FED nie wie jaki powinien być kolejny ruch w polityce monetarnej

Środowa sesja zakończyła się w okolicach 4,33 na EUR/PLN, jednakże pomimo publikacji zaskakująco mocnych danych produkcyjnych i utrzymujących się notowań euro powyżej 1,13 USD (wspartych m.in. zaskakującym wzrostem inflacji PPI w Niemczech), kurs chwilowo wzrósł powyżej 4,34 PLN. Nawet umacniający się kolejny dzień z rzędu chiński juan (po wezwaniach USA do utrzymywania stabilnych notowań USD/CNY, jako części porozumienia z Chinami) nie był w stanie pomóc PLN. Wygląda więc na to, że techniczne ograniczenia w okolicach strefy oporu przy 4,34 – 4,35 muszą się zostać „wyraźnie przetestowane” zanim notowania EUR/PLN zawrócą w kierunku 4,30 czemu dodatkowo sprzyjałyby  wyższe notowania euro do dolara.

Należy jednak zauważyć, że styczniowa dynamika produkcji przemysłowej mocno zaskoczyła in plus wzrostem o 6,1% r/r wobec oczekiwanych 3,9%. Dane kontrastują więc z szybko pogarszającymi się wskaźnikami koniunktury (w tym PMI), tak w Polsce, jak i w EZ (która jest głównym odbiorcą polskiego eksportu) negując obawy, że na przełomie roku przemysł znalazł się w stagnacji. W środę GUS opublikuje styczniowe dane o produkcji budowlano-montażowej. O pozytywną niespodziankę może być trudno, bowiem bardzo wysokie tempo wzrostu produkcji w styczniu 2018 r. (ponad 30%) skutkuje bardzo wysoką bazą odniesienia i tym samym spadkiem rocznej dynamiki produkcji w budownictwie (prognoza rynkowa: 7,5% r/r).

Opublikowane wieczorem minutes Fed-u pokazały, że członkowie FOMC nie wiedzą za bardzo, jaki powinien być kolejny ruch w polityce monetarnej. Kwestia ewentualnych podwyżek stóp (lub ich braku) pozostaje nierozstrzygnięta. Z jednej strony Fed podtrzymuje optymistyczny obraz koniunktury gospodarczej w USA (wskazując na rosnące zatrudnienie i inwestycje), a z drugiej dostrzega nasilanie się ryzyka dla wzrostu gospodarczego związanego ze spowolnieniem chińskiej i europejskiej gospodarki oraz coraz słabszym wpływem bodźca, jakim były obniżki podatków w USA w 2018 roku. Generalnie Fed zamierza pozostać „cierpliwym” w kwestii podwyżek stóp.

Na rynku stopy procentowej środowa sesja przyniosła kolejny spadek rentowności instrumentów na krótkim końcu krzywej mimo, że publikacja styczniowej produkcji przemysłowej zaskoczyła inwestorów wyraźnie mocniejszym odczytem. W tym samym czasie rynek otrzymał jednak wsparcie ze strony prezesa NBP A. Glapińskiego, który zasugerował, że możliwe byłoby w Polsce rozważenie obniżki stóp procentowych w przypadku spowolnienia gospodarczego. Biorąc pod uwagę niewielki wpływ danych na rynek można zakładać, że również czwartkowa sprzedaż detaliczna pozostanie bez wpływu na notowania determinowane czynnikami globalnymi.

Najciekawszym wydarzeniem czwartkowej sesji będzie aukcja zamiany. Spodziewać się można emisji na poziomie 5 mld PLN, co jest wynikiem bliskim średniej z zeszłorocznych aukcji. Silny popyt powinny zgłosić głównie krajowe banki. Biorąc pod uwagę globalnie bardzo korzystne otoczenie rynku długu, to można przypuszczać, że informacje ze świata będą miały większe znaczenie w krótkim terminie.

Utrzymane w łagodnym tonie minutes Fed nie miały wpływu na notowania amerykańskich obligacji. Stabilizacja UST sugeruje kontynuację trendu bocznego w Polsce, z lekką przewagą spadków rentowności obligacji.

Wykres dnia: Środek krzywej UST w Stanach Zjednoczonych wycenia koniec cyklu podwyżek stóp procentowych.

Środek krzywej UST w Stanach Zjednoczonych wycenia koniec cyklu podwyżek stóp procentowych
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Czy to koniec rekordów w branży leasingowej? Komentarz eksperta Santander

Z najświeższych danych Związku Polskiego Leasingu wynika, że w 2018 roku wartość umów leasingowych wyniosła 82,6 mld zł. Dynamika inwestycji finansowanych leasingiem i pożyczką na poziomie prawie 22 proc. rok do roku była najwyższą, jaką polski sektor leasingowy odnotował od 11 lat. Połowę tej wartości „nazbierały” samochody lekkie, czyli te do 3,5 ton.

Piotr Półtorzycki, Santander Consumer Multirent
Piotr Półtorzycki, Santander Consumer Multirent

Na tak znakomite wyniki wpływ miały zmiany podatkowe, a także bardzo dobra koniunktura gospodarcza. Już dziś polski rynek leasingowy jest na szóstym miejscu w Europie i rośnie dwukrotnie szybciej niż w innych krajach Europy.

O wpływie otoczenia podatkowego na świetne wyniki branży leasingowej może też świadczyć sytuacja, z którą mieliśmy do czynienia pod koniec roku 2018 w salonach samochodowych. Zwykle jest to czas sporych promocji związanych z wyprzedawaniem rocznika. W tym roku takich przecen praktycznie nie było z uwagi na zmiany podatkowe związane z leasingiem samochodów.

Pojawiają się głosy, że gospodarka ma zwolnić. Na razie jednak nic na to nie wskazuje. Przynajmniej w odniesieniu do polskiego rynku. Z perspektywy przedsiębiorców sytuacja nie jest zła. Choć koszty pracy rosną, przez konieczność płacenia wyższych pensji, to i tak dzięki niskim kosztom finansowania działalności zyski przedsiębiorców są nadal wysokie.

Na rynek leasingu wpływa również zmieniająca się formuła korzystania z samochodu – promowany jest model TCM (Trade Cycle Management), czyli cykliczna wymiana aut. Klient korzysta z samochodu przez 3-4 lata, po to, by potem znów wziąć nowy.

Chodzi o to, by przekonać przedsiębiorców, że lepiej jest użytkować, a nie posiadać.

Grupa Santander obsługuje wiele rynków zagranicznych. Widzimy, że na bardziej dojrzalszych rynkach, np. w Wielkiej Brytanii czy Niemczech, model użytkowania, a nie posiadania, jest bardzo dobrze odbierany. Zauważam też, że leasing i najem krótkoterminowy dziś coraz częściej się przenikają.

Nie wolno też zapomnieć o carsharingu, czyli samochodach na minuty. To bardzo dobry rynek z perspektywy firmy leasingowej, bo pojazdy są zwykle finansowane nie dłużej niż 12 miesięcy. Jednak carsharing w Polsce to wciąż raczej poziom testowania. Nie mamy operatora, który byłby w stanie dostarczyć tak dużą flotę pojazdów, by skutecznie rozpropagować tę ideę. Szczególnie, że to produkt dla klientów dużych miast, którzy potrzebują samochodu dla zaspokojenia chwilowej potrzeby, niż dla samego posiadania.

Rynek czeka na sygnały z rozmów handlowych USA-Chiny

Lepsze dane z Eurolandu pomagają w poprawie sentymentu na rynkach po tym, jak noc nie przyniosła wiele emocji (o ile nie śledzi się sytuacji na AUD). Przy neutralnym protokole FOMC i braku przełomu na polu brexitu, inwestorzy czekają na cokolwiek z rozmów handlowych USA-Chiny. Ogólnie zatem: to samo, co wczoraj.

Ktokolwiek liczył na dowody większych obaw w szeregach FOMC, przeliczył się. I tylko na tej podstawie można uznać, że protokół ze styczniowego posiedzenia był jastrzębi – gdyż oczekiwania wobec niego przeważały po gołębiej stronie. Fed podtrzymuje chęci do podwyżek stóp procentowych, ale na razie czeka, czy rozwój sytuacji globalnej mu w tych planach nie przeszkodzi. Spokój decydentów podkreślają też plany odnośnie procesu redukcji sumy bilansowej – jeśli ma być zakończony, to dopiero w drugiej połowie 2019 r. Nie wcześniej, choć później też nie. USD zyskał niewiele po minutkach, głównie na odcenianiu premii za ryzyko gołębich niespodzianek. Na więcej nie ma co liczyć, gdyż USD pozostaje funkcją nastawienia inwestorów do ryzyka i przy podtrzymywanych nadziejach na porozumienie handlowe USA-Chiny, bezpieczny dolar jest nieatrakcyjny. Doniesienia z nocy sugerują, że strony są bliskie podpisania protokołu ustaleń i dążą do porozumienia przed 1 marca, który kończy 90-dniowy okres zawieszenia, po którym USA podniosła cła na import z Chin, jeśli porozumienie nie zostanie osiągnięte. Dobry znak.

Dziś rano apetyt na ryzyko kształtują dane z Eurolandu. Indeksy PMI w większości pokazują się z lepszej strony, choć szczegóły nie dają komfortu, że blok walutowy szybko wyciągnie się po okresie hamowania ożywienia. Zbyt wiele niewiadomych dotyczy przyszłości relacji handlowych, kondycji globalnej wymiany handlowej czy brexitu. Europejskie firmy nie wiedzą, co i ile będą mogły sprzedaż do Chin, USA lub na Wyspy Brytyjskie. Na razie można co najwyżej cieszyć się, że wskaźniki nie spadają głęboko pod 50 pkt. Ale alarm nie jest jeszcze odwołany i wie o tym także Europejski Bank Centralny. Publikowane dziś po południu minutki z ostatniego posiedzenia EBC rzucą więcej światła, czego i jak bardzo obawiają się bankierzy i co mogą jeszcze zrobić dla wsparcia gospodarki. Jestem zdania, że niewiele i przewidywana zapowiedź w przyszłym miesiącu programu tanich pożyczek dla banków komercyjnych (TLTRO) nie jest czymś, co może osłabić fundamenty EUR.

Spadek AUD/USD o 1 proc. w nocy nie zdarza się często, a szczególnie szokuje, gdyż dzień zaczął się od rajdu Aussie po solidnym raporcie z rynku pracy Australii. Jednak negatywnie odbiły się prognozy czołowego australijskiego banku sugerujące dwie obniżki stopy procentowej RBA do końca 2019 r., a także doniesienia z Chin, że tamtejsze porty zamykają się na import węgla z Australii. Ta druga informacja jest szczególnie szkodliwa dla AUD. Aussie zyskiwał na oczekiwaniach na zawiązanie porozumienia handlowego na linii USA i Chiny i tym samym na poprawie perspektyw wzrostu gospodarczego Państwa Środka. Zamknięcie rynku zbytu dla węgla (z powodu zalegania dużej ilości surowca w chińskich portach), który jest głównym towarem eksportowym Australii, odcina bycze prognozy wobec Aussie od korelacji z kondycją Chin. Ponadto zjazd kursu o figurę za raz po tym, jak wyszedł na dwutygodniowe szczyty z pewnością wymiótł z rynku sporo optymistycznie nastawionych inwestorów. Popyt prędko nie wróci, za to stworzyła się zachęta dla sprzedających.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Brexit – zły sen polskiego przedsiębiorcy?

Wyjście Wielkiej Brytanii – trzeciego partnera handlowego Polski – z Unii Europejskiej, oznacza dla polskiej gospodarki duże wyzwanie. Co prawda z zapewnień władz wynika, że umowa brexitu uwzględni również interesy Polski, jednak nie można uciec od stwierdzenia, że dla większości rodzimych przedsiębiorców związanych gospodarczo z rynkiem brytyjskim, brexit będzie stanowił zdecydowanie „nowe otwarcie”. Po wstępnych analizach, ciężko jednak patrzeć na to otwarcie w optymistycznym tonie.

Marcin Chmielewski, Wiceprezes Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Marcin Chmielewski, Wiceprezes Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Wielka Brytania jest trzecim co do wielkości rynkiem zbytu dla polskich eksporterów towarów. Nadwyżka w handlu z Wielką Brytanią w zeszłym roku wyniosła aż 8,2 mld euro. Największe branże, korzystające z wolnego handlu z Brytyjczykami to motoryzacja i żywność. Patrząc realnie, tak naprawdę każdy unijny przedsiębiorca eksportujący i importujący z jednolitego rynku jest realnie narażony na konsekwencje brexitu.

23 czerwca 2016 roku w Wielkiej Brytanii odbyło się referendum, w którym obywatele stosunkiem głosów 51.89% do 48.11% opowiedzieli się za opuszczeniem Unii Europejskiej. Wynik ten zaskoczył większość obserwatorów, którzy spodziewali się zwycięstwa opcji pozostania we Wspólnocie. Referendum uwidoczniło również wyraźne podziały w społeczeństwie, gdzie często młodsi członkowie tej samej rodziny głosowali za „remain”, a starsi za „leave”. Niestety kampania referendalna oraz jej wyniki obnażyły podatność społeczeństwa na populistyczne i pozbawione podstaw hasła, dotyczące m.in. zahamowania napływu imigrantów. Brexit, czyli opuszczenie Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię, ma się dokonać o północy z 29 na 30 marca 2019 roku. Cała sytuacja będzie miała wpływ nie tylko na społeczeństwo, ale również na biznes i przedsiębiorców.

Po referendum nastąpił długi proces legislacyjny i negocjacyjny, który miał ustalić warunki na jakich Zjednoczone Królestwo opuści Unię, a także zasady na jakich będzie wyglądała współpraca ze Wspólnotą po brexicie. Rządowi pani premier Theresy May udało się wynegocjować z Unią Europejską zasady tzw. miękkiego brexitu, który nie burzy dotychczasowych zasad w stosunkach gospodarczo-politycznych między jej krajem, a Wspólnotą w taki sposób, aby Wielka Brytania pozostawała nadal częścią jednolitego rynku.

Niestety, po dzień dzisiejszy politycy brytyjscy nie potrafili porozumieć się między sobą w kwestii zaakceptowania tego porozumienia i mimo zbliżającego się terminu rozstania, wciąż nie wiadomo na jakich zasadach i czy w ogóle się do niego dojdzie.

Rynek MSP pełen obaw?

Z punktu widzenia polskich przedsiębiorców taka niepewność jest zjawiskiem bardzo niepożądanym, gdyż wzbudza niepewność i siłą wymusza przygotowanie się na różne scenariusze. Najkorzystniejszym z nich byłoby oczywiście uniknięcie brexitu. Wówczas zmiany byłyby niewielkie, a  firmy które już zapobiegawczo przeniosły swoje siedziby i zakłady produkcyjne na kontynent, z powrotem wrócą na wyspy.

W przypadku tzw. twardego brexitu przyszłość dla firm prowadzących wymianę handlową bądź świadczącą usługi na terenie Królestwa rysuje się niestety w dużo ciemniejszych barwach. Szczególnie dotyczy to rynku MSP, który nie dysponuje strukturami i pieniędzmi wielkich korporacji. Poza własnymi zasobami, mali i średni przedsiębiorcy powinni liczyć na pomoc państwa oraz różnego rodzaju zrzeszeń branżowych niosących wsparcie w tej bezprecedensowej sytuacji.

Pierwszymi odczuwalnymi skutkami brexitu będzie brak swobody przepływu osób, towarów, kapitału i usług. Oznacza to m.in., że już od tego dnia powrócą kontrole graniczne między UE a Wielką Brytanią.

Jakie zagrożenia i przeszkody mogą pojawić się w nocy z 29 na 30 marca ?

Przede wszystkim, jeśli Wielka Brytania opuści wspólny rynek, przestanie być objęta obowiązującą w UE Unią Celną, stając się de facto państwem trzecim. W tym scenariuszu, po 30 marca 2019 r. Wielkiej Brytanii nic już nie będzie łączyło z Unią Europejską, a wcześniej podpisane umowy regulujące przepływ towarów i usług przestaną funkcjonować, a wzajemny handel zacznie się odbywać na zasadach regulowanych przez Światową Organizacje Handlu (WTO).  Oznaczać to będzie m.in. powstanie granic celnych między UK a Wspólnotą, co dla przedsiębiorców poskutkuje koniecznością poddawania towarów zwiększonym procedurom kontrolnym, a także nakładaniem dodatkowego cła, czy w przypadku transportu drogowego powrotu do zezwoleń na wykonywanie przewozów. Ciężko w tych zmianach dostrzec pozytywy. Dodatkowe cła i opłaty spowodują konieczność  podwyższenia cen sprzedawanych towarów,  które przez to staną się mniej konkurencyjne. Wprowadzenie granic wymusi przestoje, co dla wielu firm może powodować straty z powodu opóźnień w dostawach. Ten problem może szczególnie dotknąć branże eksportujące świeże produkty żywnościowe, takie jak przetwory mleczne czy mięsne. Dokładając do tego konieczność uzyskiwania określonych zgód, licencji, certyfikatów, standaryzacji, a dla produktów spożywczych spełniania odmiennych norm sanitarnych czy fitosanitarnych, ciężko patrzeć optymistycznie na współpracę handlową po brexicie. Wraz z nową sytuacją w UE, nastąpią ograniczenia w świadczeniu usług w Wielkiej Brytanii , szczególnie tych w modelu transgranicznym, które będą teraz regulowane przepisami brytyjskimi, a nie kraju pochodzenia usługi, jak było do tej pory. Na terenie Królestwa będą wymagane dodatkowe pozwolenia i licencje, ponieważ te zdobyte na terenie UE nie będą już honorowane.

Z problemami, które może przynieść twardy Berxit zmierzą się również pracodawcy. Po wprowadzeniu zmian , mogą pojawić się ograniczenia w swobodzie wjazdu i pobytu na terenie Wielkiej Brytanii nie tylko osób z UE prowadzących biznes, ale również pracowników świadczących usługi. Z uwagi na ograniczenia czasowe pobytu lub potrzebę uzyskania zezwolenia, trudności w wykonywaniu usług mogą dotyczyć również pracowników wysyłanych do pracy w Wielkiej Brytanii.

Nie bez znaczenia pozostają również kwestie podatków i finansowania. W handlu transgranicznym zmienią się zasady rozliczenia podatku VAT, a przewoźnicy będą musieli ubiegać się o brytyjskie zezwolenia w zakresie prowadzenia usług transportu drogowego. Ograniczenie przepływu kapitału doprowadzi do problemów w dostępie do finansowania i swobodnego przepływu kapitału.

Ogromną niepewnością jest też zachowanie kursów walut. W przypadku czarnych scenariuszy, możemy liczyć na drastyczne osłabienie funta oraz wzrost wartości dolara i franka szwajcarskiego wobec złotego i euro, szczególnie w pierwszym, chaotycznym okresie po twardym brexicie. Brexit w połączeniu z ekstremalnie tanim funtem byłby ciosem zarówno dla Polaków zarabiających na Wyspach, jak i polskich przedsiębiorstw, które opierają się na handlu z Wielką Brytanią.

Kolejnym aspektem , który już od dłuższego czasu obserwujemy na Wyspach, ale który może przybrać dużo większą skalę po 29 marca, jest powrót z tego kraju emigrantów zarobkowych, wśród których jest też spora rzesza Polaków. Dla naszych przedsiębiorców oznacza to z jednej strony zmniejszony popyt na ich towary na rynku brytyjskim, z drugiej szansę na pozyskanie tak obecnie deficytowych pracowników którzy zdecydują się na powrót do Polski.

Co powinien zrobić przedsiębiorca, aby zminimalizować potencjalne zagrożenia ?

Warto ocenić stopień swojego zaangażowania w handel z partnerami brytyjskimi. Jeśli importujemy towary , już niedługo może okazać się konieczne doliczenie cła do ceny sprzedaży, jest to więc odpowiedni moment na sprawdzenie, czy rynek nie oferuje podobnego dostawcy z innego kierunku. Analogicznie biorąc pod uwagę, że nie jesteśmy unikalnymi dostawcami naszego towaru na rynek brytyjski, poszukajmy nowych kierunków eksportowych , pamiętając o tym, że na naszym rodzimym rynku może pojawić się nagle duża nadpodaż niewyeksportowanych towarów, które spowodują skokową obniżkę ich cen. Sprawdźmy również , czy umowy którymi związaliśmy się z naszymi brytyjskimi partnerami będą obowiązywać po 29 marca. Jeśli tak, to zadbajmy, abyśmy byli w stanie się z nich terminowo wywiązać. Spróbujmy również dodać do nich zapisy dotyczące zabezpieczeń stron na wypadek różnych scenariuszy brexitowych, które wciąż mają szanse się spełnić. Szczególnie pamiętajmy o zabezpieczeniu naszych pozycji walutowych, które posiadamy, i których spodziewamy się w najbliższych miesiącach. W przypadku brexitu zostaną obarczone nadzwyczajnym ryzykiem kursowym.  Na szczęście rynek oferuje szereg instrumentów finansowych pomagających to ryzyko ograniczyć.

Na fali brexitu przyszłe relacje gospodarcze między Wielką Brytanią a UE są cały czas niepewne. Ustanowienie okresu przejściowego od 30 marca 2019 r. do 31 grudnia 2020 r. uzależnione jest od tego, czy Wielka Brytania i UE dojdą ostatecznie do porozumienia w tej kwestii. Warto wykorzystać pozostały czas, aby jak najlepiej przygotować się na możliwe scenariusze i dostosować swój model biznesowy do nowych okoliczności. Bez względu na ostateczny kształt i przebieg brexitu, każdy przedsiębiorca powinien liczyć się z utrudnieniami we wzajemnej wymianie handlowej, które finalnie przyczynią się do wzrostu kosztów prowadzenia biznesu, wydłużenia i skomplikowania procedur lub konieczności spełniania odmiennych wymogów.

Studenci i absolwenci o rynku pracy

Jak studenci i absolwenci oceniają uczelnie pod względem przygotowania na rynek pracy? Czy cenią staże i praktyki? Co liczy się dla nich najbardziej u pracodawców? Na te i inne pytania odpowiadamy w najnowszym raporcie Pracuj.pl „Najważniejszy egzamin: kariera. Studenci i absolwenci na rynku pracy”. Badanie towarzyszy Festiwalowi Pracy JOBICON.

Rosnący apetyt na talenty

Jacy są studenci i absolwenci – badani przez Pracuj.pl z okazji Festiwalu Pracy JOBICON? Głodni wiedzy, sceptyczni wobec uczelni, otwarci na zawodowe doświadczenia i rozwój kariery, ale jednocześnie szukający dobrej atmosfery i przestrzeni do rozwoju pasji.  To jedni z najważniejszych bohaterów naszego rynku pracy.

Napływ młodych talentów do firm jest jednym z najważniejszych wyzwań, przed którymi stają pracodawcy. Jak przewiduje PwC, w ciągu kilku lat na polskim rynku pracy może zabraknąć 1,5 miliona osób. Do tego dochodzi spora otwartość pracowników na mobilność – 63% specjalistów badanych w 2018 roku przez Pracuj.pl deklarowało rozglądanie się za nową pracą. Niedobór kadr z jednej strony, a luka kompetencyjna z drugiej to dwa zjawiska napędzające poszukiwania nowych talentów na coraz niższych rocznikach studiów – mówi Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl.

Studia, a realny rynek pracy

Wyraźne różnice w ocenie studiów i niepewność – to dwie cechy studentów i absolwentów badanych przez Pracuj.pl. Do niedawna na rynku powszechna była teza, zgodnie z którą bez dyplomu trudno jest o udany start życia zawodowego. Tymczasem tylko 37% spośród badanych studentów i absolwentów uważa, że ukończenie studiów jest potrzebne, by znaleźć dobrą pracę. Odwrotnie twierdzi nieco mniej, bo co trzeci student i absolwent (33%).Pracuj.pl_Studenci i absolwenci_1

Co interesujące, 38% badanych uważa, że uczelnia nie przygotowała ich do poszukiwania pracy. Zadowolonych z przygotowania do wyzwań zawodowych przez szkołę wyższą jest mniej – 33%. Mimo nierównej oceny efektów nauki na uczelni, aż 76% studentów ma zamiar rozwijać się zawodowo zgodnie z obranym kierunkiem studiów.

Praktyki i staże według badanych

O ile badani są podzieleni w ocenie studiów, o tyle ich wątpliwości nie budzą przeważnie praktyki i staże. Aż 82% badanych przez Pracuj.pl studentów i absolwentów uważa, że warto odbywać w trakcie studiów staże i praktyki.Pracuj.pl_Studenci i absolwenci_3

Respondenci oceniają własne praktyki i staże przeważnie pozytywnie. Według 61% studentów i absolwentów pomogły one im praktycznie przygotować się do pracy. 63% respondentów dodaje, że podczas praktyk i staży nauczyli się zasad funkcjonowania w firmie i nabyli umiejętności miękkie. 57% uważa, że nabyli konkretne umiejętności twarde, np. wykorzystania oprogramowania.

Raport Pracuj.pl, przygotowany z okazji Festiwalu Pracy JOBICON, pozwala jeszcze lepiej poznać postawy osób wchodzących na rynek pracy. Studenci i absolwenci są świadomi, że same dobre chęci i dyplom zazwyczaj nie wystarczają. Aż 83% badanych przez nas osób uważa, że pracodawcy już na starcie kariery oczekują od pracowników doświadczenia i konkretnych kompetencji. Dlatego nieobowiązkowe praktyki i staże stały się już niemal koniecznością – komentuje Konstancja Zyzik, Talent Acqusition & Capabilities Development Manager w Grupie Pracuj.

Plany zawodowe i skala firm

Jakiej pracy szukają studenci i absolwenci, badani przez Pracuj.pl? Najwięcej, bo ponad połowa (51%) szuka pracy na pełen etat, a co czwarty – praktyk i staży (25%). Wśród pracujących badanych 50% jest zatrudnionych w branży, z którą wiążą swoją przyszłość.

Jakich pracodawców szukają badani? Blisko połowa (łącznie 44%) chciałaby pracować w międzynarodowej korporacji lub dużej ogólnopolskiej organizacji. Jednocześnie co trzeci  preferowałby zatrudnienie w małej firmie liczącej do 50 osób lub startupie (łącznie 32%).Pracuj.pl_Studenci i absolwenci_4

Cechy pracodawcy

Studenci i absolwenci, zapytani o najważniejsze kwestie związane z pracą, zwracają szczególną uwagę nie tylko na warunki zatrudnienia, ale w podobnym stopniu także na możliwości nabywania doświadczeń. 67% badanych jako istotne w pracy wskazało na odpowiednie zarobki, jednak niewiele mniej wskazało możliwości rozwoju zawodowego (59%) oraz dobrą atmosferę (58%).Pracuj.pl_Studenci i absolwenci_5

Aż 77% studentów i absolwentów za ważny wyróżnik idealnego pracodawcy uważa dawanie pracownikom możliwości rozwoju i szkolenia się. 65% badanych oczekiwałaby od niego także możliwości awansu. Co trzeci badany (34%) oczekuje, że idealny pracodawca pozwoli mu na samodzielność i da przestrzeń na realizację własnych pomysłów.Pracuj.pl_Studenci i absolwenci_6

Praca – raczej środek, niż cel

Czy praca jest dla studentów celem samym w sobie? Zdania respondentów są w tym zakresie podzielone. Wśród badanych przez Pracuj.pl studentów i absolwentów najwięcej jest osób, które postrzegają ją jako środek do realizacji pasji pozazawodowych – 50%. Jednocześnie jednak znacząca część studentów i absolwentów jest skłonna do poświęcenia części życia osobistego, by wspinać się po kolejnych szczeblach kariery. Taką postawę przyjmuje 38% badanych.Pracuj.pl_Studenci i absolwenci_8

Chcesz wiedzieć więcej? Dodatkowe dane znajdziesz w pełnej wersji raportu, dostępnej w załączniku. Poznaj typy ofert poszukiwane na Pracuj.pl przez badanych oraz różnice co do preferowanych pracodawców między studentami i absolwentami, a specjalistami. Dowiedz się także więcej o Festiwalu Pracy JOBICON.

Badanie „Studenci 2018” zostało przeprowadzone przez Pracuj.pl na grupie N=2 145 użytkowników portalu w III kwartale 2018 roku metodą ankiety online. Celem pomiaru było zbadanie postaw respondentów wobec nauki na uczelni oraz praktyk i staży, a także ich planów dotyczących rozwoju zawodowego. 60% spośród respondentów w okresie pomiaru było zatrudnionych. 82% badanych stanowili studenci, a 18% absolwenci uczelni wyższych.  Absolwentami na potrzeby niniejszego badania zostały nazwane osoby, które ukończyły studia w 2016, 2017 lub 2018 roku.

Enefit podpisał umowę z Tesla Motors na dostawę energii elektrycznej

Enefit, spółka należąca do estońskiej grupy Eesti Energia, największego wytwórcy energii elektrycznej w krajach bałtyckich, podpisał umowę na dostawę energii elektrycznej dla firmy Tesla Motors Netherlands B.V. Enefit dostarczy blisko 1000 MWh energii do 4 stacji ładowania samochodów elektrycznych w Poznaniu, Katowicach, Ciechocinku i Kostomołach. Jeszcze w tym roku do użytku zostaną oddane kolejne 3 punkty.

Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający w firmie Enefit Polska
Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający w firmie Enefit Polska

Ubiegły rok i początek tego upłynęły pod hasłem dużej zmienności cen i zawirowań w energetyce. W tym wymagającym czasie Enefit dzięki dobrej strategii rynkowej był w stanie zapewnić ciągłość sprzedaży swoim klientem. Kontrakt podpisany z firmą Tesla Motors to dla nas kolejny dowód na rosnące zaufanie, jakim obdarzają nas klienci na polskim rynku. Cieszymy się, że możemy wspierać rozwój elektromobilności w Polsce – podkreślił Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający Enefit w Polsce.

Kontrakt pomiędzy Tesla Motors, a firmą Enefit został podpisany na okres 12 miesięcy. Obejmuje dostawę blisko 1000 MWh energii elektrycznej do 4 stacji ładowania samochodów elektrycznych w Poznaniu, Katowicach, Ciechocinku i Kostomołach, czyli łącznie 16 słupków do ładowania pojazdów.

Tesla Motors to dynamicznie rozwijająca się firma oferująca innowacyjne pojazdy elektryczne. Stałe podnoszenie wydajności oraz cele proekologiczne to wartości wspólne także dla Enefit, który stawia na zwiększenie udziału odnawialnych źródeł energii w miksie energetycznym. Poza samą usługą dostawy energii elektrycznej do stacji ładowania pojazdów, Enefit posiada także niezbędne doświadczenie i praktykę we wdrażaniu rozwiązań dla samochodów elektrycznych również w zakresie zapewnienia niezbędnej infrastruktury, co realizuje na przykład na rynku estońskim.

Enefit stawia na sukcesywny rozwój działań na polskim rynku. 2018 rok firma zakończyła z wolumenem obrotu 1190 GWh energii elektrycznej (sprzedaż energii oraz zakup z OZE). Na koniec roku spółka miała blisko 250 klientów korporacyjnych. W 2019 firma planuje skupić się na dalszym rozwoju biznesu, także w nowych obszarach. Jednym z kierunków rozwoju Enefit na obecny rok jest działalność na rynku tzw. umów Corporate PPA, które można rozpatrywać jako alternatywny dla systemów wsparcia sposób finansowania projektów OZE. Firma planuje także poszerzać swoją ofertę w zakresie OZE. Enefit oferuje również usługę zakupu energii elektrycznej i bilansowania handlowego (POB) dla wytwórców energii ze źródeł odnawialnych. W ubiegłym roku spółka zakontraktowała łącznie 454 GWh. Umowy podpisano z farmami wiatrowymi, biogazowniami i farmami fotowoltaicznymi o łącznej mocy wytwórczej 136 MW.

Etapy i skuteczność procesu rekrutacji i selekcji na stanowiska kierownicze

Nawet z sześciu etapów może składać się proces rekrutacji kandydatów chętnych do podjęcia pracy na wysokim stanowisku. Biorąc pod uwagę CV, które do rekruterów wysyłają Polacy, niewiele osób otrzymuje szansę spotkania. Jak wynika z danych Grupy Progres, nawet 50 proc. kandydatów odpada już w początkowej fazie rekrutacji – po analizie CV. Ponad połowa firm szukających managerów wyższego szczebla wymaga od nich także referencji, które dodatkowo punktują w przypadku starań o stanowisko kierownicze.

Szukanie pracy dla wielu osób jest stresującym zadaniem i wydaje się niezwykle skomplikowane, szczególnie w momencie, gdy na setki wysłanych aplikacji nie odpowiada żaden potencjalny pracodawca. Taka sytuacja w wielu przypadkach spowodowana jest nieodpowiednim CV, które niweczy szansę na odbycie spotkania z rekruterem.

– Wpływ na to, ile aplikacji odpada po ich analizie, ma ranga stanowiska, na które prowadzona jest rekrutacja. W przypadku stanowisk niższego szczebla odrzucanych jest ok. 10 procent CV. Natomiast, gdy wymagamy większych kompetencji, bądź doświadczenia w danej dziedzinie wynik jest znacznie wyższy i może dochodzić nawet do 50 procent – mówi Joanna Dargiewicz, Kierownik Regionu Grupy Progres. – Kolejne etapy również nie są łatwe. Niektórzy kandydaci sami rezygnują w trakcie procesu rekrutacji. Pod koniec 2018 roku odsetek rezygnacji sięgał nawet 20 procent. Wynika to także z faktu, że kandydaci zazwyczaj aplikują jednocześnie na kilka stanowisk i zanim dojdzie do konkretnego spotkania mają kilka zaproszeń na rozmowy od pracodawców – podkreśla Joanna Dargiewicz.

Rozmowa przez telefon równie ważna

Dla kandydatów, którzy nie rezygnują niełatwy jest także telefoniczny kontakt z rekruterem. Z danych Grupy Progres wynika, że etap wywiadu telefonicznego pozwala na wstępną weryfikację informacji zawartych w CV. Jej skutkiem jest odrzucenie od 16 proc. do nawet 50 proc. kandydatów, w pierwszej kolejności tych, którzy w swojej aplikacji minęli się z prawdą.

Od 10 do 15 proc. osób odpada z grupy, która po pozytywnym przejściu weryfikacji CV i wywiadu telefonicznego (jeśli takowy został zaplanowany), dochodzi do etapu spotkania z rekruterem. Wynik odrzuceń zależy od wymagań przyszłego pracodawcy i stanowiska, na które jest prowadzona rekrutacja.

– W trakcie interview zwraca się szczególną uwagę na motywację potencjalnego pracownika, która jest niezbędna nie tylko do tego, aby dostał on pracę, ale również, żeby ją utrzymał. Kolejnym aspektem jest doświadczenie. Im bardziej zbieżne z oczekiwaniami Klienta tym lepiej dla Kandydata – mówi Katarzyna Borawska, Kierownik Regionu Rekrutacji Stałych w Grupie Progres. – Jeżeli za proces rekrutacji odpowiada agencja, jego uczestnicy muszą liczyć się z tym, że najważniejsze będą kompetencje twarde i wybór kandydatów najbardziej odpowiadających przyszłemu pracodawcy. Sprawdzamy wiele umiejętności, również znajomość języków obcych, która niestety często bywa niewystarczająca i powoduje odrzucenie znacznej liczby kandydatów – zaznacza Katarzyna Borawska.

Oko w oko z pracodawcą

Liczba osób, które docierają do ostatniego etapu – spotkania z potencjalnym pracodawcą – zależy od tego, ilu dobrych kandydatów udało się znaleźć rekrutrowi. Firmy często spotykają się z większą grupą osób, mając nadzieję, że z tej puli wybiorą dodatkowo kogoś na inne stanowisko. Zdarzają się sytuacje, gdy do rozmowy dochodzi w przypadku nawet 50 proc. kandydatów, jednak są one rzadkością.

Rynek pracownika sprawia, że oczekiwania finansowe kandydatów rosną z dnia na dzień. Niestety analogicznego wzrostu nie widać u firm mających ograniczone budżety. Dlatego kolejną drażliwą kwestią, przez którą odpadają starający się o etat są ich oczekiwania finansowe. Kandydaci w niektórych branżach np. IT, Utrzymanie Ruchu, BPO z językami innymi niż angielski, mogą dyktować warunki. W pozostałych branżach to pracodawcy, cały czas, decydują o wynagrodzeniu i niechętnie negocjują cokolwiek poza założonymi wcześniej widełkami. Są jednak wyjątki – kandydaci o wybitnych umiejętnościach, potwierdzonych wcześniejszym doświadczeniem, którzy są w stanie wnieść dużo nowoczesnych rozwiązań, mogą oni uzyskać więcej niż wstępnie zabudżetowała firma.

W ostatnim etapie pomagają także referencje. Za granicą (Europa Zachodnia, USA) ich posiadanie jest warunkiem koniecznym do objęcia wysokiego stanowiska. W Polsce o referencje pracowników niewykwalifikowanych prosi się niezmiernie rzadko, jednak im wyższe kwalifikacje tym większa potrzeba weryfikacji referencji u poprzednich pracodawców. Na stanowiskach produkcyjnych – jest to ok. 5-10 proc, średni i wyższy szczebel – ok. 50 proc. Dobrymi referencjami na piśmie można miło zaskoczyć pracodawcę. Nie jest ważny fakt czy pracodawca poprosi o to czy nie. Mając takie dokumenty budujemy własną przewagę nad innymi kandydatami.

W artykule wykorzystano dane Grupy Progres za 2018 r. analizujące 28 330 aplikacji na oferowane stanowiska.

innogy Renewables Polska uruchamia farmę fotowoltaiczną w Nowym Stawie

Oczekiwania Polaków wobec usług bankowych

Trzech na czterech pracowników z Ukrainy chce zostać w Polsce

75% zatrudnionych w Polsce pracowników z Ukrainy chce zostać Polsce, głównie z powodu zadowolenia z obecnej pracy oraz obecności w naszym kraju ich rodzin oraz przyjaciół. Migrację w celach zarobkowych planuje co czwarty Ukrainiec, najczęściej do Niemiec lub do Czech. Największą motywacją do opuszczenia Polski jest chęć uzyskania wyższego wynagrodzenia – potwierdza opublikowany dziś raport agencji zatrudnienia Manpower „Plany migracyjne pracowników z Ukrainy”.

W świetle planowanych przez polskich sąsiadów ułatwień dla pracowników z Ukrainy, a także zmniejszonej liczby napływających do Polski obywateli tego kraju agencja zatrudnienia Manpower zapytała zatrudnionych w Polsce Ukraińców o ich plany zawodowe. W pierwszej połowie bieżącego roku wyjazd do innego kraju w celach zarobkowych planuje co czwarty obywatel Ukrainy, obecnie wykonujący pracę w naszym kraju. W tej grupie zdecydowaną większość stanowią mężczyźni (68%), osoby z wykształceniem wyższym (44%), osiągające miesięczny dochód netto w wysokości 2 000–2 999 zł (68%) oraz mieszkające w Polsce do 6 miesięcy (32%). Główną przyczyną migracji jest chęć uzyskania wyższego wynagrodzenia, potrzeba pracy w kraju o wyższym standardzie życia, a także podjęcie zatrudnienia zgodnego z ich kompetencjami. Po wyjeździe z Polski najwięcej osób chce pracować w sektorze produkcji przemysłowej, logistyce, budownictwie i w branży IT.

– Migracja obywateli Ukrainy z Polski do innych krajów dotknie w znacznym stopniu branżę motoryzacyjną, AGD, IT oraz branżę spożywczą. Problemy z niedoborem pracowników odnotują polskie przedsiębiorstwa, które zatrudniają pracowników fizycznych, a szczególnie pracowników produkcji, magazynierów, pakowaczy czy operatorów wózków widłowych – wyjaśnia Karolina Rząsa, menedżer odpowiedzialny za rekrutację obcokrajowców w Manpower. –Sposobem na wypełnienie przewidywanej luki kadrowej jest zatrudnianie kandydatów z Dalekiego Wschodu i Azji. Polski rynek pracy otwiera się na pracowników z Nepalu, Indii, Bangladeszu i Filipin. Wielu przedsiębiorców docenia pracę osób z zagranicy, mając świadomość, że kluczem do sukcesu organizacji jest wielokulturowość. Polska jest dla wszystkich, którzy pomagają rozwijać gospodarkę i pozytywnie wpływają na rozwój przedsiębiorstw – uzupełnia Karolina Rząsa.

Pozytywnym wnioskiem płynącym z raportu Manpower jest fakt, że aż 75% badanych chce nadal pracować w Polsce. To dobra wiadomość, szczególnie w nawiązaniu do danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych oraz Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej świadczących o zmniejszonym napływie obywateli Ukrainy do Polski. Chęć pozostania w Polsce to przede wszystkim zasługa satysfakcji z obecnej pracy, obecność w naszym kraju ich członków rodziny i przyjaciół, a także bliskość kulturowa naszych krajów. Badani wspominali również o niskiej barierze językowej oraz bliskości geograficznej naszych krajów.

– Ukraińcom pracuje się i żyje w Polsce naprawdę dobrze i większość z nich wiąże z naszym krajem długofalowe plany dlatego nie jesteśmy zaskoczeni wynikami przeprowadzonego przez nas badania, które pokazało, że aż 75% pracowników z Ukrainy chce pozostać w naszym kraju – mówi Tomasz Walenczak, dyrektor agencji zatrudnienia Manpower. – Jak dotąd, Polscy pracodawcy wciąż cierpią na brak zasobów do pracy. Czas pokaże, czy sytuacja zmieni się w kolejnych miesiącach w związku z niepokojącymi danymi płynącymi z niemieckiej gospodarki, od której jesteśmy w znacznym stopniu uzależnieni. Wszystko to sprawia, że część firm już wieszczy, że rok 2019 będzie czasem optymalizacji i oszczędności. To w konsekwencji może wygenerować mniej inwestycji, zmniejszyć dynamikę rynku pracy. Nie wydaje się jednak, by w sposób zasadniczy zmniejszyły się potrzeby pracodawców względem zatrudnienia – dodaje Tomasz Walenczak.

Pracownicy z Ukrainy planujący opuścić Polskę zostali również zapytani o to, co mogłoby ich zatrzymać nad Wisłą. Wśród najczęściej wskazywanych zachęt znalazły się wzrost wynagrodzenia, łatwiejsze uzyskanie pozwolenia na pobyt stały w Polsce oraz wprowadzenie zmian prawnych, które pozwolą na dłuższy pobyt w kraju celem poszukiwania pracy.

– Obecnie firmy w Polsce powinny potraktować zatrudnianie obcokrajowców jako naturalne, jeśli chcą podtrzymać efektywność i dynamikę rozwoju, a w niektórych branżach wręcz swój biznesowy byt. Pracodawcy coraz częściej więc tworząc strategie zatrudnienia, przestają dokonywać podziałów na pracowników z Polski i obcokrajowców, a bardziej oceniają łącznie potencjał danego rynku. Zamknięcie się polskich firm na pracowników z zagranicy w wielu branżach doprowadziłoby nawet do katastrofy, nie tylko związanej z brakiem realizacji celów, lecz także niejednokrotnie z funkcjonowaniem w ogóle – dodaje Tomasz Walenczak.

O badaniu: Raport „Plany migracyjne pracowników z Ukrainy” powstał na podstawie badania, w którym wzięło udział 744 pracowników z Ukrainy w przedziale wiekowym 18–60 zatrudnionych obecnie w polskich przedsiębiorstwach. Celem powadzonego przez Manpower badania było poznanie planów migracji zarobkowej obywateli Ukrainy zatrudnionych w Polsce w związku z planów. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce „Raporty rynku pracy”.

Zabezpieczenie transakcji ważne dla eksporterów

W przypadku polskich eksporterów chcących sprzedawać towary i usługi nie tylko do krajów Wspólnoty Niepodległych Państw, ale także na rynki światowe – ważny jest przebieg samych transakcji. Dotyczy to zarówno dóbr inwestycyjnych, jak i czysto konsumpcyjnych. Polskie firmy potrzebują wsparcia w realizacji ekspansji zagranicznej, która w większości wypadków nie jest możliwa bez pozyskania zewnętrznego finansowania. Gwarancje KUKE pozwalają bankowi bezpiecznie finansować kontrakty eksportowe. To obecnie na świecie bardzo ważna kwestia. Firmy, stając w szranki konkursowe z innymi podmiotami – szczególnie z krajów wysoko rozwiniętych – muszą świadczyć pełen pakiet tych usług. O ile zachodni konkurenci zapewniają je już od lat, to rodzime firmy dopiero uczą się je wykorzystywać.

– Gdy dany eksporter bierze udział w przetargu, musi konkurować nie tylko jakością swoich produktów, szybkością realizacji dostaw, ale również pakietem finansowania, który pozwala je nabyć – powiedział serwisowi eNewsroom Janusz Władyczak, prezes KUKE – Pomaga im w tym KUKE,  wspierając także banki, aby czuły się pewnie finansując działalność eksporterów na danym rynku. W KUKE mamy wieloletnie doświadczenie w zabezpieczeniu kontraktów zagranicznych i możemy zabezpieczyć szeroki katalog ryzyk – w tym również ryzyko polityczne. W naszym portfolio jest szereg takich rozwiązań adresowanych bezpośrednio do eksporterów oraz banków finansujących działalność eksportową, czy to w formie gwarancji czy kredytu. W ramach realizowania prowadzonego przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii programu Moda na Eksport pracujemy nad nowymi rozwiązaniami. Jeżeli pomysł zostanie wykorzystany szeroko przez rynek bankowy, skorzystają na tym nie tylko same banki, ale przede wszystkim polscy przedsiębiorcy – podsumował Władyczak.

Rentowności obligacji wróciły do dawnych poziomów (ale nie wszystkie)

W większości przypadków rentowności obligacji pochodzących z emisji publicznych są bliskie tym notowanym w marcu ub.r.

Średnie rentowności dziewięciu na trzynastu emitentów, którzy wprowadzili do notowań obligacje oferowane inwestorom indywidualnym na podstawie prospektów emisyjnych, są zbliżone do tych osiąganych ostatniego dnia marca. To był czas kiedy GetBack już niepokoił inwestorów, ale nieznana była jeszcze jego przyszłość. Szczyt obaw inwestorów indywidualnych – wyrażony wzrostem rentowności obligacji – przypadł na początek wakacji ubiegłego roku i – co warte podkreślenia – w grupie tych samych dziewięciu emitentów obecne średnie rentowności są niższe lub równe (w jednym przypadku) tym na koniec czerwca ub.r.

Może to dowodzić, że inwestorzy na rynku wtórnym oswoili się z nową sytuacją, nabrali ponownego zaufania do obligacji wybranych emitentów i wykorzystali wzrost rentowności z połowy roku do tańszych zakupów obligacji na rynku wtórnym.

W czterech pozostałych przypadkach, tylko dwa – przez pokrewieństwo branżowe – można uznać za bezpośredni skutek afery GetBack, Chodzi o Best i Kredyt Inkaso, które dodatkowo toczą między sobą batalię prawną. W dodatku w przypadku Bestu możemy mówić o stabilizacji i poprawie notowań, a widoczny w tabelce poniżej wzrost średniej rentowności do 9,1 proc. w styczniu (z 8,9 proc. w grudniu) wynika przede wszystkim z niewielkich wahań serii stojących najbliżej terminu wykupu (pierwsza z nich zapada już w marcu br.) – ze względu na bliskość dnia wykupu, nawet niewielka zmiana ceny może silnie odbijać się na rentowności i można mówić o pewnej przypadkowości w jej ustalaniu. Bardziej krytycznie inwestorzy podchodzą obecnie do papierów Kredyt Inkaso, a bieżąca rentowność obligacji jest ponad dwukrotnie wyższa niż pół roku temu.

W przypadku Getin Noble Banku wzrost rentowności widoczny w ub.r. powiązany jest raczej z bieżącą sytuacją banku i tzw. aferą KNF. W ostatnich tygodniach obserwować można wyraźny wzrost notowań obligacji GNB, co prowadzi do spadku średniej rentowności poniżej 15 proc. (z okolic 30 proc. w połowie listopada). Czwartym emitentem, którego rentowność obligacji jest zauważalnie (prawie 2 pkt proc.) wyższa niż w marcu 2018 r. jest fundusz MCI PrivateVentures.FIZ, przy czym w tym wypadku przyczyną może być brak odpowiedniej płynności (średnie miesięczne obroty na każdej z trzech publicznych emisji sięgają 100-200 obligacji).

Najbardziej odporne na rynkowe perturbacje okazały się obligacje Alior Banku, Banku Pocztowego, GPW, Orlenu oraz PCC Exol i PCC Rokita, a w przypadku Kruka spadek notowań był minimalny i krótkotrwały. W tej grupie wzrost średniej rentowności obligacji (i późniejszy spadek) sięgał kilkunastu punktów bazowych, co można uznać za naturalny dla obligacji zakres wahań – w przypadku obligacji skarbowych równoległy zakres wahań był znacznie silniejszy. Również obligacje Ghelamco taniały w nieznacznym, choć większym zakresie (0,7 pkt proc.), ale średnia rentowność jest obecnie o 0,8 pkt proc. niższa niż w najtrudniejszym momencie, w czerwcu ub.r.

Być może fakt, że obligacje emitentów o najmocniejszej pozycji (spośród firm, które przeprowadzały publiczne emisje na podstawie prospektów emisyjnych) są wyceniane w pobliżu poziomów sprzed roku, należy powiązać także z niewielką liczbą ofert publicznych w ostatnich miesiącach. W II półroczu emitenci zdecydowali się na przeprowadzenie zaledwie dwóch takich emisji (Echo Investment i Kruk), z których pozyskali łącznie 80 mln zł, w 2019 r. publiczną emisję uruchomił jak dotąd tylko Kruk. Niektórzy inwestorzy pozbawieni licznych wcześniej ofert publicznych (31 emisji w 2018 r. wartych 1,85 mld zł) mogli uzupełniać portfele na rynku wtórnym, zwłaszcza, że równolegle pozyskiwali oni gotówkę ze starszych emisji, które zapadały w ub.r., a której możliwości ponownego zainwestowania przez udział w nowych emisjach były skromne.

Czy spadek rentowności jest jednoznaczny z zaproszeniem do przeprowadzania kolejnych ofert? Tego z całą pewnością powiedzieć nie można, w otoczeniu rynkowym zaszły bowiem istotne zmiany i ciężar oferowania obligacji inwestorom indywidualnym przyjęły niezależne (tj. nie bankowe) domy maklerskie. Inwestorzy indywidualni mogą potrzebować więcej czasu by zaadoptować się do nowej sytuacji.

Średnia rentowność obligacji emisji publicznych (w proc.)

Emitent Marzec Czerwiec Wrzesień Grudzień 22.01.2019
Alior Bank 3,93 4,12 3,87 3,99 4,01
Bank Pocztowy 3,97 4,03 3,88 3,82 3,82
Best 5,18 8,24 8,2 8,9 9,07
Echo Investment 4,56 5,01 4,99 5,17 5,29
Getin Noble Bank 6,62 9,2 10,81 20,77 14,25
Ghelamco Invest 5,09 5,57 5,8 5,16 4,94
GPW 2,55 2,48 2,38 2,36 2,38
Kredyt Inkaso 4,96 6,04 8,38 11,67 13,58
Kruk 4,54 4,72 4,71 4,67 4,65
MCI PrivateVentures.FIZ 5,56 6,31 6,8 7,27 7,39
PCC Exol 5,15 5,19 5,1 4,8 4,94
PCC Rokita 4,64 4,64 4,6 4,13 4,64
PKN Orlen 2,59 2,74 2,56 2,62 2,69
źródło: Obligacje.pl

Emil Szweda dla Michael/Ström

Eksperci krytykują pomysł użycia fregat do obrony przeciwlotniczej Polski. Okręty te nie przetrwałyby ataku rosyjskich rakiet

Eksperci krytykują pomysł użycia fregat do obrony przeciwlotniczej Polski. Okręty te nie przetrwałyby ataku rosyjskich rakiet 1

Modernizacja i zakup nowych okrętów dla Marynarki Wojennej to jedna z najbardziej palących potrzeb polskiej armii. Ministerstwo Obrony Narodowej rozważa zakup fregat przeciwlotniczych, które mają zapewnić obronę północnej części Polski. Jednak eksperci wskazują, że nie będzie to skuteczne rozwiązanie. W razie potencjalnego ataku rosyjskimi rakietami fregaty zostałyby zniszczone już w pierwszych chwilach konfliktu – wynika z analizy Centrum Analiz Strategicznych i Bezpieczeństwa. Dodatkowo mogłoby to stanowić kłopot dla innych systemów obrony powietrznej, które musiałyby chronić fregaty, a nie terytorium kraju.

Morze Bałtyckie jest obszarem wymagającym wzmożonej obrony, zwłaszcza biorąc pod uwagę agresywną politykę Rosji i militaryzowanie Obwodu Kaliningradzkiego. Dlatego modernizacja i zakup nowych okrętów dla Marynarki Wojennej, która jest najbardziej zaniedbanym rodzajem Sił Zbrojnych RP, to jedna z najbardziej palących potrzeb polskiej armii. Będące na jej wyposażeniu wysłużone już stare jednostki mają ponad 50 lat lub są niesprawne i powoli wycofywane. Zakup nowych okrętów wciąż jest na poziomie planów – tak jest w przypadku korwet i  okrętów podwodnych, które miały zostać zamówione w ramach programu „Orka”.

Marynarka Wojenna jest dzisiaj w bardzo ważnym punkcie swojego istnienia, ponieważ wzrost niebezpieczeństwa na Bałtyku wymusza na niej uzyskanie nowych zdolności bojowych. Te zdolności muszą być osadzone na nowych okrętach, które będą w stanie przetrwać konflikt. Akwen Morza Bałtyckiego posiada bardzo duże ograniczenia. W związku z tym nowe jednostki muszą być albo odpowiednio oddalone, albo posiadać odpowiednie systemy osłony – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Kordowski, prezes zarządu Centrum Analiz Strategicznych i Bezpieczeństwa.

Ministerstwo Obrony Narodowej rozważa zakup dla Marynarki fregat przeciwlotniczych, które mają zapewnić obronę przeciwlotniczą północnej Polski. Według doniesień prasowych, odpowiednie dokumenty trafiły już do Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Jednak eksperci wskazują, że istnieją poważne wątpliwości, czy fregaty będą w stanie przetrwać w rejonie Bałtyku w czasie konfliktu. We współpracy z naukowcami z Wojskowej Akademii Technicznej CASiB przeprowadził symulację zdolności fregat do obrony przed atakiem rakietami przeciwokrętowymi.

– Zarówno z oceny geostrategicznej, jak i z dogłębnej analizy symulacyjnej wynika, że jest to projekt wysoko niezasadny. Żadna przesłanka nie wskazuje na konieczność pozyskania tego systemu uzbrojenia. Analizy wskazały jednoznacznie, że fregaty mają niewielkie szanse na to, żeby się utrzymać i zostaną po prostu zniszczone już w pierwszych chwilach ewentualnego konfliktu – mówi Mariusz Kordowski.

Wyniki symulacji pokazują, że użycie tego typu jednostek w czasie konfliktu zbrojnego nie będzie możliwe, bo fregaty nie mają szans przetrwać ataku salwą rakiet wystrzelonych przez rosyjskie baterie nadbrzeżne z Obwodu Kaliningradzkiego. Nie obronią się natomiast już zupełnie przed rakietami hipersonicznymi 3M22 Cyrkon, które w niedalekiej przyszłości znajdą się na uzbrojeniu rosyjskich sił. Mają także niewielkie szanse przetrwania jednoczesnego ataku wielu rakiet naddźwiękowych Onyks, które już są rozmieszczone w Obwodzie Kaliningradzkim.

Z naszych obliczeń wynika, że istotnym uwarunkowaniem jest czas od momentu wykrycia ataku do czasu, kiedy będziemy mogli podjąć skuteczną obronę. Ten czas ma zasadniczy wpływ na skuteczność obrony fregat. Ze względu na szybkość, z jaką poruszają się rakiety ponaddźwiękowe i supersoniczne, atak wykonywany z ich wykorzystaniem jest bardzo skuteczny. Te fregaty właściwie nie mają szansy, żeby obronić się przed takimi rakietami, chyba że zdecydowanie skrócimy czas wykrywania ataku – mówi prof. Ryszard Antkiewicz, kierownik Zakładu Badań Operacyjnych i Wspomagania Decyzji z Wojskowej Akademii Technicznej.

Fregaty obronią się pod warunkiem, że mają doskonały radarowy system rozpoznania. Jeśli ten system działałby non stop, to są minimalne szanse obrony przed uderzeniem rakiet antyokrętowych. Potencjalny przeciwnik dysponuje bardzo szybkimi rakietami o możliwości bardzo celnego rażenia takich obiektów pływających – mówi prof. Andrzej Najgebauer z Wojskowej Akademii Technicznej. – W przypadku ataku rakiet poddźwiękowych i lekko naddźwiękowych mamy szansę się wybronić, natomiast w przypadku ataku rakietami hipersonicznymi takie szanse są minimalne.

Raport „Tarcza broni tarczy” opublikowany przez think-thank CASiB pokazuje także, że narażone na zniszczenie fregaty mogą wręcz stanowić dodatkowy kłopot dla innych elementów systemu obrony powietrznej kraju, takich jak system Wisła i Narew. Dojść może do sytuacji, w której systemy obronne naszej armii zapewniać będą musiały obronę fregatom, zamiast bronić w tym czasie terytorium Polski. W takim przypadku „tarcza” bronić będzie „tarczy”. Wyposażenie Marynarki Wojennej we fregaty nie tylko nie zwiększy zatem bezpieczeństwa Polski, ale może wręcz poważnie zachwiać pozostałymi systemami przeciwlotniczymi, przeznaczonymi do osłony innych ważnych obiektów.

Liczba aptek spadła do poziomu sprzed 4 lat. W 2019 roku z rynku może zniknąć kolejnych 600 placówek

Liczba aptek spadła do poziomu sprzed 4 lat. W 2019 roku z rynku może zniknąć kolejnych 600 placówek 2

Przez ostatnich kilkanaście lat liczba aptek nieprzerwanie rosła. Rok 2018 jednak ten trend zakończył. Liczba otwarć aptek zmniejszyła się trzykrotnie, a liczba zamknięć pozostała na tym samym poziomie. Tym samym na koniec grudnia działało w Polsce nieco ponad 14,3 tys. aptek i punktów aptecznych, czyli o ponad pół tysiąca mniej niż rok wcześniej – wynika z danych IQVIA. W tym roku z rynku może zniknąć kolejnych 500–600 placówek. Dla aptek, które pozostaną na rynku, oznacza to coraz większe obroty.

– W 2018 roku liczba otwarć aptek zmniejszyła się trzykrotnie: z mniej więcej 90 placówek do około 30 miesięcznie, podczas gdy w tym czasie liczba zamknięć pozostała na tym samym poziomie. To spowodowało odwrócenie wieloletniego trendu wzrostu liczby aptek i w efekcie spadek o nieco ponad pół tysiąca placówek w ciągu zaledwie 12 miesięcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Gawroński z IQVIA.

Z danych IQVIA wynika, że na koniec 2018 roku działało w Polsce ok. 14,3 tys. aptek i punktów aptecznych. To o ponad 500 mniej niż rok wcześniej. Tym samym po raz pierwszy od kilkunastu lat liczba placówek spadła. Potwierdzają to także inne badania. Raport Grant Thornton wskazuje, że liczba aptek rosła nieprzerwanie od 2001 do 2017 roku. Ubiegły rok zakończył tę dobrą passę, a aptek jest najmniej od 2014 roku.

– Należy założyć, że trend ten będzie kontynuowany na pewno jeszcze w tym roku. Gdybyśmy przyjęli założenie, że w kolejnych miesiącach spadek będzie mniej więcej na tym samym poziomie, to możemy założyć, że w tym roku z rynku ubędzie kolejne około 500, może nawet 600 aptek – ocenia Marcin Gawroński.

Spadek liczby aptek to w dużej mierze konsekwencja nowych przepisów. Reforma „Apteka dla aptekarza” z 2017 roku spowodowała, że trudniej jest założyć aptekę, ponieważ może ją prowadzić tylko farmaceuta. Poza tym jedna apteka ma przypadać na 3 tys. osób, a apteki nie mogą być rozmieszczone bliżej niż w odległości 500 metrów od innej placówki.

– Nie zakładałbym znacznego pogorszenia dostępności dla pacjentów, bo tak naprawdę aptek w Polsce było za dużo. Oczywiście, mogą być takie miejsca w kraju, w których do apteki będzie teraz trochę dalej, natomiast nie spodziewam się, żeby to było istotne pogorszenie dostępności aptek – przekonuje ekspert IQVIA.

Mniejsza liczba graczy na rynku to większe obroty dla istniejących placówek. Jak wynika z analizy IQVIA, w listopadzie obrót aptek indywidualnych i sieciowych wyniósł odpowiednio 132 tys. zł i 279 tys. zł, przy jednoczesnym spadku liczby placówek – o 349 i 134 w skali roku.

– Na koniec roku obroty statystycznej apteki urosły o ponad 6 proc. w ujęciu rok do roku. Oczywiście, w różnym stopniu rozkłada to się w poszczególnych segmentach aptek. Natomiast zarówno duże sieci aptek, jak i apteki indywidualne notują wzrosty większe od tej średniej, co oznacza, że w dłuższej perspektywie dla tych placówek zapowiadają się dobre wyniki – prognozuje Marcin Gawroński.

Natrętny telemarketing na celowniku UODO. Konsumenci nieostrożnie udzielają zgody na przetwarzanie swoich danych

Natrętny telemarketing na celowniku UODO. Konsumenci nieostrożnie udzielają zgody na przetwarzanie swoich danych 3

Niechcianych telefonów od telemarketerów można uniknąć. UODO przypomina, że należy przykładać większą wagę do tego, gdzie, komu i w jakich okolicznościach udzielamy zgody na przetwarzanie informacji o sobie. W trakcie rozmowy z telemarketerem można też zażądać usunięcia swoich danych przez firmę albo odnotowania sprzeciwu wobec przetwarzania ich w celach marketingowych. Mając informację o tym, kto jest administratorem naszych danych osobowych, można złożyć do UODO skargę na bezprawne działania. 

– Najczęstsze naruszenia prawa w telemarketingu dotyczą zbyt szerokich zgód na przetwarzanie danych osobowych, niedopełnienia obowiązków informacyjnych – w szczególności wtedy, kiedy dane nie są pozyskane od osoby, której dotyczą, tylko z innego źródła. W takim przypadku konsument w ogóle nie ma świadomości, że jego dane zostały pozyskane przez jakiś podmiot. Poważnym problemem jest również to, że administratorzy często ukrywają swoją tożsamość, nie podają pełnych informacji o sobie, stąd nie zawsze możemy dociec, kto przetwarza nasze dane. Często też nie jest odnotowywany sprzeciw wobec przetwarzania danych osobowych czy żądanie usunięcia tych danych – wylicza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Weronika Kowalik, dyrektor zespołu ds. sektora prywatnego w Urzędzie Ochrony Danych Osobowych.

Jak podkreśla, do UODO cały czas napływają skargi dotyczące naruszenia ochrony danych osobowych w telemarketingu. Natrętne telefony z ofertami reklamowymi mogą naruszać przepisy prawa telekomunikacyjnego i obowiązującego od blisko roku RODO. Jednak konsumenci również powinni pamiętać, żeby przykładać większą wagę do tego, gdzie, komu i w jakich okolicznościach udzielają zgody na przetwarzanie informacji o sobie.

– Ważne jest czytanie klauzul, rozumienie ich, zastanowienie się, na ile są precyzyjne. Każda zbyt szeroka klauzula oznacza, że nasze dane mogą powędrować od jednego administratora do drugiego i możemy stracić kontrolę nad procesem ich przetwarzania. Warto być ostrożnym i nie podpisywać zgód, których nie rozumiemy – podkreśla Weronika Kowalik

UODO może zareagować na skargę konsumenta wtedy, jeżeli wie, kto jest administratorem jego danych. Dlatego odbierając telefon od natrętnego telemarketera, nie należy żądać jego personaliów, ale informacji o tym, kto jest administratorem naszych danych osobowych. Prawo do takiej informacji zapewnia Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych (RODO).

– Wtedy będziemy mogli zidentyfikować podmiot. Jeżeli w trakcie rozmowy telefonicznej rozmówca będzie twierdził, że nie jest administratorem danych, tylko przetwarza je na zlecenie, to uzyskując informację o tym, kto jest docelowym administratorem, możemy skierować do niego odpowiednie pismo. Wtedy mamy dowód, że wystąpiliśmy o nasze prawa, a firma ich nie respektuje. Wtedy także możemy złożyć skargę do prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych – mówi Weronika Kowalik.

Jak podkreśla, w trakcie rozmowy telefonicznej konsument może również zażądać usunięcia swoich danych przez firmę i odnotowania sprzeciwu wobec przetwarzania swoich danych w celach marketingowych.

Wobec administratorów, którzy naruszają przepisy dotyczące ochrony danych osobowych, UODO może wyciągnąć konsekwencje, m.in. nakazać zaprzestania dalszego, niezgodnego z prawem przetwarzania danych osobowych albo nałożyć na taki podmiot karę finansową.

 Przepisy RODO i ustawa o ochronie danych osobowych stanowią, że kary mają być proporcjonalne do naruszenia. Aby zdecydować, czy kara jest proporcjonalna i ma skutek odstraszający, musimy przeanalizować wiele aspektów procesu przetwarzania danych osobowych. Jest to aż 11 przesłanek wynikających z przepisów. W toku każdej sprawy indywidualnie możemy zadecydować, w jakiej wysokości kara powinna zostać nałożona na administratora. W przypadku podmiotów z sektora prywatnego kara może sięgać nawet do 20 mln euro – przypomina dyrektor zespołu ds. sektora prywatnego w Urzędzie Ochrony Danych Osobowych.

Rząd planuje upowszechnić elektroniczne urzędy. Usługa e-PIT to dopiero początek zmian w administracji skarbowej

Rząd planuje upowszechnić elektroniczne urzędy. Usługa e-PIT to dopiero początek zmian w administracji skarbowej 4

Cyfryzacja administracji w Polsce nabiera tempa. Wprowadzenie profilu zaufanego spotkało się z ciepłym przyjęciem ze strony obywateli, w 2018 roku korzystało z niego już 2,6 mln osób, a na horyzoncie pojawiają się kolejne projekty, które ułatwią wykonywanie czynności urzędowych za pośrednictwem internetu. E-urząd już teraz pozwoli zautomatyzować wypełnianie rocznych deklaracji podatkowych, a docelowo ma umożliwić załatwienie wszystkich spraw związanych ze skarbówką przez internet.  

Fundamentem przeniesienia polskich urzędów do sieci jest portal obywatel.gov.pl powołany do życia w 2018 roku. W tym miejscu zebrano najróżniejsze usługi publiczne, które można rozpatrywać za pośrednictwem internetu. Serwis ułatwia składanie wniosków online i przeprowadza użytkowników przez wszystkie procedury przygotowania dokumentów. Teraz do fali cyfryzacji administracji publicznej dołącza również Ministerstwo Finansów i administracja skarbowa.

– Uruchamiamy usługę Twój e-PIT,  to jest pierwszy etap, w ramach którego przygotowaliśmy deklaracje roczne PIT-37, PIT-38. Drugi etap już trwa, prace już są w toku, w ramach których w 2020 roku udostępnimy kolejne deklaracje takie jak PIT-36, PIT-36L i PIT-28, czyli deklaracje PIT już od osób prowadzących działalność gospodarczą. Ten etap już jest nie tyle zaplanowany, ile zdefiniowany, trwa i prace są w toku – zapewnia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Przemysław Koch, pełnomocnik ds. Informatyzacji w Ministerstwie Finansów.

Program Twój e-PIT to tylko jedna składowa procesu masowej cyfryzacji polskiej administracji, która ma wspomóc nie tylko zwykłych obywateli, lecz także przedsiębiorców. Z portalu biznes.gov.pl w 2018 roku skorzystało 7 mln przedsiębiorców. Dzięki niemu można przeprowadzić przeszło 300 czynności związanych z prowadzeniem własnej firmy. Wysoką popularność usługi potwierdzają badania Uniwersytetu Warszawskiego, które wykazały, że ok. 90 proc. polskich przedsiębiorców przynajmniej raz skorzystało z oferty elektronicznych urzędów. W przyszłości wskaźnik ten może jeszcze wzrosnąć m.in. ze względu na wprowadzenie ustrukturyzowanych faktur elektronicznych, usprawniających rozliczanie się za pośrednictwem internetu.

W tym roku ruszy także proces wymiany klasycznych dowodów na wersje elektroniczne opracowane we współpracy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji z Ministerstwem Cyfryzacji. Dokument zostanie wyposażony w układ elektroniczny umożliwiający zdalną identyfikację tożsamości użytkownika. Wraz z nowym dowodem do dyspozycji otrzymamy także profil oraz podpis elektroniczny, które zwiększą zakres spraw rozpatrywanych przez elektroniczne urzędy. Posłużą one do logowania się w e-urzędach: po zeskanowaniu dowodu przez specjalny czytnik i wprowadzeniu kodu zabezpieczającego będziemy mogli złożyć większość dokumentów urzędowych za pośrednictwem internetu.

Zanim jednak dowody elektroniczne się upowszechnią, minie jeszcze dziesięć lat. Ministerstwo nie planuje bowiem wdrożyć przyspieszonego procesu wymiany dokumentów. Elektroniczne dowody zostaną wydane wtedy, kiedy ważność stracą nasze bieżące dokumenty, co oznacza, że pełna cyfryzacja może nastąpić dopiero w 2029 roku. W międzyczasie rząd będzie rozwijać inne projekty, które usprawnią funkcjonowanie elektronicznej administracji.

Wdrożenie programu Twój e-PIT ma być krokiem milowym na drodze do upowszechnienia e-urzędów, także w administracji skarbowej, które ograniczą konieczność odwiedzania fizycznych placówek administracyjnych. Docelowo portal podatki.gov.pl ma być miejscem, w którym podatnik będzie w stanie załatwić wszystkie sprawy bez wychodzenia z domu.

– Chcemy integrować kolejne e-usługi administracji skarbowej w taki sposób, żeby doprowadzić do sytuacji, w której będziemy mieć kompletny e-urząd w tym cyfrowym, zdigitalizowanym świecie. Aby podatnik czy przedsiębiorca mógł się rozliczyć z podatków, zrealizować wszystkie czynności, jakie wymagają kontaktu z urzędem, czy skarbowym, czy celno-skarbowym, w taki sposób, że zrealizuje wszystkie czynności związane z administracją skarbową z poziomu swojej kanapy – zapowiada Przemysław Koch.

Według raportu analityków z firmy McKinsey & Company proces cyfryzacji w Polsce przebiega dwukrotnie szybciej niż w największych krajach Europy. Na świecie administracja cyfrowa rozwija się w tempie 7 proc. w skali roku, a wartość usług cyfrowych do 2025 roku może wzrosnąć do 275 mld zł.

Inwestycje w Polsce mogą nabrać tempa. Potrzebne stabilne prawo i polityka imigracyjna

Inwestycje w Polsce mogą nabrać tempa. Potrzebne stabilne prawo i polityka imigracyjna 5

Po załamaniu w 2016 roku i dłuższym zastoju inwestycje w ostatnich kwartałach przyspieszyły. W 2018 roku nakłady brutto na środki trwałe wzrosły o 7,3 proc. wobec 3,9 proc. rok wcześniej. To dobra wiadomość dla polskiej gospodarki, której nie da się budować tylko na konsumpcji. Wciąż jednak wielu przedsiębiorców wstrzymuje się z inwestowaniem, m.in. ze względu na niepewne otoczenie regulacyjne i niekorzystną sytuację na rynku pracy. Jak podkreśla prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, rząd musi przestać fundować przedsiębiorcom legislacyjny rollercoaster i jak najszybciej wdrożyć politykę migracyjną, która pozwoli uzupełnić luki kadrowe.

– Nie oczekujemy, że w roku przedwyborczym zmieni się prawo inwestycyjne, ale przynajmniej niech nikt przy nim nie grzebie. Jeśli już jest złe, to i tak wszyscy przyzwyczaili się do tego złego, wiedzą mniej więcej, jak nim operować, więc trud zmiany tego złego prawa niech zostanie podjęty już po wyborach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Jak podkreśla, pozytywnym sygnałem jest fakt, że w końcówce ubiegłego roku inwestycje wreszcie przyspieszyły po załamaniu w 2016 roku. Dane GUS pokazały, że już w III kwartale ubiegłego roku realna dynamika inwestycji sięgnęła 9,9 proc. w ujęciu rocznym, co było najlepszym wynikiem od ponad trzech lat. W IV kwartale dynamika inwestycji wyniosła już 6,8 proc., ale w całym 2018 roku nakłady brutto na środki trwałe wzrosły o 7,3 proc., co było wyczekiwanym odbiciem względem dwóch poprzednich lat. Prezes ZPP podkreśla jednak, że aby wzrost w inwestycjach był trwały i szybszy, potrzebny jest wysiłek ze strony rządu.

– Bardzo ważne jest, żeby ograniczyć do minimum ryzyko regulacyjne. Główną barierą dla inwestycji w Polsce jest w tej chwili bardzo wysoka wycena ryzyka regulacyjnego przez przedsiębiorców, czyli zaskakiwanie ich nagłymi zmianami prawa przez rząd. Jeżeli rząd chce, żeby gospodarka się rozwijała, to powinien takich praktyk zaniechać – podkreśla Cezary Kaźmierczak.

Z analiz ZPP wynika, że ponad 71 proc. polskich inwestycji to te dokonywane przez duże przedsiębiorstwa, podczas gdy małe podmioty odpowiadają za niewiele ponad 7,5 proc. To zrozumiałe o tyle, że mniejsze firmy dotkliwiej odczuwają bariery inwestycyjne, takie jak niestabilne otoczenie prawno-regulacyjne. Niepewność prawa jest dla małych firm problemem, bo nie dysponują one wyspecjalizowanymi działami prawnymi ani zasobami pozwalającymi korzystać z usług profesjonalnych kancelarii.

– Kolejną rzeczą jest kwestia pracowników, konkretnie imigrantów. W Polsce rokrocznie ubywa z rynku pracy 800 tys. ludzi, a wchodzi około 500 tys., co oznacza ubytek 300 tys. pracowników rocznie. W przyszłym roku będzie brakowało na polskim rynku pracy blisko miliona pracowników. Rząd ma przygotowaną politykę imigracyjną, ale boi się ją wdrożyć. Ona powinna zostać wdrożona natychmiast, musimy prowadzić kontrolowaną, suwerenną politykę imigracyjną i ściągać do kraju pracowników, którzy są niezbędni dla rozwoju naszej gospodarki – ocenia Cezary Kaźmierczak.

Mimo że w ubiegłym roku inwestycje były jedną z głównych składowych wzrostu PKB, a tempo wzrostu nakładów na środki trwałe było najwyższe od 2015 roku, w ocenie ZPP struktura tych inwestycji jest dalece niezadowalająca. Przyspieszenie inwestycyjne dotyczyło przede wszystkim samorządów (dla których zachętę do inwestowania stanowiły październikowe wybory) i dużych przedsiębiorstw publicznych. Sektor MSP – do którego należy ponad 90 proc. działających w Polsce przedsiębiorstw – odpowiada jedynie za 28,5 proc. wartości nakładów na środki trwałe. Problemem są też nadal niewystarczające nakłady na innowacje.

– Przedsiębiorcy z natury chcą inwestować i się rozwijać. Przez ostatnie lata wstrzymywali się przed tym mocno, teraz trochę mniej, ale wciąż się wstrzymują. Przedsiębiorcy mają na kontach zgromadzone rekordowe kwoty i jeżeli chcemy je uruchomić, musimy usunąć bariery, z powodu których oni tego nie robią – mówi Cezary Kaźmierczak.

Prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla, że stopa inwestycji jest kluczowa dla utrzymania długoterminowego wzrostu polskiego PKB.

– Im więcej one będą ważyły, tym ten wzrost będzie stabilniejszy. Rząd kocha konsumpcję i promował ją przez długi czas, bo ona oznacza przychody z VAT. Natomiast chyba zorientowano się już, że tak długo nie pociągniemy i konsumpcja nie jest fundamentem, na którym można budować długotrwały wzrost gospodarczy. Takim fundamentem są inwestycje i jeżeli one mają ruszyć, to trzeba się powstrzymać z nieprzemyślanymi działaniami legislacyjnymi – mówi Cezary Kaźmierczak.

Ekonomiści prognozują, że w 2019 roku nakłady brutto na środki trwałe wzrosną o 6–6,5 proc. rok do roku (dynamika będzie mniejsza m.in. ze względu na spowolnienie w inwestycjach realizowanych przez samorządy), ale udział nakładów inwestycyjnych w strukturze PKB wzrośnie kosztem konsumpcji indywidualnej.

Z grudniowego badania Konfederacji Lewiatan wynika, że w 2019 roku 18 proc. przedsiębiorstw planuje zwiększyć inwestycje, 44 proc. chce utrzymać je na poziomie zbliżonym do ubiegłego roku, a 27 proc. w ogóle nie planuje inwestować. Sytuacja wygląda najgorzej w sektorze małych firm, spośród których 30 proc. nie planuje w nadchodzącym roku żadnych inwestycji (w przypadku firm średnich ten odsetek wynosi 19 proc., a dużych – 6 proc.). Wśród głównych barier inwestycyjnych przedsiębiorcy wymienili rosnące koszty zatrudnienia (18 proc.), pogarszającą się sytuację rynkową (14 proc.), niepewność sytuacji politycznej (10 proc.) oraz niepewność regulacyjną i częste zmiany prawa (10 proc.).

8 na 10 internautów łączy oglądanie TV z przeglądaniem smartfona. Zjawisko to wykorzystują reklamodawcy

8 na 10 internautów łączy oglądanie TV z przeglądaniem smartfona. Zjawisko to wykorzystują reklamodawcy 6

Multiscreening, czyli jednoczesne korzystanie z kilku ekranów naraz, jest coraz popularniejszy wśród internautów i konsumentów mediów. Według badań Facebooka średnio 28 proc. czasu spędzanego na oglądaniu telewizji poświęcamy innemu urządzeniu. Najczęściej jest nim smartfon, na którym sprawdzamy e-maila bądź media społecznościowe, okazjonalnie dokonując zakupu produktów czy usług zauważonych w telewizji. Zjawisko multiscreeingu ma jednak coraz większe przełożenie na reklamę i marketing. 

Multiscreening oznacza dzielenie uwagi pomiędzy ekran smartfona a laptopa, tabletu bądź telewizora. Najpopularniejszą jego formą jest korzystanie z dodatkowego urządzenia w trakcie oglądania telewizji. Takie zachowanie deklaruje w badaniach 82,5 proc. internautów, co względem ubiegłego roku oznacza wzrost o 5 pkt proc. Najczęściej sięgamy wówczas po smartfon (68 proc.) lub laptop (58 proc.).

Coraz więcej osób w trakcie oglądania telewizji skupia się już nie tylko na programie, na przekazie telewizyjnym, lecz także bardzo dużą część swojej uwagi poświęca czynnościom wykonywanym na innym ekranie – mówi agencji Newseria Biznes Weronika Niżnik, senior project manager IRCenter.

Rosnąca popularność multiscreeningu wynika z jednej strony z powszechności i rozwoju urządzeń mobilnych. Drugi czynnik to coraz lepsze dostosowanie treści dostępnych w innych źródłach do ekranów smartfonów czy tabletów. Przy tworzeniu stron internetowych obowiązuje już zasada „mobile first”, co oznacza, że musi przede wszystkim dobrze działać na smartfonie, a dopiero później jest obudowywana w warstwę przeznaczoną na komputery stacjonarne.

– W przeszłości, kiedy mieliśmy zwykły telefon, mogliśmy w zasadzie tylko przeczytać SMS albo odebrać połączenie. W tej chwili smartfony umożliwiają nam korzystanie z całych zasobów internetu. Ponadto, jesteśmy przyzwyczajeni sprawdzać i zerkać na telefon wielokrotnie w ciągu dnia i to dotyczy także czasu, który poświęcamy na oglądanie telewizji. Nie jesteśmy w stanie skupić się półtorej godziny uwagi na przekazie telewizyjnym – mówi Weronika Niżnik.

Użytkownicy na drugim ekranie najczęściej sprawdzają e-maile (49 proc.), korzystają z mediów społecznościowych i komunikują się ze znajomymi (po 40 proc.). 28 proc. śledzi bieżące wydarzenia, a 23 proc. – gra w gry.

Multiscreening ma także rosnące przełożenia na reklamę i marketing. 15 proc. internautów przyznaje, że zdarza im się szukać więcej informacji o markach, które widzą w telewizji. 8 proc. deklaruje, że w trakcie oglądania programu TV zauważyli interesujący produkt bądź markę i od razu dokonali zakupu na innym urządzeniu.

Z badań przeprowadzonych przez Facebooka wynika, że średnio 28 proc. czasu spędzanego na oglądaniu telewizji poświęcamy innemu urządzeniu – najczęściej jest nim właśnie smartfon. Natomiast w przypadku bloków reklamowych ten odsetek urasta już do 50 proc.

– Tak naprawdę reklamy w telewizji oglądamy rzadko. To jest zwykle przerwa na zrobienie herbaty, kawy, jedzenia albo wyjście do toalety. Natomiast w sytuacji, w której skupiamy się na multiscreeningowaniu, to jednak zostajemy przy ekranie. Wprawdzie jednocześnie wykonujemy inne czynności, komunikujemy się ze znajomymi, siedzimy na Facebooku czy Instagramie, to jednak reklama w TV leci cały czas gdzieś w tle i ma szansę gdzieś do nas dotrzeć, skupić naszą uwagę – mówi ekspertka IRCenter.

Asystenci głosowi w medycynie. Osobisty system szybkiego reagowania w nagłych sytuacjach może uratować życie osobom starszym lub chorym

Asystenci głosowi w medycynie. Osobisty system szybkiego reagowania w nagłych sytuacjach może uratować życie osobom starszym lub chorym 7

Głośniki z asystentami głosowymi coraz częściej znajdują zastosowanie w medycynie. Wkrótce na rynek trafi system reagowania w nagłych sytuacjach oparty na działaniu inteligentnych czujników i reagujący na polecenia głosowe. To szansa przede wszystkim dla seniorów na usamodzielnienie się oraz szybką reakcję rodziny w razie np. nagłego upadku czy zawału serca. Jedna komenda wystarczy, by połączyć się z bliskimi lub lekarzem. Urządzenie także całkowicie bezprzewodowo zbiera dane o parametrach życiowych.

– Chcemy wprowadzić na rynek urządzenie typu PERS, czyli osobisty system reagowania w sytuacjach nagłych. To rozwiązanie zaprojektowane dla osób starszych. Przebywając zwykle w domu, chcą one mieć łączność ze światem zewnętrznym, możliwość połączenia ze swoimi dziećmi, sąsiadami czy krewnymi. Kiedy poczują się źle albo w przypadku ataku choroby, mogą szybko połączyć się z rodziną – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr James Sung Ho Cho ze start-upu Xandar Kardian.

System PERS składa się z urządzenia mierzącego parametry życiowe użytkownika, które wyglądem przypomina lampę biurkową, a także bezprzewodowego głośnika z asystentem głosowym i aplikacji mobilnej. Kiedy użytkownik poczuje się źle, może nacisnąć przycisk na urządzeniu, by połączyć się ze zdefiniowanym wcześniej numerem telefonu. Połączenie może być wykonane również po wykonaniu gestu lub wydaniu komendy głosowej, którą odczyta system rozpoznawania głosu Alexa. Urządzenie zapewnia kompleksowy monitoring stanu zdrowia i parametrów życiowych.

– Gdy siedzisz na kanapie i oglądasz np. telewizję, system monitoruje rytm twojego oddechu i tętno w sposób bezdotykowy, przesyłając te dane na telefon. Gdy zabierzesz urządzenie do sypialni, będzie ono monitorować twój sen, mierząc czas wybudzenia, fazy płytkiego i głębokiego snu oraz licząc epizody bezdechu sennego – wymienia dr James Sung Ho Cho.

Urządzenie monitoruje m.in. to, ile razy na godzinę użytkownik przestaje oddychać i zaalarmuje, jeśli liczba bezdechów przekracza 30. Wyniki można sprawdzić na aplikacji mobilnej, a dane zebrane przez czujniki można uzupełnić informacjami o towarzyszących im wydarzeniach, takich jak posiłek, wypicie alkoholu czy zwiększony wysiłek fizyczny. Na tej podstawie użytkownik może wyciągać wnioski co do wpływu trybu życia na jakość snu i eliminować lub ograniczać sytuację, które go pogarszają.

– W urządzeniu wykorzystujemy techniki radiolokacyjne, dzięki czemu mamy możliwość bezdotykowego monitorowania parametrów życiowych i parametrów snu. Mamy też odpowiednie układy sterowania w systemie bazowym oraz moduł LTE, który pozwala na wykonywanie połączeń i kontrolowanie sytuacji i parametrów użytkowników z bazy – przekonuje ekspert.

Rozwiązanie jest obecnie w fazie prototypu, ale producent zapowiada udostępnienie go na zasadzie wypożyczenia lub abonamentu. Cena urządzenia zamknie się najprawdopodobniej w kwocie 600 dolarów. Tymczasem inteligentne rozwiązania coraz częściej postrzegane są jako szansa na poprawę opieki nad seniorami. Specjalizująca się w opiece nad osobami starszymi amerykańska firma Ascension Living umieściła w ramach pilotażu w dwóch swoich wioskach głośniki Amazon Echo u 18 mieszkańców. Wykorzystywali oni inteligentne głośniki m.in. do sterowania urządzeniami domowymi. Po okresie pilotażowym wszyscy oni uznali, że rozwiązanie w znaczący sposób ułatwiło im życie.

Z kolei amerykańska klinika Mayo rozwija użycie asystentów głosowych do udzielania pierwszej pomocy. Rozwiązanie Mayo First Aid za pomocą asystenta Alexa zapewnia użytkownikom dostęp do stworzonych przez wysoko wykwalifikowanych lekarzy porad dotyczących leczenia różnych schorzeń, takich jak gorączka, ukąszenia przez pająka lub skaleczenia. Dostarcza również informacji o tym, jak reagować w wybranych sytuacjach awaryjnych, np. gdy zachodzi konieczność przystąpienia do resuscytacji krążeniowo-oddechowej.

Gartner przewiduje, że wydatki konsumpcyjne i biznesowe na głośniki wyposażone w asystentów głosowych sięgną kwoty 3,5 mld dol. w 2021 roku.

Patryk Wąsowicz nowym Product Marketing Managerem w OKI Europe (Polska)

Do zespołu OKI Europe (Polska) dołączył Patryk Wąsowicz, który objął stanowisko Product Marketing Managera i będzie odpowiadał za zarządzanie ofertą OKI w segmencie produktów Office, usług zarządzania drukiem SMART (Smart Managed Document Solutions) oraz rozwiązań dedykowanych m.in. branży detalicznej, oświacie i służbie zdrowia.   

W związku z rozwojem firmy OKI Europe (Polska) rozbudowuje dział marketingu odpowiedzialny za tworzenie i realizowanie strategii marketingowej i komunikacyjnej na terenie Polski i 19 krajów eksportowych. W lutym b.r. do zespołu dołączył

Patryk Wąsowicz, OKI Europe (Polska)
Patryk Wąsowicz, OKI Europe (Polska)

Patryk Wąsowicz. Do jego głównych zadań będzie należało przede wszystkim zarządzanie ofertą produktową OKI w segmencie biurowym, DICOM oraz rozwiązań dla branży detalicznej. Będzie on odpowiedzialny także m.in. za działania marketingowe dotyczące nowych produktów, prowadzenie szkoleń dla kanału partnerskiego, wspieranie projektów sprzedażowych i realizowanie kampanii promocyjnych oraz monitorowanie i analizę pozycji produktów Oki na rynku.

Patryk Wąsowicz karierę w branży IT zaczął 20 lat temu jako handlowiec, przez dwa lata był redaktorem w czasopiśmie komputerowym CHIP, gdzie zajmował się m.in. tematami związanymi z drukiem. Posiada ponad 10-letnie doświadczenie w branży poligraficznej i marketingu sektora IT. Od 2014 był odpowiedzialny za marketing produktowy oferty biznesowej w Canonie w dziale Business Imaging Group. Jest absolwentem Psychologii na Uniwersytecie SWPS, ukończył też podyplomowe studia z zakresu Social Media na tej samej uczelni. Prywatnie jest miłośnikiem off-roadu motocyklowego, kajakarstwa i caravaningu.

Kurs funta najwyżej od 2 lat i jest szansa na dalsze umocnienie

Braki żywności i leków, kilometrowe kolejki tirów na granicy i poważne problemy w transporcie lotniczym. Właśnie z takimi ryzykami muszą się mierzyć Brytyjczycy wobec groźby chaotycznego brexitu. Dlaczego jednak, biorąc pod uwagę widmo tak poważnych zaburzeń gospodarczych, funt zyskuje na wartości i jest najmocniejszy do złotego od prawie dwóch lat? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Od początku roku brytyjska waluta w relacji do złotego zdrożała o ok. 20 gr i osiągnęła wartości zbliżone do 5 zł. Część tego 4-procentowego umocnienia funta do złotego wynika z ogólnej słabości polskiej waluty. Funt umocnił się jednak również o ok. 3 proc. do euro i 2 proc. do dolara. Jak to możliwe, skoro z Wielkiej Brytanii wycofują się zagraniczni inwestorzy, a widmo chaotycznego brexitu może zagrażać podstawowym funkcjom całego kraju?

Polityczny bałagan

Kampania dotycząca umowy o wyjściu z Unii Europejskiej doprowadziła do jeszcze większej polaryzacji na brytyjskiej scenie politycznej. W kwestii brexitu istnieją olbrzymie podziały zarówno wśród rządzących torysów, jak i wewnątrz opozycyjnej partii pracy. Dowód na to stanowi odejście siedmiu konserwatystów i trzech laburzystów w ostatnich godzinach i utworzenie nowej niezależnej grupy w brytyjskiej Izbie Gmin.

Premier Theresa May wielokrotnie przegrała w ostatnich miesiącach ważne głosowania dotyczące brexitu, co jest przede wszystkim rezultatem silnej opozycji wśród kiludziesięciu konserwatystów w sprawie backstopu, czyli awaryjnego mechanizmu, który w przypadku braku nowej umowy handlowej pomiędzy Unią i Wielką Brytanią zagwarantuje brak granicy na irlandzkiej wyspie.

Backstop nie może być bezterminowy według konserwatywnych rebeliantów, gdyż spowodowałby konieczność utrzymywania unii celnej pomiędzy Wielką Brytanią i Unią Europejską, czyli byłby zaprzeczeniem głównego powodu opuszczenia wspólnoty. Premier May musi więc renegocjować uzgodnioną już umowę (stąd jej środowa wizyta w Brukseli i spotkanie z szefem KE), by eurosceptyczni konserwatyści zaakceptowali jakiekolwiek porozumienie i kraj uniknął chaotycznego opuszczenia Unii.

Backstop zagrożeniem, ale i szansą

Konserwatyści proponowali przez ostatnie tygodnie (zresztą również podczas wcześniejszych negocjacji), by kwestie kontroli granicznych pomiędzy Irlandią i Irlandią Północną były rozwiązane dzięki nowoczesnej technologii. Do tej pory jednak takie narzędzia nie zostały wymyślone i w rezultacie kontrole i tak musiałby być prowadzone na normalnych zasadach, co zaburzyłoby wymianę handlową i przypomniałoby tragiczne wydarzenia konfliktu na irlandzkiej wyspie, które pochłonęły kilka tysięcy ofiar. W rezultacie w minionych godzinach konserwatyści wycofali się z tego pomysłu i chcą innych ustępstw od UE, które pozwoliłby na akceptację umowy przez eurosceptycznych torysów. Jakich?

Przede wszystkim eurosceptycy, którzy budowali swój wizerunek na sprzeciwie w stosunku do Brukseli, potrzebują jakiejś marchewki. Być może byłoby nią bardziej dobitne zaznaczanie, że backstop ma charakter czasowy i priorytetem jest przygotowanie finalnej umowy handlowej. Ten proces rozpocznie się jednak dopiero po formalnym opuszczeniu UE. Umowa natomiast, jeżeli okaże się to konieczne, ureguluje kwestie granicy bez potrzeby jej fizycznego wprowadzenia.

Unia być może by się zgodziła na zrobienie wszystkiego, co możliwe, by nie było potrzeby aktywacji backstopu, ale na pewno się nie zgodzi na wpisanie konkretnej daty. Bez daty z kolei najbardziej zatwardziali eurosceptycy nie ogłoszą zwycięstwa. Choć problem wydaje się nie do rozwiązania, to jednak wyłącznie polityczny detal, który może być doprecyzowany w kolejnych latach (w końcu premier May zgodziła się na problematyczny backstop podczas kilkunastu miesięcy negocjacji).

Gdy będziemy się więc zbliżać do kluczowej daty (29 marca) i zagrożenie chaotycznym brexitem będzie rosło, wtedy presjbackstopa na konserwatystów może być na tyle duża, by finalnie przyjąć zaproponowane rozwiązanie z niewielkimi zmianami. To może być uzgodnione dosłownie w kilka godzin.

Kontrola parlamentu

Gdy jednak okaże się, że pod koniec lutego konserwatyści nadal są w rozsypce, a premier May niczego nie uzyskała w Brukseli, większą rolę nad procesem negocjacji może przejąć brytyjski parlament. Chociaż nie zdoła on przygotować szybko nowej umowy, to jednak zachowuje przekonanie, że chaotycznego brexitu trzeba uniknąć.

Wtedy możliwe jest przedłużenie okresu negocjacyjnego, zwłaszcza gdyby doszło do wcześniejszych wyborów w Wielkiej Brytanii. Dłuższe negocjacje oznaczają jednak jeszcze mniejsze szanse na chaotyczny brexit.

Ciekawostką natomiast byłoby, gdyby przedłużające się negocjacje spowodowały konieczność kandydowania Brytyjczyków do Parlamentu Europejskiego. Formalnie pozostaliby w Unii, więc powinni brać udział w wyborach. Gdy jednak doszłoby do faktycznego opuszczenia UE, to musieliby się szybko pożegnać z nowymi mandatami.

Politycy lepsi niż wyborcy

Inwestorzy wierzą w jeszcze inną ważną kwestię. Politycy, akurat w kwestii brexitu, mogą być zdecydowanie bardziej przewidywalni niż wyborcy. Decyzja o opuszczeniu UE w referendum z czerwca 2016 r. była całkowitym zaskoczeniem dla rynków, gdyż badania opinii publicznej niedoszacowały siły eurosceptyków.

Obecnie chaotyczny brexit nie ma poparcia w parlamencie, a jakakolwiek umowa spowodowałaby prawdopodobnie wyraźnie umocnienie funta. Zmniejsza ona negatywne gospodarcze skutki opuszczenia Unii, a także otwiera drzwi dla Banku Anglii do podwyżki stóp procentowych, co zwykle pozytywnie wpływa na waluty.

Negocjacje dotyczące finalnej umowy handlowej mogą także przebiegać w stronę bliskich relacji z Unią, zwłaszcza że zachowanie się japońskich przedsiębiorstw z sektora motoryzacyjnego jasno sugeruje, że bez bliskich relacji z Unią inwestycji w produkcję samochodów czy części na Wyspach nie będzie.

Szansa na dalsze umocnienie funta

Rynek może więc przytomnie oceniać, że mimo upływającego czasu i braku porozumienia z Unią realne ryzyko chaotycznego brexitu jest niewielkie. Ogólnie brytyjska waluta jest nadal o ok. 10 proc. słabsza niż przed referendum o opuszczeniu Unii. W najbliższych miesiącach, w przypadku porozumienia, funt powinien odrabiać część tego poreferendalnego osłabienia i umocnić się nawet o ok. 5 proc. To oznaczałoby wyceny sterlinga do złotego na poziomie ok. 5,25 zł.

Oczywiście w przypadku braku umowy z Unią i chaotycznego brexitu spadki funta byłby dramatyczne i mogłyby wynieść więcej niż 10 proc. Realnie jednak ryzyko tak negatywnego scenariusza jest mało prawdopodobne.

Detekcja + reakcja = ochrona. Jak wykryć atak, zanim narobi szkód w firmie?

Jak wynika z danych zgromadzonych w raporcie KPMG, w 2017 r. aż 82 proc. polskich przedsiębiorstw odnotowało co najmniej jeden incydent w zakresie cyberbezpieczeństwa. Ma to związek z faktem, że dziś atakujący z dużą łatwością potrafią obejść tradycyjne systemy zabezpieczeń. Na szczęście firmy coraz chętniej sięgają po nowoczesne rozwiązania pod postacią tzw. SIEM, które są w stanie rozpoznać działania hakerów i poinformować o nich, zanim ci zaszkodzą przedsiębiorstwu.

Według danych z raportu „Cyber-ruletka po polsku. Dlaczego firmy w walce z cyberprzestępcami liczą na szczęście”, aż 44 proc. przedsiębiorstw w naszym kraju w 2017 r. poniosło straty finansowe w wyniku cyberataku, co stanowi wzrost aż o 9 p. p. w porównaniu do roku 2016. Do najpoważniejszych konsekwencji należały: przestój w funkcjonowaniu firmy, zaszyfrowanie bądź całkowita utrata przetwarzanych danych, ale też naruszenie reputacji wśród klientów i kontrahentów czy wyciek poufnych informacji. Rzeczywistość pokazuje, że ofiarą ataku może paść każdy podmiot – w styczniu br. hakerzy dzięki wykorzystaniu ataku typu ransomware zablokowali pracę urzędu w Sammamish w USA. Pod koniec 2018 r. podobna historia spotkała urząd w Atlancie, gdzie koszt przywrócenia funkcjonowania infrastuktury informatycznej instytucji wyniósł prawie 3 mln dolarów.

Połowa polskich firm nie jest chroniona

Na wysoki odsetek firm, które doświadczyły incydentów związanych z ochroną systemów IT, ma wpływ to, iż wiele z nich takiej ochrony zwyczajnie nie posiada. Raport PwC wskazuje, iż spośród wszystkich polskich firm 53 proc. podmiotów stosuje zabezpieczenia typu Firewall, 52 proc. – system detekcji włamań, a 51 proc. filtruje ruch sieciowy. Co ważne – tylko 54 proc. firm posiada opracowane i wdrożone systemy reagowania na incydenty. Z powyższych statystyk wyłania się obraz polskiej rzeczywistości, w której prawie co druga firma jest bardzo podatna na ataki. – Jednym z ważniejszych powodów braku inwestycji w zabezpieczenia IT do tej pory była niska świadomości istnienia i powagi zagrożeń. Na szczęście, dzięki zjawiskom takim jak wdrożenia RODO możemy obserwować stopniowy wzrost zainteresowania tą tematyką, co przekłada się na większą chęć finansowania właśnie tego obszaru działania firmy ­– mówi Marcin Wójcik, ekspert ds. cybersecurity w MCX PRO.

Czy można przewidzieć atak zanim tak naprawdę nastąpi?

Tradycyjne systemy ochrony sieci IT w firmach (np. Firewall) opierają się na okresowo aktualizowanych bazach danych zagrożeń (tj. wirusów, malware etc.), co oznacza, że przy bardziej złożonym ataku (np. klasy APT) istnieje duża szansa na ich obejście. Dlatego też, w starciu z hakerami i złośliwym oprogramowaniem firmy coraz mocniej stawiają na nowe, bardziej kompleksowe rozwiązania z zakresu Security Information and Event Management, czyli w skrócie – SIEM. Główną cechą i największą zaletą tego systemu jest kompleksowy monitoring całego ruchu sieciowego w firmie. SIEM zbiera bowiem informacje z dzienników zdarzeń (tzw. logów), a także sprawdza przepływ informacji pomiędzy poszczególnymi węzłami sieci oraz same pakiety informacji. Zgrupowane w jednym miejscu dane są następnie poddawane analizie, w celu wychwycenia korelacji. Innymi słowy – system ten uczy się, jakie działania i ruchy wewnątrz sieci doprowadziły do naruszenia jej bezpieczeństwa, dzięki czemu przy kolejnej próbie będzie on w stanie skojarzyć sekwencje ataku i zawiadomić o nim, zanim ten w ogóle będzie miał miejsce. Na szczęście przedsiębiorstwo nie musi uczyć systemu od zera, ponieważ SIEM dostępne w portfolio dużych integratorów posiada wbudowany bogaty pakiet korelacji – Współczesne ataki na przedsiębiorstwa to już nie tylko próby wykorzystania podatności systemowych, w postaci luk w oprogramowaniu urządzeń, ale też bazowanie na nieuwadze pracowników, czy nawet sztuczki socjotechniczne w postaci np. phishingu. Wyuczone SIEM jest w stanie wykryć powiązania (korelacje) pomiędzy nawet niepozornymi zdarzeniami w sieci i odpowiednio na nie zareagować. Co więcej, system ten można zintegrować z innymi, tj. Endpoint Security czy PAM (Privilage Access Management), gwarantując tym samym kompleksową ochronę firmy – mówi Marcin Wójcik z MCX PRO. Wysoką skuteczność SIEM jest potwierdzana przez fakt, że system ten coraz zdobywa większą popularność zarówno w Polsce, jak i na świecie. W naszym kraju w 2017 r. w SIEM wyposażona była co trzecia firma (34 proc.), co stanowi wzrost o ponad 60 proc. w porównaniu do roku 2016 r.

Bezpieczeństwo nie tylko dla wybranych

Pomimo rosnącej świadomości i chęci poprawy swojego bezpieczeństwa wiele firm, szczególnie z sektora MŚP, boryka się z problemami w tym zakresie. Według raportu „Barometr Cyberbezpieczeństwa” do najważniejszych z nich należą trudności w zatrudnieniu i utrzymaniu odpowiednich pracowników, brak wystarczającego budżetu czy też rozmyta odpowiedzialność za bezpieczeństwo IT w firmie. – Zarówno niski budżet, jak i problemy kadrowe nie powinny stanowić wytłumaczenia dla zaniedbania poziomu cyberbezpieczeństwa, ponieważ obecnie istnieje wiele możliwości, by przenieść obowiązki ochrony na firmy zewnętrzne. Wysoka skalowalność rozwiązań, takich jak SIEM, pozwala dziś dopasować wdrożenia z tego zakresu nie tylko do wielkości, ale też do finansów każdej firmy – komentuje ekspert MCX PRO. Raport KPMG z 2018 r. wyraźnie pokazuje, jak dużą popularnością cieszy się w Polsce outsourcing bezpieczeństwa IT – ponad 70 proc. firm, które zdecydowały się zainwestować w zabezpieczenia skorzystało w tym celu z usług firmy zewnętrznej. Najczęściej wybieranymi były usługi wsparcia w reakcji na cyberataki, szkolenia pracowników, audyty bezpieczeństwa oraz monitoring systemów IT.

W obliczu coraz większej ilości zagrożeń oraz obostrzeń w postaci RODO, cyberbezpieczeństwo powinno stać się jednym z priorytetów funkcjonowania przedsiębiorstw. Dzięki wykorzystaniu nowoczesnych narzędzi, takich jak Security Information and Event Management, firmy mają możliwość skutecznej obrony przed atakami na ich sieć informatyczną. Kluczem do poprawy bezpieczeństwa okazuje się jednak zmiana mentalności samych przedsiębiorców tak, aby traktowali ich zakup jako inwestycje, która zwróci się nie tylko w postaci płynnego funkcjonowania firmy, ale i utrzymania zaufania klientów oraz kontrahentów.

19-letnia podatność w WinRAR. Pół miliarda użytkowników zagrożona

WinRAR, popularny program do kompresji i archiwizacji danych z podatnością! Wykryty przez firmę Check Point exploit działa poprzez wyodrębnienie archiwum i naraża na niebezpieczeństwo ponad 500 milionów użytkowników! O dziwo, błąd ten istnieje od ponad 19 lat i zmusił WinRAR do całkowitego zarzucenia wsparcia dla podatnego na atak formatu.

Kilka miesięcy temu zespół badawczy firmy Check Point zbudował wieloprocesorowe laboratorium fuzzingowe i rozpoczął „fuzz” plików binarnych środowisk Windows przy użyciu fuzzera WinAFL.

Po dobrych wynikach pozyskanych od Adobe Research zdecydowaliśmy się rozszerzyć nasze wysiłki związane z fuzzingiem i zaczęliśmy także fuzz WinRAR-a. – pisze na blogu Nadav Grossman, ekspert Check Pointa odpowiedzialny za odkrycie podatności.

Jedna z awarii wywoływanych przez fuzzer zaprowadziła badaczy do starej biblioteki linków dynamicznych (DLL), która została skompilowana w 2006 roku bez mechanizmu ochrony (jak ASLR, DEP itp.) i która jest wciąż używana przez WinRAR.

Zespoł zwrócił szczególną uwagę na ten dll, a następnie próbował wyszukać błąd uszkodzenia pamięci, który mógł doprowadzić do zdalnego wykonania kodu. Jednak fuzzer w teście wykrył dziwne zachowanie. Po jego zbadaniu, ekipa Check Pointa wykryła błąd logiczny: Absolute Path Traversal. Od tego momentu łatwo było wykorzystać tę lukę do zdalnego wykonywania kodu.

Co ciekawe, w przypadku wykrycia tego rodzaju luk, oferowana jest znaczna kwota pieniędzy…winrar

WinRAR to narzędzie do archiwizacji plików dla systemu Windows, może tworzyć i wyświetlać archiwa w formatach plików RAR lub ZIP i rozpakowywać wiele innych formatów archiwalnych. Jak wskazuje strona internetowa WinRAR, „Ponad 500 milionów użytkowników na całym świecie sprawia, że WinRAR jest dziś najpopularniejszym na świecie narzędziem do kompresji”.

Rozwiązania chmurowe i mobilne są najsłabszym ogniwem sieci korporacyjnych

Firma Check Point Software Technologies podczas odbywającej się w Wiedniu konferencji CPX opublikowała trzecią część swojego Raportu Bezpieczeństwa 2019. Opisuje on, w jaki sposób przestępcy coraz częściej atakują najsłabsze, najmniej chronione punkty w infrastrukturze IT organizacji – jej wdrożenia chmurowe i mobilne.

Trzecia część Raportu Bezpieczeństwa 2019 ujawnia kluczowe trendy cyberataków wykorzystywanych przez przestępców do przeniknięcia do zasobów mobilnych i chmurowych w ciągu roku 2018. Pokazuje również główne problemy firmowych działów bezpieczeństwa dotyczących tych obszarów. Najważniejsze spostrzeżenia trzeciej części raportu to między innymi:

  • 18% organizacji na całym świecie doświadczyło incydentu bezpieczeństwa w chmurze w ciągu ostatniego roku: najczęstszymi ich rodzajami były wycieki danych, przejęcia kont oraz infekcje złośliwym oprogramowaniem.
  • Najczęstsze cztery zagrożenia dotyczące publicznych usług w chmurze: 62% ankietowanych specjalistów IT wymieniło niepoprawną konfigurację usługi w chmurze, która prowadzi do utraty lub wycieku danych jako największe zagrożenie; 55% – nieautoryzowany dostęp do zasobów w chmurze; 50% – źle zabezpieczone interfejsy i APi; 47% – przejęcie kont i ruchu internetowego.
  • 30% specjalistów IT cały czas uważa, że kwestia bezpieczeństwa leży po stronie dostawcy usługi w chmurze: ta niepokojąca statystyka stoi w zaprzeczeniu z rekomendacjami mówiącymi, że bezpieczeństwo chmury stanowi wspólną odpowiedzialność dostawcy i klienta usługi.
  • 59% specjalistów IT nie używa zabezpieczeń przed zagrożeniami mobilnymi: Większość organizacji nadal nie wprowadziła mobilnych rozwiązań bezpieczeństwa będących w stanie wykryć zagrożeń takich jak złośliwe oprogramowanie mobilne, fałszywe i złośliwe aplikacje, ataki typu man-in-the-middle czy podatności systemu operacyjnego.
  • Tylko 9% specjalistów IT uważa zagrożenia mobilne jako istotne niebezpieczeństwo: a przecież złośliwe oprogramowanie może przedostać się z niezabezpieczonego urządzenia mobilnego do firmowej chmury czy wewnętrznej sieci firmowej, wykorzystując słabe ogniwo w zabezpieczeniach.

“Trzecia część naszego Raportu Bezpieczeństwa 2019 pokazuje jak bardzo organizacje są podatne na ataki wymierzone w ich zasoby chmurowe i mobilne, co wynika z braku świadomości istnienia tego typu zagrożeń i sposobów ich unikania. Zważywszy fakt, że prawie 20% organizacji doświadczyło incydentu bezpieczeństwa w chmurze w ciągu ostatniego roku, wyraźnie widać, że przestępcy szukają sposobów, by wykorzystać te luki w zabezpieczeniach” – powiedział Zohar Alon, szef działu zajmującego się bezpieczeństwem chmurowym w firmie Check Point Software Technologies. – “Dzięki analizie i podkreśleniu powyższych kwestii w naszym Raporcie, firmy mogą lepiej zrozumieć zagrożenia, którym powinny stawić czoło i w jaki sposób mogą zapobiec ich wpływowi na swój biznes”.

Raport Bezpieczeństwa 2019 firmy Check Point opiera się na danych pochodzących z Check Point ThreatCloud, największej, kolaboracyjnej sieci powstałej w celu walki z cyberprzestępczością, która dostarcza danych o zagrożeniach i trendach ataków z globalnej sieci wykrywaczy zagrożeń, z badań Check Point w ostatnich 12 miesiącach oraz z nowej ankiety dla specjalistów IT i kadry zarządzającej, która bada gotowość na nowoczesne zagrożenia. Raport ten analizuje najnowsze zagrożenia w różnych sektorach gospodarki, a także zawiera kompleksowy przegląd trendów dotyczących złośliwego oprogramowania, nowopowstałych wektorów wycieków danych oraz ataków na struktury państwowe. Zawarto w nim również analizy ekspertów firmy Check Point, aby pomóc organizacjom zrozumieć i przygotować się na teraźniejsze i przyszłe złożone cyberzagrożenia piątej generacji.

Przez rosnące ceny klienci zaczęli wybierać mniejsze mieszkania

Informacje napływające z rynku pierwotnego wskazują, że na wskutek wzrostu cen mieszkań klienci firm deweloperskich zaczęli wybierać mniejsze metraże. Ta sytuacja sugeruje, że wzrosty wynagrodzeń wyglądające dobrze w oficjalnych statystykach, jednak nie skompensowały podwyżek cen lokali. Bardzo sugestywne wydaje się porównanie powierzchni mieszkania, które w trzecim kwartale 2015 roku i 2018 roku można było kupić za 300 000 zł. Wyniki analizy przeprowadzonej przez portal RynekPierwotny.pl wskazują, że ta powierzchnia lokalu kosztującego 300 000 zł przeciętnie zmalała o 8 mkw. 

Pomorskie metropolie przodowały pod względem tempa zmian …

W ramach wstępu warto sprawdzić, które miasta wojewódzkie przez trzy lata (III kw. 2015 r. – III kw. 2018 r.) cechowały się największymi wzrostami średnich transakcyjnych cen nowych i używanych mieszkań. Dane Narodowego Banku Polskiego wskazują, że wśród miast będących stolicami województw widoczne jest bardzo duże zróżnicowanie tempa zmian cenowych.ceny mieszkań

Jak podkreślają analitycy portalu RynekPierwotny.pl podkreślają, że najwyższe procentowe wzrosty średnich cen 1 mkw. mieszkań odnotowano na terenie dwóch pomorskich metropolii. Mowa o Gdańsku (największa zmiana na rynku wtórnym) oraz Szczecinie (największa zmiana na rynku pierwotnym). Przypadek pierwszego z analizowanych miast jest szczególnie ciekawy. Przeciętny koszt zakupu używanego „M” z Gdańska wzrósł bowiem o niecałe 40% przez trzy lata. Tak dynamiczne wzrosty na pewno po części były stymulowane przez boom na rynku wynajmu i coraz większe koszty budowy konkurencyjnych „M” z gdańskiego rynku pierwotnego.

Pewną niespodzianką jest też wynik dotyczący rynku pierwotnego ze Szczecina (tzn. trzyletni wzrost ceny 1 mkw. o 20,8%). To właśnie stolica województwa zachodniopomorskiego okazała się miastem wojewódzkim z najszybciej drożejącymi mieszkaniami od deweloperów.

Na drugim biegunie uplasowała się Zielona Góra. Tam trzyletni wzrost średnich transakcyjnych cen nowego metrażu wyniósł ledwie 4,3%. Niewiele bardziej podrożały używane lokale z Kielc (+5,4%). Pewien wpływ na tę sytuację mogły mieć demograficzne problemy stolicy województwa świętokrzyskiego.

Metraż za 300 000 zł najbardziej skurczył się w Szczecinie i Łodzi

Przeanalizowane powyżej wzrosty średniej transakcyjnej ceny 1 mkw. miały bezpośredni wpływ na powierzchnię typowego mieszkania, które można kupić za 300 000 zł. Taka kwota w Warszawie pod koniec III kw. 2018 r. pozwalała tylko na zakup nowej kawalerki (35,0 mkw.) o przeciętnej cenie albo niewiele większego lokum z rynku wtórnego (36,7 mkw.). Kiepskie wyniki dotyczące zarówno rynku pierwotnego, jak i wtórnego odnotowano także na terenie Krakowa, Gdańska i Wrocławia.

Jak wskazuje portal RynekPierwotny.pl trzeba jednak zauważyć, że największe liczbowe spadki średniej powierzchni mieszkania za 300 000 zł nie objęły wiodących metropolii. Takie najbardziej dotkliwe zmiany odnotowano bowiem dla Szczecina (-11,0 mkw./rynek pierwotny) oraz Łodzi (-18,4 mkw./rynek wtórny). Na terenie obydwu wspomnianych miast miał miejsce wyraźny wzrost popytu połączony z coraz większymi kosztami budowy nowych lokali. Podobne czynniki działały również w Warszawie. Różnica polega na tym, że stołeczny rynek jest bardziej elastyczny pod względem podaży nowych mieszkań.

Możliwość znaczącego zwiększenia oferty przez warszawskich deweloperów zapobiega asymetrycznym zmianom cenowym widocznym na terenie niektórych analizowanych miast (np. Łodzi, Opola, Bydgoszczy i Gdańska). Mowa o sytuacji, w której rynek wtórny na wskutek niewystarczającej podaży nowych lokali otrzymuje silny bodziec popytowy i zaczyna szybko zmniejszać dystans cenowy wobec rynku pierwotnego.ceny mieszkań za metr

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Autonomiczny Lexus w sprzedaży od 2020 roku?

Już w przyszłym roku na ulice może wyjechać pierwszy samochód Lexusa zdolny do autonomicznej jazdy. Takim autem najprawdopodobniej będzie flagowa limuzyna marki, model LS.

Lexus LS jako laboratorium na kołach

W styczniu na targach Consumer Electronics Show w Las Vegas Toyota zaprezentowała eksperymentalny pojazd TRI-P4, oparty na nowym Lexusie LS 500h. To nie pierwsze jeżdżące laboratorium oparte na limuzynie Lexusa i opracowane przez Toyota Research Institute, należącą do japońskiego koncernu firmę zajmującą się pracami nad pojazdami autonomicznymi. Najnowsza konstrukcja otrzymała dodatkowe kamery monitorujące otoczenie po bokach oraz dwa nowe czujniki obrazu, skierowane do przodu i do tyłu, a także ulepszony system radarowy.

Autonomiczna jazda po autostradzie

Bardzo prawdopodobne, że to właśnie Lexus LS będzie pierwszym samochodem drogowym, w którym zostaną zastosowane rozwiązania opracowane przez TRI.

Samochód może zadebiutować przy okazji Igrzysk Olimpijskich 2020 w Tokio, których głównym sponsorem jest Toyota. Trzeba jednak zaznaczyć, że początkowo będzie oferował tryb autonomicznej jazdy wyłącznie w ruchu autostradowym – pozwoli na to opracowany przez japońskiego producenta system Highway Teammate.

Trudne wyzwania

Lexus LS nie bez powodu jest typowany na pierwsze auto, które otrzyma tak zaawansowany system. A powodem nie jest tylko to, że limuzyna została już dobrze poznana przez inżynierów. Decydującym czynnikiem jest cena – zastosowanie zaawansowanej elektroniki oraz dodatkowych kamer, lidarów i radarów podnosi koszty produkcji auta, co jest mniej zauważalne w przypadku dużej, luksusowej limuzyny, niż popularnego kompaktu. Tym bardziej, że Lexus LS już teraz może być wyposażony w szereg systemów, które w dużym stopniu wyręczają kierowcę – układy aktywnego omijania przeszkód znajdujących się̨ na drodze i ostrzegania o ruchu poprzecznym podczas włączania się̨ do ruchu czy asystenta utrzymania pasa ruchu i toru jazdy. To właśnie zmniejszenie kosztów produkcji autonomicznych pojazdów jest jednym z największych wyzwań, z jakimi zmagają się inżynierowie.

Najinteligentniejszy komputer na kołach

Za wprowadzenie takich technologii na rynek odpowiada utworzona przez Toyotę niespełna rok temu firma Toyota Research Institute – Advanced Development.

Jej zadaniem jest przede wszystkim opracowanie odpowiedniego oprogramowania, które skoordynuje pracę wszystkich układów potrzebnych do bezpiecznej jazdy bez udziału kierowcy. „Prototypy i auta przedprodukcyjne jakie buduje TRI-AD będą najbardziej inteligentnymi superkomputerami na kołach” – mówi James Kuffner, związany niegdyś z firmą Google, prezes TRI-AD, cytowany przez portal Automotive News Europe. Dla Kuffnera opracowanie takiej technologii i wprowadzenie jej na rynek jest osiągnięciem porównywalnym do lotu na księżyc.

Dolina Krzemowa w Tokio

W tej chwili w Toyota Research Institute – Advanced Development pracuje około 500 pracowników skupionych na tworzeniu pojazdów autonomicznych, a w przyszłości ma ich być nawet 1 000. Chociaż około 80% załogi stanowią Japończycy, w tokijskim biurze firmy mówi się po angielsku. Nie brakuje tutaj osób, które swoje kariery rozwijały w Dolinie Krzemowej i pracowały dla takich firm jak Google czy Netflix. Nikos Michalakis, który wcześniej programował właśnie dla słynnego, amerykańskiego dostawcy materiałów wideo na żądanie mówi, że celem jest wprowadzanie w firmie sposobu myślenia typowego dla słynnego kalifornijskiego technopolis. TRI-AD planuje również stworzenie tzw. Software Dojo, wewnętrznej szkoły programowania dla pracowników.

Rentowność najmu nadal spada

W zdecydowanej większości miast rentowność inwestycji w mieszkanie na wynajem spada. Źródeł tego trendu należy szukać w dynamicznym wzroście cen mieszkań w ostatnim roku.

Z obliczeń Home Brokera wynika, że w 2018 r. ceny w największych miastach Polski wzrosły o prawie 15 proc. Stawki czynszów rosną trochę wolniej, co przekłada się na spadek oczekiwanej rentowności inwestycji w mieszkanie na wynajem.

Stawki najmu nie nadążają za wzrostem cen mieszkań, rośnie też konkurencja. W efekcie rentowność inwestycji w mieszkanie na wynajem spada. Średnio dla największych miast jest to obecnie 5,02 proc. netto w skali roku, podczas gdy jeszcze pół roku temu wartość ta przekraczała 5,3 proc.

Najlepiej wróży zakup nieruchomości w Gdańsku. Średnia oczekiwana rentowność najmu netto wynosi tam 5,81 proc. w skali roku. To sporo, acz jeszcze kilka miesięcy temu było to 6,14 proc. Rozważając taką inwestycję warto pamiętać o dużym zróżnicowaniu trójmiejskiego rynku związanym z dostępem do morza. Lokale położone w pasie nadmorskim rządzą się zupełnie innymi prawami niż te zlokalizowane na obrzeżach miasta.

Więcej niż 5 proc. w skali roku rentowność najmu wynosi jeszcze w Warszawie (5,46 proc.) i Wrocławiu (5,27 proc.). Największym zainteresowaniem inwestorów cieszy się rynek warszawski, gdzie można liczyć na niesłabnący popyt ze strony zarówno przedstawicieli biznesu, świata akademickiego, jak i nieustannie napływających do stolicy nowych jej mieszkańców. Ceny zakupu są zdecydowanie najwyższe spośród dużych miast (aktualna stawka za metr kwadratowy do niemal 8,2 tys. zł), co przekłada się na najwyższe stawki najmu.

Na najniższe zyski liczyć mogą inwestorzy z Białymstoku i Poznaniu, w obu lokalizacjach oczekiwana rentowność najmu netto nie przekracza 4,5 proc. w skali roku.

– Nawet te najniższe zyski wyglądają atrakcyjnie w zestawieniu z lokatami w bankach (średnio poniżej 1,4 proc. netto), to jednak należy pamiętać o zupełnie różnym profilu ryzyka bankowego depozytu i inwestycji w mieszkanie na wynajem – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Krasoń, analityk Home Broker. – W przypadku lokaty z góry wiadomo jakie odsetki i kiedy zostaną wypłacone. W przypadku mieszkania zarobić można więcej, ale nie jest to zarobek pewien, do tego dochodzą trudne do przewidzenia problemy z najemcami, dodatkowe remonty czy choćby kwestia wyposażenia lokalu. Z drugiej jednak strony kupujący nieruchomość liczą na dodatkowy zysk związany ze wzrostem jej wartości, to jednak także jest nieprzewidywalne.

Słabsze dane z Niemiec, dobre z Polski

Słabszy indeks koniunktury z Niemiec. Dobre dane z Polski na temat produkcji przemysłowej. Pomimo tego złotówka w odwrocie.

Słabsza koniunktura w Niemczech

Wczoraj poznaliśmy Indeks instytutu ZEW. Wynik -13,4 punktu był delikatnie lepszy od oczekiwań spadku o 14 punktów. Z drugiej strony to są obiektywnie złe dane. Czym jest ten indeks? Są to badania ankietowe przeprowadzane wśród niemieckich przedsiębiorców. Badania wskazują swoje oczekiwania co do przyszłej kondycji gospodarki. Im lepszy wynik tym więcej punktów. Równowaga dobrych i złym prognoz daje 0 punktów. Obecny rezultat pokazuje zatem, że spodziewają się oni pogorszenia koniunktury. Nie może w tym kontekście dziwić słabość euro, skoro główna gospodarka tej strefy nastawia się na recesję.

Dobre dane z Polski

Pomimo słabszych danych z Unii Europejskiej dane z Polski wciąż są dobre. Produkcja przemysłowa rośnie w ciągu roku o 6,1% to wyraźnie lepiej niż oczekiwane 3,9%. Wydawać by się mogło, że dobre dane powinny pozwolić złotówce odrobić straty z ostatnich dni. Nic takiego się jednak nie dzieje. Złoty w dalszym ciągu powoli traci do głównych walut. Euro po raz kolejny dotarło do 4,34 złotego przekraczając maksima z lutego i osiągając najwyższą wartość od przełomu października i listopada.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na protokół z posiedzenia Federalnego Komitetu Otwartego rynku z USA o godzinie 20:00.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Firmy nie nadążają za zmianami systemu podatkowego

Polski system podatkowy już kolejny rok z rzędu został oceniony na 2,2 pkt w pięciostopniowej skali. W badaniu przeprowadzonym wśród 284 dyrektorów finansowych, głównych księgowych i szefów działów podatkowych, którzy wzięli udział w IX Kongresie Podatków i Rachunkowości KPMG, najniższe noty uzyskały stabilność przepisów podatkowych (aż 85% negatywnych opinii) i wcześniejsze informowanie o planowanych zmianach (70%). Według blisko 60% respondentów największy wpływ na uszczelnienie systemu podatkowego będzie miał wprowadzony z początkiem bieżącego roku obowiązek raportowania schematów podatkowych (MDR, ang. Mandatory Disclosure Rules). Jak wynika z badania przeprowadzonego w połowie stycznia, blisko połowa firm jeszcze nie podjęła działań w celu spełnienia nowych obowiązków w tym obszarze.

Wciąż niska ocena polskiego systemu podatkowego

Średnia ocena polskiego systemu podatkowego jest taka sama jak w ubiegłym roku i wynosi 2,2 pkt (w pięciostopniowej skali). Wynik ten jest średnią ocen poszczególnych elementów systemu, spośród których najniżej oceniona została stabilność przepisów podatkowych (1,7 pkt) i wcześniejsze informowanie o planowanych zmianach w prawie podatkowym (2,1 pkt). Co ciekawe, oceny poszczególnych elementów polskiego systemu podatkowego są bardzo zbliżone do ubiegłorocznej edycji badania.Niestabilność przepisów największym problemem polskiego systemu podatkowegoZrozumiałe jest to, że z punktu widzenia podatników czas na zmiany nigdy nie będzie dogodny, bowiem każda zmiana ze swej natury budzi niechęć, albo co najmniej – nawet w przypadku ambiwalentnego stosunku podmiotu, którego zmiana dotyczy – zderza się z inercją organizacji. Niezadowolenie podatników ze zmian do pewnego stopnia jest zatem wytłumaczalne. Proces legislacyjny już od dłuższego czasu również się poprawił – projekty ustaw nowelizujących są upubliczniane dość wcześnie – w okolicach połowy roku poprzedzającego zmiany. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego ustawodawca stosuje tak niesymetryczne podejście do podatników, którzy i tak są na znacznie słabszej pozycji jeśli chodzi o prawo daninowe. Mam tu na myśli działanie prawa wstecz – na przykład w przypadku raportowania schematów podatkowych oraz obowiązywania pozytywnych zmian dopiero od 2020 roku, jak ma to miejsce w odniesieniu do odliczenia hipotetycznych koszów odsetkowych od zaangażowanego kapitału własnego. W porównaniu do pozostałych zmian są one drobne, przynajmniej z perspektywy skutków dla budżetu, jednak bardzo wyraźne z punktu widzenia demonstracji władczej roli państwa w stosunkach z podatnikami. W kontekście rozmów o horyzontalnym monitoringu i partnerskich relacjach opartych na wzajemnym zaufaniu, nie są to rozwiązania spójne – mówi Rafał Ciołek, doradca podatkowy, partner i szef zespołu ds. podatku dochodowego od osób prawnych w KPMG w Polsce.

Największy wpływ na uszczelnienie systemu podatkowego może mieć obowiązek raportowania schematów podatkowych

Zdaniem dyrektorów finansowych, głównych księgowych i szefów działów podatkowych wprowadzenie obowiązku raportowania schematów podatkowych będzie miało największy wpływ na uszczelnienie polskiego systemu podatkowego (60% wskazań). Mniej niż połowa badanych uważa, że na zwiększenie wpływów do budżetu państwa wpływ będzie miała zmiana mechanizmu poboru podatku u źródła (WHT). Najmniejsze znaczenie dla uszczelnienia systemu podatkowego, zdaniem respondentów badania KPMG, będzie miała danina solidarnościowa dla osób fizycznych.

Wprowadzony z początkiem br. obowiązek raportowania schematów podatkowych powoduje wiele wątpliwości wśród podatników. Pomimo, że zaledwie 12% respondentów przyznało, że nowe obowiązki ich nie dotyczą, to jednocześnie tylko 29% zadeklarowało, że ich organizacje rozpoczęły działania mające na celu wypełnienie nowych obowiązków. Aż 46% uczestników Kongresu KPMG udzieliło informacji, że w ich przedsiębiorstwach nie podjęto jeszcze działań związanych z nowym obowiązkiem. Niemal 4 na 10 firm planuje wdrożenie wewnętrznych procedur dotyczących raportowania schematów podatkowych, a blisko 1/3 jeszcze nie wie czy takie procedury w ogóle będą tworzone. Ma to zapewne związek z faktem, że ponad 40% respondentów jeszcze nie wie, czy w ciągu najbliższego roku w ich firmach wystąpią zdarzenia generujące obowiązek raportowania schematów podatkowych. Stosunkowo niewielu przedstawicieli firm, które wzięły udział w badaniu jest zdania, że w ich organizacjach obowiązek raportowania schematów podatkowych będzie występował często.

Obecnie w wielu krajach można zaobserwować słuszną tendencję walki z agresywnymi optymalizacjami podatkowymi. Obowiązek raportowania schematów podatkowych, będący wynikiem implementacji dyrektywy DAC6, został wprowadzony właśnie w celu wymiany informacji pomiędzy krajami o agresywnych transgranicznych schematach podatkowych. Natomiast w przypadku Polski, ustawodawca bardzo mocno ingerując w system podatkowy rozszerzył obowiązek raportowania schematów podatkowych również na schematy krajowe i obejmuje nim nie tylko podatek dochodowy, ale też inne podatki, np. VAT czy PCC. Tym samym nie może dziwić, iż respondenci badania uznali, że wprowadzenie obowiązku raportowania schematów podatkowych (MDR) będzie miało wpływ na uszczelnienie systemu podatkowego – mówi Andrzej Marczak, doradca podatkowy, partner i szef zespołu ds. PIT w KPMG w Polsce.
Niestabilność przepisów największym problemem polskiego systemu podatkowego 2Monitoring horyzontalny – nowy model podejścia do podatnika

Obowiązek raportowania schematów podatkowych jest tylko jednym z wielu przykładów, wprowadzanych w ostatnich latach zmian podatkowych skierowanych na uszczelnienie systemu podatkowego w oparciu o pełną kontrolę podatników. W polskim systemie nie ma rozwiązań, które podmiotom deklarującym gotowość pełnej realizacji obowiązków podatkowych dawałyby w zamian pewność stosowania prawa podatkowego wobec dynamicznie zmieniających się regulacji podatkowych i ryzyka nieprzewidywalnej ich interpretacji przez organy podatkowe. Sytuację tę ma zmienić projektowany obecnie system monitoringu horyzontalnego – zbiór regulacji o współdziałaniu pomiędzy Krajową Administracją Skarbową a podatnikiem.

Przepisy dotyczące umowy o współdziałanie w zamian za przejrzystość procesu regulowania zobowiązań podatkowych i nadzoru nad tym procesem ze strony co do zasady dużych podmiotów, potwierdzoną audytem podatkowym i bieżącą współpracą z KAS mają zapewnić bezpieczeństwo i pewność stosowania prawa podatkowego w trakcie bieżącej działalności podatnika. Pewność ta polegać będzie na bieżącej pomocy przy prawidłowości wypełniania obowiązków podatkowych ze strony KAS w czasie rzeczywistym, pomocy w bieżącym rozstrzyganiu zagadnień podatkowych, redukcji kosztu wypełniania obowiązków podatkowych oraz doprowadzeniu do efektywności działania posiadanych przez podatnika Wewnętrznych Ram Nadzoru Podatkowego. W praktyce, w zamian za prześwietlanie podmiotu przez KAS korzyściami z dobrowolnego uczestnictwa w programie będą m.in. ograniczona liczba kontroli CIT/VAT, wyłączenie ryzyka KKS, wprowadzenie w miejsce APA i interpretacji indywidualnych – dwustronnych umów i porozumień interpretacyjnych – mówi Mirosław Michna, doradca podatkowy, partner w dziale doradztwa podatkowego w KPMG w Polsce.

Ceny transferowe niezmiennie dużym problemem dla podatników

Podobnie jak w poprzednich latach respondenci zadeklarowali, że najbardziej uciążliwą kwestią podatkową z punktu widzenia prowadzenia przedsiębiorstwa są ceny transferowe (aż 82% ankietowanych uznało je za problematyczne lub bardzo problematyczne). Kłopotliwy jest również wymóg przygotowania dużej liczby deklaracji i informacji w ramach rozliczeń podatkowych oraz pobór podatku u źródła od płatności za granicę (po 69% wskazań). Relatywnie najmniej problematyczne dla ankietowanych są funkcje płatnika z tytułu PIT i ZUS. Co piąty respondent uważa, że nie wiążą się one z większymi komplikacjami.

Stosunkowo niska popularność zachęt podatkowych do działalności B+R

9 na 10 uczestników IX Kongresu Podatków i Rachunkowości KPMG przyznało, że ma świadomość na temat funkcjonującej ulgi podatkowej na działalność B+R, ale zaledwie 13% przyznało, że ulgę B+R stosuje w praktyce w swojej organizacji. Największa liczba respondentów (56% wskazań) zadeklarowała, że posiada wiedzę na temat dostępności takiej preferencji podatkowej, jednak ich firma nie prowadzi działalności B+R. Warto zaznaczyć, że dla 7% firm potencjalne oszczędności, wynikające z korzystania z ulgi podatkowej, byłyby nieistotne kwotowo, dlatego nie korzystają one z tej preferencji podatkowej.

Aż 3/4 ankietowanych dyrektorów finansowych, głównych księgowych oraz szefów sprawozdawczości finansowej i controllingu przyznało, że ich organizacje raczej nie skorzystają z preferencyjnego opodatkowania dochodów generowanych przez prawa własności intelektualnej (tzw. IP BOX). Zaledwie 5% respondentów jest pewnych, że ich firma będzie mogła skorzystać z nowego instrumentu.

Niestabilność przepisów największym problemem polskiego systemu podatkowego 3

Ponad 361 tys. osób zalega z terminowymi spłatami pożyczek

Według danych Biura Informacji Kredytowej firmy pożyczkowe udzieliły w 2018 r. finansowania na poziomie 7,2 mld zł, co oznacza wzrost o 41% w stosunku do roku 2017. Były to często pożyczki krótkoterminowe, spłacane w terminie od jednego do kilku miesięcy. Na koniec grudnia 2018 r. w bazie BIK 571 tys. osób miało do spłaty pożyczki na łączną kwotę 5,2 mld zł. Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor – jeden z liderów spośród sześciu czynnych, zarejestrowanych w Polsce biur informacji gospodarczej, należący do Grupy BIK, odnotował w swojej bazie, na koniec stycznia 2019 roku, ponad 361 tys. osób posiadających zaległości z tytułu umowy pożyczki na kwotę 2,4 mld zł.

140 firm pożyczkowych świadczących usługi na polskim rynku, współpracuje z Grupą BIK. W praktyce oznacza to, że w wyniku wzajemnej wymiany informacji wpisują do bazy kredytowej Biura Informacji Kredytowej dane o udzielonych pożyczkach, a do Rejestru Dłużników Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor regularnie nadsyłają informacje o opóźnieniach w spłacie zobowiązań pożyczkowych o minimum 30 dni i kwotę co najmniej 200 zł.

Dane rynku pożyczkowego w Biurze Informacji Kredytowej

Prawie wszystkie czołowe instytucje pożyczkowe, spośród świadczących usługi na polskim rynku, raportują do BIK informacje dotyczące zaciągniętych pożyczek. W ten sposób BIK ma najpełniejszy na rynku Polskim obraz zobowiązań jakie zaciągają Polacy, co z punktu widzenia odpowiedzialnego udzielania oraz zaciągania zobowiązań, jest bardzo ważne zarówno dla sektora finansowego, jak dla samych klientów. Daje to bowiem większą szansę na ochronę klienta przed pułapką nadmiernego zadłużenia, w stosunku do tej części firm, które zachęcają do swoich produktów hasłem „pożyczka bez BIK”, ponoszone ryzyko kompensują sobie bardzo wysokimi opłatami i ostatecznie udzielają bardzo drogich pożyczek osobom, które nie mają już możliwości spłacania swoich zobowiązań.

Do firm pożyczkowych należy prawie 2/3 rynku finansowania na tzw. niskie kwoty, czyli do 2 tys. zł., a w całym rynku finansowania gotówkowego (bankowe kredyty gotówkowe i pożyczki pozabankowe) to ok. 10% udział.

W bazie BIK widać, że 76% pożyczkobiorców posiada równocześnie kredyt bankowy i pożyczkę pozabankową, co nazywane jest przenikaniem się finansowania. Choć udział ten jest stabilny, to zjawisko to może oznaczać, że część osób korzysta z pożyczek pozabankowych w celu utrzymania płynności finansowej. Pożyczkobiorcy obsługują w bankach 22,8 mld zł. kredytów, co stanowi 80% ich łącznego zadłużenia.

– Z naszych danych wynika, że klienci firm pożyczkowych charakteryzują się wyższym ryzykiem kredytowym niż klienci wyłącznie sektora bankowego. Najczęściej posiadanym przez pożyczkobiorców produktem bankowym jest kredyt gotówkowy, a w wielu przypadkach jest to kredyt gotówkowy udzielony na wysoką kwotę – mówi Sławomir Grzybek, Dyrektor Departamentu Business Intelligence BIK.

BIG InfoMonitor odnotował prawie 2,4 mld zł niespłacanych pożyczek

Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor odnotował na koniec stycznia 2019 roku ponad 361 tys. osób, posiadających zaległości z tytułu umowy pożyczki na kwotę 2,4 mld zł. W porównaniu do okresu sprzed 12 miesięcy obserwuje się tendencję wzrostową – zwiększyła się liczba dłużników o 7,5%, a kwota zaległości o 34,6%. Średnia zaległość wynosi obecnie 6 619 zł, w ciągu roku wzrosła o prawie 25,2%.

Firmy pożyczkowe, tak jak inne firmy – telekomunikacyjne, windykacyjne, czy ubezpieczeniowe, korzystają z możliwości zgłaszania do Rejestru Dłużników BIG osób, które nie spłacają swoich zobowiązań na czas. Dłużnika można wpisać do BIG już po 30 dniach opóźnienia od wyznaczonego terminu zapłaty, choć przeważnie odbywa się to po dłuższym okresie. Na 30 dni przed wpisaniem dłużnika do BIG, wierzyciel ma obowiązek powiadomić go pisemnie o takim zamiarze.

Należy zwrócić uwagę na kwestię, dotyczącą wpisu dokonywanego przez wierzyciela, który w liście poleconym podaje konkretne dane dotyczące długu a także informację, do którego rejestru BIG zgłasza swojego dłużnika. – Jest to ważne, ponieważ wierzyciel może skorzystać z dowolnie wybranego biura informacji gospodarczej, a nawet ze wszystkich, jednak po spłacie zaległości musi usunąć wpis z każdej instytucji podkreśla Halina Kochalska, rzecznik BIG InfoMonitor.

Szczegóły z bazy Biura Informacji Kredytowej na koniec roku 2018:

  • Udział klientów wyłącznie sektora bankowego, którzy mają przeterminowane rachunki (kredyty) > 90 dni wynosi 6,5%.
  • Udział klientów korzystających jednocześnie z kredytów i pożyczek, którzy mają przeterminowane rachunki (kredyty lub pożyczki) > 90 dni wynosi 39,9%.
  • 76% klientów sektora pożyczkowego posiada jednocześnie otwarte kredyty w bankach.
  • Udział kredytów gotówkowych przeterminowanych > 90 dni klientów sektora pożyczkowego wynosi 20,9% w porównaniu do 9,4% kredytów gotówkowych posiadanych przez klientów wyłącznie sektora bankowego.
  • Udział kredytów ratalnych przeterminowanych > 90 dni klientów sektora pożyczkowego wynosi 20,6% w porównaniu do 5,2% kredytów ratalnych posiadanych przez klientów wyłącznie sektora bankowego.
  • Udział kredytów mieszkaniowych przeterminowanych > 90 dni klientów sektora pożyczkowego wynosi 6,2% w porównaniu do 1,2% kredytów mieszkaniowych posiadanych przez klientów wyłącznie sektora bankowego.
  • Udział kart kredytowych przeterminowanych > 90 dni klientów sektora pożyczkowego wynosi 18,2% w porównaniu do 3,7% kart kredytowych posiadanych przez klientów wyłącznie sektora bankowego.
  • Udział limitów kredytowych przeterminowanych > 90 dni wśród klientów sektora pożyczkowego wynosi 11,4% w porównaniu do 3,1% limitów kredytowych posiadanych przez klientów wyłącznie sektora bankowego.
  • O 38% wzrosła wartość zobowiązania, przypadającego na klienta, z tytułu zaciągniętych pożyczek, które jest już około 3 razy wyższe od przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia i wynosi powyżej 9 tys. zł, podczas gdy wartość zobowiązania klienta bankowego wzrosła jedynie o 8%.
Obraz rynku pożyczek w Polsce
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor

Najwięcej osób – prawie 96 tys., które zaciągają pożyczki, a potem nie radzą sobie z ich spłatą jest między 25 a 34 rokiem życia, a ich zaległości wynoszą prawie 450 mln zł. Najwyższa wartość zadłużenia należy jednak do osób w wieku 35-44 lata i wynosi ponad 555 mln zł – w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor znajduje się ponad 77 tys. osób w tym przedziale wiekowym. Rekordzista to 45-letni mężczyzna z województwa śląskiego, który nie spłacił pożyczek na kwotę 1,5 mln zł.

Minimalizować ryzyko

BIK ma dane na temat zobowiązań, jakie zaciągają klienci zarówno banków, jak i firm pożyczkowych. Z perspektywy klientów to bardzo ważne, bo każda osoba ma szansę samodzielnie zobaczyć, jakie posiada zobowiązania oraz jak je spłaca. Biorąc pod uwagę wysokie łączne zadłużenie posiadaczy pożyczek i kredytów, tym bardziej warto zwracać uwagę na monitorowanie swoich zobowiązań. Informacja o zadłużeniu jest dostępna w raportach, które każdy może pobrać on-line ze strony www.bik.pl, jeśli założy na niej swoje konto.

Wystarczy pobrać Raport BIK, by już na pierwszy rzut oka ocenić stan naszych zobowiązań. Służy temu Wskaźnik BIK, łączący dane zarówno z BIK, jak i z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Przydatność Raportu BIK polega również na kompleksowej możliwości zweryfikowania, w jednym miejscu zarówno swojej historii kredytów i pożyczek z bazy BIK, ale też informacji z bazy BIG InfoMonitor na temat opóźnień w spłacie bieżących rachunków, np. niezapłacony abonament telefoniczny, fakturę za energię, czy brak zapłaty za czynsz.

Szczegóły z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor:

Z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor wynika, że najwięcej osób niespłacających w terminie pożyczek zamieszkuje województwa: śląskie (53 537 osób), mazowieckie (44 222 osób) oraz dolnośląskie (35 069 osób) Na Śląsku najwyższa jest także łączna wartość zadłużenia pożyczkowego, która wynosi prawie 396 mln zł. Na drugim miejscu plasuje się Mazowsze z długiem względem firm pożyczkowych na kwotę ponad 292 mln zł oraz Wielkopolska – ponad 226 mln zł zaległości z tytułu umowy pożyczki.

Dane z satelitów zrewolucjonizują rolnictwo

Jednym z większych wyzwań, z jakimi przyjdzie się zmierzyć człowiekowi w najbliższych dekadach, będzie wytworzenie wystarczającej ilości żywności. Groźne są nie tylko zmiany klimatyczne i  związane z tym migracje ludności. Zgodnie z przewidywaniami ONZ, liczba ludności może do 2050 roku zbliżyć się do 10 miliardów. To wpłynie na zwiększenie globalnego zapotrzebowania na żywność, ale jest też szansą dla Europy, dla której rolnictwo oparte o nowe technologie może być ważnym źródłem przychodów. 

Szacuje się, że dzisiaj głoduje ponad 815 mln ludzi na świecie, i choć ta liczba przeraża, to wkrótce może być znacznie większa. Główne powody głodu to konflikty zbrojne, zmiany klimatyczne i ekstremalne zjawiska pogodowe, a także towarzyszący im wzrost cen żywności. Dodatkowo biedne do niedawna kraje, takie jak np. Chiny, bogacą się na tyle szybko, że wraz ze wzrostem dochodów, konsumują coraz więcej żywności. Dziś do produkcji mleka czy mięsa potrzebują kilkakrotnie większych zasobów niż wcześniej. To sprawia, że Państwo Środka inwestuje i rozwija swoje plantacje np. w Afryce. W roku 2016 Chiny zainwestowały 26 miliardów dolarów w rolnictwo zagraniczne.

Światowe rolnictwo to wielki biznes, a jego znaczenie wykracza daleko poza gospodarkę. Dobrze widać to na przykładzie spadków produkcji mleka w Australii, Nowej Zelandii i Argentynie, a także w Unii Europejskiej. Skutkiem był gwałtowny wzrost cen produktów mlecznych, np. masła, które w niektórych krajach UE w ciągu roku drożały nawet o 100 proc.

Sektor rolniczy w dużym stopniu uzależniony jest od zjawisk, których występowanie, intensywność oraz skutki są niezwykle trudne do przewidzenia. Główne problemy to zmiany klimatyczne, susze, huragany czy gwałtowne ulewy. Przykładem wpływu warunków pogodowych na plony są ziemniaki, których cena wg GUS w 2018 roku wzrosła w stosunku do roku poprzedniego aż o ponad 75%! Ze względu na suszę, zbiory były mniejsze o blisko 20% niż w 2017 roku. Podobne spadki zbiorów odnotowały Niemcy i Holandia, a ponieważ to główni, wraz Polską, producenci ziemniaków w UE, efektem jest wzrost cen tego produktu w całej wspólnocie.

Rolnictwo precyzyjne

Współczesne technologie oparte na wykorzystaniu zdjęć satelitarnych pozwalają stworzyć modele, które np. są w stanie ocenić ryzyko lokalizacji upraw rolnych w konkretnych miejscach, również pod kątem ulew czy suszy. Przykładowo, dzięki monitoringowi i obserwacji zróżnicowania przestrzennego pola można stworzyć mapy plonów, a następnie, po przeprowadzeniu zaawansowanej analizy, zgodnie z zapotrzebowaniem dostosować nawożenie i ochronę roślin. Analiza zdjęć satelitarnych np. w podczerwieni może dostarczyć informacji na temat zawartości chlorofilu w glebie, który decyduje o plonach. Dzięki temu plantatorzy mogą w bardziej świadomy i racjonalny sposób aplikować nawozy i środki ochrony roślin, a tym samym obniżać koszty i zmniejszać wpływ nawożenia na środowisko. Oraz zwiększać wydajność produkcji z każdego hektara.

Dane satelitarne z obserwacji Ziemi mają ogromny potencjał informacyjny i badawczy dla wielu sektorów rynku, również dla rolnictwa. Analizy zdjęć z satelitów umieszczonych w kosmosie, które są obecnie dostępne dla każdego, przenoszą zarządzanie uprawami i hodowlami na wyższy poziom – mówi Alek Cesarz, Senior Project Manager z CloudFerro, która jest operatorem platformy CREODIAS, udostępniającej zdjęcia satelitarne z obserwacji Ziemi. Platforma ta została uruchomiona w ramach projektu Copernicus, realizowanego przez Unię Europejską na czele z Europejską Agencją Kosmiczną. Projekt ten zakłada gromadzenie ogromnych ilości globalnych danych z satelitów oraz naziemnych, powietrznych i morskich systemów pomiarowych, które mają poprawić jakość życia obywateli w Europie.

Irygacja na podstawie danych z kosmosu

Poza wsparciem procesu planowania upraw, zdjęcia satelitarne mają cały wachlarz zastosowań w rolnictwie. Na przykład wielowymiarowe, aktualne dane z satelitów radarowych i optycznych dostarczają informacje o wilgotności gleby, które w połączeniu z danymi meteorologicznymi mogą dać sygnał do rozpoczęcia sztucznego nawadniania upraw. Do analizy mogą także zostać włączone dane o stanie lokalnych wód, informacje historyczne o pogodzie oraz raporty dotyczące wpływu irygacji na wysokość plonów.

Innowacyjne technologie irygacyjne już dziś są stosowane w krajach, które mają problemy z suszą w okresie wiosenno-letnim. Pojawiły się firmy, które oferują monitoring upraw z wykorzystaniem zdjęć satelitarnych oraz systemy do automatycznego sterowania nawadnianiem. Takie rozwiązania pozwalają zaplanować irygację na kilka dni do przodu oraz bardziej racjonalnie wykorzystywać wodne zasoby – wyjaśnia Alek Cesarz z CloudFerro. Można się spodziewać, że usługi B2B oparte na obrazowaniu satelitarnym, również dla sektora rolniczego, będą się rozwijały coraz bardziej dynamicznie. Potrzeba zwiększenia produkcji rolniczej to ogromne pole do popisu dla firm już świadczących usługi IT dla rolnictwa, ale także dla startupów, również w Polsce – dodaje Alek Cesarz .

Dobrym przykładem praktycznego zastosowania danych satelitarnych jest polska aplikacja SatAgro, pozwalająca rolnikom bardziej efektywnie zarządzać gospodarstwem. Twórcy aplikacji czerpią z informacji Europejskiej Agencji Kosmicznej oraz NASA. Dzięki aplikacji można na bieżąco monitorować rozwój upraw, obserwować skutki pogody i zabiegów agronomicznych, a także analizować dane historyczne. Sytuacja, kiedy gospodarz, aby skontrolować rozwój uprawy, musi co kilka dni wybrać się na długi spacer w pole, może powoli odejść do lamusa.

Unijne wsparcie

W ramach wspólnej gospodarki rolnej Unii Europejskiej, lokalne agencje rządowe odpowiadające za politykę dopłat dla rolników są zobowiązane do monitorowania dofinansowywanych przedsięwzięć. Wkrótce, dzięki wykorzystaniu obrazowania satelitarnego, urzędnicy będą mogli łatwo sprawdzić zgodność deklaracji rolnika odnośnie zaplanowanych upraw ze stanem faktycznym, co także przyczyni się do kontroli wielkości produkcji rolnej. Dzięki projektowi Sen4CAP (Sentinels for Common Agricultural Policy) oraz Zintegrowanemu Systemowi Zarządzania i Kontroli (IACS) możliwy będzie praktycznie natychmiastowy dostęp do danych geoprzestrzennych takich jak mapy tematyczne, stan roślinności czy aktualny monitoring.

Okazuje się, że UE planuje także upowszechnić dostęp do danych satelitarnych dla samych rolników. Od jesieni 2018 w ramach unijnej platformy CREODIAS przetwarzane są informacje dla platformy tematycznej dotyczącej bezpieczeństwa żywnościowego (Food Security Thematic Exploitation Platform), która obecnie jest poddawana testom i ma ruszyć jeszcze w 2019 roku. Jej celem jest złagodzenie problemu wydajności rolnictwa i ułatwienie wykorzystania danych satelitarnych w rolnictwie. W ramach działalności Food Security TEP będzie można uzyskać dostęp nie tylko do informacji z satelitów, ale także narzędzi i algorytmów przydatnych do ich przetwarzania. Dzięki globalnemu zasięgowi danych zbieranych przez satelity Sentinel, użytkownicy z całego świata, a także instytucje zajmujące się dostępnością i efektywnością produkcji żywności takie jak Bank Światowy czy FAO (Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa), będą mogli dokonywać analiz na podstawie precyzyjnych i aktualnych danych, a w efekcie –  planować i optymalizować swoją produkcję – wyjaśnia Alek Cesarz z CloudFerro.

Monitoring hodowli

Dane z satelitów mogą być z powodzeniem wykorzystywane także przez hodowców. Technologie satelitarne, w tym radionawigacja, mogą pomóc w śledzeniu parametrów życiowych zwierząt takich jak temperatura, aktywność, zachowanie czy cykle snu. Informacje satelitarne mogą mieć także zastosowanie w zapobieganiu rozprzestrzeniania się chorób wśród stad, a nawet kradzieży. Takie narzędzia są szczególnie przydatne dla gospodarstw o znacznych rozmiarach, gdzie klasyczny nadzór jest utrudniony.

Na podstawie zdjęć z satelitów można także oszacować, gdzie w zbiorniku wodnym rozkwitnie fitoplankton niebezpieczny dla ryb, co może być pomocne w planowaniu miejsca hodowli i uniknięciu potencjalnych strat. Dodatkowo można zbadać temperaturę wody i widoczność, a uzyskane informacje wykorzystać do optymalizacji dystrybucji żywności (ryby mają mniejsze zapotrzebowanie energetyczne w wodzie o niższej temperaturze i mniejszej widoczności). Dzięki takiemu rozwiązaniu hodowcy ryb mogą analizować swoje działania pod wieloma kątami, a w efekcie maksymalizować produkcję ryb. Unia Europejska jest obecnie piątym na świecie producentem w zakresie rybołówstwa, a może być jeszcze lepiej. Temat jest tym bardziej istotny, że w pewnych unijnych regionach przybrzeżnych nawet połowa miejsc pracy związana jest z rybołówstwem. Zastosowanie nowoczesnych technologii satelitarnych może ten sektor jeszcze wzmocnić.

Zgodnie z raportem AgbioInwestor z jesieni 2018, produkcja rolna krajów Unii Europejskiej w ubiegłym roku hamowała, podczas gdy inni globalni gracze z sektora rolniczego zwiększali swoją produktywność, głównie dzięki wykorzystaniu nowych technologii. Spore wzrosty odnotowały Stany Zjednoczone, Brazylia i Chiny. Czas pokaże, w jakim stopniu innowacje technologiczne, w tym obrazowanie satelitarne i różne usługi oraz aplikacje na nich oparte, zdołają wpłynąć na wzrost produkcji żywności w Europie.

Czego może nas nauczyć sytuacja jaka ma miejsce w firmie Drutex?

Wirus zazdrości 1W2M w firmie rodzinnej i co może być szczepionką

W Mediach szerokim echem odbiła się i nadal odbija sprawa związana z wewnętrznym konfliktem w firmie rodzinnej Drutex. Problematyka ta jest zdecydowanie bardziej złożona, gdyż w firmach rodzinnych konflikty mogą pojawiać się częściej niż w tych z nierodzinnymi korzeniami. Każde przedsiębiorstwo to bardzo skomplikowana i złożona organizacja, w której porusza się wiele kwestii, a każda z nich może być potencjalną przyczyną konfliktu. W przedsiębiorstwie rodzinnym, gdzie sfera zawodowa jest ściśle powiązana ze sferą prywatną (rodzinną), pojawia się jeszcze więcej sytuacji, w których konflikty są nieuniknione. Oczywiście wielu ekspertów zaleca (nie bez przyczyny), aby umiejętnie oddzielać relacje rodzinne i relacje firmowe, jednak w praktyce jest to bardzo trudne do osiągnięcia. Punkty styczne między rodziną a przedsiębiorstwem określa się jako punkty newralgiczne, o których często nie mówi się otwarcie, gdyż dotyczą one bezpośrednio poszczególnych członków rodziny. Za sprawą rozbieżnych celów i wartości obu systemów – rodziny i przedsiębiorstwa – może dojść do powstania potencjału konfliktu, na który składa się emocjonalność rodziny i racjonalność przedsiębiorstwa.

Co zatem może być powodem scysji w firmie rodzinnej?

dr Adrianna Lewandowska, doradca ds. strategii i sukcesji w firmach rodzinnych, Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego: Pracując z firmami rodzinnymi w procesach sukcesyjnych zwracam uwagę na wirus, który już przed laty zidentyfikował mój serdeczny przyjaciel, wieloletni doradca firm rodzinnych prof. Peter May: to wirus 1W2M. To zazdrość pojawiająca się w trzech obszarach: Władza, Majątek, Miłość.

Są sytuacje, nie będę ich wymieniać z nazwy, w których wyraźnie konflikt ma swoje podłoże we władzy, w decyzyjności, w tym, jakie zakresy kompetencji mają poszczególni członkowie rodziny. W tym obszarze do powstawania emocjonalnych konfliktów prowadzić może wyznaczanie sprzecznych celów wewnątrz rodziny, której członkowie z jednej strony dążą do zapewnienia trwałości przedsiębiorstwu, a z drugiej do finansowego zabezpieczenia własnej rodziny. Drugi obszar to majątek – częsta potrzeba relatywizowania tego, co jest sprawiedliwe a co nie. A ponieważ każdy patrzy na sprawiedliwość z własnego punktu widzenia, to różnice w opiniach są tu częste. Może pojawiać się poczucie dyskryminacji przy podziale pieniędzy, udziałów, korzyści wynikających z prawa własności.

No i miłość, uznanie, relacje. To również obszar, który nacechowany jest szeregiem trudnych potencjalnych spraw. Na przykład syn właściciela czuje się niedoceniony przez ojca albo żona, która nie jest w ogóle zaangażowana w firmę rodzinną, jest coraz bardziej sfrustrowana ciągłą nieobecnością męża w domu, który całe dnie i noce spędza w biurze. To nierzadkie przypadki, a przykładów kolejnych konfliktów nie trzeba daleko szukać. Brak zgodności pokoleniowej, niedocenienie w firmie rodziców, brak zaangażowania dzieci czy rodzinne koligacje to sztandarowe sytuacje konfliktowe w prawie każdej firmie rodzinnej zbliżającej się do zmiany generacyjnej. – komentuje dr Lewandowska.

Jak pokazują badania niemieckie, a więc z kraju, gdzie firm rodzinnych w skali „Drutex” mamy wielokrotnie więcej niż w Polsce wypracowanie Konstytucji Firmy Rodzinnej zwiększa szanse każdej firmy z 30 do 80 proc. na bezpieczny transfer biznesu do następnego pokolenia, a także poprawia zakres i jasność relacji, zarówno w sferze firmowej, jak i rodzinnej. Konstytucja reguluje bowiem wszystkie te kwestie, które przenikają się na styku biznesu i rodziny, a więc: zasady zatrudniania członków rodziny w firmie i ich wynagradzania, sposób podejmowania strategicznych decyzji, zasady dziedziczenia majątku, zakres odpowiedzialności oraz rozwój firmy w przyszłości.  Praca nad takim dokumentem zwykle trwa dwa, trzy lata.

W Polsce przybywa liczba takich firm, które mają ustalone reguły zarządzania międzypokoleniowego i strategię właścicielską na kolejne pokolenia. To firmy, które dostrzegły, że wirus 1W2M może je w przyszłości zaatakować. Konstytucje Firmy Rodzinnej mają m.in. LUG S.A., Grupa Wróbel, Fabryka Ceramiki Budowlanej czy firma Andre Abrasive Articles.

Jak mówi dr Adrianna Lewandowska: Rośnie świadomość firm rodzinnych i stojących za nimi problemach sukcesyjnych. Świadomość rodzin biznesowych, że można opracować reguły czy przygotować listę punktów trudnych. Każdy proces sukcesji jest odmienny – do każdego procesu należy podejść indywidualnie, wysłuchując potrzeb nestora, sukcesora oraz wszystkich członków rodziny. Tylko w takim holistycznym podejściem można znaleźć wspólne dobro. Zwieńczeniem ciężkiej pracy rodziny biznesowej jest Konstytucja Firmy Rodzinnej.

Życzyłabym bardzo rodzinie zaangażowanej emocjonalnie w opisywany w mediach konflikt, by zamiast szukać tego, co ich dzieli, w tym trudnym momencie mogli skupić się na tym, co ich łączy. To wspaniała historia i zaangażowanie każdego, w różnym wymiarze doprowadziło do sukcesu tej firm. Niech to będzie silną szczepionką na wkradający się do firmy wirus.

Pojawiające się niejednokrotnie problemy i rodzinne konflikty nie ułatwiają pozytywnego spojrzenia na aspekt rodzinny w perspektywie funkcjonowania przedsiębiorstwa. Pogodzenie logiki firmowej i rodzinnej jest wyzwaniem. Czy rodzina zarządzająca biznesem może korzystnie wpłynąć na jego prosperowanie? W czym tkwi siła firm rodzinnych? Co na nie wpływa? Jak nie poddać się wirusowi 1W2M. Czy istnieje szczepionka przeciwko tej chorobie? Jak stworzyć Konstytucję Firmy Rodzinnej? O tym świadome rodzinności biznesu grono 400 właścicieli i sukcesorów będzie rozmawiać 18-19 marca, w Poznaniu na Międzynarodowym Kongresie Firm Rodzinnych

Sprawdź, czy grozi Ci konflikt:

Mechanizmy wspierające zachowanie ciągłości działania rodzinnego biznesu.

  • Czy mamy określone procedury oddzielające procesy decyzyjne w rodzinie od procesów decyzyjnych w przedsiębiorstwie?
  • Czy mamy jasno sprecyzowane zakresy benefitów wynikających z prawa własności wobec wszystkich udziałowców (aktywnych i pasywnych w biznesie)?
  • Czy mamy jasno określone zakresy kompetencji w firmie?
  • Czy mamy opracowane kanały komunikacyjne pomiędzy rodziną a zarządem firmy?
  • Czy mamy określone, w jaki sposób utrzymujemy równowagę pomiędzy aspiracjami udziałowców w zakresie płynności finansowej oraz potrzebami reinwestycyjnymi przedsiębiorstwa?
  • W jaki sposób dbamy o efektywną komunikację z przyszłym pokoleniem i pomagamy mu w zrozumieniu wyzwań i możliwości związanych z przynależnością do firmy rodzinnej?
  • W jaki sposób dbamy o to, aby kolejne pokolenie naszej rodziny było zaangażowane, odpowiednio wykształcone i przygotowane do tego, aby stać się odpowiedzialnymi właścicielami firmy i wspierać jej rozwój?
  • Czy organizujemy zjazdy rodzinne, na których omawiane są wszystkie kluczowe dla nas tematy?
  • Czy mamy świadomość siły, ale i zagrożeń wynikających z rodzinności?
  • Czy mamy określone procedury, które regulują sposób rozwiązywania rodzinnych konfliktów wpływających na biznes?

Spółka spin-off z UW pomoże NCBR monitorować trendy technologiczne

Centrum Rafinacji Informacji na zlecenie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju opracuje rozwiązanie do pozyskiwania i analizowania dużych ilości danych ze źródeł dotyczących światowych i polskich trendów w zakresie badań, rozwoju oraz innowacji. System ma dostarczyć rzetelną i aktualną wiedzę niezbędną do tworzenia nowych programów wsparcia.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) wspiera polskie jednostki naukowe i przedsiębiorstwa w rozwijaniu ich zdolności do tworzenia i wykorzystywania rozwiązań opartych na wynikach badań naukowych. Centrum zarządza i realizuje programy, które bezpośrednio przekładają się na rozwój innowacyjności w Polsce i nadają właściwy impuls rozwojowy krajowej gospodarce.

„Skuteczne i efektywne programowanie wsparcia działalności badawczo-rozwojowej i innowacyjnej powinno opierać się na rzetelnych i przede wszystkim aktualnych danych, które pozwalają identyfikować i prognozować trendy technologiczne” – mówi dr Aleksander Żołnierski z NCBR.

„Chcemy wykorzystać wyniki analizy trendów w zakresie nowych, innowacyjnych rozwiązań i technologii oraz prowadzonych prac badawczo-rozwojowych do obiektywnego opisania tego, co wpłynie na kształtowanie się sytuacji w zakresie B+R+I w Polsce i na świecie oraz czy zidentyfikowane dziś obszary innowacji będą aktualne w nieodległej przyszłości” – dodaje.

Dlatego NCBR zdecydowało się na wdrożenie mechanizmów do monitorowania trendów technologicznych. Mogą one mieć znaczący wpływ na zarządzanie procesem wspierania realizacji projektów i wdrożeń. Docelowo trafne identyfikowanie aktualnej sytuacji w obszarze badań i rozwoju oraz innowacji pozwoli na udoskonalenie oferty NCBR.

Realizację tego projektu NCBR w wyniku przeprowadzonego podstępowania o udzielenie zamówienia publicznego powierzyło Centrum Rafinacji Informacji (CRI), pierwszej humanistyczno-społecznej spółce spin-off utworzonej przy Uniwersytecie Warszawskim. CRI wykorzystuje wyniki wieloletnich badań w obszarze analizy dużych zbiorów informacji prowadzonych przez zespół ekspertów z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii UW. Wartość projektu sięga 3,2 mln zł. Zamówienie będzie realizowane etapami. W ciągu 4 miesięcy CRI ma opracować raport badawczy obejmujący metodologię i opis narzędzi badawczych. Następnie rozpocznie się trwający 20 miesięcy okres eksploatacji systemu.

„Współpraca z NCBR dowodzi, że zarówno rynek, jak i instytucje publiczne potrzebują usług bazujących na wykorzystaniu zaawansowanych technologii i metod analizy nieustrukturyzowanych informacji zgromadzonych w wielu źródłach w celu podejmowania trafniejszych decyzji o charakterze strategicznym. Wybór naszej oferty potwierdza sens naszej działalności naukowej, której celem jest doskonalenie metod rafinacji informacji a zarazem ich praktycznego zastosowania w CRI” – mówi Prezes Zarządu CRI, prof. dr hab. inż. Włodzimierz Gogołek.

„W tym projekcie kluczem do sukcesu będzie identyfikacja źródeł danych, umiejętne ich sklasyfikowanie, a następnie zgromadzenie i uporządkowanie. To wszystko będzie wymagało połączenia wiedzy eksperckiej zgromadzonej w CRI, jak również nowoczesnych technologii, takich jak uczenie maszynowe” – dodaje Członek Zarządu CRI, dr hab. inż. Wiesław Cetera.

Od weryfikacji do prognozowania

Monitorowanie trendów technologicznych nie jest pierwszym projektem realizowanym przez zespół CRI na zlecenie NCBR. Wcześniej techniki rafinacji informacji wykorzystywane były między innymi do weryfikowania założeń programów sektorowych oraz strategicznych programów badań naukowych i prac rozwojowych realizowanych przez NCBR.

„Doszliśmy do wniosku, że pomocna może być analiza nieustrukturyzowanych źródeł danych dostępnych online. Dzięki rafinacji informacji i analizie z wykorzystaniem narzędzi big data, nasze programy mogłyby być modyfikowane w oparciu o wiedzę obejmującą aktualną sytuację na rynku, pozyskiwaną niemal w czasie rzeczywistym” – mówi dr Aleksander Żołnierski. „Wykorzystanie narzędzi i danych pozwoliłoby zdobywać informacje o tym, jakie są zmieniające się potrzeby odbiorców naszych programów. Dlaczego jednak nie mielibyśmy ich wykorzystać również przy opracowywaniu nowych programów. Stąd właśnie projekt monitorowania trendów technologicznych” – dodaje.

Pierwszy projekt zlecony przez NCBR naukowcom z Uniwersytetu Warszawskiego zaowocował stworzeniem systemu Rafinacji Informacji Naukowo-Gospodarczej (RING). „Jego funkcjonalność stanowi próbę kapitalizacji dużych zasobów informacyjnych, na które głównie składają się teksty. Wyniki rafinacji informacji mogą być odpowiedzią na pytania dotyczące dowolnego przedmiotu badań np. identyfikacji najnowszych trendów technologicznych, ale także można je wykorzystać do predykcji wyników wyborów powszechnych” – wyjaśnia prof. dr hab. inż. Włodzimierz Gogołek.

W trakcie badań analitycznych realizowanych przy pomocy RING, wykorzystując zjawisko tzw. osmozy informacji, CRI udało się zidentyfikować kluczowe słowa towarzyszące nowym technologiom. „W oparciu o te umowne znaczniki jesteśmy w stanie identyfikować trendy technologiczne. W czasie przeprowadzonych badań testowych ograniczonych do krajowych źródeł pochodzących z krótkiego okresu, okazało się na przykład, że aktualnie najgorętsze trendy rozwojowe i innowacyjne w Polsce związane są m.in. z technologiami parkowania, energią oraz radarami” – mówi dr hab. inż. Wiesław Cetera.

Innowacyjne wsparcie programowania innowacji

Dotychczas proces tworzenia programów wsparcia NCBR odbywał się w oparciu o generowane zapotrzebowanie konkretnego środowiska, czyli wiedzę ekspertów z danej dziedziny. Przykładem takiego działania są programy sektorowe. Opierano się także na dokumentach strategicznych i planistycznych administracji centralnej.

W obu przypadkach opóźnienie wynikające nie tylko ze stopnia skomplikowania prac analitycznych, ale przede wszystkim dostępności danych statystycznych sprawiało, że interwencja NCBR koncentrowała się na problemach i rozwiązaniach, które obejmowały okres przynajmniej dwóch lat wstecz. Przygotowane koncepcje programów bazowały na historycznych danych statystycznych lub na ekstrapolacji trendów światowych. Do tego dochodzi jeszcze czas potrzebny na przygotowanie dokumentacji programu i jego ogłoszenie. Takie podejście nie uwzględniało w należyty sposób nowych pojawiających się w otoczeniu społeczno-gospodarczym potrzeb ani najnowszych metod czy pomysłów na rozwiązanie zidentyfikowanych problemów.

Jak teraz będą określane obszary badawcze, których znaczenie może w przewidywalnej przyszłości wzrastać? Jedną z metod może być analiza skupień, poszukiwanie wysp, które odpowiadają rosnącemu znaczeniu wybranych obszarów i problemów badawczych – gdy rosnące znaczenie tych wysp „wzmacnia” liczba publikacji, ich impact factor, liczba patentów itp. Analizy prowadzone przez CRI mogą także opierać się na określeniu nisz, których poszukiwanie polega na identyfikowaniu obszarów o wysokiej zdolności innowacyjnej, eksplorowanych dotychczas w niewielkim stopniu.

Rafinacja, czyli słupy i sentymenty

Opracowana przez zespół CRI koncepcja rafinacji informacji umożliwia nie tylko analizę historyczną, ocenę tego co się wydarzyło w przeszłości, ale przede wszystkim pozwala udzielić odpowiedzi na pytanie o to, co dzieje się obecnie w przestrzeni informacyjnej, a także formułowanie prognoz dotyczących procesów społecznych, politycznych i gospodarczych. Skuteczność tego rozwiązania potwierdziły dotychczas realizowane projekty. Jednym z nich było badanie preferencji w wyborach prezydenckich i parlamentarnych, w których przewidywany wynik okazał się bliższy ostatecznemu rezultatowi niż prognozy ośrodków badania opinii społecznej. Zespół CRI prowadził także zaawansowane analizy związane z określaniem oczekiwań społecznych oraz identyfikowaniem i określaniem dynamiki procesów gospodarczych.

Założycielami CRI są prof. dr hab. inż. Włodzimierz Gogołek, dr hab. inż. Wiesław Cetera, mgr inż. Piotr Celiński i mgr inż. Dariusz Jaruga. Spółka powstała jako połączenie unikalnych doświadczeń naukowców w obszarze informatyki i nauki o mediach. Choć bazuje na wykorzystaniu zaawansowanych technologii informatycznych, jest to pierwsza komercjalizacja kapitału intelektualnego na wydziale UW reprezentującym kierunki humanistyczno-społeczne.

Blisko 7,5 miliarda złotych obrotów Grupy Muszkieterów w Polsce w 2018 roku

Grupa Muszkieterów, zrzeszająca polskich przedsiębiorców zarządzających supermarketami Intermarché i Bricomarché, wypracowała w 2018 roku obroty w wysokości 7,5 miliarda złotych. Jest to wynik o 5,5 proc. wyższy, czyli o blisko 400 mln złotych, w porównaniu z rokiem poprzednim. W omawianym okresie obroty Intermarché, wraz z przymarketowymi stacjami paliw, oraz Bricomarché wyniosły odpowiednio powyżej 5,16 miliarda złotych i ponad 2,3 miliarda złotych. Oznacza to wzrosty kolejno o 3,4 proc. i 10,3 proc. rok do roku. Rosnące obroty Grupy to potwierdzenie mocnej pozycji Muszkieterów na rynku i dobry prognostyk na przyszłość.

Rozwój Grupy Muszkieterów w Polsce to m.in. efekt licznych inwestycji – te w ubiegłym roku wyniosły ponad 100 milionów złotych. W 2018 roku Grupa przeznaczyła tę kwotę m.in. na otwarcia nowych punktów handlowych, repozycjonowanie cen oraz promocje dla klientów obu sieci. Działania te, wsparte dużą mobilizacją zarówno ze strony właścicieli sklepów, jak i pracowników Grupy, pozwalają nam znowu cieszyć się mocnym trendem wzrostowym.

2018 rok początkiem transformacji sieci Intermarché

 W 2018 roku sieć supermarketów Intermarché wraz z przymarketowymi stacjami paliw wypracowała powyżej 5,16 miliarda złotych obrotów, co oznacza wzrost o 3,4 proc. rok do roku.

Do ubiegłorocznych sukcesów można zaliczyć otwarcie czterech nowych supermarketów: w Gnieźnie i Kosakowie koło Gdyni, a także Zbylitowskiej Górze i Tarnowcu. Te dwa ostatnie punkty powstały dzięki dołączeniu do Grupy Muszkieterów nowego przedsiębiorcy, którego supermarkety funkcjonowały dotychczas pod innym szyldem. Ponadto, mając na uwadze potrzeby i wygodę klientów, sieć przeprowadziła relokację dwóch marketów Intermarché – w Ostrowie Wielkopolskim oraz Mławie. Nowe punkty są obecnie bardziej nowoczesne, mają większe sale sprzedaży i oferują szerszą gamę produktów, co skutkuje wyraźnym wzrostem obrotów w porównaniu do tego samego okresu w roku poprzednim.

W 2018 roku sieć umocniła także swoją pozycję lidera w segmencie przymarketowych stacji paliw poprzez otwarcie trzech kolejnych obiektów – w Rawie Mazowieckiej, Koninie i Chodzieży. Kolejnym krokiem było dla sieci poszerzenie oferty o stacje do elektrycznego ładowania samochodów. W 2018 roku Grupa Muszkieterów podjęła działania właśnie na rzecz rozwoju transportu elektrycznego w naszym kraju i otworzyła trzy stacje ładowania pojazdów elektrycznych Intermarché – w Ostródzie, Grajewie oraz Knurowie.

Marc Dherment
Marc Dherment

Rok 2018 był wymagający dla sieci Intermarché zarówno z uwagi na uwarunkowania zewnętrzne, przykładem jest wprowadzenie ograniczenia handlu w wybrane niedziele,
jak i wewnętrzne. Niemniej podjęliśmy liczne działania w zakresie m.in. polityki cenowej, asortymentowej i promocyjnej, które naszym zdaniem poprawią wyniki w kolejnych kwartałach
mówi Marc Dherment, Dyrektor Generalny Grupy Muszkieterów w Polsce i dodaje  Cieszymy się, że mimo wszystko udało się nam wypracować dalsze wzrosty obrotów sieci. Niebawem będziemy gotowi rozpocząć nowe pozycjonowanie marki Intermarché. Jest to wynik intensywnej, wielomiesięcznej pracy właścicieli sklepów i pracowników Grupy, podjętej po dogłębnej analizie rynku i potrzeb konsumentów. Równolegle konsekwentnie analizujemy portfel naszych obecnych lokalizacji. Natomiast idzie to w parze z systematycznym poszukiwaniem alternatywnych sposobów otwierania kolejnych supermarketów. W 2019 roku planujemy otworzyć minimum 4 nowe sklepy pod szyldem Intermarché. Co ważne jedno z tych otwarć udało nam się z sukcesem zrealizować już w styczniu tego roku. Kolejnym naszym celem będzie wprowadzanie nowych kanałów komunikacji z klientem. Planujemy także rozwijać sieć naszych stacji paliw, a także punktów, w których dostępna jest usługa Drive.

Kolejny mocny rok dla Bricomarché

Już od kilku lat sieć supermarketów typu „dom i ogród” Bricomarché prężnie się rozwija, odnotowując dwucyfrowe wzrosty. Rok 2018 także można zaliczyć do niezwykle pomyślnych. Sieć odnotowała obroty w wysokości powyżej 2,3 miliarda złotych, co oznacza wzrost w stosunku do roku poprzedniego – również bardzo dobrego – o ponad 10 proc. Ponadto sieć sukcesywnie zwiększa swoje udziały w rynku DIY. Z danych GfK wynika, że ubiegłoroczne udziały sieci w tym rynku wynosiły blisko 11 proc.

W 2018 roku Bricomarché rozwinęło sieć punktów handlowych i otworzyło 9 nowych placówek. Sklepy powstały w: Poznaniu, Wrocławiu, Lubartowie, Gnieźnie, Świdniku, Konstantynowie Łódzkim, Dąbrowie Górniczej, Radzyniu Podlaskim, a także Wyszkowie. Oznacza to, że na koniec 2018 roku markety były dostępne dla klientów w 156 lokalizacjach. Na szczególną uwagę zasługują ubiegłoroczne otwarcia sklepów Bricomarché w Poznaniu i Wrocławiu. Są one kontynuacją zapoczątkowanej w 2017 roku strategii wchodzenia sieci do dużych miast.

Kolejnym ubiegłorocznym sukcesem sieci Bricomarché było otwarcie czterech składów budowlanych. Powstały one w Lubawie, Złocieńcu, Tarnobrzegu i Krępicach. Na koniec 2018 roku na terenie naszego kraju funkcjonowało pięć takich obiektów. Natomiast już na początku 2019 roku sieć otworzyła ostatni z zaplanowanych sześciu magazynów. Powstawanie kolejnych składów budowlanych to część konsekwentnie realizowanej strategii, mającej na celu nieustanny rozwój oferty „dom i ogród”. Wprowadzenie nowego modelu dystrybucji oferowanego asortymentu istotnie zwiększa możliwości sprzedażowe sieci. Składy budowlane pozwalają nie tylko na działalność na jeszcze większą skalę, ale co równie istotne rozwijanie portfolio produktowego.

Mamy ambitne plany wobec sieci Bricomarché. Dotyczą one zarówno otwarć kolejnych punktów sprzedaży, jak i działań z zakresu cyfryzacji. W 2019 roku planujemy otworzyć około 15 nowych supermarketów w różnych częściach Polski. Ponadto chcielibyśmy wyjść naprzeciw oczekiwaniom współczesnego klienta w zakresie wykorzystania dodatkowych narzędzi technologicznych. W tym celu już na początku roku klienci będą mieli możliwość podglądu ceny i dostępności danego towaru w poszczególnych sklepach naszej sieci. Rozpoczęliśmy także testy naszych rozwiązań Drive i Click&Collect. Planujemy również stworzenie obszernej bazy danych produktów, co pozwoli na wzbogacenie asortymentu naszych supermarketów o towary, które nie będą na co dzień dostępne na sklepowych półkachpodsumowuje dr Katarzyna Jańczak-Stefanide, Dyrektor Generalna Bricomarché w Polsce.

Michał Kanownik w radzie ds. cyfryzacji

Prezes Cyfrowej Polski został wskazany przez ministra cyfryzacji Marka Zagórskiego na członka Rady do spraw cyfryzacji, która działa przy Ministerstwie Cyfryzacji.

Michał Kanownik, Prezes Związku Cyfrowa Polska
Michał Kanownik, Prezes Związku Cyfrowa Polska

Rada to rodzaj think-tanku, którego członkowie wspierają wiedzą i doświadczeniem przedstawicieli resortu cyfryzacji. Jej członkowie opiniują dokumenty strategiczne i inne związane z cyfryzacją, łącznością i rozwojem społeczeństwa informacyjnego. Współpracują w takich obszarach, jak integracja cyfrowa, ochrona prywatności w sieci, likwidacja barier rozwoju gospodarki elektronicznej czy reforma prawa własności intelektualnej w sieci. Ich zadaniem jest m.in. generowanie nowych pomysłów, które mogą być realizowane przez Ministerstwo Cyfryzacji oraz przygotowywanie projektów i rozwiązywanie związanych z nimi problemami.

19 lutego Michał Kanownik oficjalnie odebrał nominację na członka Rady od ministra cyfryzacji. Prezes Związku Cyfrowa Polska będzie jednym z 20 członków Rady. Kadencja każdego z nich trwa 2 lata.

Krótkowzroczność i różnice kulturowe to największe przeszkody na drodze do współpracy

Według nowego badania Oracle krótkowzroczność i głęboko zakorzenione nawyki to największe przeszkody na drodze do współpracy między działem kadrowym i finansowym. Badanie obejmujące 1510 specjalistów ds. finansów i biznesu pokazało, że aby wykorzystać pełny potencjał danych i pomóc przedsiębiorstwom dostosować się do zmian na globalnym rynku pracy, działy kadr powinny przeanalizować swoje technologie analityczne, kwalifikacje i procesy pod kątem usprawnienia współpracy z działem finansów i generowania przewagi nad konkurencją.

„Działy kadr i finansów posiadają odmienne, ale wzajemnie się uzupełniające umiejętności. Mimo że w przeszłości blisko ze sobą nie współpracowały, obecnie musi się to zmienić, aby przedsiębiorstwa mogły skutecznie konkurować na dzisiejszym szybko ewoluującym rynku i w gospodarce opartej na kompetencjach” — powiedział Donald Anderson, dyrektor ds. rozwoju biznesu i kompetencji w firmie Oracle. „Pierwszym krokiem do przełamania tradycyjnych barier i nawiązania porozumienia między działami kadrowymi i finansowymi jest chęć współpracy oraz odpowiednie kompetencje w zakresie gromadzenia i analizy danych, tak aby mogły one być wykorzystane do podejmowania odpowiednich decyzji biznesowych. Wywrze to zauważalny wpływ na wyniki przedsiębiorstwa”.

Samo posiadanie danych to nie to samo co zdolność do ich wykorzystania

Ze względu na rozwój nowych technologii, rosnące koszty rekrutacji i coraz większy popyt na nowe umiejętności, globalny rynek pracy jest obecnie bardziej konkurencyjny niż kiedykolwiek wcześniej. Aby osiągać sukcesy, działy kadr muszą przeanalizować swoje podejście do narzędzi analitycznych, kompetencji i współpracy.

  • 95% specjalistów ds. kadr i finansów planuje w 2019 r. uczynić współpracę opartą na danych swoim priorytetem.
  • Aby podejmować odpowiednie działania na podstawie danych, działy kadr i finansów muszą zdobyć nowe kwalifikacje. Badanie pokazało, że 49% respondentów nie potrafi obecnie używać narzędzi analitycznych do przewidywania wyników, a 81% nie potrafi podejmować decyzji na podstawie danych predykcyjnych.

Ludzie są ważniejsi niż wdrażanie nowych technologii

Mimo że narzędzia do analizy danych są coraz popularniejsze w świecie kadr i finansów, bez efektywnej współpracy i umiejętności ich obsługi korzyści z nich będą ograniczone. Aby wykorzystać ich pełny potencjał, oba działy muszą pokonać różnice kulturowe i uzupełnić lukę umiejętności.

  • Największą barierą na drodze do współpracy między działami kadrowymi i finansowymi jest krótkowzroczność — 71% ankietowanych twierdzi, że ich działy koncentrują się na celach kwartalnych, a nie na strategicznym rozwoju.
  • Różnice kulturowe pomiędzy działami były kolejną istotną przeszkodą — prawie jedna trzecia (29%) respondentów uznała odmienne zwyczaje panujące w tych działach za największą barierę.

Szefowie działów kadrowych i finansowych potrzebują jednej wersji prawdy

Większość przedsiębiorstw (80%) uważa, że działy kadrowe i finansowe już teraz pomagają im podejmować lepsze decyzje oparte na danych. A jeśli ich zespoły zdobędą nowe umiejętności, bardziej ukierunkowane na współpracę, organizacje będą mogły czerpać jeszcze większe korzyści biznesowe:

  • 88% respondentów uważa, że współpraca między działami kadrowymi i finansowymi poprawi wyniki biznesowe, a 76% twierdzi, że zwiększy elastyczność biznesową.
  • Ponad połowa (57%) organizacji planuje uzyskać bardziej całościowy obraz sytuacji przedsiębiorstwa dzięki współpracy, a 52% specjalistów ds. kadr i finansów uważa, że pomoże im to stać się bardziej strategicznymi partnerami.

Sztuczna inteligencja utoruje drogę do lepszej współpracy i wyższym wynikom biznesowym

Specjaliści ds. kadr i finansów sięgają po nowe technologie takie jak sztuczna inteligencja (AI), aby pomagać przedsiębiorstwu osiągać lepsze wyniki.

  • Podczas gdy jedna czwarta (25%) ankietowanych używa AI przede wszystkim do identyfikowania pracowników planujących odejście, a 22% do odwzorowywania procesów rekrutacji, mniej z nich używa narzędzi AI do przewidywania wydajności (18%) lub szukania najbardziej utalentowanych pracowników (15%).
  • W przyszłym roku 71% respondentów planuje wykorzystywać AI do przewidywania, jacy kandydaci będą najbardziej wydajni, oraz wyszukiwania najlepszych kandydatów na podstawie analizy CV (70%).

Według danych z KRD mamy więcej gapowiczów niż przed rokiem

W Krajowym Rejestrze Długów widnieje obecnie ponad 309 tys. osób, które złamały przepisy w transporcie pasażerskim. Ale to nie oddaje rzeczywistej skali problemu, gdyż spis nie obejmuje wszystkich gapowiczów zalegających z płatnościami. Część zobowiązań nie podlega wpisowi, bo nie spełnia do tego odpowiednich warunków. Według danych z KRD, na koniec 2018 roku liczba dłużników była większa o ponad 24 tys. niż rok wcześniej, ale jednocześnie spadła o przeszło 94 tys. w ciągu ostatnich dwóch lat. Problem dotyczy głównie województw z dużymi aglomeracjami, gdzie działają najwięksi przewoźnicy miejscy, w tym kolejowi. Częściej pod lupą wierzycieli są mężczyźni niż kobiety. Uwzględniając wiek, płacenia unikają przede wszystkim osoby z grupy 26-35 lat.

Akcja windykacja

392 658 457,34 zł wyniosło łączne zadłużenie osób figurujących w Krajowym Rejestrze Długów za jazdę bez biletu w komunikacji miejskiej i kolejowej. Dane z 18 stycznia br. objęły 309 883 dłużników z 880 125 zobowiązaniami. Jak podkreśla Marcin Bonisławski, dyrektor Biura Kontroli Biletów ZW Renoma, KRD nie jest jedynym tego typu rejestrem. Ponadto nie wszyscy organizatorzy przewozu korzystają z niego. Ma to związek m.in. z różnie prowadzonymi procedurami windykacyjnymi. Jest to więc tylko wycinek wszystkich należności.

– Naszą działalność reguluje ustawa. Dodanie dłużnika do rejestru może nastąpić po spełnieniu łącznie trzech warunków. Dług musi być wyższy niż 200 zł oraz wymagany od co najmniej 30 dni. Wierzyciel ma obowiązek wcześniej wysłać listem poleconym lub doręczyć osobiście wezwanie do zapłaty. W nim konieczne jest zastrzeżenie, że jeśli w ciągu miesiąca nie nastąpi uregulowanie należności, to dane dłużnika zostaną przekazane do KRD. Adresat nie musi odbierać korespondencji, a taki ruch nie wstrzymuje procedury – wyjaśnia Andrzej Kulik, dyrektor Departamentu Analiz Rynkowych i Komunikacji z Krajowego Rejestru Długów.

Maksymalne zadłużenie gapowicza wyniosło 312 353,07 zł, a średnie − 1 267,12 zł. Zaskoczenia tymi danymi nie ukrywa prof. Adam Tarnowski, psycholog transportu z Uniwersytetu Warszawskiego. Ekspert nie wyobraża sobie, że za samą jazdę na gapę można stracić mieszkanie, bo te wartości są zbliżone. W takich ekstremalnych przypadkach, dłużnikowi jest już wszystko jedno, czy otrzyma kolejną płatność do uregulowania. Z kolei wysoka średnia pokazuje, że część osób nie uczy się na błędach i zalega z więcej niż jednym zobowiązaniem.

– Dane zmieniają się wraz z aktywnością kontrolerów i wierzycieli. W porównaniu z zestawieniem z 31 grudnia ubiegłego roku, łączne zadłużenie wzrosło z 390 150 726,67 zł. Wówczas dłużników było 310 458 z 875 994 zobowiązaniami. Z kolei 12 miesięcy wcześniej, gapowicze zalegali w sumie 353 120 641,92 zł. Wtedy w rejestrze widniało 286 017 konsumentów, którzy zgromadzili 863 367 zobowiązań. Natomiast na koniec 2016 roku zadłużenie było wyższe, wyniosło 447 117 934,87 zł. Wówczas mieliśmy wpisy o 402 014 osobach i 1 053 011 zaległych płatności – informuje rzecznik KRD.

Polska pod lupą

Najbardziej zadłużeni byli gapowicze z województwa śląskiego (114 834 838,74 zł), wielkopolskiego (111 010 105,35 zł) oraz łódzkiego (63 904 569,28 zł). Na przeciwległym biegunie znaleźli się dłużnicy z podlaskiego (1 047 087,34 zł), podkarpackiego (1 629 934,20 zł) i opolskiego (1 984 890,13 zł). Ponadto, w rejestrze uwzględniono dług osób bez podanego stałego adresu zamieszkania (257 522,98 zł). W takich przypadkach nie wiadomo, czy wierzyciel zwyczajnie nie wpisał takich danych, czy ich nie zdobył, co zaznacza Andrzej Kulik. I podkreśla, że działalność rejestru jest odpłatna, stąd dopisywanie bezdomnych byłoby sztuką dla sztuki. Oni najczęściej nie osiągają dochodów, więc ich długi spisuje się na tzw. straty.

– Sporo osób nie ma adresu zamieszkania w dowodach osobistych. Bardzo często kontrolerzy muszą pozyskiwać dane z oświadczenia ustnego. Zdarza się, że pasażerowie celowo wprowadzają w błąd albo nie udzielają prawdziwej odpowiedzi. Kontroler nie ma żadnego pola manewru. Zgodnie z ustawą prawo przewozowe, podstawą do wezwania funkcjonariuszy policji jest tylko sytuacja, kiedy podróżny odmawia okazania dokumentu tożsamości. Jeśli nie posiadamy adresu, to musimy zwrócić się do Centralnego Biura Adresowego, co znacznie wydłuża proces windykacyjny – mówi Marcin Bonisławski.

Najwięcej dłużników w rejestrze (stan na 18 stycznia 2019 r.) było z województwa śląskiego (69 822 osób), łódzkiego (54 108) oraz wielkopolskiego (49 738). Najmniej zaś z podlaskiego (1 483), opolskiego (2 547) i podkarpackiego (2 621 osób). Wierzyciele nie wskazali adresu części gapowiczów (495). Z kolei najwięcej zobowiązań dotyczyło województwa wielkopolskiego (291 072 osób), łódzkiego (235 552) oraz mazowieckiego (101 747). Z kolei najmniej było z podlaskiego (2 622), podkarpackiego (4 107) i opolskiego (4 434 osób). W spisie nie zabrakło długów „bezadresowców” (547).

– W województwach z największą liczbą dłużników są duże aglomeracje miejskie. Wszędzie tam mamy do czynienia z potężnymi przewoźnikami, zarówno miejskimi, jak i kolejowymi. Zgoła odmiennie wygląda sytuacja na ścianie wschodniej. To zapewne ma wpływ na liczbę przejazdów bez ważnego biletu – podkreśla dyrektor Biura Kontroli Biletów ZW Renoma.

Profil dłużników

Do KRD częściej trafiają wpisy dotyczące mężczyzn niż kobiet. 204 622 dłużników w rejestrze stanowią panowie, którzy mają do spłacenia 571 814 zobowiązań na kwotę 257 390 110,16 zł. Z kolei 105 261 pań zalega z 308 311 należnościami w wysokości 135 268 347,18. Średnie zadłużenie mężczyzny było niższe niż kobiet, wyniosło 1 257,88 zł wobec 1 285,08 zł .

– W większości branż panie stanowią mniej więcej 30-40% dłużników dopisywanych przez wierzycieli. To jednak nie wynika tylko z postawy wobec płacenia. Przeważnie mężczyzna podpisuje umowy w imieniu rodziny, bo ciągle jesteśmy społeczeństwem patriarchalnym. Wówczas dług dot. czynszu, prądu, gazu czy tego typu wydatków i jest przypisywany do głowy rodziny. Oczywiście, w przypadku komunikacji miejskiej nie ma to znaczenia. Kobiety są bardziej rzetelne i uczciwe – wyjaśnia rzecznik KRD.

Najwięcej wpisów w rejestrze dotyczy osób mających 26-35 lat. Ta grupa dłużników liczyła 104 154. Zgromadzili oni 295 414 zobowiązań na kwotę 132 212 664,16 zł. Drugie miejsce zajmują gapowicze w wieku 36-45 lat, których figurowało w rejestrze 75 827. Oni zalegali z 221 494 płatnościami w wysokości 100 729 741,55 zł. Najrzadziej do rejestru dopisywane są osoby poniżej 18. roku życia. Ci dłużnicy mają do uregulowania 872 zobowiązania na sumę 515 713,86 zł.

− To częściowo wynika z mobilności poszczególnych grup wiekowych, częstotliwości korzystania z komunikacji. Osoby mające 26-35 lat dopiero wchodzą w życie, są takimi młodymi dorosłymi. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie doświadczyli nieprzyjemności związanych z byciem dłużnikiem − wskazuje prof. Adam Tarnowski.

Jak zauważa Andrzej Kulik, wiek 36-45 lat to jest już etap stabilizacji życiowej. Często łączy się ze spłacaniem kredytów i wydatkami na dzieci, a niekiedy też kupowaniem ponad stan. Ekspert z KRD podkreśla, że w tej grupie jest najwięcej osób agresywnych podczas windykacji i postaw roszczeniowych. Według Marcina Bonisławskiego, jak najbardziej zasadne są próby odzyskiwania środków od dłużników, którzy w uporczywy sposób unikają opłacenia kary. Trzeba prowadzić procedurę, ponieważ najczęściej mamy do czynienia ze środkami publicznymi. Należności powinny być bezwzględnie uregulowane.

Zaostrzenie przepisów karnych-skarbowych za oszustwa podatkowe

Projekt zaostrzający przepisy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych, projekt zmian dotyczących odpowiedzialności za błędy w JPK, ustawa zaostrzająca przepisy dotyczące podatku u źródła czy raportowanie schematów podatkowych, to tylko niektóre działania Rządu nakierowane na walkę z szarą strefą i oszustami podatkowymi. W tę politykę wpisuje się projekt ustawy o zmianie ustawy – Kodeks karny skarbowy z 21 grudnia 2018 r., opublikowany na stronach Rządowego Centrum Legislacji w dniu 9 stycznia 2019 r. Zmiany zostały opracowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości we współpracy z Ministerstwem Finansów oraz Ministerstwem Przedsiębiorczości i Technologii.

Skuteczność czynnego żalu

Celem obecnie obowiązujących przepisów dotyczących czynnego żalu (art. 16 KKS) jest zaniechanie ukarania sprawcy czynu zabronionego, który z własnej inicjatywy ujawni i skoryguje nieprawidłowości, wskaże osoby, z którymi współdziałał przy popełnieniu czynu zabronionego, ureguluje należność i wniesie o odstąpienie od wymierzenia kary. Obecna regulacja uniemożliwia ściganie sprawców przestępstw skarbowych i wykroczeń ujawnionych w trakcie kontroli przeprowadzonej przez organ uprawniony, inny niż organ ścigania. Sprawcy tych przestępstw mogą skutecznie uchylić się od odpowiedzialności, wyrażając, również w trakcie prowadzonej kontroli czynny żal, co jest niemożliwe, gdy czynności rozpocznie organ ścigania. Proponowana zmiana wyłącza możliwość stosowania czynnego żalu w momencie, gdy jakikolwiek uprawniony organ rozpocznie już czynności.

Wydłużenie okresów przedawnienia przestępstw i wykroczeń skarbowych

Zmiana dotknie w szczególności czynów o wysokiej szkodliwości społecznej, które pomimo najwyższego zagrożenia karnego powinny przedawniać się z upływem 10 lat (gdy czyn stanowi przestępstwo skarbowe zagrożone karą pozbawienia wolności przekraczającą 3 lata), jednak realnie przedawniają się z upływem 5 lat, czyli tak samo, jak należność. Zgodnie z obecnie obowiązującym art. 44 § 2 KKS „karalność przestępstwa skarbowego polegającego na uszczupleniu lub narażeniu na uszczuplenie należności publicznoprawnej ustaje także wówczas, gdy nastąpiło przedawnienie tej należności”. Po uchyleniu art. 44 § 2 KKS możliwe będzie ściganie przestępstw zagrożonych karą pozbawienia wolności przekraczającą 3 lata, w terminach przedawnienia określonych w KKS, tj. 10 lat.

Okres przedawnienia karalności wykroczeń skarbowych ma zostać wydłużony z roku do 2 lat. Przedłużenie tego okresu będzie możliwe poprzez wszczęcie postępowania w sprawie, a nie jak dotychczas przeciwko sprawcy. Ten sam przepis będzie dotyczył przestępstw skarbowych. Doprowadzi to w istocie do wydłużenia okresów przedawnienia poprzez wszczęcie w okresie przedawnienia postępowania w sprawie.

Wzrost najniższej liczby stawek dziennych

Ministerstwo zaobserwowało, że pomimo wzrostu minimalnego wynagrodzenia będącego jedną z podstaw wymiaru kary grzywny, jej wysokość orzekana przez sądy jest na podobnym poziomie. Jak wskazuje ustawodawca w uzasadnieniu do nowych regulacji, wynika to z faktu, że sądy wskutek wzrostu minimalnego wynagrodzenia zaczęły orzekać niższe liczby stawek dziennych. Prowadzi to do braku adekwatności wymierzanych kar do popełnionego czynu lub zaniechania. W konsekwencji proponowane jest podniesienie najniższej liczby stawek dziennych z 10 do 20, przy utrzymaniu na niezmienionym poziomie maksymalnej liczby, tj. 720. W 2019 r. minimalne wynagrodzenie to 2250 zł, co oznacza, że stawka dzienna nie może być niższa od 1/30 części minimalnego wynagrodzenia (tj. 75 zł) ani też przekraczać jej czterystukrotności (30 000 zł). Zatem najniższa możliwa kara grzywny po zmianie przepisów będzie wynosiła 1500 zł, tj. 75 zł x 20 stawek.

Zmiany definicji

Wartość przedmiotu czynu stanowi m.in. kryterium rozgraniczenia niektórych przestępstw od wykroczeń, decyduje o uznaniu danego czynu za uprzywilejowany typ przestępstwa skarbowego (tzw. mała wartość) i wreszcie jest przesłanką nadzwyczajnego obostrzenia kar. Nowelizacja przepisów przewiduje zmianę definicji małej, dużej i wielkiej wartości w kierunku niekorzystnym dla podatników, umożliwiającym jednocześnie surowsze karanie.

  • Obecnie mała wartość to wartość, która w czasie popełnienia czynu zabronionego nie przekracza dwustukrotnej wysokości minimalnego wynagrodzenia (do 450 tys. zł). Po zmianie będzie to wartość, która nie przekracza stukrotnej wysokości minimalnego wynagrodzenia (do 225 tys. zł).
  • Duża wartość to wartość, która w czasie popełnienia czynu zabronionego przekracza pięćsetkrotną wysokość minimalnego wynagrodzenia (od 1 mln 125 tys. zł). Po zmianie będzie to wartość, która przekracza trzystukrotną wysokość minimalnego wynagrodzenia (od 675 tys. zł).
  • Wielka wartość to wartość, która w czasie popełnienia czynu zabronionego przekracza tysiąckrotną wysokość minimalnego wynagrodzenia (od 2 mln 250 tys.). Po zmianie będzie to wartość, która przekracza pięćsetkrotną wysokość minimalnego wynagrodzenia wartości (od 1 mln 125 tys. zł).

W przypadku wystąpienia dużej lub wielkiej wartości przedmiotu czynu lub uszczuplenia takiej wartości, KKS przewiduje szczególne obostrzenia (zgodnie z art. 37 § 1 pkt 1 lub 1a oraz art. 38 § 2 pkt 1 i 3) oraz ogranicza możliwość warunkowego umorzenia postępowania karnoskarbowego (art. 41 § 1).

Podsumowując, projektowane zmiany wpisują się w politykę rządu mającą na celu zaostrzenie przepisów umożliwiających walkę z przestępczością gospodarczą. W celu uniknięcia ryzyka związanego ze znowelizowanymi przepisami KKS, przedsiębiorcy powinni w pierwszej kolejności zidentyfikować procesy występujące w firmie, które mogą takie ryzyko stwarzać, a następnie wdrożyć środki zarządcze w postaci, choćby opracowania odpowiednich procedur.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Światowy ruch mobilny zbliża się do magicznej granicy 1 zettabajta danych

Na całym świecie nastąpił wzrost w zakresie mobilnego dostępu do sieci dla konsumentów i użytkowników biznesowych. Zwiększony zasięg i jakość mobilnego internetu szerokopasmowego przyczyniły się także do wzrostu popytu na łączność komórkową, media, a także szeroki wachlarz mobilnych zastosowań Internetu rzeczy i związanego z nim ekosystemu aplikacji.

Globalny wzrost mobilnego ruchu danych według regionów Cisco Mobile Visual Networking Index 2017-2022 Globalny wzrost mobilnego ruchu danych Cisco Mobile Visual Networking Index 2017-2022 Globalny rozwój urządzeń mobilnych Cisco Mobile Visual Networking Index 2017-2022Według tegorocznej edycji badania, obejmującej lata 2017 – 2022, ruch w sieciach mobilnych będzie blisko osiągnięcia poziomu 1 zettabajta rocznie pod koniec okresu prognozy. Do 2022 r. ruch mobilny będzie stanowił blisko 20% globalnego ruchu IP i osiągnie 930 eksabajtów rocznie. To prawie 113 razy więcej niż wynosił cały globalny ruch komórkowy generowany zaledwie dziesięć lat wcześniej w 2012 roku.

Technologie mobilne łączą ludzi i rzeczy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. W 2017 r. na całym świecie było 5 miliardów użytkowników telefonów komórkowych, ale w ciągu najbliższych pięciu lat liczba ta ma szasnę wzrosnąć do 5,5 miliarda, co stanowi około 71% ludności świata. Do 2022 r. będzie w sumie ponad 12 miliardów urządzeń mobilnych i połączeń w technologii Internetu rzeczy (wzrost z około dziewięciu miliardów urządzeń mobilnych i połączeń w technologii IoT w 2017 r.) –  do 2022 r. sieci komórkowe będą obsługiwać ponad osiem miliardów osobistych urządzeń przenośnych i cztery miliardy połączeń Internetu rzeczy.

Aktualizacja prognozy Cisco przewiduje również nieustanne wysiłki podejmowane przez operatorów telefonii komórkowej na całym świecie mające na celu poprawę wydajności sieci. Średnia światowa przepustowość sieci komórkowej wzrośnie ponad trzykrotnie, z 8,7 Mb/s w 2017 r. do 28,5 Mb/s do 2022 r. Średnia prędkość transmisji danych w sieciach komórkowych różni się znacznie w zależności od lokalizacji geograficznej, ponieważ w niektórych regionach zaczyna rosnąć popularność usług 5G.

Kluczowe predykcje

Udział połączeń LPWA, 2G, 3G, 4G i 5G:

  • W 2017 r. rozległe sieci o niskiej mocy (LPWA) obsługiwały 1,5% połączeń komórkowych/M2M, 2G obsługiwało 34% globalnych połączeń komórkowych/M2M, 3G obsługiwało 30% globalnych połączeń komórkowych/M2M, natomiast 4G odpowiadało za 35% globalnych połączeń komórkowych/M2M.
  • Do 2022 r. sieci LPWA będą obsługiwać 14% połączeń komórkowych/M2M, 2G będzie obsługiwać 8% globalnych połączeń komórkowych/M2M; 3G będzie obsługiwać 20% globalnych połączeń komórkowych/M2M; 4G będzie obsługiwać 54% globalnych połączeń komórkowych/M2M; 5G będzie obsługiwać 3% globalnych połączeń komórkowych/M2M (ok. 422 mln połączeń 5G na świecie).

5G:

  • Do 2022 r. połączenia 5G będą stanowić ponad 3% wszystkich połączeń komórkowych (ponad 422 mln globalnych urządzeń 5G i połączeń M2M) i będą odpowiadały za blisko 12% światowego ruchu danych mobilnych.
  • Do 2022 r. średnie połączenie 5G (22 GB/miesiąc) będzie generować około 3 razy większy ruch niż średnie połączenie 4G (8 GB/miesiąc).

WiFi: przenoszenie ruchu (traffic offload) z sieci mobilnych (komórkowych) do sieci stacjonarnych (WiFi)

  • W 2017 r. miesięczny ruch w trybie offload (13 EB) przekroczył miesięczny ruch komórkowy (12 EB).
  • W 2017 r. odciążono 54% łącznej mobilnej transmisji danych; do 2022 r. odciążanych będzie 59% łącznej mobilnej transmisji danych.
  • Całkowity ruch IP (stacjonarny i komórkowy) w 2017: 48% przewodowy, 43% WiFi, 9% mobilny.
  • Całkowity ruch IP (stacjonarny i komórkowy) w 2022: 29% przewodowy, 51% WiFi, 20% mobilny.
  • W skali globalnej, całkowita liczba hotspotów WiFi (w tym spotów domowych) wzrośnie czterokrotnie, z 124 mln w 2017 r. do 549 mln w 2022 r.

Kluczowe predykcje dla Polski:

  • Do 2022 roku liczba mobilnych użytkowników sieci wzrośnie do 87% (z 85% w 2017).
  • Liczba urządzeń mobilnych na mieszka­ńca wzrośnie z 1,4 w 2017 roku do 2,2 w 2022.
  • Do 2022 roku, średnia prędkość połączenia sieci komórkowej wyniesie 33,3 Mbps., co oznacza niemal trzykrotny wzrost w porównaniu z rokiem 2017 (11,3 Mbps)
  • W 2022 r. średni miesięczny ruch mobilny w przeliczeniu na jednego użytkownika wzrośnie do 16 GB. W 2017 był na poziomie 3,7 GB.
  • Połączenia 5G będą w 2022 roku stanowić 0,3% wszystkich połączeń mobilnych.
  • Połączenia 4G będą w 2022 roku stanowić 74,2% wszystkich połączeń mobilnych, w porównaniu z 33,5% w roku 2017.
  • Połączenia 3G będą w 2022 roku stanowić 11,8% wszystkich połączeń mobilnych, w porównaniu z 57,2% w roku 2017.
  • Do 2022 r. 59% łącznego ruchu IP (stacjonarnego i komórkowego) będzie realizowane przez Wi-Fi, 19% przewodowo, a 22% mobilnie.
  • Całkowita liczba publicznych hotspotów W-Fi (łącznie z domowymi) wzrośnie z 4 mln w 2017 r. do 7 mln do 2022 r.
Przemysław Kania, Dyrektor Generalny Cisco w Polsce
Przemysław Kania, Dyrektor Generalny Cisco w Polsce

„Cisco wspiera operatorów sieci w zaspokajaniu rosnących potrzeb w zakresie przepustowości łączy mobilnych konsumentów, użytkowników biznesowych i wykorzystujących aplikacje IoT” – powiedział Przemysław Kania, Dyrektor Generalny Cisco w Polsce. „W miarę zbliżania się globalnego ruchu komórkowego do granicy zettabajta, wierzymy, że 5G i WiFi będą współistnieć jako niezbędne i komplementarne technologie dostępu, oferując kluczowe korzyści naszym klientom z sektora enterprise i dostawcom usług, pozwalając im na rozbudowę ich dotychczasowych architektur sieciowych”.

Cisco Mobile VNI Forecast

Cisco Mobile VNI™ Forecast obejmuje prognozy globalne, regionalne i krajowe oraz trendy związane z sieciami radiowymi (2G, 3G, 4G i 5G). Pełny raport zawiera dodatkowe informacje i analizy dotyczące wzrostu ruchu w sieciach komórkowych, urządzeń i połączeń mobilnych, mobilnego Internetu rzeczy w różnych branżach, przyjęcia protokołu IPv6 w sieciach komórkowych, wydajności sieci komórkowych, przenoszenia ruchu do Wi-Fi z urządzeń/połączeń komórkowych oraz wielopoziomowych cen w sieciach komórkowych (plany nieograniczone i wspólne).

Metodologia Cisco Mobile VNI

Badanie Cisco VNI™ Forecast obejmujące lata 2017-2022 opiera się na niezależnych prognozach analityków i rzeczywistych danych dotyczących wykorzystania sieci. Na tym fundamencie oparte są szacunki Cisco dotyczące globalnego ruchu IP i adopcji usług. Szczegółowy opis metodologii znajduje się w pełnej wersji raportu. W ciągu swojej 13-letniej historii badania Cisco® VNI stały się wysoko cenioną miarą rozwoju Internetu. Rządy krajowe, organy regulacyjne sieci, środowisko akademickie, firmy telekomunikacyjne, eksperci w dziedzinie technologii, a także prasa branżowa i biznesowa oraz analitycy polegają na corocznym badaniu, które pomaga zaplanować cyfrową przyszłość.

Większość Polaków przeciwna udzielaniu pomocy frankowiczom

Tegoroczne, trzecie z kolei badania pokazują, że większość Polaków jest przeciwna pomocy dla frankowiczów i uważa ją za niesprawiedliwą, jak wynika z najnowszych badań przeprowadzonych przez Ośrodek Kantar Public na zlecenie Instytutu Jagiellońskiego. Uważamy taką pomoc za niesprawiedliwą nie tylko wobec osób, które mają kredyt w złotówkach, ale także wobec ogółu Polaków.

Z badań przeprowadzonych na przełomie stycznia i lutego 2019 roku wynika, że 68 proc. Polaków to przeciwnicy udzielania pomocy kredytobiorcom frankowym. 51 proc. Polaków uważa, że żaden kredytobiorca nie powinien otrzymywać pomocy od państwa w celu spłaty kredytu.

W badaniach Kantar Public pojawia się też kontekst polityczny: 10 proc. Respondentów deklaruje, że chętniej głosowaliby na opozycję, gdyby taka pomoc została wprowadzona, a niemal jedna czwarta (23 proc.) twierdzi, że zniechęci ich to do głosowania na PiS. 73 proc. Polaków uważa, że politycy temat pomocy frankowiczom wykorzystują jedynie, by pokazać się w mediach.

O wynikach badań i aktualnym podejściu banków do propozycji polityków dotyczących frankowiczów w rozmowie z MarketNews24 mówi dr Przemysław Barbrich ze Związku Banków Polskich.