Rośnie polski rynek hotelowy. Przez pół roku przybyło 78 nowych hoteli

0

Stephen Hadley

Polski rynek hotelowy rozwija się, zarówno segment premium, jak i ekonomiczny. W połowie ubiegłego roku działało niemal 2,5 tys. hoteli. Najwięcej było tych opatrzonych trzema gwiazdkami. 

Rynek hoteli w Polsce rozwija się dynamicznie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stephen Hadley, dyrektor ds. operacji hoteli segmentu ekonomicznego w Grupie Hotelowej Orbis w Polsce. – Widać, że hotele w każdym segmencie, od ekonomicznego po luksusowy, dobrze sobie radzą. Wpływ na to ma z pewnością poprawa w gospodarce. Mamy więcej gości biznesowych i turystów, którzy przyjeżdżają w celach wypoczynkowych.

Jak wynika z raportu „Rynek Hotelarski w Polsce. Raport 2014”, w połowie 2014 r. w Polsce działało 2458 hoteli, aż o 78 więcej niż pół roku wcześniej. Ponad 42 proc. z nich były to hotele trzygwiazdkowe.

Obserwowany wzrost w polskiej gospodarce, który widać choćby po bardzo dobrych wskaźnikach makroekonomicznych, pozwala nam myśleć o inwestycjach – przekonuje Stephen Hadley.

Jak wynika z danych Ministerstwa Sportu i Turystyki, w ubiegłym roku kraj odwiedziło 15,8 mln turystów, którzy co najmniej jedną noc spędzili w hotelu. Liczba takich gości rośnie systematycznie od kilku lat, podobnie jak turystów, którzy tylko przejeżdżają przez Polskę, nie korzystając z noclegów. Takich osób mogło być nawet 60-70 mln. Coraz częściej hotele wykorzystywane są jako miejsce różnego rodzaju wydarzeń, seminariów i konferencji.

W przyszłym roku działalność rozpocznie sześć naszych obiektów – zapowiada Stephen Hadley. – Wierzę, że kolejne lata będą równie dobre dla rynku i dla całej gospodarki.

Orbis planuje między innymi uruchomienie kompleksu 2 hoteli we Wrocławiu, które powstaną po podziale istniejącego hotelu Wrocław na dwa, działające pod markami Novotel i ibis. Ten ostatni będzie miał ponad sto pokoi.

Będzie to pierwszy w Polsce ibis z nowym konceptem sweet room, który jest nowatorskim podejściem w segmencie ekonomicznym – zauważa Stephen Hadley. – Otworzymy również nowy ibis w Gdańsku, w świetnej lokalizacji, bardzo blisko Starego Miasta.

Zdaniem Hadleya goście w polskich hotelach oczekują przed wszystkim dobrych produktów oraz świetnej obsługi.

Dlatego w ibisie uruchamiamy nowe programy, w których jeszcze bardziej koncentrujemy się na gościu i jego wymaganiach – mówi Hadley. – Wprowadzamy także nowe koncepty uwzględniające potrzeby klientów. Jednym z nich jest sweet bed, który będzie rewolucją w segmencie ekonomicznym, nie tylko na polskim rynku.

Poza rozwijaniem marki w kraju Orbis silnie inwestuje również w krajach bałtyckich. Obecnie intensywnie poszukuje partnerów we wszystkich krajach, gdzie posiada sieć. W kolejnych latach duże nadzieje grupa wiąże także z franczyzą.

Wszystkie gospodarki regionu świetnie prosperują, natomiast Polska wyróżnia się wysoką dynamiką wzrostu – przekonuje Hadley. – Obserwując Warszawę, widzimy ogromny rozwój, zarówno pod względem biznesowym, jak i turystycznym oraz rekreacyjnym. Rynek zmienia się bardzo szybko i to w pozytywny sposób. W tym miejscu trzeba być. Polska ma wiele do zaoferowania pod względem ekonomicznym, a z tym wiąże się rozwój rynku hotelowego.

Spowolnienie na rynku usług IT. Nowe zamówienia powinny pojawić się pod koniec roku wraz z uruchomieniem środków unijnych

Przemysław Gnitecki

Spółki informatyczne odnotowują lekką stagnację w zamówieniach na usługi i sprzęt. Wszystko z powodu okresu przejściowego między dwoma perspektywami finansowymi UE. Więcej zleceń powinno pojawić się już w IV kwartale, kiedy ruszą pierwsze programy z nowej perspektywy. Szczególnie perspektywiczne będą jednostki administracji publicznej, m.in. służba zdrowia, która w dużej mierze proces cyfryzacji ma przed sobą.

W tej chwili nastąpiła stagnacja w nowych zleceniach, dlatego że dużo kontraktów w poprzednich latach było realizowanych ze środków unijnych – informuje agencję Newseria Biznes Przemysław Gnitecki, prezes zarządu oferującej rozwiązania informatyczne spółki SIMPLE. – One albo się właśnie skończyły, albo się kończą, ponieważ unijne projekty z poprzedniej perspektywy muszą zostać rozliczone w tym roku. Sporo firm czeka już na nowe kontrakty, jednak ten rok dla spółek informatycznych będzie lekko stagnacyjny.

Nowa perspektywa unijna otwiera nowe możliwości, ale są one dopiero na etapie wniosków potencjalnych klientów. W nowej perspektywie szczególnie perspektywiczne dla spółek IT będą instytucje publiczne. E-usługi administracji publicznej są jednym z priorytetów w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa, na który trafi ponad 2,2 mld euro.

Wiemy, że bardzo dużo pieniędzy pójdzie na służbę zdrowia – mówi Gnitecki. – Jest sporo szpitali, które muszą w ogóle wprowadzić jakikolwiek system, a okazją do tego będą środki unijne. Myślę, że sporo postępowań powinno się rozpocząć w czwartym kwartale bieżącego roku i pierwszych trzech miesiącach przyszłego.

W ramach POPC wspierane będą projekty z zakresu e-zdrowia realizowane zarówno przez podmioty publiczne, jak i prywatne. To m.in. inwestycje związane z zarządzaniem elektroniczną dokumentacją przez pacjenta, czyli wprowadzenie e-recepty, e-skierowania, e-zwolnienia czy e-rejestracji na wizytę u lekarza. Jak wskazuje badanie „E-administracja w oczach internautów”, dla 81 proc. ankietowanych bardzo ważna jest możliwość umówienia się na wizytę lekarską przez internet. 77 proc. osób wskazało, że duże znacznie ma także dostęp przez internet do historii choroby. Pieniądze z UE mają  przyczynić się do wzmacniania kompetencji pacjentów w wykorzystaniu e-narzędzi.

Także ustawa o elektronicznej dokumentacji medycznej będzie wymuszała pewne działania po stronie jednostek medycznych, a to spowoduje zwiększenie zapotrzebowania, głównie w przyszłym roku, na systemy, które to obsługują – wyjaśnia prezes SIMPLE.

W wyniku nowelizacji z 28 kwietnia 2011 roku termin wprowadzenia takiego obowiązku został przesunięty na 1 sierpnia 2017 roku (pierwotnie miał wejść w życie trzy lata wcześniej).

Jednostki lecznicze będą musiały inwestować również w systemy, które umożliwią wymianę danych z ogólnokrajowym systemem informacji medycznej. POPC zakłada również rozwój narzędzi z zakresu telemedycyny.

Wiemy, że będą również pieniądze na edukację. Pod koniec tego roku, a przede wszystkim na początku przyszłego te postępowania będą się pojawiały – prognozuje Gnitecki.

Wyginięcie pszczół oznaczałoby drastyczny spadek produkcji żywności. Polacy chcą je chronić

Katarzyna Dytrych

94 proc. Polaków uważa, że pszczoły powinny zostać objęte ochroną. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z konsekwencji wyginięcia pszczół dla produkcji żywności. W Polsce zagrożenie dotyczy ok. 4 tys. gatunków roślin, zwłaszcza masowo produkowanego rzepaku. Zdecydowana większość Polaków rozumie problem spadku populacji pszczół i chce chronić te owady.

Jak pokazują badania przeprowadzone przez Fundację Nasza Ziemia, 94 proc. Polaków uważa, że pszczoły powinny zostać objęte ochroną. Ich zdaniem należy również prowadzić działania edukacyjne na rzecz zatrzymania spadku populacji tych owadów. 84 proc. badanych zauważa zjawisko wymierania pszczół, a trzy czwarte uważa, że w sytuacji braku pszczół człowiek sobie nie poradzi. Polacy mają więc świadomość zagrożenia, jakie niesie możliwe wyginięcie tych owadów, nie wiedzą jednak, co sami mogą zrobić, aby zapobiec temu niebezpiecznemu zjawisku.

Blisko połowa z nas nie ma świadomości, że pomóc może tworzenie sztucznych gniazd, czyli miejsc, gdzie pszczoły mogą sobie zakładać swoje gniazda. Tak samo nie mamy świadomości, że już utworzenie dzikiego zakątka w ogrodzie będzie dla pszczołowatych wielką pomocą, bo będą miały swoje miejsca do schronienia i miejsca lęgowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Dytrych, członek zarządu Fundacji Nasza Ziemia.

Zjawisko masowego ginięcia pszczół datuje się od 2006 roku. Mają na nie wpływ choroby, pasożyty i rolnictwo przemysłowe, zwłaszcza stosowane przez rolników chemiczne środki owadobójcze, czyli pestycydy. Spadek populacji pszczół ma ogromny wpływ na działalność człowieka, są one bowiem głównymi owadami zapylającymi. Według danych Greenpeace bez pszczół prawie 1/3 roślin uprawnych musiałaby być zapylana w inny sposób, aby produkcja żywności nie spadła w drastyczny sposób. Żadne inne owady zapylające, np. motyle, nie mogą być wykorzystywane jako naturalne zapylacze na taką skalę jak pszczoły. Konieczne byłoby więc szybkie opracowanie, być może bardzo kosztownej, technologii sztucznego zapylania roślin. Wartość plonów uzyskiwanych dzięki zapylaniu przez pszczołowate wynosi obecnie 265 mld euro.

Jeżeli założymy, że 100 roślin dostarcza 90 proc. pożywienia ludziom na świecie, to aż 71 z tych roślin jest zapylanych właśnie przez pszczołowate. Możemy sobie zatem szybko wyliczyć, że jeżeli nie będziemy dbać o pszczołowate, jeżeli wymieranie będzie postępowało, to po prostu zabraknie nam pokarmu – mówi Katarzyna Dytrych.

Rośliny uprawne zależne od zapylania przez pszczoły to m.in. jabłka, gruszki, truskawki, pomidory, papryka, kawa, herbata, słoneczniki, wiśnie, śliwki, ogórki oraz masowo uprawiany w Polsce rzepak. Najczęściej za zapylenie jednej rośliny odpowiada kilka gatunków owadów, np. pszczoła miodna, pszczoła dzika i trzmiel. Dlatego tak ważne jest utrzymywanie różnorodności gatunkowej w przyrodzie. Tymczasem zagrożona wyginięciem jest nie tylko pszczoła miodna, spadek liczebności występuje także w przypadku populacji trzmieli i pszczół dzikich.

Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi, zapewniał ostatnio, że sytuacja stopniowo się poprawia. W ubiegłym roku było 1,29 mln rodzin pszczelich, czyli 0,2 mln więcej niż w 2006 roku. Wielkość produkcji miodu była jednak w ubiegłym roku dużo niższa od średniej z ostatnich 11 lat – 14 tys. ton wobec 17,2 tys. ton. W rekordowym 2011 roku zebrano 23 tys. ton miodu. W ramach Krajowego Programu Wsparcia Pszczelarstwa na ratowanie pszczół przeznaczono 16,6 mln euro, z czego połowa to środki unijne (na sezony 2013/2014, 2014/2015 i 2015/2016).

Wartość legalnych zleceń na rynku sprzątającym to 4,5 mld zł rocznie. Większość zamówień wciąż jednak głównie w szarej strefie

Jakub Łączkowski

Zarówno indywidualni klienci, jak i firmy coraz częściej decydują się na zatrudnienie profesjonalistów z branży sprzątającej. Tylko w tym roku legalnie pracę w tym sektorze znajdzie około 200 tys. pracowników. Większość sprzątaczy wciąż jednak pracuje w szarej strefie. Są oni konkurencją dla legalnych firm. Taka sytuacja prowadzi także do obniżenia jakości usług.

Wartość legalnego rynku sprzątającego to około 4,5 mld zł rocznie – twierdzi Jakub Łączkowski, przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Łączkowski, prezes zarządu Pozamiatane.pl, serwisu umożliwiającego zamówienie usług sprzątających online. – Na tę liczbę składają się zarówno usługi dla klientów indywidualnych, jak i dla klientów biznesowych.

Podkreśla, że choć branża sprzątająca jest dość młoda i wciąż funkcjonuje w większości w szarej strefie, to jednak bardzo dynamicznie się rozwija.

Według danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w sektorze pomocy domowych, czyli sprzątania oraz opieki nad seniorami i chorymi, tylko w 2015 roku znajdzie pracę około 200 tys. osób. Zapotrzebowanie na ich usługi rośnie, bo Polacy mają coraz mniej czasu na domowe obowiązki.

Wiele osób zaczyna dostrzegać, że sprzątanie i prace domowe to nie jest to, na co chcą poświęcać wolny czas. A na te obowiązki tracimy około ośmiu godzin tygodniowo – wylicza Jakub Łączkowski. – Chcemy mieć czas dla siebie, na własne zainteresowania. Dlatego szukamy osób do pomocy, poza tym stać nas na to, bo jesteśmy coraz bogatsi. W ostatnim rankingu Boston Consulting Group zajęliśmy bardzo wysokie miejsce pod względem dobrobytu.

Branża sprzątająca to nie tylko usługi dla indywidualnych klientów. Ponad 50 proc. rynku to przedsiębiorstwa, które coraz częściej do sprzątania zatrudniają firmy outsourcingowe i profesjonalistów. Prezes Pozamiatane.pl przekonuje, że takie rozwiązanie często jest dla klientów biznesowych tańsze niż zatrudnienie sprzątacza na etat.

Porównanie miesięcznego wynagrodzenia etatowego pracownika i opłat za cykliczną usługę zewnętrznej firmy pokazuje, że ta druga opcja jest znacznie tańsza – twierdzi Łączkowski.e

Branża usług sprzątających rozwija się w dynamicznym tempie. Pod koniec 2012 roku w rejestrze REGON zarejestrowanych było mniej niż 12 tys. firm. W 2013 roku ich liczba wzrosła o ponad 800 podmiotów. Natomiast pod koniec 2014 roku zarejestrowanych było ich już około 14 tys.

Musimy być świadomi, że liczba osób działających w tym segmencie jest znacznie wyższa, bo znaczny odsetek wciąż stanowią osoby pracujące w szarej strefie. Coraz bardziej jednak widoczna staje się chęć legalizacji działalności gospodarczej bądź formalizacji w oparciu o umowy cywilno-prawne – wyjaśnia Łączkowski.

Prezes Pozamiatane.pl dodaje, że szara strefa stanowi dużą konkurencję dla legalnych firm. Te coraz częściej szukają klientów w internecie. Platformy, gdzie można znaleźć rekomendowanych sprzątaczy, rozwijają się na całym świecie.

W Polsce brakuje narzędzi pozwalających na znalezienie dobrego i sprawdzonego sprzątacza. Profesjonalnie działające platformy wypełniają tę lukę, oferując klientom usługi tylko doświadczonych osób, które mają udokumentowane referencje – tłumaczy Łączkowski.

Najnowsze BIK Indeksy popytu na kredyty

Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych, wyniosła +6,2% w lipcu 2015 r. Oznacza to, że w lipcu 2015 r., banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 6,2%, w przeliczeniu na dzień roboczy, w porównaniu z lipcem 2014 r. Od początku 2015 r. średnia wartość indeksu wyniosła 0,0%.

W każdym z ostatnich 3 miesięcy zanotowaliśmy ponad 5% odczyt indeksu popytu na kredyty konsumpcyjne. Świadczy to o utrzymującym się wzroście zainteresowania klientów kredytami konsumpcyjnymi, czemu na pewno sprzyja stabilizacja w otoczeniu gospodarczym, w szczególności pozostawanie stóp procentowych na niskim poziomie oraz dalszy spadek bezrobocia. Jednocześnie, bardziej szczegółowo analizując dane z lipca, widzimy, że klienci poszukują kredytów na wyższe kwoty – w lipcu klienci zawnioskowali o 6,8% większą wartość kredytów, a jednocześnie o 4,8% spadła liczba złożonych wniosków niż rok wcześniej – mówi Sławomir Grzybek, ekspert Biura Informacji Kredytowej.

Patrząc na złożone wnioski o kredyty mieszkaniowe, lipiec był dobrym miesiącem. Wartość wnioskowanych kredytów zwiększyła się o 6,2%, natomiast liczba złożonych wniosków pozostała bez zmian w porównaniu do lipca poprzedniego roku. Dla porównania, analizując dane od początku roku, to wartość wnioskowanych kredytów była podobna do analogicznego okresu poprzedniego roku (styczeń-lipiec 2014r.), natomiast liczba złożonych wniosków w tym czasie była mniejsza o 5% – dodaje Sławomir Grzybek.

06Metodyka indeksów:

Wskaźnik BIK Indeks – PKK obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy, po wyłączeniu zapytań kredytowych na kwoty powyżej 200 tys. zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 30 dniach. Kredyty konsumpcyjne to łącznie: kredyty gotówkowe, kredyty ratalne, karty kredytowe oraz limity kredytowe.

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach.

Metodyka BIK indeks – PKK oraz BIK Indeks – PKM została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeksy są publikowane co miesiąc.

Popołudniowy komentarz walutowy z 06.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 06.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Branża meblarska szuka rąk do pracy

Polska od kilku lat pozostaje w ścisłej światowej czołówce, biorąc pod uwagę wartość eksportu mebli. Wyprzedzają nas jedynie: Chiny, USA, Niemcy i Włochy. Jednak jak zauważają eksperci od rekrutacji w polskiej branży meblowej może niebawem zabraknąć rąk do pracy, co z kolei przyczyni się do wzrostu kosztów produkcji. Stracimy jeden z głównych atutów, gdyż stosunkowo niskie koszty przy wysokiej jakości są obecnie mocną stroną polskiej produkcji meblowej.Polski sektor meblarski zgłasza coraz większe zapotrzebowanie na pracowników, i to na różnych szczeblach

Według Ministerstwa Gospodarki przy produkcji mebli w naszym kraju zatrudnionych jest ok. 130 tys. pracowników, zaś kolejne kilkadziesiąt tysięcy zajmuje się dostawą komponentów oraz dystrybucją. Z danych Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli wynika, że branżę meblarska w Polsce tworzy obecnie ok. 24 tys. firm. W zdecydowanej większości (ponad 91%) są to mikroprzedsiębiorstwa, w których pracuje poniżej 9 osób.

Poszukiwani specjaliści

Maria Szykuła TARA HRC
Maria Szykuła TARA HRC

„Polski sektor meblarski zgłasza coraz większe zapotrzebowanie na pracowników, i to na różnych szczeblach”

– mówi Maria Szykuła z firmy rekrutacyjnej TARA HRC, prowadzącej projekty dla rynku mebli.

„Chłonne rynki globalne, wzrostowa tendencja eksportu, a do tego niż demograficzny w Polsce – to wszystko sprawia, że do produkcji polskich mebli może wkrótce zabraknąć rąk do pracy. Już teraz wielu producentów decyduje się na pozyskiwanie pracowników z zagranicy, zwłaszcza ze Wschodniej Europy.”

Według ekspertów TARA HRC poszukiwani są specjaliści na wszystkich szczeblach przedsiębiorstwa: od managerów i dyrektorów zarządzających spółką, przez konstruktorów, projektantów, technologów drewna, a na pracownikach fizycznych kończąc. Pracodawcy muszą walczyć o pracowników, którzy coraz częściej wybierają pracę poza granicami Polski, głównie ze względu na korzystniejsze warunki finansowe. Przed polskimi firmami stoi zatem duże wyzwanie – muszą znaleźć złoty środek między rentownością produkcji, która jest jednym z ich głównych atutów, a inwestowaniem dodatkowych środków w kadry, aby zatrzymać najlepszych pracowników.

Menedżer do spraw eksportu na wagę złota

Z badań TARA HRC wynika, że firmy z branży meblarskiej chętnie szkolą swoich pracowników. Rozwija się również kadra pedagogiczna przygotowująca do zawodów rzemieślniczych. Dobrym przykładem jest Projekt „Polska Meblami Stoi”, za który odpowiedzialna jest REFA, największa w Europie ogólnoświatowa organizacja non profit, kształcąca w zakresie organizacji pracy. Wspomniany projekt skierowany jest do nauczycieli przedmiotów zawodowych, którzy we współpracy z przedsiębiorstwami przygotowują młode pokalanie do pracy w branży meblarskiej.

„Pod kątem zatrudnienia branża meblarska wydaje się być jednym z najciekawszych i najbardziej przyszłościowych obszarów” – mówi Maria Szykuła. „Sprzedaż mebli w naszym kraju jest na tyle niska, że polscy producenci, chcąc się rozwijać, muszą szukać nowych rynków zbytu, nawet tych dalekich jak Azja czy Afryka. Z tego powodu, newralgicznym stanowiskiem staje się manager ds. eksportu.”

Od idealnego kandydata na stanowisko menedżera ds. eksportu pracodawcy z branży meblarskiej oczekują wielu różnorodnych umiejętności – powinien on być kosmopolitą, poliglotą, finansistą i business developerem w jednym. Jednak według TARA HRC najistotniejsze kryterium to znajomość lokalnego rynku i języka, a nie specyfiki samej branży. Osoby, które wybiorą taką ścieżkę rozwoju kariery zawodowej muszą się liczyć z tym, że prawie 80% czasu pracy spędzą poza krajem. „Niedogodność tę z pewnością zrekompensuje im atrakcyjne wynagrodzenie. W przypadku doświadczonych kandydatów może wynieść od 8 do 10 tys. złotych na rękę” – dodaje Maria Szykuła.

Czy ceny nowych mieszkań spadną?

Deweloperzy wprowadzają do sprzedaży coraz więcej mieszkań. Czy popyt będzie tak duży by zrównoważyć rosnącą podaż? Czy ceny pozostaną bez zmian? Analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl prezentują opinie przedstawicieli firm deweloperskich na ten temat.

Tomasz Kaleta, dyrektor ds. sprzedaży LC Corp S.A.

W najbliższym czasie nie spodziewamy się obniżki cen mieszkań. W prawdzie podaż w ostatnich miesiącach jest o 50-100 proc. wyższa niż w latach 2012-2013, jednak w pełni równoważy ją aktualny popyt. Trudno wyrokować, jak długo ten stan rzeczy będzie się utrzymywał. Ceny mieszkań są na niezmiennym poziomie od dwóch lat, niższym niż w latach 2007-2008, przy wyższych zarobkach i zdolności kredytowej klientów. Warto zaznaczyć, że wg różnych raportów w Polsce wciąż brakuje około 1 mln mieszkań.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Aktualnie popyt na mieszkania jest duży, a podaż dość dobrze go równoważy. Polska to wciąż młody rynek z olbrzymimi perspektywami i dużym niedoborem mieszkań, szczególnie tych o dobrym standardzie. Według naszych analiz polski rynek, szczególnie w dużych miastach, charakteryzuje się wieloletnim horyzontem stabilnego wzrostu. Ważne jest jednak by ten wzrost odbywał się w racjonalnym, rozsądnym tempie. Zakładamy długotrwały, pozytywny trend dla rynku mieszkaniowego. Przewidujemy możliwość krótkotrwałego zwolnienia koniunktury, ale będą to tylko niewielkie korekty w ramach długofalowego trendu wzrostowego.

Jarosław Jankowski, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Ostatnie miesiące upływają pod znakiem rekordowych wyników sprzedaży notowanych przez deweloperów w całej Polsce, a szczególnie w Warszawie. Utrzymujące się na wysokim poziomie zainteresowanie klientów zakupem nowych mieszkań zachęca inwestorów do rozpoczynania kolejnych inwestycji. Warto jednak zaznaczyć, że rywalizacja pomiędzy poszczególnymi projektami mieszkaniowymi nie przekłada się na spadek cen transakcyjnych. W większości lokalizacji ceny od kilku miesięcy pozostają na niezmiennym poziomie, a w najbardziej popularnych rejonach notowane są nawet niewielkie wzrosty stawek ofertowych. W najbliższym czasie taka sytuacja będzie się utrzymywać.
Z kolei deweloperzy prowadzący projekty w mniej popularnych częściach miast, z utrudnionym dostępem do zróżnicowanej komunikacji, stosują i będą nadal oferować różnego rodzaju zachęty, w tym obniżki cen, aby wyróżnić swoje projekty. W takich przypadkach rosnąca podaż przełoży się na korzystniejsze dla klientów ceny mieszkań.
Dostępność kredytów oraz niskie stopy procentowe to tylko niektóre z czynników, wpływających na zainteresowanie klientów zakupem nowych lokali mieszkalnych. Kolejne miesiące nie powinny przynieść w tej kwestii większych zmian. W projektach, które prowadzimy przy ul. Jana Kazimierza w Warszawie sprzedaliśmy już łącznie ponad 320 mieszkań, a popularność naszych inwestycji stale rośnie, dzięki czemu wcześniej niż planowaliśmy możemy rozpoczynać kolejne etapy budowy osiedli.

Wanda Dzikowska, menedżer sprzedaży i marketingu w Atlas Estates

Podaż lokali na rynku pierwotnym rzeczywiście utrzymuje się na wysokim poziomie. Obserwując duże zainteresowanie działkami na terenie Warszawy, można się spodziewać, że ta tendencja utrzyma się. Jeśli chodzi o popyt możemy spodziewać się dobrej koniunktury. Wiele publikacji wskazuje, że zmiany w programie MdM, przewidujące dopłaty również do mieszkań z rynku wtórnego, mogą wpłynąć na zmniejszenie zainteresowania ofertą deweloperów. Nie widzę takiego zagrożenia. Warto bowiem pamiętać, że MdM obejmuje niewielką część mieszkań, głównie te położone na przedmieściach. Co więcej, rządowe dopłaty mają być teraz łatwiej dostępne, co może zwiększyć popyt, zarówno na używane, jak i na nowe mieszkania. Zainteresowanie zakupem tych ostatnich wspierają też dobra sytuacja gospodarcza w Polsce oraz rekordowo niskie stopy procentowe, które zmniejszają koszt kredytów hipotecznych. Reasumując, w drugiej połowie roku możemy się spodziewać stabilizacji cen na rynku pierwotnym. Mimo presji na obniżki, wynikającej ze znacznej podaży nowych mieszkań, rosnące koszty zakupu ziemi nie pozwolą deweloperom na korygowanie cenników w dół.

Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord

Popyt na nowe mieszkania rośnie. Świadczą o tym doskonałe wyniki sprzedaży za ostatnie półrocze. Deweloperzy z rozwagą uruchamiają nowe projekty, w miarę postępów sprzedaży w inwestycjach. Na przykład w pierwszym etapie podwarszawskiego projektu Neptun Ząbki sprzedaliśmy wszystkie mieszkania, a w drugiej fazie projektu już ponad połowa lokali znalazła nabywców. W najbliższym czasie planujemy uruchomienie przedsprzedaży kolejnego etapu osiedla, w którym powstanie 217 lokali. W obecnej sytuacji popyt powinien zrównoważyć podaż.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Nie możemy wykluczyć, że w przyszłości wysoka podaż nie wpłynie na ceny mieszkań. Staramy się jednak oferować mieszkania w pożądanych lokalizacjach z zachowaniem atrakcyjnych cen. Dzięki takiej polityce możemy pokusić się o stwierdzenie, że to my decydujemy o wysokości cen i wpływamy na ich obniżanie u konkurencji. Za przykład mogą posłużyć nasze nowe inwestycje Piasta Park oraz Zawiła, gdzie możemy pochwalić się najniższymi cenami w okolicy.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Obecnie ceny nowych mieszkań są stabilne z lekką tendencją wzrostową, a na rynku dostępna jest bogata oferta lokali. Dzięki temu sytuacja jest korzystna zarówno dla deweloperów, jak i klientów. Na pozytywną koniunkturę wpływ mają m.in. tanie kredyty i optymizm w związku z sytuacją gospodarczą. Program MdM również pozytywnie rzutuje na sprzedaż, dzięki niemu większa liczba młodych ludzi może pozwolić sobie na zakup mieszkania. Spodziewaliśmy, że bieżący rok będzie dla nas dobry, sprzedaż w porównaniu z II kwartałem ubiegłego roku wzrosła o niemal 42 proc. W ofercie posiadamy obecnie ok. 1 tys. lokali i przewidujemy, że wysoki popyt na rynku utrzyma się w drugiej połowie roku, także z uwagi na planowany w 2016 roku wzrost wymaganego wkładu własnego. Obserwujemy duże zainteresowanie zakupem lokali także w okresie wakacyjnym, w którym dodatkowo przygotowaliśmy dla klientów promocje.

Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic

W tej chwili nie obserwujemy tendencji wzrostowej cen mieszkań. W inwestycjach Hubertus w Warszawie i Wolne Miasto w Gdańsku bijemy rekordy sprzedaży mimo pęczniejącej oferty konkurencji. Do sprzedaży trafiają wciąż nowe inwestycje, ale nie wszystkie sprzedają się w jednakowym tempie. Osiedla w atrakcyjnych lokalizacjach, funkcjonalnych projektach i dobrej jakości zawsze znajdą chętnych. Pojawianie się konkurencyjnej oferty o niższym standardzie wręcz pomaga nam znaleźć nabywców, którzy bardziej doceniają walory naszych inwestycji.

Monika Kudełko z firmy Activ Investment
Rosnąca podaż na rynku nieruchomości z pewnością wpłynie na ceny mieszkań, ale tylko w tych inwestycjach, w których oferowane są mieszkania w wysokich cenach za metr kwadratowy, powyżej 7 000 zł/m kw. Rosnąca konkurencja z pewnością wymusi na deweloperach budujących tego typu lokale obniżki stawek ofertowych. W przypadku mieszkań tańszych, oferowanych w cenach od 4500 zł do 6000 zł za metr kw., których specjalizuje się Activ Investment, nie spodziewamy się zmian.

Katarzyna Żarska z firmy Marvipol

Wysoki wskaźnik oddawanych mieszkań towarzyszący wysokiej intensywności sprzedaży wpływa na utrzymanie stabilnego poziomu cen. Chętnych na mieszkania jest nadal dużo. Chociaż deweloperzy starają się wykorzystać popyt i w szybkim tempie uzupełniać deficyt mieszkań, podaż jest wciąż za niska. Grunty przeznaczone pod przyszłe inwestycje, znajdujące się w portfelach deweloperów powinny jednak zagwarantować ciągłość budowy inwestycji.

Anna Sitnik, dyrektor sprzedaży Dolcan

Nadpodaż może mieć wpływ na politykę cenową szczególnie w małych ośrodkach miejskich, w których dotąd inwestycji deweloperskich było niewiele. W aglomeracji warszawskiej natomiast ewentualny nawis podażowy będzie bez problemu konsumowany. Musimy pamiętać, że migracje ludności kumulują się wokół dużych ośrodków miejskich. Prognozy mówią, że do 2035 roku liczba ludności Warszawy wzrośnie o 10 proc.

Autor: Kamil Niedźwiedzki

Mali płacą najwięcej za opóźnienia innych

Wciąż 84% polskich przedsiębiorstw ma mniejsze lub większe problemy z egzekwowaniem należności od swoich kontrahentów, wynika z badania Krajowego Rejestru Długów. Najgorzej z odzyskiwaniem własnych należności radzą sobie firmy najmniejsze. One też ponoszą najwyższe koszty związane z tym, że ktoś nie płaci im na czas.

Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów
Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów

Prowadzone od sześciu lat cykliczne badanie „Portfel należności polskich przedsiębiorstw”, którego inicjatorami są Krajowy Rejestr Długów i Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce diagnozuje finansową sytuację polskich firm. Zestawione odpowiedzi odzwierciedla Indeks Należności Polskich Przedsiębiorstw, którego bliska korelacja z miernikiem PKB pozwala ocenić ogólną kondycję polskiego biznesu.

– Aktualne wyniki przyniosły nam nieznaczne obniżenie wartości INP, jednak wciąż pozostaje on na wysokim poziomie. Tak, jak szacowaliśmy trzy miesiące temu – ostatni kwartał nie zawiódł naszych przedsiębiorców i przyniósł im dobrą koniunkturę. Firmy, poza mikroprzedsiębiorstwami, są ogólnie zadowolone z tego, jak wyglądają ich finanse. Pojawiają się jednak sygnały, które powinny wzbudzić czujność polskiego biznesu, szczególnie jego najmniejszych graczy. Łączne zadłużenie, jakie wobec najmniejszych uczestników rynku mają inne firmy wzrosło w ciągu ostatniego kwartału o 7% i wynosi obecnie ponad 860 mln złotych. Firmy innej wielkości nie zanotowały takiego przyrostu wierzytelności, a średnie przedsiębiorstwa czekają na mniej pieniędzy niż w poprzednim kwartale – podkreśla Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Ze swojej sytuacji finansowej w ostatnim czasie najbardziej zadowolone były firmy małe, zatrudniające do 50-ciu pracowników. Tu odsetek tych, które zanotowały wzrost dochodów (37,2%) znacząco przewyższa te, które skarżą się na pogorszenie własnej sytuacji finansowej (9,7%). Podobnie wygląda zestawienie w przypadku firm średnich i dużych. Całkiem inaczej przedstawiają się za to wyniki firm najmniejszych, zatrudniających do 9-ciu pracowników. Tu odsetek firm, które są niezadowolone z własnej sytuacji finansowej (18,4%), niebezpiecznie zbliża się do odsetka tych, którym jednak udało się utrzymać dobre zarobki (26,9%).

I chociaż mikrofirmy w najmniejszym stopniu narzekają na problemy z wyegzekwowaniem płatności od własnych kontrahentów, koszty związane z obsługą takich opóźnień w przypadku najmniejszych firm są nieporównywalnie wyższe od tego, ile na walkę ze spóźnialskimi kontrahentami wydają pozostałe przedsiębiorstwa. Kwota, jaką obciążone zostają polskie firmy z powodu opóźnień w płatności ze strony ich kontrahentów to średnio 6,9% wszystkich wydatków.

– Według naszego badania firmy największe przeznaczają średnio 2,4% wszystkich kosztów na pokrycie strat i działania windykacyjne w związku z występującymi opóźnieniami w płatnościach od kontrahentów. Dla mikrofirm koszt ten wynosi już prawie 8% wszystkich wydatków. To bardzo dużo – zwłaszcza, że przedsiębiorstwa te często współpracują z jednym, dwoma partnerami. Wynik ten sugerowałby więc, że są one często uzależnione od … swoich dłużników – podkreśla Adam Łącki.

Brak płatności ze strony kontrahenta skutkować może nie tylko koniecznością ograniczania własnych inwestycji, ale również brakiem możliwości rozliczenia się w terminie z kolejnymi, współpracującymi z danym przedsiębiorstwem firmami. Takie zachowanie stanowi barierę działalności dla 31,1% wszystkich przedsiębiorstw. Na uciążliwość tę skarży się też praktycznie taki sam odsetek najmniejszych przedsiębiorstw. Z kolei wśród biznesów średniej wielkości, jedynie 26,8% dostrzega taki problem.

Jak wskazują wyniki badania, firmy na spłatę należności od kontrahentów czekają średnio 3 miesiące i 21 dni. To o 6 dni dłużej niż w poprzednim kwartale. I znowu w najgorszej sytuacji znajdują się firmy najmniejsze, które na zapłatę za faktury wystawione kontrahentom czekają aż 4 miesiące. Dla porównania firmy największe, na taki przelew czekają zazwyczaj do 2 i pół miesiąca.

– Małe firmy pozostają często w tej niekomfortowej sytuacji, że ich istnienie jest uzależnione od większych i zamożniejszych partnerów, którzy są w stanie wymusić na nich dłuższe terminy płatności, a co za tym idzie – w prosty sposób zachwiać ich finansową równowagą – zauważa Waldemar Sokołowski, prezes Rzetelnej Firmy, która skupia wokół siebie przedsiębiorstwa z sektora MSP.

Kolejnym sygnałem, jaki płynie z odpowiedzi ankietowanych przedsiębiorstw jest procent przeterminowanych płatności. 23% wystawionych przez przedsiębiorców faktur wciąż nie jest płacona w terminie, a ze zjawiskiem tym skutecznie radzą sobie tylko najwięksi gracze na rynku.

– Bardzo niepokojącym sygnałem jest dla mnie to, że najmniejsze firmy w swoich portfelach przeterminowanych należności mają najmniejszy odsetek łatwo ściągalnych faktur, czyli takich, w których od daty terminu płatności nie minęły jeszcze trzy miesiące. W porównaniu do innych firm mają też najwyższy udział faktur przeterminowanych do 12 miesięcy, a co 5. faktura, na której zapłatę czekają mikroprzedsiębiorcy to taka, której termin płatności minął ponad rok temu. Takie długi windykuje się naprawdę trudno– ostrzega Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji w Kaczmarski Inkasso.

Pomimo tych zauważalnych trudności, z jakimi radzić muszą sobie polskie firmy, nasi biznesmeni z umiarkowanym, ale jednak optymizmem patrzą na nadchodzące miesiące. Aż 1/3 ze wszystkich przedsiębiorców jest przekonana, że za 3 miesiące będą mogli cieszyć się poprawą własnych finansów. Największymi pesymistami pozostają firmy największe, które oczekują zarówno pogorszenia spływu należności od swoich kontrahentów (20% odpowiedzi – „problemy z płatnościami wystąpią w większym stopniu), jak i słabszej sytuacji własnych finansów (31% wskazań). Niestety, im bardziej zwiększa się wielkość firmy, tym bardziej maleje wiara w inne przedsiębiorstwa. I tak, jak 5% mikrofirm wskazało, że w najbliższych miesiącach nie pojawią się problemy z odzyskiwaniem należności od kontrahentów, tak spośród firm średnich odpowiedziało tak już niewiele ponad 2%.

Badanie Portfel należności polskich przedsiębiorstw zostało przeprowadzone w lipcu 2015 roku na grupie 1418 przedsiębiorstw.

W lipcu upadło 69 polskich przedsiębiorstw

Ogłoszone w lipcu upadłości firm produkcyjnych są w części przypadków efektem problemów z popytem w latach ubiegłych (załamanie obrotów), ale w części przypadków winna jest nie utrata rynku, ale niska rentowność sprzedaży. Liczba upadłości wzrosła w czterech województwach – zmienił się zdecydowanie ich charakter na Mazowszu i w Wielkopolsce.

Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes
Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes

O skali działalności firm z lipcowej listy opublikowanych upadłości świadczy łączna ostatnia znana liczba ich pracowników, która wyniosła ok. 1800 osób – czyli były to firmy rozwinięte w swoim czasie, a nie dopiero debiutujące. W lipcu łączny ostatni znany obrót firm, które znalazły się na opublikowanej liście upadłości wyniósł łącznie 240 mln złotych – podczas gdy suma ich obrotów zrealizowanych 3 lata temu była dwukrotnie wyższa (480 mln złotych), a przed pięciu laty wyższa była o połowę (350 mln złotych w 2010 roku).

Poprawa bieżącej kondycji firm mierzona liczba upadłości następuje tam, gdzie się wszyscy tego spodziewamy – w budownictwie czy w sektorze spożywczym – mówi Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. Rośnie liczba nowych inwestycji (a rosnąć będzie jeszcze bardziej), eksport żywności również się zwiększa pomimo barier w Rosji – należało się wiec spodziewać ogólnej poprawy w tych sektorach. Zaskakujące, a przynajmniej nie tak łatwe do wytłumaczenia jest za to pogorszenie w części branż, zwłaszcza powiązanych ze wspomnianymi dobrymi danymi makroekonomicznymi. Mniej jest niż przed rokiem upadłości hurtowników, nie ma wśród nich tych sprzedających artykuły budowlane (popyt przecież rośnie), ale… za to ich producenci upadają zdecydowanie częściej niż w latach ubiegłych (w lipcu aż 11 bankructw producentów artykułów inwestycyjnych, z czego 8 stricte budowlanych). Lepszy popyt konsumencki zarówno wg. danych GUS, jak i Eurostatu (obejmujące sprzedaż także w mniejszych sklepach) nie pomógł hurtownikom art. konsumenckich – większość z upadających hurtowni sprzedawała kosmetyki, odzież, art. wyposażenia mieszkań. Czym to można tłumaczyć? Oprócz wielu czynników indywidualnych dla poszczególnych przypadków zauważyć trzeba też, że polski rynek charakteryzuje się zdecydowanie większym poziomem konkurencji pomiędzy przedsiębiorstwami niż w innych krajach europejskich. W efekcie w Polsce niższe są nie tylko płace, ale też rentowność wielu przedsiębiorstw, a z drugiej strony wymagane są często wyższe nakłady inwestycyjne (większa jest presja na innowacje m.in. w sposobie dystrybucji towarów).

Budownictwo – rosną inwestycje, ale nie ich ceny (i rentowność)

  • Budownictwo: upadają głównie firmy realizujące podstawowe prace budowlane i wznoszenie budynków, mniej jest upadłości wyspecjalizowanych firm wykończeniowych. Wciąż jeszcze echa poprzedniego załamania rynku inwestycji infrastrukturalnych (3 spośród 17 dotyczyło firm w nich wyspecjalizowanych w drogownictwie i budowie rurociągów, które nie odbudowały obrotów spadających od 2011 roku). Przyczyny poprawy są znane, mniej jednoznaczne (i przewidywalne) są powody pogorszenia w niektórych branżach

Wzrosty produkcji budowlanej jest faktem, ale ich największe nasilenie jest jeszcze przed nami, także z powodu opóźnień proceduralnych w ich rozpoczęciu – mówi Michał Modrzejewski, dyrektor analiz Branżowych w Euler Hermes. Mniejszy od oczekiwań wzrost rynku wpływa na konkurowanie głównie ceną – nie ma miejsca na jej wzrost. W efekcie mimo, iż rentowność firm budowlanych poprawiła się w stosunku do ostatnich lat, nadal nie jest tak dobra jak przed 2012 rokiem. To jest przyczyną największej grupy upadłości firm budowlanych – realizujących podstawowe prace budowlane i wznoszących budynki (10 upadłości w lipcu). Oprócz tego miały miejsce 4 upadłości firm realizujących prace wykończeniowe (tynkarskie, wodno-kanalizacyjne) oraz 3 bankructwa firm obsługujących inwestycje drogowe i przesyłowe (te nie na skutek bieżącej koniunktury, ale jako efekt problemów, które zaczęły się w 2011 roku).

Firmy usługowe – trochę lepiej w sektorze usług biznesowych, ale wciąż jest to sektor borykający się z licznymi problemami

Liczba upadłości firm usługowych mim, iż wciąż jedna z wyższych zmniejszyła się o 1/3 w stosunku do tej z lipca ubiegłego roku. W tak licznej grupie zróżnicowanie jest spore, natomiast zauważyć można spadek liczby upadłości firm świadczących usługi na rzecz biznesu (mniej jest wśród nich tak licznych niedawno firm obsługujących procesy inwestycyjne), mniej jest też bankructw firm doradczo-księgowych czy dostarczających oprogramowanie. Wciąż zauważyć można upadłości firm specjalizujących się w gastronomii i hotelarstwie (4). Grupą, w której upadłości są ostatnio częstsze są firmy związane z usługami zdrowotnymi, sportem i edukacją.

Transport – mniejsze firmy w trudniejszej sytuacji niż przed rokiem

Od początku roku oficjalnie było 27 upadłości firm transportowych, wobec 16 w tym samy okresie ubiegłego roku. To tylko wierzchołek – zdecydowana większość firm transportowych jest zbyt mała i nie ma wystarczającego majątku na pokrycie kosztów postepowania upadłościowego. Można więc założyć w stosunku do całej branży wzrost w tym roku liczby upadłości o ponad połowę (a ściśle licząc nawet o 70%). Firmy transportowe napotykają utrudnienia w dostępie do rynków zagranicznych (po Niemczech także m.in. Norwegia), a ich rodzimi klienci narzucają im wydłużone terminy płatności. Oprócz tego należy spodziewać się, iż kwestia kosztów zatrudnienia dotyczyć będzie nie tylko wybranych rynków zagranicznych, ale generalnie będzie ulegać zmianie w kierunku ich wzrostu (m.in. kwestia delegacji). Tutaj na lepszej pozycji są duże firmy transportowe, mogące sobie na to pozwolić obsługując bardziej pewne, stałe kontrakty, redukując też koszty poprzez proponowanie części kierowców samozatrudnienie.

Wzrost upadłości tylko w czterech województwach

Na Mazowszu dwie główne grupy związane ze wzrostem liczby upadłości to firmy budowlane i producenci na rzecz budownictwa oraz hurtownicy i firmy logistyczno-magazynowe. Tylko pojedyncze przypadki upadłości nie mieszczą się w klasyfikacji tych dwóch grup (kiedyś W woj., mazowiecki dominowały upadłości firm usługowych i mniejszych firm handlowych). Dużo większe zróżnicowanie upadłości w podziale na branże było w Wielkopolsce – z tym iż poza jednym przypadkiem nie mieliśmy tam do czynienia z firmami związanymi z budownictwem (to również zmiana – jeszcze na początku roku te firmy stanowiły dużą część w statystyce upadłości w tym województwie). W województwie warmińsko mazurskim dwie największe upadłości związane były z budownictwem, dominowały jednak w statystyce upadłości firmy handlowe.

Giełdą rządzą słowa, nie fundamenty

O przyczynach zmienności na warszawskiej giełdzie oraz perspektywach dla małych i średnich spółek w kontekście wyniku wyborów parlamentarnych rozmawiamy z Tomaszem Matrasem, Zastępcą Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Union Investment TFI.

Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Union Investment TFI
Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Union Investment TFI

Od wyborów prezydenckich w Polsce warszawska giełda zachowuje się wyjątkowo słabo. Czy ten trend ma szansę się odwrócić?

W ostatnich miesiącach bardzo trudno cokolwiek rzetelnie prognozować. Co chwilę pojawiają się nowe pomysły polityków, które powodują zmienność na rynkach. Dla przykładu – w zeszłym tygodniu akcje banków (które mają dominujący udział w indeksie WIG20) wzrosły po wypowiedzi przedstawiciela opozycji, że po 2016 r. miałby zostać wprowadzony podatek bankowy. Następnego dnia brokerzy zasugerowali, że wypowiedź posła mogła być przejęzyczeniem, i to zgasiło optymizm. Kolejny przykład to propozycja, aby wprowadzić podatek od sklepów wielkopowierzchniowych (czyli super- i hipermarketów). Po ogłoszeniu tego pomysłu akcje spółek takich jak Eurocash czy Jerónimo Martins zaczęły spadać. Jednak kiedy Komisja Europejska podważyła legalność podobnego podatku funkcjonującego na Węgrzech, akcje powróciły do wzrostów. Podobnie było z kursem KGHM, który falował w ślad za zapowiedziami zarówno koalicji rządzącej, jak i partii opozycyjnej. Ta rynkowa huśtawka, spowodowana niekiedy absurdalnymi pogłoskami, bardzo utrudnia przewidywanie, jak zachowa się giełda w kolejnych miesiącach. Pewne pozostaje tylko to, że do wyborów możemy być świadkami bardzo gwałtownych krótkoterminowych spadków i wzrostów cen akcji. Pozostaje uzbroić się w cierpliwość.

Jaki segment polskiego rynku akcji może być w tych warunkach najbezpieczniejszy?

Paradoksalnie może to być segment małych i średnich spółek, jako że jest on odcięty od wielkiej polityki. Ponadto jeśli Prawo i Sprawiedliwość uzyska większość w jesiennych wyborach parlamentarnych, prawdopodobnie pomoże to tzw. misiom. Świadczą o tym choćby zapowiedzi o planach wspierania rodzimego przemysłu i innych polskich firm. W krótkim i średnim okresie na wygranej PiS mogłyby skorzystać również spółki z sektora opartego na konsumpcji prywatnej, np. firmy handlowe.

Dlaczego?

Zwróćmy uwagę, że z punktu widzenia konsumenta obietnice obecnej partii opozycyjnej są całkiem atrakcyjne: podniesienie kwoty wolnej od podatku, nowe zasiłki rodzinne i inne. Realizacja choćby części tych zapowiedzi sprawi, że więcej pieniędzy trafi do gospodarstw domowych, a w rezultacie zwiększy się siła nabywcza polskich konsumentów i najprawdopodobniej wzrośnie popyt. Natomiast rodzą się pytania, czy w dłuższej perspektywie taka polityka nie odbije się negatywnie na sytuacji budżetowej i czy wydatki konsumentów zrównoważą koszty ponoszone przez państwo.

Konferencja InTENSO your JIRA experience na Stadionie Narodowym w Warszawie

Co jest kluczem do osiągniecia sukcesu w biznesie? Odpowiedź brzmi – nowoczesne technologie. Tyle teorii, w praktyce trudno wybrać właściwe rozwiązania wspierające procesy w firmie, dopasowane do specyfiki przedsiębiorstwa i kierunków jego rozwoju.

InTENSO your JIRA experience  Z jakich rozwiązań warto skorzystać i co można dzięki nim zyskać? Odpowiedzi na te pytania będzie można poznać w trakcie konferencji InTENSO your JIRA experience, która odbędzie się 10-go września 2015 roku w Warszawie na Stadionie PGE Narodowy.

W trakcie konferencji eksperci opowiedzą m.in. o aplikacjach wspierających procesy biznesowe,  wytwarzanie oprogramowania, zarządzanie testami. Jakie narzędzia wybierać, aby realizować założone cele? Jak zaadaptować je do indywidualnych potrzeb przedsiębiorstwa? Oto pytania, na które odpowiedzi znajdą uczestnicy podczas konferencji.

Prelekcje wygłoszą i podzielą się swoimi doświadczeniami eksperci pracujący na co dzień we wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań IT w przedsiębiorstwach z wykorzystaniem narzędzi Atlassian m. in. w Credit Agricole Bank Polska S.A, AVG Technologies oraz w InTENSO Sp. z o.o.

Oprócz prelekcji uczestnicy konferencji będą mieli możliwość uczestniczyć w indywidualnych sesjach Q&A podczas których eksperci udzielą odpowiedzi na pytania związane z wykorzystaniem narzędzi Atlassian.

Formularz rejestracyjny oraz szczegółowa agenda konferencji znajduje się na stronie:

http://www.intenso.pl/intenso-your-jira-experience/

Udział w konferencji jest bezpłatny, liczba miejsc ograniczona.

Podatki VAT i CIT – Bitcoin, Uber, crowdfunding

„Wykopałeś” bitcoina? A może dostałeś zastrzyk gotówki z akcji crowdfundingowej? Pamiętaj o formalnościach. Od sprzedaży bitcoinów trzeba zapłacić VAT, a od dochodu uzyskanego z crowdfundingu czy Ubera trzeba odprowadzić podatek.  

Nowe technologie coraz częściej rządzą naszym życiem i biznesem, a na bazie innowacyjnych rozwiązań powstają usługi i firmy. Mało kogo już dziwi płacenie w bitcoinach (BTC) lub społecznościowe finansowanie kreatywnych start-upów. A co z podatkami od tych produktów i usług?  Czy zawsze wiemy, jakim regulacjom podlegają?

Czy dochody z Uber podlegają opodatkowaniu?

Uber to aplikacja, dzięki której – za pomocą smartfona – można zamówić korzystny cenowo transport – na razie tylko w Warszawie, Krakowie i Trójmieście. Można również dorobić jako kierowca. Warto jednak pamiętać, że usługi transportowe w naszym kraju wymagają licencji, zarejestrowania działalności gospodarczej i posiadania kasy fiskalnej. Dodatkowo – podlegają opodatkowaniu. I nawet wtedy, gdy nie dopełniliśmy obowiązku złożenia wniosku o wpis do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEiIDG), fiskus będzie czekał na podatek.

– W lipcu Ministerstwo Finansów poinformowało, że dochody osób fizycznych uzyskane z tytułu świadczenia usług transportowych przy wykorzystaniu aplikacji Uber podlegają opodatkowaniu PIT-em na zasadach określonych w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych. To wyłącznie na podatniku spoczywa odpowiedzialność za dopełnienie obowiązków, które nakreślają ustawy – informuje Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie. Co ważne, za przewóz osób bez odpowiedniej licencji można zapłacić grzywnę do 10 tys. zł. To jednak nie wszystko. Jeśli nie posiadamy kasy fiskalnej, ani zarejestrowanej działalności gospodarczej, fiskus może wszcząć wobec nas także postępowanie karno-skarbowe – ostrzega Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Wirtualna waluta, realny podatek

Okazuje się, że bitcoinem zapłacimy za pizzę czy burgera. Od niedawna w Warszawie działa też bankomat, który wypłaca wirtualną walutę.  Bitcoiny nie są opodatkowane, dopóki nie zostaną wymienione na prawdziwe pieniądze lub towary. Wtedy, zgodnie z polskim prawem, musimy zapłacić podatek PIT, ewentualnie VAT. Potwierdzają to niedawne interpretacje izb skarbowych w Poznaniu (z 8 stycznia 2014 r., nr ILPP1/443-912/13-2/AW) i Łodzi (z 7 kwietnia 2014 r., nr IPTPP2/443-52/14-6/IR).

– Obrót bitcoinami podlega w naszym kraju opodatkowaniu. Wymiana takiego elektronicznego środka płatniczego, na walutę krajową lub zagraniczną albo kupno za nią konkretnych towarów powoduje powstanie przychodu, który trzeba opodatkować PIT. Według Ministerstwa Finansów taka transakcja to nic innego, jak odpłatne zbycie praw majątkowych, a więc opodatkowane jest wg skali podatkowej (18 proc. i 32 proc.). Z goła odmiennie sytuacja będzie wyglądać u przedsiębiorcy. Przychód uzyskany z wymiany bitcoinów w ramach prowadzonej działalności gospodarczej, w zależności od tego, jak przedsiębiorca jest opodatkowany, będzie rozliczony według skali (18 i 32 proc.), stawki liniowej 19 proc. lub ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych – tłumaczy Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Bardziej skomplikowana jest kwestia VAT-u od kupna i sprzedaży tej wirtualnej waluty. W świetle wyżej już wspomnianej interpretacji Izby Skarbowej w Łodzi, „wykopanie” a następnie sprzedawanie bitcoinów nie jest wprawdzie dostarczaniem towarów, ale stanowi odpłatne świadczeniem usług. Jeśli więc nabywcą jest podatnik VAT mieszkający w Polsce, albo innym kraju Unii Europejskiej, to podatek powinien być uiszczony w Polsce (zgodnie z art. 28b). Takiego obowiązku nie ma, jeśli kupujący pochodzi z państw spoza UE (zgodnie z art. 28l ustawy o VAT). Możliwe jednak, że wiele może się w tej materii zmienić. W lipcu rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości UE, Juliane Kokott uznał, że zamiana wirtualnej waluty na realne pieniądze jest usługą zwolnioną z podatku od towarów i usług. Zatem zwolnienie transakcji BTC z VAT w UE wydaje się kwestią czasu.

Jak rozliczyć z fiskusem gotówkę z crowdfundingu?

Crowdfunding, czyli ostatnio bardzo modne finansowanie społecznościowe konkretnego pomysłu czy start-upu. W naszym kraju nie ma przepisu, który bezpośrednio go reguluje, stąd stosuje się tu przepisy dotyczące zbiórek publicznych. –  W zależności od korzyści, jakie otrzymuje darczyńca, mamy do czynienia z różnymi skutkami podatkowymi. W sytuacji, gdy nie ma żadnej materialnej gratyfikacji dla darczyńcy za udzielone wsparcie, przekazane pieniądze są niczym innym, jak darowizną. Nie musimy od niej płacić podatku, jeśli pojedyncza wpłata od 1 osoby, na przestrzeni 5 lat nie przekroczyła ustawowego limitu w wysokości 4902 zł. Jeśli jednak za wsparcie oferujemy coś darczyńcy, np. nagraną przez siebie płytę, to w świetle prawa nie jest to już darowizna, a wzajemne świadczenie. Otrzymane kwoty należy więc potraktować jako przychody z tytułu działalności gospodarczej, oczywiście przy założeniu, że osoba organizująca zbiórkę takową prowadzi – zaznacza Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Blisko 60 proc. posiadaczy smartfonów wciąż korzysta z komunikacji SMS

Według szacunków ekspertów już w 2016 roku blisko 70 proc. Polaków będzie posiadało smartfona. W ostatnich kilku latach świat dosłownie oszalał na punkcie tych urządzeń mobilnych. Za ich pomocą robimy dziś dosłownie wszystko. Jednak, jak wynika z badań w codziennej komunikacji, jesteśmy tradycjonalistami – od czatów, komunikatorów i maili nadal wolimy klasyczne SMS-y. Krótkie wiadomości tekstowe są najchętniej wybieranym narzędziem do komunikacji w Polsce. W tegorocznym badaniu „Komunikacja SMS w Polsce”, aż 94 proc. ankietowanych zadeklarowało korzystanie z SMS-ów[1].

Z przeprowadzonego przez nas w tym roku badania wynika, że 65 proc. Polaków codziennie wysyła SMS-y, natomiast co drugi z nas deklaruje, że wysyła kilka krótkich wiadomości tekstowych w tygodniu[2]. Użytkownicy nowoczesnych smartfonów w przeważającej większości także wybierają SMS-y, jako główną formę codzien­nej komunikacji. Korzystanie z komunikatorów mobilnych deklaruje zaledwie co czwarty posiadacz smartfona, a dla porównania – korzystanie z SMS-ów już blisko 60 proc. Rosnąca popularność nowoczesnych telefonów komórkowych i coraz większy dostęp do mobilnego internetu nie przekłada się więc na znacząca zmianę przyzwyczajeń komunikacyjnych Polaków. Wybieramy rozwiązania sprawdzone, bezpieczne i takie, które dobrze znamy – komentuje Artur Sadowski, CEO platformy SerwerSMS.pl

Okazuje się, że posiadacze smartfonów bardziej doceniają zalety SMS-ów niż użytkownicy zwykłych telefonów komórkowych, którzy nie mieli doświadczenia w korzystaniu z mobilnych komunikatorów. Z przeprowadzonego przez Platformę SerwerSMS.pl badania „Komunikacja SMS w Polsce” wynika, że użytkownicy smartfonów wymieniają zalety SMS-ów, takie jak między innymi: szybkość dostarczenia wiadomości (45,8 proc.) prostotę użytkowania (33,6 proc.), koszt (30,6 proc.), uniwersalność (23,7 proc.), zasięg usługi (19,5 proc.) oraz bezpieczeństwo (6,8 proc.).

 „To prawda, że nowe technologie coraz mocniej wkraczają w nasze życie i nie należy się przed tym bronić. Czaty, maile czy komunikatory są przez Polaków chętnie wykorzystywane. Doskonale uzupełniają one sposób w jaki się komunikujemy. Jednak w dalszym ciągu najczęściej używanym, najszybszym i najbardziej skutecznym środkiem komunikacji w Polsce i na świecie jest SMS. Dociera w kilka sekund, nie wymaga specjalnego oprogramowania i działa na każdym dostępnym urządzeniu – telefonie, smartfonie i tablecie. Właśnie to są główne zalety SMS-ów, które powodują, że nadal chcemy z nich korzystać – podsumowuje Daniel Zawiliński, CMO platformy SerwerSMS.pl

Raport „Komu­nikacja SMS w Polsce” jest to podsumowanie zakrojonego na szeroką skalę badania konsumenckiego, przeprowadzonego w Polsce pod koniec 2014 roku. Tematem omawianego badania była doskonale wszystkim znana krótka wia­domość tekstowa, czyli po prostu SMS. Najnowsze wydanie raportu kompleksowo przedstawia preferencje komu­nikacyjne Polaków. W tym roku badaliśmy wykorzystywanie SMS-ów w odniesieniu do aplikacji mobilnych i komunikatorów. Nasze obserwacje porównaliśmy z poprzed­nimi raportami, co pozwoliło nam nie tylko przedstawić kształtujące się na prze­strzeni lat trendy, ale i wysnuć prognozy na przyszłość. Niniejszy raport to przede wszystkim wielowymiarowe przedstawienie zgromadzonych liczb, danych i staty­styk, obrazujących nowoczesną komunikację biznesową i konsumencką.

[1] Badanie „Komunikacja SMS w Polsce”

[2] Badanie „Komunikacja SMS w Polsce”

Weryfikacja pracowników – nowy trend wśród polskich pracodawców

Najpopularniejszą, a w praktyce jedyną stosowaną przez polskie firmy formą weryfikacji pracownika i jego umiejętności jest okres próbny. Czyli de facto – sprawdzenie kandydata po tym, jak się go zatrudni. Jednak coraz więcej pracodawców, zatrudniając osobę na kluczowe stanowisko, decyduje się sprawdzić również jej przeszłość – zarówno zawodową, jak i osobistą – i to zanim nawiąże z nią współpracę. Z punktu widzenia np. instytucji finansowej taki proces jest niezbędny, aby obdarzyć zaufaniem pracownika, który będzie zajmować kluczową pozycję w danej organizacji.

Podstawowym dokumentem w rekrutacji jest CV, wzbogacone uzyskanymi certyfikatami oraz referencjami od poprzednich pracodawców. W praktyce, aby zatrudnić nową osobą, wystarczy jej dowód osobisty i oświadczenie. Kolejny etap – okres próbny – to już ocena kandydata i sprawdzenie, czy nadaje się na określone stanowisko. W tym czasie bacznie obserwuje się pracownika i ocenia jego poziom wiedzy merytorycznej, motywację, umiejętności, wyniki, a także tkwiący w nim potencjał.

Jednak dla wielu pracodawców – zwłaszcza z sektora finansowego i IT – to za mało. Przeszłość osób, zatrudnionych na stanowiskach takich jak Administrator systemów/bazy danych, Programista, czy w końcu Dyrektor Oddziału Banku, lub w jakiejkolwiek innej roli z dostępem do aktywów wrażliwych firmy, powinna być sprawdzona, m.in. w bazie danych Rejestru Karnego i Rejestru Dłużników. Sam okres próbny może bowiem nie wystarczyć do weryfikacji tego, czy pracownik naprawdę jest tym, za kogo się podaje.

Podczas gdy skrupulatna weryfikacja „przeszłości” pracowników jest jednym z elementów rekrutacji, np. w USA czy Wielkiej Brytanii, w Polsce ten proces nadal pozostaje dla wielu firm zagadką, a potencjalni pracownicy – odbierają go jako zniewagę.

– Weryfikacja pracownika w Polsce nie jest popularna, ale międzynarodowe korporacje oraz polskie firmy coraz częściej się na nią decydują. Jednak jest z tym kilka problemów. Przede wszystkim chodzi o podejście kandydatów, którzy często odbierają taką propozycję jako brak zaufania, mimo iż cały proces przebiega jawnie i jest możliwy tylko wtedy, gdy wyrazi on na niego zgodę. Drugą przeszkodą jest prawo obowiązujące w danym kraju, które umożliwia większy lub mniejszy wgląd w historię kandydata – mówi Michał Lewandowski z Diverse Consulting Group.

Jak więc wygląda to w innych krajach? W USA, oprócz standardowej oceny pracownika podczas rozmowy rekrutacyjnej czy organizowanych sesji AC/DC (ang. Assessment Center i Development Center), badane są szczegółowo jego referencje czy też fakt ukończenia przez niego danej uczelni. Szczegółowo sprawdzana jest również tożsamość kandydata, przeszłość kryminalna, historia kredytowa i medyczna. Pracodawca może przeprowadzić również testy na obecność narkotyków.

Z kolei w Wielkiej Brytanii można sprawdzić np. miejsce zamieszkania kandydata, ale lokalne prawo nie jest już tak liberalne w kwestii badań toksykologicznych. Jak mówi przysłowie – co kraj, to obyczaj – ale, jak podkreśla Lewandowski – najważniejsza jest wola kandydata i chęć wzięcia udziału w takiej weryfikacji.

Na czym polega więc wywiad środowiskowy potencjalnego pracownika i jakie informacje na temat jego przeszłości można sprawdzić w Polsce? To zależy od branży, ale podstawą jest weryfikacja informacji nt. doświadczenia zawodowego, czyli historia zatrudnienia, wykształcenia, referencji czy uzyskanych certyfikatów. W branży finansowej, gdzie pracownicy mają dostęp do poufnych danych finansowych, firma może się zdecydować na sprawdzenie wpisów w Rejestrze Karnym, historii kredytowej czy rejestru Sądów Powszechnych. Wszystko po to, aby wykluczyć kandydatów, którzy nie zachowują płynności finansowej, co może mieć znaczenie np. na stanowiskach Kontrolera Finansowego lub Analityka.

To samo dotyczy również brany IT – weryfikacja numeru ubezpieczenia społecznego, obecności we wpisach rejestru Komisji Nadzoru Finansowego czy ewidencji kierowców naruszających przepisy ruchu drogowego może dużo powiedzieć o osobie, której chcemy powierzyć dostęp do poufnych danych.

– Przy rekrutacji na wysokie stanowiska menadżerskie czy takie, na których pracownik ma dostęp do szczególnie ważnych informacji, stanowiących know-how firmy, nie liczy się tylko doświadczenie zawodowe. Ważne są również kompetencje miękkie oraz tzw. kręgosłup moralny i postawa. To one są gwarancją, że mamy do czynienia z osobą godną zaufania – komentuje Lewandowski.

Jak podkreślają eksperci, w zasadzie nie ma już branży, w której liczyłyby się wyłącznie wiedza oraz umiejętności. Coraz częściej kluczowe okazują się być zarówno postawa, nastawienie potencjalnego pracownika, jak i jego przeszłość. O ile wiedzę można dość łatwo posiąść, to również umiejętności – o ile wymagają praktyki – też są do wykształcenia. Postawa, nastawienie i kontynuacja tego w postaci nienagannej przeszłości to wizytówka, na którą pracuje się latami.

Czy wprowadzanie takich metod do procesu rekrutacji to w Polsce przyszłość? Jak twierdzi Lewandowski – zdecydowanie tak.

– Polska uczy się sztuki rekrutacji od zachodnich krajów. O ile doszlifowaliśmy już sam proces, a nawet niejednokrotnie prześcignęliśmy tych, od których się uczyliśmy, o tyle metody czy podejście do samej rekrutacji wciąż ewoluują. Od kilku lat wyraźnie wzrósł udział np. usług outsourcingu pracowników. Myślę, że kolejnym elementem ewolucji tej branży będzie screening pracowników – i nie jako „moda z zachodu”, ale jako wartościowy sposób zwiększania bezpieczeństwa kadrowego przedsiębiorstw – podsumowuje Michał Lewandowski.

Młodzi Polacy mają blisko 1,3 mld złotych zaległych płatności

Na 8 mln młodych Polaków w wieku 18-31 lat – 329 tys. ma problem z terminowym regulowaniem zobowiązań pozakredytowych – wynika z danych BIG InfoMonitor. Ich zaległości sięgają 1,3 mld złotych. Młodym ludziom kłopotów najczęściej przysparzają m.in. spłata pożyczek gotówkowych oraz rachunków za telefon.

Odsetek młodych ludzi z tzw. pokolenia Y (18 – 31 lat) z problemami w spłacie pożyczek, rachunków telefonicznych, alimentów i innych zobowiązań pozakredytowych, przekracza w BIG InfoMonitor 4,1 proc. Dużo, mało? Na tle najbardziej aktywnego pokolenia X, reprezentowanego przez osoby od 32 do 46 lat, gdzie kłopot ma 6,7 proc. Polaków, młodzi prezentują się zupełnie nieźle. Ale już od starszych pokoleń radzą sobie gorzej. W grupie 47-65 lat odsetek niepłacących w terminie wynosi, bowiem niecałe 4,1 proc. A wśród osób od 66 roku życia wzwyż problemy z płatnościami ma jedynie 1,36 proc. Średnia kwota zaległości dłużnika w wieku 18 – 31 lat bliska jest 4 tys. złotych. Przeciętnie na jedną osobę znajdującą się w bazie BIG InfoMonitor w tej kategorii wiekowej przypada 1,3 wpisu dotyczącego nieopłaconych na czas rachunków i innych zobowiązań.

Zadłużanie się przestało być czymś wstydliwym

Fakt, że młodzi ludzie pod względem kłopotów z płatnościami zajmują drugie miejsce wśród czterech grup wiekowych nie zaskakuje Romana Pomianowskiego, psychologa ze Stowarzyszenia Program Wsparcia Zadłużonych. Jego zdaniem zaciąganie różnorodnych zobowiązań finansowych traktowane jest już w pokoleniu Y jako element stylu życia, nowoczesności i otwarcia na świat. Zadłużenie nie jest dla nich wstydliwym problemem jak dla starszego pokolenia. W efekcie często nie działają wewnętrzne mechanizmy samokontroli. – A dodatkowo presję szybkiego dochodzenia do wymarzonego standardu życia wywierają kreowane w mediach wzorce społeczne oraz wizje sukcesu życiowego- podkreśla Roman Pomianowski.

Efekt? Młode osoby nie stronią od pożyczania pieniędzy. Ze względu na to, że mają jeszcze nieregularne dochody i nie zawsze dobrze widziane przez banki formy zatrudnienia, chętnie zwracają się do firm pożyczkowych. Potwierdzają to dane Biura Informacji Kredytowej i BIG InfoMonitor. Pokazują one m.in. szczególnie wysoką popularność usług pożyczkowych firm internetowych w grupie 18-31 latków. Jak wynika z szacunków Związku Firm Pożyczkowych cały rynek pożyczek gotówkowych wart był ponad 4 mld zł i z pożyczek skorzystało 1,4 mln osób. Prognozy ZFP na ten rok są wyższe i mówią o kwocie pożyczek na co najmniej 5,1 mld zł i liczbie ponad 1,5 mln klientów.

– Młodzi chętnie pożyczają, a firmy pożyczkowe chętnie korzystają z możliwości wpisywania swoich nieterminowych klientów do naszego rejestru i w rezultacie młode osoby najczęściej trafiają do BIG InfoMonitor właśnie z tytułu umowy pożyczki – mówi Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor. – Wśród niepłacących w terminie firmom pożyczkowym żadna inna grupa wiekowa nie ma tak znaczącego udziału – zwraca uwagę Mariusz Hildebrand.

Nie płacą również za telefon i Internet

Drugą przyczyną, dla której młode osoby trafiają do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor są rachunki telefoniczne. Podobnie jak w przypadku pożyczek jest to m.in. efekt wysokiej aktywności obu stron. 20-kilkulatkowie chcą być na bieżąco, mieć najnowsze smartfony, niemal nieograniczony dostęp do Internetu, a telekomy kuszą. Tworzą specjalnie sprofilowane marki i kampanie reklamowe, ale później też skwapliwie wpisują niepłacących rachunków do Biura Informacji Gospodarczej. W bazie BIG InfoMonitor wśród niepłacących w terminie firmom telekomunikacyjnym 18-31 latków wyprzedzają jednak 32-46 latkowie.

Kolejne powody, dla których pokolenie Y znajduje się w BIG InfoMonitor, to opłaty za telewizję kablową ale już także alimenty. Zdarza się, że młodzi próbują na swoje potrzeby zaoszczędzić nie płacąc też za bilety komunikacji publicznej, co niestety również odbija się na ich obecności w rejestrze dłużników. O dziwo w grupie gapowiczów zdecydowanie bardziej reprezentowane jest jednak pokolenie X (32-46 lat).

Młodzi zapominają o budowaniu dobrej historii kredytowej i nie sprawdzaniu się w BIG

– Obserwujemy, że w większości młodzi nie mają wykształconych nawyków oszczędzania
i rozsądnego zarządzania swoimi pieniędzmi. Wiele osób wciąż nie zdaje sobie sprawy, że ich problemy z płatnościami mogą gdzieś pozostawić ślad i utrudnić życie w przyszłości. W chwili, gdy staną np. przed ważną decyzją zakupu mieszkania, wizerunek nierzetelnego płatnika może odebrać szansę na kredyt. Utrudni też m.in. zakupy ratalne, podpisanie umowy abonamentowej na telefon, internet czy telewizję kablową- zaznacza Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor.

– Dlatego też, jeśli mamy obawy, że z jakiegoś powodu mogliśmy trafić na listę dłużników warto się sprawdzić. Zgodnie z prawem każda osoba ma taką możliwość. Raz na 6 miesięcy można zrobić to bezpłatnie i budować jednocześnie swoją świadomość finansową – dodaje Mariusz Hildebrand.

Szkodzi brak edukacji finansowej

Do działania zachęca też Roman Pomianowski ze Stowarzyszenia Program Wsparcia Zadłużonych:Problem zadłużenia nie rozwiąże się samoistnie, a start w dorosłość z poważnym obciążeniem finansowym potrafi zniweczyć wiele planów, pozbawić marzeń i sprawić, że życie skoncentruje się wyłącznie na poszukiwaniu wyjścia z pułapki zadłużenia.

Według osób, którym pomaga Stowarzyszenie Program Wsparcia Zadłużonych przyczyn wpadania w tarapaty finansowe młodych jest wiele. Najczęściej są one związane z opóźniającym się okresem stabilizacji życiowej, wydłużeniem okresu zdobywania wykształcenia oraz pozyskiwaniem kompetencji zawodowych podczas niskopłatnych staży, stypendiów i praktyk. Kluczowy jest też brak edukacji finansowej leżącej u podstaw wychowania rodzinnego i powszechnego systemu edukacji ekonomicznej poprzedzającego podejmowanie rzeczywistych decyzji finansowych. Swój udział w problemach z zadłużeniem ma również wzrost popularności hedonistycznego stylu życia. Odpowiedzialnością za lekkomyślne decyzje obarczana jest także reklama wskazująca, iż wszystko jest na wyciągniecie ręki, szybko i na kredyt.

PZU ma zgodę UOKiK na przejecie kontroli nad Alior Bankiem

Prezes UOKiK wydał zgodę na przejęcie przez PZU spółki Alior Bank. Przeprowadzone postępowanie wykazało, że koncentracja nie będzie miała negatywnego wpływu na konkurencję i sytuację konsumentów.

Wniosek PZU o przejęcie kontroli nad Alior Bankiem wpłynął do Urzędu w czerwcu 2015 r.

Analizując przedmiotową koncentrację pod uwagę wzięto wpływ transakcji na krajowy rynek funduszy inwestycyjnych otwartych i zarządzania nimi, krajowy rynek ubezpieczeń na życie i ubezpieczeń majątkowych (w tym alternatywnie przyjęte rynki w węższym ujęciu produktowym, obejmujące poszczególne grupy ryzyk, np. ubezpieczenia komunikacyjne), a także krajowy rynek usługbancassurance, polegających na dystrybucji produktów ubezpieczeniowych przez banki. W ocenie Urzędu koncentracja nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji na żadnym z rynków, na których prowadzą działalność jej uczestnicy. Dlatego UOKiK wydał zgodę na planowaną transakcję – PZU może przejąć kontrolę nad Alior Bank.

Zgodnie z przepisami transakcja podlega zgłoszeniu do urzędu antymonopolowego, jeżeli biorą w niej udział przedsiębiorcy, których łączny obrót w roku poprzedzającym przekroczył 1 mld euro na świecie lub 50 mln euro w Polsce.

Konferencja Przemysł 4.0 Wrocławskie Centrum Kongresowe 21-22 października 2015 r.

Pierwsza rewolucja przemysłowa była podstawą rozwoju masowej produkcji maszyn, przy wykorzystaniu energii wodnej i parowej, druga rewolucja przyniosła nowe rozwiązania techniczne, bazujące na energii elektrycznej – od silnika gazowego i żarówki, aż po telefon i odkurzacz. Trzecia to przemysł oparty na automatyzacji i komputeryzacji produkcji. Czy teraz XXI wiek dał nam możliwość jeszcze większego rozwoju przemysłu?

Niemiecki rząd federalny stworzył ukierunkowany na przyszłość projekt „Przemysł 4.0”, którego celem jest intensywniejsze wykorzystanie technik informacyjnych w klasycznych gałęziach przemysłu. Inicjatywę firmuje Federalne Ministerstwo ds. Nauki i Badań (BMBF) oraz Federalne Ministerstwo ds. Gospodarki i Energii (BMWi).

Historia inicjatywy „Przemysł 4.0”

Pierwsza wzmianka o inicjatywie pojawiła się w 2011 roku podczas Targów
w Hannoverze
, w styczniu 2012 roku powołana została grupa robocza pod kierownictwem dr Siegfrieda Daisa (Bosch), a 9 miesięcy później przekazano zalecenia wdrożenia do rządu federalnego. W końcu, w 2013 roku, podczas kolejnej edycji Targów w Hannoverze uruchomiono pod kierownictwem trzech firm branżowych: Bitcom, VDMA i ZVEI platformę „Przemysł 4.0”, nazywaną czwartą rewolucją przemysłową.

Cele czwartej rewolucji przemysłowej

To przede wszystkim organizacja szybszych, bardziej elastycznych i wydajnych procesów produkcji. W czasach, gdy konsument ceni przede wszystkim indywidualność produktów, ale nie chce płacić za nie wysokich cen, należy uelastyczniać tradycyjne procesy sterowania produkcją. Przesłanką „Przemysłu 4.0” jest sprawna komunikacja od czujnika aż do Internetu, a realizacja odbywa się poprzez zastosowanie technologii IT. Żaden producent nie będzie już wdrażać produkcji danego wyrobu na masową skalę, ale w ilości ściśle określonej przez popyt. Dzięki temu możliwa będzie ekonomiczna produkcja mniejszych partii, a nawet realizacja jednostkowych zleceń. Wszystko to zdecydowanie zmniejszy koszty, zwiększając jednocześnie konkurencyjność.

Inicjatywa „Przemysłu 4.0” w Polsce

Pionierami we wprowadzeniu takiej filozofii są firmy: Balluff, Fanuc, Wago oraz Lapp Kabel, liderzy w branży automatyzacji procesów wytwarzania, którzy już po raz drugi, organizują we Wrocławiu konferencję, której celem jest propagowanie wiedzy o istniejących i tworzonych technologiach, realizujących ideę „Przemysłu 4.0”. Podczas niej przedstawione zostaną inicjatywy świata nauki i przemysłu służące wykreowaniu inteligentnego przedsiębiorstwa zdolnego maksymalnie optymalizować proces produkcji. Konferencja odbędzie się we Wrocławskim Centrum Kongresowym w dniach  21-22 października 2015 r.

Netia SA: wyniki finansowe za I półrocze 2015 r.

0

Netia zaprezentowała wyniki finansowe za I półrocze oraz II kw. 2015 r. Spółka odnotowała spadek przychodów zgodnie z trendami obserwowanymi wcześniej, utrzymując relatywnie stabilny poziom rentowności dzięki inicjatywom kosztowym. Zgodnie z przyjętą wcześniej strategią rozwoju, Netia sukcesywnie zwiększa udział usług świadczonych na własnej sieci.

Przychody Netii w I półroczu 2015 r. wyniosły 769,1 mln zł – o 10 proc. mniej niż w I półroczu 2014 r. Przychody w II kwartale 2015 r. wyniosły 380,3 mln zł i były o 2 proc. niższe niż w poprzednim kwartale. Spadek przychodów był przede wszystkim związany z niższą o 7 proc. rok do roku liczbą usług (RGU). Dotyczy to zwłaszcza usług opartych o dostęp regulowany (WLR) w obszarze B2C oraz z utrzymującą się presją cenową na usługi głosowe w obszarze B2B i relatywnie niższym wolumenem ruchu głosowego.

Pomimo utrzymującej się presji na przychody, Netia – dzięki optymalizacjom kosztowym – utrzymała rentowność. Skorygowany zysk EBITDA wyniósł 223,1 mln zł w I półroczu 2015 r., co oznacza spadek o 14 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2014 r. i 109,8 mln PLN w II kw. 2015 r. – o 3 proc. mniej niż w poprzednim kwartale. Zysk EBITDA wyniósł 224,1 mln zł w I półroczu i był mniejszy o 9 mln zł w porównaniu z I półroczem 2014 r.

Spółka utrzymała poziom marży zysku EBITDA, która wyniosła 29,1 proc. w I półroczu 2015 r. oraz 29,6 proc. w II kw. 2015 r. Netia osiągnęła dodatnie przepływy środków pieniężnych na poziomie operacyjnym (OpFCF) w I półroczu i II kwartale 2015 r. – OpFCF wyniósł odpowiednio 120,4 mln zł oraz 52,6 mln zł.

Bogusława Matuszewska, Prezes Zarządu Netii
Bogusława Matuszewska

„Pierwsze półrocze tego roku zakończyliśmy zgodnie z przewidywaniami. Pomimo dużej presji konkurencyjnej i cenowej oraz trudnego środowiska rynkowego utrzymujemy rentowność operacyjną – powiedziała Bogusława Matuszewska, Prezes Zarządu Netii. „Skupiamy się na realizacji strategii przyjętej w listopadzie 2014 r dla Grupy Netia, w ramach której dokonujemy także proaktywnej konsolidacji w ramach polskiego rynku telekomunikacyjnego, czego wyrazem jest nabycie spółki TK Telekom” – dodała.

Przyrost usług we własnej sieci, wzrost liczby klientów usług telewizyjnych

Widoczna jest poprawa wyników komercyjnych – łączna liczba usług (RGU) wyniosła 2 253 tys. notując mniejszy – 13 tys. spadek w porównaniu do spadku 38 tys. z I kwartału 2015 r. Liczba usług we własnej sieci, zgodnie z przyjętą przez Netię wcześniej strategią, regularnie rośnie. W II kwartale 2015 r. zwiększyła się o 10 tys., do poziomu 1 200 tys., przy jednoczesnym spadku liczby usług oferowanych przez dostęp regulowany do 1 053 tys. Tym samym 53 proc. klientów Netii jest obsługiwanych przy wykorzystaniu własnej sieci.

Na dzień 30 czerwca 2015 r. liczba aktywnych klientów usług telewizyjnych w Netii wzrosła do 152 tys., co stanowi 18 proc. wzrost w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Już 37 proc. klientów usług szerokopasmowych na sieciach własnych korzysta z usług telewizyjnych Netii. Kluczowym zadaniem na 2015 r. jest wzrost sprzedaży usług telewizyjnych do nowych klientów, zarówno na bazie zmodernizowanych sieci NGA, jak i na bazie sieci dawnej telewizji kablowej Aster.

Liczba usług szerokopasmowych wyniosła 771 tys. na dzień 30 czerwca 2015 r., co stanowi spadek o 7 proc. w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku i nieznaczny, 9,1 tys. spadek usług w porównaniu do poprzedniego kwartału. Mając na celu obronę marży brutto Netia koncentruje się bardziej na usługach oferowanych we własnej sieci i na usługach pakietowych niż na usługach oferowanych w oparciu o dostęp regulowany lub na liczbie usług ogółem.

Niezmienne trendy w obu segmentach komercyjnych

Skorygowany zysk EBITDA w segmencie B2B w II kwartale 2015 r. wyniósł 71 mln zł przy marży 43,4 proc. Analogicznie, w segmencie B2C skorygowany zysk EBITDA to 36 mln zł przy marży 17,1 proc. W obu segmentach rynkowych utrzymuje się silna presja cenowa.

W segmencie działań B2B najważniejszym wydarzeniem w pierwszym półroczu 2015 było pozyskanie do Grupy Netia spółki TK Telekom. Dla segmentu B2C był to okres wzrostu usług szerokopasmowych świadczonych na własnej sieci. Na koniec czerwca 52 proc. klientów indywidualnych było obsługiwanych w ten sposób, co stanowiło o 5 proc. więcej, w stosunku do ubiegłego roku. 40 proc. z tych klientów korzysta również z usług telewizyjnych Netii.

Sfinalizowanie transakcji nabycia 100 proc. udziałów TK Telekom

8 maja 2015 r. Netia zawarła przedwstępną umowę nabycia 100 proc. udziałów w spółce TK Telekom od Grupy PKP. Transakcja została sfinalizowana 21 lipca 2015 r., a jej całkowita wartość wyniosła niecałe 222 mln zł . Transakcja oznacza dla Grupy Netia powiększenie skali działalności, rozszerzenie własnej infrastruktury światłowodowej, powiększenie portfela klientów strategicznych w obszarze B2B, a także dodatkową zdolność wykorzystania bilansu grupy.

Niezwłocznie po zamknięciu transakcji Grupa Netia rozpoczęła szereg szczegółowych analiz, pozwalających na określenie docelowego modelu integracji TK Telekom. W chwili obecnej trwają intensywne prace nad oszacowaniem pełnego potencjału oszczędności kosztowych, optymalizacji nakładów inwestycyjnych oraz uspójnieniem polityki rachunkowości nabytego podmiotu. Bardziej szczegółowy plan zostanie zaprezentowany publicznie do końca 2015 roku. Materialny wpływ akwizycji na wyniki Grupy Netia, uwzględniając planowane synergie, spodziewany jest w 2016 r. Transakcja jest zgodna ze strategią Grupy Netia, która zakłada aktywną rolę Spółki w procesie konsolidacji polskiego rynku telekomunikacyjnego.

Wypłata dywidendy

Zwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki podjęło 2 czerwca br. uchwałę w sprawie wypłaty dywidendy w wysokości 60 groszy na akcję, która została wypłacona 26 czerwca 2015 r.

„Po wypłacie dywidendy w wysokości 60 groszy na akcję oraz transakcji nabycia TK Telekom dźwignia finansowa Grupy Netia pozostaje na komfortowym poziomie poniżej 1,0x w relacji do zysku EBITDA zaraportowanego za cały 2014 rok, co daje Spółce finansową elastyczność” – skomentowała Katarzyna Iwuć, Dyrektor Finansowy Grupy Netia.

Fatalny dzień na GPW inwestorzy wyprzedają akcje banków

Kredyty hipoteczne w walutach obcych, m.in. we frankach szwajcarskich, będzie można przewalutować na polskie złote – zakładają przepisy uchwalone wczoraj przez Sejm. Zgodnie z poprawką SLD bank ma umarzać 90% różnicy w kosztach kredytu.

Polityczne rozdawnictwo cudzych pieniędzy zebrało krwawe żniwo na warszawskiej giełdzie. W czwartek przed południem akcje Getin Noble Banku taniały o 25%, kurs Banku Millennium spadał o 15%, mBanku o 10%, a PKO BP o 7%. Jedna mała poprawka może kosztować sześć najbardziej „ufrankowionych” banków nawet 20 miliardów złotych w ciągu 5 lat.

– To kolejny przypadek w ciągu ostatnich tygodni, gdy politycy rzucają kursami giełdowych spółek, rozdzielając zyski i straty wśród inwestorów. Jeśli tak dalej pójdzie, to część inwestorów – zwłaszcza zagranicznych – może zrezygnować z inwestowania na GPW – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl

– Jeśli ustawa w obecnym kształcie wejdzie w życie, przewalutowaniem może być zainteresowana liczna grupa frankowych kredytobiorców. Wprowadzona w ostatniej chwili poprawka powoduje, że banki będą zmuszone umorzyć 90 proc. różnicy pomiędzy aktualnym długiem klienta, a długiem dla modelowego kredytu w złotych – wskazuje Michał Kisiel, analityk Bankier.pl.

Z analiz Bankier.pl wynika, że dla klienta, który zaciągnął kredyt na 350 tys. zł w początku 2008 r. restrukturyzacja będzie oznaczać obniżenie comiesięcznej raty o ok. 250-300 zł.

Dzień pełen danych z Wielkiej Brytanii

Funt brytyjski w wycenie do polskiego złotego wczoraj osiągnął maksimum dzienne na poziomie 6,00 zł, jednak poziom ten skutecznie się obronił i dzisiaj możemy spodziewać się spadku wyceny GBP/PLN. Ostatnio ta para walutowa tak wysoko wyceniana była pod koniec czerwca, po czym nastąpiła jednak korekta do poziomu 5,80 zł. Dzisiaj poznamy dane z Wielkiej Brytanii, które z pewnością wpłyną na wycenę funta szterlinga.

Marcin Rogalski - dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Marcin Rogalski – dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Czwartek dla inwestorów rozpoczął się publikacją danych z gospodarki naszych zachodnich sąsiadów. O 8:00 poznaliśmy zamówienia w przemyśle za czerwiec. Odczyt zaskoczył pozytywnie inwestorów: wyniósł w ujęciu miesięcznym 2% (oczekiwano: 0,2%), w ujęciu rocznym 7,2% (oczekiwano: 5,2%). Na reakcję rynku nie trzeba było długo czekać, eurodolar wybił się do poziomu 1,094, jednak ruch ten prawie całkowicie został skorygowany.

O 9:00 poznaliśmy pierwsze dane z Wielkiej Brytanii. Indeks cen nieruchomości Halifax za lipiec w ujęciu miesięcznym wyniósł -0,6%, a więc gorzej od oczekiwań (0,5%). W poprzednim miesiącu wskaźnik ten wyniósł 1,7%. Publikacja nie wpłynęła na zachowanie kursu funta. Kolejne dane z wysp poznamy o 10:30, będą to wyniki produkcji przemysłowej za czerwiec. Analitycy oczekują odczytu na poziomie 0,1% m/m oraz 2,2% r/r.

Najistotniejsza z dwóch powodów dla funta szterlinga będzie godzina 13:00. Po pierwsze poznamy decyzję w sprawie wysokości stóp procentowych w Wielkiej Brytanii, po drugie Bank Anglii opublikuje kwartalny raport na temat inflacji. Rynek spodziewa się decyzji o pozostawieniu głównej stopy procentowej na niezmienionym poziomie 0,5%. Z całą pewnością należy spodziewać się dużej zmienności w okolicy godziny 13:00. Również o 13:45 zmienność na parach powiązanych z GBP, a pośrednio również z euro, może być znacznie większa.

Dzisiaj poznamy również dane z USA. O 13:30 Raport Challengera, czyli raport o planowanych zwolnieniach w amerykańskiej gospodarce w podziale na poszczególne gałęzie przemysłu i regiony. W poprzednim miesiącu odczyt wyniósł 44,8 tys. O 14:30 jak co tydzień poznamy liczbę wniosków od osób, które ubiegają się o zasiłek dla bezrobotnych w gospodarce Stanów Zjednoczonych. Prognozy co do dzisiejszego odczytu oscylują wokół poziomu 273 tys.

EUR/PLN

Komentarz walutowy 06.08.2015
Komentarz walutowy 06.08.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 05.05.2015 do 06.08.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 4,035 utworzył trend wzrostowy. Jest to średnioterminowy trend wewnątrz szerokiej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiega obecnie w okolicach 4,1200, a kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1120, gdzie znajduje się 61,8% zniesienie Fibonacciego. Na chwilę obecną udało się wyznaczyć przyśpieszoną linię wsparcia, która obecnie znajduje się na poziomie 4,1500.

CHF/PLN

Komentarz walutowy 06.08.2015
Komentarz walutowy 06.08.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 05.05.2015 do 06.08.2015

Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy, po którym doszło do korekty. Ku uciesze kredytobiorców można już mówić o trendzie spadkowym. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9200, kurs poszybował ostro w dół. Po odbiciu od ważnego wsparcia na 3.8500 kurs zawrócił, i dotarł do oporu w postaci 61,8% zniesienia Fibonacciego. Aktualnie kurs CHF/PLN przebił linię wsparcia, co może przełożyć się na dalsze spadki na tej parze walutowej.

USD/PLN

Komentarz walutowy 06.08.2015
Komentarz walutowy 06.08.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 05.05.2015 do 06.08.2015

Kurs USD/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Opór stanowić będzie górne ograniczenie kanału na poziomie 3,8750. Wcześniej skutecznym oporem okazał się poziom 3,8520, czyli maksimum z 7 lipca. W przypadku, gdyby kurs obrał kierunek na południe wsparciem będzie 23,6% zniesienie Fibonacciego na poziomie 3,7750, silne wsparcie stanowi również poziom 3,7400.

GBP/PLN

Komentarz walutowy 06.08.2015
Komentarz walutowy 06.08.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 05.05.2015 do 06.08.2015

Kurs GBP/PLN porusza się w trendzie wzrostowym. Testowanym oporem jest aktualny poziom 5,9800, czyli maksimum z końca czerwca. Aktualnie udało się wyrysować kanał, którego wsparcie przebiega na poziomie 5,9400. W przypadku korekty ostatniego ruchu wzrostowego, wsparciem będzie 23,6% zniesienie Fibonacciego w okolicach 5,8460.

Marcin Rogalski – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

W Polsce łatwo trafić na bezrobocie

Jak wynika z tegorocznej edycji OECD Better Life Index, prawdopodobieństwo przejścia na bezrobocie w Polsce jest wysokie i wynosi 7,3%. Pod względem bezpieczeństwa zatrudnienia, na 34 analizowane państwa OECD, zajęliśmy dopiero 30. miejsce.

Wyższy wynik ma tylko Turcja, Portugalia, Grecja i Hiszpania. Jednak różnica między wynikiem Polski i wspomnianej Hiszpanii to aż 10,5 p.p.

Najmniejsze prawdopodobieństwo utraty pracy dotyczy zaś Niemiec (3,1%), Szwajcarii (3,0%) i Japonii (2,4%). Średnia dla krajów OECD wzniosła natomiast 5,4%.

Prawdopodobieństwo utraty pracy w krajach OECD (w %)*

Prawdopodobieństwo utraty pracy w krajach OECD (w %)*
*obliczono na podstawie liczby osób, które w 2013 roku były bezrobotne, lecz rok wcześniej miały pracę. Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie Better Life Index 2015

Marta Kowalówka
Sedlak & Sedlak

Wyniki Avivy po I półroczu 2015 r.

Adam Uszpolewicz, prezes grupy Aviva w Polsce
Adam Uszpolewicz, prezes grupy Aviva w Polsce

“Największym osiągnięciem pierwszego półrocza jest wzrost wartości nowego biznesu w ubezpieczeniach na życie o 30% i przekroczenie pułapu 1 mld zł składki brutto w tym okresie. Lokomotywą sprzedaży jest flagowe ubezpieczenie Nowa Perspektywa, które zapewnia szeroki zakres i wysokie sumy ubezpieczenia – nie tylko na życie, ale również w razie problemów zdrowotnych i wypadków. Wysokie sumy ubezpieczeń to wysokie wypłaty świadczeń, które pomagają zniewelować uszczerbki w domowych finansach. Dużym wsparciem dla sprzedaży i marki była pierwsza kampania reklamowa z udziałem Małgorzaty Kożuchowskiej. Od lipca, jako pierwszy ubezpieczyciel na życie, wprowadziliśmy dodatkowe korzyści dla posiadaczy Karty Dużej Rodziny. Kolejne nowości produktowe przedstawimy we wrześniu.

Naszą specjalnością są też ubezpieczenia grupowe dla małych i średnich firm. Ulepszone ubezpieczenie Zespół sprzedaje się kilka razy lepiej niż w ubiegłym roku.

W bancassurance stawiamy na sprzedaż ubezpieczeń nie powiązanych bezpośrednio z produktami bankowymi, np. terminowych ubezpieczeń na życie i polis mieszkaniowych. Naszym strategicznym partnerem jest od wielu lat BZ WBK, z którym mamy pionierskie na polskim rynku towarzystwa ubezpieczeniowe oferujące produkty klientom banku, zarówno w placówkach, jak i online. Współpracujemy też z innymi bankami i zależy nam na dalszym rozwoju bancassurance.

Rozwijamy nasz potencjał dystrybucyjny, gdyż chcemy być dostępni dla klientów we wszystkich liczących się kanałach. Stawiamy na dalszy wzrost efektywności własnej sieci liczącej ponad 2 tysiące agentów ubezpieczeniowych. W ramach pilotażu uruchomiliśmy dwie pierwsze placówki franczyzowe Aviva dla Rodziny, a we Wrocławiu powstał oddział nowego typu, który nazywamy Generation Next, gdzie szkolimy i wdrażamy do pracy doradców ubezpieczeniowych z młodego pokolenia. Coraz więcej produktów sprzedajemy przez telefon i internet. Wprowadzamy też kolejne narzędzia online w sprzedaży i obsłudze klienta – przykłady to elektroniczny wniosek o zawarcie ubezpieczenia Nowa Perspektywa czy nowe funkcjonalności naszego iKonta.

Niedawno sfinalizowaliśmy inwestycję w Expandera, co spotkało się z dużym zainteresowaniem. Expander utrzyma charakter niezależnego doradcy i swoją markę. Obecnie pracujemy nad integracją Expandera z Centrum Finansów Aviva. Liczymy, że Expander umocni swoją pozycję na rynku doradztwa, oferując klientom szeroki zekres produktów bankowych, inwestycyjnych i ubezpieczeniowych.

W segmencie ubezpieczeń majątkowych utrzymujemy rentowność mimo ostrej konkurencji cenowej, szczególnie na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych i korporacyjnych.

Od lipca dołączyliśmy do grona ubezpieczycieli, oferujących klientom bezpośrednią likwidacją szkód z OC komunikacyjnego. To kolejny element poprawiający doświadczenie klienta – obok naszych autorskich rozwiązań takich jak dedykowany likwidator dla danej szkody, bezpłatna szkoła bezpiecznej jazdy po stłuczce, czy też gwarancja wypłaty większości odszkodowań z polis mieszkaniowych w ciągu 10 dni. Uważamy, że to właśnie od doświadczeń klientów zależy ich lojalność i gotowość do zakupu kolejnych produktów lub polecenia naszej firmy znajomym.”

Aviva Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie SAAviva Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie SA wyniki I półrocze 2015

Aviva Towarzystwo Ubezpieczeń Ogólnych SAAviva Towarzystwo Ubezpieczeń Ogólnych SA wyniki I półrocze 2015

Już jedna piąta samochodów służbowych finansowana jest wynajmem długoterminowym. LeasePlan Polska otwiera się na klientów indywidualnych i wprowadza elastyczny okres wynajmu

CEO Magazyn Polska

W drugim kwartale 2015 roku już 21 proc. samochodów osobowych, które trafiły do firm, finansowane było wynajmem długoterminowym. Jedna z największych firm zajmujących się tą działalnością LeasePlan Polska otwiera się teraz także na klientów indywidualnych. Zamierza im zaoferować podobne do firmowych usługi oraz wprowadza nowe produkty. W ramach FlexPlan klienci nie muszą deklarować okresu wynajmu ani liczby przejechanych kilometrów.

Obecnie nasza flota liczy prawie 25 tys. samochodów – mówi agencji Newseria Inwestor Artur Sulewski, dyrektor handlowy LeasePlan Fleet Management Polska. – Jesteśmy liderem rynkowym, a nasze plany przewidują w ciągu najbliższych kilku lat stabilny wzrost  między 5  a 7 proc.

Przychody spółki wynoszą około 550 mln zł rocznie i są stałe, bo wynikają przede wszystkim z kontraktów długoterminowych. Natomiast suma aktywów w ubiegłym roku po raz pierwszy przekroczyła miliard zł. LeasePlan zakłada, że zwiększać się ona będzie w podobnym tempie, jak liczba samochodów.

W pierwszym półroczu podpisaliśmy 43 umowy z klientami, których łączna flota wyniosła prawie 6 tys. samochodów – mówi Artur Sulewski. – Byli to klienci z różnych sektorów: firmy farmaceutyczne, IT, telekomy i kilka przedsiębiorstw budowlanych. Mamy klientów reprezentujących różne branże.

Prognozy spółki na następne kwartały także są optymistyczne. Przedsiębiorstwo planuje, że rynek dalej będzie się rozwijał w podobnym tempie jak do tej pory. Firmy leasingowe coraz bardziej się specjalizują. W drugiej połowie br., jak zapowiada Artur Sulewski, LeasePlan Polska będzie rozwijał trzy nowe linie biznesowe. Prócz typowych usług otwiera się także na osoby indywidualne, którym chce zaoferować pełną obsługę, ubezpieczenie, serwis, karty paliwowe itp.

Chodzi o to, aby pomóc w kontrolowaniu kosztów użytkowania samochodów, ułatwić zarządzanie nawet jednym czy dwoma autami rodzinnymi – tłumaczy Artur Sulewski. – Druga rzecz to uruchomienie pierwszego w Polsce komisu, w którym klienci będą mieli pewność co do tego, jaki samochód kupują. Otrzymają auto z pełną historią, wyłącznie samochody od jednego właściciela. Nie kupią u nas kota w worku.

Trzecią nowością spółki jest rozwinięcie usługi leasingu elastycznego pod nazwą FlexPlan. Korzystająca z takiego rozwiązania firma nie musi deklarować okresu leasingu (może to być nawet jeden miesiąc) ani limitu przejechanych kilometrów. Umowa obejmuje pełny pakiet ubezpieczeń (OC, AC, NNW, assistance 24/7, przeglądy, naprawy, likwidacja szkód). Udział własny w tego rodzaju usłudze wynosi 500 zł.

Obecnie, jeżeli umowa jest podpisana na 24 miesiące, jej wcześniejsze zerwanie wiąże się z opłatami. Gdy leasingodawca sprzedaje używany samochód mający na przykład pół roku, to jego rynkowa wartość jest bowiem dużo niższa od księgowej. Różnicę musi pokryć leasingobiorca.

Wyjściem jest FlexPlan, który oferujemy od sierpnia, gdzie klient nie jest zobowiązany do przedstawienia okresu, podczas którego będzie używał auta – mówi Sulewski. – W nowej usłudze nie trzeba deklarować, czy samochody będą potrzebne na rok, dwa lata czy pół roku. Jeżeli klient powie, że potrzebuje auta na dwa miesiące, a okaże się, że są one konieczne na rok, to po prostu poinformuje nas, że przedłuża kontrakt o dziesięć miesięcy. Z drugiej strony, jeżeli weźmie na rok na przykład 50 samochodów, a po sześciu miesiącach okaże się, że projekt, który chciał uruchomić, nie będzie aż tak opłacalny, zwróci nam część pojazdów i nie poniesie z tego tytułu dodatkowych kosztów. Zapotrzebowanie na taką usługę do końca przyszłego roku wyniesie około tysiąca samochodów.

Ubiegły rok był bardzo udany dla krajowej branży CFM (Car Fleet Management). Jak wynika z danych Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), organizacji zrzeszającej największe firmy, w 2014 roku sektor urósł o 10,3 proc. w stosunku do grudnia rok wcześniej. Oznacza to, że dynamika rozwoju wynajmu długoterminowego aut w Polsce utrzymuje się od kilku lat na bardzo wysokim poziomie, wynoszącym około 10-12 proc. rocznie.

Według ostatnich danych PZWLP w drugim kwartale br. rynek wynajmu długoterminowego wzrósł aż o 12,4 proc. (w ujęciu rocznym). Klienci firmowi coraz częściej wybierają taką formę rozbudowy floty kosztem zwykłego leasingu finansowego, kupna na kredyt czy ze środków własnych. Od 1 kwietnia do 30 czerwca br. ponad jedna piąta (21 proc.) samochodów sprzedanych przedsiębiorstwom została sfinansowana wynajmem długoterminowym. Skumulowany wzrost rynku takiej usługi podczas pierwszego półrocza, jak wynika z danych PZWLP, wyniósł 7 proc., co było rekordowym wynikiem.

Wrocławski deweloper przygotowuje się do debiutu na głównym parkiecie warszawskiej giełdy. Spółka wyemituje nowe akcje, ale właściciele chcą zachować nad nią kontrolę

CEO Magazyn Polska Marcin Misztal

i2 Development zapowiada, że w ciągu najbliższych tygodni złoży prospekt emisyjny do Komisji Nadzoru Finansowego. Zarząd spółki ma nadzieję, że dzięki sprzedaży nowych akcji uda mu się pozyskać nawet kilkadziesiąt milionów złotych. Środki przeznaczone zostaną na rozpoczęcie kolejnych projektów deweloperskich we Wrocławiu oraz wsparcie już rozpoczętych.

Obecnie intensywnie pracujemy nad prospektem emisyjnym. Sądzę, że w najbliższych tygodniach uda się go złożyć do Komisji Nadzoru Finansowego – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Misztal, wiceprezes zarządu i2 Development. – Zakładamy, że będzie to wyłącznie emisja nowych akcji – dodaje.

Marcin Misztal twierdzi, że na inwestycje w ciągu następnych trzech-czterech lat spółka potrzebuje około 100 mln zł. Zarząd ma nadzieję, że kilkadziesiąt milionów złotych uda się pozyskać z emisji akcji.

Razem z moim wspólnikiem mamy po pięćdziesiąt procent akcji spółki i będziemy chcieli na pewno zachować nad nią kontrolę – zaznacza Marcin Misztal. – Natomiast wielkość emisji będzie uzależniona od atrakcyjności wyceny, jaką uzyskamy – dodaje.

Pieniądze spółka chce przeznaczyć na nowe projekty deweloperskie we Wrocławiu oraz wsparcie realizacji już rozpoczętych.

Spółka rozwija się dynamicznie. W najbliższych latach będziemy potrzebować sto milionów złotych na rozwój, z czego kilkadziesiąt milionów chcemy pozyskać poprzez upublicznienie podmiotu – twierdzi wiceprezes zarządu. – Chcemy, aby spółka była bardziej transparentna dla naszych kontrahentów i dla instytucji finansowych. Wejście na giełdę pozwoli nam zwiększyć wiarygodność, ale też zdobyć środki, by jeszcze szybciej się rozwijać – dodaje.

Jak mówi Marcin Misztal, do tej pory firma pozyskiwała pieniądze ze spółek powiązanych z akcjonariuszami, a po ukończeniu pierwszego cyklu inwestycyjnego wszystkie zyski przeznaczono na rozwój oraz kolejne projekty.

i2 Development to spółka założona w 2012 roku specjalizująca się w budowie mieszkań o wysokim standardzie. Ten segment to 75 proc. jej działalności, pozostały to budowa powierzchni biurowych i usługowych.

M. Wieloch (Infini): Milion złotych na projekty o wysokiej wartości innowacyjnej. Spółka organizuje również kolejne rundy finansowania

CEO Magazyn Polska Maciej Wieloch

Spółka Infini inwestuje do miliona złotych w przedsięwzięcia o wysokiej wartości innowacyjnej. Ostatnie projekty funduszu związane są z produkcją dronów i systemów do fotogrametrii FlyTech oraz Bioacoustic z urządzeniem do leczenia zaburzeń słuchu. Strategia firmy zakłada udział w przedsięwzięciach z dużą szansą na ich komercjalizację wraz z wyjściem na zagraniczne rynki.

– Uważamy, że potencjał jest bardzo duży, świadczą o tym nasze dwie ostatnie inwestycje, czyli właśnie FlyTech, który produkuje drony i całe systemy do fotogrametrii, czyli do robienia zdjęć przez samoloty bezzałogowe i ich obróbki – mówi Maciej Wieloch, prezes zarządu funduszu Infini.

Ekspert w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor wymienia także na drugi z projektów funduszu  Bioacoustic, urządzenie służące do leczenia szumów usznych. Jest to przypadłość dotykająca około 20 proc. ludzi, z czego spory jest odsetek osób, u których zaburzenia słuchu przyjmują bardzo dotkliwą formę.

– W związku z tym nie tylko są to innowacje, na których mamy nadzieję nieźle zarobić, lecz także są to innowacje, które są użyteczne dla społeczeństwa – wyjaśnia prezes Wieloch.

Przedstawiciel funduszu Infini zwraca uwagę na wartość własności intelektualnej. Jest to czynnik zapewniający spółce konkurencyjność. Lubelska spółka w pierwszej kolejności skupia się na zabezpieczeniu posiadanych rozwiązań, zdobyciu patentów i ochronie przed konkurencją całego know-how danego projektu.

– Nasze pierwsze kroki służyły właśnie temu, żeby po pierwsze rozwinąć te pomysły, doprowadzić je do tego, żeby stały się produktami, żeby zaistniały na rynku, a po drugie, żeby zabezpieczyć je od strony własności intelektualnej – tłumaczy Wieloch.

Bezzałogowy system obserwacyjny Fenix, stworzony przez FlyTech, ma znaleźć zastosowanie w wielu branżach, takich jak geodezja, kartografia czy monitoring sieci energetycznych. Grono potencjalnych odbiorców jest jednak szersze i dotyczy wszystkich obszarów, gdzie niezbędne jest wykorzystanie dokładnych zdjęć terenu. Z usług drona skorzystają także straż graniczna czy ratownicy GOPR.

– Jeżeli chodzi o Bioacoustic, to jest to rozwiązanie przeznaczone dla osób fizycznych, ale oczywiście planujemy je dystrybuować szerzej, chcemy, żeby stało się standardem wśród audiologów i laryngologów leczących choroby uszne – wyjaśnia Maciej Wieloch, pytany o komercyjne zastosowanie drugiego z projektów funduszu.

Strategia spółki Infini zakłada realizację pomysłów, które mogą być wykorzystywane w skali globalnej. Maciej Wieloch podkreśla, że już teraz funduszu otrzymuje bardzo dużo zapytań z zagranicy, które dotyczą realizowanych projektów. Mowa tu nie tylko o FlyTech oraz Bioacoustic, lecz także o innych rozwiązaniach, nad którym pracuje spółka.

– Jesteśmy jednym z funduszy działających w ramach programu BRIdge Alfa, który jest realizowany przez Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. W związku z tym mamy ograniczone możliwości finansowania, inwestujemy do miliona złotych w projekt – mówi dyrektor funduszu Infini pytany o finansowanie realizowanych projektów.

Rozmówca zaznacza jednak, że większość przedsięwzięć wymaga nakładów znacznie przekraczających wspomniany milion. W celu zdobycia potrzebnego kapitału spółka organizuje więc kolejne rundy finansowania. Odbywa się to zarówno w oparciu o fundusze możliwe do pozyskania w ramach grupy kapitałowej, której częścią jest Infini, jak i na drodze sprzedaży udziałów na zagranicznych rynkach.

– W przypadku FlyTech ubiegamy się o kolejny grant na badania naukowe z NCBiR. W przypadku Bioacoustic planujemy kolejne badania z grantów Unii Europejskiej – tłumaczy Wieloch.

Choć realizowane projekty mają charakter badawczo-rozwojowy, to prezes Infini nie ukrywa, że najbardziej zależy mu na ich komercyjnym aspekcie. Polityka funduszu zakłada udział w takich projektach, których rezultat będzie możliwy do skomercjalizowania.

To może być rekordowy rok na rynku powierzchni magazynowych. Popyt na nowe obiekty szybko rośnie

CEO Magazyn Polska

W I półroczu najemcy podpisali umowy na ponad 1,1 mln mkw. powierzchni magazynowych i przemysłowych. W całym ubiegłym roku było to nieco ponad 2 mln mkw., więc ubiegłoroczny rekord może zostać pobity – wynika z raportu firmy JLL. Rosnący popyt przekłada się na dużą aktywność inwestorów – w budowie jest jeszcze blisko 700 tys. mkw. Wskaźnik niewynajętej powierzchni obniżył się do 7,4 proc., poziomu najniższego od ośmiu lat.

W I półroczu 2015 roku zawarto umowy najmu na prawie 1,2 mln mkw. powierzchni magazynowej, co jest wyższym wynikiem niż w analogicznym okresie 2014 roku, kiedy wynajęto około 900 tys. mkw. To każe nam przypuszczać, że jest szansa na pobicie rekordu z ubiegłego roku. Szczególnie, że to właśnie II połowa, a przede wszystkim IV kwartał, zwykle obfituje w największą liczbę transakcji – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Mika, dyrektor działu powierzchni magazynowo-przemysłowych w JLL w Polsce.

Regionalne rozłożenie popytu w ostatnich latach ulega zmianie. Wciąż wprawdzie dominuje pięć lokalizacji – Warszawa, Polska Centralna, Górny Śląsk, Poznań i Wrocław, które są największymi regionami magazynowymi, ale ich udział maleje. Zyskują za to regiony dotąd uważane za peryferyjne, czyli np. Kraków i Szczecin, a także lokalizacje, w których niedawno powstały pierwsze obiekty, czyli Lublin i Rzeszów.

Rosnący popyt skutkuje większą aktywnością inwestorów. Firmy deweloperskie w I półroczu oddały do użytku ponad 437 tys. mkw. nowej powierzchni, najwięcej w Poznaniu i okolicach Warszawy. We Wrocławiu, który był pod tym względem liderem przed rokiem, w I półroczu 2015 roku nie oddano żadnego nowego budynku. W całej Polsce w budowie jest ponad 670 tys. mkw. nowej powierzchni.

Spodziewamy się, że część inwestycji zostanie oddana jeszcze w tym roku, co oznacza, że jest szansa na przekroczenie 1 mln mkw. nowej podaży dostarczonej na rynek w tym roku – mówi Tomasz Mika.

Dobra sytuacja rynkowa powoduje, że inwestorzy coraz częściej budują powierzchnie spekulacyjne, czyli niezabezpieczone umowami najmu. Już co czwarta budowa powstaje w ten sposób. Rok temu odsetek ten wynosił niecałe 10 proc.

Właściciele obiektów magazynowo-przemysłowych mają powody do radości, bo wskaźnik niewynajętej powierzchni spadł w ciągu ostatnich 12 miesięcy o 310 punktów bazowych do poziomu 7,4 proc. i jest najniższy od 2007 roku.

Jest to efektem kilku sporych transakcji, szczególnie w Polsce Centralnej, w rejonie Łodzi, zawartych na powierzchnię istniejącą – mówi Mika.

W całej Polsce do dyspozycji jest obecnie 686 tys. mkw. wolnej powierzchni. W ujęciu regionalnym najwięcej pustostanów znajduje się na rynkach dojrzałych, czyli w Warszawie i okolicach (odpowiednio 13,7 proc. i 10,4 proc.) oraz na Górnym Śląsku (10,2 proc.), a także na rynkach wschodzących, czyli w Lublinie (25,5 proc.) i Szczecinie (10,4 proc.). Najmniej wolnych magazynów jest w Polsce Zachodniej – w Poznaniu tylko 1,5 proc. podaży, a we Wrocławiu – 4,5 proc.

Zdrowy odsetek pustostanów powinien wynosić właśnie około 7-10 proc., bo to zapewnia stabilny rozwój rynku i pozwala reagować na potrzeby najemców, którzy chcą wynająć powierzchnie od zaraz – wyjaśnia ekspert JLL.

Wśród najemców dominują operatorzy logistyczni – ich udział w popycie netto wyniósł 29 proc. Rośnie także aktywność sieci handlowych – odpowiadają one za 26 proc. nowych umów w I połowie roku. W ocenie ekspertów JLL to właśnie sektor handlowy w dużej mierze napędza rynek, również w kontekście rozwijającego się segmentu e-commerce. Silny popyt w I półroczu był również po części zasługą sektora motoryzacyjnego (9% udział w popycie netto)

Czynsze w dalszym ciągu są na atrakcyjnym poziomie, szczególnie w porównaniu z innymi krajami regionu czy rynkami Europy Zachodniej. To sprzyja pozyskiwaniu nowych inwestorów w naszym kraju – mówi Tomasz Mika. – Nie spodziewamy się dużych wahań stawek najmu, czynsze powinny utrzymywać się na stabilnym poziomie, z możliwą tendencją do delikatnego wzrostu w niektórych regionach.

Najwyższe stawki są na rynkach wewnątrzmiejskich, czyli w Warszawie, Łodzi i we Wrocławiu. W tych lokalizacjach dominuje format SBU (Small Business Unit), czyli budynki z powierzchnią biurową i niewielką powierzchnią magazynową lub produkcyjną. W Warszawie miesięczny czynsz efektywny w takich obiektach wynosi średnio 4,8 euro za mkw., we Wrocławiu – 3,8 euro/ mkw., a w Łodzi – 3,7 euro/ mkw. Obiekty Big Box, zlokalizowane poza miastami, są tańsze. Ich ceny rozpoczynają się od 2,1 euro/ mkw./ miesiąc do 3,4 euro/ mkw./ miesiąc w najdroższych lokalizacjach, jak Kraków czy Szczecin.

Prawo tajemnicy bankowej i ubezpieczeniowej niedostosowane do wykorzystywania chmury obliczeniowej

CEO Magazyn Polska Xawery Konarski

Przestarzałe przepisy ograniczają możliwość wykorzystania chmury obliczeniowej przez banki i instytucje finansowe. Potrzebna jest nowelizacja prawa, która uwzględni rozwój tej technologii. Tym bardziej że banki, szukając oszczędności, coraz chętniej z takich rozwiązań korzystają. Niejasności dotyczą nie tylko ochrony danych. Chmury obliczeniowe wiążą się także z wyzwaniami z zakresu prawa autorskiego i odpowiedzialności cywilno-prawnej.

Instytucje finansowe, biorąc pod uwagę to, co się dzieje obecnie na rynkach finansowych, szukając oszczędności, interesują się chmurą obliczeniową. Są jednak pewne bariery prawne, które ograniczają wykorzystanie tej technologii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Xawery Konarski, partner w kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

Jak wyjaśnia Konarski, przepisy dotyczące m.in. tajemnicy bankowej czy ubezpieczeniowej nie zostały zaktualizowane. Były one pisane przed rozpowszechnieniem chmury obliczeniowej i po prostu nie przewidują wykorzystania takiej technologii. O ile przy transferze danych wewnątrz Europejskiego Obszaru Gospodarczego nie ma problemu, o tyle w przypadku korzystania z usług firm z poza EGO, w tym ze Stanów Zjednoczonych, pojawiają się pewne ograniczenia. Konarski zwraca uwagę, że to właśnie amerykańskie firmy są liderami na rynku dostawców technologii chmur obliczeniowych.

Dodaje, że nie oznacza to, że banki i firmy ubezpieczeniowe nie mogą w ogóle korzystać z chmury obliczeniowej. Jest to jednak utrudnienie, które w ocenie Konarskiego należy usunąć poprzez odpowiednią nowelizację przepisów.

 W zakresie outsourcingu bankowego i outsourcingu ubezpieczeniowego planowane są zmiany przepisów już w nowej kadencji, tak żeby było możliwe pełne korzystanie z usług chmury obliczeniowej na całym świecie, a nie tylko w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego – mówi Konarski.

Zwraca też uwagę na to, że chmura obliczeniowa nie wiąże się jedynie z problemami dotyczącymi ochrony danych osobowych. Tego typu technologia niesie z sobą wyzwania na płaszczyźnie prawa autorskiego oraz wątpliwości przy rozstrzyganiu zagadnień cywilno-prawnych.

Problematyczne jest np. to, czy informacje, które powstają w związku z korzystaniem przez różnych użytkowników z chmury obliczeniowej, są własnością użytkownika czy dostawcy chmury. Czasem to są bardzo ważne informacje, np. marketingowe, dla użytkownika chmury – tłumaczy Konarski.

Niewyjaśniona jest też kwestia odpowiedzialności za utratę danych, co jest najpoważniejszym, choć rzadkim, ryzykiem związanym z technologią chmury.

Jak wyjaśnia Konarski, nie tylko dostawca usługi odpowiada za bezpieczeństwo danych. Czasami część odpowiedzialności może ponosić również użytkownik.

Chmura obliczeniowa to również inne aspekty cywilno-prawne związane z szeroko rozumianym zarządzaniem danych. To ochrona danych, własność intelektualna i problematyka cywilno-prawna, w szczególności odpowiedzialności za usługę chmury – mówi ekspert.

Wprowadzenie w firmie polityki podróży służbowych może obniżyć ich koszty o jedną czwartą

0

CEO Magazyn Polska Paweł Rek

Polacy coraz częściej wyjeżdżają służbowo – wynika z danych eSKY.pl. Delegacji na terenie kraju było w ubiegłym roku o 7 proc. więcej, a zagranicznych o 15 proc. Koszt delegacji pozostaje kluczowym czynnikiem dla firm. Dzięki wprowadzeniu odpowiedniej polityki, która ułatwi zarządzanie podróżami służbowymi i kontrolę nad ich budżetem, w firmie możliwe są oszczędności na poziomie 20-25 proc.

Wprowadzając politykę podróży, możemy bardzo łatwo wygenerować oszczędności rzędu 20-25 proc. Jest to możliwe, kiedy będziemy mieli kontrolę nad naszym budżetem i wprowadzimy zasady, które jasno określają, gdzie kupujemy, za ile, w jakich kategoriach hoteli nocujemy, w jakiej klasie podróżujemy. Na pewno rośnie świadomość tego, że polityka podróży jest coraz ważniejsza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Rek, dyrektor generalny Amadeus Polska, firmy dostarczającej rozwiązania w sektorze lotnictwa, transportu i turystycznym.

Jak wynika z analizy serwisu eSKY.pl, podróże biznesowe krajowych przedsiębiorców i pracowników najczęściej odbywają się po Polsce. W ubiegłym roku najbardziej popularna była trasa z Warszawy do Gdańska, na której liczba podróży zwiększyła się o 19 proc. w stosunku do 2013 roku. Nieco mniej popularne w segmencie podróży służbowych było połączenie z Warszawy do Wrocławia, które z kolei straciło pasażerów. Trzecia pod względem popularności była trasa z Warszawy do Katowic.

Z analizy eSKY.pl wynika również, że rośnie liczba i wartość biletów lotniczych kupowanych w klasie biznes na kierunkach zagranicznych. W 2014 roku nabyto ich o 15 proc. więcej niż rok wcześniej. Zmieniają się także średnie ceny. O ile w 2013 roku za jeden taki bilet płacono przeciętnie 1224 zł, o tyle w 2014 roku już 1253 zł.

Duży wpływ na budżety podróży służbowych miał kryzys 2009 roku, kiedy to bardzo wiele przedsiębiorstw, nawet tych, które niekoniecznie musiały oszczędzać, wprowadziło odpowiednie metody, żeby zmniejszyć wydatki na podróże oraz ich liczbę – wskazuje Rek. – W tej chwili sytuacja się już ustabilizowała i od mniej więcej dwóch lat widzimy, że czasy kryzysu mamy już raczej za sobą.

Jak podkreśla, widoczny jest rozwój narzędzi i systemów służących do telekonferencji. Zastąpiły one część wyjazdów, ale głównie wewnętrznych, a nie z klientami.

Podróżowanie w interesach jest wciąż bardzo ważne, dlatego że w wielu wypadkach dużo efektywniej rozmawia się na miejscu niż telefonicznie. Niektórych interesów nie uda się załatwić poza salą spotkań – zauważa Paweł Rek.

To jednak nie oznacza, że firmy nie chcą w tym sektorze oszczędzać. Z badań Amadeusa wynika, że co trzecia firma planuje ograniczyć koszty delegacji, zastrzegając jednak, że nie chce zmniejszać ich liczby.

Jak wskazuje Rek, jedną z metod oszczędzania jest rezerwacja online.

W Stanach Zjednoczonych już ponad połowa podróży rezerwowana jest za pomocą narzędzi online – informuje Paweł Rek. – W Europie nieco mniej. Prym wiedzie Skandynawia, która ma ponad 40-proc. udział w tego rodzaju rezerwacjach podróży służbowych.

Pracownicy firm i same przedsiębiorstwa czy osoby zarządzające oczekują przy tym, jak twierdzi Paweł Rek, że wszystkie usługi dostaną w jednym miejscu, a dostęp do informacji będzie bardzo łatwy. Liczą na większą automatyzację całego procesu planowania wyjazdu i narzędzia, które umożliwią oszczędności.

Mężczyźni wcześniej wpadają w zadłużenie. Przeciętny nierzetelny płatnik ma 47 lat, a jego zaległe zobowiązania wynoszą blisko 6 tys. zł

Krzysztof Różycki CEO Magazyn Polska

Już co drugi dorosły Polak ma choć jeden kredyt. Najbardziej aktywni pod względem zadłużenia są mężczyźni z pokolenia X, czyli w wieku 34-48 lat. Kobiety częściej zaciągają kredyty w dojrzałym wieku, w pokoleniu seniorów 62 proc. nierzetelnych płatników to właśnie panie. To płeć piękna jest też bardziej ugodowa w przypadku problemów z terminowością, choć mężczyźni, jeśli dojdzie do porozumienia, deklarują wyższe kwoty spłaty.

 Ponad połowa ludzi do 35 roku życia mieszka z rodzicami. W związku z tym nie mają oni problemów z rachunkami za gaz czy czynsz, ale zaczynają się pierwsze problemy z kredytami, głównie gotówkowymi. Z biegiem czasu to się zmienia, w przedziale od 35 do 50 lat pojawiają się problemy z kredytem hipotecznym – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Różycki, dyrektor operacyjny w Grupie Casus Finanse.

Z danych BIK wynika, że kredyt posiada ponad 15 mln dorosłych Polaków. Wśród dłużników przeważają kobiety, jednak to mężczyźni wcześniej wpadają w finansowe tarapaty. Ponadto według analizy Casus Finanse mężczyźni zalegają z większą liczbą kredytów i są to kredyty o wyższym saldzie. W pokoleniu Y, czyli wśród osób urodzonych w latach 1982-1995, blisko 51 proc. nierzetelnych płatników to panowie. Mężczyźni są też najbardziej aktywni kredytowo w pokoleniu X (osoby urodzone w latach 1967-1981) – tu wskaźnik wynosi 59 proc.

– Na bazie ponad 160 tys. przypadków ustaliliśmy, że typowy mężczyzna w Polsce, który boryka się z problemami płatności, ma około 47 lat. Najwięcej zadłużonych mężczyzn jest w przedziale pomiędzy 25 a 50 rokiem życia – analizuje ekspert. – Ogólnie mężczyźni wkraczają na ścieżkę problemów finansowych wcześniej niż kobiety.

Młodsi mężczyźni mają problemy ze spłatą karty kredytowej. W późniejszym wieku pojawiają się problemy związane z hipoteką czy kredytem samochodowym. Co trzecie zobowiązanie dotyczy niespłacanych kredytów gotówkowych i rachunków za telefon. Pod względem wartości przeważają jednak kredyty gotówkowe, stanowią one 65 proc. wszystkich spraw.

Kobiety mają problemy ze spłatą zadłużenia w nieco późniejszym wieku. Wśród osób urodzonych między 1948 a 1966 rokiem ponad połowa (51,9 proc.) nierzetelnych kredytobiorców to kobiety. W grupie seniorów różnica jest już znacząca, bo tu 62 proc. dłużników stanowią panie.

– Średnia wieku pod względem zadłużenia u kobiety wynosi 51 lat. Aż 26 proc. wszystkich zadłużeń, jakie zarejestrowaliśmy u pań, to kredyty gotówkowe. Panie bardzo regularnie płacą natomiast za telefon czy prąd, z tym nie mają problemu – podkreśla Różycki. – Problem z płatnością tych zobowiązań pojawia się u kobiet dopiero po 50 roku życia.

Inaczej sytuacja ta wygląda w sektorze pozabankowym. Tu mężczyźni zachowują więcej rozsądku, a panie są mniej rzetelne płatniczo (42 proc. mężczyzn do 58 proc. kobiet). Wynikać to może z tego, że kobiety rzadziej niż mężczyźni mogą pozwolić sobie na kredyt w banku i w związku z tym częściej zaciągają zobowiązania w firmach pożyczkowych, których następnie ze względu na wysokie oprocentowanie nie są w stanie spłacić.

Z danych Casus Finance wynika, że najwięcej osób zadłużonych jest w województwie dolnośląskim. Zadłużenie średnie i suma długów najwyższe są jednak w województwie mazowieckim.

– W ścisłej czołówce jest też województwo śląskie i wielkopolskie – wskazuje ekspert Casus Finanse.

Pod względem rozkładu terytorialnego niespłaconych zobowiązań na terenie całego kraju dominują mężczyźni. Tylko w województwie łódzkim nieznacznie więcej nierzetelnych płatników jest wśród pań, jednak nawet i tam wyższą wartość zobowiązań notuje się u panów.

Mężczyźni są też znacznie mniej ugodowi od płci pięknej.

 Panie są dużo bardziej ugodowe. Do wieku 50 lat blisko 40 proc. pań deklaruje chęć i wolę współpracy przy spłacie zadłużenia. Niestety, z wiekiem ten parametr maleje. Natomiast panowie, jeżeli już dojdzie do kontaktu i zawarcia porozumienia, deklarują wyższe kwoty i traktują to zobowiązanie dość rzetelnie – mówi Różycki.

Ekspert podkreśla, że niezależnie od wysokości zadłużenia warto nawiązać współpracę z wierzycielem.

– Wierzyciele mają świadomość, że osób, które borykają się z problemami finansowymi, nie stać na spłatę całego zobowiązania. Skoro tak jest, to wyciągamy rękę i prosimy o kontakt, jest szansa zawarcia porozumienia, rozłożenia zadłużenia na wygodne raty, dopasowane do budżetu domowego. Jest wiele możliwości, tylko trzeba wykonać ten pierwszy krok – przekonuje Krzysztof Różycki.

Polacy nie potrafią odpoczywać. Ponad 60 proc. pracuje nawet podczas urlopu

Tomasz Borkowski CEO Magazyn Polska

Tylko 64 proc. Polaków potrafi zapomnieć o pracy podczas urlopu. Większość polskich pracowników musi być dostępna telefonicznie nawet podczas wakacyjnego wypoczynku lub nie potrafi się zdystansować od obowiązków zawodowych. Brak wypoczynku może jednak prowadzić do frustracji, depresji oraz wypalenia zawodowego.

Z raportu Monitor Rynku Pracy sporządzonego przez Instytut Badawczy Randstad wynika, że tylko 64 proc. Polaków zapomina o pracy podczas wakacyjnego wyjazdu. Wynika to w dużej mierze z nadmiernych oczekiwań przełożonych. Aż 60 proc. polskich pracowników otrzymało bowiem polecenie, by byli dostępni telefonicznie podczas urlopu, a 36 proc. zostało zobligowanych przez szefów do natychmiastowego odpowiadania na służbowe telefony i e-maile. Ponadto Polacy mają problemy z zapomnieniem o obowiązkach zawodowych podczas urlopu.

Do najczęstszych błędów, które popełniają pracownicy, udając się na urlop, należy brak umiejętności zdystansowania się do swojego stanowiska pracy. Mam na myśli osoby, które są niewolnikami poczucia obowiązku. To z czasem może prowadzić do silnych obciążeń psychicznych, a nawet do wypalenia zawodowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Borkowski, doradca w Biurze Karier Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Brak dystansu do pracy może mieć wiele przyczyn. Z informacji firmy Randstad wynika, że w pierwszym kwartale 2015 roku ponownie zwiększyła się liczba Polaków obawiających się o swoje stanowisko pracy. Strach przed utratą pracy może się przekładać na mniejszy poziom asertywności wobec przełożonych, którzy oczekują dyspozycyjności podczas urlopu. Aby odpoczywać efektywnie, należy więc wyrobić w sobie większą asertywność wobec szefów, a także nabyć umiejętność delegowania swoich obowiązków. Aby się to udało, konieczne jest jednak zaufanie do współpracowników.

Jeżeli nasz szef uważa, że jesteśmy osobą niezastąpioną, to trzeba trochę zmodyfikować to myślenie i udowodnić, że są osoby, którym możemy oddelegować obowiązki. Pozwoli nam się to zdystansować od naszej pracy i wyeliminować zakłócenia, które mogą nastąpić podczas urlopu, czyli np. telefony od innych osób, które będą zadawać nam jakieś pytania – mówi Tomasz Borkowski.

Bardzo ważne jest również sukcesywne przekonywanie samego siebie do zmiany postawy wobec pracy zawodowej. Należy wypracować w sobie postawę zakładającą, że praca jest istotnym elementem życia, ale nie dominującym. W zdystansowaniu się od pracy pomaga także aktywne spędzanie wolnego czasu i jakieś hobby. Oddawanie się pasji sprawia bowiem, że zapomina się w tym czasie o obowiązkach zawodowych. Wszystkie te umiejętności należy w sobie rozwijać przez cały rok, aby w wakacje móc się cieszyć swobodnym wypoczynkiem. Brak umiejętności odpoczywania od pracy może niekorzystnie odbić się zarówno na zdrowiu, jak i na karierze zawodowej.

Osoba, która nie pozwala sobie odpocząć przez dłuższy czas bądź której nie jest dane odpocząć ze względu na liczne obowiązki, na pewno będzie obciążona psychicznie. Będzie to prowadzić do frustracji i rozdrażnienia, a to może rzutować na życie rodzinne i pozazawodowe, a także może prowadzić do wypalenia zawodowego – mówi Tomasz Borkowski.

Aby pracownik faktycznie zregenerował siły i był w stanie potem efektywnie wykonywać swoje obowiązki, powinien być na urlopie minimum 14 dni. Polskie prawo mówi, że pracownik może podzielić przysługujący mu urlop na części, jednak przynajmniej jedna z nich musi wynieść dwa tygodnie.

Wczesne wykrywanie raka piersi ma być łatwiejsze. Trwają prace nad urządzeniem do samodzielnego badania

Marcin Halicki CEO Magazyn Polska

Coraz więcej kobiet ma świadomość konieczności regularnej diagnostyki piersi. Polska firma Braster dopracowuje technologię, która umożliwi przeprowadzanie profilaktycznych badań w warunkach domowych. Spółka planuje rozpocząć w 2016 roku komercyjną sprzedaż swojego urządzenia do samodzielnego badania piersi na terenie Polski, by w kolejnych latach zaoferować produkt za granicą.

Braster Tester ma pojawić się na polskim rynku w drugiej połowie 2016 roku. Urządzenie ma umożliwiać samodzielne badanie piersi przez kobiety – obraz termograficzny stworzony przez ciekłokrystaliczne matryce będzie przesyłany bezpośrednio do centrum medycznego. Kobiety w smartfonach będą miały zainstalowane aplikacje, które poinstruują je odnośnie przebiegu badania, a także przypomną o regularnych testach.

Takiego systemu nie produkuje jeszcze żadna firma na świecie. Braster obiecuje dużą skuteczność diagnostyczną. Urządzenie będzie skutecznie wykrywać komórki nowotworowe, które z natury generują podwyższoną temperaturę.

Docelowo rynki zagraniczne dla tego innowacyjnego produktu są znacznie bardziej perspektywiczne niż polski.

Poziom edukacji w Polsce w zakresie profilaktyki raka piersi jest średni. Zagrożenie w krajach Europy Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych jest dwa razy wyższe niż w Polsce, więc i świadomość potrzeby badania jest dwa razy większa – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Halicki, prezes zarządu Braster SA.

Przyznaje jednak, że popularyzacja produktu jest wyzwaniem. Co prawda technologia sprawdza się w warunkach klinicznych i działa w szpitalach, ale teraz spółka musi przekonać do zakupu zwykłe Polki. Urządzenie ma bowiem docelowo służyć do samodzielnego badania w domu.

Halicki ocenia jednak, że rośnie świadomość kobiet na temat raka piersi i obawa przed zachorowaniem na niego, więc również potrzeba posiadania urządzeń do samodiagnostyki będzie coraz większa.

Nie ma na razie żadnej alternatywy, oprócz pójścia do lekarza. Tymczasem prawdopodobnie każdy ma w rodzinie czy wśród znajomych przypadki raka piersi i to z pewnością wzbudza niepokój. Braster Tester da kobietom unikalną możliwość przeprowadzenia pełnowartościowego badania medycznego w warunkach domowych, łącznie z automatyczną diagnozą, która według nas będzie bardziej precyzyjna, niż diagnoza stawiana przez lekarza w gabinecie medycznym – przekonuje Halicki.

Prezes spółki dodaje, że matryce będą produkowane w zakładzie firmy w Szeligach, pod Warszawą. Niektóre z pozostałych komponentów będą dostarczane przez firmy zewnętrzne.

Co roku w Polsce na raka piersi umiera około 5 tys. kobiet, a 15 tys. dowiaduje się o chorobie.

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłosiło wyniki pierwszej tury naboru wniosków w konkursie programu „Szybka ścieżka”.

Zwiększenie zaangażowania przedsiębiorców w działalność badawczo-rozwojową to klucz do wzrostu innowacyjności naszej gospodarki. Dzięki funduszom unijnym dysponujemy obecnie największymi w historii środkami na wsparcie polskich firm, które chcą się rozwijać w oparciu o wyniki prac B+R. Priorytetem NCBR jest efektywne wykorzystanie tych środków. W „szybkiej ścieżce” stawiamy przede wszystkim na jakość projektów, oferując jednocześnie atrakcyjną dla przedsiębiorców formułę konkursu. Jestem przekonany, że nasze działania istotnie wzmocnią polski sektor wysokich technologii – mówi prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski, dyrektor NCBR.

Stworzony przez NCBR nowatorski mechanizm wsparcia stanowi znaczącą zmianę jakościową w finansowaniu prac badawczo-rozwojowych w sektorze prywatnym. Skracając czas procesu oceny projektów do 60 dni NCBR spełnia postulat przedsiębiorców, którzy podkreślali, że czas realizacji projektu często przesądza o zdobyciu przewagi konkurencyjnej. Udogodnieniem dla przedsiębiorców jest także atrakcyjna formuła naboru wniosków. Jest on prowadzony do 31 grudnia 2015 r., dzięki czemu przedsiębiorcy mogą składać wnioski w dogodnym dla nich momencie. Jednocześnie, zgodnie z rekomendacjami Banku Światowego, NCBR wprowadził do systemu oceny wniosków panele ekspertów, dzięki czemu szansę na wsparcie mają jedynie bardzo dobre projekty, które będą realizowane przez zespoły posiadające odpowiednie kompetencje.

Oprócz stawiania na jakość i komercyjny potencjał wybranych projektów, celem szybkiej ścieżki jest umożliwienie podejmowania ryzyka w duchu przedsiębiorczości. Dzięki nowemu programowi NCBR proces ten stanie się częścią narodowego DNA, co pozwoli rozwinąć w Polsce kulturę technologicznych start-upów – mówi Natasha Kapil z Banku Światowego.

W pierwszej turze naboru „szybkiej ścieżki” przedsiębiorcy złożyli 179 wniosków. Po 60 dniach, na podstawie oceny ekspertów NCBR wyłonił 34 najlepsze projekty. Stawiający na innowacje przedsiębiorcy otrzymają ponad 178 mln zł dofinansowania. Najwięcej projektów będzie realizowanych przez firmy z woj. mazowieckiego (8), dolnośląskiego (5) i małopolskiego (5). Dzięki wsparciu NCBR prowadzone będą m.in. prace nad uzyskaniem ultracienkiego ogniwa fotowoltaicznego na bazie perowskitów, systemem kontroli lotniczej nowej generacji, tomografem hybrydowym do badania zawilgocenia i stanu budynków oraz wykorzystującymi energię elektromagnetyczną maszynami nowej generacji do łączenia tworzyw sztucznych.

Ogłoszony w kwietniu tego roku konkurs „szybkiej ścieżki” jest adresowany do mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Celem jest podniesienie ich innowacyjności dzięki wykorzystywaniu rezultatów prac B+R w prowadzonej przez nie działalności gospodarczej. Budżet konkursu to 1,6 mld zł. Przedsiębiorcy mogą ubiegać się o dofinansowanie projektów obejmujących realizację badań przemysłowych lub prac rozwojowych nad rozwiązaniami technologicznymi i produktami, służącymi rozwojowi prowadzonej działalności gospodarczej  oraz wzmacnianiu ich pozycji konkurencyjnej, o ile przedmiotem projektu będzie rozwiązanie, wpisujące się  w tzw. „Krajową inteligentną specjalizację”. Konkurs dla dużych przedsiębiorstw zostanie ogłoszony w ostatnim kwartale tego roku.

Premia czy kara? co motywuje polskich pracowników?

Motywacji pracowników nie da się kupić, ale można ją kształtować. Jeśli za pomocą pieniędzy, to tylko w przejrzysty i konsekwentny sposób – inaczej przyniesie odwrotny skutek. Przedstawiamy także trzy skuteczne demotywatory często stosowane w polskich firmach. Dodatkowo eksperci radzą, jak budować motywację wewnętrzną.

Podstawowa zasada motywowania brzmi: nie można sterować pracownikami jak marionetkami, pociągając z góry za sznurki. Można za to kształtować i zmieniać warunki pracy tak, by pracownicy byli bardziej zaangażowani.

Czy premie motywują?

Premie nie są uniwersalnym narzędziem motywowania.

Niekiedy mogą nawet odnieść skutek odwrotny od zamierzonego. Na przykład jeśli pracownik otrzyma premię w wysokości 1000 zł za nadzwyczajne zadanie, to premii
w wysokości 800 zł za podobne zadanie w kolejnym miesiącu nie odczuje jako dodatkowej motywacji, lecz raczej jako obniżenie swojego wynagrodzenia. Zamiast cieszyć się z dodatkowych 800 zł, będzie miał poczucie, że otrzymał za swoją pracę o 200 zł mniej.

– System premiowania powinien być oparty na jasnych zasadach i mierzalnych wskaźnikach, jak ilość, terminowość czy jakość. Jeśli wysokość premii zależy od przejrzystych kryteriów, a nie od subiektywnej decyzji menadżera, to jest większa szansa na to, że będziemy mieli poczucie, iż wszystko zależy od nas. Poczucie sprawczości i odpowiedzialności świetnie motywuje – wyjaśnia Elżbieta Chwalibóg, psycholog biznesu z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Konstruując system premiowania trzeba rozstrzygnąć kilka podstawowych pytań: czy premie będą otrzymywać zespoły, czy pojedynczy pracownicy? Czy ustalimy górny pułap wysokości premii (na przykład jako pewien procent pensji), czy też nie będzie takiej granicy (na zasadzie im więcej, tym lepiej)? Czy będziemy premiować ilość, czy brak błędów (jakość)?

– Każda organizacja powinna dostosować system premiowania do własnych potrzeb i do charakteru procesów. W jednej z firm produkcyjnych premie otrzymywało się za brak błędów w cyklu miesięcznym. Na pierwszy rzut oka wygląda to dobrze, ale
w praktyce działało tak, że jeśli pracownik popełnił błąd już na początku miesiąca, to tracił szansę na premię, a co gorsza tracił też motywację do unikania błędów. Można sobie wyobrazić, jak wpływało to na jakość – mówi Katarzyna Szczupał-Vieweg, prezes Staufen Polska, firmy specjalizującej się w innowacjach organizacyjnych i procesowych.

Trzy skuteczne demotywatory

  • Co się dzieje, gdy wyznaczamy pracownikom cele niemal nie do zrealizowania? Czy będą przez to bardziej wydajni? Tylko na krótką metę. Szybko zorientują się w tej grze.
    W dłuższej perspektywie ich motywacja osłabnie, podobnie jak relacje z pracodawcą i skłonność do utożsamiania się
    z organizacją.
  • Czy zmotywujemy pracowników do większego wysiłku, jeśli świadomie zaniżymy wartość wykonanej przez nich pracy? Chyba każdy pamięta ze szkoły nauczyciela, który w ten sposób postępował. Okazuje się, że fałszywa negatywna informacja zwrotna działa wybitnie demotywująco. Wywołuje poczucie, że kolejne zadanie jest zagrożeniem,
    a nie wyzwaniem.
  • Wyobraźmy sobie następującą sytuację: pracownicy działu sprzedaży zawarli 10 transakcji, realizując cel miesięczny. Należy im się premia. Co się stanie, jeśli podniesiemy cel przy zachowaniu wysokości premii? To bardzo skuteczna recepta na zdemotywowanie pracowników. Nie poczują się docenieni, lecz wyciskani jak cytryna.

Po co pracujemy?

Motywacja wewnętrzna jest stabilniejsza i działa dłużej niż premie, a tym bardziej uznaniowe gratyfikacje. W jej przypadku główną rolę odgrywają wartości niematerialne, w tym przede wszystkim poczucie sensu tego, co się robi. W motywowaniu zorientowanym na sens nie chodzi oczywiście o to, żeby pracownik wyszukiwał sobie tylko takie zadania, których wykonanie sprawia mu satysfakcję. Chodzi raczej o to, by swoje zadania postrzegał jako celowe.

– Kluczowa jest otwarta komunikacja. Pracownik powinien znać strategię firmy, cele swojego zespołu i zadania powiązanych z nim jednostek organizacyjnych. Warto pokazać operacyjnie, w jaki sposób i co osiągamy w firmie. To buduje sens pracy, nawet
w odniesieniu do najniższych szczebli organizacyjnych – mówi Elżbieta Chwalibóg
Ludzie zwykle akceptują, że są tylko trybikiem w maszynie. Chcą jednak wiedzieć, jakim trybikiem i jaki jest cel ich pracy. To również fundament, na którym można zbudować zaangażowanie pracowników. Okazuje się, że dotyczy to nie tylko pracowników kreatywnych, lecz również operatorów pracujących w gniazdach czy na liniach produkcyjnych.

– Na przykład w modelu zarządzania nazywanym shopfloor management liderem projektu może być także operator. Nieraz widziałam już pracowników z produkcji, którzy z autentyczną satysfakcją i wielką pasją mówili o tym, jak poradzili sobie z jakimś kłopotem czy usprawnili element procesu – mówi Katarzyna Szczupał-Vieweg.
Ta koncepcja oparta jest na logicznym założeniu, że każdy z nas intuicyjnie dąży do usprawniania swojej pracy (czyli zwiększania wydajności). Trzeba tylko stworzyć ku temu sprzyjające warunki.

– Zwykle koncentrujemy się za bardzo na wynikach, zamiast na działaniu. Skupmy się na stałym usprawnianiu i doskonaleniu tego, co i jak robimy, a nie na poprawianiu wskaźników. Wzrost wydajności, poprawa jakości czy redukcja kosztów będą produktem ubocznym zmiany nastawienia – dodaje prezes Staufen Polska.

Co motywuje najlepiej?

Ludzie chcą osiągać cele i być za to doceniani. Niektóre badania pokazują nawet, że więcej warte jest dla nich uznanie szefa niż partnera. Istotna jest też dobra organizacja pracy, wspierający styl zarządzania czy przyjazne, „fajne” biuro.

– Dla pracowników ma znaczenie m.in. to, czy mogą w pracy wykorzystać swoje umiejętności i talenty, czy identyfikują się z wartościami firmy, czy lubią atmosferę i współpracowników. Istotny jest też styl zarządzania przejawiany przez przełożonych. Mogę porozmawiać z szefem o problemie, czy może lepiej go zatuszować? Czy mam poczucie wpływu, a może czuję się jak marionetka? To wszystko wpływa na motywację wewnętrzną pracownika – mówi Elżbieta Chwalibóg.

Wiele zależy także od preferencji i osobowości pracowników. Dla jednego motywująca będzie możliwość samodzielnego organizowania sobie pracy, przynajmniej w pewnym zakresie. Ktoś inny będzie zmotywowany tym, że praca umożliwia mu rozwój.
Z kolei osoba z doświadczeniem i wiedzą ekspercką spełni się
w roli mentora dla młodszych. Dlatego tak istotne jest, żeby
z pracownikami rozmawiać.

Zmiany w warszawskiej kancelarii GALT

Partner w kancelarii prawnej GALT, Adam Miłosz, został powołany 22 lipca br. na stanowisko wiceprezesa Okręgowej Izby Syndyków (OIS) w Warszawie. Natomiast dwaj pracownicy kancelarii, Damian Siembida oraz Konrad Pecelerowicz otrzymali promocję – odpowiednio na stanowiska Senior Associate oraz Associate.

Adam Miłosz, został powołany 22 lipca br. na stanowisko wiceprezesa Okręgowej Izby Syndyków (OIS) w Warszawie
Adam Miłosz, został powołany 22 lipca br. na stanowisko wiceprezesa Okręgowej Izby Syndyków (OIS) w Warszawie

Adam Miłosz będzie pełnił funkcję wiceprezesa OIS przez pięć lat. Do jego głównych zadań należy reprezentowanie członków Izby w postępowaniach sądowych i administracyjnych, kształtowanie wizerunku syndyka jako zawodu zaufania społecznego, dążenie do rozszerzenia zakresu uprawnień wynikających z licencji syndyka w obrocie gospodarczym i prawnym oraz opiniowanie aktów prawnych pozostających w związku z zawodem syndyka. W kancelarii GALT Adam Miłosz koordynuje prace w zakresie restrukturyzacji i upadłości. Jest radcą prawnym. Jako licencjonowany syndyk jest także członkiem INSOL Europe, międzynarodowej sieci dla specjalistów zajmujących się upadłościami.

Na stanowisko Senior Associate awans otrzymał Damian Siembida, związany z kancelarią od 2010 roku. Specjalista w zakresie kompleksowej obsługi prawnej rynku nieruchomości, posiada wieloletnie doświadczenie w sporządzaniu i negocjowaniu umów najmu oraz w pracy na rzecz międzynarodowych inwestorów a także deweloperów. Klientom doradza głównie w kwestiach związanych z zarządzaniem nieruchomościami (asset management i property management), zawieraniem i negocjowaniem umów z dostawcami usług oraz w sprawach korporacyjnych.

Konrad Pecelerowicz, obecnie Associate specjalizuje się w opracowywaniu analiz prawnych i doradztwie przy transakcjach typu „share deal” oraz „asset deal”, zajmuje się przygotowywaniem i negocjowaniem umów najmu nieruchomości komercyjnych, a także doradztwem w zakresie umów o prace budowlane. Posiada doświadczenie w bieżącej obsłudze prawnej polskich i zagranicznych klientów, w szczególności w zakresie prawa spółek, prawa nieruchomości oraz prawa cywilnego

NIK alarmuje o sytuacji głuchoniemych w przestrzeni publicznej – Wind Mobile podsuwa rozwiązanie

Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła kontrolę w 60 instytucjach publicznych, z którymi obywatele kontaktują się najczęściej. Ponad dwa i pół roku po wejściu w życie ustawy o języku migowym, nadal aż 52 proc. zbadanych podmiotów nie wdrożyła w życie rozwiązań pozwalających na komunikowanie się z osobami niesłyszącymi. Przykładem dobrych praktyk stała się w tym przypadku organizacja komercyjna – Bank Zachodni WBK, który dzięki produktowi LiveBank, zaprojektowanym i wdrożonym przez krakowską spółkę Software Mind nalężącą do grupy Wind Mobile, stał się przyjazny osobom przez innych wykluczonym.

Od trzech lat w Polsce obowiązuje ustawa o języku migowym, która nakłada na podmioty publiczne obowiązek wprowadzenia udogodnień i narzędzi umożliwiających informowanie, kontakt oraz świadczenie usług osobom z wadami słuchu. Mimo to, większość skontrolowanych przez NIK instytucji publicznych nie była przygotowana do kontaktów z takimi osobami. Obywatele niedosłyszący i posługujący się językiem migowym nadal mają problemy z załatwieniem najprostszych spraw w instytucjach tzw. pierwszego kontaktu tj. w urzędach miejskich, skarbowych, komendach policji czy w oddziałach ZUS.

Usługa LiveBank od Software Mind SA, należąca do rodziny rozwiązań LiveBranch, będącymi wirtualnymi oddziałami, jest odpowiedzią na problemy osób głuchych, którą w swoich działaniach operacyjnych zastosował już Bank Zachodni WBK. To nowoczesna platforma pozwalającą tworzyć wirtualne kanały obsługi klienta z wykorzystaniem transmisji wideo i współdzielenia pulpitu. Umożliwia ona konsultantom interaktywną prezentację oferty i usług w czasie rzeczywistym, a dzięki mechanizmom uwierzytelniania i autoryzacji, platforma gwarantuje również pełne wsparcie realizowanych transakcji w „wirtualnych placówkach”. Przydatną funkcją LiveBranch są interaktywne ekrany pozwalające każdej ze stron modyfikować parametry produktu czy wypełniać dokumenty, a efekty zmian są natychmiast widoczne dla obydwu stron. Szyfrowane przesyłanie plików, zdjęć dokumentów czy podpisanych wniosków przyczynić się może do szybszego załatwienia spraw w różnych instytucjach, bez stania w długich kolejkach. Istnieje również możliwość wdrożenia trójstronnych wideokonferencji, które umożliwiają klientowi jednoczesny kontakt ze swoim doradcą, jak i ekspertem w danej dziedzinie, czy osobą tłumaczącą na język migowy.

Bardzo cieszymy się, że nasze rozwiązanie znalazło zastosowanie w instytucji finansowej o tak dużym potencjale. Obecnie już ponad 3,5 mln klientów Banku Zachodniego WBK należącego do Grupy Santander ma dostęp do usług świadczonych z wykorzystaniem kanału wideo. Jesteśmy przekonani, że platformę funkcjonującą na tej samej zasadzie mogą zastosować urzędy i instytucje publiczne w całej Polsce. Nasze rozwiązania już niejednokrotnie były z sukcesem stosowane w różnych segmentach rynku, ponieważ zawsze dostosowujemy produkty do konkretnych wymagań środowiska w jakim przyjdzie im funkcjonować. Osoby głuche w czasach dynamicznie rozwijających się technologii komunikacji na odległość nie mogą być wykluczone z życia publicznego i pomijane przez państwo. LiveBank wspiera obsługę w bankach, ale już w tej chwili prowadzimy wdrożenia i rozwijamy rozwiązania z naszej linii produktowej „Live”, które znajdują swoje zastosowanie w wielu innych branżach przyczyniając się do bardziej aktywnego wspierania osób o różnym stopniu niepełnosprawności. – komentuje Grzegorz Młynarczyk, Wiceprezes Grupy Wind Mobile.

Jak ustalili kontrolerzy NIK, jedną z przyczyn złej sytuacji, była nieznajomość występujących u osób głuchych ograniczeń w komunikowaniu się z otoczeniem. Niemal wszystkie instytucje komunikaty przeznaczone dla ludzi niedosłyszących i głuchych przedstawiały w języku pisanym, błędnie zakładając, że wszyscy głusi w pełni rozumieją ten język. Tymczasem dla części osób głuchych język pisany jest językiem obcym – bardzo trudnym do opanowania, a jedynym w pełni zrozumiałym, podstawowym językiem jest język migowy.

Jeśli osoba słysząca chce szybko załatwić sprawę to bierze do ręki telefon i dzwoni. A co może zrobić osoba głucha? Różne instytucje od pewnego czasu ułatwiają swoim głuchym klientom bezpośredni kontakt. Jedni robią to korzystając z usługi tłumaczenia na odległość, a inni – tak jak Bank Zachodni WBK – zatrudniają osoby, które dobrze znają polski język migowy. Usługa LiveBank dobrze odpowiada na potrzeby osób głuchych, bo zatrudnione w niej konsultantki naprawdę posługują się polskim językiem migowym. Jest to więc rozwiązanie, które gwarantuje wysoką jakość, a sposób wdrożenia usługi jest w tym przypadku wręcz modelowy. Miejmy nadzieję, że możliwość kontaktu z migającym doradcą w BZ WBK to dopiero początek drogi, ponieważ podobne usługi powinny udostępniać zarówno firmy, jak i instytucje publiczne. A zacząć warto od uruchomienia możliwości korzystania z systemu 112 przez osoby głuche. – tłumaczy Piotr Kowalski z Polskiego Związku Głuchych.

Co ustawa o ochronie konkurencji i konsumentów zmieni u deweloperów

Jan Jarosławski, prawnik Skanska Residential Development Poland
Jan Jarosławski, prawnik Skanska Residential Development Poland

Na początku lipca rząd przyjął i przekazał do dalszych prac legislacyjnych projekt nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Nowela ma być odpowiedzią na zidentyfikowane przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) niedoskonałości w funkcjonowaniu obrotu konsumenckiego w Polsce. Dodatkowo, ma reagować na głośne w ostatnim czasie nadużycia niektórych instytucji finansowych i sprzedawców, stosujących nieuczciwe metody sprzedaży detalicznej. W praktyce zmiany obejmą wszystkich przedsiębiorców z różnych branż, w tym deweloperów. Kilka nowych propozycji można ocenić jako krok w dobrą stronę. Jednak niektóre zapisy, zwłaszcza te rozszerzające uprawnienia organu kontrolnego, stwarzają w efekcie szerokie pole do nadużyć. W rezultacie to, co miało być batem na nieuczciwych sprzedawców, może negatywnie odbić się na wszystkich uczestnikach rynku.

Aktualnie obowiązujące przepisy dotyczące systemu kontroli umów pod kątem stosowanych przez przedsiębiorców postanowień niedozwolonych (tzw. klauzul abuzywnych) są nieskuteczne i wymagały zmian. Do tej pory, aby uznać jakieś postanowienie w umowie z konsumentem za niedozwolone, UOKiK kierował sprawę do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Długotrwała procedura sądowa uniemożliwiała podjęcie szybkich działań, które mogły ochronić innych klientów przed nieuczciwymi praktykami danego sprzedawcy. Nowelizacja zakłada, że UOKiK będzie mógł uznać dane postanowienie za niedozwolone we wzorcu umownym w drodze decyzji administracyjnej, a więc bez konieczności postępowania sądowego. Przedsiębiorcy będzie natomiast przysługiwało prawo do zakwestionowania tej decyzji przed sądem. Zmianę tę, co do ogólnych założeń, należy ocenić pozytywnie. Dobrym rozwiązaniem jest również wprowadzenie instytucji tzw. tajemniczego klienta, czyli kontrolera UOKiK, który nie ujawniając swojej roli, weryfikuje standardy obsługi i uczciwość przedsiębiorcy. Tajemniczy klient będzie uprawniony do nagrywania przeprowadzonej wizyty, a bezpośrednio po kontroli będzie musiał ujawnić przedsiębiorcy swoją tożsamość. Co istotne, na tego typu działania każdorazowo będzie musiał wyrazić zgodę sąd. Dzięki temu jest duża szansa, że weryfikacja działań przedsiębiorców będzie prowadzona rzetelnie i skutecznie, bez ryzyka nieuczciwej prowokacji ze strony kontrolera.

Jednak liczne dodatkowe uprawnienia, które ma zyskać UOKiK w związku z nowym typem postępowania, budzą poważne wątpliwości przedsiębiorców z różnych branż, w tym deweloperów. Nowelizacja zakłada, że urząd będzie mógł nakazać przedsiębiorcy zmianę wszystkich zawieranych przez niego umów oraz poinformowanie o tym opinii publicznej za pośrednictwem mediów. Jeszcze bardziej ryzykowny z punktu widzenia przedsiębiorcy zapis dotyczy zapadalności postanowień. Według nowych przepisów decyzja UOKiK byłaby wykonalna od razu. W praktyce oznacza to, że przedsiębiorca musiałby wprowadzić ją w życie, nie czekając na rozstrzygnięcie sądu, czy stanowisko UOKiK jest zgodne z prawem czy też nie. Nawet w przypadku, gdyby po dłuższym okresie sąd uchylił decyzję UOKiK jako błędną, przedsiębiorca mógłby ponieść już wcześniej bardzo poważne negatywne konsekwencje, takie jak utrata wizerunku firmy rzetelnej, znaczne koszty zmian umów z klientami czy publikacji w mediach nakazanych komunikatów. Co prawda projekt ustawy zakłada, że UOKiK i sąd powinny zakończyć postępowanie w określonym przez regulacje terminie, jednak w praktyce dość często zdarza się, że czas trwania postępowania sądowego przekracza terminy ustawowe. Nowelizacja nie wprowadza żadnych instrumentów, które mogłyby przyspieszyć tego typu postępowanie.

Jednym z przykładów, który pomoże lepiej zobrazować, wynikające z zaproponowanej nowelizacji, możliwe konsekwencje dla dewelopera, jest standardowy zapis w umowie sprzedaży mieszkania o dopuszczalnej różnicy pomiędzy projektowaną a rzeczywistą powierzchnią użytkową lokalu. Na początku lipca br. Sąd Apelacyjny w sporze z Polskim Związkiem Firm Deweloperskich oddalił decyzję Prezesa UOKiK, uznając, że 2-procentowy próg tolerancji, który wynika ze specyfiki procesu inwestycyjnego i norm branżowych, oznacza prawidłowe wykonanie umowy deweloperskiej i nie stanowi podstawy do rozwiązania umowy przez klienta, co sugerował UOKiK. W uzasadnieniu Sąd Apelacyjny zwrócił uwagę na fakt, że urząd w dowolny sposób ocenił przeprowadzony przez siebie dowód z opinii biegłych. Ta sytuacja pokazuje, że przyznanie nadmiernych uprawnień Prezesowi UOKiK może skutkować decyzjami, które nie zawsze byłyby ocenione przez polski wymiar sprawiedliwości jako słuszne.

Mimo pozytywnych aspektów i założeń nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, należy wskazać, że rozszerzenie katalogu uprawnień jednego urzędu może w pewnym zakresie ograniczyć wolność prowadzenia działalności gospodarczej wielu przedsiębiorstw. Chcąc poprawić skuteczność zwalczania nadużyć niewielkiej grupy podmiotów, ustawodawca obejmuje przepisami wszystkich graczy rynku. W praktyce koszty proponowanych zmian mogą odczuć również zwykli konsumenci. Obciążenia regulacyjne mogą przełożyć się bowiem, np. na wyższe ceny i pośrednio również wpłynąć na ograniczenie konkurencji rynkowej. Zaproponowane regulacje powinny zostać jeszcze raz poddane weryfikacji społecznej i gospodarczej.

Jan Jarosławski, prawnik Skanska Residential Development Poland