Rządowy program -„Aktywna tablica” – szkoły mają czas do 31 sierpnia 2017 r. na złożenie wniosku

To będzie pracowity koniec wakacji dla dyrektorów szkół, którzy zdecydują się przystąpić do programu.  „Aktywna tablica” ma za zadanie wyposażyć i doposażyć szkoły podstawowe w nowoczesne pomoce dydaktyczne. Celem jest też rozwijanie  kompetencji uczniów i nauczycieli w zakresie technologii informacyjno-komunikacyjnych (TIK). Jest to bardzo ważne ponieważ rośnie wachlarz możliwości jakie daje internet, a nowe technologie są nieodłączną częścią codziennego życia. Sektor edukacyjny nie może pozostawać na to obojętny.

Co można kupić w ramach Programu? Zestawy składające się z tablicy interaktywnej i projektora ultrakrótkoogniskowego lub też same tablice interaktywne, projektory, głośniki, a także interaktywne monitory dotykowe o przekątnej co najmniej 55 cali. Maksymalne wsparcie finansowe z budżetu państwa to 14 000 złotych i można je uzyskać pod warunkiem, że organ prowadzący szkołę zadeklaruje 20% wkład własny – czyli 3 500 zł.

Trzyletni program rządowy zakłada, że pomoce dydaktyczne trafią do około 15 580 szkół w Polsce i za granicą. W roku 2017 beneficjentami może być aż 5 582 szkół. Najważniejsze jest jednak to, aby wniosek złożyć do 31 sierpnia 2017 roku.

 Na program przewidziano 279 mln 428 tys. zł- z czego 224 miliony złotych będzie pochodziło z budżetu państwa. Pozostałe 20% dołożą organy prowadzące szkoły w ramach wkładu własnego.  Za ten wkład będą oczywiście uznawane środki wydane na zakup pomocy objętych wnioskiem, ale także środki wydane na sprzęt komputerowy i urządzenia TIK inne niż te wnioskowane, ale zakupione w roku złożenia wniosku w programie „Aktywna tablica”. Jedynym warunkiem jest tutaj zrealizowanie zakupu nie później niż do dnia złożenia wniosku o udział w programie.

Szkoła, która ma otrzymać wsparcie musi spełniać określone warunki.

Pierwszy i podstawowy to dostęp do Internetu na poziomie  co najmniej 30 Mb/s. Musi też posiadać co najmniej jeden pakiet urządzeń i oprogramowania przypadających na jedną wnioskowaną tablicę interaktywną lub jeden wnioskowany interaktywny monitor dotykowy. Mowa tu o przenośnym komputerze dla nauczyciela, który jest wyposażony w preinstalowany system operacyjny oraz oprogramowanie biurowe, antywirusowe oraz zabezpieczające przed dostępem do treści niepożądanych. To oprogramowanie może być zainstalowane na szkolnych urządzeniach sieciowych. Zamiast przenośnego komputera dopuszczalne jest też inne urządzenie mobilne, które oferuje takie same funkcje. Konieczne jest posiadanie routera.

Szkoła musi mieć tyle sal lekcyjnych z dostępem do internetu – przygotowanych do zainstalowania tablic czy monitorów interaktywnych – o ile takich urządzeń wnioskuje.

Kolejny warunek stawiany szkołom to posiadanie co najmniej jednego punktu dostępowego, w którym uczniowie mają możliwość korzystania z dostępu do Internetu w ramach zajęć pozalekcyjnych oraz w czasie wolnym w dni wolne od zajęć dydaktyczno-wychowawczych.

Szkoły mogą wnioskować o udział w programie tylko do 31 sierpnia 2017 roku, zaś organy prowadzące do województw do 15 września 2017 roku. Wnioski zostaną rozpatrzone do 27 września 2017.

Alarmujące wyniki kontroli jakości handlowej

Przekłamania i niepełne informacje na etykietach opakowań pieczywa, kiełbas, pierogów, drinków i napojów. Alarmujące wyniki kontroli jakości handlowej.

Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych opublikowała wyniki kontroli przeprowadzonych w pierwszym kwartale 2017 r. Dotyczyły one jakości handlowej: ciemnego pieczywa, kiełbas o różnym stopniu wysuszenia, rozdrobienia i grubości, pierogów, pyz, krokietów, kartaczy, napojów spirytusowych, nalewek i drinków.

Wśród uchybień na jakie zwróciła uwagę IJHARS znajduje się między innymi błędne oznaczenie nazwy i rodzaju produktu.

– Zdarza się, że producenci używają jedynie nazwy fantazyjnej np. „chleb podlaski” czy „chleb królewski”, która uniemożliwia konsumentowi określenie charakteru i właściwości pieczywa, czy jest ono mieszane, pszenne czy żytnie  – mówi dr Agnieszka Szymecka – Wesołowska, wspólnik w Centrum Prawa Żywnościowego. – Jak wskazuje raport, bywa że składniki produktu są podawane na etykiecie w niewłaściwej kolejności, tymczasem składniki powinny być przedstawione według malejącej kolejności na podstawie ich masy – dodaje ekspert.

Jakie jeszcze uchybienia stwierdziła inspekcja?

1) nazwy i rodzaju produktu:

  • stosowanie nazwy pieczywa nieadekwatnej do składu;
  • brak nazwy (kategorii) napoju spirytusowego zgodnie z rozporządzeniem nr 110/2008 ws napojów spirytusowych;
  • stosowanie dwóch różnych nazw (kategorii) np. „likier”, „wódka”;

2) składu produktu:

  • brak wskazania w wykazie składników wszystkich surowców użytych do produkcji (np. mięsa oddzielonego mechanicznie, soli, dodatków, substancji alergennych) przy jednoczesnym wskazaniu składników, których nie użyto do produkcji (np. sezamu, cukru, mięsa, sera feta, dodatków),
  • nieprawidłowe/niepełne nazwy składników, np. brak wskazania źródła alergenów (np. „mąka” zamiast „mąka pszenna”)
  • brak wyróżnienia substancji alergennych,
  • podanie informacji „bez konserwantów”, „bez dodatków”, „bez ulepszaczy”, „domowa receptura”, podczas gdy produkt zawiera dodatki i błonnik pszenny, wpływający na strukturę wyrobu,

3) szczególne właściwości:

  • podanie na etykiecie pieczywa informacji „nie zawiera syntetycznych barwników” podczas gdy zgodnie z rozporządzeniem nr 1333/2008 do chleba (oprócz chleba słodowego) nie można dodawać barwników.

Pozostałe uchybienia dotyczyły braku informacji o wartości odżywczej, wprowadzania w błąd co do pochodzenia produktu oraz metod wytwarzania, a także nieczytelnego oznakowania.

Dr Agnieszka Szymecka–Wesołowska – wspólniczka i współzałożycielka Centrum Prawa Żywnościowego. Doradza przedsiębiorstwom branży spożywczej we wszystkich aspektach prawa żywnościowego. Doktor nauk prawnych – stopień uzyskany na Uniwersytecie w Maceracie (Włochy) na Wydziale Prawa na kierunku krajowe i wspólnotowe prawo rolne, nostryfikowany na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wykłada prawo żywnościowe na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Zmiany wprowadzone przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego dotkną branżę IT – czy specjalistów będzie jeszcze mniej?

Już od najbliższego roku akademickiego ma wejść w życie nowy system rozliczania uczelni wyższych. Od teraz wyznacznikiem dotacji będzie stosunek liczby studentów przypadających na jednego wykładowcę, a nie jak do tej pory ogólna liczba studentów. To może niestety wymusić na niektórych uczelniach ograniczenie liczby studentów, co byłoby działaniem krzywdzącym dla branży informatycznej.

Według nowych wytycznych w optymalnej sytuacji na jednego wykładowcę przypada od 11 do 13 studentów. Im będzie ich więcej, tym dotacja państwowa na uczelnię będzie mniejsza. W ten sposób Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego chce walczyć o wyższy poziom nauczania, co jest bezsprzecznie bardzo pozytywną intencją, ale jakie obawy płyną w obliczu pojawienia się nowej ustawy?

Ministerstwo na straży jakości kształcenia

Ministerstwo stawia sobie na celu przede wszystkim modyfikację wskaźnika dostępności dydaktycznej. Wedle ekspertów optymalny wskaźnik SSR (Student Staff Ratio), który wprost określa stosunek liczbowy wykładowców do studentów, wynosić będzie od 1 do 13. W związku z tym w środowisku akademickim pojawiły się pewne obawy, czy uda się dopasować rzeczywistość do tego założenia. We wstępnej fazie wdrożenia projektu odstąpiono od mechanizmu redukcji liczby studentów zaliczanych do podziału dotacji, dla których SSR jest na poziomie poniżej 11. Złagodzono jednocześnie działanie wskaźnika dla uczelni, dla których SSR jest znacznie powyżej 13. Tym samym w życie wszedł mechanizm zabezpieczający finanse uczelni, które swoją działalność opierały głównie na masowości kształcenia. Mimo tego nadal utrzymana jest silna zachęta do rozważnego procesu przyszłych rekrutacji na studia. – Chciałbym rozwiać wątpliwości tych, którzy obawiają się, że wskutek wprowadzanych zmian dojdzie z jednej strony do redukcji etatów lub – z drugiej – usuwania studentów z uczelni. Zależy nam przede wszystkim na podniesieniu jakości kształcenia, a więc dobru studentów. Jeżeli do czegoś namawiamy rektorów, to do zwiększenia liczby nauczycieli akademickich po to, aby studenci mieli jak najlepsze wsparcie ze strony kadry naukowej – podkreślił Minister Jarosław Gowin.

Takie działania to wręcz organiczna zmiana w dotychczasowym systemie finansowania edukacji wyższej w kraju. Niewątpliwie istnieje wiele kierunków studiów oraz uczelni, dla których taki model finansowania będzie odpowiednią motywacją to poprawy jakości przekazywania wiedzy. Jednak należy też zauważyć, że nie we wszystkich przypadkach wygląda to tak samo. Na uczelniach takich jak Politechnika Białostocka występują chroniczne braki kadrowe. Wynikają one z faktu, iż zarobki specjalistów branży IT pracujących w firmach są relatywnie wysokie, czego nie można niestety powiedzieć o pensjach nauczycieli akademickich. W ich przypadku wysokość wynagrodzenia jest z góry określona przez odrębną ustawę i uniemożliwia zaoferowanie atrakcyjnych warunków finansowych. Stąd właśnie luka kadrowa, w wyniku której ostatnie rekrutacje na stanowisko adiunkta Wydziału Informatyki Politechniki Białostockiej zakończyły się całkowitym brakiem zgłoszeń.

Braki kadrowe dziś i jutro

Robert Strzelecki, wiceprezes spółki TenderHut S.A.
Robert Strzelecki, wiceprezes spółki TenderHut S.A.

To może w znacznym stopniu zaburzyć ogólny plan rozwoju branży IT w Polsce, a nawet może doprowadzić wręcz do jej regresu – mówią osoby działające w branży. Nie od dziś wiadomo, że informatyków, a zwłaszcza programistów jest za mało na rynku. Według danych fundacji Pro Progressio w Polsce już w tej chwili brakuje ok. 30 tyś. specjalistów IT, a inne źródła mówią nawet o liczbie 50 tyś. Z kolei wyniki szacunku Komisji Europejskiej są jeszcze gorsze: do 2020 roku w Europie zabraknie aż 825 tyś. informatyków![1]Uczelnie powinny zadbać nie tylko o poziom kształcenia, który i tak jest wysoki – w końcu polscy programiści nie bez powodu są pożądani na rynku europejskim – ale przede wszystkim o zwiększanie liczby studentów na wydziałach informatyki. Skoro i tak jest ich za mało by zaspokoić potrzeby rynkowe, to działanie o wprost przeciwnym rezultacie jest dla mnie co najmniej niezrozumiałe – mówi Robert Strzelecki, wiceprezes grupy kapitałowej z branży IT – spółki TenderHut S.A.

– Założenie, że wykładowca może mieć pod sobą tylko 13 studentów jest bardzo wymagające, a na kierunkach informatycznych po prostu nierealne. Absolwenci tych studiów zdecydowanie bardziej wolą pracować za znacznie wyższe wynagrodzenie w firmach, niż na uczelniach, więc wydziały informatyczne i tak od lat zmagają się z brakami w kadrach. Nowa ustawa jeszcze pogłębi ten problem – dodaje Robert Strzelecki.

Finanse kraju, a informatyka

Współczesny świat potrzebuje specjalistów sektora IT niemalże w każdej branży, dlatego są oni tak pożądani przez rynek pracy. Trudno więc doszukiwać się logiki w postępowaniu władz, które chcą ograniczać rozwój dochodowej dla kraju gałęzi przemysłu. – Student informatyki już na III roku może starać się o pracę i zarobić w niej średnio 4 tyś. złotych. Taki dochód w całości pokrywa koszt, jaki ponosi Państwo za wykształcenie studenta – jest on oddawany w podatkach. Z tego powodu obniżenie liczby przyjmowanych studentów na kierunki, które gwarantują pracę, jest wbrew logice
i gospodarce
– twierdzi Robert Strzelecki.

Marzenia o polskiej Dolinie Krzemowej mogą się nigdy nie spełnić, bo do jej budowania
już niedługo może zabraknąć rąk do pracy. W branży IT deficyt wykwalifikowanych pracowników i tak jest duży, a przez nowe rozporządzenie Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego ten problem może się jeszcze zwiększyć. Do października uczelnie wyższe mają więc czas na przemyślenie wyjścia z tej sytuacji i opracowanie takiego rozwiązania, które nie będzie krzywdzące dla studentów. Czy rozwiązaniem jest dalsze zacieśnianie współpracy pomiędzy firmami a uczelniami wyższymi? W jaki sposób zachęcić specjalistów IT do dzielenia się praktyczną wiedzą którą zdobyli podczas pracy w firmach? Czy polskie uczelnie powinny dążyć do wdrożenia znanych i efektywnych wzorców współpracy z firmami z takich uczelni jak sławny MIT (Massachusetts Institute of Technology). Na odpowiedzi na te pytania przyjdzie nam pewnie jeszcze zaczekać, ale nie ulega wątpliwości że należy je zadać i podjąć dyskusję pomiędzy uczelniami, biznesem i stroną rządową.

[1] https://24wspolnota.pl/pl/biznes/news/19901/Pensje-informatyk%C3%B3w-nadal-rosn%C4%85-Brakuje-nawet-50-tys-pracownik%C3%B3w-tej-bran%C5%BCy-i-zapotrzebowanie-b%C4%99dzie-ros%C5%82o.htm

Ranking TOP30 firm moto z polskim kapitałem

Polska marka samochodu osobowego to póki co pieśń przyszłości. Tu i teraz bezsprzecznie rządzą producenci podzespołów oraz pojazdów innych niż osobowe, którzy działają w niszach, umieją sprzedawać za granicą i sprawnie włączają się w międzynarodowe łańcuchy wartości sektora automotive. Przez co najmniej 5 lat to się nie zmieni – wskazują autorzy 2. edycji zestawienia TOP30 polskich firm motoryzacyjnych: Bank Zachodni WBK, Bisnode i Polska Izba Motoryzacji. Sprawozdania pokazują, że biznes tych firm pędzi szybko: średni wzrost rocznych przychodów podmiotów z TOP30 sięgnął 14%.

TOP30 firm motoryzacyjnych z polskim kapitałem_2 edycjaNa najnowszej liście TOP30, czyli 30-stu firm motoryzacyjnych z większościowym polskim kapitałem o największych przychodach, aż 21 miejsc zajmują firmy wytwarzające części i podzespoły. 3 podmioty z tej grupy to producenci akumulatorów. Drugi silnik wzrostu polskiego automotive to producenci pojazdów innych niż samochody osobowe i dostawcze. Wśród nich są: 2 firmy produkujące autobusy, 4 firmy produkujące naczepy, przyczepy i zabudowy do samochodów oraz 3 firmy produkujące pojazdy specjalne.

Najwięcej firm z zestawienia TOP30 zlokalizowanych jest na terenie województwa śląskiego (8), w wielkopolskim (6), podkarpackim (5) oraz mazowieckim (4). Dwie firmy działają na Dolnym Śląsku, a po jednej w województwach łódzkim, podlaskim, małopolskim, kujawsko-pomorskim i świętokrzyskim. Zaskakuje wysoka pozycja województwa podkarpackiego. Dla porównania w przypadku firm z kapitałem zagranicznym zdecydowanie dominują 2 województwa śląskie (11 na 30) i dolnośląskie (8 na 30).

  1. edycja TOP30 – focus na szczegóły

W porównaniu do pierwszego zestawienia, opublikowanego rok temu, w nowym TOP30 zaszło sporo zmian. – Co prawda skład ścisłej czołówki pozostał niezmieniony (Grupa Boryszew, Solaris Bus&Coach, Wielton i Sanok Rubber Company), ale dalej jest ciekawie, bo pojawiło się aż 5 nowych podmiotów – mówi Wojciech Żuk, dyrektor kredytowy ds. sektora motoryzacyjnego w Banku Zachodnim WBK. BOCAR, producent samochodów pożarniczych na różnych typach podwozi renomowanych marek wszedł do zestawienia dzięki dużemu wzrostowi sprzedaży (aż o 47% r/r). Cztery pozostałe firmy pojawiły się dzięki informacjom i współpracy z Polską Grupą Motoryzacyjną. Są to podmioty sklasyfikowane poza PKD29 a tym samym trudne do zidentyfikowania, ponieważ produkują nie tylko na potrzeby automotive, ale również innych branż. Tylko dzięki wiedzy organizacji branżowych takich jak PIM czy PGM możliwe było ustalenie że większość produkcji tych firm jest kierowana do sektora motoryzacyjnego i włączenie tych firm do zestawienia. Są to podmioty sklasyfikowane poza PKD29 czyli teoretycznie poza motoryzacją. Jednak ponieważ ich produkcja jest w dużej mierze „zasysana” przez branżę automotive, autorzy raportu włączyli je do zestawienia. Te firmy to: Bury (systemy telekomunikacyjne, nawigacyjne i sterujące do samochodów, np. urządzenia głośnomówiące, ładowanie i systemy uchwytów, nawigacja, piloty radiowe, anteny, wzmacniacze, mikrofony), Kuźnia Polska (odkuwki do samochodów osobowych i ciężarowych), SPLAST (detale techniczne z tworzyw konstrukcyjnych) oraz Geyer & Hosaja (dywaniki gumowe i opony do samochodów ciężarowych, autobusów, naczep i przyczep). – Debiutanci na liście TOP30 i cała 2. edycja tego zestawienia, pokazują, że polski sektor automotive jest jeszcze bardziej zaawansowany i różnorodny a jego specjalizacja jest jeszcze mocniejsza niż wydaje się na pierwszy rzut oka  – podkreśla Wojciech Żuk.

Części i podzespoły górą jeszcze długo

Co więcej, autorzy rankingu TOP30 podkreślają, że pomimo pojawiających się w przestrzeni publicznej nowatorskich wizji rozwoju polskiej motoryzacji, w kolejnych latach nie zmienią się ani jej specjalizacja ani źródło wzrostu, czyli eksport. Dlaczego? Zbudowanie silnej marki samochodowej jest możliwe, ale wymaga czasu i ogromnych inwestycji nie tylko w opracowanie samochodu i zbudowanie od podstaw nowoczesnej fabryki ale także w stworzenie sieci dilerskiej oraz serwisowej zarówno w Polsce jak i w całej Europie. W pierwszym etapie będzie więc mieć znaczenie głównie wizerunkowe. W sferze realnego biznesu i przychodów polską branżę tworzą i co najmniej przez następne 5 lat będą tworzyć przede wszystkim części, podzespoły, akcesoria, elementy wyposażenia czy specjalistyczne pojazdy i rozwiązania wysyłane na eksport. Ta specjalizacja może się nawet ugruntować. Po pierwsze dlatego, że nasi producenci bardzo sprawnie z roku na rok rozwijają sprzedaż zagraniczną a po drugie dlatego, że nowe szanse może stworzyć rynek wewnętrzny. – W większości branż rynek wewnętrzny jest wstępem do ekspansji zagranicznej. W sektorze motoryzacyjnym możliwa jest tendencja odwrotna. Za sprawą nowych inwestycji zagranicznych koncernów w Polsce, które zostały przyciągnięte w ostatnim czasie i miejmy nadzieję, że będzie jeszcze więcej, polskie firmy już dostarczające za granicę komponenty zyskają szansę rozwoju na rynku wewnętrznym – mówi Roman Kantorski, Prezes PIM. Dodaje on, że jeśli Polska ma zbudować własne auto osobowe, to tylko i wyłącznie dzięki mistrzowskiej produkcji części i podzespołów.

Polski biznes motoryzacyjny ma się świetnie

Łączne przychody firm uwzględnionych w drugiej edycji listy TOP30 polskiego automotive wyniosły 9,6 mld zł. To suma niższa niż przychody największych firm z kapitałem zagranicznym operujących w Polsce, takich jak FCA Poland S.A. (14,3 mld zł w 2016 r.) i Volkswagen Poznań Sp. z o.o. (9,8 mld zł w 2015 r.), ale warto zwrócić uwagi na niemałe dynamiki. Średni wzrost przychodów dla producentów części i podzespołów wyniósł +9%; dla producentów akumulatorów +20%. Przychody firm produkujących naczepy, przyczepy i zabudowy do samochodów wzrosły średnio o 16%. Najmniej urosły przychody producentów autobusów (średnio o 4%), przy czym rosły przychody lidera Solaris Bus&Coach, podczas gdy drugi producent z listy zanotował spadek sprzedaży. – Największe wrażenie robią wyniki producentów pojazdów specjalnych. Przychody tych trzech firm z naszego zestawienia, w ujęciu łącznym, podwoiły się – mówi Wojciech Żuk.

Z kolei z analizy wywiadowni gospodarczej Bisnode, która opracowała dane do zestawienia TOP30, wynika, że blisko 70 proc. firm z branży produkcji autobusów, jak również części i akcesoriów jest w bardzo dobrej i dobrej kondycji finansowej, z czego 55,4 proc. w bardzo dobrej. W równie dobrej sytuacji znajdują się producenci przyczep i naczep. Wśród tych blisko 65 proc. jest w bardzo dobrej i dobrej kondycji finansowej. – Na tle innych branż, to świetny wynik. To także dowód, że cała branża motoryzacyjna umacnia swoją pozycję w polskiej gospodarce – mówi Tomasz Starzyk z Bisnode.

Wyższy bieg dzięki innowacjom

Według eksperta Bisnode ogromny potencjał tkwi w innowacjach. To one napędzają polski przemysł automotive. Ultralekkie pojazdy, układy napędowe, innowacyjne komponenty i systemy do zastosowania w pojazdach, także technologie produkcji, regeneracji, odzysku i recyklingu to tylko niektóre obszary, w których prowadzone są badania nad rozwojem i udoskonaleniem produkcji. Z Tomaszem Starzykiem zgadzają się Wojciech Żuk i Roman Kantorski. – Widoczne jest również duże zainteresowanie programami badawczo-rozwojowymi, jak np. INNOMOTO (sektorowy program badań naukowych i prac rozwojowych), którego celem jest wsparcie rozwoju innowacji w branży motoryzacyjnej. Polska, jako kluczowy eksporter wyrobów przemysłu motoryzacyjnego na równi z działalnością produkcyjną powinna być inicjatorem rozwiązań z zakresu B+R i skutecznie je wdrażać. To szansa dla polskich dostawców części i komponentów. Ważne jest abyśmy wszyscy: firmy, ośrodki badawczo-rozwojowe oraz administracja państwowa obrali kierunek na innowacje, ponieważ drugiej takiej szansy możemy nie mieć – mówi Roman Kantorski.

———–

  1. edycja zestawienia TOP30 firm motoryzacyjnych z większościowym polskim kapitałem po raz pierwszy została zaprezentowana podczas XIII konferencji przemysłu motoryzacyjnego AutoEvent organizowanej przez Polską Izbę Motoryzacji w dniach 20-22 czerwca 2017 r. w Rawie Mazowieckiej.

Miejsca w rankingu zostały przydzielone według wielkości rocznych przychodów ze sprzedaży za ostatni dostępny okres. Informacje o przychodach ze sprzedaży powyższych firm są danymi publicznymi, pochodzącymi z legalnych i ogólnodostępnych źródeł, m.in. sądów gospodarczych i monitora gospodarczego, gromadzonymi w bazach danych przez Bisnode Polska. Z zestawienia zostały wyeliminowane firmy, które mają dominujący kapitał zagraniczny.

Przy przygotowaniu listy uwzględniono:

  • Firmy wyselekcjonowane wg PKD29 produkujące: pojazdy samochodowe, silniki do tych pojazdów, jak również nadwozia do pojazdów silnikowych, przyczepy i naczepy a także części i akcesoria do pojazdów silnikowych (z wyłączeniem motocykli),
  • Firmy wyselekcjonowane z innych działów PKD (w których najczęściej występują firmy produkujące wyroby dla przemysłu motoryzacyjnego np. produkcja wyrobów z tworzyw sztucznych, produkcja akumulatorów, itp.), gdyż część z tych firm prowadzi produkcję także dla innych branż niż motoryzacyjna,
  • Przeprowadzono dodatkową weryfikację w oparciu o wiedzę posiadaną przez Polską Izbę Motoryzacji, Bisnode oraz Polską Grupę Motoryzacyjną.

Udziały należące do otwartych funduszy emerytalnych i funduszy inwestycyjnych zarejestrowanych w Polsce zaliczono do kapitału polskiego. Do kapitału polskiego zaliczono również udziały będące własnością firm zarejestrowanych za granicą jeżeli są one kontrolowane przez osoby mające obywatelstwo polskie. Przygotowujący listę opierali się o dostępne dane i informacje i w tym zakresie nie gwarantują ich 100% poprawności.

Filozofia konsekwentnego inwestowania popłaca

Inwestorom niejednokrotnie reklamowane są strategie czy produkty inwestycyjne, które w przeszłości wygenerowały spory zysk. Problem jednak w tym, że historyczne wyniki nie gwarantują, że w przyszłości one ponownie będą miały miejsce. Natomiast generowanie mniej spektakularnych, ale systematycznych zysków pozwala osiągnąć atrakcyjne wyniki w długim horyzoncie czasowym.

W tabeli poniżej przedstawione zostały przykładowe inwestycje i ich stopy zwrotu. Przyglądając się stopom zwrotu w poszczególnych portfelach i dla kolejnych lat można wysnuć wniosek, że jednorazowa strata może mieć kluczowy wpływ na zyskowność inwestycji w długim terminie.

stopa zwrotu
inwestycja w 1. roku w 2. roku w 3. roku skumulowana w okresie 3 lat
#1 -10,0% 6,0% 5,0% 0,2%
#2 5,0% 6,0% 5,5% 17,4%
#3 -10,0% 14,0% 14,0% 17,0%
#4 12,0% 12,0% -20,0% 0,4%

 

Stopa zwrotu pierwszego portfela jest charakterystyczna dla inwestorów, którzy w pierwszym roku inwestycji ponieśli znaczącą stratę na ryzykownych instrumentach (np. akcjach), po czym przerzucili swoje środki w mniej ryzykowne papiery (np. obligacje korporacyjne). Przedstawiona sytuacja może mieć np. miejsce, gdy inwestorzy nie dywersyfikują swoich portfeli, tylko wszystkie środki „wrzucają do jednego koszyka”. Co więcej, finanse behawioralne wskazują, że inwestorzy z reguły błędnie oceniają własne podejście do ryzyka i w przypadku znaczących strat najczęściej zamykają pozycje i „uciekają” do mniej ryzykownych instrumentów. Drugi przykład pokazuje, że nawet w przypadku niewielkich, ale za to systematycznych zysków, inwestor w długim terminie może godziwie zarobić. Z kolei trzecia inwestycja charakteryzuje inwestorów, którzy po poniesieniu strat trzymali środki w ryzykownych instrumentach, co w kolejnych dwóch latach się opłaciło. Warto jednak zwrócić uwagę, że w tym przypadku skumulowany zysk za cały okres był niższy niż w przypadku drugiej inwestycji pomimo spektakularnych stóp zwrotu w drugim i trzecim roku. Ostatni przykład jest typowy dla inwestorów, którzy w ostatnich latach solidnie zarabiali, ale w odpowiednim momencie nie zamknęli swoich pozycji, co sprawiło, że jednorazowa strata „skonsumowała” ich zyski wygenerowane w poprzednich latach.

Instrumentem, który umożliwia realizowanie powtarzalnych i godziwych zysków niewątpliwie są obligacje korporacyjne. Obligacje przy relatywnie niewielkim ryzyku dają zarobić ok. 5-6 proc. rocznie. Warto dodać, że tak długo jak emitent nie ma problemów z obsługą swojego zadłużenia, na obligacje korporacyjne w Polsce znikomy wpływ mają wydarzenia polityczno-gospodarcze ze świata. Najlepszym przykładem były wyniki głosowania ws. Brexitu, po których upublicznieniu indeksy giełdowe zaczęły znacząco tracić, podczas gdy na Catalyst (miejscu gdzie notowane są obligacje korporacyjne w Polsce) nie było widać żadnej dodatkowej nerwowości. Stabilność wyników jaką umożliwiają obligacje korporacyjne (oczywiście przy zdywersyfikowanym i rozsądnie zbudowanym portfelu) niewątpliwie jest pożądaną cechą dla części inwestorów z punktu widzenia behawioralnego. Wspomniane 5-6 proc. jest ciągle dużo wyższe od oprocentowania lokat, co ma swoje uzasadnienie przede wszystkim w ryzyku kredytowym (zdarzają się upadki emitentów, co sprawia, że inwestorzy w skrajnym przypadku mogą stracić całość zainwestowanego kapitału) oraz ryzyku płynności (inwestor nie zawsze ma możliwość spieniężenia obligacji przed zapadalnością).

Ryzyko kredytowe można ograniczać poprzez szczegółową analizę emitentów oraz dywersyfikację inwestycji. Warto również korzystać z usług domu maklerskiego, co daje inwestorowi dostęp do analiz emitentów obligacji korporacyjnych oraz do rynku międzybankowego. Szacujemy, że obrót na rynku międzybankowym jest kilkukrotnie wyższy niż na rynku giełdowym, dlatego korzystając z usług domu maklerskiego inwestor ma możliwość zmniejszenia ryzyka płynności.

Podejmowanie decyzji inwestycyjnych należy do zadań skomplikowanych i ryzykownych. Naszym zdaniem warto ułatwić sobie ten proces korzystając z materiałów przygotowywanych przez doświadczony zespół, co pozwoli także ograniczać ryzyko inwestycji. Decydując się na inwestycje w obligacje korporacyjne trzeba pamiętać, że raczej trudno będzie o spektakularne stopy zwrotu w pojedynczych latach, ale to nie one, tylko powtarzalność wyników, mogą przynieść godziwy zysk w dłuższym terminie.

Piotr Ludwiczak, Head of Research, Michael/Ström

Projekt prezydencki pogarsza sytuację banków. Deficyt w 2018 r. poniżej 3% PKB

Projekt prezydencki pomocy frankowiczom oczywiście nie jest neutralny dla banków, nie może być dla wszystkich dobry. Morawiecki o deficycie budżetowym w 2018 roku. Rekordy kryptowalut.

Prezydencki projekt pogarsza sytuację banków.

Agencja Moody’s zwraca uwagę, że realizacja prezydenckiego projektu pomocowego dla kredytobiorców walutowych pogarsza kondycję polskich banków. Nie da się ukryć, że skoro banki zapłacą ponad 3 miliardy złotych składki na fundusz restrukturyzacyjny tyle samo zniknie z ich zysków. Byłby to drugi istotny cios w rentowność systemu po wprowadzonym w zeszłym roku podatku bankowym. Analitycy zwracają uwagę, że nie wiadomo, czy ustawa ta nie zostanie połączona z poprzednim projektem zwrotu nadmiarowych spreadów bankowych do momentu wydanie ustawy antyspreadowej. Oznaczałoby to wówczas kolejny cios na około 4 miliardy złotych. Z drugiej strony obydwa te rozwiązania i tak są korzystniejsze dla banków, niż jednorazowe przewalutowanie, które mogłoby doprowadzić do bankructwa niektóre banki.

Deficyt 2018 roku poniżej 3% PKB

Wicepremier Mateusz Morawiecki w wywiadzie udzielił dla PAP kreślił wizję budżetu na 2018 rok. Wynik deficytu poniżej 3% PKB z pewnością cieszy. Nie jest jednak tak dobry, jak przypomnimy sobie, że to w tym roku zlikwidujemy OFE. To prawdopodobnie ten ruch umożliwi osiągnięcie tego wyniku pomimo wydatków socjalnych. Nie obyło się niestety bez prostego populizmu, gdzie porównywano wyniki gospodarcze Polski ostatnich lat w pełnym oderwaniu od koniunktury światowej, tak jakby kryzys 2008 roku nie miał miejsca. Analityków najbardziej w tych wypowiedziach cieszy fakt, że rząd bardzo pilnuje progu 3% w relacji do PKB. Powinno to powodować, że pomimo realizacji obietnic wyborczych budżet państwa nie idzie tak szybko jak sądzono w stronę Grecji.

Nowy rekord Bitcoina

Podział tej najpopularniejszej waluty na Bitcoina właściwego i nowego Bitcoin Cash nie zaszkodził najwyraźniej żadnej z nich. Po weekendowych zwyżkach mieliśmy możliwość oglądania notowań nawet za 3300 dolarów. Jest to kolejny rekord wszechczasów względem dolara. W tle tych rekordów coraz głośniej słychać doniesienia o kolejnych manipulacjach na rynkach kryptowalut.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym brak ważnych odczytów makroekonomicznych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

97 proc. polskich firm korzysta z rozwiązań open source

9 na 10 przedstawicieli polskiego sektora technologii korzysta z otwartych systemów operacyjnych, a 97 proc. używa technologii Open Source rozwijając własne rozwiązania IT – wynika z badania Polski rynek Open Source 2017, przeprowadzonego w związku z tegoroczną konferencją Open Source Day 2017.
Do najważniejszych zalet otwartych technologii wymienianych przez respondentów należą optymalizacja kosztów, elastyczność, a także brak uzależnienia od pojedynczego dostawcy. Wyniki ankiety wskazują, że oprogramowanie Open Source jest kluczowym elementem infrastruktury IT polskich przedsiębiorstw.

Badanie ankietowe przeprowadzone w związku z konferencją Open Source Day to pierwsza tego typu inicjatywa mająca na celu ocenę wykorzystania narzędzi i oprogramowania Open Source na polskim rynku, przeprowadzona na próbie prawie 300 respondentów, m.in. inżynierów, menadżerów i osób zarządzających projektami.

Obserwujemy, że oprogramowanie otwarte, czyli to oparte na dostępnym dla wszystkich kodzie źródłowym, jest powszechnie wykorzystywane przez polskie firmy. Brakuje jednak danych mówiących o skali finansowej stosowania Open Source, a także o tym, jakie motywacje stoją za wdrożeniem tych rozwiązań. Celem naszego opracowania było  uzupełnienie tej luki i pokazanie faktycznego wpływu Open Source na polski biznes – mówi Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator konferencji Open Source Day, inicjator badania.

Systemy operacyjne w czołówce

Jak wynika z opracowania, otwarte oprogramowanie jest najczęściej wykorzystywane przez polskie przedsiębiorstwa w obszarze systemów operacyjnych – odpowiedziało tak 90 proc. ankietowanych.

– Z przeprowadzonego badania wynika wyraźnie, że najczęściej wykorzystywanym oprogramowaniem Open Source w firmach jest system operacyjny bazujący na jądrze Linuxa. Na drugim miejscu respondenci wskazali wykorzystywanie otwartych baz danych (73,5 proc. ). Kolejne miejsca dotyczą specyficznych komponentów służących przy rozwoju oprogramowania – komentuje wyniki badania Przemysław Sękalski, Dyrektor Centrum Technologii Informatycznych Politechniki Łódzkiej.

Rozwiązania typu Open Source są też ważnym narzędziem w obszarze technologii, takich jak przetwarzanie w chmurze i big data – na ich zastosowanie w tych obszarach wskazał odpowiednio co trzeci i co piąty badany.open source

Co istotne, przytłaczająca większość uczestników ankiety wskazuje, że wykorzystuje rozwiązania Open Source w procesie tworzenia własnych rozwiązań IT, w tym aplikacji – aż 97 proc. badanych potwierdziło, że w tym wypadku korzysta częściowo lub wyłącznie
z otwartych technologii.

Mówiąc o powszechności zastosowania otwartych technologii w biznesie, należy z jednej strony brać pod uwagę rozwiązania dedykowane użytkownikowi końcowemu, np. systemy operacyjne czy programy do obsługi poczty e-mail. Z drugiej strony, rozwiązania Open Source są wykorzystywane przez ogromną społeczność inżynierów i programistów zatrudnionych przez komercyjne instytucje. Co trzeci ankietowany korzysta z otwartych technologii w obszarze tzw. kontenerów, czyli rozwiązań, które przyspieszają i upraszczają proces budowania  i wdrażania nowego kodu. Innym przykładem mogą być rozwiązania chmurowe. Aż 75 proc. uczestników badania przyznało, że rola tradycyjnego stanowiska pracy wyposażonego w komputer stacjonarny maleje. Zmieniający się sposób organizacji pracy sprawia, że chcemy mieć dostęp do danych w dowolnym miejscu i czasie, co oznacza, że rozwiązania chmurowe będą w dalszym ciągu zyskiwały na znaczeniu. Tymczasem dziś, ciężko byłoby znaleźć chmurę publiczną, która nie wykorzystywałaby choćby w najmniejszej części otwartych technologii – dodaje Przemysław Sękalski, Politechnika Łódzka.

Nie tylko optymalizacja kosztów

Uczestnicy badania Open Source Day wskazali, że największymi zaletami otwartego oprogramowania jest optymalizacja kosztów, a także elastyczność rozwiązań Open Source – te dwie cechy zostały wymienione przez około 60 proc. respondentów. Na kolejnych miejscach znalazły się brak uzależnienia od dostawcy i możliwość samodzielnej realizacji projektów z wykorzystaniem otwartego kodu. Na miejscu czwartym wymieniono nowoczesność, a na piątym bezpieczeństwo rozwiązań.open source 2

Open Source opiera się na zupełnie innej filozofii projektowania i dystrybucji oprogramowania. Oczywiście wiele z otwartych rozwiązań jest udostępnianych bezpłatnie, ale nie wszystkie i nie to stanowi ich najważniejszy wyróżnik. To prawda, że rozwiązania Open Source zapewniają optymalizację kosztów – nie wynika to jednak z niższej ceny,
a raczej z faktu, że rozwiązania są bardziej elastyczne i łatwiejsze w utrzymaniu, a ich mnogość i kompatybilność z różnymi systemami, w tym zamkniętymi,  sprawia, że przedsiębiorstwo nie jest uzależnione od jednego dostawcy. Dla użytkowników najważniejsze są korzyści wynikające z tego, że kod oprogramowania jest powszechnie
i bezpłatnie dostępny
– mówi Dariusz Świąder, Linux Polska.

 

Jak wskazują eksperci, otwartość kodu daje przedsiębiorstwom większą elastyczność
i kontrolę nad projektami informatycznymi, od których często zależą ich krytyczne funkcje biznesowe. Ponadto społeczność wykorzystująca rozwiązania Open Source zbudowała liczne platformy wymiany wiedzy.

Społeczność Open Source nie tylko pomaga sobie wzajemnie w dzieleniu się informacjami, ale także często uczestniczy w budowaniu małych fragmentów kodu. Przedstawiając problem innym, w krótkim czasie możemy liczyć nie tylko na odpowiedź, ale także na wskazówki, że inne rozwiązanie może być dla nas lepsze. Spowodowane jest to faktem, że uprzednio wymienione platformy skupiają programistów z wieloletnim doświadczeniem. Co za tym idzie, dużo trudniej jest ukryć lub przeoczyć  błąd w kodzie, a w razie jego wykrycia może on być naprawiony natychmiast – użytkownik nie musi czekać aż dostawca wypuści na rynek, nową, poprawioną wersję – dodaje Przemysław Sękalski, Politechnika Łódzka.

Deloitte Digital: Korzystanie z technologii w życiu osobistym wpływa na zachowanie ludzi w pracy

Zmiany technologiczne mają istotny wpływ na zachowanie pracowników. Aż 84 proc. z nich uważa, że jest istotne, by ich firmy korzystały z najnowszych technologii. Jak wynika z raportu Deloitte „The connected worker. Clocking in to the digital age”, mimo że pracownicy fizyczni i umysłowi w życiu prywatnym korzystają z technologii w bardzo podobnym stopniu, to w pracy różnice w tym obszarze są między nimi znaczące. Ponad połowa przebadanych pracowników fizycznych uważa, że ich kontakt z nowoczesnymi technologiami w miejscu pracy jest raczej sporadyczny, podczas gdy wśród pracowników umysłowych taką opinię wyraża jedynie 11 proc.

Deloitte przebadał ponad dwa tysiące pracowników umysłowych i fizycznych w Wielkiej Brytanii, którzy pracują w przemyśle budowlanym, infrastrukturalnym, usługach biznesowych i tzw. usługach profesjonalnych (prawo, usługi doradcze, usługi rekrutacyjne).

Eksperci Deloitte Digital uważają, że liczba tzw. connected workers, czyli osób, których życie zawodowe zmienia się wraz z rozwojem technologii cyfrowych, takich jak Internet Rzeczy, automatyzacja czy robotyzacja, będzie rosła. Aż 84 proc. pracowników wyraziło opinię, że jest ważne, by ich firmy korzystały z najnowszych technologii, które będą dla nich dostępne. Wśród pracowników umysłowych wskaźnik ten wynosił 88 proc., a wśród wykonujących pracę fizyczną 76 proc. Warto jednak zauważyć, że odsetek osób, które uważają korzystanie z nowoczesnych technologii przez biznes za czynnik mało istotny jest dwa razy większy wśród pracowników fizycznych niż umysłowych (24 do 12 proc.).

Przywiązani do technologii, również w miejscu pracy

Badanie Deloitte pokazało, że niezależnie od wykształcenia i rodzaju wykonywanej pracy ankietowani korzystają z dobrodziejstw technologii w życiu prywatnym w bardzo podobnym stopniu. Najczęściej badani korzystają z emaila (średnio 25 proc. wśród pracowników umysłowych i 24 proc. wśród pracowników fizycznych), komputera stacjonarnego lub laptopa (odpowiednio 23 i 22 proc.) oraz smartfonów (24 i 22 proc.). – Różnice pojawiają się, gdy ankietowani byli pytani o używanie tych samych narzędzi i technologii w miejscu pracy. Podczas, gdy w przypadku pracowników umysłowych właściwie nie ma różnicy w korzystaniu z maila i komputerów w pracy i poza nią, to w przypadku pracowników fizycznych widać, że w życiu zawodowym nie mają z nimi zbyt dużej styczności – mówi Jan Michalski, Partner, Lider zespołu TMT w Deloitte. W tej grupie używanie poczty elektronicznej czy komputera w pracy zadeklarowało jedynie 14 proc. badanych, a smartfonów 12 proc. Aż 47 proc. z nich używa za to swojego smartfona poza pracą częściej niż pięć razy dziennie, podczas gdy w miejscu pracy robi to jedynie 13 proc. Ponad jedna czwarta (27 proc.) sprawdza pocztę na swoim telefonie więcej niż pięć razy dziennie, a w pracy postępuje tak samo jedynie 15 proc. ankietowanych pracowników fizycznych. – Firmy zatrudniające dużą liczbę pracowników wykonujących pracę fizyczną powinny korzystać z tego faktu. Systemy informatyczne, które wykorzystują aplikacje mobilne, dają możliwość komunikacji między pracownikami oraz lokalizowania w jednym miejscu istotnych dla nich informacji – dodaje Wojciech Górniak, Dyrektor w Deloitte Digital.

Eksperci Deloitte podzielili ankietowanych według częstotliwości korzystania przez nich z nowych technologii. Tzw. „power users” używają nowoczesnych technologii częściej niż pięć razy dziennie. Wśród przebadanych pracowników umysłowych jest ich dwa razy więcej niż wśród pracowników fizycznych (36 vs. 18 proc.). Z kolei w tej grupie ponad połowa respondentów (51 proc.) zadeklarowała, że ich związek z technologiami w miejscu pracy jest luźny i sporadyczny. Wśród pracowników umysłowych takiej odpowiedzi udzieliło jedynie 11 proc. ankietowanych.

Elastyczność zamiast bezpieczeństwa

Jak nowoczesne technologie wpływają na życie pracowników? Zarówno pracownicy umysłowi, jak i fizyczni są zdania, że ułatwiają one pracę (odpowiednio 25 i 32 proc.). Ich zdaniem poprawiają także wydajność całej organizacji (odpowiednio 23 i 16 proc.) oraz pozwalają wypełnić szybciej powierzone im zadania (odpowiednio 22 i 13 proc.). Technologie oferują również elastyczność. W miejscu pracy oczekuje jej 63 proc. pracowników umysłowych i 43 proc. pracowników fizycznych. Aż 56 proc. reprezentantów tej pierwszej grupy byłoby w stanie zrezygnować z bezpieczeństwa socjalnego w pracy na rzecz elastyczności. W grupie pracowników umysłowych odsetek ten jest znacznie niższy i sięga 19 proc.

Główne siły napędzające cyfrową transformację w firmach pochodzą z trzech obszarów: wewnątrz przedsiębiorstwa, pracowników i otoczenia zewnętrznego. – Firmy na całym świecie są pod coraz większą presją, aby zwiększać produktywność. Korzystanie z technologii cyfrowych w większym stopniu niż dotychczas może ten proces wspomóc. Należy jednak pamiętać, że to ludzie są kluczowym elementem sektora usług, a zmiany technologiczne mają istotny wpływ na ich zachowanie i, jak pokazuje badanie Deloitte, pracownicy doceniają wsparcie technologiczne w pracy. Zarówno wśród pracowników umysłowych jak i fizycznych widać przywiązanie do technologii. Coraz częstsze i bardziej zaawansowane korzystanie z niej w życiu osobistym już wpływa na nasze zachowania – również w miejscu pracy. Od cyfryzacji biznesu nie ma zatem ucieczki – mówi Olgierd Cygan, Lider Deloitte Digital CE.

Deloitte Digital to globalna firma interaktywno-konsultingowa należąca do Grupy Deloitte. Oferuje kompleksowe wsparcie łączące doradztwo strategiczne, usługi kreatywno-marketingowe oraz wdrożenia zaawansowanych rozwiązań technologicznych. Skuteczności tego modelu dowodzą osiągnięcia Deloitte Digital w Stanach Zjednoczonych i na świecie. Magazyn Advertising Age w 2015 i w 2016 roku umieścił Deloitte Digital w pierwszej trójce największych agencji interaktywnych na świecie. Gartner w 2017 roku, w swoim corocznym raporcie „Magic Quadrant for CRM and Customer Experience Implementation Services”, po raz piąty z rzędu uznał Deloitte za światowego lidera usług w zakresie zarządzania relacjami z klientem (Customer Relations Management) oraz projektowania i wdrażania doświadczeń klienta (Customer Experience Implementation).

Czy to koniec problemów sektora budowlanego?

Wzrost PKB o 4 proc. w pierwszym kwartale tego roku, najniższe od 27 lat bezrobocie, perspektywa wzrostu inwestycji, poprawa koniunktury – ostatnio publikowane dane wskazują, że ożywienie w polskiej gospodarce jest wyraźne. Po trudnym 2016 roku poprawa wskaźników wreszcie dotyczy także sektora budowlanego w Polsce, który wraz z szybszym wykorzystaniem środków z budżetu unijnego powinien korzystać na poprawie koniunktury. Jednak obecna sytuacja płynnościowa wielu firm budowlanych nadal jest dosyć ciężka.

„Zeszły rok był trudny dla sektora budowlanego. W Polsce, a także w wielu innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej przestawienie na nowy budżet unijny i dostosowanie do jego ram zajęło więcej czasu niż oczekiwano. W strukturze wzrostu gospodarczego Polski spadek inwestycji w aktywa trwałe był jedynym czynnikiem, który obniżył nasze PKB. Niższa działalność inwestycyjna najbardziej widoczna była w spadku aktywności w budownictwie. Środki unijne pozostają istotną częścią realizowanych inwestycji w Polsce, zwłaszcza w ramach publicznych projektów infrastrukturalnych. Ponadto, wyższa niepewność przedsiębiorców skutkowała ostrożnym podejściem do inwestowania w rozwój firm. W rezultacie zeszłoroczny zastój w budownictwie spowodował blisko 15-proc. spadek produkcji budowlano-montażowej. Jednocześnie dobra dynamika sprzedaży i nowe inwestycje w budownictwie mieszkaniowym nie były w stanie zrekompensować znacznie bardziej dotkliwego dla branży ograniczenia projektów infrastrukturalnych.

W tym roku perspektywy dla sektora budowlanego nie są już tak niekorzystne. W ramach bieżącego budżetu UE efektywnie inwestowane są fundusze europejskie, a Polska pozostaje unijnym liderem w ich wykorzystaniu. Zgodnie z danym Ministerstwa Rozwoju do końca kwietnia 2017 roku Komisja Europejska wypłaciła Polsce środki w wysokości 3,9 mld euro za zrealizowane działania. Stanowi to ponad 35 proc. całej kwoty przekazanej dotychczas wszystkim państwom członkowskim w ramach obecnej perspektywy finansowej. Wnioskodawcy o dofinansowanie przedstawili jak dotąd aplikacje na łączną kwotę 315,7 mld zł, z czego 198,8 mld zł dotyczy wkładu z funduszy UE, czyli 65 proc. alokacji na lata 2014-2020. Poprawę sytuacji budowlanki potwierdzają także dane makroekonomiczne. W ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku produkcja budowlano-montażowa wzrosła o 7,6 proc. w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego. Ponadto, badania prowadzone wśród przedsiębiorstw przez Główny Urząd Statystyczny oraz Narodowy Bank Polski potwierdzają, że nakłady inwestycyjne będą się zwiększać, a przedsiębiorstwa prywatne świadczące usługi na rzecz podmiotów publicznych będą korzystać na rosnących inwestycjach publicznych, które w szczególności będą dotyczyć infrastruktury drogowej, kolejowej oraz służącej dostarczania mediów.

Poprawa sytuacji branży budowlanej będzie kontynuowana. Jednak przyspieszenie aktywności będzie następowało stopniowo. Coraz wyższa dynamika produkcji budowlano-montażowej nadal w dużej mierze pozostanie zasilana tzw. efektem bazy statystycznej, jako że odnosi się do mizernych wyników roku poprzedniego. Na realną poprawę sytuacji budownictwa trzeba jeszcze poczekać. Gdy już w pierwszej połowie tego roku dane makroekonomiczne wskazywały wyższą aktywność sektora budowalnego, jego sytuacja płynnościowa nadal była dosyć trudna. Liczba upadłości i restrukturyzacji przedsiębiorstw budowlanych wzrosła o 19 proc. w pierwszej połowie 2017 r. w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego. Zeszłoroczne zahamowanie inwestycji infrastrukturalnych nadal znajduje odzwierciedlenie w spadku przychodów wielu firm budowlanych, a zyski z nowych kontraktów jeszcze nie są widoczne w wynikach finansowych. Aby przetrwać na rynku przedsiębiorstwa niejednokrotnie zawierały kontrakty po niższych cenach, często na granicy rentowności. Branża budowlana nadal ma kłopoty płynnościowe i jest to szczególnie widoczne w statystykach upadłościowych i restrukturyzacyjnych. Połowa z ogłoszonych postanowień w pierwszej połowie br. dotyczy restrukturyzacji przedsiębiorstw, dając tym samym nadzieję na powrót do efektywnej działalności biznesowej, zwłaszcza w obliczu poprawy otoczenia branżowego, które coraz bardziej będzie zauważalne w kolejnych miesiącach”, powiedział Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej.

Firmy niepłacące dostawcom będą płacić wyższe podatki

Problem nierzetelności płatniczej wśród firm pozostaje powszechnym zjawiskiem. 48 proc. firm informuje, że w ostatnich 6 miesiącach miało do czynienia z niesolidnością swoich odbiorców, ponieważ regulowali płatności za otrzymany towar czy usługi z ponad 60-dniowym opóźnieniem – wynika z cokwartalnego badania Instytutu Keralla Research dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Rząd przygotowuje kolejne zmiany, które mają utrudnić życie firm-dłużników, tym razem będą to podwyższone podatki.

Prowadzone od dwóch lat analizy BIG InfoMonitor pokazują, że grupa firm oferujących usługi i towary z odroczonym terminem płatności, zmagających się z niesolidnymi kontrahentami, wciąż utrzymuje się między 40 a 50 proc. Niestety statystyk nie zmienia poprawa koniunktury gospodarczej, ani w krótszej, ani w dłuższej perspektywie.

Przeprowadzane co kwartał badanie* dla BIG InfoMonitor, wykonywane przez Instytutu Keralla Research pokazało, że na przestrzeni trzech miesięcy odsetek przedsiębiorców skarżących się na problem z nieterminowym otrzymywaniem płatności od kontrahentów nieznacznie wzrósł. W edycji badania po I kw. firm skarżących się na otrzymywanie płatności od kontrahentów z co najmniej 60-dniowym opóźnieniem w ciągu ostatnich 6 miesięcy było 45 proc., po II kwartale odsetek ten sięga 47,9 proc.

Przedsiębiorcy nie przewidują poprawy

Przedsiębiorcy nie spodziewają się szczególnej poprawy sytuacji. Na pytanie: Jak pod względem przeterminowanych płatności będzie wyglądała sytuacja za pół roku? Zdecydowana większość (61 proc.) odpowiedziała, że nie zmieni się, albo się pogorszy (10 proc.) jedynie co piąty przedsiębiorca (21,4 proc.) zakłada, że liczba faktur płaconych z co najmniej 60 dniowym opóźnieniem będzie mniejsza niż obecnie.

Źródło: BIG InfoMonitor, Instytut Badań i Rozwiżań B2B Keralla Research
Źródło: BIG InfoMonitor, Instytut Badań i Rozwiżań B2B Keralla Research

Już za trzy miesiące można będzie wpisywać dłużników do rejestru BIG po 30 dniach

Firmom czekającym często w nieskończoność na pieniądze ma pomóc, wchodząca w życie 13 listopada tego roku wraz z innymi regulacjami w ramach tzw. pakietu wierzycielskiego, możliwość wpisywania dłużnika do Rejestru BIG już po 30 dniach od terminu płatności, zamiast po 60 dniach. W ramach regulacji pakietu wierzycielskiego od przyszłego roku mają też rozpocząć działanie dwa rejestry ograniczające ryzyko podjęcia współpracy z problematycznymi firmami. Pierwszy to rejestr należności publicznoprawnych, do którego trafią informacje m.in. o firmach zalegających z regulowaniem podatków czy ceł, a drugi to rejestr podmiotów wobec których doszło do nieskutecznych egzekucji sądowych lub administracyjnych. Informacje z obu rejestrów będą dostępne za pośrednictwem Biur Informacji Gospodarczej.

Ale rząd pracuje już nad kolejnymi rozwiązaniami zwiększającymi mobilizację dłużników do terminowego regulowania zobowiązań. Tym razem mają to być narzędzia podatkowe. Dziś wierzyciel nawet jeśli nie dostaje pieniędzy, to po wystawieniu faktury musi zapłacić podatki. O ile zapłacony VAT może sobie odebrać jeśli kontrahent nie zapłacił w ciągu 150 dni, to już podatku dochodowego nie.

Niezapłacona faktury podwyższy przychody dłużnika

„Projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu wprowadzenia uproszczeń dla przedsiębiorców w prawie podatkowym i gospodarczym” Ministerstwa Rozwoju i Finansów przewiduje, że jeśli firma w ciągu 120 dni od terminu wyznaczonego w umowie lub na fakturze nie otrzyma płatności i w tym czasie nie sprzeda tej wierzytelności, będzie miała możliwość pomniejszenia podstawy opodatkowania o zaległą kwotę, dzięki czemu zapłaci niższy podatek dochodowy. Natomiast niesolidnego dłużnika spotkają sankcje dwojakiego rodzaju. Przede wszystkim nie będzie mógł wliczyć w koszty takiej niezapłaconej faktury, a dodatkowo będzie musiał zwiększyć swoją podstawę opodatkowania i tym samym zapłacić wyższy podatek dochodowy.

– Propozycja jest konkretna i warta uwagi. Daje szanse na poprawę sytuacji i co ważne, daje ulgę wielu firmom oczekującym w nieskończoność na płatność od odbiorcy towarów czy usługi. W naszej bazie ponad 99 proc. wpisanych dłużników nie zapłaciło swoim kontrahentom od ponad 120 dni. A mowa tu o kwocie przekraczającej 3,6 mld zł – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Jeśli chodzi o zjawisko przekazywania problemu płatności z jednego przedsiębiorstwa na drugie, firmy deklarują w badaniu, że obecnie rzadziej wywołują efekt domina. „Nie płacę moim kontrahentom, bo mnie nie zapłacono” – mówi dziś 17 proc. ankietowanych przedsiębiorstw, podczas gdy trzy miesiące temu odpowiadało tak 35 proc. badanych. – Dobra sytuacja gospodarcza może wpływać na poprawę płynności finansowej przedsiębiorstw i tym samym zwiększać szanse na wywiązywanie się z płatności nawet gdy do kasy nie wpłyną na czas należności. To bardzo dobrze, bo przecież kłopoty z uzyskaniem płatności od kontrahentów uruchamiają w firmie całą lawinę problemów: chwieją płynnością finansową firmy, powodując właśnie przekazywanie kłopotów na swoich dostawców , wywołują konieczność pozyskiwania zewnętrznego finansowania, ograniczają inwestycje, możliwości zatrudniania nowych pracowników i w ogóle rozwój całej firmy – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

*Badanie przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm, techniką wywiadów telefonicznych, sierpień 2017 r.

Wiedza społeczeństwa o ochronie danych do poprawy

Polacy są świadomi zagrażających im niebezpieczeństw związanych z wykorzystywaniem danych osobowych. Potrafią chronić dane gromadzone na komputerach i smartfonach. Nie wiedzą jednak jak zareagować w razie incydentu – wynika z raportu „Co wiemy o ochronie danych” przygotowanego przez Fundację Wiedza To Bezpieczeństwo.

Prawie połowa społeczeństwa ocenia ryzyko nieodwracalnej utraty swoich danych lub ich kradzieży jako średnie. Największe zagrożenia dostrzegamy w przestępczości internetowej  oraz nieprzywiązywaniu wystarczającej uwagi przez firmy do ochrony danych osobowych swoich klientów i pracowników – takie odpowiedzi wskazało po 30 proc. ankietowanych w badaniu Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.WTB_badanie_najwieksze_zagrozenia

Po pierwsze spytaj

Kolejnym niebezpieczeństwem, na które zwróciła uwagę ponad jedna piąta respondentów są działania firm, które chcąc zwiększać swoje zyski, wykorzystują dane osobowe bez zgody osób, których one dotyczą. Takie działania przedsiębiorców prowadzą do naruszeń prawa do prywatności. Osoby biorące udział w naszym badaniu stwierdziły, że najczęściej jest ono łamane poprzez niechciane telefony z ofertami marketingowymi oraz niezamówione maile (spam). Należy zauważyć, że tylko co dziesiąty ankietowany nie zignorował takiego zdarzenia i zgłosił je odpowiedniej instytucji – mówi Maciej Kaczmarski, Przewodniczący Rady Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

„Udostępnij”…jeśli możesz

WTB_badanie_naruszenia_w_firmachJeśli chodzi o incydenty w organizacjach to zaledwie jedna czwarta respondentów aktywnych zawodowo odpowiedziała twierdząco na pytanie dotyczące tego czy w ich firmach zdarzały się naruszenia bezpieczeństwa danych, takie jak np. kradzież laptopa lub smartfonu, a także udostępnienie danych osobom nieupoważnionym lub wysłanie maila zawierającego dane osobowe do niewłaściwego adresata. Co ciekawe 42% ankietowanych wskazało, że w firmach, z którymi współpracują, incydenty związane z ochroną danych osobowych nigdy się nie zdarzyły. Taki rozkład odpowiedzi może świadczyć to o tym, że większość z nas nie postrzega wskazanych sytuacji jako zagrożenie dla bezpieczeństwa firmowych danych, w tym ważnych strategicznych informacji – podkreśla Maciej Kaczmarski.

Kopiuję, więc jestem?

Wyniki badania Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo pokazują, że jesteśmy społeczeństwem, które na co dzień korzysta z różnych urządzeń elektronicznych oraz stara się zabezpieczać znajdujące się na nich dane. Aż 76 proc. respondentów wskazało, że korzysta z więcej niż z jednej formy ochrony informacji znajdujących się na używanych komputerach i smartfonach. Największą popularnością w społeczeństwie cieszą się najprostsze sposoby – hasła oraz programy antywirusowe. Warto dodać, że osiem na dziesięć osób biorących udział w badaniu dostrzega także potrzebę zabezpieczania swoich danych przed ich utratą w formie wykonywania kopii zapasowych – 44 proc. z nich kopiuje pliki sporadycznie, a 37 proc. robi to regularnie.

***

Raport „Co wiemy o ochronie danych osobowych” powstał na podstawie badania przeprowadzonego w dniach 01.03.2017 – 05.04.2017 r. przez Fundację Wiedza To Bezpieczeństwo. Narzędziem badawczym była ankieta online. Badaniem objęte zostały cztery grupy osób: nieaktywne zawodowo, w tym uczące się, pracujące (w różnych branżach), zarządzające firmami i specjalizujące się w ochronie danych osobowych. Jego celem było zebranie opinii, które pozwoliłyby ocenić świadomość społeczeństwa w zakresie ochrony danych osobowych oraz wiedzę w firmach dotyczącą europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO), które będzie miało zastosowanie już od 25 maja 2018 roku. Raport „Co wiemy o ochronie danych” dostępny jest na stronie: wtb.org.pl/raport

Analiza pozycji dużych graczy 07.08.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowymTabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 07.08.2017 1– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 07.08.2017 2-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

NZD/USD

Dolar nowozelandzki – jedna z najbardziej wykupionych par walutowych na rynku. Przez ostatnie kilka tygodni fundusze lewarowany obstawiały wzrost wartości NZD względem USD. Każdego tygodnia powiększały swoją pozycję netto na danej parze walutowej, pozycje netto powędrowały na historyczne maksima. Po tak mocnym wykupieniu rynku prawdopodobieństwo dalszych wzrostów jest znikome.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cme group

Ponadto ostatnie tygodnie pokazują iż zmienność na danym instrumencie jest coraz mniejsza, jest to sygnał przegrzania rynku. Fundusze lewarowane posiadają w swoich portfelach 43 181 pozycji długich względem 6 947 krótkich. Powstaje zatem pytanie, kto zdoła wypchnąć NZD na nowe szczyty?

Notowania NZD/USD, interwał dzienny

Notowania NZD/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie tygodniowym bykom nie udało się utrzymać ponad tygodniowym oporem 0.749. Ponadto na wykresie powstała formacja objęcia bessy, co wzmacnia prawdopodobieństwo korekty. Najbliższym wsparciem, które może zatrzymać spadki jest poziom 0.734, aczkolwiek redukcja pozycji długich powinna przerwać dany poziom.

Srebro

Jeden z metali szlachetnych ma miejsce do kontynuowania ruchu na północ, mowa o srebrze. W poprzednim tygodniu zarządzający powiększyli swoją długą pozycję o 4 496 pozycji, w tym samym czasie zamknęli 10 318 krótkich.

Pozycje zarządzających, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje zarządzających, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: CmeGroup

Analiza techniczna na wykresie srebra nie wygląda zbyt zachęcająco do kontynuacji wzrostów. Po piątkowej wyprzedaży kruszcu notowania spadły w okolicę 16.00-16.20. Kurs odbił się od górnej bandy kanału spadkowego oraz strefy podaży 16.60-16.90. Dopiero po przebiciu wcześniej wspomnianej strefy możemy liczyć na mocne wzrosty. Największym wyzwaniem dla srebra może być nadchodząca korekta na dolarze amerykańskim.

Notowania srebra, interwał dzienny

Notowania srebra, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Co słychać na rynku… Rośnie cena ropy, złoty lekko traci do dolara, funta i franka

Rośnie cena ropy przed spotkaniem Organizacji Państw Eksporterów Ropy Naftowej, które odbędzie się w poniedziałek i wtorek w Abu Zabi. OPEC omówi sprawę przestrzegania umowy w sprawie zmniejszenia produkcji surowca na świecie oraz kwestię stabilizacji jego cen. Tymczasem wzrost cen ropy wspierany jest przez spadek liczby wierceń w USA, a także w efekcie bardzo dobrej sytuacji na amerykańskim rynku pracy. W lipcu utworzono 209 tys. nowych miejsc pracy (oczekiwano 175 tys.), a bezrobocie w USA spadło do 4,3%. To najniższy poziom od 16 lat. Rewelacyjna sytuacja na amerykańskim rynku pracy może spowodować wzrost zapotrzebowania na ropę, a tym samym mogą podnieść się jej ceny.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do dolara kanadyjskiego (+0,04%) i japońskiego jena (+0,03%), a traci do euro (-0,11%), brytyjskiego funta (-0,12%) oraz dolara australijskiego (-0,09%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,179, GBP/USD – 1,305, USD/CAD – 1,265, AUD/USD – 0,793 i USD/JPY – 110,7. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,14%) i kurs EUR/JPY wynosi 130,5, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,903. W porównaniu do sytuacji sprzed weekendu złotówka lekko traci dolara, funta i franka szwajcarskiego i jest na tym samym poziomie do euro. W poniedziałek rano dolar kosztuje 3,6 zł, euro – 4,24 zł, funt – 4,7 zł, a frank – 3,7 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W piątek londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,49%, frankfurcki indeks DAX – 1,18%, a paryski indeks CAC 40 – 1,42%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł o 0,19%, meksykański indeks Bolsa – o 0,07%, a brazylijski indeks Bovespa – o 0,18%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 0,52%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,53%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,5%.

Ropa i złoto: Cena ropy naftowej znowu rośnie. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 52,42 USD (+0,78%), a ropy WTI – 49,58 USD (+1,11%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 57 USD. Z kolei złoto po wcześniejszych wzrostach traci na wartości. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1258 USD. To 11 USD mniej (-0,87%) niż przed weekendem.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:00 – Niemcy – produkcja przemysłowa (m/m) -1,1% (prognoza 0,2%)
  • 9:00 – Czechy – produkcja przemysłowa 2,2% (prognoza 6,8%)
  • 9:15 – Szwajcaria – inflacja CPI (r/r), lipiec 0,3% (prognoza 0,3%)
  • 17:45 – USA – Wystąpienie szefa Fed z St. Louis
  • 19:25 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Minneapolis

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Kaspersky Lab Polska: Pracownicy zatajają ataki cyberprzestępców

W 40% firm na całym świecie pracownicy zatajają incydenty naruszenia bezpieczeństwa IT. Zważywszy na to, że każdego roku 46% incydentów naruszenia bezpieczeństwa IT jest powodowanych przez pracowników, niezbędne są działania na wielu poziomach, nie tylko działów bezpieczeństwa IT, aby wyeliminować ten słaby punkt w wielu firmach.

Zaproszenie cyberprzestępców do środka

– Konsekwencje takiego zatajania mogą być bardzo poważne, ponieważ za każdym, nawet najmniejszym, działaniem cyberprzestępców może stać większy atak. Nawet jedne mały niewykryty sfałszowany e-mail z jakimś szkodliwym załącznikiem, może doprowadzić do infekcji całej firmy. Dział bezpieczeństwa, który nie zostanie poinformowany przez pracownika, po prostu będzie bezsilny w takim przypadku – mówi newsrm.tv Piotr Kupczyk z Kaspersky Lab Polska.

Cyberprzestępcy często wykorzystują pracowników, aby wniknąć do infrastruktury firmowej. Wiadomości phishingowe, słabe hasła, fałszywe telefony z działu pomocy technicznej – wszystko to już widzieliśmy. Nawet zwykła karta pamięci upuszczona na parkingu biurowym lub w pobliżu biurka pracownika może spowodować infekcję całej sieci – potrzeba tylko kogoś wewnątrz, kto nie jest świadomy lub nie zwraca uwagi na bezpieczeństwo, aby urządzenie to zostało podłączone do sieci, wyrządzając w efekcie ogromne szkody

– Jako przykład można podać tutaj nieuważnego księgowego, który otwiera szkodliwy załącznik, sądząc, że jest to faktura od jednego z licznych kontrahentów firmy. Po uruchomieniu takiego pliku dochodzi do infekcji komputera księgowego oraz wszystkich zasobów do których ma on dostęp, może dojść nawet do paraliżu firmy – przestrzega ekspert.

Zabawa w chowanego: konieczny wkład działu kadr oraz kierownictwa najwyższego szczebla

Pracownicy często wolą narazić organizację na ryzyko niż zgłosić problem, ponieważ obawiają się kary lub wstydzą się tego, że ponoszą odpowiedzialność za zaistniałą sytuację. Niektóre firmy wprowadziły surowe reguły i obarczyły pracowników dodatkową odpowiedzialnością, zamiast po prostu zachęcać ich do czujności i współpracy. To pokazuje, że cyberochrona dotyczy nie tylko obszaru technologii, ale również kultury organizacyjnej i szkoleń, dlatego w działania te należy zaangażować również kierownictwo najwyższego szczebla oraz dział kadr.

Czynnik ludzki: klimat korporacyjny i nie tylko

Organizacje na całym świecie uświadamiają sobie, że personel może narazić firmy na ataki: 52% badanych firm przyznaje, że pracownicy to ich największy słaby punkt, jeśli chodzi o bezpieczeństwo IT. Konieczność wdrożenia środków skoncentrowanych na personelu staje się coraz bardziej oczywista: 35% firm dąży do zwiększenia bezpieczeństwa poprzez organizowanie szkoleń dla pracowników – które stanowią drugą najpopularniejszą metodę cyberochrony, ustępując miejsca jedynie instalacji bardziej

Zachodnioeuropejskie giełdy w defensywie. „Nowa Europa” z potencjałem

  • Indeksy giełdowe w Europie Zachodniej znalazły się w trendzie spadkowym po tym, jak euro zaczęło umacniać się do dolara.
  • Burzę w strefie euro można przeczekać w funduszach akcji polskich, a także „Nowej Europy”, które inwestują także w Turcji czy na Węgrzech.
Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Union Investment TFI
Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Union Investment TFI

Jeszcze do niedawna akcje spółek notowanych na giełdach Europy Zachodniej cieszyły się dużym zainteresowaniem inwestorów. Układ sił na inwestycyjnej mapie świata zmieniło nagłe umocnienie euro do dolara i wzrost kursu EUR/USD powyżej 1,15 (najwyższego poziomu od dwóch lat). Inwestorzy zaczęli wycofywać kapitał z europejskich akcji, ponieważ mocne euro szkodzi europejskim eksporterom, a szczególnie Niemcom – gospodarczej potędze strefy euro.

W obliczu silnej aprecjacji wspólnej waluty, argumenty przemawiające za inwestowaniem w zachodnioeuropejskie akcje zeszły na drugi plan. Inwestorów nie przekonują obecnie ani rosnące zyski wielu spółek notowanych w indeksie STOXX Europe 600, ani świetna – najlepsza od kilku lat – sytuacja gospodarcza w krajach strefy euro. Nakazuje to ostrożniejsze niż dotychczas podejście do inwestycji w akcje spółek notowanych na giełdach Europy Zachodniej. Przynajmniej na jakiś czas.

Burzę w strefie euro można przeczekać na giełdach w „Nowej Europie”

Podczas gdy zachodnioeuropejskie indeksy giełdowe zmagają się z przeceną, bardzo dobrze radzą sobie giełdy w krajach „Nowej Europy” – szczególnie giełda turecka. W tym roku fundusze akcji tureckich zyskały już średnio kilkanaście procent. A ich zyski byłyby jeszcze wyższe, gdyby nie postępująca erozja tureckiej waluty. Od stycznia lira osłabiła się do złotego o prawie 14,5% proc. W efekcie, chociaż w lokalnej walucie indeks BIST 100 zyskał około 37 proc., po przeliczeniu na złote wzrósł „tylko” o około 17,5 proc. To jednak i tak dużo, a dopóki globalny sentyment do rynków wschodzących będzie się utrzymywał, dopóty tureckie akcje powinny dalej rosnąć. Jest tylko jeden haczyk – Turcja jest rynkiem bardzo ryzykownym.

Jeśli inwestujemy w akcje i zdecydujemy się przeczekać burzę w strefie euro na rynkach naszego regionu, warto rozważyć stabilniejsze opcje. Takim rozwiązaniem będą fundusze akcji „Nowej Europy”. Mają one tę zaletę, że łączą w sobie inwestycje na kilku giełdach, takich jak Polska, Turcja czy Węgry. Dobrą alternatywą mogą być również fundusze akcji polskich. Polska giełda, podobnie jak turecka, jest w tym roku bardzo mocna. Do końca lipca indeks WIG wzrósł już o 20,9 proc., do czego przyczyniła się świetna dyspozycja największych polskich spółek. Co jednak istotniejsze – polskie akcje wciąż mają potencjał do wzrostów.

W Polsce wynajmiesz drożej niż w Europie

W Polsce w 2016 roku za metr kwadratowy nowego mieszkania trzeba było zapłacić średnio 1 212 euro, czyli o 9,7 proc. więcej niż rok wcześniej. W Warszawie cena ta wynosiła 1 729 euro. Dla porównania średni koszt zakupu metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Londynu wynosi ponad 16,5 tys. euro, a w Paryżu – 12,4 tys. euro. Polska znalazła się w grupie państw, w których wynajmowanie mieszkania przynosi najwyższy średni zysk.

Marta Kamionowska MRICS, Dyrektor, Deloitte Advisory– Poszukiwanie nowych produktów inwestycyjnych przez inwestorów instytucjonalnych, wzrastająca mobilność społeczeństwa oraz stopniowe odchodzenie od stereotypu mieszkania na własności stają się czynnikami rozwoju segmentu mieszkań na wynajem– mówi Marta Kamionowska, dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Największy udział mieszkań pod wynajem w stosunku do ogółu lokali mieszkalnych mają Niemcy (54,3 proc.). W Polsce wskaźnik ten wynosi 15,3 proc. Najmniej wynajmowanych mieszkań jest w Słowenii i na Węgrzech, w których ich udział do ogółu mieszkań wynosi odpowiednio 2,4 i 3,9 proc.

Opłacalne inwestycje w nieruchomości

Na najwyższy zysk w wysokości 8,9 proc. mogą liczyć właściciele mieszkań pod wynajem w duńskim mieście Odense oraz w Budapeszcie (7,9 proc.). Polskie miasta wypadły pod tym względem bardzo korzystnie. Zysk netto (stosunek rocznego przychodu z najmu pomniejszonego o koszty eksploatacji do łącznego kosztu zakupu i adaptacji mieszkania) w Warszawie  w 2016 roku wyniósł średnio 6 proc., w Krakowie 6,6 proc., Łodzi 7,2 proc. oraz Wrocławiu 7,4 proc. Co ciekawe na najniższy zysk mogą liczyć wynajmujący mieszkania w centralnych dzielnicach Londynu (2 proc.).

Warszawa droższa od Budapesztu, ale tańsza od Pragi

Wśród najdroższych metropolii w analizowanych krajach, tuż za centralnym Londynem (16,5 tys. euro za m2) i centralnych dzielnicach Paryża (12,4 tys. euro), znalazł się Tel Awiw z ceną 8,2 tys. euro za m2. Z kolei najtańsze mieszkania można znaleźć w dwóch węgierskich miastach Debreczynie (883 euro za m2) i Győr (947 euro za m2). Spośród stolic w naszym regionie najtaniej jest w Budapeszcie (ok. 1,5 tys. euro za m2), w Warszawie (nieco ponad 1,7 tys. euro za m2) oraz Wilnie (prawie 1,8 tys. euro za m2). Dla porównania w Pradze koszt ten wzrasta już do 2,4 tys. euro za m2. Raport pokazuje również poziom cen dla trzech innych polskich miast: Krakowa i Wrocławia (w obu 1,4 tys. euro za m2) oraz Łodzi (1,1 tys. euro za m2).

Ceny mieszkań w Polsce rosną

Średnia cena metra kwadratowego w Polsce wynosiła w ubiegłym roku 1 212 euro, czyli o 9,7 proc. więcej niż rok wcześniej. Taniej jest na Węgrzech i Portugalii. Najdrożej jest za to we Francji, Izraelu, Irlandii i Wielkiej Brytanii, gdzie za metr kwadratowy trzeba zapłacić średnio prawie cztery razy więcej. Oprócz Polski najwyższe wzrosty rok do roku odnotowano w Słowenii (o 26,5 proc.), Danii (o 10,8 proc.) oraz na Węgrzech (o 9,7 proc.). Z kolei największe spadki cen odnotowano w Wielkiej Brytanii (o 9 proc.), co wiąże się głównie z deprecjacją funta.

– Poprzedni rok był dobry dla sektora nieruchomości. W 2016 roku w Polsce ponownie zanotowano rekordową sprzedaż nowych mieszkań. W sześciu największych aglomeracjach w tym czasie sprzedano 61,6 tys. mieszkań, podczas gdy rok wcześniej było to 58,2 tys. Aktywność ta mogła wynikać m.in. ze zbliżania się do końca programu Mieszkanie dla Młodych. Nowy program rządowego wsparcia Mieszkanie Plus, ma na celu zmianę struktury posiadania mieszkań w Polsce, jakkolwiek podtrzyma koniunkturę w sektorze budowlanym mówi ekspert.

Polska buduje, ale wciąż za mało

W roku 2016 średnie zasoby mieszkaniowe dla krajów Unii Europejskiej wyniosły 486,6 mieszkania na tysiąc mieszkańców. Największymi zasobami mieszkaniowymi może pochwalić się Portugalia (574,6). Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań na 1000 mieszkańców jest w Izraelu (295). Na drugim miejscu po Izraelu ponownie znalazła się Polska, w której wskaźnik ten wynosi 372 mieszkań na 1000 mieszkańców. W całej Unii Europejskiej mieszkańcy mają do dyspozycji 245,6 mln mieszkań, z czego 2,5 mln przypada na Polskę. Dla porównania kilkukrotnie mniejsze Czechy dysponują 4,9 mln mieszkań.

Kurs franka – dlaczego nagle inwestorzy odwrócili się od waluty?

Dlaczego nagle inwestorzy odwrócili się od waluty, której siła zaskakiwała przez ostatnie lata? Od 24 lipca frank szwajcarski (CHF) jest najsłabszą walutą na świecie wśród 31 gospodarek krajów rozwiniętych oraz rozwijających się – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W kilkanaście dni frank bardzo wyraźnie stracił na wartości: 4 proc. w relacji do euro oraz do złotego, 5 proc. do forinta. Jakie są przyczyny tendencji spadkowej i czy to już kres obniżek?

Specyficzna pozycja

Szwajcarska waluta od lat uchodziła za „bezpieczną przystań”, a takie określenie wynikało z mocnej pozycji gospodarczej alpejskiego kraju, widzianej głównie poprzez bilans rachunku obrotów bieżących. Szwajcarską gospodarkę praktycznie co roku cechowała nadwyżka w wymianie towarów i usług oraz w bilansie zysków z inwestycji zagranicznych.

W ciągu ostatnich 20 lat owa nadwyżka wynosiła średnio ok. 10 proc. PKB rocznie, co z jednej strony oznacza najwyższe poziomy na świecie, a z drugiej stałą, fundamentalną przewagę popytu na franka nad jego podażą.

Minione dwie dekady składały się jednak nie tylko z samych wzrostów szwajcarskiej waluty. Na początku bieżącego millenium kończył się bowiem 6-letni trend słabego franka, gdy przez sześć lat CHF stracił do dolara aż 40 proc. wartości, a w połowie 2001 r. kosztował zaledwie 2,2 zł.

Drugi, już szerzej znany, trend osłabiający franka zbiegł się w czasie z wysypem kredytów denominowanych w szwajcarskiej walucie i sprowadził CHF z ponad 3 zł do 2 zł. Ponieważ jednak w tym czasie nadwyżka na rachunku obrotów bieżących Szwajcarii była nadal bardzo wysoka, nasuwa się wniosek, że dużo większy wpływ na walutę wywierają inne czynniki niż wymiana handlowa czy zyski przedsiębiorstw osiągane za granicą.

Przepływy kapitału uzależnione od koniunktury

Skoro saldo rachunku bieżącego nie tłumaczy w pełni zachowania się waluty, warto zwrócić uwagę na przepływy finansowe. Zyski wypracowane przez szwajcarskie przedsiębiorstwa albo wracają do kraju, albo są reinwestowane zagranicą. Ten drugi przypadek zachodzi wtedy, gdy koniunktura globalna jest względnie dobra. Dlatego właśnie w latach 1996-2001 oraz 2004-2008 frank się osłabiał – zgromadzony wcześniej kapitał wypływał wtedy z kraju.

Po światowym kryzysie finansowym z końca minionej dekady do wcześniejszych przepływów szwajcarskiego kapitału dołączyły również te związane z obawami o kondycję strefy euro. Przez kilka lat nie tylko zagraniczne inwestycje Szwajcarii zostały ograniczone, ale również napłynął obcy kapitał (także spekulacyjny). To ten element stał się główną przyczyną rezygnacji SNB z utrzymywania stałego kursu wymiany EUR/CHF – w połowie stycznia 2015 r.

Jednak SNB nie skapitulował całkowicie. Władze monetarne zdecydowały się obniżyć stopy procentowe do minus 0,75 proc., by zniechęcać do nabywania franka. Nadal trwały także interwencje walutowe w olbrzymiej skali, które zmniejszały presję wzrostową na CHF.

W ciągu ostatnich siedmiu lat rezerwy walutowe Szwajcarii zwiększyły się o ponad 600 mld franków (ze 100 do 720 mld). W tym samym okresie udało się wygenerować nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących na poziomie w sumie 450 mld franków. W rezultacie, aktywa nabywane przez SNB za granicą (obligacje oraz akcje) niwelowały nie tylko dodatni rachunek obrotów bieżących, ale również przynajmniej częściowo napływ kapitału z zagranicy.

Teraz już nikt nie chce franka?

Połączenie interwencji walutowych z ujemnymi stopami procentowymi w Szwajcarii oraz malejące zagrożenie poważniejszymi problemami strefy euro po wyborach we Francji przyczyniły się do osłabienia franka pod koniec pierwszej połowy roku.

Silne spadki kursu CHF w minionych dwóch tygodniach to już jednak efekt rosnącego strachu. Zgromadzony w franku kapitał wyraźnie zaczął tracić na wartości. Tworzy się sytuacja, w której inwestorzy lokujący środki w szwajcarskiej walucie nie tylko ponoszą straty na ujemnym oprocentowaniu, ale wartość ich aktywów staje się coraz niższa ze względu na słabszego franka.

W rezultacie, doprowadziło to do paniki, która przeceniła franka o ponad 4 proc. w ciągu ledwie dwóch tygodni. Do bieżących trendów również może dołączyć większa chęć sprzedaży franka i inwestycji poza granicami Szwajcarii przez lokalne przedsiębiorstwa. One także mogą się bać, że przy dalszym osłabieniu się CHF przyszłe zagraniczne inwestycje staną się droższe.

Obecny trend może być także wspomagany przez zachowanie się kapitału portfelowego. Więksi inwestorzy mogą w pewnym momencie uznać, że frank stanie się jeszcze słabszy niż obecnie. W powiązaniu z utrzymaniem ujemnych stóp procentowych będzie to wspierać strategię carry trade, gdzie pożyczone i wymienione na lokalne waluty franki będą inwestowane w obligacje skarbowe krajów rozwijających się. Konsekwencją takiego podejścia będzie dalsze obniżenie się wartości CHF.

Utrzymanie się bieżących tendencji oraz zwiększenie się popularności carry trade finansowanego we franku może doprowadzić do scenariusza, w którym szwajcarska waluta zmieni status z bezpiecznej przystani, oferującej ochronę kapitału, na gorącego kartofla, którego nikt nie będzie chciał trzymać ze względu na spodziewane straty. Mogłoby to również doprowadzić do sytuacji, że frank w relacji do złotego będzie notowany w kolejnych kwartałach bliżej granicy 3 niż 4 zł.

Cyberbezpieczeństwo to odpowiedzialność całej firmy

Raport World Economic Forum „Global Risk Report 2017” podaje, że wycieki danych i cyberataki zajmują odpowiednio 5. i 6. miejsce pod względem prawdopodobieństwa wystąpienia. Badania informują również, że na przeprowadzenie samego ataku w 93% przypadków potrzeba mniej niż 60 sekund, a straty mogą wynieść nawet cztery miliony dolarów.

Aby wdrożyć odpowiedni plan prewencyjny organizacje muszą zrozumieć, na czym polega możliwe zagrożenie. To w głównej mierze trzy czynniki: złośliwe oprogramowanie, ataki aplikacyjne i ataki hakerskie jak wynika z raportu CIMA „Cybersecurity tool: Cybersecurity risk, response and remediation strategies”. W ich efekcie firma może stracić dane, środki finansowe, doświadczyć problemów z funkcjonowaniem serwisów internetowych lub aplikacji. Może na tym ucierpieć również reputacja firmy, która dodatkowo zostanie narażona na konsekwencje prawne (stanie się tak chociażby w przypadku wycieku danych z kartotek medycznych pacjentów lub danych bankowych), nie wspominając o masowym przejściu klientów do konkurencyjnych usługodawców.

Podstawowe metody zabezpieczania się przed cyberatakami to od zawsze procedury identyfikacyjne (poprzez wprowadzenie nazwy użytkownika), autentyfikacyjne (poprzez wprowadzenie hasła lub na podstawie linii papilarnych) i autoryzacyjne (poprzez określenie typu dostępu do danych).To również techniczne modele zabezpieczeń, które znajdą zastosowanie w przypadku ochrony zasobów sprzętowych i programowych: pulpitów, baz danych czy aplikacji biznesowych. Organizacje powinny również zainwestować w monitoring zagrożeń i raporty użytkowników. Kolejnym elementem jest powołanie do życia zespołów CIRT (Computer Incident Response Teams), których zadanie polega na określeniu poniesionych strat, wdrożeniu komunikacji kryzysowej i ogólnych działaniach pomagających przywrócić dotychczasowe funkcjonowanie organizacji.

Z raportu CIMA wynika, iż aby osiągnąć cele w zakresie bezpieczeństwa i zminimalizowania ryzyka ataku, organizacje powinny zastosować mechanizmy bezpieczeństwa mające na celu ochronę zasobów informacyjnych, wykrywanie złośliwej aktywności, a także skuteczne reagowanie na tę złośliwą działalność w celu zminimalizowania wpływu na interesy firmy. Należy wdrożyć działania kontroli systemów, w zależności od rodzaju oprogramowania, pamiętając o podziale na dostępność, poufność oraz integralność danych i przetwarzania.

Odpowiedzią na cyberataki jest scentralizowany model zarządzania infrastrukturą IT i jej monitorowania. W praktyce oznacza to ujednolicenie systemów zabezpieczeń i kontrolę nad np. danymi logowania. Jednak ochrona przed atakami to tylko jeden z elementów polityki cyberbezpieczeństwa organizacji. Potrzebny jest też odpowiedni system raportowania, który pokaże partnerom biznesowym, że mają do czynienia z firmą zabezpieczoną na wypadek takich właśnie sytuacji – komentuje Jakub Bejnarowicz, Szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.

Zdaniem twórców raportu CIMA „Cybersecurity tool: Cybersecurity risk, response and remediation strategies”, podstawowymi kryteriami takiego raportowania są dostępność do systemów informatycznych, tajność rozumiana jako ochrona informacji przed nieautoryzowanym dostępem, spójność danych, czyli działania przeciwko modyfikacji lub zniszczeniu posiadanych danych, a także spójność procesowania – ochrona przed nieprawidłowym użyciem, modyfikacją i likwidacją systemów.

Bank Pekao S.A. podpisał umowę o współpracy z Grupą UniCredit

Bank Pekao podpisał umowę o współpracy z Grupą UniCredit, która przewiduje obsługę klientów UniCredit na rynku polskim oraz polskich klientów na rynkach zagranicznych. Umowa pozwala na wspieranie polskich klientów w prowadzeniu działalności na terenie Niemiec, Austrii, Włoch, Czech oraz w innych krajach, gdzie jest obecna Grupa UniCredit, co ułatwi ekspansję polskich firm na te rynki. Umowa wzmacnia rolę Banku jako eksperta rozwiązań transgranicznych dla klientów międzynarodowych i pozycjonuje Pekao jako polski bank o zasięgu europejskim.

Zawarcie umowy jest zgodne z ustaleniami ujętymi w umowie sprzedaży akcji Banku Pekao na rzecz PZU S.A. oraz PFR. Zakres współpracy objętej umową zawiera m.in.: wystawianie gwarancji oraz akredytyw, otwieranie i prowadzenie rachunków bankowych, usługi cash poolingu, faktoring oraz nabywanie wierzytelności, leasing, usługi powiernicze oraz wyceny funduszy.

Standardy przyjaznej rekrutacji – czy kandydaci i pracodawcy są zgodni?

6 na 10 pracodawców deklaruje, że ma wdrożony standard zachowań wobec kandydatów. Jednak aż 62% starających się o pracę nie zauważa, aby firmy dbały o relacje z nimi – wynika z 4. edycji badania eRecruiter „Candidate Experience”. Negatywne opinie aplikujących mogą wynikać z różnic w TOP 5 standardów rekrutacyjnych wskazanych przez zainteresowane strony. Zdaniem pracodawców na pozytywne doświadczenie kandydata najbardziej wpływają przyjazna atmosfera (88% wskazań) i ciągły kontakt (83%). W opinii uczestniczących w rekrutacji kluczowe jest informowanie o zakończeniu procesu (86%) oraz powodach niezakwalifikowania się (81%).

Porównanie praktyk wpływających pozytywnie na candidate experience, które wskazali pracodawcy i kandydaci, ujawniło spore rozbieżności. Co prawda, TOP 5 standardów profesjonalnej rekrutacji pokrywa się, ale ich hierarchia jest zupełnie różna. Dla kandydata profesjonalna rekrutacja to taka, w której nie pozostaje bez informacji. Dla pracodawcy ważne jest ogólne wrażenie wyniesione z procesu, na które decydujący wpływ ma panująca atmosfera – wskazuje Julia Urbańska, marketing manager w eRecruiter i koordynatorka Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji.

TOP 5 wg kandydatów

Dla aż 86% kandydatów standardem w firmach powinno być informowanie uczestników procesu rekrutacyjnego o jego zakończeniu. Drugą, najczęściej wskazywaną praktyką, jest informacja o przyczynach niezakwalifikowania się (81%). Na trzecim miejscu znalazł się krótki proces rekrutacji (68%). Wśród pięciu najważniejszych zachowań, które powinny być standardem rekrutacyjnym, kandydaci wskazali jeszcze na ciągły kontakt oraz przyjazną atmosferę. Agata Błaszkiewicz, dyrektor ds. HR w Colliers International, zauważa, że choć kandydat buduje swoje doświadczenie z firmą, do której aplikuje, na każdym etapie procesu rekrutacji, to jednak najważniejszym elementem z punktu widzenia ubiegającego się o pracę są bezpośrednie spotkania z pracodawcą. – Zwłaszcza te, w których uczestniczy bezpośredni przełożony dla danego stanowiska. Na tym etapie kandydat ma okazję poznać osoby reprezentujące firmę, porozmawiać z nimi, zadać pytania, zobaczyć biuro, poczuć jego atmosferę. Odpowiednie przeprowadzenie kandydata przez ten etap rekrutacji może bardzo pomóc w budowaniu pozytywnego wizerunku pracodawcy – mówi Agata Błaszkiewicz.

Przedstawicielka Colliers International zwraca uwagę, że z punktu widzenia kandydata bardzo ważnym, być może nawet na równi ze spotkaniami, jest etap, o którym zapomina wielu pracodawców, kończący procesy – udzielenie informacji zwrotnej. Dla kandydata jest to niezwykle ważny moment, ponieważ pozwala mu dalej planować swoje kroki zawodowe. Często też na podstawie dobrze udzielonej informacji może zmodyfikować swoje działania tak, aby kolejny proces, w którym będzie uczestniczył, zakończył się sukcesem. Warto jest podziękować kandydatowi za udział, poświęcony na rekrutację czas i zaangażowanie, zadbać o zbudowanie z nim relacji.

TOP 5 wg pracodawców

Standardem rekrutacyjnym numer jeden, który zdaniem aż 88% pracodawców wpływa na doświadczenie kandydata, jest przyjazna atmosfera. Na drugim miejscu przedstawiciele firm wskazali na ciągły kontakt z aplikującym (83% odpowiedzi), a podium zamyka informacja o zakończeniu procesu (75%). W TOP 5 praktyk, które budują candidate experience, znalazła się również wiadomość o powodach niezatrudnienia (74%) oraz możliwość poznania przełożonego (72%). Warto zwrócić uwagę, że pierwsze dwa elementy, w zestawieniu kandydatów zajmują odpowiednio dopiero piąte i czwarte miejsce. Natomiast odpowiedź z informacją o zakończeniu naboru uplasowała się na najwyższym stopniu podium standardów rekrutacyjnych w oczach kandydatów.

– Przy mniejszej liczbie rekrutacji w firmie, z czym my mieliśmy do czynienia 10, a nawet 5 lat temu, zachowanie standardów rekrutacyjnych jest znacznie łatwiejsze. Natomiast przy dużo większej liczbie procesów, ciągły kontakt z kandydatami i udzielanie informacji zwrotnej, nie byłyby możliwe bez automatyzacji pewnych działań i brakującego w przeszłości ogniwa, jakim jest system rekrutacyjny. Między innymi dzięki eRecruiter możemy, co planujemy jesienią tego roku, wdrożyć element, którego do tej pory brakowało w naszych procesach –udzielanie informacji zwrotnej wszystkim kandydatom, którzy nie zakwalifikowali się do etapu spotkań, gdyż ich profil zawodowy nie odpowiadał specyfikacji stanowiska, czyli już na etapie weryfikacji CV. Do tej pory informację zwrotną otrzymywali wszyscy kandydaci, którzy wzięli udział w spotkaniach rekrutacyjnych, a kandydaci, którzy nadesłali CV otrzymywali informację o jego rejestracji i włączeniu w proces rekrutacji. Ponadto taka platforma rekrutacyjna pomaga nam poukładać rekrutacje: w odpowiedni sposób opisać kandydatów, zachować historię kontaktów z nimi, przypisać do różnych procesów rekrutacji. Również menedżerowie, którzy w rekrutacjach reprezentują stronę biznesową chwalą sobie poprawę organizacji procesu – mówi Agata Błaszkiewicz z Colliers International.

TOP 5 standardów rekrutacyjnych

Pracodawcy                                                              

  1. Przyjazna atmosfera (88%)
  2. Ciągły kontakt z kandydatem (83%)
  3. Informacja o zakończeniu procesu (75%)
  4. Informacja o powodach niezakwalifikowania się (74%)
  5. Możliwość poznania przełożonego (72%)

Kandydaci do pracy

  1. Informacja o zakończeniu procesu (86%)
  2. Informacja o powodach niezakwalifikowania się (81%)
  3. Krótki proces rekrutacji (68%)
  4. Ciągły kontakt z kandydatem (61%)
  5. Przyjazna atmosfera (60%)

 

Warto, aby rekruterzy z odpowiednią dbałością i zdecydowaniem, uwzględniali praktyki wskazane przez kandydatów w swoich codziennych działaniach. – Najistotniejsza dla aplikujących jest informacja zwrotna, której przygotowanie dla wielu firm stanowi wciąż spore wyzwanie. Powodem może być to, że nie korzysta się z odpowiednich narzędzi. Na przykład eRecruiter umożliwia w łatwy sposób wysyłanie automatycznych odpowiedzi do wielu odbiorców na każdym etapie naboru, nie pozostawiając żadnego uczestnika rekrutacji bez odpowiedzi. W e-mailu można zamieścić informację m.in. o tym, czy dana osoba zakwalifikowała się do kolejnego etapu rekrutacji, oraz jakie są zasady dalszego postępowania w procesie. Taka wiadomość w skrzynce kandydata z pewnością wpłynie pozytywnie na candidate experience – podsumowuje Julia Urbańska.

***

Metodologia badania

  1. edycja badania „Candidate Experience” została przeprowadzona z inicjatywy eRecruiter oraz Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji. Partnerem badania jest Great Digital. Koalicja istnieje od kwietnia 2013 r. i liczy ponad 300 firm, które chcą promować dobre praktyki w rekrutacji.

Badanie składa się z dwóch części. Opinie kandydatów na temat rekrutacji zostały zebrane na zlecenie eRecruiter i przeprowadzone na użytkownikach portalu Pracuj.pl  zajmujących stanowiska specjalistyczne, menedżerskie i wyższe, posiadających co najmniej 2-letnie doświadczenie zawodowe. Badanie zostało zrealizowane w dniach 11-26.01.2017. Ankietę wypełniło łącznie 1961 osób, które w ciągu ostatnich 12 miesięcy brały udział w procesie rekrutacyjnym. Opinie pracodawców zostały zebrane w ramach badania „Candidate Experience”, przeprowadzonego przez eRecruiter, wśród osób zajmujących się procesami rekrutacyjnymi w firmach. Badanie zostało zrealizowane metodą ankiety online w dniach 19.01-7.02.2017. Ankietę wypełniło łącznie 536 osób.

NIK o programie „Mieszkanie dla młodych”

Wprowadzone od 1 września 2015 r. zmiany w rządowym Programie „Mieszkanie dla Młodych” znacząco zwiększyły zainteresowanie Programem. Kluczowe okazało się objęcie dopłatami zakupu lokali z rynku wtórnego. Umożliwiło to zakup pierwszego mieszkania większej liczbie młodych Polaków. NIK zwraca jednak uwagę, że ani wówczas, ani do czasu zakończenia kontroli wciąż nie zdecydowano się na wprowadzenie progów dochodowych, warunkujących otrzymanie dofinansowania. W efekcie, wbrew założeniom, z dopłat – obok osób, dla których Program był jedyną drogą do zakupu mieszkania – korzystali także ci, których stać było na mieszkanie nawet bez pomocy państwa. NIK zauważa, że aktualny poziom przyznanego już dofinansowania i rosnące zainteresowanie Programem wskazują, że nie ma ryzyka niewykorzystania jego środków.

Program „Mieszkanie dla młodych” jest programem terminowym, jego realizacja rozpoczęła się w 2014 r., a zakończy – w 2018 r. Celem Programu MdM jest zapewnienie pomocy państwa umożliwiającej nabycie własnego mieszkania osobom młodym, jak również powstrzymanie negatywnych tendencji demograficznych związanych z niskim poziomem dzietności oraz pobudzanie inwestycji budowlanych. Wsparcie osób młodych polega na udzieleniu ze środków budżetu państwa (Funduszu Dopłat) dofinansowania do wkładu własnego kredytu mieszkaniowego. W ramach Programu możliwe też jest udzielenie, w przypadku urodzenia lub przysposobienia trzeciego lub kolejnego dziecka, dodatkowego wsparcia w formie spłaty części kredytu w okresie pierwszych pięciu lat od daty zakupu mieszkania. W latach 2014-2015 (do końca sierpnia) przedmiotem dofinansowania były jedynie mieszkania z rynku pierwotnego, a wysokość wsparcia była związana z posiadaniem dzieci. Osoby samotne i małżeństwa bezdzietne mogły otrzymać pomoc w wysokości 10 proc. wartości odtworzeniowej kupowanego mieszkania, a osoby samotne i małżeństwa wychowujące jedno lub więcej dzieci – wsparcie w wysokości 15 proc.

Potrzeba wprowadzenia zmian w realizowanym od 2014 r. Programie „Mieszkanie dla Młodych” wynikała z niedostatecznego wykorzystania wniosków z wcześniejszego programu „Rodzina na Swoim”, oferującego preferencyjne kredyty mieszkaniowe. Pomimo tego, że w ramach programu „Rodzina na Swoim” dofinansowaniem objęto w większości mieszkania z rynku wtórnego, Program MdM dotyczył pierwotnie jedynie nowo wybudowanych mieszkań lub domów jednorodzinnych. Nie uwzględniono w nim bowiem dopłat do zakupu mieszkań z rynku wtórnego. Spowodowało to sytuację, w której osoby z niskimi dochodami miały ograniczony dostęp do tańszych, używanych mieszkań, a w mniejszych miejscowościach skorzystanie ze wsparcia państwa było wręcz niemożliwe, z uwagi na brak nowych inwestycji mieszkaniowych. W efekcie, wykorzystanie przeznaczonych na Program MdM środków wyniosło w 2014 r. zaledwie 34,5 proc. rocznego limitu, a w okresie od stycznia do sierpnia 2015 r. – 44,3 proc. Jednocześnie nie zmieniła się w tym okresie dysproporcja w liczbie złożonych wniosków o dofinansowanie pomiędzy województwami. Połowy wszystkich kredytów z dopłatą udzielono w trzech województwach: mazowieckim, pomorskim i wielkopolskim, Natomiast najmniej, czyli poniżej 300 kredytów, udzielono w województwach: opolskim, świętokrzyskim i podkarpackim.

Prowadzony przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju (a następnie Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa) monitoring założeń programu „Mieszkanie dla Młodych” pozwolił natomiast na zidentyfikowanie barier w jego realizacji. W rezultacie, nowelizacją ustawy z czerwca 2015 r. (która weszła w życie 1 września 2015 r.), wprowadzono m.in. dofinansowanie zakupu mieszkań na rynku wtórnym, a także możliwość przyznania wyższych kwot dopłat do wkładu własnego rodzinom z trojgiem lub większą liczbą dzieci. Dzięki wprowadzonym zmianom wzrosła liczba składanych wniosków i zawieranych umów kredytowych w ramach Programu MdM. W ciągu ostatnich czterech miesięcy 2015 r. wykorzystanie środków na rok 2015 wzrosło do 72,8 proc., a w 2016 r. (do 30 września) wyniosło aż 96,1 proc. Co więcej, limit środków przeznaczonych na rok 2017 wyczerpał się jeszcze szybciej. Z dniem 1 lutego 2017 r. banki kredytujące wstrzymały przyjmowanie wniosków z terminem wypłaty dofinansowania wkładu własnego w 2017 r., a z dniem 7 kwietnia 2017 r. – na wypłaty w 2018 r.

Zgodnie z aktualnymi informacjami, 8 sierpnia 2017 r. ruszy ponowny, dodatkowy nabór wniosków o dofinansowanie wkładu własnego na zakup mieszkania w ramach programu „Mieszkanie dla Młodych”. W związku z nowelizacją ustawy o pomocy państwa w nabyciu pierwszego mieszkania przez młodych ludzi, na podstawie której realizowany jest Program, do wykorzystania będzie dodatkowa kwota w wysokości 68 mln złotych na dofinansowanie zakupu mieszkań w ramach środków na 2017 rok.

NIK o programie Mieszkanie dla młodych
Skutkiem wprowadzonych w Programie MdM zmian był również wzrost liczby beneficjentów z dziećmi – z 6,1 tys. na koniec sierpnia 2015 r. do 20 tys. na koniec września 2016 r. Nie zmieniła się jednak w istotny sposób struktura beneficjentów. Zarówno przed, jak i po zmianie kryteriów Programu, ponad 72 proc. ogółu kredytobiorców stanowiły osoby samotne i małżeństwa bezdzietne.

NIK podkreśla także, że zarówno przed, jak i po wprowadzeniu zmian w Programie „Mieszkanie dla Młodych” nie obowiązywało kryterium dochodowe, od którego uzależnione byłoby uzyskanie dofinansowania zakupu mieszkania. Na wprowadzenie zmian w tym zakresie nie zdecydowano się, mimo że na etapie konsultacji społecznych prowadzonych w ramach prac legislacyjnych, taka potrzeba była wskazywana. W efekcie zdarzało się, że wsparcie otrzymywały również osoby, które nie musiały korzystać z pomocy państwa przy zakupie pierwszego mieszkania.

Według analiz Ministerstwa Infrastruktury i Budownictwa, w okresie od początku realizacji Programu MdM do sierpnia 2015 r. około 25 proc. jego beneficjentów znajdowało się w sytuacji finansowej umożliwiającej zakup mieszkania bez dofinansowania. Według stanu na koniec 2016 r. wskaźnik ten wyniósł natomiast 20 proc. Kontrola NIK wykazała, że po 1 września 2015 r. wśród nabywców mieszkań dofinansowanych z Programu MdM znalazły się nawet takie osoby, których miesięczne dochody netto przekraczały 20 tys. zł. Dlatego Izba ocenia, że priorytet dotyczący wsparcia osób o dochodach uniemożliwiających zakup własnego mieszkania nie został w pełni zrealizowany.

program Mieszkanie dla młodych

Program MdM, zarówno przed jak i po zmianach, realizowany był zgodnie z przyjętymi, a następnie zmienionymi założeniami. Zarówno Bank Gospodarstwa Krajowego, jak również skontrolowane banki kredytujące prawidłowo wywiązywały się z przypisanych im zadań.

NIK ocenia, że BGK był właściwie przygotowany do realizacji Programu. Na bieżąco monitorował jego wdrażanie, wywiązując się z obowiązków sprawozdawczych wobec właściwych ministrów, a także nadzorując wykonanie przez banki kredytujące obowiązków określonych w umowach. Terminowo przekazywał i rozliczał środki finansowe Funduszu Dopłat, prowadził wymagane ewidencje oraz publikował stosowne komunikaty.

Z kolei skontrolowane banki kredytujące wprowadziły właściwe procedury wewnętrzne określające zasady udzielania kredytów w zakresie Programu MdM. Prawidłowo realizowały zadania związane z przyjmowaniem i weryfikowaniem wniosków o dopłaty. Terminowo i we właściwych kwotach dokonywały wypłat dofinansowania.

Na dofinansowanie Programu MdM przewidziano środki budżetowe w łącznej kwocie 3.553 mln zł. Limity tych środków określone zostały w ustawie w wysokości, której nie wolno w danym roku przekroczyć. W 2014 r. było to 600 mln zł, w 2015 r. – 715 mln zł, w 2016 r. – 730 mln zł, w 2017 r. – 746 mln zł i w 2018 r. – 762 mln zł. Z danych wynika, że w 2016 r. na realizację programu MdM wydatkowano z budżetu państwa 701,5 mln zł i w porównaniu do 2015 r. była to kwota wyższa o 180,7 mln zł.

Formułując wnioski, Izba zwraca uwagę, że ważne jest, aby w programach rządowych oferujących pomoc państwa były jednoznacznie określone mierzalne cele tych programów. Ustalenia kontroli wykazały bowiem, że przyjęte mierniki i uzyskiwane w toku realizacji Programu MdM dane, nie pozwalają na pełną ocenę jego efektywności w kontekście osiągnięcia założonych celów – demograficznego oraz dotyczącego rozwoju inwestycji budownictwa mieszkaniowego. Przyjęty w Ministerstwie miernik w postaci liczby wypłaconych w danym roku dofinansowań wkładu własnego pozwalał jedynie na monitorowanie ogólnej liczby lokali mieszkalnych objętych dofinansowaniem, bez rozróżnienia na pochodzące z rynku pierwotnego i wtórnego. Stosunkowo krótki okres realizacji Programu nie pozwala natomiast na razie na ocenę jego wpływu na powstrzymanie negatywnych tendencji demograficznych.

W ocenie NIK pomoc państwa w zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych powinna być kierowana do osób, których dochody uniemożliwiają zakup lub wynajem własnego mieszkania. Zasadne jest zatem, aby przy tworzeniu programów wspierających politykę mieszkaniową wprowadzone zostały odpowiednie progi dochodowe.

Na polskim rynku pracy mile widzialni emigranci zarobkowi, Ukraińcy, obywatele Europy Płd. i Azjaci

Aż ¾ badanych wskazuje, że w sytuacji niedoborów na polski rynek pracy należy przyciągać emigrantów zarobkowych. Na drugim miejscu znaleźli się pracownicy ze wschodu. 1/3 respondentów ma na myśli Ukraińców. 

– Taki wynik nie powinien dziwić – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Ganclerz, specjalista ds. komunikacji w Work Service S.A. – Już w tej chwili język ukraiński jest coraz częściej słyszany na ulicach polskich miast. Wielu Ukraińców pracuje w różnych branżach – w sklepach, szpitalach, firmach transportowych. Obecnie grupa ta ratuje polski rynek pracy. Już 30 proc. badanych uważa, że należy zachęcać do pracy w naszym kraju obywateli innych państw Unii Europejskiej. Rzeczywiście istnieje szansa, aby wysłać jasny sygnał do Greków, Hiszpanów i Włochów, czyli mieszkańców tych regionów, w których bezrobocie jest obecnie największe.W takiej sytuacji należy zaproponować im podjęcie  zatrudnienia w Polsce. Praca dla osób z południa Europy znajdzie się w branży BPO, czyli w centrach usług wspólnych. Sektor ten dynamicznie się rozwija i potrzebuje pracowników. Podstawowym kryterium rekrutacyjnym jest znajomość języka angielskiego, co w tym przypadku nie powinno być barierą. W Grecji bezrobocie wynosi w tej chwili 22 proc., w Hiszpanii blisko 18 proc., a we Włoszech 11 proc. Co ciekawe, na brak pracy narzekają tam głównie młodzi ludzie, którzy mieliby szansę podjęcia jej w naszym kraju. Kolejną grupą, jaką wskazano w badaniu, są pracownicy z Azji. Na rynek pracy chciałoby przyciągnąć ich 14 proc. Polaków. Na ostatnim miejscu znaleźli się migranci z Bliskiego Wschodu – z Syrii, Iraku czy Turcji, których wskazało jedynie 8 proc. badanych – dodał Ganclerz.

Deloitte: Sektor dóbr konsumenckich najlepszy w zarządzaniu kosztami

Najważniejszym priorytetem, a jednocześnie wyzwaniem dla dyrektorów zakupów (CPO – Chief Procurement Officer) jest redukcja kosztów i identyfikacja oszczędności. Najlepiej radzą sobie z tym menedżerowie z firm z sektora dóbr konsumenckich, najgorzej w tym obszarze ocenili się dyrektorzy zakupów z branży TMT. Jak wynika z globalnego badania firmy doradczej Deloitte „Growth: the cost and digital imperative. The Deloitte Global Chief Procurement Officer Survey 2017” największy problem ze znalezieniem wartościowych i utalentowanych pracowników mają działy zakupów działające w sektorze publicznym.  

Badanie zostało przeprowadzone wśród menedżerów kierujących działem zakupów (CPO) z 480 firm, mających siedzibę w 36 krajach.

Oszczędne działy zakupów w sektorze dóbr konsumenckich

Dla 79 proc. CPO najważniejszym priorytetem w tym roku będzie redukcja kosztów. Na drugim miejscu na liście priorytetów znalazło się zarządzaniem ryzykiem (57 proc.), a na trzecim wprowadzenie nowych produktów, usług lub wejście na nowy rynek (52 proc.).

Menedżerowie kierujący działem zakupów w badanych firmach byli również pytani o to, jak radzą sobie z zarządzaniem oszczędnościami. Okazuje się, że 58 proc. badanych zadeklarowało, że w ciągu ostatniego roku udało się im osiągnąć lepszy poziom oszczędności niż rok wcześniej. Co dziesiąty badany przyznał, że wynik ten był gorszy, a w ocenie 30 proc. poziom oszczędności był taki sam.

Najlepiej z tym wyzwaniem radzą sobie firmy z sektora dóbr konsumenckich, wśród których 71 proc. CPO zadeklarowało, że w ciągu ostatniego roku poprawiło zarządzanie oszczędnościami. – Taki wynik pokazuje ogromną konkurencję w sektorze dóbr konsumenckich, co skutkuje ogromną presją na CPO. Nic zatem dziwnego, że na rynku FMCG obserwujemy silną rywalizację i niezbędną specjalizację w używaniu narzędzi wspierających zarządzanie marżą i cenami. Mimo iż 71 proc. badanych deklaruje poprawę swoich wyników, nie oznacza to, że w najbliższym czasie nie będą oni mieli przed sobą jeszcze większych wyzwań – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w dziale Konsultingu Deloitte. Niewiele mniej, bo 66 proc. ankietowanych udzieliło takiej samej odpowiedzi w branży medycznej i farmaceutycznej. – Na drugim biegunie znajdują się z kolei firmy z sektora finansowego i branży ubezpieczeniowej oraz instytucje publiczne. Tylko niespełna połowa dyrektorów działów zakupów w tych sektorach mogła się pochwalić lepszym zarządzaniem oszczędnościami niż rok wcześniej. Jeszcze słabiej z wynikiem 44 proc. wypadły firmy z branży technologia, media, telekomunikacja – mówi Jakub Rosiecki, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Nawyższą efektywność redukcji kosztów zakupów wykazały działy zakupów z Ameryki Północnej, gdzie 61 proc. ankietowanych zadeklarowało, że poprawiło swój wynik w porównaniu do ubiegłego roku. W regionie EMEA było to 58 proc. Najgorzej wypadły pod tym względem działy zakupów z Ameryki Południowej (43 proc.).

Technologia to przede wszystkim analityka

Nowoczesne technologie mają wpływ na wszystkie działy w firmie, nie omija to również działu zakupów. Ich rola w tym procesie jest podwójna. Z jednej strony aż 75 proc. badanych CPO wierzy, że rola zakupów w dostarczaniu innowacyjnych technologii dla ich firm będzie rosła, z drugiej strony wewnętrznie również wykorzystują je, by usprawnić proces zakupowy. Najwięcej badanych udzieliło takiej odpowiedzi w sektorze instytucji finansowych i ubezpieczeniowych oraz firm świadczących usługi profesjonalne (odpowiednio 87 i 82 proc.), czyli branżach gdzie większość zakupów koncentruje się w kategoriach indirect a zarazem są to branże zwykle najszybciej adoptujące najnowsze technologie. Z kolei najmniej ankietowanych CPO twierdząco na to pytanie odpowiedziało w branży przemysłowej (66 proc.).

Które technologie będą miały największy wpływ na działy zakupów? Zdaniem 65 proc. ankietowanych w ciągu najbliższych dwóch lat będzie to analityka, a perspektywie pięciu lat należy spodziewać się wzrostu znaczenia automatyki i robotyki (wzrost z obecnych 50 do 88 proc.). W zależności od sektora odpowiedzi ankietowanych nieco się różnią. Choć wszyscy CPO wskazują na rosnącą rolę analityki, to na przykład w sektorze usług finansowych i ubezpieczeniowych wysokie uznanie zdobyły również robotyka oraz przetwarzanie danych w chmurze.

Brakuje talentów, by realizować strategię

Choć 87 proc. badanych uważa, że talent jest decydującym czynnikiem o sukcesie w dziale zakupów, to jednocześnie aż 60 proc. CPO wyraziło opinię, że ich zespoły nie mają wystarczających zdolności oraz kompetencji, by skutecznie realizować założoną strategię. Rok wcześniej taką opinię wyraziło 62 proc. respondentów. W firmach świadczących usługi biznesowe i profesjonalne takiej odpowiedzi udzieliło aż 71 proc. badanych, podczas gdy rok temu było to jedynie 45 proc. W sektorze instytucji publicznych było to 73 proc. ankietowanych menedżerów, podczas gdy rok wcześniej odsetek ten wynosił 57 proc.

Z kolei poprawa nastrojów w obszarze zdolności oraz kompetencji, by skutecznie realizować założoną strategię zakupową nastąpiła w sektorze dób konsumpcyjnych (spadek negatywnych odpowiedzi z 59 do 54 proc.), energetyce i zasobach naturalnych (spadek z 68 do 65 proc.), finansach i ubezpieczeniach (spadek z 79 do 64 proc.) oraz w sektorze firm farmaceutycznych (obecnie 61 proc.). Większych zmian nie odnotowano zaś w przemyśle oraz sektorze TMT. – Menedżerowie we wszystkich branżach skarżą się przede wszystkim na braki utalentowanych pracowników na poziomie juniorskim oraz borykają się z brakiem wykwalifikowanych specjalistów od analityki, która jak pokazuje nasze badanie zdominuje w najbliższych latach rozwój działów zakupów w sferze technologicznej – mówi Jakub Rosiecki.

Polacy coraz bardziej przezorni – tylko nieco ponad 20% nie posiada ubezpieczenia domu

Zdecydowana większość Polaków posiada ubezpieczenie domu lub mieszkania. Tak wynika z badania opinii przeprowadzonego w czerwcu 2017 r. przez Kantar Public na zlecenie Concordii Ubezpieczenia. Czy ten wynik oznacza, że zwiększyła się świadomość Polaków dotycząca zagrożeń i nieprzewidzianych zdarzeń, które mogą się wydarzyć w ich domu?

Ubezpieczenie? Tak!

Polacy zdają sobie sprawę z niebezpieczeństw, jakie mogą się wydarzyć w ich domu, szczególnie podczas dłuższej nieobecności związanej np. z wyjazdem na wakacje. Posiadanie polisy ubezpieczeniowej nie tylko zapewnia im spokojny wypoczynek, ale także chroni właścicieli przed konsekwencjami niespodziewanych zdarzeń. Szczególnie tymi finansowymi. – Na przestrzeni ostatnich kilku lat na rynku widać wzrost zainteresowania Polaków polisami mieszkaniowymi. Potwierdzają to także nasze dane, według których odnotowujemy coroczny kilkuprocentowy wzrost sprzedaży ubezpieczeń mieszkaniowych – mówi Beata Żukowska, ekspert Concordii Ubezpieczenia.

Przezorni Polacy

Mimo posiadanej polisy ubezpieczeniowej, Polacy podejmują także szereg działań prewencyjnych, które pomagają im zabezpieczyć dom czy mieszkanie na czas nieobecności. 64% Polaków przyznaje, że opuszczając dom na dłużej niż 24h, pozostawia go pod opieką innych domowników. To ważne, aby na miejscu był ktoś, kto w nieprzewidzianej sytuacji szybko zareaguje, np. wzywając pomoc odpowiednich służb. Jednak to nie wszystko. 59% Polaków przed wyjazdem dokładnie zamyka okna w całym mieszkaniu, co przynajmniej w podstawowym stopniu zabezpiecza dom przed włamaniem i kradzieżą. Z kolei 55% odłącza wszystkie urządzenia od prądu, przewidując ewentualne szkody wynikające z przepięcia lub pożaru wynikającego z uderzenia pioruna podczas burzy. 40% badanych przyznaje także, że zakręca zawór wody, obawiając się zalania mieszkania – swojego lub sąsiadów.

V Zasad Bezpiecznego Domu

Przed wyjazdem, nawet na weekend, warto pamiętać o kilku zasadach, które pozwolą zabezpieczyć mieszkanie przed ewentualnymi „niespodziankami”. Przede wszystkim powinniśmy dokładnie zamknąć wszystkie okna i drzwi. Zadbajmy także o odłączenie listew przeciwprzepięciowych. Pochowajmy wszystkie drogocenne przedmioty, aby nie znajdowały się łatwo dostępnym miejscu. Uprzedźmy sąsiadów o naszej nieobecności, poprośmy ich o czujność i kontakt, jeśli zauważą coś niepokojącego. Nie zapominajmy także o zakręceniu zaworów wody. – O tych wszystkich zasadach przypominamy w ramach naszej kampanii edukacyjnej „Przełącz się na bezpieczeństwo”. Musimy pamiętać, że bezpieczne mieszkanie to takie, które jest odpowiednio zabezpieczone przez przezornych właścicieli, zdających sobie sprawę z tego, jakie dodatkowe kroki podjąć, aby zminimalizować ryzyko wystąpienia szkód. Dobra polisa mieszkaniowa, dostępna także w Concordii Ubezpieczenia, zapewni dodatkowy spokój i środki, w przypadku zaistnienia niechcianego zdarzenia – podkreśla Beata Żukowska, ekspert Concordii Ubezpieczenia.

Odpowiednio zabezpieczone mieszkanie będzie mniej narażone na czynniki, które mogą spowodować duże straty materialne zarówno w naszych mieszkaniach, a w przypadku zalania lub pożaru, także w mieszkaniach naszych sąsiadów. Co ważne, jak wskazują wyniki badania, coraz więcej Polaków jest świadomych tych zagrożeń i podejmuje działania, które pomagają im chronić swój dom.

Jarosław Witwicki wzmocni zespół SIMPLE

Jarosław Witwicki, były Członek Zarządu i Szef Handlowy Macrologic, we wrześniu dołączy do zespołu SIMPLE. W roli Doradcy Zarządu będzie odpowiadał za zwiększenie przychodów, rozwój działań dosprzedażowych oraz maksymalizację wpływów abonamentowych.

Jarosław Witwicki to doświadczony menadżer sprzedaży, przez ponad 20 lat związany z Grupą Macrologic, gdzie przeszedł wszystkie szczeble kariery w pionie handlowym. W latach 2009‑2016 Członek Zarządu ds. Sprzedaży. Otrzymał prestiżową nagrodę w pierwszej edycji konkursu Polish National Sales Awords w kategorii Menadżer Sprzedaży.

W SIMPLE Jarosław Witwicki będzie pełnił funkcję Doradcy Zarządu. W jego obszarze zainteresowań znajdzie się głównie wzmocnienie działań dosprzedażowych oraz rozwój i powtarzalność sprzedaży abonamentowej.

– „Stawiamy na doświadczenie i dlatego podjęliśmy decyzje o powierzeniu Jarosławowi Witwickiemu realizacji przyjętej przez Grupę SIMPLE strategii w zakresie dosprzedaży.   Jarosław Witwicki to menadżer z dużym doświadczeniem i sukcesami w zarządzaniu sprzedażą w porównywalnej do SIMPLE spółce informatycznej. Wierzę, że jego wiedza, pomysły oraz sprawdzone metody pozwolą wzmocnić nasz Zespół i zaowocują zintensyfikowaniem działań cross- i up-sellingowych, co będzie miało przełożenie na znaczący wzrost przychodów” – powiedział Rafał Wnorowski, Prezes Zarządu SIMPLE S.A.

– „Po wielu latach pracy w Macrologic zdecydowałem się podjąć nowe wyzwania zawodowe oraz rozwijać sprzedaż produktów i usług do szerokiego grona Klientów SIMPLE. Do rozpoczęcia współpracy z SIMPLE na pewno skłonił mnie ogromny potencjał Spółki. Grupa posiada pokaźne grono Klientów, zarówno z rynku publicznego jak i komercyjnego. Rozpiętość działalności oraz oferowanych produktów jest bardzo szeroka, a w związku z tym również możliwości oferowanych systemów oraz usług.” – skomentował Jarosław Witwicki.

Jarosław Witwicki posiada bogate kompetencje w budowaniu i zarządzaniu sprzedażą w strukturach, porównywalnej do SIMPLE S.A. spółki informatycznej. Jego zadaniem będzie zbudowanie kompleksowego planu rozwoju sprzedaży nowych systemów informatycznych do obecnych Klientów oraz implementacji w tym obszarze.

Jarosław Witwicki– „Wspólnie z Zarządem chcemy zoptymalizować nasze możliwości w tym zakresie i zapewnić spółce stałe przychody dające bezpieczeństwo i stabilność. Moim celem będzie zmaksymalizowanie wykorzystania potencjału, wiedzy oraz możliwości zespołu consultingowego oraz mocy dosprzedaży. Wierzę, że moje doświadczenie oraz wcześniejsze sukcesy zaowocują również tutaj i wraz z całym Zespołem osiągniemy sukces, który przełoży się na wzrost przychodów” – dodał Jarosław Witwicki.

W 2016 roku SIMPLE, które w związku z przyjętą strategią postawiło na zwiększenie wykorzystania potencjału dodatkowych usług i wyprzedzanie potrzeb swoich Użytkowników, zanotowało ponad kilkunastoprocentowy wzrost przychodów ze sprzedaży abonamentowej względem 2015r. Jak widać spółka nie poprzestaje na tym dążąc do maksymalizacji wpływów w tym segmencie.

– „Takie podejście zapewni nam stabilną sytuację i pewne przychody oraz większe uniezależnienie się od zmiennej sytuacji na rynku. Chcemy zabezpieczyć Spółkę i umożliwić jej zwiększenie wpływów z rynku obecnych Klientów, na zadowalającym Zarząd i Radę poziomie. Analiza ostatnich lat, w których koniunktura nie do końca sprzyjała firmom z naszej branży, upewniła nas, że te działania przyniosą stabilizację i zapewnią Grupie stałe przychody. Nowymi kontraktami chcemy zarabiać na inwestycje – dodał Rafał Wnorowski, Prezes Zarządu SIMPLE S.A.

Zmiany kadrowe w SIMPLE nie oznaczają zmiany polityki wobec rynku potencjalnych Klientów. Spółka dalej aktywnie działa, w celu pozyskania nowych kontraktów.

Rafał Wnorowski
Rafał Wnorowski, Prezes Zarządu SIMPLE S.A.

– „Oczywiście nie zwalniamy tempa i nie zmieniamy naszej polityki wobec new business – mimo że podpisaliśmy w ostatnim czasie kilka istotnych kontraktów nie spoczywamy na laurach i dalej szukamy nowych możliwości oraz bardzo aktywnie działamy w zakresie lead generation. Uczestniczymy obecnie w kilkudziesięciu postępowaniach przetargowych – mimo wakacji praca w pionie handlowym jest na wysokich obrotach” – skomentował Rafał Wnorowski.

SIMPLE jest notowana na głównym rynku warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Spółka jest jednym z najczęściej wybieranych partnerów biznesowych w zakresie wdrożeń systemów klasy ERP, HCM, CRM, BI oraz WorkFlow. Spółka jest liderem wśród krajowych producentów w zakresie wdrażania systemów typu backoffice oraz dziekanatowych i medycznych (HIS) w sektorze publicznym.

Pierwszy krok do odrodzenia dolara

Piątkowy raport z rynku pracy był pierwszym od dawna, który nie rozczarował właściwie na żadnym polu. Dawno nie obserwowaliśmy jednocześnie tak silnego i trwałego ruchu po publikacjach. Jeszcze jedna rzecz zasługuje na uwagę: rzadko zdarza się by kurs EUR/USD najmocniej w przestrzeni G-10 (czyt. silniej od USD/JPY) reagował na dane z USA.
Dwie ostatnie obserwacje należy wiązać z przebiegiem notowań i pozycjonowaniem. Silna reakcja nie może być przy tym utożsamiana z automatyczną zmianą trendu. Sentyment względem dolara był ostatnio skrajnie negatywny. Pozytywne zaskoczenie raportem z rynku pracy za lipiec to tylko pierwszy krok do odwrócenia deprecjacyjnego trendu – rynek na podstawie jednych danych o 180 stopni nie zmieni swojego skrajnie pesymistycznego nastawienia. Na razie rozpoczął się proces korekty skrajnego pozycjonowania. Im było ono bardziej ekstremalne, tym reakcja silniejsza. Siła dolara mocno uderza w waluty gospodarek wschodzących. Te najbardziej ryzykowne z nich w piątek wykazały natomiast wielką stabilność.

EUR/USD to jedyna z głównych par walutowych, która swoje długoterminowe ekstrema jeszcze w piątkowe południe miała w bezpośrednim zasięgu. AUD/USD, USD/CAD, czy GBP/USD zawracały już wcześniej. Eurodolar był (i nadal zresztą jest) zdecydowanie zbyt wysoko względem wyceny sugerowanej przez relatywny przebieg krzywych rentowności obligacji USA i Niemiec. Kształt świecy tygodniowej przy ekstremalnym wykupieniu to także silny znak ostrzegający przed załamywaniem się tendencji wzrostowej. Podobnie można interpretować fakt, że po wyjściu na nowe maksima, kurs po raz trzeci w ostatnim czasie ostro zawraca. Otwarciem drogi do pogłębienia zniżki byłoby ponowne zejście poniżej 1,1750. Obecnie najwięcej przestrzeni do kontynuacji spadków mają AUD/USD i zwłaszcza GBP/USD. Wzrosty USD/CAD także nie zrealizowały jeszcze swojego potencjału. Warto bacznie obserwować NZD/USD i USD/JPY. W pierwszym przypadku przebicie 0,7390 otworzy drogę do spadku poniżej 0,7230. W drugim: po wyjściu ponad 111,00 powstanie przestrzeń do zwyżki ponad 112,00 i następnie 114,50.

Najbliższe dni na froncie danych makro z Eurolandu będą najspokojniejsze w całe wakacje. W Stanach Zjednoczonych kluczowe będą piątkowe odczyty inflacji – to od ich wartości zależą najbliższe perspektywy dolara. Przed nami także liczne wystąpienia decydentów z Fed. Warto zwrócić uwagę na język opisujący inflację. Jeśli okaże się, że rynek nadinterpretował negatywny opis zjawisk cenowych (tj. przypisał mu większe znaczenie niż FOMC, które być może po prostu stwierdziło bezsprzeczny fakt, że inflacja jest niższa od celu) to będzie to bardzo pozytywne dla amerykańskiej waluty. Spodziewamy się, że Fed we wrześniu ogłosi rozpoczęcie procesu redukcji sumy bilansowej a w grudniu kolejny raz podniesie stopy. W ubiegłym tygodniu rynek wyceniał natomiast jedną podwyżkę o 25 pb, lecz w perspektywie końca przyszłego roku. W tym świetle spodziewamy się odrobienia części strat przez dolara wraz z napływaniem kolejnych informacji z gospodarki (w sierpniu dane zazwyczaj ulegają poprawie). Jednocześnie widzimy rosnące ryzyko korektą na Wall Street. Od listopada średnia Dowa podniosła się o ponad cztery tysiące punktów a historyczne rekordy hossy ustanawiane są wręcz seryjnie.

Pierwszy „tysiąc Trumpa” to kilkanaście wzrostowych dni. Drugi: prawie dwa miesiące. Trzeci: kilka tygodni zwyżek. Ten ostatni, po którym osiągnięto pułap 22 000 punktów, już ponad 100 sesji. Bardzo dobitnie obrazuje to senną atmosferę na Wall Street, którą tworzą rekordowo niska zmienność przy wykupionym rynku i wyśrubowanych wycenach. Informacje ze spółek nie dają jednak przesłanek by sprzedawać akcje. Normą jest, że co kwartał amerykańskie przedsiębiorstwa raportują wyniki finansowe lepsze od oczekiwań. Drugi kwartał pod tym kątem był jednak jeszcze lepszy niż przed rokiem lub dwoma latami. Pozytywne jest przy tym nie tylko kształtowanie się zysku na akcję, ale również tendencje po stronie przychodów ze sprzedaży. Kilka istotnych i diametralnie różnych branż (sektor technologiczny, surowcowy, ochrony zdrowia i finansowy z wyłączeniem banków inwestycyjnych) może stawać w szranki o miano największego wygranego letniego sezonu wyników. Skupiony na dobrych wynikach przedsiębiorstw z Wall Street rynek nie docenia ryzyka dla rynku akcji wynikającego ze zbliżającego się rozpoczęcia procesu kurczenia bilansu Fed.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Spółka z portfela Merit Invest SA planuje debiut giełdowy jako Parkett Service SA.

PS24 Sp. z o.o., firma której pakiet 40% udziałów należy do notowanej na NewConnect spółki inwestycyjnej MERIT INVEST SA, podjęła decyzję o debiucie giełdowym. Spółka została również sponsorem obecnego w ekstraklasie koszykówki klubuROSA RADOM”. PS24 planuje zadebiutować na rynku NewConnect pod marką Parkett Service SA, co może mieć miejsce jeszcze w 2018 roku. Po debiucie Parkett Service SA zamierza wypłacać dywidendę.

Zarząd PS24 zakłada, że debiut spółki Parkett Service SA na rynku NewConnect odbędzie się jeszcze w roku 2018, a najpóźniej w roku 2019. Dynamiczna sytuacja na rynku budowlano – mieszkaniowym, na którym firma działa, umożliwia jej szybki rozwój. Polacy coraz częściej sięgają w swoich inwestycjach po podłogę drewnianą, a spółka posiadając odpowiednie zaplecze produkcyjne jest w stanie zaoferować je w konkurencyjnych cenach, stając się realnym kandydatem na lidera rynku w tym sektorze. Dzięki sytuacji rynkowej, obecnie jest idealny okres na zwiększanie skali działalności firmy pod marką Parkett Service, a dla inwestorów możliwość na dokonanie perspektywicznej inwestycji w spółkę z największą wyspecjalizowaną siecią sprzedaży podłóg w segmencie premium. Jest to układ, na którym każdy skorzysta, gdyż model biznesowy spółki jest dopracowany w najmniejszych szczegółach. Spółka obecnie koncentruje się nad aktami prawnymi mającymi na celu dofinansowanie PS24 sp. z o.o., a następnie przekształcenia jej w Parkett Service SA. Ponadto po dokonaniu stosownej wyceny biznesu Spółka prowadzi rozmowy z inwestorami finansowymi oraz prywatnymi. Praktycznie każdego tygodnia Spółka pozyskuje nowe kontrakty. Zainteresowanie inwestorów dofinansowaniem PS24 jest duże. Zarząd PS24 zamierza również skomercjalizować system informatyczny do zarządzania sprzedażą w jednostkach wielooddziałowych i franczyzowych. – „Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami celem obecnych udziałowców jest zbudowanie biznesu o wartości około 70 mln zł do 2023 roku i do realizacji tego celu dążymy z każdym pozyskanym kontraktem, twierdzi Karol Gajewski – Prezes Zarządu PS24, którego rodzina jest obecna na rynku parkietów od blisko 30 lat.

Rynek krajowy, który obecnie jest dla spółki kluczowy w zakresie rozwoju sprzedaży, uzupełniany jest kontaktami eksportowymi produktów parkietowych na coraz większą skalę. Od 2018 roku firma planuje być obecna na bardzo dobrze rokujących rynkach wschodnich, gdzie już teraz prowadzone są zaawansowane rozmowy handlowe. Możliwe, że przychody z eksportu pojawią się w PS24 jeszcze w roku 2017. Obecnie spółka posiada pięć podstawowych kanałów sprzedażowych: sieć własnych salonów sprzedaży pod marką Parkett Service, dział inwestycyjny w którym pracuje bezpośrednio z deweloperami i ich klientami (sprzedaż podłóg pod marką własną), dział sprzedaży podłóg drewnianych we współpracy z wykonawcami (parkiety24.pl), dział współpracy z partnerem PPG DECO w jego 47 oddziałach w Polsce i dział eksportu.

Współpraca PS24 z Radomskim deweloperem – ROSA INVEST, utorowała możliwości do tego, aby marka Parkett Service stała się widoczna na terenie całej Polski. Firma ROSA INVEST prowadzi drużynę koszykówki w ekstraklasie „ROSA RADOM”, która w każdym sezonie odnosi coraz większe sukcesy. Tak jak nasz partner biznesowy, staramy się wspierać najlepszych radomskich zawodników, a także dobrze rokującą młodzież i początkujących najmłodszych.

Jak podsumowuje Prezes Spółki Karol Gajewski – dzięki umowie z klubem ROSA RADOM jaką udało się nam podpisać w sierpniu 2017 r., zacieśnimy naszą współpracę z ROSA SA i dzięki zaufaniu jakim zostaliśmy obdarzeni, szybciej jesteśmy w stanie realizować rozwój modelu biznesowego, który opiera się na ścisłej współpracy z deweloperami w całej Polsce. Wspierając nasz rodzimy klub sportowy staniemy się tak jak ROSA RADOM rozpoznawalną marką w Polsce. Jesteśmy dumni, że przy okazji realizacji naszych celów biznesowych mamy możliwość wspierania młodzieży sportowej.

Marka Parkett Service na rynku podłóg  drewnianych i drewnopodobnych istnieje już 12 lat. W tym czasie staliśmy się największą wyspecjalizowaną siecią sprzedaży w segmencie premium. Dzięki opracowanej standaryzacji obsługi klientów, skuteczność w sprzedaży produktów premium i inwestycyjnych wzrasta znacząco w każdym kolejnym roku.

Jak przekonuje Prezes Spółki Karol Gajewski – Spółka po debiucie giełdowym zamierza dzielić się zyskami z akcjonariuszami i na taki model biznesowy jest pełna zgoda wszystkich obecnych udziałowców. Prognozy zysków na kolejne lata, w oparciu o zawierane umowy wyglądają w PS24 bardzo obiecująco. Precyzyjnie o polityce dywidendowej rozmawiamy z inwestorami. Ogłosimy ją po uchwaleniu, aby sprostać oczekiwaniom inwestorów i ambitnym planom rozwojowym pod marką Parkett Service. Dzięki współpracy z MERIT INVEST SA jesteśmy przygotowani do intensywnego rozwoju naszego biznesu, a zaangażowanie MERIT INVEST SA w proces budowania wartości naszego biznesu oceniam bardzo pozytywnie. Zgodnie z ustaleniami z inwestorami, PS24 sp. z o.o. zakupi nieruchomość w m. Oblas co powiększy majątek firmy.

Toyota i Mazda zawarły umowę o partnerstwie biznesowym i kapitałowym

Umowa otwiera nowy etap współpracy w pięciu ważnych obszarach, zapewniającej firmom dalszy rozwój.

Toyota Motor Corporation i Mazda Motor Corporation zawarły umowę o partnerstwie biznesowym i kapitałowym, która pozwoli rozszerzyć i zacieśnić dotychczasową współpracę. Porozumienie jest efektem dwóch lat rozmów między obiema firmami i kamieniem milowym na drodze stabilnego rozwoju.

Obszary współpracy będą obejmowały:

  1. Utworzenie przedsiębiorstwa joint venture, które będzie produkować pojazdy w USA.
  2. Wspólne rozwijanie technologii pojazdów elektrycznych.
  3. Wspólne rozwijanie technologii sieciowej komunikacji samochodów.
  4. Współpracę w dziedzinie zaawansowanych technologii bezpieczeństwa.
  5. Rozszerzenie listy produktów komplementarnych

Toyota i Mazda zawarły również porozumienie o charakterze kapitałowym, gwarantujące niezależność i równość obu firm. W jego ramach Toyota nabędzie nowo wyemitowane akcje firmy Mazda, a Mazda nabędzie akcje Toyoty o tej samej wartości.

Prezes Toyoty Akio Toyoda powiedział: – „Najważniejszym owocem naszej współpracy z Mazdą jest to, że znaleźliśmy nowego partnera, który naprawdę kocha samochody. Zyskaliśmy przekonanie, że Mazda ma szczere intencje współdziałania. Powstaje partnerski sojusz, którego podstawą jest pasja budowania coraz lepszych samochodów. To również realizacja naszego pragnienia, by samochody nigdy nie stały się nudne”.

Prezes i dyrektor wykonawczy Mazdy Masamichi Kogai powiedział: – „Cieszy mnie bardzo, że dzięki temu sojuszowi będziemy mogli dodać energii branży motoryzacyjnej i zwiększyć liczbę fanów samochodów, wspólnie tworząc innowacje, wspierając talenty i wychowując liderów”.

Branża motoryzacyjna staje przed coraz większymi wyzwaniami, takimi jak ostrzejsze normy ekologiczne i wymagania bezpieczeństwa dla nowych pojazdów oraz pojawienie się nowych konkurentów, a także dywersyfikacja firm związanych z mobilnością. Z myślą o przyszłości, oprócz wykorzystania własnego potencjału do dalszego rozwijania technologii i wzmocnienia fundamentów biznesowych, Toyota i Mazda zamierzają pogłębić współpracę dla zapewnienia stabilnego wzrostu i podołania tym wyzwaniom.

13 maja 2015 r. Toyota i Mazda zawarły umowę o rozwijaniu partnerskiej współpracy, która przyniesie obopólne korzyści dzięki wykorzystaniu zasobów obu firm oraz synergii komplementarnych produktów i technologii dla tworzenia bardziej atrakcyjnych samochodów. Od tej pory obie firmy dyskutowały o eksploracji różnych obszarów w ramach długofalowego, równorzędnego współdziałania

W średniej i długiej perspektywie obie firmy będą budować korzystny związek z poszanowaniem autonomii i równości każdej ze stron, pracując nad wspólnymi projektami. Z myślą o tworzeniu nowej jakości przyszłej mobilności, firmy usprawnią dwustronną współpracę jako długofalowi partnerzy i przyczynią się do rozwoju zrównoważonego społeczeństwa poprzez przekraczanie oczekiwań klientów.

Szczegóły porozumienia o partnerstwie biznesowy

Utworzenie przedsiębiorstwa joint venture, które będzie produkować pojazdy w USA

W ramach zawartej umowy, Toyota i Mazda postanowiły o utworzeniu w USA przedsiębiorstwa przy równym udziale inwestycji każdej ze stron. Przewidywana moc produkcyjna fabryki wyniesie około 300 tys. samochodów rocznie. W oczekiwaniu na wymagane decyzje instytucji państwowych, firmy będą przygotowywać szczegółowe plany, dążąc do uruchomienia produkcji w roku 2021. Fabryka, której utworzenie wymagać będzie inwestycji w wysokości ok, 1,6 mld USD, zatrudniać będzie ok. 4000 pracowników. Nowy zakład pozwoli poprawić konkurencyjność produkcji, zwiększając korzyści z dotychczasowej współpracy w zakresie produktów i technologii.

W nowej fabryce Mazda zamierza produkować crossovery, które wprowadzi na rynek USA, zaś Toyota planuje wytwarzać model Corolla przeznaczone dla klientów amerykańskich.

Produkując pojazdy w USA, Mazda planuje rozwijać swą obecność w Ameryce Północnej. Pozwoli to szybciej reagować na potrzeby klientów w zależności od regionu i modelu.

Zwiększając swój potencjał produkcyjny w USA, Toyota zamierza usprawnić zarządzanie strukturami regionalnymi, co pozwoli lepiej reagować na sytuację na rosnącym rynku północnoamerykańskim. W budowanej obecnie nowej fabryce Toyoty w meksykańskim Guanajuato Toyota planuje obecnie produkować model Tacoma, zamiast Corolli, jak pierwotnie zamierzano. Nie wpłynie to w istotnym stopniu na zaplanowane inwestycje i zatrudnienie.

Wspólne rozwijanie technologii pojazdów elektrycznych

Wobec rosnącego na całym świecie zapotrzebowania na samochody elektryczne, Toyota i Mazda będą wspólnie rozwijać technologie kluczowe dla konkurencyjnych pojazdów elektrycznych, wymieniając się wiedzą i doświadczeniem. Technologie te pozwolą obu firmom szybko reagować na nowe regulacje i trendy rynkowe w poszczególnych krajach. Szczegóły dotyczące współpracy zostaną określone w miarę postępu prac.

Wspólne rozwijanie technologii sieciowej komunikacji samochodów

Toyota i Mazda będą wspólnie rozwijać technologie dla pokładowych systemów multimedialnych i informacyjnych, wykorzystujących sieci transmisji danych. Oprócz tego, obie firmy będą współdziałać w zakresie technologii komunikacji między pojazdami (V2V, vehicle-to-vehicle ) i między pojazdami a infrastrukturą (V2I, vehicle-to-infrastructure), których celem jest stworzenie mobilnego społeczeństwa bez wypadków.

Rozszerzenie listy produktów komplementarnych

Obecnie Mazda produkuje dla Toyoty w Ameryce Północnej kompaktowy sedan, zaś Toyota będzie dostarczać Maździe w Japonii kompaktowy samochód dostawczy. Firmy będą dążyć do rozszerzenia tego rodzaju współpracy na poziomie globalnym.

Współpraca kapitałowa

W oparciu o zawartą umowę, firmy będą dążyć do rozwijania zrównoważonej współpracy i maksymalizować synergię współpracy biznesowej i kapitałowej poprzez wzajemny zakup akcji, jak podano poniżej.

Toyota nabędzie 31,928,500 akcji zwykłych nowo wyemitowanych przez Mazdę (5,05% udziałów o wartości 50 mld jenów).

Mazda nabędzie akcje własne Toyoty, stanowiące równowartość akcji Mazdy nabywanych przez Toyotę (0,25% udziałów).

Obie firmy planują wykorzystać przychody ze zwiększenia kapitału na pokrycie kosztów związanych z utworzeniem przedsiębiorstwa joint venture, które będzie produkować pojazdy w USA.

Firmy rozważają dalsze wzmocnienie sojuszu kapitałowego w związku z rozwojem współpracy biznesowej.

Obrót obligacjami korporacyjnymi wcale nie taki mały

Powszechnie krąży opinia o niskiej płynności rynku obligacji korporacyjnych, która przywoływana jest wraz ze statystykami obrotu dostarczanymi przez GPW Catalyst. Należy jednak pamiętać, że giełda to niejedyne miejsce gdzie można obracać papierami dłużnymi, nawet tymi notowanymi na giełdzie. Obligacjami można również handlować na rynku pozagiełdowym (tzw. OTC). Dostęp do niego mają zarówno inwestorzy instytucjonalni, jak i detaliczni. O ile dane dotyczące obrotu na  rynku pozagiełdowym nie są w żaden sposób zbierane, o tyle można próbować oszacować obrót obligacjami przez inwestorów instytucjonalnych na podstawie zmiany wartości aktywów funduszy inwestycyjnych. I właśnie o tym jest ten artykuł.

W drugiej połowie 2016 r. giełdowy obrót (sesyjny i pakietowy łącznie) obligacjami korporacyjnymi, które były notowane przez całą drugą połowę minionego roku, wyniósł 476 mln zł. Statystyki te uwzględniają wszystkie transakcje funduszy emerytalnych, funduszy inwestycyjnych, innych osób prawnych oraz osób fizycznych, które miały miejsce na giełdzie na tych papierach. Wykazanie szczegółowego portfela obligacji korporacyjnych Otwartych Funduszy Emerytalnych na przestrzeni półrocza jest niemożliwe, ponieważ ich skład na koniec półrocza musi jedynie szczegółowo wykazywać pozycje, które stanowiły ponad 5 proc. portfela, a szczegółowy skład funduszy przedstawiany jest jedynie na koniec roku. Składy portfeli obligacji korporacyjnych osób fizycznych oraz prawnych (oprócz funduszy inwestycyjnych) nie są w ogóle publicznie dostępne. Jedyną bazą odniesienia mogą być portfele funduszy inwestycyjnych, które szczegółowo przedstawiają skład portfeli, zarówno w połowie, jak i na koniec roku.

Analogicznie jak w przypadku obrotu giełdowego, w przypadku funduszy inwestycyjnych pod lupę zostały wzięte obligacje korporacyjne, które były w portfelach funduszy inwestycyjnych na początku oraz końcu 2H16. Wartość tych obligacji w portfelach funduszy inwestycyjnych zmieniła się pomiędzy 30 czerwca, a 31 grudnia 2016 r. o 1,7 mld zł w wartościach bezwzględnych. Należy mieć świadomość, że część zmian mogła wynikać ze sprzedaży obligacji pomiędzy funduszami uwzględnionymi w zestawieniu, dlatego konserwatywnie można przyjąć, że wszystkie transakcje odbywały się między funduszami inwestycyjnymi, zatem obrót można ostrożnie szacować na 873 mln zł, a więc o 83 proc. więcej niż na całym rynku giełdowym. I to przy kolejnym konserwatywnym założeniu, że na przestrzeni półrocza fundusze dokonywały transakcji na ww. papierach wyłącznie raz, a nie kilkukrotnie.

Ciekawie prezentują się statystyki zmian wartości w aktywach funduszy inwestycyjnych dla poszczególnych papierów. Dla takich papierów jak PZU0719, ING1219, ENG1019 czy też PKO0119 łączny obrót na rynku giełdowym w całym 2H16 wyniósł… 0 zł. Natomiast łączna zmiana wartości tych papierów w aktywach funduszy inwestycyjnych wyniosła 476 mln zł. Wśród obligacji, które miały znikomy obrót na giełdzie, a znaczący poza nią, należy zaliczyć jeszcze ENA0220, TPE1119 oraz RBP1117. Zatem można wysnuć wniosek, że obligacje dużych spółek z sektora finansowego oraz energetycznego z reguły są częściej handlowane na rynku pozagiełdowym. Natomiast na uwagę zasługuje jeden papier, którym szczególnie chętnie handluje się na giełdzie, a nie poza nią, i jest nim CPS0721 (Cyfrowy Polsat).

Rynek obligacji korporacyjnych w Polsce nie ogranicza się wyłącznie do rynku giełdowego. Oprócz niego funkcjonuje rynek pozagiełdowy, którego wartość nie jest dokładnie znana. Przy konserwatywnym założeniu, obrót na rynku pozagiełdowym dotyczącym obligacji korporacyjnych handlowanych wyłącznie przez fundusze inwestycyjne jest mniej więcej dwukrotnie większy od giełdowego. Do tego dochodzą jeszcze transakcje funduszy emerytalnych oraz innych osób prawnych i fizycznych, dlatego można szacować, że obrót na całym rynku obligacji korporacyjnych w Polsce jest kilkukrotnie większy od obrotu na rynku giełdowym.

Piotr Ludwiczak, Head of Research, Michael/Ström Dom Maklerski

Rośnie liczba oszustw z wykorzystaniem kart płatniczych. Polacy stworzyli rozwiązanie oparte na sztucznej inteligencji do wykrywania takich przestępstw

Rośnie liczba oszustw z wykorzystaniem kart płatniczych. Polacy stworzyli rozwiązanie oparte na sztucznej inteligencji do wykrywania takich przestępstw 3

Polska firma jest autorem innowacyjnego rozwiązania opartego na sztucznej inteligencji. Nethone to system, który wyłapuje wyłudzenia płatnicze. Jak wynika z raportu Narodowego Banku Polskiego „Ocena funkcjonowania polskiego systemu płatniczego w drugiej połowie 2016 roku”, tylko w tym okresie banki odnotowały ponad 47 tysięcy oszustw z wykorzystaniem kart płatniczych.

Fraudy, czyli oszustwa i wyłudzenia płatnicze, to w bankowości zjawisko coraz powszechniejsze. Z raportu „Ocena funkcjonowania polskiego systemu płatniczego w drugiej połowie 2016 roku” sporządzonego przez Narodowy Bank Polski wynika, że w okresie pomiędzy lipcem a grudniem ubiegłego roku banki odnotowały 47 660 kradzieży pieniędzy z wykorzystaniem kart płatniczych. To oznacza ponad 10 proc. wzrost w porównaniu z pierwszą połową 2016 roku, kiedy fraudów było 43 152. Pojawia się jednak coraz więcej skutecznych rozwiązań, które pozwalają wyłapywać podejrzane transakcje. Jednym z nich jest polski system Nethone, którego działanie opiera się na sztucznej inteligencji.

– Stworzone przez nas narzędzie profilujące pozwala pozyskać wiele tysięcy metryk dotyczących użytkownika, który wchodzi na daną stronę lub wykorzystuje aplikację natywną danego sprzedawcy w internecie. To narzędzie dostarcza nam olbrzymiego zasobu danych, na podstawie których jesteśmy w stanie trenować modele predykcyjne. Warstwa modeli predykcyjnych opartych w znakomitej większości na uczeniu maszynowym odpowiada za faktyczne przygotowywanie rozwiązań, które generują rekomendacje. Trzecia warstwa sprowadza się do przekazywania w czasie zbliżonym do rzeczywistego rekomendacji dotyczących danego problemu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Hubert Rachwalski, dyrektor zarządzający Nethone.

Wdrożone narzędzie do wykrywania potencjalnych zagrożeń przy transakcjach płatniczych pozwala także w znaczący sposób poprawić efekty biznesowe, bazując na zebranych danych o użytkownikach. W tym celu także stosowane są elementy sztucznej inteligencji.

– W ramach naszego systemu stworzyliśmy panel analityczny, w którym zbieramy i wizualizujemy wnioski, które odpowiadają działaniu naszych modeli. Jest to zagadnienie nietrywialne z uwagi na to, że nie opieramy swoich rekomendacji na sztywnych regułach, więc ten wymiar edukacyjny, w jaki sposób działa uczenie maszynowe i funkcjonują nasze modele, jest bardzo przydatny dla naszych klientów. Na tej podstawie są w stanie lepiej zarządzać swoją aktywnością – przekonuje Hubert Rachwalski.

Z danych opublikowanych przez Narodowy Bank Polski wynika, że największy udział w liczbie fraudów kartowych – niemal 45 proc. – mają transakcje oznaczone jako „inne”, do których należą oszustwa dokonane w internecie. Wpływ na wzrost wyłudzeń i przestępstw mają rozwój płatności internetowych i mobilnych.

– Naszymi potencjalnymi klientami są podmioty, które wykorzystują kanał internetowy do oferowania swoich usług czy sprzedaży swoich dóbr. Gdy dany podmiot umożliwia płatności internetowe, jest już w potencjalnym gronie zainteresowanych naszym rozwiązaniem – przekonuje Hubert Rachwalski.

Według szacunków firmy badawczej Markets and Markets w 2016 r. rynek usług zwalczających oszustwa finansowe w sieci, zwłaszcza z wykorzystaniem kart płatniczych, wart był 14,3 mld dolarów. Szacuje się, że do 2021 roku jego wartość wzrośnie do 33,2 mld dolarów.

J. Gowin zapowiada głębokie zmiany w szkolnictwie wyższym. Powstanie 40 nowych dyscyplin naukowych oraz uczelnie badawcze ważne dla polskiej gospodarki

J. Gowin zapowiada głębokie zmiany w szkolnictwie wyższym. Powstanie 40 nowych dyscyplin naukowych oraz uczelnie badawcze ważne dla polskiej gospodarki 4

Projekt Ustawy 2.0 przygotowywany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zakłada m.in. większą samodzielność uczelni podczas decydowania o ich sprawach wewnętrznych oraz zmiany w sposobie wybierania rektorów uczelni. W obecnej wersji ustawy pojawia się także zapis dotyczący zmian podziałów uczelni ze względu na ich misje. Przewidziane jest utworzenie uczelni badawczych, których głównym zadaniem byłoby prowadzenie badań ważnych dla nauki i gospodarki. Wejście ustawy w życie przewidywane jest na 1 października 2018 roku.

– Ustawa 2.0 będzie wprowadzana stopniowo. Jest przedyskutowana ze środowiskiem akademickim, poprzedzona serią kilkunastu konferencji i debat. Powstały trzy projekty założeń stworzone przez konkurencyjne zespoły wyłonione w drodze konkursu, a więc toczy się szeroka dyskusja, szeroki dialog, ale na końcu zmiany muszą być głębokie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jarosław Gowin, wiceprezes Rady Ministrów i Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Zmiany wynikające z Ustawy 2.0 przewidują także wprowadzenie nowej jakości, jaką oferować będą studia zawodowe. Mają one być postrzegane przez potencjalnych pracodawców podobnie jak skończenie studiów wyższych. Modyfikacjom zostaną poddane także kierunki humanistyczne, które przestaną być kierunkami masowymi.

– Przykładem zmian, które będą sprzyjały podniesieniu jakości badań naukowych, jest nowy podział na dyscypliny naukowe. W Polsce doszło do bardzo wąskiej specjalizacji w naukach, a przecież w światowej nauce to, co najciekawsze, jest interdyscyplinarne. Proponujemy rozwiązania, które obowiązują w krajach OECD. Chcemy wprowadzić około 40 dyscyplin naukowych. Dla porównania dziś tych dyscyplin jest w Polsce ponad 100 – wyjaśnia wicepremier.

W myśl projektu Ustawy 2.0 docelowym modelem układu uczelni ma być odejście od obecnego systemu luźnych federacji wydziałów. W projekcie zostało przewidziane przeniesienie kompetencji na poziom całej jednostki akademickiej. Chodzi m.in. o kształcenie doktorantów, nadawanie stopni naukowych czy uprawnienia do prowadzenia studiów.

– Chcemy dać też uczelniom większą autonomię. Na przykład jeśli chodzi o struktury wewnętrzne, dzisiaj wszystkie uczelnie w Polsce dzielą się na wydziały, to jest wymóg ustawowy. A nie zawsze takie sztywne struktury wydziałowe sprzyjają dobrej jakości kształcenia i dobrej jakości badań naukowych, dlatego chcemy pozostawić decyzje co do struktury organizacyjnej uczelni samej społeczności akademickiej – dodaje Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Przyszli doktoranci będą mogli wybrać jedną z trzech ścieżek rozwoju naukowego – udział w programach doktorskich na uczelniach (tradycyjna, obecnie wykorzystywana), ścieżka eksternistyczna, na której doktoranci mieliby jedynie obowiązek uczestniczyć w niezbędnych zajęciach i programach, a także możliwość uzyskania grantów w konkursach Narodowego Centrum Nauki, dla najwybitniejszych przedstawicieli świata polskiej nauki. Zmieni się także rola rektorów uczelni oraz sposób ich wyboru.

– Chcemy też zdecydowanie zwiększyć uprawnienia rektorów, uczelnia musi być spójnym organizmem, który jest dobrze zarządzany. Ale w związku ze zwiększeniem uprawnień rektorów, chcemy zmienić też zasady wyboru. Ten wybór nadal będzie dokonywany przez społeczność akademicką, ale będzie poprzedzony pewną selekcją, którą przeprowadzać będzie nowy organ na uczelni, tzw. rada uczelni, składająca się w co najmniej 50 proc. z przedstawicieli otoczenia społeczno-gospodarczego: wybitnych wychowanków, przedstawicieli biznesu, autorytetów społecznych – wyjaśnia Jarosław Gowin.

Projekt ustawy zakłada też reformy dotyczące minimum kadrowego, czyli niezbędnej liczby naukowców zatrudnionych na uczelni. Pozwoli to na lepsze wykorzystanie zasobów uczelni i wyższą pozycję polskich uniwersytetów w światowych rankingach. Składową oceny jakości uczelni są bowiem ocena wykładowców i stosunek liczby studentów do pracowników. Ministerstwo poprzez wprowadzane zmiany chce także w większym stopniu umiędzynarodowić uczelnie.

– Jestem przekonany, że uczelnie będą w dużo większym stopniu umiędzynarodowione, potrzebujemy na uczelniach więcej studentów i wykładowców zagranicznych. Na dobrych uczelniach europejskich kadra akademicka reprezentuje wiele nacji, w Polsce wykładowcy zagraniczni są wyjątkami, to się musi zmienić – zapewnia Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Ostateczny kształt Ustawy 2.0 ma zostać zaprezentowany po wakacjach.

– 19 września podczas Narodowego Kongresu Nauki w Krakowie ustawa zostanie pokazana, potem kilka miesięcy konsultacji, prace parlamentarne. Liczymy na to, że w kwietniu przyszłego roku ustawa trafi do podpisu prezydenta, jeśli ją zaakceptuje, to ustawa wejdzie w życie 1 października 2018 roku – deklaruje wiceprezes Rady Ministrów.

Reklamodawcy coraz częściej sięgają po blogerów i vlogerów. Ich udział zwiększa sprzedaż nawet trzykrotnie

Reklamodawcy coraz częściej sięgają po blogerów i vlogerów. Ich udział zwiększa sprzedaż nawet trzykrotnie 5

W Stanach Zjednoczonych influencer marketing, czyli promocję przez liderów opinii, np. blogerów i vlogerów,  w swojej komunikacji wykorzystuje blisko 65 proc. firm. W Polsce, choć mniej popularny, jest coraz częściej wykorzystywany przez marki. Kampanie z udziałem znanych z mediów społecznościowych osób mogą zwiększyć sprzedaż nawet dwu-, trzykrotnie. Przy wyborze influencera firmy powinny zwracać uwagę na spójność wizerunku. Inaczej stracą na tym obie strony.

Przewagi influencerów, czyli liderów opinii, w marketingu na pewno są już znaczące, ale będą też szybko rosnąć. Coraz większe firmy coraz częściej sięgają po takie osoby. Są oni trendsetterami i często ekspertami w swojej dziedzinie, wzbudzają wiarygodność, tworzą wartościowy content, którego użytkownicy szukają coraz częściej. Ze względu na swoją wiarygodność wpływają także na większą chęć zakupową wśród użytkowników, a tego oczekują reklamodawcy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mateusz Łukianiuk, dyrektor zarządzający polskiego oddziału Awin, firmy wspierającej reklamodawców w internecie.

Influencerzy, czyli wpływowe osoby, to często autorzy blogów czy wideoblogów, którzy aktywnie działają w kanałach social media i przyciągają wierne grono fanów. Mogą mieć istotny wpływ na sposób myślenia czy zachowania osób, które śledzą ich aktywność. Blogerzy i vlogerzy mają często bardzo zaangażowanych odbiorów. Ich potencjał dostrzegają reklamodawcy, którzy coraz częściej w kampaniach reklamowych sięgają po influencer marketing.

Niektórzy reklamodawcy, zwykle małe firmy, potrafili dzięki tego typu kampaniom zwiększyć bazę sprzedażową 2–3-krotnie – mówimy tu o influencerach, którzy mają duży zasięg, i o reklamodawcach, którzy takiego zasięgu nie mają. W przypadku tego typu kampanii efekt jest jednorazowy, po stronie klienta pozostaje zatrzymanie przyciągniętych użytkowników, aby nie był to zakup jednorazowy – mówi Łukianiuk.

Jak podaje IRCenter, miesięcznie YouTube odwiedza 17 mln Polaków, to znacznie więcej niż mają widzów największe stacje telewizyjne. Większość to osoby młode, które nie ukończyły 34 lat. Większość z nich przyznaje, że wpływ na decyzje zakupowe ma właśnie głos influencerów.

Z badania Attention Marketing Research „Niecodzienne zwyczaje zakupowe Polaków” wynika, że 13 proc. Polaków w poszukiwaniu informacji o produktach i usługach najczęściej korzysta z blogów i vlogów tematycznych. Pozytywnie jako o wiarygodnym źródle wypowiedziało się o nich 41 proc. badanych. Jednocześnie większość konsumentów uznała wszelkie formy reklamy za niewiarygodne źródło informacji.

Korzyści dla marki ze współpracy z influencerem jest wiele. Może to być budowanie wizerunku marki i budowanie jej rozpoznawalności. Może to być budowanie zasięgu lub bazy subskrybentów w postaci newslettera. Dla nas najważniejszym efektem jest sprzedaż i budowanie bazy sprzedażowej, co często jest trudne do osiągnięcia w przypadku współpracy z tego typu podmiotami. Wynika to z ich podejścia, a także ze zrozumienia tego typu kampanii, one zazwyczaj są wizerunkowe, a nie sprzedażowe – wymienia dyrektor w Awin.

Jak jednak podkeślają eksperci, kluczem do sukcesu jest odpowiedni wybór influencera. Jeśli będzie on reklamował produkt lub firmę, której wizerunek jest sprzeczny z jego działalnością, stracą na tym obie strony.

Firmy często nie zwracają na to uwagi, bardziej skupiają się na budowaniu zasięgu lub atrakcyjności konkretnego influencera. Często to influencerzy biorą odpowiedzialność za wybór produktów dostosowanych do ich wizerunku i zdarza się, że z tego powodu odmawiają współpracy. Jeżeli użytkownicy zobaczą, że konkretny influencer, bloger lub vloger promuje produkty, które nie są spójne z jego wizerunkiem, automatycznie traci on na wartości, traci followerów. Finalnie szkodzi to zarówno marce, jak i danemu influencerowi – przekonuje Łukianiuk.

Z lipcowej analizy IRCenter wynika, że na Facebooku liderami opinii i celebrytami łączącymi najwięcej osób są sportowcy, a w dalszej kolejności piosenkarki, YouTuberzy, fashion, gamerzy, kulturyści, politycy i dziennikarze z prawicy, liberalni dziennikarze, politycy, lekarze i komicy.

Zdaniem ekspertów ich wsparcie będzie coraz częściej wykorzystywane przez firmy.

Perspektywy wzrostu tego typu współpracy na rynku polskim są bardzo duże, choć świadomość influencerów i blogerów jest wciąż mała. W dalszym ciągu wolą się oni rozliczać w postaci barteru za parę butów, niż skupić się na realnym zarobku. Są to zazwyczaj działania punktowe, a nie działania stałe przy współpracy z klientami – tłumaczy ekspert. – Istnieją jednak podmioty, które bardzo dobrze radzą sobie we współpracy z konkretnymi partnerami.

Co piąta firma ujawnia wysokość wynagrodzenia w ogłoszeniu o pracę. Taka informacja zwiększa zainteresowanie ofertą

Co piąta firma ujawnia wysokość wynagrodzenia w ogłoszeniu o pracę. Taka informacja zwiększa zainteresowanie ofertą 6

W zdecydowanej większości ogłoszeń o pracę wynagrodzenie nie jest ujawniane, ponieważ najczęściej uzależnione jest od doświadczenia danego pracownika.. Jednak 19 proc. firm decyduje się na upublicznienie oferowanych na danym stanowisku zarobków.  Podanie w ogłoszeniu widełek płacowych wpływa na wzrost zainteresowania ofertami, nawet o kilkadziesiąt procent. Presja ze strony pracowników może zmusić pracodawców do zamieszczania w ogłoszeniach takiej informacji.

W Polsce pracodawcy nie pokazują zarobków w ogłoszeniach o pracę. Często kandydat, aplikując na stanowisko, nie wie, czy spełnia ono jego oczekiwania, czy nie. To powoduje, że marnujemy dużo czasu jako kandydaci i pracodawcy, którzy spotykają się z kandydatami. Zarobki to trochę temat tabu, dopiero po pierwszym czy drugim spotkaniu kandydaci dowiadują się, czy ma to być 3, 8 czy 15 tys. Wiadomo, że czasami są to przedziały zupełnie się niezazębiające – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Młynarczyk, dyrektor zarządzający w Devire.

W Polsce firmy bardzo rzadko decydują się podać nawet widełki wynagrodzenia w ogłoszeniu o pracę, ponieważ często o oferowanych zarobkach decyduje doświadczenie pracownika. W krajach anglosaskich, gdzie bezrobocie od lat utrzymuje się na niskim poziomie, zarobki są tradycyjnie określone w ogłoszeniu. Pozwala to nie tylko oszczędzić czas, ale i przyciągnąć większą liczbę kandydatów.

– Szacuje się, że o około 60 proc. więcej kandydatów zaaplikuje na ogłoszenie, w którym pokazujemy pensję w stosunku do ogłoszenia, w którym tej informacji nie będzie – ocenia Młynarczyk.

Jak przyznaje 55 proc. badanych przez GoldenLine, w ofertach pracy najbardziej brakuje właśnie wskazanych zarobków. Dlatego podanie wynagrodzenia może przyciągnąć więcej kandydatów. Portale rekrutacyjne SMART Recruit Online oraz Jobsite oceniają, że podanie w ogłoszeniu widełek płacowych wpłynęło na wzrost zainteresowania ofertami o 30 proc. Brak takiej informacji, zwłaszcza w branżach cierpiących na brak wykwalifikowanej kadry, może wiązać się z małą liczbą osób rekrutujących.

– Najlepszym sposobem na to, aby w Polsce dokonała się zmiana, to zwiększenie presji pracowników. Gdy pracownicy nie zaaplikują, jeśli nie zobaczą informacji o ofercie finansowej, tak jak jest u naszych zachodnich sąsiadów, to automatycznie klienci firm rekrutacyjnych czy pracodawcy będą zmuszeni, aby dawać tę informację w ogłoszeniach. Spójrzmy na rynek informatyków – w tej chwili już 80 proc. ogłoszeń zawiera stawki, bo na tym rynku jest tak ciężko o pracownika, że nie opłaca się publikować oferty bez jawnych widełek – przekonuje przedstawiciel Devire.

Badanie dla HRK Employer Branding wskazuje, że obecnie ok. 19 proc. firm decyduje się podać wynagrodzenie już w ogłoszeniu. Jeszcze w 2014 roku było to zaledwie 3,5 proc. (dane GoldenLine). Jak ocenia Michał Młynarczyk, z każdym rokiem wynagrodzenie będzie ujawniane w coraz większej liczbie ogłoszeń.

Bezrobocie cały czas spada, jest historycznie najniższe, nieunikniona jest więc pełna otwartość jeśli chodzi o płace. To jest proces – na pewno w niektórych sektorach będzie się to dokonywało szybciej, w innych zajmie to więcej czasu. Jestem pewien, że w ciągu najbliższych 15 lat dojdziemy do sytuacji, w której te pensje będą jawne w polskich ogłoszeniach, o ile nie dojdzie do jakiegoś kryzysu i zwiększonego bezrobocia – analizuje ekspert.

Z raportu „Polacy mówią o płacy” zrealizowanym przez TNS Polska dla portalu Pracuj.pl wynika, że 46 proc. osób chciałoby znać wynagrodzenie innych osób zajmujących podobne stanowisko w tej samej branży, przede wszystkim młodzi (64 proc. osób w wieku 18–29 lat). Według 12 proc. badanych to właśnie brak wiedzy o zarobkach innych osób na podobnym stanowisku jest trudnością w negocjowaniu zarobków z pracodawcą.

– Ujawnienie pensji niesie za sobą pewne konsekwencje. Ważne jest, aby firmy, które się na to decydują, stosowały otwartość i transparentność systemów płacowych wewnątrz. Jeśli pracodawca pokaże pensję w ogłoszeniu, a zatrudnia na tym stanowisku pięć osób, gdzie każda zarabia inaczej, to wiadomo, że skończy się to konfliktem, wypowiedzeniami albo co najmniej kryzysem, którym będzie musiał zarządzić pracodawca – tłumaczy Młynarczyk.

Ubiegłoroczny dokument „Dobre praktyki spółek notowanych na GPW” przygotowany przez Giełdę Papierów Wartościowych rekomenduje przedstawianie raportów o polityce wynagrodzeń. Zdaniem eksperta to jeden z pierwszych kroków, które mogą wpłynąć na transparentność zarobków w Polsce.

Pierwszym krokiem jest transparentność wynagrodzeń wewnątrz firmy. Pomagają w tym różnego rodzaju przeglądy płacowe, wiele firm publikuje takie darmowe przeglądy. Jeśli nawet teraz w ogłoszeniach nie są publikowane pensje, to wpisując odpowiednią nazwę stanowiska, możemy dojść do tego, jaka jest na nim pensja. Takie przeglądy płacowe są bardzo przydatne przy rozmowie z własnym czy przyszłym pracodawcą, można powołać się na wiarygodne dane, nie na swoje widzimisię – podkreśla Michał Młynarczyk.

Przybywa Ukraińców zainteresowanych zakupem mieszkania w Polsce. Wyprzedzili Brytyjczyków i Niemców

Przybywa Ukraińców zainteresowanych zakupem mieszkania w Polsce. Wyprzedzili Brytyjczyków i Niemców 7

Cudzoziemcy w Polsce odpowiadają za ok. 7 proc. zakupów mieszkań. Popyt z ich strony rośnie, szczególnie wśród osób przyjeżdżających zza wschodniej granicy. Ukraińcy wyprzedzili pod tym względem Brytyjczyków i Niemców. Część zakupów to mieszkania na własny użytek, co jest efektem migracji zarobkowej i akademickiej, ale coraz więcej jest także zakupów pod inwestycje.

W 2016 roku cudzoziemcy nabyli w Polsce ponad 4,5 tys. mieszkań, co w kontekście całkowitej sprzedaży na rynku deweloperskim, obejmującej blisko 80 tys. lokali, stanowi około 7 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kijanka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Grupy Deweloperskiej Geo. – Prym wśród cudzoziemców wiodą Ukraińcy. Tych transakcji jest teraz rzeczywiście najwięcej. Wyprzedzili oni Brytyjczyków i Niemców, którzy nabywali więcej mieszkań bezpośrednio po wejściu Polski do UE. Warto też wspomnieć o Białorusinach.

Z danych MSWiA za 2016 rok wynika, że Ukraińcy kupili w Polsce blisko 64 tys. mkw. powierzchni mieszkań, podczas gdy w 2015 roku było to 35,5 tys. Lokale kupione przez Niemców obejmują ok. 43 tys. mkw. powierzchni, a rok wcześniej było to 36 tys. (w 2015 roku Niemcy byli liderem zestawienia. Brytyjczycy z 18 tys. mkw. znaleźli się na trzecim miejscu.

– Jest to naturalną konsekwencją emigracji zarobkowej i akademickiej Ukraińców. Coraz częściej przenoszą się oni i pracują w naszym kraju, mają więc potrzeby mieszkaniowe, które zaspokajają poprzez rynek najmu, ale także coraz częściej poprzez rynek zakupów – mówi Piotr Kijanka. – Należy wyszczególnić dwie kategorii tych klientów. To osoby, które zaspokajają własne potrzeby mieszkaniowe, lub rodzice, którzy finansują zakup swoim dzieciom studiującym w naszym kraju. Drugą grupą są inwestorzy lokujący kapitał w naszym kraju.

Prognozuje, że tendencja ta będzie się utrzymywała w najbliższych latach. Z raportu Narodowego Banku Polskiego wynika, że od 2014 roku rośnie liczba Ukraińców przyjeżdżających do Polski. Zarobkowo w 2015 roku przyjechało prawie milion obywateli Ukrainy (choć część tymczasowo – według szacunków jednocześnie w Polsce przebywało około pół miliona Ukraińców). Tendencja ta nasiliła się w 2016 roku: z danych ministerstwa pracy wynika, że w ramach uproszczonej procedury przedsiębiorcy zadeklarowali zatrudnienie 1,3 mln cudzoziemców, w tym ponad miliona osób z Ukrainy.

Z drugiej strony według danych GUS na koniec września 2015 r. na uczelniach wyższych zarejestrowanych było 30,6 tys. studentów z Ukrainy. Także w tej grupie obserwowany jest istotny wzrost. W stosunku do 2014 r. ich liczba wzrosła o 30,8 proc., a w stosunku do 2013 r. uległa podwojeniu (wzrost o 102,3 proc.).

Popyt na mieszkania rośnie jednak nie tylko ze strony cudzoziemców. Dlatego rynek deweloperski jako całość notuje wzrosty liczby mieszkań oddanych do użytku, takich, których budowę rozpoczęto, i takich, które są dopiero w planach. W I półroczu 2017 roku oddano 37423 mieszkania przeznaczone na wynajem lub sprzedaż. To o 7,6 proc. więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie rozpoczęto budowę niemal 54 tys. mieszkań deweloperskich, a to już wzrost w ujęciu rocznym o 26,1 proc. Natomiast pozwoleń na budowę mieszkań na wynajem, sprzedaż lub zawiadomień o zamiarze jej rozpoczęcia było w tym czasie 71,2 tys. (+44,5 proc.).

To był bardzo dobry, rekordowy okres w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku. Odnotowaliśmy jako cała branża deweloperska blisko 20 proc. wzrost sprzedaży – potwierdza statystyki dyrektor z Grupy Deweloperskiej Geo. – Wszystko wskazuje na to, że ta tendencja będzie się utrzymywała zarówno w drugiej połowie tego roku, jak i w 2018 roku. Wpływ na to ma niewątpliwie dobra sytuacja makroekonomiczna, czyli stosunkowo niski poziom bezrobocia, wzrost majętności Polaków, a także utrzymujący się niski poziom stóp procentowych, co wzmaga i pobudza aktywność inwestorów.

Stopy procentowe pozostają na najniższym historycznym poziomie od marca 2015 roku, ale kolejne rekordy niskich poziomów zaczęły bić już dwa lata wcześniej. To sprawia, że coraz mniej opłaca się lokować oszczędności w niskooprocentowane depozyty, a coraz bardziej – zaciągać rekordowo tanie kredyty hipoteczne. I choć nie brak głosów, także płynących z Rady Polityki Pieniężnej, że lekkie podwyżki stóp procentowych powinny się rozpocząć już w tym roku, większość ekonomistów skłania się ku przekonaniu, że nastąpią one dopiero w 2018 roku, i to niekoniecznie w jego pierwszej połowie. Inflacja, która na przełomie 2016 i 2017 roku ostro przyspieszyła, zaczęła bowiem hamować: o ile w lutym ceny wzrosły o 2,2 proc. rdr., najmocniej od grudnia 2012 roku, to w czerwcu już tylko o 1,5 proc. Według szybkiego szacunku GUS w lipcu inflacja wyniosła 1,7 proc. rdr.

Podniesienie stóp procentowych nie jest jeszcze przesądzone. Może oczywiście dojść do takiej sytuacji na początku 2018 roku i zapewne w jakimś niewielkim wymiarze wpłynie to na wolumen sprzedaży branży deweloperskiej, ale nie sądzę, aby miało to w znaczącym stopniu odcisnąć piętno na kondycji branży – przewiduje Piotr Kijanka.

Unia Europejska coraz bliżej zakazu geoblokowania. Opór stawiają przedstawiciele państw członkowskich

Unia Europejska coraz bliżej zakazu geoblokowania. Opór stawiają przedstawiciele państw członkowskich 8

Jeszcze w tym roku Unia Europejska może ostatecznie przyjąć przepisy, które zakażą geoblokowania. Sprzedawcy i sklepy internetowe nie będą mogli już odmawiać wysłania towaru zagranicznym klientom ze względu na kraj ich pochodzenia. Ma to m.in. przyczynić się do rozwoju jednolitego rynku. Według europosłanki Róży Thun propozycje nowych przepisów napotykają jednak duży opór na forum Rady Unii Europejskiej.

Parlament Europejski ogromną większością głosów przyjął rozwiązania, które zaproponowaliśmy. Teraz negocjujemy z Radą Unii Europejskiej, te negocjacje są bardzo trudne. Przedstawiciele ministerstw państw członkowskich nie bronią konsumentów ze swoich krajów, to samo dotyczy przedstawiciela z Polski. Blokują rozwiązania znoszące geoblokowanie, które zapewniłyby równy dostęp do towarów i usług z terenu całej UE. To bardzo ważne dla rozwoju jednolitego rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes europosłanka Róża Thun z Komisji ds. Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów (IMCO).

Geoblokowanie to praktyka handlowa, która polega na ograniczaniu dostępu do usług, towarów i treści online ze względu na to, w jakim kraju znajduje się konsument. Zjawisko to przybiera różne formy. Sprzedawcy najczęściej po prostu odmawiają dostarczenia zakupów dokonanych w zagranicznym e-sklepie albo nie przyjmują kart płatniczych, które zostały wydane w innym kraju. Częstą praktyką jest też przekierowywanie klienta na lokalną stronę, z inną ofertą produktową i – co istotne – również cenową. Geoblokowanie może też dotyczyć treści cyfrowych.

Geoblokowanie na europejskim rynku to dyskryminacja klienta ze względu na jego kraj zamieszkania czy narodowość. Niektóre sklepy i przedsiębiorcy nie sprzedają, nie dostarczają i nie przyjmują środków płatności od klientów z innych krajów. To jest dyskryminacja i ją właśnie znosimy – podsumowuje Róża Thun.

Przedsiębiorcy, którzy wprowadzają geoblokadę dla zagranicznych klientów, zwykle obawiają się wysokich kosztów wysyłki towarów, odmiennych procedur i stawek VAT w poszczególnych krajach Wspólnoty. W części z nich wciąż obowiązują różne przepisy konsumenckie. Dla przedsiębiorstw – zwłaszcza małych i średnich – są to znaczące bariery w obsłudze zagranicznych rynków.

Są branże, które chętnie blokują klientów z innych krajów, aby regulować ceny. E-sklepy oferują droższe lub tańsze produkty w poszczególnych państwach. Na każdym rynku obowiązują inne ceny, a sprzedawcy nie chcą, żeby klient mógł dokonywać wyboru, jak w realnym świecie – mówi europosłanka Róża Thun.

Według raportu, który pół roku temu przedstawiła Polityka Insight, geoblokowanie w różnych formach stosuje od 28 do nawet 63 proc. europejskich e-sklepów, które oferują swoje towary i usługi mieszkańcom Wspólnoty. Prawie połowa (48 proc.) konsumentów z Polski spotkała się z odmową dostarczenia zakupów zrobionych w zagranicznym e-sklepie, a co piąty nie mógł zapłacić za zakupy polską kartą płatniczą.

Geoblokowanie najczęściej dotyka obywateli „nowej trzynastki”, czyli państw które weszły do UE po 2004 roku. Z drugiej strony to handlowcy z tych 13 państw najczęściej blokują zagranicznych klientów. W Polsce stosuje tę praktykę 88–89 proc. sprzedawców.

Przedstawiciele Komisji ds. Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów podkreślają, że geoblokowanie ogranicza przedsiębiorczość, narusza prawa konsumentów i przeczy idei jednolitego rynku. Dlatego od ponad roku na unijnym forum toczą się prace legislacyjne, które mają doprowadzić do zakazania tej praktyki. W maju 2016 roku Komisja Europejska przedłożyła projekt rozporządzenia, które dotyczy geoblokowania i zakazuje sprzedawcom ograniczania oferty dla klientów z innych państw.

Pod koniec kwietnia br. europosłowie IMCO przegłosowali poprawki do propozycji tych przepisów. Mają one zostać ostatecznie przyjęte jeszcze w tym roku (prawdopodobnie na jesiennej sesji plenarnej PE).

– Będziemy negocjować dalej, mam nadzieję że doprowadzimy do rozwiązania, w którym klient będzie mógł kupować produkty i usługi tam, gdzie zechce. Będzie miał ogromny wybór, a przedsiębiorcy nie będą bali się sprzedawać za granicę. Zastosowaliśmy ułatwienia, dzięki którym sprzedawca będzie mógł handlować na podstawie prawa swojego kraju, bez znajomości wszystkich zagranicznych regulacji – mówi Róża Thun.

Kiedy przepisy dotyczące geoblokowania wejdą w życie, każdy europejski konsument będzie mógł robić zakupy w zagranicznych e-sklepach, niezależnie od miejsca pobytu i zamieszkania. Po trzech latach Komisja Europejska ma dokonać przeglądu unijnego rynku i sprawdzić, jak przyjęły się nowe regulacje. KE sprawdzi też, czy można je rozszerzyć w pięciu innych sektorach: audiowizualnym, zdrowotnym, transportowym, finansowym i telekomunikacyjnym (te branże zostaną objęte odrębnymi przepisami).

Łukasz Kister: Polska pilnie potrzebuje okrętów podwodnych wyposażonych w rakiety. Ich osobny zakup może spowodować, że okręty nie będą przydatne do odstraszania agresora

Łukasz Kister: Polska pilnie potrzebuje okrętów podwodnych wyposażonych w rakiety. Ich osobny zakup może spowodować, że okręty nie będą przydatne do odstraszania agresora 9

Wciąż nie zapadła ostateczna decyzja MON dotycząca zakupu okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej. Resort przyznał ostatnio, że rozważa ich zakup bez pocisków manewrujących, mimo wcześniejszych deklaracji o wspólnym zakupie. Zdaniem ekspertów od bezpieczeństwa to może się okazać nietrafionym pomysłem, który stwarza ryzyko, że na rakiety trzeba będzie czekać latami, a na końcu nie będą one kompatybilne z okrętami. Tymczasem zakup okrętów jest jedną z najpilniejszych potrzeb armii.

Niezbędne jest, aby okręty podwodne, które Polska zakupi, były już na starcie wyposażone w broń odstraszania, czyli pociski manewrujące. Taka broń pozwoli nie tylko pokazywać okręty na Bałtyku, lecz także sprawiać wrażenie, że jesteśmy w stanie szybko i precyzyjnie odpowiedzieć na atak. Dzięki broni odstraszania możemy doprowadzić do projekcji siły, czyli przestraszyć wroga i pokazać, że możemy w każdej chwili odpowiedzieć na jego niewłaściwe zachowania – mówi agencji Newseria Biznes dr Łukasz Kister, ekspert ds. bezpieczeństwa Instytutu Jagiellońskiego.

W ramach wartego około 10 mld zł programu modernizacyjnego Orka MON planuje kupić trzy okręty podwodne nowego typu, które znajdą się na wyposażeniu Marynarki Wojennej. Okręty mają być wyposażone w rakiety manewrujące, zdolne niszczyć cele w odległości wielu setek kilometrów i zapewnić polskiej flocie realną możliwość wykorzystania broni odstraszania.

Zakup broni odstraszania i środków do jej przenoszenia to komplet, który pozwoli nam swobodnie realizować i chronić nasze interesy polityczne, ekonomiczne oraz  militarne na kluczowym akwenie, jakim jest dla nas Morze Bałtyckie – mówi dr Łukasz Kister.

Resort obrony negocjuje obecnie z francuską korporacją stoczniową Naval Group (dawniej DCNS), która zaoferowała dostarczenie Polsce okrętów typu Scorpène. Prowadzi też rozmowy norwesko-niemieckie, które dotyczą zakupu okrętów 212CD, produkowanych przez holding stoczniowy TKMS. Trzecią ofertę złożył szwedzki Saab, który zaproponował okręty podwodne typu A26. Decyzja ma zapaść w ciągu najbliższych tygodni.

Na początku lipca szef MON Antoni Macierewicz przyznał, że prawdopodobna jest budowa okrętów podwodnych wspólnie z Niemcami, ale ostateczna decyzja w tej sprawie jeszcze nie została podjęta. Niemieckie okręty – według ekspertów – nie mają możliwości uzbrojenia w pociski manewrujące.

Rozdzielenie zakupu okrętów podwodnych i pocisków manewrujących może doprowadzić do sytuacji, w której nie kupimy ani jednego, ani drugiego. Może się też okazać, że z różnych powodów, wynikających np. z przepisów prawa czy zmieniających się technologii, pociski manewrujące, które dokupimy w odstępie kilku lat, nie będą zdolne do realizacji zaplanowanych celów. Trzeba też pamiętać o tym, że okręty podwodne buduje się na konkretne zapotrzebowanie. Te, które służą do przenoszenia pocisków manewrujących, są zupełnie inaczej zbudowane niż klasyczne okręty podwodne – zauważa dr Łukasz Kister.

Zdaniem eksperta Instytutu Jagiellońskiego rozdzielenie zakupu okrętów i pocisków manewrujących stwarza ryzyko, że uzbrojenie będzie niekompatybilne. Tymczasem Polska już teraz pilnie potrzebuje nowych okrętów podwodnych wyposażonych w broń odstraszania.

Polska już dziś potrzebuje okrętów podwodnych. Żadne z posiadanych przez Marynarkę Wojenną okrętów nie są dziś w stanie realizować zadań operacyjnych na morzach i oceanach. Mamy kilka 50-letnich okrętów, które powinny się stać własnością Muzeum Marynarki Wojennej i tam cieszyć oko jako eksponat muzealny. Poza tym nie mamy niczego: nie mamy żadnych okrętów zdolnych do realizacji zadań kluczowych dla zapewnienia bezpieczeństwa państwa – mówi dr Łukasz Kister.

Ekspert Instytutu Jagiellońskiego przestrzega, że w czarnym scenariuszu Polska będzie musiała wydać dodatkowe setki milionów dolarów na dostosowanie i przebudowę zakupionych okrętów podwodnych tak, żeby można było je wyposażyć w pociski manewrujące. Aby uniknąć takiego ryzyka, MON powinien już na wstępie postępowania przetargowego zaznaczyć, że okręty muszą mieć na wyposażeniu broń odstraszania.

Nie powinniśmy zakładać, że kupimy okręty dzisiaj, a pociskami manewrującymi zajmiemy się za kilka lat. Może się bowiem okazać, że te okręty nie będą zdolne do przenoszenia rakiet, które zostaną nam później zaproponowane, bo okażą się niedostosowane technicznie. Wtedy będziemy musieli wydawać kolejne środki, żeby te okręty przebudować, zmodernizować i dostosować. To nie jest właściwy kierunek – podkreśla dr Łukasz Kister.

Według wcześniejszych zapowiedzi MON nowe okręty podwodne mają trafić do Marynarki Wojennej najpóźniej w 2024 roku.

Powinniśmy kupować uzbrojenie z różnych źródeł, wraz z przekazaniem nam kodów źródłowych i technologii, którą będziemy wykorzystywać. Nie możemy doprowadzić do sytuacji w której państwo trzecie – dziś sojusznik, a jutro już nie – będzie decydowało o tym, czy możemy wykorzystać środki odstraszania. W naszej dzisiejszej sytuacji i położeniu geopolitycznym musimy być zdolni do tego, żeby samodzielnie móc wykorzystywać uzbrojenie. Nie możemy dać się uzależnić od jakiegokolwiek dostawcy ani jakiegokolwiek kraju, bez względu na to, jak bardzo mu dziś ufamy – podkreśla ekspert ds. bezpieczeństwa Instytutu Jagiellońskiego.

Nowe Warunki Techniczne – liberalizacja korzystna dla klientów

Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa przygotowało nowelizację rozporządzenia ws. warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie. Jak to wpłynie na proces projektowania mieszkań i możliwość aranżacji wnętrz przez klientów? Oceniają: Konrad Płochocki, Dyrektor Generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich, oraz Marcin Walewski, Dyrektor ds. Projektów Mieszkaniowych w Bouygues Immobilier Polska.

Zdaniem ekspertów, nowelizacja rozporządzenia ws. warunków technicznych korzystnie wpłynie na możliwość efektywnej realizacji projektów przez deweloperów. Likwiduje również sporą część nieprzystających do rzeczywistości ograniczeń w aranżacji mieszkań, a tym samym – dostosowuje sytuację do obecnych trendów w projektowaniu wnętrz. W kilku znaczących obszarach następuje liberalizacja warunków koniecznych do spełnienia przez architekta i dewelopera, co stwarza większą możliwość podjęcia decyzji dotyczących np. lokowania nowych inwestycji.

Większa chłonność działek w Strefie Śródmieścia oraz możliwość zaprojektowania większej liczby miejsc postojowych zewnętrznych to korzystne regulacje przewidziane w projekcie nowelizacji, wpływające pozytywnie na redukcję kosztów budowy.  To jednak jeszcze wciąż zbyt mało, aby zmniejszyć koszty budowy mieszkań do poziomu pozwalającego, aby deweloperzy zaoferowali tanie mieszkania w odpowiedzi na Narodowy Program Mieszkaniowy. Jednym z jego założeń jest m.in. wprowadzenie Kodeksu urbanistyczno-budowlanego, który pomógłby obniżyć koszty budowy.

 W nowelizacji znalazło się wiele dobrych rozwiązań, jak choćby możliwość lokalizowania miejsc postojowych dla niepełnosprawnych bliżej budynków, czy zniesienie reliktu PRL polegającego na konieczności projektowania kawalerek z kuchnią w korytarzu – do tej pory przepisy zabraniały projektowania aneksu kuchennego w salonie. To krok w dobrą stronę, chociaż nie ukrywamy, że liczyliśmy na dużo głębszą deregulację. Ponadto wprowadzono kilka regulacji, które choć podniosą komfort użytkowników , będą wpływały negatywnie na cenę. Przykładem są np. powiększone garaże podziemne komentuje Konrad Płochocki, Dyrektor Generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Brak MPZP nie przeszkodzi w realizacji projektów

O rodzaju zabudowy i ostatecznym kształcie inwestycji decydują urbanista, architekt
i deweloper. Obecna wersja nowelizacji rozporządzenia, z dn. 12.05.2017 r., optymalizuje lokowanie nowych projektów także na terenach śródmiejskich, które są lub nie są objęte miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego.

 

W przypadku braku planu miejscowego, deweloperzy będą mogli odwoływać się do studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego. Takie regulacje mają przeciwdziałać rozlewaniu się miast i sprzyjać zwartej zabudowie w ich centrach  – dodaje Konrad Płochocki.

Więcej miejsc postojowych

Nowelizacja zakłada także pozytywne zmiany związane z miejscami postojowymi dla samochodów osobowych. Zachowując odpowiednią odległość od zabudowań, będzie można zaprojektować łącznie więcej stanowisk usytuowanych w odległości 7 m  od okna, a także więcej miejsc w odległości 3m od granicy działki sąsiada. Dodatkowo, w przypadku domów bliźniaczych czy szeregowych na jednej działce, stanowisko postojowe dla właściciela będzie mogło być zlokalizowane pod oknem. Wcześniej w takiej sytuacji konieczne było odstępstwo od warunków technicznych.

–  Z perspektywy inwestora mogę powiedzieć, że idziemy w dobrym kierunku. Analizując wcześniej realizowane projekty i to, jak mogłyby one wyglądać już na nowych warunkach technicznych, dostrzegam wiele korzystnych aspektów. Przykładem tego są właśnie miejsca postojowe. Odległość naziemnych miejsc postojowych od okna ani granicy działki sąsiada nie ulega zmianie. Parkingi będą więc usytuowane z zachowaniem tych samych wymogów. Zwiększy się natomiast dopuszczalna liczba miejsc postojowych, które przy budynku będzie mógł zaprojektować deweloperwyjaśnia Marcin Walewski, Dyrektor ds. Projektów Mieszkaniowych w Bouygues Immobilier Polska oraz członek grupy roboczej PZFD ws. warunków technicznych.

Większa elastyczność w aranżacji pomieszczeń

Nowelizacja rozporządzenia pod wieloma względami dostosowuje wymogi techniczne do obecnych realiów. Minimalna powierzchnia użytkowa mieszkania określona została na 25 mkw., bez jednoczesnego określania minimalnych szerokości poszczególnych pomieszczeń. Zgodnie z nowymi przepisami, w kawalerkach będzie można zaprojektować aneks kuchenny połączony z pokojem, co dotychczas nie było możliwe. Warunkiem, który należy przy tym spełnić, jest zastosowanie odpowiedniej wentylacji. W przypadku połączenia aneksu kuchennego z salonem, hol wejściowy może zostać wykorzystany na dodatkowe szafy lub stanowisko dla roweru. Ponadto pojęcie „wnęki kuchennej” zmieniono na „aneks kuchenny” . Nowelizacja przewiduje również, że w łazience nie będzie już trzeba uwzględniać miejsca na pralkę ani pojemnika na brudną bieliznę, co wiąże się m.in. ze zmianą trendów i coraz częstszym umieszczaniem pralek w pomieszczeniu innym niż łazienka.

Nabywcy mieszkań mają duże i wciąż rosnące oczekiwania co do jakości. Zmieniają się też ich preferencje i trendy w aranżacji wnętrz. To właśnie decyzje klientów faktycznie weryfikują, jaki jest popyt na mieszkania w danej inwestycji. Dlatego deweloperzy stale dbają o odpowiedni standard i komfort, a wręcz – prześcigają się w dogodnej aranżacji. Zmiany przewidziane w nowelizacji sprzyjają nowoczesnym rozwiązaniom. Uelastyczniają sposób projektowania pomieszczeń. Umożliwiają też efektywniejsze wykorzystanie przestrzeni w kawalerkach podkreśla Marcin Walewski.

Warunki techniczne a koszty budowy

Obecna wersja nowelizacji rozporządzenia nie uwzględnia jednak postulowanej przez środowisko deweloperów zmiany, która mogłaby doprowadzić do zmniejszenia kosztów budowy do kwoty około 2500 PLN/mkw PUM. W tym celu należałoby zliberalizować warunki techniczne. Byłoby to możliwe m.in. w przypadku zastosowania podziału warunków na odpowiednie kategorie: obowiązkowe (związane z bezpieczeństwem, higieną i zdrowiem, a także ochroną) oraz fakultatywne (związane ze standardem i komfortem użytkowania). Przy takim podziale warunków technicznych, deweloperzy mogliby sprostać programowi „Mieszkanie Plus” i zaoferować tanie mieszkania mniej zamożnym klientom lub operatorom mieszkań na wynajem. Jest jeszcze szansa, że zmiany takie pojawią się w kolejnych nowelizacjach warunków technicznych oraz podczas tworzenia kodeksu.

W tej chwili trudno określić dokładny termin wejścia w życie projektu rozporządzenia nowelizującego warunki techniczne. Projekt został rozpatrzony przez Komisję Prawniczą, a następnie notyfikowany w dniu 11.07.2017 r., co wiąże się z nałożonym na państwa członkowskie UE obowiązkiem informowania o przygotowywanych aktach prawa krajowego. W związku z tym procedura legislacyjna wstrzymana zostanie na kolejne trzy miesiące. W przypadku niezgłoszenia uwag przez państwa członkowskie ani odpowiednie organy UE, projekt zostanie skierowany do podpisu ministra. Następnie akt prawny trafi do ogłoszenia. Zgodnie z przepisem końcowym, vacatio legis wynosić będzie 90 dni.

Grupa MOL podnosi prognozy na 2017 rok

  • Grupa MOL podnosi prognozę wyniku EBITDA do ponad 2,3 mld USD, w związku z bardzo dobrym pierwszym półroczem
  • Oczyszczony wynik CCS EBITDA w pierwszej połowie 2017 r. osiągnął 371 mld HUF (1,3 mld USD), dzięki poprawie we wszystkich segmentach biznesu
  • Segmenty Downstream oraz usług konsumenckich zanotowały w pierwszej połowie roku rekordowe wyniki, podczas gdy segment Upstream wyraźnie zwiększył swój udział w wynikach
  • Zysk netto w pierwszej połowie roku wyniósł 183 mld HUF (639 mln USD), co stanowi najwyższy wynik w ostatnich 10 latach

 Grupa MOL ogłosiła dziś wyniki finansowe za pierwszą połowę 2017 roku. Grupa zwiększyła przychody we wszystkich segmentach biznesowych, notując wzrost oczyszczonego wyniku CCS EBITDA o 23%, w porównaniu do analogicznego okresu ub. r. Firma zrobiła także duży krok w kierunku realizacji strategii MOL Group 2030, podpisując kluczowe umowy licencyjne w ramach Projektu Poliole.

Segment Upstream osiągnął bardzo dobre wyniki, notując wynik EBITDA na poziomie 128 mld HUF (447 mln USD), o 45% wyższy r/r, generując mocne przepływy pieniężne na poziomie 321 mln USD. Na tak skokowy wzrost największy wpływ miały wyższe ceny węglowodorów oraz 30% wzrost ceny ropy Brent, jak również niższe koszty operacyjne. Średni poziom produkcji węglowodorów wyniósł 110 tys. baryłek ekwiwalentu ropy naftowej dziennie, zgodnie z prognozą Grupy MOL na 2017 rok.

Segment Downstream ponownie osiągnął rekordowy wynik oczyszczony CCS EBITDA, przynosząc 186 mld HUF (652 mln USD), co stanowi wzrost o 8% r/r. Wpłynęły na to wyższe marże rafineryjne i zwiększona dostępność aktywów, co skompensowało niższe marże w segmencie petrochemicznym.

Segment usług konsumenckich (detaliczny) kontynuował silne wzrosty w segmencie poza-paliwowym, przynosząc rekordowy w historii Grupy wynik EBITDA na poziomie 43 mld HUF (150 mln USD), co stanowi wzrost o 18% w porównaniu z analogicznym okresem ub. r.

Segment gazowy (gas midstream) przyniósł w pierwszej połowie roku wynik EBITDA na poziomie 31 mld HUF (107 mln USD), notując 12% wzrost rok do roku, dzięki znacząco wyższym wolumenom i większym przychodom z opłat za usługi.

Pierwsza połowa roku 2017 to również czas ważnych kroków w kierunku realizacji strategii MOL Group 2030. Umowy partnerskie z Evonik i thyssenkrupp w ramach flagowej inwestycji MOL w łańcuch wartości tlenku propylenu („Projekt Poliole”), pozwolą na dalszy rozwój Grupy w segmencie petrochemicznym i stanowią kolejny krok na drodze do budowy wiodącej grupy chemicznej w Europie Środkowo-Wschodniej. Co więcej, MOL jest coraz bliżej budowy sieci ponad 250 ładowarek dla samochodów elektrycznych w tej części Europy, działając w ramach konsorcjum NEXT-E, korzystającego z unijnej dotacji w wysokości 19 mln EUR.

Znacząco podnosimy naszą prognozę na rok 2017, z ponad 2 mld USD, do ponad 2,3 mld USD oczyszczonego wyniku CCS EBITDA, dzięki bardzo dobrym wynikom Grupy w pierwszej połowie roku, stanowiącym potwierdzenie skuteczności naszego modelu biznesowego oraz jakości aktywów. Poczyniliśmy też kolejne ważne kroki w realizacji naszej strategii do roku  2030, podpisując kluczowe umowy w ramach naszego Projektu Poliole. Postępy w realizacji strategii MOL 2030 oraz osiąganie maksymalnych zwrotów z istniejących aktywów stanowią obecnie nasze najważniejsze priorytety”  –  powiedział Zsolt Hernádi, prezes Grupy MOL.

Najwyższa dywidenda w historii PKN ORLEN

PKN ORLEN wypłacił dziś najwyższą w historii spółki dywidendę w wysokości 3 zł na akcję. To już piąty rok z rzędu, w którym Koncern, zgodnie ze strategicznymi założeniami, konsekwentnie realizuje wypłaty dywidendy.

Decyzją Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia, z rekordowego zysku netto PKN ORLEN za rok 2016 na poziomie 5,7 mld zł blisko 1/4 trafi na rachunki akcjonariuszy spółki. Systematyczny wzrost dywidendy na akcję (DPS), zgodnie z celami strategicznymi PKN ORLEN, realizowany jest przy zachowaniu bezpiecznych parametrów finansowych, uwzględniając aktualną oraz prognozowaną sytuację Koncernu.

Łącznie na wypłatę dywidendy przeznaczono w tym roku 1,283 mld zł. Pozostała część zysku netto PKN ORLEN za 2016 r. trafi na kapitał zapasowy spółki. Do tej pory najwyższą kwotę dywidendy PKN ORLEN wypłacił za 2004 rok, kiedy wyniosła ona 2,13 zł na akcję. Z kolei w 2000 r. na pierwszą w historii dywidendę PKN ORLEN za rok 1999 przeznaczył 21 mln zł, czyli 0,05 zł na jedną akcję.

Przygotuj się na przyszły tydzień 04.08.2017

Admiral Markets

Nadchodzący tydzień nie obfituje w dane makroekonomiczne tak jak poprzedni. Najważniejsze dane zostaną opublikowane w środę oraz piątek. W środę, 9 sierpnia poznamy koszt pieniądza w Nowej Zelandii, natomiast w piątek amerykańską inflację.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Nowa Zelandia

W Nowej Zelandii koszt pieniądza powinien pozostać na niezmienionym poziomie do 2018 roku. Prawdopodobieństwo pierwszej podwyżki wynoszącym powyżej 50 procent szacowane jest dopiero na połowę przyszłego roku.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Nowej Zelandii

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Nowej Zelandii

Źródło: Bloomberg

Niemniej jednak nowozelandzki bank centralny może obrać taki sam kurs jak bank Kanady oraz Rezerwa Federalna. Wszystko zależy od notowań surowców, a te ostatnio mocno zyskują. Zmiana nastawienia inwestorów powinna sprzyjać dolarowi nowozelandzkiemu.

Stany Zjednoczone – inflacja

Ostatnie podwyżki stóp procentowych nie sprzyjały dolarowi amerykańskiemu oraz gospodarce. Ożywienie gospodarcze w USA zostało stłumione, wskaźnik CPI po raz kolejny znalazł się w trendzie spadkowym. Wyższe odczyty inflacyjne były efektem wzrostu cen ropy naftowej, z kolei teraz – ropa utrzymuje się na podobnym poziomie od kilku miesięcy, zatem czynnik napędzający inflację w krótkim terminie wygasł. Dalszy spadek inflacji będzie negatywny dla USD, bowiem jest to tożsame z zaprzestaniem kolejnych podwyżek. Najnowszą inflację poznamy w piątek o godzinie 13:30.

Przygotuj się na przyszły tydzień 04.08.2017 10

Źródło: Admiral Markets

Po słabszych danych makroekonomicznych inwestorzy przestali wyceniać jakąkolwiek podwyżkę kosztu pieniądza w tym roku. Według Fed Funds prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych powyżej 50 proc. przypada na marzec 2018 roku.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA

Źródło: Bloomberg

Największym przegranym wyższego kosztu pieniądza jest rynek motoryzacyjny. Lipiec po raz kolejny przyniósł duże rozczarowanie. Trzech największych producentów jak GM, FORD oraz Fiat rozminęło się ze swoimi prognozami sprzedaży nowych samochodów. Warto zauważyć, że każdy z nich zakładał mniejszą ilość sprzedanych samochodów, natomiast aktualne odczyty okazały się jeszcze gorsze.

Przygotuj się na przyszły tydzień 04.08.2017 11

Źródło: Zerohedge

Instrumenty do obserwacji

Od początku tego roku dolar amerykański traci względem większości walut na świecie. Przyczyn jest wiele, ale wyprzedaż zaszła za daleko i należy czekać na mocniejszą korektę. W długim terminie trend spadkowy powinien być kontynuowany, ale należy przygotować się na miesięczną lub dwumiesięczną korektę. Na poniżej grafice przedstawiono także spread 10 i 2 letnich obligacji USA na tle dolara amerykańskiego (linia biała).

Notowania DXY na tle spreadu 10 i 2 letnich rentowności USA

Notowania DXY na tle spreadu 10 i 2 letnich rentowności USA

Źródło: Bloomberg

Z powyższego wykresu wynika jedno, wyprzedaż USD zaszła za daleko. Warunki makroekonomiczne nie są tak złe, jak przedstawiają to media.

Notowania indeksu dolara, interwał miesięczny

Przygotuj się na przyszły tydzień 04.08.2017 12

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie miesięcznym dolar amerykański spadł na silne wsparcie 92.50-93.60. Na dzień dzisiejszy strefa popytu powinna zostać obroniona i powinniśmy zobaczyć odbicie, co oznaczałoby umocnienie dolara amerykańskiego na szerokim rynku.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych