Wiele dorosłych osób intensywnie zastanawia się nad możliwością bardzo szybkiego uzupełnienia swojego podstawowego wykształcenia w trybie zaocznym. Temat ukończenia szkoły średniej w zaledwie jeden rok budzi liczne i ożywione dyskusje wśród potencjalnych kandydatów. Często brakuje nam czasu na długą edukację, dlatego szukamy rozwiązań, które pozwolą zaoszczędzić cenne miesiące nauki.
Na czym dokładnie polega specyfika nauki w systemie zaocznym?
Edukacja w popularnym trybie zaocznym została stworzona specjalnie z myślą o osobach aktywnych zawodowo oraz posiadających rodziny. Obowiązkowe zjazdy odbywają się zazwyczaj w wybrane weekendy, co pozwala na bezproblemowe łączenie pracy z regularną nauką. Słuchacze otrzymują od szkoły niezbędne materiały dydaktyczne, które muszą opanować całkowicie samodzielnie w domu pomiędzy sesjami. Warto sprawdzić, jak wygląda aktualna rekrutacja do szkół Cosinus, aby poznać szczegółowy harmonogram wszystkich dostępnych zajęć.
Doświadczeni nauczyciele skupiają się na przekazywaniu wiedzy niezbędnej do zdania trudnych egzaminów państwowych kończących ten etap edukacji. Regularna obecność na zajęciach jest monitorowana i często stanowi konieczny warunek dopuszczenia do sesji egzaminacyjnej w semestrze. Program nauczania realizuje pełną podstawę programową, ale w formie skondensowanej i dostosowanej do percepcji osób dorosłych.
Czy warto kontynuować swoją edukację w wybranej szkole policealnej?
Ukończenie szkoły policealnej to doskonały punkt wyjścia do zdobycia konkretnego i bardzo poszukiwanego zawodu na rynku. Szkoły policealne oferują obecnie szeroki wybór ciekawych kierunków, które można ukończyć w stosunkowo krótkim czasie dwóch lat. Ciekawą propozycją dla osób lubiących pracę z najmłodszymi jest opiekunka dziecięca – kierunek w szkole policealnej Cosinus. Absolwenci tego przyszłościowego kierunku znajdują stabilne zatrudnienie w żłobkach, przedszkolach oraz jako nianie w domach prywatnych.
Kształcenie w tym trybie kładzie bardzo duży nacisk na zajęcia praktyczne oraz zdobywanie realnych umiejętności zawodowych. Słuchacze odbywają liczne i wartościowe praktyki zawodowe, dzięki którym poznają specyfikę pracy w wybranej przez siebie branży. Dyplom potwierdzający kwalifikacje zawodowe jest dokumentem honorowanym przez wielu pracodawców w całej Polsce oraz Unii Europejskiej. Jest to wprost idealne rozwiązanie dla osób, które chcą szybko zmienić branżę i zacząć zarabiać pieniądze.
Jakie konkretne perspektywy zawodowe daje uzupełnienie swojego wykształcenia?
Współczesny rynek pracy dynamicznie się zmienia, a pracodawcy coraz częściej poszukują specjalistów z konkretnymi uprawnieniami zawodowymi. Osoby z pełnym wykształceniem kierunkowym mogą liczyć na stabilniejsze zatrudnienie oraz znacznie atrakcyjniejsze warunki finansowe w firmach. Zapoznaj się z kierunkiemterapeuta zajęciowy. Czego uczysz się na zajęciach? W trakcie trwania nauki zdobywasz kwalifikacje do wykonywania zawodu z dużą przyszłością, który pozwala na satysfakcjonującą pracę z osobami potrzebującymi wsparcia w codziennym funkcjonowaniu.
Ciągłe podnoszenie swoich kwalifikacji to dowód na ambicję i chęć rozwoju, co doceniają wszyscy pracodawcy. Edukacja dorosłych pozwala na skuteczne uzupełnienie braków w wykształceniu bez konieczności rezygnowania z dotychczasowego stylu życia. Każdy kolejny zdobyty dyplom lub certyfikat znacząco zwiększa naszą wartość na bardzo konkurencyjnym rynku pracy w regionie. Świadoma decyzja o powrocie do szkoły może stać się punktem zwrotnym w całej dotychczasowej karierze zawodowej.
To już niemal rynkowy rytuał. Nvidia pokazuje kolejny rekordowy kwartał. 68,1 miliarda dolarów przychodów, o 20 proc. więcej niż kwartał wcześniej i o 73 proc. więcej niż rok temu, a Wall Street reaguje bez euforii. W handlu pozasesyjnym po wcześniejszym wzroście ostatecznie akcje rosną o umiarkowane 1,5 proc. Efektu „wow” znów jednak nie ma. Część inwestorów uznała, że podczas konferencji wynikowej nie padło nic, co wyraźnie podniosłoby oczekiwania na kolejne kwartały. Jednocześnie rośnie nerwowość wokół wycen spółek związanych ze sztuczną inteligencją. W ostatnim czasie rynek wymaga od Nvidii perfekcyjności, a ta, jak wiemy, jest trudna, a może nawet niemożliwa do osiągnięcia.
Nvidia przedstawiła wczoraj świetne wyniki za czwarty kwartał roku obrotowego 2026 (zakończony w styczniu 2026). Przychody wyniosły 68,13 miliarda dolarów wobec oczekiwanych około 65,9 miliarda. Segment centrów danych ustanowił rekord na poziomie 62,3 miliarda dolarów przy konsensusie na poziomie 60,4 miliarda. Skorygowany zysk na akcję sięgnął 1,62 dolara, podczas gdy rynek liczył na 1,53 dolara. Zysk netto w minionym kwartale wyniósł 43 miliardy dolarów. Dla porównania to więcej niż całoroczne przychody Nvidii jeszcze w 2023 roku. Przy tej skali działalności utrzymanie takiej dynamiki wzrostu robi wrażenie. Marża brutto na poziomie 75,2 proc. okazała się wyższa od prognoz i rozwiała obawy o rentowność w miarę dojrzewania platformy Blackwell.
Do tego spółka dołożyła bardzo dobre prognozy na przyszłość. Zakłada, że w pierwszym kwartale roku obrotowego 2027 przychody sięgną 78 miliardów dolarów w punkcie środkowym przedziału. Wall Street spodziewało się 72,78 miliarda dolarów. Co więcej, prognoza na pierwszy kwartał nie uwzględnia żadnych przychodów z centrów danych w Chinach. Każde złagodzenie restrykcji eksportowych byłoby więc czystym dodatkiem, który dziś nie jest jeszcze wyceniony.
Microsoft, Amazon, Google i Meta zapowiedziały, że w 2026 roku przeznaczą łącznie 650 miliardów dolarów na infrastrukturę AI. Nvidia znajduje się w samym centrum tej fali wydatków. Widać to w danych, przychody z segmentu sieciowego wzrosły rok do roku o 263 proc., do rekordowych 11 miliardów dolarów. Budowa AI na taką skalę to nie tylko zakup chipów, lecz przebudowa całych centrów danych od podstaw.
Spółka zabezpieczyła 95,2 miliarda dolarów w zapasach i zobowiązaniach wspierających własne moce produkcyjne, niemal dwukrotnie więcej niż rok wcześniej. Gdy największe firmy świata wydają w takim tempie, dostawca musi być gotowy na realizację zamówień. Jedynym słabszym punktem pozostaje segment gier, gdzie sygnalizowane są ograniczenia podażowe w pierwszym kwartale. Skoro jednak centra danych odpowiadają już za 91 proc. biznesu, gaming nie ma dziś tej wagi co kilka lat temu.
I co na to rynek? Reakcja jest umiarkowana i po raz kolejny zabrakło efektu „wow”. Po pierwszym silniejszym wzroście akcje w handlu pozasesyjnym zwyżkują obecnie o umiarkowane 1,5 proc. Widać, że inwestorzy pozostają ostrożni i zdecydowanie wymagają od Nvidii perfekcji. Plusem jest to, że spółka przedstawiła świetne wyniki, ale to wystarcza jedynie do utrzymania obecnego kursu i nieznacznego wzrostu. Aby wywołać euforię i silniejsze zwyżki, potrzebne byłoby coś nowego, czego inwestorzy w wynikach za czwarty kwartał nie dostrzegli.
Część inwestorów zwraca uwagę, że aż 36 proc. przychodów pochodzi od dwóch dużych klientów, których tożsamości spółka nie ujawnia. Pojawiają się pytania o koncentrację przychodów i o to, w jakim stopniu zakupy finansowane są z bilansów tych podmiotów.
Nvidia pokazała kolejny świetny kwartał. Rodzi się jednak pytanie, co stanie się, gdy spółka zanotuje słabszy okres. Widać wyraźną asymetrię percepcji inwestorów. Póki co Nvidia nie zawodzi, a prognozy na kolejne kwartały są obiecujące. Możliwe, że podobny scenariusz zobaczymy ponownie za trzy miesiące. Warto jednak pamiętać o wysokich wycenach spółek technologicznych i brać je pod uwagę przy konstrukcji portfeli inwestycyjnych.
Polska waluta względem euro zapomniała czym jest zmienność. Węgierski forint z kolei przeżywa dobrą passę przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi. Gwałtownie rosną zapasy ropy w USA, co tylko uwiarygadnia atak na Iran.
Polski złoty wciąż stabilny
Rodzima waluta postanowiła pozazdrościć stabilności rumuńskiej lei i sama stara się nie zmieniać za bardzo wartości względem euro. Kurs EUR/PLN nie jest jeszcze tak stabilny, jak wspomniany EUR/RON, ale patrząc na wykres – emocji jest niewiele. Coś, co dla spekulantów jest dużym utrudnieniem, z kolei mocno pomaga przedsiębiorcom. Przy relatywnie stabilnych kursach dużo łatwiej się planuje działalność. Tak niska zmienność wybija też z rąk jeden z głównych argumentów zwolennikom wejścia do strefy euro. Już teraz mamy bowiem stabilność, którą państwa o bardziej zmiennych walutach uzyskiwały, wchodząc do strefy euro. Musimy jednak pamiętać, że od niemal roku kurs euro odchyla się od poziomu 4,25 zł o około 1% w górę i w dół i nie oznacza to, że zawsze tak będzie.
Forint mocny mimo obniżek
Pomimo ostatniej obniżki stóp procentowych inwestorzy patrzą przychylnie na forinta. Trzeba pamiętać, że pomimo cięcia kraj ten nadal ma główną stopę na poziomie 6,25%. Nie możemy oczywiście zapominać o nadchodzących wyborach. W sondażach już od roku partia Tisza prowadzi, z obecnie niemal 10% przewagą, nad rządzącym teraz Fideszem Victora Orbana. Przy tak dużych różnicach na 1,5 miesiąca przed wyborami, rzadko dochodzi do istotnych przetasowań. Nie takie jednak rzeczy widzieliśmy. Wczorajsze umocnienie forinta – który zyskał około 1% – pokazuje, że kapitał nie boi się niestabilności politycznej.
Wzrost zapasów za oceanem
Na rynku ropy tematem numer jeden jest oczywiście potencjalna interwencja militarna USA w Iranie. Przygotowania do niej odbywają się na różne sposoby. Jednym z nich jest tworzenie rezerw surowca na wypadek ograniczeń dostaw. W zeszłym tygodniu Amerykanie zwiększyli swoje zasoby o absurdalnie wysoką wartość 15,99 mln baryłek ropy naftowej. Oznacza to, że wrzucili do rezerw około 17-18% swojego wydobycia. Jeżeli w tym tempie rosną zapasy, to po uspokojeniu sytuacji na rynku znajdzie się dużo za dużo surowca. Nie zmienia to faktu, że na razie ryzyko interwencji zbrojnej uważane jest za bardzo wysokie, szczególnie biorąc pod uwagę zapowiedzi Iranu o odpowiedzi na atak. W rezultacie nie należy się spodziewać szybkich spadków cen ropy do wyjaśnienia tej sytuacji.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych, Mirosław Wróblewski, skierował do sekretarza stanu w Ministerstwie Cyfryzacji, Dariusza Standerskiego, uwagi dotyczące projektu nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Projekt ma na celu zapewnienie skutecznego stosowania unijnego aktu o usługach cyfrowych.
Zdaniem Prezesa UODO uwzględnienie zgłoszonych postulatów w toku prac legislacyjnych może istotnie podnieść poziom ochrony danych osobowych oraz prywatności użytkowników Internetu w Polsce.
Walka z nielegalnymi treściami i nadużyciami danych
Jednym z kluczowych wyzwań wskazanych w opinii jest zapewnienie skutecznej ochrony osób korzystających z Internetu przed nielegalnymi treściami oraz ograniczenie zjawisk związanych z bezprawnym przetwarzaniem danych osobowych – w tym w mediach społecznościowych.
Prezes UODO podkreśla, że konieczne jest stworzenie praktycznych i efektywnych regulacji umożliwiających walkę z cyberzagrożeniami, w szczególności tymi, które prowadzą do naruszania prywatności i praw podstawowych. Szczególnej ochrony wymagają dzieci, młodzież oraz osoby nieporadne, zwłaszcza w kontekście przestępstw o charakterze seksualnym.
Deepfake jako rosnące zagrożenie
W piśmie zwrócono uwagę na niebezpieczeństwa związane z rozwojem technologii deepfake. Materiały generowane przy użyciu sztucznej inteligencji coraz częściej są trudne do odróżnienia od autentycznych nagrań czy zdjęć. Jednocześnie dostępność narzędzi do ich tworzenia sprawia, że niemal każdy może publikować fałszywe treści zawierające cudzy wizerunek lub głos.
Wykorzystanie deepfake’ów w celach przestępczych może prowadzić do poważnych i nieodwracalnych konsekwencji dla życia prywatnego, zdrowia psychicznego, a nawet bezpieczeństwa ofiar. Prezes UODO postuluje wprowadzenie systemowych rozwiązań przeciwdziałających szkodliwemu wykorzystaniu tej technologii oraz zsynchronizowanie nowych regulacji z innymi projektami legislacyjnymi dotyczącymi zwalczania nielegalnych treści i dezinformacji.
Prezes UODO wniósł również o rozszerzenie katalogu czynów zabronionych, których ściganie umożliwiałoby uruchomienie procedury nakazu podjęcia działań przeciwko nielegalnym treściom – w tym ich blokowania lub uniemożliwienia dostępu do nich.
W ocenie organu poważną luką w projekcie jest brak uwzględnienia przestępstw polegających na nielegalnym przetwarzaniu danych osobowych, w tym czynów określonych w art. 107 ustawy o ochronie danych osobowych oraz art. 54 ustawy dotyczącej przetwarzania danych w związku z zapobieganiem i zwalczaniem przestępczości.
Czyny te mogą wiązać się z wysokim ryzykiem dalszego bezprawnego wykorzystywania danych – w tym ich publikowania w Internecie. Zdaniem Prezesa UODO organy ścigania powinny mieć możliwość wnioskowania o szybkie zastosowanie mechanizmu blokowania takich treści.
Szybsza ścieżka w sprawach dotyczących dzieci
Szczególną uwagę poświęcono przestępstwom o najwyższym ciężarze gatunkowym w cyberprzestrzeni – zwłaszcza tym, które dotykają dzieci i młodzież. W opinii Prezesa UODO projektodawca powinien rozważyć wprowadzenie odrębnego trybu postępowania, umożliwiającego niezwłoczne blokowanie treści związanych z wykorzystywaniem seksualnym lub niegodziwym traktowaniem małoletnich.
Zbyt długie procedury w takich przypadkach mogą bowiem prowadzić do nieodwracalnych skutków dla ofiar.
Skala przetwarzania danych a wymogi RODO
Projektowane przepisy będą wiązać się z przetwarzaniem danych osobowych na bardzo dużą skalę – zarówno danych „zwykłych”, jak i szczególnych kategorii danych, takich jak informacje o zdrowiu, poglądach politycznych czy dane biometryczne.
Procedura usuwania i blokowania nielegalnych treści obejmie również dane potencjalnych sprawców przestępstw, co oznacza przetwarzanie informacji podlegających wzmocnionemu reżimowi ochrony, w tym danych dotyczących wyroków skazujących i czynów zabronionych. W grę wchodzić będą także dane objęte tajemnicami prawnie chronionymi.
Prezes UODO wskazuje, że projektodawca powinien przeprowadzić test prywatności oraz ocenę skutków dla ochrony danych, zgodnie z przepisami RODO. Konieczne jest zapewnienie konkretnych i skutecznych środków ochrony praw i wolności osób, których dane będą przetwarzane w ramach nowych procedur.
Ochrona prywatności a bezpieczeństwo cyfrowe
W ocenie Prezesa UODO nowelizacja ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną powinna nie tylko wdrażać unijne przepisy wynikające z aktu o usługach cyfrowych, ale także w pełni realizować standardy ochrony danych osobowych wypracowane w prawie europejskim.
Zgłoszone uwagi mają na celu zapewnienie równowagi między skuteczną walką z nielegalnymi treściami i cyberprzestępczością a poszanowaniem praw podstawowych oraz prywatności użytkowników Internetu. Uwzględnienie tych postulatów może znacząco wzmocnić system ochrony danych osobowych w Polsce w dobie rosnących zagrożeń cyfrowych.
Styczeń 2026 r. przyniósł wyraźne ożywienie na rynku kredytów ratalnych i mieszkaniowych oraz umiarkowany wzrost w segmencie kredytów gotówkowych. Dane pokazują poprawę w ujęciu rok do roku, choć widoczna jest sezonowa słabość w porównaniu do grudnia 2025 r. Jednocześnie jakość spłat kredytów bankowych pozostaje na bezpiecznym poziomie, choć rośnie szkodowość kart kredytowych.
Kredyty ratalne: mocny wzrost r/r, ale niższe kwoty
W styczniu 2026 r. udzielono o 25,6% więcej kredytów ratalnych niż w styczniu 2025 r. W ujęciu wartościowym wzrost wyniósł 8,9% r/r. Jednocześnie widoczna była ujemna dynamika miesiąc do miesiąca – liczba udzielonych kredytów spadła o 18,5%, a ich wartość o 25,0% w porównaniu z grudniem 2025 r.
Analiza danych wskazuje, że konsumenci częściej sięgają po kredyty ratalne niż rok wcześniej, jednak zaciągają je na niższe kwoty. Średnia wartość kredytu ratalnego udzielonego w styczniu 2026 r. wyniosła 1 750 zł, co oznacza spadek o 13,3% r/r.
Styczeń był kolejnym miesiącem przerywającym negatywny trend spadkowy, który utrzymywał się od początku 2025 r. zarówno pod względem liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Można to interpretować jako sygnał poprawy sytuacji w 2026 r.
Według dr hab. Waldemara Rogowskiego, głównego analityka Grupy BIK, poprawie sprzyjają dwa kluczowe czynniki: dalszy wzrost wynagrodzeń (choć o coraz mniejszej dynamice) oraz spadek stóp procentowych. Oba elementy zwiększają przestrzeń w budżetach domowych, także u osób spłacających inne zobowiązania, w tym kredyty mieszkaniowe.
Dodatkowym impulsem może być poprawa sytuacji na rynku mieszkaniowym. Zakup wyposażenia RTV/AGD do nowo nabytych nieruchomości często finansowany jest kredytem ratalnym, nierzadko oferowanym przy zerowym poziomie RRSO. W kolejnych miesiącach sprzedaż kredytów ratalnych może dodatkowo wspierać rosnąca dynamika sprzedaży detalicznej – pod warunkiem spadku niepewności geopolitycznej, która obecnie skłania część konsumentów do ostrożności i oszczędzania.
Kredyty gotówkowe: umiarkowany, ale stabilny wzrost
Segment kredytów gotówkowych rozwija się wolniej niż ratalne i mieszkaniowe, jednak nadal notuje wzrosty. W styczniu 2026 r. liczba udzielonych kredytów gotówkowych była wyższa o 1,0% r/r, natomiast ich wartość wzrosła o 4,0% r/r.
Średnia kwota kredytu gotówkowego wyniosła 26 498 zł, co oznacza wzrost o 2,9% w porównaniu ze styczniem 2025 r.
Od początku 2025 r. obserwowany jest trend zaciągania kredytów gotówkowych na coraz wyższe kwoty. Szczególnie dynamicznie rośnie segment zobowiązań przekraczających 50 tys. zł. Wzrost ten wynika z połączenia trzech czynników poprawiających zdolność kredytową:
wydłużania okresu kredytowania,
obniżek stóp procentowych i spadku oprocentowania nowych kredytów,
realnego wzrostu wynagrodzeń.
Zjawiska te sprzyjają procesowi konsolidacji kredytów, który pozostaje jednym z głównych motorów akcji kredytowej w tym segmencie.
Kredyty mieszkaniowe: wysoka aktywność i prawie 10 mld zł sprzedaży
Najbardziej dynamiczny wzrost widoczny był w kredytach mieszkaniowych. W styczniu 2026 r. banki udzieliły o 32,1% więcej kredytów hipotecznych r/r, choć w ujęciu miesiąc do miesiąca liczba ta była niższa o 17,8%.
Wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych wzrosła aż o 41,4% r/r, a w porównaniu z grudniem 2025 r. poprawiła się o 2,6%. Łączna styczniowa sprzedaż osiągnęła poziom blisko 10 mld zł.
Średnia kwota kredytu mieszkaniowego wyniosła 455 tys. zł, co oznacza wzrost o 7,1% r/r.
Wysoka aktywność w tym segmencie wynika z rosnącej zdolności kredytowej, wspieranej obniżkami stóp procentowych oraz realnym wzrostem dochodów. Dodatkowo sprzyja jej korzystna sytuacja na rynku mieszkaniowym. Około 80% obecnej akcji kredytowej stanowią kredyty na zakup nieruchomości na rynku pierwotnym i wtórnym, a pozostałe 20% to refinansowanie wcześniej zaciągniętych zobowiązań, najczęściej o okresowo stałej stopie procentowej.
Jakość portfela kredytowego: stabilnie, ale rosną problemy w kartach kredytowych
Styczniowe odczyty BIK Indeksów Jakości kredytów bankowych w ujęciu miesiąc do miesiąca uległy niewielkiemu pogorszeniu:
kredyty gotówkowe: +0,05,
kredyty ratalne: +0,04,
kredyty mieszkaniowe: +0,02.
Miesięczne wahania są typowe dla tych wskaźników. W ujęciu rok do roku jakość kredytów mieszkaniowych i gotówkowych poprawiła się, co oznacza, że poziom ryzyka pozostaje niski i bezpieczny.
Nieco bardziej niepokojące sygnały pojawiają się w segmencie kart kredytowych. Szkodowość wzrosła o 0,39 pkt proc. r/r. Warto jednak zaznaczyć, że obecny poziom Indeksu jakości kart kredytowych jest nadal niższy niż w styczniu 2023 r. i 2020 r.
Zdaniem ekspertów wartości poszczególnych indeksów wymagają stałego monitorowania, aby możliwie wcześnie wychwycić potencjalne sygnały pogorszenia jakości portfela kredytowego.
Perspektywy na 2026 r.
Dane za styczeń 2026 r. wskazują na poprawę koniunktury w kluczowych segmentach rynku kredytowego. Wzrost wynagrodzeń oraz spadek stóp procentowych zwiększają zdolność kredytową gospodarstw domowych, co sprzyja zarówno finansowaniu konsumpcji, jak i zakupów mieszkaniowych.
Kluczowym czynnikiem dla dalszego wzrostu pozostaje jednak poziom niepewności geopolitycznej. Jej ograniczenie mogłoby przełożyć się na większą skłonność konsumentów do wydatków i dalsze ożywienie akcji kredytowej w kolejnych miesiącach 2026 r.
Fundusze Nunatak Capital i Lowercap (sukcesor DFR Inwestycyjny) zakończyły inwestycje we wrocławską spółkę KFB Technologies. Udziały funduszy nabyli założyciele firmy, którzy zapowiadają jej dalszą ekspansję poprzez rozwój organiczny oraz akwizycje spółek w Europie Zachodniej.
Podczas kilkuletniego okresu inwestycyjnego fundusze wsparły dynamiczny rozwój KFB Technologies, w tym budowę nowoczesnego centrum badawczo-rozwojowego w Domasławiu koło Wrocławia, rozwój innowacyjnych metod badawczych i wzmocnienie obszaru ekspertyz środowiskowych. Spółka uruchomiła też w ubiegłym roku opartą o sztuczną inteligencję pionierską platformę RAFA, która umożliwia przedsiębiorstwom zarządzanie wpływem na środowisko w zakresie hałasu, drgań, jakości powietrza, wody i gleby.
– Fundusze Nunatak Capital i Lowercap odegrały kluczową rolę na etapie intensywnego rozwoju naszej spółki. Wsparły nas swoim kapitałem i know-how w budowie zaplecza technologicznego i infrastruktury badawczej – mówi Filip Barański, prezes i współzałożyciel KFB Technologies. – Wykup właścicielski jest naturalnym krokiem po okresie intensywnego wzrostu i osiągnięciu przez spółkę zakładanych celów strategicznych. Dziś, mając silną pozycję rynkową i mocną markę, planujemy kolejny etap rozwoju, czyli przyspieszenie międzynarodowej ekspansji i budowanie partnerstw strategicznych, także poprzez przejęcia zagranicznych spółek.
W wyniku transakcji wykupu inwestorów mniejszościowych, wyłącznymi właścicielami KFB Technologies są ponownie jej założyciele: Katarzyna Barańska i Filip Barański. Lowercap to wehikuł utworzony przez Dolnośląski Fundusz Rozwoju, którego celem jest inwestowanie wiedzy i środków finansowych w rozwój firm sektora mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw z Dolnego Śląska. Nunatak Capital to fundusz venture capital inwestujący w zespoły budujące wartość w oparciu o rozwiązania Data Science, wspierający zarówno twórców innowacji, jak i firmy wykorzystujące istniejące rozwiązania do budowy potencjału swoich produktów oraz trwałej przewagi konkurencyjnej.
– KFB Technologies to przykład bardzo konsekwentnie realizowanej strategii inwestycyjnej z obszaru innowacyjnych technologii – mówi Krzysztof Górka, Prezes Zarządu Lowercap. – Zrealizowaliśmy wspólne cele biznesowe i z satysfakcjonującą stopą zwrotu zakończyliśmy naszą inwestycję rozpoczętą w 2021 roku. Nasze zaangażowanie kapitałowe oraz włączenie do projektu kolejnych inwestorów umożliwiły m.in. budowę jednego z najnowocześniejszych centrów akustycznych w Europie. Dziś KFB Technologies jest świetnie przygotowana do kolejnego etapu rozwoju jako globalny dostawca nowatorskich rozwiązań środowiskowych.
– Inwestycja w KFB Technologies pozwoliła nam wesprzeć zespół, który konsekwentnie przekuwał zaawansowaną innowację w wymierne wyniki biznesowe. Od początku 2022 roku wspólnie zrealizowaliśmy szereg inicjatyw, które przełożyły się na istotny wzrost skali operacyjnej oraz umocnienie technologicznej przewagi spółki – mówi Piotr Ciżkowicz, Prezes Zarządu Nunatak Capital. – Pomyślne zakończenie tego projektu i wypracowany zwrot z inwestycji potwierdzają skuteczność naszego podejścia do wspierania spółek o silnym komponencie technologicznym. KFB Technologies opuszcza nasz portfel jako podmiot dojrzały, z unikatowym zapleczem R&D i pełną gotowością do dalszej ekspansji na rynkach globalnych.
Bazując na swoim 15-letnim doświadczeniu w tworzeniu rozwiązań pomiarowych i analitycznych, KFB Technologies pod koniec ubiegłego roku stworzyła z myślą z o firmach z sektora przemysłowego i budowlanego, operatorach infrastruktury oraz projektach smart cities innowacyjną platformę RAFA, która pozwala na kompleksowe monitorowanie i zarządzanie emisjami do otoczenia zewnętrznego oraz na stanowiskach pracy. Wdrożenie tego innowacyjnego rozwiązania stanowi kolejny krok w globalnym rozwoju spółki, która w zakresie emisji hałasu i drgań oraz analiz środowiskowych współpracuje już z ponad 250 międzynarodowymi klientami z sektora przemysłowego i zrealizowała 2 500 projektów na świecie.
– RAFA to nasz flagowy projekt, który już wdrażamy na rynkach zagranicznych wśród klientów z sektora przemysłowego i budowlanego w Szwajcarii i Niemczech – dodaje Filip Barański. – Mamy system gotowy do skalowania, sprawdzony w realnych zastosowaniach, odpowiadający potrzebom klientów w zakresie zarządzania emisjami i wspomagający raportowanie w obszarze ESG. Uporządkowanie struktury udziałowej i pełna kontrola właścicielska daje nam elastyczność w rozmowach ze strategicznymi partnerami i potencjalnymi celami akwizycyjnymi w ramach realizacji strategii ekspansji na rynki Europy Zachodniej i poza nią.
Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zlecił przeszukanie, które – za zgodą sądu i w asyście policji – odbyło się w siedzibie Allegro w Poznaniu oraz w biurach spółki w Warszawie. Działania przeprowadzono w ramach postępowania wyjaśniającego dotyczącego możliwego naruszenia reguł konkurencji przez operatora największej platformy e-commerce w Polsce.
Na czym polegają podejrzenia?
Postępowanie dotyczy potencjalnego faworyzowania przez Allegro własnych metod dostawy produktów kosztem innych przedsiębiorców. W szczególności chodzi o usługi logistyczne oferowane w ramach Allegro – w tym dostawy do automatów paczkowych Allegro One Box oraz usługi realizowane przez podmioty należące do programu Allegro Delivery.
Zastrzeżenia budzi sposób prezentowania dostępnych opcji dostawy na platformie. Według Urzędu możliwe jest, że mechanizmy wyboru domyślnego punktu odbioru lub widoczność poszczególnych metod dostawy mogły premiować rozwiązania powiązane z Allegro, jednocześnie utrudniając konsumentom wybór alternatywnych firm kurierskich spoza programu.
Zmiana domyślnego punktu odbioru – przykład z praktyki
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny wskazał na przykład znany wielu użytkownikom platformy. Klient regularnie zamawia produkty do tego samego automatu paczkowego, który automatycznie pojawia się jako domyślny punkt odbioru przy kolejnych zakupach. W pewnym momencie następuje zmiana – system wskazuje inny punkt odbioru jako domyślny, a wcześniej wybierany automat staje się trudniejszy do odnalezienia.
Tego rodzaju zmiany w interfejsie i ustawieniach domyślnych mogą mieć istotny wpływ na decyzje zakupowe konsumentów. W ocenie Urzędu, jeśli prowadzą one do systemowego uprzywilejowania własnych usług logistycznych platformy, mogą stanowić naruszenie zasad konkurencji.
Stanowisko UOKiK
– Podejrzenia naruszenia reguł konkurencji były na tyle poważne, że wystąpiliśmy do sądu i uzyskaliśmy zgodę na przeszukanie w siedzibie Allegro w Poznaniu oraz w biurach w Warszawie. Zebraliśmy obszerny i wartościowy materiał, który obecnie drobiazgowo analizujemy – poinformował Prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Urząd podkreśla, że przedsiębiorca posiadający na danym rynku pozycję dominującą nie może podejmować działań, które mogłyby szkodzić konkurentom, kontrahentom lub konsumentom. W przypadku platform cyfrowych szczególne znaczenie mają mechanizmy algorytmiczne, sposób prezentacji ofert oraz ustawienia domyślne, które mogą wpływać na zachowania użytkowników.
Postępowanie wyjaśniające – co dalej?
Obecnie prowadzone jest postępowanie wyjaśniające „w sprawie”, a nie przeciwko konkretnemu przedsiębiorcy. Oznacza to, że Urząd bada okoliczności i analizuje zebrany materiał dowodowy, nie stawiając jeszcze formalnych zarzutów.
Jeżeli analiza potwierdzi podejrzenia, Prezes UOKiK może wszcząć postępowanie antymonopolowe i postawić zarzuty konkretnym podmiotom. W przypadku stwierdzenia udziału w porozumieniu ograniczającym konkurencję lub nadużywania pozycji dominującej, przedsiębiorcy grozi kara finansowa w wysokości do 10 proc. rocznego obrotu.
Szerszy kontekst rynkowy
Sprawa wpisuje się w szerszą debatę dotyczącą roli dużych platform cyfrowych i ich wpływu na konkurencję. W ostatnich latach organy antymonopolowe w wielu krajach analizują, czy operatorzy platform nie wykorzystują swojej pozycji do promowania własnych usług kosztem niezależnych partnerów.
W sektorze e-commerce szczególnie wrażliwym obszarem jest logistyka i tzw. ostatnia mila. Kontrola nad sposobem prezentowania opcji dostawy może bowiem bezpośrednio wpływać na udziały rynkowe firm kurierskich oraz warunki konkurowania pomiędzy nimi.
Co to oznacza dla konsumentów i sprzedawców?
Dla konsumentów kluczowe jest zachowanie realnej możliwości wyboru spośród różnych metod dostawy, bez nieuzasadnionego uprzywilejowania jednej z nich. Dla sprzedawców – zwłaszcza mniejszych podmiotów – istotne jest równe traktowanie partnerów logistycznych i transparentne zasady działania platformy.
Na obecnym etapie nie przesądzono, czy doszło do naruszenia prawa. Ostateczne wnioski zależeć będą od wyników analizy zebranego materiału dowodowego. Urząd zapowiada szczegółowe badanie sprawy, a rynek e-commerce uważnie obserwuje dalszy rozwój sytuacji.
Zadłużenie nie zawsze jest efektem lekkomyślności. Często to splot zdarzeń: choroba, utrata pracy, inflacja, raty rosnące szybciej niż pensja. W takiej sytuacji hasło „kolejna pożyczka” brzmi jak zaproszenie do kłopotów, ale rzeczywistość bywa bardziej złożona. Rynek finansowy nie jest czarno-biały, a osoby z długami nie znikają z dnia na dzień z mapy potrzeb finansowych. Właśnie dlatego temat pożyczek dla osób zadłużonych wraca regularnie – i budzi emocje, mity oraz sporo nieporozumień.
Już na wstępie warto jasno powiedzieć jedno, pożyczki dla zadłużonych nie oznaczają pieniędzy „dla każdego, bez pytań i bez zasad”. To popularny skrót myślowy, który nie oddaje realiów działania rynku. Firmy finansowe – również pozabankowe – działają dziś w środowisku mocno regulowanym, z obowiązkiem oceny ryzyka, weryfikacji danych i przestrzegania przepisów o odpowiedzialnym pożyczaniu. Zadłużenie nie zamyka wszystkich drzwi, ale znacząco je zawęża.
Kto naprawdę może liczyć na finansowanie przy zadłużeniu?
W praktyce kluczowe znaczenie ma skala i charakter zadłużenia. Czym innym jest pojedyncze opóźnienie sprzed lat, a czym innym aktywna spirala długów, egzekucje komornicze czy liczne niespłacane zobowiązania. Instytucje finansowe analizują nie tylko wpisy w bazach dłużników, ale także bieżące dochody, stabilność finansową oraz historię spłat. Dane rynkowe pokazują wyraźnie, że sektor pożyczkowy jest dziś bardzo selektywny. Według raportów branżowych odrzucanych jest nawet około 80% składanych wniosków. To jasny sygnał, że dostępność usług finansowych nie oznacza braku kontroli, a szybkość procedur nie przekłada się na automatyczne decyzje.
Dlaczego „szybko” nie znaczy „bez zasad”?
Jednym z najczęstszych mitów jest przekonanie, że pożyczki dla zadłużonych są udzielane osobom bez jakiejkolwiek zdolności finansowej. W rzeczywistości obowiązuje zasada proporcji – nawet przy istniejących długach konieczne jest wykazanie realnej możliwości spłaty nowego zobowiązania. Bez tego decyzja jest odmowna. Takie podejście nie wynika wyłącznie z ostrożności firm, ale z obowiązujących przepisów. Odpowiedzialne pożyczanie to dziś standard rynkowy, a nie dobra wola. Paradoksalnie, odmowa udzielenia finansowania bywa formą ochrony konsumenta przed pogłębianiem problemów finansowych.
Automatyczna analiza danych a decyzje kredytowe
Ewolucja sektora pozabankowego sprawiła, że procesy online nie tylko przyspieszyły ocenę wniosków, ale jednocześnie znacząco zwiększyły zakres analizy danych. Dawniej ocena zdolności kredytowej opierała się na kilku podstawowych parametrach; dziś nowoczesne systemy scoringowe potrafią uwzględniać setki zmiennych – od historii spłat i scoringu w bazach zewnętrznych, przez aktualne obciążenia, aż po behawioralną analizę stabilności źródeł dochodu. Wykorzystanie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego pozwala na błyskawiczne wychwycenie korelacji, których ludzkie oko mogłoby nie zauważyć.
Oznacza to, że oferowane na rynku pożyczki dla zadłużonych nie są bynajmniej efektem „przymknięcia oka” na ryzyko czy desperacką próbą sprzedaży produktu za wszelką cenę. Wręcz przeciwnie – są one wynikiem precyzyjnych algorytmów oceny, które potrafią wyizolować osoby posiadające zadłużenie, ale wykazujące wysoką etykę płatniczą lub perspektywę poprawy płynności. To właśnie dzięki technologii rynek staje się coraz bardziej przewidywalny, a decyzje – choć podejmowane w kilka minut – rzadko są przypadkowe. Technologia skróciła czas oczekiwania, ale nie zniosła zasad; ona te zasady uszczelniła, czyniąc proces bardziej transparentnym dla obu stron.
Z perspektywy konsumenta znaczenie ma także zrozumienie, że każda kolejna pożyczka w sytuacji zadłużenia wymaga chłodnej kalkulacji. Nawet jeśli pożyczki dla zadłużonych mają pomóc „wyjść na prostą”, brak realnego planu spłaty może szybko zamienić doraźną ulgę w długoterminowy problem. Rynek finansowy coraz wyraźniej komunikuje to wprost: dostęp do pieniędzy nie zwalnia z odpowiedzialności, a selektywność decyzji nie jest wadą systemu, lecz jego zabezpieczeniem.
Pożyczki dla zadłużonych – narzędzie, ale nie cudowne rozwiązanie
Na koniec warto spojrzeć na temat bez emocji, ale też bez uproszczeń. Pożyczki dla zadłużonych istnieją, ponieważ istnieją realne potrzeby i skomplikowane sytuacje życiowe. Nie są jednak ani uniwersalnym ratunkiem, ani z definicji finansową pułapką. To narzędzie – obwarowane przepisami, analizą ryzyka i coraz większą kontrolą – które może pomóc tylko wtedy, gdy jest używane świadomie. A świadomość finansowa, nawet w trudnym momencie, bywa najlepszym zabezpieczeniem przed tym, by problemy nie rosły szybciej niż możliwości ich spłaty.
Dzisiaj w Genewie ma odbyć się trzecia runda pośrednich rozmów USA–Iran o programie nuklearnym, ponownie prowadzona w formule mediacji Omanu. Szef omańskiej dyplomacji Badr Albusaidi ma najpierw uzgodnić z Teheranem pakiet propozycji, a następnie przekazać go stronie amerykańskiej i zebrać jej odpowiedź, co w praktyce oznacza negocjacje wahadłowe. Kluczowym wyzwaniem pozostaje pogodzenie sprzecznych priorytetów. Waszyngton oczekuje twardych ograniczeń ryzyka odbudowy i rozbudowy irańskiego programu nuklearnego, natomiast Teheran stawia na realną ulgę sankcyjną i powrót do normalizacji gospodarczej.
Rozbieżności widać już na poziomie definicji celu rozmów. USA podkreślają, że nie dopuszczą do posiadania przez Iran broni jądrowej, a jednym z najtrudniejszych punktów jest kwestia wzbogacania uranu na terytorium Iranu. Równolegle administracja amerykańska sygnalizuje, że problemem pozostaje też program rakietowy – szczególnie balistyczny – oraz szerzej rozumiana aktywność regionalna Iranu. Teheran odpowiada, że rozmowy powinny dotyczyć wyłącznie spraw nuklearnych i że utrzymanie wzbogacania uranu jest dla niego warunkiem nienegocjowalnym. Po stronie irańskiej nacisk ma przede wszystkim wymiar ekonomiczny. Priorytetem jest zniesienie lub złagodzenie sankcji, w tym dostęp do zamrożonych środków i łatwiejszy eksport, a dyplomacja przedstawia negocjacje jako szansę na „sprawiedliwe i szybkie” porozumienie, przy jednoczesnym podtrzymaniu prawa do cywilnej technologii jądrowej. Dodatkowym obciążeniem jest kwestia materiału rozszczepialnego – w obiegu pozostaje temat losu ok. 400 kg uranu wzbogaconego do 60%, czyli poziomu relatywnie bliskiego progowi uznawanemu za „bojowy”.
Największe ryzyka wynikają z faktu, że rozmowy toczą się w cieniu demonstracji siły. USA wzmacniają obecność wojskową w regionie, co zwiększa ryzyko eskalacji, a Iran ostrzega, że w razie ataku amerykańskie bazy w regionie mogą stać się celem odwetu. Do tego dochodzi presja polityczna po stronie USA. Sondaże pokazują ograniczone poparcie społeczne dla uderzenia (w badaniu Economist/YouGov 49% respondentów było przeciw, a 27% za, przy silnym zróżnicowaniu partyjnym), co podnosi wrażliwość decydentów na dynamikę wydarzeń i na narrację o tym, „kto uderzył pierwszy”. W takim otoczeniu szczególnie destabilizujące są doniesienia sugerujące, że część otoczenia Trumpa rozważałaby scenariusz, w którym Izrael inicjuje uderzenie, a USA włączają się później – bo łatwiej byłoby politycznie uzasadnić eskalację po irańskim odwecie.
Dla rynku ropy kluczowe jest to, że stawką rozmów nie jest wyłącznie architektura porozumienia nuklearnego, lecz także ryzyko zakłóceń fizycznych dostaw i żeglugi. Inwestorzy oraz traderzy patrzą na Cieśninę Ormuz jako strategiczne wąskie gardło. Przez tę trasę przechodzi istotna część globalnych przepływów ropy, a sama wiarygodna groźba ograniczeń potrafi natychmiast podnieść premię za ryzyko w cenach. W lutym notowania Brent reagowały wzrostami już na sam strach przed eskalacją, a poziomy w okolicach 72,50 USD za baryłkę były tłumaczone napięciem geopolitycznym.
Reakcja Brent na wynik rozmów w Genewie może przebiegać dwutorowo. Jeżeli pojawi się wiarygodny postęp – choćby zarys mapy drogowej i deeskalacja retoryki – rynek może zacząć oddawać część premii ryzyka. Jeżeli jednak negocjacje ugrzęzną, a zbliżający się termin wyznaczony przez Trumpa będzie mijał bez rezultatów, wzrośnie prawdopodobieństwo skoku cenowego napędzanego samą niepewnością, zwłaszcza gdyby doszło do incydentów morskich lub pojawiły się sygnały przygotowań do uderzenia. W średnim horyzoncie pojawia się też ryzyko ewentualnego porozumienia połączonego z ulgą sankcyjną. Mogłoby to bowiem zwiększyć podaż poprzez wyższy irański eksport, co sprzyjałoby spadkowi Brent, podczas gdy eskalacja militarna działa w przeciwnym kierunku. Dlatego rynek będzie wyceniał nie tylko to, czy umowa w ogóle powstanie, ale także jej zakres, wiarygodność i tempo wdrażania. W tle widać przygotowania do scenariusza stresowego – według doniesień producenci w regionie, w tym Arabia Saudyjska, mieli zwiększać produkcję i eksport jako zabezpieczenie na wypadek zakłóceń po ewentualnym uderzeniu na Iran.
Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych, Mirosław Wróblewski, nałożył administracyjne kary pieniężne na Fundację Lumus po stwierdzeniu szeregu poważnych naruszeń przepisów RODO. Organ nadzorczy podkreślił, że sprawa ta ma charakter systemowy i obnaża trudności, z jakimi borykają się organizacje pozarządowe w obszarze ochrony danych osobowych. Postępowanie wszczęte z urzędu wykazało, że podmioty trzecie otrzymywały od Fundacji dokumenty zawierające nadmiarowe i niezanonimizowane dane beneficjentów oraz współpracowników.
Nieprawidłowości wyszły na jaw, gdy terenowe organy administracji rządowej otrzymały wnioski o wpis na listę podmiotów uprawnionych do prowadzenia punktów nieodpłatnej pomocy prawnej. Do dokumentacji załączono dane 29 osób fizycznych, w tym numery PESEL, adresy zamieszkania oraz wrażliwe informacje o sytuacji zdrowotnej i prawnej beneficjentów. Prezes UODO uznał, że przekazanie tak szerokiego zakresu informacji było nieuzasadnione i naruszało zasadę minimalizacji danych.
Fundacja nie dopełniła również obowiązków notyfikacyjnych, nie zgłaszając naruszenia organowi nadzorczemu w wymaganym terminie 72 godzin. Administrator zaniechał także niezwłocznego powiadomienia osób, których dane dotyczyły, błędnie zakładając, że przekazanie dokumentów do instytucji publicznych niweluje ryzyko. Organ nadzorczy odrzucił tę argumentację, wskazując na konieczność obiektywnej oceny skutków naruszenia dla praw i wolności osób fizycznych.
Kolejnym kluczowym uchybieniem było niewłaściwe usytuowanie inspektora ochrony danych w strukturze organizacji. Funkcję tę sprawował prezes zarządu, co uznano za rażący konflikt interesów i naruszenie zasady niezależności IOD. Fundacja próbowała tłumaczyć tę sytuację specyfiką działalności grantowej, jednak Prezes UODO podkreślił, że nikt nie może skutecznie nadzorować samego siebie pod kątem legalności przetwarzania danych.
W toku postępowania Fundacja dokonała zmian personalnych i powołała zewnętrznego inspektora, co organ uznał za okoliczność łagodzącą, ale niewystarczającą do odstąpienia od kary. Ostatecznie na organizację nałożono kary pieniężne w łącznej wysokości 22 920 zł oraz udzielono upomnienia. Decyzja ta ma przypominać wszystkim organizacjom pozarządowym, że misja publiczna nie zwalnia z rygorystycznego przestrzegania standardów ochrony prywatności.
Łączna kwota sankcji została dobrana tak, aby spełniać funkcję represyjną i prewencyjną, stanowiąc jednocześnie niewielki ułamek rocznego obrotu podmiotu. Organ nadzorczy zaznaczył, że ochrona danych osób korzystających z pomocy prawnej wymaga szczególnej staranności ze względu na kontekst i rodzaj przetwarzanych informacji. Wykazane naruszenia oraz treść decyzji o sygnaturze DKN.5131.15.2025 stanowią ważny głos w dyskusji o profesjonalizacji sektora NGO w Polsce.
Dane inflacyjne ze strefy euro dają komfort EBC. W trakcie środowej sesji AI znowu wlewa optymizm w serca inwestorów, a wyniki gigantów tylko podtrzymują risk on. Pozytywny sentyment omija złotego, ale z całą mocą pompuje forinta.
Strefa euro nie boi się inflacji
Co prawda mówimy tylko o potwierdzeniu wstępnych odczytów, ale mimo wszystko warto przypomnieć sobie, w jakim miejscu znajduje się inflacja w strefie euro. Wskaźnik HICP za styczeń dla całego bloku w ujęciu rocznym wyniósł 1,7%, co potwierdza spadkową tendencję i jest najniższym rezultatem od września 2024 roku. Równocześnie trzeba sobie zdawać sprawę z nierównowagi, która dotyka państwa członkowskie UE (Eurostat liczy miary inflacyjne dla wszystkich, cała Wspólnota zamknęła się na równych 2%). Najniższy wynik na poziomie zaledwie 0,4% wykazała Francja, co cieszy portfele obywateli, ale może coraz bardziej niepokoić rządzących (tak niska dynamika cen może być częściowo efektem słabego tempa rozwoju). Polska w tym zestawieniu znajduje się w środku stawki z rezultatem 2,5%. Po drugiej stronie są już klasycznie mniejsze kraje, jak np. Słowacja z 4,3%. Jednak fatalnie sytuacja wygląda w Rumunii, gdzie HICP wyniosło aż 8,5%. Strukturalne problemy Bukaresztu mogą oddalać perspektywę planowanego dołączenia do strefy euro. A skoro przy całym bloku jesteśmy, to trzeba też zauważyć inflację bazową (bez cen żywności i energii), która z wynikiem 2,2% znalazła się najniżej od października… 2021 roku. Taki układ pozwala Europejskiemu Bankowi Centralnemu na spokojne przyglądanie się dalszemu rozwojowi wypadków.
Kostki pozytywnego domina
Na rynki finansowe powrócił optymizm. A przynajmniej takie wrażenie można odnieść dzięki obserwacji sporej części aktywów w trakcie środowej sesji. Dla rynków kapitałowych sygnałem ulgi było ogłoszenie przez firmę Anthropic współpracy z kilkoma przedsiębiorstwami w celu wdrożenia rozwiązań AI. Ma to być przykład na dostosowywanie się kolejnych branż do trwającej rewolucji, zamiast ogłaszanego co chwilę końca któregoś z sektorów gospodarki. Niestety ten sentyment trudno uznać za coś trwałego. Nawet jeden wpis w social mediach, który będzie dotyczył sztucznej inteligencji, może mięć moc wywoływania panicznych reakcji. Niemniej Anthropic był pierwszą kostką domina dla risk on, ale w Europie ważniejsza była informacja od bankowego giganta HSBC. Ten nie tylko pobił prognozowane parametry za poprzedni rok (przy odpisie sięgającym blisko 5 mld USD!), ale dodatkowo na przyszłość podniósł kluczowy cel dotyczący udzielania pożyczek. Ma to być dowód witalności większości sektora bankowego, który przez część inwestorów często jest postrzegany jako jedna z możliwych ofiar rewolucji AI (moim zdaniem bezzasadnie). Fala optymizmu się nie zatrzymuje, a kolejny napęd stanowi zbliżający się raport finansowy spółki Nvidia, który poznamy jednak już po zamknięciu notowań na Wall Street. Większość zdaje się liczyć, że jeden z ulubieńców inwestorów po raz kolejny przyniesie prowzrostowy impuls.
Powszechny powiew optymizmu
Zajrzyjmy w takim razie na rynki. Środę bardzo mocno zaczęła już Azja (z wyjątkiem w postaci rachitycznego Mumbaju), gdzie najmocniej zaprezentowało się Tokio (+2,2%). Europejskie główne indeksy przed godz. 14 zyskują przynajmniej 0,4%, a najlepiej wygląda Londyn i Mediolan, które idą w górę o blisko 1%. Optymizm nie omija Warszawy, gdzie WIG20 rośnie o 1,3%. Kontrakty na Wall Street wskazują na pozytywne otwarcie handlu kasowego także za Atlantykiem. Spekulanci najwyraźniej znowu dobrze bawią się na metalach szlachetnych, które po lekkim zawahaniu we wtorek, dziś wróciły do wzrostów. Za uncję złota znowu trzeba płacić blisko 5200 USD, a srebro po raz pierwszy od bolesnego tąpnięcia (ok. -50% na przełomie stycznia i lutego) wróciło powyżej 90 USD. Rynku ropy naftowej nie opuszcza napięcie związane z Iranem, a ceny nie oddalają się od strefy kilkumiesięcznych maksimów (za baryłkę odmiany Brent trzeba płacić powyżej 71 USD). Risk on jest na tyle szeroki, że nawet na kryptowaluty po kilku gorszych dniach wróciły lepsze nastroje, a Bitcoin przebija właśnie 66 tys. USD.
Cała naprzód HUF
Mniej jednoznaczny obraz dostrzeżemy na rynku walutowym. Tutaj rzeczywiście traci klasyczna bezpieczna przystań w postaci CHF, ale USD dalej trzyma się mocno (co może wskazywać na inne przyczyny jego pozycji niż klasyczny risk off). Warto jednak podkreślić, że kurs EUR/USD ograniczył swoją zmienność w tym tygodniu do wąskiego zakresu ledwo przekraczającego pół centa. Wydaje się, że dopóki eurodolar nie wyjdzie z tej wąskiej konsolidacji w obszarze 1,174 USD-1,18 USD, to trudno będzie wskazywać na kierunek kolejnych sesji. W tych dość stabilnych okolicznościach słabo radzi sobie polski złoty, który co prawda nie przesadnie, ale jednak oddaje dziś pola. Tym samym kurs euro przekracza 4,22 zł, kurs dolara wraca powyżej 3,58 zł, kurs franka jest stabilnie powyżej 4,62 zł, a kurs funta zerka na 4,85 zł (GBP jest dziś jedną z najsilniejszych walut na rynku). Warto jeszcze zwrócić uwagę na regionalne otoczenie złotego. PLN jest dziś lekko słabszy przy równocześnie dość stabilnym CZK i raptownie zyskującym HUF. Forint rośnie na fali wczorajszego jastrzębiego cięcia stóp (obniżka o 25 pb z wyraźnym podkreśleniem, że to nie początek cyklu) połączonego z nowym sondażem wyborczym, który zwiększa przewagę opozycji (Tisza ma coraz większą szansę na samodzielne rządy). HUF jest na najlepszej pozycji wobec EUR i PLN od listopada 2023 roku.
Gadżety reklamowe pozostają jednym z najbardziej niedocenianych narzędzi w arsenale marketingowym firm. W erze cyfrowej, gdy konsumenci są bombardowani setkami reklam dziennie, fizyczny przedmiot z logo potrafi zbudować trwalszą więź z marką niż niejedna kampania online. Przedsiębiorstwa, które rozumieją tę zależność, zyskują przewagę konkurencyjną – a właściwy partner w doborze upominków promocyjnych może tę przewagę jeszcze wzmocnić.
Dlaczego gadżety reklamowe wciąż działają?
Badania Advertising Specialty Institute pokazują, że aż 85% odbiorców pamięta reklamodawcę, od którego otrzymali gadżet promocyjny, nawet po upływie dwóch lat. To wynik znacznie przewyższający skuteczność reklam telewizyjnych czy banerów internetowych. Przeciętny konsument zachowuje przedmiot promocyjny przez 8–16 miesięcy, co generuje tysiące przypadków ekspozycji marki przy jednorazowym koszcie zakupu.
hellogadzet, marka należąca do Fiorigifts – największego w Polsce sprzedawcy gadżetów reklamowych w segmencie B2B, przez ponad dwie dekady firma zbudowała doświadczenie, które pozwala jej doradzać klientom w wyborze produktów dopasowanych do strategii komunikacji i grupy docelowej.
Jakość upominku wpływa bezpośrednio na postrzeganie firmy, która go wręcza. Według badań PPAI (Promotional Products Association International) 72% konsumentów uważa, że jakość gadżetu reklamowego odzwierciedla reputację marki. Tani, szybko psujący się produkt może więc przynieść efekt odwrotny do zamierzonego.
Oferta hellogadzet obejmuje produkty znanych marek premium, takich jak Hugo Boss, Cross, Nina Ricci czy Sheaffer. To artykuły piśmiennicze, eleganckie zestawy konferencyjne i akcesoria podróżne, które sprawdzają się jako upominki dla partnerów biznesowych i wymagających klientów.
Najważniejsze korzyści płynące z inwestycji w gadżety reklamowe premium to:
budowanie wizerunku marki jako profesjonalnej i godnej zaufania,
dłuższa żywotność produktu, a tym samym więcej ekspozycji logo,
większa skłonność obdarowanych do zachowania i użytkowania gadżetu,
efekt wzajemności – obdarowani chętniej nawiązują współpracę z darczyńcą.
Hellogadzet dysponuje katalogiem liczącym kilkadziesiąt tysięcy produktów, co pozwala dopasować gadżet do niemal każdej okazji i budżetu. W ofercie znajdują się między innymi:
Każdy produkt można opatrzyć logo firmy przy użyciu technik znakowania dobranych do materiału – od sitodruku, przez tampodruk, po grawer laserowy.
Wsparcie na każdym etapie zamówienia
Wyróżnikiem hellogadzet jest kompleksowa obsługa klienta. Firma oferuje darmowe konsultacje z doradcą, który pomaga w doborze gadżetów odpowiednich do celu kampanii. Do dyspozycji klientów pozostaje również Hellogadżetka – wirtualna asystentka AI, dostępna całą dobę na stronie hellogadzet.pl. Pozwala ona szybko uzyskać propozycje produktów, sprawdzić możliwości znakowania i otrzymać wstępną wycenę.
Zespół graficzny przygotowuje wizualizacje na życzenie, dzięki czemu klient widzi efekt jeszcze przed złożeniem zamówienia. To szczególnie istotne przy realizacjach niestandardowych i projektach wymagających precyzyjnego odwzorowania identyfikacji wizualnej.
O firmie hellogadzet
Hellogadzet to sklep internetowy należący do Fiorigifts Sp. z o.o. – największego w Polsce sprzedawcy gadżetów reklamowych w segmencie sprzedaży bezpośredniej do klientów biznesowych. W portfolio hellogadzet znajdują się zarówno klasyczne artykuły promocyjne, jak i produkty premium znanych światowych marek. Firma wyróżnia się indywidualnym podejściem do każdego projektu – od drobnych zamówień po kompleksowe realizacje liczące tysiące sztuk gadżetów rocznie. Klienci cenią hellogadzet za połączenie szerokiego asortymentu z profesjonalnym doradztwem i elastycznością w realizacji nietypowych zleceń.
FAQ
Czy gadżety reklamowe pomagają w budowaniu wizerunku marki?
Tak, i to w sposób mierzalny. Badanie Ipsos przeprowadzone na polskim rynku wskazuje, że 87% Polaków uważa upominki z logo za skuteczne narzędzie budowania rozpoznawalności marki. Fizyczny przedmiot, z którego odbiorca korzysta na co dzień, utrwala pozytywne skojarzenia z firmą znacznie skuteczniej niż ulotna reklama cyfrowa.
Czy lepiej inwestować w jakość, czy ilość gadżetów reklamowych?
Zależy to od celu kampanii. Przy działaniach masowych – np. na targach – sprawdzą się tańsze gadżety w dużych nakładach. Jednak w komunikacji z partnerami biznesowymi i klientami VIP zdecydowanie warto postawić na jakość. Badania pokazują, że 72% konsumentów ocenia reputację firmy przez pryzmat jakości otrzymanych upominków.
Stop dla taniej energii? 205 GW zagrożone – nowelizacja może zamrozić miliardy w OZE i wywrócić rynek. Miliardy w ryzyku, ceny energii pod presją, polskie firmy na krawędzi. Apelujemy do rządu i Sejmu: nie zatrzymujcie najtańszej energii w Polsce.
Jako organizacje reprezentujące sektor odnawialnych źródeł energii oraz magazynowania energii alarmujemy, że procedowane zmiany w Prawie energetycznym (UC 84) – mimo słusznego celu uporządkowania systemu przyłączeń do sieci – w obecnym kształcie mogą doprowadzić do zatrzymania setek inwestycji, uderzyć w polskie przedsiębiorstwa oraz zwiększyć presję kosztową na gospodarkę i odbiorców energii.
Obecny kształt nowelizacji Prawa energetycznego może uderzyć nie tylko w branżę, ale przede wszystkim w polskich obywateli i przedsiębiorców, którzy już dziś płacą jedne z najwyższych rachunków za energię w regionie.
To nie jest spór techniczny ani wewnątrzbranżowy. To decyzja o tym, czy Polska przyspieszy budowę najtańszych źródeł energii, czy administracyjnie je wyhamuje – skazując gospodarkę na droższe i obarczone ryzykiem paliwa importowane z zagranicy.
Projekt ustawy wprowadza nierealne harmonogramy oraz skokowe, nieprzewidziane wcześniej obciążenia finansowe – również wobec inwestycji będących już w toku.
„Te przepisy w kilku pozornie drobnych zapisach czynią sytuację inwestorów dramatyczną.
W praktyce mogą zatrzymać rozwój projektów, na które rynek już wydał realne pieniądze” – podkreśla prof. Henryk Majchrzak z Polskiej Izby Gospodarczej Energetyki Odnawialnej
i Rozproszonej. „Mówimy o ryzyku zatrzymania rozwoju projektów rzędu 100 GW oraz o bezpośrednich stratach nawet 10 mld zł poniesionych nakładów na etapie rozwoju” – dodaje
W systemie funkcjonuje dziś ok. 205 GW wydanych warunków przyłączenia dla OZE
i magazynów energii. Z naszej perspektywy nie oznacza to „nadmiaru mocy”, lecz naturalny bufor inwestycyjny – statystycznie realizowana jest jedynie część projektów. Administracyjne skrócenie terminów i nagłe zwiększenie zabezpieczeń finansowych mogą doprowadzić do wyeliminowania znacznej części rynku prywatnego.
„Ustawodawca wytoczył wielką armatę i strzela do mrówek” – ocenia Krzysztof Kochanowski, prezes Polskiej Izby Magazynowania Energii. „Porządkowanie systemu jest potrzebne, ale naprawianie błędów nie może odbywać się kosztem inwestorów, którzy prowadzą realne projekty i finansują transformację prywatnym kapitałem.”
„W najbardziej negatywnym scenariuszu przy dużych projektach z trzech milionów złotych robi się dwanaście– zaliczki i zabezpieczenia rosną skokowo i w bardzo krótkim czasie” – wskazuje Paweł Konieczny, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Słonecznej. „To szczególnie uderza w polskie małe i średnie firmy. Jeżeli mówimy o wzmacnianiu krajowego kapitału, regulacje nie mogą działać w odwrotnym kierunku.”
Podkreślamy, że stawką jest konkurencyjność całej gospodarki. Energia z lądowych farm wiatrowych i fotowoltaiki może być wytwarzana na poziomie kosztu ok. 300–350 zł/MWh, podczas gdy energia z gazu – przy obecnych kosztach paliwa i emisji CO₂ – bywa 2–3 razy droższa. Ograniczenie inwestycji w OZE może przełożyć się na wyższe ceny energii dla przemysłu i gospodarstw domowych.
„Jeżeli wyhamujemy rozwój OZE, rachunek zapłaci przemysł i konsumenci. To kwestia konkurencyjności Polski, a nie spór jednej branży z administracją” – podkreśla prof. Majchrzak.
Dwa kluczowe postulaty jako branży OZE:
Realne terminy realizacji projektów – wydłużenie okresów na uzyskanie kluczowych decyzji i spełnienie kamieni milowych (m.in. PV i magazyny: 2 → 3 lata; wiatr na lądzie: 3 → 5 lat).
Proporcjonalne zasady finansowe oraz ochrona projektów w toku – tak, aby nowe wymogi zabezpieczeń i zaliczek były dostosowane do rzeczywistego harmonogramu finansowego inwestycji i nie eliminowały inwestorów administracyjnie.
Nie blokujemy reformy. Chcemy, aby była wykonalna, proporcjonalna i zgodna z zasadą zaufania do państwa prawa. Deklarujemy gotowość do dalszego dialogu z rządem
i parlamentem nad rozwiązaniami, które uporządkują system przyłączeń, wyeliminują patologie, a jednocześnie nie zahamują inwestycji finansowanych w ogromnej mierze przez prywatny polski kapitał.
65% prezesów firm z sektora energii, surowców naturalnych i przemysłu chemicznego wskazuje sztuczną inteligencję jako kluczowy obszar inwestycji, a 66% oczekuje zwrotu z nakładów na ten obszar w okresie od roku do trzech lat. Jednocześnie 72% planuje przeznaczyć od 10% do 20% budżetu inwestycyjnego na rozwój AI w swoich firmach w najbliższych 12 miesiącach. Choć liderzy branży działają w warunkach napięć geopolitycznych i rosnącej presji regulacyjnej, większość z nich w horyzoncie trzech lat spodziewa się wzrostu zarówno globalnej gospodarki, jak i własnych organizacji. Takie wnioski płyną z raportu „KPMG CEO Outlook 2025. Energy, Natural Resources and Chemicals”.
Prezesi firm z sektora energii, surowców naturalnych i przemysłu chemicznego deklarują większy optymizm niż rok wcześniej, jednak ich podejście do wzrostu ma charakter selektywny i ostrożny. Priorytetem staje się stabilność operacyjna, kontrola kosztów oraz przegląd portfela inwestycji. Ekspansja ma być oparta na solidnych fundamentach i przewidywalnych przepływach finansowych.
Jednocześnie krótkoterminowe decyzje zarządów coraz silniej kształtują odporność łańcuchów dostaw, wdrażanie rozwiązań opartych na AI oraz rosnące ryzyka klimatyczne. 27% CEO z sektora wskazuje zjawiska klimatyczne jako istotny czynnik wpływający na strategię – to najwyższy wynik wśród analizowanych branż w badaniu ogólnym.
Polska perspektywa – równoległa transformacja technologiczna i energetyczna
Sektor energii, surowców naturalnych i przemysłu chemicznego w Polsce znajduje się obecnie w fazie intensywnej transformacji. Polskie firmy coraz wyraźniej dostrzegają znaczenie AI, cyfryzacji i działań transformacyjnych jako elementów budujących konkurencyjność, jednak skala wyzwań pozostaje wysoka. Krajowy rynek wciąż opiera się na wysokoemisyjnej infrastrukturze oraz wymaga intensywnych inwestycji modernizacyjnych, co zwiększa presję kosztową i regulacyjną. Szczególną uwagę należy zwrócić na kwestie cyberbezpieczeństwa, ponieważ sektor jest określony w europejskich regulacjach jako obszar o wysokim stopniu krytyczności. W tym kontekście relacja pomiędzy zarządem, zespołami IT oraz osobami odpowiedzialnymi za OT wymaga przejścia przez jednolity standard zgodny z dyrektywą NIS 2, a w procesy cyberbezpieczeństwa będą zaangażowane również osoby dotąd odpowiadające za ciągłość działania, bezpieczeństwo fizyczne i stabilność sieci. Jednocześnie sektor musi stawić czoła presji biznesowej, kosztowej i inwestycyjnej, ponieważ cyberbezpieczeństwo – podobnie jak transformacja energetyczna – wymaga długoterminowych nakładów na modernizację infrastruktury oraz rozwój kompetencji cyfrowych, przy równoczesnym budowaniu odporności operacyjnej – mówi Anna Szczodra, Partner współzarządzający, radca prawny, lider doradztwa dla branży energetycznej w Polsce i EMA w KPMG Law.
AI jako źródło efektywności i przewagi konkurencyjnej
Sztuczna inteligencja coraz częściej wpisuje się w długofalowe strategie firm z omawianych branż. 65% CEO z sektora energii, surowców naturalnych i przemysłu chemicznego wskazuje ją jako kluczowy priorytet inwestycyjny, a 66% oczekuje szybkiego zwrotu z inwestycji.
AI wspiera optymalizację procesów operacyjnych, analizę danych w czasie rzeczywistym oraz podejmowanie decyzji inwestycyjnych. W sektorach kapitałochłonnych nawet niewielka poprawa efektywności przekłada się na wymierny wpływ na marżę i przepływy pieniężne.
Transformacja kompetencji i rynku pracy
Zmiany technologiczne wyraźnie wpływają na strukturę zatrudnienia. 40% CEO z sektora energii, surowców naturalnych i przemysłu chemicznego aktywnie przekształca role najbardziej narażone na automatyzację, a 72% koncentruje się na podnoszeniu kwalifikacji pracowników. Rozwój kompetencji w zakresie analizy danych, zarządzania systemami cyfrowymi oraz wykorzystania AI w środowisku przemysłowym staje się warunkiem dalszego wzrostu.
Jednocześnie sektor mierzy się z wyzwaniami demograficznymi, niedoborem wykwalifikowanych pracowników oraz rosnącymi różnicami pokoleniowymi w zakresie umiejętności przyszłości.
ESG – wysoka deklaratywność, wyzwania wdrożeniowe
72% liderów z sektora deklaruje włączanie zrównoważonego rozwoju do strategii korporacyjnej, jednak tylko 38% w pełni uwzględnia ESG w decyzjach kapitałowych. Ponad połowa respondentów przyznaje, że realizowane strategie nie nadążają za oczekiwaniami interesariuszy.
Oznacza to, że kluczowym wyzwaniem w najbliższych latach będzie integracja celów środowiskowych z modelami finansowymi oraz wykorzystanie technologii – w tym AI – do monitorowania emisji, optymalizacji zużycia energii i poprawy jakości raportowania.
O raporcie:
Raport stanowi część jedenastej edycji globalnego badania „KPMG CEO Outlook”, przeprowadzonego wśród 1 350 dyrektorów generalnych z 11 strategicznych rynków w okresie od 5 sierpnia do 10 września 2025 roku. Opracowanie sektorowe powstało na podstawie odpowiedzi 110 prezesów firm z branży energii, surowców naturalnych i przemysłu chemicznego, reprezentujących organizacje o rocznych przychodach przekraczających 500 mln USD.
Firmy znajdują się w momencie transformacji – organizacyjnej, strukturalnej i cyfrowej, napędzanej m.in. przez rozwój sztucznej inteligencji. W konsekwencji zachodzi ewolucja pożądanych profili kompetencyjnych pracowników, od których coraz częściej oczekuje się połączenia umiejętności twardych i miękkich z technologiczną biegłością. Pracodawcy – choć wciąż ostrożni w swoich politykach płacowych – są gotowi inwestować w takich profesjonalistów, którzy swoimi umiejętnościami realnie przyczynią się do realizacji celów biznesowych organizacji.
Najwięcej, bo 47 proc. firm w nadchodzących rekrutacjach będzie skupiać się przede wszystkim na pozyskaniu kompetencji biznesowych i analitycznych. Najważniejsze będą umiejętności skutecznego zarządzania projektami oraz wnikliwej analizy biznesowej.
Kompetencje miękkie i przywódcze konsekwentnie zyskują na znaczeniu. Dla wielu pracodawców będą one ważniejsze w prowadzonych rekrutacjach nawet od zdolności IT i cyfrowych.
Pozyskanie niezbędnych umiejętności pozostaje dla firm wyzwaniem. Na rynku pracy wciąż panuje luka kompetencji, a przekonanie kandydata z pożądanym profilem kompetencyjnym do zmiany pracy stanowi dla pracodawców spore wyzwanie.
Pracodawcy nadal rekrutują, choć ich oczekiwania wobec kandydatów są dziś wyższe i bardziej precyzyjne niż kilka lat temu. Decyzje rekrutacyjne coraz rzadziej podejmowane są wyłącznie w oparciu o posiadane doświadczenie, a częściej na podstawie umiejętności i realnego wpływu, jaki nowy pracownik może mieć na efektywność i konkurencyjność organizacji.
Transformacja biznesu zmienia potrzeby firm
Jak wynika z Raportu płacowego Hays Poland 2026, zdecydowana większość pracodawców – 84 proc. – planuje prowadzić procesy rekrutacyjne w tym roku. Jako kluczowy powód wskazywany jest rozwój biznesu oraz potrzeba znalezienia zastępstwa za pracowników, którzy zdecydują się odejść z firmy. Jednocześnie argumenty te stopniowo tracą na znaczeniu na rzecz zmian strukturalnych, które w tym roku uzyskały rekordowy wynik 1/5 wskazań.
To wyraźny sygnał, że środowisko biznesowe – a co za tym idzie również rynek pracy – w ostatnich latach przeszło głębokie zmiany, narzucając firmom nowe priorytety i kierunki działań. Aby za nimi nadążyć, organizacje potrzebują odpowiednich, wysoko wykwalifikowanych ekspertów, łączących wiedzę merytoryczną z dojrzałością biznesową.
Potwierdzają to wyniki badania Hays. Na szczycie listy umiejętności poszukiwanych przez pracodawców w 2026 znalazły się kompetencje biznesowe i analityczne, takie jak zarządzanie projektami, analiza biznesowa i planowanie strategiczne. Na drugim miejscu uplasowały się kompetencje techniczne i specyficzne dla określonych branż, natomiast tuż za nimi kompetencje miękkie i przywódcze. W wielu organizacjach te ostatnie są dziś oceniane nawet wyżej niż umiejętności technologiczne, które jeszcze niedawno były nadrzędnym priorytetem.
Kompetencje miękkie i przywódcze ważniejsze niż umiejętności cyfrowe
Choć dzisiejszy rynek pracy w dużej mierze technologiami stoi, a od pracowników wymaga się cyfrowej biegłości i umiejętności pracy np. z narzędziami AI, to same kompetencje IT nie zagwarantują firmom sukcesu. Specjaliści i menedżerowie muszą przede wszystkim umieć skutecznie działać i komunikować się w warunkach niepewności oraz cechować się elastycznością i odpornością psychiczną. Kluczowe stają się zatem wysoko rozwinięte kompetencje miękkie.
Niezwykle ważna z perspektywy pracodawców jest też umiejętność zarządzania zespołem, rozwiązywania problemów, dostosowania się do zmian i budowania relacji – zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz organizacji. Takie zdolności pozwalają bowiem zwiększyć efektywność współpracy w firmie, utrzymać jej konkurencyjność i skutecznie odpowiedzieć na presję rynkową.
–Obecność zaawansowanych technologii w świecie biznesu przestała być już pieśnią przyszłości. Dzisiaj to norma, stąd też kompetencje technologiczne nie są już miłym dodatkiem, lecz standardem –zauważa Agnieszka Czarnecka, CEE HR Consultancy Manager w Hays i dodaje – Weryfikacja kandydatów do pracy następuje więc nie tylko na poziomie obsługi programów i znajomości technologii, ale przede wszystkim płynności i efektywności funkcjonowania w świecie VUCA, czyli w niejednoznacznych warunkach. Plastyczność, elastyczność, odporność psychiczna i umiejętność prowadzenia zespołu przez te zmiany to kompetencje, których nie da się nauczyć w kilka dni. To postawy i potencjał, który się rozwija miesiącami, a nawet latami.
Kompetencje cyfrowe nie przestają być ważne. Wręcz przeciwnie – cyfryzacja świata pracy postępuje, więc firmy powinny jak najszybciej wypełnić swoje luki kompetencyjne w tym obszarze. Jak wynika z raportu Hays, wśród najczęściej poszukiwanych umiejętności cyfrowych są obecnie te z zakresu AI i uczenia maszynowego, analizy danych i data science, infrastruktury i wsparcia IT oraz cyberbezpieczeństwa.
– Kandydaci, którzy łączą te zdolności z wysoko rozwiniętymi umiejętnościami miękkimi i dojrzałością biznesową, w najbliższym czasie mogą otrzymać naprawdę ciekawe oferty pracy. Liderzy, którzy potrafią buforować, modelować i empatycznie nawigować zespołami w kierunku efektywnego wykorzystania technologii w połączeniu z czynnikiem ludzkim, są dziś na wagę złota – podkreśla Agnieszka Czarnecka.
Przed firmami stoi duże wyzwanie
Świadomość występowania w firmie luki kompetencji to ważny, pierwszy krok w kierunku ich pozyskania. Jednak kolejny, a więc zatrudnianie pracowników, którzy je posiadają, może być o wiele trudniejszy do zrealizowania. Wyniki Raportu płacowego Hays pokazują bowiem, że pomimo rosnącej liczby aplikacji na oferty pracy, w minionym roku aż 71 proc. organizacji doświadczyło luki kompetencji. Jednocześnie aż 47 proc. rekrutujących firm spodziewa się trudności w znalezieniu odpowiednich kandydatów.
Jak firmy mogą poradzić sobie z taką sytuacją i skutecznie wypełnić braki w firmie? Najlepsze podejście z jednej strony zakłada podnoszenie kwalifikacji obecnych pracowników (upskilling) lub ich przekwalifikowanie (reskilling), a z drugiej – uruchomienie rekrutacji np. przy wsparciu zewnętrznych agencji rekrutacyjnych. Część firm już teraz korzysta z podobnych rozwiązań, jednak nadal prawie 1/5 organizacji nie ma strategii rozwiązywania problemu luki kompetencji.
Agnieszka Czarnecka dodaje, że sukces wypełniania luk kompetencji będzie też w dużej mierze zależny od liderów – W najbliższym czasie firmy powinny skoncentrować się na zidentyfikowaniu i rozwijaniu samodzielnych, skutecznych i wykwalifikowanych menedżerów, a także kultury organizacyjnej, która będzie wspierać płynne przejście przez zmiany zachodzące w świecie zdominowanym przez niepewność.
Rynek pracy nie stoi w miejscu, więc pierwsze, nawet podstawowe działania, warto podjąć już teraz.
Po nominacji Kevina Warsha na nowego prezesa FED spadają szanse na obniżki stóp procentowych w USA. Węgrzy, mimo ciążącego na tym kraju widma konfliktu z UE o przepisy, obniżają stopy procentowe. Z kolei Chiny nie zmieniają kosztu pieniądza.
Co ze stopami w USA?
Znamy teoretycznie nazwisko następcy Jerome’a Powella. Teoretycznie, bo Kevin Warsh został na razie tylko nominowany przez prezydenta, a nie uzyskał jeszcze akceptacji Senatu. Tę otrzyma prawdopodobnie dopiero w marcu-kwietniu. Trzeba pamiętać, że przejęcie obowiązków następuje w maju. Ponieważ FED ma dwa decyzyjne posiedzenia na kwartał, maj jest miesiącem wolnym od posiedzeń. Ewentualne opóźnienia, wynikające z blokowania Warsha przez Senat, nie powinny zatem wiele zmieniać. Swoją drogą nowy kandydat wydaje się być bardzo dobrą osobą by zebrać poparcie obu partii. Wiadomo – w polityce najczęściej nie przyznaje się racji oponentom, a Warsh na tle innych kandydatur wydaje się mocno kompromisowy. Rynki uważają, że nie będzie on ślepo podporządkowywał się woli prezydenta i oczekują spowolnienia dotychczas oczekiwanego tempa obniżek. Jest to jeden z powodów umacniania się dolara.
Węgrzy obniżają stopy procentowe
Na wczorajszym posiedzeniu Węgierskiego Banku Centralnego doszło do obniżki stóp procentowych o 0,25%. Z poziomu 6,5% na 6,25%. Część komentatorów łączy to z nadchodzącymi w kwietniu wyborami parlamentarnymi. Warto jednak spojrzeć na wskaźnik inflacji. Od trzech miesięcy dość silnie spada i Węgrzy przed obniżką znaleźli się w sytuacji, w której realna stopa procentowa (czyli po odjęciu inflacji) wynosiła imponujące 4,4%. Poziom ten, mimo wczorajszej obniżki stóp procentowych, jest ewenementem w Unii Europejskiej. Przy obecnych poziomach cen tamtejszy Bank Centralny ma jeszcze duże pole do obniżek. Warto jednak pamiętać, że na Węgrzech zwyczajowo trwają manipulacje przy inflacji. Obecnie stosowana jest ustawa nakładająca maksymalne marże w handlu detalicznym, co jest kolejnym punktem spornym z UE. Gdyby doszło do uwolnienia cen, inflacja mogłaby wyskoczyć w górę. Ekonomiści nie są jednak zgodni, jak bardzo. Decyzja o obniżce stóp była oczekiwana przez rynki, stąd jej wpływ na kurs forinta był znikomy.
Chiny nie zmieniają stóp
Bank Chin utrzymał stopy procentowe na niezmienionych poziomach. Stawki w Państwie Środka są jednymi z najbardziej stabilnych na świecie w ostatnich latach. W ciągu ostatniej dekady (a więc także w czasie pandemii) różnica pomiędzy najwyższym a najniższym poziomem wynosiła zaledwie 1,31%. Nie jest to jeszcze Japonia, która w tym czasie miała różnicę na poziomie 0,85%, ale są to poziomy, do których nawet nie zbliżamy się na Zachodzie. Chińczycy oparli się w pandemii presji nadmiernego obniżenia stóp procentowych i zalania gospodarki pieniędzmi, co nie wymusiło potem (jak w większości państw Zachodu) gwałtownych podwyżek stóp.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Cyberprzestępcy wyraźnie zmieniają taktykę działania wobec dużych przedsiębiorstw. Z opracowanego przez firmę Sophos raportu „The State of Ransomware in Enterprise 2025” wynika, że mediana żądanego okupu wobec podmiotów zatrudniających powyżej 1000 pracowników spadła z 2,75 mln do 1,2 mln dolarów, co stanowi największy roczny spadek od początku prowadzenia badania. Jednocześnie rośnie skuteczność firm w zatrzymywaniu ataków jeszcze zanim dane zostaną zaszyfrowane. Nie oznacza to jednak, że ransomware przestał być poważnym zagrożeniem – zmieniła się raczej jego ekonomia i sposób wywierania presji.
Wyniki badania Sophos wyraźnie wskazują, że cyberprzestępcy dostosowują skalę swoich żądań do możliwości ofiar, a zaatakowane przedsiębiorstwa poprawiają zdolności reagowania. Ransomware pozostaje jednak zagrożeniem systemowym – mniej spektakularnym finansowo niż rok temu, ale wciąż poważnym z perspektywy operacyjnej i kadrowej.
Warto zauważyć, że oprócz spadku mediany oczekiwanego okupu obniżyła się równocześnie mediana faktycznie zapłaconego haraczu – z 1,26 mln do 1 mln dolarów. Spadek wynika przede wszystkim z mniejszej liczby żądań przekraczających 5 mln dolarów. Firmy płacą też mniejszy odsetek pierwotnie żądanej kwoty (w 2025 r. przeciętnie było to 86%, wobec 95% rok wcześniej). Ponad połowa przedsiębiorstw, które zapłaciły okup, wynegocjowała niższą kwotę niż początkowo oczekiwana.
– Zaobserwowana zmiana nie oznacza jednak łagodniejszego podejścia atakujących. Raczej świadczy o większym pragmatyzmie, bowiem zamiast maksymalizować wysokość pojedynczego okupu, częściej „celują” w kwoty, które ofiara jest w stanie realnie zapłacić – mówi Chester Wisniewski, Director, Global Field CISO w Sophos.
Coraz mniej skutecznych ataków, ale presja pozostaje
Jak podkreślają analitycy Sophos, po raz pierwszy od pięciu lat mniej niż połowa ataków zakończyła się zaszyfrowaniem danych. W 2025 r. było to 49% przypadków, podczas gdy dwa lata wcześniej odsetek ten sięgał 75%. Jednocześnie 47% ataków zostało zatrzymanych przed zaszyfrowaniem danych – to ponad dwukrotnie więcej niż w 2023 r., gdy było to 22%. Dane te pokazują poprawę w zakresie przegotowania technicznego przedsiębiorstw do wykrywania zagrożeń oraz procesów reagowania na incydenty.
Od kilku lat cyberprzestępcy nie poprzestają wyłącznie na próbach zaszyfrowania danych, mając świadomość, że potencjalna ofiara może szybko odzyskać je z kopii zapasowej. Dlatego równolegle podejmowane są próby kradzieży informacji i – według wyników badania – powiodły się one w 30% przypadków. Nie oznacza to jednak, że skutki ataku są ograniczone wyłącznie do prób szyfrowania. Wśród podmiotów, w których się to udało, 30% doświadczyło również kradzieży danych.
– Model podwójnego wymuszenia – szyfrowanie połączone z groźbą ujawnienia danych – nadal jest istotnym elementem presji i szantażu spowodowania kryzysu wizerunkowego lub odpowiedzialności prawnej. Nawet jeśli firma jest w stanie przywrócić środowisko IT do pracy z kopii zapasowych, ryzyko wycieku informacji wprowadziło konsekwencje ataków ransomware na zupełnie nowy poziom – ostrzega Chester Wisniewski.
Najczęstszą techniczną przyczyną powodzenia ataków pozostają wykorzystywane przez cyberprzestępców luki w oprogramowaniu na komputerze ofiary – odpowiadały za 29% incydentów. Na drugim miejscu znalazły się skutecznie przeprowadzone kampanie phishingowe (21%), których udział niemal podwoił się rok do roku. Tyle samo przypadków wiązało się z użyciem skompromitowanych danych logowania ofiary.
Jednak obok czynników technicznych równie istotne są kwestie organizacyjne. W tym obszarze najczęściej wskazywanym powodem skuteczności ataku była nieznana wcześniej luka w zabezpieczeniach (40% odpowiedzi). Niewiele rzadziej wymieniano braki kadrowe (39%) oraz brak odpowiednich kwalifikacji wśród personelu (również 39%).
Przywrócenie środowiska pracy jest szybsze, ale kosztowne
Średni koszt usunięcia skutków ataku (bez uwzględnienia wartości okupu) spadł o 41%, do najniższego poziomu od trzech lat (z 3,12 mln do 1,84 mln dolarów). Firmy szybciej wracają też do normalnego funkcjonowania. W 2025 r. połowa przedsiębiorstw odzyskała sprawność w ciągu tygodnia, podczas gdy rok wcześniej było to tylko 36%. Łącznie 95% podmiotów deklaruje pełne odtworzenie działalności w ciągu trzech miesięcy.
Jednocześnie 96% firm, których dane zostały zaszyfrowane, zdołało je odzyskać. Co istotne, spadł odsetek podmiotów korzystających z kopii zapasowych (53% wobec 73% rok wcześniej), a 48% zdecydowało się zapłacić okup. Coraz częściej stosowane są też inne metody przywracania danych.
Statystyki dotyczące powrotu do działalności nie oddają jednak w pełni wpływu incydentów na pracowników. We wszystkich firmach, w których doszło do zaszyfrowania danych, wystąpiły negatywne konsekwencje dla zespołów IT i cyberbezpieczeństwa. 40% wskazało na zwiększoną presję ze strony zarządu, 39% na wzrost obciążenia pracą i stres, 31% na absencje związane ze zdrowiem psychicznym, a w 27% przypadków doszło do wymiany lidera zespołu.
Zaobserwowany w badaniu Sophos spadek mediany okupów i kosztów odbudowy może sugerować poprawę sytuacji, jednak dane pokazują raczej ewolucję zagrożenia, jakim jest ransomware, niż jego osłabienie. Częściej udaje się wykrywać ataki, zanim doprowadzą one do zaszyfrowania danych, ale nadal skutkują one kradzieżą informacji, co – jak pokazuje doświadczenie, którym dzielą się ofiary – bywa znacznie bardziej dotkliwe ze względu na utratę zaufania klientów oraz ryzyko poważnych konsekwencji prawnych.
Wobec braku istotnych danych w trakcie wtorkowej sesji rynek walutowy koncentruje swoją uwagę wokół dalszego celnego zamieszania, ale na pewno z ciekawością będzie się dziś przysłuchiwał także wypowiedziom bankierów centralnych (szczególnie tych z Fed). Ropa naftowa wciąż jest blisko wielomiesięcznych szczytów (w oczekiwaniu na rozstrzygnięcia wokół Iranu), a złoto lekko się koryguje po silnych zwyżkach z ostatnich dni.
Jakie cła na stole?
Z pewnym zaskoczeniem przyjąłem, że dziś na 150 dni w życie weszły nowe globalne cła w wysokości 10% zaserwowane przez prezydenta Trumpa. Amerykański przywódca jeszcze w sobotę twierdził, że zmienił zdanie i stawka wyniesie maksymalnie (na tej podstawie prawnej) 15%. Aktualnie okazuje się, że w aktach prawnych widnieje tylko niższe obciążenie, a wyższe pozostaje w sferze zapowiedzi (gróźb?). Taka sytuacja dodaje jeszcze więcej niepewności co do ruchów handlowych Białego Domu. Właśnie ta niepewność stała za wczorajszą decyzją Parlamentu Europejskiego o odroczeniu głosowania nad ratyfikacją umowy handlowej z USA (wynegocjowanej kilka miesięcy temu). PE głosem większości twierdzi, że nie zaakceptuje umowy, której warunki mogą zostać zerwane następnego dnia tylko i wyłącznie według życzenia prezydenta Trumpa. Trudno jakoś mocno się dziwić takiemu podejściu parlamentarzystów, skoro przecieki z amerykańskiej administracji wskazują, że zamierza się ona za chwilę powołać na tę samą podstawę prawną, która działa w przypadku ceł na stal czy aluminium. Problem w tym, że użycie argumentu bezpieczeństwa narodowego jako podstawy dla nałożenie taryf na szerokie spektrum produktów już na pierwszy rzut oka wydaje się wątpliwe prawnie. Warto przypomnieć, że Sąd Najwyższy USA, w swoim piątkowym orzeczeniu odrzucającym podstawę prawną dla większości nałożonych w zeszłym roku ceł, podkreślił konstytucyjne kompetencje Kongresu do prowadzenia długofalowej polityki celnej. Donald Trump nie jest szczególnie znany ze swojej ugodowości, co pozwala sądzić, że kolejne dni (tudzież tygodnie) przyniosą nam raczej dalszą eskalację wojny handlowej, a nie jej wyciszenie. Co można uznać za ciekawe, na tym zamieszaniu w krótkim terminie zyskują zarówno amerykańskie obligacje, jak i amerykański dolar.
USD w ataku, ale na razie złamał tylko JPY
Wtorkowy handel znowu delikatnie faworyzuje dolara amerykańskiego. Bardzo wyraźnie zyskuje on zasadniczo jedynie do jena japońskiego, co ma być efektem nastawienia inwestorów na gołębią podwyżkę stóp przez Bank Japonii (czyli podwyżka z brakiem widoków na kolejne), do której może dojść 19 marca. Aktualnie przy takim obrocie spraw pojawia się przewidywanie, że historycznie silna pozycja premierki Sanaea Takaichi przełoży się na obiecywaną w kampanii wyborczej silną ekspansję fiskalną. Mają to być podstawy do dalszej ucieczki od jena, który tylko dziś traci blisko 1% wobec dolara, a kurs USD/JPY, przekraczając 156 JPY, znalazł się najwyżej od 2 tygodni. Na pozostałej części rynku dolarowego jest spokojniej, co nie oznacza, że USD nie jest siłą dominującą. Kurs EUR/USD znowu schodzi w pobliże 1,177 USD, ale bez pokonania lokalnego wsparcia w okolicy 1,174 USD w dalszym ciągu możemy mówić o kontynuacji konsolidacji, która faworyzuje zielonego. Przy stabilności kursu euro, który balansuje na 4,22 PLN, otrzymujemy kurs dolara wciąż poniżej 3,59 PLN. Kurs franka wraca w pobliże górnego ograniczenia lokalnego trendu bocznego przy 4,63 PLN.
Sytuacja na giełdach i wycena surowców
Na innych rynkach dostrzeżemy oznaki niepewności i braku przekonania inwestorów do obrania wyraźnego kierunku, co przekłada się na spadki części giełd, a wzrosty na innych parkietach (np. Madryt -0,5%, a Paryż +0,3%). Pod znaczną presją podaży znalazła się GPW (WIG20 -1,4%), co przynajmniej w pewnym stopniu można złożyć na karb realizacji zysków po świetnej poniedziałkowej sesji. Kontrakty na Wall Street wskazują na pozytywne otwarcie po drugiej stronie Atlantyku. Napięcia wokół Iranu w praktyce nie słabną (mimo kolejnych rund negocjacji), a to przekłada się na utrzymywanie wycen ropy naftowej blisko 7-miesięcznych szczytów (za baryłkę odmiany Brent trzeba płacić 71,6 USD). Po mocnym odbiciu złota (blisko 200 USD w 4 sesje), dziś widzimy odreagowanie, a za uncję trzeba płacić poniżej 5140 USD.
Przed głosowaniem nad projektem ustawy UC84 branża odnawialnych źródeł energii wciąż nie zna ostatecznego kształtu proponowanych regulacji. Zdaniem przedstawicieli sektora fotowoltaiki i magazynowania energii kierunek zmian jest potrzebny, jednak część zapisów może istotnie wpłynąć na strukturę rynku i tempo transformacji energetycznej w Polsce.
— Nie wiemy, czego możemy się spodziewać po komisji — mówi Jan Sakławski, wiceprezes Polskie Stowarzyszenie Fotowoltaiki i Magazynowania Energii, reprezentujący branżę w pracach sejmowych nad projektem. Jak podkreśla, do tej pory nie zapadły jeszcze rozstrzygnięcia dotyczące licznych poprawek zgłoszonych zarówno przez sektor energetyczny, jak i parlamentarzystów. — Nie mieliśmy dotąd żadnych decyzji dotyczących poprawek zgłoszonych przez zainteresowane strony. Nie wiemy też, w jaki sposób Ministerstwo Klimatu i Ministerstwo Energii pogodziły rozbieżności, które pojawiły się podczas ostatnich obrad komisji — wskazuje.
Podczas wcześniejszych prac legislacyjnych różnice stanowisk między resortami były na tyle wyraźne, że przewodniczący połączonych komisji, poseł Ryszard Petru, apelował o ich uzgodnienie jeszcze przed głosowaniem.
— Najpierw rząd musi się porozumieć, a dopiero później można przejść do głosowania. Tymczasem nadal pozostają pytania posłów oraz uwagi całego sektora energetycznego, które nie doczekały się odpowiedzi — dodaje Sakławski.
Branża: ustawa potrzebna, ale nie może działać wstecz
Stanowisko sektora OZE pozostaje niezmienne — reforma systemu przyłączeń jest konieczna, jednak wymaga korekt. Największe obawy inwestorów dotyczą retroaktywności przepisów.
— Najbardziej interesuje nas kwestia działania prawa wstecz i tego, jak nowe mechanizmy będą wpływać na projekty już rozwijane — podkreśla wiceprezes PSFMiE.
Projekt ustawy wprowadza m.in. mechanizmy weryfikujące realność inwestycji, takie jak kamienie milowe czyli obowiązek uzyskania pozwolenia na budowę w określonym czasie.
— Intencją projektodawców było oddzielenie projektów rzeczywiście realizowanych od tych o charakterze czysto handlowym. Rozumiemy ten cel, ale zaproponowane terminy są naszym zdaniem zbyt krótkie — ocenia.
Dodatkowym problemem mają być nowe wymogi finansowe.
— Podwyższenie zabezpieczeń z 3 do 6 mln zł w bardzo krótkim czasie może oznaczać, że część inwestorów nie będzie w stanie utrzymać projektów. W praktyce będą musieli je porzucić albo sprzedać większym podmiotom — mówi.
Ryzyko koncentracji rynku
Zdaniem branży nowe regulacje mogą nieświadomie doprowadzić do koncentracji rynku w rękach największych graczy.
— Reprezentujemy również sektor MŚP i to właśnie te firmy są najbardziej narażone na skutki gwałtownych zmian regulacyjnych. Mają znacznie mniejszą zdolność absorpcji nowych obciążeń finansowych — zaznacza Sakławski.
Jak wyjaśnia, model rozwoju projektów OZE w Polsce opiera się dziś na współpracy mniejszych deweloperów z dużym kapitałem.
— Najwięksi gracze rzadko rozwijają projekty od zera. Zazwyczaj kupują inwestycje doprowadzone do etapu ready to build — z zabezpieczonym gruntem i pozwoleniem na budowę. Jeśli mniejsi inwestorzy zostaną zmuszeni do sprzedaży projektów, to cenę zacznie dyktować kupujący, czyli duży kapitał — tłumaczy.
Transformacja może wyhamować
Ekspert nie przewiduje całkowitego załamania rynku, ale ostrzega przed zmianą jego struktury.
— Nie kreśliłbym kasandrycznych scenariuszy, jednak ciężar kształtowania rynku może przesunąć się bardzo mocno w stronę największych grup kapitałowych — zarówno państwowych, jak i zagranicznych — mówi. Szczególnie istotne może to być w przypadku magazynów energii, które dopiero wchodzą w fazę dynamicznego rozwoju. — Fotowoltaika jest już rynkiem dojrzałym, natomiast magazyny energii dopiero się rozwijają. Istnieje ryzyko, że zahamujemy ten segment na samym początku jego wzrostu — dodaje.
Kierunek zmian akceptowany, problemem szczegóły
Przedstawiciele branży podkreślają jednocześnie, że sam system przyłączeń wymaga reformy.
— Kierunkowo zgadzamy się z propozycjami ministerstwa. Uważamy jednak, że część rozwiązań nie została wystarczająco przemyślana albo ich rzeczywisty cel nie został jasno zakomunikowany rynkowi — podsumowuje Sakławski.
Najbliższe głosowania parlamentarne pokażą, czy postulaty branży zostaną uwzględnione, a projekt UC84 stanie się impulsem do uporządkowania rynku OZE — czy też źródłem nowych barier inwestycyjnych.
Bank Millennium wdrożył platformę LiveBank, rozwijaną przez Ailleron jako rozwiązanie do zdalnej obsługi klientów. System LiveBank umożliwia realizację procesów sprzedażowych i doradczych online w czasie rzeczywistym, z wykorzystaniem komunikacji wideo oraz narzędzi współpracy, zintegrowanych z istniejącym ekosystemem firm, w których jest wdrażany.
LiveBank to narzędzie, które łączy kanały cyfrowe z systemami transakcyjnymi i doradczymi. Platforma zapewnia zdalnie pełną współpracę klienta z ekspertem poprzez wideo spotkania, czat, współdzielenie ekranu oraz bezpieczną wymianę dokumentów, umożliwiając prowadzenie procesów end-to-end w jednym środowisku technologicznym, bez konieczności przełączania się pomiędzy kanałami kontaktu.
Rozwiązanie zostało zaprojektowane tak, aby rozwijać się wraz z potrzebami organizacji. Doradcy mogą umawiać spotkania z klientami, a następnie wykorzystywać funkcjonalności LiveBank bezpośrednio w bankowości internetowej i mobilnej. Elastyczna architektura platformy pozwala obsługiwać dużą liczbę jednoczesnych interakcji oraz stopniowo rozszerzać zakres usługi w miarę wzrostu skali działalności i oczekiwań klientów.
– LiveBank jest dziś wykorzystywany w kilkunastu krajach i wspiera instytucje finansowe w budowie nowoczesnych modeli zdalnej, relacyjnej i spersonalizowanej obsługi klienta. Chmurowe platformy komunikacyjno-obsługowe mogą skutecznie łączyć skalę, bezpieczeństwo i wysoką jakość doświadczenia klienta. – mówi Ireneusz Liberacki, General Manager LiveBank w Ailleron S.A.
Platforma LiveBank działa w modelu Software as a Service na infrastrukturze chmurowej. Zapewnia to automatyczną skalowalność, wysoką dostępność oraz umożliwia szybkie wdrażanie nowych funkcjonalności, skracając czas ich wprowadzania na rynek.
Środowisko LiveBank może zostać opcjonalnie rozszerzone o funkcje sztucznej inteligencji, które – po ich uruchomieniu – mogą wspierać pracę doradców oraz jakość obsługi klienta, w tym m.in. przygotowywanie odpowiedzi oraz inteligentne rekomendacje. Funkcje te działają w kontrolowanym otoczeniu, zgodnym z wymogami regulacyjnymi i standardami ochrony danych.
Projektując LiveBank, skupiamy się na dostarczaniu platformy, która może być rozwijana wraz z potrzebami instytucji finansowych. Moduły oparte na sztucznej inteligencji są jednym z elementów tego ekosystemu i mogą być uruchamiane w zależności od dojrzałości organizacyjnej klienta. – mówi Tomasz Król, CEO w Ailleron S.A.
Platforma spełnia wymagania sektora finansowego w zakresie bezpieczeństwa i compliance. Wszystkie komponenty LiveBank są projektowane zgodnie z obowiązującymi regulacjami, a rozwiązanie przechodzi regularne audyty bezpieczeństwa oraz niezależne oceny odporności systemu, co umożliwia jego wykorzystanie w środowiskach o podwyższonych wymaganiach regulacyjnych.
W tym roku kakao należy do surowców, które potaniały najmocniej. Spadki są kontynuacją wielomiesięcznej korekty i coraz mocniej uderzają w eksporterów z Afryki Zachodniej. W ciągu ostatniego miesiąca notowania na światowych giełdach zniżkowały o blisko 29 proc., do około 3100 dolarów za tonę. Od majowego szczytu w 2025 roku, gdy kakao kosztowało ponad 11 tys. dolarów za tonę, cena spadła już o ponad 70 proc. To wciąż rynek o bardzo wysokiej zmienności, więc wykluczyć dalszych wahań nie można. Paradoksalnie jednak najtrwalszym skutkiem niedawnej fali wzrostów mogą okazać się nie same ceny, lecz zmiany receptur i to, że czekolada przestaje smakować tak jak kiedyś.
Obecne spadki cen kakao są w dużej mierze konsekwencją wcześniejszych silnych wzrostów. Wysokie ceny zaczęły realnie ograniczać popyt na czekoladę, szczególnie w Europie. Dane o przetwórstwie kakao na Starym Kontynencie są w ostatnim czasie najsłabsze od 2013 roku. Rynek odczytał to jednoznacznie – konsumpcja hamuje, bo czekolada stała się produktem wyraźnie droższym.
Do tego doszły obawy o większą niż wcześniej zakładano podaż w nadchodzącym sezonie. Choć fizyczne dostawy z Wybrzeża Kości Słoniowej w ostatnich dwóch tygodniach są niższe niż rok temu, co przyniosło wyhamowanie spadków i stabilizację. Jednak rynek spodziewa się lepszych zbiorów kakao, po dwóch kolejnych słabszych sezonach. Wystarczyła zmiana nastrojów i realizacja zysków przez inwestorów, by ceny zaczęły gwałtownie spadać. Przy tak dynamicznych wzrostach w poprzednim okresie korekta była tylko kwestią czasu.
To jednak nie oznacza, że w sklepach zobaczymy szybkie i wyraźne obniżki cen czekolady. Mechanizm przenoszenia cen surowców na ceny w sklepach działa z dużym opóźnieniem. Producenci zabezpieczają dostawy kakao nawet z rocznym wyprzedzeniem. Tabliczki, które dziś trafiają na półki, powstały z surowca kontraktowanego po rekordowo wysokich cenach.
Według danych GUS ceny kakao i czekolady w proszku wzrosły w 2025 roku o 12,7 proc. Jeszcze pod koniec ubiegłego roku producenci podnosili ceny, próbując zrekompensować wcześniejsze skoki kosztów. Dzisiejsze spadki na giełdach mogą być widoczne w sklepach dopiero w drugiej połowie roku, a być może jeszcze później.
Nawet jeśli kakao utrzyma się w okolicach obecnych poziomów, nie oznacza to powrotu do taniej czekolady. Surowiec jest tylko jednym z elementów kosztu. Energia, transport, opakowania i wynagrodzenia pozostają wysokie. W praktyce ewentualne obniżki mogą być symboliczne, rzędu około 1 zł na tabliczce. Czekolady kosztujące około 10 zł najprawdopodobniej zostaną z nami na dłużej. Presja kosztowa z ostatnich lat ma jeszcze jeden, gorzki skutek. To zmiany w recepturach. Producenci już wcześniej reagowali zmniejszaniem gramatury tabliczek i ograniczaniem zawartości kakao. Dziś coraz częściej sięgają po tańsze substytuty, szczególnie w USA, gdzie regulacje są mniej restrykcyjne niż w Europie.
W Stanach Zjednoczonych głośno było o liście wnuka twórcy słodyczy Reese’s, który zarzucił obecnemu producentowi, firmie Hershey, odchodzenie od pierwotnej receptury opartej właśnie na mlecznej czekoladzie i prawdziwym maśle orzechowym. W jego ocenie oszczędności kosztowe zaczęto przedstawiać jako innowacje. To pokazuje, że wysoka cena kakao wpływa nie tylko na wyniki finansowe firm, lecz także na jakość produktów i zaufanie do marek budowanych przez dekady.
W Polsce również warto uważnie patrzeć na etykiety. Niska cena może oznaczać shrinkflację. Tabliczka ważąca 80 czy 75 gramów zamiast standardowych 100 gramów wygląda podobnie, ale wcale nie jest okazją.
Paradoks polega na tym, że choć kakao na giełdzie wyraźnie tanieje, dla wielu konsumentów jego smak może stać się coraz mniej intensywny. Jeśli oszczędności w recepturach utrwalą się na dłużej, zmieni się nie tylko cena czekolady, ale i jej smak i charakter. A to może być najbardziej gorzki efekt całej tej historii.
16,5% Polaków boi się, że w tym roku straci pracę. 71,6 nie ma takich obaw. Natomiast 11,9% nie jest pewnych, czy doświadcza tego typu lęków. Tak wynika z najnowszego badania rynkowego. Autorzy raportu podkreślają, że wyniki wskazują na podwyższony, choć nie skrajny, poziom stresu społecznego. Ich zdaniem, większe obawy mogą mieć pracownicy wykonujący zadania rutynowe, administracyjne i powtarzalne, które zaczynają przejmować narzędzia oparte na AI. Większy niepokój może występować w regionach o mniejszej dywersyfikacji rynku pracy.
Według raportu pt. „Polacy w obawie o utratę pracy w 2026”, autorstwa UCE RESEARCH i platformy ePsycholodzy.pl, 16,5% ankietowanych obawia się, że w tym roku straci pracę. – Widać, że co szósta osoba w Polsce żyje w niepewności. To umiarkowany odsetek, który pokazuje realne napięcie części społeczeństwa. Mówi też o tym, że rynek nie jest w stanie pełnego spokoju, ale też nie dominuje na nim atmosfera masowego lęku. To raczej obraz umiarkowanej ostrożności niż kryzysowej paniki. Oznacza podwyższony, ale nie skrajny, poziom stresu społecznego – podkreśla psycholog Michał Murgrabia, jeden ze współautorów raportu z platformy ePsycholodzy.pl.
Z badania wynika też, że większość Polaków nie ma ww. obaw – 71,6%. – To sygnał względnej stabilizacji i poczucia kontroli nad własną sytuacją zawodową – czy to dzięki kompetencjom, sytuacji branży, czy ogólnej kondycji rynku pracy. W psychologii poczucie bezpieczeństwa zatrudnienia jest jednym z kluczowych czynników wpływających na dobrostan psychiczny, poziom stresu oraz zaangażowanie w pracę. Osoby, które nie obawiają się utraty pracy, częściej wykazują wyższy poziom motywacji, większą otwartość na rozwój i większe zaufanie do pracodawcy – komentuje Michał Pajdak, drugi ze współautorów raportu z platformy ePsycholodzy.pl.
Ponadto badanie wykazało, że 11,9% Polaków nie wie, czy ma jakiekolwiek obawy w tej kwestii. – Brak jasności co do przyszłości może świadczyć o niedostatecznej komunikacji w firmach, zmiennym otoczeniu rynkowym lub sprzecznych sygnałach płynących z gospodarki. Taki stan zawieszenia sprzyja powstawaniu plotek i wzrostowi lęku w momentach pojawienia się pierwszych negatywnych informacji – analizuje Michał Pajdak.
Zdaniem Michała Murgrabiego, naprawdę zagrożone mogą czuć się osoby zatrudnione w branżach przechodzących intensywne zmiany technologiczne lub organizacyjne. Większe obawy mogą też dotyczyć osób na niestabilnych umowach, które mają mniejsze poczucie kontroli nad swoją sytuacją zawodową. Ekspert zauważa, że lęk coraz częściej dotyczy nie tylko stanowisk niskopłatnych, ale także specjalistów w sektorach podlegających automatyzacji.
– Część osób reaguje na ogólne sygnały gospodarcze, takie jak informacje o spowolnieniu czy restrukturyzacjach w dużych firmach. Niektórzy kierują się sytuacją w swojej branży lub konkretnymi komunikatami pracodawcy. W praktyce często nakładają się na to także czynniki indywidualne, np. wcześniejsze doświadczenie zwolnienia lub poczucie, że ich kompetencje są mniej konkurencyjne – dodaje Michał Murgrabia.
Jak zaznacza Michał Pajdak, szczególne poczucie zagrożenia utratą pracy mogą w tym roku odczuwać przede wszystkim osoby zatrudnione w branżach przechodzących restrukturyzację lub silną presję kosztową. Dotyczy to części przemysłu (zwłaszcza energochłonnego i eksportowego), wybranych segmentów handlu detalicznego oraz firm, które odczuwają skutki spowolnienia inwestycji. W tych sektorach częściej mówi się o optymalizacji kosztów, konsolidacjach czy automatyzacji procesów, co naturalnie podnosi poziom niepewności wśród pracowników.
– Większe obawy mogą mieć pracownicy wykonujący zadania rutynowe, administracyjne i powtarzalne – szczególnie tam, gdzie wdrażane są rozwiązania automatyzacyjne i narzędzia oparte na AI. W tym przypadku lęk nie zawsze wynika z realnych planów redukcji, lecz z obawy przed długofalową zmianą modelu pracy – uzupełnia Michał Pajdak z platformy ePsycholodzy.pl.
Z kolei eksperci z UCE RESEARCH uważają, że zagrożenie silniej odczuwają osoby zatrudnione na umowach czasowych, projektowych lub z krótkim stażem w organizacji. Niepokój może też dotyczyć pracowników w regionach o mniejszej dywersyfikacji rynku pracy, gdzie dominują pojedyncze duże zakłady lub jedna branża. W takich miejscach każda informacja o ograniczeniu produkcji czy inwestycji silniej wpływa na lokalne nastroje.
– Rośnie znaczenie różnic między branżami i regionami. Jedni pracodawcy nadal rekrutują, inni wstrzymują nabory, a redukcje – jeśli się pojawiają – częściej mają charakter branżowy niż systemowy. Z punktu widzenia twardych przesłanek makro, rynek nie wygląda na kryzysowy. Projekcje i prognozy na 2026 r. zakładają kontynuację wzrostu gospodarczego. NBP w projekcji z listopada 2025 wskazuje dla 2026 r. wyższą dynamikę PKB niż w 2025 roku. Przewiduje się raczej umiarkowane bezrobocie w okolicach ok. 5,4-5,5% w prognozach na lata 2026-2027 – informuje Michał Pajdak.
Jak podsumowują autorzy raportu, osoby obawiające się zwolnienia mogą być bardziej skłonne do poszukiwania alternatywnych ofert pracy, ograniczania wydatków oraz ostrożniejszych decyzji życiowych. W organizacjach może to przekładać się na mniejszą lojalność, większą rotację lub spadek zaangażowania.
***
Opis metody analitycznej/badawczej
Badanie zostało przeprowadzone w ramach projektu pt. „Polacy w obawie o utratę pracy w 2026” w drugiej połowie lutego br. metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview) przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH i platformę psychoterapii online ePsycholodzy.pl na ogólnopolskiej próbie 1011 dorosłych Polaków.
Globalna branża dóbr luksusowych wchodzi w nową fazę rozwoju, w której priorytetem staje się jakość wzrostu, a nie jego tempo. Z raportu „Global Powers of Luxury Goods 2026” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte wynika, że 66,9 proc. przedstawicieli kadry zarządzającej mimo niekorzystnej sytuacji spodziewa się uzyskania stabilnych lub rosnących przychodów. Jednocześnie ponad 80 proc. liderów przewiduje dostosowanie cen do warunków rynkowych, aby chronić rentowność w warunkach umiarkowanego popytu. W nadchodzącym czasie przedsiębiorstwa planują przejść z ekspansji wolumenowej w kierunku rentowności, selektywności inwestycji i budowania długoterminowej relacji, zamiast jednorazowego pozyskiwania nowych klientów.
Według prognoz liderów branży, 2026 będzie czasem umiarkowanego rozwoju, a nie dynamicznej ekspansji. Nastroje wśród kadry zarządzającej najwyższego szczebla wskazują, że sektor jest pewny swojego potencjału, ale zachowuje ostrożność – firmy koncentrują się na dyscyplinie cenowej, efektywności operacyjnej oraz selektywnych inwestycjach w zasoby, kapitał ludzki i rozwój sieci sprzedaży. Jako główne priorytety w nadchodzącym czasie 35,7 proc. respondentów wskazuje napędzanie wzrostu, 30,5 proc. koncentruje się na wzmacnianiu odporności finansowej, a 14,3 proc. na przewidywaniu i reagowaniu na zmieniające się potrzeby klientów.
– Konsumenci nie ograniczyli istotnie wydatków na dobra luksusowe, zmienili jednak ich strukturę. W ostatnim czasie sprzedaż produktów kategorii luxury zaczęła się stabilizować, natomiast segmenty oparte na doświadczeniach, takie jak podróże czy hotelarstwo, wyraźnie przyspieszyły. Z danych Euromonitor wynika, że w 2025 r. wzrosły one o 8 proc., osiągając wartość 103,4 mld dolarów. Zmiana ta pokazuje, że współczesny klient coraz rzadziej koncentruje się wyłącznie na samym produkcie. Coraz częściej oczekuje od marki dostarczania emocji, unikalnych przeżyć i wartości, które wykraczają poza materialny aspekt zakupu. Liderzy branży postrzegają ten trend nie jako krótkoterminową korektę, ale jako trwałą ewolucję modelu konsumpcji – mówi Dorota Cudna-Sławińska, partnerka, liderka portfolio Strategy w Polsce i w Europie Środkowej, Deloitte.
Sektory i regiony o przewidywanych największych wzrostach
Utrzymujące się przesunięcie preferencji w stronę doświadczeń znajduje odzwierciedlenie także w przewidywaniach, co do kategorii ze spodziewanymi największymi wzrostami. Ponad jedna trzecia badanych (36,2 proc.) zakłada, że w tym roku najwyższą dynamikę wzrostu osiągną luksusowe podróże. Na kolejnych miejscach znalazły się kosmetyki wskazane przez 18,6 proc. liderów oraz odzież i obuwie, które stanowiły wybór 17,4 proc. ankietowanych. Znacznie niższe odsetki respondentów wskazywały na biżuterię (9,3 proc.), zegarki (9 proc.), fine dining (5 proc.) i wyroby skórzane (4,5 proc.).
Dominującą pozycję na globalnym rynku dóbr luksusowych utrzymują Chiny, a liderzy wskazują je jako główny motor światowej konsumpcji luksusu w 2026 roku. Innymi regionami o przewidywanych znaczących wzrostach w br. są Japonia, Bliski Wschód oraz Indie. W Europie i Ameryce Północnej dynamika ta będzie umiarkowana, z kolei w Afryce i Ameryce Południowej znikoma.
Trendy konsumenckie: relacja zamiast transakcji
Kadra zarządzająca z branży dóbr luksusowych jest zgodna w kwestii trendów, które będą kształtować rynek w perspektywie najbliższych miesięcy. Na pierwszym planie znajduje się rosnący popyt na hiperpersonalizację oraz usługi oparte na danych – 33,3 proc. badanych uznaje je za kluczowy czynnik wpływający na sektor. Klienci segmentu luxury oczekują dziś doświadczeń „szytych na miarę” w każdym punkcie styku z marką. Oznacza to przejście od modelu masowej komunikacji do modelu relacyjnego, w którym marka zarządza wartością klienta w całym cyklu życia.
Oprócz tego rośnie znaczenie luksusu doświadczeń, gdzie konsumenci przedkładają angażujące przeżycia nad sam akt zakupu – jego znaczący wpływ na branżę zadeklarowała jedna piąta badanych. Dodatkowo rynek wtórny przestaje być zjawiskiem peryferyjnym. 19 proc. respondentów wskazuje na rosnące znaczenie podejścia zorientowanego na wartość oraz rozwój kategorii produktów z drugiej ręki. Zjawisko to napędzane jest silnym popytem na rozwiązania bardziej zrównoważone, dłuższy cykl życia produktów oraz ich postrzeganą wartość inwestycyjną. W odpowiedzi na zmianę oczekiwań klientów już 68,3 proc. przedsiębiorstw oferuje usługi naprawy i odnowy, 53,8 proc. rozwija programy certyfikowanej odsprzedaży, a 44,5 proc. współpracuje z wyspecjalizowanymi platformami.
Inwestycje w wizerunek, technologie i integrację kanałów
W strukturze planowanych nakładów 26,2 proc. osób na stanowiskach zarządczych wskazuje marketing i pozycjonowanie marki jako główny obszar alokacji kapitału. Jedna piąta (20,5 proc) koncentruje się na transformacji cyfrowej, a 13,8 proc. na integracji kanałów sprzedaży i poprawie jakości doświadczenia odbiorców usług. Marka pozostaje podstawowym źródłem wartości, jednak jej siła coraz częściej zależy od jakości infrastruktury cyfrowej i zdolności do przetwarzania danych. Jednym z istotnych obszarów w tym kontekście jest wdrożenie sztucznej inteligencji. Aktualnie 40,7 proc. liderów deklaruje, że ich firmy analizują sposoby jej wdrożenia, 41,2 proc. rozpoczęło implementację w wybranych obszarach, a 11,9 proc. deklaruje pełne wykorzystanie technologii w kluczowych dla organizacji obszarach. Potencjał sztucznej inteligencji rozkłada się równomiernie wzdłuż łańcucha wartości: projektowanie produktów i innowacje (21,3 proc.), marketing i reklama (21,3 proc.), personalizacja relacji z klientem (21,1 proc.) oraz prognozowanie popytu i zarządzanie zapasami (20,6 proc.). W perspektywie pięciu lat to właśnie sztuczna inteligencja – wskazana przez 31,7 proc. respondentów jako najbardziej transformujący czynnik – będzie decydować o efektywności operacyjnej i precyzji personalizacji.
Projektowanie odpowiedzialnego luksusu
Zrównoważony rozwój przestaje być w sektorze luksusowym wyłącznie obszarem raportowania i zgodności regulacyjnej. Coraz wyraźniej staje się elementem strategicznej transformacji modelu biznesowego. Ponad jedna czwarta (25,7 proc.) przedstawicieli C-suite z branży wskazuje badania i rozwój jako najistotniejszy kierunek działań w perspektywie trzech do pięciu lat, a 21,7 proc. koncentruje się na gospodarce o obiegu zamkniętym i zarządzaniu cyklem życia produktu. 16,4 proc. organizacji priorytetowo traktuje redukcję wpływu środowiskowego, a 16,2 proc. zgodność regulacyjną i raportowanie. W tle rośnie znaczenie aspektów społecznych i kultury włączania (11,4 proc.), które wpływają na poziom zaufania do marki oraz jej długoterminową wiarygodność.
– Marki, które chcą osiągnąć sukces powinny łączyć innowacje materiałowe, przejrzystość łańcucha dostaw oraz odpowiedzialność społeczną z atrakcyjnością produktu i wiarygodnością marki. Zrównoważony rozwój oznacza dziś przebudowę łańcucha wartości od projektowania i doboru surowców, przez procesy produkcyjne, po zarządzanie cyklem życia produktu. Transparentność staje się warunkiem operacyjnym tego modelu – cyfrowe paszporty produktów oraz systemy identyfikowalności przechodzą z etapu pilotażowego do poziomu infrastruktury wspierającej skalowalność i wiarygodność działań – dodaje Julia Patorska, partnerka, liderka portfolio Sustainability & Climate w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.
O raporcie:
Jedenasta edycja raportu „Global Powers of Luxury Goods 2026” opiera się na badaniu przeprowadzonym w sierpniu i wrześniu 2025 r. wśród 420 przedstawicieli najwyższej kadry zarządzającej firm z sektora dóbr luksusowych działających w 10 krajach. Respondentami byli członkowie zarządów, rad nadzorczych oraz menedżerowie wyższego szczebla bezpośrednio odpowiedzialni za kluczowe inicjatywy strategiczne w swoich organizacjach. Badanie objęło główne segmenty rynku, w tym odzież i obuwie, torby i akcesoria, biżuterię, zegarki, kosmetyki oraz hotelarstwo. Przez dziesięć edycji raport analizował branżę przede wszystkim przez pryzmat sprawozdań finansowych, wskazując, które przedsiębiorstwa osiągały najlepsze wyniki oraz w jakich segmentach i regionach następował wzrost. Tegoroczna odsłona wprowadza zmianę metodologiczną i przyjmuje perspektywę wyprzedzającą.
GUS opublikował dane o sprzedaży detalicznej w styczniu. W związku z tym przesyłam poniżej komentarz, który przygotował Miłosz Mickiewicz, dyrektor ds. sprzedaży i rozwoju biznesu w Grupie Comperia.pl SA.
Jeśli pojawią się dodatkowe pytania do eksperta, proszę śmiało pisać, zaaranżujemy rozmowę lub dostarczymy odpowiedzi.
GUS opublikował dane o sprzedaży detalicznej za styczeń 2026 r. W cenach stałych była ona wyższa niż przed rokiem o 4,4 proc., wobec 4,9 proc. w styczniu 2025 r. W porównaniu z grudniem odnotowano natomiast spadek o 17,8 proc., co jest naturalną konsekwencją bardzo wysokiej bazy świątecznej i sezonowego wygaszenia popytu po grudniowym szczycie zakupowym.
Na tle handlu ogółem bardzo dobrze prezentuje się sprzedaż internetowa. W styczniu wartość sprzedaży online była o 10,9 proc. wyższa niż przed rokiem, a udział e-commerce w sprzedaży detalicznej ogółem wzrósł z 9,1 proc. do 9,7 proc. To potwierdza, że mimo sezonowego osłabienia popytu w ujęciu miesiąc do miesiąca, kanał internetowy utrzymuje swoją pozycję jako trwały element struktury handlu.
W ujęciu miesięcznym sprzedaż online spadła do poziomu 78,6 proc. grudniowej wartości, co oznacza wyraźne cofnięcie względem świątecznego szczytu. Warto jednak podkreślić, że jest to najpłytszy styczniowy dołek od lat. W poprzednich latach dynamika ta spadała nawet poniżej 70 proc. Zdarzało się również, że ujemną dynamikę obserwowaliśmy już w relacji listopad – grudzień. Tegoroczny odczyt sugeruje więc większą stabilność popytu w kanale online i łagodniejsze wyhamowanie po okresie świątecznym.
Spadki objęły wszystkie analizowane kategorie, co jest typowym zjawiskiem po grudniowym szczycie zakupowym. Najsilniejsze cofnięcie zanotowała kategoria pojazdy samochodowe, motocykle, części, gdzie dynamika wyniosła 42,4 proc. Co ciekawe, w poprzednich latach styczeń w tej kategorii przynosił zazwyczaj wzrosty w relacji do miesiąca poprzedniego. Może to sugerować, że w sezonie 2025/2026 część zakupów została zrealizowana wcześniej – jeszcze w okresie promocyjnym.
Wyjątkiem pozostaje kategoria farmaceutyki, kosmetyki, sprzęt ortopedyczny, gdzie sprzedaż utrzymała się niemal na poziomie z grudnia (spadek o zaledwie 1,2 proc.), a w ujęciu rok do roku była wyższa aż o 39,6 proc. Taki wynik może mieć związek z warunkami pogodowymi – niskimi temperaturami oraz trudniejszymi warunkami na drogach i chodnikach – które sprzyjają zwiększonemu popytowi na produkty z tej grupy.
Styczniowe dane pokazują więc klasyczny efekt sezonowego schłodzenia po grudniu, ale jednocześnie potwierdzają stabilność e-commerce w ujęciu rocznym. Dwucyfrowa dynamika sprzedaży online rok do roku oraz utrzymujący się wysoki udział w sprzedaży ogółem wskazują, że kanał internetowy wchodzi w 2026 r. z mocną pozycją wyjściową. Kluczowe będzie teraz to, czy w kolejnych miesiącach utrzyma się dodatnia dynamika roczna i czy sezonowe wahania będą łagodniejsze niż w poprzednich latach.
Strategiczna autonomia stała się przewodnią gwiazdą Europy w coraz bardziej podzielonym świecie, prawie dziesięć lat po pierwszym przemówieniu prezydenta Macrona na Sorbonie. Ale co trzeba zrobić, aby ją osiągnąć? W serii „Przyszłość Europy”, autorstwa Allianz Trade, która będzie ukazywać się w najbliższych tygodniach, przyjrzymy się niezbędnym reformom, instrumentom i inwestycjom – od polityki handlowej po bezpieczeństwo energetyczne i rolę euro – które pozwolą Europie uporać się z krytycznymi zależnościami i słabościami. Dzisiaj zajmiemy się kwestią euroobligacji, które powróciły do porządku dziennego w związku z potrzebą dodatkowego finansowania europejskich działań obronnych.
Przepływy kapitałowe przenoszą się do Europy, a europejskie obligacje stają się tymczasowym bezpiecznym aktywem. Globalny kapitał coraz częściej kieruje się w stronę obligacji denominowanych w euro, ponieważ status amerykańskich obligacji skarbowych jako bezpiecznego aktywa ulega erozji. Poparte strukturalnymi atutami, dużą zdolnością bilansową i doskonałą płynnością finansową (2 bln EUR nadwyżki płynności w porównaniu z 300 mld USD). W obliczu rosnących potrzeb inwestycyjnych Europy i popytu na alternatywy dla dolara amerykańskiego euro ma ponowną szansę na rozszerzenie swojej globalnej roli. Wymaga to zwiększenia bezpiecznego zabezpieczenia o co najmniej 1–3 bln EUR do 2035 r. Najlepszym rozwiązaniem są strategiczne euroobligacje pokrywające wspólne potrzeby finansowe w zakresie obronności, zmian klimatycznych i infrastruktury. Ostatecznie bardziej elastyczny instrument – EU-Jumbos – mógłby zmniejszyć tarcia instytucjonalne i polityczne w UE, która rozwija się w dwóch tempach.
Problem Europy dotyczy podaży długu, a nie popytu: korzyści wynikające z rentowności wygodnej. Cała pula bezpiecznych aktywów europejskich o wartości 8 bln EUR jest równa wielkości amerykańskich obligacji skarbowych posiadanych za granicą. Analiza Allainz Trade zysku z wygody pokazuje, że Europa pozostawia znaczny niewykorzystany potencjał w zakresie emisji euroobligacji. Euroobligacje i obligacje państwowe o wysokim ratingu (zwłaszcza niemieckie obligacje skarbowe) uzupełniają się, a nie konkurują ze sobą. Aby pojawiły się efekty substytucji, konieczna byłaby emisja dodatkowych euroobligacji o wartości co najmniej 1000 mld EUR. Efekty te mogłyby być ograniczone, ponieważ rynki już uwzględniają wspólny czynnik ryzyka fiskalnego w cenach europejskich obligacji skarbowych.
Ostatecznie dla inwestorów euroobligacje muszą stać się wysoce płynną krzywą benchmarkową. Zalecamy dwutorowe podejście: (i) zwiększenie emisji euroobligacji o bardzo krótkim terminie zapadalności (EU-Bills) w celu dostarczenia bezpieczniejszych zabezpieczeń na globalnych rynkach finansowania, aby wesprzeć internacjonalizację euro w aktywach cyfrowych i systemach płatniczych, oraz (ii) zwiększenie o 500 mld EUR długoterminowych euroobligacji przeznaczonych na konkretne projekty (w zakresie obronności lub zmian klimatycznych).
Kilku europejskich przywódców coraz bardziej opowiada się za rozszerzeniem wspólnej emisji długu w celu wzmocnienia strategicznej autonomii.
Idąc za przykładem programu Next Generation EU (800 mld EUR) ustanowionego podczas kryzysu związanego z Covid-19, wśród europejskich przywódców, od prezesa Bundesbanku Nagela, przez prezydenta Francji Macrona, po prezes EBC Lagarde, pojawia się konsensus polityczny w sprawie rozszerzenia wspólnej emisji długu na tematy strategiczne, takie jak obrona i transformacja klimatyczna. Rzeczywiście, ponownie otwiera się konkurencyjna przestrzeń dla euro, ponieważ rosnące potrzeby inwestycyjne Europy zbiegają się z rosnącym globalnym popytem na bezpieczne alternatywy dla aktywów w USD. Podobna sytuacja miała miejsce na początku XXI wieku, kiedy udział dolara amerykańskiego w międzynarodowym długu zagranicznym spadł z 60% do 40%, a emisje denominowane w euro zyskały na znaczeniu. Jednak odwrócenie tej tendencji po wielkim kryzysie finansowym (GFC) i kryzysie euro pokazało, że okna te szybko się zamykają, jeśli ekosystem finansowy nie jest w stanie się rozwinąć.
Przez prawie cztery dekady rząd Stanów Zjednoczonych był w stanie monetyzować swoje deficyty dzięki globalnemu zapotrzebowaniu na bezpieczne aktywa, co pozwoliło mu prowadzić „deficyt bez łez”. Jednak kryzys subprime z 2008 r. ujawnił fundamentalne słabości, wywołując pierwsze poważne wątpliwości co do wiarygodności instytucji amerykańskich i odporności systemu monetarnego. Aby zapobiec załamaniu systemowemu, Rezerwa Federalna ratowała banki i znacznie rozszerzyła swój bilans. Finansowanie zagraniczne przesunęło się z pośrednictwa prywatnych banków do bezpośredniej zależności od płynności zapewnianej przez Fed. Banki stanęły w obliczu bardziej rygorystycznych ograniczeń bilansowych, które ograniczyły ich zdolność do absorpcji emisji obligacji skarbowych. Wraz z gwałtownym wzrostem deficytu fiskalnego, zwłaszcza po pandemii Covid-19, podmioty niebędące bankami (np. fundusze hedgingowe) stały się marginalnymi nabywcami amerykańskich obligacji skarbowych, wykorzystując je jako zabezpieczenie do zaciągania pożyczek gotówkowych w celu uzyskania dźwigni finansowej. Uzależnienie od pośredników o wysokiej dźwigni finansowej powoduje niestabilną równowagę finansową. Zwiększona interwencja Fed na rynku repo podkreśla rosnącą niestabilność. Podejście administracji Trumpa polegało na stabilizacji systemu poprzez korygowanie nierównowagi dolara za pomocą groźb nałożenia ceł, sankcji amerykańskich i ostatecznie porozumienia Mar-a-Lago, które jest narzędziem wywierania presji na inwestorów zagranicznych, aby nadal absorbowali deficyty amerykańskie. Wraz z rosnącą presją polityczną na Rezerwę Federalną rosną obawy dotyczące statusu amerykańskich obligacji skarbowych jako „bezpiecznych aktywów”. Inwestorzy zaczynają szukać alternatywnych rozwiązań, podczas gdy globalny system monetarny osiąga nową równowagę, która nie zależy wyłącznie od wiarygodności instytucjonalnej Stanów Zjednoczonych. W związku z tym inwestorzy zagraniczni coraz częściej uznają amerykańskie obligacje skarbowe za nieatrakcyjne (wykres 1). Niektórzy zaprzestali zwiększania swojej ekspozycji, inni zaczęli poszukiwać zwrotów zamiast bezpieczeństwa w Stanach Zjednoczonych.
Wykres 1: Amerykańskie obligacje skarbowe tracą atrakcyjność dla inwestorów zagranicznych
Źródła: LSEG Workspace, Allianz Research
Europa ma dobrą pozycję jako bezpieczna alternatywa dla aktywów denominowanych w dolarach amerykańskich. Musi jednak zwiększyć pulę bezpiecznych zabezpieczeń, które nadal są rzadkie i rozdrobnione. Wartość pozostających w obrocie obligacji państwowych i ponadnarodowych (np. UE, ESM, EBI) o ratingu A+ lub wyższym wynosi jedynie około 8 bln EUR – mniej niż wartość amerykańskich obligacji skarbowych obecnie posiadanych poza Stanami Zjednoczonymi. Paradoksalnie, podczas gdy stan zadłużenia Stanów Zjednoczonych może być obecnie zbyt duży, biorąc pod uwagę ponowne skupienie się na sprawach wewnętrznych, łączna podaż wysokiej jakości długu w strefie euro pozostaje zbyt ograniczona i rozdrobniona, aby znacząco podnieść status euro jako globalnej waluty rezerwowej (wykres 2).
Wykres 2: Rynek bezpiecznych aktywów w strefie euro jest niedostatecznie zaopatrzony (wolumen pozostający w obrocie/kapitalizacja rynkowa w bln USD)
*Dług publiczny strefy euro obejmuje Niemcy, Francję, Hiszpanię, Holandię, Belgię, Austrię, Finlandię i Irlandię.
** Euroobligacje: wolumen pozostający w obrocie UE, ESM i EFSF
Źródła: LSEG Workspace, World Gold Council, Allianz Research
Emisja euroobligacji jako jednorodnych bezpiecznych aktywów w euro jest najlepszym rozwiązaniem pozwalającym na zwiększenie puli bezpiecznych aktywów w euro. Zdaniem Allianz Trade korzyści wynikające ze znacznego wzrostu wspólnego zadłużenia w połączeniu z silniejszą międzynarodową rolą euro w zakresie strategicznej autonomii, niższym ryzykiem kursowym oraz niższymi kosztami finansowania prywatnego i publicznego przeważają nad ryzykiem nadużyć, spadkiem konkurencyjności i pogorszeniem się salda rachunku bieżącego.
Od przejściowego najbezpieczniejszego aktywa do strategicznego aktywa globalnego
W związku z osłabieniem statusu amerykańskich obligacji skarbowych jako bezpiecznych aktywów, globalne przepływy kapitałowe wydają się przesuwać w kierunku Europy. Kilka czynników wskazuje na ten trend. Po pierwsze, globalne wstrząsy, takie jak kryzys związany z Covid-19 czy „Dzień Wyzwolenia”, nie wzmacniają już dolara amerykańskiego, a raczej go osłabiają – co stanowi odwrócenie historycznego trendu „ucieczki do jakości”. Po drugie, w okresach zacieśniania płynności w Stanach Zjednoczonych euro często umacniało się, a nie traciło na wartości. Sugeruje to, że różnica w płynności między Stanami Zjednoczonymi a strefą euro, dobrze odzwierciedlona przez różnicę w spreadach swapowych, będącą wskaźnikiem względnej presji podaży długu, zmieniła się na korzyść Europy. Wreszcie, w kontekście rosnącego ryzyka geopolitycznego, odzwierciedlonego w rosnącym spreadzie walutowym[1] (koszt zabezpieczenia zmienności kursów walutowych), obligacje rządowe strefy euro przyciągnęły dodatkowy popyt. Widać to na przykład w zachowaniu 10-letniego spreadu BTP–Bund, który jest wskaźnikiem postrzegania ryzyka systemowego w strefie euro i który pozostał stosunkowo odporny pomimo globalnych zawirowań. Podsumowując, sygnały te wskazują, że Europa staje się atrakcyjnym miejscem dla globalnego kapitału (wykres 3).
Wykres 3: Premia za ryzyko w Stanach Zjednoczonych jest impulsem płynnościowym dla Europy.
Źródła: LSEG Workspace, Allianz Research
Ta względna atrakcyjność Europy wynika z silnych czynników strukturalnych (głęboki i otwarty rynek kapitałowy, praworządność i duży wspólny rynek) oraz swobodnego przepływu kapitału, w przeciwieństwie do kontroli kapitałowej w Chinach i niepewności politycznej w Stanach Zjednoczonych. Europa może zaoferować bezpieczne, płynne, chronione prawnie i bardziej neutralne geopolitycznie aktywa. Płynność i kontekst polityczny dodatkowo wzmacniają względną przewagę Europy. W Stanach Zjednoczonych Rezerwa Federalna jest zmuszona do wspierania płynności finansowej, ponieważ zdolność sektora prywatnego do absorpcji obligacji skarbowych jest wyczerpana. Zdaniem Allianz Trade wskazuje to na to, że globalni inwestorzy coraz częściej wykorzystują Europę — a w szczególności rynki podstawowe, takie jak niemieckie obligacje skarbowe — jako globalny substytut bezpiecznych aktywów. W przeciwieństwie do Japonii, która zaostrza politykę pieniężną i repatriuje kapitał, zmniejszając swoją obecność na globalnych rynkach obligacji, Europa ma możliwość rozszerzenia swojego globalnego zasięgu. Rynek pieniężny w euro oferuje również płynniejsze finansowanie niż rynek amerykański, a nadwyżka płynności w strefie euro pozostaje na bardzo wysokim poziomie. Szacujemy, że nadwyżka płynności wynosi ponad 2 bln EUR (w porównaniu z zaledwie 300 mld USD), gotowa do wykorzystania poprzez emisję bonów lub obligacji. Europa dysponuje płynnością finansową, która pozwala jej przejąć znaczną część przepływów płynności w poszukiwaniu bezpiecznej alternatywy dla amerykańskich obligacji skarbowych. Europa jest de facto tymczasowo najbezpieczniejszym aktywem i ma potencjał, aby stać się dobrem publicznym, którego poszukuje świat.
Status bezpiecznego aktywa Stanów Zjednoczonych poddany analizie, podczas gdy bezpieczne aktywa euro mają potencjał do ekspansji.
Globalne aktywa bezpieczne są przedmiotem obrotu po wyższych cenach (a zatem przy niższych rentownościach) niż dług o porównywalnym ryzyku ze względu na połączenie wyższej bezpieczeństwa (tj. wiarygodnego wsparcia ze strony pożyczkodawcy ostatniej instancji) i płynności (głębokość rynku i użyteczność zabezpieczeń). Ta premia za bezpieczeństwo i płynność – znana jako rentowność wygody – może być znaczna. Od lat 60. do końca lat 90. rząd Stanów Zjednoczonych korzystał z dyskonta kosztów finansowania wynoszącego około 200 punktów bazowych. Po globalnym kryzysie finansowym rentowność wygody w Stanach Zjednoczonych spadła do 75-50 punktów bazowych. Obecnie Stany Zjednoczone całkowicie wyczerpały swój bufor rentowności wygody, który po raz pierwszy stał się ujemny na początku 2025 r. i od tego czasu nie odzyskał wartości. Ilustruje to dylemat związany z rentownością wygodną. Jej składniki – bezpieczeństwo i płynność – wskazują na przeciwne kierunki. Większa emisja długu zwiększa płynność (więcej dostępnych zabezpieczeń, większy rynek z mniejszymi tarciami), ale zmniejsza również bezpieczeństwo. Innymi słowy, funkcja płynności ma charakter rosnący, a funkcja bezpieczeństwa ma charakter malejący. Podczas gdy funkcja bezpieczeństwa ma charakter ściśle malejący, funkcja płynności osiąga plateau na swoich krańcach (wykres 4). Oznacza to, że na pewnym poziomie dodatkowa emisja nie powoduje marginalnego wzrostu premii za płynność, ale nadal pogarsza premię za bezpieczeństwo. Istnieje optymalny punkt, w którym maksymalny poziom emisji spotyka się z minimalnym wymaganym poziomem bezpieczeństwa. Stany Zjednoczone przekroczyły ten punkt, podobnie jak Francja, Japonia i Wielka Brytania. Jednak Niemcy i cała strefa euro nadal korzystają z rentowności wygodnej, mając bufor po stronie emisji. Jeśli spojrzeć wyłącznie na ich rentowność wynikająca z wygody jest stosunkowo niska, ale silnie zniekształcona. Skorzystałyby one na podwyższonej premii bezpieczeństwa, ale euroobligacje są obciążone 50-punktową zniżką płynności. Tak więc, podczas gdy amerykański Departament Skarbu nadmiernie rozciągnął swoją premię płynnościową, Europa zachowuje zbytnią ostrożność w zakresie emisji euroobligacji.
Rysunek 4: Dylemat rentowności wygodnej – bezpieczeństwo o spadkowej tendencji a płynność o tendencji wzrostowej
*Rentowności wygody oszacowane jako średnia syntetycznych wskaźników zastępczych (stopy swapowe, zagraniczne obligacje AAA zabezpieczone walutowo, obligacje korporacyjne AAA/AA skorygowane o CDS) oraz międzypaństwowa rentowność wygody oparta na syntetycznym utworzeniu stałej stopy swapowej walutowej przy użyciu danych dotyczących swapów stóp procentowych i swapów walutowych. Funkcje bezpieczeństwa i płynności są stylizowane na podstawie krzywych poszczególnych emitentów. Zbieżają się one w środkowej części, ale mogą wykazywać różne nachylenia na krańcach
Źródła: LSEG Workspace, Allianz Research
Na razie nie ma transferu rentowności z Niemiec do euroobligacji
Wyjaśnia to również, dlaczego euroobligacje i niemieckie obligacje skarbowe współistnieją obecnie jako produkty uzupełniające się, a nie konkurencyjne. Ich rentowności wygodne zmieniają się raczej zgodnie, a nie przeciwnie. Powód jest strukturalny: euroobligacje są bezpieczne, ale brakuje im płynności, podczas gdy obligacje skarbowe łączą bezpieczeństwo z doskonałą płynnością rynkową. Przy obecnym wolumenie emisji nie dochodzi do znaczącego transferu rentowności wygodnej z obligacji skarbowych do euroobligacji. Różnice strukturalne między obligacjami niemieckimi a euroobligacjami są najbardziej widoczne w sytuacjach kryzysowych. Zarówno podczas szoku związanego z Covid-19, jak i gwałtownego wzrostu inflacji w 2022 r. rentowności wygodne obligacji niemieckich wzrosły, ponieważ ucieczka do bezpiecznych aktywów skoncentrowała się na najbardziej płynnych dostępnych instrumentach. Euroobligacje, pomimo porównywalnej jakości kredytowej, prawie nie zareagowały, ponieważ ich ograniczeniem jest płynność, a nie bezpieczeństwo (wykres 5). Szacujemy, że aby pojawiły się znaczące efekty substytucji na rynku obligacji niemieckich, konieczne jest dodatkowe wyemitowanie euroobligacji o wartości 1000 mld EUR. Poniżej tego progu zwiększona emisja euroobligacji nie wpływa na rentowność obligacji niemieckich.
Wykres 5: Zmiany rentowności wygodnych dla różnych emitentów*
*Rentowności wygodne oszacowane jako średnia syntetycznych wskaźników zastępczych (stopy swapowe, zagraniczne obligacje AAA zabezpieczone walutowo, obligacje korporacyjne AAA/AA skorygowane o CDS) oraz rentowności wygodne międzypaństwowe oparte na syntetycznym tworzeniu stałej stopy swapowej walutowej przy użyciu swapów stóp procentowych i swapów walutowych.
Źródła: LSEG Workspace, Allianz Research
Rynki już uwzględniają wspólny czynnik ryzyka fiskalnego w cenach europejskich obligacji rządowych
Europejskie obligacje rządowe (EGB), zwłaszcza w Europie Południowej, od 2022 r. wykazują silną tendencję do konwergencji. 10-letni spread włoskich obligacji rządowych w stosunku do niemieckich obligacji skarbowych zmniejszył się z maksymalnego poziomu ponad 250 punktów bazowych do około 60 punktów bazowych obecnie. Spready innych emitentów z peryferii, takich jak Hiszpania i Portugalia, zmniejszyły się o około 100 punktów bazowych od najwyższego poziomu w 2022 r. Było to ściśle związane z wypłatą środków z funduszu NGEU, zwłaszcza dla Hiszpanii, Włoch, Grecji i Portugalii, w połączeniu z ich stabilizacją polityczną. Szacujemy, że od 2021 r. sam efekt wzrostowy NGEU wynosi łącznie +1,0-1,2 pp wraz z umocnieniem ich pozycji fiskalnej. Ta poprawa fundamentów odpowiada za 30-50% ostatniego spadku spreadów. Bez NGEU spread 10-letni (w stosunku do Bundów) byłby obecnie o +41 pb wyższy dla Włoch, +20 pb wyższy dla Hiszpanii i +35 pb wyższy dla Portugalii. Oznacza to, że za każdy punkt procentowy PKB w transferach NGEU spread 10-letni (w stosunku do Bundów) uległ kompresji o 2-5 pb. NGEU wykazał pozytywne skutki wspólnej emisji, rozkładając europejskie rentowności wygodne bardziej równomiernie między państwa członkowskie, co przekłada się na niższy ogólny poziom spreadu EGB i mniejsze rozproszenie europejskich premii za ryzyko.[2] Niedawna konwergencja spreadów EGB jest zatem również sygnałem, że rynki w coraz większym stopniu wyceniają ten wspólny czynnik ryzyka. Wyprzedzanie przez rynki postępów instytucji europejskich przypomina spadek spreadów przed wprowadzeniem euro. Z tą istotną różnicą, że tym razem Europa dysponuje wszystkimi zabezpieczeniami, aby uniknąć fragmentacji i systemowego ryzyka wyjścia. Oznacza to jednak również, że rynki będą karać spready EGB, jeśli Europa nie spełni oczekiwań, co może zniweczyć część spadku spreadów spowodowanego przez NGEU (wykres 6).
Wykres 6: 10-letnie spready EGB w porównaniu z Niemcami (w punktach bazowych)* – konwergencja podczas wprowadzenia euro (po lewej) w porównaniu z NGEU (po prawej)
Profil emisji euroobligacji (UE, ESM, EFSF) odzwierciedla ich genezę jako tymczasowej odpowiedzi na kryzys: oportunistyczna emisja w przypadku najbardziej poszukiwanych terminów zapadalności w ramach programów z domyślnymi lub wyraźnymi datami wygaśnięcia. Był to sygnał braku zaangażowania, który od początku podważał ich wykorzystanie jako globalnego benchmarku rynkowego. W związku z tym euroobligacje nadal mają trudności z uzyskaniem akceptacji w tradycyjnych indeksach obligacji państwowych, co ma dodatkowy negatywny wpływ na ich płynność i częściowo wyjaśnia tendencję inwestorów do utrzymywania ich do terminu zapadalności, a nie do inwestowania zorientowanego na transakcje, jak w przypadku zarządzających aktywami i banków. Aby stworzyć odpowiedni benchmark dla euroobligacji, który ułatwiłby również włączenie ich do dużych indeksów obligacji państwowych, polityka emisji euroobligacji musi przejść na stałe zobowiązanie, tworząc płynną krzywą benchmarkową. Obecnie wolumeny euroobligacji w obrocie są porównywane z krzywą benchmarkową niemieckich obligacji skarbowych. W pierwszym etapie wspólna emisja długu powinna koncentrować się na bardzo krótkim końcu krzywej rentowności euro (EU Bills) i oportunistycznie emitować instrumenty o dłuższym terminie zapadalności w celu finansowania programów obronnych i związanych ze zmianami klimatu (np. obligacje SAFE na rzecz europejskiej obrony). Instrumenty te prawdopodobnie spotkają się z najmniejszym oporem politycznym, ponieważ nie wiążą się one z trwałymi transferami fiskalnymi (EU Bills) lub finansują powszechnie akceptowane europejskie dobra publiczne. Obecny rynek euroobligacji – obsługiwany głównie przez Niemcy, Francję i Włochy – ma wartość jedynie około 500 mld EUR (w porównaniu z 8 bln USD w przypadku amerykańskich bonów skarbowych); aby wywrzeć znaczący wpływ na skalę globalną, euroobligacje UE powinny osiągnąć co najmniej dwukrotnie większą wartość. Należy również wziąć pod uwagę, że zamiast emitować obligacje krajowe, poszczególne agencje zarządzania długiem (DMO) mogłyby to robić w ramach „opakowania euroobligacji UE”. W ten sposób można by jeszcze bardziej zwiększyć wolumen emisji obligacji UE. W przypadku euroobligacji o dłuższym terminie zapadalności dodatkowa emisja o wartości 500 mld EUR stanowiłaby znaczący krok naprzód. Koncentrując się na potrzebach w zakresie wydatków na obronność, wspólne emisje mogłyby nawet osiągnąć wartość 1,8 bln EUR w fazie nadrabiania zaległości w latach 2026–2035.[3]
Utworzenie europejskiego rynku weksli stanowi część szerszej strategii mającej na celu umiędzynarodowienie euro i przejęcie udziału w rynku od dolara amerykańskiego, którego rola jest nadal dominująca, ale słabnie. Argumenty przemawiające za umiędzynarodowieniem euro są przekonujące w kontekście strategicznej autonomii. Pomimo wyższych dochodów z tytułu emisji pieniądza (rocznie 0,15% PKB dla EBC w porównaniu z 0,5% PKB dla Fed), bardziej umiędzynarodowione euro zmniejszyłoby strukturalną zależność Europy od finansowania w dolarach amerykańskich. Obecnie banki strefy euro pozyskują około 17% swojego finansowania w dolarach amerykańskich, a około 25% z nich nie posiada wystarczającej płynności w dolarach amerykańskich, aby pokryć tę ekspozycję.[4] Przeniesienie większej części światowego handlu i finansów do euro spowodowałoby przeniesienie ryzyka walutowego z europejskich firm, obniżenie kosztów zabezpieczenia i stabilizację przychodów. Zwiększyłoby to również geopolityczną przewagę Europy, zwiększając jej zdolność do stosowania sankcji finansowych, przeciwstawiania się presji USD (groźbom ceł) i zmniejszenia narażenia na skutki polityki pieniężnej Stanów Zjednoczonych. Rozwój głębokiego ekosystemu finansowania offshore denominowanego w euro ma zasadnicze znaczenie dla rozszerzenia wykorzystania tej waluty w transakcjach globalnych. Jest to zgodne z ostatnimi ogłoszeniami EBC dotyczącymi rozszerzenia programu Euro Repo Facility (EUREP). EUREP zapewni bankom centralnym spoza strefy euro dostęp do płynności w euro w zamian za wysokiej jakości zabezpieczenia (obligacje rządowe, euroobligacje). Tymczasem system linii swapowych „ ” zapewnia zagranicznym instytucjom euro potrzebne do zakupu tych obligacji i zarządzania płynnością. Wspierałoby to autonomię Europy poprzez łagodzenie skutków ubocznych w przypadku wzrostu napięć rynkowych w Stanach Zjednoczonych, Chinach lub innych krajach. Aby zwiększyć tę autonomię, potrzebne są dodatkowe zabezpieczenia. Euroobligacje mogą odegrać tutaj istotną rolę, jeśli będą traktowane na równi z obligacjami rządowymi denominowanymi w euro.
Oprócz stabilizacji finansowej linie swapowe wzmacniają sojusze dyplomatyczne Europy z partnerami poszukującymi ochrony przed rosnącą rywalizacją między dwoma głównymi mocarstwami. W tym sensie linie swapowe funkcjonują jako swego rodzaju „finansowe NATO”. Zagraniczne rządy i inwestorzy coraz częściej chcą dywersyfikować swoje działania, aby uniknąć strategicznej presji wywieranej zarówno przez Stany Zjednoczone, jak i Chiny, i skierować się w stronę obszaru gospodarczego, który nadal opiera się na otwartych rynkach, a nie protekcjonizmie opartym na zasadzie zero-jedynkowej. Dynamika ta leży również u podstaw negocjacji Europy z partnerami z regionu Indo-Pacyfiku – jest to echo ambicji Marka Carney’a, aby „zbudować nowy blok handlowy obejmujący 1,5 miliarda ludzi”. Aby jednak Europa mogła zaoferować wiarygodną alternatywę, musi zapewnić infrastrukturę finansową, która umożliwi strategiczną autonomię. Korzyści płynące z bardziej międzynarodowego euro mają charakter zarówno finansowy, jak i geopolityczny. Europa zmniejszyłaby swoją zależność od infrastruktury amerykańskiej w zakresie płatności, bezpieczeństwa i technologii; wzmocniłaby swoją konkurencyjność eksportową, zabezpieczyła import towarów zgodnie z normami regulacyjnymi UE i zapobiegła trwającemu przesunięciu sektora prywatnego w kierunku amerykańskich rynków kapitałowych, oferując firmom głęboki pul funduszy, których potrzebują w kraju. Ostatnim elementem skutecznej globalnej strategii euro jest przejście na cyfrowe euro i nowoczesną mieszankę pieniądza publicznego i prywatnego. Technologie oparte na łańcuchu bloków – ucieleśnione przez cyfrowe waluty banków centralnych i stablecoiny – umożliwiają niemal natychmiastową, niskokosztową wymienialność walut bez pośredników. Europa powinna zatem zbudować infrastrukturę stablecoinów wspieraną przez nowo utworzony europejski rynek weksli, który gwarantowałby ich wartość i byłby powszechnie posiadany przez sektor detaliczny. Równolegle e-euro emitowane przez EBC wspierałoby płatności hurtowe, zapewniając bezpieczeństwo i stabilność w obrębie strefy euro i poza nią. Ten podwójny system zapewniłby płynne i niezawodne finansowanie wszystkim użytkownikom, wzmocniłby napływ kapitału zagranicznego, zwiększyłby rolę euro w globalnym systemie monetarnym, zmniejszyłby zależność od amerykańskich platform technologicznych i obniżyłby koszty transakcyjne dla przedsiębiorstw i konsumentów, co z kolei przyczyniłoby się do wzrostu gospodarczego w Unii.
UE coraz częściej działa w oparciu o integrację dwubiegową lub mechanizmy wzmocnionej współpracy, takie jak proponowany 28. system dla rynków kapitałowych. Istniejąca struktura euroobligacji, oparta głównie na planowaniu DG BUDG jako de facto DMO dla całej UE, może okazać się niewystarczająco elastyczna, aby dostosować się do potrzeb finansowych zmieniających się koalicji wokół celów strategicznych. Elastyczna architektura euroobligacji może stać się konieczna, aby uwzględnić koalicje chętnych bez fragmentacji jednolitego rynku. Niemiecki model Länder-Jumbo i ramy Nordyckiego Banku Inwestycyjnego stanowią realny wzór dla emisji euroobligacji na dużą skalę bez konieczności tworzenia pełnej unii fiskalnej lub zmiany traktatu. W ramach tej struktury UE Jumbo państwa członkowskie przystępowałyby do konkretnych emisji na żądanie, wnosząc proporcjonalny wkład w finansowanie konkretnych priorytetów strategicznych, takich jak zamówienia w dziedzinie obronności, infrastruktura klimatyczna lub projekty związane z transformacją energetyczną. To podejście o zmiennej geometrii rozwiązuje dwa kluczowe ograniczenia. Po pierwsze, uwzględnia zmieniające się priorytety polityczne: w miarę wzrostu pilności kwestii obronnych lub ewolucji imperatywów klimatycznych koalicja wierzycieli dostosowuje się odpowiednio, bez konieczności podejmowania stałych zobowiązań fiskalnych. Po drugie, umożliwia udział państw członkowskich UE spoza strefy euro. Wydatki na obronę i klimat są w przeważającej mierze denominowane w euro, niezależnie od waluty krajowej, a kraje takie jak Polska czy Szwecja mają naturalny popyt na euro i skorzystałyby na niższych kosztach finansowania dzięki wspólnej emisji. Euroobligacje stałyby się obligacjami UE.
Problem polega na tym, że obligacje EU-Jumbos zwiększyłyby złożoność i tak już rozdrobnionego rynku. W przeciwieństwie do jednorodnych krzywych rentowności obligacji skarbowych, obligacje EU-Jumbos początkowo wykazywałyby rozbieżności cenowe między transzami w zależności od składu uczestników. Jeśli jednak instrumenty te otrzymają takie samo traktowanie pod względem zabezpieczeń jak istniejące euroobligacje i dług państwowy w operacjach EBC i ramach kapitałowych banków, ich akceptacja rynkowa stanie się realna. Główną przeszkodą dla euroobligacji jest ich wolumen, a nie czystość. Rynki euroobligacji stoją przed wyzwaniem sekwencyjności: najpierw należy osiągnąć skalę, a następnie udoskonalić jednorodność. Wraz ze wzrostem emisji powyżej 1–2 bln EUR w obrocie poprawia się płynność, zmniejsza się spread między ceną kupna a ceną sprzedaży, a ceny zbliżają się do benchmarku ważonego PKB – trajektoria ta jest już widoczna w przypadku istniejących euroobligacji wyemitowanych od 2021 r. Udział wszystkich „wielkiej czwórki” (Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii) we wczesnych emisjach byłby niezbędny dla wiarygodności rynku i ustanowienia benchmarku.
Stanowi to zmianę kulturową dla krajowych urzędów zarządzania długiem, przyzwyczajonych do pełnej autonomii w zakresie emisji, ale zapewnia większą elastyczność niż w pełni sfederalizowana równoległa struktura euroobligacji. Urzędy zarządzania długiem zachowują swobodę decydowania o poziomie uczestnictwa, preferencjach dotyczących terminów zapadalności i wyborze tematów, zyskując jednocześnie dostęp do większych puli płynności i niższych kosztów finansowania. Dla mniejszych państw członkowskich, które obecnie płacą znaczne premie za płynność i mają trudności z utrzymaniem sieci głównych dealerów przy ograniczonych kalendarzach emisji, ramy EU-Jumbo stanowiłyby natychmiastową ulgę. To ta sama logika, która skłoniła małe niemieckie kraje związkowe do stworzenia Jumbos. Co istotne, podejście to nie rozwiązuje od razu problemu fragmentacji strefy euro: krajowe krzywe rentowności utrzymałyby się równolegle z EU-Jumbos, a rozbieżność między rentownościami obligacji krajów rdzenia i peryferii pozostałaby w najbliższej przyszłości. Jednak wraz ze wzrostem wolumenu EU-Jumbo i pogłębianiem się infrastruktury rynkowej instrument ten stanie się alternatywą strukturalną, stopniowo redystrybuując zyski z tytułu wygody i zmniejszając samonapędzającą się koncentrację w obligacjach niemieckich. To niedoskonałe rozwiązanie pośrednie może być jedyną politycznie wykonalną drogą do stworzenia europejskiego rynku bezpiecznych aktywów o wartości 3–5 bln EUR, niezbędnego do uzyskania statusu prawdziwej waluty rezerwowej.
[1] Laverriere, P., Epistemologia stresu związanego z dolarem zagranicznym: co FIMA i linie swapowe mówią o naturze ryzyka systemowego, 2026
[2] Bardziej szczegółową analizę można znaleźć w naszej publikacji: „Na co zwrócić uwagę: fundusz NGEU – sekret konwergencji spreadów państwowych”, 14 listopada 2024 r., https://www.allianz.com/content/dam/onemarketing/azcom/Allianz_com/economic-research/publications/specials/en/2025/november/2025_11_14_What_to_watch.pdf
[3]Hildebrand, P., Rey, H. i Schularick, M., „European Defence Governance and Financing” (Europejskie zarządzanie obronnością i finansowanie), CEPR, listopad 2025 r.
[4] Europejski Urząd Nadzoru Bankowego (EBA), Test warunków skrajnych w całej UE, 2025 r.
Po czterech kolejnych sesjach wzrostów notowania złota cofnęły się, gdy część inwestorów zdecydowała się na realizację zysków. Metal szlachetny traci ponad 1% i wyceniany jest na 5166 USD. Ruch ten zbiegł się w czasie z powrotem chińskich uczestników rynku po przerwie związanej z Nowym Rokiem Księżycowym, co zwykle zwiększa aktywność i potrafi wzmagać krótkoterminową zmienność. Wcześniej złoto zyskało ponad 7% w zaledwie cztery sesje, korzystając z podwyższonej niepewności wokół polityki handlowej Stanów Zjednoczonych oraz napięć geopolitycznych na Bliskim Wschodzie, w tym eskalacji na linii USA–Iran.
Jednym z głównych źródeł nerwowości pozostaje temat ceł. Rynek jest określany jako „zdezorientowany” po zapowiedzi Donalda Trumpa podniesienia globalnej stawki taryf do 15% w następstwie orzeczenia Sądu Najwyższego USA niekorzystnego dla koncepcji tzw. ceł „wzajemnych”. Jednocześnie od wtorku zaczęła obowiązywać wcześniejsza dyrektywa wprowadzająca 10-procentowy podatek importowy, podczas gdy termin ewentualnego wejścia w życie wyższej stawki pozostaje niejasny. W Europie rośnie obawa, że nowa polityka mogłaby podnieść taryfy na część eksportu powyżej poziomów dopuszczonych przez obowiązującą umowę handlową, co zwiększa ryzyko sporów handlowych i wzmocniło popyt na aktywa postrzegane jako bezpieczne.
Drugą osią niepewności jest geopolityka, której wpływ widać jednocześnie na rynku metali i ropy. Ceny ropy rosły, ponieważ inwestorzy „ważyli” prawdopodobieństwo porozumienia nuklearnego z Iranem wobec mieszanych sygnałów z USA. Prezydent Trump deklarował preferencję dla rozwiązania dyplomatycznego, ale równolegle ostrzegał przed konsekwencjami braku umowy. W tle pozostaje wzmożona obecność wojskowa Stanów Zjednoczonych w regionie. Kluczową obawą rynku jest potencjalne zakłócenie żeglugi przez Cieśninę Ormuz, newralgiczny szlak dla transportu ropy i LNG, a więc miejsce, w którym eskalacja napięć mogłaby szybko przełożyć się na ceny energii oraz koszty logistyki.
Wznowienie rozmów o umowie nuklearnej ma nastąpić w czwartek w Genewie. Dodatkowym sygnałem napięć była decyzja USA o ewakuacji części personelu z ambasady w Bejrucie, uzasadniona względami bezpieczeństwa. Eskalacja ma też wymierny „efekt uboczny” w postaci rosnących kosztów transportu surowca. Stawki długoterminowego czarteru supertankowców VLCC podskoczyły do ok. 92 tys. USD dziennie, co jest najwyższym poziomem od 1988 r. Ten wzrost kosztów jest traktowany przez rynek jak drożejące „ubezpieczenie” dostaw na wypadek pogorszenia sytuacji w regionie.
Mimo tej nerwowości część dużych banków – w tym BNP Paribas, Deutsche Bank i Goldman Sachs – nadal zakłada powrót trendu wzrostowego na złocie, wskazując na utrzymujące się czynniki popytowe. Chodzi m.in. o obawy o niezależność Rezerwy Federalnej, odpływ od obligacji i walut oraz trwałe ryzyka geopolityczne.
Sprzyja temu notowany, rekordowo wysoki popyt na powierzchnie w największych ośrodkach biurowych w kraju przy pogłębiającym się deficycie nowej podaży. Ograniczona dostępność nowoczesnych powierzchni w najlepszych lokalizacjach przekłada się na wzrost stawek czynszowych, poprawę rentowności aktywów oraz rosnące zainteresowanie inwestorów nieruchomościami biurowymi.
Wzrost wartości wolumenu inwestycyjnego na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce wspiera m.in. stabilne otoczenie makroekonomiczne. – Wyhamowanie inflacji oraz kontynuacja cyklu obniżek stóp procentowych zwiększają dostępność i atrakcyjność finansowania bankowego. Jednocześnie silna pozycja gospodarcza kraju oraz awans Polski do grona najbardziej uprzemysłowionych gospodarek świata wzmacnia postrzeganie rynku jako dojrzałego, stabilnego i skalowalnego. Mimo selektywności kapitału, Polska pozostaje dla inwestorów atrakcyjną lokalizacją, a 2026 rok może przynieść wzrost aktywności inwestycyjnej, oparty na solidnych fundamentach, a nie krótkotrwałym trendzie – mówi Katarzyna Tencza, Transaction Director w Walter Herz.
Deficyt podaży
Najbardziej widoczne zmiany zachodzą w sektorze biurowym na rynku stołecznym. W Warszawie postępuje proces redukcji zasobów biurowych. Obserwować możemy trend związany z wycofywaniem z rynku starszych, nieefektywnych biurowców. Tylko w 2025 roku stołeczne zasoby biurowe skurczyły się w ten sposób o ponad 160 tys. mkw. powierzchni, a w ciągu ostatnich 5 lat z warszawskiego rynku ubyło ponad 500 tys. mkw. biur. Zjawisko to ma charakter strukturalny i istotnie wpływa na kształtowanie profilu oferty rynkowej, koncentrując ją wokół nowoczesnych projektów w najlepszych lokalizacjach.
Jednocześnie aktywność deweloperów pozostaje mocno ograniczona. W budowie znajduje się zaledwie ok. 200 tys. mkw. powierzchni biurowych w Warszawie oraz ok. 220 tys. mkw. na rynkach regionalnych, najwięcej w Poznaniu i Krakowie. To czterokrotnie mniej niż w okresie rynkowej prosperity. Wysoki popyt przy niskiej podaży skutkuje systematycznym spadkiem wskaźnika pustostanów na największych rynkach biurowych w kraju, a w centralnych strefach Warszawy dotkliwym deficytem powierzchni.
– Konsekwencją obecnych uwarunkowań na rynku biur jest presja na wzrost czynszów. Stawki bazowe za powierzchnie klasy premium w Warszawie przekraczają już w wybranych projektach 30 euro/mkw./miesiąc i wykazują dalszy potencjał wzrostowy. Podobną tendencję obserwować możemy na rynkach regionalnych. Niewielkie podwyżki stawek w minionym roku zarejestrowane zostały również w Krakowie, Poznaniu i Wrocławiu – przyznaje Monika Szymczyk, Senior Advisor w Walter Herz.
Rosnąca atrakcyjność inwestycyjna sektora
– Wzrost czynszów prime w najlepszych lokalizacjach przekłada się bezpośrednio na poprawę parametrów inwestycyjnych aktywów biurowych. Największym zainteresowaniem cieszą się budynki oferujące atrakcyjną relację ceny do jakości oraz potencjał dalszego wzrostu wartości poprzez rozbudowę i optymalizację grupy najemców – informuje Katarzyna Tencza, Transaction Director w Walter Herz.
Sektor biurowy już w 2024 roku powrócił na pozycję lidera rynku inwestycyjnego w Polsce, osiągając w 2025 roku niemal 40 procentowy udział w całkowitym wolumenie transakcyjnym. Było to możliwe m.in. dzięki powrotowi transakcji typu core, co potwierdza większe dopasowanie oczekiwań cenowych sprzedających do realiów rynkowych.
Istotną rolę w inwestycjach odgrywa przy tym kapitał krajowy, który w 2025 roku odpowiadał za około 30 proc. wolumenu inwestycyjnego w sektorze biurowym, koncentrując się na aktywach z potencjałem wzrostu wartości.
Popyt bije rekordy
W 2025 roku całkowity wolumen najmu w Polsce przekroczył 1,56 mln mkw., z czego około połowę stanowiły renegocjacje umów. Blisko 800 tys. mkw. wynajęte zostało w Warszawie, gdzie w IV kwartale odnotowany został historycznie rekordowy, kwartalny wynik najmu – 310 tys. mkw. powierzchni. W warunkach silnego deficytu powierzchni w centrum miasta do gry powrócił Służewiec, który odpowiadał za przeszło 20 proc. ubiegłorocznego wolumenu najmu.
Rynki regionalne również osiągnęły historyczne wyniki, zarówno Kraków (270 tys. mkw.), jak i Wrocław odnotowały rekordowy roczny popyt. Ożywienie to świadczy o powrocie firm do bardziej zdecydowanych decyzji związanych z kontraktacją przestrzeni do pracy, potwierdzając jednocześnie trwałą rolę biura jako miejsca, gdzie firmy budują swoją tożsamość i potencjał, mimo transformacji modelu pracy.
Ekskluzywna nowa podaż
Skala nowej podaży pozostaje niewielka. W 2025 roku na ogólnopolski rynek trafiło jedynie ok. 110 tys. mkw. nowych powierzchni biurowych.
Najwięcej inwestycji biurowych realizowanych jest na rynku stołecznym. Nowe projekty powstają głównie w centrum miasta. W budowie znajdują się m.in. wieże Skyliner II (130 metrów) oraz Upper One (131,5 metra), a kolejne projekty wysokościowe uzyskały już pozwolenia na budowę. Jednak przy obecnym tempie realizacji inwestycji nie należy oczekiwać szybkiego zrównoważenia relacji popytu i podaży.
Stabilne fundamenty wzrostu sektora
Obecne uwarunkowania rynkowe – wysoki popyt na biura, ograniczona podaż, poprawiające się warunki finansowania oraz stabilne otoczenie makroekonomiczne tworzą sprzyjające środowisko dla dalszego wzrostu aktywności inwestycyjnej w sektorze.
Wszystko wskazuje na to, że 2026 rok może przynieść większe odbicie, opierające się na trwałych fundamentach strukturalnych. W tym scenariuszu biura mają realną szansę istotnie wzmocnić swoją, wiodącą pozycję na rynku transakcji inwestycyjnych w nieruchomości komercyjne w Polsce, przyciągając zarówno kapitał krajowy, jak i zagraniczny.
Niepewny rajd dolara odwrócił bieg w weekend po tym, jak Sąd Najwyższy USA orzekł, że większość ceł wprowadzonych przez Trumpa jest niezgodna z prawem.
Kluczowe punkty:
PLN w tyle w obliczu słabych danych.
USD kończy tydzień wyżej dzięki napięciom w Iranie i jastrzębiemiu FOMC.
Sąd Najwyższy orzeka, że amerykańskie cła są nielegalne. Trump nakłada globalnie 15%.
Mówi się, że prezeska EBC Lagarde może wcześniej zakończyć kadencję.
Oczekuje się obniżki stóp BoE mimo solidnych danych dot. aktywności.
Prezydent Donald Trump szybko przywrócił globalnie cło w wysokości 15%, które ma obowiązywać do 150 dni, opierając się na innej, prawdopodobnie solidniejszej podstawie prawnej, niemniej amerykański handel pogrążył się teraz w jeszcze większym chaosie. Rynki akcji zareagowały bardzo spokojnie i niemal nie poruszyły się w odpowiedzi na orzeczenie sądu, co wskazuje, że było ono w dużej mierze uwzględnione w wycenach. Obligacje jednak straciły ze względu na obawy, że strata wpływów z ceł pogarsza fiskalny obraz USA. Żadne z rynkowych ruchów nie były szczególnie silne, jako że inwestorzy obstawiają, że Trump znajdzie sposób, by zgodnie z prawem obejść ten werdykt.
Ryzyka polityczne ponownie wysuwają się na pierwszy plan dla rynku walutowego. Uwaga rynków skupi się w tym tygodniu nie tylko na orzeczeniu sądu i reakcji Trumpa, ale też rosnącym prawdopodobieństwie amerykańskiego ataku na Iran. Pod względem makroekonomicznym będzie to bardzo spokojny czas – zaplanowano niewiele istotnych odczytów z głównych gospodarek. W tym tygodniu odbędą się liczne przemówienia oficjeli banków centralnych, w tym Rezerwy Federalnej, Europejskiego Banku Centralnego i Banku Anglii.
PLN
Po długim okresie spokojnego handlu zmienność złotego nieco wzrosła, niemniej pozostaje ograniczona względem historycznych standardów. Waluta radziła sobie gorzej od większości pozostałych walut rynków wschodzących, kurs EUR/PLN zakończył jednak tydzień wzrostem o zaledwie 0,2% (do 4,22). Poza spadkiem pary EUR/USD i stojącymi za tym czynnikami złotemu zaszkodziły wyjątkowo pesymistyczne odczyty ekonomiczne z kraju, które nie pozostawiają wątpliwości (nie to, żeby dotąd były duże), że podczas marcowego posiedzenia RPP obniży stopy procentowe. Po zaskakującym wzroście w grudniu dynamika płac znacznie spadła, do niższego od oczekiwanego poziomu 6,1%, co potwierdza, że była to jednorazowa sytuacja spowodowana premiami, a trend spadkowy utrzymuje się bez zmian.
Produkcja przemysłowa oraz budowlano-montażowa również były bardzo słabe, a deflacja PPI niespodziewanie pogłębiła się do -2,6%, co stanowi najniższy poziom od grudnia 2024 r. Na dane wpływały mniejsza liczba dni roboczych i mroźna zimowa pogoda, co utrudnia wyciąganie z nich wniosków. Choć początek roku niewątpliwie jest słaby pod kątem produkcji, warto poczekać na więcej odczytów, by uzyskać klarowniejszy obraz. Poza poniedziałkowymi (23.02) danymi o sprzedaży detalicznej istotne będą również wtorkowe (24.02) dotyczące bezrobocia.
EUR
Opublikowane w ubiegłym tygodniu lutowe wskaźniki PMI dla aktywności biznesowej w strefie euro zaskoczyły lekko na plus, sugerując, że gospodarka wspólnego bloku w dalszym ciągu rośnie w solidnym, choć niekoniecznie oszałamiającym tempie. Wyniki ankietowego badania dotyczącego negocjowanych płac w strefie euro w IV kwartale, które wykazały wzrost ich dynamiki do niemal 3% w ujęciu zanualizowanym, stały się kolejną oznaką tego, że następną zmianą stóp procentowych EBC będzie ich podwyżka. Choć pogłoski z ubiegłego tygodnia o wcześniejszym zakończeniu kadencji prezeski EBC Christine Lagarde zaciemniły ścieżkę stóp, brak wyraźnego faworyta na jej następcę ograniczył dotąd wpływ tych informacji na euro.
Wiadomości z weekendu dotyczące ceł przyćmiły wszystko inne, a Parlament Europejski wstrzymuje prace nad traktatem handlowym z USA do czasu uspokojenia się chaosu po drugiej stronie Atlantyku. Początkowo uczestnicy rynku zareagowali, kupując euro, co umacnia pozycję wspólnej waluty jako safe haven podczas zawirowań politycznych w USA.
USD
Piątkowe orzeczenie Sądu Najwyższego przyćmiło wieści makroekonomiczne i polityczne, warto jednak zauważyć, że większość opublikowanych w ubiegłym tygodniu odczytów wspiera jastrzębie w Fedzie. Zamówienia środków trwałych, szereg danych dotyczących nieruchomości mieszkalnych i cotygodniowe dotyczące deklaracji bezrobocia były lepsze, niż oczekiwano. Co więcej, minutki z ostatniego posiedzenia Fedu były bardzo jastrzębie i sugerują, że część członków FOMC jest bliska rozważenia podwyżek stopy overnight. Bez względu na to, jak gołębi stara się być nadchodzący prezes Fedu Kevin Warsh, trudno będzie mu pociągnąć za sobą pozostałych głosujących.
Na pierwszym planie jest teraz oczywiście nowy chaos celny, niemniej ani dane dotyczące amerykańskiej gospodarki, ani komunikaty Fedu nie wydają się wskazywać na mocny cykl obniżek stóp procentowych. Niespodziewanie silne pogorszenie danych PKB (zejście z 4,4% w III kw. do 1,4% w IV kw.) wyraźnie wyłamuje się z tej narracji. Inwestorzy jednak w większości się tym nie przejęli ze względu na przestarzałość tych danych.
GBP
Ubiegłotygodniowe odczyty ekonomiczne z Wielkiej Brytanii miały mieszany wpływ na funta. Z jednej strony aktywność gospodarcza wydaje się utrzymywać na dobrym poziomie. Sprzedaż detaliczna odnotowała w styczniu najsilniejszy wzrost w ujęciu rocznym od niemal czterech lat, a zbiorczy wskaźnik PMI zaskoczył w górę, co nieco zmniejszyło rynkowe oczekiwania dotyczące obniżek stóp procentowych Banku Anglii. Z drugiej strony ostatni spadek inflacji i dalsze oznaki słabości na rynku pracy sugerują, że najbardziej prawdopodobnym wynikiem marcowego posiedzenia jest cięcie, które pozostaje wyceniane w kontraktach swap na ok. 80%.
Choć poprawa wyników brytyjskiej gospodarki mogłaby wesprzeć funta w krótkim terminie, podejrzewamy, że przyćmią ją ryzyka polityczne – przyszłość premiera Keira Starmera pozostaje wciąż niepewna. Kluczowe będą zapewne wybory uzupełniające w Gorton i Denton (czwartek 26.02), w wyniku których Partia Pracy może stracić miejsca na rzecz Partii Zielonych lub Reform UK.
Miniony rok 2025 był dla naszej gospodarki czasem pełnym sprzeczności. Z jednej strony Polska doświadczyła jednego z najszybszych wzrostów PKB w całej Unii Europejskiej, z drugiej jednak polskie firmy zmagały się z licznymi problemami. W rezultacie, jak podaje w swoim raporcie firma Coface, aż 6 566 z nich ogłosiło niewypłacalność. To liczba aż o 17,8% wyższa niż w roku 2024. Jakie czynniki spowodowały, że pomimo dobrej koniunktury gospodarczej, obserwowaliśmy tak dynamiczny wzrost niewypłacalności?
Większość trudności, na które polska gospodarka natrafiła w 2025 roku miało charakter zewnętrzny. Rok rozpoczął się od eskalacji wojen handlowych – wysokie cła oraz przedłużająca się niepewność co do ostatecznego kształtu polityki celnej nadal mocno oddziałują na nasz eksport. Zmagania o charakterze celnym mają także inne, mniej bezpośrednie, konsekwencje. Chińscy eksporterzy, którzy napotkali wysokie cła na rynku amerykańskim, przekierowali znaczną część swojej nadprodukcji do krajów Unii Europejskiej, wywierając tym samym silną presję konkurencyjną na europejskich producentów. Nie bez znaczenia nadal pozostaje stagnacja w Niemczech, kraj ten bowiem jest największym partnerem handlowym Polski. Warto dodać, że na wysoką liczbę niewypłacalnych firm wpłynęła także większa świadomość przedsiębiorców, którzy coraz częściej wybierają postępowanie restrukturyzacyjne zamiast upadłościowego.
Gospodarka dwóch prędkości
Rok 2025 potwierdził, że Polska funkcjonuje jako gospodarka dwóch prędkości: z jednej strony byliśmy świadkami znacznego wzrostu PKB, który Coface oszacował na 3,6%, a z drugiej pogarszającej się kondycji finansowej wielu przedsiębiorstw. Z czego wynika ta rozbieżność?
– Mimo niekorzystnych uwarunkowań zewnętrznych Polska pozostała najszybciej rosnącą dużą gospodarką w Unii Europejskiej i awansowała do grona 20 największych gospodarek świata. Ta odporność była możliwa dzięki stosunkowo dużemu rynkowi wewnętrznemu oraz silnie zdywersyfikowanej strukturze geograficznej i towarowej polskiego eksportu – mówi dr Mateusz Dadej, Główny Ekonomista Coface w Polsce i Regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – Niestety ogólna poprawa koniunktury nie była w stanie zrównoważyć narastających trudności, jeśli chodzi o koszty, z którymi zmagały się polskie przedsiębiorstwa. Dynamika wynagrodzeń, choć wyraźnie wyhamowała w ciągu roku, nadal przewyższała wzrost produktywności w gospodarce. W konsekwencji wyniki finansowe i przeciętna rentowność sprzedaży firm pozostały poniżej poziomów z lat 2022-2023– dodaje ekspert.
Niewypłacalność w branżach
Sektory, które najbardziej ucierpiały w ciągu 2025 roku to usługi i budownictwo. Pierwszy z nich ma największy udział w ogólnej liczbie przypadków niewypłacalności (1859 przedsiębiorstw, czyli 28% całej liczby niewypłacalności). Drugi nadal notuje jedną z najwyższych dynamik r/r (1155 przedsiębiorstw, 18% całej liczby niewypłacalności).
– Z pewnością na sektory produkcyjne negatywny wpływ wywarły wydarzenia na rynkach światowych, w tym osłabienie koniunktury w strefie euro, napływ towarów importowanych – głównie z Azji – czy turbulencje w handlu zagranicznym wywołane wojnami celnymi zainicjowanymi przez USA – mówi Paweł Tobis, Wizeprezes Zarządu ds. Operacyjnych i Oceny Ryzka Coface. – Z drugiej strony należy odnotować rolę wysokiej bazy kosztowej – efekt zmian wynagrodzeń oraz wzrostu kosztów stałych, co w dużej mierze przyczynia się do kłopotów przedsiębiorców z takich sektorów jak handel i usługi –wyjaśnia ekspert.
Co czeka polskie firmy w 2026 roku?
Eksperci z firmy Coface wskazują, że liczbę niewypłacalności w nadchodzących miesiącach będzie w dużej mierze kształtował rosnący udział restrukturyzacji w postępowaniach niewypłacalnościowych. Oznacza to, że w 2026 roku liczba przedsiębiorstw z problemami z płynnością wzrośnie prawdopodobnie do ok. 7 500 przypadków. Jednak, dzięki sprzyjającemu otoczeniu makroekonomicznemu, dynamika tego wzrostu powinna wyraźnie wyhamować w porównaniu z latami 2023-2025.
A co z kondycją polskiej gospodarki?
– W 2026 roku możemy liczyć na relatywnie wysoką dynamikę wzrostu gospodarczego. Według naszych prognoz tempo wzrostu PKB przyśpieszy do 3,8%. Głównym motorem wzrostu będą prawdopodobnie inwestycje, natomiast dodatkowe wsparcie dla naszej gospodarki powinno przyjść tym razem zza granicy. Wydatki fiskalne w Niemczech powinny stopniowo ożywiać tamtejszą gospodarkę i jednocześnie pobudzić popyt dla polskich eksporterów– przewiduje dr Mateusz Dadej. – Kluczowe pytanie na 2026 rok brzmi: czy pozostaniemy przy gospodarce dwóch prędkości. Ostatni rok pokazał, że zależność między dynamiką wzrostu PKB a kondycją finansową przedsiębiorstw nie jest już tak prosta i bezpośrednia jak kiedyś. Istnieje jednak kilka czynników, które pozwalają z umiarkowanym optymizmem patrzeć na poprawę sytuacji firm – zwłaszcza po stronie kosztów. Dynamika wynagrodzeń powinna dalej wyraźnie spowalniać i zbliżać się do wzrostu produktywności. Obecnie utrzymuje się również korzystny trend spadkowy cen surowców energetycznych, a koszt finansowania zewnętrznego jest wyraźnie niższy niż w 2025 roku – podsumowuje ekspert.
W piątek Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych wydał wreszcie orzeczenie, które anuluje większość ceł nałożonych w ostatnich miesiącach przez Donalda Trumpa. Ten jednak nie rezygnuje i błyskawicznie odpowiada nowym globalnym pakietem. Chaotyczne działania Białego Domu osłabiły jednak dolara tylko na chwilę, ponieważ rynki na horyzoncie wciąż widzą ryzyko eskalacji konfliktu USA-Iran. Polski złoty w tych warunkach trzyma się całkiem nieźle. Czy przyszłotygodniowa obniżka stóp jest już wyceniona?
Cła do kosza
Część analityków powoli obracała już w żarty przedłużające się oczekiwanie na orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie większości ceł nałożonych przez Donalda Trumpa. Jednak w piątek wreszcie poznaliśmy decyzję SN i była ona zgodna z przewidywaniami większości obserwatorów. Stosunkiem głosów 6:3 sędziowie wyrzucili do kosza większość taryf nałożonych przez Biały Dom (nie będę tutaj wchodził w zawiłości prawne i interpretacje, czasem nawet pojedynczych słów z konstytucji), podkreślając, że prawo do długotrwałego nakładania ceł to wyłączna kompetencja Kongresu. Wywołało to wściekłość prezydenta, który oczywiście zaatakował samych sędziów (część głosująca nie po myśli Trumpa to zresztą jego nominaci), a następnie na mocy innego aktu prawnego wprowadził globalną stawkę celną w wysokości 10%. Co więcej, w piątek zdążył nawet podpisać rozporządzenie wykonawcze w tej sprawie, aby w sobotę… zmienić zdanie i nałożyć 15%. Ten chaos zarządzania (ale też zauważalny brak przygotowania na negatywne rozstrzygnięcie przed SN) to kolejny dowód, że cała strategia Białego Domu zaczyna coraz wyraźniej erodować.
Stawka celnej gry coraz wyższa
Wyliczenia mediów wskazują, że amerykański rząd będzie musiał zwrócić firmom nawet 170 mld USD z wcześniej pobranych ceł. SN nie wskazał jednak czytelnej ścieżki dla tego procesu, więc postępowania sądowe powinny wydłużyć taką operację. Dla przedsiębiorstw i rynków najważniejsze pytanie brzmi: co dalej? Prezydent Trump wprowadził 15% globalną stawkę, ale maksymalny okres dla tego rozwiązania to 150 dni, a przedłużyć go może tylko Kongres (aktualnie wydaje się to niewykonalne). Co więcej, część prawników poddaje w wątpliwość także podstawę prawną do tego działania, a lider Republikanów jest pierwszym lokatorem Białego Domu, który powołał się na nią od momentu jej wprowadzenia. Amerykańska administracja planuje zmienić tę niepewną podstawę prawną na inną z tej samej ustawy o handlu z 1974 roku, ale w przypadku tzw. nieuczciwej konkurencji ze strony partnerów handlowych niezbędne jest przeprowadzenie rzeczowego dochodzenia (co może zająć nawet kilkanaście miesięcy). W ten sposób firmy (na razie otwierające szampana na wieść o zwrocie wcześniej pobranych ceł), ale też rynki dostają najgorszą ze swojego punktu widzenia niepewność, która może trwać jeszcze przez dłuższy czas. Część analityków zwraca już uwagę na coraz większą rotację kapitału z Wall Street do Europy, co ma być efektem (obok horrendalnej wyceny Big-Techów) m.in. niesłabnącego zamieszania wokół amerykańskiej polityki handlowej. Coraz wyraźniejsza utrata zaufania do stabilności USA ma szansę podkopywać pozycję USD w długim terminie, ale w krótkim rynkiem walutowym rządzą inne emocje.
Poniedziałkowy handel na korzyść PLN
W poniedziałek na rynku walutowym dostajemy ciekawą mieszankę. Jeszcze w piątek dolar w efekcie orzeczenia SN, ale też częściowo po danych makro (PMI słabsze od prognoz, chociaż inflacja PCE wyżej) znalazł się pod presją i tym samym kurs EUR/USD wyszedł ponad 1,18 USD. Tej siły wspólnej waluty nie starczyło jednak na długo i już w poniedziałek wczesnym popołudniem eurodolar jest bliżej 1,178 USD. Dlaczego wspominam o ciekawej mieszance? Ponieważ, pomimo powtarzanego przez analityków jak mantra zagrożenia zbliżającego się ataku USA na Iran (jeszcze nigdy tak duża koncentracja amerykańskich wojsk nie skończyła się tylko na pogróżkach), trudno na otwarciu tygodnia mówić o klasycznym risk off. Wszystko dlatego, że obok mocniejszego USD równocześnie dostajemy słabszego CHF (kurs EUR/CHF najwyżej od blisko 2 tygodni). Bardzo ciekawy może okazać się wtorkowy handel, kiedy po tygodniu świętowania Nowego Roku do gry wrócą wreszcie Chińczycy (od razu otrzymamy decyzję Banku Ludowego Chin), a po dzisiejszej celebracji urodzin cesarza handel zaczną też Japończycy. W tych niepewnych warunkach znowu bardziej niż przyzwoicie (najlepiej w regionie) radzi sobie polski złoty. O godz. 13 kurs euro jest przy 4,215 zł, kurs dolara utrzymuje się poniżej 3,58 zł, a kurs franka balansuje na 4,61 zł. PLN nie zaszkodził lepszy od prognoz odczyt o styczniowej sprzedaży detalicznej (+3,9% rdr), a powoli uwaga będzie się przesuwała na przyszłotygodniowe posiedzenie RPP. Rynek jest coraz bardziej przekonany, że otrzyma kolejną obniżką stóp, ale czy już całkowicie ją wycenił? Poza tym ważniejsze od samego cięcia mogą się okazać prognozy inflacyjne, które mają szansę przesunąć w dół docelowy koszt pieniądza w tym (nie)cyklu luzowania.
Po dynamicznych wzrostach z początku roku rynek złota wszedł w fazę konsolidacji. Zdaniem ekspertów jest to naturalny etap w długoterminowym cyklu wzrostowym, który napędzają napięcia geopolityczne, polityka banków centralnych oraz rosnące zainteresowanie inwestorów na rynkach azjatyckich.
Przez większość ubiegłego tygodnia cena złota utrzymywała się w przedziale około 4850–5050 dolarów za uncję, po wcześniejszym gwałtownym rajdzie, w trakcie którego w ciągu zaledwie trzech dni metal zyskał 500 dolarów, przekraczając pułap 5500 USD/oz i ustanawiając nowe maksima.
– Po bardzo dynamicznych wzrostach rynek wszedł w fazę konsolidacji. To naturalne zjawisko, które pozwala oczyścić rynek z kapitału krótkoterminowego i buduje fundament pod dalszy, bardziej stabilny trend wzrostowy. W takich momentach zostają przede wszystkim inwestorzy długoterminowi, którzy reagują na fundamenty, a nie chwilowe emocje – podkreśla Michał Tekliński, ekspert rynku złota Goldenmark i Goldsaver.
Na początku bieżącego tygodnia cena złota ponownie zyskała na sile, osiągając poziom około 5147 USD za uncję w notowaniach spot i około 5167 USD za uncję w kontraktach futures z dostawą w kwietniu. Według raportów inwestycyjnych był to najwyższy poziom cen od trzech tygodni.
Rynek zareagował na orzeczenie Sądu Najwyższego USA, który obalił szerokie taryfy handlowe administracji Donalda Trumpa, co zwiększyło niepewność co do kierunku globalnej polityki handlowej i skłoniło inwestorów do ponownego poszukiwania „bezpiecznych przystani”.
Decyzje Fed i polityka monetarna kluczowe dla rynku
Ponadto, dane makroekonomiczne z USA wskazywały na słabszy odczyt aktywności gospodarczej w styczniu, co z kolei zwiększyło oczekiwania rynku dotyczące możliwych obniżek stóp procentowych przez Fed w nadchodzących miesiącach.
To właśnie polityka monetarna prowadzona przez amerykańską Rezerwę Federalną pozostaje jednym z najważniejszych czynników wpływających na rynek. Z jednej strony inwestorzy zakładają możliwość obniżek stóp procentowych w tym roku, z drugiej pojawiają się sygnały, że inflacja może utrudnić ten proces.
– Rynek złota bardzo uważnie obserwuje działania Fed. Obniżki stóp procentowych tradycyjnie wspierają złoto, ponieważ obniżają atrakcyjność aktywów oprocentowanych i zwiększają popyt na aktywa materialne – podkreśla ekspert Grupy Goldenmark.
Dodatkowo Jerome Powell został wybrany na przewodniczącego Federal Open Market Committee (FOMC) do końca roku, co zwiększa przewidywalność krótkoterminowej polityki monetarnej.
– Złoto pozostaje szczególnie wrażliwe na zmiany realnych stóp procentowych. Każdy sygnał sugerujący możliwość ich obniżenia zwiększa atrakcyjność metali szlachetnych jako alternatywy dla aktywów finansowych denominowanych w dolarze – dodaje Michał Tekliński.
Geopolityka znów wspiera złoto
Na rynek mocno wpływa także sytuacja geopolityczna, szczególnie rosnące napięcia wokół Iranu. Stany Zjednoczone zwiększają obecność wojskową w regionie, a Iran prowadzi wspólne manewry z Rosją i Chinami w strategicznej Cieśninie Ormuz.
– Historia pokazuje, że złoto najsilniej reaguje właśnie na okresy niepewności geopolitycznej. Obecna sytuacja przypomina moment po poprzednich igrzyskach olimpijskich, po których doszło do inwazji Rosji na Ukrainę. Inwestorzy bardzo uważnie obserwują rozwój wydarzeń na Bliskim Wschodzie, bo to jeden z kluczowych czynników wspierających cenę złota – zaznacza Michał Tekliński.
Niepewność polityczna zwiększa popyt na aktywa bezpiecznej przystani, a złoto pozostaje najważniejszym z nich. Inwestorzy traktują je jako zabezpieczenie przed ryzykiem, którego nie da się przewidzieć ani kontrolować.
Azja napędza popyt
Istotnym czynnikiem jest również sytuacja w Azji. W Chinach, mimo czasowego zamknięcia giełd z okazji Chińskiego Nowego Roku, złoto pozostaje kluczowym elementem kultury finansowej i formą przechowywania majątku.
Jeszcze bardziej spektakularna sytuacja ma miejsce w Wietnamie, gdzie zainteresowanie złotem osiągnęło rekordowe poziomy.
– Widzimy sytuacje, w których ceny produktów są wyrażane bezpośrednio w złocie, a nie w walucie krajowej. To pokazuje skalę zaufania do kruszcu jako środka przechowywania wartości – podkreśla ekspert Goldsaver i Goldenmark.
Prognozy wskazują dalsze wzrosty
Złoto pozostaje jednym z najlepiej performujących aktywów ostatnich lat, a jego znaczenie w globalnym systemie finansowym systematycznie rośnie.
Optymistyczne pozostają również prognozy największych instytucji finansowych. Bank inwestycyjny UBS prognozuje osiągnięcie poziomu 6200 USD za uncję, natomiast bank ANZ wskazuje na możliwość wzrostu do około 5800 USD w najbliższych kwartałach.
Część analityków idzie nawet dalej i wskazuje na możliwość osiągnięcia 10 000 USD za uncję do końca dekady. Mówi o tym choćby Louis Navellier, prezes i założyciel Navellier & Associates, firmy profesjonalnie zajmującej się prognozami ceny złota.
– Najważniejsze fundamenty rynku złota pozostają niezmienne. Banki centralne nadal zwiększają swoje rezerwy, napięcia geopolityczne nie znikają, a inwestorzy coraz częściej szukają stabilnych aktywów. Konsolidacja, którą obserwujemy obecnie, może być jedynie przystankiem przed kolejną falą wzrostów – podsumowuje Michał Tekliński z Grupy Goldenmark.
Rosnący popyt ze strony banków centralnych, utrzymująca się niepewność geopolityczna oraz potencjalne zmiany w polityce monetarnej największych gospodarek świata wskazują, że metal szlachetny może pozostać kluczowym elementem strategii zabezpieczania kapitału w nadchodzących latach.
Wysokie nasycenie nowoczesną powierzchnią biurową przekłada się na ostrożne podejście deweloperów oraz koncentrację na projektach o najwyższym potencjale komercyjnym. Jak wynika z raportu „Warsaw Crane Survey 2026” firmy doradczej Deloitte, w ubiegłym roku udzielono czterech pozwoleń na budowę, złożono trzy nowe wnioski o ich wydanie i wydano jedną decyzję o warunkach zabudowy. Na koniec 2025 r. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w stolicy wyniosły 6 232 400 mkw., co oznacza nieznaczny spadek o 1 proc. r/r. Zmniejszenie wolumenu wynikało z celowego wyburzania starszych obiektów oraz czasowych wyłączeń z oferty najmu w związku z przygotowaniami do dalszej adaptacji lub gruntownej modernizacji budynków.
Liczba decyzji administracyjnych od kilku lat utrzymuje się na podobnym, niskim poziomie. Decyzje udzielane są w centralnych dzielnicach, głownie na Woli i w Śródmieściu, podczas gdy w niektórych dzielnicach peryferyjnych w ciągu ostatnich lat nie odnotowano ani jednego pozwolenia na realizację budynku biurowego. W zeszłym roku wydano łącznie cztery pozwolenia na budowę, czyli o dwa więcej niż rok wcześniej. Choć skala decyzji pozostaje ograniczona, łączna powierzchnia użytkowa projektów z uzyskanym pozwoleniem wzrosła o 157 proc. r/r do 180 tys. mkw. Było to możliwe przede wszystkim dzięki dużym inwestycjom, takim jak Warsaw One czy AFI Tower.
– Stołeczny rynek biurowy osiągnął etap dojrzałości, który naturalnie ogranicza tempo nowych inwestycji. Istotniejsze staje się dziś to, jaką jakość gwarantują istniejące powierzchnie i w jakim stopniu odpowiadają na potrzeby najemców. Mniejsza liczba nowych pozwoleń odzwierciedla bardziej selektywne podejście inwestorów, którzy wybierają projekty o najwyższym potencjale rynkowym. W kolejnych latach nowe inwestycje będą realizowane przede wszystkim tam, gdzie stoi za nimi realne zapotrzebowanie. W efekcie o kierunku rozwoju rynku zdecydują standard i funkcjonalność obiektów, a nie ich skala – mówi Dominik Stojek, partner w dziale Advisory, Lider Grupy Nieruchomościowej, Deloitte.
Selektywne inwestycje i koncentracja w centrum
W 2025 r. aktywność deweloperów pozostawała ograniczona, co było konsekwencją przede wszystkim niepewności po stronie popytu, szczególnie w kontekście długoterminowych decyzji najemców oraz istniejącego pustostanu. Nowa podaż wyniosła zaledwie nieco ponad 80 tys. mkw., czyli o ok. 15 proc. mniej niż rok wcześniej. Projekty oddane do użytku pokazują, że na rynek trafiają przede wszystkim inwestycje o wysokim standardzie, znajdujące się w dogodnej lokalizacji i uwzględniające wymogi ESG. Według prognoz sytuacja będzie ulegała stopniowej poprawie i do 2028 r. podaż zwiększy się o ok. 290 tys. mkw.
Dodatkowo skala realizowanych inwestycji pozostaje umiarkowana. Na koniec czwartego kwartału ubiegłego roku w budowie znajdowało się ok. 180 tys. mkw. powierzchni biurowej, o 22 proc. mniej r/r, przy czym w tej puli mieszczą się zarówno nowe budynki, jak i te poddawane modernizacji. Wyraźnie widoczna jest koncentracja obiektów w centralnej części miasta. Ponad 85 proc. realizowanej powierzchni powstaje w centrum Warszawy, co pozwala na szybsze pozyskanie najemców i ograniczenie ryzyka inwestycyjnego. Największymi projektami w toku są Upper One (35 500 mkw.) oraz AFI Tower (54 000 mkw.), którego budowa rozpoczęła się pod koniec 2025 r. Struktura zasobów nie zmienia się zasadniczo – największe skupisko powierzchni biurowej pozostaje na Woli (1 727 000 mkw.), następnie na Mokotowie (1 457 000 mkw.) i w Śródmieściu (1 336 000 mkw.).
Modernizacje, zmiany funkcji i standardy ESG jako stałe elementy aktualnego cyklu rynkowego
W warunkach ograniczonej nowej podaży coraz większego znaczenia nabiera modernizacja, repozycjonowanie oraz zmiana sposobu użytkowania istniejących budynków. W części przypadków proces ten obejmuje również trwałe wyłączenie obiektów z rynku i ich rozbiórkę. W 2025 r. z użytkowania wycofano ponad 140 tys. mkw. powierzchni biurowej. W zdecydowanej większości dotyczyło to budynków wybudowanych przed 2000 r., o wysokiej energochłonności i ograniczonym potencjale adaptacyjnym. Część z nich przygotowywana jest do zmiany funkcji lub poddawana gruntownej modernizacji, natomiast pozostałe uznano za nieopłacalne w dalszej eksploatacji i będą podlegać wyburzeniu, aby zrobić miejsce pod nowe obiekty.
Decyzje administracyjne wydane w ubiegłym roku objęły m.in. rozbiórki budynków Syriusz, Orion i Saturn na Mokotowie, Megadex przy ul. Mickiewicza 63, a także obiektów przy ul. Jagiellońskiej 88 na Pradze-Północ oraz wieżowca Intraco przy Bonifraterskiej. W tym ostatnim przypadku podjęte kroki związane z uznaniem budynku za obiekt zabytkowy wstrzymało prace wyburzeniowe. Złożono również wniosek o rozbiórkę części nadziemnej budynku przy ul. Konstruktorskiej 4, a z rynku wycofany zostanie biurowiec przy ul. Gdańskiej 27/31. Proces ten pozostaje ściśle powiązany z rosnącą rolą standardów środowiskowych i efektywności energetycznej. Coraz wyższe wymagania w zakresie parametrów technicznych oraz elastyczności przestrzeni sprawiają, że starsze budynki wymagają gruntownych modernizacji, aby utrzymać konkurencyjność.
– W dalszym ciągu premiowane są realizacje spełniające aktualne standardy ESG i wellbeing, a decyzje inwestycyjne koncentrują się na poprawie jakości i długoterminowej efektywności zasobów. W przypadku części starszych budynków, zwłaszcza o wysokiej energochłonności i ograniczonym potencjale adaptacyjnym, skala nakładów niezbędnych do utrzymania konkurencyjności bywa nieproporcjonalna do możliwych przychodów. W takich warunkach inwestorzy coraz częściej analizują alternatywne scenariusze wykorzystania nieruchomości. Jednym z nich jest konwersja biurowców na funkcję mieszkaniową, która zwłaszcza w centralnych lokalizacjach bywa bardziej racjonalna ekonomicznie niż dalsza eksploatacja obiektu w dotychczasowej formule. W ubiegłym roku wydano co najmniej trzy decyzje w tej sprawie – podsumowuje Dominik Stojek.
Narodowy Bank Węgier (MNB) długo wykazywał się ostrożnością, a momentami nawet jastrzębiością w komunikatach. Ostatnie spadki inflacji, brak oczekiwań znacznego luzowania fiskalnego przed kwietniowymi wyborami oraz siła forinta wskazują jednak, że czas na pierwsze od września 2024 r. cięcie stóp procentowych.
Prezes Varga jest jednym ze współtwórców partii Fidesz oraz wiernym stronnikiem premiera Orbana. Od momentu objęcia stanowiska prezesa MNB w marcu ubiegłego roku wykazuje się jednak technokratycznym podejściem, nie dając nam większych wątpliwości co do tego, że bank działa ściśle w oparciu o napływające dane.
Te zaczynają jednak sugerować w ostatnim czasie, że czas obniżek zbliża się wielkimi krokami. Przestrzeń do cięcia tworzy przede wszystkim znaczny spadek inflacji. Styczniowe 2,1% to najniższy poziom inflacji konsumenckiej od marca 2018 r. Poniżej 3-procentowego środka celu inflacyjnego banku znalazła się również miara bazowa (2,7%). Słaba aktywność gospodarcza powinna pomóc utrzymać dynamikę cen na ograniczonych poziomach także i w kolejnych miesiącach. „Ryzyko” stanowi w owym zakresie ponad 6-procentowy w ujęciu realnym wzrost płac, który ma szansę ożywić nieco krajową konsumpcję w najbliższych miesiącach.
Oczekujemy, że wtorkowe posiedzenie przyniesie cięcie stóp procentowych o 25 pb., co sprowadziłoby stopę referencyjną do poziomu 6,25%. Jako że jest to w dużej mierze wycenione przez rynki, spodziewamy się, że presja wyprzedażowa na forinta będzie raczej ograniczona. Dużo zależeć może od forward guidance, czyli wszelkich sugestii odnośnie do dalszych ruchów banku. Widzimy przestrzeń do kilku kolejnych cięć w kolejnych miesiącach. Zobaczymy, na ile Varga będzie chciał to potwierdzać już w lutym. W obliczu zbliżających się wielkimi krokami wyborów nie spodziewamy się, że będzie w owej kwestii zbyt konkretny.
Nie możemy wykluczyć, że bank zdecyduje się poczekać z cięciem do marca, aby odpowiednio przyjrzeć się postępującym zmianom w otoczeniu makroekonomicznym (zwłaszcza ostatniemu spadkowi inflacji). Pauza mogłaby zaoferować forintowi w krótkim terminie pewne wsparcie. W obliczu nabierającej rumieńców kampanii wyborczej uczyniłoby to z drugiej połowy marca niezwykle gorący okres dla węgierskiej waluty.
W 2025 roku sprzedaż opon na rynek do dystrybutorów była na solidnym plusie w większości segmentów w największym segmencie opon do samochodów osobowych wzrosła o +2%, a w tym do SUV aż o +18,8%. Większą sprzedaż notowano również w segmencie opon dostawczych +7,9%, rolniczych +8,4% i motocyklowych +13,4%. Natomiast spadki nadal widoczne są w segmencie opon przemysłowych -6,4% oraz ciężarowych -12,5%.
W czwartym kwartale 2025 sprzedaż opon ogółem spadła o -4%, opon do samochodów osobowych o -9,8%, natomiast wzrosła w segmencie SUV aż o +18,6%, samochodów dostawczych +15,1%, przemysłowych o +15,4% oraz rolniczych o +4,4%. Zmalała sprzedaż w segmencie opon motocyklowych o -24,5% – standardowo sezonowa, a także do ciężarówek o -11,7%.
Na rynku europejskim zanotowano spadki sprzedaży w większości segmentów.
– Wyniki sprzedaży opon w 2025 roku obrazują złożony i segmentowy charakter popytu w warunkach umiarkowanego wzrostu gospodarczego i stopniowego osłabiania presji inflacyjnej w Polsce. W skali całego rynku sprzedaż ogółem odnotowała niewielki spadek (-0,7%), co wskazuje na względną stabilność przy jednoczesnym przesunięciu struktury popytu w kierunku konkretnych segmentów – przede wszystkim SUV oraz opon rolniczych i motocyklowych. To zróżnicowanie jest charakterystyczne dla rynków o rozwiniętej gospodarce konsumpcyjnej, gdzie konsumenci i przedsiębiorstwa optymalizują wydatki w odpowiedzi na czynniki kosztowe i popytowe. W kontekście konsumpcji prywatnej i popytu inwestycyjnego widać, że dynamika wzrostu PKB przekłada się na zwiększoną aktywność gospodarczą w obszarach związanych z transportem lżejszym i rekreacyjnym – stąd znaczne wzrosty sprzedaży opon do SUV (+18,8%) oraz motocyklowych (+13,4%). To sugeruje, że gospodarstwa domowe i małe przedsiębiorstwa zachowują relatywnie dobre nastroje konsumpcyjne i realne możliwości wydatkowania. Jednocześnie słabsze wyniki w segmencie opon ciężarowych (-12,5%) oraz przemysłowych (-6,4%) mogą odzwierciedlać ostrożność inwestycyjną firm użytkowych i logistycznych w obliczu globalnej niepewności oraz ewentualnych barier popytowych w eksporcie czy produkcji przemysłowej – wskazał Marcin Bardecki, prezes zarządu Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO).
Członkowie PZPO to najwięksi w Polsce i na świecie producenci opon. Codziennie z ich fabryk w naszym kraju wyjeżdża ponad 140 tys. opon z napisem „made in Poland” do samochodów osobowych, ciężarowych, autobusów czy maszyn rolniczych i przemysłowych.
– Wyniki sprzedaży opon w 2025 roku odzwierciedlają zmieniającą się strukturę popytu na rynku motoryzacyjnym w Polsce. Dane o sprzedaży opon wskazują na szczególnie silną dynamikę w segmencie SUV, który rośnie dwucyfrowo (+18,8% w skali całego roku i +18,6% w IV kwartale). To zgodne z obserwowanym na rynku trendem – popyt na samochody SUV i crossovery utrzymuje się na wysokim poziomie, a klienci indywidualni oraz firmy coraz częściej decydują się na pojazdy o tych nadwoziach. To zjawisko wynika z kilku czynników: preferencji konsumentów wynikających z komfortu użytkowania i postrzegania SUV-ów jako bardziej pakownych i uniwersalnych w warunkach zarówno miejskich, jak i pozamiejskich, jak również z konkurencyjności oferty producentów, którzy coraz szerzej umacniają SUV-y w swoich liniach modelowych. Wzrosty w segmencie opon do samochodów osobowych (+2% rocznie) i dostawczych (+7,9%) także potwierdzają ożywienie popytu na rynku pojazdów użytkowych i lekkich. Coraz wyraźniej widać, że popyt na nowe samochody osobowe i dostawcze jest odporna na spowolnienie gospodarczym i częściową ostrożność konsumentów, a klienci w większości kontynuują decyzje zakupowe, szczególnie tam, gdzie dostępność finansowania jest atrakcyjna, a koszty utrzymania pojazdu konkurencyjne – dodał Piotr Sarnecki, dyrektor generalny PZPO.
Europejski rynek opon
Popyt na opony w Europie spadał – sprzedaż opon konsumenckich (samochody osobowe, SUV-y i lekkie pojazdy użytkowe) zmniejszyła się o -5% w czwartym kwartale 2025 w porównaniu do czwartego kwartału 2024, kończąc cały rok o -2% niżej. Podobnie opony letnie, które odnotowały największy spadek o -7%, ponieważ nadal traciły udział na rzecz opon całorocznych. Natomiast sprzedaż opon zimowych spadła o -2% w całym 2025 roku. Gwałtowny spadek w czwartym kwartale był spowodowany łagodniejszą pogodą – w przeciwieństwie do IV kwartału 2024, kiedy wczesne, intensywne opady śniegu w niektórych częściach Europy zwiększyły popyt.
Wolumen opon dla ciężarówek i autobusów również osłabł: spadł o -2% w IV kwartale i o -4% w całym 2025 roku, co jest zgodne z ograniczoną aktywnością przewozową – sprzedaż pozostaje wrażliwa na produkcję przemysłową, która pozostała na niskim poziomie. Ponownie, wolumeny również zostały dotknięte wzrostem importu. Opony rolnicze były w czwartym kwartale w dużej mierze płaskie, ale zakończyły rok ze sprzedażą mniejszą o -4%, co odzwierciedla utrzymującą się ostrożność w inwestycjach rolnych.
– Spadek sprzedaży opon w Europie odzwierciedla utrzymującą się presję makro: niskie zaufanie konsumentów, ograniczony wzrost przejechanych mil oraz rosnącą penetrację importu w ciągu całego roku– powiedział Adam McCarthy, sekretarz generalny Tyres Europe.
Tyres Europe jest związkiem reprezentującym przemysł oponiarski w Europie, promującym bezpieczną, inteligentną i zrównoważoną mobilność. Tyres Europe reprezentuje 13 członków korporacyjnych, których globalna sprzedaż stanowi 70% światowego rynku opon, w tym 8 z 10 największych liderów branży. Łącznie producenci ci utrzymują silną pozycję w Unii Europejskiej (UE) i krajach kandydujących, posiadając ponad 70 zakładów produkcyjnych i ponad 20 centrów badawczo-rozwojowych. W sumie sektor oponiarski zapewnia prawie 500 000 miejsc pracy w całej UE.
Według badania CBRE „European Investor Intentions Survey 2026” nastroje inwestorów w Europie Środkowej i Wschodniej będą się poprawiać w 2026 r. Uczestnicy rynku wskazują, że będzie to bardziej aktywny rok pod względem transakcji na rynku nieruchomości dla tego regionu, w porównaniu z ogólną średnią europejską. Podczas gdy wiele rynków europejskich zmierza w kierunku stopniowej normalizacji, region CEE wyróżnia się silniejszym tempem wzrostu, większą skłonnością do podejmowania ryzyka i wyższą pewnością dotyczącą otoczenia makroekonomicznego.
Zgodnie z badaniem 58 proc. inwestorów działających w Europie Środkowo-Wschodniej planuje zwiększyć swoją aktywność zakupową w 2026 r., w porównaniu do 56 proc. w całej Europie. Aktywność po stronie sprzedaży jest jeszcze bardziej wyraźna: 48 proc. inwestorów z Europy Środkowo-Wschodniej spodziewa się sprzedać więcej aktywów, co znacznie przewyższa średnią europejską wynoszącą 41 proc. Jednocześnie odsetek inwestorów niechętnych do sprzedaży spadł do zaledwie 10 proc. z ponad 22 proc. dwa lata wcześniej, osiągając najniższy odnotowany poziom. Te trendy wskazują, że rynek Europy Środkowo-Wschodniej wkracza w fazę przyspieszonej rotacji aktywów, napędzanej zarówno poszukiwaniem okazji, jak i wymogami recyklingu kapitału.
Strategie zwiększania wartości zyskują na znaczeniu w obliczu korekt na rynku
W obecnych warunkach rynkowych strategie inwestycyjne są pragmatyczne. 41 proc. inwestorów z Europy Środkowo-Wschodniej decyduje się na strategie „value add”, w porównaniu z 37 proc. w całej Europie, podczas gdy na preferencję „core” wskazuje po 17 proc. To pokazuje większy nacisk na repozycjonowanie, selektywną przebudowę i możliwości uzyskania wyższych zysków, ponieważ inwestorzy zmagają się z lukami płynnościowymi, ustalaniem cen i zwiększoną zmiennością wzrostu.
– Według naszego badania jeden na pięciu europejskich inwestorów planuje ulokować kapitał w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Londyn pozostaje na szczycie ich listy, ale Warszawa awansowała z piątego na trzecie miejsce, osiągając najwyższą pozycję w historii. Wyprzedziła tym samym tradycyjne centra zachodnioeuropejskie, takie jak Berlin czy Paryż – powiedział Przemysław Felicki, dyrektor w dziale rynków kapitałowych w CBRE.
Luka między oczekiwaniami cenowymi stron transakcji pogłębiła się, wzrastając z 51 proc. do 59 proc. w Europie Środkowo-Wschodniej, podczas gdy w całej Europie odnotowano niewielki spadek z 64 proc. do 62 proc. To pokazuje, że utrzymują się napięcia między oczekiwaniami kupujących i sprzedających.
Korzystne warunki sprzyjają zaufaniu
Pomimo podwyższonego ryzyka, inwestorzy wskazują na kilka czynników sprzyjających zaufaniu do rynku Europy Środkowo-Wschodniej. Niższe koszty zadłużenia wymienia 59,8 proc. inwestorów z regionu Europy Środkowo-Wschodniej, w porównaniu z 46 proc. w całej Europie, co czyni je najważniejszym czynnikiem sprzyjającym w regionie. Atrakcyjne ceny wejścia (43,3 proc.) i zmniejszona liczba projektów deweloperskich (40,9 proc.) są również częściej wskazywane w regionie CEE jako czynniki pozytywne w porównaniu do szerszej próby europejskiej, co wspiera decyzje inwestycyjne.
Na poziomie europejskim nastroje uległy znacznej poprawie: 89 proc. inwestorów spodziewa się wzrostu lub utrzymania się aktywności zakupowej w 2026 r., a 83 proc. przewiduje wzrost lub utrzymanie się aktywności sprzedażowej. Ta ogólna poprawa nastrojów znajduje odzwierciedlenie na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie inwestorzy coraz częściej postrzegają rok 2026 jako czas ożywienia w obszarze transakcji.
Sektor mieszkaniowy pozostaje filarem rynku
Nieruchomości mieszkalne utrzymują pozycję najbardziej atrakcyjnego sektora w całej Europie. Preferencje inwestorów dotyczące obiektów mieszkaniowych wzrosły z około 23 proc. w 2022 r. do prawie 34 proc. w 2026 r. Logistyka, po osiągnięciu szczytu w 2024 r., spadła do około 25 proc., podczas gdy sektor biurowy odnotował spadek, z prawie 39 proc. w 2022 r. do około 13 proc. w 2026 r. Sektor detaliczny i hotelarski ustabilizowały się na niskim lub średnim poziomie jednocyfrowym. Preferencje inwestorów w Europie Środkowo-Wschodniej są zgodne z tym trendem.
– Alokacje kapitału zmieniają kierunek z logistyki dominującej w 2024 r., w stronę bardziej zrównoważonego zestawu sektorów do 2026 r. Nieruchomości mieszkaniowe pozostają kluczowe, pomimo nadal ograniczonych wolumenów inwestycji w niektórych częściach regionu. Znaczenie zyskują nieruchomości handlowe i hotelowe, podczas gdy nieruchomości biurowe odnotowują niewielki wzrost popularności po gwałtownym spadku po pandemii – dodał Przemysław Felicki.
Miasta Europy Środkowo-Wschodniej zyskują na znaczeniu w rankingach inwestycji
W rankingu najbardziej atrakcyjnych miast Europy pod względem transgranicznych inwestycji w nieruchomości w 2026 r. nastąpiły znaczące zmiany. Londyn utrzymuje swoją długoletnią pozycję na szczycie, a Madryt i Barcelona zapewniają sobie miejsca w pierwszej piątce. Najbardziej znaczącą zmianą dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej jest awans Warszawy na trzecie miejsce, co stanowi jej najwyższy dotychczasowy wynik i podkreśla rosnącą międzynarodową atrakcyjność wybranych rynków Europy Środkowo-Wschodniej. Zmiana ta zbiega się w czasie ze względnym spadkiem pozycji w rankingu kilku tradycyjnie dominujących miast Europy Zachodniej.
Na poziomie krajowym Polska zajmuje trzecie miejsce wśród rynków europejskich, które mają przynieść najwyższe całkowite zyski z nieruchomości w 2026 r., po Hiszpanii na pierwszym miejscu i Wielkiej Brytanii na drugim.
Kwestie ESG kształtowane przez wrażliwość na ryzyko i ceny
Zrównoważony rozwój nadal wpływa na decyzje inwestycyjne w całej Europie i Europie Środkowo-Wschodniej. Modernizacja istniejących budynków jest uznawana za najczęstszą strategię ESG, priorytetową dla 67 proc. inwestorów z CEE, w porównaniu z 63 proc. w całej Europie. Ponadto 33 proc. inwestorów z Europy Środkowo-Wschodniej domaga się obniżek cen aktywów o słabych wynikach w zakresie zrównoważonego rozwoju, w porównaniu z 23 proc. w Europie. Z kolei 24 proc. jest bardziej skłonnych całkowicie unikać takich aktywów, w porównaniu z 21 proc. na poziomie europejskim. Chociaż kwestie ESG mają wpływ na prawie wszystkich inwestorów w Europie Środkowo-Wschodniej, często są one stosowane w celu ograniczenia ryzyka i obniżenia kosztów, a nie w celu priorytetowego traktowania proaktywnych ulepszeń w zakresie zrównoważonego rozwoju. Coraz częściej wyniki w zakresie zrównoważonego rozwoju znajdują bezpośrednie odzwierciedlenie w wycenie aktywów i wyborze inwestycji.
Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO), Mirosław Wróblewski, nałożył na spółkę DPD Polska dwie administracyjne kary pieniężne o łącznej wysokości przekraczającej 11 mln zł. Powodem decyzji są wykazane w toku kontroli nieprawidłowości w zakresie powierzania przetwarzania danych zewnętrznym podmiotom oraz uchybienia w systemie nadawania upoważnień pracowniczych.
Postępowanie administracyjne, które doprowadziło do ukarania operatora logistycznego, zostało wszczęte z urzędu po przeprowadzeniu czynności kontrolnych w siedzibie spółki. Kontrola dotyczyła procesów przetwarzania danych osobowych klientów (m.in. imion, nazwisk, adresów, numerów telefonów, a nawet podpisów i numerów kont bankowych) w związku ze świadczeniem usług kurierskich.
Brak umów powierzenia z przewoźnikami zewnętrznymi
Kluczowym punktem sporu między organem nadzorczym a spółką była rola tzw. przewoźników LNH – zewnętrznych podmiotów transportujących przesyłki między oddziałami DPD.
Stanowisko spółki: DPD argumentowała, że transport przesyłek to jedynie usługa przewozu, która nie wiąże się z przetwarzaniem danych osobowych przez przewoźnika, w związku z czym umowy powierzenia danych (wymagane przez art. 28 ust. 3 RODO) nie są konieczne.
Decyzja UODO: Prezes Urzędu nie podzielił tej argumentacji. Wskazał, że kierowcy zewnętrznych firm uczestniczyli w załadunku i rozładunku, mając bezpośredni dostęp do etykiet adresowych. Ponadto transport odbywał się pojazdami, którymi dysponowali przewoźnicy, co oznacza, że realnie sprawowali oni pieczę nad danymi.
Za brak zawarcia stosownych umów powierzenia na administratora nałożono karę w wysokości 6,251 mln zł.
Wadliwy system upoważnień dla pracowników
Drugi filar decyzji dotyczy wewnętrznych procedur spółki. Organ nadzorczy zakwestionował automatyczny system nadawania upoważnień do przetwarzania danych.
W DPD Polska upoważnienia były generowane przez system informatyczny po zaliczeniu przez pracownika testu wiedzy na platformie edukacyjnej. PUODO uznał jednak, że powstający w ten sposób plik:
Nie zawierał imienia i nazwiska pracownika.
Brakowało na nim podpisu osoby udzielającej upoważnienia w imieniu administratora.
Miał zbyt ogólnikową treść.
Zdaniem urzędu, takie rozwiązanie nie może być uznane za skuteczne oświadczenie woli administratora. Uznano to za naruszenie art. 29 oraz art. 32 ust. 4 RODO, a także za niewdrożenie własnej polityki ochrony danych (art. 24 ust. 2 RODO). Za te uchybienia organizacyjne spółka musi zapłacić 5,209 mln zł.
Podsumowanie kar
Rodzaj naruszenia
Podstawa prawna (RODO)
Kwota kary
Brak umów powierzenia z przewoźnikami LNH
art. 28 ust. 3
6,251 mln zł
Niewdrożenie odpowiednich środków organizacyjnych (wadliwe upoważnienia)
art. 24 ust. 2, art. 29, art. 32 ust. 4
5,209 mln zł
ŁĄCZNIE
11,460 mln zł
Prezes UODO podkreślił w uzasadnieniu, że administrator danych ma obowiązek zapewnić, aby każdy proces przetwarzania odbywał się wyłącznie na jego polecenie i pod pełną kontrolą, co w tym przypadku nie zostało dochowane. Decyzja o sygnaturze DKN.5112.1.2023 zamyka proces administracyjny w tej sprawie.
Spółka Melanos Care sp. z o.o. ogłosiła zamknięcie rundy inwestycyjnej o łącznej wartości 5,4 mln PLN. Finansowanie zapewnił fundusz Hard2beat, który zainwestował 3 mln PLN, oraz liczna grupa aż 10 aniołów biznesu z łącznym wkładem wynoszącym 2,4 mln PLN.
Pozyskany kapitał zostanie przeznaczony na skalowanie procesu produkcji bioidentycznej melaniny do poziomu pilotażowego oraz dalsze prace badawczo-rozwojowe i certyfikację. Równolegle środki pozwolą na dynamiczny rozwój marki dermokosmetycznej w modelu D2C, która wprowadzi na rynek produkty depigmentacyjne oparte na unikalnej technologii stworzonej na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Przełom w fotoprotekcji: 14 dni ochrony dzięki technologii prof. Marcina Majki
Fundamentem Melanos Care jest unikalna technologia opracowana przez jednego z założycieli spółki, prof. Marcina Majkę. Pozwala ona na wytwarzanie naturalnej, ludzkiej melaniny z komórek macierzystych (iPSC). Dzięki swojej bioidentyczności, biomelanina jest traktowana przez organizm jak własny pigment i wiąże się bezpośrednio z keratynocytami w głębszych warstwach naskórka. Dzięki temu ochrona nie znika pod wpływem wody czy ścierania, lecz pozostaje w skórze przez cały cykl życia komórki, aż do jej naturalnego złuszczenia się, co zapewnia fotoprotekcję i działanie antyoksydacyjne nawet przez 14 dni po pojedynczej aplikacji.
To rozwiązanie otwiera zupełnie nowe możliwości w segmencie anti-aging. Podczas gdy tradycyjne filtry chemiczne SPF skupiają się głównie na ochronie przed UVB, technologia Melanos Care skutecznie neutralizuje także promieniowanie UVA, które przenika głębiej i jest bezpośrednio odpowiedzialne za fotostarzenie się skóry, degradację kolagenu oraz powstawanie zmarszczek. Całość procesu jest w pełni biodegradowalna i bezpieczna dla ekosystemów morskich, co stanowi ekologiczną alternatywę dla syntetycznych filtrów chemicznych.
Opracowanie procesu wytwarzania biomelaniny to owoc mojej wieloletniej pracy z komórkami iPSC i przekonania, że najlepsze rozwiązania to te, które naśladują naturalne mechanizmy ochrony przed promieniowaniem UV. Melanina jest pigmentem, który chroni nas od tysięcy lat – naszym celem było znaleźć sposób, by dostarczyć ją skórze w formie bioidentycznej, bez inżynierii genetycznej i bez syntetycznych kompromisów. Cieszę się, że udało nam się opracować technologię, która łączy skuteczność potwierdzoną biologią z bezpieczeństwem zarówno dla użytkownika, jak i dla środowiska – prof. Marcin Majka, współzałożyciel Melanos Care i współtwórca technologii.
Medyczny wymiar technologii: Od profilaktyki nowotworów po wsparcie w albinizmie
Potencjał technologii Melanos Care wykracza daleko poza rynek beauty, stanowiąc fundament dla nowej klasy biologicznych wyrobów medycznych. Kluczowym aspektem jest profilaktyka nowotworów skóry – biomelanina w sposób naturalny chroni DNA komórkowe przed uszkodzeniami wywołanymi promieniowaniem UV, które są główną przyczyną powstawania groźnych zmian nowotworowych.
Spółka przewiduje szerokie zastosowanie technologii w terapiach schorzeń dermatologicznych i genetycznych zaczynając od wsparcia w albinizmie poprzez opracowanie terapii wspomagających dla osób pozbawionych naturalnego pigmentu, które zmagają się ze skrajną fotowrażliwością i wysokim ryzykiem onkologicznym, przez tworzenie formuł ochronnych dla pacjentów z bielactwem, łuszczycą czy fotodermatozami o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym aż po zastosowanie biomelaniny w biozgodnych opatrunkach, implantach skórnych i materiałach medycznych, gdzie może pełnić funkcję aktywnej bariery antyoksydacyjnej.
Unikalne właściwości biomelaniny w zakresie działania przeciwzapalnego i antywolnorodnikowego umożliwiają spowolnienie przedwczesnego starzenia się skóry – co tworzy nową klasę produktów medycyny antiaging – mówi Piotr Sznelewski, dermatolog, lekarz medycyny estetycznej, będący jednym z założycieli Spółki.
Nie tylko biomelanina, ale i skuteczna walka z przebarwieniami
Strategia Melanos Care wykracza poza fotoprotekcję, oferując kompleksowe rozwiązanie problemów pigmentacyjnych skóry. Już w 2026 roku na rynek trafi pierwsza linia dermokosmetyków typu D2C (direct-to-consumer), dedykowana walce z hiperpigmentacją. Produkty te oparte są na innowacyjnej pochodnej kwasu cynamonowego, na którą spółka posiada wyłączną licencję z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Badania w modelu in vitro potwierdziły, że ta unikalna substancja redukuje poziom melaniny w skórze aż o 44%, przewyższając skutecznością dotychczasowe standardy rynkowe, takie jak kwas kojowy. Dzięki połączeniu silnego działania depigmentacyjnego z właściwościami przeciwzapalnymi i antyoksydacyjnymi, nowa marka wypełni lukę między agresywnymi terapiami dermatologicznymi a łagodną pielęgnacją domową.
„Science-backed beauty”
Inwestycja Hard2beat wpisuje się w silny globalny trend „science-backed beauty”, w ramach którego konsumenci rezygnują z przypadkowych produktów na rzecz rozwiązań o udowodnionym naukowo działaniu i biologicznym mechanizmie wpływu na skórę. Jest to obecnie również jeden z najbardziej dynamicznych obszarów na rynku fuzji i przejęć (M&A). Globalne koncerny, takie jak L’Oréal, Beiersdorf, Estée Lauder czy Unilever, wykazują rosnący apetyt na innowacyjne technologie o medycznym rodowodzie, które pozwalają im budować przewagę technologiczną w segmencie premium. Spektakularnym potwierdzeniem tego trendu było przejęcie w czerwcu 2025 roku brytyjskiej marki Medik8 przez L’Oréal za kwotę około 1 miliarda euro czy akwizycja marki Gallinée przez Shiseido. Melanos Care, łącząc unikalne IP z potencjałem komercyjnym, staje się naturalnym celem dla globalnych graczy poszukujących przełomowych, naukowych rozwiązań, które mogą zdefiniować rynek pielęgnacji na nowo.
“Melanos Care to dla nas projekt, który wykracza poza tradycyjne ramy sektora dermokosmetycznego. Nasza teza inwestycyjna opiera się na przekonaniu, że technologia ta nie tylko rozwiązuje realne problemy konsumentów z zupełnie nową skutecznością – kto z nas nie chciałby zamienić uciążliwej konieczności nakładania kremu z filtrem co 2-3 godziny na bezpieczną ochronę trwającą nawet 14 dni? – ale ma potencjał, by stworzyć całkowicie nową kategorię na rynku beauty. Tak jak przed laty toksyna botulinowa zrewolucjonizowała medycynę estetyczną, tak naturalna biomelanina może zdefiniować na nowo standardy ochrony skóry. To dla nas nie tylko inwestycja w estetykę, ale również w bezpieczeństwo i profilaktykę zdrowotną w kontekście rosnącej liczby nowotworów skóry, takich jak czerniak – mówi Konrad Trzyna, partner zarządzający funduszu Hard2beat, który przewodził rundzie inwestycyjnej.
Komplementarny zespół liderów
Melanos Care swoją przewagę rynkową zamierza budować na unikalnym połączeniu kompetencji naukowych, klinicznych oraz operacyjnych zespołu założycielskiego. Na czele spółki stoi prof. Marcin Majka (CEO), światowej klasy ekspert w dziedzinie komórek macierzystych związany z Uniwersytetem Jagiellońskim. Jego dorobek obejmujący ponad 180 publikacji naukowych oraz doświadczenie zdobyte w ośrodkach takich jak University of Pennsylvania, stanowią fundament merytoryczny technologii produkcji biomelaniny. Za kliniczny wymiar projektu i jego dopasowanie do realnych potrzeb pacjentów odpowiada dr Piotr Sznelewski (CMO), ceniony dermatolog i lider opinii w branży medycyny estetycznej, dysponujący unikalnym networkiem w środowisku medycznym .
Warstwę biznesową i strategiczną projektu budują wspólnicy z udokumentowanymi sukcesami w skalowaniu przedsięwzięć na dużą skalę. Konrad Szczukiewicz (COO), posiadający doświadczenie w globalnych strukturach koncernu farmaceutycznego GSK, wnosi do zespołu perspektywę międzynarodową oraz doświadczenie exited-foundera – jego poprzedni startup, ShelfWise, został przejęty przez amerykański fundusz private equity w 2021 roku. Za stabilność operacyjną i finansową (CFO) odpowiada Marcin Liwoch, menedżer z ponad 25-letnim stażem, który jako współtwórca wiodącego na rynku systemodawcy dla producentów stolarki otworowej udowodnił zdolność do budowania od podstaw organizacji o wielomilionowej wartości.
Według najnowszych analiz Biura Maklerskiego Banku BNP Paribas, polska gospodarka wchodzi w 2026 rok w relatywnie dobrej kondycji makroekonomicznej, jednak z punktu widzenia przedsiębiorców obraz ten jest znacznie bardziej zniuansowany. Wzrost PKB pozostaje solidny, a jego głównym filarem nadal jest popyt krajowy, wspierany przez konsumpcję prywatną oraz wyraźnie rosnące wydatki publiczne. Jednocześnie coraz wyraźniej widać, że stabilne wskaźniki makro nie eliminują ryzyk operacyjnych i finansowych, z którymi na co dzień mierzy się polski biznes.
Jednym z kluczowych wyzwań pozostaje zmienność otoczenia gospodarczego. Choć dynamika wzrostu gospodarczego może okresowo przekraczać 4%, dane o aktywności w końcówce ubiegłego roku pokazały, że momentum nie jest równomierne. Dla firm oznacza to konieczność funkcjonowania w warunkach niepewnego popytu, krótszych cykli planistycznych i większej ostrożności w zarządzaniu kosztami. W szczególności przedsiębiorstwa działające w sektorach wrażliwych na konsumpcję muszą brać pod uwagę fakt, że choć realne dochody gospodarstw domowych rosną, to tempo wzrostu płac wyraźnie hamuje.
Element krajobrazu inwestycyjnego
Drugim istotnym elementem krajobrazu gospodarczego są inwestycje. Napływ środków unijnych, w tym funduszy z Krajowego Planu Odbudowy, tworzy bezprecedensowe możliwości rozwojowe, zwłaszcza dla firm zaangażowanych w projekty infrastrukturalne, energetyczne czy technologiczne. Jednocześnie oznacza to wzrost konkurencji o zasoby, presję na moce wykonawcze oraz konieczność sprawnego finansowania działalności w okresie realizacji kontraktów. W praktyce coraz większego znaczenia nabiera płynność finansowa i zdolność do elastycznego reagowania na przesunięcia harmonogramów płatności, które w projektach publicznych nie należą do rzadkości.
Otoczenie monetarne również pozostaje wyzwaniem. Choć oczekiwane są dalsze obniżki stóp procentowych, proces ten zbliża się do końca, a realne stopy mają pozostać dodatnie. Dla przedsiębiorców oznacza to, że koszt kapitału wprawdzie stopniowo obniża się, ale nie wraca do poziomów znanych sprzed kilku lat. W takiej sytuacji kluczowe staje się świadome zarządzanie strukturą finansowania działalności oraz ochrona marż w warunkach ograniczonej presji inflacyjnej na ceny towarów, ale wciąż podwyższonej dynamiki cen usług.
Znaczenie otoczenia zewnętrznego
Nie bez znaczenia pozostaje także otoczenie zewnętrzne. Polska gospodarka wciąż silnie zależy od koniunktury w Europie Zachodniej, zwłaszcza w Niemczech, a ewentualne wahania kursowe czy napięcia geopolityczne mogą wpływać na przepływy kapitału i warunki handlu zagranicznego. Dla firm eksportowych oznacza to potrzebę większej odporności finansowej i umiejętności funkcjonowania w warunkach zmiennego otoczenia walutowego.
Ten rok zapowiada się jako okres umiarkowanego optymizmu, ale także rosnących wymagań wobec zarządzania przedsiębiorstwem. Stabilny wzrost gospodarczy i niska inflacja tworzą sprzyjające tło, jednak o przewadze konkurencyjnej decydować będzie zdolność firm do utrzymania płynności, szybkiego reagowania na zmiany i wykorzystywania pojawiających się impulsów inwestycyjnych bez nadmiernego obciążania bilansu. Właśnie w tej przestrzeni, pomiędzy makroekonomiczną stabilizacją a operacyjną niepewnością, rozgrywać się będą najważniejsze decyzje polskiego biznesu w nadchodzących miesiącach.
Profesjonalny wizerunek to coś więcej niż dobrze dobrany strój czy dopracowana prezentacja. To także przestrzeń, w której codziennie pracujesz, spotykasz się z klientami i prowadzisz rozmowy. Może się wydawać, że biuro czy gabinet to tylko miejsce wykonywania obowiązków, ale w praktyce to wizytówka, która mówi o Tobie więcej niż słowa. Dobrze zaprojektowane wnętrze realnie wpływa na to, jak jesteś postrzegany – buduje zaufanie, poczucie stabilności i komfort zarówno Twój, jak i osób, z którymi współpracujesz.
Jak porządek w biurze wpływa na wizerunek?
Każde wnętrze coś komunikuje. To, jak wygląda Twoje biuro lub gabinet, wpływa na odbiór profesjonalizmu. Uporządkowana przestrzeń sugeruje organizację i kontrolę, podczas gdy bałagan może wywoływać wrażenie chaosu – nawet jeśli merytorycznie wszystko masz dopięte.
Nie chodzi o luksusowe wykończenia. Chodzi o spójność i dbałość o detale. Wnętrze, w którym każdy element ma swoje miejsce, działa subtelnie, ale skutecznie. Nie przyciąga nadmiernie uwagi – po prostu wzmacnia Twój autorytet.
Jak meble wpływają na postrzeganie Twojej pracy?
Meble w miejscu pracy mają większe znaczenie, niż zwykle zakładamy. To one tworzą tło, które porządkuje przestrzeń i wpływa na odbiór całego wnętrza.
Dobrze dobrane wyposażenie buduje spójny wizerunek. Przypadkowe elementy – nawet solidne – mogą wprowadzać dysonans. W efekcie przestrzeń wygląda niespójnie, a to obniża odbiór profesjonalizmu.
Szczególną rolę odgrywa fotel do biura lub gabinetu. To element stale obecny w kadrze podczas spotkań, rozmów i wideokonferencji. Stabilny, dopasowany stylistycznie fotel buduje wrażenie pewności i dbałości o szczegóły. Z kolei mebel niedopasowany kolorystycznie lub stylistycznie może sprawiać wrażenie przypadkowego wyboru.
Czasem decydują detale:
fotel, który nie współgra z biurkiem,
zbyt kontrastowa kolorystyka,
element wyraźnie „z innej bajki”.
Meble powinny wspierać wizerunek, a nie go rozpraszać.
Jeśli zależy Ci na spójnym i neutralnym wyposażeniu gabinetu, warto sprawdzić ofertę, jaką oferuje sklep internetowy Mission. To modele zaprojektowane tak, by łatwo dopasować je do różnych aranżacji biura i domowego gabinetu.
Trzy filary profesjonalnego odbioru przestrzeni
Profesjonalizm widać w detalach. Najczęściej budują go nie efektowne dodatki, lecz konsekwencja w kilku podstawowych obszarach.
Kolor
Neutralna baza – czerń, brąz, beże, szarości – kojarzy się ze stabilnością i przewidywalnością. Zbyt intensywne barwy mogą rozpraszać, dlatego lepiej stosować je jako akcent, nie dominujący motyw.
Forma
Proste linie i czyste kształty porządkują przestrzeń. Meble bez nadmiaru ozdobników wyglądają profesjonalnie i ponadczasowo. Mieszanie przypadkowych stylów obniża spójność aranżacji.
Porządek
Mniej rzeczy na widoku, uporządkowane dokumenty i jednolite wykończenia budują przekaz: „tu panuje kontrola”. A jeśli kontrolujesz przestrzeń, łatwiej uwierzyć, że kontrolujesz także procesy i projekty.
Przestrzeń a relacje zawodowe
Wygląd miejsca pracy wpływa nie tylko na wrażenie estetyczne, ale też na przebieg rozmów. Uporządkowane biuro wysyła sygnał: tu jest spokój i przewidywalność.
W praktyce oznacza to:
niższe napięcie podczas rozmowy,
większe poczucie kompetencji po Twojej stronie,
łatwiejsze skupienie się na treści spotkania.
To szczególnie widoczne podczas spotkań online. Tło jest cały czas w kadrze, dlatego chaotyczne otoczenie może nieświadomie rozpraszać odbiorcę. Spójne, neutralne wnętrze buduje zaufanie jeszcze zanim padnie pierwsze zdanie.
Nie chodzi o dekoracje ani efekt „wow”. Chodzi o przestrzeń, która nie konkuruje z rozmową, tylko ją wspiera.
Profesjonalizm widoczny w przestrzeni pracy
Profesjonalny wizerunek nie kończy się na doświadczeniu i kompetencjach. Przestrzeń, w której pracujesz, jest ich cichym nośnikiem. Zanim zaczniesz mówić, wnętrze już buduje określone wrażenie.
Dobra wiadomość jest taka, że nie potrzeba rewolucji ani kosztownego remontu. Najczęściej wystarczy:
uporządkować to, co jest na widoku,
ujednolicić kolorystykę,
zadbać o wyposażenie gabinetu, które wzmacnia spójność.
Bo profesjonalizm widać nie tylko w słowach. Widać go w przestrzeni..
Inauguracja prezydencka w styczniu 2025 roku zbiegła się z głośnym startem dwóch projektów kryptowalutowych powiązanych z rodziną Trumpów. Po krótkim okresie rynkowej euforii oba tokeny szybko straciły na wartości. Według danych CryptoRank tokeny Official Trump oraz Melania Meme spadły odpowiednio o 92% i 99% względem swoich szczytów, co przełożyło się na niemal całkowite „wyparowanie” ich wcześniejszej kapitalizacji. Łączne straty inwestorów detalicznych szacowane są na 4,3 mld dolarów, co stawia te projekty wśród najbardziej dotkliwych przypadków dla drobnych uczestników rynku w segmencie PolitiFi.
Analiza danych on-chain pokazuje wyraźną nierównowagę między wynikami inwestorów indywidualnych a podmiotów uznawanych za insiderów. Podczas gdy aktywa przypisane do blisko dwóch milionów portfeli detalicznych straciły zdecydowaną większość wartości, podmioty zbliżone do projektów miały zrealizować wpływy przekraczające 600 mln dolarów, głównie poprzez opłaty transakcyjne i sprzedaż tokenów. W ujęciu relacyjnym oznacza to, że na każdego dolara zysku po stronie insiderów przypadało średnio około 20 dolarów strat po stronie inwestorów indywidualnych.
Wątpliwości analityków budzi również struktura podaży. Podmioty powiązane z otoczeniem prezydenta, takie jak CIC Digital oraz Fight Fight Fight LLC, mają kontrolować łącznie około 80% emisji. Taka koncentracja zwiększa ryzyko rynkowe, ponieważ w tych portfelach nadal pozostają tokeny niewprowadzone do obrotu o szacowanej wartości 2,7 mld dolarów. Harmonogram ich uwalniania (vesting), rozpisany do połowy 2028 roku, oznacza stały „nawis” podaży, który utrudnia trwałe odbicie notowań.
Skutki rynkowe szybko przeniosły się na grunt polityczny. W Kongresie USA pojawiły się propozycje nowych regulacji, m.in. MEME Act oraz Stop TRUMP in Crypto Act, których celem jest ograniczenie możliwości promowania spekulacyjnych aktywów cyfrowych przez osoby pełniące funkcje publiczne i ich rodziny. Zdaniem części ekspertów, przy obecnej konstrukcji tokenów i skali przyszłej podaży perspektywy odrobienia strat przez obecnych posiadaczy pozostają bardzo ograniczone.