-
- 27 października br. Rada Nadzorcza Towarowej Giełdy Energii S.A. delegowała Członka Rady Nadzorczej Piotra Zawistowskiego do czasowego wykonywania czynności Prezesa Zarządu TGE od 30 października br., na okres nie dłuższy niż 3 miesiące
- Funkcję Wiceprezesa Zarządu TGE powierzono Pawłowi Ostrowskiemu
- W skład Zarządu TGE powołano także Marka Moroza powierzając mu funkcję Wiceprezesa Zarządu. Zgodnie z art. 27 ust. 1 Ustawy z 29 lipca 2005 r. o obrocie instrumentami finansowymi powyższa decyzja wejdzie w życie pod warunkiem uzyskania zgody Komisji Nadzoru Finansowego na dokonanie zmian w składzie Zarządu TGE
Notki biograficzne:
Piotr Zawistowski
Piotr Zawistowski od 2000 roku związany jest z branżą energetyczną. Karierę w energetyce rozpoczynał zajmując się obrotem energią elektryczną, najpierw w Zakładzie Energetycznym Legnica, a następnie w EnergiaPro Koncern Energetyczny S.A. W latach 2007-2008 aktywnie uczestniczył w tworzeniu spółki EnergiaPro Gigawat, gdzie objął funkcję dyrektora Departamentu Analiz i Zarządzania Ryzykiem. Od 2008 r. pełnił funkcję dyrektora Departamentu Zarządzania Portfelem w TAURON Polska Energia S.A. i uczestniczył w wielu kluczowych projektach, kierując między innymi pracami związanymi z opracowaniem modelu biznesowego Grupy TAURON, czy też integracją ze spółkami Grupy GZE (Vattenfall) w obszarze handlu.
Od maja 2014 r. do grudnia 2015 r. pełnił funkcję prezesa zarządu TAURON Obsługa Klienta sp. z o.o., a od grudnia 2015 r. do marca 2017 r. pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu ds. Klienta i Handlu TAURON Polska Energia S.A., gdzie odpowiadał m.in. za rozwój oferty Grupy TAURON w obszarze energii elektrycznej i gazu.
Pełnił również funkcję prezesa Rady Zarządzającej Towarzystwa Obrotu Energią od marca 2016 r. do marca 2017 r. oraz był członkiem Rady Zarządzającej Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej. Od września 2017 r. zasiadał w Radzie Nadzorczej Towarowej Giełdy Energii S.A.
Piotr Zawistowski jest absolwentem Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, gdzie w 2002 r. ukończył studia magisterskie z zarządzania przedsiębiorstwem. W 2007 r. ukończył studia podyplomowe z zarządzania sprzedażą w Wyższej Szkole Bankowej we Wrocławiu.
Paweł Ostrowski
Paweł Ostrowski posiada ponad piętnastoletnie doświadczenie w pracy na rynku kapitałowym. Pracował dla takich instytucji finansowych, jak m.in. PKO Bank Polski S.A., Societe Generale, Deutsche Bank Polska S.A., BNP Paribas Polska S.A. Od 2007 r. zajmował stanowisko Dyrektora Sprzedaży w Departamencie Skarbu PKO BP Banku Polskiego S.A. Specjalizuje się w sprzedaży produktów skarbowych oraz instrumentów zabezpieczających ryzyka towarowe oraz ryzyka stopy procentowej. Uczestniczył w projektach związanych z wdrażaniem pakietu MiFID, a także fuzją z Nordea Bank Polska S.A.
Paweł Ostrowski jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, gdzie uzyskał stopień doktora na podstawie rozprawy „Wykorzystanie instrumentów pochodnych w zarządzaniu ryzykiem kursowym w przedsiębiorstwie”. Ukończył również Program MBA University of Illinois at Urbana – Champaign i Uniwersytetu Warszawskiego na Wydziale Zarządzania oraz studia podyplomowe w zakresie prawa rynków kapitałowych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.
Od końca listopada 2016r. powołany na stanowisko Prezesa Zarządu TGE, podczas swojej pracy udało mu się rozliczyć zaległy VAT oraz ustabilizować działanie spółki TGE. Z dniem 27 października objął stanowisko Wiceprezesa Zarządu TGE.
Marek Moroz
Marek Moroz jest menedżerem z ponad 25 letnim doświadczeniem zawodowym w bankowości inwestycyjnej, zarządzaniu, finansach, opracowywaniu i wdrażaniu projektów rozwojowych oraz integracji aktywów, a także restrukturyzacji operacyjnej. Pracował dla międzynarodowych banków inwestycyjnych i komercyjnych (m.in. SG Warburg, Rabobank, HSBC, Citi-Handlowy) oraz wiodących polskich grup paliwowo-energetycznych, takich jak PKN Orlen S.A. oraz ENERGA S.A., a także w kilku krajach Europy Środkowej.
Zmiany w składzie Zarządu TGE
Przegląd wydarzeń następnego tygodnia
W tym tygodniu rynki pozostaną pod wpływem banków centralnych. Decyzje będą podejmowane w Japonii, USA i Wielkiej Brytanii, ale podwyżki oczekuje się tylko w tym ostatnim przypadku. Decyzja Fed raczej przejdzie bez echa, za to po raporcie rynku z pracy oczekuje się silnego odbicia zatrudnienia. Dane ze strefy euro powinny pokazać siłę ożywienia przy słabości inflacji.
Przyszły tydzień: FOMC, nowy prezes Fed, NFP, inflacja/PKB z Eurolandu, BoE, BoJ, PMI/ISM, rynek pracy z Kanady
W USA posiedzenie FOMC (wt-śr) powinno przejść bez echa. W komunikacie powinniśmy zobaczyć uznanie dla utrzymania siły ożywienia pomimo wpływu huraganów przy jednoczesnym utrzymaniu niepewności wokół inflacji. W rezultacie jednak Fed powinien podtrzymać otwartość dla grudniowej podwyżki, choć bez jednoznacznego jej przesądzenia.
Spośród danych na pierwszym planie będzie raport z rynku pracy (pt). Wynikający z metody gromadzenia danych spadek zatrudnienia o 33 tys. we wrześniu powinien poskutkować silnym odbiciem w październiku (prog. 310 tys.). Zakłócenia spowodowane przez huragany umniejszą istotność odczytu. Płace ponownie będą głównym elementem raportu, gdzie spodziewany jest przyrost o 0,2 proc. m/m. Ryzyko jest po negatywnej stronie, gdyż silny wzrost we wrześniu (0,5 proc. m/m) był podbity przez wpływ huraganów. Stopa bezrobocia powinna pozostać na 4,2 proc. Z innych danych uwagę przyciągnąć PCE Core (pon) i indeksy ISM dla przemysłu (śr) i usług (pt).
Dobre dane pomogą rozpędzić rajd USD, choć waluta będzie też wrażliwa na postępy w pracach nad reformą podatkową oraz ogłoszenie nowego prezesa Fed. Wyścig zawęził się do Powella (negatywny dla USD) i Taylora (pozytywny), a rynek jest ustawiony z oczekiwaniami po środku – decyzja może przynieść krótkoterminowe zawirowania na USD, choć uważamy, że zmiana jednej osoby na czele nie jest w stanie diametralnie zmienić polityki całego banku.
W strefie euro główna uwaga będzie na wstępnych szacunkach październikowej inflacji i PKB za III kw. (wt). Inflacja ma szansę przyspieszyć do 1,6 proc. r/r z 1,5 proc. we wrześniu choć głównie przez wzrost cen energii. Stabilizacja inflacji bazowej na 1,1 proc. podkreśli kruchość trendów cenowych. Optymizmu za to dostarczą dane o wzroście gospodarczym, który powinien podtrzymać solidne tempo z drugiego kwartału (0,6 proc.).
Mimo tego skaza po gołębiej decyzji ECB będzie podtrzymywać presję na EUR.
Pomimo słabego wzrostu i zagrożeń ze strony Brexitu, Bank Anglii zmierza do podwyżki stóp procentowych (czw). W ostatnich tygodniach sygnały z banku były dość klarowne, że czas podwyżki się zbliża, a wysoka inflacja jest podawana jako główny argument. Z punktu widzenia rynków decyzja o podwyżce o 25 pb jest przesądzona, a ważniejsze będzie, co BoE powie w kwestii potrzeby dalszego zacieśniania. Zbyt mocne podkreślenie ryzyk dla prognoz będzie odczytane gołębio i złamie kurs funta. Widzimy duże ryzyko wystąpienia tego wariantu. W oczekiwaniu na decyzję BoE, odczyty indeksów PMI zejdą na drugi plan.
Kalendarz z Polski zawiera wstępny szacunek CPI (wt) oraz PMI dla przemysłu (czw) rozdzielone dniem wolnym (Święto Zmarłych). Inflacja traci teraz na znaczeniu, kiedy tydzień później NBP przedstawi nowe prognozy, na których opierać się będzie język Rady Polityki Pieniężnej. Indeks PMI powinien pozostać wysoko, odzwierciedlając wskazania innych indeksów koniunktury oraz sugestie płynące z odczytów wskaźników z Eurolandu.
Konsolidacja EUR/PLN została przerwana przez gołębi przekaz ECB i powrót aprecjacji dolara, co wywiera presję na aktywa rynków wschodzących. W najbliższym czasie presja może wyciągnąć kurs pod 4,30, ale tutaj rynek powinien wyhamować.
Po posiedzeniu Banku Japonii (pon-wt) oczekuje się podtrzymania dotychczasowych parametrów polityki pieniężnej. Klimat gospodarczy w kraju pozostaje dobry, jednak profil inflacji w dalszym ciągu jest niezadowalający. To powinno przypomnieć, że BoJ nie zamierza prędko odchodzić od ekspansji monetarnej. W kontraście do oczekiwań zaostrzenia polityki Fed i wzrostu rentowności obligacji w USA, USD/JPY powinien kontynuować wzrosty.
W Australii bilans handlowy, pozwolenia na budowę domów (czw) i sprzedaż detaliczna (pt) to pierwszoplanowe publikacje. Jest mało realne, aby lepsze odczyty mogły budować przekonanie o zaostrzeniu stanowiska RBA, z kolei słabość wpisze się w ostatnią przecenę AUD, która dodatkowy katalizator ma w powrocie popytu na USD. AUD ma jedną z większych długich pozycji spekulacyjnych i redukcja zaangażowania będzie ciążyć na perspektywach waluty. W Nowej Zelandii raport z rynku pracy (wt) będzie głównym wydarzeniem. Po słabym wyniku w II kw. teraz spodziewane jest solidne odbicie (0,8 proc. k/k). Sądzimy, że ostatnia silna przecena NZD wywołana przez krajowe ryzyka polityczne była przesadzona i dobre dane mogą być ważnym impulsem do zwrotu.
Z Kanady otrzymamy sierpniowe dane o PKB (wt) oraz raport z rynku pracy (pt). Zatrzymanie wzrostu w lipcu po silnych czterech miesiącach było sporym rozczarowaniem i razem z innymi danymi poddało w wątpliwość odporność gospodarki na zacieśnianie polityki BoC. Teraz wzrost silniejszy od prognozowanych 0,1 proc. byłby miłą niespodzianką, choć wątpliwe, aby przekonało BoC do powrotu do dyskusji o trzeciej podwyżce w tym roku. Rynek to wie, więc oznaki siły CAD będą wykorzystywane do sprzedaży. Rynek pracy powinien pozostać jasnym punktem gospodarki, ale wzrost zatrudnienia nie jest już dla nikogo zaskoczeniem.
Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.
Bad Rabbit pędzi przez świat
Nowy ransomware nazwany Bad Rabbit został po raz pierwszy wykryty we wtorek, 24 października w Rosji i na Ukrainie. Niewielką liczbę infekcji odnotowano także w pozostałej części wschodniej Europy, Niemczech i Turcji. Atak rozprzestrzenia się na inne regiony, o czym świadczą raporty z USA i Korei Południowej.
Potwierdzono m.in., że Bad Rabbit zainfekował kilka agencji prasowych w Rosji, w tym Interfax, zmuszając ją do pracy w trybie offline. Ponadto ataku doświadczył sektor transportu publicznego. Bad Rabbit zaatakował np. Międzynarodowy Port Lotniczy w Odessie oraz metro w Kijowie. Obecnie nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, kto jest odpowiedzialny za atak.
Wstępnym wektorem ataku jest użytkownik, który instaluje złośliwe kopie programu Flash Player, otrzymane przez zainfekowane strony internetowe lub metodą watering hole attack, w której celem cyberprzestępcy jest określona grupa użytkowników. Aby do niej dotrzeć, infekuje urządzenie jednego z nich, uzyskując dostęp do sieci w jego miejscu zatrudnienia.
Użytkownicy instalują Bad Rabbit poprzez otwarcie złośliwego pliku .exe, który uruchamia aplikację ransomware. Następnie złośliwe oprogramowanie próbuje wykraść poświadczenia użytkownika w systemie operacyjnym Windows (nazwa użytkownika i hasła) i zaszyfrować pliki użytkowników. W przeciwieństwie do innych znanych ransomware, złośliwe oprogramowanie nie zmienia nazw plików, które szyfruje.
Testy w laboratorium FortiGuard Labs firmy Fortinet wykazały, że Bad Rabbit próbuje wylistować różne adresy IP w tej samej podsieci. Jednym z możliwych powodów takiego zachowania jest to, że ransomware może szukać wewnętrznego adresu IP, który jest prawidłowym serwerem internetowym. Ponadto Bad Rabbit próbował także poruszać się w poprzek sieci, aby znaleźć i zainfekować inne wrażliwe urządzenia.
– Bad Rabbit może być wariantem znanego ransomware Petya, a raz uruchomiony zaczyna szyfrować pliki na komputerze i udostępnione w sieci, zanim jeszcze wyświetli notatkę dotyczącą okupu – mówi Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet.
W celu odblokowania zaszyfrowanych plików ransomware wymaga wpłaty w wysokości 0,05 Bitcoina lub około 275 USD. Atak ten przyciąga wiele uwagi przede wszystkim z powodu pewnych podobieństw do poprzednich głośnych przypadków ataków ransomware: WannaCry i Petya. Podobnie jak one używa protokołu SMB (Server Message Block), ale w przeciwieństwie do nich Bad Rabbit nie wykorzystuje podatności Eternal Blue lub DoublePulsar.
Czy dochód uzyskany z tytułu zbycia nieruchomości przeznaczony na zakup mieszkania, które jest wynajmowane, podlega zwolnieniu od PIT?
Wątpliwości budzi, czy dochód uzyskany z tytułu zbycia nieruchomości, który został przeznaczony na zakup mieszkania, które jest wynajmowane, podlega zwolnieniu na podstawie art. 21 ust. 1 pkt 131 ustawy o PIT. Jak należy rozumieć pojęcie celu mieszkaniowego, które pojawia się w tym przepisie?
Art. 10 ust. 1 pkt 8 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych nakłada na podatników obowiązek zapłaty podatku w razie sprzedaży nieruchomości w ciągu 5 lat od jej nabycia. Wyjątkiem jest art. 21 ust. 1 pkt 131 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, który przewiduje zwolnienie od podatku dochodowego dochodów z odpłatnego zbycia nieruchomości i praw majątkowych, jeżeli nie później niż w okresie dwóch lat od końca roku podatkowego, w którym nastąpiło odpłatne zbycie, przychód uzyskany ze zbycia tej nieruchomości lub tego prawa majątkowego został wydatkowany na własne cele mieszkaniowe.
Wątpliwości budzi to, czy tę ulgę można stosować przy wynajmie mieszkania.
Stanowisko fiskusa
Organy podatkowe w omawianej sprawie zajmują stanowisko niekorzystne dla podatnika. Uznają, że prawo do ulgi należy interpretować ściśle oraz że warunkiem zastosowania ulgi jest wykazanie przez podatnika, że chodziło o jego własne cele mieszkaniowe. W ocenie fiskusa pojęcie własnych celów mieszkaniowych z art. 21 ust. 1 pkt 131 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych oznacza, że celem podatnika jest dążenie, aby w tym nowym lokalu zamieszkiwać.
Czy wynajem mieszkania to własny cel mieszkaniowy?
- Mastalski we Wprowadzeniu do prawa podatkowego (Warszawa 1995) stwierdził, że „zwolnienie od podatku dochodowego dochodu uzyskanego ze sprzedaży nieruchomości mieszkalnej jest normą celu społecznego (socjalnego), która w zamierzeniach ustawodawcy realizować ma cel, jakim jest zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych obywateli. Zadaniem jakie ma spełnić ta norma jest rozwój określonej dziedziny życia gospodarczego i społecznego” (s. 113–114).
To, czy podatnik realizuje cel mieszkaniowy, o którym mowa w omawianym przepisie, zależy od okoliczności konkretnego przypadku. Podatnik realizuje własny cel mieszkaniowy, gdy np. jedno mieszkanie ma w miejscowości, w której pracuje, a drugie – w innej, w której wiedzie życie rodzinne.
Czasowe i okazjonalne wynajmowanie mieszkania nie pozbawia prawa do ulgi – takie jest stanowisko wyrażane w większości wyroków sądów administracyjnych. Np. w wyroku z 17 maja 2017 r., sygn. akt II FSK 1053/15, Naczelny Sąd Administracyjny podkreślił, że ustawa o PIT nie wskazuje limitu mieszkań, które może nabyć podatnik, a to, czy podatnik będzie w mieszkaniu realizował cele mieszkaniowe, czy prowadził działalność gospodarczą, należy oceniać w każdej sprawie indywidualnie.
Jeżeli chodzi o wynajem, art. 21 ust. 1 pkt 131 ww. ustawy milczy. Nie stawia on ani warunku posiadania określonej liczby mieszkań, ani wymogu nieprzerwanego mieszkania w kupionym mieszkaniu od daty jego zakupu. Nie można zatem uznać, że wynajem mieszkania pozbawia prawa do omawianej ulgi.
Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec
Ministerstwo Rozwoju i Finansów wiodącym resortem polskiej polityki kosmicznej
Na stronach Rządowego Centrum Legislacji w dziale „gospodarka” pod hasłem „kosmos” odnaleźć można kolejny projekt ustawy autorstwa Ministerstwa Rozwoju i Finansów. Tym razem celem MRiF jest przejęcie kontroli nad Polską Agencją Kosmiczną. W uzasadnieniu czytamy, że agencja powinna podlegać resortowi wiodącemu dla polskiej polityki kosmicznej, czyli Ministerstwu Rozwoju i Finansów właśnie.
Zainteresowania MRiF stają się coraz bardziej zaskakujące. Po serii pomysłów na to, jak sięgnąć do kieszeni podatników, zwłaszcza przedsiębiorców, przyszedł czas na ekspansję kosmosu. Celem „gwiezdnych wojen” stała się Polska Agencja Kosmiczna (PAK). Zgodnie z projektem ustawy Jadwigi Emilewicz, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Rozwoju, resort powinien przejąć nad nią kontrolę. A przy okazji nad 10 mln zł – bo tyle wynosi budżet agencji w 2017 r.
Zmiana szefa i siedziby
Powołując się na normy europejskie, MRiF planuje, aby – na wzór zwłaszcza państw członkowskich Europejskiej Agencji Kosmicznej – powierzyć władzę nad rodzimą agencją ministrowi właściwemu ds. gospodarki. Obecnie nadzór należy do kompetencji prezesa Rady Ministrów. W projekcie przywoływane są przykłady Francji, Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii. Jednocześnie przeniesiona ma zostać siedziba PAK – z Gdańska do Warszawy.
Te zmiany nie są zbyt istotne dla funkcjonowania samej agencji i wydają się zwyczajnie niecelowe. Tłumaczenie, że w każdym z państw europejskich, „które posiada krajową agencję kosmiczną lub inną wyodrębnioną strukturę organizacyjną wspierającą działalność kosmiczną, podlega ona właściwemu ministrowi odpowiedzialnemu za politykę kosmiczną –zwykle ministrowi gospodarki/przemysłu lub nauki/badań”, nie jest całkowicie zgodne z prawdą. W przypadku bowiem francuskiego CNES agencja kosmiczna kontrolowana jest przez dwa różne ministerstwa: badań i obrony. Również niemiecka agencja wyłamuje się z uzasadnienia projektodawców zmian, bo jej działalność nie jest wprzęgnięta w struktury jednego, dedykowanego do nadzoru ministerstwa.
Z kolei pomysł przeniesienia siedziby agencji z Gdańska do stolicy wcale nie wydaje się motywowany chęcią umiejscowienia jej bliżej polskiego centrum lotów kosmicznych…
Fotel prezesa
Kancelaria Prezesa Rady Ministrów 20 września zamieściła ogłoszenie o naborze na stanowisko prezesa Polskiej Agencji Kosmicznej. Termin składania ofert upłynął 2 października. Obecnie p.o. prezesa PAK jest płk Piotr Suszyński. Od roku władze nie mogą wyłonić odpowiedniego kandydata na prezesa agencji, stąd też postanowiono obniżyć kryteria wyboru. Również dlatego, że ustawa o PAK pozwala pełnić jego obowiązki maksymalnie przez trzy miesiące, z możliwością jednorazowego przedłużenia o kolejne trzy. Aby wszystko odbywało się zgodnie z prawem, płk Suszyński musiał w kwietniu przekazać stanowisko komuś innemu. W ostatnim dniu tego miesiąca powierzył je wiceprezesowi Agencji ds. Obronnych, czyli… samemu sobie.
Obecne kryteria wyboru prezesa PAK:
- niekaralność;
- obywatelstwo polskie;
- posiadanie stopnia naukowego doktora;
- uznany dorobek naukowy w dziedzinie związanej z zakresem działalności agencji oraz co najmniej 3-letnia praktyka na stanowisku kierowniczym albo
- tytuł zawodowy magistra lub równorzędny oraz co najmniej 3-letnia praktyka na stanowisku kierowniczym i co najmniej 6-letni staż pracy w przemyśle wysokich technologii.
Planowane, obniżone kryteria:
- niekaralność;
- obywatelstwo polskie;
- posiadanie co najmniej tytułu zawodowego magistra lub równorzędnego;
- co najmniej 3-letnia praktyka na stanowisku kierowniczym i co najmniej 4-letni staż pracy w sektorze naukowym, przemysłowym bądź administracji publicznej związanym z przestrzenią kosmiczną.
Istotą projektu ustawy o zmianie ustawy o Polskiej Agencji Kosmicznej nie jest jednak obniżenie wymogów wobec kandydatów na prezesa, tylko zmiana tego, kto i jak ma dokonywać jego wyboru.
Sam sobie
„Prezes Agencji jest powoływany przez ministra właściwego do spraw gospodarki spośród osób wyłonionych w drodze otwartego i konkurencyjnego naboru – po zasięgnięciu opinii Rady Agencji, ministra właściwego do spraw gospodarki (…) – na 5-letnią kadencję” oraz „Minister właściwy do spraw gospodarki może odwołać Prezesa Agencji – po zasięgnięciu opinii ministra właściwego do spraw gospodarki …” – takie nowe brzmienie mają otrzymać odpowiednio pkt 1 i pkt 3 artykułu 8 nowelizowanej ustawy. Innymi słowy, minister rozwoju i finansów w fundamentalnych kwestiach powołania i odwołania prezesa PAK będzie zasięgał opinii u samego siebie.
Podobnie ma wyglądać wybór składu rady – MRiF będzie sam sobie rekomendować kandydatury jej członków: „Minister właściwy do spraw gospodarki powołuje do członkostwa w Radzie Agencji po 4 członków (…) z osób rekomendowanych przez Prezesa Polskiej Akademii Nauk w porozumieniu z Komitetem Badań Kosmicznych i Satelitarnych oraz ministra właściwego do spraw gospodarki”.
Zwolnienia z pracy
Ministerstwo chce nie tylko przejąć kontrolę nad wyborem prezesa, ale także wymienić jego podwładnych. Zgodnie z projektem, uzasadnionym „obiektywnymi potrzebami urzędu”, stosunki pracy pracowników zatrudnionych w agencji na podstawie umowy o pracę wygasną po upływie 3 miesięcy od dnia wejścia w życie nowelizacji, jeśli:
- nie otrzymają oni w tym terminie propozycji nowych warunków pracy lub płacy albo
- mimo otrzymania nowych warunków pracy lub płacy nie przyjmą ich w ciągu 1 miesiąca od ich otrzymania.
Dzięki jednemu zapisowi zmieniającemu ustawę co najmniej 45 stanowisk w agencji zyska miano wakatów do obsadzenia.
Nie tylko 10 mln
Czy zmiany mają na celu wyłącznie nadzór nad właściwym wydatkowaniem budżetu o wartości 10 mln zł? Tylko w Polsce, segment tzw. działalności kosmicznej dotyczy ok. 300 przedsiębiorstw oraz 50 instytutów naukowych i badawczych. PAK ma realizować zadania wynikające z Projektu ustawy z dnia 10 lipca 2017 r. o działalności kosmicznej oraz Krajowym Rejestrze Obiektów Kosmicznych, również przygotowywanym przez Ministerstwo Rozwoju – a ten, poprzez sankcje karne, daje agencji znacznie większe możliwości dochodowe.
Sankcje karne zawarte w proponowanej ustawie o działalności kosmicznej oraz Krajowym Rejestrze Obiektów Kosmicznych:
- „Art. 42. Kto wykonuje działalność kosmiczną bez zezwolenia, podlega karze pieniężnej (…) od 20 000 euro do 100 000 euro”.
- „Art. 43. Kto wykonuje działalność kosmiczną niezgodnie z przepisami ustawy, w tym z warunkami zezwolenia, podlega karze pieniężnej (…) do 100 000 euro”.
- „Art. 46. 2. Środki uzyskane z tytułu kar pieniężnych, o których mowa w art. 42 i 43, stanowią przychód Polskiej Agencji Kosmicznej”.
Prawo czy bezprawie?
Dla obrotu gospodarczego bardziej niebezpieczne od kar wydają się regulacje dotyczące sposobu ich egzekwowania. Projekt ustawy już w art. 2 głosi, że „Działalność kosmiczna może być wykonywana na zasadach określonych w ustawie z dnia 2 lipca 2004 r. o swobodzie działalności gospodarczej”. Jednak już w art. 41 wyłącza tę swobodę, zapewniając organom państwa nieskrępowaną i niemal niczym nieograniczoną legitymację do dokonywania kontroli: „Do kontroli działalności kosmicznej wykonywanej przez przedsiębiorcę nie stosuje się przepisów art. 79 i 82 ustawy o swobodzie działalności gospodarczej”. Oznacza to m.in. dopuszczenie do kontroli przedsiębiorcy bez zawiadomienia o zamiarze jej wszczęcia, w każdym czasie, czy też do równoczesnego prowadzenia kilku kontroli naraz. Czynności kontrolnych może dokonywać sam prezes PAK lub upoważniony przez niego pracownik.
Zakres uprawnień kontrolujących, które przysługują wobec przedsiębiorcy:
- wstęp do wszystkich nieruchomości, pomieszczeń, instalacji i innych obiektów związanych z działalnością kosmiczną;
- dostęp do dokumentów, materiałów oraz innych danych związanych z działalnością kosmiczną, a także możliwość sporządzania ich kopii.
Podsumowanie:
- zgodnie z uzasadnieniem pomysłodawców zmian PAK powinien podlegać resortowi wiodącemu dla polskiej polityki kosmicznej, którym jest Ministerstwo Rozwoju i Finansów;
- do objęcia fotela prezesa PAK wystarczy tytuł magistra;
- minister rozwoju i finansów będzie sam sobie rekomendował i opiniował kandydatów na najważniejsze funkcje w agencji;
- budżet PAK w 2017 r. wynosi 10 mln zł;
- działalność kosmiczna dotyczy w Polsce ok. 300 przedsiębiorstw oraz 50 instytutów naukowych i badawczych, a także ponad 45 pracowników Polskiej Agencji Kosmicznej;
- sankcje karne dla przedsiębiorców działających w branży kosmicznej mogą wynieść do 100 tys. euro;
- zasada swobody działalności gospodarczej w branży kosmicznej jest pojęciem względnym;
- odpowiedzialna za projekt Podsekretarz Stanu Jadwiga Emilewicz w latach 1999–2002 pracowała w Departamencie Spraw Zagranicznych Kancelarii Prezesa Rady Ministrów; teraz zakres swoich działań rozszerza poza granice ziemskie.
Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec
Lewe faktury – zakaz prowadzenia działalności gospodarczej
Ministerstwo Finansów podjęło kolejne działania, które mają na celu walkę z oszustami podatkowymi. W zmniejszeniu liczby przestępstw podatkowych pomóc ma zmiana przepisów, która pozwoli sądowi orzec zakaz prowadzenia działalności gospodarczej wobec przedsiębiorców posługujących się fałszywymi fakturami. Ta kara ma zostać wprowadzona przygotowywaną przez resort sprawiedliwości nowelizacją Kodeksu karnego skarbowego.
Reform zmierzających do poprawy ściągalności podatków wciąż mało?
Poprawa ściągalności podatków, uszczelnienie całości systemu podatkowego w Polsce oraz podejmowanie działań mających zapobiegać popełnianiu przestępstw podatkowych – to jedne z priorytetowych zadań obecnego rządu. Wdrażane w ostatnim czasie zasadnicze zmiany systemowe skutkowały obszernymi nowelizacjami przepisów prawa. Nadal jednak nie są one wystarczające dla rządu.
W celu zmniejszenia liczby przestępstw podatkowych ustawodawca wprowadził już obowiązek przekazywania ministrowi właściwemu ds. finansów publicznych danych z ewidencji VAT w postaci plików o jednolitej strukturze (Jednolity Plik Kontrolny). Przeprowadził też reformę organizacji służb podległych ministrowi finansów, polegającą na konsolidacji administracji podatkowej, skarbowej oraz celnej i utworzeniu w ich miejsce Krajowej Administracji Skarbowej. Wdrożył także sankcje karnoskarbowe za wystawianie fikcyjnych faktur, jak również wprowadził „Pakiet uszczelniający VAT”.
Do tej pory ustawodawca wprowadził zatem dodatkowe rozwiązania, których celem jest poprawa ściągalności podatków, wsparł instytucje skarbowe i zwiększył liczbę ich uprawnień w zakresie planowanych kontroli. To jednak wciąż mało, dlatego Ministerstwo Finansów przedstawiło nową propozycję, jak walczyć z oszustwami podatkowymi. Do resortu sprawiedliwości wpłynął projekt nowelizacji Ustawy z dnia 10 września 1999 r. – Kodeks karny skarbowy (Dz.U. z 2016 r. poz. 2137, dalej jako: „k.k.s.”), która wprowadza m.in. możliwość orzeczenia przez sąd zakazu prowadzenia działalności gospodarczej w przypadku posługiwania się przez przedsiębiorstwa tzw. lewymi fakturami.
Zmiany mają odstraszać nieuczciwych przedsiębiorców?
Zaproponowana przez Ministerstwo Finansów kontrowersyjna zmiana przepisów obowiązującego Kodeksu karnego skarbowego jest odpowiedzią na uwagi i zalecenia, które zostały zgłoszone przez Najwyższą Izbę Kontroli w raporcie z czerwca bieżącego roku odnośnie do efektywności działań fiskusa. Organ kontroli państwowej wskazał, iż pomimo zauważalnych nieprawidłowości pozytywnie należy ocenić działania nadzorcze i legislacyjne Ministerstwa Finansów pod kątem poszanowania interesów podatników i zabezpieczenia interesów Skarbu Państwa przy wykonywaniu egzekucji administracyjnej. Niemniej jednak podkreślono, że niezbędne jest przeprowadzenie dalszych zmian w systemie prawa, których efektem będzie zmniejszenie liczby przestępstw podatkowych.
Ministerstwo Finansów szybko odpowiedziało na zalecenie wprowadzenia w przepisach zmian, które mają zapewnić skuteczność działań organów podatkowych oraz skarbowych i poskutkują zmniejszeniem liczby popełnianych przestępstw, a w konsekwencji również kwot zaległości podatkowych. W związku z odpowiedzią na interpelację poselską nr 14118 7 sierpnia 2017 r. MF przedstawiło pomysł karania przedsiębiorców posługujących się fałszywymi fakturami zakazem prowadzenia działalności gospodarczej. Ta kara miałaby być orzekana przez sąd.
Przygotowywany przez Ministerstwo Sprawiedliwości projekt zmian w regulacjach Kodeksu karnego skarbowego pozostaje jednak nadal na etapie uzgodnień międzyresortowych. Tym samym ostateczny kształt planowanej nowelizacji i poszczególnych rozwiązań w niej zaproponowanych będzie znany dopiero w momencie opublikowania przedmiotowego projektu na stronach Rządowego Centrum Legislacji.
Jeszcze surowsze obostrzenie najsurowszej sankcji w KKS?
W zgłoszonym do resortu sprawiedliwości projekcie założono, że kara w postaci orzeczenia przez sąd zakazu prowadzenia określonego rodzaju działalności gospodarczej odnosić się będzie jedynie do sprawców czynów o wysokiej szkodliwości społecznej zachowań zabronionych przepisem art. 62 § 2 k.k.s. oraz projektowanym art. 67a § 1 k.k.s., który zgodnie z przedstawionymi planami karać ma za przechowywanie sfałszowanych banderoli lub upoważnień do ich odbioru.
Szczególną uwagę należy jednak zwrócić na art. 62 § 2 k.k.s., który zmieniony został 1 stycznia 2017 r. przez art. 4 pkt 6 lit. a Ustawy z dnia 1 grudnia 2016 r. o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2016 r. poz. 2024). Po nowelizacji wspomnianego przepisu w typie podstawowym za czyn zabroniony wystawienia lub posługiwania się nierzetelną fakturą grozi najsurowsza sankcja przewidziana przez Kodeks karny skarbowy, a więc grzywna do 720 stawek dziennych i kara pozbawienia wolności od 1 roku do 5 lat. Dla porównania – przed nowelizacją tego przepisu, a więc do końca 2016 r., obowiązywała sankcja grzywny do 240 stawek dziennych.
Wydaje się więc, iż Ministerstwo Finansów na obecnym etapie prac nad nowelizacją Kodeksu karnego skarbowego powinno rozważyć raz jeszcze słuszność i zasadność zaproponowanych przez siebie zmian. Zwłaszcza że środek karny w postaci zakazu prowadzenia określonej działalności gospodarczej należy uznać za niezwykle dotkliwy dla przedsiębiorców, wobec czego jego stosowanie powinno być bardzo przemyślane.
Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec
Wprowadzanie zmian w polskich firmach trwa zbyt długo
„Jedyną stałą rzeczą w organizacji jest zmiana” — mawiał Peter Drucker, ekspert ds. zarządzania uważany za jednego z najwybitniejszych myślicieli i teoretyków zarządzania XX wieku. Zmiany w dynamicznym otoczeniu rynkowym dotykają bowiem każdej nowoczesnej organizacji, tym bardziej więc zaskakuje fakt, że zaledwie 30 proc. osób zarządzających przedsiębiorstwem uważa, że czas wprowadzania zmian w ich firmach jest optymalny. Natomiast aż 42 proc. badanych jest zdania, że trwa on zbyt długo, a 29 proc. wcale nie mierzy tego procesu. Takie wnioski płyną z badania przeprowadzonego przez Antal i Macrologic.
Zmiany zachodzące w organizacji zawsze wiążą się z wieloma pytaniami i wątpliwościami ze strony pracowników. Dlatego przeprowadzenie ich wymaga odpowiedniego zaplanowania, opracowania właściwego systemu informowania oraz zapewnienia wsparcia biznesowi w tym procesie.
— Chcąc, aby proces wprowadzania zmian zakończył się sukcesem, na bieżąco musimy informować zespół, dlaczego, w jaki sposób oraz kiedy będzie wprowadzana zmiana. Do tego niezbędne jest zaangażowanie całego teamu — wyjaśnia Anna Andraszek, dyrektor ds. jakości i rozwoju kadr w Macrologic.
Jak zauważa ekspertka, brak wystarczających informacji dotyczących natury zmian oraz ich uzasadnienia zazwyczaj owocuje plotką, a także nieformalnym obiegiem informacji wśród pracowników. W takiej sytuacji ludzie czują się zagrożeni. Obawiają się degradacji, utraty części dochodów, a nawet pracy. Dlatego tak ważne jest precyzyjne zaplanowanie odpowiedniej komunikacji wewnętrznej.
Dział HR i zarząd jako inicjatorzy zmian
Wiele zmian zachodzących w firmie zwykle początkuje dział zarządzania zasobami ludzkimi. Zmiany te często dotyczą działań nowego typu — np. employer branding, candidate experiance (doświadczenia i wrażenia kandydata z całego procesu rekrutacji w danej firmie), zmiany w kulturze organizacyjnej czy form elastycznego czasu pracy — zazwyczaj administrowanych przez działy kadr.
— Wyróżnia się dwa typy zmian, w które departamenty HR są zaangażowane. Zmiany pierwszego typu początkuje sam dział zarządzania zasobami ludzkimi, drugie natomiast wprowadza zarząd — wyjaśnia Małgorzata Pukropek, Manager HR Consulting z firmy Antal. I dodaje: — W przypadku zmian zainicjowanych przez kadry oczekuje się od działu HR patrzenia poprzez cele biznesowe organizacji przy jednoczesnym badaniu nastroju pracowników i dostosowaniu odpowiedniej polityki komunikacyjnej. Natomiast w sytuacji, w której zmiany wprowadzane są przez zarząd, oczekiwane są działania wspierające wobec biznesu.
Działy HR, chcąc sprostać celom im stawianym, powinny wziąć aktywny udział w tworzeniu strategii wprowadzanych zmian oraz przeprowadzić analizę ich wpływu na kulturę organizacyjną. Ważne jest również dokładne zbadanie potrzeb biznesu, proaktywne kreowanie nowych rozwiązań oraz uwzględnienie prognozy trendów na rynku pracy. Dodatkowo, niezwykle istotna jest też budowa działu HR w oparciu o potrzebne kompetencje (np. analiza danych).
Dynamika rynku często wymusza niestety szybkie tempo wprowadzania zmian. Dlatego, jak podsumowuje Anna Andraszek, dyrektor ds. jakości i rozwoju kadr w Macrologic, warto monitorować łatwość ich wprowadzenia w organizacji. Jest to bowiem element niezbędny do przygotowania optymalnego planu na przyszłość.
Pełna treść raportu „Procesy HR w firmach w Polsce”, prezentującego wnioski z badania przeprowadzonego przez Antal i Macrologic, dostępne są tu: http://www.badania.macrologic.pl/. Więcej informacji na temat czynników warunkujących potrzebę zmian w komentarzu eksperckim: http://organizacjahoryzontalna.pl/firma-to-zywy-organizm-procesy-w-niej-przebiegajace-stale-ewoluuja/.
Ukraińcy w 2016 roku wydali w Polsce aż 7 mld zł
Z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2016 roku cudzoziemcy wydali w Polsce aż 39,1 mld zł, o 3,8% więcej niż rok wcześniej. Najwięcej wydały osoby przekraczające granicę z Niemcami (15,4 mld zł) oraz Ukrainą (7,1 mld zł). Ukraińcy okazali się jednak najbardziej rozrzutni. Podczas jednej wizyty w Polsce obywatel Ukrainy zostawił średnio w sklepach i restauracjach 713 zł, podczas gdy Niemiec 454 zł. Eksperci Personnel Service wskazują, że większe otwarcie na ruch przygraniczny i możliwość osiedlania się pracowników z Ukrainy na dłużej w Polsce będzie miało pozytywny wpływ na PKB.
W 2016 roku granicę Polski przekroczyło 165,3 mln cudzoziemców. Ich liczba w porównaniu do poprzedniego roku wzrosła o ok. 4%. Obcokrajowcy zostawiają też w Polsce coraz więcej pieniędzy. Jak wskazał GUS, najwyższe wydatki, biorąc pod uwagę lądową granicę, ponieśli cudzoziemcy przekraczający granicę z Niemcami, a następnie z Ukrainą. Jeżeli jednak spojrzymy na średnie wydatki ponoszone przez przedstawicieli poszczególnych państw podczas jednej wizyty w Polsce – rekordowe kwoty wydali Ukraińcy.
– W 2016 roku Ukraińcy przekroczyli polską granicę aż 20 mln razy. Nie jest to zaskoczeniem, jeżeli uwzględni się trwającą już od jakiegoś czasu masową imigrację zarobkową z Ukrainy. Warto pamiętać, że czynnik zawodowy łączy się z czynnikiem turystycznym. Zaskoczeniem mogą być jednak sumy wydawane przez Ukraińców. Przeciętnie w sklepach zostawiają 713 zł, czyli o prawie 21 zł więcej niż rok wcześniej. To sporo, biorąc pod uwagę, że średnie wynagrodzenie na Ukrainie wynosi niewiele więcej, bo ok. 960 zł – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.
Cudzoziemcy przyjeżdżają do nas na zakupy
Cudzoziemcy, którzy przyjechali do Polski w 2016 roku jako główny cel wizyty deklarowali zakupy (66,8% odpowiedzi). Najwięcej pieniędzy wydawano na towary różnego typu – 31,7 mld zł, co stanowi aż 80,9% sumy wydatków. Na usługi, w tym głównie zakwaterowanie i wyżywienie przeznaczano 7,5 mld zł (19,1% sumy wydatków). Warto wspomnieć, że Ukraińcy wyróżniali się dużym udziałem w zakupach materiałów do budowy, remontu i konserwacji mieszkania lub domu.
– Wydatki obcokrajowców w Polsce będą rosły. Tylko w tym roku zostanie wydanych nawet 2 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Ukraińcowi, a zwiększona ich obecność w Polsce, wpływa na częstsze odwiedziny obywateli tego kraju. To oczywiście pozytywnie wpływa na polską gospodarkę, choć z punktu widzenia PKB najlepszym rozwiązaniem byłoby pozwolić osiedlać się Ukraińcom w Polsce na dłużej. Na razie mogą zostawać u nas tylko pół roku. Wydłużenie tego okresu do np. 3 lat dałoby pozytywny efekt nie tylko dla pracodawców, ale również gospodarki. Ukraińcy zaczęliby zarabiać i wydawać w Polsce, a nie tak jak do tej pory, gdzie sporą część wynagrodzenia wysyłają do ojczyzny – podsumowuje Krzysztof Inglot.
Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Dziwna jest ta hossa

Od początku roku indeks WIG wzrósł o ponad 20% i jeszcze kilka dni temu niemalże ocierał się o historyczne maksima. Trudno nie nazwać takiego stanu rzeczy hossą. Z pewnością jednak nie jest to rynek byka, jaki co niektórzy pamiętają z lat 2005-2007. Brakuje wiele typowych elementów, które notabene są widoczne na Wall Street, ale na GPW już nie.
Po pierwsze, przeciętny Kowalski w tych wzrostach nie uczestniczy. Ponadto nie jest on w ogóle giełdą zainteresowany i uczestniczyć we wzrostach nie zamierza. Jeżeli spojrzymy na napływy do funduszy, to wciąż królują bezpieczne rozwiązania oparte o rynek długu. Taki stan rzeczy nie ulegnie zmianie.
Dystrybutorzy funduszy wciąż mają w pamięci rok 2008 i nie chcą sprzedawać agresywnych rozwiązań. Do tego brakuje nimi zainteresowania. Wśród inwestycji króluje rynek nieruchomości, podobnie zresztą jak w latach poprzedniej „hossy”, z tą jednak różnicą, że teraz mieszkania kupuje się na wynajem, a nie dla wzrostu ich wartości. W USA sytuacja jest zgoła odmienna. Tam przeciętny obywatel giełdą jest zainteresowany i ochoczo w zwyżkach na Wall Street uczestniczy. Oczywiście pojawiły się pewne różnice względem poprzedniej hossy, ale tyczą się one głównie instrumentów, które to uczestnictwo realizują. Obecnie w modzie są pasywne fundusze, szczególnie typu ETF. Kolejną istotną różnicą jest zachowanie szerokiego rynku.
O ile na Zachodzie rynek rośnie szeroko, to lokalnie na GPW bardzo wąsko. W tym roku dobrze zachowują się praktycznie tylko duże spółki i wybrane średnie. Szeroki rynek może jeszcze nie jest w bessie, ale niewiele mu do tego brakuje. Jeżeli bowiem spojrzymy na indeks cenowy całego rynku, to od maksimum ustanowionego z początkiem marca spadł on już o ponad 15%. Do zniżki o 20%, która popularnie definiuje rynek niedźwiedzia, niewiele więc brakuje. W samym tylko niepełnym jeszcze październiku ten indeks spadł o 4,6%.
Jeszcze jedno takie tąpnięcie i formalna definicja bessy zostanie spełniona. Warto dodać, że październik będzie ósmym spadkowym miesiące z rządu oraz najprawdopodobniej najsłabszym w całej serii. Nie dość bowiem, że szeroki rynek jest słaby przez znaczną część tego roku, to jego kondycja w ostatnich dniach się jeszcze pogorszyła. Co za to odpowiada? Słabe wyniki spółek to jedna z odpowiedzi. Poprawa w tej materii bowiem nie za bardzo nadchodzi. Inną kwestią jest cierpliwość tych nielicznych osób, które kupiły jednostki uczestnictwa funduszy małych i średnich spółek na przełomie ubiegłego i obecnego roku. Wygląda na to, że się ona skończyła, co z kontrariańskiego punktu widzenia każe z kolei odrobinę łaskawszym okiem spojrzeć na ten bardzo poturbowany segment rynku.
Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.
Agencja S&P Global Ratings podwyższyła perspektywą ratingową PZU
Amerykańska agencja ratingowa S&P Global Ratings podwyższyła perspektywę ratingową PZU z negatywnej do stabilnej. Jednocześnie rating siły finansowej PZU pozostał na poziomie A-. Jest to jedna z najwyższych możliwych ocen dla polskiej spółki.
– Podwyższenie perspektywy ratingowej PZU to potwierdzenie naszej międzynarodowej wiarygodności oraz wyraz zaufania do zarządu i przyjętej strategii rozwoju, zwłaszcza wobec sektora bankowego. – powiedział Paweł Surówka, prezes PZU.
Analitycy agencji podkreślili, że siła finansowa Grupy PZU ustabilizowała się po tym, jak PZU podjęło w ostatnich miesiącach przygotowania do większej obecności w sektorze bankowym.
– Stabilizacja Grupy i przejrzystość inwestycji w sektor bankowy wspiera obecną wiarygodność kredytową Grupy PZU w średnim terminie. – napisano w komunikacie S&P.
Jak podaje S&P, stabilna perspektywa ratingowa to potwierdzenie, że realizacja strategii wzmacnia siłę finansową i pozycję rynkową PZU. W opinii analityków działania podjęte w ostatnich miesiącach potwierdzają, że zarząd jest dobrze przygotowany do realizacji ogłoszonej strategii.
Zmiana perspektywy ratingowej z negatywnej na stabilną potwierdza siłę i wiarygodność PZU, co jest szczególnie istotne dla budowania relacji z partnerami biznesowymi, inwestorami, reasekuratorami. Ocena ratingowa PZU na poziomie A- jest o jeden stopień powyżej ratingu Polski i, zgodnie z zasadami S&P, jest to jedna z najwyższych możliwych ocen dla polskiej spółki.
Eurodolar w dół
Szef EBC znów poruszył rynki. W końcu padły wyczekiwane deklaracje odnośnie programu QE. Złotówka nieco osłabiona. PKB w Stanach Zjednoczonych.
Decyzje EBC
Wczorajsze popołudnie przysporzyło wiele emocji inwestorom. Najpierw został opublikowany protokół z posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego, a chwilę potem głos zabrał sam prezes, Mario Draghi. Choć decyzje podjęte na posiedzeniu EBC były w miarę zgodne z oczekiwaniami inwestorów to znacznie wpłynęły na rynek. Na posiedzeniu zdecydowano, że od nowego roku program QE zostanie zredukowany o połowę, z 60 mld euro do 30 mld euro miesięcznie. Na konferencji Draghi zaznaczył również, że nieznana jest data zakończenia całego programu. Co więcej na posiedzeniu została utrzymana dotychczasowa stopa procentowa. Od ogłoszenia tych danych euro stopniowo osłabiało się. Wiać było to szczególnie na głównej parze walutowej. Kurs EURUSD spadł z poziomu 1,183 w okolice 1,163.
Złoty nieco słabszy
Na wieści z Europejskiego Banku Centralnego zareagowały również notowania naszej waluty. Złoty osłabił się w stosunku do głównych walut. Najwięcej bo ponad 6 groszy polska waluta straciła w stosunku do dolara, który kosztuje obecnie 3,65 zł. Znacznie podrożał również frank szwajcarski. Wyceniany jest obecnie również na 3,65 zł. Za funta zapłacimy 4,78 zł, a euro kosztuje 4,24 zł. Dzisiejszym notowaniom i dalszemu osłabieniu złotówki z pewnością nieznacznie pomógł dobry odczyt wskaźnika wyprzedzającego koniunktury wg. BIEC, który wyniósł ponad 170 pkt.
Piątek raczej spokojny
W dzisiejszym kalendarzu makroekonomicznym widnieje całkiem sporo odczytów. Jednakże większość z nich pozostanie najprawdopodobniej niezauważona przez inwestorów. Najważniejszą publikacją dnia będzie prezentacja danych dotyczących Produktu Krajowego Brutto w Stanach Zjednoczonych. Lepsza od spodziewanej dynamika w III kwartale pozwoli jeszcze bardziej umocnić dolara. Wtedy to możemy się nawet spodziewać spadków w okolice poziomu 1,15 na głównej parze walutowej.
Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Dynamika amerykańskiej gospodarki
Wstępny odczyt PKB w 3q17 pokazał na jedynie minimalne osłabienie dynamiki amerykańskiej gospodarki w sezonie huraganowym (do 3,0% k/k saar z 3,1% k/k saar w 2q17). Dane wskazują, że PKB w całym roku wzrośnie o ok. 2,5% r/r (vs dotychczasowy konsensus 2,2% r/r).
Struktura wstępnego odczytu PKB potwierdza wnioski płynące z wcześniejszych publikacji ze sfery realnej (za wyjątkiem zaburzonych huraganami sierpniowych odczytów sprzed. detalicznej i prod. przemysłowej): wzrost zamówień przełożył się na wzrost dynamiki inwestycji (6,0% k/k saar vs 3,9% w 2q); optymistyczne nastroje konsumentów, wzrost zatrudnienia i płac przełożyły się na utrzymanie solidnego wzrostu konsumpcji (2,4% k/k saar vs 3,3% w 2q), podczas gdy słabszy USD wspierał konkurencyjność eksportu (kontrybucja eksportu netto wzrosła do 0,4pp z 0,2pp w 2q17). Na to wszystko nałożył się dodatkowo efekt wzrostu zapasów (po silnej redukcji w 1q i stabilizacji w 2q, w 3q wkład zapasów wzrósł), wynikający m.in. z obniżenia sprzedaży w trakcie huraganów. Po stabilizacji pogody Amerykanie wrócili do zakupów (wskazują na to wrześniowe dane o dynamice zapasów, w tym najwyższy od 2009 r. spadek zapasów detalistów o -1,0% m/m sa), co oznacza, że 4q17 może przynieść osłabienie wkładu do PKB z tej strony.
Lekkie osłabienie dynamiki konsumpcji wynika w dużej mierze ze słabszej sprzedaży odzieży i paliw (potencjalny związek z czynnikami pogodowymi) oraz spadku dynamiki sprzedaży usług (2,1% k/k saar vs 4,2% w 2q), w szczególności w sektorze nieruchomości i użyteczności publicznej. Może mieć to związek z przerwami w dostawach prądu w trakcie huraganów, co oznaczałoby, że efekt ten (pod warunkiem stabilnej pogody) przeminie w 4q17.
Mocniejszy od oczekiwań wzrost amerykańskiego PKB potwierdza, że amerykańska gospodarka jest na tyle mocna, że nie zaszkodziły jej huragany, które przechodziły przez południe USA na przełomie sierpnia i września. Oznacza to, że również 4q17 może pokazać (pod warunkiem braku szoków „pogodowych”) wysoką dynamikę PKB. Tym samym, dane wspierają „jastrzębich” członków FOMC, zwiększając prawdopodobieństwo podwyżki stóp Fed w grudniu.
Źródło: Centrum analiz – PKO Bank Polski
Młodość ma swoje prawa… nawet na zakupach
Jak wynika z badania „Quo vadis polski konsumencie” przeprowadzonego na zlecenie Agencji Freebee, młodość rządzi się swoimi prawami – również w obszarze robienia zakupów. Kierując swoją ofertę do nabywców poniżej 24 roku życia warto zatem dokładnie przyjrzeć się ich zachowaniom i dostosować się do specyfiki ich działań, gdyż motywacje nabywcze jakie nimi kierują, są odmienne od motywacji pozostałych grup konsumentów. Jaka jest zatem specyfika zachowań zakupowych młodych oraz co kieruje nimi podczas dokonywania zakupów czy wyboru sklepu?
Zakupy są nieodłącznym elementem egzystencji współczesnych ludzi. Już jako dzieci dostajemy drobne, za które kupujemy samodzielnie pierwsze produkty. Coraz więcej Polaków decyduje się na dawanie swoim pociechom kieszonkowego – aż 46%[1] dorosłych Polaków, daje swoim dzieciom drobne sumy lub zakłada im subkonta bankowe, gdy tylko skończą trzynaście lat. Takie działania mają nauczyć najmłodszych gospodarności w zakresie zarządzania swoimi finansami i przygotować ich do wejścia w dorosłe życie z szacunkiem dla pieniędzy. Z wiekiem oraz wraz z rosnącymi dochodami zachowania konsumentów ulegają zmianie, jednak młodość nawet na zakupach ma swoje prawa.
Co najbardziej determinuje zakupy młodych Polaków?
Na wybory zakupowe wchodzących w dorosłość Polaków największy wpływ mają ograniczone zasoby finansowe, które zwykle otrzymują od rodziców, lub zarabiają sami w pierwszej, zazwyczaj niezbyt dobrze płatnej, pracy. Z danych zawartych w raporcie przygotowanym przez Agencję Freebee wynika, że młodzi Polacy kupując produkty i usługi kierują się przede wszystkim ich ceną – ponad 27% z nich deklaruje, że ma ona największy wpływ na podejmowanie przez nich decyzji o zakupie. Wśród starszych grup, cena nie ma aż tak dużego znaczenia – w grupie 50+ jedynie 18% zadeklarowało, że cena produktu jest najważniejsza. Dla konsumentów do 24 roku życia, znaczenie ma również dopasowanie oferty do ich indywidualnych potrzeb (19%) czy wcześniejsze doświadczenia (niemal 17%).
Jak młodzi wybierają sklep?
Młode osoby przy wyborze konkretnego sklepu rzadziej niż inne grupy konsumentów, kierują się przyzwyczajeniem (niespełna 10%). Dla osób poniżej 24 roku życia największe znaczenie mają: zróżnicowany asortyment (18%), bliska odległość (niemal 15%) oraz organizowane promocje (ponad 13%). Mimo powszechnej digitalizacji i rosnącej popularności e-commerce, wielu młodych polskich klientów wciąż preferuje robienie zakupów w tradycyjnych sklepach. Do wyboru sklepu stacjonarnego przede wszystkim przekonuje ich możliwość dotknięcia towaru, obejrzenia, przymierzenia (ponad 53% wskazań) oraz możliwość wizualnego porównania produktu w realnym świecie (niemal 46%). Młodzi w sklepach stacjonarnych doceniają również możliwość dokonania natychmiastowej transakcji i brak konieczności oczekiwania na przesyłkę (niemal 44%). O wyborze przez nich sklepu internetowego decydują zwykle natomiast atrakcyjne ceny (63%), promocje (50%) oraz opinie innych użytkowników, którzy już dokonali w nim zakupu (36%).
Czy młodzi Polacy żałują swoich zakupów?
Młodzi konsumenci są też podatni na promocje, obniżki, upusty, rabaty i wyprzedaże i to zazwyczaj one decydują o spontanicznym zakupie dokonywanym przez tę grupę konsumentów. Jest to też grupa, która najczęściej decyduje się na zakup impulsywny, w porównaniu z innymi grupami wiekowymi nabywców. Młodzi konsumenci czasem lub często żałują dokonanych przez siebie zakupów (86%). Jedynie 14% uczestników badania w wieku do 24 roku życia twierdzi, że nigdy nie żałuje swoich zakupów – odsetek ten w grupie 50+ był ponad dwukrotnie wyższy. Młodzi Polacy są doskonałą grupą docelową dla działań promocyjnych i marketingowych opartych na manipulacji ceną, ponieważ, mimo że najczęściej żałują swoich zakupów, najrzadziej ze wszystkich grup decydują się na zwrot produktów, które ich nie satysfakcjonują. Może to wynikać z braku doświadczania w tym obszarze lub niewiedzy o przysługujących im prawach konsumenckich. Młodzi Polacy są specyficznymi konsumentami i mimo posiadania mniejszych zasobów finansowych, niedługo staną się oni najbardziej wartościową dla sprzedawców grupą nabywców. Warto więc dobrze znać ich nawyki, motywacje i zachowania i przygotowywać odpowiednio dostosowaną do ich potrzeb ofertę oraz komunikację w preferowanych przez nich kanałach. Najważniejsze jest jednak to, aby stale przyglądać się ich motywacjom zakupowym i znać czynniki, które wpływają na ich wybory nie tylko w obszarze nabywanych produktów i usług, ale również miejsc w jakich dokonują zakupów.
Plast-Box – wstępne wyniki po III kwartałach 2017

Plast-Box, opublikował wstępne wyniki za trzy kwartały 2017 roku. Według wstępnych danych finansowych po 9 miesiącach roku grupa kapitałowa Plast-Box odnotowała 122,8 mln zł przychodów ze sprzedaży, co oznacza wzrost rok do roku o 5,7%. Stopa EBITDA wyniosła 11,7%, a stopa zysku netto 4,3%.
– Uzyskujemy wzrost sprzedaży i poziomy rentowności uznawane w naszej branży za dobre, choć ten rok nie jest dla naszej spółki tak dobry jak poprzedni, ze względu na konieczność podniesienia kosztów zatrudnienia i wysokie ceny surowca w pierwszej połowie roku. Pełne wyniki za III kwartał zaprezentujemy 15 listopada – mówi wiceprezes zarządu Plast-Box S.A. Krzysztof Pióro.
Żywność coraz droższa. Emeryci i renciści tracą najwięcej
Rosnące ceny żywności dotykają wszystkich konsumentów, ale najbardziej emerytów i rencistów, którzy nie korzystają z silnego wzrostu wynagrodzeń czy też transferów socjalnych z programu Rodzina 500 plus – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Według danych Eurostatu we wrześniu w Polsce żywność zdrożała o 4,7 proc. r/r. Ceny dla tej kategorii produktów rosły szybciej jedynie w pięciu unijnych państwach, a przeciętny wynik dla całej wspólnoty wynosił 2,3 proc. Dodatkowo inflacja żywności w naszym kraju jest obecnie najwyższa od końca 2012 r.
W ciągu minionego roku w naszym kraju najbardziej podrożało masło – o 48 proc. Tylko w czterech europejskich krajach odnotowano procentowo wyższe podwyżki tego produktu. W Niemczech masło kosztuje dziś o 70 proc. więcej niż we wrześniu 2016 r., ale np. we Francji już tylko 7,6 proc. Silnie zdrożały w Polsce również jaja (7,7 proc. r/r), jogurty (9,1 proc. r/r) czy wieprzowina (7,4 proc. r/r).
Ostatnie miesiące to także znacznie wyższe wydatki dla zwolenników zdrowszych produktów. W porównaniu z wrześniem ub.r. świeże owoce podrożały o 9,7 proc., a warzywa o 5,8 proc. Niewielkim pocieszeniem dla większości konsumentów może być fakt, że w analogicznym okresie staniały o 0,7 proc. owoce morza czy napoje gazowane – o 0,4 proc.
Emeryci i renciści najbardziej poszkodowani
Teoretycznie wyższe ceny w sklepach dotykają każdego w ten sam sposób. Praktycznie jednak rosnące koszty zakupu żywności są dotkliwsze dla osób o najniższych dochodach. Dobrze pokazuje to coroczne badanie GUS dotyczące budżetów gospodarstw domowych.
W 2016 r. mediana wydatków na żywność oraz napoje stanowiła 30 proc. wszystkich wydatków emerytów oraz rencistów. W przypadku pracujących na własny rachunek czy gospodarstw nierobotniczych ten odsetek wynosi 23 proc. Emeryci oraz renciści w niewielkim stopniu korzystają natomiast z faktu, że np. ceny ubrań czy obuwia spadają (o 4,4 proc. r/r). W porównaniu do mediany wszystkich wydatków udział akurat tej kategorii jest u seniorów o ponad połowę mniejszy niż w przypadku ogółu gospodarstw domowych.
Naturalny jest również fakt, że emeryci czy renciści wydają na edukację niewielki odsetek (jedną siódmą) tego co reszta społeczeństwa. Ceny w tej kategorii rosną jednak stosunkowo wolno (o 1,3 proc. r/r), co obniża ogólny wskaźnik inflacji, ale analizowana grupa społeczna tego nie odczuwa.
Wysoki wzrost dochodów, ale nie dla seniorów
Według danych GUS średni dochód rozporządzalny na osobę wzrósł w 2016 r. o 7 proc. Dla gospodarstw domowych otrzymujących świadczenie wychowawcze Rodzina 500+ ten wzrost wyniósł 16,8 proc. (wśród małżeństw z co najmniej trójką dzieci o 25,2 proc.). Wyraźnie podniosły się również dochody na wsi (o 9,8 proc.).
Emeryci i renciści nie skorzystali z ostatnich zmian w programach socjalnych, omijał ich też szybki wzrost wynagrodzeń. Wprawdzie dochód rozporządzalny emerytów i rencistów wzrósł, lecz wyraźnie poniżej ogólnego trendu i kształtował się na poziomie odpowiednio +4,1 oraz +4,4 proc. Zestawiając ze sobą niski wzrost dochodu oraz fakt, że seniorzy wydają proporcjonalnie najwięcej na gwałtownie drożejącą żywność, ostatnie podwyżki cen są szczególnie dotkliwe dla ich domowych budżetów.
Bitcoin, ethereum czy litecoin – kryptowaluty to już nie eksperyment matematyczny
Nowe kryptowaluty są wydobywane przez górników. Kim oni są? To komputery, które wykonują obliczenia matematyczne w celu zabezpieczenia transakcji w sieci. Jest ich coraz więcej, ponieważ wraz ze wzrostem popytu na kryptowaluty rośnie też nagroda. Im wyższa, tym większa chęć dołączenia nowej mocy obliczeniowej, żeby o nią konkurować. Ze wzrostem ceny rośnie więc bezpieczeństwo sieci. Najcenniejszą obecnie walutą jest bitcoin. Jego wartość wynosi około 17 tys. złotych za sztukę. Można nabyć tylko jego część, ponieważ jest podzielny do ósmego miejsca po przecinku. Drugą najcenniejszą walutą jest ethereum warte około 1,1 złotych. Dalej jest litecoin w cenie 200 złotych za sztukę.
– To ciekawy układ, który sam się napędza. Wzrost popytu powoduje wzrost bezpieczeństwa całego systemu – powiedział serwisowi eNewsroom Szczepan Bentyn, prezes Pracowni Nowych Technologii – Górnicy, którzy wkładają moc obliczeniową otrzymują w zamian nowe monety od protokołu, a nie od centralnie sterowanego systemu. System jest tak zaprogramowany, że wynagradza ich pracę. Dziś mamy do czynienia z rekordowymi cenami, gdzie na początku istnienia, przez ponad rok, bitcoin był bezwartościowy. Wydobywali go ochotnicy w ramach eksperymentu matematycznego. Traktowali go jako ciekawą technologię, która być może w przyszłości się sprawdzi. Dzisiaj jest go coraz mniej – podaż zaplanowano tak, że w tej chwili przybywa coraz mniej bitcoinów, a popyt nadal rośnie. Każdy, kto chce korzystać z systemu, musi zakupić jednostki, a ich ograniczona ilość powoduje wzrost cen. Miało już miejsce kilkanaście baniek spekulacyjnych, po których cena spadała – jednak nie na tyle, aby być poniżej ceny sprzed każdej z nich. Jest to system zaprojektowany tak, aby w długim terminie jego cena rosła – dodał Bentyn.
Narzędzia to za mało – jak dzięki lean leadership zadbać o trwałość zmian w organizacji?
Wiele firm traktuje narzędzia optymalizacji procesów i kompetencje przywódcze jako dwie zupełnie odrębne dziedziny. To błąd, bowiem integracja tych obszarów w lean leadership może pomóc firmie w efektywniejszym funkcjonowaniu. Jak więc wdrożyć w organizacji kulturę ciągłego doskonalenia?
Zarządzanie w myśl lean leadership ma prowadzić do zapewniania produktów czy usług o określonej wartości dla klienta w jak najprostszy sposób. Ważne jest przy tym zachowanie szacunku dla zespołu i ciągłe doskonalenie procesu poprzez eliminację marnotrawstw. W dzisiejszych czasach coraz trudniej bowiem budować przewagę rynkową w oparciu tylko o niskie koszty produkcji. – Dla wyniku biznesowego organizacji, a szczególnie firm produkcyjnych, kluczowe jest oparcie jej działania z jednej strony na narzędziach procesowych, czyli lean, z drugiej zaś na kompetencjach menedżerskich składających się na zaangażowane przywództwo – leadership. Oddzielne traktowanie tych dwóch obszarów jest dla firmy mało efektywne i może prowadzić do marnotrawstwa najważniejszych zasobów – wiedzy i zaangażowania pracowników. Można powiedzieć, że to niejako ósma strata, do eliminacji której organizacje powinny dążyć – zauważa Łukasz Przybylski, trener biznesu z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Jak nie zaprzepaścić potencjału członków zespołu i zadbać o trwałość wprowadzanych zmian?
Nastaw się na proces
Wielu z nas choć raz w życiu rozpoczynało pracę nad nowym nawykiem, jak na przykład regularne poświęcanie określonego czasu na naukę języka obcego, uprawianie sportu czy czytanie branżowych publikacji. Często po początkowym entuzjazmie pojawia się opór, bo efekty nie są widoczne tak szybko, jakbyśmy tego chcieli. Jeśli traktujemy nabywanie nowych umiejętności jako nieprzyjemny obowiązek, a nie skupimy się na naszym rzeczywistym celu, znacznie trudniej osiągnąć sukces. Podobnie jest z wdrażaniem zmian w firmach – kluczowy jest sposób myślenia o nich – nie tylko menedżerów, ale pracowników na każdym szczeblu organizacji. Należy mieć świadomość długofalowości danego procesu i tego, że konieczne jest utrzymanie systematyczności. Dopiero częste konwersacje w obcym języku pomogą nam w płynnej komunikacji, systematyczne treningi poprawią naszą kondycję, a codzienne czytanie branżowych książek i śledzenie nowinek z danej dziedziny pomoże nam w zdobyciu specjalistycznej wiedzy. Na hali produkcyjnej za to efekt przyniesie regularna identyfikacja i eliminacja działań generujących straty oraz ciągłe ulepszanie i dążenie do doskonałości.
Zmiany procesowe to nie tylko wprowadzenie, niezbędne jest też ich utrwalenie i upowszechnienie wśród wszystkich członków zespołu. Sam wzrost wiedzy i kompetencji to za mało, konieczne jest także kształtowanie postawy wspierającej zmiany wynikające z wprowadzania kultury lean w przedsiębiorstwie. Szczególnie w chwilach zniechęcenia ważne jest też poczucie sensu, świadomość, dlaczego podejmujemy trud i jaki cel chcemy osiągnąć. W przypomnieniu tego zespołowi pomagają umiejętności miękkie menedżera. Firmy często decydują się również na skorzystanie ze wsparcia w tym zakresie ze strony zewnętrznego coacha, który przeprowadza organizację przez cały proces. Zadaniem takiej osoby jest inspirowanie do wdrażania ulepszeń w zarządzaniu, a także do wykorzystywania nowych umiejętności do optymalizacji procesów i osiągania wysokich wyników biznesowych.
Obserwuj i rozmawiaj
Coraz więcej firm rozumie, że zarządzanie niejako „zza biurka” na przykład halą produkcyjną i brak kontaktu z pracownikami niższego szczebla może prowadzić do decyzji nieadekwatnych do rzeczywistego stanu organizacji. Dlatego też ważnym hasłem w lean leadership jest gemba, czyli miejsce, w którym do produktu czy usługi dodawana jest wartość – w przypadku produkcji będzie to więc hala, a w usługach – miejsce spotkania z klientem. – Bezpośrednia interakcja menedżera z pracownikami to dobra okazja do motywowania ich i budowania z nimi relacji. Obecność przełożonego w gemba pomaga mu też w uczestniczeniu w ciągłym doskonaleniu, bo może on dokładnie obserwować cały proces – w zależności od firmy na przykład produkcyjny, logistyczny, rozwojowy czy komunikacyjny. Pierwszym etapem ich usprawniania jest analiza obecnego stanu i dostrzeżenie ewentualnego marnotrawstwa. Najlepiej zrobić to poprzez zaczerpnięcie wiedzy z bezpośredniego doświadczenia – uważnej obserwacji i rozmów z pracownikami. Kiedy już luka zostanie zidentyfikowana, potrzebna jest właściwa interakcja, aby wyeliminować ją, wykorzystując standardy lean leadership – mówi Łukasz Przybylski z Integra Consulting Poland. Usprawnianie procesów ma przełożyć się na eliminację strat między innymi poprzez redukcję czasu przetwarzania zleceń i błędów jakościowych lub „odchudzenie” zapasów w magazynie surowców i wyrobów gotowych. Wiąże się to jednak zwykle ze sporymi zmianami organizacyjnymi, a wdrażanie nowych standardów, szczególnie na początku, wymaga często większej kontroli, która może być przyczyną stresu członków zespołu. W redukcji jego poziomu oraz poczucia niepewności pomaga odpowiednie przeprowadzenie pracowników przez menedżera przez cały proces. Opór przed zmianami często wynika bowiem z niewiedzy i obaw o to, co przyniosą.
Zaufanie to podstawa
Budowa zaufania jest podstawą otwartej komunikacji. Przejrzyste wyjaśnienie procesu i jego celu, zamiast autorytatywnego zarządzenia nowego standardu pomagają w kształtowaniu pozytywnej postawy wobec zmian. – Ważne, aby wspierać członków zespołu nie tylko we wdrażaniu odgórnych zaleceń, ale i kształtować w nich postawę i chęć ulepszania własnego miejsca pracy. Jeśli ufają menedżerowi i wiedzą, że zależy mu na znajdowaniu najlepszych rozwiązań dla wspólnego dobra, nie boją się powiedzieć na przykład o luce, którą zaobserwowali, czy zaproponować pomysłu na usprawnienia lub oszczędności. Kiedy pracownik ma poczucie, że jego zdanie się liczy, czuje się bardziej zaangażowany i odpowiedzialny za wspólny wynik – mówi Łukasz Przybylski z Integra Consulting Poland. – Wzajemne zaufanie to jeden z kluczowych elementów budowania kultury ciągłego usprawniania procesów – podsumowuje.
UE zmienia prawo. Wynagrodzenia kierowców znacząco wzrosną
Zgodnie z zasadą „równa płaca za tą samą pracę w tym samym miejscu”, wynagrodzenia pracowników delegowanych, w tym także kierowców zawodowych wyjeżdżających w międzynarodowe trasy, znacząco wzrosną. Do tej pory, wedle zapisów Dyrektywy o delegowaniu, jedynie branża budowlana musiała wypłacać osobom zatrudnionym w tym sektorze wszystkie dodatki do pensji. Teraz Rada Unii Europejskiej zdecydowała się zmienić zapisy. To mocno uderzy w polskie firmy transportowe – alarmują eksperci.
Dokładne brzmienie zaproponowanych przepisów nie jest jeszcze znane, jednak przyjęte przez EPSCO porozumienie w znacznym stopniu zmienia zapisy aktualnych regulacji. Przede wszystkim wprowadzono czasowy limit delegowania pracowników za granicę, wynoszący 12 miesięcy (z możliwością przedłużenia o kolejne 6 miesięcy). Po upływie tego czasu pracownik będzie podlegał praktycznie wszystkim przepisom kraju przyjmującego. – Przyjęte przez EPSCO stanowisko jest zupełnie sprzeczne z poglądami Polski. Rząd nie chciał wyrazić zgody nawet na pierwotną propozycję limitu delegowania pracowników, która wynosiła 24 miesiące – komentuje Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.
Podczas głosowania nie było jednomyślności nawet wśród członków Grupy Wyszehradzkiej, ponieważ Czechy oraz Słowacja opowiedziały się za przyjęciem projektu. Polsce i Węgrom, które głosowały przeciwko zmianom w Dyrektywie, nie udało się zablokować decyzji Rady.
– Nowelizacja Dyrektywy o delegowaniu pracowników okaże się szczególnie kosztowna dla właścicieli firm transportowych, którzy będą musieli dostosować się do zaprezentowanych zmian. Nie boję się zatem użyć sformułowania, że właściwie jedynym sukcesem, jeżeli chodzi o polskie negocjacje w Luksemburgu, jest długość okresu wprowadzania nowych przepisów. Czas na przygotowanie się krajów Unii Europejskiej do wdrożenia zmian ma wynieść 3 lata, firmy zaś będą miały na to rok dłużej – wyjaśnia Kamil Wolański, ekspert OCRK.
W środę, 25 października stanowisko w zakresie zmian w Dyrektywie zajął także Parlament Europejski. Decyzja ta oznacza rozpoczęcie negocjacji z państwami członkowskimi UE w sprawie ostatecznego brzmienia przepisów. Jednak przewiduje się, że nie ma już szans na wyłączenie spod Dyrektywy sektora transportowego tak, by kierowcy zawodowi nie byli traktowani jako pracownicy delegowani. – Z nowych zapisów Dyrektywy nie udało się wyłączyć transportu międzynarodowego, o co szczególnie zabiegała Polska. Kwestia ta ma zostać uregulowana osobno, dopiero w trakcie prac nad Pakietem mobilności – dodaje Kamil Wolański. Ważny będzie także finalny kształt zapisów dotyczących „kosztów związanych z podróżą służbową”, które obecnie są w znacznej mierze częścią wynagrodzenia polskich kierowców. Istotne, by pod pewnymi warunkami pozostały one częścią płacy minimalnej krajów zachodnich.
Podczas obrad Rada EPSCO przyjęła również częściowe porozumienie dotyczące ujednolicenia systemu ubezpieczeń społecznych w krajach UE. Przedstawiciele rządu Polski wyraźnie podkreślili swój sprzeciw wobec zmian dotyczących m.in. nakładania kar za wcześniejszy brak zaświadczeń A1 (retroaktywne wycofanie zaświadczeń).
Kurs euro i złotego w dół po posiedzeniu EBC
EBC przedłuża program QE do września przyczyniając się do spadku rentowności w strefie euro. EBC osłabia euro i złotego. Ta wyraźnie gołębia melodia płynąca z ust M. Draghi’ego może jeszcze długo brzmieć w 2018 roku.
Rynek stopy procentowej
W czwartek uwaga na rynku stopy procentowej skierowała się w stronę Frankfurtu, gdzie EBC ogłosił swoją decyzję w zakresie polityki monetarnej. Nie dokonano zmian w głównych stawkach stóp procentowych, jednak zapowiedziano, że program skupu aktywów będzie kontynuowany w obecnej skali (60 mld EUR miesięcznie) do końca 2017 roku, a od stycznia do września 2018 roku będzie prowadzony w skali 30 mld EUR miesięcznie. EBC podtrzymał wcześniejsze zapewnienia, zgodnie z którymi QE może zostać przedłużone lub zwiększone zgodnie z kształtowaniem się czynników gospodarczych. Wśród pozostałych narzędzi, które mają sprzyjać osiągnięciu stabilności cenowej w strefie euro są reinwestycje zapadających obligacji oraz utrzymanie stóp procentowych na niskich poziomach po zakończeniu programu skupu aktywów.
Decyzja zaprezentowana przez EBC była zbliżona do oczekiwań rynkowych, gdzie przeważało założenie o przedłużeniu QE o 9 miesięcy przy redukcji tempa do 30 mld EUR miesięcznie. Mimo wszystko, doszło do spadku rentowności obligacji w Europie, które w krótkim czasie po publikacji przekraczały nawet 5 pb. Ostatecznie przesunięcie się w dół krzywych dochodowości w strefie euro było umiarkowane i oscylowało wokół 3pb na całej krzywej niemieckiej. Pomimo łagodnego języka stosowanego przez EBC, nie oznacza to, że decyzja była bardziej gołębia niż oczekiwana, a reakcja rynkowa w dużym stopniu stanowiła korektę solidnych wzrostów rentowności z początku tego tygodnia, kiedy notowania 10-letniego Bunda oscylowały wokół 0,50%.
Na polskiej krzywej dochodowości początkowo również obserwowane było przesunięcie się w dół, które jednak w przypadku papierów długoterminowych okazało się krótkotrwałe. Obligacje z dłuższym terminem do wykupu pozostały blisko poziomów obserwowanych we wtorek, gdzie rentowności papierów 10-letnich znajdują się powyżej 3,40%. Jednak w dół przesunęły się notowania na krótkim końcu krzywej, gdzie spadki sięgały 5 pb. Pomimo bardziej wyraźnego stanowiska jastrzębiej frakcji w RPP, minutes z październikowego posiedzenia pokazały, że nadal w nadchodzących kwartałach oczekiwana jest stabilizacja stóp procentowych. Notowania kontraktów FRA wciąż wyceniają prawdopodobieństwo podwyżki stóp pod koniec przyszłego roku, jednak cała krzywa przesunęła się w dół. Obecnie nachylenie krzywej stało się bardzo strome i zbliżyło się do poziomów obserwowanych na początku tego roku. Spread pomiędzy papierami 10-letnimi a 2-letnimi powinien spaść ponownie poniżej 180 pb, czemu powinien towarzyszyć powrót rentowności obligacji 2Y powyżej 1,70%.
Notowania na rynku stopy procentowej w USA pozostały stabilne w związku z solidnymi danymi prezentowanymi w ostatnim czasie. W piątek dojdzie do publikacji pierwszego odczytu PKB za trzeci kwartał, które może jedynie nieznacznie spowolnić z 2,6% kw/kw ann. w Q2 (konsensus: 2,5%). Ponadto Uniwersytet Michigan opublikuje indeks nastroju konsumentów, gdzie oczekiwana jest jego dalsza poprawa.

Autor: Arkadiusz Trzciołek, PKO Bank Polski
Rynek walutowy
W czwartek w centrum uwagi krajowego rynku walutowego pozostawały: decyzyjne posiedzenie EBC i publikacja protokołu z październikowego posiedzenia RPP. W oczekiwaniu na te dwa ważne wydarzenia złoty lekko tracił na wartości prowadząc do wzrostu kursu EURPLN do 4,246. Z kolei na szerokim rynku po teście okolice 1,183 dolar ponownie zaczął zyskiwać na wartości.
Zgodnie z oczekiwanymi EBC pozostawił koszt pieniądza na niezmienionym poziomie (0,0% dla stawki referencyjnej i minus 0,4% dla depozytowej) oraz przedstawił plany dot. przyszłości programu skupu aktywów (QE) prowadzonego od marca 2015 roku. W jego ramach początkowo co miesiąc skupowano papiery dłużne o wartości 80 mld EUR, a od kwietnia 2017 roku ich wartość zmniejszono do 60 mld EUR. Ta nadal wysoka wartość skupowanych aktywów spowodowała, że bilans EBC przewyższył bilans amerykańskiej Rezerwy Federalnej, czemu towarzyszą najlepsze od sześciu lat wyniki gospodarki strefy euro. Bank centralny może więc zacząć zmniejszać „dawkę dopalaczy”.
W czwartek EBC zakomunikował więc, że od stycznia 2018 roku miesięczna wartość skupowanych obligacji zostanie obniżona do 30 mld EUR, ale program zakupu aktywów będzie kontynuowany do września 2018 roku lub w razie potrzeby dłużej. Już sam komunikat został wyraźnie gołębio odebrany przez eurodolara, sprowadzając notowania wspólnej waluty poniżej 1,175 USD z blisko 1,185 notowanych w pierwszych godzinach wczorajszego handlu. Decyzja EBC o skróceniu programu zakupów aktywów od stycznia była zasadniczo zgodna z rynkowym konsensusem, ale brak w komunikacie deklaracji ostatecznego terminu zakończenia QE wraz z utrzymującą się inflacją poniżej poziomu 2% (nawet biorąc pod uwagę prognozy EBC) zostało odebrane negatywnie, prowadząc do wspomnianego osłabienia euro do dolara. Złoty początkowo powrócił zaś w okolice otwarcia dnia po tym jak w oczekiwaniu na decyzję EBC traci on na wartości względem euro. Po konferencji prasowej (podczas której szef EBC zmian w programie QE nie nazwał „redukcją” lecz „rekalibracją”) spadek EURUSD nasilił się sprowadzając kurs do 1,163. EURPLN ruszył zaś ponownie w górę przełamując opór na 4,253 na co dodatkowo wpływał gołębi wydźwięk opublikowanego protokołu z październikowego posiedzenia RPP.
Rada nadal pozostaje ostrożna. W ocenie większości jej członków w nadchodzących kwartałach prawdopodobna jest stabilizacja stóp procentowych. W świetle dostępnych prognoz w tym samym czasie inflacja pozostanie umiarkowana, przez co ryzyko trwałego przekroczenia celu inflacyjnego w średnim terminie będzie ograniczone. Niemniej, w opinii części członków Rady, jeśli napływające w kolejnych kwartałach dane i prognozy wskazywałyby na silniejszą od obecnych oczekiwań presję inflacyjną, wówczas uzasadnione może być rozważenie podwyższenia stóp procentowych. Po raz kolejny zwrócona została też uwaga, że w razie istotnego osłabienia wskaźników aktywności gospodarczej połączonego z wyraźnym pogorszeniem nastrojów konsumentów i przedsiębiorstw, w dłuższym okresie zasadne może być rozważenie obniżenia stóp procentowych. Tak jak można było oczekiwać by ocenić perspektywy polityki pieniężnej w kolejnych kwartałach Rada czeka na publikację listopadowej projekcji NBP. Pomimo nadal rysującego się podziału w Radzie, na razie większość członków komitetu decyzyjnego pozostaje łagodnie nastawiona do polityki pieniężnej NBP, czym nie wspiera złotego. Dopiero wyraźnie jastrzębia retoryka w szeregach członków Rady mogłaby zmienić ten stan.
Utrzymywanie gołębiej polityki przez EBC będzie więc sprzyjać dalszym spadkom kursu EURUSD, co negatywnie wpływać będzie na notowania walut EM. Przy słabej presji inflacyjnej nie ma trwałych podstaw do ożywienia w krajach południowych strefy euro, stąd taka wyraźnie gołębia retoryka EBC może jeszcze długo brzmieć w 2018 roku. Mocniejszy dolar i na razie nadal gołębia RPP będą zaś deprecjonować złotego.

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski
EBC przedłuża dodruk euro
W czwartek EBC nie zmienił stóp procentowych. Jednocześnie bank centralny strefy euro ograniczył skup aktywów z 60 mld euro do 30 mld euro miesięcznie, ale przedłużył ten program o 9 miesięcy, czyli do września 2018 r. Co więcej, Rada Prezesów EBC zastrzegła sobie prawo do kolejnego wydłużenia programu skupu, co będzie jednak zależało od przyszłej sytuacji gospodarczej. Efektem jest spory spadek kursu euro (a także złotówki) i duży wzrost wartości dolara. Wspólna waluta do amerykańskiej jest najsłabsza od 3 miesięcy. Od marca 2015 r. EBC w sumie dodrukował łącznie 2,1 bln euro. To i tak mniej od amerykańskiego Fedu, który w latach 2008-2014 wytworzył z powietrza 3,7 bln USD, ale wycofał się już z tego procederu. Swoje programy skupu aktywów mają także Bank Japonii i Bank Anglii.
Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar mocno zyskuje do głównych walut: do euro (+1,59%), brytyjskiego funta (+1,01%), dolara kanadyjskiego (+0,65%), dolara australijskiego (+0,84%) oraz japońskiego jena (+0,57%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,163, GBP/USD – 1,312, USD/CAD – 1,288, AUD/USD – 0,764 i USD/JPY – 114,2. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-1,11%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,886. Złotówka sporo traci do głównych walut światowych. W piątek rano dolar kosztuje 3,66 zł, euro – prawie 4,26 zł, funt – 4,8 zł, a frank szwajcarski –3,66 zł.
Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W czwartek londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,53%, frankfurcki indeks DAX – 1,39%, a paryski indeks CAC 40 – 1,5%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 podniósł się o 0,13%, meksykański indeks Bolsa wzrósł o 0,23%, a brazylijski Bovespa spadł o 1,01%. W piątek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 1,24%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,27%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,6%.
Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej wróciły na ścieżkę zwrotu. W czwartek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 59,3 USD (+1,45%), a ropy WTI – 52,64 USD (+0,87%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostała na poziomie 60 USD. Z kolei cena złota po wcześniejszym wzroście idzie w dół. W piątek rano uncję metalu rynek wycenia na 1266 USD. To 14 USD mniej (-1,09%) niż dobę wcześniej.
Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:
- 1:30 – Japonia – Inflacja CPI (r/r), wrzesień – 0,7% (prognoza 0,8%)
- 2:30 – Australia – Inflacja PPI (r/r), III kw. – 1,6%
- 9:00 – Polska – Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury wg BIEC, październik – 170,1 pkt.
- 14:30 – USA – PKB, III kw. (prognoza 2,5%)
- 16:00 – USA – Indeks Uniwersytetu Michigan, październik (prognoza 101,1 pkt.)
Przygotował zespół analityczny easyMarkets
Komentarz eksperta Veeam dotyczący ostatnich ataków ransomware, w tym „Bad Rabbit”
„Pojawienie się kolejnego ataku ransomware (mającego na celu wymuszenie okupu) było jedynie kwestią czasu. Najnowsze zagrożenie o nazwie ‘Bad Rabbit’ wydaje się być skierowane w stronę sieci korporacyjnych, ale czas pokaże jak będzie się rozprzestrzeniało dalej. Dochodowy biznes, jakim stało się wymuszanie okupów w cyberprzestrzeni, ma się bardzo dobrze. Wynika to z występowania wielu czynników ryzyka, takich jak nieprawidłowe zarządzanie aktualizacjami, niedostateczne środki bezpieczeństwa, błędy pracowników i użytkowników czy też korzystanie z kryptowalut o niepewnym pochodzeniu.
Przedsiębiorstwa nie powinny za wszelką cenę dążyć do bycia całkowicie odpornymi na ataki hakerskie – z uwagi na ciągle zmieniający się krajobraz zagrożeń w cyberprzestrzeni jest to po prostu niemożliwe. Jak zatem się bronić? Należy wykonywać regularne aktualizacje, stosować procedury wspierające polityki bezpieczeństwa IT, wdrażać solidne narzędzia zabezpieczające oraz wykonywać kopie zapasowe, które zlokalizowane są poza wykorzystywanymi na co dzień sieciami IT. Widzieliśmy wiele firm, które pomimo tego, że padły ofiarami ataków ransomware, ostatecznie wyszły z opresji, ponieważ były w stanie przywrócić aktualne, pełne i zweryfikowane kopie danych ze zdalnych lokalizacji.
Na koniec przestroga dla organizacji, które padły ofiarami ataku ransomware. Cyberprzestępcy, którzy otrzymają okup od swoich ofiar, nie są absolutnie zobowiązani do dostarczenia im kluczy odszyfrowujących. Dlatego Veeam stanowczo odradza płacenie okupu, ponieważ takie ugięcie się przed cyberprzestępcami jedynie napędza rozwój nowych ataków i zachęca internetowych szantażystów do dalszego działania” – powiedział Tomasz Krajewski, szef zespołu inżynierów na Europę Wschodnią w Veeam Software.
Wyprzedaż EUR/USD ciąży złotemu
Fala wyprzedaży EUR/USD po wczorajszym posiedzeniu ECB, która sprowadziła kurs na 3-miesięczne minima, mocno ciąży złotemu. Publikowane dziś dane nt. amerykańskiego PKB mogą tę presję jeszcze wzmóc. Nie mniej jednak złotemu nie grozi dłuższa przecena. Nie przed listopadowym posiedzeniem RPP.
Piątkowy poranek przynosi kontynuację wczorajszego osłabienia złotego. O godzinie 10:13 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2585 zł (+0,4 gr), USD/PLN 3,6625 zł (+1,2 gr), a CHF/PLN 3,6655 zł (+0,5 gr), po tym jak wczoraj euro podrożało o 1,3 gr, dolar aż o 6 gr, a szwajcarski frank o 3,2 gr.
U źródeł osłabienia złotego leży przecena EUR/USD, do czego przyczyniły się wysłane przez Europejskie Bank Centralny (ECB) „gołębie” sygnały ws. polityki monetarnej, a także spekulacje odnośnie przyszłego szefa Fed i ciąg dalszy zamieszania wokół Katalonii. W efekcie kurs EUR/USD spadł z okolic 1,18 do 1,1653 dolara wczoraj na koniec dnia, a dziś kontynuuje te spadki schodząc do 1,1615 dolara. Tak nisko para ta nie była od 3. miesięcy. Dodatkowo zostały przełamane wsparcia na 1,1661 i 1,1668 dolara, tworzone odpowiednio przez minima z sierpnia i pierwszych dni października. To zaś poważne ostrzeżenie przed kontynuacją wyprzedaży EUR/USD, co przy okazji negatywnie odbiłoby się na notowaniach złotego.
Presja na spadki EUR/USD z pewnością nasiliłaby się, gdyby publikowane dziś o godzinie 14:30 wstępne szacunki dynamiki amerykańskiego Produktu Krajowego Brutto (PKB) w III kwartale przekroczyły rynkowe prognozy na poziomie 2,5 proc. Rynek odebrałby to jako kolejne potwierdzenie, że Fed nie tylko podniesie stopy procentowe w grudniu, ale też pozostanie na ścieżce wzrostu stóp w przyszłym roku.
W najbliższym czasie dolara też może wzmocnić ogłoszenie przez prezydenta Trumpa nazwiska przyszłego szefa Fed. Szczególnie, że zarówno Powell, jak i Taylor, którzy pozostali na polu boju, prezentują nieco bardziej „jastrzębie” poglądy niż Janet Yellen.
Jakkolwiek spadki EUR/USD wywierają obecnie podażową presję na złotego, to w tej chwili nie należy obawiać się jego gwałtownej przeceny. Póki co ostatnie wzrosty polskich par jawią się jako korekta silnych spadków z pierwszej połowy października. Przed gwałtowną wyprzedażą złotego bronią obecnie oczekiwania na wyniki listopadowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej (7-8 listopada), podczas którego znane będą najnowsze prognozy gospodarcze z listopadowej projekcji inflacji, co może wpłynąć na zaostrzenie przez Radę retoryki ws. stóp procentowych. To o tyle istotne, że obecnie kwestia tego, kiedy RPP podniesie stopy w Polsce, jest jednym z głównych czynników trendotwórczych na złotym. Dlatego też ewentualna zmiana retoryki przez Radę, a zwłaszcza zmiana zdania przez prezesa Glapińskiego, który od roku twierdzi, że w 2018 nie będzie potrzeby podnoszenia stóp, stanie się silnym impulsem wspierającym złotego. I odwrotnie. Brak zmiany komunikacji przez Radę, przy jednoczesnym spadku inflacji w Polsce w kolejnych miesiącach, będzie wzmagał presję na osłabienie złotego w końcówce roku.
Wczorajsze i dzisiejsze wahania nie wpływają na zmianę układu sił na wykresie EUR/PLN. Wzrosty do 4,26 zł należy traktować jako korektę i ruch powrotny do dolnego ograniczenia kanału wzrostowego z jakiego euro wybiło się w tym miesiącu. Tym samym wciąż celem dla wspólnej waluty pozostają okolice 4,20 zł. Dopiero trwałe przekroczenie 4,26-4,27 zł zmieniłoby układ sił.
Wykres dzienny EUR/PLN wraz z prognozą potencjalnego ruchu
Sytuacja zmieniła się natomiast na wykresie USD/PLN. Dolar wraca do 3,66 zł, wokół którego to poziomu stabilizował się na przełomie września i października, a wcześniej poziom ten zatrzymał wzrosty w sierpniu. Stąd też należy uznać, że zapoczątkowany w grudniu 2016 roku trend spadkowy na USD/PLN ostatecznie został zakończony, a w kolejnych miesiącach dolar może wrócić do 3,80 zł. W najbliższych dniach natomiast pozostanie on na obecnych poziomach.
Na wykresie CHF/PLN, podobnie jak na EUR/PLN, póki co wzrosty są tylko korektą wcześniejszych spadków. Korekta ta nie powinna przekroczyć strefy 3,6708-3,6753 zł, czyli poziomu oporu wyznaczonego przez minima z sierpnia i września.
Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO
Co nowelizacja Dyrektywy o pracownikach delegowanych zmieni w branży transportowej?
W poniedziałek, 23 października w Luksemburgu odbyło się spotkanie Rady Unii Europejskiej w sprawie zmian w Dyrektywie o pracownikach delegowanych. Zgodnie z przyjętym przez organ stanowiskiem, kraje członkowskie będą musiały zastosować się do przyjętych przepisów w ciągu 3 lat od daty ich wejścia w życie. W jaki sposób nowe prawo wpłynie na polskie firmy transportowe?
Poniedziałkowe obrady Rady ds. Zatrudnienia, Polityki Społecznej, Zdrowia i Ochrony Konsumentów (EPSCO), dotyczyły nowelizacji Dyrektywy o delegowaniu pracowników. Dokładne brzmienie zaproponowanych przepisów nie jest jeszcze znane, jednak przyjęte przez EPSCO porozumienie w znacznym stopniu zmienia zapisy aktualnych regulacji. Przede wszystkim wprowadzono czasowy limit delegowania pracowników za granicę, wynoszący 12 miesięcy (z możliwością przedłużenia o kolejne 6 miesięcy). Po upływie tego czasu pracownik będzie podlegał praktycznie wszystkim przepisom kraju przyjmującego. „Przyjęte przez EPSCO stanowisko jest zupełnie sprzeczne z poglądami Polski. Rząd nie chciał wyrazić zgody nawet na pierwotną propozycję limitu delegowania pracowników, która wynosiła 24 miesiące” – komentuje Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.
Podczas głosowania nie było jednomyślności nawet wśród członków Grupy Wyszehradzkiej, ponieważ Czechy oraz Słowacja opowiedziały się za przyjęciem projektu. Polsce i Węgrom, które głosowały przeciwko zmianom w Dyrektywie, nie udało się zablokować decyzji Rady.
Co zmieni nowelizacja Dyrektywy o pracownikach delegowanych?
Zgodnie z zasadą „równa płaca za tą samą pracę w tym samym miejscu”, wynagrodzenia pracowników delegowanych, w tym także kierowców zawodowych wyjeżdżających w międzynarodowe trasy, znacząco wzrosną. Do tej pory, wedle zapisów Dyrektywy o delegowaniu, jedynie branża budowlana musiała wypłacać osobom zatrudnionym w tym sektorze wszystkie dodatki do pensji. „Nowelizacja Dyrektywy o delegowaniu pracowników okaże się szczególnie kosztowna dla właścicieli firm transportowych, którzy będą musieli dostosować się do zaprezentowanych zmian. Nie boję się zatem użyć sformułowania, że właściwie jedynym sukcesem, jeżeli chodzi o polskie negocjacje w Luksemburgu, jest długość okresu wprowadzania nowych przepisów. Czas na przygotowanie się krajów Unii Europejskiej do wdrożenia zmian ma wynieść 3 lata, firmy zaś będą miały na to rok dłużej” – wyjaśnia Kamil Wolański, ekspert OCRK.
W środę, 25 października stanowisko w zakresie zmian w Dyrektywie zajął także Parlament Europejski. Decyzja ta oznacza rozpoczęcie negocjacji z państwami członkowskimi UE w sprawie ostatecznego brzmienia przepisów. Jednak przewiduje się, że nie ma już szans na wyłączenie spod Dyrektywy sektora transportowego tak, by kierowcy zawodowi nie byli traktowani jako pracownicy delegowani. „Z nowych zapisów Dyrektywy nie udało się wyłączyć transportu międzynarodowego, o co szczególnie zabiegała Polska. Kwestia ta ma zostać uregulowana osobno, dopiero w trakcie prac nad Pakietem mobilności” – dodaje Kamil Wolański. Ważny będzie także finalny kształt zapisów dotyczących „kosztów związanych z podróżą służbową”, które obecnie są w znacznej mierze częścią wynagrodzenia polskich kierowców. Istotne, by pod pewnymi warunkami pozostały one częścią płacy minimalnej krajów zachodnich.
Podczas poniedziałkowych obrad Rada EPSCO przyjęła również częściowe porozumienie dotyczące ujednolicenia systemu ubezpieczeń społecznych w krajach UE. Przedstawiciele rządu Polski wyraźnie podkreślili swój sprzeciw wobec zmian dotyczących m.in. nakładania kar za wcześniejszy brak zaświadczeń A1 (retroaktywne wycofanie zaświadczeń).
W III kwartale 2017 roku najwyższa liczba niewypłacalności od 5 lat
Od początku roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) było 673 przypadków niewypłacalności przedsiębiorstw wobec 589 w ciągu trzech kwartałów 2016 r, co oznacza 14 procentowy wzrost.
Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.
Kluczowe wnioski:
- Spośród wielu przyczyn niewypłacalności wyłania się jedna konkluzja… firmy za mało zarabiają. Nie budują silnego zaplecza finansowego – stąd ich podatność na wszelkie zawirowania rynkowe jak opóźnienia w dopływie środków czy zmiany podatkowe
- Bardzo duże zróżnicowanie niewypłacalności w poszczególnych województwach – znacznym wzrostom ich liczby w jednych towarzyszy widoczny spadek w innych.
- Budownictwo – wahania liczby niewypłacalności w poszczególnych miesiącach, tym niemniej ich liczba nadal wysoka, a w przekroju kwartalnym rosnąca, a nie malejąca wraz z postępem sezonu budowlanego. Pociąga to za sobą problemy zaopatrujących je firm
- Produkcja i handel hurtowy – najwięcej było niewypłacalności firm zaopatrujących budownictwo; druga pod względem liczebności grupa – firmy dostarczające towary konsumpcyjne (w tym żywność)

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Na 9 miesięcy od początku roku z mniejszą liczbą opublikowanych niewypłacalności mieliśmy do czynienia tylko w maju i wrześniu, stąd 14% wzrost ich liczby po trzech kwartałach w stosunku do roku ubiegłego. W efekcie tego w trzecim kwartale opublikowano w Monitorach Sądowych informacje o niewypłacalności aż 255 polskich firm – najwięcej od 5 lat (od końca 2012 roku – wtedy w IV kw. było to 260 firm). Spodziewamy się, że do końca roku tempo wzrostu liczby niewypłacalności polskich firm nadal będzie dwucyfrowe. Za wcześnie jeszcze na pozytywne efekty dla finansów firm z powodu wzrostu cen produkcji sprzedanej, sygnalizowanego ostatnio m.in. przez Eurostat (w naszym kraju w sierpniu jeden z najwyższych w Europie – 4,5% r/r).
„Firmy produkcyjne (a ostatnio także budowlane) musiały w końcu podnieść ceny, gdyż w ciągu ostatnich kwartałów skumulował się wzrost ponoszonych przez nie kosztów – cen pracy (od kilku do kilkunastu procent w zależności od województwa) i materiałów” – zauważa Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka. „Czy to wpłynie na trwałe podniesienie rentowności, a w ślad za tym – zmniejszenie liczby niewypłacalności polskich producentów? To zależy, na ile wzrost cen będzie akceptowany przez rynek – trzeba więc obserwować poziom zamówień… Jest to też efekt wyczerpywania możliwości łatwego zwiększania skali produkcji bez istotnych inwestycji. Ale nawet jeśli w części przypadków zamówienia spadną, to bardziej istotny od obrotu będzie zysk, który może wzrosnąć (liczy się przecież nie wolumen, ale rentowność obrotu). Firmy maja w pierwszej kolejności zarabiać, a nie sprzedawać.”
Spośród wielu przyczyn niewypłacalności wyłania się jedna konkluzja… firmy za mało zarabiają (kwestia rentowności obrotu, finansowania działalności, przepływu środków)
Skąd tak duże zróżnicowanie pomiędzy województwami – w jednych wyraźny jest znaczny wzrost liczby niewypłacalności, a w innych jej spadek? Gdy zestawimy sektory, które stały za wyraźnym spadkiem lub wzrostem r/r niewypłacalności w poszczególnych regionach kraju, to zarówno w jednym jak i drugim przypadku są te same branże: budownictwo (wyraźna poprawa w 4, a pogorszenie w 6 województwach), handel (analogicznie lepiej w tym sektorze było w 7, a gorzej w 8 województwach), produkcja (tutaj poprawa w 3 a pogorszenie w 4 regionach)… Z jednym wyjątkiem – usługi, gdzie poprawa miała miejsce jedynie w Wielkopolsce (a drastycznie wzrosła liczba takich niewypłacalności na Mazowszu – o +19 przypadków r/r). Nie jest to jednak sektor odpowiedzialny za cały wzrost niewypłacalności, w innych województwach wzrosty liczby tych zdarzeń miały miejsce głównie w budownictwie (zachodniopomorskie +11 r/r czy warmińsko-mazurskie +6 r/r) jak i w produkcji (opolskie +7 r/r), a na Pomorzu rozłożyły się niemal równo pomiędzy wszystkie branże.
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Skoro nie ma jasnej mapy branż ewidentnie stojącymi za niewypłacalnościami, to może wspólne, łatwe do zidentyfikowania są przyczyny tego trendu? Tutaj też jest wiele tropów, nierzadko sprzecznych – chociażby w budownictwie. Niewypłacalności następowały w nim z powody utraty rynku, braku zleceń albo… właśnie realizacji tychże zleceń, ale przy niskiej ich rentowności. Obserwować można było całe spektrum przyczyn problemów firm – popytowe (brak zleceń, duża konkurencja – stagnacja cen przy wzroście kosztów), finansowe (krótkoterminowe finansowanie, słaba akumulacja środków własnych), prawno-podatkowe (zmiana prawa naprawczego – domino postępowań restrukturyzacyjnych, luki w przepisach; obciążanie firm odpowiedzialnością za błędy lub wyłudzenia nawet odległych w ich łańcuchu dostaw kontrahentów)…
„O ile w przypadku konkretnych firm łatwo zidentyfikować ich problemy lub przyczyny niewypłacalności, to jednoznaczna obecnie diagnoza w skali całego kraju nie jest łatwa. Nie stoi za tym prosty schemat podażowo-popytowy, a przy tym sytuacja dynamicznie się zmienia. Jak zatem podsumować trzy kwartały 2017 roku w temacie niewypłacalności polskich przedsiębiorstw – które wzrosły w tym czasie w tempie 14% r/r? Przy wielu przyczynach wzrostu niewypłacalności, konkluzja natury ogólnej jest taka, że nie ma jednoznacznie pewnych lub zagrożonych branż czy regionów. Najbardziej prozaiczne i wspólne dla tych wszystkich przyczyn jest to, iż firmy za mało zarabiają” – mówi Tomasz Starus.
Wszystkie oczy skierowane na budownictwo – sezon budowlany nie wpłynął (jeszcze) na trwałą poprawę sytuacji
Budownictwo – rok do roku po trzech kwartałach niewypłacalności w nim jest więcej, a sam wrzesień wiosny jeszcze nie czyni (14 niewypłacalności wobec 16 przed rokiem)… Chronologia jego problemów w poszczególnych kwartałach wyglądała następująco: w pierwszym opublikowano informacje o niewypłacalności 43 firm budowlanych (wykonawczych), w drugim 30, a w trzecim – 50. Czyli trudno mówić o trendzie spadkowym na skutek narastania zleceń wraz z rozwojem sezonu budowlanego. Nic takiego nie miało miejsca – może jest jeszcze na to za wcześnie?

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Na przykładzie września potwierdzają się trendy z ostatnich miesięcy: publikowane ostatnio przypadki niewypłacalności firm budowlanych dotyczyły głównie firm ogólnobudowlanych, rzadkie w tym gronie są przypadki firm wyspecjalizowanych w konkretnych pracach (we wrześniu – dwa przypadku, które ponadto odnosiły się do małych firm). Problemy miały głównie firmy ogólnobudowlane. Charakterystyczne dla części z nich były bardzo duże wahania przychodów w ostatnich latach – gwałtowny spadek z 25 na 3 mln zł w skali roku, albo gwałtowny ich wzrost i nagłe załamanie np. rok po roku 2/26/74 mln zł, a mimo to firma upadła. Wyodrębnić można dwa scenariusze problemów w budownictwie – pierwszy to spadek obrotów, brak zleceń przy utrzymywaniu rentowności sprzedaży na poziomie od kilkunastu do kilkudziesięciu procent (40%), a drugi to realizacja zleceń, ale przy osiąganej rentowności sprzedaży w ostatnich latach zazwyczaj na poziomie poniżej 1%.
Spisanie na straty giełdy w USA było przedwczesne
- Amerykańskie fundusze ETF inwestujące na rynku akcji zanotowały napływ kapitału – po raz pierwszy od miesiąca.
- Mniej pieniędzy napłynęło na giełdy w Europie, bo inwestorzy analizują perspektywy dla gospodarki strefy euro.
- Akcje rynków wschodzących wciąż mają potencjał. Jednak możliwa jest korekta spadkowa po tegorocznych wzrostach.
Rynki wschodzące są w tym roku bardzo mocne. Indeks MSCI EM, który obrazuje koniunkturę na giełdach emerging markets wzrósł już o ponad 30%. W tym samym czasie MSCI World, który odzwierciedla kondycję rozwiniętych rynków akcji, zyskał o połowę mniej. Paliwem do kontynuacji hossy na rynkach wschodzących są tańsze niż na giełdach rozwiniętych akcje oraz dynamiczniej rosnące zyski spółek.
Czynnikami ryzyka dla rynków wschodzących są Chiny (pomimo że gospodarka Państwa Środka jest silna) oraz skala tegorocznych wzrostów, która stwarza pretekst do technicznej korekty spadkowej. Niewiadomą – również dla rynków rozwiniętych – jest też polityka amerykańskiego banku centralnego (Fed). Warto o tym pamiętać, układając swój portfel inwestycyjny na najbliższy czas.
USA zyskuje kapitał, Europa z zadyszką
Patrząc na rynki rozwinięte, interesująco wyglądają globalne przepływy kapitału inwestycyjnego pomiędzy USA i Europą. W ostatnim tygodniu amerykańskie fundusze ETF zanotowały dodatnie saldo napływów i odpływów – po raz pierwszy od miesiąca. W tym samym czasie fundusze pasywne odwzorowujące zachowanie europejskich indeksów giełdowych cieszyły się najniższym zainteresowaniem od kilku tygodni.
To wyraźne zanegowanie scenariusza jeszcze do niedawna rozgrywanego przez inwestorów – kupowania europejskich akcji w nadziei na poprawę sytuacji gospodarczej i sprzedawania amerykańskich akcji, które w wyniku długotrwałej hossy podrożały do pozornie nieatrakcyjnych już poziomów.
Porównanie tegorocznych wzrostów nowojorskiego indeksu S&P 500 oraz STOXX Europe 600 pokazuje, że spisanie giełdy w USA na straty było przedwczesne, a wiara inwestorów w Europę nieco zbyt silna.
Inwestorzy obserwują europejską gospodarkę
Wyhamowanie napływu kapitału na rynki akcji w Europie zbiegło się w czasie z dobrymi danymi makro napływającymi z sektora przemysłowego strefy euro. W październiku koniunktura w przemyśle okazała się najlepsza od lutego 2011 roku (to pochodna wzrostu zamówień eksportowych). Pogorszyła się natomiast sytuacja w sektorze usługowym. W rezultacie zbiorczy odczyt PMI, który obrazuje sytuację w przemyśle i usługach, był niższy niż miesiąc wcześniej.
Kluczowe pytanie brzmi, jak strefa euro będzie sobie radziła w kolejnych miesiącach. Patrząc na prognozy PKB, sytuacja wygląda nieźle. Niedawno Europejski Bank Centralny podniósł prognozy wzrostu gospodarczego dla strefy euro na ten rok do 2,2% z 1,9% oczekiwanych w czerwcu. Z drugiej strony pojawiają się analizy sugerujące słabnięcie wskaźników wyprzedzających koniunkturę w Europie, np. PMI.
Który z tych scenariuszy się zrealizuje? Dowiemy się już niebawem. Jeśli jednak gospodarka udowodni swoją siłę, europejskie akcje mogą pozytywnie zaskoczyć.
Michał Milewski, zarządzający funduszami Union Investment TFI
Kursy walut po posiedzeniu ECB
Jak z oczekiwanej decyzji zrobić niespodziankę? Zapytajcie Mario Draghiego. Kilka kosmetycznych zmian w przekazie uczyniło z ogłoszenia redukcji skupu aktywów gołębią decyzję. Euro traci, gdyż odpada kolejny bank centralny, co do którego były większe oczekiwania normalizacji polityki. Wcześniej odpadł Bank Kanady, a za tydzień podobne losy może podzielić Bank Anglii. Pozostaje tylko Fed i dolar.
Program QE został zmieniony tak, jak tego generalnie oczekiwano: ECB będzie skupować aktywa za 30 mld EUR miesięcznie do września 2018 r. Program został pozostawiony bez określonego terminu zakończenia, a na konferencji prezes Draghi podkreślił, że nikomu nie zależy na nagłym przerwaniu skupu. W najbliższych miesiącach ECB może się wycofać z tej deklaracji lub redukować tempo o 10 mld co miesiąc i zakończyć QE w grudniu 2018 r. Wyraźnie gołębi wydźwięk miała natomiast kwestia reinwestycji środków z zapadających obligacji, która ma trwać jeszcze długo po zakończeniu programu. ECB nie zrezygnował też z pozostawienia sobie otwartej furtki do ponownego zwiększenia programu, gdyby pojawiły się problemy dla gospodarki. Ogólnie Draghi i spółka odhaczyli wszystkie punkty planu, który miał zapewnić, że rynek nie będzie budował oczekiwań na wcześniejszą podwyżkę stóp procentowych. Przed wczorajszą decyzją rynek zakładał pierwszą podwyżkę w marcu ’19. Teraz musi odsunąć te oczekiwania co najmniej na czerwiec ’19. Przez wiele wakacyjnych tygodni rynek budował pozycje na wzrosty euro i teraz ta strategia stanęła pod dużym znakiem zapytania. Jakkolwiek w długim terminie fundamenty obrona EUR i dadzą podstawy do umocnienia, tak do końca roku EUR pozostanie pod presją.
Czwartkowe postanowienia ECB mają też implikacje w szerszym ujęciu. Wyparowuje motyw spójnego dążenia banków centralnych do normalizacji polityki pieniężnej. W tym tygodniu oprócz ECB hamulec zaciągnął Bank Kanady, który już w tym roku nie dokona trzeciej podwyżki. Jeśli ECB wstrzymuje się z normalizacją, podobnie postąpią uzależnione od niego Riksbank i Norges Bank (nie chcą przedwcześnie umocnić swoich walut). Za tydzień podwyżkę zakomunikować powinien Bank Anglii, ale na rynku rośnie przeświadczenie, że otrzymamy jeden krok a potem długo nic. Na tym tle ponownie zaczyna błyszczeć USD, gdzie Fed ma wszystkie argumenty, by nie rezygnować z zacieśniania. Wczoraj Izba Reprezentantów przyjęła rezolucję budżetową już przegłosowaną w Senacie i jest na dobre drodze rozpoczęcia procedowania reformy podatkowej. Jej zatwierdzenie oznacza obniżki podatków dla gospodarstw domowych i firm, co wesprze ożywienie gospodarcze. A to już ma się dobrze, gdyż dane makro z USA w ostatnim czasie wyraźnie zaskakują na plus (widać to w silnym odbiciu indeksu zaskoczeń). Warunki zdają się idealne, by premiować dolara do końca roku.
Dziś w kalendarzu spokojniej niż w czwartek. W Europie intersujące mogą być komentarze Jensa Weidmanna z ECB/Bundesbanku i jego jastrzębie nastawienie może dać chwilowe odbicie euro i okazję dla chcących sprzedać walutę. Z USA otrzymamy pierwszy szacunek PKB za III kw., gdzie niepewność dotyczy wpływu serii huraganów, która uderzyła w południowo-wschodnie wybrzeże.
Złoty traci od wczoraj, gdyż decyzja ECB nie jest dobrą wiadomością. Po pierwsze, jeśli ECB nie zamierza spieszyć się z podwyżkami, spadną też oczekiwania na podobne ruchy innych baków w regionie, w tym dla polskiej RPP. Po drugie, przerzucenie ponownie uwagi na USD będzie ciążyć na klimacie względem rynków wschodzących. Fundamenty polskiej gospodarki są bardzo dobre i chronią złotego, ale czynnik ten zwykle przerywa, kiedy rajd dolara wychodzi na pierwszy plan. EUR/PLN może zostać wyciągnięty do 4,27-4,28, ale mocniejsze ruchy czekają USD/PLN.
Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.
Stopy procentowe, GBPUSD – ważne dane makroekonomiczne
Przyszły tydzień w kalendarzu makroekonomicznym jest wypełniony po brzegi. Od poniedziałku do piątku czekają na nas ważne dane. W pierwszy dzień sesji najważniejsze dane będą pochodziły ze Stanów Zjednoczonych. Poznamy dochody oraz wydatki osobiste. Pamiętajmy, że gospodarka amerykańska w głównej mierze oparta jest na konsumpcji, wzrost dochodów osobistych a także wydatków powinien przełożyć się na mocny wzrost amerykańskiej waluty. Oprócz tego poznamy europejską koniunkturę w przemyślę oraz niemiecką inflację. We wtorek poznamy dane z Japonii (stopę bezrobocia, decyzję w sprawie stóp procentowych oraz raport kwartalny BOJ), Wielkiej Brytanii, Chin oraz Strefy Euro. W pierwszym dniu nowego miesiąca poznamy przedsmak piątkowego raportu z amerykańskiego rynku pracy oraz kosz pieniądza. Nadchodzący czwartek uznawany jest za „super czwartek”, ponieważ poznamy koszyk danych od brytyjskiego banku centralnego. Ostatni dzień sesji zostanie zdominowany przez amerykański rynek pracy.
Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets
Stopy procentowe – Japonia, Wielka Brytania oraz Stany Zjednoczone
Jako pierwsze zostaną opublikowane stopy procentowe w Japonii, które mają pozostać na niezmienionym poziomie. Nikogo to nie powinno dziwić, ponieważ BoJ jest jednym z najbardziej gołębich banków centralnych na świecie.
Kolejny bankiem, który ogłosi decyzję w sprawie stóp procentowych jest Rezerwa Federalna. Tak samo jak w Japonii inwestorzy nie spodziewają się podwyżki kosztu pieniądza, ale tylko na najbliższym spotkaniu. Prawdopodobieństwo wzrostu oprocentowania na najbliższym spotkaniu dni wynosi 0.3 proc. Natomiast na grudniowym posiedzeniu prawdopodobieństwo kolejnej podwyżki oszacowano na 83 procent.
Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA

Źródło: Bloomberg
Ostatnim bankiem koszt pieniądza jest Bank Anglii. Prawdopodobieństwo na podwyżkę stóp procentowych wzrosło do 90 procent, zatem rynek oczekuje na podwyżkę. Ponadto rozkład prawdopodobieństwa wskazuje, że na jednej podwyżce się nie skończy.
Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w UK

Źródło: Bloomberg
Duża deprecjacja GBP na szerokim rynku doprowadziła do wzrostu inflacji. Jeżeli ta utrzyma się na dotychczasowym poziomie, to powinniśmy spodziewać się kontynuacji jastrzębiej retoryki banku centralnego.
Nonfarm payrolls – nowe miejsca pracy poza rolnictwem
Dane z amerykańskiego rynku pracy zostaną opublikowane o godzinie 13:30. Oprócz samych miejsc pracy poznamy stopę bezrobocia oraz czynnik, który na przełomie ostatnich kilku miesięcy jest najważniejszy – płaca godzinowa.
Stopa bezrobocia spada sukcesywnie od 2009 roku. Aktualnie znalazła się na poziomie 4.2 procenta, co sugeruje bezrobocie naturalne. Jest to wielkość bezrobocia w warunkach równowagi na rynku pracy. Jest to odsetek siły roboczej obejmujący tych, którzy nie chcą podjąć pracy przy płacy realnej zapewniającej równowagę i są dobrowolnie bezrobotni.
W takich warunkach powinniśmy zobaczyć rosnącą inflacje oraz presję na wzrost płacy, jeżeli płaca pozostaje na takim samym miejscu, to mamy do czynienia z niezdrowym rynkiem pracy.
Prognoza wzrostu płacy godzinowej miesiąc do miesiąca wynosi 0.4 procenta. Wszystko poniżej tej wartości powinno doprowadzić do wyprzedaży dolara amerykańskiego. Odczyt powyżej prognozy powinien umocnić dolara amerykańskiego. Nie zapominajmy również o samym odczycie nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym. Strategie, które możemy przyjąć pod publikację piątkowych danych makroekonomicznych została przedstawiona poniżej.
Możliwe zachowanie EUR/USD na piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy

Źródło: Opracowanie własne
Przez ostatnie kilka miesięcy mogliśmy zaobserwować dwie reakcje związane z publikacją danych. Pierwsza była powiązana z liczbą miejsc pracy. Wyższy odczyt od prognozy doprowadzał do umocnienia dolara amerykańskiego, słabszy odwrotnie.
Niemniej jednak w warunkach neutralnej stopy bezrobocia liczy się płaca godzinowa, która powodowała druga rekcję na rynku. Wszystkie możliwe scenariusze oraz reakcję pary walutowej EUR/USD zostały przedstawione w powyższej tabeli.
Instrument do obserwacji
Ze względu na rosnące stopy procentowe warto przyjrzeć się parze walutowej GBPUSD. Notowania funta brytyjskiego w stosunku do dolara amerykańskiego od początku roku poruszają się w trendzie wzrostowym. Na interwale dziennym możemy wyrysować kanał wzrostowy. Dzięki ostatniej korekcie notowania GBPUSD znalazły się w bardzo ciekawym miejscu. Poniżej kursu znajduje się mocne wsparcie w postaci strefy popytu 1.294-1.305 oraz dolne ograniczenie kanału wzrostowego. Jeżeli bank Anglii podwyższy stopy procentowe oraz zapowie dalsze podwyżki, to byki prawdopodobnie obronią wspomniane strefy. W takim przypadku notowania mogłyby zacząć podążać w kierunku strefy podaży w 1.36.
Notowania GBPUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral markets
Dział Analiz Admiral Markets
Zapotrzebowanie na rzetelne i opiniotwórcze treści będzie rosło. Zalew fake newsów zwiększy rolę tradycyjnych mediów

Zjawisko fake newsów, napędzane przez upowszechnianie się mediów społecznościowych, to coraz większy problem, którego efektem jest spadek zaufania społecznego – nie tylko do mediów, lecz także do instytucji publicznych. Eksperci zauważają, że fake newsów nie da się oddzielić od faktów, dopóki nie zmienią się nawyki czytelników, przyzwyczajonych do szybkiej i pobieżnej konsumpcji treści. Paradoksalnie, to zjawisko może też spowodować, że do łask wrócą media tradycyjne i wzrośnie zapotrzebowanie na opiniotwórcze, rzetelne dziennikarstwo. To wnioski z warsztatu Komitetu Dialogu Społecznego KIG „Wpływ technologii informacyjnych na społeczną rzeczywistość”.
– Walka z fake newsami jest trudna i odniesienie sukcesu na tym polu jest dużym wyzwaniem. Każdy z nas może się nauczyć, jak rozpoznawać fake newsy. Musimy być bardziej ostrożni, korzystając z internetu i z mediów w ogóle, bardziej uważnie czytać to, co do nas trafia, nie tylko tytuły i leady, lecz także całe artykuły. Musimy odejść od czytania pionowego, to znaczy scrollowania ekranu na telefonie – czy to w mediach społecznościowych, czy na stronach portali informacyjnych, ale otwierać linki, czytać je, dowiadywać się więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Biel z Grupy TVN, trener w Fundacji Reporterów.
Fake newsy, czyli fałszywe i spreparowane informacje, coraz częściej wygrywają z faktami. Według badań amerykańskiego serwisu BuzzFeed, dezinformacja ma większy zasięg i szersze grono odbiorców niż prawdziwe newsy, a w większości przypadków jej celem są zyski finansowe albo korzyści polityczne.
Walkę z internetową propagandą i zalewem fake newsów zapowiedziały już m.in. Google, Wikipedia czy Facebook, który wiosną zaczął oznaczać mało wiarygodne wiadomości czerwonym trójkątem z ostrzegawczym wykrzyknikiem. Globalni giganci podjęli wspólną inicjatywę, która ma walczyć z fałszywymi informacjami i przywrócić zaufanie do treści.
– W mediach społecznościowych pojawia się wiele nieprawdziwych treści. Wszystkim uczestnikom społeczności powinno zależeć na tym, aby same platformy zadbały o rzetelne i prawdziwe treści. Jeżeli użytkownicy nie będą mieli zaufania do treści, które czytają, to spowoduje zmniejszenie zaufania do tej platformy i jej użyteczności. Jest szansa, że platformy same zaczną tworzyć rozwiązania do walki z fake newsami, bo to leży w ich interesie – uważa Sebastian Bykowski, wiceprezes i dyrektor generalny Press-Service Monitoring Mediów.
Fałszywe newsy zmniejszają zaufanie do mediów internetowych i społecznościowych oraz firm, a nawet publicznych instytucji. Walka z nimi jest trudna, ponieważ rozprzestrzeniają się błyskawicznie i mają efekt kuli śnieżnej. Problem dezintegracji społecznej wynika też z mechanizmu mediów społecznościowych, które podsuwają czytelnikom określone, sprofilowane treści na podstawie tego, co lubią i udostępniają ich znajomi.
– Żyjemy w pewnego rodzaju bańkach informacyjnych, wśród ludzi, którzy mają podobne poglądy czy reprezentują podobny punkt widzenia. Rzetelny dialog wymaga dostępu do różnego rodzaju treści. Największym problemem jest dziś to, że treści proponowane nam w mediach społecznościowych wynikają z tego, co czytają nasi znajomi. Przez to obracamy się ciągle w tej samej sferze informacyjnej. Receptą jest to, aby algorytmy dorzucały nam więcej informacji spoza tej sieci – wyjaśnia Sebastian Bykowski.
Beata Biel podkreśla, że w walce z propagandą i fake newsami duże znaczenie mają nawyki czytelników przyzwyczajonych do szybkiej i pobieżnej konsumpcji treści. Moment zastanowienia i większe skupienie na czytanym tekście może pomóc w odróżnieniu prawdy od fałszu.
– Zawsze rekomenduję, aby stawać się internetowymi detektywami – zagłębiać się w to, co czytamy, poznawać więcej bohaterów tekstów, o których piszą autorzy. Poznawać autorów tekstów i zawsze reagować, kiedy intuicja mówi nam, że coś jest niewiarygodne – zdjęcie, artykuł czy wideo. Lepiej to sprawdzić, bo prawdopodobnie nie warto temu wierzyć – mówi Beata Biel.
– Najważniejsza jest edukacja, kształcenie ludzi, aby sięgali do jak największej liczby źródeł. Bez pokazania, że media wcale nie są obiektywne, każde z nich reprezentuje określone idee czy spojrzenie na dany temat – młodzi ludzie nie będą dostrzegać też zagrożeń płynących z korzystania z ograniczonej liczby źródeł informacji – dodaje Sebastian Bykowski.
Eksperci oceniają, że paradoksalnie zjawisko fake newsów może się przyczynić do zwiększenia zapotrzebowania na rzetelnie, opiniotwórcze i wiarygodne dziennikarstwo. Dużą rolę w walce z postprawdą, dezinformacją i fake newsami mogą też odegrać tradycyjne, offline’owe media.
– Nie da się prowadzić odpowiedzialnego dyskursu społecznego bez pokonania baniek informacyjnych. Ogromną rolę w tym procesie odgrywają nie tylko media społecznościowe, lecz także media offline’owe, które oddziałują na nas w innym środowisku, niezwiązanym z bańkami informacyjnymi, które spotykamy w sieci internetowej. Można powiedzieć, że to właśnie media tradycyjne, które nadal mają dużą rolę opiniotwórczą, mogą odegrać ważną rolę w podtrzymywaniu demokratycznego dyskursu społecznego – mówi prezes Press-Service Monitoring Mediów.
– Rzetelne dziennikarstwo zawsze będzie istniało, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ludzie coraz bardziej potrzebują pogłębionych, dobrych treści. Z drugiej strony nie wątpię, że będziemy mieć również zapotrzebowanie na newsy o Kim Kardashian, ale coraz więcej ludzi będzie chciało czytać dobre reportaże, pogłębione analizy, dobre, rzetelne dziennikarstwo. Ono na pewno nie zniknie – dodaje Beata Biel.
Milion Polaków choruje na łuszczycę. Połowa z nich cierpi na depresję związaną z brakiem akceptacji społecznej

Według statystyk w Polsce na łuszczycę choruje prawie milion osób. Wielu chorych z powodu wstydu nie zgłasza się jednak do lekarza, więc liczba ta może być znacznie wyższa. Większość nie ma też dostatecznych informacji na temat swojej przypadłości, podobnie jak reszta społeczeństwa. Aby zwiększyć świadomość Polaków w tym zakresie, ruszył program edukacyjny „Nie traktuj łuszczycy powierzchownie!”. Jego celem jest pomoc pacjentom oraz zmiana nastawienia społeczeństwa wobec chorych.
Łuszczyca atakuje nie tylko skórę, lecz także wiele narządów wewnętrznych. Może się wiązać z występowaniem wielu poważnych schorzeń, takich jak zawał, udar, nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, depresja oraz zapalenie stawów. Problemem dla pacjentów z zaawansowaną postacią choroby jest również brak dostępu do długotrwałej terapii nowoczesnymi lekami biologicznymi.
Wbrew powszechnej opinii (także wśród wielu pacjentów) łuszczyca to coś więcej niż choroba skóry. Jest to przewlekły stan zapalny obejmujący cały organizm chorego, często współwystępujący z innymi chorobami atakującymi liczne narządy wewnętrzne. W dłuższym przebiegu łuszczycy u pacjenta mogą wystąpić choroby układu krążenia prowadzące do zawału mięśnia sercowego lub udaru, choroby układu pokarmowego, np. choroba Leśniowskiego-Crohna, zaburzenia metabolizmu, otyłość i cukrzyca.
– Nie powinniśmy zapominać o aspekcie psychicznym. Złe samopoczucie wywołane tą chorobą skóry niestety jest bardzo silnie zaznaczone u pacjenta i prowadzi często do nerwicy lękowej, depresji czy poważnych zaburzeń nastroju – mówi agencji informacyjnej Newseria dr n. med. Piotr Gryglas, internista, kardiolog, hipertensjolog, ordynator Oddziału Internistycznego w SPZOZ w Płońsku.
W zależności od postaci i stopnia zaawansowania łuszczycy stosuje się inne metody leczenia. Przy niewielkiej ilości zmian skórnych możliwe jest stosowanie preparatów o działaniu zewnętrznym, m.in. maści gotowych lub przygotowywanych według recepty lekarza. Niektóre z nich mogą brudzić ubranie, uniemożliwiając pacjentowi normalne funkcjonowanie. Standardem wciąż jest użycie kortykosteroidów, choć powinno być ono stosowane pod ścisłą kontrolą lekarza i zgodnie z jego zaleceniami.
– Lekarze medycyny rodzinnej stosują u pacjentów kortykosteroidy na niektóre części ciała jak twarz, okolice pachwiny, pachy. My także je polecamy, jednak zmiany szybko ustępują po kortykosteroidach, ale równie szybko wracają – mówi prof. Joanna Maj, Konsultant Krajowy w dziedzinie dermatologii i wenerologii, z Katedry i Kliniki Dermatologii, Wenerologii i Alergologii UM we Wrocławiu.
Inną metodą leczenia łuszczycy jest fototerapia wykorzystująca promienie ultrafioletowe UVA i UVB. Działają one przeciwzapalnie i hamują nadmierne namnażanie komórek naskórka. Niestety lekarze mają ograniczone możliwości kierowania pacjentów na wystarczającą liczbę naświetlań ze względu na ograniczenia ze strony NFZ. W standardzie terapii znajduje się także leczenie lekami o działaniu immunomodulującym. Ciężkie postacie łuszczycy można również poddawać terapii nowoczesnymi lekami biologicznymi, które spowalniają przebieg choroby i pozwalają pacjentowi wrócić do normalnego życia. W Polsce terapią taką objętych jest rocznie zaledwie ok 380 osób. Dlatego ważne jest, by chorzy z łuszczycą umiarkowaną i ciężką pytali lekarza prowadzącego o możliwość włączenia do programu lekowego lekami biologicznymi.
– Leki biologiczne w Polsce są stosowane tylko w programach lekowych, ponieważ ich koszt jest zbyt wysoki, aby pacjent mógł kupić sobie taki lek. Długość trwania terapii jest ograniczana przez zapisy programu lekowego do 48 lub 96 tygodni. Lek biologiczny powinien być stosowany tak długo, jak długo jest skuteczny, czyli teoretycznie nawet do końca życia, natomiast u nas ten czas jest ograniczony – mówi prof. Joanna Maj.
Długotrwała terapia biologiczna jest znacznie lepiej tolerowana niż tradycyjne leczenie systemowe. Co więcej, odstawienie leków może skutkować tzw. efektem z odbicia, czyli nawrotem zmian chorobowych, a także słabszą odpowiedzią na kolejne podanie leku.
Łuszczyca wciąż należy do chorób objętych społecznym tabu. Nadal obecne są powszechne, krzywdzące stereotypy dotyczące tego schorzenia, m.in. przeświadczenie o zakaźnym charakterze łuszczycy. Chorzy niemal na każdym kroku doświadczają społecznego ostracyzmu, nawiązywanie pozytywnych relacji społecznych jest w ich przypadku znacznie utrudnione. Wielu chorych unika kontaktów z ludźmi, częste są przypadki zaburzeń nastroju i nerwicy lękowej. Według statystyk na depresję cierpi połowa pacjentów. Dlatego tak ważne jest właściwe rozumienie problemów związanych z łuszczycą w społeczeństwie. Ogromną rolę odgrywają tu także sami pacjenci.
– Pacjent powinien dać prawo innym osobom do tego, aby reagowały dziwnie na jego manifestacje skórne, ponieważ oni nie zawsze wiedzą, jak reagować. Po drugie, pacjent nie powinien traktować tego jako atak na siebie. Namawiam wszystkich pacjentów, aby wykorzystywali tego rodzaju sytuacje w miejscach publicznych do tego, aby edukować innych, mówiąc na przykład: Tak, wiem, wygląda to słabo, choruję na łuszczycę, ale mam dobrą wiadomość – to nie jest choroba zakaźna – mówi Marcin Renduda, ekspert ds. komunikacji z pacjentem.
Łuszczyca należy do grupy chorób uważanych powszechnie za wstydliwe, pacjentowi trudno jest się otworzyć nawet podczas rozmowy z lekarzem. Istotne jest więc odpowiednie podejście ze strony przedstawicieli ochrony zdrowia. Według Marcina Rendudy lekarze powinni poświęcić kilka minut na nawiązanie relacji z chorym i rozmowę o samopoczuciu psychicznym pacjenta, jego emocjach związanych z chorobą i codziennym funkcjonowaniu.
Program edukacyjny „Nie traktuj łuszczycy powierzchownie!” zainaugurowany przez Fundację „Żyjmy Zdrowo” pod patronatem Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego popularyzuje wiedzę na temat choroby. Skierowany jest do pacjentów, ich rodzin i ogółu społeczeństwa. W ramach programu została uruchomiona strona internetowa www.coukrywaskora.pl, na której pacjenci znajdą przydatne informacja na temat choroby i sposobów radzenia sobie z nią. Program realizowany przy wsparciu finansowym AbbVie Polska Sp. z o.o.
Startuje nowy program wsparcia dla młodych, innowacyjnych spółek. Warszawa ma szansę stać się centrum technologicznym dla firm z Europy Środkowo-Wschodniej

Dwie globalne firmy, EY oraz Microsoft, we współpracy z polską firmą technologiczną Senfino stworzyły w Warszawie szyty na miarę program akceleracyjny Startberry dla start-upów, które mogą wesprzeć duży biznes w cyfrowej transformacji. W inicjatywie, która wystartowała oficjalnie w tym tygodniu, uczestniczy 10 start-upów, które już podbijają międzynarodowe rynki. Trzej partnerzy mają ambicję, żeby utworzyć w Warszawie hub dla młodych spółek technologicznych z całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej.
– Polska ma się szansę stać regionalnym hubem dla start-upów. Nie jest to łatwa droga, dookoła mamy sporą konkurencję. Natomiast za nami przemawiają solidne fundamenty – mam na myśli głównie polskich inżynierów i software developerów, których jakość pracy jest dziś oceniana wysoko w świecie. Druga kwestia to duch przedsiębiorczości, który jest wpisany w DNA polskiego społeczeństwa. Widać coraz więcej inicjatyw, również rządowych, które mają wzmocnić polski ekosystem wsparcia dla start-upów, pomóc polskim przedsiębiorcom, a także ściągnąć do Polski inne podmioty z regionu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Witkowski, associate partner w firmie doradczej EY, odpowiedzialny za skierowany do start-upów program EYnovation.
Sytuacja sektora start-upów w Polsce z roku na rok jest coraz lepsza – to główny wniosek z najnowszego, tegorocznego raportu fundacji Startup Poland. Przyciągają zagranicznych inwestorów, a blisko połowa sprzedaje swoje produkty i usługi za granicą. Jest ich coraz więcej, mają też większe możliwości pozyskania finansowania i coraz powszechniej współpracują ze środowiskiem naukowym. Polskie specjalizacje to big data, analityka, internet rzeczy, narzędzia deweloperskie i nauki przyrodnicze, a 17 proc. młodych, innowacyjnych spółek rozwija się w tempie przekraczającym 50 proc. miesięcznie – wynika z raportu „Polskie start-upy 2017”.
Potencjał w tym sektorze dostrzega też rząd. Uchwalona w tym roku Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zakłada zwiększenie nakładów na badania i rozwój (B+R) do 1,7 proc. PKB w 2020 r. i powstanie 1,5 tys. nowych start-upów w ciągu 7 lat. W ubiegłym roku wystartował program Start in Poland stworzony z myślą o innowacyjnych projektach i przedsiębiorcach. Rząd zamierza przeznaczyć na niego w sumie 3 mld zł. Według wicepremiera Mateusza Morawieckiego drugie tyle będzie pochodzić od międzynarodowych funduszy venture capital.
Obok finansowania i przyjaznego ekosystemu prawnego kluczowa dla start-upów jest współpraca i wsparcie dużego biznesu. Dwaj liderzy w swoich segmentach rynku – firma doradcza EY oraz Microsoft – we współpracy z polską firmą technologiczną Senfino utworzyli w Warszawie program akceleracyjny Startberry, który oficjalnie wystartował w tym tygodniu.
– Microsoft, jako firma technologiczna, chce wnieść doradztwo w zakresie nowych technologii, sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego i najnowszych trendów. EY, jako doradca biznesowy, oferuje setki godzin bezpłatnej pracy swoich konsultantów, podpowiadających, skąd pozyskać pieniądze na finansowanie. To pozwoli wypracować najlepsze modele biznesowe. Z kolei Senfino, jako partner branżowy, będzie pomagał w animowaniu, dołączał kolejne start-upy do programu, łącząc je ze światem dużego biznesu – wyjaśnia Przemysław Szuder, dyrektor segmentu klientów kluczowych, małych i średnich firm oraz partnerów w Microsoft.
Cel Startberry to wspieranie innowacyjnych spółek technologicznych na drodze do globalnej ekspansji i rynkowego sukcesu. Ambicją partnerów jest stworzenie w Warszawie Startup Digital Valley – miejsca, w którym młode spółki technologiczne z całego regionu Europy Wschodniej i Centralnej będą ze sobą współpracować.
– Startberry tym różni się od innych programów, że jest szyty na miarę dla każdego z projektów. Na początku programu zapytano nas: czego potrzebujemy? Program dedykowany dla nas składa się tylko z elementów, których rzeczywiście potrzebujemy – wsparcia sprzedaży zagranicznej, pozyskiwanie nowych klientów. Już mamy pierwsze efekty Startberry – mówi Paweł Sieczkiewicz, prezes start-upu Telemedi.co, który tworzy rozwiązania z zakresu telemedycyny.
Startberry to program akceleracyjny, który będzie indywidualnie dopasowywany do potrzeb każdego start-upu biorącego w nim udział. Jest przeznaczony dla przedsięwzięć biznesowych, które mają już prototypy czy wdrożenia swoich rozwiązań lub nawet mają za sobą pierwsze sprzedaże, a także dla młodych spółek technologicznych, które oferują rozwiązania klasy enterprise w modelu B2B i odpowiadają na potrzeby dużego biznesu związane z cyfrową transformacją.
Pierwszy program akceleracyjny Startberry rozpoczął się w czerwcu 2017 roku. W pierwszej edycji bierze udział dziesięć start-upów, które tworzą rozwiązania w takich obszarach jak diagnozowanie autyzmu, wykorzystanie zaawansowanej analityki w operacjach finansowych, stworzenie sztucznego mózgu czy usprawnianie komunikacji wewnątrz korporacji.
– Start-upy, które zostały wybrane do programu akceleracyjnego, działają międzynarodowo – mają międzynarodowy zestaw klientów i wdrożenia na całym świecie. Są też start-upy, które rozpoczęły ekspansję od Polski i już zdobywają kolejne biura i sieci partnerskie w kolejnych krajach – mówi Łukasz Leśniak z firmy technologicznej Senfino, partnera projektu Startberry – Bez wątpienia każdy z tych start-upów ma unikalny produkt w swojej dziedzinie. Są jedyne w swoim rodzaju, jak Harimata, która opracowała aplikację do wczesnego wykrywania autyzmu, a teraz pracuje nad aplikacją do wykrywania depresji, czy Telemedi.co, który stawia na nowy rynek telemedycyny.
Jednym z projektów uczestniczących w programie Startberry jest Devskiller i narzędzie, które ułatwia rekrutację programistów.
– Stworzyliśmy system, który weryfikuje kompetencje programistów w prawdziwym środowisku biznesowym. W procesie rekrutacji rozwiązują oni prawdziwe problemy biznesowe, z którymi borykają się firmy. W ten sposób wiemy, że dany programista sprawdzi się na stanowisku, na jakie jest rekrutowany – mówi Tomasz Winter, pomysłodawca Devskiller. – Jednym z większym problemów działów HR dziś jest brak narzędzi do weryfikacji umiejętności programistów. Muszą one angażować deweloperów, żeby to sprawdzić. Nasze narzędzie daje im możliwość takiej weryfikacji.
Siedzibą Startberry będzie industrialna przestrzeń, zlokalizowana w zespole budynków Praga306 przy ulicy Grochowskiej 306 w Warszawie. Każdego dnia ma się tu odbywać przynajmniej jedno wydarzenie rozwijające branżę – meetupy, hackatony, hackfesty, technologiczne open hours z inwestorami, demo i product days. Organizatorzy przyznają, że ich ambicją jest stworzenie warszawskiej start-upowej doliny cyfrowej dla start-upów z Europy Centralnej i Wschodniej. Do Startberry mogą też dołączać potencjalni partnerzy, którzy chcą realizować swoje pomysły. Druga edycja akceleratora jest planowana na styczeń 2018 roku.
Skandynawskie firmy jednymi z najbardziej pożądanych pracodawców. Zatrudniają w Polsce ponad 170 tys. osób

W dwóch tysiącach firm ze skandynawskim kapitałem pracuje w Polsce ponad 170 tys. osób. Nordyckie firmy zatrudniają na podstawie umów o pracę, oferują programy emerytalne, opiekę medyczną czy programy rozwoju pracowniczego, a także dbają o środowisko i lokalne społeczności. Dzięki temu są dla Polaków bardzo pożądanym pracodawcą – wynika z raportu Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej.
– W Polsce działa obecnie prawie dwa tysiące firm ze skandynawskim kapitałem, które w ciągu ostatniej dekady zainwestowały tu ponad 11 mld euro i stworzyły ponad 170 tys. miejsc pracy. Największym pracodawcą skandynawskim na polskim rynku jest obecnie Ikea Industry Poland, która zatrudnia ponad 10 tys. pracowników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Kowalcze, dyrektor Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej (SPCC).
Polski i skandynawski rynek różnią się między sobą w wielu aspektach, ale w żaden sposób nie wpływa to na coraz silniejsze powiązania biznesowe i gospodarcze między nimi – wynika z raportu „Skandynawskie miejsce pracy” opublikowanego przez SPCC.
– Współpraca gospodarcza między Polską a krajami skandynawskimi rozwija się bardzo dobrze. Firmy skandynawskie postrzegają Polskę jako kraj bardzo atrakcyjny, z dużym rynkiem i 40 milionami potencjalnych klientów oraz dobrze rozwijającą się gospodarką. Wymiana handlowa między Polską a krajami skandynawskimi wynosi łącznie około 20 mld euro rocznie – z czego eksport stanowi około 11 mld euro, a import ok. 9 mld euro. Największym partnerem Polski spośród krajów skandynawskich jest Szwecja – mówi Agnieszka Kowalcze.
Firma budowlano-deweloperska Skanska, kosmetyczny Oriflame, Velux – jeden z największych producentów okien, Scania, Nordea, Cybercom, IKEA, Ericsson czy producent farb Flügger – to najbardziej znane przykłady skandynawskich marek obecnych na polskim rynku.
Dyrektor Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej podkreśla, że obecność skandynawskich firm w Polsce ma nie tylko wymiar ekonomiczny, lecz także społeczny. Wraz z napływem skandynawskiego kapitału nastąpił także transfer wiedzy, technologii, doświadczeń oraz skandynawskiej kultury pracy, która powoduje, że firmy z Północy są cenionym przez Polaków pracodawcą. Wyróżnia je płaska struktura organizacji i brak hierarchii, które dobrze ilustrują skandynawski egalitaryzm, nastawienie na współpracę i szukanie konsensusu.
– Zaufanie to słowo-klucz i jedno z dóbr narodowych Skandynawii. Przynosi dobre efekty ekonomiczne i społeczne. Przekłada się na mniejszą liczbę formalnych regulacji, mniej konfliktów, a w rezultacie na wyższy poziom PKB. Ludzie są szczęśliwsi, chętniej przyjmują odpowiedzialne zadania i są bardziej otwarci na zmiany, ponieważ ufają w ich pozytywny rezultat – mówi Ulf Andreasson z Nordyckiej Rady Ministrów.
SPCC zauważa, że kraje skandynawskie od lat przodują w światowych rankingach oceniających poziom równowagi między życiem prywatnym a zawodowym oraz zadowolenia z pracy. W parze z wysokimi wskaźnikami satysfakcji idą dane dotyczące efektywności ekonomicznej, produktywności czy innowacyjności. Wskaźnik zatrudnienia, który w ubiegłym roku wyniósł w Polsce 69,3 proc., osiąga najwyższe wartości właśnie w krajach nordyckich (dla przykładu: 87,8 proc. w Islandii, 81,2 proc. w Szwecji i 78,6 proc. w Norwegii).
– Firmy skandynawskie są uważane na rynku za bardzo dobrze zarządzane. Cieszą się tez opinią bardzo dobrych pracodawców. Zasłużyły sobie na to miano m.in. tym, że są znane z mocno zakorzenionej etyki prowadzenia biznesu, transparentności i działań na polu społecznej odpowiedzialności biznesu. To ważny aspekt, który jest doceniany przez rynek. Wprawdzie wszystkie polskie i zagraniczne firmy wdrażają działania w tych obszarach, ale firmy skandynawskie są dużo bardziej skuteczne i autentyczne. Jest to doceniane przez pracowników i klientów – mówi Jacek Siwiński, prezes Velux Polska.
– Pracujemy nad tym, by nasze struktury były mniej hierarchiczne i bardziej płaskie, żeby ludzie mieli przestrzeń do powiedzenia tego, co myślą. Dużą uwagę zwracamy na zarządzanie przez wartości. Mamy cztery główne wartości, które są dla nas ważne: dbałość o życie, bycie transparentnym i etycznym, działanie razem i nastawienie na klienta. Staramy się łączyć pozytywy wynikające z naszej długiej obecności w Polsce i kultury skandynawskiej, która jest bardzo dobrze postrzegana na polskim rynku – dodaje Katarzyna Olczak, dyrektor ds. personalnych w Skanska CDE.
Dyrektor Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej podkreśla znaczenie stylu zarządzania, który stosują nordyckie firmy. Pracownicy mają nich większą swobodę w realizowaniu swoich zadań, co wiąże się z większą odpowiedzialnością, ale z drugiej strony działa motywująco. Ponadto skandynawskie firmy zatrudniają na podstawie umów o pracę, wprowadzają programy emerytalne, oferują opiekę medyczną czy programy rozwoju pracowniczego.
– Często w skandynawskich firmach wszyscy mówią do siebie po imieniu, również do swoich przełożonych, co w żaden sposób nie ujmuje roli lidera, a jednocześnie bardzo dobrze wpływa na integrację w zespołach. Skandynawskie firmy wyróżnia otwartość w komunikowaniu się, nastawienie na stałą wymianę informacji. Ważne decyzje są dyskutowane i podejmowane wspólnie z grupą. Dla nas, Polaków, może się to czasami wydawać irytujące albo dziwne, gdyż jesteśmy przyzwyczajeni do szybkiego podejmowania decyzji i jeśli konsultowanych to w bardzo wąskim gronie, ale z drugiej strony – doceniamy taką formę współpracy, ponieważ nasze zdanie jest cenione i mamy poczucie wpływu na to, co dzieje się w organizacji – mówi Agnieszka Kowalcze.
Jak wynika z raportu „Skandynawskie miejsce pracy”, opublikowanego przez SPCC, ten model zarządzania przynosi wymierne efekty: mieszkańcy Skandynawii są dłużej od Polaków aktywni zawodowo (obywatele Islandii pracują średnio 46 lat, w Polsce – 32,6 lat) i bardziej efektywni, co przekłada się na ilość czasu spędzanego w pracy. Podczas gdy przeciętny Polak pracuje 42,1 godz. w tygodniu (dane za 2016 rok), Duńczycy pracują średnio o 3,4 godz. krócej, podobnie jak Norwegowie.
Autorzy raportu SPCC podkreślają też wieloletnie starania krajów Skandynawii dotyczące zapewnienia kobietom równej pozycji na rynku pracy. Norwegia jako pierwsza na świecie wprowadziła wymóg, aby kobiety stanowiły przynajmniej 40 proc. członków zarządu spółek notowanych na giełdzie. W Islandii kobiety stanowią natomiast połowę parlamentu, a Finlandia notuje najwyższy na świecie odsetek wykształconych kobiet (49 proc.). Międzynarodowe rankingi wskazują obecnie północ Europy jako najlepsze miejsce do aktywności zawodowej dla kobiet. Równouprawnienie – podobnie jak zarządzanie różnorodnością, kultura pracy czy dbałość o środowisko – są częścią strategii firm skandynawskich.
Dyrektor ds. personalnych w Skanska CDE zauważa, że taki model prowadzenia biznesu może być odpowiedzią na wyzwania, z którymi pracodawcy mierzą się na polskim rynku pracy, tzn. zmianą pokoleniową, niskim poziomem zaangażowania i niedoborem pracowników, które wymuszają inne podejście do rekrutacji i zarządzania.
– Połączenie kultury skandynawskiej i polskiej przynosi bardzo dobre efekty. Polską kulturę postrzegam przez pryzmat przedsiębiorczości, pomysłowości i zaangażowania. Potrafimy dać z siebie bardzo dużo. Myślę, że kultura skandynawska tworzy podatny grunt, by jeszcze wzmacniać te mocne strony Polaków. I to się sprawdza. Osiągamy bardzo dobre wyniki właśnie dlatego, że czerpiąc ze wzorców skandynawskich, dajemy przestrzeń do uwolnienia polskiej kreatywności i zaangażowania – komentuje Jacek Siwiński, prezes Velux Polska.
W listopadzie ruszy konkurs na prototyp polskiego samochodu elektrycznego. Na światowym rynku jest nisza dla krajowych producentów

Spółka ElectroMobility Poland, która odpowiada za realizację projektu polskiego samochodu elektrycznego, zamierza ogłosić w listopadzie konkurs na prototyp takiego pojazdu. Niszą na tym rynku, którą mogą zagospodarować polscy producenci, są małe, miejskie elektryki. Eksperci podkreślają, że polski przemysł ma szansę z tym produktem zaistnieć na zagranicznych rynkach. Kluczem do sukcesu jest współpraca między producentami aut a producentami komponentów. Nawiązywaniu takich relacji miały służyć Targi Elektromobilności, które odbyły się 25 października w Warszawie.
– Targi Elektromobilności zostały zorganizowane, aby pokazać potencjał polskiego przemysłu w zakresie elektromobilności, ale również po to, aby rozpocząć nawiązywanie kontaktów między producentami pojazdów a producentami komponentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Zaremba, szef projektu ElectroMobility Poland. – Chcielibyśmy, aby do naszego konkursu na prototypy zgłosili się producenci, którzy mają doświadczenie w budowie i we wdrażaniu pojazdów na rynek, ale muszą oni być zasileni wiedzą producentów komponentów.
W połowie września spółka ElectroMobility Poland rozstrzygnęła konkurs na wizualizację nadwozia polskiego elektryka. Wyłonione zostały cztery najlepsze projekty. Pod koniec listopada EMP zamierza uruchomić kolejny etap – konkurs na budowę prototypów polskiego auta na prąd, który kierowany jest do producentów pojazdów lub komponentów z branży samochodowej.
– Celem jest pozyskanie dobrych, funkcjonalnych prototypów. Chcieliśmy dać szansę polskim, zdolnym zespołom, które pracowały nad prototypami, aby mogły te prace sfinalizować. Liczymy, że po roku pracy te prototypy będą gotowe, by wyjechać na ulice. W ramach ElectroMobility Poland powołany zostanie zespół, który będzie oceniał jakość tych prototypów, i na koniec jeden zespół i jeden prototyp zostanie zaproszony do przedsięwzięcia produkcyjnego – mówi Piotr Zaremba.
ElectroMobility Poland ogłosiła już wstępne założenia konkursu na prototyp. Obecnie konsultuje je z potencjalnymi uczestnikami konkursu.
– Chcemy być pewni, że te założenia odpowiadają na ich potrzeby, które sygnalizowali w trakcie przygotowań. Jeśli nie będzie dużych zmian, chcielibyśmy pod koniec listopada ogłosić konkurs na prototypy – potwierdza Piotr Zaremba.
Rolą EMP będzie nadzorowanie procesu budowy prototypów i przygotowania ich do produkcji. Harmonogram prac nad stworzeniem polskiego elektryka został zaprezentowany właśnie podczas Targów Elektromobilności.
– Sektor motoryzacyjny podlega dzisiaj dużym zmianom. Silnik spalinowy zastępowany jest silnikiem elektrycznym i nie jest to jednostkowe zjawisko – wszystkie koncerny nad tym pracują. To stwarza szanse dla nowych producentów, ponieważ silnik i napęd elektryczny są prostsze niż napęd spalinowy. Samochód elektryczny składa się z mniejszej liczby podzespołów niż samochód spalinowy. Liczymy, że ten trend, coraz bardziej popularny, jest szansą na to, żeby polscy producenci mogli zaistnieć w świecie – dodaje Piotr Zaremba.
– Będzie nam bardzo trudno tworzyć nowe trendy na rynku elektromobilności, ponieważ jest to rynek całkowicie zdominowany przez obce koncerny, to one rozdają karty i dyktują warunki. Możemy jednak spróbować otworzyć sobie kolejne nisze – typu mały, miejski pojazd elektryczny. Stopniowo możemy wchodzić na kolejne rynki na całym świecie – mówi Wacław Stevnert z firmy SAM Polska.
– Wszyscy, którzy działamy w ramach rynku elektromobilności, liczymy na jego szybki i spektakularny wzrost – mówi Rafał Budweil, prezes zarządu spółki Triggo, która stworzyła pojazd łączący zalety motocykla i samochodu, zasilany napędem elektrycznym.
Wsparciem dla polskiego przemysłu ma być ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych, której konsultacje właśnie się zakończyły. Wprowadza ona wiele korzystnych rozwiązań dla osób, które zdecydują się na zakup samochodu elektrycznego.
– Są to między innymi korzyści finansowe, jak obniżona akcyza i zwiększone odpisy amortyzacyjne, ale również miękkie korzyści, jak na przykład możliwość poruszania się po buspasach czy specjalne miejsca parkingowe w centrach miast oraz możliwość korzystania z darmowych parkingów. Pakiet korzyści, który wprowadzi ta ustawa, powinien uruchomić rynek pojazdów elektrycznych – mówi Michał Kurtyka, podsekretarz stanu w Ministerstwie Energii.
Według wrześniowych zapowiedzi ministra Kurtyki ustawa prawdopodobnie wejdzie w życie w 2018 roku. Elektromobilność to jeden z kluczowych punktów uchwalonej w tym roku Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Rządowy plan zakłada, że do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć już milion pojazdów zasilanych napędem elektrycznym (część krajowej produkcji).
– Powinniśmy się spodziewać na polskich drogach coraz większej liczby pojazdów elektrycznych. Ważnym elementem ich upowszechnienia będzie rozbudowa infrastruktury do ładowania. Zakładamy, że do 2020 roku powstanie około 6,5 tys. punktów ładowania w całej Polsce. Doprowadzi to do sytuacji, w której będziemy mogli powiedzieć, że pojazd elektryczny jest takim środkiem transportu, z którego możemy bezpiecznie, spokojnie i również bardzo ekologicznie skorzystać – mówi Michał Kurtyka.
Rak piersi staje się epidemią. Kobiety wiedzą dużo na temat profilaktyki, ale rzadko się badają

Każdego dnia raka piersi diagnozuje się u blisko 50 Polek, rocznie z jego powodu umiera 6 tys. kobiet. Choć świadomość dotycząca profilaktyki tego nowotworu jest duża, to kobiety nie wykorzystują jej w praktyce. Połowa Polek nigdy nie przeprowadziła żadnych badań pod kątem raka piersi, a 20 proc. wykonało je ponad pięć lat temu. Niewiele kobiet przeprowadza też samobadanie piersi, które pozwala zauważyć pierwsze niepokojące zmiany – wynika z badań opracowanych na zlecenie firmy Braster i Fundacji Onkocafe.
– Skala problemu nowotworu piersi w Polsce jest bardzo duża. To najczęściej występująca choroba onkologiczna wśród kobiet. Przez lekarzy specjalistów rak piersi jest nazywany nowotworem najbardziej przyjaznym – takim, który jest skutecznie leczony. Jest dużo nowoczesnych terapii, które pozwalają na całkowite wyleczenie bądź trzymanie tego nowotworu w ryzach. Jednak skala umieralności pokazuje, że kobiety zgłaszają się do lekarzy za późno, bo badają się tylko wtedy, kiedy widzą zmianę w kształcie czy wyglądzie ich piersi, kiedy pojawia się coś naprawdę niepokojącego. Zapominamy, że nowotwór może się rozwijać bardzo długo, nie dając żadnych objawów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrianna Sobol, psychoonkolog.
W Polsce rak piersi odpowiada za 21,9 proc. zachorowań. To oznacza, że u co piątej Polki zmiana została zlokalizowana właśnie w piersi i ma charakter nowotworowy. Statystycznie każdego dnia raka piersi diagnozuje się u 47 kobiet. Około 17 tys. pacjentek rocznie poddawanych jest leczeniu, często bardzo inwazyjnemu, a 6 tys. z nich umiera. Dzieje się tak dlatego, że rak piersi nadal wykrywany jest na zbyt późnym etapie, co drastycznie zmniejsza szanse na przeżycie. Wczesne wykrycie choroby pozwala wdrożyć mniej inwazyjną terapię i daje dużą szansę na całkowity powrót do zdrowia.
– Świadomość Polek na temat nowotworu piersi jest dosyć dobra. Zdajemy sobie sprawę, że w XXI wieku mamy epidemię nowotworów i coraz więcej Polek będzie miało diagnozowany nowotwór piersi. Pokutuje jednak poczucie strachu, że ten nowotwór oznacza wyrok śmierci. Nowotwór piersi jest jednym z najlepiej wyleczalnych, jego wczesne wykrycie może w większości przypadków gwarantować powrót do normalnego zdrowia. Jednak stres paraliżuje Polki i sprawia, że zapominają o badaniach, unikają ich, aby nie dowiedzieć się przypadkiem, że diagnoza jest negatywna – mówi Justyna Pokojska, ekspert DELab Uniwersytetu Warszawskiego.
Rak piersi przestał być chorobą kobiet dojrzałych. Co prawda, nadal w większości dotyka kobiety po 50 roku życia. Jednak w ciągu ostatnich 30 lat prawie dwukrotnie zwiększyła się zachorowalność na raka piersi wśród kobiet młodszych, w wieku 20–49 lat. Według prognoz w 2025 roku liczba zachorowań na raka piersi będzie o połowę wyższa niż jeszcze kilkanaście lat temu.
Jak wynika z raportu „Rak piersi nie ma metryki”, opracowanego przez DELab UW dla firmy Braster i fundacji Onkocafe, Polki są wciąż mało wyczulone na profilaktykę raka piersi i nie mają wypracowanego nawyku regularnych badań. Zaniedbują swoje piersi, nie doceniają rangi regularnych badań kontrolnych. Podczas gdy w Holandii w ramach państwowych programów profilaktyki na bezpłatne mammografie zgłasza się 80 proc. kobiet, w Anglii – 71 proc., w Polsce ten odsetek jest o wiele niższy i wynosi 44 proc.
– Wyniki raportu sugerowałyby, że Polki dużo wiedzą na temat profilaktyki raka piersi. Prawie 70 proc. wie, że należy się poddawać regularnym badaniom kontrolnym i profilaktycznym. Polki zdają też sobie sprawę z tego, że rak może się rozwijać bezobjawowo, bezboleśnie i może umknąć ich uwadze moment, w którym rak namnożył się tak bardzo, że może zagrażać życiu. Niestety, ta wiedza teoretyczna nie przekłada się na praktykę. Polki bardzo rzadko badają się pod kątem nowotworów, w tym nowotworu piersi. Nasze badania pokazały, że w grupie wiekowej 30–39 lat ponad 50 proc. kobiet nigdy w życiu nie przeprowadziło badania pod kątem nowotworu piersi – czy to USG, czy to mammograficznego – mówi Justyna Pokojska.
Jak wynika z badań, połowa Polek nigdy dotychczas nie przeprowadziła żadnych badań pod kątem raka piersi. 20 proc. wykonało je ponad pięć lat temu. Pozostałe w ogóle nie mają świadomości tego, że należy się badać. Tymczasem lekarze przypominają, że regularne profilaktyczne badania piersi pod kątem nowotworu piersi powinny być przeprowadzane co najmniej raz do roku, szczególnie w grupie zwiększonego ryzyka i po 50 roku życia.
– Wiedza kobiet na temat nowotworów piersi jest duża. To zasługa kampanii, które zewsząd są nagłaśniane. Natomiast niepokoi to, jak Polki tę wiedzę wykorzystują w praktyce. Bardzo mało kobiet korzysta z badań przesiewowych, nie mówiąc o tym, że bardzo niewiele kobiet samodzielnie bada piersi. Boją się i nie umieją. Nikt im nie pokazuje, jak należy to robić, a przede wszystkim – nikt im nie przypomina, że trzeba to robić – mówi dr n.med. Jakub Rzepka, ginekolog.
Autorzy raportu „Rak piersi nie ma metryki” podkreślają konieczność edukowania i zwiększania świadomości onkologicznej wśród kobiet. Powinno to dotyczyć nie tylko badań przesiewowych, lecz także regularnych samobadań, które w prosty sposób pozwalają kobietom samodzielnie wykryć pierwsze niepokojące zmiany w piersiach.
– Zachęcenie Polek do samokontroli jest dość trudnym wyzwaniem. Powinniśmy podejść do tego tematu w zupełnie inny sposób, wprowadzić takie badania do codziennej higieny – tak samo, jak dbamy o włosy i paznokcie, tak samo raz w miesiącu zbadajmy piersi – mówi dr n. med. Jakub Rzepka.
– Ważne jest to, abyśmy zaczęli edukować dzieci. To jest nasza przyszłość. Musimy zacząć od oderwania się od napięcia, strachu i mówienia, że rak to koniec świata. Mam czteroletnią córkę, której już teraz pokazuję, że badam swoje piersi, że używam urządzenia Braster. Na razie może nie jest tego do końca świadoma, ale jestem pewna, że w przyszłości będzie miała obraz mamy, która nie bała się swoich piersi i to przełoży się na jej postępowanie – dodaje psychoonkolog Adrianna Sobol.
Serwisy VoD na Facebooku
Na fanpage serwisów VoD królem są treści z promowanych filmów i seriali. Im lepsze filmy, tym większe organiczne zaangażowanie fanów. W Polsce na co dzień najbardziej angażuje Netflix, ale największy potencjał ma mimo wszystko polski content. Rodzinka.pl potrafi bardziej zaangażować niż Game of Thrones, Stranger Things i Narcos.

Przyjrzeliśmy się temu, jak funkcjonują fanpage serwisów VoD w Polsce – Netflixa, HBO GO, VoD.TVP.PL, Ipli, Player.pl, VoD.pl i mniejszych i porównaliśmy je pod względem efektywnego angażowania.
Od lipca do października 2017 najbardziej angażującym postem na Facebooku była śmieszna scena z Rodzinki.pl. Drugim najbardziej angażującym postem (największa liczba like’ów) było pytanie Pablo Escobara – Plata o Plomo?, a kolejnym (drugi pod względem liczby share’ów) – post o nowym sezonie Stranger Things.

Polski fanpage Netflixa wywołuje zdecydowanie więcej interakcji niż wszystkie pozostałe fanpage VoD w Polsce. Udaje mu się to przede wszystkim przez publikację treści video – związanych z premierami swoich seriali i dedykowanych postów graficznych, z precyzyjnie dobraną formą. Na tej stronie panuje ciągłe odwoływanie się do i starych i nowych treści.
TVP VOD oprócz tego, że angażuje sprawdzonymi treściami, to również multiscreeningowo wspiera content emitowany w tradycyjnych antenach i stacjach telewizyjnych. Dużo angażujących video publikują też HBO Polska i TVP VoD.pl, najczęściej odnosząc się do sezonów, odcinków i programów.
HBO Polska oczywiście najbardziej angażowała ostatnią serią Gry o Tron – początkiem sezonu i Edem Sheeranem.
Showmax – z czwartym pod względem angażowania fanpage VoD – publikuje najwięcej zdjęć, najczęściej bezpośrednio komunikuje premiery (podobnie do VoD.pl). Ipla najbardziej wyróżnia się postami o transmisjach i dostępie do meczy, a także – reklamy.
Oprócz Netflixa fanpage pozostałych serwisów VoD ma bardzo lojalne widownie wśród osób aktywnych na tych stronach – dane osoby są aktywne albo na fanpage swojego serwisu VoD albo na fanpage Netflixa.

Albert Hupa – IRCenter.com.
Zmiany z Zarządzie Polskiego Standardu Płatności
Rada Nadzorcza Polskiego Standardu Płatności powołała na stanowisko Wiceprezesa Zarządu spółki Monikę Król. Rozpocznie ona pracę od 7 listopada 2017 r. Będzie odpowiedzialna za marketing, sprzedaż oraz rozwój biznesu.
Monika Król od kilkunastu lat związana jest z branżą finansową – pracowała między innymi w City Banku Handlowym, Fortis Banku, a następnie BNP Paribas oraz Banku BPH. Podczas pracy w bankach jako Dyrektor Zarządzający odpowiadała m.in. za planowanie oraz realizację strategii marketingowych, PR, wdrożenia nowych produktów, współtworzenie strategii i celów sprzedażowych, analizy rynku, a także procesy związane z fuzjami banków i ich rebrandingiem. Przez ostatnie 3 lata rozwijała także firmy działające w segmencie usług finansowych oraz handlu B2C jako inwestor, zarządzająca oraz doradca do spraw marketingu i strategii.
– Monika Król dołącza do naszego zespołu w bardzo ważnym momencie. BLIK bardzo szybko się rozwija i staje się coraz powszechniejszą usługą. Wszechstronne doświadczenie Moniki będzie dla nas dużym wsparciem – mówi Dariusz Mazurkiewicz, Prezes PSP, operatora systemu BLIK – Jednocześnie bardzo dziękuję Jerzemu Mroczkowi za jego wsparcie w czasie ostatnich miesięcy – dodaje.
Jerzy Mroczek pełniący od maja bieżącego roku obowiązki wiceprezesa zarządu Polskiego Standardu Płatności, operatora systemu BLIK, złożył dziś rezygnację z piastowanej funkcji. Pozostaje on nadal w strukturach PSP i będzie kierował departamentem prawnym i zarządzania ryzykiem.
Work Service zwiększył zaangażowanie w węgierskim Prohuman
Na skutek podpisania z akcjonariuszami z Profólió Projekt Tanácsadó umowy z dnia 23 października 2017 roku, z dniem 25 października br. doszło do nabycia pierwszej transzy udziałów w kapitale zakładowym spółki Prohuman 2004 Kft. Dzięki tej transakcji Work Service stał się właścicielem 80,22 proc. kapitału akcyjnego spółki.
Akcje zostały nabyte za łączną kwotę ponad 1,53 mld HUF. Pozostałe 19,78 proc. Work Service kupi w dwóch kolejnych transzach, które odbędą się 31 stycznia 2018 r. (4,98 proc.) oraz 29 czerwca 2018 r. (14,8 proc.).
Już dziś możemy powiedzieć, że dokonaliśmy kolejnego kroku do pełnego przejęcia naszej spółki zależnej Prohuman. To dla nas strategicznie ważna decyzja, bo rynek węgierski jest bardzo perspektywiczny i wiążemy z nim duże nadzieje na dalsze wzrosty. Z prognoz IC Market Tracking wynika, że do 2020 roku wartość sektora pracy tymczasowej na Węgrzech wzrośnie o kolejnych 9% – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.
Prohuman od 2010 roku o 600% zwiększyła swój poziom przychodów. Spółka zatrudnia łącznie ponad 17 tys. pracowników tymczasowych i jest to najlepszy wynik na tle konkurencji. Jednocześnie utrzymujące się na Węgrzech niskie bezrobocie i rosnące deficyty kadrowe zwiększają zapotrzebowanie na usługi agencji zatrudnienia.
Zarabiasz więcej niż 2,5 średniej krajowej – zapłacisz wyższe składki!
Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przedstawiło projekt nowelizacji ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, który zakłada zniesienie tzw. limitu trzydziestokrotności związanego z opłacaniem składek emerytalnych i rentowych. Wejście w życie proponowanych zmian oznaczałoby, że osoby zarabiające więcej niż 2,5-krotność średniej krajowej musiałyby płacić wyższe składki, wyliczane od całego wynagrodzenia.
Skutkiem przyjęcia projektowanego rozwiązania byłoby zwiększenie obciążenia składkami zarobków najlepiej zarabiających. Ponieważ jednak funkcjonujemy w ramach systemu emerytalnego opartego o regułę zdefiniowanej składki, przekładałoby się to wprost proporcjonalnie na zwiększenie świadczeń wypłacanych im w przyszłości. – Budżet zyskałby zgodnie z rządowymi szacunkami dodatkowe 5,2 mld zł rocznie, ale tylko na krótką metę. Pieniądze wpłacone do systemu trzeba będzie później zwrócić – mówi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Pracodawców RP.
Co więcej, wzrost kwoty składek na ubezpieczenie emerytalno-rentowe przełożyłby się na obniżenie podstawy wymiaru składki zdrowotnej oraz podstawy obliczania podatku dochodowego. Finansowanie ochrony zdrowia za pośrednictwem NFZ zostałoby zmniejszone o 270 mln zł. Roczne wpływy z tytułu PIT spadłyby natomiast o 1 mld zł. Zwiększone zostałyby wpływy z tytułu składek, które są świadczeniem zwrotnym, a ograniczone wpływy podatkowe, których podstawową cechą jest bezzwrotny charakter. W ostatecznym rozrachunku finanse publiczne na tym stracą, ale w perspektywie najbliższych lat uzyskają znaczny zastrzyk dodatkowych środków.
Konsekwencją tej zmiany będzie również to, że ZUS w przyszłości będzie wypłacał niektórym ubezpieczonym bardzo wysokie emerytury, w kwocie kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie.
Międzynarodowe badanie Salesforce nad współczesną rolą IT w biznesie
Z międzynarodowego badania Salesforce wynika, że działy IT przechodzą w firmach ogromną transformację. Stają się strategicznym partnerem dla managerów, wspierając wdrożenia innowacji do zarządzania doświadczeniami klientów.
Tegoroczna edycja raportu Salesforce poświęcona roli IT w przedsiębiorstwach ukazuje rosnące znaczenie technologii potrzebnych do wdrażania w firmach strategii ukierunkowanych na klientów. Jednym z ważnych trendów jest reorganizacja firm pod takim kątem, by dostarczać klientom jak najlepszych doświadczeń w kontakcie z firmą i jej produktami. Badania zebrano w publikacji „Second Annual State of IT Transformative insights and growing trends from over 2,200 global IT Trailblazers”.
Bez IT nie ma zadowolonych klientów
Badanie dowodzi, że obszar IT jest obecnie kluczowy do realizacji w firmach modelu zarządzania opartego na zapewnieniu klientom jak najlepszych doświadczeń w kontakcie z marką. Jednocześnie w raporcie wyraźnie podkreślono, że działy technologiczne muszą ściślej niż kiedykolwiek współpracować z pracownikami z obszarów rynkowych – sprzedaży, marketingu i obsługi klienta. Jest to konieczne, ponieważ wdrażane innowacje są tylko wtedy skuteczne, gdy stanowią wypadkową wspólnej pracy tych obszarów.
Warto zaznaczyć, że klient to nie tylko nabywca zewnętrzny, ale także wewnętrzny – czyli po prostu pracownik. 81% pracowników wymaga od swoich pracodawców, by ich firmy zapewniły im ten sam poziom technologii, z jakiego korzystają prywatnie. Aż 78% zespołów IT uważa, że projekty związane z dostarczaniem pracownikom dobrych cyfrowych doświadczeń mają wyższy priorytet niż dwa lata temu, a dla 70% zadowolenia pracowników jest ważnym wskaźnikiem sukcesu.
Kluczowe wnioski z raportu
- Zacierają się granice między działami IT i pionami biznesowymi
Działy IT przeżywają dziś największą, historyczną zmianę swojej roli. Przestają być traktowane jak generator kosztów, którego głównym celem jest troska o infrastruktur. Za to stały się strategicznym dostawcą usług, dzięki którym firma osiąga przychody, buduje przewagę i sprawniej przechodzi cyfrową transformację.
- Innowacyjność na dużą skalę, a brak umiejętności pracowników IT
Zespoły IT coraz częściej twierdzą, że ich kluczowym priorytetem jest tworzenie innowacji, które w dobie transformacji cyfrowej są niezbędne do wyróżnienia się na rynku i utrzymania silnej pozycji. Niestety obszar IT ma do czynienia z krytycznymi lukami kompetencji – powszechnym problemem są niedostatki specjalistów i umiejętności zatrudnionych pracowników.
- IT walczy o szybkość
Szybkość dostarczania rozwiązań znajduje się wśród najważniejszych priorytetów zespołów IT i jest jednym z kluczowych wskaźników ich skuteczności. Aby poprawić wyniki, najczęściej poszukuje się rozwiązań zapewniających szybki rozwój oprogramowania (low-code) i szybkie wdrożenia (m.in. rozwiązania z chmury). Większość liderów IT chce udostępnić użytkownikom biznesowym narzędzia do samodzielnego budowania pożądanych aplikacji, oczywiście w ograniczonym zakresie – ze względu na wymagany poziom bezpieczeństwa.
- IT przygotowuje się na sztuczną inteligencję (AI)
Powszechny dostęp do sieci i technologii mobilnych zmienia oczekiwania klientów w stosunku do biznesu. Jednak nie wszystkie zespoły informatyczne są wciąć przekonane, że należy już teraz sięgać po rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji. W ciągu najbliższych 12-18 miesięcy co trzecia firma (34%) zamierza wdrażać AI w całej organizacji, 37% w konkretnym dziale, a 22% planuje testowe. eksperymentalne wdrożenie. Firmy z grupy high performers planują wdrażać rozwiązania AI w całej firmie szybciej niż underperformers.
Segmentacja badanych firm lepiej oddaje trendy
Podobnie jak inne badania Salesforce, także i to przeprowadzono w trzech segmentach rynku, dzieląc firmy wg kategorii osiągnięć rynkowych.
- high performers – to grupa firm, w których wydajność i skuteczność IT są oceniana jako znakomite (15% respondentów),
- moderate performers – tu wydajność i skuteczność IT oceniana jest powyżej średniej (61% respondentów),
- underperformers – obszar IT oceniany przeciętnie lub poniżej średniej (24% respondentów).
Podział pomiędzy IT i biznesem zaciera się
Rola działów IT ewoluuje w stronę centrum tworzenia usług dostarczających konkretne wartości biznesowe. Model, w którym CIO jest opiekunem infrastruktury, odchodzi w przeszłość. W nowym modelu obszar IT jest motorem innowacji, które wspierają konkurencyjność firm. W ciągu najbliższych 12-18 miesięcy aż 71% działów IT będzie pełnić tę właśnie funkcję.
Niezależnie od struktury organizacyjnej firmy, klienci widzą tylko jedną organizację i życzą sobie, aby wszystkie interakcje ze sprzedażą, serwisem czy marketingiem były spójne. Zapewnienie spójności w obszarze doświadczeń klienta wymaga od IT konsolidowania dynamicznych i różnych danych. 61% CIO twierdzi, że w ciągu najbliższych 12-18 miesięcy priorytetem będzie wdrożenie technologii dającej całościową wiedzę o kliencie (Single Customer View). Zespoły high performers 3,2 razy częściej niż underperformers oceniają to jako priorytet krytyczny.
Pomimo iż Single Customer View jest dla większości firm niezwykle istotne, tylko 29% CIO twierdzi, że do dziś zintegrowali 75% lub więcej posiadanych źródeł danych. Najważniejsze czynniki hamujące integrowanie danych w tym obszarze to obawy związane z bezpieczeństwem i prywatnością, trudne do zintegrowania starsze systemy oraz brak widoczności danych. Ten ostatni czynnik związany jest z tym, że działy IT nie kontrolują bezpośrednio aż 42% technologii w swoich przedsiębiorstwach, a rozwiązania technologiczne będące poza zarządzaniem IT utrudniają dostęp do danych.
Współpraca między IT a biznesem wciąż jest daleka od ideału. 74% liderów IT uznaje zadowolenie biznesu za kluczowy wskaźnik swojej skuteczności. Mimo to zespoły informatyczne obecnie są w stanie dostarczyć średnio 56% inicjatyw zgłoszonych przez biznes, a potrzebnych do zarządzania zadowoleniem klientów. Innymi słowy, prawie połowa życzeń kierowanych przez biznes do IT pozostaje niezrealizowana. Jest to potencjał, który firmy powinny wykorzystać do budowania swojej przewagi w przyszłości.
Innowacyjność nabiera tempa, a w obszarze IT wciąż występują luki
Na drodze do zdystansowania konkurencji innowacyjność jest dla biznesu priorytetem numer jeden, natomiast tylko dwie trzecie (65%) działów IT uznaje ją za kluczową. IT wciąż spędza ponad połowę (54%) czasu na zadaniach związanych z utrzymaniem infrastruktury. Aby uzyskać więcej czasu na projekty innowacyjne, 81% działów informatycznych zmierza do zautomatyzowania rutynowych zadań w ciągu najbliższych 12-18 miesięcy.
Technologie, które będą miały największy wpływ na transformację biznesu do roku 2020 i będą dominowały w innowacyjnych projektach to cloud computing, AI oraz technologie mobilne. Niestety, rozwój innowacyjnych inicjatyw hamują luki w umiejętnościach niemal w każdym obszarze IT oraz braki kadrowe. Niedostatek kompetencji, największy w dziedzinie mobilności i bezpieczeństwa, stwarza duże problemy zespołom informatycznym. Liderzy IT obawiają się, że w ciągu najbliższych dwóch lat luki te rozszerzą się także na obszar IoT oraz analizę danych.
IT walczy o szybkość
Szybkość dostarczania rozwiązań to jedno z największych wyzwań zespołów IT. Chodzi głównie o skracanie cykli rozwojowych, tworzenia i wdrażania aplikacji oraz realizacji projektów. Niespełna połowa (45%) CIO potrzebuje jednego miesiąca, by zaprojektować i prototypować aplikację pod wymagania biznesowe. 47% potrzebuje miesiąca, by wdrożyć nową aplikację. Aby móc szybciej działać, połowa szefów IT decyduje się na rekrutację nowych pracowników (49% w ciągu najbliższych 12-18 miesięcy). Druga połowa woli wybrać rozwiązania do szybkiego tworzenia aplikacji. Prawie dziewięć na dziesięciu CIO (88%) korzysta już lub planuje korzystać z rozwiązań low code w ciągu najbliższych 12-18 miesięcy. Jednak firmy z grupy high performers 2,9 razy częściej od underperformers przyznają, że jest to ich priorytet.
Walka o szybkość wyzwala również nowy trend – tzw. citizen development. Polega on na przekazywaniu przez IT użytkownikom biznesowym narzędzi do samodzielnego tworzenia aplikacji i rozwiązań. Citizen development wymaga jednak od IT uruchomienia odpowiednich programów szkoleniowych dla użytkowników biznesowych. Obecnie tylko co czwarta firma (24%) może się pochwalić wdrożeniem takiego modelu działania, ale aż 74% firm planuje w ciągu najbliższych 18 miesięcy stworzyć użytkownikom biznesowym możliwości samodzielnego tworzenia aplikacji.
IT przygotowuje się na sztuczną inteligencję
Trzy czwarte klientów z segmentu B2B i 51% konsumentów (B2C) oczekuje, że do roku 2020 firmy będą przewidywać ich potrzeby jeszcze przed podjęciem z nimi kontaktu. Na tę liczbę nakładają się oczekiwania ponad 65% pracowników, którzy uważają, że AI do 2020 roku znacznie zautomatyzuje ich pracę. Jednocześnie tylko 20% CIO twierdzi, że ich plany technologiczne dotyczące AI są całościowo zdefiniowane. Co ciekawe, plany takie 2,9 razy częściej w stosunku do Underperformers posiadają zespoły firm z grupy high performers.
Rola IT w Polsce i Europie Środkowowschodniej
Zmiana roli, jaką IT odgrywa w przedsiębiorstwach, to trend globalny. Wszędzie widoczna jest konieczność poprawy relacji i współpracy obszaru informatyki z biznesem. Jak pokazało badanie KPMG (The Creative CIO, 2016), aż 67% CIO z krajów Europy Centralnej oczekuje, że ich rola w organizacji nabierze strategicznego znaczenia – managerowie chcą koncentrować się na realizacji projektów generujących zyski firmy (tak twierdzi 63% CIO).
W porównaniu do średniej światowej, Polska i inne kraje CEE dostrzegają większą potrzebę posiadania przez firmę strategii cyfrowej, jednakże powstające dla tego obszaru strategie, rzadziej niż w innych krajach mają charakter korporacyjny – zazwyczaj są przygotowywane dla poszczególnych obszarów biznesowych.
Na świecie właścicielem strategii cyfrowej jest najczęściej zarząd firmy, natomiast w Polsce i innych krajach CEE strategia cyfrowa często znajduje się w rękach działów IT. Powoli zaczyna jednak rosnąc liczba szefów ds. cyfryzacji (CDO), pełniących rolę łącznika IT i biznesu. Zadaniem tych managerów jest szeroko pojęta digitalizacja przedsiębiorstw.
Obecnie tylko jedna na pięć organizacji z obszaru CEE zatrudnia CDO (19%). Warto też wspomnieć, że IT w obszarze CEE boryka się z takimi samymi problemami jak reszta świata – kluczowym wyzwaniem, według 71% respondentów jest brak lub niedostatek kompetencji w zakresie rozwoju oprogramowania.
Informacja o badaniu:
Raport „Second Annual State of IT Transformative insights and growing trends from over 2,200 global IT Trailblazers” powstał na podstawie badania grupy 2263 pełnoetatowych szefów IT (CIO) zatrudnionych m.in. w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, Holandii, Irlandii, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Pełna treść raportu jest dostępna pod adresem:
https://secure.sfdcstatic.com/assets/pdf/misc/2017-state-of-it-report-salesforce.pdf
Odsetek szefów IT, którzy zgadzają się z następującymi stwierdzeniami:
| high performers | moderate performers | underperformers | |
| IT wkracza w nową erę, której kierunek wyznaczają oczekiwania klienta | 94% | 83% | 69% |
| IT jest głównym aktywatorem inicjatyw dotyczących doświadczenia klienta | 93% | 82% | 64% |
| Technologiczne partnerstwo jest ważne dla rozwoju biznesu w erze cyfrowej transformacji | 91% | 85% | 66% |
| Projekty związane z doświadczeniem klienta mają wyższy priorytet niż 2 lata temu | 88% | 81% | 66% |
Zespoły IT widzą konieczność partnerstwa – odsetek szefów IT, którzy szacują swoje partnerstwo z biznesem jako doskonałe lub powyżej średniej
| high performers | moderate performers | underperformers | |
| Współpraca z wszystkimi działami biznesowymi jako strategiczny priorytet | 89% | 75% | 47% |
| Ogólna współpraca z biznesem | 93% | 77% | 51% |
| Współpraca z obszarem obsługi klienta | 93% | 79% | 59% |
| Współpraca z obszarem sprzedaży | 88% | 74% | 47% |
| Współpraca z obszarem marketingu | 87% | 72% | 48% |

