Rusza nowy program edukacyjny dla polskich szkół. Wczesna nauka o zmianach klimatycznych i smogu może zaprocentować w przyszłości

Przeciwdziałanie postępującym zmianom klimatycznym to nie tylko obszar zainteresowania rządów i biznesu, lecz również konsumentów. Dlatego też edukacja ekologiczna prowadzona już od najmłodszych lat może zaprocentować w przyszłości zmianą nawyków i tym samym ograniczeniem emisji. Dużą rolę w walce o czystsze powietrze odgrywa ciepłownictwo. Startujący właśnie program edukacyjny zainicjowany przez spółkę PGE Energia Ciepła ma pomóc uczniom szkół podstawowych zrozumieć, w jaki sposób powstaje ciepło, skąd bierze się energia elektryczna i jaki mają wpływ na klimat i ochronę środowiska. Szkoły mogą zgłaszać się do 8 października.

– Klimat i ochrona środowiska to tematy, które interesują dziś nie tylko naukowców, lecz także młodych ludzi. Wszelkie inicjatywy, które propagują ekologiczne postawy, mówią o tym, skąd się w ogóle biorą prąd, ciepło i energia, są mile widziane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Cieszę się, że także Grupa PGE przyłączyła się do tego typu działań, edukacji nigdy za dużo i warto ją kontynuować – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Piontkowski, minister edukacji narodowej.

Polska jest jednym z europejskich liderów w sektorze ciepła sieciowego. Ma jedną z najlepiej rozwiniętych sieci ciepłowniczych w Europie, która liczy blisko 21,5 tys. km. Systemy ciepłownicze funkcjonują w większości polskich miast. Około 50 proc. gospodarstw domowych w Polsce kupuje energię cieplną od systemowych przedsiębiorstw ciepłowniczych. Ciepło z elektrociepłowni jest bardziej efektywne ekologicznie – zwłaszcza w porównaniu z indywidualnymi kotłami na węgiel, dlatego odgrywa dużą rolę w walce ze smogiem i emisją CO2.

Nowy program edukacyjny, który zapoczątkowała właśnie PGE Energia Ciepła, opowiada o roli, jaką spełnia ciepłownictwo w walce o czystsze powietrze oraz zaopatrzenie gospodarstw domowych w ciepło. Akcja jest skierowana do dzieci z klas I–III szkół podstawowych.

 PGE Energia Ciepła, jako największa firma ciepłownicza, stara się poprzez edukację wpływać na kształtowanie właściwych postaw użytkowników ciepła. Jak wiadomo, najlepiej jest zaczynać we wczesnym dzieciństwie, dlatego przygotowaliśmy program edukacyjny skierowany dla najmłodszych pt. „Przygody Kota Ciepłosława”, w którym staramy się przekazać im informacje o cieple i ekologii – mówi Przemysław Kołodziejak, p.o. prezesa zarządu PGE Energia Ciepła SA.

Program edukacyjny spełnia wymogi podstawy programowej i został objęty patronatem MEN. Tytułowy bohater, Kot Ciepłosław, w ciekawy i przystępny dla dzieci sposób ma przekazywać im wiedzę o tym, jak powstają ciepło i energia elektryczna, oraz uczyć, jak je oszczędzać i dbać o środowisko. Pokaże m.in., w jaki sposób powstaje ciepło w procesie wysokosprawnej kogeneracji, która polega na jednoczesnej produkcji ciepła i energii elektrycznej, i jak dociera ono później do domowego kaloryfera.

– Dzieci naturalnie chłoną to, co do nich dociera, więc to jest najwłaściwszy moment, żeby przekazać im rzetelne informacje o tym, skąd się bierze ciepło i jaki ma to związek ze środowiskiem. Ukształtowanie właściwych postaw na tym etapie będzie procentowało w przyszłości, bo dzieci nauczą się oszczędnego gospodarowania energią – podkreśla Przemysław Kołodziejak. – Staramy się, aby użytkownicy ciepła wykorzystywali je racjonalnie, czyli oszczędzali i używali tyle, ile jest im niezbędne, bo wytwarzanie ciepła wpływa na środowisko. Im mniej będziemy go zużywać, tym mniej będziemy oddziaływać na środowisko.

W ramach akcji zostały przygotowane gry edukacyjne, ciekawostki dla dzieci oraz gotowe scenariusze zajęć, z których nauczyciele mogą korzystać podczas lekcji. Wszystkie materiały są dostępne na stronie internetowej projektu. Aby wziąć w nim udział, szkoły do 8 października powinny wypełnić formularz rejestracyjny. Dla pierwszych 100 placówek zgłoszonych do programu zostaną wysłane gadżety związane z Kotem Ciepłosławem.

– Przygotowaliśmy też konkurs dla szkół, nauczycieli oraz dzieci. Te klasy, które będą najbardziej aktywnie uczestniczyć w programie, mogą liczyć na nagrody – mówi p.o. prezesa PGE Energia Ciepła SA.

Konkurs jest skierowany do wszystkich szkół biorących udział w projekcie. Ich zadaniem będzie stworzenie komiksu o przygodach Kota Ciepłosława o tematyce związanej z ciepłem. Na najlepsze placówki czekają nagrody: 5 tys. zł, laptop dla nauczyciela zwycięskiej klasy oraz 13 wycieczek edukacyjnych do elektrociepłowni należących do PGE Energia Ciepła.

Spółka ta, należąca do Grupy PGE, jest największym w Polsce producentem ciepła i energii elektrycznej wytwarzanych w procesie wysokosprawnej kogeneracji, z ok. 25-proc. udziałem w tym rynku. Należy do niej 14 elektrociepłowni i sieci ciepłownicze o długości ok. 609 km.

Co roku najbardziej agresywną formę raka płuca rozpoznaje się u 3 tys. Polaków. Często diagnozowany jest zbyt późno

Drobnokomórkowy rak płuc to agresywny i złośliwy nowotwór, którego w Polsce rokrocznie rozpoznaje się u ok. 2,5–3 tys. osób. Tylko 5 proc. chorych ma szansę przeżyć pięć lat od momentu rozpoznania choroby, a pacjenci umierają zwykle średnio po roku–dwóch latach od diagnozy. Ostatnie dekady nie przyniosły żadnych większych postępów w leczeniu i jeszcze do niedawna wciąż stosowano głównie chemioterapię, na której kończyły się opcje terapeutyczne. Dopiero zarejestrowana niedawno immunoterapia stworzyła nadzieję na poprawę sytuacji pacjentów. Chorzy w Polsce wciąż muszą jednak czekać na jej refundację.

– Drobnokomórkowy rak płuca nie rokuje dobrych nadziei. Przeżywalność wynosi od dwóch do trzech lat, bo 95 proc. zachorowań jest diagnozowanych już w stanie zaawansowanym. Ci ludzie nie mają szans na wyleczenie – jest to już tylko leczenie paliatywne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Elżbieta Kozik, prezes stowarzyszenia Polskie Amazonki Ruch Społeczny.

Rak płuca jest jednym z najczęściej diagnozowanych nowotworów. W Polsce rozpoznaje się go u ponad 20 tys. osób rocznie. W tej grupie większość (ok. 85 proc.) choruje na niedrobnokomórkowego raka płuca – w przypadku tej choroby zostało już zarejestrowanych wiele innowacyjnych terapii. Pozostali pacjenci mają drobnokomórkową odmianę (DRP). To jeden z najgorzej rokujących nowotworów. W większości przypadków jest to rak nieoperacyjny, a w tej chwili możliwości jego leczenia kończą się po wykorzystaniu standardowych opcji, czyli chemioterapii i radioterapii.

– Pacjenci z rakiem drobnokomórkowym już na początku są częściowo wykluczeni, ponieważ leczenie operacyjne nie ma u nich zastosowania. Z uwagi na duży stopień zaawansowania choroby większość pacjentów nie ma też dostępu do chemioradioterapii – wskazuje dr n. med. Izabela Chmielewska z Katedry i Kliniki Pneumonologii, Onkologii i Alergologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Leczenie DRP to duże wyzwanie – zwykle nie przynosi spodziewanych efektów, bo komórki nowotworowe szybko uodparniają się na chemioterapię. Ten typ nowotworu jest bardzo agresywny – szybko podwaja swoją masę, ma też skłonność do przerzutów do kości, wątroby i centralnego układu nerwowego. Dlatego wymaga szybkiej diagnozy.

Aby pokazać, jak ważny jest czas dla pacjentów z tym nowotworem, organizacje pacjenckie wystartowały z kolejną odsłoną kampanii edukacyjnej „Liczy się czas w raku płuca”.

– Spot zrealizowany w ramach kampanii doskonale oddaje to, z czym zmagają się pacjenci. Jest tam bardzo dużo emocji. Każda minuta od momentu pierwszych sygnałów choroby do momentu diagnozy i rozpoczęcia leczenia rzeczywiście ma znaczenie, każda sekunda coś zmienia – podkreśla Adrianna Sobol, psychoonkolog Fundacji OnkoCafe – Razem Lepiej.

– W tym schorzeniu liczy się każdy dzień i każdy miesiąc, dlatego drobnokomórkowy rak płuca powinien być diagnozowany bardzo szybko. W innych typach rakach płuca liczymy lata, tu decyduje każdy miesiąc. Niestety już diagnoza sprawia wiele trudności. Znam przypadek, w którym pierwsze podejrzenie DRP pojawiło się już w maju i do dziś nie ma diagnozy. To znaczy, że system skazuje takich pacjentów na brak możliwości wyleczenia – dodaje Elżbieta Kozik.

Firmy farmaceutyczne przebadały w ostatnich dekadach kilkadziesiąt cząsteczek i żadna z nich nie okazała się przełomem w leczeniu drobnokomórkowego raka płuca. Dopiero zarejestrowane atezolizumab czy durwalumab stworzyły nadzieję na poprawę sytuacji pacjentów. To leki immunologiczne, co oznacza, że stymulują komórki odpornościowe organizmu pacjenta, tak aby same niszczyły zmiany nowotworowe. W skojarzeniu ze standardową chemioterapią hamują rozwój choroby i wydłużają życie chorych.

– W leczeniu drobnokomórkowego raka płuca od 30 lat nie było żadnej zmiany. Pacjenci są leczeni jedynie chemioterapią – wskazuje Anna Kupiecka, prezes Fundacji OnkoCafe – Razem Lepiej.

– Przez wiele lat nic nie działo się w drobnokomórkowym raku płuca, prowadziliśmy szereg badań klinicznych i każde w końcu okazywało się fiaskiem. Jdnak właśnie immunochemioterapia okazała się skuteczna, wydłuża przeżycie pacjentom i jest to udowodnione – podkreśla dr Izabela Chmielewska.

Immunoterapie, do których zalicza się atezolizumab, to nowa klasa leków. Na całym świecie uważa się je dziś za medyczny postęp, który wpłynie na leczenie wielu chorób. W przypadku drobnokomórkowego raka płuca dodanie immunoterapii może zmniejszyć ryzyko zgonu o 30 proc. i wydłużyć życie pacjentów o kilka miesięcy.

– Po jakimś czasie od zastosowania chemioterapii prawie wszyscy pacjenci progresują, czyli dochodzi u nich do wznowienia, pojawienia się kolejnych zmian przerzutowych, do wzrostu masy guza. Pozostawali więc bez leczenia, wyczekując na nawrót choroby. To trudna sytuacja i dla lekarzy, i dla pacjentów, bo w pierwszym momencie choroba się cofa, objawy ustępują, pacjent zyskuje dużo nadziei, natomiast wiemy, że nawrót i tak nastąpi – mówi ekspertka z z Katedry i Kliniki Pneumonologii, Onkologii i Alergologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. – Połączenie immunoterapii i chemioterapii wydłuża czas do nawrotu średnio o około dwa miesiące, ale ten okres jest różny u poszczególnych pacjentów. W badaniach klinicznych byli tacy, którzy otrzymywali tę immunoterapię nawet kilka lat i to leczenie było dobrze tolerowane.

Jak podkreśla, problemem jest refundacja. W leczeniu mniej agresywnego, niedrobnokomórkowego raka płuca w ostatnich latach nastąpił olbrzymi postęp. Również w Polsce do refundacji włączono wiele innowacyjnych terapii, dzięki czemu powoli staje się on chorobą przewlekłą. Jednak pacjenci chorzy na DRP wciąż muszą czekać na refundację pierwszego leku, który może wydłużyć im życie.

– Chcielibyśmy, żeby pacjenci z rakiem drobnokomórkowym zyskali szansę. Tym bardziej że często są to pacjenci młodsi, w związku z czym rak jest bardziej agresywny, bo komórki ciągle się dzielą i dochodzi do szybszego wzrostu choroby nowotworowej. Dlatego zarówno pacjenci, jak i lekarze czekają na tę refundację – mówi dr Izabela Chmielewska.

Drobnokomórkowego raka płuc rokrocznie rozpoznaje się u ok. 2,5–3 tys. Polaków. Jak podkreślają przedstawiciele pacjentów, terapie dostępne na świecie powinny jak najszybciej trafić też do Polski.

– Brakuje dostępu do nowoczesnych form leczenia, które są już stosowane na świecie i w wielu ościennych krajach w Europie. Ważne, żeby tę wąską grupę pacjentów zabezpieczyć, żeby o nich nie zapominać. Każdy pacjent, bez względu na to, jaki ma podtyp nowotworu płuc, powinien być leczony i ma prawo do leczenia zgodnego z najnowszą wiedzą medyczną – podkreśla Anna Kupiecka.

– Wszystkie siły pacjenckie i organizacje o to zabiegają i walczą. Taki też jest cel naszej kampanii „Liczy się czas w raku płuca” – dodaje Elżbieta Kozik.

Telemedycyna szybko się rozwija w trakcie pandemii, lecz może stanowić tylko 30 proc. usług medycznych. Wciąż będą otwierane fizyczne placówki

Pandemia SARS-CoV-2 przyczyniła się do dynamicznego wzrostu popularności telemedycyny, jednak w większości przypadków nadal niezbędny jest bezpośredni kontakt z lekarzem i wizyta w placówce, chociażby w celu wykonania zabiegów czy badań diagnostycznych. Dlatego też Grupa LUX MED nie zamierza rezygnować z inwestycji w rozwijanie sieci swoich placówek. Właśnie otworzyła kolejne centrum medyczne, tym razem w warszawskiej galerii handlowej Wola Park.

– COVID-19 spowodował bardzo szybki rozwój telemedycyny. Sytuacja i reżim epidemiologiczny sprawiły, że stała się ona podstawowym narzędziem opieki nad pacjentami i ma przed sobą ogromną przyszłość, ponieważ wiele ich problemów możemy rozwiązać właśnie tą drogą. Trzeba jednak podkreślić, że nie wszystkie, dlatego uważamy, że telemedycyna w naszej ofercie będzie stanowić około 20–30 proc. wszystkich usług – mówi agencji Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.

Pandemia koronawirusa oraz związane z nią ograniczenia w przemieszczaniu się i kontaktach, a w przypadku wielu pacjentów również strach przed bezpośrednią wizytą w przychodni i ryzykiem zakażenia przyczyniły się do szybkiego wzrostu popularności telemedycyny. Już na początku pandemii minister zdrowia, NFZ i Rzecznik Praw Pacjenta zachęcali do korzystania z konsultacji zdalnych, podkreślając, że stanowią one pełnoprawne świadczenie zdrowotne.

Do tej formy korzystania z porad lekarskich szybko przekonali się zarówno pacjenci, jak i medycy. Zwłaszcza że lekarze w Polsce powszechnie wystawiają już e-recepty i e-zwolnienia. Według danych Ministerstwa Zdrowia w maju br. udział elektronicznych recept wzrósł do 95 proc., podczas gdy jeszcze w lutym, tuż przed pandemią, sięgał 88 proc.

Dynamiczny wzrost popularności telemedycyny dobrze obrazują też statystyki Mondial Assistance, z których wynika, że w pierwszych pięciu miesiącach tego roku liczba zdalnych konsultacji lekarskich dla klientów ubezpieczeniowych i bankowych wzrosła aż o 172 proc. W marcu czy kwietniu takich usług realizowano nawet cztero-pięciokrotnie więcej w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej. Duży wzrost odnotowała również Grupa LUX MED. Jeszcze pod koniec marca tą drogą odbywało się 75 proc. konsultacji. W lipcu lekarze i specjaliści odbywali średnio 20 tys. porad telemedycznych dziennie.

– Telemedycyna jest uzupełnieniem procesu diagnostyczno-leczniczego i daje pacjentowi pewien komfort, ponieważ może on skontaktować się z lekarzem ze swojego domu. Wydaje się, że konsultacje zdalne będą standardowym elementem w procesie leczenia. Myślę, że docelowo będą one początkiem komunikacji z pacjentem, żeby zidentyfikować problem, zapytać go, czego potrzebuje, i pokierować go dalej do przychodni – ocenia Anna Rulkiewicz.

Jedną z dyscyplin, w których telemedycyna raczej nie będzie mieć szerokiego zastosowania, jest okulistyka, z uwagi na konieczność przeprowadzania pewnych badań bezpośrednio z udziałem pacjenta.

 Mowa w szczególności o badaniach związanych z obrazowaniem oka, siatkówki i wykorzystaniem zaawansowanych metod diagnostycznych. Próbujemy wprowadzać telemedycynę do naszych usług – w kwietniu wdrożyliśmy badania kontrolne w formie zdalnej, które mają zastosowanie w przypadku części pacjentów i jako uzupełnienie procesu obserwacyjnego. Jednak nigdy nie wyeliminujemy konieczności bezpośredniego przebadania pacjenta – mówi Maciej Mądrala, prezes Centrum Medycznego MAVIT.

W opinii ekspertów rozwój telemedycyny raczej nie spowoduje, że spadnie popyt na stacjonarne placówki i tradycyjne konsultacje lekarskie. W wielu specjalizacjach wciąż niezbędny jest bezpośredni kontakt z lekarzem i wizyta w centrum medycznym, chociażby w celu wykonania zabiegów czy badań diagnostycznych.

– Pacjenci chorują, w związku z czym zapotrzebowanie na usługi medyczne rosło i z naszego punktu widzenia bardzo istotne było, żeby jak najszybciej dostosować placówki i zająć się pacjentami całościowo i kompleksowo. Teraz widzimy bardzo dużą dynamikę powrotu pacjentów do placówek. Obecne zapotrzebowanie na usługi jest takie samo jak przed pandemią, dlatego będziemy otwierać nasze centra medyczne zgodnie z ich potrzebami – wskazuje Anna Rulkiewicz.

Nowa placówka działa od września w stołecznym centrum handlowym Wola Park. Po raz pierwszy połączono w niej opiekę ambulatoryjną ze specjalizacją okulistyczną w ramach Centrum Medycznego MAVIT, działającego w Grupie LUX MED od roku.

– Otwarcie naszej nowej poradni na warszawskiej Woli jest niezmiernie istotne. Z jednej strony przybliżamy się do naszych pacjentów z wysokospecjalistycznymi usługami okulistycznymi, diagnostycznymi, co stanowi uzupełnienie naszej oferty realizowanej w szpitalu na warszawskich Bielanach, a z drugiej strony wprowadzamy unikalny model koordynowanej opieki nad pacjentem, uzupełniając ambulatoryjne, abonamentowe usługi okulistyczne o leczenie zachowawcze bardziej specjalistyczne bądź leczenie operacyjne wtedy, kiedy to jest wymagane – wyjaśnia Maciej Mądrala.

Coraz więcej możliwości rozwoju kariery dla naukowców w Polsce. Infrastruktura i metody badawcze na światowym poziomie

Polskie uczelnie i instytuty dają coraz więcej możliwości rozwoju kariery naukowcom. – Baza badawcza w Polsce jest na światowym poziomie, mamy ośrodki, które nie powstydzą się za granicą ani swojego sprzętu, ani metod badawczych – mówi dr Grażyna Żebrowska, dyrektor Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej. Przykładem mogą być zaawansowane badania w zakresie walki z COVID-19. Wciąż jednak wielu naukowców wiąże swoją przyszłość z zagranicznymi uczelniami. Programy NAWA mają ich przekonać do powrotu i pozostania w Polsce.

W ostatnich latach możliwości uprawiania nauki w Polsce zmieniły się na lepsze. Warunki, które mogą mieć naukowcy powracający do Polski z zagranicy, nie ustępują w niczym tym, które są w krajach Europy Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych  – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Grażyna Żebrowska.

Jednym z nich jest program Polskie Powroty, którego celem jest umożliwienie polskim badaczom powrotu do kraju i zatrudnienie na rodzimych uczelniach, w instytutach naukowych lub badawczych. Beneficjenci otrzymują wynagrodzenie oraz optymalne warunki do prowadzenia w Polsce badań naukowych lub prac rozwojowych na światowym poziomie.

  Baza naukowa, która jest dostępna w Polsce, powinna być wystarczająca dla badaczy, którzy chcieliby u nas rozwijać swoje projekty i kontynuować karierę naukową – zapewnia dyrektor Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej.

Z kolei Profesura Gościnna NAWA to program skierowany do polskich uczelni i instytutów. Umożliwia on zaproszenie do naszego kraju wybitnych specjalistów z priorytetowych dla nich obszarów tematycznych, którzy w znaczący sposób rozwiną badania naukowe o przełomowym charakterze, wzmocnią działalność dydaktyczną oraz wesprą te instytucje w przygotowywaniu aplikacji o prestiżowe granty. W tym programie nabór wniosków skończył się 31 lipca br., ale zapowiadane są kolejne edycje.

Mamy także propozycje dla polskich badaczy, którzy chcieliby się doszkolić i prowadzić badania za granicą. Program im. Bekkera jest skierowany do młodych doktorów, którzy chcieliby kontynuować swoje badania w zagranicznych ośrodkach naukowych i wyjechać na staż podoktorski. Z kolei Program im. Iwanowskiej przeznaczony jest dla osób, które są jeszcze przed uzyskaniem tytułu doktora, a potrzebny jest im wyjazd za granicę, żeby tam nauczyć się np. nowych metod badawczych i wykorzystać je w doktoracie – wymienia Grażyna Żebrowska.

Doktoranci, którzy wzięli udział w Programie im. Iwanowskiej, mieli możliwość prowadzenia badań naukowych lub zajęć dydaktycznych w zagranicznych ośrodkach na całym świecie.

Jak podkreśla dyrektor Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej, wielu studentów i absolwentów polskich uczelni myśli o wyjeździe za granicę, ale otwiera się przed nimi coraz więcej możliwości również w Polsce. Na ciekawą i dobrze płatną pracę mogą liczyć m.in. absolwenci kierunków z obszaru informatyki i telekomunikacji.

– Myślę, że możliwość rozwoju zarówno zawodowego, jak i osobistego to dwa istotne czynniki, które zachęcają absolwentów, żeby pozostać w kraju – ocenia Grażyna Żebrowska.

Medianę miesięcznych zarobków i okres potrzebny na znalezienie pracy po ukończeniu konkretnego kierunku studiów można sprawdzić w systemie monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów (ELA).

Ten system jest prowadzony przez Ośrodek Przetwarzania Informacji na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Dzięki temu programowi można się dowiedzieć, jak radzą sobie absolwenci poszczególnych kierunków na konkretnych uczelniach na rynku pracy – dodaje dyrektor Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej.

W Anglii powstaje pierwsza podniebna autostrada dla dronów. Może zrewolucjonizować ich rolę w transporcie

W Wielkiej Brytanii powstaje pierwsza powietrzna autostrada dla dronów. Specjalne korytarze powietrzne dla bezzałogowych statków powietrznych mogą otworzyć drogę do ich szerszego komercyjnego wykorzystania, a w przyszłości – również większych autonomicznych pojazdów. Na razie autostrada Arrow Drone Zone ma mieć ok. 8 kilometrów długości. Jeśli rozwiązanie się sprawdzi, siecią podniebnych autostrad ma być objęta cała Wielka Brytania.

– Projekt specjalnych stref dla dronów Arrow Drone Zone otwiera drzwi do następnego poziomu w ewolucji systemów zarządzania powietrznymi statkami bezzałogowymi (UTM) i zautomatyzowanych operacji dronów. Automatyczny lot BVLOS [poza zasięgiem wzroku – przyp. red.] w nieograniczonej przestrzeni powietrznej jest bardzo istotną barierą do pokonania w celu realizacji wizji masowego komercyjnego wykorzystania dronów – podkreśla Richard Parker, założyciel i prezes zarządu Altitude Angel.

Obecnie w komercyjnym wykorzystywaniu bezzałogowych statków powietrznych liderem są Chiny. Niedawno powodzeniem zakończyła się pierwsza misja drona SF Express, który wylądował z ładunkiem w Mongolii Wewnętrznej. To pierwszy tak duży dron wykorzystany do logistyki – ma maksymalną masę startową 5,25 tony i maksymalną objętość 15 m3, zasięg 1,2 tys. km i jest w stanie latać z prędkością przelotową 180 km/h.

Już wcześniej Chiny stosowały drony na szeroką skalę w transporcie. W czasie pandemii przewoziły one m.in. materiały sanitarne i próbki medyczne. Korzystanie z nich zwiększyło wówczas prędkość transportu o ponad 50 proc. w porównaniu z transportem drogowym.

Jeszcze w tym roku w Wielkiej Brytanii, niedaleko Londynu, powstanie pierwsza powietrzna autostrada dla dronów. Arrow Drone Zone ma mieć 8 km długości i 500 metrów szerokości, a z korytarza będą mogły skorzystać duże i ciężkie bezzałogowce z ładunkami. Drony latające w strefie Arrow Drone Zone będą monitorowane przez platformę UTM Altitude Angel, która dzięki komunikacji z infrastrukturą naziemną i powietrzną zapewni automatyczną nawigację.

W ramach Arrow Drone Zone wszystkie pojazdy będą mapowane w czasie rzeczywistym, co ma zapewnić całkowite bezpieczeństwo wszystkim uczestnikom ruchu powietrznego. To o tyle istotne, że strefa dronów będzie znajdowała się w otwartej przestrzeni, współdzielonej przez drony i tradycyjne lotnictwo. Jeśli test nowo powstającej autostrady przebiegnie pomyślnie, wkrótce cały kraj może być opleciony siecią specjalnych podniebnych tras.

– Technologia dronów ma potencjał, aby zmienić świat na niezliczoną liczbę sposobów. W Altitude Angel jesteśmy gotowi wspierać organizacje i firmy na całym świecie, żeby umożliwić zautomatyzowane loty dronów i lotnictwo załogowe, aby mogły bezpiecznie działać obok siebie poprzez wdrożenie specjalnych stref dla dronów – wskazuje Richard Parker.

Drony do transportu wykorzystują też inne kraje, jednak dotychczas były to transporty stosunkowo niewielkie i małymi bezzałogowcami. Dzięki autostradzie dla bezzałogowych statków powietrznych loty będą bezpieczniejsze, zwiększy się też ich częstotliwość. Tym samym zastosowanie dronów może być znacznie większe, nie tylko w transporcie. W przyszłości Arrow Drone Zone znajdzie też zastosowanie w bezzałogowych samolotach do przewozu osób.

Co niepodległa Białoruś oznacza dla Polski?

Niepodległa Białoruś będzie ogromnym osiągnięciem dla Białorusinów i ich sojuszników w Europie. Polska, jako państwo sąsiedzkie i członek Unii Europejskiej, powinna aktywnie pomagać w białoruskiej walce o wolne wybory – by wspierać rodzącą się tam demokrację. Jednak dla Polaków jest to nie tylko sprawa idei i poczucia wspólnoty z sąsiadami zza wschodniej granicy. W uwolnieniu Białorusi spod dyktatury rosyjskiej mamy swoje, bardzo wymierne, korzyści. Niepodległa Białoruś, rządzona przez demokratyczne władze, oznacza odsunięcie rosyjskich wpływów i wojsk od naszego państwa – a to przekłada się na bezpieczniejszą przyszłość i lepszą sytuację geopolityczną dla Polski.

– Dla Polski niepodległa Białoruś jest absolutnie kluczowa. Rosjanie przejawiają bowiem bardzo dużą aktywność na terenie Białorusi, próbując wchłonąć jej terytorium do własnego państwa. Niepodległa Białoruś i władza wybrana w wolnych wyborach oznacza odsunięcie groźby rosyjskiego wojska na naszej granicy – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Jeżeli więc możemy wspierać  Białorusinów, jako państwo i społeczeństwo polskie, to jest to niezwykle istotne. Jest to po pierwsze słuszne – z punktu widzenia bezpieczeństwa i dobrobytu Białorusinów, ale mamy w tym też interes poszerzenia przestrzeni wolności i demokracji w Europie – wyjaśnia Roszkowski.

Rząd przyjął projekt budżetu na rok 2021

Na dzisiejszym posiedzeniu rząd przyjął projekt budżetu na rok 2021. Dochody państwa w przyszłym roku mają wynieść 404,4 mld zł, a wydatki 486,7 mld zł. Oznacza to deficyt rzędu 82,3 mld zł.

W projekcie ustawy budżetowej na 2021 r. przyjęto:

  • prognozę dochodów budżetu państwa w kwocie 404,4 mld zł,
  • limit wydatków budżetu państwa na poziomie 486,7 mld zł,
  • deficyt budżetu państwa w wysokości 82,3 mld zł,
  • deficyt sektora finansów publicznych (według metodologii UE) na poziomie ok. 6 proc. PKB,
  • dług sektora instytucji rządowych i samorządowych (definicja UE) na poziomie 64,7 proc. PKB.

Podstawowe uwarunkowania makroekonomiczne:

  • wzrost PKB w ujęciu realnym o 4,0 proc.,
  • średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych o 1,8 proc.,
  • wzrost przeciętnego rocznego funduszu wynagrodzeń o 2,8 proc.,
  • wzrost spożycia prywatnego, w ujęciu nominalnym, o 6,3 proc.

W budżecie środków europejskich projekt ustawy budżetowej na rok 2021 zakłada:

  • dochody budżetu środków europejskich: 80,5 mld zł,
  • wydatki budżetu środków europejskich: 87,3 mld zł,
  • deficyt budżetu środków europejskich: 6,9 mld zł.

Dochody

Na prognozowany wzrost dochodów budżetu państwa w 2021 r. będzie miał wpływ przewidywany powrót gospodarki na ścieżkę wzrostu.

Przewidujemy również uzyskanie dochodów z podatku od sprzedaży detalicznej w wysokości 1,5 mld oraz wpłatę 1, 3 mld do budżetu państwa z zysku NBP.

Wydatki

Projekt ustawy budżetowej na rok 2021 został przygotowany z zastosowaniem Stabilizującej Reguły Wydatkowej.

Kwota wydatków na 2021 r. została powiększona o połowę prognozowanej sumy skutków finansowych po stronie dochodów i wydatków, które wynikają z działań nakierowanych na powstrzymanie i przeciwdziałanie skutkom pandemii w 2020 r. Tym samym projekt został opracowany z uwzględnieniem nieprzekraczalnego limitu wydatków dla budżetu państwa i przy zabezpieczeniu skutków finansowych niezbędnych do kontynuacji dotychczasowych priorytetowych działań rządu.

W ustawie budżetowej na rok 2021 zapewniamy m.in.:

  • finansowanie Programu „Rodzina 500+” (41mld zł),
  • zwiększenie nakładów na finansowanie ochrony zdrowia do poziomu 5,3 proc. PKB (wydatki budżetowe w porównaniu do 2020 r. wrosną o ok. 11,6 mld zł, tj. wzrost o 104 proc.),
  • waloryzację rent i emerytur od 1 marca 2021 r. wskaźnikiem waloryzacji na poziomie 103,84 proc. (szacowany łączny koszt wynosi ok. 9,6 mld zł),
  • realizację świadczenia „Dobry Start” (1,4 mld zł),
  • finansowanie zadań w ramach Funduszu Solidarnościowego,
  • finansowanie potrzeb obronnych Polski na poziomie zwiększonym do 2,2 proc. PKB,
  • wzrost wydatków w obszarze szkolnictwa wyższego i nauki,
  • finansowanie zadań w obszarze mieszkalnictwa,
  • zadania w zakresie infrastruktury drogowej oraz kolejowej.

Dług publiczny i koszty jego obsługi

„Rząd przyjął dziś strategię zarządzania długiem publicznym – to nasz plan stopniowego spadku długu publicznego w relacji do PKB, do 48,1 % w 2024. Zakładamy również obniżenie kosztów obsługi długu w przyszłym roku oraz kolejnych latach” – powiedział minister Tadeusz Kościński.

Założenia Strategii zarządzania długiem sektora finansów publicznych w latach 2021-2024:

  • wzrost relacji państwowego długu publicznego do PKB do 50,4% w 2020 r. i 52,7% w 2021 r., a następnie spadek do 48,1% w 2024 r.,
  • wzrost relacji długu sektora instytucji rządowych i samorządowych (wg definicji UE) do PKB do 61,9% w 2020 r. i 64,1% w 2021 r., a następne spadek do 59,5% w 2024 r.,
  • spadek kosztów obsługi długu Skarbu Państwa w relacji do PKB z 1,33% w 2020 r. do 1,19% w 2021 r. i do 0,75% – 0,76% w 2024 r.,
  • utrzymanie elastycznego podejścia do kształtowania struktury finansowania pod względem wyboru rynku, waluty i instrumentów, w stopniu przyczyniającym się do celu minimalizacji kosztów obsługi długu przy ograniczeniach wynikających z przyjętych poziomów ryzyka,
  • głównym źródłem finansowania potrzeb pożyczkowych budżetu państwa pozostanie rynek krajowy, a udział długu w walutach obcych w długu Skarbu Państwa zostanie utrzymany na poziomie poniżej 25%.

W 2020 roku Polska zadłużyła się, aby ratować gospodarkę przed negatywnymi skutkami pandemii COVID-19. Brak interwencji mógłby w pesymistycznym scenariuszu oznaczać bankructwa i masowe przejęcia osłabionych polskich firm, wyższe bezrobocie oraz powrót zjawiska masowej emigracji Polaków. Na koniec 2020 roku planowany deficyt sięgnie 109,3 mld złotych. Nie można jednak wykluczyć, że niezbędna będzie kontynuacja wsparcia też w przyszłym roku.

– Pomoc firmom w utrzymaniu zatrudnienia znacząco zmniejsza zagrożenie głębokiego i długotrwałego spadku dobrobytu i jakości życia Polaków. Nie zwalnia to jednak od obowiązków, jakie państwo bierze na siebie w związku z rosnącym i osiągającym niebezpieczne poziomy, zadłużeniem. Nawet w latach najlepszej koniunktury Polsce nie udało się stworzyć nadwyżki budżetowej. W latach 2016-2020 zmarnowano szansę na znaczące obniżenie zadłużenia, czego konsekwencją jest ograniczona przestrzeń do zadłużania się w kryzysie. Postawieni pod ścianą politycy chowają wydatki do funduszy celowych – mówi dr Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan stoi na stanowisku, że przy zadłużeniu efektywnie przekraczającym konstytucyjne 60% PKB fundamentalne znaczenie ma strategia tworzenia wartości dodanej w otoczeniu post-COVID-19. Pilnie potrzeba strategicznych decyzji, jakie dziedziny pozwolą Polsce zagospodarować nisze na globalnym rynku, powiększyć popyt na krajowe dobra i usługi, awansować w łańcuchach dostaw, stworzyć nowe wysoko wynagradzane miejsca pracy i zwiększyć konkurencyjność międzynarodową.

– Należy skoncentrować dalsze wsparcie na najbardziej rokujących dziedzinach, kosztem sztucznego utrzymywania przy życiu schyłkowych branż i trwale nierentownych przedsiębiorstw. Taka strategia – doskonale znana z sektora prywatnego – jest jedynym rozsądnym rozwiązaniem w dobie ograniczonych zasobów i konieczności dokonania skoku rozwojowego. Transformacja energetyczna i cyfrowa to dwa kierunki rozwoju, ale dobór konkretnych nisz powinien być poprzedzony analizą ekonomiczną i prawną posiadanych technologii i zasobów oraz długookresowych aspiracji – podkreśla Sonia Buchholtz.

Rok 2021 rozpoczniemy z dużym zadłużeniem i tylko nieznacznie zredukujemy tempo jego wzrostu (deficyt 82,3 mld zł). Wydatki PFR zostaną zaliczone do wydatków sektora rządowego, powiększając wielkość zadłużenia. Jest to efekt powolnej poprawy transparentności finansów publicznych, którą Lewiatan ocenia pozytywnie. Zawdzięczamy to jednak dyscyplinującej roli europejskiej metodologii opisu długu (ESA 2010).

– Pozytywnie oceniamy deklarację resortu finansów, że nie ma planów powiększenia funduszy celowych. Transparentność finansów publicznych ma kluczowe znaczenie dla utrzymywania wiarygodności państwa jako podmiotu zarządzającego dużymi środkami publicznymi oraz zapożyczającego się – dodaje dr Sonia Buchholtz.
Konfederacja Lewiatan

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Na rynek wróciła zmienność

Za nami przetasowania na rynku walutowym jakich nie widzieliśmy od dawna. Rosnąca awersja do ryzyka, pikujące indeksy akcji i pogarszające się dane z frontu walki z pandemią w Europie stanowiły idealne tło dla rajdu na dolarze wspieranego przez pokrywanie krótkich pozycji na walucie. Co czeka nas w tym tygodniu?

Trudnym do oszacowania czynnikiem w kontekście wzrostu niepewności i awersji do ryzyka są obawy związane z wynikiem listopadowych wyborów prezydenckich w USA, zwłaszcza biorąc pod uwagę ryzyko wystąpienia sporu w kontekście wyników. Sądzimy, że jak dotąd kwestia ta miała jednak niewielki wpływ na rynek walutowy. W zeszłym tygodniu oddziaływały nań głównie informacje dotyczące pandemii i związanych z nią nowych obostrzeń. Ruchy te można też interpretować jako nieuchronne po długim okresie wzrostów aktywów ryzykownych.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł silną wyprzedaż polskiej waluty. Złoty był jedną z najgorzej radzących sobie walut świata, tracąc w parze z euro ok. 2%. Para EUR/PLN w maksymalnym punkcie znalazła się na poziomie 4,56 – najwyżej od maja.

Przyczyn słabości złotego należy doszukiwać się w ogólnym negatywnym sentymencie do ryzyka, który nałożył presję na szeroką grupę aktywów ryzykownych, takich jak waluty emerging markets, do których należy złoty. Zważając na to, że w kontekście tegoż sentymentu w centrum uwagi znalazła się sytuacja w Europie, aktywa europejskie zostały poturbowane bardziej niż inne. Złoty radził sobie gorzej również od walut regionu, co można powiązać z jego wcześniejszą relatywną odpornością, faktem wysokiej płynności oraz niespodziewaną podwyżką stóp procentowych na Węgrzech, która pomogła forintowi.

Nie zakładamy trwałego osłabienia złotego. Opierając się na bardzo dobrych fundamentach ciągle liczymy na scenariusz odwrotny – stopniową aprecjację polskiej waluty. Nie oczekujemy równie silnych ruchów jak te z poprzedniego tygodnia, jednak w kontekście drugiej fali nie można wykluczyć utrzymywania się wyższej niż standardowa zmienności, a nawet osłabienia polskiej waluty w krótkim terminie. Jeśli miałoby do tego dojść i w tym wypadku nie spodziewamy się, że skala tego ruchu byłaby znaczna. Polska gospodarka i złoty są obecnie w zdecydowanie lepszym miejscu niż podczas turbulencji przy okazji ostatniego kryzysu finansowego sprzed ponad dekady.

EUR

Rozczarowujące dane PMI opisujące sytuację przedsiębiorstw we wrześniu dodały do ogólnego poczucia przygnębienia, które opadło nad perspektywami strefy euro w ostatnich dwóch tygodniach. Ostatnie pogorszenie sytuacji wiąże się w większości z drugą falą pandemii z jaką mierzy się kontynent.

Jedyną istotną publikacją ze strefy euro w tym tygodniu będzie raport o inflacji we wrześniu. Zyskuje on na znaczeniu po silnym negatywnym szoku jaki przyniósł sierpniowy raport. Nie spodziewamy się odbicia dynamiki cen. Obok tego obserwować będziemy również informacje z frontu walki z pandemią. Przechodząc do innej kwestii, nawis długich pozycji spekulacyjnych na euro nie doświadczył istotnej zmiany. Pozostajemy optymistycznie nastawieni do perspektyw waluty w średnim terminie, jednak nie będziemy zaskoczeni, jeśli euro w tym tygodniu będzie radzić sobie nieco gorzej.

USD

Miniony tydzień udowodnił, że dolarowi daleko do utraty atrakcyjności jako bezpiecznej przystani. Ucieczka do aktywów bezpiecznych doprowadziła do silnej aprecjacji amerykańskiej waluty, w czym pomogła też poprawa koronawirusowych statystyk w USA. Dolar w perspektywie tygodniowej radził sobie najlepiej od kwietnia, okolic szczytu pandemii.

Gorsze dane o liczbie zasiłków dla bezrobotnych w USA zdawały się nie wpływać na dolara. Dostrzegamy jednak ryzyko tego, że podobne negatywne zaskoczenie przy okazji publikacji piątkowego miesięcznego raportu z rynku pracy może mieć trwalszy wpływ na amerykańską walutę. Do tego czasu, rynek będzie reagował prawdopodobnie na wszelkie nagłówki dotyczące potencjalnego porozumienia ws. ograniczonego pakietu stymulacyjnego w USA.

GBP

W ubiegłym tygodniu szterling radził sobie lepiej niż większość głównych walut, jednak i tak doświadczył niewielkich strat w parze z dolarem amerykańskim. Szacowane prawdopodobieństwo wdrożenia ujemnych stóp procentowych przez Bank Anglii nieco spadło, jednak w weekend pojawiły się gołębie komentarze ze strony Silvany Tenreyro z komitetu decyzyjnego BoE (MPC). Rynek pozytywnie zareagował na informacje o brytyjskim programie wsparcia miejsc pracy (Job Support Scheme), mimo tego, że w kraju program spotkał się z krytyką.

Tymczasem, wciąż są nadzieje na osiągnięcie porozumienia ws. Brexitu w ostatniej chwili. Naszym scenariuszem pozostaje zawarcie jakiejś okrojonej formy porozumienia w ostatnim momencie. W takiej sytuacji w parze z dolarem funt prawdopodobnie wahałby się w okolicy obecnych poziomów i być może nieco umocniłby się w parze z euro.

CHF

Kurs EUR/CHF zakończył ubiegły tydzień w niewielkiej odległości od poziomu na jakim go rozpoczął.

Zgodnie z oczekiwaniami Szwajcarski Bank Narodowy podczas spotkania w ubiegłym tygodniu pozostawił stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Retoryka banku centralnego była jednak bardziej optymistyczna niż w czerwcu. Tak jak trzy miesiące temu, bank określił szwajcarską walutę mianem „wysoko wycenianej” stwierdzając, że „pozostaje gotowy do silniejszej interwencji na rynku walutowym”. Perspektywy gospodarcze są jednak bardziej pozytywne niż trzy miesiące temu. Bank sugeruje, że PKB kraju w 2020 roku spadnie o 5% (a nie 6%, jak wskazywał w czerwcu). Bank podniósł również warunkową prognozę inflacji i obecnie oczekuje, że dynamika cen przez większość 2021 roku będzie utrzymywać się nieco powyżej zera.

W tym tygodniu czeka nas sporo publikacji ze Szwajcarii. W informacje obfitować będzie zwłaszcza czwartek, wtedy bowiem poznamy dane PMI, odczyt inflacji oraz dane o sprzedaży detalicznej.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Wycena startupu – jak przebiega i o czym warto pamiętać

Wyceny przedsiębiorstw należą do dosyć wymagających i skomplikowanych procesów. Tym trudniejsze są, jeśli mamy do czynienia z przedsiębiorstwami we wczesnej fazie rozwoju, ponieważ wtedy oszacowania często opierają się jedynie na wierze, że zespół, który je tworzy będzie potrafił zrealizować postawione przed nim cele i wykorzystując, nieraz innowacyjną, technologię lub model biznesowy, stworzy wartość, której inwestorzy oczekują, a której na chwilę obecną jeszcze nie widzą. Jak zatem przebiega wycena startupów?

Czym charakteryzują się startupy?

Przedsiębiorstwa we wczesnej fazie rozwoju, czyli tzw. startupy lub seedy, to firmy, które mają określony cel biznesowy (np. osiągnięcie jakiegoś pułapu sprzedaży i zysku) i za pomocą wytworzonych we własnym zakresie lub zakupionych aktywów (np. technologii IT lub wynalazków), przy współpracy powołanego do tego zespołu chcą ten cel osiągnąć. Jednak to, co jest charakterystyczne dla tego typu przedsiębiorstw i co ma istotny wpływ na podejście do ich wyceny, to fakt, że próba dojścia do tego celu często nie jest poparta historią i wcześniejszymi doświadczenia. Bywa, że jest ona jedynie planem założycieli, którego realizacja wiąże się z istotnym ryzykiem, które w wycenie takiej firmy powinno być odzwierciedlone.

Przedsiębiorstwa w tej fazie rozwoju często nie mają jeszcze żadnych przychodów lub dopiero zaczynają je osiągać, natomiast mają potrzeby kapitałowe, które są zaspokajane przez kolejne rundy inwestycyjne (runda seed lub pre seed przy zakładaniu firmy; runda A, gdy już jest sprawdzony model biznesowy i są przychody; oraz kolejne rundy, gdy spółka osiąga wzrosty przychodów i pojawiają się zyski).  Etap, na którym znajduje się firma ma wpływ na ocenę ryzyka, a tym samym na wycenę.

Kiedy dokonuje się wyceny startupów?

Wyceny przedsiębiorstw we wczesnej fazie rozwoju dokonuje się głównie ze względów transakcyjnych. Mowa tu o ich sprzedaży (w całości lub części np. w przypadku sprzedaży kolejnych porcji udziałów młodego przedsiębiorstwa w kolejnych rundach inwestycyjnych) lub przeniesieniu do innej spółki (np. wniesienie raportem do innej spółki w przypadku stworzenia tzw. spin offa z uczelni, czyli wyjścia technologii poza mury uczelni w celu jej komercjalizacji). Wyceny przedsiębiorstw można dokonywać także w celu prezentacji ich prawdziwej wartości w sprawozdaniach finansowych.

Od czego zależy wycena przedsiębiorstwa we wczesnej fazie rozwoju?

Wycena przedsiębiorstw w fazie seed lub startup w dużej mierze zależy od tego, czy przedsiębiorstwa te osiągają już przychody (a może nawet zyski), czyli czy już realizują swój model biznesowy, czy też wciąż jeszcze przygotowują produkt lub usługę, kompletują zespół, przygotowują się do rozpoczęcia działań sprzedażowych.

Istotne znaczenie dla wyceny młodego przedsiębiorstwa ma to w jakim modelu biznesowym działa (np. SaaS, marketplace lub inny biznes)  i, co za tym idzie, jakie są wartości pewnych finansowo – operacyjnych wskaźników, jak np. LTV (lifetime value – marża jaką generują klienci w trakcie swojej relacji ze spółką) w powiązaniu z CAC (customer acquisition cost – koszt pozyskania nowego klienta) lub MRR (montly recuring revenue – czyli przychód powtarzający się w każdym miesiącu) albo GMV (gross merchandise value – wartość sprzedaży związana ze sprzedanym produktem tj. średnia cena x ilość sprzedaży).

Podejście do wyceny startupów może też być różne w zależności jaki jest cel tej wyceny, np. czy jest to wycena przed planowaną transakcją (kolejną rundą inwestycyjną) czy jest to np. wycena na potrzeby prezentacji inwestycji w takie przedsiębiorstwo w sprawozdaniu finansowym funduszu VC.

Generalnie praktykowane powszechnie na świecie podejście do wyceny przedsiębiorstw we wczesnych fazach rozwoju prezentuje IPEV (International Private Equity and Venture Capital Valuation) Board z siedzibą w USA. Jest to organizacja ekspercka, która cyklicznie publikuje instrukcje dotyczące wyceny przedsiębiorstw w różnych fazach rozwoju, w tym również dotyczące startupów. Instrukcje te są adresowane głównie do osób zajmujących się wyceną w funduszach inwestycyjnych, natomiast są szeroko stosowane przez wiele instytucji i osób wyceniających na całym świecie. Również instrukcje Polskiego Funduszu Rozwoju, dotyczące wyceny aktywów w funduszach, w które PFR zainwestował, opierają się na IPEV Guidelines.

Biorąc pod uwagę instrukcje IPEV, PFR, oraz moje własne doświadczenia wynikające z wieloletniej współpracy z funduszami VC w zakresie wyceny firm, poniżej zaprezentowałem ogólnie podejście do tego tematu, które może być stosowane w różnych sytuacjach rynkowych.

Metody wyceny startupów – na czym się opierają, w jakich sytuacjach je stosować?

Najpopularniejsza metoda wyceny wszystkich przedsiębiorstw to metoda dochodowa (a szczególnie metoda zdyskontowanych przepływów pieniężnych – DCF), która opiera się na dyskontowaniu odpowiednią stopą procentową, określającą poziom ryzyka i oczekiwania zwrotów dla inwestorów, prognozowanych przyszłych przepływów pieniężnych. Drugą jest metoda porównawcza (mnożnikowa), która polega na odniesieniu pewnych mnożników dotyczących wycenianego przedsiębiorstwa (takich jak np. sprzedaż, zyski lub pewne wskaźniki operacyjne) do podobnych mnożników uzyskanych w transakcjach rynkowych lub prezentowanych przez porównywalne spółki publiczne lub niepubliczne (jeśli wyceniający ma dostęp do takich danych).

W praktyce rynkowej przedsięwzięcia w najwcześniejszej fazie rozwoju, zwykle kiedy jeszcze nie ma gotowego produktu, modelu biznesowego czy zbudowanego do końca zespołu, wycenia się biorąc pod uwagę konieczne zasoby, prowadzące do realizacji konkretnych celów (np. dokończenie produktu czy opracowanie modelu biznesowego opartego o ten produkt i zdobycie pierwszych klientów). Takie podejście majątkowe jest charakterystyczne dla rund założycielskich czy tzw. pre seed. Po dokonaniu takiej rundy wartość przedsiębiorstwa wycenia się do czasu „dowiezienia” tych celów w wartościach zainwestowanych w tej rundzie, ale na każdy moment wyceny należy zastanowić się, czy ta wartość nie uległa zmniejszeniu w związku z możliwymi potknięciami w różnych obszarach (np. produkt, otoczenie, zespół, możliwości skalowania itp.) na drodze do realizacji tych celów. Zwykle w tym celu buduje się modele do analizy utraty wartości wczesnych inwestycji, gdzie analizuje się różne obszary tej inwestycji, nadaje się im odpowiednie wagi i dochodzi do wniosków, czy nie należy dokonać jakichś odpisów aktualizujących wartość tej początkowej inwestycji. Metoda ta często nazywa się metodą skorygowanej ceny transakcyjnej lub metodą oceny kroków milowych, gdyż wycena spółki związana jest z osiągnięciem założeń jakie są postawione przed founderami w momencie pierwszych rund inwestycyjnych.

W momencie, kiedy już jest gotowy produkt, zespół i model biznesowy, a także plan realizacji tego modelu, jak też pojawia się sprzedaż, a firma zaczyna się skalować, można już tworzyć scenariusze prognoz rozwoju danego przedsiębiorstwa i zacząć podchodzić do wyceny metodą DCF. Niezwykle istotną rzeczą jest tutaj bardzo duża niepewność tych prognoz, dlatego wycena metodą DCF dla przedsiębiorstw w fazie seed lub startup powinna być oparta na co najmniej kilku scenariuszach, dla których określona jest odpowiednia waga lub prawdopodobieństwo realizacji oraz różne stopy dyskonta (zwykle największe dla najbardziej optymistycznych). Każdy z tych scenariuszy musi być realny do realizacji, a tę można uzasadnić i zaplanować (nie można do wyceny DCF stosować scenariuszy całkowicie „życzeniowych”, które nie są poparte żadnym planem realizacji i jedynie określają oczekiwania czy czasem marzenia founderów). Często więc wycena metodą dochodową na wczesnych etapach rozwoju jest dosyć ryzykowna i jest mocno wspierana innymi metodami. Staje się ona ważniejsza w sytuacji, kiedy firma rośnie, model biznesowy się sprawdził, od pewnego czasu (moim zdaniem minimum od roku) jest powtarzająca i rosnąca sprzedaż oraz pojawiają się pierwsze zyski.

W fazie wczesnego wzrostu, kiedy już model biznesowy startupu zaczyna działać, pojawia się sprzedaż i można badać pewne wskaźniki finansowe i operacyjne, uczestnicy rynku funduszy VC, preferują metody wyceny oparte na mnożnikach, które,  jak wyżej wspominałem, polegają na odniesieniu wybranych historycznych lub czasami prognozowanych danych finansowych lub też operacyjnych do analogicznych danych dostępnych dla spółek, których bieżąca wycena jest znana (np. z rynków publicznych, takich jak giełdy czy niepublicznych baz danych, do których wyceniający ma dostęp). Preferencja metod mnożnikowych wynika z tego, że łatwiej jest się oprzeć na istniejących danych niż budować prognozy, których prawdopodobieństwo realizacji jest bardzo trudne do określenia. W spółkach, które już osiągają rosnące przychody, a nie mają jeszcze zysków głównym mnożnikiem wykorzystywanym do oceny wartości spółki staje się sprzedaż, którą np. można odnieść do średniej wartości wskaźnika EV/Sales (czyli wartość firmy/sprzedaż) dla spółek, dla których takie informacje są dostępne i które w ostatnim okresie, np. ostatnim roku, rosły podobnie jak startup, który teraz wyceniamy. Informacje o takich spółkach można otrzymać np. w bazach Bloomberga. Bardzo istotne jest, żeby do oceny brać spółki w jakiś sposób porównywalne (np. jeśli dokonujemy wyceny spółki, która jest tzw. marketplace’m to nie możemy porównywać jej ze spółką, której model biznesowy działa jako SAAS). Najpopularniejsze wskaźniki oprócz sprzedaży czy EBIDTA, które bierze się do porównań rynkowych to wspomniane wyżej MRR, GMV, LTV vs CAC. Warunkiem koniecznym stosowania tych mnożników jest oczywiście dostępność danych rynkowych na temat tego jaką wielokrotność tych wskaźników stanowi wartość rynkowa porównywalnych spółek. Ale też rynek sam wykształcił pewne standardy (np. tzw. „zdrowy” SAAS warty jest 150 – 200 x MRR, spółka technologiczna 6-8 x przychody itd.).

Dla potrzeb raportowania i prezentacji inwestycji w sprawozdaniach finansowych, fundusze VC często używają metody ceny ostatniej transakcji tj. uznają, że wartość inwestycji w spółkę portfelową jaką jest startup, jest taka, jak jej cena w ostatniej transakcji. Jest to podejście bardzo słuszne, bo tak naprawdę coś jest warte tyle, ile ktoś chce za to zapłacić, ale pod warunkiem, że: po pierwsze transakcja miała miejsce w terminie niezbyt odległym od daty wyceny (moim zdaniem maksymalnie pół roku), po drugie w transakcji brali udział inni inwestorzy niż dotychczasowi, po trzecie od momentu transakcji do dnia wyceny nie wydarzyło się nic, co mogło spowodować nagły spadek lub wzrost wartości danego przedsiębiorstwa (np. sytuacja pandemii i lockdownu, z którym mierzył się świat od marca do maja 2020 r. znacznie wpłynęła na wycenę marketplace’ów związanych z salonami urody czy wypożyczalniami elektrycznych hulajnóg i jeśli transakcja na danym podmiocie w grudniu 2019 r. wynosiła X mln zł to wartość tego podmiotu w maju 2020 ze względu na pandemię mogła być znacznie niższa – w skrajnej sytuacji mógł on już nawet nie istnieć. Z drugiej strony wartość spółek, które np. zajmują się badaniami medycznymi lub telemedycyną w tym samym okresie znacznie wzrosła).

Podsumowując, wycena przedsiębiorstw we wczesnej fazie rozwoju wiąże się z dużą niepewnością i często związana jest z dużym „czuciem” rynku i możliwości wycenianego przedsiębiorstwa przez osoby, które tej wyceny dokonują i osoby, dla których ta wycena jest robiona. Na koniec warto ponownie podkreślić, że coś warte jest tyle, ile ktoś chce za to zapłacić w warunkach transakcji rynkowej, w której uczestniczą tak samo zainteresowane i dobrze poinformowane strony transakcji, co stanowi definicję wartości godziwej.

Autorem komentarza jest Bartłomiej Kurylak, biegły rewident, partner i współzałożyciel sieci firm audytorskich Polska Grupa Audytorska.

Początek kariery z umową cywilnoprawną? Maleją szanse na umowę o pracę w przyszłości

Pandemia ukazała w nowym świetle podział na polskim rynku pracy, w ramach którego oferowane jest zatrudnienie na całkowicie różnych warunkach. Ponad 1 mln Polaków pracuje w oparciu o umowy cywilnoprawne, a jak wynika z danych ZUS na koniec II kwartału 2020 zatrudnienie w oparciu o tę formę zatrudnienia spadło nawet o 7 proc. i było wyraźnie większe niż w przypadku umów o pracę. To spowodowało wzrost bezrobocia głównie wśród osób młodych, bo w tej grupie wiekowej ma udział zatrudnienie o umowy cywilnoprawne wynosi prawie 60 proc. Jak wskazał Jakub Sawulski w trakcie debaty „COVID-19 obnażył dualizm polskiego rynku pracy?” zorganizowanej przez Polski Instytut Ekonomiczny, rozpoczęcie kariery zawodowej od takiej formy zatrudnienia ma długofalowe konsekwencje.

Pod pojęciem dualizmu rynku pracy rozumiemy współistnienie dwóch rodzajów umów w danym kraju: stałe umowy na czas nieokreślony, charakteryzujące się szerokim zakresem składek i świadczeń socjalnych oraz tymczasowe umowy krótkoterminowe, które składek i świadczeń są często pozbawione, natomiast oferują o wiele prostsze zasady rozwiązania współpracy z pracownikiem. Polska zajmuje drugie miejsce w Unii Europejskiej pod względem udziału zatrudnienia czasowego. Wpłynął na to przede wszystkim szybki wzrost z lat 2001-2007. Od 2015 roku udział tej formy zatrudnienia systematycznie maleje.

Umowy czasowe dotyczą przede wszystkim osób młodych. Z danych Eurostatu wynika, że w grupie wiekowej 15-24 lat stanowią blisko 60 proc. Wiele badań naukowych wskazuje na negatywne skutki tych form zatrudnienia, takie jak dyskryminacja płacowa, gorsze standardy płacy czy wstrzymywanie planów prokreacyjnych. Jest to szczególnie niebezpieczne w przypadku osób, które dopiero trafiły na rynek pracy.

Tylko 42 proc. osób, które rozpoczęły karierę zawodową od pracy na umowie cywilnoprawnej, po 3 latach od zakończenia zatrudnienia znajduje pracę na umowie o pracę na czas określony (22 proc.) lub nieokreślony (20 proc.). 28 proc. wciąż pracuje na umowie cywilnoprawnej, a 23 proc. wpada w bezrobocie – mówi Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Znacznie lepszym punktem startowym do kariery jest umowa o pracę na czas określony. Ponad 80 proc. osób, które od niej zaczęły, po 3 latach od zakończenia edukacji wciąż pracuje na umowie o pracę na czas określony (55 proc.) lub nieokreślony (26 proc.). zmiana liczby ubezpieczonych w zależności od formy zatrudnienia

Wpływ koronakryzysu i lockdownu na rynek pracy

Według danych ZUS liczba ubezpieczonych z tytułu umów cywilnoprawnych spadła w I połowie 2020 roku o 6-7 proc. To dużo bardziej zauważalny spadek niż w przypadku umów o pracę, w przypadku których zakończenie zatrudnienia jest znacznie trudniejsze, m.in. ze względu na okresy wypowiedzeń. Wzrost liczby osób ubezpieczonych z tytułu działalności gospodarczej wskazywałby z kolei na to, że część osób była wypychana na fikcyjne samozatrudnienie (+2% od początku 2020 r.).

Jak pokazują dane GUS, bezrobocie wywołane pandemią koronawirusa dotknęło przede wszystkim osoby młode. Liczba bezrobotnych w wieku do 30 lat wzrosła aż o 23 proc. Spadek w zatrudnieniu młodych jest kilkukrotnie głębszy niż wzrost bezrobocia – część osób młodych stała się bierna zawodowo – mówi Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Kryzys wywołany pandemią COVID-19 może wychować „koronapokolenie”, które będzie odczuwało skutki obecnej sytuacji na rynku pracy przez całą karierę zawodową.

Szansa na odbicie się wrocławskiego rynku biur

Popyt na rynku biurowym we Wrocławiu w pierwszej połowie roku był o 40% wyższy niż w analogicznym okresie w 2019 roku. Mimo że w drugiej połowie roku pandemia spowolniła aktywność najemców, to sektor biur ma szansę na szybką odbudowę.

Jak wynika z najnowszego raportu JLL „Wrocław 2020”, w pierwszej połowie roku na wrocławskim rynku biurowym podpisano umowy na ponad 60 000 mkw. powierzchni. Mimo że wynik ten znacznie przewyższył rezultaty z 2019, to już w drugim półroczu najemcy wykazują większą ostrożność i tymczasowo odkładają plany ekspansji. Spodziewany zwiększony napływ inwestycji z sektora usług oraz dynamiczny rozwój centrów R&D, IT oraz producentów gier komputerowych niesie ze sobą obietnicę odbicia rynku.

Wrocław pod znakiem różnorodności

Od ostatnich pięciu lat Wrocław każdego roku notował popyt przekraczający 100 000 mkw. Rekordowe zapotrzebowanie na biura przyniósł 2017 rok, kiedy wynajęto blisko 170 000 mkw. Pozytywne nastroje rynkowe utrzymywały się też w 2018 – wtedy podpisano umowy najmu na prawie 162 000 mkw. W ubiegłym roku popyt wyniósł natomiast 123 500 mkw.

Ten rok, mimo bardzo dobrej pierwszej połowy, również we Wrocławiu będzie stał pod znakiem spowolnienia aktywności najemców. Nie zapominajmy jednak, że mocnym wyróżnikiem miasta jest jego różnorodność. To nie tylko silny ośrodek nowoczesnych usług dla biznesu, ale również polska stolica start-up’ów, branży R&D i gier komputerowych. Profil najemców inwestujących we Wrocławiu to zatem w dużej mierze firmy technologiczne oraz IT, a wiele z nich w czasach pandemii może wręcz mówić o zwiększonym popycie na swoje usługi. W dłuższej perspektywie mogą one planować biznesową ekspansję, poszukiwać nowych lokalizacji biurowych i równoważyć w ten sposób wahania w zakresie zapotrzebowania na biura. – tłumaczy Katarzyna Krokosińska, Dyrektor Biura JLL we Wrocławiu

Jak wynika z danych ABSL, szeroka pula firm z sektora usług dla biznesu, które we Wrocławiu zatrudniają blisko 52 000 osób, aktywne na rynkach międzynarodowych polskie firmy, jak Brand24, DataWalk czy Tooploox, a także znane w branży komputerowej marki CD Projekt, Techland czy Ten Square Games to także ważna referencja dla wrocławskiego rynku pracy.

Różnorodny przekrój pracodawców aktywnych we Wrocławiu świadczy o bardzo dobrej kondycji lokalnego rynku pracy, który daje solidne podstawy do rozwoju działalności biznesowej. Dobrym przykładem są tu firmy z sektora usług, które w najbliższej przyszłości, oprócz tradycyjnych ról, będą poszukiwać przede wszystkim kandydatów posiadających umiejętności analizy i zarządzania danymi, oraz praktyczną wiedzę na temat sztucznej inteligencji, analizy biznesowej, ryzyka i transformacji biznesowej. – komentuje Joanna Dudar, Strategic Business Development Director, Randstad Polska

Nowe lokalizacje biurowe

W 2019 roku na rynek trafił rekordowy wolumen nowej podaży, co pozwoliło miastu zbliżyć się do poziomu 1,2 mln mkw. powierzchni biurowej.

Lata 2018-2019 były niezwykle intensywne pod względem aktywności deweloperów, co z kolei będzie skutkować mniejszą liczbą projektów uruchamianych w ciągu kolejnych kilkunastu miesięcy. Natomiast dotychczasowa ekspansja firm deweloperskich zaowocowała powstaniem nowych lokalizacji biurowych we Wrocławiu, czego doskonałym przykładem są okolice głównego dworca kolejowego, czy pl. Jana Pawła II, który jest doskonałą lokalizacją pod względem dostępności komunikacji miejskiej oraz bliskości centrum miasta. Inną prężnie rozwijającą się lokalizacją jest zachodnia część Wrocławia, notująca w ostatnim czasie gwałtowny wzrost podaży i pozostająca jednym z ulubionych miejsc najemców. – tłumaczy Katarzyna Krokosińska

Rynek inwestycyjny odporny na pandemię

Wrocław, jako jedna z głównych europejskich destynacji dla firm z sektora usług i ważna lokalizacja magazynowo-logistyczna, cieszy się coraz większym zainteresowaniem inwestorów. Świadczy o tym rekordowy 2019 rok, który zamknął się łącznym wolumenem transakcji o wartości ponad 867 mln euro, wyprzedzając w ten sposób 2018 rok o ponad 59%.

Co ważne, także we Wrocławiu pandemia nie wpłynęła na razie na aktywność inwestorów. W pierwszej połowie roku sfinalizowano tutaj osiem umów kupna/sprzedaży o wartości ponad 163 mln euro, dzięki czemu było to trzecie najlepsze pierwsze półrocze w historii. Przed nami również ciekawa końcówka roku – na różnych etapach zaawansowania znajdują się tutaj kolejne transakcje, które potwierdzają atrakcyjność inwestycyjną wrocławskiego rynku. – komentuje Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Pustostany i czynsze

Obecnie najwyższe czynsze we Wrocławiu znajdują się w przedziale 13,5-15 euro / mkw. / miesiąc.

Ograniczona nowa podaż w połączeniu z zainteresowaniem najemców spowodowała spadek poziomu pustostanów z 12,5% do 11,2%
Z drugiej strony we Wrocławiu rośnie wolumen podnajmu, co może stanowić kolejne wyzwanie i konkurencję dla starszych obiektów. Co więcej, niektóre z nich zmieniają funkcję, a to całkowicie usuwa z rynku duże projekty oferujące wolną powierzchnię. To jednak wyraźne oznaki rosnącej dojrzałości sektora. Wrocław nie jest już młodym, wschodzącym rynkiem z nieskończoną liczbą nowych budów, ale ugruntowanym, dojrzałym centrum biznesowym z różnorodnymi aktywami. Przed nami z pewnością interesujące miesiące i lata. Wzrost popularności pracy zdalnej i zainteresowania elastycznymi biurami, konieczność dostosowania starszych biurowców do całkiem nowych potrzeb najemców i w końcu – redefinicja funkcji biura, to wszystko będzie istotnie wpływać na ofertę wrocławskiego rynku biurowego. – podsumowuje Katarzyna Krokosińska

Niemal co trzeci Polak doświadcza w pracy dyskryminacji

Niemal co trzeci Polak doświadcza w pracy dyskryminacji – tak wynika z badania ADP „Workforce view 2020”. Choć we wrześniu minął rok od nowelizacji Kodeksu pracy – zmiany obejmowały m.in. ustalenia dotyczące działań antydyskryminacyjnych i antymobbingowych – to wciąż niewiele osób w Polsce zgłasza przełożonym nierówne traktowanie. Nie we wszystkich firmach funkcjonują także specjalne procedury regulujące proces informowania o niewłaściwych zachowaniach. Skala problemu może być zatem większa.

7 września 2019 roku weszła w życie nowelizacja Kodeksu pracy, która obejmowała zapisy dotyczące m.in. nierównego traktowania pracowników i mobbingu. Nowe przepisy miały na celu uregulowanie dotychczasowych wątpliwości i przemawiać na korzyść pracowników. Dzięki temu to oni mogą wskazać obszar, który ich zdaniem spowodował dyskryminację. Zgodnie z nowelizacją, pracodawcy powinni poinformować pracowników komu i w jakich przypadkach mogą zgłaszać dyskryminacyjne zachowania. W praktyce zatem zatrudnieni powinni wiedzieć do kogo się udać, jeśli spotkają się z nierównym traktowaniem. Jak jednak jest w rzeczywistości?

Polacy dyskryminacji nie znają?

Jak wynika z badania ADP, problem dyskryminacji dotyczy aż 30 proc. polskich pracowników. Najczęściej nierówne traktowanie związane jest wiekiem (10 proc.), wyglądem (6 proc.) i płcią (6 proc.). O dyskryminacji ze względu na płeć znacznie częściej informują kobiety – 10 proc. z nich spotkało się z tym zjawiskiem, tak samo uważa jedynie 2 proc. mężczyzn. Co ciekawe, na zachowania dyskryminacyjne ze względu na wiek skarżą się zarówno pracownicy w wieku 55+ (20 proc.), jak również w wieku 18-24 lata (15 proc.).

Jak wynika z badania ADP, w ciągu roku zwiększyła się liczba osób, które doświadczyły dyskryminacji ze względu na wiek. Problem ten dotyczy szczególnie osób powyżej 55 lat. Rok temu na tzw. ageizm zwracało uwagę 13 proc. pracowników w tym wieku. W tegorocznej edycji badania ich odsetek wyniósł już ponad 20 proc. Może mieć to źródło w niesłusznym założeniu, że młodsze osoby lepiej radzą sobie z wyzwaniami dot. cyfryzacji i nowoczesnych technologii. Z kolei pracownicy z pokolenia Z mogą odczuwać dyskryminację z powodu protekcjonalnego traktowania przez przełożonych. Wciąż obecne jest założenie, że młody wiek idzie w parze z beztroską i niewielkim doświadczeniem zawodowym, przez co pracodawcy nie powierzają młodszym pracownikom bardziej odpowiedzialnych zadań – komentuje Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Może i dyskryminują, ale komu zgłosić?

Jak się okazuje, obecnie Polacy nie wiedzą komu zgłosić dyskryminacyjne zachowania w ich firmie. Choć 37 proc. uważa, że czułoby się komfortowo informując o nierównym traktowaniu, to tylko 47 proc. deklaruje, że wie do kogo mogłoby się z tym zwrócić. Spora część przedsiębiorstw w Polsce nie tylko pozwala na dyskryminację, ale też nie ma odpowiednich zespołów, które mogłyby takie skargi przyjmować. Niemal 15 proc. badanych uważa, że w ich miejscu pracy nie przestrzega się dobrych praktyk związanych z równym traktowaniem, a ponad 10 proc. twierdzi, że ich firma nie ma właściwego działu HR, który przyjąłby informację o dyskryminacyjnym zachowaniu.

Świadomość Polaków dotycząca dyskryminacji nie jest na wysokim poziomie. Jak wynika z badania Rzecznika Praw Obywatelskich, choć większość społeczeństwa raczej prawidłowo rozpoznaje nierówne traktowanie, to niewiele osób wie, że takie zachowania są prawnie zakazane. Stąd też mało pracowników informuje o nich przełożonych. Co ciekawe, choć z dyskryminacją częściej spotykają się kobiety, to jednocześnie mniej z nich deklaruje gotowość do zgłaszania problemu. Wynika to z tego, że Polki wciąż wolą załatwiać takie sprawy „po cichu” lub boja się konsekwencji zgłoszenia problemu ale też po prostu nie wiedzą, że takie zachowania łamią ich prawa – twierdzi Anna Barbachowska.

Kurs funta przebił 5,02 zł, euro powyżej 4,55 zł

Polski złoty otwiera kolejny tydzień pod silną presją. Chociaż na rynkach kapitałowych od piątku mogliśmy obserwować pewne odbicie, to forex w dużej mierze pozostaje pod wpływem negatywnego sentymentu, a do ryzyk możemy dorzucić rozpalający się konflikt na Kaukazie.

Rynki nie lubią nudy

Sytuacja na rynkach pozostaje dynamiczna. Przy trybie risk-off obserwujemy słabnące giełdy i umacniającego się dolara, który w koszyku z 10 najważniejszymi walutami na świecie dotarł do 2-miesięcznych maksimów. Zeszły tydzień przyniósł znaczące spadki na parkietach giełdowych, ale po dotarciu indeksów w okolice najniższych poziomów od 2 miesięcy, w piątek zobaczyliśmy klasyczne odbicie. Poniedziałkowe otwarcie to w dużej mierze kontynuacja piątkowego obrazu, jednak im dalej w sesję, tym bardziej dostrzegalna jest konsolidacja i wyczekiwanie na jakiś impuls. Nie wykreuje go dziś na pewno prawie pusty kalendarz makro. Przy braku znanych i przewidywalnych bodźców warto być ostrożnym, ponieważ w takich chwilach nawet informacje, które w normalnych okolicznościach byłyby nieistotne, mogą nabrać nieadekwatnego znaczenia. Więcej ciekawych odczytów, czy też wydarzeń czeka nas w dalszej części tygodnia, a jednym z najważniejszych na pewno będzie pierwsza debata prezydencka w USA w nocy z wtorku na środę naszego czasu.

Złoty cały czas w defensywie

Na (przynajmniej chwilowej) poprawie rynkowego sentymentu nie skorzystał polski złoty. Większość walut rynków wschodzących w dalszym ciągu znajduje się pod presją i w krótkim terminie trudno oczekiwać nagłej zmiany tego trendu. Dobrym przykładem może tu być turecka lira, która w zeszłym tygodniu poczuła tylko chwilowe wzmocnienie, wynikające z podniesienia przez tamtejszy bank centralny stóp procentowych. Dla rodzimej waluty sytuacja wewnętrzna zdaje się w żaden sposób już nie wpływać na jej pozycję, chociaż powoli kończy się właśnie telenowela związana z kryzysem w obozie władzy. W zwyczajowy sposób w głównej mierze na kurs PLN wpływa globalny sentyment (nawet jeśli ogranicza się on tylko do rynku forex). O godzinie 12 kurs euro znajdował się powyżej 4,55 zł, kurs dolara amerykańskiego próbował przebić 3,91 zł, kurs franka szwajcarskiego stabilizował się w okolicach 4,215 zł, a kurs funta szterlinga mknie na północ i bez problemu przebił 5,02 zł.

Ryzyka nie słabną, a w kontekście pandemii wręcz rosną, z nowymi rekordami zakażeń w kilku europejskich krajach. Weekend i poniedziałek przyniósł nowe zagrożenie z kierunku Kaukazu. Tlący się od wielu lat konflikt między Armenią i Azerbejdżanem rozpalił się z nową siłą (mowa o już przynajmniej kilkudziesięciu zabitych po obu stronach). Nie miałoby może to tak dużego globalnego znaczenia, gdyby nie fakt, że za plecami tych dwóch kaukaskich krajów stoją Rosja i Turcja, których bezpośrednie zaangażowanie w konflikt mogłoby mieć daleko idące konsekwencje.

Polska pozytywnie

W piątek napłynęła też dobra informacja dla naszego kraju. Agencja Fitch utrzymała rating Polski na poziomie A- i co ważne ze stabilną perspektywą. Analitycy tej firmy spodziewają się nawet lepszych wskaźników, niż prognozuje to nasz rząd. Fitch podkreślił jednak, że w dalszym czasie najistotniejszy dla naszej oceny stanie się powrót do względnej dyscypliny finansów publicznych, ale w kryzysowym okresie dotyczy to praktycznie wszystkich państw. Teraz z nadzieją możemy wyczekiwać ratingów kolejnych agencji.

Adam Fuchs – analityk walutowy w InternetowyKantor.pl

Swift wprowadza nową strategię transakcyjną

Konsorcjum płatnicze Swift rozpoczyna realizację 2-letniego plan modernizacji swojego systemu, dzięki któremu będzie mógł świadczyć kompleksowe usługi zarządzania transakcjami. Możliwe będą m.in. natychmiastowe przelewy z dowolnego miejsca na świecie, z zachowaniem pełnej transparentności i bezpieczeństwa. Również w transakcjach B2B.

Swift to kod, który umożliwia identyfikację instytucji finansowej, do której adresowany jest dany przelew. Takie transfery mogą być dokonywane w dowolnej walucie i do każdego banku na całym świecie. W nowej strategii Swift zamierza rozszerzyć swoją działalność poza tradycyjne przelewy bankowe, tak, aby zrzeszonym bankom zaoferować więcej usług umożliwiających zarządzanie transakcjami. Możliwe będzie m.in. realizowanie natychmiastowych transakcji typu end-to-end.

Paweł Działak – Prezes Tpay, integratora płatności internetowych, komentuje, że w obszarze płatności oznacza to dostęp do rozszerzonych usług, które instytucje finansowe będą mogły świadczyć zarówno przedsiębiorcom, jak i konsumentom. Według zapewnień Swift będę one umożliwiały wstępną weryfikację i analizę danych, wykrywanie potencjalnych oszustw, śledzenie transakcji i zarządzanie nimi.

W przypadku papierów wartościowych, instytucje finansowe skorzystają z ulepszonych procesów potwierdzania i weryfikacji danych, kompleksowej sprawozdawczości i obsługi aktywów, a także pełnej transparentności transakcji, co pozwoli ograniczyć liczbę błędów w rozrachunku i kar z tym związanych.

Nowa cyfrowa platforma będzie korzystać z interfejsów API i technologii chmury, aby zapewnić dostęp do wspólnych usług przetwarzania transakcji. Dotychczas banki inwestowały w nie indywidualnie.

Javier Pérez-Tasso, dyrektor generalny Swift, twierdzi, że wprowadzenie innowacji do podstawowej infrastruktury, z której korzystają instytucje finansowe, usprawni przebieg transakcji, a jednocześnie obniży koszty operacyjne. Usługi związane z utrzymaniem bezpieczeństwa, zapobieganiem cyber oszustwom i potwierdzeniem sald, do tej pory pokrywane były oddzielnie przez instytucje finansowe. Pérez-Tasso dodaje, że platforma będzie opierać się o nowoczesne technologie oraz inteligentniejsze i bardziej wydajne usługi, które branża może oferować jako podstawa innowacji własnych produktów.

W zeszłym roku Swift rozszerzył swoje usługi o GPI (ang. global payments innovation), które pozwalają również przedsiębiorstwom śledzić ich międzynarodowe płatności w czasie rzeczywistym, zapewniając najwyższy do tej pory poziom jawności, a tym samym bezpieczeństwa transakcji.

Według Aleksandra Majchrzaka, prezesa Wealthon Fund – fintechu zajmującego się finansowaniem celowym pod zaległości przedsiębiorców w ZUS i US, nowa strategia pokazuje konsekwentny rozwój oferowanych usług zrzeszonym instytucjom finansowym, również w obszarze B2B. Platforma da możliwość dokonywania bezpiecznych i natychmiastowych płatności transgranicznych w całej zrzeszonej sieci. Majchrzak dodaje, że tym bardziej jest to ważna i wyczekiwana zmiana dla polskich przedsiębiorców, którzy dynamicznie wchodzą na rynki zagraniczne.

Czym jest SWIFT?

Kod SWIFT, inaczej zwany kodem BIC (Business Identifier Code), to 8- lub 11-znakowy, ciąg liter i cyfr, nadawany każdej zrzeszonej instytucji bankowej.

Główną funkcją Society for Worldwide Interbank Financial Telecommunication – Stowarzyszenia dla Światowej Międzybankowej Telekomunikacji Finansowej, jest usprawnienie transakcji finansowych poprzez przydzielanie i rejestrację kodów. Ułatwia to automatyczne przetwarzanie komunikatów elektronicznych oraz identyfikację instytucji finansowej, do której adresowany jest dany przelew. Wprowadzenie numeru SWIFT jest wymagane przy transakcjach zagranicznych. Stosowanie się do tego standardu pozwala uniknąć dodatkowych kosztów, które mogłyby wynikać z ręcznej obsługi operacji. Identyfikatory poszczególnych instytucji można znaleźć bezpośrednio na ich stronach internetowych.

Wywiadowczy sojusz Five Eyes może zostać poszerzony o Japonię

Sojusz wywiadowczy Five Eyes może zostać poszerzony o Japonię, a jego działania uwzględniałyby nie tylko wymianę informacji wywiadowczych, ale także strategiczne stosunki gospodarcze, w tym gromadzenie kluczowych rezerw strategicznych, takich jak minerały i zapasy medyczne. Miałoby to na celu systematyczne zmniejszanie zależności gospodarczej państw Zachodu od Chin.

Z propozycją, aby Japonia została szóstym partnerem w sojuszu wymiany danych wywiadowczych Five Eyes, wystąpił 23 sierpnia 2020 r. japoński minister obrony Taro Kono na seminarium China Research Group utworzonym przez grupę konserwatywnych posłów Wielkiej Brytanii. Sugestia ministra Kono spotkała się z aprobatą ze strony konserwatywnego przewodniczącego komisji do spraw zagranicznych Toma Tugendhata. Jednocześnie minister Japonii oznajmił, że z radością powitałby Wielką Brytanię w nowym regionalnym ugrupowaniu handlowym Pacyfiku, partnerstwie CPTPP (ang. The Comprehensive and Progressive Agreement for Trans-Pacific Partnership).

Kryzys związany z koronawirusem ujawnił strategiczne zależności Zachodu od Chin, a wkrótce pod auspicjami Five Eyes mają zostać ogłoszone plany znacznego zwiększenia produkcji rzadkich i półrzadkich metali z Australii, Kanady i Ameryki w celu zmniejszenia zależności od chińskich dostaw.

Minerały krytyczne (rzadkie pierwiastki ziemi) są kluczowymi składnikami szerokiej gamy produktów konsumenckich, w tym telefonów komórkowych, laptopów i telewizorów, a także mają szerokie zastosowanie w produkcji obronnej: w silnikach odrzutowych, satelitach, laserach i pociskach. Według US Geological Survey w ciągu ostatniej dekady Chiny odpowiadały średnio za ponad 90% światowej produkcji i dostaw pierwiastków rzadkich.

Sojusz Five Eyes to porozumienie wywiadowcze z 1941 r. Obecni jego członkowie to Australia, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Kanada i Nowa Zelandia. Japonia jest ważnym partnerem strategicznym każdego z tych państw.

Kono stwierdził, że Japonia z zadowoleniem przyjęłaby zaproszenie do grupy Five Eyes. Ostrzegł, że rozwój gospodarki umożliwił Chinom kupowanie zagranicznych firm technologicznych, co należy traktować jako niebezpieczny trend i monitorować. Dodał, że Chiny próbują uniezależnić się od gospodarki dolara amerykańskiego poprzez szybkie usługi przesyłania pieniędzy, wprowadzenie własnego internetu, uruchomienie swojej cyfrowej waluty renminbi (RMB) i kształtowanie chińskiego porządku międzynarodowego.

Źródło: The Guardian z 29.07.2020 r.

Michał Pieprzny na czele polskiego oddziału SAS Institute

Nowy Country Leader będzie odpowiedzialny za rozwój strategii firmy, sprzedaż oprogramowania i usług oraz wsparcie klientów we wszystkich obszarach współpracy.

Michał Pieprzny objął stanowisko Country Leadera w SAS Institute Polska. Będzie wspierał rozwój firmy i ugruntowanie jej pozycji jako wiodącego partnera biznesowego dla przedsiębiorstw i instytucji w obszarze analityki, uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji (AI). Rozwiązania SAS zapewniają kompleksowe wsparcie w obszarach marketingu i sprzedaży, prognozowania popytu, optymalizacji zapasów i logistyki, wykrywania nadużyć, zarządzania ryzykiem, czyli wszędzie tam, gdzie analityka umożliwia automatyzację procesów i podejmowanie natychmiastowych decyzji na masową skalę.

W dobie czwartej rewolucji przemysłowej zaawansowana analityka staje się kluczowym elementem strategii, a jej efektywne wykorzystanie będzie przesądzać o pozycji przedsiębiorstw oraz instytucji w ultrakonkurencyjnym otoczeniu. SAS wspiera organizacje w analitycznej transformacji. Firma stale inwestuje w dalszy rozwój analityki i AI, włączając w to działania edukacyjne i usługi eksperckie. W Polsce z rozwiązań SAS korzysta blisko 200 firm i instytucji z różnych sektorów rynku, m.in. bankowości, ubezpieczeń, telekomunikacji, energetyki, przemysłu, handlu, farmacji, ochrony zdrowia, nauki czy administracji publicznej.

SAS jest niekwestionowanym liderem polskiego rynku analityki i AI. Jestem dumny, że będę mógł przyczynić się do dalszego rozwoju firmy. Razem z zespołem będziemy wspierali klientów w wykorzystywaniu potencjału biznesowego oraz wdrażaniu skutecznych innowacji i strategii konkurowania w oparciu o zaawansowaną analitykę. Platforma analityczna SAS Viya, dostępna w modelu cloud, jest technologią, która w połączeniu z kompetencjami i doświadczeniem branżowym zespołu SAS gwarantuje wymierną wartość biznesową z wdrożeń oraz szybki zwrot z inwestycji – zapewnia Michał Pieprzny, Country Leader w SAS Polska.

Michał Pieprzny od 15. lat wspiera zarządy firm z Europy Środkowo-Wschodniej w obszarze planowania strategicznego, stymulacji wzrostu sprzedaży, rozwoju sieci partnerskich, optymalizacji kosztów i zapewnienia długofalowej wydajności oraz efektywności organizacyjnej. Posiada szerokie kompetencje w zakresie wykorzystania nowoczesnych technologii do wsparcia rozwoju przedsiębiorstw i transformacji procesów biznesowych.

Do SAS dołączył bezpośrednio z Deloitte Central Europe, gdzie jako partner w dziale Strategy, Analytics and M&A kierował zespołem wspierającym klientów w definiowaniu oraz wdrażaniu transformacji modeli biznesowych. Jednocześnie w roli lidera branżowego był odpowiedzialny za promocję i koordynację pełnej przekrojowej oferty wartości Deloitte dla branży detalicznej w Europie Środkowej, a także branży dóbr konsumenckich w Polsce.

Wcześniej pełnił funkcję Dyrektora Zarządzającego w Loyalty Partner Polska (operator programu PAYBACK), tworząc innowacyjne usługi marketingu bezpośredniego i stymulacji sprzedaży w oparciu o zaawansowaną analitykę. Karierę zawodową zaczynał w polskim biurze McKinsey&Company, gdzie zdobył doświadczenie w sektorach bankowym, telekomunikacyjnym oraz paliwowym. Następnie współodpowiadał za strategię Avon Cosmetics w Europie Środkowo-Wschodniej.

Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, ukończył tam także studia doktoranckie na kierunku ekonomia i zarządzanie. Ponadto jest absolwentem programu Leading Business into Future w London Business School.

W 2021 USA zdominują globalny przepływ kapitału

Raport Active Capital 2020 opracowany przez międzynarodową firmę doradczą Knight Frank wskazuje, że w 2021 kapitał popłynie w stronę bezpiecznych przystani i krajów pozostających w bliskiej odległości od źródeł tego kapitału. Trend ten wynika bezpośrednio z pandemii i ograniczeń w międzynarodowym przemieszczaniu się.

Wykorzystując opracowany na zamówienie model ,,grawitacji kapitałowej “ (capital gravity), który przewiduje prawdopodobne przepływy kapitału między krajami i szacuje ich wielkość, badanie przewiduje, że w 2021 roku dominować będą inwestycje z Kanady do Stanów Zjednoczonych (13,3 mld USD) oraz ze Stanów Zjednoczonych do Wielkiej Brytanii (10,1 mld USD). Niemcy, Singapur i Korea Południowa też pozostaną głównymi graczami na rynku międzynarodowej działalności inwestycyjnej.

Głównym celem tych przepływów kapitałowych będą odporne i zaufane tzw. bezpieczne przystanie. Ale inwestorzy skierują swoje zainteresowanie również w stronę aktywów w krajach pozostających w bliskim położeniu, z uwagi na ograniczenia w międzynarodowym przemieszczaniu się.

Przewidywane 10 transgranicznych przepływów kapitałowych pomiędzy :

  1. Kanada do USA $13.3 mld
  2. USA do Wielkiej Brytanii $10.1 mld
  3. USA do Niemiec $8.1 mld
  4. USA do Francji $4.9 mld
  5. USA do Japonii $4.7 mld
  6. Niemcy do USA $4.2 mld
  7. Singapur do Australii $3.8 mld
  8. Singapur do Wielkiej Brytanii $3.1 mld
  9. Korea Południowa do USA $3.1 mld
  10. USA do Holandii $3.0 mld

Pięć głównych źródeł kapitału w 2021 roku:

  1. Stany Zjednoczone
  2. Kanada
  3. Niemcy
  4. Singapur
  5. Wielka Brytania

“Chociaż znajdujemy się w okresie zwiększonej niepewności, na światowych rynkach są duże zasoby kapitału wymagające ulokowania. Inwestorzy są oczywiście coraz bardziej ostrożni w podejmowaniu decyzji” – powiedział Andrew Sim, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych oraz Dyrektor Zarządzający Regionu Europy, Knight Frank.

“Bezpieczeństwo dochodów z nieruchomości pozostanie czynnikiem kuszącym inwestorów. Co więcej, ponieważ pandemia wymusza wzrost inwestycji w gospodarkach krajowych, inwestorzy będą mieli jeszcze więcej powodów, by szukać korzyści z dywersyfikacji poprzez zakupy nieruchomości za granicą” – dodał Will Matthews, Dyrektor Działu Badań Rynku, Knight Frank.

Wyważeni ekologicznie – ponad jedna trzecia Polaków jest Eko Troskliwa

Przy obecnej w życiu codziennym presji na bycie bardziej pro-ekologicznym oraz rosnącej niechęci do tzw. zielonego marketingu, zachowanie balansu między skrajnymi biegunami ekologii może być wymagające. Czy można odnaleźć równowagę między całkowitemu oddaniu się ekologii a zupełnym brakiem zainteresowania tą problematyką?  Tak, istnieje nawet liczna grupa ludzi, która znalazła taki balans – aż 35% Polaków podchodzi do ekologii z pozytywnym umiarem i jest daleka od popadania w skrajności– wynika z drugiej edycji badania EKOBAROMETR Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research.

Tematy ekologiczne budzą różne, często bardzo skrajne reakcje. Jednych motywują do działania, innych irytują i skłaniają do wycofania. Pragnąc pogłębić wiedzę o różnych podejściach i nastawieniach Polaków do ekologii, Agencja Badań Rynku i Opinii SW Research wzbogaciła swój cykliczny projekt EKOBAROMETR o społeczny wymiar eko. W oparciu o wyniki powstała mapa pięciu różnych osobowości ekologicznych– które zostały opisane jako:

  1. Eko Na Pokaz,
  2. Eko Entuzjaści,
  3. Eko Zagubieni,
  4. Eko Troskliwi,
  5. Krytycy Ekomarketingu.

Eko Troskliwi w pigułce

Eko Troskliwi są najliczniejszym segmentem. Stanowią 35% polskiego społeczeństwa, co oznacza, że jest ich około 13 mln Polaków. Przeważają w nim kobiety (55%), a ze względu na wiek nie wyróżniają się na tle średniej populacyjnej – przecięty Eko Troskliwy ma 46 lat. Najliczniejszą grupą są osoby w wieku 25-34 lata (21%) oraz osoby po 65 roku życia (19%). Najczęściej Eko Troskliwi pochodzą z miast do 100 tys. mieszkańców (34%).

Eko Troskliwi mają prawidłowo wykształcone nawyki pro-ekologiczne. 94% chodzi do sklepów z własnymi siatkami na zakupy, a 91% regularnie segreguje śmieci – dla wymienionych czynności odsetki te dla ogółu Polaków wynoszą po 84%. Podobnie często gaszą światło po wyjściu z pomieszczenia (92%, Ogółem – 83%) i starają się oszczędzać wodę przy każdej okazji (90%, Ogółem – 81%).Eko Troskliwi_1 deomgrafia segmentu Eko Troskliwi_2 zachowania pro-eko

Eko Troskliwi są największym segmentem w polskim społeczeństwie, a dodatkowo znaczna większość Troskliwych wykonuje codzienne czynności pro-ekologiczne. Prosty rachunek mówi zatem, że  gdyby więcej Polaków wykazywała podobne zachowania co Eko Troskliwi, przyszłość środowiska naturalnego w Polsce nie stałaby pod tak wielkim znakiem zapytania – komentuje Piotr Zimolzak, Wiceprezes Zarządu SW Research. Brak szczególnych wyróżników demograficznych w tym segmencie pozwala także stwierdzić, że Eko Troskliwi reprezentują postawy uniwersalne, a niekoniecznie takie, którymi wykazują się jedynie specyficzne grupy. Oznacza to, że Eko Troskliwym może zostać każdy z nas – zauważa Zimolzak.

Eko? Bardzo chętnie, ale niekoniecznie w sklepowym koszyku

Osoby z segmentu Eko Troskliwych nie przywiązują specjalnie dużej wagi do produktów z certyfikatami bio czy takimi w ekologicznych opakowaniach. Produkt opatrzony certyfikatem bio chętniej kupiłoby 59% Troskliwych, gdyby mieli taką możliwość (tyle samo co ogół społeczeństwa – 59%), a ekologiczne opakowanie jest ważne dla 39% osób z tego segmentu (kiedy dla ogółu Polaków ten odsetek jest wyższy i wynosi 49%). Również za odzież i obuwie wykonane z materiałów ekologicznych Eko Troskliwi (33%) są mniej skłonni niż Ogół (44%) do zapłacenia więcej. Wyjątkiem wśród nawyków zakupowych Troskliwych są energooszczędne żarówki LED-owe, których zakup deklaruje aż 91% osób z segmentu Eko Troskliwych, gdzie dla Ogółu odsetek ten wynosił 82%.Eko Troskliwi_3 zachowania konsumenckie

Eko Troskliwi są segmentem umiaru ekologicznego. Nie podporządkowują całego swojego życia ekologii, wystarczy im bycie pro-eko w codziennych zachowaniach – zauważa Zimolzak. Osoby z tego segmentu nie wykazują specjalnego zainteresowania rozszerzeniem swoich ekologicznych zachowań o nawyki zakupowe dotyczące produktów eko czy z certyfikatami bio. Być może dla Troskliwych takie produkty nie są wystarczająco ekologiczne lub też nie mają takiego przełożenia na ich codzienne życie. Wyjątek stanowią żarówki energooszczędne, które nie tylko są pro-ekologiczne, ale również wpływają korzystnie na portfel konsumentów – dodaje Zimolzak.

EKOBAROMETR w kolejnej odsłonie

Badanie EKOBAROMETR ma przybliżyć ekologię z perspektywy polskiego społeczeństwa. Już pod koniec września rusza realizacja trzeciego pomiaru, gdzie poruszane dodatkowo są tematy ekologii w środowisku pracy czy zbliżające się zagrożenia zanieczyszczeniem powietrza ze względu na smog.

Opis badania

Badanie ma charakter cykliczny (trackingowy). Prezentowane wyniki są sumą dwóch pomiarów zrealizowanych przez SW RESEARCH w czerwcu (4-24.06.2020 r.) oraz w marcu (2-24.03.2020 r.) metodą wywiadów on-line (CAWI). W ramach badania przeprowadzono w sumie 2 991 ankiet (Pomiar II – 1 515, Pomiar I – 1 476) z użytkownikami panelu badawczego SW Panel.

O projekcie

Projekt EKOBAROMETR to cykl badań poświęcony analizie aktualnych postaw i nastrojów polskich konsumentów wobec szeroko pojętej ekologii obecnej w różnych sferach codziennego życia. Jedną z nich jest wymiar społeczny, ukazujący m.in. jak Polacy podchodzą do ekologii jako takiej i jak różnią się między sobą ich postawy wobec środowiska. Drugą sferą jest obszar komunikacji marketingowej, ukazujący m.in. jak konsumenci odbierają reklamy wykorzystujące motywy ekologiczne.

Dyscyplinarne rozwiązanie umowy o pracę a naruszenie zakazu konkurencji

Jak stanowi art. 52 § 1 pkt 1 kodeksu pracy, pracodawca może z winy pracownika rozwiązać umowę o pracę bez wypowiedzenia jeśli ten pierwszy ciężko naruszy swoje podstawowe obowiązki pracownicze.

Przesłankami uznania, że doszło do ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych to trzy odrębne ale łącznie występujące w danym zdarzeniu elementy, w kolejności:  naruszenie albo zagrożenie interesów pracodawcy; bezprawność zachowania pracownika czyli naruszenie obowiązku pracowniczego uznawanego za podstawowy, obecność w działaniu pracownika zawinienia (umyślność, albo przynajmniej rażące niedbalstwo).

Analiza orzecznictwa sądowego w tym Sądu Najwyższego wskazuje jednak, że zagrożenie lub naruszenie interesów pracodawcy samo w sobie nie uzasadnia dyscyplinarnego rozwiązania umowy o pracę bez wypowiedzenia. To samo się tyczy „dyscyplinarki” w wypadku stwierdzenia bezprawności zachowania pracownika (wyrok Sądu Najwyższego z 22 marca 2016 r., I PK 94/15).

Definiowanie tego czym sąd podstawowe obowiązki pracownicze oraz ciężkie ich naruszenie nie może być prowadzone w oderwaniu od rodzaju działalności pracodawcy i rodzaju wykonywanej pracy i zajmowanego przez daną osobę stanowiska.

Kodeks pracy w art. 100 stanowi jedynie bardzo ogólnie, że pracownik jest obowiązany wykonywać pracę sumiennie i starannie oraz stosować się do poleceń przełożonych, które dotyczą pracy, jeżeli nie są one sprzeczne z przepisami prawa lub umową o pracę. A w szczególności jest obowiązany:

1) przestrzegać czasu pracy ustalonego w zakładzie pracy;

2) przestrzegać regulaminu pracy i ustalonego w zakładzie pracy porządku;

3) przestrzegać przepisów oraz zasad bezpieczeństwa i higieny pracy, a także przepisów przeciwpożarowych;

4) dbać o dobro zakładu pracy, chronić jego mienie oraz zachować w tajemnicy informacje, których ujawnienie mogłoby narazić pracodawcę na szkodę;

5) przestrzegać tajemnicy określonej w odrębnych przepisach;

6) przestrzegać w zakładzie pracy zasad współżycia społecznego.

Sad Najwyższy w wyroku z 22 kwietnia 2015 r. (II PK 158/14) stwierdził, iż  „Pracownik powinien powstrzymywać się od działań, które są wymierzone w pracodawcę, podejmować działania wykraczające poza obowiązek wykonywania pracy określonego rodzaju, jeśli jest to uzasadnione szczególnymi potrzebami pracodawcy oraz chronić mienie pracodawcy i dbać o jego niemajątkowe interesy”

Z zasady więc, niezależnie od zajmowanego stanowiska, pełnionych obowiązków i szczególnych zapisów umowy o pracę pracownik winien powstrzymać się od działań mogących wyrządzić pracodawcy szkodę, lub choćby mogących zostać ocenione jako działania na niekorzyść pracodawcy.

Powyższe, wraz z dalej cytowanymi przepisami kodeksu pracy zakreśla ramy w jakich rozpatrywane powinny być podstawy dyscyplinarki będącej konsekwencją naruszenia zakazu konkurencji.

Kodeks pracy określa dwa odrębne zakresy naruszenia przez pracownika zakazu konkurencji.

W art. 1011 kp ustawodawca określił zakaz konkurencji w trakcie istnienia stosunku pracy wskazując, że w zakresie określonym w odrębnej umowie, pracownik nie może prowadzić działalności konkurencyjnej wobec pracodawcy ani też świadczyć pracy w ramach stosunku pracy lub na innej podstawie na rzecz podmiotu prowadzącego taką działalność. Jednocześnie dookreślone zostały szczególne ramy dochodzenia przez pracodawcę roszczeń odszkodowawczych albowiem w tym samym artykule wskazano, że pracodawca, który poniósł szkodę wskutek naruszenia przez pracownika zakazu konkurencji przewidzianego w umowie, może dochodzić od pracownika wyrównania tej szkody na zasadach określonych w przepisach 114-12 kodeksu pracy mówiących o odpowiedzialność pracownika za szkodę wyrządzoną pracodawcy (dział piąty, rozdział pierwszy kodeksu pracy)

Art. 1012  kodeksu pracy reguluje następczy zakaz konkurencji a więc zakaz obowiązujący pracownika po ustaniu stosunku pracy. Wskazano w nim, iż gdy pracodawca i pracownik mający dostęp do szczególnie ważnych informacji, których ujawnienie mogłoby narazić pracodawcę na szkodę, zawierają umowę o zakazie konkurencji po ustaniu stosunku pracy. W umowie określa się także okres obowiązywania zakazu konkurencji oraz wysokość odszkodowania należnego pracownikowi od pracodawcy.

Oznacza, iż w zakresie określonym we wspomnianej umowie, pracownik nie może prowadzić działalności konkurencyjnej wobec pracodawcy ani też świadczyć pracy w ramach stosunku pracy lub na innej podstawie na rzecz podmiotu prowadzącego taką działalność – po zakończeniu świadczenia pracy dla tego pracodawcy. Umowa ta powinna oczywiście określać termin trwania takiego zakazu.

Niezależnie od zapisów umownych, zakaz konkurencji przestaje obowiązywać wcześniej przed upływem terminu, na jaki została zawarta umowa, w razie ustania przyczyn uzasadniających taki zakaz lub niewywiązywania się pracodawcy z obowiązku wypłaty odszkodowania.

Ustawodawca w art. 1012 zakreślił również szczególne ramy odszkodowawcze za naruszenie następczego zakazu konkurencji wskazując, że kwota odszkodowania nie może być niższe od 25% wynagrodzenia otrzymanego przez pracownika przed ustaniem stosunku pracy przez okres odpowiadający okresowi obowiązywania zakazu konkurencji; odszkodowanie może być wypłacane w miesięcznych ratach. W razie sporu o odszkodowaniu orzeka sąd pracy.

Umowa o zakazie konkurencji wymaga formy pisemnej pod rygorem nieważności formy pisemnej.

Na potrzeby poszczególnych postępowań sądy definiują i precyzują ramy ustawodawcze i tak np. Sąd Apelacyjny w Gdańsku w wyroku w wyroku z 11 października 2012 r. sygn. akt III APa 18/12 wskazał, że „Konkurencyjną działalnością jest aktywność przejawiana w tym samym lub takim samym zakresie przedmiotowym i skierowana do tego samego kręgu odbiorców, pokrywająca się – chociażby częściowo – z zakresem działalności podstawowej lub ubocznej pracodawcy. W rezultacie zakazana może być taka działalność, która narusza interes pracodawcy lub zagraża mu. Termin »konkurencja« oznacza rywalizację, współzawodnictwo między podmiotami lub osobami zainteresowanymi w osiągnięciu tego samego celu. Zajmowanie się interesami konkurencyjnymi jest więc równoznaczne z działaniem podejmowanym w celach zarobkowych lub udziałem w przedsięwzięciach lub transakcjach handlowych, których skutki odnoszą się (lub potencjalnie mogą się odnieść), chociażby częściowo, do tego samego kręgu odbiorców”.

Rozwiązanie umowy o pracę z powodu naruszenia zakazu konkurencji jest dopuszczalne także przy braku odrębnej umowy określonej w kodeksie cywilnym. Orzecznictwo sądów pracy nie pozostawia wątpliwości co do zasady, iż już samo podjęcie działalności konkurencyjnej przez pracownika przeciwko pracodawcy uprawnia do wypowiedzenia umowy o pracę zawartej na czas nieokreślony (z zachowaniem odpowiednich dla danej sytuacji terminów wypowiedzenia) – nawet wówczas gdy pracownik nie zawarł z pracodawcą umowy o zakazie konkurencji.

W wypadku jednak braku umowy o zakazie konkurencji dyscyplinarne rozwiązanie stosunku pracy może być zastosowane jedynie w przypadku uzasadnionym faktem niewywiązywania się pracownika ze swoich obowiązków bądź niekorzystnym wpływem dodatkowego zatrudnienia dla interesów pracodawcy.

Sąd Najwyższy w wyroku z 22 kwietnia 2015 roku sygn. akt II PK 158/14 stwierdził, iż „jeżeli strony stosunku pracy nie zawarły umowy o zakazie konkurencji, to naruszenie »szczególnej zasady lojalności pracownika względem pracodawcy« i/lub związana z tym utrata zaufania do pracownika uzasadnia rozwiązanie umowy o pracę bez wypowiedzenia z winy pracownika z powodu podjęcia działalności konkurencyjnej wobec pracodawcy (art. 52 § 1 pkt 1 k.p.) tylko wtedy, gdyby doszło do kwalifikowanego naruszenia istotnych interesów pracodawcy, które mogły narazić go na powstanie szkody i pod warunkiem objęcia takich zarzutów wskazanymi pracownikowi przyczynami natychmiastowego rozwiązania stosunku pracy (…) naruszenie zakazu konkurencji w czasie trwania stosunku pracy, jeżeli strony nie zawarły odrębnej umowy o zakazie konkurencji, uzasadnia – co do zasady – wypowiedzenie stosunku pracy, a tylko wyjątkowo i wyłącznie w razie udowodnionego naruszenia żywotnych lub istotnych interesów pracodawcy może prowadzić do rozwiązania niezwłocznego, co wymaga wskazania pracownikowi konkretnych zawinionych przewinień pracowniczych, które niekorzystnie oddziaływały na konkurencyjną działalność pracodawcy. Takimi okolicznościami lub przyczynami nie mogą być ogólnikowe zarzuty wykonywania działalności konkurencyjnej przez pracownika, choćby uzasadniały zarzut utraty zaufania, bez ustalenia, że doszło do naruszenia żywotnych lub istotnych interesów pracodawcy. Oznacza to, że nie każde i nie zawsze podjęcie lub wykonywanie działalności konkurencyjnej w nieistotnym stopniu lub rozmiarze niezagrażającym interesom pracodawcy może prowadzić do rozwiązania umowy o pracę bez wypowiedzenia z winy pracownika (…). Naruszenie nieskonkretyzowanej zasady (obowiązku) lojalności pracowniczej ani spowodowana tym utrata zaufania do pracownika, który podjął działalność konkurencyjną, na ogół nie usprawiedliwia natychmiastowego pozbycia się pracownika na podstawie art. 52 § 1 pkt 1 k.p., chyba że w konkretnych okolicznościach sprawy doszło do wykazanego kwalifikowanego naruszenia żywotnych lub istotnych interesów pracodawcy”.

Tak więc nielojalną osobę można skutecznie zwolnić dyscyplinarnie, nawet w wypadku braku umowy o zakazie konkurencji jeśli przez stwierdzone działanie konkurencyjne doszło do zagrożenia lub naruszenia żywotnych lub istotnych interesów pracodawcy. Podejmowanie więc działalności konkurencyjnej lub też świadczenie pracy dla konkurencyjnej firmy przy braku umowy o zakazie konkurencji nie jest automatycznie równoznaczne z naruszeniem obowiązku dbałości o dobro zakładu pracy. Wymaga to indywidualnej oceny każdego konkretnego przypadku.

O autorze:

Piotr Rorbach – Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Skończył aplikację prokuratorską w Prokuraturze Apelacyjnej w Katowicach. Pracował jako asesor w Prokuraturze Rejonowej w Mysłowicach a od 1999 do 2003 tamże jako prokurator.

Od 2004 do 2010 jako prokurator Prokuratury Rejonowej w Brzesku. Prowadził postępowania karne, w szczególności z zakresu przestępczości gospodarczej, a także kierował referatem cywilno-administracyjnym, zapewniając prokuratorską kontrolę przestrzegania prawa i udział prokuratora w postępowaniach „pozakarnych”. Od 2010 jest adwokatem wpisanym na listę Okręgowej Izby Adwokackiej w Krakowie. Obecnie zajmuje się sprawami pracowniczymi i prawem rodzinnym.

Witold Orłowski: Prawdziwy kryzys jeszcze przed nami

Mamy poczucie, że najgorsze już za nami. Przyzwyczailiśmy się do noszenia maseczek, większość firm działa tak, jak działało przed epidemią. Jednak mimo tego, że przymusowy lockdown dawno już minął, nie powinniśmy opuszczać gardy. Eksperci ostrzegają, że prawdziwy kryzys jeszcze przyjdzie. Mniej pieniędzy w kieszeniach konsumentów, spadek popytu i konsumpcji, a także opóźniona odpowiedź rynku na sytuację z pierwszych dwóch kwartałów – to wszystko może złożyć się na recesję w drugiej połowie roku. A sytuacja pogorszy się, gdy rząd zmniejszy lub całkowicie zniweluje pomoc finansową dla przedsiębiorstw.

– O tym, jaki jest stan gospodarki i sytuacja na rynku, tak naprawdę dowiemy się dopiero teraz. W drugim półroczu firmy zorientują się, na ile ciężka jest recesja, która została po lockdownie. Kiedy nikt im nie będzie zakazywał działalności, ale rynek odczuje brak klientów – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Polska gospodarka mocno odczuła lockdown. Na szczęście mniej, niż nasi sąsiedzi. Wygląda na to, że recesja w Polsce może być mniejsza niż u wielu naszych partnerów – zwłaszcza większych krajów Unii Europejskiej. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie mają mniej pieniędzy w kieszeniach i mniej chętnie je wydają. Wiadomo już, że będzie rosło bezrobocie, będą się pogarszać nastroje. Być może zmniejszy się pomoc państwa dla przedsiębiorstw. Dlatego w drugiej połowie roku naprawdę nie będzie lekko. Dopiero wtedy zorientujemy się, jaka jest naprawdę sytuacja gospodarcza i na ile długotrwały będzie ten kryzys – przewiduje Orłowski.

Co wpływa na decyzje zakupowe Polaków w czasie pandemii?

Cena produktów od lat wiedzie prym w statystykach badających zachowania konsumenckie, jako mająca największy wpływ na nasze decyzje zakupowe. Czas pandemii, który bez wątpienia zmienił oblicze światowego handlu potwierdza tę regułę, ale wskazuje także na inne czynniki, które rosną w siłę i nabierają coraz większego znaczenia dla konsumentów. W niespokojnych czasach jednym z trzech najważniejszych aspektów determinujących decyzje zakupowe jest zaufanie do marki.

Pandemia przeorganizowała polski i światowy handel. Klienci zmienili wiele nawyków zakupowych i uważnie przyglądają się rynkowi obserwując rozwój sytuacji. Rzadsze wizyty w sklepie, zakupy na zapas i przez internet to najczęstsze zmiany, wprowadzone w życie przez Polaków w czasie lockdownu. Dziś, handel wraca powoli do tzw. normalności, a eksperci sprawdzają, jak miesiące izolacji zmieniły klientów. Z raportu „Consumers and the new reality” opublikowanego przez KPMG International wyłania się obraz konsumenta, który co prawda nadal, jako najważniejszy wyznacznik w sklepie wskazuję cenę, a dokładnie jej stosunek do jakości (63 procent badanych), ale jednocześnie większą uwagę przywiązuje do łatwości dokonywania zakupów (42 proc. respondentów na całym świecie), a jako trzeci kluczowy czynnik zakupowy wskazuje zaufanie do marki (41 proc. badanych). – W niepewnych czasach klienci chętniej sięgają po marki, które znają i które zaskarbiły sobie ich uznanie w przeszłości. Pamiętajmy jednak, że o relację z konsumentem trzeba stale dbać, stawiając jego potrzeby w centrum wszystkich działań – komentuje Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska. W czasie pandemii konsumenci otwarcie przyznają, że większą uwagę zwracają m.in. na działania firm wobec lokalnych społeczności, własnych pracowników i środowiska. Na znaczeniu rośnie obecnie także kwestia bezpieczeństwa danych związanego z dynamicznym przyrostem ruchu online.

Czas wyzwań

W czasie pandemii aż co piąty konsument twierdzi, że dokonał internetowych zakupów żywności[1]. Głównym czynnikiem, który wpływa na zwiększenie zainteresowania cyfrowymi sklepami spożywczymi jest wygoda (54 proc.), choć znaczenie mają także kwestie większego bezpieczeństwa i atrakcyjne ceny asortymentu. – W ostatnich miesiącach mamy do czynienia z nowym typem klienta, otwartego na nowe technologie oraz charakteryzującego się analitycznym podejściem do zakupów. To szczególnie ważna wskazówka, ale też wyzwanie dla firm, również z branży FMCG. Wielu konsumentów podczas pandemii przekonało się do robienia zakupów czy płatności w internecie. Są coraz bardziej świadomymi uczestnikami wirtualnego życia, a przy podejmowaniu decyzji zakupowych biorą pod uwagę opinie czy rekomendacje innych internautów – mówi Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska. – Z tego względu warto zadbać o wizerunek firmy, szczególnie online, który w ostatnim czasie szczególnie zyskał na znaczeniu – dodaje Tikhomiroff.

Walka o konsumenta to nieodłączny element rodzimego i światowego handlu. Firmy bacznie śledzą trendy, analizują nawyki klientów i odpowiadają ich aktualnym potrzebom. A te zmieniają się ostatnio dość dynamicznie. Czy konsumenci powiedzieli już ostatnie słowo?

[1] https://home.kpmg/pl/pl/home/media/press-releases/2020/07/media-press-sklepy-musza-zaoferowac-konsumentom-nowe-powody-do-zakupu-w-trybie-offline-koncentrujac-sie-na-cenie-i-wygodzie.html

Branża TSL pomimo niepewności nadrabia straty z okresu pandemii

  • Polska w 2019 roku była liderem przewozów w Unii Europejskiej.
  • Rozwój sektora został spowolniony przez COVID-19 – tonaż ładunków przetransportowanych przez krajowych przewoźników spadł o 8,3 proc. r/r w okresie od stycznia do lipca 2020 r.
  • Prognozy dla branży TSL są jednak optymistyczne – popyt na usługi krajowych przewoźników może wrócić do poziomu sprzed pandemii już w 2021 r., oceniają analitycy Santander Bank Polska.

Region Europy Środkowo-Wschodniej coraz silniejszy w branży TSL

W 2019 r. polscy przewoźnicy objęli pozycję lidera w Unii Europejskiej pod względem wykonanej pracy przewozowej, wyprzedzając Niemcy. W tym czasie Polska, dzięki wzrostowi pracy przewozowej o 14%, zwiększyła swój udział w przewozach międzynarodowych we wspólnocie europejskiej do poziomu 32 proc. (wzrost o 2 pkt. proc.). Drugie miejsce zajmuje Hiszpania, której przewoźnicy odpowiadają za 12 proc. przewozów międzynarodowych.

Dane z 2019 roku wskazują, że rośnie znaczenie regionu Europy Środkowo-Wschodniej w branży TSL. Nowe kraje unijne od 2008 roku zwiększyły udział w unijnym rynku o 11 p.p. (z 22% w 2008 r. do 33% w 2019 r.). Przewoźnicy z Europy zachodniej nadal nie osiągnęli poziomu wolumenu w przewozach międzynarodowych z 2008 roku.

Pandemia spowolniła transport

Rozwój pandemii wywołanej COVID-19 wpłynął na transport drogowy towarów. Tonaż ładunków przetransportowanych przez krajowych przewoźników spadł o 8,3 proc. r/r w okresie od stycznia do lipca 2020 r. Na zmniejszenie przewozów miało wpływ obniżenie aktywności produkcyjnej i handlowej w Polsce oraz Unii Europejskiej. W drugim kwartale 2019 roku odnotowano spadki takich wskaźników jak popyt krajowy w Polsce (-9,5 proc. r/r), produkcja przemysłowa (-13,6 proc. r/r), eksport (-15,6 proc. r/r).

– Pomimo pesymistycznych informacji płynących z danych, siła wpływu pandemii na branżę TSL wydaje się relatywnie umiarkowana. Rzeczywiście w okresie od stycznia do maja 2019 handel międzynarodowy pomiędzy krajami członkowskimi unii spadł o 13,9 proc. w porównaniu z tym samym okresem poprzedniego roku, jednak o kłopotach danej firmy decydowała struktura sektorowa klientów, jej wielkość oraz model biznesowy – mówi Martyna Dziubak, dyrektor ds. sektora motoryzacji i TSL w Santander Bank Polska i dodaje – Równocześnie, w pierwszej połowie 2020 roku pandemia spowodowała przyspieszenie w branży e-commerce. Według szacunków Santander Bank Polska sprzedaż B2C wzrosła w Polsce w tym okresie o około 140 proc., co wygenerowało dodatkowy popyt na przewozy towarów do centrów logistycznych oraz klientów finalnych.

E-commerce i branża magazynowa ratują polskich przewoźników

Lockdown sprawił, że sektor handlowy i przemysłowy musiały przestawić się na sprzedaż online. W efekcie szacunkowy wzrost sprzedaży B2C w pierwszym półroczu 2020 roku wyniósł 140 proc., jednak trudno zakładać utrzymanie się takiego wzrostu przez cały rok. Równocześnie warto podkreślić, że ten sam okres był rekordowy pod względem podaży powierzchni magazynowych w Polsce. Na uwagę zwraca fakt, że 74 proc. całkowitego popytu stanowiły nowe umowy i ekspansje, a tylko 26 proc. renegocjacje umów (wg. raportu Cushman&Wakefield). W ślad za rozwojem nowoczesnych powierzchni magazynowych wiele firm handlu detalicznego lokuje swoje centra logistyczne w Polsce również z zadaniem obsługi rynków sąsiadujących, głównie Niemiec czy Skandynawii.

Niepewność nie poprawia nastroju przewoźników

Wyniki badania koniunktury prowadzonego przez GUS pokazują, że o ile poprawia się diagnoza bieżącej sytuacji, to obawy dotyczące przyszłości nie zmieniają się tak szybko. Z danych GUS wynika, że w stosunku do okresu sprzed pandemii dwukrotnie wzrósł odsetek podmiotów wskazujących na ograniczenia w postaci niedostatecznego popytu (44,6 proc. wskazań w sierpniu vs. 19,6 proc. w styczniu 2020) oraz niepewności ogólnej sytuacji gospodarczej (71,7 proc. wskazań w sierpniu vs. 31,1 proc. w lutym 2020 r.).

– W sierpniu 2020 r.  mogliśmy zaobserwować niewielką korektę w badaniu koniunktury prowadzonym przez GUS. Wskazuje to na dużą obawę o przyszłość. Dlatego obecnie priorytetem firm branży TSL jest zachowanie płynności, na które najlepszą receptą jest niestety ograniczenie nowych inwestycji – tłumaczy Radosław Pelc, analityk sektorowy Santander Bank Polska. – Dane wskazują, że przewoźnicy zatrzymali wymianę taboru – w okresie od stycznia do lipca liczba rejestracji nowych samochodów ciężarowych powyżej 6 t. spadła w Polsce o 47 proc. rok do roku.  Warto podkreślić, że tendencja spadkowa trwała już od lipca 2019 r. – dodaje ekspert.

Presja kosztowa, spadające ceny, walka o marże

Na poprawę nastroju nie ma także pozytywnego wpływu nasilająca się presja kosztowa spowodowana przez nowe przepisy, jak również rosnące wynagrodzenia i walka o marże.

W wyniku spadających wolumenów przewozowych malały marże w branży TSL na pokrycie kosztów stałych. Dotyczyło to przede wszystkim operatorów z wyższym poziomem kosztów stałych, szczególnie z przewagą własnego taboru i kierowców.  Równocześnie wg danych GUS, zatrudnienie w sektorze wzrosło o 2,3 proc. rok do roku w okresie od stycznia do lipca 2020 r., a średnie wynagrodzenie brutto w sektorze transportu lądowego ładunków nie uległo spadkowi r/r.  W lipcu Parlament Europejski finalnie uchwalił Pakiet Mobilności, który będzie także mieć wpływ na wzrost kosztów działalności przewoźników oraz ograniczenie ich aktywności.

Nowe unijne regulacje odczują przede wszystkim przewoźnicy wyspecjalizowani w przewozach cross-trade i kabotażu. Zmiany przepisów mogą wpłynąć na tempo ich powrotu do stanu sprzed kryzysu.

Perspektywy na 2021 rok

Przyszłość krajowego transportu będzie przede wszystkim zależała od sytuacji gospodarczej w Europie, a ta w dużym stopniu od dalszego przebiegu pandemii. MFW przewiduje skurczenie się gospodarki strefy euro o 10 proc. w 2020 r. oraz jej odbudowę w tempie 6 proc. w 2021 r.

– Santander Bank Polska w bazowym scenariuszu dla dużych firm z sektora TSL zakłada powrót przychodów do poziomów z 2019 r. w roku 2021. Długoterminowo rozwojowi sektora mogą sprzyjać dobra koniunktura na rynku magazynowym i e-commerce oraz możliwa regionalizacja łańcuchów dostaw. Nie bez znaczenia pozostanie rozwój infrastruktury drogowej, kolejowej, a także portów morskich, co stwarza szanse dla transportu intermodalnego w regionie CEE, a także tranzytu ze Wschodu do Europy Zachodniej i produkcji przemysłowej w Polsce. Natomiast głównymi wyzwaniami w sektorze pozostaną zmiany regulacyjne, Brexit i ewentualne wojny handlowe. – podsumowuje Radosław Pelc z Santander Bank Polska.

Sztuczna inteligencja (AI) i neuronowe tłumaczenie maszynowe (NMT)

Świat to ciągle zmieniający się paradygmat technologii i rewolucji cyfrowej. Wraz z technologią, która przełamuje granice kulturowe i językowe, wzrosło zapotrzebowanie na lokalizację językową treści. Dla firm chcących wykorzystać zmiany technologiczne, ważne jest poznanie trendów, które prawdopodobnie będą kształtowały przyszłość.

Kluczowe trendy, których dalszy rozwój przewiduje się w latach 20. XXIw. obejmują sztuczną inteligencję i automatyzację oraz tłumaczenie maszynowe (a zwłaszcza neuronowe tłumaczenie maszynowe).

Przyjrzyjmy się temu, jak narzędzia te mogą stać się pomocne w / branży lokalizacyjnej.

AI i automatyzacja

Wraz ze zmianą wymagań dotyczących treści i rosnącą potrzebą zlokalizowanej treści sztuczna inteligencja staje się coraz bardziej powszechna w zarządzaniu tłumaczeniami. Podczas gdy w firmach poszukuje się nowych sposobów na uproszczenie procesu wykonywania tłumaczeń i lokalizacji, sztuczna inteligencja z godziny na godzinę zwiększa wartość biznesową firm. Według firmy Gartner inteligencja rozszerzona prawdopodobnie podbije wartość biznesową firm o 2,9 bln dolarów, jak również podniesie poziom wydajności pracy o 6,2 mld godzin do końca 2021r. Biorąc pod uwagę wzrost wykorzystania sztucznej inteligencji do automatyzacji przepływu pracy, nie ma wątpliwości, że sztuczna inteligencja będzie nadal wykorzystywana do zwiększania wydajności przedsiębiorstw i automatyzowania jej działalności  również w przyszłości.

Co AI ma wspólnego z tłumaczeniem?

Uproszczenie i optymalizacja całego procesu tłumaczenia i lokalizacji to oczekiwania stawiane wobec sztucznej inteligencji. W ramach wyjaśnienia, sztuczna inteligencja skupia się na tworzeniu zaawansowanych narzędzi i rozwiązań, które są w stanie właściwie samodzielnie wykonywać określone zadanie. Sztuczna inteligencja dokładnie analizuje zbiory danych, w celu określenia i możliwego zastosowania najlepszej możliwej strategii oraz odpowiednich modeli, aby uzyskać rezultaty najwyższej jakości.

Przykładowo, w ulepszonej wersji MT, neuronowego tłumaczenia maszynowego, translatory są specjalnie zaprojektowane w taki sposób, aby wykorzystać głębokie uczenie do określenia sposobu skutecznego tłumaczenia danych, przede wszystkim poprzez zrozumienie celu treści źródłowej. Z tego powodu tłumaczenia wspomagane sztuczną inteligencją są w pewien sposób podobne do tłumaczeń tworzonych przez ludzi.

Sztuczna inteligencja i zarządzanie tłumaczeniami

Sposób działania neuronowego tłumaczenia maszynowego jest imponujący, ponieważ zapewnia szybkie wyniki. Dodatkowo sztuczna inteligencja zastosowana w oprogramowaniu chmur, skupia się szczególnie na zarządzaniu tłumaczeniami. Mówiąc najprościej, sztuczna inteligencja wspomaga tłumaczenie automatyczne i ma na celu poprawę wydajności procesu i jakości tłumaczenia.

Warto zwrócić uwagę na to, że sztuczna inteligencja nie zastąpi ona ludzkich tłumaczy pomimo rosnącej tendencji wykorzystywania jej w branży tłumaczeniowej. W rzeczywistości stosuje się ją w celu ogólnej poprawy wydajności poprzez wspomaganie tłumaczy i uproszczenie procesu tłumaczenia.

Sztuczna inteligencja skutecznie ułatwia inteligentną pracę tłumaczy, umożliwiając im uniknięcie czasochłonnej, ciężkiej pracy. Dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji w tłumaczeniu możliwe jest tłumaczenie większych ilości danych w znacznie szybszym tempie bez ryzyka pogorszenia jakości rezultatów.

Przetwarzanie języka naturalnego

Przetwarzanie języka naturalnego odnosi się do przetworzenia ludzkiej mowy na binarny język komputera. Proces ten może być skutecznie wykorzystany do analizy i skanowania różnych dokumentów w celu szybkiego zidentyfikowania błędów i zaproponowania lepszych rozwiązań. Ponadto może służyć do katalogowania dokumentów  na dużą skalę.

Automatyzacja procesu

Tłumaczenia automatyczne wspomagane sztuczną inteligencją to rosnący trend w branży tłumaczeniowej, który służy do usprawnienia i przyspieszenia całego procesu tłumaczenia, przekładając się na wzrost wydajności i dostarczanie wysokiej jakości tłumaczeń.

Tradycyjny proces tłumaczenia jest wolniejszy i podatny na błędy, jednak dzięki sztucznej inteligencji zarządzanie niektórymi podstawowymi i powtarzalnymi zadaniami, takimi jak przydział pracy, przesyłanie danych oraz weryfikacja i przegląd poszczególnych treści, może stać się bezproblemowe i oszczędne czasowo

Jak sztuczna inteligencja zmienia branżę tłumaczeniową

Jak twierdzi Svetlana Sicular, wiceprezes ds. badań firmy Gartner, ewolucja sztucznej inteligencji w połączeniu z ludzkimi możliwościami może być niezwykle pomocna dla firm pod względem jakości wyników.

Aplikacja Microsoft Translator to istna rewolucja, dzięki której możliwe jest skuteczne tłumaczenie zarówno tekstu, jak i mowy oraz znaków drogowych. Przełom stanowi możliwość uruchomienia tej aplikacji w trybie offline. Jest to bardzo pomocne w szczególności dla tych, którzy często podróżują do odległych obszarów, gdzie zasięg internetu jest słaby lub nie ma go wcale.

Analogicznie, tłumaczenie na Facebooku również wykorzystuje sztuczną inteligencję jako podstawową technologię tłumaczenia.

Kluczowe wnioski

  • Zastosowanie sztucznej inteligencji w tłumaczeniu to ekonomiczny, oszczędzający czas wybór, ponieważ przyspiesza cały ten proces.
  • Z pomocą surowych danych tłumaczenie wspomagane sztuczną inteligencją może budować wiedzę i poprawiać jakość wyników poprzez dalsze szkolenia
  • Tworzenie pamięci tłumaczeniowej przy użyciu narzędzi AI pomaga również zaoszczędzić czas i obniża koszty tłumaczenia.
  • Wraz z rosnącą tendencją do tworzenia tłumaczeń wspomaganych sztuczną inteligencją, tłumacze mogą pracować jako redaktorzy wykonujący postedycję przetłumaczonej treści, aby zapewnić trafne rezultaty o wysokiej jakości.
  • Wraz z rozwojem technologii opartej na sztucznej inteligencji zapotrzebowanie na obszerną postedycję z czasem się zmniejszy.
  • Neuronowe tłumaczenie maszynowe jest najbardziej rozpowszechnionym przykładem zastosowania sztucznej inteligencji w branży tłumaczeniowej.

Powstanie tłumaczenia maszynowego

W ciągu ostatnich kilku lat tłumaczenie maszynowe zaczęło rozwijać się dzięki wzrostowi zapotrzebowania na lokalizację i tłumaczenie tekstów. Według Grand View Research, Inc., szacuje się, że wartość udziałów na rynku tłumaczenia maszynowego wzrośnie nawet do 983,3 mln dolarów do końca 2022 r., jak również zwiększy się ilość usług tłumaczenia maszynowego neuronowego i postedycji tłumaczeń.

Rozwój technologiczny poszerzył zakres działania rynku tłumaczeń maszynowych. W miarę wdrażania przez różne kraje usług internetowych 5G oraz pojawiania się zmian w krajobrazie biznesowym dzięki cyfrowym technologiom tłumaczenie maszynowe prawdopodobnie zyska w przyszłości większą uwagę.

Wraz z rozwojem modeli opartych na sztucznej inteligencji tłumaczenie i lokalizacja treści będą w coraz większym stopniu polegać na tłumaczeniu maszynowym.

Powszechnie używane rodzaje tłumaczenia maszynowe

Tradycyjne tłumaczenie maszynowe oparte na tłumaczeniu statystycznym ewoluowało z czasem. Obecnie wyróżnia się dwa podstawowe, współczesne rodzaje tłumaczenia maszynowego:

  • oparte na statystyce
  • parte na sieciach neuronowych

Statystyczne tłumaczenie maszynowe (SMT)

SMT generuje tłumaczenia, wykorzystując analizę statystyczną danych par językowych. Służy do zidentyfikowania relacji między językiem źródłowym a docelowym, np. dobrym przykładem SMT  jest tłumacz Google.

Neuronowe tłumaczenie maszynowe (NMT)

Neuronowe tłumaczenie maszynowe to najnowsze podejście do tłumaczenia maszynowego. Występujące w nim sieci neuronowe mają na celu odtworzenie sposobu uczenia się ludzkiego mózgu. Translatory oparte na tych sieciach mają godną pochwały zdolność do identyfikowania odpowiedniego kontekstu i rozumienia przekazu tekstu, pozwalającą im na zastosowanie lepszego doboru słów, w celu uzyskania wysokiej jakości tłumaczenia. Mówiąc najprościej, translatory neuronowego tłumaczenia maszynowego służą do zachowania oryginalnego tonu i zapewnienia tłumaczenia w formie zgodnej z kontekstem

Kiedy ma zastosowanie tłumaczenie maszynowe

Jakość tłumaczenia maszynowego poprawiła się z biegiem czasu, a teraz dzięki neuronowemu tłumaczeniu maszynowemu możliwe jest uzyskanie bardziej wiarygodnych wyniki, które rzeczywiście mają sens.

Mimo to, nie każdy rodzaj treści powinien być tłumaczony przy użyciu tłumaczenia maszynowego.

Teksty zawierające prostą treść, takie jak materiały pomocnicze lub instrukcje, można przetłumaczyć za pomocą tłumaczenia maszynowego, jednak w przypadku bardziej kreatywnych treści, takich jak materiały marketingowe, reklamy i ulotki, lepiej wybrać tłumaczenie wykonywane przez tłumaczy.

Oto trzy czynniki, które należy wziąć pod uwagę, aby zdecydować, czy tłumaczenie maszynowe jest odpowiednią opcją, czy też nie.

Objętość treści

Podejmując tego rodzaju decyzję, należy mieć na uwadze objętość treści, np., jeśli chcesz przetłumaczyć dane zawierające miliony słów w krótkim czasie, najlepszym wyborem jest tłumaczenie maszynowe

Ciągłość aktualizacji

Oto kolejny ważny czynnik, który należy sprawdzić, aby dokonać właściwego wyboru. Treści wymagające ciągłych aktualizacji, takie jak recenzje, często zadawane pytania, dane oparte na wiedzy i opinie klientów, można przetłumaczyć za pomocą MT.

Charakter treści

Jak zostało wspomniane wcześniej, nie każdy rodzaj treści można bezbłędnie przetłumaczyć za pomocą tłumaczenia maszynowego. Można go jednak używać do tworzenia dokumentacji oprogramowania, podręczników użytkownika, poradników i tłumaczenia informacji technicznych.

Rosnące zapotrzebowanie na tłumaczenie maszynowe

W 2016 roku wartość rynku tłumaczeń maszynowych wynosiła około 122,3 miliona dolarów, a 2019 roku osiągnęła 550,46 miliona dolarów.

Zgodnie z oczekiwaniami, wielkość rynku tłumaczenia maszynowego rosła z czasem i szacuje się, że do końca 2024 r. jego wartość przekroczy 1,5 mld dolarów. Ponadto szacuje się, że wartość skumulowanego rocznego wskaźnika wzrostu (CAGR) osiągnie 11,23 do 2025 r..

Najprawdopodobniej Ameryka Północna przejmie inicjatywę z wartością tego wskaźnika wynoszącą około 6 do końca 2023 r. Przemysł obronny i wojskowy w Ameryce Północnej coraz bardziej wykorzystuje tłumaczenie maszynowe do tworzenia tłumaczeń ustnych i pisemnych dużych ilości danych, z których większość nadal poddawana jest niektórym technikom postedycji.

Analogicznie, oczekuje się, że branża elektroniczna i motoryzacyjna przejmie znaczny udział na tym rynku do końca 2020 r., głównie z powodu często występującej potrzeby dokładnego i terminowego tłumaczenia.

Tłumaczenie maszynowe ma również zastosowanie w branży turystycznej, bankowej, prawniczej, produkcyjnej i detalicznej, mediach i rozrywce, telekomunikacji itp.

Szacuje się, że rynki Azji i Pacyfiku będą najszybciej rozwijającymi się rynkami tłumaczenia maszynowego, osiągając wartość wskaźnika CAGR na poziomie 7,5 do końca 2023 r. Głównym powodem tak znacznego wzrostu zapotrzebowania na rynkach tłumaczenia maszynowego w tym regionie jest szybko rozwijający się trend działalności transgranicznej, wysoce lukratywna baza klientów i szerokie wykorzystanie wielu języków.

Gwałtowny rozwój tłumaczenia maszynowego

Oczekuje się, że rynek tłumaczeń maszynowych będzie się z czasem rozwijał ze względu na aspirujące do wejścia na wschodzące i lukratywne rynki przedsiębiorstwa, tworzenie ogromnej ilości treści online i rosnącej potrzeby globalnej komunikacji biznesowej oraz współpracy.

Ogromny wzrost na rynkach tłumaczenia maszynowego jest wynikiem ciągłej poprawy trafności tłumaczonych treści. Zaawansowane translatory neuronowego tłumaczenia maszynowego są w stanie zapewnić szybkie tłumaczenie z dokładnością około 60-90 procent. Zastosowanie głębokiego uczenia i algorytmów znacznie pomogło w wyeliminowaniu powszechnie występujących błędów tłumaczeniowych (związanych ze składnią, gramatyką i znaczeniem).

W przeciwieństwie do starszych wersji tłumaczenia maszynowego, które działały przy użyciu algorytmów do zrozumienia składni i wyrażeń potrzebnych do tłumaczenia, zaawansowana technologia neuronowego tłumaczenia maszynowego uczy się tłumaczyć różne języki na podstawie podanych informacji. Oznacza to, że im więcej technologia ta jest wykorzystywana do tłumaczenia, tym stanie się lepsza i inteligentniejsza.

Kluczowe wnioski

  • Szerokie wykorzystanie narzędzi CAT stanowi podstawę rosnącego zapotrzebowania na tłumaczenie maszynowe.
  • Szacuje się, że zapotrzebowanie na zaawansowane systemy tłumaczenia maszynowego wzrośnie w nadchodzących latach, biorąc pod uwagę potrzeby firm w zakresie tłumaczenia i lokalizacji treści w celu ulepszonej komunikacji na świecie.
  • Co więcej, niezaprzeczalne, rosnące znaczenie przetwarzania w chmurze spowodowało wzrost popytu na zaawansowane narzędzia tłumaczeniowe.
  • Wiele firm tłumaczeniowych korzysta z tłumaczenia maszynowego do tworzenia dużych ilości wielojęzycznych treści, zgodnie z rosnącymi wymaganiami klientów.

Podsumowanie

Postęp technologiczny wpływa na branżę tłumaczeniową. Oczekuje się, że wykorzystanie narzędzie sztucznej inteligencji i tłumaczenia maszynowego będzie rosło wraz z rosnącą potrzebą na tłumaczenie i lokalizację treści w celu zapewnienia płynnej komunikacji na całym świecie.

Gwałtownie rosnące zapotrzebowanie na szybkie i niedrogie tłumaczenie, wysoki popyt na lokalizację treści oraz dostępność ogromnych ilości danych (Big Data) przyczyniają się do intensywnego rozwoju tłumaczenia maszynowego.

Szacuje się, że z czasem narzędzia sztucznej inteligencji ulegną poprawie, czego efektem będzie ogólna poprawa procesu tłumaczenia. Narzędzia te mogą pomóc profesjonalnym firmom tłumaczeniowym w dotrzymywaniu krótkich terminów i dostarczaniu dużych ilości przetłumaczonych danych bez obniżenia ich jakości.

Nie było wakacji od upadłości: rekordowa liczba niewypłacalności polskich firm

Liczba niewypłacalności polskich firm opublikowanych w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) osiągnęła po 8 miesiącach br. rekordowy poziom – 722 przedsiębiorstw, tj. o 10% więcej niż przed rokiem i najwięcej w obecnej dekadzie. W lipcu i w sierpniu odnotowano z kolei dwa najwyższe odczyty liczby niewypłacalności – odpowiednio 131 i 111.

Niewypłacalność to nie tylko bankructwo. Dostawcy nie otrzymują swoich środków także gdy odbiorca wdraża działanie restrukturyzacyjne. Wstrzymanie egzekucji, zazwyczaj duża, nawet i 50% redukcja zobowiązań oraz dodatkowo rozłożenie spłaty pozostałej części na kilka lat ma ten sam skutek co bankructwo, czyli brak bieżącego wpływu środków na pokrycie zobowiązań u dostawcy, powodujący efekt domina – ich kłopoty z płynnością.

  • Bezpieczne branże to mit. Wzrost liczby niewypłacalności występuje wprawdzie na różnych etapach, ale we wszystkich branżach.
  • Lipiec i sierpień – odłożone w czasie orzeczenia i publikacje niewypłacalności, ale także niestety początek trendu stałego wzrostu ich liczby.
  • Budownictwo i handel – stopniowe zwiększanie się liczby niewypłacalności potwierdza negatywne czynniki koniunktury (m.in. duży obrót handlu, ale przy jednocześnie spadku jego rentowności r/r o połowę!).
  • Rekordowa w ostatnim dziesięcioleciu (a i od początku millenium) jest także liczba niewypłacalności w przemyśle (196 firm w ciągu pierwszych 8 miesięcy) i w usługach (analogicznie 238 firm).
  • Ryzyko w podziale na województwa bez większych zaskoczeń – najwyższe wzrosty generalnie w regionach o największej ponadregionalnej, także eksportowej aktywności – m.in. na Dolnym Śląsku, Mazowszu, Śląsku ale też na Warmii i Mazurach czy na Pomorzu Zachodnim.

Euler Hermes zakłada w tym roku 13% wzrost liczby niewypłacalności w Polsce oraz kolejne 10% w przyszłym roku – co razem oznacza 24% wzrost niewypłacalności w porównaniu 2021 do 2019.

niewypłacalności firm
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

W okresie marzec – maj liczba niewypłacalności, pomimo zamknięcia dużej części gospodarki, spadku zamówień i sprzedaży w kraju i za granicą, była mniejsza niż przed rokiem. Głównie z przyczyn formalnych oraz – co również było bardzo istotne – publicznych programów wsparcia przedsiębiorstw. Do firm trafiło wówczas bezpośrednio kilkadziesiąt miliardów złotych na ich konta, plus wsparcie w postaci gwarancji BGK oraz zwolnień i odroczeń ZUS, podatkowych, na utrzymanie miejsc pracy etc. Niestety, po chwilowym zastoju w trakcie lockdownu skala niewypłacalności powróciła ze zdwojoną siłą.

– Środki pomocowe nie były w stanie pokryć wszystkich kosztów stałych, zobowiązań np. kredytowych czy leasingowych – stąd mimo wszystko wiele firm kwalifikowało się do ogłoszenia niewypłacalności czy działań restrukturyzacyjnych, chociażby z powodu braku perspektyw na poprawę w najbliższym czasie – ocenia Tomasz Starus, członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. – Odbicie popytu konsumenckiego nie jest stałe, w niektórych branżach jedynie rekompensujące odłożone zakupy – spada dynamika popytu w kraju i za granicą, co przekłada się m.in. na wyniki przemysłu i sektora usług.

Scenariusz Euler Hermes zakłada w tym roku 13% wzrost liczby niewypłacalności w Polsce (i kolejne 10% w przyszłym roku – co razem da 24% wzrost niewypłacalności w porównaniu 2021 do 2019). Za wzrostem liczby niewypłacalności w Polsce przemawiają liczne czynniki ekonomiczne. Oprócz popytu zwalniającego po początkowym odreagowywaniu także wygaszanie programów pomocowych (i wymóg zwracania części środków czy uregulowania odroczonych zobowiązań), a nawet zapowiedzi nowych obciążeń podatkowych (lub powrotu do starych – m.in. w handlu). Od strony formalnej niewypłacalnościom sprzyjać będzie nowy tryb postępowania restrukturyzacyjnego, nie tylko znacznie uproszczonego, ale także wyjętego de facto spod kontroli sądów.

niewypłacalności firm w sierpniu
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Ryzyko w podziale na województwa bez większych zaskoczeń, ale…

W przekroju 8 miesięcy od początku roku warto zwrócić uwagę m.in. na widoczny wzrost niewypłacalności w woj. warmińsko-mazurskim – o 13 firm w stosunku do ub. roku. Przekrój sektorowy firm, które formalnie stały się niewypłacalne w województwie był dosyć zróżnicowany, największą grupę stanowili jednak producenci (hodowcy/rolnicy) oraz przetwórcy żywności – 8 niewypłacalnych firm. Charakter regionu sprzyja produkcji rolnej, a popyt na żywność wydawał się gwarantować opłacalność jej produkcji, co jak się okazało nie do końca jest prawdą – popyt nie musi automatycznie oznaczać rentowność obrotu. Niewypłacalność producentów żywności jest zauważalnym problemem także w większości pozostałych województw.

Firma świadczyła usługi kompleksowe na rzecz zagranicznego kontrahenta, ale fiskus zakwalifikował je jako dostawę towaru. Wszystko po to, by móc je opodatkować

Polska spółka świadczy usługi produkcyjne zgodnie z zaleceniami i na rzecz zagranicznego kontrahenta, który również za granicą produkty te sprzedaje. Są one tworzone według specyfikacji odbiorców końcowych. Spółka była przekonana, iż z racji tego, że nie sprzedaje towaru, a świadczy usługi kompleksowe na zlecenie swojego głównego odbiorcy, będą one podlegać opodatkowaniu w państwie tego zleceniodawcy. Fiskus był innego zdania.

Zgodnie z art. 7 ust. 1 ustawy o podatku od towarów i usług przez dostawę towarów rozumie się przeniesienie prawa do rozporządzania towarami jak właściciel, w tym m.in. wydanie towaru na podstawie takich umów jak: najmu, leasingu, dzierżawy, komisu. Natomiast jak stanowi art. 8 ust. 1 tej ustawy, świadczeniem usług jest każde świadczenie na rzecz podmiotu, które tą dostawą nie jest. Co istotne w opisywanej poniżej sprawie, na mocy art. 28b miejscem świadczenia usług jest miejsce, w którym podatnik będący usługobiorcą posiada siedzibę działalności gospodarczej, a zgodnie z art. 5 ust. 1 opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług w Polsce podlega odpłatna dostawa towarów i odpłatne świadczenie usług na terytorium Polski.

Tworzenie indywidualnej biżuterii na zlecenie klienta

Polska spółka świadczy usługi w zakresie produkcji sztucznej biżuterii i wyrobów jubilerskich głównie na rzecz zagranicznego kontrahenta, który nie jest polskim podatnikiem i nie posiada statusu VAT-UE. Kontrahent ten prowadzi sprzedaż produktów na rzecz osób fizycznych mających miejsce zamieszkania na terytorium Unii Europejskiej i poza UE.

Polska spółka świadczy na rzecz zleceniodawcy usługi takie jak:

  • odbiór od klientów kontrahenta przekazanego przez nich materiału organicznego;
  • artystyczne, zgodne z zamówieniem klientów kontrahenta, wytworzenie biżuterii wskutek połączenia przesłanego materiału organicznego z surowcem jubilerskim;
  • wykonanie zdjęć produktu, zapakowanie, przesłanie.

Jako producent wykonuje więc biżuterię na zlecenie kontrahenta zgodnie ze specyfikacją podaną przez jego klientów. Spółka zadała organowi podatkowemu pytanie, czy całokształt wykonywanych przez nią czynności na rzecz kontrahenta stanowi czynność polegającą na świadczeniu usług, a zatem będzie opodatkowana w miejscu, w którym siedzibę ma jej kontrahent.

Kompleksowa usługa przetworzenia

Polski przedsiębiorca był pewien, że skoro świadczy usługi kompleksowe, to zgodnie z regulacjami ustawy o VAT odpowiedź organu na jego pytanie powinna być twierdząca. Spośród tych usług dominującą jest bowiem usługa połączenia dostarczonego przez klienta zleceniodawcy materiału organicznego z należącym do spółki surowcem do wykonania biżuterii w sposób sprecyzowany indywidualną specyfikacją klienta, przy wykorzystaniu autorskiej technologii spółki. Spółka wykorzystuje do realizacji zamówień kontrahenta to unikalne know-how, więc nie sprzedaje gotowej, masowo produkowanej biżuterii. Kontrahent oczekuje od spółki określonego świadczenia. Celem zawartej z kontrahentem umowy nie jest więc sprzedaż należących do spółki towarów na jego rzecz, lecz świadczenie na jego rzecz kompleksowych usług przetworzenia, zmierzającego do uzyskania produktu zgodnego z zamówieniem jego klientów. Zgodnie zatem z art. 5, 8 i 28b ustawy o VAT usługi te powinny zostać opodatkowane w państwie siedziby odbiorcy jej usług.

Fiskus dostrzegł cel w postaci dostawy towaru

Dyrektor Krajowej Informacji Podatkowej zgodził się z polskim przedsiębiorcą, że dokonywane przez niego na rzecz zagranicznego kontrahenta działania mają charakter świadczenia kompleksowego. Nie zgodził się jednak z tym, że w ramach tych działań świadczeniom o charakterze usługowym można przypisać rolę przeważającą. Zdaniem organu nie może o tym przesądzać ani koszt materiałów, ani prac. Decydujący jest cel nabycia kompleksowego świadczenia, a w niniejszej sprawie kontrahent oczekuje od spółki wytworzenia nowego produktu. Dlatego też wykonywane przez spółkę na jego rzecz czynności składają się w rzeczywistości na kompleksową dostawę towaru w postaci wyprodukowanej biżuterii. Inne wskazane przez spółkę czynności, takie jak wykonanie dokumentacji zdjęciowej, zapakowanie, przesłanie, są jedynie czynnościami pomocniczymi przy tej dostawie.

Konieczna identyfikacja elementu dominującego w całej transakcji

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Szczecinie, rozstrzygając sprawę, stwierdził, że orzecznictwo trybunałów unijnych, jak i polskich sądów administracyjnych ugruntowało linię orzeczniczą w przedmiocie identyfikacji elementu dominującego w usługach kompleksowych. A z tym, że wykonywane przez spółkę na rzecz swojego kontrahenta czynności są świadczeniem o charakterze kompleksowym, zgadzają się obie strony sporu.

Wyrokiem z dnia 2 maja 1996 r. Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł, że zawarta między restauracją a klientem transakcja serwowania posiłków jest usługą, bowiem sama dostawa żywności była tylko składnikiem świadczenia, którego zdecydowanie większą część stanowiły usługi tj. gotowanie, nakrywanie do stołu, doradzanie, podawanie, sprzątanie po posiłku, przy jednoczesnym udostępnianiu całej infrastruktury restauracji do dyspozycji klienta. Trybunał jednocześnie stwierdził, że jako świadczenie usługi nie będzie traktowane serwowanie posiłków na wynos, bez całej tej otoczki usług współtowarzyszących, bo wówczas będzie to jedynie dostawa towaru w postaci gotowych dań (sprawa C-231/94, Faaborg-Gelting Linien A/S v. Finanzamt Flensburg).

Sąd przytoczył jeszcze kilka innych, potwierdzających to przykładów (m.in. wyrok z dnia 27 października 2005 r., sygn. C-41/04 w sprawie Levob Verzekeringen BV oraz OV Bank NV v. Staatssecretaris vav Financiën). Wskazał równocześnie na rozstrzygnięcie TSUE w sprawie Aktiebolaget NN v. Skatteverket z 29 marca 2007 r., sygn. C-111/05, gdzie trybunał uznał, że transakcja dostarczenia i ułożenia światłowodu musi być traktowana wyłącznie jako dostawa towaru. Przemawiał za tym fakt, że usługi dostawcy przewodu ograniczały się tylko do ułożenia światłowodu, bez przystosowywania go do specyficznych potrzeb klienta. Dlatego też czynnikiem decydującym o kwalifikacji transakcji jako dostawy usługi czy dostawy towaru jest identyfikacja elementu dominującego w całej transakcji (to, czy dane świadczenie ma charakter główny, czy tylko pomocniczy względem głównego).

Czynność wykonywana przez producenta nie zawsze musi być dostawą towaru

WSA wskazał, że podobne stanowisko ugruntowało się w orzecznictwie NSA (z dnia 2 grudnia 2008 r., sygn. akt I FSK 1938/07; z dnia 26 lipca 2012 r., sygn. akt I FSK 483/12). Przenosząc to na grunt niniejszej sprawy, przychylił się do stanowiska spółki i uchylił zaskarżoną przez nią interpretację organu, orzekając:

„…nie można zgodzić się z poglądem, zgodnie z którym czynność wykonana przez producenta zawsze będzie stanowić dostawę towarów. (…) usługa wykonania biżuterii nie ma charakteru pomocniczego czy pobocznego, lecz posiada charakter dominujący ze względu na jej decydujące znaczenie, polegające na umożliwieniu nabywcy posiadanie biżuterii o indywidualnych cechach, zaadaptowanej do jego specyficznych potrzeb. (…) dostawa takiej biżuterii nie stanowi dla klienta celu samego w sobie, lecz jest jedynie środkiem służącym jak najlepszemu skorzystaniu ze świadczenia głównego – usługi wykonania biżuterii polegającej na połączeniu elementów organicznych z surowcem jubilerskim” (wyrok WSA w Szczecinie z 9 lipca 2020 r., sygn. akt I SA/Sz 297/20).

Nikt nie jest zobowiązany płacić więcej podatków niż tego wymaga prawo

Podsumowanie omawianej sprawy wydaje się proste. Fiskus, jako strażnik państwowej kasy, w sytuacji dylematu: opodatkować przedsiębiorcę w kraju, czy pozwolić mu na opodatkowywanie transakcji w korzystniejszej dla niego jurysdykcji, zawsze będzie bronił tej pierwszej opcji. Z jednej strony jest to całkowicie uzasadnione działanie, o ile mieści się w granicach prawa. Jeśli nie, to na straży przedsiębiorców przed przekroczeniem tych granic stoją – jak w niniejszej sprawie – sądy. Z drugiej strony, nikt, w tym przede wszystkim fiskus, nie powinien się dziwić, że przedsiębiorcy bronią siebie i swoje firmy przed utratą majątku. Jest to nieuchronny skutek konfliktu interesów, do jakiego w kwestii opodatkowania dochodzi na linii podatnik – Skarb Państwa. Zwłaszcza gdy działania urzędników są – tak jak w omawianej sprawie – nieuprawnione.

A bronić mogą się nie tylko w momencie wystąpienia owego konfliktu, ale i prewencyjnie, korzystając na równi z dostępnych w prawie krajowym i zagranicznych jurysdykcjach rozwiązań i środków ochrony. Jak napisał kiedyś amerykański sędzia Learned Hand: „Nikt nie jest zobowiązany płacić więcej podatków, niż tego wymaga prawo. Każdy może tak ukształtować swoje sprawy, by jego podatki były tak niskie, jak to tylko możliwe”.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Dlaczego pomimo COVID-19 PKP upycha pasażerów jeden obok drugiego?

Pasażerowie PKP Intercity skarżą się, że system rezerwacji, nawet w czasie pandemii COVID-19 i obostrzeń z nią związanych, przydziela im miejsca obok siebie, pozostawiając całe wagony wolne.

Dlaczego tak się dzieje? Wyjaśnia były Prezes PKP, Jakub Karnowski:

– „W PKP nadal działa system informatyczny „Kurs 90”, którego nazwa pochodzi od roku jego powstania. To przedpotopowy system, który od lat do niczego się nie nadaje. Język programowania – Cobol,  w którym został napisany, jest już używany chyba tylko w PKP. Cobol został zaprojektowany w latach 60-tych i był wykorzystywany – wówczas jako nowoczesne narzędzie – do lat 80-tych XX wieku, czyli w czasach komputerów ZX Spectrum, Atari i Commodore. Aby je pamiętać z autopsji, trzeba mieć dzisiaj minimum 45 lat.

W związku z tym wprowadzenie jakichkolwiek sensownych zmian do programu Kurs 90, który obsługuje system rezerwacji biletów w PKP Intercity jest praktycznie niemożliwe. To tak jakby ktoś chciał dostosować technologicznie do współczesnych czasów Fiata 126p.

W 2013 roku zaprosiłem do współpracy z PKP Intercity grupę specjalistów od tzw. revenue managemant – dynamicznego systemu sprzedaży biletów, którzy pracowali  wcześniej dla firm lotniczych, m.in. Qatar Airways. Przygotowali oni wówczas nowoczesny system pozwalający PKP na sprzedaż tanich biletów z wyprzedzeniem. Dzięki temu już od grudnia 2014 roku studenci mogli podróżować Pendolino za 24,5 zł. a biznesmeni, którzy kupowali bilety służbowe w ostatnich godzinach przed wyjazdem, płacili drożej.

Niestety, na straży starego systemu informatycznego i innych elementów skansenu PKP stoi lobby polityczno-związkowe. To ono cofnęło nasze przygotowania do wprowadzenia nowego systemu informatycznego.

PKP posiada własną spółkę informatyczną – PKP Informatyka, choć brzmi to jak oksymoron. W 2015 roku przygotowaliśmy jej restrukturyzację, ale to również zostało zablokowane i cofnięte na początku 2016 roku.

Spółka PKP Informatyka nie posiada kompetencji pozwalających na przygotowanie nowoczesnych rozwiązań informatycznych dla takich spółek jak PKP Intercity czy PKP Cargo dlatego działa jak pośrednik. Projekty są zlecane podwykonawcom. PKP Informatyka istnieje wyłącznie dla samej siebie i żyje z prowizji narzucanych na ceny rynkowe. W ostatecznym rozrachunku droższe są bilety w PKP Intercity lub usługi PKP Cargo.

W ostatnim czasie związki zawodowe PKP CARGO apelowały do zarządu ws. złej sytuacji finansowej spółki i o podjęcie odpowiednich działań mających na celu „optymalne wykorzystanie zasobów spółki”. Szkoda, że w przypadku restrukturyzacji i nowego systemu rezerwacji, który ułatwiłby życie pasażerom – te zasoby zostały zmarnowane” – mówi Jakub Karnowski.

Jakub Karnowski – autor był w latach 2012-15 Prezesem Zarządu PKP S.A. oraz Przewodniczącym Rady Nadzorczej PKP Cargo S.A. Obecnie pracuje jako konsultant Banku Światowego ds. restrukturyzacji kolei w Kazachstanie i Tanzanii.

Szefowa GovTech Polska z nagrodą polskiej branży cyfrowej

Pełnomocnik Prezesa Rady Ministrów ds. GovTech Justyna Orłowska otrzymała nagrodę „Cyfrowego Orła 2020” za wkład w działania na rzecz cyfryzacji oraz usprawnianie dialogu między sektorem publicznym a innowatorami.

„Cyfrowy Orzeł” to nagroda Związku Cyfrowa Polska, który zrzesza największe w Polsce firmy z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii. Nagrodę wręczył prezes Związku Michał Kanownik podczas uroczystej gali z okazji 15-lecia Związku, która odbyła się w piątek w Warszawie.

Cyfrowy Orzeł jest to nasze branżowe wyróżnienie dla najważniejszych ludzi w państwie, którzy przyczyniają się do rozwoju polskiej gospodarki cyfrowej. W tym roku postanowiliśmy nagrodzić panią dyrektor Justynę Orłowską za jej nieoceniony wkład w rozwój polskich start-upów, inicjowanie i koordynowanie strategicznych projektów cyfrowych oraz rozwijanie relacji między administracją publiczną a biznesem – mówił podczas uroczystej gali z okazji 15-lecia Związku Cyfrowa Polska jego prezes Michał Kanownik.

I dodał: – GovTech Polska pod kierownictwem pani Justyny Orłowskiej to świetny przykład na to, że można wypracować wspólny dialog między innowatorami, młodymi inżynierami, naukowcami, przedsiębiorcami a sektorem publicznym i znaleźć sposób na wcielanie ciekawych projektów w życie.

Justyna Orłowska podkreśliła, że ta nagroda należy się przede wszystkim tym, którzy w ramach Programu GovTech Polska na co dzień budują Polską cyfryzację – start-upom, naukowcom i innowatorom. – Traktuję ją jako docenienie ich pracy i motywację dla nas, by dalej współtworzyć polską rewolucję cyfrową – mówiła Pełnomocnik Prezesa Rady Ministrów ds. GovTech.

Gratulacje dla Justyny Orłowskiej przekazał premier Mateusz Morawiecki w specjalnym liście z okazji 15-lecia Związku Cyfrowa Polska. „Życzę, by ta nagroda była nie tylko wyrazem docenienia tytanicznej pracy, która przyczynia się do budowania nowoczesnego państwa. Życzę przede wszystkim, by stanowiła motywację do osiągania kolejnych ambitnych celów; by skłaniała do podejmowania wysiłków z równą, znaną mi osobiście, determinacją i zaangażowaniem” — napisał w liście premier Mateusz Morawiecki.

W tym roku nagroda Cyfrowego Orła została przyznana po raz czwarty. Do tej pory Cyfrowego Orła dostali: premier Mateusz Morawiecki, minister rozwoju Jadwiga Emilewicz oraz minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Studencie, tego egzaminu nie możesz oblać, czyli jak dbać o finanse i nie dać się długom na starcie w dorosłość

Kolejna grupa młodych-dorosłych, czyli świeżo upieczeni studenci, rozpoczynają samodzielne życie na własny rachunek. Początki zarządzania finansami osobistymi mogą być trudne i stresujące. Pogodzenie niemałej liczby wydatków przy przeważnie niewielkich dochodach, może okazać się wyzwaniem. Banki kuszą kredytami, a firmy zakupami na raty i odroczonymi płatnościami. Te rozwiązania są dobrą opcją, póki stać nas na spłatę zaciągniętych zobowiązań. Niestety, zadłużenie wśród młodych Polaków ciągle rośnie. Na początku 2015 r. na liście dłużników KRD znajdowało się 18,6 tys. osób między 18. a 25. rokiem życia z długiem wynoszącym 28,12 mln zł, a na początku 2020 r. liczba ta zwiększyła się do 135,6 tys. z długiem sięgającym 554,9 mln zł[1]. Pandemia Covid-19 jeszcze pogorszyła i tak nieciekawą sytuację generacji Z. Skąd się bierze zadłużenie dwudziestolatków? Czy za ich problemami stoi niefrasobliwość, brak wiedzy na temat finansów czy jeszcze inny powód? Co trzeba wiedzieć przed rozpoczęciem nowego etapu w życiu, jakim są studia i samodzielnym zarządzaniem domową kasą, by nie stać się bankrutem przed trzydziestką?

W dorosłość z długami, czyli skąd biorą się zaległe zobowiązania młodych Polaków

Dane na temat zadłużenia dwudziestolatków w naszym kraju nie napawają optymizmem. W kilka lat zaległości finansowe osób w wieku 18-24 lat wzrosły prawie o połowę. Po czerwcu 2016 r. średnie przeterminowane zobowiązanie przypadające na jedną osobę w tej grupie wiekowej wynosiło 4,9 tys. zł, a teraz dochodzi do ponad 8 tys. zł[2]. Łącznie młodzi mają już ponad 1 mld zaległego długu, wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz z bazy BIK. Co jest powodem zadłużenia młodych Polaków?

  1. Unikanie zapłaty mandatów i kar finansowych

Na jednym z czołowych miejsc na liście przyczyn zadłużenia młodych znajdują się niezapłacone kary finansowe (np. za jazdę bez biletu MPK) i mandaty. To pozornie niewielki kłopot, ale jednak może przysporzyć wiele trudności w późniejszych latach, tym bardziej, że nierzadko młodzi Polacy są nieświadomi istnienia zadłużenia, póki nie zainteresuję się nim firma windykacyjna lub nie zostaną wpisami na listę dłużników. – Zobowiązania, z którymi zalegamy, a o których nie pamiętamy na co dzień, mogą przysporzyć nam kłopotów w najmniej oczekiwanym momencie, np. wtedy, kiedy będziemy w kiepskiej sytuacji finansowej lub będziemy planować poważniejszy zakup, np. pierwsze mieszkanie w życiu i będziemy starali się o kredyt. Wtedy bank odmówi nam wsparcia, bo okaże się, że widniejemy na liście dłużników i jesteśmy niewiarygodnym kredytobiorcą. Mało osób zdaje sobie również sprawę z faktu, że z powodu niezapłaconego mandatu Urząd Skarbowy może zająć nasze dochody np. wynagrodzenie za pracę na naszym rachunku bankowym, chociaż kwota zaległego mandatu w pierwszej kolejności pobierana jest z nadpłaty podatku. Warto więc takie (początkowo) drobniejsze zobowiązania regulować jak najszybciej, by nie dopuścić do tego, by dług urósł do astronomicznej kwoty – podpowiada Katarzyna Kulka, ekspert Intrum.

  1. Raty, których nie trzeba spłacać

Inna przyczyna popadania młodych w zadłużenie, to „życie ponad stan”, które objawia się częstym sięganiem po zakupy ratalne, będącymi dla tej grupy jednym ze sposobów pokrycia kosztów zakupu np. sprzętu elektronicznego i tego wszystkiego, czego nie można „kupić od ręki”, czyli sfinansować z bieżących wpływów. – Dla pewnej grupy dwudziestolatków, którzy zaczynają mieć problemy z płynnością finansową, zapłata kolejnych rat nie jest priorytetem. Młodzi niestety nie zawsze są świadomi tego, że takie zakupy, także są formą kredytu, który po prostu trzeba spłacać regularnie,
bo brak działania w tym przypadku ma swoje konsekwencje. Jak wskazują dane KRD – takie osoby również często nie zdają sobie sprawy, kto jest ich wierzycielem. Myślą błędnie, że kredyt na zakupy zaciągają u sprzedawcy w sklepie
– dodaje Katarzyna Kulka, ekspert Intrum.

  1. Nadmierne zadłużanie się

„Zgubą” młodych są również kredyty, które w tej grupie są traktowane nie jako dodatkowe wsparcie czy jako „ostatnia deska ratunku”, ale jako produkt finansowy, po który po prostu się sięga, by zrealizować bieżące potrzeby i to jest problem. O kredyt gotówkowy wnioskować może każdy, kto ukończył 18 lat. W przypadku chwilówek jest jeszcze łatwiej, bo nie trzeba przedstawiać zaświadczenia o dochodach czy innych dokumentów poświadczających odpowiednią zdolność kredytową. Żeby się zadłużyć, nie trzeba nawet wychodzić z domu, bo o otrzymanie pieniędzy możemy starać się online. Taki łatwy dostęp do kredytów i pożyczek jest bardzo kuszący dla młodych, którzy często nie mają wystarczającej wiedzy z obszaru finansów osobistych i nie są świadomi wszystkich konsekwencji braku spłaty zaciągniętych zobowiązań.

  1. Brak wystarczającej wiedzy o finansach osobistych

Brak znajomości podstawowych pojęć z zakresu ekonomii i finansów osobistych wśród osób w wieku 18-24 lat nie jest niestety czymś typowym tylko dla tej grupy, bo jako społeczeństwo generalnie nisko oceniamy swoją wiedzę na temat kwestii związanych z pieniędzmi. Jak wynika z raportu Intrum „European Consumer Payment Report 2019”, blisko 40% Polaków uważa, że otrzymało wystarczająco dobrą wiedzę, by móc zarządzać́ swoimi finansami, ale potrzebuje dodatkowego wsparcia w trudniejszych tematach (np. zarzadzanie pieniędzmi na emeryturze). Jednak niestety co 5. osoba przyznaje, że nie posiada w tym obszarze wystarczających informacji, dlatego musi się̨ radzić́ innych. Z kolei jak podaje Federacja Konsumentów, połowa z nas przyznaje, że ma przeciętną świadomość ekonomiczną. Egzamin z wiedzy o finansach zdałoby 40 proc. osób, kolejne 35 proc. musiałoby zadowolić się oceną dostateczną, a czwórką lub piątką mogłoby się poszczycić jedynie 25 proc. z nas. Z testu najsłabsze oceny uzyskałyby osoby młode, w wieku 18-34 lat, choć paradoksalnie to właśnie ta grupa najlepiej oceniła w badaniu swoją wiedzę na temat finansów[3].

Brak odpowiedniego poziomu wiedzy na temat zagadnień finansowych przekłada się na codzienne decyzje dotyczące pieniędzy podejmowane przez młodsze generacje. Bez odpowiedniej świadomości finansowej, trudno dokonywać rozsądnych wyborów i uchronić się przed długami. – Trudno oczekiwać, że osoba nieposiadająca odpowiedniej wiedzy
z zakresu finansów osobistych będzie w stanie podejmować odpowiedzialne decyzje. A od takiej niewiedzy już tylko o krok do problemów. Kredyty i inne produkty bankowe mogą być przydatnym wsparciem, o ile potrafimy umiejętnie z nich korzystać oraz świadomie ocenić naszą zdolność do spłaty zaciągniętych zobowiązań. Jeśli tego nie zrobimy, nasza niefrasobliwość może nas wiele kosztować –
zaznacza Katarzyna Kulka, ekspert Intrum.

Studencie, oto kilka wskazówek jak zarządzać swoimi finansami

Co zatem należy wiedzieć i co robić, by od samego początku odnieść sukces w zarządzaniu własnymi finansami i unikać długów? Poniżej podpowiadamy, jak zdać ten egzamin na 5+!

  1. Kontrolowanie budżetu to podstawa

Nieważne, czy jest się studentem, który utrzymuje się ze wsparcia finansowego otrzymywanego np. od rodziców, czy osobą, która zarabia pierwsze własne pieniądze, od początku trzeba dbać o pilnowanie budżetu i kontrolowanie wydatków. Niekoniecznie w tym celu musimy posiłkować się kartką i ołówkiem czy nudną tabelką w Excelu. – Młoda osoba może wybrać rozwiązania cyfrowe, które będą jej bliższe, takie jak np. dedykowana aplikacja na smartfony. Te bardziej zaawansowane są swoistymi wirtualnymi asystentami, którzy nie tylko będą pilnować tego, żeby nie wydawać więcej niż się zarabia, ale również przypomną o zapłacie rachunku za mieszkanie czy telefon i posiadają wiele innych opcji pozwalających uniknąć długów. Warto pamiętać, że nawet najlepiej przygotowany budżet nie będzie pomocy, jeżeli nie zostanie wcielony w życie i konsekwentnie egzekwowany – podpowiada Katarzyna Kulka, ekspert Intrum.  

  1. Bądź ostrożny/-a w zaciąganiu pierwszych zobowiązań finansowych

Każdy przy zaciąganiu pożyczki czy kredytu powinien odpowiedzieć sobie na pytanie – czy będzie mnie na to stać, czy będę w stanie regularnie spłacać zobowiązanie? Jest ono jeszcze ważniejsze w przypadku młodych osób, bo nie warto zaczynać dorosłego życia z długami, które określą naszą sytuacją finansową na kilka kolejnych lat.

Jeżeli już potrzebujemy zastrzyku gotówki, warto poświęcić nieco więcej czasu na wybranie najkorzystniejszej oferty kredytowej i upewnienie się, że rozumiemy wszystkie warunki wzięcia na siebie takiego zobowiązania. Spłata kolejnych rat kredytu powinna stać się stałą pozycją w regularnie przygotowywanym budżecie, aby mieć pewność, że w każdym miesiącu mamy zabezpieczone środki na ten cel.  

  1. Włącz tryb „oszczędzanie”

Może nam się to wydawać szczególnie trudne do zrealizowania, kiedy nasze przychody jako dwudziestolatków są niewielkie albo dostajemy pieniądze na utrzymanie się na studiach od rodziców. Jednak właśnie wtedy oszczędzanie jest najbardziej potrzebne. Warto również od samego początku zrządzania własną kasą wyrobić sobie „dobre” nawyki finansowe, które zaprocentują w przyszłości.

W tym przypadku nie chodzi o odmawianie sobie wszystkiego i przysłowiowe zaciskanie pasa, ale bardziej o „inteligentne” wydawanie. Jak to wygląda w praktyce? Unikajmy spontanicznych, nieprzemyślanych wydatków i zawsze trzymajmy się wyznaczonego budżetu. Koszty związane z utrzymaniem się i zakupami zawsze pochłaniają najwięcej środków, więc np. postawmy na samodzielne gotowanie, a jedzenie na mieście traktujmy jako nagrodę lub specjalne wydarzenie. Zwróćmy uwagę na wszystkie abonamenty, które opłacamy w skali miesiąca. Czy rzeczywiście jest nam potrzebny dostęp do kilku platform streamingowych z serialami? Może jest możliwość, by obniżyć rachunek za telefon? Szukajmy nawet drobnych oszczędności wszędzie tam, gdzie jest to możliwe, a nasz portfel nam za to podziękuje. – Odkładanie zaoszczędzonych nawet niewielkich kwot, da nam zabezpieczenie na wypadek tzw. czarnej godziny. Może nią być konieczność dokonania nagłych, większych zakupów lub przejściowe problemy finansowe zawiązane np. z utratą pracy. Posiadanie poduszki finansowej jest ważną częścią bycia odpowiedzialnym w dorosłym życiu – uważa Katarzyna Kulka, ekspert Intrum.  

  1. Uważaj, co podpisujesz

Opuszczenie domu rodzinnego, rozpoczęcie studiów i życia na własny rachunek będzie się wiązać z podjęciem wielu decyzji. Bez względu na to, czy podpisujemy umowę najmu mieszkania czy podłączenia Internetu w naszych czterech kątach lub kupujemy sprzęt AGD/RTV na raty itp., zawsze czytajmy dokładnie umowy. Zgodzenie się na niekorzystne warunki lub co gorsze – nierozumienie tego, co podpisujemy, może nas wiele kosztować, a przy spełnieniu się najbardziej czarnego scenariusza, wpędzić nas nawet w długi.

Uważajmy również na promocje i oferty specjalne. Prawda jest taka, że firmy po prostu chcą zarobić na swoich klientach, dlatego oferty typu „dugi telefon za 1 zł” czy „brak spłaty przez pierwszych 6 miesięcy” mogą mieć ukryte dodatkowe koszty i kiedy wczytamy się w umowie w to, co jest napisane drobnym druczkiem, okaże się, że jest tam przysłowiowy haczyk. Pamiętajmy, że każdy dodatkowy koszt przy ograniczonych dochodach i napiętym budżecie, może okazać się problemem i prowadzić do trudności finansowych. Pilnujmy również dat wygaśnięcia umów, promocji, itp. W niektórych przypadkach będziemy musieli samodzielnie zadbać np. o rozwiązanie abonamentu, bo jeżeli tego nie zrobimy, umowa się automatycznie odnowi i będziemy musieli płacić za usługę, której np. już nie chcemy przez kolejne miesiące.

[1] Dane: KRD, luty 2020.

[2] Newsletter InfoDług – Indeks Zaległych Płatności Polaków, BIG InfoMonitor, Nr 14, lipiec 2020.

[3] Badanie„Wiedza finansowa Polaków”, Federacja Konsumentów i Fundacja Rozwoju Rynku Finansowego, marzec 2020.

Ruszają prace nad polskim elektrycznym samochodem dostawczym

Polska firma technologiczna, Veramo Lab zdobyła największą liczbę punktów w kwalifikacjach do postępowania na przygotowanie w trybie zamówienia przedkomercyjnego koncepcji polskiego e-vana przeprowadzonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) programu, którego celem jest wyłonienie producentów polskich uniwersalnych pojazdów dostawczych o napędzie elektrycznym. Firma Veramo Lab w konsorcjum z niemiecką spółką Eurabus GmbH otrzymała najwyższą liczbę punktów.polski evan

Polski e-van

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) prowadzi postępowanie w trybie zamówienia przedkomercyjnego nr 22/20/PU/P66 pn. „E-van – uniwersalny pojazd dostawczy o napędzie elektrycznym kat. N1”. Projekt prowadzony jest w ramach “Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój” finansowanego ze środków Funduszy Europejskich. NCBR chce zintensyfikować rozwój technologiczny polskiego sektora motoryzacyjnego i rozwiązań stosowanych w pojazdach dostawczych. Dlatego finansuje prace badawczo-rozwojowe.

Celem programu jest wyłonienie wykonawców, którzy opracują elektryczne i wodorowe samochody dostawcze do 3,5 t z zastosowaniem innowacyjnych rozwiązań technologicznych. Nacisk na innowacyjność ma sprawić, że parametry użytkowe nowych pojazdów będą wyższe w porównaniu do osiągów pojazdów elektrycznych dostępnych obecnie na rynku. Chodzi przede wszystkim o osiągnięcie 1000 kg ładowności przy jednoczesnym zachowaniu 250 km zasięgu, w przypadku pojazdów bateryjnych (BEV) lub 400 km zasięgu w przypadku pojazdów napędzanych wodorowym ogniwem paliwowym (FCEV). Pojazd powinien też cechować się m.in. wysoką niezawodnością i trwałością, funkcjonalnym i ergonomicznym wnętrzem, nowoczesnym wyglądem oraz być oparty o uniwersalną platformę jezdną przeznaczą pod różne zabudowy specjalne.

Całkowity budżet programu e-Van obejmujący wszystkie jego etapy wynosi 52 mln zł. Do udziału w programie zgłosiło się 14 firm, jednak na ogłoszonej liście rankingowej znalazło się 10 z nich. Na pierwszej pozycji z wynikiem 86,55 pkt. na 100 możliwych znalazło się Veramo Lab z projektem Sevi – miejski elektryczny pojazd dostawczy. Po podpisaniu umów, zakwalifikowani wykonawcy przystąpią do prowadzenia podzielonych na cztery etapy prac badawczo-rozwojowych, w których będą konkurować. Do drugiego etapu z 10 aktualnych uczestników postępowania zakwalifikowane zostaną 4 firmy. W trzecim i czwartym etapie programu uczestniczyć będą tylko do 2 z nich.

Z dużym zadowoleniem przyjęliśmy ogłoszenie listy rankingowej NCBR w projekcie eVan. Potwierdza ona słuszność obranej strategii działania. W szczególności cieszy wysoka ocena kadry inżynierskiej spółki – powiedział Marcin Jastrzębski, prezes Veramo i Veramo Lab.

Polskie innowacje w elektromobilności

Veramo i Veramo Lab to spółki technologiczne, które działają w sektorze elektromobilności i magazynowania energii. Spółki specjalizują w tworzeniu zaawansowanych technologicznie podzespołów do e-autobusów i innych pojazdów tego typu, a także całych e-pojazdów. W najbliższym czasie uruchomią produkcję autobusów elektrycznych w Polsce.

W ramach przyznanej wcześniej Veramo Lab przez NCBR dotacji, firma opracowuje już projekt układu napędowego do autobusu elektrycznego z doładowywaniem z ogniwa metanolowego lub wodorowego.

Obecnie w polskich przetargach wymogiem jest dostarczenie pojazdu, który po szybkim ładowaniu będzie miał 120 km zasięgu. Natomiast szacunki pokazują, że wystarczający na cały dzień średni zasięg autobusu elektrycznego to 300-350 km. Veramo oferuje e-autobusy, które pozwalają przejechać dystans 400 km. Dzisiaj gminy i miasta kupujące autobusy z zasięgiem 120 km muszą także dokupywać szybkie ładowarki pantografowe i instalować je na pętlach autobusowych, co znacznie zwiększa koszty całej inwestycji. Ostatnio jedno z miast kupowało 10 autobusów za kwotę 25 mln. Dodatkowe 6 mln zł przeznaczone zostało na wyposażenie dwóch pętli w ładowarki. To zdecydowanie niepotrzebny koszt, bo za 2 lata takie ładowarki nie będą potrzebne – dodaje Marcin Jastrzębski, prezes Veramo.

Rynek e-autobusów jest bardzo młody – pierwszy taki pojazd miał premierę w 2010 roku. Równocześnie jest też bardzo perspektywiczny. W 2020 roku około 20 proc. nowo zarejestrowanych autobusów będzie pojazdami elektrycznymi. Dzięki temu do końca grudnia Polska powinna przekroczyć próg 100 rejestracji e-autobusów rocznie. Licząc z podpisanymi zamówieniami  po polskich drogach w najbliższym czasie poruszać będzie się 338 e-busów. Równolegle toczą się lub planowane są przetargi na kolejne 98 sztuk autobusów elektrycznych. Łącznie jest to 436 autobusów elektrycznych, które w latach 2020-2022 wyjadą na polskie ulice. Największy kontrakt zawarło MZA Warszawa. Obejmuje on łącznie 130 przegubowe elektrobusy, który mają zostać wyprodukowane do listopada 2020 roku.

Doktor Facebook = Teleznachorstwo zamiast telemedycyny

Mówi się, że w Polsce mamy 40 mln selekcjonerów piłkarskich i tyle samo lekarzy. Tymczasem okazuje się, że skłonność do wypowiadania się w sprawach, w których brakuje nam kompetencji, to nie tylko nasza narodowa domena. Specjaliści z Healthline.com biją na alarm, że pierwszym źródłem informacji o charakterze medycznym stał sie internet, a w tym – o zgrozo! – infuelncerzy.

„Zdrowie jest stanem niepewnym i nie wróży nic dobrego. Lepiej jest być sobie spokojnie chorym, wtedy przynajmniej wiemy, na co umrzemy.” – napisała Ogla Tokarczuk, polska laureatka Nagrody Nobla. Patrząc na wyniki badań, za których realizację odpowiedzialna jest firma Healthline.com, można odnieść wrażenie, że jej słowa potraktowaliśmy zbyt dosłownie i nawet najmniejszą anomalię, którą wcześniej nie zawracalibyśmy sobie głowy, staramy się samodzielnie zdiagnozować. W teb sposób punktem pierwszej pomocy stała się wyszukiwarka internetowa. Co gorsza, dla ponad połowy millenialsów i zetek to influencerzy z mediów społecznościowych są pierwszym źródłem informacji medycznych.

Po zdrowie do internetu

Dwuetapowe badanie zrealizowane przez amerykański serwis Healthline.com trwało od końca kwietnia do początku czerwca 2020 r. Badana grupa była zróżnicowana pod względem płci, wieku, pochodzenia etnicznego i miejsca zamieszkania. Autorzy badania w pierwszej kolejności skoncentrowali się na osobach z przewlekłymi schorzeniami i wpływie pandemii na ich codzienne życie. Okazało się, że wśród przedstawicieli tej grupy, najpopularniejszym źródłem informacji na temat zdrowia są specjalistyczne strony internetowe. Aż 76% ankietowanych odwiedza je jako pierwsze, szukając jakichkolwiek informacji związanych ze swoją kondycją lub samopoczuciem.

Według badania opublikowanego w lipcu przez Pew Research Center, aż 8 na 10 z badanych internautów poszukiwało w sieci informacji na temat zdrowia. To zauważalny wzrost w porównaniu z 2001, kiedy wartość ta wynosiła 6 na 10 osób. Przyczyny takie stanu rzeczy wydają się oczywiste: rozwój technologii i związana z nim popularyzacja urządzeń mobilnych – mówi Anna Lew-Starowicz, CEO internetowej przychodni Telemedika.net, która świadczy usługi zdalnych konsultacji medycznych, obejmujące m.in. wystawianie elektronicznych recept i zwolnień. – Nie zapominajmy też o rozwoju sieci, jako infrastruktury. Szybkie transfery danych umożliwiają nam realizację rzeczy, które jeszcze 20 lat temu wydawały się niemożliwe. U progu nowego milenium o połączeniach wideo wysokiej jakości, szybkim przesyłaniu zdjęć czy dokumentacji medycznej przy użyciu smartfona mogliśmy jedynie pomarzyć.

Doktor Facebook

O ile specjalistyczne strony internetowe, jeżeli chodzi o diagnozę czy porady dot. postępowania w przypadku chorób już zdiagnozowanych, rzeczywiście mogą być pewną wskazówką, to niepokojący wydaje się fakt, że wśród młodych dorosłych pierwszym źródłem informacji medycznych są platformy społecznościowe. Aż 62% millenialsów (osoby urodzone po 1980 r.) i 52% Z-ek (osoby urodzone po 1995 r.) szuka pomocy wśród influencerów, promujących się przy użyciu takich serwisów jak Facebook, Twitter czy Instagram. Generacja X (osoby w wieku 41-55 lat) zajęła trzecie miejsce za młodszymi rówieśnikami (44%).

Tymczasem, jak wskazuje Anna Lew-Starowicz, brak profesjonalnej diagnozy może skończyć się tragicznie. – W samych tylko Stanach Zjednoczonych, z powodu zaniedbania, jakim jest brak konsultacji z lekarzem, umiera rocznie około 45 tysięcy osób. To około 0.013% całej populacji. Chociaż konstrukcja systemu opieki zdrowotnej w USA jest diametralnie inna, to gdyby podobną skalę przyjąć w Polsce, uzyskalibyśmy wynik bliski 5. tysięcy osób. To ogrom żyć, które można uratować – uważa CEO Telemedika.net.

Lekarz z internetu

Domowa izolacja, spowodowana wybuchem pandemii COVID19, przyspieszyła proces cyfrowej transformacji biznesu, również tego, który funkcjonuje w ramach opieki zdrowotnej. Sektor usług medycznych, niemal z dnia na dzień, musiał stawić czoła nowym przeciwnościom. Z obawy o własne zdrowie chorzy zaczęli omijać gabinety lekarskie i wszystko wskazuje na to, że nowe nawyki zakorzenią się w społeczeństwie na dobre.

– Mylił się ten, kto sądził, że po zniesieniu lockdownu wszystko wróci do normy. Firmy z rynku zdrowia musiały dostosować swoją ofertę do nowych warunków. Telemedycyna stała się więc oczywistym rozwiązaniemmówi Anna Lew-Starowicz z Telemedika.net i dodaje: – Podczas wirtualnej konferencji Telehealth20, aż 91% uczestników wskazało na wzrost znaczenia telemedycyny w ich organizacji, począwszy od marca 2020 r. Zmiany w zachowaniu pacjentów widoczne są jak na dłoni. Zamiast stać pod gabinetem w kolejce po receptę czy L4, coraz więcej osób decyduje się załatwić sprawę wirtualnie, bez wychodzenia z domu i narażania zdrowia.

Pandemia przypomniała nam o jeszcze jednym: niedobór lekarzy w Polsce to poważny problem, z jakim walczymy od lat. Na wizytę u specjalisty w państwowej placówce trzeba czasem czekać miesiącami. W prywatnych przychodniach jest dużo lepiej, lecz nie idealnie. Bywa tak, że czas oczekiwania na konsultację ze specjalistą wynosi 2-3 tygodnie. Jak pokazują dane OECD, zgromadzone w raporcie „Health at a Glanc 2019” na 1000 Polaków przypada zaledwie 2,4 lekarzy. To najniższy wskaźnik spośród wszystkich europejskich krajów należących do OECD. Przykładowo, u naszych zachodnich sąsiadów, Niemców wartość ta wynosi niemal dwukrotnie więcej – 4,3.

Telemedycyna jawi się jako szansa na wyjście z tego impasu. Dzięki technologicznemu rozwojowi, powszechnemu dostępowi do szybkiego internetu i wysokiemu poziomowi smartfonizacji społeczeńśtwa, mamy szansę na stworzenie struktur, które pomogą nam opanować zarówno pandemiczny chaos w branży ochrony zdrowia, jak i stworzyć podwaliny pod nowy, bardziej efektywny system obsługi pacjentów – twierdzi CEO Telemedika.net. Jej zdaniem zdalne wizyty odwoływane są rzadziej, a nawet gdy tak dzieje, to optymalizacja harmonogramu lekarza przebiega sprawniej, niż ma to miejsce w przypadku tradycyjnych przychodni. W efekcie internetowi lekarze mogą przyjąć więcej pacjentów, odciążając tym samym inne placówki służby zdrowia. – Według Fundacji WHC średni czas oczekiwania na wizytę u specjalisty wynosi w Polsce blisko 3 miesiące. To wynik, który wręcz zniechęca do jakichkolwiek konsultacji medycznych – dodaje Lew-Starowicz.

Długie kolejki oraz fakt, że placówce medycznej należy stawić się osobiście, mogą być istotnymi czynnikami w procesie decyzyjnym osób, które zamiast spytać o radę specjalistę, szukają odpowiedzi w mediach społecznościowych. Dużo łatwiej jest wpisać symptomy w wyszukiwarkę internetową lub opublikować je na forum internetowym. Niestety takie działanie zbyt często sprowadza chorych na manowce. Weźmy na przykład ból brzucha. Może on oznaczać zapalenie wyrostka, niestrawność lub sto innych rzeczy. Wyszukiwarka Google na to hasło generuje około 12 milionów wyników. Internauta trafia na gors artykułów, często zawierających sprzeczne lub nieprawdziwe informacje. Lawina treści, którymi zasypuje nas internet, zdaje się nie mieć końca. Nie bez kozery lekarze ostrzegają, że bez fachowego przygotowania łatwo można dojść do niewłaściwych wniosków, zbagatelizować objawy lub wręcz odwrotnie – wpaść z ich powodu w panikę.

W interesie całego społeczeństwa jest rozwój usług telemedycznych, nie tylko pod kątem narzędzi diagnostycznych czy profesjonalizmu personelu, lecz również w obszarze user experience. Jeśli uzyskanie porady lekarza będzie prostsze niż samodzielne przeszukiwanie internetu, to dużo więcej osób będzie z nich korzystać, a co za tym idzie, twórcy naciąganych teorii medycznych utracą część potencjalnych odbiorców – podsumowuje CEO Telemedika.net.

Sondaż: 54% Polaków wolałoby dalej pracować po osiągnięciu wieku emerytalnego, żeby mieć wyższą emeryturę

Ponad połowa Polaków (54%) wolałaby dalej pracować po osiągnięciu wieku emerytalnego, żeby mieć wyższą emeryturę. Z kolei 46% chciałoby przejść na emeryturę zaraz, gdy tylko będzie to możliwe, nawet kosztem mniejszych świadczeń emerytalnych. Jednocześnie większość pracujących Polaków lubi swoją pracę (66%), a więcej takich osób jest wśród kobiet (71%) niż wśród mężczyzn (62%) – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.

Preferencje Polaków odnośnie dalszej pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego (60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn) są podzielone. Więcej jest jednak osób, które wolałyby dalej pracować, by mieć wyższą emeryturę (54%) niż tych, które wolałyby od razu przestać pracować po osiągnięciu wieku emerytalnego, mimo że ich emerytura będzie wtedy niższa niż gdyby pracowali dłużej (46%).

Zdecydowanie najwięcej osób skłonnych do dłuższej pracy jest wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej (63%) oraz Lewicy (57%). Wśród wyborców Zjednoczonej Prawicy, która
z przywrócenia niższego wieku emerytalnego uczyniła jeden z kluczowych punktów swojej strategii politycznej, jest odwrotnie i przeważają zwolennicy jak najszybszego przejścia na emeryturę (54%), nawet kosztem niższych świadczeń emerytalnych. Jednak nawet wśród wyborców koalicji rządzącej 46% osób wolałoby dłużej pracować, by mieć wyższą emeryturę.

Najwięcej osób, które wolałyby dalej pracować po osiągnięciu wieku emerytalnego, by mieć wyższą emeryturę, jest w grupie wiekowej 25-34 lata (64%). Może to świadczyć o rosnącej świadomości tych osób, dotyczącej zależności między dłuższą pracą a wyższą emeryturą oraz o fakcie, że to na młodym, pracującym pokoleniu będzie spoczywał obowiązek utrzymywania starzejącego się społeczeństwa.

Już teraz w Polsce jest prawie dwa razy więcej osób w wieku 60 plus (9,7 mln) niż osób w wieku 18-29 lat (5,3 mln). Według szacunków obecni 30-40-latkowie będą otrzymywać emerytury w wysokości ok. 30% swoich ostatnich zarobków.dalej pracować po osiągnięciu wieku emerytalnego

„Choć według badania sporo osób wolałoby przestać pracować zaraz po osiągnięciu wieku emerytalnego kosztem niższej emerytury, to jednak ponad połowa Polaków wolałaby pracować dalej, by mieć wyższe świadczenia, w tym przeważająca część osób w wieku 25-34 lata. To pokazuje, że przy odpowiedniej kampanii edukacyjnej wyjaśniającej zależność między dłuższą pracą a wysokością emerytury jest szansa, by zachęcać coraz więcej osób do dłuższej pracy. Tym bardziej, że z badania wynika, iż większość Polaków lubi swoją pracę i uważa, że jest ona wartością” – mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

Wśród badanych Polaków 55% pracuje, a 45% nie pracuje. Najwięcej pracujących respondentów jest wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej (60%), natomiast wśród wyborców Prawa i Sprawiedliwości pracuje 53% elektoratu. Co ciekawe, najmniej pracujących osób jest wśród wyborców Lewicy (46%).

Warto pamiętać, że wśród osób, które nie pracują mogą być zarówno zarejestrowani bezrobotni, emeryci, studenci, osoby chore i z niepełnosprawnościami, ale również osoby niepracujące ze względu na obowiązki rodzinne oraz takie, które mogłyby pracować, ale tej pracy nie chcą podjąć.

Zauważalna jest również zależność między poziomem wykształcenia a sytuacją zawodową. Wśród osób z wykształceniem wyższym pracuje aż 71% Polaków, podczas gdy wśród osób z wykształceniem podstawowym pracuje zaledwie 40%.status zawodowy

Badanie pokazuje także, że większość pracujących Polaków lubi swoją pracę (66%) i to w zasadzie niezależnie od swoich sympatii politycznych, choć stosunkowo najmniej entuzjastyczni są w tym zakresie zwolennicy Lewicy (59%). 75% pracujących wyborców PiS i 73% pracujących wyborców KO lubi swoją pracę.stosunek pracy

Analogicznie do powyższych wyników, większość badanych Polaków twierdzi, że praca jest dla nich bardziej wartością (55%) niż koniecznością (45%). Orientacja wartościowa jest relatywnie silniejsza wśród sympatyków PiS (62%) i KO (57%) niż Lewicy (49%).

Również więcej kobiet niż mężczyzn lubi swoją pracę (71% vs. 62%) i też więcej kobiet niż mężczyzn uważa, że praca jest dla nich bardziej wartością niż koniecznością (58% vs. 51%).czym jest praca

Nota metodologiczna: Badanie przeprowadzone dla serwisu ciekaweliczby.pl na ogólnopolskim panelu badawczym Ariadna. Próba ogólnopolska losowo-kwotowa N=1058 osób w wieku od 18 lat wzwyż. Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Termin realizacji: 18 – 21 września 2020 roku. Metoda: CAWI.

Co dalej z home office? Praca zdalna może na stałe trafić do kodeksu pracy

Pandemia koronawirusa spowodowała zmiany w trybie pracy. Pracodawcy, ze względów bezpieczeństwa i w trosce o zdrowie pracowników, polecili pracę zdalną w domowym zaciszu. Wraz z upływem kolejnych zdalnych dni pracy, zyskała ona wielu zwolenników – zarówno wśród pracodawców, jak i samych pracowników. Już wkrótce praca na „home office” może stać się podstawową formą świadczenia pracy biurowej. Ekspert z zakresu prawa pracy – radca prawny Sylwia Marciniak z MGM Kancelarii Radców Prawnych Mirosławski, Galos, Mozes w Sosnowcu wyjaśnia kwestie dotyczące ergonomii pracy oraz jej warunków i bezpieczeństwa podczas „home office”.

W obliczu pandemii, ustawodawca, w ramach tzw. tarcz antykryzysowych (tj. w ustawie z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID 19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych Dz.U.2020.374 z późn. zm.), wprowadził możliwość wykonywania przez pracowników pracy w sposób zdalny (tzw. home office).

Pracodawca, w okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii, ogłoszonego z powodu COVID-19, oraz w okresie 3 miesięcy po ich odwołaniu, w celu przeciwdziałania COVID-19, może polecić pracownikowi wykonywanie, przez czas oznaczony, pracy określonej w umowie o pracę, poza miejscem jej stałego wykonywania (praca zdalna).  Istotnym jest, że pracodawca może polecić wykonywanie pracy zdalnej, jeżeli pracownik ma umiejętności i możliwości techniczne oraz lokalowe do wykonywania takiej pracy i pozwala na to rodzaj wykonywanej pracy. To jednak po stronie  pracodawcy  leży obowiązek zapewnienia narzędzi i materiałów potrzebnych do wykonywania pracy zdalnej oraz jej obsługi logistycznej. Pracodawca może także polecić pracownikowi wykonującemu pracę zdalną prowadzenie ewidencji wykonanych czynności, uwzględniającą w szczególności opis tych czynności, a także datę oraz czas ich wykonania. Polecenie wykonywania pracy zdalnej może być w każdym czasie cofnięte przez pracodawcę.

Praca zdalna w kodeksie pracy?

Tymczasowe rozwiązanie, wprowadzone w celu przeciwdziałania COVID-19, może na stałe „zagościć” w przepisach prawa pracy. Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej przygotowuje  bowiem nowelizację kodeksu pracy, której założeniem jest kodeksowe ujęcie, a więc w sposób powszechny,  możliwości wykonywania przez pracowników pracy w ramach tzw. home office.

Przepisy o pracy zdalnej zawarte w w/w ustawie z dnia 2 marca 2020 r. stanowią skromną próbę uregulowania ważnej i tej przyszłościowej kwestii. Przewiduje się, że praca zdalna, podyktowana kwestiami bezpieczeństwa w dobie pandemii, może towarzyszyć nam jeszcze bardzo długo. Ewentualna zmiana przepisów prawa pracy wymaga uregulowania wielu istotnych i niełatwych zagadnień. Jednym z priorytetów będzie dla ustawodawcy rozwiązanie kwestii odpowiedzialności za bezpieczeństwo i higienę pracy pracownika w czasie świadczenia pracy w sposób zdalny. Art. 207 § 1 kodeksu pracy, w sposób kategoryczny określa bowiem obecnie, że za stan bezpieczeństwa i higieny pracy
w zakładzie pracy ponosi odpowiedzialność pracodawca.

Bezpieczeństwo i higiena pracy na „home office”

Praca zdalna odbywa się jednak poza zakładem pracy, a zatem poza miejscem, na którego bezpieczeństwo i warunki ma możliwość oddziaływać pracodawca. Skoro pracodawca nie ma obiektywnej możliwości wpływania na bezpieczeństwo w miejscu pracy zdalnej,
tj. w większości przypadków w domu pracownika , to nie powinien ponosić odpowiedzialności za brak zachowania bezpieczeństwa, a co za tym idzie, nie powinien odpowiadać za wypadki w domu pracownika, do których może dojść w czasie pracy zdalnej. Z drugiej jednak strony, skoro (zapewne) to pracodawca będzie ostatecznie decydować, czy polecić pracownikowi wykonywanie pracy zdalnej, ustawodawca powinien nałożyć na pracodawcę pewne obowiązki. Pracodawca powinien co najmniej  upewnić się, czy miejsce pracy zdalnej spełnia określone wymagania, pozwalające na wykonywanie pracy w sposób bezpieczny i higieniczny dla pracownika.

Do uregulowania powyższych kwestii przydatnym mogą okazać się, obowiązujące już od 2007 roku, uregulowania dotyczące telepracy (art. 6717 kp). W stosunku do telepracownika pracodawca realizuje, w zakresie wynikającym z rodzaju i warunków wykonywanej pracy, obowiązki określone w dziale dziesiątym Kodeksu pracy (tj. w Dziale Bezpieczeństwo i higiena pracy),  z wyłączeniem obowiązku dbałości o bezpieczny i higieniczny stan pomieszczeń pracy, obowiązków dotyczących obiektów budowlanych i pomieszczeń pracy oraz obowiązku zapewnienia odpowiednich urządzeń higieniczno – sanitarnych.

Koszty pracy w domu

Oczywiście kwestia bezpieczeństwa i higieny pracy w ramach pracy zdalnej  nie jest jedynym aspektem wymagającym uregulowania. Ustawodawca musi pamiętać również chociażby o tym, aby w sposób kompleksowy uregulować kwestię dodatkowych kosztów, jakie powstaną po stronie pracownika w związku z wykonywaniem przez niego pracy w domu. Do takich kosztów należą chociażby koszty zużycia energii elektrycznej i wody. Powyższe wydatki, w przypadku świadczenia pracy w zakładzie pracy, ponosi pracodawca, tym samym nie powinien ich ponosić pracownik świadczący pracę w sposób zdalny.

Jak widać, ewentualna nowelizacja Kodeksu pracy wymaga pogłębionej i rzetelnej analizy, tak aby wprowadzane zmiany nie powodowały pojawiania się wątpliwości w stosunku pracy, lecz wątpliwości te usuwały.

Zielony ład w Szczecinie, a gospodarka. Przedsiębiorcy będą dyskutować o energetyce

– Nasze zaproszenie przyjął szereg firm zarówno z Polski, Niemiec jak i Czech i w tym międzynarodowym gronie będziemy dyskutowali o zielonym ładzie oraz ekologii i energetyce. Będą rozmaici prelegenci, przedsiębiorcy, europarlamentarzyści, samorządowcy. Głównym tematem będzie wymiana gospodarcza w ramach green dealu, a kolejną sprawą partnerstwo międzynarodowe wzmocnione czasem pandemii koronawirusa. Chcemy zacieśniać współpracę, pandemia pokazała nam jak bardzo potrzebna nam korelacja na wszystkich płaszczyznach – mówi dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Piotr Wolny.

Ponadto konferencja daje możliwość wymiany pomysłów w obszarze tematycznym efektywności energetycznej, energii odnawialnych, geotermii, rozwiązań dotyczących zaopatrywania w energię cieplną poszczególnych kawartałów mieszkaniowych lub przemysłowych i elektromobilności w celu realizacji wspólnych projektów.

Dlaczego przedsiębiorcy z Polski i Niemiec powinni współpracować? „Granica jest tylko na papierze”

Czwartkowa konferencja i udział w nich przedsiębiorców z Pomorza Zachodniego i Niemiec jest doskonałym dowodem na to, że współpraca gospodarcza na pograniczu powinna być jak najszersza, bo przynosi obopólne korzyści:  – Od lat nie ma granicy między Polską, a Niemcami. To granica tylko na papierze. Tworzymy Euroregion Pomerania, współpracujemy z Izbami z pogranicza realizując kolejne, bardzo interesujące pomysły jak np. konferencja dotycząca zrównoważonego rozwoju w naszym euroregionie. Planujemy kolejne inicjatywy oraz projekty o charakterze transgranicznym. Jestem przekonany, że większość naszych przedsiębiorców docenia jak istotne jest informowanie o ekologicznych rozwiązaniach, które mogą być stosowane również w ich firmach. Nasze pomysły będą nabierać nie tylko formuły konferencji i spotkać, ale być może także wizyt studyjnych czy wyjazdów zagranicznych. Pomysłów jest wiele, ale ich realizacja jest w dużej mierze uzależniona od sytuacji międzynarodowej. Chcielibyśmy przeprowadzić wiele projektów i patrzymy na nową perspektywę unijną z dużą nadzieją – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Wydarzenie jest organizowane przez Izby Przemysłowo-Handlowe Neubrandenburga i Wschodniej Brandenburgii we Frankfurcie nad Odrą oraz dalszych partnerów.
Udział w konferencji jest bezpłatny. Początek o godzinie 10:00 w Hotelu Novotel.

Na wydarzenie serdecznie zapraszamy dziennikarzy i fotoreporterów.

ANALIZA: Hipermarkety zdecydowanym liderem cen warzyw. Najdrożej jest dyskontach

Analiza cen: Warzywa są najtańsze hipermarketach. Na niektórych produktach różnice sięgają nawet 80%. Najdroższe warzywa Polacy kupują w woj. w pomorskim, opolskim i podkarpackim. Najtańsze warzywa Polacy kupują w woj. mazowieckim, lubelskim i dolnośląskim

Z ogólnopolskiej analizy cen detalicznych wynika, że najtańsze warzywa Polacy kupują w hipermarketach. Z kolei najdrożej jest w dyskontach. Różnica jest spora, bo wynosi aż 19%. Największe rozbieżności są w przypadku buraków, ziemniaków i selera. Najmniejsze widać na przykładzie papryki, ogórków i cukinii. Natomiast ceny w poszczególnych województwach różnią się średnio tylko o 6%. Najtaniej jest w woj. mazowieckim, lubelskim i dolnośląskim, a najdrożej – w pomorskim, opolskim i podkarpackim.

Jak wynika z ogólnopolskiej analizy średnich cen detalicznych, wykonanej przez Hiper-Com Poland oraz UCE RESEARCH, najtańsze warzywa konsumenci mogą kupić w hipermarketach. Na kolejnych pozycjach są supermarkety i sieci cash&carry. Przedostatnie miejsce zajmują sklepy convenience. Natomiast zdecydowanie najdrożej jest w dyskontach. Różnica między nimi i hipermarketami wynosi 19%.

– Hipermarkety walczą o przetrwanie po pandemii, bo duża część ich sklepów była zamknięta ze względu na lokalizację w centrach handlowych. Przekłada się to na agresywną strategię promocyjną, obejmującą m.in. warzywa. Natomiast dyskonty świetnie sobie poradziły w czasie lockdownu, np. uruchamiając dostawy z zewnętrznymi partnerami. Mogły zatem pozwolić sobie na niższy nacisk na promocje cenowe – wyjaśnia Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland.

Największe różnice w cenach widać po takich artykułach, jak buraki – 77%, ziemniaki – 63%, seler – 60%, a także pomidory – 52%. Dr Maria Andrzej Faliński ze Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego podkreśla, że wszystkie analizowane warzywa były sprzedawane luzem na wagę. Zatem główne znaczenie miały źródła zaopatrzenia. Decydowały one o odległości od dostawców do producentów i długości łańcucha dostawy. Liczył się też tani import.

– Buraki czy ziemniaki, w odróżnieniu np. od sałaty, dłużej pozostają świeże. Sklepy wielkopowierzchniowe mogą więc zaopatrywać się w nie w większych ilościach bez obawy, że się zwyczajnie zepsują. To z kolei obniża cenę tych produktów w największych placówkach – komentuje dr Krzysztof Łuczak z Grupy BLIX.

Z kolei najmniejsze różnice są widoczne w przypadku takich warzyw, jak papryka – 6%, ogórki – 14%, a także cukinia – 17%. – Ceny ww. warzyw kształtuje głównie stały popyt na nie. Znaczenie mają też wymagania dot. magazynowania, transportu i ekspozycji – tłumaczy dr Faliński.

Zaobserwowano również, że ceny w poszczególnych województwach różnią się od siebie średnio o 6%. Najtaniej jest w mazowieckim, lubelskim i dolnośląskim. Z kolei najdrożej jest w pomorskim, opolskim oraz podkarpackim.

– 6% to dość umiarkowana różnica w cenie. Może ona wynikać z faktu, że główne uprawy znajdują się w mazowieckim, lubelskim oraz dolnośląskim. Woj. podkarpackie czy pomorskie nie są w czołówce, jeśli chodzi o produkcję warzyw. Koszty logistyczne zdecydowanie mogą wpływać na różnice w cenach na terenie całego kraju – podsumowuje dr Łuczak.

Analizę wykonali eksperci z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz UCE RESEARCH. Porównano średnie ceny rabatowe z całego pierwszego półrocza br. Sprawdzono wyniki kilkudziesięciu najczęściej promowanych w sklepach warzyw sprzedawanych luzem na wagę. W sumie sprawdzono ponad 32 tys. akcji promocyjnych oraz 1,8 tys. gazetek handlowych we wszystkich dostępnych na rynku dyskontach, hipermarketach, supermarketach, sieciach convenience i cash&carry.

Światło na końcu tunelu

Po silnych spadkach wycen ryzykownych aktywów i gwałtownej redukcji pozycji przychodzi moment na klasyczne odbicie, ale zaplecze informacyjne pozostaje niekorzystne, więc w pewnym momencie pojawi się presja na wygaszanie rajdu. Chyba że pojawi się mocny argument do poprawy nastrojów.

Wybory prezydenckie w USA pozostają ogniskiem większości ryzyk nawiedzających rynki finansowe i pod tym kątem pierwsza debata Trump-Biden w nocy z wtorku na środę będzie w centrum uwagi. Najprawdopodobniej spór o nominację do Sądu Najwyższego będzie głównym tematem do generowania nagłówków, choć z perspektywy rynków kluczowe może być, jak prezydent Trump odniesie się do respektowania wyniku wyborów. Biorąc pod uwagę specyficzność tegorocznego procesu wyborczego, gdzie spora ilość głosów wysłanych pocztą będzie spływać po 3 listopada, nawet jeśli wstępny wynik jednoznacznie wskaże na zwycięstwo Bidena, Trump może kwestionować rezultat i dążyć do rozstrzygnięcia w Sądzie Najwyższym, gdzie w ten weekend zarekomendował ultrakonserwatywną sędzię. Wątpliwe, aby rynki finansowe miały teraz dyskontować wiarę w gładki przebieg wyborów.

Innym tematem jest uchwalenie pakietu fiskalnego w Kongresie, ale obecnie to wciąż bardziej pole dla marzeń niż podparte solidnymi faktami kalkulowanie prawdopodobieństwa. W weekend zachęcająco wybrzmiały słowa przewodniczącej Izby Reprezentantów Pelosi, że porozumienie w sprawie pakietu fiskalnego jest nadal możliwe i zasugerowała, że Demokraci złożą sekretarzowi skarbu Mnuchinowi nową „propozycję”. Tylko że wymiana propozycji ciągnie się od lipca bez żadnych konkretnych postępów. Jeśli się coś ruszy, będzie to silny impuls do poprawy nastrojów, głównie na Wall Street, choć giełda w Nowym Jorku dyktuje sentyment dla innych klas aktywów i pozwoli zahamować ucieczkę kapitału w USD. Jeśli w tym tygodniu miałbym czekać na silny pretekst dla zmienności, to właśnie na informację o międzypartyjnym porozumieniu.

Na starcie tygodnia dobrze radzi sobie funt. Optymizm w sprawie brexitu bierze górę z pomocą weekendowej prasy. W tym tygodniu odbędzie się kolejna runda formalnych negocjacji w sprawie umowy handlowej między Wielką Brytanią i UE, a w Daily Mail pojawił się artykuł sugerujący, że widać „światło na końcu tunelu”. Gazeta podkreśla, że jeśli rozmowy w tym tygodniu przebiegną pomyślnie, negocjatorzy mogą rozpocząć proces finalizowania umowy i strony „mają nadzieję wejść do tunelu”, a wówczas ostateczne szczegóły umowy zostaną ustalone w całkowitej tajemnicy w ciągu kolejnych dwóch tygodni. To by oznaczało, że udałoby się przygotować umowę na szczyt UE w połowie października i 15 października termin wyznaczony przez premiera Johnsona. Optymistyczny scenariusz, którego rynek nigdy nie wykluczał, ale w który w ostatnich dniach zaczął wątpić pod naporem pesymizmu z innych źródeł. Jednak na co zawsze można liczyć, to na nieznikającą chęć Brukseli do polubownego rozstrzygania sporów choćby na ostatnią chwilę i niezależnie od tego, jak irytujące jest zachowanie drugiej strony.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Finansowa rzetelność Polaków drastycznie spadła podczas pandemii. Niemal połowa jest skłonna usprawiedliwić niespłacanie długów

Co dziesiąty Polak uważa, że zwracanie długów nie jest bezwzględnym obowiązkiem moralnym. To prawie trzy razy więcej niż zaledwie cztery lata temu – wynika z badania „Moralność finansowa Polaków” Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce. Niemal połowa badanych przyznała, że mogłaby usprawiedliwić nieetyczne zachowania finansowe, a to ponad dwa razy więcej niż w 2018 roku. Odsetek ten wyraźnie wzrósł w czasie pandemii. Najwięcej osób jest skłonnych tolerować pracę na czarno i przepisywanie majątku na rodzinę, aby uniknąć spłaty długów, ale wielu rodaków akceptuje także płacenie gotówką „bez rachunku” i zatajanie informacji w celu pozyskania kredytu lub pożyczki.

– Badania nad moralnością finansową Polaków prowadzimy od 2016 roku. Fundamentalnym pytaniem, które zadajemy, jest: czy oddawanie długów jest zawsze obowiązkiem moralnym. I w ciągu tych czterech lat nastąpił drastyczny spadek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Czugan, prezes zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce. – W 2016 roku odsetek respondentów, którzy odpowiedzieli: „tak, jest obowiązkiem moralnym”, wynosił 96,5 proc. Następnie nieznacznie spadł, żeby w 2018 i 2019 roku uzyskać poziom blisko 94 proc. W 2020 roku obserwujemy spadek tego wskaźnika do poziomu ponad 89 proc. 

Wzrósł natomiast wskaźnik akceptacji nieetycznych zachowań finansowych. W badaniu przeprowadzonym w czasie pandemii niemal 46,2 proc. pytanych było skłonnych usprawiedliwić niespłacanie zobowiązań (w ubiegłym roku było to nieco powyżej 40 proc., a w poprzednich latach nawet około 20 proc.). Na nastroje społeczne wpływały takie okoliczności jak okres lockdownu, niepewność jutra związana z nadchodzącym kryzysem gospodarczym, ewentualną utratą pracy czy ograniczenia w poruszaniu się. Do tego dochodziła obawa o zdrowie. Blisko 75 proc. badanych przyznało też, że ich sytuacja finansowa pogorszyła się w tym czasie.

– Największe przyzwolenie społeczne – tak odpowiedziało 2/3 respondentów – ma praca na czarno po to, żeby uniknąć ściągania długów z pensji. Kolejne niechlubne miejsce zajmuje przepisywanie majątku na rodzinę. Następnie bardzo groźne zjawisko, mianowicie płacenie gotówką bez pobierania paragonów w celu uniknięcia płatności podatku VAT – wymienia Marcin Czugan. – Kolejne dwa miejsca to jest coś, co nas finansistów boli najbardziej – niemal połowa respondentów jest w stanie zaakceptować nieczytanie umów i ich podpisywanie, jak również zatajanie informacji w celu uzyskania kredytu czy pożyczki.

Uzasadnienie takiej postawy konsumenci znajdują w pogorszeniu swojej sytuacji materialnej, podobnych zachowaniach obserwowanych u innych osób czy nieskutecznym działaniu państwa.

– Część respondentów dostrzega jednak, że podpisywanie umów bez znajomości jej treści czy też zatajanie informacji w celu uzyskania pożyczki jest złe. Spośród nich niemal 1/3 uważa, że nie ma usprawiedliwienia dla takich zachowań, a ponad 20 proc. uznało, że to się po prostu nie opłaca. Na koniec dnia nie opłaca się to nikomu. System finansowy to naczynia połączone. W ślad za zachowaniem nieetycznym idzie niespłacanie zobowiązań, a to z kolei  bezpośrednio wpływa na kondycję gospodarki – przestrzega prezes ZPF.

Mobilizująco na dłużników działa wpis do rejestru dłużników. Z raportu wynika, że coraz więcej osób jest świadomych istnienia takich narzędzi i konsekwencji związanych z figurowaniem w nim. Wiele firm, zanim podpisze z klientem kontrakt czy umowę, sprawdza jego rzetelność płatniczą w biurach informacji gospodarczej. Zaległości finansowe mogą więc spowodować, że będziemy mieć utrudniony dostęp do wielu produktów czy usług.

– Już niemal dziewięciu na dziesięciu Polaków wie, czym są biura informacji gospodarczej, a należy zaznaczyć, że prowadzą one rejestry dłużników zarówno wśród konsumentów, jak i przedsiębiorców – mówi Halina Kochalska, ekspertka Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor, które było partnerem raportu ZPF. – Do BIG InfoMonitor wpisanych jest ponad 2,5 mln podmiotów z zaległościami wynoszącymi ponad 50,8 mld zł. Zdecydowaną większość stanowią konsumenci – to ponad 2,25 mln osób, które nie spłacają swoich zobowiązań terminowo. Około 250 podmiotów to firmy. Do nich należy około 10 mld zł zaległości, a do konsumentów ponad 40 mld zł. 

Liczba niesolidnych dłużników cały czas rośnie, a podczas lockdownu te przyrosty przyspieszyły, zwłaszcza w kwietniu. W kolejnych miesiącach przedsiębiorcy zaczęli mocno oszczędzać, korzystać z pomocy państwa czy wakacji kredytowych, dzięki czemu maj, czerwiec i lipiec były już całkiem niezłe. Z kolei w przypadku konsumentów w II kwartale przybyło ponad 2 mld zł zaległości. To ponadtrzykrotnie więcej niż w zeszłym roku w tym okresie i tyle samo co w I kwartale 2020 roku, tradycyjnie najsłabszym po bożonarodzeniowych i wyprzedażowych wydatkach.

– Wśród zgłoszonych przez wierzycieli kwot są zaległości z tytułu nieopłaconych rachunków telekomunikacyjnych, czynsze, alimenty, różnego rodzaju polisy ubezpieczeniowe, o których kolejnych ratach zapominamy lub nie mamy na nie pieniędzy – wskazuje Halina Kochalska. – Są tam też zaległości związane z nieopłaconymi leasingami, faktoringami, kredyty czy pożyczki, ale w niewielkim stopniu. Są też zaległości zgłoszone przez firmy windykacyjne, które odkupują długi od wielu instytucji na rynku i później zgłaszając dłużników do rejestru, starają się bardziej zmobilizować ich do zwrotu.

Blisko połowa Polek ma choroby skóry. Wiele z nich bagatelizuje problem i nie zgłasza się po pomoc do specjalisty

Ponad 2/3 Polek ma problemy z cerą, a blisko połowa zmaga się z chorobami skóry. Wiele kobiet jednak bagatelizuje te dolegliwości. Jedynie 40 proc. decyduje się na skorzystanie z pomocy specjalisty wtedy, kiedy wystąpią pierwsze objawy choroby. U lekarza pojawiają się po ponad trzech i pół roku po zauważeniu pierwszych problemów – wynika z badania „Polki w swojej skórze”. Tymczasem im szybsza diagnoza i wdrożenie leczenia, tym większa szansa na zaleczenie objawów choroby, ale też poprawę samopoczucia. Tak jest np. w przypadku trądziku różowatego, na który cierpi 3 proc. kobiet.

– Trądzik różowaty najczęściej na początku to przemijający rumień, który występuje pod wpływem różnych emocji lub podczas gwałtownych zmian temperatur. W późniejszym okresie on się utrwala, widoczne są również rozszerzone naczynia krwionośne czyli teleangiektazje, a zmiany zapalne, czyli grudki i krostki, rozwijają się właśnie na tle rumienia – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Ivana Stanković, lekarz dermatolog.

Jak wynika z badania „Polki w swojej skórze” przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia w ramach kampanii „Róż się do lekarza”, aż 2/3 Polek ma problemy z cerą, najczęściej z wypryskami i zaskórnikami. 43 proc. zmaga się z chorobami skóry takimi jak trądzik, suchość skóry i cera naczynkowa. Trądzik różowaty dotyka ok. 3 proc. pań. Najczęściej dotyczy strefy „T”, czyli czoła, nosa i brody, ale też części policzków. Początkowo bywa bagatelizowany, bo pierwszym objawem jest zaczerwienienie skóry pod wpływem różnych czynników.

– Rumienia przemijającego w zasadzie nikt nie kojarzy z trądzikiem różowatym. Jeżeli jednak o to się nie zadba, to w perspektywie kilku miesięcy lub lat ten rumień się utrwali – wskazuje dr Ivana Stanković.

Świadomość tej choroby jest wśród pań dosyć wysoka. Prawie 70 proc. badanych deklaruje, że o niej słyszało, ponad połowa umie prawidłowo wskazać dwa z trzech objawów, a tylko 1/4 badanych wszystkie trzy objawy. Kobiety mają też wiedzę na temat sposobów leczenia trądziku różowatego. Jednocześnie respondentki przyznają, że często bagatelizują problemy skórne, próbując raczej radzić sobie z nimi kosmetykami niż lekami po zasięgnięciu opinii specjalisty. W przypadku trądziku różowatego większość chorych trafia do dermatologa wówczas, gdy zmiany skórne są już bardzo widoczne. Średnio zajmuje to ponad trzy i pół roku po zauważeniu pierwszych objawów.

Tymczasem im szybciej rozpoczęte leczenie, tym większa szansa na zminimalizowanie objawów choroby. Leczenie rumienia utrwalonego jest znacznie trudniejsze niż przemijającego, a zmiany skórne są trudne do zniwelowania. Choć na trądzik różowaty nie ma skutecznego lekarstwa, a choroba jest przewlekła, to przy wczesnym rozpoznaniu części zmian skórnych można uniknąć.

– Jeżeli to jest wyłącznie rumień utrwalony, ustalamy pielęgnację – pacjent dostaje leczenie miejscowe w postaci kremów na receptę – oraz program ewentualnych zabiegów, które mogłyby ten rumień usunąć. Jeżeli natomiast mamy zmiany zapalne, grudki i krostki, często terapię zaczynamy od leczenia ogólnego i jest to zazwyczaj antybiotykoterapia doustna – wskazuje lekarz dermatolog.

Problemom z cerą, zwłaszcza poważniejszym chorobom, towarzyszą negatywne emocje: przede wszystkim złość (53 proc.), przygnębienie (22 proc.) czy wstyd (18 proc.). Kobiety często czują się mniej pewne siebie i mniej atrakcyjne, co utrudnia nawiązywanie nowych relacji.

– Niejednokrotnie bywa tak, że w przypadku niepomyślnej diagnozy kobiety nie potrafią poukładać na nowo swojego życia, pojawia się dużo trudnych emocji związanych z lękiem, ze smutkiem, z brakiem społecznego wsparcia nawet ze strony rodziny i znajomych. Nagromadzenie tych trudnych doświadczeń może doprowadzić nawet do powstania depresji – przekonuje Anna Kędzierska, psycholog i coach.

Tym bardziej że zmienia się także sposób postrzegania chorych przez otoczenie. Z badania „Polki w swojej skórze” wynika, że osoby o niskiej wiedzy dotyczącej trądziku różowatego niesłusznie kojarzą oznaki choroby z zaniedbaniem, lenistwem, a nawet ze skutkami choroby alkoholowej.

– Na przestrzeni ostatnich dwóch lat dwukrotnie – do blisko 40 proc. – wzrosła liczba osób deklarujących, że mają trudność w budowaniu relacji z ludźmi, którzy mają zmiany skórne. Wolą jednak trzymać się z daleka, bo obawiają się zarażenia, nie bardzo rozumieją, co taka choroba skóry oznacza – podkreśla Anna Kędzierska.

Chęć uniknięcia kontaktu z osobą chorą wzrasta wraz z natężeniem objawów. Przy lekkich zmianach skórnych 37 proc. osób wolałoby unikać kontaktu z taką osobą, a przy nasilonych objawach deklaruje to już 66 proc. badanych.

– Niejako z automatu unikamy kontaktu z ludźmi, którzy wyglądają inaczej i wystarczą zmiany skórne, żeby drugiego człowieka etykietkować jako kogoś niegodnego uwagi, mniej wartościowego – tłumaczy psycholog i coach.

Problemem dla chorych jest również to, że często muszą zmienić swoje życie i dotychczasowe przyzwyczajenia – unikać słońca, stosować tylko określone kosmetyki, przestrzegać diety, np. unikać gorących i ostrych potraw oraz alkoholu.

– Najskuteczniejsze i udowodnione jest działanie rutyny. To składnik, który znajduje się np. w gryce. Z kolei działanie przeciwzapalne mają imbir, kurkuma, ale też kwasy omega-3, czyli dobre kwasy tłuszczowe, które są w siemieniu lnianym, rybach morskich albo w produktach roślinnych zielonych, liściastych – wymienia Agata Ziemnicka-Łaska, dietetyk, psycholog.

Jak przekonuje ekspertka, dieta ma znaczący wpływ na stan naszej skóry. Osoby cierpiące na trądzik różowaty muszą na nią uważać szczególnie, bo nawet zdrowe produkty mogą spowodować nasilenie objawów trądziku. Warto też sięgnąć po suplementację witaminy D czy kwasów omega-3.

– Najpierw należy skupić się na tym, czego w diecie unikać. Jak już wiemy, co nam szkodzi, a z czym się czujemy dobrze, warto wprowadzić do diety produkty odżywiające i wzmacniające. Jak już tego się nauczymy, to można wtedy rozpocząć suplementację. Dajmy sobie czas, nawet 10 miesięcy, na powolne obserwowanie i wprowadzanie zmian – radzi Agata Ziemnicka-Łaska.

Trzecia edycja kampanii edukacyjnej „Róż się do lekarza”, zainicjowana przez firmę Galderma, skierowana jest do kobiet znajdujących się w grupie ryzyka zachorowania na trądzik różowaty. Działania mają na celu zwiększenie świadomości na temat trądziku różowatego, zachęcenie do konsultacji niepokojących objawów choroby z lekarzem oraz zwrócenie uwagi na społeczno-psychologiczny aspekt problemu. Patronat nad kampanią objęło Polskie Towarzystwo Dermatologiczne.

Koronawirus może przyspieszyć największe projekty infrastrukturalne. Do 2025 roku planowanych jest 25 megainwestycji na kwotę niemal 300 mld zł

Megainwestycje infrastrukturalne mogą być szansą na wyjście z kryzysu gospodarczego. – Koronawirus okazuje się być dobrym energy drinkiem, dzięki któremu na rynek wtłoczymy więcej inwestycji – ocenia Tomasz Żuchowski, p.o. Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad. Obecnie, jak wynika z raportu firmy Spectis, w trakcie realizacji znajdują się cztery megainwestycje, których budżet przekracza 3 mld zł. Docelowo do 2025 roku ma ich być 25 o łącznej wartości blisko 300 mld zł.

– W ostatnim czasie mówimy, że chcemy inwestować, i zawsze moglibyśmy więcej. Koronawirus jest dobrym energy drinkiem, który powoduje, że wszystkie inwestycje, które można zrealizować, chcemy wtłoczyć teraz na rynek, wiedząc, że część branż nie ma siłą rzeczy możliwości takiego rozwoju, jakie miała przed marcem tego roku – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Żuchowski.

Największe inwestycje mogą być szansą na wyjście z kryzysu wywołanego koronawirusem. Szacuje się, że w tym roku spadek PKB sięgnie 3–4 proc.

– Inwestycje drogowe, kolejowe, lotnicze czy energetyczne są szansą dla wielu firm, które budują, oraz dla tych podmiotów, które potem będą z tej infrastruktury korzystały. Liczę, że to, co realizujemy obecnie i co planujemy w przyszłości, przyniesie owoce zarówno z punktu widzenia firm, które dzisiaj to realizują, jak i wzrostu PKB, który ma przełożenie na dalszy rozwój gospodarczy kraju, a także zostanie to docenione przez mieszkańców i obywateli – przekonuje p.o. Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad.

Jak wynika z raportu Spectis „Rynek budowlany w Polsce 2020–2025 – analiza 16 województw”, w trakcie realizacji znajdują się cztery megainwestycje, których budżety przekraczają 3 mld zł. To realizacja projektu Polimery Police w zakładach chemicznych Grupy Azoty oraz budowy nowych bloków w elektrowniach w Jaworznie, Bogatyni i Ostrołęce. Budżet czterech projektów opiewa łącznie na 17 mld zł.

Raport Spectis wskazuje, że do 2025 roku takich dużych inwestycji w Polsce ma być 25, a ich łączny budżet wyniesie 295 mld zł. To m.in. budowy nowych dróg, tras kolejowych czy wodno-transportowych. Budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego odpowiada za ok. 12 proc. wartości planowanych megainwestycji (35 mld zł). Wśród nich są także projekty energetyczno-przemysłowe – ok. 70 mld zł przewidziano na budowę na Pomorzu bloków jądrowych, z kolei na realizację dwóch pierwszych morskich farm wiatrowych może trafić ok. 50 mld zł.

– Ważne są działania, które w szerokim zakresie podejmują zarządcy infrastruktury, czy to gazowej, drogowej, kolejowej, lotniczej, czy energetycznej, jak również inwestycje samorządowe. Jeżeli to wszystko zepniemy w jeden łańcuch gospodarczy, to wyjdziemy z tego obronną ręką – ocenia Tomasz Żuchowski. – Rzeczy wielkie muszą kosztować i muszą być trudne. I na tym się skupiam. Jeżeli wszyscy podejdziemy do tego w ten sposób, to za 10 lat będziemy mogli powiedzieć, że dokonaliśmy dużego dzieła.

Jednym z istotniejszych projektów infrastrukturalnych jest Program Budowy Dróg Krajowych i Autostrad do 2025 roku, którego realizacja ma pomóc podomykać istotne szlaki transportowe. Z kolei w ramach rządowego Programu budowy 100 obwodnic na lata 2020–2030 powstaną obwodnice o łącznej długości ok. 820 km. GDDKiA zapowiedziała, że w przyszłym roku ogłosi przetargi, które obejmą łącznie 660 km dróg krajowych (28 odcinków dróg ekspresowych i obwodnic). Szacowana wartość ich realizacji to ponad 17 mld zł.

– Myślimy o tym, żeby skutecznie zrealizować Program Budowy Dróg Krajowych i Autostrad do 2025 roku, czyli podomykać odcinki, żeby nie było białych plam. Mamy przed sobą portfolio Programu budowy 100 obwodnic, to kolejne 30 mld zł, które trzeba zrealizować. Szykujemy się już na nową perspektywę finansową i na dalsze wyzwania – mówi p.o. Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad.

Dynamiczne tempo zmian technologicznych to duże wyzwanie dla firm. Pomocna może być cyfrowa platforma oparta na superszybkich serwerach

Cyfrowa transformacja biznesu jest już koniecznością. Jej tempo w trakcie pandemii jest jednak tak szybkie, że część firm weszła w stan tzw. impasu cyfrowego i przestała się rozwijać ze względu na bariery technologiczne czy finansowe. Przedsiębiorstwa przestają nadążać za koniecznością ciągłego ulepszania swojej infrastruktury IT, tak żeby zapewniała jak największą efektywność i bezpieczeństwo. Ten problem chce rozwiązać IBM – technologiczny gigant wspólnie ze środowiskiem programistów stworzył platformę LinuxONE. Dzięki dużym mocom obliczeniowym po jej wdrożeniu operacje biznesowe mogą przyspieszyć nawet o ponad 400 proc.

– Rewolucja cyfrowa na naszych oczach zmienia rynki i sposób działania firm. Jej szybkie tempo stanowi jednak spore wyzwanie dla osób odpowiedzialnych zarówno za biznes, jak i za zapewnienie odpowiednich narzędzi technologicznych, aby organizacja mogła z sukcesem konkurować na szybko zmieniających się rynkach – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Chmielewski, senior solution architect w Goldenore.

Podstawą strategii transformacji cyfrowej w firmach jest nowoczesna infrastruktura IT. Musi się ona charakteryzować m.in. dużą wydajnością, bezpieczeństwem i elastycznością, a przy tym wspierać nowe technologie takie jak blockchain czy machine learning. Z drugiej strony powinna być opłacalna w utrzymaniu i konkurencyjna wobec modelu świadczenia infrastruktury IT jako usługi.

– Posiadanie odpowiednich technologii, które pozwalają na wydajne, bezpieczne i stabilne przetwarzanie danych, może stanowić o przewadze rynkowej, zwłaszcza w przypadku średnich i dużych przedsiębiorstw. Widać wyraźnie, że kluczową rolę zaczynają odgrywać właśnie takie rozwiązania, których zastosowanie nie wymaga nadmiernego angażowania zasobów ludzkich, a do tego są proste, skalowalne i odporne na awarie – mówi Wojciech Chmielewski.

Głównym kierunkiem cyfrowej transformacji w ostatnich latach była chmura, która zapewnia elastyczność i dostęp do mocy potrzebnych do uruchamiania aplikacji. Do tej pory firmy wykorzystują ją jedynie do ok. 20 proc. operacji. Część przedsiębiorstw obawia się m.in. o bezpieczeństwo i integralność swoich danych oraz koszty i trudności związane z tym procesem. Tymczasem – jak wskazuje w kwietniowym raporcie „Ekonomika nowoczesnych platform sprzętowych wspierających transformację cyfrową” IDC Polska – tylko do 2023 roku w regionie EMEA powstanie 100 mln nowych aplikacji, a 30 proc. aplikacji produkcyjnych będzie stworzonych pod chmurę.

– Pewnym standardowym oczekiwaniem jest obecnie dostęp do przeanalizowanych danych w czasie rzeczywistym. Firmy chcą, aby bez względu na lokalizację oraz różnorodność technologiczną i biznesową systemów informatycznych aktualne dane były dostępne „tu i teraz”. Koncentracja na tych aspektach nie może jednak wykluczać dbałości o ciągłość przetwarzania danych, bo przerwanie jej, utrata danych albo ograniczenie dostępu do nich są destrukcyjne zarówno dla przedsiębiorstw, jak i ich klientów – przekonuje ekspert Goldenore.

Firmy, które potrzebują dużych mocy obliczeniowych, często korzystają z rozwiązań hiperkonwergentnych (HCI) składających się m.in. z serwerów x86, pamięci masowych, urządzeń sieciowych oraz oprogramowania do zarządzania i automatyzacji procesów. Z drugiej strony jednak część organizacji zaczyna od nich odchodzić, ponieważ przestają być wystarczające. Skalowanie systemów HCI zwiększa awaryjność, zmniejsza wydajność i utrudnia zarządzanie.

– Chcąc stworzyć platformę wirtualizacyjną opartą np. na rozwiązaniach x86, budujemy wieloserwerowe klastry. Zakładamy awaryjność zarówno pojedynczych komponentów serwera x86, jak i całego serwera. Zwiększanie liczby serwerów zwiększa złożoność, awaryjność i utrudnia zarządzanie klastrem, dlatego takie rozwiązania przestają wystarczać. Skalowanie systemów HCI jest możliwe, ale często stwarza problemy związane z wydajnością, która nie rośnie liniowo wraz z dodawaniem nowych modułów serwerowych – tłumaczy Wojciech Chmielewski. – Takie problemy nie występują jednak w przypadku platformy IBM LinuxONE. Raz włączony do użytkowania serwer nie wymaga wyłączenia, a awarie sprzętowe są naprawiane są bez przestoju.

LinuxONE to platforma, którą technologiczny gigant IBM rozwijał przez ostatnich 20 lat we współpracy ze środowiskiem open source. Rozwiązanie kierowane jest do firm, które potrzebują dużych mocy obliczeniowych oraz optymalizacji kosztów.

 Platforma zbudowana jest na podstawie najnowszych procesorów IFL (Integrated Facility for Linux). W połączeniu z zasadami licencjonowania baz danych ma to przynieść klientom wymierne oszczędności. W najbardziej rozbudowanej wersji LinuxOne może mieć 190 rdzeni i 40 TB pamięci RAM, a stała wydajność jest gwarantowana nawet przy wysokim obciążeniu sięgającym ok. 85 proc. To rozwiązanie przygotowane jest do wdrażania projektów, które wykorzystują duże systemy bazodanowe, transakcyjne, systemy IoT lub blockchain – wymienia ekspert Goldenore. – Zapewnia szybkie szyfrowanie danych statystycznych, które nie wpływa na wydajność systemu, oraz przesyłanych lub wymienianych między różnymi elementami infrastruktury.

Główne cechy LinuxONE to skalowalność, łatwy i szybki backup oraz kopiowanie dużych wolumenów danych z różnych źródeł, co ułatwia rozwijanie oprogramowania czy zaawansowaną analizę danych. Według IBM platforma pozwala zmniejszyć powierzchnię serwerowni o 85 proc., ograniczyć koszty zużycia energii do 80 proc, oraz zredukować koszty na licencje bazodanowe o 90 proc.

– LinuxONE III zwiększa szybkość firmowych operacji na niespotykaną dotąd skalę. Platforma jest wykorzystywana w różnych branżach na całym świecie. Została stworzona głównie z myślą o średnich i dużych firmach, które charakteryzują się wielkim przepływem danych i zapotrzebowaniem na dużą moc przetwarzania – wskazuje Wojciech Chmielewski.

Jak podkreśla, efektem migracji do najnowszej wersji LinuxONE jest kilkukrotne skrócenie czasów wykonywania firmowych operacji. Platforma wspiera też wiele krytycznych procesów zachodzących w przedsiębiorstwie – od linii produkcyjnych po dane ze sprzedaży – i pozwala na centralizację systemów ERP.

– Proces wdrożenia platformy IBM LinuxONE rozpoczyna się tak jak w każdym przypadku wdrożenia systemu informatycznego – od rozpoznania potrzeb klienta. Samo wdrożenie nie jest skomplikowane i odbywa się zgodnie ze znanym procesem: dostawa, instalacja i konfiguracja sprzętu w serwerowni, konfiguracja maszyny LinuxONE, instalacja systemów operacyjnych, oprogramowania oraz migracja zasobów na nową platformę – wymienia ekspert.

W czerwcu na wdrożenie tego rozwiązania zdecydowała się spółka Nowy Styl – jedna z największych na polskim rynku meblarskim, której zakłady są zlokalizowane także m.in. w Niemczech, we Francji, Szwajcarii i Rosji. Firma scentralizowała swoje systemy informatyczne, wykorzystując do tego celu platformę IBM LinuxONE, czego efektem było przyspieszenie operacji biznesowych nawet o 430 proc.

– W dzisiejszych czasach firmy, chcąc uzyskać przewagę konkurencyjną, są zmuszone do szukania nowych rozwiązań, które zwiększą ich wydajność, a przy tym zmniejszą ich koszty operacyjne. Wdrożenie cyfrowej platformy, bazującej na szybkich serwerach, to must have dla współczesnych firm nastawionych na rozwój – podkreśla Wojciech Chmielewski.

W Polsce powstaje największa farma fotowoltaiczna. Przy produkcji zielonej energii pracować będą dotychczasowi górnicy

Już w 2021 roku na terenach pokopalnianych w Brudzewie powstanie największa farma fotowoltaiczna w Polsce. Jej moc będzie ponad 18,5 razy większa od mocy największej działającej obecnie w naszym kraju elektrowni fotowoltaicznej w Czernikowie. Farma słoneczna ma mieć moc 70 MWp i może być kolejnym krokiem w odejściu od węgla kopalnego w Polsce, zwłaszcza że przy budowie nowej zielonej elektrowni pracować będą dotychczasowi górnicy.

Większość krajów na świecie rozwija zielone źródła energii. Odchodzi od węgla kopalnego i tworzy instalacje, które czerpią energię ze słońca, wody czy wiatru. W ostatnich latach dokonał się ogromny postęp zwłaszcza w kontekście energii słonecznej. Tylko w Polsce, według danych Urzędu Regulacji Energetyki, działa 40 instalacji fotowoltaicznych o mocy powyżej 1 MW. Moc największej nie przekracza 3,8 MW, tym samym – na tle świata – są to farmy dość niewielkie.

Wkrótce jednak ma się to zmienić. W 2021 roku ma zacząć działać farma fotowoltaiczna w Brudzewie. Jej moc ma wynieść 70 MWp i tym samym być ok. 18,5 razy większa od dotychczas największej – w Czernikowie.

– Budowa przez ZE PAK farmy fotowoltaicznej na terenach, gdzie jeszcze niedawno eksploatowano węgiel brunatny, idealnie wpisuje się w proces sprawiedliwej transformacji jednego z ważnych regionów górniczych Polski, jakim jest Wschodnia Wielkopolska. To będzie pierwsza inwestycja na taką skalę w naszym kraju. Będzie budowana m.in. przez pracowników sektora energetyczno-węglowego i stanie się symbolem jego transformacji – podkreśla Piotr Woźny, przewodniczący rady nadzorczej ZE PAK.

Nowa farma słoneczna może być milowym krokiem na drodze do odejścia od węgla kopalnego i przestawienia się na zielone źródła energii. Może też przyspieszyć powstanie innowacyjnych instalacji opartych na energii słonecznej, podobnych do tych na świecie.

Przykładem mogą być Anglia czy Japonia, gdzie działają największe obecnie pływające farmy słoneczne na świecie. Z kolei w Holandii powstała SolaRoad, pierwsza na świecie ścieżka rowerowa zasilana energią słoneczną. Ma długość 230 stóp i w ciągu roku wygenerowała ponad 3000 kWh energii. Tak wyprodukowana energia trafia do sieci elektrycznej i zasila m.in. światła uliczne i systemy ruchu drogowego. W Belgii na linii Paryż–Amsterdam powstał natomiast pierwszy tunel słoneczny o długości 2,2 mil. Składa się z 16 tys. paneli słonecznych, które rocznie produkują 3,3 MWh.

Farma słoneczna w Brudzewie, którą buduje ZE PAK, producent energii elektrycznej z Wielkopolski, oraz ESOLEO z Grupy Polsat, będzie nie tylko największa w naszym kraju, ale będzie też mieć symboliczne znaczenie. Powstaje na terenach przez lata eksploatowanych do wydobycia węgla, a pracę znajdą w niej osoby, które dotychczas były zaangażowane w jego wydobycie.

– Projekt farmy fotowoltaicznej w Brudzewie tworzy nowe miejsca pracy dla osób zaangażowanych do tej pory w wydobycie węgla w odkrywkach należących do ZE PAK. Już w październiku pierwsi dotychczasowi pracownicy kopalni należących do grupy ZE PAK – biorąc udział w budowie farmy w Brudzewie – zaczną pracować w sektorze zielonej energii – wskazuje Henryk Sobierajski, prezes zarządu ZE PAK.