Popyt na faktoring stale rośnie

Po trzech kwartałach 2017 r. firmy faktoringowe zrzeszone w Polskim Związku Faktorów zarządzały powierzonymi przez klientów wierzytelnościami o łącznej wartości 132,1 mld zł. To o 17,3 proc. więcej niż przed rokiem. Wzrost rynku w trzecim kwartale przyspieszył dzięki dynamicznie zwiększającej się liczbie przedsiębiorstw doceniających tę formę finansowania działalności. Już ponad 8,5 tys. podmiotów gospodarczych w Polsce korzysta z faktoringu. To o 13,2 proc. więcej niż rok temu. 

01_PZF_2017_IIIQ_wskazniki_02-1024×601Z usług firm faktoringowych działających w Polsce korzystało w ciągu 9 miesięcy 2017 r. ponad 8,5 tys. klientów (rok temu 7,5 tys.). Sfinansowały one w tym czasie blisko 6,4 mln faktur. Średnia wartość pojedynczej faktury sięgała prawie 21 tys. zł.02_PZF_2017_IIIQ_klienci

Wzrost popularności faktoringu

Wygoda w dostępie do środków na bieżącą działalność to dla przedsiębiorców jeden z priorytetów. Dlatego coraz chętniej sięgają po faktoring. Usługa odpowiada na potrzeby finansowe klientów i zabezpiecza ich przed ryzykiem braku zapłaty ze strony kontrahentów.

– Wprowadzamy nowe rozwiązania, przeznaczone dla firm różnej wielkości i różnej dynamice rozwoju, dzięki czemu coraz więcej podmiotów korzysta z oferty faktoringowej. Jeszcze do niedawna mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której obroty rynku rosły szybciej niż liczba klientów. Wskazywało to, że wyniki osiągane przez nasz rynek realizowane są przede wszystkim poprzez duże transakcje. Tymczasem dla sektora jest korzystniej, jeśli proporcje te są zrównoważone, czyli tempo wzrostu liczby klientów jest adekwatne do rosnącej wartości obrotów. Od kilku miesięcy obserwujemy zbliżanie się rynku faktoringu do takiej właśnie prawidłowości – mówi Dariusz Steć, przewodniczący Komitetu Wykonawczego PZF.03_PZF_2017_IIIQ_obroty

Podmioty zrzeszone w Polskim Związku Faktorów w ciągu 9 miesięcy 2017 r. obsługiwały zobowiązania pochodzące od blisko 213,7 tys. dłużników. Na każdego z nich przypadało średnio blisko 618,5 tys. zł należności.

Rośnie zainteresowanie najpopularniejszą formą faktoringu – faktoringiem pełnym. Stanowił on 58,5 proc. obrotów całego rynku. Faktorzy nabyli w ramach tych usług wierzytelności na łączną kwotę blisko 77,4 mld zł.

Kto sięga po faktoring

Obecnie usługami faktoringowymi najbardziej zainteresowane są firmy z branży spożywczej, chemicznej i metalowej. Sięgają po tę formę finansowania, ponieważ pozwala ona także zminimalizować ryzyko niewypłacalności kontrahentów.

Dynamiczny rozwój prowadzonej działalności, wzrost sprzedaży produktów i usług, a w ślad za tym – liczba i wartość wystawionych faktur, często idzie w parze z podatnością na zmienność koniunktury na rynku. Aby móc się rozwijać w warunkach sezonowości, przedsiębiorcy potrzebują większej puli środków do wykorzystania na bieżącą działalność. Dzięki nim mogą szybko i łatwo regulować własne zobowiązania. Mogą też udostępnić kontrahentom więcej czasu na zapłatę faktur. Sięgając po faktoring, podnoszą swoją konkurencyjność w sektorach, w których działają.

Dlatego najwięcej wierzytelności firmom faktoringowym powierzają przedsiębiorstwa z sektorów: produkcyjnego i dystrybucyjnego. W ich przypadku utrzymanie płynności finansowej ma fundamentalne znaczenie, ponieważ umożliwia utrzymanie konkurencyjności.04_PZF_2017_IIIQ_struktura

– Przy rosnącej liczbie faktur wystawianych przez podmioty dynamicznie rozwijające się, faktoring staje się dobrym sposobem na poprawienie płynności. Jeśli idzie w parze z usprawnieniami na polu udostępnianych systemów informatycznych, pozwala także zmniejszyć obciążenie dla działów księgowych. Dlatego firmy faktoringowe inwestują w rozwój narzędzi wspierających obsługę klientów. To dla nas kierunek na najbliższe lata – podsumowuje Dariusz Steć.

Wzrasta liczba upadłości w branży finansowej i branży ubezpieczeniowej

574 przedsiębiorstwa zbankrutowały w Polsce w ciągu ostatnich 12 miesięcy (od października 2016 do września 2017). To zdecydowanie więcej, niż spodziewano się jeszcze w połowie roku. Na nieszczęście trend zmniejszania się liczby upadłości został zahamowany.

W branżach budowlanych miało być lepiej

Rok 2017 miał przynieść spadek liczby upadłości np. w branżach budowlanych. Niestety, nie jest to taki spadek, jakiego można by sobie życzyć. Wpływ mają na to m.in. wzrosty cen materiałów budowlanych, a także sytuacja na rynku pracy: pracownicy są coraz drożsi lub nie ma ich wcale.

Praca w branży finansowej i branży ubezpieczeniowej nie taka stabilna

„Podniesioną liczbę upadłości możemy zaobserwować w branży finansowej i branży ubezpieczeniowej. Jest to związane z wprowadzeniem ustawy antylichwiarskiej z 2015 r., która spowodowała, że firmy pożyczkowe są zdecydowanie mniej rentowne niż wcześniej. Ponadto rozwija się bankowość elektroniczna, więc jest coraz mniejsze zapotrzebowanie na rozbudowaną sieć detaliczną” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Andrzej Kochman, ekonomista z Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych.

Firmy bankrutują głównie w woj. mazowieckim i śląskim

Największe natężenie upadłości występuje w woj. zachodniopomorskim, mazowieckim i dolnośląskim, najmniejsze – w łódzkim oraz świętokrzyskim. Jeśli chodzi o liczbę bankructw, jest ona największa zawsze tam, gdzie znajduje się najwięcej podmiotów, a więc w woj. mazowieckim i śląskim.

Deloitte Digital: Sztuczna inteligencja wchodzi do biznesu i zmienia zasady sprzedaży

Sztuczna inteligencja (AI) jest już dziś częścią rzeczywistości biznesowej, a w najbliższych latach należy spodziewać się, że w znaczącym stopniu będzie decydować o konkurencyjności firm. Jak wynika z badania Salesforce „The AI Revolution 2017” aż 37 proc. przedsiębiorstw już w tej chwili wykorzystuje sztuczną inteligencję dzięki dostępnym na rynku rozwiązaniom jak np. CRM. Kolejnych 22 proc. planuje zrobić to w najbliższym czasie. Jak zauważają eksperci Deloitte Digital, AI zreorganizuje modele biznesowe od podstaw – umożliwiając firmom bliższy kontakt z klientami poprzez personalizację na nieznaną dotąd skalę oraz zaangażowanie konsumentów w czasie rzeczywistym.

Przełom w technologii cloud, social media oraz mobile dały klientom dostęp do informacji oraz możliwości wyboru, a także elastyczność większą niż kiedykolwiek wcześniej. W rezultacie, jak wynika z badania Salesforce, ponad połowa konsumentów (58 proc.) przyznaje, że technologia znacząco zmieniła ich oczekiwania wobec tego jak przedsiębiorstwa powinny się z nimi komunikować – 55 proc. z nich liczy na personalizację oferty. Co piąty klient oczekuje, że do 2020 roku, firmy będę wyprzedać jego potrzeby i zgodnie z nimi sugerować odpowiedni produkt. Co więcej, ponad połowa klientów deklaruje, że zmieni markę, jeśli ta nie spełni ich potrzeb. – Zmiany wynikające z możliwości sztucznej inteligencji, takich jak zindywidualizowane rekomendacje oraz automatyczna realizacja zamówień, znacząco podwyższają poprzeczkę w obsłudze klienta. Ci którzy nie zdecydują się na ich wprowadzenie, muszą liczyć się, że dla nowych pokoleń ich usługi nie będą dostatecznie satysfakcjonująceJan Michalski, Lider w zespole Salesforce w Deloitte Digital.

Big data odpowiedzią na personalizację

Personalizacja nie jest możliwa bez danych dotyczących zachowań i wyborów klientów. Samodzielnie nie da się przeanalizować wszystkich dostępnych danych oraz wyciągnąć na ich podstawie odpowiednich wniosków – szczególnie przy ogromnej liczbie klientów. Według badania Salesforce tylko 12 proc. działów obsługi klienta oraz 18 proc. z działów sprzedaży ocenia swoje umiejętności do gromadzenia wiedzy na temat cyklu życia klienta, jako doskonałe bądź wybitne. – Tutaj z pomocą przychodzi sztuczna inteligencja. Na rynku pojawiają się systemy, które dzięki rozwiązaniom oferującym zaawansowane mechanizmy analityczne, nie tylko podpowiadają określone rozwiązania w oparciu o analizę danych, ale także pokazują prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu przy zastosowaniu zaproponowanych rozwiązań. Przykładem jest np. system Einstein – szuka on wzorców w posiadanych danych oraz rekomenduje kolejne kroki, jakie powinniśmy podjąć – mówi Jan Michalski.

Jak pokazuje raport Deloitte opublikowany w maju br. „Rok do RODO. Ochrona danych osobowych oczami polskich konsumentów”, aż 95 proc. badanych deklaruje, że podczas robienia zakupów lub podejmowania decyzji o wyborze usługi zwraca uwagę na to, czy wymaga się od nich podania danych osobowych. Prawie 40 proc. internautów wykazuje pozytywny stosunek do dzielenia się nimi gdy w zamian oferowana jest im jakaś korzyść w postaci nagrody, bonu, rabatu czy wartościowej treści. – Klienci są skłonni do udostępniania danych, jednak w zamian oczekują znacznej poprawy obsługi – nie ma tutaj miejsca na „mydlenie oczu” – dodaje Jan Michalski.

Czynnik ludzki najsłabszym ogniwem

Jak zauważają eksperci Deloitte Digital, popularyzacja AI będzie postępować dalej wraz ze wzrostem świadomości kadry zarządzającej. Obecnie tylko 16 proc. dyrektorów sprzedaży i marketingu wie, w jaki sposób wykorzystać sztuczną inteligencję do ulepszenia swojego biznesu. Dodatkowo, zaledwie 23 proc. kadry zarządzającej ma pewność, że dzięki wprowadzeniu tego typu rozwiązań istotnie ulepszą nie tylko swoje produkty, ale również sposób prowadzenia biznesu – wynika z raportu Salesforce „AI Snapshot Survey”. – Tym co wymaga dopracowania jest czynnik ludzki, tj. niska świadomość na temat korzyści jakie płyną z AI. Innym istotnym problemem we wdrożeniu sztucznej inteligencji może okazać się paradoksalnie brak odpowiednio wykfalifikowanych ludzi – mówi Maciej Dakowicz, ekspert w zespole Salesforce, Deloitte Digital. Aż 82 proc. zespołów IT twierdzi, że nie posiadają odpowiednich kompetencji, aby skutecznie wdrożyć inicjatywy AI w swoich firmach. Stąd coraz większe zainteresowanie gotowymi rozwiązaniami, które można w prosty sposób zintegrować z obecnie funkcjonującymi systemami.

Korzyść dla konsumentów

Inteligentna sprzedaż zwiększa wydajność i skraca czas pracy zespołom ds. sprzedaży i obsługi klienta. 80 proc. oddziałów korzystających z metod opartych na AI, przyznaje, że ma ona pozytywny wpływ na produktywność ich przedstawicieli handlowych, a 74 proc. z nich odnotowuje wzrost sprzedaży. Co jednak ważniejsze, sztuczna inteligencja pozwala firmom, budować trwałą i pogłębioną relację z konsumentami. Jest to możliwe, bo systemy oparte o AI mogą czasie rzeczywistym gromadzić informacje o klientach i podejmować z nimi indywidualny dialog – na masową skalę. 83 proc. sprzedawców, którzy korzystają z inteligentnej sprzedaży, odnotowało, iż pozwoliła im ona „zatrzymać klientów”. Natomiast 80 proc. przyznało, że umożliwiło im pielęgnowanie relacji z klientami (również tymi potencjalnymi).

W artykule zostały wykorzystane skoordynowane wyniki badań na grupie badawczej wynoszącej 10 785 osób zajmujących się sprzedażą, usługami i marketingiem w pełnym wymiarze (nie ograniczono do klientów grupy Salesforce) z USA, Kanady, Brazylii, Wielkiej Brytanii / Irlandii, Francji, Niemiec, Japonii, Australii / Nowej Zelandii, Holandii i krajów skandynawskich oraz na ponad 8 000 konsumentów. W badaniu „AI Snapshot Survey” wykorzystano jedynie odpowiedzi respondentów ze Stanów Zjednoczonych. Wszystkie kalkulacje porównawcze są tworzone z całkowitych liczb (nie zaokrąglonych liczb). Dane pochodzą z badań przeprowadzonych w latach 2016 i 2017.

Kurs funta a publikacja danych nt. brytyjskiego PKB

Publikacja danych nt. brytyjskiego PKB za III kwartał br. może wyrwać notowania GBP/PLN z obserwowanej w tym tygodniu konsolidacji, rozpoczynając grę pod listopadowe posiedzenie Banku Anglii.

O godzinie 08:50 za funta płacono 4,74 zł, co jest poziom zbliżonym do wczorajszego zamknięcia. Tym samym kurs GBP/PLN pozostaje w konsolidacji w przedziale 4,73-4,76 zł, po tym jak w piątek brytyjska waluta podrożała o ponad 4 gr, odreagowując 3-tygodniowy trend spadkowy, który sprowadził kurs z poziomu ponad 4,94 zł.

Wydarzeniem środy jest publikacja wstępnych szacunków dynamiki brytyjskiego Produktu Krajowego Brutto (PKB) w III kwartale br. Dane te zostaną opublikowane o godzinie 10:30 i stanowić będą ostatni element układanki przed listopadowym posiedzeniem Banku Anglii (BoE). Ekonomiści prognozują, że w okresie lipiec-wrzesień br. wzrost w Wielkiej Brytanii wyniósł 0,3 proc. w relacji kwartalnej i 1,4 proc. w relacji rocznej, po tym jak w II kwartale gospodarka rozwijała się w tempie 0,3 proc. K/K i 1,5 proc. R/R. Im lepsze dane, tym silniejszy funt. I odwrotnie.

Raport PKB jest ostatnim ważnym raportem przed zaplanowanym na 2 listopada br. posiedzeniem Banku Anglii. Oczekuje się, że w reakcji na wysoką inflację na Wyspach, bank zdecyduje się pierwszy raz od dekady podnieść stopy procentowe i zmienić je pierwszy raz od sierpniu 2016 roku, gdy w odpowiedzi na brexit obciął je o 25 punktów bazowych do poziomu 0,25 proc., po tym jak wcześniej pozostawały one stabilne od marca 2009 roku.

Listopadowa podwyżka stóp jest obecnie scenariuszem bazowym. Wskazuje na niego 73 proc. ekonomistów ankietowanych przez agencję Reutera. Rynek terminowy zaś wycenia to prawdopodobieństwo na około 82 proc. Dlatego też lepsze od oczekiwań dane o PKB upewnią inwestorów, że podwyżka będzie mieć miejsce, co powinno znaleźć przełożenie na wzrost kursu funta. Wówczas mógłby on umacniać się aż do samego posiedzenia. Gorsze dane mogą zaś postawić znak zapytania, jednocześnie doprowadzając do przeceny brytyjskiej waluty.

Sytuacja na wykresie dziennym GBP/PLN wskazuje obecnie na wciąż spore szanse na to, że po piątkowym zwrocie w górę, rynek wybije się górą z tej kilkudniowej konsolidacji. Celem dla popytu są poziomy 4,78-4,80 zł. Taki ruch wciąż jednak należy traktować w kategoriach korekty wcześniejszych 3-tygodniowych spadków, które sprowadziły notowania w dół o 25 gr. Szanse na ruch do góry zmniejszą się natomiast wraz z powrotem GBP/PLN poniżej 3,72 zł. Wówczas trzeba się liczyć z szybkim cofnięciem do 3,69-3,70 zł, a później nawet z głębszymi spadkami.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Boom gospodarczy niedługo przeminie. Jak się przygotować?

Dynamicznie zwiększający się PKB, rosnące płace i malejące bezrobocie

zawdzięczamy poprawie koniunktury w strefie euro oraz na świecie. Niestety, z dużym prawdopodobieństwem to krótkotrwały stan. Nikłe są perspektywy, by ok. 4-procentowy wzrost utrzymał się w Polsce dłużej niż przez kilka najbliższych kwartałów – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Napływające dane ekonomiczne sugerują, że rok 2017 w europejskiej gospodarce zapisze się jako najlepszy w ciągu ostatniej dekady. Dobra kondycja strefy euro wynika z rosnącego zatrudnienia na obszarze wspólnej waluty, zwiększenia się inwestycji prywatnych oraz wyższej konsumpcji.

Ustąpiły również problemy, które od kilku lat gnębiły Unię Europejską. Mniej niepokojące wydają się dziś obawy o rozpad strefy euro. Zmalał też strach przed widmem gwałtownego kryzysu bankowego czy zadłużeniowego, co miało miejsce w 2012 r.

Gospodarkę dodatkowo stymuluje łagodna polityka pieniężna Europejskiego Banku Centralnego, skutkująca bardzo niskimi kosztami finansowania długu, i to zarówno skarbowego, jak i prywatnego. Zniknęła również większość obaw związanych z kondycją światowej gospodarki. Chiny utrzymują wzrost PKB powyżej granicy 6 proc. Rozwój gospodarczy przyspieszył również w USA. Dla otwartej na rynki zagraniczne eurozony są to znakomite informacje.

Przypływ podnosi wszystkie łódki…

Z poprawy koniunktury w całej UE w sposób szczególny korzystają kraje rozwijające się. Odzwierciedlenie tej tezy widać w rachubach Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W październiku MFW podniósł szacunki wzrostu PKB na bieżący rok dla: Turcji – z 2,5 do 5,1 proc., Rumunii – z 4,2 do 5,5 proc., Czech – z 2,8 proc. do 3,5 proc. PKB dla Polski Fundusz zrewidował z 0,5 pkt proc. na 3,8 proc., ale napływające dane dają dużą szansę na osiągnięcie granicy 4 proc.

W większości krajów naszego regionu tempo wzrostu PKB wspiera przede wszystkim prywatna konsumpcja, którą z kolei napędza wzrost zatrudnienia oraz wynagrodzeń. Ogólnie gospodarce sprzyja sytuacja, gdy ludzie w wieku produkcyjnym pracują. Jednak np. w kontekście Czech, gdzie bezrobocie jest najniższe w całej UE – 2,9 proc., a stopa zatrudnienia dla osób w wieku 20-64 lata należy do najwyższych we wspólnocie i wynosi 78,2 proc. (w Polsce 71,1 proc.), dalsza wyraźna poprawa parametrów rynku pracy wydaje się mało prawdopodobna.

…Odpływ sprawia, że praktycznie wszystkie opadają

Ciasnota na rynku pracy, czyli trudności przedsiębiorstw w pozyskiwaniu kolejnych pracowników, przekłada się natomiast na bardzo silny wzrost wynagrodzeń. W drugim kwartale br. płace w Czechach rosły o 11,5 proc. – według danych Eurostatu. Zwiększające się wypłaty w krótkim terminie podtrzymują dobrą koniunkturę. Jednak długoterminowo, np. nieprzerwanie przez kilka lat, duże tempo podwyżek wynagrodzeń bywa bardzo trudne do utrzymania, zwłaszcza wtedy, gdy nie nadąża za tym tempo poprawy produktywności. Sprawa dotyczy nie tylko Czech, nienaturalnie szybko płace rosną również w Rumunii – o 18,5 proc. oraz w Bułgarii – o 10,7 proc. W Polsce wzrost stawki godzinowej wyniósł nominalnie 8,3 proc.

Rozgrzane do czerwoności gospodarki naszego regionu operują obecnie wyraźnie powyżej swojego potencjału. Pokazują to prognozy MFW na kolejne lata. W 2020 r. rozwój Rumunii spowolni do 3,3 proc. z 5,5 proc. obecnie. Według szacunków Funduszu wzrost PKB Czech obniży się w ciągu najbliższych trzech lat z 3,5 proc. do 2,3 proc.

Wyższy od potencjalnego rozwój dotyczy dziś całej strefy euro, która – wg szacunków MFW – urośnie w tym roku o 2,1 proc., lecz w 2020 r. spowolni do 1,6 proc. Poza Europą znaczne obniżenie tempa przyrostu PKB widać w przypadku Japonii. Jeżeli zapowiedzi się ziszczą, rozwój w Kraju Kwitnącej Wiśni wyhamuje z obecnych 1,5 proc. do 0,2 proc.

S&P dostrzega w Polsce wiele problemów

W Polsce też będzie niezwykle trudno utrzymać bardzo dobrą koniunkturę dłużej niż przez kilka najbliższych kwartałów. MFW szacuje, że w naszym kraju wzrost gospodarczy spowolni z 3,8 do 2,8 proc. w 2020 r.

Zdecydowanie bardziej pesymistyczny obraz przedstawia w ostatnim raporcie S&P Global Ratings. Mimo że agencja podwyższyła perspektywę wzrostu PKB dla naszego kraju do 4,2 proc. w br., to według jej analityków potencjalny rozwój wynosi jedynie 1,5-2 proc. rocznie głównie ze względu na malejącą i starzejącą się populację w wieku produkcyjnym. Za blisko połowę obecnego tempa rozwoju odpowiadają natomiast transfery unijne. W raporcie podniesiona została także kwestią ryzyka „przestymulowania” gospodarki zbyt łagodną polityką monetarną oraz fiskalną.

S&P przedstawiło również bardzo negatywne prognozy dotyczące salda rachunku obrotów bieżących (C/A). Deficyt, który obecnie zamyka się w kilku miliardach złotych i wynosi poniżej 0,5 proc. PKB, ma zwiększyć się w 2019 r. do 3,8 proc. PKB (83 mld zł) przede wszystkim ze względu na pogorszenie się bilansu zagranicznej wymiany handlowej (z bieżącej nadwyżki przejdziemy w 70 mld zł deficytu). Agencja oczekuje również wzrostu inflacji do poziomu 3,5 proc. za dwa lata.

Przy takiej koniunkturze warto rozprawić się z deficytem

Prawdopodobnie S&P przedstawia najbardziej pesymistyczne prognozy dla Polski spośród wszystkich wiodących ośrodków analitycznych na świecie. Ryzyko spełnienia się tych szacunków należy obecnie uznać za  ograniczone. Mniej dyskusyjny wydaje się natomiast pogląd, podnoszony również przez S&P, że nasz kraj nie wykorzystuje dobrej koniunktury do wyraźnej redukcji deficytu oraz długu publicznego. Według ostatnich projekcji Komisji Europejskiej. deficyt sektora finansów publicznych w Polsce wyniesie w przyszłym roku 2,9 proc. PKB. Byłby to trzeci najgorszy wynik w UE po Francji oraz Rumunii, nawet jeżeli faktyczny rezultat będzie nieco lepszy niż szacunki KE. Średni unijny poziom deficytu ma wynieść 1,5 proc. PKB, a Niemcy, Czechy czy Szwecja mają osiągnąć nadwyżkę.

Dobry czas, by wypełnić poduszkę

Wiele wskazuje na to, że zarówno w Polsce, jak i w innych krajach z naszego regionu mamy do czynienia z krótkoterminowym przyspieszeniem wzrostu PKB. Rozwój przekraczający potencjał gospodarczy oraz wzrost wynagrodzeń sięgający w niektórych przypadkach 10 proc. nie będzie trwać wiecznie.

Gospodarstwa domowe mogą jednak starać się przygotować na hipotetyczne pogorszenie koniunktury poprzez ograniczenie konsumpcji i gromadzenie oszczędności. Prawdopodobnie nie będzie już lepszego momentu, by rozpocząć ten proces. W skali ogólnokrajowej wyższe oszczędności nie tylko pozwolą wypełnić poduszkę finansową i przygotować się na okres gorszej koniunktury, ale także ułatwią inwestycje polskim przedsiębiorstwom, które zamiast posiłkować się kapitałem zagranicznym skorzystają z krajowych zasobów.

Abolicja dla tzw. umów śmieciowych byłaby poważną destrukcją prawa i nieuczciwością wobec rzetelnych płatników

Pracodawcy od wielu lat skarżą się, że system ubezpieczeń społecznych jest dla nich zbyt skomplikowany i kosztowny. W związku z tym, masowo nadużywają umów cywilnoprawnych. Minister skarbu i prywatyzacji Gospodarczego Gabinetu Cieni Business Centre Club podkreśla, że nieopłacane składki ZUS powinny zostać uregulowane. Z drugiej strony, inkasowanie należności wraz z odsetkami mogłoby doprowadzić do licznych bankructw, szczególnie małych firm, zwolnień pracowników, kłopotów finansowych wielu rodzin, a w konsekwencji nawet problemów politycznych. Rząd powinien zatem opracować kompleksowe rozwiązanie tej kwestii, biorąc pod uwagę złożoność problemu powszechnego omijania przepisów kodeksu pracy.

Według dr Grażyny Majcher-Magdziak, przyczyna korzystania z tzw. umów śmieciowych leży w tym, że wartość zamówień realizowanych przez wiele przedsiębiorstw jest tak mała, iż nie pozwala na większe pensje dla pracowników. Co istotniejsze, doliczanie składek ZUS-owiskich doprowadziłoby te firmy do likwidacji działalności gospodarczej. To z kolei podniosłoby poziom bezrobocia i byłoby jeszcze większym obciążeniem dla Skarbu Państwa.

– Ponadto wydajność pracy polskich firm jest dość niska, co hamuje wzrost cen ich wyrobów lub usług. Jednocześnie istnieje system ZUS-owski, który wymaga, żeby pracownik przez lata gromadził kapitał na minimalną emeryturę. To bardzo złożony problem i skoncentrowanie się tylko na jednym jego elemencie, jakim jest abolicja dla umów cywilnoprawnych dla pracodawców i pracowników wywołałoby kolejne patologie społeczne. W mojej ocenie, nie należy więc w ogóle tego rozważać w obecnej sytuacji gospodarczej – zaznacza ekspert z BCC.

Prezes Zarządu i Dyrektor Projektów Doradztwa Strategicznego BAA stwierdza, że problem nadużyć w płatnościach na rzecz ZUS-u jest dość skomplikowany i wielkoobszarowy. Zdaniem eksperta, w latach 2011-2012 regulacje, dotyczące umów cywilnoprawnych, były tak niejednoznaczne, że wprowadzały w błąd zarówno przedsiębiorców, jak i pracowników. Dr Majcher-Magdziak pamięta, że pracodawcy mieli wówczas wątpliwości np. co do tego, czy mogą ozusować dopiero drugą umowę zawieraną ze zleceniobiorcą, czy żadnej w ogóle nie ozusowywać.

– W późniejszych latach, kiedy interpretacje umów cywilnoprawnych, były już bardziej jasne, nie wszyscy chcieli wrócić na ścieżkę prawa. Państwo nie reagowało, a to ZUS mając świadomość tego, czym może grozić niepłacenie składek, powinien przede wszystkim uświadamiać obywateli i rzeczywiście ich kontrolować. Jeżeli nie był w stanie tego robić, to też odpowiada za obecną sytuację – zwraca uwagę dr Grażyna Majcher-Magdziak.

Ekspert przypomina również, że od wielu lat członkowie rządu i przedstawiciele związków zawodowych wskazują na szkodliwe skutki zawierania z pracownikami tzw. umów śmieciowych. Jednak dotychczas niewiele z tego wynikało. Dr Majcher-Magdziak przewiduje, że ewentualne egzekwowanie teraz zaległych składek z odsetkami od przedsiębiorców i od osób prywatnych może być dolegliwe. Dla większości z nich byłyby to bardzo duże sumy pieniędzy. Sporo małych firm mogłoby nawet upaść. W wielu przedsiębiorstwach nastąpiłyby również grupowe zwolnienia pracowników.

– Z drugiej strony, trzeba przecież uregulować wszystkie długi. Dlatego w kuluarach nieoficjalnie wspomina się o ewentualnej abolicji dla tzw. umów śmieciowych. Ale zastosowanie takiego środka zaradczego oznaczałoby ręczne sterowanie prawem. Jeżeli będziemy popierać tego typu rozwiązania, to system prawny w Polsce będzie coraz gorszy, bo przestanie być stabilny. Zawsze będzie istniała pokusa, żeby drugą, trzecią i kolejną sprawę w ten sposób załatwić. W konsekwencji istotnie zaburzyłoby to obecny porządek gospodarczy – ostrzega arbiter w Sądzie Arbitrażowym przy Krajowej Izbie Gospodarczej.

Ekspert przekonuje, że rząd powinien opracować kompleksowe rozwiązanie, które będzie uwzględniało wszystkie płaszczyzny problemu. Sformułowanie go wymaga oczywiście pogłębionych analiz. Konieczna jest wizja docelowa i plan jej realizacji. Jedną z propozycji do rozważenia może być chociażby ratalne spłacanie należności, rozłożone na firmy i pracowników tak, żeby wszyscy byli w stanie je regulować. Jednocześnie należy poważnie rozważyć kwestię zróżnicowania składek ZUS-u, które powinny być dostosowane do wysokości konkretnych zarobków. Według dr Majcher-Magdziak, ludzie nie uciekaliby przed obciążeniami fiskalnymi, gdyby były one na miarę ich możliwości.

– Kolejną kluczową kwestią jest opracowanie planu stymulacji zwiększenia wydajności polskich firm, poprzez podniesienie innowacyjności ludzkiej pracy. Dzięki temu, zaczęłaby ona generować zyski potrzebne m.in. do regulacji świadczeń budżetowych. Trzeba bowiem podejść do tematu umów śmieciowych bardzo wieloaspektowo. Ewentualna, jedna decyzja abolicyjna niczego nie naprawi, a wręcz wywoła zamęt w społeczeństwie. Jak ją wyjaśnimy tym, którzy przez całe lata działali zgodnie z prawem i prawidłowo regulowali składki na rzecz ZUS-u? Powiemy im, że byli zwyczajnie naiwni i dlatego je płacili? Absolutnie nie możemy dopuścić do takiej sytuacji – podkreśla dr Majcher-Magdziak.

Zdaniem eksperta, gdyby jednak państwo zdecydowało się na jakąś formę wsparcia dla podmiotów korzystających z umów cywilnoprawnych, to powinno jednocześnie pomyśleć o rekompensatach dla tych przedsiębiorców i pracowników, którzy uczciwie i sumiennie regulowali składki ZUS. To oczywiście nie rozwiązałoby problemu braku zabezpieczenia emerytalnego osób zatrudnionych na tzw. umowach śmieciowych. Dla nich konieczna będzie jakaś z góry określona dopłata z państwowego budżetu, żeby mogli w ogóle funkcjonować na poziomie tzw. minimum życiowego. Stąd też należałoby się zastanowić, w jakiej formie Skarb Państwa partycypowałby we wsparciu przyszłych emerytów, np. udzielając im zasiłków.

– Rozwiązanie kwestii tzw. umów śmieciowych na pewno nie mogłoby dotyczyć tylko jednej grupy podmiotów. Problem obejmuje zarówno małych przedsiębiorców, jak również osoby fizyczne, godzące się na tzw. umowy śmieciowe. Oni wszyscy byli w cudzysłowie beneficjentami umów cywilnoprawnych w krótkim okresie czasu. W długoterminowej perspektywie czekają ich bardzo skromne emerytury. I to będzie kolejną katastrofą społeczną, która wydarzy się w przyszłości – przewiduje minister skarbu i prywatyzacji Gospodarczego Gabinetu Cieci BCC.

Jak podsumowuje dr Majcher-Magdziak, nie należy winić osób, które stojąc przed wyborem braku jakiejkolwiek pracy i przyjęcia tzw. umowy śmieciowej, wybrały aktywność zawodową. Jednak z całą pewnością nie można im wliczać do okresu emerytalnego tych lat, w których nie płacili składek. To byłoby zupełnie niezgodne z systemem i niesprawiedliwe społecznie, a więc Państwo nie może na to pozwolić.

Trudne położenie euro

Rynek długu w Europie już wczoraj zaczął przygotowania do jutrzejszego posiedzenia ECB, ale EUR pokazało stłumioną reakcję. Podobnie USD stoi w miejscu, gdyż nie mamy postępów w wyborze nowego prezesa Fed i reformie podatkowej. AUD tonie po słabym CPI, który zagwarantuje gołębie nastawienie RBA. Dziś przed nami Ifo z Niemiec, PKB z Wlk. Brytanii, zamówienia z USA i decyzja Banku Kanady.

Rentowności obligacji skarbowych w Eurolandzie wzrastały we wtorek, co należy przypisać pozycjonowaniu się pod rezultat czwartkowego posiedzenia ECB. Rynek widzi szanse na głębszą redukcję tempa skupu, co oznacza mniejszą presję popytową na obligacje, a za tym na spadek cen (i wzrost oprocentowania). Jednak reakcja EUR już nie była tak wyraźna, gdyż niższe tempo skupu oznacza dłuższy czas trwania programu, a zatem późniejszy moment dla pierwszej podwyżki stóp procentowych. Co jest dobre dla długoterminowych instrumentów dłużnych, niekonieczne jest dobrą wiadomością dla stawek krótkoterminowych, a to na te drugie waluta jest bardziej wrażliwa. W efekcie wygaszanie QE w gołębiej otoczce wcale nie będzie jutro sygnałem do kupna EUR.
EUR/USD stoi w miejscu także przez czynniki dolarowe, które chwilowo przycichły. Rynek chce dwóch rzeczy: poznać nazwisko nowego prezesa Fed i zobaczyć ustawę podatkową. W tym drugim przypadku według najnowszych doniesień przyjdzie poczekać aż do 1 listopada. Z kolei w kwestii prezesa Fed jedyną nową rewelacją są doniesienia z Białego Domu, że podczas spotkania z senatorami prezydent Trump zapytał obecnych o preferowanego kandydata na prezesa Fed i John Taylor miał zebrać najwięcej głosów. Na ile to zwiększa szanse Taylora na wybór? Nie na tyle, by rynek mógł pod to ochoczo kupować USD.
W całym dzisiejszym marazmie wyróżnia się bardzo słaba postawa AUD. Odczyt CPI za III kw. z Australii wyraźnie rozczarował: 0,6 proc. k/k przy prognozie 0,8 proc. Inflacja bazowa także wypadła blado na 0,4 proc. i poniżej dolnej bandy dopuszczanych przez RBA wahań. Zakładany wzrost cen energii nie zneutralizował słabości innych komponentów. Tym samym wylany został kubeł zimnej wody na głowy tych, którzy oczekiwali, że RBA pójdzie saldem innych banków centralnych i zacznie zacieśniać politykę. Wkrótce możemy usłyszeć zupełnie inny komunikat z banku, a to zła wiadomość dla AUD w dłuższym horyzoncie.
Kalendarz makro w środę w końcu się ożywia. Przed nami jeszcze indeks Ifo z Niemiec z oczekiwaniami na podtrzymanie dobrego winku sprzed miesiąca, ale nie ma co liczyć, aby EUR miało z tego powodu wyraźnie skoczyć. Pierwszy szacunek PKB za III kw. z Wielkiej Brytanii może przynieść zamieszanie na rynku funta, gdyż rozpiętość prognoz rynkowych jest spora (od 0,1 proc. do 0,7 proc. k/k). Słaby wynik (poniżej 0,3 proc.) będzie komplikował uzasadnienie podwyżki stopy procentowej przez BoE za tydzień, ale raczej nie odwiedzie banku od niemal przesądzonej decyzji. Zamówienia na dobra trwałe z USA zejdą nad rugi plan, kiedy USD bardziej jest zainteresowany rozstrzygnięciami w polityce monetarnej i fiskalnej.

Wreszcie na koniec dnia poznamy decyzję Banku Kanady. Rozczarowanie danymi o sprzedaży detalicznej i inflacji wykluczyło trzecią podwyżkę stopy overnight z rzędu. Bank Kanady potrzebuje czasu na ocenę wpływu dotychczasowych działań na gospodarkę, jednak pozostaje w jastrzębim nastawieniu. Wątpliwe jednak, aby bank z wyprzedzeniem zobowiązał się do kolejnej podwyżki w grudniu, więc na razie CAD pozostanie bez wsparcia.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Innova Capital obejmie 75% udziałów w spółkach Inelo i OCRK

Innova Capital, wiodący środkowoeuropejski fundusz private equity, przejmuje 75% udziałów w Inelo i OCRK, spółkach dostarczających własne rozwiązania technologiczne w zakresie zarządzania czasem pracy kierowców w branży transportowej. Dzięki przeprowadzonej transakcji, fundusz zyskuje też ekspozycję na atrakcyjnym rynku rozwiązań telematycznych.

20 października br. Fundusze zarządzane przez Innova Capital podpisały umowę nabycia 75% udziałów Inelo Sp. z o. o. i OCRK Sp. z o. o. S.k. Założyciele Inelo i OCRK, Jakub Gieruszczak i Mirosław Stocerz, pozostają mniejszościowymi udziałowcami w spółkach. To jedenasta transakcja oparta na modelu sukcesji założycieli, w których Innova Capital staje się ważnym partnerem dla polskich przedsiębiorców.

 „Zgodnie z realizowaną strategią, poszukujemy spółek o mocnej pozycji rynkowej, które zapewnią nam atrakcyjny zwrot z inwestycji. Inelo i OCRK to liderzy w skali europejskiej, z unikatowym know-how i własnym rozwiązaniem technologicznym w zakresie analizy i zarządzania czasem pracy kierowców oraz atrakcyjną pozycją na dynamicznie rosnącym rynku telematyki. Jesteśmy dumni, że stajemy się udziałowcem w tak perspektywicznej grupie.” – powiedziała Magdalena Magnuszewska, Partner Innova Capital, która nadzorowała inwestycję. „Wierzymy, że w oparciu o silne fundamenty, know-how i technologię grupa będzie kontynuowała dynamiczny wzrost, również na rynkach międzynarodowych”podsumowała Magdalena Magnuszewska.

Inelo i OCRK dostarczają kompleksowe rozwiązania dla branży transportowej w zakresie zarządzania czasem pracy kierowców oraz telematyki. Doskonałą pozycję rynkową potwierdza dynamiczne tempo rozwoju biznesu (~30% historyczny CAGR przychodów), natomiast oparcie w dużej mierze o subskrypcyjne przychody oraz własną technologię umożliwia skalowalność biznesu. Aktualnie z oprogramowania Inelo korzystają służby kontrolne z 15 krajów Unii Europejskiej, grupa zbudowała też szczególnie silną pozycję w obszarze zarządzania czasem pracy i telematyki dla małych i średnich flot.

„Podczas 15 lat obecności na rynku zbudowaliśmy pozycję lidera w obszarze zarządzania czasem pracy kierowców, zarówno wśród firm transportowych, jak i służb kontrolnych w Europie. Wsparcie doświadczonego partnera, jak Innova Capital, to dla nas duża szansa na dalszy rozwój, zarówno pod względem dywersyfikacji oferty, jak i skali biznesu. Jesteśmy przekonani, że zaangażowanie funduszu pozwoli rozwinąć naszą działalność i pozyskać nowych partnerów, działających na wielu międzynarodowych rynkach” – powiedział Jakub Gieruszczak.

W 2016 roku łączne przychody grupy wyniosły 58 milionów złotych. Z oferty korzysta ponad 10 000 klientów i 3 500 pracowników instytucji kontrolnych. Przedstawiciele spółek doradzają Komisji Europejskiej i prowadzą szkolenia dla inspekcji transportowych, policji i innych służb kontrolnych. Grupa zatrudnia ponad 450 pracowników.

Usługi doradcze w procesie transakcyjnym po stronie sprzedającego świadczyli: PwC (doradca wiodący M&A) oraz kancelaria Gessel, zaś po stronie Innova: PwC (due diligence finansowe i podatkowe), BCG oraz kancelaria Weil.

Jak zmienił się sposób projektowania osiedli

Jak aranżowane są teraz inwestycje mieszkaniowe? Co zmieniło się w projektowaniu osiedli na przestrzeni ostatnich lat? Jakie, nowe rozwiązania wprowadzili deweloperzy? Wyniki sondy prezentuje serwis nieruchomości Dompress.pl

Katarzyna Dąbrowska, Senior Marketing Manager w Nexity Polska

Trendem, który w ostatnim czasie widoczny jest zarówno w budownictwie jednorodzinnym, jak i wielorodzinnym, jest wdrażanie ekologicznych i ekonomicznych rozwiązań. Szczególnie popularne są te nowinki, które pozwalają oszczędzać energię, np. specjalne instalacje,
czy kolektory słoneczne. Dlatego w naszych inwestycjach wdrażamy systemy, które pozwalają na ekonomię energetyczną, czyli panele fotowoltaiczne, w które planujemy wyposażyć budynki w osiedlu NextUrsus w warszawskim Ursusie.

Drugi ważny kierunek to innowacyjne technologie, ułatwiające życie mieszkańcom. Aktualnie w ramach czwartego etapu osiedla SkyLife na Woli oferujemy SmartHome, tj. inteligentny system sterowania domem przez telefon.

Od kilku lat można zauważyć, że nabywcy mieszkań poszukują lokali ergonomicznych, o przemyślanym i funkcjonalnym rozkładzie, pozwalających na indywidualne zaaranżowanie wnętrza przy maksymalnym wykorzystaniu przestrzeni.

Bardzo istotny czynnik w zakupie mieszkania stanowi całe otoczenie osiedla i przestrzenie wspólne. Jeszcze kilka lat temu garaż lub komórka lokatorska w cenie, była wabikiem
dla przyszłych lokatorów, a teraz coraz częściej to standard. Staramy się sprostać zamieniającym się potrzebom klientów, toteż na terenie naszych inwestycji można znaleźć m.in. place zabaw, plac do gry w boule, fontanny, czy strefy fitness. W najnowszym przedsięwzięciu, w osiedlu LifeTown na warszawskim Ursynowie oddamy mieszkańcom
do dyspozycji prywatne jezioro.

Trendem ostatnich lat jest także: dążenie do maksymalnej prostoty oraz harmonijne łączenie materiałów. Popularne stają się kombinacje z pozoru nieprzystających do siebie elementów, jak: drewno i stal, czy beton i szkło. Nowoczesna przestrzeń mieszkalna jest jasna i przestronna.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Nieruchomości zostają obecnie dopasowywane wyglądem do charakteru otoczenia inwestycji i wyróżnia je duże poczucie estetyki. Rozwój nowoczesnych technologii sprawił, że coraz więcej mieszkań jest lub może być wyposażonych w systemy smart home, które umożliwiają całodobową kontrolę lokum, a także zdalne sterowanie sprzętami RTV czy AGD.

Duży nacisk kładzie się także na budownictwo energooszczędne. Mieszkania są przyjazne dla środowiska naturalnego, ponieważ emitują mniej CO2 do atmosfery. Deweloperzy coraz częściej stosują najnowsze rozwiązania ekologiczne m.in. kolektory słoneczne, panele fotowoltaiczne i gruntowe wymienniki ciepła.

Rozplanowanie części wspólnych jest ważne z perspektywy zarówno mieszkańca, jak i dewelopera. Dziś standardem są wygodne i przestronne garaże oraz wystarczająca liczba miejsc postojowych. Większą uwagę przywiązuje się do zielonych dziedzińców, które są miejscem spotkań mieszkańców, placów zabaw, miejsc na rowery, czy wózki. Wszystkie inwestycje Wawel Service są również dopasowane do potrzeb osób niepełnosprawnych.

Wioletta Kleniewska, dyrektor marketingu i sprzedaży w Polnord S.A.

Aktualne trendy zakładają istnienie przestronnej części wspólnej w formie tzw. open space’u oraz wygodnej, kilkunastometrowej sypialni, jednej lub kilku. Nasze mieszkania projektujemy zgodnie z tym modelem. Część klientów chce mieć jednak duży salon, ale woli osobną kuchnię, zamiast otwartego aneksu. Z myślą o nich staramy się tak konstruować ofertę, by można było łatwo dopasować aranżację mieszkania w zależności od preferencji nabywcy.

W naszych budynkach zwracamy także uwagę na łatwą dostępność do wind, które mają dowozić mieszkańców z poziomu garażu podziemnego. Komórki lokatorskie umieszczamy na piętrach mieszkalnych lub też w części hali garażowej. W windy z poziomu hali garażowej wyposażamy nawet niskie, dwupiętrowe budynki, czego przykładem jest osiedle Brama Sopocka w Gdyni.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Klienci nie kupują samego mieszkania, ale raczej styl życia, jaki oferuje nieruchomość i jej otoczenie. Coraz większe znaczenie dla mieszkańców ma dodatkowa infrastruktura związana ze spędzaniem wolnego czasu. Osiedlowe centra rekreacji cieszą się dużym zainteresowaniem mieszkańców, którzy codzienny trening lub weekendową rekreację mogą rozpocząć tuż za progiem mieszkania. Kluby fitness, miejsca spotkań, czy boiska powoli stają się standardem w wieloetapowych osiedlach społecznych Archicomu.

Takie rozwiązania pozwalają mieszkańcom nie tylko integrować się, ale również zachęcają do dalszego rozwijania oferty osiedla w ramach wspólnot mieszkaniowych poprzez startowanie w konkursach, czy w ramach działań z budżetu obywatelskiego. Tak stało się m.in. w Olimpii Port, gdzie mieszkańcy rozpisali projekt konkursowy, który wygrali i dziś mają do dyspozycji osiedlową bazę kajakową.

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Trudno mówić o jakieś rewolucji w projektowaniu budynków, gdyż wymagania jakim powinno sprostać budownictwo mieszkaniowe jasno opisane są w warunkach technicznych i stosownych rozporządzeniach. Natomiast zauważalna jest większa dbałość w podejściu do wykończenia części wspólnych i rekreacyjnych, mamy też lepsze projekty elewacji. W ostatnich latach nastąpił postęp w zakresie nowych technologii wykończenia. Rynek wymaga wprowadzania projektów, które są atrakcyjne dla klienta, nie tylko pod względem ceny, ale również estetyki i ogólnie pojętej jakości życia.

Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

W ciągu ostatnich 10 lat najwięcej zmian zaszło w standardach wielkościowych mieszkań. Metraże, które w latach 2005 – 2006 były normą dla lokali dwupokojowych, dziś mieszczą trzy pokoje. Kawalerka sprzed dziesięciu lat obecnie musi być mieszkaniem dwupokojowym.

Z biegiem lat coraz większe znaczenie w projektowaniu i realizacji budynków mają późniejsze koszty eksploatacji. Dziś używa się rozwiązań i materiałów, które gwarantują mniejsze zużycie energii elektrycznej, czy ciepła. W coraz większym stopniu zastosowanie ma ergonomia, również w rozwiązaniach funkcjonalnych pomieszczeń.

Małgorzata Ostrowska, członek Zarządu oraz dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Zmiany widoczne są w strukturze powierzchni mieszkań. Współcześnie projektuje się więcej mieszkań dwupokojowych o powierzchni około 40 mkw. Jeszcze dekadę temu standardowe mieszkania z dwoma pokojami miały tyle metrów, ile dzisiejsze trzypokojowe – około 55 mkw. Kolejna zmiana zaszła w samych projektach, w których duży nacisk kładzie się na funkcjonalne rozplanowanie pomieszczeń, duże przeszklenia oraz aneksy kuchenne otwarte na salon.

Deweloperzy zaczęli też projektować i aranżować w ciekawy sposób przestrzeń wspólną na terenie osiedli. Siłownie plenerowe, place zabaw dla dzieci to już standardowe elementy niemal każdego nowoczesnego osiedla. Następną modyfikację widać również na etapie budowania. Na przykład tradycyjna wentylacja grawitacyjna została zastąpiona lepszą wentylacją mechaniczną, która nie tylko zapewnia stały dopływ świeżego powietrza, ale też oczyszcza i ogrzewa powietrze nawiane ciepłem odzyskanym z powietrza wywianego. Takie rozwiązania stosujemy w naszych budynkach, nawet w przypadku tych z niewielką liczbą kondygnacji.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

W ostatnich latach rynek stał się znacznie bardziej wymagający, a także bardziej sprofesjonalizowany. Estetyka budynków, ich dopasowanie do istniejącej tkanki miejskiej i charakteru projektu to jedno z kluczowych kryteriów wyboru mieszkania wśród stołecznych klientów. To właśnie dlatego postawiliśmy na bardzo dopracowane projekty budynków jako jeden z głównych wyróżników oferty Matexi w Warszawie. Wybieramy przede wszystkim nowoczesne, ponadczasowe projekty architektoniczne i współpracę z ambitnymi, polskimi projektantami.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Z pewnością aktualne inwestycje mieszkaniowe są bardziej atrakcyjne wizualnie, dzięki zastosowaniu zróżnicowanej kolorystyki oraz użyciu lepszych materiałów i dodatków na elewacji, takich jak kamień, szkło lub drewno. Obecnie także architektura budynków jest ciekawsza poprzez projektowanie dużych balkonów i tarasów, które nadają wyjątkowego charakteru całemu projektowi. Obserwujemy także zmiany w kwestii struktury projektowanych w budynkach mieszkań, gdyż zdecydowanie zmniejszyły się powierzchnie poszczególnych typów lokali. Coraz częściej w budynkach zastosowanie mają również nowoczesne materiały, nabiera znaczenia ich jakość, energooszczędność i walory ekologiczne. Powszechniejszy staje się montaż inteligentnych systemów w mieszkaniach, dzięki którym za pośrednictwem np. smartfona można sterować ogrzewaniem, oświetleniem, czy roletami.

Jeśli chodzi o projektowanie, nie było większej rewolucji na przestrzeni ostatnich lat, a różnice dotyczyły przede wszystkim kwestii związanych z izolacyjnością termiczną budynków. Natomiast istotne zmiany dopiero mają wejść w życie wraz z nowelizacją rozporządzenia Ministerstwa Infrastruktury i Budownictwa ws. warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie.

Opracowanie: Kamil Niedźwiedzki, analityk serwisu Dompress.pl

Powstaje pierwsza na świecie pełnowymiarowa kapsuła hyperloop. Super nowoczesny środek transportu pozwoli pokonywać długie odcinki trasy nawet w kilkanaście minut

Powstaje pierwsza na świecie pełnowymiarowa kapsuła hyperloop. Super nowoczesny środek transportu pozwoli pokonywać długie odcinki trasy nawet w kilkanaście minut 1

Hyperloop to idea super nowoczesnego transportu zbiorowego, dzięki któremu pasażerowie będą poruszali się w kapsułach umieszczonych w tubach. W Polsce pierwszą kapsułę hyperloop buduje zespół Hyper University Poland, który już skonstruował niepełnowymiarowy prototyp takiego pojazdu. We Francji trwają już prace nad pierwszą na świecie pełnowymiarową kapsułą, która mierzy 30 m długości, waży 20 ton i ma rozpędzać się do 1223 km na godzinę. Francuska firma HTT planuje oddać ją do użytku w 2018 roku.

Hyperloop to projekt nowego, niezwykle szybkiego środka transportu, który ma duże szanse stać się przełomem komunikacyjnym na świecie, w tym również w Polsce. Trwają zaawansowane prace nad wdrożeniem tej technologii. Kapsuła z pasażerami będzie się poruszać w specjalnym tunelu, w którym zostanie obniżone ciśnienie, co pozwoli na podróżowanie z prędkością nawet 1200 kilometrów na godzinę przy zachowaniu niewielkich kosztów transportu.

– Musimy mieć na początku koła do jazdy przy małych prędkościach, natomiast później są plany, aby zacząć lewitować magnetycznie lub unosić się na poduszce powietrznej, w związku z czym redukujemy opory tarcia, możemy w ten sposób osiągać dużo większe prędkości, a dodatkowo ponieważ poruszamy się w rurze redukujemy do minimum opory powietrza, to pozwala na osiągnięcie bardzo wysokich prędkości, szacuje się, że hyperloop powinien móc jechać z prędkością 1000 km/h lub nawet więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Grzegorz Światek, członek zespołu Hyper Poland University Team.

We Francji Hyperloop Transportation Technologies (HTT) ruszyło z budową pierwszej na świecie pełnowymiarowej kapsuły hyperloop. Kapsuła ma mierzyć 30 metrów długości, 2,7 m szerokości, a ważyć ma 20 ton. Francuzi twierdzą, że kapsuła będzie w stanie podróżować z prędkościami dochodzącymi do 1223 km/h, czyli ponad dwukrotnie większymi, niż dotąd najszybszy pociąg na świecie – japoński pociąg Maglev MLX01  (603 km/h, wpisane do Księgi Rekordów Guinessa). Kolej magnetyczna porusza się na poduszce magnetycznej, zatem podobnie jak hyperloop – lewituje.

– Lewitacja magnetyczna zależy od masy oraz ilości magnesów które zastosujemy. Przy większej masie potrzeba więcej magnesów, a dodatkowo jeśli zastosujemy przy tej samej masie jeszcze większą ilość lub mocniejsze magnesy, możemy zacząć lewitować już przy mniejszej prędkości. W naszej kapsule przy magnesach, których użyliśmy, zaczynamy lewitować przy prędkości około 70 km/h i lewitujemy cały czas aż do tych obliczonych 430 km/h, ponieważ do takiej prędkości liczyliśmy tę kapsułę – twierdzi Grzegorz Świątek.

Hyperloop ma uzupełnić lukę między samolotem a pociągiem. Połączy zalety obu tych środków transportu. Szybkością będzie konkurował z samolotem, ale, podobnie jak pociąg, będzie mógł rozpoczynać kurs z centrów miast. Będzie wymagał stałej infrastruktury, jak pociąg i będzie łączył odległe miejscowości nie zatrzymując się po drodze, podobnie jak samolot.

– Konstrukcja ma jakieś elementy samochodu, ma koła, jest to poniekąd pociąg, porusza się po jednej szynie, na niej także hamuje za pomocą systemu hamującego. Jest to też trochę samolot, bo lewituje, jest to tzw. lewitacja magnetyczna, ma po trochu wszystkiego. Jako transport, idea hyperloopa ma wskoczyć w lukę pomiędzy pociągami a samolotami – twierdzi Mikołaj Siwek z Hyper Poland University Team

Hyper Poland University Team zaprojektował też wstępną siatkę połączeń. Wynika z niej, że trasę Wrocław – Łódź moglibyśmy pokonać w 17 minut, a z Krakowa do Warszawy dojechać w ciągu 20 minut. Z kolei podróż z Warszawy do Gdańska zajęłaby nam 23 minuty. Z Poznania do Berlina dojechalibyśmy w ciągu 18 minut, a zaledwie godzinę później moglibyśmy zwiedzać Paryż. Koszt budowy kilometra trasy hyperloop ma być porównywalny z kosztem budowy kilometra autostrady w średnio trudnym terenie. Obecnie trwają jednak prace nad samą kapsułą.

– Poszycie kapsuły jest wykon0ane z kompozytu szklano-epoksydowego, w strukturze przekładkowej z pianką. Podzieliliśmy bryłę na dwa prostsze elementy. Przód, który ma bardziej skomplikowaną geometrię, wyfrezowaliśmy i oblaminowaliśmy szklano-epoksydowym laminatem, a tył z kolei uprościliśmy do geometrii, która jest rozwijalna, zrobiliśmy płaską płytę, którą potem wygięliśmy na kształt kapsuły tak, aby potem złączyć te dwa elementy i otrzymać pełną kapsułę – tłumaczy Joanna Patejuk z Hyper Poland University Team.

Komfort podróżowania hyperloop ma być podobny do komfortu jazdy innymi współczesnymi środkami transportu. Przy tak dużych prędkościach, o jakich mówią entuzjaści tej technologii, pojawiają się pytania o zdrowie pasażerów i przeciążenia.

– Przeciążenia jakim będzie poddany pasażer będą takie same, jakie mamy w samolotach czy w szybkiej kolei, japońskiej czy chińskiej, nie ma tu żadnego strachu jeśli chodzi o zdrowie, ponieważ będzie to 1 lub 1,5 G czyli najbardziej typowe przeciążenie samolotowe, które nie robi nam żadnej krzywdy ani nie wywołuje specjalnego dyskomfortu – podsumowuje Grzegorz Świątek z Hyper Poland University Team.

Pierwsza pełnowymiarowa kapsuła francuskiego HTT ma być gotowa w 2018 roku.

Naukowcy opracowali bezoperacyjną technikę stymulacji mózgu. Stosuje się ją przy leczeniu migreny i podczas regeneracji po ciężkich chorobach

Naukowcy opracowali bezoperacyjną technikę stymulacji mózgu. Stosuje się ją przy leczeniu migreny i podczas regeneracji po ciężkich chorobach 2

W 2050 r. prawie 1/3 mieszkańców Polski będzie miała powyżej 65 lat. Starzejące się społeczeństwo to wyzwanie dla gospodarki, ale także dla medycyny. Szansą są nowoczesne metody leczenia. Nieinwazyjna neurostymulacja mózgu to metoda, którą stosuje się m.in. w leczeniu migreny, przewlekłego bólu czy różnego rodzaju urazów mózgu. Trwają prace nad kolejnymi zastosowaniami tej metody. Istnieją również domowe urządzenia do elektrycznej stymulacji mózgu, jednak eksperci przestrzegają przed ich stosowaniem.

Z raportu Global Market Insights wynika, że wartość globalnego rynku urządzeń do neurostymulacji ma wynieść w 2023 roku 13 mld dolarów. Według specjalistów, głównym motorem napędowym tego rynku będzie rosnąca liczba związanych ze starzejącym się społeczeństwem zaburzeń neurologicznych, a także rosnąca świadomość społeczeństwa dotycząca nowoczesnych metod leczenia. Ważnym czynnikiem w rozwoju neurostymulacji jest także znaczący wzrost liczby ludzi cierpiących na epilepsję, chorobę Parkinsona, migrenę oraz Alzheimera.

– Neurostymulacja to nieinwazyjna stymulacja mózgu. Oznacza całą gamę technik pozwalających wpływać na jego aktywność bez konieczności ingerencji chirurgicznej. Wykorzystuje się tutaj działanie impulsów magnetycznych lub elektryczną stymulację, które modulują aktywność mózgu pacjenta – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Michael Banissy, Dyrektor Działu Badań na Wydziale Psychologii University of London.

Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wśród chorób neurologicznych rozróżniamy m.in. demencję, epilepsję, migrenę, stwardnienie rozsiane, neuroinfekcje, zaburzenia związane z niedożywieniem, przewlekły ból, choroba Parkinsona, udar mózgu oraz urazowe uszkodzenie mózgu. Część z tych chorób już teraz jest leczona metodą neurostymulacji.

– Technologie w rodzaju nieinwazyjnej stymulacji mózgu mogą być stosowane w wielu różnych schorzeniach neurologicznych, takich jak zaburzenia neurorozwojowe (czyli takie z którymi ludzie się rodzą), ale również w przypadku urazów mózgu, takich jak neurologiczne zaburzenie określonej funkcji, np. mowa, czy posługiwanie się językiem. Podejmowane były próby leczenia migreny, jak również depresji, czy przewlekłego bólu. Zastosowanie różni się w zależności od stanu, z jakim mamy do czynienia – tłumaczy prof. Banissy.

Z danych WHO wynika, że udar mózgu jest drugą najczęstszą przyczyną śmierci na świecie. W 2015 r. na 56,4 mln wszystkich zgonów, 6,24 mln było spowodowane właśnie chorobą związaną z zaburzeniem krążenia mózgowego. Częstszą przyczyną śmierci jest jedynie choroba niedokrwienna serca (zawał serca). Nowa technika elektrycznej stymulacji mózgu może pomóc m.in. w procesach regeneracji po ciężkich chorobach.

– Nieinwazyjna metoda stymulacji powinna być wykorzystywana jako wsparcie w procesie regeneracyjnym. Ważne jest jej współdziałanie z terapią. Chodzi o to, żeby dać mózgowi bodziec, który pozwoli mu na lepsze zregenerowanie się. Metoda okazała się skuteczna np. w procesie regeneracji po wylewach. Teraz we współpracy z polskimi inżynierami z Neuro Device pracujemy nad kolejnymi zastosowaniami – twierdzi prof. Banissy.

W starzejących się, bogatych społeczeństwach mamy do czynienia z coraz większa liczbą schorzeń neurologicznych. Z danych Global Industry Analysts wynika, że o ile w roku 2011 osoby po 65. roku życia stanowiły 23 proc. społeczeństwa, to w roku 2020 będą stanowiły 27 proc. W Niemczech odsetek takich osób wzrośnie w tym samym czasie z 21 do 25 proc., w USA z 13 do 16 proc., a we Francji z 17 do 24 procent.

Trend starzenia się społeczeństwa nie ominie także Polski. Według prognoz Głównego Urzędu Statystycznego, w 2050 r. liczba ludności Polski wyniesie niespełna 34 mln, czyli ponad 4,5 mln mniej, niż obecnie. Liczba osób w wieku powyżej 65 lat wzrośnie o 5,4 miliona w porównaniu do 2013 r. i będzie stanowić niemal 1/3 całkowitej liczby ludności. Starzejące się społeczeństwo stymuluje rozwój technologii neurostymulacji.

– Jest to technologia, która bardzo szybko się rozwija. W ostatnim czasie dużo się wydarzyło w tym obszarze; jest spore zainteresowanie technikami multimodalnymi i wykorzystaniem neurostymulacji w rozmaitych obszarach. Neurostymulacja ma ogromny potencjał i może być wykorzystana zarówno przy leczeniu pacjentów klinicznych, którym pomoże w codziennym funkcjonowaniu, a także ludziom zdrowym – tłumaczy ekspert.

W dokumencie Clinical Neurophysilogy opublikowano wyniki badań nad tą metodą zamówione przez European Chapter of the International Federation of Clinical Neurophysiology. Dowiadujemy się z niego, że nie można jednoznacznie potwierdzić skuteczności tDCS, ale istnieją przesłanki by sądzić, że pomaga ona w depresji i leczeniu bólu. Brak jest też przesłanek do stwierdzenia, że metoda jest szkodliwa. Jak przestrzega prof. Banissy, należy jednak być ostrożnym przy domowym stosowaniu tej metody.

– Istnieje duże zainteresowanie metodami domowej neurostymulacji. Jednak uważam, że ich stosowanie nie jest bezpieczne. Wykorzystywane przez lekarzy urządzenia przechodzą przez testy laboratoryjne, procesy walidacji i certyfikacji. To wszystko jest niezbędne, zanim się rozpocznie stosowanie takich urządzeń na ludziach. Tak więc podchodziłbym bardzo ostrożnie do domowych rozwiązań do stymulacji mózgu – podkreśla prof. Banissy.

Boleto – brazylijski atak na banki

Brazylijska cyberprzestrzeń tworzy odrębny ekosystem i chociaż złośliwe oprogramowanie bankowe pochodzące stamtąd było nieskomplikowane, ostatnie obserwacje wskazują nowe i bardziej wyrafinowane narzędzia do ataku. To, co zaczęło się w Brazylii, może rozprzestrzenić się na użytkowników bankowości internetowej na całym świecie – twierdzą specjaliści z firmy Check Point Software Technologies.

Brazylijscy hakerzy atakują bankiW maju 2017 r. badacze z grupy Talos przeprowadzili analizę trojana bankowego, dostarczanego za pośrednictwem kampanii spamowej w języku portugalskim. Takie kampanie są popularną metodą dostarczania złośliwych programów tego typu. Po otwarciu załącznika wiadomości e-mailowej ofiara zostaje przekierowana do pliku JAR, który uruchamia złośliwy kod JAVA, a następnie inicjuje proces instalacji szkodliwego oprogramowania na urządzeniu.

Do tej pory sposób działania tego złośliwego oprogramowania pozostawał niejasny ze względu na bardzo złożony charakter skompresowanego pliku „Themida”. Dzięki zespołowi badaczy z firmy Check Point udało się odblokować packer, co umożliwiło im dowiedzenie się, jak ta nowa odmiana szkodliwego oprogramowania wchodzi w interakcję z ofiarami.

Badania firmy Check Point pokazują jak ofiara po zalogowaniu się na swoim koncie bankowym, niezależnie od tego, czy jest to HSBC, Santander, Citibank czy inny brazylijski bank, pozwala na przejęcie swojego konta przez atakującego. W wyniku ataku fundusze z jej konta są następnie bezpośrednio kradzione bez jej wiedzy.

Co więcej, dzięki śledztwu udało się połączyć pracę grupy Talos z tym, co zostało zrobione przez firmę Trusteer, która badała podobną wersję szkodliwego oprogramowania w styczniu. Dopiero teraz stało się jasne, jak te brazylijskie złośliwe oprogramowania bankowe są ze sobą powiązane i jak działają.

Za pomocą różnego typu złośliwego oprogramowania bankowego dokonywane są każdego roku kradzieże milionów dolarów od niczego nieświadomych ofiar. Mamy nadzieję, że wraz ze wzrostem świadomości o tym, jak ten konkretny atak przebiega i jak jest widziany z perspektywy ofiary, wzrośnie także świadomość zagrożenia – dzięki czemu będzie można zapobiegać podobnym atakom w przyszłości.

W celu lepszego zapoznania się z tym, jak przebiega proces takiego ataku, warto sprawdzić publikację pełnego raportu z badań na blogu firmy Check Point.

Fundacja Ronalda McDonalda zbuduje kolejny hotel w Warszawie dla rodzin małych pacjentów. Planuje też zakup drugiego ambulansu mobilnego do badań przesiewowych

Fundacja Ronalda McDonalda zbuduje kolejny hotel w Warszawie dla rodzin małych pacjentów. Planuje też zakup drugiego ambulansu mobilnego do badań przesiewowych 3

Fundacja Ronalda McDonalda planuje budowę kolejnego Domu Rodzinnego przy warszawskim szpitalu pediatrycznym oraz zakup drugiego ambulansu mobilnego do wykonywania badań przesiewowych. Fundacja świętuje 15. rocznicę powstania. W czasie swojej działalności przeprowadziła szkolenia dla ponad 3 tys. lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, sfinansowała badania profilaktyczne przeprowadzone u 50 tys. dzieci oraz wyposażyła kilkadziesiąt pokoi rodzinnych w szpitalach w całej Polsce. 

Profilaktyczne badania przesiewowe USG to jeden z najlepszych sposobów na wczesne wykrywanie zmian chorobowych u dzieci. Fundacja Ronalda McDonalda wykonuje je w ambulansie, który co roku podróżuje po Polsce, a w okresie letnim służy jako mobilna stacja krwiodawstwa. Do tej pory przebadano w ten sposób ponad pięćdziesiąt tysięcy dzieci. W najbliższym czasie fundacja zamierza uruchomić kolejny ambulans, aby dotrzeć do większej liczby małych pacjentów.

– Jako fundacja otrzymaliśmy pierwsi w Europie grant, który równał się z otrzymaniem ambulansu. To kilkaset tysięcy dolarów wartości. W moim osobistym przekonaniu otrzymaliśmy to dlatego, że my aplikując o to urządzenie, podaliśmy cele, które w Polsce miały priorytet w owym czasie, to spodobało się centrali światowej, która zaakceptowała nasz program – mówi prof. Adam Jelonek.

Jednym z prowadzonych przez fundację projektów jest zainicjowany w 2005 roku program „Nie nowotworom u dzieci”, umożliwiający wykonanie badań przesiewowych nawet przez mieszkańców mniejszych miejscowości, gdzie dostęp do specjalistycznych placówek jest utrudniony.

– Te badania mają unikatowe znaczenie jako badania przesiewowe, ultrasonograficzne, które powinny być wykonywane u każdego dziecka kilkakrotnie w okresie dzieciństwa, a później powtarzane kilkakrotnie. W Polsce jesteśmy pierwszą tego typu organizacją, która wykonuje te badania za darmo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Adam Jelonek, prezes Fundacji Ronalda McDonalda w Polsce.

W ramach programu „Nie nowotworom u dzieci” fundacja sfinansowała ponadto szkolenia z zakresu wczesnej diagnostyki chorób nowotworowych u najmłodszych, które objęły ponad 3 tys. lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Drugim celem działalności fundacji jest poprawa warunków hospitalizowanych dzieci oraz ich rodzin. W 2009 roku ruszył program pokoi rodzinnych, w ramach którego we współpracujących z fundacją szpitalach wydzielono przestrzeń przeznaczoną dla rodziców małych pacjentów. Pierwszy taki pokój powstał w Klinice Rehabilitacji Centrum Zdrowia Dziecka w podwarszawskim Międzylesiu.

– Obecność mamy i taty w czasie pobytu w szpitalu z całą pewnością jest dla dziecka najważniejsza. Proces leczenia przebiega dla dziecka w sposób znacznie bardziej przyjazny, naturalny, prosty, jeśli z boku ma ludzi, którzy cały czas je wspierają, jeśli ma najbliższych, jest otoczone naturalnym ciepłem, komfortem, poczuciem bezpieczeństwa – mówi Katarzyna Nowakowska, dyrektor wykonawcza Fundacji Ronalda McDonalda w Polsce.

Pokoje rodzinne wyposażone są w kuchnię, zaplecze socjalne i wygodną sypialnię. Dotychczas skorzystało z nich trzy tysiące rodziców w całej Polsce. Wyjątkową współpracę w tym zakresie Fundacja Ronalda McDonalda nawiązała ze Szpitalem Pediatrycznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego – od 2015 roku organizacja wyposażyła 25 kuchni i 20 salonów pokoi rodzinnych. Warszawski szpital to pierwsza placówka medyczna na świecie, w której oddział Fundacji Ronalda McDonalda realizuje projekt większy niż jeden pokój rodzinny.

– Mamy w szpitalu pięćset łóżek dla dzieci, a równocześnie pięćset łóżek dla dorosłych, u nas nikt nie śpi na podłodze, to idée fixe fundacji, rodzic ma być z dzieckiem w sposób naturalny, nie pod łóżkiem, nie na krześle, nie gdzieś z boku – mówi Katarzyna Nowakowska.

W 2015 roku fundacja otworzyła ponadto Dom Ronalda McDonalda w Krakowie zlokalizowany w sąsiedztwie Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego. Wyposażony w dwadzieścia pokoi budynek przeznaczony jest dla rodziców spoza miasta, którzy przyjeżdżają do Krakowa na leczenie wraz z dzieckiem. Dotychczas skorzystało z niego ponad sześćset rodzin. Drugi tego typu dom powstanie w Warszawie przy Szpitalu Pediatrycznym WUM. Fundacja Ronalda McDonalda planuje także otwarcie kolejnych pokoi rodzinnych oraz kontynuację działalności edukacyjnej w zakresie profilaktyki zdrowotnej oraz potrzeb rodziców w związku z opieką nad chorym dzieckiem.

– Działalność fundacji to publikacje, współpraca z najlepszymi polskimi specjalistami i lekarzami. Fundacja również wydaje książki. Mamy szereg publikacji, które są bardzo przydatne dla rodziców i na pewno tę część wydawniczą i edukacyjną będziemy silnie rozwijali – mówi Krzysztof Kłapa, członek zarządu Fundacji Ronalda McDonalda w Polsce.

Fundacja Ronalda McDonalda powstała w 2002 roku z inicjatywy firmy McDonald’s Polska. Stanowi ona część sieci organizacji dobroczynnych Ronald McDonald House Charities działającej w sześćdziesięciu czterech krajach świata. Celem jej działania jest profilaktyka zdrowotna dzieci oraz wsparcie dla rodziny w czasie choroby jej najmłodszych członków.

Głównym darczyńcą fundacji w Polsce jest spółka McDonald’s Polska. Organizacja realizuje jednak swoje projekty także dzięki wsparciu ze strony firm, osób prywatnych, samorządów lokalnych oraz pomocy wolontariuszy.

Cena ropy naftowej do końca roku nie powinna być wyższa niż 60 dolarów za baryłkę. Kierowcom nie grozi podwyżka cen paliw

Cena ropy naftowej do końca roku nie powinna być wyższa niż 60 dolarów za baryłkę. Kierowcom nie grozi podwyżka cen paliw 4

Do końca 2017 roku cena za baryłkę ropy naftowej nie powinna przekroczyć 60 dolarów – uważa analityk rynku paliw z e-petrol.pl. Cenę mogłyby podbić niepokoje polityczne lub wręcz działania militarne w krajach eksportujących surowiec, dopóki jednak takie wydarzenia nie nastąpią, dopóty czarne złoto, a więc i paliwa na stacjach benzynowych, nie powinno drożeć.

– Mamy do czynienia z mocną walką o ograniczenie nadpodaży na świecie. Z tego powodu OPEC porozumiał się z Rosją i z kilkoma innymi krajami, aby ograniczać produkcję i tym samym wpływać na wzrost cen. To porozumienie ma trwać do marca 2018 roku, natomiast sporo mówi się o tym, że może ono zostać przedłużone – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Bogucki, analityk rynku paliw z serwisu e-petrol.pl. – Jeśli ono rzeczywiście zostanie przedłużone, ceny ropy mogą wzrastać. W tej chwili poruszamy się w przedziale między 55 a 60 dolarów za baryłkę i z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że nie przeskoczymy poza ten poziom do końca 2017 roku.

Pod koniec 2016 roku większość krajów zrzeszonych w OPEC i część innych producentów ropy, np. Rosja, porozumiały się w sprawie ograniczenia produkcji ropy o 1,8 mln baryłek dziennie. Powodem tej umowy była wysoka podaż i niska cena ropy, która zaczęła spadać od połowy 2014 roku. Ze stu kilkunastu dolarów w ciągu półtora roku cena baryłki spadła do poniżej 30, czyli niemal czterokrotnie. Wielomiesięczne zapowiedzi porozumienia, a potem jego zawarcie pozwoliły na podwojenie ceny.

Porozumienie w praktyce działa ze zmiennym powodzeniem, jednak częściowo udało się wydobycie zredukować. W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2017 roku średnia produkcja krajów OPEC była o 150 tys. baryłek dziennie niższa niż w 2016 roku. Jednak we wrześniu wzrosła o 88 tys. baryłek dziennie wobec sierpnia. Przy wydobyciu na poziomie blisko 33 mln baryłek dziennie nie są to duże różnice.

To przede wszystkim za sprawą tego, że amerykański eksport nadal jest spory, produkcja łupkowa jest na wysokim poziomie, również kraje należące do OPEC, a wyłączone z porozumienia OPEC z Rosją, czyli Iran, Libia czy Nigeria, działają, chcą produkować więcej ropy i nie ustają w wysiłkach, żeby to realizować. Tym samym nie powinniśmy się spodziewać mocnych zmian w podaży ropy na świecie – przewiduje Bogucki.

W listopadzie producenci ropy spotkają się na kolejnym szczycie, na którym zapadnie decyzja o ewentualnym przedłużeniu porozumienia. Według najnowszych prognoz OPEC zapotrzebowanie na ropę będzie wyższe niż wcześniej sądzono, głównie dzięki korzystnej koniunkturze w światowych gospodarkach. W 2017 roku ma ono wzrosnąć wobec 2016 roku o 1,5 proc. do 95,35 mln baryłek dziennie, przy czym największy udział w popycie mają Stany Zjednoczone (20,1 mln baryłek dziennie), a największy wzrost zapotrzebowania – o 3,4 proc. – odnotowują Chiny. W 2018 roku producenci przewidują kolejny wzrost popytu, o 1,43 proc. do niemal 97 mln baryłek dziennie. Te dwa czynniki powinny wpływać na ceny ropy rosnąco, jednak bardzo powoli.

Wśród zdarzeń, o których warto pamiętać, jeśli chodzi o cenotwórczy wpływ na rynku naftowym, z pewnością są zagrożenia o charakterze militarnym czy polityczno-militarnym – mówi Jakub Bogucki.

Takim wydarzeniem było referendum w irackim Kurdystanie, które odbyło się pod koniec września. Niemal 93 proc. biorących w nim udział osób opowiedziało się za niepodległością Kurdystanu. Tereny podległe Kurdom są zasobne w ropę naftową, ewentualne utworzenie zatem przez nich niepodległego państwa byłoby dla Iraku stratą nie tylko polityczną, lecz także ekonomiczną. Na razie jednak wynik referendum nie pociągnął za sobą żadnych realnych konsekwencji. Bezpośrednio po głosowaniu surowiec podrożał o nieco ponad 2 dolary na baryłce, ale nie osiągnąwszy 60 dolarów cena zaczęła spadać.

Z tego rodzaju wydarzeń możemy wyszukiwać uzasadnienie dla ewentualnych wzrostów cen, natomiast dopóki nie przeradza się to w jakiś konkretny akt o charakterze militarnym, konkretne zablokowanie eksportu, póki są to tylko groźby polityczne czy dyplomatyczne, dopóty nie wpłynie to długotrwale na rynek naftowy – wyjaśnia Jakub Bogucki. – Jeśli mielibyśmy do czynienia z wyłączeniem któregoś ze znaczących graczy, jak chociażby w przypadku sankcji irańskich, wtedy możemy mówić o realnym wpływie na wzrost cen, na razie takiego czynnika mimo wszystko na horyzoncie nie widać.

Rynek farmaceutyczny w Polsce stale się rozwija. Firma Servier planuje kolejne inwestycje

Rynek farmaceutyczny w Polsce stale się rozwija. Firma Servier planuje kolejne inwestycje 5

Firma Servier zamierza poszerzyć produkcję w Warszawie o kolejne leki, a także zwiększyć eksport o nowe rynki w Unii Europejskiej. Łączny wkład Servier w polską gospodarkę szacuje się na ponad 730 mln zł. Rynek farmaceutyczny w Polsce w ostatniej dekadzie stale rósł i obecnie jego wartość odpowiada blisko 1 proc. PKB. To czyni go największym rynkiem w Europie Środkowej i szóstym co do wielkości w Unii Europejskiej. Działające w Polsce firmy z tego sektora należą do najbardziej innowacyjnych, współpracują ze środowiskiem naukowym i reinwestują znaczną część swoich przychodów.

Od 25 lat Servier dba o zdrowie Polaków i wpływa na rozwój krajowej gospodarki. Od początku była to firma prywatna, stabilna i autonomiczna finansowo.

– Fundacja, którą stworzył dr Jacques Servier, stoi na straży naszej niezależności i daje możliwość realizacji długoterminowych strategii badawczo-rozwojowych. To nas odróżnia od innych firm nie tylko na rynku polskim, ale także zagranicznym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Joanna Drewla, dyrektor generalna Servier Polska.

Każdego roku firma inwestuje co najmniej 25 proc. obrotu w badania naukowe nad innowacyjnymi cząsteczkami, co przyczynia się do rozwoju nowych terapii. Główne obszary terapeutyczne to kardiologia, diabetologia i psychiatria, od kilku lat Servier inwestuje również w rozwój onkologii.

Produkujemy przede wszystkim leki kardiologiczne, diabetologiczne i dla chorych na nadciśnienie. Dla naszego warszawskiego zakładu Polska jest najważniejszym i największym rynkiem, przypada na niego blisko 60 proc. rocznego wolumenu produkcji, ale produkujemy również na eksport na 12 różnych rynków w Unii Europejskiej. Przypada na nie pozostałe 40 proc. naszego rocznego wolumenu. Z roku na rok zwiększamy tę aktywność. Dziś eksportujemy dwa razy więcej niż pięć lat temu. W przyszłości chcemy produkować coraz więcej na rynki eksportowe, w tym upatrujemy drogę dalszego rozwoju – mówi Colm Murphy, dyrektor Zakładu Produkcyjnego Servier w Polsce.

Branża farmaceutyczna jest jedną z najbardziej innowacyjnych gałęzi polskiej gospodarki. Firmy z tego sektora inwestują znaczną część swoich przychodów w działalność naukowo-badawczą, współpracują z ośrodkami akademickimi, a w procesie produkcyjnym korzystają ze specjalistycznej wiedzy i najnowszych technologii. Działające na polskim rynku firmy farmaceutyczne cechuje jeden z najwyższych wskaźników rentowności, zajmują czołowe miejsca pod względem liczby patentów. Mają również znaczący udział w krajowym eksporcie i generują miliardowe wpływy do budżetu państwa.

Jak szacuje firma doradcza PwC, dotychczasowy wkład Servier w polską gospodarkę wynosi ponad 733,7 mln zł. Jedna z istotnych inwestycji firmy w Polsce to zakład produkcyjny na warszawskiej Białołęce, w który firma zainwestowała ponad 150 mln zł. Rocznie powstaje tutaj ok. 26 mln opakowań produktów leczniczych. 60 proc. tej produkcji trafia na polski rynek, a obecnie lekami Servier leczonych jest blisko milion Polaków.

– Celem naszych inwestycji było zwiększenie potencjału firmy, rozszerzenie możliwości produkcyjnych oraz zapewnienie wysokiego poziomu usług naszym klientom i podmiotom zewnętrznym. Zdecydowaliśmy się na inwestycje w Polsce, ponieważ mamy tutaj bardzo dobrze wykształconych naukowców, chemików, farmaceutów, biotechnologów. Chcemy się dalej rozwijać w oparciu o ich kompetencje – mówi Colm Murphy.

40 proc. leków produkowanych w Warszawie przeznaczonych jest na eksport. Największym odbiorcą jest rynek francuski, na który trafia ok. 25 proc. sprzedaży zagranicznej, zaś pozostałe 15 proc. – do Czech, Słowacji, Litwy, Estonii, Łotwy, Słowenii, Chorwacji i Serbii.

Servier zatrudnia w Polsce około 500 osób, w większości wykwalifikowanych specjalistów odpowiedzialnych, m. in. za działalność badawczo-rozwojową i edukację.

Naszym priorytetem na najbliższe lata jest onkologia. Staramy się także powiększyć nasz zakład produkcyjny na Białołęce i inwestujemy w  ludzi, chcemy być dla nich jak najlepszym pracodawcą. Największą dumą napawa mnie to, że rozrośliśmy się z 7-osobowego zespołu do zakładu zatrudniającego 500 osób. Stawiamy na wysokiej jakości pracowników, zapewniamy im dobre szkolenia i sprawiamy, że chcą z nami pracować przez wiele lat – mówi Joanna Drewla.

– Zawsze bardzo mocną stroną firmy byli pracownicy, którzy charakteryzowali się wysoką wiedzą merytoryczną i kulturą osobistą – dodaje prof. Tomasz Klupa z Katedry i Kliniki Chorób Metabolicznych Uniwersytetu Jagiellońskiego

Firma przywiązuje dużą wagę do jakości leków. Planuje oficjalne otwarcie w Polsce nowoczesnego laboratorium kontroli jakości, które będzie świadczyć usługi także na rzecz innych krajów. Dyrektor Servier podkreśla również zaangażowanie firmy w edukację i kształtowanie świadomości pacjentów.

Angażujemy się w różne kampanie społeczne, ponieważ pacjent powinien być bardziej świadomy. Nie wystarczy terapia, ważna jest edukacja, tak żeby pacjent mógł się nie tylko skutecznie leczyć, ale także zapobiegać chorobom. Stąd kampanie społeczne „Servier dla Serca”, „Forum Przeciw Depresji” i „Servier – Wyłącz Raka!” – mówi Joanna Drewla.

„Servier dla Serca” to jedna z największych polskich kampanii profilaktyczno-edukacyjnych, organizowana od 2003 roku. Każdego roku w ramach akcji w trasę po Polsce wyrusza Mobilna Poradnia Kardiologiczna, która przeprowadza bezpłatne badania i konsultacje lekarskie. Do tej pory skorzystało z nich blisko 41 tys. pacjentów w 70 polskich miastach.

Zaangażowanie firmy w działania edukacyjne dostrzega prof. Tomasz Klupa. Docenia też sprawną współpracę Servier ze środowiskiem medycznym i naukowym.

Zawsze bardzo spontanicznie i pozytywnie reagowali na wszelkie nasze inicjatywy. Jednym z najważniejszych elementów naszej aktywności jest działalność edukacyjna, organizowanie konferencji. W tym aspekcie zawsze mogliśmy liczyć na Servier – ocenia prof. Klupa.

Świętująca 25-lecie firma Servier jest gotowa na nowe wyzwania. Planowane są kolejne inwestycje w fabrykę na warszawskiej Białołęce, zwiększenie zatrudnienia i kontynuacja kampanii edukacyjno-profilaktycznych.

Hodowcy drobiu obawiają się ustawy paszowej. Zakaz stosowania genetycznie modyfikowanych pasz dla zwierząt może spowodować wzrost cen i załamanie produkcji

Hodowcy drobiu obawiają się ustawy paszowej. Zakaz stosowania genetycznie modyfikowanych pasz dla zwierząt może spowodować wzrost cen i załamanie produkcji 6

Ustawa paszowa, która ma wejść w życie z początkiem 2019 roku, może spowodować duży wzrost kosztów po stronie hodowców drobiu. To z kolei przełoży się na wyższe ceny mięsa i jaj, które odczują polscy konsumenci. Nowa regulacja może się też odbić na eksporcie, ponieważ Polska jest w tej chwili największym w Europie producentem i eksporterem drobiu. 

– Konieczność produkcji pasz bez surowców genetycznie modyfikowanych stanowi potężne zagrożenie dla artykułów spożywczych pochodzenia zwierzęcego. Jako przedstawiciele branży nie wyobrażamy sobie sytuacji, w której zakaz stosowania modyfikacji genetycznych w surowcach mógłby wejść w życie – mówi Witold Obidziński, dyrektor regionu Europy Południowej i Środkowo-Wschodniej w firmie De Heus.

Ustawa paszowa, która ma zacząć obowiązywać od początku 2019 roku, budzi duże obawy hodowców i producentów. Nowe przepisy wprowadzą całkowity zakaz stosowania pasz genetycznie modyfikowanych w żywieniu zwierząt. Termin ich wejścia w życie jest odraczany już od kilku lat.

W tej chwili podstawowym źródłem białka w produkcji pasz jest modyfikowana genetycznie soja. Polska importuje rocznie ok. 2 mln ton śruty sojowej, z czego około 60 proc. jest wykorzystywane do produkcji karm dla drobiu. Zakaz stosowania tego surowca będzie oznaczał dla rolników i hodowców duży wzrost kosztów, bo soja bez GMO jest przynajmniej kilkanaście procent droższa.

– Nie jesteśmy na to przygotowani, nie mamy żadnych surowców ani możliwości, żeby czymkolwiek ją zastąpić. Od kilku lat promuje się w Polsce rośliny strączkowe jako pewien substytut dla importowanych z Ameryki Południowej surowców genetycznie modyfikowanych, ale ilości są naprawdę niewspółmierne do polskich potrzeb. Nie jest to rozwiązanie problemu – podkreśla Witold Obidziński.

Wzrost kosztów po stronie hodowców może się przełożyć na wyższe ceny mięsa, wędlin czy jaj, które odczują konsumenci. Odbije się też na krajowym eksporcie, ponieważ Polska jest w tej chwili jednym z największych w Europie producentów i eksporterów drobiu. Nowa regulacja może spowodować, że polski drób przestanie być konkurencyjny cenowo na europejskich rynkach.

– Jesteśmy uczestnikiem wspólnego rynku europejskiego, na którym nie ma tego typu regulacji. Ponieważ istnieje swobodny przepływ towarów i usług, towary, które w Polsce nie będą produkowane lub będą produkowane znacząco drożej, będą naturalnie trafiały na polski rynek i w ten sposób doprowadzą do naprawdę znaczącego załamania się polskiej produkcji żywności pochodzenia zwierzęcego. To pierwszy element, z którego musimy zdawać sobie sprawę, niezależnie od faktu, że są to przepisy niezgodne z ustawodawstwem unijnym – podkreśla Witold Obidziński.

Na terenie UE dozwolony jest handel kukurydzą i soją modyfikowaną genetycznie. Natomiast w Polsce od 2013 roku obowiązuje całkowity zakaz uprawy roślin modyfikowanych genetycznie, ale przepisy zezwalają na import oraz handel produktami zawierającymi GMO. Jednak po wejściu w życie ustawy paszowej Polska będzie jednym z państw o najsurowszych przepisach dotyczących GMO.

– Jeżeli ze względów społecznych i konsumenckich chcemy, aby Polska była wolna od GMO, to powinniśmy zbudować projekt na 15–20 lat i stopniowo, krok po kroku, małymi etapami, wdrażać taką strategię ekonomiczną. Nie jest to możliwe do zrobienia po prostu z dnia na dzień, między 31 grudnia 2018 roku a 1 stycznia 2019 roku – mówi Witold Obidziński.

Jak wynika z badań, które agencja badawcza przeprowadziła na zlecenie De Heus, polscy konsumenci mają niewielką wiedzą na temat GMO. Ponad połowa uważa, że mięso od zwierząt karmionych paszami z dodatkami modyfikowanymi genetycznie zawiera zmodyfikowane DNA. Co trzeci badany tego nie wie, a jedynie 16 proc. potwierdza, że karma zawierająca GMO nie wpływa na DNA mięsa. Jednocześnie 2/3 konsumentów uważa, że polskie mięso jest bezpieczne dla zdrowia.

Dyrektor regionu CEE w firmie De Heus podkreśla, że obecnie bezpieczeństwo w łańcuchu produkcji żywności jest postawione na bardzo wysokim poziomie, a hodowców, rolników i producentów ogranicza szereg regulacji prawnych.

– Są regulacje prawne, które zobowiązują producentów do stosowania tylko i wyłącznie uznanych surowców, dodatki w przemyśle przetwórczym są rejestrowane, badane i sprawdzane pod kątem ich przydatności lub szkodliwości dla organizmu człowieka. Nie ma żadnych zagrożeń, które mogłyby być niepokojące dla konsumenta. Nośnym zagadnieniem są antybiotyki, oczywiście raczej nie w żywności, a głównie w paszach. Jednak od 2005 roku istnieje zakaz stosowania antybiotykowych promotorów wzrostu i uczciwi gracze na rynku tego nie robią. Być może istnieje niewielki margines nieuczciwych przedsiębiorców, ale jest naprawdę znikomy. Dlatego nie obawiałbym się, że antybiotyki lub inne szkodliwe dodatki paszowe mogą mieć znaczenie czy negatywny wpływ na bezpieczeństwo produkcji żywności – mówi Witold Obidziński.

Mimo że od 2005 roku obowiązuje prawny zakaz, 60 proc. Polaków wciąż jest przekonanych, że do pasz przemysłowych podawanych zwierzętom podaje się antybiotyki. Nie zgadza się z tym zaledwie co dziesiąty, a 30 proc. w ogóle nie ma wiedzy na ten temat.

Z badań SW Research dla De Heus wynika również, że 80 proc. polskich konsumentów nie ma pojęcia co oznacza 11-znakowy kod umieszczany na jajkach. Blisko 70 proc. uważa, że najsmaczniejsze jajka można kupić na wsi, bezpośrednio w gospodarstwie, a 17 proc. wskazuje lokalny targ albo bazarek.

W tej chwili już dwóch na trzech polskich konsumentów uważa, że najzdrowsze i najsmaczniejsze jajka pochodzą z chowu na wolnym wybiegu, a co czwarty wskazuje na produkcję ekologiczną.

– Mamy do czynienia z wieloma nieuzasadnionymi stereotypami w świadomości konsumentów dotyczących produkcji jaj. Według artykułu, który czytałem 2-3 lata temu, jeśli zachcę dbać o szczęście kur – szczęście kur jest pojęciem nieprecyzyjnym – to powinienem kupować jajka kur z chowu wolno wybiegowego. Natomiast jeśli dbam o swoje zdrowie, to powinienem kupować jajka z chowu klatkowego. Dlaczego? Standardy higieny i bezpieczeństwa produkcyjnego w chowie klatkowym są tak wysokie, że ekspozycja tych zwierząt i poziom zainfekowania różnego rodzaju czynnikami chorobotwórczymi jest znacząco niższy. Znamy historie związane z ptasią grypą, środowisko wolno wybiegowe najbardziej sprzyja tego typu infekcjom. Środowisko klatkowe temu wszystkiemu zapobiega – uważa Witold Obidziński, dyrektor regionu Europy Południowej i Środkowo-Wschodniej w firmie De Heus.

Blisko 1/3 wszystkich zatruć grzybami dotyczy dzieci do 14 lat. Coraz częstsze przypadki to zatrucia gatunkami halucynogennymi

Blisko 1/3 wszystkich zatruć grzybami dotyczy dzieci do 14 lat. Coraz częstsze przypadki to zatrucia gatunkami halucynogennymi 7

Choć grzyby mają niewielką wartość odżywczą, to ze względu na walory smakowe cieszą się dużą popularnością w polskiej kuchni. Eksperci ostrzegają, że należy pamiętać, że część z nich jest niejadalna, a niektóre są trujące. W jednym przypadku zawarte w nich toksyny mogą zadziałać tylko miejscowo na przewód pokarmowy, a w innym – nieodwracalnie uszkodzić wątrobę i nerki. Eksperci wskazują, że niepokojąco wzrasta liczba zatruć rozmyślnych, których celem jest wprowadzenie się w stan odurzenia, szczególnie wśród młodzieży. Odpowiadają za to grzyby, których toksyny mają działanie halucynogenne.

Ze względu na czas wystąpienia objawów zatrucia grzybami przyjęto podział na dwie podstawowe grupy: zatrucia o krótkim okresie utajenia, w których zwykle od 30 minut do 5 godzin po spożyciu potraw zawierających grzyby występują objawy kliniczne (najczęściej bóle brzucha, nudności, wymioty i biegunka) oraz zatrucia o długim okresie utajenia, w których pierwsze objawy żołądkowo-jelitowe pojawiają się po ponad 6 godzinach od spożycia grzybów.

 Zatrucia grzybami to zatrucia sezonowe. Możemy zaczynać martwić się od maja i czerwca – w zależności od tego, jaka jest pogoda, do września i października, a niektóre grzyby są jeszcze zbierane nawet do listopada. Mogą też być zatrucia poza sezonem, gdy spożywa się potrawę z grzybów w jakikolwiek sposób przetworzonych, wysuszonych – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Iwona Kozak-Michałowska, dyrektor medyczny Synevo.

W zależności od trucizny, która znajduje się w danym grzybie, mogą występować zarówno objawy ze strony układu nerwowego, co przypomina stan upojenia alkoholowego, jak i klasyczne objawy ze strony żołądka i jelit, takie jak przy zatruciach czy błędach dietetycznych.

Najtrudniejszym grzybem, powodującym najczęstsze i najgroźniejsze dla życia zatrucia, jest muchomor sromotnikowy. Może on występować już w maju, ale najczęściej w okresie wakacyjnym, do września włącznie. Są to o tyle ciężkie zatrucia, że bardzo często mogą się zakończyć zgonem pacjenta, a jedynym ratunkiem jest przeszczep wątroby – mówi dr Iwona Kozak-Michałowska.

Muchomor sromotnikowy jest najczęściej mylony z takimi grzybami jadalnymi jak gołąbek zielonawy, gąska zielonka, kania czubajka i pieczarka polna. Nie da się go odróżnić ani pod względem smakowym, ani ze względu na cechy organoleptyczne.

W przypadku podejrzenia zatrucia grzybami trzeba się jak najszybciej skonsultować z lekarzem. Prawidłowo przeprowadzony wywiad powinien uwzględniać zarówno opis objawów u zatrutego pacjenta, jak i dokładny opis przygotowywania potrawy, którą spożył. Lekarz powinien uzyskać od pacjenta lub jego rodziny następujące informacje: jaki rodzaj grzybów spożył pacjent wraz z możliwie najdokładniejszym ich opisem, w jakim środowisku zostały one zebrane, w jaki sposób były przygotowywane i przechowywane przed spożyciem oraz ile czasu upłynęło od momentu spożycia potrawy grzybowej do wystąpienia pierwszych objawów. Lekarz może też zlecić dalsze postępowanie diagnostyczne, w tym badania laboratoryjne.

Mogą to być badania, które pozwolą nam na ocenę komórki wątrobowej, jak np. aminotransferazy AspAT i AlAT czy bilirubina, ale przede wszystkim są to badania mykologiczne, czyli obejrzenie tego, co udało się uzyskać jako materiał od pacjenta. Powinna to być potrawa grzybowa czy też jej resztki, mogą to być wymiociny czy też kał, ale również w warunkach szpitalnych może to być materiał z płukania jelit. Jest też możliwe oznaczanie niektórych trucizn w laboratorium, ale szczególnie wtedy, kiedy te objawy nie są charakterystyczne – tłumaczy dr Iwona Kozak-Michałowska.

Eksperci podkreślają, że zatrucie grzybami nadal stanowi istotną część wszystkich zatruć pokarmowych w Polsce, jednak dzięki rosnącej świadomości z każdym rokiem obserwuje się coraz mniej przypadków spożycia trujących gatunków grzybów. Niestety wzrasta – szczególnie wśród młodzieży – liczba zatruć rozmyślnych, których celem jest wprowadzenie się w stan odurzenia. Do grzybów halucynogennych należy m.in. łysiczka lancetowata

Zakazane jest zbieranie tego typu grzybów w Polsce, ale one są na tyle powszechne, że nie jesteśmy w stanie ustrzec się przed tym, żeby młody człowiek nie nazbierał na łące różnych grzybków i nie sporządził z tego jakiejś potrawy czy napoju. Wystarczy zjeść kilka takich grzybków i mogą wystąpić różne objawy, łącznie z kolorowymi wizjami, i to są rzeczy przyjemniejsze dla tego człowieka. Problem w tym, że mogą to być też jakieś lęki, fobie i inne problemy – dodaje dr Iwona Kozak-Michałowska.

Przed grzybobraniem należy przypomnieć sobie cechy botaniczne grzybów, zbierać tylko dojrzałe osobniki, a w przypadkach wątpliwych zasięgnąć rady doświadczonych grzybiarzy. Jeśli natomiast mamy jakiekolwiek wątpliwości, to warto się udać do stacji sanitarno-epidemiologicznej i tam wyjaśnić, czy ten grzyb na pewno jest jadalny.

Przestrzegam przed domorosłymi ekspertami, którym wydaje się, że wiedzą o grzybach wszystko, a potem może dojść do tragedii. Warto pamiętać, że nawet grzyby jadalne mogą wywołać kłopoty ze strony układu żołądkowo-jelitowego. Szczególnie dotyczy to osób, które mają jakiekolwiek choroby jelitowe. Grupą, na którą powinniśmy zwracać szczególną uwagę, są dzieci – podkreśla dr Iwona Kozak-Michałowska.

Około 1/3 wszystkich zatruć dotyczy dzieci i młodzieży do 14 lat.

Silny PLN i wzrost płac zmniejszają obciążenie kredytami walutowymi

Ostatni rozwój wydarzeń na rynku walutowym (rosnący kurs EURCHF na fali optymizmu co do kondycji strefy euro i za sprawą oczekiwanych zmian w polityce EBC oraz spadek kursu EURPLN na bazie mocnych podstaw polskiej gospodarki) pozytywnie wpływają na sytuację posiadaczy kredytów walutowych. W ostatnim czasie spadek kursu CHFPLN przyczynił się do obniżenia nominalnej wartości miesięcznej raty typowego kredytu w CHF poniżej poziomu sprzed decyzji SNB ze stycznia 2015r. o usunięciu dolnego ograniczenia kursu EURCHF na poziomie 1,20 i obniżeniu stóp LIBOR CHF głębiej poniżej zera.

Co istotne, dzięki kontynuacji umocnienia krajowego rynku pracy, sytuacja kredytobiorców poprawia się także niezależnie od rozwoju sytuacji na rynku walutowym. Od czasów początku kryzysu finansowego w 2008r. średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o ponad 50%. Tak mocny wzrost dochodów gospodarstw domowych spowodował, że stosunek miesięcznej raty kredytu w CHF do miesięcznego dochodu spadł w ciągu ostatnich kilku lat do historycznych minimów i obsługa długu walutowego stała się mniejszym obciążeniem dla kredytobiorców. W ostatnim czasie ten trend został wzmocniony poprzez aprecjację złotego.

Zmniejszające się bezrobocie (szacunek MRPiPS wskazuje na jego spadek we wrześniu do kolejnego historycznego minimum na poziomie 6,9%) i rekordowo wysokie zatrudnienie oznaczają, że więcej kredytobiorców ma pracę. Ponadto, dochody gospodarstw domowych, które posiadają kredyty walutowe, prawdopodobnie wzrosły silniej niż przeciętne płace. Sytuacja finansowa gosp. domowych poprawiła się również dzięki znaczącym wzrostom transferów budżetowych (program 500+). Natomiast problemem, z którym wciąż borykają się kredytobiorcy walutowi jest nadal wysoka wartość kredytu do spłaty.

Pomimo wymienionych pozytywnych trendów w kształtowaniu się dochodów gospodarstw domowych i kursu PLN, jakość walutowego portfela hipotecznego pogarsza się (NPL dla kredytów walutowych jest w trendzie wzrostowym, w przeciwieństwie do spadkowego trendu dla kredytów hipotecznych w PLN). Naszym zdaniem nie dowodzi to jednak słabości portfela, lecz stanowi naturalny efekt jego „starzenia się”, związany z tym, że nowe kredyty walutowe nie są już udzielane (kredyty walutowe zostały w praktyce zakazane od 2012 r.).

Nastroje konsumentów w strefie euro (wg wstępnego szacunku) pozostały w październiku bardzo dobre dzięki wzrostowi zatrudnienia i płac. Dane sugerują że wydarzenia w Hiszpanii na razie nie wpływają na ogólne nastroje w całej strefie euro.

Źródło: PKO Bank Polski

Cyberprzestępczość najszybciej rosnącym zagrożeniem według branży finansowej

Co druga instytucja finansowa deklaruje, że wystąpiło u niej zjawisko nadużycia popełnionego przez cyberprzestępcę. To o blisko 35% więcej niż przed rokiem i aż o 160% więcej niż przed dwoma laty. To główne wnioski z najnowszego badania „Nadużycia w sektorze finansowym”, przeprowadzonego przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych oraz firmę doradczą EY.

Wyniki badania jednoznacznie wskazują, że zjawisko cyberprzestępczości w sektorze finansowym narasta. Dziś odsetek zidentyfikowanych przypadków cyberataków w stosunku do pozostałych zidentyfikowanych nadużyć to 24%, podczas gdy trzy lata temu było ich zaledwie 0,4%.

– Biorąc pod uwagę uwidocznioną w naszym badaniu rosnącą liczbę nadużyć związanych z działaniami cyberprzestępców w instytucjach finansowych, można stwierdzić, że te instytucje są zdecydowanie bardziej w centrum zainteresowania cyberprzestępców niż przeciętna firma. Z drugiej strony „lepsze” statystyki cyberataków w branży finansowej z pewnością są też zasługą coraz dokładniejszych metod detekcji i zapobiegania takim atakom stosowanych od lat i sukcesywnie rozwijanych w tym sektorze – wyjaśnia Marcin Bizoń, Associate Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć, EY.

Choć niektóre zjawiska w podobnym stopniu dotyczą wszystkich uczestników rynku, ryzyko, na jakie narażone są różne typy instytucji finansowych nie jest jednakowe.

W „trzy karty” z bankami

Najczęściej pojawiającym się w ostatnich 12 miesiącach w bankach typem nadużycia były wyłudzenia z użyciem kart płatniczych, które występowały trzykrotnie częściej niż wyłudzenia kredytów. Tzw. oszustwa kartowe od lat biją rekordy w rankingach nadużyć w bankach.

Zdecydowana większość ankietowanych w tym roku banków (ponad 76%) spotkała się z wyłudzeniami kredytów. Blisko połowa z nich wskazała, że nadużycia te miały miejsce z udziałem cyberprzestępcy. Innymi nadużyciami, z którymi spotkało się 53% ankietowanych banków, to wyłudzenia z użyciem karty płatniczej oraz nieautoryzowane transakcje. Warto zaznaczyć, że niemal wszyscy respondenci, którzy spotkali się ze zjawiskiem nieautoryzowanej transakcji, wskazali, że nadużycie to miało miejsce z udziałem cyberprzestępców, a aż połowa wskazała na udział pracowników. 18% banków wskazało występowanie nadużyć wewnętrznych.

Co drugie nadużycie to przywłaszczenie

Najczęściej spotykany typ nadużycia w firmach leasingowych to nadużycia związane z przedmiotem leasingu. Spotkały się z nimi wszystkie firmy leasingowe biorące udział w badaniu. W ramach tej grupy nadużyć najwięcej spośród ankietowanych wskazałoprzywłaszczenie przedmiotu leasingu (85%). Większość firm leasingowych biorących udział w badaniu spotkała się także z oszustwem (77%), finansowaniem przedmiotu z wadą prawną (69%) lub zawyżaniem wartości przedmiotu leasingu (54%). Inne typy nadużyć występują tam zdecydowanie rzadziej.

290 wyłudzeń na 1 instytucję pożyczkową

Nadużycia w instytucjach pożyczkowych związane są niemal wyłącznie z wyłudzeniami pożyczek. Każda reprezentowana w tegorocznym badaniu instytucja pożyczkowa padła ofiarą wyłudzenia pożyczki w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Łącznie było to 2 607 przypadków wyłudzeń pożyczki, co stanowi średnio 290 przypadków na jedną instytucję pożyczkową. To przeciętnie 0,5% wszystkich udzielonych pożyczek.

Wśród rodzajów nadużyć, z którymi spotkały się instytucje, 22% instytucji pożyczkowych wskazało na udział w wyłudzeniach pożyczek cyberprzestępców. Instytucje pożyczkowe dużo rzadziej spotykają się z cyberprzestępczością w przypadku wyłudzeń produktów kredytowych niż banki, u których tej wskaźnik wynosi 46%. Analogiczna sytuacja dotyczy wyłudzeń produktów kredytowych z udziałem pracowników. Ponad połowa ankietowanych banków i co trzecia instytucja pożyczkowa zidentyfikowała w swojej instytucji przypadki takich nadużyć.

Przeciwdziałanie nadużyciom kosztuje

 Wśród największych wyzwań związanych z przeciwdziałaniem nadużyciom ankietowani wskazali m.in. ograniczenia wymiany informacji o skompromitowanych podmiotach i osobach pomiędzy instytucjami i organami ścigania, braki regulacyjne, które dotyczą m.in. walut wirtualnych czy niewystarczające zasoby – podsumowuje Mariusz Witalis, Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć, EY.

– Temat wymiany informacji, jako skutecznej metody walki z nadużyciami, powraca jak przysłowiowy bumerang. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia z „sygnalistami” (whistleblowers), kiedy to uczestnicy organizowanych przez KPF i EY kongresów postulowali o konieczność objęcia tych osób ochroną. I właśnie wczoraj zostały przedstawione założenia do nowej ustawy o jawności życia publicznego. Proponuje się w nich, by osoba której prokurator nada status „sygnalisty”, była objęta ochroną zawodową i prawną. Należy zatem założyć, że kwestia wymiany informacji celem zapobiegania nadużyciom zostanie również uregulowana – podkreśla dr Miroslaw A. Bieszki Doradca KPF ds. ekonomicznych.

Choć podejście do przeciwdziałania nadużyciom może się różnić w zależności od profilu działalności danej instytucji, coraz chętniej inwestują one w kompleksowe systemy IT do przeciwdziałania nadużyciom. Aż 72% z nich uważa, że ponoszone przez nie wydatki na walkę z nadużyciami znajdują się na odpowiednim poziomie. Połowa ankietowanych planuje dalsze zwiększanie tych wydatków. Walka z problemem to także współpraca z organami ścigania, angażująca zasoby finansowe i osobowe. Przeciętnie, każda z ankietowanych instytucji zgłosiła organom ścigania ok. 183 nadużyć, przy czym 71% wszystkich zgłoszonych nadużyć pochodziło od banków.

O badaniu:

Badanie KPF i EY „Nadużycia w sektorze finansowym” to pierwsze badanie z zakresu wyłudzeń, które obejmuje niemal cały rynek finansowy. W jego tegorocznej edycji udział wzięło kilkadziesiąt działających na polskim rynku instytucji finansowych, w tym: banki, firmy leasingowe, instytucje pożyczkowe, firmy pośrednictwa kredytowego, zakłady ubezpieczeń oraz centra usług wspólnych dedykowane branży finansowej.

Rząd walczy ze smogiem

Powstawanie smogu w dużych miastach powodują dwa czynniki – transport samochodowy, czyli cywilny, ale też samorządowy, tj. miejski. Rząd daje impuls do jego elektryfikacji i wodoryzacji. Rozpoczyna odejście od paliw kopalnych emitujących zanieczyszczenia i pyły oraz zastąpienia ich, szczególnie w miastach, transportem zelektryfikowanym. Część smogu pochodzi także z palenia nie tyle niewłaściwymi paliwami, a zupełnie skandalicznymi, jak śmieci.Utrzymanie jakości paliw jest o wiele trudniejsze w przypadku małych jednostek, czyli pojedynczych domów, niż w scentralizowanych zakładach produkujących ciepło i przy okazji prąd. Można wykorzystać w nich filtry, dzięki którym powietrze jest w lepszym stanie.

– Jeśli chodzi o ciepłownictwo, Kraków jest przykładem tego, jak wiele zależy od niewłaściwych paliw – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego –  Pojawiło się nowe rozporządzenie – Rząd zamierza regulować ich jakość. Rozwiązaniem jest także rozbudowanie sieci ciepłowniczych w miastach, czyli podłączenie jak największej ilości podmiotów do sieci centralnego ogrzewania. Część smogu pochodzi także z palenia nie tyle niewłaściwymi paliwami, a zupełnie skandalicznymi, jak śmieci. Są one najtańsze i najbardziej szkodliwe, a także generują substancje trujące. Walka z zanieczyszczeniami odbywa się więc na dwóch płaszczyznach – środków transportu i ciepłownictwa – podsumował Roszkowski.

Europejski przemysł na szybszych torach

Dość skąpa nota analityczna Markit dotycząca szacunków indeksów PMI dla Eurolandu zwróciła na obecność dużo lepszych nastrojów w sektorze przemysłowym (58,6 pkt, konsensus: 57,8 pkt). Powodem powyższego stanu rzeczy jest nie tylko podbicie wolumenu nowych zamówień, co jest częściowo pokłosiem intensyfikacji eksportu, ale również wyższych poziomów subindeksu kosztowego. Wydźwięk pozytywnych danych stłumiły gorsze wskazania dla sektora usługowego (54,9 pkt), które uplasowały się poniżej konsensualnego poziomu 55,6 pkt.

Perspektywa mniej satysfakcjonujących danych dla sektora przemysłowego pogrzebałaby nadzieję na lekką aprecjację euro (0,1 proc.). Wśród walut G10 jej skromne umocnienie stara się gonić norweska korona (0,1 proc.) będąca beneficjentem przetasowania sentymentu na rynku ropy. W wyraźnym odwrocie znajduje się nowozelandzki dolar (-1,0 proc.), który spycha parę NZD/USD poniżej poziomu 0,6900. Mniej spektakularny ruch odnotował funt szterling. Jego 0,5 proc. deprecjacja przyczynia się do zejścia GBP/USD w okolice wsparcia przy 1,3120.

Obecność silniejszych efektów sezonowych oraz względy czysto statystyczne – to czynniki skutkujące uplasowaniem polskiej stopy bezrobocia poniżej poziomu 6,9 proc., na który wskazywała nie tylko zdecydowana większość ankietowanych ekonomistów, ale również Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. We wrześniu udział aktywnych zawodowo niewykonujących czynności zarobkowych wyniósł 6,8 proc. Powyższe dane nie wpływają na wycenę złotego, który na koniec dnia uznaje wyższość względem euro (-0,5 proc.) oraz dolara (-0,4 proc.). W koszyku walut Emerging Markets gwiazdą ponownie zostaje czeska korona (0,3 proc.) za sprawą dodatkowego napływu jastrzębich komentarzy z ČNB. Kolejny raz zestawienie zamyka turecka lira, która na przestrzeni dnia zdążyła się osłabić o kolejne 0,8 proc.

Za oceanem uwagę inwestorów próbowały zwrócić szacunki indeksu PMI dla amerykańskiej gospodarki. Zgodnie z rynkowymi oczekiwaniami zarówno wskaźnik dla sektora usługowego (55,9 pkt, konsensus: 55,2 pkt), jak i dla sektora przemysłowego (54,5 pkt, konsensus: 53,5 pkt) uplasowały się powyżej rynkowych oczekiwań. Powyższy stan rzeczy to między innymi pokłosie stabilnego tempa wzrostu przedsiębiorczości, najsilniejszego przyrostu zatrudnienia od czerwca 2015 roku czy podbicia subindeksów kosztowych. Markit dodatkowo zwraca uwagę na solidny skok zamówień eksportowych, co jest efektem utrzymywania relatywnie słabego dolara.

Na europejskich parkietach obserwowano stosunkowo udane nastroje. Z serii wzrostów skutecznie wyłamała się giełda przy Książęcej, gdzie WIG 20 (-1,0 proc.) odnotował powrót w okolice wsparcia przy 2 450 pkt. Wśród największych wyraźnie zawiodły Bank Pekao (-5,6 proc.) oraz Alior (-4,0 proc.) wskutek spekulacji dotyczących połączenia wymienionych instytucji. Według doniesień wezwanie na akcje drugiego z podmiotów powinno odbyć się po cenie 70,00-78,50 PLN. Dość nisko znalazła się również Jastrzębska Spółka Węglowa, która odnotowała 3,1 proc. przecenę z racji na spadek produkcji węgla do poziomu 3,5 mln ton. W Warszawie nastroje próbował łagodzić Tauron. Jego 2,9 proc. przecena wyraźnie okryła cieniem wzrosty LPP (1,3 proc.), którego inwestorzy w dalszej mierze przechodzą dość obojętnie wobec rekomendacji sprzedaży wydanej przez Vestor.

Listę komponentów frankfurckiego indeksu DAX (0,1 proc.) otworzyły dwie największe spółki z sektora finansowego – Commerzbank (6,0 proc.) oraz Deutsche Bank (3,0 proc.). Motorem wzrostów okazały się być doniesienia związane z porzuceniem unijnych planów w zakresie dywersyfikacji ryzykownych części działalności bankowej, co finalnie ułatwiłoby wszczynanie procedury upadłościowej. Co więcej, Commerzbank stał się dodatkowo beneficjentem pogłosek związanych z planowanymi przejęciami konkurencyjnych spółek. Powyższy zabieg może służyć chęcią uzyskania wyższej wyceny przedsiębiorstwa w sytuacji złożenia oficjalnej oferty przez UniCredit (1,9 proc.). W Niemczech miano najsilniej przecenione zostały walory Deutsche Börse. Powodem 2,1 proc. zniżki są doniesienia związane z rzekomym insider-tradingiem prezesa spółki Carstena Kengetera. Z opublikowanego komunikatu wynika, iż frankfurcka prokuratura nie posiada dostatecznych dowodów na winę Kengetera, aczkolwiek nie decyduje się na zakończenie postępowania.

Niezbyt satysfakcjonującą sesję obserwowano w Londynie. Na czele indeksu FTSE 100 (0,0 proc.) stanęła Antofagasta, która z 2,8 proc. zwyżką skutecznie odcięła się od wzrostów Standard Chartered (2,0 proc.) czy Glencore (1,4 proc.). Gwiazdą drugiej strony zestawienia został Whitbread (-4,8 proc.) przebijający się przez średnią z ostatnich 200 sesji. Dość nisko znalazło się również WPP (-3,1 proc.) za sprawą wyraźnej wyprzedaży akcji pod koniec sesji.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Kolejne 10 lat na rynkach wg Opoka TFI?

Specjalizująca się w zarządzaniu aktywami niezależnie od koniunktury Opoka TFI podsumowuje 10 lat istnienia firmy, powstałej w 2007 roku – kilka miesięcy przed kryzysem 2008 roku. Zarządzający Opoki przedstawili też swoje przewidywania na temat rynków finansowych i gospodarek w kolejnych 10 latach.

– Opoka powstała z naszej potrzeby inwestowania i poszukiwania rozwiązań w tym zakresie. Nie znaleźliśmy ich na rynku, więc postanowiliśmy je sobie stworzyć. Przy okazji stworzyliśmy je także dla naszych klientów – mówi Maciej Duda, przewodniczący Rady Nadzorczej Opoki i jednocześnie jeden z udziałowców firmy. Obecnie Opoka TFI działa w kilku obszarach.

Zarządzamy prywatnym majątkiem pojedynczych inwestorów oraz, poprzez niepubliczne FIZy, oferowane bezpośrednio bądź za pomocą dystrybutorów, pomagamy lokować nadwyżki większej liczbie zamożnym klientów – mówi Tomasz Tarczyński, Prezes Opoka TFI.

Poza funduszami absolutnej stopy zwrotu, Opoka TFI rozwija pod nazwą Opoka Ventures, działalność realizującą projekty private equity. Interesują nas projekty od 0,5 do 15 mln złotych zarówno z branż tradycyjnych jak i technologicznych – dodaje Maciej Duda.

Opoka TFI posiada jeden z najdłuższych w kraju track recordów w zarządzaniu w formule niezależnej od rynku – fundusz Opoka One FIZ to ponad 7 lat historii i 29 kwartałów wyników.

– Uzyskaliśmy wynik 83% zyskownych kwartałów, największe obsunięcie kapitału to 3,86%, co przy średniorocznej stopie zwrotu 6,6% jest wynikiem, który chcemy utrzymać – mówi Tomasz Tarczyński. Firma powstała tuż przed upadkiem banku Lehman Brothers i na początku od właścicieli do zarządzania dostała głównie… akcje.

– Od początku Opoka TFI przyświecał trudny cel zarabiania niezależnie od warunków rynkowych – mówi Maciej Duda – w 2008 i 2009 zespół sobie poradził, stąd powstał pomysł otwarcia na zewnętrzne aktywa – dodaje.

Opoka TFI oferuje wyłącznie takie produkty, w których właściciele i zarządzający inwestują własne oszczędności. Obecnie Opoka TFI rozwija się w oparciu o aktywa pozyskiwane od zamożnych inwestorów. W 2017 roku aktywnie zarządzane fundusze urosły o 138 mln zł. Poza flagowymi Opoka Alfa i Neutral, unikalnymi na rynku polskim rozwiązaniami są Opoka Ultra i Quant, nie mających odpowiedników w ofercie innych TFI.

Zarządzający Opoki przedstawili perspektywy dla rynków na najbliższe 10 lat.

Tezy:
1. Szaleństwo banków centralnych dopiero się rozpoczęło. [INFLACJA]
2. Socjalizm szybko nie umrze. [PODATKI]
3. Bańka technologiczna nr 2 znowu pęknie. [FAANG ]
4. Przyda się polisa od głupoty polityków. [ZŁOTO W PORTFELU]
5. Osiem lat bessy na USD i hossy na EUR. [EUR I RYNKI WSCHODZĄCE]
6. Komuniści nie zmienią prawa grawitacji. [CHINY]
7. Gorsze czasy dla Helgi i Wolfganga. [NIEMCY]
8. Demografia zatrzyma polską gospodarkę. [POLSKA]
9. Roboty zasypią demografię – ale nie w Polsce. [POSTEP TECHNOLOGICZNY]
10. Fatalny początek następnej dekady dla polskiej giełdy. [GPW]

Specjaliści z Opoki uważają, że banki centralne weszły na drogę bez odwrotu, która skończy się epizodami hiperinflacyjnymi a rządy będą panicznie próbowały znaleźć w kieszeniach podatników pieniądze na spłatę długów. Nieodzowny w takim środowisku jest zdywersyfikowany portfel zawierający sektor metali szlachetnych. Spółki FAANG – czyli Facebook, Amazon, Apple, Netflix i Google (Alphabet) są idealnymi chłopcami do bicia dla rządów, zwłaszcza kiedy rozpocznie się bessa, kiedy szuka się kozłów ofiarnych i podczas której ich kursy powinny spaść średnio o 40-60%. Opoka TFI spodziewa się w długim terminie kontynuacji hossy na EUR. Łączy się to też z bliskim końcem łatwych czasów dla gospodarki Niemiec.

Słabość USD będzie wspierała siłę rynków wschodzących wobec innych regionów aczkolwiek ten trend ulegnie jeszcze przetestowaniu przez kryzys w Chinach. Polską giełdę czeka trudny początek dekady a gospodarka borykająca się z problemami cyklicznymi i demograficznymi będzie podatna na pierwszą od czasów transformacji recesję. Negatywną
demografię w krajach rozwiniętych zniweluje robotyzacja a pęknięcie bańki technologicznej na giełdach nie powinno zatrzymać postępu technologicznego, który jeszcze przyspieszy.

A co przez następne 10 lat będzie działo się w Opoka TFI?

– Chcemy rozwijać zespół, kompetencje i aktywa. Będziemy tak jak teraz firmą skupioną na alternatywnych strategiach inwestycyjnych. I niezależnie od rozwoju dopilnujemy tego, żeby wciąż myśleć jak prywatny inwestor a nie korporacja. Pozostając opoką dla naszych klientów – mówi Tomasz Tarczyński, prezes Opoka TFI.

Czy uda się usprawnić walkę z przewlekłymi postępowaniami administracyjnymi?

W organach administracji wypracowano specyficzną praktykę. Polega ona na podejmowaniu czynności, które pozorują efektywne prowadzenie postępowania, tak aby nie można było zarzucić organowi bezczynności. W końcu ustawodawca zdecydował się wprowadzić zmiany, które mają zwiększyć skuteczność egzekwowania prawa do uzyskania rozstrzygnięcia w najszybszym możliwym terminie. Czy podatnik może liczyć na usprawnienie postępowania?

1 czerwca 2017 r. weszły w życie przepisy Ustawy z dnia 7 kwietnia 2017 r. o zmianie ustawy – Kodeks postępowania administracyjnego oraz niektórych innych ustaw. Zdefiniowano w niej pojęcia przewlekłości postępowania oraz bezczynności organu. Zgodnie z art. 37 ust. 1 KPA bezczynność występuje wtedy, gdy sprawy nie załatwiono w terminie określonym w art. 35 (maksymalnie 2 miesiące w I instancji od dnia wszczęcia postępowania – przyp. autora) lub przepisach szczególnych ani w terminie wskazanym zgodnie z art. 36 § 1 (w dacie wskazanej przez organ w zawiadomieniu o nowym terminie załatwienia sprawy – przyp. autora). Z przewlekłością mamy natomiast do czynienia, gdy postępowanie jest prowadzone dłużej, niż jest to niezbędne do załatwienia sprawy.

Dotychczas zaskarżenie stanu przewlekłości postępowania prowadziło do wydłużenia postępowania administracyjnego. Podatnik musiał wnieść zażalenie do organu wyższego stopnia i czekać na jego rozstrzygnięcie. W efekcie zdarzało się, że – paradoksalnie – organ wyższego stopnia sam dopuszczał się przewlekłości, rozpoznając zażalenie na przewlekłe prowadzenie postępowania w I instancji. Dodatkowo przepisy kodeksu postępowania administracyjnego do 1 czerwca 2017 r. określały wyłącznie procedury zaskarżenia przewlekłości, a nie bezczynności w postępowaniu.

Rozpatrzenie wniosku w siedem dni

Obecnie w art. 37 KPA wprowadzono instytucję ponaglenia, która ma służyć do eliminowania bezczynności lub przewlekłości postępowania. Dotychczasowy środek zaskarżenia w postaci zażalenia na niezałatwienie sprawy w terminie pozostawał niespójny z innymi postanowieniami kodeksu postępowania administracyjnego. Zgodnie z art. 144 KPA zażalenie przysługuje na wydane w toku postępowania postanowienie. W sytuacji przewlekłości lub bezczynności zaskarżany jest brak aktywności procesowej organu administracji publicznej, a nie czynność wydania postanowienia. Nowością jest wyznaczenie maksymalnych terminów: siedmiu dni na przekazanie przez organ I instancji ponaglenia do organu wyższego stopnia, a następnie siedmiu dni na rozpatrzenie ponaglenia. Poza tym zgodnie ze znowelizowanymi przepisami organ I instancji przekazuje do organu wyższego stopnia akta prowadzonej przez siebie sprawy, na którą złożono ponaglenie, w odpisie, natomiast oryginały pozostawia w urzędzie. Celem takiego rozwiązania jest zapewnienie możliwości rozpoznania ponaglenia przez organ wyższego stopnia przy jednoczesnym umożliwieniu kontynuacji postępowania przez organ je prowadzący.

Trochę mniej formalności w sądzie

Uproszczono również procedurę kierowania skarg do sądów administracyjnych. Dopuszczalne będzie działanie, w którym jeden dzień po złożeniu ponaglenia zostanie wniesiona do sądu skarga na bezczynność lub przewlekłość. Nowelizacja wyeliminowała obowiązek poprzedzenia skargi do sądu administracyjnego wezwaniem do usunięcia naruszenia prawa.

W przypadku gdy nie ma organu wyższego stopnia, strona może zrezygnować z zaskarżenia decyzji w drodze wniosku o ponowne rozpatrzenie sprawy i skierować skargę do sądu. To dobra zmiana, gdyż składanie takiego wniosku daje jedynie iluzję dwuinstancyjności postępowania, ponieważ niespotykane jest, aby ten sam organ zmienił zdanie i pogląd na całą sprawę na etapie II instancji i w konsekwencji wydał odmienne rozstrzygnięcie. W praktyce przed zmianą przepisów strona przed wniesieniem skargi do sądu administracyjnego była zmuszona przeczekać etap postępowania wszczęty z wniosku o ponowne rozpatrzenie sprawy, którego wynik był z góry do przewidzenia, i dopiero po jego zakończeniu mogła wnieść skargę do sądu.

Czy będzie szybciej?

Wprowadzone zmiany zmierzają we właściwym kierunku – wyeliminowania przewlekłości w postępowaniach administracyjnych. Jednak o faktycznym sukcesie nowelizacji zadecyduje wypracowanie odpowiedniej praktyki na gruncie stosowania zmienionych przepisów. Istnieje poważna obawa, że organy nie będą chciały dostosować się do zmian i w skrajnych przypadkach będą ryzykować nawet późniejszym ukaraniem grzywną.

Przede wszystkim jednak podatnik nie powinien zrezygnować z przysługującej mu gwarancji procesowej do uzyskania szybkiego rozstrzygnięcia.

Autorzy: prawnik Adam Klęczar, mec. Robert Nogacki – Kancelaria Prawna Skarbiec

Jak rząd szuka nowych podatków. Opodatkować, co się da?

Ministerstwo Rozwoju i Finansów, niczym pionier odkrywca, nie zwalnia tempa w nieustannym poszukiwaniu coraz to nowszych źródeł opodatkowania. Obecnie pracuje nad projektem ustawy o zmianie ustawy o podatku akcyzowym, którego głównym celem jest „dobranie się” m.in. do wyrobów nowatorskich.

Przyzwyczailiśmy się, że na co dzień fiskus korzysta z wszelkich możliwych narzędzi do egzekwowania publicznej daniny. Nie da się nie ulec zaskoczeniu, gdy czasem sięga do posiadanych przymiotów boskości. Tak jest w tym przypadku, gdy – czyni wyrobem akcyzowym coś, co nim nie jest. Chodzi o płyn do papierosów elektronicznych i wyroby nowatorskie.

Podcinanie gałęzi…

Światowa walka z tytoniem w celu ochrony przed chorobami, jakie on ze sobą niesie, od lat się wzmaga. Jest już trendem powszechnie znanym. Najczęściej uderza w producentów i konsumentów. Jednych obarczając kolejnymi wymogami i obostrzeniami uregulowań prawnych, drugich – najprościej i najboleśniej – bijąc po kieszeni. Wszystko argumentując ochroną zdrowia. Jakąż hipokryzją jest więc uderzanie w gałąź przemysłu, która chciała iść w tej walce o zdrowie obywateli pod rękę z państwem. Nowatorski wyrób tytoniowy (NWT), podobnie jak jego anglojęzyczny pierwowzór Reduced-Risk Product, jest produktem o obniżonym ryzyku. Od tradycyjnego „wykorzystania” tytoniu różni się tym, że w NWT tytoń jest podgrzewany do odpowiednio wysokiej temperatury, w której pożądane przez palacza związki są odparowywane. Nie następuje więc tutaj spalanie, a odparowanie, przez co ilość wdychanych przez człowieka substancji smolistych i metali ciężkich jest znacznie mniejsza. To ta subtelna różnica powodowała, że NWT nie były dotąd uznawane za podlegające akcyzie.

Wykaz wyrobów tytoniowych objętych podatkiem akcyzowym:

  • papierosy,
  • tytoń do palenia,
  • cygara i cygaretki.

…na której się siedzi

Już w lipcu 2015 r. Krajowa Izba Gospodarcza przesłała do ówczesnego Ministra Zdrowia oraz do Ministerstwa Gospodarki swoje stanowisko odnośnie do projektu ustawy o zmianie ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych. KIG nie zostawia suchej nitki na unijnej dyrektywie 2014/40/UE, której przepisy „są dotkliwe dla polskiej gospodarki”. Sektor tytoniowy dostarcza około 9% podatkowych dochodów państwa. Polska jest największym w Europie producentem wyrobów tytoniowych. W 2014 r. z uprawy tytoniu, przetwórstwa, sprzedaży itd. – ogólnie z branży tytoniowej i jej pochodnych – utrzymywało się ponad 500 tys. osób. Nowatorski wyrób tytoniowy jawi się więc jako szansa na uratowanie polskiego przemysłu tytoniowego.

Zgodnie z art. 98 ust. 5 ustawy z dnia 6 grudnia 2008 r. o podatku akcyzowym za tytoń do palenia uznaje się:

  1. tytoń, który został pocięty lub inaczej podzielony, skręcony lub sprasowany w postaci bloków oraz nadający się do palenia bez dalszego przetwarzania przemysłowego;
  2. odpady tytoniowe będące pozostałościami liści tytoniu i produktami ubocznymi uzyskanymi podczas przetwarzania tytoniu lub produkcji wyrobów tytoniowych, oddane do sprzedaży detalicznej, niebędące papierosami, cygarami lub cygaretkami, a nadające się do palenia.

Planowane zmiany

Ujmując w skrócie, ministerstwo chce objąć podatkiem akcyzowym płyny do papierosów elektronicznych i wyroby nowatorskie. Zastosowanie mają znaleźć ogólne przepisy o opodatkowaniu akcyzą, jak choćby te nakładające obowiązek banderolowania. Z projektu można już wyczytać stawki, jakimi fiskus będzie obciążał „nowe” wyroby tytoniowe:

  • płyny do papierosów elektronicznych: 0,7 zł/1 ml,
  • wyroby nowatorskie: 141,29 zł za każdy kilogram i 31,41% średniej ważonej detalicznej ceny tytoniu do palenia.

Absurd uzasadnienia

Konieczność objęcia wyrobów nieakcyzowych akcyzą twórcy projektu argumentują w trudny do uwierzenia sposób. Wyroby te mają zostać opodatkowane, bo z ich powodu mniej palaczy pali. Tak, takie właśnie jest główne uzasadnienie. Jeśli bowiem palacze stosują zdrowsze, nowatorskie wyroby tytoniowe, to nie kupują tych zwykłych, niezdrowych, z którymi nomen omen nasze państwo walczy w ochronie zdrowia. Uszczuplają tym samym wpływy do budżetu. Trzeba jakoś tę dziurę załatać. Najlepiej kosztem tego, przez kogo powstała. Uzasadnienie Ministerstwa Finansów brzmi: „Używanie przez konsumentów ww. wyrobów nieopodatkowanych akcyzą odbywa się kosztem konsumpcji opodatkowanych akcyzą tradycyjnych wyrobów tytoniowych. Zatem wystąpiła konieczność wypracowania rozwiązań legislacyjnych zapewniających analogiczne traktowanie podatkowe wyrobów substytucyjnych względem tradycyjnych wyrobów tytoniowych”.

Drugi z fundamentalnych argumentów wprowadzenia nowego opodatkowania kryje się pod płaszczykiem sprawiedliwości. Fiskus tłumaczy, że obciąża nowe wyroby podatkiem, by nie czuli się pokrzywdzeni producenci tradycyjnych wyrobów tytoniowych: „Wprowadzenie podatku akcyzowego dla płynu do papierosów elektronicznych i wyrobów nowatorskich, będących dobrem substytucyjnym względem tradycyjnych wyrobów tytoniowych, powinno spowodować, iż ciężary związane z płaceniem podatku akcyzowego będą ponosili nie tylko przedsiębiorcy działający w branży tradycyjnych wyrobów tytoniowych, ale także podmioty z branży ww. wyrobów substytucyjnych”.

Opodatkować, co się da?

Projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku akcyzowym, przewidujący obejmowanie podatkiem akcyzowym płynów do papierosów i wyrobów nowatorskich, idealnie ilustruje nasze stare powiedzenie: „Na bezrybiu i rak ryba”. W braku pieniędzy w państwowej kasie Ministerstwo Finansów widać nie pogardzi żadnym sposobem na to, by odmienić zaistniałą sytuację. Pytanie nurtujące i paraliżujące rodzimą gospodarkę i przedsiębiorczość brzmi: co jeszcze nasza władza wymyśli opodatkować?

Rząd zapewne wie, że oprócz krów i kóz doić można także łosia czy osła. Co lepsze – ser z mleka tych ostatnich zwierząt to produkt ekstrawagancki, a więc i ekstra kosztujący. Pierwszy, jako specjał szwedzki „wydobywany” na północy kraju, oscyluje w okolicach 3400 zł/kg. Drugi, o nazwie „pule”, serbski – ok. 4000 zł/kg. Należy jednak pamiętać, że nie wszystkie zwierzęta da się wydoić, a już na pewno każde ma swój limit dojenia…

Kancelaria Prawna Skarbiec

UE ograniczy delegowanie

Rada Unii Europejskiej opowiedziała się za niekorzystnymi dla Polski zmianami zasad delegowania pracowników. Polski rząd, podobnie jak i firmy delegujące, był im przeciwny. Pomimo starań naszej delegacji nie udało się uzyskać szerokiego poparcia pozostałych państw UE.

Zmiany przyjęte przez Radę UE są dużo bardziej niekorzystne od tych, które określiła w ubiegłym tygodniu Komisja zatrudnienia i spraw socjalnych Parlamentu Europejskiego.

Najważniejszą modyfikację stanowi wprowadzenie limitu delegowania na poziomie 12 miesięcy z możliwością jego wydłużenia o kolejne 6 miesięcy. Jest to zatem duży regres wobec wcześniejszej propozycji, która mówiła o maksymalnym czasie delegowania wynoszącym aż 24 miesiące. Okres zaledwie jednego roku uznajemy za stanowczo zbyt krótki

Pozostałe zmiany również wywołują kontrowersje. Dotyczy to w szczególności kwestii wynagrodzeń. O ile zasada równej płacy za tę samą pracę w tym samym miejscu jest akceptowalna, to jej realizacja w dyrektywie już nie. Wciąż nie jest jasne jakie dodatkowe regulacje będą musiały stosować firmy delegujące. Najgorszą opcją byłoby stosowanie wszystkich regulacji funkcjonujących w państwie przyjmującym, w tym tych z poziomu lokalnego. Obowiązek ich stosowania wiązałby się z dodatkowymi kosztami (np. tłumaczenia tych przepisów) po stronie firm.

Zmiany w przepisach delegowania pracowników najbardziej uderzą w państwa Europy Środkowo-Wschodniej, a zwłaszcza w Polskę. Nasz kraj deleguje blisko jedną czwartą wszystkich pracowników delegowanych w Unii. Zaostrzenie dotychczasowych regulacji będzie miało negatywne skutki dla polskich firm, których dalsza działalność stanie pod znakiem zapytania. Szacuje się, że zagrożonych jest 300-400 tys. miejsc pracy, a w całej UE – nawet milion. Nic więc dziwnego, że planowane regulacje wzbudzają niepokój w firmach delegujących personel, ale też w branży budowlanej oraz transportowej. W przypadku tej ostatniej szczegółowe rozwiązania zostaną przyjęte w ramach tzw. Pakietu Mobilności.

Jedynym plusem jest to, że przewidziany został 4-letni okres przejściowy na dostosowanie się do nowych regulacji. Ale to tylko odwlecze w czasie to, co nieuniknione, czyli obowiązek stosowania nowych regulacji dotyczących delegowania, narzuconych przez Brukselę.

Polski rząd do końca walczył o polskie firmy delegujące i o ich pracowników, co wcale nie było łatwe. Ostatecznie mieliśmy poparcie tylko Węgier, Litwy i Łotwy. To jednak nie wystarczyło. Kolejny etap to głosowanie w Parlamencie Europejskim. Jego efekty poznamy już w najbliższych miesiącach.

Decyzja Rady UE będzie rzutowała nie tylko na przyszłość delegowania, ale i na przyszłość całej UE. Dobitnie pokazuje, że partykularne interesy niektórych członków wspólnoty mogą mieć wpływ na politykę Unii. A protekcjonizm państw starej Unii jest silniejszy niż walka o konkurencyjność w ramach wspólnoty i swobodę świadczenia usług. To nie napawa optymizmem, nie tylko przedsiębiorców, ale i zwykłych obywateli.
Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej

Nota prasowa:
Rada Unii Europejskiej opowiedziała się za niekorzystnymi dla Polski zmianami zasad delegowania pracowników. Polski rząd, podobnie jak i firmy delegujące, był im przeciwny. Pomimo starań naszej delegacji nie udało się uzyskać szerokiego poparcia pozostałych państw UE.

Porozumienie Ministrów Pracy na temat delegowania pracowników w Luksemburgu

Wypracowano wspólne stanowisko Rady – tzw. General Approach w sprawie reformy dyrektywy delegowania pracowników na spotkaniu Ministrów ds. Zatrudnienia w ramach Employment, Social Policy, Health and Consumer Affairs Council (EPSCO) w Luksemburgu. Nowe zasady dla delegowania w transporcie zostaną zsynchronizowane z Lex Specialis i wejdą w życie wraz z dedykowaną dla sektora regulacją. Do czasu wypracowania regulacji dla delegowania w transporcie – sektor będą obowiązywać obecne przepisy na mocy Dyrektywy z 1996 roku.

Przeciwko zapisom rewizji dyrektywy dotyczącej pracowników delegowanych podczas spotkania w Luksemburgu głosowała Polska, Węgry, Litwa i Łotwa. Wielka Brytania, Irlandia i Chorwacja wstrzymały się od głosu.Za wykluczeniem transportu spod rewizji opowiadali się przedstawiciele Polski, Węgier, Czech i Słowacji wspierani przez Hiszpanię i Portugalię.

Finalnie zaraz przed północą, osiągnięto porozumienie zakładające długoterminowe delegowanie pracowników na 12 miesięcy z możliwością przedłużenia o kolejne 6 miesięcy na wniosek przedsiębiorstwa. Okres 12 miesięcy był propozycją francuską, która została dostosowana umożliwiając przedłużenie delegowania do 18 miesięcy. Obowiązywać będzie 4-letni okres przejściowy – trzy lata na transpozycję i rok aplikacji. Wczorajsze przyjęcie wspólnego stanowiska Rady umożliwi rozpoczęcie dalszych negocjacji z Parlamentem Europejskim i wypracowanie finalnego porozumienia.

Aktualnie na poziomie wspólnotowym działają trzy swobody – przepływ pracy, kapitału i towarów, co pokazuje, że wolny rynek jest tylko tam, gdzie jego beneficjentem jest „Stara Unia”. Nie działa tylko czwarta swoboda – przepływ usług, ponieważ jest korzystna dla nas i Europy Środkowo-Wschodniej – powiedział Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP.

Rewizja dyrektywy o pracownikach delegowanych nie dotyczy na chwilę obecną sektora transportu, dla którego regulacje zostaną ustalone w osobnym procesie Lex Specialis. Prace nad regulacjami dotyczącymi sektora transportu mają rozpocząć się w Parlamencie Europejskim pod koniec roku.

Odroczenie terminu prac na regulacjami dotyczącymi świadczenia usług transportowych to dobra informacja dla polskich firm z tego sektora. Uważamy jednak, że ta kwestia w ogóle nie powinna być podejmowana na forum unijnym z uwagi na ingerencję w zasadę wolnej konkurencji pomiędzy podmiotami z różnych państw – powiedział Marcin Nowacki, wiceprezes ZPP. – Nie zgadzamy się z tym, aby w sektorze usługowym stosować zasadę „ta sama płaca za tę samą pracę”. Dyrektywa o pracownikach delegowanych jest przykładem takiej regulacji. Jesteśmy przeciwni, aby ograniczenia dotyczyły także branży transportowej. Z drugiej strony jednak niektóre państwa członkowskie, szczególnie Francja, już teraz utrudniają wejście na rynek usług, w tym na rynek sektora transportu. Jest to wbrew obowiązującym przepisom UE w sprawie udzielenia dostępu do tych rynków – dodał ekspert ZPP.

W minionym tygodniu Parlament Europejski – Komisja ds. Zatrudnienia i Spraw Socjalnych przyjęła propozycję okresu delegowania o długości 24 miesięcy. W czwartek w tym samym tygodniu, po spotkaniu Hiszpańskiego Premiera Mariano Rajoy z Prezydentem Francji Emanuelem Macronem, propozycja Francji na spotkanie w Luksemburgu zakładała 12 miesięcy okresu delegowania. Propozycja Prezydencji Estońskiej na EPSCO wynosiła 20, a później 18 miesięcy z 4-letnim okresem przejściowym.

Kolejne spotkanie szefów Państw na temat kwestii socjalnych jest zaplanowane na 17 listopada w Gothenburgu – nie będzie ono dotyczyło delegowania pracowników, a rynku zatrudnienia, praw socjalnych i najważniejsze – regulacji dla warunków zatrudnienia dla kierowców ciężarówek podróżujących pomiędzy krajami członkowskimi.

Chińczycy aresztowali dyplomatę USA jako agenta CIA

Dyplomata USA pracujący w Chinach został uprowadzony i był przesłuchiwany przez kilka godzin przez chińskie służby pod pretekstem, iż był pracownikiem CIA, działającym pod oficjalnym przykryciem. Zdarzenie miało miejsce na początku 2016 r., ale zostało ujawnione dopiero teraz przez portal Politico. Portal poinformował, że dyplomata pracował w konsulacie generalnym w 14-milionowym Chengdu, stolicy prowincji Syczuan. W konsulacie, który utworzono w 1985 r., pracuje ok. 130 osób, w tym ok. 30 Amerykanów oraz 100 chińskich pracowników obsługi.

Według portalu, który rozmawiał z wieloma obecnymi i byłymi urzędnikami z obszaru bezpieczeństwa narodowego, dyplomata w styczniu 2016 r. został porwany z ulicy w środku dnia przez chińskich oficerów przebranych w cywilne ubrania i wywieziony nieoznakowanym pojazdem. Pomimo statusu dyplomaty był aresztowany, przetrzymywany przez kilka godzin i agresywnie przesłuchiwany. Amerykańscy urzędnicy utrzymują, iż władze chińskie nie powiadomiły konsulatu, gdzie przebywa pracujący w nim dyplomata. Jego przesłuchanie było nagrywane, zarzucano mu pracę dla CIA. Został zwolniony, ale wkrótce – według Politico – opuścił Chiny.

Amerykańscy wyżsi urzędnicy powiedzieli portalowi, że ten zuchwały akt potwierdza, iż w relacjach służb specjalnych Chin i USA napięcie rośnie. Kilku amerykańskich dyplomatów ujawniło, że było śledzonych, włamywano się do ich mieszkań i przeszukiwano rzeczy. Według informacji portalu władze USA wystosowały oficjalny protest i zagroziły wydaleniem chińskich oficerów pracujących pod przykryciem dyplomatycznym. Nie zrealizowano jednak tej groźby.

Źródło: portal Politico z 11.10.2017 r.
Autor Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Nowy szef CIA chce zwiększyć agresywność agencji

Mike Pompeo, nowy szef CIA wyznaczony przez prezydenta Donalda Trumpa, ujawnił swoje plany: chce zwiększyć agresywność operacji agencji i walki z kulturą biurokratyczną (red tape). Przemawiając na konferencji poświęconej wywiadowi, zorganizowanej przez Uniwersytet Jerzego Waszyngtona, ale sponsorowanej m.in. przez CIA, nakreślił swoją wizję funkcjonowania agencji. Położył nacisk na wspomniane zwiększenie agresywności operacji i na cięcia przerostów biurokratycznych.

Podzielił się swoimi dotychczasowymi obserwacjami, z których wynika, iż agencja działa wolno i nie jest elastyczna. Jest natomiast nadmiernie scentralizowana w podejmowaniu decyzji. Jego zdaniem, aby CIA mogła lepiej chronić bezpieczeństwo narodowe, musi wykorzystywać bardziej ofensywne metody pozyskiwania informacji, do czego potrzebna jest decentralizacja procesu podejmowania decyzji. Muszą one zapadać na możliwie najniższym szczeblu – należy je scedować na szefów stacji CIA na całym świecie. Według Pompeo należy doprowadzić do takiego stanu, w którym osobą posiadającą najbardziej aktualną wiedzę o sytuacji „rzadko jestem ja lub ktoś z mojego kierownictwa”.

Walka z biurokracją ma być prowadzona kilkoma sposobami. Planowane są redukcja liczby personelu, który nadzoruje i zatwierdza operacje CIA, oraz zwiększenie liczby agentów CIA pracujących operacyjnie za granicą. To ma sprawić, że szybciej będą osiągane cele wywiadowcze agencji. Zaś głównym celem jest „ulokowanie ludzi, narzędzi i środków w samym sercu walki”.

W konkluzji Pompeo stwierdził, iż chce wprowadzić nową kulturę, w której działaniom CIA będą przyświecać słowa: „Jeśli jesteś w procesie działania, a nie stanowisz wartości dodanej, zejdź z drogi”.
Źródło: portal intelNews.org z 05.10.2017 r.
Autor: Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Australia odmówiła prośbie CIA, aby otworzyć ambasadę w Korei Północnej

Według dziennika „The Australian” rząd Australii odrzucił prośbę Centralnej Agencji Wywiadowczej, aby otworzyć ambasadę w Korei Północnej. Amerykańska agencja miała nadzieję wykorzystywać australijską placówkę dyplomatyczną do gromadzenia informacji o reżimie Kim Dzong Una.

Co jest rzadkim przypadkiem wśród krajów zachodnich, Australia jest krajem, który utrzymuje relatywnie poprawne stosunki dyplomatyczne z Koreą Północną. Potwierdza to fakt, że ta ostatnia utrzymywała swoją ambasadę w Canberze do 2008 r., kiedy zamknęła ją ze względów finansowych, natomiast dyplomaci australijscy akredytowani w Seulu wykonywali swoją misję dyplomatyczną również w Korei Północnej.

W 2014 r. Stany Zjednoczone poprosiły Australię o rozważenie otwarcia stałej placówki w Pjongjangu. Za tą prośbą – według australijskiego dziennika – miała stać CIA, która, podobnie jak inne służby, cierpi na deficyt informacji o reżimie Kim Dzong Una. Rozmowy z państwami, które utrzymują placówki w Korei Północnej, wykazały, że ich pracownicy są całkowicie odizolowani tak od władz, jak od koreańskiego społeczeństwa, a ponadto są obiektem permanentnej inwigilacji ze strony tamtejszych służb. Poza tym Australia obawia się, że otwarcie ambasady w Pjongjangu mogłoby być odczytane przez Koreańczyków jako zaproszenie do takiego samego działania w Australii

Źródło: dziennik „The Australian” z 19.09.2017 r.

Autor: Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Szefowie niemieckich służb odrzucają pomysł wspólnego europejskiego wywiadu

Szef niemieckiego wywiadu BND Bruno Kahl i szef Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV) Hans-Georg Maaßen, występując przed parlamentarną komisją ds. wywiadu Bundestagu, skrytykowali pomysł stworzenia wspólnej służby wywiadowczej w ramach UE. Wsparli go natomiast prezydent Francji Emmanuel Macron, unijny komisarz ds. migracji, spraw wewnętrznych i obywatelskich Dimitris Avramopoulos oraz wielu innych przedstawicieli UE, którzy uważają, że wspólny wywiad byłby ważnym orężem w walce z terroryzmem i zapobiegłby wielu atakom.

Jednak Bruno Kahl jest zdania, iż Europa już ma wspólne centrum wczesnego ostrzegania, znane jako EU INTCEN (European Union Intelligence and Situation Center). Argumentował, że nie ma potrzeby tworzenia europejskiej agencji wywiadowczej lub innej tego rodzaju europejskiej organizacji, ponieważ wywiad jest lepiej zorganizowany na szczeblu narodowym. Wsparł go Hans-Georg Maaßen, który zauważył, iż powołanie nowej organizacji wywiadowczej „stworzy dodatkowe struktury biurokratyczne, zarówno na poziomie europejskim, jak i narodowym”, co obniży efektywność wywiadowczą. Obaj uważają, że w ostatnich kilku latach znacząco poprawiła się współpraca wywiadowcza państw Unii Europejskiej oraz że obecny bilateralny model wymiany informacji jest „najbardziej efektywny i najszybszy”. Osłabi się natomiast, jeśli powstanie jedna wielka struktura wywiadowcza.

Źródło: portal intelNews.org z 06.10.2017 r.

Autor: Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Służby Izraela zdyskredytowały wiarygodność firmy Kaspersky Lab

Według dziennika „The New York Times” służby specjalne Izraela stały za decyzją rządu amerykańskiego o wycofaniu oprogramowania antywirusowego oferowanego przez firmę Kaspersky Lab. We wrześniu Departament Bezpieczeństwa Krajowego USA wydał polecenie, aby wszystkie rządowe komputery wykorzystujące oprogramowanie antywirusowe produkowane przez firmę Kaspersky Lab zostały usunięte ze względu na stwierdzone powiązania firmy z wywiadem Rosji.

Firma stworzona w końcu lat 90. przez rosyjskiego specjalistę z zakresu cyberbezpieczeństwa Eugena Kaspersky’ego, mająca swoją główną siedzibę w Wielkiej Brytanii, stała się międzynarodowym dostawcą antywirusowego oprogramowania i rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa IT. Produkty oferowane przez Kaspersky Lab są zainstalowane w dziesiątkach milionów komputerów na całym świecie, włącznie z komputerami amerykańskich agencji rządowych. Jednak ostatnia decyzja rządu USA zaalarmowała całą społeczność zajmującą się cyberbezpieczeństwem o bezpośrednich powiązaniach operacyjnych firmy z Kremlem.

Zdaniem „The New York Times” tym, co przesądziło o decyzji USA w tej sprawie, były informacje dostarczone przez wywiad Izraela. Specjalistom izraelskim udało się włamać do systemów informatycznych firmy Kaspersky Lab i stwierdzić w nich dużą obecność rosyjskich agentów rządowych, którzy prowadzili działania szpiegowskie nakierowane na rządowe systemy komputerowe wielu państw, w tym Stanów Zjednoczonych. Służby Izraela poinformowały amerykańskich partnerów, iż oprogramowania Kaspersky Lab to dla wywiadu rosyjskiego swoiste tylne drzwi wejściowe do milionów komputerów. Ponadto, według specjalistów z Izraela, oprogramowanie antywirusowe było wykorzystywane do kradzieży plików z tych komputerów, które zostały zainfekowane przez szpiegowskie oprogramowania służb rosyjskich.

Firma Kaspersky Lab odrzuciła oskarżenia. Jeszcze w maju wydała oświadczenie, że „nigdy nie pomagała ani nie będzie pomagała żadnemu rządowi w jego wysiłkach szpiegowskich w cyberprzestrzeni”.

Źródło: The New York Times z 10.10.2017 r.
Autor:Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Hilary Clinton uważa, że Twitter Donalda Trumpa zagraża światowemu bezpieczeństwu

Hilary Clinton w wywiadzie dla telewizji australijskiej ABC w programie „Four Corners” stwierdziła, że prezydentura Trumpa stwarza oczywiste ryzyko nie tylko dla USA, ale też „dla reszty świata, włącznie z Australią”, zaś sam Trump jest najniebezpieczniejszym prezydentem w dziejach USA. Jednym z tego przejawów jest sposób korzystania przez Trumpa z Twittera i prowadzona za jego pośrednictwem dyplomacja, lub jej brak. Trump, jej zdaniem, jest impulsywny, pochłonięty jedynie swoim wizerunkiem i brakuje mu samokontroli.

W tym samym wywiadzie Clinton oskarżyła szefa WikiLeaks Juliana Assange’a o współpracę z rosyjskimi służbami przy wywieraniu wpływu na amerykańskie wybory prezydenckie 2016. Według niej obecnie WikiLeaks jest filią rosyjskiego wywiadu. Zdaniem Clinton społeczność wywiadowcza USA i inni obserwatorzy Rosji i Putina uważają, iż manipulowanie informacjami w okresie wyborów to była zemsta Putina na jej osobie za to, że jako sekretarz stanu był przeciwna wielu rosyjskim akcjom.

Clinton promuje wydane przez siebie wspomnienia z wyborów „Co się stało?”, w których dzieli się szczegółowo przemyśleniami na temat przegranej kampanii prezydenckiej. Australijskiego twórcę WikiLeaks Assange’a określiła następująco: „myślę, ze częściowo jest nihilistą, częściowo anarchistą, częściowo ekshibicjonistą, częściowo oportunistą, który jest opłacany przez Kreml lub wspiera cele propagandowe Kremla z powodu swojego urazu do USA i Europy”.

Assange, w odpowiedzi na wywiad Clinton, stwierdził na Twitterze: „Coś złego dzieje się z Hilary Clinton”, a jej zachowanie określił „rzadko spotykanym zimnym szaleństwem”.

Źródło: The Guardian z 16.10.2017 r.

Autor: Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Wyrok na korzyść frankowiczów, bezrobocie w dół

Beata Szydło zaprzecza na razie informacjom jakoby miała utracić funkcję premiera. Bezrobocie w Polsce spadło do 6,8%. Sąd wydał korzystny dla kredytobiorcy frankowego wyrok.

Zmiany w rządzie Beaty Szydło

Temat zmian w polskim rządzie wraca jak bumerang. Jest to o tyle zastanawiające, że przeważnie zmienia się ludzi, którzy sobie nie radzą. Patrząc jednak na tempo wdrażania obietnicy wyborczych i wskaźniki makroekonomiczne można oczywiście obecnej ekipy rządowej nie lubić, ale nie można odmówić im skuteczności i determinacji w dążeniu do celu. Wedle niektórych mediów premierem ma zostać prezes PiS a dotychczas piastująca to stanowisko Beata Szydło ma startować do europarlamentu. Nie wiadomo ile jest w tym prawdy. Jak zareagują rynki? Inwestorzy lubią pewność. W rezultacie tego typu spekulacje powodują, że raczej ostrożnie patrzą na nasz kraj. Z drugiej strony przejęcie sterów przez szefa partii byłoby potwierdzeniem tego, kto naprawdę rządzi.

Dalszy spadek bezrobocia w Polsce

We wrześniu stopa bezrobocia spadła według danych GUS do 6,8% to nawet 0,1% poniżej tego co podało Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki społecznej. Jest to oczywiście wynik dla całego kraju. W poszczególnych województwach są jednak spore różnice. Najniższe bezrobocie zanotowano w Wielkopolsce – 4%, a najwyższe w Warmińsko-mazurskim 11,8%. Warto natomiast zwrócić uwagę na kontynuację trendu spadkowego. Jeszcze w 2013 roku sięgało ono 13%. Od tego czasu co roku spada po 1-2%.

Wyrok na korzyść frankowiczów

Zapadł wyrok nakazujący bankowi zwrot kwoty odsetek oraz strat kursowych. Co ciekawe sprawa dotyczyła nie kredytu na nieruchomość ale inwestycyjnego. Powodem takiego wyroku był fakt, że doradcy nie informowali o realnych kosztach i ryzykach związanych z inwestycją pod kredyt w walucie obcej. Co ważne, sąd nie podważył samej umowy, a jedynie nierzetelny proces informacyjny wprowadzający w błąd klienta. Oznacza to, że ciężko będzie tą samą metodę zastosować w ramach kredytów hipotecznych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Landing page – alternatywa dla strony firmowej

Współczesny rynek daje nam ogrom możliwości na zaistnienie w sieci. Niestety, wybór tej właściwej staje się coraz trudniejszy.

Prosty schemat, który opierał się na posiadaniu strony internetowej firmy, przestał wystarczać. Nie każde przedsięwzięcie tak naprawdę jej potrzebuje. W wielu przypadkach zdecydowanie lepiej sprawdzi się landing page, którego zadaniem jest bezpośrednie skłonienie klienta do zainteresowania się naszym produktem lub świadczonymi usługami.

Co to jest landing page?

Landing page (dosłownie – strona lądowania), to finalna strona, na którą trafiają użytkownicy po kliknięciu w udostępnioną przez nas reklamę lub odnośnik. Czym różni się od tradycyjnej strony internetowej? Przede wszystkim zawartością. Landing page skupia się na wybranym zagadnieniu, nie ma w nim miejsca na obszerne informacje i bardzo skomplikowaną strukturę. Jego siłą jest prosty przekaz i błyskawiczne dotarcie do jak największej liczby użytkowników. Wielu z nich doceni taką formę promocji firmy lub jej konkretnego produktu i skorzysta z zaproszenia do wypróbowania oferty.

Strona firmowa czy landing page?

Oczywiście nie w każdym przypadku landing page będzie idealną alternatywą dla tradycyjnej strony firmowej. Jego wdrożenie powinni rozważyć przede wszystkim przedsiębiorcy, którzy traktują internet jako narzędzie sprzedaży. Landing dotyczy konkretnego produktu, a wszystkie niezbędne informacje znajdują się bezpośrednio na jednej stronie. Dzięki temu łatwo zachęcić klienta do skorzystania z oferty lub zainteresowania się nią. To także wielka szansa dla przedsiębiorców, którzy dopiero ruszają ze swoim biznesem, a w ich ofercie nie ma jeszcze zbyt wielu pozycji. Landing page raczej nie zadowoli biznesmenów, którzy poprzez zaistnienie w sieci chcą osiągnąć określony efekt PRowy. Taka propozycja nie buduje świadomości marki, nie jest także w stanie przekazać zbyt wielu informacji na jej temat. Pamiętajmy jednak, że często to w prostocie drzemie największy potencjał. Koniec końców, niektórzy przedsiębiorcy podejmują decyzję o równoległym prowadzeniu zarówno langingów jak i rozbudowanych stron internetowych. Dzięki temu możliwe jest oddziaływanie na klienta na kilku poziomach jednocześnie.

Strona a landing page – różnice

Tradycyjną stronę od landingu odróżnia przede wszystkim struktura. Ta druga opcja jest najczęściej pozbawiona jakichkolwiek podstron oraz menu. Wszystko, co ważne, powinno znaleźć się na jednej stronie. Na co wobec tego stawiać? Na czytelność i idealnie skrojone materiały. Zadbajmy o to, aby wszelkie wątpliwości użytkownika zostały rozwiane, a w centrum jego uwagi znalazł się przycisk, który pozwoli mu dokonać zamówienia, uzyskać więcej informacji lub skontaktować się bezpośrednio z nami. Jakość tekstów i grafik odgrywa jeszcze ważniejszą rolę – powinny odpowiadać treści landingu i zachęcać gości do skorzystania z naszej oferty.

Artykuł został przygotowany przez firmę Landingi oferującą kreator stron landingowych.

HUAWEI z nagrodą „Best IoV Innovation”

Podczas Światowej Konferencji Inteligentnych Pojazdów 2017 rozwiązanie Connected Car firmy HUAWEI, opracowane na platformie OceanConnect IoT, zostało uhonorowane nagrodą „Best IoV Innovation”.

Stale zmieniające się technologie komunikacyjne niosą za sobą szybsze połączenia i nieograniczone możliwości w każdym aspekcie życia. W transporcie samochody stały się więc już bardziej inteligentne niż kiedykolwiek. Technologia Internet of Vehicles (IoV) napędza bowiem rozwój motoryzacji w kierunku smart car, a producenci samochodów starają się przekształcić z tradycyjnych wytwórców na dostawców usług transportowych.

Dzięki rozwiązaniu Huawei – Connected Car – informacje o pojazdach są teraz przesyłane do chmury przez bezpieczne, niezawodne i skuteczne połączenia, pomagając fizycznym zasobom w ruchu cyfrowym oraz promując cyfrową transformację przedsiębiorstw motoryzacyjnych.

Rozwiązanie to oferuje także usługi w zakresie zarządzania transportem, pod kątem gromadzenia i analizy ogromnych ilości danych, a także połączeń wzajemnych we flocie. Ponadto, dzięki ujednoliconym i bezpiecznym połączeniom z siecią umożliwia ono elastyczne dopasowane do wielu terminali.

Xie Hong, Dyrektor Cloud Core Network Connected Car Solution w Huawei

W Huawei dążymy do stworzenia otwartego i korzystnego środowiska do współpracy z wieloma frimami oparetgo na zasadzie win-win – mówi Xie Hong, Dyrektor Cloud Core Network Connected Car Solution w Huawei. – Czekamy więc z niecierpliwością na możliwość wejścia wraz z większą liczbą partnerów na szerszy rynek. Chcemy przy tym, aby nasze jednolite i otwarte rozwiązanie Connected Car stało się kluczowym czynnikiem umożliwiającym cyfrowe przekształcanie przedsiębiorstw – dodaje Xie Hong.

Obecnie firma Huawei pracuje nad wdrożeniem rozwiązanie Connected Car wraz z Grupą FAW, siecią ZAIN Arabia Saudyjska i malezyjskim telekomem Axiata.

Dalsza redukcja emisji CO2 osłabia pozycję silników Diesla

Branża motoryzacyjna nieprzerwanie dąży do obniżania emisji gazów cieplarnianych, wprowadzając coraz to nowe technologie. Przyjmuje się, że w 2021 roku wszystkie opłacalne rozwiązania stosowane w samochodach z napędem konwencjonalnym zostaną już wykorzystane. Dzisiaj wiadomo, że kończy się era diesla, a przyszłość należy do aut z napędami alternatywnymi.

Przemysł motoryzacyjny – pod wpływem coraz bardziej wymagających norm spalin wprowadzanych przez władze publiczne – poczynił niewątpliwie duże postępy w ograniczaniu ilości emisji CO2 przez poruszające się po drogach samochody. W 2015 roku średnia emisja nowych samochodów wynosiła 119,6 g CO2/km i była o 36,5 proc. niższa w porównaniu z 1995 rokiem (186 g CO2/km).

Jaka przyszłość czeka motoryzację w kontekście dalszego ograniczania emisji szkodliwych substancji do atmosfery? Dieter Zetsche, prezes Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów, twierdzi, że w 2021 roku emisja CO2 będzie mniejsza w porównaniu z 2005 rokiem o 42 proc.

Eksperci pracują nad nowymi normami emisji CO2

Według europejskich przepisów dot. norm emisji dwutlenku węgla na 2021 rok samochody osobowe nie będą mogły emitować więcej niż 95 g CO2/km. Należy tu dodać, że poziom ten to uśredniona wartość całej gamy modelowej każdej marki.

Czy przy obecnej średniej emisji dwutlenku węgla emitowanego przez nowe samochody wartości te są realne do osiągnięcia? Na 4 lata przed wspomnianym terminem niektórzy z producentów mają już w swojej ofercie samochody, które z nawiązką spełniają te parametry. Zgodnie z danymi Next Green Car – najpopularniejszego brytyjskiego portalu zajmującego się ekologią w motoryzacji – najniższym poziomem emisji CO2 wśród samochodów wyposażonych w silnik spalinowy może poszczycić się hybrydowa Toyota Prius (70 g CO2/km) oraz znajdująca się na drugim miejscu Toyota Yaris Hybrid (75 g CO2/km). W przypadku modeli wyposażonych w układ plug-in umożliwiający doładowywanie akumulatorów z gniazdka na pierwszym miejscu znalazło się elektryczne BMW i3 wyposażone w Range Extender (13 g CO2/km) oraz Toyota Prius Plug-in Hybrid (22 g CO2/km). Oczywiście w przypadku aut w stu procentach elektrycznych lub z napędem wodorowym – np. samochody Tesli lub Toyota Mirai – poziom emisji CO2 wynosi zero.

Samochody konwencjonalne zdrożeją? Zapowiadany jest nowy podatek

Samochody osobowe oraz dostawcze – według danych European Automobile Manufacturers Association – odpowiadają za emisję do atmosfery 13 proc. gazów cieplarnianych. Dlatego też Unia Europejska znalazła sposób na dodatkowe zmotywowanie koncernów motoryzacyjnych w dążeniu do spełniania nowych norm emisji spalin, przygotowując zestaw bonusów oraz kar.

Od 2019 roku każdy gram CO2 ponad ustaloną normę będzie kosztował producenta 95 euro. Co więcej kara będzie nakładana na każdy sprzedany pojazd! Bonusem ma być natomiast korzystny przelicznik dla modeli, które będą emitowały poniżej 50 g CO2/km – w 2020 roku przy obliczaniu średniej emisji samochodów sprzedanych przez danego producenta taki samochód będzie liczony jako dwa, rok później jako 1,67 i  następnie jako 1,33 w 2021 roku. W 2022 roku program bonusów zostanie zakończony.

Jak przewidują specjaliści JATO Dynamics, nie każdy z producentów ma szasnę uniknąć kary. Na straty narażone są koncerny motoryzacyjne, które mają znacznie rozbudowaną ofertę samochodów z dużymi silnikami. Rekordziści mogą zapłacić od 126 mln do nawet 1,36 mld euro kary. Czy są firmy, którym na pewno uda się tego uniknąć? Według PA Consulting restrykcje nie obejmą Toyoty, Lexusa oraz Volvo i grupy Renault-Nissan.

Koniec ery diesla już nie tylko wśród samochodów osobowych

Na początku drugiego kwartału 2017 roku skończyła się dominacja silników Diesla na europejskim rynku. Kwiecień – według danych JATO Dynamics – okazał się miesiącem, w którym sprzedaż samochodów zasilanych olejem napędowym spadła o 15 proc. rok do roku (cały rynek samochodów nowych w Europie spadł o 7,1 proc.). W efekcie udział diesli w rynku wyniósł zaledwie 46 proc. To była pierwsza taka sytuacja od czasów prowadzenia przez JATO Dynamics statystyk sprzedaży samochodów w Europie.

Wyniki za pierwsze półrocze 2017 roku nie poprawiły sytuacji diesli. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. ilość rejestracji samochodów zasilanych olejem napędowym spadła w Europie o 4,3 proc. Oznacza to, że udział diesla w całkowitej sprzedaży nowych samochodów na tym rynku znajduje się obecnie według danych JATO Dynamics na poziomie 45,3 proc. – to najgorszy wynik od 2009 roku, kiedy to udział tego rodzaju napędu wynosił 44,4 proc.

Równocześnie specjaliści JATO Dynamics zauważyli wyraźny wzrost zainteresowania samochodami z napędem alternatywnym. Dekadę temu stanowiły one zaledwie 0,4 proc. całego europejskiego rynku, dzisiaj ich udział znajduje się na poziomie 4,2 proc. Największymi wzrostami może pochwalić się Toyota – w okresie od stycznia do czerwca 2017 roku aż 40 proc. samochodów sprzedanych w Europie przez tego producenta stanowią auta z napędem alternatywnym.

Dwutlenek węgla nie jest jedynym problemem

Dzięki restrykcyjnym normom emisji spalin udało się zredukować nie tylko emisję CO2 do atmosfery, ale również spadła emisja tlenków azotu (NOx) oraz pyłów (PM). Jedne i drugie są szkodliwe dla zdrowia – te pierwsze powodują astmę, zapalenie oskrzeli, a nawet zawały i nowotwory – i są jednym z głównych składników smogu; te drugie są cząsteczkami sadzy, popiołów i toksycznych metali ciężkich. Tak więc, to czy samochód jest przyjazny środowisku, zależy nie tylko od tego, ile wynosi emisja dwutlenku węgla na każdy przejechany kilometr, ale także tlenków azotu i cząstek stałych.

Każdego roku zanieczyszczenie powietrza przyczynia się na terenie Unii Europejskiej do ponad 400 tys. przedwczesnych zgonów i szkód w środowisku naturalnym na około 330–940 mld euro rocznie. Już w 2010 roku European Comission Impact Assessment on Clean Air Policy Package ostrzegała, że zanieczyszczenia powietrza spowodowały w Polsce ponad 44 tys. przedwczesnych zgonów. Transport drogowy odpowiada za emisję 40 proc. NOx w Europie, a około 80 proc. tych emisji pochodzi z samochodów z silnikiem Diesla.

Osiągnięcie w 2021 roku założonego przez Parlament Europejski poziomu pozwoli na ograniczenie emisji dwutlenku węgla o 50 mln ton. Jakie będą normy emisji CO2 w trzeciej dekadzie dwutysięcznego roku? Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodowych przyznaje, że obecnie nie zostały jeszcze określone ostateczne wartości, ale przyjmuje się, że w latach 2021 – 2030 powinna nastąpić redukcja emisji o 20 proc.

Prezes Dieter Zetsche dodaje, że po 2020 roku wiele opłacalnych technologii stosowanych w silnikach napędzanych benzyną lub olejem napędowym zostanie już wykorzystanych, umożliwiając osiągnięcie norm CO2 na rok 2021. Dalsze redukcje CO2 będą możliwe już tylko dzięki wzrostowi sprzedaży samochodów z napędem hybrydowym, wodorowym oraz elektrycznym.

Wyższy wzrost PKB w 2016

Amerykański dolar pozostaje silny wobec euro, dolara kanadyjskiego i szwedzkiej korony. Te trzy waluty tracą przed decyzjami banków centralnych w sprawie polityki monetarnej, które zostaną podjęte jeszcze w tym tygodniu. W czwartek EBC może ogłosić swój plan ograniczenia skupu aktywów. Zdaniem niektórych analityków miesięczny skup może zostać zmniejszony o co najmniej połowę.

W tej sytuacji dobrze trzyma się złotówka wsparta oceną agencji S&P, która potwierdziła długoterminowy i krótkoterminowy rating Polski w walucie obcej na poziomie „BBB+/A-2” z perspektywą stabilną. Z kolei GUS skorygował wzrost PKB Polski w 2016 r. z 2,7% do 2,9% oraz podał korzystniejsze dane dotyczące deficytu sektora instytucji rządowych i samorządowych oraz długu sektora finansów publicznych w 2016 r.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do brytyjskiego funta (-0,03%) i japońskiego jena (-0,14%), a zyskuje do euro (+0,06%), dolara kanadyjskiego (+0,16%) oraz dolara australijskiego (+0,29%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,176, GBP/USD – 1,322, USD/CAD – 1,264, AUD/USD – 0,781 i USD/JPY – 113,5. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,23%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,5, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,89. Złotówka zyskuje do walut światowych. We wtorek rano dolar kosztuje ponad 3,59 zł, euro – poniżej 4,23 zł, funt – 4,75 zł, a frank szwajcarski – poniżej 3,65 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru zielonego i czerwonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,02%, frankfurcki indeks DAX – 0,09%, a paryski indeks CAC 40 – 0,27%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 spadł o 0,4%, meksykański indeks Bolsa – o 0,88%, a brazylijski Bovespa – o 1,28%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 0,5%, chiński indeks Shanghai Composite zyskał 0,22%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem tracił 0,7%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej wahają się. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 57,37 USD (-0,66%), a ropy WTI – 51,9 USD (+0,12%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostała na poziomie 59 USD. Z kolei cena złota po wcześniejszym spadku idzie w górę. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1281 USD. To 5 USD więcej (+0,39%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 2:30 – Japonia – Indeks PMI dla przemysłu, październik – 52,5 pkt. (prognoza 51,3 pkt.)
  • 9:30 – Niemcy – Indeks PMI dla usług, październik (prognoza 55,6 pkt.)
  • 9:30 – Niemcy – Indeks PMI dla przemysłu, październik (prognoza 60 pkt.)
  • 10:00 – Polska – Stopa bezrobocia wg GUS, wrzesień (prognoza 6,9%)
  • 10:00 – Strefa euro – Indeks PMI dla usług, październik (prognoza 55,7 pkt.)
  • 10:00 – Strefa euro – Indeks PMI dla przemysłu, październik (prognoza 57,8 pkt.)
  • 14:00 – Węgry – Decyzja ws. stóp procentowych, październik
  • 15:45 – USA – PMI dla usług, październik (prognoza 55,6 pkt.)
  • 15:45 – USA – PMI dla przemysłu, październik (prognoza 53,6 pkt.)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Polscy inwestorzy gotowi na decyzję EBC (komentarz obligacyjny UI TFI)

  • Październikowe posiedzenie EBC będzie bardzo ważne dla obligacji.
  • Oczekujemy decyzji o łagodnym wygaszaniu programu luzowania ilościowego w strefie euro.
  • Jeśli EBC zdecyduje się na ostrzejsze cięcie, przecena obligacji w Polsce powinna zostać zamortyzowana przez krajowych inwestorów.
Tomasz Pawluć, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI
Tomasz Pawluć, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI

Na czwartkowym posiedzeniu Europejskiego Banku Centralnego mają zapaść wiążące decyzje dotyczące przyszłości programu quantitative easing (QE) w 2018 roku. Dla inwestorów kluczowe są dwie informacje – ile pieniędzy bank centralny strefy euro na niego przeznaczy i o ile miesięcy go przedłuży. Dlaczego jest to tak ważne dla inwestorów?

W ramach programu luzowania ilościowego EBC skupuje przede wszystkim obligacje skarbowe państw strefy euro, płacąc za nie nowo wykreowanymi pieniędzmi. Od marca 2015 roku bank przeznaczył na niego już ponad 2 biliony euro, przyczyniając się do znacznego obniżenia rentowności (wzrostu cen) obligacji krajów członkowskich. Dalsze losy QE będą więc miały olbrzymi wpływ na potencjał europejskich papierów skarbowych.

Wygaszanie QE przebiegnie łagodnie

Najnowsze analizy wskazują na to, że od stycznia 2018 roku EBC przedłuży program skupu obligacji o kolejne sześć do dwunastu miesięcy, ale obniży jego skalę do 20-40 mld euro miesięcznie (z obecnych 60 mld euro).

Najbardziej optymistyczny scenariusz jest taki, że EBC ogłasza kontynuację skupu papierów skarbowych o wartości 40 mld euro miesięcznie przez kolejne dwanaście miesięcy. W tym wypadku oczekujemy wzrostu cen obligacji w strefie euro, ale także na świecie. W przypadku skrajnie negatywnego scenariusza bank ogranicza program QE do 20 mld euro miesięcznie i przedłuża go tylko o sześć miesięcy. Wówczas możemy się spodziewać się znacznej przeceny na rynku długu.

Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest jednak powolne wygaszanie luzowania ilościowego w strefie euro. Oczekujemy, że w październiku EBC wydłuży program QE o kolejne sześć miesięcy i ograniczy jego skalę do 40 mld euro miesięcznie.

Dlaczego? Europejski Bank Centralny ma świadomość, że nagłe cięcie programu wywołałoby perturbacje na rynku obligacji, generując problemy państw członkowskich. Ponadto spowodowałoby silne umocnienie wspólnej waluty i docelowo doprowadziło do spadku inflacji w strefie euro. Skutki takiej decyzji byłyby więc całkowicie sprzeczne z priorytetami polityki prowadzonej przez EBC.

Negatywne zaskoczenie okazją do zakupów polskich obligacji

Decyzja EBC ogłoszona przez Mario Draghiego po czwartkowym posiedzeniu zdeterminuje zachowanie rynków obligacji w najbliższych tygodniach. Jeśli (choć to mało prawdopodobne) EBC negatywnie zaskoczy inwestorów, pierwszą reakcją będzie wyprzedaż obligacji w Europie, w tym także w Polsce. W przypadku polskich papierów skarbowych wzrost rentowności może być dobrą okazją do zakupów.

Oceniamy, że krajowi inwestorzy są niedoważeni w polskich obligacjach skarbowych, co daje im znaczną siłę zakupową. Jeśli więc polskie papiery się przecenią (ich ceny staną się atrakcyjniejsze), a odpływ zagranicznego kapitału z rynku długu w Polsce nie będzie zbyt duży, krajowi inwestorzy będą w stanie zamortyzować tę przecenę.

Jak sygnalizowałem, jest to jednak scenariusz awaryjny. Trudno oczekiwać, że po latach ostrożnej i wspierającej polityki Europejski Bank Centralny zrobi inwestorom tak niemiłą „niespodziankę”.

Tomasz Pawluć, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI

Luksusowa nieruchomość jako inwestycja, czyli kto ma najwyżej położoną sypialnię w Unii Europejskiej

Coraz więcej osób stać na luksus. Coraz chętniej zamożni Polacy inwestują w nieruchomości z najwyższej półki, oczekując, że nie tylko ich wartość w czasie będzie rosła, ale także, że będą niepowtarzalne. Jeszcze nie tak dawno na życie w otoczeniu luksusu mogła sobie pozwolić tylko niewielka grupa Polaków. Jak jednak wynika z badań KPMG, liczba zamożnych i bogatych Polaków pierwszy raz w historii przekroczyła w 2016 roku milion. Ich łączne dochody netto szacowane były wtedy na około 171 mld zł. Najbliższe lata zapowiadają się obiecująco zarówno pod względem wzrostu liczby osób zamożnych i bogatych, jak i łącznego dochodu, którym dysponują.

– Prognozujemy, że w 2019 roku w Polsce będzie mieszkać blisko 1,3 mln osób zamożnych i bogatych, a ich dochód netto sięgnie około 220 mld zł – komentował wyniki raportu Andrzej Marczak, partner w KPMG w Polsce – Ta właśnie grupa osób chętnie lokuje kapitał w nieruchomościach z górnej półki.

Luksusowe domy i auta

Z ankiety przeprowadzonej wśród klientów Sotheby’s International Realty wynika, że zamożni Polacy coraz chętniej inwestują na rynku nieruchomości – aż 84 proc. ankietowanych osób przyznało, że uważa taką inwestycję za dobry sposób na pomnożenie swojego kapitału. Jednocześnie ponad 92 proc. badanych ma już przynajmniej jedną nieruchomość na własność. 54 proc. z nich mieszka w apartamencie, 33 proc. w nowoczesnej rezydencji, a 10 proc. jako miejsce zamieszkania podaje zabytkową nieruchomość.

Zdaniem doradców z Poland Sotheby’s polski rynek nieruchomości premium i luksusowych ma przed sobą bardzo optymistyczną perspektywę wzrostu. I wszystko wskazuje na to, że będzie się on rozwijał m.in. dzięki rosnącej zamożności Polaków i ich wzmożonym zainteresowaniu inwestowaniem w nieruchomości.

– Niewątpliwie osoby poszukujące aut, nieruchomości czy innych dóbr z najwyższej półki, to wyjątkowi klienci. Są to zazwyczaj ludzie, którzy dokonali w życiu celnych wyborów, wykorzystali swój talent, stworzyli coś unikalnego. Dlatego sami oczekują rzeczy niepowtarzalnych, luksusowych, wyjątkowych. To ich styl życia. Odważają się sięgać po ikony, bo one symbolizują sukces. Na rynku aut ikoną jest z pewnością Ferrari – mówi Michał Maske, marketing manager Ferrari Warszawa.

Jakie warunki powinien spełniać apartament, aby był najlepszą lokatą kapitału?

– Aby luksusowa nieruchomość była dobrą inwestycją i nie traciła na wartości, tylko zyskiwała, z wielką starannością należy oceniać wybrany apartament. Doskonała lokalizacja, niepowtarzalna jak w przypadku Złotej 44, świetny projekt spod ręki sławy – Daniela Libeskinda, funkcjonalne rozwiązania we wnętrzach, ale też jedyny w swoim rodzaju widok z okien – to bardzo ważne cechy luksusowej nieruchomości, która ma być trwałym składnikiem majątku – podkreśla Rafał Szczepański, wiceprezes spółki BBI Development, która jest inwestorem Złotej 44.

Dodaje, że luksusowa wieża z apartamentami z najwyższej półki to projekt niszowy. Nie jest to ani oferta dla wszystkich, ani zadanie, które może zrealizować każdy deweloper.

– Na polskim rynku jest sporo inwestycji udających apartamenty, o których słychać, że są niepowtarzalne nie tylko w Warszawie, ale i na skalę Polski. I pewnie są … jedyne w swoim rodzaju, ale żaden z tych projektów nie dorównuje ani udogodnieniami, lokalizacją, ani jakością Złotej 44, która już stała się ikoną – uważa Rafał Szczepański.

Po czym poznać prawdziwy luksus? W Złotej 44 całe ósme piętro zostało przeznaczone na strefę wypoczynku, w której znajduje się 25-metrowy basen, SPA z obsługą, sauna, łaźnia parowa, jacuzzi, w pełni wyposażoną siłownia, a nawet sala kinowa z symulatorem do gry w golfa.

– Dlatego Złota 44 jest najlepszym wyborem, jeśli chodzi o inwestycje w apartamenty z prawdziwego zdarzenia. I to nie tylko w Polsce, ale także w całej Europie. Jako jedyna spełnia wszystkie wymogi idealnej inwestycji. To na szczycie naszej wieży mieszkalnej znajduje się najwyżej położona sypialnia spośród wszystkich w Unii Europejskiej. Tylko my możemy spełnić takie marzenia – podsumowuje Rafał Szczepański.

Inwestycja na lata

Za w pełni wyposażone apartamenty w Złotej 44 trzeba zapłacić od 28 tys. zł za mkw. Całkowita cena najtańszego wynosi 3 miliony zł, a najbardziej luksusowy penthouse kosztuje kilkanaście milionów zł.

– Bardzo prawdopodobną korzyścią z inwestycji w mieszkanie w Złotej 44 jest również przewidywany wzrost jego wartości w czasie. Wynika to z faktu niepowtarzalności lokalizacji Żagla Libeskinda, jak też i samej inwestycji – uważa Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Jego zdaniem, kiedy apartamenty w Złotej 44 zostaną wyprzedane, amatorom luksusu pozostanie tylko rynek wtórny. – A ten wyceni apartamenty z pewnością w oparciu o przewidywany deficyt podobnych lokali. Nawet jeśli kiedyś w przyszłości powstanie w Warszawie kolejna atrakcyjna wieża apartamentowa, to z pewnością już nie w tak doskonałej lokalizacji i z tak unikatową panoramą jak w przypadku Złotej 44. A lokalizacja to jak wiadomo czynnik numer 1 w nieruchomościach – podsumowuje Jarosław Jędrzyński.

Więcej niż precyzyjne targowanie. Poznaj gigantyczne możliwość audience data

Żyjemy w czasach cyfrowej transformacji. Jeszcze nigdy nie produkowaliśmy tyle danych, co dzisiaj. Wolumen Big Data w internecie szacuje się obecnie na ponad 8 Zettabajtów danych, a w 2020 r. jego rozmiar ma wzrosnąć do 45. Cyfrowe informacje generowane są już nie tylko przez nasze komputery osobiste, gdy surfujemy w sieci, robimy zakupy w e-sklepach czy deklarujemy swoje zainteresowania w mediach społecznościowych. To tylko wierzchołek góry lodowej, która zamiast topnieć, rośnie jak na drożdżach.

Coraz więcej danych zbieranych jest przez firmy, m.in. dzięki systemom CRM i ERP. Dotyczą one np. interakcji z klientem, zrealizowanych transakcji, jak również procesów zachodzących wewnątrz przedsiębiorstw, cykli produkcyjnych czy dostaw towarów. Przykłady można by mnożyć i mnożyć. W rzeczywistości, w dużych podmiotach gospodarczych istnieje już niewiele aktywności, które nie byłyby rejestrowane przez systemy IT. Im nowocześniejsza firma, tym więcej danych przetwarza i monetyzuje. Regalix podaje, że przychody firm, które zaprzęgły analitykę danych do działań marketingowych, wzrosły nawet o ponad 50 proc. Marketing to jednak nie wszystko, z czego doskonale zdają sobie sprawę najwięksi rynkowi gracze, którzy dzięki zaawansowanym analizom wielkich zbiorów cyfrowych informacji podejmują lepsze decyzje biznesowe, co bezpośrednio przekłada się na ich wyniki finansowe. O tym, jak ważną rolę w zmieniającym się świecie odgrywają dane przekonują również eksperci z IDC. Ich zdaniem, w nowej gospodarce najlepiej poradzą sobie te organizacje, które nie tylko zbudują strumienie przepływu cyfrowych informacji – zarówno wpływających do firmy, jak z niej wypływających – lecz także nauczą się te informacje skutecznie przetwarzać i monetyzować.

Platformy, które mogą więcej

Jeszcze kilka lat temu brakowało technologii, która pozwoliłaby na przetwarzanie wielkich, często nieustrukturyzowanych zbiorów danych, pochodzących z wielu źródeł. Standardowe systemy BI ledwo radziły sobie z danymi, generowanymi przez przedsiębiorstwa, a analityka wolumenów Big Data pozostawała w sferze marzeń nielicznych wizjonerów. Wszystko zmieniło się wraz z rozwojem platform DMP (data management platform), które powstały w odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie na zaawansowaną analitykę danych i przyczyniły się do prawdziwej rewolucji. Żaden sektor IT nie rozwija się dziś tak szybko, jak sektor analityki Big Data. Najnowszy raport MarketsandMarkets wskazuje na 31 proc. wzrost wartości rynku BDaaS (Big Data as a Service) rok do roku. Do 2020 r. rynek analityki danych świadczonej w formie usługi ma być warty ponad 7 mld dolarów.

Możliwości nowoczesnych platform DMP są ogromne, a w swoich obliczeniach wykorzystują one zaawansowane algorytmy sztucznej inteligencji, takie jak np. uczenie maszynowe. Dostarczają one nieosiągalne dotychczas wyniki, wprawiające w osłupienie najlepszych specjalistów. Przekonał się o tym m.in. Joel Dudley, przewodniczący zespołu badaczy w szpitalu Mount Sinai Hospital w Nowym Jorku. Prowadzony przez niego program „Deep Patient” miał wykorzystać potencjał sztucznej inteligencji do przewidywania chorób. System wziął pod lupę karty 700 tys. pacjentów, analizując sprawozdania z wizyt w przychodni, wyniki badań, dane fizjologiczne i setki zmiennych. Korzystając z technologii deep learningu, pozbawiony reguł narzuconych przez programistów, system odkrył wzorce, ukryte w szpitalnej bazie danych i na ich podstawie stawiał zadziwiająco precyzyjne diagnozy. Prawdziwa konsternacja zapanowała, gdy okazało się, że system doskonale radzi sobie z rozpoznawaniem schorzeń psychicznych, takich jak schizofrenia. Choroby tego typu są trudne do zdiagnozowania nawet przez najlepszych specjalistów w dziedzinie psychiatrii.

Platformy DMP, a nowy marketing

Korzyści płynących z wykorzystania przez firmy zaawansowanych platformom DMP jest wiele. Ich najważniejszą cechą, której pozbawione są inne narzędzia do analityki danych, jest możliwość przetwarzania ogromnych ilości nieustrukturyzowanych cyfrowych informacji z licznych źródeł. Do najliczniejszych należą anonimowe dane o preferencjach i aktywności internautów, wykorzystywane m.in. do tworzenia kampanii w systemie programmatic. Stanowią one smakowity kąsek dla marketerów, pragnących dotrzeć z dopasowanym przekazem reklamowym do najlepiej konwertującej grupy docelowej. Pozyskuje się je z hurtowni danych, a zbiera najczęściej za pośrednictwem plików cookies. Największa taka hurtownia w Europie należy do Cloud Technologies i przetwarza ponad 9 mld anonimowych profili internautów. Z gromadzonych przez nią cyfrowych informacji dowiemy się m.in o decyzjach i intencjach zakupowych użytkowników sieci, ich zainteresowaniach, odwiedzanych stronach czy wyszukiwanych hasłach. Poza takimi danymi platformy DMP przetwarzają również szczegółowe dane demograficzne, pochodzące z renomowanych firm badawczych, dane geolokalizacyjne, bazy mailingowe i niezwykle istotne w działaniach marketingowych dane typu 1st party, pochodzące najczęściej z wewnętrznych systemów klasy CRM oraz tysiące zmiennych.

By zobaczyć, jak dane z poszczególnych źródeł się uzupełniają, weźmy pod lupę hipotetyczny przykład: operator sieci komórkowych chce reklamować nową ofertę z debiutującym na rynku smartfonem. Dzięki wykorzystaniu danych z systemu CRM będzie on mógł wyświetlić reklamę zachęcającą do przedłużenia kontraktu klientom, których umowa niebawem dobiegnie końca i pominąć tych, co zdecydowali się na zakup abonamentu w niedalekiej przeszłości. Odmienna kreacja i landing page przeznaczone będą dla osób, które nie znajdują się w gronie klientów operatora. Jeśli udałoby się mu pozyskać, jako dodatkowe źródło danych informacje z systemu CRM firmy zajmującej się na przykład naprawą urządzeń mobilnych, to odpowiednio dopasowaną reklamę mógłby skierować do osób, które uszkodziły swój dotychczasowy telefon i prawdopodobnie nie zdążyły jeszcze zakupić nowego. Przy takim targetowaniu można by było wziąć pod uwagę dane dot. zarobków, bo przecież nie każdy może pozwolić sobie na zakup smartfona z wyższej półki. Z pewnością należy również uwzględnić osoby, które szukały w sieci informacji o telefonach komórkowych, oglądały ich recenzje i wchodziły na strony z porównaniem ofert operatorów. Powinno się również pamiętać o analizie danych typu 2nd party czyli na przykład wyników poprzednich kampanii, kliknięciach i konwersjach przypisanych do konkretnych plików cookies.

Marketerzy specjalizujący się w digitalu doskonale rozumieją, że reklama online to zawsze „work in progress”.  Nie ma znaczenia, że kreacja jest świetna, a profile behawioralne odbiorców to data science przez duże S ze sporą domieszką psychologii i socjologii. Ilość i jakość pracy włożonej w przygotowanie kampanii rzecz jasna przekłada się na jej wyniki, ale nie bądźmy naiwni: jeśli chcemy mieć ponadprzeciętne rezultaty musimy poświęcić czas na optymalizację działań reklamowych podczas trwania kampanii, poprzedzoną szczegółową analizą wyników. Może okazać się np. że internauci mieszczący się w segmentach biznes i nowe technologie klikają w nasz baner kilkanaście razy częściej od tych, interesujących się np. modą czy zdrowiem. W takiej sytuacji należy pomyśleć nad zmianą kreacji dla zobojętniałych grup internautów lub zaprzestaniem wyświetlania im reklam oraz intensyfikacją emisji dla najlepiej konwertującego segmentu. Aby odpowiednio zoptymalizować tego typu proces z pomocą przychodzą nam raporty Adience-Insight’owe, które są zaawansowaną funkcjonalnością każdej profesjonalnej technologii Data Managment Platform.

Kolejną istotną zaletą posiadania platformy DMP jest możliwość gromadzenia i aktualizowania licznych zbiorów danych oraz wykorzystywania ich do realizacji działań reklamowych za pośrednictwem różnych platform DSP (Demand Side Platforms). Bez własnej platformy DMP reklamodawca ograniczony jest zazwyczaj do jednej platformy DSP, na której gromadzi dane ze realizowanych kampanii, co znacząca ogranicza zasięg prowadzonych przez niego działań reklamowych. Posiadanie własnej platformy DMP daje marketerom olbrzymią niezależność i nieograniczone możliwości integracji innych systemów oraz komplementarnych źródeł danych.

CRM, jakiego jeszcze nie znacie

Systemy CRM, które wykorzystuje się m.in. do zbierania informacji o klientach, bogate są w wartościowe dane typu 1st party, ale brakuje im dodatkowych informacji, które można wykorzystać m.in. do prowadzenia spersonalizowanych działań marketingowych. Z tego powodu, wiele przedsiębiorstw decyduje się na wdrożenie procesu, który w języku angielskim nazywa się „Data Enrichment”. Wzbogacając systemy CRM o dane zewnętrzne, firmy mogą nie tylko lepiej poznać swoich klientów, lecz również odpowiednim kanałem o najlepszej porze dotrzeć do nich z mocno spersonalizowaną ofertą.

Połączenie danych z systemu CRM, aplikacji i stron internetowych firmy z danymi typu 3rd party pomaga w utworzeniu cyfrowych portretów osób najczęściej korzystających z jej produktów lub usług. Znając ich zainteresowania, stopień zamożności i inne szczegóły z życia prywatnego tworzy się profile behawioralne idealnych klientów i na ich podstawie dociera z reklamą internetową do internautów o podobnej charakterystyce. Dzięki danym typu 3rd party możliwe jest również utworzenie 360 stopniowych profili klientów i ich szczegółowa segmentacja. W ten sposób można kierować komunikaty marketingowe dopasowane do potrzeb i zainteresowań poszczególnych grup, pomijając segmenty przynoszące najmniejsze zyski lub najgorzej rokujące.

Maciej Sawa, Chief Commercial Officer w OnAudience.com