Fundusze akcyjne coraz popularniejsze

1,5 mld zł – o tyle wzrosła wartość aktywów netto funduszy Union Investment TFI po trzech kwartałach 2017 roku. Inwestorzy najchętniej wybierali fundusze pieniężne. Zainteresowaniem cieszyły się też fundusze akcji polskich oraz strategia absolutnej stopy zwrotu skupiająca się na rynku akcji.

Największą popularnością wśród inwestorów cieszą się w tym roku fundusze o wysokim poziomie bezpieczeństwa. Według danych IZFiA, do końca września wpłaty netto do funduszy pieniężnych przekroczyły 4 mld zł. Taka tendencja jest wyraźna również w strukturze tegorocznych napływów do funduszy Union Investment TFI.

Najlepiej sprzedającym się funduszem z naszej oferty jest UniKorona Pieniężny, ale przebojem jest też jego młodszy odpowiednik, UniAktywny Pieniężny. Do końca września jego aktywa wzrosły ponad ośmiokrotnie i nadal rosną – mówi Tomasz Michalak, dyrektor zarządzający ds. sprzedaży w Union Investment TFI. Od początku roku wartość aktywów netto subfunduszu UniKorona Pieniężny wzrosła o prawie 1,3 mld zł i na koniec września wyniosła 4,5 mld zł. UniAktywny Pieniężny zgromadził już ponad 300 mln zł.

Do funduszy pieniężnych przyciągają klientów przede wszystkim stopy zwrotu, które są istotnie wyższe niż oprocentowanie oferowane przez banki. – Na rocznej lokacie można obecnie zyskać średnio 1,5%. Tymczasem najlepsze fundusze gotówkowe w ciągu ostatniego roku zarobiły  nawet 3,5-4,5% – zauważa Tomasz Michalak.

Fundusze akcji uniwersalnych na plusie

Do funduszy akcyjnych również płynie sporo pieniędzy, chociaż w skali całego rynku przeważają odpływy. Do końca września przewaga umorzeń nad napływami do tego segmentu wyniosła ponad 0,5 mld zł.

– To zaskakujące. Polska giełda rośnie nieprzerwanie od końca ubiegłego roku, a tylko w tym roku indeks WIG zyskał już ponad 20 proc. W takim otoczeniu zainteresowanie funduszami akcji powinno być znacznie wyższe  – ocenia Tomasz Michalak.

– Mimo to nasze sztandarowe fundusze akcji uniwersalnych inwestujące na GPW, UniKorona Akcje i UniAkcje Wzrostu, były chętnie wybierane przez inwestorów – dodaje. Na koniec września wartość aktywów netto subfunduszu UniKorona Akcje wzrosła prawie do 711 mln zł, a UniAkcje Wzrostu do 207 mln zł.

Strategie absolute return też w cenie

Tegorocznym hitem sprzedażowym jest także UniAbsolute Return Akcyjny FIZ. W ciągu trzech kwartałów jego aktywa się podwoiły, osiągając poziom 203 mln zł.

Duże zainteresowanie inwestorów funduszem UniAbsolute Return Akcyjny FIZ wpłynęło pozytywnie na wynik  sprzedażowy w całym segmencie rynku. Od początku roku saldo wpłat i umorzeń wśród funduszy absolutnej stopy zwrotu wyniosło niecałe 0,7 mld zł – informuje Tomasz Michalak.

Certyfikaty inwestycyjne naszego funduszu akcyjnego typu absolute return kupują inwestorzy, którzy chcą zarabiać na rynkach akcji, jednak przy znacząco niższym ryzyku niż w przypadku klasycznych strategii akcyjnych, które zyskują wyłącznie na wzroście cen akcji – wyjaśnia.

Na koniec września br. wartość aktywów netto zgromadzonych we wszystkich funduszach Union Investment TFI wyniosła 10,3 mld zł.

Polityka taka i inna

Przy braku istotnych danych myśli inwestorów krążą wokół politycznych decyzji dotyczących m.in. Fed i Brexitu. USD wyraża nadzieje rynku na powołanie jastrzębiego szefa banku centralnego, a GBP skacze w tą i z powrotem w zależności jaki wydźwięk mają nowe przecieki. Dziś kalendarz oferuje najwięcej dla funta.

W ostatnich dniach przebrnięcie przez sesję bez zaskakującej informacji dotyczącej negocjacji w sprawie Brexitu jest niemożliwe. W poniedziałek funt przechodził przez chwile grozy po doniesieniach, że negocjacje zmierzają ku „katastroficznemu załamaniu”, chyba że UE zgodzi się na posunięcie rozmów w sprawie handlu do przodu. Przecieki pochodzą z otoczenia brytyjskiego i pokazują zaostrzenie stanowiska Londynu, nawet mimo tego, że to UE cały czas ma silniejszą rękę w tym starciu. Spór hamujący postęp w rozmowach dotyczy kosztów separacji do zapłacenia przez Wielką Brytanię. W ostatnim przemówieniu we Florencji premier Wlk. Brytanii Theresa May zobligowała się do 20 mld EUR w trakcie okresu przejściowego, ale strona europejska widzi kwotę bliżej 60 mld EUR. Kompromis jest potrzebny i być może szczyt UE pod koniec tygodnia taki przyniesiecie, ale na razie mamy bałagan.

Z perspektywy GBP wydaje się, że gorzej już być nie może i nie można wystraszyć inwestorów niczym poważniejszym niż zerwaniem rozmów. Jeśli ryzyko polityczne ma słabnąć, uwaga powinna przerzucić się na dane makro i konsekwencje dla polityki monetarnej. A w tym temacie będzie się dziś działo sporo. Najpierw CPI ma szanse wyjść ponad 3 proc. r/r pierwszy raz od ponad 5 lat m.in. z pomocą słabego funta i drożejącej ropy naftowej. Bank Anglii największego demona widzi w rosnących cenach i po takich danych znajdzie się bliżej decyzji o podwyżce stopy procentowej w listopadzie. Tuż po danych trzech członków BoE zacznie zeznawać przed Komisja Skarbu. Nowo powołani Ramsden i Tenreyro będą pytani o swoje poglądy, a inwestorzy będą starali się ich ustawić na skali gołąb/jastrząb (choć w listopadzie zapewne oboje będą głosować zgodnie z większością). Trzecim przemawiającym będzie sam prezes Carney (ok. 12:00) i interesującym będzie, czy dane o inflacji skłonią go do bardziej precyzyjnego określenia terminu podwyżki. Na dokładkę szum wokół Brexitu raczej nie ustanie, ale łącznie więcej czynników może dziś sprzyjać funtowi.

Trump lubi Taylora, więc inwestorzy zaczęli lubić dolara. Informacje, jakoby notowania Johna Taylora w wyścigu o stołek szefa Fed wzrastały, podbiły atrakcyjność USD. Prasa donosi, że prezydent Trump ma tendencję do nominowania ludzi, z którymi utrzymuje dobre stosunki i to przemawia za Taylorem. Taylor jest traktowany jako jastrzębi kandydat. To on stworzył regułę pozwalającą oszacować optymalny poziom kosztu pieniądza w oparciu o inflację i kondycję rynku pracy i według niej stopy procentowe powinny być minimum dwukrotnie wyższe niż obecnie. Rzecz jasna naiwnością byłoby liczenie, że jego ewentualny wybór doprowadzi do skokowego zacieśnienia, ale z drugiej strony gwarantuje, że przyszła polityka Fed nie będzie łagodniejsza od obecnie nakreślonej. A to już zdejmuje z USD pewien element niepewności, który towarzyszy wyborowi Jerome’a Powella. Mimo to wyścig nie jest jeszcze rozstrzygnięty. Trump ma się w czwartek spotkać z obecną szefową Fed Janet Yellen, a zatem ostateczna decyzja raczej pojawi się dopiero po weekendzie. Dużo czasu na spekulacje i targania kursem USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

NZDUSD – analiza międzyrynkowa i techniczna

NZDUSD – AT interwał dzienny

Na interwale dziennym pary walutowej NZDUSD od końca lipca br. Poruszamy się w kanale spadkowym. Kilka dni temu doszło do mocnej korekty, która została rozpoczęta po dotarciu w okolicę dolnej bandy kanału spadkowego. Została zatrzymana przez mocny opór 0.716-0.712. Ponadto oscylator stochastyczny wskazuje na lekkie wykupienie rynku, co przy trendzie spadkowym powinno zwiastować zakończenie korekty. Czy opór padnie? Czy byki zmierzają do górnej bandy kanału wzrostowego? Być może odpowiedź na to pytanie przyjdzie z analizą wyższego interwału czasowego.

Notowania NZDUSD, interwał dzienny

Notowania NZDUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

NZDUSD – AT interwał tygodniowy

Na interwale tygodniowym notowania NZDUSD znalazły się między oporem a wsparciem. Po nieudolnym wybiciu ponad strefę oporu 0.726-0.737 notowania zaczęły zmierzać w okolicę poziomu 0.696. Aczkolwiek z drugiej strony po osiągnięciu nowego minima oscylator stochastyczny wskazał na pozytywną dywergencję, co powinno wspierać jeszcze mocniejszą korektę, a nawet test oporu 0.726. Reasumując, sytuacja jest niejasna.

Notowania NZDUSD, interwał tygodniowy

Notowania NZDUSD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

NZDUSD – analiza międzyrynkowa

Metale przemysłowe po raz kolejny zaskoczyły. Korekta była o wiele płytsza niż przewidywano, indeks metali przemysłowych Bloomberga wspiął się na nowe szczyty. Notowania waluty Nowej Zelandii korelują z szerokim rynkiem surowców, a także z metalami przemysłowymi, ponieważ na tych produktach jest oparty nowozelandzki eksport.

notowania metali przemysłowych i nzdusd

Źródło: Bloomberg

Analizując tylko powyższą grafikę możemy dojść do wniosku, że para walutowa NZDUSD powinna zmierzać na północ. Z kolei indeks GDT (Global Dairy Trade) jest neutralny.

Indeks GDT reprezentuje ceny nabiału, Nowa Zelandia jest jednym z głównych eksporterów tej grupy produktów.

Indeks GDT reprezentuje ceny nabiału, Nowa Zelandia jest jednym z głównych eksporterów tej grupy produktów.

Źródło: Bloomberg

Zatem gdzie zmierzamy?

W ramach przypomnienia, analiza techniczna na interwale dziennym wspiera scenariusz spadkowy. AT na interwale tygodniowym jest bardziej wzrostowa. Z kolei patrząc na indeks metali przemysłowych powinniśmy zobaczyć jeszcze mocniejsze odbicie NZDUSD. Ostatni czynnik, czyli ceny nabiału jest neutralny. Zatem większość czynników zapowiada mocniejsze odbicie kursu. Kluczem będą notowania surowców przemysłowych, z tego też powodu należy je obserwować.

Dział Analiz Admiral Markets

Trump spotka się z Yellen

W poniedziałek amerykański dolar zyskiwał wobec innych walut po wypowiedzi prezydenta Donalda Trumpa, który powiedział, że jego reforma podatkowa będzie gotowa do końca tego roku. Waluta USA rosła również w związku z doniesieniami, że prezydent Trump zamierza rozmawiać z Janet Yellen, przewodniczącą Rezerwy Federalnej, w sprawie jej ewentualnej drugiej 4-letniej kadencji na tym stanowisku. Yellen jest postrzegana jako osoba działająca w kierunku racjonalizacji stóp procentowych. Niedawno stwierdziła, że aktualnie silna gospodarka USA będzie gwarantem stopniowych podwyżek stóp w krótkim okresie czasu.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do głównych walut: do euro (+0,23%), brytyjskiego funta (+0,23%), dolara kanadyjskiego (+0,47%), dolara australijskiego (+0,46%) oraz japońskiego jena (+0,29%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,177, GBP/USD – 1,325, USD/CAD – 1,253, AUD/USD – 0,784 i USD/JPY – 111,1. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,03%) i kurs EUR/JPY wynosi 131,9, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,888. Złotówka pozostaje na podobnym poziomie do dolara, a zyskuje do innych walut światowych. We wtorek rano dolar kosztuje 3,6 zł, euro – poniżej 4,24 zł, funt – 4,77 zł, a frank szwajcarski – 3,68 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru zielonego i czerwonego. W piątek londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,28%, frankfurcki indeks DAX podniósł się o 0,07%, a paryski indeks CAC 40 stracił 0,17%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 podniósł się o 0,09%, meksykański indeks Bolsa – o 0,04%, a brazylijski Bovespa – o 0,43%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 0,47%, chiński indeks Shanghai Composite spadł o 0,36%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,8%.

Ropa i złoto: Na światowych giełdach mieszanka koloru zielonego i czerwonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,11%, frankfurcki indeks DAX podniósł się o 0,09%, a paryski indeks CAC 40 zyskał 0,21%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 podniósł się o 0,18%, meksykański indeks Bolsa obniżył się o 0,52%, a brazylijski Bovespa spadł o 0,13%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 0,38%, chiński indeks Shanghai Composite stracił 0,19%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,01%.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 2:30 – Australia – Protokół z posiedzenia RBA, październik
  • 10:30 – Wielka Brytania – Inflacja CPI (r/r), wrzesień (prognoza 3%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Inflacja PPI (r/r), wrzesień (prognoza 3,3%)
  • 11:00 – Strefa euro – Inflacja HICP (r/r), wrzesień (prognoza 1,5%)
  • 11:00 – Niemcy – Indeks instytutu ZEW, październik (prognoza 20 pkt.)
  • 12:15 – Wielka Brytania – Wystąpienie szefa Banku Anglii
  • 14:00 – Polska – Przeciętne wynagrodzenie (r/r), wrzesień (prognoza 6,2%)
  • 14:00 – Polska – Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw (r/r), wrzesień (prognoza 4,6%)
  • 15:15 – USA – Produkcja przemysłowa (m/m), wrzesień (prognoza 0,2%)
  • 16:00 – USA – Indeks rynku nieruchomości NAHB, październik (prognoza 64 pkt.)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Krótsze przechowywanie akt pracowniczych i rozwój e-administracji

Ministerstwo Rozwoju szykuje kolejne ułatwienia w ramach pakietu 100 Zmian dla Firm, a także deregulacji polskiej gospodarki w zakresie polityki HR. Jednym z kluczowych elementów, który obecnie powoduje koszty prowadzenia kwestii pracowniczych i akt osobowych, jest przechowywanie dokumentów. Zaproponowano projekt zmiany ustawy – skrócenia czasu ich przechowywania z 50 na 10 lat. Przedsiębiorcy w dużym stopniu wykorzystują dzisiaj e-administrację. Preferują składanie wniosków prze Internet oraz tworzenie dokumentacji elektronicznej, a nie papierowej. Środowisko przedsiębiorców z niecierpliwością czeka na wprowadzenie tego projektu.

– Jest to bardzo pozytywna propozycja. Polska jest ewenementem w skali europejskiej pod względem wieloletniego obowiązku przechowywania akt pracowniczych – powiedział serwisowi eNewsroom Arkadiusz Pączka, Zastępca Dyrektora Generalnego Pracodawców RP, Dyrektor Centrum Monitoringu Legislacji – Uregulowania prawne, które nakazują robić to aż przez 50 lat są bardzo rzadko spotykane. W innych krajach jest to zazwyczaj od 5 do 10 lat. W naszym kraju konieczność przestrzegania tego przepisu, generuje pewne koszty logistyczne dla przedsiębiorców. Projekt Ministerstwa Rozwoju odbierany jest więc bardzo pozytywnie. Jego drugim elementem jest możliwość fakultatywnego – niestety, nieobowiązkowego – przechowywania akt pracowniczych w formie elektronicznej. Przyczyni się on do znacznego zmniejszenia kosztów po stronie przedsiębiorców. Jednocześnie wprowadzi na wyższy poziom działania firm w zakresie internetowej administracji. Przedsiębiorcy liczą na szybką akceptację proponowanych zmian przez Sejm i Senat oraz wdrożenie ich do polskiego ustawodawstwa. Dzisiejsza sytuacja i wymóg przetrzymywania wyłącznie papierowych dokumentów przez 50 lat jest anachroniczny i nie wpisuje się w rozwój e-administracji – ocenił Pączka.

Grywalizacja wkracza do firm. Mechanizmy zaczerpnięte z gier pomagają motywować i angażować pracowników

Grywalizacja wkracza do firm. Mechanizmy zaczerpnięte z gier pomagają motywować i angażować pracowników 1

Gamifikacja, znana też jako grywalizacja, to wykorzystywanie mechanizmów z gier do budowania motywacji i aktywizowania ludzi, którzy codzienne czynności zaczynają traktować jako zabawę i wyzwanie. Takie podejście cieszy się coraz większą popularnością w edukacji i biznesie jako przydatne menadżerom narzędzie do zarządzania. Do końca tej dekady rynek gamifikacji ma zwiększyć wartość kilkukrotnie i sięgnąć 11 mld dol.

Gamifikacja to sposób motywowania ludzi. Są różne sposoby motywowania: poprzez wymuszanie, zachęty finansowe, przez odwoływanie się do odpowiedzialności i wartości. Ludzie chcą być jednak motywowani przez gratyfikację, czyli nagrody za to, że im się coś udaje. Gra spełnia ten warunek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Kazimierz Krzysztofek, profesor SWPS oraz ekspert DeLAB Uniwersytetu Warszawskiego.

Gamifikacja to wykorzystanie mechanizmów znanych z gier komputerowych i fabularnych w celu motywowania ludzi, aktywizowania i budowania ich zaangażowania. Polega na wyznaczaniu jasno określonych celów, których zdobycie jest wyzwaniem. Najprościej tłumacząc, jest to zamiana codziennych czynności w rodzaj gry. Dlatego równie popularna jest inna nazwa tego trendu – grywalizacja.

Gamifikacja może być wykorzystywana w różnych dziedzinach. Jest naturalna w sporcie, gdzie trzeba wygrywać, aby osiągnąć sukces. Jeśli mam na sobie tzw. ubieralne technologie, trackery, krokomierze czy inne urządzenia, które obliczają moje wyniki, liczą, ile spaliłem kalorii, ile przebiegłem kilometrów, to jest właśnie nagroda i ma się wtedy poczucie spełnienia. Zdobywam ileś punktów i jestem najlepszy, lepszy od innych albo wygrywam sam ze sobą – wyjaśnia prof. Kazimierz Krzysztofek.

Socjolog i medioznawca zauważa, że gamifikacja coraz częściej przenosi się też do edukacji. Zamiast tradycyjnych lekcji i metod nauczania uczniowie podejmują wyzwania, w trakcie których szukają rozwiązań konkretnych problemów. Przy okazji zdobywają wiedzę i umiejętności.

Gamifikacja jako ciekawa i atrakcyjna metoda nauczania pozwala przełamać nudę, motywować i budować zaangażowanie uczniów. Dlatego jej elementy wykorzystuje coraz więcej nauczycieli, którzy budują wciągające scenariusze lekcji. W Nowym Jorku działa szkoła podstawowa Q2L dla dzieci w wieku 6–12 lat, której program nauczania w całości opiera się na gamifikacji. To pierwsza taka placówka na świecie. Od kilku lat gamifikacja jest już wykorzystywana do projektowania kursów i programów akademickich na uczelniach wyższych w USA. W Polsce ten trend dopiero się rozpowszechnia.

– W bankowości i finansach opracowuje się modelowego klienta banku. Według jego miary ocenia się zdolność kredytową innych klientów. Ci, którzy zbliżą się do jego pułapu w bankowym scoringu, mają największe szanse na otrzymanie kredytu i najlepszych warunków. Dlatego klienci starają się, żeby mieć jak najwięcej punktów. To ich motywuje – mówi prof. Kazimierz Krzysztofek. – Chiński rząd wykorzystuje ten model do motywowania Chińczyków, żeby zdobywali punkty jako wzorowi obywatele. Otrzymują je dzięki temu, że nie podejmują żadnych ryzykownych działań, są odpowiedzialni, nie wdają się w niejasne politycznie historie i kontakty z dysydentami. Dzięki temu otrzymują premie w postaci lepszych warunków dla dziecka w szkole, paszportu do strefy Schengen czy Hongkongu.

Gamifikacja, z systemem punktów, rankingów i premii, może zostać przeniesiona do każdej dziedziny. Od kilku lat coraz powszechniej stosuje się ją też w biznesie. Firma badawcza Markets & Markets oszacowała, że do 2020 r. rynek gamifikacji wzrośnie do 11 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu przekraczającym 46 proc. Jeszcze w 2015 roku jego wartość była wyceniana raptem na 1,65 mld dol. Eksperci prognozują, że trend będzie rozpowszechniał się także wśród małych i średnich firm, a przyczynią się do tego młodzi pracownicy.

Grywalizacja szczególnie przydaje się menadżerom do zarządzania pracownikami. Pomaga motywować, przełamuje rutynę, a dobrze zaprojektowana skłania pracowników do tego, żeby codzienne zadania traktować nie jako przykry, zawodowy obowiązek, lecz raczej jako grę, wyzwanie prowadzące do zwycięstwa. Dla pracowników powinna być wciągającą zabawą, z systemem punktów, tablic liderów czy odznaczeń, które stanowią feedback i pozwalają śledzić postępy.

Firmy, które zdecydowały się na wdrożenie takich rozwiązań, twierdzą, że gamifikacja przekłada się na większą efektywność, wydajność pracowników i większe zyski. Aby była skuteczna, gra musi być jednak dopasowana do charakteru firmy, zespołu i nastawiona na konkretne cele.

Rynek ubezpieczeniowy szykuje się do wprowadzenia nowych przepisów. Zmiany dotyczyć będą głównie działalności pośredników

W lutym 2018 roku państwa członkowskie Unii Europejskiej muszą wprowadzić w życie dyrektywę o dystrybucji ubezpieczeń. Nakłada ona nowe obowiązki na pośredników ubezpieczeniowych. Będą oni musieli badać potrzeby klienta i dopasować do nich polisę, a także przekazywać szczegółowe informacje o produkcie. Zdaniem prezesa Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych to może spowodować, że część małych pośredników zdecyduje się na współpracę z większymi podmiotami. Inni mogą za to postawić na specjalizację w określonym segmencie rynku.

– Spodziewam się dwojakiego wpływu na rynek ubezpieczeń. Przede wszystkim dotyczyć będzie rynku pośrednictwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Zoń, prezes Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych. – Konieczność dostosowania się do nowych rozwiązań może spowodować, że niektórzy z mniejszych pośredników zdecydują się na połączenie sił lub dołączeni do większych organizacji. Będzie im się łatwiej dostosować, mając za sobą silniejszego partnera, ale nie musi tak koniecznie być.

Drugi scenariusz to większa specjalizacja pośredników.

– Niektórzy być może zdecydują się na specjalizację w danej grupie produktów, w jakiejś niszy rynkowej i w ramach prowadzonej działalności będą rozwijać dystrybucję w tym zakresie. Mam tu na myśli przede wszystkim kwestię tej analizy potrzeb i dostosowania produktu do potrzeb klienta – w momencie, gdy będę specjalistą w jakiejś dziedzinie, łatwiej mi będzie się poruszać na tym rynku i klient otrzyma dzięki temu lepszą ofertę – przewiduje Zoń.

Obecnie w całej UE trwa proces wdrażania dyrektywy o dystrybucji ubezpieczeń (tzw. dyrektywa IDD), która musi zostać wprowadzona do prawa krajowego do 23 lutego 2018 roku. Ma on lepiej chronić klienta. Ten będzie musiał być informowany w prosty i zrozumiały sposób o produkcie, a pośrednik będzie zobowiązany do wyjaśnienia, w jakim charakterze (agenta czy brokera) występuje, a także w jaki sposób jest wynagradzany za zawarcie umowy.

– Powodem, dla którego rozmowy o zmianie dyrektywy o pośrednictwie w UE zostały podjęte, był tzw. misselling, czyli niewłaściwa sprzedaż ubezpieczeń. Tutaj od razu nasuwają się na myśl słynne polisolokaty, które spowodowały problem nie tylko na polskim rynku, lecz także na rynku europejskim. Dyrektywa ma zapobiec niewłaściwemu oferowaniu produktów ubezpieczeniowych. Klient powinien dostać produkt, który odpowiada jego potrzebom, a nie produkt, który akurat mamy w ofercie, który akurat chcemy dzisiaj sprzedawać – mówi Łukasz Zoń.

Zdaniem prezesa SPBUiR przepisy, które trafiły do Sejmu, nie narzucają nadmiernych obciążeń w porównaniu do ogólnych zapisów dyrektywy. Co więcej, najlepsi dystrybutorzy już dziś w większym bądź mniejszym stopniu spełniają wymogi, które narzuci nowe prawo.

– Dzisiaj jest to kwestia dostosowania procedur, przestawienia działalności na wymogi prawne, ale myślę, że ci, którzy dobrze wykonywali swoją pracę, nie będą mieli z tym problemu i nie będzie to rodziło nadmiernych kosztów. Z tego punktu widzenia nie spodziewam się spektakularnego wpływu nowych rozwiązań na koszty polisy ubezpieczeniowej. Choć oczywiście jakieś koszty będzie to rodzić, szczególnie po stronie ubezpieczycieli, bo są to jednak duże organizmy – podkreśla Łukasz Zoń.

Według KNF na polskim rynku na koniec 2016 roku działało ponad 16,3 tys. agentów ubezpieczeniowych wyłącznych, czyli działających na rzecz jednego zakładu ubezpieczeń (o 640 mniej niż rok wcześniej) oraz 15,9 tys. multiagentów reprezentujących różne firmy. Było też 1367 brokerów ubezpieczeniowych. Różnica polega na tym, że o ile agenci są przedstawicielami zakładów ubezpieczeń i sprzedają ich ofertę, o tyle brokerzy reprezentują klientów i w ich imieniu negocjują z zakładami ubezpieczeń najkorzystniejsze rozwiązania. Zgodnie z dyrektywą funkcja agenta i brokera nie będzie mogła być łączona.

– Na Zachodzie mamy bardziej skomplikowaną sytuację na rynku pośrednictwa, ponieważ zgodnie z praktyką rynków zachodnioeuropejskich ten sam pośrednik może przy jednej czynności występować jako broker ubezpieczeniowy – tłumaczy prezes Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych. – W Polsce tego problemu nie ma, ponieważ broker ubezpieczeniowy nie może działać jako agent, czyli przedstawiciel zakładu ubezpieczeń, i odwrotnie.

Polacy coraz chętniej wybierają krajową żywność. Polskie mięso, nabiał i warzywa podbijają też europejski rynek

Polacy coraz chętniej wybierają krajową żywność. Polskie mięso, nabiał i warzywa podbijają też europejski rynek 2

W coraz większym stopniu polscy konsumenci doceniają krajową żywność. Najchętniej wybierają rodzime produkty mleczne, mięso, warzywa, owoce i pieczywo. Produkty z Polski cieszą się też uznaniem na europejskim rynku, a w ubiegłym roku do UE została wyeksportowana żywność o wartości przekraczającej 24 mld zł. Jednym z hitów eksportowych jest polski drób, który powoli zaczyna podbijać też Chiny, Azję oraz Afrykę. 

– Polacy stają patriotami jako konsumenci, w coraz większym stopniu kupujemy polskie produkty. To promuje rodzimą produkcję i przysparza możliwości rozwoju naszej gospodarki – mówi Witold Obidziński, dyrektor regionu Europy Południowej i Środkowo-Wschodniej w firmie De Heus.

Coraz większy patriotyzm gospodarczy wśród polskich konsumentów znajduje potwierdzenie w kolejnych badaniach. Jak wynika z najnowszego sondażu, zrealizowanego przez SW Research na zlecenie Deus, 53,7 proc. Polaków uważa krajowe mięso, wędliny i przetwory mięsne za lepsze od produktów zagranicznych. Blisko połowa (48,3 proc.) przedkłada polskie pieczywo i wypieki, a średnio co trzeci konsument docenia polskie warzywa, owoce, nabiał i produkty mleczne.

– Istotna jest kwestia tego, czy konsumenci właściwie rozpoznają polski produkt na sklepowej półce. W przemyśle rolno-spożywczym istnieje bardzo duży udział kapitału zagranicznego. Powstaje więc pytanie, czy jeżeli firma istnieje i działa w Polsce, używa polskich surowców, zatrudnia polskich pracowników i płaci w Polsce podatki, ale mimo wszystko jest kapitałowo powiązana z zagranicą – to czy produkowana przez nią żywność jest polska czy zagraniczna? – zastanawia się Witold Obidziński.

Jak wynika z ubiegłorocznego badania „Moda na polskość”, zrealizowanego przez Ipsos na potrzeby projektu Konsument 2016, aż 73 proc. Polaków stara się kupować krajowe produkty, a ponad połowa jest gotowa zapłacić więcej za produkt polski, niż zagraniczny. Dla większość konsumentów (66 proc.) polski produkt to taki, który został wyprodukowany w Polsce przy wykorzystaniu rodzimego kapitału. Dla odmiany, produkt stworzony w Polsce – ale z zagranicznym kapitałem – uważa za polski zaledwie 8 proc. konsumentów.

– Przetwórstwo owocowo-warzywne, nasze słodycze, wędliny, nasz nabiał to dziedziny, gdzie konsument w sposób świadomy wybiera i kupuje produkty polskie, ponieważ są naprawdę dobrej jakości i dostępne w szerokim zakresie – mówi Witold Obidziński.

Polska żywność cieszy się coraz większą popularnością nie tylko na krajowym, ale i europejskim rynku. Z danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi wynika, że w ubiegłym roku z Polski do UE została wyeksportowana żywność o rekordowej wartości 24,1 mld zł. Największy udział w unijnym rynku mają polskie produkty mleczne i mleko (8,2 proc.) oraz polskie mięso (10,4 proc.).

– Polska jest zdecydowanym liderem produkcji, od kilku lat zajmujemy solidne, pierwsze miejsce. Wyprzedziliśmy Niemcy, Francję i Wielką Brytanię, czyli resztę czołówki. Łączny wynik za ubiegły rok to 2,5 mln ton produkcji mięsa drobiowego. Jesteśmy również jednym z liderów eksportu – w ubiegłym roku wyeksportowaliśmy ponad milion ton drobiu. Zbliżamy się do granicy 50 proc. eksportu, więc można powiedzieć, że niedługo co drugi kurczak lub indyk będzie eksportowany z Polski – mówi Łukasz Dominiak, dyrektor generalny Krajowej Rady Drobiarstwa.

Polski drób jest jednym z hitów eksportowych. Głównymi jego odbiorcami na unijnym rynku są Niemcy, Republika Czeska, Wielka Brytania i Francja. Jednak coraz więcej eksportu – w tej chwili już około 20 proc. – trafia na rynki państw trzecich, takich jak Chiny, Bliski Wschód kraje ASEAN (państwa Azji) i Zatoki Perskiej.

– Kolejny perspektywiczny obszar to Afryka, która w najbliższych 10-20 latach osiągnie populację dużo wyższą niż obecnie. Tam przesuwa się ciężar świata, zarówno pod względem populacji, jak i w kontekście portfela konsumentów – co oznacza więcej lepiej uposażonych osób, które będą się chciały wreszcie najeść, wydać więcej pieniędzy na żywność, a białko zwierzęce jest ważnym elementem. Poza walorami smakowymi, jakościowymi oraz ceną, drób ma tą zaletę, że jest ponadreligijnym produktem mięsnym. W tym możemy upatrywać sukcesu drobiu, w tym również pochodzącego z Polski – mówi Łukasz Dominiak.

Dyrektor Krajowej  Rady Drobiarstwa zauważa, że w Polsce sektor drobiarski jest bardzo rozdrobniony i w najbliższych latach producentów czeka nieuchronna konsolidacja. Dlatego firmy zajmujące się produkcją drobiu potrzebują promocji wspólnej, polskiej marki.

 – W porównaniu z branżą niemiecką, francuską, nie mówiąc już o brazylijskiej czy amerykańskiej – w Polsce branża drobiarska jest stosunkowo rozdrobniona. Czeka nas w najbliższych kilku latach łączenie firm. To oznacza, że przedsiębiorcy potrzebują wsparcia, wspólnych działań pod jednym parasolem. Doceniamy działania Ministerstwa Rolnictwa w zakresie budowania marki „Polska smakuje”, tworzenia takiego parasola, pod którym wszyscy producenci żywności mogą się schronić i promować polskie produkty – mówi Łukasz Dominiak.

– Czynimy dużo wysiłków, żeby kształtować tę modę na polskie produkty. Promujemy znak „Polska smakuje”, to cała kampania informacyjno-promocyjna, prowadzona przy pomocy nowych mediów. Na smarfony można pobrać aplikację, dzięki której dostaniemy cały szereg informacji na temat produktów żywnościowych, które rzeczywiście zostały wyprodukowane w Polsce. Są zdrowe, są polecane i co więcej dowiemy się gdzie można je kupić. Między innymi takie działania kreujemy modę na polską żywność – wyjaśnia Witold Strobel, dyrektor Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa.

Andrzej Romaniuk, Główny Inspektor Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych podkreśla, że w promowaniu produktów – zarówno na krajowym, jak i zagranicznym rynku – kluczowe znaczenie ma ich jakość. Konsumenci coraz większą uwagę przykładają do ekologii i naturalnego składu produktu.

– W tej chwili preferencje konsumenckie dotyczą wysokiej jakości żywności i jest to generalny czynnik determinujący zbyt. Producenci odchodzą już od stosowania tzw. zamienników i są raczej skłonni do skracania składu surowcowego w wytwarzanych produktach. Dotyczy to nie tylko wewnętrznego, polskiego rynku. Duże znaczenie ma produkcja ekologiczna, produkty ekologiczne są poszukiwane i zyskują z dnia na dzień coraz większą popularność. Ekspansja eksportowa naszych produktów jest coraz większa i nie tylko swobodnie sprzedajemy teraz na terenie UE, ale w Azji czy Ameryce. Przed polskimi producentami dobrej jakości wyrobów świat stoi otworem – mówi Andrzej Romaniuk.

O perspektywach polskiej żywności eksperci oraz hodowcy z całej Polski rozmawiali w trakcie dwudniowej, pierwszej edycji Agro Days – Dni Hodowcy 2017, która odbyła się w Warszawie w miniony weekend. Wydarzenie otworzyła debata „Made in Poland – jak wykreować modę na polskie produkty?”, a swoją ofertę zaprezentowało na targach ponad 5 producentów z branży hodowlanej. 

W ciągu dekady może upaść nawet połowa prywatnych uczelni w Polsce. Ratunkiem mogą być zagraniczni studenci

W ciągu dekady może upaść nawet połowa prywatnych uczelni w Polsce. Ratunkiem mogą być zagraniczni studenci 3

W ciągu najbliższych 5-10 lat nawet połowa prywatnych szkół wyższych może zostać zamknięta z powodu braku studentów – przekonuje dr Pradeep Kumar, założyciel Indo European Education Foundation. Ratunkiem dla uczelni mogą być studenci zagraniczni, którzy coraz chętniej uczą się w Polsce. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w ubiegłym roku akademickim studiowało w kraju blisko 66 tys. cudzoziemców. Polskę coraz częściej wybierają studenci z Indii.

Najnowsze szacunki Fundacji Edukacyjnej „Perspektywy” wskazują, że wskaźnik umiędzynarodowienia polskich uczelni wynosi 5,15 proc. W kraju studiuje ponad 65 tys. obcokrajowców, najwięcej z Ukrainy (ok. 35 tys.) oraz Białorusi (5 tys.). Trzecią największą grupą są Hindusi.

– Liczba studentów z Indii w Polsce rośnie. Według oficjalnych statystyk dziś jest ich ok. 3 tysięcy, ale nieoficjalnie, na podstawie danych z tego i poprzedniego semestru, możemy mówić o 4,5 tys. Ta liczba radykalnie się zwiększa. Możemy śmiało prognozować, że w ciągu kilku lat przekroczy 5 tys., a za pewien czas może się podwoić i sięgnąć 10 tys. – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Pradeep Kumar, założyciel Indo European Education Foundation.

Jak przekonuje Kumar, polskim uczelniom brakuje jednak pomysłu, jak przyciągnąć międzynarodowych studentów.

– W Polsce wystarczy wysłać wniosek, zapłacić czesne, aby zostać przyjętym. Nie wiadomo przecież, czy ten student naprawdę przyjedzie. Brakuje procesu selekcji, a to wpływa na jakość edukacji. Angażuje uczelnię, ale nie studenta. Być może to po prostu imigranci, którzy nigdy nie pojawią się na zajęciach. To wpływa na liczbę studentów i drenuje uniwersytety – tłumaczy Kumar.

Polskim uczelniom pomaga w tym Fundacja Indo-European Education Foundation, która rekrutuje studentów z regionu indyjskiego, przeprowadza selekcję (m.in. sprawdza poziom wiedzy i znajomość języka angielskiego) oraz weryfikuje status materialny przyszłych studentów.

To o tyle istotne, że jak podaje Kumar, w ciągu najbliższych lat wyższą edukację może rozpocząć nawet 14 mln młodzieży z Indii. Część z nich wybierze zagraniczne uczelnie, bo ze względu na koszty, nie wszystkich będzie stać, by zapewnić dzieciom edukację w kraju.

– Uniwersytety państwowe pobierają 15–20 tysięcy euro opłaty rocznej. Nawet jeśli ktoś zarabia 15 tys. dolarów rocznie, nie jest w stanie zapewnić swojemu dziecku dobrej edukacji w Indiach. Takie osoby  szukają więc możliwości uzyskania wyższego wykształcenia zagranicą. A Polska proponuje to za 15 tys. nie za jeden rok, ale za cały trzyletni program bez żadnych dodatkowych kosztów – mówi Kumar.

Jego zdaniem Polska jest dla nich jednym z bardziej atrakcyjnych kierunków. Na te Europy oferuje studia w stosunkowo niskiej cenie, znacznie niższej niż na Zachodzie.

– Opłaty za studia w Wielkiej Brytanii czy USA to ok. 15 tys. funtów albo dolarów. W Polsce studenci płacą 2–5 tysięcy euro. Takie porównanie kosztów sprawia, że wielu studentów wybiera Europę. Polska dodatkowo ma wyjątkową ofertę uzyskania dyplomu dobrze znanej uczelni, który będzie uznawany we wszystkich krajach Unii Europejskiej. Studenci rozumieją więc, że Polska to nie tylko atrakcja turystyczna, lecz także kusząca alternatywa edukacyjna w rozsądnej cenie – tłumaczy Kumar.

Studenci z Indii najchętniej wybierają kierunki techniczne: motoryzację, elektronikę, energetykę, czy nanotechnologię oraz kursy MBA (Master of Business), które kształcą menadżerów. Coraz częściej studiują też medycynę, zwłaszcza że Indie zmieniły prawo dotyczące absolwentów tego kierunku. Każdy student, który wybierze uczelnie uznawaną przez indyjskie władze medyczne (m.in. uniwersytety w Warszawie i Gdańsku), może praktykować w Indiach po powrocie do kraju.

– To kolejny obszar, w którym widzimy wzrost zainteresowania. W następnych latach możemy spodziewać się wielu kolejnych studentów. To duża szansa, ponieważ może pociągnąć za sobą również napływ kapitału. Zyskają również na tym polskie uniwersytety medyczne. Zarobią na takim kandydacie prawie 50 tysięcy złotych rocznie. Studenci przyjeżdżający tutaj przyciągają za sobą kapitał i wspierają rozwój gospodarczy w krajach docelowych – wymienia dr Pradeep Kumar.

Samochody spalinowe będą stopniowo wypierane przez auta elektryczne. Koncerny motoryzacyjne stawiają na rozbudowę sieci ładowania

Samochody spalinowe będą stopniowo wypierane przez auta elektryczne. Koncerny motoryzacyjne stawiają na rozbudowę sieci ładowania 4

Do 2040 roku udział aut elektrycznych w ogólnej sprzedaży samochodów może przekroczyć 50 proc. Do tego, by mogły one zastąpić pojazdy spalinowe, konieczne jest jednak stworzenie całego ekosystemu energetycznego. Koncerny motoryzacyjne skupiają więc na rozbudowie sieci ładowania. Ten cel postawił sobie m.in. Nissan wspólnie z Greenway Infrastructure Poland, którzy planują wybudować do 2020 roku prawie 200 stacji. Koncerny motoryzacyjne stale też pracują nad zwiększaniem zasięgu akumulatorów.

– Napędy pojazdów oparte na silnikach spalinowych docelowo będą zmierzały do eliminacji silników spalinowych i paliw, pochodnych ropy naftowej. Nie będzie to proces gwałtowny, ale stopniowy. Najpierw poprzez produkcję i masowe użytkowanie pojazdów hybrydowych, które jednak należy traktować jako element przejściowy. Docelowo będą dominowały pojazdy napędzane energią elektryczną, czyli pojazdy elektryczne bateryjne bądź napędzane wodorem poprzez ogniwa paliwowe, które z wodoru wytwarzają energię elektryczną – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr inż. Piotr Piórkowski z Wydziału Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej.

Na koniec 2016 roku na świecie było ok. 2 mln samochodów elektrycznych (dane Międzynarodowej Agencji Energii), a według prognoz w latach 2030–2040 może być ich już 100 mln. Jak podaje European Automobile Manufacturers Association (ACEA), w 2016 roku w Unii Europejskiej zarejestrowano ponad 155 tys. samochodów z napędem elektrycznym i 278 tys. hybryd. Na polskim rynku (dane Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych) na koniec ubiegłego roku zarejestrowanych było 1237 „elektryków”.

– Transport elektryczny, zwłaszcza w obszarach miejskich, wydaje się być napędem idealnym. W mieście, gdzie natężenie ruchu jest bardzo duże, pojazdy elektryczne w przeciwieństwie do pojazdów spalinowych nie emitują zanieczyszczeń, zwłaszcza dwutlenku węgla, cząstek stałych – mówi Piotr Piórkowski.

Barierą w rozwoju transportu elektrycznego są stosunkowo wysokie ceny baterii. Jednak według raportu Bloomberg New Energy Finance, od 2010 roku cena litowo-jonowej baterii w przeliczeniu na jedną kWh zgromadzonej w nich energii spadła o 73 proc., czyli z 1 tys. do ok. 270 dol. W 2030 roku zmniejszy się o kolejne 70 proc. do poziomu 73 dol. Wciąż jeszcze brakuje odpowiedniej infrastruktury, czyli stacji ładowania pojazdów.

– Obawy, jakie zgłaszają potencjalni klienci jeśli chodzi o samochody elektryczne, to na pewno kwestia zasięgu. Nie lubimy jeździć na rezerwie, a zasięg w samochodzie elektrycznym jest jeszcze trochę niższy niż w przeciętnym samochodzie spalinowym, co nie oznacza, że nie wystarcza nam to na codzienne potrzeby, ponieważ zdecydowana większość kierowców nie robi dziennie więcej niż do 50 km – mówi Dorota Pajączkowska, PR Manager marki Nissan w Polsce.

Dlatego Nissan chce intensywnie rozwijać sieć stacji ładowania. Według przedstawionego niedawno planu rozwoju elektromobilności marka ogłosiła zamiar rozbudowy infrastruktury ładowania w Europie o 20 proc. w ciągu najbliższych 18 miesięcy. Dziś sieć liczy ponad 4,6 tys. szybkich ładowarek. Nissan współpracuje także z Greenway Infrastructure Poland, która ma zamiar do końca tego roku postawić 40 stacji. Do 2020 roku ma być ich 200, wśród nich 10 szybkich i 135 ultraszybkich.

Dodatkowo koncerny stale pracują nad zwiększaniem zasięgów akumulatorów.

– Rynek akumulatorów bardzo się rozwija. Nowy Nissan LEAF który wejdzie do sprzedaży na początku przyszłego roku to kolejny krok naprzód. Samochód będzie miał blisko 380 km zasięgu na jednym ładowaniu. Taka bariera zupełnie przestanie być istotna – mówi Dorota Pajączkowska.

Obecnie co czwarty samochód elektryczny na świecie to Nissan. Tego typu pojazdy dobrze sprawdzają się dla flot, są oszczędne, a ich przeglądy nawet o połowę tańsze niż spalinowych samochodów. Umożliwiają też pokonywanie coraz większych dystansów. To właśnie dlatego polscy podróżnicy wybrali samochód elektryczny Nissan LEAF do podróży przez Afrykę. Projekt Electric Explorer African Challenge 2018 ruszy w lutym przyszłego roku. W podróż z Kapsztadu do Polski wyruszą Arkady Paweł Fiedler i fotograf Albert Wójtowicz.

– Afrykę przejechałem już wcześniej samochodem, wiedząc, jakie będą przede mną wyzwania, drogi różnej jakości, temperatura, aura. Myślałem o samochodzie sprawdzonym, który przejechał wiele tysięcy kilometrów. Właśnie takim samochodem jest Nissan LEAF – ocenia Arkady Paweł Fiedler, podróżnik i uczestnik wyprawy. – W Afryce przede mną mnóstwo różnych wyzwań, głównie związanych z ładowaniem samochodu.

Przedstawiciele firmy Nissan przekonują, że na pojazdy elektryczne można patrzeć znacznie szerzej. To nie tylko środek mobilności, ale część znacznie większego systemu.

– Nissan wraz z partnerami z branży elektroenergetycznej skonstruował dwukierunkową ładowarkę. Ten system nazywa się vehicle-to-grid, pozwala ona na dwukierunkowy przesył energii. Poprzez taką ładowarkę możemy ładować samochód, kiedy jest nam potrzebny do jazdy, ale też możemy pobierać prąd z akumulatora samochodu elektrycznego na potrzeby domu, gdy np. chcemy zasilić dom w czasie największego szczytu, kiedy stawki za energię są najwyższe – tłumaczy Dorota Pajączkowska.

System V2G już od roku funkcjonuje w Danii. Klienci, którzy zdecydują się na zakup takiej ładowarki, mogą sprzedawać nadmiar energii z powrotem do sieci. Rozwiązania Nissana pozwolą nie tylko na oszczędności, ale w sytuacji awaryjnej mogą posłużyć jako źródła zasilania awaryjnego.

Trendy i innowacje w obszarze modelowania procesów biznesowych – BPM TRENDS – 29 listopada 2017

Efektywność przedsiębiorstwa, instytucji czy innej organizacji – niezmiennie zależy od zintegrowanych systemów działających wewnątrz firmy. Zachodzące w nich operacje przekładają się bowiem na maksymalizację wykorzystania zasobów i lepszych wyników pracy. Znajomość tematyki BPM pozwoli w przyszłości podjąć właściwe decyzje i działania, usprawnić przepływ informacji czy też szybko zidentyfikować problemy zaistniałe w organizacji.

BPMKonferencja przedstawi aktualne trendy oraz innowacje w obszarze modelowania procesów biznesowych, a liderzy technologii poruszą aspekty merytoryczne oraz aplikacyjne, w zakresie tworzenia i rozwijania środowiska BPM w firmie. Wydajna oraz efektywna architektura środowiska BPM, staje się głównym elementem rozwoju gospodarczego oraz kluczowym czynnikiem osiągania znaczących korzyści na rynku.

Serdecznie zapraszamy do rejestracji i udziału w konferencji!

Business Process Management Trends 29.11.2017

W programie wydarzenia m.in.:

  • CZY PROCES ROZWOJU NOWYCH PRODUKTÓW JEST PROCESEM?
    Marek Kowalczyk, Mandarine Project Partners
  • ELASTYCZNY MODEL TRANSFORMACJI PROCESÓW
    Łukasz Kubacki, Eurobank
  • TRZY KROKI WDROŻENIA DO BPO/SSC
    Daniel Bąk, Fundacja Pro Progressio
  • PROJEKTOWANIE I MODELOWANIE PROCESÓW BIZNESOWYCH – DOŚWIADCZENIA I DOBRE PRAKTYKI
    Jarosław Żeliński, IT-Consulting

Strona internetowa wydarzenia:  http://bpmtrends.pl/

Udział w konferencji jest bezpłatny, wystarczy wypełnić formularz  rejestracyjny!

Uprzejmie informujemy, że ilość miejsc jest ograniczona.

Uczestnikom konferencji zapewniamy przerwy kawowe oraz komplet materiałów konferencyjnych.

Monika Bronowska nowym Prezesem Zarządu Grupy Netsprint

Od listopada br. Grupą Netsprint pokieruje Monika Bronowska, ekspert z ponad 17-letnim doświadczeniem w branży mediowo-marketingowej. Zastąpi Artura Banacha, który obejmie stanowisko Chief Strategy Officer.

W ostatnich latach Grupa Netsprint dynamicznie rosła w oparciu o rozwój organiczny i akwizycje w segmentach treści sponsorowanych i reklamy mobilnej. Zmiana na stanowisku prezesa to naturalny etap rozwoju, związany m.in. z planami ekspansji biznesowej na rynkach zagranicznych. Monika Bronowska będzie odpowiadać za integrację oferty wszystkich spółek z Grupy, obejmującej pełen zakres działań digital marketingowych, a także wzrost sprzedaży w Europie i kontakty ze strategicznymi klientami. Artur Banach w zeszłym roku z sukcesem przyłączył do Netsprinta lidera content marketingu – platformę Whitepress oraz sieć reklamy mobilnej Adrino. W nowej roli Chief Strategy Officera, skoncentruje się na rozwoju produktów i wdrażaniu nowych technologii.

Monika Bronowska
Monika Bronowska

„Strategia Grupy Netsprint zakłada dynamiczny rozwój w obszarze danych z wykorzystaniem unikalnych algorytmów i produktów, m.in. w oparciu o machine learning. W najbliższym czasie Spółka skoncentruje się na integracji własnych technologii i kompetencji, tworząc dla swoich partnerów biznesowych – agencji, domów mediowych czy wydawców, kompleksową ofertę marketingu internetowego” – mówi Monika Bronowska, nowa Prezes Zarządu Grupy Netsprint. „W związku z planami ekspansji Grupy Netsprint na rynkach europejskich, Spółka jest otwarta na dalsze przejęcia i stale szuka firm, z którymi może stworzyć właściwą synergię. Dzięki zaangażowaniu i możliwościom inwestorów – Dirlango i Innova Capital – Grupa nie ogranicza się do akwizycji wyłącznie wśród polskich start-upów. Cieszę się, że będę mogła kontynuować intensywny rozwój Grupy” – dodaje Monika Bronowska.

Monika Bronowska ma ponad 17-letnie doświadczenie w rozwijaniu biznesu w międzynarodowych organizacjach, w których współtworzyła i z sukcesem wdrażała efektywne modele biznesowe, usprawniające pracę zespołów, oraz mające realny wpływ na rentowność przedsiębiorstw. Przed dołączeniem do Grupy Netsprint zajmowała stanowisko Chief Operating Officer w Publicis Media w Polsce. Wcześniej przez 5 lat, jako CEO zarządzała ZenithOptimedia Group (obecnie Zenith). Doświadczenie zdobywała również w agencji reklamowej i po stronie klienta, zajmując stanowisko Zastępcy Dyrektora Departamentu Komunikacji w Polkomtel.

„Dołączenie Moniki Bronowskiej do naszego zespołu umożliwi realizację długofalowych celów biznesowych Grupy Netsprint. Jestem przekonany, że jej kompetencje merytoryczne, zdolność budowania sprawnych, szybko rosnących organizacji oraz zrozumienie rynku agencyjnego pozwolą nam wznieść Grupę Netsprint na kolejny poziom rozwoju firmy. Naszym wspólnym celem pozostaje budowa pozycji lidera marketingu technologicznego, który kompleksowo wspiera partnerów biznesowych w obszarze wykorzystania danych, jako naturalnego elementu strategii biznesowej– mówi Artur Banach, który objął stanowisko Chief Strategy Officera.

Strategia marketingu napędzanego danymi

Grupa Netsprint, w skład której wchodzą spółki: Netsprint, LeadR, Email Network, Adrino, WhitePress, zamierza rozbudowywać portfolio produktów we wszystkich kanałach digital marketingu, czyli content marketing, display & programmatic, mobile, email marketing oraz video. Oferta Grupy koncentruje się wokół Netsprint Audience – platformy gromadzenia i zautomatyzowanego analizowania danych na temat użytkowników, która skupia ponad 92 mln cookies w Polsce. Za pomocą zintegrowanego ekosystemu reklamowego Grupy Netsprint reklamodawcy mogą dotrzeć do 24 milionów polskich internautów (97% zasięgu), na wszystkich największych polskich portalach i serwisach tematycznych.

PIU: Rośnie wykrywalność przestępstw ubezpieczeniowych

W przestępczości ubezpieczeniowej pojawiły się nowe tendencje. Coraz wyższa wykrywalność sprawia, że przestępcy również szukają nowych sposobów działania. Z analizy metod ich działania wynika, że coraz częściej wykorzystują oni ubezpieczenia na życie. W Dziale I pojawiają się też nowe wyzwania związane z cyberbezpieczeństwem. W Dziale II zakłady ubezpieczeń zauważają renesans pewnych pozornie zapomnianych metod wyłudzeń w komunikacji. Ogółem spada liczba czynów niedozwolonych, ale systematycznie od kilku lat rośnie ich wartość. Prezentujemy najnowszą analizę danych dotyczących przestępstw ujawnionych w 2016 r.

Przestępstwa ubezpieczeniowe w Dziale I

W dziale I pracownicy zakładów ubezpieczeń odnotowali 12 proc. spadek czynów zabronionych (z 836 do 738), wartość ujawnionych czynów wzrosła zaś o 21 proc. z 11 343 955 PLN. Chodzi tu zarówno o przypadki sklasyfikowane jako usiłowania, jak i rzeczywiste wyłudzenia, zarówno zidentyfikowane w toku postępowań wewnętrznych, jak i zgłoszone do organów ścigania.

W 2016 roku w Dziale I zakłady ubezpieczeń wypłaciły łącznie w formie świadczeń kwotę 18,3 mln zł. Ujawnione nieprawidłowości stanowią około 0,2% sumy wypłat. Przeciętna wartość wyłudzenia w ubezpieczeniach na życie przekracza 18 tys. PLN.

Od lat najpopularniejszym i najbardziej dotkliwym pod względem wartościowym przestępstwem jest wyłudzenie świadczenia za zgon osoby ubezpieczonej. W roku 2016 udział tej metody osiągnął rekordową wartość 80%. W 2016 roku często wykrywano także przypadki związane z leczeniem szpitalnym, operacjami inwalidztwem i uszczerbkiem na skutek NW.

Metody działania sprawców

Odnotowano wysoką popularność metody wyłudzeń, polegającej na podawaniu nieprawdziwych okoliczności zaistnienia urazów. Szczególnie dotyczy to osób uprawiających sport. Nieuczciwi klienci – wyczynowi sportowcy, podają inne niż faktyczne okoliczności, aby uniknąć odmowy wypłaty świadczenia z uwagi na zaliczenie uprawianej przez nich dyscypliny sportu do wyłączeń odpowiedzialności.

Warto też zaznaczyć, że w 2016 odnotowano rekordowe wartości nadużyć poza obszarem bezpośredniej wypłaty świadczeń. Od kilku lat w tym obszarze odnotowywane są wysokie wartości, jednak jak dotąd nie przekraczały one 10 mln PLN – w 2016 r. wyniosły aż 19 mln.

Nowe wyzwania

W Dziale I przed zakładami ubezpieczeń stoją nowe wyzwania związane ze zmianami pokoleniowymi oraz cyberbezpieczeństwem. Odmienne wymagania przyszłych klientów z generacji Y i Z zapowiadają rewolucję na rynku ubezpieczeń na życie. Pojawią się problemy od dawna znane w sektorze bankowym, m.in. przejmowanie tożsamości ubezpieczonych w celu przywłaszczenia należnych im świadczeń. Nowe elektroniczne kanały kontaktu z klientem rodzą wiele zagrożeń związanych z jego prawidłową identyfikacją.

Przestępstwa ubezpieczeniowe w Dziale II

W dziale II liczba czynów przestępczych spadła o 28 proc, natomiast kwota przestępstw wzrosła o 18%. W 2016 roku pracownicy zakładów ubezpieczeń Działu II odnotowali 9 515 czynów przestępczych na łączną kwotę 211, 9 mln zł. Średnia wartość przestępstwa wyniosła około 22 tys. PLN. Łączna wartość przypadków stanowi 1,15% wartości wypłacanych odszkodowań i świadczeń.

Metody działania sprawców

W roku 2016 wykryto ok. 1800 prób wyłudzenia świadczeń za szkody osobowe na kwotę blisko 24 mln PLN. Podobnie jak w roku 2015 uczestnicy badania od kilku lat raportują lawinowy wzrost wartości szkód osobowych. Dotyczy to zarówno powiększania deklarowanego zakresu uszkodzeń ciała w przypadku urazów, symulowania stanów psychicznych wynikających z rzekomo doznanego szoku pourazowego oraz powiększania liczby poszkodowanych w wypadku poprzez składanie fałszywych deklaracji. Na szczęście tego typu praktyki sprawców charakteryzują się znikomą skutecznością.

Zakłady ubezpieczeń zauważają także renesans pewnych pozornie zapomnianych metod wyłudzeń w komunikacji. Ostatnio odżywa metoda polegająca na celowym spowodowaniu szkody. Jej częstą odmianą, stosowaną przez wyspecjalizowanych sprawców, są szkody na rondach i rozbudowanych skrzyżowaniach dużych miast. Sprawcy wykorzystują błędy i dekoncentrację innych kierowców i celowo doprowadzają do kolizji w taki sposób, że są stroną poszkodowaną. Następnie samochody – generatory szkód – są prowizorycznie naprawiane i ponownie wykorzystywane. Dzięki metodom analizy danych zakłady łatwo radzą sobie z wykrywaniem tego procederu.

Nowe wyzwania

Zakłady ubezpieczeń w najbliższym czasie muszą przygotować się m.in. do technicznej rewolucji dystrybucji i obsługi procesu ubezpieczenia. Niezwykle szybki rozwój urządzeń mobilnych oraz rozwiązań fintech/insurtech stawia zupełnie odmienne wymagania. Zagrożenia ze strony cyberprzestępczości i socjotechniki znane z branży bankowej generują przed systemami i zespołami antyfraudowymi całkowicie nowe, niespotykane dotąd wyzwania.

Istotnym wyzwaniem jest również przestępczość transgraniczna. Zakłady powinny przygotować się w zakresie identyfikacji dokumentów i tożsamości potencjalnych klientów – nierezydentów.

Raport podsumowujący dzisiejszą sytuację na rynku walutowym, surowcowym oraz akcyjnym

Poniedziałkowy kalendarz makroekonomiczny nie należał do ponadprzeciętnie fascynujących. Perspektywę dość nudnej sesji wyraźnie odsunęły doniesienia agencji Bloomberga dotyczące potencjalnego załamania rozmów w sprawie BREXIT-u, które ma nastąpić w sytuacji bezkompromisowości oficjeli z Brukseli. Koniec dnia stoi pod znakiem lekkiego powrotu dolara do łask. Obecnie USD/JPY wraca w okolice poziomu 112,00, a EUR/USD próbuje na dobre uplasować się poniżej wsparcia przy 1,1800.

Wśród walut G10 wyższości amerykańskiego odpowiednika nie uznaje szwedzka korona, która na przestrzeni dnia zdołała umocnić się o 0,2 proc. Obecnie najsilniej tracącym komponentem koszyka pozostaje dolar kanadyjski (-0,4 proc.) będący z jednej strony beneficjentem cięcia podatków przez gabinet Justina Trudeau, a z drugiej strony zakładnikiem gorszych warunków biznesowych według raportu BOC. W przypadku walut państw rozwijających się należy mówić o niezbyt udanej sesji w wykonaniu meksykańskiego peso (-0,9 proc.), które skutecznie pozostawiło w tyle dzisiejszą deprecjację południowoafrykańskiego randa (-0,3 proc.), tureckiej liry (-0,3 proc.) czy rosyjskiego rubla (-0,3 proc.). W ścisłej czołówce Emerging Markets znalazł się polski złoty (0,2 proc.). Na koniec dnia EUR/PLN osuwa się w okolice 4,2320, USD/PLN stabilizuje się przy 3,5850, CHF/PLN powraca do 3,6750, a GBP/PLN schodzi do poziomu 4,7560.
W trakcie poniedziałkowej sesji swoje pięć minut miała polska gospodarka z racji na publikację sierpniowego bilansu płatniczego. W centrum uwagi znalazły się dane dotyczące wymiany handlowej, która niespodziewanie odnotowała nadwyżkę (298 mln EUR) wobec spodziewanego przez ankietowanych uczestników rynku deficytu na poziomie 475 mln EUR. Powyższe wskazanie istotnie wpłynęło na saldo obrotów bieżących, które wyniosło -100 mln EUR (konsensus: -660 mln EUR).

Wśród danych napływających zza oceanu uwagę próbował zwrócić regionalny wskaźnik sentymentu biznesowego opracowany przez ekonomistów z nowojorskiego oddziału Fed. Według szacunków nastroje panujące wśród przedsiębiorców zbliżyły się do tych obserwowalnych przed trzema laty. Uplasowanie głównego indeksu na poziomie 30,2 pkt (konsensus: 20,5 pkt, poprzednio: 24,4 pkt) to przede wszystkim zasługa wyższych subindeksów dostaw wytwórczych oraz przewidywań dotyczących zamówień.

Na europejskich parkietach początek tygodnia stał pod znakiem wyraźnego rozłamu. Z dala od zwyżek znalazł się madrycki IBEX 35, którego 0,8 proc. przecena okryła cieniem niezbyt udaną sesję na giełdzie w Londynie. Najsilniej tracącym komponentem indeksu FTSE 100 (-0,1 proc.) okazał się być Convatec (-26,6 proc.) po publikacji niezbyt przychylnych wyników za miniony kwartał. Prawdziwy cios w wycenę spółki zadał huragany w obrębie Karaibów, które przyczyniły się do dewastacji posiadanych zapasów. Najsilniej tracącą spółką we Frankfurcie było Linde (-1,6 proc.), które stanowiło przeciwwagę dla wzrostów Bayeru (1,2 proc.) mającego perspektywę całkowitego przejęcia Monsanto jeszcze w I półroczu 2018 roku. Niewiele mniej optymistyczne nastroje dotyczyły inwestorów Lufthansy (1,0 proc.), która jawnie przymierza się do przejęcia części spółki Alitalia. Finalnie DAX (0,1 proc.) zakończył swoje notowania tuż nad okrągłym poziomem 13 000 pkt.

Przetasowania na światowym rynku surowcowym istotnie przyczyniły się do wywindowania walorów KGHM Polskiej Miedzi na fotel lidera indeksu WIG 20 (0,3 proc.). Na przestrzeni dnia akcje rodzimego kombinatu podrożały o 4,4 proc., co skutecznie okryło cieniem dość udane sesje mBanku (2,3 proc.) oraz PGNiG (1,5 proc.). Apetyt na wyższe poziomy wyraźnie ograniczyła przecena Tauronu (-2,8 proc.). Za powyższą przeceną stoją działania prawne amerykańskiej spółki Invenergy, która zdecydowała się na proces arbitrażowy przeciwko Polsce. Invenergy wyceniło poniesione szkody na kwotę 700 mln USD.

W gronie surowców miano niekwestionowanego zwycięzcy poniedziałkowej sesji należy do miedzi, która zdążyła odnotować 3,5 proc. zwyżkę. Zdecydowanie mniej spektakularny ruch ku wyższym poziomom notuje ropa. Na koniec dnia West Texas Intermediate jest wyceniana po blisko 52,00 USD za baryłkę, tj. 1,0 proc. wyżej względem piątkowego zamknięcia. Powyższe zestawienie zamykają płody rolne, którym towarzyszy przecena listopadowych kontraktów na gaz ziemny (-1,9 proc.). W przypadku złota należy mówić o względnym balansowaniu przy ostatnio obserwowanych poziomach. Na koniec dnia uncja żółtego kruszcu wraca w okolice poziomu 1 300 USD, notując tym samym dzienną przecenę rzędu 0,2 proc.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

B.Wyżnikiewicz: Rośnie deficyt wynagrodzeń w bilansie płatniczym

Po raz pierwszy z Polski wypłynęło więcej pieniędzy z tytułu wynagrodzeń, niż napłynęło od polskich emigrantów pracujących poza granicami kraju. Ten stan będzie się pogłębiać, a dla gospodarki to oznacza problem z bilansem płatniczym.

– Od 2004 roku wynagrodzenia otrzymane od emigrantów wzrosły z 13,1 mld zł do 17,1 mld zł w latach 2006-2007. Następnie ponownie spadły do 13,3 mld zł i nadal będą spadać – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Bohdan Wyżnikiewicz, prezes Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych, były prezes GUS i b.wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.

Od 2004 roku rosną natomiast wynagrodzenia przekazywane przez imigrantów pracujących w Polsce (z 2,0 mld PLN w 2004 roku do 13,8 mld PLN w 2016 roku), ale już drugi kwartał z rzędu obserwujemy znaczne przyspieszenie w porównaniu do tego samego kwartału poprzedniego roku (z 3,4 mld PLN w II kwartale 2016 roku do 5,3 mld PLN w II kwartale br.). Powodem było gwałtowne zwiększenie liczby zatrudnionych obcokrajowców (liczba zaświadczeń o zamiarze zatrudnienia obcokrajowców i zezwoleń na pracę zwiększyła się o około połowę) oraz wzrost płac.

Jednocześnie spadły wynagrodzenia przekazywane do Polski przez emigrantów (z 3,4 mld PLN w II kwartale 2016 roku do 3,1 mld PLN w II kwartale br.). – W efekcie rośnie deficyt wynagrodzeń w bilansie płatniczym – komentuje B.Wyżnikiewicz.

Na zagranicznych rynkach konkurujemy ceną. Brakuje strategii i marki parasolowej

Polska żywność ma szansę odnieść sukces za granicą, ale niezbędna jest odpowiednia strategia. Podstawą ekspansji zagranicznej jest patriotyzm zakupowy na rodzimym rynku. To główne wnioski z debaty „Made in Poland – jak wykreować modę na polskie produkty. Polska żywność – szanse i perspektywy”, która odbyła się 14 października w ramach Agro Days. Dni Hodowcy 2017 w Warszawie. 

O aktualnej sytuacji na rynku i perspektywach rozmawiali przedstawiciele rządowych agend oraz eksperci.

– Polski konsument jest dziś zupełnie inny, niż 20 lat temu. Bogatszy i bardziej świadomy, co wpływa na jego preferencje zakupowe – mówił Witold Strobel, dyrektor generalny Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa. – Powinniśmy kształtować świadomość konsumentów i utrwalać dobre nawyki, aby zaistniał synonim: polski, czyli dobry – dodał.

Jak wyjaśniał Witold Obidziński, Dyrektor regionu Europy Centralnej i Pd.-Wsch. w De Heus: – W Polsce da się zauważyć „patriotyzm konsumencki”. Trudno dziś jednak wyraźnie rozróżnić na półce produkt polski od zagranicznego. Dlatego jak najszybciej powinniśmy opracować wyraźne oznaczenia oraz ramy, które określą, jaki produkt może być określony jako „polski”.

Zdaniem Leszka Hądzlika, Prezydenta Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka, do promocji polskiej żywności za granicą konieczne jest wykorzystanie naturalnych ambasadorów, takich jak choćby Polacy mieszkający za granicą. Potrzebna jest też konsolidacja producentów oraz stworzeniem wspólnej platformy sprzedaży.

Rośnie zainteresowanie producentów oznakowaniem żywności. Od stycznia tego roku mamy ustawowe oznakowanie „Produkt Polski”, a Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi przyznaje rocznie około 200-300 produktom prawo do znaku „Poznaj Dobrą Żywność” – wyjaśniał Andrzej Romaniuk, Główny Inspektor Inspekcji Jakości Handlowej Produktów Rolno-Spożywczych.

– Branża drobiowa odniosła duży sukces w ciągu ostatnich 10 lat. Mamy możliwość powtórzyć ten sukces na rynkach zagranicznych. Dziś zagraniczni konsumenci wybierają polski drób ze względu na wysoką jakość i konkurencyjna cenę, a nie z powodu jego pochodzenia. Aby wypromować kraj pochodzenia potrzebna jest strategia i marka parasolowa. Jesteśmy dopiero na początku drogi – dodał Łukasz Dominiak, Dyrektor Generalny Krajowej Rady Drobiarstwa.

Spostrzeżenia te potwierdził Michał Koleśnikow, dyrektor departamentu Analiz Ekonomicznych, Sektorowych i Rynków Rolnych w BGŻ BNP Paribas: – Tylko 40 proc. polskich firm podkreśla polskie pochodzenie produktów. Na krajowym rynku bardziej liczy się regionalizm. Jednocześnie 20 proc. firm twierdzi, że polskość nie pomaga w sprzedaży zagranicznej.

Polskie znaczy lepsze

W trakcie debaty uczestnicy podkreślali konieczność budowania popytu wewnętrznego i promowanie pochodzenia polskich produktów na rodzimym rynku. Jak zatem Polacy postrzegają polską żywność? Temu zagadnieniu poświęcono badania przeprowadzone wśród polskich konsumentów na zlecenie firmy De Heus. – Z naszych badań wynika, że Polacy doceniają produkty „Made in Poland” i uważają, że są lepszej jakości, niż ich zagraniczne odpowiedniki. Szczególnie cieszy fakt, że wysoka jakość i skład produktu są o wiele bardziej cenione, niż niska cena – mówi Rafał Wiecheć, kierownik marketingu z firmy De Heus.

Zgodnie z wynikami badania przeprowadzonego na zlecenie De Heus, ponad 90% Polaków sądzi, że polska żywność jest smaczna. W większym stopniu przekonane są o tym panie (94% odpowiedzi) niż panowie (88% wskazań). Przekonanie o wyjątkowym smaku polskiej żywności rośnie wraz z wiekiem respondentów. Podczas gdy w grupie do 24 rż. odpowiedzi twierdzącej udzieliło 85% ankietowanych, to w grupie powyżej 50 rż. już 93%.

Rys. 1  Czy według Pana/Pani polska żywność jest smaczna?

smaczna

Dla ponad połowy Polaków największym wyróżnikiem polskiej żywności jest jej smak. W drugiej kolejności wskazywana jest jakość. Na trzecim miejscu znajduje się pochodzenie, czyli lokalność. Co ciekawe, atrybut pochodzenia docenia dwa razy więcej kobiet niż mężczyzn (36% vs. 19%). Dla Panów ważniejsze są – choć nieznacznie – jakość i smak.

Najmłodsi konsumenci przywiązują mniejszą wagę, niż inne grupy wiekowe,  do jakości, czy smaku. Stosunkowo ważniejsza jest dla nich cena i różnorodność.

Rys. 2 Jakie są Pana/Pani zdaniem największe zalety polskiej żywności? Proszę  wskazać max. 2 odpowiedzi.

zaletyPonad połowa ankietowanych uważa, że polskie mięso, wędliny i przetwory mięsne są lepsze od produktów zagranicznych. Niewiele mniejszy odsetek wskazuje na pieczywo i wypieki (48%), a co trzeci badany – na warzywa i owoce.

Rys. 3 Które Pan/Pani zdaniem polskie produkty są lepsze od produktów zagranicznych? Można wybrać 3 kategorie.

produktyDla prawie połowy respondentów informacja o braku konserwantów byłaby przekonująca do zakupu danego produktu spożywczego. 44% ankietowanych zwraca uwagę na wysoką jakość, a 40% – na brak modyfikacji genetycznych. Niemal żaden z respondentów nie wskazał na certyfikaty, czy znak jakości.

Zgoła inaczej lista odpowiedzi wygląda w przypadku osób do 34 rż. Wśród tej grupy najważniejsza jest wysoka jakość, następnie – skład produktu i brak modyfikacji genetycznej. Brak konserwantów jest dopiero na 4. miejscu.

Rys. 4. Jaka informacja przekonałaby Pana/Panią do zakupu danego produktu spożywczego? Proszę wskazać 3 najważniejsze aspekty.

co przekonujePolacy doceniają wysoką jakość produktów także za pomocą portfela. Ponad 60% ankietowanych jest w stanie zapłacić więcej za żywność wysokiej jakości. Ponad 80% respondentów wybrałoby polski produkt zamiast zagranicznego, gdyby był w tej samej cenie.

O badaniu: Badanie zrealizowano w dniach 04-06.09.2017 metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W ramach badania przeprowadzono 520 ankiet z osobami powyżej 18 roku życia.

Umocnienie nadwyżki handlowej

Deficyt na rachunku obrotów bieżących (CA) wyniósł w sierpniu -100 mln EUR (konsensus: -712 mln EUR, PKO: -100 mln EUR, a saldo CA w ujęciu 12-miesięcznym wzrosło do -0,2%PKB z -0,4% PKB po lipcu przy wzroście nadwyżki w handlu towarami (0,4% PKB vs 0,2% PKB po lipcu).

Sierpniowej stabilizacji dynamiki eksportu (do 12,3% r/r vs 12,4% r/r w czerwcu) towarzyszyło wyhamowanie tempa wzrostu importu (7,6% r/r vs 12,8% r/r). Dynamika eksportu jest wciąż wspierana przez rosnące zamówienia eksportowe. Opublikowane w piątek dane GUS pokazują, że wyraźna poprawa koniunktury w gospodarkach rozwiniętych (w tym w strefie euro) przekłada się na silną dynamikę wymiany towarowej z tymi państwami. Z kolei import jest podsycany przez silnie rosnącą konsumpcję, a także (nominalnie) przez wzrost cen surowców. Rosnąca dynamika zakupów w gospodarkach rozwiniętych (wg danych GUS) wskazuje na wzrost inwestycyjnego komponentu popytu krajowego. Uważamy, że powyższe tendencje zostaną utrzymane w kolejnych miesiącach: mocny eksport będzie nadal wspierany przez poprawę światowej koniunktury, a dźwignią importu pozostanie silny popyt wewnętrzny.

pobrane (7)

12-miesięczne saldo obrotów kapitałowych utrzymało się na poziomie 1,0% PKB. Saldo inwestycji bezpośrednich nieznacznie się poprawiło (-0,1% PKB vs -0,2% PKB po lipcu). Saldo rachunku finansowego (z wyłączeniem rezerw) spadło (po raz kolejny) do -0,9% z -0,7% PKB przy kontynuacji spadku zobowiązań NBP wobec zagranicy (głównie z tytułu transakcji repo). Stabilizacja sytuacji europejskich banków wspiera proces równoważenia (w ujęciu 12-miesięcznym) salda wypływów i napływów środków do monetarnych instytucji finansowych.

W dalszej części roku saldo rachunku obrotów bieżących może się nieznacznie obniżyć (wraz ze spadkiem nadwyżki handlowej wynikającym z cyklicznego przyspieszenia importu oraz obniżeniem salda dochodów związanym ze wzrostem funduszu wynagrodzeń i transferów ze strony pracujących w Polsce imigrantów; w przeciwnym kierunku powinny oddziaływać napływ środków z UE oraz poprawiające się saldo usług).

Źródło: PKO Bank Polski

Nieoczekiwane umocnienie złotego

Słabość dwóch głównych walut EUR i USD. Może to oznaczać konsolidację na głównej parze walutowej świata. Polska waluta po słabszych kilku dniach przechodzi do ofensywy. EUR/PLN i CHF/PLN w kierunku minimów z września. USD/PLN również na południe nie zważając na ruchy EUR/USD. Bardzo ciekawe dni dla funta z jednej strony ważne dane z drugiej negocjacje brexitowe.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 17.08.2017-16.10.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2310 3,6750 3,5150 4,6010
Maksimum 4,3290 3,7920 3,6910 4,9360

 

Kurs euro

Kurs euroW ostatnich dniach sytuacja EUR/PLN zdecydowanie się zmieniła. Gdy wydawało się, że kurs odbije się od wsparcia na poziomie 4,30 i zaatakuje ostatnie maksimum niecałe 3 grosze wyżej kurs obrał zdecydowany kierunek na południe. Czynników takiego umocnienia można upatrywać w bardzo dobrej sytuacji gospodarczej w naszym kraju, którą to inwestorzy zauważają. Sprzyja sytuacja na światowych rynkach gdzie nie widać spadku apetytu na ryzyko. Czynniki niepewności, które przyniosły nieco nerwowości choćby referendum w Katalonii zdecydowanie przycichły. Jesteśmy jednak blisko wsparcia w okolicach 4,23-4,24 więc realizacja zysków jest całkiem możliwa. Trzeba tutaj wspomnieć o gołębiej postawie RPP, która będzie hamowała dalsze umocnienie. W końcu na szerokim rynku zaczyna dominować jastrzębie podejście do polityki monetarnej. Oczywiście na EUR/PLN swój wpływ ma sytuacja waluty bazowej czyli euro. Wspólna waluta jest nieco słabsza bo praktycznie wyciszyły się spekulacje odnośnie decyzji EBC o ograniczeniu QE. A był to główny argument dzięki, któremu euro zyskało w ostatnim czasie. Wsparciem dla kursu będzie ostatnie minimum z września, w przypadku ruchu w górę pierwszy opór będzie stanowić pokonana linia trendu wzrostowego. Bardzo istotne będą dane w środę z GUS-u na temat sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej. Jeśli przekroczymy prognozy to z pewnością inwestorzy mogą jeszcze poczekać z odwracaniem pozycji. Oczywiście jeśli do tego czasu sentyment na rynkach pozostanie dobry i nie zobaczymy zdecydowanego umocnienia dolara amerykańskiego.

Kurs franka

Kurs frankaAnalogiczną sytuację mamy na CHF/PLN. Spokojny handel na szerokim rynku wpływa na to, że bezpieczna waluta jaką jest CHF nie jest pierwszym wyborem inwestorów. Lokują oni swoje kapitały w bardziej ryzykownych aktywach. Bez znaczenia okazały się wybory w Austrii choć zakończyły się zaskakującym wynikiem na korzyść partii prawicowych.  W szerszym ujęciu dojście do władzy populistów może wywołać konflikty Austrii z największymi krajami strefy euro choćby w temacie uchodźców. Mimo to paniki póki co nie ma bo kraj ten pozostanie proeuropejski. Efekt dla CHF/PLN jest taki, że poruszamy się dość szybko na południe i bardzo możliwe, że będziemy testować ostatnie minimum z końca września. W przypadku odreagowania spadków oporem będzie linia krótkoterminowego trendu spadkowego. Tak jak i na EUR/PLN, o dalszych losach CHF/PLN mogą zdecydować dane z rodzimej gospodarki jeśli będą dobre może zostać pokonane najbliższe wsparcie.

Kurs dolara

Kurs dolaraUSD/PLN dwa razy próbował sforsować granicę 3,69, które zakończyły się fiaskiem. Od tego momentu nastąpił spadek i umocnienie złotego. Jesteśmy poniżej linii trendu wzrostowego. Początkowy ruch można jeszcze wytłumaczyć gdyż stanowił odzwierciedlenie słabości dolara na szerokim rynku. Było to konsekwencją gorszych danych o inflacji z USA. Kolejne godziny to wzrost kwotowań waluty amerykańskiej na rynkach. Z pewnością swoje trzy grosze w tym temacie dołożyła Janet Yellen twierdząc, że nawet nieco słabszy wzrost cen nie spowoduje dyskusji o zasadności podnoszenia stóp w takim tempie jak Fed zakłada. Nie wiele też dla ogólnej sytuacji dolara wniosło wystąpienie Trumpa w sprawie Iranu. Który zażądał nałożenia sankcji na ten kraj. Zwyczajowo gdy EUR/USD spada kurs złotego w relacji do amerykańskiej waluty rośnie tym razem jednak było inaczej. Może to świadczyć o sile krajowej waluty. Ale też o tym, że ruch ten na głównej parze wynikał ze słabości euro a nie z siły dolara. Wydaje się jednak, że w najbliższym czasie wrócimy do zależności opisanej powyżej. Wsparciem dla USD/PLN będzie ostatnie minimum, w przypadku wzrostów oporem będzie przełamana linia trendu wzrostowego. Póki co mamy test granicy 3,60, a po przełamaniu linii wzrostów wcale nie jest przesądzone, że utworzy się układ spadkowy.

Kurs funta

Kurs funtaBez wątpienia kolejne dni mogą przynieść sporą huśtawkę nastrojów na brytyjskiej walucie. GBP/PLN znajduje się obecnie w trendzie spadkowym mimo wszystko widać oznaki przemawiające za odwróceniem się sytuacji. Kurs testuje obecnie opór w postaci linii trendu wzrostowego. Bez wątpienia tydzień może przynieść rozstrzygnięcie tej sytuacji. Jutro poznamy dane o inflacji, w kolejnym dniu o wynagrodzeniach Brytyjczyków. Te dwie pozycje w poprzednim miesiącu spowodowały, że z Banku Anglii popłynęły dość jastrzębie słowa. Jeśli więc znów zobaczymy wyższe wartości to z pewnością funt może zyskać na wartości a kurs GBP/PLN podąży na północ w kierunku ostatniego maxa. Ale sytuacja nie jest taka klarowna. Mamy jeszcze temat negocjacji Brexitowych. Informacje z Brukseli były tak dwuznaczne, że spowodowały kompletną dezorientację inwestorów. Ostatnie informacji z Bloomberga mówiły o impasie w negocjacjach. I może jest w tym ziarno gdyż dzisiaj media głoszą, że sama premier May uda się do Brukseli w celu wypracowania porozumienia. Czasu jest mało gdyż w czwartek odbędzie się szczyt UE na którym to europejscy liderzy odniosą się do tempa rozmów. Premier zawalczyć chce o przejście do kolejnego tematu rozmów a więc dostępu do wspólnego rynku. Jeśli udałoby się osiągnąć kompromis to bardzo możliwe, że brytyjska waluta będzie liderem wzrostów do końca tygodnia.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Startuje największy ogólnopolski projekt promujący wśród młodzieży inwestowanie na giełdzie

  • Rozpoczyna się XVI edycja Szkolnej Internetowej Gry Giełdowej (SIGG), największego ogólnopolskiego projektu promującego wśród młodzieży inwestowanie na giełdzie
  • Uczniowie szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych do 10 listopada br. mogą zgłaszać do SIGG swoje zespoły

Dziś rozpoczyna się XVI edycja Szkolnej Internetowej Gry Giełdowej (SIGG), organizowanej przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie. Współorganizatorem jest Fundacja GPW, a partnerem strategicznym – Fundacja im. Lesława A. Pagi.

SIGG to największy ogólnopolski projekt dotyczący inwestowania na giełdzie skierowany do młodzieży. Tylko w ubiegłym roku w grze wzięło udział ponad 17,5 tys. uczniów szkół ponadgimnazjalnych, tworzących ponad 6 tys. zespołów. Wszystkie edycje SIGG to niemal 220 tys. uczniów szkół w całej Polsce, którzy nie tylko nauczyli się, jak świadomie inwestować na giełdzie, ale także przez kilka miesięcy mogli dokonywać transakcji na oddającej giełdową rzeczywistość specjalnie stworzonej platformie edukacyjnej GPWtr@der.

Budowanie kultury inwestowania jest ważną rolą GPW. To nie tylko kursy dla inwestorów, ale też edukacja na etapie szkolnym. Formuła SIGG bardzo dobrze się sprawdza, to ważna lekcja przedsiębiorczości dla młodych, ale też świetna zabawa, co widać po entuzjastycznych komentarzach uczestników poprzednich edycji – komentuje Marek Dietl, prezes zarządu GPW.

Uczestnictwo w SIGG pozwala nie tylko oswoić się z giełdą, ale przede wszystkim uczy inwestowania w instrumenty giełdowe (uczestnik gry wykorzystuje wirtualne pieniądze, ale zlecenia realizowane są na podstawie pochodzących z rzeczywistego rynku ofert kupna i sprzedaży). W tegorocznej edycji zespoły liczące od dwóch do czterech uczniów pod opieką nauczyciela mogą zainwestować 30 tys. zł w pierwszym etapie i 10 tys. w drugim. Na zdobywców pierwszego miejsca czeka nagroda w wysokości 10 tys. zł.

Projekt Szkolnej Internetowej Gry Giełdowej jest co roku unowocześniany, m.in. poprzez dodawanie nowych instrumentów finansowych lub nowych funkcjonalności, jak np. aplikacja mobilna. Gra jest realizowana na platformie GPWtr@der, a wśród dostępnych instrumentów finansowych są akcje, kontrakty terminowe oraz ETF-y, odzwierciedlające zachowanie indeksów renomowanych giełd światowych.

Rejestracja została uruchomiona i można jej dokonać na stronie internetowej: https://sigg.gpw.pl/

Porównujesz oferty kredytu w kilku bankach? Możesz nie otrzymać go wcale

  • Zapytanie o kredyt w banku wiąże się z wyciągnięciem z Biura Informacji Kredytowej (BIK) raportu na temat historii kredytowej klienta.
  • Każde zapytanie zapisuje się w BIK-u, a duża ich liczba może w znaczny sposób obniżyć zdolność kredytową.
  • Czysty raport może wtedy nie wystarczyć – warto budować zdolność kredytową np. dzięki braniu sprzętu na raty.

Konsumenci w Polsce coraz częściej podejmują decyzje zakupowe w sposób świadomy. Wybierają towary dobrej jakości i zwykle porównują ich ceny w kilku sklepach. Dotyczy to przede wszystkim drogich produktów, których cena może w sposób znaczny różnić się w zależności od sklepu. Do sprawdzania cen najczęściej wybierają Internet, który umożliwia porównanie ofert bez wychodzenia z domu. To samo dotyczy także kredytów czy ubezpieczeń. Okazuje się jednak, że samodzielne obliczanie rat, np. na sprzęt AGD lub sprawdzanie zdolności kredytowej przez Internet może zepsuć zdolność kredytową, a co za tym idzie – zmniejszyć szansę na otrzymanie kredytu w banku.

Kilka wycieczek do banków wystarczy, żeby nie dostać kredytu

Nadal podstawowym źródłem informacji o ofertach kredytów są jednak w Polsce konsultanci w bankach. Udając się do placówki banku z prośbą o przedstawienie warunków kredytu na daną sumę, często jesteśmy proszeni o podanie dokładnych informacji, na podstawie których obliczana jest nasza zdolność kredytowa. Służy to odnalezieniu w BIK-u raportu na temat naszej dotychczasowej historii kredytowej. Znajdują się w nim informacje o spłaconych (lub nie) kredytach, zaciągniętych ratach, systematyczności w ich spłacaniu i… wcześniejszych zapytaniach o kredyt. Na podstawie tych danych przyznawane nam są gwiazdki lub punkty w BIK-u, minimalnie jest ich 192, maksymalnie 631. Jeżeli klient ma ich ponad 500, to zapytania w znaczny sposób nie obniżą jego szans na kredyt – zwykle zapytania zabierają ich ok. 5%. Jeśli jednak nasz wynik jest gorszy, a dotyczy to również osób, które nie zaciągnęły do tej pory żadnego innego kredytu, to może pojawić się problem. Są także banki, które w ogóle nie biorą pod uwagę punktacji BIK, jeśli liczba zapytań przekroczy ich wewnętrznie ustalony poziom. Wtedy klient mimo wysokiej oceny punktowej otrzyma decyzję negatywną.

W celu uniknięcia takiej sytuacji, najlepszym sposobem jest budowanie swojej historii kredytowej, poprzez np. zakup towarów na raty. Dzięki temu udowadniamy, że jesteśmy w stanie spłacać kredyt systematycznie i otrzymujemy za to punkty do scoringu w BIK-u. Choć może to dziwić, czysta historia kredytowa nie jest atrakcyjna dla banku, ponieważ nic nie mówi o naszej zdolności do spłaty rat. Druga sprawa to konieczność rozsądnego porównywania ofert z banku – tłumaczy Paweł Mazur z ANG Biznes.

Maksymalnie 3 zapytania w miesiącu

Informacje o zapytaniach kredytowych widnieją w BIK-u do 12 miesięcy, jednak to od banku zależy, ile miesięcy wstecz będzie brał pod uwagę. Zwykle są to 1-3 miesiące, ale zdarza się, że zapytanie nawet sprzed 6 miesięcy przekreśli nasze szanse na kredyt. Dla banków ta kwestia jest ważna z kilku względów. Po pierwsze, dużo zapytań może oznaczać, że klient chce szybko zaciągnąć kredyty w kilku bankach, tak aby informacje o tym nie zdążyły zapisać się w BIK-u (banki przesyłają dane o wzięciu kredytu przez klienta z opóźnieniem). Banki mogą również zastanawiać się, jaka jest przyczyna tak wielu zapytań. Istnieje ryzyko, że z automatu uznają, że klient dostał odmowy w pozostałych bankach, dlatego szuka możliwości dalej. Najlepiej więc nie przekraczać trzech zapytań o kredyt w miesiącu. Nie oznacza to oczywiście, że możemy bez konsekwencji pytać co miesiąc 3 banki o kredyt – to także będzie źle wyglądało w raporcie z BIK-u.

Jeżeli zależy nam na dokładnym sprawdzeniu warunków kredytu w kilku bankach, to bezpiecznym sposobem będzie udanie się do pośrednika, który dysponuje wieloma ofertami z rynku i podpowie, która będzie dla nas odpowiednia. W tym celu wyciągnie raport z BIK-u tylko raz, co nie popsuje naszego scoringu poprzez odjęcie punktów za zapytania. Należy również pamiętać, że niskie oprocentowanie, to nie jedyny aspekt, który trzeba wziąć pod uwagę przy wyborze kredytu. Być może w rozmowie z pośrednikiem okaże się, że bardziej zależy nam na niskich ratach lub długim okresie spłat – dodaje Paweł Mazur z ANG Biznes.

Polska rezygnuje z linii kredytowej MFW

Mario Draghi, prezydent Europejskiego Banku Centralnego, powiedział w sobotę, że politycy muszą długo patrzeć na politykę monetarną, przygotowując się do decydowania o dalszym losie programu nabywania aktywów przez bank centralny strefy euro. Jego zdaniem inflacja w eurolandzie pozostaje niska, być może z powodu niewielkiego wzrostu płac. W związku z tym Draghi uważa, że decyzja o wygaszeniu skupu aktywów (co zaplanowano na koniec tego roku) powinna zostać przesunięta. Z kolei w Polsce najważniejsze wydarzenie to rezygnacja przez Ministerstwo Finansów z elastycznej linii kredytowej MFW. Od 2009 r. nasz kraj na utrzymanie tej linii wydał ponad 1 mld zł, a nigdy z niej nie skorzystał.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do japońskiego jena (+0,02%), a traci do euro (-0,23%), brytyjskiego funta (-0,04%), dolara kanadyjskiego (-0,12%) oraz dolara australijskiego (-0,18%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,179, GBP/USD – 1,328, USD/CAD – 1,248, AUD/USD – 0,788 i USD/JPY – 111,8. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,25%) i kurs EUR/JPY wynosi 131,9, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,888. Złotówka zyskuje do euro i pozostaje na podobnym poziomie wobec innych walut światowych. W poniedziałek rano dolar kosztuje 3,6 zł, euro – 4,25 zł, funt – 4,78 zł, a frank szwajcarski – 3,69 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru zielonego i czerwonego. W piątek londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,28%, frankfurcki indeks DAX podniósł się o 0,07%, a paryski indeks CAC 40 stracił 0,17%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 podniósł się o 0,09%, meksykański indeks Bolsa – o 0,04%, a brazylijski Bovespa – o 0,43%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 0,47%, chiński indeks Shanghai Composite spadł o 0,36%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,8%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszym spadku cena ropy naftowej poszła w górę. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 57,17 USD (+1,61%), a ropy WTI – 51,45 USD (+1,65%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 59 USD. Także cena złota idzie w górę. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1303 USD. To 7 USD więcej (+0,54%) niż przed weekendem.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 3:30 – Chiny – Inflacja CPI (r/r), wrzesień – 1,6% (prognoza 1,6%)
  • 3:30 – Chiny – Inflacja PPI (r/r), wrzesień – 6,9% (prognoza 6,3%)
  • 6:30 – Japonia – Produkcja przemysłowa (r/r), sierpień – 5,3% (prognoza 5,4%)
  • 9:00 – Czechy – Inflacja PPI (r/r), wrzesień – 1,7% (prognoza 1,6%)
  • 11:00 – Strefa euro – Saldo bilansu handlowego, sierpień (prognoza 20,3 mld euro)
  • 14:00 – Polska – Saldo rachunku bieżącego, sierpień (prognoza -622 mln euro)
  • 14:30 – USA – Indeks NY Empire State, październik (prognoza 20,7 pkt.)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Czy Polak chce rozmawiać o swoim zadłużeniu? Wyniki najnowszego raportu

Zadłużenie to pozornie krępujący temat. Jak się jednak okazuje, Polacy rozmawiają o swoich problemach. Z kim dzielimy się trudnymi informacjami? Pierwszą osobą jest zawsze partner lub partnerka, przy czym to kobiety przejmują się problemem finansowym zdecydowanie bardziej. Więcej szczegółów zdradza raport „Sytuacja materialna Polaków”[1], zrealizowany na zlecenie Lindorff SA.

Czy jesteśmy skłonni rozmawiać?

wykres1Badani, którzy przyznali się do obecnych lub wcześniejszych problemów z zadłużeniem, zostali zapytani, czy decydują się na rozmowy dotyczące swojego zadłużenia. 28% stwierdziło, że otwarcie rozmawia o swoich problemach, natomiast aż 48% ankietowanych wybrało odpowiedź „raczej tak”, przyznając, że zazwyczaj podejmuje taką tematykę rozmów. 1 na 5 badanych raczej nie rozmawia na temat swojego zadłużenia, a 5% stanowczo unika tematu kłopotów finansowych. Jeśli podzielimy odpowiedzi na kobiece i męskie, odnotujemy większy procent kobiecych wskazań przy odpowiedzi „zdecydowanie tak” – o 8 punktów procentowych więcej niż u mężczyzn.

Z kim rozmawiamy?

wykres2Badani zostali również poproszeni o wskazanie z kim rozmawiają o swoim zadłużeniu, jeśli już się na to decydują. 62% respondentów wskazało na partnera/partnerkę lub współmałżonka/współmałżonkę. Ta odpowiedź zdominowała pozostałe, gdyż wskazanie na drugim miejscu – najbliższa rodzina (np. rodzice, rodzeństwo) – uzyskało 37% deklaracji (25 punktów procentowych mniej). Co ciekawe, na podium znalazł się jeszcze wierzyciel/negocjator z firmy zarządzającej wierzytelnościami z 30% wskazań. Na dalszych pozycjach pojawiły się takie odpowiedzi jak „przyjaciele/znajomi” (25%), „prawnik/specjalista ds. finansów” (8%) czy „psycholog” (3%). Największe różnice w podziale odpowiedzi na płeć widać w przypadku wskazania „najbliższa rodzina”, odchylenie od odpowiedzi ogólnej wynosi w obu przypadkach 7% (44% odpowiedzi kobiet; 30% mężczyzn). Również 7 punktów procentowych więcej w stosunku do odpowiedzi ogólnej zauważymy przy kobiecej deklaracji „wierzyciel/negocjator z firmy zarządzającej wierzytelnościami”, która wyniosła 37%.

Jak wykazują powyższe wyniki, raczej nie boimy się rozmawiać o swoim zadłużeniu, jednak najczęściej robimy to ze swoim życiowym partnerem/partnerką. Rzadziej z najbliższą rodziną i profesjonalnym negocjatorem, choć ten ostatni wyprzedził w tej kwestii przyjaciół i bliskich znajomych. Różnice w odpowiedziach kobiet i mężczyzn nie są znaczące, jednak można wysnuć dość ogólną konkluzję – kobiety są nieco bardziej otwarte na rozmowy o swoim zadłużeniu.

W jaki sposób?

wykres3A jak myślimy o swoim zaległym zobowiązaniu? Co ciekawe, dwa pierwsze miejsca z niemal identycznym wynikiem zajęły skrajne odpowiedzi: „jak o codziennym problemie” z 37% wskazań oraz „jak o moim największym zmartwieniu z 36% odpowiedzi. Skąd taki wynik? Rozwiązanie sugeruje podział odpowiedzi na kobiece i męskie, bowiem 48% badanych mężczyzn traktuje zobowiązanie jak codzienny problem, kiedy tylko 26% badanych pań myśli podobnie. Natomiast zadłużenie jest największym zmartwieniem dla 47% ankietowanych kobiet, a jedynie 26% mężczyzn.

Na dalszych miejscach znalazły się także sposób mówienia o zadłużeniu jak o czymś wstydliwym (18%) czy w kontekście „wypadku przy pracy” (14%).

Co robię?

wykres4Ostatnie z pytań postawione przed ankietowanymi brzmiało: „Jak reagujesz na problemy ze spłaceniem zadłużenia?”. 40% badanych stwierdziło, że kontaktuje się z wierzycielem (np. bankiem, telefonią czy pożyczkodawcą). ¼ respondentów deklaruje zwracanie się po pomoc do rodziny. 1 na 5 ankietowanych próbuje skontaktować się bezpośrednio z negocjatorem z firmy zarządzającej wierzytelnościami. Ponad 1 na 10 badanych jest w takiej sytuacji bierna i czeka na rozwój sytuacji. Przy wszystkich najpopularniejszych odpowiedziach to kobiety częściej wskazywały na zaproponowane sugestie, choć różnica w stosunku do męskich wskazań nie przekracza 8 punktów procentowych, oprócz odpowiedzi wskazującej na kontakt z negocjatorem – tej odpowiedzi udzieliło 29% kobiet i tylko 12% mężczyzn. Po raz kolejny ta tendencja podkreśla, że to kobiety częściej niż mężczyźni przejmują się zadłużeniem, które stanowi dla nich problem nie tylko finansowy, ale także emocjonalny.

[1]Raport zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA – badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród członków społeczności badawczej Zymetrii. Realizacja badania: 20.01.2017 – 24.01.2017 r, N=551.

Czynniki budujące cenę na rynku poligraficznym

Wartość sprzedaży na rynku poligraficznym wzrosła o około 30% w latach 2010–2016. Jednak prowadzona na tym rynku wojna cenowa sprawia, że wysokość cen usług poligraficznych systematycznie spada, obniżając realne zyski. Opracowany na zlecenie firmy Konica Minolta przez PwC raport pokazuje czynniki kształtujące ceny na rynku poligraficznym oraz potencjalne obszary do lepszego zarządzania ceną i generowania większych zysków.

Mateusz Woźniak, Dyrektor Sprzedaży Systemów Produkcyjnych, Konica Minolta Business Solutions
Mateusz Woźniak, Dyrektor Sprzedaży Systemów Produkcyjnych, Konica Minolta Business Solutions

Co trzecia firma poligraficzna w Polsce realizuje druk opakowań – najczęściej na żywność, detergenty i chemię domową, elektronikę i nowe technologie oraz kosmetyki i środki pielęgnacyjne[1]. Częścią składową opakowania jest etykieta, nazywana czasem najważniejszym elementem budowania marki. To ona przekazuje najistotniejsze informacje, przyciąga uwagę konsumentów i budzi pozytywne emocje skłaniające do sięgnięcia po produkt. Z tego powodu firma PwC na zlecenie Konica Minolta sprawdziła czynniki, jakie kształtują cenę usług drukowania etykiet. Pod lupę zostały wzięte etykiety na wino (jako produkt luksusowy) oraz na płyn do spryskiwaczy (jako produkt standardowy).

Jak pokazała analiza, głównymi czynnikami wpływającymi na cenę jest zamawiany nakład, wielkość drukarni i koszty przygotowalni. Badanie pokazało również, że polskie drukarnie mają sporo do ulepszenia w obszarze obsługi zapytań o oferty i wyceniania zleceń druku etykiet, co w prosty sposób może przełożyć się na zwiększenie zysków z tych zleceń.

Pierwszy kontakt z Klientem

W raporcie „Czynniki budujące cenę na rynku poligraficznym”, przygotowanym przez PwC, przeanalizowany został proces sprzedaży począwszy od złożenia zapytania o ofertę. Ankieterzy posłużyli się metodą „tajemniczy klient” i wysłali e-mailowo zapytania o oferty, na które odpowiedziało jedynie ¾ drukarni (72%). W ciągu niecałych 3 dni roboczych otrzymano większość odpowiedzi na zapytania o druk etykiet na płyn do spryskiwaczy, a w ciągu 4 dni odpowiedzi dotyczące druku etykiet na wino. W pierwszej odpowiedzi ze strony wielu drukarni brakowało tak istotnych informacji jak wycena czy szacunkowy czas realizacji zlecenia. Co trzecia odpowiedź nie zawierała wstępnej wyceny, a 40–50% drukarni nie udzieliło informacji o czasie realizacji zlecenia, podobny odsetek firm nie wspominał o warunkach płatności.

Czynniki wpływające na cenę

Wycena druku była zawsze prezentowana jako cena jednostkowa, a w 21–30% dodatkowo podawano cenę za cały nakład. Zauważalna była zależność między ceną a wielkością nakładu – przy 10-krotnym zwiększeniu nakładu uzyskać można 65% rabatu na etykiety na wino oraz ok. 57% rabatu dla etykiet na płyn do spryskiwaczy.

Jednym z zabiegów w procesie przygotowywania wycen jest różnicowanie ceny w zależności od produktu, co pozwala na wygenerowanie większej marży – a więc i zysku. Małe drukarnie nie stosowały różnicowania, a duże robiły to w nieco większym stopniu. Zabieg ten był widoczny przy małym nakładzie 5 tys. sztuk – różnica średnich cen jednostkowych wynosiła 5 groszy. Przy nakładzie 50 tys. sztuk poziomy średnich cen zrównały się ze sobą. Tymczasem wydaje się, że ceny etykiet na wino – jako produktu luksusowego – powinny być znacząco wyższe – można bowiem założyć, że zamawiający je producent artykułu będzie skłonny zapłacić więcej. W ten sposób można wygenerować większą marżę i zysk.

Niemal we wszystkich przypadkach drukarnie dołączały do wyceny koszty dodatkowe pokrywające przygotowalnię – m.in. wykrojnik i matrycę kolorów. W cenę wliczone było uszlachetnienie etykiety poprzez lakierowane UV. 15% drukarni wspominających o możliwościach uszlachetnienia druku zaproponowało orientacyjne ceny usługi cold stamping. Ostatnim elementem wpływającym na cenę druku etykiet jest transport, przy czym nie zauważono tutaj wyraźnych zależności.

Umiejętność argumentacji

Około 55–68% firm od razu proponuje rabat lub podejmuje negocjacje cenowe. Tymczasem lepszym rozwiązaniem w sytuacji, kiedy Klient chciałby obniżyć cenę, byłoby argumentowanie jakości, jaką dostarcza drukarnia oraz jej przewagi konkurencyjnej. Przykładowa argumentacja: „Nasza firma drukuje na oryginalnych certyfikowanych papierach oraz nie stosuje zamienników farb, co może wpływać na cenę, ale przede wszystkim zwiększa jakość wydruku”. Umiejętność odpowiedniego uzasadnienia ceny pozwoli na kontrolowanie udzielania rabatów, żeby w ten sposób nie tracić potencjalnego zysku.

Dbałość o Klienta

Ważnym aspektem procesu sprzedaży, jaki sprawdzano podczas badania PwC, była obsługa Klienta i dbanie o kontakt – tzw. lead nurturing. Oprócz umiarkowanej początkowej proaktywności w zakresie dostarczenia wyceny i dodatkowych informacji o realizacji zlecania, późniejsze działania również pozostawiają szerokie pole do usprawnień. Jedynie 15–20% zaproponowało działania doradcze – na przykład sugestie użycia innych niż standardowe materiałów do wydruku czy zaproszenie na osobiste spotkanie w celu dobrania najlepszych metod uszlachetniania. Podobny odsetek firm dokonał ponownego kontaktu z potencjalnym klientem, pytając o dalsze decyzje, ocenę atrakcyjności propozycji lub proponując spotkanie.

Zdarza się, że osoby składające zapytanie ofertowe, nie finalizują zamówienia z różnych przyczyn – braku budżetu, trwającego procesu decyzyjnego albo niesprecyzowanych potrzeb. Tymczasem jeśli sprzedawca – w tym przypadku drukarnia – zadba o niego, będzie przypominać o swojej ofercie, dostarczy wartościowe informacje, zwiększy swoje szanse na to, że przy okazji kolejnych zakupów klient faktycznie dokona u nich zamówienia.

Podsumowanie

Branża poligraficzna ma spory potencjał do rozwoju obsługi Klientów oraz wyceniania tak, aby zwiększać swoje zyski i osiągnąć przewagę w wojnie cenowej.

W poszukiwaniu przewagi rynkowej odpowiednim kierunkiem może być również stosowanie nowych technologii uszlachetniania druku, które pozwalają się wyróżnić – mówi Mateusz Woźniak, Dyrektor Sprzedaży Systemów Produkcyjnych, Konica Minolta Business Solutions Polska. – Przykładem jest ozdabianie foliami metalicznymi w postaci np. złotych dodatków na wizytówce czy pokrycie wydruków lakierem 3D o różnym stopniu wypukłości – dodaje Mateusz Woźniak.

Źródło:

Badanie „Czynniki budujące cenę na rynku poligraficznym. Analiza procesu sprzedaży” zostało przeprowadzone przez firmę PricewaterhouseCoopers metodą „tajemniczy klient” w dniach 28.04.2017–17.05.2017.

[1] Raport „Rynek poligraficzny i opakowań z nadrukiem w Polsce” wydany 2.06.2016 r. przez Polskie Bractwo Kawalerów Gutenberga we współpracy z KPMG

Aktywny portfel leasingowy rośnie szybciej niż rynek kredytów inwestycyjnych

W pierwszym półroczu b.r. aktywny portfel leasingowy rósł dynamiczniej niż rynek kredytów inwestycyjnych. W 2017 r. przewidywany wzrost rynku leasingu rzędu +15%.

Rynek leasingu w Polsce w pierwszej połowie br. (1H 2017) wciąż rozwijał się bardzo dynamicznie. Wartość sfinansowanych aktywów sięgnęła 31,8 mld złotych. Roczne tempo wzrostu wyniosło aż 11,6 proc., dwucyfrowa wartość dynamiki przyrostu jest obecna już dziewiąty kwartał z rzędu.

Rozwojowi polskiego rynku leasingu sprzyja poprawiająca się koniunktura w kraju, w tym wysoki popyt konsumpcyjny, oraz stabilny wzrost gospodarczy w strefie euro.

– Trend ten powinien utrzymać się w kolejnych miesiącach. Przewidujemy utrzymanie w br. tempa wzrostu leasingowanych aktywów na poziomie około 15 proc. Zależność jest przy tym dwukierunkowa. Rozwijający się rynek leasingu sprzyja przewidywanemu przyspieszeniu tempa wzrostu gospodarczego Polski przy umiarkowanym wzroście inwestycji publicznych i prywatnych, mówi Andrzej Krzemiński, Prezes Zarządu PKO Leasing.

Leasing odpowiada na bardzo istotną potrzebę rynku, zwłaszcza firm o obrotach do 5 mln złotych. Według analizy przeprowadzonej przez Zespół Analiz Rynku i Konkurencji PKO Banku Polskiego, od kilku lat maleje udział kredytu w finansowaniu przedsiębiorstw. W najbliższych miesiącach zaledwie co czwarte z nich planuje zaciągnąć dług w banku, aby pozyskać środki na nowe inwestycje. Aktualnie obserwuje się wysokie wykorzystanie przez firmy mocy produkcyjnych, przy najniższym od dekady tempie odnawiania majątku. W tej sytuacji dynamicznie rozwijają się alternatywne wobec kredytu źródła finansowania. Jednym z podstawowych jest leasing.

Podobnie jak w trzech ostatnich latach, również w 1H 2017 aktywny portfel leasingowy rósł dynamiczniej niż rynek kredytów inwestycyjnych. Ta tendencja, mimo pewnego wyhamowania w 2Q, powinna się utrzymać. Sytuacji nie zmieni raczej zapowiadane przez niektóre banki, pierwsze od roku lekkie złagodzenie polityki kredytowej wobec małych i średnich przedsiębiorstw.

– Firmy coraz chętniej korzystają z leasingu ponieważ jest to rozwiązanie przynoszące im wiele korzyści. Małe przedsiębiorstwa nie dysponują wystarczającym kapitałem, który mogłyby przeznaczyć na rozpoczęcie czy rozwój biznesu. Leasing daje im swobodę działania. Dzięki naszemu kapitałowi, doświadczeniu biznesowemu, automatyzacji procesów i uproszczonym procedurom przyznanie finansowania przebiega bardzo szybko. Przedsiębiorca przechodzi krótką weryfikację, podkreśla Andrzej Krzemiński.

Najczęściej w 1H 2017 leasingowane były pojazdy lekkie – samochody osobowe, dostawcze i ciężarowe do 3,5 tony. Ten segment odpowiadał za niemal połowę (44 proc.) sfinansowanych aktywów, które w tym przypadku wyniosły 14,1 mld złotych. W porównaniu z analogicznym okresem w poprzednim roku (r/r) jest to wzrost o 17,4 proc. Wraz z rosnącą świadomością klientów należy spodziewać się zmiany struktury leasingu w kierunku bardziej zrównoważonej. Wciąż dynamicznie rozwijało się finansowanie maszyn i urządzeń. W ich przypadku rynek leasingu wzrósł w 1H 2017 o 20,5 proc. – do 8,1 mld złotych. Wzrost dotyczył zwłaszcza maszyn rolniczych oraz tych wykorzystywanych do produkcji tworzyw sztucznych i obrabiania metalu. Marginalny udział ma leasing nieruchomości i IT, natomiast segment pojazdów ciężkich – takich jak samochody ciężarowe, ciągniki siodłowe, naczepy czy autobusy – odnotował regres o 2,4 proc. r/r.

W perspektywie krótko- i średniookresowej rynek leasingu powinien utrzymać dwucyfrowe tempo rozwoju. Sprzyjać mu będą większa absorpcja środków z funduszy unijnych, dobra sytuacja finansowa spółek leasingowych, w tym lidera – PKO Leasing oraz wysokie wykorzystanie mocy produkcyjnych w przedsiębiorstwach (w warunkach zwiększonego popytu na produkty i usługi​). Duże znaczenie ma kondycja firm oraz ich ocena perspektyw rozwoju. Jest ona pozytywna. Przedsiębiorstwa optymistycznie oceniają sytuację w kraju, własne plany sprzedaży oraz zatrudnienia, a także dynamikę inwestycji.

Agencja S&P podniosła prognozy wzrostu PKB dla Polski

Agencja S&P podniosła prognozy wzrostu PKB dla Polski na lata 2019-2020. Wybory w Dolnej Saksonii sukcesem SPD, pytanie jaka koalicja powstanie. Kolejne napięcia z Kurdami w roli głównej.

Dalszy wzrost prognoz dla Polski

Agencja ratingowa S&P wyraźnie podnosi szacunki dla polskiej gospodarki. Dopiero dwa tygodnie temu wzrosły prognozy na lata 2017-2018. Dzisiaj podniesiono perspektywy wzrostu na lata 2019 i 2020. Jeżeli okażą się one prawdziwe do w latach 2017-2020 Polska będzie się rozwijać kolejno o 4,2%, 3,8%, 3,5% i 3,0%. Korzystnie wypada także prognoza niższego od oczekiwań deficytu budżetowego. Na uwagę zasługuje możliwy wzrost inflacji do 3,5% w 2019 roku. Przeciwdziałać może temu jednak podwyżka stóp procentowych. Rynkom walutowym taka perspektywa z pewnością się podoba. Dlaczego zatem nie ma reakcji? Dane trafiły na specyficzny moment. W ostatnich dniach złoty wyraźnie się umacniał w związku z czym wielu inwestorów już zakupiło złotego i bardziej myślą teraz o realizacji zysków.

Wybory w Niemczech

W weekend odbyły się wybory do chyba najważniejszego landu u naszego zachodniego sąsiada. Dolną Saksonię najprawdopodobniej utrzymają socjaldemokraci z SPD, drugie miejsce osiągnęła koalicja CDU-CSU Angeli Merkel. Na uwagę zasługuje bardzo słaby wynik sił skrajnych. Otrzymały one około dwukrotnie mniejsze poparcie niż w wyborach do bundestagu. W rezultacie skrajna lewica nie przekroczyła progu wyborczego a prawicowa Alternatywa Dla Niemiec ledwo przekroczyła 5%. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę na problemy koalicyjne. SPD ma tylko jedną opcję na dwupartyjną koalicję i jest to CDU-CSU, z którym jest m obecnie nie po drodze.

Napięcia w okolicach kurdystanu

Irackie siły odzyskują kontrolę nad polami roponośnymi w prowincji Kirkuk. Jest to politycznie bardzo ważny region, gdyż to tam zamieszkuje większość mniejszości Kurdyjskiej w Iraku. Wbrew oczekiwaniom części analityków wszystko odbywa się znacznie spokojniej. Jest to bardzo newralgiczny punkt w tym regionie. Z jednej strony Kurdowie, co jakiś czas przekazują informacje o swoich roszczeniach uzyskania niepodległości, co podnosi ciśnienie również w Turcji. Z drugiej są to tereny roponośne, co pcha ceny ropy w górę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Wysoki popyt na polskie aktywa

Ostatni tydzień przyniósł silne spadki rentowności obligacji skarbowych. Za nami dobry tydzień dla złotego. Kurs EURPLN spadł poniżej 4,25 przy EURUSD notowanym powyżej 1,18.

Rynek stopy procentowej

Na rynku stopy procentowej ostatni tydzień przyniósł silne spadki rentowności obligacji skarbowych. Biorąc pod uwagę brak ważniejszych wydarzeń w kraju czy na świecie można mówić w tym przypadku raczej o technicznym odreagowaniu.

Pod koniec tygodnia na pewno rynkowi obligacji skarbowych nie sprzyjała publikacja danych nt. inflacji, w tym inflacji bazowej. Wzrost cen we wrześniu okazał się wyższy niż oczekiwano, co raczej zwiększać będzie tylko presję na RPP. Brak negatywnej reakcji rynku po publikacji tłumaczyć można jedynie tym, że w ostatnich wypowiedziach większość członków RPP podtrzymała zamiar utrzymania stóp procentowych bez zmian do końca 2018 r. Dodatkowo potencjalną presję ze strony podaży obligacji równoważy jeszcze fakt, że 25 października Ministerstwo Finansów będzie odkupowało obligacje DS1017 i wypłacało odsetki na łączną kwotę 17,7 mld PLN. Biorąc pod uwagę, że tak duża ilość środków trafi na rynek spodziewać się można krótkoterminowego wzmocnienia notowań w najbliższych tygodniach (szczególnie w przypadku papierów o dłuższych terminach wykupu). Dodatkowo za spadkiem rentowności krajowych obligacji przemawiać mogły zmiany na rynkach bazowych, gdzie doszło do wyraźnego spadku krzywych.

W najbliższych dniach presję na krótkim końcu krzywej dochodowości może nieco zwiększyć publikacja krajowych danych makroekonomicznych za wrzesień. Poza inflacją, która jak już wiemy we wrześniu wzrosła znacznie mocniej od prognoz, teraz oczekujemy na publikację danych z rynku pracy (wtorek) oraz produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej (środa). We wszystkich przypadkach spodziewać się można wysokich odczytów powyżej konsensusu. Na rynku pracy utrzymać się powinien wysoki wzrost średnich wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw (prognoza PKO: 6,3% r/r wobec 6,6% w poprzednim miesiącu). Jest to o tyle ważne, że potwierdzi on szeroką utrwalającą się presję płacową w gospodarce i jednocześnie negować będzie argumenty akcentujące tymczasowy charakter sierpniowego wzrostu płac. Dodatkowo pozytywny obraz gospodarki powinien zostać potwierdzony odczytem produkcji przemysłowej (prognoza PKO: 5,4% r/r) i sprzedaży detalicznej (prognoza PKO: nominalnie 8,4% r/r). Ten bardzo pozytywny obraz gospodarki będzie tworzył dalszą presję na RPP. Aktualnie trzech przedstawicieli Rady z 10 rozważa możliwość podwyżek stóp procentowych w najbliższych kwartałach. Pod wpływem mocnych październikowych danych zwolennicy zaostrzania polityki pieniężnej zyskają kolejne argumenty, a ich grupa może się powiększyć. Chociaż przy stanowczym głosie prezesa NBP A. Glapińskiego trudno będzie w najbliższych kwartałach zebrać większość konieczną do przegłosowania podwyżki stóp, to jednak inwestorzy mogą zacząć dyskontować szybszy ruch ze strony Rady. Teraz rynek wycenia w pełni jedną podwyżkę o 25 pb. pod koniec 2018 r. i dużą część kolejnej w tej samej skali w I połowie 2019 r. Spodziewać się można, że po publikacji danych zacznie on bardziej brać pod uwagę sygnalizowany przez RPP alternatywny scenariusz podwyżki stóp w połowie przyszłego roku, co jednocześnie tworzyłoby silniejszą presję na wzrost rentowności krótkoterminowych papierów skarbowych.

Wysoki popyt na polskie aktywa

Autor: Mirosław Budzicki, PKO Bank Polski

Rynek walutowy

Za nami dobry tydzień, jeśli chodzi o złotego. W reakcji głównie na utrzymujący się pozytywny sentyment na rynku globalnym, ale też i publikowane w kraju solidne dane makro kurs EURPLN spadł poniżej wsparcia na 4,25 zaś USDPLN przetestował 3,58.

W piątek w centrum uwagi pozostawały raporty inflacyjne z USA i Polski. Od kilku tygodni dane z amerykańskiej gospodarki coraz mocniej pozytywnie zaskakują rynek, stąd w oczekiwaniu na publikację kurs EURUSD lekko obniżał się, nadal pozostając jednak powyżej 1,18. Ubiegły tydzień jest jednak jednym z najlepszych dla wspólnej waluty biorąc pod uwagę skalę jej tygodniowego wzrostu względem dolara. W ostatnich dniach „zielonego” osłabiały m.in. poprawiający się klimat inwestycyjny w Europie (po tym jak zmalało ryzyko rozpadu Hiszpanii, a z EBC coraz części napływały jastrzębie komentarze) oraz czynniki wewnętrzne (w tym rosnące obawy o powodzenie reformy podatkowej forsowanej przez Donalda Trumpa oraz wydźwięk protokołu z wrześniowego posiedzenia amerykańskiej Rezerwy Federalnej). Choć minutes Fed potwierdziło gotowość do decyzji o trzeciej w tym roku podwyżce stóp procentowych (rynek typuje posiedzenie grudniowe), to jednak poświęcone sporo czasu na dyskusję nt. przyczyn uporczywie niskiej w inflacji w USA wyostrzyło czujność inwestorów. Grudniowa podwyżka jest wyceniona na ok. 70%, ale już na kolejne trzy kwartały zdyskontowanych jest zaledwie około 20 pb zacieśniania polityki w Stanach Zjednoczonych.

Piątkowe dane inflacyjne z USA rozczarowały, co biorąc pod uwagę treść minutes Fed musiało spowodować osłabienie dolara. Po tym jak się okazało, że inflacja CPI wyniosła 2,2% wobec 2,3% oczekiwanych (a bazowa CPI 1,7% wobec 1,8% prognozowanych) kurs EURUSD wzrósł powyżej 1,185 z około 1,18 notowanych przed publikacją. Słabiej od prognoza wypadła też wrześniowa sprzedaż detaliczna, rosnąc o 1,6% wobec 1,7% szacowanych), ale dane te są zapewne zakłócone wpływem huraganów na gospodarkę amerykańską i jak się oczekuje w kolejnych miesiącach powinny poprawić wyniki.

W weekend szefowa Fed J. Yellen powtórzyła, że FOMC bacznie obserwuje stosunkowo niską inflację, ale ogólnie amerykańska gospodarka ma się dobrze i Fed nadal rozważa dalsze stopniowe podnoszenie stóp procentowych. Pomimo tej jastrzębiej wypowiedzi kurs EURUSD jedynie zdołał zejść do 1,18.

Tymczasem w strefie euro równie solidne dane gospodarcze mogą dać większą pewność EBC przy ogłaszaniu decyzji o redukcji programu QE. O tym jak będzie on przebiegał dowiemy się już 26 października, podczas decyzyjnego posiedzenia EBC. Wg nieoficjalnych doniesień Rada Prezesów banku centralnego jest coraz bliższa decyzji, by przedłużyć program zakupu aktywów o dziewięć miesięcy przy jednoczesnym ograniczeniu jego wartości. Choć wciąż trwają dyskusje odnośnie szczegółów, jaką ostatecznie podjąć decyzję, w EBC istnieje konsensus co do tego, że należy zasygnalizować potrzebę ograniczenia wsparcia w obliczu solidnego wzrostu gospodarczego przy jednoczesnym zobowiązaniu do dalszego zapewniania wsparcia. Wg piątkowych doniesień na chwilę obecną nie ma jednak zgody, czy podać wiążącą datę zakończenia programu, czy zachować w tym względzie elastyczność. Podczas gdy jastrzębi członkowie ECB na czele z Niemcami chcą, by bank jasno zasygnalizował koniec programu, to już gołębie skrzydło jest za zachowaniem elastyczności w razie pogorszenia perspektyw gospodarki. Przedmiotem dyskusji jest też skala programu zakupu aktywów – dyskutowane są poziomy od 25 do 40 mld euro miesięcznie.

Obok poprawiających się nastrojów w Europie, w piątek złotego wspierały też wspomniane dane inflacyjne. Wg wyliczeń NBP, we wrześniu inflacja bazowa (po wyłączeniu cen żywności i energii) wzrosła do poziomu 1,0% r/r wobec 0,9% oczekiwanych i 0,7% notowanych miesiąc wcześniej. Tym samym rosnące indeksy CPI, jak i bazowy CPI powinny zmniejszać grono członków RPP wspierających pogląd A. Glapińskiego, że stopy procentowe NBP pozostaną bez zmian aż do końca 2018 roku. Jest jednak mało prawdopodobne, aby już w pierwszej połowie przyszłego roku w Radzie zdołała zbudować się większość, która przegłosowałaby łagodnie nastawionego do polityki monetarnej prezesa NBP, to jednak polaryzacja poglądów wśród członków Rady powinna nasilać się.

W tym tygodniu poznamy wrześniowe dane z rynku pracy oraz produkcyjno-sprzedażowe dla Polski. Oczekiwane pozytywne zaskoczenie ich wydźwiękiem będzie sprzyjało jastrzębiej frakcji w RPP (choć na razie w liczbie trzech osób), co powinno ograniczać możliwe osłabienie złotego wynikające ze zmian na szerokim rynku (oczekiwane słabsze odczyty dla PKB Chin).

Wysoki popyt na polskie aktywa 2

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Praca w biurowcu? Nie, dziękuję

Tacy giganci jak Facebook, Google czy Apple udowodnili, że wybór lokalizacji siedziby firmy oraz jej niebanalny design są elementami efektywnego budowania marki pracodawcy,
a odpowiednio zaaranżowana przestrzeń biurowa, jest jednym z czynników, który przyciąga talenty. Tę zależność coraz częściej dostrzegają także polskie przedsiębiorstwa, zarówno start-upy, które stawiają pierwsze kroki w biznesie, jak i firmy o ugruntowanej pozycji na rynku. Choć jeszcze nie można mówić o „biurowym wyścigu zbrojeń” w walce o pracownika, to jednak organizacje prześcigają się w pomysłach na to, jak i gdzie tworzyć komfortowe
i przyjazne miejsce pracy. Biuro w starym bunkrze lub w hali dworca, który wyszedł z użytku? Dlaczego nie! Rewitalizacją starych powierzchni użytkowych i dawaniem im drugiego życia zainteresowali się także twórcy przestrzeni co-workingowych. „Doskonałe” biuro nie kończy się na budynku. Bez względu na to czy zostanie ulokowane w postindustrialnej fabryce, czy w nowoczesnym biurowcu, musi zostać zaaranżowane w taki sposób, by na pierwszym miejscu był pracownik i jego potrzeby.

Dać „drugie życie” starym budynkom, czyli recykling biurowy

Nowe życie można dać nie tylko surowcom czy ubraniom, ale także przestrzeniom użytkowym, a nawet całym budynkom, tworząc w nich nowoczesne i komfortowe miejsca pracy. Dla przykładu, siedziba firmy Bahnhof, szwedzkiego dostawcy interenetu, znajduje się w starym bunkrze, wkomponowanym w naturalną formację skalną. Z kolei pracownicy Epic, firmy zajmującej się oprogramowaniem medycznym, wykonują swoje obowiązki w byłej hali dworcowej. Adaptive re-use, czyli rewitalizacja historycznych i zaniedbanych obiektów, jest trendem obecnym na rynku biurowym od kilku lat i cieszy się niesłabnącym powodzeniem.

Stara fabryka czy opuszczony hangar z pewnością mogą być klimatycznym miejscem pracy, który wyróżni daną firmę na tle konkurencji, ale czy spełnią wymagania pracujących w nich osób? W przypadku przestrzeni użytkowych poddanych rewitalizacji i przystosowanych na biura istnieje obawa, że nie będą pełnić swoich funkcji i nie dopasują się potrzeb osób z pokolenia Y i Z, czyli tych, którzy w dużej mierze nadają kierunek obecnym trendom aranżacji takich miejsc. Nic bardziej mylnego. Udowodniła do firma dPOP, której misją jest tworzenie jak najlepszego workplace experiences, czyli takiej przestrzeni biurowej, która na pierwszym miejscu stawia pracownika. Siedziba dPoP w Detroit mieści się w podziemiach starego banku, który został w pełni przystosowany do zróżnicowanych potrzeb osób zatrudnionych w firmie. Odrestaurowane wnętrze skarbca zaadaptowano na salę konferencyjną. Hol banku został zmieniony w przestrzeń do relaksu, wypełnioną wygodnymi fotelami i poduszkami, a stare skrytki zmieniono w rzędy funkcjonalnych półek. Z kolei firma skateboardingowa Comvert z Włoch wprowadziła się do budynku kina, które zostało zaprojektowane w latach czterdziestych XX wieku. Przestrzeń idealnie wpasowała się w charakter organizacji. Podczas jej aranżowania zachowano podwyższoną scenę, która pełni teraz funkcję rampy, po której można zjeżdżać na desce. Nie zabrakło także miejsca na stworzenie kilku nieformalnych sal konferencyjnych czy stref relaksu. Kinowe foyer przeznaczono na przestrzeń biurową z ergonomicznymi biurkami.

Rewitalizacja zaniedbanych przestrzeni użytkowych i tworzenie w nich nowoczesnych miejsc pracy jest trendem, który nie wyjdzie z mody, bo gwarantuje efekt wyjątkowości i jest alternatywą dla tradycyjnych biur. Przedsiębiorcy, którzy nie są przekonani do tego rozwiązania, obawiają się, że pomieszczenia, które miały pierwotnie inne przeznaczenie, trudno będzie dostosować do potrzeb pracowników. Lepszym pomysłem wydaje się zainwestowanie w przestrzeń biurową, która została zaprojektowana w XXI wieku, z myślą o wymaganiach dzisiejszych firm. Biuro w budynku nowej generacji jest doskonałą bazą, ale również wymaga dostosowania do potrzeb konkretnej organizacji, tak aby było dostosowane do wymogów wszystkich pracowników, należących do kilku generacji
i wykonujących na co dzień różne zadania. Jedni potrzebują ciszy i spokoju, inni z kolei będą poszukiwać miejsc do pracy w grupie, które ułatwią im komunikację. To przed pracodawcami stawia wyzwanie organizowania biur w takich przestrzeniach, które zapewniają elastyczność i pełną funkcjonalność –
zaznacza Zuzanna Mikołajczyk, Dyrektor ds. Marketingu i Handlu, Członek Zarządu Mikomax Smart Office.

Jak dodaje Zuzanna Mikołajczyk, warto, aby przestrzeń użytkowa, w której zaaranżowane zostanie biuro  korespondowała także z charakterem firmy czy profilem jej działalności, co jest jednym z elementów skutecznego budowania wizerunku marki. Tak było w przypadku Pallotta Teamwork, firmy zajmującej się działalnością charytatywną, która nie zainwestowała w nowoczesne biuro w prestiżowym biurowcu, lecz na siedzibę wybrała magazyn. Zrezygnowała także z dzielenia biura na strefy. Na całej zajmowanej powierzchni zostały ustawione kolorowe kontenery, kojarzone z placami budowy, które zapewniły miejsce do pracy indywidualnej lub połączone mogły stać się salą konferencyjną lub wspólną  jadalnią.

Przestrzeń co-workingowa w wiktoriańskim pubie lub fabryce baterii

Biura nie tylko największych korporacji, ale i mniejszych firm przeobrażają się w nowoczesne miejsca pracy, a kierunek tym zmianom nadają przestrzenie co-workingowe, które najszybciej wdrażają nowe rozwiązania. Są więc niejako papierkiem lakmusowym, pokazującym jakie są obecnie najważniejsze trendy w aranżacji przestrzeni biurowych. Twórcy takich miejsc muszą bowiem stawiać na nowe i niebanalne rozwiązania oraz nie bać się realizowania odważnych pomysłów, by zaspokoić potrzeby wszystkich użytkowników. Taka przestrzeń musi z łatwością dopasowywać się do różnych stylów pracy osób, które będą z niej korzystać. Dlatego w co-workingach znaleźć można zarówno wygodne stanowiska do pracy przy komputerze, strefy ciszy, które zapewnią komfort pracy w skupieniu, jak i chilloutroomy dające chwilę relaksu czy sale konferencyjne.

Osoby projektujące takie miejsca są świadome, że ergonomiczne meble czy podział przestrzeni na sfery, odpowiadające różnym aktywnościom, to warunek konieczny, by zapewnić komfort pracy, ale może okazać się niewystarczający, by przyciągnąć freelancerów i młode firmy. Dlatego coraz częściej stawiają na niebanalne lokalizacje, aranżując ogólnodostępne biura w budynkach poddanych rewitalizacji, takich jak pub z czasów wiktoriańskich. Lokal znajdujący się w londyńskiej dzielnicy Peckham, został zmieniony w wygodne miejsce do pracy i cieszy się zainteresowaniem nie tylko firm
z branży kreatywnej. Nie znajdziemy w nim kanciastych biurek i niewygodnych krzeseł, a miękkie sofy i przestronną kuchnię, w której można samemu przygotować posiłek. W Madrycie Google udostępnia przestrzeń biurową w  budynku,  w którym kiedyś znajdowała się fabryka baterii. Dziś to wspólne miejsce pracy dla pracowników firmy oraz pięćdziesięciu start-upów. Adaptując przestrzeń, która powstała pod koniec XIX wieku, Google stworzył idealne warunki, aby jej użytkownicy mogli rozwijać swoje biznesy. W Campus Madrid znajdziemy zatem m.in. multimedialne pomieszczenia, które pełnią nie tylko rolę sal konferencyjnych, ale są także miejscem, w którym odbywają się warsztaty, prelekcje czy spotkania z ekspertami. Dwupiętrowa kafeteria jest dodatkowym miejscem, gdzie można przeprowadzić nieformalne spotkanie. Dla tych, którzy potrzebują większej prywatności, przygotowane są dźwiękoszczelne boksy, w których można popracować w skupieniu, korzystając z funkcjonalnych biurek.

Ciekawym przykładem w Polsce jest OFF Piotrkowska Center w Łodzi. Miejsce znane z wyjątkowego, industrialnego klimatu, okrzyknięte przez czytelników magazynu National Geographic Traveler mianem Siódmego Cudu Polski, to prawdziwe zagłębie przemysłów kreatywnych i modnych knajpek oferujących niekonwencjonalne menu. W ramach tego małego ekosystemu trwa aktualnie adaptacja kolejnych budynków dawnej fabryki bawełny na przestrzenie biurowe i co-workingowe.

Realizując projekt Co\Walk HUB chcieliśmy, aby osoby, które mogą samemu decydować o miejscu pracy, nie musiały wybierać pomiędzy udogodnieniami nowoczesnego biura, wygodą pracy w warunkach domowych oraz możliwościami, jakie oferuje przestrzeń co-workingowa – wyjaśnia Paulina Ostrowska, Project Manager OPG Property Professionals.

Jak dodaje Zuzanna Mikołajczyk, ta przestrzeń pomaga łączyć pracę o charakterze biurowym ze zdrowym stylem życia. – Hasło przyświecające projektowi, czyli „Let’s (co)walk” zakłada, że aktywnym można pozostawać nawet w pracy. Już sam niestandardowy plan przestrzeni tego miejsca i wyposażenie niespotykane w większości biur mają zachęcać do zrobienia sobie przerwy od pracy przy biurku i wykorzystania jej np. na wymyślanie kolejnych projektów podczas skoków na trampolinie czy przygotowania nowej strategii biznesowej podczas spaceru na bieżni. Nie bez powodu kolejny projekt w portfolio OPG Property Professionals znajduje się na OFF Piotrkowska.

Pomysł na przestrzeń pojawił się w odpowiedzi na potrzeby młodego pokolenia, dla którego miejsce pracy jest tak samo ważne, co projekty, które realizuje. Co\Walk HUB będzie nowoczesnym i komfortowym miejscem pracy dla freelancerów i startupów, lecz jednocześnie zachowa industrialny charakter i spójność z historyczną tkanką miasta. Wierzymy, że pobudzające kreatywność otoczenie oraz niekonwencjonalna ergonomia przestrzeni będą tym „czymś”, co pomoże odnieść sukces firmom, które już niebawem zaczną tu działać – dodaje Michał Styś, szef OPG Property Professionals
i pomysłodawca projektu.

Firmy, które postawiły na biura w nietypowych miejscach, udowodniły, że postindustrialna przestrzeń czy stary budynek użytkowy poddane rewitalizacji, mogą stanowić komfortowe miejsce pracy. Zaaranżowane w odpowiedni sposób spełnią potrzeby nawet najbardziej wymagających pracowników, a dodatku mogą być tym elementem, który wyróżni daną markę na tle konkurencji.

Stanowisko ZPP ws. projektu ustawy o ochronie danych osobowych z 12 września 2017 r.

Niestety, pomimo przekazywanych przez przedsiębiorców głosów w ramach prekonsultacji częściowego projektu ustawy pokazanego przez Ministerstwo w marcu br., opublikowany 14 września br. projekt nowej ustawy o ochronie danych osobowych powiela negatywnie oceniane przez przedsiębiorców zapisy.

Celem przedstawionych uwag ZPP nie jest oczywiście stwarzanie pola dla dokonywania naruszeń danych osobowych, a podkreślenie, że w oparciu o przedstawione w projekcie przepisy przedsiębiorcy nie będą w pełni mieli możliwości realizowania prawa do obrony przed zarzutami odnoszącymi się do naruszeń. Wątpliwości dotyczą kilku podstawowych elementów przedstawionego aktu i zostaną omówione poniżej.

Wątpliwości ZPP wzbudza nowa procedura powołania Prezesa Urzędu, który miałby być powoływany na wniosek Prezesa Rady Ministrów – oczywistym jest, że taki sposób powołania wyłącznie kandydatów przedstawionych przez Prezesa Rady Ministrów nie spełnia przesłanki niezależności organu, stąd niezrozumiałe jest czemu projektodawca proponuje odejście od obecnych przepisów dot. trybu wyboru.

Zastanawiający jest również katalog warunków jakie musi spełniać kandydat na Prezesa Urzędu, jednym z bardziej kontrowersyjnych punktów wydaje się być posiadanie przez niego tytułu naukowego doktora. Co to tego zakresu w uzasadnieniu wskazano, że wykształcił się już taki zwyczaj, jednak taka argumentacja nie ma żadnej realnej wartości – tytuły naukowe wśród wymagań powinny znajdować się w odniesieniu do jednostek naukowych, a nie w zakresie stanowiska zarządczego, jakim de facto będzie stanowisko Prezesa Urzędu. Z tego względu, wydaje się że bardziej zasadne byłoby, patrząc na wymogi dot. chociażby Prezesa UOKIK, UKE czy URE, posiadanie przez kandydata kompetencji kierowniczych jak i odpowiedniego stażu pracy na stanowisku kierowniczym.

Propozycja odnosząca się do posiadania tytułu naukowego doktora, w połączeniu z dokonywaniem wskazania kandydata przez Prezesa Rady Ministrów niestety przywodzi na myśl próby limitowania możliwości objęcia funkcji do konkretnie oznaczonych osób.

Zaprezentowane propozycje prawne odnoszące się do postępowania przed organem mogą negatywnie wpłynąć na prowadzenie działalności gospodarczej, a równocześnie nie stanowią żadnych dodatkowych obostrzeń w zakresie podwyższania ochrony dla konsumentów.

Zgodnie z art. 59 każda decyzja Prezesa UODO będzie podlegała natychmiastowemu wykonaniu. Wniesienie skargi na decyzję do sądu administracyjnego będzie wstrzymywało wykonanie decyzji wyłączenie w zakresie kary pieniężnej. Wydaje się, że projektodawca zapomniał o tym, iż Prezes UODO będzie mógł w decyzji poza karą nałożyć również liczne obowiązki, których natychmiastowe wykonanie może mieć nieodwracalne skutki dla działalności adresata decyzji. Przedsiębiorca po fakcie będzie mógł co najwyżej dochodzić odszkodowania od Skarbu Państwa, jednak z pewnością taki rodzaj ewentualnej rekompensaty wywalczonej po latach procesów sądowych nie będzie wystarczający. Natychmiastowa wykonalność decyzji PUODO, może doprowadzić wręcz do upadłości przedsiębiorcy, a co za tym idzie pozbawić pracy duże grupy osób. Kwestia ta jest szczególnie istotna, biorąc pod uwagę jednoinstancyjność postępowania przez organem oraz nieefektywną propozycję odnoszącą się do postepowania odwoławczego.

Biorąc pod uwagę przedstawiane przez Ministerstwo argumenty można się zgodzić, że PUODO powinien mieć możliwość nadania decyzji rygoru natychmiastowej wykonalności jednak w ramach wyjątku od zasady, który obwarowany by był prawnymi przesłankami do takiego działania. Naszym zdaniem rygor natychmiastowej wykonalności powinien być wyjątkiem, a nie regułą i być stosowany jedynie w przypadkach w których istnieje realne niebezpieczeństwo powstania nieodwracalnych szkód po stronie podmiotów danych. Można sobie wyobrazić regulację, w ramach której nadawanie rygoru natychmiastowej wykonalności możliwe byłoby wówczas, gdy byłoby to niezbędne ze względu na ochronę zdrowia lub życia ludzkiego albo ze względu na inny interes społeczny lub wyjątkowo ważny interes strony, przy czym te ostatnie przesłanki należałoby w jakiś sposób doprecyzować. Będzie to miało szczególne znacznie dla małych i średnich przedsiębiorstw, których działalność może zostać sparaliżowana przez nałożenie kar z rygorem natychmiastowej wykonalności

Uporczywe trzymanie się przez Projektodawcę pomysłu postępowania odwoławczego w ramach procedury administracyjnej niestety świadczyć może o braku wiedzy na temat praktycznych aspektów odwołania od decyzji tak istotnego, z perspektywy konsumenta, jak i przedsiębiorcy, organu jakim stanie się PUODO.

Już dziś w polskim porządku prawnym mamy przykłady postępowań przed kluczowymi dla przedsiębiorców organami administracyjnymi, takimi jak UOKIK czy UKE, które w ramach właściwych specyficznych i trudnych przepisów oraz prowadzonych w oparciu o nie postępowań mają możliwość nakładania wysokich kar na przedsiębiorców. Z tego też powodu zdecydowano się na wprowadzenie wobec nich odmiennej ścieżki odwoławczej – do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Przypomnieć należy, że na podstawie ustawy – Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi sąd podczas rozpatrywania skargi bada to czy organ, który wydał decyzję w sprawie nie naruszył przepisów prawa procesowego – sąd taki nie dokonuje co do zasady oceny sytuacji faktycznej, a więc tego czy organ wydając decyzję prawidłowo ocenił stan faktyczny sprawy. Taka procedura nie pozwoli niestety przedsiębiorcom na realną obronę swoich praw w postępowaniu.

Niezrozumiałe jest więc, czemu w obliczu tak dużej reformy odnoszącej się do ochrony danych osobowych Projektodawca nie korzysta z doświadczeń i instytucji prawnych przewidzianych w ramach UOKIK czy UKE. Jak samo Ministerstwo Cyfryzacji podkreśla, wprowadzane przepisy są rewolucyjne nie tylko w aspekcie wysokich kar, ale również w zakresie przewidywanych obowiązków oraz specyfiki ochrony danych osobowych w dobie nowych technologii – czemu więc w Rządzie nie widać zrozumienia dla złożoności przyszłych postępowań sądowych i konieczności dokonania specjalizacji w zakresie ich rozstrzygania. Pomimo doświadczenia w zakresie orzekania na gruncie obecnych przepisów nie wydaje się, aby taką specjalizację miały obecne sądy administracyjne – RODO wprowadza przecież absolutną zmianę prawa w tym zakresie, wobec czego czerpanie z dotychczasowego orzecznictwa nie wydaje się być najlepszy rozwiązaniem.

Na podstawie art. 73 projektu ustawy w zakresie kontroli przeprowadzanej przez Prezesa UODO wyłączone ma zostać działanie art. 79, 82 oraz 83 ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, a co za tym idzie kontrole nie będą musiały być zapowiadane przez organ, w tym samym czasie u przedsiębiorcy będzie mogła być przeprowadzana więcej niż jedna kontrola oraz kontrola PUODO nie będzie się wliczała do maksymalnego czasu trwania kontroli u przedsiębiorcy.

Kolejny już raz Ministerstwo Cyfryzacji przedstawia projekt w ramach, którego chce dokonać wyłączenia zastosowania przepisów ustawy o swobodzie działalności gospodarczej w odniesieniu do przeprowadzanych kontroli (lipcowy projekt nowelizacji Prawa telekomunikacyjnego).

Oczywiście ochrona danych osobowych jest w dzisiejszym świecie bardzo istotną wartością, dotyka każdego z nas, niezależnie od tego czy w ramach swojej profesji reprezentujemy przedsiębiorcę, organizację pozarządową czy administrację publiczną, jednak nie można się zgodzić z tym iż stanowi ona absolutną przesłankę dla organu by „pozbyć się” w jej ramach innych norm prawnych. Wydaje się że również projektodawcy unijni starali się zrozumieć to poprzez wskazanie w 4 motywie Rozporządzenia, że przyjmowane przepisy nie naruszają praw podstawowych, wolności i zasad, w tym wolności prowadzenia działalności gospodarczej.

Ogólne wyłączenie wskazanych przepisów w odniesieniu do każdego postępowania kontrolnego prowadzonego przez Prezesa Urzędu, nie znajduje uzasadnienia w celach Ustawy, również biorąc pod uwagę istotną potrzebę zapewnienia prawidłowości przetwarzania danych osobowych. Uzasadnienie Ustawy (por. s. 35 uzasadnienia) odwołuje się przy tym do konieczności rzetelnego i terminowego przeprowadzenia kontroli, w tym kontroli doraźnej. Wydaje się, że w tym zakresie w zupełności wystarczającym środkiem byłaby możliwość wyłączenia omawianych przepisów ustawy o swobodzie działalności gospodarczej w konkretnym przypadku, w sytuacji uprawdopodobnienia istnienia istotnych naruszeń w zakresie przetwarzania danych osobowych. Należy przy tym zaznaczyć, że już same (wyłączane Ustawą) przepisy ustawy o swobodzie działalności gospodarczej przewidują możliwość odejścia od omawianych ograniczeń np. w przypadku, gdy prowadzenie kontroli jest niezbędne dla przeciwdziałania popełnieniu przestępstwa lub wykroczenia. Tym bardziej wprowadzenie ogólnego wyłączenia, w odniesieniu do wszystkich prowadzonych postępowań, jest środkiem nieproporcjonalnym.

W przypadku kontroli odnoszącej się do ochrony danych osobowych przedsiębiorca powinien zostać o takowej kontroli uprzednio poinformowany, aby właściwie przygotować się – a więc aby odpowiednie osoby obecne były w czasie kontroli, a także aby zapewnić w czasie kontroli nie tylko pełne przeprowadzenie czynności kontrolnych przez organ, ale również by fakt kontroli, nie oddziaływał negatywnie na prowadzoną przez przedsiębiorcę działalność.

Zatrważające jest potraktowanie przez projektodawcę tematu kar finansowych w odniesieniu do administracji publicznej. Oczywiście unijny prawodawca zdecydował się w art. 83 ust. 7 RODO na pozostawienie państwom członkowskim decyzji , czy i w jakim zakresie administracyjne kary pieniężne można nakładać na organy i podmioty publiczne – jaki więc projektodawca krajowy zdecydowałby się na utrzymanie kar na takim samym poziomie jak kary wobec przedsiębiorców mając świadomość, że administracja publiczna nie będzie w stanie dokonać pełnego wdrożenia nowych zasad?

Zgodnie z art. 83 ust. 1 Projektu, maksymalna wysokość takiej kary pieniężnej to 100 tys. zł – jest to wyraźna wiadomość dla pomiotów publicznych, że właściwie nie muszą „bawić się” w dostosowanie do przepisów RODO, ponieważ ew. kara i tak będzie relatywnie niewielka.

Oczywiście to rozwiązanie bardzo praktyczne z perspektywy Skarbu Państwa, gdyż wszystkie ew. kary nakładane na podmioty publiczne wychodziłby z budżetu państwa, jednak to bardzo istotny sygnał nie tylko dla przedsiębiorców, od których organ nadzorczy będzie wymagał pełnego dostosowania i zrozumienia skomplikowanych, a wręcz niekiedy niejasnych reguł Rozporządzenia unijnego już od końca maja 2018 r. i nie będzie zapewne wahał się przed nakładaniem kar (w końcu to będzie wpływ do budżetu, a i dzięki projektowanemu art. 86 ustawy 1% kary będzie stanowiło wpływ do Funduszu Ochrony Danych Osobowych z którego wydatkowana będzie działalność organu w zakresie edukacji o ochronie danych – a wiec już nie w ramach budżetu samej jednostki), jednak przede wszystkim jest to sygnał dla nas wszystkich, a więc obywateli których dane osobowe są i będą przetwarzane przez jednostki administracji publicznej, że w sferze publicznej realna ochrona naszych danych nie ma znaczenia.

Pamiętajmy, że dane przekazywane podmiotom obrotu gospodarczego przekazywane są przez osoby fizyczne z własnej woli, w celu zamówienia usługi, dokonania zakupu itp. Konsument sam w takim przypadku decyduje się z jakim przedsiębiorcom A, B czy C zawrze umowę, a co za tym idzie, jaki przedsiębiorca będzie miał możliwość przetwarzania jego danych osobowych. Odmienna sytuacja ma miejsce w odniesieniu do podmiotów administracji publicznej – osoby fizyczne nie mają właściwie wyboru co do tego czy dany urząd będzie przetwarzał ich dane osobowe.

Wdrożenie ustawy przez przedsiębiorców będzie bardzo dużym wyzwaniem również ze względu na bardzo krótkie terminy wyznaczone przez projekt. Przykładowo dotyczy to następujących przepisów:

  • Termin przeprowadzenia czynności sprawdzających (art. 13 ust. 2 “nie wcześniej niż… 7 dni”)
  • przedstawienie dowodów (art. 47 ust. 2 “nie krótszy niż 7 dni”),
    termin na złożenie wniosku przez ukaranego o usprawiedliwienie nieobecności lub odmowę zeznania (art. 51 ust. 2 “7 dni od daty doręczenia”),
  • termin na złożenie uwag do raportu pokontrolnego (art. 72 ust. 4 “7 dni”),
  • termin na uiszczenie kar administracyjnych (art. 85 ust. 2 “14 dni od dnia upływu terminu na wniesienie skargi, albo od dnia uprawomocnienia się orzeczenia sądu administracyjnego”).

Mając na uwadze skomplikowanie tematyki ochrony danych osobowych cześć terminów może być niemożliwa do spełnienia. Uważamy, że ustanowienie tak krótkich terminów w których administrator lub podmiot przetwarzający dane mógł odpowiedzieć na żądanie lub wykonać swoje prawa, narusza w stopniu znaczącym prawo do odpowiedniej ochrony prawnej.

Z perspektywy przedsiębiorców niepokój wzbudza również podejście Projektodawcy do procesu certyfikacji – jest to część projektu ustawy, która diametralnie różni się od tego co przedstawione zostało przez Ministerstwo w roboczym projekcie z marca br.

Certyfikacji miała być dokonywana zewnętrznie, przez akredytowane do tego podmioty, obecnie jednak przedstawiono zapisy dot. certyfikacji nadawanych wyłącznie bezpośrednio przez Prezes UODO. Przepisy Rozporządzenia pozwalają na dopuszczenie do procesu certyfikacji podmiotu prywatnego, który byłby akredytowany przez organ – taka propozycja zyskała również aprobatę obecnego organu ochrony danych osobowych. GIODO proponuje przyjęcie modelu hybrydowego w tym zakresie, wskazując że krąg podmiotów przyznających certyfikaty powinien być jak najszerszy. Certyfikat wydany przez sam organ, jak i wydany przez podmiot, który został akredytowany do takiego działania przez organ nadzorczy powinny mieć taką samą wartość na rynku.

Zgodnie z obecnym projektem, pozostawiając procedurę certyfikacji samemu organowi, może okazać się, że założenia dot. 3 miesięcznego postępowania w tym zakresie nie będą realne. Można sobie łatwo wyobrazić dużą ilość przedsiębiorców, którzy właściwie w tym samym czasie po wejściu w życie przepisów będą starali się o taką certyfikację .

Z tego powodu pierwotna koncepcja zdawała się być rozsądniejsza, biorąc pod uwagę realia rynkowe oraz kwestie obłożenia pracą Urzędu. Tym bardziej zastanawia w tym miejscu co skłoniło Ministerstwo do tak kategorycznej zmiany podejścia w zakresie certyfikacji i akredytacji. W związku z powyższym, proponujemy, by certyfikat mógłby być wydawany również przez akredytowane jednostki certyfikujące.

W projekcie zawartych jest jeszcze kilka bardziej szczegółowych kwestii, które w naszej ocenie powinny zostać poprawione. Chodzi tu m.in. o przepisy art. 5 ust. 5 oraz art. 41 Ustawy, które przewidują prowadzenie przez Prezesa Urzędu systemów teleinformatycznych umożliwiających odpowiednio przesyłanie w postaci elektronicznej zawiadomień o wyznaczeniu inspektora ochrony danych oraz zgłaszanie naruszenia ochrony danych osobowych, o których mowa w art. 33 Rozporządzenia.

Zwracamy uwagę, że w Ustawie oraz przepisach wprowadzających brak jest regulacji intertemporalnej, pozwalającej zagwarantować, że w momencie wejścia w życie Ustawy i ww. przepisów systemy te będą działać, a zatem możliwe będzie dokonywanie przez zainteresowanych odpowiednich zawiadomień i zgłoszeń. W sytuacji, gdyby nastąpiło zatem jakiekolwiek opóźnienie w zakresie uruchomienia tych systemów, podmioty nie miałyby zapewnionej możliwości realizacji obowiązków określonych Ustawą – przykładowo, art. 5 Ustawy nie przewiduje innej niż drogą elektroniczną możliwości przekazywania powiadomień. Sugerowanym rozwiązaniem byłoby umożliwienie podmiotom dokonywania omawianych zawiadomień lub zgłoszeń w formie pisemnej, do czasu uruchomienia odpowiednich systemów informatycznych.

Podsumowując, pragniemy jeszcze raz podkreślić wagę powyższych uwag oraz poprosić o uwzględnienie ich w toku dalszych prac legislacyjnych.

Pragma podaje wyniki sprzedażowe swojej fintechowej dywizji

Pragma Faktoring SA zdecydowała się opublikować wyniki swoich fintechów w zakresie sprzedaży. Obecnie działają one w dwóch segmentach. LeaseLink Sp. z o.o. jest spółką zależną świadczącą usługi leasingu online, a wyodrębniona dywizja PragmaGO oferuje faktoring online z błyskawiczną decyzją.

We wrześniu Grupa Pragma poprzez aplikacje onlinowe LeaseLink i PragmaGO pozyskała 773 Klientów (to Klienci, którzy zarejestrowali się w aplikacjach i uzyskali decyzje ratingową). W całym trzecim kwartale 2017 r. było ich 1821. Dynamika wzrostu sięga prawie 50% z kwartału na kwartał (w 2. kwartale to 1236, w 1. 810 Klientów).
W kanale dystrybucji online Grupa Pragma jest obecna od półtora roku, zaczynała od ok. 30-tu Klientów miesięcznie.

Aplikacje LeaseLink i PragmaGO umożliwiają przeprowadzenie online całego procesu sprzedaży i obsługi Klienta” – chwali się przez Zarządu Pragma Faktoring Tomasz Boduszek. „Dynamika wzrostu liczby Klientów odzwierciedla efektywność onlinowego kanału sprzedaży i jest istotna z punktu widzenia zwiększania skali działalności Emitenta bez znaczącego wzrostu kosztów działalności.”

Zarząd zapewnił, że wyniki sprzedaży w kanale internetowym będzie publikować cyklicznie.

Ukrainiec już w co drugiej dużej firmie. W tym roku zaprosimy nawet 2 mln pracowników do największych polskich fabryk

Zapotrzebowanie na kadrę zza wschodniej granicy stale rośnie. Ukraińców znajdziemy już w prawie co drugiej dużej firmie, co piątej średniej oraz co dziesiątej małej. Tak wynika z pierwszej edycji raportu Personnel Service „Barometr Imigracji Zarobkowej”, który w całości zostanie opublikowany podczas konferencji prasowej 25 października br. Boom na ukraińskich pracowników spowoduje, że w całym 2017 roku może zostać wydanych nawet 2 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Ukrainy.

Polska gospodarka szybko się rozwija. Z danych GUS wynika, że tylko w sierpniu o 8,8% wzrosła produkcja przemysłowa, a stopa bezrobocia była na rekordowo niskim poziomie 7%. Dobre są też nastroje firm. We wrześniu przedsiębiorcy z sektora usług ocenili koniunkturę gospodarczą na +10,8, a w przetwórstwie na +6,3. Krajobraz firmowy nie jest jednak tylko kolorowy. Przedsiębiorcom doskwiera brak pracowników, pogłębiający się ze względu na trendy demograficzne i emigracyjne. Tę lukę wypełniają cudzoziemcy, w tym głównie Ukraińcy, których na polskim rynku pracy w kolejnych latach będzie coraz więcej. W całym 2017 roku może zostać wydanych nawet 2 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Ukraińcom. W 2016 roku było ich 1,26 mln.

Pracodawcy w Polsce otworzyli się na pracowników z innych krajów, bo dzięki temu mogą na bieżąco realizować zlecenia. Przekonali się też, że zwłaszcza Ukraińcy, ze względu na bliskość kulturową i językową, w sprawny sposób wypełniają lukę, której nie da się zapełnić Polakami. Jedynym wyzwaniem, przed jakim teraz stoją pracodawcy, jest krótki czas, na jaki mogą zatrudniać Ukraińców. Nowe przepisy, które mówią o pracownikach sezonowych, pozwolą im pracować przez 9 miesięcy w ciągu roku, ale to dla wielu wciąż za mało. Pracodawcy coraz częściej potrzebują stałego, a nie doraźnego wsparcia – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Ukraińcy ratunkiem zwłaszcza dla dużych firm

Ukrainiec już w co drugiej dużej firmieZ pierwszej edycji badania „Barometr Imigracji Zarobkowej” na II półrocze 2017 roku przygotowanego przez Kantar Millward Brown na zlecenie Personnel Service wynika, że 16% polskich firm zatrudniało lub zatrudnia pracowników z Ukrainy. Ten odsetek jest zdecydowanie wyższy w dużych firmach – aż 44% deklaruje, że pracuje u nich kadra ze Wschodu. W przypadku firm średnich ten wynik wynosi 21%, a w małych firmach 13%. Biorąc pod uwagę branże, Ukraińcy dostają pracę przede wszystkim w firmach produkcyjnych (24% przedsiębiorstw ich zatrudnia), następnie usługowych (20%) i handlowych (14%).

Takie wyniki nie są zaskoczeniem. To właśnie duże firmy, w tym m.in. zakłady produkcyjne, usługowe czy przemysłowe, ze względu na skalę działania najbardziej odczuwają brak pracowników.  Warto też wziąć pod uwagę, że ze względu na to, że Ukraińcy mogą pracować tylko przez kilka miesięcy, przedsiębiorcy zatrudniają ich głównie na stanowiskach niższego szczebla, co wynika z ich łatwej zastępowalności – mówi Krzysztof Inglot.

Dlaczego warto osiedlać Ukraińców?

Eksperci Personnel Service podkreślają, że z punktu widzenia pracodawców, najważniejsze w najbliższym czasie będzie większe otwarcie się na możliwość osiedlania się Ukraińców w Polsce na stałe. Należy zadbać o to, aby stworzyć im odpowiednie warunki, w tym m.in. zapewnić dostęp do mieszkań, edukacji dla dzieci czy pełnego pakietu pomocy socjalnej.

Przedsiębiorstwa, które się do nas zwracają w celu rekrutacji Ukraińców, często mówią o tym, że z ich punktu widzenia formalności związane m.in. z załatwieniem dla pracownika kart stałego pobytu są zbyt uciążliwe. Cały proces może trwać nawet rok. Dlatego firmy na razie ratują się uproszczoną procedurą, ale w momencie gdy braki będą dotyczyć stanowisk wyższego szczebla, zasady będą musiały się zmienić – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Metodologia badania:

Badanie „Barometr Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2017” zostało przygotowane i opracowane na zlecenie Personnel Service S.A. przez instytut Kantar Millward Brown. Badanie pracodawców zostało przeprowadzone metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach dedykowanego badania CATI Ad Hoc. Próbę pracodawców N=300 dobrano w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby N=300 to +/- 4,2%, a dla klas wielkości zatrudnienia N=100 +/- 10,2%. Wywiady z pracodawcami zostały zrealizowane w lipcu 2017 r.

Coraz więcej branż chce współuczestniczyć przy projektach car-sharingowych

W ostatnim czasie zainteresowanie usługami carsharingowymi zwiększyło się, podobnie jak liczba partnerów zainteresowanych współuczestniczeniem w takich projektach. Po branży deweloperskiej oraz zarządców przestrzeni biurowych i komercyjnych widać, że te rynki są zainteresowane, aby świadczyć dla swoich najemców usługi dodatkowe, oferujące wartość dodaną. Dlatego w strategii spółki 4Mobility pojawiają się jako kluczowi partnerzy, z którymi współpraca będzie rozwijana. Nie jest to jedyna grupa partnerów 4Mobility. Drugą bardzo istotną grupą, która rozumie tą usługę, jest branża automotive.

– Zaczęliśmy od partnerstwa z grupą BMW, w ramach którego zrozumienie przez producenta było na tyle duże, że wspólnie przygotowaliśmy rozwiązania pasujące do zidentyfikowanych potrzeb w Warszawie – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Paweł Błaszczak, prezes 4Mobility – Firma Hyundai również zdecydowała się na partnerską współpracę. Dzięki temu wprowadzamy do naszej usługi kategorię standard i dużą liczbę nowych samochodów. Zainteresowanie rynkiem car sharing w branży nieruchomości i motoryzacyjnej to jeden z ważnych filarów. Idziemy jednak dalej – branża energetyczna, leasingowa, finansowa są naturalnym partnerem dla tego typu usług w uzupełnieniu swojej oferty. Strategią 4Mobility jest budowanie jak najszerszej sieci samochodów w partnerstwach i porozumieniu z dużymi graczami z poszczególnych branż. Zainteresowane są zdecydowanie branże technologiczne ze względu na nowoczesny charakter usługi. Ważną grupą partnerstw są też obiekty i sieci handlowe, które chcą zapewnić swoim klientom usługi dodatkowe. Jednym z naszych partnerów jest Tesco, auta 4Mobility są również dostępne pod centrami Ikea, a za chwilę dołączą kolejne galerie handlowe – podkreślił Błaszczak.

Na rynku pracy nadchodzi czas pokolenia 50+

W sytuacji rosnących deficytów pracowników firmy coraz chętniej sięgają po osoby po 50-tym roku życia. Z danych Work Service wynika, że blisko 27% firm planuje zatrudniać pracowników w tej grupie wiekowej. Jednocześnie w ciągu półtora roku o 10 p.p. zwiększył się odsetek firm, które mają w swojej załodze osoby 50+. Ich głównymi atutami są, zdaniem pracodawców, doświadczenie, zaangażowanie i nie tak częste zmiany miejsca pracy. Co ciekawe 1 na 12 przedsiębiorców twierdzi, że sięga po tę właśnie grupę, bo nie jest w stanie znaleźć młodszych pracowników.

Od wielu lat w Polsce panował trend sięgania przez pracodawców po osoby młode. To one miały stanowić o sile i jakości firmy. Jednak wraz z rekordowo niskim poziomem bezrobocia, utrzymującą się emigracją oraz malejącą podażą pracowników sytuacja się zmieniła. Deficyty kandydatów rosną, a to wymusza na pracodawcach zmianę podejścia do zatrudnianych osób. Korzystają na tym pracownicy 50+. Z najnowszych danych Work Service wynika, że 26,7% pracodawców planuje w ciągu 12 miesięcy zatrudniać osoby właśnie w tej grupie wiekowej. Na przestrzeni 1,5 roku to wzrost o blisko 7 p.p.

Na rynku pracy nadchodzi czas pokolenia 50

Widać wyraźnie, że rośnie zainteresowanie pracownikami 50+. Półtora roku temu takie osoby zatrudniało 76% firm. Teraz ten odsetek wynosi blisko 86%, co oznacza wzrost o 10 p.p. Korzystają na tym obie strony – pracodawcy rekompensują sobie deficyty w innych grupa wiekowych, a pracownicy, którzy są już po 50-tym roku życia mają większe szanse na pracę niż jeszcze kilka lat temu. Widać to w danych GUS dotyczących bezrobocia (według metodologii BAEL). W II kw. 2015 roku w grupie 55-64 wynosiło ono 5,3%, a obecnie to już 4%  – komentuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz z Work Service S.A.

Na rynku pracy nadchodzi czas pokolenia 50 2

Pracownicy 50+ mają doświadczenie i są zaangażowani

Demografia jest nieubłagana – polskie społeczeństwo się starzeje. Wraz z tym procesem będzie nam wzrastać także liczba osób 50+ na rynku pracy. Dzisiejszy poziom życia sprawia, że dobrą kondycję i zdrowie można utrzymać dłużej, przez co poziom aktywności zawodowej osób starszych też się zwiększa. Widać to w danych Eurostatu. W ciągu dekady odsetek zatrudnionych seniorów zwiększył się w Polsce z 28,5% do 47,4%. To drugi największy wzrost w Unii Europejskiej. Na korzyść starszych pracowników przemawia ich wieloletnie doświadczenie na rynku pracy oraz podejście do powierzanych im obowiązków.

Jeżeli spojrzymy na motywację pracodawców, którzy zatrudniają pracowników 50+ to najczęściej podawanym powodem jest ich duże doświadczenie zawodowe, na co wskazuje 32,1% badanych. Dla co piątej firmy decydujące jest ich zaangażowanie w realizację zadań. Co ważne dla przedsiębiorców to fakt, że starsi pracownicy rzadziej zmieniają pracę. Na ten powód wskazało 18,9% badanych. To pokazuje, że firmy wolą stabilną załogę. Warto również zauważyć, że nieco ponad 8% firm zatrudnia osoby 50+, bo nie może znaleźć młodszych pracowników – dodaje Andrzej Kubisiak.

***

Metodologia badania:

Badanie „Postawy pracodawców wobec seniorów na rynku pracy” zostało przeprowadzone przez firmę Work Service na celowej próbie 105 przedsiębiorstw. Próbę dobrano z ogólnopolskiej bazy klientów Grupy Work Service. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w terminie lipiec-sierpień 2017 r.

Słabość wielkich

Rozczarowujące dane o inflacji z USA dokładają wątpliwości w ocenie przyszłej siły USD. Słabość widać też w postawie EUR, gdzie nie pomaga brak budowania oczekiwań przed posiedzeniem ECB. Lekki kalendarz zawiera saldo bieżące z Polski, NY Empire State z USA i CPI z Nowej Zelandii.

Wybory parlamentarne w Austrii zakończyły się zwycięstwem Partii Ludowej, która pokonała swojego wieloletniego koalicjanta – Socjaldemokratów. W związku z brudną kampanią tych dwóch, ponowny sojusz wydaje się nieprawdopodobny i do rządu wejdzie trzecia w wyścigu Partia Wolności. Dla tej ostatniej jest to spory awans i kolejny dowód, że partie nacjonalistyczne mają się dobrze w Europie (pamiętamy ostatni wynik AfD w Niemczech). Populizm będzie miał większą moc w polityce Austrii, a polityka imigracyjna może być kością niezgody między Austrią a np. Francją, czy Niemcami. Mimo to kraj wciąż pozostaje pro-UE, stąd z niedzielnego wyniku nie płyną sygnały do paniki dla europejskich aktywów. Wpływ dla EUR pozostaje ograniczony, podobnie jak to było w przypadku referendum w Katalonii, gdzie według ostatnich informacji lider regionalnego rządu Puigdemont szuka dialogu z Madrytem.

Niezależnie do powyższego coś dziwnego dzieje się z EUR, co było widać jeszcze w piątek po tym, z jaką łatwością EUR/USD poddał wzrosty (o czym poniżej). Wątpliwe, aby było to związane z ucinaniem pozycji na wypadek zaskakującego wyniku wyborów w Austrii (bo rynek cały tydzień przemilczał temat). Zatem co? W ostatnich tygodniach podstawowym problemem EUR jest wyciszenie spekulacji odnośnie decyzji ECB o ograniczaniu programu QE. Rynek spodziewa się, że usłyszy większość szczegółów wygaszania na najbliższym posiedzeniu 26 października. Z drugiej strony członkowie ECB w wypowiedziach zdają się robić wszystko, by ograniczyć budowanie jakichkolwiek oczekiwań. To dławienie szans na budowanie napięcia zniechęca do kupowania EUR.

Piątkowe dane z USA dla rynku walutowego były oczywistym rozczarowaniem. Wrześniowy inflacja bazowa kolejny raz wypadał poniżej oczekiwań (tym razem 0,1 proc. m/m vs. 0,2 proc.) i dołożyła argument do wątpliwości przed grudniową decyzją o podwyżce stóp procentowych. Rynek chciał wyższego wyniku, ale go nie dostał i utrzymywanie pozycji w USD stało się bezcelowe (przynajmniej w krótkim terminie). Jednak rynkowa wycena szans na podwyżkę przed końcem roku pozostała mniej więcej bez zmian (77 proc.), gdyż z punktu widzenia Fed dane niewiele zmieniają. Inflacja pozostaje słaba przez wpływ czynników przejściowych (o czym w weekend przypomniała Yellen), a silna postawa rynku pracy i wzrost płac przemawia za tym, żeby inflacja w końcu ruszyła w górę. W piątek sprzedaż detaliczna była wspierająca, szczególnie po stronie tzw. sprzedaży w grupie kontrolnej, która trafia do wyliczeń PKB. Wzrost gospodarczy za III kw. będzie teraz podlegał rewizjom w górę. Ale czy to wystarczy, by pomóc USD? Raczej nie. Najbliższe dni są pozbawione pierwszorzędnych publikacji makro z USA, forsowanie reformy podatkowej w Kongresie stanęło w martwym punkcie, a spekulacje o nowym prezesie Fed są ciekawym tematem do dyskusji, ale nie do handlu. Taki klimat nie sprzyja wzrostom USD.

W poniedziałkowym kalendarzu bez cudów. Saldo rachunku bieżącego z Polski przejdzie bez echa, choć po silnym umocnieniu złotego z poprzedniego tygodnia wzrosło ryzyko technicznego odreagowania. Po indeksie aktywności biznesu w rejonie Nowego Jorku rynek spodziewa się cofnięcia z wysokich poziomów, jednak dane wciąż powinny podkreślać mocną kondycję firm i gospodarki. Wieczorem otrzymamy kwartalny odczyt inflacji CPI z Nowej Zelandii z oczekiwaniami silnego wzrostu o 0,4 proc. k/k. Dane jednak mogą pozostać w cieniu wyczekiwać na odraczana kilkukrotnie decyzję partii NZ First o tym, z ki chce zawiązać koalicję po wrześniowych wyborach. Kiedy mgła politycznej niepewności minie, NZD ma w krótkim terminie potencjał do wzrostów.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rośnie zainteresowanie technologią hyperloop. Jest ona czterokrotnie bardziej opłacalna niż inwestycja w koleje dużych prędkości

Rośnie zainteresowanie technologią hyperloop. Jest ona czterokrotnie bardziej opłacalna niż inwestycja w koleje dużych prędkości 5

Polacy coraz chętniej korzystają z usług transportu zbiorowego. Co roku zwiększa się liczba pasażerów podróżujących koleją. Coraz częściej latamy także krajowymi samolotami. Linie lotnicze na terenie Polski obsłużyły w ubiegłym roku 3,6 mln pasażerów. Mimo to na rynku wciąż jest miejsce na nowy środek transportu. Hyperloop ma być szybszą i bardziej ekonomiczną alternatywą dla obecnych pojazdów. Ponadto inwestycja w ten innowacyjny środek komunikacyjny jest znacznie bardziej opłacalna od inwestycji w kolej dużych prędkości.

– Innowacyjny transport w przyszłości w dużej mierze może się opierać na technologii hyperloop. Jak pokazują badania i pierwsze eksperymenty, jest to technologia, która pozwala się poruszać szybciej, taniej, bardziej ekonomicznie niż większość dotychczasowych środków transportu, dlatego uważamy, że hyperloop będzie w przyszłości łączył dworce kolejowe, lotniska, będzie poprawiał ich konkurencyjność i będzie pozwalał nam podróżować bardzo szybko i bardzo ekonomicznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Tabiszewski, prezes zarządu Hyper Poland.

Transport zbiorowy w Polsce systematycznie się rozwija. Polacy coraz częściej korzystają z usług kolei. Jeszcze w 2015 roku od stycznia do sierpnia kolej przewiozła 185,85 mln pasażerów, podczas gdy w analogicznym okresie 2016 roku liczba pasażerów zwiększyła się o 5,2 proc. do 195,53 mln, by w bieżącym roku wzrosnąć o kolejne 4,09 proc. i wynieść 203,56 mln. Polacy coraz częściej przemieszczają się też po kraju samolotami. W 2014 roku linie lotnicze przewiozły na terenie Polski 2,9 mln pasażerów, w 2015 r. było to 3,15 mln pasażerów, a w ubiegłym roku liczba przewiezionych osób wyniosła już 3,6 mln.

– W Polsce mamy dobrze rozbudowaną sieć kolejową, natomiast ograniczeniem jest rozkład. Trzeba być na dworcu o konkretnej godzinie, ludzie muszą ustawić się na peronie i 500 osób wsiada na raz do jednego pociągu, potem jedzie po kolei przez kilka miejscowości, w każdej musi się zatrzymać, załadować i wyładować pasażerów, w związku z tym tracimy wiele czasu na dojechanie do miejsca docelowego – twierdzi Krzysztof Tabiszewski.

Transport hyperloop odbywa się w niewielkich kapsułach z elektrycznymi silnikami. Poruszają się one dzięki magnetycznej lewitacji w tunelach o zredukowanym ciśnieniu. Związane z tym mniejsze opory powietrza, zredukowana siła tarcia oraz uniezależnienie pojazdu od wpływów zewnętrznych takich jak np. czynniki pogodowe mają pozwolić na osiąganie bardzo dużych prędkości, sięgających nawet 1100 km/h przy jednoczesnym niewielkim zużyciu energii.

– Hyperloop będzie mniejszym pojazdem, który zabierze 24 lub 48 osób, pojedziemy z punktu A do punktu B, bez przystanków. Nie ma rozkładu, przychodzimy na stację i odjeżdżamy, kiedy chcemy. Od nas zależy, kiedy odjedzie kapsuła hyperloop, dzięki temu oszczędzamy dużo czasu, energii oraz możemy się bardzo szybko dostać z punktu A do punktu B – tłumaczy prezes zarządu Hyper Poland.

Według badań sporządzonych przez firmy Hyperloop One, FS Links i KPMG system hyperloop wybudowany na odcinku 500 kilometrów pomiędzy stolicami Finlandii a Szwecji pozwoliłby na podróżowanie między Helsinkami a Sztokholmem w 28 minut. Wartość zaoszczędzonego czasu jest szacowana na 321 mln euro rocznie, zaś przychody z inwestycji miałyby oscylować w granicach 1 mld euro rocznie, a zyski w granicach 800 mln euro. Przewidywany ruch to 45 mln pasażerów rocznie.

– Wiemy, że jest ogromne zapotrzebowanie na tę technologię. Dzisiaj bardzo ważny jest czas, jest to coś bardzo cennego. Czas i bezpieczeństwo są teraz najważniejsze w transporcie. Budując kolej hyperloop w Polsce, chcemy dać ludziom to, co najcenniejsze, ale dopiero tworzymy tę technologię, niedługo będziemy wykonywać pierwsze testy – mówi Krzysztof Tabiszewski.

Koszt budowy 500-kilometrowego odcinka łączącego Helsinki ze Sztokholmem według przewidywań Hyperloop One, FS Links i KPMG wyniesie 19 mld euro, a każdy kilometr nowego systemu ma kosztować 38 mln euro. Dla porównania budowa kolei dużych prędkości na odcinku łączącym Londyn z Birmingham to koszt 100 mln euro za kilometr, zaś projekty budowy kolei dużych prędkości zakładają koszty w granicach 79 mln za kilometr.

– Zysk ekonomiczny z budowy hyperloopa jest czterokrotnie większy niż z budowy kolei dużych prędkości, a przy tym koszt budowy wynosi 2/3 na korzyść hyperloopa. Do tego mamy trzy razy większą prędkość – zapewnia prezes zarządu Hyper Poland.

Do 2025 r. rynek wirtualnej rzeczywistości osiągnie wartość 50 mld zł. Na rynku pojawiają się coraz tańsze urządzenia VR

Do 2025 r. rynek wirtualnej rzeczywistości osiągnie wartość 50 mld zł. Na rynku pojawiają się coraz tańsze urządzenia VR 6

Do 2025 roku globalny rynek wirtualnej rzeczywistości ma osiągnąć wartość blisko 50 mld dolarów. Rok 2016 był przełomowym dla tego rynku. Sprzedano wówczas niemal 100 milionów urządzeń VR, chociaż 96 proc. z nich stanowiły kartonowe okulary Google Cardboard, które można kupić już za 10 zł. Na rynku pojawiają się coraz bardziej zaawansowane narzędzia, a ich ceny stopniowo spadają. Eksperci zauważają, że wkrótce każdy będzie mógł chodzić po ulicy w goglach do wirtualnej rzeczywistości.

– Jeżeli uda nam się spiąć cyfrową, realistyczną czy wiarygodną postać ze sztuczną inteligencją i będzie można wejść z nią w pełną interakcję, to jest szansa na to, że ludzie przekonają się do tego typu istot w świecie wirtualnym czy rozszerzonym na swoich goglach, w których będą chodzić po ulicy – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Adrian Perdjon, członek zarządu firmy Virthu, producenta cyfrowych postaci i awatarów.

Według prognoz Digi-Capital, w roku 2021 wartość rynku wirtualnej rzeczywistości wyniesie 25 mld dolarów, zdaniem Research and Markets w roku 2022 sięgnie ona 31,07 mld dolarów, a Grand Review Research prognozuje wartość na 48,5 mld dolarów w roku 2025. Przełomowym dla przemysłu wirtualnej rzeczywistości był rok 2016, w którym sprzedano blisko 100 mln urządzeń VR. 96 proc. stanowiły niezwykle proste i tanie Google Cardboard, kartonowe okulary do samodzielnego złożenia, dla których ekranem jest wyświetlacz smartfonu.

– Dużo inwestuje się w rozwój wirtualnej rzeczywistości, firmy pompują miliardy by przekonać ludzi do tego, żeby wirtualna rzeczywistość stała się częścią naszej rzeczywistości, ale to wszystko pieśń przyszłości. Na chwilę obecną na okularach dużo się gra, ogląda się widoki albo biega w StreetView – twierdzi ekspert.

Na rynku istnieją dwie kategorie urządzeń VR. Bardziej zaawansowane technicznie, a zarazem droższe urządzenia to: HTC Vive (cena od 3200 zł), Sony Playstation VR (cena od 1400 zł), Gear VR Samsunga (cena od 550 zł), czy Oculus Rift od Facebooka (cena od 2600 zł). Ten ostatni zapowiedział wprowadzenie tańszej wersji swoich gogli Oculus Go, które mają kosztować 199 dol., ale na rynku pojawią się na początku 2018 r. Obok droższych rozwiązań, jest oferta tanich rozwiązań w rodzaju Google Cardboard, w cenach 10-100 zł. 

– Istnieją przewidywania mówiące o tym, że w przyszłości będziemy żyć w towarzystwie cyfrowych, wirtualnych postaci. W chwili obecnej rozwój sztucznej inteligencji, rzeczywistości wirtualnej, rzeczywistości rozszerzonej jak najbardziej wskazuje taki kierunek – zapewnia członek zarządu Virthu.

Wirtualną rzeczywistością już teraz, obok rynku rozrywki konsumenckiej, zainteresowane są rynki bezpieczeństwa, wojskowy czy medycyny. W samej branży rozrywkowej, największe zainteresowanie VR, jak przekonuje ekspert, wykazują kraje azjatyckie.

– Ludzie w zależności od kultury inaczej postrzegają cyfrowe postaci. Zauważyliśmy, że Europejczycy podchodzą do nich bardziej sceptycznie, natomiast Azjaci bardzo mocno angażują się w tego typu rozmowy i tego typu zjawisko, jakim są cyfrowe postaci. Takie, z którymi można wejść w interakcję jeszcze bardziej im się podobają – tłumaczy Adrian Perdjon.

Książki i czytelnictwo w Polsce

Jesienne dni stają się coraz krótsze i chłodniejsze, a Instagram powoli zapełnia się zdjęciami kocyków, książki i kubka z gorącą herbatą. Z tej okazji postanowiliśmy sięgnąć do danych i sprawdzić, kto czyta najwięcej, skąd czerpiemy inspiracje i jakie książki wzbudzają najwięcej emocji tej jesieni?

Obraz

Kto czyta książki?

Co piąty internauta przyznał (19%), że w zeszłym roku nie przeczytał żadnej książki. Przeczytanie ponad 20 z nich zadeklarowało 5% badanych. Wśród tych 5% częściej znajdują się kobiety niż mężczyźni, osoby w wieku 25-44 lata, osoby z wyższym wykształceniem i zarabiające ponad 6000zł netto, a także mieszkańcy wsi. Ci ostatni jednak dominują także pod względem nie czytania, widoczna jest więc duża polaryzacja w tej grupie.

Serwisy promujące książki

Wśród serwisów promujących czytelnictwo zdecydowanie wyróżnia się lubimyczytac.pl, które we wrześniu odnotowało 8.4 miliona wejść na stronę. To prawie trzy razy tyle ile kolejne najpopularniejsze serwisy – ksiazki.onet.pl i ksiazki.wp.pl. Lubimyczytac.pl ma stałe grono fanów i użytkowników o czym świadczą źródła ruchu na stronie. 24% to wejścia bezpośrednie, a 68% to wejścia z wyszukiwarki Google, gdzie najpopularniejsze hasła to „lubimy czytać” i „lubimy czytac”.

Lubimyczytac

Sprzedaż książki a dyskusje w social media

Przyglądając się 10 najlepiej sprzedającym się w ciągu ostatniego miesiąca książkom na empik.com i zestawiając je z liczbą dyskusji na ich temat w social media możemy zauważyć, że nie ma bezpośredniego związku między zaangażowaniem internautów w dyskusję a sprzedażą. Znajdujący się na 7 pozycji pod względem sprzedaży „Macierewicz i jego tajemnice” wciąż jest najbardziej aktywnie komentowany. Drugim tytułem wzbudzającym najwięcej emocji jest „To” Stephena Kinga, na którego popularność zapewne miała wpływ niedawna premiera kinowa. Trzecią najszerzej dyskutowaną książką jest Tom 5 Sagi Millenium, „Mężczyzna, który gonił swój cień”, który zajmuje też 1 miejsce na liście Empiku. Na liście znalazła się także książka, która nie miała jeszcze swojej premiery, ale już jest dostępna w przedsprzedaży i już toczą się na jej temat dyskusje – „Czarownica” autorstwa Camili Lackberg.

Raport opiera się na wynikach badania CAWI zrealizowanego na reprezentatywnej grupie 2110 internautów w styczniu 2017 oraz danych z systemów Similarweb i Sentione.
Źródło: – IRCenter.com

Ubezpieczyciele stawiają na polisy spersonalizowane. Rozwój tego segmentu mogą ograniczyć nowe przepisy o ochronie danych osobowych

Ubezpieczyciele stawiają na polisy spersonalizowane. Rozwój tego segmentu mogą ograniczyć nowe przepisy o ochronie danych osobowych 7

Nowe technologie zmieniają ofertę firm ubezpieczeniowych. Dzięki gromadzonym i przetwarzanym danym ubezpieczyciele mogą lepiej ocenić ryzyko podczas przygotowywania oferty dla klienta. Coraz więcej firm stawia też na rozwiązania telematyczne, które będą dostarczać im jeszcze więcej istotnych informacji o kliencie. Na tej podstawie będą mogły oferować polisy dopasowane do klienta. To jednak budzi obawy o ochronę danych osobowych, szczególnie w kontekście nowego prawa, które wejdzie w życie w maju 2018 r.

– Sektor ubezpieczeniowy dość aktywnie korzysta z dostępnych na rynku rozwiązań technologicznych, czyli przetwarza dane osobowe przy użyciu nowoczesnych technologii takich jak big data i używa narzędzi do profilowania. Mając zestaw informacji na temat danej osoby, towarzystwo ubezpieczeniowe próbuje przypisać jej konkretny zestaw cech, aby móc lepiej zaktualizować ryzyko związane z wystąpieniem wydarzenia objętego ochroną. Przekazujemy ubezpieczycielom bardzo duży zestaw informacji niezbędnych do wyliczenia składki, np. na temat nałogów. Jako organ nadzorczy uważnie patrzymy, w jaki sposób towarzystwa ubezpieczeniowe przetwarzają te dane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Makowski, radca Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych.

Kilka ostatnich lat przyniosło duże zmiany w sektorze ubezpieczeniowym, który zaczyna na dużą skalę korzystać z nowych technologii i rozwiązań. Jak wynika z ubiegłorocznego Światowego Raportu Ubezpieczeń, który powstał na zlecenie Capgemini, rozwój technologii i internetu rzeczy – w połączeniu ze zmianą pokoleniową i wkraczaniem na rynek generacji Y – powoduje, że branża ubezpieczeniowa musi przejść cyfrową transformację.

Dane, które gromadzą i przetwarzają urządzenia podłączone do internetu rzeczy takie jak np. inteligentne ekosystemy domowe, urządzenia do noszenia na sobie oraz połączone z siecią drony, roboty i samochody, dostarczają ubezpieczycielom podstaw do szacowania ryzyka i mogą w przyszłości zmienić ich model biznesowy. Dlatego firmy muszą już teraz zacząć się przygotowywać na nieuniknioną transformację działalności ubezpieczeniowej – podkreślają eksperci Capgemini.

– Trendem, który się pojawia w kontekście nowych technologii i informacji, są ubezpieczenia spersonalizowane. Mówimy na przykład o ubezpieczeniach komunikacyjnych, w których wysokość składki zależy od stylu jazdy użytkownika samochodu. Takie dane gromadzą urządzenia, które są montowane w nowoczesnych samochodach, ale przede wszystkim aplikacje, które mamy już zainstalowane w naszych smartfonach. Pozwalają one wykorzystywać dane na temat geolokalizacji, wysokości geograficznej lub potrafią nakładać nasze położenie na mapę – mówi Paweł Makowski.

Jak wynika z badań globalnej firmy doradczej IDC („Worldwide Semiannual Internet of Things Spending Guide”), wartość rynku internetu rzeczy sięgnie 1,7 bln dol. w 2020 roku. W 2018 roku największą wartość będzie miał rynek monitorowania pojazdów – 344 mln dol. Do końca dekady na każdego człowieka przypadać będą 3–4 urządzenia połączone z internetem. Dla ubezpieczycieli najważniejsze będą te zamontowane w inteligentnych domach i samochodach. Poinformują ich o tym, jak często dana osoba porusza się po mieście lub poza nim, jak szybko jeździ czy jaki jest jej styl jazdy.

– Zagrożenie, które wiąże się z używaniem tego typu informacji, jest bardzo duże. Pytanie, co jeśli zostaną użyte w zupełnie innym celu niż ten, dla którego zostały zebrane przez towarzystwa ubezpieczeniowe, czyli do wyliczenia składki ubezpieczeniowej. Co jeśli Kowalski cztery razy w tygodniu stoi cztery godziny pod kasynem? Dlatego ważne jest ustalenie czytelnych zasad zbierania takich informacji, czytelne gwarancje dla osoby, której dane dotyczą, w zakresie zabezpieczenia tych danych, a także tego, komu te dane są udostępniane – podkreśla Paweł Makowski.

Radca GIODO podkreśla, że w maju przyszłego roku w Polsce zacznie obowiązywać unijne rozporządzenie RODO dotyczące ochrony danych osobowych. Nowa regulacja ma ujednolicić przepisy z tego zakresu na terenie wszystkich krajów członkowskich UE. Nałoży też szereg nowych wymogów prawnych i obowiązków na podmioty, które gromadzą i przetwarzają dane o swoich klientach. Dlatego już dziś nowe produkty i procesy powinny być projektowane zgodnie z zasadą privacy by design.

– Zasada ta zakłada, żeby wszywać prywatność w projektowane rozwiązanie – nie zastanawiać się, czy to, co wdrożyliśmy, spełnia wymogi, ale od samego początku, na każdym etapie rozwijania danej usługi, zastanawiać się, jaki będzie to miało wpływ na prawa i wolności osoby fizycznej. Towarzystwa ubezpieczeniowe powinny się zastanowić nad tym, na jakiej podstawie prawnej te dane przetwarzać, czyli w jakiej postaci odbierać zgodę od osoby, której dane dotyczą, jakie warunki ta zgoda powinna posiadać, aby była dobrowolna. Po drugie, powinny się zastanowić, jak te dane zabezpieczyć, żeby nie były wykorzystane przez osobę nieuprawnioną, a po trzecie, zastanowić się, jaki zasób informacji zbierać – podkreśla Paweł Makowski.

Zdaniem radcy GIODO, po wejściu w życie RODO towarzystwa ubezpieczeniowe będą zmuszone skupić się nie na rozwijaniu nowych metod gromadzenia informacji, ale kwestii uzyskiwania zgód na ich przetwarzanie.

– Może się okazać, że ktoś zaprojektuje rozwiązanie zbierające bardzo duży zestaw danych na nasz temat, ale w trakcie analizy projektowej okaże się, że nie możemy tych informacji zbierać, bo one nie będą niezbędne do realizacji celu. Nie ma więc sensu rozwijać technologii zbierania informacji, skoro nie będziemy mogli tych informacji przetwarzać – zauważa Paweł Makowski.

Zapewnienie prywatności w spersonalizowanych ubezpieczeniach jest głównym celem projektu realizowanego wspólnie przez GIODO i Instytut Matematyczny PAN. Eksperci porównają możliwości techniczne zbierania wrażliwych informacji z ograniczeniami, jakie nakłada na firmy unijne rozporządzenie. Zakończenie projektu planowane jest na wiosnę przyszłego roku.

– Chcemy przygotowywać zestaw rekomendacji dla sektora ubezpieczeniowego, ale też zestaw wskazówek dla wszystkich osób, których dane są zbierane w ten sposób, abyśmy wszyscy wiedzieli, na co się zgadzamy, jakie dane są zbierane na nasz temat i jakie zagrożenia płyną z tego rodzaju przetwarzania. Korzyści są oczywiste i ubezpieczyciele wyraźnie o tym mówią: kliencie, będziesz miał zniżkę, jeżeli zgodzisz się na przetwarzanie tego typu informacji. Skuszeni zniżką chętnie możemy się na to zgodzić, ale ważne, abyśmy wiedzieli, na co się zgadzamy, i tę decyzję podejmowali świadomie – wyjaśnia radca GIODO.

Blisko 12 proc. Polaków realnie rozważa zakup samochodu elektrycznego. Rynek ma potencjał wzrostu, ale potrzebna infrastruktura i rządowe zachęty

Blisko 12 proc. Polaków realnie rozważa zakup samochodu elektrycznego. Rynek ma potencjał wzrostu, ale potrzebna infrastruktura i rządowe zachęty 8

Na tle Europy liczba zarejestrowanych w Polsce elektryków i samochodów hybrydowych typu plug-in wciąż jest niewielka. Jednak z roku na rok dynamicznie rośnie. Z badań wynika, że 12 proc. Polaków planuje taki zakup w najbliższym czasie, a blisko 30 proc. wciąż go rozważa. Dla tej grupy największą zachętą byłyby zapowiadane przez rząd dofinansowania i ulgi podatkowe przy zakupie. Tym bardziej że oferta koncernów motoryzacyjnych jest coraz większa.

Rynek samochodów elektrycznych w Europie rozwija się bardzo dynamicznie. Porównując II kwartał tego roku z analogicznym okresem rok wcześniej, widzimy, że wzrost sięga ponad 50 proc. Łącznie w pierwszej połowie tego roku w Europie zostało zarejestrowanych ponad 100 tys. takich pojazdów. W Polsce wzrosty są na wysokim poziomie, ale liczba zarejestrowanych pojazdów cały czas jest niska. Musimy rozwijać zarówno ofertę, jak i zachęcać poprzez regulacje na poziomie centralnym i lokalnym do tego, aby te pojazdy się sprzedawały – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Mazur, dyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA).

W ubiegłym roku w Polsce zarejestrowano 556 aut z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in, co oznacza 65-proc. wzrost rok do roku. Z danych KPMG i Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że łącznie w ubiegłym roku Polacy zarejestrowali 10,4 tys. samochodów z napędami alternatywnymi (wzrost o 76 proc. r/r).

Udział elektryków i hybryd typu plug-in w polskim rynku wciąż jest znikomy i oscyluje wokół 0,1 proc. Dużo lepsze są dane z rynku europejskiego. Według European Automobile Manufacturers Association (ACEA) w ubiegłym roku na terenie Unii Europejskiej zarejestrowano ponad 155 tys. takich pojazdów, a wzrost rok do roku sięgnął blisko 5 proc.

– Rynek samochodów elektrycznych i elektryczno-hybrydowych w Polsce przedstawia się bardzo obiecująco. Tymi pojazdami możemy przejechać od 100 km do nawet 400 km, więc walczymy z mitem, że samochód elektryczny nie pozwoli nam nigdzie dojechać. W ramach aglomeracji miejskiej jest to zupełnie wystarczający zasięg, który pozwala jeździć nim podczas całego dnia, żeby wieczorem wrócić do domu i ten pojazd naładować – mówi Maciej Mazur.

Z badania przeprowadzonego w maju przez SW Research na zlecenie PSPA wynika, że tylko nieliczni Polacy realnie rozważają zakup samochodu elektrycznego. 12 proc. planuje taki zakup w najbliższym czasie, a 31,5 proc. – wciąż się nad nim zastanawia. Natomiast prawie 38 proc. Polaków w ogóle nie bierze pod uwagę nabycia elektrycznego samochodu. Z badania wynika, że odstraszają ich przede wszystkim wysokie koszty zakupu (57,3 proc.), ograniczona liczba punktów ładowania lub tankowania (47,4 proc.) oraz ograniczony zasięg takiego pojazdu (29,8 proc.).

Ceny takich pojazdów zaczynają się od 90 tys. zł. Ostatnio jeden z producentów pokazał dwa modele, które kosztują poniżej 100 tys. zł. Mamy nadzieję, że efekt skali produkcji i popularność elektromobilności spowodują, że coraz więcej koncernów będzie ustawiać ceny na niższym poziomie, przystępnym dla użytkownika. Mamy samochody szybkie, mamy samochody, którymi możemy przewieźć towary, więc ten rynek zaczyna być już kompletny – mówi Maciej Mazur.

Dyrektor Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych podkreśla, że rozwój rynku i zwiększenie sprzedaży samochodów elektrycznych wymaga odgórnych, rządowych zachęt. Z badań PSPA wynika, że 70,6 proc. Polaków do zakupu takiego auta przekonałoby dofinansowanie w ramach ogólnodostępnych programów dopłat, a 41,1 proc. – ulgi podatkowe przy zakupie.

Plany mamy bardzo ambitne. Według zapowiedzi ministerstw, do 2025 roku ma być milion samochodów elektrycznych na drogach. Nie przyzwyczajajmy się do tej magicznej liczby, ale dążmy do tego, żeby było to choć pół miliona. Aby było to możliwe, musimy bardzo aktywnie włączyć się w rynek elektromobilności i stawiać nie tylko na samochody, ale m.in. także na rowery. Musimy wspólnie pracować, żeby rozwijać ten rynek – mówi Maciej Mazur.

Rozwój elektromobilności jest jednym z głównych założeń  przyjętej w lutym rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, która powstała w resorcie kierowanym przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Plan zakłada, że do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć nawet milion pojazdów elektrycznych, które będą w sumie zużywać około 4 TWh energii rocznie. Resorty rozwoju i energii pracują wspólnie nad projektem ustawy o elektromobilności, która ma uregulować cały ten rynek.

Problemem pozostaje niewystarczająca infrastruktura do ładowania takich pojazdów. W Polsce jest 305 punktów ładowania, z czego najwięcej w Warszawie. Jednak wedle zapowiedzi resortu, do 2020 r. ma powstać już 400 szybkich punktów ładowania samochodów elektrycznych i 6 tys. publicznych punktów ładowania o normalnej mocy.

Koncerny motoryzacyjne są coraz lepiej przygotowane do rewolucji na rynku elektromobilności. Na rynku jest ponad 40 modeli, z czego niektóre kosztują poniżej 100 tys. zł. To pokazuje, że ceny samochodów elektrycznych zaczynają być coraz bardziej przystępne. Oczywiście ten rynek potrzebuje wsparcia, czekamy na ustawę o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Ona musi wprowadzić system zachęt do tego, aby opłacało się kupować samochody elektryczne, samochody elektryczno-hybrydowe i pojazdy niskoemisyjne, które poprawiają powietrze w miastach, które walczą ze smogiem – podkreśla dyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

UOKiK sprawdza, czy sieci handlowe nie zawyżają cen masła. Pod lupą znalazły się też dostawy jabłek i produkcja cukru

UOKiK sprawdza, czy sieci handlowe nie zawyżają cen masła. Pod lupą znalazły się też dostawy jabłek i produkcja cukru 9

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów kontroluje sieci handlowe i sprawdza, czy sztucznie nie zawyżały cen masła. Największy w południowej Polsce producent cukru został wezwany do ujawnienia swoich kontrahentów i umów z dostawcami. Kontrole trwają też na rynku skupu jabłek i mleka. To efekt trzech miesięcy obowiązywania ustawy o przewadze kontraktowej, która ma chronić małych dostawców przed nieuczciwymi praktykami handlowymi dużych podmiotów.

Ustawa o przewadze kontraktowej obejmuje relacje między rolnikami, przetwórcami żywności a sieciami największych sklepów i supermarketów. Po trzech miesiącach funkcjonowania wydaje się, że była dobrym rozwiązaniem. Zaczyna porządkować relacje między tymi podmiotami. Prowadzimy w tej chwili kilkanaście spraw, które są na razie na wstępnym etapie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Niechciał, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Ustawa o przewadze kontraktowej weszła w życie 12 lipca br. Celem nowych przepisów jest wyeliminowanie nieuczciwych praktyk handlowych i kontraktowych wśród podmiotów z branży rolno-spożywczej.

– Relacje między supermarketami a przetwórcami żywności nie były równoważne, trzeba było interweniować. Sektor miał wiele lat na samoregulację, czego nie zrobił, więc w końcu wkroczył ustawodawca i rozwiązał problem – podobnie jak około 20 krajów UE, gdzie obowiązują tego typu ustawy. To oznacza, że akurat ten sektor jest dość często dotknięty nieprawidłowościami czy wykorzystywaniem przewagi przez jedną ze stron – mówi Marek Niechciał.

Ustawa ma m.in. chronić małych przedsiębiorców i producentów żywności przez dyktatem dużych sieci handlowych, które często narzucały swoim poddostawcom szereg dodatkowych opłat, np. za usługi reklamowe czy powierzchnię ekspozycyjną, albo wręcz przerzucały na nich koszty otwierania nowych sklepów. Zdarzało się też, że sieci handlowe narzucały swoim dostawcom wzory umów bez możliwości negocjowania ich treści albo wydłużały terminy płatności za dostarczone towarów, a w przypadku protestu – zrywały umowę z poddostawcą. Nowe prawo ma ukrócić takie praktyki.

– Ustawa jest w okresie niemowlęcym, dopiero po pół roku okaże się, czy wymaga nowelizacji. Polski model jest o wiele szerszy niż w większości państw europejskich, w których funkcjonują podobne ustawy. Najczęściej obejmują one tylko relacje między przetwórcami żywności a supermarketami, czyli nie chronią na przykład rolników. A do nieprawidłowości może też dochodzić między rolnikiem a punktami skupu, czyli pierwszymi odbiorcami produktów żywnościowych – zauważa Marek Niechciał.

UOKiK prowadzi w tej chwili dziesięć postępowań w ramach nowej ustawy. Jedna z nich dotyczy wzrostu cen masła, które w ciągu ostatniego roku zdrożało prawie dwukrotnie. Winny jest m.in. wzrost popytu w USA i Chinach, odejście UE od kwotowania mleka i nadprodukcja mleka w proszku. UOKiK chce jednak sprawdzić, czy duże sieci handlowe nie wykorzystują tej sytuacji i dodatkowo nie zwiększają marż. W październiku urząd wszczął postepowanie wyjaśniające, kontrolując m.in. Lidla, Auchan i Tesco, Carrefoura i Biedronkę. Do właścicieli sklepów wystąpił z prośbą o przesłanie korespondencji z dostawcami masła i czeka na odpowiedzi. UOKiK podkreśla też, że na razie nie prowadzi postepowania przeciw którejkolwiek z sieci, ale „w sprawie”.

– Ustawa ma chronić interes publiczny na poszczególnych rynkach, czyli na przykład zapobiegać takim wzrostom cen masła, jakie teraz obserwujemy. Wzrost jest ogólnoświatowy, ale być może przy tej okazji nastąpił dodatkowy wzrost na polskim rynku i sprawdzamy, czy sieci handlowe nie wykorzystują paniki do podbijania cen. Jeżeli okaże się, że któraś z dużych sieci handlowych nieetycznie podbija ceny, możemy zadziałać – wyjaśnia Marek Niechciał.

Poza rynkiem masła UOKiK kontroluje też dostawy mleka. Postępowanie dotyczy relacji handlowych pomiędzy 15 dużymi przetwórcami mleka a ich dostawcami. Urząd sprawdza, w jaki sposób były ustalane ceny mleka i czy brano pod uwagę wymogi higieniczno-weterynaryjne.

Po sygnale od indywidualnego rolnika UOKiK wszczął również postępowanie dotyczące produkcji cukru i dostaw buraków cukrowych. W tej chwili analizuje, czy producenci cukru nie stosują nieuczciwych praktyk, wykorzystując swoją przewagę kontraktową wobec dostawców buraków cukrowych. Przedmiotem zainteresowania urzędu są sposoby ustalania cen i terminów płatności. Do wskazania swoich kontrahentów i ujawnienia kontraktów z dostawcami została już wezwana spółka Sudzucker Polska – największy producent cukru na południu Polski.

Jest też sprawa jabłek. Mieliśmy sygnały, że coś dzieje się z cenami skupu jabłek w okolicach Sandomierza, gdzie w ciągu jednego dnia ceny spadły z 80 na ponad 60 groszy, czyli bardzo gwałtownie. Nie było to uzasadnione – tym bardziej że przymrozki ograniczyły podaż jabłek, więc na zdrowy rozum nie powinno dochodzić do takich obniżek. Ta cena po kilku dniach wróciła do poprzednich poziomów, ale zastanawia nas, skąd wzięło się takie działanie i czy nie doszło do wykorzystywania przewagi kontraktowej przez jedną ze stron umowy – mówi prezes UOKiK.

W ramach postępowania wyjaśniającego urząd przeprowadził już kontrolę i czterech firm zajmujących się skupem i przetwórstwem owoców. W tej chwili analizuje jej wyniki.

UOKiK podkreśla duże zainteresowanie przedsiębiorców nowym prawem. Potwierdza to ilość spraw zgłaszanych przez mniejsze podmioty w łańcuchu dostaw żywności.

– Do tej pory ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji pozwalała przedsiębiorcom sądzić się między sobą. Zwykle ta słabsza strona bała się iść do sądu, bo wiedziała, że to może oznaczać koniec relacji handlowych i bardzo duże kłopoty finansowe. Nowa ustawa o przewadze kontraktowej zapewnia anonimowość spraw, którymi się zajmiemy. Nie ma więc wyraźnego sygnału, że ktoś nam doniósł, a możemy po prostu przyjrzeć się rynkowi i wszcząć postępowanie – mówi Marek Niechciał.

Choroby pracowników to dla pracodawców koszt. Poprawa opieki medycznej pozwoliłaby im zaoszczędzić blisko 12 mld zł

Choroby pracowników to dla pracodawców koszt. Poprawa opieki medycznej pozwoliłaby im zaoszczędzić blisko 12 mld zł 10

W ubiegłym roku Polacy spędzili na zwolnieniu lekarskim łącznie 220 milionów dni. Koszty z tym związane, ponoszone zarówno przez ZUS, jak i samych pracodawców, są liczone w miliardach złotych. Dzięki inwestycji w efektywną opiekę medyczną można je znacznie obniżyć, nawet o 11,8 mld zł – wynika z raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2012–2016” opracowanego przez Medicover Polska. Dzięki skoordynowanej opiece medycznej chory pracownik ma zapewniony łatwiejszy dostęp do specjalistów, dzięki czemu szybciej wraca do zdrowia.

 Absencja jest kosztem dla każdego pracodawcy. Pracownik, który idzie na zwolnienie lekarskie, stanowi dla pracodawcy pewien koszt. Jeżeli pracodawca zdecyduje się zainwestować w lepszą opiekę medyczną, to taka inwestycja bardzo szybko się zwróci. Może się okazać, że pracodawca nie ponosi żadnych kosztów, a dodatkowo zyskuje zadowolenie pracowników i ich większą motywację do prac tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Białkowski, wiceprezes zarządu Medicover Polska.

Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że w 2016 roku Polacy spędzili na zwolnieniu lekarskim łącznie 220 milionów dni. Oznacza to, że statystycznie każdy pracownik przebywał na chorobowym średnio kilkanaście dni w roku. Z tego tytułu wypłacono z ubezpieczenia społecznego 16,2 mld zł, ale dodatkowe koszty dla pracodawców trudno zmierzyć.

Koszty choroby zależą od bardzo wielu czynników. To wielki worek, do którego wpadają koszty z różnych stron. Z perspektywy pracodawcy to absencja chorobowa jako konkretny koszt oraz prezenteizm, czyli nieefektywna obecność pracy, gdy osoba chora jest na stanowisku pracy, ale nie jest tak wydajna, jak mogłaby być, gdyby była zdrowa – przekonuje dr n. med. Katarzyna Gorzelak-Kostrzewska, ekspert Medicover Polska w dziedzinie profilaktyki i zdrowia pracujących, współautorka raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2012–2016”.

Spadek produktywności w czasie choroby przekłada się na obniżenie wydajności firmy. Dodatkowo pracownicy zapadający na infekcje górnych dróg oddechowych, przychodząc do pracy pomimo choroby, zarażają się nawzajem. Z danych Centralnego Instytutu Ochrony Pracy wynika, że w ciągu ostatniego roku 25 proc. Polaków zaraziło się infekcją od innych współpracowników.

Zdaniem ekspertów części kosztów można byłoby uniknąć, gdyby nie brak dostępu do lekarza specjalisty.

 Koszty choroby zależą również od tego, jak szybko osoba chora dostanie się do lekarza, czy będzie skutecznie leczona, czy lekarz postawi jej prawidłową diagnozę od razu, czy będzie mogła się skontaktować ze swoim lekarzem w łatwy sposób, jeżeli będzie miała jakieś wątpliwości. Współpraca lekarz–pacjent jest bardzo ważnym czynnikiem leczenia – przekonuje dr Gorzelak-Kostrzewska.

Z raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2012–2016” przygotowanego przez Medicover Polska wynika, że inwestycja w efektywną, skoordynowaną opiekę medyczną, może szybko się zwrócić. Rocznie na każdym pracowniku, który znajduje się pod opieką Medicover, pracodawca może zaoszczędzić 726 zł.

Jeśli pomnożymy to przez liczbę czynnych zawodowo osób w Polsce, to uzyskujemy kwotę blisko 12 mld zł oszczędności. Można byłoby je wygenerować w państwie tylko dlatego, że zmienilibyśmy model opieki na taki, jaki na przykład obowiązuje w Medicoverze, i zastosowalibyśmy go dla wszystkich pracowników zatrudnionych w gospodarce – podkreśla Artur Białkowski.

Aby opieka medyczna była efektywna, musi być dopasowana do realnych potrzeb polskich pracowników. Z badania Medicover wynika, że w Polsce największym problemem zdrowotnym, który dotyka większość grup zawodowych, jest nieprawidłowy wskaźnik masy ciała BMI – mniej niż połowa zatrudnionych ma prawidłowy wskaźnik, a problem dotyczy przede wszystkim mężczyzn. Nieprawidłowa waga może skutkować zbyt wysokim poziomem cholesterolu i podwyższonym ciśnieniem tętniczym. Może być także przyczyną wielu innych chorób: cukrzycy czy chorób układu krążenia. Aby zapobiec części chorób, należałoby zwiększyć świadomość pracowników i zachęcić ich do badań.

 Ponad 64 proc. osób pod naszą opieką co roku korzysta z różnych wizyt o charakterze profilaktycznym. To zarówno obowiązkowa medycyna pracy, badania związane ze stanowiskiem pracy, jak i indywidualna profilaktyka zdrowotna. Na drugim miejscu pod względem częstotliwości wizyt są infekcje oddechowe, choroby sezonowe, najczęściej infekcje górnych dróg oddechowych. Co piąta osoba zgłasza się do Medicover z powodu problemów związanych z układem ruchu. Są to najczęściej choroby zwyrodnieniowe kręgosłupa i dużych stawów. 10 proc. osób zgłasza się z urazami, a 15 proc. osób z powodu chorób układu krążenia – wymienia dr Katarzyna Gorzelak-Kostrzewska.

Choć najwięcej zwolnień lekarskich wystawianych jest w związku z ciążą, to na drugim miejscu znajdują się właśnie infekcje dróg oddechowych.

– 25 proc. dni zwolnienia generują choroby układu oddechowego. Najczęściej są to krótkotrwałe, liczne zwolnienia w sezonie jesienno-zimowym. Na kolejnych miejscach znajdują się przewlekłe choroby układu ruchu i urazy, czyli problemy najczęściej związane z układem ruchu, które generują w sumie 15 proc. dni zwolnienia. To jeden z największych problemów zdrowotnych populacji pracujących – mówi dr n. med. Katarzyna Gorzelak-Kostrzewska.