Wirtualne systemy odpowiedzią na wyzwania firm w gromadzeniu danych. Analityki biznesowej uczą się od Polaków nawet w Japonii

Wirtualne systemy odpowiedzią na wyzwania firm w gromadzeniu danych. Analityki biznesowej uczą się od Polaków nawet w Japonii 1

Dużym wyzwaniem współczesnego biznesu jest sprawne korzystanie z potężnej liczby gromadzonych danych. Pomagają w tym rozwiązania integrujące bazy danych i przedstawiające wyniki w czytelny sposób. Business Intelligence pozwala nie tylko na dostarczenie informacji, lecz także na wsparcie decyzji na różnych szczeblach prowadzenia biznesu. Choć większość firm ma wdrożone systemy zarządzania danymi i narzędzia raportowe, dane te często pochodzą z różnych źródeł i nie są ze sobą zintegrowane, a to może utrudnić podejmowanie trafnych decyzji biznesowych.

Popyt na nowoczesne systemy informatyczne typu Business Intelligence do zarządzania przedsiębiorstwem jest coraz większy. Niedawno stosowane były głównie przez specjalistów i analityków, obecnie coraz częściej sięgają po nie osoby na kierowniczych stanowiskach. Standardowe rozwiązania nie zawsze się jednak sprawdzają. Przyszłością analityki danych jest idea Agile, czyli adaptacyjnego Business Intelligence. Projektowane rozwiązania pozwalają usprawnić ten proces dzięki importowaniu danych ze wszystkich baz, dodatkowo zapewniając bezpieczeństwo danych i dostęp do nich z dowolnego urządzenia.

– Integrując ze sobą dwa systemy, zawsze tworzymy trzeci system, do którego niestety trzeba za każdym razem skopiować dane. Takie rozwiązanie nie zapewnia takich możliwości, zwinności i nie reaguje tak szybko na zmiany rynkowe, jak można byłoby sobie tego życzyć. Dlatego trzeci system, który integruje dwa pozostałe, jest systemem wirtualnym. Udaje inny system, umożliwia więc zintegrowanie ze sobą np. dwóch bardzo dużych zbiorów danych bez konieczności kopiowania danych i różnego rodzaju problemów, z którymi mamy do czynienia w klasycznym rozwiązaniu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marek Byszewski, prezydent firmy Querona.

Rozwiązania klasy BI koncentrują się na procesie przekształcania danych w informacje oraz wiedzę, która może być wykorzystana do zwiększenia konkurencyjności firmy. Pozwalają na ujednolicenie i powiązanie wskaźników zgromadzonych w różnego rodzaju bazach danych z systemem informatycznym przedsiębiorstwa. W ten sposób dają użytkownikom dostęp do wykresów i wizualizacji, które zawierają kluczowe dla firmy dane np. o sprzedaży, wynikach handlowców czy otoczeniu rynkowym, ułatwiając podejmowanie strategicznych dla rozwoju firmy decyzji.

– Innowacyjne rozwiązania pozwalają bardzo szybko integrować ze sobą różne źródła danych. W naszym rozwiązaniu wspieramy ponad 100 typów źródeł danych, w ciągu kilku minut można zintegrować ze sobą dane z narzędzi typu Salesforce, Marketo, systemów bazodanowych typu Oracle SQL Server lub jakichkolwiek innych, bez konieczności kopiowania danych. Gdy zachodzi taka konieczność lub poprawienia wydajności rozwiązania, dajemy możliwość użycia 10 silników do przetwarzania danych, w tym również chmurowych, całkowicie przezroczyście dla użytkownika – tłumaczy Marek Byszewski.

Nowe systemy stanowią swoistą wirtualną bazę danych, która jest miejscem służącym do wyszukiwania wszystkich źródeł danych korporacyjnych. Umożliwiają import wszystkich źródeł danych, dostęp do wszystkich źródeł danych w czasie rzeczywistym i połączenie danych w ramach wielu źródeł. Usprawnienie procesu dostępu i integracji różnych źródeł i baz danych pozwala na znaczną oszczędność czasu, co przekłada się na sprawniejsze funkcjonowanie firmy i możliwość podejmowania szybszych decyzji biznesowych.

– Taki system może wdrożyć dowolna firma, która chciałaby jak najszybciej stać się firmą sterowaną danymi. W obecnej ekonomii niestety wszystko opiera się na danych, bez nich nie ma nowoczesnej analityki, nie ma sztucznej inteligencji, wszystko jest zasilane danymi  – przekonuje Marek Byszewski.

Eksperci zauważają, że logiczne systemy zarządzania danymi (hurtownie danych) i narzędzia wirtualizacji danych pozwalają szybciej i łatwiej realizować projekty Business Intelligence i big data. Querona łączy wiele źródeł danych, konsoliduje je i umożliwia prezentację wyników w różnych narzędziach. Rozwiązanie to sprawdza się nie tylko w Polsce, lecz także w Japonii.

– Na zaproszenie polskiej ambasady w Japonii wystartowaliśmy w konkursie dla polskich firm oferujących rozwiązania istotne dla branży fintech. Japońskie firmy, głównie banki i firmy ubezpieczeniowe, zagłosowały między innymi na nas, przedstawiliśmy rozwiązanie usprawniające analitykę, jedna z największych firm marketingowych w Japonii podjęła z nami współpracę – wyjaśnia Piotr Czarnas, prezes firmy Querona.

Według firmy analitycznej Gartner, rynek rozwiązań klasy Business Intelligence na świecie przekroczy w 2017 roku wartość 18 miliardów dolarów.

Współczesne obiektywy coraz bardziej przypominają komputery. O jakości zdjęć decyduje już nie tylko optyka, lecz także oprogramowanie

Współczesne obiektywy coraz bardziej przypominają komputery. O jakości zdjęć decyduje już nie tylko optyka, lecz także oprogramowanie 2

Rozwój fotografii cyfrowej następuje w kierunkach, które jeszcze kilka lat temu wydawałyby się nie tylko niemożliwe, lecz wręcz absurdalne. Jednym z nich są zmiany, jakie zachodzą w obiektywach do współczesnych aparatów. Ulepszenia coraz rzadziej dotyczą samej optyki, a coraz częściej polegają na cyfrowym poprawianiu obrazu. Obecnie tańszym rozwiązaniem jest wyposażenie obiektywu w procesor i odpowiednie algorytmy korygujące niż w specjalne szkła czy odpowiednie układy soczewek niwelujące wady konstrukcyjne obiektywów.

 

Jeszcze kilkanaście lat temu mówiąc o obiektywach, mieliśmy na myśli przedmioty składające się ze szkła, tworzyw sztucznych i metalu, zaś jedynym elementem wyposażonym w elektronikę były mechanizmy automatycznego ustawiania ostrości i ewentualnie stabilizacji optycznej. Ale czasy się zmieniają – współczesne obiektywy wyposażone są we własne procesory i odpowiednie oprogramowanie sterujące (tzw. firmware), które można, a nawet należy aktualizować, dokładnie tak samo, jak w przypadku smartfonów czy telewizorów SmartTV.

 Firmware w obiektywach występuje już od długiego czasu, od wielu lat występują mikroprocesory i wręcz systemy operacyjne w obiektywach, natomiast w ostatnim czasie zrobiło się faktycznie nieco głośniej na ich temat, dlatego że elektronika wchodzi coraz szerszym strumieniem do branży fotograficznej –mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje, Łukasz Jędrzejewicz kierownik ds. sprzedaży w Sigma ProCentrum.

Co ważne, tego typu oprogramowanie w obiektywie służy nie tylko do obsługi systemów odpowiedzialnych za ustawianie ostrości czy stabilizację obrazu. Zamiast – tak jak to niegdyś robiono – wyeliminować wady optyczne obiektywu, jego producent opracowuje odpowiednie wartości korekcji cyfrowych potrzebnych do ich wyeliminowania i wdraża je do firmware&HASH39;u. Dzięki temu obiektyw podpięty do aparatu komunikuje się z nim i informuje procesor obrazowy, w jaki sposób powinien korygować wykonane nim zdjęcia. Na przykład jeśli wadą obiektywu jest spadek jasności obrazu poza centrum kadru (tzw. winietowanie), to firmware obiektywu informuje procesor aparatu, w jakim stopniu powinien rozjaśnić poszczególne fragmenty zdjęcia.

Tego typu korekcja jest dużo tańsza niż stosowanie specjalnych, drogich gatunków szkła do soczewek albo stosowanie bardziej skomplikowanych układów optycznych. Paradoksalnie można jednak powiedzieć, że współczesne obiektywy – gdyby odrzeć je ze wspomagania elektronicznego – są gorsze niż konstrukcje sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Ten sam trend jeszcze mocniejszej cyfryzacji dotyczy zresztą samych aparatów.

– Widzimy wyraźną tendencję do eliminowania elementów mechanicznych z aparatów. W zasadzie losy lustra i mechanicznej migawki wydają się być przesądzone, wszystko zaczyna się opierać o szeroko rozumianą elektronikę – wyjaśnia ekspert.

Tak samo jak w przypadku innych produktów elektronicznych, firmware do obiektywów i aparatów można aktualizować. I zdecydowanie warto to robić, bo na przykład nowy firmware potrafi poprawić szybkość ustawiania ostrości o 40 proc. Ale zmiany potrafią być jeszcze większe.

– Słynną sytuacją jest firmware, który pojawił się około 2 lat temu u jednego z producentów aparatów bezlusterkowych, gdzie z poziomu nowego firmware&HASH39;u, aktualizacji oprogramowania, w zasadzie powstał nowy aparat – opowiada Łukasz Jędrzejewicz.

Aktualizacji oprogramowania sterującego obiektywem można dokonać na kilka różnych sposobów w zależności od rodzaju obiektywu i jego producenta. Czasem wystarczy podpięcie aparatu z założonym obiektywem do komputera mającego połączenie z siecią internetową i postępowanie zgodne z instrukcją producenta, w innych przypadkach konieczna jest wizyta w serwisie. Najciekawszym przypadkiem jest jednak specjalna przystawka do obiektywów Sigmy, tzw. USB Dock. Dzięki niej użytkownik może także zaprogramować swój obiektyw zgodnie ze swoimi indywidualnymi preferencjami.

– Umożliwia podłączenie swojego obiektywu do komputera, przy włączeniu odpowiedniego firmware’u, który udostępnia producent, możemy dokonać odpowiednich nastaw, możemy spersonalizować swój obiektyw – mówi nam szef sprzedaży w Sigma ProCentrum.

Obecnie – jak podaje Camera & Imaging Products Association – rocznie do dystrybucji trafia niewiele ponad 20 mln sztuk aparatów cyfrowych, niemal sześć razy mniej niż w szczytowym dla tej branży 2010 roku. Najwyraźniej spadła sprzedaż aparatów kompaktowych, których w 2010 roku trafiło do dystrybucji ponad 110 mln sztuk, a w zeszłym roku już tylko 12,4 mln. Natomiast lustrzanki i aparaty bezlusterkowe (dwa rodzaje aparatów z wymiennymi obiektywami) utrzymują w ostatnich latach dość wyrównany poziom sprzedaży, choć w przypadku tańszych urządzeń z tych kategorii również można zaobserwować tendencję spadkową.

Big data napędza rynek usług turystycznych. Odpowiednio ukierunkowane reklamy pozwalają przyciągnąć więcej turystów

Big data napędza rynek usług turystycznych. Odpowiednio ukierunkowane reklamy pozwalają przyciągnąć więcej turystów 3

Branża turystyczna coraz częściej sięga po big data. Analiza danych na temat klientów pozwala na sprofilowanie kampanii promocyjnych i oferty marketingowej do konkretnych użytkowników. To zaś przekłada się na większe zainteresowanie podróżami. Takie rozwiązania przynoszą efekty między innymi tureckiej i portugalskiej organizacji turystycznej. Efektywność dopasowanych reklam jest nawet 50 proc. większa niż w przypadku tradycyjnych kampanii.

 Big data w przemyśle turystycznym to przede wszystkim dane związane z aktywnością internautów i ich wyszukiwaniami kierunków czy biletów lotniczych, dostępności miejsc, hoteli i połączeń kolejowych. W internecie nic nie ginie, każdy nasz ruch jest tam odpowiednio zakodowany. Te informacje wykorzystywane są do celów marketingowych. Umożliwiają organizacjom turystycznym odpowiednie sprofilowanie swojej oferty marketingowej i skierowanie lepiej stargetowanych kampanii promocyjnych do konkretnych użytkowników – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Rek, dyrektor regionalny Amadeus Polska.

Nowe technologie pozwalają sprawdzić, kto szuka informacji o danym kraju czy regionie, a także o konkurencyjnych kierunkach podróży. Dzięki temu organizacje turystyczne mogą przeprowadzić ukierunkowaną kampanię przed rezerwacją biletów, a następnie zbadać wpływ kampanii na wzrost liczby gości. Z możliwości big data korzystają z powodzeniem organizacje turystyczne wielu krajów, m.in. Turcji czy Portugalii.

– Turecka organizacja turystyczna zainwestowała w to, by dotrzeć do potencjalnych turystów. Ze względu na sytuację geopolityczną ruch turystyczny w Turcji jest mniejszy niż kilka lat temu, ale nie wiadomo, jaki by był, gdyby nie te działania promocyjne. Także portugalska organizacja turystyczna stawia na to, by w nowoczesny sposób kierować swoje kampanie do turystów. Niemal 100 proc. ich budżetu jest wydawane na marketing online, czyli śledzenie poszczególnych osób zainteresowanych ofertą turystyczną – mówi Paweł Rek.

Jak podkreśla dyrektor Amadeus Polska, Portugalię przy 10 mln mieszkańców odwiedza nawet 80 mln turystów rocznie. Polska, choć ma mniejszy potencjał turystyczny niż Portugalia, mogłaby jednak przy wykorzystaniu nowych technologii w marketingu przyciągnąć znacznie więcej niż 17,5 mln turystów (dane GUS za 2016 rok).

 Od wielu lat intensywnie interesujemy się tym tematem, tworzymy bazy danych, które udostępniamy z wykorzystaniem narzędzi online naszym klientom. Mogą je też wykorzystywać linie lotnicze czy agencje turystyczne, aby sprawdzać, kiedy jest zainteresowanie konkretnym kierunkiem, kiedy podróżni szukają biletów np. do Bangkoku – mówi ekspert.

Dzięki coraz bardziej zaawansowanym metodom analitycznym, w tym narzędziom do inteligentnej analizy danych, można kreować nowe trendy w turystyce i promować nowe kierunki podróży. Przy wykorzystaniu bieżących i historycznych danych można wyznaczyć trendy odwiedzin wedle pochodzenia gości czy prognozowania zachowań podróżnych. W ten sposób organizacje turystyczne mogą opracowywać bardziej efektywne kampanie marketingowe.

– Ciekawym pomysłem na wykorzystanie big data w marketingu jest firma Travel Audience. Jej misją jest łączenie ogłoszeniodawców z firmami publikującymi ogłoszenia, a poprzez wykorzystywanie zgromadzonych danych na temat ruchu w internecie ma możliwość lepszego sprofilowania kampanii reklamowych – wskazuje Paweł Rek.

94 proc. użytkowników zabezpiecza swoje telefony. Większość robi to jednak mało skutecznie

94 proc. użytkowników zabezpiecza swoje telefony. Większość robi to jednak mało skutecznie 4

Zdecydowana większość użytkowników urządzeń mobilnych zabezpiecza swoje smartfony i tablety, jednak stosowane metody są zwykle mało skuteczne – wynika z raportu Fundacji Wiedza to Bezpieczeństwo. Kod PIN czy zabezpieczenie wzorem łatwo jest złamać, co więcej chronią one jedynie urządzenie, a nie znajdujące się na nim dane. To często nie tylko nasze zdjęcia i kontakty, lecz również ważne firmowe dokumenty.

– Według naszego raportu aż 94 proc. osób ankietowanych deklaruje, że zabezpiecza swoje smartfony, a 91 proc. tablety, więc ten współczynnik jest dosyć wysoki. Natomiast wątpliwości budzą metody używane do zabezpieczania tych urządzeń. Jest to głównie kod PIN oraz zabezpieczenie wzorem na ekranie. Oba te zabezpieczenia nie są zbyt profesjonalne, można je łatwo złamać – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Kaczmarski, przewodniczący Rady Fundacji Wiedza to Bezpieczeństwo.

Smartfony zabezpieczamy przede wszystkim kodem PIN (34 proc.), wzorem na ekranie (26 proc.) czy zabezpieczeniem biometrycznym (16 proc.). Jak przypomina ekspert, odpowiednie zabezpieczenie ma chronić nie tyle samo urządzenie, co zgromadzone na nim dane. Im bardziej cenne, tym mocniejsze powinno być zabezpieczenie.

Mocne hasło, składające się z ciągu dużych i małych liter oraz cyfr i znaków specjalnych, choć zwiększa bezpieczeństwo, jest mało praktyczne na mniejszych urządzeniach, częściej wykorzystywane jest na tabletach (27 proc. przy 12 proc. na smartfonach).

– Mocne hasło do wpisywania na telefonie jest bardzo kłopotliwe, o ile na tablecie jeszcze można to zrobić, o tyle na telefonie jest to raczej nierealne. Tutaj w sukurs przychodzą metody biometryczne, czyli odcisk palca, rysów twarzy – wskazuje Kaczmarski.

Zabezpieczyć dane przed utratą pozwala zrobienie kopii. Według badania Fundacji WtB robi to 8 na 10 ankietowanych, jednak tylko 37 proc. regularnie. W grupie osób zajmujących się profesjonalnie ochroną danych kopie wykonuje 95 proc. badanych, z czego 70 proc. regularnie. Najczęściej kopiują na zewnętrzny nośnik USB (74 proc.) lub umieszczają je w chmurze (35 proc.). Jest też grupa, która zapisuje dane na tym samym nośniku, ale w innym katalogu niż na innym dysku.

– Jak mówi stare przysłowie, użytkownicy dzielą się na dwie grupy: tych, którzy robią kopie i tych, którzy będą je robili – gdy stracą dane, poczują jak jest to dotkliwe, to zmienią podejście do tego tematu – mówi ekspert Fundacji Wiedza to Bezpieczeństwo.

Często przez wykorzystywane na co dzień urządzenia użytkownicy wykonują także służbowe obowiązki. Brak odpowiedniego zabezpieczenia może spowodować, że smartfon lub tablet stanie się furtką dla hakerów do pozyskania ważnych firmowych danych.

 Internetowa poczta firmowa stanowi łatwy sposób do złamania zabezpieczeń np. firmowego CRM. Wystarczy w CRM uruchomić opcję odzyskiwania hasła, a dostaniemy na pocztę link do zresetowania go. Często mamy dostęp do zasobów firmowych, jeśli złamiemy zabezpieczenia telefonu, jesteśmy wówczas wewnątrz firmowej sieci i możemy z niej kopiować dane – tłumaczy Kaczmarski.

Wciąż jednak firmy rzadko stosują systemy zarządzania bezpieczeństwem urządzeń mobilnych, przede wszystkim ze względu na koszty. Niekiedy jednak inwestuje się w systemy, które chronią nie samo urządzenie, a aplikacje i dane. Wówczas telefon może być zabezpieczony zwykłym PIN-em, jednak dostęp do danych możliwy jest dopiero po wpisaniu mocnego hasła.

– Istnieje szereg metod, aby zabezpieczyć urządzenie, począwszy od szyfrowania danych po używane szczególnie w dużych międzynarodowych firmach specjalne systemy do zarządzania urządzeniami mobilnymi, tzw. MDM. Tworzą one bezpieczny kontener, do którego nie sposób dostać się intruzowi z zewnątrz – przekonuje Maciej Kaczmarski.

Rodzicom chorych dzieci przysługuje zasiłek opiekuńczy do 60 dni w roku kalendarzowym. Świadczenie dostanie też opiekun chorego dorosłego, ale przez maksymalnie 14 dni

Rodzicom chorych dzieci przysługuje zasiłek opiekuńczy do 60 dni w roku kalendarzowym. Świadczenie dostanie też opiekun chorego dorosłego, ale przez maksymalnie 14 dni 5

Osobom opiekującym się dzieckiem lub chorym członkiem rodziny przysługuje zasiłek opiekuńczy – przypominają eksperci Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Jeśli opieka sprawowana jest nad chorym dzieckiem w wieku do 14 lat, to zasiłek przysługuje do 60 dni w roku kalendarzowym. Przy opiece nad starszym dzieckiem lub innym chorym członkiem rodziny świadczenie przysługuje do 14 dni w roku kalendarzowym. W wyjątkowych przypadkach na zasiłek można liczyć wtedy, gdy trzeba się opiekować zdrowym dzieckiem, np. w razie nieprzewidzianego zamknięcia żłobka, przedszkola czy szkoły lub choroby niani.

– Zasiłek opiekuńczy przysługuje do 60 dni w roku kalendarzowym, jeżeli sprawowana jest opieka nad zdrowym dzieckiem do 8 lat lub chorym dzieckiem do 14 lat. Jeżeli natomiast sprawowana jest opieka nad chorym dzieckiem powyżej 14 roku życia lub innym chorym członkiem rodziny, wówczas zasiłek opiekuńczy przysługuje do 14 dni w roku kalendarzowym. Okres pobierania zasiłku opiekuńczego łącznie nie może przekroczyć 60 dni w roku kalendarzowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Wróbel z Departamentu Zasiłków w Centrali ZUS.

Zasiłek opiekuńczy może uzyskać osoba, która jest objęta obowiązkowym lub dobrowolnym ubezpieczeniem chorobowym. Świadczenie będzie przysługiwać nie tylko w przypadku choroby dziecka, lecz także w przypadku sprawowania opieki nad dzieckiem zdrowym, które nie ukończyło 8 lat, np. przy nieprzewidzianym zamknięciu żłobka, przedszkola czy szkoły, do których chodzi dziecko, a pracownik został o tym zawiadomiony w terminie krótszym niż 7 dni przed dniem ich zamknięcia.

 Zasiłek na zdrowe dziecko przysługuje także w razie choroby niani, z którą rodzice podpisali umowę uaktywniającą. Przysługuje on także z powodu choroby, porodu czy pobytu w szpitalu małżonka ubezpieczonego, który stale opiekuje się dzieckiem – przypomina ekspertka ZUS.

Również przy opiece nad osobą dorosłą można liczyć na zasiłek opiekuńczy. Zasiłek wynosi 80 proc. wynagrodzenia, które stanowi podstawę wymiaru zasiłku, czyli przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia wypłaconego pracownikowi za okres 12 miesięcy poprzedzających miesiąc, w którym powstała konieczność zapewnienia opieki.

 Najczęściej jest to choroba małżonka, wypadek, uraz lub sytuacja, gdy chorym musimy się opiekować w domu. Często zdarza się też opieka nad rodzicem – jeżeli mamy rodzica chorego, leżącego w domu, również jest konieczność, że ktoś musi się nim opiekować. Tutaj ubezpieczyciel gwarantuje nam 14 dni w roku płatnej opieki nad osobą dorosłą mieszkającą pod tym samym adresem w czasie opieki – jest to warunek – wskazuje Katarzyna Bukol-Krawczyk, lekarz internista w Grupie LUX MED.

 Aby otrzymać zasiłek opiekuńczy, należy złożyć wniosek na formularzu ZUS Z-15. Do wniosku należy dołączyć dokument stwierdzający konieczność sprawowania opieki. Takim dokumentem jest zwolnienie lekarskie, gdy opieka sprawowana jest nad chorym dzieckiem bądź innym chorym członkiem rodziny – podkreśla Joanna Wróbel.

W przypadku choroby dziecka czy innego członka rodziny zwolnienie lekarskie wypisywane jest opiekunowi.

– Konieczność opieki orzeka lekarz leczący daną osobę. W sytuacji, gdy potrzebujemy zwolnienie np. do opieki nad mamą, to zwolnienie musi nam wystawić lekarz leczący naszą mamę – musi on orzec, że ta osoba wymaga opieki – tłumaczy Katarzyna Bukol-Krawczyk.

Jeśli zasiłek przysługuje z powodu opieki sprawowanej nad dzieckiem do 8 lat z powodu choroby, porodu czy pobytu w szpitalu małżonka ubezpieczonego, który stale opiekuje się dzieckiem,  wystarczy zaświadczenie lekarskie wystawione na zwykłym druku.

– Gdy jednak opieka sprawowana jest nad dzieckiem do 8 lat z powodu nieprzewidzianego zamknięcia żłobka, przedszkola czy szkoły, do których uczęszcza dziecko, lub w razie choroby niani, niezbędne jest złożenie oświadczenia ubezpieczonego o tych okolicznościach. Gdy niania jest chora, dodatkowo należy dołączyć kopię jej zwolnienia lekarskiego lub zaświadczenie lekarskie wystawione na zwykłym druku. Jeżeli zasiłek wypłaca ZUS, to trzeba dostarczyć zaświadczenie płatnika składek na formularzu ZUS Z-3, Z-3a lub Z-3b – przypomina Joanna Wróbel z Centrali ZUS.

Rynek kryptowalut przyciąga coraz więcej inwestorów. Kursy biją kolejne rekordy

Rynek kryptowalut przyciąga coraz więcej inwestorów. Kursy biją kolejne rekordy 6

W ciągu ostatnich miesięcy kursy kryptowalut biły kolejne rekordy, rozpalając wyobraźnię inwestorów. Inwestycje w kryptowaluty mają coraz więcej zwolenników. Polskie giełdy zwiększają obroty, a kryptowaluty wprowadzają do swojej oferty nawet uznane domy maklerskie. Eksperci przypominają jednak, że to młody rynek, który podlega dużym wahaniom i narażony jest na spekulacje.

Największe polskie giełdy kryptowalut osiągają dzienne obroty na poziomie kilku milionów dolarów. Szacuje się, że liczba aktywnych rachunków inwestorskich sięga kilkudziesięciu tysięcy. Te wielkości dynamicznie rosną – z miesiąca na miesiąc przyrasta zarówno obrót dokonywany przez Polaków na rynku kryptowalutowym, jak i liczba osób zainteresowanych inwestycjami w kryptowaluty – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Borek, szef porównywarki walutowej Kurencja.com.

Według aktualnych statystyk CoinMarketCap w obrocie znajduje się obecnie ponad 1000 kryptowalut, a łączna kapitalizacja tego rynku wynosi ponad 100 mld dol. Za blisko połowę tej wartości (45 mld dol.) odpowiada bitcoin (BTC) – najpopularniejsza wirtualna waluta, która zaistniała na rynku osiem lat temu.

Kurs bitcoina bił na przestrzeni ostatnich miesięcy kolejne rekordy. Na początku tego roku cena wirtualnej waluty była wyższa niż uncji złota, a w czerwcu podskoczyła do rekordowych 3 tys. dol. Obecnie, po korekcie, wynosi 2734 dol. (czyli prawie 10 tys. zł). Nominał jego jest tak duży, że w obrocie operuje się jednostką mBTC (czyli 0,001 BTC).

Dla porównania jeszcze w sierpniu ubiegłego roku jednego bitcoina można było kupić w granicach 500 dol. Tylko w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy kryptowaluta zyskała na wartości 260 proc., a od 2010 roku już kilkaset tysięcy procent.

Inwestor, który w styczniu 2015 roku kupił jednego bitcoina w cenie 165 dol. i sprzedał go za 3000 dol. w czerwcu tego roku, zarobił na nim 1800 proc. w nieco ponad dwa lata. Oczywiście, wszystko wygląda łatwo i prosto z perspektywy czasu, nie jest tak prosto kupować w dołkach i sprzedawać w górkach. Trzeba pamiętać o tym, że konkretne zyski inwestorów zależą od ich umiejętności radzenia sobie ze znacznymi wahaniami kursów kryptowalut, od umiejętności określania odpowiednich punktów zwrotu rynku – mówi Marcin Borek.

Kryptowaluty – często określane mianem gorączki złota XXI wieku – są przez wielu inwestorów postrzegane jako szansa na łatwy zarobek i dobra inwestycja alternatywna. Na początku lipca w mediach zasłynął anonimowy internauta posługujący się loginem 0x00A651D43B6e209F5Ada45A35F92EFC0De3A5184, który został kryptowalutowym milionerem – w szczytowym momencie jego portfel osiągnął wartość ponad 280 mln dol. (portfele są anonimowe, ale publiczne – każdy może zobaczyć ich zawartość).

Z drugiej strony takie inwestycje wiążą się też z pewnym ryzykiem: rynek kryptowalut jest bardzo młody, podlega dużym wahaniom i przyciąga spekulantów.

Dla wielu inwestorów ten rynek może być atrakcyjny ze względu na perspektywy. Być może uznają, że to pięć minut, które stwarza szansę zarobienia dużych pieniędzy. Trzeba się jednak liczyć z tym, że na tak dynamicznym i perspektywicznym rynku często będą się pojawiać duże i bolesne korekty kursów – przestrzega Marcin Borek.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy nerwowa atmosfera utrzymuje się wokół kursu ethereum – drugiej najpopularniejszej kryptowaluty, która powstała trzy lata temu jako alternatywa dla bitcoina (kapitalizacja ETH wynosi obecnie nieco ponad 21 mld dol.). Od marca 2017 roku kurs tej waluty wzrósł z 19 dol. do prawie 400 w czerwcu, by w sierpniu spaść do 220 dol. 21 czerwca br. kurs tej wirtualnej waluty spadł z 300 dol. do 10 c, żeby następnie znów odbić do poziomu ponad 290 dol. Krach spowodowała fałszywa informacja o śmierci Vitalika Buterina, twórcy ethereum.

Rynek kryptowalut rośnie, a inwestycje tego typu budzą duże emocje i przyciągają kolejnych inwestorów. Jedną z przyczyn może być niski relatywnie niski próg wejścia.

Bariera finansowa dostępu do rynku kryptowalutowego jest niska. Wystarczy kilkadziesiąt lub kilkaset złotych i już można próbować bawić się w spekulacje kryptowalutami. Trzeba jednak pamiętać o tym, że to młody rynek. Dlatego przygodę z inwestycjami kryptowalutowymi najlepiej zaczynać od niższych kwot. W przypadku straty pozostanie edukacja i doświadczenie, które inwestor będzie mógł wykorzystać w przyszłości – mówi Marcin Borek.

Na inwestycjach w kryptowaluty mogą zarobić zwłaszcza ci, którzy na bieżąco śledzą notowania i mogą szybko reagować na wahania kursowe. W Polsce największą kryptowalutową giełdą jest BitBay, którego dzienne obroty oscylują wokół 5 mln dol., oraz Bitmarket, którego obroty są o połowę niższe, ale historycznie to pierwszy tego typu serwis. Oba umożliwiają handel i wymianę kryptowaluty na tradycyjną (albo odwrotnie).

W czerwcu na rynek wkroczył też dom maklerski X-Trade Brokers, które wprowadził pięć kryptowalut do swojej oferty (obok bitcoina i ethereum jest jeszcze litecoin, ripple – mniej popularny w Polsce oraz dashcoin, czyli pięć kryptowalut o największej rynkowej kapitalizacji).

Kryptowaluty cały czas są jednak poza głównym nurtem inwestycyjnym. Dopiero czekamy, aż poziom świadomości wśród inwestorów z innych rynków wzrośnie i dołączą do inwestorów, którzy wywodzą się ze środowiska geeków technologicznych – mówi Marcin Borek.

Na początku lipca przed inwestowaniem w kryptowaluty przestrzegały wspólnie Narodowy Bank Polski i Komisja Nadzoru Finansowego. Przypomniały, że kryptowaluty nie są gwarantowane przez bank centralny i nie są prawnym ani powszechnie akceptowanym środkiem płatniczym. W opinii obu instytucji inwestycje w kryptowaluty wiążą się z ryzykiem oszustwa, utraty środków w wyniku cyberataku, z brakiem gwarancji (środki w wirtualnej walucie nie są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny) oraz ryzykiem związanym z dużymi wahaniami kursowymi.

Paradoksalnie, ostrzeżenia KNF i NBP mogą wywołać bardzo dobry skutek dla rynku kryptowalutowego. Rolą tych instytucji jest ostrzeganie inwestorów i potencjalnych klientów przed nowinkami finansowymi. Część inwestorów może to uznać za impuls, żeby lepiej się przygotować. Zresztą sam rynek, czyli giełdy i kantory kryptowalutowe, na pewno też zrobi wszystko, żeby standard tej usługi był lepszy, a bezpieczeństwo większe, żeby lepiej edukować swoich użytkowników – ocenia Marcin Borek.

NBP i KNF przyznały, że obrót kryptowalutami w żaden sposób nie narusza krajowego ani unijnego prawa. Natomiast technologia blockchain (łańcuch bloków, rozproszony rejestr), na której opierają się wirtualne waluty, może w przyszłości znaleźć zastosowanie np. w sektorze finansowym.

Środowisko skupione wokół rynku kryptowalut porównało ten komunikat do ostrzeżeń branży tytoniowej przed konkurencyjnymi e-papierosami. Polskie Stowarzyszenie Bitcoin w oficjalnym oświadczeniu wyraziło zdumienie stanowiskiem obu instytucji, wskazując, że coraz więcej państw dostosowuje swoje prawodawstwo do technologii blockchain oraz kryptowalut.

Trzeba pamiętać, że co do zasady jest to rynek nieregulowany, oddolny, tworzony przez użytkowników. Giełdy kryptowalut są przedsiębiorstwami, które umożliwiają handel tym nowym środkiem płatniczym, nowym aktywem finansowym. Na razie instytucje finansowe nie są w stanie bezpośrednio wpływać ani regulować tego rynku – mówi ekspert porównywarki walutowej Kurencja.com.

Kryptowaluty są coraz powszechniej akceptowane w realnym świecie, a nawet wprowadzane przez niektóre państwa jako oficjalny środek płatniczy. Na taki krok zdecydowała się m.in. Japonia. W Norwegii część banków otworzyła się na możliwość transakcji w bitcoinach. Lista sklepów i punktów usługowych, w których można płacić wirtualną walutą, szybko się powiększa.

Ponieważ kryptowaluty zapewniają pełną anonimowość, można je szybko przetransferować w dowolny zakątek świata, i opierają się na innowacyjnej technologii, część ekspertów jest przekonana, że zrewolucjonizują rynek finansowy. Potwierdzają to banki, coraz żywiej zainteresowane technologią blockchain i opartymi na niej kryptowalutami. Szwajcarski bank inwestycyjny Falcon umożliwia swoim klientom zarządzanie transakcjami w wirtualnych walutach, a możliwość ich wykorzystania analizuje też m.in. Chiński Bank Centralny.

Prawdopodobnie na naszych oczach rodzi się nowy segment rynku finansowego – mówi Marcin Borek.

Tegoroczne zbiory owoców będą znacznie niższe. Konsumenci odczują podwyżki

Tegoroczne zbiory owoców będą znacznie niższe. Konsumenci odczują podwyżki 7

Ze wstępnych szacunków GUS wynika, że zbiory owoców z drzew będą o 30–40 proc. niższe niż w roku ubiegłym. W niektórych odmianach owoców plony mogą być na poziomie 20 proc. – podkreśla prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. Wszystkiemu winne są silne wiosenne przymrozki. To odbije się na cenach. Konsumenci mogą spodziewać się także podwyżek cen mleka i masła, wieprzowiny – w zależności od sytuacji związane z afrykańskim pomorem świń, a także mąki i pieczywa – przy intensywnych opadach deszczu pogorszy się bowiem jakość zboża.

Prognozy zwłaszcza dla jabłek, wiśni i innych owoców są dość trudne. W największych centrach ogrodniczych takich jak Mazowsze, województwo świętokrzyskie, lubuskie, lubelskie, podkarpackie, przeszła dość ostra fala mrozów i jabłek po prostu nie ma. W zależności od odmian drzew owocowych, plon może być nawet w wysokości 20 proc. W niektórych regionach jest trochę lepiej, ale jabłek z pewnością w tym roku będzie znacznie mniej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Z opublikowanych pod koniec lipca wstępnych szacunków produkcji GUS wynika, że zbiory owoców z drzew w tym roku mogą wynieść 2,4-2,8 mln ton, czyli o 30-40 proc. mniej niż przed rokiem. Zbiory z krzewów owocowych i plantacji jagodowych oceniane są na ok.0,5 mln ton, czyli o ok. 15 proc. mniej niż w ubiegłym roku.

Mniejsze zbiory już mają przełożenie na ceny. Na rynku hurtowym w Broniszach ceny wiśni są nawet o 200 proc. wyższe niż przed rokiem, ceny jabłek są dwukrotnie wyższe, a brzoskwini o ok. 50 proc.

Resort rolnictwa szacuje, że w tym roku pszenicą, żytem, jęczmieniem, pszenżytem, owsem oraz mieszankami zbożowymi obsiano łącznie około 7 mln ha (o 3 proc. więcej niż przed rokiem). Zbiory zbóż (łącznie z kukurydzą, gryką i prosem mogą wynieść ponad 30 mln ton (przy 29,8 mln ton w 2016 roku), a plony ok. 4 ton z hektara. Duże opady mogą jednak sprawić, że zbiory będą mniejsze.

Jesteśmy obecnie na początku żniw. W poprzednich latach o tej porze byliśmy już na półmetku albo bliżej końca. Przez kraj przechodzi kolejna fala nawałnic i burz, rolnicy mają kłopot z zebraniem swoich plonów i nikt nie wie, jakie będzie to miało skutki. Pod koniec sierpnia będziemy wiedzieć więcej – wskazuje Szmulewicz. – Jeśli deszcze będą trwać dłużej, będziemy mieć gorsze parametry i gorszą jakość zboża konsumpcyjnego, a to spowoduje wzrost cen mąki i pieczywa.

Jak podaje ministerstwo rolnictwa, przez zimną i deszczową wiosnę nastąpiło opóźnienie zbiorów zbóż o ok. 7-14 dni. Przez to ceny na początku sezonu były relatywnie wysokie. Z danych resortu wynika, że na koniec czerwca na targowiskach za tonę pszenicy płacono średnio 796 zł (przy 714 w 2016 roku), a za żyto – 593 zł (527 zł w 2016 roku). W ostatnim tygodniu lipca ceny wzrosły odpowiednio do poziomu 817 zł za tonę i 607 zł za tonę.

Ministerstwo podaje, powołując się na dane Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – PIB, tegoroczne zbiory rzepaku mogą zwiększyć się o około jedną piątą w porównaniu z ubiegłorocznymi zbiorami.

Mamy cały czas tendencję wzrostu cen w produkcji mleka, jest duży popyt na masło ­– mówi prezes KRIR.

Według analityków Agencji Rynku Rolnego we wrześniu ceny skupu mleka w Polsce mogą być o 16-22 proc. wyższe niż przed rokiem (130-136 zł/hl). W dalszym ciągu też trzeba liczyć się z drożejącym masłem – we wrześniu ceny mogą być o 20-26 proc. wyższe niż rok wcześniej, a w grudniu różnica w cenie spadnie do poziomu jednocyfrowego.

Dość skomplikowana jest sytuacja z wieprzowiną, ceny rosną, ale mamy w Polsce przypadki ASF (afrykańskiego pomoru świń). Jeśli ogniska przejdą na większy obszar Polski, może to być duży problem dla producentów trzody chlewnej, może wówczas nastąpić redukcja stada trzody chlewnej. Trudno przewidywać jakie mogą być ceny i jak zareaguje rynek jeśli tak się stanie – podkreśla Wiktor Szmulewicz.

Choroba ASF pojawiła się w Polsce w 2014 roku. Łącznie wykryto 65 ognisk tej choroby, ostatnio w woj. podlaskim, lubelskim i mazowieckim.

Kurs franka poniżej 3,70! Koniec OFE w przyszłym roku.

Kolejne minima na franku i dolarze. Rząd zapowiada zakończenie polskiej przygody z OFE w przyszłym roku. Czy Czesi rozpoczną już dzisiaj normalizację polityki monetarnej?

Dalsze wzrosty euro

Skoro euro rośnie, to tracą inne główne waluty. W tym wypadku zarówno frank jak i dolar. Nie ma na razie zdecydowanego przegranego w tym wyścigu, ale obie waluty wypadają bardzo słabo. Złotówka utrzymuje relatywnie stabilny poziom względem euro. W rezultacie podobnie jak euro silnie umacnia się względem franka i dolara. Wczoraj oglądaliśmy zarówno CHF poniżej 3,70 zł jak i USD poniżej 3,60 zł. Szwajcarska waluta nie jest jeszcze tak tania, jak przed 15 stycznia 2015 roku, ale jeżeli utrzyma to tempo, znajdzie się na tych poziomach w ciągu kilku tygodni. Amerykańska waluta jest obecnie tylko trochę powyżej minimów z połowy 2015 roku. Powody tego ruchu są różne dla dolara i dla franka. Pomimo tego, że wygląda to na siłę euro, zdaniem specjalistów wynika to raczej ze słabości pozostałych walut. USD cierpi przez problemy w relacjach Trump – Republikanie. CHF przeżywa słabsze czasy przez inwestorów, którzy przestali się bać i uciekają z bezpiecznej przystani, którą oferował.

Koniec OFE w lipcu 2018

Otwarte fundusze emerytalne mają zniknąć w połowie 2018 roku. Ustawa mająca uregulować tę kwestię ma w tym kwartale trafić do sejmu, a w kolejnym być przegłosowana. Oznacza, to, że cała nasza przygoda z reformą emerytalną zniknie niedługo po osiągnięciu pełnoletności. Niestety w systemie jest za dużo środków, by rząd chcący realizować swoje postulaty gospodarcze mógł się oprzeć położeniu na nich ręki. Wcześniej częściowy zamach na OFE umożliwił Polsce wyjście z procedury nadmiernego deficytu. Teraz dokończenie go, pozwoli zwiększyć wydatki nie wchodząc w nią po raz kolejny.

Wzrost stóp procentowych w Czechach?

Dzisiaj o 13:00 poznamy decyzję Czeskiego Narodowego Banku w sprawie stóp procentowych. Jest to o tyle ważne posiedzenie, że analitycy spodziewają się wzrostu głównej stopy z 0,05% do 0,15%. Byłoby to pierwszej podniesienie stóp procentowych w naszej części świata od lat. Do marca Czesi interweniowali na rynku osłabiając koronę. Teraz zaprzestali tych praktyk i pozwolili się walucie umocnić. Najprawdopodobniej podwyżka stóp, o ile do niej dojdzie, spowoduje dalsze umocnienie korony względem innych walut.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:
13:00 – Wielka Brytania – decyzja w sprawie stóp procentowych,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
16:00 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

E-commerce w Polsce wypada słabo na tle krajów zaawansowanych cyfrowo

W wielu krajach Europy kobiety powyżej 45. roku życia są tak samo aktywne na rynku e-commerce, jak młodsze osoby. W Niemczech płeć piękna w wieku 45-54 lata stanowi największą część tego sektora, z wynikiem prawie 8 mln kobiet robiących zakupy online. W Polsce natomiast aż 2 miliony kobiet po 45. roku życia jest wykluczonych cyfrowo, wynika z Raportu Aasa – Polki Wykluczone Cyfrowo 2017, opracowanego we współpracy z Kantar Public. Oznacza to duże straty dla rynku, ale pokazuje także ogromny potencjał jego rozwoju w przyszłości.

W Czechach i Niemczech około 80 proc. społeczeństwa ma dostęp do Internetu. W krajach skandynawskich, takich jak Norwegia, Finlandia czy Dania jest to nawet około 90 proc. Powszechne korzystanie z sieci ma duży wpływ na rozwój e-handlu w tych krajach.

Około 45 proc. Czechów robi zakupy przez Internet. W Danii, Finlandii i Norwegii jest to już około 60 proc. społeczeństwa. W Niemczech 2/3 mieszkańców, a największą grupę użytkowników e-commerce stanowią osoby po 45. roku życia. Jest ich prawie 22 miliony, z czego aż 12,9 miliona to kobiety. W Czechach, Danii, Finlandii i Norwegii aktywnych użytkowników w tym wieku jest ponad 1 mln w każdym z krajów, a około połowę tej grupy stanowią kobiety.

Widać zależność między tak wysokimi wskaźnikami dotyczącymi robienia zakupów przez Internet a odsetkiem osób w danym kraju korzystających z Internetu. Może to być wynikiem szeregu lokalnych działań, ukierunkowanych na aktywizację cyfrową różnych grup wiekowych społeczeństwa, równolegle do powszechnej digitalizacji. Prawdopodobnie to właśnie dzięki temu osoby powyżej 45. roku życia w tych krajach są tak samo, a czasami nawet bardziej, aktywnymi użytkownikami rynku e-commerce niż młodsze grupy wiekowe.

W Polsce dostęp do Internetu ma tylko 63 proc. społeczeństwa. Natomiast aktywnych użytkowników e-commerce jest 49 proc., czyli 19,2 miliona. Wartość lokalnego rynku wynosi około 25 miliardów PLN, czyli 6,8 miliardów USD. Podobny wynik mają siedmiokrotnie mniejsze od Polski pod względem liczby mieszkańców kraje skandynawskie. W Danii rynek e-commerce wyceniany jest na 4,5 miliarda USD, w Finlandii na 5,2 miliarda USD, a w Norwegii na 6,7 miliarda USD. Wartość największego rynku niemieckiego to 56,2 miliarda USD.

Co sprawia, że pod względem rozwoju e-handlu Polki i Polacy są na poziomie kilkakrotnie mniejszych państw? Może to mieć związek nie tylko z zasobnością ich portfela, lecz również z ograniczoną aktywnością w Internecie, zwłaszcza w przypadku osób starszych. Tylko 5,4 mln Polaków po 45. roku życia korzysta z usług e-commerce, z czego 3,2 mln to kobiety.

Natomiast najnowsze badania wykazały, że aż 2 miliony kobiet w tym wieku jest wykluczonych cyfrowo. Jak wynika z Raportu Aasa – Polki Wykluczone Cyfrowo 2017, opracowanego we współpracy z Kantar Public w Polsce, większość z nich ma problem nawet z najprostszymi aktywnościami w Internecie. Ponad połowa jako niedostateczne ocenia swoje umiejętności związane z obsługą komputera (59 proc.) i wyszukiwaniem informacji w sieci (57 proc.). Najniżej Polki wykluczone cyfrowo oceniają swoje umiejętności w zakresie robienia zakupów przez Internet (78 proc.) i płatności internetowych (73 proc.).

Źródło: Aasa Polska S.A.

Polscy konsumenci najbardziej oczekują promocji typu 2 produkty w cenie 1

Raport „Smart Okazje – zwyczaje zakupowe Polaków 2017” wykazał, że 2. artykuł gratis to najwyżej ceniony rodzaj rabatu wśród konsumentów. Wskazało go aż 44% ankietowanych w kategorii Produkty Spożywcze, 31% badanych w segmencie Zdrowie/Uroda i 29% osób w sektorze Elektronika. Wyjątkiem okazała się branża Dom i Ogród. W tym przypadku 26% respondentów uznało, że najatrakcyjniejsza okazja to zniżka na duże zakupy.

W badaniu, zleconym przez Grupę AdRetail, na pytanie, które z promocji w kategorii Produkty Spożywcze są najbardziej atrakcyjne, aż 44% badanych wskazało na 2 artykuły w cenie 1. Według Katarzyny Czuchaj-Łagód, Dyrektor Zarządzającej firmy badawczej Mobile Institute, ten rodzaj okazji komunikuje łatwo policzalne korzyści. Dlatego wyjątkowo zachęca do spontanicznego kupowania 2 sztuk danego produktu. Natomiast, obniżki procentowe wymagają większych porównań z konkurencją, aby obliczyć, czy dana oferta jest faktycznie opłacalna.

– W branży spożywczej promocja 2 produkty w 1 cenie szczególnie się sprawdza, ponieważ na co dzień konsumujemy więcej żywności, niż artykułów z innych kategorii. Robienie zapasów jest dla nas korzystne, oczywiście w przypadku pożywienia, które nie psuje się szybko, np. przyprawy lub suche makarony. Warto również zwracać uwagę na datę przydatności takich towarów, aby nie były przeterminowane. Dopiero wówczas możemy mieć pewność, że optymalizujemy nasze wydatki. W ten sposób, sieci nakłaniają konsumentów do nabywania produktów, których inaczej by nie kupili – stwierdza Michał Rosiak z Grupy AdRetail.

Na podobnym poziomie znalazły się aż 3 rodzaje promocji, tzn. drugi i kolejne produkty w niższej cenie – 23%, wielopaki – 22% oraz sezonowe lub tematyczne okazje i wyprzedaże – 20%. Zdaniem Katarzyny Czuchaj-Łagód, wskazania rzędu 20-23% to dość wysokie wyniki, biorąc pod uwagę, że nie wszystkie okazje są równie często spotykane na rynku. Natomiast, konsumenci raczej szybko przyzwyczajają się do istniejących możliwości i uczą się je wykorzystywać.

– Tymczasem, zniżki w ramach karty lojalnościowej sklepu lub marki są najmniej istotne dla konsumenta. W kategorii Produktów Spożywczych wybrało je 18% badanych. Klienci wciąż są podejrzliwi wobec takiej możliwości, bo niechętnie podają swoje dane osobowe w celu założenia konta w programie lojalnościowym. W przyszłości sytuacja może ulec zmianie, dzięki social login, które ułatwią proces rejestracji. Lęk przed pozostawianiem informacji o sobie zniknie, gdy wystarczą dane już udostępnione w social mediach – przewiduje Michał Rosiak.

Duże rabaty na DIY

W kategorii Dom i Ogród 26% konsumentów uznało, że najbardziej atrakcyjna jest dla nich zniżka na duże zakupy. W opinii Katarzyny Czuchaj-Łagód, gdy decydujemy się pojechać do sklepu z wyposażeniem wnętrz, np. Ikea, Castorama czy Duka, to raczej nie udajemy się po jeden artykuł. Jeśli kupujemy tego typu produkty w Internecie, również mamy już często przygotowaną listę swoich potrzeb. To kwestia specyfiki zakupów w tej branży. Wyjątkiem jest sytuacja, w której szukamy prezentu. W opinii eksperta, wtedy rzadziej zwracamy uwagę na promocję, bo raczej chcemy kupić coś konkretnego dla drugiej osoby.

– Pozostałe odpowiedzi badanych na temat promocji produktów do mieszkania oscylowały wokół podobnej wartości. To znaczy, kupony rabatowe i oferty specjalne w oferowanych serwisach były na poziomie 23%, rabat na zakupy określonej kwoty – 23%, zniżki na wybór określonej formy płatności – 22% i sezonowe lub tematyczne okazje i wyprzedaże – 22%. Świadczy to o różnorodności potrzeb klientów. Jedna uniwersalna okazja nie zadowoli wszystkich. Obniżka na duże zakupy jest wyjątkiem, ponieważ minus 10% na rachunku o wartości np. 500 zł daje sporą bonifikatę – przekonuje ekspert z AdRetail.

Co piąty badany wskazał, że promocja związana z wyborem metody płacenia za zakupy, np. transakcja  mobilna lub opłata kartą, jest dla niego atrakcyjna. Anna Nowacka, Dyrektor Marketingu Polski Standard Płatności, operator systemu płatności BLIK, uważa, że może to wynikać z faktu, iż konsumenci coraz chętniej korzystają z nowych technologii, używają bankowości mobilnej i płacą telefonem. Żyją online, więc promocja opierająca się na wybraniu określonej metody płatności może być łatwa w realizacji.

Zniżki na zapas

– 31% osób uważa, że 2 produkty w cenie 1 to najlepsza promocja w kategorii Zdrowie/Uroda. W tym segmencie łatwo znaleźć dodatki komplementarne do zakupu, po jaki zjawiliśmy się w sklepie stacjonarnym czy e-sklepie. Nietrudno odszukać artykuł uzupełniający, który będzie się komponował z dowolnym produktem, np. w ofercie makijażowej. Ponadto, codziennie stosowane kosmetyki dość szybko się zużywają, więc warto kupować je na zapas, jeśli akurat są w promocji – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód.

Z kolei, Michał Rosiak przypomina, że asortyment kosmetyczny ma zwykle długie daty przydatności. Dzięki temu, zakup kilku takich samych artykułów w niższej cenie ma sens. Konsument wybiera np. 2 szampony, płaci za 1 i ma pewność, że ten 2. produkt będzie tak samo przydatny jak 1.  Znaczenie ma również aspekt wyższych cen, którymi są objęte dobre, często najchętniej przez nas wybierane, kosmetyki do codziennej pielęgnacji.

– Na ostatnim miejscu, znalazła się opinia, że najlepszą promocją w kategorii Zdrowie/Uroda są zniżki za duże zakupy. Tak stwierdziło 20% ankietowanych. To zupełnie odwrotny wynik niż w przypadku produktów do wyposażenia wnętrz, gdzie tego typu okazja była na 1. miejscu. Jest to podyktowane rozmiarem zakupów, które w przypadku kosmetyków są zwykle mniejsze. Zniżki na jednostkowe produkty i pakiety są bardziej atrakcyjne od promocji za cały koszyk zakupów, który ogranicza się do kilku kosmetyków – zaznacza ekspert z Mobile Institute.

2 sprzęty RTV cenie 1

W przypadku Elektroniki najwięcej osób, czyli 29% respondentów, uważa za najbardziej atrakcyjną promocję 2 produkty w cenie 1. Zdaniem eksperta z Grupy AdRetail, to wynika z wysokości kwoty, jaką trzeba zapłacić za artykuł należący do jednej z droższych kategorii. Możliwość kupienia 2 urządzeń w cenie 1, wydaje się bardzo atrakcyjna. Na wspólny zakup można umówić się z drugą osobą i podzielić cenę na pół. Niemniej, zaledwie 19% osób wskazało, że dla nich lepsza jest promocja, która daje drugi kolejny produkt w niższej cenie. Ten rodzaj okazji jak najbardziej pasuje do kategorii, w której do 1 artykułu często dokupujemy inne elementy, np. etui, ładowarkę czy słuchawki.

– Najmniej, bo 18%, respondentów wskazało, że sezonowe i tematyczne okazje są dla nich atrakcyjne w Elektronice. Wynika to z tego, że sprzęt nie ma przeznaczenia letniego lub zimowego. Tanieje, gdy dany model lub typ produktu zostaje wyparty przez coś nowego o lepszych parametrach. Oczywiście istnieją w tej kategorii okresowe wahania popytu, ale dedykowane, sezonowe wyprzedaże są w zasadzie najbardziej widoczne po Bożym Narodzeniu – zauważa Katarzyna Czuchaj-Łagód.

Badanie „Smart Okazje – zwyczaje zakupowe Polaków 2017”, zostało przeprowadzone przez Mobile Institute na zlecanie Grupy AdRetail. Partnerem przedsięwzięcia był Polski Standard Płatności, operator systemu BLIK. Dane zostały zebrane metodą CAWI, czyli za pomocą elektronicznych, responsywnych ankiet emitowanych w Internecie, na przełomie maja i czerwca br. W badaniu wzięło udział ponad 2800 osób w wieku powyżej 15 roku życia, w tym 40% kobiet i 60% mężczyzn.

Prezydenckie propozycje zmian w zakresie pomocy kredytobiorcom znajdującym się w trudnej sytuacji finansowej

2 sierpnia 2017 r. prezydent Andrzej Duda skierował do marszałka sejmu nowy projekt ustawy mający na celu po pierwsze zmianę mechanizmu wsparcia finansowego osób spłacających kredyty mieszkaniowe, będących w trudnej sytuacji finansowej, a po drugie wprowadzenie nowego instrumentu wspierającego dobrowolną restrukturyzację kredytów walutowych. Nowa ustawa określa zasady przyznawania i warunki korzystania ze zwrotnego wsparcia finansowego przyznawanego osobom fizycznym zobowiązanym do spłaty kredytu mieszkaniowego, które znalazły się w trudnej sytuacji finansowej, zasady przyznawania i warunki korzystania z pożyczki na pokrycie pozostałej części zadłużenia oraz zasady wspierania dobrowolnej restrukturyzacji. Instytucją, przez którą kierowana jest do potrzebujących kredytobiorców pomoc, będzie Bank Gospodarstwa Krajowego, a źródłem jego finansowania jest Fundusz Wsparcia Kredytobiorców powołany do życia ustawą z 9 października 2015 r. o wsparciu kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy. Nowa ustawa zakłada dodatkowo wyodrębnienie w jego ramach Funduszu Restrukturyzacyjnego, który miałby być źródłem finansowania wspierania dobrowolnej restrukturyzacji.

Projekt wprowadza istotne zmiany poprzednich przepisów ustawy z dnia z 9 października 2015 r. Wprowadzone przez tę ustawę zasady pomocy kredytobiorcom dawały możliwość pokrywania przez 18 miesięcy zobowiązań kredytobiorcy do wysokości 1 500 zł miesięcznie ze środków Funduszu Wsparcia Kredytobiorców. Po dwóch latach od wypłaty ostatniej transzy wsparcia, kredytobiorca zaczynał spłacać sumę otrzymanej pomocy, przy czym pomoc ta była nieoprocentowana, a okres spłaty mógł obejmować nawet 8 lat. Pozornie atrakcyjna oferta pomocy z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców nie przypadła jednak do gustu samym kredytobiorcom. Z około 600 mln zł zgromadzonych w funduszu w ciągu ponad roku wykorzystano dotychczas zaledwie nieco ponad 10 mln zł, co w opinii samej kancelarii prezydenta należy przypisywać przede wszystkim zbyt restrykcyjnym zasadom dostępu do pomocy. Przypomnijmy tylko, że według obecnie obowiązujących przepisów  aby otrzymać pomoc, kredytobiorca musi spełniać jeden z trzech podstawowych warunków:

  • w dniu złożenia wniosku o wsparcie kredytobiorca posiada status bezrobotnego,
  • koszty obsługi kredytu mieszkaniowego przekraczają 60% dochodu gospodarstwa domowego  (miesięcznie),
  • miesięczny dochód gospodarstwa domowego, pomniejszony o miesięczne koszty obsługi kredytu mieszkaniowego uprawniałby gospodarstwo domowe do świadczeń z pomocy społecznej.

Prezydencki projekt zakłada zmianę zasad dostępu do pomocy, a więc przede wszystkim dwukrotne podniesienie limitu dochodu uprawniającego do wnioskowania o wsparcie, zwiększenie wysokości wsparcia z 1 500 do 2 000 zł miesięcznie, wydłużenie okresu wsparcia z 18 do 36 miesięcy oraz okres spłaty z 8 do 12 lat. Projekt zakłada również możliwość częściowego umorzenia zobowiązań z tytułu wsparcia, szczególnie w sytuacji regularnego spłacania rat. Drugim, poza restrykcyjnymi zasadami dostępu do wsparcia, powodem niskiego wykorzystania środków z funduszu jest według autorów projektu fakt, iż  „rozpatrywanie wniosków w zbyt dużym zakresie pozostawiono kredytodawcom”. Stąd też projekt ustawy zakłada wprowadzenie procedury odwoławczej w przypadku odrzucenia wniosku przez kredytodawcę. Osoba wnioskująca o wsparcie w przypadku decyzji odmownej banku będzie miała prawo do zwrócenia się do Rady Funduszu o ponowne rozpatrzenie wniosku. Dodatkowo, bank nie będzie mógł wypowiedzieć umowy kredytu mieszkaniowego w okresie rozpatrywania wniosku.

Projekt ustawy przewiduje również nowe rozwiązanie polegające na udzieleniu kredytobiorcy przez BGK pożyczki na spłatę zadłużenia. Maksymalna wysokość takiej pożyczki wyniosłaby 72 000 zł, a środki te miałyby być przeznaczone na spłatę zadłużenia i w konsekwencji na zwolnienie hipoteki ustanowionej na zadłużonej nieruchomości. Rozwiązanie takie dałoby części kredytobiorców możliwość sprzedaży nieobciążonych nieruchomości, a co za tym idzie – uzyskania za nie rynkowych cen. Kredytobiorca spłacałby zaciągniętą pożyczkę na zasadach obowiązujących w przypadku wsparcia w spłacaniu rat kredytu.

Zupełną nowością wprowadzaną przez projekt nowej ustawy jest wprowadzenie wsparcia dla banków z tytułu przewalutowania kredytów indeksowanych i denominowanych znajdujących się w ich portfelach. Zgodnie z intencją autorów projektu, banki, które zdecydują się na restrukturyzację kredytów walutowych, otrzymają zwrot różnicy między wartością kredytów przed i po restrukturyzacji. Do realizacji tego celu w ramach Funduszu Wsparcia powołany zostanie specjalny Fundusz Restrukturyzacyjny, który zasilany będzie składkami banków o wysokości uzależnionej od wielkości posiadanego przez bank portfela kredytów walutowych. Mechanizm ten promować ma te banki, które w zdecydowany sposób zaangażują się w proces przewalutowania kredytów. Zgodnie z uzasadnieniem do ustawy, wpłaty na Fundusz Restrukturyzacyjny nie przekroczą 3,2 mld zł rocznie.

Proponowane zmiany pozytywnie zaopiniowały zarówno Komisja Nadzoru Bankowego, jak i Bankowy Fundusz Gwarancyjny.

Jerzy Ptaszyński
Dyrektor Działu Badań i Analiz Rynku Nieruchomości
Centrum AMRON

Żywność ekologiczna najszybciej rosnącym segmentem w przemyśle spożywczym. Przyczyniają się do tego również supermarkety i dyskonty

Żywność ekologiczna najszybciej rosnącym segmentem w przemyśle spożywczym. Przyczyniają się do tego również supermarkety i dyskonty 8

Wartość krajowego rynku żywności ekologicznej w tym roku może przekroczyć miliard złotych. To najszybciej rosnąca gałąź żywności sprzedawanej w sklepach – wzrost szacuje się na ok. 20 proc. rocznie. Coraz częściej produkty bio można kupić w dyskontach i supermarketach, co zwiększa dostępność do zdrowej żywności także w mniejszych miastach. Przy zakupie warto się kierować nie tylko krajem pochodzenia, lecz także oznaczeniem w kształcie zielonego listka, czyli oficjalnym logo ekologicznej żywności – radzą eksperci.

– Sprzedaż produktów ekologicznych rośnie w Polsce 20 proc. rok do roku. To długotrwały trend, który obserwujemy trzeci czy czwarty rok z rzędu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiktor Miałkowski, partner w firmie Pro Business Solutions. – Segment żywności ekologicznej będzie najszybciej rosnącą gałęzią żywności sprzedawanej w sklepach.

Polacy przywiązują coraz większą wagę do zdrowego odżywiania, stąd szybko rosnąca popularność żywności ekologicznej. Jak podaje Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, wartość krajowego rynku żywności ekologicznej w 2017 roku może po raz pierwszy przekroczyć miliard złotych.

Z danych przytaczanych w raporcie IMAS „Żywność ekologiczna w Polsce” wynika, że w naszym kraju żywność bio stanowi ok. 0,5 proc. rynku spożywczego. Dla porównania w Europie Zachodniej odsetek sięga 2–8 proc.

 Ciekawe jest porównanie siły nabywczej. Niemiec zarabia cztery razy więcej od przeciętnego Polaka, ale wydaje na żywność ekologiczną dwadzieścia razy więcej, co jednoznacznie potwierdza olbrzymi potencjał tego rynku i to, że będzie on rósł – ocenia Miałkowski.

Z raportu Międzynarodowej Federacji Rolnictwa Ekologicznego IFOAM wynika, że w 2015 roku wartość światowego rynku żywności organicznej przekroczyła 60 mld euro, z czego w Europie ponad 26 mld euro.

Raport szwajcarskiego Instytutu Badań Rolnictwa Ekologicznego FiBL wskazuje, że w 2014 roku na żywność eko przeciętny Niemiec wydał 97 euro, a Szwajcar ponad 220 euro. W Polsce przeciętny konsument przeznaczył na ten cel 4 euro. Ta kwota będzie jednak stopniowo rosnąć, zwłaszcza że dostępność takich produktów jest coraz większa.

Jak wynika z danych resortu rolnictwa, liczba producentów ekologicznych wzrosła z 3,7 tys. w 2004 roku do 24,2 tys. w 2016 roku. Z tego najwięcej jest ich w województwach warmińsko-mazurskim, podlaskim, zachodniopomorskim i mazowieckim, a najmniej w śląskim i opolskim. Z kolei liczba przetwórni ekologicznych zwiększyła się z 55 w 2004 roku do 562 w 2015 roku. Coraz częściej żywność ekologiczną można kupić w dyskontach i supermarketach.

– Sieci detaliczne bardzo się na tym koncentrują. To jedna z najszybciej rosnących kategorii produktów. Mamy dwa podejścia, sieci międzynarodowe jak Lidl czy Biedronka wręcz kreują ten trend, szczególnie Lidl w to celuje, natomiast cała reszta podąża za tym trendem. Mają świadomość, że skoro w krajach Europy Zachodniej jest to tak mocna kategoria, to Polska z roku na rok będzie za tym trendem coraz szybciej podążała – wskazuje ekspert.

Poza specjalistycznymi sklepami (880 w Polsce) ekologiczną żywność można kupić w dużych i mniejszych sklepach sieciowych. Lidl i Biedronka z ponad 3,3 tys. sklepami w Polsce mają już 26-proc. udział sprzedaży w produktach FMCG.

– Przeciętny Polak kupuje tego rodzaju produkty w supermarketach oraz dyskontach. To dyskonty najbardziej przyczyniają się do demokratyzacji dostępu. P pierwsze mocno zbijają ceny. Po drugie są już w każdym mniejszym mieście, co oznacza, że praktycznie każdy Polak jest w stanie taki produkt kupić – tłumaczy Miałkowski.

Dla większości z nas żywność ekologiczna to ta typowo polska. Jak jednak przekonuje ekspert Pro Business Solutions, przy zakupach warto zwracać uwagę nie tylko na kraj pochodzenia.

– Produkty biologiczne muszą być produktami certyfikowanymi. Podstawowa wskazówka dla kupujących to tzw. zielony listek, bardzo rozpoznawalny i wspólny znak dla wszystkich produktów wprowadzanych do obrotu na rynkach UE, również w Polsce – przypomina Wiktor Miałkowski.

Wyposażenie pracowni komputerowych w szkołach pozostawia wiele do życzenia. Niektórym placówkom trudno będzie sprostać reformie MEN

Wyposażenie pracowni komputerowych w szkołach pozostawia wiele do życzenia. Niektórym placówkom trudno będzie sprostać reformie MEN 9

Reforma edukacji zakłada naukę podstaw programowania już od pierwszych klas szkoły podstawowej oraz zwiększenie liczby godzin informatyki dla klas od czwartej w górę. Polskie szkoły nie są jednak przygotowane na to wyzwanie. Pomóc sprostać temu zadaniu mogłyby pracownie terminalowe – wyposażone w jeden mocny serwer i wiele stanowisk z monitorami. Koszty mogą być o 1/3 niższe niż w przypadku tradycyjnych pracowni komputerowych.

Pytanie o gotowość szkół do reformy MEN należy kierować do każdej szkoły z osobna, my natomiast wiemy, że w wielu przypadkach szkoły nie będą w stanie sprostać nowym wymaganiom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kamil Walkowicz, ekspert firmy ViDiS. – Przykładem są choćby pracownie komputerowe w szkołach, które dalej mają ogromne problemy z wyposażeniem. Wiele szkół dalej korzysta z pracowni komputerowych dostarczanych w ramach projektów MEN w latach 2004–2008, przez co sprzęt ten jest już wysłużony, a oprogramowanie nieaktualne.

Od września wchodzi w życie reforma edukacji. Dla wielu osób utożsamiana z likwidacją gimnazjów, wiąże się jednak także z wprowadzeniem innych zmian. Między innymi z wprowadzeniem elementów nauki programowania od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Dodatkowo uczniowie klas czwartych i starszych mają mieć zwiększoną liczbę godzin lekcji informatyki o jedną trzecią – z 210 do 280 godzin. Tymczasem zdaniem ekspertów szkoły nie są przygotowane do tego wyzwania.

Największym problemem szkół jest konieczność zapewnienia uczniowi indywidualnego stanowiska do pracy, a z uwagi na małe pracownie uczniowie muszą pracować we dwoje przy jednym komputerze bądź zajęcia są dzielone. Wiele szkół doposaża pracownie komputerowe na własną rękę, dokupując komputery stacjonarne czy laptopy – informuje Kamil Walkowicz. – Najczęściej zapomina się o tym, że szkolne pracownie są oparte o serwer, a dokupione komputery z nieodpowiednią wersją systemu operacyjnego nie będą pracować w takiej konfiguracji, więc pozorne rozwiązanie tego problemu odpowiedniej liczby stanowisk, generuje kolejne problemy.

Osobnym problemem są kwalifikacje nauczycieli często słabiej obeznanych z komputerami niż ich podopieczni. Na szkolenia dla pedagogów wydanych ma zostać 124 mln zł. Dodatkowo z danych Ministerstwa Edukacji Narodowej wynika, że pracownie komputerowe działają nie we wszystkich szkołach: ma je 88 proc. szkół podstawowych i 73 proc. gimnazjów. Doposażanie szkół w kolejne stanowiska generuje dalsze koszty.

Dla wielu osób stanowisko komputerowe jest tożsame z samym komputerem lub laptopem, a są przecież inne rozwiązania. Można na przykład całą pracownię komputerową, niezależnie od liczby stanowisk, zbudować na bazie jednego, odpowiednio wydajnego serwera – przekonuje Walkowicz. – W takim rozwiązaniu stanowisko ucznia dalej będzie wyposażone w monitor, klawiaturę i mysz, ale zamiast komputera pojawi się terminal komputerowy, czyli rodzaj minikomputera, za pomocą którego jesteśmy w stanie współdzielić moc obliczeniową jednego serwera.

To rozwiązanie powoduje też, że pracownia jest łatwiejsza w obsłudze: jej administrator, którym jest najczęściej nauczyciel informatyki w szkole, nie musi tracić czasu na konfigurację każdego stanowiska czy instalowanie oprogramowania na każdym komputerze. Oprogramowanie i wszystkie jego aktualizacje instalowane są raz na serwerze, a uczniowie na wszystkich stanowiskach mogą korzystać ze skonfigurowanego systemu.

Pracownie terminalowe na chwilę obecną są najtańszym rozwiązaniem nowej pracowni komputerowej. Można przyjąć, że szkoła wyda nawet 1/3 mniej na nową pracownię terminalową niż na pracownię komputerową opartą o klasyczne rozwiązania – radzi Kamil Walkowicz. – Ponadto to nie jest jedyna oszczędność. Później szkoła będzie oszczędzała pieniądze w postaci niższych rachunków za energię elektryczną, co wynika bezpośrednio z niskiego zapotrzebowania na prąd.

Fundusze Unii Europejskiej dużym wsparciem dla innowacyjnych start-upów. Młodym firmom pomagają także technologiczni giganci

Fundusze Unii Europejskiej dużym wsparciem dla innowacyjnych start-upów. Młodym firmom pomagają także technologiczni giganci 10

Wsparcie funduszy europejskich może znacznie przyspieszyć wprowadzenie innowacyjnych pomysłów na rynek. Przykładem jest firma Autenti, producent platformy do bezpiecznego przesyłania dokumentów drogą elektroniczną. Dzięki europejskim dotacjom rozszerza ona swoją działalność na całą Europę. Start-upom pomagają także technologiczni giganci.

Fundusze europejskie nie są jedynym źródłem finansowania dla start-upów, a jedynie pewną pomocą, zarezerwowaną głównie dla innowacyjnych firm. Przedsiębiorcy muszą sięgać także po inne źródła finansowania takie jak crowdfunding. Według raportu firmy ARC Rynek i Opinia, co dziesiąty Polak wsparł projekty crowdfundingowe. Co więcej, aż 41 proc. badanych deklaruje, że zaangażuje się w tego typu projekty w przyszłości. Poza dotacjami europejskimi i dofinansowaniem crowdfundingowym firmy mogą się opierać także na własnym kapitale. Przykładem, w jaki sposób sfinansować innowacyjny projekt, może być firma Autenti.

– Autenti, jak wiele innych przedsięwzięć, powstała jako projekt badawczo-rozwojowy. Założyciele mieli ideę i pomysł na to, jak powinno to wyglądać, natomiast idea musiała zostać zweryfikowana pod kątem technologicznym, prawnym i biznesowym. Jednym z wyzwań jest finansowanie takiego projektu, który nie jest oczywisty od samego początku. Tu z pomocą przyszły fundusze europejskie, dzięki dotacjom unijnym udało nam się dofinansować ten projekt, natomiast sporą część kapitału z własnych kieszeni wyłożyli wspólnicy-założyciele. W ten sposób projekt dotarł do takiej fazy, w której udało się go pokazać rynkowi, udało się również wprowadzić szereg zmian – pierwsza wersja produktu była daleka od tego, co jest dzisiaj – zdradza Grzegorz Wójcik, prezes zarządu w Autenti.

Narzędzi do przesyłania zaszyfrowanych dokumentów obecnie nie jest zbyt wiele na rynku. Od kilku lat nad takim rozwiązaniem pracuje firma Microsoft. W ramach swojej usługi Azure chce, aby można było przesyłać pliki bez ingerencji osób niepowołanych. W tym celu zabezpieczone dokumenty nie będę opuszczały bezpiecznej chmury opartej na Azure, a użytkownicy będą pracować na kopiach dokumentów. Korzystanie z takiego zabezpieczenia wiążę się jednak z potrzebą wykupienia dostępu do pakietu Office lub innych usług Microsoft. Rozwiązanie Autenti pozwala odbierać pliki przez użytkowników niemającym konta na platformie. To otworzyło drogę do proponowania rozwiązania w różnych branżach.

– Musieliśmy się bardzo dużo nauczyć, bez tej nauki bylibyśmy dziś w zupełnie innym miejscu. Każdy dzień i nowe doświadczenie z klientem to nowa perspektywa technologiczna, bo każdy może wykorzystać tę platformę do zupełnie innych celów. Jedni wysyłają umowy, inni PIT-y, jeszcze inni używają naszego rozwiązania do składania zupełnie innych oświadczeń woli, chociażby wnioski o delegacje czy urlopy. Rozmiar zastosowań jest ogromny, a patrząc na specyfikę różnych potrzeb, z każdym dniem się uczymy i stajemy się coraz lepsi – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Grzegorz Wójcik, prezes zarządu w Autenti.

Firma angażuje swoje środki w rozwój serwisu poświęconego identyfikacji tożsamości osób. W połączeniu z istniejącym sposobem na weryfikację dokumentów zamierza stworzyć w przyszłości jedną spójną platformę, obsługującą różnych użytkowników. Jak dowiedzieliśmy się od prezesa zarządu Autenti, w nadchodzących miesiącach firma swoje siły zamierza skierować na rynek europejski. Pozwala na to fakt, że we wszystkich krajach UE obowiązuje takie samo prawo dotyczące elektronicznego podpisu. To ułatwia wprowadzenie innowacyjnych rozwiązań w całej Unii.

– Problem, który rozwiązujemy, nie jest lokalny, jest on faktycznie bardzo podobny na całym świecie. W naszym przypadku koncentrujemy się na dwóch obszarach: pierwszy to rynek UE, tutaj korzystamy z tego, że we wszystkich krajach UE mamy zharmonizowane prawo dotyczące podpisów elektronicznych i jest to nasz wiodący rynek, na którym chcemy zdobyć popularność. Z drugiej strony widząc, jak wyglądają doświadczenia naszych klientów i potrzeby w zakresie globalnym, absolutnie chcemy, aby ten produkt był oferowany również poza UE, i tak na pewno będzie – podkreśla Grzegorz Wójcik z Autenti.

Swoją cegiełkę do pomocy polskim start-upom dokłada Google. W ramach programu Google Residency zwycięzcy konkursu uzyskują dostęp do pracy w Campusie Warsaw oraz wsparcie merytoryczne od specjalistów pracujących dla giganta technologicznego. Dostęp do tych zasobów uzyskało łącznie 11 firm i start-upów z Polski oraz Czech. Większość firm oferuję platformy, które w innowacyjny sposób odpowiadają na potrzeby użytkowników sieci. Radzą sobie bowiem z takimi zagadnieniami, jak pomoc osobom starszym, projektowanie w wirtualnej rzeczywistości, wymiana walut w sieci, wsparcie inwestycyjne czy udzielanie kredytów online przedsiębiorstwom. Wśród uhonorowanych przedsięwzięć znalazło się także Autenti, co pozwoliło firmie dotrzeć do klientów biznesowych i otworzyć się na nowe rynki.

– Udało nam się w ubiegłym roku wygrać wiele konkursów na innowacyjny projekt, w których uczestniczyliśmy. Dzięki temu spopularyzowaliśmy ideę naszego projektu wśród start-upów, korporacji, a także inwestorów i w tym zakresie projekt cieszy się dużym powodzeniem. Google, który jest właścicielem kampusu Warsaw i jest otwarty na innowacyjne firmy, które chcą podbijać globalne rynki, zaproponował nam wzięcie udziału w tego typu współpracy – tłumaczy Grzegorz Wójcik.

Jak wynika z raportu „Polskie Startupy. Raport 2016” przygotowanego przez Startup Poland w Polsce działa 2700 start-upów.

Nawet 11 mld zł mogą odzyskać Polacy pracujący w 6 krajach UE z nadpłaconego podatku

Nawet 11 mld zł mogą odzyskać Polacy pracujący w 6 krajach UE z nadpłaconego podatku 11

Polacy pracujący za granicą mają coraz większą świadomość, że mogą odzyskać nadpłacone przez ich pracodawców podatki. Mimo to do odzyskania pozostaje niebagatelna kwota 11 mld zł – wyliczyła Grupa Euro-Tax.pl dla 6 krajów (Wielkiej Brytanii, Holandii, Niemiec, Irlandii i Belgii). Rośnie także świadomość Polaków w zakresie tego, jakie zasiłki im przysługują. W części krajów można się ubiegać o zasiłek rodzinny za kilka lat wstecz.

 Na przestrzeni ostatnich lat obserwujemy, że świadomość Polaków odnośnie do składania deklaracji podatkowych, z którymi często związany jest zwrot podatku, jest coraz większa. W wielu krajach można odzyskiwać podatek za nawet 5 lat wstecz. Wyliczyliśmy dla sześciu podstawowych krajów, czyli Wielkiej Brytanii, Holandii, Niemiec, Irlandii, Austrii i Belgii, że do odzyskania nadal pozostaje bardzo duża kwota, w przeliczeniu około 11 mld zł – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Powiertowski, prezes Euro-Tax.pl.

Z raportu Euro-Tax.pl (dotyczącego emigracji czasowej) wynika, że średnie zarobki Polaków pracujących w Unii Europejskiej w ubiegłym roku wynosiły blisko 6,7 tys. zł miesięcznie. Kwota ta wzrosła w ciągu 13 lat członkostwa w UE z niecałych 5 tys. zł miesięcznie. Od 2004 roku Polacy w sumie zarobili ponad 1,2 bln zł.

Choć Polacy w UE mogą liczyć na znacznie wyższe stawki niż w Polsce, to ich dochody często nie przekraczają progu kwoty wolnej od podatku, to zaś oznacza, że naliczone i zapłacone przez pracodawcę zaliczki na podatek można odzyskać w całości.

Z badań Euro-Tax.pl wynika, że średnio za pracę w Wielkiej Brytanii w 2016 roku Polak odzyskał nieco ponad 3 tys. zł nadpłaconego podatku (przy zarobkach 5,4 tys. zł). W Niemczech, gdzie zarobki naszych rodaków są stosunkowo wysokie (średnio 10,9 tys. zł), odzyskiwano blisko 3,5 tys. zł, najwięcej zaś w Austrii, gdzie przy zarobkach przekraczających 12 tys. zł, średnio odzyskuje się 4,2 tys. zł z podatku. Najsłabiej pod tym względem wypada Belgia (1,8 tys. zł z tytułu nadpłaconego podatku).

 Składamy dla naszych klientów deklaracje najczęściej za rok poprzedni, ale cały czas jest bardzo duża grupa Polaków, która składa deklaracje za 3–4 lata wstecz. Można z tego wywnioskować, że coraz więcej Polaków będzie wykorzystywać te okresy wstecz, z drugiej strony zawsze jest rok, który przepada, co roku tracimy kwotę podatków nieodzyskanych – tłumaczy Powiertowski.

Polacy pracujący za granicą mogą również otrzymać różnego rodzaju świadczenia i zasiłki, które przysługują im za pracę na terenie danego kraju. W niektórych krajach można się ubiegać o zasiłek rodzinny za kilka lat wstecz. Również w tym zakresie świadomość Polaków rośnie.

 Duże znaczenie miała tu kampania programu Rodzina 500 plus. Polacy przyzwyczaili się do tego, że jeśli mają dzieci, mogą pozyskiwać zasiłki nie tylko z Polski, lecz także z Niemiec, gdzie ten zasiłek jest największy. W UE nie można pozyskiwać dwóch zasiłków na raz. Jeśli ktoś pozyskuje zasiłek w Polsce i w Niemczech, to musi zasiłek polski odliczyć od niemieckiego i pozyskać z Niemiec różnicę. Zasiłek w Niemczech jest o wiele większy, ciągle jest to atrakcyjna kwota dla polskich migrantów – wskazuje prezes Euro-Tax.pl.

Osoba pracująca w Holandii może się ubiegać o zwrot dodatku do ubezpieczenia (tzw. Zorgtoeslag). W 2016 roku z tego tytułu średnio można było odzyskać 339 euro. W przypadku zasiłku rodzinnego – ponad 3,6 tys. euro.

– Najwyższe kwoty zasiłków na dzieci są w Niemczech, mówimy tu o kwotach od 190 do 220 euro na każde dziecko. W Holandii mówimy o kwotach około 180 euro, ale już kwartalnie. Podobnie jest w Belgii. Na Wyspach są to kwoty bardzo zbliżone do polskiego zasiłku – wymienia ekspert.

Największy zasiłek rodzinny można odzyskać w Niemczech, ponad 7,3 tys. euro, czyli ok. 32 tys. zł. Jak jednak przypomina prezes Euro-Tax.pl, od stycznia 2018 roku o zasiłek rodzinny (Kindergeld) będzie można się ubiegać tylko za 6 miesięcy wstecz (dotychczas były to 4 lata). Dla przykładu osoba mająca dwoje dzieci za okres pełnych 4 lat mogła się ubiegać o zasiłek rodzinny w Familienkasse w wysokości do 18 tys. euro łącznie.

– Kwota zasiłków nie ulega zmianie. Jeśli ktoś wyjeżdża za granicę, dotyczy go taka sama kwota zasiłku, ale musi się szybko o niego starać, bo okres został skrócony do pół roku. To bardzo krótko, biorąc pod uwagę to, że musimy skompletować bardzo dużo dokumentów, również w polskich urzędach – mówi Adam Powiertowski.

Rośnie polska konkurencja dla najpopularniejszego czytnika e-booków. To odpowiedź na coraz większą sprzedaż książek elektronicznych

Rośnie polska konkurencja dla najpopularniejszego czytnika e-booków. To odpowiedź na coraz większą sprzedaż książek elektronicznych 12

Według raportu Virtualo ponad połowa badanych użytkowników e-booków korzysta z Amazon Kindle. Konkurencja w tym obszarze jest jednak spora, a na rynku pojawiają się coraz to nowsze modele, także te wyprodukowane w Polsce. Przykładem jest inkBOOK – nowy czytnik e-booków z systemem Android.

Najtańsze czytniki e-booków na rynku można kupić już za niespełna 200 złotych, bazując na przeglądzie tej kategorii urządzeń w popularnych porównywarkach cenowych. Za te najdroższe zapłacić trzeba blisko 1000 złotych. Według raportu przeprowadzonego przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia na zlecenie Virtualo, ponad połowa badanych użytkowników e-booków (66 proc.) korzysta z Amazon Kindle.

 Kindle to urządzenie zaprojektowane przede wszystkim jako terminal sprzedażowy dla księgarni Amazon. Ma on na celu zbieranie informacji o tym, co czytamy, sugerowanie nowych pozycji do przeczytania oraz umożliwienie ich jak najszybszego zakupu i dostarczenia. Jest to narzędzie niemal idealne, pod warunkiem że ktoś zakupuje i czyta książki z księgarni Amazon. My celujemy w dużo szersze zastosowania i dużo szerszy rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Horbaczewski, ‎założyciel firmy Arta Tech.

Jak wynika z raportu Virtualo, najważniejszą zaletą czytników e-booków jest brak konieczności noszenia przy sobie ciężkich książek. Nowe czytniki nie służą jednak wyłącznie do czytania. Producenci czytników chcąc odróżnić się od Amazona, decydują się na większe otwarcie na rynek – w tym na różnych dostawców cyfrowych treści, a nawet na możliwość dodawania nowych aplikacji i funkcjonalności, dzięki systemowi Google Android.

 inkBOOK nie służy tylko i wyłącznie do czytania książek, lecz także do przeglądania kanałów informacyjnych. Możemy zainstalować aplikacje, na których sprawdzimy pogodę. Co więcej, mamy wszystkie zastosowania znane z androidowych tabletów, ale dostępne na przyjaznym dla oczu ekranie z papieru elektronicznego – twierdzi założyciel Arta Tech, twórcy czytnika.

Jak przekonuje Paweł Horbaczewski, ekrany e-ink stosowane w czytnikach są obecnie wyłącznie czarno-białe, dlatego nie nadają się do zastosowań multimedialnych. Może się to jednak zmienić w przyszłości – odpowiednie technologie są już na rynku, wymagają tylko udoskonalenia.

Na sam kolor, który umożliwi rozszerzenie wykorzystania tych technologii do czytania kolorowych czasopism czy książek naukowych, musimy jeszcze niestety trochę poczekać. Te technologie już istnieją na rynku, natomiast są głównie wykorzystywane do celów prezentacji informacji w sieciach handlowych czy jako elektroniczny substytut billboardów. Wadą kolorowego e-papieru jest długi czas odświeżania, trwa ono nawet kilkadziesiąt sekund, uniemożliwia to zastosowanie w urządzeniach mobilnych – wyjaśnia ekspert.

W krótszej perspektywie rozwój e-czytników zmierzał będzie w stronę zwiększenia kontrastu. Jako istotna wada wciąż postrzegany jest także długi czas odświeżania, czemu w przyszłości ma zaradzić zwiększona częstotliwość odświeżania ekranu. Natomiast różnorodność wielkości wyświetlaczy przekłada się na możliwość zastosowania czytników do zupełnie innych celów, m.in. w dokumentacji biurowej oraz działalności akademickiej. Pojawia się przy tym nowy czynnik – ekologiczny.

6-calowe urządzenia, które są stosunkowo niewielkie, kieszonkowych wręcz rozmiarów, świetnie nadają się do czytania beletrystyki. Urządzenia o większej przekątnej ekranu, 8-calowe czy ponad 10-calowe, stanowią świetny substytut materiałów kserograficznych. Mamy nadzieję, że uda nam się opracować rozwiązania, które pomogą w znacznym stopniu w szerzeniu ideologii biura czy biznesu bez wykorzystania papieru oraz wspomogą zastosowania akademickie – studenci są obecnie najlepszymi klientami punktów ksero, a dzięki zastosowaniu tych technologii możliwe będzie przetwarzanie skanowanych dokumentów w ich elektronicznej formie, bez potrzeby drukowania czy tworzenia kopii – podsumowuje Paweł Horbaczewski.

Jak wynika z raportu czytelnictwa Biblioteki Narodowej, w 2016 r. 7 proc. badanych zadeklarowało, że korzysta z książek w formie cyfrowej, przy czym 3 proc. przyznawało się do częstego korzystania z e-booków. Ważny może być także fakt, że ten typ urządzeń nie starzeje się tak szybko jak smartfony czy komputery, a wydajność procesora czy pojemność pamięci RAM nie jest w ich przypadku tak istotna.

– Klienta bardziej interesuje, czy będzie mógł wygodnie czytać, jak szybko będzie pracowało urządzenie, jak szybko będzie pokazywało kolejne strony książek, w jakiej formie możemy wykorzystać je poza samym czytaniem książek, ile tych książek możemy zmieścić i jakimi drogami je dostarczać – uważa Paweł Horbaczewski.

7 proc. przebadanych przez Bibliotekę Narodową użytkowników korzystało z e-booków. Zauważalny wzrost zainteresowania książkami elektronicznymi przekłada się na sprzedaż czytników e-booków. Raport czytelnictwa sporządzony przez Bibliotekę Narodową wykazał, że 37 proc. Polaków w wieku co najmniej piętnastu lat przeczytało w 2016 r. co najmniej jedną książkę. 10 proc. ankietowanych przeczytało 7 lub więcej pozycji.

Ponad połowa Polaków krytycznie ocenia wymiar sprawiedliwości. Potrzebne są PR-owe działania, które zmienią ten wizerunek

Ponad połowa Polaków krytycznie ocenia wymiar sprawiedliwości. Potrzebne są PR-owe działania, które zmienią ten wizerunek 13

Cykliczne sondaże pokazują, że ponad połowa Polaków ma negatywne opinie dotyczące działania wymiaru sprawiedliwości. Również dziennikarze wskazują na wizerunkowe grzechy polskich sądów. Zdaniem ekspertów od komunikacji i PR niezależnie od poglądów politycznych, potrzebna jest otwarta debata i kampania społeczna, które pokaże, jak działają w Polsce sądy. Z kolei sędziowie powinni uprościć język, którym komunikują się z obywatelami i bezwzględnie przestrzegać etyki zawodowej. Dopiero wtedy uda się poprawić wizerunek polskiego sądownictwa. 

Proponowana przez PiS reforma wymiaru sprawiedliwości to jeden z najważniejszych tematów ostatnich tygodni. W toczącej się dyskusji często powracał wątek braku społecznego zaufania do wymiaru sprawiedliwości i złego wizerunku polskich sądów i prokuratury.

Z badań CBOS wynika, że ich działalność jest raczej przedmiotem krytyki niż aprobaty. W marcowym sondażu ponad połowa (51 proc.) Polaków negatywnie oceniła ogólne funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, natomiast pozytywną opinię miało 36 proc. badanych. Tylko 2 proc. stwierdziło, że wymiar sprawiedliwości działa „zdecydowanie dobrze”. Natomiast „zdecydowanie złą” ocenę wystawiło 12 proc. Polaków.

Wśród największych bolączek polskiego systemu sprawiedliwości Polacy wymienili przede wszystkim przewlekłość postępowań sądowych (48 proc.) oraz skomplikowane procedury (33 proc.), korupcję wśród sędziów (30 proc.), a także orzekanie zbyt niskich kar (23 proc.) oraz wydawanie wyroków na podstawie niewystarczającego materiału dowodowego (15 proc.). Dalej Polacy wskazywali również nagminne opóźnienia rozpraw, zbyt wysokie koszty postępowań sądowych, złą organizację pracy, niekompetencję sędziów i niewłaściwe traktowanie obywateli.

– Wizerunek polskiego wymiaru sprawiedliwości to temat wielowątkowy i skomplikowany. Z ankiety, którą przeprowadzono dwa lata temu wśród 153 dziennikarzy mediów ogólnopolskich i lokalnych, wyłoniła się lista grzechów wizerunkowych polskich sądów. Na tej liście są punkty takie, jak zła współpraca z dziennikarzami, brak szybkiej reakcji, opóźnienia w udzielaniu komentarzy, używanie niezrozumiałego języka, mała aktywność rzeczników prasowych i brak chwalenia się pozytywnymi działaniami, które sądy mają na swoim koncie – mówi agencji Newseria Joanna Jałowiec, redaktor naczelna serwisu PRoto.pl.

Złe postrzeganie wymiaru sprawiedliwości jest po części winą mniejszych lub większych potknięć wizerunkowych osób, które odpowiadają za relacje z mediami. Wpływają na to jednak również bariery biurokratyczne i sztywne przepisy, przeładowanie obowiązkami rzeczników prasowych sądów rejonowych i apelacyjnych (którzy równolegle zajmują się orzecznictwem), zbyt mała liczba biur prasowych i osób odpowiedzialnych za komunikację oraz brak jednolitego modelu kontaktów z mediami.

– Co ciekawe, rzecznicy prasowi sądów apelacyjnych i rejonowych zapytani o to, co należałoby poprawić, jednogłośnie stwierdzają, że konieczne byłoby stworzenie biura prasowego na szczeblu centralnym. Takie centralne biuro prasowe zajmowałoby się kształtowaniem strategii informacyjnej, reprezentowało sądy w mediach ogólnopolskich i wpierało działania lokalnych rzeczników – mówi Joanna Jałowiec.

Pod koniec lipca serwis PRoto.pl zapytał ekspertów od komunikacji i PR-u o wizerunek sądownictwa i sposoby na jego poprawienie oraz błędy, które popełniał przez lata polski wymiar sprawiedliwości. Specjaliści ocenili, że – niezależnie od politycznych sporów – konieczna jest reforma sądownictwa, która sprawi, że wymiar sprawiedliwości będzie bardziej przyjazny dla zwykłych obywateli.

– Fundamentalną sprawą jest też zmiana języka używanego przez sędziów i rzeczników prasowych na bardziej zrozumiały. Inne pomysły ekspertów PR to m.in. szkolenia dotyczące formułowania i przekazywania zrozumiałych komunikatów, niezamiatanie pod dywan spraw, które są niewygodne dla środowiska sędziowskiego oraz przeprowadzenie ogólnopolskiej kampanii połączonej z debatą publiczną na temat funkcjonowania sądów – wskazuje Joanna Jałowiec.

Zdaniem ekspertów opinia na temat wymiaru sprawiedliwości kształtuje się w kontakcie z obywatelami. Dlatego potrzebna jest społeczna kampania, która pokazałaby w sposób transparentny, jak działa w Polsce sądownictwo.

– Bardzo ważne jest też etyczne zachowanie samych sędziów. Bez tego nie sprawdzą się nawet najlepsze pomysły – mówi Joanna Jałowiec.

Sage otwiera w Polsce swoje centrum programistyczne. Na całym świecie jest tylko pięć takich ośrodków tej firmy

Sage otwiera w Polsce swoje centrum programistyczne. Na całym świecie jest tylko pięć takich ośrodków tej firmy 14

Dobra kondycja polskiego rynku IT przekłada się na rosnące zainteresowanie firm z tego segmentu. Międzynarodowa Grupa Sage otworzyła właśnie w Warszawie nowe Centrum Deweloperskie dla technologii chmurowych. 250 programistów będzie w nim pracować nad nowymi produktami i usługami cloudowymi. Na całym świecie jest tylko pięć takich ośrodków programistycznych. Inwestycja warta 30 mln zł potwierdza wzrost znaczenia polskiego rynku w strategii całej grupy.

– Polska jest najszybciej rosnącym rynkiem w Sage wśród państw europejskich. Wzrost przekracza 20 proc. Przyciągamy wielu nowych klientów – tylko w ubiegłym roku było to 10 tys. i mamy ambitne plany na przyszłość. Klienci zarówno dotychczasowi, jak i nowi cenią sobie rozwiązania Sage, więc chcemy wykorzystać to zainteresowanie – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stephen Kelly, dyrektor generalny Grupy Sage, która specjalizuje się w oprogramowaniu dla firm.

Według prognoz Gartnera w tym roku wydatki firm na IT w skali globalnej zwiększą się o ok. 2,9 proc. Natomiast polski rynek IT urośnie do końca roku o 5,5 proc. do wartości 38,5 mld zł. Pozytywna dynamika ma się utrzymać co najmniej do 2021 roku – oszacowali eksperci PMR.

Dobrą sytuację w branży IT potwierdzają wyniki finansowe Sage. Polski oddział międzynarodowej grupy podsumował w marcu pierwszą połowę roku obrotowego. W tym czasie firma odnotowała blisko 30-procentowy wzrost klientów i zwiększenie przychodów o ponad 20 proc. Rekordowe dla firmy były również wyniki finansowe przedstawione w końcówce 2016 roku. Polska jest w tej chwili najszybciej rosnącym europejskim oddziałem Grupy Sage.

Korzystając z dobrej passy, firma ma ambitne plany rozwoju na tutejszym rynku. W ciągu kilku najbliższych tygodni uruchomi w Warszawie swoje Centrum Deweloperskie, w którym tworzone będą rozwiązania chmurowe przeznaczone na globalny rynek. Inwestycja potwierdza wzrost znaczenia polskiego rynku w strategii całej grupy.

To nowy etap w historii Sage – nowe rozwiązania w chmurze, nowe technologie i nowy budynek. To przekłada się na pozytywne postrzeganie naszej firmy na polskim rynku. Stąd decyzja o tak dużych inwestycjach w Polsce. Liczymy, że nowe Centrum Deweloperskie będzie służyć firmom w Polsce i na całym świecie – mówi Stephen Kelly.

Dla Sage jest to bardzo ważny element budowania strategii w Polsce. Programiści w nowym Centrum Deweloperskim będą się zajmować rozwiązaniami chmurowymi, tutaj będą powstawać dwa bardzo ważne dla nas produkty: Sage X3 oraz Sage One. Zaczęliśmy już proces rekrutacji pracowników, w tej chwili dostosowujemy powierzchnię biurową – mówi Piotr Ciski, dyrektor zarządzający Sage w Polsce.

W nowym warszawskim centrum Sage zostanie docelowo zatrudnionych około 250 inżynierów programistów, którzy będą się zajmować głównie technologiami cloudowymi tworzonymi z myślą o firmach. Podstawowym wymogiem stawianym kandydatom w procesie rekrutacji będzie biegła znajomość języka angielskiego.

Dyrektor generalny koncernu Stephen Kelly podkreśla, że dzięki tej inwestycji Polska dołączy do elitarnej sieci pięciu światowych ośrodków programistycznych Sage. Pozostałe – zlokalizowane w Atlancie, Barcelonie, Johannesburgu, Manchesterze i Newcastle – zatrudniają ponad 2,5 tys. specjalistów, którzy tworzą nowe produkty.

– Nasz wybór miejsca był podyktowany różnymi kwestiami: dostępem do talentów, umiejętnościami pracowników, partnerstwem z instytucjami akademickimi. Polska jest świetną lokalizacją dla takiej technologicznej firmy jak nasza, która bardzo mocno wspiera małe i średnie przedsiębiorstwa. Naszym zdaniem nie ma lepszego miejsca na świecie na budowę takiego centrum – ocenia Stephen Kelly.

Wartość inwestycji przekracza 30 mln zł, a do 2019 roku ta kwota może wzrosnąć do 50 mln zł.

Strategia firmy zakłada, że Polska – obok Stanów Zjednoczonych – stanie się drugim światowym centrum zarządzania wewnętrznymi systemami IT całej grupy. Tutejszy oddział będzie odpowiadać za bezpieczeństwo i płynność działania organizacji.

Sage jest jednym z największych na świecie dostawców systemów finansowo-księgowych i kadrowo-płacowych. W Polsce dostarcza rozwiązania i usługi ponad 70 tys. klientom. Jej produktu chmurowego Sage eAudytor używa ponad 6 tys. przedsiębiorstw.

Grupa dużo inwestuje w rozwój technologii chmurowych. W ostatnich dniach firma poinformowała o akwizycji Intacct, amerykańskiego lidera chmurowych rozwiązań finansowo-księgowych dla średnich i dużych przedsiębiorstw. Wartość transakcji wyniosła 850 mln dol.

Według prognoz Gartnera w 2017 roku rynek usług chmurowych zanotuje 18-procentową dynamikę wzrostu, a jego wartość w skali globalnej wzrośnie z 209,2 do 246,8 mld dol. Rosnącą popularność chmury potwierdzają też badania IDC, według których w najbliższych latach wartość tego segmentu będzie rosnąć pięć razy szybciej niż pozostałe usługi IT.

Ponad połowa małych i średnich firm w Polsce wymienia samochody służbowe co 5-10 lat

W ponad połowie z niemal 2 milionów polskich przedsiębiorstw z sektora MŚP samochody służbowe są użytkowane od 5 do 10 lat – wynika z najnowszego badania zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A. 22,2 proc. przedstawicieli mikro, małych i średnich podmiotów gospodarczych deklaruje, że zmienia firmowe pojazdy co 2-4 lata, a 10,9 proc. twierdzi, że korzysta z nich dłużej niż 11 lat. Żaden z respondentów nie zadeklarował, że użytkuje samochody krócej niż rok.

Jak zaznacza Bartosz Olejnik, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w Carefleet S.A., należy jednak zwrócić uwagę na fakt, iż wiele przedsiębiorstw z sektora MŚP nabywa pojazdy z rynku wtórnego, w tym często samochody poleasingowe lub po zakończonych kontraktach wynajmu długoterminowego, stąd czas użytkowania aut nie musi być tożsamy z ich wiekiem.

– Jeszcze 2-3 lata temu było bardzo trudno znaleźć nabywców na pojazdy z przebiegami powyżej 150 tyś. kilometrów, czyli takie, które stosunkowo często trafiają do nas po zakończeniu umów wynajmu długoterminowego. Warto jednak zauważyć, że rynek aut używanych wciąż ewoluuje, zmienia się również podejście do samochodów pokontraktowych. Obecnie kilkuletnie samochody, które mają przebiegi nawet powyżej 200 tyś. km, ale są odpowiednio utrzymane i serwisowane stanowią dla wielu przedsiębiorców ciekawą i przede wszystkim pewniejszą alternatywę dla pojazdów importowanych z zagranicy – dodaje ekspert.

Największy odsetek (25 proc.) aut użytkowanych od 2 do 4 lat znajduje się po stronie mikroprzedsiębiorstw. Jednocześnie to właśnie w najmniejszych firmach najwięcej aut użytkowanych jest powyżej 11 lat (niemal 17 proc.). Jak pokazują wyniki badania, im większe przedsiębiorstwo, tym rzadziej użytkuje samochody powyżej 11 lat. W małych firmach taki czas wykorzystania pojazdów zadeklarowało 9,1 proc. respondentów, a w średnich 5,1 proc.

– Coraz więcej firm z sektora MŚP korzysta z outsourcingowych modeli finansowania samochodów służbowych, w tym m.in. wynajmu długoterminowego, dzięki czemu mogą one relatywnie często wymieniać pojazdy na nowe. Jak wynika z naszych badań, niemal co piąty mikro, mały lub średni przedsiębiorca w Polsce korzysta już z wynajmu długoterminowego, a tendencja wzrostowa w sektorze utrzymuje się już od kilku kwartałów – dodaje Bartosz Olejnik.

W przypadku użytkowania pojazdów służbowych do 5 do 10 lat sytuacja w małych i średnich przedsiębiorstwach przedstawia się podobnie – odpowiednio 61,7 proc. i 63,6 proc. ich przedstawicieli zadeklarowało taki czas wykorzystania samochodów w reprezentowanych przez siebie firmach. Z kolei w najmniejszych organizacjach odsetek ten wynosi 47,5 proc.

Źródło: Carefleet S.A.

Rewolucja technologiczna zmusi rząd do wypłacania stałego wynagrodzenia każdemu obywatelowi?

Wskutek robotyzacji, w ciągu 5 lat kilka milionów ludzi na świecie pozostanie bez pracy. Futurolodzy i prawnicy są zgodni, że nie należy hamować zachodzącego postępu żadnymi przepisami. Trzeba jednak opracować mechanizm, który zabezpieczy przyszłość społeczeństwa. Rozwiązaniem może okazać się bezwarunkowy dochód podstawowy, czyli zasiłek wypłacany każdemu dorosłemu obywatelowi. Wzorem do przygotowania w przyszłości tego typu świadczenia może być program Rodzina 500 plus.

W opinii Sebastiana Starzyńskiego, prezesa instytutu badawczego ABR SESTA, wypieranie ludzkiej pracy przez roboty i sztuczną inteligencję następuje według schematu przypominającego proces przemian technologicznych w epoce przemysłowej. Teraz zmiany zachodzą jednak znacznie szybciej, niż w XIX w. W dobie robotyzacji proste i powtarzalne czynności zostały już oprogramowane w celu zwielokrotnienia wydajności produkcyjnej. Przykładem tego zjawiska są powstające w Chinach tzw. czarne fabryki. Tam, przy zgaszonych światłach, pracują setki robotów. Wytwarzają dużo więcej towarów, np. aut, niż na tej samej powierzchni mogliby wyprodukować ludzie. Wynika to z tego, że urządzenia pracują w szybszym tempie i nie wymagają żadnego odpoczynku, urlopu czy zwolnień lekarskich. Działają wydajnie przez całą dobę i natychmiastowo „wdrażają się” w nowe zdania. W związku z tym, roboty stanowią coraz większą konkurencję dla ludzi na rynku pracy.

– Maszyny zastępują kelnerów w szeregu restauracji w Chinach, Japonii czy USA, m.in. w Konchan, Tokio i Los Angeles. Sieci fast foodów są też wyposażone w autonomiczne roboty kuchenne, które przygotowują np. 400 hamburgerów na godzinę. W Specjalnym Regionie Administracyjnym Makau, również w ChRL, jest kasyno obsługiwane przez sztuczną inteligencję. Z czasem masowo stracą pracę nie tylko wykonawcy najprostszych usług, ale też lekarze i prawnicy. Jednak legislacja, co do zasady, nie może powstrzymywać rozwoju technologii. Wszelkie próby wprowadzenia przepisów, które ograniczałyby ten proces, będę uważał za nieskuteczne i błędne – mówi adwokat Marek Gajek z Kancelarii Prawnej Gajek i Wspólnicy.

Jedną z głośniej dyskutowanych propozycji, która ma na celu zabezpieczenie ludzkiego bytu w epoce robotyzacji, jest tzw. bezwarunkowy dochód podstawowy. Jak tłumaczy Sebastian Starzyński, ta koncepcja polega na wypłacaniu każdemu dorosłemu obywatelowi określonej kwoty pieniędzy, aby mógł on zaspokoić swoje potrzeby, zarówno te podstawowe, jaki i kulturalne, np. wyjście do muzeum czy kina. W ocenie eksperta, Rodzina 500 plus stanowi dobry eksperyment przed wprowadzeniem tego typu świadczenia. To nie jest wprawdzie przykład klasycznego bezwarunkowego dochodu podstawowego, który obejmuje wszystkich obywateli. Ale obecnie funkcjonujący program rządowy powinien pokazać, jak może wyglądać w praktyce zastosowanie nowego rozwiązania.

– Skutki rewolucji technologicznej złagodziłoby zmniejszanie obciążeń fiskalnych dla przedsiębiorców, którzy będą zatrudniali ludzi, zamiast robotów. Byłoby to analogiczne do programów aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych. Ponadto, należy już teraz podjąć wszelkie działania, zmierzające do podwyższania lub zmiany kwalifikacji zawodowych szerokich grup Polaków, poprzez reformę szkolnictwa na wszystkich poziomach. W tym kontekście zastosowanie koncepcji tzw. dochodu podstawowego jest rozwiązaniem połowicznym, gdyż nie zmierza do zatrudnienia grup zawodowych, wypieranych z rynku przez robotyzację – przekonuje Marek Gajek.

Prezes Starzyński podkreśla, że obecnie nie stać Polski na bezwarunkowy dochód podstawowy w pełnym wymiarze, gdyż podwoiłby on wydatki budżetowe. Wypłacanie 38 mln obywateli nawet 1000 zł przez 12 miesięcy przyniosłoby sumę 456 mld zł rocznie. Oczywiście taka kwota nie wystarczyłaby na pokrycie miesięcznych potrzeb przeciętnego Polaka, nawet tych podstawowych. Jednak, jak tłumaczy ekspert, jest to większa suma od minimum socjalnego i znacznie przewyższa wydatki budżetowe, zapisane w ustawie na 2017 rok w wysokości 384 mld zł. Ponadto, dochód podstawowy powinien być wdrażany jednocześnie z wprowadzaniem darmowych usług publicznych, np. przejazdów autobusowych w obrębie miasta, województwa czy nawet kraju.

– Prawnicy mogą rozważać różne koncepcje minimalizowania negatywnych skutków społecznych postępujących zmian technologicznych. Pomysły, które do tej pory były omawiane w Parlamencie Europejskim, dotyczą m.in. dodatkowego opodatkowania przedsiębiorców, korzystających z pracy robotów. Jednak uważam tego typu rozwiązania za kompletnie nietrafione. Wprowadzenie ich w życie ograniczyłoby bowiem rozwój technologii. Firmy, chcąc uniknąć nowego ciężaru fiskalnego, mogłyby np. rezygnować z własnego unowocześnienia lub przechodzić w tzw. szarą strefę – przewiduje Marek Gajek.

W przyszłości projekt, obejmujący wszystkich mieszkańców poszczególnych krajów, dorosłych i dzieci, będzie wprowadzany w różnym tempie i wedle odmiennych zasad. Najszybciej przyjmą go małe i zamożne państwa, takie jak np. Finlandia czy Dania. Za 10 lat bezwarunkowy dochód podstawowy może wynosić tam nawet 1000 euro. Ale nie ma on jeszcze ustalonych podstaw strukturalnych. Pytanie o to, skąd czerpać pieniądze na pokrycie kosztów życia milionów ludzi, jest kluczowe. W skali globalnej jedną z opcji jest emisja tzw. SDR-ów, czyli środków płatniczych, tworzonych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Państwa, należące do tej organizacji, mogłyby finansować dochód podstawowy z „bezgotówkowych pieniędzy”. Kraj, który samodzielnie chciałby znaleźć na to sposób, miałby ograniczone możliwości, uzależnione od jego PKB. Utrzymywanie wszystkich obywateli z samych podatków, np. od pracy maszyn, lub z oszczędności na wydatkach militarnych byłoby bardzo trudne.

​Czy czeka nas korekta na rynku akcji?

Od kilku miesięcy na globalnym rynku akcji trwają nieustanne wzrosty. Północny kierunek jest kontynuowany i to pomimo spadającego wolumenu, jest to zły znak. Poniżej widać indeks MSCI przedstawiający ogólną koniunkturę na całym rynku akcji (interwał miesięczny) oraz wolumen transakcyjny.

Indeks MSCI World

Indeks MSCI World

Spadający wolumen transakcyjny może być efektem braku korekty na szerokim rynku akcji oraz okresem wakacyjnym. Inwestorzy widząc długi okres dodatnich stóp zwrotu bez korekty powychodzili z rynku oraz czekają na lepszą okazję do ponownego zajęcia pozycji. Dodatkowym argumentem przemawiającym za korektą jest sezonowość. Przez ostatnie 30 lat w sierpniu na rynek nadchodziła lekka wyprzedaż (16 miesięcy na 30 zostało zakończone z ujemną stopą zwrotu). We wrześniu średnia stopa zwrotu również był ujemna, ale tylko 13 miesięcy z 30 dało ujemną stopę zwrotu.

Sezonowość na MSCI World

Sezonowość na MSCI World

Źródło: Bloomberg

Ponadto inwestorzy od kilku miesięcy zabezpieczają się przed możliwą wyprzedażą akcji na szerszą skalę. Widać to po napływie kapitału w stronę funduszy ETF na VIX oraz rynku opcji.

VIX to wskaźnik oczekiwanej przez inwestorów zmienności kursów na Wall Street, bazujący na wycenach opcji. Im wyższe jego wartości, tym większy strach na rynku oraz spadki na giełdzie.

Na poniższej grafice przedstawiono napływ kapitału do funduszu ETF VIX (linia niebieska). Z kolei linia czarna oznacza napływ kapitału do funduszu ETF, który utrzymuje krótką pozycję na indeksie VIX.

​Czy czeka nas korekta na rynku akcji? 15

Ponadto na rynku opcji spekulanci również nastawiają się na powrót zmienności i większą korektę. Skąd to wiemy? Po wskaźniku call/put. Jeżeli linia rośnie, to coraz większa ilość osób stawia na wzrost danego aktywa. Z kolei spadająca linia świadczy o coraz większej ilości opcji put na rynku niż call.

Opcja kupna (ang. call option) daje jej posiadaczowi („nabywcy”, ang. option holder, buyer) prawo nabycia instrumentu bazowego, natomiast opcja sprzedaży (ang. put option) – prawo sprzedaży instrumentu bazowego po z góry określonej cenie wykonania (ang. strike price, excercise price).

​Czy czeka nas korekta na rynku akcji? 16

Po analizie powyższych danych powinniśmy spodziewać się korekty, która zredukuje optymizm wśród obecnych posiadaczy akcji. Dalszy wzrost notowań akcji bez odpoczynku będzie sugerował mocniejszą korektę.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Najnowsze zmiany dotyczące systemu emerytalnego

Nowe przepisy dotyczące uprawnień emerytalnych będą obowiązywać od 1 października br. Ponieważ mieliśmy najpierw podwyższenie wieku emerytalnego i jego zrównanie dla mężczyzn i kobiet, a następnie powrócono do stanu prawnego sprzed 2013 r., potrzebne było ujednolicenie, dotyczące ochrony pracowników w okresie przedemerytalnym.

O skutkach tych zmian mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Joanna Ostojska-Kołodziej, adwokat z kancelarii prawniczej Kochański Zięba i Partnerzy.

Do 2019 roku Moya chce mieć 250 stacji benzynowych. Sieć przejmuje coraz więcej obiektów od konkurentów

Do 2019 roku Moya chce mieć 250 stacji benzynowych. Sieć przejmuje coraz więcej obiektów od konkurentów 17

Dziś sieć MOYA liczy 150 stacji benzynowych, z czego 124 to franczyza. Od początku roku do sieci dołączyło 21 stacji, a do 2019 ma być ich w sumie 250. Przejmujemy sporo stacji naszej konkurencji – podkreślają przedstawiciele firmy. MOYA stawia przede wszystkim na duże miasta i ich bliskie sąsiedztwo, które pozwolą zwiększyć rozpoznawalność marki i tym samym wpłyną na większy wolumen sprzedaży.

Jesteśmy w momencie otwarcia 150. stacji, a nasz plan to 250 obiektów do końca 2019 roku. W 2017 roku planujemy otworzyć jeszcze około 23 obiektów – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Filip Puchalski, dyrektor operacyjny sieci stacji paliw MOYA.

Od początku roku otwarto 21 stacji, z czego 12 należy do niezależnych właścicieli działających na podstawie umowy franczyzowej, zaś 9 to własne obiekty firmy Anwim, do której należy sieć stacji paliw MOYA.

– W naszej sieci działają 124 stacje franczyzowe. Mamy wdrożenia 7 kolejnych, a planujemy wdrożenie jeszcze około 16 obiektów franczyzowych w tym roku. Przejmujemy sporo stacji naszej konkurencji. Partnerzy dostrzegają naszą siłę i dynamikę rozwoju, w związku z tym stajemy się bardzo atrakcyjni względem tej oferty franczyzowej, w której funkcjonowali w ostatnich latach – przekonuje Filip Puchalski.

Sieć MOYA rozwija też segment stacji automatycznych – do 5 otwartych w 2016 roku w tym roku dołączyły 2 kolejne. Dedykowane są wyłącznie flocie, umożliwiają bezgotówkowe tankowanie i są zlokalizowane w miejscach strategicznych dla firm transportowych.

– Jeśli chodzi o sieć stacji własnych, staramy się skupiać na lokalizacjach miejskich i aglomeracjach. Zależy nam na dużym wolumenie, który możemy osiągać w takich lokalizacjach, ale także na wzroście rozpoznawalności obiektów i samej sieci – wskazuje dyrektor ds. operacyjnych MOYA. – Jeśli chodzi o stacje franczyzowe to mamy sporo obiektów przy trasach. To obiekty ściągające bardziej klienta tranzytowego, natomiast przyjmujemy do sieci też coraz więcej stacji franczyzowych naszej konkurencji w dużych miastach.

Jak podkreśla Puchalski, przy dużej konkurencji na rynku wysoka jakość paliwa nie wystarczy, by przyciągnąć klientów. Na znaczeniu zyskuje więc oferta gastronomiczna i asortyment produktów dostępnych w sklepach na stacjach. W kwietniu firma zainaugurowała działalność autorskiej koncepcji bistro – Pizza & Caffe Moya.

– Poprzeczka jest bardzo wysoko zawieszona przez konsumentów. Dziś jakość paliwa to jedno, ale klient oczekuje bogatej oferty gastronomicznej, oferty sklepowej, miłej, sympatycznej i kompetentnej obsługi, ale też czystości na stacji. Dziś – po kilku latach rozwoju i rozbudowywania sieci stacji – na to kładziemy największy nacisk, czyli czystość obiektu, design oraz oferta gastronomiczna – przyznaje Filip Pichalski.

Coraz lepsze wyniki polskiego rynku lotniczego. Rośnie liczba pasażerów lotów międzynarodowych i czarterowych

Coraz lepsze wyniki polskiego rynku lotniczego. Rośnie liczba pasażerów lotów międzynarodowych i czarterowych 18

Choć statystyczny Polak lata mniej niż Europejczyk, polski rynek przewozów lotniczych dynamicznie rośnie. W I kwartale 2017 roku polskie porty lotnicze obsłużyły 7,5 mln pasażerów, czyli o 17 proc. więcej niż rok wcześniej. Na wzrost liczby obsłużonych pasażerów miały wpływ przede wszystkim przewozy regularne, w nieco mniejszym stopniu czarterowe. Dynamika ruchu w polskich portach lotniczych przewyższyła wyniki europejskich lotnisk.

– W I kwartale 2017 roku obserwowaliśmy kontynuację pozytywnych trendów z poprzednich okresów. Polskie porty lotnicze obsłużyły w tym czasie 7,5 mln pasażerów, co stanowi 17 proc. wzrostu. Doszło w tym czasie nie tylko do wzrostu liczby pasażerów, lecz także do wzrostu liczby operacji i wskaźnika wypełnienia miejsc w samolocie. Wyniki polskich portów były także znacznie lepsze od wyników na rynku europejskim i światowym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Jąkalska, główny specjalista Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

Z danych ULC wynika, że w I kwartale 2017 roku wzrosła o 10 proc. liczba operacji pasażerskich (z 65,6 mln w I kwartale 2016 roku do blisko 72 mln w tym roku). Wzrosły też liczba dostępnych miejsc pasażerskich (o 12 proc.) i współczynnik wypełnienia miejsc (seat factor – o 4 pkt proc. do poziomu 78 proc., zaś load factor (współczynnik obłożenia) wyniósł 83 proc., o 3 pkt proc. więcej niż w 2016 roku. Średnio na rejs przypada 106 pasażerów (przy 99 w I kwartale 2016 roku). Polski rynek odnotował wzrost krajowych przewozów pasażerskich na poziomie 31 proc. Znacznie większą dynamikę wzrostu względem innych europejskich rynków zanotował ruch międzynarodowy (o 16 proc.).

 Takiego wzrostu się spodziewaliśmy. Ten rynek od lat rośnie. Cieszy też fakt, że rynek czarterowy po nieco słabszym 2016 roku ponownie odnotował 23-proc. wzrost ruchu – zaznacza Jąkalska.

Rynek przewozów czarterowych obsłużył ok. 68 tys. pasażerów więcej, a rynek przewozów regularnych – ok. miliona pasażerów więcej (7,2 mln). Największą popularnością cieszyła się Wielka Brytania (224 tys. pasażerów więcej), a w dalszej kolejności Włochy, Ukraina i Hiszpania. Większość kursów była realizowana przez niskokosztowych przewoźników. Wyjątkiem była Ukraina, gdzie wysokie wyniki uzyskały Ukraine International Airlines oraz PLL LOT.

– Na rynku czarterowym Hiszpania ponownie jest liderem pod względem liczby obsłużonych pasażerów, jednak największe wzrosty odnotowano w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a także Izraelu, Egipcie i na Kubie. Coraz bardziej popularne są kraje pozaeuropejskie i kierunki dalekodystansowe. Chociaż Egipt ponownie miał wzrosty, należy pamiętać, że w 2007 roku liczba pasażerów była dwukrotnie wyższa od tej zrealizowanej teraz – ocenia przedstawicielka ULC.

W dużej mierze za wzrost odpowiadają niskokosztowi przewoźnicy, którzy coraz częściej operują na popularnych wśród turystów kierunkach (m.in. Hiszpania, Malta czy Włochy). Liderem był Ryanair, ale wzrost zanotował też WizzAir. To również przewoźnicy, którzy mają stosunkowo duży udział w rynku (odpowiednio 32 i 19 proc.). Drugim przewoźnikiem na rynku jest PLL LOT.

– Od 2016 roku do walki włączył się PLL LOT, który w I kwartale odnotował 21-proc. wzrost przewozów dzięki temu, że otwiera nowe trasy i przywraca te sprzed lat. W związku z restrykcjami ze strony Komisji Europejskiej musieli część tras zamknąć, jednak widać pozytywne trendy ze strony narodowego przewoźnika, w tym ciągłe otwieranie nowych tras, także dalekodystansowych. Należy przewidywać, że z roku na rok będzie coraz lepiej – przekonuje Jąkalska.

Od ubiegłego roku PLL LOT otworzył i wznowił połączenia, m.in. do Seulu, Tallina, Kijowa, Belgradu, Aten czy Stuttgartu. Tylko w I kwartale 2017 roku obsłużył o 238 tys. więcej pasażerów.

Dynamika ruchu w polskich portach lotniczych przewyższyła wyniki europejskich lotnisk (o 10 proc.). Dynamika całego rynku w Polsce przekroczyła 17,3 proc. przy blisko 7 proc. na lotniskach zrzeszonych w Międzynarodowej Radzie Lotnisk (ACI). Większa była też dynamika wzrost portów regionalnych (10,5 przy 9,4 proc.).

Indywidualnie największy ruch generowało Lotnisko Chopina w Warszawie (29-proc. wzrostu ruchu pasażerskiego). Szybko rośnie też ruch na lotnisku Kraków-Balice (o 19 proc.).

– Lotnisko Chopina przoduje od lat zarówno w ruchu regularnym, jak i czarterowym. Dobre wyniki notowały też lotniska Kraków-Balice, gdańskie im. Lecha Wałęsy czy Wrocław-Strachowice. Nieznaczne spadki były w przypadku lotnisk Bydgoszcz-Szwederowo, Warszawa-Modlin oraz Lublin – wskazuje Anna Jąkalska.

Koncerny chcą wspierać polskie firmy. Szukają innowacyjnych rozwiązań

Koncerny chcą wspierać polskie firmy. Szukają innowacyjnych rozwiązań 19

Start-upy wykorzystują nasze technologie informatyczne do stworzenia czegoś nowego, a my pomagamy im w osiągnięciu dojrzałej postaci ich produktu czy usługi i wyjściu do klientów na rynek – mówi Michał Jaworski, członek zarządu Microsoft. Wsparcie dużych firm jest konieczne, bo start-upom brakuje nie tylko środków na rozwój, lecz także promocji. Polski rynek wciąż słabo wypada pod względem możliwości finansowania rozwoju takich firm.

Start-upy to ludzie, którzy wykorzystują nowe technologie. Patrzą na rynek albo jego fragment i stwierdzają, że postęp w technologiach informatycznych pozwala im na osiągnięcie czegoś zupełnie nowego, stworzenie nowego produktu lub usługi. My zapewniamy im platformę i oprogramowanie. Wspomagamy ich w dojściu do komercyjnej, dojrzałej postaci tej usługi, żeby mogli pójść do klientów i pokazać im gotowe rozwiązanie – mówi agencji Newseria Biznes Michał Jaworski, członek zarządu Microsoft.

Z przygotowanego na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego i Eurostatu przez ExMetrix raportu „Start-upy w Polsce – finansowanie” wynika, że fundusze venture capital i private equity wciąż niezbyt chętnie inwestują w innowacyjne mikrofirmy. Ich zaangażowanie w przedsięwzięcia we wczesnej fazie rozwoju – wyrażone jako procent PKB – jest w Polsce kilkukrotnie mniejsze niż w większości pozostałych państw Europy. Jednocześnie raport wskazuje, że koszty założenia start-upu w Polsce – wyrażone w relacji do dochodu narodowego brutto – są wprawdzie niższe niż na zachodzie Europy, ale trzykrotnie wyższe niż w państwach naszego regionu.

Wysokie koszty na starcie, duża konkurencja, brak odpowiedniej promocji, przez co trudno się przebić na rynek, mogą odstraszać młodych ludzi od tworzenia start-upowych inicjatyw w Polsce i zachęcać do szukania szans za granicą, gdzie otoczenie dla takich przedsięwzięć jest znacznie bardziej przyjazne. Dlatego tak ważne jest wsparcie dużych firm.

Microsoft podkreśla, że ze względu na profil działalności wspieranie start-upów jest częścią jego misji. Gigant branży IT zapowiedział m.in. uruchomienie Startberry – programu akceleracyjnego i centrum wsparcia rozwoju start-upów. Według zapowiedzi Satyi Nadelli, CEO Microsoft Corporation, firma zapewni młodym, innowacyjnym spółkom wsparcie technologiczne i mentorskie oraz pomoc w znalezieniu inwestorów. Koncern organizuje też Imagine Cup, czyli technologiczne mistrzostwa młodych programistów, podczas których przyszli start-upowcy mają możliwość zdobywania biznesowego know-how podczas spotkań z ekspertami i inwestorami.

W Polsce Microsoft wspiera konkurs Laur Innowacyjności, który ma wyłonić najlepsze produkty innowacyjne oraz promować nowoczesne polskie technologie, usługi i produkty. W konkursie mogą startować firmy, które z powodzeniem wdrożyły innowacyjne pomysły i wynalazki.

Znakomita większość polskich start-upów to firmy informatyczne. Jednak ten konkurs ma dużo szerszą skalę – jest w nim 13 różnych kategorii, z których tylko jedna wiąże się z informatyką. To daje asumpt do myślenia o tym, co nazywamy przemysłem 4.0, czyli tworzenia nowych produktów i usług bez względu na to, czy myślimy o robotach, samochodach autonomicznych czy urządzeniach wspomagających gospodarkę. Ten kierunek nam się podoba. To jest przyszłość, w której tworzą się nowe generacje produktów, dające przedsiębiorstwom nowe możliwości – mówi Michał Jaworski.

Tegoroczna edycja konkursu Laur Innowacyjności będzie już siódmą. Plebiscyt organizuje Federacja Stowarzyszeń Naukowo-Technicznych NOT, a patronują mu również m.in. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Polska Akademia Nauk, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Przedsiębiorstwa mogą startować w jednej spośród 13 kategorii (m.in. energetyka, transport, informatyka, komunikacja, maszyny i urządzenia, budownictwo, telekomunikacja, przemysł spożywczy i farmaceutyczny gospodarka wodna, rolnictwo). Pierwszy termin zgłoszenia mija 31 sierpnia, natomiast druga tura kończy się 15 października. Laureaci zostaną wyłonieni podczas uroczystej gali, która odbędzie się 14 listopada.

Polska rodzina wyda w tym roku na szkolną wyprawkę średnio 520 zł. Co trzecia wykorzysta środki z Rodziny 500 plus

Polska rodzina wyda w tym roku na szkolną wyprawkę średnio 520 zł. Co trzecia wykorzysta środki z Rodziny 500 plus 20

Na wyprawkę szkolną polska rodzina przeznaczy w tym roku średnio 520 zł na jedno dziecko – wynika z najnowszego Barometru Providenta. Co piąty rodzic będzie mógł pozwolić sobie na większe wydatki rzędu 500–700 zł. Większość gospodarstw domowych sfinansuje koszty wyprawki z własnych pieniędzy, a 34 proc. wykorzysta w tym celu środki z rządowego programu Rodzina 500 plus.

– Mamy półmetek wakacji. To czas, gdy rodzice zaczynają myśleć o powrocie dzieci do szkoły, o tym, aby odpowiednio wyposażyć dziecko, o zakupie tornistrów, książek, długopisów i innych przyborów – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik do spraw komunikacji w Provident Polska.

– W tym roku 4 na 10 rodziców wyda około 500 złotych na wyprawkę szkolną. Na kwotę wyższą, rzędu 500–700 złotych, będzie mógł sobie pozwolić co piąty rodzic, natomiast na kwotę powyżej 700 złotych – tylko 14 proc. rodziców – dodaje Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska.

Badanie pokazuje, że na szkolną wyprawkę zdecydowanie więcej wydadzą osoby z dużych i średnich miast powyżej 50 tys. mieszkańców – ich wydatki przekroczą kwotę 600 zł na dziecko. Natomiast mieszkańcy wsi i mniejszych miejscowości przeznaczą na ten cel nie więcej niż 500 zł.

 Wrzesień najbardziej obciąży finansowo rodziców jedynaków. Rodzice dwójki dzieci mają trochę lepiej, ponieważ oni w 72 proc. przypadków będą korzystać z programu Rodzina 500 plus przy finansowaniu wyprawki. W najbardziej uprzywilejowanej sytuacji są rodzice trójki dzieci. W ich przypadku środki na zakup wyprawki szkolnej będą pochodzić niemal całkowicie z programu Rodzina 500 plus – podkreśla Anna Karasińska.

Jak wynika z Barometru Providenta, rodziny w gorszej sytuacji finansowej będą zmuszone ograniczać wydatki na szkolną wyprawkę. Gospodarstwa domowe, w których pieniędzy wystarcza tylko na podstawowe potrzeby, wydadzą na ten cel średnio 375 zł. Natomiast rodziny, które deklarują, że starcza im na wszystko, wydadzą średnio ponad 700 zł.

 W ramach naszego badania zapytaliśmy Polaków również o źródło finansowania wyprawki. Dwie trzecie badanych twierdzi, że sfinansuje ją z bieżących dochodów, a 30 proc. wesprze się środkami z programu Rodzina 500 plus. Około 28 proc. sięgnie po oszczędności bądź poprosi rodzinę o wsparcie i uzupełnienie brakujących środków, natomiast 2 proc. zaciągnie na ten cel pożyczkę – mówi Karolina Łuczak.

Jak zauważa Karolina Łuczak, badanie potwierdza, że sytuacja materialna polskich rodzin jest bardzo zróżnicowana. Niemal połowa (46 proc.) twierdzi, że może pozwolić sobie na kosztowniejszą wyprawkę i bez większych problemów będzie w stanie zaspokoić wszystkie potrzeby swoich dzieci związane z rozpoczęciem roku szkolnego. Co drugie gospodarstwo domowe deklaruje jednak, że kwota, którą planuje przeznaczyć, jest absolutnym maksimum, a wyprawka obejmie tylko niezbędne wyposażenie.

Pocieszające jest to, że tylko 1 proc. Polaków przyznaje, że w tym roku nie będą mogli pozwolić sobie na to, aby kupić dziecku wszystkie niezbędne elementy wyprawki – mówi Karolina Łuczak.

Unia Europejska zrobiła pierwszy krok w kierunku transgranicznej telewizji. Wyzwaniem jest jednak wspólne prawo autorskie

Unia Europejska zrobiła pierwszy krok w kierunku transgranicznej telewizji. Wyzwaniem jest jednak wspólne prawo autorskie 21

Szybki rozwój technologii cyfrowych sprawił, że organy unijne doprowadziły do uzgodnienia tzw. portability, czyli możliwości oglądania wykupionego programu za granicą. Jest to jednak tylko mały krok ku harmonizacji rynku treści audiowizualnych i cyfrowych. Ogromnym wyzwaniem jest chociażby uzgodnienie wspólnego europejskiego prawa autorskiego w sytuacji, kiedy wielcy gracze rynkowi korzystają na sprzedaży krajowych licencji.

– Nie mamy na razie europejskich praw autorskich, w związku z czym telewizja transgraniczna nie funkcjonuje. Nie jest tak, że można obejrzeć wybrany zagraniczny program w telewizji. Zrobiliśmy za to w tej chwili krok do przodu. Udało nam się uzgodnić tzw. portability – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje posłanka do Parlamentu Europejskiego Róża Thun. – Jeśli będąc w Polsce, wykupię sobie dostęp do jakiegoś programu i wyjeżdżam za granicę na przykład na wakacje, to w dalszym ciągu mam ten dostęp, choć normalnie nie można oglądać danego programu z tego kraju. Jeśli wykupię go w Polsce i wyjadę, to przenoszę ten zakup ze sobą.

Dotychczasowe bariery w transgranicznym przenoszeniu usług udostępniania treści wynikały z faktu, że licencji na transmisje treści chronionych prawem autorskim lub prawami pokrewnymi (takich jak utwory audiowizualne lub imprezy sportowe typu premium) często udziela się na zasadzie terytorialnej. Niedawno Rada Unii Europejskiej uzgodniła podejście ogólne wobec projektu rozporządzenia o transgranicznym przenoszeniu na rynku wewnętrznym usług udostępniania treści cyfrowych. Róża Thun uważa, że to dobry krok, ale wciąż niewystarczający.

– Mieszkając w UE, powinniśmy mieć dostęp do różnych telewizji, a tego dostępu jeszcze ciągle nie ma. Wszystko, co dotyczy znoszenia blokad na treści audiowizualne, będzie bardzo trudne i będzie trwało bardzo długo, gdyż jest to związane z prawami autorskimi, z licencjami. Ciągle nie mamy ani licencji europejskiej, ani wspólnego prawa autorskiego. Nad tym aktualnie pracujemy, ale potrwa to jakiś czas – zapowiada posłanka Parlamentu Europejskiego.

Według unijnych dokumentów w kwestii prac nad prawem autorskim organy UE stawiają sobie trzy główne priorytety: większy wybór i dostęp do treści online i za granicą, ulepszone przepisy dotyczące praw autorskich z myślą o badaniach, edukacji oraz integracji osób niepełnosprawnych oraz bardziej sprawiedliwy i zrównoważony rynek dla twórców i prasy. Nie wszystkim jednak po drodze z harmonizacją regulacji na terenie całej Unii Europejskiej.

– Producenci treści audiowizualnych są zwolennikami utrzymania obecnego stanu rzeczy. Wykupują i sprzedają licencje na każdy kraj osobno. Jestem przekonana, że musimy szukać innego modelu biznesowego. Musimy doprowadzić do tego, aby można było dobrze funkcjonować jako producent treści audiowizualnych na wielkim rynku z 500 milionami obywateli i zarabiać na tym słuszne pieniądze oraz aby ci obywatele mieli dostęp do tych treści – stwierdza Róża Thun. – UE jest innym tworem niż USA, Chiny czy Rosja, choćby dlatego że mamy różne języki, stare prawa i nawyki inne w każdym kraju. Powoli będziemy to harmonizować, choć nie ukrywam, że opór jest bardzo duży.

Przybywa przydomowych instalacji fotowoltaicznych. Wartość całego rynku w tym roku może się podwoić

Przybywa przydomowych instalacji fotowoltaicznych. Wartość całego rynku w tym roku może się podwoić 22

Wartość polskiego rynku elektrowni fotowoltaicznych pod koniec ubiegłego roku przekroczyła 310 mln zł, a w tym może ulec podwojeniu – szacują eksperci Stowarzyszenia Branży Fotowoltaicznej POLSKA PV. Skumulowana moc w instalacjach wynosi blisko 170 MWp, a w kategorii mikroinstalacji w ciągu roku nastąpił trzykrotny wzrost. To wciąż jedna niewiele w porównaniu z innymi źródłami energii odnawialnej. Do rozwoju branża potrzebuje stabilnego prawa.

– Na koniec 2016 roku łączna moc zainstalowana w fotowoltaice przekroczyła 160 MWp. W odniesieniu do mocy w polskiej elektroenergetyce jest to bardzo mało, także w odniesieniu do innych krajów. W Niemczech to blisko 40 GW. My jesteśmy jednak dopiero na początku tej drogi. Rozwój systemów fotowoltaicznych w Polsce obserwujemy dopiero od kilku lat, stąd ta skumulowana moc jest jeszcze stosunkowo niewielka – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bogdan Szymański, prezes zarządu Stowarzyszenia Branży Fotowoltaicznej POLSKA PV.

Raport „Rozwój polskiego rynku fotowoltaicznego w latach 2010–2020” przygotowany przez Stowarzyszenie Branży Fotowoltaicznej POLSKA PV wskazuje, że wśród mikroinstalacji (moc do 40 kW) fotowoltaika jest dominującym źródłem wytwórczym (nawet 99 proc.), za to w przypadku małych i dużych instalacji OZE fotowoltaika stanowi zaledwie 1,5 proc. (dominują farmy wiatrowe z 81 proc. udziału).

– W 2016 roku do sieci zostało przyłączonych 65 MW w mikroinstalacjach, czyli trzy razy więcej niż rok wcześniej. Ten wzrost jest naprawdę imponujący. Rozwój farm fotowoltaicznych jest ściśle związany z systemem wsparcia. Ten zaś w 2016 roku został zmieniony, wyszliśmy z systemu zielonych certyfikatów, a rozpoczęliśmy system aukcyjny, uruchomiony jednak z opóźnieniem, stąd nowa moc zainstalowana na farmach fotowoltaicznych była mniejsza niż w 2015 roku – ocenia Szymański.

Moc zainstalowana w polskich elektrowniach fotowoltaicznych osiągnęła pod koniec 2016 roku pułap niemal 75 MWp, z czego ponad 90 proc. to moc przyłączona w mikroinstalacjach. Do rozwoju mikroinstalacji przyczyniła się m.in. stabilizacja sytuacji prawnej w zakresie systemu wsparcia dla prosumentów polegająca na rozliczeniach ilości energii wprowadzonej do sieci i pobranej w bilansach rocznych.

– Ograniczeniem tego systemu jest to, że nie obejmuje on przedsiębiorców. Jednym z naszych głównych postulatów jest, aby przedsiębiorcy zostali do tego systemu wprowadzeni. Duże instalacje korzystają z systemu aukcyjnego, gdzie w ramach aukcji licytują cenę, po której ta energia będzie sprzedawana przez kolejne 15 lat. Głównym postulatem branży jest, aby wydzielić koszyk technologiczny dla systemów fotowoltaicznych, gdyż obecnie instalacje fotowoltaiczne są w koszyku z innymi technologiami, z którymi nie zawsze są w stanie konkurować cenowo – wymienia ekspert Stowarzyszenia Branży Fotowoltaicznej POLSKA PV.

Dalszy rozwój rynku zależeć będzie m.in. od cen instalacji. W 2016 roku średni koszt budowy 1 MWp instalacji fotowoltaicznej spadł do 4,2 mln zł netto (o ok. 0,25 mln zł rdr.). Wpłynęły na to m.in. rozwój technologii, coraz większa dostępność i konkurencyjność urządzeń oraz firm wykonawczych.

– Instalacje fotowoltaiczne stają się coraz tańsze, tańsza staje się więc energia przez nie produkowana. Szacujemy, że w Polsce w okolicach 2020 roku osiągniemy tzw. grid parity, czyli że cena energii wyprodukowanej przez system fotowoltaiczny będzie porównywalna z ceną energii z systemów konwencjonalnych. Wtedy nie będziemy potrzebować wsparcia finansowego, aby te instalacje się rozwijały. Jeszcze ważniejszym czynnikiem jest stabilność prawa. Liczymy, że kolejne zmiany w ustawie OZE będą zmianami ewolucyjnymi, a nie rewolucyjnymi – analizuje Szymański.

Wartość polskiego rynku elektrowni fotowoltaicznych rośnie. Dla porównania jeszcze w 2010 roku było to 0,2 mln zł, w 2016 roku już 311 mln euro.

– W tym roku prognozujemy, że wartość rynku się podwoi, ale ciągle odnosząc to do innych branż, nie jest to wartość bardzo duża – mówi Bogdan Szymański.

Przed frankowiczami co najmniej kilka miesięcy w lepszym nastroju

Kurs franka szwajcarskiego wobec złotego przekroczył psychologiczną barierę. Możliwe są dalsze spadki. Nawet do 3,60 zł za franka.

– Udało się przekroczyć psychologiczną barierę 3,80 zł za franka, kurs jest niższy i jesteśmy na nowym terytorium – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

W ocenie eksperta jest duża szansa, że frank nadal będzie tracił na wartości i pod koniec rok kurs wyniesie 3,60 zł.

Polacy kupują rekordową liczbę samochodów i korzystają z leasingu

Już teraz można oceniać, że ten rok będzie rekordowy pod względem nowych rejestracji samochodów osobowych oraz dostawczych do 3,5 tony. Po wynikach I półrocza można przewidywać, że będzie to liczba pół miliona rejestracji.

– Przewidujemy, że liczba nowych rejestracji tzw. lekkich samochodów będzie bliska 500 tys., z tego ok. 70 proc. to będzie leasing – mówi w rozmowie z MarketNews24 Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu.

Już po I półroczu takie aktywa finansowane poprzez leasing wzrosły o 17,4 proc. Branża sfinansowała za pośrednictwem leasingu pojazdy lekkie o łącznej wartości 14,1 mld zł.

Jak szybko będą rosnąć ceny?

Ceny wzrosły o 1,7 proc. w porównaniu lipiec 2017 r. do lipca 2016 r. Jakiego ich wzrostu można się spodziewać do końca tego roku?

W tym tygodniu GUS podał wstępne dane o cenach towarów i usług konsumpcyjnych. Inflacja osłabła, bo w porównaniu do czerwca ceny spadły o 0,2 proc. Jak będzie na koniec roku, o tym w rozmowie z MarketNews24 mówi dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Dzięki audytowi energetycznemu firmy mogą zaoszczędzić 10 proc. kosztów energii. Zwykle wymaga to od nich niewielkich inwestycji

Dzięki audytowi energetycznemu firmy mogą zaoszczędzić 10 proc. kosztów energii. Zwykle wymaga to od nich niewielkich inwestycji 23

Dostosowanie się do zaleceń po audycie energetycznym może przynieść firmom oszczędność zużycia energii na poziomie 5–10 proc. – wynika z obserwacji firmy Enetech. Co więcej, zwykle nie wiąże się to ze znacznymi nakładami inwestycyjnymi. Mimo to firmy nie zdają sobie sprawy z korzyści, jakie niesie audyt. Część z nich nawet po jego wykonaniu nie analizuje wniosków audytorów i nie wdraża ich w życie.

 Największym plusem audytu jest zebranie wszystkich danych dotyczących zużycia energii w zakładzie, które może uświadomić przedsiębiorcy, w jakich obszarach wykorzystania energii ponosił on dotychczas najwyższe koszty. Zaletą jest szereg zaleceń poaudytowych, które pozwalają na wprowadzenie opłacalnych inwestycji o szybkim czasie zwrotu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr inż. Mateusz Lisowski, prezes Enetech.

Koszty energii są dużym wydatkiem zwłaszcza w budżetach firm produkcyjnych, gdzie cena surowca jest istotnym elementem końcowej ceny produktu. Jak wynika z badania przeprowadzonego w kwietniu przez Kantar Millward Brown na zlecenie Ayming Polska, zdecydowana większość przedsiębiorstw (93 proc.) deklaruje, że koszty energii elektrycznej to istotna pozycja w ich kosztach. Co trzecia firma deklaruje, że wydatki na energię stanowią powyżej 7 proc. kosztów produkcji.

 Dzięki zaleceniom poaudytowym przedsiębiorca może otrzymać cenne porady: jakie są metody i możliwości obniżenia zużycia energii w jego przedsiębiorstwie, a co za tym idzie – jakie są realne możliwości oszczędności w procesie produkcyjnym – tłumaczy Lisowski. – Z naszych doświadczeń wynika, że przeciętne oszczędności sięgają 5–10 proc. Koszty zakupu energii w niektórych przedsiębiorstwach potrafią przekraczać milion złotych miesięcznie. Tego typu oszczędności to realny zysk dla przedsiębiorstwa.

Ustawa o efektywności energetycznej, która weszła w życie w październiku 2016 roku nakłada na część przedsiębiorstw obowiązek przeprowadzenia audytu energetycznego w ciągu 12 miesięcy od uchwalenia nowych przepisów. Obowiązek dotyczy przedsiębiorstw, które zatrudniają co najmniej 250 pracowników, ich roczny obrót netto przekracza 50 mln euro lub całkowity bilans roczny wynosi ponad 43 mln euro. Audyt musi być powtarzany co cztery lata.

– Audyt energetyczny rozpoczyna się od wizji lokalnej w przedsiębiorstwie. W jej trakcie zapoznajemy się ze strukturą przedsiębiorstwa, rozpoznajemy ścieżku przepływu energii, identyfikujemy główne obszary, w których energia jest użytkowana. Zwracamy uwagę na wszystkie nośniki energii, zarówno energię elektryczną, jak i energię cieplną – wyjaśnia prezes Enetech.

Badanie Ayming Polska wskazuje, że 43 proc. firm dąży do obniżenia kosztów energii przede wszystkim poprzez zwiększenie efektywności energetycznej procesu produkcji, 57 proc. mierzy zaś poziom wykorzystania energii na każdym etapie produkcji. Jak przekonuje Lisowski, firmy w większości mają świadomość dotyczącą potrzeb zwiększania efektywności energetycznej.

– Często spotykałem się jednak z sytuacją, kiedy przedsiębiorstwo zainwestowało spore środki w wykonanie opomiarowania zużycia energii w zakładzie, a następnie nie analizowało tych danych. Posiadając opomiarowanie energii elektrycznej czy energii gazu ziemnego, warto chociażby skonsultować się z firmami zewnętrznymi i zapytać o możliwy potencjał oszczędności na podstawie bazy danych pomiarowych dotyczących zużycia energii – podkreśla Mateusz Lisowski.

W większości firm wystarczającymi działaniami byłyby proste i stosunkowo tanie inwestycje – w energooszczędne oświetlenie czy systemy odzysku ciepła, które mimo niewiele wyższych kosztów pozwalają na co najmniej kilkuprocentowe oszczędności.

Choć koszty audytu trudno obniżyć, przedsiębiorcy mogą skorzystać ze wsparcia przy współfinansowaniu inwestycji dotyczących poprawy efektywności energetycznej. Będą to nie tylko środki pochodzące z Unii Europejskiej, lecz także fundusze wojewódzkie.

– Istnieje również instrument wsparcia w postaci białych certyfikatów. Nie zdobyły one uznania w ciągu ostatnich kilku lat wśród przedsiębiorców, jednak w 2016 roku wraz z nowelizacją ustawy o efektywności energetycznej, zmieniły się zasady dotyczące przyznawania białych certyfikatów. Procedura ubiegania się o nie jest na tyle łatwa, że można polecić każdemu przedsiębiorstwu, które inwestuje w technologie potencjalnie obniżające zużycie energii, skorzystanie z nich – przekonuje dr inż. Mateusz Lisowski.

Wedel stawia na tradycję. Marka opiera komunikację na swojej 160-letniej historii

Wedel stawia na tradycję. Marka opiera komunikację na swojej 160-letniej historii 24

Zaprojektowane w latach 30. przez malarkę Zofię Stryjeńską pudełka na czekoladki Wedel osiągają dziś na aukcjach sztuki zawrotne ceny, liczone w dziesiątkach tysięcy złotych. Ptasie Mleczko jest zaliczane do grona najcenniejszych polskich marek, a dawny symbol firmy, chłopiec na zebrze, to jedna z najpopularniejszych kreacji reklamowych przedwojennej Polski. Dziedzictwo historyczne stanowi dzisiaj rynkową przewagę LOTTE Wedel i jest filarem promocyjnym marki.

Wedel to jedna z najsilniejszych marek w Polsce, ale kojarzona również za granicą. Staramy się czerpać z jej historii i wykorzystywać to w codziennej komunikacji. Dziedzictwo historyczne jest tym, co wyróżnia nas na tle innych producentów czekolady. Wiemy też, jak ważna jest marka Wedel dla konsumentów – mówi agencji Newseria Biznes Magdalena Kołodziejska, rzecznik prasowy LOTTE Wedel.

Wedel to jedna z najsilniejszych i najlepiej rozpoznawalnych polskich marek, co od lat znajduje potwierdzenie w rankingach. W ubiegłorocznym zestawieniu pięćdziesięciu najsilniejszych marek w Polsce, przygotowanym przez Millward Brown i agencję Young & Rubicam, Ptasie Mleczko zajęło pierwsze miejsce, wyprzedzając nawet Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Co roku konsekwentnie Wedel prowadzi też w kategorii słodyczy w zestawieniu najcenniejszych polskich marek dziennika „Rzeczpospolita”.

Marka jest szeroko kojarzona przez kilka pokoleń Polaków. Na rynku wyróżnia ją przywiązanie do tradycji i 166-letnia historia, ściśle powiązana z dziejami Warszawy i całego kraju. Do historycznego dziedzictwa nawiązuje również komunikacja marki i jej symbol – chłopiec na zebrze – zaprojektowany w dwudziestoleciu międzywojennym przez włoskiego artystę, uważanego dzisiaj za ojca współczesnej sztuki plakatu.

– W 1926 roku Jan Wedel nawiązał współpracę z niezwykłym plakacistą Leonetto Cappiello. W ramach tej współpracy powstała niesamowita grafika, która przedstawia chłopca na zebrze. Spodobała się Janowi Wedlowi i ówczesnym konsumentom na tyle, że stała się symbolem Wedla i jest wykorzystywana do dziś. Chłopiec na zebrze jest obecny w naszych Pijalniach Czekolady, można go spotkać na niektórych z naszych produktów – mówi rzeczniczka marki Wedel.

Egzotyczna grafika była wykorzystywana jako kreacja reklamowa zarówno w kraju, jak i za granicą. Zdobiła witrynę pierwszego sklepu Wedla w Paryżu. Znalazła się też na kadłubie samolotu RWD-13 (firma Wedel kupiła go w latach 30.), który w ramach akcji promocyjnych latał nad polskim morzem i zrzucał słodycze plażowiczom.

Dzisiaj chłopca na zebrze można zobaczyć w postaci świecącego neonu na dachu najstarszej Pijalni Czekolady E.Wedel przy ul. Szpitalnej w Warszawie.

– Symbol chłopca na zebrze to nawiązanie do egzotycznych korzeni ziarna kakaowego. Zebra to symbol Afryki, gdzie rosną kakaowce, z których powstaje czekolada. Była to grafika, która wyróżniała się na tle innych kreacji reklamowych powstających w tamtych czasach. Pokazywała, jak innowacyjne podejście miał Jan Wedel do działań marketingowych – mówi Magdalena Kołodziejska.

Jan Wedel, trzeci z pokolenia słynnej cukierniczej rodziny, był twórcą Ptasiego Mleczka® oraz rozwinął działalność firmy i zapoczątkował eksport jej wyrobów na zagraniczne rynki. Był również pionierem aktywności reklamowych i promocyjnych marki.

– Jan Wedel był znany z tego, że do projektowania swoich opakowań zatrudniał najsłynniejsze nazwiska z Polski i całego świata. Chociażby Zofię Stryjeńską, która zaprojektowała serię opakowań cieszących się ogromną popularnością. Na zlecenie Jana Wedla powstała też kolorowanka dla dzieci, przedstawiająca przygody chłopca na zebrze. Książeczka ta służyła kilku pokoleniom Polaków – mówi Magdalena Kołodziejska.

Janusz Profus, maestro czekolady firmy Wedel, podkreśla, że chłopiec na zebrze – który jest symbolem firmy – konsekwentnie od ponad 80 lat powracał na opakowaniach wedlowskich czekoladek. Obecnie kreacje reklamowe, choć bardziej nowoczesne, również do niego nawiązują.

– Dzisiejsze kreacje są bardziej dynamiczne i nowoczesne, mają więcej dodatkowych uszlachetnień. Dawniej drukarstwo na opakowaniach nie było aż tak bardzo nowoczesne. Symbol chłopca na zebrze, który powstał na specjalne zamówienie w konkursie ogłoszonym przez Jana Wedla, był wykorzystywany jako znak graficzny od 1926 roku. Wedel miał w swojej ofercie produkty z obrazami Zofii Stryjeńskiej czy w latach 60. i 70. opakowania z serii hobby. Na wielu produktach pojawiał się także chłopiec na zebrze. Jest to stały element historii marki – mówi Janusz Profus.

Co piąty zawodowy kierowca chce odejść z zawodu. Zarobki w branży nie rekompensują niedogodności

Co piąty zawodowy kierowca chce odejść z zawodu. Zarobki w branży nie rekompensują niedogodności 25

Ze względu na brak kierowców blisko dwie trzecie firm transportowych ma problemy z zapełnieniem grafiku przewozów. Niedobory kadrowe sięgają 100 tys. wakatów, a co roku branża mogłaby zatrudnić 30–40 tys. osób. Tymczasem już co piąty kierowca rozważa w najbliższych latach odejście z zawodu – wynika z badań firmy doradczej PwC. Przewoźnicy postulują zatem zmiany w szkolnictwie zawodowym. Problemem branży są także regulacje, które wprowadzają państwa europejskie i które proponuje UE.

Potrzebna jest natychmiastowa zmiana w szkolnictwie zawodowym. Na teraz potrzebujemy około 100 tys. kierowców w całej branży. Rokrocznie jesteśmy w stanie zatrudnić ich około 30–40 tys. osób. Należy zmienić podstawę programową tak, aby absolwent szkoły zawodowej mógł podjąć pracę w firmie transportowej na stanowisku kierowcy – mówi agencji Newseria Biznes Jan Buczek, prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych.

Kierowcy, w szczególności kierowcy samochodów ciężarowych, od kilku lat znajdują się w czołówce najbardziej poszukiwanych zawodów w Polsce. Już w tej chwili ponad 60 proc. firm transportowych ma okresowe, a około 20 proc. stałe problemy z zapełnieniem grafiku przewozów.

Analitycy firmy doradczej PwC w raporcie „Rynek pracy kierowców w Polsce 2016” oszacowali, że na polskim rynku pracy brakuje ok. 100–110 tys. zawodowych kierowców (20 proc. całego zatrudnienia w branży). W ciągu najbliższych kilku lat to zapotrzebowanie będzie wzrastać o 2,5–3 proc. rocznie. W 2025 roku powinno być w Polsce o około 300 tys. zawodowych kierowców więcej niż obecnie.

Tymczasem obecnie z zawodu odchodzi ok. 25 tys. kierowców rocznie, a kwalifikację uzyskuje 35 tys. To nie pozwala uzupełnić braków na rynku pracy. Aby było to możliwe, liczba osób uzyskujących każdego roku kwalifikację wstępną do zawodu powinna wynosić co najmniej 60 tys.

Eksperci PwC przestrzegają, że coraz większe braki kadrowe mogą zahamować rozwój polskich firm transportowych, które mają w tej chwili 25-proc. udział w europejskim rynku usług tego typu. Ponieważ transport ma znaczące przełożenie na całą gospodarkę, spadek dynamiki w tej branży spowodowany niedoborem kierowców wpłynie bezpośrednio na bilans płatniczy Polski i inne sektory, m.in. logistykę, handel i budownictwo oraz przedsiębiorstwa leasingowe.

Ponad pół miliona osób zatrudnionych w branży międzynarodowego transportu samochodowego to też zysk w wymiarze społecznym. Do ok. 250 tys. kierowców zatrudnionych bezpośrednio trzeba doliczyć inne osoby zatrudnione w naszych w firmach w zapleczu technicznym, w magazynach. Korzyści z transportu obejmują około 500 tys. rodzin – podkreśla Jan Buczek.

Średnio co piąty zawodowy kierowca (20 proc.) rozważa obecnie odejście z zawodu. Głównym powodem jest wysokość wynagrodzeń. Mimo że kierowcy zarabiają relatywnie dobrze (średni dochód kierowcy na trasach międzynarodowych to ok. 6,5–7 tys. zł brutto), to mają poczucie, że kwota zarobków nie rekompensuje częstych rozstań z rodziną, długich pobytów poza domem i niedogodności związanych z wyposażeniem pojazdów ciężarowych, którymi jeżdżą w długie trasy.

Z drugiej strony dla osób zainteresowanych tą profesją poważną barierą są koszty, czas i trudności związane z uzyskaniem niezbędnych kwalifikacji. Koszt kursów i egzaminów koniecznych do podjęcia pracy może się wahać od 9,8 do 12,3 tys. zł. Brakuje też ośrodków, w których można przeprowadzić proces kwalifikacji wstępnej – w siedmiu województwach nie ma ani jednego Ośrodka Doskonalenia Techniki Jazdy (ODTJ).

Przedstawiciele branży transportowej od lat apelują o wprowadzenie kierunku kierowca-mechanik do programu nauczania szkół zawodowych dla dorosłych i zapewnienie im finansowania.

Według ekspertów PwC konieczne jest też ustabilizowanie sytuacji prawnej kierowców w Unii Europejskiej, zwłaszcza w kontekście przepisów dotyczących krajowych płac minimalnych i delegowania pracowników. Rygorystyczne przepisy wymierzone pośrednio w zagranicznych przewoźników już wcześniej wprowadziły m.in. Niemcy i Francja.

Zgodnie z projektem UE zmian dotyczących delegowania pracowników za czas pracy na terytorium innego państwa polski kierowca ma otrzymywać takie samo wynagrodzenie jak lokalny pracownik na podobnym stanowisku. Nowe regulacje wprowadziłyby też szereg nowych obowiązków administracyjnych, co dla firm będzie oznaczać wzrost obciążeń i kosztów, a w konsekwencji nawet groźbę bankructwa.

W ostatnim czasie jesteśmy dotkliwie atakowani przez rządy państw Europy Zachodniej. Przypisuje się nam niszczenie ich wewnętrznego rynku. Chcę powiedzieć, że nie stoją za tym polscy przewoźnicy, ale kapitał tych państw, który – tworząc spółki-córki na terenie Polski, Węgier czy Rumunii – ściąga potencjał z Europy Wschodniej, aby nieuczciwie konkurować na własnym, wewnętrznym rynku. Jeżeli rządy tych państw nie potrafią uporać się z tym procederem i przerzucają winę na nas, przewoźników międzynarodowych, to jest to nieporozumienie. Oczekujemy aktywności naszego rządu, aby uporać się z tym problemem. Inaczej nasz potencjał pojazdów i firm transportowych niebawem będzie przeżywał ogromny kryzys, a skutki będą miały wymiar gospodarczy i społeczny – podkreśla prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych.

Jak wynika z raportu „Rynek pracy kierowców w Polsce 2016”, który opublikowała w październiku firma doradcza PwC, na polskim rynku pracy jest obecnie ok. 600–650 tys. zawodowych kierowców, z czego około 500–550 tys. stanowią kierowcy samochodów ciężarowych. Niedobory sięgają 20 proc. całego zatrudnienia w branży, wskutek czego kierowcy nie mają problemu ze znalezieniem zatrudnienia. Ponad 70 proc. znajduje pracę w czasie krótszym niż tydzień, co jest ewenementem na polskim rynku pracy (wg danych GUS z 2016 roku średni czas poszukiwania pracy to 11 miesięcy). Mimo że w 2016 roku podwoiła się liczba ukraińskich i białoruskich kierowców zatrudnionych w polskich firmach transportowych (w stosunku rok do roku), to problem niedoborów w zawodzie się nie zmniejszył.

Polskie banki dobrze sobie radzą na tle europejskich. Muszą jednak szukać dalszych oszczędności

Polskie banki dobrze sobie radzą na tle europejskich. Muszą jednak szukać dalszych oszczędności 26

Banki działające w Polsce są beneficjentami dobrej sytuacji w gospodarce, ale szukanie oszczędności będzie w kolejnych latach jednym z największych wyzwań stojących przed nimi – wskazują eksperci A.T. Kearney. W ubiegłym roku w sektorze koszty spadły o 2,9 proc. i – w przeciwieństwie do europejskich banków – spadek ten nie wynikał głównie ze zwolnień pracowników. Z badania „Retail Banking Radar” wynika, że mimo coraz większej konkurencji i wciąż niskich stóp procentowych banki w Polsce radzą sobie znacznie lepiej niż ich rywale z Zachodu.

Powtarzanym przez lata tematem jest potrzeba redukcji kosztów. Polskie banki, podobnie jak europejskie, mają za sobą wiele zaniedbań w niektórych obszarach: IT, operacjach, modelu zarządzania siecią – to elementy, które ciągle i stopniowo trzeba restrukturyzować. Mowa tutaj nie tylko o pomysłach na redukcję zatrudnienia, lecz także o zmianie sposobu działania, czyli digitalizacji procesów zapleczowych, automatyzacji, zmianie sposobu działania osób pracujących daleko od klienta – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Gawinecki, junior partner w firmie doradczej A.T. Kearney.

Jak stwierdzają eksperci firmy doradczej A.T. Kearney, autorzy raportu „Retail banking radar”, banki reagują na potrzebę redukcji kosztów i w 2016 roku spadły one o 2,9 proc. Spadek kosztów w Polsce miał inną strukturę niż w Europie, gdyż był w większym stopniu spowodowany redukcją kosztów rzeczowych niż redukcją zatrudnienia. Liczba pracowników spadła wprawdzie o 1,5 proc., ale średnia dla Europy była wyższa i wyniosła 2,9 proc. Jednak dalsza redukcja kosztów jest koniecznością.

Dyskutujemy z bankami również o możliwości większego outsourcingu i nietypowych pomysłach, jak na przykład zwiększenia współpracy między bankami w niektórych obszarach – wiele banków w Europie współpracuje w obszarze bankomatów, tak aby redukować koszty systemowe, które są konieczne do funkcjonowania, ale nie stanowią o przewadze konkurencyjnej – wyjaśnia ekspert A.T. Kearney. – Wyzwaniem dla banków będzie poszukiwanie innych niż tylko wewnętrzne dźwigni poszukiwania oszczędności i zwiększanie swojej efektywności kosztowej.

Z raportu wynika, że w ubiegłym roku pomimo wprowadzenia podatku od aktywów bankowych, który pochłonął ok. 3 mld zł, instytucje finansowe w Polsce poradziły sobie lepiej niż w 2015 roku. Z danych KNF wynika, że banki wraz z oddziałami zagranicznymi zarobiły netto w 2016 roku niemal 13,9 mld zł wobec niespełna 11,2 mld zł rok wcześniej.

Na przykład udało się utrzymać średni wynik na klienta (185 euro), a baza klientów wzrosła. To efekt stopniowego podnoszenia cen, ale również wysokiego popytu na kredyty hipoteczne i gotówkowe. Ich wartość wzrosła wobec roku poprzedniego o 6,5 proc. Wskaźnik kosztów do wyniku spadł z rekordowego poziomu 60,8 proc. do 56,8 proc. w 2016 roku.

Mamy do czynienia ciągle z gospodarką niskich stóp procentowych, co oznacza, że banki muszą szukać dochodu w opłatach i prowizjach, które ściągają od klientów. Wymaga to edukacji klientów, że usługi bankowe mogą w przyszłości generować koszty z tytułu tych opłat – mówi Maciej Gawinecki. – Z drugiej strony wyzwaniem jest digitalizacja, czyli dostosowanie banków zarówno do warunków technologicznych, które umożliwiają już zupełnie inne funkcjonowanie, jak i do zmieniających się wymagań klienta, szczególnie tego młodego, który nie chce już chodzić do oddziału.

Duże znaczenie dla transformacji technologicznej w bankowości będzie mieć dyrektywa PSD2, która we wszystkich państwach UE ma zacząć obowiązywać od stycznia 2018 roku. Nowe przepisy umożliwią szybszy rozwój innowacyjnym przedsiębiorstwom z branży finansowej, czyli tzw. fintechom.

Dyrektywa PSD2 oznacza otwarcie dostępu do rachunku – mówi Gawinecki. – Dzięki temu fintechy – podmioty trzecie niebędące bankami, będą mogły wyzwalać płatności z naszych rachunków jako konsumentów i firm, jak również będą miały dostęp do historii rachunku, do jego salda. Mogą „zawłaszczyć” interfejs interakcji z klientem, więc banki mogą zostać zmarginalizowane do magazynów naszego pieniądza, bo cała interakcja odbywa się poprzez inne interfejsy.

Zgodnie ze wspomnianą dyrektywą, której konsekwencją będzie ustawa o usługach płatniczych, mająca wejść w życie 13 stycznia 2018 roku, usługi zostaną podzielone na dwa typy: inicjację płatności i dostęp do rachunku bankowego. Jeśli klient wyrazi zgodę, bank będzie musiał udostępnić stronom trzecim dostęp do jego rachunku poprzez API – interfejs programistyczny aplikacji. Fintechy zyskają także wiedzę o historii transakcji klienta. Szacuje się, że do 2020 roku cały światowy rynek API będzie wart 370 mld dolarów.

Kolejne wyzwanie to wyróżnić się na tle konkurencji i być szybszym, oderwać się od peletonu. Historycznie było tak w przypadku mBanku, oderwał się od peletonu inwestycją w digitalizację, teraz dzieje się to z bankiem ING, który dużo inwestuje w efektywność kosztową, zmianę sposobu działania organizacji, jak również w kanały elektroniczne – mówi Marcin Gawinecki.

Social media coraz ważniejsze dla kampanii społecznych. Pomagają znaleźć wolontariuszy, zebrać pieniądze i zapobiegać samobójstwom

Social media coraz ważniejsze dla kampanii społecznych. Pomagają znaleźć wolontariuszy, zebrać pieniądze i zapobiegać samobójstwom 27

Monitoring mediów przestaje być narzędziem wykorzystywanym wyłącznie w marketingu i działaniach PR-owych. W biznesie może posłużyć do rozwijania działalności, prognozowania rynkowych trendów i wspomagania obsługi klienta. Coraz częściej monitoring wykorzystują też fundacje i organizacje pożytku publicznego, które mogą dzięki niemu zwiększać zasięg swoich akcji, szukać wolontariuszy czy rozwiązywać problemy społeczne.

Monitoring mediów służy najczęściej do mierzenia efektywności działań PR albo zarządzania komunikacją podczas kryzysów wizerunkowych. To narzędzie może mieć jednak inne zastosowania. Przykładowo z monitoringu mediów społecznościowych mogą skutecznie korzystać fundacje, aby zwiększać zasięg kampanii społecznych. Dzięki temu narzędziu mogą precyzyjnie trafiać z przekazem do osób, które są nim zainteresowane – mówi agencji Newseria Biznes Magdalena Pawłowska z Instytutu Monitorowania Mediów.

Z monitoringu mediów korzystają na ogół firmy i przedsiębiorstwa, które chcą na bieżąco śledzić wyniki podejmowanych działań PR-owych i marketingowych. Analiza informacji, które pojawiają się w social mediach, blogosferze, na portalach, w prasie, radiu czy telewizji, pozwala zbadać, jak postrzegana jest marka. Firma może natychmiastowo zareagować na wpis niezadowolonego klienta albo prognozować rynkowe trendy na podstawie analizy publikowanych informacji. Dlatego najczęściej monitoring jest narzędziem, które wspiera działy marketingu, PR-u, badań rynkowych lub obsługi klienta.

Magdalena Pawłowska zwraca uwagę na to, że to narzędzie ma zastosowanie nie tylko w biznesie. Z powodzeniem sprawdza się też w kampaniach społecznych. Fundacje i organizacje pożytku publicznego wykorzystują monitoring, żeby zwiększać zasięg akcji i precyzyjnie targetować swój przekaz.

Dobrym przykładem jest też wyszukiwanie potencjalnych wolontariuszy albo osób chętnych, żeby wziąć udział w danej akcji społecznej. Organizacje zajmujące się krwiodawstwem coraz częściej wykorzystują Facebooka, Twittera i Instagram do poszukiwania dawców krwi dla potrzebujących osób. Tylko w lipcu opublikowano na ten temat 1,5 tys. postów w mediach społecznościowych. W tym przypadku ważne jest, aby fundacje szybko reagowały na wszelkie sygnały docierające od internautów i odpowiadały na ich pytania dotyczące np. tego, jak się przygotować i gdzie oddać krew – mówi Magdalena Pawłowska.

Jak podkreśla, monitoring jest też użyteczny jako narzędzie wspierające pracę publicznych instytucji. Przykładowo facebookowe profile na bieżąco sprawdza ZUS. Na początku tego roku zakład odmówił wypłaty zasiłku macierzyńskiego kobiecie, która miała wśród znajomych na portalu swojego nowego szefa, co wzbudziło podejrzenia o fikcyjnym zatrudnieniu.

Ministerstwo Zdrowia w połowie lipca ogłosiło natomiast konkurs dotyczący przeglądu mediów w zakresie zaburzeń psychicznych i samobójstw. Taki monitoring ma pomóc w walce z nieprawidłowymi i krzywdzącymi chore osoby sformułowaniami, które upowszechniły się we wszystkich rodzajach mediów, w szczególności w mediach społecznościowych.

Idąc tym tropem, monitoring social mediów można potraktować również jako narzędzie prewencji, pozwalające na bieżąco reagować na niepokojące wpisy i zapobiegać samobójstwom. Takie rozwiązania opracował m.in. Instagram, tworząc narzędzie zwracające uwagę specjalistów na niepokojące słowa i hasztagi stosowane przez użytkowników – mówi ekspertka IMM.

Digitalizacja w Polsce następuje najszybciej w obszarach o dużej konkurencji. Wzorem mogą być kraje nadbałtyckie

Digitalizacja w Polsce następuje najszybciej w obszarach o dużej konkurencji. Wzorem mogą być kraje nadbałtyckie 28

Proces digitalizacji zasobów w krajach Unii Europejskiej z roku na rok postępuje. Niestety pod tym względem Polska odstaje od czołówki mimo prac podejmowanych przez odpowiednie ministerstwa. Jak wynika z badań Komisji Europejskiej, brak zaangażowania w te działania sektora MŚP jest niepokojący.

– Najbardziej innowacyjne są branże poddane dużej walce konkurencyjnej. W tym momencie taką branżą jest na przykład telekomunikacja, branża ubezpieczeniowa czy bankowa. Najmniej cyfryzacji jest tam, gdzie konkurencji nie ma, a więc w sektorach tradycyjnie związanych z administracją państwową czy energetyką, usługami dla ludności – opowiada agencji Newseria Innowacje Konrad Rochalski, prezes zarządu firmy ArchiDoc z Grupy OEX.

Według bazy projektów digitalizacji (baza.nina.gov.pl) w Polsce jest aktywnych ponad 180 projektów, które starają się zarchiwizować w sposób cyfrowy m.in. zbiory muzealne. Beneficjentami są w głównej mierze uniwersytety, biblioteki i archiwa państwowe. 85 placówek otrzymało wsparcie w ramach 5-letniego programu Kultura+ łącznie na sumę ponad 98 mln zł. To nie jest jedyny projekt digitalizacji, jaki wspiera państwo w ostatnich latach, jednak nadal odstajemy w tym procesie od średniej w Unii Europejskiej. Jak wynika z danych opublikowanych przez Komisję Europejską, zajmujemy jedną z ostatnich lokat (23. z 28.) według indeksu DESI (Indeks Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa Cyfrowego). Najgorzej z integracją technologii cyfrowych radzą sobie – według raportu – małe i średnie firmy.

– Mimo że w ostatnim czasie bardzo dużo mówi się o digitalizacji i zmianie modelu funkcjonowania całej gospodarki, Polska w tym momencie  według badań – jest zdecydowanie w ogonie Europy– dodaje Konrad Rochalski.

Polska na tle innych krajów pod względem powszechności postępującej cyfryzacji i digitalizacji gospodarki wypada blado. Według DESI zajmujemy 23. lokatę, za nami są Węgry, Włochy, Grecja, Bułgaria i Rumunia. Europejski indeks ocenia zarówno digitalizacje zbiorów, kompetencje internetowe, infrastrukturę sieciową, integrację technologii cyfrowych, jak i cyfrowe usługi publiczne.

– Czynnikiem, który w największy sposób wzmacnia cyfryzację, jest konkurencyjność. Drugim czynnikiem jest stymulacja tego procesu ze strony państwa i rządu. Dobrym przykładem są kraje nadbałtyckie, które mimo że są małe, to słyną z tego, że stopień cyfryzacji całego społeczeństwa, w tym przedsiębiorstw, jest bardzo duży – opowiada Konrad Rochalski.

Daleko także Polsce do Estonii, w której digitalizacja objęła nawet struktury rządowe. Ten niewielki kraj nad Bałtykiem jest aktywny także poza swoimi granicami. Wszystko to za sprawą e-ambasady, czyli cyfrowej kopii najważniejszych dokumentów państwa, przechowywanej w innych państwach. Estonia jako jeden z niewielu krajów w regionie nie tylko wspiera cyfryzację obywateli w tak znacznym stopniu, lecz także chętnie wspomaga prywatnych przedsiębiorców, nawet zagranicznym. Estończycy oferują także możliwość prowadzenia biznesu obcokrajowcom oraz uzyskania e-obywatelstwa. Zaletą takiego rozwiązania jest opcja załatwienia wszystkich spraw firmy poprzez rozbudowaną platformę internetową.

– Podstawową korzyścią, jaką można sobie wyobrazić z punktu widzenia obywatela kraju, jest możliwość załatwiania spraw bez konieczności wychodzenia z domu, w sposób sprawny, nie marnując czasu i mogąc ten czas poświęcić na sprawy dużo ważniejsze. W tym momencie jest to osiągalne na przykład w kontekście współpracy z branżą telekomunikacyjną, gdzie nie trzeba się udawać do punktu obsługi klienta, aby podpisać czy przedłużyć umowę, można zrobić to zdalnie. Z drugiej strony trudno wyobrazić sobie rejestrację samochodu bez konieczności stania w kilkugodzinnej kolejce w urzędzie komunikacji –zaznacza Konrad Rochalski.

Zgodnie z informacjami Ministerstwa Cyfryzacji profil zaufany (eGO) ma w Polsce blisko milion osób. Za jego pomocą można załatwić coraz większą liczbę spraw urzędowych przez internet (176 różnych usług – stan na 12 lipca 2017 roku). Ich liczba ma się zmienić, podobnie jak suma serwisów obsługujących zapytania obywateli (37 – stan na 12 lipca 2017 roku).

– Trend jest taki, że coraz więcej się digitalizujemy, używamy narzędzi do digitalizacji. W ciągu ostatnich trzech lat w Europie użycie systemów do elektronicznego obiegu dokumentów wzrosło o 10 proc. W przypadku e-faktur ten wzrost wyniósł 6 proc. Użycie kanałów social media do komunikacji z klientami zanotowało tylko w ostatnich 3 latach wzrost o 6 proc. Ten trend intensywnie się nasila, trudno wyobrazić sobie, aby miał się on zatrzymać –podsumowuje Konrad Rochalski.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 01.08.2017

Po impulsie wzrostowym oraz korekcie para walutowa AUD/NZD powinna kontynuować wzrosty. Niebezpieczeństwem dla dalszych wzrostów jest utworzona na interwale tygodniowym formacja Pin Bara, aczkolwiek po tak dużej wyprzedaży oraz niedowartościowaniu AUD względem NZD jej skuteczność jest mało prawdopodobna.

Notowania AUD/NZD, interwał tygodniowy

Notowania AUD/NZD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Ostatni impuls wzrostowy jest zapowiedzią wzrostów w okolicę poziomu 1.10. Gdyby szczyt z marca 2016 roku został pokonany, to wzrosty mogą być kontynuowane nawet w okolicę poziomu 1.12.

Argumentem przemawiającym za dalszą aprecjacją dolara australijskiego względem nowozelandzkiego jest spread 10-letnich rentowności australijskich oraz nowozelandzkich.

Spread 10-letnich rentowności Australii i Nowej Zelandii , AUD/NZD

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 01.08.2017 29

Źródło: Bloomberg

Na powyższej grafice przedstawiono spread obligacji australijskich oraz nowozelandzkich (linia biała) na tle pary walutowej AUD/NZD. Aby kurs waluty w pełni odwzorowywał aktualne warunki makroekonomiczne w tych państwach musi co najmniej powrócić w okolicę poziomu 1.085.

Srebro

Cena srebra nie jest zachęcająca do zwiększania produkcji. Globalna podaż surowca w 2016 roku spadła o 0.6 proc. Ponadto od czterech lat na rynku srebra panuje deficyt, w 2016 roku wyniósł 20 milionów uncji.

Nadwyżka/Deficyt srebra

Nadwyżka/Deficyt srebra

Źródło: GFMS, Thomson Reuters

Przy obecnych cenach srebra podaż dalej będzie spadała, deficyt będzie rósł. Reasumując, notowania srebra na obecnym poziomie są nieuzasadnione, srebro znajdzie się w długoterminowym trendzie wzrostowym.

Notowania srebra, interwał miesięczny

Notowania srebra, interwał miesięczny

Źródło: Admiral Markets

Na interwale miesięcznym widać formację Pin Bara, która zapowiada odwrócenie ostatnich spadków i powrót do wzrostów zapoczątkowanych w 2016 roku. Bazowym scenariuszem pozostanie wzrost notowań złota w okolicę 20 USD za uncję. Poziom 13.50 USD powinien zostać niepokonany.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Analiza pozycji dużych graczy 31.07.2017

Analiza pozycji dużych graczy 31.07.2017 30

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Analiza pozycji dużych graczy 31.07.2017 31

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Analiza pozycji dużych graczy 31.07.2017 32

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 31.07.2017 33– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 31.07.2017 34-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Gold

Po raz kolejny duzi gracze zainwestowali w złoto. W poprzednim tygodniu zanotowano wzrost długich pozycji na kontraktach terminowych o 9 331. Z kolei pozycje krótką zredukowano o 36 procent, czyli o 35 380 kontraktów! Ponadto pozycje netto znalazły się na poziomie 73 tysięcy kontraktów, zatem na rynku jest sporo miejsca do dalszego zwiększania ekspozycji po długiej stronie rynku.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cme Group

Rynek złota jest podatny na sezonowość, zagregowane dane o 1975 roku wskazują, że w kolejnych trzech miesiącach stopa zwrotu na złocie powinna być dodatnia.

Z jednej strony mamy zwiększenie ekspozycji netto po długiej stronie rynku zarządzających na kontraktach terminowych, ale z drugiej analizę techniczną, która ogranicza potencjalną stopę zwrotu. Kto będzie miał rację?

Notowania złota, interwał tygodniowy

Notowania złota, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie tygodniowym kurs zbliżył się do strefy oporu 1277-1295 USD. Pokonanie danej strefy będzie sygnałem do kontynuacji wzrostów w okolicę 1335 USD za uncję. Czy tak się stanie? Wszystko wskazuje, że tak. Niemniej jednak nieudany atak na opór mógłby skutkować powrotem oraz ponownym testem poziomu wsparcia 1200 USD.

Dolar Australijski

Po tak mocnym rajdzie na północ należy oczekiwać korekty. Pod taki scenariusz pozycjonują się fundusze lewarowane. W poprzednim tygodniu nastąpił wzrost pozycji długich o 11 964 jak i krótkich o 10 302 kontraktów. Pozycje netto po raz kolejny znalazły się w miejscu, w którym dochodziło do redukcji pozycji długich na rzecz krótkich. Powstaje również pytanie, kto zdoła wypchnąć dolara australijskiego na nowe szczyty? Pomimo tego, że trend w długim terminie powinien być kontynuowany, to w krótkim należ spodziewać się wyprzedaży AUD na rzecz USD.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cme Group

Na wykresie tygodniowym doszło do mocnego wybicie ponad strefę oporu 0.771-0.783, która stała się teraz wsparciem. Bazowym scenariuszem pozostanie korekta w okolicę wspomnianej strefy popytu, a następnie kontynuacja wzrostów w okolicę poziomu 0.815.

Notowania AUD/USD, interwał tygodniowy

Notowania AUD/USD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Coraz większy ruch w e-kantorach. Objęcie rynku nadzorem mogłoby lepiej chronić pieniądze klientów

Coraz większy ruch w e-kantorach. Objęcie rynku nadzorem mogłoby lepiej chronić pieniądze klientów 35

Łączna wartość obrotów w e-kantorach sięgnęła już 40 mld zł i rośnie w dwucyfrowym tempie. Duża konkurencja na rynku sprawia, że podmioty te muszą stawiać na innowacyjne usługi, np. rozwinięty system przelewów. Obecnie obowiązujące przepisy nie definiują działalności prowadzonej za pośrednictwem kantoru internetowego, nie określają ani warunków jej prowadzenia, ani odpowiedzialności za ewentualne nieprawidłowości. Część przedstawicieli rynku chciałoby, aby e-kantory zostały objęte nadzorem.

– W 2015 roku obrót na rynku kantorów internetowych wyniósł ok. 30 miliardów złotych, szacuje się, że rok później już 40 mld zł. Dla porównania, rynek kantorów stacjonarnych w 2015 roku miał obroty na poziomie 170 mld zł. Rynek kantorów internetowych rośnie z roku na rok, na początku były to wzrosty trzycyfrowe, natomiast ostatnie lata to wzrosty dwucyfrowe – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Mikoda, prezes Raiffeisen Solutions, właściciela marki Rkantor.com.

Boom na kantory w sieci zapoczątkowała uchwalona w sierpniu 2011 roku nowelizacja Prawa bankowego, czyli ustawa antyspreadowa. Umożliwiła ona osobom zadłużonym w walucie obcej spłatę kredytu bezpośrednio w danej walucie. Wcześniej kredytobiorcy wpłacali złote, które bank dopiero przeliczał na walutę kredytu i potem dopiero regulował ratę. Od 6 lat w związku z wysokim zapotrzebowaniem na waluty w internecie pojawiły się kantory internetowe. Oferują one zwykle znacznie lepszy kurs wymiany niż tego rodzaju stacjonarne placówki.

– Klientem może być przedsiębiorca, który dokonuje rozliczeń międzynarodowych, płaci za faktury w obcych walutach. Dzięki temu może wymieniać walutę taniej, na czym oszczędza, oraz dokonywać przelewów zagranicznych dużo taniej, niż korzystając z usług bankowych. Klientem może być też turysta, który jedzie na wakacje. Może to być także kredytobiorca, który spłaca kredyt walutowy – wskazuje Mikoda.

Z raportu dotyczącego branży kantorów internetowych portalu Interaktywnie.com wynika, że wartość wymiany walut w sieci stanowi ok. 20 proc. tego, co Polacy wymieniają w tradycyjnych placówkach. Większość transakcji odbywa się na parze walutowej euro/złoty.

 Na rynku światowym około 87 proc. obrotów stanowią wymiany par dolar i inna waluta, jeśli chodzi o wolumeny –  od 10 jednostek do kilku lub kilkunastu milionów danej waluty. Mamy w ofercie różnego rodzaju waluty, nawet egzotyczne: tureckie liry, waluty skandynawskie czy walutę nowozelandzką. Możemy dokonywać wymiany w dowolnej walucie, można te waluty parować nie tylko poprzez złotego, ale też bezpośrednio do siebie, na przykład euro-dolar – mówi prezes Raiffeisen Solutions.

Dziś na rynku działa ok. 50 podmiotów. Konkurencja z roku na rok rośnie, dlatego kantory online muszą wprowadzać do oferty dodatkowe usługi, które przyciągną klientów.

– W Rkantor.com mamy np. bardzo dobrze rozwinięty system przelewów: wewnętrznych w ramach Polski i międzynarodowych, które mogą stanowić sporą oszczędność dla klienta w rozliczeniach międzynarodowych. Są dużo tańsze niż przelewy w bankach – zaznacza Mikoda.

Rozwijanie oferty stanie się jeszcze łatwiejsze po wprowadzeniu w przyszłym roku przepisów dyrektywy PSD2. Umożliwi ona dostęp firmom spoza sektora bankowego do informacji na temat rachunku bankowego klienta.

– Ta dyrektywa powoduje, że banki będą zmuszone do otwarcia dużo szerzej swoich systemów transakcyjnych i dostępu do tych danych. Różnego rodzaju firmy działające na rynku finansowym będą mogły uzyskać dostęp do danych o historii transakcji klienta. Dzięki temu – bazując na takich informacjach – będą mogły zaoferować dodatkowe usługi i produkty, np. kredyty gotówkowe – tłumaczy Tomasz Mikoda. – Nowa dyrektywa pociągnie za sobą rozwój fintech.

Prezes Raiffeisen Solutions podkreśla, że rynek wymiany walut w e-kantorach powinien być prawnie uporządkowany. Obecnie obowiązujące przepisy nie definiują działalności prowadzonej za pośrednictwem kantoru internetowego, nie określają ani warunków jej prowadzenia, ani odpowiedzialności za ewentualne nieprawidłowości.

 W Rkantor.com na samym początku wystąpiliśmy o licencję krajowej instytucji płatniczej – jesteśmy więc podmiotem nadzorowanym przez KNF, co nakłada na nas pewne obowiązki. Musimy raportować naszą działalność, mieć odpowiednie zgody, aby ją prowadzić, podlegać pod wszelkiego rodzaju mechanizmy zapobiegające praniu pieniędzy, a także wymagane jest, aby kadra zarządzająca kantoru posiadała odpowiednie doświadczenie do pełnienia odpowiedniej funkcji – wymienia prezes Raiffeisen Solutions.

Uregulowanie wymiany walut online sprawiłoby, że klient zyskałby gwarancje ochrony jego portfela.

– Kantory internetowe to podmioty, które można prowadzić w ramach zwykłej działalności gospodarczej. Uregulowanie tego rynku lub licencja krajowej instytucji płatniczej spowodowałyby, że obrót pieniędzy, które klient nam powierza, będzie dużo bezpieczniejszy. Takie pieniądze są wyłączone z masy upadłościowej: jeśli instytucja mająca taki status przejdzie w stan upadłości, wtedy środki klientów są bezpieczne. Na polskim rynku działa około 50 kantorów internetowych, z czego 7 ma status krajowej instytucji płatniczej – mówi Tomasz Mikoda.