Od października prawo do emerytury w obniżonym wieku zyska ponad 330 tys. Polaków. ZUS jest przygotowany na napływ tylu wniosków

Od października prawo do emerytury w obniżonym wieku zyska ponad 330 tys. Polaków. ZUS jest przygotowany na napływ tylu wniosków 1

1 października wejdzie w życie ustawa, która obniża wiek emerytalny do 60 lat dla kobiet i do 65 dla mężczyzn. Tylko w tym roku prawo do świadczenia zyska ponad 330 tys. osób. ZUS zapewnia, że terminowo poradzi sobie z obsługą nawet takiej liczby wniosków. Już dwa lata temu mierzył się bowiem z kilkuset tysiącami wniosków w sprawach emerytalnych, a dodatkowo terminowość wydawania decyzji jest bardzo wysoka. Na podstawie rozmów z klientami ZUS spodziewa się jednak, że liczba wniosków w tym roku będzie niższa niż 330 tys.

W ostatnich tygodniach ponad 270 tys. osób, które w IV kwartale uzyskają uprawnienia do emerytury w obniżonym wieku, odwiedziło doradców emerytalnych ZUS. Duża część z nich prosiła o wyliczenie prognozowanej emerytury oraz symulację jej wzrostu, gdyby zostali dłużej na rynku pracy. W następstwie tych wyliczeń ok. 20 proc. klientów deklaruje chęć dalszej pracy.

Z kalkulatora emerytalnego skorzystało już około 170 tys. osób, które chciały poznać wysokość swojego świadczenia emerytalnego na dzień uzyskania uprawnień i w przypadku, gdyby przedłużyli swoją aktywność zawodową o rok lub dwa lata. To pokazuje, że wiele osób zastanawia się jeszcze nad podjęciem ostatecznej decyzjimówi agencji Newseria Biznes Wojciech Andrusiewicz, rzecznik prasowy ZUS.

Ze statystyk ZUS wynika, że zazwyczaj 83 proc. osób podejmuje decyzję o przejściu na emeryturę zaraz po osiągnięciu uprawnień. Jednak eksperci Zakładu szacują, że w ostatnim kwartale 2017 roku z aktywności zawodowej zrezygnuje dużo mniejszy odsetek uprawnionych. Część osób wprost deklaruje, że pozostanie na rynku pracy, dzięki czemu ich przyszłe świadczenie może wzrosnąć.

Podkreślam jednak, że nawet jeśli 330 tys. osób złoży wniosek i przejdzie na emeryturę, to nie jest to liczba, która może spowodować jakiekolwiek utrudnienia. Dwa lata temu weszła w życie tzw. ustawa marcowa, która pozwalała przeliczać kapitał początkowy. Wpłynęło do nas wtedy ponad 800 tys. wniosków dotyczących przeliczenia ponad 800 tys. świadczeń. Dziś mamy ich zaledwie 300 tys., a prawdopodobnie nawet takiej liczby nie osiągniemy – zaznacza Wojciech Andrusiewicz.

Rzecznik ZUS podkreśla, że nie ma żadnych obaw dotyczących tego, czy Zakład wyrobi się w terminie z przyznawaniem świadczeń. Przypomina też, że obecnie terminowość w wydawaniu decyzji dotyczących emerytur wynosi 99,5 proc. Jedynie 0,5 proc. decyzji jest opóźnionych, nie zawsze z winy ZUS.

Zmianami w przepisach dotyczących emerytur muszą się zainteresować zwłaszcza ci, którzy korzystają z renty z tytułu niezdolności do pracy, a z początkiem października nabywają prawo do przejścia na emeryturę w obniżonym wieku. Zakład informuje ich listownie, że nie przenosi nikogo automatycznie z renty na emeryturę, więc zainteresowani muszą się samodzielnie zgłosić z takim wnioskiem.

– Osoby, które wchodzą w obniżony wiek emerytalny z rentą, będą pobierać ją do czasu, gdy osiągną podniesiony wiek emerytalny bądź kiedy ta renta się skończy – przypomina rzecznik Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Jeśli w związku ze zmianami w prawie osoba pobierająca rentę zdecyduje się jednak samodzielnie wystąpić o emeryturę i po przeliczeniu przez ZUS okaże się ona niższa niż renta, to w ciągu 30 dni od wydania decyzji przez ZUS dana osoba powinna wycofać taki wniosek. W przeciwnym wypadku będzie otrzymywać emeryturę, o którą wnosiła. Gwarancja przyznania korzystniejszego świadczenia występuje zawsze wtedy, gdy ZUS automatycznie (z urzędu) przenosi daną osobę z renty na emeryturę.

Wybitni polscy studenci z szansą na naukę na najlepszych zagranicznych uczelniach. Kolejna edycja programu TopMinds już w styczniu 2018 r.

Wybitni polscy studenci z szansą na naukę na najlepszych zagranicznych uczelniach. Kolejna edycja programu TopMinds już w styczniu 2018 r. 2

Będą dwie kolejne edycje programu TopMinds, dzięki któremu polscy studenci mogą studiować na najlepszych zagranicznych uczelniach, m.in. na uniwersytetach Oxford czy Cambridge. Długofalowym celem programu jest zmniejszenie bezrobocia wśród absolwentów wyższych uczelni, a także rozwój nauki i polskiej gospodarki. Najbliższą edycję programu zaplanowano na styczeń 2018 roku.

TopMinds jest programem szkoleniowo-mentoringowym, dzięki któremu najwybitniejsi polscy studenci mają się szansę uczyć na najlepszych zagranicznych uczelniach w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Program skierowany jest do osób, które pragną się rozwijać w sferze naukowej, biznesowej lub administracyjnej, a jego zadaniem jest pomoc w wyborze właściwej ścieżki zawodowej w niepewnej, zmieniającej się rzeczywistości rynkowej. Długofalowym celem programu ma być obniżenie poziomu bezrobocia wśród absolwentów szkół wyższych, zatrzymywanie ich w Polsce, a także rozwój nauki i gospodarki. Najbliższą edycję programu zaplanowano na styczeń 2018 r.

– Zaplanowaliśmy dwie kolejne edycje programu TopMinds w 2018 i 2019 r. Najbliższa edycja ruszy w styczniu 2018 r. Obydwie edycje będą w pełni finansowane w ramach otrzymanych przez Stowarzyszenie Top 500 Innovators środków z konkursu MNiSW „Dialog” oraz ze środków Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta – informuje agencję informacyjną Newseria Innowacje Aleksandra Pawłowska z Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta.

Program TopMinds został uruchomiony przez osoby odpowiedzialne za ostatnią edycję programu Top 500 Innovators i członków Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta. Top 500 Innovators był programem, który starał się przybliżyć młodym naukowcom wykorzystanie zdobytej wiedzy i przeprowadzonych badań w ich komercjalizacji na rynku. Do tej pory odbyły się trzy edycje, które pozwoliły 500 specjalistom na odbycie szkolenia na najlepszych brytyjskich uczelniach. Program TopMinds ma być jego kontynuacją, która pozwoli studentom na odwiedzenie uczelni nawet w Stanach Zjednoczonych.

– TopMinds to próba skonsumowania efektów programu Top 500. Na drodze konkursu wysyłamy najlepszych polskich studentów i badaczy do topowych uniwersytetów – Oxford, Cambridge czy Berkeley. Jednocześnie funkcjonuje w Polsce Komisja Fulbrighta, w ramach której również wysyłamy uczonych, badaczy i studentów za granicę, a ci z zagranicy także przyjeżdżają do Polski. Pomysł był taki, aby połączyć te dwie inicjatywy – mówi prof. Łukasz Szumowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Program Fulbrighta istnieje w Polsce nieprzerwanie od 1956 roku. Misją polsko-amerykańskiej komisji jest rozwijanie współpracy naukowo-kulturalnej pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi. Program Fulbrighta oferuje dla wybitnych studentów polskich uczelni wsparcie finansowe, które mogą przeznaczyć na rozpoczęcie nauki na amerykańskich uczelniach. Komisja umożliwia także polskim doktorantom prowadzenie badań naukowych w USA. Poza komisją pełną pomoc w organizacji TopMinds deklaruje Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, które piastuje patronat honorowy nad inicjatywą.

– Patronujemy programowi i ministerstwo jest zaangażowane w Komisję Fulbrighta. Top 500 też było związane z ministerstwem, w związku z tym wspieramy tę inicjatywę, ale tak naprawdę cała praca jest po stronie absolwentów Fulbrighta i Top 500, którzy robią to pro bono, mentorują i prowadzą młodych ludzi – wyjaśnia Łukasz Szumowski z resortu nauki i szkolnictwa wyższego.

Edycja pilotażowa programu TopMinds zakończyła się na początku lipca tego roku. Podczas 4-miesięcznego cyklu 40 mentorów pracowało ze studentami i doktorantami polskich uczelni. Wśród mentorów pojawili się absolwenci Top 500 i programu Fulbrighta.

Według rankingu „Center for World University Rankings” niemal co czwarta uczelnia na liście 1000 najlepszych  mieści się w Stanach Zjednoczonych. Za najlepszą z nich niezmiennie uznaje się Uniwersytet Harvarda. Drugie miejsce w rankingu zajmuje, także amerykański, Uniwersytet Stanforda, zaś trzecią najlepszą uczelnią świata jest amerykańska politechnika MIT (Massachusetts Institute of Technology).

Na liście 1000 najlepszych uczelni na świecie znajduje się 9 polskich uczelni. Tylko dwie jednak plasują się w TOP 500 – Uniwersytet Jagielloński na 429. miejscu oraz Uniwersytet Warszawski na pozycji 449.

W ciągu 5 lat globalny rynek czujników i sensorów może osiągnąć wartość ponad 240 mld dolarów. Urządzenia znajdą zastosowanie m.in w sporcie

W ciągu 5 lat globalny rynek czujników i sensorów może osiągnąć wartość ponad 240 mld dolarów. Urządzenia znajdą zastosowanie m.in w sporcie 3

Światowy rynek sensorów i czujników do 2022 roku ma osiągnąć wartość 241 mld dolarów – głównie dzięki dynamicznemu rozwojowi medycyny i internetu rzeczy, podaje Allied Market Research. Tego typu podzespoły znajdują zastosowanie także w wielu innych dziedzin, m.in. pojazdach autonomicznych, zabawkach wspierających rozwój naszych czworonogów czy ultranowoczesnych przyrządach dla sportowców.

Na rynku nowych technologii często pojawiają się innowacje związane ze sportem. Znamy już nie tylko proste opaski badające aktywność użytkownika, lecz także piłki do koszykówki, które samodzielnie prowadzą statystyki udanych rzutów i wskazują graczowi, co może poprawić w swojej technice albo kije do golfa, które dzięki ukrytym w rączce czujnikom są w stanie po uderzeniu wyświetlić na smartfonie odpowiednie porady. Swojego miejsca na tym rynku szukają także polskie start-upy.

– Rozwijamy projekt tenisowy, który ma na celu komunikację trenera z tenisistą bądź wspieranie samego tenisisty, gdy nie jest pod opieką trenera, aby jeszcze lepiej informować i rozwiązywać problemy, których ludzkie oko nie jest w stanie zauważyć. Na pewnym poziomie gry u zawodników półprofesjonalnych lub profesjonalistów błędy często nie są już wyłapywane przez trenera. Taki system sieci sensorycznej. o której myślę, bardzo dobrze sprawdza się przy redukowaniu problemów i niuansów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Jasiński, założyciel Bringy.

Według danych Allied Market Research rynek sensorów do 2022 roku osiągnie wartość 241 mld dolarów. Głównym producentem tego typu podzespołów pozostaną przy tym państwa z rejonu Azji Pacyficznej, które już w 2015 roku odpowiadały za produkcję 45 proc. sensorów na całym świecie. Liderem pozostaną nadal Chiny, które będą dalej zwiększać swój udział w rynku. Jednak według przewidywań w ujęciu globalnym do 2022 roku drugą pozycję zdobędą na tym rynku Indie. Być może wkrótce i Polacy na tym rynku okażą się poważną konkurencją. Na razie tenisowy projekt Bringy jest w fazie testowania.

– Rozwijamy sieć sensoryczną tak, aby stworzyć ramię. Obecnie jesteśmy po testach na jednym z najbardziej zaawansowanych ramion robota w Europie. Będziemy opracowywać połączenie całej sieci – zapewnia Piotr Jasiński.

Polski start-up ma już doświadczenie w projektowaniu urządzeń wykorzystujących zaawansowane czujniki i współpracujących z nimi aplikacji, wyposażonych w algorytmy zbierające i analizujące dane. Pierwszym projektem Bringy były jednak nie urządzenia dla sportowców, ale dla właścicieli psów.

– Technologie sensoryczne i aplikacje, w których się specjalizujemy, starają się poprawić komunikację ze zwierzętami. Głównym problemem jest to, że za mało czasu poświęcamy naszym zwierzętom domowym ze względu na szybkie tempo życia, czasami czujemy wyrzuty sumienia z tego powodu, dlatego staramy się zastosować te technologie, aby ułatwić sobie życie i uprzyjemnić czas spędzany ze swoim zwierzakiem – mówi Piotr Jasiński.

Nie bez znaczenia dla produkcji sensorów jest także rozwój np. internetu rzeczy, który opiera zasady swojego działania na informacjach dostarczanych z bliskiego otoczenia. Sektor czujników do 2022 roku ma także zwiększyć swój udział w ogólnej produkcji urządzeń elektronicznych.

Paweł Piórkowski, szef Hertz w Polsce, nowym Członkiem Zarządu PZWLP

Paweł Piórkowski, na co dzień pełniący obowiązki Prezesa Zarządu Motorent sp. o. o., wyłącznego licencjobiorcy Hertz, jednej z największych na świecie sieci wypożyczalni samochodów, został Członkiem Zarządu Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP). W zarządzie PZWLP będzie odpowiadał za dalszy rozwój funkcjonującej w organizacji Grupy Firm Rent a Car, skupiającej czołowe firmy wynajmu krótko- i średnioterminowego samochodów polskiego rynku.

Paweł Piórkowski jest absolwentem Inżynierii Komputerowej na Politechnice Warszawskiej. Jego kariera zawodowa od początku związana jest z szeroko pojętym obszarem turystyki. Już w trakcie studiów zajmował się tworzeniem systemów zarządzania wynajmem apartamentów w firmie Old Town Apartments. Karierę kontynuował w będącej jednym z członków PZWLP firmie Nivette Fleet Management, należącej do Grupy NFM. W ramach swoich obowiązków odpowiadał m.in. za budowę systemu informatycznego do zarządzania flotą samochodową, jak również podejmował się innych zadań wspierających rozwój spółki. W 2013 roku Grupa NFM  przejęła firmę Orbis Transport (obecnie Motorent), będącą wyłącznym przedstawicielem Hertz Rent a Car w Polsce, a Paweł Piórkowski został jej Prezesem. Obecnie spółka Motorent reprezentuje na polskim rynku marki  Hertz, Thrifty, Dollar, FireFly, będąc jednym z liderów krótkoterminowego wynajmu samochodów.

W Zarządzie PZWLP Paweł Piórkowski będzie odpowiadał za koordynację i zarządzanie pracami funkcjonującej od ponad 2 lat w ramach Związku odrębnej struktury organizacyjnej – Grupy Firm Rent a Car.

Zgodnie z publikowanymi przez PZWLP danymi statystycznymi, rynek Rent a Car rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie, średnio w tempie ok. 20% rocznie – mówi Paweł Piórkowski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Hertz Polska. – Grupa Firm Rent a Car
w PZWLP jest jedyną w kraju strukturą, skupiającą sieciowe wypożyczalnie samochodów, zarówno te międzynarodowe, jak i krajowe. Bardzo dynamiczny rozwój  rynku wynajmu krótko- i średnioterminowego powoduje, że branża Rent a Car w Polsce potrzebuje nie tylko platformy wymiany doświadczeń, ale i skutecznej reprezentacji swoich interesów. Dlatego też, dołączając do Zarządu PZWLP, moim priorytetem jest dalszy rozwój funkcjonującej w naszej organizacji Grupy Firm Rent a Car.

Organy Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów, a więc Zarząd i Komisja Rewizyjna, są wybierane przez Walne Zebranie PZWLP na kadencję 2-letnią. Paweł Piórkowski został powołany na Członka Zarządu w wyborach uzupełniających, zastępując sprawującego tę funkcję od czerwca 2014 r. Radosława Lesiaka, Dyrektora Zarządzającego Avis Budget (Jupol – Car Sp. z o.o.). Kadencja obecnego składu Zarządu, a także Komisji Rewizyjnej, upłynie w marcu 2018 roku. Obok Pawła Piórkowskiego, w Zarządzie organizacji zasiadają obecnie: Sławomir Wontrucki, Prezes Zarządu PZWLP, Prezes LeasePlan Fleet Management Polska; Leszek Pomorski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Alphabet Polska Fleet Management; Grzegorz Szymański, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Arval Service Lease Polska oraz Daniel Trzaskowski, Członek Zarządu PZWLP, Dyrektor Sprzedaży Flotowej Volkswagen Leasing.

Działająca w ramach PZWLP odrębna struktura organizacyjna – Grupa Firm Rent a Car – istnieje od maja 2015 r. i obecnie skupia 7 największych sieciowych, zarówno polskich, jak
i międzynarodowych wypożyczalni samochodów, będących członkami PZWLP: Avis Budget, Express, Hertz, PANEK, Rentis, Sixt oraz 99rent.

Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów to jedyna w Polsce organizacja branżowa firm wynajmu długoterminowego aut (CFM) oraz wypożyczalni samochodów (Rent a Car). Do PZWLP należy obecnie łącznie 20 firm. Na koniec II kw. 2017 r. Członkowie organizacji dysponowali łączną flotą ponad 141 tys. samochodów w wynajmie długoterminowym oraz ponad 14,5 tys. aut w wynajmie krótko- i średnioterminowym (dane nie uwzględniają floty firmy Avis Budget). PZWLP odgrywa obecnie istotną rolę dla kondycji całego rynku motoryzacyjnego w Polsce. Firmy należące do organizacji, biorąc pod uwagę całokształt ich działalności, a więc przede wszystkim usługi wynajmu krótko-, średnio- i długoterminowego samochodów, ale również leasing finansowy aut, zakupiły w pierwszym półroczu bieżącego roku łącznie ponad 58,3 tys. nowych samochodów osobowych, czyli o 19,9% więcej niż w porównywalnym okresie rok temu. Oznacza to, że ponad 1/3 (34,8%) nowych aut osobowych kupowanych w pierwszym półroczu 2017 roku przez przedsiębiorców w polskich salonach zostało nabyte przez firmy należące do PZWLP.

Made in Poland – jaka jest polska motoryzacja

W jakiej kondycji jest polska motoryzacja i czy w ogóle jeszcze istnieje? Wbrew dosyć powszechnym, pesymistycznym opiniom – ma się całkiem nieźle. O inwestycjach, poczynionych w ostatnich latach można napisać książkę. Prężnie działają fabryki samochodów Fiata, Opla i Volkswagena. Za dwa lata ruszy produkcja silników w nowej fabryce Mercedesa. Rok wcześniej w fabryce Toyoty w Wałbrzychu rozpocznie się produkcja nowoczesnych przekładni do napędów hybrydowych – a to jeszcze nie wszystko. 

W powojennej historii polskiej motoryzacji najbardziej zapadły nam w pamięć trzy kamienie milowe, za które można uznać licencyjną produkcję Fiatów 126p i 125p oraz Poloneza. Przeżywającego dziś swój renesans na rynku youngtimerów Malucha, produkowaliśmy w latach 1973 – 2000 w Fabrykach Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej i Tychach. Swego czasu, był najpopularniejszym samochodem w Polsce. W naszym kraju wyprodukowano łącznie 3 318 674 sztuk, większość z nich w Tychach.

Polski Fiat 125p był produktem z wyższej półki. Na krajowym ryku zastąpił przestarzałą Warszawę, którą produkowaliśmy w oparciu o konstrukcję radzieckiego samochodu M-20 Pobieda. Osobowy samochód klasy średniej – Fiat 125p, powstawał w warszawskiej FSO od 1967 do 1991 roku. Po wygaśnięciu włoskiej licencji, w 1983 roku nazwę zmieniono na FSO 1300 i 1500. Podstawowym i najpopularniejszym nadwoziem był 4-drzwiowy sedan, a w latach 70. wprowadzono również wersje pickup i kombi. Łącznie powstało 1 445 699 egzemplarzy. W roku 1978 pojawił się jego następca – FSO Polonez, który produkowano równolegle i który przetrwał na liniach montażowych najdłużej, bo aż do 2002 roku, stając się ostatnim masowo produkowanym polskim samochodem osobowym po wojnie. Można tak o nim powiedzieć, ponieważ wprowadzone z biegiem lat liczne „liftingi” i modyfikacje, uczyniły zeń w pełni krajową konstrukcję.

Fabryki samochodów…

Największą we współczesnej Polsce jest zakład Fiata w Tychach. Powstają w nim wszystkie wcielenia miejskiego Fiata 500, jak również sportowe wersje Abarth. Fiat-Chrysler Automotive ma także zakład w Bielsku-Białej, produkujący silniki i skrzynie biegów – w tym wysokoprężną jednostkę 1,3 MultiJet, która trafia pod maski samochodów Suzuki i Opla.

W Gliwicach działa potężna fabryka Opla, produkująca kompaktowe modele Astry hatchback i oparte na jej poprzedniej generacji kabriolety Cascada, które eksportujemy na cały świat pod marką Vauxhall do Wielkiej Brytanii, Buick do Ameryki Północnej i Chin oraz Holden do Australii i Nowej Zelandii. Opel również ma w Polsce drugą fabrykę, produkującą silniki – w Tychach powstają Diesle 1.6. Oba zakłady zatrudniają łącznie ponad 3500 pracowników.

Kolejny wielki gracz na naszym rynku to Volkswagen, który zbudował fabrykę w podpoznańskiej Wrześni. W okolicach Poznania są w sumie trzy zakłady, a w nich odlewnie – produkujące głowice do silników, m. in. VW UP’a i Audi A6, jak również spawalnie, lakiernie i montażownie oraz zakład produkcji zabudów specjalnych do samochodów dostawczych. Powstają tam modele Caddy i Transporter. Otwarty kilka miesięcy temu, największy i najnowocześniejszy zakład we Wrześni produkuje od podstaw najnowszego, dostawczego Craftera oraz jego bliźniaczy model – MANa TGE.

…i wielkie nowe inwestycje

Na tym jednak nie koniec. W najbliższych latach na motoryzacyjnej mapie Polski pojawią kolejne, potężne zakłady. Pierwszymi z nich są rozbudowywane, połączone w jedną strukturę fabryki silników Toyota Motor Manufacturing Poland w Wałbrzychu i Jelczu-Laskowicach, zatrudniające 2000 stałych pracowników. W ich modernizację i rozwój zostanie zainwestowanych 650 mln zł, co zwiększy dotychczasowe zaangażowanie Toyoty w inwestycje produkcyjne w Polsce do ponad 4 mld zł. Pierwsze, związane z tym zmiany weszły już w życie. W fabryce w Jelczu-Laskowicach ruszyła w tym roku produkcja nowoczesnych silników benzynowych 1.5, które trafiają pod maski najnowszych Yarisów. Powstają tam również silniki Diesla o pojemnościach 1.4, 2.0 i 2.2 l, a w roku 2019 rozpocznie się produkcja zupełnie nowego, 2-litrowego silnika benzynowego, który uzupełni asortyment jednostek Toyoty w samochodach produkowanych w Europie. Natomiast w 2018 roku Toyota Motor Manufacturing Poland w Wałbrzychu rozpocznie produkcję najnowocześniejszych przekładni do napędów hybrydowych.

Przekładnie są kluczowym elementem układów hybrydowych japońskiej marki, koordynując współdziałanie napędu elektrycznego i spalinowego. Przekładnie z Wałbrzycha będą współpracować z silnikami o pojemności 1.8 l w zespołach napędowych, montowanych we wszystkich sprzedawanych w Europie hybrydowych modelach Auris, Auris Touring Sports i C-HR. Obecnie układy te powstają w zakładzie Toyota Motor Corporation w Japonii, skąd są importowane do Europy. Dodatkowo, w fabryce w Wałbrzychu od 2018 roku będą prowadzone badania i testy rozwiązań, wspomagających proces lokalizacji części do produkcji przekładni hybrydowych. Polskie fabryki Toyoty mają największe perspektywy rozwoju, bo na najbliższe lata prognozowany jest dynamiczny wzrost sprzedaży hybryd – z dzisiejszych ponad 30 proc. – do 50 proc. w 2020 roku.

Uruchomiona w 2002 roku, zatrudniająca 1500 osób fabryka Toyoty w Wałbrzychu, zdolna wytworzyć 720 tys. skrzyń biegów i 371 tys. silników, produkowała do tej pory również silniki benzynowe 1.0 do modeli Aygo i Yaris oraz manualne skrzynie biegów do silników 1.0 i 1.8 – znanych z modeli Auris, Avensis i Corolla. Zdolna wyprodukować 180 tys. silników i zatrudniająca 500 osób fabryka Toyoty w Jelczu-Laskowicach rozpoczęła trzy lata później produkcję silników Diesla 1.4 D-4D do modeli Yaris, Auris i Corolla oraz 2.0 i 2.2 D-4D do Aurisów, Avensisów i Verso. Jednostki napędowe Toyoty powstają w Polsce od zera, na miejscu działają odlewnie i kuźnie. Gotowe napędy trafiają do zakładów japońskiego koncernu w Wielkiej Brytanii, Francji, Turcji i RPA.

Z kolei w Jaworze koło Wrocławia Mercedes rozpoczął budowę fabryki nowoczesnych, czterocylindrowych silników – pierwszego tego typu zakładu poza granicami Niemiec. Ma zostać uruchomiony w 2019 roku i dostarczać konwencjonalne jednostki napędowe do niemal wszystkich modeli Mercedesa, od kompaktowej Klasy A, po luksusową S. Nowa fabryka Daimlera to inwestycja o deklarowanej wartości 500 mln euro. Zatrudnienie ma w niej znaleźć około 500 osób. Fabryka w Jaworze ma z czasem przystosować swój profil produkcji do potrzeb elektromobilności.

Włoska robota, czyli koniec z „apteką dla aptekarza”

W ubiegłym tygodniu włoski parlament przyjął pakiet ustaw o usprawnieniu konkurencji, znosząc m. in. zasadę „apteki dla aptekarza”. Zmiany te wpisują się w wyraźną, ogólnoeuropejską tendencję zmniejszania obciążeń regulacyjnych na rynku aptecznym na rzecz wzmocnienia mechanizmów rynkowych. Wyjątkiem w nurcie europejskich przemian jest Polska, która 25 czerwca wprowadziła jeden z najbardziej restrykcyjnych modeli rynku aptecznego w Europie.

2 sierpnia Włosi, stosując się do zaleceń OECD i rekomendacji własnego urzędu antymonopolowego, zliberalizowali otoczenie prawne działalności aptecznej. Głównym celem zmian było zniesienie zasady „apteki dla aptekarza” i dopuszczenie do rynku spółek kapitałowych. Zgodnie z rekomendacjami usunięto prawne ograniczenia w prowadzeniu działalności, które były szkodliwe dla konkurencji na rynku, a tym samym dla interesu pacjentów.

Przed reformą właścicielem apteki we Włoszech mogła być wyłącznie osoba fizyczna posiadająca tytuł zawodowy farmaceuty. Dopuszczano również specyficzne podmioty zbiorowe (ale nie spółki kapitałowe), o ile kierował nimi farmaceuta. Ostatnie zmiany w prawie wyrugowały te zapisy.

Do tej pory we Włoszech obowiązywał również limit posiadania przez farmaceutę jednej apteki, podmiot zbiorowy mógł posiadać maksymalnie cztery placówki. Na mocy nowelizacji ograniczenie to zastąpiono limitem 20% ogólnej liczby aptek na rynku lokalnym w ręku jednego właściciela. Ustawa nowelizująca uchyliła także ograniczenia czasu otwarcia apteki, które teraz mogą być otwarte całą dobę.

Włosi likwidują wieloletnie zaszłości między innymi na rynku aptecznym. Powodowały one, że ich gospodarka, tak jak gospodarki wielu krajów Europy Zachodniej, traciła konkurencyjność, czego efektem była wieloletnia stagnacja, wzrost zadłużenia, spadek aktywności społecznej i gospodarczej, a w krajach europejskiego Południa przyniosło efekt w postaci potężnego kryzysu – powiedział Marcin Nowacki, wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Szkoda, że regulacje rynku aptecznego w Polsce poszły dokładne w odwrotnym kierunku. Popełniamy błędny, które popełnili kiedyś zachodni Europejczycy, a teraz się z nich wycofują – dodał.

Włoska nowelizacja jest przeciwieństwem nowych polskich rozwiązań. Przyjęta 25 czerwca nowelizacja prawa farmaceutycznego usankcjonowała nad Wisłą model apteczny potrójnie zamknięty na konkurencję, tworząc jeden z najbardziej restrykcyjnych modeli rynku aptecznego w Europie. Zastrzeżono w nim własność aptek wyłącznie dla farmaceutów posiadających prawo wykonywania zawodu, wprowadzono limit posiadania maksymalnie czterech placówek, ustalono kryteria demograficzno – geograficzne dla tworzenia nowych placówek. Przedmiotowe kryteria minimalnej odległości od istniejących aptek oraz minimalnej liczby klientów przypadających na placówkę powodują, że w żadnym z większych polskich miast nie powstanie nowa apteka.

Polska regulacja spowoduje spadek liczby aptek, bo zezwolenie można tylko stracić (co już się wydarzyło w Poznaniu), a nowego praktycznie nie można dostać a także wpłynie na wzrost cen leków, spadek ich dostępności i obniżenie jakości usług, bo ograniczanie konkurencji zawsze przynosi takie efekty – powiedział Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET, ekspert ZPP. – Przekonali się o tym Irlandczycy, którzy w 1996 roku, pod naciskiem lobby aptekarskiego, także zamknęli rynek apteczny. Już w 2001 roku wycofali się z tej niefortunnej decyzji pod naciskiem organizacji konsumenckich i pacjenckich a także irlandzkiego odpowiednika UOKiKu, gdyż ceny wzrosły, dostępność do leków spadła, a apteki notowały ponadstandardowe zyski, kosztem interesu pacjentów – dodał.

W rozwiniętych krajach Europy od lat obserwujemy tendencję liberalizowania rynku aptecznego. Wynika to m.in. z faktu, że systemy zamknięte są drogie dla płatnika publicznego i prywatnego. Tworząc bowiem pozbawione ryzyka środowisko biznesowe dla właścicieli aptek, którymi z reguły są w tych systemach członkowie korporacji aptekarskiej, znoszą jakiekolwiek mechanizmy konkurencyjne, co szybko przekłada się na wzrost cen i spadek dostępności. W ostatnich 20 latach doszło do zauważalnego złagodzenia przepisów dotyczących aptek w 15 państwach. Na szczególną uwagę zasługuje zauważalny odwrót od zasady „apteka dla farmaceuty”.

Amerykańskie podbicie zmienności

Niemrawy początek wtorkowej sesji nie zwiastował wystąpienia wyraźnych przetasowań na rynku walutowym. Wejście do gry przez amerykańskich inwestorów istotnie podbiło zmienność, która osiągnęła swoje maksimum tuż po publikacji drugorzędnych danych dotyczących ilości otwartych procesów rekrutacyjnych w USA (6,2 mln, konsensus: 5,7 mln). Powyższa prawidłowość wyraźnie potwierdza powszechne przekonanie o obecności dość nerwowej atmosfery, która niewątpliwie determinuje kierunek przyszłych notowań.

Dzisiejszej sile dolara zdołał przeciwstawić się japoński jen (0,2 proc.), którego dość skromna aprecjacja spycha parę USD/JPY do poziomu 110,50. Niewiele mniejszą skalę wzrostów zdołała odnotować kanadyjska waluta. Obecnie para USD/CAD znajduje balansuje przy poziomie 1,2660, tj. 0,2 proc. niżej względem wczorajszego zamknięcia. Najmniej optymistycznymi nastrojami może pochwalić się dolar nowozelandzki (-0,5 proc.), któremu towarzyszy funt szterling (-0,4 proc.) wracający pod 1,3000. Niewiele słabszą falę spadków ma za sobą euro (-0,3 proc.). Na koniec dnia eurodolar ponownie dotyka poziomu 1,1750.
Niekwestionowanym wydarzeniem dnia była publikacja chińskich szacunków handlu zagranicznego za lipiec. Wskazanie rzędu 46,7 mld USD wyraźnie przebiło rynkowe oczekiwania, zgodnie z którymi należało oczekiwać zdecydowanie mniej spektakularnego skoku w stronę wyższych wartości (konsensus: 45,0 mld USD). Sprzymierzeńcem gospodarki Państwa Środka były nie tylko dostatecznie silne efekty sezonowe, ale również stosunkowo tani dolar. W Europie kolejną dawkę rozczarowania zapewniła niemiecka wymiana handlowa, aczkolwiek tym razem skala rozgoryczenia danymi była zdecydowanie niższa. Bilans handlu zagranicznego uplasował się na poziomie 22,3 mld USD (konsensus: 23,0 mld) za sprawą zatrważająco niskiej dynamiki eksportu (-2,8 proc. m/m, konsensus: 0,2 proc.).

Koniec notowań na europejskich parkietach stał pod znakiem przejęcia inicjatywy przez rynkowych optymistów. Na czele głównych indeksów znalazł się zyskujący 1,5 proc. WIG 20, który znalazł się tuż przy maksimach z czerwca 2015 roku. Najsilniej rosnącym komponentem przy Książęcej była Jastrzębska Spółka Węglowa (4,0 proc.) dzięki obserwowanemu rajdowi cen węgla koksującego. Nieco niżej znalazły się akcje KGHM Polskiej Miedzi (2,6 proc.). Motorem rodzimego giganta była między innymi wypowiedź chilijskiej minister ds. górnictwa, która oczekując napływu 65 mld USD inwestycji wyraźnie daje zielone światło spółkom z państw trzecich na bardziej intensywną eksploatację złóż surowców. Na rodzimej giełdzie listę spółek zamknął Lotos (-1,3 proc.) wskutek realizacji wczorajszych zysków.

Na czele frankfurckiej giełdy znalazły się walory spółek energetycznych. Za wzrostami RWE (1,8 proc.) stały doniesienia o potencjalnym wpływie wyższej produkcji przemysłowej w Niemczech na generowany przychód. W przypadku E.ON-u (1,7 proc.) należy mówić o obecności czynnika wewnętrznego, bowiem zarząd spółki zdecydował się na rewizję polityki dywidendowej. Zgodnie z ustaleniami E.ON będzie wypłacał minimum 65 proc. osiąganego zysku. Po drugiej stronie indeksu DAX (0,3 proc.) znalazły się akcje Heidelbergcementu, których 1,4 proc. przecena to pokłosie nałożenia kary przez włoski urząd konkurencji na spółkę Italcementi. W cieniu zniżkującej spółki znalazły się walory Commerzbanku (-0,6 proc.) mającego za sobą podtrzymanie oceny wiarygodności kredytowej na poziomie A- (perspektywa negatywna) przez agencję S&P.

Wśród spółek CAC 40 (0,2 proc.) niepodzielnie rządziło Credit Agricole. Zwyżka walorów na poziomie 2,8 proc. pozwoliła na osiągnięcie poziomów nienotowanych od przeszło dwunastu miesięcy. Powodem tak euforycznych nastrojów była publikacja współczynnika CET1 na poziomie 12,4 proc. świadczącego nie tylko o dobrym poziomie zabezpieczenia banku, ale również o potencjalnej możliwości wypłaty dywidendy za bieżący rok. W przypadku londyńskiego parkietu uwagę przykuwała dolna część zestawienia. W gronie komponentów FTSE 100 (0,1 proc.) najsilniej traciły walory Paddy Power Betfair (-4,1 proc.) po wczorajszej rezygnacji prezesa spółki z pełnionego stanowiska. Ich przecenę usilnie gonił Intercontinental (-4,0 proc.) publikujący dość rozczarowujące sprawozdanie finansowe za minione półrocze.

Na rynku metali najbardziej optymistycznymi nastrojami może pochwalić się pallad, który zyskuje 1,3 proc. względem wczorajszego zamknięcia. Jego wzrosty usilnie goni miedź notująca zwyżkę rzędu 1,1 proc. Nieco skromniejszy ruch w stronę północy notuje srebro (0,8 proc.), które ponownie jest wyceniane powyżej 16,40 USD za uncję. W lekkim odwrocie znajduje się złoto. Obecnie ceny żółtego kruszcu balansują przy poziomie 1 256 USD za uncję, tj. 0,2 proc. niżej. Uwagę inwestorów zwraca ropa WTI (-0,4 proc.), która po serii chwilowych wzrostów ponownie wraca w okolice 49,20 USD za baryłkę. Ich ruch w stronę południa wyraźnie przebijają wrześniowe kontrakty na sok pomarańczowy taniejące 2,1 proc.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Polacy kupują opał latem, ekogroszek wciąż na topie. Raport Oferteo.pl

Miesiące letnie to tradycyjnie czas, w którym Polacy chętnie zaopatrują się w opał na zimę. Jak pokazuje analiza serwisu Oferteo.pl, najczęściej kupujemy materiały opałowe w lipcu i sierpniu, najchętniej zamawiany jest ekogroszek, a na popularności systematycznie zyskuje ekologiczny pellet drzewny.

Ekogroszek wciąż na topieRodzaj poszukiwanego opa+éu

Serwis Oferteo.pl, łączący w czasie rzeczywistym osoby poszukujące produktów z ich dostawcami,  jak co roku zbadał, w których miesiącach zapotrzebowanie na opał jest najwyższe i jakie rodzaje materiałów opałowych cieszą się wśród Polaków największą popularnością.

Okazuje się, że wciąż najchętniej sięgamy po ekogroszek. Spośród zapytań ofertowych złożonych w serwisie od 1 lipca 2016 do 26 lipca 2017 roku, 40,5% dotyczyło tego rodzaju paliwa. Na popularność ekogroszku składa się kilka czynników. Jego wartość opałowa jest wyższa niż tradycyjnego węgla kamiennego, zawiera on niewiele siarki, pozostawia mniej popiołu, jest wygodny w składowaniu, a przy tym wypełnia europejskie normy dla paliwa ekologicznego.

Na popularności zyskuje ekologiczny pellet drzewny. Dotyczyło go już co czwarte zapytanie złożone w Oferteo.pl (wzrost o 4 punkty procentowe w stosunku do ubiegłego roku).  Ma on postać niewielkich granulek (wielkości 6–8 mm), a w efekcie jego spalania uwalniają się niewielkie ilości dwutlenku węgla. Pellet jest jednak droższy zarówno od węgla kamiennego jak i od ekogroszku, wymaga też stosowania specjalnych kotłów, których koszt może wynieść od 5 000 do 10 000 złotych, a sam montaż urządzenia dodatkowo pochłonie nawet do 2 000 złotych. Warto jednak zauważyć, że sam pellet jest czystszy i łatwiejszy w przechowywaniu niż węgiel lub ekogroszek, a stosowane do jego spalania kotły nie wymagają częstego dosypywania opału i kontrolowania.

Tradycyjnym węglem kamiennym było zainteresowanych 15% użytkowników Oferteo.pl, 12% poszukiwało drewna i drewna kominkowego. Mniej popularne w ostatnim roku były natomiast takie paliwa jak: olej opałowy (3%), brykiety drzewne (2%) i agropellet (1%).

Transport poszukiwanyCzy dostawca ma zapewni¦ç transport

Zamawiając opał, niemal zawsze potrzebujemy dodatkowej usługi w postaci transportu. Jedynie 6% użytkowników Oferteo.pl deklarowało, że przewiezie sobie opał we własnym zakresie.

Jakich ilości potrzebujemy?Ile opa+éu potrzebujesz (opa+é p+éynny)

Zamawiający opał w postaci płynnej najczęściej poszukiwali go w ilości od ponad 500 do 1000 litrów (37%). Co czwarty użytkownik serwisu był zainteresowany ilością do 500 l włącznie oraz od ponad 1000 do 2000 litrów.Ile opa+éu potrzebujesz (opa+é sta+éy)

Z kolei osoby poszukujące opału w postaci stałej najczęściej zamawiały od 1 do 2 ton (27%), a także od 2,1 do 3 ton (15%). Co dziesiąty badany przez Oferteo.pl potrzebował opału w ilości większej niż 10 ton, podobnie wyglądał odsetek najmniejszych zamówień – do 1 tony (11%).

Najczęściej zamawiamy w czasie wakacjiNajczęściej zamawiamy w czasie wakacji

Z analizy Oferteo.pl wynika, że najczęściej interesujemy się zakupem opału w miesiącach letnich: sierpniu (14% złożonych w serwisie zapytań) oraz lipcu (13,5%). – Jest to wynik, który kolejny rok z rzędu potwierdza nasze obserwacje – mówi Karol Grygiel, członek zarządu Oferteo.pl. – Konsumenci mają świadomość, kiedy najbardziej opłaca się poszukiwanie opału. Warto pamiętać o tym jeszcze przed rozpoczęciem sezonu grzewczego, kiedy mamy czas na dokładne sprawdzenie i porównanie ofert od wielu dostawców.

Innymi miesiącami, w których zwiększa się zainteresowanie opałem, są styczeń (11% zapytań) i luty (10%), kiedy najczęściej należy uzupełnić zapasy na dalszą część zimy. Tradycyjnie najrzadziej zamawiamy opał wczesną wiosną: w marcu (5,5% zapytań) oraz kwietniu (5%).

Zamawiamy z wyprzedzeniem

Kiedy chcesz zrealizowa¦ç zam+-wienie

Użytkownicy Oferteo.pl, zamawiając opał, najczęściej wskazywali, że chcieliby zrealizować zamówienie w ciągu miesiąca – tak zadeklarowało 41% z nich. Tylko nieco mniejszy odsetek (39%) potrzebował opału jak najszybciej. Z kolei 14% osób składających zapytania ofertowe zaznaczyło, że opał powinien do nich trafić w ciągu trzech miesięcy. – Zamawiając opał, pamiętajmy, że jego ceny mogą się znacznie różnić w zależności od pory roku – przypomina Karol Grygiel. – Warto mieć to na uwadze, planując domowy budżet, zwłaszcza że opał zazwyczaj stanowi w nim istotną pozycję.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 17200 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl w okresie od 1 lipca 2016 r. do 26 lipca 2017 r. przez użytkowników poszukujących opału.

Startupy z regionu CEE idą na podbój świata

W Europie Środkowo-Wschodniej obserwujemy ostatnio prawdziwy rozkwit kultury startupowej. Innowacyjne projekty masowo powstające w tym regionie, mimo dużego potencjału, często nie wychodzą poza regionalne granice. Powodem jest przede wszystkim niedostateczne w tej części Europy zaangażowanie międzynarodowych inwestorów. Właśnie dlatego już 1 września wystartuje tutaj jeden z największych na świecie globalnych akceleratorów – MassChallenge, który za swoją regionalną siedzibę obrał Warszawę. To niepowtarzalna szansa zarówno dla samych startupów, jak i międzynarodowych inwestorów poszukujących prawdziwych jednorożców.

Europa Środkowo-Wschodnia jest unikalnym obszarem; trudna historia, duże zróżnicowanie społeczno-gospodarcze i położenie wielu tutejszych krajów poza granicami Unii Europejskiej, charakteryzują obecną sytuację ekonomiczną regionu. Dlatego koncept innowacyjności i nowych technologii, których szaleństwo od dawna ogarnia cały świat, pojawiły się tutaj stosunkowo niedawno. Z drugiej jednak strony region ten szybko chce dołączyć do reszty świata. Efektem jest wysyp bardzo obiecujących projektów – obecnie rozwija się tutaj ponad 30 000 startupów – które mimo nadal wielu trudności z przebiciem się na szerszy rynek, dołączają do międzynarodowego nurtu. Dla wielu z nich szansa na wybicie się pojawi się już we wrześniu, kiedy to w regionie CEE ze swoim pilotażowym programem wystartuje akcelerator MassChallenge.

MassChallenge

MassChallenge to jeden z największych globalnych akceleratorów dla startupów, które pokonały już początkowy etap rozwoju, zetknęły się z rynkiem i zweryfikowały swój potencjał.  W pierwszym etapie program w naszym regionie zaistnieje w formule Bridge to MassChallenge, do którego rekrutacja ruszy już 1 września. Szansę na globalny start dostanie tutaj 25 startupów z całego regionu CEE.  W kolejnych latach MassChallenge będzie realizowany w formie kompleksowego stacjonarnego programu, który co roku będzie wspierał nawet 80 początkujących przedsiębiorców.

Uczestnicy programu dostaną niepowtarzalną okazję rozwinięcia biznesu na globalnym rynku. Podczas dwóch bootcampów, które odbędą się najpierw w Warszawie, a potem dla najlepszych w   Bostonie, wezmą udział w licznych warsztatach, podczas których spotkają się z wybitnymi mentorami i specjalistami, poznają zasady prowadzenia działalności zagranicą, nawiążą kontakty z globalnymi liderami biznesu, nauczą się określać strategię sprzedaży na nowych rynkach i dowiedzą jak się po nich poruszać.

Operatorem programu na region Europy Środkowo-Wschodniej jest Fundacja Przedsiębiorczości Technologicznej, a jego głównym partnerem został PKO BP – największy bank regionu CEE.

Współpraca z MassChallenge to dla początkujących przedsiębiorców szansa na międzynarodowy rozwój. Dla inwestorów strategicznych i finansowych to możliwość dotarcia do starannie wybranych startupów z całego regionu i wykorzystanie potencjału z ponad 18 krajów w jednym miejscu.

Dlaczego CEE

Jak pokazują analizy, kraje regionu CEE rozwijają się najszybciej w całej Europie. Według danych Grupy Banku Centralnego, Polska, Czechy, Węgry, Słowacja i Rumunia, pozostaną w najbliższych latach liderami w tym rozwoju. Mimo to, Europa Środkowo-Wschodnia wciąż czeka na faktyczne odkrycie przez inwestorów. W tej chwili premię za pierwszeństwo zbierają tutaj ci, którzy akceptują ryzyko i rozumieją, że do zbudowania dobrego portfela inwestycji potrzebna jest cierpliwość i niemała liczba przesianych zgłoszeń.

– Rozwój nowych technologii i dostęp do wielu źródeł inspiracji, a także istotne środki publiczne zaangażowane w innowacje owocują dużą coraz większą liczbą oryginalnych pomysłów. Dla inwestorów strategicznych i finansowych aktywnych w naszym regionie otwiera się zatem szansa, aby znaleźć naprawdę interesujące startupy. Tym bardziej, że o ile na bardziej dojrzałych rynkach takich jak USA, Izrael czy Europa Zachodnia wyceny startupów w ostatnich latach poszybowały w górę, w Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie poziom konkurencji na rynku kapitałowym jest jeszcze niewysoki, wyceny pozostają atrakcyjne. – uważa Paweł Bochniarz, prezes Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej.

Internacjonalizacja działalności biznesowej jest wyzwaniem nawet dla dużych firm, a co dopiero dla początkujących przedsiębiorców. Akceleratory takie jak MassChallenge dają szansę tym startupom z naszej części Europy, które są gotowe do wejścia na międzynarodowy rynek.  Zapewniają wsparcie międzynarodowej sieci partnerów, mentorów i inwestorów MassChallenge, która obejmuje Boston, Londyn, Jerozolimę, Lozannę
i Mexico City, a już wkrótce także Warszawę.

Dlaczego Warszawa

Pojawienie się tego globalnego programu w naszym regionie i jego zlokalizowanie w Warszawie to znak, że wchodzimy do pierwszej ligi ekosystemów startupów.  To nie jest zaskoczenie; Warszawa w sposób naturalny odgrywa kluczową rolę  na mapie gospodarczej Europy Środkowo-Wschodniej. Poza oczywistymi atutami związanymi ze stołecznością największego państwa regionu, to także centrala dla ważnych na tym obszarze korporacji, główny hub akademicki i duży hub lotniczy. Pracujący tutaj polscy informatycy zaliczani
są do najlepszych na świecie (według rankingu serwisu HackerRank, jesteśmy na trzecim miejscu, zaraz za Chinami i Rosją).

– Polska jest niekwestionowanym liderem Europy Środkowo-Wschodniej w przyciąganiu bezpośrednich inwestycji zagranicznych największych korporacji międzynarodowych. Budowa i rozwój ekosystemu startupów wraz z największym w regionie funduszem VC w ramach Grupy PFR, pozwoli nam wyrosnąć również na lidera inwestycji podwyższonego ryzyka. Wsparcie PAIH dla młodych firm w procesie ekspansji zagranicznej, przyczyni się do realizacji ich globalnych ambicji biznesowych – potwierdza dr Krzysztof Senger, wiceprezes PAIH.

Co więcej, przyciągnięcie do naszego kraju ciekawych inicjatyw po prostu jest opłacalne. Mając do wydania 1 mln USD, biorąc pod uwagę koszty pracy, dostęp do specjalistów i bardzo nowoczesnej infrastruktury, w Polsce wiele kwestii można rozwiązać taniej i sprawniej, niż w droższych państwach. A to oznacza przewagę czasu, która
w środowisku startupowym jest kluczowym parametrem.

– Inwestorów namawiam do ustanawiania swoich przyczółków inwestycyjnych w Polsce, bo prawdziwa lawina nowych, dobrych projektów każdego roku jest dopiero przed nami. – optymistycznie przekonuje Maciej Sadowski, prezes Startup Hub Poland.

50 proc. polskich MŚP deklaruje wzrost wydatków na nowe technologie

Z badań przeprowadzonych przez Ipsos MORI dla Microsoft[1] wynika, że 73 proc. właścicieli i pracowników polskich firm z sektora MŚP czuje się spokojna o ich dalszą przyszłość. Podobną opinię podziela jedynie 59 proc. przedstawicieli biznesów europejskich. Optymizm Polaków przekłada się na deklarowaną skalę inwestycji w nowe technologie. Aż połowa respondentów planuje zwiększenie wydatków na IT. W przypadku firm europejskich jest to tylko 35 proc.

Przedstawiciele polskiego sektor MŚP wysoko oceniają swoją przyszłość. W kategorii optymizmu biznesowego wyprzedzają nas jedynie firmy z Holandii, Rumunii i Danii. Najbardziej pesymistycznie w ocenie przyszłości są przedsiębiorstwa greckie, gdzie tylko 24 proc. respondentów dostrzega pozytywny rozwój zdarzeń oraz czeskie (41 proc.), rosyjskie (43 proc.) i tureckie (46 proc.).

Biorąc pod uwagę Polskę, optymistyczny scenariusz kreślą przede wszystkim firmy z sektora e-commerce (91 proc.), rynku handlu hurtowego (83 proc.) oraz organizacje pożytku publicznego (81 proc.). Najniższy poziom optymizmu dostrzegalny jest wśród firm z sektora dóbr konsumenckich (61 proc.), usług biznesowych (67 proc.) i transportu (67 proc.).

Wiara w dobrą przyszłość polskich firm idzie w parze z deklaracjami dotyczącymi zwiększania wydatków na nowe technologie, które są postrzegane jako podstawa do dalszego rozwoju. Połowa (50 proc.) analizowanych przedsiębiorstw z polski zamierza podnieść swoje inwestycje w IT. Plany w tym zakresie są widoczne w szczególności w sektorze e-commerce (79 proc. deklaracji) oraz handlu hurtowego (72 proc.), które charakteryzuje największy poziom optymizmu biznesowego. Analizując opinie firm europejskich, sytuacja wygląda inaczej. Dla przykładu plany inwestycyjne na IT wskazuje 28 proc. Niemców, 27 proc. Brytyjczyków i 26 proc. Czechów.

„Wyższe wyniki dotyczące planowanych inwestycji w nowe technologie deklarowane przez polskie firmy niż te deklarowane przez firmy z Niemiec czy Wielkiej Brytanii wynikają głównie z ambitnych planów inwestycyjnych polskiego sektora e-commerce, który wykorzystując trendy światowe najszybciej adaptuje założenia Digital Transformation. To dobra wiadomość dla wszystkich polskich przedsiębiorców, mogących również transformować swój biznes w oparciu o najnowsze rozwiązania modelu chmurowego, który stał się akceleratorem wzrostów. Cieszy przede wszystkim to, że aż połowa przedstawicieli polskich firm segmentu MŚP dostrzega tę szansę” – podkreśla Tomasz Dorf, odpowiedzialny za segment MŚP w polskim oddziale Microsoft.

Z kolei sektory, w których panuje przekonanie o zbyt małych wydatkach na nowe technologie to rynek dóbr konsumenckich (61 proc.) oraz usług dla biznesu (56 proc.). Z badań wynika, że najbardziej wstrzemięźliwe, jeśli chodzi o przyszłe wydatki na nowe technologie są firmy z sektora handlu detalicznego – 39 proc. wskazań. W opinii 57 proc. pracowników tego sektora, ich firmy wydają na IT za mało. Wśród nich są jednak i takie, które na nowych technologiach opierają swoją strategię rozwoju.

Przykładem takiej firmy jest Kazar. Aktywna rozbudowa sieci sprzedaży obuwia i wyrobów skórzanych wiązała się z wyzwaniami w obszarze obsługi informatycznej, a zwłaszcza koniecznością dostosowania infrastruktury IT do rosnących potrzeb związanych z obsługą nowych placówek. Biorąc pod uwagę dalszą ekspansję firmy na rynkach zagranicznych, kierownictwo musiało zdecydować czy budować własne zaplecze serwerowe, czy też wykorzystać możliwości chmury obliczeniowej, powierzając opiekę nad zasobami IT zewnętrznemu dostawcy w modelu abonamentowym.

„Budowa własnej infrastruktury serwerowej oznacza spore inwestycje związane z rozwojem środowiska zapasowego. W przypadku chmury mamy natomiast zapewniony natychmiastowy dostęp do infrastruktury wraz z usługą centrum zapasowego. Mamy dobre doświadczenia związane z użytkowaniem usług Office 365 dla firm w chmurze Microsoft, stąd wybór Microsoft Azure wydawał się naturalny. Przekonała nas również niezawodność technologii Microsoft” – mówi Marcin Pudysz – Administrator IT.

[1] Badanie „Nowoczesne IT w MŚP 2017” przeprowadzone przez Ipsos MORI na zlecenie Microsoft objęło 1001 pracowników reprezentujących polski sektor małych i średnich firm, zatrudniających do 250 pracowników. W globalnym badaniu wzięło udział 13 tys. pracowników MŚP z 19 rynków europejskich. Badanie zostało przeprowadzone w lutym i marcu 2017 r.

Naruszenia interesów konsumentów przez zagraniczne firmy – co może UOKiK?

W dobie globalizacji usług w sektorze e-commerce rzeczą powszechną jest kierowanie oferty do polskich konsumentów przez zagraniczne podmioty. Jakie działania może podjąć UOKiK, gdy w takim przypadku dochodzi do naruszenia interesów polskich konsumentów?

Marcin Przybysz, adwokat w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie
Marcin Przybysz, adwokat w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie

Internet nie zna granic, a globalny rozwój sektora e-commerce powoduje, że zagraniczni przedsiębiorcy coraz chętniej i z dobrym skutkiem kierują ofertę do konsumentów z innych krajów, bez formalnej obecności w nich. Trend ten bez wątpienia od dawna dotyczy również Polski. Konsumenci szczególnie chętnie zamawiają towary lub usługi z innych państw UE, m.in. z uwagi na szybkość dostawy, czy brak ryzyka ponoszenia dodatkowych kosztów, np. w postaci cła. Czy UOKiK posiada jednak narzędzia służące przeciwdziałaniu ewentualnym naruszeniom interesów konsumentów w modelu, w którym dany podmiot nie jest w Polsce formalnie obecny?

W powyższym przypadku zastosowanie mogą znaleźć przepisy Rozporządzenia (WE) nr 2006/2004 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 27 października 2004 r. w sprawie współpracy między organami krajowymi odpowiedzialnymi za egzekwowanie przepisów prawa w zakresie ochrony konsumentów, w oparciu o które UOKiK może wszcząć postępowanie przeciwko zagranicznemu podmiotowi z innego państwa UE. W ramach takiego działania UOKiK jest władny m.in. wystosować do analogicznego organu w innym państwie UE tzw. enforcement request, tj. wniosek o podjęcie wszelkich niezbędnych środków mających na celu doprowadzenie do niezwłocznego zaprzestania lub zakazu naruszenia.

Nasuwa się pytanie, jak często UOKiK korzysta z powyższego narzędzia? Wedle informacji uzyskanych od organu, w 2015 roku wystosowano 6 enforcement requests. W 2016 roku liczba ta wzrosła już do 17 wystosowanych enforcement requests. Do maja bieżącego roku takich wniosków wysłano z kolei 11. Choć liczby te nie są szczególnie imponujące, wydaje się, że w świetle postępującego rozwoju transgranicznego handlu będą one wzrastać. Być może bodźcem do tego będzie nowe, rozszerzone rozporządzenie regulujące powyższe kwestie, nad którym trwają prace w Komisji Europejskiej.

O autorze:

Marcin Przybysz, adwokat w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie

Marcin Przybysz jest Senior Associate w kancelarii Taylor Wessing w Warszawie. Wspiera klientów działających na rynku krajowym jak i międzynarodowym w zakresie ochrony praw własności intelektualnej, w tym praw autorskich, znaków towarowych, wzorów przemysłowych i użytkowych. W kręgu jego praktyki pozostają ponadto zagadnienia związane z nowymi technologiami, ochroną danych osobowych i zwalczaniem nieuczciwej konkurencji. Doradza klientom w związku z funkcjonowaniem różnego rodzaju platform internetowych, w tym sklepów internetowych, popularnych platform gier online, przedsięwzięć promocyjnych itp. W ramach powyższego posiadł także szerokie doświadczenie z zakresu prawa konsumenckiego, ze szczególnym uwzględnieniem projektów związanych z sektorem e-commerce.

Marcin jest absolwentem Kolegium Prawa Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Ukończył również Podyplomowe Studium Prawa Spółek na Uniwersytecie Warszawskim oraz studia z zakresu praw własności intelektualnej w Centrum Praw Własności Intelektualnej im. H. Grocjusza w Warszawie.

Jest adwokatem, członkiem Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie.

Collaborative Exchange — nowy model relacji z klientem szturmem podbija biznes

Produkty interaktywne weszły na stałe do naszej rzeczywistości w postaci aplikacji mobilnych czy platform społecznościowych. W chwili, kiedy powstały, zaczęto zwracać uwagę i badać doświadczenia związane z ich obsługą, (tzw. User Experience, UX). Polegało to na prostym zbieraniu informacji zwrotnych od klientów.

Era UX przechodzi już jednak do historii. Rynek w wielu sektorach rozwinął się w nieprawdopodobnym stopniu w ciągu ostatnich lat i wkroczył w erę transformacji cyfrowej. Jeśli firma chce budować dobre doświadczenia użytkowników związane z obsługą oferowanych przez nią produktów, musi zmienić stosunek do klienta — zgodnie z najnowszym trendem, Collaborative Exchange (CX), następcą User Experience. Na czym dokładnie polega zmiana, która dokonuje się na naszych oczach?

Klienci chcą współpracy

Kultura, w której żyjemy, opisywana jest przez socjologów jako kultura uczestnictwa, która zachęca konsumentów do udziału w procesie kreowania treści. Powoduje to zmianę postrzegania wielu aspektów codzienności — choćby tak oczywistych, jak media. Przez wiele lat uważano, że pełnią  one funkcję aktywną, w opozycji do pasywnych odbiorców dostarczanych przez nie treści. Okazuje się jednak, że wartością dla dzisiejszego odbiorcy mediów jest nie tylko możliwość otrzymywania informacji, ale także uczestniczenie w ich tworzeniu.

Podstawowy model ról ulega odwróceniu, a trend ten zaczynamy obserwować już nie tylko na rynku medialnym, ale także w obszarze biznesu. Klienci są gotowi angażować się w relację z daną firmą, a ta może wykorzystać tę gotowość do zbierania danych na ich temat. Współpraca musi przebiegać za zgodą obu stron — i przynosić obu stronom korzyści.

„Zalety płynące z danych dostarczanych przez zaangażowanych użytkowników są olbrzymie, a to znaczy, że firmy mogą zaoszczędzić na drogich, kompleksowych rozwiązaniach w zakresie infrastruktury, otrzymując feedback dotyczący oferowanych przez nie usług czy produktów  interaktywnych bezpośrednio od klientów” — tłumaczy Marek Woźny z Capgemini. Firma opublikowała w maju tego roku raport From UX to CX: Rethinking the Digital User Experience as a Collaborative Exchange, w którym zapowiada koniec ery User Experience i zastąpienie UX nowym podejściem do relacji z klientem — Collaborative Exchange.

Obie strony zyskują

Pod pojęciem User Experience, używanym od lat 70. ubiegłego stulecia, kryją się wrażenia, jakich doświadcza dana osoba podczas korzystania z danego produktu interaktywnego i z reguły jest używane do mówienia o oprogramowaniu, serwisach internetowych czy urządzeniach. UX zakłada przede wszystkim pasywną rolę użytkownika, a jego projektowanie polega na takim kreowaniu produktu, by wszystkie doświadczenia związane z nim były przyjemne, pozytywne dla danej osoby i przynosiły satysfakcję.

„Takie podejście do relacji z klientem budzi obecnie wiele zastrzeżeń, bo nie wykorzystuje potencjału, który przynosi ze sobą klient w żadnym z czterech obszarów — ekonomicznym, społecznym, kulturowym czy informacyjnym. Było stosowane powszechnie przez kilkadziesiąt lat, ale dziś przestaje już być aktualne, także dlatego, że powstają nowe produkty i usługi, jak choćby platformy VOD czy specjalistyczne banki fotografii dla grafików, które wymuszają niejako stosowanie innego modelu współpracy z klientem” — wyjaśnia Marek Woźny.

Podejście określane mianem Collaborative Exchange daje klientowi większą kontrolę nad procesem, w którym bierze udział, oferując dużą wartość firmie, z której oferty dany klient aktualnie korzysta. CX bazuje przy tym na dwóch wartościach — partycypacji i informacji. Ta pierwsza okazuje się ważna dla klienta, spełniając jego potrzebę aktywnego udziału w danym procesie. Druga daje szansę przedsiębiorstwu na zebranie cennych informacji na temat klienta.

To sytuacja typu win-win, w której obie strony zyskują. W ramach taktyki CX firma kurierska UPS umożliwiła swoim klientom jakiś czas temu śledzenie paczki w czasie rzeczywistym. Przekazując informację na temat przesyłki, firma zyskała dobrą opinię w oczach klientów, a jednocześnie spowodowała, że spadła liczba zapytań dotyczących tego, gdzie aktualnie znajduje się przesyłka i kiedy zostanie doręczona. Starbucks natomiast poprosił klientów o przekazywanie a pośrednictwem specjalnej platformy pomysłów, którymi chcieliby podzielić się z firmą. Spośród ponad 150 tys. propozycji firma wprowadziła aż 277 nowych rozwiązań.

Zaufanie klienta kluczem do sukcesu

W podejściu CX obowiązuje kilka zasad, z których najważniejsza jest jedna: klient musi zaufać firmie. W przeciwnym razie będzie niechętny do współpracy i nie udostępni jej żadnych danych. Dlatego podejście CX należy stosować w sposób przemyślany, z uwzględnieniem potrzeb drugiej strony.

Przykłady niewłaściwego zastosowania podejścia CX wskazano w raporcie From UX to CX. Eksperci Capgemini przypomnieli o problemach Facebooka, który, wprowadzając funkcję polegającą na automatycznym zbieraniu najważniejszych wydarzeń z minionego roku, wiele stracił w oczach użytkowników, bo wśród wspomnień znalazły się również te mało przyjemne, związane choćby ze śmiercią najbliższej osoby albo rozstaniem z wieloletnim partnerem, i nie można było tego zmienić samodzielnie.

Na niewłaściwym wykorzystaniu CX straciła również amerykańska poczta USPS, wprowadzając automatyczne urządzenia, które miały odciążyć pracowników. Okazało się jednak, że bez zgody klientów wysyłały one potwierdzenia transakcji drogą SMS, których nie można było wyłączyć. Poskutkowało to pogorszeniem opinii na temat USPS w oczach wielu amerykanów oraz karami finansowymi  dla poczty w wysokości 34 milionów dolarów.

Kilka modeli współpracy

Jak zatem zastosować podejście CX, by na nim zyskać, a nie stracić? Marek Woźny uważa, że należy zacząć od dokładnego przeanalizowania i zrozumienia zasad jego działania, które w dużym stopniu odnoszą się do zwykłych, ludzkich uczuć każdego klienta. Należy również zdać sobie sprawę z tego, że w ramach CX istnieje kilka różnych rodzajów współpracy. „Eksperci Capgemini opisali je w raporcie, wskazując na różne role klienta i przedsiębiorstwa. W rezultacie udało się opracować cztery podstawowe typy współpracy, w której firma może być dla klienta towarzyszem, doradcą, gospodarzem lub reżyserem” — mówi Woźny.

Modele współpracy podzielić można ze względu na to, jak dużą rolę w procesie współpracy odgrywa klient, jak wiele informacji przekazuje firmie oraz w jaki sposób dane te są potem przez nią wykorzystywane. I tak: jeśli firma nie tylko zbiera, lecz także wykorzystuje informacje na temat klienta do ciągłej poprawy jakości oferowanych usług i produktów, to przejmuje rolę doradcy (ang. advisor), która zakłada ścisłe kontrolowanie możliwości udziału klienta we współpracy. To model przeznaczony dla firm, które chcą uchodzić za ekspertów w swojej dziedzinie, dlatego sprawdza się na przykład w przypadku firm z branży medycznej. Ale również firmy działające w innych sektorach doskonale poradziły sobie z zastosowaniem tej strategii. Michelin, jeden z największych światowych producentów opon, zastosował kody QR na chińskim rynku, by móc śledzić drogę sprzedawanych opon w całym kraju. Zdobyte w ten sposób informacje Michelin wykorzystuje tylko wewnętrznie w celu planowania działań marketingowych i dystrybucji, ale wprowadzenie tego rozwiązania miało także kilka zalet dla klientów, którzy mogą choćby upewnić się, że nabyte opony nie są podrobione.

Reżyserem (ang. director) jest przedsiębiorstwo, które również do pewnego stopnia umożliwia klientowi udział w procesie współpracy, kontrolując go jednak i zbierając przy tym możliwie dużo informacji. W przeciwieństwie do firm doradców nie wykorzystuje zebranych informacji w celu dostosowania swojej oferty do potrzeb konkretnego użytkownika, zupełnie jak dyrygent, który nie kieruje ruchów swojej batuty indywidualnie do poszczególnych jej członków. Podobnie działają firmy kurierskie, które otrzymują od klientów mnóstwo danych osobowych (często nie tylko adres, ale też numer telefonu, itp.), ale nie wykorzystują ich do personalizacji swoich usług, budując dzięki temu pozycję profesjonalnej marki, która dba o dobro swoich klientów i o informacje, które mu powierzają.

Towarzysz (ang. companion) współpracuje ze swoim klientem na wielu poziomach, nie tylko zbierając dane o nim, lecz także oferując mu możliwość ciągłego aktywnego udziału w procesie współpracy. To odróżnia ten typ przedsiębiorstw od obu wcześniejszych. Pod względem wykorzystywania zebranych informacji przedsiębiorstwa wykorzystujące ten typ relacji z klientem przypominają firmy doradców. Eksperci Capgemini jako świetny przykład tego rodzaju przedsiębiorstwa podają Waze, aplikację do nawigacji umożliwiająca użytkownikom samodzielne dodawanie informacji o ruchu drogowym, zgłaszanie wypadków i zamkniętych dróg. Wymaga to dużego zaangażowania ze strony osób korzystających z aplikacji, które jednak służy przekazywaniu informacji.

Najciekawszą rolą, jaką może przyjąć firma, jest jednak gospodarz (ang. host). Ten rodzaj współpracy zakłada, że przedsiębiorstwo zachęca swoich użytkowników do podejmowania aktywności, która nie jest jednak skierowana bezpośrednio na firmę. Eksperci przyrównują ten model do dyskusji panelowej, w której firma pełniłaby funkcję moderatora, a jej klienci — panelistów. Moderator tylko zachęca uczestników dyskusji do dialogu, oferując im przestrzeń do rozmowy. Za przykład posłużyć może firma Lyft, platforma umożliwiająca użytkownikom umawianie się na wspólne przejazdy samochodem lub wprowadzony przez portal LinkedIn All-Star Profile Status, nadawany użytkownikom platformy, którzy zakończyli budowę swojego profilu. LinkedIn zachęca użytkowników do tworzenia treści i udostępniania ich innym osobom, stając się jedynie ich nośnikiem.

Wygrać walkę o klienta

„Wybór określonego rodzaju współpracy niekiedy determinowany jest przez przynależność firmy do danego sektora” — mówi Woźny. „Firmy wykorzystujące poufne dane swoich klientów, działające na przykład w obszarze medycyny czy finansów, z natury będą raczej spełniać rolę reżysera niż gospodarza. Organizacje zajmujące się edukacją będą natomiast w sposób naturalny kreować się na doradców, wykorzystując zebrane informacje tylko wewnętrznie” — dodaje.

Eksperci Capgemini są zgodni co do tego, że najwyższy czas, by firmy przemyślały swoje podejście do współpracy z klientem i dostosowały swoje działania do jednego ze wskazanych archetypów. „Kluczem do sukcesu w kolejnej fazie transformacji cyfrowej jest opracowanie takiej strategii, która uwzględniać będzie potrzeby klientów oraz ich emocje, stawiając na wymianę informacji i umożliwiając uczestniczenie obu stron w całym procesie — choćby w niewielkim stopniu. Jeśli przedsiębiorstwa nie zaczną pracować nad rozwiązaniami w tym zakresie, przegrają walkę o klienta” — uważa Woźny.

Pełny raport From UX to CX: Rethinking the Digital User Experience as a Collaborative Exchange dostępny jest w tym miejscu.

Lipcowy wyścig po kredyty mieszkaniowe. Wzrost popytu o 23,6% r/r

Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych, wyniosła +23,6% w lipcu 2017 r. Oznacza to, że w lipcu 2017 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 23,6% w porównaniu z lipcem 2016 r. Średnia wartość indeksu od początku 2017 r. wyniosła 15,8%.

– Popyt na kredyty mieszkaniowe w lipcu, w przeliczeniu na dzień roboczy, był o 23,6% wyższy niż rok wcześniej. Oznacza to, że kontynuowany jest trend większego zainteresowania kredytami mieszkaniowymi obserwowany od początku 2017 r. Łącznie o kredyt mieszkaniowy zawnioskowało w lipcu 31,3 tys. osób w porównaniu z 27,0 tys. osób rok wcześniej. Klienci jednocześnie poszukują wyższych kwot kredytów mieszkaniowych, średnia kwota wnioskowanego kredytu w lipcu wyniosła 232,8 tys. zł i była wyższa o 6,5% od średniej kwoty wnioskowanego kredytu rok wcześniej. Podstawy wzrostu zainteresowania kredytami mieszkaniowymi upatrujemy w dobrych i stabilnych danych makro powiązanych z perspektywą wzrostu płac i spadającym bezrobociem. Duże znaczenie mają również niskie i stabilne stopy procentowe, które pozytywnie przekładają się na zainteresowanie kredytami finansującymi inwestycje mieszkaniowe, a jednocześnie obniżają zainteresowanie lokatami. – mówi Sławomir Grzybek, Dyrektor Departamentu Business Intelligence Biura Informacji Kredytowej.

Komputer wskazał raj na ziemi

Okres wakacyjny to czas, w którym szukamy idealnego miejsca, gdzie będziemy mogli wypocząć z dala od problemów codzienności. Niektórzy wybierają spokojne plaże lub sielankę na prowincji, a inni – tętniące życiem miasta. Specjaliści z firmy SAS wykorzystali uczenie maszynowe do wytypowania miejsca, w którym panują najlepsze warunki do życia. Innymi słowy, znaleźli raj na ziemi.

(8 sierpnia 2017 r.)W ramach  projektu „Paradise Found”, w ciągu 3 miesięcy firma SAS przeanalizowała ponad 5 milionów danych. Informacje pochodziły z różnych źródeł, takich jak: rankingi najatrakcyjniejszych miast, archiwa UNESCO czy WTO (Światowej Organizacji Handlu). Ponadto, przeanalizowano portale społecznościowe, na których internauci oceniają hotele i restauracje, w tym popularny TripAdvisor oraz Yelp.

Odosobniony raj

Malediwy, Hawaje, a może wyspy Bora-Bora? Według analizy SAS idealnym miejscem do zamieszkania jest miasto Perth w zachodniej Australii. Dlaczego? Wynika to m.in. z faktu, że panuje tam ciepły i jednocześnie suchy klimat. Średnia temperatura wynosi około 19 stopni Celsjusza, a w roku jest aż 320 słonecznych dni. Ponadto, miasto może pochwalić się ogromnymi terenami zielonymi – na jednego mieszkańca przypada przestrzeń wielkości około 5 kortów tenisowych. Z kolei białe plaże to raj dla amatorów sportów wodnych, takich jak np. surfing.

Perth to miasto tętniące życiem, w którym znajduje się ponad 200 restauracji, barów i klubów. Co roku odbywa się tu około 450 różnego rodzaju festiwali i imprez. Miasto posiada cztery uniwersytety i oferuje swoim mieszkańcom bezpłatny transport miejski, wydając na ten cel 15,3 milionów dolarów rocznie.

W analizie dokonanej przez specjalistów SAS ważną rolę odegrały również kwestie ekonomiczne. Perth charakteryzuje się największym odsetkiem milionerów na jednego mieszkańca. Miasto przyciąga również liczne startupy. Obecnie na 5000 mieszkańców przypada jedna młoda firma technologiczna. Co ciekawe, Perth jest najbardziej odosobnioną metropolią świata. Od najbliższego dużego miasta – Adelajdy – dzieli ją aż 2845 km.

Komputer wie, jak żyje się w raju

W poszukiwaniu raju na ziemi wykorzystano technologię machine learning – metodę samouczenia się maszyn w oparciu o analizę danych i odnajdywanie zawartych w nich wzorców. Dzięki algorytmom machine learning komputery mogą samodzielnie nabywać nową wiedzę, potrzebną do rozwiązania problemu. Wszystko odbywa się w sposób zautomatyzowany, bez potrzeby wcześniejszego zaprogramowania przez człowieka. Jest to pierwszy przykład wykorzystania tej technologii w celu znalezienia idealnego miejsca do życia.

Machine learning pozwoliło specjalistom SAS sprawdzić, jak żyje się w Perth i innych miejscach na świecie. Wykorzystując tę technologię, system samodzielnie połączył informacje pochodzące z różnych źródeł i na ich podstawie dokonał wyboru. Co ważne, nie były to jedynie dane liczbowe. Istotną rolę odegrały opinie internautów i ich oceny wystawiane na portalach społecznościowych, które również przeanalizowano, wykorzystując narzędzia text analytics. Wnioski wyciągnięte z pochlebnych bądź negatywnych komentarzy użytkowników Internetu pozwoliły systemowi analitycznemu ocenić, które z branych pod uwagę miejsc stwarza najlepsze warunki do życia.

Czy warto spłacić kredyt hipoteczny przed czasem?

  • Banki dopuszczają możliwość wcześniejszej spłaty kredytu, jednak zwykle wiąże się to z koniecznością zapłaty prowizji.
  • Nowe zasady jej pobierania określa ustawa o kredycie hipotecznym.
  • W przypadku kredytów o zmiennej stopie procentowej, prowizja za wcześniejszą spłatę będzie pobierana maks. do 3 lat od rozpoczęcia spłaty kredytu i nie może być wyższa niż 3% wartości spłaconej kwoty.

Kredyt hipoteczny jest zobowiązaniem, które dla każdego jest sporym obciążeniem zarówno finansowym, jak i psychicznym. Świadomość konieczności wpłacania co miesiąc określonej kwoty przez 30 lat bywa stresująca dla kredytobiorców, dlatego nie dziwi fakt, że jeżeli tylko pojawi się ku temu okazja czy większy przypływ gotówki, coraz częściej decydują się oni na wcześniejszą spłatę zobowiązania.

Nadpłata a wcześniejsza spłata

Istnieją dwie możliwości skrócenia okresu kredytowania. Pierwsza polega na przelewaniu co miesiąc lub raz na jakiś czas większej niż wymagana kwoty do banku. Dzięki takiemu zabiegowi możemy sukcesywnie skracać okres kredytowania lub zmniejszać wysokość kolejnych rat, choć będą to nieznaczne zmiany w perspektywie 30 lat .

– Każdy posiadacz kredytu hipotecznego ma prawo do jego wcześniejszej spłaty lub nadpłaty. Jednak często banki oczekują prowizji z tego tytułu, przy czym prowizja ta jest pobierana zazwyczaj w okresie pierwszych dwóch, trzech czy też pięciu lat. Ponieważ dochody z kredytu hipotecznego skalkulowane są na długi czas, prowizja za wcześniejszą spłatę ma być rodzajem rekompensaty za utracone zyski. Jednak to zabezpieczenie ma być skuteczne zwłaszcza w sytuacji całkowitej spłaty kredytu w pierwszych latach, dlatego często banki dają nam możliwość nadpłaty do określonej wysokości zadłużenia, np. do 30% kwoty kredytu, bez konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów – tłumaczy Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych.

Drugim sposobem na skrócenie czasu kredytowania jest wcześniejsza, całkowita spłata kredytu. Niestety, taka spłata wymaga zazwyczaj dużego przypływu gotówki, np. otrzymania spadku, ale i tutaj także należy liczyć się z dodatkowymi opłatami. Do tej pory prowizja za wcześniejszą spłatę wynosiła w większości przypadków od 1 do 2,5% wartości spłaconej kwoty i zwykle pobierana była w czasie do 5 lat od rozpoczęcia spłaty kredytu. Są jednak także banki, które w ogóle nie pobierają prowizji za wcześniejszą spłatę oraz takie, które pobierają ją przez cały okres kredytowania. Dotychczasowa dowolność w tej kwestii będzie jednak wkrótce ograniczona.

Nowa ustawa, nowe prowizje

22 lipca 2017 r. weszła w życie ustawa o kredycie hipotecznym i nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego oraz agentami. Oprócz szeregu zmian dotyczących uporządkowania pracy pośredników kredytowych oraz sposobu udzielania kredytów hipotecznych, ustawa wprowadza także ograniczenia odnośnie pobierania prowizji za wcześniejszą spłatę. W przypadku kredytów o zmiennej stopie procentowej, prowizja za wcześniejszą spłatę może być pobierana maksymalnie przez 3 lata od rozpoczęcia spłaty kredytu i nie może być wyższa niż 3% wartości spłaconej kwoty.

Ustawa ureguluje zasady pobierania prowizji za wcześniejszą spłatę, jednak nadal banki będą miały dowolność w ustalaniu tych zasad, oczywiście w ramach ograniczeń ustawowych. Dlatego decydując się na zaciągnięcie kredytu hipotecznego warto wziąć pod uwagę, oprócz kosztów początkowych, także koszty związane z wcześniejszą spłatą, nawet jeżeli nie spodziewamy się dużego przypływu gotówki w najbliższym czasie– dodaje Katarzyna Dmowska.

20 lat to blisko 120 tys. zł oszczędności

Wcześniejsza spłata kredytu hipotecznego oznacza dla klienta, że spłaca on cały kapitał oraz odsetki naliczone i należne na dzień całkowitej spłaty kredytu. Eksperci z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych obliczyli, ile można zaoszczędzić spłacając całkowicie kredyt już po 5 latach. Zakładając, że wartość zaciągniętego kredytu to 300 000 zł, początkowy zakładany czas jego spłaty to 25 lat, a oprocentowanie wynosi 4%, odsetki do spłaty przez cały 25 letni okres wynosiły by ok. 175 000 zł. Jeżeli zdecydujemy się ten kredyt spłacić po 5 latach, to w sumie odsetek zapłacimy tylko ok. 55 600 zł. To aż 119 tys. zł oszczędności. Sporo zaoszczędzić możemy także spłacając cały kredyt po 20 latach. Wtedy to zapłacimy ok. 164 tys. zł odsetek, co daje ponad 10 tys. zł oszczędności.

Wcześniejsza spłata kredytu na 25 lat o wartości 300 tys. zł
oprocentowanie 4%, odsetki 175 tys. zł
Czas spłaty po 5 latach po 20 latach
Odsetki ok. 55 600 zł ok. 164 700 zł
Oszczędność ok. 119 400 zł ok. 10 300 zł
Dane: ANG Spółdzielnia Doradców Kredytowych

 

Całkowita kapitalizacja rynkowa wszystkich kryptowalut osiągnęła dziś rano najwyższy jak do tej pory wynik – 120 mld dolarów

Wygląda na to, że obecne akcje w Azji zatrzymują tempo USA, po tym jak dziś rano niektóre kluczowe dane z Chin zostały ujawnione. Pokazują one, że import i eksport nie wzrastają tak szybko jak w poprzednim miesiącu. Choć ogólny bilans handlowy wyraźnie wzrósł, podobnie jak zagraniczne rezerwy walutowe Chin, handel z kluczowymi partnerami nie osiągnął najlepszych wyników.

Export_Import_08_08_2017Dolar amerykański wciąż spada, a dane z Chin z dzisiejszego ranka jeszcze bardziej go zepchnęły. Jeśli chodzi o handel parą USD/CNH, warto uważnie przyjrzeć się niej jutrzejszej nocy, kiedy otrzymamy istotne dane o inflacji, które mogą jeszcze bardziej nasilić ten problem.

USD_CNH_08_08_2017Panie i Panowie, po 10 tygodniach ciągłych wzrostów i spadków, rynki kryptowalut ponownie rosną! Bez względu na to co się stało z Bitcoin Cash czy Segwit, cała narastająca dyskusja na temat bitcoinów oddala nas od głównego problemu. Całkowita kapitalizacja rynkowa wszystkich kryptowalut osiągnęła dziś rano najwyższy jak do tej pory wynik – 120 mld dolarów. Wszystkie z 20 najlepszych kryptowalut są dzisiejszego ranka na zielono, tak jak nowa kryptowaluta eToro CopyFund. Ekscytacja dotyczy przede wszystkim Bitcoina. Widoczna jest powstrzymywana presja na zakup, która była gdzieś z boku i czekała na zakończenie dyskusji.Kapitalizacja_rynkowa_08_08_2017

BTC_08_08_2017W piątek wycena Bitcoina wyniosła ponad 3000 dolarów, a od tego czasu wzrosła prawie do 500 dolarów za monetę. Jak zawsze jednak, handel krypotwalutami należy traktować odpowiedzialnie. Aktywa te są bardzo ryzykowne. Choć kwestia Segwit wydaje się być jednoznaczna, wciąż mamy przeszkodę w postaci Segwit2x. Pomimo, że wielu górników sygnalizuje poparcie dla 2 megabajtowego hard fork, to nie będzie to tak gładkie wdrożenie jak wiele osób uważa.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Długoterminowe spojrzenie na rynek srebra

Od maja 2011 roku srebro znajduje się w trendzie spadkowym. Po niemalże siedmiu latach nieustannej wyprzedaży notowania tegoż surowca znalazły się na tym samym poziomie, co w 2010 roku. Przecena zacna, ale tylko mały odsetek inwestorów zwraca na to uwagę. Ostatnie dane pokazują, że popyt na srebro spada, ale każdy pomija informację o utrzymującym się deficycie surowca.

Długoterminowe spojrzenie na rynek srebra 4

Źródło: Thomson Reuters/ The Silver Institute

W powyższej tabeli zawarto wszystkie informację potrzebne do oceny sytuacji na rynku srebra. Na początek spójrzmy co się dzieje z podażą (supply) surowca. Wydobycie srebra z kopalni rośnie systematycznie od 2007 roku, wyjątkiem jest 2016 rok, gdzie podaż została zmniejszona o 5 milionów uncji.

W drugim wierszu podaży surowca znajdziemy Net Government Sales. Niemniej jednak od 2014 roku rządy nie wyprzedają zapasów srebra (zrobiły to wcześniej). Kolejnym źródłem podaży srebra jest jego odzysk. Niskie ceny srebra doprowadziły do zmniejszenia opłacalności odzyskiwania srebra z 253 milionów uncji w 2012 roku do 139 uncji w 2016 roku. W ostateczności niskie ceny surowca przekładają się na spadek podaży.

Z kolei patrząc na popyt (demand) możemy dojść do zaskakujących wniosków. Popyt na srebro fizyczne przekracza podaż rok w rok od 2011. Ponadto dodając do tego popyt inwestycyjny wychodzi, że od 2007 roku mamy nieustanny deficyt srebra.

Co z tego wszystkiego wynika?

Niskie ceny surowców sprawiają, że produkcja srebra staje się coraz mniej opłacalna. Taka sytuacja nie powinna utrzymać sie w długim terminie, wzrost ceny srebra jest nieunikniony.

Kolejnym argumentem przemawiającym za srebrem jest dług gospodarstw domowych oraz korporacji jako procent PKB.

Długoterminowe spojrzenie na rynek srebra 5

Źródło: Crescat capital LLC

Na powyższej grafice przedstawiono dług korporacyjny oraz gospodarstw domowych poszczególnych państw. Patrząc historycznie, gdy dług przekraczał 200 procent PKB dochodziło do pęknięcia bańki na rynku nieruchomości, co skutkowało wzrostem cen metali szlachetnych oraz pozostałych bezpiecznych aktywów. W chwili obecnej dług korporacyjny oraz gospodarstw domowych Kanady, Chin oraz Australii znalazł się powyżej 200 procent. Czy tym razem historia się powtórzy? Prawdopodobnie tak, zatem popyt na srebro wzrośnie jeszcze bardziej, a podaż pozostanie na podobnym poziomie.

Podsumowując, srebro w długim terminie jest niedowartościowane. Z kolei sytuacja ekonomiczna jest ciekawa, a zarazem niebezpieczna.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Czy specjaliści IT zaczną migrować? Dane o zarobkach w regionie

Według różnych szacunków na polskim rynku pracy brakuje od 30 do 50 tys. specjalistów IT. A liczba osób potrzebnych do pracy w tym obszarze będzie rosnąć. Pracodawcy szukają różnych rozwiązań, prześcigają się w oferowanych benefitach, proponują szerokie szkolenia lub całkowite przygotowanie do zawodu. Jednak polskie zasoby nie są w stanie zapełnić tej luki, kolejnym krokiem w rekrutacjach specjalistów IT będą rekrutacje zagraniczne – prognozują eksperci międzynarodowego serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl, opierając się na badaniach, w których zapytali ponad 4 tys. pracowników IT z regionu Europy Środkowej i Wschodniej o chęć emigracji zarobkowej.

Badanie przeprowadzono w 11 europejskich krajach: Polsce, Estonii, Litwie, Łotwie, Czechach, Słowacji, Węgrzech, Słowenii, Chorwacji, Bośni i Hercegowinie oraz Serbii. Aż 53 proc. wszystkich ankietowanych jest gotowych wyjechać do pracy za granicę, 24 proc. odpowiedziało „może”, tym samym pokazując, że rozpatrzyłoby taką możliwość w zależności od atrakcyjności oferty, a negatywnej odpowiedzi udzieliło 22 proc. badanych. 57 proc. specjalistów jako najważniejszy czynnik skłaniający do wyjazdu wskazało wyższe zarobki za granicą. Na kolejnych miejscach znalazły się lepsze możliwości rozwoju czy zdobycie nowych umiejętności i ważnego doświadczenia.

Polscy specjaliści gotowi na emigrację?

Badanie MonsterPolska.pl pokazało, że również polscy specjaliści IT gotowi są do pracy za granicą. Taką odpowiedź wybrało 50 proc. badanych. Przy czym 19 proc. – wyjechałaby do pracy na kilka tygodni, 12 proc. – na kilka miesięcy a 19 proc. – na dłużej niż rok. Możliwość pracy za granicą rozważa dodatkowo 26 proc. badanych, którzy wybrali odpowiedź  „może bym wyjechał”. Tylko 24 proc. specjalistów wybrało niezależnie od atrakcyjności oferty „nie” dla emigracji.

Specjaliści IT z regionu

Badanie pokazało, że krótkoterminowa migracja to specjalność Czechów i Słowaków – zyskała po 29 proc. odpowiedzi. Z kolei najmniej atrakcyjna okazała się ona dla Chorwatów i Estończyków – po 6 proc. wskazań. Na dłużej niż rok wyjechaliby: Serbowie – 40 proc., specjaliści z Bośni i Hercegowiny – 30 proc., Chorwaci – 29 proc., i Węgrzy 27 proc. Wyjazdów nie obawiają się Słoweńcy – tylko 18 proc. z nich odpowiedziała „nie”, specjaliści z Bośni i Hercegowiny – 19 proc. oraz pracownicy z Czech i Chorwacji – po 20 proc. Do pracy w kraju przywiązani są za to Litwini i Estończycy – aż po 26 proc. specjalistów mówi migracji „nie”. W tych krajach o wyjeździe na co najmniej rok myśli odpowiednio: 17 i 22 proc. badanych.

Sześć głównych powodów, dla których specjaliści IT myślą o migracji

Wyższe zarobki oraz gwarancja zatrudnienia – to główne powody, które kuszą do pracy za granicą specjalistów IT z 11 krajów biorących udział w badaniu. Takiej odpowiedzi udzieliło 57 proc. ankietowanych. Drugim najważniejszym czynnikiem motywującym ich do spakowania walizek były większe możliwości rozwoju – 41 proc. Tyle samo odpowiedzi zyskał argument, że na kontrakt można zabrać bliskich, a 38 proc. – wspomniało, że taki wyjazd to ciekawe doświadczenie. Ludzie z branży IT przyciąga także myśl o pracy z technologiami wysokiej jakości i udział w ważnych projektach – 34 proc. Dla 28 proc liczy się również pomoc w przeprowadzce.

Główne lęki związane z wyjazdem                    

Myśl o wyjeździe rodziła u specjalistów IT także lęki. Główne to: rozłąka z bliskimi – 49 proc., obawa związana z pracą w nowym środowisku – 21 proc., praca w obcym języku – 18 proc., obawy związane z dyskryminacją w pracy – 14 proc., lęk przed podróżą – 10 proc. i kwestie zdrowotne – 8 proc. Z badań wynika także, że te obawy mogłaby pokonać naprawdę atrakcyjna oferta pracy.

Badanie potwierdziło również znane rekruterom hasło, że w branży IT to praca szuka człowieka, a nie specjaliści IT pracy. Tylko 13,1 proc. wszystkich badanych aktywnie szuka pracy. A aż 75,2 proc. to osoby, które są pasywnymi kandydatami, którzy sami nie szukają, ale chętnie wysłuchają atrakcyjnej propozycji zatrudnienia.

Ile zarabiają specjaliści w regionie?

MonsterPolska.pl za pośrednictwem zrzeszonych portali w 13 krajach (dodatkowo w Finlandii i Czarnogórze) zebrał również dane na temat zarobków pracowników IT w regionie.

Gdzie specjaliści IT zarabiają więcej niż w Polsce? Oczywiście w wymienionej już Finlandii, ale również w Estonii, Łotwie, Słowenii, Czechach i na Słowacji. Mniej od Polaków zarabiają jednak Węgrzy, Chorwaci, Litwini, Bośniacy, Serbowie i Czarnogórcy (szczegółowe dane w tabeli poniżej). Z jednej strony dane pokazują, które kraje z regionu potencjalnie mogą być atrakcyjnym kierunkiem migracyjnym dla Polaków. Z drugiej prezentują również możliwości pozyskania pracowników IT do pracy w Polsce z krajów, w których zarobki są niższe. I być może właśnie pozyskiwanie pracowników z zagranicy będzie w przyszłości sposobem na niedobór specjalistów na rodzimym rynku pracy.

 

1. Finlandia  € 3 885,00       16 528,73 zł
2. Słowenia  € 2 061,00         8 768,52 zł
3. Estonia  € 1 866,00         7 938,90 zł
4. Łotwa  € 1 689,00         7 185,85 zł
5. Słowacja  € 1 670,00         7 105,02 zł
6. Czechy  € 1 602,00         6 815,71 zł
7. Polska  € 1 560,00         6 637,02 zł
8. Węgry  € 1 532,00         6 517,89 zł
9. Chorwacja  € 1 488,00         6 330,70 zł
10. Litwa  € 1 480,00         6 296,66 zł
11. Bośnia i Hercegowina  € 1 172,00         4 986,27 zł
12. Serbia  € 1 096,00         4 662,93 zł
13. Czarnogóra  €     702,00         2 986,66 zł

 

Dane przedstawiają średnie wynagrodzenie miesięczne brutto w euro oraz po przeliczeniu na złoty polski (według kursu NBP z dnia 31.07.2017).

Grupa Cloud Technologies przejmuje sieć reklamową OAN. Chce poszerzyć ofertę dla wydawców

Cloud Technologies, notowana na NewConnect spółka, przejmuje OAN (Online Advertising Network). To sieć reklamowa, specjalizująca się w sprzedaży powierzchni reklamowej wydawców w ramach produktów sieciowych.

Cloud Technologies to istniejąca od 2011 roku spółka, dostarczająca rozwiązania dla reklamodawców i wydawców z wykorzystaniem technologii Big Data. W skład grupy kapitałowej Cloud Technologies wchodzą Audience Network, firma świadcząca usługi z zakresu big data consultingu i optymalizacji kampanii online oraz OnAudience.com, podmiot odpowiedzialny za globalną dystrybucję produktów i usług opartych o stworzone przez Cloud Technologies technologie, takie jak np. UnBlock czy platforma DMP. Od dziś grupa powiększy się o kolejną spółkę.

– Przez ostatnie kilka lat kładliśmy nacisk przede wszystkim na rozwijanie produktów dla reklamodawców, jednak wraz z pojawieniem się UnBlocka, umożliwiającego wyświetlanie reklam internautom pomimo używania przez nich oprogramowania blokującego, zaczęliśmy rozwijać ofertę skierowaną także do wydawców. Przejęcie OAN ją uzupełni i pomoże w dotarciu do szerszego grona tych podmiotów. Naszym celem jest stworzenie dla wydawców kompleksowej oferty, w tym usługi monetyzacji zablokowanej wcześniej powierzchni. Liczymy na efekt synergii – tłumaczy Piotr Prajsnar, prezes Cloud Technologies.

Przejęta przez Cloud Technologies spółka OAN posiada w swojej ofercie szereg produktów komplementarnych do oferty Audience Network i grupy Cloud Technologies. Należą do nich m.in. Context.ad —  sieć reklamy kontekstowej, Business.ad sieć reklamy biznesowej, Video.ad — sieć reklamy video, Premium.ad, czyli sieć displayowych pakietów tematycznych, a także dedykowany produkt do rozwiązań performance’owych.

Dołączamy do najszybciej rozwijającej się spółki technologicznej na naszym rynku oraz lidera w dziedzinie analityki Big Data. Technologie oraz know-how Cloud Technologies w połączeniu z naszymi kompetencjami, doświadczeniem i relacjami pozwolą nam wyjść na rynek z uaktualnioną ofertą produktową dla klientów oraz ofertą monetyzacji powierzchni reklamowej dla wydawców – mówi Rafał Szychowski, prezes OAN. Wraz z wiceprezesem zarządu Tomaszem Sokołem, będzie on dalej kierował spółką.

OAN współpracuje zarówno z domami mediowymi, jak i platformami DSP. Pomimo, że do tej pory z powodzeniem pośredniczyła w zakupie powierzchni reklamowej dla swoich klientów w systemie Programmatic, to brakowało jej kompetencji w dziedzinie analityki Big Data i zaawansowanej optymalizacji kampanii. Po przejęciu OAN zyska dostęp m.in. do OnAudience com, platformy DMP (data management platform) należącej do Cloud Technologies. Zbiera ona dane o użytkownikach sieci w 187 państwach i przetwarza już ponad 3 mld anonimowych profili internautów. Informacje o ich aktywności i preferencjach pozwolą OAN targetować reklamy internetowe z dużo większą dokładnością.

Co drugi pracownik uważa, że narzędzia on-line zastąpią e-maile i telefony w firmach

Aż 67% pracowników uważa, że narzędzia on-line wykorzystywane wewnątrz firmy mogą usprawnić komunikację z pracownikami. Co więcej, 56% jest zdania, że mogą one wyeliminować dotychczasowe formy kontaktu jak e-maile i rozmowy telefoniczne w firmach – wynika z raportu emplo „Efektywność biznesowa zaczyna się od komunikacji wewnętrznej”. Duże zainteresowanie kompleksowym narzędziem komunikacji wewnętrznej potwierdzają wewnętrzne dane emplo, z których wynika, że aż 7 na 10 pracowników przynajmniej raz w tygodniu loguje się na wdrożoną w firmie platformę komunikacji wewnętrznej.

Dziś w komunikacji wewnętrznej nie chodzi tylko o przekazywanie informacji z góry na dół, ale o budowanie środowiska pracy, które współtworzą pracownicy i na które mają realny wpływ. Takiej demokracji nauczyły nas platformy społecznościowe, z których wszyscy korzystamy prywatnie. Budowanie komunikacji wewnętrznej w organizacjach w oparciu o dokładnie te same społecznościowe mechanizmy to dziś konieczność i odpowiedź pracodawcy na oczekiwania pracowników. Jak wynika z naszego badania, większość zatrudnionych uważa, że nowe technologie mogą istotnie wspierać firmę w budowaniu skutecznej komunikacji wewnętrznej – mówi Paweł Leks, CEO, emplo.

Pracownicy dają lajka społecznościowej komunikacji wewnętrznej

W swoim badaniu emplo sprawdziło, w jakiej mierze zdaniem respondentów technologia może wesprzeć firmy w budowaniu skutecznej komunikacji wewnętrznej. Niemal 7 na 10 pracowników potwierdziło, że narzędzia on-line wykorzystywane wewnątrz firmy mogą usprawnić komunikację z pracownikami. Podobna grupa respondentów (65,7%) zadeklarowała, że chciałaby mieć dostęp do jednego rozwiązania on-line gromadzącego w jednym miejscu komplet informacji o firmie, prowadzonych w niej projektach i pracownikach. Co więcej, ponad połowa badanych (56,1%) uznała rozwiązania on-line za skuteczną alternatywę dla e-maili i rozmów telefonicznych wewnątrz organizacji.Grafika 2 Grafika 3 Grafika 1

 

 

 

 

Przewagę internetowej platformy komunikacji wewnętrznej nad standardowymi e-mailami zauważa Aleksandra Jankowska-Bożyk, HR and Organization Director w PZ Cormay S.A. Producent odczynników diagnostycznych i dystrybutor światowej klasy aparatury medycznej zatrudnia w Polsce ok. 200 osób, pracujących w 3 lokalizacjach, zarówno w biurach, jak i zakładzie produkcyjnym. – Nasza firma posiada również przedstawicielstwa za granicą, m.in. w Rosji i spółkę w Szwajcarii, w związku z czym komunikacja wewnętrzna jest kluczowym elementem dobrej współpracy. Z uwagi na to, że w naszej grupie kapitałowej pracują osoby różnych narodowości, komunikację prowadzimy w dwóch językach. A zależy nam, aby nasi pracownicy mieli dostęp do informacji firmowych w jednym miejscu i czasie, co bez wsparcia technologii nie byłoby możliwe. Taka platforma łączy w sobie funkcje e-maila, Intranetu, Skype’a i Facebooka. Każdy pracownik ma możliwość dotarcia do praktycznie każdej informacji, a przy tym jego skrzynka e-mailowa nie jest obciążana dużą liczbą wiadomości – podkreśla Aleksandra Jankowska-Bożyk z PZ Cormay S.A.

7 na 10 pracowników korzysta z platformy społecznościowej w firmie

Duże zainteresowanie społecznościowymi narzędziami komunikacji wewnętrznej potwierdzają dane pochodzące z systemu emplo. Wynika z nich, że w 2016 roku aż 71% pracowników przynajmniej raz w tygodniu zalogowało się na wdrożoną w firmie platformę online. Średni czas jednej wizyty wyniósł 7 minut. – Ogromny technologiczny postęp w obszarze komunikacji wewnętrznej związany jest z jednej strony z potrzebą szybkiego i skutecznego dotarcia z informacją wewnątrz organizacji, ale również z pojawieniem się nowych pokoleń, które nieco inaczej podchodzą do komunikacji. Młodsi dużo czasu spędzają wirtualnie, a platformy społecznościowe stanowią ich codzienność. Nowoczesne technologie stają się więc naturalnym sprzymierzeńcem dynamicznych zmian i coraz więcej pracodawców zdaje sobie z tego sprawę. Tylko w 2016 roku liczba klientów korzystających z emplo potroiła się – mówi Paweł Leks z emplo.

Użytkownicy platformy mają do dyspozycji wiele różnorodnych funkcjonalności, wśród których trzy grupy budzą największe zainteresowanie. Pierwsza dotyczy wielokierunkowej komunikacji w firmie, w ramach której pracownicy piszą artykuły, posty i komentarze, publikują zdjęcia czy wypełniają ankiety. Po drugie, emplo przyczynia się do usprawniania procesów firmowych poprzez możliwość wypełniania wszelkich wniosków firmowych: od urlopowych i L4 przez wnioski o wizytówki po dowolnie zdefiniowane przez firmę procesy. Trzecia grupa funkcjonalności związana jest z obszarem oceny i rozwoju pracowników. Platforma umożliwia m.in. określanie celów indywidualnych, przygotowywanie i wypełnienie kwestionariuszy oceny okresowej czy oceny kompetencji.

Aleksandra Jankowska-Bożyk z PZ Cormay S.A. wskazuje, że część funkcjonalności jest szczególnie istotna z punktu widzenia pracodawcy, a część bardzo doceniają sami pracownicy. – Jako pracodawca najczęściej korzystam z narzędzi typu ocena roczna, ankiety zaangażowania, wyznaczanie celów czy planowanie urlopów. Obecnie wdrażamy system zarządzania wiedzą, co będzie ogromnym krokiem w rozwijaniu kompetencji pracowników w naszej organizacji. Równie cenna jest dla nas możliwość publikowania w jednym miejscu aktualności. Są to m.in. informacje o nowych osobach, wprowadzanych produktach, jak i te, które dotyczą narodzin dzieci naszych pracowników, ich hobby czy prywatnych osiągnięć. Z drugiej strony, pracownicy chętnie odnoszą się do informacji w aktualnościach dając swoje komentarze pod nimi czy współtworząc artykuły.  Dla nich wartościowe są też informacje o stanowiskach poszczególnych osób w organizacji oraz moduł do zarządzania urlopami – mówi Aleksandra Jankowska-Bożyk.

W największych firmach i z rozproszoną strukturą bez technologii jak bez ręki

Potrzeba zmiany w sposobie prowadzenia komunikacji wewnętrznej i większego nacisku na technologiczne rozwiązania społecznościowe jest najbardziej widoczna w przypadku dwóch rodzajów organizacji. Po pierwsze, w największych firmach zatrudniających kilkaset czy kilka tysięcy pracowników. W firmach zatrudniających powyżej 500 osób, 70% zapytanych chciałoby mieć dostęp do takiego rozwiązania online, podczas gdy w organizacjach zatrudniających od 51 do 250 osób odsetek ten wynosi 65%. Podobnie, pracownicy największych firm częściej niż pracownicy średnich podmiotów uważają, że narzędzia online mogą zastąpić standardowe dziś formy komunikacji wewnętrznej, takie jak telefon czy e-mail – 61,4% vs. 55,9%.

Po drugie, technologia przybywa z odsieczą szczególnie w firmach z rozproszoną strukturą, w których zatrudnione osoby pracują w różnych lokalizacjach i w różnym trybie. Statyczną pracę przy biurku coraz częściej zamieniamy na pracę w drodze na spotkanie, w pociągu czy w kawiarni. W firmach, które mierzą się z takimi wyzwaniami, usprawnienie komunikacji wewnętrznej jest podstawą efektywnej działalności. – Wśród współpracujących z nami przedsiębiorstw są organizacje z oddziałami rozsianymi po całej Polsce i w różnych krajach, z osobami pracującymi w trybie zmianowym oraz korzystającymi z pracy zdalnej. Możliwość natychmiastowego dotarcia z firmowymi informacjami do każdej osoby, także tej nie pracującej przy komputerze, a korzystającej głównie ze smartfona, jest kluczową wartością dla zarządów i menedżerów. Jeśli na dodatek pracownicy mają możliwość zabrania głosu i współtworzenia firmowej społeczności, tworzy to dodatkową wartość – podkreśla Paweł Leks z emplo.

EFL: dotacje unijne oraz odnowienie parków maszynowych determinują wzrost leasingu IT oraz maszyn

W I półroczu 2017 roku wartość wyleasingowanego sprzętu IT przekroczyła 370 mln zł, co oznacza 6% wzrost r/r – wynika za najnowszych danych Związku Polskiego Leasingu. Lepiej niż cały rynek poradził sobie EFL, który finansując IT inwestycje firm na kwotę 50 mln zł, wypracował 16% dynamikę r/r i objął pozycję lidera w segmencie. Eksperci EFL zwracają uwagę, że dynamika rynku IT i szerzej – maszyn i urządzeń – w całym 2017 roku będzie wynikała przede wszystkim z wykorzystania środków unijnych oraz konieczności odnowienia parków maszynowych.

Eksperci EFL podkreślają, że polskie firmy z roku na rok są coraz bardziej innowacyjne, o czym świadczy między innymi rodzaj dokonywanych przez nie inwestycji. – Ze zrealizowanego przez nas badania „Innowacyjność w MŚP. Pod lupą” wynika, że niemal połowa firm uważa, że inwestycje, jakich dokonali w ciągu ostatnich kilku lat, miały charakter innowacyjny. Co więcej, aż 84% przedsiębiorców zapytanych o to, co w ich opinii czyni firmą bardziej innowacyjną, wskazało na zakup nowych technologii, a 74% na zakup specjalistycznego oprogramowania. W kontekście nowej perspektywy unijnej 2014-2020, której celem jest podniesienie innowacyjności polskiej gospodarki, spodziewamy się, że w najbliższych latach na rynku leasingu IT będziemy mieć do czynienia ze wzrostowym trendem – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.

Rynek IT na plusie

Jak podał Związek Polskiego Leasingu, wartość sprzętu IT sfinansowanego przez firmy leasingowe od stycznia do czerwca tego roku wyniosła niemal 372 mln zł, co oznacza 6% dynamikę w porównaniu do tego samego okresu ubiegłego roku. Ponadrynkowym wzrostem na poziomie 16% r/r może pochwalić się EFL, który wyleasingował środki trwałe z tego segmentu warte łącznie ponad 50 mln zł. Firma zwiększyła również swój udział z 12% do 13,5% i objęła pozycję numer jedne na rynku IT.

Rozwiązany „worek” ze wsparciem unijnym

Maszyny i inne urządzenia, w tym IT, stanowią drugi, po pojazdach, segment rynku finansowany przez firmy leasingowe (ZPL: udział w rynku na poziomie 26,7%). Od stycznia do czerwca br. udzielono 8,5 mld zł łącznej wartości finansowania, czyli o 1/5 więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. – Dynamika tego rynku wynikała przede wszystkim z dwóch czynników. Po pierwsze, z wykorzystania środków unijnych. W ubiegłym roku środki unijne z pierwszej perspektywy 2007-2013 już zostały wyczerpane, natomiast z kolejnej (2014-2020) jeszcze nie były uruchomione. Stąd niska baza. Kiedy ruszyły programy unijne, wpłynęło to na finansowanie maszyn i urządzeń. Nie tylko maszyn rolniczych, medycznych czy budowlanych, ale również sprzętu IT. Po drugie, odbicie segmentu maszyn i urządzeń to efekt konieczności odnowienia parków maszynowych. Bowiem wykorzystanie mocy produkcyjnych na koniec 2016 roku było na poziomie aż 80%, co wskazuje na konieczność odnowienia lub uzupełniania parków maszynowych w tym roku. Te same elementy będą wpływać na trend wzrostowy w drugiej części roku – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.

Wzbogacimy się o pieniądze z OFE. Kiedy i ile wypłacimy?

W przyszłe wakacje możemy być bogatsi nawet o 8 tys. złotych. Powód to zapowiedziana przez wicepremiera Morawieckiego reforma emerytalna. Propozycja zakłada, że pieniądze zgromadzone w OFE staną się naszą własnością.

Nowa reforma emerytalna ma polegać m. in. na tym, że pieniądze zgromadzone w OFE w 75% staną się naszą własnością. Nie trafią jednak bezpośrednio na nasze konta bankowe. OFE zamienią się w IKZE, w których będziemy mogli dalej trzymać swoje pieniądze lub je wypłacić ale dopiero w 2020 roku. Pozostałe 25% ma trafić na Fundusz Rezerwy Demograficznej. Według wstępnych informacji wypłaty nie będą możliwe do końca 2019 r. Od 2020 r. do końca 2024 r. ma obowiązywać wysoki 75% podatek od wypłat. Dopiero od 2025 r. wypłat będzie można dokonywać na takich zasadach jakie obecnie obowiązują w zwykłych IKZE.

Wypłaty z OFE dostaną nawet ci, którzy w 2014 r. postanowili z niego zrezygnować. Decyzja, którą wtedy podejmowaliśmy dotyczyła bowiem tego, czy nowe składki mają nadal wpływać do OFE i ZUS, czy też tylko do ZUS. Osoby, które wybrały tylko ZUS nadal mają więc pieniądze w OFE, które zostały wpłacone przed 2014 r.
Jak wyliczył Expander średnia wypłata jaką Polacy otrzymają z OFE będzie wynosić 8 016 zł. Przeciętnie mamy tam bowiem nieco ponad 10 000 zł, ale dostaniemy 75% tej kwoty. To ile faktycznie dostaniemy nie zależy jednak tylko od tego, którego OFE jesteśmy klientem. Największe znaczenie ma to jak długo płaciliśmy składki emerytalne oraz jakie były nasze zarobki.

Jak sprawdzić ile dokładnie dostaniesz?

Żeby w miarę dokładnie sprawdzić jaką kwotę dostaniemy najlepiej zalogować się na swoje konto w OFE lub zadzwonić na jego infolinię. Tam możemy dowiedzieć się jakie mamy saldo rachunku. Następnie należy pomnożyć je przez 0,75, gdyż dostaniemy tylko 75% zgromadzonych środków.

Wyliczona w ten sposób kwota wypłaty może się jednak jeszcze zmienić. Po pierwsze, OFE wciąż inwestują więc roku do lipca 2018 r. mogą jeszcze pojawić się jakieś zyski lub straty z tych inwestycji. Poza tym, część Polaków zdecydowała, że nadal płaci składki do OFE. W przypadku takich osób kwota wypłaty wzrośnie o te składki, które zostaną wpłacone do momentu wypłaty. Najlepiej więc będzie sprawdzić saldo nie tylko teraz, ale jeszcze raz, tuż przed dniem wypłaty. Najwygodniej jest to zrobić przez Internet. Na stronach internetowych OFE zwykle można się zalogować na swoje konto. Jeśli nie mamy jeszcze loginu i hasła, to zwykle otrzymamy je kontaktując się z infolinią swojego OFE.

Na koniec warto przypomnieć, że wcześniejsza reforma OFE spowodowała, że zabrano nam 51,5% zgromadzonych tam pieniędzy. Teraz stracimy 25% z tych pozostałych środków. Tak naprawdę otrzymamy więc nie 75%, a jedynie 36,4%. W uproszczeniu można więc powiedzieć, że z każdych 10 000 zł dostaniemy tylko 3 638 zł. Reszta trafiła już na konta ZUSu lub niedługo wpłynie do Funduszu Rezerwy Demograficznej.

Od piątku do piątku

Piątkowe dane z rynku pracy USA dały impuls by nieco skorygować fatalny sentyment względem dolara. Do wykrystalizowania się trwalszej tendencji potrzebna będzie dłuższa seria pozytywnych zaskoczeń, w pierwszym rzędzie inflacyjnych. Odczyty CPI i dynamiki cen bazowych z USA już w piątek i to one będą kluczowym punktem tygodnia, który pod względem liczby odczytów makroekonomicznych jest najspokojniejszym w sezonie wakacyjnym. Nawet sezon kwartalnych wyników giełdowych spółek z Wall Street wchodzi już w schyłkową fazę.

Złoty jest bardzo stabilny, EUR/PLN tkwi w okolicach 4,25 i nie widzimy w krótkim terminie czynników, które mogłyby odmienić taki stan rzeczy. Tuż ponad istotną barierą 3,52 konsoliduje się również USD/TRY. Wśród reprezentantów świata EMEA największej zmienności podlega targany niestabilnością sceny politycznej USD/ZAR. Ostatnie kilkanaście godzin to ostra aprecjacja randa pod wpływem informacji, że głosowanie ws. wotum nieufności dla prezydenta Zumy będzie utajnione. Zwiększa to szanse na kres jego urzędowania a reakcja dobitnie pokazuje jak wielką niechęcia międzynarodowi inwestorzy darzą tego polityka. W końcu w naszym regionie zostaną opublikowane dane inflacyjne z Węgier (dziś) i z Czech (jutro). Wstępny odczyt dla Polski już znamy ( inflacja CPI przyśpieszyła z 1,5 do 1,7 proc. rok do roku), ale odczyty te pozwolą lepiej odszyfrować zachowanie poszczególnych kategorii cen w gospodarkach naszego regionu. CNB w tym roku porzucił optymalny poziom kursu EUR/CZK na 27,00 i w zeszłym tygodniu zdecydowanie podniósł stopy. Rynek wycenia dalsze zacieśnianie (pełna podwyżka o 25 pb w horyzoncie roku) i słabość presji inflacyjnej mógłby wywołać mocniejsze wzrostowe odreagowanie kursu, który w ubiegłym tygodniu zaliczył nieudaną próbę zejścia pod 26,00.
W przestrzeni G-10 w notowaniach większości par sytuacja jest w krótkim terminie nieklarowna. EUR/USD odpadł od 1,19, ale nie zszedł trwale poniżej 1,1750, co potwierdzałoby krótkoterminowy szczyt. Dziś rano kurs zawraca ponad 1,18. USD/JPY zbudował bazę do wzrostów w okolicach 110,00, ale kurs ma problem z wyjściem ponad 111,00, co byłoby katalizatorem dalszej zwyżki w kierunku 114,50 (pozostaje ona naszym scenariuszem bazowym). Dolarowi nie przyszła z pomocą seria wypowiedzi (Kashkari i Bullard). Obaj decydenci są dobrze znani ze swojego gołębiego nastawienia, więc ich postulaty by nie śpieszyć się z kolejną podwyżką nie są żadnym szokiem.

Wyjątek stanowi NZD/USD, który wczoraj wyraźnie się obniżał i nie jest w stanie wygenerować większej korekty. Po rozczarowaniu danymi z rynku pracy i inflacją za drugi kwartał rynek obawia się, że jutrzejszej decyzji RBNZ. Wycena wzrostu stopy OCR w horyzoncie roku została wymazana niemal do zera. Pozycjonowanie po ostatnim ruchu nieco się zneutralizowało, ale nadal przemawia za kontynuacją zniżek kursu. Władze monetarne powinny jednocześnie z dystansowaniem się od potrzeby zacieśniania zasygnalizować swoje niezadowolenie z siły waluty. Pozostajemy negatywnie nastawieni do perspektyw NZD.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Raport – Rynek magazynowy w I połowie 2017 r.

Rynek rozpalony do czerwoności. Duże kontakty wygenerowały historycznie wysoki popyt w pierwszym półroczu 2017.

Sektor nieruchomości magazynowych jest w doskonałej kondycji. Od stycznia do końca czerwca 2017 roku wynajętych zostało ponad 1,82 mln mkw., z czego 70% to nowe umowy najmu i ekspansje. Deweloperzy przygotowują kolejne inwestycje, czego efektem jest 1,71 mln mkw. powierzchni magazynowej w budowie i 720 000 mkw. oddanych do użytku w ciągu pierwszych 6 miesięcy br. Rozwojowi sektora sprzyjają zmiany w modelach sprzedaży jak również dobra koniunktura gospodarcza w Europie Zachodniej – czytamy w raporcie AXI IMMO podsumowującym I połowę 2017 r. na rynku magazynowym.

Popyt

W pierwszych 6 miesiącach 2017 roku łącznie wynajętych zostało ponad 1,82 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, co jest historycznie najlepszym wynikiem pierwszej połowy roku. Podpisano kontrakty na powierzchnię o 32% większą niż w analogicznym okresie w roku poprzednim. 70% wolumenu transakcji stanowiły nowe umowy najmu i ekspansje.

Wysoki poziom popytu świadczy o dobrej kondycji i dalszym dynamicznym wzroście sektora. Najlepszy wynik odnotowano w regionie Polski Centralnej, gdzie wynajętych zostało 444 000 mkw. w ramach zaledwie 16 umów najmu. Trzy z nich dotyczyły aż 52 proc. całkowitej powierzchni najmu w regionie. Są to kontrakty na realizacje inwestycji BTS firm: Castorama (100 000 mkw.), BSH (79 000 mkw.)  i OBI OBI (50 700 mkw.).  Na podium znalazły się też Górny Śląsk (401 000 mkw.) i Warszawa (392 000 mkw.).  – komentuje Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO.

W pierwszej połowie 2017 roku dominowały główne rynki, na których wynajętych zostało 1,6 mln mkw., zaś tylko 11% z popytu brutto stanowiły transakcje na mniejszych rynkach. W porównaniu z I połową 2016 r. największa dynamikę po stronie popytu zaobserwowano w Polsce Centralnej, gdzie nastąpił gigantyczny wzrost o 158%. Znaczący skok miał również miejsce na Górnym Śląsku, gdzie popyt wzrósł o 89%.

W strukturze popytu na czoło wysunęły się sieci handlowe z udziałem na poziomie (35%), następnie operatorzy logistyczni (30%).

Podaż

Deweloperzy korzystają z dobrej koniunktury na rynku i intensywnie rozwijają kolejne projekty. Od stycznia do końca czerwca br. oddanych do użytku zostało 720 000 mkw. , o 10% więcej w porównaniu z I połową ubiegłego roku. Najwięcej nowych projektów powstało w okolicach Warszawy (115 000 mkw.), Bydgoszczy (113 000 mkw.) i Poznania (111 000 mkw.). Największy udział w nowej podaży na koniec czerwca br. mieli deweloperzy: Panattoni (47%), następnie Prologis (12%) i Hillwood/7R (11%). Na koniec czerwca br. całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce osiągnęły poziom 12 mln mkw.

Dynamika nowej podaży jest wysoka  ( wzrost o 100% w porównaniu z rokiem ubiegłym) w budowie znajduje się 1,71 mln mkw. powierzchni przemysłowych, ale dominują inwestycje BTS i pre-let. Najwięcej buduje się w regionie Warszawy (360 000 mkw.), na Górnym Śląsku (330 000 mkw.) i w Szczecinie (293 000 mkw.).

Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO
Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO

Udział inwestycji spekulacyjnych w wolumenie projektów w budowie spada. Na koniec czerwca wynosił 24%, czyli o 18% mniej niż w analogicznym okresie w roku poprzednim. Jest to efekt dużych projektów BTS, ale też większej ostrożności deweloperów, którzy w większości przypadków o rozpoczęciu nowych inwestycji decydują dopiero po podpisaniu przynajmniej jednej umowy pre-let. Inwestorzy spekulacji nie boją się tylko na głównych rynkach, najwięcej powierzchni nie zabezpieczonej umowami najmu powstaje w okolicach Warszawy, na Górnym Śląsku i we Wrocławiu – dodaje Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO.

Poziom pustostanów

Na koniec II kwartału br. wskaźnik pustostanów wyniósł 5,9% i był niższy o 0,2 p.p. w porównaniu z poprzednim kwartałem. Najwięcej powierzchni do wynajęcia od zaraz znajduje się w regionie Szczecina (8,7%) i Wrocławia (8,5%). Najniższą dostępność na koniec czerwca br. odnotowano w Polsce Centralnej (0,7%). W zasadzie w regionie brak jest wolnych od zaraz powierzchni klasy A, jak również brak perspektyw zmiany tej sytuacji do końca br.

Stawki czynszów

W większości lokalizacji stawki czynszów utrzymują się na stabilnym, niskim poziome. W Łodzi i wybranych lokalizacjach na Górnym Śląsku obserwujemy delikatną tendencję zwyżkową. Przy transakcjach najmu dla średniej wielkości magazynów (w przedziale 2,5 – 5 tys. mkw.) deweloperzy nie są skłonni do ustępstw w odniesieniu do stawek bazowych, pole do negocjacji pozostaje w przypadku stawek efektywnych. Najatrakcyjniejsze stawki efektywne możliwe są do uzyskania w okolicach Warszawy (1,90 – 2,40 euro/mkw.) i w Poznaniu (1,9 – 2,5 euro/mkw.) Dość wysokie stawki, powyżej 3,0 euro/mkw., utrzymują się w Łodzi oraz subregionie Bielska-Białej.

Prognozy

Na koniec roku 2017 możemy spodziewać się pobicia ubiegłorocznego wyniku 3 mln mkw. wynajętej nowoczesnej powierzchni magazynowej. Na wysoki wynik będą miały wpływ duże kontrakty z Górnego Śląska i Polski Centralnej, dalszy dynamiczny rozwój kanału e-commerce oraz dobre wyniki makroekonomiczne gospodarki polskiej, ale też niemieckiej i krajów UE. Polska staje się rozwiniętym rynkiem magazynowo – przemysłowym, o wolumenie porównywalnym z Wielką Brytanią. Jesteśmy niewątpliwym liderem regionu Europy Środkowo-Wschodniej, a dzięki relatywnie niskim kosztom pracy, nadal wysokiej dostępności terenów i konkurencyjnym stawkom czynszów dobrą alternatywą dla rynków Europy Zachodniej.

Kluczową kwestią przy dużych projektach będzie nie tylko lokalizacja i dobrze rozwinięta infrastruktura drogowa, ale przede wszystkim dostęp do pracowników. Na duże inwestycje mogą liczyć nowe lokalizacje w woj. lubuskim, Białymstoku czy Kielcach, gdzie zasoby kadrowe jeszcze nie wyczerpały się.

Dobre perspektywy na rynku zachęcają deweloperów, którzy przygotowują kolejne inwestycje na głównych rynkach, jak też w nowych lokalizacjach, ale tylko pojedyncze projekty będą realizowane spekulacyjnie. W drugiej połowie roku oddanych do użytku będzie ok. 1 mln mkw., co zapowiada kolejny rekord po stronie podaży na koniec 2017 r.

Cyberbezpieczeństwo w epoce millenialsów

Millenialsi podbijają rynki pracy. Są to osoby w wieku od dwudziestu kilku do trzydziestu kilku lat, którzy według badań firmy PwC około 2020 roku będą stanowić połowę globalnej liczby pracowników. Millenialsi mają swoje przyzwyczajenia i nawyki: lubią dzielić się wydarzeniami z życia w mediach społecznościowych, chcą elastycznego podejścia do pracy i potrafią szybko ją zmienić, jeśli ich oczekiwania nie zostają spełnione. Ich cechy charakteru będą coraz mocniej wpływały na kulturę miejsc pracy, a co za tym idzie – będą także stanowiły poważny test dla firmowych systemów cyberbezpieczeństwa. Specjaliści z firmy Fortinet wskazują, na co działy IT powinny zwrócić szczególną uwagę.

Media społecznościowe

Lajki, share’y, tweety – millenialsi uwielbiają media społecznościowe i spędzają w nich mnóstwo czasu. Czy należy więc im blokować do nich dostęp w miejscu pracy? Według badań firmy CareerBiulder pracodawcy uważają media społecznościowe za jednego z największych zabójców produktywności. Social media ustępują jednak m.in. smartfonom, przeglądaniu stron www i plotkowaniu.

Z perspektywy bezpieczeństwa firmowej sieci należy pamiętać, że media społecznościowe są jednym z najpopularniejszych celów ataków malware’owych oraz inżynierii społecznej. Wiele spośród nawet niewinnie wyglądających linków może zaprowadzić użytkownika do zainfekowanej strony www. Nawet jeżeli pracownik korzysta z social mediów odpowiedzialnie, znajomi pozostający w jego sieci wcale nie muszą tego robić.

Oczywiście łatwo jest zablokować lub ograniczyć dostęp do popularnych serwisów. Nie oznacza to jednak, że pracodawcy powinni zacząć to praktykować na szeroką skalę. Lepiej zwrócić uwagę na to, jak bezpieczeństwo w sieci jest egzekwowane całościowo. Dobrym początkiem będzie ustalenie jasnych zasad dotyczących korzystania z sieci i przeszkolenie w tym zakresie personelu.

Najważniejszym elementem ochrony pozostaje jednak wciąż infrastruktura zabezpieczająca. Można na niej polegać mocniej niż na tym, że pracownicy nigdy nie popełnią błędu podczas korzystania z social mediów.

Systemy zabezpieczeń

Solidna, wielowarstwowa infrastruktura zabezpieczająca pozostaje wciąż najważniejszym elementem ochrony informatycznej. Wraz ze zmieniającymi się zwyczajami pracy, przynoszonymi przez millenialsów, osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo muszą jednak ponownie przyjrzeć się firmowym zabezpieczeniom.

Poważnym wyzwaniem już od dłuższego czasu jest korzystanie z prywatnych smartfonów czy tabletów w miejscu pracy. Według badań firmy McKinsey & Company, obecnie około 80% firm umożliwia pracownikom łączenie prywatnych urządzeń z firmową siecią. Pracownicy coraz częściej chcą mieć także możliwość korzystania z poczty i innych aplikacji firmowych na osobistych urządzeniach. Ten trend, nazywany BYOD (Bring Your Own Device, czyli „przynieś własne urządzenie”), stwarza wiele nowych zagrożeń dla bezpieczeństwa.

Przede wszystkim należy więc wzmocnić zabezpieczenie samych urządzeń przynoszonych przez millenialsów – za pomocą firewalli, oprogramowania typu anty-malware, rozwiązań do zarządzania urządzeniami mobilnymi (MDM – Mobile Device Management) i regularnego aktualizowania oprogramowania i aplikacji. Wymagane powinny być też silne hasła zabezpieczające dostęp do urządzeń. Trend BYOD jest ryzykowny również dlatego, że pracownicy często zapominają o tym wymogu. Można także użyć różnych metod uwierzytelniania, aby zidentyfikować użytkowników sieci i zezwalać na różne poziomy dostępu.

Ostatnim, ale równie ważnym elementem zabezpieczeń, jest uświadamianie i szkolenie personelu. Stworzenie właściwych procedur bywa wyzwaniem, ponieważ wymaga zachowania proporcji między bezpieczeństwem a wygodą pracy.

Shadow IT

Pod pojęciem Shadow IT znajdują się aplikacje i usługi, często w chmurze, nie zatwierdzone przez organizację, a z których korzystają pracownicy. Fakt, że pozostają poza kontrolą, stwarza poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa.

Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, kiedy pracownik używa swojego smartfona do otwarcia pliku. Prawdopodobnie telefon wykona rutynową automatyczną kopię pliku, która może zostać następnie wysłana do niezatwierdzonego miejsca przechowywania online. W ten sposób poufne dane firmowe zostają przeniesione do niebezpiecznej lokalizacji. W podobny sposób wiele aplikacji społecznościowych używanych przez millenialsów może przenosić poufne informacje o firmie w niebezpieczne miejsca.

Nakłanianie pracowników do zaprzestania używania urządzeń i aplikacji, które nie są kontrolowane, prawdopodobnie nie będzie skuteczne. Wszechobecność smartfonów i tak sprawia, że pracownicy korzystają z sieci społecznościowych i osobistych aplikacji w chmurze, niezależnie czy polityka firmy to dopuszcza, czy nie.

Bardziej efektywne może być edukowanie użytkowników, a także wdrażanie technologii – takich jak szyfrowanie danych, kontrola dostępu i monitorowanie ruchu – w celu zarządzania tym problemem.

Shadow IT poszerza się także wtedy, gdy pracownicy nie są zadowoleni z rozwiązań dostarczonych przez organizację. Dyrektorzy IT mogą nie być w stanie przeszkodzić pracownikom w poszukiwaniu alternatywnych aplikacji, mogą za to wsłuchiwać się w ich opinie i starać się odpowiedzieć na ich potrzeby – co millenialsi z pewnością docenią.

Social MIX – nowe narzędzie marketingu sensorycznego od MOOD Polska

Firma MOOD specjalizująca się w experience design, wprowadziła do swojej oferty na polskim rynku innowacyjne narzędzie marketingu sensorycznego. Autorskie rozwiązanie o nazwie Social MIX, pozwoli klientom realnie wpływać na repertuar muzyczny grany w punkach handlowych i usługowych. Za pomocą smartfonu czy tabletu, będą mogli głosować na utwory, które będą następnie dodawane do repertuaru w danej lokalizacji.

socialmixphoneNowe narzędzie oferowane przez MOOD Polska, pozwala na nowoczesną interakcję miedzy klientami a marką, która skorzysta z rozwiązania Social MIX. Goście sklepów, restauracji, galerii handlowych, punktów usługowych, etc. będę mogli wybierać utwory, które chcieliby najbardziej usłyszeć podczas swojej wizyty w danej lokalizacji. W ten sposób będzie powstawać oddzielna playlista dla każdej marki, a utwory które zdobędą najwięcej głosów, będą przesuwały się na początek listy odtwarzania.

Social Mix został zaprojektowany, aby płynnie współpracować z naszym dotychczasowym narzędziem Mood Mix Pro – wiodącym w branży rozwiązaniem muzycznym. Klienci otrzymują stronę społecznościową Social Mix, która dostępna jest za pośrednictwem urządzeń mobilnych klientów odwiedzających lokale danej marki. Każda lokalizacja Social Mix zostanie dodana do naszej mobilnej Mapy, dzięki czemu klienci w łatwy sposób będą mogli zidentyfikować, które miejsca korzystają z usługi – mówi Aleksandra Potrykus–Wincza, Country Manager Poland & Baltics w MOOD.

Aby brać udział w tworzeniu repertuaru muzycznego dla danej lokalizacji handlowej lub usługowej, klienci nie muszą się logować, instalować żadnej aplikacji czy też płacić za możliwość wpływania na playlistę. Każdy klient może zagłosować na wybraną przez siebie piosenkę z pośród 20 wyświetlanych utworów będących częścią playlisty sklepu raz w ciągu godziny. Piosenka mająca najwięcej głosów, będzie odtwarzana wtedy jako pierwsza.

– In Store Experience Design do którego zaliczamy nowe narzędzie Social MIX, jest synergią wszystkich aspektów tworzenia doznań klientów, w której każdy z elementów w przemyślany sposób wpływa na zaprezentowanie wyjątkowej osobowości marki i wzbogaca jej strategie marketingowe w punkcie sprzedaży. W MOOD wierzymy w moc projektowania rozwiązań audio-wideo oraz kompleksowe i konsekwentne podejście do zarządzania doznaniami klientów, bo rozumiemy, że całokształt tzw. „in store experience” jest ważniejszy, niż jego poszczególne części. Social MIX jest zatem idealnym dopełnieniem naszych dotychczasowych usług z zakresu audiomarketingu – dodaje Aleksandra Potrykus-Wincza.

Dzięki innowacyjnym narzędziom Social Mobile, można również tworzyć dodatkowe kanały komunikacji. Dzięki temu właściciele punktów handlowo-usługowych mogą w prosty sposób kontaktować się ze swoimi Klientami, pozyskiwać nowych, zachęcać do większej aktywności i interakcji z marką oraz sprawić, by byli bardziej lojalni i odwiedzali sklep lub lokal częściej. Użytkownicy rozwiązań mobilnych od MOOD mogą np. w ramach systemów wysyłać kreatywne mailingi z komunikacją oferty promocyjnej, programu lojalnościowego czy konkursu. Takie formy komunikacji to skuteczny sposób na budowanie relacji z klientami.

Banki chętnie „pomogą” dłużnikowi, przy okazji poprawią swój wizerunek i zdobędą o nim nowe informacje?

Ostatnio głośno jest o tym, że banki mogą zyskać alternatywę dla windykacji. Za pośrednictwem firm zewnętrznych szukałyby dłużnikom pracy lub opieki do dzieci, by ci szybciej spłacili zobowiązania. Według Jana Żuralskiego, zadłużeni nie potrzebują takiej pomocy akurat od banku. Mogą to odbierać jako zabieg PR-owy. Wsparcie mogłoby też mieć znamiona monitorowania życia zawodowego i zarobków kredytobiorców, a to ewidentnie nie jest w ich interesie. Dla przykładu, utrata nowej pracy mogłaby skutkować bardziej zaawansowanymi działaniami windykacyjnymi.

Prezes Zarządu Niezależnego Domu Maklerskiego S.A. podkreśla, że bank nie ma własnych narzędzi do tego, żeby samodzielnie szukać dłużnikom pracy czy opieki do dziecka. Oczywiście może zdecydować się na wprowadzenie tego typu rozwiązania, ale jego realizacja zapewne będzie przebiegać za pośrednictwem zewnętrznego podmiotu. Ekspert przewiduje, że jeżeli faktycznie doszłoby to do skutku, instytucje finansowe mogą wtedy pobierać prowizje od wyspecjalizowanych firm za przekazywanie im danych swoich klientów. To jedna z kilku potencjalnych korzyści, jakie ewentualnie odniosłyby banki, które przecież nie są organizacjami charytatywnymi.

– Moim zdaniem, banki mogłyby zaangażować się w tego typu projekt w celu poprawy swojego wizerunku w oczach klientów detalicznych. W ostatnich latach nadszarpnęły go, np. udzielając kredytów frankowych. Chwaląc się, że pośrednio pomogłyby złym dłużnikom wyjść na prostą, mogłyby w niewielkim stopniu poprawić swoją reputację. Co więcej, dzięki sprawnej akcji marketingowej, związanej ze znalezieniem pracy czy opiekunki do dziecka, banki pozyskałyby wiele dodatkowych informacji na temat swoich dłużników, które lepiej niż dotychczas pozwoliłyby im ocenić sytuację majątkową konkretnych osób – ocenia Jan Żuralski.

W opinii eksperta, włączając się w szukanie pracy dłużnikowi, bank po pierwsze poznałyby skalę jego wynagrodzenia, o czym wcale nie musi wiedzieć, gdy np. pensja wpływa na konto w innej instytucji lub jest wręczana pracownikowi w gotówce. Po drugie, mógłby kontrolować przebieg kariery zawodowej zadłużonego, a to byłoby dla niego dość niebezpieczne. Gdyby straciłby nową pracę, np. po okresie próbnym, to mogłoby poskutkować tym, że zamiast tzw. miękkiej windykacji nastąpiłaby twarda. W praktyce oznaczałoby to wszczęcie egzekucji komorniczej i zajęcie rachunku bankowego. Zdaniem Jana Żuralskiego, banki dość szybko posegregowałyby kredytobiorców na takich, którzy mają perspektywy do spłaty zadłużenia, oraz ludzi w ich ocenie z góry skazanych na porażkę.

– W mojej opinii, pozyskane w ten sposób informacje na temat klienta byłyby przetwarzane i wykorzystywane nie tylko przez banki w procesie aneksowania umów, ale przede wszystkim przez firmy windykacyjne. To pozwoliłoby im właściwie wycenić portfel wierzytelności, kupowany od banków. Jeżeli okazałoby się, że w jego skład wchodzą dobrze wykształceni, dynamiczni i młodzi ludzie z perspektywą wzrostu wynagrodzeń, to firmy windykacyjne byłyby skłonne zapłacić bankom zdecydowanie więcej – przewiduje Prezes Żuralski.

Gdy dany dłużnik przez kilka miesięcy wykazuje problemy ze spłatą należności, banki często sprzedają jego zobowiązanie firmom windykacyjnym, żeby pozbyć się niepotrzebnego kłopotu. Dlatego, według Jana Żuralskiego, te podmioty, które zajmują się dalszym dochodzeniem roszczeń, powinny być zdecydowanie bardziej zainteresowane weryfikacją sytuacji finansowej kredytobiorcy. Za dane kontaktowe czy informacje dotyczące miejsca pracy mogłyby płacić bankom więcej, kupując od nich długi klientów.

– Nie spodziewam się kolejek pod bankami, które zaproponują złym dłużnikom znalezienie pracy lub opiekunki do dzieci. Klienci mogą wręcz negatywnie zareagować na taką ofertę. Wymagałoby to od nich ujawnienia faktycznej sytuacji finansowej. A trzeba pamiętać o tym, że Polacy mówią chętnie o swoich zarobkach tylko wtedy, gdy starają się o kredyt. Kiedy sytuacja zaczyna wyglądać źle, zamykają się w sobie. Nie chwalą się nawet swoim znajomym, że mają długi i nie chcą o tym rozmawiać z obcymi. To ich stygmatyzuje – zauważa Jan Żuralski.

Jak wynika z obserwacji eksperta, dłużnicy ewidentnie nie lubią korzystać z agencji pośrednictwa pracy. Według raportów firm windykacyjnych, dotyczy to szczególnie mężczyzn ok. 40 roku życia, którzy wpadają w spiralę zadłużenia. Oni najrzadziej korzystają z tego typu pomocy. Ci, którzy są zdecydowani z niej korzystać, mogą bezpośrednio udać się do wyspecjalizowanych w tym kierunku firm lub zwrócić się do Urzędu Pracy. Trzeba też dodać, że obecnie samodzielne znalezienie posady jest dużo prostsze, niż jeszcze parę lat temu, gdy nie było rynku pracownika.

– Trzeba też wspomnieć o ewentualnej ofercie pomocy w znalezieniu opiekunki do dzieci. Nie zakładam, że bank opłaci swojemu dłużnikowi nianię. On sam będzie musiał jej zapłacić, a to przyniesie mu dodatkowe koszty. Każdy z nas, jeżeli szuka w tej chwili opiekunki, ma taką możliwość, za pośrednictwem Internetu, z polecenia znajomych czy też osobiście w firmie oferującej tego typu usługi. W tym względzie nie spodziewałbym się żadnych większych korzyści dla zadłużonych – dodaje Prezes Żuralski.

Ekspert przewiduje jeszcze jedno istotne zagrożenie, które może nastąpić, gdyby bank zaczął oferować pomoc w szukaniu pracy czy opiekunek do dzieci. W przypadku ewentualnych sporów sądowych z klientem, instytucja finansowa mogłaby stwierdzić, że przecież wyszła z propozycją wsparcia do danego dłużnika, ale on z tej „okazji” odpowiednio nie skorzystał. Reasumując, w dłuższej perspektywie okazałoby się, że zyski z wprowadzenia nowej usługi przypadną w udziale tylko i wyłącznie bankom.

Raport Euler Hermes: Budownictwo – boom, którego jeszcze nie było

Według ostatnich oficjalnych danych do końca czerwca 2017r. wartość rynku budowlanego wzrosła r/r o 7,6%. W tym samym okresie 2016r.  spadła ona 11,9%. Wciąż realna wartość rynku jest poniżej tej z 2015 roku, co napędza więc rynek?

Zapewne oprócz pewnej, ograniczonej puli nowych środków i ogólnie dużych nadziei wszystkich uczestników rynku jest to także kredyt, jakiego udzielają oni sobie, zwłaszcza dostawcy materiałów budowlanych. Czy to wystarczy? Odpowiedzi może dostarczyć liczba niewypłacalności firm budowlanych oraz obieg należności za użyte materiały, które to wskaźniki nie uległy poprawie w stosunku do roku ubiegłego”, mówi Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. Kluczowe ustalenia dotyczące sektora to:

  • Powolne zwiększanie się liczby nowych inwestycji centralnych – sami przedstawiciele branży szacują, że realny  wpływ będzie w 2018 roku, nawet dopiero w III jego kwartale (zgodnie z wypowiedzią przedstawiciela Związku Pracodawców Budownictwa)
  • Wzrost liczby niewypłacalności r/r – zwłaszcza w okresie I-III oraz ostatnio – w czerwcu. Na koniec półrocza jest ich minimalnie więcej niż przed rokiem (+3%), pomimo napływu nowych środków
  • Należności – podobnie jak przed rokiem, z symptomami delikatnej poprawy po stronie producentów. Jednocześnie mieliśmy do czynienia z pewnym zwiększeniem średniej wartości opóźnionych należności dystrybutorów hurtowych (w obydwu przypadkach był to efekt większej skali sprzedaży). Co piąta złotówka należności producentów jest przeterminowana, a hurtowników – co trzecia
  • Otwarte pozostaje pytanie o to, na ile branżę ożywia dopływ środków z nowych inwestycji, a na ile wiara w nie. Zwiększona akcja kredytowa dostawców, poziom potencjalnych strat – znacznie opóźnionych należności jest wciąż wysoki i potencjalnie zagrażający rentowności wielu producentów i dostawców
  • Rosnąca przewaga największych graczy na rynku prac budowlanych kosztem podmiotów o regionalnej skali działalności

W branży budowlanej widać dopływ środków na rynek, z tym ze nie wydaje się, aby to były już środki z inwestycji centralnych realizowanych z nowej perspektywy budżetowej UE. Jest to raczej ożywienie realizowane środkami samorządów i inwestorów prywatnych. Te największe inwestycje – jeśli są uruchomione, to na razie w fazie projektowej. Pod tym względem samorządy były lepiej przygotowane do inwestycji, miały w zanadrzu gotowe projekty.

Pamiętajmy jednak, iż także w samorządach nigdy nie udało się zrealizować wszystkich planowanych inwestycji. Zapowiadana więc i rozgrzewająca rynek (podobnie jak środki z nowej perspektywy budżetowej UE) informacja o ich sumie sięgającej 40 mld złotych jest raczej sumą deklaracji. W opinii Tomasza Starusa ich wartość ulegnie pewnemu zmniejszeniu w trakcie realizacji. Tym niemniej samorządy przystąpiły do działania, podczas gdy instytucje centralne zajmują się wciąż jeszcze głównie przetargami, a nie wydawaniem środków na same prace budowlane. Może to być uzasadnione nie tylko brakiem rzeczonych projektów, ale również brakiem środków, o czym rzadko się mówi, a co jest faktem. Budżety obciążone są obsługą kosztów inwestycji już zrealizowanych– zadłużeniem z lat ubiegłych. Dlatego wszyscy, także instytucje centralne mają mało środków na nowe inwestycje w stosunku do potrzeb i planowanej ich skali. Np. według dostępnych jeszcze w czerwcu informacji w Krajowym Funduszu Drogowym do wybudowania pozostało 2800km dróg przy pozostałym limicie finansowym ok. 11 mld złotych. Aktualne zadania pochłonęły z niego ponad 95 mld złotych. Receptą na te braki mogło być jak się wydaje unieważnianie niektórych przetargów, w tym tak wyczekiwanych obwodnic kilku miast. Ostatnio zapowiedziano zwiększenie tych środków w przyszłości o 28 mld złotych. Z akcentem na „w przyszłości”, bowiem posłużą one finansowaniu nowych projektów, które dopiero będą w fazie przetargowo-projektowej. Środki na nie przeznaczone na rynek wpłyną więc realnie dopiero za 2-3 lata.

Liczba niewypłacalności firm budowlanych wzrosła w I kwartale, następnie mieliśmy do czynienia z ich spadkiem w kwietniu-maju aby ponownie zanotować wyższą ich liczbę w czerwcu. Trend ten przebiegał odwrotnie niż w latach ubiegłych, gdy krytyczny był właśnie okres kwietnia-maja, aby potem wraz z rozwojem sezonu budowlanego aktualne środki na rynku tonowały sytuację. Niestety, w tym roku czerwiec był pod tym względem zaskakujący z ponownym wzrostem liczby niewypłacalności firm budowlanych.

 

budownictwo
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Tomasz Starus komentuje: „Za wzrostem liczby niewypłacalności firm budowlanych na początku roku stała ich wciąż pogarszająca się płynność finansowa po kryzysowym 2016 roku. Świadczą o tym wskaźniki spływu należności za materiały budowlane w I kwartale, gorsze o ok. 10% w stosunku do tych z IV kwartału 2016. Dobre nastroje na rynku, podsycane informacjami o uruchamianiu nowych przetargów publicznych zachęciła wielu dostawców materiałów budowlanych do ofensywy sprzedażowej na rynku – m.in. w marcu obroty dostawców materiałów budowlanych wzrosły o 32% r/r. Ponad dziesięciokrotnie więcej, niż wzrost w tym czasie wartości rynku prac budowlanych. Część dostawców zdała sobie sprawę z ryzyka, iż to oni mogą ponieść główny bieżący koszt (a tym samym i ryzyko) finansowania firm budowlanych. Stąd w czerwcu nie obserwowaliśmy już takiej zwyżki obrotów w stosunku do roku ubiegłego. Wzrost r/r w tym miesiącu wyniósł 2% zarówno po stronie producentów, jak i hurtowników budowlanych.”

To może świadczyć o tym, ze sezon rozwija się powoli, nieznacznie lepiej niż w roku ubiegłym. Bliższe prawdy mogą być zapowiedzi samych przedstawicieli branży, spodziewających się wzrostu rynku w skali całego roku nie w tempie dwucyfrowym, ale raczej 7-8%.

Okres obiegu należności w branżach związanych z budownictwem VI 2017

budownictwo 2
Źródło: Program Analiz Branżowych Euler Hermes

Niezła bieżąca płynność finansowa jest głównie efektem dobrych nastrojów na rynku (nowa perspektywa UE) oraz jego oczyszczenia się (niewypłacalności) w poprzednich miesiącach, a nie realnego dopływu gotówki. Nie obserwujemy bowiem wyraźnej poprawy w stosunku do roku ubiegłego, nie zmniejsza się zwłaszcza poziom opóźnionych należności. Te najbardziej przeterminowane z nich, tzw. trudne długi (nieuregulowane 120 dni i więcej po terminie płatności) zmniejszyły się jedynie po stronie producentów. Dystrybutorzy hurtowi płacili im lepiej, aby uzyskać lepsze warunki i bonusy w walce o „rosnący” rynek – jednak jak na razie trend ten nie znajduje potwierdzenia – i klienci końcowi z firma budowlanych nie płacili im lepiej niż przed rokiem, w czasie spowolnienia. Na tle ogólnych warunków w budownictwie dobrze wypada branża stalowa, co jest efektem wprowadzenia lepszej kontroli i dyscypliny sprzedaży w latach ubiegłych.

Średni udział należności przeterminowanych w branżach związanych z budownictwem VI 2017

budownictwo 3

Średni udział należności trudnych – de facto strat w branżach związanych z budownictwem VI 2017

budownictwo 4
Źródło: Program Analiz Branżowych Euler Hermes

Beneficjentem odbicia, a raczej ożywienia, są generalnie tylko duże firmy

Podczas gdy ubiegłym roku byliśmy świadkami załamania na rynku budowlanym, w raportach notowanych na GPW spółek z tej branży nie było widać zbyt wielu śladów kryzysu. W rzeczywistości przychody największych przedsiębiorstw wzrosły średnio o 4 proc. Lider branży miał np. najlepsze wyniki w historii, przychody firmy wzrosły o 8,5 proc. a zysk netto zwiększył się o 73 proc. Ogółem wartość prac jak i wartość zdobytych zleceń publicznych przez kilka-kilkanaście podmiotów przekracza 30%,zarówno pod względem wartości rynku ogółem, jak i wartości zdobytych kontraktów publicznych. Duże firmy „wygładzają” wyniki. Tworząc rezerwy są w stanie antycypować koniunkturę, dywersyfikować swoją obecność na rynku (wybierają aktualnie dochodowe nisze, np. Budimex buduje obecnie Biedronki). Firmy te nie muszą podejmować się każdego zlecenia; mogą je wybierać jak również podejmować ekspansję eksportową.

Duże firmy wybierając zlecenia na rynkach regionalnych oprócz dywersyfikowania ryzyka przejmują jednocześnie nisze firm lokalnych, o mniejszej skali działalności. Są one mniej konkurencyjne cenowo, o czym świadczą niewypłacalności firm budowlanych w pierwszym półroczu br. Nie były to malutkie kilkuosobowe firmy, ale najczęściej te o obrotach od kilkunastu do kilkudziesięciu milionów złotych, a nawet większe, osiągające ponad sto milionów złotych rocznego obrotu.

Nowe zlecenia trafiają głównie do największych graczy. Próby zmniejszenia ich dominującej pozycji na drodze ustawowej – zmiana wagi parametrów cenowych w przetargach, przepisy o ochronie podwykonawców – raczej nie pomogą mniejszym podmiotom. Mogą im nawet zaszkodzić z powodu administracyjnych procedur przy akceptacji podwykonawcy przez inwestora. Z kolei zniesienie wymogu umowy rodzić będzie konflikty o zakres i wartość prac” zauważa Tomasz Starus.

Dużym obciążeniem dla mniejszych firm budowlanych, rzutującym na ich płynność, jest odwrócony VAT w budownictwie. Konieczność kilkumiesięcznego oczekiwania na VAT od użytych w toku prac materiałów krytycznie wpływa na finanse mniejszych firm budowlanych. Sumy te przekraczają zwykle osiągane przez nie marże tek więc zanim realizowane kontrakty okażą się dochodowe, tworzą realną, bieżąca wyrwę w finansach tych firm. Nie są to bowiem firmy o jakichś dużych zapasach, zasobach gotówkowych, a ich lokalna skala działalności i forma właścicielska sprawiają, że nie ma mowy w ich przypadku o dokapitalizowaniu przez jakiś większy, zagraniczny podmiot, spółkę-matkę jak w przypadku większych gracz. Według ostatnich informacji problemy te zostały to już zauważone – mowa o wytycznych Ministerstwa Finansów dla urzędów skarbowych, aby dokonywały one szybszego zwrotu VAT, w terminie dwutygodniowym a nie dwumiesięcznym. Tym niemniej dotyczyć to ma na razie dla mikrofirm, zatrudniających poniżej 10 pracowników” dodaje Tomasz Starus.

Rodzice chętnie wysłaliby dzieci na studia internetowe. Są tańsze niż stacjonarne i umożliwiają podjęcie pracy

Rodzice chętnie wysłaliby dzieci na studia internetowe. Są tańsze niż stacjonarne i umożliwiają podjęcie pracy 6

Ponad dwie trzecie rodziców bierze pod uwagę dla swoich dzieci studia prowadzone w całości lub w części przez internet – wynika z badania HSBC Bank Polska. Globalnie trend ten jest wyraźnie widoczny, w Polsce dopiero zaczyna się rozwijać. Jednak ze względu na niższe koszty oraz możliwość łączenia nauki i pracy ten sposób studiowania może być szansą na uzyskanie lepszego wykształcenia.

– Na zlecenie banku HSBC zostało przeprowadzone badanie opinii rodziców, z którego wynika, że 70 proc. rodziców rozważyłoby wysłanie swoich dzieci na studia online – bądź całkowicie realizowane przez internet, bądź takie, w których moduły online są częścią – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Ujda, menadżer ds. komunikacji w HSBC Bank Polska. – Za granicą takie studia są coraz popularniejsze. Studia online są realizowane przez wiodące międzynarodowe uniwersytety. W Polsce – jak wynika z naszego rozeznania – taką możliwość oferują głównie prywatne uczelnie. Trend ten dopiero zaczyna być widoczny w naszym kraju.

W Polsce tę formę studiowania oferują m.in. Zachodniopomorska Szkoła Biznesu w Szczecinie, Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Administracji w Lublinie czy Akademia Humanistyczno-Ekonomiczna w Łodzi.

Z raportu na temat edukacji opublikowanego przez bank HSBC wynika, że globalnie prawie dwie trzecie rodziców jest otwartych na takie rozwiązanie (60 proc.). Największy odsetek zwolenników wirtualnych studiów odnotowano w Indiach (82 proc.), Indonezji (80 proc.) i Chinach (76 proc.), a najmniejszy w Egipcie (22 proc.), Francji (29 proc.) i Wielkiej Brytanii (45 proc.).

Przebadani rodzice z 15 krajów uważają, że jednym z warunków zapewnienia dobrej przyszłości dzieciom jest odpowiednie wykształcenie. 41 proc. rozważa wysłanie ich na zagraniczne studia – najchętniej do USA, Australii lub Wielkiej Brytanii – co jednak jest kosztowne zarówno pod względem finansowym, jak i emocjonalnym. Studia online zapewniają dostęp do wiedzy bez konieczności ponoszenia wysokich kosztów.

Do najważniejszych korzyści ze studiowania przez internet na pewno należy elastyczność, czyli bierzemy udział w zajęciach, kiedy mamy czas, a nie wtedy, kiedy jest to rozpisane w grafiku uczelni. Innym ważnym aspektem są koszty. Zdalne studiowanie nie wymaga od studiujących dojazdów czy wręcz przeprowadzki do innego miasta, gdzie koszty życia mogą być znacznie wyższe niż w rodzinnej miejscowości – wyjaśnia Magdalena Ujda. – Studiowanie online nie uniemożliwia pracy zarobkowej. Dla niektórych studentów może to być o tyle ważne, że nie wszyscy mogą liczyć na wsparcie finansowe rodziców i muszą pracować zarobkowo, by móc sobie pozwolić na studia.

Pytani o zalety nauki przez internet rodzice, będący zwolennikami studiowania online, oprócz niższych kosztów (50 proc.) wskazali na brak konieczności osobistego udziału w zajęciach (52 proc.), bardziej elastyczne warunki nauki (47 proc.), rozwój umiejętności technologicznych (38 proc.) i większe możliwości zdobywania doświadczenia zawodowego w trakcie studiów (34 proc.).

Kluczowe przy postrzeganiu studiów online przez pracodawców będzie to, jaka to będzie uczelnia i jakiej jakości będzie to kształcenie. Myślę, że z czasem forma studiowania – czy będzie to online, czy stacjonarne studia – będzie miała mniejsze znaczenie. Już teraz widać większą atencję pracodawców na rzeczywistą wiedzę i doświadczenie absolwentów, na ich cechy osobowościowe i zdolności, a mniejszą na to, jakie konkretnie studia skończyli – podkreśla Magdalena Ujda.

Jednak ponad jedna trzecia dostrzega także złe strony tej formy nauki.

– Z drugiej strony studia mają też pewne wady. Jedną z nich jest mniejszy kontakt z rówieśnikami, czyli innymi studentami, oraz z wykładowcami [odpowiednio 46 i 44 proc.], czyli mniejsze są możliwości networkingowe [35 proc. – red.] – podkreśla przedstawicielka banku HSBC.

Poprawia się dostęp do leków dla pacjentów z chorobami rzadkimi. Chorzy liczą także na przyspieszenie prac nad nowymi zasadami refundacji

Poprawia się dostęp do leków dla pacjentów z chorobami rzadkimi. Chorzy liczą także na przyspieszenie prac nad nowymi zasadami refundacji 7

Poprawia się sytuacja pacjentów z chorobami rzadkimi. Na listę refundacyjną trafiają kolejne terapie, a Ministerstwo Zdrowia pracuje nad zmianą zasad finansowania leków sierocych. Jedną z grup, które zyskały w ostatnim czasie dostęp do nowoczesnych leków, są chorzy na stwardnienie guzowate. Szansą dla pacjentów z chorobami rzadkimi są też nowe przepisy o dostępie do leków ratujących życie.

Choroby rzadkie to grupa schorzeń, które dotykają relatywnie niewielką część danej populacji. W Polsce z ich powodu cierpi ok. 6 proc. społeczeństwa, czyli 2–3 mln osób. Pacjenci ci borykają się z takimi problemami jak trudności diagnostyczne, brak lekarzy specjalistów, ograniczony dostęp do leków, wysoki koszt terapii.

– Finansowanie leczenia chorób rzadkich różni się od finansowania leczenia chorób powszechniej występujących m.in. ze względu na to, że ceny leków często są wyższe. W Ministerstwie Zdrowia trwają prace nad inną regulacją przyznawania refundacji w chorobach rzadkich. Czekają na to zarówno chorzy, jak i my, lekarze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak, kierownik Kliniki Neurologii i Epileptologii w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

Resort zdrowia od kilku miesięcy pracuje nad wdrożeniem Narodowego Planu dla Chorób Rzadkich, którego celem jest m.in. zmiana systemu finansowania tzw. leków sierocych. Obecnie w ich ocenie bierze się pod uwagę opłacalność kosztową tak jak w przypadku leków na choroby powszechne, a leki sieroce najczęściej nie spełniają tego kryterium. Pacjenci liczą na to, że prace nad nowymi regulacjami w tym zakresie przyspieszą pod okiem nowego wiceministra zdrowia. Od 1 sierpnia Marcin Czech odpowiada w resorcie m.in. za politykę lekową.

Szansą dla chorych ze schorzeniami rzadkimi mogą być też obowiązujące od 23 lipca tego roku przepisy dotyczące dostępu do terapii nierefundowanych w ramach tzw. ratunkowego dostępu do technologii lekowych. Minister Zdrowia może wydać indywidualną zgodę na refundację danego leku, jeśli jest on niezbędny do ratowania życia lub zdrowia pacjenta. Musi to być jednak lek dopuszczony do obrotu.

Chorzy na stwardnienie guzowate są jedną z tych grup w Polsce, które zyskały w ostatnim czasie dostęp do terapii. W połowie roku na liście refundacyjnej pojawił się lek ewerolimus, który hamuje nieprawidłowe przekazywanie sygnałów wewnątrz komórek spowodowane mutacjami genetycznymi. Jako lek z grupy inhibitorów szlaku mTOR jest standardem leczenia tej genetycznie uwarunkowanej choroby.

– Jest to ogromna zmiana. Daje możliwość wprowadzenia leczenia, dzięki czemu unikamy zabiegu operacyjnego. Daje też możliwość prowadzenia życia wolnego od napadów w przypadku padaczki lub szansy na lepszy rozwój dziecka w przyszłości – podkreśla prof. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak.

Na stwardnienie guzowate cierpi jedna na 6 tys. osób. Na skutek choroby w organizmie powstają łagodne guzkowate zmiany nowotworowe, występujące głównie w mózgu, na skórze oraz w nerkach. Większość zmian uwidacznia się u dzieci powyżej 3 roku życia, choć już w okresie płodowym w badaniu echokardiograficznym wykonanym między 20. a 22. tygodniem ciąży można zaobserwować guzki w sercu.

Nowe przepisy o prawie wodnym uciążliwe i kosztowne dla rolników

Nowe przepisy o prawie wodnym uciążliwe i kosztowne dla rolników 8

Podpisane w ubiegłym tygodniu przez prezydenta nowe Prawo wodne oznacza dla rolników dodatkowe uciążliwości i koszty – ocenia Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. Wprowadza ono opłaty za pobór wody, które obejmą też rolników i hodowców ryb, a także nowe regulacje dotyczące ograniczania odpływu azotu ze źródeł rolniczych. Rolnicy będą zmuszeni dłużej przechowywać nawozy organiczne, jak obornik czy gnojówka, co pociągnie za sobą kosztowne inwestycje sięgające przynajmniej 754 mln zł.

Prezydent Andrzej Duda podpisał 3 sierpnia ustawę o Prawie wodnym. Ma ona dostosować polskie prawo do unijnych przepisów Ramowej Dyrektywy Wodnej (RDW) i dyrektywy azotanowej. Tylko wówczas Polska będzie mogła skorzystać z finansowania unijnego na inwestycje związane z gospodarką wodną.

– Pozytywnych zmian związanych z nowym Prawem wodnym dla rolników nie widzę. Oznacza ono głównie dodatkowe uciążliwości i koszty. Pozytywną rzeczą może jest to, że będziemy bardziej dbać o wodę, a do gleby będzie dostawało się mniej szkodliwych dla środowiska substancji, ale większość skutków jest dla nas negatywnych, są to dodatkowe koszty i obowiązki – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Polskie rolnictwo zużywa ok. 10 proc. wody. Nowe przepisy przewidują opłaty za pobór wód do celów rolniczych, np. na potrzeby zaopatrzenia w wodę ludzi i zwierząt gospodarskich czy nawadniania gruntów i upraw, a także za odprowadzanie ścieków z rolnictw do ziemi lub do wody. Opłaty obejmą także hodowców ryb. Za wodę nie będą płacić ci rolnicy, którzy zużywają mniej niż 5 tys. litrów w ciągu doby.

 Dotychczas korzystanie z wody do celów rolniczych nie wymagało zezwoleń na studnie. Teraz rolnik będzie musiał to zgłosić, założyć licznik, który wskaże, ile tej wody bierze, i wnieść opłaty za tę wodę. Dotyczy to nie tylko tych, którzy pobierają wodę do celów podlewania, lecz także producentów ryb, którzy mają stawy. Jest to dla nas uciążliwe. Stawki nie są może zbyt duże, ale mimo wszystko będziemy płacić – podkreśla Szmulewicz.

Częścią prawa wodnego jest dyrektywa azotanowa, która ma na celu ograniczenie dostawania się azotanów do rzek, za co odpowiadają przede wszystkim rolnicy. W nadmiernej ilości są one szkodliwe dla środowiska. Zmienią się m.in. przepisy dotyczące przechowywania obornika i gnojownicy.

– Dotychczas mieliśmy obowiązek przechowywania obornika 4 miesiące w większości kraju, dłuższy okres dotyczył tylko OSN-ów [obszarów szczególnie narażonych na zanieczyszczenia azotu ze źródeł rolniczych – red.]. Teraz 6-miesięczny okres obowiązuje praktycznie w całym kraju, a na to potrzebne są dodatkowe środki. Są to dość kosztowne inwestycje. Liczę na to, że ministerstwo da nam określony czas na wdrożenie. Musimy mieć okres przejściowy na wykonanie wielu robót, zwłaszcza budowlanych, na to powinny się znaleźć środki – podkreśla prezes KRIR.

Rolnicy, aby dostosować się do nowych przepisów, będą musieli wybudować płyty obornikowe i zbiorniki na gnojowice. Ustawodawcy oceniali szacunkowy koszt budowy płyt obornikowych i zbiorników na gnojowice na 754,7 mln zł, a wydatki będą dotyczyć 355 tys. gospodarstw, czyli średni koszt inwestycji to nieco ponad 2,2 tys. zł. KRIR oblicza jednak, że są to koszty zaniżone, nawet kilkukrotnie niedoszacowane. Takich wydatków nie będzie w stanie ponieść bez pomocy państwa większość gospodarstw rolnych.

– Każde gospodarstwo ma własne koszty w zależności od wielkości i rodzaju gospodarstwa czy liczby dużych zwierząt. Jeśli ogrodnicze i stosuje podlewanie, a nie ma dziś praktycznie efektywnego warzywnictwa i ogrodnictwa bez nawadniania, są to trudne do wyliczenia stawki, ale na pewno będą to dosyć znaczne pieniądze w skali kraju – ocenia Szmulewicz.

KRIR ostrzega też, że nowe przepisy mogą naruszać zasady konkurencyjności. Wymogi stawiane polskim rolnikom są wyższe niż te nałożone na rolników w innych krajach UE ze względu na to, że prawie cały kraj został objęty obszarem szczególnie narażonym na zanieczyszczenia azotu ze źródeł rolniczych (OSN).

– Nowe przepisy zmniejszą też nasz dochód. Jednak rynek działa tak, że rekompensuje nam to wyższymi cenami. Rolnik w danej chwili tego nie odczuje, ale zawsze jest to dodatkowy koszt – przekonuje Wiktor Szmulewicz.

Powstaje coraz więcej chorób odpornych na nowoczesną medycynę. Przyczyną są mutacje bakterii spowodowane nadużywaniem antybiotyków

Powstaje coraz więcej chorób odpornych na nowoczesną medycynę. Przyczyną są mutacje bakterii spowodowane nadużywaniem antybiotyków 9

Jak pokazują dane Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC), niemal wszyscy obywatele Unii Europejskiej chętnie sięgają po antybiotyki w przypadku objawów choroby. Okazuję się jednak, że ich nadmierne stosowanie powoduje uodpornianie się bakterii na leki i ich mutowanie w wersje, które trudno zwalczyć nawet za pomocą nowoczesnej medycyny. 

Nadmierne stosowanie antybiotyków w hodowli zwierząt i przy uprawie warzyw okazuje się szkodliwe dla środowiska i społeczeństwa. Bakterie odporne na antybiotyki mogą być także przenoszone przez osoby podróżujące za granicę, gdzie stosowany jest chętnie taki rodzaj leczenia.

– Wzrost odporności wśród bakterii na antybiotyki jest spowodowany ich nadużywaniem. Lekarze w chwili obecnej nie mają dokładnej i szybkiej metody określenia antybiotykooporności, ale także przyczyny, czyli rozróżnienia, czy mamy do czynienia z wirusem czy bakterią w przypadku danego pacjenta. W związku z tym są zmuszeni do leczenia z przewidywania i nie są dokładnie pewni, co jest przyczyną danej jednostki chorobowej. Często to pacjenci są przyczyną występowania antybiotykooporności, gdyż wymuszamy na lekarzu zastosowanie antybiotyku, ponadto nie stosujemy się do zaleceń lekarskich i przerywamy antybiotykoterapię w trakcie jej trwania. Kolejną przyczyną jest ogólnośrodowiskowe nadużywanie antybiotyków w weterynarii. Mięso, które spożywamy, często zawiera antybiotyki, są one stosowane wśród zwierząt, wobec czego problem narasta – twierdzi Miron Tokarski z Genomtec, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje.

Stosowane obecnie metody badania kodu genetycznego są wolniejsze w stosunku do analizy, jaką proponuję Genomtec. Różnica w czasie pomiędzy obecnie stosowanymi badaniami kodu genetycznego a nowym rozwiązaniem może wynosić nawet kilka godzin. Dotychczas stosowane analizy potrafią zajmować do 3 godzin.

– Urządzenie Genomtec pozwala na stwierdzenie, czy w danej próbce materiału biologicznego mamy do czynienia z bakterią czy wirusem. Pozwala również na wstępne określenie mechanizmów antybiotykoodporności, dzięki temu lekarz jest w stanie postawić trafną i szybką diagnozę nawet w ciągu 20 minut od pobrania próbki – podkreśla Tokarski.

Według danych ECDC Polska pod względem ilości zażywanych dziennie antybiotyków na 1000 mieszkańców plasuje się na ósmym miejscu w Europie. W kraju spożywa się dziennie 26 antybiotyków, podczas gdy średnia w Europie od kilku lat utrzymuję się na poziomie 22 antybiotyków. Jak wynika z danych ECDC rzadziej antybiotyki w naszym kraju stosuję się w szpitalach niż po wizycie u lekarza w przychodni. Efektem takiego spożycia jest wzrost zakażeń choćby bakteriami E.coli czy gronkowca, których liczba niemal w całej Unii powoli wzrasta.

– Głównym nabywcą takich urządzeń są lekarze pierwszego kontaktu, jak również pediatrzy oraz oddziały intensywnej opieki, gdzie konieczne jest szybkie stwierdzenie przyczyny danego zakażenia. Zastosowanie znajdzie również w przemyśle weterynaryjnym, gdzie możliwe jest stwierdzenie dokładnie czy dana jednostka chorobowa wśród zwierząt również spowodowana jest bakterią, wirusem czy innym pasożytem. Również wpłynie na to, że antybiotyki będą stosowane tylko tam, gdzie będzie to niezbędne – zapewnia przedstawiciel Genomtec.

Jak wynika z prognoz Europejskiego Towarzystwa Mikrobiologii Klinicznej i Chorób Zakaźnych (ESCMID) bakterie odporne na antybiotyki mogą już za 10 lat powodować ponad 1 mln zgonów ludzi rocznie, a do 2050 roku liczba ta może wzrosnąć nawet do 10 mln rocznie.

Już teraz możemy obserwować w Polsce wzrost opornych na antybiotyki bakterii. Według Krajowego Ośrodka Referencyjnego ds. Lekowrażliwości Drobnoustrojów (KORLD) w Polsce w 2011 roku mieliśmy jeden przypadek zakażenia antybiotykoodpornym drobnoustrojem Escherichia coli NDM, w 2012 roku były to cztery przypadki, a w 2016 r. już ponad 1480.

Problem z nadmiernym stosowaniem antybiotyków próbuje rozwiązać Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC), które ogłosiło 18 listopada Europejskim Dniem Wiedzy o Antybiotykach. W Polsce organem przekazującym informacje na temat szkodliwości stosowania antybiotykoterapii jest Ministerstwo Zdrowia, które uruchomiło Narodowy Program Ochrony Antybiotyków. Celem obu kampanii jest informowanie o szkodliwości stosowania leków bez konsultacji z lekarzem.

Wzrost gospodarczy na świecie i w UE nabiera tempa. Zagadką dla ekonomistów jest brak wzrostu wynagrodzeń

Wzrost gospodarczy na świecie i w UE nabiera tempa. Zagadką dla ekonomistów jest brak wzrostu wynagrodzeń 10

Dane płynące zarówno z gospodarki strefy euro, jak i amerykańskiej są wyższe od oczekiwań. To jednak nie przekłada się na szybszy wzrost płac, a więc i cen. Jak podkreśla analityk Templeton Asset Management TFI, to duża zagadka dla ekonomistów. Polska wypada korzystnie nawet na tle dobrych wyników globalnej gospodarki. Płace w naszym kraju rosną w tempie 5–6 proc. rocznie.

– Gospodarka światowa rozwija się w zadowalającym tempie, przede wszystkim pozytywnie zaskakuje gospodarka europejska, gdzie odczyty wzrostu gospodarczego znacząco przewyższają oczekiwania, które mieliśmy jeszcze parę miesięcy temu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Musialik, zarządzający portfelem, członek zarządu Templeton Asset Management TFI. – Mamy pozytywne trendy na rynku pracy, spadające bezrobocie i rosnące zatrudnienie.

W drugim kwartale 2017 roku gospodarka eurostrefy urosła o 2,1 proc., a w pierwszych trzech miesiącach roku o 1,9 proc., choć oczekiwano wzrostu o 1,7 proc. Średnia dla krajów Unii Europejskiej wyniosła 2,2 proc. rok do roku w drugim kwartale i 2,1 proc. w pierwszym. Co kwartał tempo staje się coraz szybsze. W Stanach Zjednoczonych po słabszym odczycie w trzech pierwszych miesiącach roku (wzrost 1,2 proc.) drugi kwartał przyniósł wzrost o 2,6 proc. w ujęciu zannualizowanym. Rośnie zatrudnienie i spada bezrobocie.

Zdaniem ekspertów powinno się to przełożyć na wzrost płac, konsumpcji, a w konsekwencji – cen. Naturalnym skutkiem wzrostu inflacji jest zazwyczaj zacieśnianie polityki monetarnej, czyli np. wzrost stóp procentowych lub ograniczenie taniego pieniądza na inwestycje przedsiębiorstw. Tymczasem zarówno w USA, gdzie w tym roku dokonano już dwóch podwyżek stóp procentowych (a wcześniej w grudniu 2015 roku i 2016 roku), jak i w strefie euro, ceny rosną zdecydowanie wolniej, niż określają to cele inflacyjne banków centralnych.

– Dużą zagadką dla ekonomistów jest brak wzrostu płac w gospodarkach rozwiniętych – w USA i w Europie, co powoduje, że inflacja w grupie największych gospodarek świata, czyli G20, jest najniższa od ponad 8 lat. Dlatego uważam, że zaostrzanie polityki monetarnej na świecie będzie trwało dłużej, niż obecnie przewidujemy – komentuje Krzysztof Musialik. – Mamy różne wytłumaczenia tego zjawiska. Jednym z nich jest przenoszenie produkcji do krajów takich jak Polska, to zjawisko nadal występuje i powoduje, że w Polsce nie mamy problemu braku wzrostu płac.

Średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w pierwszym półroczu tego roku wyniosło 4433,94 zł i było o 5 proc. wyższe niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Mocny wzrost odnotowały zwłaszcza płace w handlu detalicznym (o 8,1 proc.), produkcji odzieży (o 7,3 proc.), produkcji pojazdów samochodowych, przyczep i naczep oraz budowie obiektów inżynierii lądowej i wodnej (po 7,2 proc.), produkcji artykułów spożywczych ( o 6,9 proc.) oraz produkcji maszyn i urządzeń (o 6,3 proc.). W czerwcu 2017 roku przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło jeszcze więcej niż średnia dla półrocza, bo 4508,08 zł, i było jeszcze wyższe (o 6 proc.) niż przed rokiem.

– Gorący rynek pracy jest bardzo atrakcyjny dla pracownika. Płace w Polsce rosną w tempie 5–6 proc. rocznie, co poprawia sentyment konsumpcyjny Polaków. Na tym korzystają spółki produkujące dobra pierwszej potrzeby oraz dobra wyższego rzędu – tłumaczy członek zarządu Templeton Asset Management TFI. – Spadająca wartość franka szwajcarskiego jest pozytywna dla polskiej gospodarki, ponieważ obniża raty kredytu dla ponad 500 tys. polskich rodzin. Te zaoszczędzone pieniądze Polacy mogą również przeznaczyć na dodatkową konsumpcję, co jeszcze bardziej potęguje i tak wysoki wzrost gospodarczy w Polsce.

Polska gospodarka rośnie w tempie zdecydowanie wyższym, niż wynosi średni wzrost dla Europy. W pierwszym kwartale dynamika wyniosła 4 proc., a szacunki ekonomistów na drugi kwartał zakładają wzrost o 3,8 proc. Bezrobocie już drugi miesiąc z rzędu utrzymuje się na najniższym od 26 lat poziomie 7,1 proc.

Musialik zauważa, że paradoksalnie ten pozytywny trend może rodzić obawy na przyszłość. Coraz więcej przedsiębiorców boryka się bowiem z brakiem odpowiednio wykwalifikowanych rąk do pracy. Do tej pory sytuację ratowali imigranci zarobkowi z Ukrainy. Teraz jednak mają możliwość wyjazdu dalej na Zachód po jeszcze wyższe pensje.

– Brak rąk do pracy jest dużym zagrożeniem. To zagrożenie zarówno krótkoterminowe w kontekście podniesienia wieku emerytalnego, jak i zagrożenie długoterminowe na najbliższe 10–15 lat – ocenia Musialik.

Kryptowaluty biją rekordy. Wartość bitcoina od początku 2017 roku wzrosła ponad trzykrotnie

Kryptowaluty biją rekordy. Wartość bitcoina od początku 2017 roku wzrosła ponad trzykrotnie 11

Bitcoin kosztuje obecnie 3250 dolarów. W styczniu kurs przebił cenę uncji złota. Tylko od początku roku wartość bitcoina w stosunku do dolara wzrosła ponad trzykrotnie. To przyciąga na ten młody rynek nowych inwestorów, którzy określają bitcoina mianem „gorączki złota XXI wieku”. Kurs wirtualnej waluty podlega jednak dużym wahaniom i przyciąga spekulantów. 

– Wartość bitcoina jest czynnikiem, który przyciąga coraz szersze grono użytkowników zainteresowanych tą kryptowalutą. Kiedy powstał, wartość jednego bitcoina była mniejsza niż 1 cent amerykański. Po sieci krąży legenda, według której w 2011 roku za dwie pizze zapłacono 10 tys. bitcoinów. Gdyby dziś wycenić te dwie pizze po obecnym kursie, byłyby warte ponad 10 mln dolarów – opowiada agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Borek, CEO spółki Net Value, wydawcy porównywarki walutowej Kurencja.com.

Bitcoin (BTC) jest najpopularniejszą spośród ponad tysiąca kryptowalut, które znajdują się obecnie w obrocie. Został stworzony w 2008 roku przez osobę lub grupę osób posługujących się pseudonimem Satoshi Nakamoto. Jego tożsamość do dzisiaj nie została oficjalnie potwierdzona.

Wirtualna waluta jest coraz powszechniej akceptowana w realnym świecie i wprowadzana jako oficjalny środek płatniczy. Na taki krok zdecydowała się m.in. Japonia oraz część norweskich i szwajcarskich banków. Ciągle wydłuża się też lista sklepów i punktów usługowych, w których można płacić wirtualną walutą (od czerwca bitcoinami można zapłacić za zamówienia w serwisie Pyszne.pl).

Emitentem bitcoinów nie jest jednak żaden bank centralny, a kontroli nad systemem transakcyjnym nie sprawuje żadna instytucja finansowa. Stąd bitcoin jest często jest określany mianem „waluty wolnego świata”. Za emisję bitcoinów odpowiadają sami użytkownicy systemu, którzy generują je przy wykorzystaniu matematycznych algorytmów (to tzw. wykopywanie monet).

Początkowo wartość bitcoina w stosunku do dolara została ustalona na 1 dolar = 1,309.03 bitcoinów (koszt energii potrzebnej do wykopania monet). W ciągu ponad 8 lat wartość tej kryptowaluty zwiększyła się jednak kilkaset tysięcy razy. Kapitalizacja wzrosła w tym czasie od zera do obecnego poziomu 45 mld dolarów (połowa wartości całego rynku kryptowalut).

– Wartość tysiąca dolarów bitcoin osiągnął w listopadzie 2013 roku, a w czerwcu 2017 roku przekroczył już trzy tysiące dolarów. Historia pokazuje, że kurs bitcoina zmienia się bardzo dynamicznie. Były to zarówno wzrosty sięgające kilkuset procent rocznie, jak i kilkudziesięcioprocentowe spadki. Trzeba przyznać, że ten rynek jest młody i podlega różnym wahaniom – podkreśla Marcin Borek.

Słynna jest historia pierwszego zakupu online, w którym dokonano płatności bitcoinami. 22 maja 2010 roku programista Laszlo Haneycz kupił dwie pizze, za które zapłacił 10 tys. bitcoinów (wówczas równowartość ok. 30 dolarów). Ich wartość po dzisiejszym kursie (3257 dolarów, stan na 7 sierpnia br.) wynosiłaby około 16 mln dolarów za sztukę.

2017 rok jest przełomowy dla kursu bitcoina. W styczniu wirtualna waluta przebiła cenę uncji złota. Z kolei w lipcu podskoczyła do rekordowego poziomu 3250 dolarów. Dla porównania jeszcze w styczniu 2011 roku cena wynosiła około 0,30 dolara. Dwa lata później, w czerwcu 2013, sięgnęła 100 dolarów, a w listopadzie tego samego roku – 1000 dolarów. Obecny kurs wynosi 1 BTC = 3257 dolarów.

– Wartość kryptowaluty, jak każdego innego aktywa finansowego, jest pewną umową społeczną. W danym momencie oddaje równowagę pomiędzy sprzedającymi a kupującymi. Problem z kryptowalutami polega jednak na tym, że mamy dużo większą trudność z określeniem ich wartości wewnętrznej. W przeciwieństwie do akcji czy nieruchomości nie jest łatwo wycenić proste przychody cash flow z kryptowalut w kolejnych miesiącach czy latach – zauważa Marcin Borek.

Ze względu na skokowy wzrost wartości część inwestorów określa bitcoina jako najlepszą inwestycję długoterminową albo „gorączkę złota XXI wieku”. Eksperci podkreślają jednak, że należy pamiętać, że bitcoin sam w sobie nie ma żadnej wartości. O kursie wirtualnej waluty decydują prawa popytu i podaży oraz szereg zewnętrznych czynników, dlatego jest on trudny do prognozowania.

– Posiadacze akcji na podstawie danych finansowych spółki mogą się spodziewać wysokości dywidendy. W przypadku nieruchomości jest podobnie, to dość ustabilizowany rynek. Daną nieruchomość można wycenić na podstawie porównywalnych ofert i cen rynkowych w okolicy. W przypadku kryptowalut mamy dwa podstawowe czynniki wyceny. Podstawowym są oczekiwania inwestorów dotyczące przyszłej skuteczności kryptowaluty w zaspokajaniu konkretnych potrzeb użytkowników. Dochodzą do tego ruchy spekulacyjne, zależne od fal użytkowników, którzy przystępują do tego rynku i kupują spore ilości bitcoina – mówi CEO wydawcy portalu Kurencja.com.

Analityk Kay Van-Petersen, który poprawnie przewidział dotychczasowe wzrosty bitcoina, prognozuje, że wartość wirtualnej waluty w ciągu najbliższych 10 lat może wzrosnąć o blisko 3500 proc. i wynieść 100 tysięcy dolarów.

Polska piątym największym rynkiem handlu internetowego w Unii Europejskiej. W tym roku jego wartość przekroczy 40 mld zł

Polska piątym największym rynkiem handlu internetowego w Unii Europejskiej. W tym roku jego wartość przekroczy 40 mld zł 12

Wartość rynku e-handlu w Polsce może przekroczyć w 2017 roku 40 mld zł – szacuje Grupa Integer.pl. Udział sprzedaży przez internet w handlu detalicznym w ciągu 10 lat może sięgnąć nawet 50 proc. Już dziś Polska jest piątym największym rynkiem e-commerce w Unii Europejskiej. Potencjał jest jednak znacznie większy, zwłaszcza biorąc pod uwagę stosunkowo niski udział Polaków korzystających z handlu transgranicznego online. Za kilka lat mamy szansę przegonić Włochy, o ile tempo rozwoju rynku się utrzyma.

– Polacy w internecie wydają coraz więcej – według naszych szacunków w 2017 roku będzie to ponad 40 mld zł. Aczkolwiek jest to nadal 15 razy mniej niż w Wielkiej Brytanii, która ma około 60 mln mieszkańców. To daje olbrzymi potencjał dla firm w Polsce do olbrzymiego wzrostu w najbliższych latach. Gonimy Europę coraz szybciej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Brzoska, prezes zarządu Grupy Integer.pl.

Szacuje się, że w 2016 roku na zakupy w internecie Polacy wydali ok. 35 mld zł. Perspektywy są jednak coraz lepsze, zwłaszcza że e-zakupy stają się coraz popularniejsze.

– Polska jest 5. największym rynkiem e-commerce w Unii Europejskiej po Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji i Włoszech. Jeśli utrzymamy tempo wzrostu, to za 3–4 lata przegonimy Włochy i będziemy czwartym największym rynkiem w UE. Jest się o co bić – mówi Rafał Brzoska.

Obecnie udział zakupów przez internet w handlu detalicznym stanowi ok. 7 proc. W ciągu 2–3 lat może sięgnąć 10 proc., ale jak podkreśla ekspert, to dopiero początek.

 Przy tym szybkim tempie rozwoju, bo rośniemy kilkanaście procent rok do roku, osiągnięcie zakładanych przeze mnie 50 proc. jako takiego naturalnego balansu między handlem fizycznym a handlem w internecie, zajmie moim zdaniem około 10 lat – ocenia prezes Grupy Integer.

Jak wynika z badań Eurostatu, w ciągu ostatniego roku w internecie kupowało 42 proc. Polaków (68 proc. internautów). Co trzecia osoba kupowała w sieci co najmniej raz w ciągu ostatnich 3 miesięcy.

 Kupujemy przede wszystkim ubrania, buty, m.in. dlatego że możemy je stosunkowo łatwo zwrócić, także za pośrednictwem Paczkomatu. Ponadto książki i gry. Szybko rosnącym segmentem jest dom i ogród, małe i duże AGD. Stosunkowo najmniej popularną kategorią online są materiały budowlane – wymienia Rafał Brzoska.

Z danych Integer.pl wynika, że w planach zakupowych na 2017 rok klienci najczęściej wskazują podróże, książki, płyty i filmy. Najmniej popularne wśród e-kupujących są materiały budowlane, artykuły kolekcjonerskie oraz ubezpieczenia.

Polscy konsumenci najczęściej robią zakupy w polskich e-sklepach. Badania E-Commerce Polska i Gemius wskazują, że z takiej możliwości korzysta 10 proc. osób. Podobnie wskazują dane Eurostatu – 12 proc. przy średniej europejskiej na poziomie 40 proc.

Jak jednak mówi Brzoska, w kolejnych latach będziemy obserwować rozwój handlu transgranicznego. Sprzyjać temu będą także próby uregulowania jednolitego obszaru cyfrowego, m.in. zaprzestanie geoblokowania stron, uregulowanie kwestii VAT i prawa do własności indywidualnej czy tańsze sposoby dostawy.

– Online nie ma granic. Polskie firmy mogą sprzedawać do Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, nie otwierając tam swoich placówek, korzystając z logistyki crossborder, która umożliwia wysyłanie i odbieranie przesyłek w kilkunastu krajach Unii Europejskiej – wyjaśnia Rafał Brzoska.

Brzoska podkreśla, że jeszcze do niedawna przy zakupach online cena usługi dostarczenia była jednym z kluczowym kryterium wyboru usługi. Dziś kolejność się zmieniła – najważniejsze są szybkość dostawy, jej koszt i sposób dostarczenia zakupionych produktów. Dlatego coraz większą popularnością cieszą się Paczkomaty, choć wciąż jeszcze częściej korzystamy z kurierów.

– Polacy są również nastawieni bardzo ekonomicznie na kupowanie usług. Cena wciąż jest ważna. Jesteśmy drugim najbardziej konkurencyjnym rynkiem usług logistycznych. Wszystkie największe firmy logistyczne są w Polsce, mimo wszystko usługa jest bardzo tania w porównaniu do średniej europejskiej – tam wysyłka paczki kurierskiej kosztuje 4,5 euro, w Polsce mniej niż 2 euro – analizuje prezes Grupy Integer.pl.

Udział przychodu biznesu z e-commerce w Polsce stopniowo rośnie. Wśród firm zatrudniających więcej niż 10 pracowników wzrost sięga 14 proc. (przy 8 proc. w 2010 roku), w największych przedsiębiorstwach, powyżej 250 pracowników – 22 proc. (przy 15 proc. w 2015 roku).

 Polscy przedsiębiorcy widzą w e-commerce olbrzymią szansę. Obecnie ok. 11 proc. polskich firm sprzedaje w tym kanale lub z niego żyje. Ten odsetek jest daleki od średniej europejskiej, która wynosi 18 proc. W Wielkiej Brytanii, która jest liderem, ponad 30 proc. przedsiębiorstw stawia na e-commerce lub staje się on głównym kanałem ich sprzedaży. To nowe miejsca pracy, większa konkurencyjność, ale też nowe rynki – tłumaczy ekspert.

Spadek kursu franka w okolice 3,60 zł w tym roku, a w kolejnym – do 3,40 zł

Przez ostatnie pół roku złoty zyskiwał do euro, choć ta tendencja zatrzymała się. Wciąż jednak zyskuje wobec franka szwajcarskiego, którego kurs wynosi ok. 3,60 zł. Odzwierciedla to zarówno mocną pozycję złotego, ale także zachowanie waluty szwajcarskiej wobec reszty świata.

Przez ostanie kilka lat frank był bardzo mocny, zwykle zyskiwał w przypadku napięć geopolitycznych. Było tak również podczas kryzysu fiskalnego w strefie euro oraz przed francuskimi wyborami. Sytuacja zmieniła się jednak w ciągu ostatniego miesiąca. Zniknęło ryzyko polityczne we Francji, a Europejski Bank Centralny zaczął zapowiadać zbliżający się koniec polityki ilościowego luzowania. Dlatego frank zaczął tracić do euro i do złotego. Szwajcarski Bank Centralny z zadowoleniem obserwuje obecną sytuację. Jest ona dla niego korzystna, tak samo jak dla tamtejszej gospodarki. Szwajcaria wciąż ma dość niską inflację i słaby wzrost gospodarczy, dlatego może pozwolić sobie na osłabienie własnej waluty, co umożliwi odbicie inflacji.

– Osłabienie franka szwajcarskiego to pochodna kilku rzeczy – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, analityk ING Banku Śląskiego – W okresie powyborczym polska waluta razem z obligacjami podlegały bardzo dużej przecenie. Ta sytuacja zakończyła się na przełomie stycznia i lutego b.r. Nastąpiło to, kiedy okazało się, że mnóstwo ryzyk powyborczych zostało wycenionych, gospodarka zaczyna przyspieszać, sytuacja budżetowa jest dużo lepsza, a do tego poprawa ściągalności pozwala znacząco obniżyć podaże obligacji rządowych. Złoty wykonał pokaźne umocnienie z okolic 4,50 do 4,17. W ostatnim czasie sytuacja ta uległa nieznacznej zmianie ze względu na pewne napięcia polityczne, a po części na zmianę sentymentu. Nerwowość ta była bardziej widoczna na rynku walutowym niż obligacji. Inwestorzy tego drugiego pamiętają, że po pierwszej połowie roku nie było deficytu, a ministerstwo mogło znacząco obniżyć podaże długu. Złoty był trochę bardziej nerwowy, dlatego wrócił niemalże do poziomu 4,30. Było to spowodowane wydarzeniami politycznymi, ale także sytuacją zewnętrzną. Co ciekawe, w tym samym czasie, polska waluta cały czas zyskuje wobec franka. Szczególnie w ciągu ostatniego miesiąca. Mimo spadku, frank nadal jest przewartościowany o 5-7 proc. Szwajcarski Bank Centralny będzie pozwalał na osłabienie waluty, aby zjawisko to zniknęło. Druga połowa 2017 lub kolejny rok i wybory we Włoszech, które wtedy się odbędą, mogą przynieść pewne wsparcie dla franka. SNB nie będzie więc spieszył się z interwencjami ani podnosił stóp. Będzie wyczekiwał na to, co zrobi Europejski Bank Centralny. Pozwoli to na spadek kursu franka do złotego w okolice 3,60 zł w tym roku, a w kolejnym – do 3,40 zł – podsumował Benecki.

Poniedziałkowa nuda z niemieckim rozczarowaniem w tle

Początek tygodnia nie należy do wysoce fascynujących. Wypowiedziom amerykańskich bankierów centralnych towarzyszą wskazania rozczarowującej produkcji przemysłowej z Niemiec, która w ujęciu miesiąc do miesiąca odnotowała 1,1 proc. spadek (konsensus: 0,2 proc.). Powyższy szacunek jest tym bardziej rozczarowujący, że tym razem sąsiednia gospodarka mogła liczyć na obecność dodatnich efektów sezonowych. W gronie walut G10 najsilniej wobec dolara traci jego nowozelandzki odpowiednik, którego deprecjacja na poziomie 0,7 proc. spycha kurs NZD/USD do poziomu 0,7350.

Powodem przetasowania sentymentu na Antypodach była publikacja dwuletnich oczekiwań inflacyjnych. Według najnowszych danych mowa jest o wartości rzędu 2,09 proc. wobec poprzednio opublikowanych 2,17 proc. Obecnie na czele koszyka znajduje się norweska korona. Jej 0,3 proc. umocnienie to między innymi pokłosie publikacji dość wysokiej produkcji przemysłowej, która w ujęciu rok do roku uplasowała się na poziomie 5,4 proc. (poprzednio: 0,5 proc.). Zakładnikiem przetasowań na rynku ropy okazał się być dolar kanadyjski (-0,3 proc.) wypychający parę USD/CAD do poziomu 1,2680. W przypadku euro należy mówić o stosunkowo skromnym umocnieniu. Na koniec dnia EUR/USD ponownie próbuje znaleźć się powyżej poziomu 1,1800, notując przy tym aprecjację na poziomie 0,2 proc.

Królem koszyka Emerging Markets pozostaje południowoafrykański rand (1,5 proc.), który stał się beneficjentem słów Baleki Mbete, członkini rządzącej partii ANC oraz przewodnicząca Zgromadzenia Narodowego RPA. W jej rękach znalazła się decyzja dotycząca głosowania za wotum nieufności, które ma zostać udzielone prezydentowi RPA Jacobowi Zumie. Mbete poinformowała, że odwołanie Zumy odbędzie się w trakcie tajnego głosowania, co wyraźnie zwiększa szansę na powołanie nowej głowy państwa. Dalsze pozycja zestawienia obstawiły waluty Europy Środkowo-Wschodniej z węgierskim forintem (0,4 proc.) oraz czeską koroną (0,2 proc.) na czele. Niestety zwyżkowy nastrój nie udzielił się złotemu (-0,1 proc.). Obecnie para USD/PLN jest kwotowana po 3,6080, EUR/PLN po 4,2520, GBP/PLN po 4,6970, a CHF/PLN wraca do 3,7040.

Koniec notowań na europejskich parkietach stał pod znakiem wyraźnej poprawy nastrojów. Nad piątkowym zamknięciem nie udało się uplasować frankfurckiemu indeksowi DAX (-0,3 proc.), który tracił między innymi za sprawą Freseniusa (-1,9 proc.) planującego przejęcie NxStage. Według doniesień powyższa transakcja ma opiewać na kwotę 2 mld USD i ma zapewnić spółce zwiększenie udziału na rynku domowej opieki zdrowotnej. Wpływ niedźwiedzich nastrojów starał się rekompensować Deutsche Telekom (1,2 proc.) mający w swoich zamiarach pozyskanie amerykańskiej spółki Sprint. Nieco niżej znalazła się Lufthansa (1,0 proc.), która poinformowała swoich podróżnych o planowanej zmianie przelotu do Japonii w związku z północnokoreańskimi reperkusjami.

Wysoce udaną sesję mają za sobą światowi wydobywcy. Na czele indeksu CAC 40 (0,1 proc.) niepodzielnie rządził ArcelorMittal (4,7 proc.), którego wzrosty to pokłosie drożejącej rudy żelaza. O miano najsilniej rosnącej spółki na londyńskiej giełdzie biły się Anglo American (3,1 proc.), Glencore (2,6 proc.) oraz Rio Tinto (2,6 proc.). Ich wpływ na indeks FTSE 100 (0,4 proc.) skutecznie ograniczały zniżki Paddy Power Betfair (-4,7 proc.) po decyzji prezesa spółki w sprawie ustąpienia ze stanowiska.

Zdecydowanie bardziej optymistycznymi nastrojami mogli pochwalić się inwestorzy przy Książęcej, którzy usilnie próbowali wypchnąć indeks WIG 20 (0,3 proc.) w stronę okrągłego oporu przy 2 400 pkt. Na czele komponentów uplasowały się walory LPP – ich 5,0 proc. wzrost to efekt publikacji fenomenalnych wyników za miniony kwartał. Nieco niżej znalazły się akcje Lotosu (4,3 proc.), który poinformował o gotowości instalacji wodnych i siarkowych na rozpoczęcie projektu EFRA. Na końcu stawki znalazły się spółki z sektora bankowego po publikacji komentarza Moody’s dotyczącego prezydenckiego projektu kredytów zaciągniętych w walutach obcych.

Poniedziałek na rynku surowców stoi pod znakiem istnego roller-coastera na rynku ropy. Obecnie baryłka West Texas Intermediata jest wyceniana po 49,20 USD, tj. 0,8 proc. niżej względem piątkowego zamknięcia. Niezbyt udaną sesję mają za sobą październikowe kontrakty na cukier, które w trakcie dzisiejszych notowań odnotowały przecenę rzędu 1,9 proc. Zdecydowanie skromniejszy ruch w stronę południa notuje sok pomarańczowy (-0,6 proc.). W gronie metali blisko swoich wyjściowych poziomów znajdują się srebro (0,0 proc.) oraz złoto (0,0 proc.), które na koniec dnia są wyceniane po 16,2640 USD oraz 1 258,40 USD za uncję. Bardziej optymistyczne nastroje panują na rynku gazu. Obecnie wrześniowe kontrakty zyskują 1,1 proc., pozostawiając nieco w tyle zwyżkę miedzi (0,8 proc.) czy platyny (0,4 proc.). Najsilniejszy ruch w stronę północy wśród płodów rolnych ma za sobą pszenica. Jej 1,9 proc. zwyżkę starały się usilnie gonić kukurydza (1,6 proc.) oraz kawa (1,3 proc.).

Sporządził: Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

W I półroczu 2017 zapotrzebowanie na Ukraińców wzrosło o połowę, liczba oświadczeń dla Białorusinów potroiła się

W pierwszym półroczu 2017 roku wydano prawie 948 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi, o połowę więcej niż w analogicznym okresie ubiegło roku – wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Aż 95% wszystkich oświadczeń dotyczyło obywateli Ukrainy, na których zapotrzebowanie wzrosło o 47% r/r. Popularność pracy w Polsce wśród Ukraińców oraz ich łatwa aklimatyzacja, zachęciły pracodawców do szukania kadry również w innych państwach. Od stycznia do czerwca wydano o 205% r/r więcej oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Białorusi.

Ukraińcy, ze względu na bliskość kulturową i językową, stanowią dla pracodawców w Polsce, którzy mierzą się z pogłębiającymi się deficytami kadrowymi, podstawowy ratunek. Tylko w pierwszym półroczu tego roku zapotrzebowanie na nich wzrosło o połowę w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Między innymi w sektorze przetwórstwa przemysłowego wzrosła o 57% r/r liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Ukraińcowi, w sektorze budowlanym o 50%, a w handlu hurtowym o 43%. Tak duże zainteresowanie kadrą zza wschodniej granicy, potęguje konkurencję wśród firm. Pracodawcy muszą się coraz bardziej starać, aby przyciągnąć osoby z Ukrainy, co skutkuje m.in. oferowaniem atrakcyjniejszych form zatrudnienia. W porównaniu rok do roku zmalała o 12% liczba Ukraińców, którym oferuje się zatrudnienie w ramach umowy o dzieło. Rośnie za to liczba zatrudnionych w ramach umowy o pracę oraz umowy zlecenie.

W związku z rosnącym zapotrzebowaniem na kadrę, pracodawcy zaczęli rozglądać się za możliwością zatrudnienia pracowników również z innych krajów niż Ukraina. Wyróżnia się tutaj zwłaszcza Białoruś. Tylko w pierwszym półroczu 2017 roku liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Białorusi potroiła się w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku (24 tys. w IH17 vs. 7,9 tys. w IH16).

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service

Zarządzanie informacją może być niebezpiecznie

  • Przedsiębiorstwa ponoszą odpowiedzialność za przechowywanie i zarządzanie danymi dotyczącymi pracowników oraz klientów.
  • Ich nieumyślne udostępnienie może oznaczać nawet wielomilionowe odszkodowania.
  • Przed odpowiedzialnością cywilną, w przypadku wycieku danych, można się zabezpieczyć dzięki odpowiedniej polisie.

Większość współczesnych przedsiębiorstw opiera się na systemach informatycznych, w których przechowywane są wszystkie dane firmy oraz jej klientów. Tego typu dane są niezwykle cenne, a ich wyciek może oznaczać dla przedsiębiorstwa katastrofę – zarówno wizerunkową, jak i finansową. Poszkodowani będą zgłaszać się po odszkodowania, a pracownicy nie będą mogli wykonywać swojej pracy. Konsekwencje oznaczają nawet wielomilionowe straty dla dużych przedsiębiorstw i trudne do oszacowania straty wizerunkowe.

Do tej pory, polscy przedsiębiorcy nie byli zainteresowani ochroną przed tego typu zagrożeniami. Zarówno towarzystwa ubezpieczeniowe, jak i właściciele firm bagatelizowali problem i traktowali go jako coś nierealnego. Jednak po ostatnich cyberatakach, które sparaliżowały przedsiębiorstwa w kilku europejskich krajach, zainteresowanie produktem wzrosło, co zauważyliśmy również w ANG Spółdzielni. Kompleksowe ubezpieczenie ryzyka zarządzania informacją posiadamy jednak w naszej ofercie już od jakiegoś czasu.– tłumaczy Michał Kwasek z ANG Spółdzielni.

Ubezpieczenie ryzyka zarządzania informacją i odpowiedzialności za dane klientów, pracowników oraz osób trzecich chroni przedsiębiorcę przed skutkami naruszenia prywatności i bezpieczeństwa informacji. Polisa pokrywa kary administracyjne i koszty w postępowaniach regulacyjnych oraz koszty reakcji po naruszeniu bezpieczeństwa informacji, np. włamaniu do systemu IT. Ponadto ubezpieczenie chroni przed odpowiedzialnością za ich publikacje, np. w mediach społecznościowych czy na stronach internetowych. W razie cyberataku polisa pokrywa koszty i wymuszone płatności oraz koszty odtworzenia danych i utracony zysk.

Suma takiego ubezpieczenia zaczyna się od 500 tys. zł i sięga 5 mln zł – składka ustalana jest indywidualnie, wobec potrzeb i możliwości przedsiębiorstwa. Ubezpieczenie przeznaczone jest szczególnie dla tych przedsiębiorstw, które gromadzą i przetwarzają wiele danych osobowych, jak sklepy internetowe, kancelarie prawne czy administratorzy nieruchomości. Branże, które wymagają udostępnienia przez klientów danych osobowych najbardziej narażone są na ich wyciek lub atak hakerów i to ci przedsiębiorcy powinni pomyśleć o dodatkowym zabezpieczeniu w pierwszej kolejności – dodaje Michał Kwasek.

Kurs euro, dolara, funta, franka – analiza techniczna

EUR/PLN porusza się w ramach wąskiego pasma wahań. CHF/PLN nieco wyżej na bazie ruchów spadkowych na EUR/CHF. Kanał spadkowy na USD/PLN “jeszcze” obowiązuje. Kluczowe dla losów dolara będą piątkowe dane o inflacji z USA. Bank Anglii skutecznie zadbał o spadki na swojej walucie.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 10.06.2017-07.08.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,1962 3,6814 3,5670 4,6879
Maksimum 4,2670 3,9195 3,8190 4,8405

 

Kurs euro

Kurs Euro wykresPolska waluta w relacji do euro nadal pozostaje wysoko. Bardzo spokojnie zachowywał się EUR/PLN w sytuacji sporych ruchów na głównej parze walutowej świata. Złoty momentami nawet zyskiwał i zachowywał się lepiej niż inne waluty krajów wschodzących. Początek tygodnia przynosi jednak znów konsolidację i powrót w okolice 4,25. I taka stabilizacja jest możliwa praktycznie do końca tygodnia. Tydzień jest bardzo ubogi w dane makro szczególnie ze strefy euro. Inwestorzy więc będą oczekiwać piątkowych danych z USA na temat inflacji. Póki co większe osłabienie złotówce nie grozi gdyż panują dość dobre nastroje globalne. Do tego dość wrażliwy temat czyli ustawy “reformujące” sądy w Polsce nieco ucichł. Prawdopodobnie będzie tak aż do momentu zaprezentowania przez prezydenta Dudę swoich projektów ustaw. Również patrząc w drugą stronę o umocnienie będzie ciężko. Próba przełamania wsparcia na poziomie 4,24 zakończyła się niepowodzeniem. Stąd teraz naturalny by był ruch w okolice 4,26. I takie wąskie pasmo wahań powinno obowiązywać do końca tygodnia.

Kurs franka

CHFPLN..H1Bardzo dynamiczny trend spadkowy na CHF/PLN póki co zatrzymał się w okolicach 3,6800. Lekkie odreagowanie w okolice 3,71 wynikało z ruchów na EUR/CHF. Po piątkowych danych z rynku pracy z USA przyśpieszyła wyprzedaż EUR/USD. Wyraźnie słabsze euro zepchnęło EUR/CHF z poziomów powyżej 1,15 do niemal 1,1420. Stąd chwilowa słabość złotego w relacji do CHF i ruch o 3 grosze w górę. W kolejnych godzinach sytuacja jednak powoli wraca do poziomów sprzed danych z rynku pracy. W kolejnych dniach więc powinniśmy zobaczyć ruch w kierunku ostatniego minimum. Tym bardziej, że do piątku nie widać po drodze żadnych ryzyk a podejście do franka szwajcarskiego na rynkach nadal pozostaje negatywne. Inwestorzy w tym momencie nie szukają bezpiecznych przystani.

Kurs dolara

USDPLN..H1Zgoła odmienną sytuację mamy na USD/PLN. Na tej parze mieliśmy do czynienia z większą zmiennością niż na omawianych parach powyżej. Wynika to przede wszystkim z dość sporej zmienności w ostatnich dniach na EUR/USD. Reakcja po dobrych danych z rynku pracy w piątek początkowo była niewielka ale po godzinie była już znaczna i główna para znalazła się w okolicach 1,1740. Jednak brak reakcji na obligacjach amerykańskich mógł nieco zastanawiać, czy aby reakcja na rynku walutowym nie była przesadzona. Wzrosty rentowności na 5 i 10 letnich instrumentach dłużnych USA była symboliczna. A patrząc z drugiej strony obligacje w Niemczech i ich rentowności praktycznie się nie zmieniły. W końcu i inwestorzy doszli do tych samych wniosków. W końcu tak naprawdę dwa odczyty nie mogą zaraz przesłonić kilkunastu słabszych danych makro w ostatnich tygodniach. Stopniowo więc EUR/USD kroczył w górę docierając w okolice 1,18. Po spadkach na EUR/USD nastąpiła i reakcja na USD/PLN gdzie od ostatniego minimum znaleźliśmy się około 5 groszy wyżej. Kanał spadkowy jednak został nadal utrzymany. Opór w postaci górnego ograniczenia kanału nadal obowiązuje. Kluczowe w tym momencie będą piątkowe dane o inflacji z USA. Jeśli i tu zobaczymy pozytywne zaskoczenie to z pewnością opór nie będzie żadną przeszkodą a kurs poszybuje nawet w okolice 3,70. W końcu inflacja ma dla Fed w tym momencie kluczowe znaczenie by realizować swój plan zacieśniania monetarnego.

Kurs funta

GBPPLN..H1GBP/PLN w ostatnim tygodniu lipca poruszał się w ramach wąskiej konsolidacji. Raptem 4 groszowe pasmo wahań na tej parze to dość rzadki widok w ostatnich tygodniach. Taka konsolidacja jednak długo nie trwała a swoje dołożył Bank Anglii na swoim posiedzeniu. Nie dość, że spadła liczba głosów za podwyżką stóp to jeszcze obniżono perspektywy wzrostu PKB w najbliższych latach. A właśnie liczba członków głosujących za podwyżką stóp w Wielkiej Brytanii spowodowała, że funt nieco odreagował. Inwestorzy liczyli, że Bank Anglii szybciej zerwie z łagodną polityką monetarną. Nic jednak bardziej mylnego. Tempo wzrostu inflacji znów nieco spadło więc nie ma powodów by zmieniać politykę monetarną. Do tego obniżono prognozę wzrostu PKB co tak naprawdę przekreśla wszelkie ruchy BoE do końca przyszłego roku. Stąd znów gwałtowna wyprzedaż funta. GBP/PLN spadł poniżej ostatniego minimum. Obecnie kurs nieco “stanął” w okolicach 4,70. Wsparciem w przypadku dalszego ruchu w dół będzie ostatnie minimum.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl