OpenAI złożyło administracji USA niecodzienną propozycję: przekazanie do 5% swoich udziałów na rzecz państwowego „Funduszu Dobrobytu Publicznego”. Przy ostatniej wycenie spółki, sięgającej 852 miliardów dolarów, mówimy o pakiecie wartym na papierze nawet 42,6 miliarda dolarów przed korektami o ewentualne prawa korporacyjne. „Financial Times” wprost wskazuje intencje tego ruchu: to “budowanie dobrych relacji z administracją i próba rozładowania politycznego napięcia”.
Wysokie wyceny nie oznaczają jednak realnej gotówki. OpenAI wciąż nie wypracowało zysku, a według własnych prognoz dodatnie przepływy pieniężne pojawią się najwcześniej w 2029 roku. Oferowane rządowi udziały nie są więc gwarantem stabilnej dywidendy, lecz obarczoną sporym ryzykiem obietnicą przyszłych zysków. Co kluczowe, spółka milczy na temat praw korporacyjnych. Bez wiedzy o tym, czy Waszyngton zyskałby prawo weta lub wpływ na obsadę zarządu, owe 5% pozostaje jedynie medialną liczbą wyrwaną z finansowego kontekstu.
Objęcie udziałów to nie jedyna metoda kontroli przez państwo podmiotów uznawanych za strategiczne. Historycznie rzecz biorąc, pierwszym krokiem rządu w kierunku przejęcia kontroli nad takimi aktywami była regulacja. Także w przypadku sztucznej inteligencji Biały Dom nie tylko posiada inne narzędzia wpływu na dystrybucję modeli, ale już z nich korzysta. W czerwcu bieżącego roku ograniczenie eksportowe wprowadzone przez administrację Donalda Trumpa doprowadziło do wycofania z rynku modeli Mythos 5 i Fable 5 od Anthropic – głównego konkurenta OpenAI. Co ciekawe, w tym samym czasie najnowszy model OpenAI, ChatGPT 5.6, spotkał się jedynie z nieoficjalną, prawnie niewiążącą prośbą ze strony rządu.
Warto zauważyć, że zaangażowanie kapitałowe amerykańskiego rządu w sektorze prywatnym nie jest zjawiskiem nowym. Państwo posiada już udziały w takich podmiotach jak Intel, MP Materials czy U.S. Steel. Obejmowało je w zamian za realny wkład finansowy (choćby z programów CHIPS Act czy Defense Production Act) albo jako warunek zgody na przejęcie przez zagraniczny podmiot. W przypadku OpenAI ma to być jednostronna darowizna, o żadnych dodatkowych warunkach nic nie wiadomo. Ponadto wspomniane korporacje miały za sobą historię rentowności. OpenAI to wciąż startup, a trwająca na rynku venture capital tzw. „carry winter” dobitnie pokazuje, że wygenerowanie adekwatnego do ryzyka zwrotu z tej klasy aktywów bywa dziś niezwykle trudne.
Sama chronologia komunikacji spółki sprawia wrażenie nieprzypadkowej. OpenAI złożyło w czerwcu poufny wniosek rejestracyjny przed planowanym debiutem giełdowym (IPO), a propozycja dla rządu ujrzała światło dzienne zaraz potem. Rynkowe procedury pozwalają spółkom nie ujawniać poufnych dokumentów niemal do ostatniej chwili – dokładnie do 15 dni przed rozpoczęciem roadshow. Zresztą, nawet po debiucie pełna przejrzystość bywa iluzją. Kiedy Nippon Steel przejmowało notowane na giełdzie U.S. Steel, umowa wprawdzie trafiła do publicznego wglądu, jednak kluczowe fragmenty zostały zaciemnione jako „informacje prywatne” lub “poufne”.
Ostatecznie więc kluczowe pytanie nie brzmi, czy amerykański rząd miałby otrzymać jeden, czy pięć procent. Pytanie brzmi: co obecni akcjonariusze OpenAI tak naprawdę próbują kupić i kto ostatecznie pozna rzeczywistą cenę w tej transakcji.




