Płace w Polsce rosną wolniej. Maj przyniósł drugi najsłabszy wynik od dwóch lat

Majowe dane o wynagrodzeniach w sektorze przedsiębiorstw potwierdzają dalsze wyhamowywanie dynamiki płac. Przeciętne wynagrodzenie wzrosło o 5,8 proc. rok do roku, wobec oczekiwań rynkowych na poziomie 6,0 proc. To drugi najniższy odczyt od dwóch lat – słabszy wynik odnotowano jedynie w kwietniu, gdy tempo wzrostu płac wyniosło 5,4 proc.

Po bardzo silnych wzrostach wynagrodzeń obserwowanych w 2024 roku, kiedy dynamika płac była najwyższa od ponad dwóch dekad, rynek pracy stopniowo wraca do bardziej zrównoważonego tempa wzrostu. Przeciętne wynagrodzenie w przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 10 osób wyniosło w maju 9 173,24 zł brutto.

Opublikowane dane konsekwentnie potwierdzają wygasanie presji płacowej w gospodarce. To istotna informacja z punktu widzenia polityki pieniężnej, ponieważ silny wzrost wynagrodzeń był w ostatnich latach jednym z czynników podtrzymujących inflację w sektorze usług. Obecnie Rada Polityki Pieniężnej jako główne źródła ryzyka inflacyjnego wskazuje przede wszystkim potencjalne szoki związane z cenami energii oraz możliwość dalszego przenoszenia wzrostu cen na kolejne obszary gospodarki.

Choć komunikacja Prezesa NBP oraz pozostałych członków Rady Polityki Pieniężnej wskazuję na stabilizację stóp procentowych w najbliższych kwartałach, warto zwrócić uwagę na ostatnie decyzje banków centralnych w regionie. Zarówno Europejski Bank Centralny, jak i bank centralny Czech zdecydowały się w czerwcu na podwyżki stóp procentowych o 25 punktów bazowych.

Kurs dolara nie odpuszcza. Pokojowe sygnały z Zatoki nie zmieniają trendu

Dane z Polski okazały się lepsze od oczekiwań, co nie oznacza jeszcze, że były dobre. Rozmowy pokojowe, mimo kłód rzucanych pod nogi przez Izrael, idą do przodu. Dolar umacnia się wraz z prognozowanymi wzrostami stóp procentowych.

Lepsze dane z Polski

W piątek poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej z Polski. Analitycy oczekiwali wzrostu o 2,5%, a otrzymaliśmy 4,1%. Jest to oczywiście miła niespodzianka, ale 4,1% w kraju, który jednak w dużej mierze stawia na przemysł, nie jest wynikiem szczególnie mocnym. Wiadomo, to nadal lepiej niż zakładano, jednak jeśli chcemy gonić Zachód, ten wskaźnik powinien być wyższy. Z jednej strony, przy programach zbrojeniowych, jest to naprawdę niewiele. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że nasz główny partner handlowy, czyli Niemcy, przeżywa ostatnio trudniejszy okres gospodarczo. Nie można zatem oczekiwać rewelacyjnych wyników w Polsce, skoro po drugiej stronie Odry gospodarka złapała zadyszkę. Jak reagowały rynki? Przy dużej chęci szukania ruchu można doszukać się umocnienia złotego. Problem w tym, że skala tej zmiany jest niewielka. Kurs euro nadal przekracza 4,26 zł.

Porozumienie w Zatoce Perskiej

W tle mundialu postępują rozmowy pokojowe pomiędzy USA a Iranem. W weekend rozpoczęły się negocjacje w Szwajcarii. Z pozytywów – żadna ze stron ich nie zerwała. Postęp jest na razie bardzo powolny, ale jest zgoda, by w ciągu 60 dni wypracowywać szersze posiedzenie, na które podpisano memorandum. Problemem pozostaje Izrael, który cały czas uważa, że obecne porozumienie nie zabrania mu prowadzenia działań w Libanie. Nie zmienia to faktu, że powoli wraca ruch w Cieśninie Ormuz. Baryłka ropy Brent po piątkowych wzrostach i dzisiejszej porannej korekcie spadła w okolice 79 USD. Musimy jednak pamiętać, że o ile przywracanie żeglugi w Cieśninie Ormuz powoduje, że ropa naftowa tanieje, to sam powrót surowca z Iranu na rynek będzie do pewnego poziomu hamował spadek cen. No chyba, że Ukraina będzie kontynuowała udane ataki na Rosję i kraj ten będzie musiał zostawić więcej surowca na wewnętrzne potrzeby.

Dolar wciąż silny

W ostatnich dniach jesteśmy świadkami wyraźnego umocnienia dolara. Powodem jest fakt, że wielu inwestorów oczekiwało, iż nowy prezes FED Kevin Warsh spowoduje, że przestaniemy rozmawiać o podwyżkach stóp procentowych w najbliższym czasie. Stało się dokładnie odwrotnie. Pierwszej podwyżki rynki oczekują już we wrześniu, a drugiej w grudniu. Biorąc pod uwagę, że jeszcze na początku tego roku zastanawiano się, kiedy i ile będziemy mieli obniżek, jest to spora zmiana. O tym jak ważny jest to zwrot, najlepiej świadczy reakcja głównej pary walutowej świata. Obecnie wielu analityków spodziewało się odejścia od dolara, ze względu na spadek intensywności działań w Zatoce Perskiej. Zmiany w stopach procentowych w USA są jednak tak istotne, że mimo działań pokojowych dolar wciąż drożeje.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – Kanada – inflacja konsumencka.

Rzecznik MŚP interweniuje w sprawie składek ZUS. Problem dotyczy wspólników spółek

Minister Agnieszka Majewska, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zwróciła się do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej z pytaniem o stan prac legislacyjnych dotyczących skutków kwestionowania przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych tytułów do ubezpieczeń społecznych po wielu latach od ich zgłoszenia. Problem dotyka przedsiębiorców, którzy mimo opłacania składek zgodnie z obowiązującą praktyką, po kontroli ZUS tracą możliwość odzyskania nienależnie wpłaconych środków.

Wątpliwości dotyczą przede wszystkim sytuacji wspólników spółek z ograniczoną odpowiedzialnością posiadających całość lub znaczną część udziałów, zatrudnionych jednocześnie w swoich spółkach na podstawie umowy o pracę. W wielu przypadkach ZUS po latach kwestionuje taki tytuł do ubezpieczeń społecznych. Jednocześnie obowiązujące przepisy ograniczają możliwość składania korekt dokumentów rozliczeniowych po upływie pięciu lat od dnia wymagalności składek, co w praktyce zamyka drogę do odzyskania nadpłaconych środków.

Rzecznik MŚP wskazała, że Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej już wcześniej informowało o prowadzonych pracach nad rozwiązaniami mającymi przeciwdziałać negatywnym skutkom takich sytuacji.

Przedsiębiorcy muszą mieć pewność, że nie będą ponosić konsekwencji zmian interpretacyjnych dokonywanych po wielu latach. Jeżeli państwo uznaje, że składki zostały opłacone na niewłaściwe konto lub z niewłaściwego tytułu, powinno jednocześnie stworzyć skuteczny mechanizm umożliwiający odzyskanie nienależnie wpłaconych środków. Obecna sytuacja prowadzi do naruszenia poczucia bezpieczeństwa prawnego przedsiębiorcówpodkreśla Minister Agnieszka Majewska, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

W wystąpieniu do resortu rodziny Rzecznik MŚP poprosiła o przedstawienie informacji na temat prowadzonych prac legislacyjnych, w szczególności ich zakresu, kierunku planowanych zmian oraz przewidywanego terminu skierowania projektu do uzgodnień międzyresortowych, konsultacji publicznych i opiniowania.

Rzecznik MŚP od początku swojej kadencji zaznacza, że przedsiębiorcy powinni mieć możliwość działania w zaufaniu do państwa i jego instytucji. Zmiana oceny sytuacji prawnej po wielu latach nie może prowadzić do trwałej utraty środków finansowych przez przedsiębiorców, którzy wykonywali swoje obowiązki zgodnie z obowiązującymi wówczas zasadami.

Jak wybrać sprzęt cardio do domu, żeby ćwiczyć regularnie i bez chaosu

Domowy trening działa najlepiej wtedy, gdy sprzęt pasuje do codzienności

Wybór sprzętu cardio do mieszkania bardzo często zaczyna się od emocji. Ktoś widzi duże urządzenie, wyobraża sobie szybkie efekty i zakłada, że od jutra będzie ćwiczyć codziennie. W praktyce liczy się jednak coś innego. Największą wartość ma taki sprzęt, który naprawdę da się włączyć do zwykłego tygodnia. Dla jednej osoby najlepsza będzie bieżnia domowa, bo pozwala chodzić lub biegać bez względu na pogodę. Ktoś inny lepiej wykorzysta rowerki do ćwiczeń, bo woli spokojniejszy rytm i pozycję siedzącą. W mniejszym mieszkaniu świetnie odnajdzie się stepper, który nie wymaga osobnej strefy i daje szybki start bez przygotowań. W domu regularność nie rodzi się z ambitnych planów, ale z prostoty. Jeśli sprzęt nie przeszkadza w codziennym życiu, rośnie szansa, że stanie się realnym wsparciem formy, a nie tylko kolejnym przedmiotem stojącym w kącie.

Bieżnia do domu daje naturalny ruch i bardzo czytelną drogę progresu

Dla wielu osób to właśnie bieżnia do domu okazuje się najbardziej intuicyjnym wyborem. Marsz i bieg są ruchami, które ciało zna, dlatego próg wejścia jest stosunkowo niski. Nie trzeba uczyć się nowej techniki, a sam trening można łatwo dopasować do poziomu energii. Jednego dnia wystarczy spokojny marsz, a innego można przejść do szybszego tempa. Dobrze dobrana bieżnia do biegania daje też ogromną przewagę zimą, w deszczowe dni i wtedy, gdy trudno znaleźć czas na wyjście. W domowych warunkach to bardzo ważne, bo właśnie pogoda najczęściej przestaje być wymówką. Co równie istotne, taki sprzęt daje poczucie jasnego kierunku. Widzisz czas, tempo i dystans, więc łatwiej śledzić rozwój. Jeśli ktoś chce budować formę w sposób prosty i przewidywalny, bieżnia często okazuje się jednym z najbardziej logicznych wyborów.

Bieżnia mechaniczna sprawdza się tam, gdzie liczy się prostota i oszczędność miejsca

Nie każdy potrzebuje rozbudowanego urządzenia z ekranem, programami i większą konstrukcją. Dla części użytkowników lepszym rozwiązaniem będzie bieżnia mechaniczna, zwłaszcza jeśli celem jest przede wszystkim regularny ruch, a nie bardzo dynamiczne bieganie. Taki sprzęt dobrze odnajduje się w mieszkaniach, w których każdy metr ma znaczenie. Dobrze dobrana bieżnia mechaniczna pozwala spokojnie pracować nad kondycją, zwiększać liczbę kroków i budować nawyk bez tworzenia dużej strefy treningowej. W praktyce to bardzo rozsądna opcja dla osób, które chcą chodzić częściej, ale nie potrzebują pełnej funkcjonalności większej bieżni. W domu właśnie taka prostota bywa ogromną zaletą. Im mniej komplikacji wokół treningu, tym łatwiej utrzymać system. A systematyczny ruch, nawet o umiarkowanej intensywności, bardzo często daje lepszy efekt niż ambitny plan, który trudno wdrożyć w codzienność.

Stepper pomaga tam, gdzie trening ma być krótki, prosty i łatwy do rozpoczęcia

Bardzo wiele osób nie potrzebuje dużego sprzętu, tylko rozwiązania, które można uruchomić w kilka chwil. Właśnie dlatego stepper tak dobrze sprawdza się w warunkach domowych. Jest mały, prosty i nie wymaga długiego przygotowania. Można na nim wykonać krótki blok rano, szybki trening po pracy albo kilka minut ruchu wtedy, gdy nie ma czasu na dłuższą sesję. Dobrze dobrany stepper daje też dużą przewagę osobom, które chcą po prostu zwiększyć codzienną aktywność bez budowania rozbudowanej rutyny cardio. W mieszkaniu ma to ogromne znaczenie, bo sprzęt nie powinien przytłaczać przestrzeni. Jeśli da się go używać bez organizowania całego pokoju, rośnie szansa na regularność. Właśnie taka dostępność odróżnia urządzenia praktyczne od tych, które robią dobre wrażenie tylko na początku. Gdy trening zaczyna się łatwo, dużo częściej staje się stałym elementem tygodnia.

Rower stacjonarny składany dobrze łączy wygodę ćwiczeń z porządkiem w mieszkaniu

Jednym z najczęstszych powodów odkładania zakupu sprzętu cardio jest obawa przed zagraceniem mieszkania. Właśnie dlatego rower stacjonarny składany bywa tak trafnym wyborem. Pozwala ćwiczyć regularnie, a jednocześnie nie przejmuje na stałe dużej części przestrzeni. Dla wielu osób to ogromna zaleta, bo po treningu można przywrócić pomieszczeniu jego zwykłą funkcję. Dobrze dobrany rower stacjonarny składany sprawdza się szczególnie u osób, które lubią spokojny rytm pedałowania i chcą budować kondycję bez nadmiernego obciążania stawów. W domu taki sprzęt pomaga utrzymać porządek nie tylko w przestrzeni, ale również w planie. Łatwo go włączyć do regularnego tygodnia, bo nie wymaga dużej logistyki. Gdy urządzenie nie utrudnia codziennego życia, dużo łatwiej po nie sięgać. A właśnie częstotliwość korzystania najbardziej decyduje o tym, czy zakup był naprawdę trafiony.

Rower poziomy daje więcej komfortu tym, którzy nie chcą klasycznej pozycji treningowej

Nie każdemu odpowiada tradycyjna pozycja siedząca na rowerze. Dla części osób znacznie lepszym wyborem będzie rower poziomy, bo oferuje wygodniejsze podparcie i spokojniejszy charakter pracy. Taki sprzęt dobrze sprawdza się tam, gdzie ważny jest komfort pleców, stabilność pozycji i możliwość dłuższego treningu bez niepotrzebnego napięcia. Dobrze dobrany rower poziomy pomaga budować wytrzymałość w sposób łagodniejszy, ale nadal skuteczny. W domowych warunkach to bardzo istotne, ponieważ wygoda często decyduje o regularności bardziej niż parametry techniczne. Jeśli ćwiczenie nie męczy samą pozycją, łatwiej wydłużać czas i spokojnie rozwijać formę. To także dobry kierunek dla osób wracających do ruchu po przerwie lub takich, które chcą stopniowo budować nawyk. Nie każdy potrzebuje intensywnego startu. Czasem lepszy efekt daje sprzęt, który zachęca do systematyczności bez zbędnego oporu.

Ergometr nadaje treningowi bardziej sportowy charakter i porządkuje wysiłek

Są osoby, które najlepiej czują się wtedy, gdy trening jest konkretny, mierzalny i ma wyraźniejszy charakter zadaniowy. Dla nich bardzo dobrym rozwiązaniem może być ergometr. Taki sprzęt daje większe poczucie pracy treningowej, bo łatwo kontrolować intensywność, czas i powtarzalność jednostek. Dobrze dobrany ergometr świetnie sprawdza się u osób, które lubią widzieć postęp i chcą mieć bardziej uporządkowaną relację z cardio. W warunkach domowych to duża zaleta, bo sprzęt przestaje być tylko dodatkiem do aktywności, a staje się narzędziem do świadomego budowania formy. To rozwiązanie dla tych, którzy cenią konkretny wysiłek i lubią jasne ramy treningu. Jednocześnie trzeba pamiętać, że nie każdy potrzebuje właśnie takiego modelu pracy. Jeśli jednak odpowiada Ci bardziej sportowa forma ćwiczeń, ergometr bardzo dobrze odnajdzie się w domu jako centralny punkt planu.

Rowerki do ćwiczeń i bieżnia domowa warto dobierać pod styl życia, a nie pod same parametry

Przy wyborze domowego cardio łatwo skupić się na liczbach, funkcjach i wyglądzie urządzenia. W praktyce ważniejsze jest to, czy sprzęt pasuje do codziennego rytmu. Dla jednej osoby najlepsze będą rowerki do ćwiczeń, bo pozwalają wejść w spokojne tempo i trenować bez dużego obciążenia. Ktoś inny lepiej wykorzysta bieżnia domowa, bo potrzebuje bardziej naturalnego ruchu i lubi marsz albo bieg. Dobrze dobrana bieżnia do biegania może być świetnym rozwiązaniem dla osób, które chcą zacząć od prostego chodzenia, a później przejść do szybszych jednostek. Z kolei rowerki będą bardzo praktyczne wtedy, gdy trening ma być wygodny, stabilny i łatwy do wykonania nawet po długim dniu pracy. W domu właśnie taki styl używania sprzętu robi największą różnicę. Parametry są ważne, ale to codzienna wygoda i realna chęć korzystania przesądzają o tym, czy sprzęt będzie używany regularnie.

Zacznij od sprzętu, który naprawdę da się włączyć do zwykłego tygodnia

Najlepszy wybór do domu nie zawsze będzie najbardziej rozbudowany. Znacznie częściej wygrywa taki sprzęt, który po prostu pasuje do trybu życia i nie komplikuje codzienności. Dla jednej osoby właściwa będzie bieżnia do domu, dla innej bardziej praktyczny okaże się stepper. Ktoś wybierze ergometr, bo lubi wyraźnie treningowy charakter wysiłku. W mniejszym mieszkaniu świetnie sprawdzi się rower stacjonarny składany, a przy potrzebie większego komfortu dobrym rozwiązaniem będzie rower poziomy. Są też osoby, którym najlepiej służy prostsza bieżnia mechaniczna albo klasyczne rowerki do ćwiczeń. Każda z tych dróg może być bardzo dobra, jeśli wynika z realnych potrzeb. To właśnie dopasowanie do codzienności sprawia, że sprzęt pomaga ćwiczyć regularnie. A regularny ruch, nawet prosty, daje w domu znacznie lepszy efekt niż najbardziej imponujące urządzenie używane tylko od czasu do czasu.

FAQ

  1. Czy bieżnia domowa to dobry wybór dla osoby początkującej?
    Tak, ponieważ pozwala zacząć od marszu i stopniowo zwiększać intensywność. Dobrze dobrana bieżnia domowa daje naturalny ruch i bardzo czytelny sposób progresu.
  2. Kiedy najlepiej sprawdza się bieżnia do domu?
    Najbardziej przydaje się wtedy, gdy chcesz ćwiczyć niezależnie od pogody i pory dnia. Dobrze dobrana bieżnia do domu bardzo dobrze wpisuje się w regularny plan cardio.
  3. Czy bieżnia mechaniczna ma sens w mieszkaniu?
    Tak, szczególnie jeśli zależy Ci na prostszym sprzęcie i spokojniejszym tempie treningu. Bieżnia mechaniczna dobrze sprawdza się przy marszu i regularnym ruchu bez złożonej obsługi.
  4. Dla kogo najlepszy będzie stepper?
    Przede wszystkim dla osób, które chcą krótkich sesji i małego sprzętu o dużej użyteczności. Dobrze dobrany stepper świetnie działa w mniejszych mieszkaniach.
  5. Co daje ergometr w domowym treningu?
    Pozwala trenować w bardziej uporządkowany i sportowy sposób, a często także lepiej kontrolować intensywność. Dobrze dobrany ergometr daje bardziej treningowy charakter całej sesji.
  6. Czy rower stacjonarny składany to dobre rozwiązanie do małego mieszkania?
    Tak, bo łączy funkcjonalność klasycznego roweru z łatwiejszym przechowywaniem. Rower stacjonarny składany dobrze sprawdza się tam, gdzie liczy się porządek i oszczędność miejsca.
  7. Kiedy warto wybrać rower poziomy zamiast klasycznego modelu?
    Najczęściej wtedy, gdy zależy Ci na większym komforcie i bardziej podpartej pozycji. Dobrze dobrany rower poziomy może być wygodniejszy przy dłuższych sesjach i spokojniejszym powrocie do ruchu.
  8. Jak wybrać między rowerkami do ćwiczeń a bieżnią do biegania?
    Najlepiej według stylu ruchu, który będziesz wykonywać najchętniej. Jeśli wolisz pedałowanie i płynne tempo, wybierz rowerki do ćwiczeń, a jeśli zależy Ci na marszu lub biegu, lepsza będzie bieżnia do biegania.

Ceny skupu zbóż w czerwcu 2026. Najmocniej przecenia się owies i żyto

Ceny zbóż w Polsce pozostają wyraźnie niższe niż przed rokiem. Najsilniejsze roczne spadki dotyczą owsa, żyta i zbóż paszowych, podczas gdy pszenicę oraz kukurydzę częściowo wspiera rosnący eksport. Polska coraz mocniej dywersyfikuje sprzedaż zagraniczną, zwiększając obecność m.in. na rynkach afrykańskich, lecz niższe ceny ziarna stopniowo przenoszą się także na rynek mąki i otrąb.

W tygodniu 8–14 czerwca 2026 r. średnia cena skupu pszenicy konsumpcyjnej w Polsce wyniosła 835 zł/t, a kukurydzy suchej 863 zł/t. W ujęciu rocznym ziarno nadal jest tańsze — pszenica konsumpcyjna o 6,3%, kukurydza o 5,0%, a najsilniejsze spadki dotknęły owsa (paszowy −24,1%) oraz żyta. Dane pochodzą z 24. wydania biuletynu Zintegrowanego Systemu Rolniczej Informacji Rynkowej (ZSRIR) Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

835
Pszenica konsumpcyjna (zł/t)
−6,3% r/r
863
Kukurydza sucha (zł/t)
−5,0% r/r
740
Jęczmień paszowy (zł/t)
−14,4% r/r
715
Pszenżyto paszowe (zł/t)
−15,5% r/r

Na przestrzeni tygodnia największe ruchy odnotowano w segmencie pszenicy paszowej (+2,3% w siedem dni) i pszenżyta paszowego (+1,3%), podczas gdy owies konsumpcyjny stracił 6,8% i jęczmień konsumpcyjny 2,4%. W całym koszyku zakupów dominuje pszenica — łącznie konsumpcyjna i paszowa stanowiły 69,7% wolumenu, a kukurydza sucha 12,6%. Udział pszenicy paszowej rośnie kosztem konsumpcyjnej, co świadczy o silniejszym popycie ze strony producentów pasz.

Ceny skupu w przedsiębiorstwach — bieżący tydzień, tydzień wcześniej, rok wcześniej
notowania ZSRIR za 14.06.2026, 07.06.2026 i 15.06.2025 (zł/t)
Rodzaj ziarna14.06.202607.06.202615.06.2025tyg.rokUdział
Pszenica konsumpcyjna835831890+0,5%−6,3%38,5%
Pszenica paszowa811793902+2,3%−10,0%31,2%
Żyto konsumpcyjne662659764+0,5%−13,4%2,4%
Żyto paszowe629631749−0,4%−16,1%1,3%
Jęczmień konsumpcyjny767786−2,4%0,4%
Jęczmień paszowy740741864−0,1%−14,4%2,8%
Kukurydza sucha863854908+1,0%−5,0%12,6%
Owies konsumpcyjny560602733−6,8%−23,6%0,2%
Owies paszowy574573756+0,1%−24,1%1,5%
Pszenżyto paszowe715705846+1,3%−15,5%8,8%

Zróżnicowanie regionalne

Najwyższe stawki za pszenicę konsumpcyjną płaciły zakłady w makroregionie północno-zachodnim — średnio 852 zł/t, co potwierdza rolę portów Gdańska, Gdyni i Szczecina jako głównego punktu zbytu surowca eksportowego. W makroregionie południowym ceny wyniosły 831 zł/t, a w centralno-wschodnim — 810 zł/t. Różnica między najwyższą a najniższą średnią regionalną sięga 42 zł na tonie, co przy większych dostawach przekłada się na istotne różnice w przychodach gospodarstw.

Z kolei kukurydza sucha drożała głównie w makroregionie północno-zachodnim — 891 zł/t wobec 818 zł/t w centralno-wschodnim. W centralno-wschodniej części kraju koncentruje się natomiast pszenżyto paszowe (13,9% udziału w lokalnym koszyku), będące ważnym składnikiem mieszanek dla trzody chlewnej.

Ceny skupu pszenicy konsumpcyjnej i kukurydzy suchej według makroregionów
notowania ZSRIR za 14.06.2026 (zł/t); centralno-wschodni / południowy / północno-zachodni

Polska na tle UE i giełdy MATIF

Średnia cena pszenicy konsumpcyjnej w Polsce — 835 zł/t — pozostaje poniżej notowań na paryskiej giełdzie MATIF, gdzie surowiec wyceniany jest na 857 zł/t. Na tle dwudziestu krajów Unii Europejskiej Polska plasuje się w środku stawki: tańszy surowiec dostarczają Bułgaria (761 zł/t), Czechy (784 zł/t) i Rumunia (796 zł/t), natomiast najwyższe stawki notuje się w Portugalii (995 zł/t), Grecji (974 zł/t) i Hiszpanii (962 zł/t). W przypadku kukurydzy Polska (863 zł/t) jest piątym najtańszym dostawcą w Unii — wyprzedzają ją tylko Rumunia, Słowacja, Bułgaria i Belgia.

Ceny pszenicy konsumpcyjnej w krajach UE oraz na MATIF
notowania za okres 01–07.06.2026 (zł/t); Polska oznaczona czerwonym, MATIF — bursztynowym

Porównanie w czasie pokazuje skalę przeceny: cztery lata temu pszenica w Polsce kosztowała 1 713 zł/t, dwa lata temu 974 zł/t. Obecne 835 zł/t oznacza spadek o ponad połowę względem szczytu z 2022 r. i o blisko 14,4% wobec ceny sprzed dwóch lat. Kukurydza zachowuje się podobnie — z 1 469 zł/t cztery lata temu spadła do dzisiejszych 863 zł/t, czyli o 41,3%. Jest to powrót do poziomów obserwowanych przed wybuchem wojny w Ukrainie.

Mąka i otręby — efekt obniżek ziarna

Spadki cen ziarna przekładają się stopniowo na ceny produktów przemiału. Mąka tortowa typu 450 sprzedawana w opakowaniach jednokilogramowych staniała w skali roku o 11,3% i osiągnęła średnio 1 511 zł/t, a mąka pszenna piekarnicza w workach typu 550 — o 18,0%, do poziomu 1 266 zł/t. Mąka piekarnicza luzem typu 550, najpopularniejsza w sprzedaży hurtowej (23,8% udziału), kosztowała 1 324 zł/t, czyli o 6,6% mniej niż rok wcześniej. Otręby pszenne luzem potaniały o 11,1% rok do roku do 516 zł/t.

Produkt przemiału14.06.2026 (zł/t)TydzieńRok
Mąka tortowa typu 450 (1 kg)1 511−3,0%−11,3%
Mąka pszenna piekarnicza w workach typu 5501 266−1,6%−18,0%
Mąka pszenna piekarnicza luzem typu 5501 324+0,1%−6,6%
Mąka żytnia piekarnicza luzem typu 7201 016+0,8%−7,1%
Mąka żytnia piekarnicza w workach typu 7201 174−1,2%−6,5%
Otręby pszenne luzem516−1,1%−11,1%
Otręby żytnie luzem468−2,2%−16,0%

Handel zagraniczny — kontynuacja eksportowej dominacji

W okresie styczeń–marzec 2026 r. eksport zbóż (bez ryżu) z Polski wyniósł 2,26 mln ton wobec 1,96 mln ton w analogicznym okresie 2025 r., co oznacza wzrost o 15,7%. Wartościowo wywóz osiągnął 477 mln EUR. Największą dynamiką cechowała się pszenica — eksport wzrósł o 55,8%, do 1,14 mln ton, generując przychody na poziomie 235 mln EUR. Import zbóż spadł o 21,8% do 119 tys. ton, dzięki czemu saldo wymiany ponownie poprawiło się: w pierwszym kwartale wyniosło 2,15 mln ton wobec 1,81 mln ton rok wcześniej.

Eksport, import i saldo wymiany zbożowej (mln ton)
lata 2020–2025 oraz I kwartał 2026 (Q1 oznaczone na pomarańczowo)

Mapa odbiorców polskiej pszenicy radykalnie się przesunęła. W pierwszym kwartale 2026 r. udział Niemiec spadł z 36,4% do 19,0%, a do gry weszły rynki afrykańskie: Angola zwiększyła zakupy o 277%, Republika Południowej Afryki o 108%, Demokratyczna Republika Konga (d. Zair) o 543%. Po raz pierwszy w pierwszej dziesiątce pojawiły się Mali, Tanzania, Burkina Faso i Gabon. Nigeria, w 2024 r. drugi największy odbiorca z 892 tys. ton rocznie, zamówiła w pierwszym kwartale 2026 r. tylko 85 tys. ton — to skutek zmian w polityce importowej tego kraju.

Eksport polskiej pszenicy według kierunków — I kwartał 2026
10 największych odbiorców wolumenowo (tys. ton)

W eksporcie kukurydzy Niemcy utrzymały pozycję największego rynku zbytu (327 tys. ton w pierwszym kwartale 2026 r.), ale wśród szybko rosnących kierunków znalazły się Belgia (+257%), Węgry (+325%) oraz Łotwa (+185%). Spadek odnotowano natomiast w handlu z Wielką Brytanią — o 81,4%, do 32,5 tys. ton. Po stronie importu polski sektor paszowy nadal opiera się na kukurydzy z Francji (16,0 tys. ton, 41,6% udziału), Niemiec, Rumunii i Węgier.

Mąka, która trafia za granicę

Eksport mąki pszennej i żytnio-pszennej w pierwszym kwartale 2026 r. wzrósł o 14,9% do 34,6 tys. ton, a przychody — do 14,1 mln EUR. Trzema największymi odbiorcami pozostały Niemcy (9,1 tys. ton), Litwa (5,9 tys. ton) i Holandia (5,8 tys. ton). Jednocześnie import mąki do Polski również się zwiększył — o 29,2% do 18,5 tys. ton, przy czym dominowały dostawy z Niemiec (8,7 tys. ton) i Włoch (5,7 tys. ton). Saldo wymiany mąką pozostaje dodatnie i wyniosło 16,1 tys. ton w pierwszym kwartale 2026 r.

Wnioski dla rynku

  • Roczne spadki cen ziarna są głębokie, ale nierównomierne. Najbardziej tracą zboża o ograniczonym eksporcie (owies −24,1%, żyto paszowe −16,1%), najmniej kukurydza (−5,0%) i pszenica konsumpcyjna (−6,3%) — te rynki wspiera popyt zagraniczny.
  • Polska pszenica jest tańsza niż na MATIF (835 vs 857 zł/t) i tańsza niż w większości państw zachodniej UE. To strukturalna przewaga konkurencyjna polskich młynów i firm handlowych w łańcuchach dostaw do Afryki Zachodniej.
  • Eksport rośnie szybciej niż import — saldo zbożowe w pierwszym kwartale 2026 r. zwiększyło się o 18,8% rok do roku. Polska konsoliduje pozycję jednego z trzech największych eksporterów zbóż w UE.
  • Geograficzna dywersyfikacja eksportu pszenicy jest najwyraźniejszą zmianą strukturalną tego cyklu. Rosnący udział Angoli, RPA, Konga, Mali i Tanzanii to wynik strategicznego przesunięcia w stronę rynków pozaunijnych, gdzie polskie zboże konkuruje ceną z dostawcami z Morza Czarnego.
  • Spadek cen mąk i otrąb o 6–18% otwiera pole do obniżek cen pieczywa, ale nie automatycznie — koszty pracy i energii w piekarniach nadal rosną.

Opracowanie własne na podstawie biuletynu Zintegrowanego Systemu Rolniczej Informacji Rynkowej „Rynek zbóż nr 24/2026″ (Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Departament Rynków Rolnych i Energii, notowania za okres 8–14 czerwca 2026 r., publikacja 18.06.2026). Ceny prezentowane są w średnich ważonych wolumenem, bez VAT, transportu, składowania, palet i ubezpieczenia. Dane handlu zagranicznego pochodzą z Ministerstwa Finansów i mają charakter wstępny — mogą być obarczone błędami w trakcie weryfikacji.

Co trzeci nastolatek odczuwa negatywne skutki social mediów. UE zaostrza debatę o bezpieczeństwie dzieci online

0

Niemal jedna trzecia nastolatków w Europie deklaruje, że media społecznościowe wywołują u nich stres, smutek lub poczucie wykluczenia – wynika z najnowszego badania Eurobarometru. Młodzi ludzie spędzają w internecie średnio 4,5 godziny dziennie w dni nauki i 6,1 godziny w weekendy. Komisja Europejska kończy prace specjalnego panelu ds. bezpieczeństwa dzieci online, którego rekomendacje mają trafić do Ursuli von der Leyen w lipcu.

13 czerwca odbyło się trzecie i ostatnie posiedzenie specjalnego panelu ds. bezpieczeństwa dzieci w internecie. W pracach uczestniczyli m.in. młodzi przedstawiciele, nauczyciele, rodzice, prawnicy, lekarze, eksperci od nowych technologii oraz obrońcy praw dziecka.

Celem było przygotowanie propozycji, które mają ograniczyć ryzyka związane z obecnością dzieci i nastolatków w sieci, bez odcinania ich od edukacji, informacji i kontaktów z rówieśnikami. Współprzewodniczący panelu – dr Maria Melchior oraz prof. dr Jörg M. Fegert – mają przedstawić rekomendacje przewodniczącej Komisji Europejskiej 13 lipca.

Ponad sześć godzin online w weekend

Z badania Eurobarometru wynika, że internet pozostaje jednym z głównych środowisk codziennego funkcjonowania młodych Europejczyków. W dni szkolne nastolatki spędzają online średnio 4,5 godziny, a w weekendy 6,1 godziny dziennie.

Szczególnie uwagę zwracają dane dotyczące najbardziej aktywnych użytkowników. Czternaście procent nastolatków deklaruje, że korzysta z ekranów przez ponad dziesięć godzin dziennie.

Smartfon, komputer czy tablet nie służą już wyłącznie rozrywce. Dla młodych osób są jednocześnie narzędziem nauki, komunikacji, oglądania treści, grania, zakupów i budowania obecności w mediach społecznościowych. Problem pojawia się wtedy, gdy aktywność cyfrowa zaczyna ograniczać sen, ruch, odpoczynek lub relacje poza siecią.

Social media: relacje, ale też presja

Media społecznościowe ułatwiają kontakt z rówieśnikami i zapewniają szybki dostęp do informacji. Z drugiej strony mogą wzmacniać presję porównywania się z innymi, lęk przed pominięciem i poczucie niedopasowania.

45 proc. badanych nastolatków przyznało, że podczas korzystania z social mediów porównuje siebie z innymi użytkownikami. Dotyczy to nie tylko wyglądu, lecz także popularności, sytuacji materialnej, stylu życia czy osiągnięć szkolnych.

Jedna trzecia respondentów wskazała, że korzystanie z mediów społecznościowych wiąże się u nich ze stresem, smutkiem lub poczuciem społecznego wykluczenia. Dane nie przesądzają, że każda aktywność online ma negatywne skutki, ale pokazują, że cyfrowe środowisko dla wielu młodych ludzi nie pozostaje neutralne.

Hejt, przemoc i niechciane treści

Około jedna czwarta ankietowanych nastolatków zetknęła się w internecie z treściami, które uznali za nieodpowiednie lub szkodliwe. Wśród najczęściej wymienianych problemów znalazły się mowa nienawiści, presja dotycząca wyglądu oraz nagłe, niechciane materiały przedstawiające przemoc.

W przeciwieństwie do konfliktów w świecie offline, cyberprzemoc może towarzyszyć dziecku przez całą dobę. Negatywny komentarz, zdjęcie lub nagranie może szybko dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i pozostawać dostępne przez długi czas.

Dlatego unijna dyskusja coraz częściej dotyczy nie tylko szybszego usuwania nielegalnych treści. Obejmuje również mechanizmy projektowania platform, które mogą zachęcać do długiego korzystania z aplikacji, wzmacniać ryzykowne zachowania lub zwiększać ekspozycję młodych użytkowników na szkodliwe materiały.

Im wcześniej zaczynają, tym dłużej korzystają

Badanie wskazuje na zależność między wiekiem rozpoczęcia korzystania z mediów społecznościowych a czasem spędzanym przed ekranami. Osoby, które zaczęły korzystać z takich usług przed ukończeniem 10. roku życia, deklarują średnio 7,5 godziny czasu ekranowego dziennie w weekendy.

Wśród osób, które rozpoczęły korzystanie z mediów społecznościowych po 14. roku życia, średni weekendowy czas ekranowy wynosi 5,7 godziny. Sama zależność nie dowodzi, że wcześniejszy kontakt z platformami automatycznie prowadzi do problemów, ale wzmacnia debatę o granicach wieku i skuteczności obecnych metod weryfikacji użytkowników.

W praktyce wiele serwisów nadal opiera się na prostym deklarowaniu daty urodzenia. Komisja Europejska chce rozwijać narzędzia, które pozwolą lepiej potwierdzać wiek użytkownika, bez nadmiernego przekazywania danych osobowych.

Rodzice nie powinni zostać z tym sami

Jednym z tematów końcowego spotkania panelu było wsparcie dla rodziców i opiekunów. Chodzi nie tylko o blokady rodzicielskie czy limity czasu ekranowego, ale także o wiedzę dotyczącą aplikacji, zagrożeń i sposobów rozmowy z dzieckiem o cyfrowej presji.

Rodzice znajdują się często między dwiema sprzecznymi potrzebami. Chcą chronić dziecko przed nieodpowiednimi treściami i cyberprzemocą, ale jednocześnie wiedzą, że całkowite odcięcie od internetu może utrudniać funkcjonowanie w grupie rówieśniczej.

Zdaniem Komisji odpowiedzialność nie powinna spoczywać wyłącznie na rodzinach. Platformy projektują swoje usługi tak, by przyciągały uwagę użytkowników poprzez powiadomienia, automatyczne odtwarzanie, nieskończone przewijanie treści i algorytmiczne rekomendacje.

DSA i nowa weryfikacja wieku

Unia Europejska dysponuje już regulacjami dotyczącymi ochrony dzieci w sieci. Kluczowe znaczenie ma Akt o usługach cyfrowych, czyli DSA, który nakłada na największe platformy obowiązki związane z ograniczaniem ryzyk dla użytkowników, w tym osób niepełnoletnich.

Komisja wskazuje także na znaczenie dyrektywy o audiowizualnych usługach medialnych, strategii Better Internet for Kids oraz sieci krajowych centrów bezpiecznego internetu. Ich zadaniem jest nie tylko reagowanie na zagrożenia, ale również edukacja dzieci, rodziców i nauczycieli.

Jednym z rozwijanych rozwiązań ma być europejska aplikacja do weryfikacji wieku. Ma umożliwiać potwierdzenie, że użytkownik spełnia wymagania wiekowe konkretnej usługi, przy jednoczesnym ograniczeniu ilości udostępnianych danych osobowych.

Z badania Eurobarometru dotyczącego Cyfrowej Dekady wynika, że 92 proc. Europejczyków uznaje dalsze wzmacnianie ochrony dzieci i młodzieży w internecie za ważny priorytet.

To pokazuje rosnącą presję społeczną na instytucje publiczne i firmy technologiczne. Internet ma pozostać przestrzenią nauki, rozwoju i kontaktu z innymi, ale coraz większe znaczenie ma ograniczanie cyberprzemocy, uzależniających mechanizmów działania aplikacji oraz ekspozycji najmłodszych na szkodliwe treści.

Rekomendacje panelu mają wskazać, jak wzmocnić obowiązujące rozwiązania. O ich praktycznym znaczeniu zdecyduje jednak to, czy państwa członkowskie i platformy przełożą je na narzędzia, które będą działały w codziennym życiu dzieci, rodziców i szkół.

Mundial 2026 przyniesie 30 mld dolarów. FIFA zgarnie najwięcej

Analitycy FIFA zapowiadali, że Puchar Świata wygeneruje ponad 30 mld USD przychodów. Najwięcej spośród organizatorów mają zarobić Stany Zjednoczone.

Przewidywania te opierają się na założeniu, że USA, Meksyk i Kanadę czeka zalew zamożnych turystów. Jednocześnie koszty mają być mniejsze niż przy podobnych, wielkich imprezach sportowych.

Najdroższym z mundiali był ten w Rosji, w 2018 roku, jego koszty oceniano na 50 mld USD. Obecne mistrzostwa mają być znacznie tańsze, dla samych Stanów Zjednoczonych ma to być koszt 10-11 mld USD. Jednak sceptycy obawiają się, że mundialowi grozi tzw. klątwa białych słoni.

– Klątwa białych słoni to określenie dla dużych kosztownych inwestycji, których utrzymanie w kolejnych latach staje się coraz większym problemem, a stało się popularne po mundialu w Katarze i dotyczyło niektórych stadionów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Jóźwiak, analityk rynków finansowych w XTB. – W przypadku USA prawdopodobieństwo wystąpienia klątwy jest jednak niewielkie, większość stadionów dostosowana została pod potrzeba FIFA, a po mundialu znów staną się areną dla footballu amerykańskiego. Natomiast dla Meksyku mundial może być projektem długofalowym, do mniej znanych miast przyciągnie wielu turystów.

Analiza poprzednich pucharów świata pokazuje, że udział przyjezdnych fanów wśród publiczności to mniej niż połowa widowni na stadionach. Oznacza to mniejsze niż mogłoby się wydawać oddziaływanie na podmioty globalne, a bardziej korzystają lokalne biznesy.

O pustkach w rezerwacjach alarmują już przedstawiciele branży hotelowej. Oskarżają FIFA o znaczne przeszacowanie liczby uczestników wydarzenia. W samej tylko Filadelfii FIFA anulowała rezerwacje na 2000 pokoi bez podania przyczyny.

Airbnb zdobył oficjalne partnerstwo z FIFA, a Deloitte prognozował dodatkowe 380 tys. gości z tytułu MŚ. Sam Airbnb deklaruje wzrost zapytań w miastach-gospodarzach o 80%, co może być szczególnie ważne w kontekście spółki, która w ostatnich kwartałach miała wyraźne problemy z rentownością.

FIFA wskazuje, że liczba sprzedanych biletów jest większa niż w 2018 i 2022 roku razem wziętych. Istotnym czynnikiem jest rekordowa liczba meczów i drużyn. Sama organizacja wskazuje, że rekordowa frekwencja na poziomie 3,5 miliona widzów z Pucharu Świata z 1994 roku może, ale nie musi, zostać pobita, mimo rekordowej sprzedaży biletów.

Mistrzostwa świata są wydarzeniem specyficznym, o dość jasnych kierunkach oddziaływania na poszczególne branże. Ameryka Północna jest geograficznie odseparowana od głównych skupisk fanów piłki nożnej, które znajdują się w Europie i Ameryce Łacińskiej. Docelowym sposobem transportu do USA, Kanady i Meksyku muszą być linie lotnicze. W kontekście 5 milionów biletów, nawet na tak dużym rynku, będzie to oznaczać istotny wzrost popytu. Pojawia się jednak pytanie, czy wzrost ten przełoży się na zyski, zważywszy na trudną sytuację na rynku paliwa lotniczego.

Państwa Ameryki Północnej, szczególnie USA, są w sposób unikatowy zależne od transportu samochodowego, co będzie wymuszać adaptację po stronie fanów wizytujących kraj. Oczywistymi beneficjentami takiego stanu rzeczy będą wypożyczalnie samochodów, jednak, podobnie jak w przypadku linii lotniczych, piętrzą się problemy. Podmioty te są mocno zadłużone, zadłużeni są również ich klienci, a sytuacja wydaje się tylko pogarszać.

Branżą, która powinna radzić sobie fantastycznie pod względem zysków (nie zawsze wycen), są spółki związane z zakładami sportowymi. Duże nagromadzenie czasowe ważnych meczów może dodatkowo wspierać te spółki.

– Amerykańskim firmom bukmacherskim będzie sprzyjać to, że rozegranych zostanie ponad sto meczów, a więc najwięcej w historii mistrzostw w piłce nożnej – podkreśla M.Jóźwiak z XTB. – Rekordowa jest też liczba drużyn, bo jest ich ponad czterdzieści.

Mistrzostwa świata od dekad są jedną z głównych okazji do promowania produktów przez producentów odzieży sportowej. Według Bernstein, Nike i Adidas mogą zwiększyć sprzedaż w ujęciu rocznym o dodatkowe 4%. Z kolei Reuters opisał, że Adidas oczekuje 250 mln euro dodatkowych zamówień na fali mundialu. Goldman Sachs jako beneficjentów wskazywał także Pumę.

Na podstawie zachowania indeksu S&P 500 oraz głównego indeksu kraju gospodarza średnia stopa zwrotu w okresie mundialu jest minimalnie ujemna. Co warte podkreślenia: w badanym okresie ok. 30 lat główne indeksy giełdowe wykazują skłonność do relatywnie niskiej zmienności w okresie czerwca/lipca, kiedy trwają mistrzostwa.

– Jest pewne, że na mundialu najwięcej zyska sama FIFA na sprzedaży praw telewizyjnych – podsumowuje ekspert z XTB.

Ropa może spaść nawet do 60 dolarów. W przyszłym roku możliwa duża nadpodaż

W przyszłym roku będziemy mieli bardzo dużą nadpodaż ropy na świecie. Wiele krajów podnosi już produkcję. Nadpodaż powiększy prawdopodobnie utrzymujące się ograniczenie popytu.

Zawarty na 60 dni rozejm pomiędzy USA i Iranem spowodował bardzo duże spadki światowych cen ropy. Cena ropy brent znalazła się poniżej 80 USD za baryłkę, gdy jej maksymalna cena wynosiła już na kontraktach terminowych 119 USD/baryłka. Ropa było już nawet droższa o 50% w porównaniu do początku roku kalendarzowego. Teraz też nie jest tania, bo w porównaniu do początku 2026 r. kosztuje o 30% drożej.

– Rynek ropy ma nadzieję, że to już koniec wojny, jednak sytuacja może się nadal zmieniać z minuty na minutę, bo przecież D.Trump już kilkadziesiąt razy zapowiadał ostateczne zakończenie wojny – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, wicedyrektor Działu Analiz w XTB. – Na tekst pokojowego porozumienia jeszcze poczekamy, teraz kluczowe jest na jaką skalę szybko powróci ruch tankowców z ropą przez Cieśninę Ormuz.

Z oficjalnych danych wynikało, że na palcach dwóch dłoni można było policzyć ilość statków przepływających dziennie przez Cieśninę, natomiast nieoficjalnie przepływa ich kilka razy więcej. Od czerwca w rzeczywistości mogło przepływać dziennie 3-4 mln baryłek ropy., pod osłoną nocy. Tankowce wpływały niedaleko, ropę przepompowywano na mniejsze jednostki, a tankowce wracały, aby wszystko wyglądało tak, jak w oficjalnych raportach. O rzeczywistej podaży wiemy mniej niż nam się wydaje.

Umowa pomiędzy USA i Iranem przewiduje powrót irańskiej ropy na światowe rynki, poprzez zdjęcie embarga. Iran nie będzie musiał wysyłać ropy z bardzo dużym dyskontem, na czym korzystały najbardziej Chiny.

Minie wiele tygodni, albo nawet miesięcy zanim sytuacja się wyklaruje i będziemy wiedzieć wiele więcej o podaży, na którą cenowo zareaguje rynek.

– Podaż chwilowo powinna wzrosnąć bardzo szybko, bo w Zatoce Perskiej uwięzionych jest kilkaset statków załadowanych ropą, ale później potrzeba będzie kilka tygodni na ich powrót – dodaje ekspert XTB. – Do poziomów sprzed wojny możemy wracać przez wiele miesięcy. Po wojnie w Kuwejcie i Zatoce Perskiej w 1990 r. do poziomów produkcji wracano przez dwanaście miesięcy.

Po stronie banków centralnych widać dużą ostrożność, a nawet niepewność. Nowy przewodniczący Fed po pierwszym posiedzeniu na początku konferencji zrobił to, czego oczekiwali zwolennicy mocnego dolara: podkreślił, że inflacja jest wciąż zbyt wysoka, cel 2% pozostaje nienaruszalny, a Fed ma zarówno narzędzia, jak i determinację, by go osiągnąć. Kevin Warsh z jednej strony zaakceptował jastrzębi przekaz Komitetu, ale z drugiej nie chciał zamknąć sobie furtki do zmiany kursu. Mówiąc prościej: dolar ma dobre powody do wzrostu, ale nie dostał gwarancji, że Fed będzie twardy za wszelką cenę.

Fed przyznał, że część obecnej presji inflacyjnej wynika z szoków podażowych, w tym z cen energii. Jeśli więc sytuacja geopolityczna zacznie się uspokajać, a ceny ropy będą dalej spadać, Warsh może za kilka miesięcy powiedzieć rynkom: warunki się zmieniły, więc my też możemy zmienić zdanie. Nie byłby to jeszcze powrót do gołębiej polityki, ale raczej „oczko” puszczone w stronę Wall Street i rynku obligacji. Fakty są następujące: Fed podniósł ścieżkę stóp i nie widzi powrotu inflacji do celu przed 2028 r. Ale jeśli ropa zacznie naprawdę pomagać w dezinflacji, cały jastrzębi przekaz może okazać się mniej trwały, niż sugerują same projekcje.

Na polskich stacjach paliw ceny mogłyby teraz spadać, ale należy brać pod uwagę, że znajdowaliśmy się w okresie obniżonego VAT na paliwa (8% zamiast 23%) i zmniejszonej akcyzy w ramach rządowego programu CPN. Potrzebny jest spadek światowych cen w okolice 60 USD za baryłkę, aby ceny spadły, gdy powrócimy do poprzednich obciążeń VAT i akcyzą.

Prawdopodobne jest więc, że podczas wakacji ceny na stacjach będą wyższe, ale nie będzie to wywołane światowymi cenami ropy.

Dobre dane z przemysłu: produkcja w maju wzrosła o 4,1 proc. rok do roku

Produkcja sprzedana przemysłu w maju wzrosła o 4,1 proc. rok do roku, co potwierdza utrzymującą się poprawę aktywności w sektorze. Jednocześnie wynik był o 0,8 proc. niższy niż w kwietniu, choć po uwzględnieniu czynników sezonowych produkcja zwiększyła się miesiąc do miesiąca o 1,4 proc. Najsilniej rosły segmenty związane z dostawami dla przemysłu, energią oraz inwestycjami, podczas gdy słabsze wyniki odnotowano m.in. w produkcji trwałych dóbr konsumpcyjnych, mebli i pojazdów.

Gospodarka · GUS · maj 2026

Produkcja sprzedana przemysłu w maju 2026 r. wyższa o 4,1% rok do roku

Produkcja sprzedana przemysłu w maju 2026 r. była o 4,1% wyższa niż rok wcześniej i o 0,8% niższa niż w kwietniu. W okresie styczeń–maj wzrost rok do roku wyniósł 3,1%. Dane mają charakter wstępny i obejmują przedsiębiorstwa zatrudniające co najmniej 10 osób.

Publikacja: 19 czerwca 2026 r.  ·  Źródło: GUS, dane wstępne  ·  Zakres: przedsiębiorstwa zatrudniające 10 i więcej osób

+4,1%
Produkcja rok do roku (ceny stałe, dane niewyrównane)
−0,8%
Produkcja w stosunku do kwietnia 2026 r.
+3,1%
Styczeń–maj 2026 r. do analogicznego okresu 2025 r.
+4,4%
Po wyrównaniu sezonowym, rok do roku

Według wstępnych danych GUS produkcja sprzedana przemysłu w maju 2026 r. wzrosła o 4,1% rok do roku. Rok wcześniej wzrost wyniósł 4,0%. W porównaniu z kwietniem 2026 r. produkcja zmniejszyła się o 0,8%. W okresie styczeń–maj 2026 r. była o 3,1% wyższa niż w analogicznym okresie 2025 r., wobec wzrostu o 1,6% przed rokiem.

Po wyeliminowaniu czynników o charakterze sezonowym produkcja sprzedana przemysłu w maju była o 4,4% wyższa niż rok wcześniej i o 1,4% wyższa niż w kwietniu.

Produkcja sprzedana przemysłu · ceny stałe · przeciętna miesięczna 2021 = 100

Główne grupowania przemysłowe

W maju 2026 r. wzrost rok do roku odnotowano w produkcji dóbr zaopatrzeniowych — o 7,5%, dóbr związanych z energią — o 4,8%, dóbr inwestycyjnych — o 4,4% oraz dóbr konsumpcyjnych nietrwałych — o 0,5%. Spadła produkcja dóbr konsumpcyjnych trwałych — o 4,6%.

Główne grupowania przemysłowe · zmiana rok do roku (%)

W ujęciu sekcji największy wzrost rok do roku odnotowano w górnictwie i wydobywaniu — o 32,6%. Produkcja w wytwarzaniu i zaopatrywaniu w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę wzrosła o 13,7%, a w dostawie wody i gospodarowaniu odpadami — o 11,9%. Przetwórstwo przemysłowe, na które przypada około 86% produkcji sprzedanej przemysłu, zwiększyło się o 2,5%.

Produkcja sprzedana przemysłu według sekcji · maj 2026 r. · ceny stałe, dane niewyrównane
Sekcjarok do rokudo kwietnia 2026Wskaźnik (2021=100)
Przemysł ogółem+4,1%−0,8%114,6
Górnictwo i wydobywanie+32,6%+9,9%131,0
Przetwórstwo przemysłowe+2,5%−0,9%114,9
Energia elektryczna, gaz, para wodna i gorąca woda+13,7%−7,6%100,4
Dostawa wody; ścieki i odpady; rekultywacja+11,9%−0,3%131,3

Działy przemysłu

Wzrost produkcji sprzedanej rok do roku wystąpił w 23 z 34 działów przemysłu. Najwyższy odnotowano w produkcji pozostałego sprzętu transportowego — o 60,5%, w gospodarce odpadami i odzysku surowców — o 14,8%, w produkcji wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych — o 12,2% oraz w produkcji napojów i papieru — po 11,8%. Produkcja maszyn i urządzeń wzrosła o 5,7%, a komputerów, wyrobów elektronicznych i optycznych — o 5,3%.

Spadek produkcji wystąpił w 11 działach, m.in. w produkcji wyrobów tekstylnych — o 10,8%, mebli — o 7,1% oraz pojazdów samochodowych, przyczep i naczep — o 4,4%.

Wybrane działy · zmiana rok do roku (%)
Udział działów, w których odnotowano wzrost rok do roku, w produkcji sprzedanej przemysłu ogółem wyniósł 76,8%.
Wybrane działy · maj 2026 r. · ceny stałe, dane niewyrównane
Działrok do rokudo kwietnia 2026Udział w przemyśle
Pozostały sprzęt transportowy+60,5%+41,0%2,8%
Gospodarka odpadami; odzysk surowców+14,8%−1,3%1,9%
Pozostałe mineralne surowce niemetaliczne+12,2%+4,9%4,3%
Napoje+11,8%+9,0%1,3%
Papier i wyroby z papieru+11,8%+6,0%2,9%
Maszyny i urządzenia+5,7%+1,1%3,2%
Komputery, wyroby elektroniczne i optyczne+5,3%−2,7%2,5%
Metale+4,6%−2,0%3,3%
Wyroby z gumy i tworzyw sztucznych+4,2%−3,6%5,9%
Artykuły spożywcze+0,8%−1,1%16,9%
Pojazdy samochodowe, przyczepy i naczepy−4,4%−3,3%9,5%
Meble−7,1%−7,0%2,1%
Wyroby tekstylne−10,8%−3,6%0,6%
Odzież−20,3%−12,7%0,3%

W porównaniu z kwietniem 2026 r. spadek produkcji sprzedanej odnotowano w 22 z 34 działów przemysłu. Wzrost w stosunku do kwietnia wystąpił w 12 działach, m.in. w produkcji pozostałego sprzętu transportowego — o 41,0%, napojów — o 9,0%, papieru — o 6,0% oraz wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych — o 4,9%. Udział działów, w których odnotowano spadek miesiąc do miesiąca, wyniósł 76,8%.

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych GUS, „Produkcja sprzedana przemysłu w maju 2026 r.”, 19 czerwca 2026 r. Dane wstępne; ceny stałe; przedsiębiorstwa zatrudniające 10 i więcej osób. Nazwy sekcji i działów skrócone według PKD 2007.

Nie świat bez pracy, lecz świat innej pracy. Jak AI zmienia gospodarkę

Przez dziesięciolecia rozwój technologii oznaczał przede wszystkim wzrost produktywności. Maszyny zastępowały ludzi przy najcięższych lub najbardziej monotonnych zadaniach, ale jednocześnie tworzyły nowe zawody. Rewolucja przemysłowa zlikwidowała wiele dawnych profesji, lecz przyniosła miliony nowych miejsc pracy. Podobnie było z komputerami i internetem. Tym razem jednak pojawia się pytanie, czy sztuczna inteligencja nie zmienia tej reguły.

Generatywna AI dotyka bowiem nie tylko pracy fizycznej i powtarzalnej, ale także zawodów klasy średniej: programistów, tłumaczy, grafików, analityków, księgowych, prawników, marketerów czy pracowników administracji. W wielu przypadkach jeden specjalista wspierany przez algorytmy może wykonać pracę, która wcześniej wymagała kilkuosobowego zespołu. To nie musi oznaczać końca pracy, ale może oznaczać koniec dotychczasowego modelu zatrudnienia.

Automatyzacja po raz pierwszy dotyka klasy średniej

Dotychczas największe zagrożenie automatyzacją kojarzono z fabrykami, magazynami i prostymi usługami. Roboty przemysłowe, kasy samoobsługowe czy systemy logistyczne zastępowały ludzi tam, gdzie praca była powtarzalna, łatwa do opisania i możliwa do zamknięcia w sekwencji procedur. Sztuczna inteligencja poszła jednak dalej.

Dziś automatyzowane są zadania wymagające analizy tekstu, tworzenia raportów, obsługi klienta, projektowania, tłumaczenia, programowania, przygotowywania prezentacji czy wstępnej analizy prawnej. To obszary, które jeszcze niedawno uchodziły za bezpieczne, ponieważ wymagały wykształcenia, specjalistycznej wiedzy i pracy umysłowej.

Nie oznacza to, że lekarze, prawnicy, tłumacze czy analitycy znikną. Bardziej prawdopodobne jest to, że zmieni się proporcja między człowiekiem a narzędziem. Człowiek będzie nadzorował, interpretował, korygował i brał odpowiedzialność, ale sama produkcja treści, kodu, analiz czy dokumentów może być wykonywana znacznie szybciej niż wcześniej.

Nie koniec pracy, lecz zmiana jej znaczenia

Historia gospodarki pokazuje, że technologia tworzy również nowe zawody. Problem polega jednak na tym, że nowe miejsca pracy nie zawsze powstają tam, gdzie znikają stare. Rolnik nie stawał się automatycznie programistą, podobnie jak kasjer w supermarkecie nie stanie się od razu inżynierem danych.

Największym ryzykiem nie musi być więc nagłe masowe bezrobocie, ale długi okres przejściowy. Część pracowników będzie musiała stale się przekwalifikowywać, część będzie pracować mniej godzin, część przejdzie do zawodów opiekuńczych, edukacyjnych, kreatywnych i relacyjnych, a część może wypaść z rynku pracy na dłużej.

To właśnie dlatego debata o AI coraz częściej wychodzi poza technologię. Nie chodzi już tylko o to, czy firmy będą bardziej efektywne. Chodzi o to, jak podzielić korzyści z większej produktywności i jak zabezpieczyć ludzi, których praca stanie się mniej potrzebna lub gorzej wynagradzana.

Dochód podstawowy – pomysł z przyszłości czy konieczność?

Jedną z odpowiedzi na ten problem jest bezwarunkowy dochód podstawowy. Zakłada on, że każdy obywatel otrzymywałby regularne świadczenie niezależnie od tego, czy pracuje, ile zarabia i w jakiej znajduje się sytuacji zawodowej. W teorii miałoby to zapewnić minimalne bezpieczeństwo w świecie, w którym zatrudnienie staje się mniej stabilne.

Zwolennicy tego rozwiązania wskazują, że jeśli sztuczna inteligencja i automatyzacja będą generowały ogromne bogactwo, część tych korzyści powinna trafiać do całego społeczeństwa. Dochód podstawowy mógłby ograniczyć lęk przed utratą pracy, dać ludziom czas na naukę nowych kompetencji, ułatwić opiekę nad dziećmi lub osobami starszymi i zmniejszyć presję podejmowania każdej pracy wyłącznie z powodów finansowych.

Przeciwnicy odpowiadają jednak, że taki system byłby bardzo kosztowny. Państwo musiałoby znaleźć trwałe źródła finansowania, prawdopodobnie poprzez wyższe podatki, opodatkowanie kapitału, danych, automatyzacji albo zysków największych firm technologicznych. Pojawia się też pytanie, czy powszechne świadczenie nie osłabiłoby motywacji do pracy i czy nie doprowadziłoby do wzrostu cen podstawowych usług.

Krótszy tydzień pracy jako druga odpowiedź na AI

Dochód podstawowy nie jest jednak jedyną możliwą odpowiedzią. Coraz częściej mówi się także o skróceniu czasu pracy. Jeśli dzięki technologii tę samą ilość dóbr i usług można wytworzyć szybciej, naturalnym pytaniem staje się nie tylko to, kto zarobi na tej produktywności, ale również czy ludzie powinni nadal pracować tyle samo co wcześniej.

Krótszy tydzień pracy może być sposobem na bardziej sprawiedliwe podzielenie efektów automatyzacji. Zamiast sytuacji, w której część osób pracuje bardzo dużo, a część wypada z rynku, praca mogłaby zostać rozłożona szerzej. Czterodniowy tydzień pracy albo stopniowe skracanie normy godzinowej mogłyby ograniczyć stres, wypalenie zawodowe i absencję chorobową, a jednocześnie utrzymać aktywność zawodową większej liczby osób.

To rozwiązanie ma także wymiar społeczny. Więcej czasu wolnego oznacza więcej przestrzeni na rodzinę, edukację, opiekę, odpoczynek i zaangażowanie lokalne. W świecie, w którym AI przejmuje część zadań, człowiek mógłby odzyskać czas, a nie tylko konkurować z maszyną o wydajność.

Czterodniowy tydzień pracy nie jest prostym eksperymentem

Skrócenie czasu pracy nie jest jednak rozwiązaniem uniwersalnym. Łatwiej wprowadzić je w firmach technologicznych, usługach profesjonalnych czy administracji, trudniej w ochronie zdrowia, edukacji, produkcji, handlu, transporcie i opiece. Tam krótszy tydzień pracy wymagałby większej liczby pracowników, lepszej organizacji zmian albo wyższych kosztów po stronie pracodawców.

Pojawia się też pytanie o wynagrodzenia. Jeżeli pracownik miałby pracować krócej za tę samą pensję, przedsiębiorstwo musiałoby zrekompensować to wzrostem produktywności. W części branż jest to możliwe dzięki automatyzacji, lepszym procesom i ograniczeniu zbędnych spotkań. W innych mogłoby oznaczać wzrost kosztów i cen.

Dlatego bardziej realistyczny może być model stopniowy: pilotaże, elastyczne normy czasu pracy, skracanie tygodnia w wybranych sektorach, dodatkowe dni wolne albo powiązanie krótszego czasu pracy ze wzrostem efektywności. Nie chodzi o jedną ustawę dla wszystkich, lecz o szukanie nowej równowagi między pracą, produktywnością i jakością życia.

Dochód podstawowy czy krótsza praca?

W praktyce te dwa rozwiązania nie muszą się wykluczać. Dochód podstawowy odpowiada przede wszystkim na pytanie, jak zabezpieczyć ludzi finansowo, gdy praca jest niestabilna lub niedostępna. Krótszy tydzień pracy odpowiada na pytanie, jak podzielić pracę i czas w społeczeństwie, w którym technologia zwiększa wydajność.

Możliwy jest więc model mieszany. Część społeczeństwa nadal pracuje, ale krócej. Część otrzymuje wsparcie w okresach przekwalifikowania. Część korzysta z publicznych usług edukacyjnych, zdrowotnych i opiekuńczych, które zmniejszają zależność od samego wynagrodzenia. W takim ujęciu przyszłość nie polega na tym, że państwo płaci ludziom za bezczynność, ale na tym, że społeczeństwo inaczej organizuje pracę, dochód i bezpieczeństwo.

Największe wyzwanie może być psychologiczne

Dla większości ludzi praca oznacza coś więcej niż źródło dochodu. Daje poczucie sensu, przynależności i społecznego uznania. Utrata tych funkcji mogłaby prowadzić do problemów psychicznych, osamotnienia i narastania napięć społecznych.

Dlatego sam dochód podstawowy nie rozwiązuje całego problemu. Nawet jeśli zapewni minimum finansowe, nie zastąpi relacji społecznych, poczucia sprawczości i przekonania, że jest się potrzebnym. Krótszy tydzień pracy może być pod tym względem łagodniejszym rozwiązaniem, ponieważ nie usuwa człowieka z rynku pracy, ale zmienia proporcję między pracą a życiem.

Paradoksalnie więc przyszłość może wymagać nie tylko nowych świadczeń, ale także nowej definicji aktywności. Praca zawodowa, opieka nad bliskimi, nauka, twórczość, wolontariat i zaangażowanie społeczne mogą stać się równorzędnymi formami uczestnictwa w życiu społecznym.

Edukacja ważniejsza niż transfery

Największym wyzwaniem dla państw może nie być samo finansowanie dochodu podstawowego ani ustawowe skracanie czasu pracy, lecz przygotowanie ludzi do funkcjonowania w gospodarce, która zmienia się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Kluczowe znaczenie będą miały edukacja przez całe życie, łatwiejsze przekwalifikowanie oraz rozwój kompetencji cyfrowych.

Pracownik przyszłości nie będzie konkurował z AI w wykonywaniu powtarzalnych zadań. Będzie musiał umieć korzystać z narzędzi, zadawać właściwe pytania, oceniać wyniki, rozumieć kontekst i brać odpowiedzialność za decyzje. Coraz większą wartość mogą mieć kompetencje, których maszyny długo nie będą w stanie skutecznie zastąpić: empatia, kreatywność, komunikacja, negocjacje, odpowiedzialność i myślenie etyczne.

Nowa umowa społeczna

Debata o AI nie sprowadza się do pytania, czy maszyny zabiorą ludziom pracę. Ważniejsze jest pytanie, jak zorganizować społeczeństwo, jeśli praca przestanie być jedynym sposobem uzyskiwania dochodu, statusu i poczucia sensu.

Dochód podstawowy, krótszy tydzień pracy, powszechne przekwalifikowanie, silniejsze usługi publiczne i nowe formy opodatkowania gospodarki cyfrowej to elementy tej samej dyskusji. Każde z tych rozwiązań ma zalety i ograniczenia. Żadne nie jest cudowną odpowiedzią na wszystkie problemy.

Najbardziej prawdopodobne jest to, że przyszłość nie będzie światem bez pracy, lecz światem innej pracy. Będzie mniej zadań mechanicznych, więcej nadzoru nad technologią, więcej pracy relacyjnej i większa potrzeba elastyczności. Pytanie brzmi, czy korzyści z tej zmiany zostaną skupione w rękach nielicznych, czy staną się podstawą bardziej ludzkiego modelu gospodarki.

Sztuczna inteligencja może okazać się nie końcem pracy, ale początkiem największej dyskusji o czasie, dochodzie i sensie życia od czasów rewolucji przemysłowej.

Wzrost kursu dolara się zatrzymał (tylko na chwilę?)

Powoli dobiega końca kolejny wybitnie dolarowy tydzień. Tym razem paliwa USD dolał głównie Fed, który wyraźnie zmienił rynkowe oczekiwania co do podwyżek stóp procentowych za oceanem. W pierwszych piątkowych godzinach handlu zauważalne jest lekkie odbicie, ale bez świętujących dziś Amerykanów trudno szukać podpowiedzi co do kierunku na kolejne dni. 

Kevin nie odłączył się od klucza jastrzębi

Jeszcze tydzień temu kontrakty na stopy procentowe w USA wskazywały na 25% szansę podwyżki na wrześniowym posiedzeniu FOMC. Dziś jest to już ponad 70%, z czego blisko 20% wskazuje nawet na podwójny ruch do końca drugiego kwartału. Tym razem trudno mówić o spekulacyjnym charakterze tego rozdania, ponieważ impuls przyszedł z centrum dowodzenia, a więc z samego Komitetu. Decydenci wybrzmieli jastrzębio w swoich prognozach wysokości kosztu pieniądza na następne miesiące (tzw. dot plot), co w umysłach inwestorów jako pewnik osadziło przynajmniej jedną podwyżkę, a na stół „wjechała” jeszcze opcja kolejnej. Gołębich tonów, które mogły zbalansować ten przekaz, nie przyniósł nowy szef Fed. Co więcej, niechęć Kevina Warsha do otwartej komunikacji z rynkami i transparentności przekazu Rezerwy wybrzmiała aż nazbyt wyraźnie, co wprowadza dodatkową niepewność. Dolar amerykański nie mógł sobie wyobrazić lepszego paliwa do wzrostów i wykonał kolejny mocny ruch na forexowej planszy.

USD king

Kurs EUR/USD po wybiciu na początku czerwca kluczowego wsparcia w rejonie 1,157 USD uklepywał dołki w obszarze 1,15 USD, aby ze znaną sobie gracją jednym silnym ciosem pokonać i ten poziom. Fedowy impuls błyskawicznie sprowadził eurodolara do okolic 1,14 USD, ale – o ile szybko padł pierwszy wiosenny szaniec – o tyle tegoroczne minimum z marca wytrzymało jeszcze ten atak (bardzo blisko jest też lipcowy dołek, mamy tutaj nagromadzenie istotnych poziomów). Jednak daleki jestem od oczekiwania, że jest już po wszystkim. Bliżej mi w tej chwili do poglądu, że piątkowe odreagowanie to tylko klasyczny odruch przed próbą kolejnego testu tego kluczowego wsparcia. Co może się wydarzyć? Z technicznego punktu widzenia wybicie okolic 1,14 USD może otwierać drogę do zejścia najpierw lekko powyżej 1,12 USD (szczyty z lata 2024 r.), a dalej nawet poniżej 1,10 USD. Oczywiście nie stanie się to z dnia na dzień, ale niewykluczone, że znajdujemy się w naprawdę kluczowym miejscu dla rozgrywki na forex.

PLN pod presją

USD dominujący FX to automatycznie wyraźne obciążenie dla polskiego złotego. Kurs dolara poszybował, tylko zamarkował zawahanie na 3,70 zł, aby ostatecznie dotrzeć do 3,73 zł, poziomu ostatnio widzianego w marcu. W piątkowe wczesne popołudnie USD/PLN koryguje się i spada poniżej 3,72 zł, ale nie ściąga to presji z rodzimej waluty, która cierpi podobnie do większości koszyka EM (rynków wschodzących). Musiało to znaleźć swoje przełożenie również na EUR/PLN, który wybił nie tylko lokalne, ale też kwietniowe szczyty i wyszedł powyżej 4,26 zł. Na ten moment dalsze wzrosty zostały powstrzymane, ale przed złotym sporo pracy, aby wyraźniej odzyskać grunt pod nogami.

JPY nad przepaścią

Skoro większość ostatnich ruchów na forexie wynika z mocniejszego dolara, to musimy spojrzeć także na jena. Kurs USD/JPY nie tylko wyszedł powyżej 160 JPY (które miało być barierą skłaniającą do reakcji japońskich decydentów), ale dotarł w pobliże szczytów z lipca 2024 roku przy 162 JPY (wcześniej japońska waluta była słabsza w pierwszej połowie lat 80.). Niespełna dwa lata temu ratunkiem dla JPY okazała się zaskakująca podwyżka stóp procentowych przez bank Japonii. Jej skutkiem było gwałtowne odwracanie mechanizmu carry trade (finansowanie inwestycji tanim kredytem w jenie), które tak samo gwałtownie wzmocniło JPY. Niestety dla BoJ aktualnie znajdujemy się w zupełnie innym miejscu i nie pomogła czerwcowa podwyżka kosztu pieniądza (do 1%, najwyżej od 1995 r.), która była szeroko oczekiwania. Dodatkowo aktualnie USA zamierza podążać raczej w podobnym kierunku co BoJ, niż obniżać stopy, jak to miało miejsce w 2024 r. A skoro Japonia nie zdecydowała się na interwencję na rynku walutowym przy braku świętujących Amerykanów (czyli przy zdecydowanie niższej płynności), to ostatecznie może to być kolejna zachęta do dalszego ataku na JPY. Zresztą poprzednia tego typu operacja z wiosny pochłonęła rekordowe 74 mld USD, a jej efekt był krótkotrwały. Jen może już liczyć chyba tylko na korektę umocnienia dolara.

Od ortopedii do neurochirurgii. MedTech Solutions rozszerza działalność

MedTech Solutions S.A., publiczna spółka medtech, konsekwentnie realizuje strategię budowy regionalnej platformy dystrybucji wyrobów medycznych oraz ekspansji w segmentach wysokospecjalistycznych technologii klinicznych, obejmujących m.in. ortopedię, endoprotezoplastykę oraz traumatologię. Obecnie Spółka rozszerza zakres swojej działalności o segment chirurgii kręgosłupa, informując o przeprowadzeniu pierwszej procedury operacyjnej z wykorzystaniem systemu implantów dostarczonych przez GPC Medical, dystrybuowanych przez MedTech Solutions SA. Stanowi to istotny kamień milowy zarówno w rozszerzeniu portfolio produktowego Grupy, jak i wejściu w nowy obszar zastosowań klinicznych o wysokiej złożoności. Zdaniem Zarządu, działanie to zwiększa długoterminowy potencjał wzrostu segmentu dystrybucyjnego oraz umacnia pozycję Spółki w rozwijanym obszarze neurochirurgii.

Zabieg został przeprowadzony w Szpitalu Uniwersyteckim im. Karola Marcinkowskiego w Zielonej Górze przez Zespół Klinicznego Oddziału Neurochirurgii, ul. Zyty 26, z użyciem systemu GPC Zero Profile – rozwiązania do wewnętrznej stabilizacji odcinka szyjnego kręgosłupa. System znajduje zastosowanie w leczeniu m.in. choroby zwyrodnieniowej dysku, kręgozmyku, guzów, złamań i zwichnięć kręgosłupa szyjnego oraz stenoz kanału kręgowego.

Bardzo cieszy nas, że rozwiązania dostarczane przez naszego zaufanego partnera GPC Medical zostały zastosowane w praktyce i zyskały zaufanie zespołu klinicznego i zyskały zaufanie zespołu klinicznego. Potwierdza to wysoką jakość oraz bezpieczeństwo technologii również w nowym, wymagającym obszarze klinicznym, jakim jest neurochirurgia. Konsekwentnie rozwijamy portfolio MedTech Solutions, koncentrując się na dostarczaniu nowoczesnych technologii medycznych, które realnie wspierają lekarzy w leczeniu pacjentów i wpisują się w naszą wizję poprawy jakości życia chorych – powiedział Michał Janiszewski, Wiceprezes Zarządu MedTech Solutions S.A.

Implanty stosowane w chirurgii kręgosłupa stanowią kluczowy element procedur dekompresyjno-stabilizacyjnych na styku ortopedii i neurochirurgii, umożliwiając skuteczne odbarczenie struktur nerwowych oraz przywrócenie stabilności kręgosłupa u pacjentów z uciskiem na rdzeń kręgowy lub korzenie nerwowe, w tym w przebiegu chorób zwyrodnieniowych.

Wejście w segment chirurgii kręgosłupa stanowi naturalne rozszerzenie działalności MedTech Solutions w ramach strategicznej współpracy z GPC Medical, globalnym producentem wyrobów medycznych i jednym z kluczowych partnerów dystrybucyjnych Spółki. MedTech Solutions pozostaje wyłącznym dystrybutorem portfolio GPC Medical na wybranych rynkach Europy Środkowo-Wschodniej, systematycznie rozwijając jego obecność kliniczną i komercyjną.

Przedsięwzięcie stanowi kontynuację i rozwinięcie współpracy ogłoszonej w maju 2025 r., kiedy Spółka poinformowała o rozszerzeniu wyłącznej dystrybucji produktów GPC Medical.

Partner strategiczny Spółki jest jednym z największych eksporterów sprzętu medycznego z Indii, obecnym na ponad 110 rynkach, posiadającym status „Star Export House” oraz współpracującym m.in. z World Health Organization i UNICEF. Umowa została zawarta na czas nieokreślony z sześciomiesięcznym okresem wypowiedzenia.

Globalny rynek implantów i urządzeń kręgosłupowych pozostaje jednym z najszybciej rosnących segmentów medtech, szacowanym na ok. 11,8–13,9 mld USD w 2024 roku, z dalszym potencjałem wzrostu w kolejnych latach, wspieranym przez starzenie się populacji, wzrost częstości chorób degeneracyjnych kręgosłupa oraz rozwój technik małoinwazyjnych i stabilizacyjnych.

Wejście MedTech Solutions S.A. w segment chirurgii kręgosłupa i neurochirurgii stanowi istotny element długoterminowej strategii Spółki, ukierunkowanej na budowę skalowalnej platformy dystrybucji w segmentach o wysokiej wartości klinicznej i rosnącym potencjale rynkowym, przy jednoczesnym dalszym skalowaniu działalności w Europie Środkowo-Wschodniej oraz reinwestowaniu generowanych środków w rozwój organiczny, ekspansję zagraniczną oraz projekty technologiczne i akwizycyjne.

W planach Spółki w średnim terminie znajduje się przejście na rynek regulowany GPW w Warszawie. Z uwagi na dynamikę działań oraz ambitne skalowanie biznesu, Spółka konsekwentnie rozwija aktywności komunikacyjne i relacje z rynkiem kapitałowym.

Małgorzata Fibakiewicz nową prezes BNP Paribas Real Estate Poland

Małgorzata Fibakiewicz powołana na stanowisko Prezes Zarządu BNP Paribas Real Estate Poland.

Małgorzata Fibakiewicz posiada ponad 20 lat doświadczenia na rynku nieruchomości komercyjnych. Do nowej roli wnosi bogate doświadczenie menedżerskie, dogłębną znajomość rynku oraz imponujący dorobek w realizacji złożonych projektów doradczych i transakcyjnych. Swoją karierę zawodową rozpoczynała w sektorze najmu powierzchni biurowych, a następnie rozwijała ją w wielu obszarach biznesu, skutecznie zarządzając interdyscyplinarnymi zespołami i działając na styku doradztwa transakcyjnego, analiz rynkowych, consultingu, badań rynku oraz usług doradztwa strategicznego.

Jej doświadczenie wykracza daleko poza sektor biurowy. Obejmuje ono realizację projektów na styku różnych obszarów biznesowych, inicjatyw strategicznych oraz współpracę pomiędzy różnymi liniami biznesowymi, co daje jej unikalne spojrzenie zarówno na potrzeby klientów, jak i na zmieniającą się dynamikę rynku.

Znana jest z partnerskiego stylu zarządzania, silnej orientacji na klienta oraz umiejętności skutecznego działania w złożonym środowisku biznesowym, Małgorzata odegrała istotną rolę w umacnianiu pozycji rynkowej firmy i wspieraniu jej długoterminowego rozwoju.

„Polska jest strategicznym rynkiem dla BNP Paribas Real Estate i jestem przekonany, że pod przywództwem Małgorzaty będziemy mogli jeszcze bardziej umocnić naszą pozycję oraz przyspieszyć rozwój działalności w kraju. W czasie, gdy cała branża przechodzi głęboką transformację, jej umiejętność integrowania zespołów, przewidywania trendów rynkowych oraz budowania współpracy pomiędzy liniami biznesowymi będzie kluczowa dla tworzenia długoterminowej wartości dla naszych klientów i partnerów” – powiedział Jean-Maxime Jouis, CEO BNP Paribas Real Estate.

Małgorzata obejmuje stanowisko po Eriku Drukkerze, któremu firma składa podziękowania za jego znaczący wkład w rozwój organizacji na przestrzeni ostatnich 13 lat. Przez siedem lat kierowania działalnością spółki w Polsce odegrał kluczową rolę w umacnianiu jej pozycji rynkowej, zwiększaniu przychodów i rentowności oraz skutecznym prowadzeniu biznesu przez okres stabilnego wzrostu, pomimo wymagającego otoczenia rynkowego.

Pod jego kierownictwem firma rozwijała również swoje kompetencje, inwestując w innowacje, rozwiązania oparte na danych oraz nowe narzędzia i usługi, które jeszcze lepiej wspierają klientów i zespoły. Działania te stworzyły solidne fundamenty dla dalszego, długoterminowego rozwoju organizacji.

Doceniamy jego zaangażowanie, wizję oraz przywództwo w tym okresie i życzymy mu wielu sukcesów w dalszej karierze zawodowej.

Biografia

Przed dołączeniem do BNP Paribas Real Estate Małgorzata Fibakiewicz przez ponad dekadę zdobywała doświadczenie w obszarze nieruchomości korporacyjnych i bankowości, zajmując stanowiska kierownicze w firmach DTZ (obecnie Cushman & Wakefield), CBRE oraz Kredyt Banku. W trakcie swojej kariery realizowała projekty związane z zarządzaniem portfelami nieruchomości, negocjacjami transakcji najmu, transformacją środowiska pracy oraz dużymi programami ekspansji dla czołowych instytucji finansowych.

Jej doświadczenie zawodowe łączy kompetencje w zakresie doradztwa strategicznego z praktycznym zarządzaniem nieruchomościami korporacyjnymi oraz projektami transformacji biznesowej.

Małgorzata ukończyła studia podyplomowe z zakresu zarządzania nieruchomościami w Solvay Brussels School of Economics oraz bankowości w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Jest również absolwentką Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie ukończyła filologię klasyczną.

AI nie zabierze pracy od razu. Najpierw zmieni logikę działania firm

W debacie o sztucznej inteligencji zbyt często zatrzymujemy się na pytaniu, czy AI zabierze ludziom pracę. To pytanie jest ważne, ale nie oddaje całej zmiany, z którą mierzą się dziś firmy. Moim zdaniem kluczowe pytanie brzmi inaczej: jak AI zmieni logikę pracy, przewagi konkurencyjnej i odpowiedzialności w organizacjach.

W 2026 roku technologia przestała być główną barierą. Firmy mają już dostęp do infrastruktury, modeli, platform agentowych i narzędzi, które pozwalają automatyzować coraz większą część procesów biznesowych. Problem polega na tym, że wiele organizacji nie jest jeszcze gotowych operacyjnie. Mają procedury, systemy ERP, dokumenty i workflow, ale często nie potrafią precyzyjnie opisać własnych procesów w taki sposób, aby agent AI mógł działać skutecznie, bezpiecznie i odpowiedzialnie.

Agent bez kontekstu jest jak bardzo zdolny pracownik pierwszego dnia w firmie. Rozumie język, potrafi wykonywać zadania, ale nie zna reguł gry. Nie wie, które wyjątki są dopuszczalne, kiedy decyzja wymaga eskalacji, gdzie kończy się odpowiedzialność jednego działu, a zaczyna drugiego. Dlatego tak wiele wdrożeń AI rozczarowuje nie z powodu samej technologii, lecz z powodu braku organizacyjnej gotowości.

To prowadzi do zjawiska, które można nazwać Paradoksem 5 procent. Jeżeli AI przejmuje 95 procent powtarzalnej pracy, pozostałe 5 procent nie traci znaczenia. Wręcz przeciwnie, często staje się najważniejszą częścią całego procesu. To tam zostają decyzje, wyjątki, odpowiedzialność, interpretacja i relacje. Innymi słowy, praca nie znika równomiernie. Tanieje tam, gdzie jest powtarzalna i łatwa do opisania, ale drożeje tam, gdzie wymaga osądu, doświadczenia i odpowiedzialności.

Dlatego zarządy powinny patrzeć na AI nie jak na kolejny projekt technologiczny, lecz jak na przebudowę modelu operacyjnego firmy. Sam zakup platformy agentowej może być szybki. Znacznie trudniejsze jest zbudowanie organizacji, która potrafi z niej korzystać. Przewagę zyskają nie ci, którzy kupią najwięcej narzędzi AI, ale ci, którzy najlepiej rozumieją własne procesy i potrafią przełożyć je na język działania agentów.

Najcenniejszą kompetencją nadchodzących lat może więc nie być samo programowanie ani prompt engineering, ale zdolność do projektowania inteligencji w organizacji. Chodzi o umiejętność opisywania procesów, rozumienia wyjątków, wyznaczania granic odpowiedzialności i decydowania, gdzie agent powinien działać samodzielnie, a gdzie człowiek musi pozostać w pętli.

AI nie odbierze przewagi firmom dlatego, że spóźnią się z zakupem technologii. Odbierze ją tym, które nie zrozumieją własnych procesów wystarczająco dobrze, aby technologia mogła zacząć działać na ich korzyść. W nadchodzącej dekadzie wygrywać będą nie organizacje, które mają najwięcej AI, ale te, które najlepiej potrafią osadzić ją w realnym świecie swojej firmy.

Centra danych wygenerowały 10,6 mld zł wartości dodanej dla polskiej gospodarki

Sektor centrów danych staje się jednym z coraz ważniejszych elementów polskiej gospodarki cyfrowej. Według raportu „Napędzając Gospodarkę: Gospodarczy wpływ sektora Data Center w Polsce”, przygotowanego przez Polski Związek Centrów Danych we współpracy z PwC Polska, branża wygenerowała w 2025 r. 10,6 mld zł wartości dodanej brutto oraz 4,3 mld zł wpływów fiskalnych. Z działalnością sektora powiązane było również niemal 41 tys. miejsc pracy w całej gospodarce.

Autorzy raportu wskazują, że centra danych przestają być wyłącznie technicznym zapleczem dla usług cyfrowych. Coraz wyraźniej stają się samodzielnym sektorem, który wpływa na inwestycje, rynek pracy, rozwój infrastruktury energetycznej i konkurencyjność kraju.

Miliardy dla gospodarki i budżetu

Z wyliczeń przedstawionych w raporcie wynika, że centra danych wsparły polskie PKB kwotą 10,6 mld zł wartości dodanej brutto. W praktyce oznacza to wkład sektora nie tylko w działalność operatorów obiektów, ale też w szeroki łańcuch firm współpracujących z branżą.

W 2025 r. sektor miał również wygenerować 4,3 mld zł wpływów podatkowych. Na tę kwotę składają się m.in. podatki dochodowe płacone przez przedsiębiorstwa i pracowników, VAT oraz daniny lokalne.

Szczególne znaczenie dla samorządów ma podatek od nieruchomości. Centra danych są kosztownymi obiektami infrastrukturalnymi, wymagającymi specjalistycznych instalacji energetycznych, chłodzenia oraz zabezpieczeń. Dla gmin, w których powstają takie inwestycje, oznacza to potencjalnie stabilne źródło dochodów, które może być przeznaczane na rozwój lokalnej infrastruktury, edukację czy transport.

– Cyfrowa infrastruktura przestała być jedynie wsparciem dla innych biznesów, a stała się samodzielną, pełnoprawną gałęzią gospodarki – wskazuje Piotr Kowalski, dyrektor zarządzający PLDCA.

Polska zwiększa moc centrów danych

W sektorze data center podstawowym wskaźnikiem nie jest liczba budynków, lecz dostępna moc. Według danych przywołanych w raporcie działające w Polsce centra danych dysponują obecnie około 250 MW mocy.

Prognozy Europejskiego Stowarzyszenia Centrów Danych zakładają, że do 2031 r. całkowita moc sektora w Polsce może przekroczyć 550 MW. Oznaczałoby to ponad dwukrotny wzrost względem poziomów z 2025 r.

Jeszcze bardziej ambitne scenariusze zakładają, że przy sprzyjających warunkach potencjał rynku może sięgnąć około 1,2 GW już do 2030 r. Kluczowe będą jednak dostęp do energii, możliwości przyłączeniowe oraz tempo modernizacji sieci elektroenergetycznej.

Rozwój mocy obliczeniowej ma znaczenie nie tylko dla największych firm technologicznych. Coraz większego zapotrzebowania na lokalne przetwarzanie danych potrzebują także banki, handel elektroniczny, logistyka, przemysł, administracja publiczna i firmy rozwijające rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję.

Efekt dla budownictwa, energetyki i IT

Raport pokazuje, że wpływ centrów danych wykracza daleko poza samą działalność operatorów. Budowa nowoczesnego obiektu wymaga współpracy wielu branż: firm budowlanych, projektantów, dostawców urządzeń energetycznych, systemów chłodzenia, zabezpieczeń fizycznych i cyberbezpieczeństwa.

Każda większa inwestycja w data center oznacza więc zlecenia dla firm realizujących prace inżynieryjne, elektroenergetyczne, automatyczne i teleinformatyczne. Według danych PLDCA aż 57 proc. przedsiębiorstw tworzących krajowy łańcuch wartości sektora ma polski kapitał albo prowadzi produkcję w Polsce.

Istotny jest także wpływ na rynek pracy. Branża nie tworzy masowego zatrudnienia w prostych zawodach, lecz generuje zapotrzebowanie na wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Dotyczy to m.in. inżynierów energetyki, automatyków, ekspertów od sieci, cyberbezpieczeństwa, systemów chłodzenia oraz zarządzania infrastrukturą krytyczną.

Łącznie sektor centrów danych ma wspierać utrzymanie blisko 41 tys. miejsc pracy. Znaczna część z nich powstaje poza samymi obiektami data center — w IT, budownictwie, nieruchomościach, energetyce i usługach profesjonalnych.

Centra danych jako element bezpieczeństwa gospodarczego

Rosnące znaczenie centrów danych wiąże się także z bezpieczeństwem cyfrowym i gospodarczym. Firmy oraz instytucje coraz częściej opierają swoją działalność na chmurze obliczeniowej, analizie danych i narzędziach opartych na sztucznej inteligencji.

Silna lokalna infrastruktura ogranicza zależność od zagranicznych centrów przetwarzania danych i może zmniejszać ryzyka związane z opóźnieniami transmisji, dostępnością usług czy regulacjami obowiązującymi poza Polską.

Autorzy raportu oceniają, że Polska ma szansę umocnić pozycję regionalnego hubu cyfrowego w Europie Środkowo-Wschodniej. Sprzyja temu położenie geograficzne, rozwijający się rynek technologiczny oraz rosnące zainteresowanie globalnych inwestorów.

Największe wyzwanie: energia i przyłącza

Szybki rozwój branży będzie wymagał rozwiązania problemów infrastrukturalnych. Centra danych są obiektami energochłonnymi, dlatego ich dalsza ekspansja zależy od zapewnienia stabilnego dostępu do energii oraz mocy przyłączeniowej.

W raporcie podkreślono, że konieczne są inwestycje w nowe źródła energii, modernizację sieci przesyłowych i dystrybucyjnych oraz rozwój niskoemisyjnej energetyki. Ważne może być także uproszczenie procedur administracyjnych związanych z realizacją inwestycji.

– Dzisiejsze 10,6 mld zł wartości dodanej to efekt nakładów inwestycyjnych poniesionych w Polsce w ostatnich latach – ocenia Kinga Barchoń, partnerka PwC i liderka usług dla sektora nieruchomości w Europie Środkowo-Wschodniej.

Rozwój sektora będzie więc zależał nie tylko od popytu na usługi cyfrowe, ale także od decyzji dotyczących energetyki, prawa inwestycyjnego i polityki przemysłowej.

Infrastruktura dla gospodarki opartej na danych

Centra danych coraz mocniej wpisują się w model gospodarki opartej na danych. Wraz z rosnącym znaczeniem chmury, automatyzacji i sztucznej inteligencji mogą stać się równie istotne jak tradycyjna infrastruktura transportowa czy energetyczna.

Raport PLDCA wskazuje, że Polska ma już bazę pozwalającą rozwijać ten sektor na dużą skalę. Utrzymanie tempa wzrostu będzie jednak wymagało połączenia inwestycji prywatnych z rozbudową systemu energetycznego i przewidywalnym otoczeniem regulacyjnym.

Źródło: raport „Napędzając Gospodarkę: Gospodarczy wpływ sektora Data Center w Polsce”, PLDCA i PwC Polska.

Deloitte otwiera nabór do Technology Fast 50 Central Europe

0

Rozpoczął się nabór zgłoszeń do nowej edycji programu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe. Inauguracja odbywa się w Rzeszowie, podczas Carpathian Startup Fest, jednego z ważniejszych wydarzeń start-upowych w regionie, którego partnerem jest Deloitte. Zgłoszenia do Fast 50 można przesyłać do końca sierpnia br. Laureaci zestawienia zostaną ogłoszeni podczas uroczystej gali finałowej 19 listopada w Warszawie.

Deloitte Technology Fast 50 CE od ponad ćwierć wieku promuje przedsiębiorstwa technologiczne z Europy Środkowo-Wschodniej, które dzięki innowacyjnym rozwiązaniom oraz dynamicznemu wzrostowi przychodów budują swoją pozycję na rynkach lokalnych i międzynarodowych. Program obejmuje firmy, działające m.in. w branży oprogramowania, fintechu, cyberbezpieczeństwa, medtechu, komunikacji, technologii środowiskowych czy sztucznej inteligencji.

Rynek technologiczny w Europie Środkowo-Wschodniej wyraźniej przechodzi z etapu budowania innowacji do ich skutecznej komercjalizacji i skalowania. Widzimy, że firmy rozwijają rozwiązania projektowane z myślą o konkurencji międzynarodowej, a nie wyłącznie lokalnym rynku. Jednocześnie rośnie znaczenie efektywności operacyjnej, zdolności do wykorzystania danych oraz wdrażania technologii, które przekładają się na wymierną wartość biznesową. Właśnie takie przedsiębiorstwa, przyszłe gwiazdy, chcemy wyróżniać – mówi Michał Tokarski, partner zarządzający działem Advisory Deloitte w Polsce, lider Zespołu M&A.

Ranking Fast 50 tworzony jest na podstawie procentowego wzrostu przychodów, osiągniętego przez firmy w ciągu ostatnich czterech lat. Obok głównego zestawienia Fast 50 program obejmuje również kategorię Companies to Watch – skierowaną do młodszych spółek technologicznych, Impact Stars – specjalne wyróżnienie dla marek wywierających pozytywny wpływ na biznes, społeczeństwo i otoczenie oraz AI Value Driver. CE Rocketship Innovations in GenAI, subkategorię stworzoną wspólnie z regionalnym partnerem technologicznym programu Google Cloud.

–  Deloitte Technology Fast 50 Central Europe od lat pełni rolę platformy promującej rozwój regionalnego ekosystemu innowacji i przedsiębiorczości technologicznej. Daje firmom możliwość zwiększenia widoczności wśród partnerów biznesowych i klientów. Uczestnicy skutecznie wykorzystują swoją przynależność do międzynarodowej społeczności Fast 50, budują nowe relacje i uczestniczą w licznych inicjatywach w ramach programu. Nieprzypadkowo tegoroczną edycję inaugurujemy podczas Carpathian Startup Fest – wydarzenia, które integruje startupy, inwestorów oraz organizacje aktywnie wspierające rozwój nowych technologii w regionie – mówi Anna Pawliszewska, Marketing Senior Manager, Deloitte Advisory.

Szczegóły programu i rozwój kategorii

Każda spółka, ubiegająca się o kwalifikację do kategorii głównej rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe, musi spełnić poniższe kryteria:

  • prowadzić działalność od co najmniej czterech lat;
  • być firmą technologiczną, a jej działalność musi zawierać się w jednej z następujących kategorii: komunikacja, ochrona środowiska, fintech, sprzęt komputerowy, ochrona zdrowia i nauki medyczne, media i rozrywka, produkcja oprogramowania;
  • mieć strukturę własności, która uniemożliwia posiadanie większościowych udziałów przez zagranicznych inwestorów strategicznych, przy czym co najmniej 51 proc. udziałów musi należeć do osób, firm lub funduszy z krajów Europy Środkowo-Wschodniej;
  • osiągać przychody operacyjne nie mniejsze niż 50 tys. euro w minionych latach: 2022, 2023, 2024 oraz przychód za rok 2025 nie mniejszy niż 100 tys. euro;
  • posiadać główną siedzibę w jednym z krajów objętych programem, takich jak: Chorwacja, Czechy, Estonia, Łotwa, Litwa, Polska, Rumunia, Słowacja lub Ukraina.

Kategoria Companies to Watch, skierowana do młodszych firm technologicznych, wyróżni dziesięć najbardziej perspektywicznych spółek z regionu. Firma, która chce się ubiegać się o wyróżnienie w tej kategorii, musi działać co najmniej trzy lata (być założona przed 31 grudnia 2022 r.). Powinna także dysponować własną technologią lub prawami własności intelektualnej, które przyczyniają się do osiąganych wyników finansowych. Konieczne jest również uzyskanie co najmniej 10 tys. euro przychodów operacyjnych w roku bazowym oraz minimum 30 tys. euro w roku kolejnym.

W przypadku Impact Stars – wyróżnienie skupia się na pięciu strategicznych obszarach: fintech, cyberbezpieczeństwo, ESG, medtech/biotech oraz obronność. Zostanie uhonorowana jedna firma w konkretnym obszarze, co oznacza maksymalnie pięć laureatów w tej dziedzinie z danego państwa, w którym realizowany jest program Fast 50 CE.

Po raz kolejny będą wyróżnione firmy w kategorii AI Value Driver. CE Rocketship Innovations in GenAI, której partnerem jest Google Cloud. Nagroda przyznawana jest markom kreatywnie wykorzystującym sztuczną inteligencję – w sposób przekładający się na wymierne efekty biznesowe oraz szansę tworzenia nowych rozwiązań.

Ocenie podlegają m.in. dojrzałość technologiczna zgłaszanego rozwiązania, jego architektura oraz możliwość skalowania. Dziedzina ta skierowana jest do organizacji integrujących GenAI w swoich produktach, usługach lub procesach operacyjnych w sposób, który przynosi realną wartość klientom, partnerom lub pracownikom.

Rynek technologiczny w Europie Środkowo-Wschodniej przechodzi obecnie etap transformacji. Coraz większą rolę odgrywają obszary takie jak sztuczna inteligencja, automatyzacja czy cyberbezpieczeństwo. Widzimy rosnącą liczbę spółek rozwijających rozwiązania odpowiadające na globalne potrzeby rynku, co stopniowo przekłada się również na większe zainteresowanie inwestorów sektorem technologii w regionie. Deloitte Technology Fast 50 Central Europe dobrze pokazuje, że wiele firm dynamicznie się rozwija, konkurując zarówno tempem wzrostu, jak i jakością technologii oraz modeli biznesowych – podkreśla Mateusz Pacholik, M&A Manager, Corporate Finance, Deloitte Advisory.

FDA precyzuje ścieżkę regulacyjną dla terapii genowych. Szansa dla projektu multiQure

Amerykańska Agencja Żywności i Leków (FDA), podczas spotkania typu B, zaakceptowała 3-letnie dane z Fazy I/II jako podstawę wniosku o przyspieszone zatwierdzenie dla terapii AMT-130 firmy uniQure. W dniu ogłoszenia tej informacji cena akcji spółki uniQure odnotowała wzrost o niemal 80%, a jej kapitalizacja przekroczyła 3 mld USD. Zdaniem przedstawicieli projektu multiQure jest to istotny drogowskaz dla wszystkich terapii genowych, nie tylko dotyczących choroby Huntingtona, ale również innych chorób neurodegeneracyjnych o podłożu genetycznym, w tym dla multiQure.

Zmiana podejścia FDA oraz jej wpływ na terapie genowe

Terapie genowe stanowią bardzo dużą szansę dla setek tysięcy pacjentów cierpiących na choroby genetyczne, w tym chorobę Huntingtona. Powszechnie stosowane metody jedynie łagodzą objawy, ale nie powstrzymują choroby. Terapie genowe oparte o technologię RNAi pozwalają zaadresować przyczynę schorzenia, dlatego ich wprowadzenie do praktyki klinicznej jest od dawna wyczekiwane przez pacjentów, ich bliskich oraz środowisko medyczne.

Obecnie najbardziej zaawansowaną w rozwoju terapią RNAi przeciwko chorobie Huntingtona jest projekt AMT-130 notowanej na NASDAQ, holenderskiej spółki uniQure. Znajduje się on w I/II fazie badań klinicznych i według ostatnich doniesień, przygotowuje się do złożenia w FDA wniosku o warunkową rejestrację produktu biologicznego (BLA). 17 czerwca br. uniQure, po formalnym spotkaniu z FDA poinformowała, że agencja uznała 3-letnią analizę z badań fazy I/II za akceptowalną podstawę do złożenia wniosku w trybie przyspieszonej rejestracji, co planowane jest na III kwartał br. Rynek zareagował na te informacje bardzo entuzjastycznie. W dniu ogłoszenia tej informacji cena akcji spółki uniQure odnotowała wzrost o niemal 80%, a jej kapitalizacja przekroczyła 3 mld USD.

Szansa dla projektu multiQure

Zdaniem szefa projektu multiQure, którego celem jest rozwój konkurencyjnej do AMT-130 terapii opartej o RNAi, jest to ważne wydarzenie dla podmiotów, które pracują nad terapiami genowymi.

Stanowisko FDA w sprawie terapii AMT-130 rozwijanej przez uniQure to przełomowy moment nie tylko dla podmiotów prowadzących prace B+R w obszarze terapii genowych w chorobie Huntingtona, ale również szerszego sektora badań nad lekami na genetyczne schorzenia neurodegeneracyjne. Agencja ds. Żywności i Leków potwierdziła, że trzyletnie dane z wczesnych faz klinicznych mogą stanowić wystarczającą podstawę do ubiegania się o przyspieszone zatwierdzenie terapii – a to zasadniczo zmienia rachunek ryzyka dla naszego projektu, a zatem również dla inwestorów i potencjalnych partnerów – informuje Tomasz Nocuń, szef projektu multiQure.

Zdaniem Tomasza Nocunia dla projektu multiQure szczególnie ważne jest zaakceptowanie przez amerykańskiego regulatora możliwości wykorzystania porównawczych zbiorów danych pochodzących z obserwacyjnych badań klinicznych choroby Huntingtona.

To konkretne ułatwienie, które pozwoli efektywniej projektować własne badanie kliniczne. Co ważne, projekt multiQure wychodzi z pozycji potencjalnie silniejszej naukowo: nasza terapia celuje selektywnie – tylko w produkcję zmutowanej wersji huntingtyny, co stanowi istotną przewagę nad podejściem nieselektywnym reprezentowanym przez uniQure. Ich droga przez badanie kliniczne pokazuje natomiast, że koncepcja genetycznej terapii w tym schorzeniu przynosi pacjentom realne korzyści. Naszym zadaniem jest teraz przejście częściowo już przetartej ścieżki z terapią, której wyróżnikiem będzie lepszy profil bezpieczeństwa. – mówi Tomasz Nocuń.

Wpływ stanowiska FDA udzielonego spółce uniQure na inne terapie genowe, przede wszystkim multiQure, został oceniony i skomentowany przez Dom Maklerski INC. Autorzy komentarza zwracają uwagę przede wszystkim na istotne podobieństwa obu projektów, możliwość wykorzystania ścieżki już przetartej przez uniQure oraz przewagi polskiego projektu nad AMT-130 polegające na selektywności terapii.

– Pozytywne dane kliniczne uniQure oraz konstruktywne podejście FDA stanowią zewnętrzną walidację logiki, na której bazuje strategia multiQure. Jednocześnie technologia multiQure może wyróżniać się preferencyjnym oddziaływaniem na zmutowany transkrypt zawierający wydłużoną sekwencję powtórzeń CAG, przy potencjalnym ograniczeniu wpływu na prawidłową kopię genu HTT, co może mieć znaczenie z perspektywy bezpieczeństwa biologicznego – komentuje dr Maciej Kietliński, analityk Domu Maklerskiego INC, autor raportu analitycznego nt. projektu multiQure.

Giełdowe plany multiQure

Sukces uniQure oraz reakcja rynku pokazują, jak duży wpływ na wycenę spółek biotechnologicznych mają osiąganie kamieni milowych, a także związane z tym stanowiska i decyzje regulatorów. Dlatego Intencją kierownictwa i inwestorów projektu multiQure jest wprowadzenie projektu na giełdę, aby umożliwić inwestorom partycypację w realizacji kolejnych kamieni milowych przez spółkę.

Realizujemy działania mające na celu wprowadzenie multiQure na giełdę, aby również polscy inwestorzy uzyskali ekspozycję na przedsięwzięcie skupione na rozwoju terapii genowej na chorobę Huntingtona, a przy tym potencjalnie efektywniejszą i bezpieczniejszą niż uniQure. Na początku tygodnia podpisaliśmy umowę o wniesienie projektu do spółki Pure Biologics i zmianie jej nazwy na multiQure. Jesteśmy na ostatniej prostej tego procesu – komentuje dr Kris Siemionow, inwestor projektu multiQure, współzałożyciel i udziałowiec Biofund.

Proces wprowadzania projektu na GPW jest konsekwentnie realizowany. Poza podpisaniem umowy wprowadzenia projektu do Pure Biologics (docelowo multiQure S.A.), akcjonariusze spółki zdecydowali również o emisji akcji, w ramach której planowane jest pozyskanie środków, które pozwolą zespołowi multiQure na podanie terapii pierwszym pacjentom, co ma nastąpić w ciągu najbliższych 12-18 miesięcy oraz uzyskanie pierwszych wyników do połowy 2028 roku.

Podsumowanie

Stanowisko FDA przekazane spółce uniQure wyznacza nowy standard dla całego sektora terapii genowych, potwierdzając krystalizowanie się ścieżki regulacyjnej dla tej klasy leków. Dla projektu multiQure oznacza to nie tylko obniżenie ryzyka regulacyjnego, ale również zewnętrzne potwierdzenie słuszności obranej strategii naukowej – przy jednoczesnej przewadze w zakresie bezpieczeństwa terapii wynikającej z jej selektywności. Biorąc pod uwagę, że trwają pracę nad wprowadzeniem projektu na giełdę, Polscy inwestorzy już niebawem uzyskają ekspozycję na terapię genową przeciwko chorobie Huntingtona z kategorii best-in-class.

Inflacja żywności wyraźnie słabnie

W maju br. ceny 17 analizowanych kategorii produktów wzrosły w sklepach detalicznych średnio o 3,4% rdr. W kwietniu codzienne zakupy zdrożały rdr. o 3,7%, a w marcu – o 3,8%. Ceny samej żywności ostatnio poszły w górę o 2,4% rdr. Skoki w całym tym segmencie we wcześniejszych miesiącach roku były bardziej odczuwalne. Po danych widać też, że konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie nie przyczynił się do wzrostu cen w takim stopniu, jak spodziewali się eksperci rynkowi.

Z najnowszego raportu pt. „Indeks Cen w Sklepach Detalicznych” (autorstwa UCE Research i Uniwersytetów WSB Merito) wynika, że maju br. ceny żywności, napojów bezalkoholowych i alkoholowych oraz pozostałego asortymentu, np. chemii gospodarczej i artykułów dla dzieci, wzrosły średnio o 3,4% rdr. Wzrost cen we wcześniejszych miesiącach tego roku był wyższy. W kwietniu wyniósł rdr. 3,7%, a w marcu i lutym – po 3,8%. Jak ocenia dr Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku, wyniki wskazują na wyraźny trend dezinflacyjny.

– To trwałe, stopniowe hamowanie, a nie jednorazowe odchylenie. Co ważne, inflacja CPI – według GUS – wyniosła w maju 3,1% rdr. To było wynikiem wyraźnie niższym od konsensusu rynkowego na poziomie 3,7%. Dane detaliczne UCE Research są z nią spójne. Wzrost cen w sklepach wciąż jest faktem, ale jego impet wyraźnie słabnie – zwraca uwagę dr Arak.

Spadek dynamiki wzrostu cen w maju zaskoczył Marcina Luzińskiego, ekonomisty z Erste Banku. Ekspert spodziewał się raczej tendencji rosnącej. Tymczasem ceny żywności zanotowały większy spadek rocznej miary podwyżek cen, niż zakładał. Według ww. raportu, w maju br. żywność zdrożała średnio o 2,4% rdr. Nieco większe podwyżki rdr. zanotowano również we wcześniejszych miesiącach tego roku – w kwietniu o 3,3%, w marcu – o 3,2%, a w lutym – o 3,4%. Dr Robert Orpych z Uniwersytetu WSB Merito jest zdania, że wynik samej żywności jest jeszcze bardziej wymowny niż ogólny odczyt. Do tego ekspert dodaje, że kategoria, która przez lata napędzała wzrosty, stała się teraz czynnikiem stabilizującym.

– Składa się na to kilka czynników działających jednocześnie. Po pierwsze, to jest normalizacja cen na rynkach rolnych. Po drugie, występuje intensywna konkurencja między dyskontami w zakresie produktów podstawowych, czyli tych, które konsument najłatwiej porównuje między sieciami. Po trzecie, mamy efekt bazy statystycznej. Maj 2024 roku był okresem relatywnie wyższych cen żywności – tłumaczy dr Orpych.

Do tego dr inż. Anna Motylska-Kuźma z Uniwersytetu DSW Ideis podkreśla, że szczególnie istotny jest fakt, iż obserwowane wyhamowanie nie wynika wyłącznie z efektów statystycznych czy wysokiej bazy odniesienia. Ekspertka przypomina, że – według GUS – ceny żywności i napojów bezalkoholowych spadły w maju o około 1,0% względem kwietnia, co było jedną z największych niespodzianek w najnowszym odczycie inflacji. W ujęciu rocznym były one wyższe tylko o 0,5%.

– Pokazuje to, że mamy do czynienia nie tylko ze spowolnieniem wzrostu cen, ale wręcz z okresową korektą cenową w części kategorii żywnościowych. Na taki obraz rynku mogło wpłynąć jednoczesne oddziaływanie kilku czynników. Utrzymuje się silna konkurencja pomiędzy sieciami handlowymi, które w warunkach wysokiej wrażliwości cenowej konsumentów mają ograniczone możliwości podnoszenia cen. Poprawiła się także sytuacja podażowa w części kategorii żywnościowych, zwłaszcza produktów sezonowych. Co więcej, relatywnie stabilne pozostają koszty importu, wspierane przez stosunkowo mocnego złotego – wylicza dr inż. Motylska-Kuźma.

Patrząc na wszystkie analizowane kategorie, widać spadek wzrostu cen mdm. Natomiast wynik samej żywności jest nawet poniżej ogólnej wartości inflacji podawanej przez GUS. Dr Robert Orpych podkreśla, że obecnie żywność drożeje wolniej niż reszta koszyka detalicznego. Wynika to z tego, że jest szczególnie wrażliwa na konkurencję cenową. Sklepy wiedzą o tym, że to właśnie ceny chleba, mleka czy mięsa konsument sprawdza najuważniej i to właśnie tu rywalizacja między sieciami jest najbardziej odczuwalna.

– Powyższy wynik żywności, będący poniżej CPI, to z kolei efekt tego, że koszyk GUS obejmuje szerszy zakres dóbr i usług, w tym te, które w ostatnim czasie drożały szybciej. Natomiast sam rynek żywnościowy w sklepach, w obliczu dużej podaży i walki dyskontów o klienta, wyhamował. To dobra informacja szczególnie dla gospodarstw domowych o niższych dochodach, gdzie żywność stanowi znaczącą część ich wydatków – uważa ekspert z Uniwersytetu WSB Merito.

Z kolei dr Mariusz Dziwulski, analityk PKO BP, zauważa, że wojna na Bliskim Wschodzie dotychczas nie znalazła istotnego odzwierciedlenia w cenach żywności, choć podwyżki widać na rynku olejów roślinnych. Ekspert wskazuje, że rynki rolne w drugim kwartale br. wciąż znajdowały się pod wpływem wysokiej globalnie podaży, która jest konsekwencją dość solidnych wzrostów produkcji w sezonie 2025/26.

– Obawialiśmy się, że napięcia na Bliskim Wschodzie wyraźnie przyspieszą inflację przez kanał paliwowy i energetyczny. Tymczasem program CPN, który obniżył ceny paliw o ok. 1-1,2 zł za litr, przytłumił oczekiwania inflacyjne. Dodatkowo ceny paliw obniżyły się w maju o 0,1% mdm. Do tego efekty drugiej rundy inflacyjnej, tj. przenoszenia wyższych kosztów energii na inne towary, nie zmaterializowały się w zauważalnym stopniu. Oczywiście presja nie zniknęła – podsumowuje dr Arak.

Grupa Klepsydra zapowiada pierwszą dywidendę w historii spółki

Zarząd Grupy Klepsydra, lidera rynku pogrzebowego w Polsce i pierwszej spółki z tego segmentu notowanej na GPW, zgodnie z przyjętą strategią rozwoju, zarekomendował zbliżającemu się Zwyczajnemu Walnego Zgromadzeniu Spółki wypłatę dywidendy z zysków za 2025 r. w wysokości 4 gr na akcję. Oznacza to, że do akcjonariuszy Spółki trafi w sumie 954 269,40 zł. Zaliczką objęte zostaną wszystkie akcje spółki, czyli 23 856 735 akcji. Będzie to pierwsza w historii dywidenda wypłacona akcjonariuszom Grupy Klepsydra.

Dzień dywidendy został ustalony na dzień 31 lipca 2026 roku, natomiast dzień wypłaty dywidendy na 12 sierpnia 2026 roku.

Pozostała kwota zysku netto, czyli 3 495 950,38 zł, zostanie przeznaczona na kapitał zapasowy Spółki.

Od początku wejścia na GPW w 2023 r. konsekwentnie realizujemy nasze obietnice, które złożyliśmy inwestorom. Konsolidujemy rynek, rozbudowujemy naszą grupę kapitałową, a przy tym rośniemy też organicznie. Dzięki temu rosną też nasze wyniki finansowe. Dlatego z olbrzymią przyjemnością zarekomendowaliśmy zbliżającemu się Walnemu Zgromadzeniu wypłatę dywidendy z zysków za 2025 r. Realizujemy tym samym kolejną obietnicę daną naszym akcjonariuszom”– powiedział Marek Cichewicz, prezes zarządu spółki holdingowej Grupa Klepsydra S.A.

Twórca funduszu Tar Heel Capital wystawia swoją kolekcje sztuki na aukcję

Na zachodnich rynkach sztuki sprzedaże prywatnych kolekcji od lat są stałym elementem kalendarza największych domów aukcyjnych. W Polsce ten format dopiero zyskuje wyraźniejszą pozycję, ale dane pokazują, że rynek jest coraz bardziej gotowy na projekty budowane wokół historii kolekcjonerów, rozpoznanej proweniencji i spójnych prywatnych zbiorów. W 2025 roku aukcje kolekcji zorganizowane przez DESA Unicum wygenerowały łącznie 28,5 mln zł obrotu. Pierwsza tegoroczna aukcja kolekcji w DESA Unicum obejmuje 54 prace ze zbioru Grzegorza Bielowickiego, przedsiębiorcy i prywatnego kolekcjonera. Siłą tej kolekcji jest jej szeroki zakres: od prac uznanych klasyków polskiej awangardy i sztuki powojennej po twórców młodszych pokoleń, a także rozpiętość estymacji od kilku tysięcy do kilkuset tysięcy złotych

Na dojrzałych, zachodnich rynkach sztuki aukcje prywatnych kolekcji od lat funkcjonują jako osobna, rozpoznawalna kategoria sprzedaży. Skalę tego modelu najlepiej pokazują liczby. W 2022 roku Christie’s sprzedało kolekcję Paula G. Allena za 1,62 mld dolarów, ustanawiając najwyższy wynik w historii aukcji prywatnej kolekcji. W podobnym okresie Sotheby’s przeprowadziło sprzedaż Macklowe Collection, która osiągnęła 922,2 mln dolarów. Rok później kolekcja Emily Fisher Landau w Sotheby’s przyniosła 424,7 mln dolarów. Z kolei licytacja obiektów z kolekcji S.I. Newhouse’a w Christie’s przekroczyła łącznie 1 mld dolarów.

Polska adaptuje format aukcji kolekcji. Rok 2025 pokazał skalę potencjału

Na polskim rynku sztuki aukcje kolekcji dopiero zaczynają zyskiwać znaczenie porównywalne z tym, jakie od lat funkcjonują w Nowym Jorku, Londynie czy Paryżu. W 2025 roku DESA Unicum zorganizowała pięć aukcji kolekcji, które wygenerowały łącznie 28,46 mln zł obrotu. Najwyższy wynik przyniosła aukcja „Mój Paryż. Dzieła wybrane z kolekcji Wojciecha Fibaka”, zakończona obrotem na poziomie 12,27 mln zł. Był to projekt oparty na rozpoznawalnym nazwisku kolekcjonera i zbiorze o silnym, międzynarodowym kontekście. Drugim najwyższym wynikiem zakończyła się aukcja kolekcji Dominiki i Liwiusza Krawczyków, która wygenerowała 6,433 mln zł.

Zeszłoroczne wyniki aukcji kolekcji są dla nas i dla kolekcjonerów ważnym sygnałem. Fakt, że trzy z pięciu ubiegłorocznych projektów przekroczyły poziom 6 mln zł obrotu, pokazuje, że polski rynek osiągnął etap, na którym możliwe jest nie tylko sprzedawanie pojedynczych obiektów, ale także budowanie większych projektów aukcyjnych wokół prywatnych zbiorów. Dla domu aukcyjnego oznacza to bardziej złożony model działania: od selekcji i wyceny prac, przez opracowanie proweniencji, po stworzenie narracji, która pozwala pokazać kolekcję jako efekt przemyślanych decyzji. Dla kolekcjonerów jest to z kolei dowód, że sprzedaż części zbioru może być profesjonalnie zaplanowanym etapem zarządzania kolekcją, a nie jedynie jednorazową decyzją transakcyjną – mówi Agata Szkup, Prezes Zarządu DESA Unicum.

Rok 2025 można traktować jako moment, w którym aukcje kolekcji zaczęły wyraźniej funkcjonować na polskim rynku jako osobny format. Tego typu projekty łączą różne segmenty oraz uzupełniają je o nowy wymiar: historię właściciela, myśl przewodnią budowania zbioru i uwypuklają znaczenie proweniencji. To także przykład, że coraz większą wagę przykłada się dzisiaj nie tylko do ceny dzieła, ale także do jego kontekstu.

Kolekcja Grzegorza Bielowickiego

Pierwszą tegoroczną aukcją kolekcji w DESA Unicum będzie sprzedaż prac ze zbioru Grzegorza Bielowickiego, założyciela i partnera zarządzającego Tar Heel Capital, jednej z wiodących polskich firm private equity, która od ponad 20 lat inwestuje w rozwój polskich przedsiębiorstw. Prywatnie Bielowicki od lat zajmuje się kolekcjonowaniem sztuki.

Oferta aukcji kolekcjonera obejmie 54 obiekty prezentujące szeroki przekrój polskiej sztuki: od dzieł klasyków polskiej awangardy, przez prace artystów nowego pokolenia, po twórców obecnych w segmencie sztuki najnowszej. W katalogu znajdą się między innymi prace Stefana Gierowskiego, Jerzego Nowosielskiego i Juliana Stańczaka, a także dzieła młodszych twórców, takich jak Patrycja Piętka, Lia Kimura, Jerzy Baranowski czy Patryk Paliwoda. Wśród najciekawszych obiektów warto wymienić m.in. płótno „DCCCLXVI” Gierowskiego o estymacji od 450 000 do 650 000 zł czy obraz „Plac zamkowy” z cyklu „Warszawa” Edwarda Dwurnika, którego wartość oszacowano między 100 000 a 150 000 zł.

Z punktu widzenia kolekcjonerów istotna jest nie tylko liczba obiektów, ale też rozpiętość cenowa oferty. Najniżej estymowana praca, autorstwa Pawła Sobczaka, wyceniana jest na 2–3 tys. zł. Najdroższy obiekt, „Hot Boreal” Juliana Stańczaka, został oszacowany na 500–800 tys. zł. Tak szeroki zakres cenowy odpowiada jednocześnie na potrzeby doświadczonych kolekcjonerów, inwestorów poszukujących prac o silnej pozycji rynkowej oraz nowych klientów, którzy dopiero rozpoczynają budowanie zbiorów. Co ciekawe, kolekcja Grzegorza Bielowickiego zaczęła się niepozornie, bo od zakupu grafiki i w ciągu kilku lat powstała z tego profesjonalna kolekcja sztuki współczesnej.

Kolekcjonerzy otwierają swoje zbiory

Istotna jest również otwartość prywatnych kolekcjonerów do udostępniania swoich prac szerokiej publiczności. Bielowicki zapowiada, że w przyszłości planuje otwarcie parku rzeźby plenerowej na Mazurach. Prace nad tym projektem już trwają. Dlatego aukcja stanowi kolejny etap rozwoju kolekcji, prowadzący do jej transformacji. Podobnie jak zeszłoroczna aukcja kolekcji Liwiusza i Dominiki Krawczyków, która była momentem uporządkowania zbiorów i ich uspójnienia.

Aukcje kolekcji są przykładem tego, jak zmienia się pozycja prywatnych kolekcjonerów w Polsce. Coraz częściej nie są oni wyłącznie nabywcami dzieł, ale także uczestnikami szerszego ekosystemu sztuki: współtworzą rynek, wspierają artystów, budują zbiory, a w niektórych przypadkach planują również ich publiczne udostępnianie. Aukcja kolekcji staje się więc nie tylko wydarzeniem sprzedażowym, ale także momentem, w którym prywatny zbiór zaczyna funkcjonować jako część szerszej opowieści o dojrzewaniu rynku sztuki – podsumowuje Agata Szkup.

Majowa produkcja przemysłowa powyżej prognoz

Majowe dane o produkcji przemysłowej pozytywnie zaskoczyły, pokazując wzrost o 4,1 proc. r/r wobec prognoz na poziomie 2,5 proc. r/r. Odczyt potwierdza utrzymujące się umiarkowane ożywienie w przemyśle, choć jego tempo nie przyspiesza istotnie względem wcześniejszych miesięcy. Wzrost ma dość szeroki charakter, obejmując większość działów przemysłu. Jednocześnie struktura pozostaje nierównomierna – silniejsza dynamika widoczna jest w produkcji dóbr zaopatrzeniowych, dóbr związanych z energią oraz inwestycyjnych, przy spadkach w dobrach konsumpcyjnych trwałych.

W rozbiciu sektorowym zarysowuje się spore rozwarstwienie dynamiki pomiędzy branżami. Można dostrzec, które gałęzie przemysłu „cierpią” – wymienić tu można produkcję mebli, produkcję odzieży, wyrobów tekstylnych. Spadki w tych sektorach są wyraźne.

Dane za maj potwierdzają, że przemysł pozostaje na ścieżce umiarkowanego wzrostu, choć jego struktura i krótkookresowa zmienność wskazują na brak silnego, jednorodnego impulsu po stronie popytu.

Eskalacja w Libanie wpływa na rozmowy USA–Iran i rynek ropy

USA i Iran odłożyły rozpoczęcie rozmów dotyczących trwałego porozumienia pokojowego oraz ograniczenia irańskiego programu nuklearnego. Spotkanie miało odbyć się w piątek w Szwajcarii, jednak zostało przesunięte. Oficjalnie Biały Dom wskazał na problemy logistyczne, ale w tle tej decyzji widoczne jest zaostrzenie walk między Izraelem a wspieranym przez Iran Hezbollahem w południowym Libanie. Jednym z kluczowych źródeł napięć pozostaje żądanie Iranu, który domaga się zawieszenia broni w Libanie jako elementu tymczasowego porozumienia z USA.

Izrael deklaruje natomiast, że będzie kontynuował działania wojskowe, dopóki Hezbollah nie przestanie zagrażać mieszkańcom północnej części kraju. W rezultacie konflikt libański coraz silniej wpływa na szersze negocjacje dotyczące bezpieczeństwa regionalnego i irańskiego programu nuklearnego.

Choć rozmowy USA–Iran w Szwajcarii zostały przełożone, szwajcarskie władze nadal deklarują gotowość do ich organizacji. Wcześniej Waszyngton i Teheran podpisały memorandum przewidujące między innymi przedłużenie zawieszenia broni, zniesienie przez USA blokady irańskich portów oraz zapowiedź ponownego otwarcia cieśniny Ormuz przez Iran. Planowane negocjacje mają dotyczyć ograniczenia irańskiego wzbogacania uranu oraz przyszłości zapasów wysoko wzbogaconego uranu. Strony chciałyby zakończyć rozmowy w ciągu 60 dni, choć eksperci oceniają, że może to być zbyt krótki termin na osiągnięcie trwałego porozumienia.

Sytuację dodatkowo komplikują krwawe starcia w Libanie. Izrael poinformował o śmierci czterech swoich żołnierzy, natomiast libańska państwowa agencja prasowa podała, że w izraelskich atakach zginęło 18 osób. Eskalacja przemocy zwiększa ryzyko, że rozmowy dyplomatyczne będą trudniejsze, a ich wznowienie może zależeć nie tylko od decyzji USA i Iranu, lecz także od rozwoju sytuacji na granicy izraelsko-libańskiej. Cena ropy Brent wzrosła lekko do 80,46 dolara za baryłkę, ale w skali tygodnia spadła o około 8%, ponieważ inwestorzy liczą na poprawę dostaw przez cieśninę Ormuz. Mimo ostatniego spadku ropa pozostaje jednak około 30% droższa niż na początku roku.

Przywództwo pod presją zmian w Europie. Polska wśród liderów rotacji na fotelach CEO

Przez lata europejskie firmy koncentrowały się na poszukiwaniu liderów, którzy potrafili skutecznie zarządzać organizacją i realizować założone cele biznesowe. Dziś coraz częściej stają przed znacznie trudniejszym wyzwaniem – znalezieniem prezesa zdolnego przygotować firmę na rzeczywistość, której kształtu nie da się jeszcze w pełni przewidzieć. Sztuczna inteligencja, napięcia geopolityczne, zmieniające się modele biznesowe i spowolnienie gospodarcze sprawiają, że organizacje muszą na nowo definiować swoje strategie i kompetencje przywódcze. Jak wynika z najnowszego raportu Route to the Top – Europe 2026 firmy Heidrick & Struggles, aż 90% europejskich liderów deklaruje konieczność rewizji strategii biznesowych w odpowiedzi na zmieniające się warunki rynkowe. Jednocześnie 38% organizacji przyznaje, że kompetencje obecnego prezesa mogą nie odpowiadać wyzwaniom najbliższych lat. W krajach Europy Północnej oraz regionie Beneluksu odsetek ten sięga już 50%.

Heidrick & Struggles International, Inc., czołowy dostawca globalnych usług doradztwa dla kadry kierowniczej oraz rozwiązań w obszarze pozyskiwania talentów na żądanie, po raz ósmy opublikowała raport Route to the Top – Europe 2026. Najnowsza edycja badania analizuje profile prezesów oraz członków rad nadzorczych największych spółek w Europie, pokazując nie tylko ścieżki prowadzące na najwyższe stanowiska zarządcze, ale również to, w jaki sposób organizacje przygotowują się do wyzwań związanych z sukcesją, transformacją biznesową oraz zmieniającymi się wymaganiami wobec liderów. Tegoroczne wyniki pokazują również, że Polska należy do najbardziej dynamicznych rynków przywództwa w Europie – aż 25% urzędujących prezesów największych spółek objęło swoje stanowiska po 1 stycznia 2025 roku, a połowa została pozyskana bezpośrednio z rynku zewnętrznego.

Doświadczenie to za mało

W odpowiedzi na rosnącą niepewność europejskie rady nadzorcze coraz częściej stawiają na sprawdzonych menedżerów. Średni wiek urzędującego prezesa wzrósł z 56 lat w 2021 roku do 57,5 roku obecnie, a niemal połowa CEO pełniła już wcześniej tę funkcję w innej organizacji. To pokazuje, że firmy poszukują stabilności i bezpieczeństwa w doświadczeniu zdobytym na najwyższych stanowiskach zarządczych.

Jednocześnie raport wskazuje, że samo doświadczenie nie jest dziś gwarancją sukcesu. O wynikach biznesowych coraz częściej decyduje stopień dopasowania lidera do strategii organizacji. Wśród przedsiębiorstw, które osiągnęły pełną zgodność pomiędzy profilem CEO a kierunkiem rozwoju firmy, 34% przekroczyło swoje cele finansowe w ostatnim roku. W organizacjach zmagających się z luką kompetencyjną na stanowisku prezesa odsetek ten wyniósł jedynie 24%.

– Jeszcze kilka lat temu doświadczenie zdobyte na stanowisku CEO było postrzegane jako jeden z najważniejszych wyznaczników skutecznego przywództwa. Dziś firmy funkcjonują w otoczeniu, które zmienia się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Dlatego coraz większego znaczenia nabiera zdolność lidera do adaptacji, zarządzania transformacją i budowania organizacyjnej odporności. Najskuteczniejsze organizacje nie szukają po prostu doświadczonych prezesów – szukają liderów dopasowanych do wyzwań, przed którymi stoją – mówi Łukasz Kiniewicz, Partner Zarządzający na Polskę i Europę Środkowo-Wschodnią w Heidrick & Struggles.

Mimo rosnącej świadomości znaczenia sukcesji wiele firm nadal nie traktuje jej jako strategicznego elementu rozwoju organizacji. Tylko jedna trzecia europejskich przedsiębiorstw uznaje planowanie sukcesji CEO za priorytet biznesowy. Jednocześnie aż 80% liderów obawia się, że brak systemowych procesów powoduje pomijanie utalentowanych menedżerów znajdujących się na niższych szczeblach organizacji. Co więcej, zaledwie 10% firm formalnie rozlicza prezesa i dyrektora HR z jakości wewnętrznej puli potencjalnych następców.

Polska przyspiesza zmiany

Na tle Europy Polska wyróżnia się wyjątkowo wysoką dynamiką zmian na najwyższych stanowiskach kierowniczych. Aż 25% urzędujących prezesów największych spółek objęło swoje funkcje po 1 stycznia 2025 roku, podczas gdy średnia europejska wynosi 14%. Jednocześnie połowa polskich CEO została pozyskana bezpośrednio z rynku zewnętrznego. To znacząca różnica względem Europy, gdzie aż 67% nominacji na stanowisko prezesa stanowią awanse wewnętrzne. Polski menedżer potrzebuje średnio 7,1 roku, aby objąć stanowisko CEO, podczas gdy średnia europejska wynosi 9,2 roku, a sam okres sprawowania funkcji prezesa jest wyraźnie krótszy i trwa średnio 4,6 roku wobec ponad 6,5 roku w Europie.

– Dane pokazujące, że 50% polskich prezesów pochodzi z rekrutacji zewnętrznej, a jedna czwarta objęła stanowisko w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, wyraźnie odróżniają nasz rynek od średniej europejskiej. Polskie firmy wykazują dużą gotowość do zmian i szybkiego reagowania na nowe wyzwania biznesowe. Jednocześnie tak wysoka dynamika sprawia, że jeszcze większego znaczenia nabiera budowanie wewnętrznych talentów i świadome planowanie sukcesji. W dłuższej perspektywie organizacje potrzebują zarówno świeżego spojrzenia z rynku, jak i silnego zaplecza liderów rozwijanych we własnych strukturach – podkreśla Łukasz Kiniewicz.

Polski rynek zachowuje jednocześnie swoją specyfikę. Zaledwie 5% prezesów największych spółek awansowało bezpośrednio z funkcji CFO, podczas gdy średnia europejska wynosi 22%. Najczęściej spotykaną ścieżką do objęcia funkcji CEO jest przejście na stanowisko prezesa z tej samej funkcji pełnionej wcześniej w innej organizacji, co odpowiada za 40% nominacji. Wyróżnia nas także wysoki udział założycieli i współzałożycieli spółek pełniących funkcję prezesa – stanowią oni 15% badanej grupy, podczas gdy średnia europejska wynosi 3,6%. Pomimo dużej dynamiki zmian Polska pozostaje jednak stosunkowo jednorodnym rynkiem przywództwa – tylko 10% prezesów największych spółek stanowią osoby innej narodowości, a kobiety odpowiadają za zaledwie 5% stanowisk CEO.

Wyniki raportu pokazują, że skuteczne przywództwo coraz rzadziej opiera się wyłącznie na doświadczeniu zdobytym w przeszłości. O przewadze organizacji decyduje dziś zdolność do przygotowania liderów na wyzwania, które dopiero nadejdą. Dla rad nadzorczych oznacza to konieczność spojrzenia na sukcesję nie jako jednorazową decyzję personalną, lecz jako długofalowy element strategii biznesowej. Firmy, które już dziś świadomie rozwijają przyszłych liderów i dopasowują ich kompetencje do kierunku rozwoju organizacji, będą lepiej przygotowane do funkcjonowania w coraz bardziej nieprzewidywalnym otoczeniu biznesowym.

Kurs dolara najmocniejszy od marca

Czwartek był dniem czterech decyzji banków centralnych. Szwajcaria, Norwegia i Wielka Brytania nie zmieniły stóp procentowych. Czesi z kolei podnieśli swoje do 3,75% i zrównali się z Polską. W tle dane z USA, ale umocnienie dolara wynika bardziej z przetrawiania ostatniego posiedzenia FED.

Zmiany stóp w Europie

Wczorajszy dzień był bogaty w decyzje banków centralnych. Zaczęło się od Szwajcarii. Tam zgodnie z oczekiwaniami nie doszło do zmian i utrzymano główny parametr na poziomie 0,0%. Kiedyś ta decyzja byłaby znacznie bardziej interesująca dla portfeli Polaków. Teraz kredyty frankowe przez ugody z bankami nie są już tak gorącym tematem. Zostało już ich bowiem mniej niż 20% tego, co było w szczytowym momencie. Kolejnym bankiem była Norwegia. Tam również utrzymano stopy procentowe, ale tym razem na poziomie 4,25%, co pokazuje spory rozstrzał sytuacji, w której znajdują się te dwa, bądź co bądź, dwa spośród najbogatszych krajów Europy pod względem PKB na mieszkańca. Do tego poznaliśmy jeszcze decyzję z Wielkiej Brytanii. Tam również utrzymano wskaźnik przy niezmienionej wartości. Jest on podobnie jak w Polsce równy 3,75%.

Czesi podnoszą stopy procentowe

Czeski Narodowy Bank jednak podniósł stopy procentowe. Patrząc na podstawowe dane, jest to co najmniej zaskakująca decyzja. Niby mówiło się o tej podwyżce od jakiegoś czasu,  ale przy inflacji 2,1% nie był to temat oczywisty dla wszystkich. Co zatem zdecydowało o podniesieniu wskaźnika? Pomimo niskiej inflacji w Czechach było kilka czynników, które mogły sugerować, że sytuacja się wkrótce wyraźnie pogorszy. Jednym z nich były wynagrodzenia rosnące tam o 8% w skali roku. Przy takim wzroście płac nie może dziwić wyższa inflacja w usługach. Składają się one przecież silnie z kosztów pracy. Do tego w Czechach rośnie popyt na kredyt. W rezultacie podwyżki stóp procentowych były raczej próbą przygotowania się na potencjalne problemy w przyszłości niż reakcją na obecną sytuację. Schłodzenie gospodarki może teraz bowiem zamortyzować ewentualny wyskok cen w przyszłości. Jak zareagowała korona czeska? Zobaczyliśmy wzrost i szybki powrót do stanu wyjściowego. Trzeba jednak pamiętać, że większość analityków przewidywała taki ruch.

Dane z USA

Wczoraj opublikowano jedynie dane z amerykańskiego rynku pracy. 226 tysięcy wniosków to wynik niemal dokładnie zgodny z oczekiwaniami i przyzwoity rezultat. Trzeba jednak pamiętać, że głównymi tematami są obecnie środowe posiedzenie FED i rosnące szanse na podwyżki stóp. Jeżeli dodamy do tego fakt, że dzisiaj mamy dzień wolny w Stanach z powodu Dnia Wyzwolenia, łatwo zrozumieć, dlaczego wczoraj więcej działo się na dolarze. Kurs EUR wobec USD zbliża się bowiem wielkimi krokami do poziomu 1,14, czyli najsilniejszej amerykańskiej waluty od marca. Ostatni raz mocniejszy dolar był oglądany w pierwszej połowie 2025 roku, czyli na samym początku obecnej prezydentury.

Dzisiaj dzień wolny w Chinach, Szwecji i USA, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Rozwód, alienacja rodzicielska, opresyjna kontrola, utrudnianie kontaktów i bezsilność. Dziecko jako narzędzie zemsty

Rozwód rodziców zawsze jest dla dziecka trudnym doświadczeniem. Coraz częściej jednak nie jest to jedynie rozpad rodziny, lecz początek wieloletniego konfliktu, w którym dziecko staje się uczestnikiem walki prowadzonej przez dorosłych. Prawnicy, psychologowie i organizacje społeczne alarmują, że w Polsce rośnie liczba spraw, w których dzieci tracą kontakt z jednym z rodziców, a w skrajnych przypadkach nawet z obojgiem.

Coraz ostrzejsze rozwody, wzajemne oskarżenia, pomówienia, walka o kontrolę, władzę rodzicielską i kontakty z dzieckiem sprawiają, że dobro dziecka schodzi na dalszy plan. Tymczasem to właśnie ono powinno być najważniejszym uczestnikiem każdego postępowania rodzinnego. – W wielu sprawach rozwodowych rodzice koncentrują się na własnym konflikcie. Dziecko staje się argumentem procesowym, środkiem nacisku albo narzędziem zemsty. W salach sądowych toczy się walka między dorosłymi, a cierpienie dziecka często pozostaje niezauważone – mówi adwokat Paulina Bartosiewicz-Drozd.

Kiedy dziecko staje się elementem strategii procesowej

Eksperci zwracają uwagę, że sądy rodzinne funkcjonują pod ogromną presją. Liczba spraw rośnie, konflikty stają się coraz bardziej złożone, a decyzje podejmowane na wczesnych etapach postępowań potrafią wywrócić życie dziecka do góry nogami. – W praktyce sądowej coraz częściej spotykamy się z sytuacjami, w których jedna ze stron przedstawia drugą jako rodzica niekompetentnego, niebezpiecznego lub niewydolnego wychowawczo. Oczywiście zdarzają się sytuacje, gdy interwencja jest konieczna. Problem pojawia się wtedy, gdy zarzuty nie są wystarczająco zweryfikowane, a mimo to wywołują daleko idące skutki dla dziecka – podkreśla mec. Paulina Bartosiewicz-Drozd.

Zdaniem prawniczki szczególnie niepokojące są sytuacje, w których o losie dziecka zaczynają decydować nie rzeczywiste potrzeby małoletniego, lecz skuteczność prowadzonej strategii procesowej. – Dziecko nie powinno być nagrodą dla zwycięzcy sporu. Tymczasem czasami można odnieść wrażenie, że większe znaczenie ma determinacja jednej ze stron, jej możliwości finansowe czy agresywna taktyka procesowa niż rzeczywista analiza sytuacji dziecka i jego potrzeb emocjonalnych – mówi.

Historia pani Karoliny

Jedną z osób, które zdecydowały się opowiedzieć o swoim doświadczeniu, jest pani Karolina. Kobieta twierdzi, że w trakcie postępowania rozwodowego została rozdzielona ze swoim pięcioletnim synem.

Według jej relacji były mąż przedstawił ją jako niewłaściwego rodzica, wykorzystując informacje pochodzące między innymi z otoczenia dziecka. Pani Karolina utrzymuje, że oskarżenia były nieprawdziwe, zarzuty spreparowane a ich zasadność nie została wystarczająco zweryfikowana przed podjęciem decyzji mających wpływ na los małego chłopca. Jak relacjonuje, bez przeprowadzenia kompleksowej oceny sytuacji rodziny i bez szczegółowego zbadania wszystkich okoliczności, doszło do odebrania jej możliwości codziennego wychowywania syna.

Najbardziej dramatyczny okazał się jednak dalszy rozwój wydarzeń. Według relacji pani Karoliny ojciec dziecka nie przejął stałej opieki nad chłopcem, a dziecko trafiło do pieczy zastępczej – rodziny byłego męża, tym samym tracąc kontakt z obojgiem rodziców. – Niezależnie od tego, jak ocenimy konkretną sprawę, warto zadać sobie pytanie, czy państwo wykorzystało wszystkie dostępne narzędzia, aby ochronić więź dziecka z rodzicami. Każda sytuacja, w której mały człowiek traci bliską relację z mamą lub tatą, powinna być analizowana ze szczególną starannością – podkreśla adwokat Paulina Bartosiewicz-Drozd.

Coraz więcej rodziców mówi o alienacji i przemocy instytucjonalnej

W całej Polsce rośnie liczba grup wsparcia skupiających rodziców, którzy twierdzą, że zostali odsunięci od swoich dzieci podczas rozwodu. Coraz częściej pojawiają się również protesty przed sądami i instytucjami odpowiedzialnymi za ochronę dzieci.

W debacie publicznej coraz częściej pojawiają się pojęcia takie jak alienacja rodzicielska, opresyjna kontrola, utrudnianie kontaktów, konflikt lojalnościowy dziecka, wtórna wiktymizacja czy przemoc instytucjonalna. – Niezależnie od tego, jakich używamy definicji, nie wolno zapominać o najważniejszym. Dziecko potrzebuje stabilnych więzi, poczucia bezpieczeństwa i przewidywalności. Potrzebuje wiedzieć, że nie musi wybierać między mamą a tatą. Potrzebuje dorosłych, którzy potrafią postawić jego dobro ponad własnym konfliktem – mówi Bartosiewicz-Drozd. Tymczasem w praktyce okazuje się,
że orzeczenia o kontaktach nie są realizowane, a rodzic izolujący dzieci od drugiego rodzica, pozstaje właściwie bezkarny.

Podczas protestów wybrzemiwają hasła: „Nie mścij się dzieckiem”, „Nie widziałam syna od 645 dni”. Voraz więcej osób opowiada dramatyczne historie nie tylko o utracie kontaktu z własnymi dziećmi, ale też o niszczeniu więzi, praktycznej eliminacji z życia dziecka, fałszowaniu wspomnień, stracie trudnej do wyobrażenia. Takich sytuacji jest coraz więcej i dotyczą one zarówno ojców, jak i matek – alienacji nie ma płci i jest okrutną formą przemocy psychicznej szczególnie wobec dziecka. Rodzic, który mierzy się ze stratą dziecka, często nie jest w stanie normalnie funkcjonować, praktycznie umiera za życia ku satysfakcji eks, który w ten sposób często mści się za rozstanie, utratę kontroli, czy romans. Mści się jednak też na dziecku, co powinno głośno wybrzemieć w sądach i zostać natychmiast zatrzymane.

Prawo nie nadąża za rzeczywistością

Zdaniem ekspertów polskie prawo rodzinne wymaga pilnych zmian. Fundamenty obecnych rozwiązań tworzono w zupełnie innych realiach społecznych niż te, z którymi mamy do czynienia dzisiaj. Zmieniły się modele rodziny, zmieniły się relacje społeczne, zmieniła się skala konfliktów rozwodowych. Nie zmieniło się jednak wystarczająco szybko podejście do ochrony dziecka w trakcie postępowań rodzinnych. – Potrzebujemy nowoczesnego prawa rodzinnego, które będzie skuteczniej chroniło dziecko przed skutkami konfliktów dorosłych. Potrzebujemy szybszej weryfikacji zarzutów, lepszej współpracy sądów z psychologami i większego nacisku na ochronę więzi dziecka z obojgiem rodziców tam, gdzie nie występuje realne zagrożenie dla jego bezpieczeństwa – uważa prawniczka.

Dobro dziecka – slogan czy realna wartość?

W polskich sądach rodzinnych najczęściej powtarzanym pojęciem jest „dobro dziecka”. Ale czym ono właściwie jest? Czy można mówić o dobru dziecka, gdy kilkuletni chłopiec zostaje pozbawiony codziennego kontaktu z mamą, zanim wszystkie okoliczności sprawy zostaną starannie wyjaśnione? Czy dziecko, które nagle traci znany sobie świat, poczucie bezpieczeństwa i najbliższą osobę, rzeczywiście znajduje się pod należytą ochroną państwa?

– Najtrudniejsza jest bezsilność – mówi pani Karolina. – Gdy widzę, co niesprawiedliwy wyrok może zrobić mojemu dziecku. Jak mogę zaakceptować, że synek straci mnie – mamę, która zawsze się nim zajmowała – tylko dlatego, że były mąż ma więcej pieniędzy, ostrzejszą taktykę procesową i traktuje dziecko jak kartę przetwargową, narzedzie do swojej zemsty za to, że nasz związek się rozpadł? Dlaczego sąd tego nie widzi, jak mogę to zaakceptować?

Ile jeszcze dzieci będzie musiało przeżyć rozłąkę z jednym z rodziców? Ile kolejnych protestów musi odbyć się pod sądami? Ile grup wsparcia powstanie w mediach społecznościowych? Ile dramatycznych historii zostanie opowiedzianych przez matki, ojców i dorosłych już dziś ludzi, którzy jako dzieci znaleźli się w samym centrum rozwodowej wojny? Jakie to przyniesie skutki?

Nie ma czasu na wieloletnie debaty i odkładanie reform na kolejne kadencje. Dziecko nie może czekać. Dzieciństwo nie zatrzymuje się na czas postępowania sądowego. Każdy miesiąc izolacji od kochającego rodzica, każdy rok konfliktu lojalnościowego, każda decyzja podjęta bez dostatecznego zbadania sytuacji pozostawia ślad w psychice młodego człowieka. Potrzebujemy prawa rodzinnego dostosowanego do współczesnych realiów. Potrzebujemy procedur, które szybciej i dokładniej weryfikują zarzuty oraz skuteczniej zabezpieczają więź dziecka z obojgiem rodziców – wszędzie tam, gdzie nie istnieje realne zagrożenie dla jego bezpieczeństwa. Bo jeśli o losie dziecka zaczynają decydować przede wszystkim przewaga procesowa jednej ze stron, sprawniejszy pełnomocnik, większe możliwości finansowe albo pojedynczy błąd popełniony przez rodzica w trakcie postępowania, to musimy zadać sobie pytanie: czy nadal mówimy o wymiarze sprawiedliwości skoncentrowanym na dziecku?

– Największym dramatem nie jest sam rozwód. Największym dramatem jest sytuacja, w której dziecko traci dzieciństwo. Gdy przez lata zostaje pozbawione jednego z rodziców, a później nikt nie jest w stanie oddać mu utraconego czasu. Dziecko potrzebuje rodziców tu i teraz. Nie za pięć lat, kiedy zakończą się wszystkie postępowania i spory. Dlatego potrzebujemy zmian już dziś – podsumowuje adwokat Paulina Bartosiewicz-Drozd.

Kiedy po latach dorosły już człowiek zada pytanie: „Dlaczego odebrano mi mamę? Dlaczego odebrano mi tatę? Dlaczego nikt nie zapytał, czego potrzebuję?”, na odpowiedź może być już za późno. Właśnie dlatego nie możemy dłużej udawać, że problem nie istnieje. Właśnie dlatego trzeba o tym głośno mówić, krzyczeć, opowiadać głośno swoje historie pomimo bólu, nie bać się – tak jak pani Karolina. Wygrana w rozwodzie będzie tylko wtedy, gdy dziecko pozostanie w centrum uwagi. Jeśli straci rodzica lub rodziców w długoletnim procesie na pomówienia, kłamstwa i wzajemne oszczertwa – pozstaną tylko zgliszcza i zniszczeni ludzie – a najmocniej ci najmniejsi i niczemu niewinni.

Pracownicy zadowoleni, ale nie wszyscy lojalni. Młodzi najczęściej zmieniają pracodawcę

W ciągu ostatnich dwóch lat miejsca zatrudnienia nie zmieniło 67% pracowników, a 7 na 10 deklaruje zadowolenie z obecnej sytuacji zawodowej – najwięcej od trzech lat, wynika z „Barometru Rynku Pracy 2026” GI Group Holding. Za stabilnymi wskaźnikami dla całego rynku kryje się bardziej złożony obraz. W grupie najmłodszych (18–24 lata) pracodawcę zmieniło już 55% badanych, a wśród osób zarabiających ponad 10 tys. zł miesięcznie odsetek ten sięga 51%. Jednocześnie niemal co druga firma mierzy się z problemem rotacji, a pracownicy niezmiennie wskazują wyższe wynagrodzenie, premie i możliwości rozwoju jako najważniejsze argumenty skłaniające ich do pozostania w organizacji.

Młodzi odchodzą, starsi wybierają stabilność

Najbardziej skłonni do zmiany pracodawcy są najmłodsi Polacy – w grupie 18–24 lata taką decyzję na przestrzeni ostatnich dwóch lat podjęło 55% z nich, w tym co piąty więcej niż raz. Wśród osób w wieku 25–44 lata odsetek ten spada do 33,5%, a w grupie 45–54 lata wynosi już tylko 20%.

Mobilność młodszej grupy pracowników nie zaskakuje. Osoby, które wchodzą na rynek pracy, pierwsze doświadczenia często traktują tymczasowo, nie zawsze też są one związane z ich preferowaną drogą zawodową. Wraz z wiekiem mobilność maleje wybór kolejnego miejsca zatrudnienia jest bardziej przemyślany, do większej stabilizacji skłania także sytuacja pozazawodowa.Zmiana pracodawcy ostatnie 2 lata Barometr rynku pracy 2026

– Średnie rynkowe wskaźniki nie dają pełnego obrazu. Dopiero analiza uwzględniająca wiek, poziom wynagrodzeń, stanowisko czy etap kariery pozwala dostrzec ważne różnice w gotowości do odejścia lub pozostania w obecnym miejscu pracy. Na tym tle wyróżnia się najmłodsze pokolenie. Większa otwartość na zmiany pozwala zdobywać doświadczenie i wybrać właściwą zawodową drogę.  Jest jeszcze jeden istotny element – młodsi pracownicy dużo większą uwagę zwracają dziś na zgodność swoich wartości z kulturą firmy i atmosferę. Nierzadko to one przesądzają o decyzji, czy związać swoją przyszłość z daną organizacją na dłużej podkreśla Grzegorz Gojny, Dyrektor Operacyjny Gi Group.

Zależność tę potwierdzają dane dotyczące struktury zajmowanych stanowisk. Najbardziej mobilni pozostają młodsi specjaliści – niemal połowa z nich (48,7%) zmieniła pracodawcę przynajmniej raz w ciągu ostatnich dwóch lat, a niemal 14% zrobiło to więcej niż jeden raz. Dla porównania, wśród starszych specjalistów odsetek ten wynosi 21%, a wśród pracowników niższego szczebla powyżej 24%.

Apetyt rośnie w miarę zarobków

Ciekawie prezentują się również wyniki w podziale na poziom wynagrodzeń. W grupach osiągających dochody poniżej 7 tys. zł netto miesięcznie odsetek osób, które zmieniły pracodawcę co najmniej raz w ciągu ostatnich dwóch lat wynosi około 30%. Niższa mobilność jest widoczna wśród zarabiających od 7 tys. do 9 999 zł. Na tym tle wyróżniają się osoby osiągające dochody przekraczające 10 tys. zł netto. W tej grupie pracodawcę zmieniła połowa ankietowanych (51%), a 28% zrobiło to więcej niż jeden raz.

Różnice widoczne są także pomiędzy branżami. Największą stabilnością charakteryzuje się sektor publiczny, gdzie na zmianę pracy pracodawcy zdecydowało się 13,5% respondentów, podczas gdy w produkcji było to blisko 24%. Na drugim biegunie znajduje się transport i logistyka – branża, w której połowa badanych podjęła zatrudnienie w innej firmie, a 19% zrobiło to więcej niż jeden raz.

Optymizm wskaźników kontra realne różnice. Gdzie rośnie, a gdzie spada satysfakcja z pracy

Poziom zadowolenia z obecnego miejsca zatrudnienia systematycznie rośnie. Rok i dwa lata temu satysfakcję z pracy deklarowało 68% respondentów, w 2026 roku odsetek ten wzrósł do 70,9%. Jednocześnie zmniejszył się udział osób raczej niezadowolonych – z 11,6% do 6,7%, wynika z „Barometru rynku pracy 2026” GI Group Holding.Zadowolenie z pracy Barometr rynku pracy 2026 (1)

Podobnie jak w przypadku mobilności zawodowej, również poziom satysfakcji nie rozkłada się równomiernie pomiędzy poszczególnymi grupami. Zadowoleni są głównie najmłodsi i najstarsi pracujący – w grupie 55–67 lat stanowią blisko 78%, a w gronie 18–24-latków ponad 77%. Relatywnie mniejszą grupę stanowią osoby w wieku 45–54 lata (66,4%).

Najwyższą satysfakcję deklaruje kadra kierownicza – 8 na 10 badanych. Wśród starszych i młodszych specjalistów odsetek ten jest mniejszy i wynosi około 73%. Najniższe wyniki odnotowano wśród pracowników fizycznych (68,6%) oraz niższego szczebla (61,6%).

Wyraźny pozostaje również związek pomiędzy poziomem dochodów a oceną obecnego miejsca zatrudnienia. Najbardziej zadowolone są osoby, których wynagrodzenie wynosi od 7 tys. do 9 999 zł netto miesięcznie (80,7%). Wśród zarabiających co najmniej 10 tys. zł jest to 77%, a w grupie 5–6 999 zł – 77%. Najniższy poziom satysfakcji deklarują respondenci mający dochody do 3 999 zł netto (62%).

Produkcja oraz transport i logistyka to sektory, w których zadowolenie z obecnej pracy deklarowane jest rzadziej niż w innych branżach – odpowiednio 66,4% i 67,3%. Wciąż jednak jest to wysoki odsetek.

Podwyżka to już za mało, aby zatrzymać pracownika

Rosnąca satysfakcja z pracy nie oznacza, że zatrudnieni nie dostrzegają powodów do zawodowych zmian. Wyniki badania pokazują wprost, jakie działania mogłyby skłonić ich do pozostania w obecnej organizacji. Największe znaczenie ma dla nich wzrost wynagrodzenia – podwyżkę jako czynnik istotny lub bardzo istotny wskazało 84,3% respondentów. Niewiele niższy wynik uzyskały dodatkowe premie – ogółem ponad 80,6% badanych uważa je za ważne w podjęciu decyzji o kontynuowaniu zatrudnienia w dotychczasowej firmie. Na kolejnych miejscach znalazły się:

  • większe możliwości rozwoju zawodowego (76,4%),
  • benefity pozapłacowe (72,2%),
  • elastyczne godziny pracy (72,2%),
  • poprawa atmosfery w miejscu pracy (71,3%).

Za ogólnymi wynikami kryją się jednak odmienne oczekiwania poszczególnych grup pracowników. Wśród kadry kierowniczej, obok dodatkowych premii (89%), równie wysokie znaczenie mają programy wspierające równowagę między życiem zawodowym i prywatnym oraz atmosfera pracy. W przypadku starszych specjalistów wysokie wskazania uzyskały benefity pozapłacowe oraz elastyczne godziny pracy (po 84%). Z kolei młodsi specjaliści najwyżej ocenili większe możliwości rozwoju zawodowego (82%), wyprzedzające zarówno dodatkowe premie, jak i elastyczne godziny pracy (po 79%).

Możliwości rozwoju zawodowego i atmosfera pracy – obok dodatkowych premii – mają znaczenie również dla pracowników niższego szczebla i pracowników fizycznych. W przypadku pracowników fizycznych poprawę atmosfery wskazało 74% respondentów, a rozwój zawodowy 72%. Wśród pracowników niższego szczebla było to odpowiednio 65% i 69%.

Choć wynagrodzenie pozostaje najważniejszym czynnikiem wpływającym na decyzję o pozostaniu w firmie, coraz większą rolę odgrywają relacje, atmosfera i styl zarządzania oraz poczucie, że firma daje realne perspektywy rozwoju i awansu. Badania pokazują, jak bardzo te oczekiwania różnią się w zależności od wieku czy etapu kariery. Dlatego skuteczne działania związane z utrzymaniem pracowników wymagają od managerów indywidualnego podejścia i uwzględnienia różnic, a nie opierania się wyłącznie na uniwersalnych rozwiązaniach – komentuje Piotr Wajgielt, Senior Partner w Wyser Executive Search.Motywacje do kontynuacji zatrudnienia_Barometr rynku pracy 2026

Rotacja pracowników słabnie, lecz problem nie znika

Odejścia pracowników to jedno z najważniejszych wyzwań, z jakimi mierzą się pracodawcy, choć jego skala nieco się zmniejszyła. Z rotacją co najmniej jednej grupy pracowników w ostatnich miesiącach mierzyło się 41,4% firm, wobec 47% rok wcześniej, co oznacza, że problem dotyczy niemal co drugiej organizacji. Rzadziej niż w 2025 roku firmy wskazują na trudności związane z utratą pracowników niższego szczebla (12% wobec 17%), wykwalifikowanej kadry średniego szczebla (11% wobec 13%) oraz kadry wyższego szczebla (8% wobec 9%).Problem z rotacją_Barometr rynku pracy 2026

Z rotacją borykają się zarówno małe, jak i duże firmy – odpowiednio 44% i 41% z nich miało w ostatnim okresie problem z odejściami co najmniej jednej grupy pracowników. W największym stopniu mierzy się z nią sektor handlowy, zwłaszcza w przypadku niższych stanowisk.

Od podwyżek po elastyczny czas pracy. Jak firmy odpowiadają na ryzyko rotacji pracowników

Coraz więcej firm ogranicza ryzyko odejść pracowników. Najczęściej wybieranym narzędziem pozostają podwyżki wynagrodzeń – stosuje je co czwarta organizacja. To jednocześnie rozwiązanie, którego pracownicy oczekują w pierwszej kolejności. Na kolejnych miejscach znajdują się premie oraz działania wspierające rozwój kompetencji (po 16,5%). Organizacje sięgają również po benefity pozapłacowe (14,1%), poprawę warunków pracy (13,5%) i większą elastyczność czasu pracy (12,7%).Zmniejszenie rotacji działania_Barometr rynku pracy 2026

Dobór rozwiązań zależy od specyfiki organizacji. Podwyżki częściej oferują duże przedsiębiorstwa (30%), a także firmy z sektora transportu i logistyki (29%) oraz usług (26%). Premie relatywnie częściej stosowane są w handlu, usługach i przemyśle – decyduje się na nie co piąta firma (19%–20%). Rozwój kompetencji jako sposób na zatrzymanie pracowników częściej wskazują podmioty publiczne (21%) oraz firmy transportowe i logistyczne (19%), które częściej niż inne organizacje oferują także benefity pracownicze (23%). Z kolei działania ukierunkowane na poprawę komfortu pracy częściej podejmują firmy handlowe, usługowe i instytucje publiczne – troskę o ten aspekt wskazuje 13% z nich.

Mimo rosnącej aktywności pracodawców, ponad jedna czwarta (blisko 29%) z nich nie prowadzi działań retencyjnych lub ogranicza się do doraźnych reakcji. Tymczasem w warunkach negatywnych trendów demograficznych i trudności z obsadzaniem wakatów nawet umiarkowana rotacja może wpływać na ciągłość operacyjną, efektywność zespołów i koszty działalności.

Jeszcze trzy lata temu ponad 40 proc. firm nie miało strategii ograniczania rotacji. Ten odsetek maleje – coraz więcej organizacji dostrzega, że odejścia pracowników nie są wyłącznie naturalnym elementem rynku pracy, ale obszarem, na który można i trzeba realnie wpływać – podsumowuje Antonio Carvelli, Prezes Zarządu Gi Group.

O raporcie: „Barometr Rynku Pracy 2026” to już 20. edycja raportu przygotowywanego od 2014 roku. Został opracowany przez ekspertów Gi Group Holding na podstawie badań przeprowadzonych przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research. Badanie wśród pracodawców zostało zrealizowane metodą CATI (25.02–09.03.2026 r.), a wśród pracowników metodą CAWI (23.02–03.03.2026 r.). Partnerami raportu są: Federacja Przedsiębiorców Polskich, Polskie Forum HR oraz Konfederacja Lewiatan.

AI przyspiesza, kompetencje nie nadążają. Polskie firmy mierzą się z tym samym problemem, co organizacje na całym świecie

  • Tylko 22% organizacji działających w Polsce deklaruje, że potrafi skutecznie rekrutować i zatrzymywać pracowników posiadających kompetencje AI – wynika z badania Aon Human Capital Trends 2026.
  • 21% firm wskazuje, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy żaden pracownik nie uczestniczył w programach rozwoju kompetencji AI (16% globalnie).
  • 81% respondentów uważa, że AI będzie automatyzować część zadań, ale istniejące role nadal pozostaną potrzebne.

Organizacje działające na Polskim rynku są przekonane, że sztuczna inteligencja będzie zmieniać sposób pracy i wymagać nowych kompetencji od pracowników. Jednocześnie wiele firm nadal nie jest przygotowanych do rozwijania umiejętności potrzebnych do skutecznego wykorzystania tej technologii. Z badania Aon Human Capital Trends 2026 wynika, że Polska mierzy się z podobnym wyzwaniem, co organizacje na całym świecie – inwestycje w ludzi nie nadążają za tempem wdrażania AI.

Wiara w AI silniejsza niż obawy przed nią

Aż 88% organizacji na świecie uważa, że sztuczna inteligencja będzie wymagała od pracowników zdobywania nowych umiejętności, a 73% wdrożyło już rozwiązania AI lub prowadzi ich pilotaże.

W Polsce także widoczna jest otwartość na zalety wynikające z zastosowania sztucznej inteligencji. 81% respondentów zgadza się ze stwierdzeniem, że AI będzie automatyzować część zadań, ale istniejące role nadal pozostaną potrzebne. Z kolei 80% uważa, że technologia stworzy nowe możliwości i będzie wymagać nowych kompetencji. Jedynie 18% respondentów przewiduje, że AI może znacząco zastąpić miejsca pracy w ich obszarze działalności.

Podejście do AI organizacji, które działają na polskim rynku, nie różni się znacząco od prezentowanych przez firmy na innych rynkach. Widać duże zainteresowanie wykorzystaniem sztucznej inteligencji i przekonanie, że będzie ona wspierać rozwój biznesu. Prawdziwe wyzwanie nie dotyczy jednak technologii, lecz ludzi – ich kompetencji, gotowości do zmian i zdolności do współpracy z nowymi narzędziami – mówi Karolina Hernik, Employee Benefits Practice Leader w Aon Polska.

Wśród najważniejszych celów wdrażania AI organizacje wskazują automatyzację rutynowych zadań, zwiększanie efektywności operacyjnej oraz wspieranie innowacyjności.

Największą barierą może okazać się niedobór kompetencji

Jedynie 22% organizacji działających w Polsce deklaruje, że potrafi skutecznie rekrutować i zatrzymywać pracowników posiadających kompetencje AI. Globalnie odsetek ten wynosi 24%.

Jeszcze większe wyzwanie widać w obszarze rozwoju kompetencji. Aż 21% firm w Polsce deklaruje, że żaden pracownik nie uczestniczył w ciągu ostatnich 12 miesięcy w programach AI upskilling lub reskilling. Dla porównania globalnie taki brak działań deklaruje 16% organizacji.

Wiele organizacji znajduje się dziś na etapie pilotaży lub pierwszych wdrożeń AI. O tym, czy projekty te przyniosą oczekiwane rezultaty, zdecyduje nie tylko jakość technologii, ale przede wszystkim zdolność do rozwijania kompetencji pracowników. Bez inwestycji w umiejętności nawet najbardziej zaawansowane rozwiązania mogą nie przynieść oczekiwanej wartości biznesowej – dodaje Karolina Hernik.

AI stała się projektem biznesowym

Organizacje coraz częściej postrzegają wdrażanie sztucznej inteligencji jako wyzwanie związane z transformacją całego modelu pracy, a nie wyłącznie wdrożeniem nowych narzędzi. Globalne dane Aonu wskazują, że firmy, które osiągnęły najwyższy poziom wdrożenia AI, są również bardziej zaawansowane w obszarze zarządzania kompetencjami, adaptacji pracowników do zmian oraz budowania gotowości organizacyjnej. Dla polskich organizacji oznacza to konieczność równoległego inwestowania w technologię i ludzi. To właśnie zdolność do pozyskiwania talentów, rozwijania kompetencji i zarządzania zmianą może stać się kluczowym czynnikiem decydującym o sukcesie wdrożeń AI w najbliższych latach.

Opieka nad stroną internetową w erze AI: dlaczego utrzymanie witryny stało się usługą niezbędną

Opieka nad stroną internetową to dziś usługa niezbędna, ponieważ era sztucznej inteligencji wielokrotnie zwiększyła liczbę luk i tempo ataków na witryny. Automatyczne boty znajdują nieaktualną stronę w ciągu kilku godzin, a kod tworzony przez modele językowe wprowadza nowe podatności na masową skalę. Firma, która opiera sprzedaż na witrynie, zabezpiecza ją stałym monitoringiem, aktualizacjami i kopiami zapasowymi.

Strona internetowa przestała być statyczną wizytówką. Stała się aktywem, które atakujący traktują jak cel automatycznych narzędzi. Profesjonalna opieka zamyka tę lukę, zanim atak dotrze do klienta.

Pełny zakres takiej usługi opisuje strona https://www.premiumdigital.pl/opieka-nad-strona-internetowa/.

Dlaczego opieka nad stroną internetową stała się niezbędna w erze AI?

Opieka nad stroną internetową stała się niezbędna, ponieważ liczba luk i szybkość ich wykorzystania osiągnęły rekordowy poziom. Z raportu Patchstack State of WordPress Security in 2026 wynika, że w 2025 roku odkryto 11 334 nowych podatności w ekosystemie WordPress, o 42% więcej niż rok wcześniej. To najwyższy wynik w historii tego systemu.

Tempo ataku skróciło się do godzin. Mediana czasu od ujawnienia luki do pierwszego masowego ataku wyniosła 5 godzin. Właściciel strony bez stałego nadzoru dowiaduje się o problemie dopiero po infekcji.

W 2025 roku odkryto więcej podatności wysokiego ryzyka niż w dwóch poprzednich latach łącznie. Skala zagrożenia rośnie szybciej niż świadomość przeciętnego przedsiębiorcy.

Jak sztuczna inteligencja zwiększyła liczbę ataków na strony internetowe?

Sztuczna inteligencja zwiększyła liczbę ataków na strony internetowe przez automatyzację skanowania i łamania zabezpieczeń. Boty oparte na uczeniu maszynowym przeszukują tysiące witryn jednocześnie, odczytują wersję systemu i wtyczek, a następnie kolejkują podatne adresy do automatycznego ataku. Twoja strona nie musi być celem osobistym, narzędzia znajdą ją same.

Liczba prób logowania siłowego wzrosła o 45% w drugiej połowie 2025 roku, głównie za sprawą botnetów wspieranych przez AI. Te boty omijają proste blokady, rotują adresy IP i generują wiadomości dopasowane do kontekstu.

Większość udanych włamań zaczyna się od nieaktualnej wtyczki lub motywu, a nie od rdzenia systemu. Dlatego sama instalacja WordPressa nie wystarcza, liczy się dyscyplina aktualizacji.

„W erze AI atak nie wymaga już hakera siedzącego nad Twoją stroną. Wystarczy bot, który skanuje internet całą dobę i sam decyduje, kiedy uderzyć. Opieka nad stroną to dziś nie luksus, tylko podstawowe zabezpieczenie firmy”, mówi Damian Węglarski, doradca marketingowy i CEO Premium Digital.

Dlaczego kod tworzony przez AI zwiększa liczbę luk w stronach?

Kod tworzony przez AI zwiększa liczbę luk w stronach, ponieważ modele językowe generują rozwiązania bez wbudowanych wymagań bezpieczeństwa. Veracode w raporcie GenAI Code Security Report z 2025 roku przetestował ponad sto modeli i wykazał, że 45% kodu generowanego przez AI zawiera podatności z listy OWASP Top 10.

Kod tworzony przez AI zawiera 2,74 razy więcej luk niż kod pisany przez doświadczonego programistę. Zjawisko vibe coding, czyli budowania stron na podstawie poleceń do modelu bez świadomej kontroli bezpieczeństwa, mnoży te błędy w gotowych wdrożeniach.

Skala problemu widać w produkcji. Firma Escape.tech przeskanowała ponad tysiąc aplikacji tworzonych tą metodą i znalazła problemy bezpieczeństwa w 65% z nich. Strona zbudowana szybko i tanio przez narzędzie AI często zawiera ukryte luki, których właściciel nie potrafi sam wykryć ani załatać.

Co to jest opieka nad stroną internetową?

Opieka nad stroną internetową to stała usługa utrzymaniowa, która zapewnia ciągłe działanie, bezpieczeństwo i aktualność witryny. Zakres obejmuje monitoring dostępności, instalację aktualizacji, tworzenie kopii zapasowych oraz reakcję na incydenty bezpieczeństwa. Usługę realizuje agencja lub specjalista techniczny na podstawie umowy abonamentowej.

Opieka działa prewencyjnie, a nie naprawczo. Naprawa usuwa skutki ataku po fakcie, gdy klienci już zobaczyli niedziałającą stronę. Opieka eliminuje zagrożenie, zanim wpłynie na użytkownika.

Co obejmuje opieka nad stroną internetową w erze AI?

Opieka nad stroną internetową obejmuje zestaw stałych czynności, które odpowiadają na współczesne zagrożenia. Poniższa lista przedstawia podstawowy zakres usługi:

  • monitoring dostępności 24/7 dedykowanymi narzędziami,
  • szybkie aktualizacje systemu CMS oraz wtyczek do stabilnych wersji,
  • cykliczne kopie zapasowe plików i bazy danych,
  • monitoring certyfikatu SSL i logowań do panelu,
  • skanowanie antywirusowe i usuwanie infekcji,
  • pomoc po włamaniu na stronę lub serwer,
  • administrowanie witryną i naprawę błędów,
  • optymalizację szybkości działania.

Zakres opieki dopasowuje się do systemu i wielkości witryny. Strona zbudowana z gotowych komponentów lub wygenerowana przez AI wymaga częstszego skanowania, ponieważ ryzyko ukrytych luk jest w niej wyższe.

Ile kosztuje brak opieki nad stroną internetową?

Brak opieki nad stroną internetową kosztuje znacznie więcej niż abonament, ponieważ skutki włamania kumulują się w czasie. Poniższy scenariusz pokazuje, jak rosną straty małej firmy po jednym ataku przez nieaktualną wtyczkę.

Witryna generuje 3 zapytania dziennie o wartości 300 zł każde, czyli 900 zł szans sprzedażowych dziennie. Atak rozkłada koszty na kilka etapów:

  • Niedostępność strony przez 3 dni: utrata szans o wartości 2700 zł.
  • Usunięcie infekcji i przywrócenie kopii zapasowej: koszt jednorazowy od 800 zł do 2000 zł.
  • Reinfekcja, gdy luka nie zostanie zamknięta: powtórzenie kosztu czyszczenia.
  • Spadek pozycji w Google po wstrzyknięciu spamu: utrata ruchu organicznego przez wiele tygodni.
  • Utrata zaufania klientów po ostrzeżeniu o niebezpiecznej stronie: trudna do wyceny, ale najbardziej dotkliwa.

Pojedynczy incydent łatwo przekracza 5000 zł straty, zanim doliczymy nadszarpnięty wizerunek. Roczny koszt podstawowej opieki jest niższy od skutków jednej poważnej awarii.

Ile kosztuje opieka nad stroną internetową?

Opieka nad stroną internetową kosztuje od kilkuset złotych miesięcznie i zależy od zakresu usług. Cenę kształtują wielkość witryny, częstotliwość aktualizacji, liczba kopii zapasowych oraz czas reakcji wsparcia. Pakiety abonamentowe zaczynają się od 390 zł miesięcznie za zakres podstawowy, a rozbudowane warianty z częstszymi kopiami zapasowymi i krótszym czasem reakcji kosztują 690 zł lub 990 zł miesięcznie.

Cenę opieki warto porównać z kosztem inaktywności. Jedna zażegnana awaria pokrywa kilka miesięcy abonamentu. W erze automatycznych ataków pytanie nie brzmi, czy strona zostanie zeskanowana, tylko kiedy.

Jak opieka chroni stronę przed zagrożeniami ery AI?

Opieka chroni stronę przed zagrożeniami ery AI dzięki trzem filarom: prewencji, szybkim aktualizacjom i planowi odzyskiwania. Każdy filar odpowiada na konkretny mechanizm współczesnego ataku.

Stały monitoring odpowiada na automatyczne skanowanie. Dedykowane narzędzia sprawdzają stronę co kilka minut i wykrywają próbę włamania na wczesnym etapie.

Szybkie aktualizacje odpowiadają na pięciogodzinne okno ataku. Specjalista wdraża poprawki bezpieczeństwa, zanim boty zdążą wykorzystać świeżo ujawnioną lukę.

Cykliczne kopie zapasowe odpowiadają na ryzyko nieodwracalnej utraty danych. Po incydencie strona wraca do działania z ostatniego poprawnego punktu, a przestój skraca się z dni do minut.

Dla kogo opieka nad stroną internetową jest dziś niezbędna?

Opieka nad stroną internetową jest niezbędna dla każdej firmy, która zbiera zapytania, sprzedaż lub kontakt przez witrynę. Im więcej biznesu zależy od strony, tym wyższy koszt każdej godziny niedostępności.

Usługa odpowiada firmom korzystającym z WordPressa i gotowych wtyczek, czyli zdecydowanej większości polskich małych i średnich firm. Ten ekosystem jest najczęstszym celem automatycznych ataków.

Usługa odpowiada również właścicielom stron zbudowanych szybko przez narzędzia AI. Taka witryna wymaga audytu i stałego nadzoru, ponieważ ryzyko ukrytych luk jest w niej wyraźnie wyższe.

Jak zabezpieczyć stronę internetową już teraz?

Zabezpieczenie strony internetowej zaczyna się od audytu aktualnego stanu i wdrożenia stałego monitoringu. Specjalista sprawdza wersje systemu i wtyczek, konfiguruje kopie zapasowe oraz ustala częstotliwość aktualizacji dopasowaną do ryzyka.

Pełen zakres pakietów oraz warunki opieki nad stroną internetową prezentuje Premium Digital, agencja z Łodzi, która prowadzi utrzymanie i bezpieczeństwo witryn dla małych i średnich firm w całej Polsce.

Pepco otworzyło pierwsze sklepy w Macedonii Północnej

Pepco, wiodąca europejska sieć typu value retailer, oficjalnie otworzyła swoje pierwsze sklepy dla konsumentów w Macedonii Północnej. Dwa nowe punkty zostały uruchomione jednocześnie w Skopje. W planach są również kolejne otwarcia w innych lokalizacjach w kraju, w tym w popularnych miastach turystycznych – Ochrydzie i Strudze.

Debiut na rynku Macedonii Północnej stanowi kolejny kamień milowy w realizacji ambitnej strategii rozwoju Grupy, skoncentrowanej na odpowiedzialnej ekspansji w Europie oraz selektywnym wchodzeniu na nowe rynki. Marka jest już obecna w innych krajach bałkańskich, takich jak Bułgaria, gdzie prowadzi 191 sklepów, Serbia (183), Chorwacja (139), Bośnia i Hercegowina (69) oraz Grecja (60).

– Pepco powstało w oparciu o prostą, ale niezwykle silną ideę, której celem jest sprawianie, by produkty codziennego użytku były bardziej dostępne cenowo dla rodzin, a tym samym przyczynianie się do poprawy jakości ich życia. Nasz model biznesowy opiera się na prostocie, dyscyplinie i skali działania, wynikającej z prowadzenia ponad 4 000 sklepów w całej Europie. Obecnie obsługujemy około 36 milionów klientów miesięcznie. Naszą wizją jest Europa, w której wysokiej jakości produkty codziennego użytku są w zasięgu każdego gospodarstwa domowego. Cieszymy się, że możemy realizować tę obietnicę również wobec rodzin
w Macedonii Północnej – powiedział Jorge Gervasi, Chief Operating Officer South CEE & Western Europe w Pepco.

Dla milionów klientów w całej Europie Pepco stało się miejscem codziennych zakupów – sklepem, w którym rodziny mogą znaleźć odzież, artykuły wyposażenia wnętrz oraz praktyczne produkty łączące aktualne trendy, dobrą jakość i przystępne ceny. Wejście Pepco do Macedonii Północnej ma ożywić lokalny rynek handlu detalicznego, tworząc nowe miejsca pracy i oferując nowoczesne oraz wygodne doświadczenie zakupowe.

– Jesteśmy dumni, że możemy wprowadzić Pepco do Macedonii Północnej jako naszego 19. rynku w Europie. Dziś otwieramy pierwsze sklepy w Capitol Mall i Ramstore Mall w Skopje, a już wkrótce dołączą do nich kolejne lokalizacje w Ochrydzie i Strudze, co będzie początkiem naszej lokalnej ekspansji. Dla nas wejście na nowy rynek oznacza budowanie długoterminowego zaufania, tworzenie lokalnych zespołów i stawanie się częścią codziennego życia społeczności, które wspieramy – powiedział Bogdan Grigoriu, Regional Operations Director w Pepco.

W otwarciu pierwszych sklepów Pepco uczestniczyły setki macedońskich klientów.

W uroczystym przecięciu wstęgi udział wzięli przedstawiciele kierownictwa firmy, członkowie zespołu oraz zaproszeni goście, w tym reprezentanci SOS Wiosek Dziecięcych, lokalnych władz oraz przedstawiciele Ambasady RP w Skopje.

Sprawdzony model biznesowy w fazie dynamicznego wzrostu

Wejście Pepco do Macedonii Północnej następuje w okresie silnego wzrostu operacyjnego i finansowego Grupy. Firma przyspiesza rentowny rozwój dzięki uproszczonemu i skalowalnemu formatowi sklepów, zdyscyplinowanemu podejściu do alokacji kapitału oraz wyraźnie zdefiniowanej ofercie dla klientów, opartej na konkurencyjnych cenach i wysokiej dostępności produktów. Choć marka dynamicznie rozwija się również w krajach Europy Zachodniej, region Europy Środkowo-Wschodniej nadal oferuje znaczący potencjał wzrostu, wspierany przez wysoką i powszechną rozpoznawalność marki na wielu lokalnych rynkach.

Po erze zachwytu nad AI przyszedł czas na pytania o ROI

Jeszcze trzy lata temu najczęściej zadawane pytanie brzmiało: „Czy powinniśmy interesować się sztuczną inteligencją?”. Dziś podobne wątpliwości należą do rzadkości. AI trafiła do strategii biznesowych, planów transformacji cyfrowej i agend zarządów praktycznie we wszystkich sektorach gospodarki.

Paradoksalnie jednak wraz ze wzrostem dostępności technologii nie maleje liczba pytań. Wręcz przeciwnie. Im więcej możliwości oferuje rynek, tym trudniejsze staje się podejmowanie decyzji. W wielu organizacjach problemem nie jest już brak technologii. Problemem jest określenie, które z nich rzeczywiście warto wdrożyć, jaką rolę mają pełnić w organizacji i jaką konkretną wartość mają przynieść biznesowi.

Po erze eksperymentów przyszedł czas na pytania o ROI

Przez ostatnie lata wiele organizacji koncentrowało się na testowaniu możliwości sztucznej inteligencji. Powstawały pilotaże, wdrażano kolejne narzędzia, uruchamiano programy transformacyjne i szkolenia dla pracowników. W wielu przypadkach sam fakt wykorzystania AI był traktowany jako dowód innowacyjności organizacji. Dziś rynek znajduje się w zupełnie innym miejscu.

Do rozmowy coraz częściej włączają się dyrektorzy finansowi i zarządy. Nie pytają już, czy firma powinna korzystać z AI. Pytają, jakie efekty przyniosły dotychczasowe inwestycje, które projekty rzeczywiście poprawiły efektywność i czy warto przeznaczać kolejne środki na następne inicjatywy. To naturalny etap dojrzewania rynku – każda technologia przechodzi moment, w którym kończy się okres fascynacji, a zaczyna okres rozliczania rezultatów.

Coraz większego znaczenia nabiera więc nie liczba wdrożonych narzędzi, lecz zdolność organizacji do wykazania konkretnej wartości biznesowej. Skrócenie czasu realizacji procesów, poprawa jakości decyzji, wzrost produktywności zespołów, ograniczenie kosztów operacyjnych czy zwiększenie satysfakcji klientów stają się znacznie ważniejsze niż sama informacja o wykorzystaniu AI.

W praktyce oznacza to również zmianę sposobu oceny projektów technologicznych. Zarządy coraz częściej oczekują nie prezentacji możliwości narzędzia, lecz odpowiedzi na pytanie o zwrot z inwestycji.

AI nie jest dziś deficytowym zasobem

Jeszcze niedawno przewagę budowały organizacje, które jako pierwsze uzyskiwały dostęp do nowych rozwiązań technologicznych. Dziś sytuacja wygląda inaczej. Narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję są powszechnie dostępne. Z podobnych rozwiązań korzystają zarówno globalne korporacje, jak i średnie przedsiębiorstwa. To sprawia, że sama obecność AI w organizacji przestaje być wyróżnikiem. Coraz większego znaczenia nabiera natomiast sposób jej wykorzystania. Dlatego pytanie „jakie narzędzie wybrać?” coraz częściej okazuje się mniej istotne niż pytanie „jaki problem chcemy rozwiązać?”. Ta pozornie niewielka różnica w praktyce przesądza o powodzeniu lub porażce wielu inicjatyw technologicznych.

Dane PwC z „AI Performance Study” (2026) potwierdzają to wyraźnie: 74% wartości ekonomicznej generowanej przez AI trafia do zaledwie 20% firm, a liderzy osiągają wyniki 7,2 razy wyższe niż pozostałe przedsiębiorstwa. Co istotne, różnicę stanowi nie skala inwestycji, lecz to, do czego AI jest wykorzystywana. Liderzy są 2–3 razy częściej zorientowani na wzrost i reinwencję modelu biznesowego. Są też dwukrotnie częściej skłonni przeprojektowywać procesy pracy zamiast po prostu dokładać kolejne narzędzia.

Organizacje, które rozpoczynają transformację od technologii, często szybko napotykają trudności z uzasadnieniem kolejnych inwestycji. Trudno bowiem wykazać zwrot z inwestycji, jeśli już na początku nie określono celu biznesowego, mierników sukcesu oraz procesu, który ma zostać usprawniony.

Najbardziej dojrzałe organizacje odwracają tę logikę. Najpierw definiują problem biznesowy, następnie określają oczekiwany rezultat, a dopiero później wybierają technologię, która może pomóc go osiągnąć.

Większość wyzwań związanych z AI nie ma charakteru technologicznego

W debacie publicznej dominują rozmowy o możliwościach modeli językowych, automatyzacji czy kolejnych generacjach narzędzi. Znacznie rzadziej mówi się o tym, że największe bariery wdrożeń bardzo często znajdują się poza działem IT.

Organizacje mierzą się z pytaniami dotyczącymi odpowiedzialności za decyzje podejmowane przy wsparciu AI, bezpieczeństwa danych, jakości procesów czy gotowości zespołów do pracy w nowym środowisku. W wielu przypadkach technologia jest najmniej problematycznym elementem całego przedsięwzięcia.

Znacznie trudniejsze okazuje się ustalenie, kto odpowiada za zmianę, jak mierzyć jej efekty, jakie kompetencje są potrzebne w organizacji i w jaki sposób połączyć nowe rozwiązania z istniejącym modelem działania firmy. To właśnie dlatego – jak przy każdej przełomowej technologii – kluczowe pozostaje szersze spojrzenie na transformację: nie tylko od strony technologicznej, lecz przede wszystkim organizacyjnej.

Jeżeli organizacja nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, kto odpowiada za zmianę, jak zmierzy sukces projektu i w jaki sposób nowe rozwiązanie wpłynie na codzienną pracę zespołów, problemem nie jest brak technologii. Problemem jest brak gotowości organizacyjnej do wykorzystania jej potencjału.

Human + Machine: ludzie i decyzje w centrum

Wokół sztucznej inteligencji powstało wiele uproszczeń. Jednym z najpopularniejszych jest przekonanie, że celem organizacji powinno być maksymalne zastępowanie ludzi technologią. Tymczasem doświadczenia najbardziej dojrzałych organizacji pokazują coś przeciwnego.

Największą wartość osiągają firmy, które potrafią połączyć możliwości technologii z doświadczeniem, wiedzą i kompetencjami swoich pracowników. Sztuczna inteligencja przyspiesza analizę danych, wspiera procesy i pomaga identyfikować zależności. Człowiek nadal odpowiada jednak za ocenę kontekstu, podejmowanie decyzji i ponoszenie odpowiedzialności za ich skutki. To podejście określane jest jako Human + Machine, z którym w MINDBOX pracujemy od kilku lat. Zakłada on, że skuteczna transformacja nie zaczyna się od technologii, lecz od ludzi, procesów i celów biznesowych. Sztuczna inteligencja przyspiesza analizę, wspiera procesy i pomaga identyfikować zależności. Człowiek nadal odpowiada za ocenę kontekstu, podejmowanie decyzji i ponoszenie odpowiedzialności za ich skutki. Zatem nie chodzi o wybór między człowiekiem a technologią. Chodzi o stworzenie modelu współpracy, w którym obie strony wzajemnie wzmacniają swoje możliwości.

W praktyce właśnie takie podejście daje największą szansę na osiągnięcie trwałych efektów biznesowych i uzasadnienie inwestycji w AI w długim okresie.

Nowa kompetencja liderów

W erze AI jedną z najważniejszych kompetencji liderów nie będzie znajomość konkretnych narzędzi. Będzie nią zdolność do podejmowania właściwych decyzji w środowisku rosnącej złożoności technologicznej.

Zarządy nie muszą znać szczegółów działania modeli językowych ani śledzić każdej nowej funkcji pojawiającej się na rynku. Powinny jednak rozumieć konsekwencje decyzji technologicznych dla organizacji, procesów, ludzi i bezpieczeństwa.

To właśnie dlatego rozmowa o sztucznej inteligencji coraz rzadziej dotyczy samej technologii. Coraz częściej dotyczy natomiast odpowiedzialności, efektywności, zwrotu z inwestycji oraz budowania organizacji zdolnych do skutecznego funkcjonowania w nowym otoczeniu.

A to oznacza, że przyszłość AI będzie zależeć nie od liczby wdrożonych narzędzi, lecz od jakości decyzji podejmowanych wokół nich.

2,50 zł na akcję dla akcjonariuszy Fabrity, dzisiaj ostatni dzień notowań z prawem do dywidendy

Walne Zgromadzenie zamykające rok 2025 przychyliło się do propozycji Zarządu i uchwaliło wypłatę 2,50 zł na akcję z zysku minionego roku, co łącznie oznacza blisko 7 mln zł dywidendy.

Wypłata skierowana do akcjonariuszy, oznaczająca około 8,5% stopy dywidendy wobec notowań z ostatnich dni, nastąpi już 24 czerwca br. (przyszła środa), a dzień dywidendy został ustalony na 19 czerwca br. (najbliższy piątek). To oznacza, że prawo do wypłaty dywidendy uzyskają inwestorzy posiadający akcje Fabrity na koniec dzisiejszej sesji giełdowej.

Fabrity jest spółką, która generuje gotówkę i nie wymaga istotnych nakładów inwestycyjnych. Spółką, która ma stabilny bilans. Dzięki temu może wypłacać relatywnie wysokie dywidendy nawet za okres gorszej koniunktury, jaka miała miejsce w roku 2025. Zarząd zarekomendował wypłatę 2,50 zł na akcję, mając również na względzie dobry pierwszy kwartał br. i pozytywne perspektywykomentuje Tomasz Burczyński, Prezes Zarządu Fabrity S.A.

W pierwszym kwartale 2026 roku wyraźnie wzrosła rentowność, a wynik EBITDA zwiększył się o 30% rdr, do 2,0 mln zł. Zysk operacyjny wzrósł o 54% rdr, do 1,6 mln zł, a zysk netto o 72% rdr, do 1,3 mln zł, co potwierdza skuteczność działań sprzedażowych oraz optymalizacyjnych. Zarząd ocenia, że powrót pozytywnych trendów może mieć trwały charakter, a długoterminowe perspektywy wspiera aktywność Fabrity w wykorzystywaniu szans, jakie stwarza transformacja branży oparta o rozwój technologii AI.

Rynki odetchnęły po porozumieniu USA-Iran, ale gospodarka jeszcze nie poczuje ulgi

  • Rynki świętowały zakończenie konfliktu w Cieśninie Ormuz, ale… gospodarka nie odczuje od razu ulgi z tego powodu – a dla większości gospodarstw domowych, przedsiębiorstw i rządów sytuacja może się nawet jeszcze pogorszyć, zanim nastąpi poprawa. Fizyczne ponowne otwarcie to proces trwający wiele miesięcy, a nie natychmiastowa zmiana. Porozumienie między USA a Iranem oraz 60-dniowe zawieszenie broni stanowią znaczący punkt zwrotny, ale są one jedynie ramami deeskalacji, a nie ostatecznym rozstrzygnięciem. Normalizacja będzie przebiegać powoli, z trudnościami i będzie odwracalna, a rynki z wyprzedzeniem zdyskontowały już dobre wiadomości, zanim opóźnienia w przekazywaniu informacji osiągnęły nawet swój szczyt. Samo rozminowywanie cieśniny zajmuje od 30 do 50 dni. Następna kwestia – ruch handlowy powróci tylko w takim tempie, na jakie pozwoli zaufanie armatorów – precedens z 1988 r. dotyczący konfliktu irańsko-irackiego pokazuje, że przywrócenie normalnych warunków zajęło ponad trzy miesiące, nawet przy eskorcie marynarki wojennej USA. W naszym scenariuszu bazowym 65% zakłóconych dostaw na poziomie 4–5 milionów b/d zostanie przywrócone w ciągu trzech miesięcy, a 80% w ciągu czterech, a przy pełnej normalizacji – do końca roku. Korytarz zostanie ponownie otwarty w ramach kontrolowanej, a nie swobodnej, żeglugi. Jakiekolwiek potknięcie w negocjacjach nuklearnych lub nieprzestrzeganie zawieszenia broni w Libanie spowoduje ponowne uruchomienie zegara.
  • Ceny energii spadają, ale… inflacja osiągnie szczyt później, niż przewidują rynki – to nie koniec wzrostu jej cen!. Cena ropy Brent ustabilizuje się na poziomie około 80 USD/bbl w III kwartale, po czym spadnie do 75 USD/bbl w IV kwartale i 67 USD/bbl do końca 2027 r. Wcześniejsze wzrosty cen energii nadal odbijają się na łańcuchach dostaw, rachunkach za media i czynszach. Ogólny wskaźnik CPI w USA wyniesie średnio 3,3% w 2026 r., a bazowy CPI osiągnie szczyt na poziomie 3,1% w IV kwartale; inflacja w strefie euro osiągnie szczyt na poziomie około 3,4% w IV kwartale, a następnie wyniesie średnio 3,1% w 2026 r. Wzrost płac realnych osiągnie wartość dodatnią dopiero w I kwartale 2027 r. Rynki, które już dziś wyceniają dezinflację, wyprzedzają dane o co najmniej dwa kwartały.
  • Wstrząs uderza w każdy bilans – ale to Europa odczuwa najwyższe koszty. Stany Zjednoczone amortyzują ten cios dzięki przewagom strukturalnym: jako eksporter netto energii czerpią korzyści z poprawy warunków handlu dzięki wyższym przychodom z wydobycia i wpływom budżetowym, podczas gdy ulgi podatkowe łagodzą skutki dla gospodarstw domowych, a inwestycje napędzane sztuczną inteligencją podtrzymują nakłady kapitałowe przedsiębiorstw. Europa nie ma takich czynników równoważących. Rządy w całej strefie euro przeznaczyły od początku roku zaledwie 12 mld EUR (na amortyzowanie wstrząsu kosztów energii) czyli 0,1% PKB – a jedyną kotwicą popytu na skalę całej Unii są niemieckie bodźce w zakresie obronności i infrastruktury. Gospodarstwa domowe borykają się z ostrzejszym i bardziej długotrwałym spadkiem siły nabywczej: rachunki za energię stanowią w Europie zdecydowanie większą część dochodu rozporządzalnego niż w USA, ekspozycja na kredyty hipoteczne o zmiennym oprocentowaniu jest wyższa (w Wielkiej Brytanii i Holandii, ale tez w Polsce), zaufanie konsumentów nie powróciło do poziomu sprzed wojny, a realna siła nabywcza pozostanie ograniczona przez większą część 2026 roku. W przypadku przedsiębiorstw ulga w kosztach energii, najbardziej widoczna w sektorach transportu i petrochemii, gdzie paliwo stanowi 25–40% kosztów operacyjnych, bezpośrednio zderza się z tą luką popytową. Zdolność do ustalania cen stanowi linię podziału: linie lotnicze i markowe firmy farmaceutyczne mogą bronić marż poprzez naliczanie dopłat; producenci OEM z branży motoryzacyjnej i producenci leków generycznych nie są w stanie tego zrobić. Koszty czynników produkcji spadają, ale wydatki na wynagrodzenia pozostaną na wysokim poziomie aż do 2027 r., a Łączna płynność spółek notowanych na giełdzie zmalała o 3%, do 36,7 bln EUR. Jakiekolwiek ponowne zaostrzenie konfliktu spowodowałoby jednoczesne ponowne pojawienie się wszystkich trzech presji – ponowny wzrost kosztów czynników produkcji, podczas gdy gospodarstwa domowe wciąż próbują sobie radzić z pierwszą falą następstw wojny, a przestrzeń fiskalna jest wyczerpana – przy czym Europa będzie bardziej narażona ze względu na wyższą energochłonność, większą otwartość handlową oraz brak przestrzeni na dalsze wsparcie fiskalne.
  • Dla banków centralnych ryzyko popełnienia błędu w polityce pieniężnej jest najwyższe od 2022 r. Oczekiwać można, że zarówno Fed, jak i EBC przeprowadzą jeszcze jedną podwyżkę stóp w drugiej połowie roku – Fed prawdopodobnie we wrześniu, gdy bazowy wskaźnik CPI przekroczy 3%, a EBC przed końcem roku – zanim dezinflacja otworzy drogę do obniżek stóp w drugiej połowie 2027 r. Oba banki stoją przed problemem spójności czasowej, ponieważ presja inflacyjna szybko osłabnie, podczas gdy ich uzależnienie od danych opartych na wskaźnikach retrospektywnych (z przeszłości) nadal będzie uzasadniać zacieśnianie polityki pieniężnej aż do IV kwartału. Nadmierne zacieśnienie polityki pieniężnej w kontekście i tak już kruchych warunków dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw pozostaje prawdopodobnym – i niedocenianym – scenariuszem dla obydwu banków. Jednak Stany Zjednoczone zachowują większą dynamikę wzrostu gospodarczego, która pozwala im poradzić sobie z dalszym zacieśnieniem, podczas gdy wzrost gospodarczy w strefie euro jest już kruchy.
  • W przypadku rynków kapitałowych sygnałem są rotacja i zyski z carry (jako strategia / dochód z utrzymywania pozycji), a nie zmiana wyceny. Rynek akcji nigdy nie wycenił tego konfliktu jako wstrząsu systemowego – indeks MSCI US wzrósł o 8%, a MSCI Europe o 5% od początku roku – więc w przypadku dobrych wiadomości potencjał wzrostowy jest niewielki, natomiast w przypadku złych wiadomości istnieje znaczna przestrzeń do spadku. Wyceny plasują się w 85. percentylu, a zyski w 92. percentylu (MSCI World, dane z ostatnich 20 lat); spadek o 5–10% w okresie letnim jest prawdopodobny. W obliczu szerokiego wzrostu cen akcji Preferowane jest przesunięcie w kierunku Europy, sektorów cyklicznych i wrażliwych na ceny energii, zamiast szerokiego rajdu wzrostowego. Jeśli chodzi o rynek kredytowy, spready EUR IG na poziomie 77 pb i US IG na poziomie 72 pb są bliskie historycznych minimów; umowa wspiera strategię carry, zamiast otwierać przestrzeń do dalszego zawężania spreadów. Na rynku stóp procentowych krótki koniec i środkowy odcinek krzywych europejskich oferują najbardziej atrakcyjny potencjał ponadprzeciętnych wyników (35 pb na krótkim końcu, 20 pb na środkowym), podczas gdy długie końce pozostają podatne na podaż fiskalną — scenariusz bull steepening, a nie równoległego spadku rentowności. Na rynkach prywatnych poprawa będzie widoczna raczej w aktywności — lepsze wyjścia z inwestycji i łatwiejsze refinansowania — a nie w wycenach..
  • Dominującą narracją jest ulga. Nie oznacza to jednak, że zagrożenia zniknęły. Rynki zdyskontowały „premię pokoju” z wyprzedzeniem, czego nie potwierdziły jeszcze dane makroekonomiczne. Inflacja najpierw się pogorszy, zanim zacznie się poprawiać. Presja na gospodarstwa domowe i finanse publiczne utrzyma się co najmniej do 2026 r. Ponadto porozumienie pozostaje warunkowe — zależy od negocjacji nuklearnych oraz wielostronnego zawieszenia broni, które historycznie było trudne do utrzymania. Asymetria ryzyka jest niekomfortowa: potencjalne wzrosty w przypadku dobrych informacji są ograniczone, natomiast spadki przy złych mogą być szybkie, chaotyczne i silnie skorelowane. Koszt spóźnionej reakcji byłby znacznie wyższy niż koszt zachowania ostrożności.

Jak porozumienie wpływa na ocenę perspektyw gospodarczych?

Stany Zjednoczone i Iran osiągnęły porozumienie tymczasowe, które ma zostać podpisane 19 czerwca, wprowadzając 60-dniowe zawieszenie broni i torując drogę do ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz. Po czterech miesiącach zakłóceń, które wstrząsnęły rynkami energii i skłoniły banki centralne do wznowienia zacieśniania polityki pieniężnej, ogłoszenie to stanowi znaczący punkt zwrotny, zmniejszając ryzyko wzrostu cen energii i inflacji. Porozumienie to najlepiej postrzegać jako ramy do stopniowego łagodzenia napięć, a nie jako ostateczne rozstrzygnięcie. Ustanawia ono 60-dniowe zawieszenie broni na wielu frontach regionalnych, tworząc okazję do negocjacji w sprawie irańskiego programu jądrowego oraz szerszych ustaleń geopolitycznych. Kluczowym postanowieniem jest przyznanie tymczasowego pozwalenia Iranowi na swobodną sprzedaż ropy w tym okresie, co oznacza potencjalny szybki wzrost eksportu w stosunku do obecnych, ograniczonych poziomów, nawet przy braku pełnego zniesienia sankcji. Porozumienie przewiduje również stopniowe znoszenie sankcji, uzależnione od przestrzegania warunków i postępów w negocjacjach. Chociaż dokładna kolejność działań pozostaje niejasna, stanowisko Stanów Zjednoczonych wydaje się wiązać jakiekolwiek trwałe zniesienie sankcji z weryfikowalnymi zobowiązaniami dotyczącymi działań jądrowych Iranu. Warunek ten wiąże się ze znacznym ryzykiem dla wdrożenia porozumienia, ponieważ opóźnienia lub komplikacje w negocjacjach mogą szybko zniweczyć cały proces. Jednocześnie porozumienie formalnie uwzględnia deeskalację na wszystkich aktywnych frontach, w tym w Libanie, chociaż sami uczestnicy uznali ten aspekt za jeden z najbardziej kruchych elementów porozumienia. Z perspektywy rynku energetycznego porozumienie zawiera kilka ważnych postanowień. Oczekiwać można, że Cieśnina Ormuz zostanie ponownie otwarta od 19 czerwca po zakończeniu operacji rozminowywania, podczas gdy w pierwszych godzinach po ogłoszeniu porozumienia prezydent Trump wskazał, że ruch powróci na zasadzie „bezpłatnego przejazdu”; Iran zasygnalizował jednak później, że zamierza pobierać „opłaty za usługi” od statków przepływających przez ten szlak wodny, co pozostawia Teheranowi pewien wpływ na sytuację w cieśninie. Nie jest jeszcze jasne, jaką formę przybiorą te opłaty, ale rozważa się wprowadzenie opłat środowiskowych.

Rysunek 1: Potencjalny harmonogram wydarzeń do końca roku

Potencjalny harmonogram wydarzeń do końca roku

Źródło: Allianz Research

Co jest istotne dla trwałości obowiązywania porozumienia? Trwałość porozumienia będzie zależała przede wszystkim od jego wdrożenia w ciągu pierwszych 60 dni. Szczególnie ważne będzie monitorowanie czterech wskaźników. Po pierwsze, postępy w zakresie bezpieczeństwa morskiego, a zwłaszcza tempo operacji rozminowywania, których zakończenie może zająć od 30 do 50 dni, zanim szlaki żeglugowe zostaną uznane za w pełni operacyjne. Po drugie, tempo, w jakim zostanie wznowiony ruch handlowy przez Cieśninę Ormuz (statki wpływające i wypływające), co ostatecznie zależy od poziomu zaufania w sektorze oraz gwarancji bezpieczeństwa udzielonych armatorom. Po trzecie, zmiany wysokości składek ubezpieczenia od ryzyka wojennego oraz stawek frachtowych, które będą wczesnym sygnałem wskazującym, czy armatorzy i czarterujący uznają sytuację bezpieczeństwa za wystarczająco stabilną, by wznowić regularną działalność. Wreszcie postępy w negocjacjach dotyczących irańskiego programu jądrowego oraz utrzymanie zawieszenia broni na innych frontach regionalnych, w tym w Libanie, ponieważ pozostają one kluczowymi warunkami politycznymi leżącymi u podstaw porozumienia. Doświadczenia historyczne wskazują, że przywrócenie zaufania przebiega wolniej niż przywrócenie fizycznego dostępu. Po zawieszeniu broni między Iranem a Irakiem w 1988 r. przywrócenie ruchu handlowego zajęło kilka tygodni pomimo wysłania eskorty marynarki wojennej USA, natomiast powrót do normalnych warunków operacyjnych trwał ponad trzy miesiące (patrz rysunek 2A). Oznacza to, że nawet w sprzyjającym scenariuszu przepustowość cieśniny może nie powrócić do poziomu sprzed kryzysu przed IV kwartałem (rys. 2B). Okresy względnego spokoju będą zatem prawdopodobnie przerywane krótkotrwałymi incydentami z użyciem siły, a kluczowym sprawdzianem będzie to, czy uda się ograniczyć takie epizody. Ostatecznie trwałość porozumienia będzie mierzona nie brakiem incydentów związanych z bezpieczeństwem, ale zdolnością stron do zapobiegania eskalacji pojedynczych zakłóceń, które mogłyby doprowadzić do ponownego zamknięcia korytarza morskiego obsługującego około jednej piątej światowego zapotrzebowania na ropę.

Rysunki 2A i 2B: Historyczne punkty odniesienia dotyczące ożywienia ruchu morskiego na Bliskim Wschodzie oraz scenariusze ożywienia ruchu statków* przez Cieśninę Ormuz

Historyczne punkty odniesienia dotyczące ożywienia ruchu morskiego na Bliskim Wschodzie oraz scenariusze ożywienia ruchu statków Historyczne punkty odniesienia dotyczące ożywienia ruchu morskiego na Bliskim Wschodzie oraz scenariusze ożywienia ruchu statków

Źródło: Bloomberg, Allianz Research. *Ruch: liczba statków przepływających przez Cieśninę Ormuz (7-dniowa średnia krocząca)

W perspektywie do końca roku w Allianz Trade spodziewamy się stopniowej normalizacji przepływów handlowych ropy i gazu, a nie natychmiastowego powrotu do warunków sprzed konfliktu. Wynika to zarówno z obecnych ograniczeń zapasowych, jak i czasu potrzebnego do pełnego wznowienia produkcji w Zatoce Perskiej oraz logistyki transportu morskiego. W międzyczasie częściowe przekierowanie przepływów, wyższy eksport ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Rosji i Ameryki Łacińskiej, w połączeniu z uwolnieniem rezerw strategicznych i umiarkowanym spadkiem popytu, nadal będą kompensować znaczną część zakłóceń w dostawach. Większość rzeczywistej luki podażowej zostanie zniwelowana w ciągu trzech do czterech miesięcy, przy czym około 65% brakującej podaży zostanie przywrócone w ciągu trzech miesięcy, a blisko 80% w ciągu czterech miesięcy. Co najważniejsze, brak bezpośredniego zniszczenia infrastruktury naftowej i gazowej zapobiega przekształceniu się zakłóceń w długotrwały strukturalny szok podażowy. Obecnie w Allianz Trade spodziewamy się, że średnia cena ropy Brent wyniesie 80 USD/bbl w III kwartale 2026 r., gdy początkowy szok podażowy częściowo ustąpi. Obecnie rynek absorbuje zakłócenie netto po stronie podaży na poziomie około 4–5 mb/d, podczas gdy utrzymuje się spadek popytu o około 2–3 mb/d, szczególnie w gospodarkach azjatyckich, które najbardziej ucierpiały z powodu niedoboru podaży i podwyższonych cen. Te dwie siły równoważą się w III kwartale: odbudowa podaży ma charakter spadkowy, ale równoczesne ożywienie popytu ogranicza potencjał spadkowy. W efekcie netto ceny ustabilizują się na poziomie około 80 USD/bbl, gdy rynek dostosuje się do sytuacji, w której ryzyko przedłużającego się zamknięcia cieśniny Ormuz zostało wyeliminowane – przynajmniej na razie. Do IV kwartału 2026 r. ceny ropy powinny dalej spaść do 75 USD/bbl, ponieważ normalizacja podaży przewyższy tempo ożywienia popytu. Zakłada się, że producenci z Zatoki Perskiej, pragnący odzyskać udział w rynku i przychody po miesiącach wstrzymania wydobycia, przywrócą produkcję w tempie nieco przewyższającym ożywienie konsumpcji, co spowoduje, że bilans kwartalny przechyli się w stronę niewielkiej nadwyżki. Oczekuje się również, że warunki na rynku gazu ziemnego ulegną złagodzeniu dla europejskich i azjatyckich nabywców z regionu „ ”, a ceny w 2026 r. wyniosą średnio 43 EUR/MWh. Korygujemy również naszą prognozę średniej rocznej ceny ropy na rok 2027 do 70 USD/bbl – odzwierciedlając rynek charakteryzujący się strukturalnie większą podażą. Na rynek może trafić około 4 mbpd dodatkowej produkcji: połączenie powrotu produkcji irańskiej do poziomów bliskich historycznym maksimom, wycofywania przez OPEC pozostałych dobrowolnych cięć w miarę ustępowania sytuacji kryzysowej w zakresie podaży oraz wzrostu produkcji spoza OPEC ze strony Stanów Zjednoczonych i Wenezueli. Po stronie popytu wzrost konsumpcji o 1 mb/d równoważy część gwałtownego wzrostu podaży: ożywia się globalna aktywność gospodarcza, odbija się azjatycki popyt przemysłowy, a co najważniejsze, zakrojone na szeroką skalę uzupełnianie zapasów przez rafinerie i podmioty zarządzające rezerwami strategicznymi zapewnia trwałe wsparcie dla popytu fizycznego. W rezultacie mamy do czynienia z sytuacją dobrej podaży, ale nie z „nadmierną nadwyżką”, co utrzymuje cenę ropy Brent w przedziale od wysokich 60 do połowy 70, przy czym głównym ryzykiem jest większy niż oczekiwano wzrost podaży.

Do czasu pełnego przywrócenia transportu przez Cieśninę Ormuz (w obie strony) oraz wznowienia produkcji ropy i gazu (pod koniec roku) czynniki łagodzące będą nadal odgrywać rolę, tj. spadek popytu przyczyniający się do spowolnienia wyczerpywania się światowych rezerw, podczas gdy fiskalne środki wsparcia będą miały na celu złagodzenie szoku inflacyjnego. Spadek popytu stopniowo przyczynia się do przywrócenia równowagi na rynkach. Obecnie spadek popytu na ropę wynosi około 2,5 mbpd, choć w dużej mierze odzwierciedla to bezpośrednie skutki zakłóceń wynikających z eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie. Zakładając stopniowe ponowne otwarcie gospodarki począwszy od czerwca oraz normalizację przepływów handlowych w ciągu najbliższych czterech miesięcy, średni spadek popytu zmniejszyłby się do około 0,4 mbpd w całym 2026 r., pozostając zasadniczo zgodnym ze scenariuszem globalnego spowolnienia gospodarczego, a nie recesji.

Wykres 3: Prognoza cen ropy Brent oparta na wstrząsach popytowych i podażowych

Wykres 3: Prognoza cen ropy Brent oparta na wstrząsach popytowych i podażowych

Źródło: Allianz Research

Dobrą wiadomością jest to, że szok energetyczny nie zostanie w pełni przeniesiony na gospodarkę, co ogranicza stagflacyjny charakter obecnego kryzysu. Najszybsze przeniesienie kosztów następuje zazwyczaj poprzez ceny czynników produkcji w przemyśle i usługach, a także ceny producentów związane z energią, przy czym skutki osiągają szczyt w ciągu około dwóch do sześciu miesięcy od pierwotnego szoku. W ciągu kolejnych sześciu do dwunastu miesięcy presja inflacyjna stopniowo się nasila, ponieważ przedsiębiorstwa przenoszą wyższe koszty energii i transportu na łańcuchy dostaw, powodując wzrost cen producentów dóbr pośrednich i konsumpcyjnych, a także cen sprzedaży przemysłowej i detalicznej. Prawdopodobnie uda się uniknąć najbardziej trwałych skutków, tj. wzrostu inflacji bazowej, cen dóbr konsumpcyjnych, oczekiwań inflacyjnych oraz wynagrodzeń wynikających z negocjacji.

W Stanach Zjednoczonych nadal spodziewamy się utrzymania tempa wzrostu PKB na poziomie +2,0% dzięki sprzyjającej polityce fiskalnej, znacznym inwestycjom związanym ze sztuczną inteligencją oraz pozytywnym efektom majątkowym. Ponieważ Stany Zjednoczone są eksporterem netto energii, ich gospodarka czerpie korzyści z pozytywnego szoku warunków handlu, który wspiera dochód zagregowany, przy czym wzrost dochodów w sektorze wydobywczym przynosi korzyści niektórym gospodarstwom domowym oraz rządowi w postaci wyższych wpływów. Niemniej jednak wzrost inflacji ma negatywny wpływ netto na amerykańskie gospodarstwa domowe, których zagregowany realny dochód rozporządzalny spadł w II kwartale, ale polityka fiskalna jest sprzyjająca, a ulgi podatkowe w pierwszej połowie 2026 r. zapewniają częściową kompensację. Ponadto wysokie wyceny akcji zachęcają gospodarstwa domowe do mniejszego oszczędzania w celu wyrównania wydatków na towary inne niż energetyczne. Tymczasem po stronie przedsiębiorstw plany dotyczące nakładów inwestycyjnych pozostają solidne w obliczu silnego popytu na sprzęt i oprogramowanie biznesowe związane ze sztuczną inteligencją. Rozwój sztucznej inteligencji i produkcja przemysłowa są stosunkowo odporne na wysokie światowe ceny energii dzięki obfitym dostawom gazu i niskim cenom energii elektrycznej dla przemysłu w ramach programu „ ”, choć wąskie gardła w łańcuchach dostaw w globalnym sektorze elektronicznym budzą obawy. Najnowsze badania koniunktury wskazują, że ekspansja amerykańskiego sektora produkcyjnego prawdopodobnie utrzyma się w nadchodzących miesiącach. Jeśli chodzi o inflację, w Allianz Trade spodziewamy się, że ogólny wskaźnik CPI wyniesie +3,3% w 2026 r. Oczekuje się, że inflacja energetyczna zacznie spadać od czerwca. Jednak wyższe ceny energii w porównaniu z poziomem sprzed kryzysu na Bliskim Wschodzie oraz jedynie stopniowe zmniejszanie się napięć w globalnych łańcuchach dostaw powinny spowodować wzrost cen bazowych. W Allianz Trade spodziewamy się, że inflacja bazowa CPI wzrośnie powyżej +3% do października, z poziomu +2,8% odnotowanego w maju. W tym kontekście rosnącej inflacji bazowej oczekujemy, że Fed potwierdzi swoje zaangażowanie w walkę z inflacją, podnosząc stopy procentowe o 25 punktów bazowych we wrześniu.

Europa odczuła największe konsekwencje szoku związanego z cieśniną Ormuz, a słabszy wzrost gospodarczy i rosnąca inflacja są ceną, jaką musi zapłacić za bycie importerem netto energii. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych i Azji strefa euro nie jest w stanie zrównoważyć tego hamulca poprzez boom inwestycyjny napędzany sztuczną inteligencją – regionowi po prostu brakuje potentatów technologicznych o dużej kapitalizacji, które obecnie napędzają nakłady inwestycyjne w innych częściach świata. Szok energetyczny uderzył w europejski przemysł nieproporcjonalnie mocno, wpływając na koszty produkcji i zmniejszając marże, co potwierdza dalsze pogorszenie się złożonego wskaźnika PMI dla strefy euro do poziomu 47,5 w maju, przy czym sektor usług – bardziej narażony na skutki konfliktu z Iranem w zakresie nastrojów – odnotował gwałtowny spadek. Presja cenowa narasta zarówno po stronie kosztów produkcji, jak i cen produktów, co wzmacnia argumenty za bardziej restrykcyjnym kursem polityki pieniężnej, nawet pomimo spowolnienia wzrostu gospodarczego. Niemcy stanowią częściowy wyjątek: bodźce fiskalne skierowane na obronność i infrastrukturę zapewniają pewne krótkoterminowe wsparcie, przy czym PKB w I kwartale wzrósł o +0,3% kw./kw. (z wyłączeniem Irlandii) dzięki silnemu eksportowi i wyższym wydatkom rządowym, a niemiecki złożony wskaźnik PMI utrzymuje się na zasadniczo stabilnym poziomie. Natomiast we Francji złożony wskaźnik PMI spadł w maju do 43,5, osiągając najniższy poziom od listopada 2020 r.

W Chinach wciąż spodziewamy się odporności gospodarki, napędzanej przede wszystkim przez eksport i produkcję high-tech, podczas gdy popyt krajowy pozostaje słaby z powodu utrzymujących się napięć w sektorze nieruchomości i niskiego zaufania konsumentów. W Allianz Trade prognozujemy wzrost na poziomie 4,7% w 2026 r. i 4,4% w 2027 r. oraz utrzymujemy prognozę inflacji na poziomie 1% w 2026 r. i 1,2% w 2027 r. Ponieważ porozumienie między USA a Iranem zapewni stopniowy powrót dostaw ropy na rynki azjatyckie, krótkoterminowe czynniki hamujące naszą prognozę inflacji wydają się słabnąć. Jednak w miarę normalizacji sytuacji nadal spodziewamy się, że w najbliższym czasie utrzyma się umiarkowana presja inflacyjna. Oczekujemy, że Ludowy Bank Chin utrzyma stopy procentowe na niezmienionym poziomie do końca 2026 r., ponieważ inflacja pozostaje poniżej progu polityki pieniężnej wynoszącego 2%. Chociaż porozumienie między USA a Iranem złagodzi presję inflacyjną na ceny czynników produkcji, wpływ na inflację wynikający z powrotu dodatniego wzrostu chińskiego wskaźnika PPI będzie nadal odczuwalny w nadchodzących kwartałach. Typowe opóźnienie w przekazywaniu zmian między cenami producentów a cenami eksportowymi oznacza, że prawdopodobne jest nadal pewne umiarkowane przeniesienie tych zmian na ceny końcowe. W rezultacie nadal spodziewamy się nieznacznego osłabienia konkurencyjności cenowej chińskich eksporterów, podczas gdy na rynkach docelowych mogą pojawić się pewne ograniczone skutki uboczne w postaci inflacji. Jako czołowy eksporter wyrobów przemysłowych Chiny nadal czerpią korzyści z silnego globalnego popytu na sprzęt do produkcji czystej energii oraz sprzęt do sztucznej inteligencji. Jednak czynniki hamujące handel pozostają źródłem niepewności. Stany Zjednoczone zasygnalizowały możliwość wprowadzenia pod koniec lipca cła w wysokości 12,5% na mocy sekcji 301, ukierunkowanego na praktyki pracy przymusowej, podczas gdy kilka dodatkowych dochodzeń pozostaje w toku. W połączeniu z utrzymującą się aprecjacją juana i narastającymi napięciami geopolitycznymi niepewność związana z cłami może stanowić wyzwanie dla dynamiki chińskich eksporterów.

Wykres 4: Inflacja przewyższyła wzrost płac, co doprowadziło do tymczasowej utraty siły nabywczej

Wykres 4 Inflacja przewyższyła wzrost płac, co doprowadziło do tymczasowej utraty siły nabywczej 2 Wykres 4 Inflacja przewyższyła wzrost płac, co doprowadziło do tymczasowej utraty siły nabywczej 1

Źródło: LSEG Datastream, Allianz Research

Wykres 5: Nastroje konsumentów znacznie się pogorszyły w Europie i Stanach Zjednoczonych

Wykres 5: Nastroje konsumentów znacznie się pogorszyły w Europie i Stanach Zjednoczonych

Źródło: LSEG Datastream, Allianz Research

Na poziomie korporacyjnym stopniowe znoszenie ograniczeń przynosi prawdziwą ulgę, jednak utrzymuje się linia podziału na firmy mające obecne warunki pod kontrolą jak i te, które za nimi tylko podążają – związana ze zdolnością do kształtowania cen. Ewentualne ponowne załamanie rynku ujawniłoby ją z całą wyrazistością. Spadek cen energii zmniejsza presję, która wpływała negatywnie na bilanse przedsiębiorstw poprzez cztery kanały, a mianowicie wyższe koszty energii, zakłócenia logistyczne, inflację kosztów produkcji oraz słabszy popyt. Sektory, które ucierpiały jako pierwsze – transport i petrochemia, gdzie paliwo stanowi 25–40% kosztów operacyjnych – odniosą największe korzyści w miarę normalizacji cen ropy. Ulga ta jest nierównomierna i zależy od możliwości przeniesienia kosztów na klientów: linie lotnicze (dopłaty paliwowe i opłaty dodatkowe), producenci nawozów oraz markowe firmy farmaceutyczne mogą utrzymać ceny, a producenci półprzewodników są chronieni przez popyt związany ze sztuczną inteligencją, podczas gdy producenci OEM z branży motoryzacyjnej, sprzętu komputerowego oraz leków generycznych praktycznie nie mają siły cenowej i czerpią najmniejsze korzyści w postaci marży z tańszej energii. Ogólnie rzecz biorąc, rezerwy gotówkowe pozostają solidne – gotówka spółek giełdowych spadnie o -3% do 36,7 bln EUR w 2025 r., a spółki niefinansowe wykazują większą odporność (-1%), choć płynność koncentruje się w sektorach infrastruktury sztucznej inteligencji oraz obronności i bezpieczeństwa energetycznego, podczas gdy w sektorach energetycznym, opieki zdrowotnej i nieruchomościowej ulega ona erozji. Ulga dla przedsiębiorstw w zakresie kosztów napotyka jednak pewne przeszkody po stronie przychodów: realna siła nabywcza gospodarstw domowych może pozostawać ograniczona przez większą część 2026 r., a to ograniczenie samo w sobie stanowi bezpośredni hamulec dla wzrostu przychodów, a tym samym dla wzrostu marży, na który w innym przypadku pozwoliłaby tańsza energia. Oczekuje się, że wskaźnik CPI zarówno w strefie euro, jak i w Stanach Zjednoczonych osiągnie szczyt około IV kwartału 2026 r., ponieważ efekt przeniesienia kosztów energii wciąż znajduje odzwierciedlenie w rachunkach za media i łańcuchach dostaw. Gospodarstwa domowe nadal przyjmują postawę defensywną: stopy oszczędności nieznacznie wzrosły, w Stanach Zjednoczonych marginalnie rośnie liczba zaległości w spłatach kart kredytowych, a zaufanie konsumentów w strefie euro nie powróciło jeszcze do poziomu sprzed wojny. Praktyczną konsekwencją dla przedsiębiorstw jest ograniczenie wolumenu sprzedaży, nawet tam, gdzie nominalnie istnieje możliwość kształtowania cen. Kalkulacja marży wygląda zatem mniej jednoznacznie, niż sugerowałaby to sama pozycja dotycząca energii: koszty nakładów maleją, ale koszty wynagrodzeń mogą pozostać na wysokim poziomie do 2027 r., co oznacza, że szczyt wskaźnika CPI w IV kwartale 2026 r. stanowi punkt zwrotny, a nie natychmiastową ulgę w strukturze kosztów operacyjnych. Ponownie bardziej dotkliwa jest sytuacja w Europie: rachunki za energię w gospodarstwach domowych stanowią większą część dochodu rozporządzalnego niż w Stanach Zjednoczonych, zmiana oprocentowania kredytów hipotecznych jest bardziej bezpośrednia na rynkach takich jak Wielka Brytania i Holandia, gdzie dominują struktury o zmiennym oprocentowaniu, a przestrzeń fiskalna pozwalająca złagodzić presję poprzez transfery jest bardziej ograniczona po wydatkach w latach 2022–2023. Należy zachować ostrożność, zgodnie z pozostałą częścią niniejszej notatki, ponieważ ulga ta jest odwracalna: gdyby zawieszenie broni zawiodło, a zamknięcie trwało dłużej niż sześć miesięcy, inflacja kosztów produkcji, która obecnie rozprzestrzenia się jedynie na sektory cykliczne, takie jak przemysł celulozowo-papierniczy i produkcja części samochodowych, ponownie by się nasiliła, sama siła cenowa zaczęłaby słabnąć, co spowodowałoby, że presja na marże ponownie przerodziłaby się w spadek przychodów, a Europa byłaby na to bardziej narażona niż Stany Zjednoczone ze względu na wyższą energochłonność, większą otwartość handlową i mniejsze pole manewru budżetowego.

Wykres 6: Prognozy cen sprzedaży przedsiębiorstw w strefie euro, maj w porównaniu z lutym 2026 r.

Wykres 6: Prognozy cen sprzedaży przedsiębiorstw w strefie euro, maj w porównaniu z lutym 2026 r.

Źródła: Eurostat, Allianz Research

Wykres 7 – Krótkoterminowa ocena siły cenowej poszczególnych sektorów

Wykres 7 – Krótkoterminowa ocena siły cenowej poszczególnych sektorów

Źródło: Allianz Research

Jaki jest wpływ na rynki kapitałowe?

Złagodzenie napięć na Bliskim Wschodzie stwarza przestrzeń dla ponadprzeciętnych wyników w zakresie stóp procentowych. Najbardziej atrakcyjne obszary to krótki koniec i środek krzywej, gdzie argumenty przemawiające za jej spłaszczeniem i wydłużeniem duration są najsilniejsze. Zmiana wyceny stóp procentowych była napędzana przez różne czynniki po obu stronach Atlantyku, co determinuje, gdzie leżą najbardziej atrakcyjne możliwości.

W Europie zmiana wyceny była spowodowana inflacją, co oznacza, że scenariusz złagodzenia napięć i niższe ceny energii uderzą bezpośrednio w podstawową przyczynę tego zjawiska. Po podwyżce stóp przez EBC w zeszłym tygodniu rynek nadal wycenia jeszcze jedną podwyżkę do końca roku. Trwałe porozumienie pokojowe w połączeniu z niższą ceną ropy mogłoby dać EBC pewność, by zamiast tego utrzymać stopy na niezmienionym poziomie. Na razie nasz scenariusz bazowy zakłada jeszcze jedną podwyżkę, co zasadniczo pokrywa się z oczekiwaniami rynku. Istnieje jednak realny potencjał wzrostu o około 35 punktów bazowych na krótkich terminach oraz do 20 punktów bazowych w stosunku do kontraktów terminowych w środkowej części krzywej w ciągu najbliższych jednego do dwóch lat

Sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest bardziej zróżnicowana. Zmiana wyceny jest tylko częściowo spowodowana inflacją; odzwierciedla ona również odnowioną siłę USA i powrót amerykańskiego wyjątkowości, które trwałe porozumienie mogłoby raczej wzmocnić, a nie osłabić. Krótki koniec krzywej ma pewien potencjał przewagi wynoszący około 25 punktów bazowych, ponieważ deeskalacja konfliktu może skłonić Fed do wstrzymania się z podwyżką w obliczu jednej podwyżki wycenianej przez rynki w perspektywie ponad 12 miesięcy, zwłaszcza jeśli zacznie się ujawniać deflacja produktywności napędzana przez sztuczną inteligencję. Nasz scenariusz bazowy nadal zakłada jedną podwyżkę stóp w 2026 r., ale ryzyko wskazuje raczej na ponowne wycenienie jej wykluczenia. Potencjał lepszej dynamiki środkowej części krzywej USD jest mniej oczywisty niż w przypadku krzywej EUR, ponieważ czynniki wzrostu gospodarczego i wyjątkowości USA nie ulegną automatycznemu odwróceniu w wyniku spadku cen energii.

Znaczną niepewnością w najbliższym czasie jest zbliżające się posiedzenie Fed pod przewodnictwem nowego prezesa Warsha, które może przyćmić lub zniwelować wszelkie reakcje na zawarcie porozumienia pokojowego. Zarówno EBC, jak i Fed pozostają wyraźnie uzależnione od danych, a inflacyjne skutki szoku cenowego na rynku energii są już widoczne — w tym wczesne oznaki, że reflacja rozprzestrzenia się poza sektor energetyczny. W tym kontekście żaden z banków centralnych prawdopodobnie nie podejmie działań wyprzedzających dane, niezależnie od sytuacji geopolitycznej. Skłonność do ryzyka jest jednak zróżnicowana: EBC naraża się na opóźniony błąd nadmiernej reaktywności (zbyt duża podwyżka stóp w oparciu o nieaktualne dane), podczas gdy Fed ryzykuje celową zmianę polityki pod nowym kierownictwem, niezależnie od sytuacji geopolitycznej.

Linia podziału przebiega na długim końcu krzywej: nawet w przypadku zawarcia porozumienia strukturalna inflacja w USA oraz podaż fiskalna sprawiają, że rentowności na długim końcu są podatne na wahania, więc bardziej prawdopodobnym scenariuszem jest stromy wzrost krzywej, a nie równoległy wzrost rentowności, co może rozczarować. Niemniej jednak amerykańskie obligacje TIPS wydają się bardziej atrakcyjne niż obligacje indeksowane do euro, a ostrożność w odniesieniu do długoterminowych stóp procentowych na całym świecie pozostaje uzasadniona — nawet w scenariuszu normalizacji przepływów energii — biorąc pod uwagę strukturalną dynamikę inflacji oraz podwyższone ryzyko wzrostu stóp procentowych w USA i na świecie.

W przypadku akcji złagodzenie napięć jest korzystne, ale raczej nie doprowadzi do nowego, znaczącego wzrostu, ponieważ przy maksymalnym spadku poniżej -10% rynek akcji nigdy nie wycenił tego konfliktu jako wstrząsu systemowego. Porozumienie między USA a Iranem z 14 czerwca ogranicza jedno z oczywistych zagrożeń spadkowych, ale nadal jest to jedynie częściowe i kruche odwrócenie sytuacji geopolitycznej, a nie pełne porozumienie pokojowe. To rozróżnienie ma znaczenie, ponieważ punkt wyjścia rynku jest już dość silny (na dzień 12 czerwca indeks MSCI US wzrósł o około 8% od początku wojny z Iranem, indeks MSCI EM wzrósł o około 6,5%, a indeks MSCI Europe, mimo że pozostaje w tyle, nadal odnotowuje wzrost o 5% od początku roku). Innymi słowy, rynek akcji zignorował konflikt, ponieważ wyniki finansowe, wiodąca pozycja w dziedzinie sztucznej inteligencji oraz apetyt na ryzyko miały większe znaczenie niż sytuacja geopolityczna. Korzyścią jest tutaj ulga, a nie zmiana wyceny. Nasz scenariusz bazowy dla ropy, zakładający cenę 80 USD/bbl w III kwartale, spadającą do 75 USD/bbl w IV kwartale i średnio 70 USD/bbl w 2027 r., odzwierciedla stopniową normalizację podaży, która raczej eliminuje scenariusz inflacji i strachu przed podwyżkami stóp procentowych, niż tworzy pozytywny impuls. Powinno to wesprzeć Europę, sektory cykliczne, transport, linie lotnicze i sektory energochłonne, które odnotowywały umiarkowaną zniżkę wojenną, a także zmniejsza prawdopodobieństwo nieprzewidzianych zmian w polityce pieniężnej. Jednak na tym etapie rynek nie odwraca dyskonta wojennego, a jedynie eliminuje część ryzyka ogona, które w większości pozostawało w sektorze surowcowym. W przypadku potwierdzenia porozumienia spodziewalibyśmy się raczej konsolidacji niż szerokiego gwałtownego wzrostu, przy czym ulga dotknęłaby Europę, sektory cykliczne i wrażliwe na zmiany cen energii, które ponosiły to dyskonto, a nie cały indeks. Linia podziału przebiega w drugą stronę: ponieważ konflikt nigdy nie został wyceniony jako wstrząs systemowy, w przypadku dobrych wiadomości nie ma zbyt dużej dyskonta do zniwelowania, ale w przypadku złych wiadomości istnieje spore pole do spadku kursów, co sprawia, że notowania będą asymetryczne i uzależnione od nagłówków, jeśli zawieszenie broni ulegnie rozpadowi. Dzieje się to w kontekście już i tak ambitnych wycen rynkowych, przy wskaźnikach wyceny w 85. percentylu i wzroście zysków w 92. percentylu (MSCI World, dane z ostatnich 20 lat), co pozostawia niewiele miejsca na pozytywne niespodzianki. W tej sytuacji utrzymywanie ekspozycji, dodawanie ryzyka strategicznego jedynie bardzo stopniowo lub w sposób oportunistyczny oraz skupianie się na odnawianiu zabezpieczeń przy umiarkowanych kosztach nadal zapewnia najlepszy stosunek ryzyka do zysku. Z punktu widzenia pozycjonowania kluczowym ryzykiem dla szeroko pojętych aktywów ryzykownych (w tym instrumentów kredytowych) jest nie tylko potencjalne załamanie się porozumienia, ale także skutki drugiego rzędu wcześniejszych wstrząsów dla wzrostu gospodarczego, oczekiwań inflacyjnych i stóp procentowych. Znaczące korekty w dół mogłyby odwrócić dynamikę korekt zysków i z łatwością spowodować spadek cen akcji o 5–10% w okresie letnim. W sytuacji, gdy entuzjazm związany z „ ” napędzany przez sztuczną inteligencję (AI) pcha akcje do nowych szczytów, uwaga skupia się na realizacji: każde rozczarowanie dotyczące monetyzacji lub obciążenie związane z utrzymującymi się nakładami inwestycyjnymi może wywołać ponowną zmienność. 30-procentowe wahania kursu akcji Oracle w zeszłym tygodniu dały błyskawiczny wgląd w to, jak rynki mogą reagować na takie wiadomości — choć dla rynku jako całości reakcja ta miałaby znacznie bardziej stonowaną formę, jaką możemy zaobserwować pod koniec 2025 roku.

Jeśli chodzi o rynek kredytowy, wiadomości te chronią transakcje typu carry trade, zamiast zapowiadać nową, znaczącą fazę zwężania spreadów. Rynek kredytowy jeszcze wyraźniej niż rynek akcji pokazał, że sytuacja ta nie została wyceniona jako szok finansowy. Spread dla obligacji euro strefy IG utrzymuje się na poziomie około 77 punktów bazowych, a dla obligacji amerykańskich IG – około 72 punktów bazowych; oba wskaźniki są już bliskie historycznie najniższych poziomów. Podobnie spready europejskich obligacji wysokodochodowych (BB/B) wynoszą około 213 punktów bazowych i od początku wojny zmniejszyły się o około 19 punktów bazowych. Nie jest to obraz rynku zaniepokojonego poważnym geopolitycznym zdarzeniem kredytowym. Jest to raczej odzwierciedlenie silnego popytu na transakcje carry trade, odpornych wyników finansowych oraz nadal otwartych rynków refinansowania. Deeskalacja sytuacji jest zatem pozytywna, ponieważ zmniejsza ryzyko gwałtownego wzrostu cen ropy, ponownej zmienności stóp procentowych oraz wstrząsu zaufania. Jednak przy obecnych poziomach spreadów najbardziej realistycznym skutkiem jest raczej wsparcie dla spreadów niż ich silna kompresja. W przypadku ostatecznego rozwiązania konfliktu spodziewalibyśmy się zatem jedynie ograniczonego dalszego zwężania się spreadów z i tak już niskich poziomów, przy czym spready utrzymałyby się na stabilnym poziomie, a nie uległyby znaczącej kompresji. Punktem krytycznym są właśnie te niskie poziomy: przy spreadach zbliżonych do historycznych minimów nie ma prawie żadnego marginesu bezpieczeństwa, więc ryzyko jest silnie przesunięte w stronę rozszerzenia spreadów, jeśli powrócą obawy makroekonomiczne lub dotyczące stóp procentowych, a rynek obligacji wysokodochodowych odczułby to jako pierwszy. W segmencie obligacji wysokodochodowych różnica między ratingami B- a BB- utrzymuje się na najwyższym poziomie od dziesięciu lat (współczynnik 2,1x) i wskazuje na pewną ostrożność w dążeniu do zysków z carry. Obligacje o ratingu inwestycyjnym (IG) powinny nadal cieszyć się dużym popytem w miarę spadku zmienności makroekonomicznej, a obligacje wysokodochodowe (HY) powinny nadal czerpać większe korzyści z apetytu na ryzyko i wyższych stóp procentowych, ale pozostaną podatne na zagrożenia, ponieważ margines błędu w przypadku załamania się zawieszenia broni lub ponownego pojawienia się ryzyka związanego z ropą naftową jest niewielki. W tej sytuacji pozostajemy świadomi ryzyka spadków, ale stopniowo i selektywnie wykorzystujemy możliwości uzyskania zysku z carry, w przypadku gdy portfele inwestycyjne czekały na większą jasność co do potrzeb wdrożeniowych. W tej niestabilnej i ponownie wymagającej czasu perspektywie zysk z carry pozostaje preferowany w stosunku do aktywów opartych na aprecjacji cen. Jeśli chodzi konkretnie o rynek kredytowy, na rynku napędzanym popytem uwaga skupia się mniej na fundamentach – które pozostają ogólnie na średnim poziomie – a bardziej na czynnikach technicznych. Silny napływ kapitału nadal utrzymuje spready na niskim poziomie, ale zwiększa również ryzyko bardziej gwałtownego odwrócenia trendu, niż wynikałoby to zazwyczaj z fundamentów w normalnym cyklu. Obszary, na które zwracamy uwagę, to wszelkie dalsze rozbieżności w spektrum ratingów, przy czym segmenty B/BB osiągają nowe maksima (<2,5x), a także pojawiające się oznaki zmęczenia na rynku emisji obligacji technologicznych, gdzie wskaźniki popytu do podaży spadające poniżej 3x, koncesje przy nowych emisjach poniżej 20 punktów bazowych oraz wskaźnik odpływu przekraczający 1/3 mogą wskazywać na początek normalizacji.

Wreszcie, w przypadku rynków prywatnych umowa tymczasowa prawdopodobnie poprawi płynność i zaufanie do transakcji, ale nie oznacza to zresetowania wycen. Istotnym punktem odniesienia jest fakt, że akcje spółek publicznych i płynne instrumenty dłużne odrobiły większość strat związanych z wojną, więc nie ma tu dużego, widocznego dyskonta wojennego, które należałoby zniwelować; jest to zatem ruch o charakterze mechanicznym, a nie związany z wycenami. Wpływ ten ma raczej charakter praktyczny i przebiega przez trzy kanały. Po pierwsze, silniejsze i ponownie wycenione publiczne spółki porównawcze, szczególnie w sektorze infrastruktury energetycznej oraz kontraktów dotyczących sieci energetycznych i instalacji elektrycznych, gdzie notowane na giełdzie podmioty są wyceniane z historycznymi premiami EV/EBITDA, a fala konsolidacji wciąż się nasila, dają sektorowi private equity jaśniejsze punkty odniesienia dotyczące wyjścia z inwestycji i wyceny, ułatwiając rozmowy na temat wyjścia z inwestycji i debiutu giełdowego, które utknęły w martwym punkcie, podczas gdy sponsorzy dysponują rekordową liczbą niesprzedanych spółek i dużymi rezerwami kapitałowymi. Po drugie, odporne rynki kredytowe oraz malejąca zmienność cen ropy i stóp procentowych sprzyjają refinansowaniu, umożliwiając sponsorom realizację wstrzymanych emisji długu i restrukturyzacji zadłużenia. Po trzecie, niższe ryzyko ogona w sektorze energetycznym poprawia perspektywy marż dla aktywów z branży przemysłowej, logistycznej, usług konsumenckich oraz związanych z transportem, gdzie w szczytowym momencie koszty paliwa stanowiły 25–40% kosztów operacyjnych. W tym kontekście sektor kredytów prywatnych skorzysta również na niższym ryzyku skrajnym związanym z niewypłacalnością, jednak spready kredytodawców – podobnie jak w przypadku płynnych instrumentów kredytowych – są już skompresowane, a mediana spreadów w kredytach bezpośrednich spadła z około 700 punktów bazowych na początku 2023 r. do około 500 punktów bazowych,  więc wpływ na zwroty będzie prawdopodobnie umiarkowany. Sektory infrastruktury i nieruchomości prawdopodobnie odczują mieszany, ale ogólnie stabilizujący wpływ, przy czym mniejsza zmienność cen energii pomoże przedsiębiorstwom użyteczności publicznej, najemcom i aktywom transportowym, a niższa ścieżka inflacji cen ropy ponownie otwiera pole do obniżek stóp procentowych, od których zależą wrażliwe na zmiany stóp sektory nieruchomości i budownictwa mieszkaniowego, podczas gdy niektóre premie związane z bezpieczeństwem energetycznym i obronnością, których wycena wzrosła w trakcie konfliktu, mogą nieznacznie osłabnąć, nawet jeśli strukturalna rozbudowa sieci energetycznej, napędzana przez centra danych i elektryfikację, będzie mimo wszystko postępować. W praktyce spodziewalibyśmy się, że zmiana ta przełoży się raczej na aktywność niż na wyceny, przy czym liczba transakcji, wyjścia z inwestycji i refinansowania będą stopniowo rosnąć, a nie na wzrost wycen.

Punkty newralgiczne, na które należy zwrócić uwagę. Każda z powyższych konstruktywnych prognoz ma charakter warunkowy, a właśnie ten warunek stanowi sedno sprawy: mamy do czynienia z nie do końca dopracowanym ponownym otwarciem gospodarki, a nie z trwałym pokojem, a ulga zależy od porozumienia pokojowego, które pozostaje uzależnione od nierozstrzygniętych negocjacji w sprawie irańskiego programu jądrowego oraz zawieszenia broni na wszystkich frontach, w tym w Libanie, a dotychczasowe doświadczenia z nieudanych prób deeskalacji sugerują, że sytuacja może szybko się pogorszyć. Ponieważ rynki nigdy w pełni nie wyceniły wojny, reakcja na dobre wiadomości jest umiarkowana, podczas gdy pole do odwrócenia trendu w przypadku złych wiadomości jest duże, więc profil ryzyka jest asymetryczny, a reakcja na jakikolwiek niepowodzenie byłaby prawdopodobnie szybka i chaotyczna, a nie stopniowa. W tym kontekście nieprzestrzeganie porozumienia, ponowne zamknięcie cieśniny, utrata przejrzystości działań banku centralnego lub zaostrzenie warunków finansowania w dolarach nie wystąpiłyby w izolacji, ale spowodowałyby natychmiastowe ponowne powiązanie cen ropy, stóp procentowych, rynków kredytowych i akcji, zamieniając uporządkowaną normalizację w gwałtowny, skorelowany spadek. Dlatego też traktujemy scenariusz bazowy jako konstruktywny, ale tymczasowy, ponieważ wymaga on ścisłego i ciągłego monitorowania wczesnych sygnałów ostrzegawczych dotyczących ropy, zmienności, spreadów kredytowych i długoterminowych stóp procentowych. Krótko mówiąc, można odczuwać ulgę, ale nie oznacza to jeszcze całkowitego bezpieczeństwa, a koszt opóźnienia w reakcji byłby znacznie wyższy niż koszt zachowania ostrożności.

Autorzy:

  • Ludovic Subran
    Dyrektor ds. inwestycji i główny ekonomista
  • Jordi Basco Carrera
    Szef działu rynków prywatnych
  • Ana Boata
    Dyrektor ds. badań ekonomicznych
  • Maximilian Bong-Maurer
    Starszy strateg inwestycyjny
  • Lluis Dalmau
    Ekonomista ds. regionu MENA
  • Guillaume Dejean
    Starszy doradca sektorowy
  • Björn Griesbach
    Kierownik ds. makroekonomii i rynków kapitałowych
  • Patrick Krizan
    Starszy strateg ds. instrumentów stałodochodowych
  • Ano Kuhanathan
    Dyrektor ds. badań korporacyjnych
  • America Hernandez
    Starszy strateg ds. inwestycji
  • Bernhard Hirsch
    Dyrektor ds. stóp procentowych i rynków wschodzących
  • Alexander Hirt
    Dyrektor ds. akcji i instrumentów dłużnych
  • Maria Latorre
    Doradca ds. sektorów
  • Yao Lu
    Strateg inwestycyjny
  • Lina Manthey
    Specjalistka ds. strategii inwestycyjnych
  • Garance Tallon
    Ekonomistka

Mazury droższe niż Egipt i Sycylia. Tyle kosztują wakacyjne noclegi

Polska, Egipt czy Sycylia? Przy wakacyjnych rezerwacjach odpowiedź nie jest już tak oczywista. Z analizy Rankomat.pl wynika, że 6 noclegów ze śniadaniem w apartamencie dla pary kosztuje 1165 zł w Marsa Alam, 1414 zł w Alanyi i 1729 zł na Sycylii. Tymczasem w Mrągowie trzeba zapłacić 2421 zł, a w Mikołajkach 2402 zł. Również rodziny 2+2 mogą znaleźć za granicą ceny zbliżone do polskich: apartament w Ustce kosztuje 2316 zł, w Egipcie 2330 zł, a na Sycylii 2453 zł. Największe różnice widać w hotelach 3. Rodzinny pobyt w Mikołajkach kosztuje 6266 zł, czyli niemal dwa razy więcej niż w Egipcie i wyraźnie więcej niż w Turcji czy na Sycylii. 

Cena noclegu często przesądza o kierunku wakacyjnego wyjazdu. Dlatego Rankomat.pl porównał najtańsze dostępne opcje 6 noclegów ze śniadaniem w popularnych kurortach w Polsce i za granicą, znalezione w serwisie Booking.com. Z zestawienia wynika, że w wybranych przypadkach pobyt w Polsce kosztuje tyle samo lub więcej niż wakacje w znanych zagranicznych miejscowościach.

Mazury najdroższe w polskim zestawieniu

Wśród analizowanych polskich kurortów najwyższe ceny pojawiają się przede wszystkim na Mazurach. W apartamentach najdrożej wypada Mrągowo. Para zapłaci tam 2421 zł, a rodzina 2+2 4962 zł za 6 noclegów ze śniadaniem. Niewiele tańsze są Mikołajki, gdzie apartament kosztuje 2402 zł dla pary i 4914 zł dla rodziny.

W hotelach 3* Mrągowo również należy do najdroższych lokalizacji dla par. Cena 6 noclegów wynosi tam 3800 zł. W przypadku rodzin najwyższą kwotę ma jednak hotel 3* w Mikołajkach. To 6266 zł, najdroższy wariant w całym zestawieniu, obejmującym zarówno Polskę, jak i zagranicę.

W standardzie hotelowym wysoko plasują się także Polańczyk i Szczyrk. Rodzina 2+2 za hotel 3* w Polańczyku zapłaci 5340 zł, a w Szczyrku 5184 zł. Dla porównania, najdroższy hotel 3* za granicą dla rodziny, czyli na Sycylii, kosztuje 4814 zł.

Najtańszy polski apartament dla pary znaleziono w Polańczyku. Kosztuje 1458 zł za 6 noclegów. To mniej niż na Sycylii, ale więcej niż w tureckiej Alanyi i egipskim Marsa Alam. Dla rodziny 2+2 najkorzystniej wypada Ustka z ceną 2316 zł. Niemal identyczny koszt ma apartament w Egipcie, gdzie trzeba zapłacić 2330 zł.

Przy samych noclegach granica między „tańszą Polską” a „droższą zagranicą” nie zawsze przebiega tam, gdzie można by się jej spodziewać.

Polskie kurorty

Egipt i Turcja najtańsze za granicą. Ale Sycylia, Kreta, Dalmacja i Wyspy Kanaryjskie też są blisko cen Polski

Wśród kierunków zagranicznych najtańszy okazał się Egipt. W Marsa Alam apartament dla pary kosztuje 1165 zł, a dla rodziny 2+2 2330 zł. Egipt ma też najniższe ceny w hotelach 3*: 1509 zł dla pary i 3119 zł dla rodziny.

Drugim korzystnym cenowo kierunkiem jest Turcja. W Alanyi apartament kosztuje 1414 zł dla pary i 3047 zł dla rodziny. Hotel 3* to odpowiednio 1626 zł i 3467 zł.

Na Egipcie i Turcji lista konkurencyjnych cenowo kierunków się jednak nie kończy. Sycylia, Kreta, Dalmacja czy Wyspy Kanaryjskie także mieszczą się w budżecie zbliżonym do wielu polskich kurortów. Na Sycylii apartament dla pary kosztuje 1729 zł, a dla rodziny 2+2 2453 zł. To mniej niż rodzinny apartament m.in. w Mikołajkach, Mrągowie, Międzyzdrojach czy Polańczyku.

Na Krecie ceny apartamentów wynoszą 1792 zł dla pary i 2534 zł dla rodziny. Hotel 3* dla rodziny kosztuje tam 4629 zł, mniej niż w Mikołajkach, Polańczyku, Szczyrku, Ustce, Międzyzdrojach czy Mrągowie.

Dalmacja jest jednym z droższych kierunków zagranicznych dla par, ale dla rodzin nadal wypada konkurencyjnie. Apartament kosztuje 2894 zł, a hotel 3* 3992 zł. To mniej niż w wielu analizowanych polskich miejscowościach. Wyspy Kanaryjskie są droższe w wariancie rodzinnym w apartamencie, gdzie cena wynosi 3646 zł. Wciąż pozostają jednak tańsze niż Mrągowo i Mikołajki, gdzie podobny pobyt kosztuje blisko 5 tys. zł.

Zagraniczne kurorty

Zagranica nie zawsze oznacza więc wyraźnie wyższy rachunek. Egipt i Turcja pozostają najtańsze, ale także Sycylia, Kreta, Dalmacja czy Wyspy Kanaryjskie mogą być cenowo blisko Polski. Warto przy tym pamiętać, że obiekty zagraniczne ujęte w analizie były położone bezpośrednio przy plaży. W Polsce brano pod uwagę obiekty oddalone maksymalnie 3 km od centrum miejscowości. Dla wielu turystów może to być istotna różnica przy ocenie atrakcyjności oferty.

Sam nocleg to dopiero początek. Liczy się cały budżet wyjazdu

Cena zakwaterowania jest ważna, ale ostateczny koszt wakacji zależy także od transportu, wyżywienia i wydatków na miejscu. Dlatego Rankomat.pl sprawdził również wariant obejmujący noclegi, śniadania, obiadokolacje oraz dojazd.

Koszt wakacji

Po doliczeniu tych kosztów najtańsze krajowe wyjazdy dla pary w apartamencie wynoszą 2405 zł w Szczyrku, 2451 zł w Polańczyku i 2508 zł w Szklarskiej Porębie. Dla porównania, analogiczny wyjazd na Sycylię to 3075 zł, na Kretę 3446 zł, a na Wyspy Kanaryjskie 3549 zł.

W całkowitym budżecie zagranica pozostaje droższa, ale w przypadku par różnice nie zawsze są duże. Szczególnie jeśli uwzględnić, że analizowane obiekty za granicą znajdowały się bezpośrednio przy plaży, a te w Polsce do 3 km od centrum miejscowości.

W przypadku rodzin 2+2 różnice są wyraźniejsze. Łączny koszt wyjazdu w apartamencie wynosi 3827 zł w Ustce i 4251 zł w Zakopanem. Na Sycylii to 5145 zł, a na Krecie 5802 zł. W hotelach 3* rodzinny pobyt kosztuje 5503 zł w Zakopanem i 5218 zł w Szklarskiej Porębie, podczas gdy na Sycylii rośnie do około 7,5 tys. Zł.

Wakacyjny wybór zależy od szczegółów

O budżecie wakacyjnym decyduje nie tylko kraj, ale też standard obiektu, lokalizacja, model wyżywienia i sposób dojazdu. Dla pary apartament za granicą może być cenowo zbliżony do pobytu w Polsce. Przy wyjeździe rodzinnym większego znaczenia nabierają bilety lotnicze, transfery i codzienne wydatki na miejscu.

Przed rezerwacją warto więc porównywać nie tylko samą cenę noclegu, ale cały koszt wyjazdu. Tańszy hotel może okazać się mniej korzystny, jeśli wymaga drogiego dojazdu lub generuje dodatkowe wydatki na miejscu. Z kolei droższy nocleg w dobrej lokalizacji może ograniczyć część kosztów podczas pobytu.

Szukając tańszej oferty wakacyjnej, warto porównywać nie tylko cenę noclegu, ale cały koszt wyjazdu. Duże różnice mogą dać elastyczne terminy, wyjazd kilka dni przed lub po szczycie sezonu, wybór mniej oczywistej miejscowości albo obiektu położonego nieco dalej od największych atrakcji. Przy zagranicznych wyjazdach trzeba też sprawdzić koszt lotów, transferów, wyżywienia i dodatkowych opłat, bo dopiero one pokazują realny budżet wakacji. Oszczędności nie warto natomiast szukać na ubezpieczeniu turystycznym. Dobra polisa to niewielki koszt w porównaniu z ceną całego wyjazdu, a w razie choroby, wypadku czy konieczności skorzystania z pomocy medycznej za granicą może uchronić przed wydatkami liczonymi nawet w setkach tysięcy złotych. – mówi Magdalena Kajzer, ekspertka Rankomat.pl.

Metodologia

Ceny noclegów pochodzą z serwisu Booking.com i dotyczą najtańszej dostępnej opcji 6 noclegów ze śniadaniem w terminie 6-12.07.2026 dla pary oraz rodziny 2+2. Ceny sprawdzono 27.05.2026.

W analizie uwzględniono dwa standardy zakwaterowania: apartamenty oraz hotele 3* z oceną minimum 7/10. Obiekty zagraniczne były położone bezpośrednio przy plaży, a obiekty w Polsce maksymalnie 3 km od centrum miejscowości.

W kalkulacji całkowitego kosztu wyjazdu uwzględniono także najtańszy koszt lotów w lipcu sprawdzony w serwisie Skyscanner.pl oraz średni koszt obiadokolacji w niedrogiej restauracji według Numbeo.com. W Polsce koszt dojazdu obliczono przy założeniu średniego spalania 7 l benzyny na 100 km oraz średniej ceny paliwa z dnia 05.06.2026 według AutoCentrum.pl.

Zastrzeżenie metodologiczne

Porównanie obejmuje konkretne oferty dostępne w wybranym terminie i przy założonych kryteriach. Trzeba pamiętać, że każda z analizowanych lokalizacji ma inną bazę noclegową, sezon, profil turystów, dostępność transportu, standard usług i charakter wypoczynku. Te różnice wpływają na ceny, dlatego zestawienie pokazuje wybrane warianty pobytu, a nie pełny koszt wypoczynku w całym kraju lub regionie.

Inflacja w strefie euro zgodna z szacunkiem, ale bazowa nieco wyższa

Finalny odczyt inflacji w strefie euro za maj pokazał wzrost cen o 3,2 proc. w ujęciu rocznym, wobec 3,0 proc. miesiąc wcześniej. W skali miesiąca ceny zwiększyły się o 0,1 proc., a dane okazały się zgodne z wcześniejszym szacunkiem.

Niewielkim zaskoczeniem była natomiast inflacja bazowa, która po wyłączeniu cen energii i nieprzetworzonej żywności wyniosła 2,6 proc. rok do roku. To wynik nieco wyższy od wstępnych szacunków wskazujących na 2,5 proc., co sugeruje, że presja cenowa w gospodarce pozostaje podwyższona.

Majowe dane potwierdzają, że inflacja w strefie euro nadal utrzymuje się wyraźnie powyżej średnioterminowego celu Europejskiego Banku Centralnego wynoszącego 2 proc. W takich warunkach decyzja EBC o podwyższeniu stóp procentowych o 25 punktów bazowych podczas czerwcowego posiedzenia była zgodna z oczekiwaniami rynku.

Perspektywy dla polityki pieniężnej w kolejnych miesiącach będą zależały przede wszystkim od dalszego przebiegu procesów inflacyjnych. Kluczowe znaczenie będą miały zarówno kolejne odczyty inflacji, jak i to, czy wzrost cen będzie nadal rozprzestrzeniał się na kolejne segmenty gospodarki. Jeśli presja inflacyjna pozostanie wysoka, EBC może utrzymać restrykcyjne nastawienie na dłużej.

IFL na NewConnect. Kurs akcji wzrósł o ponad 30 proc. w debiucie

Internetowy Fundusz Leasingowy S.A. (IFL), specjalistyczna spółka leasingowa oraz emitent obligacji na Catalyst, zadebiutował w środę na rynku NewConnect. Na otwarciu kurs akcji spółki wzrósł o 30,37% do 1,76 zł, przy kursie odniesienia na poziomie 1,35 zł.

„Debiut IFL na NewConnect to kolejny ważny etap rozwoju firmy i skalowania sprawdzonego modelu biznesowego. Wchodzimy na giełdę z jasnym celem – chcemy pozyskać paliwo do dalszego i dynamicznego wzrostu. Nasz rentowny biznes generuje unikalną na rynku marżę netto rzędu dwudziestu kilku procent, celując w zwrot z kapitału własnego na poziomie ponad 30%” powiedział podczas ceremonii otwarcia notowań Paweł Bator, Prezes Zarządu IFL.

„IFL nie konkuruje z tradycyjnym sektorem bankowym – zagospodarowujemy liczną niszę przedsiębiorców, których tradycyjny system finansowy zignorował lub wręcz systemowo wykluczył ze względu na historię lub jej brak. Mówimy tu o grupie ponad 2,5 mln osób z potencjałem ponad 200 tys. kontraktów rocznie. To dynamiczne startupy, obcokrajowcy budujący swoje biznesy w Polsce, rynek modern mobility, kierowcy flotowi oraz przedsiębiorcy szukający narzędzia do pracy i generowania przychodu” uzupełnił.

Do obrotu trafiło w sumie 7.814.861 akcji zwykłych na okaziciela – stanowiące 58,61% udziału w kapitale zakładowym – o wartości nominalnej 0,10 zł każda, w tym: 1.000.000 akcji serii A, 333.333 akcji serii B, 343.590 akcji serii C, 450.046 akcji serii D, 3.500.000 akcji serii E oraz 2.187.892 akcji serii F, objętych przez 140 inwestorów w ramach pierwszej publicznej oferty akcji (IPO) po cenie emisyjnej 1,35 zł.

IFL jest 343. spółką notowaną na NewConnect oraz 5. debiutem na tym rynku w 2026 roku.

IFL koncentruje się na szybkim leasingu pojazdów – nawet w 24h – przy minimum formalności, kierując ofertę głównie do klientów z negatywną historią kredytową lub jej brakiem (nowych firm) oraz do obcokrajowców, dzięki odmiennej logice zabezpieczenia i podejściu do zarządzania ryzykiem.

Interviewme.pl z karą od UOKiK. Problemem automatyczna subskrypcja

0

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył ponad 760 tys. zł kary na spółkę Bold LLC, operatora serwisu Interviewme.pl. Według UOKiK użytkownicy portalu nie byli jasno informowani o kosztach korzystania z usługi ani o tym, że płatność wiąże się z zawarciem odnawialnej subskrypcji. Firma odwołała się od decyzji.

Interviewme.pl to serwis oferujący narzędzia do tworzenia CV i listów motywacyjnych. Użytkownicy mogą w nim wybrać szablon, uzupełnić dane zawodowe, opisać doświadczenie, wykształcenie i umiejętności, a następnie przygotować dokument gotowy do pobrania lub wydruku. Zdaniem UOKiK problem polegał jednak na tym, że kluczowe informacje o odpłatności pojawiały się dopiero na końcowym etapie korzystania z kreatora.

Koszt usługi pojawiał się dopiero po przygotowaniu CV

Z ustaleń Urzędu wynika, że konsumenci mogli rozpocząć pracę nad dokumentem bez jasnej informacji, że pobranie lub wydrukowanie gotowego CV będzie wymagało wykupienia płatnego dostępu. Użytkownik dowiadywał się o opłacie dopiero wtedy, gdy po wypełnieniu formularzy próbował pobrać przygotowany dokument.

W praktyce oznaczało to, że osoba poszukująca pracy najpierw poświęcała czas na przygotowanie CV, a dopiero na końcu była stawiana przed wyborem jednej z płatnych opcji. Serwis oferował m.in. 14-dniowy dostęp za 5,95 zł albo dostęp kwartalny za 79,90 zł.

Według UOKiK taki sposób prezentowania oferty mógł wprowadzać konsumentów w błąd. Urząd zwrócił uwagę, że informacja o cenie i odpłatnym charakterze usługi powinna być przekazana jasno, jednoznacznie i odpowiednio wcześnie — zanim użytkownik zacznie korzystać z narzędzia i poświęci czas na przygotowanie dokumentu.

Automatyczne odnawianie subskrypcji

Drugim zakwestionowanym mechanizmem było automatyczne przedłużanie subskrypcji. Jak wskazuje UOKiK, konsumenci nie byli w wystarczająco jasny sposób informowani, że dokonując płatności zawierają umowę, która będzie się odnawiać cyklicznie.

Jeżeli użytkownik nie anulował subskrypcji przed końcem wykupionego okresu, system automatycznie przedłużał usługę i pobierał z konta kolejne opłaty. UOKiK podkreśla, że problemem był nie tylko sam model subskrypcyjny, ale przede wszystkim sposób informowania o nim konsumentów. Informacja o cykliczności płatności powinna być widoczna, zrozumiała i niepozostawiająca wątpliwości co do konsekwencji finansowych.

– Konsument ma prawo wiedzieć, ile zapłaci za usługę, zanim zacznie z niej korzystać. Ukrywanie kluczowych kosztów do momentu finalizacji zamówienia to niedozwolona praktyka. Poszukiwanie pracy to często pilna i ważna potrzeba osób w trudnej sytuacji. Użytkownicy serwisu Interviewme.pl poświęcali czas na uzupełnienie formularzy, a przed pobraniem gotowego CV dowiadywali się o płatnej subskrypcji. Będąc pod presją mogli decydować się na opłatę, aby nie stracić efektów swojego wysiłku. Równie negatywnie rażącym mechanizmem były cykliczne opłaty z tytułu automatycznego odnawiania subskrypcji, o których spółka nie informowała jasno i jednoznacznie – mówi Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK.

Kara dla Bold LLC

Za stosowanie praktyki wprowadzającej konsumentów w błąd Prezes UOKiK nałożył na spółkę Bold LLC karę w wysokości 764 tys. zł. Operator serwisu Interviewme.pl będzie musiał również opublikować na stronie internetowej informację o decyzji Prezesa UOKiK po jej uprawomocnieniu.

Decyzja nie jest prawomocna. Przedsiębiorca odwołał się od niej, co oznacza, że sprawa będzie dalej rozpatrywana.

UOKiK przypomina o obowiązkach firm działających online

Sprawa Interviewme.pl wpisuje się w szerszy problem przejrzystości ofert subskrypcyjnych w internecie. Wiele usług cyfrowych opiera się dziś na modelu automatycznie odnawianych płatności, co samo w sobie nie jest niedozwolone. Warunkiem jest jednak rzetelne poinformowanie konsumenta o wszystkich istotnych elementach umowy.

Klient powinien wiedzieć nie tylko, ile zapłaci na początku, ale także czy usługa przedłuży się automatycznie, jaka będzie wysokość kolejnych opłat, kiedy zostaną pobrane i w jaki sposób można zrezygnować z subskrypcji. Informacje te nie mogą być ukryte w regulaminie ani prezentowane dopiero na końcu procesu zakupowego.

Dla konsumentów decyzja UOKiK jest przypomnieniem, aby przed podaniem danych karty i zaakceptowaniem płatności dokładnie sprawdzać, czy dana usługa ma charakter jednorazowy, czy subskrypcyjny. Szczególną uwagę warto zwracać na krótkie, promocyjne okresy dostępu, po których mogą pojawić się wyższe, cykliczne opłaty.

Co powinni sprawdzać użytkownicy?

Przy korzystaniu z internetowych kreatorów dokumentów, aplikacji edukacyjnych, narzędzi graficznych czy serwisów z treściami cyfrowymi warto zweryfikować kilka elementów. Najważniejsze są: całkowity koszt usługi, czas trwania dostępu, informacja o automatycznym odnowieniu, wysokość kolejnych płatności oraz procedura rezygnacji.

Jeżeli serwis prosi o podanie danych karty płatniczej przy niskiej opłacie początkowej, może to oznaczać rozpoczęcie subskrypcji. W takiej sytuacji użytkownik powinien upewnić się, czy płatność nie będzie pobierana automatycznie w kolejnych okresach rozliczeniowych.

UOKiK konsekwentnie podkreśla, że przedsiębiorcy działający w internecie muszą projektować proces zakupowy w sposób uczciwy i przejrzysty. Konsument nie może dowiadywać się o najważniejszych kosztach dopiero wtedy, gdy wykonał już znaczną część czynności albo znajduje się pod presją utraty efektów swojej pracy.

Wakacyjna praca nastolatka. O czym muszą pamiętać rodzice i pracodawcy?

Rozpoczyna się sezon wakacyjny, a wraz z nim rośnie zainteresowanie młodych ludzi pierwszą pracą. Dla wielu to sposób na własne pieniądze i większą samodzielność, a także pierwszy wpis do CV. Praca w gastronomii, sklepach i punktach usługowych, pomoc przy wykładaniu towaru, rozdawanie materiałów promocyjnych, wsparcie przy organizacji wydarzeń czy proste prace biurowe mogą być wartościowym doświadczeniem. Pod warunkiem, że odbywają się zgodnie z przepisami. A te w przypadku osób poniżej 18. roku życia są znacznie bardziej złożone, niż wielu rodziców i pracodawców zakłada.

Eksperci Job Impulse, agencji rekrutacyjnej i członka Polskiego Forum HR, przypominają, że wakacyjna praca nastolatka nie może być traktowana tak samo jak praca osoby dorosłej. Znaczenie ma wiek, forma umowy, rodzaj obowiązków, czas pracy, a nawet pora dnia, w której młoda osoba miałaby wykonywać zadania.

Zanim nastolatek podejmie wakacyjną pracę, warto sprawdzić pięć podstawowych rzeczy: czy ma odpowiedni wiek do wykonywania danej pracy, na jakiej podstawie ma zostać zatrudniony, czy zakres obowiązków rzeczywiście mieści się w katalogu prac dopuszczalnych dla osób młodych, ile godzin dziennie i tygodniowo może pracować oraz czy spełnione są wymagane formalności, np. zgody, badania lekarskie czy zatwierdzony wykaz prac lekkich. To ważne, bo wakacyjna praca często kojarzy się z czymś prostym i nieformalnym, tymczasem w przypadku osób poniżej 18. roku życia przepisy są bardzo konkretne. Pierwsze doświadczenie zawodowe powinno uczyć odpowiedzialności i dobrych standardów, a nie zaczynać się od niejasnych ustaleń czy ryzyka – mówi Łukasz Koszczoł, Prezes Job Impulse.

Małoletni i młodociany – przepisy rozróżniają pojęcia

W potocznym języku często mówi się po prostu o „pracy nieletnich”. W przepisach znaczenie mają jednak konkretne definicje. Małoletni to osoba, która nie ukończyła 18 lat. W prawie pracy kluczowe jest pojęcie pracownika młodocianego, czyli osoby, która ukończyła 15 lat, ale nie przekroczyła 18. roku życia.

Co do zasady, młodociany może zostać zatrudniony na podstawie umowy o pracę, jeśli ukończył co najmniej szkołę podstawową i przedstawi zaświadczenie lekarskie potwierdzające, że dana praca nie zagraża jego zdrowiu. Takie zatrudnienie może dotyczyć przygotowania zawodowego albo wykonywania prac lekkich. W przypadku prac lekkich pracodawca nie może jednak samodzielnie uznać, że dana czynność „wydaje się prosta”. Musi posiadać wykaz prac lekkich, przygotowany po konsultacji z lekarzem medycyny pracy i zatwierdzony przez właściwego inspektora pracy.

Szczególne zasady dotyczą nastolatków, którzy nie ukończyli 16 lat. Mogą oni wykonywać pracę lub inne zajęcia zarobkowe tylko na rzecz podmiotów prowadzących działalność kulturalną, artystyczną, sportową lub reklamową. Wymagana jest wtedy zgoda przedstawiciela ustawowego albo opiekuna dziecka oraz zezwolenie właściwego inspektora pracy. To oznacza, że udział dziecka w reklamie, sesji zdjęciowej, wydarzeniu sportowym czy projekcie artystycznym może być legalny, ale wymaga spełnienia określonych formalności.

Nie każda „prosta praca” jest pracą lekką

Jednym z najczęstszych błędów jest przekonanie, że praca sezonowa z natury jest lekka. W praktyce wszystko zależy od konkretnych obowiązków i warunków ich wykonywania. Praca lekka nie może zagrażać życiu, zdrowiu ani rozwojowi psychofizycznemu młodocianego. Nie może też utrudniać mu realizowania obowiązku szkolnego, jeśli praca wykonywana jest poza okresem wakacyjnym.

Do prac lekkich mogą należeć m.in. proste czynności biurowe, pomoc organizacyjna, drobne prace porządkowe, obsługa komputera czy wybrane zadania pomocnicze. Ważne jest jednak nie tylko to, co młoda osoba robi, ale również w jakich warunkach: czy nie musi dźwigać zbyt ciężkich przedmiotów, pracować w wymuszonej pozycji, w wysokiej temperaturze, przy substancjach szkodliwych albo w warunkach zwiększonego ryzyka wypadku.

Dlatego także popularne wakacyjne zajęcia, np. przy zbiorach owoców, trzeba oceniać ostrożnie. Nie można z góry uznać, że każda taka praca jest niedopuszczalna, ale nie można też automatycznie traktować jej jako bezpiecznej dla nastolatka. Decydują konkretne warunki, zakres obowiązków i zgodność z zatwierdzonym wykazem prac lekkich.

Wakacje a limity czasu pracy

W czasie ferii i wakacji młodociani mogą pracować więcej niż w trakcie roku szkolnego, ale nadal obowiązują ich szczególne limity. Osoba, która ukończyła 16 lat, może pracować maksymalnie 7 godzin na dobę i 35 godzin tygodniowo przy pracach lekkich w okresie wakacyjnym. W przypadku młodocianych poniżej 16. roku życia limit wynosi 6 godzin na dobę i 30 godzin tygodniowo.

Limity te obowiązują łącznie, nawet jeśli nastolatek chciałby podjąć pracę u więcej niż jednego pracodawcy. Dlatego pracodawca powinien uzyskać od młodocianego oświadczenie o tym, czy jest już zatrudniony w innym miejscu.

Jeszcze bardziej restrykcyjne są zasady obowiązujące w trakcie roku szkolnego. Wtedy tygodniowy wymiar pracy młodocianego przy pracach lekkich nie może przekraczać 12 godzin, a w dniu, w którym uczestniczy on w zajęciach szkolnych, może pracować maksymalnie 2 godziny.

Bez nadgodzin, bez pracy nocnej, z obowiązkową przerwą

Młodocianego nie wolno zatrudniać w godzinach nadliczbowych ani w porze nocnej (między 22:00 a 6:00). W przypadku młodocianych, którzy nie ukończyli 16 lat, a także w szczególnych przypadkach dotyczących osób, które nie ukończyły szkoły podstawowej, za porę nocną uznaje się czas między 20:00 a 6:00.

Pracodawca musi też pamiętać o odpoczynku. Przerwa obejmująca porę nocną powinna trwać co najmniej 14 godzin, a tygodniowy odpoczynek młodocianego powinien wynosić co najmniej 48 godzin i obejmować niedzielę. Jeśli dobowy wymiar pracy przekracza 4,5 godziny, młodocianemu przysługuje 30-minutowa przerwa wliczana do czasu pracy.

To szczególnie istotne w gastronomii, hotelarstwie, handlu, przy wydarzeniach plenerowych czy akcjach promocyjnych, gdzie sezonowo pojawiają się dyżury popołudniowe, wieczorne albo weekendowe. Nie każdy grafik, który jest dopuszczalny dla osoby dorosłej, może zostać zaproponowany młodemu pracownikowi.

Wynagrodzenie i umowa: młody pracownik też ma prawa

Młodociany zatrudniony na podstawie umowy o pracę ma prawo do wynagrodzenia na zasadach właściwych dla pracowników. W 2026 roku minimalne wynagrodzenie za pracę wynosi 4806 zł brutto miesięcznie przy pełnym etacie, a przy niepełnym wymiarze czasu pracy ustala się je proporcjonalnie. W przypadku umów zlecenia minimalna stawka godzinowa wynosi 31,40 zł brutto.

Forma zatrudnienia ma znaczenie nie tylko dla wypłaty, ale też dla ubezpieczenia, odpowiedzialności i ewentualnych roszczeń w razie wypadku. Przy umowie o pracę młodociany korzysta z ochrony pracowniczej, a okres zatrudnienia wlicza się do stażu pracy. Przy umowach cywilnoprawnych sytuacja jest inna i wymaga każdorazowego sprawdzenia, jakie składki oraz zasady odpowiedzialności mają zastosowanie.

Kary mogą być wyższe niż sezonowa oszczędność

Nieprawidłowe zatrudnianie młodocianych może oznaczać dla pracodawcy odpowiedzialność wykroczeniową. W wielu przypadkach naruszenie przepisów prawa pracy wiąże się z grzywną od 1000 do 30 000 zł. Ryzyko dotyczy m.in. nieprawidłowej formy zatrudnienia, dopuszczenia do pracy bez wymaganych formalności, naruszenia przepisów o czasie pracy, braku badań lekarskich, niezapewnienia bezpiecznych warunków lub powierzenia młodocianemu zadań niedopuszczalnych.

Program do zarządzania szkołą językową – czy się opłaca i kiedy go wdrożyć

Pytanie o program do zarządzania szkołą językową wraca zwykle w dwóch momentach – przy zakładaniu placówki i wtedy, gdy ręczna obsługa zapisów oraz płatności zaczyna zjadać cały dzień pracy. Dobra wiadomość jest taka, że właściwe narzędzie pracuje na Twoją korzyść już od pierwszego ucznia. Im większa szkoła, tym wyraźniej system przestaje być tylko wygodą, a staje się warunkiem panowania nad organizacją.

Wygoda od pierwszego ucznia

Nawet kilkunastu kursantów da się obsłużyć kalendarzem i arkuszem, ale to nie znaczy, że system jest wtedy zbędny. Już przy małej szkole zdejmuje z Ciebie powtarzalną komunikację. Automatyczne powiadomienia o nowych zapisach, potwierdzenia wysyłane rodzicom od razu po rejestracji i przypomnienia o płatnościach działają bez Twojego udziału. Rodzic, który zapisuje dziecko online i od razu dostaje potwierdzenie oraz termin w swoim panelu, widzi szkołę równie poukładaną jak więksi konkurenci. Przy ręcznej obsłudze ten sam zapis kończy się wiadomością „oddzwonię” i ryzykiem, że ktoś o nim zapomni.

Granica, za którą ręczna obsługa się załamuje

Im więcej uczniów, tym wyraźniej widać moment, w którym arkusz przestaje wystarczać. Najczęściej leży on w okolicach trzydziestu–czterdziestu aktywnych kursantów albo przy zatrudnieniu drugiego czy trzeciego lektora. Od tego progu liczba kombinacji – grupy, poziomy, terminy, sale, płatności, zaległości – rośnie szybciej niż czas, który możesz na nią poświęcić. Pierwszym sygnałem nie jest błąd w grafiku, tylko poczucie, że administracja wypełnia dzień, a na rozwój szkoły nie zostaje nic.

Ukryty koszt ręcznego zarządzania szkołą językową

Brak systemu nie jest darmowy. Płacisz za niego inaczej – czasem, utraconymi zapisami i błędami w rozliczeniach. Telefoniczne przyjmowanie zgłoszeń, ręczne wpisywanie danych, wysyłanie linków do lekcji online i sprawdzanie przelewów jeden po drugim w sezonie wrześniowym pochłaniają kilkanaście godzin tygodniowo. Rodzic, który chce zapisać dziecko wieczorem i trafia tylko na numer czynny w godzinach biura, w połowie przypadków zapisze je tam, gdzie formularz zadziałał od razu – a to utracony przychód za cały semestr, nie za jedną lekcję. Do tego dochodzą należności, które przy ręcznym pilnowaniu zaległości po prostu umykają.

Co realnie zmienia system do zarządzania szkołą językową?

Dobrze dobrany program dla szkoły językowej przejmuje powtarzalne czynności i domyka procesy, które przy ręcznej obsłudze się rozjeżdżają. Zapisy online działają całą dobę: klient zakłada konto, opłaca miejsce i dostaje potwierdzenie bez kontaktu z biurem, a Ty masz powiadomienie o nowym zgłoszeniu. Płatności przestają wymagać śledzenia przelewów – system przypisuje wpłaty do uczniów, pokazuje zaległości i generuje faktury dla księgowości. Grafik lektorów, frekwencja i linki do zajęć trafiają do jednego panelu, z osobnymi widokami dla sekretariatu, nauczycieli i klientów. Efektem nie jest sama wygoda, lecz zdolność do przyjęcia większej liczby uczniów bez powiększania administracji.

Program do zarządzania szkołą językową od Luppo System

Jednym z polskich narzędzi do zarządzania szkołą językową jest system do zarządzania szkołą językową od Luppo System. Obsługuje zapisy online, płatności, harmonogram, frekwencję i lekcje online z poziomu jednego panelu. Jeżeli nie masz pewności, czy program sprosta Twoim oczekiwaniom, umów się na 30-minutową prezentację funkcji i możliwości systemu oraz przetestuj działanie Luppo System w swojej szkole podczas okresu próbnego.

Oferta deweloperów szeroka głównie w stolicach regionów

56 proc. mieszkańców miast wojewódzkich uważa, że oferta mieszkań od deweloperów w ich okolicy jest szeroka. W przypadku terenów poza głównymi miastami taką opinię wyraża tylko 36 proc. mieszkańców – wynika z raportu „To my. Lokalnie 2026”, przygotowanego przez Nieruchomosci-online.pl.        

Według danych GUS, w 2025 r. oraz w okresie styczeń-kwiecień 2026 r. deweloperzy oddali do użytkowania w Polsce łącznie prawie 170 tys. mieszkań. Jak wskazują eksperci portalu ogłoszeniowego Nieruchomosci-online.pl, na rynku pierwotnym nadal mamy do czynienia z wysoką podażą mieszkań i relatywnie dużym wyborem po stronie kupujących.

– Dane ogólnopolskie pokazują wysoką podaż, ale z perspektywy mieszkańca liczy się lokalny wybór. Dlatego zapytaliśmy mieszkańców wszystkich regionów, jak postrzegają ofertę rynku pierwotnego w swojej okolicy. Nie pytaliśmy ich jednak konkretnie o nowe inwestycje w sąsiedztwie, tylko o to, jak widzą i czują ofertę. Po prostu: czy ich zdaniem mieliby w czym wybierać, gdyby szukali mieszkania – mówi Anna Zachara-Widła, badaczka zachowań konsumenckich w portalu Nieruchomosci-online.pl.

Oferta rynku wtórnego oceniana nieco lepiej

Jak wynika z raportu „To my. Lokalnie 2026”, ofertę deweloperską jako szeroką i dającą wybór postrzega 56 proc. badanych mieszkańców miast wojewódzkich. O wiele słabiej jest pod tym względem na terenach poza głównymi miastami – tam jedynie 36 proc. mieszkańców uważa, że miałoby w czym wybierać na rynku deweloperskim.

– To, że ktoś słabo ocenia ofertę deweloperską w swojej okolicy, nie musi oznaczać, że nowych mieszkań tam nie ma. Czasem te inwestycje są dla ludzi mniej widoczne, czasem zbyt drogie albo niedopasowane do potrzeb, a czasem rzeczywiście jest ich niewiele. Dlatego warto patrzeć nie tylko na liczbę oddanych mieszkań, ale też na to, czy ludzie widzą w tej ofercie realną odpowiedź na swoje potrzeby – dodaje Anna Zachara-Widła.

Raport pokazuje, że lepiej postrzegany jest pod tym względem rynek wtórny: 61 proc. mieszkańców miast wojewódzkich uważa, że oferta mieszkań z drugiej ręki jest szeroka. W przypadku terenów poza głównymi miastami taką opinię wyraża 45 proc. mieszkańców.

wykres 1

Kupić mieszkanie poza głównym miastem? To nie takie proste

Raport przygotowany przez Nieruchomosci-online.pl we współpracy z Instytutem Rozwoju Miast i Regionów pokazuje też, jak bardzo ocena oferty deweloperskiej potrafi różnić się w poszczególnych regionach. W niektórych województwach poziom zadowolenia mieszkańców z oferty nowego budownictwa jest dwukrotnie niższy na terenach poza miastem niż w stolicy regionu.

Największy rozjazd między pozytywną oceną oferty w głównym mieście a analogiczną oceną na pozostałych terenach regionu zaobserwowano w województwach: podkarpackim (Rzeszów – 60 proc., reszta terenów – 30 proc.), kujawsko-pomorskim (Bydgoszcz – 61 proc., reszta terenów – 32 proc.), małopolskim (Kraków – 64 proc., reszta terenów – 36 proc.), mazowieckim (Warszawa – 64 proc., reszta terenów – 38 proc.) oraz śląskim (Katowice – 63 proc., reszta terenów – 37 proc.).

– Są też regiony, w których poziom zadowolenia z oferty deweloperów jest podobny i w stolicy regionu, i na pozostałych terenach. Taką sytuację zaobserwowaliśmy w województwach zachodniopomorskim oraz opolskim. Chociaż w tym drugim regionie w oczy rzuca się też najniższy w kraju odsetek ocen pozytywnych, wynoszący wszędzie poniżej 30 proc. – mówi Anna Zachara-Widła, badaczka zachowań konsumenckich w Nieruchomosci-online.pl.

Jedynym województwem, w którym mieszkańcy lepiej postrzegają wybór mieszkań od deweloperów w regionie niż w głównym mieście, jest lubuskie (Zielona Góra – 22 proc., reszta terenów – 42 proc.).

wykres 2

––––

Raport „To my. Lokalnie 2026” został przygotowany w lutym 2026 r. przez agencję Inquiry na zlecenie Nieruchomosci-online.pl. Badanie przeprowadzono na reprezentatywnej grupie 4081 dorosłych Polaków. Analiza objęła 16 województw. Partnerem projektu jest Instytut Rozwoju Miast i Regionów.

Absolwenci Państwowych Uczelni Zawodowych szybciej znajdują pracę

Najnowsza, 11. edycja ogólnopolskiego systemu monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych (ELA) pokazuje, że ukończenie Państwowej Uczelni Zawodowej (PUZ) jest dobrą inwestycją dla studentów i ma pozytywny wpływ na rozwój regionalnych rynków pracy. Analiza losów osób, które uzyskały dyplom w 2020 roku, wskazuje, że absolwenci PUZ szybciej znajdują zatrudnienie, częściej pracują na etacie i osiągają wyniki płacowe porównywalne z absolwentami innych uczelni. System ELA został stworzony i jest prowadzony przez Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy (OPI) na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW).

Model kształcenia, który się sprawdza

Wyniki 11. edycji ELA potwierdzają, że Państwowe Uczelnie Zawodowe skutecznie realizują swoją regionalną misję. Celują w kształcenie studentów pochodzących głównie z mniejszych ośrodków, wspierają osoby łączące naukę z pracą zawodową oraz dostarczają lokalnym gospodarkom wysoko wykwalifikowanych specjalistów – mówi Marcin Kulasek, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Przygotowana przez OPI analiza pokazuje, że absolwenci PUZ szybciej znajdują pracę, częściej utrzymują stabilne zatrudnienie i skutecznie konkurują na rynku pracy pod względem osiąganych dochodów. Wyniki te potwierdzają zasadność wsparcia publicznych uczelni zawodowych w ramach programu MNiSW Dydaktyczna Inicjatywa Doskonałości. Dane ELA wskazują, że inwestycje w praktyczne szkolnictwo wyższe przynoszą wymierne korzyści zarówno absolwentom, jak i całym regionom – dodaje wiceminister resortu nauki, Maria Mrówczyńska.

Kto kończy PUZ – czyli kilka słów o demografii

Dane ELA pokazują, że absolwenci PUZ różnią się profilem od absolwentów pozostałych uczelni.
Są przeciętnie starsi – na studiach I stopnia średni wiek absolwenta PUZ wynosi 26 lat wobec 25 lat na innych uczelniach, a na studiach II stopnia odpowiednio 31 i 27 lat. Wśród absolwentów PUZ większy jest również udział kobiet. Na studiach I stopnia kobiety stanowią 63% absolwentów PUZ wobec 58% na pozostałych uczelniach, natomiast na studiach II stopnia ich udział wynosi aż 76% wobec 64%
– mówi dr hab. Mikołaj Jasiński, profesor Ośrodka Przetwarzania Informacji.

Państwowe Uczelnie Zawodowe pełnią także istotną funkcję wyrównywania szans edukacyjnych. Wśród absolwentów studiów I stopnia aż 67 proc. mieszkało w mniejszych miejscowościach, podczas gdy w przypadku pozostałych uczelni odsetek ten wynosił 51 proc. Z podobną sytuacją mamy do czynienia na studiach II stopnia – 71 proc. absolwentów PUZ pochodziło z mniejszych miejscowości wobec 51 proc. absolwentów innych uczelni.

Skuteczna odpowiedź na potrzeby lokalnych rynków

Analiza losów zawodowych absolwentów pokazuje wyraźną przewagę PUZ pod względem szybkości podejmowania zatrudnienia. Absolwenci studiów I stopnia potrzebowali średnio 10,5 miesiąca na znalezienie pracy etatowej, podczas gdy absolwenci innych uczelni – 13 miesięcy. W przypadku studiów II stopnia różnica była również zauważalna – 4,2 miesiąca wobec 5,1 miesiąca – mówi dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak, prof. SGH, ekspertka Ośrodka Przetwarzania Informacji.

Wyniki te potwierdzają skuteczność praktycznego modelu kształcenia realizowanego przez Państwowe Uczelnie Zawodowe. Kierunki studiów są często powiązane z potrzebami lokalnych pracodawców, dzięki czemu absolwenci szybciej znajdują zatrudnienie, w którym mogą wykorzystać zdobyte kwalifikacje.

Stabilna praca i konkurencyjne wynagrodzenia

Dane ELA wskazują również, że przewaga absolwentów PUZ nie ogranicza się tylko do szybkiego znalezienia pierwszej pracy. W kolejnych latach po ukończeniu studiów spędzają oni większą część czasu w pracy na etacie niż absolwenci innych uczelni, co świadczy o większej stabilności ich sytuacji zawodowej.

Choć w pierwszych latach po uzyskaniu dyplomu absolwenci PUZ są nieco bardziej narażeni na bezrobocie, w dłuższej perspektywie te różnice stopniowo zanikają. Wynika to przede wszystkim ze specyfiki lokalnych rynków pracy. Mniejsze ośrodki  (najczęstsze miejsce zamieszkania absolwentów i absolwentek PUZ) oferują mniej miejsc pracy niż największe ośrodki akademickie, ale jednocześnie zapewniają trwałe możliwości zatrudnienia osobom posiadającym praktyczne kwalifikacje.

Równie istotne są wyniki dotyczące wynagrodzenia. Pomocne są analizy uwzględniające Względny Wskaźnik Zarobków (WWZ), który odnosi zarobki absolwenta do przeciętnego poziomu wynagrodzeń w jego powiecie zamieszkania, dzięki czemu pokazuje nie tyle bezwzględny poziom płacy, ile pozycję względem lokalnego rynku. Z danych ELA wynika, że osoby kończące PUZ osiągają rezultaty porównywalne z absolwentami pozostałych uczelni, a w niektórych okresach nawet lepsze. Oznacza to, że dyplom Państwowej Uczelni Zawodowej skutecznie wzmacnia pozycję absolwentów na lokalnych rynkach pracy – mówi dr Marek Bożykowski, ekspert Ośrodka Przetwarzania Informacji.

Nowe funkcje systemu ELA

Tegoroczna edycja ELA przynosi także nowe narzędzia analityczne dotyczące mobilności geograficznej absolwentów. Po raz pierwszy możliwe jest osobne śledzenie migracji absolwentów studiów I stopnia kontynuujących naukę oraz tych, którzy zakończyli edukację na poziomie licencjackim. Rozszerzono również informacje o wielkości miejscowości zamieszkania i studiowania absolwentów, co może wspierać samorządy i uczelnie w planowaniu działań rozwojowych.

Ogólnopolski system monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych (ELA)

System ELA został stworzony i jest prowadzony przez Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy (OPI) na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW). Dostarcza wiarygodnych informacji o sytuacji absolwentów polskich uczelni na rynku pracy. Bazuje on na danych, które już od dawna gromadzone są w rejestrach publicznych. ELA czerpie dane z innego systemu rozwijanego również w OPI, czyli z POL-onu oraz wykorzystuje informacje z rejestru osób objętych ubezpieczeniem społecznym, który jest prowadzony przez ZUS. Najświeższe dane dotyczą osób, które ukończyły studia w 2024 r. i obejmują okres co najmniej 12 miesięcy aktywności zawodowej po uzyskaniu dyplomu (do grudnia 2025 r.) Daje to czas absolwentom na zdobycie często pierwszych doświadczeń zawodowych. Wszystkie dane przetwarzane przez system są zanonimizowane oraz wdrożone zostały odpowiednie mechanizmy, które gwarantują bezpieczeństwo. System jest bardzo nowoczesny i przyjazny dla użytkownika. Posiada narzędzia pozwalające m.in. na generowanie raportów, rankingów i infografik, zgodnie z potrzebami użytkownika. Strona systemu ELA jest dostosowana także do urządzeń mobilnych.