W 2021 roku wartość rynku kosmetyków w Polsce ma wynieść 20 mld zł

Ostatnie lata to intensywny czas rozwoju branży kosmetycznej w Polsce. Wielkie koncerny międzynarodowe konkurują z licznymi małymi polskimi manufakturami. Ile jest wart rynek kosmetyków w Polsce? Z wyliczeń firmy doradczej Deloitte wynika, że jego wartość w 2016 roku wyniosła 16 mld zł, a dzięki działalności przemysłu kosmetycznego polska gospodarka wytworzyła ponad 7 mld zł wartości dodanej, zapewniając miejsca pracy 43 tysiącom osób.

Z „Raportu o stanie branży kosmetycznej w Polsce 2017. 15 lat rozwoju” wydanego z okazji 15–lecia Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego (którego współautorem części jest Deloitte) wynika, że na polskim rynku kosmetyków działa około 400 podmiotów. Są to firmy międzynarodowe, duzi polscy gracze oraz średnie, małe i mikroprzedsiębiorstwa. Taka struktura zapewnia niezbędną różnorodność branży i stanowi o jej silnych podstawach.

Polska szóstym rynkiem kosmetyków w Europie

Wartość polskiego rynku kosmetycznego w 2016 roku wyniosła 16 mld zł, podczas gdy w 2002 roku było to 9 mld zł. Polski rynek osiągnął taki poziom dzięki stałemu rozwojowi w ciągu ostatnich piętnastu lat. Realny skumulowany wzrost rynku w tym okresie to 32 proc., czyli średnio 2 proc. rocznie. Natomiast nominalny skumulowany wzrost rynku wyniósł aż 78 proc. Skok branży jest imponujący, szczególnie w porównaniu z sytuacją w innych państwach europejskich. Polska jest szóstym rynkiem kosmetyków w Europie i rośnie najszybciej. To tym bardziej istotne, że inne duże rynki jak np. francuski i włoski nie tylko nie odnotowały wzrostów, ale wręcz się skurczyły (odpowiednio o 0,19 proc. i 1,09 proc.). To wszystko powoduje, że prognozowana wartość rynku kosmetycznego w Polsce w 2021 roku wyniosła 20 mld zł. – W najbliższych latach polska gospodarka powinna nadal się rozwijać, a wraz z nią branża kosmetyczna. Równocześnie rosła będzie zamożność społeczeństwa, co w konsekwencji oznacza wzrost popytu na kosmetyki. Zmieniać się będzie jednak struktura tego popytu. Wzrośnie sprzedaż droższych wyrobów. Z kolei konsekwencją zachodzących w Polsce zmian demograficznych będzie wzrost zapotrzebowania na produkty przeznaczone dla osób starszych – mówi Julia Patorska, Starszy Menedżer w Dziale Sustainability Consulting Deloitte, Ekonomistka w Deloitte.

Ponad 7 mld zł wartości dodanej

Bezpośrednie zatrudnienie w przemyśle kosmetycznym w Polsce wyniosło w 2016 roku 16,5 tys. osób.

Przemysł ten przyczynia się do generowania bezpośrednio około 3,02 mld zł wartości dodanej w ujęciu rocznym. Na skutek zakupów dokonywanych w Polsce przez przemysł kosmetyczny wzrasta wartość dodana w innych gałęziach gospodarki (efekt pośredni). Jego wysokość w 2016 roku wyniosła 2,18 mld zł. Działalność przemysłu kosmetycznego wpływa także na wzrost dochodów w gospodarce, co również kreuje wartość dodaną (poprzez zwiększony popyt konsumentów końcowych). Efekt ten wyniósł w 2016 roku 1,88 mld zł. Łączne efekty wytworzone w polskiej gospodarce dzięki działalności przemysłu kosmetycznego wyniosły 7,08 mld zł wartości dodanej, zapewniając miejsca pracy dla 43 tys. osób. Oznacza to, że złotówka wartości dodanej wytworzonej bezpośrednio w przemyśle kosmetycznym generuje łącznie 2,34 zł wartości dodanej w całej gospodarce. Im większy udział wartości dodanej w produkcie finalnym sektora, tym większy jej twórczy wkład w proces produkcyjny i udział w wytwarzaniu PKB.

Polskie kosmetyki w Wietnamie, Kuwejcie i Korei Południowej

Według danych GUS z 2016 roku, kosmetyki z Polski są eksportowane do ponad 160 krajów, w tym do tak odległych jak Meksyk, Indonezja czy Australia. Zdecydowanie najważniejszy dla krajowych firm jest jednak rynek wewnętrzny Unii Europejskiej. W latach 2004-2016 dodatni bilans Polski w handlu kosmetykami w Unii wzrósł prawie dziewięciokrotnie – z 231 mln zł do 2,04 mld zł. Głównymi kierunkami eksportowymi kosmetyków z Polski są dzisiaj Niemcy, Wielka Brytania i Rosja. W 2016 roku eksport do tych krajów wyniósł odpowiednio 1,77 mld zł, 1,59 mld zł i 1,38 mld zł. – Firmy z Polski są w stanie powiększać sprzedaż w Unii Europejskiej, co jest mierzalnym przejawem coraz większej atrakcyjności polskich kosmetyków w oczach wymagających europejskich konsumentów. Przesunięcie akcentów w eksporcie ze Wschodu na Zachód, z krajów takich, jak Rosja czy Ukraina w stronę rozwiniętych państw Europy Zachodniej, świadczy o tym, że polski przemysł kosmetyczny szybko się uczy. Rodzime firmy są w stanie oferować konkurencyjne produkty nie tylko na stosunkowo łatwych rynkach, ale też tam, gdzie konkurencja jest niezwykle zacięta – mówi Joanna Popławska, Prezes Zarządu Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego.

Polski przemysł kosmetyczny stoi obecnie przed szansą dalszej, globalnej ekspansji. Szczególnie obiecujące są rynki krajów Bliskiego Wschodu i państw azjatyckich. Jeśli chodzi o liczbę certyfikatów eksportowych umożliwiających wejście na nowy rynek, wystawianych przez Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego, w 2016 roku pierwszą dziesiątkę otwierały dwa kraje azjatyckie Wietnam i Korea Południowa. Na tej liście znalazły się również Kuwejt, Maroko czy Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Kiedyś niskie koszty pracy, teraz jakość i innowacyjność

Co decyduje o przewadze przemysłu kosmetycznego w Polsce nad innymi europejskimi rynkami? Przez ostatnie lata były to niskie koszty pracy. Według danych Eurostatu całkowite koszty pracy wśród państw członkowskich Unii są niższe jedynie w pięciu państwach (na Węgrzech, Łotwie, Litwie, w Rumunii i Bułgarii). – Ze względu na postępujące procesy rozwojowe w Polsce i na świecie czynnik ten pomału traci na znaczeniu, jednak jego dominacja jest wciąż widoczna. Interesującą zmianą w tym aspekcie jest to, że inwestorzy zagraniczni poszukujący przewag konkurencyjnych coraz częściej zwracają uwagę na poziom wykształcenia kadr, a nie tylko ich niski koszt – wyjaśnia Julia Patorska.

W dłuższej perspektywie czasowej istotnymi czynnikami budującymi konkurencyjność są jakość i innowacyjność. Z tego powodu konieczna jest silniejsza stymulacja inwestycji w badania i rozwój, zarówno na poziomie rządowym, jak i bezpośrednio przez przedsiębiorstwa przemysłu kosmetycznego. Bez takiej zmiany akcentów branża nie tylko przestanie się rozwijać, ale w dłuższym okresie może zacząć się kurczyć, narażona na presję ze strony innych, opartych o niskie koszty rynków. Istotną barierą dla rozwoju innowacyjności w branży kosmetycznej, nie tylko w Polsce, są często zmieniające się przepisy i normy, które nakłada na rynek prawodawstwo unijne. Jedną z takich barier jest konieczność wycofywania z procesu produkcji kosmetyków sprawdzonych i przebadanych składników. W praktyce oznacza to, że firmy, zamiast inwestować zasoby w rozwój innowacyjnych produktów, poświęcają je na dostosowanie się do dynamicznych zmian legislacyjnych. Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego szacuje, że działania tego typu absorbują nawet do 60 proc. nakładów firm na działy B+R.

Zmienne prawo – wyzwania regulacyjne

„Raport o stanie branży kosmetycznej w Polsce 2017” identyfikuje również najważniejsze zmiany legislacyjne, które przez ostatnie 15 lat wpłynęły na obraz sektora w Polsce. Na liście tej znalazły się takie regulacje jak: zniesienie akcyzy na kosmetyki, wejście w życie Rozporządzenia kosmetycznego, czy walka o możliwość sprzedaży kosmetyków w aptekach. Każda z nich wywarła lub mogła potencjalnie wywrzeć ogromny wpływ na wyniki finansowe przedsiębiorców tego sektora.

Raport identyfikuje również te wyzwania, które w najbliższym czasie będą decydowały o kształcie legislacji branżowej. Producenci borykają się z problemem z kurczącego się portfolio substancji, a w szczególności konserwantów. Daje się również zaobserwować coraz większy wpływ regulacji środowiskowych na prawo kosmetyczne.

TRENDY

O jakości prowadzonego biznesu oraz o jego sukcesie w przyszłości ewidentnie decyduje możliwość adaptacji do zmieniającego się otoczenia, w tym do aktualnych trendów na rynku. Trendom właśnie poświęcona jest trzecia część Raportu. Zdaniem autorów najważniejsze są zmiany generowane przez dostępność do nowych, cyfrowych technologii. Czy to poprzez zmianę sposobu dystrybucji czy też dotarcie do klienta z informacją – e-commerce, ale również związane z dostępem do nowych urządzeń, gadżetów, które doskonale uzupełniają doświadczenia związane z użytkowaniem danego produktu. Istotne dla branży będzie również nadążenie za trendem, który w szerokim horyzoncie zmienia postrzeganie pojęcia „zdrowia”. Obecnie to już nie tylko „brak choroby”, ale wiąże się z tym terminem szeroko pojęty „well being”, dobre samopoczucie fizyczne i psychiczne. Jest to na pewno obszar do zagospodarowania przez branżę kosmetyczną, która do tej pory nie była definiowana w tych kategoriach.

Carrefour Polska wdraża na swojej stronie internetowej koncept Marketplace

Rekordowy wzrost kursu dolara

Zeszłotygodniowy wzrost wartości amerykańskiego dolara (o 1,3%) był najwyższym tygodniowym wzrostem w całym roku. Złożyło się na to kilka przyczyn. Po pierwsze, powoli materializują się ogłoszone przez prezydenta Donalda Trumpa obniżki podatków. Po drugie, USA zanotowały wyższy niż oczekiwano wzrost PKB za III kwartał br. Wyniósł on 3%, podczas gdy analitycy liczyli na 2,5-2,7%. Po trzecie, czwartkowa decyzja EBC, przedłużająca skup aktywów, osłabiła euro. Po czwarte, prezydent Trump ogłosił, że w tym tygodniu przedstawi kandydata na stanowisko szefa Fedu. Prawdopodobnie będzie to Jerome Powell, który jest członkiem zarządu Rezerwy Federalnej. Po piąte, Bank Rosji obciął podstawową stopę procentową o 25 pkt. bazowych, co osłabiło rosyjskiego rubla.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do brytyjskiego funta (-0,02%), a zyskuje do euro (+0,03%), dolara kanadyjskiego (+0,21%), dolara australijskiego (+0,19%) oraz japońskiego jena (+0,03%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,161, GBP/USD – 1,313, USD/CAD – 1,283, AUD/USD – 0,767 i USD/JPY – 113,7. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,01%) i kurs EUR/JPY wynosi 132, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,884. W porównaniu z sytuacją sprzed weekendu złotówka zyskuje do euro i pozostaje na tym samym poziomie do innych walut światowych. W poniedziałek rano dolar kosztuje 3,66 zł, euro – 4,24 zł, funt – 4,8 zł, a frank szwajcarski – 3,66 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach przewaga koloru zielonego. W piątek londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,25%, frankfurcki indeks DAX – 0,64%, a paryski indeks CAC 40 – 0,71%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 podniósł się o 0,81%, meksykański indeks Bolsa – o 0,45%, a brazylijski Bovespa – o 0,1%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei zyskał o 0,01%, chiński indeks Shanghai Composite spadł o 0,77%, a hongkoński indeks Hang Seng obniżył się o 0,21%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej nadal rosną. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 60,44 USD (+1,89%), a ropy WTI – 53,9 USD (+2,34%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 61 USD. Także cena złota kontynuuje wzrosty. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1269 USD. To 3 USD więcej (+0,24%) niż przed weekendem.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

0:50 – Japonia – Sprzedaż detaliczna (r/r), wrzesień – 2,2% (prognoza 2,5%)

8:00 – Niemcy – Sprzedaż detaliczna (r/r), wrzesień – 4,1% (prognoza 3%)

9:00 – Szwajcaria – Indeks instytutu KOF, październik – 109,1 pkt. (prognoza 106,6 pkt.)

11:00 – Strefa euro – Koniunktura gospodarcza, październik

13:30 – USA – Dochody Amerykanów (m/m), wrzesień (prognoza 0,4%)

13:30 – USA – Wydatki Amerykanów (m/m), wrzesień (prognoza 0,8%)

14:00 – Niemcy – Inflacja CPI (r/r), październik (prognoza 1,7%)

15:30 – USA – Indeks Dallas Fed dla przemysłu, październik

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Chińskie obligacje. Katalonia bez autonomii

Od roku inwestorzy wyraźnie uciekają z chińskich papierów dłużnych. Katalonia po ogłoszeniu niepodległości utraciła decyzją rządu w Madrycie autonomię. Kierunki zmian w OFE w przyszłym roku.

Chiny coraz bardziej ryzykowne

Rynki w państwie środka właśnie odbijają sobie spokój z momentu XIX zjazdu Komunistycznej Partii Chin. Zdaniem wielu analityków podczas samych obrad sterowanie rynkiem wyraźnie wzrosło. Celem tych działań miało być zapewnienie spokojnego przebiegu zjazdu. Co zatem było tłumione? Wciąż trwa przecena chińskich obligacji. Ruch ten rozpoczął się w czwartym kwartale 2016 roku. Od tego czasu rentowność 10 letnich papierów wzrosła z 2,66% do 3,90%. Oznacza to, że Chiny muszą płacić prawie 50% więcej odsetek od zadłużania się. Warto zwrócić uwagę, że ostatni szczyt był w okolicach 4,6% zatem jesteśmy dość niedaleko od tych poziomów. Co powoduje ten ruch? Inwestorzy widzą obligacje chińskie w obliczu rosnących baniek spekulacyjnych jako mało pewne źródło trzymania pieniędzy. W rezultacie by ktoś był zainteresowany nabyciem cena musi odpowiednio wzrosnąć. Jeżeli zaufanie do długotrwałej polityki gospodarczej Chin wzrośnie powinniśmy oglądać powrót do poprzednich poziomów.

Zamieszania w Hiszpanii ciąg dalszy

Władze w Madrycie uchyliły autonomię Katalonii. Jest to odpowiedź na próby ogłoszenia przez ten region niepodległości. Co realnie to oznacza? Nie ma już rządu tej prowincji. Wszystkie funkcje przejmuje rząd w Madrycie. Bezpośrednio zajmować się prowincją będzie wicepremier i to na jego barkach jest teraz stabilizacja sytuacji w regionie. Ostatnie spadki euro względem dolara, do dawno niewidzianych okolic 1,16 były spowodowane nie tylko wypowiedziami Mario Draghiego ale również niepewnością co do dalszych wydarzeń na Półwyspie Iberyjskim.

Zmiany w OFE dopiero w 2018

Wedle informacji z Ministerstwa Finansów decyzja co do zmian w OFE ma zapaść w ciągu kilku miesięcy. Oznacza to, że w tym roku już jej nie zobaczymy. Przy tak dużej zmianie konieczne są dalsze konsultacje. Dodatkowo zdaniem niektórych obserwatorów w rządzie zgoda jest tylko co do likwidacji OFE. Nie ma natomiast zgody co do tego jak i gdzie lepiej ulokować te środki. Jeżeli ta informacja okaże się prawdą może nas czekać wesoła licytacja pomysłów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:30 – USA – dochody i wydatki amerykanów,
  • 14:00 – Niemcy – inflacja konsumencka.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

W tym tygodniu w centrum uwagi posiedzenie Fed

Ostatni tydzień przyniósł wyraźny spadek rentowności na krótkim końcu krzywej i jednocześnie wzrost na długim. Solidne dane z USA umacniają zaufanie rynku finansowego do dalszych podwyżek stóp procentowych przez Fed osłabiając euro i złotego.

Rynek stopy procentowej

Na rynku stopy procentowej ostatni tydzień przyniósł wyraźny spadek rentowności na krótkim końcu krzywej i jednocześnie wzrost na długim. W efekcie doszło do silnego wystromienia się krzywej dochodowości – spread 2Y10Y wzrósł w okolice 185 pb. W kierunku wzrostu rentowności długoterminowych obligacji oddziaływały przede wszystkim obawy przed podwyżkami stóp procentowych w USA, które krótkoterminowo zneutralizowało posiedzenie EBC.

Bardzo ciekawe zmiany obserwujemy natomiast na krótkim końcu krzywej. Teoretycznie napływające w ostatnich dniach wypowiedzi przedstawicieli RPP powinny osłabiać notowania rynkowe powodując wzrost rentowności, tym bardziej, że papiery wydają się być przewartościowane. Tak dzieje się, ale tylko na rynku instrumentów pochodnych, które zaczęły w pełni wyceniać podwyżkę stóp procentowych o 25 pb. w IV kw. 2018 r. Dla odmiany na rynku obligacji skarbowych tego negatywnego wpływu nie widać. Ostatnio doszło nawet do spadku rentowności krótkoterminowych papierów, a na aukcji odnotowany został stosunkowo wysoki popyt na papiery nowej serii OK0720. Ten interesujący brak korelacji pomiędzy rynkiem instrumentów pochodnych a papierów skarbowych wynika głównie z faktu silnego ograniczenia przez MF wartości podaży na rynku pierwotnym, a także jednoczesnego napływu kapitału z tytułu wykupu obligacji. W efekcie ASW w sektorze 2Y zbliżył się już w okolice minus 45 pb., podczas gdy w I połowie 2017 r. spread kształtował się w wąskim przedziale pomiędzy 0 a 15 pb. To właśnie od początku II połowy roku z jednej strony Ministerstwo Finansów ograniczyło podaż papierów skarbowych (m.in. w lipcu przetargi nie odbyły się), a dodatkowo na rynek napłynął nowy kapitał z tytułu wykupu zapadających kolejnych serii obligacji. W związku z preferencją papierów o krótkich terminach wykupu większa część popytu skupiła się właśnie w sektorze 1Y i 2Y.

Biorąc to pod uwagę spodziewać się można, że w najbliższych dniach lokalne dane makroekonomiczne zejdą na dalszy plan (flash CPI i PMI dla Polski). Najciekawszym wydarzeniem tygodnia w tym kontekście może okazać się w kraju publikacja harmonogramu aukcji obligacji skarbowych (na koniec miesiąca). Wydaje się, że komunikat Ministerstwa Finansów powinien wspierać rynek długu podtrzymując dotychczasowy trend i mocne wyceny. Spodziewać się można, że MF zdecyduje się na ograniczenie wartości oferty w relacji do października, kiedy to uplasowane zostały papiery o łącznej wartości 14,8 mld PLN. Może to się stać już w listopadzie (w bazowym scenariuszu spodziewać się można podaży na poziomie 8 mld PLN), albo później MF może odwołać aukcję planowaną w grudniu. Oczekiwania na potencjalne ograniczenie podaży wynika z faktu zbudowania wysokiej nadwyżki płynności przez MF, która po uwzględnieniu już wykupionych papierów zapadających w 2018 r. zapewnia finansowanie prawie połowy potrzeb pożyczkowych w 2018 r. Przy tak dużej ilości środków na rachunku MF, a także mając na uwadze kontynuację poprawy ściągalności podatków i korzystne uwarunkowania makroekonomiczne można spodziewać się, że deficyt budżetu państwa w kolejnych miesiącach będzie w dalszym ciągu zaskakiwać niższym wynikiem od wartości planowanych, a to sugeruje ograniczenie potrzeb pożyczkowych.

W tym tygodniu w centrum uwagi posiedzenie Fed

Autor: Mirosław Budzicki, PKO Bank Polski

Rynek walutowy

Po weekendzie niewielkie zmiany, po tym jak w oczekiwaniu na publikację PKB z USA piątkowy handel na rynku walutowym przyniósł wyhamowanie osłabienia złotego (po otwarciu dnia EURPLN uderzył jeszcze w 4,26) i umocnienia dolara.

Opublikowane dane okazały się zaskakująco solidne umożliwiając Fed podjęcie decyzji o trzeciej w tym roku podwyżce stóp procentowych. Wg wstępnych szacunków w 3Q17 PKB największej gospodarki świata wzrosło o 3,0%, podczas gdy rynek oczekiwał 2,5%. W tym tygodniu zaplanowane posiedzenie decyzyjne ma FOMC. O ile stopy nie zostaną z pewnością podniesione (takiej decyzji oczekuje się w grudniu), to jednak wydźwięk posiedzenia powinien być wyraźnie jastrzębi mając (obok PKB) dodatkowo na uwadze inne solidne dane z USA, w tym zamówienia na dobra trwałe, PMI, czy też wskaźniki nastrojów konsumentów, które pokazały odporność amerykańskiej gospodarki na sierpniowo-wrześniowe huragany. W piątek, po publikacji danych kurs EURUSD spadł poniżej 1,16. Prawdopodobnie do 3 listopada (przed wizytą w Azji) D. Trump poda nazwisko nowego prezesa Fed. Jeśli byłby to John Taylor, dolar dostałby kolejny silny impuls do wzrostu, jest to bowiem kandydat o mocno jastrzębich poglądach. Jeśli byłby to Powell, to i tak, czy inaczej perspektywy dla dolara rysują się pozytywnie, gdyż obydwaj kandydaci mają bardziej jastrzębie poglądy na temat polityki pieniężnej niż J. Yellen.

Wracając na rynek krajowy i biorąc pod uwagę cały październik, warto odnotować wyraźne umocnienie złotego. Tydzień temu w następstwie publikacji serii solidnych danych za wrzesień potwierdzających rosnącą aktywność gospodarczą Polski kurs EURPLN spadł do 4,22 poziomu najniższego od lipca br. Wrześniowe wyniki, które potwierdzały utrzymującą się w gospodarce presję płacową sprzyjały jastrzębim wypowiedziom członków RPP sugerującym, że podwyżka stóp NBP może nastąpić szybciej niż zakłada prezes Adam Glapiński. Jednakże już kolejne dni cechowała wyraźna wyprzedaż naszej waluty skutkując w piątek testem oporu na poziomie 4,26. Czynniki lokalne zostały bowiem przyćmione doniesieniami z szerokiego rynku, wyraźnie wspierającymi dolara. Biorąc pod uwagę ostatnie spekulacje rynek krajowy zaczyna nastawiać się na jastrzębiego prezesa amerykańskiej Rezerwy Federalnej, który zastąpi obecnie pełniącą tę funkcję Janet Yellen, co oznaczać będzie możliwe kolejne podwyżki stóp w 2018 roku. Tymczasem EBC, po zakończonym w czwartek posiedzeniu, dał się odczuć jako nadal gołębi, któremu nie spieszy się do szybkiego zamknięcia programu wsparcia. O ile same założenia dot. programu QE nie były zaskoczeniem dla rynku (wydłużeniu programu skupu aktywów do września 2018 przy ograniczeniu miesięcznej skali skupu do 30 mld EUR z początkiem przyszłego roku), to już wyważone słowa M. Draghiego podczas konferencji prasowej (kiedy to używał zwrotów „rekalibracja” QE zamiast „ograniczenie” lub „redukcja” QE), czy wielokrotne podkreślanie, że program nie ma określonej daty zakończenia, zostały odebrane jako zapowiedź utrzymania wyraźnie gołębiej retoryki EBC jeszcze długo w 2018 roku (biorąc dodatkowo pod uwagę, że prognoza HICP EBC na rok 2018 pozostaje na poziomie 1,3%). Jako ciekawostkę, warto wspomnieć, że czwartkowa decyzja EBC o przedłużeniu programu zakupu aktywów przy ograniczeniu jego skali nie była jednak jednomyślna, ale podjęto ją „w dobrej atmosferze”. Ponieważ gospodarki CE3 (Polska, Węgry, Czechy) są silnie związane z europejskim, negatywne nastroje w strefie euro powinny przekładać się na zachowanie inwestorów na rynkach wschodzących, m.in. osłabiając ich waluty. W tym tygodniu kurs EURPLN powinien zmierzać w kierunku 4,27 zaś USDPLN do 3,70 przy EURUSD kończącym tydzień w okolicach 1,15.

W tym tygodniu w centrum uwagi posiedzenie Fed 2

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Przywództwo włączające. Nowy model przywództwa wnosi nową jakość do biznesu

Różnorodność jest atrybutem współczesnego świata. Żyjemy w coraz bardziej złożonej, błyskawicznie zmieniającej się rzeczywistości, w której trudno przewidzieć nawet bliską przyszłość. Ta różnorodność, przejawiająca się w zderzeniu różnych kultur i talentów, może stać się największym atutem każdej firmy. Ale tylko wtedy, gdy pracownicy i liderzy wspólnie wdrożą odpowiednie działania jednoczące zespół, poprawiające wydajność, usprawniające rozwiązywanie problemów i podnoszące poziom umiejętności przywódczych.

Jak często jednak zastanawiamy się nad naszym modelem przywództwa? Nad naszymi priorytetami? Chcemy znaleźć w sobie wewnętrzną siłę, więc szukamy jej we wszystkich dziedzinach życia. Dlaczego jednak lekceważymy ją w biznesie, gdzie przecież także nastąpiło przewartościowanie z modelu autorytarnych decyzji na rzecz emocji, autorefleksji i przemyśleń?

Zachowanie menadżerów ma duży wpływ, zarówno negatywny jak i pozytywny, na efektywność pracowników i różnorodnych zespołów wewnątrz organizacji oraz na zaangażowanie udziałowców. Dlatego współcześni liderzy zmieniają styl narracji, kierując organizacją poprzez zadawanie pytań, otwierając się na wyzwania i demonstrując pokorę i samoświadomość, które są atrybutami prawdziwego przywódcy.

Od ich mentalności i umiejętności przywódczych zależy, czy uda im się stworzyć spokojne i inspirujące miejsce pracy, gdzie ludzie poczują się swobodnie i staną się harmonijnym, zrównoważonym zespołem. W takim bezpiecznym środowisku łatwiej jest wyjść poza strefę komfortu i otworzyć się na nowe podejście, czy to do rozwiązywania problemów, czy do konfliktów w zespole, czy do zakwestionowania przedstawionej oferty. Jednym słowem, ten rodzaj przywództwa stanowi nową przewagę konkurencyjną, zwiększając kreatywność, innowacyjność i rynkową wartość firmy.

Wspólnie, a nie odgórnie

Naukowcy udowodnili, że podejmując decyzje ekonomiczne kierujemy się nie tylko chęcią zaspokojenia własnych potrzeb, ale dążeniem do sprawiedliwości i wzajemności. To oznacza, że większość ludzi myśli i działa w kategoriach „my” a nie „ja”, ponieważ daje nam to poczucie komfortu i przynależności. Dzisiejszy homo economicus nie kieruje się wyłącznie racjonalnymi przesłankami. Uczciwość, zaufanie, akceptacja obowiązujących zasad, chęć do wspólnego działania to część naszego biologicznego bagażu, naszego jestestwa.

Tak w skrócie można by podsumować nową koncepcję przywództwa. Tradycyjny model, bazujący na unifikacji potrzeb pracowników i dążeniu do krótkoterminowej maksymalizacji zysku staje się coraz bardziej wątpliwy i coraz słabiej sprawdza się w dynamice każdej globalnej firmy. Współczesny biznes wymaga przemyślenia na nowo modelu zarządzania, bo generuje bardziej złożone problemy.

Rozwój elastyczności kulturowej zaczyna się otwartością na zmiany, i prowadzi do pogłębienia samoświadomości, wiedzy i umiejętności. Ten proces wymaga wiele odwagi, empatii i otwarcia na innych i samych siebie. Kiedyś, gdy używałem określenia „wewnętrzna elastyczność” w stosunku do menadżerów i prezesów, odpowiadali, że liczą się twarde fakty. Ale współczesny świat coraz wyżej ceni „miękkie” umiejętności, bo okazuje się, że kierowanie się wartościami moralnymi przynosi wymierne rezultaty nie tylko dla jednostki, ale też dla całego społeczeństwa.

Z moich obserwacji wynika jednak, że tylko mniej niż połowa współczesnych prezesów i menadżerów spełnia te wymagania i może być uznana za prawdziwych przywódców. Dlatego też warto kwestionować narrację obecnego, tradycyjnego podejścia do przywództwa.

Przywódca włączający

Menadżerowie stają dziś przed zupełnie nowymi wyzwaniami i dlatego muszą nauczyć się inaczej pojmować i realizować swoją rolę. Między innymi muszą poluzować kontrolę i nauczyć się ufać sobie i innym, gdyż stary model zarządzania autorytarnego przestał się sprawdzać w świecie nieustannych zmian.

Współcześni liderzy codziennie wchodzą na nieznane terytoria, podejmują szybkie decyzje i mierzą się z nieoczekiwanymi sytuacjami. Większość z nich przyznaje, że czuje się przytłoczona tempem zmian i złożonością procesów, jakimi muszą zarządzać. Ciągły stres w jakim funkcjonują, powoduje wzmożony niepokój i spadek wydajności.

To prawda: świat staje się coraz bardziej skomplikowany. Ale model przywództwa  włączającego sprawdza się w tej niestabilnej rzeczywistości, bo jest oparty na niezmiennie aktualnych, ogólnoludzkich wartościach.

W epoce globalizacji przywódcy mają do spełnienia nową rolę. Aktywnie angażując się w działania zespołu i całej firmy, powinni skupiać się na wydobyciu maksymalnego potencjału ludzkiego, rozwijaniu indywidualnych możliwości i tworzeniu spokojnego, bezpiecznego i inspirującego miejsca pracy. Jak to osiągnąć? Przede wszystkim empatią. Ta cecha, zazwyczaj nie utożsamiana z pozycją lidera, jest kluczowym aspektem przywódcy włączającego.

Empatia jest źródłem tolerancji, akceptacji odmienności, umiejętności dostrzeżenia innego punktu widzenia. Empatyczny przywódca potrafi zbudować poczucie więzi i przynależności w nawet bardzo różnorodnym zespole. Dobrze zintegrowana grupa nie ma problemów z wzajemnym zrozumieniem i komunikacją, co jest podstawą udanej współpracy.

Ta równowaga bierze się z połączenia dwóch różnych aspektów przywództwa. Dobry menadżer widzi wartość w odmienności i wyjątkowości poszczególnych członków zespołu, wykorzystując ich unikalne zalety i nie pozwalając zginąć w tłumie indywidualnościom. Z drugiej strony zwraca uwagę na zaspokojenie jednej z najważniejszych ludzkich potrzeb – poczucia przynależności, więzi i akceptacji, budując zgrany i dobrze rozumiejący się team.

Nie kieruje on odgórnie homogenicznym zespołem, lecz współtworzy sukces firmy wspólnie z pracownikami, opierając się na wzajemnym szacunku, otwarciu na inne kultury, na pokorze i chęci współpracy. Zanim mu się to uda, musi jednak przepracować własne lęki i zahamowania. Jeśli nie będzie miał wystarczającej samoświadomości i wewnętrznej akceptacji, nie znajdzie w sobie odwagi, aby się zmienić, więc nie będzie w stanie inspirować do zmiany innych.

Dlaczego model wewnętrznego przywództwa jest skuteczny?

Wprowadzając ten model do firmy, realizujemy naturalną dla ludzi potrzebę współdziałania, dzielenia się wiedzą i umiejętnościami. To nic innego, jak powrót do instynktownych stadnych odruchów – ochrony innych, obrony przed nieznanym i wspólnego rozwiązywania problemów.

Z moich obserwacji wynika, że wdrożenie włączającego modelu przywództwa znacząco podnosi wydajność i produktywność pracowników, a przede wszystkim buduje lojalność wobec firmy. Lojalny pracownik ma większą motywację, wykazuje się zaangażowaniem i kreatywnością  i lepiej rozwiązuje problemy, ponieważ potrafi spojrzeć na nie z dystansu. Na czym polega  różnica? Często zderzając się z typowym problemem, takim jak redukcja kosztów czy konflikt w zespole, chcemy go natychmiast rozwiązać, ale nie uświadamiamy sobie, że nasz schematyczny sposób myślenia będzie nadal generował takie same problemy. Dopiero świeże spojrzenie, kierowanie się bardziej intuicją, niż rozumem, może pozwolić na zmianę podejścia i trwałe rozwiązanie.

Podsumowując, przywództwo włączające podkreśla konieczność zmiany sposobu myślenia, dzielenia się i współdziałania z innymi. W dzisiejszym świecie ważne okazuje się nie tylko co, ale dlaczego coś robimy. Firma, która ma tego świadomość i kieruje się nie tylko maksymalizacją zysków, staje się atrakcyjna dla dobrych pracowników.

Dlatego najskuteczniejsi okazują się ci liderzy, którzy w pełni rozwinęli swój potencjał dzięki wysokiej samoświadomości. Ta dogłębna wiedza na swój temat pomaga im nauczyć się, jak uczyć się w inny sposób, rozwijać siebie i innych i w konsekwencji staje się wyjątkową wartością dającą przewagę konkurencyjną dla każdej firmy.

Autor: Christian Kurmann

Fundusze konkurują z nieruchomościami

Od mniej więcej dwóch lat do miana najbardziej popularnej formy lokowania oszczędności pretenduje kupno nieruchomości. Media prześcigają się w informacjach na temat tego rynku i w szacowaniu jego wartości, oceniając że może on przyciągać co kwartał nawet 3-4 mld zł. Znacznie mniej mówi się za to o rynku funduszy inwestycyjnych, najczęściej koncentrując się przy tej okazji na utyskiwaniu nad mizernym zainteresowaniem akcjami.

Tymczasem, jak wynika z danych Analiz Online i Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami, w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy przewaga wpłat pochodzących od klientów detalicznych nad wypłatami sięgnęła aż 12 mld zł, co jest wynikiem najlepszym od 2007 r., czyli od czasów szczytu poprzedniej hossy. Wartość środków powierzonych przez klientów detalicznych funduszom przekroczyła 150 mld zł, co jest poziomem najwyższym w historii. Ze skłonnością do inwestowania na rynku finansowym nie jest więc wcale tak źle, jak mogłoby się wydawać. Faktem jest jednak, że posiadacze oszczędności w poszukiwaniu zysków koncentrują się na rozwiązaniach najbardziej bezpiecznych, unikając jednocześnie ryzyka. Z szacunków wynika, że ponad 7 mld zł w tym roku trafiło do funduszy gotówkowych i pieniężnych, a na drugim miejscu pod względem popularności znalazły się fundusze papierów dłużnych, w tym obligacji korporacyjnych. W samym trzecim kwartale do tej grupy funduszy trafiło ponad 1,5 mld zł.

Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że mimo iż do funduszy akcyjnych nowi inwestorzy rzeczywiście się nie garną, to jednak ci, którzy już się na nie zdecydowali, w większości trwają przy swoich decyzjach.

Michał Stanek, Dyrektor Zarządzający Q Value Sp. z o. o.

Autorytety zdrowotne 2017

Dla konsumentów nie ma obecnie liczących się lekarzy wśród liderów opinii. Trzy najczęściej wskazywani liderzy opinii w dziedzinie zdrowia, chorób i leków nie mają wykształcenia medycznego, są to: Anna Lewandowska, Ewa Chodakowska i Jerzy Zięba. Wśród licencjonowanych specjalistów autorytetem cieszą się lekarze rodzinni, ginekolodzy i pediatrzy.

medale-alfa

W ramach projektu „e-apteki 2017” przeprowadziliśmy badanie kwestionariuszowe na n=1035 internautach kupujących leki i suplementy diety w internecie i poprosiliśmy ich o wskazanie zdrowotnych autorytetów. Zrobiliśmy to w połowie października 2017, w samym środku strajku lekarzy.

Wśród autorytetów zdrowotnych króluje fitness i dieta. Tak samo, jak w zeszłym roku, najczęściej wskazywane są Anna LewandowskaEwa Chodakowska. To jedyne „liczące się” autorytety zdrowotne, bo wszystkie pozostałe wskazania są bardzo rozdrobnione. Na trzecim miejscu – tak samo jak w zeszłym roku – najczęściej wskazywany jest hipnoterapeuta Jerzy Zięba. Wśród specjalistów z bardziej instytucjonalnym wykształceniem w tym roku internauci najczęściej wskazywali dietetyków: Konrada Gacę (eksperta ds. leczenia otyłości, specjalistę żywieniowego), Annę Makowską (doktora nauk farmaceutycznych, pedagoga – specjalizującego się w dietetyce) i Dr Marka Szczyta – chirurga plastycznego.

Quanto-ganha-um-pediatra

Najczęściej wskazywanym typem autorytetów lekarzy są ginekolożki, lekarze rodzinni i pediatrzy – specjalizacje łączące się wokół szeroko rozumianej rodziny. Internauci kupujący leki i suplementy wskazują te osoby nie z imienia i nazwiska, a z nazwy blogów, takich jak: mamaginekolog.pl i mamalekarz.pl. Często wokół takich osób tworzą się większe społeczności i grupy zainteresowania, posiadające własny e-commerce i współpracujące z markami.

Starsi lekarze świadomie nie komunikują się w internecie. Wśród lekarzy specjalistów w Polsce widać bardzo mocny podział na specjalistów „starego” i „nowego” typu. Utytuowani lekarze po 35 roku życia prawie w ogóle nie mają profili na Facebooku i Twitterze związanych wprost imieniem i nazwiskiem. Tego typu osoby, jeżeli są obecne w internecie, to poprzez stronę internetową swoich prywatnych placówek i poprzez serwisy z rankingami lekarzy (te nie są zresztą powszechnie uzupełniane).

Świat lekarski jest „najbliżej” internautów poprzez fanpage bedacmlodymlekarzem i bedacmlodymfarmaceuta, konsylium24 i wydziallekarski. Osoby aktywne na tych fanpage to nie te same osoby, które są aktywne na fanpage dietetyki i trenerów fitness. Tam spotykają się młodsi przedstawiciele środowiska lekarskiego i osoby zainteresowane światem społeczno-politycznym.

blogi

Zaczyna się pojawiać fala młodych lekarzy specjalistów, świadomie korzystających z internetu jako środka dotarcia do swoich klientów. Przykładem jest dr Oskar Kaczmarek – ekspert ds. mikrobioty i probiotykoterapii, lekarz dentysta, prelegent na licznych szkoleniach dla lekarzy, dietetyków, trenerów personalnych i wszystkich zainteresowanych tematem mikrobiomu. Tego typu osoby budują obraz swojej eksperckości na wszystkich dostępnych kanałach social mediowych i działają na zasadach wszystkich pozostałych liderów opinii w internecie.

Co to znaczy dla marek producentów leków, suplementów i innych środków zdrowotnych?

Dieta i witaminy – to tematy związane ze zdrowym stylem życia. Ponieważ te tematy mają wysokie zasięgi (dla internautów są znacznie ciekawsze, niż problemy zdrowotne), to w związku z nimi marki powinny prowadzić działania zasięgowe.

Marki leków, chcąc efektywnie wykorzystywać digital, powinny wspomagać wzrost społeczności problemowych (macierzyństwo, ból itp.) i społeczności prowadzonych profesjonalnie bezpośrednio przez młodych lekarzy. Tego typu działania są raczej bardziej angażujące i zorientowane na tworzenie CRM zintegrowanych ze stronami marek, produktów i e-commerce.

Marki mogą uczyć się od lekarzy – analizować ich zachowanie w internecie i dowiadywać się, co i w jaki sposób przyciąga zainteresowane kategorie odbiorców. Młode pokolenie lekarzy, pielęgniarek i specjalistów urodziło się już w epoce internetu i naturalne jest dla nich komunikowanie się przez social media.

Powyższe obserwacje wynikają z raportu syndykatowego „e-apteki 2017” opisującego: e-apteki, kupujących, kanały reklamowe i sprzedażowe i potencjał analityczny aptek aktywnych w kanałach digitalowych. W jednym miejscu zebraliśmy dane z wielu źródeł – badania deklaratywne CAWI (realizacja: październik 2017, n=1035 kupujących leki i suplementy diety online), dane o ruchu na stronach WWW aptek, skan cen produktów, dane z social media, Google i Facebooka. W raporcie opisujemy m.in. bieżące trendy (dotychczasowe: naturalność, zioła itp.), nowe zjawiska (odrobaczanie) i „rock stars” – higienę intymną i środki na libido.

Albert Hupa
IRCenter

Upadłość dewelopera a sytuacja jego klientów

  • Klientów, którzy zdecydowali się na współpracę z deweloperem, przed skutkami jego upadłości chroni tzw. ustawa deweloperska.
  • Jej przepisy zakładają, że deweloper musi sporządzić prospekt informacyjny oraz założyć w banku rachunek powierniczy, w którym odnotowywane będą wpłaty i wypłaty dla każdego nabywcy mieszkania.
  • Najkorzystniejszą dla klienta opcją jest zamknięty rachunek powierniczy, z którego środki wpływają na konto dewelopera dopiero po przeniesieniu na nabywcę prawa własności do lokalu.

Końcówka roku to tradycyjnie czas, w którym wiele osób podejmuje decyzję o zakupie własnego mieszkania. Ten rok może być wyjątkowo udany. Jak podaje Biuro Informacji Kredytowej, we wrześniu 2017 r. banki udzieliły łącznie 16,7 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 3,8 mld zł. Stanowi to wzrost o 1,8 proc. w ujęciu liczbowym i wzrost o 4,7 proc. w ujęciu wartościowym w stosunku do tego samego okresu rok wcześniej. Banki prześcigają się w oferowaniu kredytów hipotecznych w promocyjnych cenach, to samo tyczy się deweloperów. Jesteśmy kuszeni obietnicami mieszkań w atrakcyjnej cenie i lokalizacji, choć tak naprawdę na początku widzimy jedynie „dziurę w ziemi”. Choć w większości przypadków ostatecznie otrzymujemy wymarzone mieszkanie, to zdarzają się również gorsze scenariusze, np. ogłoszenie upadłości przez dewelopera. Czy w takiej sytuacji nasze pieniądze są bezpieczne?

Klient chroniony przepisami

Od 16 marca 2012 r. klientów zawierających umowę z deweloperem chroni ustawa o prawach nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego, czyli tzw. ustawa deweloperska. Jej wprowadzenie miało na celu uregulowanie działalności deweloperów oraz zapewnienie bezpieczeństwa kupującym nieruchomość. Do najważniejszych założeń ustawy należy m.in. wprowadzenie umowy deweloperskiej, która zawierana jest notarialnie. W takiej umowie musi znaleźć się zapis o tym, czy bank wyraża zgodę na to, aby dany lokal został wyodrębniony z całej inwestycji w taki sposób, aby nie ciążyła na nim hipoteka dotycząca całej inwestycji dewelopera. Jeżeli takiej zgody nie będzie (co także musi być zapisane w umowie), to może się okazać, że nasze mieszkanie od początku będzie obciążone kredytem hipotecznym zaciągniętym przez dewelopera.

Drugą, bardzo istotną regulacją wprowadzaną przez ustawę jest obowiązek przygotowywania przez dewelopera prospektu informacyjnego. Prospekt informacyjny musi być sporządzony w sposób określony ustawą i zawierać konkretne informacje. Dokument ten ma na celu prezentację podstawowych informacji o samym deweloperze, nieruchomości oraz realizowanym przedsięwzięciu i ma pomóc potencjalnemu nabywcy wymarzonego mieszkania w podjęciu decyzji o zakupie właśnie tej, a nie innej nieruchomości. Prospekt informacyjny jest integralną częścią umowy deweloperskiej.

Kolejnym, istotnym dla klientów zapisem jest wymóg założenia przez dewelopera rachunku powierniczego, na który bank przelewa pieniądze od nabywcy lokalu. I tutaj deweloper ma dwie możliwości – może założyć rachunek powierniczy otwarty, gdzie środki będą mu wypłacane po każdym zakończonym etapie budowy albo rachunek powierniczy zamknięty. W tym drugim pieniądze zostaną wypłacone deweloperowi dopiero po zakończeniu całej inwestycji. Jest to zdecydowanie korzystniejsza dla klientów opcja, ale i rzadziej spotykana. W razie ogłoszenia upadłości przez dewelopera, nabywca ma bowiem szansę odzyskać całą sumę pieniędzy – mówi Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.

Zawarcie umowy deweloperskiej nie jest jednak jednoznaczne z przeniesieniem prawa własności do lokalu na nabywcę. Dokument zobowiązuje dewelopera do uczynienia tego wraz z zakończeniem inwestycji.

Wymarzone mieszkanie na wyciągnięcie ręki

Problem odzyskania pieniędzy od upadłego dewelopera nie jest jednak jedynym, z jakim musi zmierzyć się klient. Decydując się na kupno mieszkania zależy nam bowiem przede wszystkim na otrzymaniu do niego kluczy do lokalu, a nie na zwrocie zainwestowanych środków. Dokończenie inwestycji jest możliwe, jednak zależy od kilku czynników. Przede wszystkim od tego, na jakim etapie budowa została przerwana.  Jeżeli sędzia – komisarz wyrazi zgodę na dalsze prace, to są one kontynuowane przez syndyka lub innego przedsiębiorcę. W takim przypadku trzeba jednak liczyć się z możliwymi dopłatami, uzależnionymi od stopnia zaawansowania prac na budowie. Prawo o decydowaniu o dalszych losach inwestycji mają również nabywcy. Nowe rozwiązanie, np. dotyczące sprzedaży nieruchomości, musi być przedstawione przez co najmniej 20 proc. nabywców lokali w ciągu 30 dni od ogłoszenia upadłości przez dewelopera. Propozycja musi być później przegłosowana przez grupę nabywców i wierzycieli, jednak trzeba zaznaczyć, że decydujący głos mają nabywcy deklarujący dopłaty zgodnie z treścią propozycji układowych do sfinansowania budowy.

Prawo nie zastąpi zdrowego rozsądku

Choć prawa nabywców w sytuacji ogłoszenia przez dewelopera upadłości są chronione i jasno określone w ustawie, to przed podpisaniem umowy warto samodzielnie sprawdzić bezpieczeństwo inwestycji. Przede wszystkim należy dokładnie prześwietlić dewelopera, z którym mamy współpracować. Informacje dotyczące jego sytuacji finansowej możemy znaleźć w sprawozdaniu finansowym, które powinien systematycznie składać do sądu rejestrowego. Już sam fakt, że deweloper nie dopełnia tego obowiązku powinien być dla nas sygnałem ostrzegawczym. Dane te możemy znaleźć na stronie internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości lub… po prostu poprosić o nie dewelopera. Ustawa nakłada na niego obowiązek udzielenia potencjalnemu klientowi wszelkich informacji dotyczących inwestycji i firmy jej obsługującej.

Dobrym sposobem na sprawdzenie wiarygodności dewelopera jest też oczywiście Internet. Przed podpisaniem jakichkolwiek dokumentów, warto poczytać opinie osób, które już skorzystały z jego usług. Jeżeli wśród opinii znajdą się negatywne, mówiące o opóźnieniach w oddaniu inwestycji, to należy zastanowić się nad dalszą współpracą – dodaje Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.

Spada liczba lokat i rachunków oszczędnościowych

Aż o 57,4 proc. spadły zyski z lokat bankowych w ciągu ostatnich czterech lat. Nie jest to wyłącznie wina malejących od 2013 r. stóp procentowych. Klienci sami dobrowolnie rezygnują z należnego im zarobku. W samym 2016 roku zrezygnowali z prawie 1 mld zł odsetek.

Jak wynika z danych KNF, w 2016 r. banki wypłaciły gospodarstwom domowym 7 285 mld zł odsetek od lokat i  rachunków oszczędnościowych. Urząd podaje w ujęciu miesięcznym koszty odsetkowe banków, ale obejmują one łącznie depozyty detaliczne i klientów korporacyjnych. To zniekształca obraz, gdyż lokaty firmowe zazwyczaj są znacznie wyżej oprocentowane od depozytów klientów detalicznych. W 2016 r. banki łącznie wypłaciły 15 859 mld zł odsetek. Z czego mniej niż połowa trafiła do kieszeni osób prywatnych.

Najgorszy wynik od lat

Nieco ponad 7 mld zł odsetek to wynik najgorszy od lat. Dla porównania w 2012 r. zyski z lokat detalicznych były o przeszło 10 mld zł wyższe. Oczywiście wyższe wtedy były także oprocentowanie i stopy procentowe. Według NBP w grudniu 2012 r. banki płaciły za depozyty 4,8 proc. w skali roku. Na koniec 2016 r. Kowalski mógł liczyć na przeciętnie 1,6 proc. odsetek.

2012 rok był ostatnim, kiedy można było liczyć na wysokie odsetki. W kolejnych latach nastąpiła seria spadków stóp procentowych. W 2013 r. średnia stawka za depozyty wynosiła już 2,7 proc. To blisko 44 proc. mniej niż rok wcześniej. Odbiło się to na wartości odsetek jakie deponenci dostali z banków.  Były niższe niż rok wcześniej. Ale dynamika spadku też była niższa niż skala cięć oprocentowania i wyniosła  20,2 proc. Klienci banków dostali łącznie 13 669 mld zł od ulokowanego kapitału.

2014 rok znowu przyniósł spadki oprocentowania, które na koniec roku wyniosło 2,4 proc. Stawka była więc niższa o  11,1 proc. niż rok wcześniej. Znacznie większa przecena odbyła się jednak na zysku z lokat, który skurczył się do 10 157 mld zł, czyli był o 26 proc. niższy niż w 2013 r.

10 obniżek

Kolejny rok jeszcze bardziej przemeblował bankowe tabele oprocentowania depozytów detalicznych. Na koniec grudnia przeciętne odsetki spadły do 1,7 proc. Przecena sięgnęła niemal 30 proc. w ujęciu rocznym, natomiast wpływy z lokat zmniejszyły się o 17,4 proc. i spadły poniżej 10 mld zł rocznie do 8 386 mld zł.

W 2016 roku klient detaliczny mógł liczyć przeciętnie na 1,6 proc. z lokaty. Zmiana nieznaczna w stosunku do 2015 r., bo dynamika spadku była niższa niż 6 proc. Niemniej przychody z lokat spadły w dwukrotnie szybszym tempie – 13,1 proc.

– Odsetki od depozytów maleją, gdyż bankowe tabele oprocentowania podążają w ślad za obniżkami stóp procentowych w NBP. Od 2012 r. do 2015 r. miało miejsce 10 obniżek stóp w banku centralnym, które spadły z 4,75 proc. do 1,5 proc. Dostosowanie odsetek jest naturalnym działaniem, ale nie tłumaczy spadku zysków z lokat detalicznych – mówi Dorota Seń, ekspertka BGŻOptima.

Rezygnacja z zysku

Od 2013 r. oprocentowanie w bankach zmniejszyło się o 40 proc., a zyski z lokat spadły o 57 proc. Dodajmy, że zarobek deponentów malał pomimo stałego wzrostu wartości środków powierzonych bankom, które co roku notowały wysoki napływ funduszu od klientów detalicznych. W 2013 r. trzymali oni w bankach 553 mld zł. Przed rokiem było to już 724 mld zł.

„Trzymali” to właściwe słowo, gdyż środki powierzone bankom trudno nazwać oszczędnościami. Przyglądając się dokładnie strukturze pieniędzy ulokowanych w bankach wyraźnie widać, że dynamiczny przyrost środków nastąpił głównie po stronie nieoprocentowanych lub oprocentowanych symbolicznie rachunków bieżących. Wartość funduszy detalicznych klientów powierzonych bankom wzrosła w latach 2013-16 o 28,5 proc., natomiast dynamika przyrostu depozytów wyniosła 17,6 proc., a rachunków bieżących 43,6 proc.

– Ponad połowa środków klientów detalicznych nie pracuje, gdyż spoczywa na kontach osobistych. Część pieniędzy wykorzystywana jest na pokrycie bieżących kosztów, ale w bankach rośnie góra nieoprocentowanych oszczędności, które mogłyby pracować i przynosić zyski, gdyby trafiły na lokatę terminową – zaznacza Dorota Seń.

Jedną z przyczyn, dlaczego Polacy trzymają swoje oszczędności na nieoprocentowanych ROR-ach, jest potrzeba szybkiego dostępu do pieniędzy. Warto jednak wiedzieć, że na rynku dostępne są depozyty terminowe, które umożliwiają zrezygnowanie z produktu w wybranym momencie, przy jednoczesnej gwarancji wypłaty wypracowanych już odsetek. Takie lokaty to dobre rozwiązanie dla osób, które nie lubią „zamrażać” swoich pieniędzy na dłuższy okres, ale zależy im, żeby oszczędności pracowały na kolejny zysk.

W 2016 roku klienci banków dobrowolnie zrezygnowali z blisko 1 mld zł odsetek. Wartość bankowych środków klientów detalicznych wzrosła przed rokiem o 62 mld zł. Wartość depozytów zwiększyła się o 1 mld zł. Reszta trafiła na konta osobiste. Gdyby klienci wpłacili je na lokaty o średnim oprocentowaniu 1,6 proc. zyskaliby dodatkowe 976 mln zł odsetek.

Od zgłoszenia projektu do rozpoczęcia współpracy – etapy pozyskania inwestora

Fundusze venture capital przeznaczają na wybrany projekt od kilkuset tysięcy do nawet kilku milionów złotych. Wspierają spółki nie tylko kapitałem, ale także swoim doświadczeniem i wiedzą, szczególnie w kwestiach dotyczących zarządzania finansami oraz prawnych. Jakie dokładnie etapy przechodzi przedsiębiorstwo, by otrzymać takie wsparcie oraz ile trwa proces pozyskania inwestora?

Młodzi przedsiębiorcy, żeby rozwijać swój biznes i osiągać założone cele, potrzebują odpowiedniego wsparcia. Pomocną dłoń wyciągają do nich fundusze venture capital, ale zanim dojdzie do podpisania umowy inwestycyjnej, przedsiębiorcy muszą przejść przez proces inwestycyjny. W głównej mierze czas trwania takiego procesu uzależniony jest od stopnia przygotowania danego projektu.  Zazwyczaj na analizę merytoryczną projektu, due diligence prawne oraz finansowe, a także przygotowanie umowy inwestycyjnej i negocjacje jej ostatecznych warunków potrzeba około 3 miesięcy. Duży wpływ na  długość procesu ma również przebieg współpracy z  pomysłodawcami projektu na poszczególnych jego etapach – informuje Krystyna Kalinowska, Dyrektor Inwestycyjny z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego. Jak zatem przebiega cały proces inwestycyjny?

Analiza potencjalnych projektów inwestycyjnych 

Przedsiębiorcy, którzy chcą otrzymać wsparcie ze strony funduszu venture capital, w pierwszej kolejności powinni przedstawić inwestorowi swój projekt. W celu zgłoszenia projektu należy przesłać do funduszu teaser inwestycyjny lub formularz zgłoszenia projektu. Taki dokument powinien być krótki i zawierać najbardziej istotne informacje, takie jak:  opis oferowanych produktów lub usług, przewagi konkurencyjne, wysokość poszukiwanych środków i ich planowane przeznaczenie, kluczowe parametry finansowe. Warto także podać informacje odnośnie doświadczenia osób zarządzających, ponieważ kompetentny zespół jest dla funduszu kluczowym kryterium przy podejmowaniu decyzji o zaangażowaniu się w konkretne przedsięwzięcie – wyjaśnia Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego. Spośród otrzymanych zgłoszeń fundusz wybiera te, które dotyczą najciekawszych oraz najlepiej przygotowanych projektów. Wtedy dochodzi do pierwszego spotkania z pomysłodawcami. Na tym etapie przeprowadzana jest wstępna ocena i weryfikacja przedstawionego projektu oraz zespołu zarządzającego i podpisywana jest umowa o zachowaniu poufności (NDA – Non Disclosure Agreement). Następnie przeprowadzana jest analiza merytoryczna i finansowa pomysłu na biznes.

Term Sheet

Projekt, który zainteresował inwestora przechodzi do następnego etapu. Kolejnym krokiem pomysłodawców i inwestora jest uzgodnienie wstępnych warunków, takich jak wysokość inwestycji, wycena udziałów, termin realizacji inwestycji i podpisanie listu intencyjnego – tzw. term sheet. Taki list zawiera kluczowe warunki przyszłej transakcji i zwykle również zobowiązanie pomysłodawców do nieprowadzenia negocjacji z innymi inwestorami przez pewien okres. Co ważne, term sheet nie jest wiążącym dokumentem i nie zobowiązuje żadnej ze stron do zawarcia transakcji.

Badanie due diligence i zawarcie umowy

Następnie przeprowadzane jest szczegółowe badanie finansowe oraz prawne spółki, tzw. due diligence. – Pogłębiona analiza podmiotu obejmuje między innymi analizę biznesową oraz audyt prawny i podatkowy. Jej celem jest identyfikacja ryzyk związanych z dotychczasową działalnością przedsiębiorstwa. Natomiast jeżeli w ramach inwestycji ma dojść do powołania nowego podmiotu, ustalane są warunki zawiązania takiej spółki – wyjaśnia Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego. Na tym etapie dochodzi do finalnej oceny projektu i identyfikacji wszystkich zagrożeń związanych z inwestycją.

Inwestycja

Po zakończeniu badania due diligence następuje ostateczne zatwierdzenie decyzji o inwestycji przez komitet inwestycyjny funduszu. Na tym etapie negocjowane są ostateczne warunki transakcji oraz zapisy w umowie inwestycyjnej. Po podpisaniu umowy eksperci funduszu ściśle współpracują z zarządem w celu monitoringu i weryfikacji przyjętej strategii. Fundusz zapewnia wsparcie doradcze, m.in. w kwestiach prawnych, finansowych oraz podatkowych. – Zwykle fundusz jest reprezentowany w spółce przez przedstawicieli delegowanych do rady nadzorczej. W ten sposób monitorujemy bieżącą działalność oraz wyniki osiągane przez firmę. Na co dzień pozostawiamy właścicielom wolną rękę w prowadzeniu biznesu, co ma duży wpływ na szybkie podejmowanie decyzji i swobodę działania. W kwestiach strategicznych zarząd może jednak zawsze liczyć na nasze wsparcie – tłumaczy Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego.

Droga do podpisania umowy inwestycyjnej z funduszem venture capital trwa od trzech miesięcy do nawet pół roku i wymaga zaangażowania ze strony inwestora, a także  pomysłodawców projektu. Jednak sfinalizowana umowa to często początek wieloletniej współpracy i – jak przyznaje wielu młodych przedsiębiorców – szansa na realizację strategii, a także wejście w świat „wielkiego biznesu”.

Biznes w niewielkim stopniu wykorzystuje sztuczną inteligencję – badanie SAS

Sto europejskich organizacji, które wzięły udział w badaniu SAS przyznało, że musi stawić czoła wyzwaniom wynikającym zarówno z braku odpowiednich umiejętności jak i rozterek etycznych.

Popularność sztucznej inteligencji (AI) rośnie w ogromnym tempie. Jednak w większości europejskich firm, również z Polski, które wzięły udział w badaniu przeprowadzonym przez SAS, lidera w dziedzinie analityki biznesowej, projekty związane z AI są wciąż we wczesnym stadium zaawansowania lub w planach. Optymizmem napawa fakt, że większość przedsiębiorstw przygotowuje się do wdrożenia sztucznej inteligencji. Entuzjazm wobec możliwości, które daje AI jest duży, jednak niewiele organizacji deklaruje dziś gotowość do wykorzystania potencjału tej technologii. Co ważne, nie wynika to z braku odpowiednich narzędzi technologicznych. Większość respondentów potwierdza, że na rynku dostępnych jest dziś wiele rozwiązań. Częściej przyczyną jest brak w firmach specjalistów data science i odpowiednich umiejętności analitycznych oraz różnego rodzaju ograniczenia organizacyjne lub społeczne.

Wyzwania społeczne

Aż 55% respondentów stwierdziło, że największe wyzwania związane z implementacją sztucznej inteligencji spowodowane są rosnącą autonomią maszyn i postępującą automatyzacją procesów, która może istotnie wpływać na zmiany na rynku pracy. Potencjalnym efektem wdrożenia AI może być utrata pracy przez określone grupy specjalistów, ale z drugiej strony może również powstać potrzeba tworzenia nowych miejsc pracy dla ekspertów z kompetencjami związanymi z AI.

Drugim wyzwaniem, najczęściej wskazywanym przez respondentów, są aspekty etyczne. Aż 41% badanych poddało w wątpliwość czy roboty i systemy wykorzystujące sztuczną inteligencję nie powinny działać „dla dobra ludzkości”, a nie poszczególnych firm oraz jak zadbać o osoby, które stracą pracę w wyniku wdrożeń rozwiązań AI.

 

Zespół data science oraz gotowość organizacji

Czy specjaliści data science są gotowi stawić czoła wyzwaniom związanym z wdrożeniem sztucznej inteligencji? Tylko 20% z biorących udział w badaniu przedstawicieli biznesu odpowiedziało twierdząco na to pytanie. 19% respondentów nie posiada w swoich organizacjach zespołów data science.

Rekrutacja specjalistów w celu budowania takich zespołów jest celem 28% respondentów, natomiast 32% stwierdziło, że będzie rozwijać umiejętności analityczne w ramach obecnych zespołów poprzez specjalistyczne szkolenia, konferencje, warsztaty itp.

Zaufanie staje się jednym z podstawowych wyzwań, któremu biznes musi stawić czoła. Niemal połowa badanych (49%) zwróciła uwagę na problemy kulturowe wynikające z obawy przed skutkami wykorzystania sztucznej inteligencji. Strach przed AI wiąże się z niezrozumieniem, jak w rzeczywistości działa ta technologia.

Właściwa infrastruktura

Jednym z celów badania SAS była ocena gotowości do wdrożenia sztucznej inteligencji pod względem dostępnej infrastruktury sprzętowej. Część respondentów (24%) przyznało, że dysponuje odpowiednią infrastrukturą. Taka sama grupa stwierdziła, że musi zwiększyć nakłady na sprzęt oraz zaadaptować obecnie wykorzystywane platformy do potrzeb wdrożenia AI. Aż 29% przedstawicieli biznesu przyznało, że nie posiada odpowiednich zasobów umożliwiających wdrożenie tej technologii.

Obserwujemy ogromny rozwój algorytmów, poprawę ich dokładności oraz możliwości wykonywania zadań, za które odpowiadają ludzie. Przykładem jest wygrana maszyny z mistrzem świata w chińskiej grze Go, podczas, gdy myśleliśmy, że umiejętności potrzebnych do rywalizacji w tę grę nie da się zdigitalizować. Gdy tylko system poznał zasady Go, sam nauczył się, jak grać i wygrywać. Teraz możemy wykorzystać tę wiedzę do tworzenia systemów, które pozwalają na rozwiązywanie problemów biznesowych szybciej i skuteczniej niż powszechnie używane dziś rozwiązania. Możemy budować systemy, które uczą się reguł biznesowych, poznają zasady funkcjonowania firmy i w oparciu o te informacje same się rozwijają. Właśnie nad tym pracujemy w SASmówi Oliver Schabenberger, Executive Vice President oraz Chief Technoloogy Officer w SAS.

Badanie Enterprise AI Promise Study przeprowadzono wśród przedstawicieli 100 europejskich firm z sektorów takich jak bankowość, ubezpieczenia, produkcja, handel czy administracja publiczna. Badanie odbyło się w sierpniu tego roku i miało na celu sprawdzenie, jak liderzy biznesu oceniają potencjał sztucznej inteligencji, jak ją wykorzystują, czy planują wdrożenia projektów w oparciu o tę technologię oraz z jakimi wyzwaniami muszą się zmierzyć.

Milenialsi w MŚP: połowa milenialsów założyła firmę z pasji, a co czwarty z niechęci do pracy na etacie

Milenialsi chętnie otwierają swoją działalność, a motywacji do tego dostarczają im przede wszystkim takie czynniki jak zwiększenie dochodów (45 proc.), niezależność (39 proc.) oraz niechęć do pracy na etacie (35 proc.). Blisko połowa „igreków” pomysł na biznes połączyła ze swoimi zainteresowaniami, jeden na trzech wybór branży poprzedził analizą rynku i poszukiwaniem niszy, a dla co czwartego milenialsa własna firma to kontynuacja poprzedniej ścieżki kariery na etacie. Co więcej, przedsiębiorczy „Y” to najczęściej niezależny indywidualista, który dąży do „bycia samemu sobie szefem”. Takie są najważniejsze wyniki badania „Milenialsi w MŚP. Pod lupą”, siódmego z serii „Pod lupą” przygotowanego przez EFL.

– Na naszych oczach dokonuje się zmiana pokoleniowa, a wraz z nią ewoluuje praktyka biznesu. Urodzeni w latach 1980-2000 zyskują coraz liczniejszą reprezentację wśród przedsiębiorców prowadzących działalność nastawioną na zysk, rozwój i samorealizację. Nowe roczniki decydują o doborze współpracowników i zatrudnieniu kadr, w coraz większym stopniu kształtując obraz przedsiębiorcy, przedsiębiorczości i wspierających ją zasad. Można postawić tezę, że poznając przedsiębiorców nowego pokolenia, dowiadujemy się, w którą stronę zmierza obszar MŚP. To właśnie ci młodzi ludzie, którym przyglądamy się w badaniu, będą w coraz większej mierze jego współtwórcami, stając się esencją polskiego biznesu – zauważa Radosław Woźniak, wiceprezes EFL S.A.

Po co „igrekowi” firma?

Główny powód założenia własnego biznesu przez milenialsów jest finansowy i materialny. Na chęć zwiększenia dochodów wskazała niemal połowa przedstawicieli pokolenia Y (45 proc.). Warto jednak zwrócić uwagę na drugą najczęstszą odpowiedź, która potwierdza, jak ważna dla milenialsów jest niezależność. Takiej odpowiedzi udzieliło 39 proc. „igreków”. Trzecia odpowiedź – brak dostępnej pracy na etacie (35 proc.) świadczy o typowej dla nich elastycznej postawie. I co ciekawe, co czwarty zapytany wyraził niechęć do pracy na etacie (24 proc.). Wśród najrzadziej wskazywanych motywacji było zaś pragnienie zmiany świata (4 proc.).

Warto zwrócić uwagę na najmłodszych respondentów (do 24 lat), wśród których aż 80 proc. wskazało zarówno na chęć zwiększenia dochodów, jak i na potrzebę niezależności. Powszechna jest wśród nich opinia, że możliwe jest połączenie tych dwóch potrzeb, która w przypadku osób nieco starszych zdecydowanie traci na znaczeniu.

– „Igreki” jak nic innego cenią sobie niezależność nawet w kontekście dużego wsparcia, jakie otrzymują od rodziców czy instytucji. Nigdy wcześniej przedsiębiorcy nie mogli liczyć na taką masę programów i organizacji wspierających przedsiębiorczość, jak np. Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości czy chociażby środki pochodzące z budżetu Unii Europejskiej. Wpływ na otaczającą rzeczywistość także nie jest im obojętny, a jako przedsiębiorcy mogą realizować tę wartość w dużo szerszym zakresie, niż wybierając pracę na etacie. Nie powinien dziwić zatem fakt, który urósł niemal do miary anegdoty opowiadanej przez profesorów wykładających na uczelniach: kilkanaście lat temu, gdy pytali studentów, kto z nich marzy o założeniu i prowadzeniu własnej firmy, można było liczyć na kilka rąk w górze. Obecnie, kiedy zadamy to samo pytanie, zgłasza się średnio ponad połowa – mówi Aleksandra Ewa Piotrowska, przewodnicząca Forum Młodych Konfederacji Lewiatan.

Skąd pomysł na własny biznes?

Nie należy wyciągać pochopnie wniosku, że młodzi przedsiębiorcy to w większości indywidualiści i materialiści. To przede wszystkim ludzie poszukujący, otwarci, o wielu zainteresowaniach. U 45 proc. z nich pomysł na biznes wziął się właśnie z tych zainteresowań. Dopiero drugie wskazanie to analiza rynku i poszukiwanie niszy (37 proc.). Dla blisko jednej czwartej to kontynuacja poprzedniej ścieżki kariery, a co piąty „Y” prowadzi biznes rodzinny. Natomiast 25% milenialsów zdecydowało się na założenie własnych firm przez przypadek. Przy pytaniu o pochodzenie pomysłu na branżę jedynie 1 proc. wskazań otrzymało inspirowanie się innym podmiotem. Potwierdza to tezę o ogromnej kreatywności młodego pokolenia przedsiębiorców, jego aktywności i niezależności.

Istotne różnice miedzy źródłem pomysłu na typ działalności widać w przypadku odpowiedzi „kontynuacja pracy na etacie”. Udzieliło jej dwa razy więcej najmłodszych milenialsów do 24 r. ż. niż pozostałych przedstawicieli pokolenia „Y” Nietrudno to wyjaśnić, bo właśnie ci najmłodsi byli najaktywniejsi zawodowo już w trakcie kontynuowania nauki – korzystali ze stypendiów i praktyk, poznając swe predyspozycje i możliwości, jakie daje im wykształcenie, czego efektem jest dobre rozpoznanie rynku.

Jaka jest miara sukcesu milenialsa?

W kontekście dobrze znanych rysów psychologicznych pokolenia Y odpowiedzi nie powinny być zaskoczeniem. 87 proc. stawia na dobre relacje zarówno z pracownikami, jak i partnerami biznesowymi. „Igreki” bardzo wysoko cenią też sobie jakość – 83 proc. jest w stanie zapłacić więcej za produkty i usługi, które uznają za lepsze. Choć elastyczność jest wyróżnikiem generacji Y, nieco zaskakuje jej skala – łącznie niemal 70 proc. badanych uważa, że przebranżowienie nie byłoby dla nich żadnym problemem.

Miarą sukcesu są przede wszystkim kwestie dotyczące osiągania stabilności finansowej rozumianej jako pomnażanie osobistego majątku (łącznie 89 proc. badanych). Liczy się też work-life balance. 86 proc. za sukces uważa osiągnięcie równowagi miedzy życiem prywatnym a zawodowym, czym zasadniczo różni się od pokolenia X urodzonego w dwudziestoleciu wcześniejszym, które zwykle pracę stawia zawsze na pierwszym miejscu.

Co ciekawe, największy odsetek przedsiębiorców–milenialsów, którzy za największą nagrodę za prowadzony biznes uważają realizowanie swoich celów z pasją, przypada na w branżę usługową (57 proc.) oraz transportową (55 proc.). Najmniejszy – na branżę produkcyjną (30 proc) oraz rolnictwo i przetwórstwo (35 proc). W tym ujęciu prowadzenie biznesu jest środkiem do osiągnięcia satysfakcjonującego statusu, nie zaś celem samym w sobie.

Kolektywiści czy niezależni indywidualiści?

Raport „Milenialsi w MŚP. Pod lupą” przedstawia klasyfikację przedsiębiorców opartą na skali wyznaczonej przez dwie osie takie jak indywidualizm i kolektywizm oraz wewnętrzna i zewnętrzna motywacja do działania. Kryterium kategoryzacji przedsiębiorców były determinanty założenia i prowadzenia firmy. Najwięcej „igreków” (33 proc.) to indywidualiści, którymi kieruje motywacja wewnętrzna. Co piąty przedsiębiorca-milenials to indywidualista z zewnętrzną motywacją. Natomiast kolektywiści nie stanowią nawet 10 proc. badanych.

Wśród respondentów zauważalna jest zdecydowanie bardziej indywidualistyczna niż kolektywistyczna orientacja na pracę, wyrażająca się m.in. w dążeniu do „bycia samemu sobie szefem” i do „bycia bardziej wpływowym”. Źródło motywacji to kryterium, które zdecydowanie mniej wyraźnie dzieli przedsiębiorców. Wśród motywatorów wewnętrznych zasadnicze znaczenie ma potrzeba realizowania takich wartości jak wyzwanie, niezależność i autonomia (wyrażające się m.in. niechęcią do pracy na etacie), pieniądze czy chęć osiągania zysków; wśród motywatorów zewnętrznych – rodzinna tradycja czy subiektywnie odczuwany brak innych niż prowadzenie firmy możliwości działania zawodowego.

Siódmy raz pod lupą

Raport „Milenialsi w MŚP. Pod lupą” jest siódmym z kolei opracowaniem z serii „Pod lupą”. Pierwszy charakteryzował kondycję mikro-, małych i średnich firm w Polsce („MŚP pod lupą”, 2011), drugi poświęcony był sytuacji gospodarstw rolnych w Polsce („Agro pod lupą”, 2012). Trzecie opracowanie analizowało finansowe aspekty prowadzenia działalności transportowej w Polsce („Transport pod lupą”, 2013), czwarte – wsparcie młodych na rynku pracy („Młodzi na rynku pracy. Pod lupą”, 2014), piąte – innowacje („Innowacje w MŚP. Pod lupą”, 2015). Natomiast ubiegłoroczny, szósty, przedstawiał inwestycje prowadzone przez MŚP w Polsce („Inwestycje w MŚP. Pod lupą”, 2016).

Raport, oparty m.in. na badaniach firm, w szerszym kontekście odpowiada na pytanie o specyfikę milenialsów jako przedsiębiorców z obszaru MŚP, także w zestawieniu z obrazem poprzedniego pokolenia X. Opiera się na badaniach zleconych przez EFL S.A. niezależnemu podmiotowi (Ecorys Polska), rozbudowanych o kontekst społeczno-ekonomiczny i psychologiczno-społeczny dotyczący procesów związanych ze zmianą pokoleniową w polskiej gospodarce.

Pokolenie Y, czyli milenialsów, określają ramy czasowe, w których się urodzili. Są to lata 1980-2000.

Metodologia badania:

Badanie „Millenialsi w MŚP. Pod lupą” zostało zrealizowane przez Ecorys Polska na zlecenie EFL S.A. na reprezentatywnej grupie 500 firm z sektora MŚP prowadzonych przez milenialsów, dobranych w sposób losowo-kwotowy. Przebadano przedsiębiorców z pokolenia Y ze wszystkich województw z następujących branż: budownictwo, handel, hotele i gastronomia, ICT, produkcja, rolnictwo i przetwórstwo, transport, usługi. 40 proc. stanowili mikroprzedsiębiorcy zatrudniający do 9 osób, tyle samo mali przedsiębiorcy zatrudniający do 49 osób, a 20 proc. średni przedsiębiorcy z maksimum 249 osobami na pokładzie.

Ogólnopolska próba uwzględnia zróżnicowanie ze względu na zatrudnienie, działalność i liczbę firm przypadających na województwo. Respondentami były osoby decyzyjne, odpowiedzialne za rozwój firmy (właściciel, wspólnik, prezes, dyrektor zarządzający, dyrektor finansowy, dyrektor ds. rozwoju, szef działu B+R, specjalista ds. inwestycji lub inne z wskazane jako odpowiedzialne za rozwój). Badanie wykonano metodą ilościową, techniką CATI (wywiad telefoniczny) w lipcu i sierpniu 2017 roku.

Raport CFTC – pozycje dużych graczy Forex EUR i AUD

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowymTabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Raport CFTC - pozycje dużych graczy Forex EUR i AUD 1– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Raport CFTC - pozycje dużych graczy Forex EUR i AUD 2-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/US

Z punktu widzenia ostatniego raportu COT warto zainteresować się euro oraz dolarem australijskim. Już od kilku tygodni analiza pozycji funduszy lewarowanych dawała większe prawdopodobieństwo wyprzedaży zarówno jednej jak i drugiej waluty na rzecz USD. Dopiero teraz scenariusz ten znalazł potwierdzanie.

EURO

W poprzednim tygodniu fundusze lewarowane na EURUSD otworzyły prawie 4 tysiące krótkich pozycji oraz zamknęły ponad 1 tysiąc długich. Dodając do tego niedźwiedzi wydźwięk analizy technicznej mamy większe prawdopodobieństwo kontynuacji trendu spadkowego na tej parze walutowej.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cme Group

Dodatkowym czynnikiem zwiększające prawdopodobieństwo wyprzedaży jest bardzo duże zaangażowanie funduszy lewarowanych po długiej stronie rynku. Dalsza wyprzedaż prawdopodobnie doprowadzi do zamykania długich pozycji, co tylko powinno skumulować wyprzedaż.

EURUSD – analiza techniczna

Na wykresie dziennym pary walutowej EURUSD została dopełniona formacja RGR. Po przerwaniu linii szyi sprzedający mają otwartą przestrzeń do poziomu 1.12. Niemnie jednak należy mieć na uwadze możliwość korekty w okolicę poziomu 1.17

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Dolar australijski

Sytuacja na dolarze australijskim jest prawie identyczna jak na euro. Ostatni raport Commitment of Traders informuje o zwiększeniu krótkiej pozycji przez fundusze lewarowane o 2447 kontraktów, z kolei długiej o 1266 kontraktów. Liczby nie są imponujące, ale spoglądając na pozycje netto możemy zostać zaskoczeni. Fundusze lewarowane posiadają w swoim portfelu najwięcej długich pozycji od 2013 roku! Z kolei pozycje krótkie zostały zniwelowane do 12 tysięcy.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cme Group

AUDUSD – analiza techniczna

Analiza techniczna na AUDUSD jest bardziej skomplikowana. Z jednej strony mamy większe zaangażowanie funduszy lewarowanych po krótkiej stronie rynku, ale z drugiej mocne wsparcie. Kto wygra? Notowania dolara australijskiego spoczęły na tygodniowym wsparciu w okolicy 0.765. Natomiast linia trendu spadkowego przebiega 200 pipsów poniżej aktualnego poziomu. Sytuacje jest trudna, aczkolwiek należy pamiętać o bardzo dużym zaangażowaniu funduszy lewarowanych po długiej stronie rynku. Z tego względu może zabraknąć kapitału do obronienia wsparcia, a możliwa korekta kursu zostanie wykorzystana do zamknięcia długich pozycji.

Notowania AUDUSD, interwał tygodniowy

Notowania AUDUSD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Zmiany w prawie pracy zwiększą liczbę L4

Planowana w najbliższym czasie nowelizacja kodeksu pracy ma znacząco zmienić zapisy dotyczące urlopów wypoczynkowych w celu uzdrowienia rynku pracy. Eksperci zarządzania absencją chorobową wskazują, że mogą one jednak wywołać efekt odwrotny do zakładanego i spowodować, że pracownicy częściej będą korzystali ze zwolnień lekarskich.

W myśl zapowiadanych zmian w kodeksie pracy, urlop ustawowo będzie się składał
z 26 dni. Realnie będzie miał on jednak charakter umowy i może zostać skrócony do 20 albo wydłużony do 30 dni. Ograniczone zostaną także uznaniowe składniki pensji, co ma zapobiec patologiom w różnicach wypłat. Ponadto, nowe zapisy w prawie pracy mają zagwarantować, że urlop wypoczynkowy będzie wykorzystywany przez pracowników w trakcie przysługującego na niego roku.

Przedłużanie urlopów i łączenie świąt

Od kilku lat, nasila się zjawisko nagminnego wykorzystywania zwolnień chorobowych  do zwiększenia puli urlopu. Furtka w postaci umożliwienia pracodawcom skrócenia liczby dni urlopowych do 20 spowoduje, że dla pracowników zwolnienia lekarskie będą jeszcze cenniejsze, dlatego chętniej będą dokonywali tzw. mostkowania świąt poprzez branie nieuzasadnionych L4. Pracownicy zrobią to po to, aby zaoszczędzić okrojony urlop. Żeby uchronić się przed falą absencji pracowniczej w okresie długich weekendów i świąt, wiele przedsiębiorstw wprowadziło planowany postój w pracy. Niestety w jego trakcie również notorycznie wykorzystywane są zwolnienia w celu „zachowania” urlopu na inne okazje – komentuje Mikołaj Zając z firmy Conperio specjalizującej się w zarządzaniu pracowniczą absencją chorobową.

Zmiany w strukturze premiowania

Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy zajmie się także zmianami w przyznawaniu premii uznaniowych. W planach jest ograniczenie uznaniowych składek pensji, a nowy Kodeks Pracy ma uregulować jaki procent części wynagrodzenia może stanowić premię dla pracownika. Mikołaj Zając, ekspert firmy Conperio zauważa, że: Część pracodawców wyrównuje za pomocą premii dysproporcje zarobkowe, które wynikają ze zmian na rynku pracy i rosnących oczekiwań pracowników – ze względu na program „500+” oczekiwana premia minimalna wynosi obecnie 500 zł. Nowi pracownicy są zachęcani do podejmowania pracy dzięki konkurencyjnym zarobkom, z kolei pracownicy z dłuższym stażem mają to wyrównane za pomocą premii. Dodatkowo za pomocą premii nowi pracownicy zyskują perspektywę czasową na wzrost dochodów. Wprowadzenie ograniczeń w systemie premii spowoduje spadek średniej zarobków przy rosnących obciążeniach dla pracodawców, co wpłynie na poszerzenie szarej strefy. Zmiany te mogą również spowodować zamknięcie rynku pracowników dla małych i bardzo małych przedsiębiorców, którzy nie będą w stanie zagwarantować swoim pracownikom podstawy wynagrodzenia na poziomie dużych korporacji.

Koniec z odkładaniem urlopu?

Niedoskonałości w zapowiadanych zmianach jest więcej. Wątpliwości ekspertów zajmujących się zarządzaniem absencją chorobową wzbudza również przymus wykorzystania przysługującego pracownikom urlopu w trakcie jednego roku, bez możliwości przenoszenia go na rok następny. Pracownicy, którym przysługuje zaległy urlop nie muszą wcale zdecydować się na skorzystanie z niego, ponieważ mogą woleć wypłacenie ekwiwalentu finansowego. Trzeba przy tym zauważyć, że w trakcie trwania zwolnienia chorobowego przyrasta wartość urlopu, co tym bardziej może skłaniać pracowników do zachowywania się w ten, a nie inny sposób.

Jak można poprawić sytuację na rynku pracy?

Na polepszenie sytuacji na rynku pracy mogłoby wpłynąć złagodzenie polityki związanej z nadgodzinami poprzez umożliwienie zatrudnionym pracy w ramach wyższego wynagrodzenia po godzinach. Istnieje duży odsetek pracowników, którzy chcą pracować 6 lub 7 dni w tygodniu, żeby zarobić więcej, jednak nie mogą tego robić, ponieważ nie pozwalają na to obecne przepisy kodeksu pracy (Art. 131. § 1. Tygodniowy czas pracy łącznie z godzinami nadliczbowymi nie może przekraczać przeciętnie 48 godzin w przyjętym okresie rozliczeniowym). Powoduje to sytuację, w której liczba zatrudnionych wzrasta, a wytwarzamy mniej albo tyle samo, czyli przy zwiększonych kosztach pracy jesteśmy mniej efektywni. Zjawiska patologiczne wiązane ze zwolnieniami chorobowymi mogłaby natomiast ograniczyć zmiana polegająca na tym, że w trakcie L4 nie przyrastałaby podstawa urlopu. W obecnej sytuacji, jeśli pracownik nie wykorzysta urlopu i dodatkowo pójdzie na chorobowe, to i tak dostanie więcej urlopu. Taki stan rzeczy powoduje nasilenie zjawiska nieuzasadnionego wykorzystywania zwolnień lekarskich – podsumowuje Mikołaj Zając z Conperio.

BioMaxima uzyskała kolejną dotację na 3 mln zł

BioMaxima S.A., notowany na NewConnect polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, otrzyma dofinansowanie w wysokości 3 mln zł na realizację projektu związanego z produkcją innowacyjnych produktów do diagnostyki mikrobiologicznej. Program inwestycyjny Emitenta na najbliższe 16 miesięcy wynosi ok. 19 mln zł.

Spółka otrzyma dofinansowanie w ramach Działania 3.7 „Wzrost konkurencyjności MŚP” na realizację projektu „Innowacyjne produkty mikrobiologiczne”. Całkowita wartość wydatków kwalifikowalnych projektu wynosi 5.001.900 zł, a kwota przyznanej dotacji to 2.999.639,42 zł. Środki zostaną przeznaczone na budowę nowego zakładu produkcyjnego, zakup maszyn związanych z produkcją mikrobiologiczną oraz zakup systemu ERP. Dzięki przyznanemu wsparciu BioMaxima S.A. pozyskała finansowanie dla całego procesu inwestycyjnego związanego z koncentracją produkcji w Lublinie. Otrzymane środki zostaną również wykorzystane do wprowadzenia na rynek innowacyjnych produktów mikrobiologicznych, modernizacji procesów produkcji oraz logistyki, poprawy wydajności, a także wsparcia procesów zarządzania oraz komunikacji z klientem.

„W tym roku rozpoczęliśmy bardzo ambitny program inwestycyjny, który ma na celu poprawę wskaźników finansowych, a także przeobrażenie Spółki w wyspecjalizowany podmiot oferujący pełną gamę rozwiązań w obszarze mikrobiologii, począwszy od klasycznej bakteriologii, a skończywszy na najnowszych technologiach molekularnych. Już w niedługim horyzoncie czasowym będziemy mogli zaoferować naszym klientom zarówno klinicznym, jak i przemysłowym, pewność pełnego zabezpieczania ich potrzeb diagnostycznych na konkurencyjnych warunkach. Środki z Działania 3.7 domykają finansowanie całej inwestycji zgodnie z przyjętymi założeniami.” – komentuje Łukasz Urban, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

Łączna wartość nakładów inwestycyjnych netto Spółki w okresie najbliższych 16 miesięcy wyniesie prawie 19 mln zł, z czego 7,5 mln zł stanowią maszyny, urządzenia, wartości niematerialne i prawne, a 9,7 mln zł przeznaczone zostanie na budowę Centrum Badawczo-Rozwojowego oraz Zakładu Produkcyjnego. Na opracowanie testów lekooporności wykorzystane zostanie 0,8 mln zł, a kwota przeznaczona na rozwój działalności eksportowej sięgnie 1 mln zł. BioMaxima S.A. na realizację powyższych celów inwestycyjnych uzyskała łącznie 9,5 mln zł dotacji. Wkład własny Emitenta wyniesie 2 mln zł, a pozostałe środki będą pochodziły z kredytu bankowego. We wrześniu 2017 r. Spółka rozpoczęła budowę obiektu produkcyjnego oraz Centrum Badawczo-Rozwojowego, a w styczniu br. ruszył projekt opracowania testów do badania lekooporności. Realizowany proces inwestycyjny w Lublinie przełoży się na osiąganie przez Emitenta coraz lepszych wyników finansowych.

„Dzięki koncentracji produkcji w Lublinie będzie się poprawiała rentowność Spółki realizowana z obecnej działalności. Natomiast prowadzone już i planowane prace badawczo-rozwojowe takie jak opracowywane już testy do badania lekooporności, własny analizator biochemiczny, czy nowe produkty do diagnostyki molekularnej, będą owocowały nowymi źródłami przychodów uzyskiwanymi z produkcji własnej, zwiększając tym samym marżowość sprzedaży.” – zakończył Prezes Urban.

Spółka zakończyła pierwsze półrocze 2017 r. zyskiem netto na poziomie jednostkowym w wysokości 0,63 mln zł, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły 14,64 mln zł. We wrześniu br. Emitent wypłacił dywidendę w kwocie 0,05 zł na akcję z zysku za 2016 r. kontynuując tym samym przyjętą politykę dywidendową.

Niepodległość wbrew woli ludu

Katalonia pozostaje tematem politycznym Europy, ale dla EUR to wciąż drugorzędna sprawa. Tuż przed weekendem dolar został wytrącony z równowagi przez nasilenie spekulacji odnośnie wyboru przyszłego prezesa Fed. Tydzień zaczynamy od inflacji z Niemiec i USA, a dalej uwaga na Boj, Fed, BoE i raporcie NFP.

Dążenia niepodległościowe władz Katalonie nie są silnym argumentem dla spadków euro, gdyż wydarzenia z weekendu sugerują, że decyzję polityków spotykają opór wśród samych mieszkańców Katalonii. Jeszcze w piątek parlament Katalonii ogłosił deklarację niepodległości, po czym zgodnie z oczekiwaniami Senat Hiszpanii uruchomił art. 155 i odebrał władzę regionalnemu rządowi. Później parlament Katalonii został rozwiązany, a nowe wybory rozpisano na 21 grudnia. Ale na ulicach Barcelony sprzeciw wobec Madryt nie jest już tak jednoznaczny. Wręcz przeciwnie, w niedzielę pochód 300 tys. przeciwników niepodległości pokazała, że percepcja ludności jest inna niż polityków. Sondaż dla gazety El Mundo pokazał, że poparcie dla partii za i przeciw secesji jest wyrównane: 42,5 proc. vs 43,4 proc. Niepewność o przyszłość Hiszpanii prawdopodobnie pozostanie aż do grudnia, ale na teraz istotne jest, że sprawy nie idą w kierunku tragicznego finału. Dla euro to może być dobra wiadomość i szansa na chwilę oddechu, ale nie można zapominać, że skaza po rozczarowaniu decyzją ECB nie zniknęła i to ona będzie przede wszystkim podtrzymywać presję na walucie.

Dla USD w piątek na pierwszym planie były plotki, że fotel prezesa jest niemal pewny dla J. Powella, co w ocenie rynku wygląda na mniej chętną podwyżkom kandydaturę niż opcja z J. Taylorem. Jakkolwiek uważamy, że zmiana jednej osoby na czele nie jest w stanie diametralnie zmienić polityki całego banku (w końcu strategia kształtowana jest przez komitet), ale póki nie poznamy ostatecznej decyzji, „przecieki” z Białego Domu będą dobrym pretekstem do huśtania kursem USD. Na razie wiadomo tylko tyle, że Trump ma podjąć decyzję do 3 listopada.

Tydzień rozpoczynamy od danych o inflacji po dwóch stronach Atlantyku. Niemieckie szacunki CPI będą preludium dla jutrzejszego odczytu z całej strefy euro. Stabilizacja inflacji bazowej podkreśli kruchość trendów cenowych. W USA indeks PCE Core ma utrzymać się na 1,3 proc. r/r, co nie będzie po myśli jastrzębi z Fed, ale nie jest to też odczyt mogący zaważyć na (niemal przesądzonej) decyzji o podwyżce w grudniu. W nocy poznamy decyzję Banku Japonii, gdzie oczekuje się podtrzymania dotychczasowych parametrów polityki pieniężnej. Klimat gospodarczy w kraju pozostaje dobry, jednak profil inflacji w dalszym ciągu jest niezadowalający. To powinno przypomnieć, że BoJ nie zamierza prędko odchodzić od ekspansji monetarnej. W kontraście do oczekiwań zaostrzenia polityki Fed i wzrostu rentowności obligacji w USA, USD/JPY powinien kontynuować wzrosty.

Dalej w tygodniu poza Katalonią oraz wyborem szefa Fed rynkom nie będzie brakować tematów. W środę kończy się posiedzenie FOMC, ale powinno przejść bez echa. W komunikacie powinniśmy zobaczyć uznanie dla utrzymania siły ożywienia pomimo wpływu huraganów przy jednoczesnym utrzymaniu niepewności wokół inflacji. W rezultacie jednak Fed powinien podtrzymać otwartość dla grudniowej podwyżki, choć bez jednoznacznego jej przesądzenia. W czwartek Bank Anglii powinien zakomunikować podwyżkę stóp procentowych o 25 pb, ale ważniejsze będzie, co BoE powie w kwestii potrzeby dalszego zacieśniania. Zbyt mocne podkreślenie ryzyk dla prognoz będzie odczytane gołębio i złamie kurs funta. Widzimy duże ryzyko wystąpienia tego wariantu. W piątek raport z rynku pracy ma wskazać silne odbicie zatrudnienia po spadku we wrześniu o 38 tys. wywołanym zakłóceniami w zbieraniu danych (huragany). Płace ponownie będą głównym elementem raportu, gdzie spodziewany jest przyrost o 0,2 proc. m/m, a ryzyko jest po negatywnej stronie, gdyż silny wzrost we wrześniu (0,5 proc. m/m) był podbity przez nadgodziny przy naprawach zniszczeń.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Partnerstwo w rozwoju, czyli mentoring w biznesie

Wielu młodych ludzi chciałoby wkroczyć w świat biznesu z zasobem wiedzy, doświadczenia i pewności siebie. Trudno jest jednak od razu być świadomym, jaką ścieżkę kariery wybrać, kiedy nie wie się zbyt wiele o mechanizmach kierujących współczesnym biznesem. Znaleziono jednak na to lekarstwo – mentoring. Na czym dokładnie polega i jakie możliwości daje pracownikom?

Mentee, czyli uczeń, który szuka wsparcia w strukturyzacji swojej ścieżki zawodowej, indywidualnie pracuje z mentorem, czuwającym nad rozwojem jego kompetencji liderskich i biznesowych. Mentor to też osoba, która staje się powiernikiem, mającym największą możliwość zrozumienia pracowników. Korzyści odnoszą nie tylko mentee i mentor, ale także pracodawca, który otrzymuje w pełni ukształtowanego pracownika, gotowego na nowe wyzwania. Wiedza i kompetencje pozostają więc w organizacji. Mentoring staje się także czynnikiem przyciągającym do firmy nowych pracowników. To ważne zwłaszcza dla pokolenia Y, które już dziś tworzy dużą część rynku pracy, a do 2025 roku ma stanowić aż 3/4 światowej siły roboczej[1].

Mentoring opiera się na bezinteresownej współpracy pomiędzy przysłowiowym mistrzem, a jego uczniem. Obecnie przybiera coraz to nowsze formy, oferując nie tylko tradycyjne relacje mistrz-uczeń, ale również specjalne oprogramowania czy aplikacje wspomagające ten rodzaj działalności w firmach. Mentorzy pojawiają się zarówno w naszym życiu prywatnym, jak i zawodowym. Zyskują na tym pracownicy i przedsiębiorstwa.

Mentoring to narzędzie oparte na nieformalnym transferze wiedzy i doświadczeń. Zdobycie kompetencji niezbędnych w XXI wieku nie jest możliwe tylko dzięki formalnej edukacji. Nic zatem dziwnego, że widać coraz większe zapotrzebowanie na tą formę współpracy oraz że na rynku pojawiają się nowe inicjatywy oraz narzędzia wspierające budowę międzypokoleniowych relacji. Mentoring dopiero zdobywa popularność w Polsce, ale z roku na rok rośnie liczba firm, która decyduje się go wdrażać w swoich strukturachkomentuje Maria Belka, prezeska zarządu i współzałożycielka Fundacji Mentors 4 Starters.

Czemu mentoring opłaca się firmom?

Pokolenie Y coraz prężniej działa na rynku pracy. Pracodawcy muszą więc odważniej otwierać się na młodych ludzi i oferować im wartość dodaną, bo do 2025r. millensi będą stanowić trzy czwarte wszystkich pracowników na świecie. Warto zwrócić uwagę, że jest to pokolenie, które pojmuje mentoring, jako kluczowy czynnik, decydujący o tym, jak odnajdują się na rynku pracy. Nowa generacja jest wyzwaniem dla potencjalnego pracodawcy. Nie może on jednak pominąć tak licznej grupy. Według raportu Deloitte z 2016 roku, 63% millenialsów deklaruje, że ich umiejętności liderskie i przywódcze nie są w żadnym stopniu rozwijane[2]. Z raportu wynika również, że ci z nich, którzy zostają w wybranej organizacji dłużej, niż 5 lat, są dwa razy bardziej otwarci na posiadanie własnego mentora (68%). Dla organizacji jest o wiele bezpieczniej inwestować w ten obszar działalności i rozwoju pracownika, ponieważ millenialsi, w odróżnieniu od poprzedniego pokolenia, wolą mieć swobodę i działać niezależnie, a co za tym idzie – nie są przywiązani do miejsca pracy. Dodatkowo pokolenie Y często szuka celu w swojej aktywności – dopiero odkrywa zalety wykonywanej pracy. To właśnie mentoring może pomóc im w szybszym i bardziej efektownym odnalezieniu wymarzonej ścieżki kariery.

Idzie nowe

Początek rozwoju kariery młodych ludzi to dobry moment, w którym pracodawca może zdecydować się, jaki typ mentoringu najlepiej spełni jego oczekiwania. Wyróżnia się trzy systemy mistrz-uczeń[3]: reverse mentoring, micro mentoring oraz group mentoring. Reverse mentoring to odwrócenie ról (ang. reverse – odwracać), gdzie to mentorzy są uczeni przez młodych pracowników. Poruszane są tematy związane m.in. z technologią, social mediami czy światowymi trendami. Równie ciekawy okazuje się być micro mentoring. To zdecydowanie mniejsza i bardziej nieformalna odmiana. Tutaj do kontaktu wykorzystuje się social media, które dają wiele możliwości rozmowy face-to-face. Ostatnim wyselekcjonowanym typem mentoringu jest group mentoring. Często definiuje się go jako metodę dla indywidualnego rozwoju, podczas którego współpracuje ze sobą wielu ekspertów oraz uczniów. Pomimo tego, że rodzaj ten opiera się na spotkaniach grupowych, to jednak przekazywanie wiedzy ma charakter indywidualny, by każdy z mentee osiągnął wyznaczone przez siebie cele.

System mentoringu wdraża się już często na etapie szkolnictwa wyższego. Przykładem tego może być „Absolwent VIP”, program realizowany na Uniwersytecie Łódzkim. Projekt kieruje się do najzdolniejszych studentów, których celem jest rozwój osobisty i zawodowy, dostosowany do oczekiwań współczesnego rynku pracy. Mentorzy dzieląc się wiedzą i doświadczeniem, wspierają studentów, poszerzając jednocześnie ich kwalifikacje zawodowe.

Mentoring może się również pochwalić przykładami licznych rozwiązań technologicznych. Przykładem tego jest szwajcarska uczelnia Fachhochschule Nordwestschweiz FHNW, która ma na celu pogłębianie współpracy między FHNW, a Gesellschaft Aargauer Betriebsökonomen (GAB), czyli Stowarzyszeniem Ekonomistów kantonu Aargau, składającego się głównie z byłych absolwentów FHNW. Według programu „PRIVE”, są oni jego aktywnymi uczestnikami i, jako mentorzy, otrzymują możliwość zdobywania i przekazywania swoich doświadczeń obecnym studentom FHNW, tworząc w ten sposób sieć powiązań[4].

Kultura wsparcia

Standardy zarządzania na świecie ulegają zmianie, uwzględniając konieczność kwestii przywódczych w procesie budowania zaangażowania pracowników i kształcenia przyszłych liderów. Managerowie coraz częściej zauważają potrzebę rozwijania u protegowanych kompetencji miękkich – niezbędnych w codziennej pracy. W mentoringu upatrują również recepty na inne bolączki współczesnego zarządzania: zażegnanie kryzysu w przedsiębiorstwach, pomysłu na pracowników 50+, sposobu na pokolenie Y czy wykreowania szansy dla młodych talentów.

W obecnych czasach odchodzimy od starego modelu przywództwa, starając się znaleźć lekarstwo na biznesowe kryzysy w postaci niedoboru autorytetów czy etycznych wzorców. Obecnie aż 53 proc. firm stosuje lub wdraża mentoring, jako sposób zarządzania rozwojem talentów w organizacjach, wynika z badania „Mentoring w praktyce 2016”. Dodatkowo, tam gdzie nie ma formalnie zastosowanych procesów mentoringowych polegających na zasadzie współpracy: mentor i mentee aż 63 proc. badanych widzi potrzebę takiego działania.  Firmy powinny być świadome, że inwestowanie w liderów jest koniecznością dla organizacji, które nie chcą zostać w tyle za konkurencją – komentuje Jakub Bejnarowicz, szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej. Jak wynika z danych firmy Randstad, aż 46 proc. przedstawicieli pokoleń Y i Z oczekuje od swoich przełożonych mentoringu i regularnych rozmów[5]. To sposób, w jaki młodzi ludzie chcą być motywowani do pracy i dzięki któremu są w stanie dawać z siebie jak najwięcej.

Mentoring niesie ze sobą wiele zalet i korzyści dla każdej ze stron. 77% pracowników, którzy biorą udział w programie mentoringowym, zostaje w szeregach swojej firmy. Dla porównania aż 35% osób niezwiązanych z żadnym mentorem, zmienia pracę zaledwie po roku czasu[6]. Mentoring to również zwiększenie lojalności, motywacji i zaangażowania przyszłego pracownika. Czego chcieć więcej?

[1] http://www.accountancysa.org.za/wordpress/special-feature-lost-in-a-sea-of-millennials/

[2]The 2016 Deloitte Millennial Survey. Winning over the next generation of leaders, Deloitte 2016.

[3] https://www.forbes.com/sites/kaytiezimmerman/2016/07/18/modern-mentoring-is-the-key-to-retaining-millennials/#611c79ed5fc8

[4]Karwala S., Mentoring jako strategia wspierająca wszechstronny rozwój osobisty, Wyższa Szkoła Biznesu – National Louis University, Nowy Sącz 2009, s. 132.

[5]Gen Z and Millennials collide at work, Randstad 2017

[6]Emerging Workforce study, Spherion 2012

OFE najbardziej efektywne wśród funduszy emerytalnych w krajach OECD

W 2016 roku realna stopa zwrotu z inwestycji OFE wyniosła 8,3 proc. Według raportu OECD „Pension Markets in Focus 2017” był to najwyższy wynik wśród wszystkich krajów zrzeszonych w Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Spośród analizowanych państw spoza OECD lepsze okazały się jedynie fundusze emerytalne w Armenii (9 proc.). Zdaniem ekspertów Nationale-Nederlanden PTE fundusze emerytalne są obecnie w Polsce najefektywniejszą formą zbiorowego inwestowania.

Analiza OCED obejmuje 85 krajów. W 2016 roku prywatne aktywa emerytalne w krajach OECD osiągnęły rekordowy poziom ponad 38 bilionów dolarów. Aż 66 proc. udziału w tej sumie mają produkty emerytalne w USA. Wysoki udział mają również Kanada, Wielka Brytania, Australia, Japonia, Holandia oraz Szwajcaria. Udział pozostałych krajów OECD (w tym Polski) wyniósł 3,2 proc.

Polskie produkty emerytalne lepsze niż w innych krajach europejskich

W raporcie OECD najwyższe roczne stopy zwrotu uzyskały europejskie odpowiedniki OFE. W przypadku polskich produktów emerytalnych w 2016 roku wyniosła ona 8,3 proc. – Wzrost zainteresowania samodzielnym oszczędzaniem na emeryturę dostrzegamy nie tylko w przyroście nowych rachunków IKZE i IKE. Co równie istotne, ci którzy są w posiadaniu tych produktów wpłacają do nich więcej pieniędzy. W Nationale-Nederlanden PTE zanotowaliśmy podwojenie wpłat do IKZE i IKE w pierwszym półroczu w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej – mówi Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE.

Oprócz Polski wysoki wynik wypracowały irlandzkie produkty emerytalne (8,1 proc.). W czołówce znalazły się również fundusze z Holandii i Danii. Z kolei stratę w ujęciu rocznym przyniosły czeskie (-1,2 proc.), meksykańskie (-0,4 proc.) i islandzkie (-0,3 proc.) produkty emerytalne. Powodów do zadowolenia nie mają również mieszkańcy Surinamu (-17 proc.) i Nigerii (-5,7 proc.). Straty w inwestycjach wynikające z kryzysu finansowego zostały odzyskane w niemal wszystkich krajach OECD. Pozytywne wyniki osiągnęły 28 spośród 31 analizowanych krajów OECD i 25 z 32 państw spoza OECD.

W portfelu OFE dominują akcje

Jak jednak przekonuje raport OECD zwroty powyżej jednego roku nie do końca odzwierciedlają rzeczywistą kondycję funduszy emerytalnych.

– Analizując wyniki OFE i analogicznych produktów w innych krajach trzeba przede wszystkim brać pod uwagę perspektywę długoterminową. Dlatego roczne wyniki OFE należy traktować jako ciekawostkę choć analizy rynkowe pokazują, że w porównaniu do innych produktów finansowych podobnego typu świetnie radzą sobie one również w długim terminie. Nie jest to bowiem rodzaj inwestycji nastawiony na krótki horyzont czasowy. W ciągu ostatnich dziesięciu lat OFE osiągnęły zysk w wysokości 57,1 proc. – argumentuje Grzegorz Chłopek. – Wypracowane przez OFE wartości są wysokie głównie dzięki wzrostom wartości akcji na polskiej giełdzie, jakie odnotowujemy już od ponad roku. Warto jednak zaznaczyć, że choć warszawski parkiet w okresie wrzesień 2007 – wrzesień 2017 wzrósł o 6,5 proc., nadal nie pokonał jeszcze najwyższej wartości sprzed kryzysu – dodaje.

Według analizy OECD największy udział w portfelu OFE mają właśnie akcje. Stanowią one 83 proc. Jest to najwyższy wynik spośród wszystkich analizowanych krajów. Na drugim miejscu pod tym względem znalazła się Australia z 51 proc. udziałem akcji, a na trzecim Finlandia (37 proc.). – Fundusze emerytalne mogą osiągnąć wyższe zyski bez nadmiernego wzrostu ryzyka poprzez dobrze zdywersyfikowane alokacje aktywów. Jeśli te inwestycje są dobrze ze sobą skorelowane, to reagują odmiennie na różne zdarzenia rynkowe, a to dla inwestorów oznacza większe bezpieczeństwo ich funduszy – mówi Grzegorz Chłopek.

Jak dodaje, z drugiej strony, jeśli uwzględni się, że do OFE trafia maksymalnie 15 proc. obowiązkowej składki emerytalnej to emerytura zależy w głównej mierze od czynników związanych z waloryzacją zapisów na kontach FUS (zmiany funduszu płac, inflacji oraz nominalnego PKB). Sytuacja taka nie zmieniła się od 1999 roku, gdyż pierwotnie składka trafiająca do OFE, wynosząca 7,3 proc. wynagrodzenia, mogła być ulokowana maksymalnie w 40 proc. w akcjach. Obecnie maksymalna składka 2,92 proc. może być ulokowana w całości w akcjach, a wynika to z pierwotnej wielkości limitu (2,92% = 7,3% * 0,4). I właśnie inwestycje w akcje w takim stopniu, w jakim przewidział to ustawodawca zwiększają szansę na wyższą emeryturę, zachowując mechanizmy zabezpieczenia ryzyka istotnego wahania emerytur.

OFE inwestują przede wszystkim w Polsce

Raport OECD analizuje również inwestycje funduszy emerytalnych pod kątem ich lokalizacji poza granicami macierzystego kraju. W przypadku Polski odsetek takich inwestycji wynosi jedynie 7,3 proc. i jest to jeden z niższych wyników. Dla porównania w przypadków holenderskich produktów emerytalnych odsetek ten wynosi ponad 81 proc., a estońskich 75,7 proc. Spośród wszystkich analizowanych krajów najwyższy wynik w tym obszarze zanotowano w Kosowie (91,5 proc.).

Nationale-Nederlanden to jedna z największych firm ubezpieczeniowych na polskim rynku. Oferuje proste i zrozumiałe produkty zabezpieczające przyszłość finansową ponad pół miliona klientów. Działa w Polsce od 1994 roku. Od 1998 roku w ramach grupy funkcjonuje także Nationale-Nederlanden Powszechne Towarzystwo Emerytalne zarządzające największym pod względem aktywów Otwartym Funduszem Emerytalnym w Polsce.

Blisko połowa pracujących Polaków może zostać zastąpiona przez roboty. Szykuje się rewolucja na rynku pracy

Blisko połowa pracujących Polaków może zostać zastąpiona przez roboty. Szykuje się rewolucja na rynku pracy 3

W Polsce pracuje obecnie 16,5 mln osób. Według analiz potencjalnie zautomatyzować można ok. 7,5 mln miejsc pracy, co oznacza, że prawie połowa pracujących Polaków mogłaby zostać zastąpiona przez roboty. Jak przekonują eksperci, w najbliższym czasie tak się jednak nie stanie. Robotów sprzedaje się coraz więcej, rośnie także poziom ich zaawansowania technicznego i sztucznej inteligencji. W dłuższej perspektywie zagrożenie jest bardziej realne. W ciągu 45 lat maszyny mogą prześcignąć ludzi we wszystkich aspektach inteligencji, a w ciągu 120 lat zautomatyzowana może być cała praca wykonywana przez ludzi.

– Roboty mogą znaleźć zatrudnienie właściwie wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z pracą rutynową, powtarzalną. Nie znajdą natomiast zatrudnienia tam, gdzie potrzebna jest kreatywność, empatia, nawiązywanie relacji z ludźmi. Na razie nie, nie wiadomo jak będzie w przyszłości – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Kazimierz Krzysztofek z Uniwersytetu SWPS, ekspert DeLAB UW.

Z analizy McKinsey Global Institute wynika, że największy potencjał automatyzacji występuje w pracach związanych z przetwarzaniem żywności, w produkcji, transporcie, magazynowaniu, rolnictwie, handlu detalicznym i górnictwie. Natomiast w najmniejszym stopniu można zautomatyzować usługi edukacyjne. Zdaniem analityków McKinsey Global Institute w Polsce można potencjalnie zautomatyzować 7,5 mln miejsc pracy. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, w drugim kwartale tego roku w Polsce było niemal 16,5 mln pracujących.

– To nie musi być praca umysłowa czy fizyczna, nie ma to znaczenia, bo są roboty, które zastępują ludzi w pracy fizycznej, ale coraz więcej jest takich, które zastępują ludzi w pracy umysłowej. Tam, gdzie mamy do czynienia z liczeniem, z czynnościami powtarzalnymi, tam, gdzie mamy do czynienia np. z wyszukiwaniem, tam roboty radzą sobie doskonale – przekonuje prof. Kazimierz Krzysztofek.

Na początku 2017 r. japońska firma ubezpieczeniowa Fukoku Mutual Life Insurance zwolniła 36 pracowników i zastąpiła ich sztuczną inteligencją. Klienci załatwiają teraz kwestie roszczeń z maszyną, a nie z ludźmi. Sztuczna inteligencja zajmuje się analizowaniem wniosków i wyceną odszkodowań. Z kolei w Australii przeprowadzono eksperyment, podczas którego sztuczna inteligencja analizowała obrazy organów wewnętrznych pacjentów i na tej podstawie przewidywała, którzy z nich umrą w ciągu pięciu lat. Trafność algorytmów była porównywalna z trafnością przewidywań lekarzy.

– Częściej bywają zagrożone zawody związane z pracą intelektualną, ale właśnie rutynową, dlatego że są to algorytmy umysłowe, które mogą być doskonale zastąpione przez algorytmy komputerowe, więc wszelkie prace kalkulacyjne, procesoryczne, czyli przetwarzanie danych, informacji, zapamiętywanie i agregowanie danych, autentyfikowanie, wyszukiwanie itd. Tutaj możliwość zastąpienia ludzi przez roboty jest duża – twierdzi prof. Uniwersytetu SWPS i ekspert DeLAB UW.

W ubiegłym roku wartość rynku sztucznej inteligencji dla medycyny wynosiła 667 mln dolarów. Firma MarketsandMarkets przewiduje, że do roku 2022 wartość tego rynku wzrośnie do blisko 8 mld dol. Maszyny pozwolą lekarzom zaoszczędzić czas, wspomogą diagnozę i, w rezultacie, pozwolą na uratowanie życia wielu osobom. Wszystkie te czynniki będą miały olbrzymi wpływ na zmniejszenie kosztów opieki zdrowotnej.

– W medycynie potrzeba coraz więcej sztucznej inteligencji, która będzie umiała interpretować wyniki badań medycznych wykonywanych przez maszyny. Jest taki ogrom danych, że lekarze nie są w stanie poradzić sobie z odczytywaniem tych danych. System Watson w wersji medycznej potrafi zdiagnozować noworodki, ma całą bibliotekę w sobie, ma dostępne wszystkie opisy operacji i potrafi zdiagnozować stan noworodków w szpitalu, dzięki tej diagnozie noworodki mogą wyjść ze szpitala dzień wcześniej, co jest wielką oszczędnością – przekonuje ekspert.

W 2016 roku na całym świecie sprzedano 294 tys. robotów przemysłowych. To niemal o 120 tys. więcej niż w 2013 roku. Szybko rozwija się też rynek robotów osobistych, którego dynamika wzrostu ma w latach 2017–2022 wynieść 37,8 proc. średniorocznie. Pomimo tego, jak wynika z analizy przeprowadzonej przez Jamesa E. Bessena z Boston University, w ciągu ostatnich 60 lat w Stanach Zjednoczonych z powodu automatyzacji zniknął tylko jeden zawód, operator windy.

– Tam, gdzie są roboty, tam są potrzebni także ludzie – robot może zastąpić lakiernika samochodowego, nawet trzech czy czterech, ale do obsługi robota potrzeba trzech ludzi, do update’owania programu, do konserwacji i do obsługi. Nie jest tak, że robot eliminuje człowieka. Jest tu synergia, synergia techniczno-ludzka, tzn. ludzie są potrzebni robotom, a roboty są potrzebne ludziom – twierdzi prof. Kazimierz Krzysztofek.

Z opublikowanego przez naukowców z Uniwersytetów w Oksfordzie i Yale badania pt. „When will aI exceed human performance? Evidence from aI experts” dowiadujemy się, że według 50 proc. ekspertów od sztucznej inteligencji w ciągu 45 lat maszyny prześcigną ludzi we wszystkich aspektach inteligencji, a w ciągu 120 lat zautomatyzowana zostanie cała praca wykonywana przez ludzi. Już w 2024 roku maszyny mają lepiej niż my tłumaczyć teksty pomiędzy dowolnymi językami, zaś do 2031 roku będą gotowe zastąpić człowieka w handlu detalicznym. Do roku 2053 mają stać się też lepszymi chirurgami.

Ekspertów zapytano również, czy w dłuższej perspektywie rozwój SI będzie miał pozytywny czy negatywny wpływ na ludzkość. Na bardzo dobre lub dobre skutki rozwoju sztucznej inteligencji wskazuje 45 proc. badanych. Według 10 proc. uczonych SI może mieć zły wpływ na społeczeństwo, zaś 5 proc. snuje apokaliptyczne wizje zagłady ludzkości.

– Roboty mogą się wymknąć spod kontroli, jeśli będą wyposażone w świadomość, tzn. będą miały wolę działania. Do sztucznej inteligencji nie potrzeba świadomości – można się zachowywać inteligentnie, nie będąc świadomym tego, co się robi, i to potrafi robić maszyna. Maszyna jednak nie ma woli, nie jest intencjonalna, w związku z tym można w każdej chwili odłączyć ją od prądu – zapewnia prof. Kazimierz Krzysztofek.

Polska zagłębiem rozwiązań wirtualnej rzeczywistości. Coraz chętniej sięgają po nie firmy z branży medycznej, budowlanej i edukacyjnej

Polska zagłębiem rozwiązań wirtualnej rzeczywistości. Coraz chętniej sięgają po nie firmy z branży medycznej, budowlanej i edukacyjnej 4

Wartość rynku rzeczywistości wirtualnej do 2025 roku wzrośnie do 48,5 mld dolarów. Jednym z liderów branży jest Polska. Zagraniczni inwestorzy chętnie inwestują w rozwiązania rzeczywistości wirtualnej tworzone w Polsce. VR znajduje zastosowanie m.in. w branży rozrywkowej, reklamowej, turystycznej czy nieruchomościach. Coraz częściej wykorzystywany jest także w edukacji. Jak pokazują badania, dzieci są w stanie nawet 15 minut dłużej utrzymać koncentrację właśnie w wirtualnej rzeczywistości. 

Analitycy z Grand Review Research prognozują, że do 2025 roku największym segmentem rynku rzeczywistości wirtualnej będzie rynek elektroniki konsumenckiej. Ich zdaniem w ciągu najbliższych dwóch lat należy się spodziewać znaczącego przyspieszenia na ryku hełmów i okularów. Zwiększy się też zapotrzebowanie na oprogramowanie. Do 2025 roku za sprawą rosnącej popularności rzeczywistości wirtualnej w zastosowaniach konsumenckich i medycznych może dojść do rewolucji na tym rynku.

– VR już jest i będzie stosowany w bardzo wielu przestrzeniach, np. w medycynie. Lekarz, który ma zrobić operację w sobotę, w piątek realizuje ją w VR, testuje, na ile mu się uda, a na ile nie uda wykonać różne warianty w trakcie operacji. Również turystycznie, możemy przeżyć miejsce, w które chcemy zaraz pojechać – mówi Tomasz Gackowski z Centrum Analiz Medialnych UW.

Wirtualna rzeczywistość coraz szerzej wychodzi poza rozrywkę, wkraczając także do branży edukacyjnej. Dzięki aplikacji „Titans of Space” możemy wybrać się na wyprawę po Układzie Słonecznym, a aplikacja Google Expeditions pozwala zwiedzić coraz więcej miejsc, w tym Koloseum czy Tadż Mahal. Arlington Science Focus School wykorzystuje urządzenie Oculus Rift do zabrania swoich uczniów na wirtualną wycieczkę np. po Smithsonian Museum. Jak pokazują badania, wirtualna rzeczywistość zdecydowanie bardziej przyciąga uwagę dzieci niż rzeczywistość normalna.

– Dzieci są w stanie blisko 15 minut dłużej utrzymać swoją uwagę nad zagadnieniami, których ich uczymy. Nie wiemy do końca, dlaczego w VR jest lepiej niż w normalnej rzeczywistości, więc nasze badania pewnie pomogą naukowo i biznesowo uzasadnić, dlaczego warto w to inwestować – zapewnia Tomasz Gackowski.

W Polsce można już oglądać w kinach filmy w technologii VR, powstają salony rozrywki oparte o rzeczywistość wirtualną. 13 mln Polaków gra w gry wideo, a w ubiegłym roku wartość rynku gier w Polsce wyniosła 1,75 mld złotych. Dziesiątki polskich firm już teraz działają na rynku VR, nagrywają filmy w odpowiedniej technice, tworzą wizualizacje na potrzeby rynku nieruchomości, przemysłu rozrywkowego, turystycznego czy reklamowego.

– Polska jest zagłębiem tworzenia rozwiązań VR, tzw. przeżyć, bo nie tylko chodzi o aplikacje. Bardzo często nasi partnerzy mówią, że z chęcią zainwestowaliby w R&D tutaj w Polsce, a niekoniecznie za granicą, więc my jesteśmy ośrodkiem, który pomoże im potwierdzić ich intuicję, wytworzyć standardy badań oraz wykonawstwa i developingu dla branży VR. Będziemy chcieli to realizować dzięki integracji różnych pomiarów – twierdzi przedstawiciel Centrum Analiz Medialnych UW.

Jednym z polskich produktów jest SIMTRAQ, symulator lokomotywy stworzony przez warszawką spółkę Qumak we współpracy m.in. z Instytutem Kolejnictwa i Wojskową Akademią Techniczną. Program służy do szkolenia maszynistów na dowolnej trasie kolejowej na świecie i pozwala na symulowanie najróżniejszych warunków i sytuacji, w których może się znaleźć maszynista. Umożliwia on przeprowadzanie w bezpiecznych kontrolowanych warunkach specjalistycznych szkoleń.

Wyzwaniem dla tego rynku może być jednak tzw. choroba symulacyjna, czyli lęk przed założeniem hełmu na głowę.

– Wyzwaniem dla VR jest choroba symulacyjna, choroba niepewności czy też niechęć do zakładania czegokolwiek na głowę. Jest to dość ciekawe przeżycie, gdy widzimy tylko końcówkę naszego nosa, który jest dla nas punktem odniesienia dla orientacji. To jest wyzwanie, ale jeśli już ktoś zakłada gogle, nagle okazuje się, że na jego ustach pojawia się uśmiech i mówi, że jest tak jak w rzeczywistości. Mózg tak samo pracuje zarówno w rzeczywistości wirtualnej, jak i rzeczywistej – przekonuje Tomasz Gackowski z Centrum Analiz Medialnych Uniwersytetu Warszawskiego. 

Kultura przenosi się do internetu. Wyzwaniem dla twórców jest monetyzacja treści i szybko starzejąca się technologia

Kultura przenosi się do internetu. Wyzwaniem dla twórców jest monetyzacja treści i szybko starzejąca się technologia 5

Najnowsze technologie, takie jak wirtualna rzeczywistość, tworzone głównie z myślą o segmencie gier komputerowych coraz częściej wykorzystywane są także przez dziennikarzy, media czy nawet muzea i inne obiekty kulturalne. To dzięki nim wchodzimy w erę Kultury 2.0, czyli kultury cyfrowej opartej w głównej mierze na internecie. Przeniesienie kultury do świata wirtualnego przynosi wiele zalet, ale największym wyzwaniem pozostają monetyzacja treści internetowych oraz szybko starzejąca się technologia.

Kultura cyfrowa zyskuje oficjalne wsparcie i uznanie. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego prowadzi program „Kultura cyfrowa”, którego celem jest „udostępnienie i umożliwienie ponownego wykorzystania zasobów cyfrowych do celów popularyzacyjnych, edukacyjnych i naukowych”, a na polskich uniwersytetach można studiować specjalizację takie jak cyberkultura czy cyberkulturoznawstwo. Zjawisko to staje się też przedmiotem badań i opracowań naukowych. Przeciętny człowiek ma zaś dostęp do cyberkultury głównie za pomocą internetu.

– Kultura cyfrowa obejmuje bardzo duże spektrum praktyk twórczych. Pierwszym skojarzeniem, gdy mówimy o kulturze cyfrowej, są gry komputerowe, ale to tylko część dużego spektrum całej kultury cyfrowej. Możemy pójść do muzeum i doświadczyć wielu przejawów kultury cyfrowej w elementach ekspozycji, tym też zajmujemy się w Instytucie, tzn. staramy się wspierać międzynarodową widoczność tych muzeów, które wykorzystują technologię – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Anna Szylar z Instytutu Adama Mickiewicza.

W 2017 roku wartość mediów interaktywnych wyniesie 105 mld dolarów, a do 2020 roku ma wzrosnąć do 170 mld dol. Sam rynek gier wideo do końca roku ma osiągnąć wartość przekraczającą po raz pierwszy w historii 100 mld dolarów. Po nowe media i kulturę cyfrową sięgają coraz częściej dziennikarze, a Internet staje się podstawowym kanałem dystrybucji treści.

– Dziennikarze też wykorzystują teraz nowe technologie do opowiadania historii. Bardzo ciekawy przykład to Outriders, nowa inicjatywa Jakuba Górnickiego. Internet jest dla części twórców podstawowym kanałem dystrybucji swoich projektów. Można w ten sposób dotrzeć do szerszej grupy odbiorców i poszerzyć grono widzów – tłumaczy Anna Szylar.

Z drugiej strony przeniesienie kultury do świata cyfrowego niesie też ze sobą konsekwencje. Największym wyzwaniem dla branży internetowej jest monetyzacja treści, czyli znalezienie odpowiedniego modelu biznesowego – zarabianie na tworzonych materiałach wideo czy blogach.

– Internet kojarzy się z czymś darmowym, więc płatne treści w Internecie są bardzo problematyczne, sposoby finansowania projektów cyfrowych dystrybuowanych w Internecie są obarczone pewnym ryzykiem i problemami – zauważa ekspertka.

Kolejnym wyzwaniem dla branży jest szybko starzejąca się technologia. Urządzenia, które pojawiły się na rynku 5 lat temu, dziś nie są już uważane za najnowsze zdobycze techniki. Trendy na rynku bardzo szybko się zmieniają. Technologia wyświetlania obrazu w 3D, która pojawiła się kilka lat temu i wydawała się być przyszłością telewizji, dziś w zasadzie z rynku zniknęła. Najnowszym trendem w kulturze cyfrowej jest technologia wirtualnej rzeczywistości.

– Nowe technologie nie są już takie nowe. Technologia szybko się starzeje, zarówno ta, która jest wykorzystana w instytucjach kultury, jak i ta, która jest wykorzystywana w projektach artystycznych. Mamy teraz bardzo duże zainteresowanie technologią VR, wielu artystów, twórców filmowych, twórców interaktywnych reportaży wykorzystuje VR. Dużo sił i inwestycji będzie szło w rozwój tej technologii – mówi przedstawicielka Instytut Adama Mickiewicza.

Instytut reprezentował już polskie muzea na International Symposium on Electronic Art w Hongkongu, ściągnął do naszego kraju kolektyw Tale of Tales, który tworzy artystyczne gry wideo, pomaga w wymianie pomiędzy polskimi a zagranicznymi twórcami gier komputerowych, współpracuje z wieloma polskimi i zagranicznymi organizacjami, a celem jego działań jest m.in. pomoc w rozwoju interaktywnych narracji, digitalizacji i muzeów narracyjnych.

– Zaczynamy intensywniej wspierać obecność artystów, którzy wykorzystują technologię za granicą. Planujemy koprodukcję gier, planujemy kolejne edycje konferencji Digital Cultures, która ma zbierać polskie projekty i pokazywać je przed międzynarodową publicznością. Będziemy wspierać twórców cyfrowych na festiwalach sztuki nowych mediów za granicą. IAM szykuje na kolejne lata szereg nowych inicjatyw i projektów – przekonuje Anna Szylar.

Nadchodzi rewolucja w rolnictwie. Polskie urządzenie w kilka minut wykryje DNA bakterii, grzybów i podpowie, jak przed nimi ochronić uprawy

Nadchodzi rewolucja w rolnictwie. Polskie urządzenie w kilka minut wykryje DNA bakterii, grzybów i podpowie, jak przed nimi ochronić uprawy 6

Uprawy rolnicze wiążą się z nieustanną walką z mikroorganizmami, które  wykryć można wyłącznie w specjalistycznym laboratorium. Rolnicy często stosują środki chemiczne na wszelki wypadek, żeby później nie mieć problemów z uprawami. Prawdziwą rewolucją na rynku może się okazać urządzenie Lab-on-chip, czyli małe, przenośne laboratorium. Rolnik sam pobierze próbkę i na podstawie wyniku badania będzie mógł skutecznie zastosować środek o wąskim działaniu, ograniczając w ten sposób liczbę pestycydów i koszty produkcji.

– Lab-on-chip to ściśnięcie na bardzo małej powierzchni urządzenia elektronicznego całego genetycznego laboratorium. To technologia rewolucyjna, która zupełnie zmieni świat analiz genetycznych. Żeby dzisiaj zrobić taką analizę, trzeba próbki przesyłać do laboratorium i czekać 2–4 tygodnie na wynik. Urządzenie, które budujemy, taką analizę wykona w kilkanaście minut, ponadto będzie mogło być obsługiwane przez kogoś, kto nie jest biotechnologiem albo laborantem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr inż. Adam Kuzdraliński, prezes zarządu Nexbio.

EFSA (European Food Safety Authority) podaje, że 53,6 proc. z 83 tys. próbek żywności przebadanych na potrzeby rocznego raportu, jest wolne od pozostałości pestycydów. 43,3 proc. zawiera je w śladowych ilościach, mieszczących się w przepisach prawa. Wielu rolników już w początkowej fazie wzrostu roślin stosuje kilka rodzajów silnych pestycydów tak, żeby zwalczyć ewentualne zagrożenia już w zarodku. Urządzenie, nad którym pracuje Nexbio, ma pomóc rolnikowi zdiagnozować problemy, które dotyczą upraw.

– Nasze urządzenie będzie umożliwiało stawianie diagnozy np. pięć miesięcy przed tym, gdy wystąpi choroba. Rolnik będzie już wtedy wiedział, że dany mikroorganizm jest na polu, w związku z czym będzie mógł zastosować zupełnie inną dawkę środka, np. cztery razy niższą. Będzie mógł wziąć pod uwagę środek o bardzo wąskim spektrum działania, który nie szkodzi tak bardzo albo w ogóle nie szkodzi pożytecznym mikroorganizmom, owadom, a także ludziom. To całkowita rewolucja – przekonuje dr inż. Adam Kuzdraliński.

Lab-on-chip ma wykrywać nawet pojedyncze mikroorganizmy. Czułość na poziomie urządzeń stosowanych w kryminalistyce pozwoli wykrywać nawet śladowe ilości. Obecnie firma wykonuje takie analizy dla rolników, którzy przysyłają próbki, a badanie trwa od kilku dni do dwóch tygodni. Urządzenie, które opracowuje Nexbio, ma to robić w znacznie krótszym czasie.

– Badanie opiera się na analizie DNA. Projektujemy specjalne odcinki DNA, które mają za zadanie wykrywać tylko ten mikroorganizm, a nie inny, w praktyce rolnik dostaje listę mikroorganizmów, które atakują np. pszenicę albo jabłonie, będzie wiedzieć, że spośród 30 mikroorganizmów niebezpiecznych, ma np. już 4–5. Dostanie dokładny obraz tego, co się dzieje w danym momencie w sadzie, na polu czy na plantacji – tłumaczy prezes Nexbio.

Zasada działania przenośnego laboratorium będzie się opierała na wymiennych kartridżach, odpowiednich do danego rodzaju uprawy. Do takiego kartridża wsadzana będzie próbka, następnie należy umieścić go w urządzeniu i po kilku minutach znany będzie wynik analizy. Kartridże będą sprzedawane osobno, jednak ich koszt ma być symboliczny.

– Chemia połączona z elektroniką będzie działała na zasadzie kartridżów, tak jak w drukarce. Specjalny kartridż trzeba będzie umieszczać w urządzeniu, jeśli będzie to pszenica, wtedy takie urządzenie będzie mogło robić analizę pod pszenicę. To samo urządzenie z kartridżem np. na buraki cukrowe, będzie mogło robić analizę pod buraki cukrowe, nie trzeba będzie kupować nowego urządzenia. Chcemy, aby kartridże kosztowały dosłownie grosze – wskazuje dr inż. Adam Kuzdraliński.

Obecnie analizy wykonywane w laboratorium firmy jednej próbki na obecność 16 patogenów to koszt ok. 600–900 zł netto w zależności od zakresu analiz, podstawy, liści, czy kłosa. Kuzdraliński podkreśla, że nowe urządzenie ma być dostępne dla zwykłych rolników i mieć szanse na powszechne stosowanie. Jego cena powinna oscylować w granicach 1500–2000 złotych.

– Bardzo zależy nam na tym, żeby urządzenie kosztowało tyle, ile średniej klasy smartfon – przekonuje prezes Nexbio.

Lab-on-chip obecnie przechodzi proces walidacji. Jego pojawienie się na rynku to kwestia ok. dwóch lat.

Kontrowersje wokół oprogramowania Kaspersky

Kaspersky Lab to firma z kapitałem rosyjskim, która jest światowym potentatem na rynku antywirusów oraz programów do zabezpieczeń. W ostatnich miesiącach powstała potężna kampania informacyjna, skierowana przeciwko niej. Wśród izraelskich specjalistów pojawiło się podejrzenie, że antywirus przekazuje poufne informacje do osób związanych z rządem Federacji Rosyjskiej.

– Wcześniej pojawiały się już przypadki fałszywego oprogramowania zabezpieczającego wykorzystywanego przez przestępców do przejmowania danych i szpiegowania użytkowników. Tym razem to pierwszy incydent na tak dużą skalę – powiedział  serwisowi eNewsroom Artur Szachno, ekspert UseCrypt – Nie ma jednak pewności, czy to prawda. Mogły to być działania konkurencyjnych firm, które chciały przejąć rynek lub też doprowadzić do wycofania producenta z rynku amerykańskiego. W połowie roku Departament Stanów Zjednoczonych zrezygnował z użytkowania oprogramowania Kaspersky.

Według ostatnich ustaleń w ciągu 30 dni ma to zrobić także cała administracja publiczna USA.

Poważnym incydentem, choć bardziej niszowym – skierowanym w kierunku firm telekomunikacyjnych i dużych operatorów – była wojna pomiędzy firmami Cisco i Huawei. Druga marka wchodząc agresywnie na rynek sprzętu i wprowadzając niskie ceny w porównaniu do konkurencji, została usunięta z Kanady, USA, Australii, a później także wskutek lobbyingu – z Wielkiej Brytanii. Huwaei został posądzony o zaszywanie kodów, które pozwalają na szpiegowanie i przekazywanie wrażliwych informacji. Mają one trafiać do Chin, gdzie znajduje się ich firma macierzysta, która odpowiada za to rozwiązanie – wskazał Szachno.

Trudności w łączeniu treningów i szkoły barierą w rozwoju kariery młodych sportowców. Oprócz stypendiów potrzebne jest im wsparcie psychologów

Trudności w łączeniu treningów i szkoły barierą w rozwoju kariery młodych sportowców. Oprócz stypendiów potrzebne jest im wsparcie psychologów 7

Nie najlepsza baza treningowa i sprzęt, brak pomocy psychologicznej, trudności z pogodzeniem treningów i zajęć w szkole – to główne bariery, które napotykają młodzi sportowcy na początku swojej kariery. Mimo problemów dwie trzecie z nich planuje związać zawodową przyszłość ze sportem – wynika z badań przeprowadzonych przez agencję Star PR w ramach projektu Sportowa Akademia Veolii. Aż 9 na 10 zawodników może przy tym liczyć na oparcie w najbliższej rodzinie. Poza wsparciem i stypendiami dla młodych sportowców liczy się też pomoc w świadomym budowaniu przyszłej kariery.

 Pierwsza bariera, która utrudnia kształtowanie kariery młodym sportowcom, to niedostatek wsparcia psychologicznego. Druga to kłopoty z pogodzeniem planu treningów i szkoły, bo na początku kariery treningów jest faktycznie bardzo dużo. Nie chodzi tu o ulgowe traktowanie w szkole, ale elastyczne podejście do planowania zajęć. Relacja szkoła-klub-zawodnik jest kluczowa w budowaniu i świadomym rozwoju kariery młodych sportowców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Żurada, dyrektor komunikacji w Veolia Energia Warszawa.

Jak wskazuje badanie przeprowadzona grupie absolwentów i beneficjentów SAV, co piąty młody i utalentowany sportowiec wskazuje, że szkoła powinna wykazywać się wyrozumiałością i choć częściowo umożliwić zawodnikom indywidualny tryb nauki. Tylko 20 proc. twierdzi, że może liczyć na wsparcie swojej szkoły i nauczycieli.

– Młodzi sportowcy nadal potrzebują wsparcia w przypadku rozwijania karier dwutorowych, czyli kariery sportowej i następującej po niej kariery zawodowej. Bardzo trudno jest też połączyć karierę edukacyjną z karierą wyczynową w sporcie. Najbardziej przeszkadzają im niedostatki w infrastrukturze oraz to, że ich szkolenie czasami nie obejmuje elementów, które według nich powinny się tam znaleźć, głównie opieki psychologicznej – mówi prof. Michał Lenartowicz, prorektor ds. studenckich i kształcenia warszawskiej AWF.

Z badania wynika, że inne hamulce w rozwoju karier młodych sportowców to nie najlepsza baza treningowa i sprzęt, brak wystarczającej opieki lekarskiej i psychologicznej (70 proc.) oraz niedostateczne wsparcie ze strony działaczy sportowych (60 proc.). W mniej popularnych dyscyplinach indywidualnych barierą w rozwoju kariery często są też niskie zarobki sportowców. Blisko dwie trzecie (63 proc.) młodych i utalentowanych sportowców wskazuje też, że w początkowej fazie kariery demotywuje ich brak większych sukcesów.

 Najważniejszą rolę w kształtowaniu kariery młodych sportowców odgrywają rodzice oraz trenerzy i nauczyciele. Na początku są rodzice, którzy zachęcają i wspierają młodych sportowców, uczestniczą w tym sportowym życiu i pojawiają się na zawodach. Później ogromnym wsparciem są nauczyciele wychowania fizycznego i trenerzy, na których młody sportowiec może liczyć. W swojej karierze trafiłam na bardzo dobrych nauczycieli wychowania fizycznego i bardzo dobrych trenerów – to wpłynęło na to, jakim zawodnikiem jestem teraz – mówi Kamila Lićwinko, polska lekkoatletka i brązowa medalistka w skoku wzwyż na tegorocznych Mistrzostwach Świata w Lekkoatletyce w Londynie, olimpijka z Rio de Janeiro.

Z ankiet przeprowadzonych wśród uczestników Sportowej Akademii Veolii wynika, że mimo wielu barier dwie trzecie nastoletnich zawodników wiąże swoją przyszłość z profesjonalnym sportem. 9 na 10 młodych sportowców deklaruje, że może liczyć na wsparcie swojej rodziny w rozwijaniu zawodowej kariery. W wielu przypadkach rodzice są też wzorem do naśladowania – co piąty młody sportowiec deklaruje, że bierze przykład z mamy bądź taty, którzy też zajmowali się sportem.

– Jeżeli w domu nie ma zainteresowania sportem, to dziecko najprawdopodobniej w sporcie się nie znajdzie. A jeśli już, to jego zaangażowanie sportowe może stopniowo słabnąć i takie dzieci często odpadają, zwłaszcza w sytuacji nadmiernego obciążenia sportem i problemów w szkole, o ile nie mają wsparcia ze strony rodziny – mówi prof. Michał Lenartowicz.

 Najlepiej motywować młodych, dodając im otuchy w trudnych chwilach, gdy coś nie wyjdzie. Trzeba uczyć ich tego, żeby się nie poddawali, że droga do celu może być różna, ale jeśli będą konsekwentni, to uda się ten cel zrealizować – dodaje Kamila Lićwinko.

Od ośmiu lat Grupa Veolia prowadzi program dla młodych sportowców, który ma pomóc im w świadomym budowaniu swojej kariery zawodowej. W trakcie dwunastu miesięcy młodzi zawodnicy biorą udział w szkoleniach z profesjonalistami, które dotyczą m.in. marketingu sportowego, public relations, psychologii sportu czy social mediów, coachingu i prawa. Sportowa Akademia Veolii działa w pięciu polskich miastach (Warszawie, Łodzi, Poznaniu, Chrzanowie i Tarnowskich Górach).

 To program szkoleniowo-stypendialny, w którym poza stypendiami i wsparciem finansowym młodych sportowców proponujemy im również cały wachlarz zajęć dodatkowych z zakresu psychologii sportu, prawa sportowego, dietetyki czy wystąpień publicznych. W rocznym programie bierze udział 20 młodych sportowców między 14 a 18 rokiem życia, którzy reprezentują olimpijskie i indywidualne dyscypliny sportowe – mówi Aleksandra Żurada, dyrektor komunikacji w Veolia Energia Warszawa.

Do tej pory Sportowa Akademia Veolii wykształciła 140 absolwentów w różnych dyscyplinach, m.in. w pływaniu, kajakarstwie, lekkiej atletyce, skokach do wody i szermierce. Wśród jej wychowanków są m.in. Gerard Kurniczak – mistrz świata kadetów w zapasach (2016), pływak Kacper Majchrzak – olimpijczyk z Londynu (2012) i Rio de Janeiro (2016), oraz Marta Lubos – zdobywczyni 13 złotych, 14 srebrnych i 14 brązowych medali w zawodach międzynarodowych i krajowych seniorów i juniorów w karate.

Orbis chce otworzyć co najmniej 42 hotele. W planach ma także przejęcia

Orbis chce otworzyć co najmniej 42 hotele. W planach ma także przejęcia 8

Grupa Orbis rozwija się zarówno poprzez umowy franczyzowe o zarządzanie, jak i budowę własnych obiektów. W ciągu trzech lat chce otworzyć co najmniej 42 hotele. W III kwartale 2017 roku hotelowy lider wkroczył na dwa nowe rynki i zwiększył przychody o ponad 6 proc.

– Nasza strategia jest oparta na trzech filarach: operacyjnej doskonałości, portfolio i ludziach. Przykładamy dużo większą wagę do rozwoju sieci hoteli niż do tej pory – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Gilles Clavie, prezes zarządu Orbis. – Mamy już listę hoteli, które chcemy otworzyć w kolejnych latach, i jest ona bardzo długa – liczy 42 pozycje, a to jeszcze nie koniec. W ostatnim kwartale otworzyliśmy trzy hotele, a przed końcem roku dojdą jeszcze kolejne.

W III kwartale 2017 roku do Grupy dołączyły trzy hotele z 310 pokojami w modelu „asset light”, dzięki którym Orbis wszedł na nowe rynki w Serbii oraz w Bośni i Hercegowinie. Podpisał również pięć nowych umów franczyzowych na hotele o łącznej liczbie 610 pokoi, które dołączą do Grupy Orbis w nadchodzących latach.

Przychody ze sprzedaży netto Grupy Orbis wyniosły po trzech kwartałach 1,1 mld zł i były wyższe od tych sprzed roku o 6,3 proc. Wskaźnik przychodu na dostępny pokój (RevPAR) zwiększył się jeszcze bardziej – o 6,6 proc. do 186,6 zł. Zysk operacyjny przekroczył 250 mln zł, co oznacza wzrost o 27,4 proc. rok do roku, natomiast zysk przed opodatkowaniem grupy wyniósł przeszło 231 mln zł, o ponad 26 proc. więcej niż rok wcześniej.

 Dobre wyniki pierwszych dziewięciu miesięcy roku to potwierdzenie słuszności strategii, którą realizujemy od trzech lat – przekonuje prezes Orbisu. –Wzrost przychodów to w dużej mierze zasługa cen, które wzrosły o 5,1 proc. Dobrze prezentuje się również wskaźnik frekwencji, który wynosi blisko 75 proc. i wzrósł o 1,1 p.p. To dowód, że popyt cały czas rośnie, a my jesteśmy w stanie go zaspokoić.

Grupa Orbis oferuje ponad 20 tys. pokoi w 120 hotelach w Polsce i krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Jest wyłącznym licencjodawcą marek AccorHotels w 16 krajach, w tym w Bośni i Hercegowinie, Bułgarii, Chorwacji, Czarnogórze, Czechach, Estonii, na Litwie, Łotwie, w Macedonii, Mołdawii, Polsce, Rumunii, Serbii, Słowacji, Słowenii i na Węgrzech. Hotele działają pod markami Sofitel, MGallery by Sofitel, Pullman, Novotel, Mercure, ibis, ibis Styles i ibis budget.

– Zazwyczaj wydajemy na bieżące modernizacje około 150 mln zł rocznie, a w przyszłym roku może to być nawet 170 mln zł. Kilka hoteli poddajemy gruntownej renowacji w celu poprawy standardu zgodnie z oczekiwaniami gości – mówi Clavie. – Chcemy mieć najlepsze hotele na rynkach, gdzie jesteśmy obecni. Jeżeli chodzi o akwizycje, to rozważamy kilka projektów, które pozwoliłyby nam zwiększyć marżę, co jest dla nas absolutnie kluczowym kryterium. Szukamy możliwości akwizycyjnych, w Czechach, na Węgrzech, w Rumunii i być może także w Polsce.

W październiku Orbis poinformował o podpisaniu umowy licencyjnej z marką Adagio, która prowadzi aparthotele w całej Europie. Dysponuje już na Starym Kontynencie 11 tysiącami apartamentów. Umowa obejmuje rynki polski, czeski, węgierski, rumuński, serbski oraz wszystkich krajów bałtyckich. Aparthotele pod tą marką znajdują się przeważnie w dużych miastach, centrach biznesowych i stolicach państw.

 Działamy w branży hotelowej, ale cały czas szukamy segmentów, na których dotąd nie byliśmy aktywni, a rynek apartamentów rośnie dużo szybciej niż rynek hotelarski. Podpisaliśmy więc umowę, na podstawie której Orbis może rozwijać i operować aprthotelami Adagio w trzech kategoriach: Adagio, Adagio Access i Adagio Premium. To rozwojowy rynek, który jest całkowicie komplementarny z naszym biznesem, więc dający efekt synergii – tłumaczy Gilles Clavie. – Goście spędzają w naszych hotelach średnio półtora dnia. Szukamy klientów na dłuższe pobyty, około 10–15-dniowe.

W Orbisie, który jest wyłącznym licencjonodawcą marek AccorHotels, trwają też analizy celowości inwestowania w nowe marki, które nie są jeszcze obecne w regionie Europy Wschodniej. Na razie pozostają one jednak na poziomie dyskusji.

Tylko 40 proc. Polaków ma oszczędności zapewniające im poczucie bezpieczeństwa. Odłożenie odpowiedniej kwoty zajmuje im co najmniej kilka miesięcy

Tylko 40 proc. Polaków ma oszczędności zapewniające im poczucie bezpieczeństwa. Odłożenie odpowiedniej kwoty zajmuje im co najmniej kilka miesięcy 9

Choć 80 proc. Polaków uważa, że warto oszczędzać, to bezpieczną poduszkę finansową ma tylko 40 proc. – wynika z badania Barometr Providenta przeprowadzonego z okazji Światowego Dnia Oszczędzania przypadającego 31 października. Według badanych finansowe bezpieczeństwo powinno zapewnić już 5 tys. zł. Zaoszczędzenie odpowiedniej kwoty zajmuje większości respondentów kilka miesięcy, a w przypadku co trzeciego z nich – minimum rok. Eksperci przypominają, że poduszkę finansową można stworzyć poprzez regularne odkładanie nawet niewielkich kwot.

– Według naszych badań 80 proc. Polaków deklaruje, że warto oszczędzać, że chcieliby to robić i że oszczędzanie jest pozytywną formą zabezpieczenia na przyszłość czy na wypadek niespodziewanych wydatków. Jednak to, że 80 proc. deklaruje, nie oznacza, że 80 proc. oszczędza. Tutaj wskaźnik jest zdecydowanie niższy i praktyka polegająca na odkładaniu choćby drobnych pieniędzy nie jest już tak częsta – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik ds. komunikacji w Provident Polska. – Niepokojące jest też to, że niemal co piąty Polak uważa, że nie warto oszczędzać – dodaje.

Z badania Barometr Providenta wynika, że tylko 40 proc. badanych ma odłożone takie środki, które zapewniają im poczucie finansowego bezpieczeństwa. Natomiast 43 proc. wskazuje, że nie ma wystarczających oszczędności, które pozwoliłyby im czuć się bezpiecznie. Największy problem ze zgromadzeniem odpowiednich oszczędności mają młode osoby, poniżej 25 roku życia. Badanie Providenta wskazuje, że odłożonymi środkami w wysokości zapewniającej bezpieczeństwo dysponuje tylko 22 proc. z nich. Natomiast grupą, która najczęściej deklarowała zgromadzenie minimum oszczędności, są przedsiębiorcy, choć ich oczekiwania w stosunku do wysokości zabezpieczonej kwoty są dość duże.

Polacy uważają, że obecnie statystyczna rodzina powinna mieć odłożone średnio co najmniej 5 tys. zł. Podana kwota co roku rośnie, jeszcze w 2016 roku było to 4150 zł, a rok wcześniej 3250 zł. Co czwarty ankietowany wskazał kwotę do 2 tys. zł, ale podobna grupa ocenia, że potrzebowałaby minimum 10 tys. zł na czarną godzinę.

– Ta kwota różni się w zależności od wieku, wykształcenia i statusu na rynku pracy. Najmniejszą kwotę deklarują osoby do 24 roku życia – ich zdaniem poduszka finansowa powinna wynosić około 2 tys. zł. Osoby z wyższym wykształceniem, dobrze zarabiające, przedsiębiorcy wskazują już na wiele wyższe kwoty, czasem są to nawet sumy rzędu 300 tys. zł – mówi Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska.

Zaoszczędzenie kwoty, która zapewni poczucie finansowego bezpieczeństwa, zajmuje co najmniej kilka miesięcy, a w przypadku sporej grupy osób nawet jest to nawet kilka lat.

– Jedynie 16 proc. Polaków deklaruje, że sumę potrzebną do poczucia pełnego bezpieczeństwa finansowego jest w stanie zebrać w ciągu paru miesięcy, do kwartału – podkreśla Anna Karasińska.

Co czwarty badany na zgromadzenie odpowiednich oszczędności potrzebowałby przynajmniej pół roku, ok. 16 proc. deklaruje zaś, że wystarczyłby na to rok, zaś 22 proc. potrzebowałoby na ten cel więcej czasu.

Jak przekonują eksperci, oszczędzanie można zacząć od małych, ale regularnie wpłacanych kwot.

 Warto rozważyć taki sposób traktowania funduszu oszczędnościowego jak rachunków – gdy pensja wpływa na konto, odkładamy pewną, z góry ustaloną kwotę tak, jakbyśmy płacili kolejny rachunek, z tym, że ten nasz dodatkowy rachunek będzie po prostu rachunkiem oszczędnościowym, który zabezpieczy nas finansowo na niespodziewane zdarzenia w przyszłości. Zaskakujące bywa to, jak wiele jesteśmy w stanie oszczędzić, odkładając nawet drobne pieniądze – tłumaczy Karolina Łuczak.

31 października obchodzony jest Światowy Dzień Oszczędzania. Ustanowione ponad 90 lat temu przez przedstawicieli banków europejskich święto ma przypominać o konieczności systematycznego odkładania pieniędzy i odpowiedzialnego traktowania swoich finansów.

Do 2020 roku LPP, właściciel marki Reserved, zainwestuje w rozwój sieci sklepów 1,5 mld zł. Przeznaczy też znaczne środki na badania oraz rozwój

Do 2020 roku LPP, właściciel marki Reserved, zainwestuje w rozwój sieci sklepów 1,5 mld zł. Przeznaczy też znaczne środki na badania oraz rozwój 10

LPP, założona w Gdańsku firma odzieżowa, nie zwalnia tempa rozwoju i deklaruje, że do 2020 roku przeznaczy 1,5 mld zł na inwestycje w sieć salonów stacjonarnych. Ponadto stawia na rozwój segmentu kreatywnego – do 2018 roku zamierza zatrudnić ponad tysiąc pracowników oraz wydać blisko 200 mln zł rocznie w obszarze badawczo-rozwojowym. To sposób na zwiększanie globalnej konkurencyjności polskiego produktu eksportowego.

Przez ostatnie 7 lat przeznaczyliśmy 3,5 mld zł na inwestycje w sklepy stacjonarne. W tej chwili nasza sieć obejmuje ponad 1,7 tys. salonów w 20 krajach. Ich łączna powierzchnia sprzedażowa to prawie milion metrów kwadratowych. Jeden sklep to przynajmniej 15 mln zł wkładu w gospodarkę, 300 miejsc pracy i zaangażowanie wielu podwykonawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Olimpia Patej, dyrektor do spraw inwestycji w LPP.

Oprócz rozwoju powierzchni sprzedażowej odzieżowy gigant z Gdańska przeznacza znaczne nakłady na rozwój segmentu kreatywnego. Ma to na celu zwiększanie globalnej konkurencyjności polskiego produktu eksportowego, jakim jest flagowa marka Reserved.

– Już dziś w obszarze badań i rozwoju LPP zatrudnia 1 200 osób oraz wydaje na ten cel przeszło 160 mln zł rocznie. Mamy świadomość, że w globalnej gospodarce wartość dodana produktu, mająca swe źródło w kreatywności firm, jest najważniejszym elementem przewagi konkurencyjnej – mówi Marek Piechocki, założyciel i właściciel LPP.  My tę wartość dodaną, tworzymy tu, w Polsce, i eksportujemy ją dziś już do 19 krajów, w których obecne jest Reserved. W 2016 roku wartość naszego eksportu wyniosła 3 mld zł. Te pieniądze wróciły do naszego kraju i tutaj zostały zainwestowane – dodaje.

Firma z Gdańska, która zarządza obecnie pięcioma brandami: Reserved, Mohito, Cropp, House i Sinsay, w ostatnich latach konsekwentnie zwiększa również zaangażowanie na polskim rynku. Według zapowiedzi do końca 2018 roku około 10 mln sztuk odzieży pod marką Mohito uszyją krajowe zakłady i szwalnie. W tym czasie dwukrotnie wzrośnie też produkcja ubrań z metką Reserved, które zostaną uszyte w Polsce.

Odzieżowy gigant zatrudnia obecnie bezpośrednio 17 tys. pracowników w samej centrali w Polsce, a łącznie na rzecz LPP pracuje dziś ponad 25 tys. osób. Ze względu na skalę działania firma współpracuje z około 300 przedsiębiorstwami, które zatrudniają ok. 3,5 tys. pracowników.

– Musimy pamiętać, żeby nie sprowadzać produkcji tylko do szycia, spawania czy cięcia. Mówimy o kreowaniu marki, a pojęcie „made”, czyli produkcja, uwzględnia cały proces: od idei twórczej do ostatecznego produktu. Cały proces związany z wykreowaniem marki dzieje się w Polsce. Zaczynamy być kojarzeni nie tylko z tanią siłą roboczą i dużym rynkiem zbytu, lecz także ze znakomitymi, wykształconymi projektantami, menadżerami, którzy potrafią ze sobą pracować i tworzyć markę od podstaw – podkreśla prof. Jarosław Szymański z Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, projektant i właściciel studia projektowego Studio 1:1, które pracuje dla LPP od samego początku istnienia spółki.

LPP bardzo szybko reaguje na rynkowe trendy. Wprowadza zmiany, które mają przyspieszyć proces produkcji i logistyki. To efekt zapotrzebowania tzw. szybką modę, czyli trend, który polega na tym, że klienci oczekują najnowszych kolekcji i wzorów natychmiast w sprzedaży. Firma śledzi, testuje i wdraża też nowe koncepty swoich sklepów. Zmiany następują średnio co cztery lata.

Najnowszy koncept, zgodnie z którym został zaprojektowany salon Reserved w Londynie, opiera się na zasadzie „open to public”. Oznacza to nowoczesne, minimalistyczne wnętrza, w których nastrój i ekspozycja kolekcji są kreowane za pomocą oświetlenia LED-owego. Aranżacje witryn sklepowych są projektowane tak, żeby zwrócić uwagę klienta na ofertę salonu jeszcze zanim wejdzie on do środka.

 Od początku naszej działalności opracowaliśmy już sześć konceptów dla marki Reserved. Przygotowania firmy do wejścia na rynki zachodnie były dla nas bardzo stresujące. Otwarty we wrześniu tego roku salon na Oxford Street z pewnością zapamiętamy jako projekt przełomowy. Dynamika LPP wpływa mobilizująco na rozwój naszej pracowni. Najpierw byliśmy dwuosobowym zespołem, który projektował sklepy. Dziś, po 23 latach współpracy, jesteśmy pracownią liczącą 35 projektantów i 10 współpracowników – mówi dr hab. Beata Szymańska z Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, projektantka i współwłaścicielka gdańskiego Studia 1:1.

Szybki rozwój i wzrost zatrudnienia dzięki współpracy z LPP zauważa też Adam Polak, właściciel stolarni Mat-bud, który we współpracy z Januszem Szarejko i jego firmą ślusarską Partnex produkuje meble dla salonów LPP od przeszło 20 lat.

– Pierwszy był sklep w Starym Wrzeszczu. W pierwszych 7–8 latach współpracy zatrudnienie zarówno w firmie Partnex, jak i  Mat-bud wzrosło do 50–60 osób. Wzbogaciliśmy się o kolejne budynki, musieliśmy rozwinąć park maszynowy. Potem przyspieszenie było jeszcze większe. Dzisiaj zatrudniamy łącznie blisko 200 osób, mamy nowocześnie wyposażone zakłady. Trzeba przyznać, że było to możliwe wyłącznie dzięki rzetelnej współpracy. Nigdy nie zdarzyły nam się brak zapłaty albo niewykonane plany zleceń. To daje gwarancję, że zatrudnieni ludzie mają ciągłość i stałość pracy. Nie musieliśmy się martwić o to, że utracimy wykwalifikowanych pracowników, bo wychowanie kolejnych zajmuje lata pracy i nauki – mówi Adam Polak.

Współpraca ze sprawdzonymi, wieloletnimi podwykonawcami gwarantuje odpowiednią jakość usług i ich terminową realizację. Warto podkreślić, że wyposażenie zarówno w krajowych, jak i zagranicznych salonach LPP jest dostarczane przez polskich przedsiębiorców.

Polskie szkoły nie mają dostępu do szybkiego internetu i cyfrowych narzędzi. Ministerstwo Cyfryzacji chce nadrobić te zaległości w trzy lata

Polskie szkoły nie mają dostępu do szybkiego internetu i cyfrowych narzędzi. Ministerstwo Cyfryzacji chce nadrobić te zaległości w trzy lata 11

Zgodnie z rządową strategią w kolejnych latach wszystkie 30,5 tys. szkół ma znaleźć się w zasięgu szybkiego i bezpiecznego internetu. Dziś zaledwie kilka tysięcy ma dostęp do sieci o przepustowości co najmniej 100 Mbps, a co czwarty uczeń deklaruje, że nie korzysta z internetu nawet na lekcjach informatyki. Minister cyfryzacji Anna Streżyńska podkreśla, że program Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej jest równie ważny dla społeczeństwa, jak Rodzina 500 Plus i liczy, że uda się z nim ruszyć już w 2018 roku. Ustawę w Sejmie poparło 430 posłów.

– Tylko 5 tys. z ponad 30 tys. szkół w całej Polsce ma tak naprawdę dostęp do szybkiego internetu. To oznacza, że około 25 tys. szkół jest tego internetu pozbawionych, a zatem możemy mówić o wykluczeniu cyfrowym edukacji w Polsce. To nie jest dobry prognostyk dla przyszłości naszych dzieciaków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes minister cyfryzacji Anna Streżyńska.

Potwierdzają to statystyki Ministerstwa Edukacji Narodowej, które podaje, że tylko 10 proc. szkół i placówek oświatowych ma obecnie dostęp do internetu o takich parametrach, które umożliwiają wykorzystywanie go do nauki i prowadzenia lekcji. Z ponad 30,5 tys. edukacyjnych w Polsce niewiele ponad 3 tys. ma dostęp do sieci o przepustowości co najmniej 100 Mbps. Natomiast 40 proc. jednostek oświatowych korzysta z dostępu do internetu o przepustowościach nieprzekraczających 10 Mbps. Jedna czwarta polskich uczniów nie ma możliwości korzystania z internetu nawet na lekcjach informatyki.

Zgodnie z rządowymi planami w 2018 roku pierwsze 1,5 tys. szkół zostanie podłączonych do szerokopasmowego internetu w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, a docelowo w zasięgu sieci znaleźć znajdzie się 30,5 tys. placówek.

W około 10 tys. szkół, w których inwestycja komercyjna jest nieopłacalna, będziemy budować dostęp do sieci z pieniędzy publicznych – państwowych i pochodzących z UE. Natomiast 15 tys. szkół jest podłączanych do sieci przez biznes, czyli przez operatorów telekomunikacyjnych takich jak Netia, Orange i Inea. W całej Polsce operatorzy równomiernie inwestują tam, gdzie opłacalność tych inwestycji jest dla nich do przyjęcia, czyli wychodzą przynajmniej na zero. Trzeba pamiętać, że inwestując w szkoły, inwestują również w przyszłość swoich abonentów – uczą ich pewnych nawyków, zaprzyjaźniania się z internetem, z narzędziami cyfrowymi w codziennym życiu – mówi Anna Streżyńska.

W ubiegłym tygodniu prace nad projektem zakończył Sejm. Projekt poparło 430 posłów. Jak poinformowała Anna Streżyńska, resort cyfryzacji liczy, że inwestycje w całej Polsce będą mogły ruszyć już od stycznia 2018 roku.

Chcemy, żeby cała ta inwestycja edukacyjna została zakończona w 2020 roku. Program 500 Plus spowodował, że dzieci mają większe możliwości spokojnego i dostatniego życia. Programem OSE chcemy dać im szansę cywilizacyjną, żeby ich przyszłość malowała się w bardziej sprawiedliwych barwach w stosunku do rówieśników z innych krajów europejskich – mówi Anna Streżyńska.

Jedną z placówek, która bierze udział w pilotażu Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej jest szkoła w Pogorzałkach niedaleko Białegostoku. W ubiegłym tygodniu odwiedziła ją minister cyfryzacji, która uczestniczyła w lekcji programowania w siódmej klasie.

W trakcie pilotażu obserwujemy, czy w dużych szkołach program jest wystarczający, czy czeka nas wkrótce reinwestycja, czyli podniesienie prędkości symetrycznej dla dużych, szkolnych ośrodków, żeby wszystkie dzieci mogły komfortowo korzystać z dobrodziejstw internetu i platform edukacyjnych, które na nim są zbudowane – mówi Anna Streżyńska.

– Ku naszemu zadowoleniu, szkoły aktywnie włączyły się w tę część pilotażu związaną z treściami. Chcieliśmy zbadać, jak szybko szkoły będą w stanie przerzucić się na nowy system nauczania, jaki ruch wygeneruje to w sieci – tak, abyśmy mogli tę sieć odpowiednio zwymiarować. Dzięki pilotażowi uzyskaliśmy dane, które pozwoliły nam zaprojektować sieć ogólnopolską – dodaje Wojciech Kamieniecki, dyrektor NASK.

NASK to nadzorowany przez Ministerstwo Cyfryzacji państwowy instytut badawczy, który realizuje pilotaż OSE. Jej dyrektor podkreśla, że jedną z ważniejszych kwestii we wdrażaniu Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, będzie bezpieczeństwo.

Było kilka etapów przygotowań pilotażu. Pierwszy obejmował doprowadzenie światłowodu do szkoły, następny dotyczył wyposażenia szkoły w sprzęt i dostarczenia odpowiednich treści oraz przeszkolenia nauczycieli. Wykonaliśmy to w trakcie ponad roku i zebraliśmy doświadczenia. Ta sieć musi być zabezpieczona na ataki, które są w tej chwili przeprowadzane na wszystko, co możliwe, polegające na spamowaniu, czyli zatykaniu dostępu do pewnych portali, na kradzieży tożsamości czy wykradaniu PIN-ów i danych osobowych. Jest także drugi aspekt związany z cyberprzemocą w szkołach, na co musimy zwracać szczególną uwagę – mówi dyrektor NASK.

Anna Mikuć, dyrektorka Szkoły Podstawowej w Pogorzałkach, która bierze udział w pilotażowym programie OSE, podkreśla, że z szybkiego internetu są zadowoleni nie tylko uczniowie, ale i nauczyciele. Dostęp do sieci daje im możliwość wzbogacania lekcji i korzystania z cyfrowych treści edukacyjnych.

Wszystkie możliwości, które dają nam platformy edukacyjne online – jak podręczniki, interaktywne quizy czy testy – bez internetu są po prostu nieosiągalne. Nauczyciele mogą w każdej chwili – na wstępie i na podsumowaniu lekcji – włączyć internet, bo w każdej klasie jest Wi-Fi, mogą więc korzystać z tego bez ograniczeń – na ile tylko starczy im pomysłów, inwencji i chęci. Nauczyciele mogą online robić ankiety, sprawdzać wiedzę uczniów i generalnie wykorzystywać na lekcjach różne ciekawe, interaktywne aplikacje – mówi Anna Mikuć.

– Szybki internet musi dotyczyć zarówno sektora edukacyjnego – szkół podstawowych, liceów i techników oraz szkół wyższych – jak i biznesu. Zgodnie z naszym Narodowym Planem Szerokopasmowym, na zakończenie tej perspektywy budżetowej 100 proc. biznesu powinno być w sieci, a 95 proc. mieszkańców Polski powinno mieć dostęp do szybkiego internetu, a co najmniej połowa będzie mogła korzystać z internetu o prędkości 100 Mbps – dodaje Anna Streżyńska.

Kolejny kryzys gospodarczy będzie jak kataklizm?

Będą upadać rządy, muzea, szpitale i nie będzie sposobu, żeby temu zapobiec. Jim Rogers twierdzi, że jesteśmy w przededniu kryzysu gospodarczego jakiego jeszcze świat nie widział. Porównywalny do katastrofy kryzys może przyjść już w 2017 roku, najpóźniej w 2018 roku.

Jim Rogers zaryzykował nawet stwierdzenie, że upadku może doznać cała zachodnia cywilizacja. Twierdzi, że oznak kryzysu należy szukać w miejsca, na które dziś nikt nie zwraca uwagi. Przytacza przykład z roku 2007, kiedy zbankrutowała Islandia, upadł bank Lehman Brothers, a później zaczął się efekt domina. Czy rzeczywiście przewidywania Jima Rogersa mogą się sprawdzić?

– Dzisiaj mamy hossę, która dwukrotnie przekracza średnią z 17 ostatnich cykli. Mamy do czynienia z rynkiem niskich stóp procentowych. Brak jest narzędzia do tego by przeciwdziałać kryzysowi. W roku 2008 Chińczycy posiadali bardzo duże oszczędności, które również wpływały na ratowanie sytuacji na rynku. Dzisiaj Chińczycy są potężnie zadłużeni. Wskaźniki na Wall Street są podobne do tych z roku 1929, czyli czasu przed wielkim kryzysem. Wskaźniki są już są już powyżej poziomu z roku 2000 czy 2008 – mówi newsrm.tv Robert Śniegocki, ekspert Grupy Goldenmark.

Światem kryzys wstrząsały już wiele razy. Ostatni z nich, kryzys z 2008 roku, przewidział Robert J. Shiller. Laureay nagrody Nobala twierdził, że bańka rynku nieruchomości i rynek przeżyje 40 procentową recesję. Czy teraz sprawdzą się proroctwa Jima Rogersa? Tego nikt nie może być pewien, bo kryzys finansowy zapewne prędzej czy później przyjdzie. Nie znana jest tylko jego skala. Czy można się na to przygotować? Tak – odpowiada Robert Śniegocki i wyjaśnia – Przede wszystkim powinniśmy racjonalnie dywersyfikować środków i ograniczać się to tych bezpieczniejszych, które będą ograniczały potencjalne ryzyko straty. Zachęcamy, żeby w tych instrumentach uwzględnić również fizyczne złoto. Od zawsze złoto traktowane jest jako bezpieczna przystań. W roku 2000 czy w roku 2008 gdy na rynkach finansowych działo się źle złoto zyskiwało na wartości. Dzięki temu możemy mocno ograniczać potencjalne straty.

Średnio na świecie zdarzają się dwa kryzysy na dekadę.

Przewóz towarów wrażliwych. Nowe regulacje, nowe rozwiązania

Przewóz towarów niebezpiecznych na terenie Polski został poddany na początku roku zwiększonej kontroli. Nowe przepisy nakładają na zaangażowane w transport podmioty obowiązek wprowadzania szczegółowych danych do systemu monitorującego. Błąd w skomplikowanej procedurze może skończyć się karą grzywny. Jak tego uniknąć?

W kwietniu tego roku weszła w życie Ustawa z dnia 9 marca 2017 r. o systemie monitorowania drogowego przewozu towarów. Akt ten ma być sposobem na uszczelnienie systemu podatkowego i ograniczenie wyłudzeń w tym zakresie. Określa bowiem w sposób precyzyjny obowiązki na nadawców, odbiorców i spedytorów oraz wprowadza kary za ich nieprzestrzeganie. – Narzędzie to posłuży do walki z nieuczciwymi podmiotami, które nielegalnie handlują alkoholem, paliwem, suszem tytoniowym i innymi towarami wymienionymi w załączniku nr 13 do ustawy o podatku od towarów i usług – mówi Anna Konieczna-Garbacz, Resource Manager z firmy SI-Consulting.

Obowiązki dla przedsiębiorców

Nowe regulacje pozwolą urzędnikom sprawdzić w dowolnym momencie, jaki towar wrażliwy, w jakiej ilości i dokąd jest transportowany na terytorium kraju. Wszystkie dane i aktualizacje z tym związane będą gromadzone w programie SENT – elektronicznym rejestrze zgłoszeń, do którego dostęp można uzyskać zakładając konto na Platformie Usług Elektronicznych Skarbowo-Celnych (PUESC), stworzonej przez Ministerstwo Finansów. Obowiązkiem wprowadzania informacji do SENT zostały objęte podmioty dokonujące (w rozumieniu ustawy o VAT) dostawy towarów, wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów, wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów oraz eksportu i dopuszczenia do obrotu na terytorium kraju a także tranzytu i dostaw z zagranicy.

– Chodzi o sprzedawców (nadających towar), spedytorów i, jeśli transport nie przekracza granic Polski, nabywców towarów wrażliwych – wyjaśnia ekspert SI-Consulting. – Są oni zobowiązani do zgłoszenia przewozu towarów, które wiążą się z wysokim ryzykiem oszustw podatkowych, a także uzupełniania i aktualizacji danych w zgłoszeniu. Niedopełnienie tych obowiązków pociąga za sobą sankcje, w tym grzywnę nawet do 20 tys. zł. Może też sparaliżować pracę firmy poprzez zatrzymanie pojazdu do czasu wyjaśnienia sprawy.

Wspomniane konsekwencje niepokoją przedsiębiorców tym bardziej, że wiele błędów może wkraść się do systemu przez zwykłe niedopatrzenie. – Prawo uzależnia obowiązek zgłoszenia towaru od jego ilości – wskazuje minimalną masę i objętość każdego z nich. W niektórych przypadkach jest to duże utrudnienie – zauważa Anna Konieczna-Garbacz. – Przykładem może być branża chemiczna, w której rejestracji podlega większość transportowanych materiałów, przy czym niemal każdy z nich obejmują inne ograniczenia. Często zdarza się, że jeden transport zawiera rozmaite substancje w różnej ilości – dokładne wyliczenie limitów, wpisywanie ich do systemu i każdorazowe zgłaszanie wszelkich zmian jest kłopotliwe, pochłania czas i wprowadza ryzyko pomyłki – tłumaczy ekspert.

Wsparcie branży IT

Branża informatyczna odpowiedziała na te problemy niezwłocznie, oferując przedsiębiorcom systemy generujące i wysyłające dane do SENT w sposób zautomatyzowany. Decyzja o wdrożeniu takiego rozwiązania wiąże się z dużą oszczędnością czasu i redukcją ryzyka, zwłaszcza w przypadku dużych firm. Wielość dostępnych programów utrudnia jednak wybór odpowiedniego dla swojego przedsiębiorstwa. – Wybierając dostawcę systemu trzeba upewnić się, że uwzględnia on różnorodność rozwiązań logistycznych w firmach, podlega parametryzowaniu, konfiguracji i późniejszym aktualizacjom oraz serwisowaniu. Firmy korzystające z SAP powinny zdecydować się na oprogramowanie, które jest mu dedykowane – podkreśla Anna Konieczna-Garbacz i radzi: – Szczególną uwagę należy zwrócić na możliwość weryfikacji danych generowanych przez SENT w użytkowanym systemie – rejestrację statusów, kodów, komunikatów o błędach. Dzięki temu w kilka minut otrzymujemy kody dla nadawcy, odbierającego i spedytora, a wszystkie podmioty zaangażowane w transport mają pewność i dowód, że zgłoszone informacje są właściwe, a dane w systemie realne i bieżące – podkreśla ekspert.

Wśród dostępnych funkcjonalności oprogramowania SENT mogą znaleźć się także takie elementy jak automatyczne zarządzanie opakowaniami i masą towarów (by łatwo zidentyfikować pojemność i wagę materiałów). Szczególną uwagę należy jednak zwrócić na poziom skomplikowania obsługi oprogramowania. Ważne jest, by był na tyle intuicyjny, by nie trzeba było angażować do pracy przy nim dodatkowych pracowników oraz by statusami można było zarządzać z poziomu systemu SAP.

Cała branża w jednym miejscu: Forum Gospodarki Cyfrowej i Gala e-Commerce Polska awards już 9 listopada

Forum Gospodarki Cyfrowej: Transformacja cyfrowa –  wyzwania i trendy – to pierwsza edycja największego wydarzenia Izby Gospodarki Elektronicznej, które odbędzie się 9 listopada w Kinie Praha w Warszawie.

Podczas Forum Gospodarki Cyfrowej czekają na Państwa:

  • 2 bloki tematyczne: e-commerce i e-medycyna
  • premiery 2 nowych raportów e-Izby: „E-Grocery” i „Płatności cyfrowe 2017”
  • najważniejsze trendy i wyzwania branży omówione przez międzynarodowych ekspertów
  • goście specjalni: Róża Thun i Michał Boni
  • 7 paneli dyskusyjnych
  • 14 prelekcji
  • 40 prelegentów
  • owocny networking

Forum Gospodarki Cyfrowej będzie wypełnione debatami, prezentacjami i wystąpieniami ekspertów z Polski oraz z zagranicy, zwieńczone wieczorną galą, prestiżowego i znanego w branży konkursu e-Commerce Polska awards 2017 oraz konkursu  Osobowość Polskiej i Regionalnej Gospodarki Cyfrowej.

Zarówno Forum jak i wieczorna Gala będą okazją do rozmów biznesowych, nieformalnych spotkań i owocnego networkingu.

Zostały ostatnie wolne miejsca! Zapraszamy do rejestracji  – https://forumgc.pl/rejestracja

Zmiany w składzie Zarządu TGE

    • 27 października br. Rada Nadzorcza Towarowej Giełdy Energii S.A. delegowała Członka Rady Nadzorczej Piotra Zawistowskiego do czasowego wykonywania czynności Prezesa Zarządu TGE od 30 października br., na okres nie dłuższy niż 3 miesiące
    • Funkcję Wiceprezesa Zarządu TGE powierzono Pawłowi Ostrowskiemu
    • W skład Zarządu TGE powołano także Marka Moroza powierzając mu funkcję Wiceprezesa Zarządu. Zgodnie z art. 27 ust. 1 Ustawy z 29 lipca 2005 r. o obrocie instrumentami finansowymi powyższa decyzja wejdzie w życie pod warunkiem uzyskania zgody Komisji Nadzoru Finansowego na dokonanie zmian w składzie Zarządu TGE

    Notki biograficzne:

    Piotr Zawistowski

    Piotr Zawistowski od 2000 roku związany jest z branżą energetyczną. Karierę w energetyce rozpoczynał zajmując się obrotem energią elektryczną, najpierw w Zakładzie Energetycznym Legnica, a następnie w EnergiaPro Koncern Energetyczny S.A. W latach 2007-2008 aktywnie uczestniczył w tworzeniu spółki EnergiaPro Gigawat, gdzie objął funkcję dyrektora Departamentu Analiz i Zarządzania Ryzykiem. Od 2008 r. pełnił funkcję dyrektora Departamentu Zarządzania Portfelem w TAURON Polska Energia S.A. i uczestniczył w wielu kluczowych projektach, kierując między innymi pracami związanymi z opracowaniem modelu biznesowego Grupy TAURON, czy też integracją ze spółkami Grupy GZE (Vattenfall) w obszarze handlu.

    Od maja 2014 r. do grudnia 2015 r. pełnił funkcję prezesa zarządu TAURON Obsługa Klienta sp. z o.o., a od grudnia 2015 r. do marca 2017 r. pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu ds. Klienta i Handlu TAURON Polska Energia S.A., gdzie odpowiadał m.in. za rozwój oferty Grupy TAURON w obszarze energii elektrycznej i gazu.

    Pełnił również funkcję prezesa Rady Zarządzającej Towarzystwa Obrotu Energią od marca 2016 r. do marca 2017 r. oraz był członkiem Rady Zarządzającej Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej. Od września 2017 r. zasiadał w Radzie Nadzorczej Towarowej Giełdy Energii S.A.

    Piotr Zawistowski jest absolwentem Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, gdzie w 2002 r. ukończył studia magisterskie z zarządzania przedsiębiorstwem. W 2007 r. ukończył studia podyplomowe z zarządzania sprzedażą w Wyższej Szkole Bankowej we Wrocławiu.

    Paweł Ostrowski

    Paweł Ostrowski posiada ponad piętnastoletnie doświadczenie w pracy na rynku kapitałowym. Pracował dla takich instytucji finansowych, jak m.in. PKO Bank Polski S.A., Societe Generale, Deutsche Bank Polska S.A., BNP Paribas Polska S.A. Od 2007 r. zajmował stanowisko Dyrektora Sprzedaży w Departamencie Skarbu PKO BP Banku Polskiego S.A. Specjalizuje się w sprzedaży produktów skarbowych oraz instrumentów zabezpieczających ryzyka towarowe oraz ryzyka stopy procentowej. Uczestniczył w projektach związanych z wdrażaniem pakietu MiFID, a także fuzją z Nordea Bank Polska S.A.

    Paweł Ostrowski jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, gdzie uzyskał stopień doktora na podstawie rozprawy „Wykorzystanie instrumentów pochodnych w zarządzaniu ryzykiem kursowym w przedsiębiorstwie”. Ukończył również Program MBA University of Illinois at Urbana – Champaign i Uniwersytetu Warszawskiego na Wydziale Zarządzania oraz studia podyplomowe w zakresie prawa rynków kapitałowych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

    Od końca listopada 2016r. powołany na stanowisko Prezesa Zarządu TGE, podczas swojej pracy udało mu się rozliczyć zaległy VAT oraz ustabilizować działanie spółki TGE. Z dniem 27 października objął stanowisko Wiceprezesa Zarządu TGE.

    Marek Moroz

    Marek Moroz jest menedżerem z ponad 25 letnim doświadczeniem zawodowym w bankowości inwestycyjnej, zarządzaniu, finansach, opracowywaniu i wdrażaniu projektów rozwojowych oraz integracji aktywów, a także restrukturyzacji operacyjnej. Pracował dla międzynarodowych banków inwestycyjnych i komercyjnych (m.in. SG Warburg, Rabobank, HSBC, Citi-Handlowy) oraz wiodących polskich grup paliwowo-energetycznych, takich jak PKN Orlen S.A. oraz ENERGA S.A., a także w kilku krajach Europy Środkowej.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W tym tygodniu rynki pozostaną pod wpływem banków centralnych. Decyzje będą podejmowane w Japonii, USA i Wielkiej Brytanii, ale podwyżki oczekuje się tylko w tym ostatnim przypadku. Decyzja Fed raczej przejdzie bez echa, za to po raporcie rynku z pracy oczekuje się silnego odbicia zatrudnienia. Dane ze strefy euro powinny pokazać siłę ożywienia przy słabości inflacji.

Przyszły tydzień: FOMC, nowy prezes Fed, NFP, inflacja/PKB z Eurolandu, BoE, BoJ, PMI/ISM, rynek pracy z Kanady

W USA posiedzenie FOMC (wt-śr) powinno przejść bez echa. W komunikacie powinniśmy zobaczyć uznanie dla utrzymania siły ożywienia pomimo wpływu huraganów przy jednoczesnym utrzymaniu niepewności wokół inflacji. W rezultacie jednak Fed powinien podtrzymać otwartość dla grudniowej podwyżki, choć bez jednoznacznego jej przesądzenia.

Spośród danych na pierwszym planie będzie raport z rynku pracy (pt). Wynikający z metody gromadzenia danych spadek zatrudnienia o 33 tys. we wrześniu powinien poskutkować silnym odbiciem w październiku (prog. 310 tys.). Zakłócenia spowodowane przez huragany umniejszą istotność odczytu. Płace ponownie będą głównym elementem raportu, gdzie spodziewany jest przyrost o 0,2 proc. m/m. Ryzyko jest po negatywnej stronie, gdyż silny wzrost we wrześniu (0,5 proc. m/m) był podbity przez wpływ huraganów. Stopa bezrobocia powinna pozostać na 4,2 proc. Z innych danych uwagę przyciągnąć PCE Core (pon) i indeksy ISM dla przemysłu (śr) i usług (pt).

Dobre dane pomogą rozpędzić rajd USD, choć waluta będzie też wrażliwa na postępy w pracach nad reformą podatkową oraz ogłoszenie nowego prezesa Fed. Wyścig zawęził się do Powella (negatywny dla USD) i Taylora (pozytywny), a rynek jest ustawiony z oczekiwaniami po środku – decyzja może przynieść krótkoterminowe zawirowania na USD, choć uważamy, że zmiana jednej osoby na czele nie jest w stanie diametralnie zmienić polityki całego banku.

W strefie euro główna uwaga będzie na wstępnych szacunkach październikowej inflacji i PKB za III kw. (wt). Inflacja ma szansę przyspieszyć do 1,6 proc. r/r z 1,5 proc. we wrześniu choć głównie przez wzrost cen energii. Stabilizacja inflacji bazowej na 1,1 proc. podkreśli kruchość trendów cenowych. Optymizmu za to dostarczą dane o wzroście gospodarczym, który powinien podtrzymać solidne tempo z drugiego kwartału (0,6 proc.).

Mimo tego skaza po gołębiej decyzji ECB będzie podtrzymywać presję na EUR.
Pomimo słabego wzrostu i zagrożeń ze strony Brexitu, Bank Anglii zmierza do podwyżki stóp procentowych (czw). W ostatnich tygodniach sygnały z banku były dość klarowne, że czas podwyżki się zbliża, a wysoka inflacja jest podawana jako główny argument. Z punktu widzenia rynków decyzja o podwyżce o 25 pb jest przesądzona, a ważniejsze będzie, co BoE powie w kwestii potrzeby dalszego zacieśniania. Zbyt mocne podkreślenie ryzyk dla prognoz będzie odczytane gołębio i złamie kurs funta. Widzimy duże ryzyko wystąpienia tego wariantu. W oczekiwaniu na decyzję BoE, odczyty indeksów PMI zejdą na drugi plan.
Kalendarz z Polski zawiera wstępny szacunek CPI (wt) oraz PMI dla przemysłu (czw) rozdzielone dniem wolnym (Święto Zmarłych). Inflacja traci teraz na znaczeniu, kiedy tydzień później NBP przedstawi nowe prognozy, na których opierać się będzie język Rady Polityki Pieniężnej. Indeks PMI powinien pozostać wysoko, odzwierciedlając wskazania innych indeksów koniunktury oraz sugestie płynące z odczytów wskaźników z Eurolandu.

Konsolidacja EUR/PLN została przerwana przez gołębi przekaz ECB i powrót aprecjacji dolara, co wywiera presję na aktywa rynków wschodzących. W najbliższym czasie presja może wyciągnąć kurs pod 4,30, ale tutaj rynek powinien wyhamować.

Po posiedzeniu Banku Japonii (pon-wt) oczekuje się podtrzymania dotychczasowych parametrów polityki pieniężnej. Klimat gospodarczy w kraju pozostaje dobry, jednak profil inflacji w dalszym ciągu jest niezadowalający. To powinno przypomnieć, że BoJ nie zamierza prędko odchodzić od ekspansji monetarnej. W kontraście do oczekiwań zaostrzenia polityki Fed i wzrostu rentowności obligacji w USA, USD/JPY powinien kontynuować wzrosty.

W Australii bilans handlowy, pozwolenia na budowę domów (czw) i sprzedaż detaliczna (pt) to pierwszoplanowe publikacje. Jest mało realne, aby lepsze odczyty mogły budować przekonanie o zaostrzeniu stanowiska RBA, z kolei słabość wpisze się w ostatnią przecenę AUD, która dodatkowy katalizator ma w powrocie popytu na USD. AUD ma jedną z większych długich pozycji spekulacyjnych i redukcja zaangażowania będzie ciążyć na perspektywach waluty. W Nowej Zelandii raport z rynku pracy (wt) będzie głównym wydarzeniem. Po słabym wyniku w II kw. teraz spodziewane jest solidne odbicie (0,8 proc. k/k). Sądzimy, że ostatnia silna przecena NZD wywołana przez krajowe ryzyka polityczne była przesadzona i dobre dane mogą być ważnym impulsem do zwrotu.

Z Kanady otrzymamy sierpniowe dane o PKB (wt) oraz raport z rynku pracy (pt). Zatrzymanie wzrostu w lipcu po silnych czterech miesiącach było sporym rozczarowaniem i razem z innymi danymi poddało w wątpliwość odporność gospodarki na zacieśnianie polityki BoC. Teraz wzrost silniejszy od prognozowanych 0,1 proc. byłby miłą niespodzianką, choć wątpliwe, aby przekonało BoC do powrotu do dyskusji o trzeciej podwyżce w tym roku. Rynek to wie, więc oznaki siły CAD będą wykorzystywane do sprzedaży. Rynek pracy powinien pozostać jasnym punktem gospodarki, ale wzrost zatrudnienia nie jest już dla nikogo zaskoczeniem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Bad Rabbit pędzi przez świat

Nowy ransomware nazwany Bad Rabbit został po raz pierwszy wykryty we wtorek, 24 października w Rosji i na Ukrainie. Niewielką liczbę infekcji odnotowano także w pozostałej części wschodniej Europy, Niemczech i Turcji. Atak rozprzestrzenia się na inne regiony, o czym świadczą raporty z USA i Korei Południowej.

Potwierdzono m.in., że Bad Rabbit zainfekował kilka agencji prasowych w Rosji, w tym Interfax, zmuszając ją do pracy w trybie offline. Ponadto ataku doświadczył sektor transportu publicznego. Bad Rabbit zaatakował np. Międzynarodowy Port Lotniczy w Odessie oraz metro w Kijowie. Obecnie nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, kto jest odpowiedzialny za atak.

Bad Rabbit ransom noteWstępnym wektorem ataku jest użytkownik, który instaluje złośliwe kopie programu Flash Player, otrzymane przez zainfekowane strony internetowe lub metodą watering hole attack, w której celem cyberprzestępcy jest określona grupa użytkowników. Aby do niej dotrzeć, infekuje urządzenie jednego z nich, uzyskując dostęp do sieci w jego miejscu zatrudnienia.

Użytkownicy instalują Bad Rabbit poprzez otwarcie złośliwego pliku .exe, który uruchamia aplikację ransomware. Następnie złośliwe oprogramowanie próbuje wykraść poświadczenia użytkownika w systemie operacyjnym Windows (nazwa użytkownika i hasła) i zaszyfrować pliki użytkowników. W przeciwieństwie do innych znanych ransomware, złośliwe oprogramowanie nie zmienia nazw plików, które szyfruje.

Testy w laboratorium FortiGuard Labs firmy Fortinet wykazały, że Bad Rabbit próbuje wylistować różne adresy IP w tej samej podsieci. Jednym z możliwych powodów takiego zachowania jest to, że ransomware może szukać wewnętrznego adresu IP, który jest prawidłowym serwerem internetowym. Ponadto Bad Rabbit próbował także poruszać się w poprzek sieci, aby znaleźć i zainfekować inne wrażliwe urządzenia.

Bad Rabbit może być wariantem znanego ransomware Petya, a raz uruchomiony zaczyna szyfrować pliki na komputerze i udostępnione w sieci, zanim jeszcze wyświetli notatkę dotyczącą okupu – mówi Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet.

W celu odblokowania zaszyfrowanych plików ransomware wymaga wpłaty w wysokości 0,05 Bitcoina lub około 275 USD. Atak ten przyciąga wiele uwagi przede wszystkim z powodu pewnych podobieństw do poprzednich głośnych przypadków ataków ransomware: WannaCry i Petya. Podobnie jak one używa protokołu SMB (Server Message Block), ale w przeciwieństwie do nich Bad Rabbit nie wykorzystuje podatności Eternal Blue lub DoublePulsar.

Czy dochód uzyskany z tytułu zbycia nieruchomości przeznaczony na zakup mieszkania, które jest wynajmowane, podlega zwolnieniu od PIT?

Wątpliwości budzi, czy dochód uzyskany z tytułu zbycia nieruchomości, który został przeznaczony na zakup mieszkania, które jest wynajmowane, podlega zwolnieniu na podstawie art. 21 ust. 1 pkt 131 ustawy o PIT. Jak należy rozumieć pojęcie celu mieszkaniowego, które pojawia się w tym przepisie?

Art. 10 ust. 1 pkt 8 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych nakłada na podatników obowiązek zapłaty podatku w razie sprzedaży nieruchomości w ciągu 5 lat od jej nabycia. Wyjątkiem jest art. 21 ust. 1 pkt 131 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, który przewiduje zwolnienie od podatku dochodowego dochodów z odpłatnego zbycia nieruchomości i praw majątkowych, jeżeli nie później niż w okresie dwóch lat od końca roku podatkowego, w którym nastąpiło odpłatne zbycie, przychód uzyskany ze zbycia tej nieruchomości lub tego prawa majątkowego został wydatkowany na własne cele mieszkaniowe.

Wątpliwości budzi to, czy tę ulgę można stosować przy wynajmie mieszkania.

Stanowisko fiskusa

Organy podatkowe w omawianej sprawie zajmują stanowisko niekorzystne dla podatnika. Uznają, że prawo do ulgi należy interpretować ściśle oraz że warunkiem zastosowania ulgi jest wykazanie przez podatnika, że chodziło o jego własne cele mieszkaniowe. W ocenie fiskusa pojęcie własnych celów mieszkaniowych z art. 21 ust. 1 pkt 131 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych oznacza, że celem podatnika jest dążenie, aby w tym nowym lokalu zamieszkiwać.

Czy wynajem mieszkania to własny cel mieszkaniowy?

  1. Mastalski we Wprowadzeniu do prawa podatkowego (Warszawa 1995) stwierdził, że „zwolnienie od podatku dochodowego dochodu uzyskanego ze sprzedaży nieruchomości mieszkalnej jest normą celu społecznego (socjalnego), która w zamierzeniach ustawodawcy realizować ma cel, jakim jest zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych obywateli. Zadaniem jakie ma spełnić ta norma jest rozwój określonej dziedziny życia gospodarczego i społecznego” (s. 113–114).

To, czy podatnik realizuje cel mieszkaniowy, o którym mowa w omawianym przepisie, zależy od okoliczności konkretnego przypadku. Podatnik realizuje własny cel mieszkaniowy, gdy np. jedno mieszkanie ma w miejscowości, w której pracuje, a drugie – w innej, w której wiedzie życie rodzinne.

Czasowe i okazjonalne wynajmowanie mieszkania nie pozbawia prawa do ulgi – takie jest stanowisko wyrażane w większości wyroków sądów administracyjnych. Np. w wyroku z 17 maja 2017 r., sygn. akt II FSK 1053/15, Naczelny Sąd Administracyjny podkreślił, że ustawa o PIT nie wskazuje limitu mieszkań, które może nabyć podatnik, a to, czy podatnik będzie w mieszkaniu realizował cele mieszkaniowe, czy prowadził działalność gospodarczą, należy oceniać w każdej sprawie indywidualnie.

Jeżeli chodzi o wynajem, art. 21 ust. 1 pkt 131 ww. ustawy milczy. Nie stawia on ani warunku posiadania określonej liczby mieszkań, ani wymogu nieprzerwanego mieszkania w kupionym mieszkaniu od daty jego zakupu. Nie można zatem uznać, że wynajem mieszkania pozbawia prawa do omawianej ulgi.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec

Ministerstwo Rozwoju i Finansów wiodącym resortem polskiej polityki kosmicznej

Na stronach Rządowego Centrum Legislacji w dziale „gospodarka” pod hasłem „kosmos” odnaleźć można kolejny projekt ustawy autorstwa Ministerstwa Rozwoju i Finansów. Tym razem celem MRiF jest przejęcie kontroli nad Polską Agencją Kosmiczną. W uzasadnieniu czytamy, że agencja powinna podlegać resortowi wiodącemu dla polskiej polityki kosmicznej, czyli Ministerstwu Rozwoju i Finansów właśnie.

Zainteresowania MRiF stają się coraz bardziej zaskakujące. Po serii pomysłów na to, jak sięgnąć do kieszeni podatników, zwłaszcza przedsiębiorców, przyszedł czas na ekspansję kosmosu. Celem „gwiezdnych wojen” stała się Polska Agencja Kosmiczna (PAK). Zgodnie z projektem ustawy Jadwigi Emilewicz, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Rozwoju, resort powinien przejąć nad nią kontrolę. A przy okazji nad 10 mln zł – bo tyle wynosi budżet agencji w 2017 r.

Zmiana szefa i siedziby

Powołując się na normy europejskie, MRiF planuje, aby – na wzór zwłaszcza państw członkowskich Europejskiej Agencji Kosmicznej – powierzyć władzę nad rodzimą agencją ministrowi właściwemu ds. gospodarki. Obecnie nadzór należy do kompetencji prezesa Rady Ministrów. W projekcie przywoływane są przykłady Francji, Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii. Jednocześnie przeniesiona ma zostać siedziba PAK – z Gdańska do Warszawy.

Te zmiany nie są zbyt istotne dla funkcjonowania samej agencji i wydają się zwyczajnie niecelowe. Tłumaczenie, że w każdym z państw europejskich, „które posiada krajową agencję kosmiczną lub inną wyodrębnioną strukturę organizacyjną wspierającą działalność kosmiczną, podlega ona właściwemu ministrowi odpowiedzialnemu za politykę kosmiczną –zwykle ministrowi gospodarki/przemysłu lub nauki/badań”, nie jest całkowicie zgodne z prawdą. W przypadku bowiem francuskiego CNES agencja kosmiczna kontrolowana jest przez dwa różne ministerstwa: badań i obrony. Również niemiecka agencja wyłamuje się z uzasadnienia projektodawców zmian, bo jej działalność nie jest wprzęgnięta w struktury jednego, dedykowanego do nadzoru ministerstwa.

Z kolei pomysł przeniesienia siedziby agencji z Gdańska do stolicy wcale nie wydaje się motywowany chęcią umiejscowienia jej bliżej polskiego centrum lotów kosmicznych…

Fotel prezesa

Kancelaria Prezesa Rady Ministrów 20 września zamieściła ogłoszenie o naborze na stanowisko prezesa Polskiej Agencji Kosmicznej. Termin składania ofert upłynął 2 października. Obecnie p.o. prezesa PAK jest płk Piotr Suszyński. Od roku władze nie mogą wyłonić odpowiedniego kandydata na prezesa agencji, stąd też postanowiono obniżyć kryteria wyboru. Również dlatego, że ustawa o PAK pozwala pełnić jego obowiązki maksymalnie przez trzy miesiące, z możliwością jednorazowego przedłużenia o kolejne trzy. Aby wszystko odbywało się zgodnie z prawem, płk Suszyński musiał w kwietniu przekazać stanowisko komuś innemu. W ostatnim dniu tego miesiąca powierzył je wiceprezesowi Agencji ds. Obronnych, czyli… samemu sobie.

Obecne kryteria wyboru prezesa PAK:

  • niekaralność;
  • obywatelstwo polskie;
  • posiadanie stopnia naukowego doktora;
  • uznany dorobek naukowy w dziedzinie związanej z zakresem działalności agencji oraz co najmniej 3-letnia praktyka na stanowisku kierowniczym albo
  • tytuł zawodowy magistra lub równorzędny oraz co najmniej 3-letnia praktyka na stanowisku kierowniczym i co najmniej 6-letni staż pracy w przemyśle wysokich technologii.

Planowane, obniżone kryteria:

  • niekaralność;
  • obywatelstwo polskie;
  • posiadanie co najmniej tytułu zawodowego magistra lub równorzędnego;
  • co najmniej 3-letnia praktyka na stanowisku kierowniczym i co najmniej 4-letni staż pracy w sektorze naukowym, przemysłowym bądź administracji publicznej związanym z przestrzenią kosmiczną.

Istotą projektu ustawy o zmianie ustawy o Polskiej Agencji Kosmicznej nie jest jednak obniżenie wymogów wobec kandydatów na prezesa, tylko zmiana tego, kto i jak ma dokonywać jego wyboru.

Sam sobie

„Prezes Agencji jest powoływany przez ministra właściwego do spraw gospodarki spośród osób wyłonionych w drodze otwartego i konkurencyjnego naboru – po zasięgnięciu opinii Rady Agencji, ministra właściwego do spraw gospodarki (…) – na 5-letnią kadencję” oraz „Minister właściwy do spraw gospodarki może odwołać Prezesa Agencji – po zasięgnięciu opinii ministra właściwego do spraw gospodarki …” – takie nowe brzmienie mają otrzymać odpowiednio pkt 1 i pkt 3 artykułu 8 nowelizowanej ustawy. Innymi słowy, minister rozwoju i finansów w fundamentalnych kwestiach powołania i odwołania prezesa PAK będzie zasięgał opinii u samego siebie.

Podobnie ma wyglądać wybór składu rady – MRiF będzie sam sobie rekomendować kandydatury jej członków: „Minister właściwy do spraw gospodarki powołuje do członkostwa w Radzie Agencji po 4 członków (…) z osób rekomendowanych przez Prezesa Polskiej Akademii Nauk w porozumieniu z Komitetem Badań Kosmicznych i Satelitarnych oraz ministra właściwego do spraw gospodarki”.

Zwolnienia z pracy

Ministerstwo chce nie tylko przejąć kontrolę nad wyborem prezesa, ale także wymienić jego podwładnych. Zgodnie z projektem, uzasadnionym „obiektywnymi potrzebami urzędu”, stosunki pracy pracowników zatrudnionych w agencji na podstawie umowy o pracę wygasną po upływie 3 miesięcy od dnia wejścia w życie nowelizacji, jeśli:

  • nie otrzymają oni w tym terminie propozycji nowych warunków pracy lub płacy albo
  • mimo otrzymania nowych warunków pracy lub płacy nie przyjmą ich w ciągu 1 miesiąca od ich otrzymania.

Dzięki jednemu zapisowi zmieniającemu ustawę co najmniej 45 stanowisk w agencji zyska miano wakatów do obsadzenia.

Nie tylko 10 mln

Czy zmiany mają na celu wyłącznie nadzór nad właściwym wydatkowaniem budżetu o wartości 10 mln zł? Tylko w Polsce, segment tzw. działalności kosmicznej dotyczy ok. 300 przedsiębiorstw oraz 50 instytutów naukowych i badawczych. PAK ma realizować zadania wynikające z Projektu ustawy z dnia 10 lipca 2017 r. o działalności kosmicznej oraz Krajowym Rejestrze Obiektów Kosmicznych, również przygotowywanym przez Ministerstwo Rozwoju – a ten, poprzez sankcje karne, daje agencji znacznie większe możliwości dochodowe.

Sankcje karne zawarte w proponowanej ustawie o działalności kosmicznej oraz Krajowym Rejestrze Obiektów Kosmicznych:

  • „Art. 42. Kto wykonuje działalność kosmiczną bez zezwolenia, podlega karze pieniężnej (…) od 20 000 euro do 100 000 euro”.
  • „Art. 43. Kto wykonuje działalność kosmiczną niezgodnie z przepisami ustawy, w tym z warunkami zezwolenia, podlega karze pieniężnej (…) do 100 000 euro”.
  • „Art. 46. 2. Środki uzyskane z tytułu kar pieniężnych, o których mowa w art. 42 i 43, stanowią przychód Polskiej Agencji Kosmicznej”.

Prawo czy bezprawie?

Dla obrotu gospodarczego bardziej niebezpieczne od kar wydają się regulacje dotyczące sposobu ich egzekwowania. Projekt ustawy już w art. 2 głosi, że „Działalność kosmiczna może być wykonywana na zasadach określonych w ustawie z dnia 2 lipca 2004 r. o swobodzie działalności gospodarczej”. Jednak już w art. 41 wyłącza tę swobodę, zapewniając organom państwa nieskrępowaną i niemal niczym nieograniczoną legitymację do dokonywania kontroli: „Do kontroli działalności kosmicznej wykonywanej przez przedsiębiorcę nie stosuje się przepisów art. 79 i 82 ustawy o swobodzie działalności gospodarczej”. Oznacza to m.in. dopuszczenie do kontroli przedsiębiorcy bez zawiadomienia o zamiarze jej wszczęcia, w każdym czasie, czy też do równoczesnego prowadzenia kilku kontroli naraz. Czynności kontrolnych może dokonywać sam prezes PAK lub upoważniony przez niego pracownik.

Zakres uprawnień kontrolujących, które przysługują wobec przedsiębiorcy:

  • wstęp do wszystkich nieruchomości, pomieszczeń, instalacji i innych obiektów związanych z działalnością kosmiczną;
  • dostęp do dokumentów, materiałów oraz innych danych związanych z działalnością kosmiczną, a także możliwość sporządzania ich kopii.

Podsumowanie:

  • zgodnie z uzasadnieniem pomysłodawców zmian PAK powinien podlegać resortowi wiodącemu dla polskiej polityki kosmicznej, którym jest Ministerstwo Rozwoju i Finansów;
  • do objęcia fotela prezesa PAK wystarczy tytuł magistra;
  • minister rozwoju i finansów będzie sam sobie rekomendował i opiniował kandydatów na najważniejsze funkcje w agencji;
  • budżet PAK w 2017 r. wynosi 10 mln zł;
  • działalność kosmiczna dotyczy w Polsce ok. 300 przedsiębiorstw oraz 50 instytutów naukowych i badawczych, a także ponad 45 pracowników Polskiej Agencji Kosmicznej;
  • sankcje karne dla przedsiębiorców działających w branży kosmicznej mogą wynieść do 100 tys. euro;
  • zasada swobody działalności gospodarczej w branży kosmicznej jest pojęciem względnym;
  • odpowiedzialna za projekt Podsekretarz Stanu Jadwiga Emilewicz w latach 1999–2002 pracowała w Departamencie Spraw Zagranicznych Kancelarii Prezesa Rady Ministrów; teraz zakres swoich działań rozszerza poza granice ziemskie.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec

Lewe faktury – zakaz prowadzenia działalności gospodarczej

Ministerstwo Finansów podjęło kolejne działania, które mają na celu walkę z oszustami podatkowymi. W zmniejszeniu liczby przestępstw podatkowych pomóc ma zmiana przepisów, która pozwoli sądowi orzec zakaz prowadzenia działalności gospodarczej wobec przedsiębiorców posługujących się fałszywymi fakturami. Ta kara ma zostać wprowadzona przygotowywaną przez resort sprawiedliwości nowelizacją Kodeksu karnego skarbowego.

Reform zmierzających do poprawy ściągalności podatków wciąż mało?

Poprawa ściągalności podatków, uszczelnienie całości systemu podatkowego w Polsce oraz podejmowanie działań mających zapobiegać popełnianiu przestępstw podatkowych – to jedne z priorytetowych zadań obecnego rządu. Wdrażane w ostatnim czasie zasadnicze zmiany systemowe skutkowały obszernymi nowelizacjami przepisów prawa. Nadal jednak nie są one wystarczające dla rządu.

W celu zmniejszenia liczby przestępstw podatkowych ustawodawca wprowadził już obowiązek przekazywania ministrowi właściwemu ds. finansów publicznych danych z ewidencji VAT w postaci plików o jednolitej strukturze (Jednolity Plik Kontrolny). Przeprowadził też reformę organizacji służb podległych ministrowi finansów, polegającą na konsolidacji administracji podatkowej, skarbowej oraz celnej i utworzeniu w ich miejsce Krajowej Administracji Skarbowej. Wdrożył także sankcje karnoskarbowe za wystawianie fikcyjnych faktur, jak również wprowadził „Pakiet uszczelniający VAT”.

Do tej pory ustawodawca wprowadził zatem dodatkowe rozwiązania, których celem jest poprawa ściągalności podatków, wsparł instytucje skarbowe i zwiększył liczbę ich uprawnień w zakresie planowanych kontroli. To jednak wciąż mało, dlatego Ministerstwo Finansów przedstawiło nową propozycję, jak walczyć z oszustwami podatkowymi. Do resortu sprawiedliwości wpłynął projekt nowelizacji Ustawy z dnia 10 września 1999 r. – Kodeks karny skarbowy (Dz.U. z 2016 r. poz. 2137, dalej jako: „k.k.s.”), która wprowadza m.in. możliwość orzeczenia przez sąd zakazu prowadzenia działalności gospodarczej w przypadku posługiwania się przez przedsiębiorstwa tzw. lewymi fakturami.

Zmiany mają odstraszać nieuczciwych przedsiębiorców?

Zaproponowana przez Ministerstwo Finansów kontrowersyjna zmiana przepisów obowiązującego Kodeksu karnego skarbowego jest odpowiedzią na uwagi i zalecenia, które zostały zgłoszone przez Najwyższą Izbę Kontroli w raporcie z czerwca bieżącego roku odnośnie do efektywności działań fiskusa. Organ kontroli państwowej wskazał, iż pomimo zauważalnych nieprawidłowości pozytywnie należy ocenić działania nadzorcze i legislacyjne Ministerstwa Finansów pod kątem poszanowania interesów podatników i zabezpieczenia interesów Skarbu Państwa przy wykonywaniu egzekucji administracyjnej. Niemniej jednak podkreślono, że niezbędne jest przeprowadzenie dalszych zmian w systemie prawa, których efektem będzie zmniejszenie liczby przestępstw podatkowych.

Ministerstwo Finansów szybko odpowiedziało na zalecenie wprowadzenia w przepisach  zmian, które mają zapewnić skuteczność działań organów podatkowych oraz skarbowych i poskutkują zmniejszeniem liczby popełnianych przestępstw, a w konsekwencji również kwot zaległości podatkowych. W związku z odpowiedzią na interpelację poselską nr 14118 7 sierpnia 2017 r. MF przedstawiło pomysł karania przedsiębiorców posługujących się fałszywymi fakturami zakazem prowadzenia działalności gospodarczej. Ta kara miałaby być orzekana przez sąd.

Przygotowywany przez Ministerstwo Sprawiedliwości projekt zmian w regulacjach Kodeksu karnego skarbowego pozostaje jednak nadal na etapie uzgodnień międzyresortowych. Tym samym ostateczny kształt planowanej nowelizacji i poszczególnych rozwiązań w niej zaproponowanych będzie znany dopiero w momencie opublikowania przedmiotowego projektu na stronach Rządowego Centrum Legislacji.

Jeszcze surowsze obostrzenie najsurowszej sankcji w KKS?

W zgłoszonym do resortu sprawiedliwości projekcie założono, że kara w postaci orzeczenia przez sąd zakazu prowadzenia określonego rodzaju działalności gospodarczej odnosić się będzie jedynie do sprawców czynów o wysokiej szkodliwości społecznej zachowań zabronionych przepisem art. 62 § 2 k.k.s. oraz projektowanym art. 67a § 1 k.k.s., który zgodnie z przedstawionymi planami karać ma za przechowywanie sfałszowanych banderoli lub upoważnień do ich odbioru.

Szczególną uwagę należy jednak zwrócić na art. 62 § 2 k.k.s., który zmieniony został 1 stycznia 2017 r. przez art. 4 pkt 6 lit. a Ustawy z dnia 1 grudnia 2016 r. o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2016 r. poz. 2024). Po nowelizacji wspomnianego przepisu w typie podstawowym za czyn zabroniony wystawienia lub posługiwania się nierzetelną fakturą grozi najsurowsza sankcja przewidziana przez Kodeks karny skarbowy, a więc grzywna do 720 stawek dziennych i kara pozbawienia wolności od 1 roku do 5 lat. Dla porównania – przed nowelizacją tego przepisu, a więc do końca 2016 r., obowiązywała sankcja grzywny do 240 stawek dziennych.

Wydaje się więc, iż Ministerstwo Finansów na obecnym etapie prac nad nowelizacją Kodeksu karnego skarbowego powinno rozważyć raz jeszcze słuszność i zasadność zaproponowanych przez siebie zmian. Zwłaszcza że środek karny w postaci zakazu prowadzenia określonej działalności gospodarczej należy uznać za niezwykle dotkliwy dla przedsiębiorców, wobec czego jego stosowanie powinno być bardzo przemyślane.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec

Wprowadzanie zmian w polskich firmach trwa zbyt długo

„Jedyną stałą rzeczą w organizacji jest zmiana” — mawiał Peter Drucker, ekspert ds. zarządzania uważany za jednego z najwybitniejszych myślicieli i teoretyków zarządzania XX wieku. Zmiany w dynamicznym otoczeniu rynkowym dotykają bowiem każdej nowoczesnej organizacji, tym bardziej więc zaskakuje fakt, że zaledwie 30 proc. osób zarządzających przedsiębiorstwem uważa, że czas wprowadzania zmian w ich firmach jest optymalny. Natomiast aż 42 proc. badanych jest zdania, że trwa on zbyt długo, a 29 proc. wcale nie mierzy tego procesu. Takie wnioski płyną z badania przeprowadzonego przez Antal i Macrologic. 

Zmiany zachodzące w organizacji zawsze wiążą się z wieloma pytaniami i wątpliwościami ze strony pracowników. Dlatego przeprowadzenie ich wymaga odpowiedniego zaplanowania, opracowania właściwego systemu informowania oraz zapewnienia wsparcia biznesowi w tym procesie.

— Chcąc, aby proces wprowadzania zmian zakończył się sukcesem, na bieżąco musimy informować zespół, dlaczego, w jaki sposób oraz kiedy będzie wprowadzana zmiana. Do tego niezbędne jest zaangażowanie całego teamu — wyjaśnia Anna Andraszek, dyrektor ds. jakości i rozwoju kadr w Macrologic.

Jak zauważa ekspertka, brak wystarczających informacji dotyczących natury zmian oraz ich uzasadnienia zazwyczaj owocuje plotką, a także nieformalnym obiegiem informacji wśród pracowników. W takiej sytuacji ludzie czują się zagrożeni. Obawiają się degradacji, utraty części dochodów, a nawet pracy. Dlatego tak ważne jest precyzyjne zaplanowanie odpowiedniej komunikacji wewnętrznej.

Dział HR i zarząd jako inicjatorzy zmian

Wiele zmian zachodzących w firmie zwykle początkuje dział zarządzania zasobami ludzkimi. Zmiany te często dotyczą działań nowego typu — np. employer branding, candidate experiance (doświadczenia i wrażenia kandydata z całego procesu rekrutacji w danej firmie), zmiany w kulturze organizacyjnej czy form elastycznego czasu pracy — zazwyczaj administrowanych przez działy kadr.

— Wyróżnia się dwa typy zmian, w które departamenty HR są zaangażowane. Zmiany pierwszego typu początkuje sam dział zarządzania zasobami ludzkimi, drugie natomiast wprowadza zarząd — wyjaśnia Małgorzata Pukropek, Manager HR Consulting z firmy Antal. I dodaje: — W przypadku zmian zainicjowanych przez kadry oczekuje się od działu HR patrzenia poprzez cele biznesowe organizacji przy jednoczesnym badaniu nastroju pracowników i dostosowaniu odpowiedniej polityki komunikacyjnej. Natomiast w sytuacji, w której zmiany wprowadzane są przez zarząd, oczekiwane są działania wspierające wobec biznesu.

Działy HR, chcąc sprostać celom im stawianym, powinny wziąć aktywny udział w tworzeniu strategii wprowadzanych zmian oraz przeprowadzić analizę ich wpływu na kulturę organizacyjną. Ważne jest również dokładne zbadanie potrzeb biznesu, proaktywne kreowanie nowych rozwiązań oraz uwzględnienie prognozy trendów na rynku pracy. Dodatkowo, niezwykle istotna jest też budowa działu HR w oparciu o potrzebne kompetencje (np. analiza danych).

Dynamika rynku często wymusza niestety szybkie tempo wprowadzania zmian. Dlatego, jak podsumowuje Anna Andraszek, dyrektor ds. jakości i rozwoju kadr w Macrologic, warto monitorować łatwość ich wprowadzenia w organizacji. Jest to bowiem element niezbędny do przygotowania optymalnego planu na przyszłość.

Pełna treść raportu „Procesy HR w firmach w Polsce”, prezentującego wnioski z badania przeprowadzonego przez Antal i Macrologic, dostępne są tu: http://www.badania.macrologic.pl/. Więcej informacji na temat czynników warunkujących potrzebę zmian w komentarzu eksperckim: http://organizacjahoryzontalna.pl/firma-to-zywy-organizm-procesy-w-niej-przebiegajace-stale-ewoluuja/.

Ukraińcy w 2016 roku wydali w Polsce aż 7 mld zł

Z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2016 roku cudzoziemcy wydali w Polsce aż 39,1 mld zł, o 3,8% więcej niż rok wcześniej. Najwięcej wydały osoby przekraczające granicę z Niemcami (15,4 mld zł) oraz Ukrainą (7,1 mld zł). Ukraińcy okazali się jednak najbardziej rozrzutni. Podczas jednej wizyty w Polsce obywatel Ukrainy zostawił średnio w sklepach i restauracjach 713 zł, podczas gdy Niemiec 454 zł. Eksperci Personnel Service wskazują, że większe otwarcie na ruch przygraniczny i możliwość osiedlania się pracowników z Ukrainy na dłużej w Polsce będzie miało pozytywny wpływ na PKB.

W 2016 roku granicę Polski przekroczyło 165,3 mln cudzoziemców. Ich liczba w porównaniu do poprzedniego roku wzrosła o ok. 4%. Obcokrajowcy zostawiają też w Polsce coraz więcej pieniędzy. Jak wskazał GUS, najwyższe wydatki, biorąc pod uwagę lądową granicę, ponieśli cudzoziemcy przekraczający granicę z Niemcami, a następnie z Ukrainą. Jeżeli jednak spojrzymy na średnie wydatki ponoszone przez przedstawicieli poszczególnych państw podczas jednej wizyty w Polsce – rekordowe kwoty wydali Ukraińcy.

W 2016 roku Ukraińcy przekroczyli polską granicę aż 20 mln razy. Nie jest to zaskoczeniem, jeżeli uwzględni się trwającą już od jakiegoś czasu masową imigrację zarobkową z Ukrainy. Warto pamiętać, że czynnik zawodowy łączy się z czynnikiem turystycznym. Zaskoczeniem mogą być jednak sumy wydawane przez Ukraińców. Przeciętnie w sklepach zostawiają 713 zł, czyli o prawie 21 zł więcej niż rok wcześniej. To sporo, biorąc pod uwagę, że średnie wynagrodzenie na Ukrainie wynosi niewiele więcej, bo ok. 960 zł – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Cudzoziemcy przyjeżdżają do nas na zakupy

Cudzoziemcy, którzy przyjechali do Polski w 2016 roku jako główny cel wizyty deklarowali zakupy (66,8% odpowiedzi). Najwięcej pieniędzy wydawano na towary różnego typu – 31,7 mld zł, co stanowi aż 80,9% sumy wydatków. Na usługi, w tym głównie zakwaterowanie i wyżywienie przeznaczano 7,5 mld zł (19,1% sumy wydatków). Warto wspomnieć, że Ukraińcy wyróżniali się dużym udziałem w zakupach materiałów do budowy, remontu i konserwacji mieszkania lub domu.

Wydatki obcokrajowców w Polsce będą rosły. Tylko w tym roku zostanie wydanych nawet 2 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Ukraińcowi, a zwiększona ich obecność w Polsce, wpływa na częstsze odwiedziny obywateli tego kraju. To oczywiście pozytywnie wpływa na polską gospodarkę, choć z punktu widzenia PKB najlepszym rozwiązaniem byłoby pozwolić osiedlać się Ukraińcom w Polsce na dłużej. Na razie mogą zostawać u nas tylko pół roku. Wydłużenie tego okresu do np. 3 lat dałoby pozytywny efekt nie tylko dla pracodawców, ale również gospodarki. Ukraińcy zaczęliby zarabiać i wydawać w Polsce, a nie tak jak do tej pory, gdzie sporą część wynagrodzenia wysyłają do ojczyzny – podsumowuje Krzysztof Inglot.