie pakietu pomocowego. Teoretycznie przełomu wciąż nie ma, ale widać zbliżanie się obu stron do wypracowania porozumienia. W kuluarach mówi się, że Demokraci mają zaproponować pakiet warty 2 bln USD, podczas gdy Republikanie są skłonni poprzeć pakiet wart 1,5 bln USD. Co ważniejsze, nawet jeśli nie uda się porozumieć, to możliwe jest przeforsowanie w Kongresie pomocy dla najbardziej dotkniętych branż, jak gastronomia czy linie lotnicze. Inwestorzy więc wykorzystali te informacje na plus i stąd wczoraj szampańskie nastroje, które dzisiaj są w dużo mniejszym stopniu kontynuowane, a indeksy znajdują się na niewielkich minusach.

Będzie się działo

Dzisiaj kluczowym punktem dnia będzie bez wątpienia pierwsza debata kandydatów na urząd prezydenta USA. Tematów spornych jest oczywiście całe mnóstwo, począwszy od respektowania wyników wyborów w formie listownej, po wybór kandydatki do Sądu Najwyższego. Atmosfera powinna być więc gorąca, szczególnie że Trump traci w sondażach, więc niemal musi “zaatakować” Bidena, by zmusić go do błędów, które odwrócą notowania. Start debaty o 3 w nocy polskiego czasu.

Sporo wystąpień

W dzisiejszym kalendarzu sporo wystąpień członków amerykańskiego Fed. Warto je śledzić, gdyż często pojawiają się małe zaskoczenia, co do prowadzonej polityki monetarnej i dalszych planów. O 14 dzisiaj pojawi się odczyt inflacji konsumenckiej z Niemiec. Raczej trzeba by powiedzieć odczyt deflacji, bo spodziewany jest spadek cen o 0,1% we wrześniu.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy InternetowyKantor.pl

E-commerce staje się powszechny, ale MŚP nie radzą sobie z kosztami

  • W 2020 roku już co czwarta firma ogłaszająca upadłość pochodzi z sektora handlowego.[1]
  • Duże marki wydłużają okresy wyprzedaży oferujący wysokie rabaty, na które mniejsi przedsiębiorcy nie mogą sobie pozwolić.
  • 97 proc. internautów kupuje towary z myślą o możliwości ich ewentualnego zwrotu.[2]

Czwarty kwartał to najważniejszy okres dla branży retailowej i e-commerce. Szacuje się, że wszystkie towary sprzedawane od 1 listopada do końca grudnia mogą stanowić nawet 30 proc. całkowitego rocznego obrotu detalistów.[3] Wpływ pandemii koronawirusa znacząco odbił się na tegorocznych wynikach gospodarczych branży. Najnowsze statystyki upadłości firm handlowych wskazują, że do lipca br. co czwarte postępowanie upadłościowe dotyczy firm z sektora retail (25,06 proc.).[4]  W tym roku okres przedświąteczny zweryfikuje, kto wykorzystał dobrze okres zamrożenia gospodarki i przyciągnął nowych klientów, a kto nie dogonił konkurencji.

Kanały online coraz popularniejsze

Badania rynku pokazują, że ruch w kanałach internetowej sprzedaży w czasie pandemii odnotował gwałtowny wzrost. Pod koniec 2019 roku sektor e-commerce stanowił zaledwie 5,5 proc. udziału w handlu, podczas gdy w szczycie pandemii sprzedaż online podwoiła się osiągając wynik 12 proc..[5] E-zakupy zyskują coraz więcej zwolenników – obecnie 73 proc. polskich internautów deklaruje, że kupiło towary przez internet. Taką samą deklarację w 2019 r. złożyło 62 proc., a w 2017 —54 proc. badanych.[6]

  • Przed handlowcami najważniejszy okres w roku, czyli czwarty kwartał. Obroty w pełnej marży w okresie przedświątecznym są o tyle istotne, że już pierwszego dnia po przerwie świątecznej w sklepach ruszają wyprzedaże. Co za tym idzie, przedsiębiorcy chcąc przeczyścić magazyny na nowy rok zachęcają jak największą liczbę konsumentów atrakcyjnymi zniżkami, które znacząco obniżają marże. – komentuje Jan Enno Einfeld, CEO Finiata Group.

Kultura wyprzedaży zagrożeniem dla MŚP

Korporacje, szczególnie odzieżowe, przyzwyczaiły klientów do swoich kalendarzy wyprzedażowych. W efekcie wielu konsumentów dokonuje zakupów najczęściej w okresach sezonowych promocji. Badania pokazują, że dwie trzecie konsumentów „dokonało zakupu, którego pierwotnie nie planowali wyłącznie na podstawie znalezienia kuponu lub rabatu”. Podobnie 80 proc. badanych stwierdziło, że do kupienia produktów nowej marki po raz pierwszy zachęciła ich oferta specjalna lub zniżka.

Tegoroczne kalendarze sprzedażowe dużych firm uległy zmianie. Letnia wyprzedaż rozpoczęła się wcześniej niż zwykle, a wiele marek jeszcze ją kontynuuje. To nasuwa pytanie: w jaki sposób małe firmy mogą konkurować z gigantami, którzy mają możliwość znacznego obniżenia cen i dotarcia do większej liczby osób poprzez szerokie działania marketingowe?

Mali i średni przedsiębiorcy ubolewają nad oczekiwaniami klientów wykreowanymi przez korporacje, które zmuszają ich do oferowania zniżek. Wszelkie rabaty skutkują z kolei obniżeniem marży sprzedawców. Na kilka tygodni przed początkiem wyprzedaży czy promocjami takimi, jak Black Friday sprzedaż spada do minimum, ponieważ konsumenci czekają na rabaty.

  • Na rynku zdominowany przez dużych graczy, którzy mogą oferować wyższe rabaty, przy zastosowaniu wysokich budżetów reklamowych, mniejsi sprzedawcy mogą zdobyć klientów tzw. wartością dodaną. Konsumenci bowiem cenią marki oferujące np. darmową dostawę czy wydłużony czas na zwrot zakupów. – dodaje Jan Enno Einfeld.

Zwroty generują popularność, ale i straty

Możliwość zwrotu zakupionych produktów stała się w ostatnich latach standardem w internetowych kanałach sprzedaży. Wiele firm z powodu zamknięcia sklepów stacjonarnych na czas zamrożenia gospodarki wydłużyło prawnie gwarantowany 14-dniowy czas zwrotu nawet do 100 dni. Działanie to ma zachęcić osoby obawiające się wizyty w salonie do zakupu online – badania pokazują, że 97 proc. internautów kupuje towary z myślą o możliwości ich ewentualnego zwrotu.[7] Niestety dla przedsiębiorców dłuższy okres na odesłanie zakupów generuje dodatkowe koszty oraz zatory finansowe i produktowe. Jak wiele sklepy tracą na zwrotach?

Szacuje się, że zwroty zakupów internetowych w Wielkiej Brytanii kosztują branżę e-commerce 60 mld funtów rocznie. Jest to problem widoczny przez cały rok na całym świecie, szczególnie nasilony w przypadku dużych okresów dyskontowania, takich jak Black Friday lub wyprzedaże. Statystyki operatorów pocztowych pokazują, że liczba przesyłek zwrotnych do sklepów internetowych w 2019 r. wzrosła o 92 proc. r/r.[8] Eksperci przekonują, że nowe zasady zwrotów, a także przejście części klientów tylko do kanałów sprzedaży online mogą jeszcze bardziej zwiększyć te statystyki.

  • Duża liczba zwrotów to ogromne koszty administracyjne i sprzedażowe, które potrafią bardzo obciążyć mniejszych przedsiębiorców. W nowym reżimie sanitarnym zwracane towary przechodzą kwarantannę, następnie są dezynfekowane i czyszczone, a czasami również naprawione, zanim trafią do ponownie sprzedaży. Jeśli w ogóle do niej trafią. Amerykański urząd skarbowy obliczył, że średnio 10 proc. zwracanych produktów nie nadaje się do ponownej sprzedaży – są oddawane na darowizny lub utylizowane.[9] – dodaje Jan Enno Einfeld, CEO Finiata Group.

Do obsługi zwrotów dedykowane są specjalne zespoły pracowników, które w okresach wzmożonej sprzedaży wymagają dodatkowego wsparcia.  Dużym korporacjom znaczne łatwiej zrekompensować takie koszty, podczas gdy mniejszych sprzedawców takie zachwianie skutkuje pogorszeniem całorocznych wyników. Pierwszy kwartał 2021 roku pokaże komu udało się przetrwać zarówno pandemię, jak i sezon przedświątecznych zakupów.

[1] Monitor Sądowy i Gospodarczy

[2] PostNord „E-commerce in Europe 2019”

[3] https://nrf.com/insights/holiday-and-seasonal-trends/winter-holidays/winter-holiday-faqs

[4] Monitor Sądowy i Gospodarczy

[5] Raport Santader Bank Polska

[6] Raport Gemius Polska

[7] PostNord „E-commerce in Europe 2019”

[8] PostNord „E-commerce in Europe 2019”

[9] https://www.voguebusiness.com/consumers/returns-rising-costs-retail-environmental

Koronawirus a ubezpieczyciele – jak sytuację ocenia NBP?

Narodowy Bank Polski ocenił niedawno sytuację ubezpieczycieli w kontekście kryzysu gospodarczego wywołanego koronawirusem. Omawiamy najważniejsze wnioski z raportu ekspertów NBP.

Rodzimy sektor finansowy z całą pewnością mocno odczuje skutki kryzysu gospodarczego wywołanego przez koronawirusa. Media najczęściej zajmują się sytuacją banków, ale nie powinno się zapominać o krajowych zakładach ubezpieczeń.

Narodowy Bank Polski w ramach swojego niedawnego raportu przyjrzał się kondycji krajowych ubezpieczycieli oraz ich odporności na skutki trwającego kryzysu. Eksperci porównywarki Ubea.pl uzupełnili spostrzeżenia NBP o własne wnioski.

Czego obawia się NBP?

W raporcie eksperci NBP wskazują m.in. na ryzyko „double-hit”. Chodzi o to, że w zakładach ubezpieczeń najbardziej narażonych na skutki kryzysu może zmniejszyć się wartość aktywów. Jednocześnie konieczne będzie zwiększenie wartości rezerw ubezpieczeniowych.

W opinii Narodowego Banku Polskiego słabym punktem rodzimego sektora ubezpieczeń (zwłaszcza „życiowych”) jest duży udział oczekiwanych zysków z przyszłych składek w środkach własnych.

Raport NBP zwraca również uwagę na inną kwestię: środki własne ubezpieczycieli, którzy nabyli udziały w innej instytucji finansowej (np. banku, TFI, PTE) nie są pomniejszane o kapitały zależnych spółek. Warto pamiętać, że zakłady ubezpieczeniowe, w przeciwieństwie na przykład do banków, mogą podwójnie wykazywać kapitały zależnych od siebie podmiotów sektora finansowego.

„Taka sytuacja oznacza, że materializacja ryzyka finansowego w zależnej instytucji (przykładowo banku lub TFI) będzie skutkowała automatycznym spadkiem środków własnych ubezpieczyciela i swoistym „zarażaniem” występującym pomiędzy instytucjami lub sektorami” – wyjaśnia Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Rynek OC w czasach koronawirusa

Czy mimo koronawirusa można znaleźć jakieś pozytywne aspekty w sytuacji ubezpieczycieli? Eksperci Ubea.pl przekonują, że tak.

Po pierwsze, aktualne warunki gospodarcze prezentują się nieco lepiej niż w czasie opracowywania raportu NBP (czerwiec – lipiec 2020 r.). W tamtym czasie wiele osób przewidywało, że spadek PKB w 2020 r. wyniesie ok. 5-6%.

„Teraz coraz częściej mówi się o tym, że polska gospodarka w ujęciu rocznym skurczy się o 3,0% albo jeszcze mniej” – komentuje Paweł Kuczyński.

Po drugie, bardzo ważny rynek ubezpieczeń komunikacyjnych jest obecnie zrównoważony cenowo. W 2019 r. krajowi ubezpieczyciele odnotowali nawet rekordowy zysk techniczny dotyczący obowiązkowych polis OC dla kierowców (+0,90 mld zł).

„Obecna sytuacja pokazuje, że naciski nadzoru finansowego związane z koniecznością zrównoważenia rynku obowiązkowych ubezpieczeń OC były słuszne. Gdyby obowiązkowe OC nadal generowało spore straty (a warto przypomnieć, że jeszcze w 2015 i 2016 r. ubezpieczyciele tracili na OC aż 1,1 mld zł rocznie), to aktualna kondycja finansowa ubezpieczycieli byłaby znacznie gorsza” – podsumowuje Andrzej Prajsnar z Ubea.pl.

Polacy później niż inni Europejczycy opuszczają rodzinny dom?

Eurostat niedawno podał wiek wyprowadzki Polaków z rodzinnego domu w 2019 r. Warto sprawdzić, jak ten wynik prezentuje się na tle Europy.

Krajowe media dość często opisują dane Eurostatu na temat odsetka młodych rodaków mieszkających razem z rodzicami. Warto wiedzieć, że Europejski Urząd Statystyczny oblicza i podaje jeszcze jeden ciekawy wskaźnik mówiący o samodzielności mieszkaniowej młodych osób. Tym wskaźnikiem jest średni wiek wyprowadzki z domu rodzinnego. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili najnowsze dane na temat wieku, w którym dom rodziców opuszczają Polacy oraz inni młodzi Europejczycy.

Wynik Polski wciąż jest nieco gorszy od unijnej średniej …

Zgodnie z danymi Eurostatu, średni wiek młodego Polaka opuszczającego dom rodzinny wynosi 27,4 roku. Dane dotyczące minionego roku różnią się w przypadku mężczyzn i kobiet. Przeciętna młoda Polka szybciej opuszcza dom rodziców niż Polak (26,3 roku vs 28,5 roku). Warto wiedzieć, że taka różnica na niekorzyść mężczyzn występuje w skali całej Unii Europejskiej. Unijny wynik z 2019 r. dotyczący mężczyzn wyniósł 27,1 roku, podczas gdy analogiczny wiek wyprowadzki kobiet tylko 25,2 roku.

Eksperci RynekPierwotny.pl zwracają też uwagę, że unijny wynik obejmujący już 27 krajów, wynosił 26,2 roku po uwzględnieniu obydwu płci. Jak nietrudno zauważyć na poniższym wykresie, średnią dla UE zaniżały wyniki takich krajów jak Szwecja, Dania oraz Finlandia. Od dawna cechują się one dużą samodzielnością mieszkaniową młodych osób. Niedawno do tej grupy krajów dołączyła również Estonia.

Jeżeli natomiast chodzi o państwa Starego Kontynentu z wynikami gorszymi od Polski, to trzeba wymienić Słowenię, Rumunię, Grecję, Portugalię, Hiszpanię, Maltę, Bułgarię, Włochy, Słowację oraz Chorwację. Obecność w analizowanej grupie takich krajów jak Grecja, Portugalia, Włochy oraz Hiszpania nie dziwi jeśli przypomnimy sobie, że od lat mają one problem z bezrobociem wśród młodych osób.

Młodzi Polacy wyprowadzają się szybciej niż 15 lat temu

Dane dotyczące Polski z całą pewnością warto przeanalizować dokładniej. Właśnie dlatego eksperci RynekPierwotny.pl poniżej przedstawili średni wiek wyprowadzki młodych Polaków w latach 2004 – 2019. Wspomniany wiek zmieniał się następująco:

  • 2004 r. – ogółem: 28,5 roku, mężczyźni: 29,5 roku, kobiety: 27,5 roku
  • 2005 r. – 28,6/29,7/27,5
  • 2006 r. – 28,7/29,9/27,5
  • 2007 r. – 28,6/29,6/27,6
  • 2008 r. – brak danych
  • 2009 r. – 28,3/29,3/27,3
  • 2010 r. – 28,2/29,2/27,2
  • 2011 r. – 28,5/29,6/27,3
  • 2012 r. – 28,5/29,6/27,3
  • 2013 r. – 28,2/29,3/27,0
  • 2014 r. – 28,3/29,4/27,2
  • 2015 r. – 28,3/29,4/27,1
  • 2016 r. – 28,0/29,2/26,8
  • 2017 r. – 27,7/28,9/26,5
  • 2018 r. – 27,6/28,8/26,3
  • 2019 r. – 27,4/28,5/26,3

Piętnastoletnia perspektywa pokazuje, że pozytywne zmiany dotyczące naszego kraju są powolne, lecz systematyczne. Spadki średniego wieku wyprowadzki zostały tylko tymczasowo przerwane przez poprzedni kryzys gospodarczy. Wyniki dotyczące 2020 r. prawdopodobnie nie będą dobre, ale w dłuższej perspektywie można spodziewać się ich powrotu do wcześniejszego trendu.Wiek wyprowadzki RP 20 wyk.1

W całej Europie nie było spektakularnej poprawy wyników

Wiele osób może uważać, że spadek wieku, w którym młodzi Polacy usamodzielniają się mieszkaniowo wciąż jest powolny. Poniższa tabela pokazuje jednak, że wynik dotyczący Polski od 2009 r. do 2019 r. poprawiał się trzy razy szybciej od unijnej średniej. Co więcej, nie wszystkie kraje w latach 2009 – 2019 odnotowały spadki analizowanego wskaźnika. Tam gdzie poprzedni kryzys gospodarczy był wyjątkowo dotkliwy, często miały miejsce wzrosty. Przykład stanowią takie kraje jak Grecja, Cypr, Francja, Hiszpania, Portugalia, Irlandia oraz Włochy. Poprawa wyników dotyczących Polski oczywiście mogła być nieco szybsza, o czym świadczą dane z Czech, Słowenii oraz Estonii.Wiek wyprowadzki RP 20 tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Walka z COVID-19. Eksperci wskazują województwa, w których może zabraknąć miejsc w szpitalach

W Polsce dla pacjentów chorych na COVID-19 zabezpieczono ok. 6 tysięcy miejsc w szpitalach wielospecjalistycznych oraz na oddziałach zakaźnych i obserwacyjno-zakaźnych. Zdaniem znawców tematu, to powinno wystarczyć, patrząc na dotychczasowy rozwój epidemii. W połowie września br. hospitalizowano około 2 tysiące osób. Ale sytuacja w poszczególnych częściach kraju jest zróżnicowana. Z informacji uzyskanych w urzędach wojewódzkich wynika, że regiony mają do dyspozycji zazwyczaj po kilkaset łóżek, ale ich liczba jest na bieżąco dostosowywana do aktualnych potrzeb i sytuacji. Eksperci przekonują, że najbardziej narażone na zatory w szpitalach są obszary najbiedniejsze i najbardziej zaludnione. 

6 tysięcy łóżek

Jesienna strategia walki z epidemią koronawirusa, którą na początku września br. przedstawiło Ministerstwo Zdrowia, zakłada m.in. utworzenie trzech poziomów zabezpieczenia szpitalnego. Najwyższy z nich obejmuje 9 szpitali wielospecjalistycznych, w których przygotowano ponad 2 tys. miejsc dla pacjentów chorych na COVID-19. Na drugim poziomie jest 87 oddziałów zakaźnych i obserwacyjno-zakaźnych, gdzie znajduje się ok. 4 tys. łózek. Natomiast na pierwszym poziomie zabezpieczenia są placówki będące w tzw. sieci szpitali.

– Jako samorząd lekarski postulowaliśmy o taki kierunek zmian, wskazując dotychczasowe nierównomierne obciążenie szpitali jednoimiennych w różnych częściach kraju, które do tej pory zajmowały się w głównej mierze pacjentami z koronawirusem. Zdarzały się zapełnione placówki, a w niektórych wykorzystywano 30-40% zasobu kadrowego. Jeden szpital jednoimienny na województwo nie jest w stanie poradzić sobie z zabezpieczeniem tak dużego obszaru i musi to być zmienione – mówi Rafał Hołubicki, rzecznik prasowy Naczelnej Izby Lekarskiej.

Jak przekonuje Wojciech Bociański, ekspert BCC ds. służby zdrowia, ten podział jest słuszny. Liczba zachorowań jest adekwatna do tego, co zostało zaplanowane. Miejsc w szpitalach nie powinno zabraknąć, ale nikt z nas dokładnie nie wie, jak dalej będzie wyglądać sytuacja z pandemią. Zdaniem eksperta, decyzje w tych kwestiach powinny być bardziej zdecentralizowane. Trzeba dać możliwość działania samorządom na szczeblu lokalnym. Z kolei Piotr Piątek z firmy WARMIE zaznacza, że rozwój pandemii w Polsce dotychczas rozkładał się dość nierównomiernie. Dlatego zasoby kadrowe i szpitalne powinny być kierowane tam, gdzie aktualnie występuje nagły przyrost zachorowań. Należy uwalniać je w regionach, w których jest mniej chorych.

– W połowie września br. z powodu koronawirusa hospitalizowanych było prawie 2 tys. osób, z czego 96 wymagało podłączenia do respiratora. Nie licząc „zwyczajnych” szpitali, specjalnie dla pacjentów chorych na COVID-19 przygotowano 6 tys. łóżek. Śledząc dotychczasowy rozwój epidemii i biorąc pod uwagę konieczność zapewnienia pomocy pacjentom z innymi chorobami, wydaje się, że jest to wystarczająca liczba – komentuje dr Stanisław Maksymowicz z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

Sytuacja w województwach

Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews zwrócili się do urzędów wojewódzkich o wskazanie liczby łóżek w szpitalach przeznaczonych dla pacjentów z COVID-19. Na Śląsku funkcjonuje jeden szpital na trzecim poziomie zabezpieczenia, znajdujący się w Tychach. Na drugim poziomie jest 7 placówek (Bytom, Chorzów, Częstochowa, Zawiercie, Racibórz, Gliwice i Cieszyn), w których zabezpieczono 447 łóżek. Z kolei na Mazowszu na trzecim poziomie zabezpieczenia jest CSK MSWiA w Warszawie, gdzie decyzje nie wskazują liczby łóżek. Na drugim poziomie jest 358 miejsc, a na pierwszym – 367. W Małopolsce można przyjąć 463 pacjentów z COVID-19 i z podejrzeniem zakażenia.

– Sytuacja w poszczególnych województwach jest zróżnicowana i zmienna. Widzieliśmy, że sporo zachorowań było na Śląsku, a później w statystykach przodowała Małopolska. W szpitalu w Krakowie szybko przybywało pacjentów. Ale władze na szczeblach samorządowych też potrafią rozwiązywać takie sytuacje, zwiększając liczbę miejsc – podkreśla Wojciech Bociański.

Wielkopolska dysponuje 406 łóżkami przeznaczonymi na hospitalizację osób zakażonych lub z podejrzeniem zakażenia SARS-CoV-2. 225 z nich znajduje się w Wielospecjalistycznym Szpitalu Miejskim im. J. Strusia z Zakładem Opiekuńczo-Leczniczym w Poznaniu. Na obszarze województwa łódzkiego 350 miejsc jest zabezpieczonych w pięciu szpitalach na drugim poziomie, a 235 – w 28 szpitalach na pierwszym poziomie. Na Dolnym Śląsku na trzecim poziomie są 3 placówki, gdzie liczba łóżek będzie na bieżąco dostosowywana do aktualnych potrzeb. Na pierwszym i drugim poziomie są 374 miejsca. Na Pomorzu można przyjąć 303 takich pacjentów, z czego 188 – w Pomorskim Centrum Chorób Zakaźnych i Gruźlicy w Gdańsku.

– Na terenie Podkarpacia funkcjonuje 7 szpitali z oddziałami zakaźnymi. Największym z nich jest Centrum Medyczne w Łańcucie. Tam liczba miejsc dla pacjentów zakażonych SARS-COV 2 wynosi 135, z czego 15 to łóżka intensywnego nadzoru medycznego, z kardiomonitorem oraz możliwością prowadzenia oddechu zastępczego i tlenoterapii. W sześciu pozostałych placówkach łącznie jest 160 miejsc – informuje Michał Mielniczuk, rzecznik prasowy wojewody podkarpackiego.

Lubelszczyzna dysponuje 380 łóżkami dla pacjentów z COVID-19. W tym jest 78 miejsc w SP ZOZ Puławy. W woj. świętokrzyskim pierwszy i drugi poziom zabezpieczenia szpitalnego obejmuje ok. 240 miejsc, a dodatkowo – blisko 60 znajduje się na oddziałach zakaźnych. Kujawsko-pomorskie posiada 183 łóżka, z czego 110 znajduje się w Grudziądzu. Podlaskie placówki medyczne mogą przyjąć 439 pacjentów, w tym 134 – w Szpitalu Wojewódzkim w Łomży. Zachodniopomorskie dysponuje 150 łóżkami dla chorych na COVID-19 w dwóch szpitalach, z czego 136 – w Samodzielnym Publicznym Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Szczecinie. W warmińsko-mazurskim na drugim poziomie jest 131 łóżek w 5 szpitalach, a na pierwszym – 88 łóżek w 26 szpitalach. W lubuskim jest zabezpieczonych 285 miejsc na pierwszym i drugim poziomie, z czego 122 są w Wielospecjalistycznym Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie Wlkp. Z kolei wojewódzki urząd w Opolu przekazał, że nie udziela informacji nt. liczby łóżek w szpitalach na terenie województwa opolskiego przeznaczonych dla pacjentów z COVID-19.

Zagrożone regiony

– Zła kondycja polskiego systemu ochrony zdrowia dotyczy wszystkich regionów. Najbardziej narażone na ewentualne zatory są te najbiedniejsze i najbardziej zaludnione. Najtrudniejszą sytuację mają więc obszary o dużej ruchliwości społecznej jak Mazowsze i Śląsk. Jednak są to mało precyzyjne dane. Z tego powodu aktualna strategia opiera się na maksymalnie gęstej siatce administracyjnej na poziomie powiatu. To umożliwia dokładniejsze określanie zagrożonych obszarów i przeciwdziałanie rozwojowi epidemii – analizuje dr Maksymowicz.

Jak zaznacza Rafał Hołubicki, zmiana sposobu myślenia, tj. rozłożenie odpowiedzialności w walce z koronawirusem, ma sens. Jednak trzeba poczekać na rozporządzenia wykonawcze i szczegółowe zapisy. Z kolei Wojciech Bociański podkreśla, że strategię walki z koronawirusem będzie można dostosowywać do aktualnej sytuacji. Zdaniem eksperta, już przed wakacjami należało zmniejszyć liczbę szpitali jednoimiennych, bo było ich za dużo. Ale gdyby pandemia rozwijała się tak jak wiosną we Włoszech, to liczba miejsc dla pacjentów byłaby adekwatna lub nawet za mała.

– Nowa strategia przywraca dostępność do placówek wysokospecjalistycznych dla rzeszy pacjentów niezakażonych koronawirusem. Chodzi tu o osoby z przewlekłymi schorzeniami i dolegliwościami, których nie wolno bagatelizować. Stany nagłe, choroby przewlekłe – kardiologiczne, onkologiczne, problemy psychiatryczne, zwłaszcza dzieci i młodzieży, nie zaczekają, aż poradzimy sobie z pandemią – dodaje rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej.

Z kolei dr Maksymowicz zwraca uwagę na ewentualny wzrost zachorowań na sezonową grypę. To jeden z czynników, który może doprowadzić do problemów z miejscami w szpitalach. Jednak nie ma pewności, czy tak się stanie. Zdaniem eksperta, jest nadzieja, że dzięki specjalnym środkom sanitarnym, zainfekowanych grypą będzie znacznie mniej niż np. rok temu. Natomiast z większym niepokojem należy patrzeć na rozwój ognisk COVID-19 w następstwie społecznego rozluźnienia i powrotu do tradycyjnego nauczania w szkołach.

– W zmniejszeniu  liczby chorych na grypę może pomóc dostęp do środków sanitarnych, wzrost świadomości społecznej oraz poprawa higieny rąk. Należy też bacznie przyglądać się rozwojowi  sytuacji  w placówkach edukacyjnych.  Dla przykładu, po trzech  tygodniach od rozpoczęcia roku szkolnego u naszych zachodnich sąsiadów zidentyfikowano 37 szkół,  w których koronawirus się pojawił. To jasno pokazuje, z czym musimy się zmierzyć w nadchodzących tygodniach – podsumowuje ekspert z WARMIE.

Uruchomiono pierwszy etap inicjatywy „GPW Private Market”

  • 28 września 2020 r. polskim producentom i developerom gier zaprezentowana została platforma crowdfundingowa „Private Market” Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie
  • Pierwszy etap inicjatywy uruchomiony został we współpracy z INC S.A.
  • GPW Private Marekt to jedna z kluczowych inicjatyw strategicznych GPW
  • Inwestorem będzie mógł zostać każdy posiadacz smartfona

W poniedziałek, 28 września br. na kanale YouTube Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, producentom i developerom gier zaprezentowana została inicjatywa GPW Private Market oraz jej pierwszy etap – platforma Raisemana, przygotowana wspólnie z INC S.A. Prezentację poprowadzili: dr Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW oraz Kamil Stanek, CEO Raisemana. Od dziś z projektem GPW Private Market może zapoznać się każdy.

– GPW Private Market to pierwsze miejsce, w którym inwestorzy będą mogli w prosty sposób poznać rynek kapitałowy. Bez pośredników, po prostu podpinając kartę pod aplikację. Inwestorem będzie mógł więc zostać każdy posiadacz smartfona. Upowszechnienie cyfryzacji gospodarki powoduje, że rzeczy, które kiedyś nie mogły być przedmiotem obrotu na giełdzie, mogą być teraz przedstawiane w formie tokenów – podkreślił Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Nowa inicjatywa jest realizowana w ramach, stworzonego przez GPW, programu Firm Partnerskich GPW w zakresie crowdfundingu i crowdinvestingu, do którego zgłosił się Dom Maklerski INC. Inicjatywa adresowana jest do podmiotów krajowych i zagranicznych z branży maklerskiej, które oferują usługi w zakresie finansowania i inwestowania społecznościowego. Uruchomiona Platforma crowdfundingowa Raisemana, oparta o blockchain, działająca we współpracy z GPW, ma umożliwić producentom gier pozyskiwanie środków na produkcję oraz dystrybucję swoich tytułów gier w zamian za tokeny blockchain.

– Dzięki platformie Raisemana studia gamingowe mogą pozyskać finansowanie na konkretną grę. W zamian za finansowanie, Wspierający otrzyma różne nagrody, w tym określony udział w przychodach z danej gry przez określony czas. Dodatkowo można liczyć, że inwestujący w konkretny tytuł będą też zainteresowani sukcesem takiej gry i staną się jej aktywnym użytkownikiem – zaznaczył Kamil Stanek, CEO Raisemana.

Start nowej platformy crowfundingowej to pierwszy etap wdrożenia inicjatywy strategicznej GPW Private Market, która stanowi jeden z priorytetowych projektów dla GPW. Docelowo inicjatywa GPW Private Market ma być platformą obrotu wtórnego stokenizowanymi aktywami cyfrowymi oraz uzupełnić giełdową ofertę zarówno dla doświadczonych firm giełdowych, jak i dla tych które dzisiaj jeszcze są na zbyt wczesnym stadium rozwoju, żeby wejść na NewConnect lub Rynek Główny.

Rozpoczęcie testów platformy przewidziane jest na drugą połowę 2021.

Rzecznik MŚP zwraca uwagę na problem z praktyką AMW obciążania przedsiębiorców rekompensatą za koszty odzyskiwania należności

Rzecznik MŚP występuje do Wicepremier i Minister Rozwoju Jadwigi Emilewicz oraz Ministra Finansów Tadeusza Kościńskiego w sprawie problemu związanego z praktyką Agencji Mienia Wojskowego obciążania przedsiębiorców z sektora MŚP rekompensatą za koszty odzyskiwania należności w sytuacjach, gdy windykacji takich należności nie było, a opóźnienie w płatności było symboliczne (np. jednodniowe).

Do Rzecznika MŚP doszły sygnały o istotnych utrudnieniach w prowadzeniu działalności gospodarczej w sytuacji pogorszenia płynności finansowej przedsiębiorcy, co w aktualnej sytuacji epidemicznej może mieć szerokie przełożenie na sytuację wielu drobnych przedsiębiorców. Sytuacja problemowa dotyczy drobnego przedsiębiorcy prowadzącego jednoosobową działalność gospodarczą, który w konsekwencji zaistnienia negatywnych okoliczności losowych czasowo stracił płynność finansową, czego konsekwencją były czasowe opóźnienia w comiesięcznych płatnościach względem Agencji Mienia Wojskowego (dalej: „Agencja”) z tytułu najmu lokalu.

Co istotne, wszystkie zaległości były płacone wraz z odsetkami jeszcze tego samego miesiąca co termin zapłaty, a Agencja nie musiała ponosić żadnych kosztów związanych z dochodzeniem tych należności. Tym niemniej, za każde nawet najmniejsze uchybienie terminowi zapłaty Agencja naliczała przedsiębiorcy wszystkie możliwe sankcje finansowe, w tym odsetki i tzw. rekompensatę za koszty windykacji na podstawie art. 10 ustawy z dnia 8 marca 2013 r. o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach handlowych (Dz. U. z 2020 r. poz. 935, ze zm.) w wysokości równowartości kwoty 40 euro. Szczególnie jaskrawym przykładem tej praktyki było wystawienie noty obciążeniowej (rekompensaty) na kwotę 182,09 zł wraz z notą odsetkową na kwotę 0,24 zł za fakturę opłaconą przez przedsiębiorcę jeden dzień po terminie.

Początkowo, Rzecznik MŚP prowadził w tej sprawie korespondencję z organami Agencji, a w końcu również z Ministrem Obrony Narodowej, jednakże powyższe wystąpienia nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Organy stanęły bowiem na stanowisku, że niezależnie od okoliczności zgodnie z zasadami wynikającymi z dyscypliny finansów publicznych są zobligowane do naliczania wszystkich prawem przewidzianych należności.

W związku z powyższym, pismem z dnia 25 września 2020 r. Rzecznik MŚP wystąpił do Wicepremier i Minister Rozwoju Jadwigi Emilewicz oraz Ministra Finansów Tadeusza Kościńskiego z wnioskiem o rozważenie podjęcia działań legislacyjnych zmierzających do likwidacji ograniczeń z tym związanych. Rzecznik MŚP wskazał m.in. że problem z naliczaniem tej rekompensaty przez jednostki sektora finansów publicznych był już dostrzeżony przez ustawodawcę, który w ustawie z dnia 19 lipca 2019 r. o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia zatorów płatniczych (Dz. U. z 2019 r. poz. 1649) wprowadził do ustawy o finansach publicznych przepisy dające niektórym organom publicznym możliwość niedochodzenia przedmiotowej rekompensaty. W uzasadnieniu do ww. ustawy wskazano, że „w takich przypadkach żądanie rekompensaty postrzegane jest jako działanie zbyt restrykcyjne i nieuzasadnione. To powoduje podważenie zaufania do instytucji publicznych”.

Mając powyższe na uwadze, Rzecznik MŚP zwrócił się w swoim wniosku o rozważenie podjęcia działań legislacyjnych ukierunkowanych na zapobieżenie sytuacjom obciążania przedsiębiorców przez podmioty publiczne należnościami z tytułu przedmiotowych rekompensat, których wysokość jest nieadekwatna do wagi uchybienia przedsiębiorcy.

Kapitał własny to za mało, by wypłynąć na szerokie wody

Jak finansować firmę, aby nie stanąć w miejscu? Na pewno nie polegając wyłącznie na środkach własnych. Poczucie bezpieczeństwa jakie daje silna pozycja kapitałowa jest istotne, ale finansowanie wyłącznie w oparciu o kapitał własny nie zawsze pozwala w pełni wykorzystać szansę na rozwój. Finansowany wewnętrznie powolny wzrost organiczny często oznacza utknięcie na mieliźnie małej skali. Żeby wypłynąć na szerokie wody, trzeba wyjść poza strefę finansowego komfortu i nie bać się nowych rozwiązań. Finansowanie zewnętrzne, także to pozabankowe może być dla firmy potężnym impulsem rozwojowym, który wcale nie musi zaburzyć poczucia jej bezpieczeństwa. – Krystyna Kalinowska, dyrektor inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym tłumaczy jak różne podejście do finansowania przekłada się na poczucie bezpieczeństwa i tempo rozwoju firmy.

Na to, by nie korzystać z żadnej formy finansowania zewnętrznego mogą sobie pozwolić przede wszystkim mikrofirmy działające na bardzo niewielką skalę. W większości przypadków podstawą finansowania majątku trwałego oraz obrotowego przedsiębiorstwa jest kapitał własny wraz z kapitałem pozyskanym ze źródeł zewnętrznych. Wówczas przedsiębiorstwo wykorzystuje efekt dźwigni finansowej, który pozwala na zwiększenie stopy zwrotu z kapitału własnego. Jeśli chodzi o podział źródeł kapitału, optymalnie jest, gdy środki własne stanowią około 50 proc. ogólnej sumy pasywów. Proporcji tej nie należy jednak rozpatrywać w oderwaniu od branży w jakiej działa firma i jej modelu biznesowego, stąd też zdarzają się firmy o stabilnej pozycji, które mają niższy udział kapitału własnego, na poziomie 30-40 proc. Ważna jest bowiem również zdolność do obsługi długu, determinowana przez rentowność prowadzonej działalności. Wszystko to sprawia, że przedsiębiorstwa swój rozwój bardzo często finansują przy użyciu środków z zewnątrz. Bywa to bardzo skutecznym rozwiązaniem, trzeba jednak pamiętać, by zewnętrzne źródła kapitału dywersyfikować – zwłaszcza pod względem okresu spłaty jak i kosztu finansowania.

Dodatkowy kapitał pozwala wykorzystać szanse

Jedną z pierwszych form finansowania zewnętrznego działalności firmy jest kredyt kupiecki. Dzięki dobrym relacjom z kontrahentami mogą go uzyskać nawet małe, początkujące przedsiębiorstwa. W toku dalszego rozwoju, niezbędne staje się jednak dodatkowe finansowanie. Wiele firm sięga wtedy po leasing, kredyt obrotowy, bądź inwestycyjny. W którymś momencie pojawia się jednak poczucie niewykorzystanej szansy. Świadomość, że dzięki większemu kapitałowi wiele rzeczy można by było zrobić szybciej, lepiej i bardziej wydajnie. Dzięki dodatkowym środkom można np. otworzyć nowy kanał dystrybucji lub rozbudować dział sprzedaży, a tym samym rozwinąć działalność. Niedoinwestowanie może grozić utratą szansy na rozwój, oraz tym, że klienci zaczną przechodzić do konkurencji.

Dokąd po pieniądze?

Najczęściej pierwsze kroki przedsiębiorcy kierują w stronę banku. Rozmowy nie zawsze kończą się jednak sukcesem. Dla banku najważniejsza jest właściwa ocena ryzyka kredytowego, oparta na wystandaryzowanych systemach scoringowych. Wiele firm nie wpisuje się w te parametry, a przez to nie ma szans na zdobycie finansowania bankowego. Spotykając się z odmową banku warto rozważyć znalezienie partnera, który dostrzeże potencjał danego biznesu i wesprze zarząd w realizacji założonej strategii. Możliwości jest wiele. W zależności od tego czy firma jest prowadzona z myślą o jej sprzedaży w całości czy też nie, do rozważenia są następujące opcje: finansowanie udziałowe: fundusz venture capital, anioł biznesu finansowanie dłużne typu private debt: dług senioralny, dług konwertowalny na udziały lub akcje, dług podporządkowany, dług o charakterze hybrydowym – mezzanine debt Najważniejsze, aby finansowanie i sposób jego spłaty było dostosowane do możliwości i potrzeb firmy.

Bezpieczeństwo bywa złudne

Największą zaletą kapitału własnego jest bezpieczeństwo i swoboda działania. W przypadku, gdy sytuacja rynkowa przybierze niewłaściwy obrót, brak zobowiązań daje możliwość zakończenia działalności w dowolnym momencie bez ryzyka „zostania z długami”. Takie podejście do finansowania ma jednak wady, które poważnie ograniczają rozwój biznesu. Największe z nich to niedostosowanie się na czas do aktualnych potrzeb rynkowych i brak możliwości realizowania niezbędnych inwestycji. Często oznacza to także ryzyko zostania w tyle za konkurencją, a w konsekwencji tego utratę udziału w rynku.

W obecnej sytuacji gospodarczej bezpieczeństwo daje przede wszystkim płynność finansowa. Trzeba więc zadbać, by dostępne finansowanie było na poziomie umożliwiającym nieprzerwaną działalność, nawet w okresie opóźnień w spływie należności lub spadku przychodów ze sprzedaży. Środki własne mogą do tego nie wystarczyć. Dodatkowe finansowanie z zewnątrz pomoże nie tylko w utrzymaniu płynności, ale też da szansę na dalszy rozwój.

Amerykańscy inwestorzy mają coraz większy apetyt na ryzyko

Większość polskich inwestorów jeszcze nie wie, co to jest SPAC. Jednak prawdopodobnie niedługo ten termin będą znali wszyscy, mówimy bowiem o pomyśle na inwestycje w ciężkich czasach. A czasy dla inwestorów są teraz wyjątkowo ciężkie.

SPAC to skrót od special purpose aquisition company, tłumacząc na polski – celowa spółka akwizycyjna. Jest to spółka, której działalność polega wyłącznie na poszukiwaniu innego przedsiębiorstwa do przejęcia, nie posiadając jeszcze po stronie aktywów praktycznie żadnego majątku. W świecie finansów nie jest to żadna nowość, takie spółki istnieją od co najmniej kilkudziesięciu lat i są tak naprawdę specyficzną formą funduszy inwestycyjnych. Jednak dotąd, z uwagi na szczególnie wysoki poziom ryzyka, jaki muszą podjąć inwestorzy, nie były one szczególnie popularne. Wszystko zmieniło się w ostatnich miesiącach.

W USA inwestorzy przestraszeni rosnącą inflacją i zerowymi stopami procentowymi są gotowi podejmować coraz większe ryzyko, byle tylko uniknąć lokowania swoich środków w nierentownych lokatach bankowych. Nie przeszkadza im nawet to, że nie wiedzą, jaka spółka ma być obiektem przejęcia, ani jaki jest końcowy cel spółki akwizycyjnej. Co więcej, amerykańskie SPACsy, nie mając do tego odpowiednich kompetencji, coraz częściej przejmują przedsiębiorstwa znajdujące się we wstępnej fazie rozwoju, a wtedy ryzyko inwestycyjne staje się jeszcze większe.

Nie można jednak zaprzeczyć, że spółki typu SPAC potrafią bardzo skutecznie wspomagać rozwój startupów. Ich największą zaletą jest to, że powstają od razu w formie spółki publicznej i są notowane na giełdzie. Przejęcie startupu odbywa się w formie fuzji obu przedsiębiorstw, a to oznacza, że przejęty podmiot automatycznie staje się spółką giełdową. Dzięki temu może skuteczniej pozyskiwać fundusze na rozwój.

W Stanach Zjednoczonych regułą jest, że środki uzyskane podczas emisji akcji spółki SPAC są gromadzone na specjalnym koncie i mogą być wykorzystane tylko w celu akwizycji przejmowanego przedsiębiorstwa. W przypadku, gdy w ustalonym czasie nie dojdzie do akwizycji zaaprobowanej przez akcjonariuszy, spółkę należy rozwiązać i zwrócić akcjonariuszom wpłacone przez nich środki.

Obecnie najszerzej komentowanym przykładem firmy rozwijającej się dzięki połączeniu ze SPAC jest Nikola Corporation. Spółka założona w 2014 roku w Salt Lake City przez miliardera Trevora Miltona pracuje głównie nad wprowadzeniem na rynek elektrycznych i wodorowych samochodów ciężarowych. Dzięki połączeniu ze spółką typu SPAC – VectoIQ, od lipca tego roku Nikola Corporation jest notowana na giełdzie NASDAQ. Inwestorzy muszą pokładać ogromne nadzieje w planach firmy, gdyż jest ona warta prawie 10,5 miliarda dolarów mimo tego, że nie sprzedała jeszcze ani jednego samochodu, a jej obroty w pierwszych 6 miesiącach tego roku wyniosły zaledwie 95 tysięcy dolarów. Wartość giełdowa Nikoli to mniej więcej jedna czwarta wartości takich gigantów jak General Motors czy BMW.

Nikola ma jednak sporo kłopotów. Analityczna firma Hindenburg Research zarzuciła jej liczne nadużycia finansowe. Ponadto, podobno, nakręcony w 2018 roku spot pokazujący ciężarówkę Nikola jadącą po pustyni, okazał się manipulacją. Pojazd nie miał napędu i jechał z górki! Raport firmy badawczej pechowo ujrzał światło dzienne zaledwie kilka dni po tym, jak wartość akcji Nikoli eksplodowała po ogłoszeniu umowy o współpracy z General Motors. Aktualnie Nikola jest pod lupą amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd, a także Departamentu Sprawiedliwości.

Kłopoty firmy spowodowały ożywioną dyskusję na temat ryzyka, na jakie są narażeni inwestorzy spółek typu SPAC. Bańka internetowa z początku dwudziestego pierwszego wieku na dość długo nauczyła inwestorów, aby nie ufali firmom, które nie posiadają ani udokumentowanych przychodów, ani kompetencji w obszarze rozwoju młodych przedsiębiorstw. Widać wyraźnie, że wielu z nich już tę lekcję zapomniało. Jednak tam, gdzie jest wysokie ryzyko, mogą się pojawić również ogromne stopy zwrotu. Najwięcej zarobią jak zwykle ci, którzy dzięki zbudowanemu doświadczeniu i wypracowanym kompetencjom, będą w stanie najlepiej oszacować podejmowane ryzyko.

Autor: Łukasz Blichewicz – współzałożyciel i prezes zarządu grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

Dysharmonia

Wczoraj różne klasy aktywów podążały własnymi ścieżkami. Globalny rajd rynku akcji wymusił osłabienie USD wobec walut G10, jednak ulgi nie doświadczyły waluty rynków wschodzących. Niska płynność i niechęć do otwierania nowych pozycji przed końcem miesiąca są prawdopodobnymi wyjaśnieniami. To jednak także podkreśla, że ryzyka pozostają po negatywnej stronie.

Jakkolwiek poniedziałek do udanych mogą zaliczyć kupujący akcje na giełdach w Europie i USA, tak już na rynku walutowym nie było widać silnych oznak wzrostu apetytu na ryzyko. Jeszcze wśród ryzykownych walut segmentu G10 (NOK, SEK, AUD) można było dostrzec „rajd ulgi”, tak jednocześnie trwała rzeź w obszarze emerging markets. Turecka lira i brazylijski real potraciły po 1,8 proc., rosyjski rubel osłabił się o ponad 1 proc., a tuż za podium znalazł się polski złoty (-0,6 proc.). Skąd ta presja na waluty rynków wschodzących? Wczorajsze odbicie indeksów nie miało solidnego podparcia w informacjach, więc nie przekonywało niczym więcej jak byciem korektą dla samej idei korekty. To za mało, aby zbudować przekonanie do powrotu risk-on na bardziej ryzykowne klasy aktywów. Jeśli już, to niepewność wokół wyborów prezydenckich w USA, druga fala COVID-19 i brak oznak świeżego wsparcia ze strony banków centralnych przemawiają za dalszym wycofywaniem się z ryzykownych pozycji. Skala ruchów w obliczu sprzecznych sygnałów z giełd sugeruje natomiast brak płynności niż odzwierciedla wielkość przepływów. Na takim tle nikt nie patrzy na indywidualne zalety walut. To niebezpieczne zaplecze m.in. dla złotego, który dotychczas był postrzegany jako atrakcyjny rynek gospodarki, która wyjątkowo dobrze zniosła pierwszą falę pandemii. Dopóki dążenie do redukcji wszelkiego ryzyka i ucieczka w USD nie zostanie zastopowana, żadne inne czynniki nie będą mieć znaczenia.

EUR/USD znalazł siłę do odbicia od 2-miesięcznych dołków. Optymizm na giełdach i nadzieje (nie dowody) w temacie pakietu fiskalnego w USA stały się pretekstem dla zawrócenia kursu. Żadnej reakcji nie przyniosło wystąpienie prezes EBC Lagarde w Parlamencie Europejskim. Lagarde powtórzyła, że bank jest gotowy użyć wszystkich narzędzi do wsparcia ożywienia oraz monitoruje kurs walutowy. Uczestnicy rynku obecnie nie uwzględniają w swoich oczekiwaniach możliwości interwencji EBC w kurs EUR, a wczoraj otrzymali też dowód, że sam EBC nie ma do końca określonego zdania. Sławne już źródła z EBC donoszą, że panuje silny podział obozów, gdzie jastrzębie chciałyby ograniczenia tempa skupu aktywów, podczas gdy gołębie sprzeciwiały się zbyt łagodnemu językowi Lagarde w stosunku do siły euro i ryzyk dla wzrostu. Wygląda na to, że Lagarde pragnie pogodzić wszystkich, sterując polityką tak, aby nie ograniczać tego, co już zostało wprowadzone, ale też nie dokładać za dużo, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Take podejście dla EUR obecnie nic nie zmienia.

Dziś dzień powinien przebiegać na dyskusji, czy rynek akcji jest w stanie wycisnąć więcej z odbicia i jak trwałe będzie podbieranie ryzykownych walut G10. Poza tym uwaga pozostanie skupiona na pierwszej debacie telewizyjnej kandydatów na prezydenta USA. Start debaty w środę o 3:00 polskiego czasu. Jest mało prawdopodobne, aby debata rozwiała wątpliwości wokół wyniku wyborów i ryzyka nierespektowania rezultatu przez Trumpa (jeśli nie wskaże na jego zwycięstwo). Zatem dla rynku walutowego może okazać się efektywnie neutralna.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak i gdzie Polacy kupują warzywa i owoce?

Pandemia zmienia proces zakupów. W ramach „Narodowych badań konsumpcji warzyw i owoców”, realizowanych przez Kantar dla Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw, poznaliśmy jego etapy, miejsca, kryteria oceny produktów i same zakupy, to co ostatecznie kupujemy.

Zakupy owoców i warzyw są coraz częściej planowane, co ma związek z epidemią koronawirusa, ale również z oszczędnością i niechęcią do marnowania żywności. Podczas epidemii konsumenci zaczęli lepiej planować zakupy tak, aby zmniejszyć liczby wizyt w sklepie i skrócić czas spędzony na zakupach.

„Większość osób ma pewien zestaw warzyw i owoców, które +muszą być w domu+. Warto jednak podkreślić, że warzywa i owoce często kupowane są także pod wpływem impulsu, gdy coś się podczas zakupów spodoba” – mówi Agata Zadrożna, Kantar Polska.

„Zakupy najchętniej robimy koło domu lub po drodze. Teoretycznie preferujemy bazarki, ale często rezygnujemy z nich z braku czasu lub dlatego, że nie ma ich w pobliżu. Największą zaletą targów i różnego rodzaju straganów jest zaufanie do sprzedawcy oraz wiara, że sprzedawane produkty są uprawiane przez sprzedawcę lub jego rodzinę. Rosnące znaczenie dla kupujących ma wiedza skąd pochodzi produkt, w jakich warunkach jest uprawiany i skąd był transportowany. Konsumenci chcą kupować bezpośrednio od producenta. Powyższe sprawia, że samochód budzi większe zaufanie niż stragan (+prosto z samochodu+). Podobnie mniejszy asortyment. Budują poczucie, że towar jest prosto z pola, że sprzedaje osoba, która uprawia. Warto podkreślić, że bazarki są popularne wśród osób poszukujących towarów lokalnych, regionalnych, autentycznych, ekologicznych, świeżych, ale z drugiej strony wiele osób nie ma czasu na zakupy tam realizowane” – wyjaśnia Urszula Krassowska, dyrektor zarządzająca Public Division w Kantar Polska.

Kupujemy to, co jest dostępne tam, gdzie zaopatrujemy się w warzywa i owoce. Warzywa i owoce mają opinię drogich, dlatego zwracamy uwagę na promocje. Konsumenci chcieliby, aby sklepy oferowały większy wybór warzyw i owoców. Zależałoby im na możliwości wyboru odmiany i kupienia odpowiedniej do planowanej potrawy lub preferencji smakowych. Widoczny jest duży sentyment do dawnych odmian owoców. Wciąż funkcjonują ich nazwy, np. jabłek i gruszek.

Dla konsumentów warzyw i owoców ważne są: naturalność (postrzegana jako jak najmniej nawozów i środków ochrony roślin, ale też dojrzewanie na słońcu nie w szklarni); polskość (głównie ze względu na krótki transport i wspieranie polskich producentów, a także smak); przewidywalność smaku (znana odmiana); znajomość ścieżki jaką przechodzi warzywo czy owoc od producenta do sklepowej półki. Nie zwracają uwagi na region (w ramach Polski) pochodzenia ze względu na nieznajomość regionalnych odmian i ich właściwości. Wyjątek stanowią tu Jabłka Grójeckie. Rosnącym trendem jest zainteresowanie warzywami i owocami niedoskonałymi, które uchodzą za bardziej naturalne. Z drugiej strony dla wielu osób wciąż liczą się ładny wygląd i porównywalny kształt. Oceniają, że taki produkt jest zdrowy i będzie się dobrze przechowywać.

„Narodowe badania konsumpcji warzyw i owoców” realizowane są przez KANTAR dla Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw. Projekt realizowany jest we współpracy z agencją INSPIRE smarter branding. Zadanie finansowane jest ze środków Funduszu Promocji Owoców i Warzyw. Projekt otrzymał patronat honorowy Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Sztuczna Inteligencja w automatyzacji cyberprzestepczosci i cyberobrony

Upowszechnienie pracy zdalnej przyspiesza trend cyfryzacji społeczeństwa. Wpływa również na zwiększanie się zależności gospodarki i życia od aplikacji internetowych. Tymczasem cyberprzestępczość stała się najpowszechniejszym rodzajem przestępstwa. Już od wielu lat kradzieże online zapewniają złodziejom znacznie większe środki niż te pochodzące z fizycznych napadów na banki. Teraz przestępcy po prostu atakują strony internetowe banków, agencji federalnych, linii lotniczych i sprzedawców detalicznych. Według raportu Verizon dotyczącego naruszenia danych z 2020 r. 86% wszystkich naruszeń danych było motywowanych finansowo.

Niestety społeczeństwo nie jest w stanie nadążyć za zmianami technologicznymi i cyberprzestępcami. Większość ludzi ma przekonanie, że ataki kierowane są tylko na wyjątkowe cele. To dalekie od prawdy: obecnie cyberprzestępcy atakują wszystkich.

Brakuje nam pojęcia o skali cyberprzestępczości. Raport sponsorowany przez Herjavec Group szacuje, że będzie ona kosztować gospodarkę światową ponad 6 bln USD rocznie do 2021 r., w porównaniu z 3 bln USD w 2015 r. Łatwiej wyobrazić sobie problem, gdy zrozumiemy, że w przyszłości prawie wszystkie wykorzystywane przez nas technologie będą stale atakowane. Tak jak ma to już miejsce w przypadku każdej większej witryny internetowej i aplikacji mobilnej, na których polegamy.

Zrozumienie tego wymaga radykalnej zmiany wyobrażeń o świecie, jako miejscu wyłącznie fizycznym. W rzeczywistości po prostu nie da się obrabować każdego domu w mieście tego samego dnia. W wirtualnym świecie jest to możliwe, a takie próby są podejmowane dla każdego wręcz „domu”. Opisywana jest tu stała aktywność (a nie rozproszone zagrożenie), którą obserwujemy na każdej większej stronie internetowej. Wspomniane instytucje, jak banki czy detaliści, codziennie podlegają milionom ataków, których celem są konta użytkowników. W czasie kilku dni, które zajmują Google zaindeksowanie większości sieci, cyberprzestępcy atakują prawie każdą witrynę na świecie.

Najczęstszym typem ataku internetowego jest obecnie upychanie czy też wyciąganie danych uwierzytelniających (credential stuffing). Dzieje się tak, gdy cyberprzestępcy wykorzystują skradzione w wyniku naruszenia bezpieczeństwa dane użytkowników, a następnie używają narzędzi do ich automatycznego logowania na każde „pasujące” do nich konto w kolejnych witrynach internetowych. Wszystko to w celu przejęcia tych kont i kradzieży znajdujących się na nich środków lub danych. Takie przejęcia konta (Account Takeover – ATO) są możliwe, ponieważ ludzie często używają tych samych haseł w różnych witrynach internetowych.

Tym sposobem gigantyczna fala naruszeń danych w ciągu ostatniej dekady przyniosła cyberprzestępcom miliardy rekordów. Ich wykorzystanie sprowadza się dla kryminalistów do rachunku prawdopodobieństwa. Ze 100 wykradzionych haseł użytkowników wypróbowywanych w kolejnych witrynach 1 odblokuje hakerom czyjeś konto. Cyberprzestępczość jest jak biznes, a rozwój takiej „firmy” zależy od zwiększania skali i wydajności. Zautomatyzowanie credential stuffing tę skalę znacznie zwiększa.

Tutaj wkracza sztuczna inteligencja.

Na podstawowym poziomie sztuczna inteligencja wykorzystuje dane do prognozowania, a następnie automatyzuje działania. Cyberprzestępcy wykorzystują sztuczną inteligencję zaprojektowaną do legalnych celów, w nielegalnych działaniach.

Spójrzmy na jedną z najczęstszych metod obrony przed wyciąganiem danych uwierzytelniających – CAPTCHA. Wynaleziony kilka dekad temu CAPTCHA ma chronić przed niechcianymi botami, weryfikując użytkownika poprzez to, co w teorii ludziom powinno przychodzić łatwo, a botom trudno – np. konieczność czytania zniekształconego tekstu. Niestety, wykorzystanie sztucznej inteligencji przez cyberprzestępców odwraca sytuację. Technologia optycznego rozpoznawania znaków (OCR), oparta na uczeniu maszynowym, może rozwiązać 99,8% takich wyzwań CAPTCHA, jak wskazało kilka lat temu Google po przeprowadzeniu badań. OCR, podobnie jak inne technologie rozwiązujące CAPTCHA, jest używany przez cyberprzestępców w procesie credential stuffing.

Cyberkryminaliści wykorzystują sztuczną inteligencję także na inne sposoby: do przyśpieszania łamania haseł, identyfikacji intratnych celów ataków oraz optymalizacji łańcuchów dostaw i infrastruktury przestępczej. Obserwujemy niewiarygodnie krótkie czasy reakcji hakerów – mogą wyłączyć i ponownie uruchomić ataki z milionami transakcji w ciągu zaledwie kilku minut. Wykonują te działania za pomocą w pełni zautomatyzowanej infrastruktury ataku, przy użyciu tych samych technik DevOps, które są popularne w legalnym świecie biznesu. Prowadzenie takiego systemu przestępczego jest podobne do prowadzenia dużej komercyjnej witryny internetowej, a cyberprzestępczość jako usługa jest obecnie powszechnym „modelem biznesowym”.

Z czasem sztuczna inteligencja będzie w coraz większym stopniu wykorzystywana przez kryminalistów, żeby wspierać przestępczy proceder: wzrost skali i siłę ataku. Jedyną realną odpowiedzią na zautomatyzowane ataki jest automatyczna ochrona po drugiej stronie.

Ewolucja zautomatyzowanej obrony

Na podstawowym poziomie, gdy mamy do czynienia z manualna detekcją i reakcją, zdarzenia są wykrywane i łagodzone przez centrum ochrony operacji (Security Operations Center – SOC) i zespoły zajmujące się nadużyciami i oszustwami. Następnie procesy (wykrywanie i odpowiedź) są pół-automatyzowane, a organizacje będą zmierzały do pełnej automatyzacji cyberobrony.

Ta ewolucja prosi o przyjrzenie się wzmacnianiu obrony rozbudową zespołów. Firmy biorące udział w „wojnie o talenty”, polegającej na zatrudnianiu sporych zespołów ds. bezpieczeństwa, zaczęły się starać także o analityków danych do tworzenia własnych zabezpieczeń bazujących na Sztucznej Inteligencji. Jednak zatrudnianie dużego zespołu zajmującego się sztuczną inteligencją raczej nie będzie głównym nurtem działań obronnych, tak jak nie byłoby nim zatrudnienie zespołu kryptografów . Podobne podejście nigdy nie byłoby skuteczne, skalowalne i niezawodne w obronie przed stale ewoluującymi atakami.

Skuteczną strategią jest integracja używanych rozwiązań zabezpieczających z danymi organizacji, żeby lepiej wykorzystać możliwości Sztucznej Inteligencji. Umożliwi to rozliczenie dostawców usług z wyników fałszywie dodatnich i fałszywie ujemnych oraz pomoże sprostać innym wyzwaniom ochrony – to prawdziwa wartość SI. W końcu chodzi o to, żeby była w ochronie skuteczna, mierzona zwrotem z inwestycji, a przecież kiedy systemy obronne oparte na SI tworzą fałszywe alarmy, rośnie liczba skarg klientów. Zaś w przypadku fałszywie ujemnych wyników wskaźnik ATO, przejęć kont – wzrasta. Istnieją też inne wskaźniki, z cennymi dla biznesu danymi.

Dobra SI vs zła SI to nie jest science fiction – ponad 90% prób logowania do witryn detalicznych pochodzi z narzędzi cyberprzestęepczych. Organizacje się uczą, wiele ma już skuteczne mechanizmy obronne oparte na sztucznej inteligencji. Niemniej trzeba się w automatyzacji cyberobrony rozwijać. Pamiętajmy, że lockdown zapewnił więcej czasu przed komputerami także cyberprzestępcom.

Shuman Ghosemajumder, Global Head of AI at F5.

PlanRadar: Cyfryzacja w branży budowlanej musi przyspieszyć

Na skutek pandemii, przedsiębiorstwa z branży budowlanej niemal z dnia na dzień musiały przystosować się do nowych realiów funkcjonowania. W opinii ekspertów PlanRadar zasady dystansu społecznego pozostaną z nami na dłużej, a firmy pilnie będą poszukiwały rozwiązań, które poprawią ich efektywność i zapewnią utrzymanie ciągłości operacyjnej. Wyzwaniem jest dziś więc nie tylko dążenie do elastyczności w zakresie zarządzania pracownikami oraz ich rotacją, ale też cyfryzacja biznesu, która w przypadku branży budowlanej musi zdecydowanie przyspieszyć.

W opinii Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa branża budowlana pracuje dziś na poziomie ok. 70-90 proc. wydajności. W kontekście wprowadzonych nadzwyczajnych środków ostrożności i przeniesienia części zadań do modelu pracy zdalnej należy uznać to za duży, choć tymczasowy sukces. Pandemia wciąż bowiem trwa, a liczba aktywnych przypadków zachorowań w Polsce nadal rośnie. W długofalowej perspektywie nie możemy zatem wykluczyć ponownego zamrożenia gospodarki czy nawet kolejnego lockdownu, który bez wątpienia uderzy w przedsiębiorstwa i może znacząco zachwiać budżetami zwłaszcza małych i średnich firm. W ich przypadku gra toczy się o naprawdę wielkie pieniądze – według firmy doradczej Spectis w 2020 roku wartość branży budowlanej w Polsce może wynieść nawet 250 mld złotych. Każdy procent wygenerowanych oszczędności ma więc ogromny wpływ na przyszłą kondycję całego sektora.

Cyfryzacja musi przyspieszyć

Dla wielu przedsiębiorstw, które ucierpiały na skutek obostrzeń i ograniczeń spowodowanych pandemią, skuteczną odpowiedzią na bieżącą sytuację stały się inwestycje w cyfryzację – te idealnie wpisują się bowiem w zalecenia Głównego Inspektoratu Sanitarnego oraz ogólne wytyczne dotyczące ograniczania bezpośredniego kontaktu.

Jeszcze do niedawna firmy budowlane szukały oszczędności głównie w kontekście zakupu materiałów i szeroko rozumianych kosztów towarzyszących procesowi budowlanemu, traktując cyfryzację raczej jako dodatek do ich biznesu. Dziś sytuacja znacząco różni się od tej, z którą mieliśmy do czynienia przed pandemią. Według najnowszego raportu „Global Powers of Construction 2019” firmy Deloitte, rola zaawansowanych technologii rośnie, a cyfryzacja stała się kluczem do zapewniania firmom budowlanym efektywności na każdym etapie procesu budowlanego i wspiera je w kontekście zagwarantowania bezpieczeństwa pracownikom.

Z taką tezą zgadza się Bartek Pietruszewski, Country Manager polskiego oddziału globalnej spółki PlanRadar, która w tym roku zadebiutowała na krajowym rynku ze swoją aplikacją do zarządzania projektami budowlanymi oraz nieruchomościami. – Polski rynek kryje w sobie ogromny, wciąż niewykorzystany potencjał związany z optymalizacją procesów budowlanych. Wielu menedżerów konsekwentnie sięga po analogowe rozwiązania, często nie zdając sobie sprawy z ich niskiej efektywności i kosztów generowanych dla przedsiębiorstwa, podczas gdy ich cyfrowe odpowiedniki zyskują na znaczeniu, szczególnie w tak trudnych czasach. Narzędzia takie jak nasza aplikacja, pozwalają bowiem nie tylko zdalnie zarządzać zadaniami w ramach poszczególnych zespołów, ale generują także oszczędność czasu i pieniędzy. Dzięki aplikacji PlanRadar kierownik budowy może np. efektywnie wykonywać swoje zadania z zachowaniem przepisów sanitarnych, a jednocześnie automatycznie powiadamiać pozostałych pracowników i wykonawców o bieżącym statusie realizacji projektu. Wszystko odbywa się w czasie rzeczywistym, wraz ze wszystkimi niezbędnymi informacjami, w tym szczegółowymi opisami, zdjęciami, komentarzami czy notatkami głosowymi – bez konieczności fizycznego spotkania – tłumaczy Pietruszewski.

Wciąż jest wiele do zrobienia

O tym jak ważna w dobie pandemii staje się skuteczna komunikacja między zespołami, firmy budowlane przekonały się już w marcu br., tuż po wprowadzeniu pierwszych obostrzeń w zakresie unikania zgromadzeń. Potentaci, tacy jak Skanska SA czy Warbud, od razy przeszli do modelu spotkań online. Odbywały się one na wirtualnych platformach oraz z wykorzystaniem różnych komunikatorów i pozwalały na dokonywanie kluczowych ustaleń i planowanie w trybie bieżącym, ograniczając bezpośredni kontakt i wszelkiego rodzaju aktywności wymagające obecności na projekcie do absolutnego minimum.

Styl pracy tysięcy firm, praktycznie z dnia na dzień został wywrócony do góry nogami. Największe zmiany dotyczyły delegowania zadań, które dotychczas bardzo często były przydzielane i objaśniane podczas bezpośrednich spotkań na projekcie. Przeniesienie komunikacji z innymi członkami zespołu projektowego do aplikacji wspierających ten proces, a także różnych komunikatorów firmowych było konieczne, ale był to tylko pierwszy krok w kierunku głębokiej zmiany i cyfryzacji. – Powinniśmy myśleć o procesie budowy jako całości i uważamy, że w tym zakresie wciąż jest wiele do zrobienia. Aktualnie priorytetem pozostaje zapewnienie pracownikom bezpieczeństwa i możliwości zachowania odpowiedniego dystansu społecznego, ale jednocześnie musimy pamiętać, aby zapewnić im dostęp do wszystkich istotnych informacji na każdym etapie procesu. PlanRadar nie tylko wspiera ten cel, ale także poprawia produktywność i efektywność zespołu. Dzięki naszej aplikacji cykliczne kontrole realizacji poszczególnych etapów budowy i ich zatwierdzanie mogą być przeprowadzane zdalnie, wykorzystując do tego dokumentację fotograficzną. To jednak nie koniec. W dobie nadzwyczajnych środków bezpieczeństwa rozwiązania cyfrowe pozwalają firmom przenieść zarządzanie zespołem z notebooka na smartfon w ramach systemu chmurowego niemal z dnia na dzień. Pomagamy również naszym klientom zmniejszyć liczbę osób przebywających na miejscu w tym samym czasie. Dzięki temu nie tylko usprawniamy samą realizację danej inwestycji, ale co najważniejsze wspieramy zespoły projektowe w zapewnieniu ich członkom odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa podsumowuje Pietruszewski.

Pandemia wymusiła zmiany. 3/4 firm funkcjonuje inaczej

Według najnowszego badania Krajowego Rejestru Długów, pandemia wymusiła zmiany w ponad 3/4 firm z sektora MŚP. Dla części z nich oznaczały one cięcie kosztów, np. pensji (33%). Dla innych był to czas szukania nowych pomysłów na swoją działalność (24%) czy większej cyfryzacji (21%). Zmieniając swój biznes, firmy chcą przygotować się na skutki pandemii. 8 na 10 przedsiębiorców spodziewa się, że wpływ Covid-19 na ich biznes będzie bowiem długotrwały. Gra toczy się o wysoką stawkę, stąd też podwyższony poziom stresu związany z prowadzeniem działalności, który odczuwa 71% przedsiębiorców.

Pandemia zmieniła otaczającą nas rzeczywistość oraz warunki do prowadzenia działalności gospodarczej dla bardzo wielu firm, a nawet całych branż. Bez wprowadzania większych zmian wciąż funkcjonuje 23% MŚP. Jednak dla większości (77%) były one koniecznością. Najmocniej na nowe tory przestawić się musiał sektor produkcyjny, aż 91% z nich wdrożyło nowe działania czy rozwiązania, pokazują wyniki badania „Jak pandemia zmieniła biznes” przeprowadzonego dla Krajowego Rejestru Długów przez instytut badawczy MANDS.

Jedni tną koszty, inni zmieniają profil działalności

Najczęściej podejmowaną w obliczu kryzysu epidemiologicznego decyzją przez przedsiębiorców było ograniczenie wydatków w firmie. Najwięcej z badanych firm wskazało, że podjęło decyzję o cięciu płac (33% wskazań). Co ciekawe, w blisko połowie firm, które podjęły taką decyzję cięcia były powszechne i wynagrodzenia zmniejszono wszystkim pracownikom. Znacznie rzadziej obniżki pensji dotyczyły konkretnych stanowisk czy osób, przy czym nie było tu znaczących różnic między wskazaniami na zarabiających najwięcej, najmłodszych czy mniej przydatnych w firmie. Niestety, w blisko co 6 firmie (16%) pandemia przyniosła także redukcję zatrudnienia. Zwalniani byli najczęściej pracownicy, których stanowisko straciło rację bytu (62%). W drugiej kolejności pracę tracili najmłodsi stażem (32%).

Ale cięcia kosztów, to nie jedyny sposób na przetrwanie. Wiele przedsiębiorstw postanowiło uciec do przodu. Dla blisko co czwartej firmy strategią na adaptację w nowej rzeczywistości stała zmiana dotychczasowej oferty w obrębie swojej branży. Dostosowała więc swoją produkcję lub usługi do bieżącego zapotrzebowania i nowo ukształtowanych nisz. Elastyczność i szybka reakcja na nowe warunki na rynku pomogła im kontynuować działalność. Niestety, nie we wszystkich przypadkach i branżach było to możliwe. Ponad 1/4 (27%) firm przyznała, że dla nich efektem pandemii było całkowite lub częściowe zawieszenie działalności.

Walkę o utrzymanie biznesu przedsiębiorstwa podejmowały również w sieci. Dla blisko 1/5 firm zmiana oznaczała rozwój cyfryzacji, np. poprzez wdrożenie mechanizmów obsługi przez Internet. Innym często podawanym przez przedstawicieli MŚP przykładem zmian było zwiększenie zakresu pracy zdalnej (30%).

– Spora grupa przedsiębiorców wskazała także na konieczność zmian związanych wymaganiami nowego reżimu sanitarnego i konieczność zapewnienia bezpieczeństwa swoim pracownikom czy klientom. W odpowiedziach MŚP pojawiły się także takie kwestie jak: zmiany organizacyjne, przestoje, zamknięcie lokalu przez dłuższy czas, wydłużenie godzin pracy, zmiany w procesie produkcyjnym, zmniejszenie liczby zamówień, problem ze zbytem oraz zaopatrzeniem w towary – wymienia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Nadzieja na powrót

Za wybranymi przez MŚP działaniami wobec kryzysu stoją konkretne przekonania o trwałości zachodzących zmian i ich efektach. Polscy przedsiębiorcy pozostają względnymi pesymistami. 80% nie łudzi się, że zmiany spowodowane pandemią będą krótkotrwałe. Wśród nich większość (57%) ma jednak nadzieję, że choć długotrwałe, to będą odwracalne i uda się powrócić do stanu sprzed Covid-19. Pełnymi optymistami, którzy twierdzą, że zmiany będą krótkotrwałe i odwracalne jest już tylko 15% firm. Znacznie większa zgoda wśród odpowiadających panuje za to w kwestii oceny zachodzących obecnie zmian. Dla zdecydowanej większości firm (72%) będą miały negatywny charakter.

W obliczu tak nieprzewidywalnego kryzysu, jaki sprowadziło na biznes pojawienie się koronawirusa, bardzo ważna jest trzeźwa ocena sytuacji. Oczywiście, zawsze jest ona subiektywna i perspektywa będzie się różnić ze względu na branżę, wielkość firmy, jej staż czy model biznesowy. Niemniej jednak ważne jest to aby zagrożeń nie ignorować. Gotowość na różne scenariusze będzie w kolejnych miesiącach trwania pandemii bardzo ważna – dodaje prezes Krajowego Rejestru Długów.

Pandemiczny stres

Badanie Krajowego Rejestru Długów pokazało również, że pandemia miała przełożenie nie tylko na działalność firm, ale i na kondycję psychiczną nimi zarządzających. Przyczyniła się do wzrostu poziomu stresu u aż 71% przedsiębiorców, przy czym dla większości (42%) był to nieznaczny wzrost. Nieco więcej niż co czwarty (27%) przyznaje, że prowadzenie firmy jest obecnie tak samo stresujące jak przed pojawieniem się koronawirusa. – W dobie pandemii przedsiębiorców najbardziej stresuje kwestia stabilności firmy i jej przyszłość oraz należności i zobowiązania finansowe ich biznesu. To bolączka co drugiego zestresowanego. Stres nie musi jednak oznaczać gorszego zarzadzania w tej sferze w firmach, wręcz przeciwnie. To dowód, że przedsiębiorcom zależy. Stres i adrenalina mogą wpłynąć przy tym mobilizująco i powodować, że jeszcze uważniej będą śledzić płatności i rozsądnie je planować. Może  też wśród nich wzrosnąć zainteresowanie różnymi profesjonalnymi narzędziami i usługami finansowymi, które pomagają zabezpieczyć biznes – dodaje Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Wśród pozostałych najczęstszych stresorów wymienianych przez przedsiębiorców badaniu znalazły się  także obawy o bezpieczeństwo pracowników i klientów (42%) oraz kwestie zatrudnienia (33%).

Metodologia: Badanie „Jak pandemia wpłynęła na biznes” zostało przeprowadzone na zlecenie Krajowego Rejestru Długów przez MANDS Badania Rynku i Opinii w dniach 14-26.08.2020 r. na próbie 300 przedstawicieli firm z sektora MŚP metodą CAWI/CATI.

W części zadawanych pytań respondenci mogli wskazywać kilka odpowiedzi, stąd wyniki nie sumują się do 100%.

11. edycja globalnego Raportu Allianz o Zamożności

Allianz zaprezentował jedenastą edycję „Global Wealth Report”, który przedstawia sytuację majątkową i zadłużenia gospodarstw domowych w 2019 roku w prawie 60 krajach.

Wyboisty rok

W ciągu ostatnich dziesięciu lat, ani razu nie odnotowano tak dużego wzrostu zamożności: na całym świecie aktywa[1] finansowe brutto w 2019 roku wzrosły o 9,7%, osiągając największy wzrost od 2005 roku. To zadziwiające, biorąc pod uwagę fakt, że rok 2019 naznaczony był niepokojami społecznymi, eskalacją konfliktów handlowych i recesją przemysłową. Jednak gdy banki centralne odwróciły kurs i rozpoczęły szeroko zakrojone łagodzenie polityki pieniężnej, rynki akcji odłączyły się od fundamentów i wzrosły o 25%, podnosząc aktywa finansowe w tym procesie: klasa aktywów papierów wartościowych wzrosła aż o 13,7% w 2019 r. Stopy wzrostu pozostałych dwóch głównych klas aktywów były niższe, ale wciąż imponujące: ubezpieczenia i emerytury osiągnęły wzrost o 8,1%, głównie odzwierciedlając wzrost aktywów bazowych, a depozyty bankowe wzrosły o 6,4%. W rzeczywistości wszystkie klasy aktywów odnotowały wzrost znacznie powyżej swoich długoterminowych średnich od czasu Wielkiego Kryzysu Finansowego. Kolejna osobliwość 2019: przez wszystkie lata regionalna tabela wzrostu była zdominowana przez rynki wschodzące. Jednak nie w 2019 r. Regiony, które odnotowały najszybszy wzrost, były zdecydowanie najbogatsze: Ameryka Północna i Oceania, gdzie aktywa finansowe brutto gospodarstw domowych wzrosły po 11,9%. W konsekwencji trzeci rok z rzędu rynki wschodzące nie były w stanie przerosnąć swoich znacznie bogatszych odpowiedników. Proces doganiania utknął w martwym punkcie.

Kryzys? Jaki kryzys?

Ekonomiści wskazują, że podobna historia ma się powtórzyć w 2020 roku – ale tylko w skrajnych przypadkach. Podczas gdy COVID-19 pogrążył światową gospodarkę w jej najgłębszej recesji od 100 lat, banki centralne i rządy na całym świecie uruchomiły bezprecedensowe środki monetarne i fiskalne, chroniąc gospodarstwa domowe i ich aktywa finansowe przed konsekwencjami chaosu na świecie. Szacujemy, że prywatne gospodarstwa domowe były w stanie odrobić straty z pierwszego kwartału i odnotowały niewielki, 1,5% wzrost globalnych aktywów finansowych do końca drugiego kwartału 2020 r. w postaci depozytów bankowych, zasilanych hojnymi programami wsparcia publicznego i oszczędnościami zapobiegawczymi. Bardzo prawdopodobne, że aktywa finansowe prywatnych gospodarstw domowych mogą zakończyć rok 2020, rok pandemii, na plusie. – Na razie polityka pieniężna uratowała sytuację – Ludovic Subran, główny ekonomista Allianz. – Ale nie powinniśmy się oszukiwać. Zerowe i ujemne stopy procentowe to słodka trucizna. Podważają akumulację bogactwa i pogłębiają nierówności społeczne, ponieważ właściciele aktywów mogą zgarnąć niezłe zyski. To nie jest zrównoważone. Ratowanie dnia to nie to samo, co wygrywanie przyszłości. W tym celu potrzebujemy bardziej niż kiedykolwiek reform strukturalnych po COVID-19, aby położyć podwaliny pod rozwój bardziej sprzyjający włączeniu społecznemu.

Odwrócenie trendu

Luka zamożności między krajami bogatymi i biednymi ponownie się pogłębiła. W 2000 r. aktywa finansowe netto na mieszkańca były średnio 87 razy wyższe w gospodarkach zaawansowanych niż na rynkach wschodzących; do 2016 r. wskaźnik ten spadł do 19. Od tego czasu ponownie wzrósł do 22 (2019). To odwrócenie procesu doganiania jest powszechne: po raz pierwszy liczba członków światowej zamożnej klasy średniej znacznie spadła: z nieco ponad 1 miliarda ludzi w 2018 roku do prawie 800 milionów ludzi w 2019 roku. Jednak patrząc wstecz na rozwój od przełomu wieków, rozwój rynków wschodzących pozostaje imponujący. Po uwzględnieniu wzrostu liczby ludności globalna klasa średnia wzrosła o prawie 50%, a klasa o wysokim stopniu zamożności o 30%, podczas gdy klasa niższa zmalała o prawie 10%. Pomimo tego postępu świat pozostaje miejscem bardzo nierównym. Najbogatsze 10% na świecie – 52 miliony ludzi w krajach o średnich aktywach finansowych netto o wartości 240 000 EUR – łącznie posiadało około 84% wszystkich aktywów finansowych netto w 2019 r . Wśród nich najbogatszy 1% – ze średnimi aktywami finansowymi netto powyżej 1,2 mln EUR – posiada prawie 44%. Rozwój od przełomu tysiącleci jest uderzający: podczas gdy udział najbogatszego decyla spadł o siedem punktów procentowych, to procent najbogatszego wzrósł o trzy punkty procentowe. Tak więc najbogatsi  rzeczywiście wydają się coraz bardziej oddalać od reszty społeczeństwa. – To dość niepokojące, że przepaść między bogatymi i biednymi krajami zaczęła się ponownie rozszerzać, jeszcze zanim COVID-19 pojawił się na świecie – Patricia Pelayo Romero, współautorka raportu. – Ponieważ pandemia najprawdopodobniej jeszcze bardziej zwiększy nierówności, będąc niepowodzeniem nie tylko dla globalizacji, ale także zakłócając edukację i usługi zdrowotne, szczególnie w krajach o niskich dochodach. Jeśli coraz więcej gospodarek zwraca się do wewnątrz, świat jako całość będzie biedniejszy.

Polska: powolny wzrost aktywów i pasywów

Łączne aktywa finansowe gospodarstw domowych w Polsce odnotowały bardzo skromny wzrost o 4,6% wobec spadku o 8,1% średniego wzrostu w ostatniej dekadzie. Z klas aktywów w Polsce najlepiej wypadły depozyty, które wzrosły o 9,5% i są najpopularniejszymi aktywami finansowymi w portfelach polskich gospodarstw domowych (udział 52%). Papiery wartościowe zanotowały ujemny wzrost o 2,0% i utrzymują 25% udział w portfelach. Z 13% udziałem należności ubezpieczeniowe i emerytalne nie odnotowały wzrostu w 2019 r.

Zobowiązania również były nieco gorsze od historycznej średniej (6,7%) i wzrosły tylko o 6,0%. Wskaźnik zadłużenia Polski (zobowiązania jako % PKB) utrzymuje się od siedmiu lat na stabilnym poziomie około 36%. Jest on wciąż stosunkowo niski, ale należy do najwyższych w Europie Środkowej i Wschodniej. Aktywa finansowe netto wzrosły tylko o 3,9%, co stanowi ich najniższy wzrost od 2011 r. W Polsce aktywa finansowe netto na mieszkańca kształtują się obecnie na poziomie 8 757 euro, co daje stabilne 37. miejsce w rankingu najbogatszych krajów pod względem aktywów finansowych netto na osobę. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wskaźnik ten podwoił się, jednak niepokojące jest to, że jeszcze przed pandemią aktywa w Polsce rosły wolniej niż w innych regionach. Co więcej, skutków pandemii nie widać jeszcze w aktywach finansowych gospodarstw domowych.

Top 20 w 2019 w podziale na…

aktywa finansowe netto na mieszkańca   aktywa finansowe brutto na mieszkańca
  w EUR y/y in % Pozycja w 2000     w EUR y/y in % Pozycja w 2000
#1 USA 209,524 13.4 2   #1 Szwajcaria 294,535 5.6 1
#2 Szwajcaria 195,388 7.4 1   #2 USA 254,328 11.3 2
#3 Singapur 116,657 12.2 16   #3 Dania 171,248 11.2 7
#4 Holandia 114,287 18.3 6   #4 Holandia 164,896 12.5 4
#5 Tajwan 110,706 11.7 12   #5 Szwecja 154,277 14.2 17
#6 Szwecja 110,618 18.8 14   #6 Singapur 153,642 8.4 10
#7 Japonia 103,829 3.9 3   #7 Australia 145,150 11.6 16
#8 Dania 101,671 17.5 13   #8 Kanada 140,542 8.9 8
#9 Kanada 96,630 11.7 8   #9 Tajwan 131,832 10.4 14
#10 Nowa Zelandia 96,091 4.4 9   #10 Japonia 127,041 3.5 3
#11 Belgia 94,804 6.8 4   #11 Nowa Zelandia 125,779 4.7 11
#12 Wielka Brytania 88,136 6.0 5   #12 Wielka Brytania 123,136 5.2 6
#13 Australia 83,240 20.4 18   #13 Belgia 121,345 6.4 5
#14 Izrael 79,794 10.0 11   #14 Norwegia 98,804 5.8 20
#15 Francja 63,381 10.2 10   #15 Izrael 98,798 8.7 18
#16 Austria 59,256 6.5 17   #16 Francja 90,691 8.9 12
#17 Włochy 57,429 6.2 7   #17 Irlandia 83,825 9.6 13
#18 Niemcy 57,097 7.7 19   #18 Austria 81,619 5.4 19
#19 Irlandia 53,636 17.6 15   #19 Niemcy 79,779 6.7 15
#20 Hiszpania 34,855 8.8 22   #20 Włochy 73,418 5.4 9
                 
#37 Polska 8,757 4.0 34   #37 Polska 13,766 4.7 35

 

[1] Aktywa finansowe obejmują środki pieniężne i depozyty bankowe, należności od zakładów ubezpieczeń i instytucji emerytalnych, papiery wartościowe (akcje, obligacje i fundusze inwestycyjne) oraz inne należności.

Globalny raport zamożności 2020 (w wersji angielskiej):

https://www.allianz.com/en/economic_research/publications/specials_fmo/23092020_AllianzWealthReport2020.html

Zaległy urlop tylko do 30 września. Teraz udzielany także bez zgody pracownika

Zgodnie z prawem pracownicy do środy 30 września powinni wykorzystać zaległy urlop z 2019 roku. Co więcej, pracodawca może im to nakazać bez ich zgody. Taka możliwość została sformalizowana w przepisach tarczy antykryzysowej. Z kolei nieudzielenie pracownikowi należnego urlopu może kosztować pracodawcę nawet 30 tysięcy złotych grzywny.

Prawo do wypoczynku jest jednym z podstawowych praw pracowniczych. Zgodnie z kodeksem pracy, urlop powinien być wykorzystany w roku, za który jest należny. Jednak w wyjątkowych sytuacjach możliwe jest odebranie go w roku następnym. Musi to nastąpić w nieprzekraczalnym terminie do 30 września.

Nieudzielenie pracownikowi zaległego urlopu w tym terminie jest wykroczeniem zagrożonym karą grzywny od 1 000 do 30 000 zł. Jedynie zdarzenia losowe, takie jak np. choroba pracownika, wyłączają za nie odpowiedzialność. Nie ma też możliwości porozumienia z pracownikiem w sprawie udzielenia zaległego urlopu w terminie późniejszym ani wypłacenia ekwiwalentu pieniężnego w zamian za urlop w trakcie trwania stosunku pracy.

Jednak aby nie popełnić wykroczenia, wystarczy, że pracownik rozpocznie korzystanie z zaległego urlopu w dniu 30 września. Ponadto, w ramach tarczy antykryzysowej, ustawodawca wprowadził zapis stanowiący, że w obecnym stanie epidemii pracodawca może udzielić pracownikowi zaległego urlopu bez jego zgody. Jednak taka możliwość, zgodnie ze stanowiskiem Państwowej Inspekcji Pracy, istniała już wcześniej. Opierało się to na wyroku Sądu Najwyższego z 2005 roku, wedle którego pracodawca kierujący pracownika na zaległy urlop w celu wypełnienia obowiązku w terminie, może to zrobić bez jego zgody.

Mateusz Boguszewski, główny księgowy w firmie inFakt

Co zmieniła w nas pandemia?

Badanie i raport firmy badawczej Mobile Institute zrealizowany wspólnie z Dorotą Mintą – psycholog kliniczną, która specjalizuje się w trudnościach psychologicznych dotyczących kryzysów.

Ale to już było?

Pandemia była dla nas wszystkich zaskoczeniem. Na początku, po pojawieniu się informacji o COVID-19 i możliwym wprowadzeniu kwarantanny, towarzyszyło niedowierzanie, ale już za chwilę musieliśmy wszyscy stawić czoła nowej rzeczywistości, dostosować się do obostrzeń i poradzić sobie w nowych warunkach. Czy nam się to udało? Na pewno Polacy dobrze poradzili sobie z operacyjnymi kwestiami. Sprawnie zrobili zapasy, zaczęli częściej kupować online (zgodnie z wynikami badania „Omni-commerce. Kupuję wygodnie” z maja 2020 roku obecnie aż 72% internautów deklaruje zakupy w Intrenecie), a dom zmienili w biuro i szkołę. Warto jednak zadać sobie pytanie, jaki wpływ ta sytuacja miała na nasze samopoczucie i psychikę. Czy wyjdziemy z pandemii silniejsi, mądrzejsi, lepsi? Czy raczej pogrążeni w smutku i zalękani o przyszłość? Są to pytania szczególnie ważne w momencie, kiedy mamy do czynienia z ponownym wzrostem liczby zachorowań i powoli zaczyna do nas docierać, że być może w czasach globalizacji takie zjawiska będą się po prostu zdarzać i to od nas zależy, jak sobie z nimi poradzimy.

Trudne, trudniejsze, najtrudniejsze…

Kwarantanna była nie lada wyzwaniem dla nas wszystkich. Najtrudniejsza okazała się dla Polaków niemożność pójścia do restauracji, kina czy teatru. W skali 0-10 badani ocenili dokuczliwość tego aspektu na 5,9, a odczuło go w jakiś sposób aż 82%. Kolejną pozycję zajęła niemożność skorzystania z usług takich jak fryzer czy kosmetyczka [ocena 5,8 w skali 0-10, 82% wskazań]. Wysoko w rankigu znalazło się też pilnowanie na co dzień zasad higieny, czyli chodzenie w maseczce i częste odkażanie rąk wybrane jako dokuczliwe przez 83% osób, a jako bardzo trudne przez 31%. Na 4-tym miejscu Polacy wskazali utrudniony kontant z bliskimi, z którymi nie mieszkają, na 5-tym zakupy, a zaraz potem utrzymanie właściwego harmonogramu dnia. Co ciekawe, także ponad 80% osób za dokuczliwą w jakimś stopniu uznało konieczność ciągłego przebywania z bliskimi i powstrzymywania się od agresywnych zachowań na co dzień. Co prawda, w obu przypadkach trudność sprostania tym wyzwaniom została oceniona średnio na 4,5 i 4,7, ale aż 20% badanych dało im oceny 7 i więcej w skali 0-10. Dużym problemem były też zdalne lekcje i samodzielna edukacja dzieci, które dodatkowo obciążyły rodziców. Nie narzekaliśmy za to na pracę zdalną, a przynajmniej większość z nas. Wśród osób, które pracowały zdalnie podczas kwarantanny, 60% jest za kontynuacją takiej elastycznej formy zatrudnienia po pandemii. 17% osób przyznało, że już przed COVID-19 pracowały częściowo zdalnie, więc łatwo im się było odnaleźć w nowej sytuacji. Co 4. osoba uważa, że mogłaby pracować całkowicie zdalnie, ponieważ jest bardziej efektywna w tym modelu, a kolejne 20% chciałoby mieć możliwość częstszej pracy z domu, to znaczy dojeżdżać do biura tylko 2-3 razy w tygodniu. Badanie jasno pokazuje, jak ważne jest dla nas zaspokajanie potrzeb społecznych, to za ludźmi, kontaktami z nimi najbardziej tęskniliśmy, a ich brak był źródłem frustracji. Okazuje się też, że w dużym stopniu nasze funkcjonowanie jest wynikiem rytmu narzuconego nam przez świat zewnętrzny: pracodawcę, zajęcia, dzieci itp. Kiedy mamy sami zadbać o ten rytm, równowagę pomiędzy pracą a życiem prywatnym, czujemy się nieporadni. Warto więc w tym momencie postawić sobie pytanie, czy w toku edukacji nie powinniśmy uczyć się większej samodzielności, planowania czasu i ustalania priorytetów? Niepokojący jest też wątek agresji, spowodowanej zapewne intensywnością kontaktu z najbliższymi. Obawiam się jednak, że te konflikty rodzinne to nie efekt koronawirusa, a izolacja jedynie ujawniła to, co się tliło w wielu domach od dawna.” – mówi Dorota Minta, psycholog i psychoterapeuta, Prezes Fundacji STOMAlife.

Nowe nawyki

Poza wspomnianymi już zakupami online, 62% Polaków zmieniło też w czasie kwarantanny inne codzienne zachowania. Najwięcej – bo 21% badanych – zaczęło częściej oglądać filmy i seriale. 19% internautów przyznało, że częściej czyta książki, a 16% – gotuje. Ćwiczyć zaczął co 8. Polak. 32% badanych wprost deklaruje, że kwarantanna zmobilizowała ich do działania – przemyślenia różnych kwestii i realizacji nowych przedsięwzięć. Niestety, aż 28% przyznało, że pandemia wywołała raczej uczucie braku sensu w tym, co robimy. Najczęściej takie odczucia towarzyszyły dojrzałym osobom, w wieku powyżej 54 lat. “Budujące jest to, że część z nas wykorzystała okres kwarantanny na przysłowiowe zatrzymanie się, przemyślenie najważniejszych spraw i podjęcie nowych działań. Zaczęliśmy nieco więcej czytać, ćwiczyć, zdrowiej się odżywiać. Podczas gdy wszystkie nasze dotychczasowe badania wskazują, że idea „slow life” i „work-life-balance” są Polakom dość obce, tu widzimy, że być może zewnętrzna okoliczność, która zmusiła nas do „zwolnienia tempa”, wpłynie pozytywnie na nasze nawyki i codzienne zachowania, a zatem – zdrowie i relacje.” – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód, dyrektor zarządzająca Mobile Institute.

Stare obawy na nowo

COVID-19 i związane z nim spowolnienie gospodarki wywołały też uczucie obawy o przyszłość, chociaż – co ciekawe – w tym kontekście Polakom udało się zachować dość dużą dozę optymizmu. Szczególnie dotyczy to mężczyzn. Obawy o swoją pracę w czerwcu wyrażało 20% badanych, w tym 32% kobiet i jedynie 12% mężczyzn. Polki częściej też obawiały się o inwestycje i oszczędności – odpowiednio 41% kobiet i 28% mężczyzn. O zdrowie obawia się 34% badanych, w tym 42% kobiet i 29% mężczyzn. W tym kontekście zdecydowanie najwięcej obaw mają osoby najstarsze – w wieku 55+ lat, wśród których o zdrowie obawia się 79%. Martwimy się też o wpływ COVID-19 na gospodarkę polską i światową. Taki lęk dotyczy 46% badanych i aż 62% kobiet.

Lepsi i mądrzejsi?

Internauci zapytani o to, czy według nich doświadczenia związane z pandemią wpłyną pozytywnie na nas jako ludzi, np. będziemy dla siebie milsi i bardziej pomocni, raczej są „na nie”. Jedynie 16% przewiduje zmiany na lepsze. 84% jest zdania, że sytuacja pozostanie bez zmian. Największy

optymizm w tym zakresie wykazały osoby dojrzałe, w wieku 55+ lat, wśród których 42% przewiduje poprawę. Nieco większą dozę optymizmu mają też w sobie kobiety, ale i wśród nich jednie 21% typuje zmiany na lepsze.

Źródło: Dane pochodzą z badania i raportu „Polacy w czasie kwarantanny” zrealizowanego przez firmę badawczą Mobile Institute. Badanie przeprowadzone zostało na próbie 1230 internautów. Opinie zebrano metodą CAWI, wykorzystując responsywne ankiety elektroniczne. Dane zostały zebrane na przełomie maja i czerwca 2020 roku. Są reprezentatywne dla internautów w Polsce pod względem struktury płci, wieku i wielkości miejsca zamieszkania. Do współtworzenia badania i skomentowania jego wyników zaproszono Dorotę Mintę – psycholog kliniczną, psychoterapeutkę z wieloletnim stażem i jednocześnie szefową fundacji STOMAlife, która specjalizuje się w trudnościach psychologicznych dotyczących kryzysów i chorób przewlekłych oraz wspólnie z NFZ stworzyła cykl podcastów „Jak poradzić sobie w czasie epidemii koronawirusa?”. Raport jest do pobrania bezpłatnie na stronie Mobile Institute pod adresem https://mobileinstitute.eu/report/2020/09/28/polacywczasiekwarantanny.html

ElectroMobility Poland, Polska Grupa Motoryzacyjna oraz Sieć Badawcza Łukasiewicz podpisały list intencyjny dotyczący bliskiej współpracy

ElectroMobility Poland, Polska Grupa Motoryzacyjna oraz Sieć Badawcza Łukasiewicz podpisały list intencyjny dotyczący bliskiej współpracy. Chcą zaangażować jak największą liczbę rodzimych przedsiębiorców do łańcucha dostaw Izery – marki polskich samochodów elektrycznych. Planują także wykorzystanie potencjału Sieci Badawczej Łukasiewicz w opracowaniu technologii do pojazdu. W efekcie Izera ma być dziełem bliskiej współpracy polskich przedsiębiorców w polskimi naukowcami i inżynierami.

–  Projekt budowy polskiej marki samochodów elektrycznych opieramy na solidnych podstawach – mówi Piotr Zaremba, prezes spółki ElectroMobility Poland. – Jesteśmy świadomi potencjału, jaki posiadają polskie firmy działające w branży automotive. Motoryzacja jest drugim co do wielkości sektorem przemysłowym w Polsce. Sam segment produkcyjny zatrudnia ponad 200 tys. osób. Chcemy, żeby polskie firmy w możliwie jak najszerszym zakresie uczestniczyły w budowie łańcucha dostaw dla Izery. Jesteśmy przekonani, że owocną współpracę z polskimi naukowcami i inżynierami umożliwi stworzenie własnych rozwiązań technologicznych, mogących konkurować z ofertami zagranicznymi. Budowa własnej marki motoryzacyjnej nada nowy impuls firmom i instytutom działającym w Polsce
w obszarze elektromobilności.

Ważna deklaracja

List intencyjny został podpisany 28 września w siedzibie Łukasiewicz-Przemysłowego Instytutu Motoryzacji przez prezesów: ElectroMobility Poland – Piotra Zarembę, Polskiej Grupy Motoryzacyjnej  – Adama Sikorskiego oraz Sieci Badawczej Łukasiewicz – Piotra Dardzińskiego. Wydarzenie było kulminacyjnym punktem konferencji „Polonizujmy Izerę”, w której w dniach 28-29.09.2020 wzięło udział ponad 100 rodzimych producentów części i komponentów motoryzacyjnych oraz firm inżynieryjnych, zainteresowanych realizowanym przez EMP projektem.

Sygnatariusze listu zadeklarowali podjęcie współpracy, która ma zmierzać do tego, żeby jak największa liczba polskich podmiotów była włączona do procesu polonizacji łańcucha dostaw w ramach projektu prowadzonego przez spółkę ElectroMobility Poland. Chodzi o to, żeby rozwiązania, nad którymi pracują polscy naukowcy, stosowane w produktach oferowanych przez rodzime firmy, mogły być wykorzystywane w procesie produkcji samochodów elektrycznych oraz niezbędnej do ich funkcjonowania infrastruktury.

Zainteresowanie rośnie

Olbrzymią rolą, jaką w rozwoju polskiej gospodarki może odegrać uruchomienie produkcji polskich aut elektrycznych dostrzega Polska Grupa Motoryzacyjna, stowarzyszenie, które zrzesza wyłącznie polskich producentów części i akcesoriów motoryzacyjnych.

– Współpraca z polską marką samochodów elektrycznych jest szansą dla umocnienie rynkowej pozycji naszych firm, które już wykazują duże zainteresowanie rozwojem technologii związanej z elektromobilnością. Chodzi m.in. o projektowanie i produkcję baterii litowo-jonowych, akumulatorów, ładowarek, czy rozwijanie technologii w dziedzinie tworzenia specjalnych powłok lakierniczych przeznaczonych dla samochodów elektrycznych. To zainteresowanie będzie miało tendencję wzrostową, biorąc pod uwagę rozwój elektromobilności – ocenia Adam Sikorski, prezes Polskiej Grupy Motoryzacyjnej.Liczymy także na transfer technologii, która może być wykorzystywana także przy okazji  innych projektów  związanych z mobilnością.

Elektromobilne oblicze nauki

Niezwykle istotnym elementem planu, który realizuje spółka ElectroMobility Poland jest nawiązanie współpracy z ekspertami prowadzącymi projekty badawczo-rozwojowe związane z elektromobilnością. W Polsce najwyższymi kompetencjami naukowo-badawczymi w tym zakresie dysponuje powołana w ubiegłym roku Sieć Badawcza Łukasiewicz, tworzona przez 33 instytuty w całej Polsce. Prowadzi badania nad innowacyjnymi środkami transportu, magazynowaniem i przetwarzaniem energii (ogniwa paliwowe, superkondensatory, baterie i akumulatory). Ma także kompetencje m.in. w doborze, implementacji i konfiguracji napędu elektrycznego, magazynu energii oraz pozostałych podsystemów pojazdów. Naukowcy i inżynierowie prowadzą prace nad programowaniem komputerów pokładowych pojazdów elektrycznych oraz badaniami laboratoryjnymi tych napędów. Realizują akredytacje PCA do badań akumulatorów i baterii w zakresie ich właściwości: elektrycznych, fizycznych i mechanicznych. Instytuty mają także znaczący potencjał do kooperacji z producentami części samochodowych, nie tylko pojazdów elektrycznych.

Jednym z kierunków strategicznych Łukasiewicza jest wsparcie branży motoryzacyjnej, która jest drugą największą branżą polskiej gospodarki, a jej produkcja wynosi średnio 13% PKB. Łukasiewicz jako sieć interdyscyplinarnych instytutów, a przede wszystkim grupa ponad 4500 naukowców, ma szerokie kompetencje do pełnienia funkcji kompleksowego zaplecza badawczo-rozwojowego dla projektu samochodu elektrycznego Izera. W ramach grupy Inteligentna Mobilność już dziś mamy wiedzę i umiejętności możliwe do wykorzystania przez biznes, który razem z nami będzie rozwijał technologie poszczególnych komponentów pojazdu. Projekt to także znacząca szansa na rozwój dla polskich naukowców. Generuje silną i konkretną potrzebę rozwoju technologii, stając się dla nas realnym wyzwaniem do wspierania polskiego biznesu – mówi Piotr Dardziński, prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz.

Przyszłość przedsiębiorstw tkwi w chmurze – trwa transformacja i przystosowywanie nowych rozwiązań do biznesu

Konieczność cyfrowej transformacji i rosnący rynek usług łączących centra danych między sobą, zmieniają definicję i wymagania dotyczące sieci centrum danych. Aplikacje i operacje przetwarzania danych, które stanowią cyfrowe źródło życia nowoczesnych organizacji, są dziś rozproszone, znajdują się nie tylko w lokalnych centrach danych, ale także w wielu sieciach chmurowych. Zmiany trwają. Potrzebę nowych rozwiązań wyraźnie uwidoczniła pandemia, przez którą przedsiębiorstwa musiały zmienić swój dotychczasowy model działania.

Przyspieszona transformacja

W trakcie trwającej pandemii COVID-19, przedsiębiorstwa, które były już na zaawansowanym etapie wprowadzania cyfrowej transformacji, mogły szybko przestawić się na tryb pracy zdalnej. Kontynuując cyfryzację, umożliwiającą zwiększanie wydajności oraz utrzymywanie przewagi konkurencyjnej, wprowadzają obecnie rozwiązania oparte na wielu chmurach jednocześnie.

Połączenie z chmurą stało się niezbędnym rozwiązaniem dla firm – zarówno małych przedsiębiorstw jaki i korporacji. Popyt wzrośnie jeszcze w przyszłości ze względu na korzyści, takie jak wspomaganie osiągania krytycznych celów lub usprawnianie wewnętrznych procesów planowania i kontroli. Ponadto usługi chmurowe pomagają w zdalnym zarządzaniu infrastrukturą IT klientów i systemami dla użytkowników końcowych. Przewiduje się, że wielkość globalnego rynku połączeń między centrami danych wzrośnie z 7,9 mld USD (6,7 mld EUR) w 2020 r. do 14,0 mld USD (11,8 mld EUR) do 2025 r., a skumulowany wskaźnik wzrostu wyniesie 12,1% dla tego samego okresu – mówi Leszek Szczech z Colt Technology Services.

Przedsiębiorstwa coraz częściej wybierają podejście hybrydowe i wielochmurowe, co pozwala im szybciej tworzyć i uruchamiać kluczowe aplikacje w infrastrukturze najlepiej dostosowanej do ich potrzeb biznesowych.

Covid-19 uwidocznił potrzebę nowych rozwiązań

W czasie pandemii koronawirusa, samo rozszerzenie sieci centrów danych o połączenie z chmurą jest niewystarczającym rozwiązaniem. Sieć centrum danych musi również zostać kompleksowo zmodernizowana i odpowiednio zorganizowana, aby sprostać wymaganiom wydajności w codziennych operacjach. Ewolucja sieci centrów danych musi obejmować natywną integracje z usługami w chmurze, takimi jak AWS, Oracle Cloud, Google Cloud Services i Microsoft Azure, jednocześnie zmniejszając złożoność zarządzania siecią i wymaganiami bezpieczeństwa. Popularność chmury wzrosła do tego stopnia, że obecnie 94% firm na całym świecie korzysta z chmury, a 85% ponad połowę swoich operacji obliczeniowych przeprowadza w chmurze. Łączą się w tym celu z kilkoma środowiskami chmurowymi naraz. Firma Gartner sugeruje, że dostawcy technologii powinni wykorzystywać wskaźniki wzrostu popularności chmury do analizy rynku.

Pojawienie się chmury obliczeniowej zmieniło sposób dostarczania usług IT, zapewniając niespotykany dotąd poziom elastyczności i zwinności. Przedsiębiorstwa, takie jak Amazon, Colt Technology Services, Microsoft i Google, oferują szereg opcji połączeń na żądanie do wielu chmur jednocześnie. Usługi wielochmurowe umożliwiają przedsiębiorstwom dostosowania wyboru odpowiedniej usługi dla każdego zadania. Dzięki wykorzystaniu wielu chmur, działy IT mają możliwość skupienia się na kluczowych czynnikach stymulujących innowacje i przewagę konkurencyjną przedsiębiorstw – aplikacjach i danych. Firma może dziś stworzyć infrastrukturę, która najlepiej odpowiada ich unikalnym potrzebom.

Nie ma wątpliwości, że pandemia wywarła niszczycielski wpływ na życie i gospodarkę na całym świecie. Zadziałała również jak katalizator dla zmian, które prawdopodobnie i tak by nastąpiły. Firmy dostosowując się do pracy zdalnej, zmieniając metodykę działania, wdrażają technologię chmury w szybszym tempie niż kiedykolwiek wcześniej. To często jedyne rozwiązanie umożliwiające zachowanie ciągłości biznesowej w trakcie pandemii.

Oprócz bezpieczeństwa, skalowalności, dostępności i łatwości migracji procesów obliczeniowych, chmura może przynieść także zmiany, które odczują pracownicy, sprawiając, że ich role w firmie staną się bardziej elastyczne, produktywne i spersonalizowane – mówi przedstawiciel Colt Technology Services. Jednak zdaniem Szczecha, aby przyjęcie chmury naprawdę się powiodło, przedsiębiorstwa będą musiały wziąć pod uwagę sposób, w jaki będą integrować aplikacje i dane udostępniane przez różnych dostawców chmury, korzystając zarówno z sieci prywatnych i publicznych.

W tym miejscu pojawia się największa zaleta chmury, jej interoperacyjność, będąca jednocześnie największą przeszkodą w jej wdrożeniu. Obecnie najlepszym podejściem jest zaimplementowanie warstwy pomiędzy aplikacją a interfejsem usługi w chmurze wraz z dobrze zdefiniowanymi interfejsami użytkownika i protokołami komunikacji – uważa Szczech.

Trwa przeobrażenie nowoczesnych centrów danych

Tradycyjne centra danych podlegają przeobrażeniu pod wpływem ciągłego rozwoju technologii chmurowych, przetwarzania brzegowego, postępu w infrastrukturze i usługach hostingu danych. Ponadto postęp dotyczący oszczędności energii, procesów chłodzenia, telekomunikacji, sztucznej inteligencji, SDN/NFV, sprzętu i oprogramowania, przekształca korporacyjne centra danych w niespotykanym dotąd tempie.

Rosnąca tendencja do używania wielu chmur jednocześnie, prywatnych i publicznych, do wdrażania przez firmy swoich aplikacji, zmusza organizacje do modernizacji i rozbudowy infrastruktury w celu prowadzenia procesów biznesowych w rozporoszonym środowisku. Migracja aplikacji i procesów do chmury staje się coraz istotniejsza. Z tego powodu współpraca z partnerem dostarczającym łączność sieciową, który może zapewnić wysokowydajne, szybko skalowalne i bardzo bezpieczne środowiska z łącznością do chmury, ma kluczowe znaczenie.

Ruch w chmurze jest znacznie trudniejszy do przewidzenia niż w przypadku lokalnie hostowanych aplikacji, dlatego też firmy coraz częściej wykorzystują SD WAN w celu zwiększenia produktywności i korzyści z chmury. Dzięki SD WAN Multi-Cloud przedsiębiorstwa mogą zarówno zarządzać połączeniem swoich lokalnych zasobów do WAN jak i bezpośrednią, prywatną łącznością z aplikacjami w architekturze IaaS / SaaS. Łączność tą mogą realizować z pomocą wielu dostawców jednocześnie, w ramach jednej infrastruktury i korzystać z kompleksowych zabezpieczeń oraz umów SLA dotyczącej wydajności i dostępności.

– Dlatego obecnie w całej Europie, kluczowi gracze na rynku ściśle ze sobą współpracują, zapewniając nowe możliwości dla przedsiębiorstw chcących połączyć się z chmurami publicznymi – mówi Szczech.

Nowy szybki test na koronawirusa opracowany przez Bosch: wynik w 39 minut

  • Szybki test do analizatora Vivalytic, przeznaczony głównie do stosowania w miejscach bez dostępu do centralnych laboratoriów – np. w laboratoriach mobilnych;
  • Prezes Grupy Bosch, dr Volkmar Denner: „Teraz jesteśmy w stanie dostarczyć pewny wynik testu jeszcze szybciej”;
  • Czułość testu Bosch wynosi 98 proc., a swoistość 100 proc.;
  • Już w październiku przy wykorzystaniu jednego kartridża będzie można przeprowadzać testy dla pięciu osób;
  • Bosch pracuje nad dalszym skróceniem czasu badania.

Firma Bosch oferuje nowy szybki test na obecność wirusa SARS-CoV-2 przeznaczony do produkowanego przez siebie analizatora Vivalytic. Wynik testu jest dostępny już w ciągu 39 minut – aktualnie nie ma na świecie szybszego testu opartego na łańcuchowej reakcji polimerazy (PCR). Nowy szybki test firmy Bosch jest przeznaczony zwłaszcza do zdecentralizowanych zastosowań w laboratoriach mobilnych – np. w miejscach obsługi podróżnych na autostradach lub na lotniskach. Osoby poddane testowi mogą otrzymać wynik w tym samym punkcie, w którym pobrano od nich próbkę. Test ze znakiem CE jest już dostępny w Europie. Mobilne rozwiązanie pomaga ograniczać konieczność odbywania kwarantanny, odciążać laboratoria oraz przywrócić bezpieczeństwo pracy i podróżowania. „Kluczem do zatrzymania pandemii jest szybkie wykrywanie ognisk choroby. Dlatego po opracowaniu naszego pierwszego testu na koronawirusa ważne było dla nas skrócenie czasu otrzymania wyników – powiedział dr Volkmar Denner, prezes zarządu spółki Robert Bosch GmbH. – Teraz jesteśmy w stanie dostarczyć pewny wynik testu jeszcze szybciej” – dodał Denner.Nowy szybki test na koronawirusa opracowany przez Bosch

Opracowanie przez firmę Bosch nowego testu PCR typu singleplex to część projektu badawczo-rozwojowego, realizowanego przy wsparciu Federalnego Ministerstwa Edukacji i Badań Naukowych w Niemczech (BMBF).Nowy szybki test na koronawirusa opracowany przez Bosch 2

Czułość testu wynosi 98 proc., a swoistość 100 proc. Test to wynik kooperacji należącej do Grupy Bosch spółki Bosch Healthcare Solutions oraz niemieckiej firmy technologicznej R-Biopharm, która jest wiodącym dostawcą manualnych testów PCR o wysokiej czułości.

Światowa nowość: równoczesna analiza pięciu próbek

Już pod koniec marca br., po zaledwie sześciu tygodniach prac badawczo-rozwojowych, firma Bosch opracowała pierwszy szybki test na koronawirusa do produkowanego przez siebie analizatora Vivalytic.

W nowym teście czas konieczny do analizy próbki został skrócony do 39 minut Intensywne prace badawczo-rozwojowe w firmie Bosch są kontynuowane: od października tego roku możliwa będzie równoczesna analiza pięciu próbek na jednym kartridżu, przy utrzymaniu porównywalnego czasu przeprowadzenia testu. Pozwoli to zwiększyć wydajność urządzenia Vivalytic do ponad 160 próbek dziennie. W najbliższych tygodniach, dzięki optymalizacji oprogramowania, dalszemu skróceniu ulegnie czas trwania testu na SARS-CoV-2 w przypadku wyniku dodatniego.

Nowy szybki test na koronawirusa opracowany przez Bosch 3Vivalytic: łatwość stosowania analizatora w miejscu pobrania próbek.

Zaletą szybkich testów Bosch jest nie tylko krótki czas badania, lecz także łatwa obsługa analizatora. Za pomocą patyczka wymazowego pobiera się próbkę do badania z nosa lub gardła pacjenta i umieszcza ją w kartridżu. Następnie należy włożyć kartridż, który zawiera już wszystkie potrzebne do przeprowadzenia badania odczynniki, do urządzenia Vivalytic. Analiza jest wykonywana w pełni automatycznie. Obsługa analizatora Vivalytic jest prosta i wymaga jedynie krótkiego przeszkolenia personelu medycznego. Opracowanie systemu Vivalytic, składającego się z analizatora i kartridży, to efekt wieloletniej współpracy działu badań i rozwoju firmy Bosch ze spółką Bosch Healthcare Solutions.

Do końca roku Bosch planuje zwiększyć moce produkcyjne do jednego miliona testów. Ponieważ popyt na analizator i szybkie testy utrzymuje się na wysokim poziomie, przedsiębiorstwo wraz ze swoimi dostawcami intensywnie pracuje nad maksymalną rozbudową i zwiększeniem mocy w zakresie dostaw.

W jaki sposób restrukturyzacja chroni miejsca pracy?

W obliczu kryzysu i utraty płynności finansowej wielu pracodawców staje przed decyzją ograniczenia liczby etatów. Nie zawsze jest to jednak konieczne. Miejsca pracy można ochronić sięgając po narzędzia restrukturyzacyjne, które choć często kojarzą się z przymusowymi zwolnieniami, w praktyce pomagają w utrzymaniu zatrudnienia.

Celem każdej restrukturyzacji jest ochrona integralności przedsiębiorstw, ich wartości, a także ratowanie kluczowych zasobów, poprawa płynności finansowej i docelowo – zawarcie porozumienia z wierzycielami.  Jednym z kluczowych założeń tego procesu pozostaje także ochrona poziomu zatrudnienia i oddalanie widma zwolnień, o ile nie są one absolutnie konieczne do uzdrowienia sytuacji firmy.

Rozwiązania naprawcze, takie jak np. uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne wprowadzone w ramach tarczy antykryzysowej 4.0, mają synergiczną wartość, ponieważ nie tylko pomagają firmie w spłaceniu wierzytelności, ale umożliwiają również dostosowanie jej wielkości i strategii do nowych realiów biznesowych. To z kolei pozwala uzdrowić kondycję firmy, nie tylko tu i teraz, ale także w długofalowej perspektywie, co ma kluczowe znaczenie dla utrzymania poziomu zatrudnienia – tłumaczy Małgorzata Anisimowicz, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny i prezes zarządu PMR Restrukturyzacje.

Jak wskazuje praktyka, redukcji etatów można uniknąć nawet w najbardziej zaawansowanej z form restrukturyzacji – postępowaniu sanacyjnym, które dotyczy przedsiębiorstw znajdujących się w najgłębszej fazie kryzysu. Przykładem jest chociażby postępowanie przeprowadzone przez PMR Restrukturyzacje dla spółki YAMO sp. z o.o., która pomimo bardzo trudnej sytuacji finansowej i problemów płynnościowych, nie musiała przeprowadzać restrukturyzacji zatrudnienia zyskując jednocześnie bardzo wysoki współczynnik poparcia zaproponowanego układu.

Szybka reakcja kluczem do skutecznej naprawy firmy

Postępowania restrukturyzacyjnego często obawiają się nie tylko pracodawcy, ale również pracownicy, którzy z dozą nieufności podchodzą do planowanych zmian w przedsiębiorstwie. Wielu z nich nie zdaje sobie jednak sprawy, że jednym z głównych założeń procesu naprawczego jest uregulowanie zaległych wypłat oraz wspomniane wcześniej utrzymanie maksymalnej, możliwej liczby miejsc pracy, które zapewnią firmie efektywne funkcjonowanie na rynku. Rozpoczęcie restrukturyzacji pozwala bowiem m.in. na uregulowanie zaległych należności z tytułu wynagrodzeń, przy wsparciu Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. A to tylko jedno z rozwiązań, które gwarantuje proces naprawczy. – Restrukturyzacja nie polega na ścinaniu zasobów tam gdzie tylko jest to możliwe, ale na znalezieniu rozwiązania dla zapewnienia dalszego rozwoju przedsiębiorstwa i spłaty zobowiązań, a uzdrowieniem sytuacji finansowej firmy. Zwłoka we wdrażaniu procesu naprawczego, nawet w krótkiej perspektywie może doprowadzić do utraty płynności, a co za tym idzie, upadłości biznesu. Wtedy nie będzie już ratunku na zachowanie choćby jednego etatu – wskazuje Małgorzata Anisimowicz.

Trzy filary skutecznej restrukturyzacji

Skuteczne postępowanie restrukturyzacyjne opiera się na trzech fundamentach. Pierwszy z nich to transparentność i rzetelne podejście do problemu, czyli zaprezentowanie wierzycielom realnego planu restrukturyzacyjnego zawierającego różne scenariusze rozwiązań oraz pełna komunikacja stron podczas całego postępowania restrukturyzacyjnego. Filarem skutecznych działań jest także czas reakcji. Zbyt długa zwłoka w podjęciu decyzji o naprawie firmy i doprowadzenie jej finansów do krytycznego stanu znacząco ogranicza możliwość wykorzystania narzędzi restrukturyzacyjnych. Na koniec, nie mniej istotna pozostaje także specjalistyczna wiedza i kompleksowe wsparcie ze strony doradców restrukturyzacyjnych. – Ich zadaniem jest nie tylko wskazanie odpowiednich rozwiązań prawnych, ale również opracowanie awaryjnych scenariuszy restrukturyzacyjnych, przeprowadzenie dogłębnego audytu zasobów przedsiębiorstwa, przygotowanie planów restrukturyzacyjnych, zapewnienie wsparcia w pozyskaniu finansowania i poprowadzenie negocjacji z wierzycielami. To cały pakiet działań, które bardzo trudno jest wdrożyć, bez pomocy doświadczonych fachowców. Szybkie i przemyślane działanie pozwala jednak szybko przywrócić firmę na właściwe tory – podsumowuje Małgorzata Anisimowicz.

Czy Polska przestrzega praw dziecka? – raport organizacji pozarządowych

W Polsce nie ma istotnych elementów, które są niezbędne do prowadzenia skutecznej polityki na rzecz dzieci. Brak m.in.: strategii działań na rzecz dzieci, mechanizmu koordynującego te działania, monitoringu implementacji Konwencji o prawach dziecka, budżetu na rzecz dzieci oraz systemu zbierania danych, który włączałby wszystkie obszary życia dziecka. Takie wnioski płyną z raportu organizacji pozarządowych w Polsce.

Każdy kraj, który ratyfikował Konwencję o prawach dziecka, ma obowiązek co pięć lat przedstawić oficjalny raport z realizacji zapisów tego dokumentu. Polski rząd przedstawił taki raport Komitetowi Praw Dziecka w tym roku. Poza stroną rządową, swój raport przygotowały organizacje pozarządowe. W dokumencie tym (tzw. Raporcie Alternatywnym) znajdują się uwagi i rekomendacje do stanu przestrzegania praw dziecka w Polsce. We wrześniu br., podczas Sesji Roboczej Komitetu Praw Dziecka w Genewie polskie organizacje pozarządowe zaprezentowały swój raport. Na podstawie obu raportów (rządu polskiego i organizacji pozarządowych) Komitet Praw Dziecka przygotuje Zalecenia dla Polski.

Raport Alternatywny został opracowany przez 13 wiodących polskich organizacji pozarządowych. Organizacje zwracają uwagę na to, że duża część Zaleceń Komitetu Praw Dziecka z roku 2015 niestety nie doczekała się realizacji. Tegoroczny Raport Alternatywny nie omawia wszystkich kwestii związanych z nieprzestrzeganiem w Polsce Konwencji o prawach dziecka, skupiając się jedynie na tych, które są najistotniejsze z punktu widzenia dobra dziecka oraz wchodzą w obszar działań organizacji-autorów raportu.

Raport organizacji pozarządowych składa się z ośmiu części. Każdą z nich zamykają rekomendacje określonych działań. Pierwsza część raportu dotyczy oceny ogólnych środków wdrażania, czyli m.in. legislacji, polityki i strategii na rzecz dzieci, koordynacji działań czy propagowania praw dziecka w Polsce. Druga część mówi o zasadach ogólnych, czyli przeciwdziałaniu dyskryminacji w Polsce, respektowaniu poglądów dziecka (także dzieci cudzoziemskich) czy uczestnictwie najmłodszych w życiu społecznym. Kolejna część dotyczy praw i wolności osobistych. W tej części organizacje przypominają o problemie bezpaństwowości dzieci, prawie do poznania swojego pochodzenia oraz wolności sumienia, wyznania, wypowiedzi czy pokojowych zgromadzeń. W czwartej części raportu mowa jest o problemie przemocy i wykorzystania seksualnego najmłodszych. Ważnym elementem, na który zwracają uwagę organizacje jest konieczność ochrony dzieci przed wykorzystaniem seksualnym w Internecie i walka z autorami patotreści.

W kolejnej części, organizacje pozarządowe zwracają uwagę na problemy, jakich doświadczają dzieci w pieczy zastępczej, zwłaszcza małe dzieci i najmłodsi ze specjalnymi potrzebami. W szóstej części, Raport Alternatywny mówi o dzieciach z niepełnosprawnością, dostępie do opieki zdrowotnej, szczególnie w zakresie zdrowia psychicznego. Autorzy poruszają trudny temat ubóstwa i wykluczenia społecznego dzieci, a także ich bezdomności. W przedostatniej części raportu można przeczytać o problemach dotyczących systemu edukacji w naszym kraju, integracji dzieci romskich czy dostępie do opieki żłobkowej i przedszkolnej. W tym miejscu organizacje poruszają także temat prawa do wypoczynku i zabawy, które jest istotne z punktu widzenia rozwoju młodego człowieka. Ostatnia część raportu dotyczy kwestii dzieci uchodźców, handlu dziećmi, wymiaru sprawiedliwości dla nieletnich oraz dzieci romskich.

W przygotowaniu raportu wzięły udział następujące organizacje: ATD Czwarty Świat, Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, Fundacja Szkoła z Klasą, Fundacja Rozwoju Dzieci im. J. A. Komeńskiego, Fundacja w Stronę Dialogu, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Fundacja Integracja, Koalicja na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej, Fundacja przeciwko Handlowi Ludźmi i Niewolnictwu La Strada, Polski Komitet EAPN, Stowarzyszenie Interwencji Prawnej, Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce w Polsce. Całość prac nad raportem koordynował UNICEF Polska.

Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej

  • 85 proc. ankietowanych firm z branży gastronomicznej i eventowej skorzystało z jakiejś formy pomocy publicznej (zwolnienia z ZUS, Tarczy Antykryzysowej, Tarczy Finansowej PFR).

  • Nastroje w branży są podzielone. 40 proc. przedsiębiorców i managerów przewiduje, że będzie coraz gorzej, a co trzeci jest przekonany, że najgorsze za nimi i będzie coraz lepiej.

  • 9 na 10 firm zanotowało spadki obrotów w porównaniu do okresu sprzed początku pandemii.

  • 57 proc. ankietowanych firm deklaruje, że w ciągu ostatniego pół roku zmniejszyło liczbę zatrudnionych, a tylko 3 proc. zwiększyło liczbę pracowników. 40 proc. utrzymuje ten sam poziom zatrudnienia co przed pandemią.

  • Trzy czwarte firm organizuje obecnie mniej imprez zamkniętych i okolicznościowych niż przed marcem 2020 r.

Pod koniec marca, czyli w szczycie zamrożenia gospodarki w wyniku epidemii koronawirusa, 67 proc. firm i lokali z branży gastronomicznej i eventowej w Polsce wstrzymało całkowicie funkcjonowanie – wynika z analizy serwisu Briefly.

Pół roku później lokale i przestrzenie eventowe mogą już działać, choć obecnie z pewnymi ograniczeniami. Nic zatem dziwnego, że nawet po odmrożeniu gospodarki i zgodzie na ponowne otwarcie restauracji i przestrzeni eventowych 9 na 10 firm deklaruje, że spadły im obroty w porównaniu do okresu sprzed wybuchu pandemii w marcu 2020 r.Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej

W odpowiedzi na pytanie o największe wyzwanie, najczęściej powtarzane słowo przez właścicieli restauracji, klubów czy organizatorów eventów to “przetrwać”.

“Jako klub cały czas nie możemy prowadzić działalności. Paradoks – jak mamy utrzymać 8 pracowników przez rok (założenia Tarczy i dotacji PFR), jak inne wydatki np. czynsz, prąd oraz inne koszty stałe cały czas musimy opłacać, a zablokowano nam działalność? Obroty spadły o ponad 80% w każdym miesiącu od marca do teraz. Prowadzimy cocktail bar, który nie generuje nawet 20% obrotu w analogicznych okresach sprzed roku” – wylicza właściciel klubu z Warszawy.

“Wyzwania nie zmieniły się. Pandemia cofnęła firmę do stanu sprzed paru lat, trzeba to odpracować” – napisał jeden z właścicieli restauracji.

Nieco lepiej sytuacja wygląda w kwestii wielkości zatrudnienia. 4 na 10 firm udało się utrzymać zatrudnienie na tym samym poziomie co przed marcem 2020 r. Ankietowani przedsiębiorcy i managerowie często wskazują, że utrzymanie zespołu jest jednym z ich największych wyzwań, ale też priorytetów. Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej 2

Nastroje co do przyszłości swoich firm są mocno podzielone, przy czym nieco bardziej optymistyczni są właściciele restauracji i kawiarni niż organizatorzy eventów.

Co trzeci badany jest przekonany, że sytuacja jego firmy stopniowo będzie się poprawiać. Przeciwnego zdania jest 40 proc. ankietowanych. Niemal co czwarta firma nie potrafi ocenić, co przyniesie przyszłość.Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej 3

Obawy klientów

Część przedstawicieli branży zwraca uwagę na obawy ludzi przed organizowaniem imprez, także tych kameralnych typu urodziny, co ma ogromny wpływ na kondycję całej branży.

“Jak przyciągnąć klientów mimo ich obaw?” – pyta jeden z przedsiębiorców. “Co zrobić, żeby ludzie ponownie chcieli korzystać z rozrywki, a nie tylko z usług koniecznych?” – zastanawia się inny.

Wydaje się, że decydujące będzie nastawienie i zachowanie zwykłych ludzi… gdy nie przebywają w lokalach. – Branże restauracyjna i eventowa potrzebują odpowiedzialności i zdrowego rozsądku nas wszystkich, wszędzie gdzie przebywamy – w przestrzeni publicznej, w komunikacji miejskiej, urzędach, szkołach. Im bardziej nasze zachowania będą rozsądne, tym mniej będzie zachorowań. Dzięki temu damy szansę naszym ulubionym restauracjom, kawiarniom, klubom i przede wszystkim zatrudnionym tam pracownikom na kontynuację działalności. Dużo się mówi (słusznie) o ochronie przed koronawirusem najbardziej narażonych osób (starszych, z chorobami przewlekłymi). Warto pamiętać, że zakładając maseczkę pomagamy również sporej grupie zachować pracę – komentuje Tomasz Szczęśniak, współzałożyciel i CEO serwisu Briefly.

Imprezy i przyjęcia okolicznościowe

Zdecydowana większość lokali i firm eventowych notuje mniejszą liczbę organizowanych imprez okolicznościowych. Zaledwie 8 proc. wskazuje, że organizuje więcej wydarzeń niż przed marcem 2020 r.

Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej 4

Jedzenie na wynos

Mimo wielu akcji zachęcających do zamówień na wynos nie udało się lokalom istotnie zwiększyć sprzedaży z tego tytułu. Co piąty ankietowany nie zauważył różnicy obecnie w stosunku do okresu sprzed marca. Sprzedaż na wynos nie jest też odpowiedzią na trudną sytuację firm organizujących zamknięte imprezy, hoteli, pubów lub klubów, które nie prowadzą usług gastronomicznych.Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej 5

Promocja lokali i usług

Lokale i organizatorzy eventów nie zamierzają rezygnować z promowania swoich lokali i usług. Zaledwie 13 proc. badanych deklaruje, że nie zamierza inwestować w promocję swojej firmy. Minimum jedną aktywność planuje 87 proc. firm, przy czym najczęściej promocja ogranicza się do obecności firmy w mediach społecznościowych.Pół roku z koronawirusem w branży gastronomicznej i eventowej 6

W niepewnych czasach zainwestuj w siebie

Zamrożenie gospodarki i pandemia koronawirusa kazały społeczeństwu zadać sobie pytania o szeroko pojętą przyszłość. Czy gospodarcza rzeczywistość, którą zastaniemy po opanowaniu epidemii, będzie w ogóle przypominać tę, którą znamy? Trudno powiedzieć, ale… – Warto przygotować się na zmiany. I na niepewne czasy, nawet jeżeli w ogóle nie nadejdą – przekonują eksperci Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej.

Lockdown a rynek pracownika

W ciągu kilku tygodni lockdownu wiele firm było zmuszonych odnaleźć się w nowej sytuacji –zmierzyć się z utratą kluczowych partnerów biznesowych, zweryfikować strategie ekspansji, ale także… ciąć koszty. Czasami przez redukcję wydatków na działania outsource’owane, ale także przez czasowe obniżki pensji, likwidację funduszy premiowych czy – w skrajnych przypadkach – redukcję etatów. Jeszcze w kwietniu prognozy Międzynarodowej Organizacji Pracy były zatrważające. Wynikało z nich, że w dłuższej perspektywie w wyniku lockdownu pracę może stracić nawet miliard osób, czyli prawie jedna siódma populacji i blisko 40 proc. światowej siły roboczej!

Gotowość do zmian

Nie ma więc absolutnie nic dziwnego w tym, że wielu pracowników zaczęło rozważać przebranżowienie albo inwestycję w swoje kwalifikacje. Zarówno dla przedsiębiorców, jak i pracowników jedną z najbardziej pożądanych cech jest bowiem obecnie… elastyczność. Widać to praktycznie na każdym szczeblu, od szeregowych pracowników, przez liderów, po kadrę menedżerską i dyrektorów – zwraca uwagę dr inż. Grażyna Rembielak,dyrektor Executive MBA w Szkole Biznesu PW która powołuje się na dane Business Graduates Association i raportu International MBA Survey 2020 (Employers). Z wypowiedzi pracodawców zebranych przez autorów badania wynika, że ankietowani zauważają potrzebę wzmocnienia umiejętności zastosowania nowych technologii i kreatywności u kandydatów na rynku pracy. Zdecydowanie chętniej zatrudniają absolwentów MBA, ponieważ – ich zdaniem – są dobrze przygotowani do roli liderów w zmieniającym się świecie.

Podatny grunt na innowacje

Podczas gdy na rynku pracy, wobec panującego zamrożenia gospodarki, przyspieszały kolejne zmiany, inne dokonywały się już od dłuższego czasu. Rozwój technologiczny wciąż przyspiesza i nic nie wskazuje na to, by miał się zatrzymywać. – Do niedawna nikt nie zastanawiał się nad tym, jak okiełznać sztuczną inteligencję, wykorzystać jej potencjał, wdrożyć ją do organizacji albo jak nauczyć się uczenia maszynowego. A wkrótce – a być może już teraz – sztuczna inteligencja staje się fundamentem dla wszelkiego rodzaju innowacji i pierwiastkiem konkurencyjności dla menedżerów. To dlatego tak mocno inwestujemy w rozwój kierunków i programów, czerpiących z AI czy nowych technologii i ich wdrożenia w biznesie – podkreśla dr inż. Grażyna Rembielak.

Inwestycja w siebie daje również szansę na zaistnienie na polu… startupów. To, zdaniem wielu ekspertów, podatny grunt, zwłaszcza w dobie pandemii i wyzwań, stojących przed społeczeństwem w nowej rzeczywistości, zwłaszcza w dziedzinach takich jak medycyna oraz praca i nauka w trybiezdalnym. – Właśnie dlatego stawiamy w edukacji menedżerskiej na maksymalnie praktyczne podejście, innowacyjność i przedsiębiorczość oraz nowe technologie w biznesie. Nawet nasza nowość w programie Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej – kurs „Sztuczna Inteligencja w biznesie” bazuje na formule projektowo-startupowej i ma na celu wypracowanie u uczestników umiejętności wdrażania swoich pomysłów w życie i znajdowania w nich biznesowego uzasadnienia, z drugiej zaś: pozwala na praktyczne opanowanie aspektów wykorzystania AI w organizacjach – podsumowuje dr inż. Grażyna Rembielak.

NCBR ogłasza nową edycję konkursu Small Grant Scheme

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłasza nową edycję konkursu Small Grant Scheme. Na wsparcie projektów badawczych realizowanych przez kobiety w obszarze nauk technicznych czeka 5 mln euro.

Konkurs Small Grant Scheme (SGS) stanowi część Programu „Badania stosowane”, finansowanego z Funduszy Norweskich i Funduszy Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG).

Jego celem jest wsparcie polskich kobiet naukowców w tych dziedzinach nauki, gdzie udział kobiet jest najmniejszy, w szczególności w stosowanych naukach technicznych. Dofinansowanie można uzyskać na dwuletnie projekty badawcze.

– W konkursie będziemy finansować aplikacyjne projekty badawcze w naukach technicznych. Oznacza to, że ich tematyka ma dotyczyć nauk inżynieryjnych i technicznych ujętych w „Wykazie dziedzin nauki i technik według klasyfikacji OECD” – mówi dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – Projektami będą kierować kobiety, a prace realizowane w projekcie mają m.in. przyczynić się do rozwoju ich kariery naukowej. Najlepiej gdyby w wyniku realizacji projektu udało im się np. zrobić doktorat, habilitację albo dołożyć ostatnią cegiełkę do profesury, choć nie jest to obowiązkowy rezultat projektu – dodaje.

Równe szanse w nauce

Nabór wniosków NCBR prowadzi od 28 września do 11 grudnia br. Budżet konkursu to 5 mln euro. Minimalne dofinansowanie dla jednego projektu wynosi 50 tys. euro, maksymalne – 200 tys. euro. Mogą się o nie ubiegać przedsiębiorstwa i organizacje badawcze.

W konkursie możliwe są wszystkie typy badań, przy czym projekty muszą mieć charakter aplikacyjny, czyli mają dotyczyć badań przemysłowych i/lub prac rozwojowych, a udział badań podstawowych jest ograniczony do 10% kosztów kwalifikowalnych. Dofinansowanie udzielane jest zgodnie z zasadami pomocy publicznej: do 100% dla organizacji badawczych i do 80% dla przedsiębiorców (przy spełnieniu odpowiednich warunków).

Dlaczego nacisk położony został właśnie na nauki inżynieryjne i techniczne?

– Problematyka równości płci znajduje się wśród horyzontalnych kwestii podnoszonych w ramach EOG i Funduszy Norweskich. Mamy nadzieję, że skupiając się w tym konkursie na dziedzinach nauki, w których kobiety nadal stanowią mniejszość, Program wniesie istotny wkład, a zarazem przyczyni się do poprawy równości płci w polskiej nauce – wskazuje Kristin Danielsen, dyrektor wykonawcza Norweskiej Rady Badań (Research Council of Norway).

– Istnieją dziedziny nauki, w których jest mniejsza reprezentacja kobiet. Nauki techniczne to jeden z takich obszarów – akcentuje Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej. – Z pomocą Funduszy Norweskich staramy się przełamać te dysproporcje – dodaje.

Z raportu „Nauka i technika w 2018 r.” ogłoszonego przez Główny Urząd Statystyczny wynika, że w badanym okresie nadano 5945 stopni doktora. 53,5 proc. nowo wypromowanych doktorów to kobiety, jednak w grupie nauk inżynieryjnych i technicznych było ich zdecydowanie mniej, bo 33,7 proc. Wśród osób, które dwa lata temu uzyskały habilitacje w tej dziedzinie, kobiety stanowiły tylko 28,5 proc.

Przełamać bariery

NCBR czeka na wnioski osób gotowych do budowania swojego dorobku naukowego w zakresie takich obszarów, jak: inżynieria lądowa; elektrotechnika, elektronika, inżynieria informatyczna; inżynieria mechaniczna; inżynieria chemiczna (roślin, produktów); inżynieria procesów chemicznych; inżynieria materiałowa; inżynieria medyczna; inżynieria środowiska; biotechnologia środowiskowa; biotechnologia przemysłowa; nanotechnologia; inne nauki inżynieryjne i technologie.

– Tego rodzaju wsparcie jest kluczowe dla badaczek, zwłaszcza kiedy zaczynają swoją karierę naukową – nie ma wątpliwości Wojciech Murdzek, minister nauki i szkolnictwa wyższego. – W poprzedniej edycji Funduszu Małych Grantów, również skoncentrowanej na pracach badawczych realizowanych przez kobiety w naukach technicznych, finansowanie uzyskały 34 projekty. Efekty podjętych wówczas wysiłków procentują dziś zarówno bardzo interesującymi wynikami badań, jak i błyskawicznymi ścieżkami karier naukowych samych badaczek – wskazuje.

Zarówno obecność, jak i sposób postrzegania roli kobiet w nauce zmienia się na przestrzeni ostatnich lat. W dużych zespołach badawczych coraz częściej dostrzegane są korzyści z pracy interdyscyplinarnych i różnorodnych grup naukowych, prezentujących oryginalne spojrzenie na zagadnienia techniczne. Raport „Kobiety na politechnikach 2020” jednoznacznie wskazuje na to, że studentki są w coraz większym stopniu zainteresowane związaniem swojej kariery zawodowej z technologiami.

Ambitne, kreatywne, pracowite

– Jako kobieta naukowiec będąca przedstawicielem nauk ścisłych obserwuję wciąż obecne w społeczeństwie pewne przekonania, że technologie są obszarem badawczym, w którym realizują się mężczyźni – przyznaje dr hab. inż. Anna Zielińska-Jurek, prof. PG, z Wydziału Chemicznego Politechniki Gdańskiej.

Dzięki swojej pracowitości i determinacji w dążeniu do celu kobiety potrafią doskonale spełniać się na wielu płaszczyznach życia zawodowego, jednocześnie podejmując ważne zadania w rodzinie.

– Ogromne wyzwanie stanowi niewątpliwie łączenie roli mamy i naukowca. W związku z tym niezwykle istotne znaczenie dla rozwoju naukowego kreatywnych i ambitnych kobiet mają dedykowane programy wsparcia takie właśnie jak Fundusz Małych Grantów, czyli Small Grant Scheme, ponieważ dają siłę napędową do dalszej pracy – zauważa prof. Zielińska-Jurek.

Świadczą o tym efekty nowatorskiego projektu FOTOKATAL, którym kierowała przyszła pani profesor. Dofinansowanie z konkursu SGS przyczyniło się do rozwoju jej kariery naukowej oraz pozwoliło udowodnić, że kobieta potrafi z sukcesem prowadzić badania w obszarze technologii.

W projekcie Anna Zielińska-Jurek opracowała nowy sposób oczyszczania płynów pozabiegowych z operacji szczelinowania hydraulicznego z zastosowaniem fotokatalizy heterogenicznej.

Jak tłumaczy, wiele zanieczyszczeń organicznych obecnych w wodach powierzchniowych, ściekach, stanowi grupę ksenobiotyków niepodatnych na rozkład biologiczny. Dlatego ważne jest opracowanie przyjaznych środowisku metod degradacji związków z grupy węglowodorów aromatycznych, farmaceutyków niepodatnych na rozkład biologiczny, w tym powszechnie stosowanych leków przeciwbólowych, przeciwzapalnych i przeciwgorączkowych oraz tzw. mikroplastików wykrywanych w wodach powierzchniowych, ściekach czy płynach technologicznych. W trakcie prac projektowych udało się opracować również nowe rozwiązanie techniczne reaktora mobilnej instalacji do fotodegradacji zanieczyszczeń niepodatnych na rozkład biologiczny.

– Dzięki realizacji projektu Small Grant Scheme nie tylko poszerzyłam zakres prowadzonych prac badawczych w obszarze fotokatalizy heterogenicznej o aspekty technologiczne, ale również zaczęłam budować własny interdyscyplinarny zespół naukowy. Realizacja projektu umożliwiła mi dalszy rozwój naukowy, co w krótkim czasie zaowocowało uzyskaniem stopnia naukowego doktora habilitowanego nauk technicznych – mówi prof. Zielińska-Jurek. – Zachęcam kobiety naukowców do samodoskonalenia, podejmowania nowych wyzwań i zdobywania różnorodnych doświadczeń poprzez realizację ambitnych projektów naukowych – apeluje kierownik projektu.

Dane z satelitów w pomocy humanitarnej

Na etapie przygotowywania doktoratu do konkursu Small Grant Scheme przystąpiła Małgorzata Jenerowicz, dziś specjalista badacz Zespołu Obserwacji Ziemi w Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk. – Program wydał mi się interesujący ze względu na ukierunkowanie na wsparcie polskich kobiet naukowców w różnych dziedzinach nauki. Ponieważ właśnie finalizowałam doktorat, w moje potrzeby doskonale wpisywała się możliwość realizacji projektu jednoosobowego – wyjaśnia.

Punktem wyjścia w projekcie ADEMOS była chęć rozwiązania problemu związanego z niesieniem pomocy humanitarnej. Dla sprawnego jej dostarczania do obozów dla uchodźców, skupiających ludzi przesiedlonych m.in. w wyniku konfliktów zbrojnych lub klęsk żywiołowych, istotne znaczenie ma informacja na temat ilości osób, które się tam znajdują.

Do udoskonalenia metodologii lokalizacji struktur mieszkalnych dr Jenerowicz wykorzystała dane satelitarne o bardzo dużej rozdzielczości. Drugim celem projektu było opracowanie aplikacji, która może służyć jako wsparcie decyzyjne w zakresie reagowania kryzysowego dla Unii Europejskiej, Organizacji Narodów Zjednoczonych czy organizacji pozarządowych.

Jak tłumaczy kierownik projektu, informacja na temat ilości struktur mieszkalnych w obozie dla uchodźców wykorzystywana jest pośrednio do szacowania potrzeb żywnościowych, a także do podejmowania szeregu innych działań związanych z koordynacją udzielanej pomocy. Aplikacja została sprawdzona w warunkach rzeczywistych, zapewniając informację zwrotną od końcowych użytkowników pracujących w terenie.

Do zalet programu dr Jenerowicz zalicza to, że miała możliwość kontynuacji współpracy ze Wspólnotowym Centrum Badawczym Komisji Europejskiej, a tym samym ze Światowym Programem Żywnościowym. Było to istotne dla zapewnienia wysokiej jakości wyników. – Dodatkowe kryterium wpływające na wybór programu Small Grant Scheme to komercjalizacja wyników, która jest możliwa, jednak nie stanowi wymogu koniecznego. Takie podejście nie zamyka furtki osobom współpracującym z agencjami pomocy humanitarnej, które mogą wykorzystać wyniki projektu bezpłatnie, a dodatkowo pozostawia możliwość przyszłej komercjalizacji i odpłatnego udostępnienia innym zainteresowanym podmiotom – wskazuje dr Małgorzata Jenerowicz.

Badania prowadzone w ramach projektu ADEMOS stały się istotnym elementem rozprawy doktorskiej Małgorzaty Jenerowicz. Ich rezultaty zostały opublikowane w renomowanych czasopismach naukowych.

To doświadczenie otworzyło drogę do kolejnych badań. – Prace nad złożeniem i realizacją projektu w programie Small Grant Scheme umożliwiły mi zdobycie odpowiedniego poziomu umiejętności oraz doświadczeń, które zaowocowały uzyskaniem finansowania z programu POLNOR 2019 dla projektu ARICA (Wielokierunkowa analiza obszarów obozów dla uchodźców/przesiedleńców na podstawie danych satelitarnych HR/VHR), stanowiącego kontynuację obranej ścieżki naukowej w badaniach stosowanych pod moim osobistym kierownictwem we współpracy z podmiotami polskimi oraz norweskimi – konkluduje dr Małgorzata Jenerowicz.

Z myślą o środowisku

Konkurs małych grantów dla kobiet dr hab. inż. Ewa Adamiec, profesor Akademii  Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie, wybrała z kilku powodów.

– Pierwsze, co zwróciło moją uwagę i miło mnie zaskoczyło, to fakt, że był to konkurs skierowany do kobiet. Jednym z obszarów tematycznych była wówczas problematyka środowiskowa, którą jestem zainteresowana. Po drugie, miałam małe dziecko, więc skala konkursu małych grantów była optymalna. Udało mi się połączyć dwie najważniejsze kwestie: prowadziłam badania i koordynowałam projekt, a równocześnie po południu moja córka miała mamę w domu. Po trzecie, byłam na etapie przygotowywania habilitacji. W ciągu dwóch lat realizacji projektu dokończyłam badania do habilitacji, opublikowałam je, a następnie złożyłam wniosek habilitacyjny – wylicza prof. Ewa Adamiec.

Badania w projekcie RIVEROAD miały charakter interdyscyplinarny; obejmowały obszar nauk przyrodniczych (w szczególności geochemię i ochronę środowiska), a także inżynierię materiałową. Rozważany problem badawczy dotyczył emisji zanieczyszczeń związanych z eksploatacją pojazdów, ich potencjalną mobilnością oraz oddziaływaniem na środowisko miejskie, a w kolejnym etapie – na systemy rzeczne.

– Uzyskane wyniki pozwoliły na określenie ekologicznego ryzyka środowiskowego dla obszarów miejskich, a także sformułowanie zaleceń dotyczących badań monitoringowych w strefach miejskich o wzmożonym ruchu pojazdów oraz  wytycznych strategii organizacji transportu w miastach – wyjaśnia badaczka z Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska AGH.

Jak podkreśla prof. Adamiec, wsparcie finansowe umożliwiło jej sprawne przeprowadzenie badań, przygotowanie ich do publikacji, a także uczestnictwo w kilku najważniejszych kongresach z zakresu problematyki, którą zajmuje się w swojej pracy naukowej.

– Dzięki aktywnemu udziałowi w tych konferencjach nawiązałam współpracę z kilkoma ośrodkami naukowymi i teraz rozszerzam moje badania. Zostałam członkiem prestiżowego stowarzyszenia naukowego, a po kilkuletniej współpracy również redaktorem pomocniczym w czasopiśmie naukowym stowarzyszenia, jednym z kluczowych w dziedzinie, w której prowadzę badania – dodaje Ewa Adamiec.

Oszczędzamy więcej i klikamy chętniej

Obecnie aż 70 proc. badanych Polaków gospodaruje swoim budżetem uważniej niż przed czasem pandemii koronawirusa, 47 proc. oszczędza więcej niż wcześniej, a 68 proc. z nas częściej kupuje i załatwia sprawy bankowe i urzędowe online – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Credit Agricole przez Interactive Research Center.

Aby zbadać bieżące trendy rynkowe i potrzeby klientów po kilku miesiącach od wybuchu pandemii koronawirusa, Credit Agricole zlecił agencji badawczej Interactive Research Center (IRCenter) badanie rynku.

Wyniki wskazały, że obecnie aż 70 proc. badanych Polaków gospodaruje swoim budżetem uważniej niż przed pandemią koronawirusa. Trend bardziej rozsądnego wydawania i unikania nadmiernej konsumpcji jest zauważalny we wszystkich badanych grupach, niezależnie od płci, wieku, wykształcenia i wielkości zamieszkiwanej miejscowości.

Równocześnie 47 proc. badanych Polaków oszczędza zdecydowanie więcej lub trochę więcej niż przed pandemią, a 37 proc. odkłada takie same kwoty jak wcześniej. Również ten trend jest widoczny we wszystkich grupach respondentów, przy czym największy wzrost zainteresowania oszczędzaniem widać wśród osób w wieku 18-24 lata (61 proc).

 

Wzrosła także popularność rozwiązań online: 68 proc. badanych Polaków częściej kupuje i załatwia sprawy bankowe lub urzędowe przez Internet. Co ważne, nie ma istotnych różnic między poszczególnymi grupami wiekowymi.

Credit Agricole sprawdził także, czy klienci oczekują pomocy w zarządzaniu budżetem i analizowaniu wydatków. Tego typu wsparcie i doradzanie w oparciu o zrozumienie potrzeb określiło jako przydatne 54 proc. badanych Polaków, a najczęściej taką opinię wyrażały osoby w wieku 18-24 lata (66 proc.).

Wyniki badania potwierdziły nasze przypuszczenia, że dużo się zmieniło jeśli chodzi o podejście Polaków do oszczędzania, zarządzania domowym budżetem i załatwiania spraw zdalnie. Znacznie uważniej oglądamy teraz każdą wydawaną złotówkę i chętniej odkładamy pieniądze na tzw. „czarną godzinę”. Na pewno ma na to wpływ ryzyko utraty pracy lub ograniczanie wysokości wynagrodzeń przez pracodawców. I właśnie w takich niepewnych czasach doceniamy wagę posiadania „poduszki finansowej”, która pozwala przetrwać trudny okres – komentuje Marcin Jagodziński, dyrektor Departamentu Zarządzania Segmentami, Daily Banking oraz Produktami Oszczędnościowymi w Credit Agricole.

Także wzrost popularności kanałów zdalnych w kontakcie z bankiem, czy innymi instytucjami nie jest zaskoczeniem. Klienci dbają o swoje bezpieczeństwo i jeśli jest taka możliwość, to wolą np. otworzyć konto czy zaciągnąć kredyt przez Internet, bez kontaktowania się z kimkolwiek. Dlatego wychodzimy im naprzeciw z nowoczesnymi rozwiązaniami – dodaje Marcin Jagodziński.

Badanie przeprowadziła agencja badawcza Interactive Research Center metodą CAWI na próbie N=700 respondentów w wieku 18-65 lat, z dochodem osobistym netto 2000 +.

Międzynarodowy Dzień Kawy – to dziś!

Niepowtarzalny aromat, niezwykły smak i wyjątkowa moc – za to lubimy kawę. Ten magiczny napój ceniony jest do tego stopnia, że ma swoje święto – Międzynarodowy Dzień Kawy obchodzimy 29 września. To dobra okazja, by dowiedzieć się więcej
o historii tego napoju oraz czynnikach, które mają wpływ na powstawanie uwielbianego smaku i aromatu. Zdradzimy też sposoby na to, by wspaniałą moc kawy uwolnić w domu.

40% populacji spożywa kawę regularnie. Najwięcej Finowie – średnio 12 kilogramów kawy rocznie jedna osoba! Na drugim miejscu jest Norwegia (ok. 10 kg/per capita), na trzecim Islandia (prawie 9 kg/per capita). W Polsce spożycie na osobę wynosi około 2,3 kg. Uwielbiamy ją za smak, aromat, czasami efekt pobudzenia, niekiedy poprawę nastroju. Nic dziwnego, że ten ceniony napój doczekał się swojego święta. Od 2014 roku 29 września obchodzimy Międzynarodowy Dzień Kawy.

Z kawą dookoła świata

Kawę uprawia się w ponad 70 regionach strefy tropikalnej między północnym zwrotnikiem Raka a południowym zwrotnikiem Koziorożca (tzw. pas kawowy – ang. coffee belt). Na plantacje natrafimy w krajach obu Ameryk, Azji, Afryce i Oceanii. Najczęściej są zacieniane wysokimi drzewami przed nadmiernym nasłonecznieniem.

Światowa produkcja kawy szacowana jest na ok. 9 mln ton/rok, a największym producentem kawy jest Brazylia (prawie 3 mln ton/rok), następnie Wietnam, Kolumbia i Indonezja. W skali globalnej 25 milionów drobnych producentów zaangażowanych jest w łańcuch produkcyjny kawy.

Kawa, kahhva

A jak kawa trafiła do Polski i skąd pochodzi ta nazwa? Wyjątkowo o etymologię słowa pytamy nie językoznawcę, a baristę. Ale w końcu chodzi o kawę. – Nazwa kawa pochodzi prawdopodobnie od arabskiego kahva. Kahva oznacza po arabsku zarówno kawę, jak
i wino, z czego drugie znaczenie jest starsze. W Polsce kawa pojawiła się po bitwie pod Wiedniem w 1683 – mówi Marcin Kozicki, barista i trener z Julius Meinl Polska. Początkowo kawa w Polsce była napojem elitarnym, ale od XVIII w. stawała się bardziej popularna i łatwiej dostępna.

Rodzaje kawy

Chociaż istnieje kilka różnych gatunków kawy, dziś uprawia się dwa główne. – Coffea arabica, znana jako arabica, stanowi 75-80 procent światowej produkcji. Coffea canephora, znana jako Robusta, stanowi około 20 procent – mówi barista. Gatunek robusta jest łatwiejszy w uprawie niż arabica, ale z ziaren robusty uzyskuje się
z reguły bardziej ubogi w smaku napar niż w przypadku arabiki. Z drugiej strony ziarna robusty zawierają średnio 2 razy więcej kofeiny niż ziarna arabiki, co dodatkowo wpływa na ich wyższą odporność na różnego rodzaju szkodniki.

A co ze smakiem? – Różnice w smaku pomiędzy tymi dwoma gatunkami są znaczące. Kawa z ziaren arabiki jest łagodna w smaku, posiada z reguły delikatną kwasowość
i całe mnóstwo aromatów: korzennych, orzechowych, czekoladowych, kwiatowych czy przypominających różne owoce, takie jak na przykład mango, papaja, brzoskwinia, czarna porzeczka. Z kolei napar z ziaren robusty jest mniej delikatny, ma ostrzejszy, bardziej gorzki smak, a przez wysoką zawartość kofeiny na podniebieniu może pojawić się także odczucie cierpkości – tłumaczy Marcin Kozicki.

Kawa z różnych stron świata

Trzeba jednak pamiętać, że smak i aromat kawy w dużej mierze zależą od warunków uprawy, położenia plantacji, rodzaju gleby, wysokości, na jakiej znajduje się plantacja, temperatury, poziomu nasłonecznienia czy sumy opadów. Takie parametry tworzą tzw. kawowy terroir.

Miejsce uprawy kawy wyraźnie wpływa na jej smak. Kawy z konkretnych regionów na świecie mają do pewnego stopnia spójny, powtarzalny profil smakowy. – Na przykład kawy z Etiopii charakteryzują się często nutami herbacianymi, natomiast kawy z Brazylii to najczęściej mocno wyczuwalne kakao, czekolada, orzechy i wanilia – porównuje Marcin Kozicki.

Palenie kawy

Kolejnym czynnikiem, który nadaje charakterystykę ziarnom kawy jest metoda obróbki, czyli sposób, w jaki wydobywa się ziarna z owoców. Istnieje kilka różnych metod obróbki: sucha/natural, myta/washed, pulped natural i honey process. Najprostsza
i najtańsza, a zarazem posiadajaca najstarszą tradycję jest ta pierwsza metoda. Kluczowym etapem w procesie produkcji kawy jest również jej palenie. – Reakcje chemiczne, które zachodzą podczas procesu palenia tworzą aromatyczno – smakowy bukiet mieszanki – stwierdza Marcin Kozicki, barista z Julius Meinl Polska. Tutaj najpopularniejsze jest palenie średnie. Ziarna kawy mają wtedy kolor brązowy, są suche. Gorycz powstała w wyniku palenia balansuje się z kwasowością ziarna.

Konsumpcja warzyw i owoców we wrześniu 2020 roku

Dietetycy zalecają aby warzywa i owoce stanowiły co najmniej połowę, tego co zjadamy. Prawie co piąty Polak spełnił ten warunek we wrześniu (18%). Zbyt ubogą dietę w warzywa i owoce ma 50% Polaków, przy czym u 36% jednak pojawiały się one w przynajmniej połowie posiłków (choć za mało). We wrześniu, podobnie jak w sierpniu (14%) Polaków odżywiało się bardzo źle, czyli warzyw i owoców jadło mało lub wcale. W ramach realizowanych przez Krajowy Związek Grup Producentów Owoców i Warzyw „Narodowych badań konsumpcji warzyw i owoców” poznaliśmy również najpopularniejsze gatunki września.

„We wrześniu największą popularnością pośród wszystkich owoców cieszyły się jabłka. Spożywało je 86% Polaków, w tym 21% przynajmniej 4-5 razy w tygodniu. Na drugim miejscu znalazły się śliwki (76%), na trzecim gruszki (51%). W porównaniu do sierpnia najbardziej wzrosła popularność jabłek, śliwek, jeżyn oraz aronii” – mówi Agata Zadrożna, ekspert Kantar.

Najpopularniejszymi warzywami są pomidory (95%) i ogórki (92%) oraz ziemniaki (98%). Przy czym odpowiednio 17%, 5% i 20% respondentów spożywało je codziennie. We wrześniu na stołach Polaków pojawiały się także cebula (90%) marchew (87%), kapusta (67%) oraz papryka (67%). Cebulę codziennie jadło 6% respondentów, marchew 5%, kapustę 1%, natomiast paprykę 1%. Zdecydowana większość warzyw odnotowały wzrost spożycia.

Warzywa i owoce posiłkach

Zdecydowanie mniej optymistyczne są dane obrazujące w ilu posiłkach w ciągu dnia owoce i warzywa stanowią co najmniej połowę. 30% Polaków nie je takich posiłków. Co piąty Polak (23%) jadł jeden posiłek składający się w co najmniej połowie z warzyw i owoców. Jedynie 6% badanych przyznało, że warzywa i owoce stanowiły co najmniej połowę wszystkich z sześciu jedzonych w ciągu dnia posiłków. 13% Polaków jadło co najmniej połowę warzyw i owoców podczas 4-5 posiłków w ciągu dnia.

Wskaźnik „Wczoraj na talerzu”

Dietetycy zalecają, aby warzywa i owoce stanowiły co najmniej połowę tego, co zjadamy w ciągu dnia. „Wczoraj na talerzu” to syntetyczny wskaźnik obrazujący sposób odżywiania się Polaków.

Na podstawie deklaracji dotyczących posiłków z dnia poprzedzającego badanie widoczne jest, że jedynie 18% Polaków odżywiało się zgodnie z zaleceniami dietetyków, jeśli chodzi o spożywanie właściwej ilości warzyw i owoców. Wskaźnik „Wczoraj na talerzu” przyjmuje w ich przypadku bardzo wysoki poziom. Natomiast 32% badanych odżywiało się nieco gorzej, ale warzywa i owoce na ogół są składnikiem ich posiłków, a w części jest ich co najmniej połowa. Zbyt ubogą dietę w warzywa i owoce ma 50% Polaków, przy czym u 36% jednak pojawiały się one w przynajmniej połowie posiłków (choć za mało). 14% badanych jadło bardzo mało warzyw i owoców, a czasem nie jadło ich wcale.

Przeciętna wartość wskaźnika wynosiła 47,5 pkt., czyli była na średnim poziomie. Wartość wskaźnika w porównaniu do sierpnia wzrosła o 0,7 p. proc.

„Narodowe badania konsumpcji warzyw i owoców” realizowane są przez KANTAR dla Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw. Projekt realizowany jest we współpracy z agencją INSPIRE smarter branding. Zadanie finansowane jest ze środków Funduszu Promocji Owoców i Warzyw. Projekt otrzymał patronat honorowy Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Agencja Fitch utrzymała rating Polski na poziomie „A-„

W piątek (25.09.2020) agencja Fitch utrzymała rating Polski na poziomie „A-” z perspektywą stabilną, co było zgodne z oczekiwaniami analityków.
„Rating na poziomie A- odzwierciedla zróżnicowaną gospodarkę Polski, charakteryzującą się stabilnym wzrostem i solidnymi ramami polityki ekonomicznej, w połączeniu z członkostwem w UE. Jest to równoważone niższym PKB per capita i stosunkowo wysokim (choć malejącym) długiem zagranicznym netto, w porównaniu do państw z koszyka ratingowego” – podano w komunikacie. Poza tym Fitch nie spodziewa się wyraźnych zmian w polityce fiskalnej czy makroekonomicznej w wyniku zaistniałej niepewności politycznej, związanej z szeregiem wewnętrznych nieporozumień w obozie Zjednoczonej Prawicy.

Drugi tydzień z rzędu GPW w Warszawie notuje osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 3,07%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły spadek o 3,33%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 osłabił się o 3,13%, z kolei mWIG40 zanotował nieco lżejszą stratę, spadając o 1,90%.

W bieżącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na danych z USA. We wtorek (29.09.2020) poznamy odczyt indeksu zaufania konsumentów – Conference Board oraz saldo obrotów towarowych USA. W środę (30.09.2020) zostanie opublikowany raport ADP oraz ostateczne dane dotyczące PKB Stanów Zjednoczonych w II kwartale 2020. W czwartek (01.10.2020) nadejdzie kolej na dane o dochodach i wydatkach amerykanów, odczyty indeksów cen płaconych oraz zatrudnienia, publikacje wskaźników PMI oraz ISM dla przemysłu USA. Z kolei w piątek (02.10.2020) nadejdzie kolej na dane z rynku pracy w USA: między innym poznamy dane o zmianach zatrudnienia w sektorze pozarolniczym oraz stopę bezrobocia.

Poza tym w czwartek (01.10.2020) poznamy wskaźnik PMI dla Polskiego przemysły oraz inflacje CPI w kraju.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Rusza nowy program edukacyjny dla polskich szkół. Wczesna nauka o zmianach klimatycznych i smogu może zaprocentować w przyszłości

Przeciwdziałanie postępującym zmianom klimatycznym to nie tylko obszar zainteresowania rządów i biznesu, lecz również konsumentów. Dlatego też edukacja ekologiczna prowadzona już od najmłodszych lat może zaprocentować w przyszłości zmianą nawyków i tym samym ograniczeniem emisji. Dużą rolę w walce o czystsze powietrze odgrywa ciepłownictwo. Startujący właśnie program edukacyjny zainicjowany przez spółkę PGE Energia Ciepła ma pomóc uczniom szkół podstawowych zrozumieć, w jaki sposób powstaje ciepło, skąd bierze się energia elektryczna i jaki mają wpływ na klimat i ochronę środowiska. Szkoły mogą zgłaszać się do 8 października.

– Klimat i ochrona środowiska to tematy, które interesują dziś nie tylko naukowców, lecz także młodych ludzi. Wszelkie inicjatywy, które propagują ekologiczne postawy, mówią o tym, skąd się w ogóle biorą prąd, ciepło i energia, są mile widziane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Cieszę się, że także Grupa PGE przyłączyła się do tego typu działań, edukacji nigdy za dużo i warto ją kontynuować – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Piontkowski, minister edukacji narodowej.

Polska jest jednym z europejskich liderów w sektorze ciepła sieciowego. Ma jedną z najlepiej rozwiniętych sieci ciepłowniczych w Europie, która liczy blisko 21,5 tys. km. Systemy ciepłownicze funkcjonują w większości polskich miast. Około 50 proc. gospodarstw domowych w Polsce kupuje energię cieplną od systemowych przedsiębiorstw ciepłowniczych. Ciepło z elektrociepłowni jest bardziej efektywne ekologicznie – zwłaszcza w porównaniu z indywidualnymi kotłami na węgiel, dlatego odgrywa dużą rolę w walce ze smogiem i emisją CO2.

Nowy program edukacyjny, który zapoczątkowała właśnie PGE Energia Ciepła, opowiada o roli, jaką spełnia ciepłownictwo w walce o czystsze powietrze oraz zaopatrzenie gospodarstw domowych w ciepło. Akcja jest skierowana do dzieci z klas I–III szkół podstawowych.

 PGE Energia Ciepła, jako największa firma ciepłownicza, stara się poprzez edukację wpływać na kształtowanie właściwych postaw użytkowników ciepła. Jak wiadomo, najlepiej jest zaczynać we wczesnym dzieciństwie, dlatego przygotowaliśmy program edukacyjny skierowany dla najmłodszych pt. „Przygody Kota Ciepłosława”, w którym staramy się przekazać im informacje o cieple i ekologii – mówi Przemysław Kołodziejak, p.o. prezesa zarządu PGE Energia Ciepła SA.

Program edukacyjny spełnia wymogi podstawy programowej i został objęty patronatem MEN. Tytułowy bohater, Kot Ciepłosław, w ciekawy i przystępny dla dzieci sposób ma przekazywać im wiedzę o tym, jak powstają ciepło i energia elektryczna, oraz uczyć, jak je oszczędzać i dbać o środowisko. Pokaże m.in., w jaki sposób powstaje ciepło w procesie wysokosprawnej kogeneracji, która polega na jednoczesnej produkcji ciepła i energii elektrycznej, i jak dociera ono później do domowego kaloryfera.

– Dzieci naturalnie chłoną to, co do nich dociera, więc to jest najwłaściwszy moment, żeby przekazać im rzetelne informacje o tym, skąd się bierze ciepło i jaki ma to związek ze środowiskiem. Ukształtowanie właściwych postaw na tym etapie będzie procentowało w przyszłości, bo dzieci nauczą się oszczędnego gospodarowania energią – podkreśla Przemysław Kołodziejak. – Staramy się, aby użytkownicy ciepła wykorzystywali je racjonalnie, czyli oszczędzali i używali tyle, ile jest im niezbędne, bo wytwarzanie ciepła wpływa na środowisko. Im mniej będziemy go zużywać, tym mniej będziemy oddziaływać na środowisko.

W ramach akcji zostały przygotowane gry edukacyjne, ciekawostki dla dzieci oraz gotowe scenariusze zajęć, z których nauczyciele mogą korzystać podczas lekcji. Wszystkie materiały są dostępne na stronie internetowej projektu. Aby wziąć w nim udział, szkoły do 8 października powinny wypełnić formularz rejestracyjny. Dla pierwszych 100 placówek zgłoszonych do programu zostaną wysłane gadżety związane z Kotem Ciepłosławem.

– Przygotowaliśmy też konkurs dla szkół, nauczycieli oraz dzieci. Te klasy, które będą najbardziej aktywnie uczestniczyć w programie, mogą liczyć na nagrody – mówi p.o. prezesa PGE Energia Ciepła SA.

Konkurs jest skierowany do wszystkich szkół biorących udział w projekcie. Ich zadaniem będzie stworzenie komiksu o przygodach Kota Ciepłosława o tematyce związanej z ciepłem. Na najlepsze placówki czekają nagrody: 5 tys. zł, laptop dla nauczyciela zwycięskiej klasy oraz 13 wycieczek edukacyjnych do elektrociepłowni należących do PGE Energia Ciepła.

Spółka ta, należąca do Grupy PGE, jest największym w Polsce producentem ciepła i energii elektrycznej wytwarzanych w procesie wysokosprawnej kogeneracji, z ok. 25-proc. udziałem w tym rynku. Należy do niej 14 elektrociepłowni i sieci ciepłownicze o długości ok. 609 km.