Rośnie liczba katastrof naturalnych. Powodują o 20 proc. wyższe straty niż kilka lat temu

Rośnie liczba katastrof naturalnych. Powodują o 20 proc. wyższe straty niż kilka lat temu 1

Każda katastrofa naturalna kosztuje dziś gospodarkę znacznie więcej, niż miało to miejsce w przeszłości. Gdyby wielka powódź z 2010 roku miała miejsce w tym roku, straty przekroczyłyby 16 mld zł, czyli byłyby wyższe o ponad 20 proc. Takie zdarzenia przekładają się szczególnie na rynek ubezpieczeniowy. Eksperci zaznaczają, że Polacy muszą mieć świadomość ubezpieczenia zanim powstanie ryzyko. Ze względu na to, że ryzyko klimatyczne rośnie, trzeba szybko podjąć działania prewencyjne – podkreśla Jan Grzegorz Prądzyński, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń.

– Skala ryzyka klimatycznego rośnie. Powodzie, susze, trąby powietrzne czy ryzyka rolne, takie jak gradobicie, to ryzyka, które najbardziej nas dotyczą. One są związane z zachodzącymi zmianami klimatycznymi, w związku z tym nasza ekspozycja na ryzyko rośnie. Z drugiej strony wzrost zamożności kraju, rozbudowywana infrastruktura, liczba budynków i firm powodują, że każda katastrofa ma dużo większy wymiar gospodarczy strat, niż miało to miejsce w przeszłości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Grzegorz Prądzyński, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Z raportu PIU i Deloitte „Klimat ryzyka. Jak prewencja i ubezpieczenia mogą ograniczyć wpływ katastrof naturalnych na otoczenie?” wynika, że w ciągu ostatniej dekady wzrosła średnia roczna liczba katastrof naturalnych (z 447 do 556), strat finansowych (ze 104 do 123 mld dol.) i ludzkich (z 26,9 do 31,4 tys. ofiar śmiertelnych).

– Susza w 2018 roku, zarówno jej efekt bezpośredni, jak i pośredni na gospodarkę, to koszt 2,6 mld zł, czyli 0,13 proc. polskiego PKB. To olbrzymia wielkość jak na jedno zdarzenie klimatyczne. Ponieważ klimat się zmienia, zdarzeń będzie coraz więcej, musimy szybko podjąć wszelkiego rodzaju działania prewencyjne i adaptacyjne – podkreśla Jan Grzegorz Prądzyński.

Gdyby powódź z 2010 roku miała miejsce w 2018 roku, straty sięgnęłyby 16,2 mld zł, czyli byłyby o 21 proc. wyższe niż wówczas. Przerwy w dostawie prądu, nawet 8-godzinne, spowodowałyby 2,6 mld zł strat.

– Kiedy zdarza się duża powódź, taka jak w 2010 roku, wówczas dla ubezpieczycieli jest to olbrzymi ciężar finansowy, ale musimy mieć świadomość, że oni są na to przygotowani. Są bardzo dobrze dokapitalizowani, mają bazę finansową, która pozwala im sprostać niemal wszystkim ryzykom katastroficznym, jakie wynikają z ubezpieczeń. Pamiętajmy, że odszkodowania są wypłacane ze składek, które płacą wszyscy ubezpieczeni, więc skoro ryzyka rosną, więcej osób musi się ubezpieczać – wskazuje Jan Grzegorz Prądzyński.

Problemem, także w Polsce, jest jednak stosunkowo niska świadomość ubezpieczeniowa. Objętych ubezpieczeniem jest ok. 60 proc. majątku zgromadzonego przez przedsiębiorstwa, podobny odsetek domów jednorodzinnych jest ubezpieczonych od ryzyka powodzi.

– Im większe są ryzyka, im większe są odszkodowania, tym bardziej stawki ubezpieczeniowe muszą rosnąć. Ubezpieczyciele starają się to minimalizować poprzez działania prewencyjne, jeżeli wiemy, że dany teren jest zalewowy, a są na nim zabudowania, to wówczas gmina powinna wyasygnować kwoty na to, żeby zbudować wały powodziowe. Do ubezpieczycieli też należy przekonywanie ludzi, żeby na takich terenach nie budować – przekonuje prezes PIU.

W odpowiedzi na rosnące koszty i podatność na katastrofy naturalne państwa członkowskie ONZ zawarły w 2015 roku w Sendai międzynarodowe porozumienie. Dokument przypisuje administracji centralnej główną rolę w zarządzaniu ryzykiem katastrof przy jednoczesnej współodpowiedzialności innych podmiotów, również z sektora prywatnego. Ubezpieczyciele są jedną z branż, które mają na to wpływ. Mają dwojaką rolę w zarządzaniu ryzykiem klimatycznym. Po pierwsze, edukują społeczeństwo w tym zakresie.

– Polacy muszą mieć świadomość, że trzeba się ubezpieczać zanim ryzyko powstanie. Z drugiej strony branża współpracuje z państwem, żeby działać prewencyjnie – mówi Jan Grzegorz Prądzyński. – Jeżeli wiemy, że coraz większe jest ryzyko suszy, to musimy dostosowywać nasze uprawy do tego ryzyka. Jeżeli wiemy, że jest ryzyko blackoutu, to musimy zmniejszyć zapotrzebowanie na elektryczność podczas suszy.

Problem na lotnisku w Gdańsku rozwiązany. System może już nawigować w trudnych warunkach pogodowych

Problem na lotnisku w Gdańsku rozwiązany. System może już nawigować w trudnych warunkach pogodowych 2

Problem na gdańskim lotnisku im. Lecha Wałęsy został rozwiązany. Od listopada nie działał tam system radionawigacyjny ILS, który umożliwia samolotom lądowanie w trudnych warunkach. Powodem było pominięcie przez firmę instalującą system specjalnych osłon, przez co anteny obsiadały ptaki, zakłócając jego działanie. Lotnisku groziły opóźnienia, konieczność odwoływania lotów i odsyłania pasażerów do innych portów. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej kontaktowała się w tej sprawie bezpośrednio z  producentem systemu, który sprowadził niezbędne elementy ze Stanów Zjednoczonych. Montaż nowych osłon i testy bezpieczeństwa zostały już przeprowadzone, a system radionawigacyjny ILS II kategorii na gdańskim lotnisku działa już sprawnie.

– 5 grudnia pracownicy PAŻP sprawdzili system ILS, dokonano niezbędnych oblotów i przywrócono działanie II kategorii. Z uwagi na priorytet bezpieczeństwa i obowiązujące procedury pracownicy techniczni cały czas, na bieżąco sprawdzają funkcjonowanie systemu i na tę chwilę nie stwierdzono żadnych uchybień – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Łukaszewicz, rzecznik prasowy Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej.

ILS (ang. instrument landing system) to system radionawigacyjny, który wspomaga lądowanie samolotów przy ograniczonej widoczności, w trudnych warunkach pogodowych. Dzięki temu nie trzeba przekierowywać ich na inne lotniska. Im wyższa kategoria ILS, w tym trudniejszych warunkach pogodowych może wylądować samolot. ILS kategorii III teoretycznie umożliwia ten manewr przy niemal zerowej widoczności. Jednak, żeby umożliwić lądowanie na przykład w gęstej mgle, musi nadawać bardzo wyraźny sygnał.

Każdy większy port lotniczy ma co najmniej jeden kierunek podejścia obsługiwany przez ILS. Na gdańskim lotnisku od 2015 roku działa system ILS kategorii II. Jednak na początku listopada okazało się, że system ILS na gdańskim lotnisku nie działa, a ściślej, został obniżony z II do I kategorii.

– System ILS kategorii II jest znacznie dokładniejszy niż kategorii I. Pozwala na sprowadzenie samolotu przy mniejszej widzialności i poziomie mgieł znacznie bliżej ziemi. Występuje również III kategoria ILS, która jednak funkcjonuje tylko na jednym lotnisku w Polsce – na warszawskim Lotnisku Chopina –mówi ekspert lotniczy dr Tomasz Szymczak, prezes Polskiego Klubu Lotniczego – System anten ILS może być zakłócany przez różnego rodzaju drgania. Jeśli jest umiejscowiony blisko autostrad czy dróg ekspresowych, którymi jeżdżą ciężkie pojazdy, drgania mogą powodować niedokładność sygnału. Takie problemy miały już miejsce w Polsce na różnych lotniskach. Działanie systemu mogą zakłócać także ptaki.

W Gdańsku do wyłączenia ILS-u i obniżenia kategorii mogły się przyczynić właśnie ptaki, które obsiadały radiolatarnie na końcu drogi startowej, powodując zakłócenia.

 Powodem decyzji o obniżeniu kategorii systemu ILS na lotnisku w Gdańsku była zauważona seria nieprawidłowości w jego działaniu. Parametry przekraczały wymagane wartości dla II kategorii. PAŻP zwróciła się do polskiego dystrybutora systemu z prośbą o natychmiastowe zidentyfikowanie usterek i ich wyeliminowanie. Jednocześnie zwrócił się do nas amerykański producent z chęcią włączenia się do działania – mówi Paweł Łukaszewicz.

Początkowo pojawiały się informacje, że problemy z ILS-em na gdańskim lotnisku potrwają co najmniej dwa miesiące, a przewidywany termin usunięcia usterki i przywrócenia ILS II kategorii to koniec stycznia przyszłego roku. Anteny zostały wyprodukowane przez wykonawcę ze Stanów Zjednoczonych i stamtąd trzeba było również sprowadzić specjalne osłony przeciw ptactwu (system nadal obejmuje gwarancja, która wygasa dopiero w 2023 roku).

Jednak PAŻP udało się dużo szybciej dojść do porozumienia z producentem systemu, który sprowadził niezbędne elementy. Jak podaje portal Pasażer.com, na lotnisku w Gdańsku jest zainstalowanych 14 anten, do których trzeba było sprowadzić łącznie 196 osłon. Montaż nowych osłon i testy bezpieczeństwa zostały już przeprowadzone. System radionawigacyjny ILS II kategorii na gdańskim lotnisku działa sprawnie już od ubiegłego tygodnia.

Szybkie usunięcie usterki oznacza, że jedno z największych lotnisk w Polsce nie musi odwoływać lotów i odsyłać pasażerów do innych portów. Bez systemu radionawigacyjnego, który umożliwia samolotom lądowanie w trudnych warunkach, jego funkcjonowanie nadal byłoby utrudnione, a w przypadku załamania pogody – lotnisku groziłby wręcz paraliż. Przywrócenie działania systemu ILS jest również istotne ze względu na to, że w Gdańsku często mgła bywała przyczyną poważnych problemów na gdańskim lotnisku, zwłaszcza w sezonie jesienno-zimowym.

Port Lotniczy im. Lecha Wałęsy w I półroczu odnotował rekordowy wynik. Obsłużył ponad 2,3 mln pasażerów, czyli o ponad 10 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej.

Trudne negocjacje w końcówce COP24 w Katowicach. Pozostało wiele kwestii spornych

Trudne negocjacje w końcówce COP24 w Katowicach. Pozostało wiele kwestii spornych 3

Dziś powinny się zakończyć negocjacje w ramach szczytu klimatycznego COP24 w Katowicach. Nie wiadomo jednak, czy negocjatorom reprezentującym 195 państw, które w 2015 roku przyjęły Porozumienie Paryskie, uda się ustalić kształt, w jakim będzie wdrażana ta międzynarodowa umowa. Wciąż są kwestie sporne do rozwiązania. Niewątpliwie najważniejsze jest ograniczenie efektu cieplarnianego – mówił minister Jerzy Kwieciński.

– Po szczycie paryskim był olbrzymi entuzjazm, kiedy szefom wielu krajów udało się uzgodnić porozumienie. Jednak znacznie łatwiej jest określić sobie cele, a trudniej je potem realizować. Problem jest z implementacją. Szczyt w Katowicach ma wypracować warunki osiągnięcia tych celów – tak, żeby system w skali całego świata był sprawny, żeby można było go monitorować i wnosić korekty. Temu mają służyć wypracowane zasady, tzw. rulebook – mówił agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju.

Porozumienie Paryskie kładzie nacisk na radykalną redukcję gazów cieplarnianych i zahamowanie ocieplenia klimatu, które – według najnowszego raportu IPCC – spowoduje globalną katastrofę klimatyczną, jeżeli wzrost średniej temperatury na świecie nie zostanie szybko zatrzymany.

Negocjacje są trudne. W środę do Katowic – w celu ratowania rozmów – wrócił sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres, który ostrzegł negocjatorów, że brak porozumienia będzie mieć katastrofalne skutki. Jeszcze wczoraj do rozstrzygnięcia pozostawało kilkaset kwestii spornych, dlatego możliwe, że rozmowy potrwają dłużej niż planowano.

 Niewątpliwie najważniejsze jest ograniczenie efektu cieplarnianego, emisji gazów cieplarnianych. Wszyscy to podkreślamy, ale generalnie chodzi o to, aby realizować Cele Zrównoważonego Rozwoju, których mamy 17. Są to nie tylko cele ustanowione na poziomie ONZ, lecz także mają one bezpośrednie przełożenie na działania w Unii Europejskiej i bardzo wielu krajach, również Polski. Nasza Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju – jak wskazuje się w Katowicach – jest jednym z najlepszych przykładów realizacji tych właśnie celów na poziomie krajowym – mówił Jerzy Kwieciński.

Przyjęte przez państwa członkowskie ONZ Cele Zrównoważonego Rozwoju 2030 dotyczą najważniejszych globalnych problemów, wśród których są również zmiany klimatyczne. Agenda ONZ obejmuje 17 takich celów i blisko 170 związanych z nimi zadań do realizacji. Są wśród nich m.in.: eliminacja ubóstwa we wszystkich jego formach na całym świecie, zapewnienie wszystkim ludziom dostępu do zrównoważonej energii po przystępnej cenie, zmniejszenie nierówności czy uczynienie miast bardziej zrównoważonymi.

– Chciałbym, żeby ten szczyt zakończył się pozytywnie, zakończył się uzgodnieniem nowych zasad realizacji celów ze szczytu paryskiego i żeby on również pokazał, że Polska jest w stanie realizować takie duże przedsięwzięcia. W trakcie tego szczytu ogłosiliśmy, że chcielibyśmy, aby Katowice były także organizatorem Światowego Szczytu Miejskiego w 2022 roku. To jest impreza na podobną skalę, dla około 20–30 tys. gości z całego świata. To byłaby nie tylko doskonała promocja dla Polski, Katowic i Śląska, lecz także do pokazania pozytywnych skutków transformacji, którą prowadzimy w Polsce – mówił Jerzy Kwieciński.

Konsumenci coraz częściej szukają mięs o zdrowszym składzie. Choć spożycie wołowiny rośnie, ciągle stanowi ułamek rynku

Konsumenci coraz częściej szukają mięs o zdrowszym składzie. Choć spożycie wołowiny rośnie, ciągle stanowi ułamek rynku 4

Wieprzowina i drób to wciąż dominujące gatunki mięsa na polskim rynku. Ich spożycie jest stabilne. Eksperci zaznaczają, że dwucyfrowo wzrasta rynek wołowiny, ale to wciąż niszowy produkt. Konsumenci zaczynają natomiast szukać wyrobów tradycyjnych, ekologicznych czy prozdrowotnych.

– Wielkość spożycia mięsa bardzo się nie zmienia. Jest ono w miarę stabilne w przypadku wieprzowiny czy drobiu, natomiast gorzej jest na rynku wołowiny, gdzie ten poziom w porównaniu do lat 2002–2003 spadł diametralnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Choiński, prezes zarządu związku Polskie Mięso. – Tutaj spożycie mamy na poziomie 2,2 kg na osobę i rok do roku rośnie o około 10–15 proc., natomiast jest to zbyt mało, żeby mówić, że jesteśmy konsumentami mięsa wołowego. Jest to głównie eksport, zwłaszcza do krajów Unii Europejskiej.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2017 roku Polacy zjedli średnio po niemal 27 kg drobiu na głowę mieszkańca, po 39,8 kg wieprzowiny oraz zaledwie 2,3 kg wołowiny. Ten ostatni wynik i tak jest ponaddwukrotnie wyższy niż jeszcze dwa lata wcześniej (1,2 kg), lecz wciąż wyraźnie niższy niż w 2005 roku (3,9 kg).

Jak informuje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, co miesiąc z Polski eksportowanych jest ok. 40 tys. ton wołowiny, dwa razy tyle wieprzowiny i ok. 100 tys. ton drobiu, który wraca na pozaeuropejskie rynki po odzyskaniu przez Polskę statusu kraju wolnego od grypy ptaków.

– Trendy kształtują konsumenci. Zarówno Unia Europejska, jak i polscy konsumenci zaczynają szukać produktów innych niż te pospolite, z którymi dotąd mieli do czynienia – mówi Witold Choiński. – Chodzi o stawianie na produkty nowoczesne, funkcjonalne, innowacyjne, ekologiczne czy organiczne, produkty o ograniczonym obszarze pochodzenia, czyli tradycyjne, oznaczone znakiem GTS czy innymi znakami obowiązującymi w UE.

Skrót GTS oznacza Gwarantowaną Tradycyjną Specjalność. W przypadku Polski do takich produktów należą kabanosy, kiełbasa jałowcowa czy kiełbasa myśliwska. Zostały one zarejestrowane rozporządzeniem w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej odpowiednio w październiku i kwietniu 2011 roku.

Konsumenci szukają nie tylko charakterystycznych specjalności, lecz także produktów szybkich w przygotowaniu, co widać m.in. po ofercie sklepów dyskontowych podsuwających kupującym gotowe do odgrzania lub dokończenia w końcowej fazie tradycyjne mięsa z przyprawami i dodatkami. Coraz uważniej czytający etykiety klienci wypatrują także produktów korzystnych dla zdrowia lub przeznaczonych dla określonej grupy wiekowej.

– Konsumenci są zapędzeni, więc szukają produktu, który mogą wrzucić do mikrofalówki czy innego urządzenia i szybko przygotować obiad – zauważa prezes zarządu związku Polskie Mięso. – Konsument stawia przede wszystkim na produkty prozdrowotne, czyli takie, które dają wartość dodaną, czy to z mniejszą zawartością soli, czy zwiększoną ilością selenu, czy z ograniczoną ilością cholesterolu. Te produkty są na topie.

M. Zalewski: zmiana w firmie powinna być oparta o sześć zasad. Sprawdzają się one także w życiu prywatnym

M. Zalewski: zmiana w firmie powinna być oparta o sześć zasad. Sprawdzają się one także w życiu prywatnym 5

Sześć zasad mindfulness, opracowane przez Martina Zalewskiego, eksperta w dziedzinie rozwoju cyfryzacji i transformacji firm, to nie tylko recepta na budowanie życia prywatnego, lecz także sposób na konstruowanie życia zawodowego i transformację firmy. Dzięki sześciu kluczowym zasadom: autentyczności, pasji, odwadze, wdzięczności, współpracy i określeniu swojej roli w tym wszystkim, można osiągnąć sukces w wielu dziedzinach – przekonuje ekspert.

Martin Zalewski jest ekspertem w dziedzinie rozwoju cyfryzacji, transformacji firm oraz wprowadzania innowacji biznesowych. Jego profil „The Mindful Eye” na Instagramie obserwuje blisko 24 tys. osób. Na bazie swoich doświadczeń stworzył „Sześć zasad mindfulness”, które pokazują, jak filozofia bycia tu i teraz pomaga rozwijać nie tylko nas samych, lecz także biznes. Pierwszą zasadą jest autentyczność.

– Czyli wartość człowieka. Drugą będzie pasja – jeżeli czymś się pasjonuję, to tak naprawdę będę zauważonym przez społeczeństwo na najwyższym poziomie. Trzecie to odwaga. Dobrze wiedzieć, kim się jest, dobrze mieć pasję, ale jeżeli się nie zrobi z tym czegoś, to tak naprawdę wartość tego jest minimalna. Trzeba mieć więc odwagę, żeby zająć się swoją pasją i odpowiednio ją obronić – mówi agencji informacyjnej Newseria Martin Zalewski, ekspert w dziedzinie rozwoju cyfryzacji i transformacji firm.

Bardzo ważnym etapem jest też chwila refleksji i podziękowania. Niezależnie od tego, przez co przechodzi się w życiu, trzeba umieć być za to wdzięcznym. Aby więc zasypiać z pozytywną energią i mieć energetyzujący sen, który zapewni dobre samopoczucie następnego dnia, wieczorem powinno się dziękować za każde przeżycie mijającego dnia.

Piątą zasadą mindfulness jest kolaboracja – na gruncie profesjonalnym albo przyjaźń w życiu prywatnym. Ostatnia zasada to określenie, jaka w tym wszystkim jest moja rola tu i teraz. Do tego trzeba trochę refleksji, medytacji, trzeba czasami wyjść ze środowiska, żeby znaleźć siebie samego – mówi Martin Zalewski.

Zalewski podkreśla, że dla niego mindfulness to silne osadzenie w realiach oraz zrozumienie siebie w odniesieniu do swojej wizji życia i kontekstu środowiska. Sześć wymienionych zasad można uznać za kompetencje przyszłości, które w biznesie pozwolą skuteczniej docierać do klientów. Trzeba bowiem znać siebie, żeby akceptowali nas inni. Natomiast jeżeli ktoś nie jest autentyczny bądź nie wie, kim jest, to trudno mu być liderem, rozwijać zespół i inspirować do działania.

Używam tych sześć zasad mindfulness za dobre do stworzenia i budowania przedsiębiorstw albo transformacji cyfrowej, ponieważ każda firma musi być autentyczna, żeby odpowiednio była odebrana przez swojego klienta. Tak samo musi mieć pasję, musi wiedzieć, co jej imponuje, dlaczego walczy, żeby przynieść odpowiedni produkt czy odpowiedni serwis dla klienta, i do tego trzeba dużo odwagi – mówi Martin Zalewski.

Zdaniem Zalewskiego powinno się też uważnie słuchać, co jest ważne w życiu ludzi, z którymi się współpracuje, razem z nimi odkrywać znaczenie bycia tu i teraz, a co za tym idzie – potrzeby na nowe produkty i usługi.

Nanoroboty zaaplikują lek bezpośrednio do chorej tkanki i wyleczą raka. Przeszkodą w ich wdrożeniu może być jednak wysoki koszt operacji z ich udziałem

Nanoroboty zaaplikują lek bezpośrednio do chorej tkanki i wyleczą raka. Przeszkodą w ich wdrożeniu może być jednak wysoki koszt operacji z ich udziałem 6

Nanotechnologia może zrewolucjonizować rynek medyczny i systemy ochrony zdrowia. Szczególnie duże nadzieje wiązane są z pracami nad nanorobotami, które zdolne byłyby aplikować substancje lecznicze bezpośrednio do chorej tkanki i skutecznie walczyć np. z nowotworami. Problemem we wdrożeniu tego typu technologii może być jednak początkowo bardzo wysoki koszt związany z ich użyciem w procedurach medycznych. Inżynierowie i naukowcy coraz częściej wybierają materiały już dostępne, by innowacje medyczny mogły się pojawić na rynku jak najszybciej.

– Nanoroboty to technologia na pograniczu robotyki i medycyny. Gdy myślimy o robotach, to zwykle nam się kojarzy fabryka, gdzie jakieś ramię coś spawa, ale można sobie wyobrazić zbudowanie robota wielkości bakterii, którego moglibyśmy wcześniej zaprogramować i wstrzyknąć sobie milion takich robotów do krwiobiegu, żeby np. usuwały złogi w tętnicach, przenosiły lek dokładnie we wskazane miejsce czy robiły zdjęcia wewnątrz naczyń krwionośnych. Pomalutku na Wydziale Fizyki UW próbujemy się przyglądać, jak właściwie taki robot mógłby być zbudowany – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. Piotr Wasylczyk, adiunkt  na wydziale fizyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Nanoroboty to urządzenia, które będą zdolne przeprowadzać zaprogramowane zadania w nanoskali. Bardzo precyzyjny, wręcz mikroskopowy zakres działania tych urządzeń sprawia, że duże nadzieje wiązane są z ich użyciem zwłaszcza w medycynie. Nanoroboty mogłyby być wykorzystywane m.in. do dawkowania leków bezpośrednio do chorych komórek. Mogłyby więc być bardzo skutecznym narzędziem w walce z nowotworami.

W Instytucie Inteligentnych Systemów im. Maxa Plancka został opracowany mikroskopijny robot zdolny bezpiecznie poruszać się w tkance oka, by zaaplikować lek w chore miejsce. Z kolei brytyjscy naukowcy z Uniwersytetu Exeter zbudowali prototyp robota inspirowanego budową plemnika, który mógłby być zdolny do poruszania się po całym układzie krwionośnym. Przed twórcami stoi jednak obecnie wyzwanie polegające na konieczności 500-krotnej miniaturyzacji urządzenia.

Przejście od fazy prototypu do końcowego efektu nie jest jednak jedynym problemem związanym z implementacją nowych technologii w medycynie. Drugim są koszty związane z procedurami medycznymi.

– Co z tego, że może za 10 lat będziemy mieli roboty, które będą potrafiły wykonać operację siatkówki prawie bez udziału albo zupełnie bez udziału człowieka, kiedy może się okazać, że taka operacja będzie kosztować milion dolarów i żaden państwowy system zdrowia nie będzie w stanie tego udźwignąć – twierdzi dr hab. Piotr Wasylczyk.

W Polsce droga prowadząca od odkrycia naukowego do użycia w ramach procedury medycznej jest bardzo długa. Na polskie przepisy nakładają się również dyrektywy narzucane przez Unię Europejską. W rezultacie komercjalizacja technologii opracowywanych w ramach programów grantowych jest bardzo utrudniona i odwleczona w czasie. Czas oczekiwania na rejestrację to nawet około 10 lat, podczas gdy czas trwania projektu finansowanego w ramach grantu to zwykle od 2 do 3 lat. Po upływie tego okresu następuje moment, w którym pomysłodawcom trudno jest uzyskać finansowanie kolejnych etapów wdrożenia, takich jak badania na zwierzętach czy badania kliniczne.

Przykładem technologii, której debiut może być znacznie odwleczony w czasie, są roboty przeznaczone do wykonywania operacji oka. Choć pierwsza operacja z użyciem robota witreoretinalnego sterowanego joystickiem została przeprowadzona eksperymentalnie na pacjencie w 2016 roku, to ogłoszenie jej jako nowego standardu w ramach procedur medycznych może nastąpić za kilka lub kilkanaście lat. Inżynierowie napotykają bowiem na szereg problemów, które utrudniają uzyskanie pozytywnej opinii w ramach oceny technologii medycznej.

– Jest tam niezliczona liczba problemów technologicznych i prawnych, począwszy od takich prostych: co ten robot ma zrobić, jak będzie już miał narzędzia w oku pacjenta i ten pacjent zacznie się ruszać nagle, co się zdarza podczas operacji nawet w całkowitej narkozie. Trzeba sobie nawet na takie pytania już bardzo wcześnie odpowiadać – przekonuje ekspert.

Dostrzeżenie tego problemu przez specjalistów w dziedzinie inżynierii medycznej poskutkowało powstaniem trendu gruntownie zmieniającego podejście do tworzenia nowoczesnych technologii dla ochrony zdrowia. Głównym celem staje się to, by koncepcyjna metoda leczenia miała szansę jak najszybciej zaistnieć na rynku i być dostępna dla szerokiej rzeszy pacjentów.

– Projektując coś od początku, myślimy o tym, czy to w ogóle ma szansę wejść na rynek i ilu pacjentów może z tego skorzystać. Godzimy się nawet czasami na rozwiązania może z punktu widzenia inżynierii nieoptymalne. Robimy to jednak z myślą o tym, by użyć materiałów, które już mają certyfikaty, bo to skróci czas wejścia na rynek o 10 lat. Taki materiał może nie jest najlepszym, jaki bym wybrał jako inżynier, ale pamiętając o tym, że to w końcu ma służyć ludziom, zdecyduję się na materiał gorszy, który dużo szybciej będzie się mógł pojawić na sali operacyjnej – tłumaczy naukowiec.

Według raportu MarketsandMarkets, globalny rynek rozwiązań IT w ochronie zdrowia ma do 2021 r. osiągnąć wartość 280 mld dol. Segment medycznych robotów do 2023 r. ma rosnąć w tempie 21 proc. średniorocznie, by osiągnąć wartość prawie 17 mld dol.

Nowe technologie usprawniają przeprowadzanie badań rynkowych. Przyszłością branży rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji i analizie emocji

Nowe technologie usprawniają przeprowadzanie badań rynkowych. Przyszłością branży rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji i analizie emocji 7

Metody przeprowadzania badań rynkowych stają się coraz bardziej innowacyjne. Nawet te tradycyjne, polegające na fizycznym zbieraniu informacji z rynku, mogą być znacznie przyspieszone dzięki platformom online. Tymczasem analizą reakcji i emocji konsumentów oraz ich wzorców zachowań zajmują się coraz częściej algorytmy uczenia maszynowego. Taka forma analityki rynkowej – zdaniem specjalistów – osiągnie w najbliższych latach bardzo dynamiczny wzrost.

Nowe technologie pozwalają na coraz dokładniejsze i głębsze analizowanie zachowań konsumenckich, a także ich emocji i opinii. Jednym z narzędzi zyskujących ostatnio bardzo mocno na znaczeniu jest analiza sentymentu, dzięki której można zbadać nacechowanie emocjonalne wypowiedzi zamieszczanych przez internautów np. w mediach społecznościowych. Analizą danych zebranych z wpisów i komentarzy zajmują się algorytmy uczenia maszynowego. Z takiego rozwiązania korzysta między innymi Uber. Dzięki niemu firma bada reakcje na wprowadzane innowacje i może w krótkim czasie reagować na zgłaszane uwagi.

– To, co stanie się w najbliższej przyszłości, będzie właściwie ekstrapolacją tego, co dzieje się w tej chwili, tzn. czeka nas dążenie do jak najbardziej precyzyjnego skierowania przekazu marketingowego do konsumenta, co się wiąże z tym, że firmy będą dążyć do tego, żeby jak najlepiej ich profilować. Mówimy tutaj oczywiście o wszelkich działaniach online, czyli np. monitorowaniu zachowań w social media, zachowań w internecie, a także tego, w jaki sposób klient zachowuje się w tradycyjnych placówkach badawczych, czyli po prostu sklepach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Radosław Jeż, prezes zarządu Skilltelligence.

Z danych opracowanych przez Orbis Research wynika, że do 2020 roku rynek narzędzi sztucznej inteligencji zdolnych do identyfikowania i klasyfikowania emocji osiągnie wartość 24 mld dol. Z kolei sam rynek rozwiązań opartych na analizie sentymentu – według analityków z firmy Tractica – będzie wyceniany do 2025 roku na kwotę 3,8 mld dol. Dla porównania, wycena za 2017 rok sięgnęła 123 mln dol.

Nowe technologie służą jednak również poprawie wydajności i szybkości wykonywania tradycyjnych metod badania rynku opartych na fizycznym zbieraniu danych w miejscu sprzedaży. Jednym z takich rozwiązań jest platforma Skilltelligence Live. To narzędzie umożliwiające firmom bardzo szybkie dotarcie do precyzyjnej informacji rynkowej.

– Dzięki temu, że współpracujemy z kilkoma tysiącami osób na terenie całej Polski, z którymi komunikujemy się za pomocą aplikacji mobilnej, nasi klienci mają możliwość samodzielnego stworzenia pewnego scenariusza badawczego, zadania interesujących ich pytań bądź przygotowania skryptu czy scenariusza, o wykonanie którego będziemy później prosić naszych współpracowników w terenie i bardzo szybko uzyskać odpowiedzi na zadane pytania bądź informacje z rynku które ich interesują – mówi Radosław Jeż.

Klienci zlecający wykonanie badania mogą samodzielnie przygotować zestaw instrukcji, o których wykonanie zostaną poproszeni ankieterzy pracujący w terenie. Po zatwierdzeniu zlecenia automatycznie jest ono kierowane do osób mogących teoretycznie je wykonać. Takie podejście do organizacji pracy znacznie skraca czas potrzebny na wykonanie badania. Tym samym skraca się on z kilku lub kilkunastu dni nawet do kilku godzin. Rozwiązanie adresowane jest zarówno do małych, jak i średnich czy dużych firm.

– Klasyczne agencje ze swoimi zasobami terenowymi, za pomocą których mogą zbierać na rzecz swoich klientów dane z rynku, mają swoje ograniczenia, tzn. tych pracowników terenowych zawsze jest trochę za mało, żeby bardzo szybko dotrzeć do każdego dowolnego punktu w Polsce i oczywiście zbieranie tych danych trwa. W naszym przypadku, ponieważ współpracuje z nami na zasadzie dowolności kilka tysięcy osób na terenie całej Polski, uzyskanie kilkuset odpowiedzi na pytania ankietowe zajmuje kilkanaście minut, a odwiedzenie np. kilkuset sklepów również rozsianych po całej Polsce to jest kwestia kilku godzin – przekonuje ekspert.

Światowe przychody firm działających w branży badań rynkowych przekroczyły w 2017 roku wartość 45,8 mld dol. Według analityków MarketsandMarkets, rynek sztucznej inteligencji w marketingu będzie w 2025 r. wart 40 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu w najbliższych latach ma wynieść niemal 30 proc.

Wenezuela – wypłaty w oponach, brak gazu w krematorium

Braki wody, żywności, lekarstw, dramatyczne problemy służby zdrowia, wielki kryzys ekonomiczny… Gdy wydaje się, że mieszkańców Wenezueli prawdopodobnie już nic nie jest w stanie zaskoczyć, pojawiają się coraz tragiczniejsze doniesienia – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Po sierpniowej reformie walutowej w Wenezueli nie zostały nawet zgliszcza. Powiązanie boliwara z kryptowalutą petro załamało się nawet w oficjalnym kursie wymiany. Czarnorynkowy kurs dolara wzrósł 10-krotnie w ciągu niespełna czterech miesięcy i wynosi obecnie prawie 600 boliwarów – według danych Dolartoday.

Obliczana na podstawie kursu walutowego inflacja przekracza 100 tys. proc. Kontrolowane przez opozycję Zgromadzenie Narodowe wylicza ją nawet na 1 milion proc. Z kolei od dawna pękający rdzeń wenezuelskiej gospodarki, czyli przemysł naftowy, pogrążył się w całkowitej zapaści.

Dane agencji Bloomberg pokazują, że spośród pięciu rafinerii w Wenezueli pracuję tylko dwie. Jednak nawet te, które są czynne, jedynie częściowo wykorzystują swoje możliwości. W rezultacie zaledwie 15 proc. całkowitej mocy przerobowej ropy jest dostępne w państwowym koncernie naftowym. A to skazuje Wenezuelę na import paliw z zagranicy.

Sprowadzanie paliw to jednak również wyzwanie dla władz, a nie chodzi tylko o brak pieniędzy. Według doniesień Reutersa, który zapoznał się z dokumentami państwowego koncernu naftowego, transakcje są najczęściej barterowe. Wenezuela otrzymuje paliwo w zamian za ropę. Paliwo jednak nie zawsze dociera do finalnych odbiorców ze względu na masowe zwolnienia pracowników zajmujących transportem i dystrybucją, a także zaniedbaną i nieprzystosowaną do importu produktów rafineryjnych infrastrukturę.

Przez rok PKB w dół o 30 proc.

Choć to wydaje się niewyobrażalne, ale jeszcze w 2012 r. PKB na mieszkańca Polski oraz Wenezueli wyglądało bardzo podobnie i wyniosło odpowiednio 13,1 i 11,3 tys. dolarów – według danych MFW. Tymczasem pod koniec 2019 r., według szacunku Funduszu, PKB dla Polski ma wynieść 15 tys. USD, natomiast dla Wenezueli 3,1 tys. USD. Jak to możliwe?

Według kontrolowanego przez opozycję Zgromadzenia Narodowego tylko w trzecim kwartale 2018 r. PKB obniżyło się o 29,7 proc. r/r ze względu na załamanie konsumpcji oraz inwestycji. Nic nie wskazuje także na to, by sytuacja mogła się poprawić.

W kilka lat kraj opuściło blisko 3 mln ludzi. Braki dostaw wody czy elektryczności uniemożliwiają nawet podstawową działalność przedsiębiorstw. W tym tygodniu z kraju wycofał się m.in. przodujący producent opon na świecie, a zdecydował tak ze względu na trudności w pozyskaniu niezbędnych surowców. Swoim pracownikom odprawę wypłacono w oponach… Swoją drogą wszelkie komponenty do samochodów w Wenezueli to niezwykle deficytowe produkty, dlatego mogło to być nawet lepsze rozwiązanie niż wypłata rekompensat w tracącym z dnia na dzień boliwarze.

Inne firmy także drastycznie ograniczają swoją działalność w kraju. Dotyczy to zarówno producentów płatków śniadaniowych (państwo przejęło kontrolę nad opuszczoną przez Amerykanów fabryką), jak i np. producentów samochodów. Już rok temu miesięczna sprzedaż nowych aut spadła w Wenezueli do ok. 200 sztuk z 10 tys. w 2013 r. oraz nawet 40 tys. w 2007 r. Jeden globalnych dostawców środków czystości musiał zawiesić sprzedaż ze względu na brak kartonów do pakowania swoich produktów.

Reżim szuka pieniędzy…

Wydawałoby się, że reżim prezydenta Nicolasa Maduro przy takim gospodarczym załamaniu powinien szybko upaść. Na razie jednak przywódcy Wenezueli mają wsparcie wśród niektórych krajów. Maduro regularnie spotyka się z tureckim przywódcą, niedawno był także na Kremlu. Poza tym władze w Caracas również mają kontakty z Chinami oraz z Koreą Północną. Czasami również, któryś z byłych przywódców państw Europy pojawi się w otoczeniu Maduro. Ostatnio był to socjalista i były premier Hiszpanii Jose Luis Rodriguez Zapatero.

Jednak cierpliwość i hipotetyczne korzyści z pomocy dla Caracas już się wyczerpują.  Zarówno Chiny, jak i Rosja są zaniepokojone, że Wenezuela nie wywiązuje się z transportu ropy w zamian za udzieloną pomoc finansową.

Reuters obliczył, że od 2006 r. kredyty i pożyczki dla Wenezueli z Rosji miały wartość ok. 17 mld dolarów. Caracas natomiast tylko w 40 proc. wypełnia obiecane dla Moskwy transporty ropy (176 tys. baryłek dziennie). Wyższe dostawy tego surowca są realizowane do Chin (ok. 460 tys. baryłek dziennie), ale zaangażowanie Pekinu w Wenezueli Reuters szacuje na ok. 50 mld dolarów.

Zaciskającą się finansową pętlę na szyi reżimu Maduro dobrze pokazuje chęć transportu do kraju zgromadzonego w Banku Anglii złota. Opozycja szeroko protestuje przeciwko wydaniu ok. 14 ton kruszcu o wartości zbliżonej do 550 mln dolarów. W liście cytowanym przez Bloomberga lider opozycji na wygnaniu przestrzega, że byłoby to wykorzystane na pranie brudnych pieniędzy oraz korupcję.

…a obywatele nie mają spokoju nawet po śmierci

Gdy władze szukają pieniędzy, by utrzymać terror i skorumpowany reżim, z wielkimi problemami zmagają się zwykli ludzie. Często wykraczają one poza brak pieniędzy, żywności, leków, opieki zdrowotnej, środków transportu i higieny, elektryczności czy wody. Dochodzi nawet do tego, że mieszkańcy Wenezueli nie mogą godnie pochować swoich bliskich.

Reuters kilka dni temu opisał historię 27-letniej Wenezuelki, której ojciec zmarł na raka. Nie dość, że przez hiperinflację nie stać jej było na pogrzeb bliskiej osoby, to jeszcze w krematorium zabrakło gazu. Problemy z dostawą tego surowca oraz brak środków finansowych na przetrzymywanie ciała w oczekiwaniu na dostawę gazu zmusiły młodą kobietę do pochowania ojca w części cmentarza, która tradycyjnie jest zarezerwowana dla ciał niezidentyfikowanych zmarłych.

Prawdziwa innowacyjność smakuje inaczej – Irek Piętowski

Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie DT makers, specjalizującej się w design thinking
Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie DT makers, specjalizującej się w design thinking

Innowacyjność jest dziś na topie. Wiele organizacji o mocno przestarzałych procesach, niedopasowanej do współczesnych realiów kulturze czy obsłudze klienta z poprzedniej epoki szafuje tym słowem na lewo i prawo. Niektóre z nich uciekają się nawet do takich zabiegów, jak kampanie rebrandingowe, licząc, że ludzie uwierzą w ich życzeniowe nowatorstwo. Kiedy wizerunek nie ma pokrycia w rzeczywistości, zamiast zachwytu klientów czeka jedynie rozczarowanie.

Dla większości organizacji mowa o innowacjach sprowadza się wyłącznie do pudrowania. Dewaluacja tego pojęcia sprawiła, że firmy, które zasługują na miano innowacyjnych, muszą wznieść się ponad marketingowy szum konkurencji, aby zaprezentować swoją autentyczną odmienność. Na szczęście prawdziwe innowacje, osadzone w rzeczywistych potrzebach rynku, bronią się same.

Być innowacyjną firmą to niełatwe zadanie. Nowatorskie rozwiązania stwarzają potencjał do wzrostu. Niemniej, ich wprowadzenie wiąże się z pewną dozą ryzyka i nie zawsze przekłada na korzyści finansowe. To duży problem dla przedsiębiorstw z sektora MŚP, które liczą się z każdą złotówką. Od właściwego ulokowania kapitału zależy ich być albo nie być.

Z kolei duże organizacje mają działające do pewnego momentu, sprawdzone modele biznesowe, jednak są one mało elastyczne. Wśród pracowników rośnie świadomość, że należy dopasować się do potrzeb klientów, a te zmieniają się nieustannie. W praktyce okazuje się, że jest to bardzo trudne, przede wszystkim z powodu skali. Nie pomogą spore budżety, pozwalające na bezpieczne wprowadzenie innowacji, kiedy wszystko rozbija się o konserwatywny sposób myślenia, sprowadzający się do szukania bezpieczeństwa i minimalizowania ryzyka.

Równie istotną rolę odgrywa tu czynnik ludzki. Pracownikom łatwiej jest wykonywać powtarzalne i dobrze zdefiniowane zadania, niż szukać kreatywnych rozwiązań. Aby funkcjonować inaczej, potrzebna jest praktyka. Daniel H. Pink w książce Drive. Kompletnie nowe spojrzenie na motywację przytacza wyniki badania, które jednoznacznie dowodzą, że im wyższa nagroda za wykonanie schematycznego zadania, tym lepiej i szybciej nam ono wychodzi. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku łamigłówek, których rozwiązanie jest nieoczywiste. Im wyższa nagroda, tym niższa kreatywność. Myśląc o tym, co możemy zyskać, odczuwamy coraz większą presję, a ta blokuje nasze kreatywne zdolności. W wielu firmach mamy do czynienia z takim paradoksem. Obciążenie zadaniami i presja na wyniki są tak duże, że nie tylko blokują kreatywność pracowników, lecz również ograbiają ich z produktywności. W efekcie wożą oni puste taczki. Są wieczne w niedoczasie ze swoimi podstawowymi zadaniami, nie mówiąc już o generowaniu nowych pomysłów, czy ich rozwijaniu.

Praktyka czyni innowatora

Gdy ludzie są zbyt obciążeni zadaniami, warto się zatrzymać i określić, które z nich są zbędne. Jest to bardzo trudne, lecz możliwe, i wcale nie znaczy, że połowę czasu pracy powinno się dedykować innowacjom. W takich firmach jak Facebook, gdzie odgrywają one kluczową rolę, do 20 proc. czasu poświęca się na eksplorację nowych pomysłów. Nawet 5 proc. to już bardzo dużo, jeśli wcześniej nie robiliśmy tego wcale. Poświęcając 10 proc., czyli mniej więcej pół dnia w każdym tygodniu, możemy spodziewać się realnych efektów.

Kreatywność w dużej mierze polega na dawaniu przestrzeni i niewypełnianiu jej na siłę. John Cleese, założyciel legendarnej grupy komików Monty Pythona powiedział kiedyś, że wystarczy utrzymać umysł w sporze z tematem w przyjazny, ale uporczywy sposób, a wcześniej czy później dostanie się nagrodę od swojej nieświadomości. Obejmując uwagą jakiś obszar, możemy być pewni, że w naszych głowach zaczną pojawiać się pomysły, niekoniecznie podczas zaplanowanej burzy mózgów. Czasem ma to miejsce np. pod prysznicem. Ważne, by stworzyć odpowiednią przestrzeń. Stephen King, który przed nastaniem ery Harry’ego Pottera był najlepiej zarabiającym pisarzem świata, funkcjonuje podobnie. Pomiędzy śniadaniem a lunchem zamyka się w pokoju, skupiając się wyłącznie na pracy twórczej. Jeśli ma gorszy dzień, napisze jedno zdanie, a innym razem np. cały rozdział, jednak zawsze poświęca na to z góry określony czas. To rodzaj dyscypliny czy nawet rytuału.

Dobrym wyznacznikiem innowacyjności jest liczba pomysłów pojawiających się każdego miesiąca lub liczba prototypów i testów. W ten sposób nie mierzymy efektów, ale samo działanie, nastawione na eksperymentowanie i eksplorację. Weźmy na przykład braci Eames, którzy stworzyli legendarny fotel Lounge Chair. Nie wymyślili go ni stąd, ni zowąd, lecz bardzo długo eksperymentowali z różnymi materiałami, naszkicowali wiele projektów, stworzyli liczne prototypy, z których spora część do niczego się nie nadawała. Cały ten wysiłek w końcu się opłacił. Wychodzę z założenia, że podstawą innowacyjności jest kreatywność, a ta nie zawsze musi mieć określony kierunek. Niestety, nasza kultura zbytnio jej nie sprzyja. W szkole głównie przyswajamy wiedzę. Nauka bada i opisuje to, co już istnieje. Kreatywność natomiast odnosi się do tego, co może być. Innowacyjna firma to taka, która nie boi się tego odkrywać.

Autorem artykułu jest Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie DT makers, specjalizującej się w design thinking.

27 proc. firm nie planuje żadnych inwestycji w 2019 r.

  • 44 proc. przedsiębiorstw planuje w przyszłym roku inwestycje na podobnym poziomie jak w 2018 roku.
  • 12 proc. przewiduje, że ich inwestycje w 2019 roku będą mniejsze niż w tym roku, a 18 proc., że będą większe, 27 proc. nie planuje żadnych inwestycji.

Najgorzej plany inwestycyjne oceniają przedsiębiorstwa małe. Aż 30 proc. z nich nie planuje w przyszłym roku żadnych inwestycji. W przypadku firm średnich ten odsetek wynosi 19 proc., a dużych tylko 6 proc.

Z kolei 32 proc. przedsiębiorstw dużych przewiduje w przyszłym roku inwestycje większe niż w 2018 roku. Takie plany ma 17 proc. przedsiębiorstw średnich i małych.

Zdaniem przedsiębiorców wzrost inwestycji hamują: rosnące koszty zatrudnienia (18 proc.), gorsza sytuacja rynkowa, mniejszy popyt (14 proc.), niepewność sytuacji politycznej (10 proc.), częste zmiany w prawie, niejasne przepisy (10 proc.), przewidywane spowolnienie gospodarcze (6 proc.) oraz trudniejszy dostęp do finansowania (6 proc.).

Badanie zrealizowała firma SMARTSCOPE w listopadzie br., na reprezentatywnej grupie 300 małych, średnich i dużych przedsiębiorców, zatrudniających przynajmniej 10 pracowników, metodą CATI.

Innowacje niezbędne dla polskiej energetyki

Globalna polityka energetyczna jest coraz bardziej ambitna. Zgodnie ze sprawozdaniem Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, aby utrzymać wzrost temperatury na świecie poniżej 1,5°C, do 2030 r. światowa emisja dwutlenku węgla musi spaść aż o 45 proc. w stosunku do poziomu z 2010 r., osiągając poziom „zero netto” około 2050 r. Przyjęte założenia to ogromne wyzwanie dla polskiej gospodarki. Krajowy system energetyczny opiera się głównie na węglu oraz niskoefektywnej, przestarzałej infrastrukturze. Niezbędne są szeroko zakrojone inwestycje zwiększające efektywność energetyczną przy jednoczesnym ograniczaniu emisji CO2.

Rosnąca „dziura” energetyczna

Polska zwiększa efektywność energetyczną dwukrotnie szybciej niż reszta UE. Nasza gospodarka jest jednak o 13% bardziej energochłonna niż w przypadku unijnej średniej. W efekcie rośnie zapotrzebowanie na energię elektryczną. Jej produkcja w 2017 r. była o ponad 3,7 TWh większa w stosunku do roku poprzedniego. Równocześnie narastają straty finansowe generowane przez przestarzałą infrastrukturę. Jak wynika z wyliczeń Biura Bezpieczeństwa Narodowego, z powodu złego stanu linii energetycznych, niskiej gęstości sieci oraz nieefektywnych rozwiązań technologicznych, odnotowujemy co roku ponad
7 proc. strat przesyłowych, o wartości 2 mld PLN.

Na niski poziomu efektywności polskiego systemu energetycznego wpływ ma również stan techniczny i wiek polskich elektrowni. Prawie jedna czwarta mocy wytwórczych w naszym kraju pochodzi z bloków o wieku starszym niż 40 lat, a 70% ma ponad 30 lat. Ponadto w większości nie spełniają on unijnych norm. Zgodnie z przepisami przyjętymi przez Komisję Europejską w 2017 r. elektrownie i duże ciepłownie działające na terenie UE do połowy 2021 r. muszą dostosować swoje emisje gazów oraz substancji szkodliwych do wymagań BAT (ang. Best Available Technology – Najlepszych Dostępnych Technologii). Normy te stanowią podstawę, na której organy ochrony środowiska wydawać będą pozwolenia na działalność przedsiębiorstw. Dla polskiego sektora energetycznego, szczególnie elektrowni węglowych, oznacza to konieczność poniesienia dużych wydatków na modernizację.

W efekcie ceny energii elektrycznej w Polsce systematycznie rosną. Z prognoz rynkowych wynika, że do 2035 r. średni koszt MWh wyniesie ponad 400 zł, co oznacza wzrost o przeszło 77% w stosunku do poziomu z 2015 r. Na wzrost cen energii elektrycznej w Polsce wpływ ma również coraz bardziej ambitna unijna polityka energetyczna. W czerwcu br. cel UE na 2030 r. dotyczący udziału energii ze źródeł odnawialnych (OZE) w miksie energetycznym został zwiększony do 32% przy jednoczesnym wymogu ograniczenia zużycia energii o blisko jedną trzecią. Równocześnie rosną koszty zakupu przez Polskę uprawnień do emisji CO2. W listopadzie br. ceny osiągnęły poziom ok. 20 EUR za tonę, co oznacza wzrost o blisko 200% w ciągu ostatniego roku.

Transformacja energetyczna jedynym wyjściem

W ocenie Europejskiego Instytutu Miedzi w polskich warunkach rozwiązaniem problemu zwiększenia bezpieczeństwa systemu energetycznego jest przed wszystkim poprawa efektywności energetycznej oraz rozwój odnawialnych źródeł energii (OZE), w tym morskiej energetyki wiatrowej, fotowoltaki i systemów solarnych.

Pierwsze morskie elektrownie wiatrowe mogą być podłączone do krajowej sieci już w 2025 r., a do 2035 mogłyby osiągnąć moc 13-15 GW, zaspakajając ok. 20% zapotrzebowania na energię elektryczną w Polsce. Pomogłoby to, przynajmniej częściowo, rozwiązać problem deficytu energetycznego, który do tego czasu może sięgnąć 13 GW.

W Polsce szybko rozwija się również sektor fotowoltaiki. W tym roku moc zainstalowana w systemach fotowoltaicznych wyniesie ok. 0,3 GW. Na koniec 2020 r. skumulowana moc we wszystkich instalacjach tego typu może przekroczyć już 1,2 GW, co oznacza wzrost o 300 proc. Tym samym fotowoltaika stanie się drugą technologią OZE o najszybszym tempie wzrostu, jednocześnie oferującą najniższe koszty produkcji energii elektrycznej. Eksperci szacują, że potencjał ten jest jeszcze większy. Niezbędne są jednak zmiany prawne ułatwiające rozwój technologii fotowoltaicznych o najkrótszych cyklach inwestycyjnych, a więc instalacji prosumenckich oraz małych farm fotowoltaicznych, które mogłyby osiągnąć pełną moc produkcyjną już w ciągu 2 lat. Pozwoliłoby to do 2020 r. zwiększyć zdolności produkcyjne o 2 GW

Inwestycje w OZE, będą również istotne dla realizacji rządowych planów rozwoju elektromobilności w Polsce. Zgodnie z przyjętymi założeniami do 2025 r. po krajowych drogach ma poruszać się 1 mln samochodów elektrycznych. Osiągnięcia tak gigantycznego skoku (na koniec 2017 r. w Polsce zarejestrowano przeszło 1 tys. nowych samochodów EV, w tym tylko nieco ponad 400 samochodów całkowicie elektrycznych) nie będzie możliwe bez budowy odpowiedniej infrastruktury, w tym publicznych stacji ładowania pojazdów. To z kolei pociągnie za sobą konieczność poniesienia dodatkowych nakładów na modernizację sieci, która będzie musiała sprostać zarówno większemu zapotrzebowaniu na energię elektryczną, jak i intensywnym wahaniom częstotliwości napięcia, a przede wszystkim zapewnić możliwość magazynowania energii.

W tym kontekście za pozytywne należy uznać kierunki zmian przyjęte przez Ministerstwo Energii w projekcie nowelizacji ustawy Prawo energetyczne. Propozycje resortu sprzyjają bowiem rozwojowi sektora magazynowania energii w Polsce, wyodrębniając go w praktyce jako czwarty element systemu elektroenergetycznego – obok generacji, transportu (tj. przesyłu i dystrybucji) oraz zużycia. Proponowane rozwiązania warto jednak traktować jako pierwszy krok w kierunku stworzenia właściwych ram regulacyjnych i struktury rynku, uwzględniających docelowo różne technologie magazynowania energii, zarówno obecne, jak i przyszłe, jeszcze nie znane. Technologie magazynowania energii są bowiem zróżnicowane i oferują wiele wartościowych zastosowań, nie tylko w kontekście sektora energii elektrycznej, ale także grzewczego, chłodzenia czy transportu.

Niezbędne zasoby

Realizacja procesu transformacji energetycznej, zarówno globalnej, jak i polskiej gospodarki, będzie wymagała dostępu, nie tylko do odnawialnych źródeł energii, ale również do surowców kopalnianych, w tym głównie miedzi, której Polska jest jednym z największych producentów na świecie.

Właściwości miedzi, takie jak wysoka przewodność elektryczna, trwałość czy przetwarzalność, czynią z niej kluczowy surowiec dla nowoczesnej gospodarki bazującej na odnawialnych źródłach energii. Oparte na miedzi i jej stopach technologie zwiększają efektywność energetyczną w kluczowych obszarach ‒ energetyce oraz przemyśle.

Z szacunków Europejskiego Instytutu Miedzi wynika, że każdy kilogram miedzi użyty w systemie energetycznym, w zależności od wykorzystywanej technologii, przynosi oszczędność pierwotnie wytworzonej energii od 500 do 50 000 kWh, obniżając koszty od 60 do 6000 EUR na poziomie UE. Pozwala to również na ograniczenie wydatków na funkcjonowanie systemu. W przypadku intensywnie używanych urządzeń elektrycznych, takich jak przewody, transformatory czy napędy elektryczne, łączna wartość strat energii w całym cyklu eksploatacji wielokrotnie przekracza cenę ich zakupu.

Atutem miedzi jest również możliwość poddawania surowca wielokrotnej przeróbce i recyklingowi bez utraty jej właściwości. Miedź odzyskiwana jest zarówno z produktów wycofywanych po zakończeniu eksploatacji, jak z odpadów poprodukcyjnych. Obecnie w ten sposób co roku pozyskuje się ok. 8,5 mln ton tego surowca. W skali globalnej współczynnik recyclingu ze złomu miedzianego wynosi 30 proc. W Europie liczba ta jest bliższa 45 proc. ­Warto też dodać, że z pracujących kabli i urządzeń odzyskuje się blisko 100 proc użytej w nich miedzi.

Mając na uwadze przyszłe bezpieczeństwo energetyczne Polski, solidarnie powinniśmy wspierać rozwój sektora miedziowego oraz nowoczesnych, efektywnych technologii wytwarzania, przesyłania i magazynowania energii elektrycznej.

Autorem tekstu jest: Michał Ramczykowski, Prezes Zarządu Europejskiego Instytutu Miedzi

Brexit – wszyscy zapłacimy za ambicje brytyjskich polityków

Spór o brexit nie zostanie rozstrzygnięty w kończącym się roku. Inwestorzy przyjęli to źle. Najnowsze dane z brytyjskiej gospodarki są słabe, a przecież do drugi nasz partner handlowy po Niemczech.

W brytyjskim parlamencie nie doszło do głosowania nad zawartym porozumieniem z UE. Negatywnie zareagowały giełdy i rynek walutowy, osłabił się nie tylko funt, ale także inne europejskie waluty, a wśród nich złoty.

– Rynki widzą tę sytuację w czarnych barwach – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Negatywne konsekwencje widać też w europejskiej w gospodarce, a szczególnie w brytyjskiej.

– Dane o produkcji za listopad w Wielkiej Brytanii były fatalne, czyli widać jak bardzo biznes obawia się o to co będzie dalej – komentuje dr P.Kwiecień. – Wszyscy zapłacimy za ambicje brytyjskich polityków.

Sprawdź, jak reagują amerykańskie obligacje na krzywą rentowności

Temat wyglądu krzywej dochodowości amerykańskich obligacji jest aktualnie jednym z najczęściej komentowanych. Fraza „spread na rentowności obligacji” przewija się każdego dnia wielokrotnie. Dlaczego właśnie rentowność obligacji teraz jest tak ważna? Dlaczego akurat teraz? Właśnie na te pytania postaramy się odpowiedzieć w niniejszym artykule.

Zanim dojdziemy do wątku, dlaczego temat krzywej dochodowości rozpala głowy analityków i traderów, przypomnijmy sobie, czym właściwie jest krzywa jest. Krzywa dochodowości to graficzna prezentacja połączonych ze sobą punktów odpowiadających rentownościom obligacji o różnym terminie do wykupu. W ramach tej prezentacji szereguje się obligacje wg terminów do wykupu od najkrótszego do najdłuższego.

Krzywa rentowności – przykład

Wykres poniżej przedstawia rentowności obligacji z terminem do wykupu od 2 lat do 30 lat. Linia niebieska przedstawia krzywą w jednym momencie czasu, a krzywa przerywana w innym – np. po dwóch miesiącach. Krzywa zmienia swoje położenie, gdyż wraz ze zmianą cen obligacji zmieniają się rentowności tych obligacji. Dla obserwatorów znaczenie ma zarówno bezwzględna wartość poszczególnych rentowności, jak i kierunek zmiany położenia krzywej.

Sprawdź, jak reagują amerykańskie obligacje na krzywą rentowności 8
Źródło: bankier.pl

Na wykresie widać przebieg krzywej (kształt) w warunkach normalnych. To znaczy, że im dłuższym termin do wykupu, tym rentowność obligacji jest wyższa. Stoi za tym kilka czynników, ale najogólniej mówiąc, jest to skutek oczekiwań rynku co do przyszłych stóp procentowych. W sytuacji normalnej, gdy nie ma oczekiwań co do drastycznej zmiany układu stóp procentowych, krzywa jest rosnąca. Jednak, jeśli uczestnicy rynku spodziewają się, że w przyszłości może się coś wydarzyć, co wpłynie na ograniczenie wysokości stóp procentowych, to krzywa może zmienić nachylenie – będzie się spłaszczać.

Klasycznym przykładem jest sytuacja oczekiwania na cykl obniżek stóp procentowych, jaki miałby wykonać krajowy bank centralny. Wtedy krzywa będzie miała tendencję do wywłaszczania się, gdyż w kalkulacji długoterminowych stóp procentowych bierze się pod uwagę nieco niższe rentowności od aktualnych. W skrajnych przypadkach krzywa nie tylko zmienia nachylenie, ale i kształt. Ze wzrostowej robi się spadkowa – dochodzi do odwrócenia układu stóp procentowych. Na pewnym odcinku krzywej lub na jej całości dochodzi do sytuacji, gdy dłuższe terminy wykupu obligacji generują niższą rentowność. Nie są to przypadki częste, ale znamienne, gdyż są przejawem oczekiwań rynku na niższe stopy procentowe, a to zazwyczaj wynika z założenia o zbliżającej się recesji, która takie niższe stopy procentowe wymusza.

No i powoli dochodzimy do kluczowych w obecnej sytuacji wątków. Jedną z miar nachylenia krzywej dochodowości jest porównanie rentowności obligacji długoterminowych z rentownością obligacji o krótszym terminie. Mówi się wtedy o spreadzie i podaje się go w pkt. bazowych, czyli setnych częściach pkt. procentowego. Przykładowo jeśli obligacja 10-letnia notuje rentowność 3 proc., a obligacja 2-letnia rentowność 2 proc., to spread, czyli różnica między nimi wynosi 1 pkt. proc., czyli 100 pkt. bazowych (zawsze od rentowności obligacji o dłuższym terminie odejmujemy rentowność obligacji o krótszym terminie). W sytuacji normalnych warunków gospodarczych spread jest dodatni, ale zdarzają się okresy, gdy chwilowo przyjmuje wartości ujemne.

Obligacje amerykańskie a krzywa rentowności

Ostatnio emocje wzbudza właśnie spread między rentownością amerykańskich obligacji 10-letnich, a rentownością amerykańskich obligacji 2-letnich (spread 10-2). Przez większość czasu jest on dodatni, ale okazuje się, że kluczowe są momenty, gdy przyjmuje wartości ujemne. Jak pokazuje historia, niemal za każdym razem ujemny spread 10-2 oznaczał zbliżający się okres recesji w gospodarce amerykańskiej.

Sprawdź, jak reagują amerykańskie obligacje na krzywą rentowności 9
Źródło: Twitter – @jsblokland

Na powyższym wykresie przedstawiony jest przebieg spreadu 10-2 w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat (linia niebieska). Szara strefa oznacza okres recesji w gospodarce. Łatwo zauważyć (zaznaczono na czerwono), że każda z nich była wcześniej sygnalizowana przez zejście spreadu pod poziom zero. Teraz spójrzmy na koniec wykresu i stanie się bardziej zrozumiałe, dlaczego spread budzi tyle emocji. Jego wartość w ostatnich miesiącach zbliża się do zera.

Istotne jest to, że dopiero ujemny spread miałby swoje złowieszcze znaczenie. Niska, ale wciąż dodatnia wartość jest tylko zagrożeniem, ale jeszcze nie daje podstaw do bicia w dzwony. Niewątpliwie zbliżanie się do poziomu zero sprzyja ocenie o rosnącym ryzyku pojawienia się sygnału negatywnego, a tym samym i recesji. Dotychczasowe zmiany historyczne pozwoliły na zbudowanie modelu, który szacuje prawdopodobieństwo kłopotów.

Sprawdź, jak reagują amerykańskie obligacje na krzywą rentowności 10
Źródło: Twitter – @SoberLook

Na wykresie oś pionowa odpowiada szacunkowemu prawdopodobieństwu wystąpienia recesji w zależności od wartości spreadu 10-2, którą zaznaczono na osi poziomej.

W ostatnich dniach spread 10-2 zbliżył się do wartości 10 pkt. bazowych.
Sprawdź, jak reagują amerykańskie obligacje na krzywą rentowności 11
Źródło: Twitter – @jsblokland

Zatem na bazie tego modelu ryzyko recesji wzrosło do ok. 60 proc.

Jak wycena obligacji wpłynie na amerykańską gospodarkę?

Jakie z tego płyną wnioski? Dalszy spadek spreadu, czyli zbliżanie się rentowności obligacji 2 letnich do rentowności obligacji 10-letnich będzie przez rynek uznawane za przejaw rosnących obaw o przyszłość amerykańskiej gospodarki, co byłoby obciążeniem dla notowań tamtejszych akcji, czy dolara amerykańskiego.

Warto także widzieć, że nawet jeśli dojdzie do tego, że analizowany spread 10-2 osiągnie wartość ujemną, to i tak najprawdopodobniej sama recesja pojawi się dopiero w 2020 roku. Notuje się bowiem przesunięcie między momentem sygnału na spreadzie, a pojawieniem recesji, które wynosi średnio ponad 14 miesięcy. Innymi słowy, nawet jeśli spread miałby dziś spaść pod poziom zero, to recesji należałoby oczekiwać w roku 2020 z oceną prawdopodobieństwa na poziomie ponad 90 proc.

Dział Analiz Admiral Markets

Czwarta rewolucja przemysłowa – Klaus Schwab

Pierwsza rewolucja przemysłowa zakładała mechanizację produkcji dzięki wykorzystaniu energii wodnej i parowej, druga bazowała na energii elektrycznej, a trzecia na wprowadzeniu do przemysłu komputerów i automatyzacji procesów wytwórczych. Biorąc pod uwagę fakt, że od początku trzeciej rewolucji upłynęło jedynie 50 lat, obecna zmiana może być najważniejszą, najgłębszą i najszybszą w historii.

Nie chodzi tylko o tempo – nie mniej oszałamiający jest efekt skali. U podstawy czwartej rewolucji przemysłowej leży cyfryzacja, której skutkiem jest m.in. komunikacja komputer – komputer i komputer – człowiek. Jej istotą jest przeniesienie większości decyzji z gestii ludzi do kompetencji maszyn i zatarcie granic pomiędzy tym co biologiczne, a tym co cyfrowe. O tym, jak się przygotować do czwartej rewolucji przemysłowej pisze Klaus Schwab w swojej książce „Czwarta rewolucja przemysłowa”, której wydawcą w Polsce jest Wydawnictwo StudioEMKA. Publikacja dwukrotnie była omawiana podczas Forum Ekonomicznego w Davos. Mecenasem polskiego wydania jest firma doradcza Deloitte.

Współcześnie radykalne przemiany, których świadkami jesteśmy obecnie, nie są prostą kontynuacją trwającej od paru dekad trzeciej rewolucji przemysłowej. – To już etap następny, czyli czwarta rewolucja przemysłowa, która toczy się na naszych oczach z dynamiką, jakiej nie podlegały trzy poprzednie. Nie wynika z prostego wykorzystywania powstających zasobów materialnych i cyfrowych, ale z ich efektywnego połączenia czy wręcz zderzenia – mówi Wojciech Górniak, Dyrektor, Lider obszaru Digital Strategy & Transformation, Deloitte.

Rewolucyjna zmiana

Sztuczna inteligencja, łączność bezprzewodowa, automatyzacja, biotechnologia, nanotechnologia, big data, pojazdy autonomiczne, czyli technologie, które rozwijają się z prędkością dotąd nieznaną, zmieniają funkcjonowanie nie tylko biznesu, ale nas wszystkich. Klaus Schwab, który jest twórcą i przewodniczącym Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, w „Czwartej rewolucji przemysłowej” próbuje przewidzieć, jak zmiany technologiczne i biotechnologiczne wpłyną na powstanie nowych form produkcji, konsumpcji, komunikacji i społeczną mobilność. Książka na amerykańskim rynku została wydana w 2016 roku, a polskie wydanie zostało zaktualizowane. Ważnym elementem publikacji są rozważania na temat przyszłego kształtu światowej gospodarki, poddawanej procesom czwartej rewolucji oraz jej wpływu na kształt życia społecznego, a zwłaszcza na rynek pracy oraz tożsamość zawodową każdego z nas. – Spośród różnorakich i fascynujących wyzwań, które w związku z tym stoją dzisiaj przed nami, największym i najważniejszym zadaniem jest zrozumieć nową rewolucję technologiczną i odpowiednio ukierunkować jej przebieg. Aby okazało się to możliwe, konieczna jest, ni mniej, ni więcej, tylko transformacja ludzkości. Jestem bowiem przekonany, że swoją skalą, zakresem i stopniem skomplikowania czwarta rewolucja przemysłowa nie przypomina niczego, z czym jako ludzie mieliśmy dotąd do czynienia – pisze Klaus Schwab.

Szansa, ale i wyzwanie

Zdaniem autora podstawowym zadaniem czwartej rewolucji przemysłowej jest określenie sposobu współistnienia technologii i społeczeństwa. Aby tak się stało konieczna jest współpraca rządów, firm, środowiska akademickiego i społeczeństwa obywatelskiego. Nie ma bowiem kraju ani osoby, której w mniejszym lub większym stopniu ona by nie dotknęła. – Interakcje i współdziałanie są niezbędne do stworzenia pozytywnych, wspólnych i pełnych nadziei narracji, które umożliwią jednostkom i grupom ze wszystkich stron świata uczestniczenie w dokonujących się przemianach i czerpanie z nich korzyści – twierdzi Klaus Schwab.

Firma Deloitte od dłuższego czasu bada wpływ czwartej rewolucji przemysłowej i wynikającej z niej konieczności transformacji cyfrowej na zmianę strategii firm na całym świecie. Aż 94 proc. menedżerów, którzy wzięli udział w globalnym badaniu Deloitte, wskazuje, że transformacja cyfrowa jest najwyższym strategicznym celem ich organizacji, ale tylko 68 proc. jest zdania, że ma ona kluczowe znaczenie dla utrzymania rentowności. Najważniejszymi dwoma czynnikami napędzającymi transformację cyfrową są: poprawa produktywności i cele operacyjne. Czwarta rewolucja przemysłowa pozwala zwiększyć produktywność i przychody oraz zredukować poziom ryzyka. Nie brakuje jednak wyzwań. Trzeba liczyć się z możliwie nieprzychylną reakcją społeczną, związaną chociażby z wpływem automatyzacji na rynek pracy. Do tego dochodzi kwestia pracowników i ich umiejętności. Z jednej strony tylko 15 proc. respondentów w badaniu Deloitte wskazuje, że muszą znacznie zmienić skład i zestawy umiejętności, aby wspierać cyfrowe transformacje, a z drugiej dla 35 proc. badanych najważniejszym wyzwaniem organizacyjnym i kulturowym jest znalezienie, szkolenie i zatrzymanie odpowiednio utalentowanych ludzi. – Nasze badanie pokazało, że czwarta rewolucja przemysłowa przyjmowana jest przez przedsiębiorców z dużym entuzjazmem i zainteresowaniem. Jednak wyzwań i niepewności również nie brakuje. Należy pamiętać, o czym wyraźnie pisze w swojej książce Klaus Schwab, że istotą tej rewolucji jest autentyczne podążanie za innowacyjnością, a nie jedynie myśl o zwiększaniu efektywności – mówi Wojciech Górniak.

Przywróćmy polską banderę a staniemy się europejskim centrum zarządzania statkami

Na przestrzeni ostatnich 28 lat polska flota handlowa w żegludze międzynarodowej zmniejszyła się z 247 statków pływających pod polską banderą do 96 jednostek, z czego tylko 6 pływa aktualnie w narodowych barwach. Ludzie morza o przyczynach tego stanu dyskutują od lat i co jakiś czas temat ten poruszany jest w różnego rodzaju pracach legislacyjnych, jednakże jak dotąd bezskutecznie. Dlaczego warto przywrócić polską banderę?

– Po tylu straconych latach, czas zająć się problemem na poważnie i uregulować, to co istotne dla polskich armatorów i marynarzy. Przywrócenie polskiej bandery to dodatkowe setki milionów w budżecie naszego państwa, a Polska miałaby szansę stać się bałtyckim Singapurem – mówi Ireneusz Kuligowski, prezes Polskiego Związku Zarządców Statków.

Gdzie zacumowały polskie statki?

W roku 1990 pod polską banderą zarejestrowanych było 247 statków dalekomorskich, jednakże czas transformacji gospodarczej zapomniał o ludziach morza i gospodarce morskiej, a statki musiały pływać i zarabiać na siebie. W wyniku wysokich obciążeń fiskalno – administracyjnych armatorzy zaczęli rejestrować swoje jednostki w krajach tzw. wygodnej bandery (flag of convenience – FOC), gdzie są uproszczone wymagania co do rejestracji, jak też znacznie mniejsze koszty zatrudnienia marynarzy. I tak rok, po roku, liczba statków, które pozostały w barwach narodowych zmalała do 6 jednostek.

– Co gorsza, w przeciwieństwie do Unii Europejskiej, gdzie problem zauważono już w latach 90. (pierwsze wytyczne w tej sprawie wydano jeszcze w ramach EWG w 1991, kolejne – w 2004, nowelizacje w 2009 i 2017), w Polsce nie stworzono też odrębnego systemu ubezpieczeń społecznych dla marynarzy – podkreśla prezes Polskiego Związku Zarządców Statków.

Powyższe zaniedbania doprowadziły do sytuacji, w której ponad 38 tys. z prawie 40 tys. polskich marynarzy, wysokiej klasy specjalistów (Polska ma trzy uczelnie wyższe kształcące morską kadrę) pływa na statkach pod obcymi banderami. – Dodatkowym problemem są podatki. Wprowadzone przez art. 118 ustawy o pracy na morzu z 2015 r. zwolnienie z podatku dochodowego od osób fizycznych po przepracowaniu 183 dni, do dzisiaj nie weszło w życie, ponieważ nie uzyskano zgody Komisji Europejskiej. Tymczasem jest to światowy standard w żegludze, nie tylko w krajach EU / EOG – wyjaśnia Ireneusz Kuligowski. – Wisienką na torcie jest fakt, iż Polska nie zrealizowała też zobowiązań w zakresie ubezpieczeń społecznych wynikających z Konwencji o Pracy na Morzu z 2006 roku, stanowiącej o stworzeniu kompleksowego systemu ubezpieczeń społecznych dla marynarzy – dodaje prezes PZZS.

Czemu kraje FOC są tak atrakcyjne dla armatorów?

Jak wskazuje prezes Polskiego Związku Zarządców Statków, Ireneusz Kuligowski – to czysty rachunek ekonomiczny. Według badań World Maritime University w Malmö, od 50 do 60 proc. kosztów operacyjnych statku to koszty załogowe. Na przykład z danych statku m/s Koszalin (38 tys. DWT, którego załoga liczy 18 osób) wynika, że roczne koszty operacyjne pod flagą Bahamów wynoszą ponad 72,5 tys. zł, natomiast pod banderą polską prawie 668 tys. zł, z czego ponad 620 tys. zł stanowią składki na ubezpieczenie społeczne oraz składki na fundusze (FP, FGŚP, FEP, PFRON).

Jak przywrócić polską banderę?

Z inicjatywy Polskiego Związku Zarządców Statków przygotowano projekt ustawy zawierającej propozycje zmian niektórych ustaw mających na celu ułatwienie rejestracji pod polską banderą. Między innymi zmiany dotyczą stworzenie systemu ubezpieczeń dla marynarzy, zmniejszenie obciążeń armatorów z tego tytułu i zmiany podatkowe.

– Wprowadzając proponowane zmiany, przy założeniu przeflagowania 20 statków rocznie, budżet państwa poniósłby koszty rzędu 1,68 mln zł, jednocześnie pozyskując wpływy na ZUS i do budżetu na poziomie 6,1 mln zł, w tym 2,8 mln zł ze składek na ubezpieczenie zdrowotne i społeczne marynarzy. Z kolei skarb państwa w perspektywie dekady mógłby osiągnąć przychody w wysokości 247 mln zł (182 mln zł dochodu netto), natomiast wydatki w kwocie 92 mln zł, przy założeniu, iż wrócimy do poziomu zbliżonego z 1990 roku tj. około 200 statków pod polską banderą – wylicza Ireneusz Kuligowski.

Na przykład mniejsza od Polski Norwegia, mająca flotę złożoną z 1,9 tys. jednostek pozyskuje ze swojej bandery roczny przychód w wysokości 16,5 mld euro. Warto dodać, iż żegluga morska generuje ok. 40 proc. dochodów w ramach całej gospodarki morskiej (tak wynika z raportu Menon& DNV GL), a jedno miejsce pracy na morzu generuje do czterech miejsc pracy na lądzie.

–  Znając te wszystkie dane, śmiem twierdzić, że Polska ma wszelki potencjał, by stać się unikatowym w skali europejskiej centrum zarządzania statkami zarówno polskich jak i zagranicznych armatorów – podsumowuje Ireneusz Kuligowski, prezes Polskiego Związku Zarządców Statków.

Jest kierunek rozwoju ulic handlowych w centrum Warszawy

Urząd m.st. Warszawy oraz JLL wdrażają program pilotażowy, który ma zwiększyć atrakcyjność centrum w oczach potencjalnych najemców oraz klientów. Zmiany miałyby się rozpocząć od ul. Marszałkowskiej i Al.Jerozolimskich

Fragment ulicy Marszałkowskiej oraz Al. Jerozolimskich – to tutaj zostanie wdrożony program pilotażowy, mający na celu rozwój handlu śródmiejskiego w Warszawie. Strategia jest wynikiem trwających od maja do września tego roku badań, jakie przeprowadzili eksperci firmy doradczej JLL. Rekomendacje JLL odnoszą się zarówno do zmian natury urbanistycznej obszaru pilotażowego, polityki lokalowej, jak i pozostałych czynników wspierających rozwój handlu.

Na zlecenie Urzędu m.st. Warszawy zespół JLL przeprowadził trzy badania. Pierwsze z nich sprawdzało opinie konsumentów na temat handlu śródmiejskiego w stolicy. W drugim eksperci skupili się na sieciach handlowych, czyli potencjalnych najemcach, sprawdzając pożądany kierunek zmian oraz identyfikując bariery ich rozwoju. W trzecim kroku JLL przeanalizował ruch pieszych (tzw. footfall) w wybranym obszarze pilotażowym.

Michał Olszewski Warszawa prześcignie Berlin
Michał Olszewski: Warszawa prześcignie Berlin

„W wyniku przeprowadzonych przez JLL badań zaproponowano dwa obszary do wdrożenia programu pilotażowego – środkowy odcinek ulicy Marszałkowskiej od Placu Zbawiciela do Ronda Dmowskiego oraz wschodni odcinek Al. Jerozolimskich od Ronda Dmowskiego do Ronda de Gaulle’a. Wskazane miejsca to fragmenty głównych arterii komunikacyjnych centrum Warszawy, o ważnej funkcji tranzytowej, zarówno dla indywidualnych, jak i zbiorowych środków transportu. Jednocześnie są to odcinki, w których udział lokali miejskich jest znaczący, co jest istotne dla efektywności przeprowadzenia programu pilotażowego”, mówi Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy.

Wśród czynników, które mogą wesprzeć rozwój sektora handlowego w obu lokalizacjach, eksperci JLL zwrócili uwagę m.in. na wzrost ruchu pieszych, budowę pominiętej stacji metra A12 – Plac Konstytucji, czy stworzenie reprezentacyjnej, wysokiej jakości i zielonej przestrzeni publicznej. Dodatkowo, miasto powinno zadbać o to, aby zarządzanie lokalami w obu obszarach opierało się na spójnej strategii. Z kolei selekcja najemców miałaby się opierać nie tylko na kwestiach czynszowych, ale także na dążeniu do podniesienia jakości i unikalności oferty. Kluczowy jest też wpływ tych najemców na życie uliczne, a także atrakcyjność samych witryn sklepowych. W tej ostatniej kwestii z pewnością ważne będą konsultacje z ekspertami w dziedzinie marketingu.

Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL
Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL

„Kwestia estetyki jest kluczową, jeśli chodzi o zwiększenie potencjału handlowego obu lokalizacji. Aby przyciągnąć atrakcyjnych, wpisujących się w potrzeby warszawiaków najemców, miasto powinno zadbać o remonty zdewastowanych elewacji budynków. Na pewno potrzebne jest również nawiązanie współpracy z właścicielami prywatnych lokali, co powinno prowadzić do kompromisu w zakresie pożądanego typu najemców, czy w końcu – zachęcenie do wydłużenia godzin otwarcia lokali. Oczywiście ważne, aby ulice były przyjazne dla samych klientów i tu pojawia się konieczność przeanalizowania możliwości budowy dodatkowych przejść dla pieszych, co pozytywnie wpłynie na cyrkulację klientów. Podjęcie tych działań stwarza szansę, że obie lokalizacje staną się wizytówką miasta, tak jak ma to miejsce w przypadku zachodnioeuropejskich stolic”, podkreśla Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL.

Według ekspertów JLL, obecna kondycja sektora ulic handlowych wynika w znacznej mierze z braku spójnego wizerunku tych lokalizacji jako miejsca robienia zakupów. Wśród czynników ograniczających potencjał ich rozwoju JLL wymienia także m.in. niewielką liczbę lokali spełniających oczekiwania nowoczesnych najemców handlowych, popularność dużych galerii zlokalizowanych w centrum miasta, brak spójnej polityki miejskiej dotyczącej kształtowania ulic handlowych, rozdrobnioną strukturę właścicielską, czy ograniczenia konserwatorskie.

Samochód firmowy. Co zmienia się od 2019 roku?

23 października 2018 r. Sejm przyjął projekt nowelizacji ustaw PIT i CIT, w wyniku których, począwszy od 2019 r., na niekorzyść dla podatników zmienią się m.in. zasady rozpoznawania kosztów podatkowych z tytułu wydatków poniesionych na nabycie i użytkowanie samochodów w firmie. Wprowadzone zmiany w głównej mierze obejmą tych przedsiębiorców, którzy wykorzystują pojazdy firmowe do celów prywatnych i służbowych, jak również całą rzeszę firm, które korzystają z najbardziej popularnej formy finansowania pojazdów, jaką jest leasing. W rezultacie profiskalny charakter nowelizacji zmierza wprost do zwiększenia podstawy opodatkowania dla zdecydowanej większości podatników prowadzących działalność gospodarczą. Na tym tle wyróżnia się jednak kilka rozwiązań prawnych, które w efektywny sposób mogą zneutralizować wzrost obciążeń podatkowych związanych z użytkowaniem samochodów od 2019 r.

Najpierw VAT, teraz koszty

W pierwszej kolejności należy zauważyć, że ograniczenia w pełnym rozliczaniu wydatków związanych z nabyciem lub użytkowaniem samochodów wykorzystywanych zarówno na potrzeby działalności gospodarczej, jak i na cele prywatne, tj. do użytku mieszanego, zostały wprowadzone do ustawy VAT w 2014 r. Wówczas przyjęto, że firmy mają prawo do pełnego odliczenia podatku naliczonego z tytułu nabycia lub użytkowania pojazdu tylko wówczas, gdy pojazd jest wykorzystywany wyłącznie do działalności gospodarczej. Natomiast przy użytku mieszanym przedsiębiorcy przysługuje prawo do odliczenia wyłącznie 50% kwoty podatku VAT wynikającego z faktury.

Aktualnie ustawodawca uznał, że rozwiązania przyjęte w ustawie VAT powinny znaleźć swoje odzwierciedlenie również na gruncie ustaw o podatkach dochodowych. I tak od 2019 r. wszelkie wydatki związane z korzystaniem z samochodu osobowego w firmie także do innych celów niż działalność gospodarcza (np. paliwo, serwis, części, opłaty parkingowe) podlegać będą zaliczeniu do KUP w wysokości 75% wydatków. Prawo do pełnego zakwalifikowania wydatków do KUP będzie możliwe w przypadku wykorzystywania pojazdu wyłącznie do działalności gospodarczej, przy czym podatnik będzie musiał udowodnić takie przeznaczenie pojazdu poprzez szczegółowo prowadzoną ewidencję (np. ewidencja do celów VAT). Co ważne, w przypadku uznania przez organ, że firma nie jest w stanie udowodnić wyłącznie gospodarczego użytku pojazdu, przedsiębiorca zostanie pozbawiony pełnego zaliczenia wydatków w KUP i to począwszy od momentu nabycia pojazdu!

Limit amortyzacji w górę

Do tej pory użytkowanie pojazdów w firmie na podstawie zawartej umowy leasingu było znacznie korzystniejsze podatkowo od zakupu samochodu i jego późniejszej amortyzacji w firmie. Głównym powodem tych rozbieżności były przepisy ustawy PIT dotyczące limitowania do kwoty 20 000 EUR wydatków możliwych do odliczenia w postaci odpisów amortyzacyjnych z tytułu zużycia zakupionego samochodu osobowego. Ograniczenie kwotowe nie miało natomiast zastosowania m.in. do pojazdów leasingowanych, przez co ta forma użytkowania samochodu w firmie przynosiła znacznie większe korzyści podatkowe i zezwalała na rozliczanie w kosztach całej kwoty opłaty inicjalnej oraz rat leasingowych (w tym części kapitałowej i odsetkowej). Od 2019 r. zasady rozpoznawania kosztów z tytułu użytkowania pojazdu zostaną zrównane bez względu na formę korzystania z samochodu osobowego. Korzystną informacją jest jedynie fakt, że „limit kosztowy” zostanie podniesiony z kwoty 20 000 EUR do 150 000 PLN oraz z 30 000 EUR do 225 000 PLN dla pojazdów elektrycznych.

Co dalej z leasingiem?

W przypadku umowy leasingu operacyjnego, najmu lub dzierżawy zawartej po 1 stycznia 2019 r. nowelizacja przepisów oznacza, że ograniczenie w zaliczaniu opłat z tytułu ww. umów do kosztów podatkowych ustalone zostanie proporcją wartości leasingowanego samochodu do kwoty 150 000 PLN. Przedsiębiorca będzie zatem zobowiązany do obliczenia odpowiedniej części wydatku, który będzie mógł doliczyć do kosztów. Dla przykładu, jeśli firma weźmie w leasing pojazd o wartości 300 000 PLN, to w myśl znowelizowanych przepisów będzie mogła rozliczyć w kosztach jedynie 50% opłaty wstępnej oraz 50% wydatku na każdą kolejną ratę *100.

Ową proporcję będzie należało wyliczyć dla wszystkich leasingowanych samochodów oddzielnie, co z pewnością będzie się wiązało ze wzrostem kosztów administracyjnych.

W tym miejscu należy wyraźnie zaznaczyć, że obliczona w powyższy sposób proporcja nie będzie dotyczyła wydatków związanych z eksploatacją pojazdu. Ustawodawca rozstrzygnął bowiem, że od 2019 r. wszystkie wydatki związane z eksploatacją samochodu osobowego w użytku mieszanym będą stanowiły KUP w wysokości 75%, niezależnie od sposobu użytkowania pojazdu (zakup czy leasing).

Jak się przygotować na zmiany?

Nie ulega wątpliwości, że znowelizowane przepisy w głównej mierze uderzą w użytkowników drogich aut luksusowych. Jednocześnie ustawodawca pozostawił otwartą furtkę tym podatnikom, którzy do końca 2018 r. podpiszą nową umowę leasingu. Dla tych firm zostaną zachowane dotychczasowe, korzystne zasady rozliczania całości kosztów z tytułu rat leasingowych, aż do końca trwania umowy leasingu i to bez względu na moment wydania auta korzystającemu. Spodziewane zmiany nie obejmą również tych przedsiębiorców mających w planach po 1 stycznia 2019 r. wziąć w leasing auto, którego koszt nie przekroczy 150 000 PLN. Dla nich koszt leasingu (opłata inicjalna oraz raty leasingowe) wciąż będzie kosztem podatkowym w całości.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

W jakim kierunku zmierza rynek mieszkaniowy w Polsce?

W ostatnim czasie często porównuje się obecną sytuację na rynku mieszkaniowym do boomu w latach 2006-2007 i następnie gwałtownego załamania w 2008 r. Czy rzeczywiście sytuacja jest podobna do tej sprzed dekady? Przed jakimi szansami i zagrożeniami stoi rynek deweloperski w 2019 r.? Na te i inne pytania odpowiada ekspert Michael/Ström Dom Maklerski.

Dane za trzeci kwartał 2018 r. potwierdzają pewne wyhamowywanie rynku. Już od początku roku obserwujemy spadek sprzedaży nowych mieszkań – według raportu REAS na sześciu głównych rynkach (Warszawa, Kraków, Trójmiasto, Wrocław, Poznań, Łódź) sprzedano w okresie lipiec-wrzesień jedynie 14,2 tys. mieszkań, czyli o 19 proc. mniej niż w trzecim kwartale 2017 r., a od początku roku 48,2 tys. mieszkań czyli o 10 proc. mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

Dlaczego sprzedaż mieszkań zahamowała?

Powodów takiego stanu rzeczy należy naszym zdaniem szukać bardziej po stronie podażowej niż popytowej. Warto zwrócić uwagę, że w 2018 r. spadała nie tylko sprzedaż, ale również liczba mieszkań w ofercie. Oznacza to, że sprzedaż deweloperów rzeczywiście zmniejszyła się w liczbach bezwzględnych, ale gdyby spojrzeć na nią w relacji do oferty (na początek kwartału), to jest ona bardziej stabilna. Ewidentnie okres od połowy 2016 r. do końca 2017 r. był okresem największej hossy dla deweloperów mieszkaniowych, a rok 2018 przyniósł spowolnienie, jednak nie jest ono tak gwałtowne jak w 2008 r.

Zgodnie z podręcznikami makroekonomii i przykładami z przeszłości, przy typowym scenariuszu końca hossy i początku dekoniunktury następuje rozminięcie krzywych popytu i podaży. Popyt spada wyhamowany zbyt wysokimi cenami mieszkań i/lub rosnącymi stopami procentowymi, czyli wyższymi kosztami kredytu hipotecznego. W tym samym czasie inwestycje rozpoczęte 2-3 lata wcześniej powodują, że rozpędzona podaż jeszcze cały czas rośnie. Deweloperzy spodziewali się, że stale rosnące ceny mieszkań zrekompensują im wyższe koszty związane z droższymi gruntami i wyższymi kosztami robocizny. W momencie kiedy nadpodaż mieszkań trafia na rynek i nie znajduje chętnych kupców, następuje załamanie poziomu cen mieszkań, a uszczuplone przychody nie są w stanie pokryć poniesionych wcześniej kosztów. Obecne wyhamowanie sprzedaży nie spełnia warunków takiego scenariusza.

Zwłaszcza w 2017 r. obserwowaliśmy wzrost cen zarówno gruntów jak i kosztów budowy. Wydaje się jednak, że deweloperzy nie chcą powielać błędów z przeszłości jak np. w 2008 r., kiedy nadpodaż mieszkań doprowadziła do załamania cen i kryzysu na rynku. Dlatego firmy starają się kontrolować liczbę budowanych lub oddawanych mieszkań, aby utrzymać odpowiednie marże i rentowność – dzięki temu wyższe koszty są skuteczniej przerzucane na klientów. Nauczeni poprzednimi załamaniami bardziej rozsądnie dostosowują oferty, uważniej kupują grunty i nie „gonią” za rekordowymi wolumenami. Lepiej sprzedawać wolniej, ale po wyższych cenach. Liczba nowych mieszkań wprowadzanych do oferty odpowiada mniej więcej poziomom sprzedaży – oferta jest uzupełniana, a nie powiększana – w  latach 2015-2017 oscylowała w okolicy 50 tys. (na sześciu głównych rynkach), a w 2018 r. została odpowiednio zredukowana, podczas gdy w latach 2006-2007 gwałtownie rosła.

Szanse i zagrożenia dla rynku mieszkaniowego w Polsce

Na rynek mieszkaniowy w Polsce będzie oddziaływać wiele czynników –  mających zarówno pozytywny jak i negatywny efekt. Część z nich będzie miała obie te cechy jednocześnie, gdyż ich wpływ na branżę jest bardziej złożony. Poniżej chciałbym omówić najważniejsze z nich.

I tak do największych zagrożeń dla sektora deweloperskiego można zaliczyć ryzyko powstania bańki na rynku mieszkaniowym. Wynika to z trwającego nieprzerwanie od 2012 r. wzrostu cen mieszkań. Natomiast czynnikiem zmniejszającym to ryzyko jest mniej gwałtowna dynamika wzrostu tych cen (w porównaniu do sytuacji z lat 2006-2008) idąca w parze ze wzrostem wynagrodzeń.

Zjawiskiem, które może również negatywnie wpłynąć na rynek deweloperski jest niekorzystna tendencja demograficzna związana ze spadkiem liczby ludności i starzeniem się społeczeństwa. W dłuższym terminie może to zmniejszyć popyt na mieszkania. Z drugiej strony bogacenie się społeczeństwa wraz ze zmianami preferencji może powodować, że będzie rósł popyt na większe mieszkania o wyższym standardzie oraz więcej osób będzie miało zdolność kredytową.

Czynnikiem wciąż napędzającym popyt na rynku deweloperskim są niskie stopy procentowe, które według ostatnich komentarzy nie zmienią się przed 2020 r., (wcześniej przewidywano zmianę w 2019 r.). Aczkolwiek tu wiele zależy od tempa wzrostu stóp procentowych w UE – ewentualna szybsza podwyżka stóp przez EBC spowoduje prawdopodobnie analogiczną reakcję NBP. To z kolei przełoży się zarówno na wyższe koszty kredytów hipotecznych, jak i koszty finansowe ponoszone przez deweloperów. Jednak dopóki NBP będzie utrzymywał stopy procentowe na obecnym poziomie nie należy spodziewać się gwałtownego ograniczenia popytu.

Warto też zwrócić uwagę na rosnące ceny gruntów oraz problemy branży budowlanej, co przekłada się na wyższe ceny wykonawstwa. Może to negatywnie wpłynąć na marże uzyskiwane przez deweloperów. Podobnie może się zmniejszyć ich dostęp do taniego finansowania ze względu na perturbacje na polskim rynku finansowym.

Branża deweloperska będzie również musiała się zmierzyć ze zmianami prawnymi, jednak ich wpływ będzie mieszany. Mogą one bowiem wywołać zarówno negatywne skutki z punktu widzenia deweloperów (np. zamknięte rachunki powiernicze) jak i pozytywne (np. rządowe programy dopłat do zakupu i wynajmu mieszkań).

Podsumowanie

Jeżeli nie dojdzie do jakichś nieprzewidzianych zdarzeń, takich jak drastyczne zmiany prawne, globalny lub lokalny kryzys gospodarczy, raczej nie powinno dojść do nagłego załamania na miarę tego w 2008 r. Okres największej hossy mamy najprawdopodobniej za sobą, ale przejście z fazy boomu do fazy równowagi rynkowej następuje łagodnie. W naszej opinii nie należy się spodziewać skokowego spadku cen mieszkań, a wyhamowania tempa ich wzrostu i stabilizacji.

48% małych firm zakłada, że nie będzie w stanie sprostać obowiązkowi złożenia PIT-11 do Urzędu Skarbowego

Termin wysyłania PIT-11 za rok 2018 zbliża się nieuchronnie i dużo szybciej niż w latach ubiegłych. Wraz z nowym rokiem wprowadzone zostaną zmiany, które mogą uprzykrzyć życie wielu przedsiębiorcom. Jak pokazuje badanie przeprowadzone na zlecenie e-file, firmy obawiają się, że problematyczna może być dla nich nowa data i forma dostarczania dokumentów.

Zmiany dotyczące sposobu dostarczania do Urzędu Skarbowego PIT-11 za rok 2018 obejmują m.in dwie kwestie – pierwszą jest skrócony czas wysyłania dokumentów do urzędu skarbowego, który kończy się 31.01.2019, a drugą wprowadzony, już dla wszystkich przedsiębiorców, obowiązek wyłącznie elektronicznej wysyłki. Firma e-file, twórca aplikacji e-pity Płatnika do wystawiania, wysyłania przez pracodawców do Urzędu Skarbowego i dostarczania pracownikom PIT-11, wraz z agencją badawczą SW Reaserch przeprowadziła na początku grudnia tego roku badanie i zweryfikowała gotowość firm na wdrożenie nowych przepisów.

Małe firmy nie są gotowe na elektroniczne dostarczanie PIT-11

Co druga (52%) przebadana firma, w której pracuje do 9 osób, nie jest gotowa na elektroniczną wysyłkę dokumentów do Urzędu Skarbowego. Warto przy tym pamiętać, że to właśnie małe firmy po raz pierwszy staną przed obowiązkiem przesłania informacji o dochodach pracowników w wersji on-line. Do tej pory przedsiębiorstwa zatrudniające do 5 pracowników, w przeciwieństwie do większych, mogły PIT-11 do Urzędu Skarbowego przekazywać w formie papierowej drogą pocztową. Dopiero tegoroczne zmiany zmuszają je do przesyłania dokumentów elektronicznie, na co, jak pokazują badania, ponad połowa nie jest gotowa.

Średnie i duże firmy, dla których obowiązek elektronicznej wysyłki nie jest nowością, także nie czują się w pełni gotowe. Nieprzygotowanie na tym polu deklaruje 36% respondentów ze średnich firm (9-49 pracowników) i 18% z dużych firm (50-249 pracowników). Znaczące problemy mają także przedsiębiorcy z terenów wiejskich, spośród których 40% zadeklarowało brak gotowości na wysyłkę dokumentów on-line.

Czy przedsiębiorcy zdążą przed 31 stycznia?

PIT-11 za rok 2018 należy, w świetle nowych regulacji, dostarczyć do Urzędu Skarbowego aż o miesiąc wcześniej – do 31 stycznia 2019 roku. Niewielkie przedsiębiorstwa deklarują, że i te zmiany będą stanowić dla nich problem. Niemal połowa z nich (48%) może nie zdążyć na czas złożyć do Urzędu Skarbowego kompletu dokumentów dotyczących zarobków pracowników. Wśród średnich firm kłopot z dotrzymaniem terminu może mieć co trzeci ankietowany pracodawca (33%), a wśród dużych firm co dziesiąty (10%).

Spośród firm z terenów wiejskich spóźnienia obawia się 1/3 badanych, ale wielkość jednostki administracyjnej nie jest tutaj regułą, gdyż 1/4 przedsiębiorców z miast powyżej 500 tysięcy mieszańców także deklaruje, że może nie zdążyć.

Udostępniając program do elektronicznego wystawiania i wysyłania PIT-11, na przestrzeni lat zaobserwowaliśmy, kiedy pracodawcy przesyłają do Urzędu Skarbowego informacje o pracowniczych dochodach. Niestety, większość z nich zostawia ten obowiązek na ostatnią chwilę. Takie nawyki, tym bardziej w perspektywie nadchodzących zmian i skróconego czasu dostarczania dokumentów do Urzędu Skarbowego, mogą przysporzyć przedsiębiorcom sporo problemów – mówi Artur Kaczmarek, Dyrektor ds. komunikacji, marketingu i PR z firmy e-file – twórcy aplikacji e-pity Płatnika.

Przedsiębiorcy czują się niedoinformowani

Z badania wynika, że niemal co trzeci respondent (28%) nie orientuje się w nadchodzących zmianach. 44% deklaruje powierzchowną wiedzę na ten temat, lecz nie potrafi podać szczegółów. Jedynie 28% czuje się doskonale przygotowanych. Najlepiej zorientowani w sytuacji są młodzi przedsiębiorcy, mający nie więcej niż 24 lata, a najgorzej Ci po 50 roku życia – co trzeci z nich deklaruje, że nie wie w jaki sposób będzie musiał dostarczyć do Urzędu Skarbowego PITy-11 pracowników za rok 2018.

Zauważalna w badaniu jest zależność między liczbą pracowników, a stanem wiedzy pracodawców. Wraz ze wzrostem liczby zatrudnionych rośnie odsetek osób deklarujących dobry poziom wiedzy na temat zmian. Najlepiej poinformowane są duże firmy, zatrudniające wielu specjalistów i doradców. Przedsiębiorcy w tych małych czują się niedoinformowani, a przez to zaniepokojeni zbliżającym się nieuchronnie terminem wysyłki.

Przygotowane przez e-file badanie dostarcza alarmujących wniosków – znaczna część firm nie jest gotowa zmierzyć się z nadchodzącymi zmianami dotyczącymi PIT-11. Sporo problemów sprawia małym przedsiębiorstwom nałożony na nie obowiązek elektronicznej wysyłki informacji o dochodach pracowników, a także skrócony czas na przygotowanie wszystkich dokumentów, którego termin upływa 31 stycznia 2019. Bez względu jednak na wielkość firmy warto dopilnować terminowego złożenia PIT-11, by uniknąć ewentualnej grzywny. Nie ma możliwości, by PIT-u w ogóle nie złożyć, gdyż jest to ustawowy obowiązek pracodawcy i Urząd Skarbowy o takie informacje ostatecznie zawsze się upomni.

Badanie zostało zrealizowane na zlecenie firmy e-file w grudniu 2018 przez agencję SW RESEARCH metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W ramach badania przeprowadzono 506 ankiet.

Straty okradanych przewoźników to 10 mld euro rocznie. Polacy chcą rozwiązać ten problem

Dziennie okradanych jest w całej UE średnio niemal 50 naczep. Polscy inżynierowie opracowali pionierski system ochrony samochodów ciężarowych, którzy może pomóc rozwiązać ten narastający problem w branży transportowej.

Branża transportowa zmaga się dziś z rosnącym zagrożeniem. Zarówno długie, jak i krótsze trasy ciężarówkami wiążą się między innymi z ryzykiem włamań do pojazdów, kradzieży towaru lub paliwa, czy zniszczenia mienia. Takie sytuacje to często przykra codzienność, z którą zmagać się muszą kierowcy i właściciele flot.

Liczba problemów związanych z kradzieżą lub dewastacją towaru jest znacznie poważniejsza niż wielomiesięczne lub nawet wieloletnie próby uzyskania odszkodowania. Straty ze wszystkich kradzieży dokonanych w 2016 roku w Unii Europejskiej wyniosły blisko 10 miliardów Euro. Według najnowszych danych, dziennie okradanych jest średnio niemal 50 naczep w całej UE – mówi Marcin Lewicki, CEO & Founder Sternkraft, odpowiadający za rozwój biznesu w Polsce i Europie.

Chcąc wyjść naprzeciw pilnej potrzebie wsparcia i podniesienia bezpieczeństwa branży TSL, grupa polskich inżynierów zaprojektowała system, który został następnie wdrożony przez niemieckich konstruktorów. W dalszej kolejności Polacy wykupili niemiecką firmę.

SafeWay to zaawansowana technologia zabezpieczająca transport, która może ograniczyć straty poniesione podczas napadów i włamań do minimum. To pierwszy tak zaawansowany system zabezpieczeń transportu, zbudowany w oparciu o pionierskie rozwiązania technologiczne, takie jak w pełni zintegrowany z panelem zarządzania system kamer i czujników. W jego tworzenie zaangażowani byli specjaliści z branży telematycznej, a do testów zaproszono nadzorców flot oraz samych kierowców.

Safeway to kompletne narzędzie do ochrony naczep TIR, również tych plandekowych, oraz baków paliwa, zapobiegające napaściom, kradzieżom i wandalizmowi, zapewniające bezpieczeństwo flocie i jej kierowcom. W odróżnieniu od innych dostępnych rozwiązań, system ten instalowany jest jedynie na naczepie pojazdu.

Kamery z kolei są narzędziem w rękach kierowcy – pozwalają na natychmiastową analizę sytuacji wokół pojazdu. Obraz z nich wędruje do panelu SafeWay w takiej postaci, aby kierowca w intuicyjny sposób wiedział, który podgląd odpowiada za daną część pojazdu. Operator panelu może przejść do pełnego widoku każdej z kamer, a także powiększać dany kadr, aby jeszcze lepiej ocenić  zagrożenie i odpowiednio wcześniej zareagować.

Specjalnie zaprojektowane moduły czujników laserowo-optycznych wnętrza naczepy SmartSensors wykrywają nawet najmniejsze zmiany położenia towaru bez autoryzacji przewoźnika. To najważniejsza i najbardziej innowacyjna część systemu Safeway. Moduł monitoringu zewnętrznego SafeTube jest natomiast sercem koordynującym pracę wszystkich podzespołów. Specjalne kamery, wysuwane automatycznie poza obrys naczepy podczas postoju, pokazują logiście otoczenie pojazdu znajdującego się w dowolnym miejscu na terenie Unii Europejskiej. Wszystkie dane filtrowane są przez algorytmy systemu i szyfrowaną siecią VPN trafiają do panelu w kabinie kierowcy i panelu zarządzania online.

Kamery z kolei pozwalają kierowcy na natychmiastową analizę sytuacji wokół pojazdu, dla logisty zaś przydają się przy problemach związanych z załadunkiem i rozładunkiem, kiedy to przewoźnik często niesłusznie obwiniany jest o uszkodzenia i braki w towarze. Obraz z kamer wędruje do panelu SafeWay w takiej postaci, aby kierowca w intuicyjny sposób wiedział, który podgląd odpowiada za daną część pojazdu. Operator panelu może przejść do pełnego widoku każdej z kamer, a także powiększać dany kadr, aby jeszcze lepiej przyjrzeć się potencjalnemu zagrożeniu.

Panel to urządzenie o niezwykle prostym interfejsie – tablet ma tylko trzy przyciski: uzbrój alarm, włącz tryb załadunku, oraz włącz alarm (tzw. panic button). Kierowca może też przejrzeć historię zdarzeń i filmy z nimi powiązane.

Inwestycja w system dla firm transportowych czy spedycyjnych oznacza bezkonkurencyjność w oczach Producenta i Dystrybutora, przekłada się też na liczbę i jakość kontraktów. Pomaga też objąć pozycję w technologicznej czołówce branży transportowej, której przyszłością jest monitoring i bezpieczeństwo naczep oraz zwiększenie bezpieczeństwa pracy kierowców – ocenia Marcin Lewicki.

Pierwsi klienci już po okresie testowym odnotowali widoczny spadek strat wynikających z niedostatecznie zabezpieczonych transportów.

Zwycięzcy ABSL Diamonds Awards 2018

Dziesięć innowacyjnych projektów w sześciu kategoriach – poznaliśmy zwycięzców ABSL Diamonds Awards, najbardziej prestiżowego konkursu branży nowoczesnych usług biznesowych, którego celem jest promocja nowatorskich rozwiązań i docenienie firm przyczyniających się do rozwoju branży. Zwycięzcy odebrali nagrody podczas uroczystej Gali w warszawskim Hotelu Intercontinental, w której udział wzięli najważniejsi przedstawiciele sektora nowoczesnych usług biznesowych, reprezentanci rządu, miast, świata nauki i mediów.                

Tegoroczna edycja konkursu była rekordowa – jury oceniło aż 110 projektów zgłoszonych przez 62 firmy w 6 kategoriach: doskonałość biznesowa (Business Excellence), tworzenie wartości dla klienta (Customer Experience), przyjazne środowisko pracy (Vibrant Workplace), budowanie reputacji pracodawcy (Employer Branding), działalność społecznie odpowiedzialna (CSR) oraz rozwój pracowników i edukacja (Talent Development & Education).

Innowacje są kluczowe dla centrów usług biznesowych, a nowoczesne usługi biznesowe to dziś jeden z najdynamiczniej rozwijających się sektorów polskiej gospodarki. To właśnie dzięki nowatorskim rozwiązaniom działające w naszym kraju centra są w stanie realizować coraz bardziej zaawansowane zadania, zajmować się złożonymi procesami, są coraz efektywniejsze. Tym bardziej cieszy, że do tegorocznej edycji konkursu zgłosiło się tak wiele firm , mówi Piotr Dziwok, prezes ABSL.

Podobnie jak w ubiegłym roku wyróżnione zostały zarówno największe, jak i te nieco mniejsze centra usług dla biznesu, dlatego w każdej kategorii przyznane zostały statuetki dla firm z grupy tzw. Tygrysów – firm zatrudniających mniej pracowników, działających na polskich rynku krócej niż 5 lat  oraz Lwów, czyli największych graczy w sektorze.

Zwycięzcy ABSL Diamonds Awards 2018Zwycięzcy ABSL Diamonds Awards 2018

Grupa LIONS

  • Kategoria: Doskonałość biznesowa (Business Excellence)
    Credit Suisse Polska za projekt digitalizacji procesów HR.
  • Kategoria: Tworzenie wartości dla klienta (Customer Experience)
    Shell Polska Sp. z o.o. za rozwiązanie, dzięki któremu w zaledwie 8 miesięcy podniesiono satysfakcję klienta firmy do 8,6 punktów w 10 stopniowej skali, co przełożyło się również na poprawę wyników finansowych.
  • Kategoria: Przyjazne środowisko pracy (Vibrant Workplace)
    Schneider Electric za projekt mający na celu zwiększenie zaangażowania pracowników, którego rezultatem był wzrost satysfakcji z pracy, wykazany w corocznej ankiecie.
  • Kategoria: Budowanie reputacji pracodawcy (Employer Branding)
    Accenture Operations za kampanię skierowaną do pokolenia Y i Z, dzięki której znacząco wzrosła ilość złożonych aplikacji o pracę w Accenture
  • Kategoria: CSR
    UBS za zorganizowanie wyjazdu wakacyjnego dla grupy dzieci z ubogich rodzin.
  • Kategoria: Rozwój pracowników i edukacja (Talent Development & Education)
    Hitachi za realizację – wspólnie z Uniwersytetem Ekonomicznym w Krakowie – programu nauczania, który umożliwi przyszłym specjalistom nabycie praktycznych umiejętności niezbędnych do pracy w międzynarodowych centrach usług biznesowych.

Grupa TIGERS

  • Kategoria: Doskonałość biznesowa (Business Excellence)
    Digital Teammates za wykorzystanie technologii robotyzacji do automatyzacji procesów, w której developerami robotów są osoby bez specjalistycznych kwalifikacji w zakresie IT.
  • Kategoria: Przyjazne środowisko pracy (Vibrant Workplace)
    TATE & LYLE GLOBAL SHARED SERVICES SP. Z O.O. za projekt złożony w sumie z 45 inicjatyw mających na celu zapewnienie dobrego samopoczucia pracowników w miejscu pracy
  • Kategoria: CSR
    KMD Polska Sp. z o.o. za stworzenie zautomatyzowanej instrukcji dla osób niosących pomoc w przypadku ataku serca.

Kategoria: Rozwój pracowników i edukacja (Talent Development & Education)
GlobalLogic S.A. – za szeroko zakrojony program edukacji, w ramach którego organizowano warsztaty, konferencje i szkolenia we współpracy z uczelniami wyższymi

Ostatnie w tym roku spotkanie Europejskiego Banku Centralnego

Ostatnie spotkanie Europejskiego Banku Centralnego w tym roku może przynieść istotne rozstrzygnięcia. Co stanie się z euro?

Dziś uwaga inwestorów skupi się na spotkaniu i konferencji prasowej Europejskiego Banku Centralnego. Rynek zdaje się oczekiwać dość gołębiego przekazu ze strony Banku. Niewykluczone, że EBC – uwzględniając ostatnie rozczarowujące dane o aktywności i bazowej dynamice cen – obniży projekcje wzrostu gospodarczego i inflacji. Niektórzy obserwatorzy oceniają również, że ton prezesa Draghiego może być nieco mniej optymistyczny, niż podczas wcześniejszych konferencji.

Naszym zdaniem, uwzględniając ograniczone oczekiwania rynku, istnieje nieco większa szansa, że spotkanie zaskoczy in plus, niż in minus, a Draghi pozostanie względnie optymistyczny, stawiając nacisk na (oczekiwane) zakończenie skupu aktywów w ramach programu QE. Negatywne pozycjonowanie względem euro i odsunięcie w czasie oczekiwań względem podwyżek stóp procentowych we wspólnym bloku sugerują, że jeśli ton prezesa Draghiego będzie bardziej pozytywny, niż szacują inwestorzy, euro mogłoby istotnie zyskiwać w relacji do dolara amerykańskiego, co powinno pomóc również złotemu.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Dane makroekonomiczne ze strefy euro publikowane w tym tygodniu były dość dobre, jednak ich znaczenie pozostaje ograniczone: obecnie inwestorzy skupiają się przede wszystkim na wspomnianym wyżej spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego oraz – do pewnego stopnia – na ewolucji sytuacji w Wielkiej Brytanii.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,74-4,79. Funt brytyjski wczoraj zyskiwał również w relacji do głównych walut, w czym pomogły informacje o tym, iż premier May przetrwała wotum nieufności, co zabezpiecza ją przed podobnym procesem na najbliższe 12 miesięcy. Funt umocnienie rozpoczął jednak jeszcze przed głosowaniem, co sugeruje, że taki scenariusz był w większości wyceniany przez rynki.

Zgodnie z ostatnimi doniesieniami premier May ma dziś spotkać się z przewodniczącym Rady Europejskiej, Donaldem Tuskiem. Patrząc na ich ostatnie komentarze, nie wydają się jednak żeby europejscy oficjele byli skorzy do renegocjacji porozumienia, na czym zależy May. Problemem dla brytyjskich parlamentarzystów pozostaje m.in. kwestia granicy z Irlandią Północną i przyszłości obszaru. Nawet jeśli May udałoby się osiągnąć pewne ustępstwa ze strony UE (co w obecnym momencie nie wydaje się realistyczne) dalej nie wiadomo, czy jej porozumienie zostanie zaakceptowane przez brytyjski parlament, w związku z czym trudno oszacować, jaka przyszłość czeka Wielką Brytanię. Ta niepewność raczej nie pozwoli walucie na istotny wzrost w najbliższym czasie.

USD

Kurs USD/PLN w środę spadł o 0,7%, wahając się w widełkach 3,77-3,80. Dolar amerykański osłabił się w relacji do głównych walut i polskiego złotego. Wczorajsze dane o inflacji konsumenckiej w listopadzie w przeciwieństwie do tych o inflacji producentów z poprzedniego dnia nie zaskoczyły na plus, a okazały się w pełni zgodne z oczekiwaniami. Inflacja CPI spadła z poziomu 2,5% w październiku do 2,2% rocznie w listopadzie, bazowy indeks z kolei znalazł się w okolicy poziomu 2,2% w ujęciu rocznym, pozostając względnie stabilnym. W ujęciu ogólnym dane sugerują brak wzrostu presji inflacyjnej i zdają się umożliwiać Rezerwie Federalnej poczekanie na rozwój sytuacji i wyhamowanie tempa podwyżek stóp procentowych w przyszłym roku.

Dziś w drugiej części dnia warto zwrócić uwagę na cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA oraz na dane o cenach eksportowych i importowych w USA w listopadzie. Dla dolara prawdopodobnie największe znaczenie będzie miało jednak spotkanie i konferencja prasowa EBC.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:45 – decyzja EBC ws. stóp procentowych
  • 14:30 – konferencja prasowa EBC
  • 14:30 – wskaźnik cen eksportowych i importowych w USA w październiku
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Miasta w symbiozie z naturą

Idea symbio-miast to sposób na wprowadzenie gospodarki o obiegu zamkniętym na poziomie lokalnym oparty na synergii między różnymi systemami miejskimi. W tym podejściu nie funkcjonują one całkowicie niezależnie od siebie: odpady mogą posłużyć do produkcji biogazu, a ciepło odpadowe z przemysłu może być wykorzystane w miejskim systemie ciepłowniczym. Nie jest to pieśń przyszłości – takie rozwiązania są już stosowane.

Miasto włączone w ekosystem na zasadzie symbiozy – tak najkrócej można opisać ideę symbio-miasta (SymbioCity). Stoi za nim założenie, że obieg materii w miastach powinien być zamknięty – należy zadbać o ponowne wykorzystanie odpadów w systemie miasta lub oddawanie ekosystemowi materii w takim samym stanie, w jakim została pobrana. Nie chodzi jednak po prostu o recykling, ponieważ trzeba dążyć do tego, by z przyrody pobierać jak najmniej oraz jak najmniej oddawać w takiej postaci, która może być dla niej szkodliwa.

Koncepcja symbio-miasta obejmuje szereg kluczowych elementów: architekturę, energetykę, planowanie krajobrazu, transport i zarządzanie ruchem, gospodarkę odpadami, funkcje miastotwórcze, przemysł i budynki oraz gospodarkę wodno-ściekową*.

Modelowa dzielnica

To opracowane 10 lat temu w Szwecji podejście znalazło swoje odzwierciedlenie w wielu ośrodkach miejskich na całym świecie. Modelowym przykładem jest dzielnica Hammarby Sjöstad w Sztokholmie. Tam ścieki oraz odpady są wykorzystywane do ogrzewania i chłodzenia pomieszczeń, a także produkcji energii elektrycznej i biogazu. Część zapotrzebowania na prąd pozwala pokryć również  energia z paneli fotowoltaicznych. Przyjazne środowisku instalacje mają też umożliwić ograniczenie zużycia wody do 100 l na osobę dziennie (czyli dwukrotnie mniej niż wynosi średnia dla mieszkańców Sztokholmu).

Ważnym elementem symbio-miasta jest także zrównoważony transport. Celem projektantów dzielnicy jest to, by 80% podróży mieszkańców oraz osób pracujących w dzielnicy odbywała się pieszo, rowerem lub transportem publicznym.

Nie tylko miasta

Zamknięcie obiegu nie musi dotyczyć tylko dużych ośrodków. Za przykład może posłużyć niewielka gmina Chagny we Francji. Z powstających tam odpadów miejscowy zakład metanizacji odpadów zaprojektowany, zbudowany i eksploatowany przez TIRU produkuje biogaz. Ten zaś zapewnia energię do wypalania dachówek w sąsiadującej fabryce. W tym samym zakładzie powstaje też wysokogatunkowy kompost wykorzystywany przez okolicznych rolników.

* Na podstawie: Czas wyzwań – czas odpowiedzi, czyli droga ku gospodarce o obiegu zamkniętym. Raport z okazji 350-lecia firmy Saint-Gobain, Instytut na rzecz Ekorozwoju, Warszawa 2015

Promowanie idei zrównoważonego rozwoju miast jest celem projektu ECO-MIASTO organizowanego przez Ambasadę Francji w Polsce i Centrum UNEP/GRID-Warszawa. ECO-MIASTO jest realizowane we współpracy z Renault Polska, SAUR Polska, Grupą Saint-Gobain, Ceetrus Polska, Dalkią i TIRU, a także WSPÓLNIE – Fundacją LafargeHolcim.

Cyfrowa reklama zewnętrzna wychodzi na pozycję lidera

Diana Polska
Diana Polska – Marketing & PR Manager w MyLED, odpowiedzialna m.in. za public relations, budowanie komunikacji marketingowej firmy oraz kreowanie kampanii na nośnikach DOOH, dostosowanych do potrzeb klientów. Pasjonuje się innowacyjnymi rozwiązaniami technologicznymi wykorzystywanymi w cyfrowej reklamie OOH oraz tworzeniem pozytywnego wizerunku marki.

W trzecim kwartale 2018 sprzedaż cyfrowej reklamy zewnętrznej na polskim rynku wyniosła ponad 12,8 mln zł. Jest to wzrost o 52,4% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Co sprawia, że format ten staje się coraz popularniejszy? Jak wyglądają prognozy na przyszłe lata? O tym Diana Polska, Marketing & PR Manager MyLED.

Jak wynika z raportu WARC, wydatki na digital OOH wzrosły w tym roku do 37,3%. Dla porównania w 2017 odnotowano wzrost o 34,8%, w 2016 o 32,4%, natomiast w 2012 wzrost wyniósł 22,7%. Dynamiczny rozwój jest efektem stale zwiększającej się liczby nośników typu digital w przestrzeni miejskiej oraz szybkiego rozwoju technologicznego. Z roku na rok możliwości outdooru stają się też coraz większe, a tym samym zwiększa się jego zasięg. Rosnącą popularność zawdzięcza się również łączeniu reklamy w przestrzeni miejskiej z mobilem.

Zwiększenie wydatków na cyfrową reklamę zewnętrzną można zaobserwować nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Przewiduje się, że do 2021 roku będą one wzrastać regularnie o 10,1%.

Kreatywna reklama bliżej odbiorcy

Reklamodawcy coraz częściej dostrzegają zalety cyfrowej reklamy zewnętrznej. Według danych opublikowanych przez Amerykańskie Stowarzyszenie Reklamy Zewnętrznej (OAAA), cyfrowe tablice stanowią obecnie 21% wszystkich billboardów w tym kraju. Badania przeprowadzone przez Nielsen pokazują natomiast, że około 60% amerykańskich konsumentów widzi cyfrową tablicę reklamową raz w miesiącu, a 37% przynajmniej raz w tygodniu.

Branże, które najczęściej korzystają z tego formatu można podzielić na kilka sektorów. Pierwszym z nich jest handel, w tym również produkty z kategorii FMCG. Kolejny to branża telekomunikacyjna, a dokładniej znane marki telefonii komórkowej, które od lat walczą o pozycję lidera na rynku. Z cyfrowej reklamy zewnętrznej chętnie korzysta również branża motoryzacyjna. Jak wynika z badań Posterscope, na które powołuje się firma Lamar Advertising, aż 87,5% fanów motoryzacji zwraca uwagę na reklamy zewnętrzne związane z obszarem ich zainteresowania. Co więcej, 83% kierowców ma styczność z reklamą OOH, podczas gdy z reklamą telewizyjną tylko 41%.

W ostatnim czasie do wyżej wymienionych sektorów dołączyła branża e-commerce, której zależy przede wszystkim na przekierowaniu odbiorców cyfrowej reklamy do strony internetowej swojej marki. Świetnym przykładem tego typu realizacji jest kampania serwisu e-Bay, który uruchomił kreatywną kampanię opartą o dane pogodowe, czy też zrealizowana minionego lata kampania Airbnb, zachęcająca gospodarzy do wynajmowania gościom swoich mieszkań w okresie wakacji.

Przewaga nad tradycyjnym outdoorem

Siłą reklamy DOOH jest możliwość dotarcia do odbiorcy z dynamicznym, innowacyjnym przekazem w odpowiednim miejscu i czasie. Wzrost liczby cyfrowych nośników w przestrzeni miejskiej, szczególnie w miejscach o dużym natężeniu ruchu, zapewnia markom jeszcze lepsze dopasowanie contentu do grupy docelowej. Ten rodzaj reklamy daje marketerom także elastyczność planowania i realizacji kampanii. Dzięki umiejętnemu wykorzystaniu możliwości cyfrowej reklamy OOH w kreowaniu treści wyświetlanych na ekranach LED, reklamodawcy zyskują większy zasięg i rozpoznawalność wśród odbiorców. Wpływa to również na kreowanie pozytywnego wizerunku marki oraz efektywność działań marketingowych.

Herbaty nie uprawiamy, za to ją eksportujemy. Rynek herbaty w Polsce

Polacy mogą uważać przypadający 15 grudnia Międzynarodowy Dzień Herbaty za swoje święto. Polska od dawna jest postrzegana jako kraj herbaciarzy. Jesteśmy czwartym krajem w Europie o najwyższym jej spożyciu. Średnio Polak parzy rocznie napar z 1 kg liści. Więcej herbaty piją w Europie tylko Irlandczycy (zużywają 2,18 kg suszu), Brytyjczycy (1,93 kg) oraz Rosjanie (1,38 kg). Polska plasuje się również wysoko w zestawieniu globalnym. Znajdujemy się na dziewiątym miejscu i wyprzedzamy nawet takie kraje jak Japonia, Chiny czy Arabia Saudyjska.

Według danych Comtrade, w 2017 r. Polska sprowadziła 32,2 tys. ton herbaty, z czego większość, bo aż 28 tys. ton stanowiła herbata czarna. Polacy postrzegają ją jako niezbędny składnik codziennej diety, choć jednocześnie obserwowany jest trend zmniejszania konsumpcji herbat czarnych na rzecz herbat ziołowych i funkcjonalnych. Według raportu firmy Nielsen, znaczący udziały w rynku mają również herbaty: owocowe (14,8 proc.), ziołowe (12,1 proc.) oraz Earl Grey (11,1 proc.). Mniej Polaków wybiera herbatę zieloną, która stanowi 8,1 proc. rynku oraz czerwoną z udziałem na poziomie 1,3 proc., choć wraz ze zmianą trybu życia na zdrowszy, na horyzoncie rysują się już zmiany tych preferencji.

Polacy najchętniej kupują herbaty w torebkach, które odpowiadają za ok. 89 proc. wartości sprzedaży. Najczęściej piją herbatę bez dodatków, ewentualnie urozmaicają ją cytryną, słodzą miodem lub cukrem. Rzadziej dodają mleko, imbir czy syrop owocowy.

Jedna czwarta herbaty, która trafiła w 2017 roku do Polski, pochodziła z Kenii. Resztę przywieziono z Chin (16,5 proc.), Indii (16,3 proc.), Indonezji (8,8 proc.) i Sri Lanki (6,5 proc.). Sprowadzany surowiec jest niesfermentowany lub częściowo sfermentowany, a następnie w polskich zakładach liście są przetwarzane, pakowane i wysyłane do dystrybutorów. Co ciekawe, znaczące ilości herbaty z Polski są sprzedawane za granice i to w ilościach, które dają nam 14. pozycje w światowym eksporcie tego produktu. Eksportujemy herbatę głównie do Wielkiej Brytanii (16 proc. wolumenu całego eksportu z Polski w 2017 r.), Francji (15 proc.), Belgii (12 proc.), Szwecji (7,5 proc.), Holandii (6,5 proc.) i Włoch (6,3 proc.).

– Wspomniane 32,2 tys. ton herbaty zaimportowanej w 2017 r. było warte prawie 101 mln EUR, za to ponad 19,1 tys. ton wyeksportowanej herbaty w tym samym czasie warte było ponad 167,3 mln EUR. Co prawda pomiędzy 2016 i 2017 r. nastąpił spadek wolumenu i wartości eksportu herbaty, przy jednoczesnym wzroście wolumenu i wartości importu, ale i tak herbata eksportowana z Polski jest średnio trzykrotne droższa od tej importowanej – mówi Karolina Załuska, ekspert ds. Analiz Sektorowych i Rynków Rolnych w Banku BGŻ BNP Paribas.

Herbata jest – zaraz po wodzie – najczęściej spożywanym napojem na świecie. Otrzymuje się ją z liści (pączków) roślin herbaty chińskiej (Camellia sinensis). Napar z herbaty rozgrzewa, odpręża, pobudza, może wspomagać odchudzanie i ma właściwości zdrowotne (może np. wspomagać odporność i obniżanie poziomu cholesterolu). Dzięki obecności niewielkiej ilości kofeiny, herbata jest łagodnym stymulantem, redukującym uczucie zmęczenia. Uprawia się ją głównie w Chinach, Indiach, Kenii i na Sri Lance.

– Z danych FAO wynika, że w 2016 r. na całym świecie wyprodukowano 5,73 mln ton herbaty (czarnej, zielonej i innych), a globalny rynek herbaty wart był ok. 14,45 mld USD. Przewiduje się, że w najbliższych latach będzie on rósł i w 2024 roku osiągnie wartość 21,33 mld USD – dodaje Karolina Załuska z Banku BGŻ BNP Paribas.

Relacja z „Sustainable Economy Summit” i Laureaci “Responsible Business Awards”

28 listopada w hotelu Intercontinental odbyła się ostatnia już tegoroczna konferencja organizowana przez Executive Club. „Sustainable Economy Summit” bo o nim mowa w całości poświęcony był tematyce zrównoważonego i odpowiedzialnego biznesu. Tym razem przygotowaliśmy dwa panele dyskusyjne oraz wieczorną galę rozdania statuetek „Responsible Business Awards”. Wydarzenie odbyło się pod patronatem honorowym Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Sustainable Economy Summit (7) Sustainable Economy Summit (1) Sustainable Economy Summit (5)Konferencję rozpoczęło wystąpienie Pana Janusza Szulika, Prezesa Zarządu, Grupa INTER Polska. Mówca podkreślał wagę ubezpieczenia zdrowotnego pracowników a także samego zdrowia jako najważniejszego kapitału przedsiębiorstwa.

Następnie nadszedł czas na pierwszy panel dyskusyjny moderowany przez Profesora Piotra Płoszajskiego – Kierownika Katedry Teorii Zarządzania, SGH. Po krótkim wstępie i przytoczeniu pochodzenia pojęcia zrównoważonego rozwoju (pierwotnie odnosiło się ono do sposobu gospodarowania lasem aby wycinać tylko tyle drzew ile potrzeba) moderator zaprosił panelistów. W dyskusji udział wzięli: Anna Lewandowska – Dyrektor Działu Inflammation & Immunology, Pfizer Polska; Andrzej Losor – Dyrektor Marketingu i Komunikacji, Grupa Górażdże; Janusz Szulik – Prezes Zarządu Grupa INTER Polska oraz Zbigniew Warmuz – Prezes Zarządu, Synthos. Dyskusja dotyczyła innowacji dla zrównoważonego rozwoju. Prelegenci wspólnie podkreślili ogromną wagę edukacji jako głównego czynnika zmian podejścia do segregacji odpadów oraz zmiany zachowań konsumenckich. Do tych procesów dostosowują się przedsiębiorstwa wprowadzając coraz nowsze techniki produkcji ograniczające szkodliwe substancje. Zmianom tym sprzyjają również dyrektywy UE dotyczące profilaktyki zdrowotnej oraz redukcji emisji szkodliwych substancji, które obniżają koszty zmniejszonej produktywności pracowników. Podsumowaniem panelu dyskusyjnego była metafora mówiąca o tym, że skoro produkowane są zegary, które mają działać przez 10 000  lat to sprawmy aby wtedy miał kto na nim sprawdzać godzinę.Sustainable Economy Summit (2) Sustainable Economy Summit (9) Sustainable Economy Summit (8)

Drugi panel dyskusyjny zainaugurował jego moderator – Profesor Bolesław Rok z Katedry Przedsiębiorczości i Zarządzania w Akademii Leona Koźmińskiego. Mówca podkreślił, że działania państwa w zgodzie z zasadami zrównoważonego rozwoju zapisane są w artykule 5 obowiązującej konstytucji. Następnie Profesor zaprosił do dyskusji prelegentów do których należeli: Katarzyna Balashov – Dyrektor Komunikacji Korporacyjnej, IKEA Retail; Robert Daniluk – Dyrektor ds. Jakości, Bezpieczeństwa i Zrównoważonego Rozwoju, Lyreco Polska; Iwona Jacaszek-Pruś – Dyrektor ds. korporacyjnych, Kompania Piwowarska; Marek Kopyto – Country Manager, Unilever Polska oraz Katarzyna Rudnicka – Prezes Zarządu, VIVENGE. Dyskusja skupiła się przede wszystkim na wyzwaniach jakie firmom stawia zrównoważony rozwój oraz na realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju. Jest ich łącznie 17 i zostały przyjęte przez wszystkich członków ONZ w 2015r. poprzez Agendę na rzecz zrównoważonego rozwoju 2030. Prelegenci zgodnie stwierdzili, że aby efektywnie realizować te cele należy umieścić je jako elementy strategii firmy i zrównać np. z celami finansowymi. Dopiero wtedy można liczyć na ich efektywną realizację. Jako aktualnie bardzo ważne wyzwanie wskazano ograniczenie plastiku. Pozytywnym wnioskiem z tej dyskusji był fakt iż przedsiębiorstwa prowadzą bardzo zaawansowane działania eliminujące ten produkt z ich biznesów. Rozmawiano także o wzrastającej świadomości pracowników, którzy nierzadko swoją postawą są w stanie skłonić pracodawcę do podjęcia działań na rzecz lokalnej społeczności poprzez np. budowę oczyszczalni ścieków.

Sustainable Economy Summit (4)Zwieńczeniem konferencji była gala rozdania statuetek „Responsible Business Awards”, które uhonorowały te spółki i przedsiębiorców, którzy wdrażają idee odpowiedzialnego biznesu oraz wyróżniają się działaniami w zakresie zrównoważonego rozwoju. Podczas tej edycji rozdano 12 nagród w 9 kategoriach oraz 3 nagrody specjalne!Sustainable Economy Summit (6)

LAUREACI  „DIAMENTÓW TOP INDUSTRY”:

WIZJONER ODPOWIEDZIALNEGO BIZNESU

Dominika Bettman, Prezes Zarządu, Siemens Polska – laureat

LIDER ZRÓWNOWAŻONEGO BUDOWNICTWA

Skanska SA – laureat

LIDER ZRÓWNOWAŻONEJ PRODUKCJI

Unilever Polska – laureat

LIDER EKOLOGII W ENERGETYCE

Schneider Electric Polska – laureat

LIDER TECHNOLOGII DLA ZRÓWNOWAŻONEGO ROZWOJU

BASF Polska – laureat

Robert BOSCH – wyróżnienie

LIDER ETYKI W BIZNESIE

Lyreco Polska – laureat

LIDER FAIR TRADE

Eurocash SA – laureat

IKEA Polska- laureat

LIDER ZRÓWNOWAŻONEGO FINANSOWANIA

ING Bank Śląski SA – laureat

LIDER ZAANGAŻOWANIA PRACOWNICZEGO

Benefit Systems SA- laureat

VIVENGE- laureat

Nagrody Specjalne:

DIAMENT CSR

Pfizer Polska – laureat

Konsalnet Holding SA – laureat

PKO Bank Polski SA – laureat

Partnerzy Główni: Pfizer Polska, Synthos SA. Partnerzy: ENGIE Polska, Grupa Górażdże, Grupa INTER Polska, Lyreco Polska, Kompania Piwowarska SA, Porsche Inter Auto Polska, Vivenge. Partnerzy Gali: Autoland, Benefit Systems SA. Partner Security: Konsalnet Holding SA.

Azja? Branża rolno-spożywcza szuka nowych kierunków eksportu

Branża rolno-spożywcza jest bardzo istotnym sektorem z punktu widzenia polskiego handlu zagranicznego. W 2017 roku krajowi przedsiębiorcy z tej branży wyeksportowali towary o wartości ponad 27 miliardów euro, co stanowiło 20-procentowy udział w polskim eksporcie ogółem. Kluczowym momentem dla polskich firm w tym obszarze było wejście do Unii Europejskiej. Od 2004 roku wartość towarów wysyłanych z Polski do krajów członkowskich wzrosła o ponad 22 miliardy euro, czyli 420 proc. W 2017 roku eksport żywności wzrósł o 12 proc. r/r. Polska awansowała tym samym na siódme miejsce w kategorii największych eksporterów żywności w Unii Europejskiej.

– Unia Europejska stanowi obecnie 82 proc. udziału w polskich eksporcie w sektorze rolno-spożywczym. Istotne jest, że odnotowuje on dodatnie saldo handlu zagranicznego w tym obszarze – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Ślagórski, wiceprezes KUKE – KUKE ocenia, że dalszy dynamiczny wzrost może być kontynuowany – ale polscy przedsiębiorcy powinni rozpocząć ekspansję zagraniczną poza Europę. Dzięki ostatnio podpisanym porozumieniom, w tym bilateralnemu na eksport drobiu z Chinami oraz o wolnym handlu z Japonią, przed krajowymi firmami z branży otwierają się nowe możliwości wyjścia na rynki azjatyckie. Należy przy tym podkreślić, że Chiny to aż 1,4 miliarda konsumentów, a Japonia blisko 130 milionów potencjalnych klientów. Ekspansja ta może wiązać się jednak z ryzykami. Jednym z nich jest niewypłacalność kontrahenta, jak również możliwość nieotrzymania od niego zapłaty. KUKE proponuje w tym zakresie ubezpieczenie należności handlowych, które pozwala minimalizować ryzyko kredytowe związane z potencjalnym brakiem płatności za dostarczone towary – podkreślił Ślagórski.

Ilu Polaków nie stać na pokrycie kosztów ogrzewania?

Spadek temperatur za oknem sprawia, że temat ogrzewania staje się bardziej aktualny. Podobnie jak co roku, Polacy narzekają na koszty ogrzewania. Takie wydatki rzeczywiście stanowią duże obciążenie dla wielu budżetów domowych. Ciekawe dane Eurostatu pokazują jednak, że systematycznie zmniejsza się odsetek Polaków niemogących odpowiednio ogrzać swojego lokum.

Europejski Urząd Statystyczny (Eurostat) regularnie sprawdza wiele aspektów związanych z jakością życia oraz zagrożeniem biedą. Wspomniana instytucja w ramach swoich badań dotyczących ubóstwa, szacuje m.in. udział mieszkańców krajów członkowskich UE, którzy doświadczają różnych przejawów niedostatku. Jednym z takich przejawów jest niemożność wystarczającego ogrzania lokum.

Wedle danych Eurostatu, udział mieszkańców Polski niemogących odpowiednio ogrzać swojego domu lub lokalu, przez kolejne lata zmieniał się następująco:Ilu Polaków musi mieszkać w chłodzie

Zdaniem ekspertów portalu RynekPierwotny.pl powyższe wyniki bez wątpienia są optymistyczne i pokazują, że skala tzw. ubóstwa energetycznego zmniejszała się z roku na rok. Zaprezentowane powyżej dane warto porównać z udziałem mieszkańców Polski narażonych na biedę lub społeczne wykluczenie. Ten kolejny wskaźnik przez ostatnie lata zmieniał się następująco:Ilu Polaków musi mieszkać w chłodzie 2

Drugi z analizowanych wskaźników potwierdza, że od połowy minionej dekady znacząco zmniejszyła się skala ubóstwa w Polsce. Trudno oczekiwać innych wyników, skoro Polska przez ostatnie 12 lat – 13 lat cechowała się wysokim średniorocznym tempem wzrostu gospodarczego i równomiernością rozkładu dochodów zbliżoną do unijnej średniej.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Vienna House otwiera nowy hotel w Warszawie

W lutym 2019 roku w biznesowej dzielnicy stolicy Polski zostanie otworzony hotel Vienna House Mokotow Warsaw. Zlokalizowany w pobliżu lotniska jest przeznaczony głównie dla osób podróżujących służbowo, ale także dla gości ceniących industrialne wzornictwo, tętniące życiem lobby, kreatywne spotkania i pierwszorzędną kuchnię.

Vienna House otwiera nowy hotel w WarszawiePolska staje się coraz bardziej atrakcyjnym krajem dla rynku konferencyjnego i międzynarodowego biznesu. W tym roku dołączyła do grupy krajów rozwiniętych w indeksie FTSE Russell. W 2017 roku polski rynek konferencyjny wzrósł o 11%, a polskie porty lotnicze obsłużyły o 17% więcej pasażerów niż w ubiegłym roku. Warszawa, jako stolica Polski, jest coraz popularniejszym celem podróży służbowych, a Mokotów/Służewiec jest największym centrum biurowym, w którym swoją siedzibę ma wiele międzynarodowych firm. Ta szybko rozwijająca się dzielnica jest idealną lokalizacją dla kolejnego hotelu Vienna House w Polsce.

„Decyzja o otwarciu hotelu w Warszawie była dla nas oczywista. Wybór Mokotowa też nie był przypadkowy. To miejsce, gdzie kwitnie biznesowe życie stolicy i któremu ciągle brakuje hoteli i lokali gastronomicznych” – podkreśla Rupert Simoner, CEO Vienna House. „Vienna House Mokotow Warsaw nie będzie tradycyjnym hotelem. Będzie to miejsce, gdzie osoby podróżujące służbowo, oprócz pracy, będą mogły spędzić przyjemne chwile. Do ich dyspozycji będzie lobby bar, strefa fitness z widokami na miasto, restauracja Greenhouse, taras w stylu włoskiego placu i miejsce kreatywnych spotkań.

Wyposażenie wnętrz cechuje wysoka jakość ze szczególnym uwzględnieniem zrównoważonego rozwoju, inteligentnych technologii, bezpłatnego i szybkiego WiFi oraz wystroju odzwierciedlającego industrialną przeszłość dzielnicy. Dużo zieleni i miejsca coworkingowe, a także zdrowe jedzenie, to cechy charakterystyczne tego hotelu.” – dodaje Marta Karteczka, dyrektor generalna Vienna House Mokotow Warsaw.

Vienna House Mokotow Warsaw znajduje się zaledwie 10 minut jazdy samochodem od Lotniska Chopina. Usługi obiektu zostały opracowane z myślą o najwyższym komforcie gości biznesowych, którzy doceniają nowoczesne rozwiązania technologiczne, wysoką jakość i troskę o środowisko. Dla osób zaznajomionych z projektowaniem wnętrz hotel połączył industrialny charakter dzielnicy z nowoczesnymi trendami projektowymi i sztuką. Betonowe i stalowe elementy łączą się z bujną zielenią, a okna sięgające od podłogi do sufitu stwarzają uczucie przebywania na zewnątrz, w naturalnym środowisku.

W każdej chwili goście mogą zdecydować, czy chcą spędzić czas w towarzystwie czy samodzielnie. Mają też możliwość zameldowania i wymeldowania się samodzielnie za pomocą smartfona lub specjalnych stacji albo w tradycyjny sposób – w recepcji. Informacje o atrakcjach w okolicy mogą uzyskać od recepcjonistów lub za pośrednictwem mobilnego concierge. Jest on dostępny po zalogowaniu się do bezpłatnej sieci szybkiego WiFi.

Przyjazne lobby jest połączone z barem, restauracją i pomieszczeniami konferencyjnymi. Bar jest głównym miejscem spotkań, a strefy coworkingowe zostały zaprojektowane tak, by zapewniać wystarczająco dużo miejsca dla mniejszych spotkań, swobodną pracę i prywatność.

Kreatywne spotkania w idealnej atmosferze

„Każdy, kto spędzi czas w kreatywnej strefie spotkań, już nigdy nie będzie chciał wejść do tradycyjnej sali konferencyjnej.” – mówi Marta Karteczka. „Koncepcja, jaką oferujemy we wszystkich hotelach Vienna House, jest wspaniałą odmianą dla codziennego życia konferencyjnego. Chcemy być pewni, że nasi goście są w pełni zadowoleni. Dlatego też postawiliśmy na inteligentne i kreatywne wyposażenie oraz specjalne wnęki, aby stworzyć wyjątkową, prostą i luźną atmosferę”.

Strefa konferencyjna o powierzchni 180 metrów kwadratowych składa się z czterech sal. Trzy sale można dowolnie łączyć, a z części lobby i restauracji można stworzyć foyer. Okna sięgające od podłogi do sufitu wpuszczają do wszystkich sal światło słoneczne o każdej porze roku. W czasie przerw podawane są zdrowe, zrównoważone i świeże produkty w wyjątkowy sposób, zapewniając uczestnikom odpowiednią dawkę energii. Lokalizacja w samym sercu warszawskiej dzielnicy biznesowej sprawia, że organizacja spotkań w obiekcie jest idealnym pomysłem dla firm szukających niestandardowych przestrzeni konferencyjnych i szkoleń. Kolejną korzyścią dla organizatorów spotkań i gości biznesowych jest 50 miejsc parkingowych w garażu podziemnym.

Gościnność i pokoje

Goście mogą wybrać spośród różnych opcji śniadaniowych. Ci, którzy spieszą się na poranny samolot, mogą skorzystać z opcji „grab & go”. Jest ona dostępna od poniedziałku do piątku, od godziny 5:30. Goście, którzy mają więcej czasu, mogą delektować się obfitym śniadaniem w formie bufetu obejmującym zdrowe i świeże soki oraz koktajle, domowe przetwory i produkty regionalne. Restauracja Greenhouse oferuje pierwszorzędne steki, a także dania wegetariańskie ze świeżych, regionalnych składników.

Wszystkie 164 pokoje mają długie łóżka o długości 2,10 metra oraz biurka umieszczone w oddzielnej części. Pokoje Superior są dodatkowo wyposażone w szezlong lub rozkładaną sofę, stolik kawowy i designerski ekspres do kawy. Dla alergików przeznaczono 6 pokoi, a 19 pokoi można łączyć z sąsiadującymi. Wystrój wnętrz stanowi kombinację betonowych i stalowych elementów z naturalnymi materiałami, takimi jak drewno i wełna w ciepłych kolorach. Telewizory Smart TV mają inteligentny system sterowania, a designerska łazienka jest małą strefą spa. Te udogodnienia w pokojach pozwalają skupić się zarówno na pracy, jak i na odpoczynku w czasie wolnym.

Wszystkie pokoje wyposażono w okna sięgające od podłogi do sufitu. Znajdują się one także w studiu fitness na 6. piętrze, gdzie goście mogą wykonać trening wytrzymałościowy i siłowy, podziwiając jednocześnie panoramę Mokotowa.

Kurs euro do dolara w okolicach 1,135. Złoty pod presją

Na rynku walutowym nadal głównym tematem pozostaje Brexit. Decyzja premier T.May o przełożeniu głosowania nad przyjęciem treści umowy wyjścia Wielkiej Brytanii z UE doprowadziła do nasilenia niezadowolenia wśród części członków jej własnej partii skutkującego złożeniem wotum nieufności. May obroniła stanowisko przewodniczącej Partii Konserwatywnej, ale nie zmienia to faktu, że temat Brexitu nadal będzie ciążyć nastrojom w Europie.

Kurs EUR/USD utrzymuje okolice 1,135 obecnie dodatkowo nieznacznie wspierany doniesienia z Europy, gdzie rząd Włoch ma obniżyć wielkość deficytu założonego w projekcie przyszłorocznego budżetu, łagodząc spór z KE. Ponadto na rynek dotarły informacje o planach zmiany polityki przemysłowej Pekinu i większym otwarciu tamtejszego rynku dla zagranicznych firm oraz o dużych zakupach przez Chińczyków amerykańskiej soi, pierwszych od ogłoszenia „rozejmu” w wojnie handlowej.

Presja na wspólną walutę nadal jednak pozostaje, co widać m.in. po nieudanych atakach na 1,14 co negatywnie wpływa na notowania złotego, m.in. podnosząc w ostatnich dniach kurs EUR/PLN powyżej 4,30 (obecnie bliżej 4,29).

Nastrojom na rynkach CEE nie sprzyja zakładana na grudzień podwyżka stóp przez Fed (wspierana kondycją rynku pracy i inflacją powyżej celu Fed-u), nawet jeśli czy to w treści komunikatu czy w wynikach dla nowych projekcji makroekonomicznej mogą pojawić się elementy wskazujące na planowane spowalnianie tempa normalizacji polityki pieniężnej w USA. Po zakładanej grudniowej podwyżce, przedziałowy poziom stóp w USA będzie wynosił 2,25-2,50% podczas gdy w strefie euro stawka depozytowa utrzymywana jest obecnie poniżej zera i raczej nie zapowiada się, aby jej poziom wkrótce mógł zostać podniesiony, zważywszy na spowalniającą gospodarkę EZ. W perspektywie dwóch lat rynek FRA zakłada utrzymanie ujemnej stawki depozytowej. Różnica poziomów stóp procentowych pomiędzy US a EZ nadal będzie więc wspierała dolara kosztem euro i walut ryzykownych.

Choć w środę pozytywnie zaskoczyły dane produkcyjne ze strefy euro (w październiku wzrost o 1,2% r/r wobec 0,7% oczekiwanych), nie zmienia to faktu, że gospodarka europejska spowalnia, na co wskazywał m.in. słaby odczyt dla zamówień przemysłowych, częściowo odzwierciedlający osłabienie wzrostu światowego handlu.

Na coraz słabsze dane europejskie uwagę zwróci zapewne EBC podczas zaplanowanego na czwartek posiedzenia, choć trudno jest oczekiwać, aby zmianie uległa polityka pieniężna (nadal pozostanie zapewne akomodacyjna ze względu na utrzymującą się niską inflacją bazową). Obecnie rynek wycenia wyjście EBC z ujemnych stóp procentowych nie wcześniej niż za 2 lata. Nie jest wykluczone, że zgodnie z nieoficjalnymi doniesieniami po grudniowym zakończeniu QE bank zdecyduje się TLTRO uczynić stałym instrumentem ze zmienną stopą procentową, albo jako pierwszą nieznacznie podniesie jedynie ujemną obecnie stawkę depozytową, co de facto oznaczałoby utrzymywanie nadal łagodnej polityki monetarnej w strefie euro.

Obok EBC w czwartek posiedzenia decyzyjne odbędą też Bank Szwajcarii i Bank Norwegii oraz poznamy tygodniowy raport z rynku pracy w USA (initial  jobless claims).

Wykres dnia: Wzrost cen w amerykańskiej gospodarce wyhamowuje, jednak obecne poziomy zarówno CPI, jak i PPI pozwalają Fed po raz kolejny w tym roku podnieść stopy procentowe o 25 pb.

Wzrost cen w amerykańskiej gospodarce wyhamowuje, jednak obecne poziomy zarówno CPI, jak i PPI pozwalają Fed po raz kolejny w tym roku podnieść stopy procentowe o 25 pb
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Michał Styś: Współczesny biznes lubi być blisko siebie

Już od ponad pół wieku miasta na całym świecie próbują, z lepszym bądź gorszym skutkiem, powtórzyć sukces północnej części Doliny Santa Clara w Kalifornii, znanej potocznie jako Dolina Krzemowa. Dlaczego ciągnie swój do swego? Jak na skróceniu dystansu korzystają zarówno małe, jak i duże podmioty? Michał Styś, dyrektor zarządzający firmy OPG Property Professionals, z wykształcenia architekt i urbanista wyjaśnia, jak owo zjawisko wpływa na kształt przestrzeni miejskiej, a w konsekwencji – współczesny rynek nieruchomości.

Michał M. Styś Dyrektor OPG
Michał M. Styś
Dyrektor Zarządzający
OPG Orange Property Group

W kontekście rozwoju gospodarczego miast od dłuższego czasu mówi się o nowych hubach technologicznych czy zagłębiach nowoczesnych usług dla biznesu. Z czego wynika owa potrzeba bliskości, nie tylko branżowej, ale i topograficznej?

Michał Styś: W poszukiwaniu firm o podobnym profilu, skumulowanych w bliskim otoczeniu, moglibyśmy cofnąć się jeszcze do czasów rewolucji przemysłowej w Europie, kiedy to jak grzyby po deszczu wyrastały kolejne przedsiębiorstwa produkcyjne, tkalnie, szwalnie funkcjonujące w ramach dużych kompleksów fabrycznych. Dostęp do kluczowych zasobów i infrastruktury komunikacyjnej był oczywiście ważny, choć, podobnie jak dziś, chodziło o coś więcej. Skupienie podmiotów działających w podobnych obszarach ułatwia nawiązywanie współpracy w formie partnerstw czy większych klastrów, co umożliwia osiąganie wspólnego celu, jakim jest dynamiczny rozwój. Dawniej można było mówić o integracji i optymalizacji łańcucha produkcyjnego, dziś – o płynnym przepływie technologii i zasobów ludzkich, łatwiejszej współpracy czy korzyściach marketingowych. Tworzenie takich zagłębi pozwala także tworzyć sieć usług lepiej dopasowanych do potrzeb klientów i branż, w których operują dane podmioty.

Praktycznie każde większe miasto chciałoby mieć własną Dolinę Krzemową. Paradoksalnie, powtórzyć sukces jest często trudniej, niż osiągnąć go po raz pierwszy. Na czym polega recepta?

MS: Przedsiębiorstwa z Doliny Krzemowej wyróżnia mocno rozwinięte podejście do kwestii innowacyjności, ich strategie innowacji są niejako zrośnięte z ogólnym planem rozwoju firmy. Dlatego czynnikiem sukcesu byli tu na pewno ludzie z wizją, determinacją oraz konsekwencją w działaniu. Ale specjalizacja danej przestrzeni sprzyja też profesjonalizacji kadr. Branżowe zagłębia nie tylko przyciągają doświadczonych specjalistów, lecz kładą też mocne fundamenty pod rozwój młodych pracowników wywodzących się z okolicznych uczelni. Niewątpliwym atutem Doliny Krzemowej byli położeni blisko siebie inwestorzy venture capital, rządowe centra badawcze oraz wysokiej klasy uczelnie: MIT, Berkeley, Harvard czy Caltech. Uniwersytet Stanforda dzieli od siedziby Intela zaledwie osiemnaście kilometrów, od Google’a – sześć.

Skróćmy zatem nieco dystans i przyjrzyjmy się, jak zagłębia branżowe funkcjonują na poziomie przestrzeni miejskiej. W jaki sposób zjawisko to wpływa na rynek nieruchomości?

MS: Zajmując się na co dzień identyfikacją i analizą możliwości inwestycyjnych widzę, że współczesny biznes poszukuje. Lubi miejsca niestandardowe, klimatyczne, z charakterem. Osobiście fascynuje mnie historia Silicon Docks, którą miałem okazję śledzić bezpośrednio, pracując w Dublinie. Znajdująca się w centrum miasta dzielnica portowa przeszła głęboką zmianę – od zdegradowanych terenów borykających się z piętrzącymi się problemami socjo-ekonomicznymi do nowoczesnej dzielnicy i hubu technologicznego, w którym swoje oddziały otworzyli m.in. Facebook, Twitter, LinkedIn, Amazon czy Google. Wszystko to za sprawą niezwykle udanej rewitalizacji, w której duży udział miała budowa nowych przestrzeni typu mixed-use, zorientowanych na potrzeby zarówno gigantów, jak i mniejszych podmiotów. Nad kanałami rzeki Liffey znalazło się miejsce na biura, usługi, mieszkania, ciekawą gastronomię i bogatą ofertę kulturalną. Prawdziwe miasto w mieście.

Co do tego typu miejsc przyciąga biznes?

MS: Mimo postępującej na naszych oczach cyfryzacji i wirtualizacji, małe odległości w świecie rzeczywistym i skupienie biznesów w jednym miejscu sprzyja podejmowaniu współpracy. Zagłębia otwierają drzwi do rozwoju dla mniejszych firm o wysokim potencjale intelektualnym, a jednocześnie zapewniają dużym graczom dostęp do bazy talentów oraz pozwalają łatwiej outsourcować specjalistyczne zadania na zewnątrz. Oczywiście warto też wspomnieć o kwestii budowania wizerunku pracodawcy. Możliwość wyskoczenia na lunch do pobliskiej, klimatycznej knajpki czy kreatywna atmosfera w biurze to atuty, na które coraz częściej zwracają uwagę pracownicy. Mniej formalny charakter ułatwia współpracę globalnych firm technologicznych ze startupami i inkubatorami przedsiębiorczości, które mogą się spotkać na przykład w położonym na parterze ramen-barze czy gastro-pubie.

Czy mamy szanse powtórzyć sukces Silicon Docks w Polsce?

MS: Jak najbardziej, biorąc pod uwagę potencjał intelektualny oraz determinację ludzi z branż technologicznych i wyspecjalizowanych usług dla biznesu, a także to ile mamy w polskich miastach klimatycznej, poprzemysłowej zabudowy. W Warszawie rozwijana jest przestrzeń dawnej Wytwórni Wódek „Koneser”, gdzie swoje biuro otworzyło Google. Doświadczenia wyniesione z Irlandii staramy się przełożyć w Łodzi na projekt OFF Piotrkowska Center. W starej fabryce bawełny Franciszka Ramischa tworzymy kreatywny ekosystem, kusząc kolejne firmy technologiczne wyjątkowym klimatem miejsca, unikatową ofertą gastronomiczną oraz dostosowaną do zróżnicowanych potrzeb powierzchnią na wynajem. Znalazło się tu już miejsce zarówno dla obiecujących, łódzkich startupów, które zamieszkują przestrzeń Co\Walk HUB, jak i renomowanych firm, takich jak UNIT9, która jest wiodącą na świecie agencją interaktywną, specjalizującą się w komercyjnych zastosowaniach VR i AR. Wraz z rewitalizacją starych i budową nowych obiektów, przybywa u nas podmiotów, dzięki którym OFF staje ważnym punktem na technologicznej mapie Łodzi i regionu.

Digitalizacja dokumentacji pracowniczej zaoszczędzi gospodarce 130 mln zł

Od początku 2019 roku zaczną obowiązywać nowe regulacje prawne dotyczące prowadzenia dokumentacji pracowniczej. Przedsiębiorcy będą mogli przechowywać akta osobowe i płacowe swoich pracowników w formie cyfrowej bez konieczności przetrzymywania wersji papierowej. Dzięki temu będą mogli zredukować koszty, zwiększyć bezpieczeństwo i oszczędzić czas. Według Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, dzięki cyfryzacji dokumentacji firmy zatrudniające około 500 pracowników będą mogły zredukować koszty nawet o 200 tys. zł rocznie. Przygotowując się do wdrożenia nowych przepisów Work Service przeprowadził digitalizację 8 mln dokumentów.

Ministerstwo Rozwoju szacuje, że łączne roczne koszty administracyjne w polskiej gospodarce z tytułu prowadzenia i przechowywania dokumentacji pracowniczej wynoszą 130 mln zł. W ramach projektu #100zmianDlaFirm Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii we współpracy m.in. z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej i Zakładem Ubezpieczeń Społecznych przygotowało projekt ustawy dotyczącej przechowywania akt pracowniczych.

W rezultacie od 1 stycznia 2019 roku firmy będą miały możliwość przetrzymywania dokumentacji osobowej i płacowej swoich pracowników również w formie elektronicznej i nie będą musiały przechowywać jej w formie papierowej. Zmiany te mają za zadanie wesprzeć przedsiębiorstwa w rozwoju technologicznym. Digitalizacja dokumentów pozwoli na przyspieszenie procesu opracowywania akt, zaoszczędzi czas wyszukiwania i weryfikacji danych oraz znacznie zredukuje koszty. Według szacunków MPiT – w przypadku firm zatrudniających około 500 pracowników – cyfryzacja dokumentacji może zaoszczędzić nawet około 200 tys. zł rocznie.

– Elektroniczna forma dokumentów pracowniczych szczególnie polecana jest dużym podmiotom, których struktura organizacyjna jest rozproszona, a dokumentacja papierowa powstaje i jest przechowywana w wielu miejscach. Jednocześnie zachodzi konieczność jej regularnego przekazywania wewnątrz organizacji. Dzięki digitalizacji dokumentów firmy mogą zaoszczędzić pieniądze, czas, a także sporo miejsca – mówi Robert Presz, kierownik Zespołu Archiwum w Work Service. – Wprowadzenie nowych standardów obiegu dokumentacji ułatwi prowadzenie audytów i zabezpieczy dokumentację przed utratą, zniszczeniem czy uszkodzeniem. W Work Service w ciągu ostatnich 6 lat przeprowadziliśmy cyfryzację 8 mln dokumentów. Gdyby ułożyć je jeden obok drugiego, dałoby to ponad pół kilometra, co stanowi niemal połowę długości dolnej promenady Stadionu Narodowego w Warszawie – dodaje Robert Presz.

Choć w obecnych warunkach prawnych każde przedsiębiorstwo w Polsce musi przechowywać akta pracownicze w formie papierowej, wiele firm  – mając na uwadze, że od Nowego Roku zmienią się przepisy – odpowiednio wcześniej zdecydowało się na digitalizację dokumentacji. W związku z tym Work Service od 6 lat proponuje takie rozwiązanie, które pozwala na optymalizację procesu zarządzania dokumentacją kadrową. Rozwiązaniem tym jest digitalizacja i parametryzacja akt osobowych, zarówno byłych, jak i obecnie zatrudnionych pracowników. Dokumenty w wersji elektronicznej przechowywane są u klienta, lub na serwerach przez Work Service. W przypadku przechowywania dokumentów na serwerach Work Service, udostępnianie dokumentów klientowi odbywa się przy wykorzystaniu dowolnej przeglądarki internetowej, lub na urządzeniach mobilnych.

Kiedy i jak zakończy się „wojna handlowa”?

Czy czeka nas eskalacja konfliktu między USA a Chinami? A może to tylko teatr polityczny? Eksperci Ebury skłaniają się bardziej ku drugiej możliwości.

Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska
Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska

W ostatnich miesiącach kluczowym tematem w świecie finansów była kwestia napięć polityczno-gospodarczych między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Skutki tego konfliktu odczuwają także polscy inwestorzy i przedsiębiorcy. Szczególnie zaniepokojeni są polscy eksporterzy i importerzy mający kontakty handlowe z Państwem Środka. Z myślą o nich postanowiliśmy zebrać najważniejsze fakty ostatnich miesięcy, a także zastanowić się co może się dalej wydarzyć w tym konflikcie” – zapowiada analizę Jakub Makurat, dyrektor generalny Ebury Polska.

Wydarzenia ostatnich miesięcy

Jednym z głównych założeń polityki prezydenta USA było obniżenie deficytu w handlu zagranicznym. Donald Trump podjął w tym celu zdecydowane kroki:

  • (Marzec 2018) USA nakładają 25-procentowe cło na wyroby ze stali i 10-procentowe cło na wyroby z aluminium.
  • (Czerwiec 2018) USA nakładają 25-procentowe cła na ekwiwalent ok. 50 mld USD chińskiego importu, przede wszystkim wyroby przemysłowe.
  • (Lipiec 2018) Trump grozi cłami na wszystkie produkty importowane z Chin.
  • (Wrzesień 2018) USA nakładają 10-procentowe cło na dodatkowe 6.000 towarów importowanych z Chin, o łącznej wartości 200 mld USD (w 2019 r. cło miało wzrosnąć do 25%, obecnie proces wzrostu ceł został jednak wstrzymany).
  • (Listopad 2018) Trump grozi 10-procentowy cłem na import „laptopów i iPhone’ów”.

Chińskie władze nie pozostały obojętne i zdecydowały się na „odwet”. I tak ogłoszono m.in. wprowadzenie opłat celnych na 6.000 grup towarów importowanych z USA (o łącznej wartości 60 mld USD). Odwetowi towarzyszy strach przed pogorszeniem relacji handlowych z USA, ponieważ jest to największy partner handlowy Chin. Wymiana ze Stanami Zjednoczonymi to aż 20% chińskiego eksportu i 10% całego importu kraju.

Szybko stało się jasne, że w przypadku eskalacji tej „wojny handlowej” Chiny mogą wpaść w tarapaty. A kraj, choć gospodarczo radzi sobie dobrze na tle innych światowych gospodarek, tak w ostatnim czasie wyraźnie zwalnia. Ostatnio w konsekwencji m.in. pogorszenia nastrojów spadły wszystkie wskaźniki opisujące aktywność przedsiębiorstw. Choćby we wrześniu wskaźnik PMI Caixin dla przemysłu spadł do poziomu 50. Silnie obniżył się również indeks aktywności przedsiębiorstw z sektora przetwórczego Markit, zwalnia również sprzedaż detaliczna.

Samo tempo wzrostu gospodarczego jest wyraźnie niższe niż jeszcze kilka lat temu. Przykładowo, wzrost PKB Chin w 2010 r. był dwucyfrowy (12%), tymczasem w trzecim kwartale 2018 r. wyniósł on 6,5% w ujęciu rocznym. Jest to najwolniejsze tempo wzrostu od pierwszego kwartału 2009 r. Co istotne, prognozy zakładają dalsze wyhamowywanie wzrostu gospodarczego – w 2019 r. ma on wynieść 6,3% rocznie.

Warto zaznaczyć, że wzrost gospodarczy Chin w 2018 r. dotychczas był wspierany przez dobrą sytuację eksportu (odpowiada on za ok. 20% chińskiego PKB). Konsekwencje wojny handlowej mogłyby więc negatywnie odbić się na wzroście gospodarczym Państwa Środka i przyspieszyć wytracanie jego tempa. Ryzyko realizacji tego scenariusza, obok obaw związanych z zaburzeniem globalnych łańcuchów dostaw, wprowadzało spory niepokój wśród uczestników rynku finansowego. W jego konsekwencji nastąpił przepływ kapitału do walut powszechnie uznawanych za bezpieczne, tj. dolara, jena i franka szwajcarskiego. Inwestorzy równocześnie zaczęli spodziewać się wyższej zmienności na CNY, co obrazuje poniższy wykres.

Implikowana zmienność kursu USD/CNY (grudzień ’17-grudzień ‘18)

Implikowana zmienność kursu USD CNYŹródło: Thomson Reuters Datastream

Na szczęście rynki finansowe złapały ostatnio trochę oddechu. Podczas szczytu G20 Donald Trump spotkał się z przewodniczącym Chińskiej Republiki Ludowej – Xi Jinpingiem. Spotkanie było owocne i skutkowało decyzją o wstrzymaniu procesu wprowadzania dodatkowych opłat celnych na okres 90 dni (w tym zatrzymania wzrostu 25-procentowego cła na w chińskich produkty o równowartości 200 mld dolarów z obecnych 10-procent). Ponadto Chiny zgodziły się na wspieranie amerykańskiego eksportu, aby ograniczyć nierówności w handlu. Zwiększyły się więc szanse na zawarcie porozumienia w sprawie. handlu.

Jaka była reakcja rynku?

Po ostatnim spotkaniu prezydenta Trumpa z Xi Jinpingiem, juan chiński (CNY) zaczął odrabiać straty z poprzednich miesięcy, lecz obecnie nadal jest zdecydowanie słabszy w stosunku do dolara amerykańskiego niż na początku roku. Podobny poziom juan osiągał w maju 2008 r., czyli u szczytu kryzysu. We wrześniu CNY był najsłabszy względem euro od 4 lat. Z kolei w parze z polskim złotym, juan w całym 2018 r. pozostawał względnie stabilny.

Kurs USD/CNY i EUR/CNY (grudzień ’17-grudzień ‘18)

Kurs USD CNY i EUR CNYŹródło: Thomson Reuters Datastream

Wyprzedaż CNY w 2018 r. była w istotnym stopniu spowodowana znaczną siłą USD. Oprócz tego, że dolar amerykański jest uznawany za walutę bezpieczną, którą skupują inwestorzy w „niespokojnych czasach”, waluta zyskiwała przede wszystkim z uwagi na wewnętrzną siłę oraz słabość drugiej głównej waluty – euro.

Finansowy świat w napięciu czeka na dalszy rozwój wypadków w rozgrywce USA i Chin. Analizując bieżącą sytuację: nie uważamy, żeby Gabinet Donalda Trumpa prowadził działania mające na celu zaburzenie sytuacji w światowym handlu, a dalsze opłaty celne na całość chińskiego eksportu naszym zdaniem nie zostaną wprowadzone.

Protekcjonistyczną retorykę prezydenta Trumpa uznajemy w głównej mierze za teatr polityczny, a jego groźby za technikę negocjacyjną: zmiany wprowadzane przez prezydenta Trumpa zazwyczaj zaczynają się od głośnych deklaracji, które pod koniec okazują się mieć niewielkie znaczenie.

Autorzy: Analitycy Ebury (Matthew Ryan i Roman Ziruk)

Trendy technologiczne na rok 2019 według Cisco

Zgodnie z przewidywaniami, rok 2018 upłynął pod znakiem większej gotowości do wykorzystania bogactwa danych w ramach organizacji. Optymalizacja i zarządzanie środowiskami multicloud stanowiły priorytet dla wielu przedsiębiorstw, podobnie jak potrzeba umieszczenia cyberbezpieczeństwa w centrum strategii biznesowej. Oba te trendy pozostaną aktualne w roku 2019.

W nadchodzącym roku najpewniej będziemy obserwowali intersującą mieszankę „ewolucji” – ekspansję i rozwój trendów, które są obecnie na rynku oraz „rewolucji” zmieniających się oczekiwań, co wymusi na organizacjach szybszą cyfrową transformację i implementację nowych technologii.

  1. Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe staną się codziennością

Dzięki pracy społeczności badaczy, większej dostępności gotowych zbiorów danych, wzrostowi mocy obliczeniowej oraz postępowi matematycznemu, w ciągu ostatnich kilku lat, sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe zyskały szansę na błyskawiczny rozwój.

Innowacje w zakresie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego pozwoliły rozwiązać wiele problemów, z którymi zmagał się biznes, przez co w technologii tej pokładane są ogromne nadzieje. Niektóre zastosowania, szczególnie konsumenckie, takie jak autonomiczne samochody czy roboty przypominające człowieka, wpływają na wyobraźnię opinii publicznej. Powszechny entuzjazm jest jednak tylko częściowo uzasadniony, ponieważ przedsiębiorstwa wciąż uczą się, jak wdrażać AI i ML (ang. Artificial Intelligence i Machine learning).

Po pierwsze, aby móc wdrożyć AI i ML, biznes musi odpowiednio zarządzać zasobami cyfrowymi: procesem pozyskiwania, przetwarzania i obiegu danych, które dostarczają systemom informacji, służących do wizualizacji danych. Na ich podstawie specjalista może wyciągać wnioski, przewidywać następstwa oraz tworzyć szerszy obraz danego zagadnienia biznesowego. Mimo ogromnych oczekiwań, 2019 będzie rokiem, w którym sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe raczej przyśpieszą pracę człowieka i wesprą go w procesach podejmowania lepszych decyzji, niż zrobią to za niego. Przykładowo, fundusze hedgingowe już teraz wykorzystują AI do wsparcia nowych modeli handlowych. W czasach ogromnych niedoborów specjalistów działy HR sięgają po sztuczną inteligencję w celu pozyskania i utrzymania pracowników.

Cisco wykorzystuje AI i ML do rozwiązywania realnych problemów w sposób pragmatyczny. Przykładowo, analizuje ogromne zbiory danych sieciowych, identyfikuje i zapobiega rozprzestrzenianiu się zagrożeń lub zapewnia sprawniejszy przepływ pracy. Cisco DNA Analytics może wydobywać dane dotyczące telemetrii sieciowej, bezpiecznie je anonimizując, agregując oraz ucząc się zawartych w nich wzorców. Następnie sprawnie przekazuje zdobytą wiedzę i spostrzeżenia wszystkim klientom. Umożliwia to redukcję kosztów operacji sieciowych oraz zwiększenie poziomu bezpieczeństwa. Z kolei Cisco Encrypted Traffic Analytics (ETA) jako pierwsze rozwiązanie na rynku wykorzystuje uczenie maszynowe do wykrywania złośliwego oprogramowania w ramach szyfrowanego ruchu sieciowego bez potrzeby odszyfrowywania go. Natomiast Cisco WebEx Assistant używa przetwarzanie języka naturalnego do rozpoznawania głosu czy automatycznego „wdzwaniania” się na spotkania. Możemy spodziewać się dalszego, dynamicznego rozwoju tej technologii w 2019 roku.

  1. Internet się rozrasta w niewyobrażalny wcześniej sposób

Jak wynika z raportu Cisco Visual Networking Index (VNI), do 2022 roku ruch IP w sieci osiągnie większy poziom niż w całej dotychczasowej historii Internetu.

Zapotrzebowanie odnośnie przepustowości będzie wciąż rosło w równym tempie. Globalny ruch IP wzrośnie trzykrotnie w okresie 2017 – 2022. Skumulowany roczny wskaźnik wzrostu wyniesie 26%.

Do 2022 roku ponad 60% światowej populacji będą stanowili użytkownicy Internetu. Osoby dopiero wkraczające w ten cyfrowy świat będą miały do czynienia z zupełnie inną siecią – łączącą ludzi w ich codziennym życiu za pośrednictwem urządzeń wearables, inteligentnych urządzeń gospodarstwa domowego oraz autonomicznych samochodów. Mniej widoczny, lecz nie mniej znaczący dla rozwoju sieci, będzie szeroki wachlarz sensorów Internetu rzeczy – wykorzystywanych np. w portach w celu optymalizacji i zapewnienia bezpieczeństwa żeglugi lub projektach smart city mających na celu ułatwienie znajdowania miejsc parkingowych, co wpływa na ochronę środowiska. Ponad 28 miliardów urządzeń i połączeń będzie online, a ponad połowa z nich będzie związana z komunikacją M2M (machine-to-machine).

Wszystkie te dodatkowe połączenia wpłyną na znaczny wzrost przepustowości, a także szybkości Wi-Fi oraz Internetu mobilnego. Średnia prędkość połączeń z siecią, zarówno szerokopasmową, jak i bezprzewodową, ulegnie podwojeniu do 2022 roku, a w przypadku połączeń w sieciach mobilnych potrojeniu, w porównaniu z rokiem 2017.

  1. Od ultra-HD, do wideo na żywo i wirtualnej rzeczywistości (VR) – wzrost znaczenia mediów wizualnych będzie wymagał dużej przepustowości sieci

Już do 2022 r. treści wideo będą stanowić 82% całego ruchu IP. W tym czasie kontent wideo na żywo wzrośnie 15-krotnie w stosunku do stanu z 2017 r. W 2022 r. będzie stanowił już 17% całego internetowego ruchu wideo.

Ruch generowany przez wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość również wzrośnie, ponieważ technologie te staną się coraz popularniejsze wśród konsumentów. Będzie to spowodowane większą dostępnością sprzętu i rosnącym zasobem treści do konsumpcji. W ciągu następnych pięciu lat ruch związany z aplikacjami wykorzystującymi rzeczywistość wirtualną i rozszerzoną ma wzrosnąć 12-krotnie. W przyszłym roku powinniśmy zaobserwować także więcej zastosowań VR w biznesie, od wirtualnych prezentacji po testy i oceny produktów i nieruchomości online.

  1. Łączność komórkowa będzie nadal rosnąć, a sieć 5G zacznie wychodzić z bloków startowych

W 2019 roku mobilny ruch danych nadal będzie rósł szybciej w stosunku do innych form ruchu w sieci. W związku z wczesnym etapem rozwoju sieci 5G, protokoły 3G i 4G nadal będą używane w 2019 roku.

Według raportu Cisco Visual Networking Index, już do 2022 roku 22% globalnego ruchu internetowego będzie pochodziło z sieci komórkowych (wzrost z 12% w 2017 r.). Do 2022 roku około 3% urządzeń / połączeń mobilnych w skali globalnej będzie w stanie obsłużyć technologię 5G. Co ciekawe, prawie 12% globalnego ruchu mobilnego będzie pochodziło właśnie z 5G.

Zgodnie z oczekiwaniami, operatorzy sieci komórkowych z całego świata rozpoczynają wprowadzanie próbnych sieci 5G (Lifewire: Dostępność sieci 5G na całym świecie). Wielu ekspertów z branży uważa, że wdrożenia 5G na dużą skalę zaczną kształtować się dopiero w 2020 r., kiedy standardy sieci mobilnych, optymalne biznesplany, spektrum związanych z tym usług i inne kwestie operacyjne zostaną dopracowane.

  1. Technologia blockchain otworzy rynek na nowe innowacyjne zastosowania, nie tylko dla dużych przedsiębiorstw

Blockchain nadal będzie rozwijać się w obszarach związanych z zarządzaniem łańcuchem dostaw, sieciami, cyfrową tożsamością czy handlem walutami. Prawdopodobnie wszyscy najwięksi dostawcy usług w chmurze wdrożą rozwiązania oparte o blockchain już do końca 2019 roku i technologia ta stanie się niezbędnym elementem oferty związanej ze sztuczną inteligencją (AI) i Internetem rzeczy (IoT) już w ciągu najbliższych kilku lat.

Równie interesujące jest wykorzystanie blockchaina poza biznesem. Wśród wielu zastosowań, technologia ta może służyć m.in. do zwalczania handlu dziećmi, sprawdzania czy minerały w produktach pochodzą ze źródeł wolnych od konfliktów, a także do kupowania i sprzedaży energii na niezależnych mikrogiełdach.

Eksperci Cisco wierzą w wartość partnerstw z takimi organizacjami, jak Trusted IoT Alliance, Hyperledger i Blockchain Research Institute, mających na celu zbadanie potencjału technologii blockchain. Tego typu inicjatywy będą odgrywać coraz większą rolę w odkrywaniu innowacyjnych sposobów i możliwości użycia blockchaina w ciągu najbliższych kilku lat.

  1. Firmy będą coraz częściej musiały przedefiniować wykorzystanie ich sieci

W 2019 roku coraz więcej firm będzie musiało skoncentrować się na transformacji sieci, aby nadal móc dostarczać klientom najwyższej jakości usługi.

Niestety dzisiejsze sieci nie zostały zbudowane tak, aby zaspokoić potrzeby, które narodzą się w ciągu najbliższych kilku lat. Niezależnie od technologii – 5G, wirtualna rzeczywistość, IoT czy sztuczna inteligencja (AI) / uczenie maszynowe (ML) – za wszystkimi trendami, które zyskują na znaczeniu, stoi cyfrowy szkielet składający się z wielu publicznych i prywatnych sieci. Co więcej, biorąc pod uwagę, że do 2020 roku milion rzeczy co godzinę będzie pojawiać się online, obecna infrastruktura sieciowa stanie się coraz bardziej obciążona. Wzrost liczby urządzeń, wymagań dotyczących przepustowości i powierzchni ataków oznacza także, że manualne administrowanie sieciami stanie się niepraktyczne.

Firmy muszą mieć możliwość włączania dowolnego urządzenia z dowolnego miejsca w dowolnym czasie w wielu domenach. To, co wcześniej uważano za niezależne sieci – budowane oddzielnie i połączone ze sobą – musi teraz zostać skonsolidowane w jedną, wielodomenową architekturę. Powinna ona być wysoce zautomatyzowana, przewidywać działania, dążyć do samooptymalizacji, uczenia się i naprawy, a bezpieczeństwo traktować jako fundament.

Uspokojenie wokół brexitu

Premier Wielkiej Brytanii Theresa May przetrwała próbę odsunięcia jej od przywództwa w Partii Konserwatywnej, ale skala rebelii tylko podkreśla brak szans na ratyfikację projektu brexitu w parlamencie. W idealnym scenariuszu wczorajsze wydarzenia można odczytywać jako wzrost szans na łagodny brexit pozytywny dla GBP. Ale w polityce nie zawsze chodzi o racjonalne decyzje, a inwestorzy nie są naiwni, by już teraz odzyskać wiarę w funta.

W nadzwyczajnym głosowaniu posłowie Partii Konserwatywnej poparli premier May stosunkiem głosów 200 do 117, tym samym przywódczyni Torysów jest chroniona przed kolejnym takim głosowaniem przez najbliższe 12 miesięcy. Jednak w sprawie negocjacji brexitu niewiele się zmieniło. Ponieważ 1/3 posłów jej partii stała się jej opozycją, umowa rozwodowa z UE w obecnej formie nie ma szans zatwierdzenia w parlamencie. Wielka Brytania i GBP pozostają z nawisem ogromnego ryzyka politycznego. Jeśli May chce dalej walczyć o uzgodniony brexit, dziś i jutro na szczycie UE musi zyskać wsparcie ze strony europejskich przywódców na modyfikacje umowy. W opublikowanym wczoraj drafcie do komunikatu po szczycie liderzy deklarują chęć do szukania dodatkowych form zagwarantowania dobrej woli dla dalszych negocjacji. W niejasnym przekazie chodzi o przekreślenie scenariusza przedłużania backstopu w nieskończoność, czyniąc Wielką Brytanię stałym członkiem unii celnej. Jednak teraz premier May potrzebuje czegoś więcej, wiedząc, że jej własna partia nie da jej wystarczającej ilości głosów do ratyfikacji umowy brexitu. Dla pozyskania głosów parlamentarnej opozycji May może być skłonna poszukać łagodniejszych warunków rozwodu. Skoro nie ma sensu już szukać wsparcia konserwatywnej frakcji własnej partii, może lepiej iść na rękę bardziej pro-unijnej opozycji. W idealnym scenariuszu wczorajsze wydarzenia można odczytywać jako wzrost szans na łagodny brexit pozytywny dla GBP. Ale w polityce nie zawsze chodzi o racjonalne decyzje, a inwestorzy nie są naiwni. Funta czeka częściowe odreagowanie ostatnich zawirowań, ale w żadnym wypadku nie można ogłosić, że najgorsze ma za sobą.

Uspokojenie wokół brexitu pozytywnie jest też przyjmowane przez EUR, któremu wyraźnie szkodziły zawirowania w Wielkiej Brytanii, za to na wszystkim korzystał USD. Dziś EUR ma własny temat do rozgryzienia. Europejski Bank Centralny z oczywistych względów pozostawi stopy procentowe bez zmian, ale prawdopodobnie oficjalnie zakomunikuje zakończenie programu skupu aktywów. Mimo to w obliczu rozczarowujących danych ze strefy euro i niepewności wokół rozwoju sytuacji globalnej można oczekiwań ostrożnego tonu komunikatu. Prezes Draghi może podkreślać przejściowy charakter niektórych negatywnych czynników, ale bank raczej jest zmuszony do nieznacznego obniżenia prognoz wzrostu i inflacji. Jeśli jednak w dalszym ciągu EBC ocenia ryzyka dla perspektyw jako „równoważące się”, powinien też podtrzymać forward guidance dla polityki stóp procentowych – stopy pozostaną na obecnym poziomie co najmniej „do końca lata 2019 r.” Dla EUR wydźwięk zgodny z aktualnymi oczekiwaniami może być pretekstem do sprzedaży faktów i redukcji części krótkich pozycji narosłych w dniach poprzedzających decyzję.

Norges Bank powinien utrzymać stopę procentową bez zmian (czw). Niższe ceny ropy, sygnały osłabienia wśród głównych partnerów handlowych i oznaki spowolnienia w kraju argumentują za ostrożnym podejściem. Mimo to NB jest na drodze normalizacji polityki, więc projekcja ścieżki stopy procentowej prawdopodobnie dalej powinna wskazywać prawdopodobieństwo kolejnej podwyżki w I kw. Obniżenie ścieżki byłoby ciosem dla NOK.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Święta wpędzają w długi. Z powodu wydatków w Boże Narodzenie ponad 60 proc. Polaków ma problemy z opłaceniem bieżących zobowiązań

Święta wpędzają w długi. Z powodu wydatków w Boże Narodzenie ponad 60 proc. Polaków ma problemy z opłaceniem bieżących zobowiązań 12

Ostatni miesiąc roku to wyjątkowo trudny czas dla finansów Polaków. Święta Bożego Narodzenia, prezenty, przygotowania do sylwestra czy sezonowe wyprzedaże sprawiają, że części osób trudno jest dopiąć domowy budżet. Mają problemy ze spłatą kredytów, pożyczek czy bieżących rachunków. Co trzecia osoba na prostą wychodzi w styczniu, niektórzy dopiero w marcu – wynika z danych BIG InfoMonitor. Przekładanie płatności rachunków i zapożyczanie się nie rozwiążą problemu, a tylko pogłębią zadłużenie – podkreślają eksperci. To właśnie w lutym i marcu do rejestru trafia zazwyczaj najwięcej dłużników.

– Spytaliśmy Polaków o wskazanie dwóch najtrudniejszych dla swojego portfela miesięcy w roku. Pewnie nie jest zaskoczeniem, że prawie 2/3 wybrało grudzień. To wyjątkowo trudny czas dla naszych finansów. Wydatki są na tyle duże, że 1/3 badanych powiedziała, że dopiero w styczniu wychodzą na prostą, a niektórym zdarza się jeszcze w lutym mieć problemy finansowe i kłopoty z opłacaniem zobowiązań po tym, jak ich kieszenie wydrenowały wydatki świąteczne i sylwestrowe – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Halina Kochalska, ekspertka Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Z badania „Nastawienie do finansów” wykonanego przez Quality Watch na zlecenie BIG InfoMonitor wynika, że 62 proc. Polaków ma w grudniu problemy z opłaceniem bieżących rachunków, czynszu, rat kredytów i pożyczek. Świąteczne i sylwestrowe zakupy stanowią wyzwanie finansowe częściej dla kobiet (67 proc.) niż dla mężczyzn (56 proc.).

– Wśród badanych na problemy finansowe wynikające z okazji grudniowych wskazują też osoby młode, między 18 a 34 rokiem życia (67 proc.). Większość z nich poza prezentami świątecznymi i wydatkami związanymi z organizacją Bożego Narodzenia, przykłada się też do organizacji sylwestra albo musi wyłożyć spore pieniądze na imprezy sylwestrowe. Te dwa wydatki razem są już sporym obciążeniem – analizuje Halina Kochalska.

Badanie pokazało również, jak grudniowe wydatki wpływają na sytuację finansową mieszkańców poszczególnych województw.

– Problemy finansowe w grudniu częściej wskazują mieszkańcy województwa świętokrzyskiego (81 proc.). Także mieszkańcy województwa podlaskiego i lubelskiego mówili w ok. 50 proc. przypadków, że jest to dla nich okres problematyczny pod względem finansów. Negatywnie wyróżnia się jeszcze województwo łódzkie, gdzie 69 proc. badanych stwierdziło, że w grudniu nie jest łatwo dla portfela – wskazuje ekspertka BIG InfoMonitor.

Część osób nie jest w stanie wytrzymać grudniowych wydatków i ma problemy z dopięciem budżetu. A wówczas albo idzie po pożyczkę, albo odkłada na kolejne miesiące opłacenie bieżących rachunków. Gdy brakuje pieniędzy w portfelu, najczęściej na później przekładamy spłatę pożyczki od znajomych i rodziny.

– Pożyczki od najbliższych i znajomych na pewno nie zostaną spłacone w grudniu. My potrzebujemy więcej pieniędzy w tym czasie, ale dłużnik też na pewno nam ich wtedy nie odda. Następnie przekładane na później są wszelkie płatności szkolne, składki, rady rodzicielskie. Przekładamy też chętnie płatności za przedszkole czy żłobek. Polacy mniej przejmują się także ratą za samochód. Z kolei rata kredytu mieszkaniowego jest na szczycie hierarchii spłacalności – wymienia Halina Kochalska.

Niektórych kuszą krótkoterminowe pożyczki, a podczas zakupu bożonarodzeniowych prezentów – odroczone raty płatności. To jednak, zwłaszcza w połączeniu z przekładaniem części rachunków na później, może się skończyć poważnymi kłopotami. Dane BIG InfoMonitor wskazują, że to w lutym i marcu do rejestru dłużników trafia zazwyczaj więcej osób niż wynoszą średnie miesięczne statystyki. Obecnie 2,8 mln osób ma dług przekraczający 200 zł. Łączne przeterminowane zobowiązania przekraczają 73 mld zł, a jedna osoba ma do spłaty średnio 26,6 tys. zł.

– Ważne, żeby nie przekładać rachunków na szczególnie wysokie kwoty, bo w przyszłym miesiącu znów będziemy mieć problem z opłacaniem wszystkiego. Jeśli wierzyciel nie jest cierpliwy, po wysłaniu wezwania do zapłaty może nas już po 30 dniach od terminu płatności wpisać do rejestru dłużników biura informacji gospodarczej. Obecność w rejestrze sprawi, że będziemy mieć ograniczony dostęp do kredytów, pożyczek, różnego rodzaju zakupów usług telekomunikacyjnych, telewizyjnych i abonamentów – podkreśla Halina Kochalska.

Warszawa pierwszym europejskim miastem z mobilną siecią 5G. Już wkrótce technologia ta pomoże zrewolucjonizować produkcję, rozrywkę czy medycynę

Warszawa pierwszym europejskim miastem z mobilną siecią 5G. Już wkrótce technologia ta pomoże zrewolucjonizować produkcję, rozrywkę czy medycynę 13

Sieć 5G ma fundamentalne znaczenie dla polskiej gospodarki, porównywalne z wynalezieniem prądu czy półprzewodników – uważają eksperci T-Mobile. Technologia ta pozwoli rozwinąć przemysł 4.0., usprawnić produkcję i transport, medycynę, a nawet rolnictwo. W następnym kroku rozwinie się przemysł oparty o wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość. T-Mobile uruchamia w Polsce pierwszą sieć 5G. W Warszawie powstało też centrum HASH5G_LAB, które pokaże wizję przyszłości możliwą dzięki nowej technologii.

– Sieć 5G dla polskiej gospodarki ma fundamentalne znaczenie. Mniej więcej takie jak wynalezienie i zastosowanie prądu w gospodarce bądź wynalezienie półprzewodników. 5G samo w sobie nic nie wnosi, natomiast otwiera drzwi do kompletnej zmiany modelu produkcji i usług. To fundamentalna zmiana dla całej gospodarki – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Federowicz, dyrektor Departamentu Sieci Stałej i Usług w T-Mobile.

Piąta generacja sieci w porównaniu do 4G oferuje znacznie szybsze łącza komunikacji i większą pojemność sieci. Daje możliwość przesyłania danych z prędkością wielokrotnie większą, liczoną w gigabitach na sekundę. Rządowa Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wskazuje, że uruchomienie sieci 5G w Polsce jest podstawą czwartej rewolucji przemysłowej. Automatyzacja procesów pozwoli na stworzenie w pełni inteligentnych fabryk, które będą umiały reagować na zmiany cen surowców na rynkach czy popytu ze strony klientów.  Tym samym zwiększy się konkurencyjność polskiej gospodarki.

– Jest pewna sekwencja segmentów gospodarki, które skorzystają z 5G. Najpierw są te, które są już gotowe do wykorzystania sieci 5G – mowa o przemyśle, produkcji, transporcie. Na samym końcu wejdą takie rozwiązania jak przemysł oparty o rozwiązania bazujące na wirtualnej rzeczywistości bądź rozszerzonej rzeczywistości, dlatego że przemysł musi dojrzeć do tego, żeby zaadoptować 5G dokładnie w tych obszarach – tłumaczy Rafał Federowicz.

Nowa sieć stwarza także nowe perspektywy rozwoju smart cities – obsługiwane w tej technologii miniaturowe czujniki ukryte w elementach infrastruktury miejskiej pomogą rozładowywać korki, zarządzać miejscami parkingowymi i oświetleniem ulicznym, a nawet kontrolować wywóz nieczystości.

Sieć znajdzie zastosowanie m.in. w rolnictwie – dzięki specjalnym czujnikom łatwo będzie stwierdzić, kiedy konieczne będzie spryskanie upraw, czy w którym dokładnie miejscu będzie to potrzebne. Łatwiejsza stanie się hodowla zwierząt, gdzie tylko faktycznie chore zwierzęta dostaną antybiotyk.

– Technologia 5G to nie tylko prędkość. To przede wszystkim precyzja, która nierzadko uratuje nam życie. Będziemy mogli prowadzić bardziej skomplikowane operacje, nie tylko tu i teraz, ale też zdalnie, czyli lekarz ze Stanów Zjednoczonych będzie mógł operować pacjenta w Rzeszowie – wskazuje Małgorzata Rybak-Dowżyk, Dyrektor ds. Komunikacji Korporacyjnej w T-Mobile.

Technologia 5G ma przede wszystkim ułatwiać życie. To, co obecnie jest trudne do zrealizowania, dzięki znacznie większej prędkości przepływu danych, stanie się codziennością. Czas opóźnienia transmisji danych skróci się z dzisiejszych 50 milisekund do nawet zaledwie 1 milisekundy, to zaś będzie miało ogromne znaczenie dla rozwoju internetu rzeczy oraz wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Dzięki wysokim przepustowościom i niskim opóźnieniom możliwe będą np. transmisje na żywo w wirtualnej rzeczywistości. Świat rozrywki całkowicie się zmieni.

– Fakt, że 5G samo w sobie wprowadza usługi low latency, czyli bardzo krótkiego opóźnienia, powoduje, że otwiera się całkowicie nowy sektor gospodarki w rozrywce i w mediach. Tutaj mówimy np. o grach opartych o AR i VR, które będą mogły w ogóle mieć zastosowanie. Do tej pory tego nie było – wskazuje Rafał Federowicz.

Nowa generacja sieci nie jest już kwestią przyszłości. T-Mobile w ubiegły piątek uruchomił sieć  5G w centrum Warszawy. Przedstawiciele operatora podkreślają, że to nie element testów nowej technologii, ale pełnoprawna sieć.

– . Cieszę się, że to właśnie Polska jest jednym z pierwszych krajów, który dziś T-Mobile uruchamia pierwszą prawdziwą sieć 5G. Tak jak technologia 2G rozpoczynała się w Warszawie, tak i dzisiaj, po 22 latach, mamy w centrum Warszawy zainstalowane anteny 5G, które posłużą do rozwoju kolejnej sieci na terenie całego kraju – podkreśla Małgorzata Rybak-Dowżyk.

W centrum Warszawy działa pięć stacji bazowych 5G nadających w paśmie 3,5 GHz, z szerokością kanału wynoszącą 100 MHz. Każda ze stacji posiada światłowodowe podłączenie do sieci 10 Gb/s. Z czasem zasięg będzie rozszerzany na kolejne lokalizacje i miasta.

Wraz z uruchomieniem sieci T-Mobile otworzył na Placu Defilad HASH5G_LAB, czyli centrum, w którym można osobiście sprawdzić, w jaki sposób sieć 5G zmieni nasze życie. Zwiedzający zobaczą fabrykę przyszłości, spróbują nowych form rozrywki i będą mogli pokierować inteligentnym miastem.

– Pokażemy, jakich usług wkrótce będą mogli oczekiwać klienci. W tej przestrzeni możemy zobaczyć wiele przykładów rozwiązań, które są oparte np. o immersive media, czyli rozszerzoną czy wirtualną rzeczywistość. Wierzymy, że to jest interfejs następnej generacji, którym będziemy się posługiwali na co dzień i to są właśnie usługi, których możemy tutaj doświadczyć – mówi Jakub Probola, szef Centrum Innowacyjności Deutsche Telekom.

Instytut Jagielloński: zakup fregat dla Marynarki Wojennej szkodzi jej interesom. Fregaty, które nie przetrwają nawet kilku minut w razie wojny, mogą kosztować nawet 12 mld zł

Instytut Jagielloński: zakup fregat dla Marynarki Wojennej szkodzi jej interesom. Fregaty, które nie przetrwają nawet kilku minut w razie wojny, mogą kosztować nawet 12 mld zł 14

Ostatnie wydarzenia związane z rosyjską agresją na Morzu Azowskim pokazały, jak ważna jest ochrona Bałtyku – podkreślają eksperci. Tymczasem polska Marynarka Wojenna nie ma żadnych zdolności odstraszania. MON chce zakupić dla niej trzy fregaty przeciwlotnicze za około 12 mld zł, ale eksperci Instytutu Jagiellońskiego podkreślają, że taki zakup mija się z celem. Bliskość naszpikowanego rakietami Obwodu Kaliningradzkiego powoduje, że przeciwlotnicze fregaty mogą zostać zniszczone w pierwszych minutach konfliktu. Czas lotu najnowszych rosyjskich pocisków z Kaliningradu do Zatoki Gdańskiej to około  40 sekund. Co także istotne, zakup fregat oznaczać będzie koniec pozostałych programów modernizacyjnych ważnych dla zdolności bojowych Marynarki Wojennej.

 Polska Marynarka Wojenna jest w opłakanym stanie. Od kilkudziesięciu lat jest pozbawiona jakiegokolwiek projektu modernizacyjnego, pozostawiona sama sobie, niedoinwestowana i traktowana trochę po macoszemu w porównaniu do innych rodzajów Sił Zbrojnych, pozbawiona wizji rozwoju – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Łukasz Kister, ekspert ds. bezpieczeństwa Instytutu Jagiellońskiego, koordynator projektu „Dostęp do morza zobowiązuje!”.

W ramach projektu „Dostęp do morza zobowiązuje” Instytut Jagielloński podkreśla degradację zdolności operacyjnych Marynarki Wojennej, która jest najbardziej zaniedbanym rodzajem Sił Zbrojnych RP. Pomimo licznych deklaracji MON, nie są prowadzone żadne działania mające na celu wzmocnienie bojowych zdolności sił morskich. Tymczasem – jak pokazują ostatnie wydarzenia związane z rosyjską agresją na Morzu Azowskim – Morze Bałtyckie jest jednym z obszarów wymagających wzmożonej obrony.

Według ostatnich doniesień, MON chce priorytetowo zakupić dla Marynarki Wojennej trzy fregaty przeciwlotnicze. Instytut Jagielloński szacuje ich koszt na około 12 mld zł, na podstawie kosztów budowanych w ostatnich latach w Europie okrętów tej klasy – brytyjskich fregat Type 45, niemieckich Klasse 124 czy też francusko-włoskich typu Horizon/Orizzonte. Żeby zapewnić obronę przeciwlotniczą północnej Polski, co MON planuje jako ich główne zadanie, polskie fregaty nie mogłyby być ani mniejsze, ani gorzej wyposażone, ani tańsze.

Instytut podkreśla też, że fregaty przeciwlotnicze to wysoce wyspecjalizowane i bardzo kosztowne okręty. Na świecie nie wykorzystuje się ich do obrony lądu, ale wyłącznie do obrony grup innych okrętów – przede wszystkim lotniskowców. Co istotne, fregaty nie mają szans zapewnić obrony przeciwlotniczej północnej Polski.

 Bałtyk , jako mały ale dość zagęszczony akwen, nie jest miejscem dla realizacji zadań przy wykorzystaniu tego rodzaju jednostek. Tutaj potrzebujemy środków odstraszania, narzędzi, które pozwolą właściwie zabezpieczyć polskie interesy i zareagować na różnego rodzaju niepożądane zdarzenia. Przykład wydarzeń na Morzu Azowskim pokazuje, jak bardzo potrzebujemy mieć zdolności odstraszania potencjalnego wroga – podkreśla dr Łukasz Kister.

Ze względu na bliskość Kaliningradu i rozmieszczoną tam ilość rakiet przeciwokrętowych (ponad 150, w tym rakiety naddźwiękowe Onyks i niedługo hipersoniczne Cyrkon) fregaty w razie konfliktu nie zapewnią obrony przeciwlotniczej polskiego terytorium., gdyż nie będą mogły operować w pobliżu naszego wybrzeża. Czas lotu rakiety hipersonicznej o prędkości ponad 7 tys. km/h z terenu Obwodu Kaliningradzkiego do odległej o niecałe 100 km Zatoki Gdańskiej to raptem 40 sekund. Taka rakieta zostanie wykryta ze znacznie mniejszej odległości, czas reakcji będzie więc jeszcze krótszy i nie wystarczy na obronę, szczególnie przy ataku wielu rakiet jednocześnie. Fregaty, które chce kupić MON za około 12 mld złotych będą więc nieprzydatne do obrony Polski.

Jak zwracają uwagę eksperci, fregaty przeciwlotnicze nadają się głównie do ochrony sojuszniczych (amerykańskich, brytyjskich czy francuskich) lotniskowców. Według wiedzy ekspertów Instytutu Jagiellońskiego żadne inne państwo NATO nie przewiduje wykorzystania swoich fregat na wodach polskiej części Bałtyku w przypadku wojny, właśnie ze względu na bliskość i ilość rosyjskich rakiet i systemów antydostępowych.

 Ten pomysł zakupu fregat jest trudny do wyjaśnienia. Przez wiele lat słyszeliśmy o różnych potrzebach modernizacyjnych Marynarki Wojennej, ale fregaty się w nich nie pojawiały. Pomijamy temat okrętów podwodnych, korwet wielozadaniowych, czyli okrętów, na temat których przez ostatnich kilka lat toczyła się dyskusja wynikająca z dokumentów strategicznych, wyznaczających kierunek rozwoju morskich Sił Zbrojnych. Na tym powinniśmy się skupiać, nie możemy co chwilę wyciągać z kapelusza kolejnego pomysłu. Wydatek 12 mld zł na fregaty, które nie są priorytetowym elementem modernizacji Marynarki Wojennej, pewnie znacząco – o ile nie w całości – zakończyłby pozostałe projekty – mówi dr Łukasz Kister.

Jak dodaje, wszelkie wydatki na zakupy dla Marynarki Wojennej powinny wynikać z przemyślanej wizji. Dotychczasowe plany modernizacji Marynarki Wojennej zakładały zakup wyposażonych w rakiety manewrujące okrętów podwodnych za około 10 mld zł (program Orka) oraz mniejszych okrętów nawodnych – korwet i patrolowców – za około 5 mld zł (programy Miecznik i Czapla).

 Zbudujmy najpierw właściwą strategię, powiedzmy po co nam jest potrzebna marynarka, do czego chcemy wykorzystywać potencjał morski. A wtedy będziemy wiedzieli jakie narzędzia do tych działań są najlepsze i jakie powinniśmy zakupić i wydatkować z budżetu, który nie jest zbyt duży – podkreśla dr Łukasz Kister.

Instytut Jagielloński zwraca także uwagę, że decyzja MON o zakupie fregat przeciwlotniczych jest sprzeczna z wynikami symulacji przeprowadzonych przez resort w ramach Strategicznego Przeglądu Obronnego z 2016 r., które wskazują na brak możliwości operowania okrętów nawodnych na Bałtyku w czasie wojny.

Jest to kolejna już próba MON dotycząca zakupu tego typu jednostek. Poprzednia – zablokowana w sierpniu br. przez premiera Mateusza Morawieckiego – dotyczyła zakupu używanych, 30-letnich fregat z Australii. Na wstrzymanie zakupu tych jednostek wpłynęła właśnie ich niezdolność do przetrwania na Bałtyku w przypadku konfliktu.

Seniorzy coraz chętniej kupują w sieci. E-sklepy muszą się dostosowywać do tej grupy klientów

Seniorzy coraz chętniej kupują w sieci. E-sklepy muszą się dostosowywać do tej grupy klientów 15

Osoby 55+ są coraz bardziej aktywne w sieci. Chętniej korzystają z mediów społecznościowych, a już prawie co trzeci senior robi zakupy przez internet. Eksperci podkreślają, że aby zachęcić ich do e-zakupów, sklepy powinny ułatwić nawigację na stronie, udostępnić przesyłki za pobraniem i różne formy kontaktu. Kluczowa jest również wiarygodność sprzedawcy, którą potwierdzają certyfikaty bezpieczeństwa czy opinie innych internautów.

Seniorzy nie kupują w sieci tak powszechnie jak inne grupy wiekowe, ale już prawie 1/3 z nich to robi. W grupie wiekowej 55–64 lata jest to 27 proc., a w grupie wiekowej 65+ jest to 29 proc. Kupują oni bardzo często ubrania i dodatki, akcesoria, perfumy, kosmetyki, książki, muzykę, filmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Rak, Country Manager Trusted Shops w Polsce.

Z badania „Zakupy Polaków w internecie” przeprowadzonego na zlecenie Trusted Shops przez SW Research wynika, że już 93 proc. internautów kupuje online. Coraz aktywniejszą grupą wśród e-klientów są seniorzy. Raport Gemiusa „E-commerce w Polsce 2018” podaje, że osoby w wieku 50+ najchętniej kupują w internecie odzież i dodatki (53 proc.), kosmetyki i perfumy (46 proc.) oraz książki i płyty (43 proc.). W przyszłości planują też zakupić w sieci wycieczki i meble. Choć do e-sklepu najczęściej trafiają z wyszukiwarki, to rośnie liczba seniorów aktywnie korzystających z mediów społecznościowych. CBOS podaje, że social media w tej grupie wiekowej notują wzrost na poziomie 132 proc. w ciągu roku. Jeszcze większy, bo ok. 200 proc., notują porównywarki cenowe.

Dla ludzi w wieku 50 lat i starszych szczególne znaczenie przy wyborze sklepu internetowego ma poczucie bezpieczeństwa. Daje im je kilka elementów. Pierwszy to dane kontaktowe, czyli adres i nazwa firmy, NIP i numer telefonu, drugi to certyfikaty bezpieczeństwa wydawane przez zewnętrzne firmy, np. takie jak Trusted Shops. Trzeci element to opinie innych użytkowników, które dla seniorów są bardzo ważne – wymienia Anna Rak.

Gemius podaje, że na wybór konkretnego sklepu wpływają także jasne informacje dotyczące możliwości zwrotu i reklamacji zakupionych rzeczy. Nielsen Norman Group wskazuje zaś, że wprowadzenie na stronie ułatwień dla seniorów przekłada się nawet na 30-proc. wzrost liczby transakcji.

Jeżeli chcemy, żeby seniorzy u nas kupowali, to musimy pomyśleć o kilku elementach. Pierwszy z nich to ich wizerunek w reklamie, czy oni się będą z nim identyfikowali. Drugi element to dostosowanie strony, m.in. bardzo łatwa nawigacja, numer telefonu kontaktowego – seniorzy mówią o tym, że to jest dla nich bardzo ważne, żeby mogli zadzwonić i uzyskać ewentualną poradę. Seniorzy bardzo chętnie płacą za pobraniem, więc ten element również powinien być udostępniony na stronie. Dużym udogodnieniem jest również możliwość powiększenia czcionki na naszej stronie internetowej – mówi country manager Trusted Shops.

Sklepy mają jednak problem z tym, żeby zachęcić seniorów do zakupów. Choć stereotyp seniora ma coraz mniej wspólnego z rzeczywistością, za zmianami nie nadąża marketing. W efekcie tylko 30 proc. identyfikuje się z postaciami ze spotów.

W reklamach ukazany jest fałszywy obraz seniorów. Występują oni najczęściej jako babcia, dziadek bądź osoba chora i w związku z tym tylko 33 proc. seniorów identyfikuje się z tym wizerunkiem – przekonuje Anna Rak.

Szacuje się, że do 2050 roku populacja osób w wieku 60+ wzrośnie do 13,7 mln osób. Tym samym seniorzy będą stanowić blisko 40 proc. społeczeństwa.

– W ciągu ostatnich kilku lat nasze całe społeczeństwo postarzało się o 7 lat. To będzie kiedyś bardzo duża grupa docelowa, więc warto już teraz zadbać o te zmiany na stronie – podkreśla Anna Rak.

Mniejszy stres, większa wydajność pracowników i lepsza atmosfera. Pozytywny wpływ psów w biurach dostrzega coraz więcej firm

Mniejszy <a title=stres, większa wydajność pracowników i lepsza atmosfera. Pozytywny wpływ psów w biurach dostrzega coraz więcej firm" title="Mniejszy stres, większa wydajność pracowników i lepsza atmosfera. Pozytywny wpływ psów w biurach dostrzega coraz więcej firm" />

stres-większa-wydajność-pracowników-i-lepsza-atmosfera.-Pozytywny-wpływ.jpg” alt=”” align=”left” hspace=”10″ />

Obecność psa poprawia humor, pozytywnie wpływa na zdrowie i samopoczucie człowieka. Czworonogi pomagają lepiej radzić sobie ze stresem, dają też większą wiarę we własne siły i możliwości. Coraz więcej firm dostrzega korzystny wpływ zwierząt na środowisko pracy. Pies w biurze rozładowuje stres, poprawia wydajność pracowników i pomaga im zacieśniać relacje. Dlatego wiele korporacji przystosowuje przestrzeń do obecności czworonogów. Przykładem może być firma Mars Polska.

– Coraz więcej biur otwiera swoje drzwi dla czworonożnych przyjaciół swoich pracowników. Dzieje się tak ze względu na coraz szerszą świadomość benefitów, jakich możemy doświadczać dzięki zwierzętom w biurze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Głowacka, lekarka weterynarii, ekspertka naukowa firmy Mars Polska.

Badanie PAWrometerTM przeprowadzone na zlecenie sieci szpitali dla zwierząt Banfield Pet Hospital wskazuje, że obecność psa w pracy ma pozytywny wpływ na pracowników. Przede wszystkim zmniejsza się poziom stresu (93 proc.), rosną morale (93 proc.) i przywiązanie do firmy (91 proc.). Pracownicy przyznają, że w ten sposób łatwiej też zachować równowagę między życiem prywatnym a zawodowym.

 Okazuje się również, że zwierzęta pomagają we wzmacnianiu relacji pomiędzy pracownikami, budują zaufanie, dzięki czemu w naturalny sposób poprawia się współpraca między osobami w danej grupie, co przekłada się na naszą efektywność. Osoby, które przychodzą z psami do biura, muszą często robić krótsze przerwy na spacer i jak pokazują badania, właśnie oni są bardziej produktywni i bardziej wytrzymali – przekonuje Małgorzata Głowacka.

Według badania PAWrometerTM psy wspierają budowanie wizerunku firmy, co jest istotne zwłaszcza dla milenialsów. Możliwość spędzenia z czworonogiem czasu w firmie buduje lojalność, a pracownicy nie mają wyrzutów sumienia z powodu zostawienia psa samego na kilka godzin. Zwierzęta wprowadzają przyjazną atmosferę i tym samym pozytywnie wpływają na prowadzone negocjacje.

 Biuro przyjazne zwierzętom to fantastyczna idea. Trzeba jednak pamiętać o tym, że musimy się do tego dobrze przygotować. Należy uzyskać wszelkie niezbędne zgody właścicieli budynków czy gruntów – wymienia Małgorzata Głowacka.

Zezwolenie pracownikom na przyprowadzanie zwierząt wymaga też od firmy wygospodarowania odpowiedniej przestrzeni dla czworonogów i akcesoriów przydatnych zwierzętom i ich opiekunom. Nie można jednak zapominać o pracownikach, dla których kontakt ze zwierzętami z różnych względów nie jest wskazany – dla nich potrzebne będą przestrzenie wolne od czworonogów. Dla komfortu wszystkich zainteresowanych stron trzeba także pomyśleć o określeniu jasnych zasad obowiązujących opiekunów czworonogów i pozostałych pracowników.

 Dla nas obecność psów w biurze to naturalny sposób realizacji naszej misji tworzenia lepszego świata dla zwierząt. Od 2012 roku nasza filia w Niepołomicach jest otwarta dla zwierząt. Od tego roku również pracownicy warszawskiego biura mogą się cieszyć towarzystwem swoich czworonogów –podkreśla ekspertka Mars Polska.