Opłaty za usługi wodne po nowemu

1 stycznia 2018 r. wejdzie w życie nowa ustawa Prawo wodne, a wraz z nią wiele zmian, które bezpośrednio wpłyną na przedsiębiorców. Jedną z najistotniejszych, a jednocześnie budzących najwięcej kontrowersji nowości jest zmiana systemu naliczania i uiszczania opłat za tzw. usługi wodne.

Obecnie rozliczenie należności za pobór wód z własnego ujęcia oraz odprowadzanie ścieków do środowiska odbywa się w ramach rocznego sprawozdania o zakresie korzystania ze środowiska. Od nowego roku system ten ulegnie zmianie, co pociągnie za sobą konieczność wprowadzenia zmian do dotychczasowego wzoru formularza „opłatowego”.

Zwrot kosztu usług wodnych

Zgodnie z nowym systemem, opłaty naliczane będą z urzędu przez zupełnie nową instytucję –  Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie. Kluczowym założeniem systemu naliczania, który wprowadza nowe Prawo wodne, jest zasada zwrotu kosztów usług wodnych świadczonych przez Wody Polskie.

– Nowy system obejmie więcej niż obecnie aktywności mieszczących się w pojęciu tzw. usług wodnych. Nowością będzie opłata za odprowadzanie wód opadowych i roztopowych z terenów nieskanalizowanych. Niestety, wiele zapisów ustawy odnoszących się do sposobu wyliczania kwot budzi wątpliwości i nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jak w praktyce opłaty za usługi wodne będą naliczane – zauważa Marta Banasiak, audytor i konsultant w EcoMS Consulting oraz trener w Akademii EcoMS, która prowadzi m.in. szkolenia z zakresu nowych wymagań prawnych.

Opłaty naliczane będą za:

  • pobór wód podziemnych lub powierzchniowych, w tym na potrzeby chowu i hodowli ryb oraz innych organizmów wodnych,
  • wprowadzanie ścieków do wód lub do ziemi, także ze wspomnianego już chowu czy hodowli,
  • odprowadzanie do wód opadowych lub roztopowych ujętych w otwarte lub zamknięte systemy kanalizacji deszczowej albo systemy kanalizacji zbiorczej, a także pochodzących z odwodnienia gruntów – w granicach administracyjnych miast.

To nie wszystko. Opłatom podlegać będą także:

  • zmniejszenie naturalnej retencji terenowej na skutek wykonywania na nieruchomości o powierzchni powyżej 3500 m2 robót lub obiektów budowlanych trwale związanych z gruntem, mających wpływ na zmniejszenie tej retencji przez wyłączenie więcej niż 70% powierzchni nieruchomości z powierzchni biologicznie czynnej na obszarach nieujętych w systemy kanalizacji otwartej lub zamkniętej,
  • wydobywanie z wód powierzchniowych, w tym z morskich wód wewnętrznych wraz z wodami wewnętrznymi Zatoki Gdańskiej oraz wód morza terytorialnego, kamienia, żwiru, piasku i innych materiałów, a także wycinanie roślin z wód lub brzegu.

Podwyżki niewykluczone

Zasady wprowadzane przez nowe Prawo wodne nie będą miały bezpośredniego wpływu na pobierających wodę z sieci wodociągowej lub odprowadzających ścieki do sieci kanalizacyjnej.

  • Takie podmioty – zarówno osoby fizyczne, jak i prawne – wciąż będą rozliczały się na podstawie umów zawartych z dostawcą usług. Teoretycznie ustawa wprowadza mechanizm blokujący podwyżkę cen związaną ze zmianą systemu pobierania opłat za korzystanie z usług wodnych, na okres dwóch lat od jej wejścia w życie. Przyszłość pokaże jednak, czy zabezpieczenie to okaże się skuteczne – przewiduje Marta Banasiak.

Nowy system naliczania i uiszczania należności za korzystanie z usług wodnych obowiązywać będzie od 1 stycznia 2018 r. Do opłat za korzystanie ze środowiska za okres do 31 grudnia 2017 r. oraz wpływów z tego tytułu stosuje się przepisy dotychczasowe. Opłatę za rok 2017 należy zatem naliczyć i uiścić zgodnie z dotychczas obowiązującymi zasadami.

Simpact – pierwszy w Polsce fundusz inwestycyjny oparty na idei impact investing, właśnie wystartował

Simpact to pierwszy w Polsce fundusz inwestycyjny oparty na idei tzw. impact investing, w którym kluczowym kryterium inwestowania i zaangażowania w projekty technologiczne będzie ich pozytywny wpływ na społeczeństwo i środowisko naturalne. Fundusz powstał w ramach koordynowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju programu Bridge Alfa. Startupy zainteresowane pozyskaniem kapitału mogą otrzymać nawet do 3 milionów złotych.

Fundusz Simpact to fundusz typu venture capital, który jako pierwszy w Polsce i jeden z pierwszych w Europie środkowo – wschodniej  działa w oparciu o ideę impact investing – czyli nowatorskiej strategii inwestycyjnej, polegającej na świadomym zaangażowaniu kapitału w projekty, które oprócz wyników finansowych generują również zysk społeczny lub środowiskowy. Projekty w które inwestuje Simpact – z założenia – mają przyczyniać się do pozytywnej zmiany świata na lepsze. Fundusz koncentruje się na poszukiwaniu rozwiązań technologicznych z takich obszarów, jak: usprawnienie codziennego trybu życia mieszkańców krajów rozwiniętych, ochrona zdrowia, poprawa stanu środowiska i warunków życia, redukcja zanieczyszczeń i inne wpisujące się w ideę impact investing. Startupy zainteresowane pozyskaniem kapitału mogą otrzymać nawet 3 miliony złotych, przy jednoczesnym objęciu przez fundusz mniejszościowego pakietu udziałowego.

Krzysztof Grochowski, Dyrektor Zarządzający funduszem Simpact
Krzysztof Grochowski, Dyrektor Zarządzający funduszem Simpact

– Postępujące zanieczyszczenie środowiska, starzenie się społeczeństwa czy wykluczenia społeczne to tylko niektóre z dzisiejszych wyzwań cywilizacyjnych i demograficznych. W Simpact planujemy inwestować w projekty, które przy wykorzystaniu nowych technologii, chcą zmieniać świat na lepsze – wzbogacać kluczowe aspekty życia, i ta misja stanowi dla nich fundament modelu biznesowego. Nie zamierzamy ograniczać się do konkretnego sektora czy gałęzi przemysłu. Wierzymy, że w każdej dziedzinie jest przestrzeń do wykorzystania innowacji w służbie zrównoważonego rozwoju – mówi Krzysztof Grochowski, Dyrektor Zarządzający funduszem Simpact.

SiDLY – pierwsza inwestycja Simpactu

Simpact pierwszą inwestycję ma już za sobą. W październiku br., wraz z funduszem INNOventure, dołączył do grona udziałowców polskiego startupu SiDLY, który konstruuje innowacyjne urządzenia telemedyczne. Łączna wartość finansowania przekazanego przez oba fundusze wyniosła 2 mln PLN, z możliwością zwiększenia jej do 5 mln PLN.

– SiDLY to startup, który idealnie wpisuje się w filozofię działalności Simpactu. SiDLY Care – kluczowy produkt firmy – to opaska umożliwiająca stały pomiar parametrów medycznych, na bieżąco analizuje rytm serca czy temperaturę skóry. Rozwiązanie to jest szczególnie ważne dla osób starszych, u których wzrasta ryzyko wystąpienia czynników zagrażających ich zdrowiu czy życiu. SiDLY jest zatem doskonałym przykładem wykorzystania technologii w celu poprawienia życia określonym grupom społecznym, a przy tym jest to również prężnie funkcjonująca firma z konkretnym celem finansowym. Jestem niezwykle dumny, że mogliśmy zostać udziałowcem tak dynamicznie działającego – zarówno w sferze społecznej, jak i biznesowej – startupu – dodaje Krzysztof Grochowski.

Impact investing – nowy trend w obszarze inwestycji

Wg GIIN The Global Impact Investing Network – największej instytucji zrzeszającej fundusze impact investment na świecie, w 2010 roku światowy rynek impact investment wynosił 50 miliardów dolarów,  ale już na koniec 2016 roku jego wartość szacowano na 114 miliardów dolarów. Połączenie zysku finansowego z korzyściami społecznymi to coraz częściej preferowany kierunek  – dla inwestorów poszukujących ciekawych opcji inwestycyjnych, ale i startupów, które chcą tworzyć projekty zmieniające świat na lepsze.  To również sposób myślenia, który łączy coraz większą liczbę przedsiębiorców i zarządzających funduszami.

Jacek Ostrowski
Jacek Ostrowski

– Kluczowymi zadaniami stojącymi przed funduszami typu impact investment są: z jednej strony definiowanie, a z drugiej mierzenie osiągniętego wpływu społecznego i środowiskowego. Dobra inwestycja powinna wykazać realny i mierzalny pozytywny wpływ na świat na równi z wynikami finansowymi – tłumaczy Jacek Ostrowski, członek Simpactu.  – Liczmy się również z  wyzwaniami na polu edukacji. Jako pierwsze tego typu przedsięwzięcie nie tylko w Polsce, ale i w tej części Europy, pracujemy również nad tym, aby uświadomić rynek  czym jest a czym nie jest fundusz impact investment. Ważne jest także wskazanie różnic pomiędzy naszymi działaniami a filantropią czy społeczną odpowiedzialnością biznesu – dodaje.

Oficjalnie fundusz Simpact zadebiutował 4 grudnia podczas Gali kończącej III edycję spotkania CEE Capital Market Leaders Forum, odbywającej się na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.

W tegoroczne święta pracownicy tymczasowi zarobią więcej

Pracownicy do obsługi sezonu świątecznego poszukiwani są już od wielu tygodni, ale wraz z rozpoczęciem grudnia nadchodzi szczyt zapotrzebowania na pracę tymczasową. Pod koniec roku prawdziwy boom przeżywają sektor handlowy, logistyczny i promocyjny, co powoduje powstanie tysięcy nowych miejsc pracy. W tym roku wobec rekordowo niskich poziomów bezrobocia i małej dostępności kandydatów wiele firm podniosło stawki wynagrodzeń. Z danych Work Service wynika, że w tym roku średnie płace godzinowe sięgają od 14 do niemal 20 zł brutto, i pomimo, że są często o ponad 15% wyższe niż poza sezonem to mogą nie wystarczyć, aby znaleźć polskich pracowników. Dlatego wiele firm logistycznych i produkcyjnych będzie się ratować kadrami z Ukrainy.

Okres świąteczny to nie tylko czas spokoju i kontaktu z rodziną. Od wielu lat to okres, gdy po raz ostatni w roku Polacy sięgają znacznie częściej do portfeli i kreują prawdziwy boom konsumpcyjny. Tak duże ożywienie powoduje, że do obsługi tej wielkiej świątecznej machiny potrzebne są tysiące nowych pracowników. Jednak w tym roku w sezonie świątecznym będziemy obserwować jeszcze większą niż w ciągu roku rywalizację o kadry, a wielu firmom może zabraknąć rąk do pracy. Dzieje się tak ze względu na rekordowo niskie bezrobocie i ogromny, niezaspokojony popyt na pracowników, który występuje poza okresami zwiększonego zatrudnienia.

Grudzień to szczyt sezonu na pracowników tymczasowych w okresie przedświątecznym. W wielu sklepach i galeriach handlowych nawet o połowę potrafi wzrastać zatrudnienie. Z uwagi na to, że sezon jest dość krótki, wymaga  on atrakcyjniejszych stawek wynagrodzeń niż w ciągu roku. To sposób na zachęcenie kandydatów do podjęcia pracy. W tym roku widzimy, że wynagrodzenia są o 15-20% wyższe niż poza sezonem, a patrząc wstecz dzisiejsze stawki od których zaczyna się negocjacje z pracownikami, jeszcze rok-dwa lata temu stanowiły górne widełki płacowe – mówi Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz w Work Service S.A.

Stanowisko Godzinowe wynagrodzenia brutto w zł
Od Do Średnia
Hostessa 18 21 19,5
Merchandiser 16 18 17
Pracownik inwentaryzacji 16 18 17
Magazynier 14 19 16,5
Kasjer/doradca klienta 14 17 15,5
Pracownik do produkcji kalendarzy 13 15 14
Dane własne: Work Service S.A.

 

W okresie świątecznym najwięcej miejsc pracy powstaje w sektorach powiązanych ze sprzedażą. Otwierają się wtedy rekrutacje na doradców klienta i kasjerów w sklepach wielkopowierzchniowych, z zabawkami, elektroniką czy książkami. Na tych stanowiskach stawki wynagrodzeń sięgają między 14 a 17 zł brutto za godzinę. Wyższe płace oferowane są dla osób odpowiadających za wykładanie towaru i jego odpowiednią ekspozycję. Na tych stanowiskach można liczyć na stawiki sięgające między 16 a 18 zł brutto za godzinę. Najwyższe wynagrodzenia tradycyjnie otrzymują osoby odpowiedzialne za promocję i stworzenie odpowiedniego nastroju świątecznego, ale więc hostessy przebrane za elfy, śnieżynki czy mikołajki. Tu stawki potrafią przekraczać 20 zł za godzinę.

Wiele miejsc pracy powstaje również w branży logistycznej i magazynowej, która przeżywa duże obłożenie zarówno ze względu na konieczność dostarczenia towarów do sklepów, jak również ze względu obsługę sklepów internetowych, które coraz częściej stają się miejscem zakupów prezentów na święta. Dlatego też już od października aż do stycznia występuje wzmożone zapotrzebowanie na magazynierów, których stawki kształtują się na poziomach od 14 do 19 zł brutto za godzinę.

– Rosnące trudności rekrutacyjne powodują, że tegoroczne oferty zatrudnienia w znaczącej większości przekraczają poziomy stawek minimalnych na poziomie 13 zł brutto. Pracodawcy chcąc zachęcić osoby młode oferują również elastyczne grafiki pracy. A gdy nie są wstanie przyciągnąć rodzimych pracowników, to wówczas sięgają po kadry z Ukrainy. Obcokrajowcy głównie wypełniają wakaty na zapleczu świątecznego biznesu, a więc w logistyce czy magazynach – dodaje Andrzej Kubisiak.

W grudniu pojawiają się również ciekawe możliwości zawodowe, które są powiązane z końcem roku. Wiele firm poszukuje wsparcia przy procesach inwentaryzacji, oferując kandydatom do pracy stawki sięgające nawet 18 zł brutto za godzinę. Co więcej, w punktach poligraficznych trwają również prace nad przygotowaniem kalendarzy na 2018 rok. Pracownicy do takich zadań mogą liczyć na średnie stawki sięgające 14 zł brutto za godzinę.

Przedsiębiorcy zadowoleni z rozwoju polskiej gospodarki, ale liczą na więcej

Są już kontrakty terminowe na bitcoina

W niedzielę po raz pierwszy uruchomiono notowania kontraktów terminowych na bitcoina. To dzieło spółki Cboe Global Markets, podczas gdy firma CME Group chce zrobić to samo za tydzień. Podczas kilku pierwszych godzin handlu trzeba było dwa razy wstrzymywać notowania kryptowaluty z powodu zbyt dużych wzrostów. W ciągu ostatniej doby kurs bitcoina podniósł się o 20% i w poniedziałek rano wynosi ok. 16,7 tys. USD. Tymczasem zagrożeniem dla kryptowaluty może być wiadomość z Bułgarii. Otóż tamtejszy rząd poinformował o przejęciu od przestępców w maju 200 tys. bitcoinów, które są aktualnie warte ponad 3 mld USD. Próba ich sprzedaży spowodowałaby spadek wartości kryptowaluty.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do japońskiego jena (+0,01%), a traci do euro (-0,1%), brytyjskiego funta (-0,27%), dolara kanadyjskiego (-0,06%) oraz dolara australijskiego (-0,22%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,178, GBP/USD – 1,324, USD/CAD – 1,284, AUD/USD – 0,753 i USD/JPY – 113,4. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,11%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,7, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,878. W porównaniu z sytuacją sprzed weekendu złotówka zyskuje do głównych walut światowych. W poniedziałek rano dolar kosztuje 3,56 zł, euro – poniżej 4,2 zł, funt – poniżej 4,78 zł, a frank szwajcarski – 3,59 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W piątek w Europie londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 1%, frankfurcki indeks DAX – o 0,83%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,28%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,55%, meksykański indeks Bolsa – 1,25%, a brazylijski indeks Bovespa – 0,34%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 0,56%, chiński indeks Shanghai Composite – o 0,98%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 1,18%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej kontynuują wzrosty. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 63,4 USD (+1,89%), a ropy WTI – 57,36 USD (+1,17%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 65 USD. Rosną także ceny złota. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1250 USD. To 2 USD więcej (+0,16%) niż przed weekendem.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:00 – Turcja – PKB (r/r), III kw. – 11,1% (prognoza 10%)
  • 9:00 – Polska – Wskaźnik Przyszłej Inflacji wg BIEC, listopad – 80,8 pkt. (poprzednio 80,4 pkt.)
  • 9:00 – Czechy – Inflacja CPI (r/r), listopad – 2,6% (prognoza 2,6%)
  • 14:00 – Polska – Inflacja CPI (r/r), listopad (prognoza 2,5%)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

IBMR Samar: rośnie zainteresowanie wynajmowaniem samochodów

Na rynku wciąż dominuje zakup samochodów, a nie uch wynajem. Wiąże się to z chęcią posiadania auta, chociaż dziś już częściej patrzy się na ofertę wypożyczania samochodu, czyli pozyskiwania mobilności. Carsharing to inna formuła – wynajem auta na minuty. To przemieszczanie w ramach ośrodków miejskich. Jest wygodnym uzupełnieniem transportu publicznego – autobusów i tramwajów oraz taksówek. Usługa wprowadza elastyczność w użytkowaniu samochodu.

– Ta formuła będzie się w przyszłości rozwijała. Nie trzeba być właścicielem pojazdu, ważne, aby można było swobodnie z niego korzystać. Wynajem pozwala przewidzieć koszt w całym okresie używania, co ma pozytywny wpływ na nasze fundusze – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Drzewiecki, prezes IBMR Samar – Jesteśmy w stanie wcześniej zaplanować wypożyczenie auta i wiedzieć, ile za niego zapłacimy. Fundusze, które przeznaczylibyśmy na zakup, mogą zostać zainwestowane w firmę. Mając pojazd w pobliżu można w dowolny sposób go pozyskać za pomocą aplikacji, przemieścić się oraz zostawić go w dogodnym dla nas miejscu. Nie jesteśmy z nim na stałe związani. Taka forma mobilności będzie się rozwijać właśnie dzięki udogodnieniom, jakie oferuje. To zależy też jednak od kosztów i warunków, na jakich będzie działać – dodał Drzewiecki.

Portret frankowicza

Systematycznie maleje kwota do spłaty z tytułu kredytów mieszkaniowych, zaciągniętych w szwajcarskiej walucie. Obecnie do spłaty pozostaje 114,03 mld zł. i jest to o 6,8% mniej niż w czerwcu br. Jednocześnie, aktualne całkowite zadłużenie kredytobiorców frankowych z tytułu wszystkich posiadanych produktów kredytowych wynosi 141,60 mld zł, co stanowi wartościowo 24% zadłużenia wszystkich kredytobiorców w Polsce. Na dzień 08.12.2017 r. kurs złotego do franka wynosi 3,59 zł, czyli najmniej od „pamiętnego” stycznia 2015 r.

Dane Biura Informacji Kredytowej potwierdzają obserwację, że liczba kredytobiorców złotowych, obsługujących kredyty mieszkaniowe wzrasta. W okresie styczeń – październik 2017 r. liczba kredytobiorców wzrosła o 136 tys. Z kolei liczba osób obsługujących kredyty frankowe stale zmniejsza się – w tym samym okresie ubyło 33,6 tys. frankowiczów.

Portfel kredytowy Polaków

Kredyty walutowe obecnie występują w ofercie banków w minimalnym stopniu, dotyczy to również zobowiązań w szwajcarskiej walucie. Bazy BIK, zawierające informacje o 15,13 mln kredytobiorców w Polsce, odnotowują obecnie 5,7% udział osób spłacających zobowiązania we frankach. Kwota do spłaty wszystkich kredytobiorców bez względu na walutę wynosi w przeliczeniu na złote 583,03 mld zł, z czego 141,60 mld zł to wartość do spłaty wszystkich rodzajów kredytów posiadanych przez kredytobiorców frankowych. Liczba wszystkich kredytów posiadanych przez frankowiczów wynosi 1,77 mln szt., co stanowi 6,4% spośród 27,57 mln szt. kredytów obsługiwanych przez wszystkich Polaków łącznie.

BIK kredytobiorcy frankowi infografika

Kredytobiorcy frankowi i ich kredyty

Łączna kwota do spłaty z tytułu kredytów mieszkaniowych w CHF to 114,03 mld zł a całkowite aktualne zadłużenie kredytobiorców frankowych z tytułu wszystkich posiadanych produktów kredytowych to 141,60 mld zł. Na tę wartość składają się oprócz frankowych, i zaciągniętych w innych walutach (głównie w zł) kredytów mieszkaniowych na kwotę 131,4 mld zł, kredyty konsumpcyjne o wartości 7,39 mld zł, następnie karty kredytowe na kwotę do spłaty wynoszącą 1,52 mld zł, a także udzielone limity kredytowe w wysokości do spłaty 1,29 mld zł.

– Wśród czynników wpływających na spadek zadłużenia w kredytach spłacanych w szwajcarskiej walucie należy odnotować m.in. najniższą wartość kursu franka szwajcarskiego od „pamiętnego stycznia 2015 r.” – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk kredytowy BIK. – W tym roku złoty umocnił się już o ponad 12 proc. w stosunku do kursu CHF z tamtego okresu. Warto także zaznaczyć, że wpływ na spadek zadłużenia w mieszkaniowych kredytach zaciągniętych w CHF mają sami frankowicze, którzy rzetelnie spłacają swoje raty kredytowe, co powoduje spadek zadłużenia– dodaje prof. Rogowski.

Jakość spłat kredytów na mieszkania

Opóźnienie w spłacie samego kredytu mieszkaniowego udzielonego w walucie CHF, ma 10 225 osób – jest to 1,1% osób spośród wszystkich kredytobiorców frankowych.

– BIK, w oparciu o swoje dane, od lat obserwuje bardzo dobrą jakość obsługi kredytów mieszkaniowych zarówno złotowych, jak i walutowych. Solidność obsługi wpływa znacząco na dobrą jakość portfela, można powiedzieć, odpornego na wahania kursowe w przypadku kredytów walutowych – mówi prof. Rogowski. – Na koniec października br. na ponad 2,3 mln obecnie czynnych kredytów mieszkaniowych tylko w przypadku 32 tys. – 1,4% występuje opóźnienie w spłacie powyżej 90 dni – dodaje.

Portret Frankowicza

Udział kobiet i mężczyzn w zawieraniu umów na kredyty mieszkaniowe w szwajcarskiej walucie stanowi niemal parytet. Na 868,32 tys. osób, spłacających mieszkanie we franku przypada 50,3% pań w stosunku do 49,7% panów. Najwięcej kredytobiorców posiadających takie zobowiązanie znajduje się w przedziale wiekowym 35 – 44 lat i stanowią ponad połowę (50,58%) wszystkich frankowiczów. Co pocieszające, osoby w tej grupie wykazują się wysoką i bardzo wysoką wiarygodnością kredytową na poziomie 90,40%, co potwierdza zarówno scoring BIK, jak i sami kredytobiorcy.

W ankiecie opinii, przeprowadzonej w listopadzie 2017 r. przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie BIK*, większość badanych dobrze oceniło swoją kondycję kredytową, co oznacza, że są w stanie bez większego problemu spłacać obecne długi. Wskaźnik kondycji kredytowej w badaniu wyniósł 67 w 100 stopniowej skali – im wyższa jego wartość, tym szacowana kondycja kredytowa jednostki lepsza. BIK Aglomeracje CHF

Polska i frankowicze

frankowiczeW ocenie swojej kondycji oraz historii kredytowej bardziej optymistycznie ocenili się mieszkańcy regionu południowego (zgodnie z klasyfikacją Głównego Urzędu Statystycznego). To oni, częściej niż mieszkańcy pozostałych regionów, podkreślają rolę oszczędzania, deklarują również, że kredyty biorą tylko wtedy, gdy mają pewność, że je spłacą oraz częściej nie wyobrażają sobie sytuacji, że kredytu nie spłacą.

Dane z bazy BIK, które pokrywają się z opiniami w badaniu, potwierdzają od lat obserwacje, że relatywnie lepiej spłacane są kredyty w województwach południowo-wschodnich.

Na pytanie, skąd może wynikać to zjawisko, związane z bardziej sumiennym i odpowiedzialnym podejściem do spłacania rat kredytowych, odpowiedzieli sami badani. Osoby z tych województw podkreślali, częściej niż inni badani, że na ich stosunek do kredytów i zobowiązań wpływają zarówno wychowanie i wartości wyniesione z domu rodzinnego (60%), jak i możliwość polegania na rodzinie w trudnych sytuacjach, czyli np. pomocy krewnych, w przypadku kłopotów finansowych.

– Analizując liczbę kredytobiorców posiadających kredyt mieszkaniowy we franku szwajcarskim należy podkreślić, że są to mieszkańcy 10 aglomeracji Polski. Stanowią oni aż 56% wszystkich osób spłacających kredyty na mieszkanie w CHF – mówi prof. Rogowski z BIK. I dodaje: – Co ciekawe 18% osób spłacających taki kredyt mieszka w aglomeracji warszawskiej.

* Polacy na rynku kredytowym, ARC Rynek i Opinia dla BIK S.A., listopad 2017 r., 18-65 lat, N=1000.

Wydarzenia w krajowej polityce na razie przechodzą bez echa

Ani podtrzymanie ratingu Polski przez Fitch, ani wymiana premiera nie zdołały wpłynąć na stabilizację złotego, choć ryzyka przeważają po negatywnej stronie. Nowy kandydat na prezesa RBNZ daje wsparcie dla NZD, gdyż gwarantuje ortodoksyjne podejście do polityki monetarnej. Po staremu w raporcie z rynku pracy USA (solidne zatrudnienie, słabe płace) przemawiają za nieciekawym komunikatem FOMC w dalszej części tygodnia.

Zgodnie z oczekiwaniami agencja Fitch podtrzymała rating Polski A minus z perspektywą stabilną. Zdaniem agencji ocena odzwierciedla silne fundamenty makroekonomiczne, rozsądną politykę monetarną i solidny sektor bankowy. Fitch chwalił siłę konsumpcji i liczy na przyspieszanie inwestycji. Wśród potencjalnych pozytywnych ryzyk widzi wzmocnienie popytu zewnętrznego. Agencja oczekuje też, że RPP w przyszłym roku rozpocznie podwyżki stóp procentowych. Wśród zagrożeń mogących wpłynąć na obniżenie oceny wymieniono pogorszenie współczynników zadłużenia oraz zapaść klimatu inwestycyjnego pod wpływem niekorzystnych zmian w polityce gospodarczej. Ogólnie otrzymaliśmy mnie więcej to, co wszystkie trzy główne agencje powtarzają od jakiegoś czasu. Dla złotego była to neutralna informacja, ale ogólnorynkowy klimat sprzyjał ponownego testowi 4,20 z euro. Jednak nie mamy przekonania, aby złoty mógł wiele „ugrać” przed końcem roku. Wydarzenia w krajowej polityce na razie przechodzą bez echa (nowy premier, reforma sądownictwa), ale ten drugi temat może generować ostrą odpowiedź ze strony Brukseli, co może położyć się cieniem na sentymencie w stosunku do złotego.

Na starcie tygodnia NZD skoczył po informacji, że nowym prezesem RBNZ zostanie Adrian Orr, prezes NZ Super Fund. Nazwa ta niewiele nam mówi, ale wystarczy dodać, że Orr w swojej karierze dwukrotnie zatrudniony był w banku centralnym, a krajowa polityka monetarna jest jego domeną. Choć nie da się na razie powiedzieć dużo o nastawieniu nowego prezesa (jastrząb/gołąb), to jego wybór zdejmuje z NZD ryzyko, że rząd mógłby mianować mniej przewidywalnego kandydata bardziej sprzyjającego forsowanej polityce gospodarczej (czy. bardziej gołębiego). Od dawna podkreślamy, że w NZD wycenione jest przesadna premia za ryzyko polityczne i w krótkim terminie kiwi wygląda najatrakcyjniej spośród walut surowcowych.

Raport z rynku pracy USA wskazał na solidny przyrost zatrudnienia (228 tys.) i niską stopę bezrobocia (4,1 proc.), ale kolejny raz rozczarował po stronie dynamiki płac (2,5 proc. r/r, prog. 2,7 proc.). Dane nic nie zmieniają w kontekście środowej decyzji FOMC w tym tygodniu (podwyżka o 25 pb), jednak bez wątpienia dają amunicję gołębiom, by wstrzymać cykl zacieśniania przynajmniej na pół roku. Rynek jednak waży szanse kolejnej podwyżki w marcu (ok. 70 proc.) i widzi argumenty za w niskim bezrobociu i perspektywach polityki fiskalnej. Choć słabość płac implikuje, że rynek nie nastawia się jastrzębio przed posiedzeniem Fed, to też trudno oczekiwać, aby komunikat mógł zaskoczyć wyraźnie pozytywnie. W rezultacie USD może wybiórczo mieć przewagę nad walutami defensywnymi (JPY i CHF), ale podda się względem walut z klarowniejszą sytuacją fundamentalną (EUR).

Dziś w kalendarzu mamy finalny odczyt inflacji CPI z Polski, który powinien potwierdzić, że za przyspieszenie do 2,5 proc. r/r przede wszystkim odpowiadają wyższe ceny żywności i paliw, czyli dwóch komponentów pozostających poza kontrolą RPP. Stąd nie widzimy podstaw do zmiany nastawienia Rady w najbliższym czasie, co z resztą potwierdził prezes NBP na konferencji w tym tygodniu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Tydzień zdominowany przez banki centralne

  • W środę Fed prawdopodobnie podniesie stopy procentowe o 25 pb do 1,25%-1,50% w reakcji na rynek pracy bliski pełnego zatrudnienia oraz solidny wzrost gospodarczy. W czwartek SNB, Norges Bank, Bank Anglii i EBC nie zdecydują się raczej na żadne zmiany w parametrach polityki pieniężnej. W Szwajcarii niewielkie przyspieszenie inflacji (wynikające m.in. z osłabienia franka) to wciąż zbyt mało, aby podwyższyć stopy procentowe. Bank Norwegii zapowiada podwyżki dopiero w połowie 2018r. Bank Anglii podnosząc stopy w listopadzie sugerował, że był to ruch jednorazowy. EBC kontynuuje ograniczane QE, a jak wskazały ostatnie minutes proces ten będzie powolny.
  • Dzisiaj dowiemy się jakie przyczyny stały za listopadowym przyspieszeniem krajowej inflacji do 2,5% r/r z 2,2% r/r w październiku. Wg naszych szacunków był to efekt wyższych cen paliw, żywności oraz opału, przy stabilnej inflacji bazowej (publikacja we wt.) na poziomie 0,8% r/r. Oczekujemy wyższej niż konsensus nadwyżki na rachunku bieżącym (czw.), chociaż gorsze od oczekiwań dane o niemieckim eksporcie sugerują możliwość słabszego wyniku salda handlowego, a tym samym całego rachunku.
  • Wstępne indeksy PMI z gospodarek rozwiniętych (czw. i pt.) powinny pokazać kontynuację znakomitej koniunktury w przemyśle w grudniu. Jednocześnie inflacja (śr., dane ostateczne), pomimo przyspieszenia, utrzymuje się tam na niskim poziomie.

Przegląd wydarzeń:

Agencja Fitch nie zmieniła oceny wiarygodności kredytowej Polski (rating A-, perspektywa stabilna) podkreślając silne fundamenty makroekonomiczne, w tym poprawę kondycji sektora finansów publicznych.

Inflacja na Węgrzech wzrosła w listopadzie do 2,5% r/r z 2,2% r/r za sprawą przyspieszenia cen żywności, paliw i tytoniu (wzrost akcyzy).

W 3q17 GUS odnotował 131 tys. wakatów (+7,5% m/m, 37,4% r/r). Najwięcej nieobsadzonych stanowisk jest w przemyśle (33,5 tys.), handlu (20,8 tys.) i budownictwie (20,3 tys.). Właśnie w tych sekcjach spodziewamy się największego nasilenia presji płacowej. Tymczasem wg prognozy MRPiPS w XI stopa bezrobocia utrzymała się na poziomie 6,6% (PKO: 6,5%, konsensus: 6,6%).

J. Żyżyński z RPP nie zmienił gołębiego nastawieniaG. Ancyparowicz skrytykowała decyzję Rady o obniżeniu oprocentowania rachunku rezerwy obowiązkowej.

NFP: rynek pracy przypieczętował podwyżkę stóp

Zatrudnienie w sektorze pozarolniczym wzrosło w listopadzie o 228 tys. (konsensus: 200 tys.), a więc ponownie wyraźnie mocniej niż średnie wzrosty odnotowywane przez zaburzeniami, które na rynku pracy wywołały niekorzystne warunki pogodowe. Bilans rewizji danych za wrzesień i październik jest bliski neutralnemu – podczas gdy skalę wzrostu zatrudnienia we wrześniu zrewidowano o 20 tys. etatów w górę (do 38 tys.), to wynik października zredukowano o 17 tys. w dół (do 244 tys.). Dynamika przyrostu zatrudnienia pozostała na poziomie 1,4% r/r – spójnym z odnotowywanym w ostatnich 3 latach spadkowym trendem tempa wzrostu (z ponad 2% r/r na przełomie 2014 i 2015r.).

Wzrost zatrudnienia nastąpił w znaczącej większości sektorów i branż. Najsilniejszy był w edukacji i ochronie zdrowia (54 tys.), sektorze usług biznesowych (46 tys.), przetwórstwie przemysłowym (31 tys.) i budownictwie (24 tys.). Branża hotelarska i restauracyjna, stanowiąca główne źródło zmienności w odczytach zatrudnienia za poprzednie dwa miesiące, powróciła do cechującego ją wcześniej przeciętnego tempa wzrostu zatrudnienia sięgającego około 20 tys. etatów (wynik za listopad: 14 tys.).

Dynamika wynagrodzeń nieznacznie przyspieszyła do 2,5% r/r z 2,3% r/r miesiąc wcześniej. W porównaniu do października wyraźnie przyspieszyło tempo wzrostu płac w budownictwie, górnictwie, handlu – a także w ponadprzeciętnie nisko płatnym hotelarstwie. Oczekujemy, że dynamika płac będzie stopniowo przyspieszać. Z jednej strony będzie to odpowiedź na coraz bardziej odczuwalne braki kadrowe, z drugiej rezultat przyspieszenia wzrostu wydajności pracy, który ułatwi finansowanie podwyżek płac. Przy utrzymujących się wzrostach wynagrodzeń będzie to oznaczało wzrost realnego funduszu płac, który w dalszym ciągu wspierać będzie konsumpcję.

Stopa bezrobocia (4,1% w listopadzie i październiku vs 4,2% we wrześniu) pozostała w okolicach historycznych minimów notowanych ostatnio na przełomie 2000/2001 roku, poniżej poziomu uznawanego przez FOMC za stan równowagi (4,6%). Utrzymaniu stopy bezrobocia na niezmienionym poziomie sprzyjała stabilizacja stopy aktywności zawodowej (62,7%). Stopa bezrobocia U6 nieznacznie wzrosła do 8,0% z 7,9% w październiku.

stopa bezrobociaUtrzymanie w listopadzie silnego tempa wzrostu zatrudnienia i jego szeroki charakter (trend obejmuje zdecydowaną większość branż) w połączeniu z powrotem do umiarkowanego wzrostowego trendu wynagrodzeń dopełniają listę argumentów przemawiających za podniesieniem stóp procentowych przez Fed na jego najbliższym posiedzeniu 13 grudnia. Dla dalszej ścieżki stóp procentowych (2018r.) istotne znaczenie będzie miało to, czy wzrostowy trend płac zyska na sile, oraz w którym roku (2018 czy 2019) wejdą w życie kluczowe postanowienia reformy podatkowej, nad którą prace finalizuje amerykański Senat. Wdrożenie wspomnianych zmian już w 2018 r. będzie znacząco zwiększać ryzyko silniejszego niż obecnie zakładamy w scenariuszu bazowym (dwie podwyżki) zacieśnienia polityki pieniężnej w USA w przyszłym roku.

Źródło: PKO Bank Polski

Specjaliści i menedżerowie zarabiają ponad dwa razy więcej niż przeciętny pracownik w sektorze przedsiębiorstw

Średnie wynagrodzenie miesięczne oferowane specjalistom i menedżerom w Polsce wyniosło w 2017 roku 11 662 zł brutto. Pensja proponowana kandydatom wzrosła aż o 14% w porównaniu do ubiegłego roku i jest 2,5 razy wyższa niż przeciętne miesięczne wynagrodzenie wg GUS w sektorze przedsiębiorstw w październiku br. – wynika z „Raportu Płacowego Antal 2017”. Eksperci Antal zwracają uwagę, że w przypadku doświadczonych i wykwalifikowanych specjalistów i menedżerów najmocniej widać rosnącą pewność zatrudnienia oraz otwartość na nowe możliwości rozwoju kariery, a w konsekwencji coraz większą presję płacową na pracodawcach.

Pracownicy mogą snuć z optymizmem odważne plany rozwojowe w 2018 roku. Stabilna sytuacja ekonomiczna w naszym kraju daje im poczucie bezpieczeństwa, a liczne inwestycje zagraniczne otwierają atrakcyjne możliwości rozwoju kariery. W konsekwencji rośnie konkurencja o wykwalifikowanych i doświadczonych pracowników, która sprawia, że poziom ich wynagrodzeń cały czas rośnie. Aby kandydat jak najwięcej „zyskał” na tak dynamicznym rynku pracy, powinien rozważyć kontakt z wyspecjalizowanymi w danej branży rekruterami, którzy pomogą mu pokierować karierą, zarekomendują perspektywiczne oferty oraz podpowiedzą, jakiego rzędu wynagrodzenia może oczekiwać w przypadku wybranego stanowiska pracy – mówi Artur Skiba, Prezes Zarządu Antal.

Pensja specjalistów i menedżerów rośnie 2 razy szybciej niż średnia w sektorze przedsiębiorstw

Według „Raportu Płacowego Antal 2017” średnia pensja specjalisty i menedżera w Polsce wyniosła 11 662 zł brutto miesięcznie. Zarobki proponowane kandydatom rok do roku wzrosły aż o 14% (2016: 10 223 PLN). To najwięcej w historii badania, które jest realizowane od 2011 roku. Co więcej, specjaliści i menedżerowie z min. 2-letnim doświadczeniem zarabiają 2,5 razy więcej niż przeciętny pracownik w sektorze przedsiębiorstw. Zgodnie z najnowszymi danymi GUS, przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w październiku 2017 r. wyniosło 4 574,35 zł (+7,4% r/r).

W przypadku specjalistów i menedżerów rozpiętość wynagrodzeń jest bardzo duża. Wynika to z wielu zmiennych, które ostatecznie decydują o płacy. Z jednej strony, pracodawcy kierują się różnymi czynnikami ustalając poziom wynagrodzenia. Wśród nich można wymienić m.in. wielkość organizacji,  branżę oraz region, w jakim firma działa. Z drugiej zaś, każdy pracownik ma unikalny zestaw kompetencji, cech osobistych, sukcesów i doświadczenia. I to właśnie najczęściej umiejętności indywidualne takie jak języki obce, certyfikaty, wielkość zespołu, zakres odpowiedzialności, decydują o ostatecznej wysokości wynagrodzenia.

TOP3 branż z najwyższymi pensjami otwiera… IT

Na szczycie tabeli, biorąc pod uwagę wysokość zarobków w 2017 roku, plasują się specjaliści i menedżerowie pracujący w obszarze IT ze średnim miesięcznym wynagrodzeniem brutto na poziomie 12 600 zł (+16% r/r). Na drugim miejscu znajduje się farmacja – 11 879 zł brutto (+4% r/r), a na trzecim finanse i księgowość – 10 861 zł brutto (+20%). W przypadku wyższej kadry zarządzającej, średnie miesięczne wynagrodzenie brutto przekroczyło w tym roku barierę 20 000 zł i wyniosło 21 413 zł brutto (+11% r/r).specjaliści i menedżerowie

Ważne jest dopasowanie

Na decyzję o zmianie pracodawcy (lub pozostanie u obecnego) cały czas największy wpływ ma płaca zasadnicza – tak wskazało 4 na 10 respondentów badania „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy 2017”. Jednak eksperci Antal zwracają uwagę, że coraz ważniejszą pozycję w strategiach wynagrodzeń powinny zajmować świadczenia pozapłacowe, które trzeba dostosować do grup pracowniczych, wieku, momentu w życiu i zainteresowań. Bowiem nie każdy benefit jest tak samo wartościowy dla każdego kandydata.

Na rynku obserwujemy stały wzrost zainteresowania benefitami wśród kandydatów. Trzeba jednak zacząć od zdefiniowania, co faktycznie jest wartością w oczach pracowników. Specjaliści i menedżerowie nie postrzegają już prywatnej opieki medycznej czy karty sportowej jako atrakcyjnego dodatku. Szukają raczej propozycji, które są spójne z ich potrzebami. I tak dla rodziców małych dzieci istotne będzie daily care w firmie dla ich pociech, dla młodych wchodzących na rynek pracy, dostęp do nowych technologii i częste spotkania integracyjne, a dla osób dbających o zdrowie programy wellness – mówi Małgorzata Pukropek, Manager Antal HR Consulting.

Przedstawicielka Antal dodaje, że pracodawcy powinni przyjrzeć się także bliżej swojemu systemowi wynagradzania zasadniczego oraz premiowego. – Pracodawcy wcale nie muszą wypłacać premii w gotówce. Ciekawe i sprofilowane pod pracownika benefity stanowią ciekawą alternatywę. To często też rozwiązanie bardziej efektywne z punktu widzenia pracodawcy – dodaje Małgorzata Pukropek.

***

Raport Płacowy Antal 2017 prezentuje wynagrodzenia oferowane specjalistom i menedżerom w Polsce, którzy mają minimum 2-letnie doświadczenie oraz pracują w średnich i dużych firmach polskich lub międzynarodowych. Opracowanie zostało przygotowane na podstawie 3 źródeł wiedzy. Pierwsze to badanie ankietowe przeprowadzone metodą CAWI oraz CATI w terminie 24.07-16.08 2017 roku na próbie 1040 specjalistów i menedżerów z całego kraju, reprezentujących różne dyscypliny i branże. Dane te zostały zweryfikowane i poszerzone o informacje z procesów rekrutacyjnych przeprowadzonych przez konsultantów Antal w 2017 roku, a także wywiady telefoniczne z pracodawcami i kandydatami. Wynagrodzenia przedstawione w raporcie są wynagrodzeniami całkowitymi, średnimi, brutto miesięcznie.

Zyskowne inwestycje w nieruchomości to mit?

Polacy uważają, że inwestycja w nieruchomości zawsze jest opłacalna, tymczasem dzisiejsze ceny mieszkań nadal są niższe niż w 2007 r.  Zyski z najmu też wcale nie są duże. W długim okresie rentowność z najmu wynosi 3-3,5 proc., czyli niewiele więcej niż zyskowność bankowej lokaty.

W ciągu ostatnich 10 lat liczba osób zarabiających na wynajmie mieszkań wzrosła 5-krotnie – do przeszło pół miliona. Na koniec 2016 r., jak podaje NBP, 505 tys. Polaków płaciło podatek z tytułu dochodu z najmu nieruchomości. W stosunku do 2015 r. liczba podatników wzrosła aż o 11 proc. Dekadę wcześniej z fiskusem rozliczało się natomiast tylko 100 tys. wynajmujących. Wszystko wskazuje na to, że trend wzrostowy utrzyma się.

W „Raporcie o sytuacji na rynku nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych w Polsce w 2016 r.” z września tego roku, przygotowanym przez NBP czytamy:  „Wzrosły średnie stawki najmu (ofertowe i transakcyjne) metra kwadratowego mieszkań́. Może to stanowić́ czynnik skłaniający zamożniejsze gospodarstwa domowe do inwestycyjnego zakupu mieszkania na wynajem”. Bank centralny wyjaśnia dalej, że poziom czynszów zapewnia wyższe stopy zwrotu niż obligacje lub depozyty bankowe oraz podobny jak inwestycji w nieruchomości komercyjne. „Należy jednak podkreślić istotną różnicę płynności, kosztów transakcyjnych, a także ryzyka lokaty w banku czy obligacji i inwestycji w mieszkanie na wynajem” – stwierdza raport. Bank centralny nie wspomina o jeszcze jednym ryzyku inwestowania w nieruchomości: dużej zmienności cen.

Inwestycja pierwszego wyboru

Nieruchomość to jedno z aktywów niemal intuicyjnie wskazywanych przez Polaków, jako optymalny sposób inwestowania. Według badań Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami 51 proc. społeczeństwa uważa rynek nieruchomości za najlepsze miejsce do lokowania kapitału. Dalej są kruszce 24 proc. i waluty 14 proc.

Zestaw tych trzech aktywów wpisuje się w stereotypowe wyobrażenie Polaków o sposobach nie tyle inwestowania, co zachowania kapitału: ziemia, złoto, dolary. Potwierdza to najnowszy raport BGŻOptima „Polak Oszczędny 2017. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?”. Z badania przeprowadzonego na osobach posiadających oszczędności, wynika, że najskuteczniejszym i najbezpieczniejszym sposobem pomnażania oszczędności jest ulokowanie ich w aktywach materialnych. Jeśli zejdziemy z poziomu deklaracji na grunt praktyczny to okaże się, że rozmijają się one z rzeczywistością.

Według Diagnozy Społecznej z 2015 r. kapitał ulokowany w nieruchomościach miało 6,9 proc. ankietowanych. Odsetek ten jest stosunkowo niewielki, jednak należy podkreślić fakt, że nieruchomości znajdują się najwyżej na liście inwestycji, jeśli pominąć lokaty bankowe, konta oszczędnościowe i rachunki osobiste oraz gotówkę (w tej ostatniej formie swoje oszczędności przechowuje według Diagnozy 12 proc. społeczeństwa).

Bez ochrony kapitału

Zainteresowanie nieruchomościami świadczy o coraz większej dojrzałości tego rynku. Staje się on coraz bardziej głęboki dla inwestorów dywersyfikujących kapitał, przerzucających wolne środki w aktywa o mniejszej płynności. Migracji kapitału sprzyjają niskie stopy procentowe i spadek zysku z lokat bankowych, będący efektem utrzymujących się niskich stóp procentowych w połączeniu z inflacją.

Tylko 15 proc. respondentów biorących udział w badaniu na zlecenie BGŻOptima zakupiło nieruchomości z przeznaczeniem na wynajem. Mimo to jest to rodzaj inwestycji powszechnie uznawany za bardzo bezpieczny i najzyskowniejszy.

– Jeśli ktoś jednak liczy na bardzo wysoki zwrot z inwestycji nieruchomościowych może mocno się rozczarować. Co więcej, kupno mieszkania z przeznaczeniem na wynajem wcale nie musi przynieść zysku, a może wygenerować straty – mówi Dotota Seń, BGŻOptima. – Wbrew dość powszechnemu przekonaniu, że na inwestowaniu w nieruchomość się nie traci, nie jest to inwestycja pewna, a spadki cen, czasem głębokie, są na tym rynku czymś naturalnym – dodaje.

Lokalizacja, lokalizacja i jeszcze raz lokalizacja

Eksperci BGŻOptima przeanalizowali zachowanie rynku nieruchomości w największych polskich miastach w ostatniej dekadzie, żeby sprawdzić jak tego rodzaju inwestycja zabezpiecza kapitał i jaką przynosi rentowność. Wyniki są dość zaskakujące.

Po pierwsze zysk z kupna nieruchomości wcale nie jest gwarantowany. Spośród siedmiu największych aglomeracji w kraju, tylko w Łodzi ceny transakcyjne w 2017 r. są wyższe od ofert sprzed 10 lat (dane za I kwartał 2007 i 2017 r.). Wzrost na łódzkim rynku jest zresztą symboliczny i wynosi 2,85 proc. Nabywcy mieszkań w pozostałych dużych miastach wciąż są pod kreską. Najwięcej stracili inwestorzy w Krakowie, którzy w 2007 r. płacili 7 883 zł za metr. Obecnie mogą liczyć na 6 647 zł, czyli o 15,67 proc. mniej niż przed dekadą.

Spora przecena dotknęła rynek wrocławski. Sprzedawcy liczą sobie dzisiaj 6 390 zł z metra – 8,38 proc. mniej niż przed dekadą. O 5,75 proc. spadły ceny w Gdyni, podobnie w Warszawie – 5,31 proc. W Gdańsku korekta była jeszcze mniejsza i wyniosła 3,2 proc. Najmniej potaniały mieszkania w Poznaniu – o 2,17 proc.

Zyskowne inwestycje w nieruchomości to mitMimo upływu 10 lat ceny nie wróciły do poziomu sprzed kryzysu. Różnice są jeszcze większe jeśli weźmiemy pod uwagę ceny transakcyjne z 2008 r., kiedy osiągnęły historycznie najwyższy poziom. Z danych NBP wynika, że dopiero nieruchomości nabyte w latach 2011-12, kiedy rynek mieszkaniowy (pierwotny i wtórny) osiągnęły swój dołek przyniosły nabywcom realny wzrost wartości.

Kupno nieruchomości zalicza się do inwestycji o długim horyzoncie w związku z czym nawet 10 lat trudno uznać za okres referencyjny dla ostatecznego rezultatu. Niemniej, zachowanie rynku w minionej dekadzie pokazuje, że w nieruchomościach, jak w każdej innej inwestycji niezwykle ważny jest moment wejścia.

Rentowność na poziomie lokaty

Drugie zaskakujące spostrzeżeniem z naszej analizy dotyczy rentowności nieruchomościowych inwestycji. Jak pokazują dane Home Broker z kwietnia br. zyski z najmu wahały się w Polsce między 4,06 proc. (Poznań) a 6,61 proc. (Tychy). Dość wysoką rentowność generują mieszkania w Katowicach (6,58 proc.) i Gdańsku (5,92 proc.). Warszawa z 5,64 proc. znajduje się w środku stawki.Zyskowne inwestycje w nieruchomości to mit 2

Obecne stawki są historycznie najwyższe. Opłacalności najmu sprzyja też stosunkowo niska inflacja. W perspektywie długoterminowej, krzywa zysku zdecydowanie się spłaszcza. Według naszych obliczeń rentowność najmu wynosi przeciętnie 3-3,5 proc., czyli tylko nieznacznie więcej niż wynosiła zyskowność lokat w ostatnich latach.

Inwestowanie w nieruchomości z zyskiem jest sztuką – wymaga wiedzy i czasu. Pod względem zyskowności niekoniecznie jest to również lepsze rozwiązanie od tradycyjnej lokaty. Pieniądze z banku można wypłacić niemal w każdej chwili. Wyjście z inwestycji nieruchomościowej wymaga natomiast czasu.

W ciągu 13 lat automatyzacja może pozbawić pracy nawet jedną trzecią pracowników. Także w zawodach, które wymagają umiejętności poznawczych

W ciągu 13 lat automatyzacja może pozbawić pracy nawet jedną trzecią pracowników. Także w zawodach, które wymagają umiejętności poznawczych 1

Do 2030 roku automatyzacja sprawi, że pracę może stracić nawet jedna trzecia Amerykanów. Podobne trendy zauważane są w innych krajach. Z roku na rok automatyzacja znajduje zastosowanie w kolejnych dziedzinach. Dzięki jej wdrożeniu firmy mogą poprawić produktywność, jakość i przede wszystkim szybkość. Maszyny popełniają też mniej błędów. Coraz większa liczba podłączanych do Internetu maszyn sprawia jednak, że rośnie zagrożenie ataków na infrastrukturę krytyczną firm, a nawet państw.

– Kiedyś moglibyśmy powiedzieć, że automatyka przemysłowa to linia produkcyjna, maszyna, która coś wytwarza. Na dzień dzisiejszy bardziej możemy mówić o pojęciu takim jak automatyzacja i ta automatyzacja jest praktycznie wszechobecna, pomimo tego, że jej nie widzimy. Dotyczy to każdego człowieka, od dostawy wody, odczytu energii, automatyzacji tych procesów, systemów w miastach, sterowania ruchem, kolei, zakupu biletów. Wszędzie mamy do czynienia z automatyzacją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje, Mirosław Zwierzyński z firmy Elmark Automatyka.

Automatyzacja staje się wszechobecna do tego stopnia, że według raportu McKinsey Global Institute, w ciągu najbliższych 17 lat nowego zajęcia będzie musiało szukać blisko 70 mln amerykańskich pracowników. Ich obowiązki przejmą maszyny, które radzą sobie coraz lepiej również w pracach, które wymagają umiejętności poznawczych. Trend ten obejmuje coraz większą liczbę krajów rozwiniętych.

Jednym z najważniejszych trendów na rynku automatyki przemysłowej jest wykorzystanie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Firma IBM ogłosiła właśnie wprowadzenie na rynek nowego układu scalonego, który według zapowiedzi świetnie ma sprawdzić się w systemach związanych m.in. ze sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. Układ o nazwie Power9 ma poprawić wydajność tego typu rozwiązań nawet czterokrotnie.

– Moce obliczeniowe dzisiejszych komputerów są znacznie większe niż to było naście lat temu. Pozwala to w sposób optymalny wykorzystać korzyści i wiedzę, jaką dają nam technologie związane z uczeniem maszynowym. Maszyny, urządzenia czy technologie będą w stanie adaptować się do nowych, zmieniających się warunków wskutek wykorzystywania uczenia maszynowego – myślę, że już dzisiaj mamy z tym do czynienia – twierdzi Mirosław Zwierzyński.

Kolejnym trendem na rynku automatyki jest Internet Rzeczy, który na potrzeby branży nazywany jest także IIoT, czyli przemysłowym Internetem Rzeczy. To możliwość podłączenia przedmiotów codziennego użytku do sieci.  Jak zauważa ekspert, niezwykle ważna jest integracja i wzajemna współpraca poszczególnych systemów. Trend podłączania wszystkiego do Internetu rodzi także pewne obawy. Urządzenia automatyki przemysłowej niejednokrotnie stanowią tzw. infrastrukturę krytyczną, czyli mającą podstawowe znaczenie dla funkcjonowania gospodarki.

– W przeszłości systemy o charakterze krytycznym były odseparowane i nie miały możliwości komunikacji ze światem zewnętrznym. Na dzień dzisiejszy w związku z rozwojem technologii to się zmienia. Jest to zagrożenie, gdyż podatność i możliwość zaszkodzenia, czy będzie to pojedynczy obiekt, firma, czy nawet w skali państwowej, jest dość duża – twierdzi Mirosław Zwierzyński.

Coraz większy rozwój i zaawansowanie technologiczne determinuje jednocześnie zapotrzebowanie na coraz bardziej zaawansowane technologie zwiększające bezpieczeństwo infrastruktury krytycznej. Jak twierdzi ekspert, kluczowa w przemyśle jest transmisja danych.

– Wszystkie elementy związane z tzw. cyber zagrożeniami zaczynają się od tego momentu i zapotrzebowanie na technologie, które będą gwarantowały bezpieczeństwo łączności, wymiany danych, jest coraz większe i będzie się pogłębiać – przekonuje ekspert.

Z danych płynących z raportu firmy MarketsandMarkets Research Private wynika, że w 2016 roku rynek automatyki przemysłowej osiągnął wartość ponad 145 mld dolarów. W ciągu najbliższych sześciu lat ma wzrastać średniorocznie o 7,4 proc.

Kliniczny system z zaawansowanymi modelami 3D udoskonali proces leczenia chorób zastawek serca. To część projektu komputerowego modelu człowieka

Kliniczny system z zaawansowanymi modelami 3D udoskonali proces leczenia chorób zastawek serca. To część projektu komputerowego modelu człowieka 2

Eksperci z Akademickiego Centrum Komputerowego Cyfronet AGH w Krakowie uczestniczą w badaniach prowadzonych w ramach europejskiego projektu EurValve, którego celem jest opracowanie klinicznego systemu komputerowego wspomagającego lekarzy podczas procesu leczenia chorób zastawek serca. Rozwiązanie ma umożliwić sprawne przeprowadzanie symulacji i analizę danych, a później wspomóc lekarza w terapii chorego. To element europejskiej inicjatywy finansowej przez program Horyzont 2020, w ramach której dąży się do opracowania komputerowego medycznego modelu człowieka.

Konsorcjum EurValve projektuje kliniczny system ekspercki, który oceni stan zaawansowania choroby serca oraz jej potencjalny rozwój w przyszłości. System ma zasugerować lekarzowi optymalną terapię, dostosowaną do konkretnego pacjenta. Stworzono złożone modele symulacyjne serca, które zostaną zintegrowane z zaawansowanymi technikami analizy danych medycznych.

– Trzeba przygotować modele, które mogą być dostosowane do konkretnego pacjenta, a równocześnie powinny być na tyle proste, aby mogły funkcjonować w systemie wspierania decyzji w środowisku klinicznym. Żeby tak się stało, trzeba wykonać szereg symulacji przepływów krwi w różnych warunkach geometrycznych, z różnymi rodzajami zastawek, żeby na tej podstawie było możliwe skonstruowanie prostego modelu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Marian Bubak, kierownik Laboratorium Metod Informatycznych w Medycynie Cyfronetu AGH.

System ma wspierać podejmowanie decyzji przez lekarza w szpitalu, co pozwoli na skuteczne przeciwdziałanie chorobie i interweniowanie w czasie, kiedy się pojawi. Jak zauważa uczestniczący w pracach nad projektem dr Marian Bubak z Akademii Górniczo-Hutniczej, choroba zastawek serca dotyka obecnie 2,5 proc. populacji. W większości są to osoby starsze, a liczba chorych wzrasta. Rocznie w Unii Europejskiej wymienia się ok. 70 tys. zastawek.

Medycyna przestaje być czymś, co jest sztuką opartą na doświadczeniach pokoleń, a zaczyna wkraczać w dziedzinę dość bliską inżynierii, gdzie ważne jest to, żeby zmierzyć wszystkie istotne parametry dotyczące pacjenta, żeby wykorzystać je do przewidywania jego zachowania po zastosowaniu konkretnej procedury leczenia, żeby ocenić skuteczność tej procedury – zaznacza przedstawiciel Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Badania są prowadzone wspólnie z sześcioma ośrodkami akademickimi w Europie, trzema szpitalami i czterema firmami. Projekt EurValve jest obecnie na półmetku. Zespół ACK Cyfronet AGH opracował środowisko do realizacji złożonych symulacji oraz przechowywania danych medycznych, z którego korzystają teraz eksperci w dziedzinie modelowania przepływów. W ramach kolejnego etapu uzyskane wyniki zostaną przeniesione do systemu decyzyjnego opracowywanego przez jedną z firm we Francji.

– Nasz projekt wpisuje się w całą gałąź badań, które noszą nazwę Virtual Physiological Human, czyli dążących do tego, żeby zbudować komputerowy model człowieka. To w pełnym kształcie nie jest jeszcze możliwe. Są możliwe realizacje dotyczące poszczególnych organów – twierdzi dr Marian Bubak.

Jak wynika z danych GUS, choroby układu krążenia stanowią jedną z głównych przyczyn umieralności. Od lat prawie połowa wszystkich zgonów w Polsce jest nimi spowodowana. Z roku na rok sytuacja się jednak poprawia. W 2013 roku choroby układu krążenia były powodem prawie 46 proc. wszystkich zgonów, natomiast w pierwszej połowie lat 90. – ok. 52 proc.

Zarobki polskich programistów są bardzo zróżnicowane. W najbliższej przyszłości rynek będzie potrzebował specjalistów od sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego

Zarobki polskich programistów są bardzo zróżnicowane. W najbliższej przyszłości rynek będzie potrzebował specjalistów od sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego 3

Programiści należą w Polsce do grupy najlepiej wynagradzanych specjalistów. Różnice zarobków pomiędzy nimi mogą być jednak ogromne. Zależą zwłaszcza od języków i technologii, w jakich się specjalizują, zatrudniającej firmy oraz miejscowości. Najpopularniejszą obecnie technologią jest Java, ale w najbliższej przyszłości rynek będzie potrzebować przede wszystkim specjalistów od sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Na polskim rynku wyraźnym trendem są technologie front-endowe. Coraz większe zapotrzebowanie jest również na testerów.

– W kategorii back-endowej, czyli pracy stricte programistycznej, bez warstwy wizualnej, najpopularniejsza technologia to Java. Następnie mamy technologię .Net, to drugi świat komplementarny do Javy. Jeśli chodzi o technologie front-endowe, to najpopularniejszy jest JavaScript i wciąż bardzo się rozwija – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Bujok założyciel firmy NoFluffJobs.

W ostatnim czasie jednym z najgorętszych zagadnień w świecie IT jest sztuczna inteligencja. Rynek ten będzie gwałtownie się rozwijał. Eksperci firmy Tractica oceniają, że w 2016 roku przychody z pośredniego i bezpośredniego zastosowania oprogramowania, sprzętu i usług SI wyniosły 1,38 mld dol., a w roku 2025 mają wzrosnąć do 59,75 mld dol. Tempo średniorocznego wzrostu wyniesie 52 proc. Wzrost widać także w pojawiających się w tym zakresie ogłoszeniach o pracę.

– Nowe trendy, które coraz bardziej się pojawiają w ogłoszeniach o pracę czy są wymagane przez pracodawców, to właśnie sztuczna inteligencja. Coraz więcej SI widzimy w aplikacjach z USA, które przodują w adaptacji tych technologii do projektów. To na pewno coś, co warto eksplorować. Może jeszcze nie jest tak, że znajdziemy to w co drugiej ofercie pracy, ale widzimy, że ten trend się zwiększa – przekonuje Tomasz Bujok.

Drugim z trendów jest uczenie maszynowe. Z tym zagadnieniem studenci informatyki stykają się od lat. Jak zauważa Bujok, dotychczas było ono rzadko wykorzystywane, co przekładało się na małe zapotrzebowanie na specjalistów w tej dziedzinie. Jednak widać wyraźny trend wzrostowy.

Uczenie maszynowe jest znane od wielu lat, aczkolwiek wcześniej w projektach nie było tak często wykorzystywane, teraz widzimy coraz większy trend. Jeżeli ktoś chce być na czasie i za 5 lat być specjalistą w tych technologiach, warto zajrzeć w to teraz, bo to dużo bardziej skomplikowane rzeczy niż języki programowania – przekonuje założyciel NoFluffJobs.

Badanie Central & Eastern Europe Developer Landscape 2017 pokazało, że w naszym regionie pracuje około milion programistów, z czego na Polskę przypada aż 250 tys. To imponująca liczba, jednak specjaliści szacują, że w tej chwili potrzeba w naszym kraju dodatkowych 30–50 tysięcy specjalistów od programowania. Komisja Europejska szacuje bowiem, że w 2020 roku w całej Europie brakować będzie 800 tys. specjalistów IT. W Polsce najbardziej rozwija się segment front-end.

– Na polskim rynku przybywa coraz więcej programistów front-endu. Wynika to z tego, że jest dużo prościej nauczyć się samego front-endu, niż zostać programistą full stack czy programistą back-end w sześć czy dwanaście miesięcy. Jest mnóstwo kursów, mnóstwo szkół programowania, nie tylko uniwersytetów, które kładą główny nacisk na front-end, bo jest to coś, co szybko można opanować i wnieść dużą wartość dodaną do projektu – tłumaczy Tomasz Bujok.

Według raportu Sedlak & Sedlak starsi programiści, czyli osoby mające duże umiejętności oraz minimum trzyletnie doświadczenie zawodowe, zarabiają na umowie o pracę od 9,5 do 12,2 tys. złotych brutto, o ile specjalizują się w językach programowania Java, JEE i J2EE. Osoby na tym samym stanowisku, ale wyspecjalizowane w technologii C/C++, mogą liczyć na zarobki maksymalnie 11,6 tys. zł. Przeciętny starszy programista .NET/CHASH zarabia od 8,3 do 11,3 tys. zł, a programista PHP od 7,7 do 11,4 tys. zł.

Drugim trendem na polskim rynku jest napływ testerów. Zarobki w tym segmencie kształtują się podobnie jak w przypadku młodszych programistów. Rozpoczynający pracę juniorzy zarobią od 4 do 7 tys. zł brutto.

– Żeby zostać testerem wymagana jest skrupulatność, myślenie abstrakcyjne, umiejętności matematyczne, ale nie jest to rocket science, żeby się tego nauczyć wystarczy trochę poczytać, popróbować. Dalej bardzo trudno znaleźć testera, takie osoby są w cenie. Jeżeli ktoś jest chętny nauczenia się testowania i posiedzi po godzinach, to w od trzech do sześciu miesięcy jest w stanie nauczyć się testowania – twierdzi ekspert.

Prasa dobrem luksusowym. Bogaci i zamożni czytają więcej gazet niż statystyczni Polacy

Prasa dobrem luksusowym. Bogaci i zamożni czytają więcej gazet niż statystyczni Polacy 4

Osoby bogate i zamożne czytają nawet dziesięciokrotnie częściej prasę od statystycznego Polaka – wynika z raportu Polskich Badań Czytelnictwa. To oznacza, że tytuły prasowe mają w tej grupie społecznej bardzo duży zasięg. Markom luksusowym daje to możliwość precyzyjnego dopasowania reklam prasowych do grupy docelowej. – Wystarczy odpowiednio dobrać 4–5 tytułów, żeby trafić do połowy grupy najbogatszych – podkreśla prezes Polskiego Badania Czytelnictwa. 

Poziom czytelnictwa prasy jest bezpośrednio powiązany z zasobnością portfeli Polaków. Z raportu „Luksus kocha prasę” Polskich Badań Czytelnictwa wynika, że wraz z rosnącymi dochodami rośnie liczba czytanych pozycji prasowych. 37 proc. osób o dochodach powyżej pięciu tysięcy złotych, które kupują dobra luksusowe, czyta nie mniej niż dziesięć tytułów prasowych. Kolejne 30 proc. tej grupy regularnie czyta między cztery a dziewięć tytułów.

Czytanie prasy to pewien element kapitału kulturowego. Ten kapitał nieodzownie towarzyszy ludziom bogatym czy ludziom o dochodach powyżej pięciu tysięcy złotych. Jeżeli na rynku prasy czytelnictwo tytułów może wynosić 6–7 proc. w skali kraju, to w tej grupie wynosi 10–15 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Waldemar Izdebski, prezes Polskich Badań Czytelnictwa.

Osoby o dochodach powyżej pięciu tysięcy złotych określane są jako osoby zamożne, 80 proc. z nich kupuje marki luksusowe. To 4,7 proc. polskiego społeczeństwa w wieku 1859 lat, czyli 1,05 miliona osób. 290 tys. Polaków osiąga dochody powyżej 14 tys. miesięcznie i są oni zaliczani do grupy ludzi bogatych.

W grupie osób zamożnych 45 proc. osób czyta prasę co najmniej godzinę dziennie. Wśród osób bogatych odsetek wynosi 54 proc. osób. Ponad dwie trzecie przedstawicieli osób zamożnych czyta miesięczniki, podczas gdy w całym polskim społeczeństwie takie nawyki deklaruje 44 proc. Badanych (wskaźnik: Czytelnictwo Przeciętnego Wydania). Wśród osób zamożnych wyższe jest też czytelnictwo dzienników. Prasę codzienną czyta co trzecia osoba o dochodach powyżej pięciu tysięcy złotych. Średnia dla całego społeczeństwa wynosi 15 proc.

Wyniki badań obalają dominujący w niedawnej przeszłości nowobogacki stereotyp osoby zamożnej i tym samym użytkownika marek luksusowych. To już nie jest „prywaciarz” czy „badylarz”, który szybko się dorobił dzięki sprytowi. Osoby bogate w Polsce stają się coraz bardziej elitą: to, jak pokazuje zrealizowane badanie, przedsiębiorcy lub osoby zajmujące wysokie stanowiska menadżerskie. To ludzie solidnie wykształceni, którzy często osiągnęli swoją pozycję dzięki wiedzy, profesjonalizmowi i kompetencjom. Zdecydowanie częściej niż większość Polaków podróżują oraz czytają prasę opiniotwórczą i kolorową – podkreśla prof. Dominika Maison z Uniwersytetu Warszawskiego, prezes Maison & Partner.

Czytelnicy z grupy osób zamożnych i bogatych czytają różnorodne tytuły prasowe. Badania przeprowadzone przez PBC przeczą stereotypom, które jako grupę docelową dla prasy popularnej typują ludzi niezamożnych.

– Prasa, niezależnie od tematyki, jest skierowana do klasy średniej i klasy wyższej, w związku z tym mamy tam czytelnictwo pism gospodarczych, tygodników opinii czy miesięczników ekskluzywnych, ale również tytułów bardziej popularnych lub pism komputerowych, motoryzacyjnych. Nie jest to kwestia tego typu, że jakieś tytuły klasa wyższa odrzuca, tylko mniej regularnie je czyta – tłumaczy Waldemar Izdebski.

Kupowanie prasy i czytanie jej to także wyznacznik statusu i pozycji społecznej.

– Niektóre z magazynów kosztują ponad 10 złotych. Jeżeli do mojego domu przychodzi sąsiad lub znajomy, pokazujemy im: „Mnie było stać na zakup tego pisma, na to, żeby wydać 10–15 złotych. Co więcej, czytam o drogich samochodach, o luksusowych kosmetykach, pokażę ci więc, jak wygląda najnowsza kolekcja luksusowych marek ubrań” – mówi Waldemar Izdebski.

Precyzyjne określenie grupy docelowej i czytanej przez nią prasy może być skutecznym narzędziem planowania kampanii marek luksusowych. Podstawą jest określenie zasięgu danego tytułu prasowego.

– Mogę wziąć 4–5 tytułów i za ich pomocą dotrzeć do ponad połowy grupy docelowej. Z jednej strony mamy wysoki zasięg prasy, z drugiej strony wysokie affinity, czyli dopasowanie do grupy docelowej – podkreśla Waldemar Izdebski.

Wśród dóbr luksusowych wybieranych przez osoby zamożne i bogate są kosmetyki, ubrania, zegarki czy samochody z segmentu premium. Istotnym wnioskiem badań przeprowadzonych przez PBC jest potwierdzenie, że o zakupie produktów luksusowych nie decyduje jedynie kryterium dochodowe. Sięgają po nie także osoby z dochodami niższymi niż pięć tysięcy złotych, zaliczane do grupy aspirujących. Grupa ta to niemal 13 proc. Polaków w wieku od 18 do 59 lat – wynika z raportu, który znajduje się na stronie pbc.pl.

57 proc. z nich kupuje markę luksusową tylko z jednej kategorii, np. jest to kosmetyk, który jest najbardziej dostępny – mówi Waldemar Izdebski. – Osoby aspirujące oraz osoby zamożne kupują te same marki, te najbardziej popularne, tylko zamożni kupują je częściej.

Programowanie kluczową kompetencją przyszłości. Jego podstaw powinny się uczyć już najmłodsze dzieci

Programowanie kluczową kompetencją przyszłości. Jego podstaw powinny się uczyć już najmłodsze dzieci 5

Komisja Europejska wymienia programowanie wśród kluczowych kompetencji przyszłości. W ubiegłym tygodniu zakończyła się największa, ogólnoświatowa inicjatywa edukacyjna, która miała przybliżyć uczniom podstawówek podstawy programowania w formie łamigłówek i zabaw. W tegoroczną Godzinę Kodowania włączyły się już tysiące szkół w całej Polsce i prywatny biznes z sektora technologicznego. Lekcje programowania prowadzone przez wolontariuszy i nauczycieli odbywały się w kilkunastu miastach w Polsce.

– Programowanie to umiejętność XXI wieku i kluczowa dziś kompetencja. Wiedza dzieci i młodzieży na temat kodowania już w tej chwili jest duża i rośnie proporcjonalnie do wieku uczniów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Barbara Makowska-Opala, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 82 w Warszawie.

Komisja Europejska wymienia programowanie wśród kluczowych kompetencji przyszłości. Z kolei Światowe Forum Ekonomiczne prognozuje, że 65 proc. dzieci, które uczą się w tej chwili w szkołach podstawowych, będzie w przyszłości pracować w zawodach, które dziś jeszcze nie istnieją – w większości powiązanych z IT i nowymi technologiami. Już w tej chwili specjaliści IT i programiści są wymieniani na szczycie listy najbardziej perspektywicznych zawodów i najbardziej pożądanych na rynku pracy. Polscy specjaliści z tej branży należą do światowej czołówki.

U dzieci i młodzieży naukę programowania i kompetencji cyfrowych można zacząć już od najmłodszych lat. Wymaga to spójnych działań, w które zaangażuje się również prywatny biznes z sektora technologicznego. W ubiegłym tygodniu zakończyła się największa taka inicjatywa o ogólnoświatowym zasięgu.

– Celem inicjatywy Godziny Kodowania jest popularyzacja informatyki. Chcemy zainteresować nią najmłodsze dzieci w klasach I–IV poprzez zabawę, gry i elementy rywalizacji. Tegoroczna inicjatywa rośnie. Obejmujemy swoim zasięgiem więcej miast. W zeszłym roku była to tylko Warszawa, w tym dotarliśmy już do kilkunastu miast w całej Polsce – mówi Jacek Borek, dyrektor zarządzający Accenture w Polsce, partnera wydarzenia.

Od trzech lat pracownicy technologicznego giganta – w ramach wolontariatu – organizują w szkołach zajęcia, na których występują w roli nauczycieli. Poprzez zabawę i gry uczą postaw kodowania. W tym roku do akcji zgłosiła się ponadpięćdziesięciu wolontariuszy Accenture w Polsce, którzy przeszkolą prawie dwa tysiące uczniów polskich podstawówek.

– Wspieramy tę akcję poprzez naszych wolontariuszy i zapewniamy wsparcie marketingowe. Zainteresowanie jest ogromne, zarówno ze strony szkół, których w tym roku zgłosiło się kilkadziesiąt, jak i wolontariuszy, którzy poprowadzą zajęcia – mówi Jacek Borek.

Godzina Kodowania (The Hour of Code) w szkołach odbyła się w dniach 4–10 grudnia w ramach Tygodnia Edukacji Informatycznej. To największa ogólnoświatowa inicjatywa edukacyjna skierowana do uczniów, nauczycieli i edukatorów. Jej celem jest przybliżenie uczniom podstawówek elementów programowania w formie łamigłówek z postaciami znanymi z ich gier i zabaw. Dla wielu dzieci, które wzięły udział w Godzinie Kodowania, były to pierwsze takie zajęcia w życiu.

– Najczęściej pierwszy krok to gry. Uczniowie mogą się spotkać z ulubionymi bohaterami bajek czy filmów, realizują różnego rodzaju kursy. Mamy też możliwość kodowania robotów – mBotów, co poprzez zabawę doskonale uczy kreatywności, logicznego myślenia i współpracy w grupie – mówi Edyta Ciosek, nauczycielka informatyki w warszawskiej SP nr 82, która bierze udział w tegorocznej akcji.

– Zajęcia z kodowania rozbudzają ciekawość i zainteresowania dzieci. Dlatego cieszą się bardzo dużą popularnością. To bardzo pożądana tematyka – podkreśla dyrektor placówki Barbara Makowska-Opala.

Tegoroczna Godzina Kodowania, wspierana przez wolontariuszy Accenture, odbyła się w kilkunastu miastach w Polsce (Warszawa, Książenice, Łódź, Katowice, Sosnowiec, Łowicz, Kraków, Pruszków, Wrocław i Żerniki Wrocławskie). Lekcje programowania z dziećmi mogą też przeprowadzić w domu rodzice, ponieważ łamigłówki o różnym poziomie skomplikowania wraz z instrukcją (również w jęz. polskim) są dostępne na stronie code.org.

– Inicjatywa jest skierowana do szkół i nauczycieli, którzy prowadzą tego typu zajęcia w salach komputerowych, ale każdy z rodziców – sam to sprawdziłem – może to zrobić z dziećmi w domu, używając dowolnego sprzętu: komputera, tabletu czy telefonu. Wystarczy wejść na stronę code.org i przeczytać krótki przewodnik – zwraca uwagę Jacek Borek, dyrektor zarządzający Accenture w Polsce.

W zeszłym roku Accenture globalnie zaangażował się w Godzinę Kodowania w pięćdziesięciu sześciu krajach na całym świecie. W ramach akcji wolontariusze firmy zorganizowali ponad czternaście tysięcy godzin lekcji kodowania dla ponad stu tysięcy uczniów.

Nieuzasadniona medycznie zamiana leku biologicznego jest niezgodna z prawami pacjenta. Nie powinna decydować o tym cena

Nieuzasadniona medycznie zamiana leku biologicznego jest niezgodna z prawami pacjenta. Nie powinna decydować o tym cena 6

Nieuzasadniona względami medycznymi zmiana terapii z zastosowaniem leków biologicznych może spowodować nieprawidłową reakcją organizmu pacjenta. Decyzja o tym nie powinna więc zapadać tylko ze względu na cenę – podkreślają eksperci. Wymienne stosowanie leków może się odbywać wyłącznie na skutek decyzji lekarza prowadzącego oraz za zgodą chorego.

Leki biologiczne to farmaceutyki, których substancja czynna została wytworzona przez organizmy żywe – przykładem jest insulina od lat wykorzystywana w leczeniu cukrzycy. Obecnie leki biologiczne są szeroko stosowane w onkologii, do najpopularniejszych należą przeciwciała monoklonalne. To molekuły znacznie bardziej zaawansowane w stosunku do tradycyjnych leków wytwarzanych za pomocą syntezy chemicznej. Farmaceutyki biologiczne dzieli się na referencyjne, czyli oryginalne, oraz biopodobne, w których według definicji Europejskiej Agencji Leków substancją aktywną jest znana biologiczna substancja aktywna podobna do tej w referencyjnym produkcie leczniczym.

Leki biologiczne to leki oryginalne i leki biopodobne, czyli w obrębie jednej dużej grupy mamy leki, które zostały wynalezione na samym początku, a za nimi podążają leki biopodobne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Katarzyna Pogoda, onkolog kliniczny z Centrum Onkologii w Warszawie.

Europejska Agencja Leków stoi na stanowisku, że oba rodzaje leków biologicznych mają taką samą wartość terapeutyczną. Farmaceutyki te różnią się jednak sposobem wytwarzania, co determinuje ich skuteczność oraz stopień bezpieczeństwa. Leki biologiczne powstają dzięki zaawansowanym biotechnologiom, a wykorzystywane w procesie ich produkcji różne linie komórkowe powodują różnice we właściwościach farmakokinetycznych i farmakodynamicznych.

Szczególną cechą leków biologicznych jest ich immunogenność, czyli wywołanie takiej odpowiedzi organizmu, która może być niekorzystna dla pacjenta. To dotyczy i leków biologicznych referencyjnych, i biopodobnych. Różnica w cząsteczce również może powodować, że dodatkowe komponenty mogą wchodzić w interakcje z innymi lekami. Może to stanowić istotny problem przy zmianie terapii. Nie jest to szczegółowo poznane – mówi prof. dr hab. Piotr Fiedor z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

W przypadków leków biopodobnych nie wiemy do końca, jaki będzie profil działań niepożądanych. Mamy dane z badań rejestracyjnych, natomiast te leki dopiero teraz wchodzą na rynek, rejestrowane są nowe preparaty i dopiero teraz będziemy się uczyć działań niepożądanych – dodaje dr Katarzyna Pogoda.

Leki biopodobne są chętnie stosowane ze względów ekonomicznych. Teoretycznie pozwalają zatem leczyć większą grupę chorych. W Polsce, aby farmaceutyk tego rodzaju trafił na listę refundacyjną, musi mieć cenę przynajmniej 25 proc. niższą od już refundowanego leku oryginalnego. Natomiast limit refundacyjny wyznaczony obniżoną ceną leku biopodobnego obowiązuje także lek referencyjny, zatem w praktyce ceny obu typów leków nie różnią się od siebie istotnie

Leki biopodobne są tańsze niż leki oryginalne do momentu, w którym wejdą na rynek, ponieważ w momencie, kiedy zostają one dopuszczone do obrotu i zostają objęte refundacją, wtedy gdy wygaśnie okres tzw. wyłączności rynkowej na leki referencyjne, ceny wszystkich leków zaczynają się kształtować na mniej więcej tym samym poziomie – mówi Monika Duszyńska, adwokat z Kancelarii Law for Lifesciences.

Leki biopodobne stanowią ważny krok w rozwoju leczenia biologicznego i dają nadzieję dla kolejnych grup pacjentów. Należy jednak pamiętać o tym, że chory ma prawo do kontynuacji leczenia produktami, które były w jego przypadku skuteczne oraz odmowy zamiany terapii lekami referencyjnymi na leczenie farmaceutykami biopodobnymi.

Zgodnie ze stanowiskiem resortu zdrowia dopuszczalne jest zamienne stosowanie obu typów leków biologicznych. Eksperci podkreślają jednak, że decyzję odnośnie do wyboru terapii dla konkretnego pacjenta zawsze powinien podejmować jego lekarz prowadzący.

– Nietolerancja na produkt leczniczy i uczulenie to dwa przypadki, kiedy należy się zastanowić nad zmianą schematu leczenia. Jeśli nie ma tego typu problemów, zmiana jest nieetyczna, bo nie wiemy, czy będzie ona korzystna. Jeśli pacjent rozpoczyna leczenie od nowa, to możemy pewnie stosować zamiennik. Jeśli ma kontynuację leczenia lekiem oryginalnym, trzeba się zastanowić, czy można zmienić lek, bo czynnik ekonomiczny nie powinien mieć wpływu na zmianę leków – mówi prof. dr hab. Piotr Fiedor.

Lekarz powinien mieć możliwość wyboru terapii najbardziej optymalnej dla konkretnego pacjenta. Chory ma natomiast prawo do kontynuowania leczenia oraz prawo wyrażania zgody na podejmowane wobec niego decyzje terapeutyczne. Zamiana leku w trakcie terapii może być uznawana za zmianę procesu terapeutycznego, a tym samym za łamanie praw pacjenta.

Tegoroczne straty spowodowane zjawiskami pogodowymi ubezpieczyciele szacują na 125 mld dol. Coraz większe ryzyko może się przełożyć na droższe polisy

Tegoroczne straty spowodowane zjawiskami pogodowymi ubezpieczyciele szacują na 125 mld dol. Coraz większe ryzyko może się przełożyć na droższe polisy 7

Szkody spowodowane ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi globalny rynek ubezpieczeniowy szacuje na 100–125 mld dol. W Polsce skala szkód wyrządzonych przez zjawiska pogodowe również jest coraz większa. Zmiany klimatyczne znalazły się – według globalnych przedsiębiorców – w czołówce największych zagrożeń dla prowadzenia biznesu – wynika z raportu Marsh. To przekłada się na sytuację na rynku ubezpieczeniowym i ceny polis majątkowych.

Raport tendencji rynkowych branży ubezpieczeniowej wskazuje na spadające stawki ubezpieczeń od 18 kwartałów. Również w III kwartale 2017 roku stawki spadały, ale tempo wyhamowywało w stosunku do poprzednich kwartałów – na całym rynku ubezpieczeniowym na świecie spadki wynosiły średnio 1,7 proc., podczas gdy w II kwartale tego roku było to 2,2 proc., a w I kwartale jeszcze więcej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Grześkowiak, prezes Marsh Polska.

Z raportu „Marsh Global Insurance Market Index” wynika, że spadają też stawki w branży nieruchomości (o 1,7 proc.) oraz branży finansowej i usług profesjonalnych (1,4 proc.), jednak sytuacja powoli się poprawia. Stawki powinny stopniowo rosnąć, przede wszystkim ze względu na sytuację geopolityczną i coraz istotniejsze w prowadzeniu działalności ryzyka pozabiznesowe.

– Z badania dotyczącego globalnych ryzyk, które przeprowadzamy co roku, wynika, że ryzyka katastroficzne, obok ryzyk cybernetycznych i politycznych, to te, których przedsiębiorstwa i instytucje boją się najbardziej pod kątem prawdopodobieństwa ich wystąpienia i skali szkód. Z punktu widzenia zarządzania ryzykiem te trzy obszary mają fundamentalne znaczenie i one powinny zwracać uwagę przedsiębiorców – mówi Artur Grześkowiak.

Badanie Marsh zrealizowane podczas Światowego Forum Ekonomicznego wskazuje, że w Polsce za najbardziej newralgiczne ryzyka uznano konflikty państwowe i międzynarodowe, kryzys fiskalny oraz ataki cybernetyczne. Na świecie wśród największych zagrożeń wskazuje się m.in. zjawiska pogodowe.

– Wszyscy mamy w pamięci tegoroczne katastrofy naturalne: huragany czy trzęsienia ziemi. Rynek ubezpieczeniowy szacuje straty spowodowane tymi żywiołami na kwotę 100–125 mld dol. globalnie. To wartości, które prawdopodobnie dodatkowo mogą się przyczynić do wyhamowania trendu spadkowego w cenach – ocenia prezes Marsh Polska.

W III kwartale 2017 roku szkody wywołane katastrofami naturalnymi szacuje się na ponad 33 mld dol. Rynek londyński dużo stracił ze względu na szkody, jakie wywołały huragany w Zatoce Meksykańskiej i trzęsienia ziemi w Meksyku. Także w Polsce straty po tegorocznych wichurach liczono w miliardach złotych.

– Na rynku globalnym w przypadku odnowień dużych programów ubezpieczeń majątkowych widać, że rynek zmienia się z bardzo elastycznego na dość twardy. W związku z tym, że rynek działa jak system naczyń połączonych i nic nie dzieje się w oderwaniu od rynku globalnego, spodziewamy się, że może to mieć jakieś znaczenie dla działalności polskich ubezpieczycieli w przyszłym roku – wskazuje Artur Grześkowiak.

Jak wynika z raportu Marsh, końcówka 2017 roku przyniosła zapowiadane przez globalnych reasekuratorów znacznie gorsze wyniki, a w przypadku niektórych ubezpieczycieli miliardowe straty. Po 10 latach miękkiego rynku rozpoczyna się dyskusja na temat zwiększenia stawek w branży.

Czy będziemy mieli w Polsce nowe kopalnie węgla kamiennego?

Minister energii Krzysztof Tchórzewski chciałby budować nowe kopalnie węgla kamiennego. Zarzucił samorządom terytorialnym, że to utrudniają. Jeżeli tak, to skąd ten opór przeciw rządowym planom?

Kto miałby otwierać nowe kopalnie? Jeżeli Polska Grupa Górnicza, czyli firma państwowa, to najpierw powinna zamknąć te kopalnie, które są najbardziej nierentowne. W pierwszej kolejności “Piast” i “Ziemowit”.Bo nie stać nas na jednoczesne inwestowanie w nowe i w nierentowne.

-Dopóki związki zawodowe będą miały decydujący głos, to ten proces będzie się ślimaczył – mówi w rozmowie z MarketNews24 Rafał Zasuń, ekspert WysokieNapiecie.pl.

A skąd się bierze opór samorządów? Budowa kopalń wywołuje szkody górnicze, za które PGG nie chce płacić. – Śląsk jest terenem bardzo zurbanizowanym, a ludzie chcą się tam nadal budować i nie chcą, aby wartość tych terenów spadała z powodu szkód górniczych.

Mieszkańcy Śląska protestują przeciw budowie nowych kopalń. – Emerytowani górnicy nie chcą, aby na ich małych działkach powstawały szkody górnicze.

Mieszkania coraz droższe

W III kwartale 2017 roku wśród dużych miast do największego wzrostu cen nowych mieszkań doszło w Gdańsku, o 202 zł/m2. W Poznaniu był to wzrost o 177 zł, w Krakowie – o 159 zł we Wrocławiu o 116 zł. W Warszawie zanotowano nieco mniejszą zmianę – o 83 zł. Dlaczego rosną ceny?

Ceny rosną przede wszystkim z trzech powodów, to koszt działki, koszt robocizny oraz koszt marketingu i zysk dewelopera. – W Warszawie ceny działek przez rok wzrosły prawie o 100 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews 24 Jan Dziekoński, dyrektor projektów strategicznych MZURI. – Sam grunt to w cenie mieszkania prawie 2 tys. zł za metr kwadratowy.

Stal budowlana zdrożała w ciągu roku też prawie o 100 proc. Jednak to jest już efekt zmiany cen na światowych rynkach.

Rekordowo niskie bezrobocie też podbija ceny mieszkań. – Jak GUS podaje, wynagrodzenia wzrosły o 8 proc. I to się bardzo przekłada na koszty budowy mieszkań – dodaje ekspert.

Popyt jest tak duży, że deweloperzy też nie chcą negocjować obniżenia cen. – Dopiero kupując dziesięć mieszkań klient może liczyć na duże rabaty.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W przyszłym tygodniu mamy maraton banków centralnych z główną uwagą na Fed, gdzie podwyżka stóp procentowych jest prawie pewna. Interesujące mogą też być komunikaty banków ze Szwajcarii, Norwegii, Wielkiej Brytanii i strefy euro. Seria odczytów inflacji dostarczy informacji o szansach na zmiany w polityce pieniężnej. Funt brytyjski będzie wrażliwy na informacje o porozumieniach ws. Brexitu przed szczytem UE.

Przyszły tydzień: FOMC, ECB, BoE, SNB, Norges Bank, CPI globalnie, szczyt UE/Brexit

Podwyżka stopy rezerwy federalnej o 25 pb do przedziału 1,25-1,50 proc. jest niemal pewna (śr). Postępujące ożywienie i silny rynek pracy w połączeniu z planami fiskalnymi Republikanów pomagają przeważyć obawy o słabość inflacji. Otwartym pytaniem pozostaje, co Fed zamierza zrobić w 2018 r., ale zakładamy podtrzymanie prognozy trzech podwyżek w przyszłym roku, dwóch kolejnych w 2019 r. i jednej w 2020 r. Ryzykiem są sygnały z komunikatu, na podstawie których następna podwyżka wyda się bardziej realna w czerwcu niż marcu przyszłego roku. Wiele może jednak zależeć od tego jak kilka godzin wcześniej wypadnie odczyt listopadowej inflacji CPI. Przyspieszenie inflacji bazowej ponad 1,8 proc. może osłabić pozycję gołębi w FOMC i dać prezes Yellen wolną rękę dla optymistycznego tonu na konferencji.

W strefie euro mamy wstępne odczyty PMI oraz posiedzenie ECB (czw). Nawet jeśli po imponujących odczytach w listopadzie teraz otrzymamy lekką korektę wskaźników PMI, poziomy wciąż przemawiają za kontynuacją solidnego ożywienia. Nie spodziewamy się wiele rewelacji po decyzji ECB. Strategia nakreślona w październiku pozostaje w mocy, natomiast w nowych prognozach spodziewane są rewizje w górę dla wzrostu gospodarczego, ale bolączką banku powinno pozostać słabe tempo inflacji bazowej. Wciąż nie widać przyspieszenia na tym polu, co przemawia za utrzymaniem programu skupu aktywów. Naszym zdaniem ECB nie ma interesu w tym, aby podsycać popyt na EUR.

W Wielkiej Brytanii ważniejsze niż dane będą posiedzenie BoE (czw) oraz szczyt UE (czw-pt), gdzie ważyć się będą losy postępów w negocjacjach Brexitu. Po podwyżce stopy procentowej w listopadzie, brak zmian w tym miesiącu jest powszechnie oczekiwanym scenariuszem. Ciekawe mogą być jednak rozkład głosów i komunikat. Jednomyślność za utrzymaniem stopy bez zmian pokaże, że bank nie widzi na razie warunków do dalszego zacieśniania. Jednak jeśli w komunikacie pojawią się wzmianki o niedostatecznej wycenie przyszłej ścieżki podwyżek przez rynek, GBP dostanie wiatru w żagle. W kwestii szczytu UE, polityka zawsze jest trudna do oceny, a wydarzenia ostatnich dni pokazują, że sytuacja może się diametralnie zmieniać z godziny na godzinę. Mimo że na ten moment informacje wskazują na porozumienie w tej fazie negocjacji, do piątku jeszcze daleko. Zapowiada się kolejny chaotyczny tydzień dla GBP.

Szwajcarski Bank Narodowy (czw) powinien być zadowolony ze skali deprecjacji franka, jak również z poprawy na polu inflacji i wzrostu gospodarczego. Niemniej jednak nie spodziewamy się zmian w polityce pieniężnej. SNB dalej podkreśli przewartościowanie franka i z pewnością nie będzie stawać na drodze do dalszego osłabieniu.

Posiedzenie Norges Banku (czw) może przynieść jastrzębi wydźwięk, gdyż słabszy NOK, wyższe ceny ropy naftowej oraz malejące bezrobocie przemawiają za sygnalizowaniem odejścia od ekspansji monetarnej. Nie zobaczymy podwyżek stopy procentowej, dopóki ECB nie zrobi pierwszy kroku na polu normalizacji, ale w prognozowanej ścieżce Norges Bank może zasygnalizować wcześniejszy termin podwyżki. Wrześniowe prognozy banku sugerowały czerwiec 2019 r. jako pierwszy możliwy termin. Przesunięcie prognozy na 2018 rok będzie niespodzianką, która da silny impuls dla NOK. W Szwecji listopadowy odczyt CPI (wt) będzie ważną wskazówką przed posiedzeniem Riksbanku w kolejnym tygodniu. Prognozy zakładają pozostanie inflacji poniżej celu 2 proc. r/r, zatem rozmowy o zacieśnianiu monetarnym pozostają odłożone na później, podobnie jak perspektywa umocnienia SEK.

W przyszłym tygodniu z Polski otrzymamy szczegóły listopadowej inflacji CPI (pon), inflację bazową (wt) i bilans płatniczy (czw). Raport CPI powinien potwierdzić, że za przyspieszenie do 2,5 proc. r/r przede wszystkim odpowiadają wyższe ceny żywności i paliw, czyli dwóch komponentów pozostających poza kontrolą RPP. Stąd nie widzimy podstaw do zmiany nastawienia Rady w najbliższym czasie, co z resztą potwierdził prezes NBP na konferencji w tym tygodniu. Handel na złotym nie należy do najciekawszych, ale z obecnej konsolidacji 4,20-4,22 za euro widzimy większe ryzyko wybicia górą.

W kalendarzu z Japonii interesująco wygląda kwartalny raport nastrojów przedsiębiorstw Tankan (pt). Ostatnie przyspieszenie globalnego ożywienia powinno odciskać swój wpływ na kondycji japońskich firm poprzez wzmocnienie eksportu. Zatem indeksy sytuacji bieżącej powinny wypaść wyżej względem poprzedniego badania we wrześniu, ale niepewność leży w oczekiwaniach na przyszłość. Nawet jeśli sygnały byłyby pozytywne i sugerowały przyspieszenie inwestycji w 2018 r., za wcześnie jest na przekuwanie tego w normalizację polityki Banku Japonii. Pasywność BoJ przy zaostrzaniu stanowiska Fed premiuje wzrosty USD/JPY.

W Australii główna uwaga będzie na raporcie z rynku pracy (czw). Wskaźniki wyprzedające sugerują kolejny solidny odczyt zatrudnienia, martwi jednak to, jak mocno przesadzone zdają się odczyty urzędu statystycznego. W przeszłości urząd miał problemy z właściwym szacowaniem sytuacji w gospodarce i teraz ryzyko zaczyna wracać. Bardziej realne jest rozczarowanie niż pozytywna niespodzianka. Kalendarz z Nowej Zelandii nie zawiera pierwszorzędnych publikacji. Przy sile USD AUD i NZD będą miały się słabo, choć w bezpośrednim porównaniu spodziewamy się spadków AUD/NZD w krótkim terminie. W Kanadzie produkcja sprzedana przemysłu (pt) jest słabym powodem do podbicia zmienności CAD. Ewentualne emocje może budzić wystąpienie prezesa BoC Poloza (czw), choć wątpliwe, aby powiedział coś odmiennego od komunikatu po ostatnim posiedzeniu banku. Rynek wciąż ma zbyt wygórowane oczekiwania wobec ścieżki podwyżek stóp procentowych rewizja tego nastawienia stanowi ryzyko dla dalszej deprecjacji CAD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Fitch i DBRS: polski rating bez zmian

Piątkowa decyzja agencji Fitch nie powinna być traktowana jako wysoce zaskakująca. Wszelkie oczekiwania związane ze zmianą któregokolwiek z kryterium ratingu należało już wcześniej uznać za względnie dalekie od rzeczywistości, bowiem tego typu instytucje zwykły pozostawać konserwatywne w swoich osądach. Długookresowa ocena wiarygodności rodzimego długu pozostała na poziomie A minus z perspektywą stabilną, co wpasowywało się w oczekiwania większości uczestników rynku.

Tuż przed publikacją decyzji nasze modele wskazały szansę rewizji perspektywy ze „stabilnej” na „pozytywną” na identycznym poziomie jak w przypadku październikowego werdyktu Standard & Poor’s (tj. jeden do dziesięciu), przesuwając tym samym horyzont ratingowych rewolucji na przyszły rok. Część oczekiwań mogła być sztucznie podpompowana świeżo dokonaną rewizją prognoz tempa wzrostu, które nie przestaje zaskakiwać aktywnych uczestników rynku. W tym przypadku pozostajemy przy naszej mantrze o tym, że wszelakie zmiany projekcji przy obecnym otoczeniu makroekonomicznym, politycznym i społecznym należy jeszcze uznawać jako czysto pragmatyczny zabieg podbudowujący wiarygodność sporządzanych analiz.

Nota analityczna Fitch zaczęła się słusznym wyeksponowaniem solidnych fundamentów polskiej gospodarki, której sprzyja wysoce transparentna polityka Narodowego Banku Polskiego oraz stabilny sektor bankowy. Podzielamy opinię agencji w zakresie poprawy nastrojów wśród rodzimych gospodarstw domowych, co należy wiązać z rekordowo niskimi stopami bezrobocia faktycznego (III kw. 2017: 4,7 proc.) oraz wyrównywaniem potencjalnych nierówności dochodowych za pośrednictwem programu Rodzina 500plus. Według Fitch szansą dla utrzymania polskiego wzrostu na wysoce satysfakcjonujących poziomach pozostaje długo oczekiwane odbicie inwestycji, które według rynkowych oczekiwań miało nastąpić na przełomie I oraz II kwartału bieżącego roku. W naszych prognozach sugerowaliśmy, iż powyższy fakt może nastąpić dopiero w ostatnich trzech miesiącach, co częściowo powinno być uzasadnione pokaźnymi efektami bazy.

Grono ryzyk dla rodzimego wzrostu nie uległo szczególnemu poszerzeniu z racji na wysoką dyscyplinę fiskalną. Fitch spodziewa się, że deficyt budżetowy w 2017 roku uplasuje się na poziomie 1,8 proc. PKB. Listę pozostałych zagrożeń opuściły obawy związane ze słabszym popytem zewnętrznym, od którego polska gospodarka jest w wysokim stopniu uzależniona. Sporządzone przez nas modele prognostyczne wyraźnie marginalizują powyższy problem – spodziewamy się między innymi utrzymania solidnej dynamiki PKB w państwach strefy euro (0,5 proc. kwartalnie aż do III kwartału 2018) przy stosunkowo niskich odchyleniach od ścieżki centralnej. Co więcej, wbrew daleko idącym deklaracjom prezesa NBP Adama Glapińskiego Fitch podtrzymuje prognozę podwyżki stóp procentowych w 2018 roku. Powyższy scenariusz należy uznać za coraz mniej prawdopodobny – tym bardziej, że zmiana parametru warunkującego oprocentowanie kredytów powinna być traktowana jako broń obusieczna w trakcie końca cyklu politycznego.

Fitch, w odróżnieniu od Standard & Poor’s, nie zdecydował się na ekspozycję potencjalnego ryzyka przegrzania gospodarki. Barierami dla osiągnięcia wyższej oceny wiarygodności kredytowej pozostają niski poziom dochodu realnego na obywatela oraz dość wysoki poziom zewnętrznego długu netto w porównaniu do posiadaczy ratingu na poziomie A. Oczywiście w nocie znalazły się wzmianki na temat napięć na linii Bruksela-Warszawa, aczkolwiek należy mieć na względzie brak daleko idących implikacji związanych z procedurą monitorowania praworządności.

Tuż przed publikacją obserwowano stosunkowo stabilne zachowanie złotego, który pod koniec handlu wymazał pół grosza dzisiejszej zwyżki względem euro. Skalę piątkowej nerwowości skutecznie ograniczał spadek płynności na rynku walutowym, co należy utożsamiać z porą publikacji decyzji. Zarówno złoty, jak i rentowności rodzimego długu, przeszły obojętnie wobec świeżo opublikowanej noty. Minutę po decyzji EUR/PLN znajdował się w okolicach poziomu 4,1990. Jednocześnie nastąpiło potwierdzenie ratingu przez DBRS na poziomie A z perspektywą stabilną. Różnice pomiędzy notami wydanymi przez powyższe instytucje nie należą do szczególnie istotnych.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Zmiana w zarządzie Work Service S.A.

W dniu 8 grudnia Piotr Gajek złożył rezygnację z funkcji Wiceprezesa Work Service S.A. Nie oznacza to jednak zakończenia współpracy ze spółką, będzie nadal doradzał prezesowi zarządu w restrukturyzacji Grupy Work Service i wdrażaniu nowoprzyjętej strategii.

Przez ostatnie 2 lata Piotr Gajek odpowiadał za dwa bardzo ważne obszary w działalności Grupy. Od momentu dołączenia do Work Service jako CFO rozpoczął procesy restrukturyzacji. Przeprowadził największą emisję obligacji w historii firmy i doprowadził do pozyskania nowego finansowania. Z końcem ubiegłego roku przejął nadzór nad całą działalnością Grupy w Polsce zarządzając obszarami operacji i sprzedaży. Dzięki wprowadzonym zmianom w zarządzaniu polskimi strukturami Piotr zwiększył rentowność działalności, a sprzedaż nowych kontraktów wzrosła o 40%. Rozumiem decyzję Piotra i chce mu serdecznie podziękować za pracę w zarządzie. Liczę, że przez najbliższe miesiące będzie nas wspierał w dokończeniu procesów transformacyjnych i wdrożeniu nowej – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Piotr Gajek jest związany z Work Service od kwietnia 2016, gdy został wiceprezesem zarządu odpowiedzialnym za finanse Grupy, a następnie za największą linię biznesową Grupy Work Service czyli Polskę. W ostatnich miesiącach, wraz z całym zarządem, przygotowywał nową strategię Work Service na lata 2018-2020.

Przed dołączeniem do Work Service Piotr Gajek był związany z Orange Polska, gdzie w latach 2009-2013 był dyrektorem wykonawczym ds. strategii relacji z klientami oraz ds. transformacji Grupy Orange. Wcześniej, w latach 1992-2002 pracował w firmie Andersen, a w latach 2002-2009 był partnerem w EY Business Advisory.

Jak w Polsce marnotrawiony jest kapitał ludzki

Co sprawia, że znakomite wyniki polskiej młodzieży w badaniach kapitału ludzkiego nie przekładają się później na choćby zbliżone osiągnięcia dorosłych Polaków? Przyczyna tkwi prawdopodobnie w tym, że w naszym kraju brakuje kompleksowej polityki ustawicznego kształcenia się – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Jak czytamy w „Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” (SOR), zwanej też planem Morawieckiego: “Kapitał ludzki o wysokich kompetencjach i kwalifikacjach dostosowany do wyzwań zmieniającej się rzeczywistości stanowi jeden z nieodzownych warunków szybkiego rozwoju gospodarczego oraz poprawy jakości życia obywateli”.

W kontekście kapitału ludzkiego „SOR” informuje również, że „kluczowe jest pomnażanie i wykorzystywanie potencjału wiedzy, umiejętności, kreatywności, które pozwalają na realizację aspiracji zawodowych, umożliwiają adaptację do ciągle pojawiających się zmian w gospodarce oraz są niezbędne do tworzenia nowych innowacyjnych rozwiązań. Jakość kapitału ludzkiego to również kwestia lepszego zdrowia, co stanowi warunek niezbędny do utrzymywania aktywności zawodowej i społecznej oraz wysokiej jakości życia”.

Na początku wyścigu jesteśmy w czołówce

W pierwszych etapach budowania kapitału ludzkiego odnosimy wyraźne sukcesy. Dowody na to stanowią przede wszystkim przeprowadzane co trzy lata badania Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). W testach PISA (Program Międzynarodowej Oceny Uczniów) bierze udział pół miliona 15-latków z ponad 70 krajów (również tych spoza OECD).

Zarówno w badaniu PISA z 2012, jak i 2015 roku polscy uczniowie zajmowali we wszystkich trzech podstawowych kategoriach (czytanie, matematyka, nauki przyrodnicze) wyniki znacznie przekraczające średnią w krajach OECD. W 2012 r. zajęliśmy w matematyce (pomijając miasta-państwa czy chińskie metropolie) ósme miejsce na świecie i czwarte w Europie.

Poza rankingiem PISA dobrze wypadamy także w innych statystykach służących pierwszemu etapowi budowania kapitału ludzkiego. Według Monitora Edukacji i Szkoleń 2017 dla Polski przygotowywanego przez Komisję Europejską (KE) odsetek osób z wyższym wykształceniem w przedziale wiekowym 30-34 lata jest powyżej unijnej średniej (39,1 proc.) i wynosi 44,6 proc. Również odsetek osób zbyt wcześnie opuszczających system edukacyjny (wykształcenie nie wyższe niż gimnazjalne) jest w Polsce niski i wynosi tylko 5,2 proc., podczas gdy w całej UE to ponad dwa razy więcej (10,7 proc.).

Nie łączymy nauki z pracą…

Pierwsze niepokojące sygnały związane z utrzymaniem początkowych bardzo dobrych wyników kapitału ludzkiego dotyczą braku łączenia formalnej edukacji z praktyką. Według Eurostatu tylko 2,7 proc. osób w wieku 15-19 lat wykonywało w Polsce jakąkolwiek pracę (przynajmniej 1 godzinę w badanym tygodniu). Średnia w Unii wynosi 11,4 proc., a w Danii czy Holandii sięga nawet 50 proc.

Wyjątkowo niski jest także wskaźnik zatrudnienia dla osób kontynuujących formalną naukę w wieku 20-24 lata. Wynosi on w Polsce tylko 11,4 proc. i, mimo ogólnie poprawiającej się sytuacji na rynku pracy, sukcesywnie spadał przez ostatnią dekadę (w 2008 r. było to 18,2 proc., a w 2010 r. – 15,7 proc.).

Nie dość, że wyraźnie brakuje zachęt do promocji zatrudniania wśród młodych dorosłych, to jeszcze bywa, że narzucane są systemowe ograniczenia do szukania płatnego zajęcia. Jak można przeczytać w „Badaniu ankietowym rynku pracy” przygotowanym przez NBP, student studiów dziennych nie może zarejestrować się w Urzędzie Pracy.

…ani pracy z uczeniem się

Jeszcze poważniejszym problem, niż niewielka aktywność zawodowa podczas edukacji, jest niezwykle niski odsetek osób zatrudnionych, które jednocześnie poprawiają swoje kwalifikacje. Według ostatnich danych Eurostatu (za rok 2016) jedynie 24,7 proc. osób dorosłych (25-64 lata) uczestniczyło w ostatnich 12 miesiącach w jakimkolwiek procesie edukacji (formalnej lub nieformalnej). Tylko trzy kraje UE – Bułgaria, Grecja i Rumunia – uzyskują gorszy od nas rezultat. Średnia w Unii przekracza 40 proc., w Czechach jest to 46 proc., w Niemczech 52 proc., a liderzy we Wspólnocie – Austria, Holandia, Szwecja – osiągają wyniki w przedziale 60-70 proc.

Ciekawostką może być fakt, że niski odsetek dokształcających się Polaków jest obserwowany zarówno w podziale na płeć, wiek, jak i wykształcenie. Również w przypadku osób legitymujących się dyplomem uczelni wyższej ciągniemy się wyraźnie w ogonie i wyprzedzamy tylko cztery kraje UE.

Z czego może wynikać tak słaby rezultat? Być może bliskie prawdy jest stwierdzenie przedstawione w cytowanym już wcześniej planie Morawieckiego, że „w społeczeństwie polskim nadal jest niska świadomość korzyści płynących z uczenia się przez całe życie. Zbyt wiele osób jest przekonanych, że wiedza, którą kiedyś zdobyły, jest wystarczająca i nie ma konieczności jej uzupełniania”.

Nasz dalszy rozwój jest zagrożony

Brak ciągłego poprawiania swoich kwalifikacji dość szybko przekłada się na znaczne pogorszenie się naszych wyników w testach kompetencji osób dorosłych PIAAC (czytanie ze zrozumieniem, matematyka, rozwiązywanie problemów z użyciem technologii informacyjnych). Podobnie jak w przypadku badań PISA są one przeprowadzane przez OECD. Niestety jednak, w przeciwieństwie do rankingu 15-latków, zajmujemy tutaj we wszystkich kategoriach miejsca poniżej średniej.

Szczególnie martwić mogą niskie rezultaty w matematyce osób relatywnie młodych (25-34 lata). Zajmujemy w tym zestawieniu 17. miejsce na 26 państw OECD w zestawieniu, a np. Czechy czy Słowacja plasują się odpowiednio na pozycjach 5. oraz 11. Niską lokatę zajmujemy również w rankingu pod względem odsetka osób z najlepszymi wynikami. Tylko 8,4 proc. biorących udział w badaniu otrzymało wysokie rezultaty (poziom 4 lub 5). Tu zaledwie 6 krajów było gorszych od Polski, a w Finlandii, Japonii czy Szwecji najwyższe poziomy osiąga prawie 20 proc. badanych.

Rezultaty PIAAC dobrze pokazują, jak wysoki poziom kapitału ludzkiego reprezentowany w testach PISA i wypracowany podczas szkolnej edukacji jest marnotrawiony przez brak odpowiedniej polityki nacelowanej na proces ciągłego kształcenia się oraz poprawiania swoich kwalifikacji w życiu dorosłym.

Bez kompleksowej naprawy tych zaniedbań prawdopodobnie będziemy mogli zapomnieć nie tylko o doganianiu krajów rozwiniętych, ale będzie nam bardzo trudno utrzymywać dystans do krajów naszego regionu, co dobrze pokazują chociażby statystyki dla Czech czy Słowacji.

Aż 25 polskich spółek w rankingu Deloitte Technology Fast 500 EMEA

W tegorocznym rankingu firm technologicznych w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka) znalazły się 62 firmy z Europy Środkowej. Aż 25 z nich to spółki z Polski. Najwyżej, bo na siódmym miejscu w zestawieniu Deloitte Technology Fast 500 EMEA uplasowała się czeska spółka Kiwi.com. Spośród polskich firm najlepszą pozycję (37) zajęła spółka Tooploox. Tytuł tegorocznego lidera trafił do brytyjskiej spółki Deliveroo, specjalizującej się w zamówieniach posiłków online. Średni wzrost przychodów w zestawieniu wyniósł 1 377 proc. 

Ranking grupuje najszybciej rozwijające się spółki technologiczne z 18 krajów w regionie EMEA. Analiza oparta jest o procentowy wzrost przychodów na przełomie ostatnich czterech lat (2013 r. vs. 2016 r.). Średnia stopa wzrostu przychodów wszystkich spółek z zestawienia wyniosła 1 377 proc., dla porównania w edycji ubiegłorocznej było to 967 proc. Aby znaleźć się na liście trzeba było osiągnąć średni wzrost w wysokości 220 proc. Tegoroczne wyniki wskazują na dobrą kondycję branży technologicznej w regionie EMEA. Technologia przekształca każdy aspekt naszego życia, a innowacyjne, szybko rozwijające się firmy będą nadal w czołówce wprowadzania nowych pomysłów na rynek, co zapewnia im sukces. mówi Agnieszka Zielińska, Partner, Dział Doradztwa Finansowego Deloitte, Lider Programu Technology Fast 50 Central Europe.

Na czele rankingu stanęła brytyjska firma Deliveroo, która zajmuje się zamówieniami posiłków przez internet. – Nasza firma osiągnęła sukces dzięki inwestycjom technologicznym, elastycznej pracy, którą cenią nasi pracownicy oraz wysokiej jakości żywności, którą zawdzięczamy naszym partnerom restauracyjnym – mówi Will Shu, założyciel i dyrektor generalny Deliveroo.

Pierwsza dziesiątka rankingu:

Zajęte miejsce Kraj Nazwa firmy Wzrost przychodów
(proc.)
Sektor
1 Wielka Brytania Deliveroo (Roofoods Limited) 107 117 Oprogramowanie
2 Niemcy  

Lesara GmbH

71 981 Media
3 Islandia Guide to Iceland 30 314 Oprogramowanie
4 Izrael youAPPi Ltd 16 230 Komunikacja
5 Wielka Brytania Bloom & Wild 13 818 Oprogramowanie
6 Izrael Yotpo Ltd 8 703 Komunikacja
7 Czechy Kiwi.com s.r.o. 7 165 Oprogramowanie
8 Litwa Deeper, UAB 7 048 Sprzęt Komputerowy
9 Czechy Prusa Research s.r.o. 6 910 Sprzęt Komputerowy
10 Szwecja Fingerprint Cards AB 6 858 Oprogramowanie

 

W pierwszej dziesiątce znalazły się trzy firmy z Europy Środkowej: dwie z Czech i jedna z Litwy, w tym zwycięzca Technology Fast 50 spółka Kiwi.com. W pierwszej setce Fast 500 uplasowało się dziewięć firm z naszego regionu, w tym trzy z Polski. Oprócz Tooploox były to jeszcze Absolvent.pl i Cloud Technologies. Łącznie nasz kraj w EMEA Technology Fast 500 ma 25 reprezentantów. Siedem spółek pochodzi z Litwy, sześć z Chorwacji, pięć z Bułgarii i Czech, po cztery z Rumunii i Słowacji, trzy z Węgier oraz po jednej z Bośni i Hercegowiny, Estonii i Łotwy.

Polskie firmy w rankingu:

Zajęte

miejsce

Firma Wzrost przychodów (proc.) Sektor
37 Tooploox Sp. z o.o. 2 827 Oprogramowanie
47 Absolvent.pl Sp. z o.o. 2 427 Oprogramowanie
77 Cloud Technologies S.A.. 1 558 Oprogramowanie
107 Bold Brand Commerce Sp. z o.o. 1018 Oprogramowanie
160 Droids On Roids Sp. z o.o. 761 Oprogramowanie
178 The Software House Sp. z o. o. 705 Oprogramowanie
185 Yieldbird Sp. z.o.o 673 Media
225 Creotech Instruments S.A. 548 Sprzęt komputerowy
256 INIS Sp. z o.o. 475 Komunikacja
259 Oktawave Sp. z o.o. 462 Sprzęt komputerowy
266 Sarigato Sp. z o.o. 447 Media
276 Grupa TENSE Sp. z o.o. Sp.k. 436 Media
     281 SentiOne Sp. z o.o. 425 Oprogramowanie
     293 STX Next Sp. z o.o. 408 Oprogramowanie
     303 Monterail Sp. z o.o. 393 Oprogramowanie
    363 Netguru Sp. z o.o. 328 Oprogramowanie
     375 10Clouds Sp. z o.o. 316 Oprogramowanie
    390 BRAND 24 S.A. 303 Oprogramowanie
   399 Tenderhut S.A. 291 Oprogramowanie
   406 Predica sp. z o.o. 282 Oprogramowanie
   412 Solwit S.A. 275 Oprogramowanie
   434 Divante sp. z o.o. 259 Oprogramowanie
   451 Luxon sp. z o.o. 247 Sprzęt Komputerowy
   473 ITMAGINATION sp. z o.o. 240 Oprogramowanie
   475 ANT sp. z o.o. 238 Oprogramowanie

 

Podobnie jak w poprzednich latach najliczniej reprezentowanym państwem jest Francja, z której pochodzą 97 spółki. Drugie miejsce należy do Wielkiej Brytanii (92), a trzecie do Holandii (50).

Tegoroczna edycja Deloitte Technology Fast 500 EMEA tradycyjnie została zdominowana przez spółki z sektora oprogramowania, które stanowią blisko 67 proc. całego zestawienia. Firm reprezentujących kategorię media jest 13 proc. Trzecie miejsce zajmują branże komunikacyjna i sprzęt komputerowy, zajmujący po około 6 proc.

Zwycięzcy w poszczególnych sektorach:

Sektor Firma Kraj Zajęte miejsce Wzrost przychodów (proc.)
Oprogramowanie Deliveroo (Roofoods Limited) Wielka Brytania 1 107 117
Media Lesara GmbH Niemcy 2 71 981
Komunikacja youAPPi Ltd Izrael 4 16 230
Sprzęt Komputerowy Deeper, UAB Ukraina 8 7 048
Czyste Technologie Heliospectra AB Szwecja 19 4 643
Nauki przyrodnicze Serstech AB Szwecja 28 3 463

O rankingu:

Ranking „Deloitte Technology Fast 500 EMEA” przedstawia 500 najszybciej rozwijających się firm technologicznie innowacyjnych w regionie EMEA, a firmy uszeregowane są na podstawie tempa wzrostu osiąganych przychodów. Program jest globalny: oprócz rankingu EMEA są również dwa rankingi obejmujące region Asia Pacific oraz North America. Firmy nominowane do rankingu pochodzą z regionalnych konkursów (główna kategoria). Polska była uwzględniona w rankingu „Technology Fast 50 Central Europe”, który został opublikowany w październiku br.

Firmy uwzględnione w rankingu muszą spełniać następujące kryteria:

  • opracowywać lub wytwarzać autorskie technologie i/lub ponosić istotne nakłady na prace badawczo-rozwojowe,
  • posiadać strukturę własności, która wyklucza udziały większościowe inwestorów strategicznych,
  • posiadać siedzibę w jednym z krajów uczestniczących w programie,
  • okres działalności min. 4 lata,

Czy brak euro może kosztować nas więcej niż wprowadzenie waluty?

Wyraźna większość polskiego społeczeństwa jest przeciwna wprowadzeniu euro. Poparcie dla wspólnej waluty według CBOS jest najniższe w historii pomiarów. Co więcej, według badań Eurobarometru, aż 40% Polaków nie spodziewa się, aby euro kiedykolwiek zamieniło złotego.

Przez ostatnie 10 lat bardzo dużo mówi się w Polsce o kosztach i ryzykach związanych z wprowadzeniem euro. Ze względu na zmieniające się warunki polityczne i ekonomiczne należy jednak zacząć odwracać narrację tej dyskusji. Powinniśmy zacząć rozmawiać nie tylko o potencjalnych kosztach wprowadzenia euro, ale także, a nawet przede wszystkim – o kosztach i ryzykach związanych z coraz dłuższym pozostawaniem poza strefą euro. A te powoli, ale konsekwentnie rosną:

  1. Polityczne centrum decyzyjne w Europie będzie znajdowało się w strefie euro. Osobny budżet dla Eurostrefy, jej ‘minister finansów’, wspólna reprezentacja w międzynarodowych instytucjach finansowych stają się coraz bardziej realne.  Po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii ok. 85% unijnego PKB będzie wytwarzane w strefie euro. Tam będą zapadać najważniejsze decyzje gospodarcze. Kraje spoza Eurostrefy nie będą miały na nie wpływu. Jednak ze względu na swój ograniczony potencjał ekonomiczny i tak będą musiały się do nich dostosować.
  2. Trzymanie się przy złotym oznacza wyższe koszty obsługi polskiego zadłużenia. Długookresowa stopa procentowa, mierzona dochodowością 10-letnich obligacji rządowych, wynosi obecnie w Polsce 3,3%, a w strefie euro 1%. Przyjęcie euro to wzrost zaufania
    do polskich obligacji, każdy punkt procentowy to kilkumiliardowe oszczędności dla polskiego budżetu. Pozostawanie poza euro oznacza także zwiększone ryzyko napływu kapitału krótkoterminowego i spekulacyjnego.
  3. 80% polskiego handlu zagranicznego jest rozliczane w euro. Dla polskich przedsiębiorców oznacza to wyższe koszty transakcyjne (prowizja od wymiany) oraz ryzyko kursowe.
    To ostatnie jest uciążliwe także dla części gospodarstw domowych. Gdyby Polska dawno temu przyjęła euro, być może nie mielibyśmy tak dużej grupy rodzin z zagrożonymi kredytami we frankach. Polacy trzymają część oszczędności w obcych walutach, a to naraża ich na wahania kursu. Takie samo ryzyko wiąże się zresztą z trzymaniem oszczędności tylko w złotych – grozi to ich posiadaczom faktycznym spadkiem wartości tych oszczędności
    w przypadku nagłej dewaluacji rodzimej waluty (podobnie jak na początku lat 90-tych).
  4. Brak euro jest barierą dla napływu inwestycji zagranicznych, w szczególności tych, których Polska najbardziej potrzebuje. Mamy tu na myśli inwestycje w nowoczesne technologie, a nie te, które opierają się na niskich kosztach pracy. Pozostanie poza eurostrefą grozi także znacznym spadkiem ilości funduszy europejskich, z których Polska będzie mogła korzystać. Powstanie specjalnego budżetu dla strefy euro najprawdopodobniej odbędzie się kosztem budżetu całej Unii. W kolejnych latach nastąpi znaczący wzrost udziału wydatków unijnych na konkurencyjność gospodarki, wspieranie innowacji i politykę bezpieczeństwa. Odbędzie się to kosztem polityki spójności, której Polska jest największym beneficjentem. Skala tych zmian zależy od siły negocjacyjnej państw członkowskich UE. Jeżeli Polska rozpocznie realne przygotowania do wejścia do strefy euro w najbliższych latach, jej pozycja w tych negocjacjach będzie znacznie lepsza. Trzymanie się z dala od euro oznacza osłabienie polskiego głosu przy negocjacjach budżetowych.

Wymienione powyżej koszty pozostawania poza strefą euro będą z czasem coraz bardziej dotkliwe. Należy także wziąć pod uwagę, że struktura strefy euro staje się coraz bardzie złożona. Prowadzenie polityki ‘przyjmiemy euro kiedy gotowi’ może okazać się zgubne. Za 10 lat wejście do Eurostrefy będzie bowiem znacznie bardziej skomplikowane, niż obecnie. I Polska nie będzie mogła do niej dołączyć nawet jeśli rząd stwierdziłby, że jest to korzystne dla kraju.

Jak wspomniano powyżej, koszty pozostawania poza strefą euro prawdopodobnie będą rosnąć w kolejnych latach. Tymczasem ryzyka, które podawano jako argumenty przeciwko przyjęciu euro, stają się coraz gorzej uzasadnione.

  1. Najczęściej podawanym argumentem przeciwko przyjęciu euro jest ryzyko inflacji.
    W krajach, które przyjmowały euro kilkanaście lat temu wzrost cen konsumpcyjnych spowodowany wymianą, badany według różnych metodologii, był minimalny. Wyniósł tylko 0,3 punktu procentowego w ramach 2,2 proc. inflacji w skali roku w pierwszej dwunastce Eurolandu i tyle samo pięć lat później w Słowenii. Natomiast państwa, które wprowadziły euro w ostatnich latach (np. kraje bałtyckie), wykorzystując doświadczenia swoich poprzedników wprowadziły skuteczne mechanizmy zabezpieczające. Pozwoliły one uniknąć manipulacji przy przeliczaniu cen, w tym tzw. ‘efektu cappuccino’, znanego przede wszystkim z Włoch.
  2. Wielu Polakom euro kojarzy się z kryzysem zadłużeniowym. Tymczasem dotyczył on tylko kilku pastw Eurostrefy i dotychczas nie udowodniono jasno, że to właśnie wprowadzenie euro było jego podstawową przyczyną. Wskazuje się raczej na nieodpowiedzialną politykę fiskalną rządów narodowych. Bardzo możliwe, że kryzys gospodarczy w Grecji czy w Hiszpanii byłby dużo poważniejszy, gdyby kraje te nie miały euro. Nikt bowiem nie byłby wtedy zainteresowany udzielaniem im znaczącej pomocy. Sytuacja we wszystkich państwach, które kryzys odczuły najbardziej ulega stopniowej poprawie, choć w różnym tempie (szybko np.
    w Irlandii czy Portugalii, wolniej w Grecji i we Włoszech). Warto także wspomnieć, że kiedy zaczynał się kryzys finansowy w 2008 roku, w strefie euro znajdowało się tylko 13 państw,
    a w 2017 roku jest ich już 19. W 2008 roku do strefy wstąpiły Cypr i Malta, w 2009 Słowacja, a w latach 2011-2015: Estonia, Łotwa i Litwa. Żaden kraj strefy euro w tym czasie nie opuścił.
  3. Niektórzy jako argument przeciwko przyjęciu euro podają możliwość jej rozpadu
    w najbliższym czasie. Scenariusz ten nie wydaje się obecnie bardzo prawdopodobny, choć oczywiście nie można go w całości wykluczyć. Przyjmijmy jednak najbardziej pesymistyczny wariant i załóżmy, że strefa euro rzeczywiście ulegnie rozpadowi lub chociażby fragmentaryzacji. Spowodowałoby to ogromne zawirowania gospodarcze i fiskalne w całej Europie, a być może i na Świecie. Czy sytuacja Polski, jako kraju, którego gospodarka opiera się na współpracy z państwami strefy euro będzie wtedy lepsza, jeśli kraj pozostałby przy złotym? Wątpliwe.

Biorąc pod uwagę powyższe argumenty konieczna jest zmiana narracji związanej z udziałem Polski w strefie euro. Wiele dotychczasowych argumentów zaczyna tracić na aktualności. Przywoływane przez ostatnich kilka lat ryzyka związane z przyjęciem euro maleją. Jednocześnie rosną koszty pozostawania poza strefą euro. I powinni to wziąć pod uwagę politycy, zarówno z partii rządzącej, jak i z opozycji, składając swoje deklaracje w tej sprawie.

Porozumienie ws. brexitu bliżej, kurs funta coraz wyżej

Jest postęp w rozmowach pomiędzy Unią Europejską a Wielką Brytanią ws. brexitu. Rynki finansowe reagują na to umocnieniem funta. W tym do polskiego złotego. Funt jest najdroższy od ponad miesiąca.

W piątkowy poranek notowania funta wzrosły do 4,8412 zł, co oznacza najwyższy kurs brytyjskiej waluty od 1 listopada br. Tym samym kontynuowany jest ruch z wczoraj, jaki nastąpił w reakcji na doniesienia o znaczącym postępie negocjacji Unii Europejskiej z Wielką Brytanią ws. brexitu, co otworzyło drogę do rozpoczęcia drugiej fazy rozmów, które będą dotyczyć handlu i długoterminowych stosunków z UE. Zgodnie z przyjętym harmonogramem obecne porozumienie zostanie zatwierdzone podczas zaplanowanego na 14-15 grudnia szczytu przywódców Unii Europejskiej.

Szanse na dogadanie się Wielkiej Brytanii z Unią, a więc malejące ryzyko tzw. twardego brexitu, co negatywnie odbiłoby się na tamtejszej gospodarce, wspiera wczoraj i dziś notowania funta do koszyka walut.

Na rynkach globalnych zwraca uwaga zwłaszcza relacja do euro. Kurs EUR/GBP wybił się bowiem dołem z ponad dwumiesięcznej konsolidacji, co sugeruje spadek tej pary do minimum 0,85 z 0,87 obecnie. To zaś musiałoby w sposób pośredni przełożyć się na umocnienie funta do złotego. I tak przy stabilizacji EUR/PLN w okolicy 4,20 zł, taki „zjazd” EUR/GBP, będzie oznaczał wzrost GBP/PLN powyżej 4,94 zł, czyli do poziomu o 10 gr wyższego niż obecnie.

Powyższy wzrostowy scenariusz dla GBP/PLN jeszcze nie znajduje potwierdzenia na wykresie dziennym tej pary. Sygnałem kupna będzie dopiero wybicie funta powyżej strefy oporu 4,8461-4,8550 zł, jaką tworzy lokalne maksimum z 1 listopada br. oraz linia łącząca lokalne szczyty z kwietnia i września br. To otworzy drogę do wzrostu właśnie w okolice 4,94 zł.

W piątek, oprócz tematu negocjacji ws. brexitu, wpływ na notowania funta będzie też miała seria danych z Wielkiej Brytanii, jaka zostanie opublikowana o godzinie 10:30. Wówczas inwestorzy poznają raporty o październikowej produkcji przemysłowej (prognoza: 3,6 proc. R/R), bilansie handlowym (prognoza: -11,5 mld GBP) oraz dane o oczekiwaniach inflacyjnych w IV kwartale br.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Polacy muszą lepiej przygotować się do interesów z Chińczykami

Wielu rodzimych przedsiębiorców nie rozumie, dlaczego ich próby eksportu towarów i usług na gigantyczny rynek chiński z reguły kończą się fiaskiem. Naszym firmom brakuje przede wszystkim wiedzy na temat potrzeb tamtejszej, bardzo szybko globalizującej się gospodarki oraz  znajomości specyficznej etykiety biznesowej.

Próby aktywizacji polskiego biznesu w Azji korelują z przedsięwzięciem Chin wobec Europy. Nowy Jedwabny Szlak jest obecnie jedną z kluczowych idei rozwoju gospodarczego Państwa Środka. Liczona w bilionach dolarów inwestycja zakłada utworzenie sieci korytarzy transportowych, łączących Chiny z ich najważniejszym partnerem handlowym – UE. Nasz kraj znajduje się na jednej z głównych ścieżek w tym planie. W 2016 roku wicepremier Morawiecki ocenił to jako wielką szansę dla rodzimych przedsiębiorców. Mówił wtedy mediom, że „Polska chce aktywnie uczestniczyć w realizacji projektu Nowego Jedwabnego Szlaku”. Pytanie, czy Polacy będą potrafili wykorzystać atuty geopolityczne w celu rozwoju eksportu z Polski, nie tylko importu z Chin.

Rodzimi przedsiębiorcy nie są beneficjentami poważnych zmian, jakie zachodzą w globalnym rozkładzie sił gospodarczych, choć ich towary mają bardzo dobre wskaźniki ceny do jakości. Silną częścią polskiego eksportu jest m.in. produkcja i przetwarzanie żywności. Bardzo interesującą ofertę posiadamy w zakresie tak zaawansowanych dziedzin, jak chemia organiczna, cyfrowe technologie w medycynie i informatyka optymalizacji biznesowej. Jednak nasz potencjał wytwórczy jak dotąd raczej nie był komercjalizowany przez chińską potęgę rynkową. Wynika to z tego, że Polakom brakuje wiedzy na temat jej potrzeb. Ponadto, musimy być świadomi, że Chińczycy cechują się pragmatycznym podejściem do biznesu i obecnie koncentrują się na rozwoju w trzech zasadniczych obszarach. Oprócz eksportu, liczy się import nowych technologii oraz Nowy Jedwabny Szlak.

Współpraca rządu i biznesu

Władze w Polsce zainwestowały już sporo środków w edukację naszych przedsiębiorców w zakresie rynków azjatyckich. Nauka ta objęła m.in. obszar regulacji prawnych, obowiązujących w Państwie Środka. I z ostatnich zapowiedzi dotyczących rozwoju tzw. Zagranicznych Biur Handlowych wynika, że obecny rząd będzie poszerzał tę aktywność. Jednak w zakresie przejmowania polskich firm przez chiński kapitał, rozwijania ich w UE oraz wchłaniania do Azji, liczba doradców jest w naszym kraju nadal dość niewielka. Jednak w tym roku może się to zmienić, ponieważ Chińczycy bardzo się zaangażowali w rozmowy handlowe z polskimi przedstawicielami usług z zakresu infrastruktury krytycznej.

Polacy, zainteresowani ekspansją na rynek chiński, mogą korzystać ze wsparcia Wydziałów Promocji i Handlu Ambasad i Konsulatów RP (WPHI). Świadczą one bezpłatnie usługi, m.in. na terenie Państwa Środka. Na miejscu oferują doradztwo i biorą udział w największych targach, przy okazji których organizują działania towarzyszące. Rodzime przedsiębiorstwa mają wtedy szansę zaprezentować swoje produkty i usługi podczas najważniejszych targów i spotkań B2N na globalnym rynku. Trzeba pamiętać, że w Chinach skupia się międzynarodowa aktywność biznesowa, gdyż to 1/5 populacji całego świata na jednym rynku.

W miejsce likwidowanych obecnie WPHI powstają Zagraniczne Biura Handlowe, w ramach Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu. Uruchomiono już oddział w Szanghaju. Tamtejsi eksperci będą odpowiedzialni za udzielanie informacji na temat rynku, współtworzenie sieci kontaktów z lokalnymi podmiotami, organizację szkoleń oraz weryfikację partnerów biznesowych. Mogą też pomagać m.in. w organizacji misji gospodarczych, a także we wprowadzaniu produktów na rynek i tworzeniu kampanii promocyjnych. Ponadto, będą pracować razem z przedsiębiorcami nad wzmocnieniem rozpoznawalności polskich produktów i wspólnie unowocześniać ofertę eksportową.

Poza kosztami podróży i zakwaterowania, wszystkie wyżej wymienione usługi są praktycznie bezpłatne. Bardzo intensywnie wprowadzają polskich przedsiębiorców w wielki świat globalnej konkurencji na terenie Chin. Obecny rząd, podobnie jak czyniły to poprzednie władze, zapewnia więc solidną bazę podstawowych doświadczeń, potrzebnych do ogólnego rozpoznania konkurencji na rynku chińskim. Oczywiście do skutecznego działania w wymiarze komercyjnym jest potrzebne zrobienie dobrego biznesu, a to sprawa relacji wyłącznie pomiędzy polskim i chińskim kontrahentem.

Niedostateczna wiedza

Poważnym problemem jest brak wiedzy polskich przedsiębiorców na temat skutecznego budowania relacji biznesowych z Chińczykami. W kontaktach z nimi należy przestrzegać specyficznej etykiety, której Polacy z reguły nie znają. Jej istotną częścią jest funkcjonowanie tzw. „kręgów zaufania” czy też „banków przysług”, czyli po chińsku guanxi. Ten termin bywa mylony przez Europejczyków z działaniem o nazwie „business networking”, które jest popularne na Zachodzie i polega na budowaniu kontaktów w ściśle określonych celach. W praktyce znaczenia obu pojęć są dość rozbieżne. Co więcej, guanxi to nie tylko kwestia korzyści ekonomicznych, ale szeroko rozumiane zjawisko społeczno-polityczne.

Bardziej znanym w Europie elementem chińskiej kultury jest feng-shui, który kojarzy się ze sposobem urządzania wnętrz. Należy pamiętać o tym, że zasady tzw. geomancji są mocno przestrzegane przy prowadzeniu interesów. Ponadto, warto wiedzieć, że w Państwie Środka jednym z kluczowych elementów rozwoju kooperacji biznesowej jest okrągły, obficie zastawiony stół. Właśnie wokół niego, w specjalnie wynajętych salach restauracyjnych, zapada większość najważniejszych ustaleń pomiędzy kontrahentami. Polscy przedsiębiorcy powinni znać zasady obowiązujące podczas nieformalnych chińskich biesiad.

Należy zwrócić uwagę, że w zakresie pewnej specyficznej etykiety handlowej w Chinach („magic tables”, „guanxi”, itp.)  edukacja polskich przedsiębiorców jest dopiero w fazie początkowej, pomimo że to ma kluczowe znaczenie dla powodzenia ich biznesu w Państwie Środka. Bezpośrednie interakcje gospodarcze nie zostaną zrealizowane przez WPHI czy ZBH. Poza poważną bazą wiedzy i wsparcia, które oferują od wielu lat kolejne polskie rządy, przedsiębiorcy muszą rozporządzić własnymi środkami finansowymi, czasem i zaangażowaniem w celu rozbudowy tego obszaru. Pieniądze z finansów publicznych nie zostaną na to przeznaczone, to sprawa indywidualnych relacji gospodarczych.

Polscy przedsiębiorcy często nie wiedzą, dlaczego nie potrafią nawiązać trwałych relacji biznesowych z Chińczykami, pomimo swoich wytężonych starań na poziomie targów, składania ofert i komunikacji elektronicznej. Nie rozumieją, że w relacjach biznesowych z Chinami należy przestrzegać zwyczajów, panujących w ich kraju od setek lat. Jednak, dzięki rozwijającym się kontaktom gospodarczym, istnieje możliwość uzupełnienia brakującego zakresu etykiety, np. we współpracy z prywatnymi doradcami oraz akceleratorami rolloutu biznesu europejskiego do Chin.

Autorem publikacji jest Mariusz Sperczyński,
Szef zespołu Inicjatywa 51GoShanghai

Beata Szydło rezygnuje. Rating dla Polski

Nadchodzi zmiana na fotelu premiera Polski. Rynki na razie podchodzą do tematu raczej spokojnie. Dzisiaj po godzinach pracy poznamy decyzję agencji ratingowej Fitch dla Polski. Zadłużenie amerykańskich konsumentów dalej rośnie.

Nowy premier Polski

Zmiana premiera wydawać by się mogła bardzo ważną informacją dla rynków. Informacja, że teraz na czele rządu stanie Mateusz Morawiecki przeszła bez większego echa. Analitycy uważają, że to dobra wiadomość dla rynków wskazują jednak na dwie ważne kwestie. Premierem zostaje osoba, bez silnego oparcia w strukturach partyjnych. Jego pozycja zatem w wewnętrznych rozgrywkach wciąż jest zatem wątpliwa. Po drugie wiele osób wskazuje nadal na dość dziwne, rozwiązanie nie stosowane zresztą po raz pierwszy, w przypadku rządów prawicowych w Polsce gdzie realny ośrodek władzy jest poza rządem. Nie zmienia to faktu, że polityk mający solidną wiedzę ekonomiczną, doświadczenie menadżerskie i obycie międzynarodowe na czele rządu to obiektywnie dobry sygnał. Złotówka ostatnio pozostaje w wąskim kanale notowań, ale zbliża się właśnie do 4,20 zł, zatem inwestorzy patrzą jeszcze przychylniej. Wyraźną reakcję było widać z kolei na giełdzie, która wzrosła o około 1%.

Rating agencji Fitch

Dzisiaj popołudniu/wieczorem poznamy decyzję jednej z najważniejszych agencji ratingowych w sprawie ratingu Polski. Specjaliście nie spodziewają się zmian ratingu dzisiaj. Warto zwrócić uwagę, że z 3 głównych agencji, jedna daje nam stopień wyższą wiarygodność kredytową, druga stopień niższą niż Fitch. Skoro nota jest obecnie w centrum wątpliwe by miała się zmieniać. Tym bardziej, że perspektywa ratingu jest stabilna. Dlaczego w ogóle odczyty ratingu są ważne dla rynków? Przy pomocy ratingu ocenia się ryzyko niespłacenie obligacji, a zatem ich cenę. W rezultacie jeżeli poprawi się rating Polski, nasze obligacje będą atrakcyjniejsze. Zwiększony popyt na obligacje powinien spowodować umocnienie się waluty.

Amerykanie się zadłużają

Wczoraj opublikowano wzrost zadłużenia z tytułu kredytów konsumpcyjnych w USA. Był on nie tylko wyższy niż zakładany, ale jednocześnie najwyższy w tym roku. Z jednej strony jest to dobra wiadomość, świadczy bowiem o dobrych nastrojach amerykańskich konsumentów. Z drugiej strony niecałą dekadę temu widzieliśmy co się dzieje, gdy gospodarka spowalnia, a obywatele nie są w stanie regulować swoich zobowiązań.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy,

16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Rośnie dolar i funt

Amerykański dolar zyskuje przed ogłoszeniem comiesięcznych danych z rynku pracy w USA i do japońskiego jena jest najsilniejszy od 3 tygodni. Natomiast po cięciu stóp procentowych w Bazylii dolar jest wobec brazylijskiego reala na poziomach nienotowanych od czerwca. Z kolei brytyjski funt rośnie skokowo wobec innych światowych walut w związku z tym, że Komisja Europejska i rząd Wielkiej Brytanii doszli do porozumienia w pierwszej fazie rozmów dotyczących brexitu. W Polsce rezygnacja premier Beaty Szydło nie rzutowała na kurs złotówki, który kształtuje się pod wpływem sytuacji międzynarodowej i w oczekiwaniu na dzisiejszy rating agencji Fitch.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do brytyjskiego funta (-0,69%), a zyskuje do euro (+0,44%), dolara kanadyjskiego (+0,33%), dolara australijskiego (+0,36%) oraz japońskiego jena (+0,79%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,174, GBP/USD – 1,347, USD/CAD – 1,285, AUD/USD – 0,751 i USD/JPY – 113,5. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,39%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,3, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,871. Złotówka traci do dolara i funta, a zyskuje do euro i franka szwajcarskiego. W piątek rano dolar kosztuje 3,58 zł, euro – poniżej 4,21 zł, funt – niemal 4,83 zł, a frank – poniżej 3,6 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W czwartek w Europie londyński indeks FTSE 100 stracił 0,37%, frankfurcki indeks DAX zyskał 0,36%, a paryski indeks CAC 40 podniósł się o 0,18%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł o 0,29%, meksykański indeks Bolsa zyskał 0,03%, a brazylijski indeks Bovespa obniżył się o 1,07%. W piątek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 1,39%, chiński indeks Shanghai Composite – o 0,55%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 1,24%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej idą w górę. W czwartek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 62,2 USD (+1,58%), a ropy WTI – 56,69 USD (+1,29%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 65 USD. Z kolei ceny złota kontynuują trend spadkowy. W piątek rano uncję metalu rynek wycenia na 1248 USD. To 9 USD mniej (-0,72%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 0:50 – Japonia – PKB (r/r), III kw. – 2,1% (prognoza 1,7%)
  • 4:36 – Chiny – Bilans handlu zagranicznego, listopad – 40,2 mld USD (prognoza 35 mld USD)
  • 8:00 – Niemcy – Bilans handlu zagranicznego, październik – 19,9 mld EUR (prognoza 21,5 mld EUR)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Bilans handlu zagranicznego, październik (prognoza 11,5 mld GBP)
  • 14:30 – USA – Stopa bezrobocia, listopad (prognoza 4,1%)
  • 14:30 – USA – Płaca godzinowa (m/m), listopad (prognoza 0,3%)
  • 16:00 – USA – Indeks Uniwersytetu Michigan, grudzień (prognoza 99 pkt.)
  • 16:00 – USA – Zapasy hurtowników (m/m), październik (prognoza -0,4%)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Działanie SNB na EURCHF – Admiral Markets

Od początku roku euro umocniło się względem franka szwajcarskiego o ponad 9 procent! W chwili obecnej kurs walutowy znajduje się w kanale wzrostowym i nic nie sugeruje, aby trend wzrostowy został zakończony. Zmiana kursu walutowego o ponad 9 procent w skali roku jest olbrzymia i dosyć niespotykana (jeżeli chodzi o waluty państw rozwiniętych). Niemniej jednak mało osób zadaje pytanie, dlaczego doszło do tak mocnej aprecjacji euro względem franka szwajcarskiego.

Do jednego z głównych powodów zaliczą się ogólną aprecjację euro na szerokim rynku. W ostateczności Europejski Bank Centralny przestał być już tak gołębi jak kiedyś. Obniżył skalę programu Quantitative Easing polegającego na zaniżaniu krótkoterminowej oraz długoterminowej rentowności obligacji skarbowych a także i korporacyjnych.

Jednak to nie jest jedyny powód, ponieważ Szwajcarski Bank Centralny nie próżnuje. W dalszym ciągu zwiększa podaż szwajcarskiej waluty nabywając aktywa finansowe za euro czy też dolary amerykańskie. Nakładając kurs EURCHF oraz wzrost aktywów bilansu banku od początku roku otrzymamy bardzo ciekawy rezultat.

snb i eurchf

Źródło: Bloomberg

Początek roku wynosi 100. Reasumując, od początku bieżącego roku kalendarzowego notowania EURCHF wzrosły o 9 procent, natomiast aktywa banku centralnego SNB o 11 procent. Szwajcarski Bank Narodowy nie przestał bronić kursu, ale tylko zlikwidował sztywny kurs na poziomie 1.20. Pytanie powstaje, gdzie ostatecznie powędruje kurs walutowy? Gdzie jest cel banku? Tego dowiemy się najprawdopodobniej wkrótce.

Działania SNB nie powinny być traktowane jako zbyt etyczne, ponieważ jest to czysta manipulacja rynkiem walutowym oraz akcji. Od 2013 roku portfolio amerykańskich akcji utrzymywanych przez bank centralny systematycznie rośnie. Na dzień dzisiejszy wszystkie amerykańskie akcje zgromadzone przez bank warte są ponad 80 miliardów USD.

snb qe

EURCHF – analiza techniczna

Notowania EURCHF na interwale tygodniowym znajdują się w trendzie wzrostowym. Celem rajdu może być poziom 1.20 (niestety nie znamy celu SNB). Niemniej jednak pamiętajmy, że szwajcarska waluta jest uważana za jedną z najbezpieczniejszych walut na świecie. Wzrost napięć geopolitycznych, korekta na rynku czy także niespodziewane wydarzenia doprowadzają do napływu kapitału w stronę CHF.

Notowania EURCHF

Notowania EURCHF

Źródło: Admiral Markets

Jeżeli mielibyśmy do czynienia z prawdziwym zamieszaniem na rynku kapitałowym, to warto zastanowić się nad pokonaniem „SNB”. Bank ten już raz ugiął się pod falą napływającego kapitału, data ta zostanie zapamiętana przez Traderów na długi okres czasu.

Payrolle? BREXIT!

Koniec tygodnia na rynku walutowym nie będzie należał do szczególnie leniwych. Miano najważniejszego wydarzenia piątkowej sesji w dalszej mierze należy do publikacji comiesięcznego raportu z amerykańskiego rynku pracy. Napływające „soft-data” wyraźnie napawają optymizmem przed najświeższymi szacunkami zmiany zatrudnienia, podbijając tym samym prawdopodobieństwo zejścia stopy bezrobocia do okrągłego poziomu 4,0 proc. Najciekawsze karty powinien rozdać funt szterling, który przez ułamek sekundy stał się beneficjentem przełomu w negocjacjach. Nerwowość wyspiarskiej waluty została skutecznie potwierdzona poprzez gwałtowne reakcje na oczywistości w trakcie czwartkowych notowań.

Październikowe dane przedstawione w raporcie NFP nie należały do wysoce zaskakujących. Wzrost zatrudnienia w sektorze pozarolniczym na poziomie 261 tys. to przede wszystkim pokłosie odreagowania po sezonie huraganowym, który skutecznie wyłączył dużą część przedsiębiorstw z obiegu. Rynkowy optymizm odnośnie powrotu do stabilnych trendów na rynku pracy skutecznie wpoiły subkomponenty indeksów ISM czy Filadelfia Fed. Osiągniecie konsensualnej zmiany rzędu 195 tys. wyraźnie schodzi na dalszy plan. Uwaga większości inwestorów będzie skupiona na realizacji względnie wysoko zawieszonych oczekiwań (0,3 proc. m/m). W przypadku rozczarowania, na co częściowo wskazuje skośność prognoz gromadzonych przez Bloomberga oraz rozkład czynników sezonowych, wydźwięk publikacji może skutecznie uratować rewizja poprzednich szacunków. To właśnie silniejsza dynamika wynagrodzeń będzie rozpatrywana przez pryzmat atutowego tuza w rękach bardziej jastrzębio nastawionych członków Fed, co finalnie przełoży się na umocnienie amerykańskiej waluty.

Obserwowane na Wyspach polityczne przetasowania zawędrowały również na kontynentalną część Europy. Ryzyko ponownego rozpisania wyborów powszechnych wyraźnie ograniczyli członkowie SPD, którzy w wyraźnej większości opowiedzieli się za rozpoczęciem negocjacji z CDU Angeli Merkel. Perspektywa zawiązania Wielkiej Koalicji powinna istotnie sprzyjać walorom notowanym na giełdzie we Frankfurcie z racji na oddalenie szans na zdobycie większego elektoratu przez eurosceptyczną Alternatywę dla Niemiec. Swoje pięć minut przeżywa również polski rząd, który został poddany szeroko zakrojonej rekonstrukcji. Na jego czele ma stanąć Mateusz Morawiecki, obecny szef resortów gospodarki oraz finansów, co należy traktować jako neutralne dla wyceny złotego. Powyższą roszadę można potraktować jako fakt dokonany, bowiem pod koniec wczorajszej sesji nastąpiło złożenie rezygnacji przez Beatę Szydło na ręce Komitetu Politycznego Prawa i Sprawiedliwości.

Zmienność par walutowych ze złotym nie powinna znaleźć się pod presją dzisiejszej decyzji agencji Fitch, która ma przedstawić aktualizację ratingu dla Polski. O ile należy się spodziewać utrzymania oceny długoterminowej na poziomie A minus z perspektywą stabilną, o tyle miano kluczowych mogą zyskać wzmianki w zakresie braku wyważenia potencjalnych czynników ryzyka. Fitch może zwrócić uwagę na potencjalną szansę „przegrzania się” rodzimej gospodarki, aczkolwiek uczestnicy rynku wobec powyższego przejdą obojętnie – tym bardziej, że perspektywa nierównowag spowodowanych nadmierną stymulacją fiskalną była podnoszona w ostatniej nocie analitycznej Standard & Poor’s.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Chmura może pomóc firmom chronić dane osobowe. PGNiG będzie wspierać start-upy, które mają pomysł, jak to zrobić

Chmura może pomóc firmom chronić dane osobowe. PGNiG będzie wspierać start-upy, które mają pomysł, jak to zrobić 8

Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, gigant polskiego sektora energetycznego, będzie wspierać start-upy w dostosowaniu do nowych przepisów o ochronie danych osobowych (RODO). Nowe restrykcyjne przepisy wchodzą w życie za niecałe pół roku i stawiają przed wszystkimi firmami realizującymi projekty oparte na chmurze szereg poważnych wyzwań. Ze względu na wysokie wymogi bezpieczeństwa zawarte w unijnym rozporządzeniu rozwiązania chmurowe mogą być pomocne we wdrażaniu nowych przepisów.

– Znajdujemy się w przeddzień wejścia w życie nowych przepisów RODO, do których jako PGNiG jesteśmy już dobrze przygotowani. Mamy przyjętą własną politykę bezpieczeństwa danych osobowych i instrukcje zarządzania systemami służącymi do przetwarzania danych osobowych. Chcemy podzielić się wiedzą i wesprzeć start-upy, które mają pomysły związane z przechowywaniem danych w chmurze, aby mogły się dostosować do nowej ustawy i żeby ich rozwiązania były w jak największym stopniu bezpieczne dla klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Trojanowska, kierownik Działu Innowacji w Departamencie Innowacji i Rozwoju Biznesu PGNiG SA.

RODO, czyli ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych, zacznie obowiązywać 25 maja 2018 roku. Nowe prawo narzuci wiele obowiązków podmiotom, które gromadzą i przetwarzają informacje o swoich klientach.

Firmy i organizacje muszą już teraz wdrożyć takie rozwiązania i technologie, które zagwarantują wysoki poziom bezpieczeństwa tych danych. Każdorazowo będą też musiały informować klientów o przetworzeniu ich danych osobowych bądź prosić o zgodę na ich wykorzystanie. Za nieprzestrzeganie nowych przepisów grożą wysokie kary finansowe sięgające nawet 20 mln euro albo 4 proc. rocznych obrotów całego przedsiębiorstwa. Będzie nad tym czuwać nowo utworzony Urząd Ochrony Danych Osobowych.

– RODO zbliża się do nas wielkimi krokami, zostało kilka miesięcy. Może się wydawać, że to jest długi czas, ale tak naprawdę jest to już ostatni dzwonek, żeby się tym zająć – mówi Marcin Łasiński z firmy technologicznej Webellian, która współpracuje z PGNiG przy zajęciach ze start-upami.

Nowe prawo to dla firm bardzo duże wyzwanie – zarówno organizacyjne, jak i techniczne. Przedsiębiorstwa będą musiały wymienić większość formularzy i zgód, przeszkolić swoich pracowników i zweryfikować wszystkie procesy pod kątem bezpieczeństwa danych osobowych. Będą też potrzebować odpowiedniej infrastruktury IT, która to zagwarantuje. Dlatego RODO może zwielokrotnić popularność chmury, która z jednej strony zapewnia bardzo wysoki poziom bezpieczeństwa przechowywanych w niej danych, a z drugiej – usprawnia zarządzanie całą firmą.

– Cloud computing polega na wydelegowaniu infrastruktury, która zazwyczaj jest postawiona w firmie w przysłowiowej piwnicy, do zewnętrznego dostawcy. Dostarcza on chmurę w jednym z trzech modeli, może to być na przykład Infrastructure as a Service, Platform as a Service czy Software as a Service, czyli aplikacja jako usługa. Od strony prawnej nie różni się to bardzo od przetwarzania danych w każdym innym systemie. Wymaga podpisania umowy z dostawcą takiej chmury, która określa, w jaki sposób i w jakim centrum danych będą przetwarzane informacje – wyjaśnia Grzegorz Ciwoniuk z firmy Elastic Cloud Solutions, która specjalizuje się w rozwiązaniach chmurowych i współpracuje z InnVento, inkubatorem dla start-upów stworzonym przez PGNiG.

Chmura to jeden z głównych trendów technologicznych i filar cyfrowej transformacji gospodarki. Firma badawcza IDC prognozuje, że do 2020 roku wydatki firm na oprogramowanie, sprzęt, wdrożenia, serwis oraz zarządzanie usługami w chmurze w skali globalnej wzrosną trzykrotnie. Do końca tej dekady już 45 proc. oprogramowania i infrastruktury IT w przedsiębiorstwach prowadzonych na terenie Europy ma być dostarczane w chmurze.

Część ekspertów prognozuje, że w ciągu kilku lat chmura stanie się tak popularna, jak korzystanie z internetu. Przy niedużych nakładach finansowych rozwiązania chmurowe zapewniają większą efektywność, usprawnienie działania firmy i obniżenie wydatków na IT. Dostęp do danych przechowywanych w chmurze można uzyskać z każdego miejsca i o każdej porze. Co istotne, jej zaletą jest bardzo wysoki poziom bezpieczeństwa. Dzięki temu rozwiązania chmurowe mogą być pomocne we wdrażaniu unijnych regulacji dotyczących ochrony danych osobowych.

– Rewolucja 4.0 to duże wyzwanie, ale jednocześnie duża szansa dla polskich firm. Myślę, że mamy możliwość aktywnie zaistnieć i w pełni uczestniczyć w wyzwaniach współczesnego świata. Jednym z wyzwań związanych z czwartą rewolucją jest właśnie przetwarzanie danych na masową skalę – mówi Marcin Łasiński.

PGNiG we współpracy z Webellian będzie wspierać start-upy, których projekty opierają się na cloud computingu i mogą się okazać pomocne zarówno przy wdrażaniu RODO, jak i cyfrowej transformacji biznesu.

W połowie roku spółka PGNiG utworzyła inkubator InnVento z myślą o naukowcach i start-upach, których pomysły mogą znaleźć zastosowanie w energetyce. Zgodnie z przyjętą strategią na rozwój innowacji i prace badawczo-rozwojowe w całej grupie kapitałowej zamierza przeznaczać w najbliższych latach ponad 100 mln zł rocznie.

– Przyjęliśmy strategię, w której innowacyjność zajmuje bardzo ważne miejsce. Szukamy najnowszych rozwiązań, rozglądamy się na rynku za innowacjami i jesteśmy na bieżąco z najnowszymi pomysłami. Do naszego inkubatora InnVento zgłaszają się start-upy, które swoje pomysły opierają właśnie na chmurze obliczeniowej. PGNiG SA wprawdzie nie korzysta z usług cloud computing, jednak w pełni orientuje się w trendach technologicznych i wyzwaniach gospodarki czwartej rewolucji przemysłowej. Mamy w planach wprowadzenie możliwości korzystania z chmury dla start-upów w InnVento, które jest innowacyjną strukturą wyłączoną z PGNiG SA. Dzięki temu startupy będą mogły dla nas sprawnie tworzyć nowe rozwiązania i pełnić rolę dostawcy usług zbudowanych dzięki chmurze – mówi Anna Trojanowska, kierownik Działu Innowacji w Departamencie Innowacji i Rozwoju Biznesu PGNiG SA.

– Przed polskimi firmami stoi duże wyzwanie w związku z wdrożeniem RODO. Podjęliśmy współpracę ze start-upami i inkubatorami, dostarczając im nie tylko wsparcie technologiczne, lecz także merytoryczne i formalno-prawne. Nie da się dostarczyć każdorazowo uniwersalnego pakietu gotowych rozwiązań, na każdy z projektów trzeba spojrzeć indywidualnie. To jest właśnie największe wyzwanie – dodaje Marcin Łasiński z Webellian.

Wykorzystanie chmury w biznesie i zastosowanie jej w kontekście RODO było głównym motywem konferencji „Bezpieczny świat chmury obliczeniowej”, którą w zeszłym tygodniu zorganizowały obie firmy.

Lawinowo przybywa użytkowników bankowości mobilnej. PKO BP idzie na rekord w tym segmencie

Lawinowo przybywa użytkowników bankowości mobilnej. PKO BP idzie na rekord w tym segmencie 9

Liczba użytkowników bankowości mobilnej w Polsce przekroczyła już 9 mln. W porównaniu z ubiegłym rokiem przybyło prawie 2 mln osób, które regularnie logują się do swojego konta w banku za pośrednictwem smartfona lub tabletu. Liderem w tym segmencie jest PKO Bank Polski, w którym liczba aktywnych aplikacji mobilnej IKO przekroczyła właśnie 2 mln. To dwukrotnie więcej niż jeszcze rok temu. Co tydzień przybywa 40 tys. nowych aplikacji, a od początku tego roku klienci banku dokonali za pomocą IKO ok. 32 mln transakcji.

– Najważniejszym wyzwaniem związanym ze zmianami w sektorze finansowym w zakresie bankowości mobilnej będzie zapewnienie klientom bezpieczeństwa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Jagiełło, prezes PKO Banku Polskiego.

Liczba użytkowników bankowości mobilnej rośnie w Polsce lawinowo. Na koniec trzeciego kwartału tego roku przekroczyła już 9 mln  wynika z danych opracowanych przez PRNews. Tyle osób regularnie loguje się do swojego konta w banku za pośrednictwem smartfona lub tabletu. W porównaniu z 2016 rokiem przybyło ich prawie 2 mln.

– Bankowość mobilna to w tej chwili jeden z najpopularniejszych kanałów dostępu do banków i rośnie bardzo dynamicznie. Telefon komórkowy służy już nie tylko do sprawdzania salda czy historii rachunku,lecz także do przelewów i płatności w sklepach czy internecie. Polski Standard Płatności i system BLIK zbudowany na bazie aplikacji IKO święcą triumfy w e-commerce. Klienci przekonali się do bankowości mobilnej i korzystają z niej na co dzień – mówi Michał Macierzyński, zastępca dyrektora Centrum Bankowości Mobilnej i Internetowej PKO Banku Polskiego.

Dynamika, z jaką przyrasta liczba użytkowników bankowości mobilnej, jest bardzo duża. Jeszcze na początku tego roku było ich 8,2 mln. Z kolei trzy lata temu za pośrednictwem tabletu lub smarftona do swojego rachunku logowało się raptem 3 mln klientów. Bankowość mobilna staje się standardem i szybko nadrabia dystans dzielący ją od bankowości internetowej (16 mln użytkowników).

– Jest to najchętniej odwiedzany kanał dostępu. Z badań wynika, że statystyczny klient przychodzi do oddziału banku raz w miesiącu albo raz na kwartał, a kilka razy w tygodniu loguje się do bankowości internetowej. Nasz aktywny klient średnio 8 razy w tygodniu loguje się do banku przez IKO. To pokazuje, że ci najbardziej aktywni klienci korzystają z banku w drodze, w czasie spotkania czy w autobusie. Wszyscy bankowcy podążają za tym trendem – mówi Michał Macierzyński.

PKO Bank Polski jest liderem w segmencie bankowości mobilnej. IKO to obecnie najpopularniejsza aplikacja w Polsce. W ciągu ostatniego roku liczba aplikacji podwoiła się i wynosi już ponad 2 mln (dla porównania liczba aktywnych użytkowników bankowości internetowej PKO BP to 3,6 mln), a od początku tego roku klienci banku dokonali za jej pomocą prawie 32 mln transakcji.

Zmienia się także sposób korzystania z aplikacji. Klienci częściej wykorzystują ją do transakcji, które do tej pory realizowali np. w bankowości internetowej. W tym roku bank zanotował blisko 150-procentowy przyrost liczby logowań do IKO, a jego klienci wykonali za pośrednictwem smartfona prawie 250 proc. transakcji więcej niż rok wcześniej.

– Nasi klienci bardzo chętnie korzystają z tego kanału dostępu. W rekordowych tygodniach realizują oni ok. 600 tys. przelewów czy 400 tys. płatności BLIK w internecie – mówi Michał Macierzyński.

W trzecim kwartale 2017 roku do swojego konta z poziomu urządzenia mobilnego zalogowało się ponad 2,4 mln klientów PKO BP i Inteligo (za pomocą aplikacji mobilnej, lekkiego serwisu lub jego pełnej wersji). Klienci logujący się za pośrednictwem IKO stanowią połowę (47 proc.) wszystkich mobilnych klientów (18-proc. wzrost w ujęciu kwartalnym). Aplikacja jest dostępna na rynku od blisko pięciu lat, ale PKO BP stale rozszerza listę jej funkcji. W tym roku została wzbogacona m.in. o płatności zbliżeniowe dla kart Mastercard, płatność kodem BLIK z aplikacji IKO w urzędach w całej Polsce, zakupy w internecie bez kodu BLIK (BLIK One Click), czasową blokadę karty oraz nowe rodzaje przelewów: natychmiastowy w ramach Expres Elixir, przelewy zagraniczne, podatkowe czy z karty kredytowej.

Oprócz funkcji płatniczych i bankowości mobilnej IKO jest też coraz istotniejszym kanałem sprzedażowym. W tym roku została wprowadzona możliwość wnioskowania o limit w koncie, zakup pożyczki gotówkowej czy ubezpieczenia podróżnego za jej pośrednictwem. W tej chwili co trzecia pożyczka gotówkowa w kanałach zdalnych jest sprzedawana właśnie za pośrednictwem aplikacji mobilnej.

– Obserwujemy rynkowe trendy, potrzeby klientów i rozwiązania, które wdraża konkurencja za granicą. W tym momencie aplikacja IKO ma wszystkie funkcje niezbędne klientowi korzystającemu z banku. To jednak nie oznacza, że możemy przestać ją rozwijać – przeciwnie, mamy bardzo ambitne plany rozwoju –mówi Michał Macierzyński.

Strategia PKO BP do 2020 roku kładzie mocny nacisk na dalszy rozwój kanału mobilnego. Zakłada wzbogacanie dostępnych funkcji i rozszerzanie oferty usług dostępnych zdalnie, z naciskiem na zwiększenie aktywności klientów w kanałach cyfrowych. Jak podkreśla prezes PKO BP, bank nie przestaje też rozwijać nowych rozwiązań technologicznych, kierując się trendami i potrzebami klientów.

– Automatyzacja, sztuczna inteligencja, robotyzacja to wyzwania nie tylko dla sektora finansowego, lecz także dla całej gospodarki. PKO BP, jako lider polskiego sektora finansowego, jest zaawansowany w tych procesach. Dowodzi tego nasza najlepsza w Polsce aplikacja IKO. Dla nas najważniejszy jest klient. Jeżeli coś jest dobre dla klienta – automatyzacja, robotyzacja, lepsza usługa, wyższa jakość – będziemy to rozwijać. Potwierdza to rosnąca z roku na rok liczba klientów w naszym banku – mówi Zbigniew Jagiełło.

7 proc. Polaków pije alkohol w sposób prowadzący do uzależnienia. Za większość przypadków upojenia alkoholowego odpowiada wódka

7 proc. Polaków pije alkohol w sposób prowadzący do uzależnienia. Za większość przypadków upojenia alkoholowego odpowiada wódka 10

Z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że około 7 proc. Polaków spożywa alkohol w sposób problemowy, czyli ryzykowny lub szkodliwy. W tej grupie 85 proc. osób miało w ciągu ostatniego roku incydent nadmiernego upicia się. 60 proc. osób z grupy pijących problemowo upija się wódką – wynika z przeprowadzonych w tym roku badań CBOS. Sięgając po mocne alkohole, osoby pijące problemowo wypijają więcej czystego alkoholu, niż gdy wybierają piwo lub wino.

Światowa Organizacja Zdrowia wyodrębniła dwa rodzaje picia problemowego – ryzykowne i szkodliwe. Picie ryzykowne to spożycie jednorazowo nadmiernej ilości, które nie powoduje jeszcze negatywnych konsekwencji, ale może się tak stać, o ile model konsumpcji nie zmieni się na bardziej umiarkowany. Natomiast picie szkodliwe powoduje już szkody zdrowotne, psychologiczne. Oba można postrzegać jako jeden z pierwszych etapów na drodze do choroby alkoholowej.

– W kategoriach psychologicznych picie szkodliwe to taki sposób spożywania alkoholu, który powoduje utratę kontroli. Nie zauważamy, że picie alkoholu prowadzi do różnych szkód i konsekwencji, takich jak obudzenie się w obcym miejscu, pobicie kogoś albo utrata świadomości działania. Picie szkodliwe powoduje, że człowiek zaniedbuje swoje zainteresowania i obowiązki. Zaczyna pić coraz intensywniej, ustawia swój styl życia pod kątem alkoholu, odkładając na później zadania do wykonania – mówi agencji Newseria Biznes dr Adam Kłodecki, specjalista psychoterapii uzależnień.

Według standardów WHO picie problemowe, czyli ryzykowne i szkodliwe, oznacza spożywanie regularnie powyżej 20 gramów czystego alkoholu dziennie przez kobiety oraz 40 gramów przez mężczyzn (przy łącznym tygodniowym spożyciu co najmniej 140 gramów czystego alkoholu w przypadku kobiet oraz 280 gramów w przypadku mężczyzn).

Z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że zdecydowana większość, bo aż 80 proc. Polaków, pije umiarkowanie, czyli nie więcej niż 6 litrów alkoholu rocznie. Tylko 7 proc. konsumentów spożywa alkohol w sposób problemowy. Wzorom konsumpcji alkoholu w tej właśnie grupie przyjrzała się firma badawcza CBOS, która na zlecenie Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie przeprowadziła badanie „Modele picia napojów alkoholowych w Polsce”.

Wynika z niego, że ponad 85 proc. Polaków, którzy spożywają alkohol w sposób problemowy, miało w ciągu ostatniego roku doświadczenie nadmiernego upicia się. To o blisko 40 pkt proc. więcej niż w grupie, która odpowiedzialnie spożywa alkohol.

Analityk CBOS Marcin Herrmann zauważa, że wśród pijących ryzykownie i szkodliwie dużo częściej z alkoholem przesadzają osoby, które sięgają po mocne trunki, w przeciwieństwie do tych, którzy poprzestają na piwie lub winie.

 W blisko 60 proc. przypadków wódka jest alkoholem, za pomocą którego dochodzi do upicia się. Dwukrotnie rzadziej dotyczy to piwa, a tylko 13 proc. badanych z grupy ryzyka wskazuje na wino – mówi Marcin Herrmann.

Polacy, którzy piją problemowo, potrafią też wypić na raz dużo większe ilości alkoholu. Najwięcej czystego alkoholu spożywają przy okazji picia wódki (195 gramów, czyli ponad pół litra wódki na raz). W przypadku piwa ilość spożywanego na raz alkoholu to średnio 130 gramów, czyli 66 proc. tego, co w przypadku wódki.

Z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że średnie spożycie alkoholu w Polsce wynosi 9,4 litra czystego alkoholu etylowego na mieszkańca rocznie. 58 proc. wypijanego w Polsce alkoholu to piwo, a 34 proc. – trunki wysokoprocentowe.

Coca-Cola właśnie otworzyła kolejną inwestycję w Radzyminie wartą 24 mln zł. Firma zainwestuje w Polsce ponad 130 mln zł w ciągu kolejnych 2 lat

Coca-Cola właśnie otworzyła kolejną inwestycję w Radzyminie wartą 24 mln zł. Firma zainwestuje w Polsce ponad 130 mln zł w ciągu kolejnych 2 lat 11

Największe światowe koncerny napędzają polską gospodarkę. Tylko w 2016 roku napływ zagranicznych inwestycji bezpośrednich do Polski przekroczył 50 mld zł. Coca-Cola w ostatnich pięciu latach zainwestowała w kraju blisko pół miliarda złotych, a w następnych dwóch latach tę kwotę chce zwiększyć o kolejne 130 mln zł. Wkład koncernu do polskiej gospodarki szacowany jest na 2,6 mld zł oraz 1,2 mld zł wpływu z podatków. Przedstawiciele rządu podkreślają, że zagraniczne koncerny nie tylko dają know-how polskim partnerom, ale mają także duży wpływ na lokalne społeczności.

 Coca-Cola i inne globalne firmy, które inwestują w Polsce, mają dla gospodarki ogromne znaczenie, ponieważ zwiększają konkurencję. To zawsze dobra sytuacja, gdy mamy firmę, która jest w każdym miejscu na świecie, zna lokalne najlepsze praktyki i wszędzie je wdraża. Możemy się od nich uczyć, ale też z nimi konkurować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Kościński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Jego zdaniem zagraniczne koncerny mogą też wpłynąć na usuwanie barier administracyjnych dla biznesu.

 Dotychczas administracja wdrażała różne prawa, niekoniecznie w konsultacji z rynkiem, co mogło utrudniać robienie biznesu przez polskie przedsiębiorstwa. Nasza rolą jest słuchać, co biznes ma do powiedzenia, jak możemy ułatwić prowadzenie tego biznesu w Polsce i usuwać archaiczne bariery z prawa – wskazuje Kościński.

Szacuje się, że w 2016 roku napływ zagranicznych inwestycji bezpośrednich do Polski przekroczył 50 mld zł. W ciągu ostatnich 25 lat co roku do Polski napływało średnio 26 mld zł kapitału. Inwestycje zagranicznych firm w znaczący sposób wpływają na rozwój polskiej gospodarki. Dzięki ulokowanemu w Polsce kapitałowi zagranicznemu i aktywności międzynarodowych korporacji poziom PKB tylko w 2015 roku był wyższy o 15,6 proc., niż gdyby inwestycji zagranicznych nie było.

 Wkład firmy Coca-Cola w polską gospodarką wynosi około 2,6 mld zł. To 0,14 proc. polskiego PKB. W postaci podatków wnosimy do budżetu państwa 1,2 mld zł rocznie, z czego mniej więcej połowa to VAT – podkreśla Nikos Kalaitzidakis, prezes zarządu Coca-Cola HBC. – Jako system Coca-Cola zatrudniamy bezpośrednio 2200 osób, ale według naszych obliczeń każde nasze miejsce pracy generuje ponad sześć dodatkowych miejsc w innych branżach. Pośrednio system Coca-Cola wspiera ponad 15 tysięcy miejsc pracy w polskiej gospodarce.

Z danych Coca-Cola wynika, że 74 proc. z każdej złotówki wydanej na produkty firmy zostaje w Polsce, a 94 proc. produktów sprzedawanych w naszym kraju jest też tutaj produkowanych. Koncern jest też jednym z najważniejszych inwestorów w kraju.

Inwestujemy w Polsce od 1991 roku. Tylko w ostatnich czterech latach zainwestowaliśmy blisko pół miliarda złotych, a w najbliższych dwóch latach chcemy zwiększyć tę kwotę o kolejne 130 mln zł – zapowiada Nikos Kalaitzidakis.

W Polsce działają trzy zakłady produkcyjne Coca-Cola (w Staniątkach, Tyliczu i Radzyminie) i trzynaście centrów dystrybucyjnych.

 Coca-Cola jest jednym z największych pracodawców w naszym regionie. Zatrudnia ok. trzystu osób, a jeśli doliczymy do tego wszystkie firmy i osoby współpracujące z zakładem, jest to kilkaset osób więcej. Jest to przede wszystkim bardzo ważny podatnik, a także firma, która bardzo chętnie angażuje się w przedsięwzięcia społeczne – mówi Krzysztof Chaciński, Burmistrz Miasta i Gminy Radzymin.

– Jesteśmy numerem jeden pod względem społecznej odpowiedzialności biznesu w Polsce. Tylko przez ostatnie dwa lata wydaliśmy 7 mln zł na projekty dotyczące ludzi młodych, kobiet i młodzieży. Co roku wspieramy tysiąc projektów związanych z odpowiedzialnością i zaangażowaniem społecznym, również poprzez program wolontariatu, w który zaangażowani są nasi pracownicy – wskazuje Nikos Kalaitzidakis.

W 2017 roku Coca-Cola uruchomiła program „YouthEpowered: Możesz więcej niż myślisz”, który ma na celu wsparcie młodych ludzi w wieku 18–30 lat, aktualnie nieszkolących i nieuczących się oraz niezatrudnionych lub za chwilę wchodzących na rynek pracy, w odnalezieniu się w życiu zawodowym. Poprzez warsztaty na żywo i szkolenia online, a także mentoring, program dostarcza kluczowych umiejętności życiowych i biznesowych, które pomogą im budować karierę. W tegorocznej pilotażowej edycji programu, prowadzonej we współpracy z pięcioma organizacjami pozarządowymi, zostało już przeszkolonych blisko dziewięćset osób

W 2016 roku Coca-Cola uruchomiła również program „Sukces to ja”, który wspiera aktywizację zawodową kobiet. W ramach pierwszej edycji przeszkolono ponad pięć tysięcy pań. Zaangażowanie w działania na rzecz kobiet to część globalnego zobowiązania koncernu HASH5by20, które zakłada aktywizację pięć milionów kobiet na całym świecie do 2020 roku. Jak podkreślają przedstawiciele Coca-Cola, na podstawie badania przygotowanego wspólnie z Deloitte, dzięki aktywizacji zawodowej pań w perspektywie do 2025 roku PKB Polski może wzrosnąć o 1 proc.

 Poprzez współpracę z instytucjami gminnymi Coca-Cola wspiera także lokalną działalność kulturalną i sportową. Firma uczestniczy aktywnie w finansowaniu imprez kulturalnych i ważnych wydarzeń, a także jest koncernem odpowiedzialnym społecznie, wspiera pracowników, kluby sportowe i rozwój młodzieży – wymienia Krzysztof Chaciński.

Równie ważne, jak wspieranie lokalnych społeczności, są także działania na rzecz ochrony środowiska. Modernizacja linii produkcyjnych pozwoliła oszczędzić w ubiegłym roku 158 tys. m3 wody. Odpowiada to objętości sześćdziesięciu trzech basenów olimpijskich. Dodatkowo prawie 100 proc. wytwarzanych w procesie produkcji odpadów trafia do recyklingu.

 Od 2001 roku nasze butelki zostały odchudzone o ponad 40 procent. Zużywamy więc znacznie mniej plastiku niż szesnaście lat temu. Innym obszarem, na którym się mocno skupiamy, jest emisja dwutlenku węgla. W ubiegłym roku udało nam się ją ograniczyć o 20 procent względem 2015 roku – podkreśla Nikos Kalaitzidakis.

Opracowane przez Polaków czujniki podczerwieni wykryją ogień zanim zmieni się w pożar. Urządzenia trafią na rynek w ciągu roku

Opracowane przez Polaków czujniki podczerwieni wykryją ogień zanim zmieni się w pożar. Urządzenia trafią na rynek w ciągu roku 12

Opracowane przez polskich naukowców innowacyjne czujniki podczerwieni pozwolą wcześniej wykrywać pożary. Urządzenia najnowszej generacji mają trafić na rynek w ciągu roku. Dotychczas stosowane czujniki nie mogły być dostępne w powszechnej sprzedaży, ze względu na użycie do ich produkcji szkodliwych substancji. Głównym zastosowaniem czujników jest wykrywanie pożarów, ale sprawdzą się także w medycynie, nauce czy ochronie środowiska.​

– Znaczenie techniki podczerwieni wynika przede wszystkim z powszechności występowania promieniowania podczerwonego. Te niewidzialne dla ludzkiego oka fale elektromagnetyczne niosą wiele informacji o obiektach, ich położeniu w przestrzeni, temperaturze, właściwościach powierzchni, a także informacje o atmosferze, w której się rozchodzą, o składzie chemicznym tej atmosfery – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje kpt. dr inż. Małgorzata Kopytko z Zakładu Fizyki Ciała Stałego Wojskowej Akademii Technicznej.

Jednym z podstawowych zastosowań czujników promieniowania podczerwonego jest wykrywanie pożarów. Specjaliści z WAT rozwijają własne czujniki, immersyjne wysokotemperaturowe detektory. Urządzenia te są zintegrowane z soczewką immersyjną – optyczną soczewką, która skupia promieniowanie i powoduje dodatkowo wzrost czułości tego przyrządu.

– Aby wykryć pożar, detektor reaguje na wyższą temperaturę. Już w pierwszej fazie pożaru reaguje na zmianę temperatury – przekonuje kpt. Małgorzata Kopytko.

Klasyczne detektory podczerwieni, ogólno dostępne na rynku, muszą być chłodzone do niskich temperatur w celu zmniejszenia szumów termicznych. Przyrządy opracowywane w Wojskowej Akademii Technicznej mogą pracować w temperaturach zbliżonych do temperatury otoczenia.

– Poprzednio nasza technologia opierała się na materiale tellurku kadmowo-rtęciowego, lecz niestety ze względu na zawartość rtęci materiał ten jest niestabilny temperaturowo, nie jest odporny na narażenia środowiskowe. Najnowsze detektory są zbudowane w oparciu o arsenek galowo-indowy. To materiał bardziej stabilny, dzięki temu przyrządy te mogą być bardziej odporne na narażenia środowiskowe – zapewnia przedstawicielka WAT.

Urządzenia są wytwarzane metodą epitaksji z wiązek molekularnych. W ten sposób na arsenku galu osadzana jest struktura detekcyjna. Następnie urządzenie poddawane jest całemu szeregowi procesów produkcyjnych, takich jak trawienie, nanoszenie różnych warstw, cięcie. W końcu otrzymujemy gotowy produkt.

Czujniki podczerwieni są stosowanie nie tylko do wykrywania pożarów. Już w temperaturze kilku kelwinów ciała zaczynają emitować promieniowanie podczerwone. Dzięki urządzeniom wykrywającym to promieniowanie możemy wykorzystać je do pomiarów odległości, przesyłania danych, obserwacji kosmosu, badania zabytków czy wykonywania zdjęć satelitarnych.

– Zakres zastosowań tych przyrządów jest szeroki, w cywilnych zastosowaniach służą one do zdalnego pomiaru temperatury. Są także wykorzystywane w medycynie, w nauce i w ochronie środowiska. Zastosowania militarne to główny obszar zastosowań tych przyrządów. Rynek detektorów podczerwieni rozwinął się dzięki zastosowaniom militarnym. Służą one np. do naprowadzania pocisków – wymienia ekspertka.

Naukowcy czy wojskowi używają niezwykle złożonych wykrywaczy podczerwieni, które ze względu zarówno na swoją cenę, jak i inne cechy, na przykład wykorzystanie toksycznych materiałów, nie znajdowały dotychczas szerokiego zastosowania na rynku cywilnym. Jednak dzięki pracy ekspertów z WAT wkrótce może się to zmienić.

– Nowością jest to, że przyrządy te nie zawierają rtęci i kadmu, czyli pierwiastków szkodliwych, co może rozszerzyć szczególnie zastosowania cywilne tych przyrządów. Do tej pory powszechnie stosowane detektory z tellurku kadmowo-rtęciowego nie mogły znajdować powszechnych zastosowań cywilnych, głównie znajdowały zastosowania militarne. Planujemy wprowadzenie tych przyrządów pod koniec przyszłego roku – twierdzi kpt. Małgorzata Kopytko.

Według raportu Markets & Markets pt. „Flame Detectors Market – Global Forecast to 2020” w 2020 roku wartość światowego rynku czujników płomienia ma sięgnąć 3,2 mld dol., a średnioroczny wzrost w ciągu najbliższych trzech lat będzie wynosił na tym rynku 6 proc.

Energetyka w Polsce zmierza w inną stronę niż w Europie. Wspólnym trendem jest elektromobilność

Energetyka w Polsce zmierza w inną stronę niż w Europie. Wspólnym trendem jest elektromobilność 13

Polska energetyka – oparta głównie na węglu – stoi przed nieco innymi wyzwaniami niż reszta świata, która powoli przechodzi od paliw kopalnych w stronę odnawialnych źródeł. Coraz surowsze wymogi klimatyczne i rosnące zapotrzebowanie na energię powodują jednak, że i polskie spółki nie uciekną od rozwijania innowacji, tworzenia nowych rozwiązań i usług. Wspólnym elementem dla polskiej i europejskiej energetyki są deklaracje dotyczące rozwoju elektromobilności. To element obecny też w polityce innowacyjnej dużych, europejskich koncernów. 

– Polski sektor energetyczny w swoich staraniach o tworzenie innowacyjnych rozwiązań koncentruje się na tych wyzwaniach, które są mu najbliższe. Jest więc kwestia obniżenia kosztów wytwarzania energii w źródłach konwencjonalnych, optymalizacji pracy tych źródeł oraz zbudowania warunków dla ich współpracy z odnawialną energetyką. Są też kwestie związane z budowaniem wartości dla klienta końcowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Lewenstein, innovation oficer w InnoEnergy.

Coraz surowsze wymogi klimatyczne i przepisy dotyczące ograniczenia emisji dwutlenku węgla, rozwój OZE i rosnące zapotrzebowanie na energię wymuszają na branży energetycznej zwrot ku innowacjom i nowym technologiom. Dlatego największe polskie spółki z sektora powołały już osobne podmioty, których celem jest rozwijanie innowacji i współpracy ze start-upami, i zmieniają swoje strategie biznesowe. Nowe rozwiązania są im potrzebne w całym łańcuchu wartości: od wytwarzania energii po obsługę klienta końcowego.

 Coraz większa konkurencja na rynku energii sprawia, że wytwórcy i sprzedawcy energii muszą walczyć o klienta nowymi usługami, dzięki którym klient pozostanie przy danym sprzedawcy albo  przejdzie do niego, zmieniając dotychczasową firmę. To są rozwiązania, na których koncentruje się obecnie polska energetyka w wymiarze sprzedażowym. Dochodzą do tego kwestie związane z innowacjami w ciepłownictwie, bo korzystanie z ciepła sieciowego jest w Polsce jest bardzo istotne, oraz wymogi związane z ochroną środowiska. Kwestie związane z jakością powietrza to ostatnio bardzo istotnym problemem, na który energetycy zwracają uwagę – mówi Marcin Lewenstein.

Ekspert InnoEnergy ocenia, że globalne wyzwania energetyczne różnią się nieco od tych, przed którymi stoi branża w Polsce. Wiąże się to z faktem, że polska energetyka jest w dużym stopniu oparta na węglu, podczas gdy globalnym trendem jest odchodzenie od paliw kopalnych.

Globalne megatrendy, które najbardziej wpływają teraz na sektor energetyczny, to dekarbonizacja, szeroko pojęta ochrona środowiska i rozwój odnawialnych źródeł energii, które coraz mocniej wchodzą na rynek – wylicza Marcin Lewenstein.

Odchodzenie od energetyki opartej na węglu to globalny i coraz bardziej zauważalny trend. Powodem jest społeczna presja na ograniczenie niekorzystnego wpływu energetyki na klimat i środowisko, coraz większa opłacalność korzystania z innych źródeł energii, w tym OZE.

Z informacji Głównego Instytutu Górnictwa wynika, że światowe rezerwy bilansowe węgla wynoszą obecnie ok. 860 mld ton, jednak ze względu na miejsce i głębokość występowania prawie 95 proc. wszystkich znanych zasobów znajduje się obecnie poza zasięgiem górnictwa konwencjonalnego.

Światowe wydobycie węgla kamiennego ustabilizowało się kilka lat temu na poziomie przekraczającym 7 mld ton rocznie. W 2015 roku produkcja wyniosła ok. 7,7 mld ton (z czego ok. 5,8 mld ton to węgiel energetyczny, a ok. 1,9 mld ton to węgiel koksowy).

Ostatnie dane Światowego Przeglądu Energetycznego, publikowane cyklicznie przez koncern BP (Statistical Review of World Energy June 2017), pokazują, że w 2016 roku wydobycie węgla odnotowało rekordowy spadek w wysokości 6,2 proc. (rok wcześniej spadło po raz pierwszy w tym stuleciu). Chiny, największy producent, odnotowały spadek o 7,9 proc., natomiast w USA produkcja spadła o 19 proc. Rok 2016 był trzecim z rzędu, w którym światowe wydobycie węgla spadało. Podobnie jak zapotrzebowanie na ten surowiec. Jeszcze w latach 2005–2015 zapotrzebowanie rosło w tempie ok. 2 proc. rocznie. Natomiast dane za 2016 rok pokazują, że zużycie węgla spadło niemal wszędzie (za wyjątkiem Afryki). Najbardziej w Wielkiej Brytanii, gdzie popyt na węgiel był niższy o ponad połowę. Nawet Chiny, które spalają najwięcej węgla, odnotowały w tym zakresie spadek o 1,6 proc.

– Jeśli skonfrontujemy to z polskim rynkiem, to nasze uzależnienie od węgla – zarówno kamiennego, jak i brunatnego – oraz fakt, że w Polsce bardzo duże ilości energii są wytwarzane właśnie z tego paliwa, trochę zmienią optykę. Polska do tej pory mniej stawiała na odnawialne źródła energii, bardziej koncentrując się na optymalizacji źródeł wytwórczych konwencjonalnych, na optymalizacji pracy sieci elektroenergetycznej oraz na ciepłownictwie – wskazuje Marcin Lewenstein.

Według danych GUS w 2016 roku w Polsce łączne wydobycie węgla kamiennego sięgnęło prawie 70,6 mln ton (wobec 72,2 mln ton w roku 2015), natomiast węgla brunatnego – 60,1 mln ton (wobec 63,1 rok wcześniej). Polska plasuje się w pierwszej dziesiątce producentów węgla na świecie, a krajowe zasoby węgla kamiennego szacuje się na blisko 70 mld ton (z których ok. 52 mld ton to zasoby bilansowe).

W Polsce produkcja energii elektrycznej z węgla przekracza 80 proc. produkcji energii elektrycznej ogółem. W ocenie Ministerstwa Energii polska energetyka, choć oparta na węglu, nie ucieknie od innowacji. W maju resort opublikował dokument programowy, w którym wskazał cztery główne filary innowacyjności polskiego sektora energetycznego („Innowacje dla energetyki: kierunki rozwoju innowacji energetycznych”). Pierwszym jest szeroko pojęta digitalizacja i cyfryzacja.

– Drugi filar jest związany z konwencjonalnymi źródłami energii. Są to szeroko pojęte aspekty wykorzystania węgla w energetyce, na przykład poprzez zgazowanie i poligenerację. Pojawia się też kwestia wychwytywania i ponownego użycia dwutlenku węgla, czyli carbon capture and utilization. W trzecim filarze pojawia się elektromobilność i circular economy [gospodarka w obiegu zamkniętym – red.] i to są aspekty, w których polska myśl innowacyjna może rozwinąć skrzydła – wskazuje Marcin Lewenstein.

Czwarty filar to wszystko, co wiąże się ze smart city, czyli technologie związane z efektywnością zużycia energii w budynkach, kogeneracji, wykorzystania chłodu i ciepła oraz zarządzanie energią w miastach.

Ekspert InnoEnergy wskazuje, że na rynkach europejskich jest z kolei większe zainteresowanie fotowoltaiką, szeroko pojętą energetyką wiatrową oraz rozwiązaniami prosumenckimi – zarówno w wymiarze wytwarzania energii przez dotychczasowego odbiorcę końcowego (który staje się producentem), jak i w wymiarze magazynowania energii już po stronie klienta.

– Na Zachodzie częściej niż w Polsce innowatorzy patrzą też na kierunki związane z magazynowaniem energii w bardzo różnych technologiach, począwszy od klasycznych baterii litowo-jonowych, przez baterie przepływowe, aż po technologię power-to-gas. Z polskiej perspektywy w globalny megatrend najlepiej wpisuje się rządowa deklaracja o rozwoju elektromobilności. To element obecny też w polityce innowacyjnej, w programach działań badawczo-rozwojowych i wdrożeniowych dużych firm europejskich – wskazuje Marcin Lewenstein.

Barometr Flotowy 2017

Rosną ceny żywności. Święta Bożego Narodzenia będą nas słono kosztowały