Stopa bezrobocia w Polsce przebiła ostatnio kolejne minima – w czerwcu i lipcu sięgnęła 5,9 proc. – Jest to najniższy poziom od upadku komunizmu. Na rynku pracy mamy bardzo dobrą sytuacje i możemy mówić o rynku pracownika – zauważa Grzegorz Sielewicz z Coface. Ekonomista zaznacza jednak, że nie dla wszystkich jest to dobra wiadomość.
– Niskie bezrobocie to czynnik, który napędza konsumpcję, natomiast dla pracodawców, dla firm, jest ono dużym problemem, bo oznacza rosnącą presję na wzrost prac i trudności w zapełnieniu wakatów, zwłaszcza w przetwórstwie przemysłowym, branży budowlanej i transporcie – tłumaczy Sielewicz.
Jak dodaje, stanowi to barierę dla rozwoju przedsiębiorstw, co wkrótce może przełożyć się na ograniczenie naszego wzrostu gospodarczego.
Sierpniowe zawirowania na rynkach wschodzących nie pozostały bez wpływu na Polską walutę, jednak kilkugroszowe osłabienie się złotego względem euro i dolara, to nic w porównaniu do kryzysów walutowych w Turcji i Argentynie. Jakie są prognozy dla złotego?
– Może się wydawać, że złoty jest osłabiony i podatny na wahania, jednak jeżeli spojrzymy na to, co działo się na innych rynkach, to musimy stwierdzić, że sytuacja złotego jest naprawdę niezła – mówi główny ekonomista XTB Przemysław Kwiecień.
Mowa przede wszystkim o Turcji i o Argentynie, gdzie szaleją kryzysy walutowe, w efekcie których waluty tych krajów straciły po prawie 30 proc. względem amerykańskiego dolara. Inwestorzy zareagowali nerwowo i nie oszczędzili także innych rynków wychodząc z nich „na wszelki wypadek”. Najbardziej traciły brazylijski real i południowoafrykański rand – po ok. 10 proc., zawirowania dotknęły także meksykańskiego peso.
– Ta sytuacja pokazuje, że warto dbać o stabilność instytucjonalną i utrzymywać w ryzach finanse publiczne oraz bilans płatniczy. Polska we wszystkich tych dziedzinach jest przez inwestorów postrzegana jako kraj względnie bezpieczny – tłumaczy ekonomista. – Z drugiej jednak strony powinniśmy obserwować sytuację, bo chociaż złoty jest nieco niedowartościowany, to może się okazać, że przez turbulencje na rynkach nasza waluta będzie w najbliższych tygodniach słabsza, a zmienność notowań będzie nieco większa, niż zwykle – przewiduje.
Dzisiejsze posiedzenie RPP nie powinno zmienić stóp procentowych, nie znaczy to wcale, że nie warto przysłuchiwać się konferencji po nim. Dobre dane dolara i słabsze perspektywy długookresowe.
Decyzja w sprawie stóp procentowych w Polsce
Dzisiaj dowiemy się czy Rada Polityki Pieniężnej zmieni politykę monetarną w Polsce. Analitycy są zgodni główna stopa procentowa pozostanie na niezmienionym poziomie 1,5%. Inne zmiany również nie są spodziewane. Kiedy dojdzie do zmian? Jednym z powodów zmian może być rosnąca inflacja. Jeżeli przekroczyłaby ona cel inflacyjny wyznaczony na poziomie 2,5% z odchyleniem 1%. Patrząc na to, że obecnie zmiana cen pozostaje stabilnie w okolicach 2% nie należy się spodziewać tego scenariusza zbyt szybko. Co musiałoby się stać by stopy spadły? Ruch taki miałby miejsce gdyby gospodarka potrzebowała tańszego kredytu do rozwoju a inflacja nie byłaby zbyt wysoka. O ile wraz z decyzją nie pojawi się żaden istotny komunikat dzisiejsze posiedzenie nie powinno mieć wpływu na notowanie par złotowych. Wszelkie wskazówki co do działań RPP w przyszłości powinny z kolei umocnić złotego, o ile będzie mowa o wzrostach lub osłabiać gdy o spadkach.
Dane lepsze niż perspektywy dla dolara
Wczoraj poznaliśmy lepsze od oczekiwań dane na temat indeksów przemysłowych z USA. Pomimo tego wielu analityków straszy jednak odwrotem od dolara. W krótkim okresie co prawda za dolarem przemawia bardzo dużo czynników. Problemy Włoch, wojna handlowa, powolne wychodzenie Europy z kryzysu. Co zatem ma w dalszej perspektywie osłabić dolara? Analitycy wskazują, że już wkrótce Europa rozpocznie normalizację polityki monetarnej. Na razie nie widać jednak tego, a sytuacja Włoch nie uzasadnia tego poglądu. Z drugiej strony inwestorzy są właściwie pewni, że pod koniec września na posiedzeniu FOMC wzrosną stopy procentowe w USA. To tylko powiększy dysproporcję pomiędzy USA a Europą.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – bilans handlu zagranicznego,
16:00 – Kanada – decyzja Banku Kanady w sprawie stóp procentowych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Aleksandra Zentile-Miller zastąpiła Patricka Delcola na stanowisku dotychczasowego prezesa zarządu Polskiej Rady Centrów Handlowych. Aleksandra z PRCH związana jest od 15 lat.
Aleksandra Zentile-Miller jest jedną z założycieli Polskiej Rady Centrów Handlowych, zasiadała w zarządzie stowarzyszenia od początku jego istnienia. Poza funkcją w PRCH nowa prezes kieruje także warszawskim oddziałem międzynarodowej firmy architektonicznej Chapman Taylor z główną siedzibą w Londynie. Doświadczenie zawodowe Aleksandry obejmuje pracę w wielu krajach, ale od wczesnych lat dziewięćdziesiątych koncentruje się na Europie Środkowo-Wschodniej i kierowaniu warszawskim biurem firmy. Studiowała Architekturę w Polsce (Politechnika Gdańska) i Wielkiej Brytanii (University of Westminister w Londynie). Jest członkiem organizacji profesjonalnych w obu krajach (SARP, BPCC, ICSC oraz ARB – UK Architects Registration Board).
„W działalność PRCH jestem zaangażowana od początku istnienia organizacji. Obecnie, już jako prezes PRCH, będę kierować pracami zarządu wobec wyzwań, które stoją przed naszą branżą. Jest to duży zaszczyt i odpowiedzialność, ponieważ Polska Rada Centrów Handlowych reprezentuje i skupia niemal całą branżę nieruchomości handlowych. W czasach zmian zachodzących na rynku oraz zmieniającego się otoczenia legislacyjnego, kluczowy jest dialog i wypracowanie porozumienia wśród wszystkich podmiotów naszego rynku. Jako stowarzyszenie not-for-profit chcemy odgrywać ważną rolę jako think-thank branżowy, w badaniach rynku i edukacji, wspieraniu firm członkowskich oraz kształtowaniu zasad i norm, a także promocji pozytywnego wizerunku branży” – powiedziała Aleksandra Zentile-Miller.
Ustępujący prezes zarządu stowarzyszenia, Patrick Delcol, piastował to stanowisko nieprzerwanie od 2008 roku. Po jego decyzji o rezygnacji, zarząd Polskiej Rady Centrów Handlowych jednogłośnie wybrał Aleksandrę Zentile-Miller.
„W związku z objęciem nowego stanowiska w europejskich strukturach firmy BNP Paribas Real Estate, które uniemożliwia mi stałą obecność w Polsce i zaangażowanie w działalność Rady, z żalem muszę zrezygnować z funkcji prezesa zarządu PRCH. Ponad 10 lat pracy dla Polskiej Rady Centrów Handlowych i polskiej branży retail to wyjątkowy czas. Dziękuję wszystkim pracownikom PRCH oraz członkom zarządu, z którymi miałem przyjemność pracować. Jednocześnie gratuluję Aleksandrze, która pełniąc funkcję wiceprezesa zarządu, z organizacją związana jest od początku jej istnienia. Wierzę, że PRCH nadal będzie głosem polskiego retailu i spoiwem łączącym różne strony tego biznesu. ”
Skład zarządu Polskiej Rady Centrów Handlowych to obecnie 9 uznanych ekspertów branży nieruchomości handlowych. W zarządzie zasiadają Aleksandra Zentille-Miller jako prezes zarządu, Elżbieta Dmowska-Mędrzycka jako wiceprezes, Piotr Szafarz, Wojciech Normand, Marek Cichocki, Sebastian Koziara, Jakub Skwarło oraz Benoît Charles. Funkcję członka zarządu i dyrektora generalnego stowarzyszenia sprawuje Radosław Knap.
Europejski rynek leasingu na koniec 2017 roku osiągnął wartość 384,1 mld euro rosnąc +9,4 % r/r. Ożywienie było obserwowane we wszystkich głównych grupach środków trwałych.
Polska branża leasingowa z +15,7% dynamiką (na koniec 2017 r/r) znajduje się w gronie siedmiu największych rynków leasingu w Europie. W Polsce z leasingu korzystają głównie firmy.
Federacja Leaseurope, reprezentująca europejski rynek leasingu podała, że w 2017 roku całkowita wartość nowych umów leasingowych, zawartych w Europie wyniosła 384,1 mld euro[1]. Europejski rynek leasingu w ubiegłym roku odnotował tym samym +9,4 proc. dynamikę (w porównaniu do 2016r.).
Co istotne, ożywienie było widać we wszystkich kategoriach aktywów ruchomych, finansowanych przez europejskich leasingodawców. W 2017r. wartość umów odnoszących się do leasingu pojazdów osobowych wzrosła o +9,9% (r/r), dynamika segmentu samochodów dostawczych wyniosła +7,9%, podczas gdy transakcje dotyczące maszyn i urządzeń przemysłowych osiągnęły +14,9% wzrost r/r. Dobre wyniki były udziałem także leasingu komputerów i maszyn biurowych (+3% r/r), a jedynie obszar leasingu nieruchomości odnotował ujemną 3,5% dynamikę (r/r).
Mieczysław Woźniak
„Wyniki polskiego rynku leasingu osiągnięte w 2017r. (15,7 proc. dynamika, 67,8 mld zł tj. 15,9 mld euro wartości nowych umów), plasują polską branżę leasingową wśród siedmiu najważniejszych rynków leasingu w Europie (Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Rosja, Szwecja, Polska). Natomiast z punktu widzenia znaczenia leasingu w finansowaniu inwestycji Polska z udziałem 25,1% plasuje się na bardzo wysokim szóstym miejscu w Europie. W 2017 roku średni udział leasingu w finansowaniu europejskich inwestycji wyniósł 18,6%. Wysoka pozycja polskiej branży leasingowej w europejskich rankingach wskazuje na dużą popularność leasingu wśród polskich firm, głównie z sektora MŚP, oraz wysoki poziom zaufania przedsiębiorców dla tej formy finansowania” – powiedział Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope.
Kto korzysta z leasingu w Europie, a kto w Polsce?
Europejskie firmy leasingowe w największym stopniu finansują pojazdy. Ich udział w rynku ruchomości wyniósł w 2017 roku 72,6%, przy czym niekwestionowanym liderem były pojazdy osobowe z 53,9% udziałem w całym rynku ruchomości. W Polsce finansowanie pojazdów jest równie ważne (70,7%), przy czym poszczególne części tego rynku tj. samochody osobowe i pozostałe środki transportu drogowego są bardziej zrównoważone. Ich udziały w rynku leasingu ruchomości w Polsce wyniosły odpowiednio 38,2% oraz 32,5%. W Europie podobnie jak i w Polsce drugą pozycję zajmują maszyny i urządzenia, przy czym w Polsce leasing tego typu przedmiotów cieszy się dużo większą popularnością. W Polsce udział maszyn i urządzeń w całym rynku ruchomości wyniósł 26,3%, przy średniej dla całego europejskiego rynku na poziomie 15,4%. Na dalszych miejscach znajdują się komputery oraz sprzęt biurowy, statki powietrzne, wodne i środki transportu kolejowego oraz inne ruchomości.
W Polsce firmy leasingowe finansują przede wszystkim działalność przedsiębiorstw. Według badań GUS (2017) oraz szacunków Związku Polskiego Leasingu w naszym kraju z usług firm leasingowych korzysta około 600 tys. firm. W innych europejskich krajach ważną grupę klientów firm leasingowych, obok przedsiębiorstw, stanowią także konsumenci oraz jednostki sektora publicznego.
[1] Dane Leaseurope: Leaseurope Annual Survey 2017.
Kurs franka szwajcarskiego oscyluje obecnie w granicach 3,8 zł. Pomimo że kurs jest w miarę stabilny w ostatnich miesiącach, wielu kredytobiorców frankowych zastanawia się nad opłacalnością jego przewalutowania. Czy warto to zrobić?
Kredyty we frankach zyskały popularność już ponad 10 lat temu. Wtedy kurs CHFPLN wynosił około 2 zł. Początkowo wydawało się, że to okazja, by tanio pozyskać potrzebny kapitał na budowę, czy zakup nieruchomości. Oprocentowanie było znacznie niższe niż w przypadku kredytu w złotówkach.
Wykres CHFPLN od grudnia 2014 do września 2018
Dla kredytobiorców frankowych dobre wiadomości skończyły się 15 stycznia 2015 roku. Wtedy to Bank Szwajcarii uwolnił kurs swojej, gdyż był on dalej w stanie bronić kursu EUR/CHF na poziomie 1,20 w związku z coraz większym znaczeniem franka jako bezpiecznej przystani. Tzw. Czarny Czwartek wywołał wzrost kursu CHF/PLN do poziomu ponad 5,00 zł. Po tej burzy kurz nieco opadł, ale nadal poziomy oscylowały wokół 4,30.
Czy więc teraz, gdy kurs CHF/PLN znacznie spadł i jest w okolicach 3,70 opłaca się przewalutować go na złotówki? Porównajmy, jak to by wyglądało, gdyby kredytobiorcy frankowi zdecydowali się go przewalutować. Zakładamy, że kredyt jest na 30 lat w kwocie 300 tys. zł. Kluczowa w przypadku kredytu we frankach jest data wypłaty i kurs z tego dnia. Bank dokona przeliczenia według aktualnego kursu sprzedaży. Nie bierzemy tu pod uwagę kosztów dodatkowych, które pobierze bank np. za aneks zmiany umowy.
Dla przykładu małżeństwo wzięło na początku roku 2007 kredyt w kwocie 125 tys. CHF (300 tys. PLN) spłacany w 420 równych ratach. Na początku 2018 roku rodzina postanowiła przewalutować kredyt po aktualnym kursie 3,60. Saldo zobowiązania na ten moment wynosiło 90 tys. CHF. Po przewalutowaniu małżeństwo ma dług w wysokości 324 tys. PLN, a więc o 24 tys. wyższy, niż początkowe zobowiązanie, a spłacane już 9 lat. Widać więc, że straty związane z przewalutowaniem rosną proporcjonalnie do wzrostu kursu franka szwajcarskiego.
To nie wszystko. Kredyt w złotych, i tym samym jego rata, naliczana jest według stopy referencyjnej WIBOR. Rata kredytu w CHF jest wyliczana według stopy LIBOR. Na obecny moment, różnica w tych stopach wynosi 2,5 pkt procentowego na korzyść LIBOR. Trzeba więc być świadomym, że po przewalutowaniu będziemy płacić znacznie wyższą ratę w złotych. Do tego jest spore ryzyko, że zapłacimy też wyższą marżę kredytu. Stąd na ten moment mogłoby to wyglądać tak: kredyt we frankach oprocentowanie 0,5%, a kredyt w złotych oprocentowanie 4%.
Do tego tendencja ta może się pogłębiać. W Polsce mamy stopy na rekordowo niskim poziomie i już w kolejnym roku mogą one wzrosnąć. Wszystko wskazuje na to, że Szwajcaria nieco później zdecyduje się na taki ruch.
Wydaje się więc, że przewalutowanie nie ma racjonalnego sensu, przede wszystkim ekonomicznego. Mimo wahań kursowych, suma rat zapłaconych przez frankowców jest nadal niższa niż kredytu płaconego w PLN. Do tego nie unikniemy konsekwencji wzrostu płaconej raty po przewalutowaniu na złote. Wyjątek stanowić mogą osoby, które mają dość obaw związanych z ryzykiem walutowym i chcą się ich pozbyć, nawet biorąc pod uwagę tak wysokie koszty. Pozostaje więc mieć nadzieję, że zawirowań na franku już nie będzie, a kurs istotnie się osłabi i tym samym spadnie zadłużenie wyrażone w złotych.
Rynki pozostają w nastroju nerwowości i niepewności, co podtrzymuje presję na aktywach ryzykownych. Silny wzrost indeksu ISM dla przemysłu łagodzi część obaw o hamowanie dobrej passy danych z USA i przyciąga kapitał do USD. Złoty jest pod presją i RPP mu nie pomoże. Podobnie dla CAD ważniejsze niż decyzja BoC będzie postęp w negocjacjach NAFTA.
Silny wzrost indeksu ISM dla przemysłu łagodzi część obaw o hamowanie dobrej passy danych z USA. Powszechna opinia stanowiła, że całe dobro związane z gospodarką USA jest już zdyskontowane przez dolara i teraz łatwiejsza droga będzie na rzecz słabości w reakcji na rozczarowania. W końcu nie ma wątpliwości wobec tego, że Fed podniesie stopy procentowe na najbliższym posiedzeniu we wrześniu i prawdopodobnie kolejny raz w grudniu. Jednak dodatkowym warunkiem koniecznym jest wystąpienie istotnej poprawy we wskaźnikach makro w reszcie świata, a przynajmniej w strefie euro i Chinach. Tymczasem dostajemy przeciwieństwo. ISM na 61,3 (z 58,1 w lipcu) pokazuje imponującą siłę aktywności gospodarczej, natomiast dziś rano słabszy Caixin PMI z Chin przypomina, że spowolnienie dosięga Państwo Środka i to nie bez winy wojny handlowej z USA. Wyczekiwane przyspieszenia ożywienia w Europie również się opóźnia, a dyskusja o stabilności budżetowej Włoch jest dodatkowym powodem do obaw. W rezultacie nie ma zachęty, by odchodzić od bezpiecznego USD, za to presja nasila się wobec EUR i walut z Antypodów. Tempo, z jakim rynek wykorzystał wyższe poziomy AUD (po lepszym od oczekiwań PKB z Australii) do sprzedaży, mówi sama za siebie.
Rynki pozostają w nastroju nerwowości i niepewności, co podtrzymuje presję na walutach rynków wschodzących. Choć kłopoty Turcji, Argentyny, RPA, czy Brazylii są lokalne, fakt, że muszę wymienić aż cztery gospodarki sugeruje, jak łatwo skłonić kapitał do defensywnego nastawienia w stronę emerging markets. EUR/PLN podchodzi pod 4,32 i ma pole, by zrobić jeszcze 2-3 grosze, ale wyższe poziomy są fundamentalnie nieuzasadnione. Dzisiejszy komunikat RPP nie powinien się różnić od poprzednich. Inflacja ustabilizowała się na 2 proc. (tj. poniżej celu NBP), a wzrost gospodarczy pozostaje dużo ponad wzrostem potencjalnym, stąd nie ma impulsów do zmiany nastawienia. Zakładamy, że podtrzymana zostanie retoryka braku konieczności zmiany poziomu stóp procentowych w 2019 r. i w 2020 r.
Bank Kanady także powinien pozostawić stopę procentową bez zmian, choć dane krajowe przemawiają za kontynuacją zacieśniania polityki pieniężnej. PKB odbiło po I kw., nawet jeśli wyniki było trochę gorsze od oczekiwań (2,9 proc. vs 3,1 proc.). Sprzedaż detaliczna ma się mocno z silnym odczytem za maj (2 proc. m/m) i lekkim odreagowaniem w czerwcu (-0,2 proc.). Wszystkie trzy miary inflacji bazowe (bazowa, mediana i obcięta) ustabilizowały się wokół celu 2 proc., podczas gdy CPI podskoczył do 3 proc. r/r. Jedynie rynek pracy wysyła niejednoznaczne sygnały, gdyż silny przyrost zatrudnienia w lipcu (54,1 tys.) wynikał w głównej mierze z przyrostu zatrudnienia na niepełny etat, jak również zanotowano spadek dynamiki wynagrodzeń do 3 proc. r/r. Jednak niepewność towarzysząca negocjacjom NAFTA skłania BoC to czekania. Jako że jest mało prawdopodobne, aby BoC chciał wcisnąć dwie podwyżki do końca roku, wstrzymanie się z decyzją do października wiele banku nie kosztuje. W komunikacie prawdopodobnie zobaczymy ostrożnościowy ton z warunkowaniem ścieżki polityki od przyszłości relacji handlowych z USA. Rynek jest dość dobrze spozycjonowany na taki wydźwięk komunikatu. CAD będzie bardziej wrażliwy na przecieki z rozmów handlowych, które mają być dziś kontynuowane, a których finał jest też ważny dla banku centralnego.
Grupa BIK w pierwszym półroczu br. osiągnęła 9,2 mln zł skonsolidowanych przychodów oraz 8,5 mln zł zysku netto i są to znacznie lepsze wyniki niż uzyskane rok wcześniej. Na poprawę wpłynęło oddanie do użytkowania nowych obiektów oraz korzystna zmiana kursu walutowego. Zarząd BIK w tym roku zakłada kolejne inwestycje w zakresie rozbudowy Śląskiego Centrum Logistycznego w Sosnowcu oraz budowy nowego Centrum Logistycznego Kraków III w Targowisku pod Krakowem.
Fot: Galeria nad Potokiem, Radom
Deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych i handlowych w 1 półroczu 2018 r. osiągnął ponad 9,2 mln zł skonsolidowanych przychodów, co oznacza wzrost o blisko 6% w ujęciu r./r. Grupa zanotowała 15,4 mln zł zysku z działalności operacyjnej, względem 2 mln zł straty rok wcześniej. Wypracowała jednocześnie 8,5 mln zł zysku netto, w porównaniu do 0,6 mln zł zysku w analogicznym okresie poprzedniego roku.
Przez pierwsze sześć miesięcy tego roku Grupa BIK zwiększyła jednocześnie wartość kapitałów własnych o 9,3% do 103 mln zł. Z kolei wartość nieruchomości inwestycyjnych wyniosła 209,4 mln zł, czyli o 8,6% więcej niż na koniec ubiegłego roku. Grupa cały czas bardzo dużą wagę przywiązuje do bezpiecznego finansowania nowych projektów.
„Osiągnięte wyniki odzwierciedlają systematyczny rozwój działalności. Poprawa przychodów jest głównie efektem oddania do użytkowania nowej hali magazynowej liczącej 11,5 tys. m2 w rozbudowywanym Śląskim Centrum Logistycznym. Na koniec pierwszego półrocza dokonana została również aktualizacja parametrów wyceny poszczególnych nieruchomości. Dodatkowo skorzystaliśmy na osłabieniu kursu złotówki do euro, co miało bezpośredni wpływ na aktualizację wyceny nieruchomości inwestycyjnych, których wartość określana jest właśnie w tej walucie. Jednocześnie wiosną tego roku w ramach rozwoju segmentu handlowego oddaliśmy do użytkowania Galerię nad Potokiem w Radomiu oferującą łącznie 5,2 tys. m2 powierzchni najmu” – powiedział Mirosław Koszany, Prezes Zarządu Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.
Grupa BIK przygotowuje się do kolejnych inwestycji. „Wkrótce rozpoczniemy budowę kolejnej hali w Śląskim Centrum Logistycznym o powierzchni 14 tys. m2. W tym roku planujemy również rozpocząć budowę nowego Centrum Logistycznego Kraków III zlokalizowanego w Targowisku pod Krakowem w bezpośrednim sąsiedztwie węzła autostrady A4. Pracujemy również intensywnie nad inwestycjami w nowych lokalizacjach, między innymi w mniejszych ośrodkach, gdzie nowoczesna infrastruktura magazynowa nie jest jeszcze rozbudowana – dodał Mirosław Koszany.
Grupa BIK zarządza aktualnie trzema parkami logistycznymi: Centrum Logistycznym Kraków I, Centrum Logistycznym Kraków II oraz Śląskim Centrum Logistycznym w Sosnowcu o łącznej powierzchni najmu wynoszącej 67,8 tys. m2. W ramach dywersyfikacji działalności zajmuje się także budową i wynajmem nowoczesnych powierzchni handlowych w segmencie parków handlowych (retail parków). Obecnie w portfelu spółki jest Retail Park Karpacka w Bielsku – Białej o powierzchni najmu prawie 7,0 tys. m2 oraz Galeria Nad Potokiem w Radomiu oferująca 5,2 tys. m2 powierzchni użytkowej.
W ciągu dwóch ostatnich tygodni precyzyjnie wymierzone i zaplanowane ransomware o nazwie Ryuk zaatakowało wiele organizacji na świecie. Jak dotąd ofiarami było kilka firm, którym zaszyfrowano setki komputerów znajdujących się w wielu różnych centrach danych – informuje na swoim blogu firma Check Point Software Technologies.
Pomimo, że techniczne możliwości Ryuk są stosunkowo niewielkie, przynajmniej trzy firmy z różnych stron świata zostały poważnie dotknięte atakiem. Co gorsza, część organizacji zapłaciła ogromne kwoty okupu w celu odzyskania swoich plików. Cena okupu poszczególnych ofiar waha się od 15 do 50 BTC, w sumie ponad 640 000 dolarów.
Co ciekawe, badania Check Pointa wykazały, że sposób działania oprogramowania Ryuk jest zbliżony do ransomware HERMES, którego autorstwo przypisuje się północnokoreańskiej grupie hakerskiej APT Lazarus Group. HERMES również został użyty do ataków na wielką skalę, dlatego podejrzewamy, że aktualna fala ataków może być sterowana przez twórców HERMES albo przez kogoś, kto uzyskał jego kod źródłowy.
W poniższej analizie Check Point opisuje precyzyjnie zaplanowane ataki za pomocą aplikacji Ryuk oraz porównuje je z atakami przeprowadzanymi przy użyciu oprogramowania HERMES. Eksperci Check Pointa analizują także finansowe aspekty ataków i przedstawiamy w jaki sposób autorzy Ryuka chcą ukryć swoją tożsamość poprzez podział i przekazywanie wpłat do różnych portfeli.
Ogólne spojrzenie na Ryuk
W przeciwieństwie do zwykłego ransomware, regularnie rozpowszechnianego poprzez kampanie spamowe i exploity, Ryuk jest wykorzystywany tylko w atakach na ściśle określone cele. Szyfrowane są jedynie kluczowe zasoby w każdej z zainfekowanych sieci, a atakujący ręcznie rozpowszechniają złośliwe oprogramowanie.
Oznacza to, że przed każdym atakiem każda sieć jest mapowana, a w wyniku ataków hakerskich zbierane są dane logowania. Wynika z tego, że atakujący posiadają spore doświadczenie w tego typu atakach, co było widoczne np. we włamaniu do Sony Pictures w 2014 roku.
Żądanie okupu Ryuk
Check Point wykrył dwie wersje wiadomości wysyłanej do ofiar: dłuższa, lepiej napisana notatka, która spowodowała wypłacenie okupu 50 BTC (około 320 000 dolarów) oraz krótsza, bardziej bezpośrednia, która została wysłana do wielu innych organizacji, żądająca wypłaty okupów w wysokości 15-35 BTC (do 224 000 dolarów). Może to świadczyć o tym, że przeprowadzono dwie fazy ataków.
Ryuk kontra HERMES
Ransomware HERMES wykryto w październiku 2017, kiedy zostało użyte w ataku na Far Eastern International Bank (FEIB) na Tajwanie. W tym ataku, który powszechnie przypisano grupie Lazarus, skradziono 60 milionów dolarów w wyrafinowanym ataku SWIFT. Na szczęście później udało się odzyskać tę sumę. W tym przypadku bank zainfekowano HERMESem w formie dywersji.
W przypadku Ryuk jednak nie ma wątpliwości, że ataki typu ransomware, które przeprowadzono w ciągu dwóch ostatnich tygodni, są gwoździem programu, a nie zasłoną dymną. Po sumie już zapłaconych okupów widać, że Ryuk zdecydowanie skutecznie oddziaływuje na ofiary ataków.
Poniższe porównanie techniczne programów Ryuk i HERMES wykazuje, że ktokolwiek napisał pierwszy z nich musiał mieć albo kod źródłowy HERMES-a albo jest to ta sama osoba wykorzystująca kod źródłowy do kolejnej fali ataków.
Porównanie złośliwego oprogramowania
Ciekawy faktem dostrzeżonym przez firmę Malwarebytes jest podobieństwo algorytmów kodujących programów Ryuk i HERMES. Jeżeli porównamy funkcje szyfrującą poszczególne pliki, widzimy dużo podobieństw w strukturze, co widać na poniższych diagramach:
Wygląda na to, że autor Ryuka nie zadał sobie nawet trudu żeby zmienić generowany przez program w zaszyfrowanych plikach znacznik, który służy do określenia, czy plik został już zaszyfrowany – jest on identyczny w obu plikach:
Ponadto, funkcja, która wywołuje powyższy kod, wykonuje bardzo podobne kroki w obu przypadkach. Przykładowo, na białej liście znajdują się te same foldery (m. in. “Ahnlab”, “Microsoft”, “$Recycle.Bin” itp.) w celu uniknięcia szyfrowania zawartych w nich plików. Oba programy generują skrypt o nazwie “window.bat” w tej samej ścieżce, podobny skrypt wykorzystywany jest do usunięcia plików tymczasowych. Podobnie w obu przypadkach tworzone są pliki “PUBLIC” oraz “UNIQUE_ID_DO_NOT_REMOVE”.
Ta sama logika wykorzystywana jest w 32 i 64 bitowych wersjach Ryuka. Takie podobieństwa mogą wskazywać na to, że zostały one wygenerowane z identycznego kodu źródłowego.
Zarówno natura ataku, jak i wewnętrzne działanie złośliwego oprogramowania wiążą Ryuka z ransomware HERMES i wzbudzają ciekawość co do tożsamości grupy stojącej za nim i związku z Grupą Lazarus. Po tym jak udało się zainfekować a w efekcie wyłudzić około 640 000 dolarów, Check Point uważa, że to nie koniec kampanii i że kolejne organizacje mogą stać się ofiarą Ryuka.
Spółka Linxon powstała na potrzeby realizacji projektów „pod klucz”, dotyczących stacji elektroenergetycznych, łącząc unikalne atuty SNC-Lavalin i ABB w celu zapewnienia korzyści dla klienta.
SNC-Lavalin i ABB ogłosiły utworzenie Linxon, nowej spółki joint venture na potrzeby realizacji projektów stacji elektroenergetycznych w systemach prądu przemiennego. Transakcję ogłoszono w grudniu 2017 r., a spółka Linxon rozpoczęła działalność operacyjną z dniem 1 września 2018 r. SNC-Lavalin posiada większość udziałów i pakiet kontrolny w przedsiębiorstwie.
Linxon będzie realizować „pod klucz” projekty stacji elektroenergetycznych w systemach prądu przemiennego, związane z wytwarzaniem i przesyłem energii ze źródeł odnawialnych i konwencjonalnych. Rozwiązania „pod klucz” obejmować będą projektowanie, prace inżynieryjne, zaopatrzenie, budowę, zarządzanie, rozruch i wsparcie posprzedażowe. Linxon będzie dysponować wstępnym portfelem zamówień o wartości 340 milionów USD.
— Cieszy nas sposobność połączenia sił z ABB oraz wykorzystania mocnych stron naszych firm w celu dostarczania zrównoważonych rozwiązań energetycznych do stacji elektroenergetycznych. Jednocześnie pozwoli nam to zapewniać klientom wartość poprzez efektywność kosztową i zwiększone możliwości w zakresie dostaw — mówi Marie-Claude Dumas, prezes zarządu Linxon oraz dyrektor Clean Power w SNC-Lavalin.
Frédéric Tréfois, obecnie odpowiedzialny za EPC (engineering, procurement and construction, czyli prace inżynierskie, realizację dostaw i prace budowlano-montażowe) w biznesie Stacji Elektroenergetycznych ABB, został mianowany dyrektorem generalnym Linxon.
— Linxon łączyć będzie przywództwo technologiczne ABB oraz doświadczenie SNC-Lavalin, zarządzając projektami infrastrukturalnymi, aby dostarczać klientom wyższą jakość — mówi Claudio Facchin, dyrektor Dywizji Produktów i Systemów Energetyki w Grupie ABB. – To wspólne przedsięwzięcie pomoże obu firmom wykorzystać nowe możliwości biznesowe i wzmocni naszą strategię tworzenia nowych sojuszy i modeli biznesowych w ramach programu transformacji „Power Up” Dywizji Produktów i Systemów Energetyki ABB — dodaje Claudio Facchin.
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Zgodnie z komunikatem ZUS oraz Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii przedsiębiorcy korzystający z ulgi na start nie podlegają ubezpieczeniom społecznym, czyli nie opłacają ich ani oni sami, ani ich kontrahenci.
Stanowisko ZUS i ministerstwa odnosi się do interpretacji ZUS w Gdańsku z dnia 24 lipca 2018, w której zakład wskazał, że kontrahent korzystający z usług osoby wykonującej działalność bez rejestracji lub przedsiębiorcy korzystającego z ulgi na start, musi za nią opłacać składki na ubezpieczenia społeczne jak od umowy zlecenie.
Informacja ta wywołała niemałe zamieszanie, bo nie wiadomo było, w jaki sposób należałoby sprawdzać osoby, z którymi się współpracuje. Odpowiedź ZUS i MPiT rozwiewa jednak wszystkie wątpliwości co do ulgi na start. Wciąż jeszcze czekamy na stanowisko ZUS w temacie działalności bez rejestracji
Ulga na start i działalność bez rejestracji to rozwiązania, które obowiązują w polskim prawie od 30 kwietnia 2018 roku. Ulga na start polega na tym, że przedsiębiorca przez pierwsze pełne 6 miesięcy prowadzenia działalności opłaca z tytułu działalności wyłącznie składkę zdrowotną. Niesie to ze sobą pewne konsekwencje, o których osoba decydująca się na skorzystanie z ulgi powinna pamiętać. W czasie korzystania z niej przedsiębiorca nie ma prawa do zasiłku chorobowego czy macierzyńskiego z działalności gospodarczej, nie jest też zbierany kapitał na przyszłą rentę czy emeryturę. Poza tym, gdyby nieszczęśliwie w czasie tych 6 miesięcy przedsiębiorca uległ wypadkowi, to także nie otrzyma żadnych świadczeń z ubezpieczenia wypadkowego.
Natomiast działalność bez rejestracji to w rzeczywistości pewna namiastka prowadzenia działalności gospodarczej. Nie jest to forma rejestrowana i ma limit co do osiąganych przychodów, które w 2018 roku nie mogą przekroczyć kwoty 1050 zł.
Z ostatnich badań Coface wynika, że Ukraińcy są bardzo zadowoleni z podejmowanego w Polsce zatrudnienia. Deklaruje to niemal 80 proc. z nich. Co więcej, nastroje te są dosyć mocno ugruntowane – aż 85 proc. badanych jest zainteresowanych poleceniem pracy w naszym kraju swoim bliskim czy znajomym. Chęć udzielania takiej rekomendacji, która stanowi najlepsze potwierdzenie zadowolenia z warunków zatrudnienia, jest najbardziej wartościową informacją uzyskaną w badaniach. Nadal jednak niewykorzystany jest potencjał przyjeżdżających do Polski. Wciąż 2/3 badanych deklaruje, że podejmuje pracę poniżej swoich kwalifikacji. W dużej mierze jest to związane z modelami migracji do naszego kraju. Znaczna większość cudzoziemców, zwłaszcza Ukraińców, przyjeżdża na podstawie oświadczeń o pracę – które dają możliwość podejmowania zatrudnienia jedynie na okres 6 miesięcy. Często to właśnie jest przyczyną zatrudniania się na stanowiskach poniżej własnych kompetencji. Chodzi głównie o prace podstawowe, proste, fizyczne. Należy pamiętać, że w tym krótkim czasie trudno też zorganizować nostryfikację dyplomów czy odpowiednie certyfikaty, a nie wszystkie uzyskiwane na Ukrainie są później respektowane na polskim rynku pracy.
– Satysfakcja pracowników z Ukrainy jest wielowymiarowa – 84 proc. badanych potwierdza, że są zadowoleni ze współpracy z polskimi pracownikami, co jest bardzo ważne z perspektywy naszych firm – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Kubisiak, szef biura prasowego Work Service – Często na jednych zmianach zarówno Polacy, jak i Ukraińcy wykonują podobne działania – w tych samych obszarach i miejscach w przedsiębiorstwie. Z obu stron można mówić o pełnej kooperacji i współpracy. Od 2014 r. mamy do czynienia z masowym napływem pracowników ze wschodu na polski rynek pracy.Po tych kilku latach przyjeżdżają już do nas bardziej świadomi kandydaci, którzy wiedzą dobrze jakich ofert pracy szukają – korzystają też z dobrej koniunktury. Nie biorą pierwszych lepszych wakatów, ale są w stanie wybierać bardziej atrakcyjne dla nich oferty. Powoduje to, że oczekują wynagrodzeń dużo wyższych, niż jeszcze kilka lat temu. Dodatkowo biorą pod uwagę opcje zakwaterowania w Polsce czy transportu do pracy. Gdy mają możliwość wyboru oferty gwarantującej odpowiednie zabezpieczenie tutaj na miejscu, to chętnie z nich korzystają. Te, które zapewniają gorsze warunki zatrudnienia, często są przez nich odrzucane – wskazał Kubisiak.
Polski złoty – podobnie jak większość walut rynków wschodzących – kontynuuje dziś wyprzedaż z poprzedniego dnia.
Oprócz obaw związanych z wojną handlową i sytuacją we Włoszech (aczkolwiek w tej ostatniej kwestii widać poprawę), walutom rynków wschodzących nie sprzyja także niepokój związany z sytuację gospodarczą w poszczególnych krajach koszyka. Najnowsze obawy budzi RPA. Ten afrykański kraj drugi kwartał nieoczekiwanie zakończył spadkiem PKB w ujęciu kwartalnym, co – uwzględniając spadek z początku roku – pieczętuje techniczną recesję. W konsekwencji, silnie rosną rentowności krajowych papierów dłużnych, istotnie osłabia się również rand południowoafrykański. Waluta na przestrzeni ostatnich dwóch dni w relacji do dolara amerykańskiego straciła około 4%, a ostatnie spadki były poprzedzone ostrymi falami wyprzedaży w związku z efektem zarażania, po wzroście obaw o sytuację w innych krajach (przede wszystkim w Turcji i Argentynie).
Czynniki, które stoją za słabością południowoafrykańskiej gospodarki są związane przede wszystkim z sytuacją wewnętrzną i nie mają przełożenia na sytuację u nas, jednak nowa informacja o problemach jeszcze jednego kraju EM może odstraszać inwestorów również od walut naszego regionu, w tym przede wszystkim najbardziej „ryzykownych”, czyli forinta węgierskiego i polskiego złotego.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,29-4,31. Wspólna europejska waluta osłabiła się wczoraj w relacji do głównych walut, jak i ważonego handlem koszyka.
Jedyną istotną publikacją makro z wczoraj był indeks dynamiki cen producentów w strefie euro, który wzrósł z poziomu 3,6% w czerwcu do 4% rocznie w lipcu, nieznacznie przekraczając oczekiwania. Publikacja nie miała jednak większego wpływu na euro. Dzisiejszy odczyt PMI dla usług krajów strefy euro również nie przyniósł większych emocji – aktywność w sektorze okazała się zgodna z wcześniejszym szacunkiem. Sprzedaż detaliczna w lipcu z kolei rozczarowała, wzrastając zaledwie o 1,1% w ujęciu rocznym i doświadczając głębszego od oczekiwanego spadku w ujęciu miesięcznym. Roczny wzrost dynamiki sprzedaży w strefie euro był najniższy od października ubiegłego roku,
Ryzyko związane z sytuacją we Włoszech, gdzie ostatnio inwestorzy obawiali się o kwestię planowanego deficytu w budżecie na 2019 r. wyraźnie maleje. Rentowności włoskich obligacji 10-letnich wracają do poziomów z początku sierpnia, spadając w ostatnich godzinach poniżej psychologicznego poziomu 3%. W związku z tym, iż dziś prowadzone będą rozmowy w kwestii planowanego deficytu, niewykluczone jednak, że postrzeganie ryzyka będzie gwałtownie się zmieniać, wpływając na rynki finansowe.
GBP
Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 4,75-4,79. Wczorajszy dzień dla funta charakteryzował się względnym spokojem, co kontrastuje z gwałtownymi ruchami waluty, z którymi mieliśmy do czynienia wcześniej.
Pierwsze dwa odczyty brytyjskich indeksów PMI (dla przemysłu i sektora budowlanego) publikowane odpowiednio w poniedziałek i wtorek rozczarowały. Dzisiejszy, dużo istotniejszy wskaźnik dla usług zaskoczył z kolei lekko na plus, nieco stabilizując notowania funta.
Przy okazji warto wspomnieć również o tym, iż podczas wczorajszego przemówienia prezes Banku Anglii, Mark Carney stwierdził, że może piastować obecną funkcję dłużej niż do planowanego odejścia w czerwcu 2019 r. W kontekście ogromnej niepewności z jaką mamy do czynienia w związku z Brexitem, jest to oczywiście pozytywna informacja.
USD
Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,7%, wahając się w widełkach 3,69-3,74. Amerykańska waluta zyskuje z uwagi na utrzymujące się obawy związane z wojną handlową. Rosną one z uwagi na fakt, iż w czwartek kończy się okres publicznych konsultacji w kwestii nowych ceł na produkty o wartości ok. 200 mld USD planowanych przez administrację Donalda Trumpa.
Wczoraj amerykańską walutę w drugiej części dnia wspierały również dane makro. Mocno na plus zaskoczyła publikacja indeksu ISM dla amerykańskiego przemysłu w sierpniu, sugerująca silną poprawę aktywności w sektorze. Odczyt wyniósł 61,3 wobec oczekiwanego poziomu 58,1, tym samym znalazł się na najwyższym poziomie od 14 lat. Co ciekawe, z danymi ISM kontrastował odczyt PMI, który był dość zbliżony do oczekiwań. Inwestorzy – podobnie jak zazwyczaj – uwagę przykuli jednak do pierwszego odczytu.
Danymi z USA, na które warto zwrócić uwagę w kontekście wojny handlowej prowadzonej przez USA będą informacje o bilansie handlowym USA w lipcu. Dziś w kalendarzu jest również względnie dużo przemówień członków FOMC.
Polski kalendarz makro jest dosyć pusty, warto jednak będzie zwrócić uwagę na konferencję prasową po spotkaniu Rady Polityki Pieniężnej. Nie spodziewamy się żadnych przełomowych informacji, jednak ton prezesa Glapińskiego i towarzyszących mu członków Rady może oczywiście wpłynąć na kurs polskiej waluty w drugiej części dnia.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
13:00 – decyzja RPP w sprawie stóp procentowych w Polsce
Jak podaje IDC, w ciągu najbliższych czterech lat podwoi się wartość sektora drukowania przestrzennego w Europie. Motorem napędowym będą głównie inwestycje w gospodarkach z zachodniej części kontynentu. Jednak to rynek w Polsce i krajach ościennych będzie rósł najszybciej. Zdaniem ekspertów, to przemysł będzie największym odbiorcą technologii druku przestrzennego.
Jak wynika z danych IDC, w 2017 roku wydatki na rozwiązania pozwalające drukować przestrzennie wyniosły w Europie 3,6 mld dolarów. Według ekspertów wspomnianej firmy, w ciągu najbliższych lat rynek druku 3D będzie rozwijał się niezwykle dynamicznie. Do 2022 roku nakłady na drukowanie przestrzenne w Europie będą rosły w tempie 15,5% rok do roku.
— Przy takim tempie rozwoju rynku, należy spodziewać się, że w ciągu zaledwie czterech lat rynek podwoi swoją wartość — ocenia Maciej Zaręba z firmy DSR, dostarczającej nowoczesne technologie polskim i zagranicznym producentom. Szacunki eksperta dolnośląskiej firmy, znajdują potwierdzenie w danych. Szacuje się, że w 2022 roku rynek druku przestrzennego na Starym Kontynencie będzie wart 7,4 mld dolarów.
Europa Zachodnia wydaje najwięcej
Według informacji płynących z raportu IDC, największe nakłady na druk 3D są w krajach Europy Zachodniej. Gospodarki tych państw odpowiadają za 83% wszystkich wydatków na druk przestrzenny na Starym Kontynencie. Zdecydowanie mniej wydają kraje Europy Środkowej i Centralnej, które odpowiadają za 17% europejskiego rynku.
— Polska i kraje ościenne wydają kwotę prawie pięć razy mniejszą niż ma to miejsce na zachodzie. To gigantyczna różnica — dodaje Maciej Zaręba i kontynuuje — Wytwarzanie addytywne pozwala na zwiększenie tempa produkcji dzięki przyspieszeniu procesu prototypowania i kontrolingu. Większość firm poważnie traktujących inwestycje w R&D, dysponuje drukarką 3D.
Dobrą informacją jest to, że tempo wzrostu rynku druku 3D w naszym regionie będzie znacznie wyższe niż na zachodzie kontynentu, podaje IDC. Według analiz tej firmy, przez najbliższe cztery lata w naszej części kontynentu rynek będzie rósł w tempie 19,1% r/r. W tym samym czasie w zachodniej części Europy będzie to o prawie 5 punktów procentowych wolniej (14,4% r/r). Co więcej, rynek w centralnej części Starego Kontynentu będzie rozwijał się szybciej niż globalny. Światowy rynek druku przestrzennego do 2022 będzie powiększał swoją wartość o 18,4% rok rocznie.
2018 – rok zwrotny dla druku 3D
Drukarki 3D to kolejna po smartfabrykach i robotach, innowacja, jaką przynosi nam idea Przemysłu 4.0. Drukowanie przestrzenne wchodzi w nową, bardziej dojrzałą fazę, a technologia znajduje coraz szersze zastosowanie. Według ekspertów czołowym odbiorcą tej technologii będzie sektor przemysłowy. — Druk 3D ma potencjał, by rozwinąć przetwórstwo przemysłowe. Przede wszystkim może usprawnić produkcję krótkoseryjną czy „na żądanie”, ale to nie wszystko. Pomoże też zredukować koszty magazynowania i transportu — ocenia Julio Vial, research manager w IDC. Ekspertowi z USA wtóruje ekspert z DSR — Drukarki nowej generacji, dzięki szybszym i lepiej połączonym automatycznym systemom, skracają przetwarzanie wstępne i końcowe. A to stanowiło największą przeszkodę we wprowadzaniu ich na szeroką skalę — mówi Zaręba.
Wydrukowane korzyści
Jak szacuje Gartner, do 2021 roku 20% największych korporacji stworzy dedykowane działy, które będą zajmowały się usprawnianiem technologii druku 3D. Już teraz Johnson & Johnson, Boeing czy Rolls Royce utworzyły takie centra. To nie przypadek, ponieważ to przemysł medyczny i lotniczy najlepiej wykorzystuje możliwości, jakie oferuje druk 3D.
Szpitale i laboratoria zainwestowały w sprzęt, oprogramowanie i usługi technologii druku 3D. Prawie 3% dużych szpitali oraz instytucji medycznych i badawczych już teraz ma możliwości drukowania na miejscu w swojej placówce. Drukowane są tam modele serc – na podstawie których kardiochirurdzy przygotowują się do operacji – czy elementy stawów, które są odwzorowane w oparciu o naturalny pierwowzór. W ciągu najbliższych 3 lat jeden na czterech chirurgów będzie przygotowywał się do operacji na drukowanych w 3D, kompletnych modelach pacjentów.
Medycyna znalazła zastosowanie w druku 3D, ale to przemysł lotniczy najbardziej korzysta na technologii wydruku przestrzennego. Jednym z udanych przykładów zastosowania druku przestrzennego jest nowy silnik turbośmigłowy GE ATP Engine, który został wykonany w 35% z elementów pochodzących z drukarki 3D. Nowy, „wydrukowany” silnik daje o 10% więcej mocy przy mniejszym o 20% zużyciu paliwa. Czas i koszty związane z przygotowaniem i wdrożeniem przez GE Aviation silnika był również niższe niż w przypadku konwencjonalnych rozwiązań.
Produkcja (nie)standardowa
Rozwój druku przestrzennego będzie miał też wpływ na dobra szybko zbywalne. 20% firm ze światowej listy Top 100 Gartnera, wytwarzając dobra w latach 2018-2021 wykorzysta drukowanie 3D do tworzenia niestandardowych produktów. Już niedługo buty będą nie tylko szyte, ale i drukowane na miarę. Przykładem są wirtualne sklepy Adidasa i Nike, w których klienci mogą personalizować nabyte produkty. Inny producent obuwia, firma Brooks poszła o krok dalej, pozwalając nie tylko projektować wygląd własnego modelu, ale także dopasować go do anatomii stopy kupującego.
Można się spodziewać, że dzięki wykorzystaniu nowych technologii, możliwości personalizacji będą postępować, obejmując kolejne branże oraz produkty. Już dzisiaj w krótkich seriach produkuje się nawet tak zaawansowane rozwiązania, jak silosy zbożowe złożone z tysięcy elementów. Dlaczego więc nie stworzyć na indywidualne zamówienie telefonów, telewizorów czy odzieży? – pyta Maciej Zaręba z DSR.
Azja stała się atrakcyjnym rynkiem eksportowym dla polskich firm. Tylko w ciągu ostatniego roku wartość ubezpieczonego przez Euler Hermes polskiego eksportu do Państwa Środka wzrosła o 28 proc. Konflikt gospodarczy między Chinami a Stanami Zjednoczonymi może jeszcze podbić tę dynamikę. To dla polskich przedsiębiorców o tyle korzystne, że rynki azjatyckie będą się rozwijać w tempie ok. 5 proc. rocznie. Rosnąć będzie także dynamika rozwoju państw afrykańskich.
– Jeśli spojrzymy na to, jak gospodarka się rozwija w różnych częściach świata, to możemy zauważyć, że nieco się rozsynchronizowuje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes. – Widzimy, że rosną Stany, bardzo dynamicznie rośnie Afryka, za to zaczyna spowalniać Europa, trochę również Azja. Mimo to ten kontynent jest ogromnym rynkiem i bardzo dobrze stabilizowanym przez mądrą, bo długoterminową politykę władz chińskich. Chiny zmieniają swoją gospodarkę z nastawionej na eksport na bardziej zrównoważoną, z większym wpływem konsumpcji wewnętrznej, a to powoduje, że stają się świetnym rynkiem dla wszystkich eksporterów.
Według prognoz Euler Hermes azjatycka gospodarka powinna zarówno w tym, jak i w przyszłym roku urosnąć o niemal 5 proc. W 2018 roku światowe PKB ma być wyższe o 3,3 proc. od ubiegłorocznego. Europejska gospodarka rozbuduje się o 2,1 proc. po bardzo dobrym 2017 roku, gdy odnotowano wzrost o 2,6 proc. Natomiast państwa afrykańskie mogą się spodziewać dynamiki na poziomie 3,9 proc., a w przyszłym roku nawet 4,3 proc. – głównie dzięki ożywieniu na rynku ropy.
– Afryka, która jest kontynentem biednym, ale potrzebującym bardzo wielu towarów, rozwija się bardzo dobrze i tak też będzie w najbliższym czasie, ze względu przede wszystkim na wzrost cen ropy naftowej, która jest podstawowym surowcem eksportowym wielu krajów, szczególnie Północnej Afryki – przekonuje członek zarządu Euler Hermes. – Tam nasi eksporterzy również mają szansę zaistnieć, zwłaszcza że dysponujemy towarami atrakcyjnymi dla krajów Afryki ze względu na wysoką jakość i europejskość, przy stosunkowo niskiej cenie w porównaniu z naszymi konkurentami z rynków zachodnioeuropejskich.
Na globalną gospodarkę w najbliższy czasie będzie miało wpływ kilka czynników. Wyższe ceny ropy naftowej napędzą inflację, w wyniku czego największe banki centralne świata, zwłaszcza Fed i EBC, będą podnosić stopy procentowe. To z kolei skomplikuje sytuację firm finansujących swoją działalność kredytem, bo wzrosną koszty oprocentowania. Z wyliczeń firmy Euler Hermes wynika, że gdyby Europejski Bank Centralny podniósł stopy o 0,5 pkt proc., toby koszty obsługi zadłużenia w Europie wzrosły o 60 mld euro, z czego o 14 mld euro w samej tylko Francji. Wyższe stopy procentowe to także hamulec dla tempa wzrostu PKB.
– Polskie firmy eksportują coraz więcej zarówno do Azji, jak i do Afryki. Widzimy bardzo duży wzrost zainteresowania naszych klientów tymi rynkami – w ciągu ostatnich trzech lat to był wzrost o 60 proc., sam ostatni rok to 28 proc. wzrostu. To są głównie krótkoterminowe ubezpieczenia, ale także gwarancje ubezpieczeniowe, windykacje i raporty handlowe – informuje Tomasz Starus. – Rynki dalekowschodnie i afrykańskie bardzo dynamicznie penetrują producenci żywności, ale także produktów pierwszej potrzeby z branży AGD. Eksport do Afryki rozwijają także producenci maszyn rolniczych.
Kolejnym elementem, który w coraz większym stopniu wpływa na kształt i drogę rozwoju światowej gospodarki, jest protekcjonizm gospodarczy, coraz wyraźniej dochodzący do głosy zarówno w USA, Europie, jak i Chinach. Odbija się on na firmach z wymienionych rynków, które zmuszone są do płacenia ceł, a ich produkty przestają w efekcie mieć konkurencyjną cenę. Jednak przedsiębiorcy, którzy rozważnie wybiorą wypłacalnych partnerów, mogą na tej wojnie handlowej skorzystać, np. wchodząc w miejsce amerykańskich firm na rynek chiński.
– Zdobywanie nowych rynków to jest coś, co powinno pomóc przedsiębiorcom nie tylko zwiększać skalę działalności i zyski, lecz przede wszystkim dywersyfikować ryzyko – mówi szef oceny ryzyka w Euler Hermes. – Chiny są rynkiem atrakcyjnym, dużym, ale nie są łatwe, trzeba poznać kulturę, znaleźć partnerów lokalnych, a wejście na ten rynek trwa. Tym niemniej, jeżeli firma jest obecna na wielu rynkach, to szansa na to, że tąpnięcie w jednym kraju czy regionie bardzo mocno nią wstrząśnie, jest mniejsza i zawsze ma drugą, trzecią czy czwartą nogę, na której może się oprzeć.
Choć sytuacja w Europie, czyli u naszego głównego partnera handlowego, nie jest zła, to płyną z niej pewne niepokojące sygnały. Eksperci Euler Hermes podkreślają, że wzrost gospodarczy spowalnia, w dodatku jest powyżej potencjału. Niepewność budzi także stabilność polityczna wewnątrz UE związana np. z sytuacją we Włoszech czy brexitem.
Branżę tworzyw sztucznych czeka wiele zmian związanych z prawodawstwem unijnym. Komisja Europejska chce, by do 2030 roku wszystkie opakowania z tworzyw sztucznych nadawały się do recyklingu. Realizując założenia ogólnoeuropejskiej strategii na temat tworzyw sztucznych, KE zgłosiła projekt dyrektywy ograniczającej stosowanie niektórych wyrobów jednorazowego użytku, które najczęściej zaśmiecają plaże, morza i oceany, w tym m.in. plastikowych słomek, jednorazowych kubeczków, sztućców i patyczków kosmetycznych. Eksperci pozostają sceptyczni co do restrykcyjnych zakazów.
– Plastikowe butelki, torebki foliowe czy niedopałki papierosów należą do najczęściej znajdowanych śmieci na europejskich plażach. Nie wszyscy wiedzą, że dziś filtry do papierosów też są wykonane z tworzywa sztucznego. Komisja Europejska chce ograniczyć używanie jednorazowych wyrobów z tworzyw sztucznych, a niektóre z nich mają być całkowicie zakazane. Takie zakazy są proponowane np. dla słomek dodawanych do napojów czy patyczków do uszu. To pokazuje, w jakim kierunku idą legislatorzy – mówi agencji Newseria Biznes Kazimierz Borkowski, dyrektor Fundacji PlasticsEurope Polska.
Na całym świecie tworzywa sztuczne stanowią 85 proc. odpadów znajdowanych na plażach, a każdego roku do mórz i oceanów trafia ok. 8 mln ton plastiku. Realizując założenia Strategii dla Tworzyw Sztucznych, Komisja Europejska przedstawiła pod koniec maja projekt dyrektywy, zgodnie z którą wiele jednorazowych produktów z tworzyw sztucznych ma zostać objętych zakazem wprowadzenia do obrotu i zastąpionych zamiennikami, które w większym stopniu podlegają recyklingowi. Zakaz ma dotyczyć łącznie dziesięciu grup produktów jednorazowego użytku, które w sumie odpowiadają za ok. 70 proc. odpadów morskich w Europie i najczęściej zaśmiecają plaże, morza i oceany.
KE chce także zobowiązać państwa członkowskie, żeby do 2025 roku osiągnęły 90-proc. poziom recyklingu jednorazowych butelek z tworzyw sztucznych. Nowe przepisy nałożą również obowiązki na producentów, którzy będą zmuszeni m.in. ponosić część kosztów gospodarowania i usuwania odpadów.
– Jestem trochę sceptyczny, zwłaszcza w przypadku pomysłów, które bezpośrednio dotyczą stylu czy komfortu życia, nie wspominając o higienie. Nie wystarczy wprowadzenie zakazu, trzeba jeszcze przekonać ludzi, którzy np. bardzo lubią spacerować z kubkiem kawy po ulicy czy biegać z butelką w ręku – podkreśla Kazimierz Borkowski. – Jesteśmy jak najbardziej za tym, żeby ograniczyć wpływ wyrobów szkodzących środowisku, natomiast nie można wylać dziecka z kąpielą. W kategorii „wyroby jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych” mieszczą się również wyroby medyczne, strzykawki, wenflony, przewody i zbiorniki do przetaczania krwi. Jeżeli ta legislacja zostanie przygotowana w sposób chaotyczny i niestaranny, to może dotknąć nas wszystkich, powodując dużo większe problemy niż tylko te związane z czystością środowiska naturalnego.
Według danych KE co roku Europejczycy wytwarzają 25 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych, z czego jedynie niecałe 30 proc. jest poddawane recyklingowi. Przyjęta w styczniu ogólnoeuropejska Strategia dla Tworzyw w Gospodarce o Obiegu Zamkniętym zakłada, że do 2030 roku wszystkie opakowania z tworzyw sztucznych na rynku UE mają się nadawać do recyklingu. „Zgodnie z nowymi planami do roku 2030 (…) zmniejszy się zużycie tworzyw sztucznych jednorazowego użytku, a ponadto zostaną wprowadzone ograniczenia dotyczące celowego stosowania mikrodrobin plastiku” – podała Komisja Europejska.
– Komisja proponuje m.in podniesienie obowiązkowego poziomu recyklingu. Rok temu obowiązujący poziom dla tworzyw sztucznych w opakowaniach wynosił tylko 22,5 proc. Teraz proponuje się, żeby do roku 2025 ten poziom wzrósł do 50 proc., a w roku 2030 do 55 proc. To wyraźny, ponaddwukrotny wzrost celów recyklingu. To powinno sprawić, że odpady tworzyw będą lepiej wykorzystane i używane do produkcji nowych wyrobów, a po drugie, będzie mniej śmieci, bo tworzywa będą trafiać do recyklingu, a nie do lasu czy na plażę – mówi Kazimierz Borkowski.
Branża popiera te cele, podkreślając, że tworzywa sztuczne mają wartość nie tylko jako jednorazowy materiał do produkcji wyrobów, lecz także mogą być poddawane recyklingowi i używane wielokrotnie. Nawet jeżeli tworzywo nie podlega recyklingowi, można odzyskać z niego energię, bo tworzywa sztuczne są chemicznie bardzo zbliżone do ropy naftowej, benzyny czy innych paliw płynnych, a ich wartość energetyczna jest równie wysoka. To oznacza, że można ich użyć w przemysłowych instalacjach jako paliwa do produkcji energii elektrycznej lub cieplnej.
Dyrektor Fundacji PlasticsEurope Polska zwraca uwagę na to, że w przeciwieństwie do gospodarki liniowej („wyprodukuj, użyj, wyrzuć”) model GOZ zakłada, że zużyte produkty są recyklingowane i zwracane do obiegu tak, aby zmniejszyć ilość odpadów i w pełni wykorzystywać zasoby.
Jak wynika z ostatniego raportu Fundacji PlasticsEurope Polska, branża tworzyw sztucznych w Polsce, o obrotach przekraczających 80 mld zł rocznie i zatrudnieniu przekraczającym 160 tys. pracowników, to ważna dziedzina krajowej gospodarki. Według GUS od kilku lat branża utrzymuje też wysokie tempo wzrostu. W ubiegłym roku wykazała wzrost sprzedaży o ponad 9 proc. Główni odbiorcy tworzyw sztucznych w Polsce to przemysł opakowaniowy (32,5 proc.), budowlany (25,9 proc.), motoryzacja (10,3 proc.) i produkcja urządzeń elektrycznych i elektronicznych (6,4 proc.). Pod względem zapotrzebowania na tworzywa Polska zajmuje szóste miejsce w Europie (w 2017 roku wyniosło ono 51,7 mln ton), natomiast dynamika zużycia tworzyw sztucznych w Polsce jest wyższa – szacuje się, że w ubiegłym roku polski przemysł przetwórstwa tworzyw sztucznych zużył ok. 3,5 mln różnych tworzyw polimerowych, co oznacza wzrost o ok. 9 proc. w stosunku do 2016 roku.
Gonitwa o Puchar Przyjaźni Westminster to kulminacyjny moment współpracy Toru Służewiec z tegorocznym głównym partnerem. W pierwszej edycji imprezy wzięli udział najlepsi hodowcy z Polski oraz z Niemiec, Czech czy Wielkiej Brytanii. Najważniejszym wydarzeniem dnia był międzynarodowy wyścig dla 3-letnich i starszych koni na dystansie 2 000 m. Organizatorzy gonitwy są zadowoleni z frekwencji wśród publiczności, jakości Toru Służewiec i już myślą o kolejnych edycjach.
Wyścigi konne przestają być kojarzone z rozrywką dla elity. Coraz więcej Polaków traktuje je jako ciekawy sposób spędzenia wolnego czasu, okazję do rodzinnego pikniku lub zabawy w eleganckim wydaniu. Do najważniejszych imprez tego rodzaju na stołecznym Torze Służewiec należą Derby oraz Wielka Warszawska, jednak debiut tegorocznej Gonitwy o Puchar Przyjaźni Westminster ma się szansę zapisać jako kolejne, najwyższej rangi wydarzenie organizowane na warszawskim obiekcie.
– W wyścigu wzięły udział konie z Czech, Niemiec i Anglii, a także – z czego jesteśmy niezmiernie dumni – Magnetic, czyli najlepszy koń na Służewcu i wielki faworyt – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marian Ziburske, prezes zarządu Westminster Group.
Dzień Westminster odbył się 2 września i trwał od 14.00 do 18.00. Uczestnicy imprezy mieli możliwość obserwowania kolejnych wyścigów, jak i spotkania z dżokejami, a nawet przyjrzenia się przygotowywanym do startu wierzchowcom. Punktem kulminacyjnym była międzynarodowa Gonitwa o Puchar Przyjaźni Westminster na dystansie 2 000 m dla 3-letnich i starszych koni. Jego zwycięzca otrzymał dziką kartę umożliwiającą start w prestiżowej gonitwie w Berlin-Hoppegarten 3 października br.
– To niezwykle ciekawy i ekscytujący wyścig, ponieważ konie pochodzą z różnych krajów. Nigdy nie biegły w tej samej gonitwie i w zasadzie trudno było wskazać faworyta – mówi Marian Ziburske.
W międzynarodowej gonitwie dla 3-letnich i starszych koni na dystansie 2 000 m bezkonkurencyjny okazał się 4-letni Magnetic wraz z dosiadającym go Szczepanem Mazurem. Wyprzedził on po zaciętej walce niemieckiego Geparda. Na trzeciej pozycji uplasował się Xawery, a tuż za nim czeski Dominique. Jednak Komisja Techniczna uznała protest przeciwko Kamilowi Grzybowskiemu, który dosiadał Geparda, za niebezpieczną jazdę na końcówce gonitwy i finalnie przyznała drugie miejsce Xaweremu wraz z Michałem Abikiem. Suma nagród wyniosła ponad 100 tys. zł. Wraz ze szklaną statuetką zwycięzca otrzymał dodatkowo dziką kartę umożliwiającą start 3 października br. w Berlin-Hoppegarten, w której startują najlepsze konie świata.
Organizatorzy przygotowali też szereg atrakcji dla najmłodszych uczestników imprezy. Dzieci mogły spędzić czas w specjalnie wydzielonej dla nich strefie zabaw, a także wziąć udział w eksperymentach naukowych przygotowanych przez warszawskie Centrum Nauki Kopernik. Jednym z celów Dnia Westminster jest poprawienie relacji polsko-niemieckich, w imprezie wzięły więc udział duże grupy dzieci z obu krajów. Pomysłodawca ma nadzieję, że dzięki temu nawiążą się nowe, ponadnarodowe przyjaźnie.
– 90 proc. moich gości, którzy przybyli na wyścig, nigdy wcześniej nie było w Warszawie i nie znało tego toru. Wszyscy byli pod ogromnym wrażeniem przyjaznej atmosfery stworzonej przez Polaków, profesjonalizmu oraz stanu utrzymania toru – mówi Marian Ziburske.
Westminster, czyli firma rodzinna zajmująca się budową i rozwojem zrównoważonego portfela nieruchomości w Europie, jest tegorocznym partnerem głównym Toru Wyścigów Konnych Służewiec. W ramach tej współpracy ufundowała m.in. dodatkowe nagrody dla najlepszej piątki w Gonitwie Derby, która miała miejsce w 1 lipca. Nowa inicjatywa, jaką jest Gonitwa o Puchar Przyjaźni Westminster, stanowi punkt kulminacyjny współpracy z Torem Służewiec. Organizatorzy liczą też na to, że nie będzie ona jednorazowym wydarzeniem. Decyzja, czy wpisze się ona na stałe w kalendarz imprez, należy jednak do Toru Służewiec.
– Chciałbym podkreślić, że jesteśmy bardzo zadowoleni z profesjonalizmu, jaki wykazuje strona polska. Tor jest doskonale zarządzany, co nas niezmiernie cieszy. Z naszej strony istnieje duża chęć kontynuowania tego wydarzenia – mówi Marian Ziburske.
Właściciel Westminster Group zauważa, że polskie standardy ulegają stałej poprawie, a zarządca toru inwestuje znaczne środki w utrzymanie obiektu i organizację kolejnych imprez. Dzięki takiej strategii możliwe jest zainteresowanie nie tylko publiczności, lecz także największych światowych hodowców, a co za tym idzie – zwiększenie prestiżu gonitw oraz puli nagród.
– To, co widzimy tutaj, ma bardzo profesjonalny charakter i wygląda lepiej niż w innych krajach. Jako główny partner Toru Służewiec angażujemy się w promocję wyścigów konnych w Polsce i poprzez nasze działania staramy się zwiększać ich atrakcyjność, m.in. zapraszając na tor najlepsze konie z całej Europy. Uważam, że warszawski obiekt ma wciąż spory potencjał – mówi Marian Ziburske.
Dziesiątki tysięcy polskich naukowców pracują poza granicami kraju. Tylko w Europie jest ich blisko 10 tysięcy. Pomóc ściągnąć tych najlepszych ma program „Polskie powroty”. W pierwszym naborze złożono 108 wniosków. Naukowcy, którzy zdecydują się na powrót do kraju, mogą liczyć na wynagrodzenie nawet 350 tys. brutto rocznie. Otrzymają też środki, które umożliwią tworzenie własnych zespołów badawczych. Kandydatów oceniamy pod względem jakościowym i mamy od nich dość duże oczekiwania. Rocznie będziemy w stanie przyjąć około 25 osób – zapowiada dr Zofia Sawicka z Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej.
– Program „Polskie powroty” ma na celu przyciągnięcie polskich naukowców, którzy minimum 2 lata pracowali naukowo za granicą, do polskich uczelni i instytutów badawczych, aby tutaj kontynuowali swoją karierę akademicką. Powracający naukowcy otrzymują finansowanie na 3–4 lata. To istotne, bo standardem na wielu zachodnich uczelniach są kontrakty roczne czy dwuletnie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Zofia Sawicka, zastępca dyrektora w Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej.
Program ma zapewnić naukowcom możliwie jak najlepsze warunki umożliwiające pracę naukową w kraju. Będą oni mogli kontynuować pracę badawczą, dodatkowo dla najlepszych czeka wynagrodzenie sięgające 350 tys. zł brutto rocznie.
– NAWA pokrywa finansowanie powracającego naukowca. Są to wysokie stawki. Dla mniej doświadczonego naukowca jest to około 11 tys. zł netto miesięcznie, a dla bardziej doświadczonego jest to około 16 tys. zł. Wszystkie koszty pracodawcy pokrywa Agencja. Finansujemy też koszty związane z przeprowadzką i przygotowaniem miejsca pracy. Po stronie uczelni jest zapewnienie dostępu do infrastruktury badawczej, stworzenie takich warunków, żeby potencjał powracającego naukowca nie był zmarnowany – mówi dr Zofia Sawicka.
Na finansowanie mogą też liczyć dwie dodatkowe osoby wskazane przez naukowca, np. doktoranci czy pracownicy techniczni. W ten sposób mają zostać stworzone optymalne warunki dla powracających do Polski. Dzięki temu do kraju mogą wrócić te osoby, które do tej pory nie brały pod uwagę powrotu. Takich naukowców poza granicami kraju jest bardzo dużo.
– W skali świata jest to trudne do oszacowania, to dziesiątki tysięcy osób. Nie mówimy tutaj tylko o tych, którzy wyjechali rok, 2 lata czy 10 lat temu, bo ten drenaż mózgów odbywał się przez całe dziesięciolecia. Przez lata Polacy mieli dużo lepsze możliwości rozwoju za granicą i tam byli doceniani. Dopiero od kilku lat powoli w świat idzie sygnał, że my chętnie przyjmiemy ich z powrotem i stworzymy im atrakcyjne warunki – przekonuje zastępca dyrektora w NAWA.
Program „Polskie powroty” został uruchomiony w tym roku. Tylko w pierwszym naborze, zakończonym w czerwcu, wpłynęło 108 wniosków, przede wszystkim od osób związanych z naukami przyrodniczymi (blisko 60), technicznymi i inżynieryjnymi (po kilkanaście). Najmniej, bo zaledwie kilka, wpłynęło od osób związanych z naukami humanistycznymi. W sprawie zatrudnienia polskich badaczy pracujących dotąd w placówkach naukowych rozsianych po całym świecie wnioski złożyły największe krajowe uczelnie i instytuty badawcze, najwięcej – Uniwersytet Warszawski.
– Kandydatów oceniamy pod względem jakościowym i mamy wobec nich dość duże oczekiwania. Zakładamy, że rocznie będziemy w stanie przyjąć około 25 osób, które będą spełniać te wysokie wymagania merytoryczne, tak żeby środki publiczne, które idą na finansowanie, zwracały się w postaci istotnego wkładu w polską naukę – wskazuje dr Zofia Sawicka.
Dla uczelni to szansa na wzmocnienie potencjału naukowego, zatrudnienie najlepszych naukowców bez ponoszenia dodatkowych kosztów. To zaś duża szansa na rozwój polskiej nauki.
– Liczymy, że powracający naukowcy, którzy przejdą naszą surową ocenę merytoryczną, będą publikować na poziomie powyżej przeciętnym. Chcemy, by liczbowe ujęcie ich wyników publikacyjnych dało polskim uczelniom większą rozpoznawalność na świecie – podkreśla dr Zofia Sawicka.
Skorzystać mogą także polskie firmy i innowacyjność polskiej gospodarki. Raport Deloitte „Central European Corporate R&D Report 2018” wskazuje, że to właśnie brak wykwalifikowanych naukowców jest jednym z największych wyzwań dla firm w Europie Środkowej.
System zasilania to najbardziej zawodny element we współczesnych smartfonach. Wraz ze wzrostem mocy obliczeniowej tych urządzeń, rośnie zapotrzebowanie na energię elektryczną. Tymczasem z roku na rok grubość telefonów jest coraz mniejsza, co naraża sprzęt na przegrzewanie się, a w skrajnych przypadkach nawet eksplozję. Polacy opracowali rozwiązanie, które będzie monitorować proces ładowania urządzeń mobilnych, aby zapobiec uszkodzeniu baterii, a przy tym wydłuży jej działanie i żywotność.
– BatteryPal jest unikalnym rozwiązaniem, pozwalającym oszczędzać baterię w smartfonie, w tablecie. Ma też funkcje zabezpieczające przed przegrzewaniem i wybuchem baterii, o których czasami słyszymy w artykułach prasowych czy telewizji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podczas targów IFA 2018 w Berlinie Jacek Borowski z BatteryPal.
Inteligentny kabel zastępuje podstawowy kabel ładowarki i podłączany jest bezpośrednio do smartfona. Wyposażony jest w technologię Bluetooth i dedykowaną aplikację, która poprzez automatyzację procesu ładowania w bezpiecznych zakresach zapewnia optymalne ładowanie akumulatora. To zaś wydłuża jego żywotność i chroni przed przegrzaniem. Można zostawić smartfon w ładowarce przez całą noc bez obawy o to, że bateria się przegrzeje bądź wybuchnie.
Z problemem przegrzewających się smartfonów zmagały się zarówno urządzenia z systemem iOS, jak i z Androidem. W wyniku nieprawidłowego wykonania, bateria w modelu Samsung Galaxy Note 7 miała tendencję do przegrzewania się, a nawet stawania w płomieniach. Koreański producent został zmuszony do wycofania wszystkich urządzeń z rynku.
– Długość baterii zależy w dużym stopniu od stopnia naładowania, tzn. optymalnym poziomem ładowania baterii jest 20-80 proc. BatteryPal podpięty do smartfona i połączony za pomocą Bluetooth, rozpoznaje stan naładowania baterii i kontroluje temperaturę ładowanej baterii. Dzięki temu nie przegrzewamy jej, co ma miejsce przy ładowaniu do 100 proc., i oszczędzamy w dłuższym czasie jej żywotność – przekonuje Jacek Borowski.
BatteryPal trafi na Kickstartera, gdzie będzie można zamówić go za ok. 100-150 zł. Sprzęt ma być uniwersalny i będzie współpracował ze wszystkimi ładowarkami oraz urządzeniami mobilnymi jako dodatkowe urządzenie peryferyjne.
Według analityków Zion Market Research wartość rynku baterii litowo-jonowych wzrośnie do 2022 roku do blisko 68 mld dol., przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 13,7 proc.
Klasyczne systemy inteligentnego domu wymagają skonfigurowania już na pierwszym etapie projektowania instalacji elektrycznej. Poszczególne urządzenia należy połączyć za pomocą kabli z jednostką centralną, aby móc nimi sterować, dlatego rozbudowa takiego systemu może być uciążliwa i kosztowna. Rozwiązaniem tego problemu mogą być bezprzewodowe sterowniki microWiFi, które komunikują się z użytkownikiem bezpośrednio za pośrednictwem sieci domowej.
– Technologia microWiFi jest innowacyjnym rozwiązaniem w świecie smart home. Jest to jedyne takie rozwiązanie w tej chwili na świecie, korzystające z sieci WiFi. Dzięki temu pozbywamy się bardzo dużego problemu w postaci jednostki centralnej, która bardzo nas ogranicza. Możemy nasz smart home budować krok po kroku, nie musimy się od razu decydować i wydawać większych pieniędzy na to – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje podczas targów IFA 2018 w Berlinie Agnieszka Nowińska z firmy BleBox.
Zestawy rozwiązań inteligentnego domu takie jak SmartThings od Samsunga czy Smart Home od D-Linka, komunikują się ze sobą bezprzewodowo i są zasilane za pośrednictwem baterii bądź zwykłego gniazdka. Dzięki temu można na bieżąco zmieniać położenie poszczególnych elementów inteligentnego domu i dodawać nowe moduły. Takie rozwiązanie ma jednak spore ograniczenia – możemy korzystać wyłącznie ze sprzętów zaprojektowanych przez twórcę systemu: gniazdek, kamer, czujników ruchu, zalania czy otwarcia i zamknięcia drzwi. Nie zautomatyzujemy przy ich pomocy bardziej nietypowych urządzeń bez sięgania np. po aplikację IFTTT integrującą systemy inteligentne wielu producentów.
Inteligentny dom zbudowany w oparciu o architekturę microWiFi łączy w sobie zalety klasycznych systemów inteligentnych oraz tych modułowych. Pozwala komunikować się z użytkownikiem za pośrednictwem sieci domowej. Aby przejąć kontrolę nad jakimś sprzętem, wystarczy tylko zamontować w nim niewielki sterownik, który zdalnie przekaże instrukcję do otwarcia bramy czy zgaszenia świateł w pomieszczeniu.
– W tej chwili można już sterować wszystko co jest na prąd. Nie wszystkie funkcje są maksymalnie rozbudowane, natomiast cały czas się rozwijamy. Za 2 miesiące pojawią się czujniki wilgoci, wiatru, także będzie można zamknąć okna gdy będzie zbyt zimno i wietrznie oraz automatycznie opuścić rolety – przekonuje Agnieszka Nowińska.
Możliwości rozbudowy systemu inteligentnego przy wykorzystaniu sterowników microWiFi są niemal nieograniczone. Niewielki rozmiar i łatwy montaż sprawiają, że można z nimi dowolnie eksperymentować i na bieżąco zmieniać położenie poszczególnych elementów systemu. Nie wymagają one do działania żadnej jednostki centralnej, dlatego koszt ich instalacji jest zauważalnie niższy niż konkurencyjnych rozwiązań.
– Budując inteligentny dom, w zależności od tego ile mamy punktów – niektórzy lubią bardzo oświetlone mieszkanie, niektórzy mają dużo rolet, a niektórzy mają jedno okno – średnio jest to koszt zaczynający się już od 1 tys. złotych. Czasami sama jednostka centralna kosztuje mniej więcej tyle, więc technologia microWiFi daje naprawdę dużą oszczędność. Jeżeli chodzi o zużycie prądu, również jest to oszczędność w wysokości około 30-40 proc. – twierdzi ekspertka.
Firma Strategy Analytics szacuje, że w 2018 roku wartość rynku urządzeń inteligentnego domu osiągnie 93 mld dol., a przez najbliższe pięć lat będzie rosła w tempie 10 proc., aby w 2023 roku osiągnąć wartość 143 mld dol.
Coraz większa popularność kosmetyków naturalnych, a jednocześnie brak jednoznacznej regulacji prawnej co do ich definicji sprawiają, że niektórzy producenci pozwalają sobie na spore nadużycia. Częstą praktyką jest chociażby umieszczanie na opakowaniu informacji, które sugerują konsumentowi, że ma do czynienia z preparatem naturalnym. Najlepszą gwarancją nie tylko naturalności, lecz także jakości produktu jest więc certyfikat.
– Kosmetyki naturalne charakteryzują się tym, że każda substancja, która została użyta do ich stworzenia, jest naturalna, czyli pochodzenia roślinnego, mineralnego, może odzwierzęcego, ale zawsze pozyskanego tak, aby zwierząt nie krzywdzić. Może to być np. wosk pszczeli. Wszystko, co mamy w tym kosmetyku, jest substancją aktywną, nawet substancje emulgujące, czyli te, które łączą olej z wodą – mówi agencji Newseria Magda Hajduk, prezes Naturativ.
Kosmetyki prawdziwie naturalne w tej chwili można już kupić w sieciach szerokiej dystrybucji, najczęściej nie jest to jednak zbyt bogata oferta. Bogatsza jest ofert kosmetyków podszywających się pod kosmetyki naturalne.
– Najczęściej jest tak, że na tej samej półce mogą stać kosmetyki naturalne i kosmetyki, które są takie tylko deklaratywnie, czyli ich producent deklaruje, że one są naturalne. W Niemczech detaliści i sieci drogeryjne zaangażowały się w to, żeby zrozumieć, co to jest kosmetyk naturalny, i żeby takich błędów nie popełniać, czyli żeby ustawiać na półkach z kosmetykami naturalnymi wyłącznie takie kosmetyki – mówi Magda Hajduk.
Na opakowaniach wielu produktów można spotykać deklaracje typu: kosmetyk naturalny, kosmetyk organiczny, Bio+Eco, Naturalny 100%, Pro Eco, Certyfikat Natury. Jednak możemy to zweryfikować, gdy zajrzymy do INCI, czyli międzynarodowego słownika składników kosmetyków.
– Rozpoznanie kosmetyku naturalnego nie jest łatwe. Trzeba przede wszystkim szukać informacji, jakich składników nie powinno być w kosmetyku naturalnym. Można znaleźć w internecie takie listy i tym się trzeba kierować – mówi Magda Hajduk. – Łatwiej jest, kiedy kupujemy przez internet, bo jednocześnie można sprawdzić te list, jeśli oczywiście skład INCI jest podany na stronie sklepu. Nie jest to prawnie wymagane. Ale są też substancje, których nazwa może być dwuznaczna. Mogą one występować jako substancje syntetyczne i jako naturalne. Ale na pewno warto się zaznajomić z listą składników, których nie powinno być w kosmetykach naturalnych.
Po kosmetyki naturalne najczęściej sięgają osoby, które prowadzą ekologiczny styl życia i dokonują świadomych wyborów. Preparaty te mają jednak coraz szersze zastosowanie. Naturalna pielęgnacja jest również skuteczna przy cerach dojrzałych.
– Jeszcze do niedawna było mniej możliwe, żeby kosmetyk naturalny był bardzo aktywny, czyli żeby działał przeciwstarzeniowo, pozwalał na procesy regeneracyjne w skórze za pomocą substancji bardzo nowoczesnych, biotechnologicznych. W tej chwili kosmetyk naturalny może to robić i może być dla każdego, bo portfolio takich preparatów jest bardzo szerokie. Są wśród nich produkty dla kobiet, mężczyzn, dzieci, produkty anty-aging czy dla osób ze szczególnymi problemami skóry – mówi Magda Hajduk.
Popularność kosmetyków naturalnych rośnie nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie. Z badań przeprowadzanych na Zachodzie wynika, że jest to jeden z najszybciej rosnących segmentów na rynku kosmetycznym.
– Rynek kosmetyków naturalnych w Niemczech to 10–11 proc., a w Polsce pewnie ok. 2–3 proc. [rynku kosmetyków – red.]. Natomiast bardzo ważne jest to, że konsumenci coraz częściej deklarują stosowanie kosmetyków naturalnych i czytanie etykiet. Widać, że chcą się tego nauczyć – mówi Magda Hajduk.
Wyznacznikiem jakości kosmetyków powinny być więc certyfikaty, które są również niezbędne do wejścia na wymagające rynki zagraniczne. Jeśli zachodni dystrybutor szuka kosmetyku naturalnego, to na pewno zapyta o certyfikat.
– Niestety, nie ma jednego certyfikatu unijnego. Były prowadzone nad tym prace, ale nie udało się osiągnąć porozumienia i wypracować takiego certyfikatu. Natomiast są certyfikaty prywatne, stworzone przez bardzo solidne instytucje i one stanowią gwarancję dla konsumenta. My się certyfikujemy i wiem, jak ten proces wygląda – jesteśmy bardzo intensywnie sprawdzani, poddawani audytom, każdy surowiec, każda receptura – mówi Magda Hajduk.
Certyfikator sprawdza bowiem każdy surowiec użyty do produkcji kosmetyku. Kontroluje też miejsce, gdzie kosmetyk jest produkowany, jak przechowywane są surowce, czy naturalne składniki nie mieszają się z nienaturalnymi, czy nie ma możliwości pomyłki przy pobieraniu surowców.
W kwietniu 2018 r. opublikowano zaproponowany przez Ministerstwo Finansów projekt zmian w przepisach Ordynacji podatkowej dotyczący indywidualnych interpretacji podatkowych. Nowe przepisy mają na celu ograniczenie nadużyć związanych z wykorzystywaniem indywidualnych interpretacji podatkowych przez grupy podatników do osiągania korzyści podatkowych. Nowelizacja wywrze także wpływ na dotychczas wydane interpretacje podatkowe, dotyczące czynności z udziałem podmiotów powiązanych.
Czy zmiana przepisów jest konieczna?
Indywidualna interpretacja daje podatnikowi gwarancję, że nie poniesie on negatywnych konsekwencji, o ile będzie się do niej stosował. W obecnym stanie prawnym, zdaniem MF, ochronna moc indywidualnych interpretacji podatkowych jest bardzo często nadużywana. W uzasadnieniu projektu wskazano, iż – jak wynika z praktyki – podatnicy uczestniczą w różnego rodzaju łańcuchach restrukturyzacyjnych, które mają na celu wyłącznie optymalizację podatkową. Występując z wnioskami indywidualnymi, opisują stan faktyczny jedynie ze swojej perspektywy, pomijając przy tym powiązania z innymi podmiotami takiego łańcucha. W rezultacie otrzymana interpretacja zawiera jedynie indywidualną ocenę rozliczeń podatkowych, bowiem organ nie ma możliwości oceny wszystkich podmiotów uczestniczących w transakcjach.
Obligatoryjny wniosek grupowy
Obecne przepisy o.p., umożliwiają wystąpienie z wnioskiem o wydanie interpretacji podatkowej jednemu podmiotowi w jego indywidualnej sprawie bądź też wystąpienie z wnioskiem przez kilka podmiotów zaangażowanych w daną czynność lub transakcję, z której mogą wyniknąć skutki podatkowe. Zgodnie z nowymi przepisami, dla podmiotów powiązanych, chcących uzyskać interpretację w zakresie transakcji i czynności, w których uczestniczą, złożenie wniosku grupowego ma być obligatoryjne.
Projektowane regulacje szczegółowo wskazują na konieczność wykazania oczekiwanych i uzyskanych korzyści, w tym także korzyści podatkowych, wynikających z dokonanej transakcji lub czynności. Należy także opisać występujące pomiędzy podmiotami powiązania oraz wskazać transakcje planowane bądź będące w toku, od których uzależnione jest pośrednio lub bezpośrednio osiągnięcie korzyści. Ponadto należy wskazać wartość przedsiębiorstwa, jego zorganizowanej części lub prawa majątkowego, gdy ich wartość nominalna lub rynkowa na dzień złożenia wniosku wynosi ponad 10 000 000 zł, a także określić, czy transakcje objęte stanem faktycznym będą zawierane wyłącznie z podmiotem powiązanym, czy także z innymi podmiotami.
Skutkiem nieprawidłowego wskazania uzyskanych i oczekiwanych korzyści (co najmniej 25% różnicy od wartości rzeczywistych) będzie wyłączenie mocy ochronnej wydanej interpretacji indywidualnej. W przypadku złożenia wniosku grupowego, Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej będzie miał aż 6 miesięcy na wydanie interpretacji, a nie 3, jak ma to miejsce w przypadku wniosków indywidualnych. Ministerialny projekt przewiduje również możliwość występowania z wnioskiem o interpretację przez podmioty udzielające różnego rodzaju dofinansowań tj. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości.
Ryzyko wygaśnięcia interpretacji
Zgodnie z projektowanymi założeniami, po upływie 6 miesięcy od wejścia w życie ustawy nowelizującej wygasną wszystkie interpretacje, które zostały wydane przed dniem wejścia w życie zmian. Podmioty zainteresowane utrzymaniem w mocy wydanych interpretacji, będą musiały przekazać Dyrektorowi KIS dodatkowe informacje, wymagane przy składaniu wniosku grupowego.
Co przyniosą nadchodzące zmiany?
Wydłużenie terminu na wydanie interpretacji wskutek wniosku grupowego z 3 do 6 miesięcy może okazać się sporym problemem. Jest to jednak niewielka niedogodność w porównaniu z wygaśnięciem interpretacji indywidualnych, co do których podatnicy nie przekażą fiskusowi dodatkowych, wymaganych informacji. Projektowane zmiany wymuszają na podatnikach obowiązek stałego monitorowania i weryfikowania okoliczności przedstawionych we wnioskach. Trudno więc w takiej sytuacji mówić o jakimkolwiek charakterze ochronnym interpretacji. Sposób działania resortu finansów potęguje wśród przedsiębiorców nie tylko poczucie braku pewności prawa, ale także może zniechęcać do rozwijania działalności i inwestowania.
Negatywne konsekwencje dotkną także uczciwych podatników
W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy organy państwa pospiesznie wprowadzają wiele przepisów, mających pomóc w walce z podatkowym bezprawiem. Istnieje jednak obawa, że znowelizowane przepisy będą nadużywane przez organy podatkowe, a uzyskanie pozytywnej – z punktu widzenia przedsiębiorcy – indywidualnej interpretacji będzie niemalże niemożliwe. Co więcej, negatywne konsekwencje dotkną także uczciwych przedsiębiorców, którzy nie stosują agresywnej optymalizacji podatkowej. W świetle nadchodzących zmian warto już dziś zweryfikować dotychczas uzyskane interpretacje indywidualne, aby ocenić, czy występuje ryzyko ich wygaśnięcia.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Polscy przedsiębiorcy należą do czołówki, jeśli chodzi o obawy związane z wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Wynikają one m.in. z faktu, że jest to jeden z głównych partnerów handlowych naszego kraju, z czego drugi co do wielkości, jeśli chodzi o eksport, zaraz za Niemcami. Żeby Brexit nie wiązał się z negatywnymi skutkami, trzeba się do niego dobrze przygotować.
Najważniejszym i podstawowym sposobem na ograniczenie ryzyka w przypadku współpracy z zagranicznymi kontrahentami są działania na etapie negocjacji i podpisywania umowy. Biorąc pod uwagę niepewność związaną z ostatecznymi konsekwencjami Brexitu, ważne jest by polscy przedsiębiorcy zabezpieczyli się poprzez jak najlepszą praktykę w zakresie kontraktowania i prowadzenia dokumentacji. Stąd warto skorzystać ze wsparcia profesjonalistów w tym zakresie, gdyż błędy na tym etapie mogą się okazać niewybaczalne.
Często sytuacją jest nie tyle nieznajomość, co niedostateczna uważność dotycząca przepisów prawa – wielokrotnie klienci decydują na zaakceptowanie warunków odbiorcy, nie zważając na ich konsekwencje. Tymczasem zdarza się, że takie umowy są tworzone i podpisywane przez odbiorcę, który w ten sposób zabezpiecza tylko siebie, a nie dostawcę. Ponadto stosunkowo często problemem okazuje się bariera językowa, dlatego tak ważne jest sporządzenie dokumentacji dotyczącej wszystkich ustaleń.
– Systematycznie zwiększa się liczba oszustw, szczególnie w przypadku kontrahentów zagranicznych. Potencjalne niejasności związane z wyjściem Wielkiej Brytanii z UE, chociażby legislacyjne, mogą znacznie zwiększać ryzyko pojawienia się oszustów. – mówi Włodzimierz Szymczak, dyrektor zarządzający Atradius Collections w Polsce.
Częstym procederem jest podszywanie się pod inny podmiot, np. korzystając z podobnych, fałszywych adresów e-mail lub ogólnodostępnych adresów poczty elektronicznej. Warto zwracać uwagę np. na miejsce dostawy i trzeba pamiętać, że zamówienia z dużych firm rzadko są realizowane bez etapu negocjacji. Oprócz tego pojawiają się nowo założone spółki, które znikają po zrealizowaniu dostawy. Firmy te są bardzo często zarejestrowane na adresy prywatnych domów.
Bez wątpienia bardzo ważne, bez względu na etap procedowania umowy, jest bieżące monitorowanie zmian w prawie, które mogą bezpośrednio dotyczyć naszej działalności. Tym samym zwiększanie swojej świadomości dotyczącej aktualnych zmian czy luk w prawie, które umożliwi bieżące dostosowywanie swoich praktyk do zmieniającego się otoczenia legislacyjnego, jak wdrożone w październiku 2017 zmiany dotyczące Pre-Action Protocol, dotyczące pozywania działalności gospodarczych. Pozwala to na zminimalizowanie ewentualnych szkód w przypadku konieczności wystąpienia na drogę sądową oraz zwiększy prawdopodobieństwo przeprowadzenia skutecznej windykacji.
Rząd powinien prowadzić antycykliczną politykę gospodarczą, aby łagodzić wahania koniunktury i ograniczyć marnotrawstwo zasobów i wzrost bezrobocia w czasie spowolnienia. Taka polityka umożliwia w długim okresie najszybszy wzrost. Tymczasem deficyt finansów publicznych w przyszłym roku prawdopodobnie zbliży się do 2% PKB. Przy wzroście gospodarczym rzędu 4% w finansach publicznych powinniśmy mieć nadwyżkę, a nie deficyt. W przeciwnym razie, w czasie pogorszenia koniunktury, osłabienia popytu zagranicznego i krajowego, dojdzie do nadmiernego wzrostu deficytu i kosztu obsługi długu, co wymusi podwyższenie podatków i cięcie wydatków inwestycyjnych.
Jeremi Mordasewicz, Konfederacja Lewiatan
– W przypadku szybkiego wzrostu konsumpcji priorytetem polityki gospodarczej rządu powinien być wzrost inwestycji przedsiębiorstw, które mają decydujący wpływ na wzrost produktywności i dochodów społeczeństwa. Wzrost gospodarczy oparty jedynie na wzroście konsumpcji, z czym mamy obecnie do czynienia, przyczynia się do wzrostu wpływów podatkowych (konsumpcja jest opodatkowana VAT) i zmniejszenia deficytu w perspektywie kilkuletniej, ale jednocześnie osłabia potencjał rozwojowy gospodarki i w dłuższym okresie owocuje wolniejszym wzrostem i zwiększeniem deficytu finansów publicznych – mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.
Bilans przyszłorocznych zmian nie sprzyja wzrostowi inwestycji, ponieważ wzrost kosztów przedsiębiorstw, m.in. w wyniku ograniczenia podaży pracowników, zniesienia limitu składek emerytalnych i rentowych, mniej korzystnego rozliczania samochodów, będzie większy niż korzyści w wyniku obniżenia składek dla samozatrudnionych o niskich dochodach oraz CIT dla małych przedsiębiorstw.
Przedsiębiorstwa mało inwestują, mimo, że mają rekordowo wysoki stopień wykorzystania mocy produkcyjnych. Inwestorów powstrzymują: wysokie ryzyko związane z wyjątkowo intensywnymi zmianami prawa, malejąca podaż pracowników, wzrost podatków.
Przedsiębiorcy mają świadomość, że szybki wzrost wydatków socjalnych musi być zrównoważony wzrostem podatków, w tej czy innej formie, a perspektywa wzrostu obciążeń podatkowych osłabia motywację do inwestowania.
Łączne nakłady brutto na środki trwałe w całej gospodarce mają stanowić w 2019 roku zaledwie 19,4% PKB mimo, że będzie to rok znacznego napływu środków z UE. Nakłady brutto na środki trwałe sektora prywatnego mają stanowić zaledwie 14,8% PKB, a jak wiadomo to właśnie inwestycje przedsiębiorstw w nowe technologie mają decydujący wpływ na produktywność. To zdecydowanie zbyt mało, aby podtrzymać szybki wzrost gospodarczy w długim czasie.
– Przyjęcie w budżecie niskiego poziomu inwestycji w następnych latach oznacza, że rząd nie przewiduje znaczącej poprawy klimatu inwestycyjnego. Jednocześnie rząd przyznaje, że obecny wzrost gospodarczy zbliżony do 5% PKB znacznie przekracza potencjalny wzrost gospodarczy, który jest szacowany na 3,2%. Jeżeli nie zwiększymy poziomu inwestycji, nie zwiększymy potencjału rozwojowego, a wtedy nasza gospodarka utraci równowagę zewnętrzną i wewnętrzną i czeka nas znaczące wyhamowanie wzrostu – dodaje Jeremi Mordasewicz.
Nie ma wytchnienia dla kierowców, którzy na stacjach pali zdążyli się już przyzwyczaić do cen powyżej 5 zł i wiele wskazuje na to, że w najbliższych czasie sytuacje nie ulegnie zmianie. – Ropa naftowa cały czas jest droga, a w sierpniu jej cena jeszcze wzrosła – mówi w rozmowie z MarketNews24 główny ekonomista XTB dr Przemysław Kwiecień.
– Są czynniki, które przemawiają za tym, ze ropa powinna być nieco tańsza. To m.in. wzrost produkcji surowca w Stanach Zjednoczonych i fakt, że rynek finansowy jest mocno zaangażowany w ropę i można oczekiwać, że w pewnym momencie inwestorzy zaczną realizować zyski. Z drugiej jednak strony są okoliczności, które utrzymują ceny na dość wysokim poziomie i w najbliższym czasie mogą je jeszcze podnieść – prognozuje ekonomista.
Na wysokich cenach surowca zaważą nałożone przez USA sankcje na Iran i dosyć wysoki kurs dolara. – W najbliższych tygodniach raczej nie oczekiwałbym tańszych paliw – zaznacza Kwiecień.
Jak długo mogą utrzymywać się podwyższone ceny na stacjach paliw? Więcej w materiale wideo.
Wzrost gospodarczy w Polsce w drugim kwartale tego roku sięgnął 5,1 proc. – To nadal bardzo wysokie tempo; co prawda odrobinę słabsze niż 5,2 proc. dynamiki rocznej odnotowanej w pierwszym kwartale, ale jednak wciąż możemy mówić o dobrych perspektywach wzrostu gospodarczego – mówi w rozmowie z MarketNews24 główny ekonomista Coface Grzegorz Sielewicz.
Wzrost napędzany jest głównie konsumpcją gospodarstw domowych, niespodzianką jest natomiast wskaźnik nowych inwestycji. – Wzrost inwestycji zwiększył się co prawda o 4,5 proc. r/r , ale należałby oczekiwać boomu inwestycyjnego, patrząc na zastój inwestycyjny w minionych latach – tłumaczy ekonomista.
Sielewicz zauważa, że firmy, których jest najwięcej, czyli małe i średnie, do inwestycji podchodzą dosyć pesymistycznie, co wynika częściowo z sytuacji na rynku pracy i trudności z zapełnieniem wakatów.
– Wzrost gospodarczy w tym roku będzie na zbliżonym poziomie do roku 2017 r., czyli sięgnie 4,6 proc., a może nawet będzie silniejszy. Wszystko zależy od tego, jak firmy będą inwestowały w III i IV kwartale –dodaje.
1 września 2018 r. rolę dyrektora ds. rozwiązań lojalnościowych w polskim oddziale Mastercard Europe objął Marcin Klimkowicz. W swojej nowej roli będzie nadzorował program Priceless Specials w Polsce, odpowiadając za jego strategię rozwoju, rynkową ekspansję i za zapewnienie uczestniczącym w nim konsumentom przyjaznych i efektywnych narzędzi do korzystania z jego funkcji. Na nowym stanowisku Marcin Klimkowicz będzie raportować bezpośrednio do dyrektora generalnego polskiego oddziału firmy, Bartosza Ciołkowskiego.
Marcin Klimkowicz – Mastercard
Klimkowicz dołączył do zespołu Mastercard w 2015 r. jako menedżer ds. współpracy z detalistami-partnerami programu Priceless Specials. Od samego początku był zaangażowany we wprowadzenie programu na polski rynek oraz jego rozwój na dalszych etapach. Wraz z zespołem nawiązał współpracę ze zróżnicowanym gronem sieci detalicznych, które dołączyły do Priceless Specials, w tym z jednymi z najbardziej renomowanych marek na polskim rynku. Z kolei poprzez współpracę z uczestniczącymi w programie bankami – wydawcami kart Mastercard przyczynił się do umocnienia pozycji rynkowej Priceless Specials.
Marcin Klimkowicz ma 14-letnie doświadczenie zawodowe. Przed dołączeniem do Mastercard, pełnił różne funkcje w obszarach sprzedaży, marketingu oraz lojalności klienta. Pracował m.in. dla firm PAYBACK i Groupon, gdzie odpowiadał za rozwój, w tym pozyskiwanie nowych partnerów. Pracował także w British American Tobacco, gdzie po ukończeniu programu menadżerskiego, zajmował kilka stanowisk kierowniczych w działach marketingu, sprzedaży oraz zarządzania produktem. Marcin Klimkowicz ukończył studia magisterskie z ekonomii na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.
„Priceless Specials jest jednym z naszych flagowych produktów, dzięki któremu łączymy siły banków i detalistów, aby konsumenci mogli czerpać dodatkowe korzyści z płacenia kartą. Znajomość rynku konsumenckiego i umiejętność tworzenia ekosystemu, w ramach którego sprawnie i owocnie współpracują różne strony, to kluczowe kompetencje na stanowisku menedżera nadzorującego ten program. Dlatego z pełnym przekonaniem powierzam Marcinowi to zadanie, ponieważ zdążył już pokazać, że to właśnie są jego mocne strony. Ponadto zna on Priceless Specials od podszewki i jestem pewien, że pod jego przewodnictwem nasza oferta lojalnościowa będzie się nadal bardzo dobrze rozwijać” – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny polskiego oddziału Mastercard Europe.
Program Priceless Specials jest adresowany do posiadaczy kart Mastercard i Maestro wydanych w Polsce przez uczestniczące w programie banki. Opłacone kartą zakupy u współpracujących detalistów są nagradzane punktami i nagrodami. Użytkownik programu nie musi więc nosić w portfelu osobnych kart lojalnościowych od poszczególnych detalistów – wystarczy, że ma przy sobie swoją kartę płatniczą, której zazwyczaj używa. Cechą wyróżniającą program są oferty specjalne, dopasowane do zwyczajów konkretnego konsumenta. Kolejną zaletą jest szybka gratyfikacja uczestnika. Z programem współpracuje bowiem już ponad 70 marek detalicznych, a dodatkowo 13 banków – wydawców kart Mastercard. Priceless Specials został doceniony przez specjalistów z branży podczas gali Loyalty Awards, otrzymując główną nagrodę w kategorii „Najlepsze działania lojalnościowe w usługach dla konsumentów”.
Niemcy i Francja – to do tych krajów najczęściej jeżdżą ciężarówki z Polski. Tak wynika z najnowszego raportu OCRK. Kolejne miejsca zajmują Belgia oraz Holandia, a dopiero dalej plasuje się Wielka Brytania. To główne kierunki podróży służbowych polskich kierowców. Czy pamiętają o ważnych regulacjach i przepisach obowiązujących za granicą? Podpowiadamy, na co warto zwrócić szczególną uwagę.
Polskie firmy transportowe zdominowały europejski rynek przewozowy. Jak pokazują ostatnie dane Eurostatu, kierowcy ciężarówek z naszego kraju wykonali najwięcej tonokilometrów w ramach transportu międzynarodowego i kabotażowego spośród wszystkich państw Wspólnoty[1]. A w 2017 roku liczba przewozów kabotażowych wzrosła o 17% i rekordy w tym sektorze biją państwa Europy Wschodniej, w tym Polska. Gdzie podróżujemy najczęściej i najchętniej? Nie jest dużym zaskoczeniem, że najwięcej polskich kierowców pojazdów ciężarowych jeździ do Niemiec. Jak wynika z raportu OCRK[2] ponad połowa (52%) przewoźników deleguje swoich kierowców do naszego najbliższego zachodniego sąsiada. Drugim kierunkiem jest Francja (14% delegacji), a na trzecim miejscu uplasowały się Holandia i Belgia (5%).
Opracowanie: OCRK, 2018
Firmy wysyłające swoich pracowników w przewozach międzynarodowych lub kabotażowych powinny pamiętać, że lokalne przepisy dotyczące wyliczania wynagrodzeń minimalnych oraz egzekwowania naruszeń związanych z czasem pracy różnią się od tych obowiązujących w Polsce. Niewiedza w tym zakresie może niestety w znaczący sposób podnieść koszty, a czasami nawet narazić na wysokie kary. Na co więc zwrócić uwagę?
Niemiecka precyzja
Wybierając się do Niemiec trzeba pamiętać, że lokalna służba kontrolująca transport powyżej 3,5 tony (BAG) jest znana ze swojej skrupulatności i częstych kontroli. Bardzo dokładnie sprawdza wskazania tachografów, dzięki którym można stwierdzić czy kierowca prawidłowo wykorzystał dostępny czas pracy oraz wykonał odpowiednią ilość odpoczynków i przerw. Wskazane dane są również podstawą do wyliczenia wynagrodzenia zgodnego z niemiecką płacą minimalną. Na terenie Republiki Federalnej od 2017 roku wynosi ona 8,84 euro za godzinę pracy. Obowiązek ten wiąże się z koniecznością zgłoszenia kierowcy jako pracownika delegowanego oraz rejestrowania momentu przekroczenia granicy. Przedsiębiorca w razie kontroli dotyczącej wypłaty niemieckiej płacy minimalnej musi przedstawić przetłumaczone dokumenty, tj. umowę o pracę, ewidencję czasu pracy, potwierdzenie odbioru wynagrodzenia czy odczyty z tachografów. – Interesujący jest również wymóg komunikatywnej znajomości języka niemieckiego w przypadku transportu ponadnormatywnego, czyli między innymi elementów budowlanych przekraczających długość 20 metrów. Przekonała się o tym w dość niefortunny sposób jedna z litewskich firm transportowych[3], gdy w sporze o powyższy przepis sąd administracyjny Badeni–Wirtembergii podtrzymał opinię na temat wymogu zaawansowanych kompetencji językowych osób przewożących takie materiały. – mówi Łukasz Włoch, ekspert OCRK.
Smutne wieści czekają też kierowców, którzy korzystają z CB radia. Od 2020 roku wchodzą bowiem w życie przepisy znowelizowanej ustawy o ruchu drogowym, które będą całkowicie zabraniały używania tych urządzeń. „Mobilki” nie stosujące się do tych zaleceń powinny liczyć się z mandatem w wysokości nawet do 200 euro. Warto pamiętać, że jest to rozwinięcie przepisów obowiązujących od 2017 roku, zakazujących kierowcom używania jakichkolwiek urządzeń wymagających od użytkownika odrywania wzroku od drogi. Podobne przepisy obowiązują w Austrii, Irlandii Północnej i Rumunii.
Francuska biurokracja
A jak sprawa wygląda we Francji? Oprócz analogicznego do niemieckiego wymogu wyliczenia i wypłacenia lokalnej płacy minimalnej (od 9,88 do 10,06 euro) trzeba wziąć pod uwagę niesławną francuską biurokrację. W odróżnieniu od Niemiec, wymaga ona od kierowców posiadania przy sobie dokumentów, takich jak przetłumaczone na język francuski zaświadczenie o delegowaniu, umowa o pracę (dla pracowników agencji pracy tymczasowych – kopie umów o pracę tymczasową oraz o udostępnienie pracownika) oraz druk „A1’’ (zaświadczenie o podleganiu pod ZUS w Polsce). Przedsiębiorcy wysyłający swoich kierowców do Francji powinni też pamiętać, że firma musi posiadać przedstawicielstwo na terenie Republiki, by rozwiązywać kwestie związane z wynagrodzeniem kierowców oraz pośrednictwem w kontaktach z lokalnymi służbami kontroli – wyjaśnia Łukasz Włoch. Tirowcy wykonujący przewozy we Francji powinni również wziąć pod uwagę, że obowiązują tam jeszcze bardziej restrykcyjne niż w Niemczech przepisy, dotyczące używania telefonów komórkowych. Z tych urządzeń można tam skorzystać tylko na postoju na parkingu, z wyłączonym silnikiem. Jest to oczywiste i znaczące utrudnienie dla kierowców samochodów ciężarowych, którzy często jeżdżą w niedoczasie, a znalezienie wolnego parkingu, żeby wykonać telefon do miejsca docelowego, graniczy czasem z cudem.
Niderlandy i inni
Polscy kierowcy jeżdżą także do innych krajów Wspólnoty. W każdym z nich można natknąć się na specyficzne przepisy i regulacje, o których należy pamiętać. Na przykład w Holandii również obowiązuje płaca minimalna, jednak wymóg ma jednoznaczne zastosowanie tylko do przewozów kabotażowych. W przypadku transportu międzynarodowego (z wyłączeniem tranzytu) informacja
o zakresie obowiązywania nie została jednoznacznie potwierdzona przez ambasadę holenderską.
– Zalecamy jednak zgodnie z regulacjami dyrektywy o delegowaniu nr 96/71, by uwzględniać międzynarodowe trasy w płacy minimalnej – mówi Łukasz Włoch, OCRK. Inaczej jest w Belgii, gdzie przepisy wyraźnie obejmują wyłącznie kabotaże, a wystawianie świadczeń o delegowaniu powinno odbywać się za pomocą systemu online Limosa. Obecne kontrole dotyczą właśnie poprawności wypełniania tej deklaracji. Należy uważać też na odbieranie regularnego tygodniowego odpoczynku w kabinie w tych krajach. Przedsiębiorcy, za kierowców przyłapanych na gorącym uczynku, zapłacą nawet 1800 euro.
Gdzie jeszcze jeździmy i o czym powinniśmy pamiętać?
Problematyczne dla rodzimych kierowców mogą być regulacje obowiązujące od lipca 2018 r. w Danii i Hiszpanii[4], które borykają się z problemami zatłoczonych parkingów. W rezultacie, te państwa postanowiły wprowadzić zakazy 45-godzinnych postojów odbieranych przez kierowców w pojazdach. W Danii maksymalny czas na niektórych parkingach wynosi obecnie 25 godzin. W razie jego przekroczenia spodziewać się można kar w wysokości nawet do 2000 DDK[5]. Przepisy te jednak budzą podejrzenia Komisji Europejskiej, która w oficjalnym komunikacie z 19 lipca wskazuje, że na mocy rozporządzenia 1072/2009 dyskryminują one przewoźników, którzy nie mają siedziby na terenie Danii[6]. Może się więc okazać, że Duńczycy będą musieli zrezygnować z kontrowersyjnego zapisu.
Warto się też przyjrzeć na przykład Szwajcarii (państwo poza UE), gdzie trzeba uważać zwłaszcza na normy emisji spalin. Lokalni celnicy zwracają bowiem szczególną uwagę na pojazdy używające emulatorów AdBlue, kierując te z niesprawnymi systemami SCR do autoryzowanych warsztatów. Jeśli system jest wadliwy lub udowodniono, że urządzenia emulujące pracę AdBlue były zamontowane, naliczana jest stawka wyrównująca opłaty do poziomu pojazdów nie używających tego specyfiku. Powyższe rozwiązania wchodzą w skład podatku LSVA (stawki od tonokilometra są tam uzależnione głównie od wspomnianych norm emisji spalin, ale również ciężaru pojazdu, jego kategorii oraz długości pobytu) i są elementem realizowanej od kilkunastu lat koncepcji Alpen-Initiative, mającej na celu przeniesienie transportu drogowego na tory[7]. Dalszym i bardziej radykalnym krokiem w tym kierunku jest również pomysł rządu szwajcarskiego, by stworzyć sieć podziemnych tuneli, które do 2045 mają przejąć do 40% przewozów towarowych w tym kraju. Towary transportowane byłyby przy pomocy autonomicznych wózków. Projekt ten ma już zapewnioną część finansowania dla odcinka od Härkingen do Zurychu[8]. Może się więc okazać, że Szwajcaria w niedługiej przyszłości ma szansę zniknąć z mapy drogowej naszych przewoźników.
Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowuje pierwszą połowę roku na regionalnych rynkach biurowych w raporcie „MarketBeat: Rynek biurowy regiony. Podsumowanie I połowy 2018 r.”.
Ponad milion mkw. – całkowite zasoby wrocławskiego rynku biurowego
Ponad 950 000 mkw. – łączna liczba planowanej podaży w 84 projektach biurowych w Polsce do oddania do 2020 r.
70% – udział najemców z branży BSS na rynkach regionalnych
76 000 mkw. – suma pięciu największych transakcji na rynkach regionalnych (sektor bankowy)
W pierwszej połowie 2018 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na głównych rynkach regionalnych (Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście, Katowicach, Poznaniu, Łodzi, Szczecinie i Lublinie) wyniosły ponad 4,637 mln. mkw. Analitycy międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield wskazują na wysoki poziom absorpcji, spowodowany wzmożoną aktywnością najemców w 2017 roku i zabezpieczeniem umowami przednajmu powierzchni biurowej oddawanej do użytku w roku bieżącym. Dzięki temu, mimo dużego przyrostu nowej podaży, wskaźnik pustostanów obniżył się.
Krzysztof Misiak, Partner, Dyrektor Sekcji Miast Regionalnych w dziale powierzchni biurowych w Cushman & Wakefield.
– Rozwój rynków regionalnych w Polsce nie zwalnia tempa. Mamy już dwa rynki – Kraków i Wrocław, których zasoby biurowe przekraczają milion mkw. Większa skala oznacza mniejszą zależność od popytu zewnętrznego oraz kusi fundusze inwestycyjne, które kupując gotowe i wynajęte budynki motywują deweloperów do realizowania nowych projektów. Polska dzięki rozproszeniu talentów oraz kilkunastu silnych ośrodkach miejskich ma przed sobą jeszcze dużo do osiągnięcia w zakresie rozwoju branży usługowej i co za tym idzie rynku nowoczesnych biurowców. Doceńmy to, że beneficjentami tego procesu nie są i nie będą tylko największe ośrodki miejskie – powiedział Krzysztof Misiak, Partner, Dyrektor Sekcji Miast Regionalnych w dziale powierzchni biurowych w Cushman & Wakefield.
Na ośmiu największych regionalnych rynkach biurowych w Polsce w pierwszej połowie 2018 roku popyt na powierzchnie biurowe wyniósł 261 900 mkw. i był niższy o 19% od analogicznego okresu w rekordowym, pod względem aktywności najemców, roku 2017. Ponad połowa transakcji najmu została przeprowadzona w Krakowie (30% transakcji) i Wrocławiu (22% transakcji). Relatywnie wysoką aktywność najemców odnotowano również w Poznaniu, w Łodzi oraz w Katowicach. W strukturze popytu w pierwszej połowie 2018 roku dominowały nowe umowy (54%), przed renegocjacjami (19%) i ekspansjami (16%). 11% całkowitej aktywności najemców stanowiły powierzchnie zajęte przez właścicieli budynków. Do największych najemców w tej grupie należy zaliczyć BZ WBK, który otworzył swoje biuro we Wrocławiu.
Wskaźnik absorpcji netto na wszystkich regionalnych rynkach osiągnął 258 500 mkw., (wzrost o 20% r/r i jest on wyższy od trzyletniej średniej o blisko 40%), a największy procentowy wzrost tego współczynnika został odnotowany we Wrocławiu oraz w Trójmieście.
Nowa podaż biurowa na rynkach regionalnych w pierwszej połowie 2018 roku wyniosła 256 500 mkw., (wzrost o 40% r/r) przy czym najwięcej powierzchni oddano we Wrocławiu (103 800 mkw.), w Krakowie (59 700 mkw.) oraz w Trójmieście (49 200 mkw.). Największymi oddanymi do użytku projektami były: Olivia Star w Trójmieście (45 700 mkw.), Sagittarius we Wrocławiu (24 900 mkw.), O3 Business Campus III w Krakowie (19 200 mkw.) oraz budynek Spokojna 2 w Lublinie (18 500 mkw.).
Na regionalnych rynkach biurowych w budowie pozostaje 84 budynków o łącznej powierzchni przekraczającej 950 000 mkw. Deweloperzy są najbardziej aktywni w Krakowie (281 700 mkw.), we Wrocławiu (240 000 mkw.) i w Trójmieście (158 000 mkw.).
W analizowanym okresie wskaźnik powierzchni niewynajętej dla całego regionalnego rynku biurowego wyniósł 9,3% (niższy o 0,20 pp. r/r). Najmniej pustostanów odnotowano w Trójmieście 6,7%, a najwięcej w Katowicach 10,8 i w Lublinie 19,7%. Wysoki poziom pustostanów w Lublinie jest wynikiem oddania dwóch projektów biurowych, które powiększyły zasoby tego rynku o ponad 20%.
W pierwszej połowie 2018 roku stawki czynszów utrzymały się na stabilnym poziomie w większości analizowanych lokalizacji i oscylowały między 12 a 14,5 EUR/mkw./miesiąc.
Co roku w Polsce liczba pożarów miejsc składowania lub magazynowania odpadów dramatycznie wzrasta. W 2010 r. straż podejmowała 59 takich interwencji, a w 2018 r. taką liczbę odnotowano już w maju – wynika z danych Państwowej Straży Pożarnej. Wzrasta nie tylko liczba pożarów, ale także ich skala. Akcje gaśnicze w ramach tegorocznych interwencji wymagały każdorazowo udziału kilkudziesięciu jednostek. Teraz ma się to zmienić – wchodzi w życie nowelizacja ustawy o odpadach. Każdy, kto działa w oparciu o pozwolenie na zbieranie i przetwarzanie odpadów będzie musiał zabezpieczyć roszczenia, wynikające z ewentualnego pokrycia kosztów ich usunięcia. Kwoty zabezpieczenia mogą sięgać nawet 150 milionów złotych. Szacuje się, że nowe obowiązki obejmą aż 15 000 firm w Polsce.
Więcej firm i obowiązków
Przepisy nowelizacji ustawy o odpadach zaczną obowiązywać od 5 września 2018 r. Teraz obowiązki wynikające z Ustawy o odpadach z dnia 14 grudnia 2012 r. będą dotyczyły nie tylko zarządców składowisk odpadów, ale także posiadaczy odpadów, działających w oparciu o pozwolenie na zbieranie i przetwarzanie odpadów, a więc np. na firmy produkcyjne, czy paliwowe. Szacuje się, że takich firm jest w Polsce ok. 15 000.
Nie tylko rozszerza się zakres podmiotowy ustawy, ale także zestaw obowiązków. Miejsca magazynowania śmieci i składowiska mają być objęte całodobowym monitoringiem, który będzie trzeba wprowadzić w ciągu sześciu miesięcy od publikacji ustawy. Zmienia się także możliwy czas magazynowania odpadów – od teraz można je składować już nie trzy lata, a tylko rok.
Osoby, zarządzające odpadami muszą także liczyć się z częstszymi inspekcjami – zgodnie z nowymi przepisami kontrolerzy mogą wejść na teren obiektu przez całą dobę, zapowiadając się z odpowiednim wyprzedzeniem tylko przy planowych sprawdzianach. Inspektorzy zyskują także prawo wglądu do wszelkich dokumentów, które mają związek z kontrolą – w tym również finansowych. Co więcej, jeśli wykryją naruszenie warunków korzystania ze środowiska, czyli np. wyciek, emisję czy rozlanie substancji zanieczyszczających kontrolerzy mogą wstrzymać działanie zakładu.
Wymóg zabezpieczenia roszczeń
Znacznie trudniejsze niż dotychczas ma być także uzyskanie zezwolenia na zbieranie czy przetwarzanie odpadów. Nowelizacja przepisów wprowadza nowy wymóg w tym zakresie – uzyskanie takiego zezwolenia będzie niemożliwe bez zabezpieczenia roszczeń wynikających m.in. z ewentualnego pokrycia kosztów usunięcia negatywnych skutków w środowisku lub szkód w środowisku. Takie rozwiązanie ma za zadanie zabezpieczyć samorządy – dzięki nim gminy będą miały odpowiednie środki na podjęcie działań naprawczych i zapobiegawczych.
Ustawodawca podaje wzór na wyliczenie minimalnej wysokości kwoty zabezpieczenia oraz stawki, jakich należy w nim użyć. Stawki różnią się w zależności od rodzaju odpadów – najwyższe dotyczą oczywiście odpadów niebezpiecznych, czyli tych, które mogą spowodować najbardziej kosztowne do naprawy szkody w środowisku.
–Trafiły już do nas pierwsze zgłoszenia od klientów w sprawie zabezpieczenia roszczeń w związku z nową ustawą. Wyliczone przez nich kwoty zabezpieczenia oscylują w przedziale od 0,5 do nawet 150 milionów złotych. To zupełnie inny rząd kwot niż wymagania dotychczasowej ustawy, kiedy to zabezpieczenia roszczeń dla zarządców składowisk rozpoczynały się od 50 tysięcy złotych, a kończyły na maksymalnie kilku milionach złotych – wyjaśnia Łukasz Jastrzębski Starszy specjalista ds. ubezpieczeń środowiskowych w Colonnade Insurance S.A.
Nowe podejście ustawodawcy do kwot zabezpieczeń wynika przede wszystkim z doświadczenia organów ochrony środowiska w sytuacjach, w których trzeba było podjąć działania naprawcze i zapłacić za nie z własnego budżetu. Teraz w kosztach uwzględnia się nie tylko proces odtworzenia środowiska po szkodzie, ale także koszty usunięcia pozostałości po akcji gaśniczej, czy wywiezienia i utylizacji odpadów.
Warianty zabezpieczenia
Ustawa ogranicza wybór form zabezpieczenia firm zbierających lub przetwarzających odpady do czterech wariantów – depozytu, gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej albo po prostu polisy. Z uwagi na fakt, że trzy pierwsze warianty wymagają albo znacznych nakładów finansowych na początku (depozyt) albo już po wystąpieniu roszczenia (gwarancje), firmy najczęściej wybierają umowę ubezpieczenia.
– Dobre ubezpieczenie środowiskowe powinno zapewnić nie tylko spełnienie ustawowych obowiązków, ale chronić firmę wielowymiarowo – także z tytułu odpowiedzialności za wyrządzone szkody w środowisku oraz szkody osobowe i majątkowe. Co więcej, w sytuacji gdy naruszenie związane będzie z emisją substancji drażniących lub zanieczyszczających, ubezpieczenie powinno pokryć koszty przerwy w działalności. Ważne także, aby w ubezpieczeniu były zawarte koszty obrony prawnej. Taki szeroki zakres ochrony przewiduje ubezpieczenie ENVIRONMENTAL PROTECT oferowane przez Colonnade – mówi Łukasz Jastrzębski Starszy specjalista ds. ubezpieczeń środowiskowych w Colonnade Insurance S.A..
Rozwiązania analityczne do niedawna były powszechnie kojarzone z dużymi zbiorami danych, którymi dysponują organizacje o rozbudowanej strukturze. Dzięki dostępnym dziś na rynku narzędziom również mniejsze firmy mogą wykorzystywać potencjał dostępnych informacji do budowania przewagi konkurencyjnej. Wdrożenie analityki w sektorze MŚP będzie tematem przewodnim konferencji Advanced Analytics and Data Science organizowanej przez Szkołę Główną Handlową w Warszawie we współpracy z SAS Institute i AMA Institute.
(4 września 2018 r.) – Na polskim rynku obserwujemy ostatnio gwałtowny wzrost zainteresowania zaawansowanymi technologiami analitycznymi. Sięgają po nie już nie tylko wielkie firmy operujące na rynku masowym, ale też mniejsi gracze, np. przedsiębiorstwa dystrybucyjne czy produkcyjne. Jednak implementacja analityki w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw nie odbywa się jeszcze na masową skalę.
Głównym celem konferencji Advanced Analytics and Data Science jest zachęcenie do dyskusji na temat wizji i strategii wzrostu sektora małych i średnich przedsiębiorstw z wykorzystaniem zaawansowanych narzędzi analitycznych jako fundamentu rozwoju biznesu w oparciu o dane. Wydarzenie odbędzie się 18 września 2018 roku w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Prelegenci zaprezentują możliwości dostępnych na rynku narzędzi, strategie rozwoju biznesu oraz praktyczne przykłady innowacyjnych wdrożeń analityki w sektorze MŚP.
Nasza konferencja co roku gromadzi wybitnych gości i prelegentów. Jest miejscem wymiany wiedzy i doświadczeń dotyczących potrzeb rynku oraz wyzwań sektora akademickiego i biznesu w zakresie efektywnego wykorzystania zaawansowanej analityki. W tym roku skupimy się na sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, który dziś pod względem zastosowań analityki jest może średnio zaawansowany, ale posiada ogromny potencjał i dzięki dostępności nowoczesnych narzędzi może szybko dołączyć do grona analitycznych innowatorów – mówiProfesor Ewa Frątczak, Kierownik Zakładu Analizy Zdarzeń i Analiz Wielopoziomowych, Instytut Statystyki i Demografii, Szkoła Główna Handlowa w Warszawie
Kierunki rozwoju i skala korzyści
W dobie cyfryzacji budowanie sprawnej organizacji i tworzenie konkurencyjnej oferty staje się niemożliwe bez dostępu do danych. Dlatego zwrot w kierunku wykorzystania analityki staje się koniecznym kierunkiem rozwoju małych i średnich firm. Sektor MŚP może korzystać z doświadczeń przedsiębiorstw z dużym kapitałem, które od lat wspierają swoje procesy i budują przewagę konkurencyjną w oparciu o analizę danych.
Zastosowanie narzędzi analitycznych w przedsiębiorstwie umożliwia odnajdywanie nowych szans biznesowych oraz budowanie przewagi rynkowej na bazie innowacyjnej oferty i optymalizacji metod działania. Analityka zapewnia nowy wymiar budowania relacji z klientami, efektywne planowanie sprzedaży, optymalizację łańcucha dostaw w handlu i logistyce, prewencyjne zarządzanie parkiem maszynowym, sieciami energetycznymi lub flotą pojazdów, co pozytywnie wpływa na marżę i przychód przedsiębiorstwa oraz jego pozycję rynkową. W dobie big data jest to również kluczowa metoda, zapewniająca skuteczne przeciwdziałanie nadużyciom i działaniom niepożądanym.
Wyzwania kompetencyjne
Oprócz technologii, wiedza i kompetencje mają ogromne znaczenie dla powodzenia realizacji projektów analitycznych. Wiele firm boryka się z problemami wynikającymi z braku specjalistów na rynku pracy. Dlatego kluczowe znaczenie ma dziś realizacja nowoczesnych programów studiów i kształcenie specjalistów posiadających odpowiednie kompetencje analityczne, informatyczne i biznesowe dostosowane do zmieniających się potrzeb cyfrowej gospodarki. W przypadku sektora MŚP organizacje zatrudniające kilka lub kilkanaście osób często w ogóle nie posiadają w swoich strukturach analityków czy ekspertów data science. Z pomocą przychodzą dziś najnowsze generacje narzędzi analitycznych, które umożliwiają przeprowadzanie zaawansowanych analiz w łatwy i intuicyjny sposób oraz zapewniają prezentację wyników w atrakcyjnej wizualnie i zrozumiałej formie. Nowe narzędzia pozwalają pracownikom nieposiadającym specjalistycznej wiedzy technologicznej samodzielnie wykonywać analizy i efektywnie korzystać z ich wyników.
Konferencja Advanced Analytics and Data Science odbędzie się pod honorowym patronatem JM Rektora SGH, prof. dr hab. Marka Rockiego. Partnerami wydarzenia są SAS Institute oraz AMA Institute. Patronem wydarzenia jest Polski Związek Instytucji Pożyczkowych. Patronat medialny nad konferencją objęły redakcje Harvard Business Review Polska, ITwiz i Wydawnictwo Business Manager Magazine.
Połączenie działalności PKN ORLEN i Grupy Lotos pozwoli zbudować liczącego się gracza na rynku paliw w Europie Środkowej a z czasem, na terytorium całej Unii. Synergie uzyskane w wyniku konsolidacji zwiększą jego potencjał zarówno na rynku produkcji i dystrybucji paliw, jak i w bardzo konkurencyjnym, ale zarazem dochodowym, segmencie petrochemicznym.
W swoich rekomendacjach Warsaw Enterpise Institute zwraca uwagę, że konieczna jest możliwie pełna transparentność procesu i szerokie zaangażowanie wszystkich zainteresowanych stron w wypracowywanie innowacyjnej strategii firmy.
Połączenie ma w pełni ekonomiczne uzasadnienie i wpisuje się w światowy trend konsolidacji i tworzenia się dużych grup przygotowanych do konkurencji międzynarodowej i powinno nieść ze sobą wiele korzyści. Wzmocniony zakupem Lotosu PKN ORLEN będzie mieć możliwość zwiększenia swojej mocy zakupowej i umożliwi mu dalszą ekspansję, a dodatkowo połączony koncern zwiększy bezpieczeństwo energetyczne kraju. Wspólne zakupy pozwolą nie tylko obniżyć ceny sprowadzanego surowca, ale również otworzyć się w większym stopniu na inne regiony świata.
Koncept nie jest ani nowy, ani odkrywczy. Połączenie jest wymogiem rynku i procesów od lat zachodzących na całym świecie. Trudność polega na umiejętnym przeprowadzeniu całej operacji tak, żeby znacząco zdywersyfikować dotychczasową działalność firm i przygotować się do wyzwań epoki post-spalinowej – mówi Tomasz Wróblewski, prezes WEI.
Połączenie obu koncernów może mieć także pozytywny skutek dla Pomorza, przede wszystkim ze względu na zwiększenie potencjału spółki, zwiększenie liczby i skali zamówień, wejście w nowe obszary działalności i rozwijanie tych, w których Grupa Lotos jest już aktywna, np. elektromobilność czy wydobycie. Pozytywne reakcje inwestorów giełdowych na informacje o planowanej fuzji świadczą o tym, że rynek spodziewa się zwiększenia wartości zarówno PKN ORLEN, jak i Lotosu. Nic nie wskazuje na to, by w jakimkolwiek stopniu mogłaby zostać ograniczona działalność związana z CSR gdańskiej spółki. Aby proces zakończył się szybko i sprawnie, eksperci WEI rekomendują pełną transparentność, przeprowadzenie konsultacji ze wszystkimi zainteresowanymi stronami i interesariuszami. WEI rekomenduje także stworzenie zachęt do preferowania lokalnych przedsiębiorców uczestniczących w przetargach – dostawców Grupy Lotos.
1 stycznia 2019 r. ma wejść w życie nowy podatek od zysków hipotetycznych. Przedsiębiorcy, którzy będą chcieli przenieść swoje aktywa, siedzibę lub stały zakład za granicę i tam zrealizować zyski kapitałowe, zapłacą z tego tytułu podatek. Osoby chcące zdążyć ze zmianą rezydencji podatkowej i uniknąć tego obciążenia muszą pamiętać, że pozostało im już niewiele czasu.
Wdrożenie dyrektywy Rady UE 2016/1164 z dnia 12 lipca 2016 r. ustanawiającej przepisy, których celem jest przeciwdziałanie praktykom unikania opodatkowania, mające wpływ na funkcjonowanie rynku wewnętrznego w zakresie opodatkowania niezrealizowanych zysków kapitałowych w przypadku przeniesienia aktywów, rezydencji podatkowej lub stałego zakładu (Dz.U. UE L 193/1), zwanej dyrektywą ATAD z 22 grudnia 2017 r., znalazło się w zestawieniu najważniejszych do zrealizowania zadań Ministra Rozwoju i Finansów na 2018 r. Ministerstwo chce w ten sposób zatrzymać kapitał w kraju, tzn. sprawić, aby jego wyprowadzanie i lokowanie pod inną jurysdykcją, a nawet całkowita zmiana rezydencji podatkowej, przestały być opłacalne.
Zgodnie z art. 5 ust. 1 dyrektywy ATAD opodatkowaniu będą podlegać wartości rynkowe aktywów przenoszonych przez przedsiębiorców:
ze swojej siedziby głównej do stałego zakładu w innym państwie członkowskim lub w państwie trzecim;
ze swojego stałego zakładu w państwie członkowskim do swojej siedziby głównej lub innego stałego zakładu w innym państwie członkowskim lub w państwie trzecim;
przenoszących swoją rezydencję podatkową do innego państwa członkowskiego lub państwa trzeciego, z wyłączeniem aktywów, które pozostają faktycznie powiązane ze stałym zakładem w pierwszym państwie członkowskim;
przenoszących działalność gospodarczą prowadzoną przez swój stały zakład z jednego państwa członkowskiego do innego państwa członkowskiego lub do państwa trzeciego.
Podatek, którego nie było
Przedsiębiorca będzie mógł uzyskać minimum 5-letnie odroczenie płatności podatku od niezrealizowanych zysków kapitałowych na raty, jeśli miejscem docelowym przeniesienia jego aktywów będzie państwo, sygnatariusz Porozumienia o Europejskim Obszarze Gospodarczym (art. 5 ust. 2). Dla przedsiębiorców jest to jednak niewielkie pocieszenie, gdyż w praktyce znów zostaną obarczeni kolejnym ciężarem podatkowym tylko dlatego, że przeniosą np. siedzibę zarządu do innego kraju. A to ani dziś, ani nigdy wcześniej nie wiązało się dla nich z takim obciążeniem.
Naruszenie swobody przedsiębiorczości
Podatek od zysków hipotetycznych stał się narzędziem do szybkiego nabijania budżetów poszczególnych państw kosztem swoich podatników. Dokonują one bowiem poboru podatku od niezrealizowanych zysków kapitałowych już w chwili przeniesienia przez przedsiębiorstwo aktywów za granicę. Nie bierze się przy tym pod uwagę tego kiedy oraz czy w ogóle przedsiębiorcy zrealizują zyski od przeniesionych aktywów i że natychmiastowe obciążenie obowiązkiem podatkowym może negatywnie wpłynąć na kondycję finansową przedsiębiorstwa.
First-tier Tribunal, czyli brytyjska izba podatkowa 3 grudnia 2015 r. zwróciła się do Trybunału Sprawiedliwości UE wprost z pytaniem prejudycjalnym: „Przy założeniu, że tego rodzaju obciążenie z tytułu podatku ogranicza wykonywanie odpowiednich swobód, czy obciążenie to jest uzasadnione w myśl zasady zrównoważonego podziału władztwa podatkowego, a także, czy obciążenie to jest proporcjonalne w sytuacji, gdy ustawodawstwo nie daje powiernikom możliwości odroczenia terminu płatności podatku lub rozłożenia płatności na raty, ani nie bierze pod uwagę jakiegokolwiek spadku wartości aktywów trustu w późniejszym okresie?” (Wniosek o wydanie orzeczenia w trybie prejudycjalnym w sprawie C-646/15 Trustees of the Panayi Accumulation & Maintenance Settlements/Commissioners for Her Majesty’s Revenue and Customs, Dz.U. UE 8.2.2016, C 48/22).
TSUE odpowiedział, że taki sposób opodatkowania bez możliwości odroczenia zapłaty należnego w tych warunkach podatku stoi na przeszkodzie wyrażonej w Traktacie o funkcjonowaniu UE swobodzie przedsiębiorczości (wyrok TSUE z dnia 13 listopada 2017 r., C-646/15 (zob. również: skarga z dnia 26 maja 2011 r., C-261/11 Komisja Europejska przeciwko Królestwu Danii; wyrok TSUE z dnia 12 lipca 2012 r., C-269/09 Komisja Europejska przeciwko Królestwu Hiszpanii; opinia Rzecznika Generalnego UE Juliane Kokott z dnia 13 lipca 2017 r., w sprawie: C‑292/16 A Oy; Komunikat Komisji do Rady, Parlamentu Europejskiego i Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego „Opodatkowanie niezrealizowanych zysków kapitałowych w przypadku zmiany siedziby lub miejsca zamieszkania dla celów podatkowych oraz potrzeba koordynacji polityki podatkowej państw członkowskich” z dnia 19 grudnia 2006 r., KOM(2006) 825 wersja ostateczna).
Jak zmienić rezydencję podatkową?
Od 1 stycznia 2019 r. przedsiębiorcy będą musieli pogodzić się z faktem, iż ewentualna chęć zmiany miejsca prowadzenia działalności gospodarczej lub nawet tylko samej jej siedziby będzie wiązała się z ciężarem w postaci podatku od zysków hipotetycznych. Tym, którzy nie chcą się na to godzić pozostało więc niewiele czasu. Zmiana rezydencji podatkowej jest bowiem procesem złożonym.
Zgodnie z art. 3 ust. 1 i ust. 1a ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. 1991 nr 80 poz. 350 z późn. zm.) nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu podlega podatnik przebywający na terytorium RP przez okres co najmniej 183 dni w roku podatkowym lub posiada tam centrum interesów osobistych lub gospodarczych. Zmiany rezydencji podatkowej można więc dokonać, przebywając w Polsce krócej niż 183 dni i przenosząc poza jej granice centrum wskazanych interesów. W odniesieniu do osób prawnych, spółek kapitałowych w organizacji, niektórych jednostek organizacyjnych niemających osobowości prawnej i innych, wymienionych w ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych, do zmiany rezydencji konieczne będzie również przeniesienie pod reżim innej jurysdykcji podatkowej jej siedziby lub zarządu (art. 3 ust. 1 w zw. z art. 1 i art. 1a ust. 1, Dz.U. 1992 nr 21 poz. 86 z późn. zm.).
Jeżeli całkowite przeniesienie interesów osobistych i gospodarczych przed datą 1 stycznia 2019 r. mogłoby okazać się trudne do przeprowadzenia, to szybszym rozwiązaniem będzie pozyskanie dodatkowej rezydencji podatkowej. W przypadku ewentualnego konfliktu jurysdykcyjnego na podatniku spoczywać będzie obowiązek udowodnienia związania z daną rezydencją. W myśl art. 4 Modelowej konwencji w sprawie podatku od dochodu i majątku Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, w przypadku posiadania miejsca zamieszkania w obu państwach decydujące znaczenie dla określenia rezydencji podatkowej mają „ściślejsze powiązania osobiste i gospodarcze (ośrodek interesów życiowych)”. Z kolei zgodnie z komentarzem OECD do tego artykułu, o tych powiązaniach decydują m.in. miejsce prowadzonej działalności gospodarczej i miejsce, z którego dana osoba zarządza swoim majątkiem.
Niezwykle silnym orężem w udowadnianiu określonej rezydencji jest certyfikat rezydencji podatkowej. Pozyskanie jej przed organem podatkowym jednego kraju służy jako niezbity argument w postępowaniu o ustalenie rezydencji podatkowej przed organem innego kraju. „Certyfikatu rezydencji nie może zastąpić inny dowód. Jak wskazuje liczne orzecznictwo, certyfikat stanowi środek dowodowy (wyłączny) posiadania rezydencji podatkowej w określonym kraju” (interpretacja indywidualna Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 29.05.2017 r., 0114-KDIP3-3.4011.115.2017.1.JM).
Podatnicy, którzy chcieliby uzyskać inną rezydencję podatkową dla rozliczeń podatkowych za 2018 r., a przebywali dotąd jedynie na terytorium RP, musieliby zdecydować się na to już dziś. 2 lipca upływa bowiem 183 dzień roku.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Po udanym rozpoczęciu tygodnia, nad polskim złotym znów pojawiły się czarne chmury.
Niższa aktywność na rynkach, niewielka presja na waluty EM i siła euro wzmocniły złotego w poniedziałek. Dziś jednak, już w pierwszych godzinach handlu, złoty pozbył się wszystkich ostatnich zysków, tracąc na wyraźnym umocnieniu dolara amerykańskiego. W konsekwencji porannych ruchów na parze EUR/USD, gdzie kurs ponownie spadł poniżej poziomu 1,16, złoty w relacji do euro osłabił się do najniższego poziomu od dwóch tygodni.
Amerykańskiej walucie sprzyjają – a złotemu szkodzą – obawy związane z konfliktem handlowym. W czwartek mija termin konsultacji publicznych w kwestii nowych ceł o na chińskie produkty o wartości ok. 200 mld USD planowanych przez administrację Donalda Trumpa. Po jego zakończeniu Trump będzie mógł kontynuować proces nakładania ceł na Państwo Środka.
W kontekście złotego warto również wspomnieć o wczorajszych danych PMI. Odczyt indeksu mierzącego aktywność w polskim przemyśle mocno rozczarował. Wskaźnik spadł z poziomu 52,9 do 51,4, tym samym był najniższy od końcówki 2016 r. Spadek sugeruje pogorszenie dynamiki ekspansji sektora, co może być związane z wygaszaniem wzrostu aktywności w strefie euro i obawami o perspektywy przemysłu w kontekście wojny handlowej. Do samych danych należy podchodzić ostrożnie, jednak fakt zbieżności odczytów w strefie euro i Polsce oraz inne krajowe dane, które poznaliśmy ostatnio (m.in. rozczarowująca dynamika inwestycji, słabe wyprzedzające dane z rynku pracy) budzą niepokój i mogą sugerować, że czeka nas wygaszanie ekspansji gospodarczej i powolne wyhamowywanie polskiej gospodarki.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w poniedziałek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Wspólna waluta zyskiwała wczoraj w relacji do koszyka walut ważonego handlem. Wzrost był silniejszy od umocnienia dolara amerykańskiego, tym samym kurs EUR/USD zakończył dzień na lekkim plusie. Euro umocniło się również w parze ze słabym funtem brytyjskim.
Wczorajsze dane ze Starego Kontynentu nie przyniosły większych zaskoczeń. Zrewidowany indeks PMI dla przemysłu krajów wspólnego bloku okazał się być w pełni zgodny ze wstępnym szacunkiem. Indeks w sierpniu pokazał odczyt na poziomie 54,6, sugerując, iż ekspansja sektora była najniższa od końcówki 2016 r.
Jedną z istotniejszych kwestii, na których obecnie skupiają się inwestorzy jest włoski budżet w 2019 r. na temat którego obecnie trwają dyskusje. Kluczowym pytaniem pozostaje, na jak duży deficyt w budżecie pozwolą sobie populiści. Im niższy, tym oczywiście lepiej dla euro i włoskich obligacji. Jeśli Włosi zaplanują przekroczenie poziomu 3% lub założą deficyt niebezpiecznie blisko tej granicy (co sprawi, że wzrośnie ryzyko jego faktycznego przekroczenia, np. jeśli spowolni gospodarka, albo wpływy do budżetu okażą się niższe od prognozowanych), może to sprawić, że włoski rząd znajdzie się na kursie kolizyjnym z UE.
Ostatnie komentarze wicepremiera Włoch, Matteo Salviniego, który zobowiązał się przestrzegać “wszelkich reguł” sugerują, że deficyt jednak nie przekroczy granicznego poziomu. Z uwagi na poprawę nastrojów w tej kwestii, zyskują włoskie obligacje. Rentowności 10-letnich papierów dłużnych spadły z poziomu 3,2% notowanego wczoraj do okolic 3,1% obecnie.
GBP
Kurs GBP/PLN w poniedziałek spadł o 0,8%, wahając się w widełkach 4,75-4,80. Wczorajszy dzień przyniósł osłabienie funta w relacji do głównych walut. Wyprzedaży funta nie wywołał słabszy odczyt PMI dla przemysłu Wielkiej Brytanii, tylko obawy związane z Brexitem. Bezpośrednią przyczyną słabości waluty były weekendowe komentarze głównego negocjatora ze strony UE, Michela Barniera, których stwierdził, że zdecydowanie nie zgadza się z wieloma elementami planu Theresy May.
W kontekście brytyjskiej waluty interesujące są również spekulacje dotyczące przyszłości Banku Anglii. Mark Carney zgodnie z obecnymi założeniami przestanie przewodzić BoE w czerwcu przyszłego roku. Jeśli podczas dzisiejszego spotkania prezesa BoE z komitetem skarbowym – podczas którego będzie on omawiał ostatnią podwyżkę stóp procentowych oraz nowy raport o inflacji – padłyby deklaracje o możliwym wydłużeniu jego kadencji, funt może otrzymać wsparcie, którego potrzebuje.
Wracając do samych danych: indeks aktywności w sektorze przemysłowym w sierpniu rozczarował, spadając z poziomu 53,8 (lipcowy odczyt zrewidowano w dół) do 52,8, co sugeruje pogorszenie ekspansji sektora. Dzisiejszy odczyt dla sektora budowlanego rozczarował jeszcze bardziej, spadając z poziomu 55,8 w lipcu do 52,9 w sierpniu. Reakcja rynków była jednak ograniczona, z uwagi na dość niewielkie znaczenie obu sektorów dla gospodarki Wielkiej Brytanii. Dużo istotniejsza od obu odczytów będzie publikacja indeksu dla usług, który poznamy jutro.
USD
Kurs USD/PLN w poniedziałek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,69-3,71. Ze względu na święto pracy w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, aktywność w drugiej części dnia była ograniczona, nie poznaliśmy również żadnych istotnych danych makroekonomicznych. Sam dolar amerykański łagodnie zyskiwał w relacji do ważonego koszyka walut, jednak w parze z euro zakończył dzień nieznacznie słabszy.
Dzisiejszy dzień przyniesie nowe dane PMI/ISM opisujące aktywność w amerykańskim przemyśle w sierpniu, późnym popołudniem przemawiać będzie również Charles Evans z FED. Uwaga inwestorów cały czas będzie skupiać się na kwestiach związanych z konfliktem handlowym. Wszelkie istotne informacje dotyczące sporu mają potencjał wpłynięcia na dolara amerykańskiego.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:15 – posiedzenie w kwestii raportów nt. inflacji w Wielkiej Brytanii
W związku z rozpowszechnianiem przez pana Marcina Kuśmierza, prezesa zarządu spółki home.pl S.A., nieprawdziwych i wprowadzających w błąd wiadomości pod adresem spółki nazwa.pl sp. z o.o., naruszających jej dobre imię i w konsekwencji narażających spółkę na utratę zaufania swoich klientów, pełnomocnik nazwa.pl sp. z o.o. złożył w krakowskiej prokuraturze zawiadomienie o możliwości popełnienia przez Marcina Kuśmierza przestępstwa, polegającego na pomówieniu spółki nazwa.pl sp. z o.o., tj. o czyn z art. 212 § 2 kodeksu karnego, zagrożony karą grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
Dodatkowo nazwa.pl sp. z o.o. złożyła w sądzie powszechnym pozew przeciwko Marcinowi Kuśmierzowi o naruszenie jej dóbr osobistych.
Spółka nazwa.pl sp. z o.o. z całą stanowczością będzie dochodzić swoich praw i bronić swojego dobrego imienia. We wskazanych powyżej postępowaniach nazwa.pl sp. z o.o. reprezentowana jest przez pełnomocnika, adwokata Jerzego Stachowicza, z Kancelarii
Stachowicz Ptak Adwokaci i Radcowie Prawni SP z siedzibą w Krakowie.
Wszelkie pytania związane z tokiem postępowania należy kierować do Kancelarii Stachowicz Ptak Adwokaci i Radcowie Prawni SP.
W imieniu spółki nazwa.pl sp. z o.o.
Łukasz Matusik
Z najnowszego „Barometru Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018” wynika, że aż 75% Ukraińców w Polsce zarabia powyżej 2,5 tys. złotych netto miesięcznie, a 15% deklaruje kwotę powyżej 3,5 tys. zł miesięcznie. Analizy Personnel Service potwierdzają, że Ukraińcy zarabiają tyle samo lub czasami nawet więcej, niż Polacy na analogicznych stanowiskach. Prawie 9 na 10 z pracujących Ukraińców na swoje miesięczne utrzymanie w Polsce wydaje mniej niż 1000 zł. Na dosyć niskie koszty życia wpływ mają benefity oferowane przez pracodawców.
– Już co piąta firma w Polsce zatrudnia Ukraińców, a 17% planuje poszukiwać ich w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Zapotrzebowanie na kadrę ze Wschodu cały czas rośnie – w porównaniu do I półrocza br. wzrosło aż o 10 p.p. Co więcej, wyniki naszego raportu wskazują, że co siódmy pracodawca w Polsce uważa, że obecnie jest trudniej o ukraińskiego pracownika. Przedsiębiorstwa, by utrzymać dotychczasowy poziom działalności, muszą oferować pracownikom z Ukrainy warunki porównywalne do tych proponowanych Polakom. Oprócz odpowiedniej pensji, liczą się też dodatkowe benefity, najczęściej są to zakwaterowanie, wyżywienie czy internet. Dzięki temu praca w Polsce jest jeszcze bardziej atrakcyjna dla Ukraińców, bo mogą sporo zaoszczędzić – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.
Nie tylko atrakcyjne zarobki
Wysokie zarobki to drugi, zaraz po bliskości geograficznej, najczęściej wskazywany przez Ukraińców powód wyboru Polski na miejsce imigracji zarobkowej. Tak odpowiedziało 51% respondentów – o 9 p.p. więcej niż w poprzedniej edycji „Barometru Imigracji Zarobkowej”. Co trzecia firma płaci naszym zachodnim sąsiadom od 13,7 do 15 zł brutto za godzinę, 16% od 16 do 20 zł brutto, a co dziesiąty pracodawca oferuje stawkę powyżej 20 zł brutto. Trzeba jednak dodać, że Ukraińcy w Polsce pracują często więcej godzin, niż zwyczajowe osiem.
Głównym czynnikiem imigracji zarobkowej do naszego kraju pozostaje bliskość geograficzna – wskazało na nią 52% Ukraińców. Nasi wschodni sąsiedzi doceniają także niską barierę językową. Ma duże znaczenie dla 41% badanych – o 7 p.p. więcej, niż pół roku temu. Jak przyznają eksperci Personnel Service, nauka języka polskiego nie stanowi problemu dla Ukraińców – średnio już po miesiącu są w stanie mówić po polsku i rozumieć, co mówią do nich Polacy. Warto zauważyć, że aż 12% uznaje stabilną sytuację polityczno-gospodarczą w Polsce za główny powód imigracji (o 5 p.p. więcej, niż w I półroczu 2018 roku).
Ukraińcy nie są rozrzutni, korzystają z benefitów
Na swoje utrzymanie 39% wydaje zaledwie od 200 do 500 zł miesięcznie, a co piąty nawet mniej niż 200 zł. W kwocie od 500 do 1000 zł mieści się 29% imigrantów zarobkowych z Ukrainy. Widać jednak, że wydatki powoli rosną – w pierwszym półroczu 2018 r. mniej niż 500 zł wydawało 66%, obecnie jest to 59%.
Koszty ponoszone na utrzymanie w Polsce ukraińskich pracowników nie są wysokie dzięki benefitom oferowanym przez pracodawców. A te są atrakcyjne. Połowa Ukraińców pracujących w naszym kraju ma zapewnione mieszkanie, a co trzeci wyżywienie. Na trzecim miejscu najczęściej oferowanych benefitów znalazł się transport do pracy – 28% wskazań, podobna liczba pracowników ma darmowy internet – 27%.
– Ze względu na dodatkowe koszty, zatrudnianie kadry ze Wschodu jest często droższe niż znalezienie pracownika na rynku. Nierzadko jest to jednak jedyny sposób, by wypełnić luki kadrowe – podkreśla Krzysztof Inglot z Personnel Service.
18 października 2018 roku wchodzi w życie nowelizacja ustawy Prawo Zamówień Publicznych. Zmiany dotkną wszystkich, którzy biorą udział w przetargach publicznych. Do nowych przepisów przygotowuje się także administracja publiczna. Już 65 jednostek, w tym Kancelaria Prezydenta RP, 12 ministerstw, m.in. Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Zdrowia oraz Urzędy Wojewódzkie, od 31 lipca 2018 roku może przeprowadzać przetargi publiczne drogą elektroniczną.
Nowelizacja ustawy Prawo Zamówień Publicznych (PZP) zmieni dotychczasowy sposób realizacji zamówień publicznych. Wszystkie postępowania powyżej progów unijnych będą musiały być przeprowadzane drogą elektroniczną. Co oznacza, iż w sposób elektroniczny będzie się odbywać komunikacja między zamawiającym a wykonawcami, składanie ofert, wniosków i oświadczeń. Nowe prawo da wykonawcom możliwość wzięcia udziału w przetargu publicznym bez wychodzenia z biura, kserowania i skanowania dokumentów. Będzie szybciej, łatwiej, bezpieczniej.
Rozwiązanie informatyczne, które pozwoli na wprowadzenie nowych przepisów w życie, składa się z rządowej platformy e-Zamówienia oraz zintegrowanych portali e-Usług, z których korzystać będą zamawiający i wykonawcy.
– Całościowa elektronizacja rynku zamówień w Polsce to Platforma e-Zamówienia, której celem jest nadzór nad realizacją zamówień, jako centralne repozytorium danych, oraz portale e-Usług, jakim jest Platforma Marketplanet. W dniu wejścia w życie ustawy to portale e-Usług będą pełnić kluczową rolę w realizacji i obsłudze zamówień, to z ich wykorzystaniem realizowane będą czynności elektroniczne, takie jak składanie ofert, komunikacja elektroniczna w toku postępowania. To dlatego do przeprowadzenia postępowania powyżej progów unijnych konieczne będzie wsparcie portalu e-Usług. Obowiązek posiadania odpowiednich narzędzi ciąży na zamawiających – tłumaczy Grzegorz Filipowski, członek zarządu Marketplanet, firmy, która dostarczyła wspomnianym jednostkom administracji publicznej platformę zakupową zgodną z nowymi przepisami.
Za wdrożenie portali e-Usług, które umożliwiają elektroniczną komunikację między stronami przetargu, odpowiada każdy zamawiający. Z ramienia 65 jednostek administracji publicznej za zakup odpowiedniego narzędzia odpowiedzialne było Centrum Obsługi Administracji Rządowej (COAR). 23 kwietnia tego roku COAR w wyniku przetargu wybrało ofertę firmy Marketplanet. Zaproponowana przez dostawcę platforma zakupowa pozwala na elektroniczną komunikację w zgodzie z wymaganiami ustawy PZP, w tym na komunikację na wszystkich etapach postępowania, obsługę wszystkich trybów postępowań o udzielenie zamówień wymienionych w ustawie, integrację z platformą e-Zamówienia, wsparcie procesu oceny ofert oraz publikację i udostępnianie dokumentów z postępowania.
– Od 31 lipca wszystkie jednostki objęte wdrożeniem mogą przeprowadzać swoje postępowania za pomocą naszej platformy zakupowej. Co ważne, to naprawdę prosty i intuicyjny system, przyspieszający pracę i wspierający realizację zamówień publicznych od rozpoczęcia postępowania przez wybór wykonawcy aż po publikację wyniku oraz elektroniczne zawarcie umowy – dodaje Grzegorz Filipowski.
W ramach dostarczanych usług poszczególne jednostki mogą również podpisywać elektronicznie umowy oraz prowadzić elektroniczny rejestr umów i aneksów.
Rozwiązanie dostępne jest przez przeglądarkę, dzięki czemu nie wymaga zakupu ani instalowania dodatkowego oprogramowania zarówno przez zamawiających, jak i wykonawców. Jedynym wymogiem korzystania jest posiadanie kwalifikowanego podpisu elektronicznego do prowadzenia komunikacji pomiędzy stronami, w tym składania ofert i oświadczeń. W przypadku elektronicznego podpisywania umów obowiązek posiadania kwalifikowanego podpisu dotyczy także zamawiającego.
Projekt był adresowany do podmiotów korzystających z usług Centrum Usług Administracji Rządowej. Należą do nich m.in. jednostki administracji rządowej, Kancelaria Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, Urzędy Wojewódzkie i wiele innych.
Przepisy, które wchodzą w życie 18 października, dotyczą na razie postępowań powyżej progów unijnych. Zmiany nie ominą jednak także pozostałych przetargów.
– W przypadku postępowań poniżej progów unijnych nowe przepisy zaczną obowiązywać w styczniu 2020 roku. Teoretycznie firmy i instytucje organizujące takie postępowania mają jeszcze trochę czasu na przystosowanie się do zmian. Doświadczenie podpowiada mi jednak, że nie warto czekać do ostatniej chwili. Lepiej efektywnie wykorzystać czas, który pozostał, i już dziś realizować wszystkie przetargi w formule elektronicznej – wyjaśnia Grzegorz Filipowski z Marketplanet. – Nic nie stoi na przeszkodzie, aby rozwiązanie wybrane przez COAR w ramach przetargu zostało zaimplementowane w każdej jednostce czy instytucji zobowiązanej nowelizacją ustawy do wdrożenia narzędzi informatycznych wspierających elektronizację.
Julia Patorska, Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte
Wejście na rynek pracy jest trudnym życiowym doświadczeniem dla młodych – zarówno Polaków, jak i ich europejskich rówieśników. Gospodarki krajów UE oferują coraz mniej miejsc pracy z rutynowymi zadaniami, które były dobrym startem i miejscem na zdobywanie pierwszych doświadczeń zawodowych. Rosnące wymagania ze strony rynku pracy i pojawiających się licznych zmian związanych z Przemysłem 4.0 sprawiają, że młodzi opóźniają rozpoczęcie pracy na rzecz dłuższego kształcenia. Niestety nie dla wszystkich wystarczy odpowiednich miejsc pracy, które umożliwią dalszy rozwój kwalifikacji i dobry początek kariery.
Mniej miejsc pracy w przetwórstwie
Miejsc pracy z rutynowymi obowiązkami ubywa przede wszystkim w europejskim przemyśle przetwórczym. Spadek znaczenia tej branży w tworzonym PKB i zatrudnieniu jest coraz częściej tematem debaty publicznej nie tylko w krajach UE, ale także w USA. Historycznie ten przemysł w rozwiniętych krajach europejskich oraz USA zapewniał wiele relatywnie dobrze płatnych, stabilnych miejsc pracy, nierzadko z szeroką ofertą świadczeń socjalnych. Ich warunki były zabezpieczone układami zbiorowymi na poziomie zakładów lub branż. Począwszy od lat 80. XX wieku, wiele gałęzi zachodnioeuropejskiego przemysłu zaczęło tracić konkurencyjność, m.in. na rzecz krajów Azji Wschodniej oraz Europy Środkowej i Wschodniej. Rozpowszechnianie się automatyzacji również przyczynia się do coraz mniejszego zapotrzebowania na pracowników wykonujących rutynowe obowiązki. W latach 2000–2015 w przetwórstwie przemysłowym w państwach UE (28) ubyło prawie 6 mln miejsc pracy. Oznacza to, że już w 2000 r. zniknął 1 z 6 istniejących etatów. Zmiany te w największym stopniu dotyczą takich branż jak: tekstylna, metalurgiczna, produkcji wyrobów z drewna i papieru, gumy i tworzyw sztucznych oraz urządzeń elektrycznych. W Polsce w ostatnich dwóch dekadach zmiany te nie były widoczne – wręcz przeciwnie, staliśmy się beneficjentem inwestycji przenoszonych z państw starej UE.
Zmiany strukturalne w gospodarkach a zapotrzebowanie na pracę
Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat widać zmiany w strukturze gospodarek i ich odzwierciedlenie w oferowanych oraz tworzonych miejscach pracy w krajach UE.. Rośnie zapotrzebowanie na wysokiej klasy specjalistów, których praca nie może być w łatwy sposób zautomatyzowana (jest to tzw. praca nierutynowa, wymagająca umiejętności poznawczych, analitycznych itp., oferowana najczęściej w sektorze wyspecjalizowanych usług). Równocześnie spada zapotrzebowanie na pracowników ze średnimi kwalifikacjami, których zakres zadań jest powtarzalny i może zostać łatwo zautomatyzowany (tzw. praca rutynowa, na którą największe zapotrzebowanie występuje w przemyśle przetwórczym). Prowadzi to do zjawiska polaryzacji rynku pracy (z jednej strony bardzo wysokie wymagania odnośnie kwalifikacji, z drugiej także rozwój segmentu rynku pracy dla niskich kwalifikacji, np. w branży usług gastronomicznych). Sprzyja mu także większe rozwarstwienie wynagrodzeń oraz znaczne różnice w stabilności zatrudnienia.
Bezrobocie wśród młodych Europejczyków
Polaryzacja jest jednym z wyzwań, jakie napotkają młodzi wchodząc na rynek pracy. Bezrobocie w tej grupie stanowi poważny problem w większości krajów Europy. Choć stopa bezrobocia liczona dla mieszkańców UE poniżej 25 roku życia wróciła w ostatnim czasie do poziomu sprzed kryzysu, to jeszcze w 2015 r. w Europie istniało aż o 1,4 mln mniej miejsc pracy niż w 2007 r[1] . Co więcej, ożywienie na rynku pracy nie było równomierne, co z jednej strony pokazuje przykład Niemiec czy też Holandii, a z drugiej krajów takich jak Grecja i Hiszpania.
Wykres 1. Stopa bezrobocia wśród osób w wieku poniżej 25 lat w wybranych krajach UE: w Niemczech, Holandii, Grecji, Hiszpanii i Polsce (%).
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Eurostat
Sytuacja osób młodych w Polsce była dalece odmienna od tej w prezentowanych krajach. Na początku XXI wieku mieliśmy do czynienia z bardzo wysokim bezrobociem w tej grupie wiekowej, ale trend ożywienia, nieco spowolniony przez kryzys finansowy, pozwolił nam dzisiaj zbliżyć się do krajów z najmniejszymi wyzwaniami w tym obszarze (14,8 proc. w Polsce wobec 8,9 proc. w Holandii i 43,6 proc. w Grecji w 2017 r.).
Przyczyny i skutki bezrobocia wśród osób młodych
Przyczyn wysokiego bezrobocia wśród młodych jest bardzo wiele i są one zwykle strukturalne. Choć ich waga różni się w poszczególnych krajach, wśród najważniejszych można wymienić nieefektywne systemy i programy edukacji w kontekście wspierania przejścia młodych osób z nauki do pracy. Dodatkowo występują restrykcyjne regulacje prawa pracy, połączone z wysokim opodatkowaniem umów o pracę oraz wysoka płaca minimalna na poziomie ogólnokrajowym, co w relacji do produktywności pracowników sprawia, że trudno jest tworzyć atrakcyjne miejsca pracy dla osób młodych, zwłaszcza w niektórych branżach i regionach.
Pierwsze doświadczenia na rynku pracy mogą mieć kluczowe znaczenie dla dalszej ścieżki zawodowej.
Bezrobocie podczas początkowych lat aktywności zawodowej może mieć długotrwałe efekty i negatywnie wpływać na dalszą karierę. To zjawisko jest nazywane w literaturze „scarring effect”, czyli dosłownie „efekt blizny”[1]. Młodzi bezrobotni w następnych kilkunastu latach życia mniej zarabiają, są mniej produktywni i częściej mają problemy ze znalezieniem pracy w porównaniu z ich rówieśnikami, którzy nie mieli przerwy w zatrudnieniu[2] . Badania opublikowane niedawno w International Labour Review wskazują, że każdy dzień bezrobocia przez pierwsze osiem lat na rynku pracy przekłada się na wzrost bezrobocia o połowę dnia przez następne 16 lat, i to przy konserwatywnych oszacowaniach[3]. To oznacza, że skutkiem pozostawania przez rok bez pracy jest jej brak przez następne pół roku w kolejnych 16 latach. To jeden z powodów, dla których warto zająć się diagnozowaniem wyzwań i znajdowaniem rozwiązań, które będą wpływały na ograniczanie bezrobocia wśród osób młodych.
Obszary do poprawy
Spojrzenie na kraje, które dobrze sobie radzą, mimo zmieniających się trendów i pojawiania się nowych wyzwań na rynku pracy, może przynieść szereg podpowiedzi co można zmienić na korzyść młodych stawiających pierwsze kroki na swojej ścieżce zawodowej.
Systemy kształcenia, na czele z dualnym kształceniem, są jednymi z głównych powodów dobrej sytuacji na rynku pracy dla młodych w Niemczech i Austrii. W dualnym systemie kształcenia łączy się naukę i szkolenie w zakresie zdobywania faktycznego doświadczenia w pracy. Dzięki temu nie tylko rosną szanse na otrzymanie zatrudnienia po ukończeniu szkoły, ale także spada prawdopodobieństwo nieukończenia szkoły. To, w połączeniu z mechanizmami szkoleń dla osób niekończących szkół, (których odsetek jest mniejszy w Niemczech i krajach skandynawskich niż w Portugalii czy Hiszpanii[4]), przyczyniło się do niskiego i w miarę stabilnego (nawet w czasach kryzysu) bezrobocia wśród młodych w tych krajach.
Z drugiej strony o rynku pracy decydują instytucje oraz regulacje. Szczególnie negatywny wpływ na bezrobocie wśród młodych mają rygorystyczne przepisy w zakresie zatrudniania i zwalniania pracowników. Wynika to z obaw pracodawców przed zatrudnianiem młodych ludzi, gdyż w razie perturbacji rynkowych, bądź niezadowolenia z pracownika, mogą mieć problem z rozwiązaniem umowy bez narażania się na dodatkowe koszty (m.in. ewentualne odszkodowania czy koszty postępowań sądowych). Restrykcyjność przepisów dotyczących zwalniania i zatrudniania pracowników jest skorelowana ze stopą bezrobocia osób młodych, co można dostrzec na wykresie poniżej. Większa elastyczność rynku pracy ma także przełożenie na mniejszy odsetek młodych zatrudnionych na umowy tymczasowe. Pracodawcy, mając swobodę zatrudnienia i zwalniania osób na standardowych kontraktach, czują mniejszą potrzebę by sięgać po bardziej elastyczne formy zatrudnienia.
Wykres 2. Restrykcyjność przepisów dotyczących zwolnienia i zatrudnienia pracownika a stopa bezrobocia w grupie wiekowej do 25 lat w 2017 roku
Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych Eurostat oraz Global Competitiveness Index 2017/2018
Podsumowując temat warto podkreślić, że młodzi ludzie mieszkający w Polsce są obecnie na ogół w lepszym położeniu, niż osoby w tym samym wieku jeszcze kilka czy też kilkanaście lat temu. To odwrotny trend niż w wielu krajach rozwiniętych, gdzie rośnie ryzyko ubóstwa i wykluczenia wśród młodych osób, a poprawiają się statystyki dla seniorów. Należy jednak pamiętać, że część ogólnoeuropejskich trendów, przekładających się na wyzwania dla młodych, jest obecna także w Polsce. Może to być tymczasowo mniej widoczne wskutek dobrej koniunktury w gospodarce i na rynku pracy. Dlatego warto działać na rzecz poprawy warunków rozpoczynania pracy młodych w Polsce, także ze względu na fakt coraz większego obciążenia ich licznym i starzejącym się pokoleniem, na które będą musieli w znacznym stopniu płacić.
Julia Patorska, Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte
Komentarz branżowy
Anna Stolarek, Dyrektor ds. Korporacyjnych Coca-Cola w Polsce i Krajach Bałtyckich
Do 2050 r. liczba osób w wieku produkcyjnym (18-64 lata) ma spaść
w Polsce o ok. 8 mln w porównaniu z 2015 r. To duże zagrożenie dla gospodarki, to także problem społeczny i polityczny. Przede wszystkim jednak to ogromne wyzwanie dla nas jako pracodawców. Długofalowe inwestycje w kapitał ludzki uważamy za niezwykle ważne, ponieważ to dzięki nim gospodarka może się prężnie rozwijać, a biznes tworzyć warunki do dalszego stabilnego rozwoju. Wiemy, że nie będzie on możliwy bez pracowników, bo to oni stanowią realną podstawę działania każdej firmy – mówi Anna Stolarek, Dyrektor ds. Korporacyjnych Coca-Cola w Polsce i Krajach Bałtyckich.
Anna Stolarek, Dyrektor ds. Korporacyjnych Coca-Cola w Polsce i Krajach Bałtyckich
Rynek e-commerce w Polsce rozwija się w zawrotnym tempie. Przez internet kupujemy niemal wszystko: ubrania, książki, płyty, buty. Okazuje się jednak, że nie w każdej dziedzinie się to sprawdza. Polacy nadal wolą robić zakupy spożywcze w tzw. realu niż w sieci.
Wg badań Nielsena, „Shopper omnichannelowy na rynku FMCG”, ponad połowa polskich konsumentów (56%) nie rozważa w ogóle zakupów żywnościowych w sieci, a mniej niż 1% wszystkich produktów spożywczych jest sprzedawana online. Skąd bierze się ta niechęć Polaków do kupowania jedzenia w internetowych sklepach?
Świeżość przede wszystkim
Dla polskiego konsumenta najważniejsza jest świeżość produktu. Do żywności podchodzi ze specjalną uwagą i nadal jest sceptyczny czy dostarczone mu produkty będą równie dobre jak te, które sam wybierze w sklepie. Czasami zdarza się również, że część dostawców żywności zamiast wybranego przez nas produktu przywozi zamienniki, co nierzadko budzi irytację. Zdarza się też, że czas dostawy produktu jest opóźniany ze względu na brak odpowiedniego towaru.
Innym aspektem zniechęcającym do zakupów internetowych jest to, że marki dostarczające zamówienie do domu koncentrują swoje usługi przede wszystkim w większych miastach, co sprawia, że zasięg usługi jest bardzo ograniczony. Raport „E-grocery w Polsce – zakupy spożywcze online” zrealizowany przez Mobile Institute pokazuje, że 40% kupujących online mieszka w miastach powyżej 100 000 mieszkańców, a na wsiach taki sposób kupowania wybiera tylko 7% badanych.
Z badań Nielsena wynika także, że nawet wśród zwolenników kupowania żywności internetowo, aż 70% respondentów robi to tylko raz w miesiącu albo rzadziej. Wynika to z faktu, że Polacy nie lubią siedzieć w domu i czekać aż dostaną potrzebne produkty. Szczególnie kiedy pod domem mają spory wybór niewielkich sieciowych sklepów, do których mogą zajrzeć o dowolnej godzinie. Badani wśród wad zakupów internetowych żywności wymieniali również dodatkowe opłaty (46%) oraz brak możliwości obejrzenia produktu z bliska (35%).
Osoby kupujące w sieci jako największą zaletę tej formy zakupów wymieniają duży wybór asortymentu, na który wskazało aż 47% badanych. Ankietowani doceniają również oszczędność czasu, brak konieczności dźwigania ciężkich toreb oraz zaoszczędzoną dzięki temu większą ilość czasu dla rodziny. Jakie produkty Polacy najchętniej kupują przez internet? Okazuje się, że dominują napoje (34%), alkohol (26%), pieczywo (26%) oraz warzywa i owoce (25%). Część respondentów ceni sobie również dużą liczbę specjalistycznych wyrobów, m.in. ekologicznych i dietetycznych. Co ciekawe, aż 2/3 osób kupujących w sieci stanowią kobiety, a 1/3 jest w wieku 25-34 lat.
Długa droga przed e-zakupami
Czy w takim razie rynek e-grocery ma szansę na rozwój w Polsce? Okazuje się, że jak najbardziej. – Mimo dość raczkującej pozycji e-commerce w Polsce łatwo można zauważyć, że z każdym rokiem liczba klientów decydujących się na taką formę zakupów stale się powiększa – komentuje Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska. – Daleko nam jeszcze pod tym względem do krajów zachodnich, nie mówiąc o azjatyckich, gdzie nawet 18% handlu na rynku FMCG odbywa się drogą internetową. Myślę, że potrzebujemy jeszcze kilku lat, żeby sklepy internetowe faktycznie zaczęły stanowić konkurencję dla tych stacjonarnych. Póki co większości producentów marek spożywczych bardziej opłaca się rozwijanie tradycyjnych kanałów sprzedaży.
Jakie zmiany powinny wdrożyć sklepy online żeby skłonić Polaków do kupowania bez wychodzenia z domu? Przede wszystkim powinny znieść opłaty za dowóz, gdyż jest to jeden z częściej wymienianych powodów zniechęcających konsumentów do tej formy zakupów. Według badania Nielsena aż 73% polskich konsumentów również przykłada dużą uwagę do informacji o wartościach odżywczych danego produktu, co jest jasnym sygnałem dla sklepów internetowych, aby na stronach szczegółowo opisywać swoje towary. Sklepy również powinny oferować możliwość zwrotu pieniędzy, gdy klient jest niezadowolony z zakupów oraz wymianę produktu jeszcze tego samego dnia. – W Polsce tkwi bardzo duży potencjał na rozwój rynku e-commerce. Pytanie tylko czy sprzedawcy będą w stanie przełamać opór konsumentów – dodaje Stephane Tikhomiroff.
Dopiero dziś tydzień zaczyna się na poważnie (wczoraj było święto w USA) i jak na razie z korzyścią dla dolara. Przy braku innego tematu poza pomrukiwaniem o wojnach handlowych apetyt na ryzyko nie może się rozkręcić, a za to widoczna jest presja na aktywach rynków wschodzących. Dziś rynki mają do przeanalizowania decyzję RBA, a także szeroką gamę wydarzeń z Wielkiej Brytanii.
Bank Rezerwy Australii (RBA) zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę kasową na 1,50 proc., ale to nie przeszkodziło w pozytywnej reakcji AUD. Najważniejszym elementem posiedzenia był komunikat, gdzie zmian względem poprzedniego miesiąca było niewiele. Jeśli już jakieś miały miejsce, to były pozytywne w odniesieniu do niskiej stopy bezrobocia, lekkiego przyspieszenia dynamiki płac oraz podkreślania solidnego wzrostu gospodarczego. Bank zaznaczył też, że w ciągu ostatniego miesiąca aussie osłabił się do dolara, co może być oceniane jako pozytywne zjawisko, choć historycznie przełożenie na inflację z tego tytułu nie jest znaczące. Czego zabrakło, a na co część rynku liczyła, to odniesienia się do zeszłotygodniowej decyzji jednego z czołowych banków komercyjnych o podwyższeniu oprocentowania kredytów hipotecznych. Wyższe stawki rynkowe oznaczają mniejszą presję na bank centralny w zacieśnianiu polityki pieniężnej, ale też mówi trochę o ryzykach, jakich obawia się sektor bankowy (wzrost zadłużenia gospodarstw domowych vs spadające ceny nieruchomości). Na razie jednak RBA woli widzieć szklankę do połowy pełną i skupić na pozytywnych aspektach gospodarki, co jednak nie oznacza, że w przyszłości nie dostrzeże problemów. Jakkolwiek dzisiejszy podskok AUD/USD był podyktowany zamykaniem krótkich pozycji spekulacyjnych przez rozczarowanych inwestorów, perspektywy średnioterminowe pozostają słabe. Problemy rynku nieruchomości i wciąż słaba presja płacowa (i inflacja) będą wiązać ręce bankowi centralnemu. Dodatkowo otoczenie polityczne jest niesprzyjające po tym, jak były (wyrzucony) premier Turnbull złożył mandat, przez co partia rządząca straciła większość w parlamencie. Pozostaje pesymistycznie nastawiony do AUD.
Wtorek w Europie zaczyna się od ostrego umocnienia USD, co wygląda na pewną formę odrabiania strat sprzed tygodnia. EUR/USD wydaje się głównym motorem zmian po tym, jak nieudana próba wyjścia ponad 1,17 pozostawiła niesmak, a inwestorzy znowu mogą czuć się oszukiwani z pozycją po złej stronie rynku. Ponadto brak motywu przewodniego skutkuje zaczepieniu się tego, co jest znane – wojny handlowe i napięcia na rynkach wschodzących. To blokuje rozkręcanie apetytu na ryzyko, za to pcha kapitał w stronę USD. Wyższe poziomy USD/JPY przemawiają za tym, że bardziej jest to ruch z dolara niż klasyczny risk-off.
Prasa wokół GBP ponownie jest nieprzychylna. Choć jeszcze w ubiegłym tygodniu od strony unijnego negocjatora Barniera płynęły ciepłe słowa zwiększające szanse na łagodną formę Brexitu, po weekendzie z brytyjskiej prasy przebija się krytyka strategii premier May. Dziś po wakacyjnej przerwie do prac wraca parlament brytyjski, więc można liczyć na więcej komentarzy krytyki ze strony twardych Brexitowców. Po południu przed Komisją Skarbu przemawiać będzie prezes Banku Anglii Carney w asyście Haldane’a i Tenreyro, a jednym z tematów może być przyszłość prezesa Carneya (chce skrócić swoją kadencję do czerwca 2019 r.). Stabilność składu decydentów w banku centralnym jest kluczowa w dobie brexitowych zawirowań, ale rynek zdaje się nie widzieć potencjału do pozytywnych niespodzianek dla funta i wycofuje zeszłotygodniowy optymizm. Jakkolwiek dalej oczekuję porozumienia na linii Londyn-Bruksela (choć pewnie na ostatnią chwilę), na ten moment moje przekonania są bezwartościowe.