Opti TFI: Zakup Alior Banku to dla PZU inwestycja kapitałowa, nie operacyjna. Możliwe przejęcia kolejnych banków przez ubezpieczyciela

Tomasz Bursa

Po nabyciu aktywów Alior Banku za 1,6 mld złotych Grupa PZU planuje dalsze przejęcia. Spółka posiada ponad 13 mld zł kapitałów własnych, z czego spora część może posłużyć na akwizycje. Wśród potencjalnych celów wymienia się Raiffeisen Polbank oraz BPH. Wobec braku większej konkurencji ubezpieczyciel znajduje się w bardzo dobrej pozycji negocjacyjnej. Aktywność firmy nie powinna mieć jednak przełożenia na rynek ubezpieczeniowy.

PZU podjęło pewna strategiczną decyzję o wejściu w sektor bankowy. Prezes Klesyk wielokrotnie potwierdzał, że nie wierzy w synergie bezpośrednie między działalnością ubezpieczeniową a bankową – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Bursa, wiceprezes Opti TFI. – Natomiast wydaje się, że od strony inwestycji kapitałowej wejście przez PZU w sektor bankowy może być ciekawe.

Polski ubezpieczyciel lokuje nadwyżki finansowe głównie na rynku obligacji. Obecne oprocentowanie instrumentów dłużnych jest bardzo niskie i wynosi między 2 a 4 procent. Korzystając z rynkowej hossy, Grupa PZU w zeszłym roku przeprowadziła emisję własnych obligacji o łącznej wartości 0,5 mld euro i rentowności zaledwie 1,37 proc. Tymczasem zakup aktywów Alior Banku niesie ze sobą znacznie większy potencjał zysku.

Cena, za którą PZU kupiło pakiet Aliora, to 16-krotny zysk i to daje około 6-proc. marżowość. To pokazuje, że ten bank jest w stanie generować od nich wyższe stopy zwrotu – komentuje przedstawiciel Opti TFI SA.

W ocenie Tomasza Bursy opłacalność inwestycji w Alior Bank w dłuższym terminie zależy głównie od tego, czy uda się dokonać kolejnych przejęć i stworzyć silną instytucję bankową.

Mówiło się o Raiffeisenie, myśli się o BPH, na tej liście jest też BOŚ – wylicza Bursa.

Wiceprezes funduszu Opti SA uważa, że obecna strategia Grupy PZU traktuje wejście na rynek bankowy raczej jako inwestycję kapitałową niż biznesowo-operacyjną. Tomasz Bursa przypomina, że fuzja banku i firmy ubezpieczeniowej właściwie jeszcze nigdy nie zakończyła się sukcesem.

– PZU jest w bardzo komfortowej sytuacji, jeśli chodzi o przejęcia, bo ma środki na przejęcia, sprzedających jest dużo, może wybierać i może dyktować warunki – tłumaczy.

Na liście potencjalnych celów następnych akwizycji polskiego ubezpieczyciela rozmówca widzi przede wszystkim Raiffeisen Polbank oraz BPH. Ich właściciele oficjalnie deklarują, że zamierzają wyjść z inwestycji, a PZU z pewnością jest na liście potencjalnych kupców.

Alior jest bankiem bardziej nastawionym na detal, Raiffeisen bankiem bardziej nastawionym na małą i średnią przedsiębiorczość, private banking, więc akwizycja dawałoby nam pewną komplementarność usług, a także oszczędności kosztowe – mówi przedstawiciel Opti TFI SA, pytany o potencjalne korzyści wynikające z fuzji.

Zdaniem Tomasza Bursy zakupy Grupy PZU nie powinny mieć żadnego przełożenia na sytuację klientów ubezpieczyciela.

Rynek ubezpieczeniowy, to, co się na nim dzieje, polityka cenowa ubezpieczycieli, jest kompletnie niezwiązana z działalnością akwizycyjną PZU, tam są zupełnie inne trendy – wyjaśnia analityk.

Ekspert w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor zwraca uwagę na to, że poziom cen ubezpieczeń jest głównie wynikiem silnej konkurencji rynkowej. Jako przykład podaje ubezpieczenia komunikacyjne. Ich ceny są dziś relatywnie niskie, co jest efektem agresywnej walki o klienta.

Grupa PZU zapłaciła za 25 proc. akcji Alior Banku ponad 1,6 mld złotych. Plany akwizycyjne ubezpieczyciela dopuszczają przejęcie jeszcze 2-3 instytucji bankowych, a łączna pula przeznaczona na przejęcia może sięgnąć 5-6 mld złotych.

ZUS inwestuje w nowe rozwiązania IT. Mają usprawnić prace systemu i ograniczyć koszty

Jakub Dąbrowski

Nowe rozwiązania informatyczne mają wesprzeć pracę Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i ograniczyć koszty. Trwa przetarg na dostawcę hurtowni danych, w planach jest kolejny – na wykonawcę tzw. szyny usług. Dzięki tym inwestycjom system IT ZUS-u – jeden z największych systemów w Europie – ma być lepiej przygotowany do przetwarzania i analizowania dużej ilości danych. Zakład liczy także na oszczędności kosztów i zmniejszenie ryzyka nadużyć.

Przetarg na hurtownię danych już jest bardzo zaawansowany. Jesteśmy w trakcie ostatniego etapu weryfikacji kompetencji wykonawców, czyli w trakcie weryfikacji próbki zadaniowej, którą zrealizowali. Planujemy zakończyć ocenę na przełomie sierpnia i września, a chwilę później również rozstrzygniemy to postępowanie, ogłosimy wybór i – mam nadzieję – zaczniemy realizować umowę – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Dąbrowski, dyrektor departamentu zarządzania systemami informatycznymi w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych.

Jak podkreśla, inwestycja w hurtownię danych to odpowiedź na rozwijający się trend big data. Ilość danych zbieranych i przetwarzanych przez ZUS wymaga dostosowania do tego systemu.

To jest masa danych, które zakład musi w odpowiedni sposób agregować i raportować w odpowiedzi na zmieniające się oczekiwania klienta wewnętrznego, jakim są departamenty merytoryczne, zarówno instytucji zewnętrznych, które z nami współpracują, jak i klienta końcowego, który jest zainteresowany informacją o stanie swojego konta czy zaległościach w opłacaniu składek – wyjaśnia Dąbrowski.

ZUS przygotowuje również przetarg na tzw. szynę usług, platformę umożliwiającą przyłączanie i odłączanie usług w ramach korporacyjnego systemu informacyjnego. Kilka tygodni temu ZUS ogłosił postępowanie na wybór doradcy, który przygotuje koncepcję funkcjonowania szyny oraz studium wykonalności. Pomoże to sięgnąć po unijne dofinansowanie w ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa.

Te dwa postępowania na końcu dość mocno się zazębiają i będą mieć wpływ na ostateczny kształt funkcjonowania systemu. Pozwolą nam dużo szybciej reagować na potrzeby klientów i przenieść eksploatację na specjalne platformy technologiczne, co przełoży się na oszczędności oraz sprawniejsze i stabilniejsze działanie – mówi Jakub Dąbrowski.

To już kolejny etap dywersyfikacji dostawców rozwiązań IT w ZUS-ie. Dzięki podpisaniu w ubiegłych latach umów z różnymi firmami informatycznymi koszty utrzymania systemu spadły o 40 proc., czyli 200 mln zł w porównaniu z 2009 roku.

Konsekwencją inwestycji będzie optymalizacja kosztów, szybsze reagowanie na potrzeby zmieniającego się otoczenia oraz sprawniejsze wykrywanie wszelkiego rodzaju nadużyć – mówi ekspert ZUS.

We wrześniu Zakład ogłosi również przetarg na utrzymanie Kompleksowego Systemu Informatycznego. Umowa z dotychczasowym dostawcą, firma Asseco, kończy się jesienią 2017 roku, ale przedstawiciele ZUS podkreślają, że dość duże wyprzedzenie pozwoli wyłonionemu zwycięzcy spokojnie zapoznać się z systemem przed przejęciem jego utrzymywania. ZUS liczy na to, że w przetargu wystartuje wielu ważnych graczy rynkowych, co powinno wpłynąć na konkurencyjność ofert.

Rolnicy mogą liczyć na wyższe dofinansowanie składek ubezpieczeń z budżetu. Niestety, wciąż niewielu wykupuje polisy

Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych

Nowelizacja ustawy o ubezpieczeniach rolnych pozwala na wyższe dofinansowanie składek ubezpieczeń upraw rolnych, aż do wysokości 65 proc. Wyższe są też jednak stawki i ryzyko ubezpieczeń. W Polsce z dopłat do ubezpieczeń upraw korzysta 143 tys. rolników, a z dopłat do ubezpieczenia zwierząt gospodarskich 426 gospodarstw. Sytuację mogłaby zmienić większa powszechność ubezpieczeń, dzięki której stawki i rozkład ryzyka byłyby mniejsze.

Od kilku lat ubezpieczenia praktycznie się nie zmieniają. Państwo dofinansowuje składki ubezpieczeń upraw i zwierząt. W tym roku ta dopłata może sięgnąć 65 proc. Wynika to z tego, że coraz wyższe są stawki i ryzyko w ubezpieczeniach, a rolnicy ubezpieczają się w niewielkim stopniu – mówi agencji Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Nowelizacja ustawy o ubezpieczeniach rolnych zakłada wyższe dofinansowanie z budżetu składek ubezpieczeniowych na uprawy rolne i zwierzęta gospodarcze (65 proc. zamiast dotychczasowych 50 proc.). Do ubezpieczeń zostali również włączeni producenci warzyw i owoców – dla nich dofinansowanie składek sięgnie 50 proc., do 5 proc. sumy ubezpieczenia. Przy uprawie zbóż, kukurydzy, rzepaku, ziemniaków czy buraków cukrowych dofinansowanie może wynieść 3,5 proc. sumy ubezpieczenia, dla warzyw gruntowych, drzew i krzewów owocowych i truskawek – 5 proc.

Ustawa zapewnia producentom owoców i warzyw gruntowych dostęp do ubezpieczeń z dopłatami z budżetu do składek przy stawkach taryfowych wyższych niż 6 proc. sumy ubezpieczenia tych upraw.

Jak podkreśla, problemem jest to, że zakłady nie chcą ubezpieczać gospodarstw, w których ryzyko jest większe.

Tam, gdzie często występuje susza, nie ma dopłat z budżetu ze względu na zbyt wysoką stawkę. W dolinach rzek, gdzie może wystąpić powódź, zakłady również bronią się przed ubezpieczaniem – podkreśla Szmulewicz. – Pozostałe ubezpieczenia są realizowane – od gradobicia, nawałnic, deszczu czy wiosennych przymrozków. Rolnicy rzadko natomiast ubezpieczają zwierzęta z powodu zbyt wysokich stawek.

Na dopłaty do składek z budżet trafia 200 mln zł, z czego w ubiegłym roku wykorzystano 160 mln zł.

W poprzednich latach dofinansowanie nie było wykorzystywane w całości, dlatego w tym roku dano tę możliwość dofinansowania większego niż 65 proc. – mówi Szmulewicz.

Ministerstwo chce w ten sposób przekonać rolników do ubezpieczeń. Z danych resortu wynika, że z dopłat do ubezpieczeń upraw rolnych korzysta 143 tys. z ok. 2 mln rolników. Jeszcze mniej rolników decyduje się na dopłaty do ubezpieczenia zwierząt. Wykupiło je 426 gospodarstw.

– Powinna być większa powszechność ubezpieczeń – przekonuje Szmulewicz i podkreśla, że rozwiązaniem mogłoby być łączenie ubezpieczeń w pakiety, co mogłoby spowodować obniżkę ich cen. – Najczęściej ubezpieczamy te uprawy, które podlegają pewnemu ryzyku, na przykład rzepak od przymrozków i gradobicia. Gdybyśmy ubezpieczali wszystkie uprawy, to tańsze byłyby ubezpieczenia na te bardziej ryzykowne rośliny – przekonuje prezes KRIR.

Ustawa o ubezpieczeniach skraca z 30 do 14 dni okres karencji, w którym następuje odpowiedzialność ubezpieczyciela po zawarciu umowy obowiązkowego ubezpieczenia upraw rolnych w przypadku powodzi i suszy. Możliwe jest również zawieranie umów na ubezpieczenia z grupą zakładów, które współpracują ze sobą na mocy porozumienia koasekuracyjnego.

Rośnie liczba rozpoczętych budów i pozwoleń na budowę. Druga połowa roku powinna być jeszcze lepsza

Mariusz Kurzac

Do końca czerwca deweloperzy, spółdzielnie mieszkaniowe i osoby fizyczne rozpoczęły budowę o 11,2 proc. większej liczby lokali niż w tym samym okresie rok wcześniej. Rośnie także liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia. Druga połowa roku ma być jeszcze lepsza. Deweloperzy spodziewają się ożywienia wśród klientów.

Po kryzysie, kiedy mieliśmy do czynienia z głębokim spadkiem, zarówno po stronie kupujących, jak i tych, którzy budowali mieszkania, już w zeszłym roku zaobserwowaliśmy ożywienie – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Kurzac, dyrektor generalny analizującej rynek nieruchomości spółki Cenatorium. – Nie możemy powiedzieć, że w tym roku zanotujemy kolejny dynamiczny wzrost, ale widać już, że ten wzrost jest stabilny dla deweloperów, którzy oddali dużą pulę nowych mieszkań, oraz dla kupujących.

Jak wynika z ostatnich, wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego w pierwszym półroczu 2015 roku oddano do użytkowania mniej mieszkań niż przed rokiem, ale znacząco wzrosła liczba pozwoleń na budowę i rozpoczętych inwestycji. Do końca czerwca br. deweloperzy, spółdzielnie i osoby fizyczne (budownictwo indywidualne) skierowały na rynek 63,7 tys. mieszkań, o około 4 proc. mniej niż w tym samym okresie 2014 roku. Rozpoczęto natomiast 80,3 tys. inwestycji (wzrost o 11,2 proc.) i uzyskano pozwolenia na budowę 86,4 tys. mieszkań (o 13 proc. więcej niż w pierwszych sześciu miesiącach ubiegłego roku).

Zainteresowanie deweloperów budową nowych obiektów jest stosunkowo duże – ocenia Mariusz Kurzac. – Wydaje się, że druga połowa roku powinna być zdecydowanie lepsza. Ostatnie sześć miesięcy roku zawsze jest lepsze. Szczególnie od sierpnia rośnie zainteresowanie ze strony kupujących. Wiąże się to z tym, że ludzie wracają z wakacji, a studenci za chwilę będą rozpoczynać nowy rok akademicki.

Istotną grupą klientów, która ma wpływ na kształtowanie popytu, będą zdaniem dyrektora generalnego spółki Cenatorium młode rodziny i osoby pragnące poprawić swoją sytuację mieszkaniową. Mająca wejść w życie pod koniec sierpnia nowelizacja ustawy o pomocy państwa w nabyciu pierwszego mieszkania łagodzi kryteria kwalifikacji do rządowego program Mieszkanie dla Młodych. Na ten rok limit środków do wykorzystania został ustalony na 715 mln zł. Jak informuje zarządzający programem Bank Gospodarstwa Krajowego, na podstawie wniosków nabywców lokali do końca czerwca zostało wypłacone 296 mln 410 tys. zł, czyli 41,46 proc.

Do tego dochodzą niskie stopy procentowych w Polsce – precyzuje Mariusz Kurzac. – Obawy dotyczące kryzysu w Grecji, Europie czy wojny na Ukrainie w tej chwili nie są już tak wielkie, aby niepokoić konsumentów. Naszym zdaniem w drugiej połowie roku będzie już widać znowu trend wzrostowy. Dlatego deweloperzy budują zdecydowanie więcej.

Zniesiony niedawno obowiązek uzyskiwania zgody na budowę nie będzie jednak – miał zdaniem dyrektora generalnego Cenatorium  znaczącego wpływu na liczbę rozpoczynanych inwestycji w segmencie indywidualnym (domy jednorodzinne). Na rynku, który już od dłuższego czasu znajduje się w stagnacji,  największym zainteresowaniem cieszą się domy na działkach leżących blisko granic dużego miasta (nie dalej niż 10-15 km).

– Nowelizacja w prawie budowlanym powinna dać efekt pozytywny, ale w dłuższej perspektywie – ocenia ekspert. – Widzimy utrzymujący się na dobrym poziomie wzrost gospodarczy, którego kontynuacja jest niezagrożona. Będzie to miało również dobry wpływ na tę część rynku nieruchomości.

Rekordowe wydatki na reklamę sieci handlowych. W II kwartale sięgnęły 308 mln zł

Łukasz Jadaś

Początek sezonu turystycznego i grillowego skłonił sieci handlowe do zwiększenia wydatków na reklamę. W II kwartale przeznaczyły one na promocję 308 mln zł, czyli aż o 36 mln zł więcej niż rok temu i o 24 mln więcej niż w I kwartale. Najbardziej aktywna był Lidl, zaś Biedronka o blisko połowę ograniczyła wydatki. Na emisji spotów najwięcej zarobiła telewizja. Radio jednak niewiele jej ustępowało.

308 mln zł wydały sieci handlowe w Polsce na reklamę w II kwartale tego roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Jadaś, ekspert ds. badań internetu i mediów społecznościowych Instytutu Monitorowania Mediów. – Oznacza to wzrost o około 20 mln zł wobec poprzednich trzech miesięcy i o 36 mln zł wobec tego samego okresu ubiegłego roku.

Jak wynika z danych Instytutu Monitorowania Mediów (IMM), wydatki promocyjne pierwszej dziesiątki sieci handlowych wyniosły 277 mln zł. Liderem ponownie został Lidl, który na wszystkie reklamy przeznaczył przeszło 121 mln zł, czyli o 22 mln więcej niż w I kwartale. Na drugiej pozycji znalazło się Tesco. Biedronka mocno ograniczyła wydatki, spadając na trzecią pozycję. Jej nakłady wyniosły 28 mln i były o 30 mln zł niższe niż w poprzednim kwartale.

Czołówka największych reklamodawców segmentu handlu w Polsce raczej się nie zmienia – komentuje Łukasz Jadaś. – Od kilku kwartałów widzimy mniej więcej te same marki i nazwy.

Te trzy sieci są też w czołówce pod względem liczby wzmianek w internecie. Liderem jest Biedronka. Na Facebooku, Twitterze, blogach i forach nazwy sieci handlowych padają najczęściej w kontekście promocji i wyprzedaży.

W podziale na media największym reklamobiorcą była telewizja. Promocja na szklanym ekranie kosztowała sieci łącznie ponad 147 mln złotych. Najwięcej zyskały stacje dzięki reklamom Lidla (prawie 70 mln złotych). Carrefour wzbogacił nadawców o 21 mln złotych. Wydatki w radiu wyniosły niewiele mniej, bo 144 mln zł. W rozgłośniach także królowały Lidl i Carrefour, które przeznaczyły na promocję radiową odpowiednio 50 i 20 mln zł.

W spotach telewizyjnych, radiu i prasie widać było sezonowość – wskazuje Łukasz Jadaś. – Reklamodawcy, szczególnie z segmentu handlu, przyzwyczaili nas już do tego, że szybko reagują na to, co się dzieje na rynku, wszelkie możliwe okazje do sprzedaży, promocji, pokazania towarów z półek.

Najdroższą reklamą drugiego kwartału, jak wynika z danych IMM, była kreacja Tesco wprowadzająca w klimat piknikowy hasłem „Dziś kilka słów o pieczeniu – sezon grillowy otwarty”. Lokowanie tego spotu w mediach kosztowało sieć ponad 4,5 mln złotych, a reklama była emitowana ponad 1700 razy.

Oprócz sezonu grillowego okazją do kampanii reklamowych w II kwartale tradycyjnie była majówka, Dzień Matki i Dzień Dziecka – precyzuje Łukasz Jadaś. – To wydarzenia, które bardzo łatwo wyeksponować, łatwo także znaleźć towary, które można wtedy wypromować.

Małe przedsiębiorstwa coraz częściej korzystają z pracowników tymczasowych

Michał Szrajber

Korzystanie z pracowników tymczasowych daje małym firmom możliwość zwiększania lub zmniejszania kadry w zależności od popytu na dane produkty czy usługi. Na rynku przybywa więc agencji zatrudnienia – z 5,5 tys. takich podmiotów ponad tysiąc specjalizuje się w pracy tymczasowej.

Wszystkie agencje pracy tymczasowej są zarejestrowane, w związku z czym na bieżąco można śledzić ich liczbę. Dużo podmiotów powstaje, część upada. Ale jednak cały czas obserwujemy przyrost, więc rynek się rozwija – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Szrajber, dyrektor operacyjny Grupy Wadwicz, w ramach której funkcjonuje agencja pracy tymczasowej Wadwicz, oraz przewodniczący Komisji Etyki Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia.

Jak wynika z danych Krajowego Rejestru Agencji Zatrudnienia, dziś działalność prowadzi 5 627 agencji zatrudnienia. Na koniec 2014 roku było ich blisko 100 mniej, a rok wcześniej – ponad tysiąc mniej. Z zarejestrowanych agencji 1 065 specjalizuje się w pracy tymczasowej.

Wraz z rozwojem rynku pracy agencje pracy tymczasowej będą się rozwijały, bo tylko one pozwolą optymalizować firmom koszty – ocenia Michał Szrajber. – Mając pracownika tymczasowego, firma nie musi prowadzić działu kadr. Najczęściej w ramach pracy tymczasowej, w ramach agencji, usług agencyjnych przeprowadzona zostanie rekrutacja, a więc nie trzeba samemu poświęcać czasu na wybór pracownika.

To oznacza oszczędność czasu i pieniędzy. Szrajber podkreśla, że firmy mogą na bieżąco reagować na zmiany popytu, liczby zamówień i klientów.

Jeżeli mamy pracowników zatrudnionych na stałe, prawo nie pozwala nam dynamicznie regulować poziomu zatrudnienia. W pracy tymczasowej jest to możliwe i jest to niewątpliwy plus – wyjaśnia ekspert.

W ciągu 36 miesięcy agencja pracy tymczasowej może skierować pracownika do wykonywania pracy na rzecz jednego pracodawcy przez okres nieprzekraczający łącznie 18 miesięcy.

– Pracownik tymczasowy może dłużej w organizacji pracować, a więc może bardziej się z nią zżyć, nabrać doświadczenia i przez to staje się bardziej wydajny – mówi Szrajber.

Jak podkreśla, z usług agencji pracy tymczasowej chętniej korzystają również małe firmy. Chodzi nie tylko o dużą elastyczność, lecz także o pozapłacowe wynagrodzenie pracowników.

Agencja pracy tymczasowej jako podmiot zatrudniający dużo większą liczbę pracowników niż pojedynczy przedsiębiorca może wynegocjować lepsze warunki, czy to w postaci ubezpieczeń, pakietów medycznych, czy innych pozapłacowych benefitów pracowniczych – przekonuje Michał Szrajber.

Jak wynika z danych Polskiego Forum HR (PFHR), w ubiegłym roku wynagrodzenie pracowników tymczasowych rosło w różnym tempie w zależności od branży. W przypadku specjalistów w dziedzinie ekonomii i zarządzania wzrost wyniósł 0,75 proc., a w przypadku operatorów i monterów maszyn i urządzeń – 10 proc. W żadnym z analizowanych przypadków wynagrodzenie pracownika tymczasowego nie było niższe od minimalnego wynagrodzenia w Polsce. W firmach członkowskich PFHR zdecydowana większość pracowników tymczasowych zatrudniona jest w oparciu o umowy o pracę na czas określony.

Ponad połowa internautów zetknęła się z hejtem w sieci. Co czwarty sam był ofiarą

Piotr Zimolzak

Co czwarty internauta padł ofiarą hejtera. Hejtingu doświadczają zwłaszcza młodzi mężczyźni oraz mieszkańcy wsi i małych miejscowości. 70 proc. użytkowników internetu uważa, że ze zjawiskiem tym należy walczyć, np. poprzez blokowanie adresu IP hejtera lub publikowanie jego zdjęcia. Zdaniem większości internautów hejterzy działają z powodu zawiści i poczucia odrzucenia. 

Z badań przeprowadzonych przez SW Research wynika, że 53,4 proc. internautów zetknęło się z hejtem w sieci. Zazwyczaj miało to postać przeczytania obraźliwego komentarza, jednak co czwarty badany sam padł ofiarą hejtingu. 29 proc. internautów nigdy nie spotkało się z tym zjawiskiem. Hejtingu częściej doświadczają mężczyźni, osoby do 24 roku życia oraz mieszkańcy małych miejscowości i wsi. Zdaniem ekspertów zjawisko to dotyczy przede wszystkim osób, które są w mniejszości.

– Mamy osoby, które zadeklarowały odmienność, np. seksualną, lub były posądzane o taką orientację. Z drugiej strony mamy też dzieci lub krewnych znanych osób, które osiągnęły sukces, lub osoby, które samodzielnie istniały w internecie, niespecjalnie nawet się afiszowały z tym, co robią, ale w pewnym momencie przypadkowo odkryto ich specyficzną cechę, która została wyeksponowana – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Zimolzak, wiceprezes zarządu SW Research. 

Ponad 50 proc. badanych przez SW Research uważa, że przez hejtera przemawia zawiść i poczucie odrzucenia. Za hejt badani uważają przede wszystkim działania mające na celu skrzywdzenie lub ośmieszenie innej osoby, umieszczanie obraźliwych wpisów, zdjęć lub nagrań, które mają przedstawić innych w złośliwy sposób, a także psychiczne wyżywanie się na innych. Więcej niż co trzeci internauta za hejt uważa pisanie nieprawdy na forach i portalach internetowych.

Zdaniem ekspertów zjawisku hejtingu sprzyja rozwój mediów społecznościowych oraz technologii, która pozwala szybko zmontować złośliwy film lub stworzyć obraźliwą grafikę.

Jeszcze 5 lat temu hejting miał charakter werbalny, ograniczał się do komentarzy czy wpisów. Dziś jest bardziej zaawansowany technologicznie, ale również przyjął bardziej zorganizowaną formę. Wokół hejterów tworzą się określone grupy ludzi, którzy mają jeden cel – niezależnie od tego, czy znają daną osobę czy zjawisko, czy nie – po prostu hejtować dla zaspokojenia własnych potrzeb – mówi Piotr Zimolzak.

Z badań wynika również, że wśród polskich internautów rośnie sprzeciw wobec zjawisku hejtingu. 70 proc. badanych uważa, że należy podjąć walkę z falą nienawiści w sieci. Zdaniem blisko 60 proc. ankietowanych dobrym rozwiązaniem jest usuwanie złośliwych komentarzy przez administratorów danego portalu. Prawie 47 proc. uważa, że administratorzy powinni blokować adres IP hejtera, a internauci powinni mieć możliwość zgłaszania postów jako hejtu. 45 proc. chce karania hejterów według kodeksu karnego. Co trzeci internauta uważa natomiast, że działalność hejterów ograniczy publikowanie ich zdjęć.

– Jest potrzeba stworzenia pewnych grup oddolnych czy organizacji przeciwko hejtowaniu. Takie grupy już powstają. Mimo wszystko powinno to być jednak skoordynowane z działaniami służb, organów ścigania, które stwarzają poczucie gwarancji i przede wszystkim mają dostęp do informacji – mówi Piotr Zimolzak.

Do pozostawiania negatywnych komentarzy pod zdjęciami lub artykułami w sieci przyznaje się mniej niż co dziesiąta badana osoba, głównie mężczyźni. Hejtują oni przede wszystkim zdjęcia i wpisy osób publicznych, zwłaszcza celebrytów. Pozytywne komentarze pozostawia więcej niż co trzecia badana osoba – przede wszystkim ludzie pomiędzy 24 a 35 rokiem życia, mieszkańcy średnich miast oraz osoby, których dochód przekracza 8 tys. zł miesięcznie.

Popołudniowy komentarz walutowy z 11.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 11.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Czy warto zainwestować w mieszkanie na wynajem?

Znaczna część nowych mieszkań kupowana jest pod wynajem. Wiele osób zainwestowało w nieruchomości kapitał wycofany z lokat bankowych. Czy zainteresowanie inwestycyjnym zakupem mieszkań jest wciąż duże? Czy będzie maleć? Garść informacji na ten temat dostarczają analitycy portalu Dompress.pl. Oto co sądzą na ten temat przedstawiciele firm deweloperskich.

Tomasz Kaleta, dyrektor ds. sprzedaży LC Corp S.A.

Warto zaznaczyć, że niski poziom stóp procentowych utrzymuje się nieprzerwalnie od ponad dwóch lat, a o kurczącej się puli zakupów inwestycyjnych mówiono już przed rokiem. Póki co, nie obserwujemy spadku zainteresowania mieszkaniami inwestycyjnymi. W ostatnim czasie wprowadziliśmy kilka projektów, które możemy szczególnie polecić tej grupie klientów. Są to: Osiedle Krzemowe w Warszawie oraz Osiedle 5 Dzielnica i IV etap Osiedla Grzegórzecka 77 w Krakowie. W tych inwestycjach średnio 50 proc. transakcji to zakup pod wynajem.

Należy zaznaczyć, że tzw. klienci inwestycyjni to nie tylko osoby poszukujące alternatywy dla niskooprocentowanych lokat. Często mieszkania pod wynajem kupują osoby o stabilnej sytuacji finansowej, jednak nie dysponujące dużą ilością gotówki. Brakujące środki pozyskują z kredytu, którego ratę z nadwyżką pokrywa czynsz z najmu.

Anna Sitnik, dyrektor sprzedaży Dolcan

Nie obserwujemy spadku liczby kupowanych mieszkań pod wynajem. Nie podzielamy również opinii, że zainteresowanie zakupem inwestycyjnym mieszkań będzie maleć. Ewentualne wyczerpanie środków przenoszonych z lokat bankowych może być równoważone zakupem na kredyt. Do tego zachęcają rekordowo niskie stopy procentowe.
Ponadto inwestowanie w nieruchomości nie znajdzie alternatywy dopóki oprocentowanie depozytów bankowych nie osiągnie konkurencyjnego poziomu rentowności do tego, jaki można osiągnąć z najmu mieszkania, czyli ok. 4,2-4,5 proc. netto rocznie.

Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord

Nie obserwujemy spadku liczby chętnych do zakupu mieszkań na wynajem. Rentowność z tego typu inwestycji ciągle utrzymuje się na atrakcyjnym poziomie. Szczególnym zainteresowaniem ze strony osób inwestujących w mieszkania cieszą się np. nasze warszawskie projekty realizowane w Miasteczku Wilanów oraz Stacja Kazimierz, powstająca na Woli.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Zainteresowanie zakupami inwestycyjnymi utrzymuje się na stałym poziomie. Nie przewidujemy zmiany w tym zakresie w drugiej połowie br. roku. Zakup mieszkania w kluczowych lokalizacjach w Polsce zapewnia rentowność netto inwestycji na poziomie zdecydowanie wyższym od lokat bankowych. Jest to alternatywna forma inwestowania o charakterze długoterminowym, ale to jednocześnie mało elastyczny sposób lokowania kapitału. Stąd na tego rodzaju działania decydują się głównie inwestorzy, którzy posiadają zabezpieczone środki finansowe, w dużej mierze są to klienci w 100 proc. gotówkowi.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Jeśli chodzi o środki wycofane z lokat, w dalszym ciągu widzimy bardzo dużą ilość tego rodzaju kapitału na rynku i niesłabnącą aktywność inwestorów. Dodatkowo możemy też liczyć na nowe grupy nabywców o podobnym profilu m.in. powracający kapitał zagraniczny. Być może zwiększy się także aktywność profesjonalnych funduszy inwestycyjnych, kupujących lokale pod wynajem. Dalsze perspektywy dla rynku opieramy także na obserwowanej przez nas bardzo silnej tendencji, dotyczącej tzw. popytu odtworzeniowego, gdzie właściciele swoich pierwszych, często małych mieszkań, zakupionych w okresie boomu, decydują się na zmianę, poszukując większych lub bardziej funkcjonalnych lokali, bardziej dopasowanych do aktualnych potrzeb i stylu życia.

Jarosław Jankowski, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Nieruchomości – kilka lat temu grunty, a obecnie lokale mieszkalne – niezmiennie pozostają jednym z najbardziej popularnych, a zarazem najbezpieczniejszych i najstabilniejszych sposobów lokowania oszczędności i kapitału. W tym aspekcie sytuacja nie powinna drastycznie się zmienić. Indywidualni inwestorzy, czy instytucje nadal będą poszukiwać mieszkań w popularnych lokalizacjach, dynamicznie rozwijających się dzielnicach miast, które mogą odpowiednio zaaranżować, a następnie wynająć. Pod tym względem, jednym z wyróżniających się rejonów Warszawy jest Wola, gdzie prowadzimy swoje projekty mieszkaniowe. Zarówno w Mieście Wola, jak i w Stacji Kazimierz pewna pula lokali nabywana jest w celach inwestycyjnych. Nie prowadzimy szczegółowej ewidencji mieszkań, które kupowane są przez naszych klientów pod wynajem, jednak szacujemy, że w poszczególnych etapach obu projektów odsetek takich lokali oscyluje na poziomie od kilku do kilkunastu procent. W ostatnim czasie nie odnotowaliśmy większych zmian w tym aspekcie.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Obserwujemy zjawisko odwrotne do spadku zakupów inwestycyjnych. Liczba osób kupujących mieszkania na wynajem w naszych inwestycjach stale rośnie. Z naszych analiz wynika, że to przede wszystkim zasługa atrakcyjności oferowanych lokalizacji, jak również przemyślanej struktury mieszkań, ich rozsądnego rozplanowania i oczywiście ceny. Te czynniki wpływają na wybór naszych propozycji przez klientów inwestujących na rynku mieszkaniowym.

Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic

Nie zauważamy spadku poziomu zakupów inwestycyjnych mieszkań wśród nabywców w naszych inwestycjach Hubertus w Warszawie i Wolne Miasto w Gdańsku. Mieszkania na wynajem nie są kupowane jedynie za gotówkę. Przy dobrej lokalizacji stopa zwrotu z inwestycji w mieszkanie na wynajem przewyższa często dwukrotnie oprocentowanie kredytu. Dopóki stopy procentowe pozostaną na obecnym poziomie i nie wystąpią inne czynniki niesprzyjające kupowaniu mieszkań, nie ma mowy o załamaniu koniunktury.

Monika Kudełko z firmy Activ Investment

Nie odnotowaliśmy spadku zainteresowania inwestycyjnym zakupem mieszkań. Każda z naszych, nowych inwestycji – w Krakowie, Katowicach, czy Wrocławiu – od razu przyciąga inwestorów, którzy chętnie kupują mieszkania pod wynajem. Stąd też w naszej ofercie mamy szeroki wybór mieszkań jedno i dwupokojowych, które najczęściej wybierane są na ten cel. Najlepszym dowodem na niesłabnące zainteresowanie zakupami inwestycyjnymi mieszkań jest osiedle 4 Wieże w Katowicach. Wszystkie kawalerki w tej inwestycji znalazły nabywców po 2 miesiącach od momentu wprowadzenia oferty na rynek, klienci kupowali po kilka mieszkań na raz.

Ewa Gwiazdowska, dyrektor finansowy w Atlas Estates

Z naszych obserwacji wynika, że w ostatnich miesiącach zainteresowanie zakupami mieszkań w celach inwestycyjnych utrzymuje się na podobnym poziomie, jak wcześniej. Nasze doświadczenia z kilku ostatnich lat wskazują, że tego typu transakcje stanowią 20-25 proc. zakupów mieszkań. Utrzymujące się na niskim poziomie stopy procentowe zmniejszają zarówno koszty kredytu, jak i atrakcyjność lokat bankowych, skłaniając większą liczbę klientów do inwestowania w nieruchomości.

Żeby inwestycja w mieszkanie przyniosła oczekiwane zyski, lokal musi spełniać kilka warunków, takich jak dobra relacja stawki najmu do ceny zakupu nieruchomości, lokalizacja umożliwiająca szybki dojazd do centrum miasta, czy bliskość centrów biznesowych lub uczelni. Przykładem inwestycji spełniającej te kryteria jest Atlas Estates jest ConceptHouse Mokotów. Bliskość kompleksu Mokotów Business Park sprawia, że właścicielom położonych tam mieszkań łatwo jest znaleźć chętnych na wynajem spośród osób pracujących w pobliskich biurowcach. Kolejnym przykładem jest inwestycja Capital Art Apartment z doskonałą lokalizacją przy nowo otwartej linii metra.

Katarzyna Żarska z firmy Marvipol

Inwestowanie w nieruchomości wiąże się z obowiązującymi obecnie niskimi stopami procentowymi, a co za tym idzie mało zyskownym oprocentowaniem lokat terminowych. Nie zaobserwowaliśmy spadku zainteresowania inwestycyjnym zakupem mieszkań, ale spodziewamy się, że chętnych na mieszkania z przeznaczeniem na wynajem zacznie stopniowo ubywać, gdy stopy procentowe pójdą w górę.

Autor: Kamil Niedźwiedzki

Toyota Mirai już dostępna w Europie. Cena od 66000 Euro + VAT

Latem 2000 roku do portu w Rotterdamie została dostarczona Toyota Prius, która trafiła na rynek jako pierwszy samochód hybrydowy w Europie. Słowo „Prius” znaczy „pierwszy” — nowatorski model już 15 lat temu zwiastował nową erę w motoryzacji. Dziś następuje kolejny etap w tym rozwoju, wraz z debiutem w Europie Toyoty Mirai (tłum.: „przyszłość”), wykorzystującej wodór jako paliwo i emitującej wyłącznie parę wodną.

Toyota Mirai
Mirai wykorzystuje wodór do wytwarzania energii elektrycznej, emitując zamiast spalin parę wodną.

Pierwsze egzemplarze Mirai wylądowały 8 sierpnia w mieście Bristol w Wielkiej Brytanii, a 10 sierpnia w Zeebrugge w Belgii.

Jest to punkt przełomowy, rozpoczynający nową erę czystej motoryzacji. Wraz z rynkowym debiutem Mirai i jej systemu ogniw paliwowych, Toyota wprowadza czystą, bezpieczną i emocjonującą technologię, która zmieni oblicze napędów w motoryzacji na kolejne 100 lat. Pierwsze egzemplarze Mirai dostarczymy klientom w Europie już we wrześniu. Podobnie jak 15 lat temu, kiedy wprowadzaliśmy Priusa, dziś czujemy się dumni i podekscytowani, udostępniając w Europie kolejny wielki przełom technologiczny” – powiedział Karl Schlicht, Executive Vice President Toyota Motor Europe.

Toyota Mirai jest pierwszym na świecie seryjnie produkowanym samochodem z wodorowymi ogniwami paliwowymi. Do sprzedaży w Japonii trafiła w grudniu 2014 roku, a od września 2015 będzie oferowana także w Wielkiej Brytanii, Danii i Niemczech. Pojazd wykorzystuje pionierski układ Toyota Fuel Cell System (System Ogniw Paliwowych Toyoty), który uzyskuje energię elektryczną z reakcji wodoru i tlenu, dzięki czemu Mirai nie emituje podczas jazdy ani dwutlenku węgla, ani innych szkodliwych substancji, dając przy tym komfort jazdy i eksploatacji oraz osiągi na poziomie współczesnych samochodów benzynowych.

Szczegóły sprzedaży Toyoty Mirai w Europie

  • Debiut rynkowy: wrzesień 2015.
  • Dostępność na rynkach w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Danii. Od 2017 roku także na nowych rynkach wraz z rozwojem infrastruktury wodorowej.
  • Planowana sprzedaż 50 sztuk (2015) i 100 sztuk (2016).
  • Cena w Niemczech 66000 Euro + VAT.

Data Analytics – D&A podbija rynek

Jak wynika z globalnego badania firmy doradczej KPMG, aż 97% przedsiębiorstw stosuje zaawansowaną analitykę danych (ang. Data Analytics – D&A) w wybranych obszarach swojej działalności. Zdecydowana większość twierdzi, że podejmuje dzięki temu szybsze (86%) i lepsze (80%) decyzje oraz redukuje ryzyko biznesowe (67%).

Szybki rozwój D&A

Dynamiczny postęp techniczny w ostatnich latach przyczynił się do radykalnego rozwoju zaawansowanej analityki danych. Obecnie przedsiębiorstwa na całym świecie wykorzystują analizy własnych danych oraz danych zewnętrznych, szczególnie pozyskiwanych w internecie, do lepszego zrozumienia biznesu. Jak pokazało badanie, przeprowadzone na przełomie 2014 i 2015 roku przez KPMG wśród 830 przedstawicielach kadry kierowniczej z 15 krajów, firmy wykorzystują obecnie D&A w niemal wszystkich obszarach swojej działalności: zarządzaniu ryzykiem (97%), sprzedaży i marketingu (92%), zarządzaniu finansowym (87%), działalności badawczo rozwojowej (80%), audycie sprawozdań finansowych (77%), łańcuchu dostaw (77%), zarządzaniu podatkami (75%), zasobami ludzkimi (75%) czy alokacji kapitału (74%). Większość pozostałych planuje wprowadzenie wykorzystania D&A w tych obszarach w ciągu najbliższych dwóch lat. Jednocześnie motywacja i powody wykorzystywania D&A również zaczynają się przesuwać w kierunku tworzenia wartości. Prawie połowa (47%) respondentów stwierdziła, że poprawa wydajności jest kluczowym czynnikiem ich aktywności w dziedzinie D&A, a 37% odpowiedziało, że głównym powodem aktywności w obszarze D&A jest potrzeba wzrostu sprzedaży. Tylko jeden na sześciu respondentów wskazał redukcję kosztów jako swoją główną motywację.

Zdecydowana większość dużych przedsiębiorstw inwestuje obecnie znaczące zasoby w rozwój swoich kompetencji w zakresie zaawansowanej analityki danych
– mówi Jerzy Kalinowski, partner, szef grupy doradczej w zakresie strategii i operacji w KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej i dodaje –
Przedsiębiorstwa widzą zdecydowane korzyści ze stosowania D&A. Respondenci badania KPMG wskazywali, że podejmują dzięki temu szybsze (86%) i lepsze (80%) decyzje oraz redukują ryzyka biznesowe (67%).

82% respondentów wskazało, że zaawansowane analizy danych pozwalają lepiej zrozumieć potrzeby i preferencje klientów. Bardzo ważną rolę odgrywa analiza danych pozyskiwanych w internecie – 72% firm stwierdziło, ze wykorzystują portale społecznościowe dla zarządzania swoimi relacjami z klientami. 42% respondentów potwierdziło też, że wykorzystują rozwiązania D&A dla przygotowania ofert lepiej adresujących potrzeby poszczególnych segmentów klientów.

Wzrost konkurencyjności w handlu detalicznym i sektorach usługowych wymusił na przedsiębiorcach zmianę podejścia do D&A. Na najbardziej konkurencyjnym rynku jakim jest USA, 50% firm wskazuje, że dzięki wykorzystaniu D&A wzrasta im sprzedaż.
– mówi Jerzy Kalinowski, partner, szef grupy doradczej w zakresie strategii i operacji w KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej.

Kluczowa rola D&A w zarządzaniu ryzykiem

D&A jako narzędzie można wykorzystać dosłownie w każdym aspekcie funkcjonowania przedsiębiorstw. Jedną z domen gdzie D&A jest, a może być jeszcze lepiej wykorzystywane, jest zarządzanie ryzykiem. Z badania KPMG wynika, że 97% firm deklaruje wykorzystanie D&A w procesie zarządzania ryzykiem, a kolejne 2% planuje korzystać z takich narzędzi w ciągu następnych 12-24 miesięcy.

Tak powszechne wykorzystanie D&A w obszarze zarządzania ryzykiem na pierwszy rzut oka może dziwić. Aczkolwiek nie powinno – to właśnie w obszarze zarządzania ryzykiem na podstawie danych historycznych od lat budowane są modele predykcyjne. Pewnym novum jest natomiast wykorzystanie D&A do oceny ryzyka w procesach. W jaki sposób? W procesach, które zostały zautomatyzowane, których poszczególne etapy są rejestrowane w systemach, każda czynność realizowana przez uczestników procesu pozostawia ślad w systemach. Na podstawie analizy przebiegu poszczególnych transakcji w systemach można łatwo zidentyfikować obszary, gdzie łamane są zasady obowiązujące w firmie. Na tej podstawie można na bieżąco identyfikować obszary, gdzie poziom ryzyka zaczyna się podnosić i odpowiednio reagować. Reagować w momencie kiedy problem powstaje, a nie w momencie kiedy problem „eksploduje” powodując wymierne straty.
– komentuje Krzysztof Radziwon, partner, szef grupy doradczej w zakresie audytu wewnętrznej KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej
– i dodaje
Dane, ich sprawna i dobrze przemyślana analiza, będą stanowiły o pozycji firmy na rynku, o tym czy firma wykorzysta daną jej szansę. Taka teza postawiona w zeszłorocznym badaniu KPMG ‘Driving performance while managing risk. Embedding data and analytics in the business model’, pozostaje w mojej ocenie cały czas bardzo aktualna.

Wyzwania związanie z D&A

Wraz ze wzrostem stopnia zaawansowania zdolności i działań przedsiębiorstw w obszarze D&A wiele z nich zaczyna odkrywać, że największym wyzwaniem nie jest pozyskiwanie wiedzy na bazie posiadanych danych, ale wyciąganie na jej podstawie użytecznych i uwzględniających biznesowe potrzeby wniosków, które ostatecznie przynoszą namacalną i trwałą wartość dla firmy. Nasze dane pokazują, że chociaż wykorzystanie D&A staje się coraz bardziej powszechne, większość organizacji nadal zmaga się z brakiem podstawowych komponentów, niezbędnych do skutecznego przekształcania danych w wiedzę, takich jak zwiększenie wiarygodności i dostępności danych. Więcej niż połowa wszystkich respondentów stwierdziła, że wciąż ma trudności w ocenie jakości i wiarygodności swoich danych.

Głównym problemem związanym z D&A jest więc ocena przydatności i wiarygodności danych. Ma z tym problem 58% przebadanych firm. Blisko połowa respondentów (47%) zwróciła też uwagę na problemy z dostępnością odpowiednich danych. Z kolei zaledwie 14% respondentów twierdzi, że dysponuje wystarczającą ilością odpowiednio wyszkolonych pracowników, aby w sposób efektywny wykorzystywać potencjał D&A.

Olbrzymie zapotrzebowanie na wykwalifikowanych analityków danych stanowi unikalną szansę dla Polski. Polska słynie na świecie z dobrej jakości kształcenia informatyków i matematyków, a polscy studenci od wielu lat wygrywają międzynarodowe konkursy informatyczne. Kluczowym wyzwaniem jest jednak dostosowanie istniejących programów edukacyjnych do kształcenia analityków danych.
– mówi Jerzy Kalinowski, partner, szef grupy doradczej w zakresie strategii i operacji w KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej.

Branża motoryzacyjna po I półroczu 2015 roku

W pierwszym półroczu 2015 roku zarejestrowano w Polsce 177,8 tys. samochodów osobowych – o 1% więcej niż rok wcześniej, kiedy sprzedaż silnie napędziło tzw. „okienko derogacyjne”. Motocykle biją rekordy, a rejestracje nowych pojazdów użytkowych przyspieszyły kolejny kwartał z rzędu. Ożywienie nastąpiło nie tylko w handlu, ale także w przemyśle motoryzacyjnym. Produkcja sprzedana ulokowanych w Polsce fabryk motoryzacyjnych wyniosła w I półroczu 2015 roku 63,3 mld zł, tj. o 9,2% więcej niż rok wcześniej.

Samochody osobowe: nie udało się uniknąć spadku zakupów indywidualnych, ale zakupy instytucjonalne mają się coraz lepiej

W II kwartale 2015 roku zarejestrowano w Polsce 86,1 tys. nowych samochodów osobowych, tj. o 5,6 tys. mniej niż w poprzednim kwartale, jednak o 10% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Znacząco wzrosły rejestracje nabywców instytucjonalnych (18,9% r/r), jednak zakupy klientów indywidualnych, tj. osób prywatnych i prowadzących działalność gospodarczą, odnotowały spadek (o 4,9% r/r).

W skali całego półrocza rynek nowych samochodów osobowych odnotował nieznaczny wzrost o 1,1% rok do roku. Utrzymanie sprzedaży na takim samym poziomie jak w 2014 roku to jednak obiektywnie bardzo dobry wynik. W 2014 roku rynek był wyjątkowo mocno stymulowany przez okienko derogacyjne. Możemy już chyba mówić o trwałym ożywieniu
– mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Rekordy bije segment marek premium. W II kw. 2015 roku liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w tym segmencie wyniosła 9,8 tys., czyli wzrosła w stosunku do poprzedniego kwartału o 9,4% i o 20,3% w porównaniu do II kw. 2014 roku. W segmencie marek popularnych wolumen rejestracji wyniósł 76,3 tys. – o 8,8% więcej niż w II kw. 2014 roku, ale o 7,8% mniej niż w I kw. 2015 roku.

W porównaniu do zeszłego roku znacząco wzrosło zainteresowanie mniejszymi limuzynami z klasy E. Z drugiej strony widoczny jest także wzrost sprzedaży małych i średnich aut z segmentów B i C. Na szczególną uwagę zasługuje sprzedaż samochodów z napędami alternatywnymi. Choć w II kwartale szał zakupowy z początku roku minął, to w skali pierwszego półrocza rejestracje tego typu pojazdów były wciąż o 55% większe niż pierwszym półroczu 2014 roku. Ogółem zarejestrowano 2,5 tys. samochodów z napędem alternatywnym, w większości hybryd
– mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Jednoślady: rekordowa sprzedaż motocykli, pogłębienie spadku sprzedaży motorowerów

W II kw. 2015 liczba zarejestrowanych nowych motocykli sięgnęła rekordowego poziomu 9,7 tys. sztuk, tj. trzykrotnie większego niż w II kw. 2014 roku. W całym pierwszym półroczu zarejestrowano ich 13,8 tys. Przyczyną było wprowadzenie w sierpniu 2014 roku możliwości prowadzenia jednośladów o pojemności do 125 cm3 na podstawie prawa jazdy kat. B, co przełożyło się na zwielokrotnienie sprzedaży dużych skuterów i małych motocykli typu street. Rosnące zainteresowanie motocyklami o małych pojemnościach przełożyło się na pogłębienie spadku na rynku motorowerów. W skali całego półrocza rejestracje w tym segmencie były mniejsze o 34% niż rok wcześniej i sięgnęły zaledwie 15,9 tys. szt.

Samochody użytkowe: inwestycje firm dalej przyspieszają

Od początku roku rynek pojazdów użytkowych przyspiesza i to we wszystkich segmentach. Zarówno jeżeli chodzi o lekkie samochody dostawcze, pojazdy ciężarowe, jak i autobusy, mamy za sobą najlepsze półrocze od 2008 roku. Wygląda na to, że ożywienie w inwestycjach firm jest trwałe
– mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

W II kw. 2015 roku zarejestrowano 12,4 tys. samochodów dostawczych (o DMC<=3,5t), tj. o 21,5% więcej niż rok wcześniej. W segmencie samochodów ciężarowych o DMC>3,5t zarejestrowano 5,6 tys. pojazdów, co oznacza wzrost o 32,1% w porównaniu do II kw. 2014 roku. Za wzrost odpowiadają wyłącznie ciągniki drogowe. Rynek nowych autobusów wzrósł z kolei o ponad 40% r/r – w tym segmencie zarejestrowano aż 542 pojazdy. W skali całego półrocza zarejestrowano 24,3 tys. samochodów dostawczych, 10,2 tys. pojazdów ciężarowych oraz 929 szt. autobusów.

Przemysł motoryzacyjny: odbicie w Europie sprzyja fabrykom pojazdów w Polsce

Sytuacja na europejskim rynku motoryzacyjnym jest coraz lepsza, choć oczywiście wciąż jesteśmy daleko od wolumenów sprzed kryzysu. Rejestracje wzrosły na niemal wszystkich kluczowych rynkach, które decydują o sytuacji europejskiej motoryzacji: w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i we Włoszech. W ślad za tym rośnie produkcja europejskich fabryk
– komentuje Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

W I półroczu 2015 roku wartość produkcji sprzedanej przemysłu motoryzacyjnego w Polsce wyniosła 63,3 mld zł, tj. nominalnie o 9,2% więcej niż rok wcześniej. Motorem wzrostu były przede wszystkim samochody osobowe, których wyprodukowano w tym okresie 297,8 tys. – o 14,0% więcej niż rok wcześniej. W skali półrocza nieznacznie wzrosła także produkcja pojazdów dostawczych i ciężarowych (o 2,3% r/r, do 61,2 tys. szt.) oraz autobusów (do 2,3 tys., tj. o 3,8%).

Centrum uslug wspólnych, jak się tam pracuje?

Centra usług wspólnych, centra outsourcingu procesów biznesowych czy centra badawczo-rozwojowe już od kilku lat mocno napędzają polską gospodarkę, a co za tym idzie, są coraz ważniejszym elementem polskiego rynku pracy. Wg. danych ABSL, centra te generują w Polsce już blisko 150 tysięcy miejsc pracy. Gros z zatrudnionych tam pracowników to studenci a także świeżo mianowani absolwenci uczelni wyższych. Jak praca w takich centrach może wpłynąć na rozwój kariery zawodowej? Czy to dobre miejsce na zdobycie pierwszego, poważnego doświadczenia?

Według danych KPMG w Polsce działa już ponad 650 centrów usług biznesowych, które świadczą usługi o charakterze pomocniczym lub administracyjnym dla całej gamy podmiotów. Czemu Polska przeżywa inwestycyjny boom na centra usług wspólnych? Powodów jest kilka, tłumaczy Prezes firmy Sales Concept zarządzającej siecią centrów usług biznesowych grupy Loyd S.A Pan Cezary Lewiński:

– „Nie ma jednego, podstawowego „wabika” dla inwestycji w BPO w naszym kraju. Za atrakcyjność Polski na międzynarodowym rynku SSC odpowiedzialnych jest wiele czynników. Jednym z nich jest dobra, tania i łatwo dostępna infrastruktura biurowa. Wiadomo jednak, że puste powierzchnie biurowe nie zagwarantują wysokiej jakości obsługi procesów biznesowych czy administracyjnych. Niewątpliwym atutem naszego kraju są kadry. Młodzi Polacy są doskonale wykształceni, znają języki obce oraz są chętni do pracy. Według mnie to właśnie dzięki kapitałowi ludzkiemu jesteśmy tak atrakcyjni dla inwestorów.”

Dla wielu osób atutem pracy w tych centrach jest międzynarodowe, wielokulturowe środowisko. W centrach usług wspólnych na różnych szczeblach pracują ludzie z całego świata. Z jednej strony daje to możliwość poznania innych kultur, z drugiej zaś praktyki językowej z native speakerami. Centra usług wspólnych to organizacje gdzie przenikają się różne typy ludzi i pracowników. Z jednej strony pracuje tam wielu wąsko wyspecjalizowanych ekspertów z ogromnym doświadczeniem zdobytym na całym świecie. Z drugiej strony zatrudniani są studenci lub absolwenci, którzy dopiero zaczynają swoją karierę.

– „W naszych strukturach zatrudniamy wielu studentów. Są to osoby, które posiadają już niezbędny poziom wiedzy, znają języki i są chętni do zdobywania doświadczenia. Praca w centrum usług wspólnych wymaga nie tylko wysokiego poziomu wiedzy, równie ważne są umiejętności miękkie i cechy charakteru danego pracownika” – mówi Cezarty Lewiński. „Praca w SSC to początkowo głównie praca w zespole. Dlatego tak jak wspominałem, najważniejsze są tu umiejętności interpersonalne.” – dodaje Lewiński.

Centra usług biznesowych to dobry krok na ścieżce kariery, szczególnie dla studentów. Dają możliwość zdobycia doświadczenia w międzynarodowym środowisku, pracy dla renomowanych klientów, praktycznego wykorzystania znajomości języków obcych i przede wszystkim praktycznego zastosowania zdobytej na studiach wiedzy.

– „Nie spotkałem się jeszcze z przypadkiem, aby podczas rekrutacji kandydat z doświadczeniem w BPO lub SSC został źle oceniony.” – mówi Cezary Lewiński. „Wakacje to dobry czas aby poszukać pracy w centrach usług wspólnych. Jak wiadomo to czas urlopów, także w naszej branży. Często potrzeba osób na zastępstwo, to dobra okazja aby pokazać się w SSC lub BPO. Dobra postawa i zaangażowanie może zaprocentować dłuższą współpracą” – kończy Cezary Lewiński.

A czy warto się starać o dłuższą współpracę? Z raportów zarobkowych wynika, że pracownicy z najkrótszym stażem, pracujący na najniższych stanowiskach zarabiają od 2300 do 3000 złotych. Dodatkowo centra usług wspólnych oferują zazwyczaj szeroki pakiet świadczeń pozapłacowych takich jak: dopłaty do zajęć sportowych, dofinansowanie kształcenia czy prywatna opieka zdrowotna.

Spadek transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce

Według raportu DTZ Investment Market Update, w pierwszej połowie 2015 roku wolumen transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce wyniósł 801 mln euro, co stanowi spadek o 42% w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego oraz o 50% w stosunku do poziomu z drugiej połowy 2014 r.

Analiza podjęta przez DTZ wskazuje, że spadek ten był spowodowany brakiem transakcji o wartości powyżej 100 mln euro w pierwszej połowie 2015 r. Dominowały transakcje w średnim przedziale cenowym 50-100 mln euro, stanowiąc 72% całkowitego wolumenu. W rezultacie średnia wartość transakcji spadła w pierwszym półroczu 2015 roku do 40 mln EUR, o jedną trzecią w stosunku do analogicznego okresu roku 2014 r.

— Nastroje na rynku poprawiły się, a popyt na nieruchomości komercyjne w Polsce pozostał stabilny. Pojawili się nowi globalni gracze, wcześniej nieinwestujący w Polsce. Szukają oni możliwości penetracji rynku poprzez zakup nieruchomości lub przejęcie dobrze prosperujących platform inwestycyjnych. Osłabienie na rynku w pierwszej połowie roku to rezultat ograniczonej podaży aktywów w segmencie prime — mówi Kamila Wykrota, Dyrektor Zespołu Doradztwa i Analiz Rynkowych, DTZ.

Biura pozostały najpopularniejszą klasą aktywów, odpowiadając za 45% wolumenu transakcji (362 mln EUR) w pierwszej połowie 2015 r. Sektor handlowy odpowiadał za 32% aktywności na rynku (260 mln EUR) a sektor logistyczny 19% (149 mln EUR). W przeciwieństwie do poprzednich lat, inwestorzy chętniej wybierali nieruchomości w miastach regionalnych — 82% inwestycji miało miejsce poza stolicą. Warszawa odnotowała najsłabszą od trzech lat aktywność we wszystkich sektorach. Niechęć do ryzyka u inwestorów słabnie wraz z poprawą nastrojów na rynku i wzrostem aktywności deweloperskiej poza Warszawą. Aktywność na rynku powierzchni biurowych koncentrowała się więc w wiodących lokalizacjach BPO/SSC, z Wrocławiem i Krakowem na czele. Natomiast w sektorze handlowym inwestowano najchętniej w centra handlowe w średnich aglomeracjach, cechujące się wysokim potencjałem wykreowania wartości dodanej. Popyt na nieruchomości logistyczno-magazynowe wzrasta, oczekujemy więc poprawy w tym sektorze w drugiej połowie roku.

Zagraniczni inwestorzy nadal dominują na rynku nieruchomości komercyjnych — zainwestowali 720 mln euro w pierwszej połowie roku, co stanowi 90% całkowitego wolumenu. Od drugiej połowy 2014 r. obserwujemy wzmożoną aktywność reprezentantów kapitału amerykańskiego — w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zainwestowali w Polsce blisko 1 mld euro. Byli oni najbardziej aktywną grupą inwestorów w pierwszej połowie 2015 r., odpowiedzialną za 45% wszystkich inwestycji zagranicznych. Inwestorzy międzynarodowi mieli jedną trzecią udziału w rynku, zaś kapitał niemiecki — 24%.

Biorąc pod uwagę typ inwestora, fundusze pozostały dominującą grupą, inwestując 600 mln euro w pierwszej połowie 2015 r. Spodziewamy się, że fundusze inwestycyjne pozostaną kluczowym typem inwestora, a także oczekujemy większego zaangażowania ze strony zagranicznych inwestorów instytucjonalnych zainteresowanych dywersyfikacją portfela. Oczekujemy także w najbliższym czasie pojawienia się nowych graczy na rynku, zwłaszcza przedstawicieli krajów skandynawskich oraz rejonu Azji i Pacyfiku.

Po słabym początku roku na polskim rynku inwestycyjnym spodziewana jest poprawa sytuacji w drugiej połowie 2015 r. Ponadto Polska może skorzystać na zwiększonym popycie ze strony inwestorów spoza Europy, którzy coraz częściej wybierają nie tylko najpopularniejsze rynki europejskie (jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja). Oczekujemy, że inwestorzy będą nadal przenosić zainteresowanie na rynki regionalne w poszukiwaniu nowych możliwości i większych zwrotów.

— Bieżący rozwój aktywności inwestycyjnej i oczekiwana finalizacja kilku transakcji o znaczącej wartości we wszystkich sektorach rynku powinny wpłynąć na wzrost wolumenu transakcji w drugiej połowie roku. Szacujemy, że wolumen inwestycji w ciągu całego 2015 r. może przekroczyć poziom 3 mld euro — dodaje Kamila Wykrota.

I Forum Inspiracji CSR w Poznaniu ,,Networking is Working”

15 października 2015 roku w Centrum Konferencyjno-Eventowym Concordia Design spotkają się managerowie CSR oraz osoby blisko związane z tematyką społecznej odpowiedzialności i zrównoważonego rozwoju w Wielkopolsce.

Forum będzie okazją do integracji lokalnego środowiska biznesu wokół koncepcji CSR. Wydarzenie obejmować będą takie zagadnienia jak: CSR jako wspólnota wartości, trendy w Europie i na świecie oraz sesje networkingowe. W trakcie Forum zaprezentowane zostaną inauguracyjne wyniki analizy „CSR w mediach w Wielkopolsce” przygotowanej przez PRESS-SERVICE Monitoring Mediów oraz analizy „CSR w Wielkopolsce” – podkreśla Łukasz Smolarek, Dyrektor Forum Inspiracji CSR.

Pierwsze Forum Inspiracji CSR to wyjątkowa inicjatywa, która skupiać się będzie wokół idei networkingu. Wydarzenie stanowi odpowiedź na oczekiwania osób blisko związanych z CSR w Wielkopolsce odnoszące się do powstania lokalnego miejsca wspólnych spotkań i wymiany poglądów – dodaje Łukasz Smolarek.

Polski rynek świeżego mięsa wart 7,0 mld zł

W okresie od lipca 2014 roku do czerwca 2015 roku rynek świeżego mięsa w Polsce odnotował, w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego, prawie 4-procentowy wzrost w ujęciu ilościowym. Jednocześnie nastąpił jego prawie 3-procentowy spadek w ujęciu wartościowym.

Analizowana kategoria obejmuje świeże mięso wieprzowe, wołowe, cielęcinę, baraninę/jagnięcinę, a także dziczyznę. Mięsa te sprzedawane są zarówno w opakowaniach, jak i na wagę.

W okresie od lipca 2014 roku do czerwca 2015 roku, pojedyncze polskie gospodarstwo zakupiło około 43 kg świeżego mięsa, wydając na ten cel niewiele ponad 12 zł za kilogram. Biorąc pod uwagę częstotliwość zakupów, cała kategoria świeżego mięsa kupowana była średnio 32 razy w ciągu roku. Na pojedynczy akt zakupowy (pojedynczą wizytę w sklepie) przypadało 1,3 kg produktu.

Największym segmentem rynku świeżego mięsa jest wieprzowina, której udział w całkowitych wydatkach gospodarstw domowych na kategorię wyniósł w analizowanym okresie ponad 82 proc. Drugim największym segmentem jest wołowina, której udział wartościowy w całej kategorii wyniósł prawie 13 proc.

Wybierając elementy mięsa wieprzowego gospodarstwa domowe kupują najwięcej schabu i karkówki (0,5-procentowe wzrosty) i coraz chętniej sięgają po szynkę, której spożycie wzrosło o 8 proc. Z kolei spożycie mięsa mielonego i łopatki wieprzowej spadło odpowiednio o 6 i 4 proc.

Biorąc pod uwagę miejsca zakupu i kanały sprzedaży, największy udział w zakupach świeżego mięsa w analizowanym okresie miały tradycyjne sklepy małoformatowe (około 30 proc. w ujęciu wartościowym i wolumenowym). Duże znaczenie mają również supermarkety, których udział wartościowy w zakupach tej kategorii wyniósł prawie 21 proc., a także dyskonty odpowiadające za ponad 11 proc. udziałów wartościowych kategorii.

O badaniu
Powyższe analizy powstały na podstawie danych pochodzących z prowadzonego od 20 lat Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia. Jego próbę stanowi 8 tys. polskich gospodarstw domowych, zbierających dane za pomocą skanerów i raportujących o dokonywanych przez siebie zakupach produktów FMCG.

Jacek Stalka nowym Prezesem Zarządu Sopro Polska

Sopro Polska, jeden z czołowych producentów na rynku chemii budowlanej, kończy proces wewnętrznych przekształceń strukturalnych mających za zadanie rozwój spółki. Nowym Prezesem Zarządu Sopro Polska Sp. z o.o. został Jacek Stalka.

Jacek Stalka, Prezes Zarządu Sopro Polska
Jacek Stalka, Prezes Zarządu Sopro Polska

Jacek Stalka rozpoczął pracę w Sopro Polska z dniem 1 sierpnia 2015 r. Nowa osoba na najwyższym szczeblu kadry kierowniczej to wyraz dynamicznej strategii zarządzania jakością, leżącej u podstaw filozofii marki Sopro, a także zwieńczenie wewnętrznych procesów, których celem jest ugruntowanie obecnej pozycji oraz dalszy rozwój firmy.

Jacek Stalka jest absolwentem Wydziału Zarządzania oraz studiów podyplomowych MBA na Uniwersytecie Gdańskim. Posiada praktyczną wiedzę finansową oraz bogate doświadczenie w tworzeniu i zarządzaniu siecią sprzedaży. W toku kariery zawodowej Jacek Stalka kierował zespołami sprzedaży i marketingu w branży chemii budowlanej – m.in. pełniąc przez 4 lata funkcję dyrektora ds. sprzedaży krajowej w firmie Atlas. Jako nowy Prezes Zarządu Sopro Polska, będzie odpowiedzialny za zarządzanie, wdrażanie nowych strategii, budowanie wewnętrznych struktur firmy oraz koordynowanie procesów sprzedażowych.

Komisarz w SKOK Jowisz

Komisja Nadzoru Finansowego zdecydowała na posiedzeniu z 10 sierpnia o ustanowieniu zarządcy komisarycznego w kolejnej spółdzielczej kasie oszczędnościowo-kredytowej. Zarządca będzie zobowiązany do sprawdzenia sytuacji finansowej kasy i przygotowania programu naprawczego.

Dwa tygodnie temu KNF ustanowiła zarządców komisarycznych w SKOK Polska z siedzibą w Warszawie i Powszechnej Spółdzielczej Kasie Oszczędnościowo-Kredytowej w Knurowie. Dziś została doręczona kolejna decyzja – tym razem zarządca wkroczy do SKOK Jowisz w Czeladzi.

„Aktywa SKOK Jowisz nie wystarczają na zaspokojenie jej zobowiązań. Pomimo pomocy finansowej udzielonej SKOK przez Kasę Krajową, SKOK Jowisz posiada ujemne fundusze własne i straty z lat ubiegłych oraz wykazuje bieżące straty z działalności podstawowej. Oznacza to, że dotychczasowa pomoc ze strony Kasy Krajowej okazała się niewystarczająca w stosunku do sytuacji SKOK” czytamy w komunikacie nadzorcy.

Zarządca komisaryczny ma wzmocnić kasę poprzez poprawę standardów zarządzania ryzykiem. Dokona także szczegółowej weryfikacji sytuacji finansowej SKOK i opracuje uzgodniony z KNF program postępowania naprawczego. Na zarządcę w SKOK Jowisz powołano Edytę Glajcar.

Wprowadzenie zarządcy komisarycznego powoduje, że członkowie zarządów zostają z mocy prawa odwołani, a otrzymane przez nich pełnomocnictwa wygasają. Na wyznaczonego przez KNF komisarza przechodzą wszystkie kompetencje organów kierujących SKOK.

Japan Business Expo w Warszawie

Takasaki, centrum przemysłu maszynowego w samym sercu Japonii, organizuje pierwsze w Polsce targi Japan Business Expo. Wydarzenie odbędzie się 8 października 2015 roku w Warszawie, a projekt ma na celu promowanie współpracy japońsko-polskiej. Kilkanaście firm z miasta Takasaki, głównie z sektora przemysłowego, przyjedzie do Polski, aby nawiązać współpracę z firmami z centralnej i wschodniej Europy.

Obiecująca współpraca

W ostatnich latach coraz więcej japońskich przedsiębiorstw dostrzega potencjał naszego kraju oraz zalety współpracy z polskimi firmami. Przykładowo, jeden z tegorocznych wystawców Japan Business Expo, firma Yagi Industries z siedzibą główną w Takasaki, otworzyła fabrykę w wałbrzyskiej specjalnej strefie ekonomicznej. Przedsiębiorstwo obecnie zatrudnia już 180 pracowników. Z roku na rok obserwujemy coraz więcej przykładów owocnej współpracy polsko-japońskiej. Według danych z Ministerstwa Gospodarki, eksport do Japonii w 2014 roku wyniósł 448 mln euro. Z kolei import z Japonii do Polski był równy 2,10 mld euro. Polskie firmy sprzedają do Japonii głównie produkty takie jak: wyroby tytoniowe, mięso, maszyny czy urządzenia mechaniczne. Natomiast z Japonii sprowadzamy części samochodowe, urządzenia elektryczne, plastiki i przyrządy optyczne.

Japońscy przedsiębiorcy nad Wisłą

W październiku około 13 firm z Takasaki przyjedzie do Warszawy, żeby podzielić się wiedzą i doświadczeniem z przedsiębiorcami i przedstawicielami polskich firm. Japan Business Expo – Takasaki Day to targi skierowane głównie do branż takich jak motoryzacja, elektronika czy przemysł maszynowy i lotniczy. Jednym z wystawców będzie browar produkujący sake, co może zainteresować właścicieli restauracji sushi.

Kenji Tomioka burmistrz miasta Takasaki
Kenji Tomioka burmistrz miasta Takasaki

“Zdecydowaliśmy się na zorganizowanie Japan Business Expo w Warszawie, ponieważ uważamy, że Polska ma ogromny potencjał, a możliwości japońsko-polskiej współpracy nie zostały jeszcze w pełni wykorzystane. Wiele firm z naszego regionu odniosło już sukces na polskim rynku, dlatego cieszymy się obserwując coraz większe zainteresowanie oraz obiecujące perspektywy dalszej współpracy przynoszącej obopólne korzyści” – mówi Kenji Tomioka burmistrz miasta Takasaki.

Wydarzenie uświetni obecność m.in. zastępcy burmistrza miasta Takasaki oraz przedstawicieli różnych instytucji i organizacji. Po południu, odbędzie się specjalna sesja z udziałem ekspertów, którzy opowiedzą o różnicach kulturowych w biznesie, prowadzeniu biznesu w Japonii oraz japońskich metodach zarządzania.

Podobne wydarzenie odbędzie się także w Pradze, w dniu 5 października w Hotelu Clarion. W celu rejestracji, należy odwiedzić stronę: http://takasaki-expo.com

E-commerce mobilny – debata E-SPIRATION 13.08.2015

Rynek e-commerce w Polsce rozwija się niezwykle dynamicznie – w 2014 r. wart był ponad 27 mld PLN, a specjaliści szacują, że pod koniec roku kwota ta osiągnie 33 mld zł. Czy polskie firmy wykorzystują ten potencjał do tego, by zwiększyć sprzedaż?

Polska smartfonowa

Dzięki postępującej smartfonizacji mobile staje się realną alternatywą dla stron internetowych. Szacunki wskazują, że ze smartfonów korzysta w Polsce już prawie 58% społeczeństwa. Oznacza to, że w codziennym użyciu „pracuje” ponad 22 miliony tych urządzeń – a każde z nich może być nośnikiem reklamy mobilnej i narzędziem sprzedaży.

Co wpływa na popularność stron i aplikacji mobilnych? Przede wszystkim wygoda ich użytkowania, oszczędność czasu oraz interfejs – bardziej przyjazny i intuicyjny niż na przeładowanych opcjami stronach internetowych. Dzisiejszy internauta różni się od przeciętnego użytkownika Internetu sprzed kilku lat. Telefon umożliwia mu bycie „on-line” cały czas – będąc użytkownikiem serwisów społecznościowych czy korzystając z dziesiątek aplikacji ułatwiających życie. Stanowi to wyzwanie dla firm, które chcą unieść się na fali e-commerce.

Cel: namierzyć obiekt

Do dyspozycji deweloperów aplikacji i stron mobilnych jest pełen wachlarz narzędzi pozwalających precyzyjnie trafiać firmom do swoich klientów np. Reklamy przeznaczone tylko na urządzenia mobilne, QR kody, znaczniki NFC, powiadomienia PUSH czy geolokalizacja. Coraz popularniejsze stają się także aplikacje współpracujące z beaconami i bezprzewodowymi nadajnikami Bluetooth, dzięki którym klienci mogą otrzymywać informacje o promocjach, gdy tylko zbliżają się do sklepu. Jeśli chodzi o branże, to w 2014 roku największą popularnością cieszyły się aplikacje zakupowe oraz lifestyle’owe. Ich procentowe wzrosty można szacować nawet na 174% w stosunku do roku wcześniejszego. W tym roku widzimy coraz większe zainteresowanie płatnościami mobilnymi i technologiami z dziedziny FinTech oraz szybkim rozwojem platform typu marketplaces.

Wyzwanie: przetrwać próbę czasu

Statystycznie mobilny użytkownik korzysta z 27 aplikacji, poświęcając im nawet 37 godzin miesięcznie. Biorąc pod uwagę fakt, że ponad połowa Polaków ma przynajmniej jeden smartfon, potencjał dotarcia do nich za pomocą aplikacji jest ogromny. Jednak deweloperzy tych aplikacji powinni mieć na uwadze fakt, że walczą z ogromną konkurencją. Według statystyk liczba aplikacji na platformach Play Store i App Store waha się między 1,2-1,5 mln. Nawet 70% z nich nie jest w stanie przetrwać próby czasu i zostaje usuniętych już po trzech dniach od instalacji.

E-SPIRATIONRynek aplikacji mobilnych jest niezwykle trudny i wymagający. Aby osiągnąć sukces, trzeba reagować szybko i sprawnie dobierać odpowiednie rozwiązania. Przedsiębiorcy chcący rozwijać swój biznes w sferze mobile stoją przed dylematem – na jakie rozwiązanie mobilne postawić? Czy tworzyć aplikację, stronę mobilną czy stronę responsywną? Jak zadbać o to, żeby klient pozostał z nami na długo? Te tematy będą przedmiotem pierwszej z serii debat E-SPIRATION, która odbędzie się już 13. sierpnia. Wezmą w niej udział Katarzyna Kazior (moderator) – dyrektor zarządzająca funduszem Rocket Internet będącym liderem na światowym rynku e-commerce, Stefan Batory – twórca m.in. iTaxi i Booksy, Grzegorz Marczak, senior digital manager marki Payback oraz Adam Tychmanowicz, współautor aplikacji Yanosik. Zapraszamy do rejestracji: http://e-seminaria.pl/e-spiration.

Rynek hybryd w Polsce większy o 51%

Rynek samochodów hybrydowych w Polsce wzrósł w pierwszym półroczu 2015 roku o 51% w porównaniu do analogicznego okresu w 2014 roku. Od stycznia do czerwca 2015 roku zarejestrowano 2458 hybryd, zaś w tym samym okresie ubiegłego roku 1624 auta hybrydowe.

Toyota Auris HYBRID 2015Spośród wszystkich marek oferujących hybrydy największy udział w rynku, bo wynoszący 63%, ma tradycyjnie Toyota. Lexus zajął drugie miejsce, sprzedając 32% wszystkich samochodów hybrydowych. Trzecie miejsce przypada Mitsubishi z 3-procentowym udziałem w rynku. Po jednym procencie zajęły Infiniti oraz Ford, zaś pozostali gracze sprzedali pojedyncze sztuki albo też nie znaleźli w pierwszym półroczu ani jednego nabywcy na swoje hybrydy.

Toyota zanotowała wzrost rejestracji hybryd o 57%, tj. o 843 samochody. Wśród modeli tej marki największym wzrostem cieszył się Yaris – aż o 117%. Najpopularniejszą hybrydą w Polsce pozostaje Auris, którego 995 sprzedanych egzemplarzy oznacza wzrost o 39,5%. W drugim półroczu możemy się spodziewać jeszcze lepszych wyników tego modelu w związku z lipcowym debiutem wersji po liftingu. Toyota ogłosiła, że w przedsprzedaży klienci złożyli zamówienia na 600 hybrydowych Aurisów.

Lexus sprzedał o 242 samochody więcej niż w 1. połowie 2014 roku, co przyniosło wzrost o 45%. Liderem wśród hybrydowych modeli marki jest wprowadzony na rynek w drugiej połowie ubiegłego roku SUV NX, który znalazł 367 nabywców. Drugim najpopularniejszym Lexusem jest luksusowy kompakt CT, którego sprzedaż wzrosła o prawie 55% i wyniosła 158 samochodów.

Zdecydowany wzrost popularności zanotował hybrydowy Mitsubishi Outlander, jedyny hybrydowy model marki. Jego sprzedaż wzrosła trzykrotnie z 23 sztuk do 69. Natomiast z wyraźnym spadkiem zainteresowania spotkał się Infiniti Q50 – zamiast 57, jak w 1. połowie 2014, model znalazł w 2015 roku 23 nabywców. Spadku nie zrównoważył jeden sprzedany Q70. Ford sprzedał 23 hybrydowe wersje Mondeo.

4 wiodące trendy w przestrzeni biurowej

Postępująca rewolucja cyfrowa odmieniła nie tylko schematy komunikacyjne i modele interakcji społecznych Pokolenia Y, ale również przestrzenie biurowe, w których funkcjonują jego przedstawiciele. Obserwując układy nowoczesnych powierzchni tego typu, wyodrębnić można 4 wiodące trendy.

Z szeroko zakrojonych badań na amerykańskich studentach z roczników 83-92 wynika, że 97% z nich ma komputer, a 94% telefon komórkowy. W związku z tym, grupę tę nazywa się również „digital natives” – osobami, dla których korzystanie z urządzeń cyfrowych w niemal wszystkich obszarach funkcjonowania jest czymś naturalnym. Pracodawcy, świadomi zmian wynikających z wkroczenia Pokolenia Y na rynek pracy, coraz częściej sięgają po rozwiązania mające wyjść naprzeciw jego potrzebom.

  1. Otwarte, funkcjonalne przestrzenie

4 megatrendy w przestrzeni biurowej - Otwarte, funkcjonalne przestrzenieTradycyjny podział przestrzeni na przydzielone poszczególnym działom „terytoria” zastępuje się elastycznymi systemami, zoptymalizowany pod kątem pracy na urządzeniach mobilnych. Przestrzeń biurową aranżuje się tak, by wspierała kreowanie niecodziennych pomysłów i zapewniała bardziej odprężającą atmosferę. Orientacja na przyszłościowe rozwiązania znajduje odzwierciedlenie w podziale biur w stylu open office na zróżnicowane strefy funkcjonalne. Kluczową role odgrywają tu obszary rekreacyjne, do których pracownicy mogą udać się z smartfonem, tabletem czy laptopem, by rozwijać swoje innowacyjne pomysły. Ogromne znaczenie dla procesu twórczego mają również strefy stymulujące interakcje i dyskusje między współpracownikami. Tego typu otwarte „strefy zespołowe” zastępują coraz częściej wyodrębnione architektonicznie działy. – Nowoczesna organizacja przestrzeni biurowej jest dużym wyzwaniem aranżacyjnym. Po odrzuceniu fizycznych ograniczeń, rolę wyodrębnienia poszczególnych stref przejęło światło – mówi Maciej Gronert, projektant oświetlenia firmy TRILUX Polska. – Znaczenie ma nie tylko zapewnienie stanowiskom roboczym warunków oświetleniowych odpowiednich dla pracy z ekranem komputera, ale również oddziaływanie światłem na samopoczucie i emocje pracowników. Temperaturą barwową różnicuje się obszary rekreacyjne i te, w których wymagana jest podwyższona koncentracja – tłumaczy ekspert.

  1. Proefektywnościowa kolorystykaProefektywnościowa kolorystyka - 4 megatrendy w przestrzeni biurowej

Na popularności zyskuje wspomaganie efektywności pracowników dzięki modyfikacji barwy światła. – Nowoczesne rozwiązania działające w technologii LED pozwalają emitować strumień odpowiadający parametrom naturalnego światła, charakterystycznego dla najjaśniejszej pory dnia, przy niewielkim zapotrzebowaniu na energię elektryczną – mówi Maciej Gronert. – Dzięki zwiększonej zawartości niebieskiej wiązki w spektrum, ograniczana jest synteza melatoniny – hormonu odpowiedzialnego za wprowadzenie organizmu w stan odprężenia i snu. Lampy wykorzystujące tę technologię pomagają wydłużyć stan podwyższonej koncentracji pracowników, nawet gdy zewnętrzne warunki oświetleniowe wpływają niekorzystnie na ich samopoczucie – wyjaśnia projektant oświetlenia TRILUX Polska. Wyniki badań naukowych sugerują również, że znaczenie dla produktywności ma kolorystyka otoczenia. Pozytywnie wpływać mają na nią odcienie niebieskiego, zielonego i czerwieni. Inne barwy mogą prowadzić do zmęczenia pracowników.

  1. Przestrzeń komunikacji4 megatrendy w przestrzeni biurowej - Przestrzeń komunikacji

Badania naukowców z MIT wykazały, że kluczowym czynnikiem efektywności zespołów roboczych jest poziom energii i zaangażowania ich członków w relacje pozaformalne. W call center, w którym chcąc wykorzystać ten efekt, wprowadzono wspólne przerwy kawowe dla grup zadaniowych, odnotowano zwiększenie wydajności telemarketerów o 8%. Korzyści wynikające z wdrożenia tej zasady we wszystkich oddziałach firmy, zatrudniających łącznie 25 000 ludzi, oszacowano na 15 milionów dolarów w skali roku. Dodatkowym rezultatem wprowadzenia wspólnych przerw był wzrost satysfakcji pracowników.

By maksymalizować pozytywne skutki występowania tej zależności, nowoczesne biura projektowane są w sposób zwiększający prawdopodobieństwo spontanicznych interakcji. Wykorzystuje się mobilne siedziska i stoliki umożliwiające wygodne prowadzenie rozmów na stojąco. Większą niż dotychczas wagę przywiązuje się również do urządzania stref rekreacyjno-gastronomicznych: kuchni, kawiarenek i stołówek.

  1. Zielone biura

Powszechnie wiadomo, że roślinność jest źródłem tlenu. Co ciekawe, coraz częściej wykorzystuje się również jej inne właściwości. Według badań naukowców z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, umieszczona w biurze wpływa ona na zmniejszenie poziomu stresu pracowników i zwiększenie ich efektywności. Uczestnicy eksperymentu, przebywający w pomieszczeniu, gdzie znajdowały się rośliny, byli o 12% bardziej produktywni i mniej spięci niż ci, którzy pracowali w przestrzeni pozbawionej zieleni. Jako dodatkowe korzyści wynikające z włączenia natury w projekt biura wymienia się obniżenie poziomu hałasu oraz zmniejszenie ilości grzybów i drobnoustrojów chorobotwórczych obecnych w powietrzu.

Biznes w Specjalnych Strefach Ekonomicznych oraz Parkach Biznesowych

Konkurujące o nowych inwestorów miasta i regiony szukają sposobów na zwiększenie biznesowej atrakcyjności. Jedną z form zachęty dla przedsiębiorców są wyodrębnione obszary oferujące preferencyjne warunki prowadzenia działalności gospodarczej. Według danych z platformy Best2Invest w Polsce funkcjonuje obecnie 14 Specjalnych Stref Ekonomicznych o łącznej powierzchni ponad 18 000 ha oraz 71 Parków Biznesowych, w których średni przyrost inwestycji wynosi 215 zł na sekundę.

Wiktor Doktór
Wiktor Doktór, Prezes Fundacji Pro Progressio

Według ostatnich badań Fundacji Pro Progressio na temat kluczowych czynników przy wyborze lokalizacji biznesowej dostępność Specjalnych Stref Ekonomicznych jest istotna według 67%, a obecność na danym terenie Parków Biznesowych jedynie dla połowy ankietowanych. Eksperci przewidują jednak, że znaczenie tego rodzaju instytutcji będzie wzrastać.

Specjalne Strefy Ekonomiczne oraz Parki Naukowe i Technologiczne to dobry sposób na wykorzystanie poprzemysłowych terenów i ich infrastruktury. Przyjazne inwestorom otoczenie stymuluje rozwój gospodarczy polskich regionów, wpływa na redukcję bezrobocia i buduje wizerunek atrakcyjnej biznesowej lokalizacji. Obecnie obserwujemy dynamiczny rozwój Stref i Parków w Szczecinie, Trójmieście, Poznaniu, Rzeszowie, Częstochowie i Bydgoszczy – mówi Wiktor Doktór, Prezes Fundacji Pro Progressio.

Najstarszą SSE w Polsce jest EURO-PARK Mielec, posiadający swoje podstrefy na terenie pięciu województw. Wyróżnia go silna obecność inwestorów z sektora lotniczego, m.in. Hamilton Sundstrand, GOODRICH AEROSPACE i Polskie Zakłady Lotnicze. Największe obszarowo Strefy znajdują się w Wałbrzychu (ponad 2648 ha) i Katowicach (2347 ha). Najmniejsza – Suwalska Specjalna Strefa Ekonomiczna zajmuje 375,63 ha. SSE oferują przedsiębiorcom ulgi i zwolnienia podatkowe, przygotowany pod inwestycję teren lub  budynek po preferencyjnej cenie oraz różnego rodzaju pomoc niematerialną – na przykład doradztwo przy załatwianiu formalności związanych  z inwestycją czy zatrudnianiem pracowników.

Oprócz Specjalnych Stref Ekonomicznych w Polsce funkcjonuje również 71 Parków Biznesowych. Według danych z platformy Best2Invest najwięcej jest ich obecnie w województwie śląskim (14), najmniej – w mazowieckim i lubuskim (po 1). Aktualnie największym Parkiem w Polsce jest utworzony w 2001 r. Pomorski Park Naukowo-Technologiczny.

Parki dzielą się na te o charakterze technologicznym, przemysłowym, naukowo-technologicznym lub przemysłowo-technologicznym. W ich obrębie gromadzą się firmy z jednej lub kilku określonych branż oraz wspierające je placówki badawczo-naukowe. W Parkach prowadzona jest różnoraka działalność, m in. laboratoria, coworking, wynajem sal konferencyjnych, przestrzeni wystawowych, hal produkcyjnych czy inkubatory przedsiębiorczości.  Główne grupy korzystających z Parków Biznesowych to właściciele start-up’ów, małe i średnie przedsiębiorstwa oraz organizacje prowadzące działalność badawczo-rozwojową. Oferta wsparcia przedsiębiorców obejmuje zazwyczaj doradztwo w tworzeniu i rozwoju przedsiębiorstw, transfer technologii, wiedzy, know-how, przekształcanie wyników badań naukowych i prac rozwojowych w innowacje technologiczne.

Ze względu na rozmaite czynniki – położenie geograficzne, infrastrukturę i zasoby ludzkie, specyfikę lokalnego środowiska naukowego  czy tradycje regionu w wybranym sektorze gospodarki – większość Stref i Parków posiada specyficzny profil działalności. I tak w Katowickiej SSE intensywnie rozwija się klaster motoryzacyjny, Dolnośląski Park Technologiczny T-Park stawia na BPO, OZE, IT oraz medycynę uzdrowiskową, a celem Białostockiego Parku Naukowo-Technologicznego jest wsparcie takich branż jak: IT, BPO, biotechnologii, farmakologii, elektroniki czy nanotechnologii.

W 2014 r. w światowy sektor FinTech/ Financial Technology zainwestowano 12,2 mld USD

Innowacje w sektorze finansowym, w których przodują małe i elastyczne firmy technologiczne coraz częściej wymuszają na dużych graczach rynkowych weryfikację ich modeli biznesowych. W obliczu gwałtownego wzrostu liczby firm wykorzystujących technologie do oferowania usług finansowych (zwanych w skrócie FinTech/ Financial Technology), obecni uczestnicy rynku odczuwają ciągłą presję na innowacyjność, która trwale zmieni sektor finansowy. To najważniejsze wnioski z raportu „The Future of Financial Services: How disruptive innovations are reshaping the way financial services are structured, provisioned and consumed”, przygotowanego przez Światowe Forum Ekonomiczne we współpracy z firmą doradczą Deloitte.

Raport opracowano w oparciu o ponad sto wywiadów przeprowadzonych ze specjalistami branżowymi oraz o serię warsztatów, w trakcie których szefowie globalnych instytucji finansowych, takich jak UBS, HSBC, Deutsche Bank, Barclays, Visa czy MasterCard spotykali się z globalnymi innowatorami z sektora fintech, takimi jak Zopa, Funding Circle, Transferwise czy Ripple, by dyskutować o przyszłości branży.

– Od paru dziesięcioleci banki i firmy ubezpieczeniowe stosowały podobne, niezmieniane od lat modele działalności, które przynosiły duże zyski. W ostatnim czasie okazało się jednak, że modele te nie są już tak efektywne w porównaniu z innowacjami wprowadzanymi na rynek przez firmy technologiczne, które z powodzeniem zaczęły działać w sektorze finansowym – R. Jesse McWaters, główny autor raportu, Światowe Forum Ekonomiczne.

Firmy z branży technologii finansowych korzystają z innowacyjnych platform internetowych i narzędzi umożliwiających uzyskiwanie danych na temat klientów. Ich działalność nie wymaga dużego kapitału, są w stanie szybko zdobywać klientów i generować przychody.

Platformy kredytowe takie jak np. Lending Club, który zwrócił na siebie uwagę pierwszą dużą ofertą akcji o wartości 5,4 mld USD, mogą stanowić konkurencję dla podstawowej działalności kredytowo-depozytowej banków. Również zautomatyzowani, zdalni doradcy inwestycyjni , tacy jak np. Future Advisor, przyczyniają się do gwałtownego spadku marż generowanych przez tego rodzaju usługi w tradycyjnych spółkach sektora finansowego. „Nie uszło to uwadze banków i firm ubezpieczeniowych, które zastanawiają się nad najwłaściwszą reakcją na to zjawisko. Dynamiczny rozwój sektora fintech niewątpliwie wpływa również na sytuację na polskim rynku finansowym” – mówi Bogumił Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu, doradztwo dla sektora finansowego, Deloitte. „Jest to istotne w szczególności w perspektywie dalszego funkcjonowania w środowisku niskich stóp procentowych, kurczących się marż oraz postępującej konsolidacji sektora bankowego. Z naszego dialogu z zarządami banków wynika jednak, że konkurowanie z innowacyjnymi firmami działającymi na rynku usług finansowych przy jednoczesnym utrzymaniu tradycyjnego modelu kosztowego banku nie przyniosło do tej pory wymiernych korzyści. Wierzymy jednak, że rewolucja w tym zakresie nadejdzie już niebawem”– dodaje.

W roku 2014 w światowy sektor fintech zainwestowano 12,2 mld USD, czyli ponad trzykrotnie więcej niż w roku 2013. Tak radykalny wzrost nakładów inwestycyjnych nie jest jednorazowym zdarzeniem i pociąga za sobą silną i stałą presję na innowacje. Nowi uczestnicy mają coraz większy udział w rynku usług detalicznych sektora finansowego wartym globalnie 6,6 bln USD „To innowacje będą w najbliższym czasie kształtować zachowania klientów, modele działalności i długoterminową strukturę branży usług finansowych. Banki i firmy ubezpieczeniowe już widzą efekty działalności nowych konkurentów, a naszym zdaniem to dopiero początek” – mówi Magda Burnat-Mikosz, lider Innovation Consulting w Deloitte.

Jak zauważają autorzy raportu, choć innowatorzy zmuszą „tradycyjnych” graczy do zmian – często z korzyścią dla klientów – nie musi to oznaczać zniknięcia dobrze znanych, starych marek. Wiele dużych instytucji finansowych skupia się na wypracowaniu odpowiedniej reakcji na te zmiany. Uczą się od nowych graczy, dostosowując swoją ofertę i poszukując możliwości współpracy z nowo powstającymi firmami. „ Ta reakcja na zmiany także na polskim rynku pokazuje, że banki coraz częściej szukają przewagi w technologii, która nie tylko pozwoli uczestniczyć w wyścigu produktowym, ale także takiej, która w zdecydowany sposób usprawni skuteczność i efektywność operacyjną” – podkreśla Bogumił Wróbel. „Tak więc przykładem nowego podejścia nie jest już tylko wdrażanie przez coraz więcej instytucji technologii Responsive Web Design, ale także sięganie po nową generację systemów workflow, pozwalających na lepszą organizację pracy i dalszą poprawę efektywności procesów biznesowych” – dodaje.

Autorzy raportu wskazują, że rewolucyjny potencjał innowacji to ogromne możliwości ożywienia sektora finansowego oraz jego lepszego dopasowania się do oczekiwań klientów. „Ci, którym uda się wygrać, wykorzystają innowacje do budowy całych ekosystemów koncentrujących się na zaspokajaniu bardzo różnych potrzeb klientów. Polska z powodzeniem uczestniczy w tych zmianach, działające na naszym rynku banki zdobywają międzynarodowe nagrody w zakresie innowacyjności, a nasi bankowcy coraz częściej pytają o rozwiązania z zakresu digital marketingu, dalszej automatyzacji procesów oraz strategicznych inwestycji w platformy IT” – podkreśla Bogumił Wróbel.

Co Polacy sądzą o ciąży i założeniu rodziny?

Narodziny dziecka to jedno z najważniejszych chwil w życiu każdego człowieka. Łącznie w Polsce w 2014 roku urodziło się 374 311 dzieci, a każde z nich to olbrzymi powód do radości dla rodziców. – Postanowiliśmy sprawdzić jak Polacy starają się o dziecko. Zadaliśmy pytanie, jaki wiek jest według nich najlepszy na poczęcie dziecka, jak długo się o nie staramy i jak powinniśmy przygotować się do tego wielkiego wydarzenia w życiu każdej pary – wyjaśnia Piotr Rowicki, przedstawiciel marki dr Bocian, która wspólnie z TNS Polska przeprowadziła badanie na grupie ponad tysiąca mieszkańców Polski.TNS: Polacy o ciąży - czyli jak pary starają się o dziecko

20 – 25 lat – najlepszy wiek na urodzenie dziecka

Zdaniem połowy Polaków (49 proc.) najlepiej jest zacząć starania o dziecko, gdy ma się 20-25 lat. 38 proc. z nas uważa natomiast, że lepiej jest, gdy przyszli rodzice są nieco starsi i znajdują się w przedziale wiekowym 26-30 lat. Co ciekawe za tą drugą opcją częściej opowiadają się osoby młodsze, z wykształceniem średnim lub wyższym oraz mieszkańcy dużych miast, powyżej 200 tys. mieszkańców. Osoby powyżej 46 roku życia, są zdania, że w ciążę najlepiej zajść jeszcze w czasie studiów, tj. w wieku 20-25 lat. Tylko nieliczni zapytani wskazywali inne odpowiedzi.

Zielone światło, ale bez jednej kreski

W przypadku pytania o czas w jakim udało się zajść w ciążę ponad połowa odpowiedzi (54 proc.), wskazuje, że na poczęcie dziecka czekali mniej niż pół roku. Są to najczęściej pary, które zachodzą w ciążę zaraz po ślubie i chcą szybko założyć rodzinę. Ale jest również duża grupa badanych, która na pozytywny wynik testu ciążowego czekała znacznie dłużej, powyżej 2 lat (33 proc.).

– Nasz pierwszy syn w sierpniu skończy dwa latka. To idealny czas na młodsze rodzeństwo. Wszystko mieliśmy przemyślane i zaplanowane. Na początku bardzo chcieliśmy dziewczynkę. Po kilku miesiącach starań nie robi to nam już żadnej różnicy. Z pierwszym dzieckiem nie było żadnego problemu – miesiąc po zrobieniu wszystkich badań i otrzymaniu zielonego światła od lekarza trzymałam już w rękach test z dwiema kreskami. Teraz zielone światło od lekarza też jest, test miesiąc w miesiąc też. Tylko tej jednej kreski nam brakuje… – opowiada Malwina Bakalarz, autorka bloga parentingowego bakusiwo.pl

Do ciąży należy się odpowiednio przygotować – Już na samym początku podjęcia decyzji o staraniu się o potomka, warto podjąć działania, które mogą pomóc zajść w ciążę. – przekonuje Marek Pięta z działu medycznego firmy HAVAC, właściciela marki dr Bocian. – Nie chodzi tu jednak tylko o nastawienie mentalne, ale również inne czynniki. Jednym z nich są odpowiednie suplementy diety. Zawierają one stosowne witaminy, minerały, a także wyciągi roślinne, które mają za zadanie wzmocnić i oczyścić organizm, zarówno kobiety, jak i mężczyzny przed planowanym poczęciem – dodaje. Podobnie uważa 20 proc. ankietowanych w badaniu TNS, którzy stwierdzili, że odpowiednie odżywianie, właśnie przez suplementy diety, jest jednym z podstawowych czynników przygotowania się do ciąży.

Zdrowy tryb życia przede wszystkim…

W życiu przyszłego rodzica, przychodzi taki moment, kiedy zaczyna przygotowywać się do przyjścia na świat swojego potomka. 51 proc. Polaków uważa, że najważniejsze w przygotowaniu do ciąży jest prowadzenie zdrowego trybu życia. Rozumiemy przez ten termin: zdrowe odżywianie, sen, ruch, unikanie stresu oraz zachowanie tzw. „higieny umysłu” czyli spokój i zadowolenie z życia. W przypadku odpowiednio dobranej diety, pamiętajmy aby była bogata w warzywa i owoce. Nie można zapominać również o węglowodanach (kasze, zwłaszcza gryczana i jęczmienna) oraz tłuszczach roślinnych. Na pewno nie zaszkodzą, a wręcz pomogą rośliny strączkowe oraz orzechy, a także ryby, drób oraz jajka, zawierające kwasy omega-3.

Prawie połowa z nas (44 proc.) sądzi, że pomocna w kwestii przygotowania do ciąży okazuje się również konsultacja z lekarzem, a niewiele ponad jedna trzecia badanych uważa, że ważne jest zrobienie podstawowych badań (np. krew, mocz). Wykonanie takich testów pozwoli nam uniknąć niepotrzebnego stresu w razie wykrycia niedoborów i uspokoi jeżeli wynik będzie po naszej myśli. W razie słabszych wyników zawsze będziemy mogli szybo zareagować i znaleźć przyczynę oraz rozwiązanie problemu. A głowa wolna od problemów, to większa szansa na pozytywne zakończenie i poczęcie maluszka.

Kolejny aspekt, na który zwrócili uwagę badani, to możliwość odstresowania się (23 proc.), a co za tym idzie zarezerwowanie sobie odpowiedniej ilości czasu na odpoczynek i nie przepracowywanie się. Warto wspomnieć, że jest również grupa 16 proc. badanych, która wcale nie przygotowuje się do przyjścia dziecka. Takie zachowanie nie jest jednak odpowiedzialne, gdyż to właśnie od kondycji rodziców w dużej mierze zależy zdrowie ich potomstwa.

Kobieta i mężczyzna – różne punkty widzenia na ciążę

Postrzeganie przygotowań do ciąży przez kobiety oraz mężczyzn bardzo się różni. Odpowiedzi badanych wskazują, że w oczach kobiet staranie się o dziecko jest bardziej złożone – Kobiety zdecydowanie częściej niż mężczyźni widzą potrzebę podejmowania konkretnych działań przed zajściem w ciążę. Przykładowo, 62 proc. kobiet jest zdania, że ważnym aspektem jest prowadzenie zdrowego trybu życia. Podobne zdanie wyraża tylko 39 proc. mężczyzn. – tłumaczy Piotr Rowicki, przedstawiciel marki dr Bocian, pierwszego w Polsce kompletnego zestawu koncepcyjnego dla par starających się o dziecko.

Podobnie sytuacja wygląda w przypadku podstawowych badań – 43 proc. kobiet uważa, że są one potrzebne przed zajściem w ciążę, natomiast wśród mężczyzn przekonanie to podziela 28 proc. Różnicę widać również w przypadku zażywania suplementów. Przyszłe mamy zdecydowanie częściej (26 proc.), uważają, że wskazane jest, by wzmocnić w ten sposób organizm przed ciążą, aniżeli przyszli ojcowie – (14 proc.).

Należy również pamiętać, że problem z zajściem w ciążę to nie tylko „wina” kobiety, ale również jak wskazują eksperci – w 35 proc. problem mężczyzny. Oznacza to, że „płeć brzydka” zdecydowanie powinna poświęcać więcej czasu na wzmocnienie organizmu i dogonienie w tym aspekcie „płci pięknej”.

Powyższe wnioski z badania wskazują, że aby nasze wysiłki w staraniu o dziecko zakończyły się sukcesem musimy zaangażować się w sprawę w stu procentach, zarówno ze strony kobiety, jak i mężczyzny. Otaczająca nas codzienność w postaci braku wypoczynku, ciągłego stresu, złego odżywiania, smogu na ulicach, nie ułatwia nam zadania. Stąd coraz większy problem niepłodności wśród Polaków, z którą trzeba podjąć skuteczną walkę.

****************

Badanie przeprowadzone przez TNS Polska na zlecenia marki dr Bocian w dniach 26 czerwca- 1 lipca 2015 r. Próba: ogólnopolska, reprezentatywna próba 1016 mieszkańców Polski w wieku 15 i więcej lat (w tym 496 osób w wieku od 18 do 45 lat). Technika: wywiady bezpośrednie wspomagane komputerowo (CAPI).

Adam Urbanowski, dyrektorem marketingu i rozwoju serwisów internetowych Comperia.pl S.A.

Notowana na warszawskiej giełdzie Comperia.pl S.A., będąca właścicielem pierwszej polskiej porównywarki finansowej oraz internetowych narzędzi ubezpieczeniowych i telekomunikacyjnych dokonuje zmian organizacyjnych. Adam Urbanowski, dotychczasowy dyrektor marketingu, objął stanowisko dyrektora marketingu i rozwoju serwisów internetowych, jednocześnie zmieniła się nazwa samego działu zarządzanego przez Urbanowskiego.

Adam Urbanowski, dyrektor marketingu i rozwoju serwisów internetowych Comperia.pl S.A.
Adam Urbanowski, dyrektor marketingu i rozwoju serwisów internetowych Comperia.pl S.A.

– Obszar działalności struktur marketingowych w Comperia.pl S.A. zawsze był szeroki. Wraz z niezwykle szybkim rozwojem biznesu, wydawaniem kolejnych porównywarek, nowych serwisów czy narzędzi wzbogacających nasze witryny, zespół marketingu dzierżył pełną odpowiedzialność za rozwój i wyniki serwisów internetowych spółki. Przyszedł czas, aby nazwę działu dostosować do rzeczywistości – wyjaśnia Bartosz Michałek, prezes zarządu Comperia.pl S.A. – Kolejnym powodem zmiany jest znaczące poszerzenie kompetencji zespołu w wyniku udoskonalania procesu zarządzania i realizacji projektów IT – dodaje Michałek.

– Zmiana nazwy działu wynika z charakteru obowiązków wykonywanych przez dotychczasowy zespół marketingu. Poza prowadzeniem szerokich działań marketingowych, naszym bardzo ważnym zadaniem jest rozwój spółki o nowe rozwiązania w postaci porównywarek, serwisów internetowych czy aplikacji mobilnych – projektów, które przygotowujemy od koncepcji po realizację i utrzymanie – tłumaczy Adam Urbanowski, dyrektor marketingu i rozwoju serwisów internetowych Comperia.pl S.A.

 

Ograniczenia w dostawach energii elektrycznej dla przedsiębiorstw

Ze względu na utrzymującą się wysoką temperaturę i ograniczenia związane z produkcją energii elektrycznej, Polskie Sieci Elektroenergetyczne wprowadziły ograniczenia w dostawach energii. Dotyczą one także obszaru północno-zachodniej Polski, w którym energię dostarcza Enea Operator. Ograniczenia nie dotkną Klientów indywidualnych, a jedynie dużych zakładów produkcyjnych, zużywających najwięcej prądu. Mają one obowiązek zmniejszenia swojego zużycia. Ograniczenia obowiązują w godzinach od 10 do 22.

Przyczyną decyzji PSE są utrzymujące się od wielu dni upały, które niekorzystnie wpływają na elektrownie oraz sieci elektroenergetyczne. Niski poziom i wysokie temperatury wód w rzekach powodują zmniejszenie sprawności systemów chłodzenia w elektrowniach konwencjonalnych, co skutkuje zmniejszeniem produkcji energii elektrycznej. Niekorzystna sytuacja dotyka również odnawialnych źródeł energii. Niskie stany wody i brak wiatru powodują, że choć na terenie działania Enea Operator źródła odnawialne mają łączną moc ok. 1000 MW, ich obecna efektywność wynosi zaledwie ok. 2-5%.

Wszelkie wprowadzane ograniczenia są uzależnione od decyzji Polskich Sieci Elektroenergetycznych. Duże zakłady produkcyjne są zobowiązane do dostosowania się do ograniczeń, co wynika z ustawy prawo energetyczne i umów o świadczenie usług dystrybucji. Odbiorców objętych ograniczeniami będziemy informować na bieżąco o ewentualnych nowych decyzjach Operatora Sieci Przesyłowej.

Wprowadzone ograniczenia nie dotyczą Klientów indywidualnych. Jednak ze względu na sytuację, Enea Operator przyłącza się do prośby PSE o zmniejszenie w najbliższym czasie zużycia prądu przez każdego odbiorcę.

Chiny osłabiają juana

Chińczycy zbyt boleśnie odczuwają skutki ekonomiczne posiadania mocniejszej waluty. Z tego powodu obniżyli kurs referencyjny aż o 1,9%. Trwa festiwal symulacji komu i kiedy jak bardzo się opłaca/nie opłaca ustawa o pomocy kredytobiorcom walutowym. Poznaliśmy dane na temat inflacji w naszym regionie – znowu spada.

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Ledwo wczoraj pisaliśmy o gorszych danych z chińskiej gospodarki, a już mamy reakcję. Ludowy Bank Chin osłabił juana poprzez zmniejszenie kursu referencyjnego o 1,9%. Ze względu na brak płynnego kursu bank centralny ma możliwość dokonywania takich interwencji. Maksymalny dzienny zakres wahań wynosi 2% czyli wykorzystano niemal cały, ale od razu dodano, że to jednorazowy ruch, by uspokoić rynki. By oddać skalę decyzji: to mniej więcej tak, jakby w ciągu jednego dnia euro stało się droższe o 8 groszy względem złotego. Efektem tego działania będzie poprawa konkurencyjności chińskiej gospodarki. Z drugiej strony silny juan był elementem podnoszenia prestiżu i znaczenia Państwa Środka na świecie. Obecnie waluta Chin jest najsłabsza wobec dolara od blisko 3 lat. Biorąc jednak pod uwagę wzrost siły dolara w tym czasie tak mocny juan był raczej efektem ambicji władz niż realnie wycenioną walutą.

Ustawa mająca pomóc kredytobiorcom frankowym jest na coraz dalszym etapie prac. Budzi ona spory niepokój na rynkach, gdyż kolejne symulacje finansowe pokazują olbrzymią, potencjalną oczywiście, skalę kosztów. Ustawa ma pomóc przewalutować kredyty na złotówki. Obecne wyliczenia zakładają, że skorzystają z niego wszyscy upoważnieni, czyli około 33%. Symulacja ta jest z pewnością nadmiernie optymistyczna. Większości osób taki ruch gwarantuje zwiększenie wysokości raty. W rezultacie osoby te będą wolały pozostawić sobie ryzyko walutowe byle nie skazywać się na stabilny i nieodwracalny wzrost opłat. Jaki wpływ na rynek walutowy będzie mieć ta decyzja? Być może zobaczymy reakcję w momencie przegłosowania ustawy, aczkolwiek jej wpływ na kursy w długim okresie nie powinien być istotny.

Wczoraj poznaliśmy słabsze dane od naszego południowego sąsiada. Bezrobocie w Czechach wzrosło do poziomu 6,3%. Inflacja z kolei spadła z 0,8% do 0,5%. Poziom bezrobocia w tym kraju jest znacznie niższy od polskiego, jednakże rynki oczekiwały utrzymania poziomu 6,2%. Rynki zareagowały na te dane pojedynczymi wybiciami, jednakże szybko wróciły do poprzednich poziomów. Ich uwaga najwyraźniej była skupiona na wydarzeniach światowych.

Spadająca inflacja, świadcząca o tym, ze gospodarka jednak wcale nie rusza tak szybko, jak oczekiwano to nie tylko czeski problem. Dzisiaj poznaliśmy odczyty z Węgier i Rumunii i jak widać cały nasz region ma ten sam problem. W Rumunii w ujęciu rocznym ceny spadają już o 1,7%. Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:

10:00 – Włochy – inflacja konsumencka,
11:00 – Niemcy – indeks Instytutu ZEW.

EUR/PLNKomentarz walutowy 11.08.2015
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 11.05.2015 do 11.08.2015

Kurs EUR/PLN porusza się w krótkoterminowej formacji wzrostowej wewnątrz szerokiej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiega obecnie w okolicach 4,1600, a kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1200 – 4,1250, gdzie znajduje się dolne ograniczenie głównej formacji.

CHF/PLNKomentarz walutowy 11.08.2015
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 11.05.2015 do 11.08.2015

Kurs CHF/PLN utworzył trend wzrostowy, z którego doszło do wybicia w dół. Ku uciesze kredytobiorców można dalej mówić o dłuższym trendzie spadkowym. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9000, kolejnym ważnym poziomem jest 3.8450.

USD/PLNKomentarz walutowy 11.08.2015
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 11.05.2015 do 11.08.2015

Kurs USD/PLN porusza się w ramach szerokiej formacji wzrostowej. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Kolejnym wsparciem są minima na 3,7600.

GBP/PLNKomentarz walutowy 11.08.2015
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 11.05.2015 do 11.08.2015

Kurs GBP/PLN podobnie jak USD/PLN porusza się w ramach szerszej formacji wzrostowej. Oporem dla ewentualnych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9900. W przypadków dalszych spadków najbliższym wsparciem jest Ostatnie minimum lokalne na 5,7700.

Zakończyła się restrukturyzacja zadłużenia TUP Property należącej do Alta SA. Wierzytelność została zredukowana o 13,5 mln zł, a kredyt przeniesiony do mBanku Hipotecznego

0

Robert Jacek Moritz, prezes zarządu Alta SA

Wierzytelności firmy TUP Property będącej częścią spółki Alta zostały zredukowane o 13,5 mln zł. Macierzysta firma nie jest już gwarantem długu. Pozostała część zadłużenia została przeniesiona do mBanku Hipotecznego, co sprawiło, że restrukturyzacja finansowa została zakończona. Zdaniem prezesa Alty obecna sytuacja spółki jest dużo lepsza niż jeszcze kilka miesięcy temu.

Alta jest firmą inwestycyjną i nasze inwestycje są rozłożone mniej więcej po połowie między projekt w Siewierzu Jeziornej i spółkę TUP Property – mówi agencji Newseria Inwestor Robert Jacek Moritz, prezes zarządu Alta SA. – Ta ostatnia właśnie została zrestrukturyzowana, jeżeli chodzi o finansowanie.

W TUP Property, jak zapewnia prezes Robert Moritz, został właśnie zamknięty bardzo duży projekt refinansowania większej części portfela. Na początku czerwca spółka spłaciła przed wymagalnym terminem część kredytu w Banku Zachodnim WBK SA w kwocie 2,35 mln euro, z czego 1,9 mln pochodziło ze sprzedaży trzech nieruchomości.

30 czerwca, czyli pod koniec pierwszego półrocza, strony zawarły aneks do umowy, w którym zostały ustalone nowe warunki i termin spłaty pozostałej części kredytu. Ustalono, że reszta zostanie zwrócona do 30 czerwca 2016 roku. Jako dodatkowe zabezpieczenie została ustanowiona hipoteka zabezpieczająca wierzytelność na nieruchomości zabudowanej w Pruszkowie.

Alta SA już nie jest poręczycielem kredytów – zapewnia prezes Robert Moritz. – W międzyczasie sprzedaliśmy kilka nieruchomości, m.in. trzy powierzchnie, których najemcą było Jeronimo Martins [portugalski właściciel marki dyskontów Biedronka – red.]. Teraz zamknęliśmy sprzedaż kolejnej, która była zabudowana budynkiem magazynowym. Znacząco zmniejszyliśmy więc zadłużenie.

Dług przedsiębiorstwa został zredukowany o 13,5 mln zł. Pozostała część wierzytelności w kwocie 3,2 mln euro została natomiast przeniesiona do mBanku Hipotecznego.

Sytuacja spółki jest dużo lepsza, mamy bardzo dobry, dziesięcioletni kredyt z prawie dwudziestoletnią amortyzacją – zauważa Robert Moritz.

Przychody ze sprzedaży Alta SA w pierwszym kwartale br. wyniosły 994 tys. zł i były niższe od ubiegłorocznych o 149 tys. zł. W tym czasie strata netto przedsiębiorstwa wyniosła 540 tys. zł wobec 1,36 mln zł w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2014 roku. Większość aktywów inwestycyjnych Alty jest wyceniana raz w roku, w czwartym kwartale.

Ranking najtańszych ubezpieczeń samochodowych – lipiec 2015

Lipiec 2015 r. to siódmy miesiąc, w którym wyniki kalkulacji z porównywarki Ubea.pl posłużyły do stworzenia rankingu najtańszych polis. Od 1 do 31 lipca koszt nowego ubezpieczenia porównało około 150 000 kierowców. Po podsumowaniu indywidualnych kalkulacji internautów okazało się, że w lipcu niektóre firmy utraciły dobre pozycje. Jednocześnie kilku innych ubezpieczycieli poprawiło swoje miejsca w rankingu.

Tym razem w rankingu jest trzech różnych zwycięzców …

Każdy ranking porównywarki Ubea.pl opiera się na jasnych i niezmiennych zasadach oceny ubezpieczycieli. W lipcu każde z klasyfikowanych towarzystw również oceniono w skali od 0,00 punktów do 5,00 punktów. Najniższy wynik oznacza, że ubezpieczyciel ulokował się na ostatniej pozycji we wszystkich pojedynczych porównaniach, w których wyświetlił się jego wynik. Firma z najwyższą liczbą punktów (5,00 pkt), musiałaby zająć pierwsze miejsce w każdej kalkulacji ze swoim udziałem.

Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl zaznacza, że w rzeczywistości ubezpieczyciele nie uzyskują skrajnych wyników (0,00 pkt lub 5,00 pkt). W lipcu najwyższą notę otrzymały firmy Liberty Ubezpieczenia i Link4 (4,50 punktu – zobacz ranking OC + AC i OC + AC + NNW). To oznacza, że pakiety oferowane przez Link4 oraz Liberty Ubezpieczenia, wygrały najwięcej lipcowych kalkulacji (dotyczących jednej z czterech kategorii). W porównaniach internautów wykonanych od 1 lipca do 31 lipca, ostatnią pozycję najczęściej zajmowały polisy OC sprzedawane przez firmę Compensa (wynik: 1,58 punktu). Niewiele lepszy wynik uzyskały firmy InterRisk (patrz ranking OC + NNW), PZU (ranking OC + AC) i Ergo Hestia (ranking OC + AC + NNW).

Warto podkreślić, że w lipcu 2015 r. trzy kategorie rankingowe mają innego zwycięzcę. W przypadku polis OC, wygrała firma Ergo Hestia pod marką handlową You Can Drive (wynik: 4,16 pkt). Najtańsze pakiety OC + NNW oferował natomiast Link4 (wynik: 4,17 pkt). Polisy proponowane przez Liberty Ubezpieczenia były najtańsze w kategorii pakietów OC i AC. Jeżeli chodzi o najbardziej rozbudowane zestawy ubezpieczeń (OC + AC + NNW), to pierwsze miejsce zajął Link4. „Prócz wymienionych firm, w czołówce rankingów uplasowali się również dwaj inni ubezpieczyciele – AXA Direct oraz Aviva” – zwraca uwagę Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl. 

 

Ranking OC dla kierowców (lipiec 2015 r.)

Miejsce

rankingowe

Nazwa ubezpieczyciela Liczba punktów

w lipcu 2015 r.

Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do czerwca 2015 r.
1. You Can Drive (Ergo Hestia) 4,16 ↔ (0)
2. Aviva 3,91 ↗ (+1)
3. Liberty Ubezpieczenia 3,87 ↘ (-1)
4. Link4 3,62 ↔ (0)
5. Generali Direct 3,39 ↗ (+1)
6. AXA Direct 3,34 ↗ (+2)
7. MTU (Ergo Hestia) 3,34 ↘ (-2)
8. Proama 3,13 ↑ (+7)
9. TUW TUZ 3,00 ↔ (0)
10. Ergo Hestia 3,00 ↗ (+1)
11. PZU 2,70 ↘ (-4)
12. Gothaer 2,65 ↔ (0)
13. UNIQA 2,53 ↔ (0)
14. TUW „TUW” 2,50 ↔ (0)
15. InterRisk 2,18 ↓ (-5)
16. Compensa 1,58 ↔ (0)

 

Ranking pakietów OC + NNW dla kierowców (lipiec 2015 r.)

Miejsce

rankingowe

Nazwa ubezpieczyciela Liczba punktów

w lipcu 2015 r.

Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do czerwca 2015 r.
1. Link4 4,17 ↔ (0)
2. Aviva 3,93 ↗ (+1)
3. Compensa 3,67 ↑ (+5)
4. Liberty Ubezpieczenia 3,62 ↔ (0)
5. You Can Drive (Ergo Hestia) 3,60 ↘ (-3)
6. AXA Direct 3,57 ↔ (0)
7. Generali Direct 3,45 ↔ (0)
8. MTU (Ergo Hestia) 3,43 ↘ (-3)
9. TUW TUZ 3,02 ↔ (0)
10. PZU 2,67 ↑ (+5)
11. Gothaer 2,56 ↔ (0)
12.  Proama 2,33 ↗ (+2)
13. UNIQA 2,29 ↘ (-1)
14. InterRisk 1,67 ↘ (-1)

 

Ranking pakietów OC + AC dla kierowców (lipiec 2015 r.)

Miejsce

rankingowe

Nazwa ubezpieczyciela Liczba punktów

w lipcu 2015 r.

Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do czerwca 2015 r.
1. Liberty Ubezpieczenia 4,50 ↔ (0)
2. Link4 4,38 ↔ (0)
3. Proama 3,89 firma nieklasyfikowana w czerwcu
4. AXA Direct 3,86 ↔ (0)
5. Aviva 3,75 ↔ (0)
6. You Can Drive (Ergo Hestia) 3,68 ↔ (0)
7. Gothaer 3,40 ↗ (+1)
8. InterRisk 3,33 ↗ (+5)
9. Generali Direct 2,92 ↔ (0)
10.  MTU (Ergo Hestia)  2,86 ↗ (+1)
11. TUW TUZ 2,34 ↘ (-1)
12. Compensa 2,22 ↗ (+2)
13. UNIQA 2,19 ↘ (-1)
14. PZU 1,67 ↓ (-11)

 

Ranking pakietów OC + AC + NNW dla kierowców (lipiec 2015 r.)

Miejsce

rankingowe

Nazwa ubezpieczyciela Liczba punktów

w lipcu 2015 r.

Zmiana pozycji rankingowej w stosunku do czerwca 2015 r.
1. Link4 4,50 ↗ (+1)
2. Compensa 4,44 ↗ (+3)
3. Liberty Ubezpieczenia 4,44 ↘ (-2)
4. AXA Direct 3,98 ↘ (-1)
5. InterRisk 3,89 ↑ (+7)
6. Aviva 3,81 ↘ (-2)
7. You Can Drive (Ergo Hestia) 3,62 ↘ (-1)
8. Gothaer 3,37 ↘ (-1)
9. Generali Direct 3,06 ↘ (-1)
10. MTU (Ergo Hestia) 3,02 ↔ (0)
11. TUW TUZ 2,50 ↘ (-2)
12. UNIQA 2,35 ↘ (-1)
13. Ergo Hestia 1,67 ↔ (0)

 

Metodologia tworzenia rankingów: wynik punktowy jest ustalany na podstawie kalkulacji składek, które użytkownicy serwisu Ubea.pl wykonali w ostatnich 30 dniach. Najlepszy możliwy wynik to 5,00 punktów, a najgorszy to 0,00 punktów.

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Ubea.pl

W cennikach ubezpieczycieli wciąż trwają istotne zmiany

Po porównaniu pozycji poszczególnych ubezpieczycieli w czerwcu i lipcu, można dostrzec kilka ważnych zmian. Dotyczą one następujących firm:

  • Proama (patrz ranking OC)
  • InterRisk (patrz ranking OC, OC + AC i OC + AC + NNW)
  • Compensa (patrz ranking OC + NNW)
  • PZU (patrz ranking OC + NNW i OC + AC)

Nina Kuczyńska uważa, że najnowszy ranking Ubea.pl sygnalizuje dalsze zmiany w ofercie niektórych ubezpieczycieli. Takie modyfikacje są nieuniknione ze względu na koszty wprowadzenia systemu bezpośredniej likwidacji szkód (BLS). Ubezpieczyciele próbują również neutralizować skutki wcześniejszej wojny cenowej. Mimo starań towarzystw ubezpieczeniowych, polisy OC dla kierowców nadal pozostają nierentownym elementem oferty. Według danych Polskiej Izby Ubezpieczeń, wynik techniczny z polis OC za I kw. 2015 roku wyniósł (-59 mln zł). W całym minionym roku, analogiczna strata towarzystw ubezpieczeniowych przekroczyła 795 mln zł. „Jak widać, obowiązkowe polisy OC nie generują już takich strat jak wcześniej. Tym niemniej, nadal możemy spodziewać się wzrostu składek w nowo zawieranych umowach” – podsumowuje Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Źródło: porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl.

M. Stępień (Jujubee): Z oferty publicznej pozyskaliśmy 1,74 mln złotych. Środki zostaną przeznaczone na dokończenie prac nad grą „Kursk”

Michał Stępień, prezes zarządu Jujubee SA

W ramach przeprowadzonej oferty publicznej spółka Jujubee pozyskała łącznie 1,74 mln złotych. W ofercie wzięło udział ponad 120 inwestorów, którzy objęli blisko 25 proc. akcji katowickiego producenta gier komputerowych. Środki pozyskane z emisji posłużą do dokończenia produkcji gry „Kursk”. Premiera w wersji na komputery PC i Mac planowana jest już na koniec 2016 roku. Posiadacze konsol zagrają w nią pół roku później.

– Udało się zebrać 1,74 mln zł, to znacznie więcej niż się spodziewaliśmy. Całość tych środków przeznaczymy na produkcję i dokończenie gry „Kursk”, która ma się ukazać pod koniec przyszłego roku na komputery PC oraz Mac – informuje Michał Stępień, prezes zarządu Jujubee SA.

Według zapowiedzi zarządu spółki Jujubee wersja gry przeznaczona na konsole Xbox One oraz PlayStation 4 ma być dostępna w połowie 2017 roku. Zarząd liczy na łączną sprzedaż w wysokości 100-200 tys. sztuk, przy czym już poziom 50 tys. sztuk zapewni zwrot kosztów produkcji.

Spółka zadebiutowała na rynku NewConnect na początku sierpnia. Wejście na giełdę ma zapewnić firmie większą rozpoznawalność oraz dostęp do szerszego grona inwestorów.

– Nigdy nie ukrywaliśmy, że chcemy robić znacznie większe gry, na większe platformy i giełda nam umożliwia to znacznie wcześniej – tłumaczy prezes Stępień.

W chwili obecnej śląska spółka pracuje nad trzema produktami. Wśród nich znajdują się gra strategiczna „Real Politics” oraz symulacja realizowana na zlecenie niemieckiej spółki Astragon. Najważniejszym tytułem pozostaje jednak „Kursk”.

– Będzie to gra wyjątkowa, z dużo większym budżetem. Bardzo zależy nam na jakości. Zatrudniliśmy między innymi tego samego kompozytora, który tworzył muzykę do „Wiedźmina 3” – wyjaśnia prezes Jujubee SA.

Fabuła gry „Kursk” będzie oparta na faktach i ma nawiązywać do katastrofy rosyjskiej łodzi podwodnej. Gracz wcieli się w rolę marynarza, który próbuje ewakuować się z tonącego okrętu.

Choć spółka nie publikuje prognoz, bieżący rok nie powinien być pod względem finansowym gorszy od poprzedniego.

– Nie mogę ujawniać tych informacji, natomiast mogę powiedzieć, że I kw. tego roku wygenerował porównywalny zysk do tego z ubiegłego roku, natomiast II kw. będzie jeszcze lepszy – mówi Stępień pytany o prognozowane wyniki finansowe na koniec roku.

W pierwszym kwartale 2015 roku spółka Jujubee wykazała 166 tys. zł przychodów ze sprzedaży oraz zysk netto na poziomie 33 tys. zł.

Spółka nie planuje w najbliższym czasie żadnych nowych emisji akcji ani sprzedaży obligacji.

Spółka PepsiCo jednym z największych odbiorców ziemniaków przemysłowych w Polsce. Rocznie koncern wykorzystuje ich ponad 120 tys. ton

Małgorzata Skonieczna

W portfolio produktów firmy PepsiCo są nie tylko napoje bezalkoholowe, lecz także chipsy i chrupki oferowane pod markami Lay’s oraz Mr. Snaki czy Star. Od samego początku działalności w Polsce koncern korzysta z usług krajowych kontrahentów. Zdecydowana większość ze 120 tys. ton ziemniaków wykorzystywanych do produkcji chipsów pochodzi od lokalnych dostawców.

– Pierwsze skojarzenie z firmą PepsiCo to napój gazowany Pepsi. Natomiast my w naszej ofercie mamy też słone przekąski, czyli chipsy ziemniaczane Lay’s. I one stanowią bardzo istotną część naszego portfolio – informuje Małgorzata Skonieczna, dyrektor ds. komunikacji korporacyjnej na Europę Centralną w PepsiCo.

Spółka PepsiCo rozpoczęła produkcję słonych przekąsek na polskim rynku na początku lat 90. Od samego początku strategia koncernu w Polsce zakłada ścisłą współpracę z krajowymi kontrahentami. Ziemniaki wykorzystywane przy wyrobie chipsów niemal w całości pochodzą od lokalnych dostawców. Dziś jest ich ponad czterdziestu.

– Zaczęliśmy programy współpracy z rolnikami w Polsce we wczesnych latach 90., kiedy wspieraliśmy ich, pomagając finansowo, ucząc i pokazując, co należy robić, żeby uzyskać takie wyniki jakości i taki rodzaj ziemniaka, o jaki nam chodzi – tłumaczy Małgorzata Skonieczna.

PepsiCo prowadziła i prowadzi w ramach programu agrarnego nie tylko moduł edukujący rolników, jaki rodzaj ziemniaków i sposób ich uprawy jest konieczny do uzyskania dobrej jakości chipsów, lecz także rozdawała bezpłatne sadzonki i pośredniczyła w zdobywaniu przez rolników finansowania na rozwój i unowocześnianie gospodarstw.

Spółka PepsiCo jest obecnie jednym z największych konsumentów ziemniaków przemysłowych w Polsce. Rocznie w procesie produkcji firma wykorzystuje ich ponad 120 tys. ton. W 2010 roku spółka zainwestowała ponad 50 mln dolarów w modernizację i rozbudowę produkujących przekąski zakładów w Tomaszowie Mazowieckim i Grodzisku Mazowieckim.

W czerwcu tego roku firma PepsiCo świętowała swoje 50. urodziny. Międzynarodowy koncern spożywczy został utworzony w 1965 roku w Nowym Jorku w wyniku fuzji producenta przekąsek Frito-Lay oraz specjalizującej się w napojach spółki Pepsi-Cola.

– Po 50 latach, portfolio PepsiCo to zupełnie inne portfolio, bo są w nim zarówno napoje gazowane, mrożona herbata, napoje izotoniczne, napoje energetyczne, soki i woda – wyjaśnia Małgorzata Skonieczna.

Rozmówczyni zwraca również uwagę na inne produkty oferowane przez spółkę. Należą do nich napoje mleczne, jogurty oraz napoje izotoniczne. Te ostatnie dedykowane są głównie osobom aktywnie uprawiającym sport.

PepsiCo należy do grupy największych na świecie producentów napojów bezalkoholowych oraz produktów spożywczych. Według danych za 2014 roku spółka na całym świecie zatrudnia ponad 270 tys. osób, a łączna wielkość przychodów wynosi 66 mld dolarów. W Polsce w czterech zakładach produkcyjnych zatrudnionych jest niemal 3 tys. osób.

Komisja Europejska proponuje przedłużenie o rok wsparcia dla producentów owoców i warzyw. Ma to zniwelować skutki rosyjskiego embarga

Mariusz Dziwulski

Przez kolejny rok Komisja Europejska będzie wspierać producentów owoców i warzyw, którzy ucierpieli na skutek rosyjskiego embarga. Od sierpnia 2014 do marca 2015 eksport świeżych owoców i warzyw obniżył się o 17 proc. Wprawdzie producenci intensywnie poszukują nowych rynków zbytu, ale jeszcze nie zastąpiły one kierunku rosyjskiego.

Komisja Europejska proponuje przedłużenie do 30 czerwca 2016 roku wsparcia dla producentów owoców i warzyw. Za wycofywanie z rynku produktów otrzymają oni rekompensaty. Tylko do 30 czerwca 2015 r. wycofano z obiegu prawie 770 tys. ton owoców i warzyw, za które wypłacono im ok. 155 mln euro odszkodowania. W ten sposób Komisja wspiera unijnych rolników dotkniętych rosyjskim zakazem importu żywności

Od sierpnia 2014 roku do marca tego roku eksport świeżych owoców i warzyw obniżył się o 17 proc. Co prawda duża aktywność w poszukiwaniu nowych rynków zbytu, również w zwiększanie eksportu na rynki, na których jesteśmy obecni, w dużej części zrekompensowała straty wynikające z embarga, wciąż jednak eksport jest niższy – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Dziwulski, analityk rynku owoców i warzyw z Banku BGŻ BNP Paribas.

W analizowanym okresie eksport jabłek zmniejszył się 19 proc., w tym do krajów spoza Unii Europejskiej o 37 proc.

Na razie nie ma co oczekiwać lepszych wyników w eksporcie owoców i warzyw, mimo że – jak prognozuje ekspert – znaczenie nowych rynków będzie rosło, mowa tu m.in. o krajach Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu.

Część producentów próbuje swoich sił na rynku azjatyckim – mówi Dziwulski. – Jeżeli weźmiemy pod uwagę nowe rynki, to wciąż nie jest tak duży wolumen, by mógł złagodzić skutki utraty rynku rosyjskiego. Natomiast perspektywa długoterminowa jest jak najbardziej korzystna. Myślę, że eksport na te nowe rynki będzie się w dalszym ciągu zwiększał – prognozuje.

Według danych Banku BGŻ BNP Paribas gdyby wyłączyć ze statystyk Rosję, to po pierwszym kwartale sprzedaż jabłek za granicę zwiększyłaby się o 47 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku. Na Białoruś sprzedano 158 tys. ton, czyli o 15 proc. więcej niż rok wcześniej, do Egiptu – 5,8 tys. ton, czyli o 493 proc. więcej, a do Kazachstanu 29,8 tys. ton, czyli o 22 proc. więcej.

Sytuacja na rynku jabłek się poprawiła. Dzięki programom, które pozwoliły wycofać część produkcji z rynku, ceny dosyć istotnie wzrosły. Dobrą sytuację mamy również w sektorze przetwórstwa jabłek, w sprzedaży zagęszczonego soku jabłkowego. Można więc oczekiwać, że sytuacja cenowa będzie odrobinę lepsza – ocenia Dziwulski.

Jak podkreśla, wzrosły również ceny warzyw. Niekorzystna sytuacja z ubiegłego roku spowodowała, że powierzchnia zasiewów warzyw w tym roku była mniejsza, więc prawdopodobnie i zbiory będą niższe, a to może pociągnąć dalszy wzrost cen. Na niższe zbiory wpływ może mieć również susza.

Banki prognozują większy popyt na kredyty konsumpcyjne i hipoteczne

Mirosław Boda

Rynek bankowy zarówno po stronie depozytów, jak i kredytów notuje wzrosty. ING Bank Śląski spodziewa się, że w II połowie ich dynamika będzie jeszcze większa. Dodatkowym czynnikiem, zwiększającym akcję kredytową dla firm, mogą być duże inwestycje, które są planowane w Polsce.

W pierwszym półroczu ING Bank Śląski zwiększył wartość depozytów o 15 proc. do 80,2 mld zł, a wartość kredytów o 20 proc. do 66,4 mld zł. Spółka pozyskała 232 tys. nowych klientów detalicznych, a całkowita liczba klientów wzrosła o 280 tys. do 3,9 mln. Liczba rachunków bieżących zwiększyła się o 248 tys. do niemal 2,7 mln.

Widzimy bardzo dobre przyrosty, zarówno po stronie depozytowej, jak i kredytowej na rynku. Mam nadzieję, że będą one kontynuowane w II połowie roku, a być może trochę przyspieszą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Boda, wiceprezes zarządu ING Banku Śląskiego. – Nie zmieniamy naszej strategii, jesteśmy skoncentrowani na klientach, na wzroście organicznym, na długoterminowej relacji z klientem i w ten sposób chcemy budować ING Bank Śląski.

Boda zaznacza, że jakość portfela kredytowego ING zgodnie ze strategią długoterminowego budowania wartości spółki jest lepsza niż średnia na rynku.

Według ankiety NBP większość banków spodziewa się w III kwartale wzrostu popytu w każdym segmencie rynku kredytowego, czyli zarówno na kredyty konsumpcyjne, mieszkaniowe, jak i kredyty dla przedsiębiorstw.

Szansą na dodatkowe ożywienie akcji kredytowej dla firm (poza utrzymywanymi niskimi stopami procentowymi) są też rosnące inwestycje. Dotyczy to zwłaszcza największych przedsięwzięć.

Polska ma przed sobą bardzo wiele koniecznych inwestycji infrastrukturalnych, chociażby w energetyce, mam zatem nadzieję, że dzięki temu akcja kredytowa dla przedsiębiorstw będzie rosnąć szczególnie – mówi Boda. Zastrzega jednak: – Nie sądzę, żeby nastąpiły duże zmiany w budownictwie, przynajmniej w ciągu następnych dwóch kwartałów.

Jak podkreśla, wyniki banków za II kwartał już odzwierciedlają negatywny wpływ wprowadzanych zmian. Mowa tu o niższych opłatach interchange i wyższych obciążeniach związanych z wpłatami do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Boda spodziewa się, że wyniki ING będą coraz lepsze.

ING Bank Śląski jest też stosunkowo mało dotknięty zmianami związanymi z ustawą frankową o przewalutowaniu kredytów w szwajcarskiej walucie. Mniej niż 3 proc. kredytów sprzedanych przez ING było we frankach, więc w porównaniu z konkurentami (dla mBanku, Getinu i Millennium wskaźnik ten wyraźnie przekracza 20 proc.) poniesie niewielkie koszty, jeśli ostatecznie parlament przyjmie ustawę o przewalutowaniu. Na początku września nowymi przepisami zajmie się Senat.

Z powodu niskiego udziału kredytów we franku ING był jednym z niewielu banków, które w ubiegłym tygodniu, po przyjęciu przez Sejm ustawy, zyskały na giełdzie. Kurs spółki wzrósł o 3,63 proc., podczas gdy wskaźnik indeksu WIG-banki stracił 4,56 proc.

W pierwszym półroczu ING Bank Śląski miał zysk netto równy 605,6 mln zł (wzrost o 13 proc. w ujęciu rocznym) i 1,89 mld zł przychodów (wzrost o 6 proc.).

Do 2020 roku 80 proc. procesów biznesowych w firmach będzie oparte o big data. Analiza danych zmieni m.in. branżę reklamową

Piotr Prajsnar, prezes zarządu Cloud Technologies

Już za kilka lat firmom będzie trudno funkcjonować bez odpowiedniej analizy wielkich zbiorów danych. Jak prognozuje firma Gartner, do 2020 roku 80 proc. procesów biznesowych będzie oparte o big data. Ich zamiana w smart data będzie korzystna dla biznesu, w tym w szczególności dla branży marketingowej. Dzięki temu reklamodawcy dotrą z przekazem do odpowiedniej grupy odbiorców, dzięki czemu będzie on bardziej efektywny.

Big data jest bardzo istotne w kontekście monetyzacji danych – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Prajsnar, prezes zarządu Cloud Technologies, największej platformy big data w tej części Europy, specjalizującej się w biznesowej analityce danych.

Big data to ogromne zbiory zmiennych i różnorodnych informacji cyfrowych, których przetwarzanie i analiza są skomplikowane, ale jednocześnie bardzo wartościowe. Ma zastosowanie tam, gdzie dużej ilości danych cyfrowych towarzyszy potrzeba zdobywania nowych informacji lub wiedzy. W dostępności do tego rodzaju zbiorów szczególne znaczenie odgrywa internet i urządzenia mobilne oraz stopień powszechności usług świadczonych drogą elektroniczną.

Bardzo często mówimy o przetwarzaniu big data w tzw. smart data, czyli w zasoby, które mogą przynieść firmom korzyści, chociażby w zakresie optymalizacji procesów biznesowych – mówi Piotr Prajsnar. – Trzeba wspomnieć też o dark data, czyli zasobach, które są zupełnie zaszumione. Dziś te są najczęściej spotykane. Trzeba je przerobić i poddać odpowiedniej analizie, by wyciągnąć z nich wnioski, czyli zdobyć wiedzę, która jest cenna i przydatna z punktu widzenia przedsiębiorcy.

Big data jest zagadnieniem stosunkowo nowym. Wielu przedsiębiorców deklaruje, że chce w tym kierunku rozwijać swoje firmy oraz inwestować, ale obecnie niewielka część jest w stanie korzystać z tego rodzaju narzędzi efektywnie. Jak oceniają eksperci analityczno-doradczej firmy Gartner, do 2020 roku informacje gromadzone dzięki takiej analizie doprowadzą do przekształcenia i dalszego zdigitalizowania lub eliminacji 80 proc. procesów biznesowych.

Gartner przewiduje także narodziny nowej branży firm pośredniczących w gromadzeniu i analizie danych. Już w 2017 r. jedna trzecia informacji dostępnych przedsiębiorstwom będzie pochodziła od wyspecjalizowanych firm analizujących konkretne zbiory konsumentów opisujące schematy działań i zdarzeń, sytuację geopolityczną, trendy w zachowaniu klientów i pracowników, a nawet klimat.

W niedalekiej przyszłości normalne funkcjonowanie przedsiębiorstwa bez smart data będzie trudne – prognozuje prezes zarządu Cloud Technologies. – Firma może dziś prowadzić działalność bez dobrodziejstw techniki takich jak dostęp do internetu czy telefonii komórkowej, ale czy jest to efektywne? Jestem przekonany, że w ciągu kilku lat najbardziej sprawne firmy będą uzależnione od tego rodzaju rozwiązań.

Analiza zbiorów danych ma zastosowanie w każdej branży. Przykładem, o którym wspomina Prajsnar, jest branża reklamy internetowej. Dzięki big data przekaz reklamowy może trafiać do ściśle określonej grupy klientów, dzięki czemu staje się bardziej skuteczny.

Dzisiaj zaledwie od 5 do 10 proc. wszystkich emisji banerów reklamowych w internecie jest odpowiednio targetowanych. To bardzo niewielka część – zauważa Prajsnar. – Oznacza to, że nadal 90 proc. powierzchni reklamowej nie jest efektywnie wykorzystywane. To olbrzymi potencjał dla firm, które specjalizują się w tego rodzaju optymalizacji.

Średni koszt wyprawki szkolnej w tym roku to 683 zł. To ponad połowa minimalnego wynagrodzenia w Polsce

Przemysław Kasza

Na szkolną wyprawkę rodzice wydadzą w tym roku średnio niemal 700 zł – wynika z badania przeprowadzonego przez PBS na zlecenie firmy Provident Polska. To ponad 53 proc. minimalnego wynagrodzenia netto w Polsce. Najwyższe wydatki planują osoby zamieszkałe na wsi oraz zaliczane do segmentu ubogich. Koszty związane z wysłaniem dziecka do szkoły poniesie prawie 20 proc. Polaków.

W ramach cyklicznego projektu Barometr Providenta zadaliśmy pytanie dotyczące wydatków planowanych w związku z rozpoczęciem roku szkolnego. Okazało się, że rodzice będą musieli wydać średnio około 683 zł na dziecko, które wraca do szkoły – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Kasza z działu analiz Provident Polska.

Co 5 rodzic nie chce wydać na ten cel więcej niż 500 zł. Co czwarty planuje wydatki rzędu 500-700 zł, a 23 proc. – powyżej 700 zł. 30 proc. ankietowanych nie było w stanie określić jednoznacznie kwoty, którą przeznaczą na zakup tegorocznej wyprawki szkolnej.

Zdecydowanie największe wydatki planują mieszkańcy wsi. Kwota, którą zamierzają przeznaczyć na wyprawienie dziecka do szkoły, wynosi średnio 781 zł. To aż o 15 proc. więcej niż krajowa średnia. Średnia dla mieszkańców małych miast wynosi 593 zł, a dla dużych miast – 681 zł.

Największe wydatki planują osoby o przeciętnych zarobkach poniżej 2000 złotych netto miesięcznie. Wraz ze wzrostem uzyskiwanego wynagrodzenia następuje spadek planowanych kosztów kupna szkolnej wyprawki.

Wynika to najprawdopodobniej z faktu, że osoby mniej zamożne będą musiały uzupełnić większe braki niż osoby średnio zamożne – mówi Przemysław Kasza.

Zdecydowana większość, bo ponad 70 proc. Polaków, zamierza sfinansować wydatki związane z wyprawieniem dziecka do szkoły z bieżących dochodów lub oszczędności. Barometr Providenta pokazuje, że tylko nieliczni rodzice będą musieli skorzystać z pomocy bliskich (8 proc.) lub zaciągnąć pożyczkę na kupno przyborów szkolnych (5 proc.).

Najwięcej wydamy w sierpniu, bo prawie 60 proc. 14 proc. wydatków zrealizowaliśmy do końca lipca, 28 proc. wydatków zostanie zrealizowanych we wrześniu – mówi Kasza.

Według Barometru Providenta 19 proc. Polaków ma dzieci w wieku szkolnym i będzie musiało w tym roku uwzględnić wyprawkę w swoim budżecie. Biorąc pod uwagę miejsce zamieszkania, największy odsetek uczących się jest na terenach wiejskich (21 proc.). Znacznie mniej uczniów mieszka w miastach powyżej 200 tys. mieszkańców, ponieważ tylko 14 proc. mieszkańców dużych aglomeracji ma dzieci w wieku szkolnym.

Znaczna większość, bo 62 proc. rodziców, ma tylko jedno dziecko w wieku szkolnym. Odsetek rodzin wielodzietnych, czyli mających minimum trójkę dzieci, wynosi 6 proc.

Firmy coraz częściej wynajmują samochody zamiast je kupować

Artur Sulewski

Przedsiębiorcy coraz częściej wolą wynajmować samochody służbowe, niż je kupować. Co piąte auto, które w II kwartale trafiło do firm, było użytkowane w ramach wynajmu długoterminowego. Po polskich drogach jeździ ponad 135 tys. takich aut, a rynek wzrósł o 12,4 proc. w ujęciu rocznym. Do najbardziej popularnych usług należy wynajem samochodów wraz z pełną obsługą i serwisowaniem. To dla firm oszczędność czasu i pieniędzy.

Rynek wynajmu długoterminowego aut rozwija się od dłuższego czasu bardzo dynamicznie, o ok. 10 proc. rocznie. Zwłaszcza w ostatnim roku – po latach kryzysowych – nastąpiło duże przyspieszenie. Dla niektórych sektorów było to nawet 15 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Sulewski, dyrektor handlowy LeasePlan Fleet Management Polska, lider rynku wynajmu długoterminowego.

Według danych Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów, rynek wynajmu długoterminowego samochodów służbowych urósł po II kwartale 2015 roku o 12,4 proc. w ujęciu rocznym. Całe I półrocze zakończyło się wzrostem o 7 proc. względem analogicznego okresu w 2014 roku.

Jak wskazuje Instytut SAMAR, w II kwartale 2015 roku w Polsce firmy zakupiły łącznie ponad 57 tys. nowych samochodów osobowych. 21 proc. wszystkich sprzedanych do firm aut w Polsce pozyskano w formule wynajmu długoterminowego. Usługa ta zastępuje nie tylko zwykły leasing finansowy, lecz także kredyt czy zakup aut ze środków własnych przedsiębiorców.

Trzy czwarte samochodów służbowych kupionych w I półroczu tego roku to były auta zakupione przez firmy zajmujące się wynajmem flot lub leasingiem. Można więc powiedzieć, że trzy czwarte aut służbowych to samochody zarządzane przez firmy zewnętrzne – mówi Sulewski.

Długoterminowy wynajem może być dla przedsiębiorców dużo atrakcyjniejszą i bardziej opłacalną opcją. Najczęściej w ramach usługi firmy otrzymują nie tylko flotę, lecz także obsługę serwisową i administracyjną obejmującą m.in. pełne serwisowanie, wymianę opon, ubezpieczenie z assistance, helpdesk dla użytkownika. Do trzech czwartych wynajmowanych aut dołączony jest taki pakiet.

Firmy dostrzegły – w dobie spadających marż i rosnącej konkurencji – że trzeba się skupić na podstawowej działalności. To jest jedyna droga do sukcesu. Chcą oddać zarządzanie flotą na zewnątrz i mieć tylko jednego partnera, który będzie sprawował nadzór – mówi dyrektor handlowy LeasePlan. – Firmy obsługujące floty i zarządzające nimi przejmują pełną odpowiedzialność. Dla przykładu LeasePlan ma klienta, który ma 6 tys. samochodów w całej Europie i z tej firmy tylko dwie osoby są oddelegowane do tego, by pół etatu poświęcić na zarządzanie tą flotą.

Na koniec I półrocza 2014 roku firmy długoterminowo wynajmujące samochody należące do PZWLP stanowiły 80 proc. całego sektora w kraju i dysponowały 120 tys. aut. Rok później flota powiększyła się do 135 tys. samochodów. We flocie LeasePlan Fleet Management Polska po II kwartale było ponad 24,3 tys. samochodów.

Od 1 lipca przedsiębiorcy użytkujący floty zyskali możliwość odliczenia 50 proc. VAT od paliwa, co przekłada się na znaczące obniżenie kosztów eksploatacji. Z raportu PZWLP wynika, że ta zmiana raczej nie będzie miała większego wpływu na powiększanie przez firmy flot, ale stwarza ogólnie bardzo korzystne warunki do prowadzenia działalności biznesowej i wpływa pozytywnie na nastroje polskich przedsiębiorców.

Dotyczy to zwłaszcza sektora MŚP, gdzie oszczędności na VAT będą miały duże znaczenie i pozwolą się rozwinąć tym firmom. To będzie dodatkowy miesięczny zastrzyk gotówki, który będą mogły przeznaczyć na rozwój działalności – mówi Artur Sulewski.

Pracodawca może odwołać pracownika z urlopu wypoczynkowego, ale może to być dla firmy kosztowna decyzja

Alicja Biernat

Odwołanie pracownika z wakacji oznacza, że firma powinna zwrócić zatrudnionemu środki, które ten poniósł w związku z odwołaniem. Mogą to być środki wydane na organizację wypoczynku i koszty powrotu do domu. Zwrotem mogą być także objęte wydatki związane z podróżą rodziny. Pracodawca ma prawo, by w wyjątkowych sytuacjach przerwać pracownikowi urlop. Najczęściej powodami są awaria, choroba osoby wyznaczonej na zastępstwo czy niespodziewana kontrola.

Pracodawca powinien korzystać z możliwości odwołania pracownika z urlopu tylko w wyjątkowych sytuacjach, jedynie w razie wyższej konieczności – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Alicja Biernat, adwokat z Kancelarii Adwokackiej EIR Legal. – Są to sytuacje, których nie można było przewidzieć w chwili rozpoczęcia urlopu.

Firma ma instrumenty do tego, aby odpowiednio organizować pracę i urlopy. Jeszcze przed okresem urlopowym przełożeni mogą rozesłać specjalny dokument (ewentualnie plik w Excelu), w którym zatrudnieni przedstawią propozycje terminów wakacji. Mając takie informacje, kierownictwo wie, kiedy pracownicy chcą wybrać się na urlop oraz kiedy i w odniesieniu do jakich stanowisk występuje ewentualna kolizja terminów. Wtedy opracowując grafik, mogą nie zgodzić się na zaproponowane przez niektóre osoby urlopy.

Gdy jednak pracownik złoży wniosek urlopowy, a pracodawca go zaakceptuje, czyli wyrazi zgodę na korzystnie przez pracownika z urlopu, to taka akceptacja jest już wiążąca – zauważa Alicja Biernat. – Oznacza to, że jeśli przełożeni chcieliby po tym fakcie przesunąć termin urlopu danego pracownika bądź odwołać osobę, który już korzysta z wakacji, mogą to uczynić tylko w wyjątkowych okolicznościach.

Kodeks pracy nie precyzuje, czym konkretnie są wyjątkowe, nieprzewidziane okoliczności. Zdaniem Alicji Biernat to na przykład awaria w firmie. Pracownik, który jest odpowiedzialny za usuwanie skutków takiego zdarzenia czy konserwację bardzo wyszukanego technologicznie sprzętu, powinien nadzorować usuwanie usterki. Innym powodem może być choroba pracownika zastępującego osobę korzystającą z urlopu, gdy praca dotyczy kluczowego dla firmy projektu. Często jednak zdarzają się też odwoływania w przypadku różnego rodzaju nieprzewidzianych kontroli, np. Państwowej Inspekcji Pracy, Zakładu Ubezpieczeń Społecznych czy urzędu skarbowego.

Wiadomo, że wtedy wszyscy stoją na baczność i pracownik, który jest potrzebny do kontaktów z inspektorami i posiada bardzo ważne informacje, mogące pomóc firmie, może być odwołany z urlopu – wskazuje adwokat z Kancelarii Adwokackiej EIR Legal.

To jednak wiąże się z różnymi obowiązkami po stronie pracodawcy. Gdy firma odwoła zatrudnionego z urlopu, powinna mu zwrócić środki, które wydał w związku z odwołaniem go z urlopu. Mogą to być wydatki na zakwaterowanie, przejazdy, bilety lotnicze lub zakupione wycieczki w biurze podróży, jeśli podwładny nie mógł z nich skorzystać itp. Jeżeli pracownik przebywał na urlopie z rodziną i muszą wrócić wszyscy, pracodawca powinien pokryć koszty powrotu do domu także najbliższych.

Pracodawca musi się bardzo dobrze zastanowić, czy odwoływać zatrudnionego z wakacji, bo może to być dość kosztowne – uważa Alicja Biernat.

Dobrym wyjściem może być próba porozumienia się z pracownikiem, aby zdalnie, poprzez połączenie internetowe lub telefon, pomógł rozwiązać niespodziewany problem.

Być może wystarczy kilka e-maili, rozmów i będzie można znaleźć rozwiązanie – radzi adwokat z Kancelarii Adwokackiej EIR Legal. – Jeśli jednak pracownik zamiast odpoczywać z rodziną nad basenem, spędza na przykład 2 dni w lobby hotelowym, pisze e-maile, rozmawia przez telefon, czyta raporty, to później może zażądać, aby ten czas zaliczyć mu jako dni przepracowane. Takie dni wejdą wtedy do puli niewykorzystanego urlopu, ale kosztowne i kłopotliwe odwołanie nie będzie wówczas konieczne.