Kurs złotego może zyskiwać

Oczekiwane w III kwartale br. znaczące przyspieszenie wzrostu gospodarczego w Polsce, przy jednocześnie malejącej inflacji w USA, co zmniejsza pole do podwyżek stóp procentowych przez Fed, może we wtorek wesprzeć złotego.

Wydarzeniem wtorku na krajowym rynku walutowym jest publikacja przez Główny Urząd Statystyczny (GUS) wstępnych szacunków dynamiki polskiego Produktu Krajowego Brutto (PKB) za III kwartał br. Dane te zostaną opublikowane o godzinie 10:00. Oczekuje się, że PKB wzrośnie o 0,7 proc. w relacji kwartał do kwartału i o 4,5-4,6 proc. w relacji rok do roku, po tym jak w II kwartale wzrost wyniósł odpowiednio 1,1 proc. i 3,9 proc. Tak wysoki odczyt będzie wspólnym efektem wysokiej konsumpcji, odbicia w inwestycjach, a także efektu bazy (w III kwartale 2016 roku PKB wzrósł tylko o 2,5 proc. R/R).

Dane o PKB stwarzają pierwszą od dłuższego czasu realną szansę na oderwanie się złotego od wpływu rynków globalnych i skoncentrowaniu się na pewien czas na czynnikach krajowych. Szanse na to będą tym większe, im mocniej wyniki będą różnić się od prognoz. A mogą się różnić znacznie, bo niewiadomych będzie sporo. Nie ma m.in. pewności jak mocno odbiły inwestycje i jaki będzie wkład eksportu netto do PKB.

Generalnie rynek w przeważającej części czeka na pozytywne niespodzianki. Oczywiście nie tak duże jak w przypadku Rumunii, gdzie w III kwartale wzrost przyspieszył aż do 8,8 proc. z 6,1 proc. R/R w II kwartale, zostawiając daleko w tyle rynkowe prognozy na poziomie 5,8 proc. R/R. Raczej na wyniki na poziomie 4,7-4,8 proc. R/R. Dlatego takie lepsze dane mogą być potraktowane nawet jako krok w kierunku szybkiej zmiany retoryki RPP ws. stóp procentowych. To mało prawdopodobne, ale krótkoterminowo takie myślenie może zwyciężyć, wspierając tym samym złotego.

O godzinie 08:43 za euro trzeba było zapłacić 4,2355 zł (bez zmian w stosunku do wczorajszego zamknięcia), dolar kosztował 3,6210 zł (-0,3 proc.), a szwajcarski frank 3,6330 zł (-0,3 proc.). To póki co głównie reakcja na wzrost notowań EUR/USD, jaki miał miejsce po porannej publikacji dobrych danych nt. niemieckiego PKB za III kwartał (wzrost o 0,8 proc. K/K wobec prognozowanych 0,6 proc. K/K), a w mniejszym stopniu wynik gry pod polskie dane.

W kolejnych godzinach złoty ma szansę dalej zyskiwać na wartości. Potencjalnym wsparciem dla niego będą właśnie dane o polskim PKB oraz wzrost EUR/USD w następstwie porannych dobrych danych o niemieckim PKB i w oczekiwaniu na popołudniowe dane o inflacji producenckiej w USA.

W przypadku wyższego od oczekiwań tempa wzrostu gospodarczego w Polsce notowania EUR/PLN mogłyby nie tylko zaatakować dolne ograniczenie trwającej już od miesiąca  konsolidacji, czyli znaleźć się w przedziale 4,22-4,2250 zł, ale mogłyby zejść w okolice 4,20 zł.

Gorsze od prognoz wyniki byłby zaś sporym rozczarowaniem i zaowocowały osłabieniem złotego. Jednak nawet wówczas euro nie powinno podrożeć powyżej 4,25 zł.

Dziś oprócz raportu o PKB zostaną opublikowane również dane o inflacji bazowej w Polsce. Prawdopodobne jest jej wyhamowanie w październiku do 0,9 proc. rok do roku z 1 proc. we wrześniu. Dane te będą miały charakter uzupełniający i potencjalna reakcja na nie będzie w znaczniej mierze uzależniona od tego, jak nastroje będą dominować po publikacji PKB.

Dużo większy wpływ na złotego będą za to miały wspomniane już dane o inflacji producenckiej (PPI) w USA, które zostaną opublikowane o godzinie 14:30. W październiku spodziewane jest wyhamowanie jej do 2,4 proc. rok do roku z 2,6 proc., przy jednoczesnej stabilizacji inflacji bazowej PPI na poziomie 2,2 proc. Hamowanie inflacji to mniejsze szanse na podwyżki stóp procentowych przez Fed, a więc i impuls do osłabienia dolara w relacji do euro, co pogłębi obserwowany rano ruch wzrostowy jaki miał miejsce po publikacji danych nt. niemieckiego PKB i automatycznie wesprzeć złotego.

Podsumowując, zapowiada się dobry dzień dla złotego.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Bitcoiny mogą stać się walutą rezerwową obok dolara, euro czy złota

Bezpieczeństwo systemu opartego o kryptografię, czyli o protokół blockchain oznacza m.in. to, że nikt nie ucieknie z cudzymi pieniędzmi. System został skonstruowany tak, że jego kod źródłowy, czyli mechanizm działania jest otwarty. Każdy może zobaczyć, jak funkcjonuje. Przygląda się temu tysiące ludzi na całym świecie, próbując znaleźć błąd i go wykorzystać. Mimo prób znalezienia w nim i wykorzystania błędu system dalej działa, pieniądze są stale przekazywane, a wartość bitcoina wciąż rośnie.Bitcoiny można zgubić, ale odpowiada za to ich posiadacz, który przechowywał je w nieodpowiednim miejscu. Kryptowaluty, czyli systemy oparte o łańcuch bloków, to przyszłość. Jest to jeszcze większa rewolucja niż ta, która miała miejsce w przypadku Internetu. Zmienia system funkcjonowania społeczeństwa.

– Wszyscy w tym systemie są równi, nie ma nikogo, kto mógłby pojawić się w nim i wszystko zabrać. Gdyby się tak zdarzyło, okazałoby się to bezwartościowe, więc uciekłby z niczym – powiedział serwisowi eNewsroom Szczepan Bentyn, prezes Pracowni Nowych Technologii – Bitcoiny w posiadaniu jednego człowieka straciłyby swoją wartość. Pod tym względem system jest więc bezpieczny. Jedynym zagrożeniem jesteśmy my sami. To od nas zależy gdzie ta waluta się znajduje i co z nią robimy. Jeżeli trzymamy ją na giełdzie, a ta okazuje się być nieuczciwym miejscem i zabierze bitcoiny, to po części nasza odpowiedzialność, że przekazaliśmy je komuś niegodnemu zaufania. Jest więc tak samo, jak w przypadku gotówki. Jeżeli przekażemy ją komuś, kto nas oszuka i nie wyda nam towaru, to on ponosi winę a nie system, który dalej działa. Sposób naszego porozumiewania się i komunikowana wartości stanowi całe nasze życie, które poświęcamy przecież na zarabianie pieniędzy. Jeżeli zainstalujemy nowy system finansowy, w którym konstrukcja pieniądza determinuje stały wzrost jego wartości, wszystkie decyzje zakupowe i finansowe będą podejmowane inaczej. Być może spowoduje to wzrost oszczędności, których obecnie Polacy praktycznie nie mają. Taka sytuacja nie dziwi, kiedy wartość pieniądza nieustannie spada. Lepiej kupować, co jednak prowadzi do dużego wzrostu konsumpcji. Bitcoin może stać się alternatywą, a w przyszłości być wart miliony i zostać walutą rezerwową obok dolara, euro czy złota – dodał Bentyn.

Poprawa na rynku pracy stabilizuje plany emigracyjne

Niespełna 14% Polaków rozważa wyjazd do pracy za granicę w ciągu najbliższego roku. To wynik porównywalny ze wskazaniem sprzed pół roku i o 2 p.p. wyższy niż przed rokiem – wynika z raportu „Migracje zarobkowe Polaków VII” publikowanego przez Work Service. Najczęściej wskazywanym kierunkiem wyjazdów są znów Niemcy, które wyprzedziły Wielką Brytanię i Norwegię. Co ciekawe dobra praca w kraju coraz częściej zatrzymuje Polaków na rodzimym rynku pracy, choć różnice płacowe nadal stanowią najsilniejszy magnes emigracyjny.

Siódma edycja raportu „Migracje zarobkowe Polaków” pokazuje, że obecnie 13,8% aktywnych lub potencjalnych uczestników polskiego rynku pracy rozważa wyjazd zarobkowy z kraju. Ta grupa stanowi 9% dorosłej populacji Polski czyli ponad 2,8 mln osób. Najczęściej (25%) rozważana jest emigracja krótkoterminowa, na okres 3 miesięcy, ale co piąty badany myśli o wyjeździe na stałe. Wśród tych osób 2/3 myśli o zabraniu ze sobą rodziny.

Poziom deklaracji emigracyjnych powoli się stabilizuje, co tylko potwierdza, że mimo wyraźnej poprawy na rodzimym rynku pracy, różnice płacowe nadal będą stanowić magnes do wyjazdów zarobkowych. Patrząc jednak historycznie, to na przestrzeni 4 ostatnich lat, poziom rozważających wyjazd z kraju zmniejszył się o 5,7 p.p., a  odsetek osób, które zdecydowanie odrzucają plany emigracyjne wzrósł z 49,9% do 68,4% – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A. Poprawiająca się sytuacja na rynku pracy zaczyna odgrywać również rolę w planach migracyjnych. Z naszego raportu wynika, że rośnie odsetek osób deklarujących posiadanie atrakcyjnej pracy w kraju, a jednocześnie maleją deklaracje o braku odpowiedniego zatrudnienia w Polsce. Dlatego coraz większą rolę odgrywaną czynniki geopolityczne. Już niemal połowa respondentów uważa, że zamachy terrorystyczne w zachodniej Europie negatywnie wpływają na decyzje o emigracji – dodaje Maciej Witucki.poprawa

Kierunki emigracji i sytuacja międzynarodowa

Po krótkiej przerwie Niemcy powróciły na pierwsze miejsce preferowanych kierunków emigracji Polaków. Wynik na poziomie 32% był wyższy o 17 p.p. niż na wiosnę tego roku. Na drugim miejscu znalazła się Wielka Brytania z rezultatem 19%, co oznacza brak zmiany w stosunku do wcześniejszej edycji raportu. Na zatrzymanie wzrostu popularności Zjednoczonego Królestwa, wpłynęła mniejsza mobilizacja związana z Brexitem. Już tylko co piąty badany chce wyjechać na Wyspy przed zakończeniem procedury opuszczenia Unii Europejskiej. W poprzedniej edycji ten wynik był o ponad 36 p.p. wyższy. Wśród kierunków emigracji na trzecim, czwartym i piątym miejscu znalazły się odpowiednio: Norwegia (11%), Holandia (9%) i Szwecja (5%).

Pozycja Niemiec i Wielkiej Brytanii nie zaskakuje, choć dane o rzeczywistych migracjach wskazują na utrzymującą się dominację tego drugiego kraju. Z drugiej strony bardzo wysoka pozycja w rankingu krajów skandynawskich (Norwegii i Szwecji) zdaje się wynikać raczej z wyobrażonego obrazu państwa dobrobytu niż realnych możliwości migracyjnych – komentuje w raporcie dr Paweł Kaczmarczyk z Ośrodka Badań nad Migracjami, Uniwersytetu Warszawskiego.poprawa2

Profil potencjalnego emigranta

Emigrację najczęściej rozważają osoby młode, między 18 a 34 rokiem życia (58%). Z kolei o 8 p.p. spada zainteresowanie pracą za granicą w grupie wiekowej 35-44 lata. Co istotne niemal 90% osób planujących wyjazd stanowią osoby niemające wyższego wykształcenia. Aż 67% osób, które chcą emigrować posiada zatrudnienie, a wśród nich 37% pracuje na pełny etat. Jeśli chodzi o miejsce zamieszkania naszych rodaków, którzy chcą wyjechać, wciąż największy odsetek (72%) potencjalnych emigrantów mieszka na wsiach i w miastach do 100 tys. mieszkańców. Dominują również osoby zamieszkujące region południowy, wschodni i centralny.

Pozytywnym sygnałem są przede wszystkim opublikowane w raporcie wyniki badań dotyczące spadku zainteresowania wyjazdem z kraju osób w wieku 25-34 lata. Ludzie w tym przedziale wiekowym stanowią bardzo cenne ogniwo dla rozwijającej się polskiej gospodarki, gdyż to właśnie oni najczęściej dopiero wkraczają na rynek pracy lub stanowią część średniego szczebla specjalistów, na których zapotrzebowanie systematycznie wzrasta – zaznacza w swym komentarzu do raportu Marlena Tryka, Analityk Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego ds. Rynku Pracy.

Powody i bariery emigracji bez zmian

Głównym i niezmiennym powodem, który skłania Polaków do emigracji są wyższe niż w naszym kraju zarobki. W porównaniu z badaniem sprzed roku odsetek osób, których do wyjazdu motywują pieniądze zwiększył się o 12 p.p. i wynosi 82%. Drugim najważniejszym czynnikiem dla badanych jest wyższy standard życia (40%), a na trzecim znalazła się możliwość podróżowania i zwiedzania świata (37%). W hierarchii czynników skłaniających do wyjazdu zyskują lepsze perspektywy rozwoju zawodowego, które odnotowały zmianę o 13 p.p. Traci na znaczeniu czynnik związany z brakiem odpowiedniej pracy w kraju – wskazuje go o 3 p.p. mniej badanych niż w edycji badania sprzed roku. Z kolei po stronie barier migracyjnych na pierwszej pozycji pozostaje przywiązanie do rodziny i przyjaciół. Deklaruje ją 75% badanych. Co istotne 40% Polaków nie chce emigrować z powodu atrakcyjnej pracy w kraju, co jest wyższym wskazaniem o 5 p.p. w porównaniu do poprzedniej edycji badania.

Informacje o badaniu

Dane prezentowane w ramach raportu Migracje Zarobkowe Polaków VII zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut badawczy Kantar Millward Brown S.A. Badanie zostało zrealizowane w okresie 12-16 września 2017 r.

Badanie zrealizowano na próbie N=636 osób pracujących, bezrobotnych, uczących się oraz przebywających na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. Próbę dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (zgodnej ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania). Wykluczono z niej: emerytów, rencistów oraz osoby zajmujące się domem. Wyniki poddano procedurze ważenia na podstawie struktury zmiennych rekrutacyjnych wg. danych GUS. Dokładność wyników zależy o liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby N=636 to +/- 3,96%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach projektu CATIBUS .

Spadająca niepewność gospodarcza pozytywnie wpływa na nastroje dyrektorów finansowych

Optymizm dyrektorów finansowych (CFO) rośnie. Uważają oni, że polska gospodarka będzie kontynuowała stabilny wzrost. Aż 86 proc. menedżerów prognozuje, że wzrost PKB nie przekroczy 3,5 proc., z czego 54 proc. uważa, że przekroczy on 2,5 proc. Aż 80 proc. dyrektorów jest zdania, że mamy do czynienia z niskim lub normalnym poziomem niepewności gospodarczej. Niemniej, istnieje nadal szereg czynników, które stanowią istotne obszary ryzyka dla prowadzenia działalności w roku 2018. Jak wynika z kolejnej edycji międzynarodowego badania dyrektorów finansowych „CFO Survey”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, są to: niedobór wykwalifikowanych pracowników, wzrost kosztów operacyjnych i presja cenowa.

Poprzednie edycje badania pokazały, że dyrektorzy finansowi wiarygodnie przewidują rozwój polskiej gospodarki. Ich wcześniejsze prognozy wzrostu PKB dla Polski na rok 2013 (około 1,5 proc PKB), rok 2014 (około 3 proc.), rok 2015 (około 3 proc.) i rok 2016 (około 3 proc.) sprawdziły się. – Prognozy CFO na rok 2017 na poziomie około 3 proc. wydają się na dziś bardzo ostrożnościowe. Należy jednak pamiętać, że duży wpływ na wzrost PKB w ostatnich 12 miesiącach miał przyrost konsumpcji w kraju, m.in. z Programu 500+. Pytaniem pozostaje czy w drugiej połowie tego roku umożliwi on równie dynamiczny wzrost PKB jak w pierwszej połowie – Krzysztof Pniewski, Partner, Lider Programu CFO w Polsce.

Optymizm CFO rośnie

Obecna edycja badania, która była przeprowadzona od września do października tego roku, pokazała, że poziom optymizmu netto (różnica osób wskazujących na poprawę sytuacji ekonomicznej i odsetek mówiących o jej pogorszeniu) wśród dyrektorów finansowych w Polsce znacząco rośnie. Obecnie wynosi on 26 proc., podczas gdy pół roku wcześniej było to 17 proc.  Oznacza to, że liczba firm, które wierzą, że ich perspektywy ekonomiczne w roku 2018 będą lepsze niż w roku 2017 jest większa niż tych którzy myślą odwrotnie. Historycznie zmiana tego optymizmu była prognostykiem zmiany dynamiki wzrostu PKB. Poprawa nastrojów nastąpiła w całej Europie, poza Wielką Brytanią. Średnia dla wszystkich badanych krajów wyniosła 32 proc. Najwyższy poziom optymizmu netto w Europie wykazują sektory TMT, usług finansowych i profesjonalnych. Z kolei najniższy poziom notują budownictwo i sektor publiczny.

Zdaniem dyrektorów finansowych w roku 2018 Polska będzie kontynuowała stabilny wzrost PKB na poziomie około 3 proc. Aż 86 proc. dyrektorów przewiduje wzrost nie większy niż 3,5 proc. To mniej niż 3,8 proc. wzrostu, który zawarto w założeniach Budżetu Państwa. W tej grupie aż 54 proc. uważa, że wzrost ten przekroczy 2,5 proc. Największa grupa (40 proc.) wskazuje jednak na wzrost w przedziale 2,5- 3,5 proc. Aż 57 proc. CFO w 2018 roku oczekuje inflacji powyżej 2 proc. Dyrektorzy zakładają więc istotny impuls inflacyjny, który mógłby być efektem wzrostu kosztów płac wynikających z rosnących braków wykwalifikowanej kadry, podniesienia płacy minimalnej, obciążeń Funduszu Ubezpieczeń Społecznych czy też programu 500+. Zdaniem dyrektorów finansowych w roku 2018 w Polsce będziemy mieli do czynienia z nieco słabszym kursem walutowym (4,1-4,3 PLN/ EUR) i dalszym spadkiem niskiego poziomu bezrobocia (45 proc. ankietowanych).

Niepewność gospodarcza coraz niższa

W Polsce istotnie zmalało poczucie niepewności gospodarczej. Jej poziom w drugiej połowie roku 2017 gwałtownie spadł, wracając do poziomu z przełomu lat 2014-15. Aż 80 proc. CFO uważa, że mamy do czynienia z niskim lub normalnym poziomem niepewności. Zaledwie 20 proc. uważa, że jest on wysoki – to spadek o 51 pp. w stosunku do badania sprzed pół roku. Ocena poziomu niepewności zmieniła się również w Europie, ale nie aż tak mocno jak w Polsce. Wśród 19 krajów Europy średnio 52 proc. CFO odczuwało wysoki poziom niepewności. Jest to 9 pp. mniej niż pół roku temu. Branże o najwyższym poczuciu niepewności gospodarczej to dobra konsumpcyjne, usługi finansowe, budownictwo i produkcja.

Najsłabiej niepewność odczuwana jest w sektorze publicznym. W strefie Euro poziom poczucia niepewności zmalał aż o 12 pp. Warto zaznaczyć, że polscy CFO są bardziej przyzwyczajeni do niepewności i inaczej oceniają jej poziom niż zachodni koledzy.  – Najnowsze wyniki badania wskazują na nowe czynniki ryzyka, które będą spędzać sen z oczu dyrektorów finansowych w roku 2018.

Największym z nich będzie dostępność wykwalifikowanej kadry, na którą wskazała połowa badanych, o 18 pp. więcej niż pół roku wcześniej. Przedsiębiorcy obawiają się również wzrostu kosztów operacyjnych, który może wynikać ze wzrostu kosztów pracowniczych – mówi Krzysztof Pniewski. Na obawę braku wykwalifikowanych pracowników składa się kilka czynników, w tym zmiana płacy minimalnej, wzrost podatków czy efekt programu 500+. Presja na obniżkę cen jest bardzo wysoka (31 proc.). Ankietowani wymieniają również zmienne prawo gospodarcze (28 proc.), choć w porównaniu z edycją badania sprzed pół roku ich liczba spadła o 25 pp.

Koszty prowadzenia działalności rosną

Zdecydowana większość dyrektorów uważa, że w wyniku zmian regulacji, jak i zmian na rynku pracy wzrosną koszty działalności (koszty siły roboczej, koszty operacyjne, transportu, wykorzystania nieruchomości) oraz koszty środowiska biznesowego (koszty finansowania, kapitału, ale także podatki CIT i VAT).

Obecna edycja badania wskazuje również na lekko rosnący apetyt na ryzyko, który wynosi obecnie 34 proc., czyli o 5 pp. więcej niż pół roku wcześniej. Kluczowymi strategiami będzie wzrost organiczny (62 proc. firm) oraz wprowadzanie nowych produktów (44 proc.). W odpowiedzi na wzrost kosztów operacyjnych w gospodarce co trzecia firma będzie jednak nastawiała się na redukcję kosztów bezpośrednich i pośrednich. W niektórych przypadkach takie inicjatywy oznaczać mogą również restrukturyzację. Inwestycje i działalność B-R bardzo rzadko stanowić będą kluczową strategię firmy.

Aż 70 proc. przedsiębiorstw w Polsce planuje w roku 2018 wzrost przychodów, a 53 proc. również wzrost marż. Mniej niż 15 proc. zakłada niewielki spadek w przychodach lub rentowności. – To bardzo dobry sygnał wskazujący, że przedsiębiorstwa w Polsce są coraz silniejsze i stabilne finansowo. Rok 2018 będzie kolejnym rokiem wzrostu inwestycji. 49 proc. przedsiębiorstw planuje ich wzrost w porównaniu do 53 proc. pół roku temu i 50 proc. rok temu – mówi Krzysztof Pniewski.

Kredyt bankowy jest niezmiennie najatrakcyjniejszym zewnętrznym źródłem finansowania. Łącznie 60 proc. badanych oceniło tę formę finansowania jako atrakcyjną (67 proc. pół roku temu). Następne w kolejności to finansowanie wewnętrzne (63 proc. w porównaniu do 58 proc. pół roku temu). Obligacje i emisja akcji są stosunkowo najmniej atrakcyjnymi źródłami finansowania.

CFO w erze cyfryzacji

Coraz większa część biznesu na świecie prowadzona jest poprzez sieć i świat cyfrowy. Do tej rzeczywistości przenoszą się konsumenci, producenci i ich dostawcy. Inwestorzy wyżej wyceniają firmy odnoszące sukces biznesowy z wykorzystaniem technologii cyfrowych.

Badanie Deloitte CFO Survey wskazuje, że aż 60 proc. dyrektorów finansowych w Polsce aktywnie kreuje strategię firmy w zakresie działania w świecie cyfrowym, a dalszych 20 proc. uczestniczy w jej dyskusji i niezależnej weryfikacji w gronie zarządu.

Niemniej jednak aż 88 proc. CFO uważa, że ich piony finansów będą się musiały istotnie zmienić, aby efektywnie wspierać piony biznesowe w świecie cyfrowym. Te głębokie zmiany będą niezbędne w obszarach cyfryzacji i automatyzacji procesów, jak np. przy wykorzystaniu robotów (50 proc.), bardziej zaawansowanej analityki biznesu, np. analizy big data (44 proc.), jak również wdrożenia nowych metod kontrolingu – procesów biznesowych (42 proc.) i nowych, cyfrowych modeli biznesu (29 proc.). Priorytetem działania większości polskich firm na najbliższe lata będzie wykorzystanie nowych narzędzi automatyzacji i zwiększenie kompetencji pracowników w zakresie automatyzacji procesów. W tym zakresie polskie firmy są podobnie zaawansowane w innowacyjnym stosowaniu nowych technologii jak koledzy w krajach zachodnich. Jest to jednak dopiero pierwszy etap transformacji cyfrowej w finansach. Polskie firmy będą musiały większy nacisk położyć na integrację informacji i rozwój zaawansowanej analityki biznesowej (z wykorzystaniem big data, social media, mobile), aby móc efektywnie konkurować w świecie cyfrowym.  Połowa naszych CFO nie czuje się dobrze przygotowana do efektywnego działania w cyfrowym wymiarze biznesu.

Banki będą lepiej weryfikować wykształcenie i datę urodzenia. Klientom zostaną tylko parabanki?

Jak przewiduje Jan Żuralski z Niezależnego Domu Maklerskiego, za 3-5 lat duże banki na całym świecie zaczną przejmować mniejsze. Jeżeli regulator, np. KNF, zaostrzy rekomendacje w tym zakresie, to będą one obsługiwać tylko klientów o idealnej historii kredytowej, którzy regularnie i terminowo spłacają swoje zobowiązania. Generalnie banki będą zmuszone dyskwalifikować osoby o gorszych szansach na rynku pracy. Przykładowo, pozytywnej selekcji nie będą przechodzić ludzie po 50. roku życia i z niepełnym wyższym wykształceniem. Z czasem alternatywą dla wykluczonych konsumentów i drobnych przedsiębiorców pozostaną wyłącznie usługi firm pożyczkowych lub obligacje korporacyjne. Wskutek tego, trudniej będzie uzyskać m.in. finansowanie dla biznesu. Liczba podmiotów wpadających w spiralę zadłużenia będzie większa, niż kiedykolwiek wcześniej. Ministerstwo Finansów i KNF powinny przeanalizować te zagrożenia i opracować dodatkowe regulacje dla parabanków, które wzmocniłyby bezpieczeństwo klientów.

Zdaniem Żuralskiego, banki chciałyby oferować kredyty i pożyczki wszystkim zainteresowanym, ale w niedalekiej przyszłości nie będzie ich już na to stać. Wynika to z tego, że Ministerstwo Finansów nakłada coraz wyższe daniny na ten sektor. Dodatkowo KNF zwiększa swoje wymagania, na wzór zagranicznych instytucji. Jak informuje ekspert, same koszty implementacji systemu kontroli wewnętrznej są liczone w milionach złotych. Małe banki sobie z tym nie poradzą i zostaną wchłonięte przez największe podmioty na rynku, a duże – przeniosą ten ciężar na konsumentów i przedsiębiorców. Z czasem, część z nich zostanie całkowicie wykluczona z rynku bankowego.

– Banki są przytłoczone szeregiem nowych przepisów. W branży mówi się o tzw. przeregulowaniu. Jednak sektor finansowy nie lubi próżni. Każda luka, która powstaje w jego obrębie, musi natychmiast zostać zapełniona. Dlatego, podwyższony poziom regulacji działań banków spowoduje, że firmy pożyczkowe będą stanowiły coraz istotniejszą część źródeł finansowania inwestorów. Stanie się tak, ponieważ te podmioty są minimalnie kontrolowane przez władze – mówi Jan Żuralski, prezes zarządu Niezależnego Domu Maklerskiego.

Jak przewiduje ekspert, banki będą zmuszone uszczelnić system finansowy i zrezygnować m.in. z tanich, nierentownych dla nich kredytów. Będą weryfikowały zdolności kredytowe każdego klienta, np. na podstawie wykształcenia i daty urodzenia. W tym czasie parabanki, które są „niedoregulowane”, szeroko rozwiną zakres swoich usług. Będzie to przejawem olbrzymich skrajności, jakie widać obecnie w całym sektorze, w zakresie wymaganych norm.

– Już w tej chwili obserwujemy, że oprocentowanie pożyczek w niektórych parabankach jest na podobnym poziomie co w największych bankach. To oczywiście wynika z rosnącej konkurencji na rynku finansowym, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Koszt, który firmy pożyczkowe mogą zaproponować potencjalnemu przedsiębiorcy, jest zbliżony do oprocentowania oferowanego przez banki – zwraca uwagę Jan Żuralski.

Funkcjonowanie na szeroką skalę firm pożyczkowych, bez zaostrzonych przepisów, oczywiście może być niebezpieczne dla konsumentów i firm. Nie mając wyboru innego sposobu finansowania, klienci będą musieli wykazywać ostrożność. W ocenie eksperta, wpadanie w spiralę zadłużenia będzie bardziej powszechnym zjawiskiem, niż dotychczas. Ministerstwo Finansów i Komisja Nadzoru Finansowego powinny zdecydowanie więcej uwagi poświęcić na analizę tych zagrożeń i zmniejszenie ich. Nie chodzi o to, aby usługi parabanków też stały się dostępne tylko dla wąskiej grupy odbiorców, ale żeby były możliwie najbardziej bezpieczne.

– Z drugiej strony, klienci detaliczni i przedsiębiorcy nie powinni panicznie obawiać się nieuniknionych zmian na rynku finansowym. W przypadku obligacji korporacyjnych, będą mogli sami je nabywać i udzielać innym finansowania. Natomiast firmy, które do tej pory oferowały pożyczki na bardzo wysoki procent, zaczną obniżać koszty swojej obsługi. Będzie to wprost wynikało ze wzrostu zapotrzebowania na ich usługi. Zawsze trzeba pamiętać, żeby z rozwagą korzystać z dostępnych ofert. Należy mieć przemyślane różne, potencjalne scenariusze, jak np. utrata pracy – podsumowuje Jan Żuralski.

Zolkiewicz & Partners: W rytmie ETFów – koniec roku na GPW.

WIG20 kontra sWIG80

Od wielu miesięcy na GPW obserwujemy siłę dużych spółek, wchodzących w skład indeksu WIG20 oraz spadki kursów mniejszych spółek. Wynika to z tego, iż na świecie na sile przybiera moda na inwestowanie pasywne, czemu sprzyja dziewiąty rok hossy na rynkach rozwiniętych. Mieszkańcy krajów rozwiniętych oszczędzają i inwestują kupując coraz więcej funduszy indeksowych typu ETF, a fundusze te alokując aktywa także geograficznie kupują również akcje z regionu Polski. Jednak fundusze takie interesują się przede wszystkim dużymi i płynnymi spółkami, windując ich ceny (w końcu zarządzających funduszami ETF zupełnie nie interesuje czy akcje są tanie czy drogie, ich zadaniem jest po prostu wydać pieniądze w ramach określonej klasy aktywów). Z kolei Polacy wciąż silnie pamiętają kryzys 2008 roku i unikają akcji, napływy netto do funduszy akcji polskich oraz małych i średnich spółek od początku roku są ujemne – wiele funduszy, które mają umorzenia zmuszone jest sprzedawać akcje – stąd spadki małych i średnich spółek, którymi nie interesują się inwestorzy zagraniczni.

Wielu inwestorów obawia się również, że szybko rosnące koszty wynagrodzeń bardziej dotkną małe spółki niż średnie i duże. Dla długoterminowych inwestorów obecna przecena w segmencie małych spółek umożliwia nabycie wielu ciekawych i rozwijających się spółek za kilkakrotność ich rocznych zysków.

Gdzie płynie kapitał z lokat bankowych

Nadal dominuje trend migracji nisko oprocentowanych lokat bankowych w kierunku rynku nieruchomości, funduszy obligacji i pieniężnych. Posiadacze wolnej gotówki stronią od inwestycji w polskie akcje. Za to giełdowi deweloperzy mieszkaniowi zacierają ręce sprzedając rekordową w historii ilość mieszkań, w tym ponad 40% z nich za gotówkę (bez wykorzystania kredytu bankowego).

Trudne czasy dla funduszy Absolute Return

Wiele funduszy typu absolutnej stopy zwrotu, które obiecywały inwestorom „zysk w każdych warunkach” odnotowało w ostatnich miesiącach starty. Wynika to z tego, iż fundusze te najczęściej kupują akcje niedocenionych ich zdaniem, ale małych i niepłynnych spółek, równocześnie obstawiając za pomocą kontraktów terminowych spadki głównych indeksów, mylnie nazywając to „zabezpieczaniem portfela”. Taka strategia raz się sprawdza a raz nie. W długim terminie pozwala ona ograniczyć wahania certyfikatu inwestycyjnego – ale za cenę znacznie niższych średniorocznych zysków. Fundusze te mogą więc być rozważane jako inwestycja przez inwestorów średnioterminowych – ale dla inwestorów długoterminowych zawsze będą złą inwestycją.

Bańka innowacji

Historia lubi zataczać koło. Na całym świecie widoczna jest kolejna bańka technologiczna. W okolicach millenium inwestorzy lubili spółki, które związane były z rozwijającym się segmentem internetowym. Obecnie bardzo lubiane są takie spółki, które mogą pochwalić się „innowacyjnością” oraz znajdują się w branży nowych technologii – jakkolwiek ją definiować. Jednak często jest to tylko chwyt marketingowy, który ma przekonać inwestorów do wyłożenia pieniędzy na „produkt przyszłości”. Rynek jednak przeszacowuje zdolność do osiągania przez te firmy zysków w przyszłości.

Ponad rok temu ostrzegałem inwestorów przed bańką w branży gier komputerowych. Jest ona nadal znacząco przewartościowana, mimo, że wiele spółek z tej branży spadło w ostatnich miesiącach o 50% i więcej (CI Games, Artifex Mundi). Podobne hurraoptymistyczne nastroje obserwuję w branży start-upów medycznych, które są najczęściej na etapie „pre-revenue”. Specjaliści z branży medycznej często od razu są w stanie ocenić, że produkty tych firm często nie działają, a modele biznesowe i cenowe nie są dostosowane do schematów obiegu pieniądza w służbie zdrowia. Jednak inwestorzy instytucjonalni ciągle dają się nabierać na coraz to nowe pomysły start-upów w tej branży.

Bańka technologiczna rozszerza swoje wpływy, jednym z jej przejawów jest rosnący kurs Bitcoina oraz debiut nowych kryptowalut (tzw. ICO – Initial coin offering) praktycznie w każdym tygodniu roku.

Banki i wierzytelności

W dłuższym terminie słabszą rentowność mogą mieć nowe fundusze wierzytelności co jest związane z coraz większymi cenami jakie płacą windykatorzy za nabywane pakiety długu. Kolejnym problemem jaki dotyka branżę jest zmiana prawa odnośnie przedawniania długów. Do tej pory dłużnik musiał dowieść, że dług jest przedawniony teraz to windykator musi udowodnić, że dług nie jest przedawniony. W przeciwnym wypadku nie uzyska tytułu wykonawczego. Nie jestem też optymistą co do banków w Europie jako inwestycji. Jest to sektor coraz bardziej regulowany i w wielu krajach upaństwowiony. Obecnie to już nie prezesi banków a urzędnicy decydują jakie produkty bankowe i z jaką marżą ma bank sprzedawać; w jaki sposób bank ma zawiązywać rezerwy; jaką dywidendę może wypłacać. Z każdym rokiem obniża to atrakcyjność tego sektora i sprawia, ze jest coraz bardziej podatny na działanie firm fintechowych, które podgryzają udziały rynkowe banków – i to zaczynając od najbardziej rentownych produktów.

Początek końca ery taniego pieniądza

Stopy procentowe działają na rynki akcji jak grawitacja. Niskie stopy tak jak mała grawitacja pozwalają wznieść się akcjom wysoko podczas gdy rosnące stopy procentowe ściągają kursy akcji „na ziemię”. Regionalni szefowie amerykańskiego banku rezerwy federalnej od kilku miesięcy anonsują podnoszenie stóp procentowych a FED od jakiegoś czasu nie „drukuje” już pieniędzy. Także Europejski Bank Centralny postanowił o zmniejszeniu skali dodruku pieniądza z 60 mld Euro miesięcznie do 30 mld Euro, co jest zwiastunem końca procesu „luzowania ilościowego” i może powoli zakończyć bańkę na rynku długu rządowego na całym świecie. Koszt pieniądza będzie w najbliższych kwartałach jednym z najważniejszych czynników mającym wpływ na zachowanie giełd.

Modny MIFID II

MIFID II to w polskim środowisku biznesowym najmodniejszy temat ostatnich miesięcy. Wszystkie strony rynku bały się, że ich modele biznesowe zostaną „wywrócone”. Obecnie wiemy już, że wiele się nie zmieni – MIFID II właściwie nie dotknie opłat z zarządzanie w funduszach inwestycyjnych może poza małą grupką funduszy otwartych, które pobierają absurdalne opłaty na poziomie około 4%. Wiadomo już też, że raczej nie zmieni się model współpracy TFI i dystrybutorów produktów finansowych – mimo, że niektórzy klienci dostaną „grubsze regulaminy” do przeczytania i być może będą mogli więcej dowiedzieć się o opłatach – ale do tej pory temat ten nie budził zainteresowania. Na pewno fundusze inwestycyjne będą musiały osobno płacić domom maklerskim za raporty analityczne i tzw. corporate access – a osobno za prowizje maklerskie – myślę jednak, że prowizje niewiele spadną, a ceny za analizy początkowo przez wiele domów zostaną ustalone na mało rozsądnym poziomie – ale szybko zaczną spadać. Z dużej chmury spadnie mały deszcz.

Autorem komentarza jest Piotr Żółkiewicz, zarządzający funduszem Zolkiewicz & Partners Inwestycji w Wartość FIZ

Brak regulacji rozkłada rynek cyfrowalut. Branża zaczyna myśleć o ucieczce z Polski?

Jeszcze rok temu byliśmy jednym z największych na świecie tego typu rynków. Ale, według ekspertów, straciliśmy mocną pozycję, bo ustawodawca dotąd nie widział potrzeby wprowadzenia uregulowań prawnych. Tymczasem Japonia, która w 2016 roku była za nami pod względem obrotów, zdążyła uporządkować kwestie legislacyjne. Dzięki temu, już w sierpniu br. miała co najmniej kilkadziesiąt razy większy rynek, niż Polska. W obecnej sytuacji wiele z naszych firm zaczyna głośno mówić o przeniesieniu się zagranicę, np. na Litwę, gdyż tamtejszy rząd aktywnie zaprasza je do współpracy. W związku z tym, możemy znaleźć się na marginesie światowego postępu. Nawet Rosjanie czy Ukraińcy widzą w cyfrowalucie potencjał do wzrostu gospodarczego, a my utknęliśmy w miejscu. Zaczyna doganiać nas już Białoruś, a Litwa – po zaangażowaniu swoich władz – prześcignęła Polskę w ciągu zaledwie kilku miesięcy.

Zdaniem wielu specjalistów z rynku, poprzednia i obecna władza zbyt mało zrobiły w kwestii prawnego uregulowania cyfrowalut w Polsce. Panuje duża nieufność między rynkiem a administracją tak, jak w wielu dziedzinach gospodarki. Strumień Blockchain/DLT i Waluty Cyfrowe przez kilka pierwszych miesięcy działalności zmniejszał napięcia i zwiększał wzajemne zaufanie. Prof. Krzysztof Piech z Uczelni Łazarskiego w Warszawie dodatkowo obwinia o brak legislacji samą branżę, która nie sformułowała jasnych oczekiwań wobec rządzących. Zdaniem eksperta, część firm nie chciała regulacji, bojąc się nadmiernej restrykcyjności, więc ich nie omawiano. Prace nad tym podjęto dopiero, gdy najwięksi gracze na rynku postanowili przenieść się zagranicę.

– Istnieją opinie, że branża jest za mało zaangażowana w sprawę regulacji cyfrowalut. Mam o tym inne zdanie. Obserwowałem ilość pracy wykonanej oddolnie w celu zainteresowania instytucji państwowych realną oceną potencjału walut cyfrowych w gospodarce. Inicjowane przez branżę próby rozmów z Komisją Nadzoru Finansowego, Narodowym Bankiem Polskim i Ministerstwem Rozwoju zwykle nie były podejmowane. Po bardzo intensywnym okresie pracy w strukturach Strumienia Blockchain/DLT i Walut Cyfrowych, w grudniu 2016 i styczniu 2017 roku, sprawa legislacji znacząco ucichła. Dlatego też w dużej większości branża uważa tamtą aktywność za stracony czas – mówi Mariusz Sperczyński, ekspert międzynarodowego rynku cyfrowalut.

Natomiast prof. Piech przypomina, że w ramach działań Strumienia Blockchain/DLT i Walut Cyfrowych jako jedną z głównych barier rozwoju branży zidentyfikowano brak ogólnej interpretacji podatkowej. Opracowano jej projekt, który przedstawiono Ministerstwu Finansów. Podjęto też prace nad dedykowanym sektorowi fintech środowiskiem regulacyjnym, tzw. sandboxem. Jednak zostały one przerwane. Czekanie na tego typu regulacje w Polsce okazało się być zmarnowaniem prawie roku. W tym czasie w kraju nic na korzyść się nie zmieniło.

– Ministerstwo Cyfryzacji z zainteresowaniem przygląda się i analizuje sprawę cyfrowalut. W ramach działań jednego ze Strumieni Blockchain/DLT i Waluty Cyfrowe, programu „Od papierowej do cyfrowej Polski”, prowadzone są prace koncepcyjne dotyczące tego zagadnienia. Obecnie ministerstwo nie realizuje żadnego projektu w oparciu o cyfrowe waluty – informuje Wydział Komunikacji Ministerstwa Cyfryzacji.

Dopiero kilka tygodni temu zaczęły być formułowane prośby branży do Ministerstwa Finansów, by objąć giełdy cyfrowalutowe ustawą o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy. Miałyby one prawo informować Generalnego Inspektora Informacji Finansowej o podejrzanych transakcjach. Całość procedur identyfikujących tożsamość klientów czy legalność transakcji giełdy już wdrożyły wiele miesięcy temu. Znalazło to swoje potwierdzenie w tzw. „Kanonie dobrych praktyk”.

– Polacy korzystają z kryptowalut już od wielu lat. Największa z naszych giełd twierdzi, że ma ponad 200 tys. klientów. Takiej liczby nie można ignorować. Stąd pojawiają się nawet głosy nawołujące do stworzenia partii politycznej, która wsparłaby rozwój walut cyfrowych. Obecnie hamuje go lęk przed opresyjnością służb podatkowych i brak jasnych interpretacji prawnych. Szkoda, bo stajemy się podwykonawcą zagranicznych firm. Nasze przedsiębiorstwa rejestrują się w innych krajach, a później ukrywają fakt, że są z Polski – zwraca uwagę prof. Piech.

Ucieczka na Litwę

Dużo naszych firm chce przyjąć zaproszenie rządu litewskiego i budować tam polską wyspę dla fintech w obszarze cyfrowalut. Według przedstawicieli branży, ta oferta jest na tyle atrakcyjna, że nawet znane, fintechowe brytyjskie przedsiębiorstwa przenoszą tam swoją działalność. W ślad za pierwszym polskim podmiotem kolejne mogą podążyć na Litwę. Dla nas jest to prostsze rozwiązanie, niż w przypadku Brytyjczyków, których dzieli większa odległość. Ponadto, obecna sytuacja może wymusić na części rodzimych podmiotów internacjonalizację. Dzięki temu, uniezależnią się od polskiego rynku i zyskają większe poczucie bezpieczeństwa.

– Moim zdaniem, ta propozycja jest zgodna z logiką działania tego rynku. Jeśli nasi sąsiedzi stworzą warunki do rozwoju innowacyjnych projektów, to firmy rozwiną w ich kraju tego typu projekty. I nikt nie będzie się oglądał na to, co dzieje się u nas. Na Litwie nie proszono polskich przedsiębiorców o opracowanie jakichkolwiek analiz i dodatkowych ekspertyz. Po prostu rząd przygotował im odpowiednie warunki do prowadzenia działalności i ich zaprosił – stwierdza Mariusz Sperczyński.

Filip Pawczyński, prezes Polskiego Stowarzyszenia Bitcoin, zaznacza, że Litwa co najmniej od półtora roku jest poważnie zaangażowana w adopcję i regulację walut cyfrowych. Głównym celem wdrożenia tej technologii jest poprawa pracy i podwyższenie komfortu życia obywateli. Z kolei, stabilność przepisów niewątpliwie jest dużym impulsem do rozwoju tego rodzaju biznesów, także tych z Polski. Nasi przedsiębiorcy szukają pewnych rozwiązań na całym świecie, a szczególnie w UE. Będą brali pod uwagę kraje szybko rozwijające się pod tym względem, m.in. Litwę czy Estonię.

Japońskie rozwiązania

4 lata temu byliśmy 3. rynkiem na świecie, po USA i Japonii. Oblicza się, że od tamtego czasu spadliśmy na 7-8 pozycję. Ale jeszcze rok temu wyprzedzaliśmy Japończyków. Według szacunków ekspertów, opracowanych na podstawie ogólnodostępnych źródeł, na przełomie lipca i sierpnia 2016 roku, w przeliczeniu na USD, wyglądało to następująco: CNY 10,8m, USD 3,1m, EUR 460k, RUB 250k, PLN 100k, JPY 90k. Natomiast w sierpniu 2017 roku obrót Japonii był od 100 do 1000 razy większy, niż Polski. Różnice w obliczeniach wynikają z tego, że część specjalistów uwzględnia zarówno transakcje dokonywane na giełdach, jak i w sklepach, za pomocą bezpośrednich płatności cyfrowalutami. Niemniej, z całą pewnością uregulowanie pojęcia walut cyfrowych w Japonii ugruntowało pozycję tego rynku na świecie. Ograniczenie niepewności prawnej wpłynęło na wzrost zainteresowania tą jurysdykcją dla prowadzenia przedsięwzięć opartych o cyfrowaluty i technologię blockchain.

– Japonia ustanowiła pewne regulacje niejako pod presją. Upadek tamtejszej giełdy Mt. Gox w 2014 roku naraził wiele firm na straty. Rząd uznał, że lepiej będzie przejąć kontrolę nad tym rynkiem, niż dopuścić do kolejnej takiej sytuacji. Wprowadził zatem obowiązek uzyskania pozwolenia na prowadzenie działalności brokerskiej w obszarze kryptowalut, przy czym jako środek płatniczy uznano jedynie bitcoina i ethereum. Dzięki temu ich zakup jest zwolniony z 8% podatku od sprzedaży – wyjaśnia dr Przemysław Kwiecień z domu maklerskiego XTB.

Z kolei, zdaniem Mariusza Sperczyńskiego, rozwiązania Japończyków mogą stanowić wzór dla Polski w kwestii regulacji. W ustawie wyraźnie wskazano definicję wirtualnej waluty. Podmioty, które chcą prowadzić usługi wymiany walut wirtualnych, muszą widnieć w rejestrze, prowadzonym przez Agencję Usług Finansowych Japonii. Ponadto powinny przestrzegać zobowiązań, podejmowanych w celu ochrony ich klientów. Warunki japońskie są realne do spełnienia przez każdy dobrze zaplanowany biznes. Jak stwierdza ekspert, podobne wymagania mogłyby z powodzeniem funkcjonować u nas.

– Bitcoin jest pełnoprawnym środkiem płatniczym w Japonii od 1 kwietnia br. Można nim płacić do kwoty 100 tys. jenów, czyli ok. 3200 zł, już w 260 tys. placówkach. Z każdym dniem wzrasta liczba stacjonarnych punktów handlowych, które go akceptują. W szybkim tempie rozwija się też bitcoinowa infrastruktura i przybywa giełd. Nie jest to jednak waluta narodowa. Dzięki temu, podmioty, które obracają BTC, nie podlegają pełnemu licencjonowaniu i nadzorowi finansowemu, np. na równi z bankami. W tej chwili wymagania te są mniejsze i dotyczą głównie weryfikacji klientów. Bitcoinem dalej też nie można opłacać podatków – dodaje Marcin Furtak z serwisu Bitcoin.pl.

Przeciwnicy uregulowania sektora walut cyfrowych w Japonii ostrzegali, że takie działanie doprowadzi do ograniczenia swobody podmiotów na nim funkcjonujących. Wskazywali, że bitcoin powstał w celu uniezależnienia się od ingerencji państwa w sferę własności jednostki. W ocenie Mariusza Sperczyńskiego, takie rozumowanie obarczone jest jednak dużym błędem, gdyż zdecydowana większość środowiska woli działać zgodnie z prawem i zarabiać uczciwie.

– Na początku bitcoinową infrastrukturę tworzyły w Japonii startupy, które nie miały wiele do stracenia. Ustawa jednak przyciągnęła duże koncerny, m.in. Sony. Jednak bez jasnego prawa prawdopodobnie nie zdecydowałyby się na taki krok, z powodu ogromnego ryzyka. Gdyby podobne rozwiązania wprowadzono w Polsce, to bitcoinem również zainteresowałyby się duże firmy, co przyniosłoby naszej gospodarce wymierne korzyści – zauważa Marcin Furtak.

Jak stwierdza prof. Krzysztof Piech, Polska jeszcze mogłaby wyprzedzić Japonię, gdyby wprowadziła podobne do niej rozwiązania. Pod względem współpracy z rządem byliśmy raptem kilka miesięcy do tyłu. Niestety, w całej kilkudziesięciotysięcznej administracji publicznej w naszym kraju jest zatrudniona tylko jedna osoba w Ministerstwie Cyfryzacji, która częściowo zajmuje się tematem walut cyfrowych. Ogłaszane przez rząd, proinnowacyjne aspiracje nie idą więc w parze z realnymi działaniami, przynajmniej w zakresie wspierania blockchain. Świadczy o tym też fakt, że nie było jeszcze żadnego zamówienia publicznego na tę technologię.

Wschodnia ofensywa

– Niedawno uczestniczyłem w Konferencji Blockchain i Bitcoin w Kijowie. Prelegenci podkreślali tam, że Ukraina staje się nową potęgą europejską w dziedzinie cyfrowalut. Choć jeszcze w zeszłym roku była za nami jako rynek, dziś znacząco wyprzedza Polskę. Jest jedną z najbardziej rozwijających się gospodarek w zakresie wykorzystania tej technologii. Co więcej, tamtejszy rząd intensywnie pracuje nad uruchomieniem norm technicznych ISO/TC 307 – informuje Mariusz Sperczyński.

Prof. Piech podkreśla, że w naszym kraju skala rozwoju branży wyraźnie zwalnia, co najbardziej widać w zakresie pozafinansowych zastosowań technologii blockchain. Mamy tylko kilka takich startupów, a na świecie jest ich ponad tysiąc, na samej Ukrainie – kilkanaście razy więcej, niż u nas. Nasi wschodni sąsiedzi mogą nawet stać się światową potęgą na rynku cyfrowalut. Dzięki temu, zyskają tańszą i nowocześniejszą bankowość. Zwiększą też swoje cyberbezpieczeństwo i być może zmniejszą korupcję. Tymczasem, Polskę zaczyna już doganiać Białoruś.

– Warto dodać, że na Ukrainie są poszukiwane takie rozwiązania, które pozwoliłyby na publiczne aukcje, za pomocą blockchain i być może również cyfrowalut. Tamtejsze Ministerstwo Finansów planuje wdrożyć system całkowicie niezależny od interwencji administracji państwowej. W ten sposób, rząd chce uporać się z poważnym problemem korupcji – podaje Mariusz Sperczyński.

Z Rosji również płyną informacje na temat intensywnych prac. Władimir Putin oświadczył, że jego państwo powinno usystematyzować sferę posługiwania się cyfrowalutami. W tym celu, ma korzystać z doświadczeń, jakie zdobyły już inne kraje w tej dziedzinie. Tamtejsza administracja właśnie przygotowuje projekty ustaw, dzięki którym wprowadzi swoją wirtualną walutę, tzw. kryptorubla.

– Jesteśmy świadkami globalnej gry rynkowej o wpływy cyfrowe. Rosjanie dostosowują się do jej warunków. Skoro takie potęgi gospodarcze, jak Japonia, Chiny czy Stany Zjednoczone, na poważnie przygotowują lub omawiają regulacje cyfrowalut w celu ich upowszechnienia, to rosyjski rząd również nie odpuści. W branży panuje taka opinia, że ambicje i zapędy Rosjan nie mają obecnie znaczenia dla polskiej gospodarki. Bez względu na ich sukcesy, nasza pozycja konsekwentnie przesuwa się w kierunku drugiej, a nawet trzeciej ligi światowego biznesu cyfrowalutowego – ocenia Sperczyński.

Przyszłość branży

– Wspólny komunikat Narodowego Banku Polskiego i Komisji Nadzoru Finansowego z lipca br. w sprawie walut wirtualnych w sposób kompleksowy informuje użytkowników o ryzykach, a co za tym idzie, pozwala na podjęcie świadomych decyzji. Obecnie UKNF nie planuje przedstawienia nowego oświadczenia. W przypadku zmiany sytuacji na rynku niewykluczone są inne działania, które Urząd uzna za proporcjonalne do stwierdzanego ryzyka – zapowiada Departament Komunikacji Społecznej UKNF.

Według branży, ostrzeżenie NBP i KNF dotyczy największych cyfrowalut, a nie faktycznych piramid finansowych, których celem jest oszukiwanie ludzi. W efekcie, legalne biznesy mają trudniejsze warunki do funkcjonowania, a przestępcy – nawet lepsze, bo o nich nie wspominano. Co więcej, mocno eksploatowany przez media, komunikat poskutkował tym, że większości firm cyfrowalutowych wypowiedziano umowy na prowadzenie kont bankowych. Takie działanie dodatkowo wypycha z polskiego rynku tego typu firmy. Banki miały w tym swój interes, bo cyfrowaluty traktują jako zagrożenie. Jednak, w ocenie ekspertów, branża też odpowiednio nie zareagowała, tzn. nie wydała mocnych i rzeczowych komunikatów. Nie wprowadziła też działań obronnych.

– Nie zaistniały żadne nowe istotne okoliczności, które mogłyby wpłynąć na zmianę prezentowanej opinii na temat walut wirtualnych w Polsce. W związku z tym, na chwilę obecną stanowisko NBP nie ulega zmianie. Należy jednak zaznaczyć, że działania mają charakter prewencyjny. Celem komunikatu, było ostrzeżenie przed ryzykiem związanym z inwestowaniem środków finansowych w cyfrowaluty – komentuje Narodowy Bank Polski.

Jak stwierdza prof. Krzysztof Piech, nasz sektor bankowy jest zbyt silny, by z entuzjazmem otworzył się na nową technologię. Jej obecność budzi ryzyko, np. ograniczenia marż w segmencie. Dlatego w przyszłości na cyfrowalutach skorzystają bardzo rozwinięte rynki, np. USA. Taką szansę mają też słabo ubankowione kraje trzeciego świata. Ewentualnie mogą to być niedemokratyczne państwa, m.in. Rosja i Chiny, w których proces podejmowania decyzji jest bardzo szybki. Polska nie mieści się w żadnej z tych grup.

– Branża od dawna spotyka się z odrzuceniem ze strony banków. Brakuje merytorycznej dyskusji, np. na temat stosowanych zabezpieczeń KYC/AML. To oczywiście w sposób zdecydowany utrudnia jej bieżącą działalność. Ale polskie firmy sobie poradzą. Będą rozwijały się zagranicą, gdzie dostaną odpowiednią przestrzeń i wsparcie, na przykład na Litwie. Jak widać, w Polsce cyfrowaluty są postrzegane jako zagrożenie, a nie innowacyjny element gospodarki – zaznacza Mariusz Sperczyński.

W ocenie eksperta z Uczelni Łazarskiego, nawet gdyby zmieniło się podejście do cyfrowalut w Polsce i kwestie podatkowe zostałaby uporządkowane, to branża i tak się nie rozwinie. Przede wszystkim potrzebne jest zezwolenie na pozyskiwanie większego kapitału z zagranicy w formie crowdfoundingu. W grę wchodzi nawet kilkaset milionów dolarów. Tymczasem, polskie limity w tym zakresie są jednymi z najniższych w Europie. Finansowanie społecznościowe w formie Initial Coin Offering jest obarczone ryzykiem regulacyjnym i może być uznawane za działanie nielegalne. W efekcie, większość firm z Polski chce się przenosić do Szwajcarii, gdzie władze unormowały już ICO.

– Obecnie kwestie prawne, związane z kryptowalutami oraz innymi zastosowaniami technologii blockchain, jak tokeny czy ICO, stają się absolutnie kluczowe dla rozwoju tej branży. Choć czasem czynione są kroki w dobrym kierunku, brakuje odpowiedniej wiedzy i know-how wśród instytucji publicznych na temat ogromnych szans i sporych ryzyk związanych z tą technologią. Bez odpowiednich działań prawnych, bazujących na dobrym zrozumieniu tej złożonej tematyki, Polska nie ma szans skorzystać z tej nowej rewolucji technologicznej – przewiduje Jacek Czarnecki, międzynarodowy prawnik specjalizujący się w technologii blockchain.

Jak podsumowuje prof. Piech, opinia publiczna nie jest świadoma tego, jak wiele zyskałby cały kraj na rozwoju tej branży. Dlatego nie można dziwić się obojętności, a niekiedy nawet wrogości niektórych instytucji publicznych. Tymczasem ekspert szacuje, że wartość podatków i składek, zapłaconych przez firmy z sektora cyfrowalut wyniosła dotąd nawet 100 mln zł. Przy dotychczasowej dynamice rozwoju, za kilka lat mogłyby to być wielkości kilkukrotnie wyższe.

Cloud Technologies: zysk netto wyższy o ponad 70% w III kw. 2017 r.

Cloud Technologies, polski lider analityki Big Data i największa hurtownia danych w Europie, przetwarzająca już ponad 9 mld anonimowych profili internautów odnotowała kolejny dobry kwartał. Przychody Grupy w trzecim kwartale wyniosły 17 mln zł i były wyższe o 23,6% r/r, a zysk netto wzrósł o 71,6% do poziomu 7,9 mln zł. Spółka podtrzymuje plany przejścia na główny rynek GPW.

Wyniki Cloud Technologies osiągnięte w III kwartale są odzwierciedleniem naszego dynamicznego rozwoju, intensywnej pracy wykonanej w tym okresie oraz rosnącego zapotrzebowania na dane na świecie. Zwiększenie skali naszej działalności, szczególnie na rynkach zagranicznych, pozwoliło nam na zajęcie pozycji jednego z największych na świecie dostawców danych typu 3rd party – mówi Piotr Prajsnar, prezes zarządu Cloud Technologies.Dane stają się coraz ważniejszym aktywem w wielu branżach, popyt na nie stale rośnie, co potwierdzają trendy rynkowe. W reklamie internetowej dynamicznie rośnie rynek programmatic, dla którego dane są podstawą – dodaje prezes.

eMarketer szacuje, że w USA w 2019 r. model programmatic zagospodaruje już 83,6% wydatków na reklamę odsłonową w Internecie. Podobnie sytuacja wygląda na rynku europejskim, gdzie zgodnie z raportem IAB Europe rynek reklamy w modelu programmatic rośnie w tempie dwucyfrowym. Jego wartość w 2016 r. sięgnęła 8,1 mld euro i wzrosła aż o 42,7% porównując r/r.

Najważniejsze dane finansowe za III kw. 2017 r. i I-III kw. 2017 r.

Dane finansowe (mln zł) III kw. 2017 III kw. 2016 Zmiana r/r I-III kw. 2017 I-III kw. 2016 Zmiana r/r
Przychody 17,0 13,7 23,6% 50,8 32,4 56,6%
EBIT 9,3 6,5 43,6% 22,8 15,6 46,0%
EBITDA 9,4 6,7 38,8% 23,1 16,5 40,2%
Zysk netto 7,9 4,6 71,6% 16,5 13,0 27,0%

 

Przychody ze sprzedaży Cloud Technologies wzrosły w III kwartale 2017 r. do poziomu 17,0 mln zł, czyli o 23,6% w porównaniu do analogicznego kwartału w roku 2016. Skonsolidowany zysk EBITDA był wyższy o 38,8% niż w III kwartale 2016 r. i wyniósł 9,4 mln zł. Grupa zanotowała też zysk netto na poziomie 7,9 mln zł (wzrost o 71,6% r/r).

W ujęciu całej Grupy przychody ze sprzedaży w pierwszych trzech kwartałach 2017 r. wyniosły 50,8 mln zł i wzrosły tym samym o 56,6% w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. Skonsolidowany zysk EBITDA wzrósł o 40,2% do 23,1 mln zł, natomiast zysk netto wyniósł po trzech kwartałach 16,5 mln zł, czyli o 27,0% więcej niż rok wcześniej.

Za nami kolejny udany kwartał, a osiągnięte wyniki najlepiej potwierdzają nasz dynamiczny rozwój. W ciągu ostatnich 6 lat udało nam się zbudować jedną z największych na świecie hurtowni anonimowych danych o preferencjach i zainteresowaniach internautów oraz stworzyć unikalną ofertę dla reklamodawców i wydawców z wykorzystaniem technologii Big Data mówi Piotr Prajsnar. Cieszę się, że naszą działalność i technologie docenia rynek. W opublikowanym w październiku rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe zajęliśmy 9. miejsce wśród najdynamiczniej rozwijających się spółek w Europie Centralnej, w porównaniu do zeszłorocznego zestawienia awansowaliśmy o 12 pozycji – dodaje prezes.

Segment Performance marketing pozostaje główną składową sprzedaży i rentowności Grupy, przy czym należy odnotować rosnące znaczenie segmentu Data services, co ma strategiczne znaczenie dla działalności Grupy.

W trzecim kwartale 2017 r. Spółka podpisała z siecią reklamową OAN Sp. z o.o. przyrzeczoną umowę nabycia zorganizowanej części przedsiębiorstwa OAN. Ostateczna cena nabycia została wyznaczona na poziomie 2,3 mln zł. Transakcja ma na celu poszerzenie oferty Grupy Cloud Technologies w zakresie monetyzacji powierzchni reklamowej oraz dotarcie do szerszego grona usługobiorców. Jest to też dodatkowy sposób na monetyzację technologii UnBlock. Działająca od 2011 r. Spółka OAN Sp. z o.o. to rozpoznawalna marka na rynku reklamy internetowej.

Przejęcie części sieci reklamowej OAN to kolejny krok w naszym rozwoju, który przełoży się w przyszłości na jeszcze lepsze wyniki i pozwoli na przygotowanie bardziej kompleksowej oferty oraz umocnienie naszej pozycji na rynku mówi Piotr Prajsnar.

Spółka podtrzymuje plany przejścia na rynek główny GPW o czym poinformuje akcjonariuszy po złożeniu prospektu emisyjnego do KNF.

Polska coraz ważniejszym graczem na rynku nowoczesnych technologii medycznych. Wyzwaniem edukacja lekarzy w nowych technologiach

Polska coraz ważniejszym graczem na rynku nowoczesnych technologii medycznych. Wyzwaniem edukacja lekarzy w nowych technologiach 1

Służba zdrowia nowej generacji będzie wykorzystywać coraz więcej nowinek technologicznych. Urządzenia mobilne, aplikacje, telediagnostyka, narzędzia data mining czy sztuczna inteligencja będą stosowane na coraz większą skalę. Polska, choć pod względem cyfryzacji służby zdrowia i jakości usług medycznych znajduje się w ogonie Europy, przoduje w tworzeniu medycznych innowacji. Przyszłością medycyny są wielodziedzinowe zespoły, łączące środowiska inżynierskie ze środowiskiem medycznym. Największym wyzwaniem jest jednak edukacja lekarzy w zakresie wprowadzanych na rynek nowości technologicznych.

Polska znajduje się w ogonie Europy pod względem cyfryzacji służby zdrowia, jakości usług medycznych i nakładów finansowych na ten sektor. Wydatki na służbę zdrowia to 4,6-4,8 proc. krajowego PKB, przy średniej dla państw zrzeszonych w Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) na poziomie 6,7 proc. Z drugiej jednak strony polscy naukowcy i start-upy przodują w tworzeniu medycznych innowacji. Tylko w 2016 roku do Urzędu Patentowego wpłynęło 116 wniosków patentowych dotyczących wynalazków z zakresu medycyny.

– Polska jest coraz ważniejszym graczem na medycznym rynku europejskim. W stosunku do dużych tuzów rynkowych typu USA, Korea czy Japonia, kraje Europy Zachodniej – jeszcze trochę nam brakuje w kwestii systemu wsparcia innowacji. Natomiast jeśli chodzi o wiedzę, którą wytwarzamy w naszym kraju, poziom wykształcenia ludzi, także poziom osiągnięć technologicznych, nie mamy czego się wstydzić, zwłaszcza w ostatnich latach – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kamil Kipiel ze start-upu medycznego Medical Simulation Technologies, producenta symulatorów dla lekarzy.

Z raportu „Pacjent w świecie cyfrowym” globalnej firmy doradczej PwC wynika, że służba zdrowia nowej generacji będzie wykorzystywać coraz więcej nowinek technologicznych, takich jak urządzenia mobilne, aplikacje, telediagnostyka, narzędzia data mining czy sztuczna inteligencja. Przyszłością medycyny są interdyscyplinarne zespoły łączące środowiska inżynierskie ze środowiskiem medycznym.

– Zdecydowanie idziemy w kierunku robotyzacji i zastosowania nowoczesnych technologii w medycynie. Połączenie środowiska inżynierskiego ze środowiskiem medycznym to dla mnie w 100 proc. przyszłość, ponieważ potrzebę kreuje nam środowisko medyczne, np. szpital specjalistyczny, a odpowiedzieć na tę potrzebę bardzo często mogą inżynierowie czy specjaliści od technologii w połączeniu z lekarzami – takie zespoły interdyscyplinarne są przyszłością medycyny – przekonuje Kamil Kipiel.

Jak ocenia ekspert, obszarem medycyny, gdzie pojawia się bardzo dużo nowych technologii jest kardiologia. Według raportu Technavio, globalny rynek kardiologii inwazyjnej będzie rósł w latach 2017 – 2021 w tempie 7 proc. średniorocznie. Największym motorem napędowym tego rynku będą operacje mikroinwazyjne, które według badaczy z Technavio cechują się szybszą rekonwalescencją, mniejszym bólem, mniejszą liczbą infekcji pooperacyjnych, skróconym czasem pobytu w szpitalu, wysoką skutecznością i minimalnym ryzykiem komplikacji, a także kontrolowanym krwawieniem.

– Obszar serca, obszar kardiologii i kardiochirurgii – tutaj bardzo dużo się dzieje w ostatnich latach. Bardzo inspirującą rzeczą są tzw. mikroinwazyjne operacje na sercu – nie musimy rozkrawać klatki piersiowej, obniżamy ryzyko operacji na tym pacjencie, znacząco obniżamy koszty hospitalizacji pacjenta, wykonując operację de facto pod skórą, także z wykorzystaniem badania echokardiografii przezprzełykowej – twierdzi przedstawiciel Medical Simulation Technologies.

Jak podkreśla ekspert, niezwykle istotną kwestią przy wprowadzaniu najnowszych technologii na rynek medyczny jest edukacja lekarzy, którzy z najnowszego sprzętu mają korzystać. Tu w sukurs mogą przyjść symulatory medyczne, dzięki którym lekarze mogą wykonać operacje, bez uszczerbku zdrowia pacjenta.

– Fantomy medyczne, różnego rodzaju sondy, urządzenia, roboty typu Da Vinci, które też mamy w Polsce, to zdecydowanie przyszłość dla dobra pacjenta, ale żeby ta twarda technologia sprawdzała się na rynku i abyśmy mogli efektywnie wdrażać nowe rozwiązania, nie możemy zapominać o edukacji lekarzy, którzy mają operować na tym nowym sprzęcie, mają go skutecznie wykorzystywać. Żeby to się działo, muszą być najpierw dobrze wykształceni, wyedukowani i przede wszystkim doświadczeni praktycznie – twierdzi Kamil Kipiel.

Polscy naukowcy opracowują zderzak przyszłości z materiałów energochłonnych. Ma chronić pieszych i rowerzystów

Polscy naukowcy opracowują zderzak przyszłości z materiałów energochłonnych. Ma chronić pieszych i rowerzystów 2

Naukowcy z Politechniki Wrocławskiej pracują nad rozwiązaniem, które pozwoli chronić pieszych i rowerzystów. Konstruują zderzak ze specjalnych materiałów energochłonnych. W nowoczesnych pojazdach znajdziemy liczne systemy bezpieczeństwa, których zadaniem jest przede wszystkim utrzymanie bezpieczeństwa kierowcy i pasażerów. Producenci samochodów w celu zwiększenia bezpieczeństwa stosują w nich coraz większą liczbę poduszek powietrznych. Jednak chronią one jedynie kierowcę i pasażerów wewnątrz pojazdu. 

– Inspiracją do zastosowania dębu korkowego była współpraca z Uniwersytetem w Aveiro z Portugalii, czyli kraju gdzie produkcja dębu korkowego to 50 proc. produkcji światowej. Dzięki tej współpracy i testom, które wykonaliśmy tutaj na Politechnice Wrocławskiej na wydziale mechanicznym, stwierdziliśmy, że absorbcja energii przez materiał korkowy jest naprawdę skuteczną metodą pochłaniania energii podczas wypadku drogowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Mariusz Ptak z Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej.

Innowacyjny zderzak przeznaczony będzie przede wszystkim dla samochodów o wysokiej krawędzi zderzaka i maski typu SUV. Potrącenie pieszego lub rowerzysty w przypadku tych aut wiąże się z dwukrotnie większym ryzykiem utraty życia, niż w przypadku aut kompaktowych. Zastosowanie tzw. kangurek – stalowego orurowania umieszczonego na przednim zderzaku, z odpowiednich materiałów energochłonnych może spowodować, że staną się one jednym z elementów zabezpieczających pieszych.

– Mamy przeprowadzone w dosyć dużej skali badania dębu korkowego jak również kompozytów, czyli połączonego dębu korkowego w różnych konfiguracjach z włóknem węglowym. Wstępne testy odbywały się na maszynie wytrzymałościowej na wydziale mechanicznym. Równolegle prowadzone są badania numeryczne po to, aby zaoszczędzić pieniądze i czas oraz dojść do lepszych konfiguracji, ponieważ dzięki badaniom numerycznym jesteśmy w stanie przeprowadzić zdecydowanie więcej konfiguracji zderzeniowych niż w rzeczywistości – tłumaczy dr Mariusz Ptak.

Badanie bezpieczeństwa pojazdów obejmuje już nie tylko tradycyjne badania wytrzymałościowe i testy zderzeniowe, ale coraz powszechniej stosuje się techniki cyfrowe. Pozwalają one na przyspieszenie procesu testowania, sprawdzenie olbrzymiej liczby możliwych konfiguracji wydarzeń, a przy tym są znacznie tańsze od tradycyjnych crash-testów. Fizyczne manekiny używane w testach mają zwykle do 200 punktów pomiarowych, a ich średnia trwałość wynosi 10 lat. Sam test zderzeniowy może kosztować nawet 30 tys. dolarów,

– Badania odbywają się na ekranie komputera – mamy tutaj wirtualny model pieszego, mamy wirtualny pojazd, który odzwierciedla rzeczywistość i dzięki połączeniu tych dwóch elementów, jesteśmy w stanie bardzo dokładnie zweryfikować nasze rozwiązania koncepcyjne – twierdzi ekspert.

Z badań wynika, że pieszy ma znacznie większe szanse na przeżycie, jeśli po zderzeniu wyląduje na masce samochodu, a nie pod jego kołami. Metal maski absorbuje siłę uderzenia, pod warunkiem jednak, że pomiędzy maską a blokiem silnika istnieje odpowiednia odległość. Nie zawsze da się ją zapewnić. Problem ten próbuje rozwiązać się na różne sposoby, a jednym z nich jest stosowanie poduszek powietrznych dla pieszych.

– Chodzi o redukowanie obrażeń, pochłanianie energii zderzenia, jak również nadanie odpowiedniej kinematyki pieszemu czy rowerzyście przy zderzeniu. Tak,  aby ten pieszy nie odbił się od pojazdu albo nie został przez niego wciągnięty pod pojazd, ale żeby znalazł się na masce pojazdu i aby pomogły mu kolejne systemy zabezpieczające, typu poduszki powietrzne dla pieszych, które już miały okazję ukazać się na rynku europejskim – podsumowuje dr Mariusz Ptak.

Według raportu firmy analitycznej MarketsandMarkets, rynek systemów bezpieczeństwa w samochodach ma być warty w 2020 roku ponad 152 mld dolarów. Firma Future Market Insights prognozuje, że w latach 2017-2027 średnioroczny wzrost rynku samych poduszek powietrznych wyniesie blisko 5 proc. Zdaniem analityków w roku 2017 sprzedanych zostanie niemal 1,5 mld poduszek, a do 2027 roku liczba ta zwiększy się do ponad 2 mld.

– Jeśli dziś pójdziemy do dealera samochodowego, to zaoferuje nam 25. poduszkę, którą możemy sobie zakupić do środka pojazdu, ale mało kto myśli o osobach na zewnątrz, czyli np. o pieszych i rowerzystach, z którymi interakcja w miastach po zmroku jest bardzo częsta i konsekwencje takiego zdarzenia są często bardzo tragiczne w skutkach – twierdzi dr Mariusz Ptak.

W Polsce około 40 proc. wszystkich ofiar wypadków drogowych stanowią „niechronieni” uczestnicy ruchu. W 2016 w wypadkach zginęło 868 pieszych, 271 rowerzystów oraz 321 motocyklistów, motorowerzystów i ich pasażerów.

Ponad milion metrów kw. biur trafiło w tym roku do najemców

W większości miast wynajmowanych jest więcej biur niż się buduje

Popyt na biura wciąż jest rekordowo wysoki. W ciągu dziewięciu pierwszych miesięcy bieżącego roku w największych miastach w Polsce wynajęte zostało  już przeszło 1 milion mkw. powierzchni biurowej. Jak obliczają analitycy Walter Herz, tylko w trzecim kwartale tego roku w głównych ośrodkach biurowych w kraju do najemców trafiło prawie 470 tys. mkw. biur., o kilkanaście procent więcej niż rok temu.

60 proc. biur w kraju wynajmowanych jest w Warszawie

Prawie 60 proc. popytu zarejestrowanego od początku roku do końca września było udziałem Warszawy, w której zakontraktowane zostało prawie 600 tys. mkw. powierzchni. To tylko kilkanaście procent mniej od średniej rocznej notowanej w ostatnich latach. Na warszawskim runku najbardziej popularna wśród najemców jest centralna strefa biurowa, Służewiec i biurowce w rejonie Alei Jerozolimskich. Na  największych krajowych rynkach regionalnych, w Krakowie i we Wrocławiu wynajęte zostało w tym czasie po około 130 tys. mkw. powierzchni biurowej.

Duży popyt na biura zgłaszany przez inwestorów zagranicznych i krajowych dopinguje deweloperów do wzmożonej działalności. Liczba i rozmach wprowadzanych obecnie na rynek projektów jest potwierdzeniem szybkiego tempa rozwoju sektora, z jakim nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia. Według szacunków Walter Herz, w Warszawie w budowie jest około 815 tys. mkw. powierzchni biurowych, co jest absolutnie rekordowym rezultatem w całej historii stołecznego rynku. W pozostałych głównych ośrodkach biurowych w Polsce powstaje  łącznie kolejny 1 milion metrów kw. biur.

Warszawa z mniejszą ilością oddanych biur niż rynki regionalne

W ciągu trzech pierwszych kwartałów tego roku w Warszawie do użytku oddane zostało ponad 200 tys. mkw. powierzchni, a jak prognozują specjaliści Walter Herz, do końca tego roku może zostać ukończona budowa kolejnych 100 tys. mkw. biur. Łącznie w 2017 roku wejdzie na stołeczny rynek podobna ilość nowej powierzchni, jak średnio w ostatnich latach.

Kilka prowadzonych obecnie spektakularnych, warszawskich inwestycji wymaga dłuższego okresu realizacji. Stąd większość powstającej powierzchni zostanie oddana w latach 2019-2020. Jak podaje Walter Herz, podaż powierzchni biurowej w Warszawie sięga w tej chwili 5,3 mln mkw., co stanowi nieco ponad połowę krajowych zasobów.

W okresie dziewięciu miesięcy tego roku na rynkach regionalnych, poza Warszawą zostało oddane ponad 340 tys. mkw. biur. A do końca tego roku prawdopodobnie ukończy się budowa ponad 180 tys. mkw. powierzchni, podaje Walter Herz.

Niewiele powierzchni niewynajętej

Szybkie tempo przyrostu podaży nie powoduje jednak wzrostu współczynnika pustostanów. Czasowe wzrosty powierzchni niewynajętej, następujące po oddaniu dużych obiektów są szybko niwelowane. Zdecydowana większość nowych biur jest wchłaniana przez rynek jeszcze przed ukończeniem inwestycji.

W ostatnich miesiącach niewielki wzrost współczynnika pustostanów zarejestrowany został jedynie w Krakowie i Trójmieście. W pozostałych ośrodkach miejskich utrzymał się na stabilnym poziomie lub spadał. Jak podaje Walter Herz, najmniej niewynajętych biur jest w Łodzi – 6,6 proc., a wolumen wolnej powierzchni w Warszawie zmniejszył się ostatnio do 12,8 proc.

Czynsze za wynajem powierzchni biurowej są stabilne. W ostatnich kwartałach nastąpiły tylko drobne korekty cen, co jest efektem dobrego balansu w sektorze pomiędzy popytem i podażą. W Warszawie, w centralnym obszarze miasta stawki bazowe kształtują się w przedziale 19-25 euro / mkw. / m-c., a w pozostałych centrach biurowych w mieście powierzchnię biurową można wynająć od 11 do 16 euro / mkw. / m-c. Czynsze transakcyjne notowane we Wrocławiu i Krakowie wynoszą od 13,5 do 14,5 euro / mkw. / m-c.

Autor: Walter Herz

Kurs złotego nadal będzie rosnąć

Sesje europejskich giełd piąty raz z rzędu zakończyły się spadkami m.in. w związku z impasem negocjacyjnym w sprawie brexitu. Jednocześnie do głównych rywali zyskuje euro. Wobec wspólnej waluty lekko traci także złotówka, którą jednak – zdaniem ekonomistów banków Morgan Stanley i UBS – czeka umocnienie wobec innych walut. I to mimo niezbyt optymistycznych prognoz NBP. Otóż z ostatniego „Raportu o inflacji” wynika, że inflacja cen konsumpcyjnych będzie stopniowo rosnąć i w 2019 r. wyniesie aż 2,7%. Wiąże się to głównie z wyższymi oczekiwaniami co do przyszłego wzrostu PKB Polski.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do euro (-0,32%) i brytyjskiego funta (-0,07%), a zyskuje dolara australijskiego (+0,41%), dolara kanadyjskiego (+0,44%) oraz japońskiego jena (+0,2%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,168, GBP/USD – 1,31, USD/CAD – 1,274, AUD/USD – 0,763 i USD/JPY – 113,7. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,53%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,892. Złotówka minimalnie traci do euro i lekko zyskuje do dolara, funta i franka szwajcarskiego. We wtorek rano dolar kosztuje ponad 3,62 zł, euro – poniżej 4,24 zł, funt – ponad 4,75 zł, a frank – 3,64 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach nadal zdecydowana przewaga koloru czerwonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 stracił 0,24%, frankfurcki indeks DAX – 0,4%, a paryski indeks CAC 40 – 0,73%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 podniósł się o 0,1%, meksykański indeks Bolsa obniżył się o 0,05%, a brazylijski Bovespa zyskał o 0,43%. We wtorek w Azji chiński indeks Shanghai Composite spadł o 0,53%, a hongkoński indeks Hang Seng stracił 0,05%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej wahają się. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 63,16 USD (-0,57%), a ropy WTI – 56,76 USD (+0,04%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 65 USD. Z kolei cena złota nie zmienia swojej wartości. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1276 USD. To tyle samo co dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:00 – Niemcy – Inflacja CPI (r/r), październik – 1,6% (prognoza 1,6%)
  • 8:00 – Niemcy – PKB (r/r), III kw. – 2,3% (prognoza 2,2%)
  • 9:05 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Chicago
  • 10:00 – Polska – PKB (r/r), III kw. (prognoza 4,5%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Inflacja CPI (r/r), październik (prognoza 3,1%)
  • 11:00 – Strefa euro – Wystąpienie szefa EBC
  • 11:00 – Strefa euro – PKB (r/r), III kw. (prognoza 2,5%)
  • 11:00 – USA – Wystąpienie prezes Fed
  • 11:00 – Wielka Brytania – Wystąpienie szefa Banku Anglii
  • 11:00 – Japonia – Wystąpienie szefa Banku Japonii
  • 14:00 – Polska – Wskaźniki inflacji bazowej, październik
  • 14:30 –USA – Inflacja PPI (r/r), październik (prognoza 2,4%)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets 

Samorządy inwestują w ekologiczne innowacje. Najczęściej w rozwiązania obniżające koszty utrzymania miasta

Samorządy inwestują w ekologiczne innowacje. Najczęściej w rozwiązania obniżające koszty utrzymania miasta 3

ONZ szacuje, że w połowie tego stulecia dwie trzecie światowej populacji będzie zamieszkiwać małe i duże miasta. To oznacza szereg wyzwań, związanych z rosnącym zapotrzebowaniem na wodę i energię, gospodarką odpadami czy organizacją miejskiego transportu. Samorządy potrzebują innowacji i ekologicznych rozwiązań, dzięki którym będą mogły im sprostać i się rozwijać. Przykłady najlepszych praktyk w polskich miastach pokazała tegoroczna, piąta edycja projektu ECO-MIASTO, która spotkała się z rekordowym zainteresowaniem samorządów. Celem projektu jest nagradzanie polskich miast, które najlepiej realizują koncepcję zrównoważonego rozwoju.

Przykłady najlepszych praktyk w polskich miastach wyłoniła tegoroczna, piąta edycja projektu ECO-MIASTO, który jest jedną z największych w Polsce inicjatyw promujących ideę zrównoważonego rozwoju.

– Celem tegorocznej edycji projektu ECO-MIASTO jest podtrzymanie, a nawet wzmożenie wysiłków na rzecz poprawy warunków środowiskowych. Mieszkańcy chcą lepiej żyć, oddychać czystym powietrzem, oszczędzać energię, korzystać z atrakcyjnych zielonych przestrzeni i  przemieszczać się w sposób bardziej ekologiczny. Chodzi o podkreślenie roli samorządów lokalnych, które włączają się w proces przemian energetycznych, aby sprostać tym oczekiwaniom. Drugi cel projektu to edukacja i wymiana dobrych praktyk pomiędzy samorządami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Pierre Lévy, Ambasador Francji w Polsce.

Piąta edycja projektu spotkała się z największym jak dotąd zainteresowaniem. Do konkursu zgłosiły się 63 miasta (w ubiegłym roku było ich 29), które nadesłały blisko setkę formularzy zgłoszeniowych. Część z nich rywalizowała w kilku kategoriach. Rekordziści – Gdynia i Zamość – zgłosiły projekty realizowane we wszystkich 6 kategoriach konkursowych: gospodarka wodna, gospodarka odpadami (najpopularniejsza w tym roku kategoria), efektywność energetyczna budynków i systemy energetyczne, mobilność zrównoważona oraz zieleń i powietrze (nowa kategoria w tegorocznej edycji). Najwięcej zgłoszeń nadeszło z województwa mazowieckiego – w konkursie brało udział w sumie 11 miast z Mazowsza.

– Pomysły samorządów są bardzo różnorodne. Dotyczą na przykład mobilności elektrycznej, wykorzystywania energii, terenów zielonych. W tej edycji ECO-MIASTA widzimy ogromną mobilizację podmiotów, które działają na rzecz ograniczenia skutków zmian klimatu. Mają one świadomość tego, jak pilnie potrzebne są zmiany. To bardzo ważne ze względu na kontekst – obywającą się w Bonn konferencję COP23 i zaplanowany na 12 grudnia w Paryżu szczyt. Z kolei grudniu przyszłego roku odbędzie się konferencja COP24 w Katowicach – podkreśla Pierre Lévy.

Zmiany klimatyczne, konieczność ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, rosnące zapotrzebowanie na wodę i energię elektryczną, skokowy przyrost liczby mieszkańców – to tylko część wyzwań, przed którymi stoją miasta i samorządy. Muszą postawić na innowacje, technologie oraz nowoczesne i przyjazne środowisku rozwiązania, aby rozwijać się w zrównoważony sposób.

– Samorządy coraz bardziej angażują się w działania na rzecz zrównoważonego rozwoju. Widzą w tym możliwość stworzenia lepszych warunków dla swoich mieszkańców i jednocześnie obniżenia kosztów utrzymania miasta. Innowacyjne i zielone technologie są potrzebne w każdym mieście, właśnie po to, aby stworzyć mieszkańcom jak najlepsze warunki życia – mówi Maria Andrzejewska, dyrektor warszawskiego Centrum UNEP/GRID, które wdraża w Polsce założenia Programu Środowiskowego ONZ.

Katowice – miasto, które w przyszłym roku będzie gościć 24. szczyt klimatyczny ONZ – zostało laureatem w kategorii systemy energetyczne. Jury projektu ECO-MIASTO doceniło je za wykorzystanie i rozbudowę istniejącego systemu monitoringu i zarządzania nośnikami energii i wody oraz prężną organizację działań na rzecz efektywności energetycznej.

Łącznie przyznano w tym roku 12 nagród oraz 16 wyróżnień. W każdej z 6 konkursowych kategorii nagrodzono 2 miasta – jedno wielkości powyżej 100 tys. mieszkańców, a drugie poniżej tej liczby. Gdynia została laureatem aż w 3 kategoriach. Jury doceniło działania miasta na rzecz mobilności zrównoważonej, efektywności energetycznej budynków i gospodarki odpadami.

– Staramy się budować nowoczesny wymiar gospodarki miasta, która dotąd była ściśle związana ze stoczniami. Czerpiemy z tego do dziś, ale stawiamy też na nowe dziedziny, dbając o to, żeby każda nowa inwestycja w mieście spełniała najwyższe parametry ekologiczne, była przyjazna środowisku i tworzyła nowoczesne miejsca pracy – mówi Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni. – Udział w projekcie ECO-MIASTO to bezcenna kopalnia pomysłów na działania, które chcemy realizować w przyszłości. Jednak one są możliwe tylko wtedy, kiedy są zrozumiane i akceptowane przez mieszkańców, bo wymagają ich aktywnego uczestnictwa.

Laureatami piątej edycji ECO-MIASTO w kategorii gospodarka wodna zostały Częstochowa i Leszno. Za efektywność energetyczną budynków nagrodzono Gdynię i Karlino. W kategorii mobilność zrównoważona zwyciężyły Gdynia i Jaworzno. Natomiast w kategorii zieleń i powietrze laureatami zostały Lublin i Kartuzy. Z kolei Gdynię i Wołomin doceniono za działania w zakresie gospodarki odpadami, a najlepsze w kategorii systemy energetyczne okazały się Katowice i Ostrów Wielkopolski. To ostatnie miasto wyróżniło się też działaniami na rzecz zmniejszenia strat wody oraz kampanią informacyjną dotyczącą racjonalnego gospodarowania zasobami.

– Tendencja polegająca na tym, że ludzie wyprowadzają się z miast, w zasadzie odchodzi do lamusa. Wszystkie dane statystyczne i prognozy pokazują, że miasta będą się zagęszczać, ludzi w miastach będzie przybywać. Dlatego przed każdym liderem lokalnej społeczności musi pojawić się pytanie: co zrobić, żeby to miasto było wygodne do życia, bezpieczne, dobrze zarządzane i zrównoważone? Nie ma na to jednej recepty, każde miasto ma inne problemy i inny potencjał – mówi Beata Klimek, prezydent Ostrowa Wielkopolskiego.

Częścią projektu ECO-MIASTO jest też projekt edukacyjny dla szkół „Zakręceni w przestrzeni”. Zadaniem uczestników – dzieci i młodzieży – jest zaproponowanie zmian w najbliższym otoczeniu – szkole, bibliotece, świetlicy czy domu kultury. Do tegorocznej edycji nadeszło ponad 200 zgłoszeń uczniów z 27 placówek oświatowych. Jury doceniło w szczególności projekty (zrealizowane przez dwa zespoły z Gimnazjum nr 1 im. K. Jagiellończyka w Człuchowie). Autorzy zwycięskich pomysłów otrzymali po 10 tys. zł na realizację każdego z nich. Rozdanie nagród odbyło się podczas Międzynarodowej Konferencji „Innowacyjne ECO-MIASTO: zdrowe środowisko, zdrowi ludzie”.

Organizatorami projektu są Ambasada Francji w Polsce oraz Centrum UNEP/GRID-Warszawa, które wdraża w Polsce Program Środowiskowy Narodów Zjednoczonych. Partnerami są francuskie firmy operujące na polskim rynku: Renault Polska, Saur Polska, Saint-Gobain, Suez Polska, Engie oraz Grupa EDF reprezentowaną przez DK Energy i Tiru, a także Wspólnie – Fundacją LafargeHolcim.

Tylko odpowiednia reakcja firmy na kryzys może zapobiec utracie wizerunku. W październiku przekonały się o tym największe globalne firmy

Tylko odpowiednia reakcja firmy na kryzys może zapobiec utracie wizerunku. W październiku przekonały się o tym największe globalne firmy 4

Odpowiednia reakcja firmy na wpadkę wizerunkową może mieć decydujący wpływ na opinię konsumentów o marce. W październiku przekonały się o tym Dove czy Tesco, które zapowiedziały, że w następnych kampaniach reklamowych będą brały pod uwagę opinie internautów. Kryzys wizerunkowy dotknął też blogerkę Kasię Tusk i firmę odzieżową Levis. O „wpadce kontrolowanej” mówiło się zaś w przypadku sieci Media Markt. Hasłem, które zdominowało media społecznościowe, okazało się HASHMeToo.

 W październiku z krytyką musiała zmierzyć się marka Dove. Wszystko przez wideo, które opublikowano na amerykańskiej stronie firmy na Facebooku. Kilkusekundowy film przedstawiał czarnoskórą kobietę, która po zdjęciu koszulki zmieniała się w kobietę o jasnej karnacji. Internauci uznali, że ta reklama była rasistowska i pozostawili w mediach społecznościowych wiele negatywnych opinii. W odpowiedzi Dove przeprosiło i zdecydowało o usunięciu tego filmu. Zapowiedziało także, że w przyszłości będzie bardziej brać pod uwagę opinie internautów przy tworzeniu treści do kanałów społecznościowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Baran, redaktor PRoto.pl.

To nie pierwsza kampania marki uznana za rasistowską. Dove było już oskarżane o rasizm w reklamie z 2011 roku, w której przedstawiono efekt przed i po zastosowaniu kosmetyku Dove i ustawiono modelki o różnych kolorach skóry w taki sposób, że internauci uznali, że docelowy efekt to biała skóra.

 Tesco zostało z kolei skrytykowane za kampanię billboardową. Na wielkoformatowej reklamie promującej e-zakupy znalazła się kobieta w zaawansowanej ciąży podająca posiłek mężczyźnie. Ta kreacja nie przypadła do gustu internautom, którzy w mediach społecznościowych mocno ją krytykowali. Tesco zdecydowało się wycofać reklamę i przeprosiło wszystkich, którzy poczuli się urażeni – wskazuje Małgorzata Baran.

Sprawę kampanii reklamowej Tesco na swoim profilu na Facebooku nagłośnił Andrzej Saramonowicz. Jego zdaniem kampania promuje model rodziny, w którym kobieta nawet w zaawansowanej ciąży usługuje mężczyźnie. Post wywołał liczne komentarze internautów i został udostępniony ponad 1,75 tys. razy.

– Wpadkę w ostatnim czasie zaliczyła także marka odzieżowa Levi’s. Chodziło o zdjęcie kurtki zamieszczone na facebookowym profilu firmy. Z okazji urodzin tego modelu opublikowano spersonalizowane zdjęcia produktów, jedno ze zdjęć przedstawiało kurtkę z naszywką z wizerunkiem Che Guevary. Internauci w komentarzach bardzo krytycznie podeszli do tego zdjęcia. Marka przeprosiła wszystkich, którzy poczuli się urażeni, i usunęła fotografię – mówi redaktor PRoto.pl.

Zdaniem internautów Levi’s w ten sposób promuje zbrodniarzy. Na nic zdały się tłumaczenia marki, że choć nie utożsamiają się z żadną z opcji politycznych, wspierają wyrażanie się siebie, m.in. poprzez strój. Części internautów nie przekonało to tłumaczenie, w sieci pojawiły się komentarze z pytaniami, czy marka w taki sam sposób zareaguje, gdy ktoś jako naszywkę na kurtkę wybierze wizerunek Hitlera czy Lenina.

– Kasię Tusk skrytykowano z kolei za czapki, które pojawiły się w ofercie jej sklepu internetowego. Okazało się bowiem, że element czapki jest wykonany z naturalnego futra i blogerce, która wielokrotnie angażowała się w akcje związane z ochroną przyrody, zarzucono hipokryzję. Pod zdjęciem czapek zamieszczonym na Instagramie pojawiło się wiele negatywnych komentarzy. Później to zdjęcie zostało usunięte, a produkt zniknął z oferty sklepu internetowego – wskazuje Małgorzata Baran.

Kasia Tusk, prowadząca od kilku lat bloga Make Life Easier, od niedawna ma własną markę odzieżową MLE. W ofercie sklepu pojawiły się m.in. czapki z naturalnym futrem. W internecie wywołało to prawdziwą burzę. Blogerka jednak w żaden sposób nie odniosła się do sprawy, wykasowała jedynie zdjęcie. Nieprzychylne komentarze zaczęły się więc pojawiać pod innymi wpisami na koncie MLE na Instagramie. Zdaniem części dziennikarzy i blogerów Kasia Tusk może przez to stracić część fanów.

W przypadku sieci Media Markt możemy mówić z kolei o tzw. kryzysie kontrolowanym. Na facebookowej stronie firmy zaczęły się pojawiać dość dziwne wpisy. Internauci podejrzewali, że ktoś włamał się na profil firmy. Po jakimś czasie marka zamieściła oświadczenie w tej sprawie, wpisy jednak nie zniknęły. Zaczęto więc podejrzewać, że to część zaplanowanej kampanii. Tak się faktycznie okazało – tłumaczy redaktor PRoto.pl.

Część internautów była przekonana, że wpisy składające się z ciągu przypadkowych liter, to efekt odurzenia alkoholem osoby odpowiadającej za profil marki na Facebooku. Inni zastanawiali się, czy ktoś włamał się na profil marki, czy może jest to część zaplanowanej kampanii. Ostatecznie sprawcą całego zamieszania okazał się Tytus de Zoo, czyli jeden z bohaterów nowej kampanii sieci.

– W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z bardzo popularną w mediach społecznościowych akcją. Chodzi o wpisy zamieszczane na portalach społecznościowych z hashtagiem HASHmetoo. Zamieszczając wpisy z tym hasztagiem, kobiety chciały zwrócić uwagę na skalę problemu, jakim jest molestowanie kobiet, a wszystko to pokłosie skandalu związanego z molestowaniem w Hollywood – zauważa Małgorzata Baran.

Tylko w ciągu 24 godzin na Facebooku pojawiło się 12 milionów wpisów z hashtagiem HASHMeToo lub HASHJaTeż. Na Twitterze zamieszczono ich zaś 500 tys. Wśród postów pojawiają się również głosy molestowanych mężczyzn.

Powikłania cukrzycy groźniejsze niż sama choroba. Mogą skrócić życie nawet o 12 lat

Powikłania cukrzycy groźniejsze niż sama choroba. Mogą skrócić życie nawet o 12 lat 5

Z powodu powikłań cukrzycy co 6 sekund na świecie umiera jedna osoba. Diabetycy są szczególnie narażeni na udar mózgu, zawał serca oraz upośledzenie widzenia, czasem prowadzące do ślepoty. Powikłaniom można zapobiegać poprzez odpowiednią kontrolę cukrzycy – leczenie farmakologiczne, prawidłową dietę i aktywność fizyczną. Aby zwiększyć świadomość Polaków na temat przeciwdziałania powikłaniom cukrzycowym, powstała „Deklaracja 12 zasad w walce o dłuższe życie z cukrzycą”.

Cukrzyca należy do grupy najpoważniejszych chorób cywilizacyjnych XXI wieku. Na świecie cierpi na nią blisko 400 mln ludzi, w Polsce natomiast ok. 3 mln osób. Cukrzyca charakteryzuje się upośledzeniem wydzielania lub działania insuliny, co prowadzi do podwyższenia stężenia glukozy we krwi. Nieleczona bądź niewłaściwie kontrolowana choroba może prowadzić do wielu poważnych powikłań, w tym powikłań sercowo-naczyniowych, na które chorzy na cukrzycę są dwukrotnie bardziej narażeni niż osoby zdrowe. Powikłania cukrzycy stanowią tym samym istotną przyczynę przedwczesnej śmierci wielu pacjentów – według statystyk na świecie z ich powodu co 6 sekund umiera jedna osoba.

– Jak przedstawiono na ostatnim międzynarodowym Kongresie Diabetologicznym w Lizbonie, osoby, które chorują na cukrzycę i u których już wystąpią powikłania cukrzycowe, zwłaszcza sercowo-naczyniowe, żyją nawet o 12 lat krócej – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Śliwińska, prezes Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

Najczęściej występujące powikłania cukrzycy to zawał serca, udar mózgu, retinopatia prowadząca niekiedy do ślepoty, upośledzenie mechanizmu funkcjonowania nerek oraz neuropatia z zespołem stopy cukrzycowej. Powikłaniom można jednak i trzeba zapobiegać. Współczesna medycyna pozwala już bowiem nie tylko na dobrą kontrolę cukru, lecz także na zastosowanie leków zmniejszających ryzyko sercowo-naczyniowe u pacjentów z cukrzycą.

 – Nowoczesne leczenie pacjentów z cukrzycą polega dzisiaj nie tylko na normalizacji glikemii, czyli utrzymaniu odpowiedniego poziomu glukozy we krwi, lecz także zapobieganiu powikłaniom sercowo-naczyniowym. I takie są wytyczne Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Niestety pacjenci, u których doszło już do powikłań sercowo-naczyniowych, żyją aż o 12 lat krócej. Dlatego tak ważny dla sukcesu terapeutycznego jest dostęp do nowoczesnych terapii diabetologicznych. Musimy pamiętać o tym, że dla wielu chorych liczy się każdy rok życia – mówi prof. dr hab. n. med. Paweł Piątkiewicz, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych, Diabetologii i Endokrynologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

W profilaktyce powikłań cukrzycy niezwykle istotną rolę pełni również postępowanie niefarmakologiczne, którego podstawą jest prowadzenie zdrowego stylu życia. Niezbędna jest prawidłowa dieta, oparta na 5–6 posiłkach w ciągu dnia, oraz eliminacji z jadłospisu posiłków wysokoenergetycznych i cukrów prostych. Równie istotna jest rezygnacja z używek takich jak papierosy oraz alkohol, a także regularna aktywność fizyczna, np. jazda na rowerze, dynamiczne spacery czy bardzo popularny w Polsce nordic walking.

– Zaleca się minimum 30 minut dziennie aktywności, ale trzeba się tu trochę wysilić – przejście się po parku jest bardzo miłe i świetnie wpływa na naszą psychikę, ale dobrze byłoby raczej maszerować, żeby trochę się zmęczyć – mówi Anna Śliwińska.

W profilaktyce cukrzycy, a kiedy już choroba wystąpi, także jej powikłań, niezwykle istotna jest edukacja i świadomość pacjentów. Właśnie w ramach ogólnopolskiej kampanii edukacyjnej „Dłuższe życie z cukrzycą” 8 listopada, z okazji obchodów Światowego Dnia Cukrzycy, miało miejsce wydarzenie „12 wspaniałych rzuca wyzwanie cukrzycy”. W warszawskim budynku Q22 dwie drużyny wzięły udział w symbolicznym biegu, który miał pokazać, że aktywne i dłuższe życie diabetyków jest możliwe.

– Bardzo ważna jest wczesna diagnostyka. A kiedy już chorobę się wykryje, ważne jest poszerzanie wiedzy na jej temat, utrzymanie prawidłowej masy ciała, zdrowych nawyków żywieniowych, aktywności fizycznej – mówi Eugeniusz Śnieżko ze Stowarzyszenia Aktywni z Cukrzycą.

Uczestnicy wydarzenia przebiegli dwanaście pięter warszawskiego wieżowca, na mecie natomiast wspólnie sformułowali symboliczną „Deklarację 12 zasad w walce o dłuższe życie z cukrzycą”. Te zasady to nie tylko zalecenia dotyczące profilaktyki. To kierunkowskaz dla wszystkich, którzy nie chcą zachorować, i dla tych, którzy już się z chorobą zmagają. Wśród uczestników biegu znaleźli się: członkowie Parlamentarnego Zespołu ds. Cukrzycy, przedstawiciele Stowarzyszenia Aktywni z Cukrzycą i Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków, lekkoatletka Adrianna Palka, dziennikarz Maciej Dowbor oraz aktor i triathlonista Krzysztof Wieszczek.

– Gdy usłyszałem, że jest taka akcja, która ma na celu zwiększanie świadomości na temat cukrzycy i zapobiegania jej konsekwencjom, od razu się zgodziłem i jestem. Znam sportowców, których dotknęła cukrzyca, ale udaje im się dalej aktywnie żyć i uprawiać sport, prowadzić normalne, fajne życie –mówi Krzysztof Wieszczek.

„Deklaracja 12 zasad w walce o dłuższe życie z cukrzycą” stworzona przez organizacje pacjenckie z okazji tegorocznych obchodów Światowego Dnia Cukrzycy zostanie opublikowana na stronach internetowych organizacji pacjenckich oraz na stronie kampanii „Dłuższe życie z cukrzycą”, a także zostanie przekazana do resortu zdrowia. Jej celem jest zwrócenie uwagi Polaków na profilaktykę cukrzycy, właściwą kontrolę choroby oraz zapobieganie jej najpoważniejszym powikłaniom.

Wydarzenie „12 wspaniałych rzuca wyzwanie cukrzycy”  zorganizowane zostało w ramach kampanii „Dłuższe życie z cukrzycą”, której inicjatorem jest firma Boehringer Ingelheim, a partnerami Polskie Stowarzyszenie Diabetyków, Stowarzyszenie Aktywni z cukrzycą oraz portal mojacukrzyca.org. Wydarzenie odbyło się pod patronatem Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.

Rosną wydatki na obronność. Przemysł lotniczy i wojskowy notują coraz lepsze wyniki

Rosną wydatki na obronność. Przemysł lotniczy i wojskowy notują coraz lepsze wyniki 6

Światowe wydatki na obronność w 2016 roku przekroczyły 1,68 bln dol. Choć liderem są Stany Zjednoczone, to rosną środki, które na ten cel przeznaczają europejskie kraje NATO. Wszystkie państwa sojuszu zobowiązane są do przeznaczania na obronność co najmniej 2 proc. PKB. Intensyfikację wydatków obserwują też największe firmy sektora obronnego.

– Już 1/3 całej produkcji koncernu Boeing stanowi produkcja na potrzeby obronności. Biorąc pod uwagę to, że łączna wartość roczna sprzedaży wynosi blisko 100 mld dol., to niemal 30 mld dol. trafia na sprzęt obronny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Gene Cunningham, global sales, marketing manager w Boeing Defense, Space & Security. – Obserwujemy, zwłaszcza w Europie, wzrost wydatków na obronność, przy czym nie chodzi tylko o wydatki na zakup nowego sprzętu, lecz także o wydatki na jego utrzymanie techniczne, a także modernizację wcześniej nabytych produktów.

Raport Deloitte „Global Aerospace & Defense sector financial performance study” wskazuje, że w 2016 roku przychody globalnego przemysłu zbrojeniowego wzrosły o 2,1 proc. do kwoty 351,3 mld dol.

Dane Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) wskazują, że w 2016 roku na cele wojskowe na świecie wydano 1,686 bln dol. Najwięcej, 611 mld dol., wydały Stany Zjednoczone, Chiny (215 mld dol.) i Rosja (69,2 mld dol.). Do przeznaczania na obronność co najmniej 2 proc. PKB zobowiązane są wszystkie kraje NATO, ale tylko kilka krajów europejskich spełnia ten warunek. SIPRI obliczył, że gdyby wszyscy europejscy członkowie sojuszu wypełnili to zobowiązanie, to wzrost nakładów mógłby wynieść 320 mld dol. W Polsce wydatki mają stopniowo rosnąć, by w 2030 roku wynieść 2,5 proc. PKB.

– W Europie występuje w tej chwili tendencja do zwiększania wydatków na obronność do wymaganego przez NATO poziomu 2 proc. PKB rocznie. Trzeba pamiętać o tym, że jest to proces długotrwały, który zajmie kilka lat, bo taki wzrost budżetu na obronność musi zostać zatwierdzony przez parlamenty, rządy. Następnie sam proces konstruowania budżetu zajmie około 2–3 lat. Do tego należy doliczyć czas potrzebny na dokonanie wyboru nowego sprzętu, który ma zostać zakupiony za te zwiększone wydatki – zaznacza Cunningham.

Jak wskazuje przedstawiciel Boeinga, w koncernie dużym zainteresowaniem cieszy się sprzęt lotniczy.

– To śmigłowiec uderzeniowy Apache, ciężki śmigłowiec transportowy Chinook, ciężkie myśliwce F-18 Super Hornet, samoloty na bazie cywilnych platform 767 i 747 do nadzorowania akwenów morskich, P8 i inne samoloty realizujące zadania nad lądem – wymienia ekspert. – Do najlepiej sprzedających się produktów trzeba dodać wersje naszych samolotów szerokokadłubowych przeznaczone do transportu najważniejszych osób w państwie.

Zainteresowaniem cieszą się urządzenia wykorzystujące technikę kosmiczną oraz cyberbezpieczeństwo. Rewolucja cyfrowa sprawiła, że na ten drugi obszar trafia coraz więcej środków.

– Realizujemy także z powodzeniem sprzedaż naszych urządzeń pozwalających zapewnić cyberbezpieczeństwo. To szczególnie aktualne w obecnych czasach, kiedy mnożą się zagrożenia w internecie i te dotyczące komputerów – podkreśla Gene Cunningham.

Według Gartnera w 2016 roku globalne wydatki na ten cel przekroczyły 81 mld dol.

Rewolucja na rynku najmu. Firmy będą coraz częściej płacić za rzeczywistą liczbę pracowników, a nie metraż powierzchni biurowej

Rewolucja na rynku najmu. Firmy będą coraz częściej płacić za rzeczywistą liczbę pracowników, a nie metraż powierzchni biurowej 7

Najemcy biur oczekują coraz nowocześniejszych koncepcji w wynajmie powierzchni. Biurka i dostęp do internetu to za mało. Większa mobilność pracowników sprawia, że biura muszą być elastyczne, wygodnie skomunikowane i z atrakcyjnym otoczeniem. Adgar Poland oferuje przedsiębiorstwom przestrzeń BE Yourself, która z jednej strony pozwala na pracę na elastycznych warunkach, a z drugiej pozwala zachować integralną strukturę firmy i dostęp do przestrzeni. Firma płaci za rzeczywistą liczbę pracowników, a nie metraż powierzchni biurowej.

– Tradycyjny model wynajmu biur polega na tym, że firma najpierw szuka lokalizacji, budynku, rozpoczyna negocjacje i podpisuje umowę, co zajmuje co najmniej od kilku tygodni do kilku miesięcy. Później wynajmujący przygotowuje wyposażenie i po kilku miesiącach firma wprowadza się do swojego biura. Takie przygotowania zajmują do roku. Jeśli uda się w pół roku, mówimy o bardzo szybkiej realizacji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Eyal Litwin, dyrektor zarządzający Adgar Poland,

Z raportu Knight Frank wynika, że na koniec I półrocza 2017 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Polsce przekroczyły 9,6 mln mkw. W Warszawie i kilku największych rynkach regionalnych w budowie pozostaje 1,9 mln mkw., z czego 600 tys. mkw. zostanie oddanych do użytku do końca 2017 roku. Na wysokim poziomie utrzymuje się też popyt. O ile w latach 2012–2014 zapotrzebowanie firm wynosiło ok. 960 tys. mkw. rocznie, to od 2015 roku kształtuje się on na poziomie 1,3 mln mkw. Przy dużej konkurencji na rynku właściciele budynków stawiają na innowacyjne rozwiązania, same biurka i dostęp do internetu to za mało.

– Firmy potrzebują takiego kompleksu i takiego sąsiedztwa, które odpowiadałyby pracownikom, bo dzisiaj to oni podejmują decyzję, gdzie powinna być zlokalizowana firma. Potrzebują odpowiedniego otoczenia, począwszy od siłowni, przez centrum konferencyjne, centrum przetwarzania danych, restauracje, kawiarnie, tereny zielone. W pobliżu potrzebne jest również centrum handlowe, co widać chociażby na Mokotowie, Ochocie czy w centrum. Firmy potrzebują więc dziś znacznie więcej niż w przeszłości, kiedy wystarczały im biurka i faks – tłumaczy Eyal Litwin.

Firmy zwracają coraz większą uwagę na części wspólne, ułatwiające zespołową pracę czy pomieszczenia, w których pracownik może się zrelaksować i nabrać sił do dalszej pracy. Tego typu podejście jest konieczne, ponieważ warunki pracy są dla kandydatów jednym z istotnym kryteriów wyboru pracodawcy. Nowe pokolenie, które coraz szerzej wchodzi na rynek pracy, ma znacznie większe wymagania.

– Nasza firma nie oferujemy tylko betonu i szkła, lecz także cały ekosystem wokół budynku, z restauracją, kawiarnią, centrum konferencyjnym, centrum handlowym, siłownią. Jako pierwsi zaproponowaliśmy przedszkole w biurowcu Adgar Plaza, a także siłownię i basen w tym samym budynku. Ostatnio wprowadziliśmy koncepcje Adgar Fit i Brain Embassy. Teraz wprowadzamy Be Yourself – rozwiązanie dla większych firm, zapewniające prostotę, elastyczność i efektywność – wymienia dyrektor zarządzający Adgar Poland.

Koncepcja BE Yourself została stworzona z myślą o małych i większych przedsiębiorstwach, łączy zalety pracy w innowacyjnej przestrzeni, która wspiera produktywność i twórcze myślenie, z dostępem do wydzielonej powierzchni dla każdej firm. Wśród najważniejszych zalet BE Yourself przedstawiciele Adgar wymieniają brak kosztów aranżacji i dostęp do wyposażonych przestrzeni wspólnych. Główną jest jednak elastyczność – cena najmu uzależniona jest bowiem od aktualnej liczby członków zespołu.

– Firma dostaje natychmiastowe, proste rozwiązania, bez konieczności wydawania pieniędzy na skomplikowane procedury prawne czy kosztowny wystrój wnętrz. Przedsiębiorca nie musi być nawet właścicielem sprzętu biurowego. Korzysta z niego na zasadzie usługi, nie zajmuje go jakość tego, co go otacza – przekonuje Litwin.

Przestrzenie BE Yourself mają zostać otwarte we wszystkich kompleksach Adgar do końca 2018 roku – w I kwartale w Adgar Wave, następnie Adgar Bit, Adgar Park West i Adgar Plaza. Zdaniem przedstawiciela firmy nowe rozwiązanie może zrewolucjonizować rynek najmu powierzchni biurowych.

– Kiedy rozmawiamy z najemcami, to widzimy, że są coraz bardziej zainteresowani taką formą najmu. Zmiany zachodzą cały czas na całym świecie, szczególnie w Europie, gdzie jest duża mobilność pracowników. To zmienia rynek. Wierzę, że za pięć lat będzie on wyglądał zupełnie inaczej – podkreśla Eyal Litwin.

Firmom coraz trudniej pozyskiwać pracowników. Jednak Polska ma problem z bezrobociem wśród młodych

Firmom coraz trudniej pozyskiwać pracowników. Jednak Polska ma problem z bezrobociem wśród młodych 8

Stopa bezrobocia w Polsce spadła poniżej 7 proc. Według metodologii Eurostatu we wrześniu wyniosła 4,6 proc., co stawia nas w gronie państw o najniższym bezrobociu w całej Unii Europejskiej. Za niskimi wskaźnikami są jednak schowane mniej optymistyczne dane. Wciąż są województwa, w których utrzymuje się dwucyfrowy wskaźnik bezrobocia, niepokojące są też wskaźniki dotyczące skali tego zjawiska wśród osób poniżej 25 roku życia. Poza tym jedną z przyczyn niskiego bezrobocia jest wciąż utrzymująca się emigracja.

Mamy niską stopę bezrobocia, ale nie należy się tym mocno cieszyć. Niskie bezrobocie bierze się po części ze wzrostu gospodarczego, ale nie jest ono rozłożone równomiernie. Mamy powiaty, w których bezrobocie wynosi kilkadziesiąt procent. Poza tym bezrobotnej młodzieży jest średnio dwa razy więcej –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. nadzw. Sławomir Jankiewicz, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Poziom bezrobocia w Polsce spada już ósmy miesiąc z rzędu. Obecnie jest na historycznie niskim poziomie, najniższym od początku lat 90. Według GUS we wrześniu bezrobocie rejestrowane wyniosło 6,8 proc. i było o 0,2 pkt proc. niższe niż przed miesiącem. Jeszcze niższy wskaźnik podaje Eurostat, który stosuje inną metodologię. Europejski urząd statystyczny oszacował, że we wrześniu stopa bezrobocia wyniosła w Polsce 4,6 proc. wobec 4,7 proc. w sierpniu. Pracy szuka niecałe 800 tys. osób. Stawia to Polskę w gronie państw o najniższym bezrobociu w całej UE.

Według statystyk GUS stopa bezrobocia znacznie różni się w zależności od województwa. Najniższa (4 proc.) jest w województwie wielkopolskim, a najwyższa (11,8 proc.) w warmińsko-mazurskim. Dwucyfrowy wskaźnik bezrobocia (10,1 proc.) utrzymuje się również w kujawsko-pomorskim. Dane Eurostatu pokazują natomiast bardzo wysoki poziom bezrobocia wśród osób młodych poniżej 25 roku życia, sięgający 13,8 proc.

Dyrektor Instytutu Społeczno-Ekonomicznego Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu zwraca uwagę, że – poza wzrostem gospodarczym – jedną z przyczyn niskiego bezrobocia jest też emigracja. Szacuje się, że w ciągu ostatnich lat z kraju wyjechało ponad dwa miliony Polaków, większość za pracą. Jak podał GUS, w 2016 roku ubyło kolejnych 118 tys. osób.

Kolejny problem to bezrobocie ukryte, w rolnictwie szacowane na 800 tys. do miliona osób. To milion osób, które formalnie mają pracę, ale tak naprawdę są w niej zbędne. W związku z niską stopą bezrobocia mamy problem ze znalezieniem osób, które chciałyby podjąć pracę. Pracownicy z zagranicy nie chcą przyjeżdżać, ci w rolnictwie przyzwyczaili się do takiego modelu, w którym funkcjonują. Dopóki będą dotacje z UE, dopóty nie wejdą na rynek pracy. To problem, z którym coś trzeba zrobić – mówi prof. nadzw Sławomir Jankiewicz.

Dużym problemem dla Polski jest też demografia. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2016 roku współczynnik przyrostu naturalnego był nadal ujemny (utrzymuje się od 2013 roku) i wynosił -0,2 proc. Różnica między liczbą urodzeń a zgonów sięgnęła prawie 5,8 tys.

– Rodzi się coraz mniej dzieci i coraz mniej osób wchodzi na rynek pracy. Negatywny jest też fakt, że z kraju wyemigrowali ludzie młodzi, wyedukowani, ci najbardziej potrzebni. Niestety, nie udało nam się zbudować etosu pracy – dlatego mamy dużą liczbę osób, które nie pracują, a mogłyby. Wskaźnik zatrudnienia w Polsce jest bardzo niski, a do tego 90 proc. emerytów nie chce pracować, po przejściu na emeryturę kończą zawodową aktywność. To kolejny element, z którym powinniśmy walczyć – mówi prof. nadzw. Sławomir Jankiewicz.

Pod koniec października wicepremier i minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki ocenił, że bezrobocie w Polsce jest bliskie naturalnego poziomu i nie będzie już wiele niższe niż w tej chwili. Zdaniem dyrektora Instytutu Społeczno-Ekonomicznego poznańskiej WSB w dłuższej perspektywie bezrobocie będzie nadal notować tendencję spadkową. Przyczyni się do tego coraz gorsza sytuacja demograficzna.

Z uwagi na demografię bezrobocie będzie coraz niższe, będziemy obserwować coraz większy deficyt pracowników. Ponieważ rodzi się coraz mniej dzieci, pracowników będzie coraz mniej, więc problem będzie się zaostrzał. Jeżeli chcemy się dalej rozwijać, będziemy potrzebować więcej pracowników –prognozuje prof. nadzw Sławomir Jankiewicz. – Długoterminowo potrzebny jest wzrost innowacyjności i wynagrodzeń. Powinniśmy pamiętać, że skończyły się proste czynniki wzrostu gospodarczego związane z wykorzystywaniem taniej siły roboczej. Przedsiębiorcy muszą więcej inwestować, tworzyć innowacyjne produkty, które będą pomagały w uzyskiwaniu odpowiednich marż i pozwolą zwiększyć wydajność oraz więcej płacić, co tworzyło będzie bodziec do jej podjęcia przez osoby będące poza rynkiem pracy i powrotu z emigracji.

Dlaczego Polacy nie spłacają swoich zobowiązań finansowych?

Co piąty konsument w Europie płaci faktury po terminie, a 3% nie płaci wcale. W Polsce, w ponad połowie przypadków, powodem opóźnienia jest po prostu zapominanie o terminie płatności – tak wynika z badań „Europejskie Praktyki Płatnicze”, przeprowadzonych na zlecenie firmy EOS KSI przez Kantar TNS.  

17 listopada to Ogólnopolski Dzień bez Długów. To dobra okazja do przeanalizowania swoich domowych finansów oraz uregulowania zaległych płatności. Niemal połowa z nas, czyli 41% Polaków, ma zobowiązania do spłacenia[1] – rachunki czy raty różnych kredytów, 2,3 mln osób ma kłopoty z ich terminowym regulowaniem.

Na szczęście, jak pokazuje badanie Kantar TNS dla EOS KSI, w przeważającej większości przypadków przyczyny powstawania zaległości płatniczych są dość proste do rozwiązania. 52% firm z takich branż   jak telekomunikacyjna czy dostawcy mediów wskazuje, że Polacy nie płacą na czas, bo po prostu zapominają o fakturze. Niemal ¾ polskich konsumentów zdarzają się natomiast chwilowe problemy finansowe.

Zdecydowana większość Polaków – aż 97% – jest zdania, że swoje długi należy spłacać[2]. Wbrew pozorom nie jest trudno przejść od deklaracji do czynów – należy albo zadbać o porządek w rachunkach, albo lepiej planować domowy budżet tak, by najpierw regulować zobowiązania.

Dlaczego zwlekamy?

Badanie „Europejskie Praktyki Płatnicze”, zrealizowane dla EOS KSI pokazuje, że w Europie głównym powodem opóźnień w regulowaniu zobowiązań są chwilowe problemy finansowe – tak deklaruje aż 66% ankietowanych. Drugą z najczęściej wymienianych przyczyn niepłacenia na czas jest nadmierne zadłużenie oraz niewypłacalność – 52% wskazań, a trzecią zapominanie (49%).

Większość konsumentów chce płacić swoje rachunki na czas. Jednak często zdarza im się po prostu zapomnieć o terminie płatności. Nierzadko pojawiają się też krótkoterminowe kłopoty finansowe. Przykładowo, jeżeli przytrafi nam się awaria samochodu, którego potrzebujemy codziennie do dojazdu do pracy, to tego typu niespodziewany wydatek ma pierwszeństwo. Inne zobowiązania stają się wówczas mniej ważne i czekają na „swoją kolej”. Istotne jest, by starać się jak najszybciej przezwyciężyć te chwilowe kłopoty z opłacaniem rachunków czy rat na czas, by nie popaść w spiralę długów – mówi Dariusz Petynka, Prezes Zarządu EOS KSI Polska.

Polacy nie wyróżniają się sumiennością  

Z okazji Ogólnopolskiego Dnia bez Długów firma EOS KSI przeanalizowała zwyczaje płatnicze w całej Europie. Na zapominalstwo swoich klientów najrzadziej żalą się firmy z Chorwacji (38%), a najczęściej te z Rumunii (61%). Wśród 9 krajów Europy Wschodniej Polska znajduje się w najgorszej trójce, po Rumunii i Słowacji. Aż 52% polskich przedsiębiorców deklaruje, że ich klientom zdarza się po prostu zapomnieć o uregulowaniu płatności.

Także w zakresie umiejętności zarządzania domowym budżetem Polacy mają dużo do nadrobienia w porównaniu do Europejczyków. Spośród 16 krajów, w których zbadano zwyczaje płatnicze, do opóźnień w spłacaniu zobowiązań ze względu na krótkotrwałe kłopoty finansowe najczęściej dochodzi w Rumunii (75%). Polska, ex aequo z Austrią, zajmuje w tej klasyfikacji niechlubne drugie miejsce. Aż 73% polskich przedsiębiorców biorących udział w badaniu wskazuje, że chwilowe problemy finansowe to główny powód nieterminowego regulowania zobowiązań przez konsumentów.

Odsetek polskich firm, które jako główny powód nieterminowego regulowania zobowiązań podają nadmierne zadłużenie lub niewypłacalność konsumentów wynosi 52%. I choć na tle średniej europejskiej ten wynik nie jest najgorszy, niepokoi jednak tak znaczna liczba osób, które najwyraźniej popadły w spiralę długów.

Celowe unikanie zobowiązań

38% europejskich firm narzeka natomiast na to, że ich klienci celowo unikają płatności. Przedsiębiorstwa z Europy Wschodniej (41%), częściej niż Zachodniej (34%), skarżą się na ten problem. Ten wskaźnik najwyższy jest w Rumunii (50%), Grecji (45%) i Czechach (42%). Wśród państw Europy Zachodniej natomiast w Belgii (43%), Austrii (41%) i Francji (40%). Polacy też mają z tym kłopot – aż 39% firm wskazuje to jako powód opóźnień w płatnościach swoich klientów. Najmniej przypadków świadomego nieregulowania rachunków odnotowano w Niemczech (10%).

[1] CBOS, 2015, http://www.bankier.pl/wiadomosc/CBOS-41-proc-Polakow-ma-do-splacenia-jakies-dlugi-3434192.html

[2] Moralność finansowa Polaków”, realizowanego przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych (KPF), http://inwestycje.pl/kredyty/Wiemy-ze-dlugi-trzeba-oddawac-ale-tego-nie-robimy;307398;0.html

Wzrost siły nabywczej konsumentów w Europie

Średnia kwota, jaką europejscy konsumenci dysponują na wydatki i oszczędności w 2017 r. wynosi 13 937 euro na osobę. Rozporządzalny dochód netto konsumentów w 42 krajach znacznie się od siebie różni. Najwyższą średnią siłą nabywczą dysponują mieszkańcy Liechtensteinu, Szwajcarii i Islandii, natomiast najniższą – Białorusi, Mołdawii i Ukrainy.

W 2017 r. mieszkańcy Europy mają do dyspozycji łącznie kwotę 9,4 biliona euro, którą mogą przeznaczyć na artykuły spożywcze, wydatki mieszkaniowe, media, prywatne fundusze emerytalne i ubezpieczeniowe oraz inne wydatki, np. wakacje, transport czy wydatki konsumpcyjne.

Odpowiada to średniej sile nabywczej per capita w wysokości 13 937 euro, co wskazuje na wzrost o 1,9 proc. oraz na znaczną poprawę w porównaniu z wynikami z roku ubiegłego. Dane dla niektórych krajów odbiegają jednak od średniej wartości. Przykładem jest Islandia, której dynamiczny, ponadprzeciętny wzrost wyniósł ponad 37 proc., podczas gdy stopa wzrostu w krajach, takich jak Liechtenstein i Szwajcaria nie uległa zmianie.

Ranking prezentuje wyraźną rozbieżność między krajami pod względem wysokości kwoty dostępnej dla konsumentów na wydatki. Liechtenstein, który mocno wyprzedza inne kraje w rankingu, dysponuje siłą nabywczą per capita w wysokości 63 267 euro, czyli wyższą o ponad 350 proc. od średniej europejskiej. Kolejna w zestawieniu jest Szwajcaria z kwotą 42 142 euro na mieszkańca. Szwajcarzy mają więc do dyspozycji kwotę trzykrotnie wyższą niż średnia w Europie. Pozostałe kraje w rankingu mają również ponadprzeciętną siłę nabywczą, stanowiącą przynajmniej 1,5-krotność średniej europejskiej.

10 europejskich krajów o najwyższej sile nabywczej

Ranking 2017 (2016) Kraj Liczba mieszkańców Indeks europejskiej siły nabywczej*
1 (1) Liechtenstein 37 622 453,9
2 (2) Szwajcaria 8 327 126 302,4
3 (5) Islandia 338 349 239,6
4 (3) Luksemburg 590 667 218,8
5 (4) Norwegia 5 258 317 211,0
6 (6) Dania 5 748 769 175,7
7 (7) Austria 8 700 471 162,1
8 (9) Niemcy 82 175 684 159,6
9 (8) Szwecja 9 995 153 156,2
10 (10) Wielka Brytania 65 648 054 149,6
29 (29) Polska 38 432 992 48,1
Europa (łącznie) 675 389 942 100,0

Źródło: © GfK Purchasing Power Europe 2017*indeks na mieszkańca: średnia europejska = 100Kursy walut dla krajów spoza strefy euro: prognoza Komisji Europejskiej na 2017 z 11.05.2017.

Spośród wszystkich krajów branych pod uwagę w badaniu, siedemnaście dysponuje ponadprzeciętną siłą nabywczą. Wśród nich znajduje się Hiszpania, która notuje wynik 14 080 euro na mieszkańca, nieznacznie przekraczając średnią. 25 krajów dysponuje siłą nabywczą na poziomie poniżej przeciętnej. Mieszkańcy najbiedniejszych krajów europejskich dysponują kwotą 949 euro na osobę. Przykładem jest Ukraina z siłą nabywczą per capita wynoszącą 1,66 wartości kwoty, jaką dysponują mieszkańcy Liechtensteinu.

W porównaniu do zeszłego roku zmiany na pierwszych dziesięciu miejscach rankingu wynikają głównie z różnic kursowych. Luksemburg i Norwegia spadły o jedno miejsce (odpowiednio na czwartą i piątą pozycję), natomiast Islandia przesunęła się o dwa miejsca w górę, notując miejsce trzecie. Niemcy zajęły ósmą pozycję.

Przeciętny mieszkaniec Polski dysponuje niemal 48 proc. średniej siły nabywczej mieszkańców Europy, co stanowi 6 710 euro (28 226 zł). W rankingu krajów europejskich Polska zajęła dopiero 29 miejsce. Pozycja ta nie zmieniła się w porównaniu z ubiegłym rokiem.

O badaniu
Badanie siły nabywczej GfK Purchasing Power Europe 2017 jest dostępne dla 42 europejskich krajów ze szczegółowym rozbiciem na regiony, według gmin lub kodów pocztowych. Zawiera też odpowiednie dane dotyczące mieszkańców i gospodarstw domowych oraz mapy cyfrowe.

Siła nabywcza jest miernikiem rozporządzalnego dochodu per capita po odjęciu podatków, składek na ubezpieczenie społeczne, ale z uwzględnieniem wszelkich świadczeń otrzymywanych od państwa.

Badanie podaje siłę nabywczą na osobę w skali roku w euro lub w postaci wartości indeksu. Pojęcie siły nabywczej stosowane przez GfK odnosi się do nominalnego dochodu rozporządzalnego, czyli podane wartości nie uwzględniają inflacji. Badanie opiera się na statystycznych danych dotyczących dochodów, stawek podatkowych, wysokości świadczeń społecznych oraz na prognozach instytutów ekonomicznych.

Według definicji siła nabywcza to wydatki konsumentów pokrywające koszty związane z zaopatrzeniem w artykuły spożywcze, wydatki mieszkaniowe, na media, prywatne fundusze emerytalne i ubezpieczeniowe oraz inne wydatki, np. wakacje, transport i wydatki konsumpcyjne

Jak zorganizować tłumaczenia symultaniczne?

Organizacja wydarzenia, konferencji czy spotkania, którego uczestnicy porozumiewają się w kilku językach jest nie lada wyzwaniem dla organizatora. Tym większym, gdy mówimy o evencie, w którym bierze udział kilka tysięcy osób. Jednak dzięki fachowemu i rzetelnemu podejściu do tematu agencji eventowej, jak również odpowiedniemu sprzętowi, wszystko może zostać zorganizowane z sukcesem.

Wyzwania techniczne

Tłumaczenia symultaniczne są nieodłącznym elementem niemal każdego międzynarodowego wydarzenia, niezależnie od tego, czy jest to kameralne spotkanie  czy konferencja, w której biorą udział tysiące osób. Eksperci są zdania, że ich organizacja należy do jednych z trudniejszych zadań w ramach przygotowania eventu.

Aby wszystko przebiegło bez problemów należy zaplanować proces w najdrobniejszych szczegółach, poczynając od wdrożenia odpowiedniego sprzętu. Na rynku dostępne są urządzenia, które pozwalają na prowadzenie translacji nawet na 32 języki jednocześnie. Sprzęt jaki konieczny jest podczas tłumaczeń w zasadzie jest niezmienny, jednak w zależności od liczby języków, odbiorców czy przestrzeni, na której odbywa się event, zależeć będzie jego konfiguracja oraz liczba np. kabin dla tłumaczy, promienników, które rozprowadzają sygnał po sali czy odbiorników dla gości.

System do przeprowadzenia translacji jest jednym z trudniejszych do instalacji podczas imprez ze względu na mnogość jego elementów.

Sercem systemu jest jednostka centralna, do której trafia sygnał od tłumaczy siedzących w specjalnych dźwiękoszczelnych budkach i przeprowadzających translację na wiele języków. W słuchawkach słyszą np. panelistę i na bieżąco do mikrofonu przekazują treść wystąpienia po polsku – mówi Janusz Jabłoński, Prezes Zarządu BERM Creative Production Group. Następnie z jednostki centralnej sygnał lub sygnały – w zależności od liczby tłumaczeń –  trafiają do promienników, z których rozchodzą się do odbiorników używanych przez uczestników konferencji. Podstawową trudnością jest ich prawidłowe ustawienie, ponieważ źle umiejscowione mogą się wzajemnie zakłócać. Dlatego też, przed wydarzeniem należy przygotować szczegółowy plan ich rozmieszczenia, tak by ich sygnał pokrył całą przestrzeń konferencji, a jednocześnie nie pojawiały się zakłócenia. Kolejnym krokiem jest odpowiednia konfiguracja jednostki centralnej, gdyż ona odpowiada za całość działania systemu. Jeśli przestanie działać lub będzie źle ustawiona, mogą pojawić się problemy z odbiorem translacji przez uczestników imprezy – dodaje.

W kontekście tłumaczeń istotna jest także jakość nagłośnienia, które umożliwi należyte rozpoznanie treści oraz odpowiednie przekazanie dobrej jakości tłumaczenia.

Alternatywą dla tłumaczeń symultanicznych są tłumaczenia konsekutywne. Polegają one na tym, że obok mówcy stoi tłumacz i przekłada na bieżąco jego wypowiedź. Jest to opcja zwykle stosowana na wydarzeniach powyżej 10 tysięcy uczestników. Niestety ten sposób nie daje możliwości przeniesienia emocji wystąpienia, dodatkowo wydłużając je dwukrotnie – ocenia Janusz Jabłoński, Prezes Zarządu BERM Creative Production Group. Dlatego też w ramach naszych eventów, nawet tych dużych, preferujemy tłumaczenia symultaniczne. Największa liczba odbiorników jakie wydaliśmy to 7 tys. sztuk. Jest to trudne logistycznie, ale warto podjąć to wyzwanie, aby uzyskać dobre tłumaczenie, a tym samym pozytywną ocenę wydarzenia – dodaje.

Tłumacz symultaniczny

Tłumaczenie to oczywiście nie tylko zasługa odpowiedniego sprzętu, ale również umiejętności poliglotów, którzy dokonają przekładu wszystkich wystąpień. Najlepiej, aby byli to specjaliści doświadczeni w swoim fachu, którzy bez problemu wykonają swoje zadanie. Do najpopularniejszych języków, które pojawiają się podczas wydarzeń należą: angielski, niemiecki, francuski, hiszpański, rosyjski, arabski i chiński.

Podczas eventu, osoby zajmujące się translacją znajdują się w specjalnych dźwiękoszczelnych kabinach, tłumacząc na bieżąco to, co mówią prelegenci. Dla komfortu ich pracy warto zaplanować przestrzeń w taki sposób, aby tłumacz miał kontakt wzrokowy z mówcami, co umożliwi obserwację jego gestykulacji czy emocji, które przedstawia odbiorcom. Ważne też, aby w miarę możliwości przed wydarzeniem tłumacze poznali specyfikę danej dziedziny czy założenia wystąpienia, gdyż to ułatwi im odpowiednie przygotowanie np. w zakresie branżowych terminów.

Przyjęło się, że do obsługi jednego języka zatrudniane są dwie osoby, które pracują w kabinie maksymalnie 4 godziny. Tłumaczą one w blokach na zmianę. Oczywiście zależy to od stopnia trudności – jeśli jest ono wyjątkowo skomplikowane, translatorzy zmieniają się co 15 minut – mówi Janusz Jabłoński, Prezes Zarządu BERM Creative Production Group.

Na wieczne nieoddanie?

Jednym z większych nietechnicznych wyzwań, z którym trzeba sobie poradzić na dużych wydarzeniach jest…  zapobieganie kradzieży odbiorników. Takie sytuacje niestety zdarzają się bardzo często, mimo iż urządzenia te na co dzień są nieprzydatne.

Nie da się ich sprzedać w internecie, bo firmy produkujące odbiorniki monitorują serwisy aukcyjne i można mieć z tego tytułu same nieprzyjemności, ponieważ po rozpoznaniu próby takiej sprzedaży informowana jest policja – zauważa Prezes Zarządu BERM Creative Production Group.

Podczas wydarzenia, na którym wydanych jest 1000 odbiorników, z reguły ginie około 15 sztuk. Zdarza się, że odbiorniki zabierane są przez przypadek i po evencie wracają do organizatora. Jednak odpowiednie zabezpieczenia – jak np. bramki z czujnikami – zapobiegają nawet tym nieumyślnym próbom przywłaszczenia sprzętu, tym samym ograniczając ewentualne straty.

Druk 3D w prototypowaniu części do supersamochodu

OMNI3D, Arrinera Technology i firma OE Industry połączyły siły, by stworzyć w pełni funkcjonalny prototyp lampy samochodowej. Projekt został zrealizowany w technologii FFF, a testy skanerem 3D potwierdziły, że posiada wysoką precyzję wymiarową.

OMNI3D jest producentem przemysłowych drukarek 3D, Factory 2.0 Production System. To właśnie na tej drukarce zostały wydrukowane części do przedniej lampy polskiego supersamochodu firmy Arrinera Technology.

Wybór technologii FFF był uzasadniony możliwością tworzenia w niej skomplikowanych geometrii w stosunkowo krótkim czasie. Druk 3D zagwarantował także wysoką dokładność przy niskim koszcie materiału i bardzo niewielkim odpadzie. Wydruk zrealizowano z wykorzystaniem materiału ABS-42, charakteryzującego się wytrzymałością, łatwą postprodukcją i szeroką paletą możliwości wykończenia prototypu. Koszt materiału wykorzystanego do tego wydruku to 65 EUR.

Złożony model lampy ma wielkość 440 x 370 x 200 mm. Czas druku 6 elementów składających się na obiekt wyniósł 65 godzin. W gotowym prototypie zamontowano lampy firmy OE Industry, dostawcy rozwiązań inżynieryjnych w zakresie systemów oświetlenia. Model wyposażony jest w główną soczewkę o średnicy 90 mm oraz światła trójfunkcyjne do jazdy dziennej i postojowe. Wykorzystano tu światła Bi-LED, w których za pomocą diody LED można realizować światła mijania i drogowe.

Pod względem wizualnym obiekt nie różni się od modułu, który w przyszłości będzie produkowany seryjnie. Końcowe testy przeprowadzono na skanerze MICRON 3D, z wykorzystaniem zielonego światła, trzykrotnie dokładniejszego niż powszechnie stosowane światło białe. Wynik pomiaru okazał się o 30% lepszy niż założona dokładność.

Gotowy prototyp z zamontowaną elektroniką oraz części składowe przed postprodukcją będzie można zobaczyć w listopadzie na stoisku OMNI3D podczas targów FORMNEXT (hala 3.1, stoisko C29) we Frankfurcie oraz EUROTOOL (hala Wisła, stoisko W27) w Krakowie.

Jak dostosować swoje bazy danych osobowych do przepisów RODO

Większość przedsiębiorstw zbiera dane osobowe, aby móc skutecznie prowadzić działalność gospodarczą. Firmy tworzą np. bazy swoich klientów czy dziennikarzy, do których wysyłają informacje prasowe. Pojawia się jednak pytanie: czy od maja 2018 r. – kiedy wejdzie w życie Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych (RODO) i przepisy zostaną zaostrzone – dane zgromadzone do tej pory będą mogły być bez przeszkód dalej wykorzystywane?

„Pamiętajmy, że bazy danych zebrane dotychczas jak najbardziej będą podlegały teraz nowym regulacjom i od 25 maja 2018 r. będą musiały spełniać wymogi wprowadzonych przepisów prawnych. Obowiązkiem każdego z administratorów danych osobowych jest dostosowanie obecnie istniejących baz do tych nowych wymogów” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Ewa Kurowska-Tober, partner w kancelarii DLA Piper.

Przede wszystkim trzeba będzie przejrzeć swoje bazy, spróbować ustalić, czy znajdujące się w nich dane są aktualne, oraz zastanowić się, czy rzeczywiście są one potrzebne w takim zakresie, w jakim zostały zebrane, i dla tych celów, dla których oryginalnie je zgromadzono. Jeśli okaże się, że cele przetwarzania tych danych się zmieniły, firma będzie musiała skontaktować się z osobami, których one dotyczą, uzyskać odpowiednie zgody od tych osób, a także przekazać im szereg nowych informacji związanych z przetwarzaniem ich danych.

Dla wielu przedsiębiorstw obowiązek dostosowania baz danych osobowych do przepisów RODO będzie stanowić duże wyzwanie. Bazy te były bowiem zbierane latami i wiele firm nie ma już bezpośredniego kontaktu z częścią osób, których dane przetwarza, więc dotarcie do tych ludzi może być problemem. Konieczne będzie jednak dołożenie wszelkich starań.

Sektor leasingu maszyn ma bardzo dobre perspektywy rozwoju

Współczesny pracownik – młody, ambitny, wymagający

Grupa Arctic Paper po III kwartale 2017: Wyniki pod wpływem dalszego wzrostu cen celulozy

Grupa Arctic Paper uzyskała w III kwartale 2017 roku przychody ze sprzedaży w wysokości prawie 735,9 mln zł. Wynik EBITDA wyniósł 70,8 mln zł, a zysk operacyjny 38,5 mln zł. Zysk netto Grupy z działalności kontynuowanej w III kwartale 2017 roku osiągnął poziom 25,6 mln zł.

Osłabienie wyników Arctic Paper w III kwartale było przede wszystkim efektem dalszego wzrostu cen celulozy, który nie został jeszcze w pełni skompensowany przez podwyżki cen papieru. Na wynik wpływ miało także planowe wstrzymanie produkcji w zakładzie w zakładzie Arctic Paper Kostrzyn na 12 dni w lipcu tego roku, związane z prowadzonym procesem inwestycyjnym, którego celem jest zwiększenie efektywności tego zakładu.

Spadek zysku wynikał głównie z utrzymujących się wysokich cen celulozy, których nie będziemy w stanie w pełni zrekompensować podwyżkami cen w 2017 roku. Ponadto, planowe wstrzymanie produkcji w zakładzie Arctic Paper Kostrzyn, związane z procesem inwestycyjnym, wpłynęło na sprzedaż i zysk w tym okresie. Inwestycja w zwiększoną efektywność produkcji będzie miała pozytywny wpływ na przyszłe operacje i wzmocni naszą konkurencyjność w obsłudze klientów – skomentował Per Skoglund, Prezes Zarządu Arctic Paper.

Po trzech kwartałach 2017 roku Grupa Arctic Paper odnotowała przychody ze sprzedaży w wysokości ponad 2,2 mld zł. Wynik EBITDA wyniósł 210,8 mln zł, a zysk operacyjny blisko 115,7 mln zł. Zysk netto z działalności kontynuowanej Grupy w trzech kwartałach 2017 roku wzrósł o 9,2%, do 75,5 mln zł.

W tym okresie zainicjowaliśmy przegląd strategii, aby zdecydować, na których produktach i rynkach powinniśmy się skupić, by osiągnąć stabilną wyższą rentowność. Prace nad nową strategią rozpoczęły się w trzecim kwartale i planujemy przedstawić ją w pierwszej połowie 2018 r. – dodał Per Skoglund.

Wyniki w segmencie papieru (z wyłączeniem Rottneros)

W III kwartale 2017 roku Grupa Arctic Paper w segmencie papieru uzyskała przychody ze sprzedaży w wysokości 542,3 mln zł. Wynik EBITDA wyniósł 38,9 mln zł, a zysk operacyjny 18,7 mln zł. Zysk netto Grupy z działalności kontynuowanej w III kwartale 2017 roku osiągnął poziom 12,9 mln zł, a zysk netto ponad 11,1 mln zł.
Średnie wykorzystanie mocy produkcyjnych osiągnęło poziom 98%, o 2,7% wyższy w ujęci u rok do roku.

Przychody ze sprzedaży Grupy w segmencie papieru po trzech kwartałach br. wyniosły blisko 1,6 mld zł. EBITDA sięgnęła poziom 104,7 mln zł, a zysk z działalności operacyjnej 44,4 mln zł. Zysk netto Grupy z działalności kontynuowanej po trzech kwartałach 2017 roku wyniósł 38,9 mln zł.

Wyniki w segmencie celulozy (Rottneros)

Wyniki Grupy w segmencie celulozy w III kwartale 2017 r. były nadal solidne, a zysk i marże pozostawały na dobrym poziomie. Zmiany cen celulozy wytwarzanej przez Rottneros (NBSK) były korzystne dla firmy. Jednocześnie inwestycje realizowane w ramach programu Agenda 500 pozwalają na wyższe wolumeny produkcji.

Optymistyczne projekcje NBP

W nadchodzącym tygodniu złoty może realizować impulsy zawarte w raporcie o inflacji NBP. Po zamieszaniu związanym z wyborem nowego szefa Fedu, teraz przyszła pora na polityczne spekulacje na temat prezesa EBC. Frank z potencjałem by zatrzymać deprecjację. Funt z gasnącą zmiennością, stabilizuje kurs wokół 4,75 zł.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 06.11.2017-13.11.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2190 3,6300 3,6160 4,7425
Maksimum 4,2460 3,6750 3,6700 4,8220

 

EURPLN

EURPLNH1Euro na początku zeszłego miesiąca w krótkim czasie potaniało o blisko 10 groszy. Od połowy października jednak weszło w wąską konsolidację, w której tkwi aż do dzisiaj. Od tego czasu kurs EURPLN oscyluje między 4,22 zł, a 4,25 zł. Z jednej strony złotemu w najbliższym czasie mogą pomagać coraz to lepsze projekcje ekonomiczne. Z drugiej nasza gospodarka powoli dochodzi do momentu, w którym ciężko będzie utrzymać obecne tempo wzrostu. Dotyczy to przede wszystkim rynku pracy, na którym zbliżamy się do bezrobocia naturalnego. Brak rąk do pracy z jednej strony będzie tłamsić wzrost gospodarczy, jednocześnie zwiększając presję inflacyjną, co jest bardzo niebezpiecznym zjawiskiem. Z technicznego punktu widzenia, wybicie obecnej konsolidacji powinno zapoczątkować większy ruch. W przypadku wyjścia górą zasięg może być nawet 10-groszowy.

USDPLN

USDPLNH1Dolar w poprzednim tygodniu budził ambiwalentne odczucie. Z jednej strony z dalekiego wschodu dochodziły optymistyczne wieści dotyczące azjatyckiego tournee prezydenta USA. Z drugiej w międzyczasie w amerykańskim parlamencie trwała batalia o kształt reformy podatkowej. Po raz kolejny okazuje się, że Trumpowi zwłaszcza łatwiej odnaleźć się w polityce zagranicznej, niż na własnej ziemi. Tak jak na początku prezydentury reforma fiskalna budziła potężne nadzieję, tak teraz zamienia się w ogromne rozczarowanie. Mnogość impulsów związanych z dolarem dokładnie widać na wykresie USDPLN, gdzie zmienność jest znacznie większa niż w przypadku EURPLN. W drugiej połowie października wykres zdołał nawet na chwilę przebić ważny poziom 3,58 zł, by tydzień później testować opór przy 3,67 zł. Warto pamiętać, że 2 grosze wyżej znajduje się kolejny istotny poziom, który dodatkowo jest wzmacniany przez okrągłe 3,70 zł. Dlatego prawdopodobnym scenariuszem jest przynajmniej chwilowe wyciszenie, co może skutkować wejściem w wąską konsolidację, tak by kapitał mógł skumulować potencjał następnego ruchu.

CHFPLN

CHFPLNH1Frank szwajcarski w końcu zdołał przełamać linię trendu spadkowego. Prawdopodobnie oznacza to przynajmniej chwilowe odejście od dalszej przeceny helweckiej waluty. Za tym scenariuszem przemawia fakt, że kolejne trzy dołki ukształtowały się na coraz wyższych poziomach. Oczywiście nie oznacza to od razu odwrócenia trendu, jednak ustabilizowanie ceny franka wokół poziomu 3,65 zł jest jak najbardziej możliwe. Potencjalny ruch w górę na wykresie CHFPLN jest ograniczany przez opór w okolicach 3,673 zł, co oznacza, że potencjał do wzrostów jest mocno ograniczony. Frank jest obecnie najtańszy od pamiętnego 15 stycznia 2015 roku, co zapewne cieszy szerokie grono “Frankowiczów”.

GBPPLN

GBPPLNH1Funt także w zeszłym miesiącu wyłamał trend spadkowy. Po tym, jak kurs GBPPLN spadł poniżej 4,70 zł nastąpiło odreagowanie, której wyprowadziło brytyjską walutę aż do 4,84 zł. W ostatnim czasie obserwujemy jednak uspokojenie i znacznie mniejsze ruchy na tej parze walutowej. W ostatnim tygodniu także mieliśmy do czynienia z ruchem spadkowym, jednak jego dynamika była znacznie mniejsza. Wiele wskazuje na to, że w tym tygodniu znowu będzie testować 4,70 zł, jednak jest mało prawdopodobne, by ta sztuka się udała.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Zobacz co się dzieje z notowaniami OIL

Ostatnie napięcia na Bliskim Wschodzie doprowadziły do wzrostu notowań ropy naftowej, surowiec stał się najdroższy od połowy 2015 roku. Pierwszy wzrost „czarnego złota” spowodowały doniesienia o aresztowaniu przedstawicieli elit Arabii Saudyjskiej. Oficjalnym powodem masowych aresztowań jest walka z korupcją. Niemniej jednak skala działania jest zbyt duża, prawdopodobnie chodzi o skupienie jeszcze większej władzy w jednych rękach księcia Mohammeda bin Salmana.

Kolejnym czynnikiem doprowadzającym do wzrostu cen ropy naftowej była eskalacja konfliktu między Arabią Saudyjską a Iranem. Dalszy wzrost napięć na Bliskim Wschodzie powinien doprowadzić do kontynuacji obecnego ruchu na notowań tegoż surowca.

Natomiast patrząc na dane z rynku ropy naftowej, to kontynuacja zwyżki notowań jest nieuzasadniona. Z jednej strony mamy ograniczenie podaży ropy naftowej ze strony OPEC oraz Rosji, ale z drugiej rekordową produkcję ze strony Stanów Zjednoczonych. Oficjalne dane rządowe wskazują, że dzienna produkcja w USA pobiła kolejny rekord. Jest to już 9.62 miliona dziennie baryłek ropy naftowej. Ponadto ostatni wzrost notowań surowca powinien wspierać zwiększanie wydobycia.

USA OIL

Źródło: Bloomberg

Dla równowagi mamy ograniczenie podaży ropy naftowej ze strony OPEC, Rosji oraz pozostałych państw wydobywających ten surowiec. Obecne cięcie produkcji obowiązuje do końca marca 2018 roku, OPEC zobowiązał się do ograniczenia podaży o 1,17 miliona baryłek dziennie, natomiast państwa niezrzeszone w OPEC o 546 tysięcy baryłek. Co prawda na 8 ostatnich miesięcy kartelowi udało się osiągnąć target tylko w trzech, ale liczą się chęci. Na 30 października zaplanowane jest kolejne spotkanie producentów „czarnego złota”, konsensus rynkowy zakłada przedłużenie obecnego dealu do końca przyszłego roku. Taki scenariusz już został wyceniony przez rynek, zatem zaskoczenia nie będzie.

Bloomberg cut

Źródło: Bloomberg

Z kolei państwa niezrzeszone w OPEC, które zdecydowały się na dobrowolne ograniczenie produkcji w sierpniu oraz wrześniu dopięły swego i to z nadwyżką. Sekret kryjący się za ich dokonaniem jest bardzo prosty: konserwacja sprzętu.

Zatem oprócz napięcia na Bliskim Wschodzie mamy rosnącą produkcję surowca w Stanach Zjednoczonych oraz częściowe wywiązywanie się Państw OPEC z umowy dot. cięcia produkcji. Bez rosnących obaw o przyszłość na Bliskim Wschodzie ropa naftowa nie powinna kontynuować obecnego ruchu notowań w krótkim terminie.

WTI – analiza techniczna

Na interwale tygodniowym stronie kupującej udało się pokonać mocną strefę oporu 54.65-52.35. Dzięki temu popyt otworzył drogę w kierunku okrągłej cyfry 60 USD za baryłkę ropy WTI. Jedynym zagrożeniem na horyzoncie zdaje się być bardzo mocno wykupiony rynek, na co wskazuje oscylator stochastyczny. Gdyby doszło do korekty kursu, to mogłaby zatrzymać się w okolicy 54 USD.

Notowania ropy WTI, interwał tygodniowy

Notowania ropy WTI, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral markets

Kurs funta traci na negocjacjach brexitowych

Brytyjski funt traci na wartości wobec głównych walut światowych (spadek o ponad 0,5%), ale także do złotówki w reakcji na informacje, że 40 członków Partii Konserwatywnej podpisało list otwarty do konserwatywnej premier Theresy May z żądaniem rezygnacji ze stanowiska. Jak na razie liczba podpisów nie jest wystarczająca, by w tej sprawie odbyło się głosowanie. Jednak to kolejny cios w funta, któremu i tak ciążą ciężkie negocjacje z Brukselą dotyczące opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię. Strona unijna naciska na kwestie rozliczeń finansowych, a administracja premier May jest krytykowana za sposób prowadzenia brexitowych negocjacji, które są w impasie.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do japońskiego jena (-0,08%), a zyskuje do euro (+0,14%), brytyjskiego funta (+0,72%), dolara australijskiego (+0,04%) oraz dolara kanadyjskiego (+0,06%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,165, GBP/USD – 1,31, USD/CAD – 1,268, AUD/USD – 0,766 i USD/JPY – 113,4. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,22%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,1, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,889. Złotówka zyskuje do głównych walut. W poniedziałek rano dolar kosztuje 3,63 zł, euro – poniżej 4,23 zł, funt – poniżej 4,76 zł, a frank szwajcarskiego – powyżej 3,64 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru czerwonego. W piątek londyński indeks FTSE 100 stracił 0,68%, frankfurcki indeks DAX – 0,42%, a paryski indeks CAC 40 – 0,5%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 obniżył się o 0,09%, meksykański indeks Bolsa – o 1,41%, a brazylijski Bovespa – o 1,05%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei spadł o 1,32%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,44%, a hongkoński indeks Hang Seng podniósł się o 0,36%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych wzrostach ceny ropy naftowej idą w dół. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 63,52 USD (-0,65%), a ropy WTI – 56,74 USD (-0,76%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 65 USD. Także cena złota spada. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1276 USD. To 8 USD mniej (-0,62%) niż przed weekendem.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:
• 1:10 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Filadelfii
• 8:00 – Rumunia – Produkcja przemysłowa (m/m), wrzesień -0,7%
• 9:00 – Węgry – Produkcja przemysłowa (r/r), wrzesień – 8,1% (prognoza 8,1%)
• 9:00 – Słowacja – Inflacja CPI (r/r), październik – 1,7% (prognoza 1,7%)
• 9:00 – Polska – Wskaźnik Przyszłej Inflacji wg BIEC, październik – 80,5 pkt.
• 10:00 – Polska – Raport o inflacji
• 14:00 – Polska – Inflacja CPI (r/r), październik (prognoza 2,1%)
• 14:00 – Polska – Saldo rachunku bieżącego, wrzesień (prognoza -300 mln EUR)
• 18:45 – Japonia – Wystąpienie szefa Banku Japonii
• 20:00 – USA – Budżet federalny, październik (prognoza -50 mld USD)
Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Spadający popyt na metal szlachetny

Ostatni raport World Gold Council za trzeci kwartał 2017 roku opublikowany przez brzmi bardziej niedźwiedzio niż byczo. Popyt Q3 R/R spadł o 9 procent do 915 ton. Globalny popyt na złocie jest najniższy od 2009 roku, ale jest światełko w tunelu.

Głównym powodem spadającego popytu na złoto są Indie, w które cały czas podnoszą się po wycofaniu niektórych banknotów jako środek płatniczy. Niemniej jednak jest to też czynnik, który w długim okresie pozytywnie wpłynie na popyt.

Branża jubilerska

Globalny popyt pochodzący z branży jubilerskiej w porównaniu do Q3 2016 roku spadł o 3 procent! Natomiast w samych Indiach spadł z 152.7 do 114.9 ton, co daje oszałamiające 25 procent. Natomiast motorem napędowym branży jubilerskiej w dalszym ciągu są Chiny, gdzie popyt wzrósł o 13 procent.

branza jubilerska

Źródło: www.gold.org

Popyt inwestycyjny

Popyt inwestycyjny w trzecim kwartału również był mniejszy niż analogiczny kwartał 2016 roku. Głównym powodem również są Indie, ale i mała zmienność na globalnych giełdach. W samych Indiach popyt inwestycyjny spadł o 23 procent, natomiast fundusze ETF skupiły aż o 87 procent mniej złota niż w 2016 roku. Z kolei największą chęć na skup złota zgłaszali chińscy inwestorzy, których popyt wzrósł o 57 procent.

popyt inwestycyjny

Źródło: www.gold.org

Bardzo dobrą oznaką jest rosnący popyt na fizyczne złoto. Bowiem niektóry z funduszy ETF nie skupują złota a tylko kontrakty terminowe, natomiast długoterminowy kurs złota wyznacza popyt fizyczny.

Banki Centralne

W trzecim kwartale bieżącego roku Banki Centralne skupiły o 25 procent więcej ton złota niż w poprzednim. Największy popyt zgłosił bank Rosji, Turcji oraz Kazachstanu. Do tego koszyka moglibyśmy zaliczyć również Chiny, ale niestety nie możemy oprzeć się na oficjalnych danych tamtejszego Banku Centralnego.

Popyt technologiczny

Popyt technologiczny wzrósł jedynie o 2 procent, ale warto dodać, że jest to pierwszy wzrost popytu po sześciu latach.

popyt technologiczny

Źródło: www.gold.org

Gold – podaż

Światełkiem w tunelu dla metalu szlachetnego jest podaż, która zmniejszyła się z 1 168.4 do 1 146.4 ton. Recykling złota w Q3 2017 w porównaniu do poprzedniego roku spadł o 6 procent. Oczywiście jest to spowodowane niską ceną złota. Dany składnik odpowiada jedynie za małą część podaży złota, jest także najbardziej zmienny. Natomiast podaż złota z wydobycia spadła jedynie o jeden procent, ale pamiętajmy iż wznowienie wydobycia jest czasochłonne, dlatego możemy mówić o małym światełku w tunelu.

podaz gold

Źródło: www.gold.org

Dalsza konsolidacja złota na obecnych poziomach prawdopodobnie doprowadzi do zamykania mniej rentownych albo stratnych kopalni. Z kolei wzrost ceny nie spowoduje natychmiastowego wzrostu podaży, ponieważ są to czasochłonne projekty.

Gold – analiza techniczna

Na notowaniach złota na interwale tygodniowym formuje się formacja, która może przeważyć nad dalszym losem notowań metalu szlachetnego. Z jednej strony mamy mocny opór 1358-1392, natomiast z drugiej linie trendu wzrostowego. Wybicie się z trójkąta powyżej oporu prawdopodobnie doprowadzi do mocnej zwyżki kursu. Z kolei wybicie się pod linią trendu byłoby jednoznaczne z kontynuacją długoterminowego trendu spadkowego rozpoczętego w 2011 roku.

Notowania złota, interwał tygodniowy

Notowania złota, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Aktywność kredytowa Polaków 2017

Zyski z reklamy mobilnej mogą być dwa razy wyższe niż szacują marketerzy

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Bain & Company, nawet połowa reklam wyświetlanych w smartfonach wpływa na to, co kupujemy[1]. Co więcej, jak pokazują dane zebrane przez firmę, na każde 100 dolarów wydanych w kanale mobilnym przypada 90 dolarów wydanych w inny sposób, ale pod wpływem reklam mobilnych. Choć te nie zawsze prowadzą do sfinalizowania transakcji za pośrednictwem telefonu, to jednak reklamy mobilne odgrywają znaczącą rolę w całym procesie zakupowym, a przede wszystkim stanowią początek interakcji konsumenta z marką. Według Google, 70 proc. użytkowników smartfonów korzysta ze swoich telefonów, by znaleźć informacje o danym produkcie, zanim kupi go sklepie stacjonarnym.

Po telefon komórkowy sięgamy średnio 13 razy na godzinę, co oznacza, że korzystamy z niego ok. 200 razy w ciągu dnia[2]. Według raportu Yieldbot i Kantar Retail, szukając informacji o produktach, które chcemy kupić, najczęściej konsultujemy się z rodziną, przyjaciółmi i… naszymi smartfonami[3]. Wszechobecność tych urządzeń – ponad 2,5 mld użytkowników smartfonów na świecie i ok. 20 mln Polsce[4] – przyczyniła się do tego, że reklama mobilna odgrywa coraz ważniejszą rolę nie tylko w e-commerce, ale i w sprzedaży tradycyjnej. Jak pokazują bowiem dane zebrane przez Bain & Company, połowa reklam wyświetlanych w smartfonach wpływa na decyzje zakupowe konsumentów. Firma szacuje, że na każde 100 dolarów wydanych w kanale mobilnym, przypada prawie drugie tyle wydawanych w innym miejscu, np. w sklepach stacjonarnych, ale w powiązaniu z treściami mobile.

– Marketingowa siła reklamy mobilnej nie polega tylko na tym, że jej odbiorca zaraz po wyświetleniu treści na swoim smartfonie dokona zakupów np. w sklepie internetowym, a również na tym, że posiada ogromny wpływ na to, co kupujemy także poza kanałem mobile. Reklama mobilna jest obecna na każdym etapie consumer journey, czyli złożonego procesu zakupowego, do którego coraz więcej konsumentów podchodzi w świadomy sposób. Moment zakupu, to ostatni elementem tej drogi. Jest on poprzedzony np. zdobyciem wiedzy o specyfikacji danego produktu czy informacji, który sprzedawca oferuje go po najatrakcyjniejszej cenie. Podczas podejmowania tych kroków reklama mobilna jest niezwykle istotna, jednak skala jej oddziaływania powinna być mierzona inaczej niż w przypadku pozostałych działań marketingowych. W przeciwnym razie możemy przegapić potencjał tkwiący w tym naprawdę wartościowym narzędziu – wyjaśnia Grzegorz Chyliński, CEO Adrino, największej sieci reklamy mobilnej w Polsce.

Inwestuj nie tylko w reklamę

Tylko w Stanach Zjednoczonych w całym 2017 r. wydatki na reklamę mobilną wyniosą 40 mld dolarów, a jak szacuje branża, do 2020 r. będzie to już 65 mld dolarów[5]. W zeszłym roku inwestycje w reklamę mobilną wzrosły także w Polsce aż o 65 proc[6]. Jednak, aby treści reklamowe wyświetlane w smartfonach czy tabletach odnosiły skutek, czyli sprzedawały, marki nie mogą zapominać o ciągłym rozwoju kanału mobile. Chodzi m.in. o zadbanie o to, aby strona internetowa danej firmy była kompatybilna z urządzeniem mobilnym, a aplikacja e-sklepu była przyjazna użytkownikowi i skłaniała do tego, aby klient zachęcony reklamą mobilną dokonał w niej zakupu. O tym, jak jest to ważne przekonują szacunki firmy Zenith –  do końca 2017 r. już 3/4 konsumpcji treści online będzie odbywać się w urządzeniach mobilnych. 20 mln z 26,7 mln wszystkich polskich internautów korzysta z sieci na smartfonach i tabletach[7].

– Kanał mobilny może wspierać również sprzedaż stacjonarną. Połowa konsumentów biorących udział w badaniu Yieldbot i Kantar Retail przyznaje, że wyszłoby ze sklepu, gdyby na zakupy zapomniało zabrać ze sobą smartfona. Konsumenci podczas zakupów w sklepach tradycyjnych używają  telefonów, by ukończyć dany odcinek procesu zakupowego. Może chodzić np. o porównywanie cen – jest to ważne aż dla 75 proc. konsumentów zainteresowanych elektroniką, czy korzystanie z kuponów zniżkowych, które konsumenci mogą znaleźć w aplikacjach mobilnych (55 proc. wszystkich ankietowanych). Zrezygnowanie z kanału mobile, nawet wtedy, gdy dana marka chce, by jej produkty były dostępne głównie stacjonarnie, nie tylko oznacza, że skazuje się na brak napływu nowych klientów, ale także nie daje sobie szansy, by zatrzymać na dłużej dotychczas lojalnych konsumentó– zaznacza Dariusz Werelich, Head of Sales, Adrino.

Uwaga na millenialsów

O millenialsach, czyli o osobach urodzonych w latach 80 i 90. ubiegłego stulecia mówi się, że stanowią pierwszą generację digital natives, czyli należą do tego pokolenia, które w dużej mierze jest ukształtowane przez nowe technologie i środki komunikacji. Są jednymi z najważniejszych odbiorców reklam mobilnych nie tylko ze względu na to, że praktycznie nie rozstają się ze swoimi smartfonami w ciągu dnia, ale także na łatwość, z jaką poruszają się w cyberprzestrzeni. Co nie mniej ważne, millenialsi odpowiadają za decyzje zakupowe w swoich rodzinach[8].

– Ponad połowa millenialsów (52 proc.) traktuje reklamy widoczne w smartfonach jako przydatne  źródło informacji o interesujących ich produktach, a z kolei dla 48 proc. mobilna reklama wideo stanowi najbardziej znaczącą pomoc w czasie podejmowania decyzji, o tym, co kupić[9]. Mimo że millenialsi nie są tą grupą społeczną, która statystycznie dysponuje największymi dochodami, wręcz przeciwnie, ci nie zawsze posiadają stałe źródło utrzymania, stanowią znaczącą siłę nabywczą, kształtującą trendy na rynku. Za kilka lat millenialsi będą głównym segmentem kupujących, m.in. dlatego, że jak podaje Deloitte[10], w ciągu dekady globalnie będą stanowić 75 proc. osób aktywnych zawodowo – komentuje Dariusz Werelich, Adrino.

Coraz ważniejszą grupą klientów będzie się stawać także pokolenie Z (osoby urodzone po 1995 r.), które w przeciwieństwie do starszych kolegów, w ogóle nie zna rzeczywistości pozbawionej Internetu czy smart-technologii. Według szacunków EY siła nabywcza Zetek już teraz szacowana jest na 44 mld dolarów i każdym rokiem będzie się zwiększać. Firmy, które nie chcą stracić tej biznesowej szansy i uczynić z pokolenia Z lojalnych klientów, muszą zacząć komunikować się z nim w sposób dla nich znajomy i zrozumiały.

Jak sprzedawać za pomocą reklamy mobilnej

W skali globalnej, ale również i w Polsce ruch internetowy generowany przez urządzenia mobilne przewyższył już ruch z urządzeń desktopowych i szacuje się, że ta różnica będzie się zwiększać na korzyść smartfonów czy tabletów. Dlatego, jak zaznacza Grzegorz Chyliński, marki planujące kampanie mobilne powinny pamiętać o kilku zasadach.

Pierwszym krokiem podczas przygotowania każdej kampanii reklamowej, także tej na urządzenia mobilne, powinno być określenie, do jakiej grupy odbiorców kierowany będzie przekaz. Innych treści na swoich komórkach szukają bowiem millenialsi, a inne wymagania przez markami stawiają użytkownicy smartfonów w wieku 55+. Ważne jest zweryfikowaniem kiedy, jak często i w jaki sposób nasza grupa docelowa korzysta ze smartfonów. Dzięki temu marka może uchwycić dokładny moment, w którym klient-użytkownik smartfona podejmuje decyzje, że jest gotowy nabyć dany produkt.

– O tym, że takie podejście się sprawdza, przekonała się amerykańska firma oferująca zdrowe przekąski. Marka opracowała mobilną strategię dotarcia do konsumentów – młodych, aktywnych kobiet – by nie przegapić ‘mikro-momentu’, w którym będą chciały sięgnąć po coś do jedzenia.

W efekcie wybrane osoby znajdujące się w pobliżu punktów sprzedaży w weekendy, otrzymywały reklamę mobilną z ofertą. Aby podobne działanie było możliwe, marki powinny wdrożyć rozwiązania pozwalające na gromadzenie i analizę danych przestrzennych. Przykładowo, dzięki informacjom zebranym dzięki geotargetowaniu, dana marka może prawie bezbłędnie dopasować swoją ofertę do potrzeb potencjalnych klientów, kierując się pozostawianymi przez nich śladami w sieci, np. internetową historią zakupów lub listą odwiedzanych miejsc. Dodatkowodzięki odpowiedniemu wyborowi materiałów użytych w kampanii, m.in. krótkim spotom video, które były kierowane do wyselekcjonowanej grupy odbiorców, firma odnotowała wzrost sprzedaży o 25 proc. – wyjaśnia Grzegorz Chyliński, Adrino.

[1] Dane: Bain&Copmany.

[2]Dane: Bain&Copmany.

[3]Yieldbot & Kantal Retail, Yieldbot Kantar Motivated Mobile Consumer, March 2017.

[4] Dotyczy aktywnych użytkowników smartfonów, którzy ukończyli 15 rok życia.

[5] Dane: BIA/Kelsey.

[6] IAB/PwC AdEx 2016’FY.

[7] PBI, Polscy internauci we wrześniu 2017. Raport.

[8] https://biznes.newseria.pl/news/mlodzi-konsumenci-maja,p847360509

[9] Dane: Yieldbot i Kantar Retail.

[10] Deloitte, Millerninal Survey 2017.

Współpraca europejska wymaga gruntownych zmian

Dziś nie da się zreformować Europy małymi krokami. Struktury są skostniałe, dlatego należałoby stworzyć je na nowo. Nie można zintegrować się bardziej, ale także nie da się rozluźnić relacji w sposób, który nie wymagałby poniesienia kosztów.

– Los Europy powinien być dla nas ważny, ponieważ jesteśmy skazani na siebie. Sposób w jaki współpracujemy musi ulec zmianie – powiedział agencji eNewsroom prof. Jan Zielonka, Uniwersytet w Oxfordzie, katedra Polityki Europejskiej – Dyskusja na ten temat trwa. Kongres KIG jest bardzo ważny – mówi o różnych aspektach gospodarczych, technologicznych, ale także instytucjonalnych w kategoriach narodowych, przedsiębiorstw oraz Europy i świata. Wszystkie te płaszczyzny są ze sobą powiązane. Polacy w Wielkiej Brytanii zasługują na lepszy byt niż obecnie, jednak taka jest rzeczywistość europejska. Dziś są oni zakładnikami negocjacji, które są dość trudne i odbywają się zamkniętych gabinetach. Dopóki nie będziemy znać wyników tych rozmów nie należy martwić się na zapas, a optymistycznie patrzeć w przyszłość – dodał Zielonka.

Nawet pół miliona Ukraińców w szarej strefie

Zapotrzebowanie na kadrę ze Wschodu rośnie. Dane Personnel Service wskazują, że od początku roku o 30% wzrosła liczba firm zainteresowanych Ukraińcami. Coraz częściej też zatrudnia się ich legalnie. W III kwartale br. liczba obywateli Ukrainy płacących składki ZUS wyniosła 307 tys., co oznacza wzrost o 78% r/r. Nadal jednak występuje luka między liczbą pracujących u nas Ukraińców, którą Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej szacuje na ok. milion, a liczbą ubezpieczonych w ZUS. Z szacunków Personnel Service wynika, że szara strefa może obejmować nawet 500 tys. osób. To oznacza 1,5 mld zł strat dla ZUS rocznie.

Coraz większa skłonność pracodawców do oferowania legalnego zatrudnienia Ukraińcom wynika z pogłębiających się deficytów kadrowych. Najnowsze dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wskazują, że bezrobocie w październiku wyniosło zaledwie 6,6%, co oznacza spadek w porównaniu do poprzedniego miesiąca o 0,2 pp. W tym samym czasie pracodawcy zgłosili do urzędów pracy ponad 151 tys. wakatów.

W sytuacji ograniczonego dostępu do kadry w naszym kraju, sięganie po pracowników za granicę jest naturalne. Ten trend rozpoczął się w Polsce już kilka lat temu, a teraz tylko nabiera na sile. Od początku roku zainteresowanie zatrudnianiem Ukraińców wśród firm wzrosło aż o 30%. Popularyzacja tego rozwiązania powoduje, że wzrosła konkurencja wśród pracodawców. Między innymi dlatego coraz więcej firm oferuje Ukraińcom atrakcyjniejsze formy zatrudnienia, czyli umowy zlecenia i umowy o pracę – wskazuje Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service.

Ilu Ukraińców w szarej strefie?

Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że w III kwartale br. liczba Ukraińców ubezpieczonych w ZUS wyniosła 307 tys. Zatem od początku roku przybyło w naszym kraju ponad 113 tys. legalnie zatrudnionych i odprowadzających składki obywateli Ukrainy. Czy to dużo? Z szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej za I półrocze 2017 roku wynika, że w Polsce wydano ponad 900 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. – Liczba wydanych oświadczeń nie jest równa liczbie faktycznie pracujących u nas Ukraińców. Po pierwsze, można złożyć kilka oświadczeń dotyczących tego samego pracownika. Po drugie, pozwolenie na pracę wydaje się tylko na pół roku, co powoduje sporą fluktuację. Zakładając jednak, że na naszym rynku pracy może być nawet milion Ukraińców, a ubezpieczonych w ZUS jest 300 tys., to pozostałe osoby albo pracują w ramach umów o dzieło albo w ogóle bez umowy – mówi Krzysztof Inglot z Personnel Service.

Kaucja na poczet składki ZUS?

Personnel Service wskazuje, że dla rozwiązania problemu szarej strefy wśród Ukraińców niezbędne są takie rozwiązania systemowe, które pozwolą lepiej kontrolować pracodawcę składającego oświadczenie o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. – W tym momencie pracodawca nie musi udokumentować, że legalnie zatrudnia pracownika z Ukrainy, o którego się starał w ramach uproszczonej procedury. Natomiast gdyby już w momencie składania wniosku musiał zapłacić z góry kaucję na poczet pierwszej składki ZUS, urząd wiedziałby dokładnie, kto zatrudnia daną osobę i na jakich warunkach. To mogłoby znacząco podnieść liczbę legalnie zatrudnionych. Miałoby to też pozytywny wpływ na stabilność finansową ZUS – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service.

Personnel Service szacuje, że na koniec tego roku może zostać złożonych nawet 2 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Ukrainy.

Cisza przed burzą dla premier May i nie tylko

Premier Wielkiej Brytanii Teresa May nie ma chwili wytchnienia. Po odejściu dwóch ministrów z jej rządu, teraz prasa donosi o wolcie 40 posłów z jej partii. Funt przechodzi trudne chwile na rynku, który w ostatnich dniach jest coraz trudniejszy do okiełznania i zrozumienia. Nagłe tąpnięcie japońskiej giełdy w poniedziałek wysyła złe sygnały w stronę Europy.

Weekendowa prasa na Wyspach nie była przychylna dla premier May, co odbija się na kondycji GBP w poniedziałek. Po pierwsze the Sunday Times donosi, że aż czterdziestu posłów Partii Konserwatywnej jest gotowych podpisać list z wotum nieufności wobec premier May. Jednak aby pozbawić May stanowiska, apel do przewodnictwa partii Konserwatywnej musi podpisać 48 posłów. Zatem kilku głosów jeszcze brakuje, ale to wcale nie powinno uspokajać Pani premier. Szczególnie, że jej zdolności przywódcze są szeroko kwestionowane. Jej gabinet jest w rozsypce po rezygnacji dwóch ministrów w ubiegłym tygodniu. Jakby tego było mało, The Mail on Sunday dotarł do tajnego listu przygotowanego przez ministra spraw zagranicznych Borisa Johnsona i ministra środowiska Michaela Gove’a, w którym dyktują oni premier May jak prowadzić negocjacje ws. Brexitu. Naturalnie funt nie przyjął dobrze weekendowych rewelacji i w dalszej części tygodnia więcej inwestorów może się od niego odwrócić. Szczególnie, jeśli reakcja premier May na prasowe doniesienia okaże się nieprzekonywująca. Im bardziej podzielona Partia Konserwatywna i rząd, tym mniejsza szansa na progres w negocjacjach Brexitu. Jeśli rynek FX uczepi się takiego rozumowania, funt będzie cierpiał.

Innych wieści na starcie tygodnia brak i do końca dnia raczej się to nie zmieni, biorąc pod uwagę pusty kalendarz makro. Mamy wprawdzie finalny odczyt CPI i saldo rachunku bieżącego z Polski, ale marne szanse na to, by złoty zareagował na dane. Czynniki zewnętrzne mogą teraz odgrywać większą rolę, gdzie widzimy więcej zagrożeń. Po pierwsze niestabilna sytuacja na rynku akcji może być zaczątkiem głębszej korekty, która przygasi apetyt na ryzyko. Dziś w nocy japoński Nikkei225 nagle z niczego tąpnął o 0,7 proc., co potwierdza, że chaotyczny handel z ubiegłego tygodnia jeszcze się nie zakończył. Jak na razie Europa ignoruje impulsy z Azji i indeksy na Starym Kontynencie notują wzrosty, ale bez wątpienia jesteśmy w okresie, kiedy pojawia się coraz więcej pytań, czy uda się podtrzymać tegoroczną hossę? To może być cisza przed burzą na rynkach finansowych. Z perspektywy FX długa pozycja na USD/JPY jest coraz mniej atrakcyjna w krótkim terminie, ale fundamenty bronią wzrostów w dłuższym horyzoncie. Za to awersja do ryzyka będzie szkodzić walutom surowcowym, więc dalej wierzymy w spadki AUD/USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Cyfrowa bankowość to tańsze usługi i niższe koszty dla banków. Alior Bank przyspiesza realizację strategii „Cyfrowego buntownika” i prezentuje wyniki powyżej oczekiwań rynku

Cyfrowa bankowość to tańsze usługi i niższe koszty dla banków. Alior Bank przyspiesza realizację strategii „Cyfrowego buntownika” i prezentuje wyniki powyżej oczekiwań rynku 9

Co trzecia pożyczka udzielana przez internet czy weryfikowanie tożsamości klienta poprzez biometrię to cele, które część instytucji finansowych może osiągnąć już w perspektywie 2–3 lat. Tak jest w przypadku Alior Banku, który łączy przyspieszoną realizację strategii „Cyfrowego buntownika” ze znacznie lepszymi od oczekiwań wynikami finansowymi. Bank chce się skoncentrować przede wszystkim na tych klientach, którzy korzystają z kanałów cyfrowych i dokonują transakcji bezgotówkowych.

– Będziemy z wielką determinacją realizować wszystkie obszary strategii „Cyfrowego buntownika”. Myślę, że wyniki III kwartału pokazują naszą determinację i to, że plan, który postanowiliśmy wdrażać, nam się udaje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Filip Gorczyca, wiceprezes zarządu Alior Banku.

Strategię na lata 2017–2020 Alior Bank ogłosił w marcu tego roku, a już na początku października zapowiedział jego przyspieszenie. Plan poza celami czysto finansowymi zakłada m.in. koncentrację na tych klientach, którzy korzystają z kanałów cyfrowych i transakcji bezgotówkowych, oraz zastosowanie biometrii (analizy rysów i proporcji twarzy i parametrów głosu) do identyfikacji klienta przy komunikacji wideo czy telefonicznej. Bank chce do 2020 roku pozyskiwać 30 proc. klientów, dla których będzie bankiem podstawowym, drogą elektroniczną, otwierać w ten sposób połowę kont oszczędnościowych oraz udzielać co trzeciej pożyczki.

Bank ma także ambicję stać się bankiem pierwszego wyboru dla mikro- i małych firm. Ponadto dzięki pomyślnej realizacji strategii Alior Bank dołączy do grona najlepszych i najbardziej innowacyjnych banków w Europie, jednocześnie stając się najefektywniejszym bankiem na rynku krajowym.

 Wyniki Alior Banku za III kwartał były bardzo dobre, osiągnęliśmy zysk netto za ostatnie 3 miesiące w wysokości 190 mln zł, przekraczając nie tylko najwyższe prognozy analityków, lecz nawet zysk osiągnięty w całym I półroczu – mówi Filip Gorczyca. – Na tle sektora wyniki prezentują się bardzo dobrze, również z perspektywy wskaźnika zwrotu na kapitale. Za III kwartał ten wskaźnik wyniósł 11,7 proc. – to poziom, który zbliża nas do celu strategicznego, który wyznaczyliśmy na 2019 rok, żeby osiągnąć wskaźnik ROE w wysokości 14 proc.

Strategia Alior Banku zakłada też, że w ramach segmentu klienta biznesowego celem jest zwiększenie alokacji kapitału na segment mikro- i małych przedsiębiorstw z 31 proc. obecnie do 47 proc. w 2020 roku. Zwiększenie ekspozycji na małe i średnie przedsiębiorstwa ma pozwolić na przyspieszenie osiągnięcia celu ROE na poziomie 14 proc. w 2019 roku.

Skonsolidowany zysk netto Alior Banku w III kwartale 2017 roku wzrósł do 190 mln zł z 87 mln zł. Analitycy spodziewali się wyniku średnio o ponad 35 mln zł niższego. Rzeczywisty wynik przekroczył najlepsze prognozy o niemal 20 mln zł. Po trzech kwartałach bank zarobił o połowę więcej niż rok wcześniej.

Wyniki były lepsze od konsensusu rynkowego z kilku powodów. Po pierwsze, dokonaliśmy podsumowania procesu integracji z wydzieloną częścią banku BPH. Wynika z niego, że faktyczne synergie są wyższe, a koszty integracji w latach 2016–2017 o 62 mln zł niższe niż założone. Dokonaliśmy więc rozwiązania rezerwy restrukturyzacyjnej w wysokości 27 mln zł, czyli po uwzględnieniu efektu podatkowego dało to 21 mln zł wpływu na wynik – dodaje wiceprezes Alior Banku. – Było też kilka innych pozytywnych zdarzeń jednorazowych, które miały miejsce w III kwartale, one dotyczyły przede wszystkim kosztów działania banku.

Ostatecznie koszty okazały się niższe od tych, których spodziewał się rynek, o ponad 90 mln zł i wyniosły 404 mln zł. Wynik odsetkowy wzrósł o 48 proc. rok do roku do prawie 724 mln zł, a prowizyjny – o 35 proc. w ujęciu rocznym do ponad 103 mln zł, choć w tym ostatnim przypadku analitycy spodziewali się wyższej kwoty.

Analitycy także zwracają uwagę na to, że Alior Bank utrzymał wysokie tempo wzrostu. Wolumen kredytowy brutto (uwzględniający spłaty kredytów) zwiększył się o 1,4 mld zł. Tym samym w ciągu dziewięciu miesięcy od początku roku bank udzielił finansowania brutto w wysokości 5 mld zł, co oznacza, że już po trzech kwartałach zrealizował strategiczny cel wynoszący 5–6 mld zł rocznie.

Polskie miasta przestają sobie radzić z rosnącą liczbą samochodów. W Warszawie na tysiąc mieszkańców przypada już ponad 900 pojazdów

Polskie miasta przestają sobie radzić z rosnącą liczbą samochodów. W Warszawie na tysiąc mieszkańców przypada już ponad 900 pojazdów 10

Od lat 90. liczba samochodów w polskich miastach wzrosła czterokrotnie. Samorządy przestają radzić sobie z wyzwaniami, które stwarza rosnąca ilość spalin, brak miejsc parkingowych i coraz większe korki. Potrzebny jest cały pakiet rozwiązań, aby im zaradzić, m.in.: zmiany w ustawie o drogach publicznych, które pozwolą miastom dowolnie kształtować swoją politykę parkingową, informatyzacja parkingów, rozwój komunikacji miejskiej i niższe ceny biletów oraz wspieranie współdzielenia przejazdów. Polacy adaptują ten trend równie szybko jak płatności zbliżeniowe.

– Liczba samochodów w polskich miastach zdecydowanie rośnie. Według danych Polskiego Związku Motorowego w 1990 roku mieliśmy zarejestrowanych około dziewięć milionów aut. W 2015 roku było to już prawie 27,5 mln. Należy się zastanowić, co z tym zrobić, biorąc pod uwagę to, że miasta nie rozrastają się aż tak szybko, jak rośnie liczba samochodów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jędrzej Puzyński, dyrektor Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

W Warszawie, którą zamieszkuje 1,74 mln ludzi, jest ponad 1,6 mln zarejestrowanych pojazdów. To oznacza, że na tysiąc mieszkańców przypada ich ponad dziewięćset. We Wrocławiu ten wskaźnik wynosi 877 pojazdów na tysiąc osób. Natomiast dane dotyczące liczby zarejestrowanych pojazdów w Sopocie czy Olsztynie pokazują, że jest ich tam więcej niż samych mieszkańców. To powód, dla którego w godzinach szczytu polskie miasta zwykle są nieprzejezdne, a parkingi – przepełnione.

– Miasta w Polsce niezbyt dobrze radzą sobie z rosnącą liczbą samochodów. Podejmują pewne działania, inwestują w transport publiczny, zastanawiają się też nad możliwością wprowadzenia stref ograniczonego ruchu czy zakazu wjazdu samochodów z silnikiem diesla do centrów. Jednak w dalszym ciągu nie ma możliwości prawnych, żeby wprowadzić u nas takie rozwiązania. Wiemy, że w państwach zachodnich, na przykład we Francji czy Wielkiej Brytanii, one już funkcjonują. Możemy więc podejrzewać, że prędzej czy później pojawią się też w Polsce – mówi Jędrzej Puzyński.

Rosnąca liczba samochodów stwarza też problem z organizacją miejskiej przestrzeni. Przykładowo we Wrocławiu jest 552 tys. zarejestrowanych pojazdów. Biorąc pod uwagę minimalne wymiary miejsca postojowego, w sumie potrzebują one ok. 6,35 km2 powierzchni – to ponad 2 proc. powierzchni miasta i teren równy 850 boisk piłkarskich. Tymczasem liczba miejsc postojowych we wrocławskiej strefie płatnego parkowania w centrum i okolicach to zaledwie 4,2 tys. – wynika z październikowego raportu „Parkingi a transport zbiorowy w miastach”, opracowanego przez Zespół Doradców Gospodarczych TOR oraz Polskiej Organizacji Branży Parkingowej (POBP).

– Polityka parkingowa w miastach powinna zmierzać w kierunku ograniczania ruchu. Samochodów w miastach jest bardzo dużo, jednocześnie miejsc parkingowych nie ma. Trzeba wprowadzić jakieś rozwiązania, na pewno powinny wzrosnąć opłaty parkingowe. Warto się przyjrzeć też kwestii abonamentów parkingowych – w tej chwili liczba abonamentów przewyższa niekiedy liczbę miejsc w strefie płatnego parkowania, która przestaje dobrze funkcjonować. Rekordziści mają po kilkanaście aut przypisanych do jednego abonamentu, co jest sytuacją kuriozalną. Osobną kwestią jest wysokość opłat – abonament na poziomie 30 zł rocznie trudno nawet nazwać opłatą symboliczną – mówi Jędrzej Puzyński.

Samorządy potrzebują wsparcia w zarządzaniu przestrzenią parkingową, bo dotychczasowe regulacje w tym zakresie przestały nadążać za rzeczywistością – podkreślają doradcy TOR. W tej chwili działanie stref płatnego parkowania (w Polsce jest ich w sumie ok. 120) reguluje ustawa o drogach publicznych z 2003 roku. Określa ona m.in. maksymalną opłatę w wysokości 3 zł za godzinę postoju. Ogranicza też pobieranie opłaty do godzin dziennych i dni roboczych.

Ministerstwo Rozwoju pracuje obecnie nad projektem nowelizacji tych przepisów, który odchodzi od sztywnego wyznaczania stawek za parkowanie. Miasta powyżej 100 tys. mieszkańców mają mieć możliwość wyznaczania dwóch rodzajów stref: zwykłej i śródmiejskiej, a wysokość stawki za pierwszą godzinę parkowania ma być zależna od płacy minimalnej (dziś jest to 2000 zł brutto, od 1 stycznia 2018 r. stawka ma wynieść 2100 zł brutto) i ma wynosić maksymalnie 0,15 proc. tej kwoty w strefie zwykłej i 0,45 proc. – w śródmiejskiej (w tej drugiej może to być koszt nawet 9 zł).

Eksperci TOR oceniają, że zmiana przepisów to krok w dobrą stronę, ale miasta powinny mieć możliwość swobodnego kształtowania swojej polityki parkingowej w zależności od skali problemu.

– Aby poradzić sobie z rosnącą liczbą samochodów i małą ilością przestrzeni parkingowej, miasta powinny czynić starania o znowelizowanie ustawy o drogach publicznych, która dałaby im możliwość swobodnego kształtowania opłat parkingowych. Dzięki temu mogłyby zapewnić rotację w strefach płatnego parkowania oraz wspierać rozwój możliwości przemieszczania się alternatywnych do indywidualnego transportu samochodowego. Mowa zarówno o transporcie publicznym, jak i rozwiązaniach z zakresu ekonomii współdzielenia, typu carsharing i ridesharing – mówi dyrektor TOR.

Doradcy TOR wskazują Amsterdam, Londyn, New Jersey czy francuski Lyon jako przykłady tych miast, które inwestują się w informatyzację parkingów i rozwijają środki komunikacji alternatywne dla prywatnych samochodów. W Londynie – w godzinach porannego szczytu – 30 proc. przejazdów z Uberem kończy się w pobliżu stacji metra lub kolejki poza ścisłym centrum. Tam mieszkańcy przesiadają się do komunikacji publicznej, którą poruszają się po centrum.

– Rozwiązań jest bardzo dużo. Mamy przykład z New Jersey w USA, gdzie miasto miało dylemat – zbudować parking kubaturowy typu P&R w pobliżu jednej ze stacji kolejowych albo wdrożyć inne rozwiązanie, które realizowało by ten sam cel. W końcu samorząd zadecydował o współfinansowaniu przejazdów jedną z aplikacji ridesharing – w tym przypadku chodzi o aplikację Uber. Udało się zapewnić dojazd do stacji kolejowej, jednocześnie nie ponosząc kosztu związanego z budową nowego parkingu kubaturowego – mówi Jędrzej Puzyński.

Z raportu ZDG TOR wynika, że codzienne dojeżdżanie z domu do pracy samochodem to również spore koszty dla samych mieszkańców. W zależności od długości trasy, cen paliwa i kosztów eksploatacji samochodu może on wynosić sumarycznie nawet 100 zł dziennie.

– Ekonomia współdzielenia powinna stanowić dobrą alternatywę dla posiadania prywatnego samochodu. Są takie miejsca i takie okoliczności, w których najwygodniej jest się przemieszczać samochodem, więc ludzie powinni mieć taką alternatywę. Szacuje się, że przeciętny samochód jest 95–98 proc. zaparkowany pod domem lub biurem i nie jest w ruchu. Zwiększenie wykorzystania takiego samochodu zmniejszy presję na powstawanie nowych miejsc parkingowych – zauważa Jędrzej Puzyński.

Ridesharing i carsharing umożliwiają kilku osobom korzystanie z jednego samochodu. W pierwszym przypadku właściciel prywatnego samochodu dzieli go z innymi współpasażerami. W Polsce usługa jest dostępna za pośrednictwem Ubera czy Taxify. W drugim przypadku auto można wypożyczyć za pomocą specjalnej aplikacji. Po zakończeniu jazdy przejmuje je inna osoba. Taka usługa działa w Krakowie (Traficar) i Wrocławiu (GoGet), natomiast w Warszawie działa już kilku operatorów (Traficar, Panek, 4Mobility, Omni). W USA i niektórych krajach Europy Zachodniej działają również aplikacje (np. CARMAnation, Indigo) umożliwiające współdzielenie miejsc parkingowych.

Dyrektor Zespołu Doradców Gospodarczych TOR ocenia, że Polacy powinni bardzo szybko zaadaptować nowy trend, podobnie jak błyskawicznie przekonali się do płatności zbliżeniowych. W Warszawie blisko 25 proc. mieszkańców korzysta z aplikacji Uber do zamawiania przejazdów. Ten odsetek jest najwyższy w grupie wiekowej 20–40 lat. Ponad dwie trzecie mieszkańców Warszawy zrezygnowałoby z posiadania samochodu, jeśli zamiast tego mogliby korzystać ze sprawnej komunikacji miejskiej i aplikacji do zamawiania przejazdów – wynika z ubiegłorocznych badań TOR.

– Polacy są wielkimi fanami technologii. Możemy podejrzewać, że popularność ekonomii współdzielenia będzie rosnąć. 2/3 mieszkańców Warszawy uważa, że aplikacja typu Uber może być dobrą alternatywą dla posiadania własnego auta. Dla samorządów to pozytywny sygnał, że współdzielenie pojazdów może być alternatywą dla korzystania z prywatnego samochodu – mówi Jędrzej Puzyński.

Były Inspektor Marynarki Wojennej: Strategiczny Przegląd Obronny to właściwa odpowiedź na obecne zagrożenia. Zmiany w planie modernizacji armii idą w dobrym kierunku

Były Inspektor Marynarki Wojennej: Strategiczny Przegląd Obronny to właściwa odpowiedź na obecne zagrożenia. Zmiany w planie modernizacji armii idą w dobrym kierunku 11

Odtworzenie Rodzajów Sił Zbrojnych i powrót do dowództw Rodzajów Sił Zbrojnych, w tym Dowództwa Marynarki Wojennej, które zakłada Strategiczny Przegląd Obronny, to krok w dobrym kierunku – ocenia dr Ryszard Demczuk, były Inspektor Marynarki Wojennej. Zmiany strukturalne i wzmocnienie polskiej armii – zakładane przez SPO – mają zwiększyć zdolność samodzielnej obrony. Pod tym kątem ekspert pozytywnie ocenia też kierunek modernizacji Marynarki Wojennej. Nowa strategia zakłada, że MW i jej okręty będą pełniły kluczową rolę w uniemożliwieniu przeciwnikowi panowania nad południowym Bałtykiem.

– Uważam, że Strategiczny Przegląd Obronny został przeprowadzony we właściwym czasie, dając odpowiedź na nowe zagrożenia i wyzwania, jakie pojawiły się w zakresie bezpieczeństwa – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ryszard Demczuk, były Inspektor Marynarki Wojennej w Dowództwie Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych. – Eksperci współpracujący w ramach Strategicznego Przeglądu Obronnego pod kierunkiem wiceministra Tomasza Szatkowskiego dokonali właściwej oceny środowiska bezpieczeństwa, narysowali poprawnie potencjalne scenariusze rozwoju wydarzeń, określili zagrożenia i zdeterminowali narzędzia, jakie będą niezbędne do reagowania.

Strategiczny Przegląd Obronny przygotowany przez MON wskazuje największe zagrożenia, jakie mogą czekać Polskę, i to, jak należy w związku z sytuacją geopolityczną przystosować wojsko. W przeciwieństwie do analiz z wcześniejszych lat SPO jednoznacznie wskazuje na zagrożenie, jakie niesie za sobą polityka Federacji Rosyjskiej.

– Cieszę się, że przewidziano odtworzenie Rodzajów Sił Zbrojnych i powrót do Dowództw Rodzajów Sił Zbrojnych. Chciałbym, aby na setną rocznicę odtworzenia Marynarki Wojennej powstało Dowództwo Marynarki Wojennej, a flotyllami, dywizjonami i okrętami dowodził Dowódca Marynarki Wojennej z Gdyni – wskazuje ekspert. – Koncepcja totalnej połączoności przeżywa lekki schyłek. Obserwujemy to u Amerykanów, którzy kładą nacisk na poszczególne rodzaje sił zbrojnych, tak logistycznie, jak i materiałowo. Taką samą tendencję obserwuje się również w Europie.

Reforma z 2014 roku zlikwidowała cztery stanowiska dowódców rodzajów Sił Zbrojnych, a w to miejsce wprowadzano dowódców Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych (RSZ) i Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych (DORSZ). Jak przyznaje ekspert, to właśnie stworzony system był powodem jego odejścia z Marynarki.

– Decyzję o odejściu ze stanowiska Inspektora Marynarki Wojennej podjąłem w marcu 2014 roku, po zaledwie kilku miesiącach funkcjonowania nowego systemu dowodzenia i kierowania Siłami Zbrojnymi. Stwierdziłem wówczas, że stworzony system jest niewydolny, a szef Sztabu Generalnego, Dowódca Operacyjny, Dowódca Generalny mieli kompetencje, które zachodziły na siebie, ich odpowiedzialność się rozmywała. Inspektor Marynarki Wojennej natomiast zupełnie utracił kompetencje dowodzenia, pozostała mu jedynie odpowiedzialność – tłumaczy Ryszard Demczuk.

Najnowsze SPO zakłada, że do 2025 roku wojsko polskie ma liczyć 200 tys. żołnierzy (przy 120 tys. obecnie). Docelowo do 2030 roku na obronność mamy przeznaczać 2,5 proc. PKB (przy obecnych 2 proc.). Kluczowe dla polskiej obronności pozostaną jednostki Wojsk Lądowych i Sił Powietrznych, ale zasadnicza ma być rola Marynarki Wojennej w uniemożliwieniu przeciwnikowi panowania nad południowym Bałtykiem. Nowoczesne okręty do 2032 roku mają znacznie zwiększyć zdolności do odstraszania.

– Okręty, jakie są proponowane w ramach rozwoju sił Marynarki Wojennej, będą pozostawały niewidzialne i niewykrywalne, generując zagrożenia strategiczne dla potencjalnego przeciwnika. Będą szachowały jego potencjalne ambicje do agresji bądź eskalacji konfliktu – podkreśla dr Ryszard Demczuk.

Dla potencjału odstraszania kluczowe będą nowe okręty podwodne, które zamierza kupić Ministerstwo Obrony Narodowej. Jak podkreśla Demczuk, po raz pierwszy w historii istnienia MW ma ona szansę mieć okręty, które będą strategiczne dla koncepcji obrony kraju.

– Nie dziwi mnie dzisiaj również to, że ze SPO zniknęły trzy okręty patrolowe proponowane w poprzedniej edycji, które mają niską zdolność bojową i praktycznie są nieprzydatne – podkreśla Demczuk.

J. Rifkin: Polska może się stać potęgą innowacyjności w Europie Środkowo-Wschodniej. Potrzebne są regionalne inicjatywy wspierane przez rząd

J. Rifkin: Polska może się stać potęgą innowacyjności w Europie Środkowo-Wschodniej. Potrzebne są regionalne inicjatywy wspierane przez rząd 12

Rząd powinien wspierać poszczególne regiony w procesie gospodarczej przemiany, którą napędzają nowe technologie, mobilność i dostęp do dużych ilości danych – uważa Jeremy Rifkin, znany na całym świecie wizjoner, teoretyk nowej ekonomii, który gościł w Warszawie na VIII Kongresie Innowacyjnej Gospodarki. Polska może się stać środkowoeuropejską potęgą w zakresie innowacyjności. Najwięcej skorzystają na tym słabiej rozwinięte obszary kraju.

 Mamy do czynienia z wielką rewolucją i transformacją modelu ekonomicznego. Wszystkie wielkie rewolucje ekonomiczne polegały na zmianie sposobu komunikacji, wyzwoleniu aktywności społecznej i zwiększeniu mobilności. Dziś wchodzimy w kolejną fazę rewolucji przemysłowej, za sprawą cyfryzacji sposobów komunikacji, między innymi poprzez smartfony, które zmieniają nasze życie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jeremy Rifkin, założyciel i prezes Fundacji Trendów Ekonomicznych.

Istotnym elementem tej rewolucji są rosnące zasoby danych.

– Inteligentne urządzenia w naszych domach czy samochodach zbierają dane, które mogą być wykorzystane w każdym biznesie w Polsce. Małe i średnie przedsiębiorstwa mogą z tych danych czerpać wiedzę o społeczeństwie. Dzięki lepszej znajomości klientów docelowych mogą one radykalnie zwiększyć swoją efektywność, przy znacznym obniżeniu kosztów. To tworzy nowe możliwości dla cyfrowej, inteligentnej Polski – podkreśla Jeremy Rifkin.

Jak podkreśla, rozwój idei Smart Poland nie będzie możliwy bez regionalnych inicjatyw. To w lokalnych społecznościach łatwiej wdraża się innowacje. Zdaniem Rifkina Polska powinna czerpać w tym względzie z doświadczeń innych europejskich państw.

– Potrzebne są inicjatywy regionalne, takie jak w wielu innych miejscach w Europie. Każdy region powinien stworzyć swoją własną mapę drogową, w którą zaangażowane będą samorządy, uniwersytety i lokalny biznes, mając szczególnie na uwadze pokolenie millenialsów – wskazuje Jeremy Rifkin. – Prowincja jest najlepszym miejscem do wdrażania innowacji. Tu najlepiej można skupić lokalne społeczności, biznes i środowiska akademickie. Zobaczcie, jak to działa w innych regionach Europy. Północna Francja, która kiedyś była zagłębiem przemysłowym podobnym do Polski, dziś jest petrochemicznym centrum Europy. Albo Luksemburg, który jest dziś finansową stolicą Europy. Polska też może się stać regionalną potęgą i stanowić wzór dla innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

– Ważne jest to, by kraje takie jak Polska nie pozostawały w tyle, by uczestniczyły w tej cyfrowej rewolucji. Musimy walczyć z cyfrowym podziałem. Bardzo ważne jest to, by wszyscy mogli korzystać z możliwości, jakie dają zachodzące zmiany. Dlatego Orange inwestuje w szybką sieć światłowodową, ale także poprzez naszą fundację promujemy wykorzystanie cyfrowych narzędzi w lokalnych społecznościach. Orange realizuje wiele takich projektów w skali kraju. Wkrótce będziemy mieć ponad sto działających Pracowni Orange, często w bardzo małych miejscowościach – podkreśla Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska.

Zauważa, że dobrym przykładem na to, jak nowe technologie zmieniają biznes i gospodarkę oraz wpływają na sposób funkcjonowania całego społeczeństwa, jest ekonomia współdzielenia.

– Sharing economy, która staje się coraz popularniejsza dzięki cyfryzacji i aplikacjom, wywróciła do góry nogami modele biznesowe i stworzyła nowe możliwości dla każdego z nas – mówi Jean-François Fallacher.

Według ubiegłorocznych danych Komisji Europejskiej i agencji badawczej TNS Polska już 28 proc. mieszkańców Unii Europejskiej – w tym 20 proc. polskich internautów – korzysta z usług opartych na ekonomii współdzielenia. Natomiast z danych firmy doradczej PwC wynika, że pojęcie sharing economy zna 40 proc. Polaków, a 26 proc. aktywnie korzysta z usług w tym modelu.

W uproszczeniu sharing economy to zjawisko społeczno-ekonomiczne, które zakłada odejście od posiadania dóbr na rzecz dzielenia się nimi. Za sprawą rozwoju technologii i platform internetowych ekonomia współdzielenia jest w tej chwili jednym z najbardziej rozwojowych trendów w światowej gospodarce.

– Mamy tysiące takich przykładów, jak Uber i Airbnb. Takie narzędzia pozwalają ludziom wymieniać się usługami. Każdy może w ten sposób robić interesy jak wielka, międzynarodowa korporacja i na tym właśnie polega cyfrowa rewolucja – podkreśla Jean-François Fallacher.

Według szacunków firmy doradczej PwC globalny przychód generowany przez ekonomię współdzielenia tylko w pięciu kluczowych sektorach (usługi finansowe i profesjonalne, transport, hotelarstwo, turystyka) osiągnie 335 mld dol. do 2025 roku. Trend zyskuje na popularności, ponieważ precyzyjnie odpowiada na potrzeby konsumentów (niskie ceny, indywidualizacja, wygoda), szczególnie młodego pokolenia.

Prezes Orange Polska i Jeremy Rifkin, autor bestsellerowych książek tłumaczonych na kilkadziesiąt języków, byli gośćmi VIII Kongresu Innowacyjnej Gospodarki, poświęconego zmianie systemów gospodarczych i przemianom społecznym. Zdaniem Rifkina globalna gospodarka wkracza właśnie w fazę trzeciej rewolucji przemysłowej, a ekonomia współdzielenia będzie oznaczać zmierzch ery kapitalizmu.

Gościem kongresu, organizowanego przez Krajową Izbę Gospodarki, był również wicepremier i minister rozwoju Mateusz Morawiecki, który podkreślił, że w ramach Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju rząd stara się podnosić innowacyjność gospodarki, a do 2030 roku Polska może się stać potęgą high-tech.

Prawie co drugi Polak gra w gry wideo. Dla wydawców gier coraz ważniejszy jest ich odbiór i reakcje wśród graczy

Prawie co drugi Polak gra w gry wideo. Dla wydawców gier coraz ważniejszy jest ich odbiór i reakcje wśród graczy 13

W Polsce jest 16 mln graczy komputerowych, w gry gra 42 proc. Polaków. Coraz istotniejszym elementem dla wydawców staje się ich odbiór wśród graczy. Nowo powstałe Centrum Analiz Medialnych UW na najnowocześniejszych maszynach będzie sprawdzać zaangażowanie gracza, które można zmierzyć poprzez obserwację fizjologicznych objawów. Istotną częścią prowadzonych badań będzie obserwacja zachowania graczy w świecie wirtualnej rzeczywistości.

Centrum Analiz Medialnych wyposażone jest w unikalną na skalę Europy Środkowo-Wschodniej aparaturę do badań odbioru gier. W jego ramach prowadzone będą badania reakcji emocjonalnych graczy oraz badania odbioru komunikatów perswazyjnych, w tym reklamowych. CAM obecnie ma jedno z najbardziej innowacyjnych oprogramowań i urządzeń. To zarówno rozwiązania wirtualnej rzeczywistości, związane z goglami.VR, ale również zintegrowane systemy do pomiarów fizjologicznych aktywności człowieka, takie jak elektroencefalograf, najnowsze okulografy wysokohercowe, okulary do badań okulograficznych (śledzenia gałek ocznych) oraz urządzenia do śledzenia mimiki twarzy.

– Gracze różnie wypadają w badaniach. Dla nas najważniejszy jest stopień zaangażowania, dlatego że ze stopnia zaangażowania, który zdradza się w fizjologicznych objawach człowieka, np. większą potliwością, większym skupieniem czy większą psychosomatyczną aktywnością poszczególnych części ciała, w tym mózgu, obserwujemy rodzącą się lojalność. Jeżeli gracz jest przywiązany do naszych produkcji lub określonych sekwencji i rozwiązań, wiemy jak go przyciągnąć – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. Tomasz Gackowski z Centrum Analiz Medialnych UW.

Rynek gier w dużej mierze napędza dynamiczny rozwój wirtualnej rzeczywistości, która wkracza także do innych branż. Nową technologię wykorzystuje m.in. branża edukacyjna. Dzięki aplikacji Titans of Space możemy się wybrać na wyprawę po Układzie Słonecznym, a aplikacja Google Expeditions pozwala zwiedzić coraz więcej miejsc. Arlington Science Focus School wykorzystuje urządzenie Oculus Rift do zabrania swoich uczniów na wirtualną wycieczkę np. po Smithsonian Museum. Ekspert jednak przestrzega.

– Nie zauważamy negatywnych konsekwencji grania w takie gry przez dzieci, chociaż pamiętajmy, że czasowa limitacja udziału dzieci w produkcjach VR powinna być przewidziana ze względu na to, że nie widzimy jak ten rozwój przebiega. Jest tu wielkie zadanie dla Centrum Analiz Medialnych, żeby prowadzić tego typu badania i pomagać wytworzyć pewien standard  twierdzi dr hab. Tomasz Gackowski.

Choć branża VR daje duże możliwości, może też wpływać na odbiór rzeczywistości i wywoływać niepożądane zachowania wśród odbiorców. Jednym z nich może być tzw. eskapizm, czyli ucieczka od rzeczywistości w wyimaginowany świat, w tym przypadku wirtualnej rzeczywistości.

– Na pewno VR będzie na tyle atrakcyjny, że mogą się pojawić postawy aspołeczne, np. eskapizm, czyli ucieczka w świat wirtualny ze względu na to, że nie mamy ochoty żyć w tym świecie, w którym jesteśmy, bo na ten świat mamy zbyt mały wpływ. W VR możemy być kim chcemy, nasze awatary mogą być bardzo różnorodne, możemy pełnić różne role – tłumaczy ekspert.

Trend będzie się rozwijać. Na rynku pojawi się coraz więcej rozwiązań związanych z wirtualną rzeczywistością, zwłaszcza że jak pokazują badania, wirtualna rzeczywistość pozwala bardziej przyciągnąć uwagę dzieci niż normalna rzeczywistość. Przyszłością jest także rzeczywistość rozszerzona oraz miksowana.

– Mózg pracuje tak samo, kiedy jest w VR, jak w rzeczywistości realnej, podobnie w przypadku AR, która jest przyszłością. Jeśli jest Pan fanem jaguarów, docelowo będzie Pan mógł założyć okulary, które pozwolą Panu każdy przejeżdżający obok Pana samochód wyprojektować jako Jaguara. Będziemy mogli wybierać współrzeczywistości, które równolegle obok nas istnieją i są dla nas. Podziały coraz częściej będą zanikały, będziemy mówić o miksowanej rzeczywistości, która będzie niezwykle ciekawa i bardzo futurystyczna – twierdzi dr hab. Tomasz Gackowski.

Na świecie liczbę graczy ocenia się na 2,2  mld osób. Polska branża gier plasuje się na 23. miejscu w świecie, jej wielkość oceniana jest na ok. 489 mln dol., a liczbę graczy szacuje się na 16 mln. Niemal co drugi Polak jest graczem. Coraz popularniejsza na świecie i w Polsce technologia wirtualnej rzeczywistości do 2025 r. ma osiągnąć wartość 48,5 mld dol. Jak przekonuje ekspert, na razie trudno jednoznacznie określić, jak branża VR wpływa na człowieka.

– Jest to branża niezwykle dynamiczna, innowacyjna. Nie mamy natomiast jeszcze pokolenia, które rzeczywiście regularnie, dzień w dzień, korzystałoby z VR, nie mamy tego doświadczenia. Podobnie, jak dopiero teraz jest pokolenie, które nigdy nie widziało na oczy telefonu z kabelkiem, widzą tylko telefon, który ma ciekłokrystaliczny ekran, ale z nim zasypiają, budzą się, biegają, jedzą, robią wszystko. Konsekwencje z tego wynikające pewnie zobaczymy później, mówię także o konsekwencjach fizjologicznych – przekonuje przedstawiciel Centrum Analiz Medialnych UW.