Śląscy naukowcy i przedsiębiorcy będą pracować nad nowoczesnymi rozwiązaniami dla medycyny i sportu. W Zabrzu powstanie nowoczesne centrum inżynierskie

Śląscy naukowcy i przedsiębiorcy będą pracować nad nowoczesnymi rozwiązaniami dla medycyny i sportu. W Zabrzu powstanie nowoczesne centrum inżynierskie 1

W przyszłym roku w Zabrzu ruszy budowa Śląskiego Centrum Inżynierskiego Wspomagania Medycyny i Sportu, które powstanie na terenie Politechniki Śląskiej. Śląscy naukowcy będą prowadzić prace badawczo-rozwojowe oraz opracowywać innowacje odpowiadające na potrzeby starzejącego się społeczeństwa i współczesnej medycyny. Centrum ma pobudzić do innowacyjności śląskie firm z tego sektora. Partnerem przedsięwzięcia jest Philips, który wyposaży placówkę i laboratoria w najnowocześniejsze technologie. 

– Zakładamy, że wiosną przyszłego roku wbijemy łopatę i rozpoczniemy budowę budynków, w których będzie zlokalizowane kilkanaście nowoczesnych laboratoriów. Myślę, że w ciągu dwóch lat uporamy się z budową i wyposażeniem laboratoriów tak, aby w 2020 roku odbyło się uroczyste otwarcie – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Marek Gzik, dziekan Wydziału Inżynierii Biomedycznej Politechniki Śląskiej.

W ubiegłym tygodniu Urząd Marszałkowski i śląska uczelnia podpisali umowę dotyczącą uruchomienia Śląskiego Centrum Inżynierskiego Wspomagania Medycyny i Sportu „Assist Med Sport Silesia”. To wspólny projekt Wydziału Inżynierii Biomedycznej Politechniki Śląskiej i jednego z liderów w dziedzinie technologii medycznych – Royal Philips. Inwestycja powstaje w ramach RPO Województwa Śląskiego na lata 2014–2020, a jej całkowita wartość wyniesie 92 mln zł.

 Ludzie z pasją są w stanie rozwiązać wiele problemów natury medycznej, które przed nami stają. Mówimy o starzejącym się społeczeństwie, o wielu chorobach, które ze strony epidemiologicznej dotykają dzisiaj nasze społeczeństwo. Teraz mamy w końcu możliwość ruszyć do pracy – mówi Marcin Bruszewski, dyrektor generalny Philips na Polskę i kraje bałtyckie.

Śląskie Centrum Inżynierskiego Wspomagania Medycyny i Sportu będzie się składać z kilkunastu wyspecjalizowanych laboratoriów, w których opracowywane będą nowoczesne technologie i wyroby medyczne na potrzeby współczesnej medycyny. Dziekan Wydziału Inżynierii Biomedycznej Politechniki Śląskiej zapowiada, że jednym z projektów będzie rozwój wirtualnych technologii do rehabilitacji dzieci i osób starszych.

– To będą projekty związane z informatyzacją, która wejdzie na poziom wspomagania diagnostyki, ale także w mało inwazyjnych zabiegach chirurgicznych. Są to również projekty związane z nowymi materiałami na potrzeby implantów, które po wszczepieniu mają gwarantować ich jak najmniej agresywne oddziaływanie na środowisko tkanek. Będą też projekty związane z sensoryką oraz takie, które mają się przyczynić do wspomagania opieki społecznej. Rozwijamy systemy, które wspomagają gminy w tym, by opiekować się ludźmi starszymi i niepełnosprawnymi – mówi prof. Marek Gzik.

Projekt umożliwi też uczestnictwo w polskich i europejskich platformach technologicznych sektora medycznego.

 Philips wyposaża nasze laboratoria w swoją technologię, będziemy więc dysponować znacznie lepszym potencjałem. Będą mogli z niego skorzystać przedsiębiorcy zarówno z regionu śląskiego, jak i z całego kraju. Są to technologie, które wzbogacą produkty i usługi dla medycyny i sportu. Myślę, że będzie to ciekawa oferta nie tylko dla małej i średniej przedsiębiorczości, lecz także większych firm, które zajmują się rozwijaniem technologii na potrzeby tych dwóch obszarów. Być może jest to też interesująca oferta współpracy dla firm, które myślą o tym, by wejść w innowacyjny przemysł medyczny – mówi prof. Marek Gzik.

Docelowo na współpracy pomiędzy Politechniką Śląską a Philips Polska mają skorzystać pacjenci. Ze względu na starzejące się społeczeństwo, ograniczoną liczbę miejsc w szpitalach i liczbę lekarzy specjalistów potrzebne są nowe rozwiązania, które usprawnią proces leczenia – od diagnostyki poprzez hospitalizacje, na opiece nad pacjentem w domu kończąc. Tworzenie takich innowacji będzie właśnie zadaniem naukowców ze Śląskiego Centrum Inżynierskiego Wspomagania Medycyny i Sportu.

 Szukamy partnerów na całym świecie. Cele nasze i Politechniki Śląskiej są spójne – chcemy szukać czegoś nowego i unikatowego na rynku, co finalnie spowoduje, że pacjenci będą się czuli lepiej – mówi Marcin Bruszewski.

Marszałek województwa śląskiego Wojciech Saługa przyznaje, że powstanie Centrum i zaangażowanie tak dużego partnera jak Philips może wpłynąć na zwiększenie atrakcyjności śląskich firm i całego regionu.

– Ten projekt niesie nadzieję, że Śląsk będzie liderem biotechnologii i zmian w medycynie – nie tylko polskiej, lecz także europejskiej. Pozyskaliśmy światowego partnera, mamy wspaniałych naukowców, więc wydaje się, że jesteśmy w stanie stworzyć coś unikatowego. Zanim uruchomiliśmy projekt przez wiele lat zbieraliśmy informacje o tym, co nowego jesteśmy w stanie zrobić w ramach technologii medycznych, jak połączyć biznes, naukę i samorząd w jedno – mówi Wojciech Saługa.

Mieszkanie nie mniejsze niż 25 mkw. i aneksy kuchenne także w kawalerkach. Zmieniają się warunki techniczne w budownictwie

Mieszkanie nie mniejsze niż 25 mkw. i aneksy kuchenne także w kawalerkach. Zmieniają się warunki techniczne w budownictwie 2

1 stycznia wchodzi w życie nowelizacja rozporządzenia ministra infrastruktury i budownictwa w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie. Dla klientów deweloperów oznacza to ofertę bardziej dostosowaną do ich potrzeb i zmieniających się trendów. Nowe przepisy uderzą jednak w segment tzw. mikroapartamentów, popularnych zwłaszcza w dużych miastach.

Pierwsza podstawowa zmiana przepisów to określenie minimalnej powierzchni użytkowej mieszkania. Od 1 stycznia musi ono mieć nie mniej niż 25 mkw. Dotychczas przepisy określały precyzyjnie minimalną powierzchnię poszczególnych pomieszczeń – pokój dzienny nie mógł mieć mniej niż 16 mkw. Zmiana przepisów pozwoli bardziej elastycznie projektować układ poszczególnych pomieszczeń, jednocześnie jednak budzi obawy branży deweloperskiej.

 Stawia to pod znakiem zapytania budowę mikroapartamentów budowanych ostatnio przez deweloperów, które miały 20 bądź 22 mkw. Po zmianach niemożliwe będzie wyodrębnienie takiego lokalu jako mieszkania – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Jańczuk z agencji Metrohouse.

Jak podkreśla Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa, próg określony w rozporządzeniu pokrywa się z aktualną praktyką. Z danych GUS wynika bowiem, że przeciętna powierzchnia użytkowa przypadająca na 1 osobę w Polsce wynosi 26,7 mkw. Jednak zdaniem deweloperów powierzchnię mieszkań na rynku powinien kształtować popyt i potrzeby życiowe klientów, a nie narzucane przez ustawodawcę limity.

W tym kierunku idą pozostałe ze zmian warunków technicznych. Zgodnie z nimi w kawalerkach aneks kuchenny będzie mógł być włączony do pokoju dziennego. Takich mieszkań już dziś szukają klienci.

 Zazwyczaj single, którzy najczęściej kupują tego typu nieruchomości, rzadko gotują w domu. Połączenie tych dwóch pomieszczeń nie przeszkadza im więc tak bardzo jak w przypadku większych rodzin. Oczywiście ustawodawca narzuca tu pewne obowiązki – podkreśla ekspert Metrohouse.

W takim pomieszczeniu projektant powinien przewidzieć wentylację grawitacyjną i kuchnię elektryczną. Okap – zarówno w kuchni, jak i w aneksie – musi mieć podłączenie do dodatkowego otworu wywiewnego, a nie do przewodu kominowego.

Nowelizacja umożliwi też umieszczenie pralki w innym pomieszczeniu mieszkania niż łazienka, co dotychczas było obowiązującą normą.

 Warunki rynkowe i warunki mieszkaniowe Polaków zmieniają się na tyle, że pralkę lokujemy w innych pomieszczeniach, np. w pralni czy w kuchni. Teraz technicznie taka możliwość będzie dopuszczona – podkreśla Marcin Jańczuk.

Nowelizacja warunków technicznych w budownictwie wprowadzi także zmiany w parkingach.

Dziś miejsca parkingowe są zbyt małe na gabaryty samochodów, jakimi się poruszamy. Ustawodawca przewiduje powiększenie tych miejsc z 2,3 m szerokości do 2,5 m, tak aby swobodnie można było manewrować w podziemnych parkingach i stawiać samochody obok siebie – tłumaczy Marcin Jańczuk.

Przy budynkach jednorodzinnych dopuszczono możliwość sytuowania miejsc parkingowych bez zachowania minimalnych odległości od okien budynku czy granicy działki. Dla większych budynków mieszkalnych i parkingów odległość ta wynosi 10 m, ale od stycznia nie będzie to ograniczenie dotyczyły stanowisk postojowych dla niepełnosprawnych.

Zmiany prawa dotkną również firmy projektujące i budujące obiekty komercyjne. Po długich konsultacjach publicznych i uzgodnieniach w rozporządzeniu znalazł się obowiązek zapewnienia w budynkach gastronomii, handlu lub usług, a na stacjach paliw pomieszczenia do karmienia i przewijania dzieci. Będzie to dotyczyło nowo projektowanych lub przebudowywanych budynków o powierzchni użytkowej powyżej 1000 mkw. oraz stacji benzynowych powyżej 100 mkw.

Połączenie mózgu z komputerem pozwoli rozwinąć nowe zmysły. Już wkrótce będzie także możliwe odtworzenie uszkodzeń mózgu, w tym pamięci i mowy

Połączenie mózgu z komputerem pozwoli rozwinąć nowe zmysły. Już wkrótce będzie także możliwe odtworzenie uszkodzeń mózgu, w tym pamięci i mowy 3

Połączenie mózgu z komputerem to szansa na rozwijanie nowych zmysłów. Dzięki elektrodom umieszczanym na korze mózgowej można odtworzyć uszkodzenia w mózgu. Obecnie pacjenci mogą odzyskać funkcje ruchowe i czuciowe, w przyszłości mogą to być także funkcje poznawcze, jak pamięć i mowa. Globalny rynek urządzeń neurologicznych w latach 2017–2022 ma rosnąć w tempie 9,1 proc. średniorocznie. Z prognoz Transparency Market Research wynika, że w 2019 roku rynek będzie wart już 13,6 mld dol.

– To, co w tej chwili się dzieje na całym świecie, to tendencja do neurorestauracji, czyli do odtwarzania pewnych uszkodzeń mózgu, które pojawiły się w drodze udaru mózgu albo np. wypadku samochodowego. Jeżeli osoby przestają mieć możliwość ruszania kończynami, implantuje się im na korze mózgowej elektrody, które pomagają odzyskać tego typu funkcje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paweł Soluch, prezes zarządu Neuro Device Group.

Nowe technologie coraz mocniej kładą nacisk na zwiększenie funkcji mózgu człowieka. Dzięki stworzonym interfejsom mózg-komputer można sprawdzić, jak mózg reaguje na określone bodźce, jak zapach czy dźwięk. Rozszerzanie zmysłów pozwala m.in. osobom ze znacznym ubytkiem słuchu, dzięki analizatorowi mowy połączonemu z nerwem słuchowym. Wczepione do mózgu mało inwazyjne elektrody są zaś w stanie odbudować utracone w wyniku wypadku umiejętności. Wraz z rozwojem technologii możliwości odtworzenia ubytków neurologicznych będzie coraz więcej.

– Jest już firma, która obiecała dostarczyć nowy typ elektrody, który rozwiąże wiele problemów. Elektroda będzie nieinwazyjna, znacznie wydajniejsza w pracy. Firma ma nawet chęć odtworzenia ludzkiego wzroku, czyli po uszkodzeniu oczu albo nerwowej drogi wzrokowej będziemy w stanie użyć kamery, połączenia z korą, która odpowiada za wzrok i to stymulowanie będzie odtwarzało zmysł wzroku – tłumaczy Paweł Soluch.

We wrześniu 2017 roku naukowcy z Uniwersytetu Witwatersrand w Johannesburgu uzyskali bezpośrednie połączenie między ludzkim mózgiem a internetem. Za pomocą elektroencefalogramu, który wykrywa sygnały elektryczne w mózgu, możliwa była transmisja aktywności neurologicznej do komputerów, dane były na bieżąco przesyłane do programu na stronie internetowej, którą można było wyświetlić w dowolnym momencie.

– To na pewno kolejny skok technologiczny, ale jest znacznie więcej przełomowych technologii właśnie w tej dziedzinie, jaką jest BCI (Brain-Computer Interface – przyp.red.). To dziedzina, w której próbuje się połączyć mózg człowieka z jakimikolwiek innymi zewnętrznymi urządzeniami. BCI daje możliwość zdobywania nowych zmysłów – ocenia ekspert.

Według firmy analitycznej Research and Market globalny rynek urządzeń neurologicznych w latach 2017–2022 ma rosnąć średniorocznie w tempie 9,1 proc. Z prognoz Transparency Market Research wynika, że rynek ten w 2019 roku będzie wart już 13,6 mld dol. Tempo wzrostu może być jednak znacznie szybsze. Jeszcze niedawno uszkodzenia mózgu były w dużej mierze nieodwracalne. Odzyskanie części zmysłów możliwe dzisiaj to tylko początek.

– Korzyści są ogromne. Pacjenci mogą odzyskać utracone funkcje, w tej chwili mówi się o funkcjach ruchowych i czuciowych, o poruszaniu, zejściu z wózka na nowo np. w przypadku uszkodzenia rdzenia kręgowego przy skoku do wody. W przyszłości będzie się też rozpatrywało takie funkcje, jak czucie, funkcje poznawcze, czyli pamięć, mowa, wszystkie działania, które są w tej chwili wykonywane, zmierzają w tym kierunku – przekonuje prezes Neuro Device Group.

Nowa technologia może jednak nieść ze sobą pewne zagrożenia. Mówi się już, że w ciągu najbliższych kilkunastu-kilkudziesięciu lat człowiek może przypominać cyborga. Założyciel Facebooka, Mark Zuckerberg, chce przeznaczyć trzy mld dol. na fundację charytatywną, której jednym z celów jest stworzenie specjalnego implantu i interfejsu, za pomocą którego można by bezprzewodowo odczytywać ludzkie myśli. 50 mln dol. ma zaś trafić na badania systemów neuroobrazowania 3D, które pozwolą skuteczniej obserwować procesy, jakie zachodzą w ludzkim mózgu.

Elon Musk i jego niedawno założona firma Neuralink ma prowadzić działalność medycznego centrum badawczego, które pozwoli połączyć ludzki mózg z komputerem. Implantowane do mózgu mikrourządzenia pomogłyby osobom z trwałym uszkodzeniem mózgu, a nowe urządzenie mogłoby służyć w walce z wysoko rozwiniętą sztuczną inteligencją.

–  Elon Musk powiedział, że jeżeli sztuczna inteligencja i te technologie okażą się miłe dla nas, to w najlepszej sytuacji będziemy pupilami w formie kotów, które będą chodziły wśród sztucznej inteligencji. To najłagodniejsza wizja, już teraz mamy do czynienia z wyłączaniem algorytmów sztucznej inteligencji po kilku miesiącach ich pracy, bo naukowców przeraża efekt działania sztucznej inteligencji – przestrzega Paweł Soluch.

Konsumenci stają się coraz bardziej nieufni. Firmom trudniej unikać wizerunkowych kryzysów

Konsumenci stają się coraz bardziej nieufni. Firmom trudniej unikać wizerunkowych kryzysów 4

Wizerunek marki to jej kapitał, który przekłada się na wymierne korzyści sprzedażowe i finansowe. Z roku na rok konsumenci stają się jednak coraz bardziej sceptyczni i nieufni, a dzięki nowoczesnym technologiom ich głos jest bardziej słyszalny. To powoduje, że firmom trudniej jest uniknąć wizerunkowych kryzysów. Aby im zapobiegać, konieczne jest działanie u podstaw, czyli prowadzenie biznesu w zgodzie z etyką. Przyda się też przygotowany wcześniej plan komunikacji na wypadek wizerunkowego kryzysu.

– Żyjemy w czasach dużego kryzysu zaufania społecznego. Tracą je nawet te osoby i instytucje, które zawsze cieszyły się dużym zaufaniem. Przy dzisiejszej szybkości życia i szybkości mediów o kryzys nietrudno. Aby go uniknąć, przede wszystkim trzeba myśleć długofalowo. Najpierw robić to, co właściwe i etyczne, a dopiero na tej bazie budować reputację marki i firmy w przemyślany sposób – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Mejer, rzecznik prasowy Procter&Gamble.

Edelman, jedna z największych na świecie agencji public relations, od 20 lat na bieżąco monitoruje poziom społecznego zaufania do firm i biznesu, rządów, mediów i organizacji pozarządowych. Ostatnia edycja „Barometru zaufania” pokazała największy spadek w dotychczasowej historii badania. Politykom ufa średnio 29 proc. osób, nieco więcej – szefom korporacji (37 proc.). Największym zaufaniem – które nie przekracza jednak 43 proc. – nadal cieszą się media.

Z roku na rok konsumenci stają się jednak coraz bardziej sceptyczni i nieufni. To powoduje, że markom i firmom trudniej jest uniknąć wizerunkowych kryzysów. Dobrze przygotowana komunikacja na wypadek kryzysu i odpowiednia strategia w social mediach to dla firm niezbędnik w kreowaniu wizerunku.

– Obszary budowania reputacji mogą być różne i warto je dobrze określić, a potem przez lata konsekwentnie budować. Kiedy zdarzy się kryzys, wtedy należy mieć nadzieję, że dobrze wykonaliśmy tę pracę i możemy się odwołać do tego, co zbudowaliśmy jako reputację marki. Będziemy też mogli sięgnąć do ludzi, którzy nam ufają, korzystać z nich jako ambasadorów naszej dobrej reputacji – mówi Małgorzata Mejer.

W mijającym roku przez media przetoczyło się kilka dużych kryzysów z udziałem znanych brandów. Z dużą wizerunkową wpadką musiał sobie poradzić m.in. Maspex, producent energetyków Tiger, który w rocznicę powstania warszawskiego opublikował w social mediach grafikę z wyprostowanym środkowym palcem przewiązanym czerwoną kokardą, tytułem „1 sierpnia. Dzień Pamięci” oraz podtytułem – „Chrzanić to, co było. Ważne to, co będzie!”. Reklama odbiła się szeroko w mediach tradycyjnych, jak i społecznościowych i dotarła do kilku milionów internautów, z których zdecydowana większość ostro skrytykowała Tigera, nawołując do bojkotu produktów tej marki.

W Polsce i innych krajach europejskich krytyka spadła też na sieć spożywczą Lidl, która na opakowaniach produktów sprzedawanych w ramach Tygodnia Greckiego wykorzystała zdjęcia świątyni na wyspie Santorini. Z czasem okazało się, że zostały one poddane obróbce graficznej i usunięto z nich krzyże.

– Reputacja marki jest ważna w każdym sektorze, ale z uwagi na to, jak ważne w życiu każdego z nas jest bezpieczeństwo żywności, zaryzykuję stwierdzenie, że w tej branży wizerunek najszybciej można stracić i najtrudniej go odbudować – zauważa Arkadiusz Mierzwa, kierownik ds. komunikacji korporacyjnej w Jeronimo Martins Polska.

Sektor spożywczy jest w szczególności zobowiązany do zachowania najwyższych standardów produkcji, transportu żywności czy kontroli jakości pod kątem bezpieczeństwa. Stwarza to duże pole do popisu dla ekspertów od PR-u do organizowania akcji społecznych i edukacyjnych związanych ze zdrowym odżywianiem czy kształtowaniem pozytywnych nawyków konsumenckich. Z drugiej strony kryzys wizerunkowy w tej branży może być tragiczny w skutkach z punktu widzenia przychodów czy wizerunku marki.

– Jesteśmy tym, co jemy i pijemy. Konsumenci muszą mieć pewność, że produkty, które wybierają, są najwyższej jakości. Muszą być pewni, że wybierając dany produkt, dostają wyłącznie dobry smak, a nie jakąkolwiek dawkę ryzyka. A na odbiór każdego produktu poza smakiem ogromny wpływ ma też reputacja jego producenta – mówi Arkadiusz Mierzwa.

Ponad 12 mln Polaków korzysta w internecie z nielegalnych źródeł treści. Rośnie liczba osób przenosząca się do tzw. darknetu

Ponad 12 mln Polaków korzysta w internecie z nielegalnych źródeł treści. Rośnie liczba osób przenosząca się do tzw. darknetu 5

Co drugi internauta w Polsce korzysta z nielegalnych źródeł treści. Największym zainteresowaniem cieszą się źródła plików wideo oraz audiobooków. Płacąc pirackim serwisom kilka lub kilkanaście złotych miesięcznie, Polacy zasilają je sumą około 900 mln zł rocznie. Choć dostępu do nielegalnych treści szukamy przede wszystkim w oficjalnym internecie, część internautów przenosi się do sieci TOR, gdzie możliwe jest ukrycie tożsamości. W otwartej sieci ślad zostaje zawsze. Zdaniem ekspertów, jeśli jednak zachowujemy odpowiednie środki bezpieczeństwa, braku anonimowości nie należy się obawiać.

– Szara strefa istnieje, internet jest naturalnym miejscem, gdzie można w sposób nielicencjonowany dostarczać treści albo usługi. Staramy się znaleźć filmy na darmowych serwisach, polscy wydawcy co chwila starają się wykonać jakąś akcję rynkową, żeby promować legalny, licencjonowany content. Razem z coraz szerszą ofertą i z coraz bardziej adekwatną ceną za te treści szara strefa będzie systematycznie maleć, ale nigdy nie zniknie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Emil Pawłowski z firmy Gemius.

Stowarzyszenie Kreatywna Polska i firma doradcza Deloitte przygotowały raport obrazujący skalę piractwa w polskim internecie i wpływ, jaki wywiera ono na kulturę i gospodarkę. Wynika z niego, że około 12 mln Polaków, czyli średnio co drugi internauta, korzysta w sieci z nielegalnych źródeł i treści. W ubiegłym roku szacunkowa suma wydatków poniesionych na serwisy pirackie przez użytkowników internetu wyniosła około 900 mln zł. To równowartość dziewięciu rocznych budżetów Biblioteki Narodowej albo suma, za którą można kupić prawie 50 mln biletów do kina.

Szacunkowy łączny przychód pirackich serwisów w 2016 roku wyniósł ok. 745 mln zł. Przeważnie treści, nawet pirackich, szukamy w oficjalnej sieci, część internautów przenosi się jednak np. do sieci TOR (The Onion Router). To wirtualna, szyfrowana sieć komputerowa, mająca zapewnić użytkownikom anonimowość. Popularnie nazywana jest darknetem lub „ukrytym internetem”. Jak przekonują eksperci, nie można się jednak w pełni ukryć w internecie.

– Sieć TOR zaspokaja podstawową potrzebę użytkowników internetu, tzn. bycie całkowicie anonimowym. Nie jest to oczywiście tak do końca możliwe, bo jednak ktoś jest właścicielem rury i ma świadomość, kogo podłączył do tego miejsca, niemniej jednak sieć TOR ma zaspokoić tę potrzebę anonimowości – tłumaczy Emil Pawłowski.

W sieci TOR ukrywanie tożsamości jest możliwe dzięki przekazywaniu zapytania do strony internetowej przez kolejne węzły komunikacyjne, a każdy zna tylko adres poprzedniego węzła, to tzw. trasowanie cebulowe. Sieć pozwala nie tylko na anonimowe przeszukiwanie internetu, lecz także na anonimowe publikowanie treści.

– Moim zdaniem większość Polaków nie ma jednak takich potrzeb, nawet jeśli chodzi o dostęp do nielegalnych treści. Chętniej szukamy ich w oficjalnym internecie. Dlatego traktuję TOR bardziej jako ciekawostkę, buzzword i próbę stworzenia miejsca całkowicie poza jakąkolwiek regulacją i władzą rządów niż zjawisko, które w istotny sposób może wpłynąć na biznes online w Polsce czy w Europie – przekonuje ekspert Gemius.

Część osób woli jednak ukrywać swoją tożsamość. Nawet nie ze względu na korzystanie z pirackich stron, ale ze względu na własne bezpieczeństwo. Każdy ruch w internecie zostawia ślady, a historia naszych działań jest praktycznie nie do usunięcia w całości.

– Jeżeli chcielibyśmy być całkowicie anonimowi w sieci, to nie powinniśmy z niej korzystać. Technologia internetu i realizacji komunikacji przy użyciu internetu polega na tym, że cały czas jest ktoś, kto nas podsłuchuje – dostawca infrastruktury czy aplikacji, każdy z nich ma dostęp do naszych danych. Anonimowość jest stuprocentowo niemożliwa, niemniej jednak nie powinniśmy rozmawiać o tym, jak być anonimowym, tylko o tym, czy powinniśmy obawiać się braku anonimowości – podkreśla Emil Pawłowski.

Ryzykowna może się okazać przede wszystkim możliwość wykradzenia danych, czego obawia się duża część internautów. Rośnie liczba ataków na dane wrażliwe, w tym te do logowania do bankowości internetowej. W tej kwestii wystarczy jednak pamiętać o podstawowych zasadach bezpieczeństwa, m.in. korzystaniu z zabezpieczonych sieci WiFi czy sprawdzaniu, czy logowanie odbywa się za pośrednictwem zabezpieczonej witryny.

– Na co dzień nie korzystamy z sieci w taki sposób i nie zostawiamy takich informacji, z których ktoś mógłby skorzystać i zrobić nam krzywdę. Tak długo, jak pamiętamy o podstawowych, dobrych praktykach bezpieczeństwa związanych z korzystaniem z naszych kont bankowych i profilów społecznościowych tak, żeby nikt się pod nas nie podszył, jesteśmy bezpieczni w sieci, natomiast na pewno nie będziemy nigdy w pełni anonimowi – podsumowuje Emil Pawłowski.

Dwucyfrowe tempo wzrostu wynagrodzeń w 2018 r.?

Wynagrodzenia rosną w rekordowym tempie. To już o ponad 7 proc. rocznie. Czy możliwy jest ponad 10 proc. wzrost w 2018 r.? I kto by na tym zyskał, a kto stracił?

-Patrząc na ostatnich 20-15 lat, to tempo wzrostu wynagrodzeń zostało trochę w tyle za wzrostem PKB – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Czy 10 proc. wzrostu w 2018 r. jest możliwe? – Ja zakładam, że to będzie nieco powyżej 7 proc. – ocenia dr Przemysław Kwiecień. – W Rumunii czy na Węgrzech wynagrodzenia wystrzeliły jeszcze bardzie, u nas ten wzrost tłumił napływ pracowników z Ukrainy, ale pracodawcy coraz bardziej obawiają się napięć na rynku pracy.

Dwucyfrowe tempo wzrostu wynagrodzeń w Polsce byłoby niezdrowe, jak ocenia ekspert: – Przez chwilę może być dobrze, ale jak tylko przyjdą jakieś kłopoty gospodarcze, ograniczające na przykład eksport, to pracodawcy będą musieli zwalniać pracowników, ze względu na koszty pracy. Jeżeli chodzi o długofalowe interes pracowników, to dla nich byłoby lepiej,  aby wynagrodzenia rosły mniej więcej w tempie wzrostu gospodarczego.

Prognozy gospodarcze Pracodawców RP na 2018 rok

W roku 2018 polska gospodarka i rynek pracy wejdą rozpędzone w stopniu nie widzianym od czasu wybuchu światowego kryzysu finansowego przed dekadą. Nie można wykluczać, że będzie to rok, w którym utrzymujące się od kilku lat pozytywne tendencje w gospodarce ulegną odwróceniu, na przykład na skutek większego tąpnięcia wartości aktywów na rynkach finansowych. Przesłanką przemawiającą za tym scenariuszem są stopniowo rosnące stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych oraz perspektywa zacieśniania kursu polityki monetarnej w innych dużych gospodarkach. Powód do niepokoju może również stanowić skokowy wzrost kosztów materiałowych, osobowych i usług obcych dla firm, który zaczyna przekładać się na powstawanie większych zatorów płatniczych oraz pogorszenie płynności finansowej.

Jeśli tylko uda się uniknąć poważnych negatywnych szoków, można jednak liczyć na dalszy spadek bezrobocia oraz coraz szybszy wzrost płac w 2018 r. Stopa bezrobocia wynikająca z badań aktywności ekonomicznej ludności może spaść nawet poniżej 4%. W niektórych miesiącach wzrost przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw może zaś sięgnąć ponad 10% w ujęciu rok do roku. Będzie to czynnik nasilający presję inflacyjną, coraz wyraźniej widoczną w polskiej gospodarce.

Konstytucja biznesu

Początek 2018 r. to rozpoczęcie sejmowego etapu prac nad wyczekiwanym od listopada 2016 r. pakietem ustaw ułatwiających prowadzenie działalności gospodarczej, nazwanym z wielką pompą “Konstytucją biznesu”. W ramach tego pakietu centralne miejsce zajmuje Prawo przedsiębiorców, które zastąpi uchwaloną w 2004 r. i wielokrotnie nowelizowaną ustawę o swobodzie działalności gospodarczej. Prawo przedsiębiorców ma doprowadzić do odnowy relacji administracji z biznesem, wprowadzając katalog istotnych zasad, m.in. domniemania uczciwości przedsiębiorcy oraz rozstrzygania wątpliwości faktycznych na korzyść przedsiębiorcy. Przewiduje się również powołanie Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, jednak instytucja ta nie zostanie najpewniej wyposażona w najbardziej potrzebne jej uprawnienia, jak np. prawo wstrzymywania kontroli prowadzonej u przedsiębiorcy.

Nowe prawo zamówień publicznych

Gospodarowanie publicznymi pieniędzmi wymaga wielkiej odpowiedzialności. Trzeba je wydawać w sposób roztropny – oszczędnie, efektywnie, a jednocześnie realizując istotne elementy polityki państwa, jak np. wspieranie innowacji, ochrony środowiska. Ważne jest to, by zamówienia kreowały pożądane trendy, w tym wysokie standardy zatrudnienia. Aktualna ustawa – Prawo zamówień publicznych, po licznych nowelizacjach, nie jest w stanie zapewnić realizacji powyższych wymagań. Dlatego rok 2018 będzie poświęcony na przygotowanie nowej ustawy, która oprócz tych wymagań będzie odpowiadać wymogom drugiej dekady XXI w. Oczekujemy, że wykonawcy przestaną być traktowani z góry przez zamawiających – staną się dla nich partnerem w realizacji zamówienia, a nie petentem. Nie można zapomnieć też o takich kwestiach jak waloryzacja wartości zamówienia, by przedsiębiorcy nie zostawali z tym ryzykiem sami. Liczymy, że Urząd Zamówień Publicznych oraz Ministerstwo Rozwoju skorzystają ze wsparcia oferowanego przez partnerów społecznych w ramach Rady Dialogu Społecznego, która włożyła wiele wysiłku w udane wdrożenie unijnych dyrektyw w nowelizacji Prawa zamówień publicznych w połowie 2016 r.

Kodeks urbanistyczno-budowlany

Kodeks ma skupić w jednym akcie prawnym regulacje dotyczące planowania i gospodarki przestrzennej oraz przepisy budowlane. Przy okazji nastąpi uproszczenie procedur i usprawnienie biurokratycznej strony procesu budowlanego. O tym, że jest to nasza bolączka świadczą coroczne raporty Banku Światowego Doing Business. Niestety, kodeks cały czas nie może trafić do Sejmu. Po dwóch latach prac nad w dużej mierze gotowym projektem nadszedł moment, by przyspieszyć i zmierzać ku uchwaleniu nowych regulacji. Dotychczas zamiast kompleksowej nowelizacji sięgano po tzw. specustawy, które ułatwiały inwestycje drogowe, kolejowe czy energetyczne. Czas uprościć przepisy dla wszystkich.

Inwestycje w infrastrukturę teleinformatyczną

Dynamiczny rozwój gospodarczy w dużej mierze zależy od odpowiedniego poziomu infrastruktury. Mowa tu zarówno o drogach, szlakach kolejowych, lotniskach czy portach, jak również o sieciach światłowodowych oraz mobilnych. Internet jest niezbędnym elementem rozwoju gospodarczego i kluczowym czynnikiem napędzającym tzw. Rewolucję Cyfrową. Polska ma już dość dobrze rozwiniętą infrastrukturę zapewniająca dostęp do mobilnego Internetu, lecz nadal wymagane są duże inwestycje w sieci światłowodowe. Planowane są duże inwestycje – likwidacja białych plam, podłączenie wszystkich szkół do szybkiego Internetu. Istotną rolę w tym procesie odgrywają środki unijne dedykowane zapewnieniu dostępu do szybkiego Internetu – mowa o Programie Operacyjnym Polska Cyfrowa, w ramach którego ok. 1 mld euro przeznaczono na wsparcie rozbudowy infrastruktury cyfrowej. Pieniądze to jednak tylko jedna strona medalu. Oprócz zapewnienia środków finansowych bardzo ważne jest stworzenie sprzyjającego inwestycjom otoczenia prawno-regulacyjnego. Niestety, aktualnie przepisy w wielu aspektach utrudniają inwestycje bądź obniżają ich rentowność. Usunięcie barier i wąskich gardeł w tym obszarze jest ważne, aby uwolnić potencjał modernizacyjny naszej gospodarki i sprzyjać wyrównywaniu szans rozwojowych pomiędzy poszczególnymi regionami naszego kraju.

Energetyka

Branża energetyczna ma do wypełnienia jedno, podstawowe zadanie. Zapewnić gospodarce i społeczeństwu bezpieczeństwo energetyczne, rozumiane jako nieprzerwane, ciągłe dostawy energii elektrycznej, po społecznie akceptowalnej cenie. Musi to być taka cena, która nie tylko pokryje uzasadnione koszty działalności energetycznej, ale także nie spowoduje utraty konkurencyjności przez całą polską gospodarkę i nie wydrenuje kieszeni statystycznego Kowalskiego.

Taką obietnicę złożył polskiemu odbiorcy energii elektrycznej rząd PiS-u dwa lata temu. Z kolei przedsiębiorcy i obywatele ze swojej strony rozważnie podeszli do zamierzonych w energetyce reform i, co więcej, zgodzili się na finansowe wsparcie dla energetyki, chociażby za sprawą niedawno uchwalonej ustawy o rynku mocy. To na podstawie tej ustawy do polskiej energetyki trafi dodatkowo 27 mld zł w ciągu najbliższych 10 lat, co powinno zapewnić nam wszystkim bezpieczeństwo energetyczne, a samej energetyce – możliwości koniecznej restrukturyzacji i unowocześnienia. Żadna inna branża polskiej gospodarki nie otrzymuje takiego wsparcia a priori i każda musi wypracować środki na swój rozwój i inwestycje z własnej działalności na rynku. Dlatego trzeba bacznie monitorować poczynania rządu w obszarze energetyki, a także samych energetyków i poddać wydatkowanie tych olbrzymich pieniędzy publicznemu nadzorowi. Myślę, że Rada Dialogu Społecznego jest miejscem predestynowanym do pełnienia takiej roli.

Pod adresem Rządu RP nadzorującego państwową energetykę należy sformułować jedno podstawowe oczekiwanie. Jesteśmy zmęczeni obietnicami. Interesuje nas tempo ich realizacji. Niech Rząd RP rozstrzygnie niezwłocznie podstawowe dylematy polskiej energetyki. Chcemy wiedzieć kiedy będzie formalny dokument o strategii dla energetyki – czyli polityka energetyczna Polski? Jakim miksem energetycznym chcemy dysponować w kolejnych dziesięcioleciach i jakie będą kamienie milowe tego procesu? Jaki udział węgla oraz Odnawialnych Źródeł Energii przybliży nas do realizacji klimatycznych priorytetów UE? Czy o podstawach preferencji dla polskiego węgla przesądza de facto podstawowy rachunek efektywności, czy jest to tylko realizacja wyborczych deklaracji? Czy i kiedy zrealizujemy projekt energetyki jądrowej? Kiedy skuteczniej zaczniemy zwalczać smog w powietrzu nad Polską, bo już nie rzecz tu w kosztach tej batalii, ale chodzi o życie i zdrowie dziesiątków tysięcy polskich obywateli!

Nowe Kodeksy Pracy

W marcu 2018 r. mają zostać przedstawione projekty nowych Kodeksów pracy — indywidualnego i zbiorowego prawa pracy. Od września 2016 r. nad ich przygotowaniem pracuje Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy. Kodeksy mają być bardziej nowoczesne i lepiej dostosowane do potrzeb zarówno pracodawców, jak i pracowników. Przepisy mają odpowiadać współczesnym warunkom pracy oraz wyzwaniom i zjawiskom występującym na rynku pracy. W kodeksie znajdą się nowe, bardziej elastyczne regulacje dotyczące m.in. czasu pracy czy pracy z domu. Zostaną także zmodyfikowane zasady świadczenia pracy na podstawie umów cywilnoprawnych. Co ważne, projekty kodeksów będą poddane konsultacjom na forum RDS. Od efektów negocjacji między organizacjami pracodawców, związków zawodowych a rządem będzie zależał kształt nowych przepisów i dalszy los obu kodeksów. O tym, jaki on będzie przekonamy się już w przyszłym roku.

Rozszerzenie prawa koalicji związkowej

W 2018 r. zostanie uchwalona i zacznie obowiązywać nowelizacja ustawy o związkach zawodowych, która przyznaje prawo do tworzenia i wstępowania do związków samozatrudnionym i osobom pracującym na umowach cywilnoprawnych. Zyskają one również analogiczne uprawnienia jak związkowcy na umowach o pracę, w tym tzw. etaty związkowe czy ochronę przed zwolnieniem. Nowe przepisy są dość rewolucyjne i dlatego wywołują kontrowersje. Ich funkcjonowanie w praktyce może okazać się problematyczne. I to nie tylko ze względu na już zgłaszane wątpliwości natury prawnej, ale także na ryzyko nadużyć związane ze sprawowaniem funkcji związkowych jedynie w celu uzyskania ochrony przed zwolnieniem. Efektem tych zmian będzie także wzrost kosztów i obowiązków po stronie firm.

Zatrudnianie cudzoziemców

Z początkiem 2018 r. wchodzą w życie istotne zmiany prawne związane z zatrudnieniem cudzoziemców. Zostanie wprowadzony nowy typ zezwolenia na pracę sezonową, a dotychczasowa tzw. procedura oświadczeniowa będzie zmodyfikowania. Pracodawcy muszą też liczyć się z ponoszeniem opłat przy składaniu wniosków. Stąd właśnie obserwowany w ostatnim czasie wzrost liczby składanych wniosków i związane z tym kolejki w urzędach pracy. W przyszłym roku należy spodziewać się jeszcze większego napływu cudzoziemców, zainteresowanych podjęciem pracy w Polsce. I to nie tylko z Ukrainy i Białorusi, ale także z Indii czy Nepalu. Dlatego niepokojące są zapowiedzi MRPiPS dotyczące planów wprowadzenia limitów w zatrudnianiu obcokrajowców. Brak pracowników będzie wymuszał podjęcie konkretnych działań w zakresie polityki rynku pracy oraz polityki migracyjnej, z czym rząd będzie musiał zmierzyć się już w przyszłym roku.

Dialog społeczny

W związku z przejęciem przez rząd przewodnictwa w RDS oraz zapowiedziami ze strony samego Premiera, w przyszłym roku należy spodziewać się wzmocnienia roli Rady. Dlatego liczymy, że to w RDS będą wypracowywane najważniejsze rozwiązania dotyczące spraw społeczno-gospodarczych, a partnerzy społeczni nie będą pomijani w procesie legislacyjnym, co dotychczas się zdarzało. Ponadto w 2018 r. czeka nas nowelizacja ustawy o RDS. Została ona wypracowana przez partnerów społecznych i przejęta jako inicjatywa legislacyjna Prezydenta RP. Zmierza ona do usprawnienia działalności RDS i zwiększenia jej kompetencji poprzez np. wprowadzenie możliwości wnioskowania o wydanie ogólnej interpretacji podatkowej.

Zdrowie

Rok 2018 ma być rokiem, w którym stopniowo zaczną wzrastać nakłady na sektor ochrony zdrowia w Polsce, które docelowo mają wynieść 6% PKB w 2025 r. Czas pokaże, czy większe finansowanie przełoży się na lepszą dostępność i jakość świadczeń opieki zdrowotnej dla Polaków. Choć cieszy stopniowy wzrost nakładów państwa na ochronę zdrowia, trzeba podkreślić, że konieczny jest większy i dużo szybszy wzrost oraz poprawa efektywności gospodarowania środkami, zwłaszcza w kontekście rosnących oczekiwań pacjentów i niekorzystnych prognoz demograficznych.

Biorąc bowiem pod uwagę niepokojący trend odejścia od modelu ubezpieczeniowego, opartego na współistnieniu podmiotów prywatnych i publicznych, trudno oczekiwać poprawy konkurencyjności, a co za tym idzie, jakości i efektywności udzielanych świadczeń. Nadchodzący rok prawdopodobnie upłynie więc pod znakiem dalszego ograniczania prywatnemu sektorowi dostępu do środków publicznych pod hasłem ryczałtowego wsparcia podmiotów, którym udało znaleźć się w sieci szpitali. Przypomnijmy, że na 454 szpitali prywatnych zaledwie 51 znalazło się w sieci. Tymczasem wartość świadczeń zdrowotnych udzielonych przez szpitale prywatne – liczona już w miliardach złotych – pokazuje, że ten segment rynku zdrowotnego powinien być uznany za konieczny dla sprawnego systemu. Dalsze systemowe wykluczanie podmiotów niepublicznych z publicznego finansowania doprowadzi do niewydolności publicznego systemu i dalszego wzrostu współpłacenia pacjentów, którego spodziewać się można także w nadchodzącym roku.

Od kilku miesięcy obserwujemy boje środowiska medycznego o kwestie wynagrodzeń, czasu pracy i form zatrudnienia. W 2018 r. prawdopodobnie kolejne grupy zawodów medycznych będą walczyć o lepsze finansowanie i miejsce w systemie, co bez konstruktywnego dialogu wszystkich zainteresowanych stron może doprowadzić do kolejnych kryzysów.

W nadchodzącym roku możemy spodziewać się także zmian w polityce lekowej. Resort zdrowia zapowiada opracowanie kompleksowej strategii w tym zakresie, która ma powstać w oparciu o wskaźniki epidemiologiczne i mapy potrzeb zdrowotnych. Zapowiadana nowelizacja ustawy refundacyjnej może przynieść ustanowienie zasady sztywnego przeznaczenia 17 % środków Narodowego Funduszu Zdrowia na budżet refundacyjny. Z kolei od dawna oczekiwana ustawa o jakości w ochronie zdrowia ma stymulować poprawę świadczeń opieki zdrowotnej.

Rok 2018 to rok kluczowych, przełomowych wyzwań nie tylko dla Ministra Zdrowia, świadczeniodawców a przede wszystkim Pacjentów. Wielokrotnie postulowaliśmy przeprowadzenie zmian oraz budowę sieci szpitali na innych zasadach, bardziej przyjaznych dla Pacjenta. Jednak mając na względzie dobro właśnie tych ostatnich, dalej będziemy wspierać przeprowadzenie reform proponując kolejne ich modyfikacje.

Nowe otwarcie w relacjach między podatnikami i urzędnikami

Przedstawiciele Rządu zapowiadają nowe otwarcie w relacjach między podatnikami i urzędnikami. Taki cel przyświecał decydentom już podczas wdrażania przepisów o Krajowej Administracji Skarbowej w marcu 2017 roku. Teraz jest to jeden z głównych postulatów wyrażonych w Konstytucji dla Biznesu. Przedsiębiorcy z optymizmem (co prawda umiarkowanym, ale jednak optymizmem) patrzą na te zapowiedzi. Przed resortem finansów i kierownictwem KAS stoi bez wątpienia niełatwe zadanie, bowiem niemożliwe jest, aby zmienić mentalność urzędników samym tylko zapisem w ustawie. Wierzymy jednak, że kierownictwo KAS podejmie zdecydowane działania w tym zakresie, przeprowadzi szkolenia swoich pracowników i będzie kontrolowało jakość ich pracy nie tylko pod kątem wyników, lecz także podejścia do podatników. Pracodawcy RP będą bacznie przyglądać się, czy te huczne zapowiedzi będą wdrażane w życie i czy zmiana relacji na linii urzędnik-podatnik będzie rzeczywiście odczuwalna.

Wsparcie dla nowych inwestycji

W 2018 roku mają wejść w życie projektowane przepisy ustawy o zasadach wspierania nowych inwestycji. Projekt przewiduje dla firm podejmujących nowe inwestycje wprowadzenie mechanizmu wsparcia przede wszystkim w postaci zwolnienia z podatku. Celem projektodawcy jest rozszerzenie dotychczasowych udogodnień oferowanych w specjalnych strefach ekonomicznych na teren całego kraju. Co prawda nie są znane jeszcze projekty aktów wykonawczych, które będą kluczowe dla dokonania oceny tej inicjatywy, jednakże można zakładać, że zaproponowane rozwiązania wpłyną pozytywnie na rozwój przedsiębiorczości i przyciągną inwestorów. Istotne jest, aby warunki skorzystania ze wsparcia nie były zbyt restrykcyjne. W przeciwnym razie z nowych mechanizmów skorzystają tylko nieliczni.

Uszczelnianie systemu podatkowego

Rok 2017 upłynął pod hasłem „uszczelniania” systemu podatkowego. Z zapowiedzi Premiera wynika, że w 2018 r. będzie podobnie. Pracodawcy RP oczywiście są za tym, aby skutecznie ograniczyć rozmiary szarej strefy i walczyć z nieprawidłowościami w zakresie rozliczania się z obowiązków publicznoprawnych. Uważamy jednak, że potrzebna jest zmiana podejścia do tzw. „uszczelniania” systemu podatkowego. Zamiast nakładania kolejnych, coraz to nowych obowiązków i restrykcji na podatników, należy poszukiwać takich rozwiązań, które same w sobie będą stanowiły zachętę do prawidłowego rozliczania obowiązków publicznoprawnych. Wyrażamy nadzieję, że resort finansów zmieni podejście i skoncentruje swoje działania na docieraniu do organizatorów i beneficjentów przestępstw, bez „dokręcania śruby” uczciwym przedsiębiorcom. Ciągłe doregulowywanie gospodarki jest rozwiązaniem ryzykownym, bowiem z czasem znacznie utrudni prowadzenie działalności w Polsce i może doprowadzić do odpływu kapitału i zniechęcić przedsiębiorców do inwestowania w kraju.

OFE i pracownicze plany kapitałowe

Przyszły rok powinien być czasem, w którym przedstawione zostaną konkretne projekty ustaw dotyczących reorganizacji funkcjonowania otwartych funduszy emerytalnych oraz pracowniczych planów kapitałowych. Zmiany w OFE są konieczne, ponieważ każdego roku mechanizm tzw. suwaka bezpieczeństwa pomniejsza ich aktywa o kilka miliardów złotych – dalsze zwlekanie z wprowadzaniem nowych rozwiązań oznacza, że będzie coraz mniej środków do podziału między indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego a Fundusz Rezerwy Demograficznej. Wprowadzenie PPK również jest bardzo istotne z punktu widzenia zapewnienia większego dopływu długoterminowego kapitału emerytalnego na rynek oraz ograniczenie niepewności dla pracodawców, którzy wciąż nie wiedzą, czy oraz na kiedy mają planować wzrost kosztów związanych z dopłatami do składek swoich pracowników.

Brexit

15 grudnia, podczas posiedzenia Rady Europejskiej, przywódcy UE-27 podsumowali stan zaawansowania negocjacji brexitowych, uznając, że pozwala on przejść do następnego etapu. Początek roku 2018 oznacza więc że Wielka Brytania będzie członkiem Unii Europejskiej już tylko przez 15 miesięcy. Tylko, bo spraw do rozstrzygnięcia, związanych z brexitem, jest dużo, zaś ostateczny kształt negocjowanych rozwiązań wciąż jest niejasny.

Rok 2018 w kontekście brexitu to czas wytężonej pracy negocjacyjnej zarówno po stronie unijnej, jak i brytyjskiej: do końca marca będą trwały prace nad okresem przejściowym i ramami przyszłych relacji a negocjacje dotyczące kształtu i warunków wyjścia Wielkiej Brytanii z UE powinny zakończyć się do października, tak aby podczas posiedzenia Rady Europejskiej przyjąć umowę wyjścia, dając jednocześnie wystarczająco dużo czasu parlamentom państw unijnych oraz brytyjskiemu na to, aby zdążyły ratyfikować porozumienie przed godziną 00:00, 30 marca 2019, kiedy to Wielka Brytania przestanie być członkiem UE. Jakie będą skutki brexitu dla polskiego biznesu? Wiele zależy od wariantu wyjścia Wielkiej Brytanii z UE:

Wariant soft (optymalny) – zastosowanie okresu przejściowego oraz utrzymanie ,,status quo” w możliwie szerokim zakresie (np. przy wykorzystaniu obecnie funkcjonujących rozwiązań lub wprowadzeniu modyfikacji, które realnie nie będą w wysokim stopniu odczuwalne), w celu uniknięcia dodatkowych kosztów, które powodując wzrost cen eksportowanych towarów mogłyby doprowadzić do utraty konkurencyjności.

Wariant hard (skrajnie negatywny) – całkowita zmiana obecnego systemu prawnego, relacje gospodarcze uregulowane w oparciu o zasady WTO i przywrócenie stawek celnych w obrocie między UE i UK takich jak w obrocie między Unią a krajami trzecimi.

Skutki brexitu w wersji soft będą odczuwalne w stopniu akceptowalnym dla polskich przedsiębiorców (głównie eksporterów) a przez to będą dla nich do przyjęcia. W wersji hard zastosowanie wspomnianych stawek celnych (np. dla wyrobów tytoniowych, alkoholi, produktów mlecznych) będzie miało charakter zaporowy i może oznaczać eliminację polskiego eksportu do Wielkiej Brytanii. A zważywszy, że rynek brytyjski jest drugim pod względem wielkości polskiego eksportu, byłoby to bardzo niekorzystne dla całej naszej gospodarki.

Teoretycznie istnieje też trzecia opcja: zatrzymanie procesu brexitu. Jednak wydaje się niemal pewne, że jest to opcja wyłącznie teoretyczna. Co prawda sondaże (np. sondaż BMG Research z 5-8.XII.2017) pokazują przewagę przeciwników brexitu (51%) nad jego zwolennikami (41%), jednak obecnie nie od opinii publicznej lecz od decyzji politycznej kwestia ta zależy. A póki co, silnych sygnałów politycznych, wskazujących na możliwość zmiany decyzji, ze strony Wielkiej Brytanii brak. Nie należy więc spodziewać się, że BRexit zmieni się w B-remain.

Dla biznesu (tak brytyjskiego, jak i polskiego) brexit to rozwiązanie niekorzystne. Niezależnie od jego wariantu jest to loose – loose game , tak dla UE, jak i dla Wielkiej Brytanii. Z tej perspektywy trwający obecnie proces negocjacji należy traktować jako minimalizowanie strat i dążenie do osiągnięcia takich rozwiązań, które sprawią, że skutki brexitu będą jak najmniej dotkliwe dla przedsiębiorców. Dlatego też należy spodziewać się, że w roku 2018 będziemy obserwować stopniowe dochodzenie do przyjęcia wersji soft brexitu jako tej, która będzie biznesowo racjonalna i politycznie odpowiedzialna.

Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej

Najwyższy czas zlikwidować nierentowne kopalnie węgla

Wynajem krótkoterminowy: większy zysk za wyższe ryzyko

Popularność bitcoina zaszkodziła cenom metali szlachetnych

Zagrożenia na rynkach finansowych w 2018 roku

Gospodarka europejska znajduje się w świetnej kondycji, z czego korzysta także Polska. W dobrej kondycji jest Azja, a także USA. Obraz jest dość sielankowy, a co może go zniszczyć?

– Jest szansa, że 2018 r. znów będzie dobry, bo gospodarka sama się napędza dotychczasowymi dobrymi wynikami – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Jednak zawsze może wydarzyć się coś, co ten mechanizm zakłóci.

W ocenie eksperta istnieją trzy potencjalne zagrożenia:

  • zacieśnienie polityki pieniężnej, czyli wzrost stóp procentowych,
  • sytuacja w Chinach
  • wzrost cen ropy naftowej.

Chiny mają olbrzymi wpływ na światową gospodarkę, ale dzieje się tam wiele rzeczy nieprzewidywalnych. Oto przykład: – Chińczycy masowo fałszują dokumenty, aby obejść regulacyjne restrykcje związane z rynkiem nieruchomości – mówi ekspert.

Natomiast jeżeli chodzi o ropę, to spadek cen w ostatnich latach bardzo przyczynił się do ożywienie europejskiej gospodarki. Wzrost cen byłby impulsem o przeciwnym skutku.

Są więc trzy bardzo istotne czynniki, na które w 2018 r. warto zwracać uwagę.

Ubóstwo w Polsce 2017 r. – lepiej, ale…

Italoexit. Czy włosi pójdą w ślady Brytyjczyków?

Czy po Brexicie Wspólnotę opuści kolejne państwo? Sondaże przed planowanymi na początek marca wyborami we Włoszech dają szanse na zwycięstwo eurosceptycznej partii, co w połączeniu chłodnym nastawieniem Włochów do UE i słabą sytuacją gospodarczą kraju niesie ryzyko ożywionej dyskusji o „Italexicie” – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Mijający rok upłynął na spekulacjach, czy po Brexicie – opuszczeniu Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię – Wspólnotę mogą czekać kolejne „exity”? Chociaż finalnie żadne państwo nie dołączyło do Zjednoczonego Królestwa, to zbliżające się wybory we Włoszech mogą podnieść temperaturę dyskusji o dezintegracji strefy euro czy nawet Unii Europejskiej.

Wyścig o najniższą pozycję z Grecją

Podstawowym problemem Włoch jest bardzo słaba gospodarka. W latach 2000-2016 jej realny (z uwzględnieniem inflacji) PKB na mieszkańca obniżył się o 5 proc. według danych Eurostatu. Strefa euro urosła w tym czasie o 12 proc., cała Unia o 18 proc. w Polsce wzrost wyniósł aż 75 proc.

Ciekawostką może być fakt, że rezultat Włoch jest gorszy nawet niż Grecji. Co prawda PKB na mieszkańca Hellady również spadło w badanym okresie, ale mniej niż w przypadku Italii –  niecałe 3 proc. Brak wzrostu gospodarczego od początku nowego millenium dodatkowo wiąże się ze wzrostem zadłużenia. Stosunek długu do PKB (dla całego kraju) zwiększył się ze 105 do 132 proc. PKB, a w całej UE gorzej pod tym względem wypada już tylko Grecja.

Nieefektywność włoskiego państwa bardzo dobrze potwierdzają także dane z rynku pracy. Współczynnik zatrudnienia dla populacji w wieku 15-64 lata wynosił 58,1 proc. w drugim kwartale 2017 r. To najniższy po Grecji (54 proc.) rezultat w UE, gdzie średnia wynosi 67,7 proc. Liderzy Wspólnoty – Szwecja czy Niemcy – osiągają wyniki ok. 77 oraz 75 proc.

Niewielkie są również szanse, by ta fatalna sytuacja gospodarcza Włoch uległa szybkiej poprawie. M.in. dlatego, że widać znaczne zaległości w budowaniu kapitału ludzkiego. Odsetek osób, które nie uczestniczą w edukacji, nie szkolą się oraz nie pracują (NEET) wynosi we Włoszech aż 30,7 proc. dla przedziału wiekowego 20-34 lata (ostatnie dane Eurostatu za 2016 r.). To gorszy rezultat niż w Grecji (30,5 proc.). Unijna średnia i wyniki Polski to ok. 18 proc., a rezultaty Szwecji czy Holandii są poniżej granicy 10 proc.

Dodatkowo, według publikacji Eurostatu, Włosi legitymują się najniższym w całej Unii odsetkiem osób z wyższym wykształceniem. W przedziale wieku 25-54 lata studia ukończyło tylko 19,4 proc. obywateli. Zaskakujący może być również fakt, że jest to nie tylko najgorszy wynik w UE, ale wyższym poziomem może pochwalić się Turcja (19,8 proc.) czy Macedonia (22,5 proc.).

Króluje unijny sceptycyzm

Bardzo słabe kilkanaście lat we włoskiej gospodarce łączy się z ograniczonym zaufaniem do Unii Europejskiej. Według jesiennego Eurobarometru, cyklicznego badania nastrojów przeprowadzonego przez Komisję Europejską, tylko 29 proc. ankietowanych Włochów uważa, że ich głos liczy się we Unii. To co prawda więcej niż w Grecji (22 proc.), ale już mniej niż Wielkiej Brytanii (33 proc.), która przecież opuszcza UE. Warto natomiast pamiętać, że Włochy były jednym z sześciu państw, które założyły Wspólnotę (początkowo Węgla oraz Stali).

Dane Eurobarometru bardzo dobrze pokazują także nastroje gospodarcze Włochów i ich spojrzenie na Unię. Najgorzej ze wszystkich badanych państw oceniają oni sytuację ekonomiczną UE. Aż 58 proc. uważa że jest ona obecnie zła. Nawet w Grecji ta ocena jest bardziej optymistyczna (52 proc.). W Polsce tylko 19 proc. ankietowanych sądzi, że gospodarka UE jest w złym stanie.

Mieszkańcy Italii, w najmniejszym stopniu z całej UE, popierają wolność przemieszczania się pracy czy uczenia się we Wspólnocie (za jest 68 proc. ankietowanych). Wśród wszystkich krajów strefy euro najmniejsze poparcie dla wspólnej waluty wyrażają właśnie Włosi (59 proc.). Oni także, prócz Greków, w najmniejszym stopniu z 28 ankietowanych przez KE państw czują się obywatelami Unii (54 proc.). Nawet w opuszczającej Wspólnotę Wielkiej Brytanii ten odsetek jest większy i wynosi 55 proc. W Polsce jest to 77 proc. Ważniejszy jednak jest fakt, że w Hiszpanii czy Portugalii jest to ponad 80 proc., a przecież ostatni kryzys gospodarczy dotkliwie przechodził cały Półwysep Iberyjski.

Marcowe wybory wielką niewiadomą

We włoskiej polityce od dawna brakuje stabilizacji. Od zakończenia II wojny światowej mniej więcej co rok zmieniał się rząd. Zwykle jednak były to albo lewicowo, albo prawicowo-centrowe koalicje. Najbliższe wybory za niecałe trzy miesiące (4 bądź 11 marca) mogą jednak pokazać zupełnie inny obraz Włoch.

W sondażach prowadzi obecnie eurosceptyczny Ruch Pięciu Gwiazd z 27-28 proc. poparcia. Ma on przewagę mniej więcej 3-4 pkt proc. nad tworzącą teraz rząd Partią Demokratyczną. Praktycznie łeb w łeb idą legitymujące się ok. 15 proc. poparciem eurosceptyczna Liga Północna oraz centroprawicowa Forza Italia Silvio Berlusconiego.

Chociaż istnieje spore ryzyko przejęcia władzy przez eurosceptyków, to jednak rynek na razie jest dość spokojny. Wynika to z faktu, że liderujący w sondażach Ruch Pięciu Gwiazd wyklucza wchodzenie w koalicję. Liga Północna natomiast może dołączyć koalicji z Forza Italia. Dodatkowo niedawno została zmieniona ordynacja wyborcza, która raczej sprzyja ugrupowaniom o ugruntowanej pozycji.

Warto jednak zauważyć, że podzielonemu parlamentowi w ogóle może być trudno utworzyć rząd. Wtedy ryzyko negatywnego scenariusza wyraźnie wzrośnie. Negocjacje wokół utworzenia wielkiej koalicji lewicowo-prawicowej mogą toczyć się miesiącami, a wcale nie musi ona długo przetrwać. Kolejne wybory, biorąc pod uwagę badania Eurostatu, mogą jeszcze bardziej wzmocnić eurosceptyczne nastroje i zwiększyć poparcie dla reprezentujących ten pogląd ugrupowań. W tym momencie będzie już wystarczająco duże zagrożenie, by rynki zaczęły spekulować o Italexicie – opuszczeniu strefy euro bądź nawet UE przez Włochy.

Spokojny przedświąteczny piątek na złotym

W piątek notowania złotego pozostają stabilne. Panuje już świąteczna atmosfera. Inwestorzy zignorowali zarówno niższe od prognoz bezrobocie w Polsce, jak i temat Katalonii. Przyszły tydzień również powinien upłynąć w świątecznej atmosferze. Normalny handel wróci dopiero po Nowym Roku. Rok 2018 ma szansę być równie udany dla złotego, jak ten właśnie się kończący.

W południe euro kosztowało 4,1935 zł, podczas gdy za dolara trzeba było zapłacić 3,5390 zł. Tym samym euro nieznacznie taniało, a dolar w równie niewielkim stopniu drożał wobec poziomów z wczorajszego zamknięcia. Zmiany te podyktowane były spadkiem notowań EUR/USD. Jednocześnie inwestorzy (pochłonięci przygotowaniami do świąt?) zignorowali zarówno lepsze od prognoz polskie dane o bezrobociu, jak i wyniki wczorajszych wyborów w Katalonii.

W listopadzie bezrobocie w Polsce zmniejszyło się do 6,5 proc. z 6,6 proc. miesiąc wcześniej, podczas gdy spodziewano się stabilizacji tego wskaźnika. Dane zaskoczyły. Był to bowiem jeden z nielicznych przypadków, gdy w listopadzie bezrobocie spada. Bardzo łatwo jednak to zjawisko wytłumaczyć. To efekt obniżenia wieku emerytalnego. Sam spadek bezrobocia oznacza, możliwe pojawienie się w przyszłości presji płacowej, a w konsekwencji inflacji, co przyspieszy podwyżki stóp procentowych. Z drugiej jednak strony, o czym jeszcze głośno się nie mówi, ciaśniejszy rynek pracy to spory problem dla firm, co może zaważyć na wzroście gospodarczym.

Innym newsem dnia są wyniki wczorajszych wyborów parlamentarnych w Katalonii. Wprawdzie wygrała je Partia Obywatelska, która jest przeciwna odłączeniu regionu od Hiszpanii, ale większość w katalońskim parlamencie będą miały partie opowiadające się za niepodległością. To grozi eskalacją sporu o przyszłość Katalonii, co z pewnością negatywnie odbije się na gospodarce Hiszpanii, a przy okazji i całej strefy euro. Z punktu widzenia złotego oznacza to wzrost ryzyka politycznego w Europie i jest dla niego czynnikiem podażowym.

Zarówno bezrobocie, jak i temat Katalonii, a prawdopodobnie też popołudniowe dane z USA (m.in. dochody i wydatki Amerykanów, zamówienia na dobra trwałe, sprzedaż nowych domów i indeks Uniwersytetu Michigan), zostały zignorowane. Do końca dnia raczej utrzymają się świąteczne nastroje na złotym, gdzie niskim obrotom, towarzyszy też niska zmienność.

Równie niewiele na rynku walutowym powinno się dziać w okresie pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Obroty będą wciąż niskie, a cała seria raportów makroekonomicznych z USA (m.in. indeksy Conference Board, Fed z Filadelfii, Chicago PMI i S&P/Case-Shiller), wspierana przez inflacyjne dane z Niemiec, zostanie zignorowana. Większych emocji prawdopodobnie nie wywoła też, zaplanowana na 29 grudnia, publikacja danych o grudniowej inflacji konsumenckiej w Polsce, która jak się oczekuje, wyhamuje do 2,1 proc. z poziomu 2,5 proc. rok do roku w listopadzie.

Normalny handel wróci dopiero po Nowym Roku. Dopiero wówczas rozpocznie się pozycjonowanie inwestorów na kolejne 12 miesięcy. Oczekuję, że rok 2018, tak samo jako kończący się 2017, będzie dobry dla złotego, przynosząc jego umocnienie do głównych walut. Utrzymująca się dobra koniunktura gospodarcza w Polsce i na świecie, w połączeniu ze spodziewanymi podwyżkami stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej, ale też możliwym napływem kapitałów na rynki wschodzące, sugerują taki właśnie scenariusz. Prognozuję, że na koniec 2018 roku euro będzie kosztować 4,15 zł, a dolar potanieje do 3,32 zł. Słabszy może za to być I kwartał. Spodziewana wówczas korekta na światowych giełdach, w połączeniu mocniejszym dolarem (napędzanym reformą podatkową i przyspieszeniem gospodarki USA), a także spadek inflacji w kraju i zaognienie relacji na linii Warszawa-Bruksela, powinny bowiem wywrzeć negatywną presję na polskiej walucie. Stąd kurs EUR/PLN w pierwszych trzech miesiącach roku może cofnąć się do 4,30 zł, a USD/PLN do 3,77 zł.

Komentarz przygotował:
Marcin Kiepas
Główny Analityk WALUTEO

Ostre załamanie kursu bitcoina

Przed okresem świątecznym, który zwykle przynosi uspokojenie na rynkach, doszło do gwałtownego załamania kursu bitcoina. W ciągu ostatniej doby wartość najpopularniejszej kryptowaluty obniżyła się o niemal 25%, a od niedzieli, kiedy biła rekordy spadek wyniósł aż 35% i w piątek rano 1 bitcoin kosztuje 12,9 tys. USD. To najniższy kurs od 6 grudnia br. Zdaniem niektórych ekspertów to wynik obawy inwestorów po zhakowaniu – prawdopodobnie przez Koreę Północną – giełdy kryptowalut Youbit w Korei Południowej, co spowodowało, że jej właściciel stracił 17% aktywów i złożył wniosek o upadłość. Tymczasem po NBP i KNF teraz Związek Banków Polskich ostrzega przed kryptowalutami.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do euro (+0,1%), a traci do brytyjskiego funta (-0,16%), dolara kanadyjskiego (-0,66%), dolara australijskiego (-0,64%) oraz japońskiego jena (-0,1%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,185, GBP/USD – 1,338, USD/CAD – 1,274, AUD/USD – 0,771 i USD/JPY – 113,4. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,22%) i kurs EUR/JPY wynosi 134,4, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,886. Złotówka zyskuje do większości walut, poza funtem, wobec którego lekko traci na wartości. W piątek rano dolar kosztuje poniżej 3,54 zł, euro – ponad 4,19 zł, funt – powyżej 4,73 zł, a frank szwajcarski – poniżej 3,58 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W czwartek w Europie londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 1,05%, frankfurcki indeks DAX – o 0,31%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,62%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,2%, meksykański indeks Bolsa – 0,23%, a brazylijski indeks Bovespa – 2,41%. W piątek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 0,16%, chiński indeks Shanghai Composite spadł o 0,09%, a hongkoński indeks Hang Seng wzrósł o 0,53%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej trzeci dzień w rzędu idą w górę. W czwartek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 64,9 USD (+0,52%), a ropy WTI – 58,36 USD (+0,46%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 67 USD. Rośnie także cena złota. W piątek rano uncję metalu rynek wycenia na 1267 USD. To 2 USD więcej (+0,16%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:45 – Francja – PKB (k/k), III kw. – 0,6% (prognoza 0,5%)
  • 9:00 – Szwajcaria – Indeks instytutu KOF, grudzień – 111,3 pkt. (prognoza 110,6 pkt.)
  • 10:00 – Polska – Stopa bezrobocia, listopad (prognoza 6,6%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – PKB (r/r), III kw. (prognoza 1,5%)
  • 14:00 – Polska – Podaż pieniądza M3 (r/r), listopad (prognoza 4,8%)
  • 14:30 – USA – Wydatki Amerykanów (m/m), listopad (prognoza 0,4%)
  • 14:30 – USA – Dochody Amerykanów (m/m), listopad (prognoza 0,4%)
  • 14:30 – USA – Zamówienia na dobra trwałego użytku (m/m), listopad (prognoza 2%)
  • 14:30 – USA – Zamówienia na dobra bez środków transportu (m/m), listopad (prognoza 0,5%)
  • 16:00 – USA – Indeks Uniwersytetu Michigan, grudzień (prognoza 97,1 pkt.)
  • 16:00 – USA – Sprzedaż nowych domów, listopad (prognoza 654 tys.)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Gospodarka w bardzo dobrym stanie

2017 był dobrym rokiem dla przedsiębiorców. Świadczą o tym nie tylko dobre wskaźniki, nieoglądane od wielu lat w Polskiej gospodarce – jak rosnące PKB – ale także wyniki eksportu. Przez trzy kwartały osiągnięte zostało 150 mld euro wpływów. Za cały rok wyniosą one zapewne rekordowe 200 mld euro. 25 mld pochodzi z eksportu produktów rolnych i spożywczych. Widać więc kształtującą się polską specjalność – żywność wysokiej jakości, w dobrej cenie.

W tym roku mamy rekordowo niskie bezrobocie. Dla pracowników to dobra sytuacja, bo to do nich należy obecnie rynek pracy. To oni dyktują warunki, a nie pracodawcy. Dla gospodarki oznacza to brak rąk do pracy, zwłaszcza wykwalifikowanych specjalistów – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Środowisko biznesu bardzo pozytywnie przyjęło tegoroczne zmiany prawne proponowane przez rząd. Chodzi o tzw. Konstytucję Biznesu, czyli prawo dla przedsiębiorców. To regulacje, które – o ile zostaną przyjęte w formie proponowanej przez rząd i zastosowane przez administrację – znacznie zmienią stosunki między przedsiębiorcą, a urzędnikiem. To optymistyczny scenariusz. Wątpliwości budzi jednak decyzja o obniżeniu wieku emerytalnego. To szczególnie dziwne posunięcie w sytuacji niedoborów na rynku pracy. Specjaliści uważają, że to właśnie podstawowy hamulec dalszego rozwoju. Sytuację ratują emigranci zarobkowi z sąsiednich krajów wschodnich, głównie Ukrainy. Ustawa ta spowodowała jednak, że z rynku odeszło 100 tys. pracowników, którzy przeszli na wcześniejsze emerytury. W mijającym roku środowisko biznesu zaniepokoiło także zniesienie ograniczenia we wpłatach składek ubezpieczeniowych, które następowało po przekroczeniu trzydziestokrotności minimalnej pensji. Teraz ta bariera zniknęła i będzie trzeba płacić proporcjonalnie do przychodu. Doraźnie przyniesie to rządowi kilka miliardów złotych, jednak jest to potencjalna bomba, która wybuchnie w przyszłości, kiedy trzeba będzie wypłacać o wiele wyższe emerytury. Mimo to przedsiębiorcy mogą być zadowoleni. Był to dla nich dobry rok. Wyniki polskich firm, jak i sprzedaż detaliczna oraz produkcja przemysłowa utrzymują się na bardzo wysokim poziomie. Rok 2017 zostanie zamknięty z gospodarką w bardzo dobrym stanie – podsumował Arendarski.

Przygotuj się na przyszły tydzień – analiza EURUSD

W okresie świątecznym kalendarz makroekonomiczny przeważnie świeci pustkami, tym razem jest tak samo. 26 grudnia poznamy jedynie dane z Japonii, natomiast 29 grudnia zostanie opublikowany brytyjski optymizm konsumentów oraz niemiecka inflacja.

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Niemniej jednak w przyszłym tygodniu na rynku może dziać się dużo, z tego względu warto obserwować kurs pary walutowej EURUSD, który w ostatnim czasie został oderwany od rentowności obligacji amerykańskich oraz niemieckich.

Instrument do obserwacji – EURUSD

Pierwsze trzy kwartały 2017 roku na EURUSD dla byków były bardzo udane, kontra przyszła we wrześniu. Trend wzrostowy na wspomnianej parze walutowej był kontynuowane ze względu na czynniki makroekonomiczne oraz zmianę nastawienia Europejskiego Banku Centralnego. Oczywiście nie możemy pominąć wypowiedzi Donalda Trumpa, któremu zależało na słabszym dolarze amerykańskim.

Coraz to lepsze warunku gospodarcze w Europie odbiły się na rentowności niemieckich obligacji, które zyskiwały względem amerykańskich, co wspierało trend wzrostowy na EURUSD.

EURUSD SPREAD

Na powyższej grafice zobrazowano różnicę w oprocentowaniu 10-letnich obligacji niemieckich oraz amerykańskich (linia żółta) na tle kursu walutowego EURUSD. Od początku roku obydwie zmienne wspierały się nawzajem, ale we wrześniu różnica w oprocentowaniu zaczęła przeważać na korzyść USD.

Dalszy spadek spreadu obligacji przekłada się na większe prawdopodobieństwo wyprzedaży kursu EURUSD niż powrót do trendu wzrostowego, w długim terminie obydwie zmienne powinny zmierzać w tym samym kierunku.

EURUSD – analiza techniczna

Na wykresie tygodniowym notowania EURUSD poruszają się w szerokim kanale spadkowym. Jego górna banda wyznacza strefę podaży, natomiast dolna – strefę popytu. Na początku października bieżącego roku kalendarzowego stronie kupującej udało się obronić mocną strefę popytu 1.146-1.156. Sprzedający mogą mieć bardzo duże problemy z pokonaniem wspomnianego wsparcia, które zostało wyznaczone przez szczyty z 2015 oraz 2016 roku.

Notowania EURUSD, interwał tygodniowy

Notowania EURUSD, interwał tygodniowy

Źródło: admiralmarkets.com

Aktualnie notowania zmierzają w stronę górnej bandy kanału spadkowego, aczkolwiek jej przebicie jest bardzo mało prawdopodobne. Z tego względu bazowym scenariuszem będzie kolejny test strefy wsparcia w okolicy 1.15.

Które europejskie ulice handlowe są odwiedzane najczęściej?

BNP Paribas Real Estate prezentuje pierwszą w historii ogólnoeuropejską analizę liczby osób odwiedzających najatrakcyjniejsze ulice handlowe w 23 kluczowych miastach

Kluczowe fakty i liczby

Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania i Francja na czele rankingu 30 najpopularniejszych ulic ukierunkowanych na odbiorców masowych.

  • Londyn prowadzi z 13 560 osobami odwiedzającymi sklepy na Oxford Street.
  • Badanie podkreśla pozycję stolic niemieckich landów, z Monachium i Frankfurtem zaliczanymi do czołowej 5-tki.
  • Hiszpania z Madrytem (3 miejsce) i Barceloną (6 miejsce) posiada pięć ulic w pierwszej 10-tce.
  • Legendarna francuska Avenue des Champs Elysées zamyka pierwszą 5-tkę liczbą 10 300 osób na godzinę.

W czołowej dwudziestce luksusowych ulic handlowych, pierwsze 5 znajduje się we Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Danii.

  • Ulice te to kultowe pasaże chętnie odwiedzane przez turystów.
  • Główne prawdziwie luksusowe ulice znajdują się przede wszystkim we Włoszech; doskonałym przykładem jest rzymska Via Condotti.

Odwiedzalność najważniejszych ulic handlowych ukierunkowanych na odbiorców masowych

Struktura śródmiejskich obszarów handlowych

Istnieje związek między liczbą odwiedzających sklepy, a strukturą przestrzenną śródmieść. W miastach z jednym obszarem handlowym, skoncentrowanym na 2 – 3 głównych ulicach, największa liczba odwiedzających sklepy występuje właśnie na nich (np. Monachium, Dublin, miasta skandynawskie, Praga i Zurych). Miasta jak Londyn, Berlin i Paryż posiadają duże rejony intensywnie odwiedzanych sklepów i wiele mniejszych obszarów handlowych. Dlatego też osiągają one rekordowe liczby odwiedzających sklepy na dwóch najważniejszych, najbardziej widocznych ulicach, podczas gdy „skromniejszy” ruch – który wciąż jednak jest bardzo dobry dla sprzedawców – występuje w pozostałych skupiskach handlowych..
Węzły transportowe i rewitalizacja obszarów miejskich mają istotny wpływ na liczbę odwiedzających sklepy. Najważniejsze ulice położone w pobliżu węzłów transportowych – np. Oslo i Helsinki – wykorzystują płynący z nich ruch. Rewitalizacja obszarów miejskich nie tylko sprzyja rozwojowi handlu, lecz także ożywia podaż tworząc nowe punkty sprzedaży i przyciągając inwestorów. Dobrym przykładem jest tutaj Warszawa, Wiedeń czy Lizbona. Przepływ osób odwiedzających punkty sprzedaży detalicznej zwiększają także nowe projekty handlowe, które mogą stać się popularniejsze od dotychczasowych, jak ma to miejsce w Amsterdamie.

Rola turystyki

Obok głównych obszarów wielkomiejskich, dużą liczbą osób odwiedzających sklepy może się poszczycić też kilka mniejszych miast. Są to m.in. Wiedeń, Dublin, Zurych i Sztokholm, których główne ulice sklepowe ukierunkowane na odbiorców masowych należą do czołowej 20-tki. Specyficzna dla poszczególnych lokalizacji charakterystyka gospodarcza i kulturowa powyższych miast wywiera znaczący wpływ na przedmiotowe wartości. Niemniej jednak, turystyka wyróżnia się jako główny czynnik napędzający ruch pieszych, w szczególności biorąc pod uwagę fakt, iż obliczenia zostały dokonane w czerwcu, czyli na początku okresu najbardziej natężonego ruchu turystycznego, kiedy dzień w Skandynawii jest najdłuższy.

Odwiedzalność najważniejszych luksusowych ulic handlowych

Jeśli chodzi o główne luksusowe ulice, 5 najpopularniejszych znajduje się we Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Danii. Pięć najważniejszych ulic to kultowe pasaże z największą koncentracją ruchu turystycznego.
Poza tym nie są one „czysto” luksusowe, ponieważ niektóre oferty wchodzą w zakres rynku masowego. Stąd też tamtejsze sklepy są odwiedzane przez klientów o różnym profilu, miejscowych i turystów. Najważniejsze prawdziwie luksusowe ulice znajdują się głównie we Włoszech: rzymska Via Condotti, która prowadzi do Piazza di Spagna, to ośrodek luksusu o największej liczbie odwiedzających sklepy.

Informacje dotyczące badania

Znaczne różnice w liczbie odwiedzających sklepy mogą mieć istotne znaczenie dla konwersji i potencjału handlowego. Inwestujący w nieruchomości handlowe wykorzystują te informacje oraz inne dane i badania na potrzeby swojej strategii rozwoju i identyfikacji poszczególnych interesujących miejsc. Celem niniejszej ogólnoeuropejskiej analizy liczby osób odwiedzających sklepy jest przedstawienie całościowego „obrazu” najważniejszych ulic w 23 globalnych i kluczowych pod względem stylu życia miastach. Liczba odwiedzających sklepy to jeden z najważniejszych wskaźników siły handlu detalicznego, przy czym nie stanowi on jedynego wyznacznika w tym względzie. Zasadniczym miernikiem dobrze prosperującego obszaru handlowego jest konwersja przepływu odwiedzających na wolumen dokonanych zakupów. W rzeczywistości niektóre obszary o mniejszej liczbie odwiedzających sklepy, np. luksusowe pasaże, wykazują wyższe obroty ze sprzedaży mimo niższej liczby osób odwiedzających tamtejsze sklepy.

Metodologia

Niniejsze, pierwsze w historii badanie zostało skoordynowane przez zespoły ds. Badań i Analiz Rynku oraz Powierzchni Handlowych BNP Paribas Real Estate, działające w 23 miastach europejskich. Badanie przeprowadzono w sobotę, 10 czerwca 2017 r. od godz.14:00 do 16:00 lub w godzinach szczytu, biorąc pod uwagę różnice kulturowo-handlowe występujące w przedmiotowych miastach. Każde miasto zostało podzielone kategorie „rynek masowy – rynek wyższej klasy” i „rynek luksusowy”. Wybrano też od 3 do 10 ulic, zależnie od wielkości i populacji miasta.
Analizie poddano następujące 23 miasta:
Amsterdam ∙ Ateny ∙ Barcelona ∙ Berlin ∙ Bruksela ∙ Budapeszt ∙ Kopenhaga ∙ Dublin ∙ Frankfurt ∙ Helsinki ∙ Lizbona ∙ Londyn ∙ Madryt ∙ Mediolan ∙ Monachium ∙ Oslo ∙ Paryż ∙ Praga ∙ Rzym ∙ Sztokholm ∙ Wiedeń ∙ Warszawa ∙ Zurych

Analiza rynku warszawskiego

Ulica Marszałkowska odnotowuje najwyższą liczbę odwiedzających ze względu na swoją strategiczną lokalizację na przecięciu dwóch najważniejszych warszawskich arterii. Przepływ odwiedzających jest wysoki ze względu na obecność adresowanego do masowego odbiorcy domu towarowego Wars Sawa Junior, w którym znajdziemy marki takie jak TK Maxx, H&M, Zara, Home&You, Carrefour, Mango, Empik oraz C&A.
Nowy Świat odnotowuje drugą, co do wielkości liczbę osób odwiedzających. Dawny trakt królewski, a teraz niezmiernie popularny szlak turystyczny, prowadzi do atrakcyjnego dla przyjezdnych Starego Miasta i czerpie korzyści z bezpośredniego sąsiedztwa Uniwersytetu Warszawskiego.
Plac Trzech Krzyży jest dzielnicą najbardziej ekskluzywną ze względu na bliskość Sejmu, Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych, ambasad oraz konsulatów. Stanowi on destynację o mieszanej funkcji zarówno rekreacyjnej, restauracyjnej, jak i handlowej ze szczególnym uwzględnieniem marek luksusowych w prestiżowej lokalizacji.

Grupa Masterlease wyemitowała trzyletnie obligacje o wartości 250 mln zł

W dniu 21 grudnia 2017 r. spółka Prime Car Management S.A.  wyemitowała  trzyletnie obligacje o łącznej wartości 250 mln złotych, o oprocentowaniu zmiennym, opartym o stawkę WIBOR 3M, powiększonym o marżę w wysokości 1,7%.

Jakub Kizielewicz, Prezes Grupy Masterlease
Jakub Kizielewicz, Prezes Grupy Masterlease

„Zależało nam, aby ponownie po 5 latach pojawić się na rynku obligacji. Chcemy dywersyfikować źródła finansowania i stąd pomysł na przeprowadzenie programu o wartości 500 mln zł. Właśnie zakończyliśmy zapisy na pierwszą transzę i jesteśmy bardzo zadowoleni z ich wartości. Planowaliśmy pierwotnie wyemitować w pierwszej transzy papiery o wartości 200 mln zł, jednak popyt zgłoszony przez rynek mile nas zaskoczył i zdecydowaliśmy się zwiększyć transzę o 50 mln zł. Jesteśmy zadowoleni także z ustalonego oprocentowania obligacji. Sądzę, że inwestorzy docenili wysoką jakość naszego portfela kontraktów oraz wysoką płynność zaproponowanych przez nas zabezpieczeń. Będziemy starali się na stałe zaistnieć na rynku obligacji, oferując kolejne transze, zapewne już w 2018 roku. Struktura nabywców naszych papierów pokazuje, że z koncepcją produktu trafiliśmy w zapotrzebowania różnych grup inwestorów, świadomych, że oferowany przez nas produkt to coś innego niż wysokokuponowe obligacje emitowane przez windykatorów i deweloperów. Można powiedzieć, że nasze obligacje zagospodarowują, niezbyt eksploatowany dotychczas, rynek dobrej jakości papierów zabezpieczonych na płynnych aktywach” – komentuje Jakub Kizielewicz, Prezes Grupy Masterlease.

Zwiększone zapotrzebowanie na baterie do samochodów elektrycznych wywinduje cenę niklu

Szybki wzrost produkcji samochodów elektrycznych silnie wpłynie na wzrost ceny niektórych metali przemysłowych. Gwiazdą wzrostów cenowych będzie nikiel – wykorzystywany przez producentów baterii do samochodów elektrycznych.
W 2017 r. duże były wzrosty cen takich metali przemysłowych, jak miedź, aluminium czy cynk. Te wzrosty powinny być kontynuowane w 2018 r. Jednak ze względu na coraz większą dynamikę produkcji samochodów elektrycznych najbardziej zyska jeden metal przemysłowy. – Popyt na nikiel bardzo silnie wzrośnie w najbliższych 5-6 latach – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB.
– Ta dynamika będzie coraz wyższa w kolejnych latach, ale poziom 14 tys. USD za tonę zostanie osiągnięty jeszcze nie w 2018 r. Ceny miedzi, które są tak ważne dla potentata, jakim jest polski KGHM, też będą rosnąć, choć nie w takim aż tempie jak za nikiel.

Ministerstwo Cyfryzacji przenosi naszą tożsamość do świata cyfrowego. Nowe aplikacje dają dostęp do coraz większej liczby e-usług, od teraz także przedsiębiorcom

Ministerstwo Cyfryzacji przenosi naszą tożsamość do świata cyfrowego. Nowe aplikacje dają dostęp do coraz większej liczby e-usług, od teraz także przedsiębiorcom 6

Możliwości e-usługi mDokumenty zostały rozszerzone o interakcje pomiędzy obywatelem a biznesem. Ze sklepu Google Play można już pobrać aplikację mWeryfikator, dzięki której przedsiębiorcy będą mogli weryfikować dane klientów pokazywane na smartfonie. To pozwoli im zdecydować, czy danej osobie można np. sprzedać alkohol bądź fajerwerki. Ministerstwo Cyfryzacji w 2018 roku planuje kolejne udogodnienia zarówno dla obywateli, jak i przedsiębiorców.

– Sprzedawca może ściągnąć aplikację mWeryfikator na swój telefon i od razu po zainstalowaniu ma możliwość odbierania mDokumentów od obywatela, który chce załatwić daną sprawę. Jednym ruchem, bez dodatkowych formalności mamy możliwość obsługi tych obywateli, którzy nie chcą nosić dowodu, mają tylko smartfon – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Okoński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Bardzo ważną cechą mWeryfikatora jest fakt, że aplikacja nie gromadzi żadnych danych. Natychmiast po okazaniu, wszelkie dane klienta są usuwane z aplikacji przedsiębiorcy. Na razie mWeryfikator i mDokumenty są dostępne jedynie w wersjach na system Android. Ministerstwo zapowiada jednak, że w styczniu 2018 roku pojawi się wersja na system iOS.

Kolejnym etapem może być połączenie aplikacji weryfikującej tożsamość obywatela z wewnętrznymi systemami informatycznymi przedsiębiorstw, co może ułatwić pracę zwłaszcza dużym firmom. Planowane jest zbudowanie rozwiązania integrującego platformę mDokumenty z systemami informatycznymi przedsiębiorstw.

– Dla banków czy innych dużych firm możliwość automatycznego potwierdzania czy przekazywania informacji z mDokumentów do ich systemu to dodatkowa wartość, która pozwala przyspieszyć obsługę klienta i jest krokiem naprzeciw oczekiwań obywateli, żeby mieć swoją tożsamość w telefonie – przekonuje Karol Okoński.

mWeryfikator jest kolejnym elementem uruchomionej przed dwoma miesiącami przez Ministerstwo Cyfryzacji usługi, która pozwala na szybką wymianę danych pomiędzy obywatelami. Aplikacja mDokumenty pozwala na zweryfikowanie tożsamości drugiej osoby. Ideą mDokumentów jest ułatwienie życie obywatelom i przedsiębiorcom, umożliwiając zautomatyzowaną weryfikację tożsamości.

– mDokumenty to możliwość identyfikacji za pomocą naszego telefonu. Na naszym telefonie jesteśmy w stanie potwierdzić naszą tożsamość, względem osoby, której chcemy się zidentyfikować. Możemy wzajemnie wymienić się naszymi informacjami z rejestru dowodów osobistych, które są podpisane certyfikatem, tym samym państwo gwarantuje ich autentyczność i wiarygodność – mówi podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

W przyszłości dzięki cyfrowej tożsamości będziemy mogli zrezygnować z posiadania przy sobie prawa jazdy czy dowodu ubezpieczenia pojazdu. Dostęp do naszych danych miałyby wyłącznie uprawnione podmioty. Na przykład podczas kontroli drogowej, okazując policjantowi cyfrowy dowód tożsamości, funkcjonariusz mógłby potwierdzić jego autentyczność, ale dopiero wówczas, gdy podamy mu jednorazowy kod przysłany SMS-em na nasz telefon. To daje gwarancję, że posiadacz odpowiedniego urządzenia dostępowego, np. policjant, nie będzie w stanie bez wyraźnej potrzeby sprawdzać naszych danych.

Pierwsza faza projektu „mDokumenty w Administracji Publicznej” została przewidziana na lata 2017-2018.

Aż sześć szybkich podwyżek stóp procentowych?

Ostatnia decyzja agencji Fitch o wiarygodności Polski nie wzbudziła zbytniego zainteresowania. Co ciekawe w uzasadnieniu do ratingu znalazła się dość szokująca uwaga, o podwyżkach stóp procentowych. Aż sześć podwyżek, to byłoby duże uderzenie w spłacających kredyty mieszkaniowe.

Fitch ocenia, że w Polsce trudna jest sytuacja na rynku pracy. Niedobór pracowników będzie coraz większy, co wpłynie na zwiększenie dynamiki wynagrodzeń. W konsekwencji: na wzrost inflacji. Rada Polityki Pieniężnej ma określony cel inflacyjny, aby nie został przekroczony, powinny wzrosnąć stopy procentowe.

Sytuacja może stać się szczególnie skomplikowana. Bo z banku centralnego konsekwentnie otrzymujemy informacje, że do końca 2018 r. nie będzie podwyżek stóp procentowych. Natomiast Fitch ocenia, że na koniec 2019 r. powinny wzrosnąć do 3 proc., gdy obecnie to 1,5 proc. Gdyby Fitch miała rację, a RPP konsekwentnie pozostawałaby przy swych obecnych obietnicach, to w 2019 r. mielibyśmy aż sześć podwyżek stóp procentowych.

– Można być sceptycznym co do oceny agencji Fitch, ale sytuację trzeba uważnie monitorować, bo jest bardzo istotna także dla spłacających kredyty mieszkaniowe – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – To byłyby bardzo istotne zmiany dla tych, którzy mają kredyty hipoteczne w polskiej walucie.

Inspiratorzy Biznesu 2017 – relacja

Inspiratorzy Biznesu 2017 – relacja 7

Najlepsi menedżerowie zostali nagrodzeni przez agencję informacyjną Newseria. Nagroda Inspiratorzy Biznesu 2017 trafiła w ręce osób, które inspirują innych do tego, żeby iść w ich ślady, a także pokazują kierunki i możliwości rozwoju oraz jak nie poddawać się i nawet porażkę przekuć w sukces.

Laureaci nagrody „Inspiratorzy biznesu 2017” zostali wybrani w oparciu o sondaż. Pytanie rozesłaliśmy do ponad 100 menedżerów na przełomie października i listopada 2017 r. Poprosiliśmy o wskazanie osób zajmujących najwyższe stanowiska w firmach, które mają wpływ na rozwój firmy, branży, a także wytyczają nowe szlaki, kreują trendy, mają wpływ na jakość. A przede wszystkim tych menedżerów, którzy ich zdaniem zasługują na miano inspiratorów biznesu. Na podstawie przesłanych odpowiedzi, wybraliśmy najczęściej wskazywanych menedżerów. Nagrodzone osoby nie są rankingowane i nie ma kategorii. Reprezentują różne branże. Osoby nagrodzone nie tylko zarządzają firmami, ale i inspirują innych.

Wręczenie statuetek najlepszym menedżerom odbyło się w Pałacu Sobańskich w restauracji Amber Room 27 listopada 2017 r. Wśród nagrodzonych znaleźli się m.in. Beata Stelmach, dyrektor generalny GE na Polskę i kraje bałtyckie, Tomasz Rudolf, współzałożyciel i dyrektor generalny The Heart, Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes zarządu Rafako, Jacek Siwiński, dyrektor generalny VELUX Polska, Grzegorz Ślak, prezes zarządu Wratislavia BIOdiesel i Akwawit-Polmos, Marek Cywiński, dyrektor generalny Kapsch Telematic Services, Michał Czeredys, prezes Arcus, Tomasz Misiak, założyciel Work Service,  Artur Waliszewski, dyrektor Google Polska, Olgierd Cieślik, prezes zarządu Totalizator Sportowy SA, Leszek Czarnecki, Piotr Kaczmarek, prezes zarządu Getin Holding, Olga Kozierowska, założycielka Fundacji Sukcesu Pisanego Szminką, Mateusz Grzesiak, przedsiębiorca, trener i konsultant.

Partnerami Gali byli: DAS Ubezpieczenia Ochrona Prawna i Libris Polska.

Nawiązanie w reklamie do bieżących wydarzeń może być kluczem do sukcesu marki. Niewiele firm potrafi to odpowiednio wykorzystać

Nawiązanie w reklamie do bieżących wydarzeń może być kluczem do sukcesu marki. Niewiele firm potrafi to odpowiednio wykorzystać 8

Umiejętność wykorzystania przez markę real-time marketingu, czyli marketingu w czasie rzeczywistym, może się przełożyć na jej sukces. Przykładem może być firma Ikea, która w zabawny sposób odpowiedziała na sprzedaż najdroższego obrazu świata „Salvator Mundi”, albo Tesco, które wprowadziło do świątecznej oferty przysmaki dla domowych zwierząt. Real-time marketing pozwala także odpowiednio reagować na kryzysy. Brak reakcji na negatywne komentarze może się zakończyć utratą wizerunku, który trudno będzie odbudować. W ostatnim miesiącu przekonało się o tym kilka marek.

– Szwedzki producent mebli wykazał się poczuciem humoru i refleksem w związku z głośnym wydarzeniem w świecie sztuki. Na aukcji za rekordową kwotę 450 milionów dolarów sprzedano dzieło Leonarda Da Vinci „Zbawiciel Świata”, Ikea wypuściła grafikę, na której tenże obraz jest oprawiony w ramkę marki za niecałe 10 dolarów. Ten zabawny obrazek spotkał się z ciepłym przyjęciem ze strony internautów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Jałowiec, redaktor naczelna PRoto.pl.

Na zdjęciu przedstawiono obraz da Vinci w ramie firmy Ikea, którą można kupić za niecałe 10 dolarów, z podpisem: „Kiedy wydałeś 450 mln dolarów na obraz, ale nie podoba Ci się rama”. Nie był to pierwszy przypadek, kiedy szwedzka marka wykorzystała w swojej komunikacji real-time marketing, za każdym razem spotkał się z pozytywną opinią klientów.

Dużo przychylnych komentarzy zebrała również firma Tesco, która w Wielkiej Brytanii ruszyła ze świąteczną ofertą dla domowych pupili.

– To odpowiedź na rosnące z roku na rok zainteresowanie tego typu produktami wśród klientów sieci. W Wielkiej Brytanii można kupić w Tesco m.in. piwo i prosecco dla psów i kotów, świąteczne krakersy, kalendarz adwentowy i różne tego typu produkty – wymienia Jałowiec.

W ofercie Tesco znajdują się jeszcze m.in. panettone dla kotów, świąteczny obiad z indyka, pasztet z szałwią i marchewką czy świąteczne puddingi dla psów.

W listopadzie kilka firm musiało wykorzystać real-time marketing do radzenia sobie z kryzysami wizerunkowymi. W Polsce głośno było o batonach marki Foods by Ann, stworzonej przez Annę Lewandowską.

 Jedna z internautek napisała w internecie, że w batonie marki znalazła larwę i że był on spleśniały. W związku z tym wydarzeniem pojawiło się mnóstwo komentarzy. Marka Anny Lewandowskiej musiała w jakiś sposób zareagować. Nie znaleziono dowodów na autentyczność tego wydarzenia, na Instagramie Anny Lewandowskiej pojawiło się oświadczenie, w którym Foods by Ann zaprzecza, by taka sytuacja miała miejsce, a cały splot wydarzeń uznaje za prowokację – mówi redaktor naczelna PRoto.pl.

W sieci pojawiły się komentarze, że za negatywną opinią o produktach Lewandowskiej może stać Ewa Chodakowska, która także wprowadziła na rynek swoją markę batonów. Trenerka jednak zaprzeczyła, a na swoim profilu w mediach społecznościowych podkreśliła, że życzy Annie Lewandowskiej sukcesu, bo im więcej osób motywujących do zdrowego stylu życia, tym lepiej.

Kilka marek musiało się mierzyć z zarzutami z powodu seksistowskich reklam.

– Sieć Pepco umieściła na Facebooku swoją nową reklamę, w której kobiety są pytane o swoje talenty, ale żadna z nich nie potrafi udzielić wiążącej odpowiedzi. To samo pytanie zadano ich bliskim, głównie mężczyznom, i większość wskazała na talenty związane z gotowaniem, sprzątaniem i urządzaniem domu. Pod reklamą pojawiło się wiele krytycznych komentarzy, że marka utrwala stereotypy. Pepco próbowało tłumaczyć, że talenty, które wskazano w reklamie, dotyczą domu, a kobiety mogą również wskazywać na pozostałe swoje mocne strony, ale tłumaczenie marki nie przekonało wszystkich – wskazuje Jałowiec.

Kontrowersyjna reklama pojawiła się także na facebookowym profilu napoju energetycznego Devil Energy. Grafika przedstawiająca kobietę okraszona dwuznacznym komentarzem spotkała się z falą nieprzychylnych komentarzy.

 Na Facebooku pojawiła się grafika przedstawiająca kobietę i napis w stylu: „Ona już wie, co za chwilę będzie miała w ustach”. Taka kreacja wywołała kontrowersje i burzę w internecie, ale co ciekawe marka zupełnie nie odniosła się do sprawy, nie przeprosiła, nie skomentowała, nie broniła się – mówi redaktor naczelna PRoto.pl.

Marka odpowiedziała dzień później równie kontrowersyjną reklamą, gdzie głównym bohaterem był mężczyzna. I na tej grafice komentujący nie zostawili suchej nitki. Była to już kolejna wpadka wizerunkowa producentów napojów energetycznych, po kampanii marki Tiger i energetyka Zbój.

 W Polsce głośno było o przypadku InPost po tym, jak jeden z internautów upublicznił film, na którym widać, jak pracownik InPost wyrzuca dość brutalnie paczki na ziemię, zanim włoży je do paczkomatu. Marka zareagowała bardzo szybko i stanowczo, zwolniła pracownika, powołując się na swoje wewnętrzne standardy – mówi Jałowiec.

Na świecie dużo kontrowersyjnych opinii wywołała zaś marka Ikea. We Włoszech burzę wywołała 39-letnia Marica Ricutti, która została zwolniona po 17 latach pracy w jednym ze sklepów marki, bo odmawiała przychodzenia do pracy na godzinę 7. Włoszka tłumaczyła, że w tak wczesnych godzinach musi odwozić jednego syna do szkoły, a drugiego, niepełnosprawnego, na terapię, a sama firma deklarowała elastyczny czas pracy.

 Sprawa zyskała ogólnokrajowy wydźwięk, Ikeę skrytykował tamtejszy związek zawodowy, inny związek zorganizował protest w sklepie, w którym pracowała Włoszka, a głos w obronie kobiety wyraziła również tamtejsza wiceminister rozwoju gospodarczego Teresa Bellanova. Zaapelowała do Ikei, by jeszcze raz rozpatrzyła przypadek swojej pracownicy. Ikea ugięła się pod tą presją – mówi Joanna Jałowiec.

W Chinach Ikea została zaś skrytykowana za reklamę, w której piętnuje niezamężne kobiety. W reklamie matka zapowiada, że wyrzeknie się córki, jeśli ta nie wyjdzie za mąż. Po tym, jak w drzwiach pojawia się mężczyzna z kwiatami, rodzice kobiety stają się szczęśliwi i nakrywają stół zastawą szwedzkiej marki.

– W Chinach jest to bardzo drażliwy temat. Po licznych skargach ze strony użytkowników Ikea wycofała spot – podkreśla Joanna Jałowiec.

Święta Bożego Narodzenia sprzyjają czynieniu dobra. Aż 83 proc. Polaków drobne dobre uczynki robi również na co dzień

Święta Bożego Narodzenia sprzyjają czynieniu dobra. Aż 83 proc. Polaków drobne dobre uczynki robi również na co dzień 9

Polacy chętnie angażują się w duże akcje charytatywne wspierające potrzebujących. Wielką wartość przypisujemy też drobnym pozytywnym uczynkom, które wpisują się swobodnie w naszą codzienność. Według badania „Podejście Polaków do czynienia dobra” przeprowadzonego przez Kantar Millward Brown dla firmy Wawel w ramach kampanii „Czujesz się dobrze, czynisz dobrze”, aż 93 proc. Polaków deklaruje, że to właśnie uśmiech, miłe słowo i ciepły gest ofiarowane innym oraz serdeczności otrzymywane w odpowiedzi to wyjątkowo cenne symbole wyrażania pozytywnych emocji. Sprawdza się tu idealnie zasada, w myśl której mamy większą chęć zrobienia dobrego uczynku, gdy dobrze się czujemy.

 Święta skłaniają nas do tego, żebyśmy dużo więcej dobrego robili dla innych. Jest to czas, w którym częściej się o tym mówi, co skłania nas do nierzadko spektakularnych zachowań w obdarowywaniu innych i niesienia dużej pomocy potrzebującym. Jeśli jednak chodzi o drobne rzeczy, to okazuje się, że dobro czynimy na co dzień – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Tomasz Sobierajski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak wynika z badania „Podejście Polaków do czynienia dobra” przygotowanego przez Kantar Millward Brown dla firmy Wawel, aż 93 proc. badanych ocenia, że ważne są codzienne dobre uczynki, w tym także pozytywne gesty wykonywane w stronę innych osób. Aż 80 proc. zgadza się, że czynieniem dobra są serdeczny gest i bycie po prostu dobrym dla innych oraz ciepłe słowo.

– Dobro czynione na co dzień przejawia się w czymś, co nazywam „triadą dobra”, na którą składa się: uśmiech, dobre słowo i miły gest. Zdaniem badanych Polaków te drobne rzeczy liczą się dla nas dużo bardziej niż np. pomoc finansowa. To właśnie im przypisujemy ogromną moc, są dla nas bezcenne. Natomiast od święta staramy się, żeby dobro, które ofiarowujemy innym, było bardziej okazałe, znaczące – tłumaczy Sobierajski.

Badanie dowiodło, że dla większości ankietowanych ważne jest bycie dobrym człowiekiem. Znalazło się to na trzecim miejscu wśród czynników warunkujących szczęśliwe życie, tuż za zdrowiem i udanym małżeństwem.

– Jeśli zapytamy Polaków o dobro zupełnie spontanicznie, wyobrażają je sobie jako wielkie wydarzenie, za którym kryje się ogromny wysiłek, starania i pieniądze. Natomiast kiedy dopytujemy badanych, to okazuje się, że dobro to dla nich również te drobne rzeczy – wyjaśnia socjolog z UW.

Choć Polacy są surowi w ocenianiu siebie, to okazuje się, że na co dzień czynimy dużo dobra – ok. 83 proc. Polaków deklaruje, że w ciągu ostatniego tygodnia uczyniło coś dobrego dla innych (84 proc. kobiet i 82 proc. mężczyzn). Jednocześnie 72 proc. osób przyznaje, że przez ostatnich kilka dni doświadczyli dobra ze strony innych.

– Jedną z naszych największych wad jest to, że dość źle o sobie myślimy jako społeczeństwo. Na co dzień robimy dużo dobrych rzeczy dla innych, ale sami tego nie doceniamy. A moglibyśmy się dużo bardziej chwalić, bo mamy czym – przekonuje dr Tomasz Sobierajski.

O dobre uczynki nie jest jednak łatwo, gdy sami mamy zły nastrój. Im lepsze samopoczucie mamy, tym chętniej pomagamy i jesteśmy życzliwsi dla innych. Blisko połowa badanych Polaków przyznała, że łatwiej im przekazywać impulsy dobra, kiedy sami czują się szczęśliwi. Co ciekawe, najczęściej taką korelację wskazywały osoby z wyższym wykształceniem (ok. 61 proc. przy 42 proc. u osób z wykształceniem podstawowym).

Niewątpliwie słodycze kojarzą nam się często z czymś, co wprawia nas w dobry nastrój i wywołuje wspomnienia ciepłych, miłych spotkań w gronie bliskich. Przyczynia się do tego zapewne zawarty w ziarnie kakaowca tryptofan, związek chemiczny odpowiedzialny za podnoszenie w mózgu poziomu serotoniny – hormonu szczęścia. Czekolada ma jeszcze jeden atut. Wspomagając produkcję dopaminy, ma swój udział w wywoływaniu naszej radości, często są to tzw. motyle w brzuchu towarzyszące stanom zakochania. W euforii czujemy się silnie zmotywowani do czynienia dobra, a także skutecznie poddajemy impuls do działania innym.

Z analizy wynika także, że czynienie dobra nie jest cechą nabytą, lecz związaną z kulturą i otoczeniem. Dlatego ważna jest edukacja najmłodszych i wpajanie im, jak czynić dobro. Z badania „Podejście Polaków do czynienia dobra” można wywnioskować, że aż 96 proc. rodziców uczy swoje dzieci, że warto być życzliwym i wysyłać pozytywną energię innym. To napawa optymizmem.

– Dobro to nie jest coś, z czym dzieci się rodzą. Badani podkreślają, że to na nas dorosłych – rodzicach, opiekunach spoczywa przywilej pokazania im, ile możliwości kryje dobro. Jak wspaniale je czuć i dzielić się nim. Dzieci są bystrymi obserwatorami, chłoną błyskawicznie nasze reakcje, naśladują gesty, a potem powielają je w relacjach z innymi. Dlatego wspomniana triada: miły gest, ciepłe słowo, uśmiech są fundamentem kształtowania kodeksu zasad i wartości najmłodszych. Myślmy o tym jak o wyjątkowym prezencie ofiarowywanym na co dzień i od święta – podkreśla dr Tomasz Sobierajski

Potrzeba czynienia i zdolność rozprzestrzeniania dobra świetnie funkcjonuje w świecie emocjonalnym kobiet oraz u osób z wyższym wykształceniem. Pozytywne wzorce przekazywane dzieciom, wydobywanie ich najpiękniejszych emocji i nakłanianie do tego, by dzieliły się nimi z innymi, może być zalążkiem ich ważnych działań w dorosłym życiu, np. tego, że otworzą się i zaangażują w szereg szczytnych akcji w naturalny sposób. Specjaliści podkreślają, że często wynika to z dużych pokładów dobra, które czerpały od bliskich i otoczenia, a potem je z zapałem naśladowały.

Rosnąca sprzedaż w sieci sprzyja powstawaniu innowacyjnych usług dla handlu elektronicznego. Hitem stała się platforma do projektowania spersonalizowanych opakowań przesyłek kurierskich

Rosnąca sprzedaż w sieci sprzyja powstawaniu innowacyjnych usług dla handlu elektronicznego. Hitem stała się platforma do projektowania spersonalizowanych opakowań przesyłek kurierskich 10

Skokowy wzrost e-commerce pociąga za sobą rozwój firm i sektorów powiązanych z tą branżą. Korzystają z niego nie tylko firmy kurierskie czy logistyczne, lecz także twórcy aplikacji, dostawcy mobilnych płatności czy szeregu innowacyjnych usług dla e-commerce. Start-up Zapakuj.to, który zapewnia małym sklepom internetowym dostęp do opakowań z własnym logo, zagospodarował rynkową niszę i odniósł sukces. Firma chce teraz skorzystać z rosnącej popularności e-commerce w całej Europie. 

– Rynek e-commerce bezpośrednio przekłada się na zapotrzebowanie na opakowania. W 2017 roku jego wartość została oszacowana na około 600 mld euro i jest to 14-proc. wzrost rok do roku. Najbardziej popularnym sposobem wysyłki są opakowania. W Polsce są też takie rozwiązania jak foliopaki, jednak widzimy, że ludzie przerzucają się na opakowania jako bardziej wytrzymałe, pozwalające też obsługiwać zwroty – mówi agencji Newseria Biznes Konrad Kwiatkowski, marketing manager Zapakuj.to.

Popularność e-handlu rośnie w całej Europie. Według najnowszych szacunków Ecommerce Europe (European Ecommerce Report 2017) na koniec tego roku internetowy handel będzie już wart 602 mld euro. Dla porównania jeszcze w zeszłym roku wartość tego rynku została wyceniona na 530 mld euro przy 15-proc. wzroście.

Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków e-commerce, wycenianym w tej chwili na około 40 mld zł. Z ostatniego badania Gemiusa wynika, że zakupy w sieci robi już 54 proc. Polaków. Eksperci Sociomantic Labs prognozują, że do końca tej dekady wartość branży e-commerce przekroczy już 60 mld zł, a na polskim rynku będzie działać ponad 30 tys. internetowych sklepów. Jednak w tej chwili Polska, z 5-procentowym udziałem handlu internetowego w sprzedaży detalicznej, wciąż jest jeszcze niedojrzałym rynkiem.

Skokowy wzrost e-commerce pociąga za sobą rozwój firm i sektorów powiązanych z tą branżą. W największym stopniu korzysta rynek KEP (przesyłki kurierskie, ekspresowe i paczkowe) – firma doradcza PwC prognozuje w przyszłym roku 11-proc. wzrost wolumenu paczek do około 440 mln. Korzystają też firmy logistyczne, twórcy aplikacji, dostawcy mobilnych płatności czy szeregu usług dla e-commerce.

Przykładem jest Zapakuj.to – internetowa platforma do projektowania i zamawiania opakowań z własnym nadrukiem. Start-up założony rok temu przez specjalistów od marketingu internetowego zagospodarował rynkową niszę i ma już w portfolio klientów takie marki jak Nivea, Prosto, Showroom.pl, Mustache.pl, Reebok czy Ubisoft.

– Jak w przypadku każdego innego rynku, sposobem na zarabianie pieniędzy na opakowaniach jest dostosowanie swojej oferty do oczekiwań klienta. W przypadku opakowań dla e-commerce i detalistów, gdzie ostateczny konsument ma styczność z opakowaniem, tym sposobem jest personalizacja. Takie podmioty potrzebują krótkich serii, personalizowanych opakowań z własnym nadrukiem. To jest pewna nisza, która umożliwia pokonanie na rynku konkurentów obsługujących zamówienia bardzo dużych firm czy korporacji – mówi Konrad Kwiatkowski.

Grupą docelową Zapakuj.to są głównie detaliści, małe i średnie e-sklepy. To spory klient, ponieważ – jak wynika z danych Bisnode – polski rynek e-commerce należy właśnie do małych retailerów. Prawie 90 proc. polskich e-sklepów to małe i średnie przedsiębiorstwa.

Wydaje się, że to rzecz bardzo błaha – samodzielne projektowanie opakowania, ale z dostępnych na rynku rozwiązań wynika, że nie jest to tak proste. W momencie, kiedy firma chce zamówić bardzo dużą liczbę opakowań, od tysiąca do kilku tysięcy sztuk, jest to stosunkowo łatwe. Natomiast, kiedy potrzeba mniejszej serii, po 100–500 opakowań, jest to problem, ponieważ tradycyjna poligrafia i domy produkcyjne nie chcą takich małych zamówień realizować. Umożliwienie mniejszym podmiotom zamawiania opakowań w krótkich seriach pozwoliło nam osiągnąć sukces – mówi Konrad Kwiatkowski.

Do tej pory takie podmioty miały problem, chcąc wysłać do klienta zamówienie w firmowym opakowaniu z własnym logo albo personalizacją. Tradycyjni dostawcy zwykle nie realizują zamówień mniejszych niż kilka tysięcy sztuk. Zamawianie firmowych opakowań wiąże się zwykle z długim oczekiwaniem na wycenę, wielodniową wymianą e-maili z uwagami do projektu i kilkoma tygodniami oczekiwania na realizację.

– W klasycznym procesie wymaga to konsultacji z grafikiem, ze specjalistą DTP, który przygotuje siatkę do druku, z drukarnią, która to przyjmie i później wydrukuje. To masa specjalistycznych pojęć, spady, profile kolorystyczne – przeciętny człowiek, który potrzebuje opakowania i prowadzi swój sklep, nie wie tych rzeczy. Rozwiązanie dostępne online umożliwia zrobienie tego w prosty i bardzo intuicyjny sposób – mówi Konrad Kwiatkowski.

Za pośrednictwem Zapakuj.to można samodzielnie zaprojektować opakowania z logo firmy czy dedykacją. Umożliwia to prosty kreator, dostępny w przeglądarce. Klient od razu widzi cenę i wizualizację 3D swojego projektu, zamówienie składa w ciągu minut, a czas realizacji to maksymalnie dwa tygodnie.

Narzędzia dostępne online za pomocą przeglądarki umożliwiają zaprojektowanie własnego opakowania. Jest to bardzo łatwe – nawet osoba, która nie jest doświadczona w druku, poligrafii czy projektowaniu, może sama zaprojektować takie opakowanie. W 10 minut można mieć swój projekt. Właściciel biznesu, który potrzebuje firmowych opakowań, może wszystko zrobić samodzielnie – mówi Konrad Kwiatkowski.

W przeciwieństwie do dużych, hurtowych dostawców Zapakuj.to pozwala zamówić minimalną liczbę 30 tekturowych opakowań własnego projektu. Usługa ta ma się w przyszłości rozszerzyć o nowe rodzaje opakowań, akcesoria i katalog gotowych wzorów i szablonów. Obok e-sklepów i niewielkich przedsiębiorców z Zapakuj.to korzystają też agencje marketingowe czy PR-owe, duże firmy, które składają zamówienia sięgające nawet 2,5 tys. sztuk. W marcu tego roku pod nazwą Packhelp usługa została rozszerzona na pozostałe kraje Unii Europejskiej.

Teatr Telewizji przechodzi rewolucyjne zmiany. Mają one przywrócić mu dawną świetność

Teatr Telewizji przechodzi rewolucyjne zmiany. Mają one przywrócić mu dawną świetność 11

Spektakle Teatru Telewizji powróciły do poniedziałkowego prime time, poszerza się repertuar, głównie o sztuki pisane specjalnie na potrzeby TVP oraz literaturę polską. Te zmiany mają przywrócić telewizyjnemu teatrowi dawną świetność. Twórcy zamierzają nie tylko rozmawiać z widzami na poważne tematy, lecz także bawić, stąd styczniowe premiery: „Mock” na podstawie prozy Marka Krajewskiego oraz „Biesiada u hrabiny Kotłubaj” Witolda Gombrowicza.

Teatr Telewizji już wkrótce świętować będzie 65. rocznicę nieprzerwanego istnienia na antenie TVP. Pierwszy spektakl, „Okno w lesie” w reżyserii Józefa Słotwińskiego, został wyemitowany w listopadzie 1953 roku. Od tego czasu Teatr Telewizji wyprodukował ponad 4 tys. spektakli, początkowo odgrywanych na żywo i nierejestrowanych, a do ich twórców należeli tacy wybitni reżyserzy, jak Kazimierz Kutz, Adam Hanuszkiewicz, Olga Lipińska i Andrzej Wajda. W ramach Teatru Telewizji realizowane były spektakle zarówno polskich, jak i zagranicznych dramaturgów, sięgano tak po klasykę literacką, jak i współczesne teksty. Największą popularnością wśród widzów cieszył się Teatr Poniedziałkowy.

Myślę, że można już mówić o odrębności gatunku, jakim jest Teatr Telewizji. To ani film, ani teatr, ani czysta telewizja. Skupia on najlepszych polskich artystów, aktorów, reżyserów, scenografów, kompozytorów i to jest jego siłą, a przy tym zawsze dobra literatura – mówi agencji informacyjnej Newseria Ewa Millies-Lacroix, szefowa Agencji Kreacji Teatru Telewizji Polskiej.

W ostatnich latach Teatr Telewizji utracił znaczenie i wysoką pozycję w ramówce TVP – ograniczana była liczba premier oraz częstotliwość emisji poszczególnych spektakli, pora emisji wyznaczana była na późne godziny wieczorne, co skutkowało spadkiem oglądalności. Przywrócenie telewizyjnemu teatrowi dawnej świetności to jeden z celów Mateusza Matyszkowicza, nowego szefa TVP1, który od września zaczął wprowadzać istotne zmiany w tym zakresie.

Chcielibyśmy, żeby Teatr Telewizji był skierowany do wszystkich, czyli do jak największej liczby widzów, szczególnie Teatr Poniedziałkowy. Mam nadzieję, że jest skierowany do ludzi, którzy chcieliby o czymś poważnie pogadać, przeżyć coś, co najlepiej można opowiedzieć językiem sztuki – mówi Ewa Millies-Lacroix.

Zmiany dotyczą przede wszystkim sposobu zarządzania teatrem. W tym celu powstała Agencja Kreacji Teatru Telewizji, która współpracuje z TVP1 i TVP Kultura. Sezon będzie trwał od września do czerwca, zwiększy się liczba premier do dwóch w miesiącu na antenie TVP1 oraz jednej w TVP Kultura. Telewizja Polska planuje ponadto poszerzenie repertuaru, a więc realizowanie bardziej różnorodnych gatunkowo spektakli, najchętniej na podstawie tekstów napisanych specjalnie na potrzeby Teatru Telewizji. Tak jak miało to miejsce w przypadku grudniowej premiery „Marszałka” w reżyserii Krzysztofa Langa.

Zauważyliśmy, że szczególne zainteresowanie wzbudzają spektakle, które odnoszą się do naszej historii i wielkich bohaterów, coś, co kiedyś nazywaliśmy sceną faktu. Dzisiaj nie określamy tego jako oddzielne pasmo, ale na pewno tematy historyczne czy wielcy Polacy powracają – mówi Ewa Millies-Lacroix.

Agencja Kreacji Teatru Telewizji zamierza położyć nacisk na literaturę polską i powrócić do najlepszych rodzimych utworów dramatycznych. W planach jest m.in. realizacja „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego oraz spektakl opowiadający o pierwszych latach życia Fryderyka Chopina w Paryżu. Nie oznacza to jednak, że w repertuarze Teatru Telewizji zabraknie rozrywki. W pierwszych miesiącach 2018 roku widzowie będą mogli obejrzeć m.in. „Biesiadę u hrabiny Kotłubaj” Witolda Gombrowicza w reżyserii Roberta Glińskiego z Barbarą Kraftówną, Anną Polony, Bohdanem Łazuką i Piotrem Adamczykiem oraz „Żabusię” Gabrieli Zapolskiej.

– 29 stycznia po raz pierwszy na ekranie proza Marka Krajewskiego w kryminale „Mock”, nagrywanym w Hali Stulecia we Wrocławiu. Luty natomiast chcielibyśmy poświęcić wszystkim niebezpiecznym związkom, jakie towarzyszą naszym miłościom, czyli w walentynkowym stylu „Rio”, polska premiera nowego tekstu Marka Kochana w reżyserii Redbada Klynstry z piosenkami, pokazywana musicalowo – mówi Ewa Millies-Lacroix.

Teatr Telewizji można oglądać w poniedziałki o godzinie 20.25 na antenie TVP1 oraz we wtorki o godzinie 20.20 w TVP Kultura. Według danych Nielsen Audience Measurement pierwsze spektakle poniedziałkowe cieszyły się dużą popularnością wśród widzów – średnia oglądalność wyniosła ponad 570 tys. osób. TVP otwiera się również na młodych widzów, którzy od września mogą oglądać wszystkie premiery w internecie na stronach Telewizji Polskiej, a zaraz po premierze bezpłatnie w systemie VOD TVP.

Nowo powstające firmy to coraz ważniejszy klient dla banków. Na rynku brakuje oferty finansowania dla młodego biznesu

Nowo powstające firmy to coraz ważniejszy klient dla banków. Na rynku brakuje oferty finansowania dla młodego biznesu 12

Każdego roku w Polsce przybywa około 350 tys. nowych przedsiębiorstw, istotna ich część szybko kończy działalność. Problemem często okazują się dla nich skomplikowane prawo podatkowe, niewystarczający kapitał ludzki czy brak środków na start i dalszy rozwój działalności. Sektor nowo powstających firm i start-upów do tej pory był traktowany przez banki i instytucje finansowe bardzo ostrożnie, ale widoczne są już pierwsze pozytywne zmiany. Grupa PKO poszerza swoją ofertę o produkty finansowe dla takich podmiotów, i usługi, które mają ułatwić im rozpoczęcie i prowadzenie działalności.

– Jest wiele barier, które utrudniają przedsiębiorcom rozpoczęcie działalności. Przede wszystkim należy wymienić barierę administracyjno-prawną, głównie z uwagi na skomplikowane zapisy prawa podatkowego, czy kapitał ludzki z uwagi na utrudniony dostęp do wykwalifikowanej siły roboczej. Kolejne uciążliwości to wysoka konkurencja i ograniczony dostęp do finansowania – ponad 20 proc. przedsiębiorców wskazuje ten element jako istotną barierę rozpoczęcia działalności. Nie należy tego bagatelizować, dlatego że przedsiębiorcy w pierwszej fazie rozwoju rzeczywiście potrzebują dużego zastrzyku finansowego – mówi agencji Newseria Biznes dr Joanna Karpińska z Departamentu Klientów Małych i Średnich Przedsiębiorstw w PKO Banku Polskim.

Polskie społeczeństwo od lat jest w czołówce najbardziej przedsiębiorczych w Europie. Z danych ZUS wynika, że na koniec ubiegłego roku działalność prowadziło 2,5 mln firm, które odprowadzały składki na ubezpieczenia społeczne – z czego około 1,5 mln to samozatrudnieni. Każdego roku w Polsce przybywa około 350 tys. nowych zarejestrowanych przedsiębiorstw, ale większość z nich szybko kończy działalność (blisko 295 tys. podmiotów w 2016 roku).

– Sektor nowo powstałych firm jest bardzo obszerny i istotny dla instytucji finansowych. Co roku na polskim rynku pojawia się ponad 350 tys. nowo powstałych działalności, natomiast gdy patrzymy na mikroprzedsiębiorstwa, to co dziesiąta firma działa  na rynku nie dłużej niż jeden rok – mówi dr Joanna Karpińska.

Większość przedsiębiorstw, które rozpoczynają działalność, potrzebuje finansowania na start. Jednak banki i instytucje finansowe podchodzą do finansowania takich podmiotów dość asekuracyjnie.

– Ten fakt nie dziwi, dlatego że wskaźnik przeżywalności tych podmiotów w pierwszym roku ich istnienia wynosi około 68 proc. Duża część zamyka swoją działalność w początkach jej istnienia dlatego instytucje finansowe i banki skupiają się głównie na propozycjach oferty depozytowej, a w drugiej kolejności – propozycjach oferty kredytowej. Widzimy, że banki skupiają się głównie na propozycji finansowania działalności obrotowej, opierając się o niższe wolumeny możliwych do uzyskania kwot kredytów – mówi dr Joanna Karpińska.

Jak wynika z danych PKO Banku Polskiego, ponad 2/3 świeżo upieczonych przedsiębiorców korzysta ze środków własnych. Realizując przedsięwzięcia inwestycyjne, wykorzystują kapitał obrotowy, co może później doprowadzić do zakłóceń finansowych w bieżącej działalności takiej firmy.

Z najnowszej edycji raportu „Polskie Startupy 2017”, opracowanego przez fundację StartUp Poland, wynika, że 65 proc. wskazuje brak opcji finansowania jako największą przeszkodę w rozwoju biznesu, a 77 proc. planuje pozyskanie zewnętrznego finansowania.

– Możliwości, które oferuje nam rynek, zachęcają do założenia własnej działalności gospodarczej. Jednak największym problemem nowo powstałych firm jest uzyskanie finansowania na rozwój własnego biznesu. Niewiele firm leasingowych ma w swojej ofercie finansowanie dla takich podmiotów. W odpowiedzi na tę potrzebę PKO Leasing stworzył produkt „Leasing na Start”, który wspiera start-upy i nowe firmy na polskim rynku – mówi Sylwia Ostrowska, starszy specjalista do spraw produktów w PKO Leasing.

Aby ułatwić pierwsze miesiące prowadzenia działalności, PKO Bank Polski stworzył specjalną formę finansowania, która ma wspierać start-upy i nowe podmioty, począwszy od pierwszego dnia działalności. Po leasing – jako formę finansowania bieżącej działalności – sięga coraz więcej klientów firmowych z sektora MSP, dzięki czemu mogą utrzymać płynność finansową i rozwijać produkcję.

 Największą zaletą leasingu jest to, że pozwala firmie utrzymać płynność finansową i nie blokuje środków bieżących. Ponadto rata leasingowa jest w całości kosztem uzyskania przychodu, więc przedsiębiorca może odliczyć pełny podatek VAT – wyjaśnia Sylwia Ostrowska. – Ofertę „Leasing na start” kierujemy do podmiotów od pierwszego dnia działalności na finansowanie samochodów osobowych i ciężarowych do 3,5 t, o maksymalnej wartości 120 tys. zł. Od nowych firm nie wymagamy dodatkowych dokumentów. Oferujemy prosty i szybki leasing, wyłącznie na oświadczenie klienta i fakturę proformę od dostawcy, w oparciu o uproszczone procedury. 

Obok oferty leasingowej Grupa PKO wprowadziła też produkt „Pożyczka na start” dla przedsiębiorców, którzy rozpoczynają działalność gospodarczą, niezależnie od ich wielkości i stażu. Maksymalny okres kredytowania to 60 miesięcy, a maksymalna kwota – 100 tys. zł. Oferta ma cechy, które szczególnie cenią sobie młode mikrofirmy: łatwość i szybkość pozyskania pieniędzy, elastyczność w spłacie i wydatkowaniu środków – pozyskane pieniądze można przeznaczyć na dowolny cel związany z prowadzoną działalnością gospodarczą, bez konieczności okazywania faktur.

 Różnica między leasingiem a „Pożyczką na start” polega na możliwym do sfinansowania celu. W pożyczce przewidzieliśmy możliwość finansowania zarówno celów obrotowych, jak i inwestycyjnych. Leasing skupia się na finansowaniu środków trwałych. Z kolei w ramach „Pożyczki na start” możemy realizować przedsięwzięcia inwestycyjne w wartości brutto, bez wymogu wkładu własnego. Kolejną kwestią jest możliwość skorzystania z karencji w spłacie kapitału, co również różnicuje te dwa produkty – wyjaśnia dr Joanna Karpińska.

Zarówno „Pożyczka na start”, jak i „Leasing na start” to element szerszej kampanii PKO Banku Polskiego, która ma ułatwić małym i średnim firmom prowadzenie działalności. Za pośrednictwem bankowości elektronicznej iPKO możliwe będzie niedługo zarejestrowanie firmy w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej, bez konieczności wypełniania dodatkowych formularzy i wniosków na portalach urzędowych. W grudniu zakończył się też pierwszy przygotowany przez bank cykl bezpłatnych szkoleń „Dzień dobry biznes” skierowanych do właścicieli małych i średnich firm, który odbył się w 12 miastach Polski.

 Firmom, które deklarują bardziej zaawansowane oczekiwania wobec instytucji finansowej, możemy zaoferować gwarancje bankowe, akredytywy czy inkasa. Proponując rozwiązania finansowe, patrzymy na złożoność projektu oraz oczekiwany poziom zapotrzebowania na kapitał. Bank przy złożonych projektach proponuje kredyty inwestycyjne i obrotowe. Wówczas analiza i ocena przedsiębiorcy odbywa się w sposób indywidualny – dodaje dr Joanna Karpińska.

Aplikacje mobilne coraz śmielej zagospodarowują nowe dziedziny życia. Jedna z nich nauczy rodziców, jak wychowywać dzieci

Aplikacje mobilne coraz śmielej zagospodarowują nowe dziedziny życia. Jedna z nich nauczy rodziców, jak wychowywać dzieci 13

Polska firma MythicOwl stworzyła aplikację Parenting Hero, dzięki której rodzice mogą przetestować swoje zachowania i reakcje na typowe sytuacje, które mogą zastać ich w domu podczas opieki nad dziećmi. Już w styczniu pojawi się wersja aplikacji na system Android. Rynek aplikacji mobilny rośnie bardzo dynamicznie. W 2021 roku jego wartość ma osiągnąć 6,3 bln dolarów. Jednocześnie liczba dostępnych aplikacji w sklepach Google Play i Apple AppStore przekroczyła już 5,5 mln.

– Parenting hero to aplikacja, w której rodzice mogą przetestować swoje zachowania i różne reakcje na typowe sytuacje, które mogą zastać w domu. Pomysł przyszedł, kiedy oglądałem scenki zawarte w jednej z książek o wychowaniu. Pomyślałem, że byłoby świetnie, gdybyśmy potrafili przetestować te same scenariusze w postaci aplikacji, żeby od naszego wyboru zależało, jak dalej potoczy się sytuacja – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Mularczyk, prezes zarządu MythicOwl.

Aplikacja została opracowana przez psychologa i wykorzystuje sprawdzone metody z książki „Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały. Poradnik przetrwania dla rodziców dzieci w wieku 2–7 lat” Joanny Faber i Julie King. Parenting Hero prezentuje scenki w formie animowanych komiksów. Twórcom zależało, aby nie był to tylko suchy opis sytuacji, dzięki czemu użytkownicy mogą się łatwiej wczuć w daną historię.

– Jednym z przykładów takich scenek jest sytuacja, w której np. dzieci walczą ze sobą, starszy chłopiec popycha dziewczynkę, rodzic wchodzi do pokoju i zastaje właśnie taki niezbyt przyjemny, ale pewnie dość popularny obraz. W tym momencie gracz ma do wyboru sposób reakcji, może powiedzieć np. „Cicho, co tu się dzieje?” albo może spróbować rozdzielić te dzieci lub podejść do nich w taki sposób, w którym spróbowałby zaakceptować ich emocje i w jakiś sposób dalej zmoderować tę sytuację – informuje pomysłodawca Parenting Hero.

Według statystyk serwisu AppBrain liczba aplikacji w sklepie Google Play przekroczyła już 3,5 mln. W ciągu dwóch ostatnich lat liczba ta niemal się podwoiła, a w trzecim kwartale 2017 roku liczba pobrań aplikacji przekroczyła 16 mln. Jak wynika z danych serwisu Statista, w 3 kwartale 2017 roku w sklepie AppStore dostępnych było ponad 2 mln aplikacji.

Aplikacja Parenting Hero jest aktualnie dostępna na platformę iOS. W styczniu 2018 roku ma się pojawić także wersja dla telefonów z systemem Android. Twórcy podkreślają, że produkt szczególnie dobrze trafia do osób, które interesują się nowymi technologiami.

– Nasi użytkownicy to osoby, które po pierwsze są rodzicami, a po drugie są zainteresowane nowoczesnymi technologiami w wychowywaniu dzieci. Sytuacja w Polsce wygląda tak, że 92 proc. osób z tej grupy ma telefony z Androidem – zauważa Tomasz Mularczyk.

Z prognoz firmy App Annie wynika, że za 4 lata rynek aplikacji na świecie może osiągnąć wartość nawet 6,3 bln dolarów. Oznaczałoby to wzrost o 380 proc. w stosunku do ubiegłego roku. Specjaliści przewidują, że w 2021 roku użytkownicy spędzą przed aplikacjami łącznie 3,5 bln godzin. Według raportu agencji Zenith pt. „Mobile Advertising Forecasts 2017” smartfon ma 62 proc. Polaków.

Awersja do ryzyka polskich inwestorów

Nowa dyrektywa może zwiększyć obciążenia przedsiębiorstw

Nowa dyrektywa dotycząca informowania na piśmie pracowników o warunkach zatrudnienia wymaga modernizacji, ale niektóre zawarte w niej propozycje mogą niekorzystnie wpłynąć na rozwiązania krajowe i zwiększyć obciążenia przedsiębiorstw – uważa Konfederacja Lewiatan.

Komisja Europejska przedstawiła wczoraj propozycje nowej dyrektywy w sprawie przejrzystych i przewidywalnych warunków pracy w Unii Europejskiej (COM(2017) 797). Ma ona zastąpić i rozszerzyć obecnie obowiązującą dyrektywę 91/533/EWG z 14 października 1991 r. w sprawie obowiązku pracodawcy dotyczącego informowania pracowników o warunkach stosowanych do umowy lub stosunku pracy.

Konfederacja Lewiatan rozumie potrzebę aktualizacji dyrektywy w sprawie oświadczeń pisemnych (1991/533 / EWG). BusinessEurope, którego członkiem jest Lewiatan, było gotowe do podjęcia w tym zakresie negocjacji na poziomie unijnym. Jednakże jakikolwiek przegląd musi mieć na względzie istotę tej dyrektywy, którą jest wyłącznie określenie zasad informowania pracowników o podstawowych warunkach zatrudnienia.

– Możemy dyskutować o tej części propozycji Komisji, które prowadzą do modernizacji dyrektywy. Jednak niektóre nowe propozycje idą znacznie dalej i nie są zgodne z zasadą pomocniczości. Wpłynie to niekorzystnie na funkcjonowanie rynków pracy i zwiększy obciążenia przedsiębiorstw – ostrzega Robert Lisicki, radca prawny, dyrektor departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan.
Zastrzeżenia budzi propozycja wprowadzenia unijnej definicji pojęcia „pracownik”. Definicja powinna pozostać w kompetencji krajowej. Unijna definicja nie odzwierciedli różnorodności sytuacji, do których odnoszą się definicje krajowe i ograniczyłaby zdolność dostosowania tych definicji krajowych do zmieniających się okoliczności. Oprócz tego taka sytuacja będzie prowadziła do szeregu niejasności, sporów na poziomie krajowym i unijnym.

– Zastrzeżenia budzi też wprowadzanie do dyrektywy elementów nie tylko informacyjnych, ale regulacji z zakresu prawa materialnego. Przykładowo KE proponuje wprowadzenie maksymalnego okresu próbnego czy regulację dodatkowego zatrudnienia u innego pracodawcy, co stoi w sprzeczności z celami stawianymi przed taką dyrektywą.

To na co liczyliśmy, to dostosowanie nowego instrumentu do nowych okoliczności, współpracy stron – dodaje Robert Lisicki.

Dyrektywa wymaga modernizacji, ale Komisja próbuje tylnymi drzwiami wprowadzić rozwiązania, któr powinny być przedmiotem odrębnej dyskusji.

Konfederacja Lewiatan niedługo przedstawi szczegółową analizę wniosku Komisji Europejskiej.

Zwyczaje i wydatki świąteczne Polaków 2017

Dla co piątego Polaka święta Bożego Narodzenia to murowane kłopoty finansowe, kolejne 18 proc. nie ma pewności czy uda im się uniknąć problemów, spokojnych jest 62 proc. badanych. Powód? Przede wszystkim prezenty, które stanowią największą część świątecznych wydatków. Średni koszt podarków to około 500 zł. Tylko na jeden prezent dla dziecka średnio wydajemy 155 zł, a dla dorosłego 120 zł – wynika z badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK.

62 proc. uważa, że święta to poważny koszt do zaplanowania w domowym budżecie. Tylko co dziesiąta osoba ma finansowy komfort, który pozwala nie myśleć o świętach Bożego Narodzenia w takich kategoriach. Większość Polaków sfinansuje tegoroczne święta z pensji lub oszczędności. Co dwunasty zaciągnie też kredyt lub pożyczkę, albo przesunie płatność rachunków. Ale co piąty badany przeczuwa, że czego by nie robił i tak popadnie w finansowe kłopoty z powodu bożonarodzeniowych wydatków – wynika z badania* przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia dla BIG InfoMonitor i BIK. – Polacy dostrzegają coraz bardziej komercyjny charakter świąt Bożego Narodzenia, ale jednocześnie wielu nie potrafi się oprzeć nadmiernym wydatkom w czasie przygotowań. Tylko przy zakupach prezentów trzy na cztery osoby przekraczają zaplanowany budżet, a ostatecznie co piąta osoba z góry już wie, że święta będą dla niej przyczyną problemów finansowych. Niestety potwierdzają to fakty, co roku po świętach pojawia się w naszym rejestrze większa liczba dłużników, którzy przełożyli płatność rachunków czynszu, czy też przestali spłacać pożyczkę lub kredyt – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Dla osób, które w ten sposób próbują łatać dziurę w domowym budżecie ryzyko trafienia do rejestru dłużników jeszcze wzrosło, bo od 13 listopada tego roku, wierzyciele mogą wpisać do rejestru niesolidnego klienta już po 30 dniach zwłoki, podczas gdy wcześniej musieli czekać 60 dni – przestrzega Sławomir Grzelczak. Obecnie w bazach BIG InfoMonitor oraz BIK opóźnioną spłatę różnego rodzaju rachunków i kredytów ma w Polsce 2,5 mln Polaków. Wartość ich przeterminowanych zaległości sięga 62,3 mld zł. 

Co piąty Polak dostanie na Gwiazdkę kłopoty finansowe, ale i tak lubimy świętaCo piąty Polak dostanie na Gwiazdkę kłopoty finansowe, ale i tak lubimy święta 2W przypadku osób, które otrzymują pieniądze z programu 500+, około 1/3 przyznaje, że dodatkowa gotówka pozwoli im na święta wydać więcej. A wydatki są spore. Dominują prezenty, na które średnio każdy badany przeznacza 500 zł, przy czym jak pokazują badania – połowa respondentów przeznaczy na ten cel do 400 zł, a druga połowa więcej niż 400 zł. Portfel najbardziej drenują prezenty dla dzieci, na obdarowanie jednej pociechy przeznaczamy bowiem 155 zł, o 35 zł więcej niż na prezent dla osoby dorosłej. Żywność zajmująca drugą pozycję na liście bożonarodzeniowych wydatków, średnio kosztuje 422 zł.

Lubimy dostawać prezenty, nie ma ich jedynie w co dziesiątym domu

Prezenty pustoszą kieszenie, ale zrezygnować z nich trudno, bo aż trzech na czterech badanych przyznaje, że lubi dostawać je na Gwiazdkę. Przeciwników niespodzianki pod choinką jest zaledwie 8 proc.Co piąty Polak dostanie na Gwiazdkę kłopoty finansowe, ale i tak lubimy święta 3

Ostatecznie, więc w większości gospodarstw (71 proc.) prezenty otrzymują wszyscy – zarówno dorośli jak i dzieci. W jednym na pięć domów obdarowywane są tylko dzieci, a w co dziesiątym domu nikt.

Trzy czwarte przekracza zaplanowany budżet

Ile wydać na prezenty? –wspólnie w rodzinie udaje się ustalić w 28 proc. przypadków, pozostali podchodzą do zakupów bardziej spontanicznie i koniec końców i tak przekraczają narzucony sobie limit. Tylko 1/4 udaje się wydać tyle, ile początkowo zakładali.

Preferowanym miejscem zakupu prezentów pozostają sklepy stacjonarne. Wszystkie prezenty lub przynajmniej większość kupi w tym roku w tradycyjnych sklepach 42 proc. badanych. Zwolennicy prezentów z sieci – wszystkie lub większość nabywają przez internet – stanowią 26 proc. grupę badanych. Jednocześnie już co trzecia osoba mówi, że połowę prezentów kupi w sklepach wirtualnych, a połowę w tradycyjnych. Co kupią? Przede wszystkim coś praktycznego, ale najlepiej gdyby jednocześnie była to niespodzianka, tak przynajmniej uważa 2/3 badanych. Spora grupa, bo 44 proc. respondentów woli jednak wcześniej podpytać obdarowywanego co chciałby dostać, by uniknąć nietrafionych pomysłów.

Wciąż lepiej ugotować samemu niż kupić

Wydatki na żywność pochłoną średnio 422 zł, w połowie domów nie będą wyższe niż 300 zł, a w pozostałych przekroczą 300 zł.Co piąty Polak dostanie na Gwiazdkę kłopoty finansowe, ale i tak lubimy święta 4

Gotowanie posiłków świątecznych jest dla większości badanych Polaków czynnością przyjemną, z której rzadko rezygnują na rzecz cateringu lub gotowych potraw. Jeśli już coś kupujemy to najczęściej są to pierogi i uszka oraz gotowe mięsa i wędliny. Catering przy przygotowywaniu świąt to wciąż rzadkość (5 proc.).Co piąty Polak dostanie na Gwiazdkę kłopoty finansowe, ale i tak lubimy święta 5

Większość Polaków oszczędza sobie rokrocznego wydatku na zakup choinki i ubiera sztuczne drzewko. Na żywe decyduje się 37 proc. osób, a 6 proc. nie ma żadnego.

Boże Narodzenie to przede wszystkim spotkania z rodziną, a w mniejszym stopniu przeżycie duchowe

Zakupowe szaleństwo związane z prezentami, ale również żywnością na wigilijny, a potem świąteczny stół powodują, że 59 proc. uważa Boże Narodzenie za święta mocno skomercjalizowane. Mimo tego mankamentu trzech na czterech ankietowanych lubi atmosferę nadchodzącego święta. Ponad 70 proc. lubi też obchodzić Boże Narodzenie i docenia (78 proc.) jego rodzinny charakter jak i atmosferę. Mniejszość natomiast – 44 proc. – przyznaje, że święta celebrujące narodziny Chrystusa są dla nich przede wszystkim przeżyciem duchowym i religijnym. W deklaracjach tych widoczne są podziały – wartości religijne najbardziej cenią mieszkańcy wsi oraz południowej Polski, najmniej mieszkańcy północnego zachodu oraz środowiska miejskie. Boże Narodzenie budzi większy entuzjazm wśród kobiet, które lubią obchodzić święta, cenią ich rodzinny charakter oraz ogólną atmosferę. Jednocześnie częściej niż mężczyźni deklarują, że organizacja świąt potrafi być dla nich poważnym wydatkiem.Co piąty Polak dostanie na Gwiazdkę kłopoty finansowe, ale i tak lubimy święta 6

*Badanie ”Zwyczaje i wydatki świąteczne Polaków” wykonane przez Instytut ARC Rynek i Opinia na zlecenie BIK i BIG InfoMonitor. Badanie wykonano w drugiej połowie listopada 2017 na próbie 1009 Polaków w wieku 25-65 lat, metodą CAWI.

Inteligentny robot o „ludzkich dłoniach” zrewolucjonizuje produkcję elektroniki?

Polskie przedsiębiorstwa produkcyjne od lat skarżą się na brak rąk do pracy. Nie pomaga nawet wzmożone działania rekrutacyjne, a employer branding nie przynosi wymiernych efektów. Zdaje się, że rozwiązanie tego problemu – powszechnego również za granicą – znajduje się na wyciągnięcie ręki. Firma Epson wprowadza na rynek roboty wyposażone w dłonie zaprojektowane na wzór ludzkich kończyn górnych. To pierwsza maszyna, która – jak zapewnia producent – widzi, czuje, myśli i pracuje.

WorkSense W-01_1Nie jest tajemnicą, że potrzeby firm z sektora przemysłowego są coraz większe, a tradycyjne roboty, które na stałe instaluje się w wyznaczonym miejscu, by w zapętleniu wykonywały pojedyncze zdanie, przestały wystarczać. Nowe podejście do tematu zaprezentowała japońska firma Seiko Epson Corporation, która jako pierwsza postanowiła wypuścić na rynek robota o kończynach podobnych do rąk człowieka. WorkSense W-01 powstał z myślą o pracy przy produkcji zaawansowanych technologii. Robot ma zastąpić ludzi pracujących na linii produkcyjnej. Jest to możliwe dzięki sztucznej inteligencji, kamerom i innym czujnikom. Taka kombinacja pozwala robotowi wykonywać zadania, których automatyzacja była wcześniej niemożliwa.

Najnowszy wynalazek ze stajni Epsona wyposażony został w cztery kamery umieszczone na głowie robota i dwie znajdujące się w jego rękach, co daje mu szerokie pole widzenia i umożliwia wykonywanie skomplikowanych zadań z niespotykaną precyzją. WorkSense W-01, podobnie jak człowiek, widzi otaczającą go rzeczywistość w 3D, co pozwala mu z łatwością wykrywać obiekty nawet jeśli z jakiejś przyczyny ich położenie ulegnie zmianie. To nie wszystko. Dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji, robot może każdego dnia pracować nad innym zadaniem w odmiennych lokalizacjach i nie wymaga dodatkowego programowania. W ten sposób może z łatwością dopasowywać się do nagłych zmian w produkcji.

Robot Epsona jest mobilny, autonomicznie decyduje o ścieżce ruchu swoich ramion i potrafi unikać przeszkód. Wśród maszyn tej klasy nie spotkałem jeszcze takiego zestawu cech. Roboty zaprzęgnięte do pracy w większości firm produkcyjnych to zupełnie inna liga. Na tym przykładzie widzimy, że technologie kognitywne wkraczają do przemysłu nie tylko współpracując z zaawansowanymi systemami IT, takimi jak ERP, ASP czy BI, lecz również jako maszyny pracujące na linii produkcyjnej. Dzięki rozwojowi sztucznej inteligencji automatyzacja przemysłu wchodzi na nowy poziom – uważa Piotr Rojek z DSR, firmy oferującej zaawansowane rozwiązania informatyczne dla przemysłu.

O tym, że WorkSense W-01 można skategoryzować jako humanoida, czyli robota posiadającego ludzkie cechy, świadczy również fakt, że jego dłonie uzbrojone zostały w specjalne czujniki dotyku, dzięki który może on kontrolować siłę nacisku podczas wykonywania zleconych mu zadań. W ten sposób producenci zadbali, by przedmioty, nad którymi pracuje, nie uległy zniszczeniu. Taka zdolność przydaje się szczególnie podczas podnoszenia i przekładania produktów.

Yoshifumi Yoshida, Chief Operating Officer w Epson’s Robotics Solutions Operations Division przekonuje, że jego zespół intensywnie pracuje nad wdrażaniem kolejnych innowacji z zakresu robotyki.  – Naszym celem jest przyszłość, w której roboty są na szeroką skalę wykorzystywane do wspierania ludzi. WorkSense W-01, który wykorzystuje bogate portfolio technologii Epsona, to krok w kierunku takiej przyszłości twierdzi Yoshida.

Propozycja pracy w innej miejscowości – czego oczekiwać od pracodawcy?

Relokacja przy zmianie pracy jest wrażliwym tematem podczas procesów rekrutacyjnych i może stanowić barierę przyjęcia stanowiska. Często wraz z propozycją zmiany miejscowości rekrutowani otrzymują ofertę pakietu udogodnień i benefitów, które pomagają w przystosowaniu się do nowego otoczenia. Czego może oczekiwać kandydat, gdy otrzymuje propozycję zmiany miejsca zamieszkania? Eksperci z HRK przedstawiają ważne kwestie relokacji, o których warto pamiętać.

Deficyt specjalistów w niektórych branżach spowodował, że firmy coraz częściej decydują się na poszukiwanie osób mieszkających poza zasięgiem przedsiębiorstwa, oferując im atrakcyjne pakiety relokacyjne. Kandydaci, którzy decydują się na przyjęcie stanowiska w innej miejscowości, zazwyczaj kierują się możliwością rozwoju, zdobycia nowych umiejętności, wyższym wynagrodzeniem, ciekawszymi projektami czy prestiżem pracy w znanej firmie. Przeniesienie się do nowego otoczenia niesie jednak za sobą szereg dodatkowych problemów do rozwiązania, takich jak znalezienie lokum, wypowiedzenie dotychczasowych umów związanych z miejscem zamieszkania, znalezienie nowej szkoły dla dzieci, a nawet opuszczenie rodziny. Pogodzenie kariery zawodowej z życiem prywatnym jest dużym wyzwaniem dla osoby, która decyduje się na relokację.

Jacy kandydaci chętniej decydują się na relokację?

Z doświadczeń konsultantów HRK wynika, że relokację chętniej rozważają młode osoby, które nie mają zobowiązań rodzinnych.

Zmianę miejsca zamieszkania częściej rozważają młodzi ludzie z niedużym doświadczeniem lub zaraz po studiach, zazwyczaj pochodzący z mniejszych miejscowości, gdzie miejsc pracy jest znacznie mniej niż w dużych aglomeracjach, w których studiowali. Ci potencjalni pracownicy są przygotowani do relokacji w celu zdobycia pierwszego, ciekawego doświadczenia – komentuje Nina Tokarz, Associate Consultant HRK Engineering & Technology.

Chętni do relokacji są również dojrzali managerowie, którzy mają świadome podejście do budowania swojej kariery zawodowej.

Osoby z tej grupy decydują się na relokację, kiedy propozycja zawodowa może być niezwykle ciekawym wyzwaniem. Warto tu na pewno wspomnieć, że są to też osoby o stabilnej sytuacji rodzinnej, często takie, których dzieci już opuściły dom rodzinny – dodaje ekspertka.

Kandydaci najchętniej relokują się do większych miast, jak Warszawa, Wrocław, Kraków, Poznań, Trójmiasto, a także Szczecin. Osoby, które aspirują do zdobycia cennego doświadczenia, zdają sobie sprawę, że łatwiej im będzie znaleźć atrakcyjną pracę w biznesowych aglomeracjach. Poziom zainteresowania relokacją jest ściśle związany z nastawieniem do zmian zawodowych – doradcy personalni zgodnie twierdzą, że kandydaci aktywni znacznie częściej decydują się na przyjęcie pracy w innej miejscowości niż kandydaci pasywni, którzy mają poczucie stabilności zatrudnienia. Są jednak branże, w których relokacja jest niemal nieodłączną częścią wykonywania zawodu – jak na przykład w budownictwie.

Głównym motorem napędowym do relokacji w branży budowlanej jest udział w interesujących dla kandydata projektach. Wielomilionowe inwestycje są realizowane w różnych miejscach na terenie całej Polski – to one stanowią wyzwanie dla rekrutowanego. Ważnym czynnikiem jest także możliwość zdobycia poszczególnych uprawnień oraz cennego doświadczenia podczas realizowania inwestycji – mówi Michał Misztal, Associate Consultant HRK Real Estate & Construction.

Relokacja – co oferują pracodawcy?

Pracodawcy, aby zniwelować barierę dotyczącą zmiany miejsca zamieszkania, oferują kandydatom różne formy pomocy – niekiedy jest to cały pakiet relokacyjny. Z doświadczenia konsultantów HRK wynika, że firmy najczęściej zapewniają:

  • Jednorazowy bonus pieniężny – o określonej kwocie lub w wysokości jednej do sześciu pensji przyszłego pracownika,
  • Pokrycie opłat za wynajem mieszkania – np. przez pierwsze trzy czy sześć miesięcy po przeprowadzce,
  • Wsparcie w znalezieniu mieszkania w nowej lokalizacji (również wynajęcie agencji nieruchomości) – szczególnie jeżeli firma położona jest z dala od aglomeracji,
  • Wyższe wynagrodzenie podstawowe, które ma po części zrekompensować koszty związane z relokacją,
  • Opłacenie noclegów w hotelu do czasu znalezienia mieszkania.

Firmy często oferują wyższe wynagrodzenie, zazwyczaj na okres 3-6 miesięcy. Czasami zdarza się, że pracownicy otrzymują je na stałe. Część kandydatów oczekuje także służbowego samochodu – jeśli dany pracownik przenosi się na większe odległości, to zazwyczaj negocjuje auto wyższej klasy. Rekrutowani oczekują też możliwości zdalnej pracy przynajmniej jeden dzień w tygodniu np. w piątek, by móc spędzić weekend z rodziną. W swojej karierze spotkałem się z prośbami o wsparcie w znalezieniu pracy dla męża czy żony rekrutowanej osoby w nowym miejscu zamieszkania – komentuje Dariusz Obuchowicz, Business Development Executive HRK Poznań.

Czego oczekują kandydaci?

Jak się okazuje, niekiedy potencjalni pracownicy, którzy mają zmienić miejsce zamieszkania, oczekują większego wsparcia ze strony pracodawcy. Podczas rozmów kwalifikacyjnych negocjują na przykład dofinansowanie do wydatków związanych z życiem rodzinnym, np. żłobków dzieci, standard mieszkania, które zapewnia pracodawca, czy też okres, w którym otrzymują wyższe wynagrodzenie,

Jak zauważa Krzysztof Kobyliński, ekspert ds. outsourcingu specjalistów IT, kandydaci z innych krajów niekiedy oczekują pomocy w sprawach związanych z organizacją wizy. W tej branży relokacje do innych krajów wynikają z braku wykwalifikowanych osób na danym rynku. Podobna sytuacja ma miejsce w centrach usług wspólnych.

W sektorze SSC/BPO kandydaci z reguły oczekują wzrostu wynagrodzenia. Przy relokacji dodatkowo liczą na wsparcie pokrycia kilkumiesięcznych kosztów utrzymania się w nowym mieście. Dlatego aby przyciągnąć nowych pracowników, firmy coraz częściej stosują jednorazową dopłatę w wysokości miesięcznego wynagrodzenia oraz pomoc w uzyskaniu zezwolenia na pracę – w przypadku osób spoza UE – komentuje Marianna Świderska, Consultant HRK SSC/BPO.

Dlaczego nie wszyscy decydują się na zmiany?

Marcin Nowosad, Team Leader w HRK, zauważa, że kandydaci nie są chętni do relokacji między innymi z powodu poczucia stabilizacji w obecnym miejscu pracy. Te osoby są przekonane, że jako dobrzy specjaliści w swojej dziedzinie znajdą pracę wszędzie, dlatego zmiana miejsca zamieszkania nie jest konieczna. Do głównych powodów odrzucenia ofert pracodawców można zaliczyć:

  • Lokalizację, która nie spełnia oczekiwań kandydata (ograniczone perspektywy długofalowego rozwoju kariery, brak wydarzeń kulturalnych, korki itp.),
  • Przywiązanie i zobowiązania w obecnym miejscu zamieszkania (przede wszystkim rodzina, ale również przyjaciele czy kredyt na mieszkanie).

Relokacja jest wrażliwym tematem podczas procesów rekrutacyjnych. Konsultantka HRK, Nina Tokarz, przyznaje, że jeżeli kandydat nigdy nie myślał o relokacji i nie jest do niej przekonany, to rekruter nie powinien go do tego nakłaniać.

Decyzja o przeprowadzce związanej ze zmianą pracy ma silny wpływ nie tylko na samego pracownika, ale i na całą jego rodzinę. Nie warto „przeprowadzać” kandydata na siłę, ponieważ może mieć to odwrotny od zamierzonego skutek. Ryzyko, że taki pracownik nie zwiąże się na dłużej z nową firmą, jest bardzo duże – dodaje ekspertka.

Zmiana miejsca pracy wraz ze zmianą zamieszkania to duże wyzwanie dla każdego kandydata. Firmy coraz częściej stosują pakiety relokacyjne, które mają ułatwić przystosowanie się do nowego otoczenia. Osoby, które aktywnie poszukują pracy, znacznie chętniej przyjmują oferty wymagające przeprowadzki. Benefity i pakiet korzyści różnią się od branży, jednak we wszystkich przypadkach główną rolę odgrywa wyższe wynagrodzenie.

Warszawa wśród najlepszych lokalizacji biurowych na świecie

  • Średni czynsz za stopę kwadratową rocznie w strefie euro wynosi 63 USD, w porównaniu do 85 USD w obu Amerykach i 111 USD w regionie Azji i Pacyfiku.
  • Jednak koszt wynajmu to zaledwie jeden z kilku istotnych elementów: dla najemców oraz inwestorów coraz ważniejszy staje się również dostęp do kadr, udogodnień i infrastruktury technologicznej.
  • Warszawa po raz pierwszy została ujęta w zestawieniu obejmującym najlepsze huby biurowe na świecie.

Według raportu JLL „Global Premium Office Rent Tracker”, jedne z najlepszych, a zarazem najbardziej optymalnych cenowo powierzchni biurowych na świecie znajdują się w strefie euro. Jednak zdefiniowanie biura klasy premium przestało ograniczać się zaledwie do jego kosztu, a coraz częściej zaczyna dotyczyć na przykład dostępu do kadr.

Coroczny Premium Office Rent Tracker (PORT), porównujący koszty najmu powierzchni premium na 54 rynkach w 46 największych miastach świata, wskazuje, że strefa euro oferuje jedne z najbardziej konkurencyjnych czynszów na całym świecie, które średnio wynoszą 63 USD za stopę kwadratową rocznie (w porównaniu z 85 USD w obu Amerykach i 111 USD w regionie Azji i Pacyfiku).

Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Mateusz Polkowski, Dyrektor w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL, informuje: „Po raz pierwszy Warszawa została uwzględniona w przygotowywanym przez JLL rankingu najlepszych lokalizacji biznesowych na świecie. Miasto oferuje wysokiej jakości powierzchnię biurową w atrakcyjnej cenie. Ten atut w połączeniu z dostępem do wykwalifikowanych pracowników znających języki obce oraz wysoką jakością życia decyduje o napływie nowych inwestorów, rozwoju firm już tu obecnych, a w konsekwencji o umacnianianiu się pozycji Warszawy na europejskiej mapie biznesu. Dzięki temu stolica wzbogaciła się w ostatnich latach o inwestycje takich gigantów jak m.in. J.P. Morgan Chase, Credit Suisse czy Goldman Sachs”.

Warszawa (40 USD), Bruksela (48 USD), Amsterdam (49 USD), La Défense, Paryż (52 USD) i Berlin (56 USD) są uznawane za jedne z najlepszych rynków w Europie, jeśli chodzi o jakość oferowanej powierzchni w stosunku do jej ceny. Na drugim końcu skali znajduje się centrum Hongkongu (323 USD), Nowy Jork (194 USD) i West End w Londynie (193 USD), czyli najdroższe lokalizacje dla biur klasy premium na świecie.

Podczas gdy koszty nadal są najistotniejszym czynnikiem w procesie poszukiwania lokalizacji biurowej, inwestorzy coraz mocniej zaczynają zdawać sobie sprawę z innych, bardziej „miękkich” aspektów budujących wartość danej nieruchomości.

Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Workplace Advisory w JLL
Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Workplace Advisory w JLL

„Czego najemcy oczekują od najlepszych biur? Między innymi świetnej lokalizacji, w pobliżu wielu środków transportu i różnorodnych udogodnień, takich jak atrakcyjne punkty usługowe, gastronomiczne i miejsca służące rekreacji. Kluczowe jest również doświadczenie użytkownika biura, który oczekuje elastycznej przestrzeni wyposażonej w szereg nowoczesnych rozwiązań technologicznych, odpowiadającej na potrzeby różnych stylów pracy oraz wspierającej kulturę innowacyjności”, informuje Anna Bartoszewicz-Wnuk, Dyrektor Działu Doradztwa ds. Miejsca Pracy.

Biuro to coraz ważniejsze narzędzie budujące wizerunek atrakcyjnego pracodawcy, magnes dla najlepszych kadr na rynku i element, który może w zasadniczy sposób podnieść efektywność i satysfakcję pracowników.

„Z globalnych danych JLL wynika, że tylko połowa z 7 300 ankietowanych pracowników uważa, że ich środowisko pracy wspiera efektywność. To daje najemcom duże pole do popisu jeśli chodzi o zapewnienie swoim zespołom jak najlepszych warunków”, dodaje Anna Bartoszewicz-Wnuk.

Nietypowe koszty firmowe. Czy kara może być kosztem?

Jedną z zalet prowadzenia własnej działalności gospodarczej jest możliwość rozliczania faktycznie poniesionych wydatków związanych z prowadzeniem firmy. Koszty firmowe to te, które służą uzyskaniu przychodu lub zabezpieczają jego źródła. Do najpopularniejszych kosztów tego rodzaju należą związane z transportem, zakupem sprzętu i usług, wydatki mieszkaniowe i na edukację. Co ciekawe, do kosztów firmowych można zaliczyć również domowe zwierzę, kosmetyki do makijażu czy garnitur.

Kot jako środek trwały

Czy miłośnicy zwierząt mogą ujmować w kosztach prowadzenia działalności wydatki związane z zakupem i utrzymaniem swoich pupili? Jeżeli związane jest to z działalnością gospodarczą prowadzoną przez właściciela czworonoga i spełnione jest kilka innych warunków – jak najbardziej. Urzędnicy nie powinni się sprzeciwić zaliczeniu do kosztów wyżywienia, opieki weterynaryjnej, szczepień czy szkoleń.

Wydatki związane z psem można więc rozliczyć, jeśli ten np. będzie miał za zadanie pilnować posesji. Trzeba jednak w tej sytuacji pamiętać, że rasa psa musi odpowiadać powierzonym mu zadaniom. Jak podkreślają eksperci z firmy inFakt, w tej sytuacji trudno będzie się wytłumaczyć z pudla czy yorka. Osoba prowadząca zajęcia z zakresu zooterapii może natomiast rozliczyć wydatki związane z np. koniem czy innym zwierzęciem.

Kiedy z kolei można rozliczyć wydatki związane z kotem? Na przykład wtedy, kiedy jego zadaniem ma być zwalczanie gryzoni w magazynie bądź… chronienie księgozbiorów przed zniszczeniem.

Co jeszcze ciekawsze, znane są przypadki wykorzystywania kaczek do walki ze ślimakami na uprawach rolnych bądź dżdżownic użyźniających glebę. Opcja rozliczenia kosztów generalnie istnieje w kontekście zwierząt pracujących, które wykorzystując swoje naturalne predyspozycje, pomagają przy prowadzeniu firmy. Zwierzę należy w tej sytuacji wprowadzić do… ewidencji środków trwałych jako inwentarz żywy.

Rozliczenie w firmie wydatków związanych ze zwierzęciem może być problematyczne, jeżeli przedsiębiorca prowadzi działalność gospodarczą we własnym mieszkaniu. Urzędnicy wówczas uznają, że zwierzę służy – cokolwiek może to oznaczać – „celom prywatnym”.

Czy kara może być kosztem?

Może – ale należy pamiętać, że dotyczy to tylko nielicznych sytuacji. Nie może być o tym mowy w przypadku choćby rozliczania odsetek od zaległości podatkowych. Aby kara mogła zostać ujęta w kosztach, konieczne do spełnienia są przynajmniej następujące kryteria:

  • kara musi mieć wpływ na osiągane przychody;
  • zapłata kary musi być celowa – a więc musi być wynikiem przemyślanego działania właściciela firmy;
  • kara nie została odgórnie wyłączona przez przepisy.

Przykład: przedsiębiorca zawiera umowę na wykonanie usługi, w której znalazł się zapis o odszkodowaniu w wyniku odstąpienia od umowy. W trakcie przygotowań do zrealizowania usługi pojawiają się okoliczności, które sprawiają, że umowa przestaje się opłacać. Wówczas przedsiębiorca może odstąpić od umowy i zapłacić karę, która będzie stanowiła koszt.

Łatwo wymienić jest te kary, których z pewnością nie można ująć w kosztach. Są to np. kary za wady dostarczanych towarów lub wykonanych usług, odsetki od zaległości podatkowych, mandaty i grzywny czy dodatkowe opłaty wymierzone przez ZUS.

Szminka dla youtubera

Dobra wiadomość dla wszystkich osób, zwłaszcza dla pań, których działalność gospodarcza związana jest z wystąpieniami publicznymi. W koszty można w takim wypadku ująć kosmetyki do makijażu takie jak np. puder, szminka, cienie do powiek itp. Dotyczy to oczywiście również youtuberów.

Choinka przyciągnie klientów

W związku ze zbliżającym się Bożym Narodzeniem wielu przedsiębiorców może się zastanawiać, czy zasadne będzie ujęcie w firmowych kosztach świątecznych ozdób. Przeznaczanie firmowych środków na zakupy związane z Bożym Narodzeniem to zwyczajowe wydatki, a ich celem jest przede wszystkim stworzenie pozytywnego wizerunku firmy w oczach klientów czy kontrahentów.

Podkreślmy ponownie: przedsiębiorca ma możliwość zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów wydatków, które mają związek z prowadzoną przez niego działalnością. W przypadku ozdób świątecznych nie będzie to więc trudne dla prowadzących lokale gastronomiczne, sklepy, salony fryzjerskie czy kosmetyczne bądź biura i gabinety, w których przyjmowani są klienci.

Można w powyższych przypadkach uznać, że odpowiedni wystrój przyciąga klientów i zwiększają się dzięki niemu obroty firmy. Zatem przeznaczenie pieniędzy na zakup ozdób ma związek z przychodami, ponieważ wpływa na ich zwiększenie.

Świąteczne zakupy jako koszty będą zapewne zanegowane przez urzędników w przypadku, kiedy przedsiębiorca prowadzi działalność we własnym domu. Ozdoby nie mogą też odbiegać od zwyczajów czy normy – jeśli będą zbyt drogie i wystawne, mogą zostać uznane za wydatki reprezentacyjne, których zaliczyć do kosztów nie można.

Z kolei kartki świąteczne wysyłane do kontrahentów mogą być kwalifikowane jako koszty – pod warunkiem, że mają za zadanie podtrzymanie kontaktów biznesowych.

Garnitur do celów firmowych

Wielu przedsiębiorców nie rozstaje się na co dzień z garniturem, więc – co zrozumiałe – chciałoby uwzględnić ten wydatek w kosztach firmy. Zgodnie z interpretacją Dyrektora Krajowej Izby Skarbowej wydatki na zakup stroju biznesowego ze stałym oznaczeniem firmy Wnioskodawcy spełnią funkcję reklamową (…), co w efekcie może wpływać na zwiększenie przychodów.

Wynika więc z tego, że owszem – wydatek na firmowy garnitur może być kosztem, o ile:

  • będzie zawierał elementy identyfikujące firmę;
  • elementy te będą znajdowały się w widocznym miejscu;
  • oraz elementy te będą trwale zamieszczone na odzieży.

Oczywiście należy pamiętać o tym, żeby oznaczenie zamieszczone na garniturze rzeczywiście jednoznacznie kojarzyło się z firmą przedsiębiorcy. – Jeżeli osoba, której firma nosi nazwę Kancelaria Adwokacka Jan Kowalski, na koszulach bądź garniturze wyhaftuje monogram JK, a litery nie stanowią logo firmy, w mojej opinii, może to zostać uznane przez organ podatkowy raczej za ekstrawagancję takiej osoby niż symbol mający jednoznacznie identyfikować firmę przedsiębiorcy – podpowiada Magda Sławińska-Rzemek. Podobnie jak w przypadku ozdób świątecznych, należy też pamiętać, aby garnitur nie był przesadnie drogi. Może wówczas być uznany za wydatek na reprezentację. Garnitur, aby stanowić koszt, musi być wykorzystywany wyłącznie do celów firmowych.

Za rewolucję cyfrowego środowiska pracy odpowiadają pracownicy

  • Szansa na wzrost produktywności pracowników jest prawie pięć razy większa, gdy zapewni im się swobodniejszy dostęp do technologii
  • Większość dyrektorów IT (87 proc.) uważa, że dzięki większemu dostępowi pracowników do technologii przychód w ich firmach może w ciągu trzech lat wzrosnąć o 5 proc.

Firma VMware opublikowała dzisiaj wyniki swojego rocznego badania na temat stanu technologii cyfrowego środowiska pracy oraz ich wpływu na biznes. Z raportu wynika, że w przypadku pracowników, którzy mają większe możliwości wyboru preferowanych i potrzebnych im do pracy aplikacji, prawdopodobieństwo wzrostu produktywności jest niemal 5-krotnie większe, a czas poświęcany na ręcznie wykonywane działania jest o 16 proc. krótszy.

Badanie przeprowadzane przy udziale Forbes Insights[1] we wrześniu br. wśród 2158 dyrektorów IT oraz użytkowników końcowych w firmach z 16 krajów z całego świata (w tym 1107 osób z 10 państw regionu EMEA) pokazuje, jak osoby odpowiedzialne za informatykę w przedsiębiorstwach postrzegają potencjał cyfrowych technologii i aplikacji wykorzystywanych przez pracowników. Pracownicy mający większą swobodę w dostępie do technologii w porównaniu do tych, którzy wykonują swoją pracę w sposób tradycyjny*, dwukrotnie częściej przyznają, że aplikacje mają bardzo duże znaczenie w przyśpieszaniu procesu podejmowania decyzji (77 proc. do 37 proc.).

Zgodnie z raportem, zapewnienie pracownikom dostępu do technologii ma bezpośredni wpływ na wydajność w biznesie, przy czym większość dyrektorów IT (89 proc.) uważa, że dzięki temu w ich firmach przychód może w ciągu trzech lat wzrosnąć o 5 proc.

Większy dostęp do technologii umożliwia także pracownikom zwiększanie współpracy w ramach zespołów (wzrost o 15 proc. w porównaniu do osób wykonujących pracę w sposób tradycyjny). Mniej ograniczani pracownicy stają motorem cyfrowej rewolucji, wykorzystując do pracy własne aplikacje (w tym wypadku jedna na pięć aplikacji biznesowych jest sprowadzana do firmy przez samych pracowników)[2].

„Wśród najbardziej istotnych zmian w funkcjonowaniu biznesu jest przekazanie zaawansowanych technologii w ręce pracownika, gdy aplikacje stają się kluczowym elementem wykonywanej pracy i decydują o możliwościach inteligentnego wypełniania zadań” – twierdzi Duncan Greenwood, wiceprezes VMware w regionie EMEA, odpowiedzialny za dział End-User Computing. – „Gdy organizacje starają się wyróżnić na tle konkurencji za pomocą technologii, zdolność do dostarczenia pracownikom niezbędnych im informacji, stymulowana przez potrzeby aplikacyjne i kulturę opartą na zaufaniu, dostępności oraz współpracy, będzie niezbędna do utrzymania zaangażowania i produktywności pracowników na najwyższym z możliwych poziomów.”

Personel pokładowy Lufthansa Cargo, spółki zależnej międzynarodowego przewoźnika Deutsche Lufthansa AG, wykorzystuje w samolotach system Electronic Flight Bag (EFB), który daje szybki dostęp do map lotniczych, informacji lotniskowych, danych o trasach, prognoz pogody i wielu innych informacji. – „Dzięki urządzeniom mobilnym możemy szybko dostarczać pracownikom aktualizacje, nowe aplikacje i wytyczne, co przynosi firmie oszczędności” – powiedział Sven Gartz, pilot i szef działu rozwiązań informatycznych do obsługi lotów w Lufthansa Cargo.

Wymagana zmiana kulturowa

Udostępnienie pracownikom łatwych w użyciu aplikacji, wykorzystywanych do współdzielenia wiedzy, współpracy z pozostałym personelem lub zarządzania projektami jest kluczowe w efektywnej i skutecznej cyfrowej transformacji. Tylko poprzez połączenie inicjatywy pracowników i zarządzania opartego na zaufaniu organizacje będą w stanie stworzyć kulturę pracy, w której cyfrowa transformacja będzie mieć realny wpływ na biznes.

Pracownicy mający dostęp do nowych technologii dwukrotnie częściej określają swoje zespoły jako liderów cyfrowej transformacji w porównaniu do osób wykonujących swoją pracę w sposób tradycyjny (47 proc. do 20 proc.). Także cztery razy częściej są skłonni uznać, że ich firma stworzyła bardziej atrakcyjne miejsce pracy (51 proc. do 13 proc.).

Duncan Greenwood podsumowuje: „Aplikacje biznesowe i rozwiązania zwiększające produktywność umożliwiają pracownikom uzyskiwanie wyników dotąd nieosiąganych. W oparciu o wyczerpujące informacje i łatwo dostępne aplikacje możliwe staje się także podejmowanie decyzji. Zapewnienie dostępu do aplikacji z dowolnego urządzenia przynosi realne korzyści wydajnościowe. Chociaż przyzwyczailiśmy się do tego, że aplikacje klasy enterprise mają być dla zatrudnionych standardem de-facto, to firmy powinny uważniej przyjrzeć się własnym aplikacjom pracowników – dzięki temu możliwa będzie zasadnicza transformacja indywidualnego stylu pracy”.

*Tradycyjny sposób pracy odnosi się do tych firm, które (w opinii użytkowników końcowych) nie udostępniają swoim pracownikom technologii potrzebnych im do efektywnego wykonywania zadań.

[1] Raport “The Impact of the Digital Workforce: A New Equilibrium of the Digitally Transformed Enterprise”, październik 2017

[2] https://www.vmware.com/company/news/releases/vmw-newsfeed.VMware-Report-Links-Empowered-Employees-with-Measurable-Business-and-Individual-Performance-Gains.2192971.html

Jak rozliczać świąteczne wydatki? Porada księgowej

Aneta Socha, ekspert kadrowo-podatkowy inFakt
Aneta Socha, ekspert kadrowo-podatkowy inFakt

Wielu przedsiębiorców przed świętami otrzymuje prezenty od swoich kontrahentów bądź im je wręcza, organizuje firmowe spotkania świąteczne, czy daje upominki pracownikom. Eksperci z firmy inFakt wskazują, jak potraktować tego typu wydatki bądź przychody, tak aby uniknąć podatkowych problemów.

Aby odpowiedzieć na powyższe pytanie trzeba rozpatrzyć kilka przypadków i punktów widzenia. W pierwszej kolejności warto zastanowić się nad tym, jak przedsiębiorca powinien u siebie rozliczyć otrzymany prezent. Następnie warto zastanowić się nad tym, czy wydatki na prezenty, spotkania z pracownikami są kosztami przedsiębiorcy i jakie za sobą niosą konsekwencję dla obdarowanego.

Zatem proponujemy, aby na temat prezentów spojrzeć z punktu widzenia przedsiębiorcy – obdarowanego, przedsiębiorcy – obdarowującego, a także pracownika, który otrzymał prezent lub skorzystał z udziału w spotkaniu firmowym  – np. wigilijnym.

Jak rozliczyć otrzymane prezenty?

Przedsiębiorca otrzymuje od kontrahenta prezent świąteczny i zastanawia się, czy ten fakt rodzi dla niego jakieś konsekwencje. Przepisy ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych określają, że w takiej sytuacji mamy do czynienia z nieodpłatnym świadczeniem. Obdarowany jest obowiązany do wyceny otrzymanego prezentu i wykazaniu go jako swój przychód.

Jeśli chodzi o temat VAT, to dla obdarowanego nie ma tutaj żadnych konsekwencji.

Świąteczne prezenty dla kontrahentów

Według przepisów podatkowych wydatki na prezenty można zaliczyć do kosztów prowadzenia działalności. Nie mogą one jednak mieścić się w kategorii kosztów reprezentacyjnych, zwłaszcza ponoszonych na usługi gastronomiczne, zakup napojów (w tym alkoholu) oraz żywności, co wynika z ustawy o PIT. – Warto przy tym pamiętać, że w przepisach podatkowych nie ma definicji reprezentacji. Jednak na podstawie orzecznictwa oraz stanowiska organów podatkowych, reprezentacją jest działanie, które zmierza do wykreowania i utrwalenia pozytywnego wizerunku podatnika wobec innych podmiotów – zwraca uwagę Aneta Socha, ekspert kadrowo-podatkowy z inFakt, firmy oferującej nowoczesne rozwiązania księgowe. Przy czym działania te są kierowane do obecnych lub potencjalnych kontrahentów w celu ułatwienia zawarcia umowy, bądź też stworzenia warunków korzystnych dla jej zawarcia.

Aby zaliczyć wydatek poniesiony na prezent do kosztów, przekazywane prezenty muszą spełnić trzy warunki:

  1. być opatrzone logotypem firmy,
  2. mieć niewielką wartość,
  3. być przekazywane masowo – nie tylko wybranym podmiotom.

Wówczas prezenty mogą zostać zaliczone do kosztów poniesionych na reklamę. Mogą to być np. kalendarze, pendrive’y, kubki czy długopisy opatrzone firmowym logotypem. Z kolei kosze prezentowe z winem, kawą lub słodyczami mogą zostać uznane przez organy podatkowe za koszty reprezentacji.

VAT od przekazanych prezentów

Przedsiębiorca prowadzący działalność opodatkowaną co do zasady ma prawo do odliczenia VAT-u od kosztów związanych z działalnością opodatkowaną. I można powiedzieć, że ta definicja niemałe trudności.

– Jeśli w momencie dokonywania zakupu jego przeznaczenie jest z góry ustalone tj. prezent dla pracownika, to wydatek nie jest związany z działalnością opodatkowaną, czyli VAT-u nie odliczamy z faktury, a co za tym idzie też go nie naliczamy – zwraca uwagę Aneta Socha.

Mowa jest o naliczeniu, gdyż przepisy określają, że przekazanie prezent, dla darczyńcy rodzi konsekwencje w postaci naliczenia VAT. Wyjątek stanowią prezenty o małej wartości i próbki, jeżeli przekazanie to następuje na cele związane z działalnością gospodarczą podatnika.

Przez prezenty o małej wartości należy rozumieć przekazywane przez podatnika jednej osobie towary:

  1. O łącznej wartości nieprzekraczającej w roku podatkowym kwoty 100 zł, jeżeli podatnik prowadzi ewidencję pozwalającą na ustalenie tożsamości tych osób,
  1. Których przekazania nie ujęto w ewidencji, o której mowa wyżej, jeżeli jednostkowa cena nabycia towaru (bez podatku) lub gdy jej nie ma – jednostkowy koszt wytworzenia, określone w momencie przekazywania towaru, nie przekraczają 10 zł.

Prezent dla pracownika, a podatek dochodowy

Z przepisów podatkowych wynika, że przychodem pracownika jest nie tylko świadczenie pieniężne, ale także różnego rodzaju prezenty. Dlatego też otrzymany przez pracownika prezent świąteczny jest traktowany przez skarbówkę jako przychód. Tylko niektóre upominki są zwolnione z podatku dochodowego.

Właściwie jedyną sytuacją, kiedy podatek dochodowy nie będzie dotyczył świątecznego prezentu dla pracownika, to kiedy zostanie sfinansowany z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Zwolnione z podatku są te świadczenia, których wartość w ciągu roku nie przekracza 380 złotych.

W każdym innym przypadku powstaje obowiązek podatkowy, a pracodawca będzie miał obowiązek potrącenia pracownikom z wypłaty zaliczki na PIT z tytułu otrzymanych upominków. Oczywiście powoduje to, że od tej kwoty muszą być odprowadzane składki ZUS.

Wigilia firmowa, a rozliczenie pracownika

Zgodnie z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 8 lipca 2014 (sygn. akt K 7/13) udział pracownika w imprezie firmowej nie stanowi dla niego przychodu. Podobne stanowisko zajął Dyrektor Izby Skarbowej w Bydgoszczy w interpretacji indywidualnej z 10 sierpnia 2016 roku.

Organy podatkowe w większości uznają również, że przychodem nie jest udział członka rodziny w tego typu imprezie. Uznali tak w interpretacjach indywidualnych m.in. Dyrektor Izby Skarbowej w Warszawie czy Dyrektor Izby Skarbowej w Bydgoszczy.

Zatem w świetle powyższej analizy nie ma przychodu z tytułu udziału pracownika lub członków jego rodziny w wigilii firmowej, nie ma więc też podstawy do obliczenia zaliczki na podatek dochodowy i potrącenia jej. Sytuacja podobnie wygląda w przypadku składek ZUS: nie ma podstawy, aby naliczać składki społeczne i zdrowotne. Takie stanowisko zajął oddział ZUS w Gdańsku w interpretacji indywidualnej z 16 maja 2016 roku.

Prognoza kursu euro (EUR) do złotego (PLN) na 2018 r.

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Prognozy walutowe stanowią doskonałą wskazówkę dla przedsiębiorców odnośnie tego, jaki kurs rozliczeniowy przyjąć na dany rok. Są one przy tym niezbędnym narzędziem, które pozwala ocenić czy dane zabezpieczenie ma sens, czy lepiej skupować walutę z rynku, oczekując jej ruchu w określoną stronę. Warto zatem poświęcić kilka minut rzetelnej analizie rynku walut, by zabezpieczyć swoje interesy zgodnie z przewidywaniami analityków.

W przypadku niższego kursu EUR lub prognozowanej tendencji spadkowej zyskują bez wątpienia importerzy, którzy mają szanse na tańsze zakupy za granicą. Tym samym eksporterzy, którzy w większości przypadków otrzymują płatności w EUR, muszą pomyśleć o zabezpieczeniu się przed spadkami, sprzedając terminowo walutę, uzyskując tym samym gwarantowany kurs w przyszłości (tzw. transakcje forward).

Jeżeli zatem prognozy walutowe wskazują na spadek kursu EUR, importerzy powinni kupować niezbędne ilości EUR, czekając na lokalne minimum z większą ilością. Z kolei eksporterzy powinni zabezpieczyć się przed spadkami lub – jeżeli jest to możliwe – od razu sprzedawać nadwyżki EUR, jeszcze przed spodziewanym spadkiem.

Co ważne – nawet mimo prognoz, trzeba być czujnym. Ocena rynku przed zakończeniem pełnego okresu posiada spore ryzyko błędu, gdyż w ostatnich dniach miesiąca rynek często dokonuje drastycznych posunięć, zmieniając znacząco obraz inwestycyjny. Dlatego rzetelny doradca finansowy czy biznesowy – tak, jak ma to miejsce w Aforti Exchange – powinien być w stałym kontakcie z klientem, zwłaszcza w momencie, w którym rynek wykona potwierdzony ruch w „drugą” stronę, a tym samym prognoza staje się zagrożona. Konieczny jest wówczas bieżący kontakt w celu aktualizacji i podjęcia odpowiednich decyzji biznesowych.

Relacja EUR/PLN w 2018 roku – ANALIZA TECHNICZNA

Od kryzysu z lat 2000-2001 notowania europejskiej waluty (EUR) względem złotego (PLN) przebywają w bardzo szerokim trendzie bocznym, zawierającym się w zakresie 3.53 – 3.70.

Po zdecydowanej próbie zanegowania dolnego ograniczenia wspomnianego zakresu w 2008 roku, kiedy kurs osiągnął poziom 3.1940, notowania EUR systematycznie rosną, osiągając w roku 2012 i 2016 poziomy wyższe niż bariera 4.50. Obserwowana dynamika wskazuje, że historyczne szczyty kursu EUR z przełomu 2003 i 2004 roku są obecnie poza zasięgiem, choć wyjątek stanowiło chwilowe wybicie notowań euro w 2009 roku.

Aforti Exchange wykres EUR PLN interwał rocznyAforti Exchange: wykres EUR/PLN, interwał roczny

Według analiz dokonanych przez Aforti Exchange, rok 2017 zakończy się najprawdopodobniej w okolicach poziomu 4.20, co oznacza formację objęcia bessy w stosunku do roku poprzedniego. Jeżeli do tego dołożymy silny opór w cenie 4.4650, który ogranicza kolejne próby wzrostowe wyceny euro od 2009 roku, rynek jest obecnie gotowy do cofnięcia do dolnego ograniczenia aktualnego zakresu, czyli co najmniej w rejon poziomu 3.80.

Biorąc jednak pod uwagę psychologiczną barierę 4.00, zapewne popyt nie pozwoli na jej trwałe zanegowanie. Jeżeli do końca 2017 roku nie dojdzie do powrotu rynku powyżej poziomu 4.30, w 2018 roku tendencja spadkowa kursu EUR będzie się rozwijać.

Analiza w ujęciu miesięcznym

W odniesieniu do notowań euro względem złotego w układzie miesięcznym mamy do czynienia z silną formacją prospadkową XABCD, która wywołała już jedną poważną przecenę od grudnia 2016 roku do maja 2017 roku, podczas której z okolic poziomu 4.50 doszło do spadków EUR w rejon 4.1750. Jest to obecnie dominująca fala, która została już skorygowana od czerwca do września 2017 roku do poziomu 4.30.

Aforti Exchange wykres EUR PLN wykres miesięcznyAforti Exchange: wykres EUR/PLN, wykres miesięczny

Co ważne, ostatni miesiąc 2017 roku może okazać się zaskakujący, gdyż obecna wycena EUR w okolicach 4.20 oznacza, że rynek utrzymuje się w szerokim kanale wzrostowym, bazującym na wspomnianej formacji XABCD.

Obrona poziomu 4.20 do końca 2017 roku będzie wstępnym sygnałem na odreagowanie, którego potencjałem jest ponowny ruch w kierunku poziomu 4.30 z możliwością jego nieznacznego naruszenia (do okolic 4.31 – 4.32). To pokrywałoby się z tendencją, jaka panuje na rynku złotego, czyli bardzo prawdopodobna wzrostowa tendencja na parze EUR/PLN w pierwszej połowie 2018 roku. Jeżeli ewentualna korekta zatrzymałaby się w okolicach 4.30 – 4.32, docelowo oczekiwany byłby ruch do głównej linii trendu wzrostowego, czyli okolic 4.15. Jeżeli wspomniany poziom nie utrzymałby się, droga wprost do psychologicznej bariery 4.00 będzie otwarta.

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Daniel Daszkiewicz oraz Andrzej Dominiak wzmocnią zespół Alior Banku

Od stycznia 2018 r. Daniel Daszkiewicz oraz Andrzej Dominiak wzmocnią zespół Alior Banku w realizacji strategii „Cyfrowego buntownika” i budowie najbardziej innowacyjnego banku w Europie. Daniel Daszkiewicz, ekspert z międzynarodowym doświadczeniem we współpracy z FinTechami, zdobytym m.in. w grupie Citi w Nowym Jorku, pokieruje nowo utworzonym Departamentem FinTech. Andrzej Dominiak, który jest menedżerem z wieloletnim, międzynarodowym doświadczeniem w zakresie innowacyjnych rozwiązań dla sektora bankowego, obejmie funkcję Dyrektora Centrum Innowacji.

Daniel Daszkiewicz od 10 lat związany jest z bankowością. Posiada bogate doświadczenie zdobyte w grupie Citi w Nowym Jorku. Ostatnio zajmował tam stanowisko FinTech and Corporate Innovation Global Lead, zarządzając strategicznym programem, w ramach którego powstawały innowacyjne rozwiązania w zakresie technologii finansowych oraz projekty związane z cyfrową transformacją sektora bankowego. Był odpowiedzialny m.in. za wyszukiwanie, nawiązywanie partnerstw i współpracę z firmami z branży FinTech. Wcześniej, pracując również w grupie Citi w Nowym Jorku, zarządzał globalnym portfolio produktów mobilnych dla klientów korporacyjnych w ponad 100 krajach. Przez wiele lat związany był również z branżą start-upów.

Andrzej Dominiak
Andrzej Dominiak

Andrzej Dominiak to uznany menedżer z prawie 20-letnim, międzynarodowym doświadczeniem zawodowym. Ostatnio, jako Development Head w Citibank International, kierował działem rozwoju oprogramowania dla regionu Europy, Bliskiego Wschodu oraz Afryki, a także zarządzał operacjami technologicznymi. Stworzył i kierował Innovation Lab w Citibank International. Odpowiadał m.in. za opracowanie koncepcji jednostki, zbudowanie zespołu, funkcji badawczo-rozwojowej dla całej organizacji oraz zarządzanie innowacjami dla odpowiednich obszarów działalności banku. Jest wybitnym specjalistą w zakresie IT i technologii.

Daniel Daszkiewicz
Daniel Daszkiewicz

– Cieszę się, że mogę przekazać zarządzanie procesem innowacji oraz dokończenie obecnie realizowanych projektów Danielowi Daszkiewiczowi i Andrzejowi Dominiakowi. To uznani, międzynarodowi liderzy w świecie innowacji bankowych. Jestem pewien, że ich doświadczenie znacząco wzmocni pozycję Alior Banku jako jednego z najbardziej innowacyjnych banków w regionie – powiedział Tomasz Motyl, Dyrektor Centrum Innowacji.

– Bardzo dziękuję Tomaszowi Motylowi za niezwykle istotny wkład w budowę Alior Banku, za jego wizjonerstwo przejawiające się w przełomowych projektach na rynku, takich jak np. Alior Sync, za budowanie i promowanie marki Alior Banku na całym świecie, stworzenie od podstaw pionierskiej w sektorze bankowym jednostki Innovation Lab oraz za wielką pasję, ogromne poświęcenie i ponadprzeciętne zaangażowanie we wszystkie powierzane mu zadania – powiedział Michał Chyczewski, p.o. Prezesa Zarządu Alior Banku.

Alior Bank jest w trakcie wdrażania nowego modelu zarządzania innowacjami. Do 2020 roku zamierza corocznie zainwestować w rozwój IT i innowacje ok. 100 mln zł, w tym 10 mln zł rocznie w partnerstwa oraz w przedsięwzięcia z sektora FinTech i innowacji. Nowy system zarządzania opiera się na wewnętrznym ekosystemie innowacji, który wykorzystuje crowdsourcing i łączy się z kilkutysięczną społecznością pracowników oraz kilkumilionową grupą klientów. W ramach zewnętrznego ekosystemu innowacji start-upy mogą znaleźć w Alior Banku partnera, który umożliwia skalowanie innowacyjnych rozwiązań, dzieli się doświadczeniem swoich fachowców oraz ma zaplecze finansowe i technologiczne, aby maksymalizować efektywność współpracy.

W grudniu br. Alior Bank ogłosił powstanie unikalnego programu akceleracyjnego dla startupów technologicznych. Do programu bank zamierza przyjmować m.in. projekty znajdujące się we wczesnej fazie rozwoju. W ramach tworzonego akceleratora zewnętrznym podmiotom zostanie udostępniona platforma do rozwoju ich rozwiązań, oparta o środowisko OpenAPI.

Celem Alior Banku jest zbudowanie 20 partnerstw z FinTechami do 2020 roku, czyli w horyzoncie realizacji strategii „Cyfrowego buntownika” Ambicją banku jest stanie się bankiem pierwszego wyboru dla FinTechów w Europie.