Giełdowy Indeks Produkcji na minusie. Sytuację ratują najwięksi gracze

Przemysł w Europie i w Polsce ciągnie rośnie, ale zarządzający i inwestorzy wyraźnie stonowali swoje prognozy. W lipcu spadły ceny akcji 35 spółek z GIP60. Jedynie 22 zanotowało wzrost wartości, co przełożyło się na spadek całego indeksu o 0.53% do poziomu 1114.42 pkt. Spadek byłby jeszcze większy, gdyby nie dobre wyniki jego największych spółek: GRUPY AZOTY (+11.22%) i CCC (+8.44%).

Inwestorzy najgorzej oceniali spółki reprezentujące branżę meblarską (-8.31%), głównie za sprawą korekty na akcjach FORTE (-17.70%), która miała miejsce po ogłoszeniu wyników za drugi kwartał (37,3% spadek zysku operacyjnego r/r) podobnie nisko postrzegane były spółki z przemysłu lekkiego (-6.22%), farmaceutyczne (-5.45%) i motoryzacyjne (-4.71%). Zdecydowanie lepiej lipiec będą wspominać akcjonariusze największych polskich producentów z branży chemicznej (+4.68%), spółek projektujących i dystrybuujących odzież (+1.72%) i największych polskich producentów żywności (+1.17%) – branż które jako jedyne z całego indeksu w lipcu zyskiwały na wartości.

Branża chemiczna dominuje podium GIP60

Liderem GIP60 w mijającym miesiącu została się spółka ZAKŁADY AZOTOWE PUŁAWY S.A., której wartość rynkowa wzrosła aż o 23.54%, czyli o bagatela 714 mln zł i był to również największy bezwzględny wzrost wartości pośród firm z indeksu GIP60 w tym okresie. Spółka z siedzibą w Puławach specjalizuje się w wielkotonażowej produkcji nawozów azotowych i osiągnęła ona ścisłą czołówkę światową wśród producentów melaminy. To największe polskie przedsiębiorstw w dziale w grupie spółek zajmujących się procesami syntezy chemicznej na wielką skalę. — Główną przyczyną jej wzrostu wartości w lipcu był podpisany jeszcze pod koniec czerwca kontrakt z PGNiG do umowy ramowej sprzedaży paliwa gazowego, którego przedmiotem są dostawy paliwa w okresie od 1 października 2018 roku do 30 września 2020 z opcją przedłużenia do 30 września 2022 roku. Puławy szacują wartość tego kontraktu na około 3.2 mld zł — ocenia Maciej Zaręba z DSR SA, pomysłodawca i współtwórca indeksu GIP60 z firmy DSR SA.

ENERGOINSTAL S.A. po raz drugi z rzędu znalazła się na podium, tym razem miesięczny zwrot na poziomie 11,7% dał jej drugie miejsce. W ubiegłym miesiącu tłumaczyliśmy jej słaby początek roku pierwszą od lat roczną stratą netto i porażkami w kilku dużych przetargach inwestycji publicznych, ale też zwracaliśmy uwagę na bardzo niski wskaźnik P/BV, który wynosił wtedy 0.21 i mógł sugerować spore wzrosty na akcjach spółki tej klasy w przyszłości. Dziś po kolejnych wzrostach, wskaźnik ten oscyluje wokół 0.30, a więc ciągle nisko jak dla spółki osiągającej w przeszłości wartość P/BV na poziomi 2.0, ale o tym czy ENERGOINSTAL zachowa dobrą passę zadecyduje najpewniej zbliżający się sezon na wyniki za pierwsze półrocze.

Najniższy stopień podium zajęła GRUPA AZOTY S.A. notując wzrost wartości rynkowej o 704 mln zł (+11.22%), co zbliża ją do wyceny bliskiej 7 mld zł. Jest to największy polski koncern chemiczny zlokalizowany w Tarnowie, produkujący najwięcej nawozów mineralnych spośród wszystkich przedsiębiorstw Unii Europejskiej. GRUPA AZOTY zajmuje się także produkcją nawozów wieloskładnikowych (trzeci producent w UE), a także produkcją tworzyw konstrukcyjnych, alkoholi OXO i plastyfikatorów. Dziewięciocyfrowy kontrakt (ok 7 mld zł) na dostawy paliwa gazowego jaki podpisały spółki Police i Puławy ze spółką PGNiG wpłynął pozytywnie również na wyniki całej GRUPY.

Przemysł ciągle rośnie, ale nastroje

Spadek wartości polskich spółek produkcyjnych przynajmniej w części może być tłumaczony poprzez wyhamowanie dynamiki wzrostu w polskim przemyśle, jak i w całym przemyśle europejskim. PMI dla Polski wyniósł w lipcu 52.3 pkt co analitycy firmy IHS Markit interpretują jako umiarkowany wzrost, ale jednocześnie zwracają uwagę na spadek w porównaniu z czerwcem (53.1) i najniższą wartość od listopada 2016 roku. W badaniach zaobserwowano także znaczący wzrost nowych zamówień eksportowych i kontynuację wzrostu obciążeń kosztowych przedsiębiorstw przemysłowych, głównie za sprawą wzrostu cen surowców i kosztów pracy.

Przed spadkiem nastrojów kadry zarządzającej nie uchronił się także przemysł europejski, dla którego odczyt PMI w lipcu (56.6) był niższy od czerwcowego (57.4). W Niemczech indeks PMI wyniósł 58.1, co przy czerwcowym odczycie na poziomie 59.6 było jednym z największych spadków w tym miesiącu. Producenci największej gospodarki Eurostrefy nie mają jednak zbyt wielu powodów do narzekań, gdyż jest to jeden z najlepszych odczytów wśród wszystkich badanych państw. Wzrost PMI zanotowały za to Chiny, dla których odczyt na poziomie 51.1 może sugerować wzrost dynamiki produkcji w drugiej połowie roku. Również PMI obliczane dla przemysłu globalnego zanotował symboliczny wzrost o 0.01 pkt do poziomu 52.7 w lipcu.

— Warto pamiętać, że lipiec dla wielu firm z branży przemysłowej wiąże się zwykle z niższą aktywnością niż w pozostałych miesiącach roku. Również aktywność inwestorów w tym okresie jest zdecydowanie niższa co widać w poziomie obrotów. Sezon ogórkowy odcisnął swoje piętno zarówno w wynikach giełdowych spółek, jak i w nastrojach samych pracowników producentów. Jednak trudno znaleźć powód, dla którego spowolnienie zaobserwowane w lipcu mogłoby przerodzić się w stały trend spadkowy — uważa Maciej Zaręba z DSR SA.

GIP60 to indeks opracowany przez firmę DSR, serwis analityczny PRODUKCJA.EXPERT, poświęcony problematyce polskiej produkcji oraz Wydział Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej. Jego uczestnikami jest 60 spółek notowanych na Rynku Podstawowym GPW a celem przejrzysta identyfikacja zmian nastrojów inwestorów w stosunku do spółek z branży produkcyjnej.

Sztuczna inteligencja dla sztuki

Sztuczna inteligencja dla sztukiNaukowiec z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu pracuje nad nowatorskim projektem, który w przyszłości ma pomóc w zakupie dzieł sztuki. Badania prowadzone będą w ramach grantu Microsoft Azure for Research.

Nowatorski charakter pracy badawczej związany jest z wykorzystaniem zaawansowanych technik wzbogacania danych oraz rozpoznawania obrazów. –Na przykład głębokie sieci neuronowe używane są do automatycznej detekcji stylu artysty – wyjaśnia mgr inż. Dominik Fiipiak, doktorant w Katedrze Informatyki Ekonomicznej UEP. Używane do tego algorytmy wymagają dużej mocy obliczeniowej i nowoczesnych kart graficznych. Zdobyte środki zostaną przeznaczone na niezbędną do przeprowadzenia badań infrastrukturę obliczeniową.

Mgr inż. Dominik Filipiak, doktorant w Katedrze Informatyki Ekonomicznej, uzyskał grant Microsoft Azure for Research. Złożony wniosek pt. „Data Science for Improving the Quality of Art Market Data” jest związany z tematyką jego rozprawy doktorskiej, która powstaje pod opieką prof. Witolda Abramowicza oraz dr Agaty Filipowskiej. Laureat zajmuje się problematyką poprawy jakości danych dostępnych w polskich domach aukcyjnych celem oceny kondycji rynku dzieł sztuki.

Kryzys koreański doprowadza do wrzenia rynki finansowe

Wakacyjny spokój nie ma miejsca, by błyszczeć, gdyż inwestorzy znaleźli się pod presją ryzyk geopolitycznych. Dochodzi do przeglądu nagromadzonych pozycji, na czym korzysta CHF, ale ofiarami są AUD i CAD. Awersja do ryzyka napędza cenę złota, ale za to na rynkach wschodzących (i złotym) nie widać paniki. NZD gorzko przyjmuje ostrzeżenia o możliwej interwencji RBNZ.

Jakby mało było w sierpniu męczących upałów (i nagłych burz), kryzys koreański dodatkowo podgrzewa atmosferę doprowadzając do wrzenia rynki finansowe. Media w Korei Północnej dalej informują o planach tamtejszych władz dotyczących ataku rakietowego na terytorium USA na wyspie Guam, choć amerykański sekretarz stanu Rex Tillerson stara się uspokajać, że nie ma zagrożenia wojną. Mimo to słowa prezydenta Trumpa o uwolnieniu „ognia i wściekłości” jeszcze rezonują na rynkach. Awersja do ryzyka jest selektywna, ale uderza tam, gdzie nagromadzenie pozycji było największe. Na rynku walutowym najmocniej zyskuje CHF, który w poprzednich tygodniach był silnie wyprzedawany. Mocny jest jen japoński, ale bliskość kryzysu koreańskiego umniejsza jego atrakcyjność. Kres apetytu na ryzyko i waluty surowcowe ciąży na AUD i CAD. EUR jest trochę na uboczu, choć odwrót na EUR/CHF „wylewa się” na inne crossy. Relatywnie spokojnie sytuację znosi złoty, ale przedłużająca się niepewność może z czasem być bardziej szkodliwa. Jak zwykle w przypadku takich wydarzeń, trudno stwierdzić, czy obawy wygasną w ciągu jednej doby, czy zostaną na dłużej, ale strachliwa natura inwestorów przemawia za tym drugim.

Gdzie w tym całym zamieszaniu jest USD? Po pierwsze konsensualnym tematem poprzednich tygodni byłą wyprzedaż dolara na całej szerokości, zatem jeśli inwestorzy decydują się teraz na redukowanie pozycji, USD będzie korzystał. Jednak dodatkowo dane makro powoli zaczynają przemawiać na korzyść waluty, gdyż po solidnym raporcie z rynku pracy inwestorzy przychylniej patrzą na perspektywy podwyżki stóp procentowych w grudniu (choć rynkowa wycena prawdopodobieństwa na poziomie 44 proc. nie jest silnym argumentem). Mimo to silny odczyt inflacji CPI z USA w piątek może zmienić „obraz gry” i dać kolejny powód, by kupować USD. Dziś pod lupę wzięte będzie wystąpienia Billa Dudleya z Fed. Nie wypowiadał się on przez pewien czas, a jego stanowisko często jest zbieżne z generalnym kierunkiem polityki Fed.

Oddzielnym tematem jest NZD, który wyraźnie negatywnie odbiera wczorajszą decyzję RBNZ. Choć bank centralny zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę OCR na 1,7 proc., a w komunikacie nie dokonał większych zmian, to jednak w odniesieniu do kursu walutowego język uległ złagodzeniu, a później wiceprezes McDermott powiedział, że „zmiana [w komunikacie] jest pierwszym krokiem do możliwej interwencji”. Inwestorzy nie potrzebują dodatkowego powodu do niepokoju w obliczu geopolitycznych zawirowań, więc ucieczka z NZD nabrała siły. NZD/USD może mieć pole do spadków nawet do 200-sesyjnej średniej – obecnie przy 0,7120.

Poza tym w kalendarzu, inflacja CPI z Norwegii i produkcja przemysłowa ze Szwecji mogą przejściowo podnieść zmienność na NOK i SEK, ale ogólny sentyment rynkowy pozostanie dominującym czynnikiem. Ryzyko redukowania długich pozycji w GBP/USD zwiększa wrażliwość funta na rozczarowani w odczytach produkcji przemysłowej i bilansu handlowego. Inflacja PPI z USA jest drugorzędna.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Choć kupujemy o połowę mniej pieczywa, piekarze się nie poddają

Piekarze mają problem, przeciętny Polak jeszcze kilkanaście lat temu kupował ponad sto kilogramów chleba, bułek i ciastek rocznie, obecnie zjada już tylko 45 kg. Mimo to, branża sobie radzi: piekarń nie ubywa w takim tempie jak sprzedawanego chleba, większość biznesu jest w dobrej kondycji finansowej, odsetek firm z przeterminowanymi płatnościami wypada niewiele gorzej niż w całej gospodarce, a łączna kwota zaległości wynosi 79 mln zł – wynika z danych BIG InfoMonitor i BIK.

Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że odsetek firm prowadzących działalność piekarniczą, posiadających płatności opóźnione powyżej 60 dni i na kwotę co najmniej 500 zł wobec kontrahentów i banków wynosi 5,8 proc. (w zestawieniu do wszystkich firm zarejestrowanych – 14 295, a nie tylko aktywnych) to jedynie 0,5 pkt. proc. więcej niż średnia dla wszystkich branż. Trudno tym samym uznać piekarzy za szczególnie ryzykownych przedsiębiorców we współpracy.  – W obu bazach (BIK i BIG InfoMonitor) zaległości ma łącznie 827 przedsiębiorstw produkujących pieczywo, świeże wyroby ciastkarskie i ciastka (PKD 1071Z) na łączną wartość 79 mln zł.  Z czego 14,7 mln zł to zaległości pozakredytowe, a 64 mln zł zaległości kredytowe. Choć przeterminowane zobowiązania wobec instytucji finansowych wydają się znaczące, to jednak problem nie jest częsty, dotyczy 259 piekarni z 2,8 tys. spłacających kredyty o wartości 670 mln zł. Tym samym udział firm z kredytami zaległymi powyżej 60 dni w ogólnej liczbie spłacających wynosi 9,3 proc. – zaznacza prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

Dwie trzecie ma dobrą i bardzo dobrą kondycję finansową

Dobrą sytuację finansową firm piekarniczych potwierdza wywiadownia gospodarcza Bisnode Polska. Przeprowadziła ona analizę 511 firm i wyszło z niej, że 65 proc. działających w Polsce piekarni jest w bardzo dobrej i dobrej kondycji finansowej. W ocenie Bisnode, na tle innych sektorów jest to bardzo dobra sytuacja.

Nie jest łatwo być piekarzem

Biorąc pod uwagę piętrzące się przed piekarzami trudności sytuacja branży jest naprawdę niezła. Przede wszystkim nie pomaga im postępująca zmiana nawyków żywieniowych Polaków. Wraz ze wzrostem zamożności zjadamy coraz mniej pieczywa, chleb zastępujemy m.in. nabiałem, mięsem, warzywami, owocami. Choć wciąż występują duże różnice w konsumpcji pieczywa pomiędzy grupami ludności, także pomiędzy miastem a wsią. Fakty są jednak nieubłagane, spożycie pieczywa spada każdego roku o 3 – 4 proc. i od 1999 roku obniżyło się już o połowę.

Dodatkowo ostrą konkurencję dla piekarzy stanowi produkcja własna pieczywa przez sieci handlowe. Efekt? Liczba piekarni maleje, obecnie aktywnie działających jest blisko 9 tys. (zarejestrowanych w KRS i CEIDG – 14 295) w porównaniu z 2012 r. aktywnych jest mniej o 4,5 proc., bo ubyło w tym czasie 400. Tempo spadku liczby czynnych piekarń jest jednak wyraźnie niższe niż spadku spożycia pieczywa.

Pomagają przetrwać wyszukane wypieki i eksport

Pozostający na rynku piekarze dają sobie radę. Niskie marże osiągane na sprzedaży popularnego pieczywa, skłaniają zwłaszcza w dużych miastach, do produkcji pieczywa o podwyższonej jakości oraz ciastek. W tych segmentach rynku marże są wyższe. Inny kierunek obrony branży przed spadającym spożyciem pieczywa w kraju jest też eksport. – Branża piekarnicza jest jedną z najszybciej rosnących gałęzi gospodarki pod kątem eksportu, ze średnim wzrostem rzędu kilkunastu procent rocznie. Już teraz wartość netto eksportu polskiego pieczywa wynosi więcej niż krajowe zapotrzebowanie – twierdzi Waldemar Topolski, dyrektor zarządzający Aryzta Polska, firmy przedstawiającej się jako największy na świecie producent mrożonego pieczywa*.

*cytat zaczerpnięty z ze strony: portalspozywczy.pl

Technologia spowalniająca tempo życia światowym trendem. Polacy też tworzą takie rozwiązania

Technologia spowalniająca tempo życia światowym trendem. Polacy też tworzą takie rozwiązania 1

We współczesnej popkulturze istotną rolę pełni nurt slow, proponujący nowe rozwiązania spowalniające tempo życia czy sposób jedzenia. Jednym z takich rozwiązań jest polski projekt Slow.down, który przeciwstawia się popularnym napojom energetycznym. Zamiast pobudzać i dodawać energii, ma spowalniać tempo naszego życia i skłaniać do wyciszenia. Projekt wpisuje się w coraz popularniejszy nurt w świecie technologii – slow tech.

Nurt slow tech zakłada ograniczenie ilości bodźców, jakie do nas docierają ze świata internetowego. Jednym z przykładów są strefy, w których nie jest dozwolone korzystanie z telefonu komórkowego. Pozwala to na czerpanie pełnego zadowolenia z otaczającego nas świata, bez potrzeby robienia zdjęć posiłkom czy np. podczas pieszej wycieczki.

Przykładem wykorzystania takiej myśli jest choćby Light Phone – telefon w najprostszej możliwej wersji. Jest wielkości karty kredytowej i jego funkcje ograniczają się jedynie do dzwonienia za pomocą sieci 2G. Urządzenie pozwala także na przekierowanie rozmów, np. ze smartfona, co pozwala na pozostawienie naszego multimedialnego telefonu w domu. W ten rodzaj nurtu wpisuje się polski projekt marki Slow down, łączący nurt slow tech z coraz popularniejszą w świecie ideologią slow food.

– Slow down ma zmusić nas do zadania sobie fundamentalnego pytania o to. jaka jest rola naszego życia w pędzącym świecie, jak poradzić sobie w natłoku informacji i pracy. To był pretekst do zajęcia się tym projektem – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Frej, Brand Design Director w agencji brandingowej Opus B.

Zaprojektowane opakowanie Slow down jest na tyle innowacyjne, że nie upraszcza czynności takich jak picie czy gaszenie pragnienia, ale spowalnia te czynności. Butelka została zaprojektowana w taki sposób, aby wyciszyć konsumenta i zatrzymać go na chwilę w codziennym pędzie.

– Napój Slow down w swojej idei miał być przeciwieństwem napojów energetycznych i miał przeciwstawić się życiu w wielkim tempie. Miał działać w drugim kierunku, czyli wyciszania się – dopowiada Paweł Frej.

Cel osiągnięto poprzez zastosowanie szklanej butelki o wąskiej szyjce, z której napój wylewa się powoli, podobnie jak piasek przesypujący się w klepsydrze. Dzięki temu spożywający napój może się zatrzymać, wziąć głęboki oddech i zamanifestować w duchu slow. Przygotowując opakowanie w formie dwupaku, projektanci nawiązali do klepsydry, symbolu upływającego czasu. Sam płyn nie jest więc najważniejszym elementem Slow down.

– To, co najważniejsze w opakowaniu, to zmiana funkcjonalności przelewu płynu – zwykła butelka zakłada jak najszybsze przelanie napoju do szklanki, nasz projekt pozwala, aby czas potrzebny na przelanie napoju wykorzystać dla siebie – tłumaczy Brand Design Director z Opus B.

Projekt opracowany przez Opus B zajął m.in. trzecie miejsce w tegorocznym konkursie Dieline Awards (kategoria Koncept). Jak przekonują jego pomysłodawcy, może być niedługo dostępny w sklepach.

Według badań TNS Polska, aż 62 proc. Polaków uważa, że żyje w pośpiechu. Zwykle lub raczej bez pośpiechu jada zaledwie 48 proc. badanych. Pozostali jedzą „jak wypadnie”, a aż 17 proc. z nich przyznaje, że stara się zjeść jak najszybciej.

Polska staje się liderem w dziedzinie nauki o danych. Rynek data science tylko w UE za dwa lata będzie wart niemal bilion euro

Polska staje się liderem w dziedzinie nauki o danych. Rynek data science tylko w UE za dwa lata będzie wart niemal bilion euro 2

Do 2020 roku wartość cyfrowych profili wszystkich internautów z Unii Europejskiej wyniesie niemal bilion euro. Wraz ze wzrostem korzystania z internetu pojawił się problem nadmiernej liczby danych, które dziś nazywane są big data. Analiza tych zbiorów pozwala znacznie lepiej przewidywać nastroje społeczne czy zapotrzebowanie konsumentów. Eksperci zauważają, że data science, czyli analiza zbiorów danych, może być odpowiedzią na główny problem biznesu – sprzedaż jedynie tych produktów, na które jest popyt, bez ryzyka strat. Polska w tej dziedzinie może się stać liderem.

– Data science, czyli nauka o danych, to zbiór metod na temat tego, w jaki sposób pozyskiwać, przetwarzać i pokazywać dane. Biznes produkuje dane, na przykład fabryka mebli zbiera dane o swojej działalności, mając te dane mogą użyć data science, aby lepiej przewidzieć na przykład popyt na meble, dzięki temu w przyszłości będą wiedzieć, jakie będzie zapotrzebowanie na pewien konkretny rodzaj mebla. Wiedząc, jakie jest zapotrzebowanie, mogą lepiej zoptymalizować swój szlak dostaw – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje, prof. Przemysław Biecek z Wydziału Matematyki i Nauk Informacyjnych Politechniki Warszawskiej.

Według raportu The Boston Consulting Group „The Value of Our Digital Identity” z 2012 r. wartość cyfrowych profili wszystkich internautów z Unii Europejskiej wyniesie w 2020 r. niemal bilion euro, czyli ponad dwukrotnie więcej niż wynosi PKB Polski. Taka ogromna liczba danych stwarza wielkie możliwości w zakresie ich wykorzystania w celach biznesowych, ale też rodzi ogromne problemy z ich analizą.

Dane w biznesie są wykorzystywane od lat. To, czego doświadczamy teraz, to rewolucja cyfrowa, jest olbrzymia liczba danych, komputery potrafią generować coraz więcej danych, urządzenia są w stanie monitorować olbrzymią ilość różnych aspektów naszego życia, wolumen danych, z którym mamy teraz do czynienia, jest niespotykany – dodaje prof. Przemysław Biecek.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez firmę Intel, tylko 18 proc. polskich przedsiębiorstw wdrożyło już rozwiązania do analizy big data, podczas gdy średnia w regionie Europy Środkowej w korzystaniu z tego typu rozwiązań wynosi 25 proc. Przed nami są zarówno Czesi, jak i Słowacy. W Polsce jednak mamy trend wznoszący w zakresie stosowania data science. Wskazują na to zarówno rosnąca liczba ofert pracy dla data scientist, jak i coraz większa liczba studiów i placówek związanych z analizą danych.

Stworzyliśmy laboratorium data science dzięki współpracy z firmą Nethone. W tym laboratorium zrzeszamy studentów, doktorantów, pracowników naukowych, którzy interesują się tematyką i działają na trzech frontach: jeden to otwarte tworzenie narzędzi i biblioteki, tak aby społeczeństwo mogło je wykorzystywać do analizy danych, drugi obszar działalności to consulting, gdzie pomagamy podmiotom analizować ich dane. Trzeci obszar działalności to działalność edukacyjna, prowadzimy warsztaty, szkolenia i kursy dla osób, które chciałyby się nauczyć czegoś nowego w tym obszarze – powiedział profesor z Wydziału Matematyki i Nauk Informacyjnych Politechniki Warszawskiej.

Według firmy badawczej IDC globalny rynek big data jest wart około 130 mld dolarów. Do 2020 r. jego wartość ma natomiast wzrosnąć do 203 mld dolarów. Tempo wzrostu tego rynku wymusza także rozwój w zakresie analizy danych. Ekspert z Politechniki Warszawskiej uważa, że w tej dziedzinie Polska może pełnić rolę lidera.

Mamy olbrzymi potencjał, aby być liderem w obszarze data science. Firmy to rozpoznają, coraz więcej decyduje się przesunąć centra badawcze do Polski, aby tutaj tworzyć działy badawcze związane z obszarami data science – twierdzi prof. Przemysław Biecek.

Nad Bałtykiem turyści nie mają problemu z zakupem zimnego piwa czy lodów. Brakuje za to czystych toalet

Agenci platformy TakeTask sprawdzili 42 znane nadmorskie kurorty pod względem dostępności toalet, szerokości asortymentu handlowego, a także dodatkowych atrakcji. Badanie wykazało, że aż 17% polskich plaż wciąż pozostaje bez sanitariatów. Z kolei te, z których można korzystać, przeważnie są bardzo słabo oznakowane. Zwykle też zwyczajnie odstraszają swoim widokiem i zapachem. Tak wynika z obserwacji audytorów. Ponadto, 26% plaż nie oferuje żadnych rozrywek.  Boisko do siatkówki znajduje się jedynie na co 5 plaży. Za to plażowicze mają średnio do wyboru 5 rodzajów piw. 

Użytkownicy aplikacji zbierali dane m.in. w Świnoujściu, Międzyzdrojach, Kołobrzegu, Mielnie, Władysławowie, na Helu, w Trójmieście i w Krynicy Morskiej. Ustalili, że toalety są dostępne niemal równie często na samej plaży (40% badanych lokalizacji), jak i przy jej bezpośrednim wejściu (43%). Zwykle plażowicze mają możliwość korzystania z 3-4 sanitariatów w okolicy kąpieliska. Ale nadal brakuje ich w obrębie 1 km od 5% plaż. Problem jest też w tym, że znajdują się one dopiero w promieniu 1 km od 12% popularnych nadbrzeży. To stanowi spore utrudnienie dla turystów, którzy są zmuszeni zaspokajać swoje potrzeby na łonie natury. Kawałki papieru toaletowego, które są widoczne ze ścieżek prowadzących na plażę, bardzo negatywnie wpływają na wizerunek danego kurortu.

– Jeśli chcemy, aby plażowicze częściej korzystali z toalet, muszą one być łatwo dostępne, bezpłatne jak pobliski las, a do tego czyste. Prywatne firmy nie zajmą się tym problemem, bo nie są w stanie zarobić na darmowym sanitariacie. To jest zadanie dla gmin, które nie do końca radzą sobie z problemem, jak wykazało nasze badanie. Opłaty pobierane za dzierżawę powierzchni pod punkty gastronomiczne mogą być dobrym sposobem na finansowanie toalet. Z kolei, dobra infrastruktura poprawia satysfakcję turystów, dzięki czemu powrócą oni do nadmorskich miejscowości – mówi Sebastian Starzyński, prezes zarządu platformy TakeTask S.A.

Zdaniem eksperta, liczy się nie tylko ilość, ale przede wszystkim czystość sanitariatów. Jak podkreśla prezes Starzyński, problem polega na tym, że część dostępnych toalet jest słabo oznakowana albo niedostatecznie często sprzątana. Dlatego konieczna jest przede wszystkim sprawna ekipa sprzątająca i edukacja społeczeństwa, zachęcająca do zachowywania elementarnych zasad higieny. Nie każdy bowiem rozumie, że czystość zależy od zachowania wszystkich korzystających, a nie tylko od wytężonej pracy osób, które sprzątają.

Wszędzie piwo

– Na każdej badanej plaży można natomiast kupić piwo. Najczęściej spotkane marki to Żywiec, Warka i Lech. Warto wiedzieć o tym, że dostępność konkretnych piw na plażach zależy od strategii ich właścicieli. Nie widać tam małych, lokalnych browarów, tylko te duże, które sponsorują barom stoliki, krzesła, parasole czy lodówki. Mniejsi producenci nie mogą sobie pozwolić na tego typu inwestycje. Ponadto, lokalne piwa to coś nowego, niepewnego i obcego dla turystów, a oni głównie poszukują znanych i zaufanych produktów – wyjaśnia prezes Starzyński.

Średnio na polskich plażach sprzedawcy oferują 5 różnych rodzajów piw. Zdaniem eksperta, taki wybór jest wystarczający dla konsumentów. Zwykle najbardziej liczy się dla nich to, żeby napój był zimny. Bardziej odpowiednim miejscem do szukania nowych smaków jest duży market, gdzie można spokojnie zastanowić się, stojąc przy półce. Wybór może być tam znacznie większy, niż w barze. Co ciekawe, tylko na co czwartej badanej plaży jest dostępne piwo bezalkoholowe. Jak tłumaczy prezes Starzyński, większość plażowiczów nie korzysta z samochodów, więc spożywa napoje alkoholowe. Gdy bar ma małą powierzchnię, jego właściciel zwykle woli inwestować w piwo smakowe, bo chętniej kupują je klienci. Jest słabsze, ale to wciąż alkohol, preferowany zwłaszcza przez kobiety. Występuje w 76% badanych lokalizacji.

Mały wybór lodów

– Na plażach nie jest też wskazany zbyt duży wybór lodów, żeby klient mógł sprawnie podjąć decyzję bez otwierania lodówki, a potem szybko wyjął produkt. Jeśli jest ich wiele rodzajów, to powstaje bałagan w chłodziarce i wydłuża się czas oczekiwania w kolejce. Co ważniejsze, wyjmowane i odkładane lody szybko rozmrażają się i mogą powodować masowe zatrucia pokarmowe. Zwykle w punktach gastronomicznych, które są ulokowane na plaży, nie ma miejsca na kilka lodówek, a zatem robienie większej ilości zapasów jest niemożliwe – zaznacza Sebastian Starzyński.

Nad Bałtykiem najczęściej dominują 2 producenci lodów. Na co drugiej badanej plaży można zakupić produkty Algidy lub Nestle. Są to wielkie międzynarodowe koncerny, które mają ogromne zaplecze marketingowe i przedstawicieli handlowych. Mogą oni przekonywać właścicieli barów do tego, że mają najciekawsze promocje na lato. Polska marka Koral znalazła się na 3. miejscu. Według eksperta, ma ona niższy budżet marketingowy, w porównaniu z zagraniczną konkurencją. Dlatego, oferuje punktom gastronomicznym produkty o potencjalnie mniejszej marżowości.

Brak atrakcji

– Większość polskich plaż oferuje jedynie miejsce do leżenia i budowania zamków z piasku. 26% badanych lokalizacji nie posiada żadnych dodatkowych atrakcji. Najczęściej spotykane boisko do siatkówki znajduje się jedynie na co piątej plaży. Warto zwrócić uwagę na to, że stworzenie go nie wymaga dużego kosztu. Niestety, nad Bałtykiem wyraźnie brakuje polityki nakierowanej na aktywny wypoczynek. Moim zdaniem, to duży błąd, bo Polacy coraz częściej uprawiają różnego rodzaju sporty i mają na nie więcej czasu właśnie na wakacjach – przekonuje prezes Starzyński

Samorządy powinny udostępnić plażowiczom więcej bezpłatnych siłowni na powietrzu z widokiem na morze. To podniosłoby aktywność sportową turystów, a co za tym idzie zwiększyłoby ich satysfakcję. Jeśli nie ma dostępnych atrakcji sportowych lub są one zbyt drogie dla dużej części społeczeństwa, to istnieje większe prawdopodobieństwo, że ludzie zwyczajnie będą ograniczać się do leżenia na piasku. Trzeba podkreślić, że zaledwie 14% plaż ma place zabaw. W przypadku 19% jest dmuchana zjeżdżalnia, ale z reguły płatna. Tylko 5% nadbrzeży oferuje zjeżdżalnię wodną. Ogólnie na 26% plaż brakuje atrakcji dla dzieci i młodzieży.

Badanie było prowadzone przez agentów TakeTask na przełomie lipca i sierpnia tego roku na 42 plażach. Sprawdzili oni 5 plaż w Międzyzdrojach, 4 w Sopocie, po 3 w Gdańsku i na Helu, po 2 w Krynicy Morskiej, Pogorzelicy, Gdyni, Ustroniu Morskim, Darłówku, Kołobrzegu, Juracie oraz w Mielnie. Pojedyncze nabrzeża zostały poddane analizie we Władysławowie, w Świnoujściu, Ustce, Kątach Rybackich, Chałupach, Niechorzu, Unieście, Dziwnowie, Sianożętach, Grzybowie a także w Stegnie.

Budownictwo kontenerowe coraz bardziej popularne. To już nie tylko budynki na placach budowy, ale też szkoły czy dworce

Budownictwo kontenerowe coraz bardziej popularne. To już nie tylko budynki na placach budowy, ale też szkoły czy dworce 3

Rocznie w wynajmie znajduje się nawet 70 tys. kontenerów, a sprzedaje się ok. 10 tys. To efekt większego zapotrzebowania na usługi firm budowlanych i przemysłowych. Coraz częściej w tym modelu powstają już nie tylko niewielkie obiekty, ale też tymczasowe dworce, szkoły czy przedszkola. Eksperci zauważają, że przewagami budownictwa kontenerowego są czas wykonania obiektu i dostawy, elastyczność, a przy tym odpowiednie bezpieczeństwo pożarowe i BHP.

– Od co najmniej 20 lat, od kiedy działamy na polskim rynku, obserwujemy prawie geometryczny wzrost zapotrzebowania na nasze usługi zarówno na rynku wynajmu, jak i sprzedaży. Obliczamy, że ten rynek to około 60-70 tys. kontenerów w wynajmie rocznie przez cały czas, a rynek sprzedażowy w granicach 10 tys. sztuk rocznie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Staniszewski, dyrektor generalny Touax, firmy działającej na rynku kontenerowego budownictwa modułowego.

Dotychczas z takich rozwiązań korzystało przede wszystkim budownictwo, na placach budowy, tam, gdzie istniała potrzeba stworzenia zastępczych pomieszczeń. Także przemysł sięga takie rozwiązania, np. na potrzeby biura czy przebieralni dla pracowników.

– Potencjał rynku kontenerowego wydaje się nieograniczony. Patrząc na przykłady rynków zachodnich, widzimy, że rynek ten ma bardzo duży potencjał przed sobą. Rynki zachodnie są wielokrotnie większe od naszego, więc patrząc w perspektywie kilkunastu najbliższych lat, spodziewamy się bardzo dużego wzrostu – prognozuje Staniszewski.

Jak przekonuje ekspert, budownictwo modułowe nie tylko nie musi ustępować tradycyjnemu, ale ma też przewagi. Rozwiązania kontenerowe pozwalają na postawienie w bardzo krótkim czasie tymczasowych, wygodnych obiektów.

– Usługi kontenerowe charakteryzuje bardzo krótki czas dostawy, wykonywania obiektu – trwa to od kilkunastu dni do 2–3 miesięcy. W tym czasie jesteśmy w stanie dostarczyć obiekt dowolnej wielkości. Poza tym jest to skalowalność, możliwość rozbudowy bądź zmniejszenia obiektu – wymienia dyrektor generalny Touax.

Jak tłumaczy Staniszewski, choć budynki modułowe powstają znacznie szybciej niż tradycyjne, nie wpływa to na ich poziom bezpieczeństwa. Zachowane są wszelkie normy BHP. Budynki spełniają wymogi dotyczące m.in. bezpieczeństwa przeciwpożarowego, izolacji termicznej czy dostępności dla niepełnosprawnych. Ogrzewanie może pochodzić z centralnego systemu miejskiego, czy własnej kotłowni. Ponadto wykonawcy dużą wagę przykładają też do komfortu użytkowania.

Z budownictwa modułowego korzysta m.in. PKP, który w kilku miastach postawił takie tymczasowe dworce, które mają zastąpić na czas remontu dotychczasowe obiekty. Do 2023 roku – zgodnie z zapowiedziami z ubiegłego roku – przewoźnik ma zamiar rozbudować i wyremontować 464 dworców pasażerskich.

Także samorządy przekonują się do tego typu budownictwa, m.in. ze względu na możliwość zróżnicowanego finasowania takich obiektów (leasing, wynajem, sprzedaż z opcją odkupu). We Wrocławiu powstało 6 przedszkoli modułowych, takie placówki powstaną też m.in. w Warszawie, Poznaniu czy Szczecinie. Dodatkowym plusem jest możliwość zdemontowania takiego obiektu (w całości lub częściowo), jeśli zajdzie taka potrzeba.

– Przewaga kontenerów na rynku szkolnym czy przedszkolnym uwidacznia się, gdy zbliża się rok szkolny. Wtedy gminy wpadają w lekką panikę, muszą zapewnić np. powierzchnie przedszkolne, bo zwiększa się gwałtownie liczba dzieci. Potrafimy wówczas w ciągu 6–8 tygodni ustawić przedszkole. Później jest kwestia paru dni, aby uzupełnić odpowiednie wyposażenie. Zaczynając na początku wakacji, jesteśmy w stanie na ich koniec oddać pod klucz taki obiekt – przekonuje ekspert.

W technologii modułowej w okresie wakacji w miejscach turystycznych powstają beach bary czy budynki wykorzystywane podczas festiwali muzycznych.

– Ustawiamy nasze kontenery w różnych miejscach o różnych zastosowaniach. W okolicach Gdańska w naszych kontenerach funkcjonuje zakon sióstr, ustawiliśmy też kaplicę. Mniej spotykane, ale ważne latem są bary nadmorskie, które są użytkowane tylko przez 2–3 miesiące w roku, przeszklone, z klimatyzacją, bardzo wygodne do użytku – wskazuje Jacek Staniszewski.

Tylko 7 proc. nastolatków zdobywa swój pierwszy alkohol samodzielnie. W większości przypadków pomagają im w tym dorośli

Tylko 7 proc. nastolatków zdobywa swój pierwszy alkohol samodzielnie. W większości przypadków pomagają im w tym dorośli 4

Wakacje to czas, w którym młodzi ludzie częściej skłonni są do ryzykownych zachowań i sięgania po alkohol. Rzadko jednak zdobywają go sami. Przeważnie przyczyniają się do tego osoby dorosłe, przede wszystkim rodzice i dorośli znajomi, którzy częstują nieletnich alkoholem lub poproszeni kupują go w sklepie. Największe krajowe organizacje branżowe z sektora handlu, gastronomii, branży paliwowej i przemysłu piwowarskiego zawiązały koalicję, która ma ograniczyć dostępność napojów alkoholowych dla niepełnoletnich.

– Badanie CBOS wskazuje, że odpowiedzialność za inicjację alkoholową młodzieży ponoszą w dużej mierze dorośli – nie tylko rodzice, sprzedawcy i wychowawcy, lecz także każdy z pełnoletnich Polaków, który ma możliwość wpływania na ten stan rzeczy. Alkohol zawsze trafia do młodego człowieka ręką dorosłego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Danuta Gut, dyrektor Biura Zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Z badania CBOS „Postawy młodych wobec alkoholu” wynika, że w każdych dwóch z trzech przypadków (68 proc.) za inicjacją alkoholową młodego człowieka stoi dorosły – ktoś z domowników albo znajomych, kto decyduje się kupić albo poczęstować nastolatka „czymś mocniejszym” np. podczas domowej uroczystości.

 Badania pokazują również, że stosunek młodego człowieka do alkoholu jest w dużej mierze uzależniony od tego, w jaki sposób w domu rodzinnym o alkoholu się mówi. Problem jest większy tam, gdzie podejście jest bardziej liberalne – wyjaśnia Danuta Gut.

Według badania CBOS kontakt z alkoholem miało nieco ponad 60 proc. dzieci rodziców o postawie chroniącej, przy postawie neutralnej – ok. 75 proc. Najwięcej, ponad 86 proc., to dzieci rodziców o postawie przyzwalającej na spożycie alkoholu.

 Możemy powiedzieć z zadowoleniem, że na przestrzeni lat dostęp młodych ludzi do alkoholu się zmniejsza. Maleje zarówno odsetek tych nastolatków, którzy próbują kupić napoje alkoholowe, jak i tych, którym się to udaje, aczkolwiek ciągle tych zjawisk jest za dużo. Regularnie prowadzone badania europejskie ESPAD dotyczące konsumpcji alkoholu wśród nieletnich wskazują, że na przełomie ostatniej dekady znacząco, bo o 17 pkt. proc., zmalał odsetek 15–16-latków, którzy w ostatnim miesiącu sięgnęli po alkohol. Nie oznacza to jednak, że należy zaniechać działań – mówi Danuta Gut.

Raport ESPAD z 2015 roku wskazuje także, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat odsetek 15- i 16-latków, którzy kiedykolwiek pili alkohol, spadł o 8 pkt proc., zaś o 7 pkt proc. odsetek tych, którzy spożywali alkohol w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

Poprawa to w dużej mierze efekt działań edukacyjnych na rzecz zmiany przyzwolenia społecznego na picie alkoholu przez niepełnoletnich. Utworzona tego lata koalicja krajowych organizacji branżowych zrzeszających firmy z sektora handlu, gastronomii, branży paliwowej i przemysłu piwowarskiego chce ograniczyć dostępność alkoholu dla niepełnoletnich. Do koalicji przystąpiły Polska Izba Handlu, Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji, Naczelna Rada Zrzeszeń Handlu i Usług, Krajowa Rada Gastronomii i Cateringu, Polska Izba Paliw Płynnych, Polska Organizacja Przemysłu i Handlu Naftowego oraz inicjator i koordynator działań, czyli Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

 Nasza organizacja od lat prowadzi działania pod hasłem: „Alkohol. Nieletnim dostęp wzbroniony”. Chodzi o to, abyśmy zrozumieli, że w tym bardzo długim łańcuchu prewencji wszyscy mamy pewną rolę do odegrania, w tym również producenci piwa. My tej odpowiedzialności się nie boimy, dlatego inicjujemy tego rodzaju działania – tłumaczy dyrektor Związku Browary Polskie.

Od kilkunastu lat spada dostępność alkoholu dla nieletnich. Co prawda w przypadku piwa blisko połowa nastolatków (48 proc.) ocenia, że jest ono łatwo dostępne, jednak jeszcze w latach 90. było to 73 proc. Trudniej dostępne jest też wino (37 proc. przy 57 proc. w 1995 roku) i wódka (spadek z 42 w 1995 roku do 34 proc.).

– Dziś sprzedawcy mają uprawnienie do legitymowania i sprawdzania wieku osoby próbującej zakupić alkohol. Branża piwowarska od lat postuluje wprowadzenie obowiązku legitymowania przy zakupie alkoholu. Choć sprzedaż napojów procentowych osobie nieletniej jest kwalifikowana jako przestępstwo, to jednak takie sytuacje wciąż się zdarzają. Stąd rola i odpowiedzialność sprzedawców jest ogromna, wymagająca wsparcia i współdziałania – wskazuje Danuta Gut.

Z badania CBOS wynika, że niemal wszyscy pracownicy handlu mieli styczność z nastolatkami próbującymi kupić alkohol. Dlatego Browary Polskie zachęcają do udziału w bezpłatnym e-learningowym szkoleniu z zakresu odpowiedzialnej sprzedaży alkoholu na platformie www.odpowiedzialnysprzedawca.pl. Dotychczas skorzystało z niego 12 tys. osób.

W ramach działań mających na celu ochronę młodych ludzi przed łatwym dostępem do alkoholu w 100 tys. sklepów, barów czy stacji benzynowych, wszędzie tam, gdzie można kupić alkohol, pojawią się naklejki z informacją, że dana placówka nie sprzedaje alkoholu niepełnoletnim.

– Koalicja będzie mocno apelowała do wszystkich dorosłych, abyśmy objęli młodzież indywidualną troską, jeśli chcemy, aby była ona wychowywana w trzeźwości. To ustawodawca zadecydował o tym, że pewne czynności możemy podejmować ukończywszy 18 lat, dlatego młodzi ludzie nie powinni sięgać po alkohol. A wszyscy dorośli powinni ich w tym wspierać – przekonuje Danuta Gut.

Praca w biurze typu open space. 10 najbardziej irytujących zachowań

Temat pozornie oczywisty. Każdy przecież wie, że w pracy nie powinno się przeszkadzać innym. Kłopot w tym, że to, co jednym przeszkadza, dla innych jest normą.

Serwis rekrutacyjny MonsterPolska.pl zebrał 10 najbardziej denerwujących zachowań współpracowników i radzi, jakich zasad powinno się przestrzegać w idealnym biurze typu open space.

  1. Prosimy o ciszę

Kiwacie głową ze zrozumieniem już przy pierwszym punkcie? No właśnie. Kto nie zna tego uczucia, gdy w poniedziałek rano próbuje zebrać myśli, ułożyć plan tygodniowej pracy, kiedy nagle wkracza kolega siedzący o kilka biurek dalej i na jednym wdechu relacjonuje cały swój weekend. Oczywiście robi to głośno, tak żeby słyszał cały boks. Praca w takich warunkach jest utrudniona. A przecież, tak po ludzku, kolega mógł wejść do pracy, przywitać się i pójść na poranną kawę do biurowej kuchni z osobą, której chciałby się zwierzyć. Każda ze stron – i on, i zwolennicy ciszy – byliby zadowoleni.

  1. Rozmawiając przez telefon można mówić, nie krzyczeć

W open space’ach z reguły jest na tyle cicho (o ile nie ma osoby łamiącej tego dobrego zwyczaju), że rozmowy telefoniczne można, by wręcz prowadzić szeptem. A to oznacza, że nie ma powodu do prowadzenia rozmów w krzykliwy sposób.

  1. Praca to nie czas na prywatne sprawy

Zdarza się, że w trakcie godzin pracy trzeba zadzwonić do urzędu czy do opiekunki, która zajmuje się dzieckiem pod naszą nieobecność. No właśnie, zdarza się. Tymczasem jeden z najbardziej drażniących nas typów współpracowników to ten, który eksponuje, że praca może poczekać… bo przecież trzeba zadzwonić do urzędu, porozmawiać z narzeczonym, zamieścić post na Facebooku (czasem z fotką z pracy), potem zrobić na firmowym ksero wydruk prywatnych dokumentów i wyskoczyć w porze lunchu po zakupy do domu. Osoba, która unika obowiązków, nie może liczyć na sympatię kolegów z zespołu.

  1. Zabiegi pielęgnacyjne? Od tego jest łazienka

– Siedziałam kiedyś biurko w biurko z koleżanką, która regularnie używała przy biurku kremem kokosowego do rąk. Myślałam, że oszaleję, bo ten zapach mnie dusił. Poza tym samo smarowanie kremem brudnych rąk było dla mnie wyjątkowo odrażające. Koleżanka była sporo starsza i nie miałam śmiałości zwrócić jej uwagi. Męczyłam się tak kilka miesięcy. Na moje szczęście sąsiadka została przeniesiona do boksu obok – opowiada Agnieszka, pracująca w warszawskiej korporacji. Siedząc przy biurku, nie należy się także czesać, poprawiać makijażu, używać perfum i malować paznokci (tak, zdarza się to na wspólnych przestrzeniach biurowych, zwłaszcza tym, którzy przychodzą do pracy jako jedni z pierwszych i obecność  dwóch czy trzech osób im nie przeszkadza). Tłumaczenie pod hasłem „dziś mam ważne spotkanie” nie działa. Praca to nie salon kosmetyczny.

  1. Rzeczy na wspólnej przestrzeni mają właściciela

Choć open space daje poczucie wspólnoty, to wciąż każdy pracownik ma swoje biurko, krzesło, kubek czy notatki. Niestety w biurach prawo do własności jest nagminnie łamane – zauważa Joanna Żukowska z MonsterPolska.pl. Przywłaszczanie długopisów, poszukiwanie rzeczy na biurkach innych osób czy „pożyczanie” krzesła to główne grzechy współpracowników. Chcąc zadbać o relacje w zespole, należy przypomnieć sobie o tym, że rzeczy na wspólnej przestrzeni mają właściciela – naszego współpracownika. Warto czasem najpierw zapytać, a potem pożyczyć – dodaje ekspert.

  1. Współpracownik nie częstuje, nie podjadamy

W pracy nie zawsze jest czas na wyjście do pobliskiej restauracji i na spokojne zjedzenie obiadu. Dlatego część ze współpracowników podjada przy biurku. Czasem to czekolada, innym razem ciastka czy paluszki. Z reguły jedzący obok kolega sprawia, że sami głodniejemy. I tu należy przypomnieć sobie o zasadach savoir vivre’u. Pod żadnym pozorem bez pytania nie można sięgać po przekąski stojące na biurku obok. Niezręczne jest też wygłaszanie zdania „poczęstuję się, dobrze?”. Niestety, ale biurowe podjadanie nie swojego jedzenia – zwłaszcza tego pozostawionego w kuchni – to gigantyczny problem. Z reguły proceder kończy się tym, że zdesperowany pracownik open space’u nakleja na jedzeniu kartkę z imieniem albo frazą „to moje”.

  1. Jedzenie przy biurku? Tak, ale z umiarem

A jeśli już jesteśmy przy kwestii jedzenia w miejscu pracy, tu też obowiązują pewne zasady. Przy biurku możemy skusić się na przekąskę, ale nie przynośmy do pracy kanapek z jajkiem, tuńczykiem albo cebulą. Nie chrupmy, nie kruszmy, nie mlaskajmy. Biurko to nie stół kuchenny i warto o tym pamiętać. Jeśli w biurze są odpowiednie warunki, najlepiej jeść posiłki w kuchni – mówi Żukowska z MonsterPolska.pl.

  1. Rezygnujemy z hałaśliwej biżuterii

– Mieliśmy kiedyś koleżankę, która nosiła do pracy mnóstwo bransoletek na rękach. Kiedy pisała na komputerze, jej biżuteria non stop uderzała w stół. To był rozpraszający dźwięk – mówi Mariusz. Nietypowe i rozpraszające dźwięki są bardzo drażniące. Praca, zwłaszcza wymagająca skupienia, powinna być wolna od takich bodźców. Pracodawcy coraz częściej uwzględniają tę potrzebę pracowników i tworzą w firmach tzw. strefy ciszy. Niezależnie jednak od tego sami powinniśmy pamiętać o tym, jak ważne jest niezakłócanie pracy innym.

  1. Nie zaglądamy koledze w monitor

Praca z osobą, która narusza naszą strefę komfortu jest nieznośna. Zachowaniem, którego większość z nas nie toleruje, jest zaglądanie w monitor komputera, do maila czy zapisków na biurku. Należy się tego wystrzegać.

  1. Praca bez zakłóceń, czyli wyciszamy telefon

O harmonię i spokój w biurze typu open space trzeba szczególnie dbać. Warto więc pamiętać, aby zabierać telefon, odchodząc od biurka, zwłaszcza jeśli druga połówka ma w zwyczaju dzwonić trzy razy z rzędu, gdy nie odbierzemy za pierwszym razem. Nawet najlepsza muzyka w telefonie, w nadmiarze, szkodzi. Poza wszystkim w biurze warto wyciszać telefon.

Zasady savoir vivre’u niezwykle przydają się w życiu, a na open space są koniecznością. Pozwalają zjednać sobie zespół, ale też budują korzystną i twórczą atmosferę. Praca w takich warunkach jest po prostu bardziej efektywna.

W tym roku wzrost cen nie powinien przekroczyć 2 proc. Podwyżki stóp procentowych odsuwają się w czasie

W tym roku wzrost cen nie powinien przekroczyć 2 proc. Podwyżki stóp procentowych odsuwają się w czasie 5

Po spadku w czerwcu do najniższego tegorocznego poziomu inflacja w lipcu znów nieco przyspieszyła – do 1,7 proc. Wciąż jednak utrzymuje się na poziomie zdrowym dla gospodarki i pozostaje poniżej celu inflacyjnego. Dlatego stopy procentowe pozostaną na niezmienionym poziomie tak długo, jak długo nie będzie gwałtownego wzrostu płac – ocenia główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion Piotr Kuczyński. Natomiast dla najuboższych wzrost cen może być dotkliwy, bo drożeje przede wszystkim żywność.

– 1,7 proc. to nie jest duża inflacja, to jest inflacja wręcz oczekiwana i pożądana zarówno przez przedsiębiorców, jak i przez budżet – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Im wyższa inflacja, tym wyższe wpływy do budżetu i mniejszy deficyt budżetowy. Budżet więc z przyjemnością wita taką inflację. Ludzie witają ją z mniejszą przyjemnością, szczególnie że dużo wzrostów dotyczy cen żywności. Dramatycznie drożało masło, sery czy też owoce – z powodu zimy i przymrozków.

Średnie ceny konsumpcyjne w Polsce rosną w ujęciu rocznym od grudnia 2016 roku. Wróciły do wzrostów po niemal 2,5 roku spadków. Początkowo inflacja przyspieszała skokowo i już w lutym 2017 roku osiągnęła pułap 2,2 proc., potem jednak jej tempo osłabło i w czerwcu spowolniło do 1,5 proc. To dolna granica dopuszczalnego marginesu wokół celu inflacyjnego, czyli poziomu, do którego swoją polityką powinna dążyć Rada Polityki Pieniężnej. Pozostaje on na poziomie 2,5 proc. Według szybkiego szacunku GUS w lipcu nastąpiło lekkie przyspieszenie do 1,7 proc.

Nie wszystkie dobra konsumpcyjne i towary drożały jednak w tym czasie równie szybko. Średnia dla całego pierwszego półrocza to 1,9 proc. Najmocniej podrożały paliwa, a z nimi koszty transportu, co nie dziwi, zważywszy na dramatycznie niskie ceny ropy naftowej w pierwszej połowie ubiegłego roku.

Zaraz za nimi jest jednak żywność – średnio w ciągu pierwszych 6 miesięcy roku trzeba było zapłacić za nią o 3,7 proc. więcej niż rok wcześniej.

– Bardziej ucierpią ci Polacy którzy mają mniejsze dochody, bo jeśli mają mniejsze dochody, to proporcja wydatków na żywność jest wyższa niż u tych, którzy mają wyższe dochody ­– mówi Piotr Kuczyński.

Szybciej niż ceny rosły jednak płace: w przedsiębiorstwach zatrudniających powyżej 9 osób były wyższe niż przed rokiem o 5 proc. To tempo, według Kuczyńskiego, może jednak wzrosnąć.

– Na razie nie widać potężnej presji na płace. Jeśli się pojawi i będzie utrzymywana, a może tak być, bo stopa bezrobocia jest niezwykle niska w Polsce i potrzeby gospodarki będą duże, to inflacja może ruszyć w górę. To raczej w przyszłym roku, w tym roku nie będzie powyżej 2 proc. – prognozuje Kuczyński.

Zatrudnienie we wspomnianych firmach w czerwcu po raz pierwszy przekroczyło 6 mln osób (bariera 5 mln została pokonana w styczniu 2007 roku, u progu drugiego pod względem tempa wzrostu gospodarczego kwartału w najnowszej historii Polski). Bezrobocie, zarówno w czerwcu, jak i w lipcu jest na najniższym od 26 lat poziomie 7,1 proc. Pracodawcy skarżą się na brak rąk do pracy, a sytuację na razie ratują Ukraińcy. Jednak ryzyko wzrostu presji płacowej jest spore, zwłaszcza że także przybysze zza wschodniej granicy podnoszą swoje oczekiwania w tym względzie.

– Rada Polityki Pieniężnej w tym roku nic nie zrobi, stopy będą na poziomie 1,5 proc. Zmiana nastąpi może w przyszłym roku, a może dopiero w 2019. Jeśli pojawi się wspomniana presja na płace, wtedy Rada będzie zmuszona coś zrobić – komentuje główny analityk DI Xelion.

Potencjalne podniesienie stóp procentowych powinno wzmocnić złotego, który i tak w porównaniu z tym, co działo się w ubiegłym roku przeżywa umocnienie. Od stycznia wzrósł do dolara o ponad 15 proc. Do funta zyskał niemal 10 proc., co akurat nie ucieszyło rodzin otrzymujących pomoc w tej walucie od pracujących w Wielkiej Brytanii krewnych. Powody do radości mieli za to frankowicze: do szwajcarskiej waluty złoty odbudował się o ponad 10 proc. Skromniejszy jest zysk wobec euro – ok. 3 proc. Według Piotra Kuczyńskiego nawet bez podwyżki stóp polska waluta powinna dalej rosnąć.

– Złoty z punktu widzenia fundamentów powinien być silniejszy, w związku z tym zakładam, że będzie się umacniał pod warunkiem, że nie będzie zewnętrznego kryzysu. Gdy taki się pojawia, wszystkie waluty krajów rozwijających się tracą, a złoty jest w tym koszyku. Na razie wydaje się, że powinien zyskiwać – przewiduje Piotr Kuczyński.

W Polsce tworzy się rynek carsharingu. Krótkoterminowym wypożyczalniom aut szybko przybywa klientów

W Polsce tworzy się rynek carsharingu. Krótkoterminowym wypożyczalniom aut szybko przybywa klientów 6

W największych polskich miastach zaczęły się pojawiać usługi wynajmu aut w systemie współdzielenia, umożliwiające wypożyczenie na krótki, nawet określany w minutach czas. System ma ograniczyć emisję spalin dzięki zmniejszeniu udziału prywatnych aut w ruchu drogowym, a także wygenerować oszczędności w domowych budżetach kierowców. Na razie stanowi ułamek przewozów, jednak decydujące mogą się okazać zachęty ze strony samorządów.

– Carsharing jest nie tyle konkurencją dla komunikacji miejskiej, taksówek czy innych form miejskiego lub podmiejskiego transportu, ile raczej bardzo dobrym ich uzupełnieniem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Błaszczak, prezes zarządu 4Mobility. – Są sytuacje, w których mieszkańcy dużych miast potrzebują innego środka komunikacji, nie mając samochodu albo nie poruszając się nim na co dzień z różnych powodów, na przykład dlatego, że trudno znaleźć miejsce do parkowania. W zasadzie carsharing jest największą konkurencją dla posiadania własnego samochodu.

Mechanizm usługi jest podobny do działania wypożyczalni rowerów miejskich, z tym że odnosi się do samochodów. W wyznaczonych obszarach, zazwyczaj na parkingach galerii handlowych (w przypadku 4Mobility są to np. warszawskie Blue City, podwarszawski Park Handlowy Janki czy niektóre stołeczne sklepy Tesco), przy dużych węzłach komunikacyjnych lub w wybranych centrach biznesowych, zaparkowane są auta, które można wypożyczyć za pomocą smartfona. Kierowca sam decyduje, czy rezerwuje auto na określoną liczbę minut, godzin czy np. na całą dobę.

Oprócz systemu opartego na sieci stacji istnieją też rozwiązania polegające na podjęciu auta przez użytkownika w miejscu, w którym zaparkował go poprzedni klient. Aplikacja podpowiada, gdzie najbliżej znajduje się samochód danego operatora carsharingu.

 W Polsce ten rynek dopiero powstaje. Mamy kilku operatorów. Już po kilku miesiącach możemy powiedzieć, że kilkadziesiąt tysięcy osób korzysta z tego typu usług, a ich liczba rośnie z każdym dniem. Widzimy, że użytkownicy chętnie rejestrują się w systemie – podkreśla Błaszczak. – Carsharing na świecie dynamicznie się rozwija. W ostatnich kilku latach te wzrosty sięgają kilkudziesięciu procent rok do roku. Dziś w Europie jest 2–2,5 miliona użytkowników tych usług, a w samych Niemczech działa około 200 operatorów.

Z raportu „Future of Car sharing Market to 2025” firmy Frost & Sullivan wynika, że do 2025 roku na świecie rynek ten wzrośnie z 7 mln użytkowników i 112 tys. aut do 36 mln użytkowników i 427 tys. samochodów. To daje roczne wzrosty na poziomie odpowiednio 16,4 oraz 14,3 proc.

Z prognoz 4Mobility wynika, że do 2020 roku w samej tylko Europie liczba użytkowników carsharingu wzrośnie siedmiokrotnie do 15 mln osób. Liczba pojazdów dostępnych w ramach tej usługi na Starym Kontynencie ma się zwiększyć z 31 tys. do 240 tys.

Istotnym impulsem rozwoju branży jest współpraca z samorządami. Użytkowników mogłyby zachęcić takie udogodnienia, jak możliwość darmowego parkowania w strefach płatnych czy korzystania przez samochody carsharingowe z buspasów.

Na tym etapie rozwoju usługi w Polsce rola samorządów jest bardzo ograniczona – stwierdza prezes 4Mobility. – Samorządy przyglądają się tej usłudze, są zainteresowane i przekonane, że trzeba to robić, natomiast nie wspierają jej jeszcze w odpowiedni sposób, nie są do tego przygotowane. Na razie nie ma gotowych regulacji wspierających rozwój tych usług, które z punktu widzenia samorządów ograniczają zagęszczenie ruchu w miastach. Są to same plusy dla mieszkańców, nie mówiąc o aspektach ekologicznych.

W Warszawie trwa przetarg na usługę carsharingową dla miasta, ale działa już trzech prywatnych operatorów. Jeden z nich rozpoczął działalność od Krakowa, w Poznaniu partnera do świadczenia tej usługi władze miasta powinny wyłonić na jesieni.

– Miasta mogą robić bardzo dużo, aby propagować carsharing wśród mieszkańców i wspierać jego rozwój. Stopniowe ograniczanie wjazdu samochodów prywatnych, zwłaszcza starszych, do centrów miast czy podnoszenie opłat za parkowanie w tych rejonach będzie prowadziło do wzrostu popularności współdzielonych aut – tłumaczy Paweł Błaszczak. – Tak naprawdę chodzi jednak o współpracę z operatorami carsharingowymi tak, jak to wygląda na świecie. Nie o dotowanie czy wspieranie, tak jak wypożyczalni rowerów, ale o przyjazne warunki, zachęcanie do tego, aby usług było coraz więcej, bo końcowy użytkownik będzie miał z tego same korzyści.

4Mobility rozpoczęło działalność w Warszawie w 2016 roku. Na początku 2017 roku pojawiły się pierwsze możliwości samoobsługowego wynajmu aut na minuty. Na koniec I kwartału firma miała 30 baz i 50 samochodów marki BMW i Mini. Do końca roku liczba stacji wg planów wzrośnie do 70, a liczba samochodów nawet do 200.

1 października ruszy Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej. Instytucja ma zwiększyć poziom umiędzynarodowienia polskich uczelni

1 października ruszy Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej. Instytucja ma zwiększyć poziom umiędzynarodowienia polskich uczelni 7

Polskie uczelnie są dziś atrakcyjnym miejscem do studiowania dla cudzoziemców, ale wciąż brakuje na nich zagranicznych naukowców – podkreśla minister nauki Jarosław Gowin. Resort nauki i szkolnictwa wyższego chce to zmienić, uruchamiając od 1 października Narodową Agencję Wymiany. Instytucja ta ma również zachęcić do powrotu na krajowe uniwersytety i politechniki polskich uczonych, którzy po wejściu Polski do UE wyjechali na Zachód. Barierą były dotąd nie tylko pieniądze, ale i system nominacji.

– NAWA to instytucja, która będzie w sposób systemowy wspierać uczelnie i świat naukowy w organizowaniu wyjazdów naukowych i stypendialnych polskich studentów i naukowców za granicę. Stworzy system ściągania do Polski naukowców z całego świata tak, aby na polskich uczelniach pracowali nie tylko naukowcy zza naszej wschodniej granicy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Gowin, wicepremier i minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Stać nas dzisiaj i w sensie finansowym, i w sensie naszej atrakcyjności, także na przyciąganie dobrych naukowców z Europy Zachodniej czy z innych regionów świata.

Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej ma wystartować 1 października 2017 roku. Uzupełni działalność Narodowego Centrum Nauki i Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, przejmie kompetencje Biura Uznawalności Wykształcenia i Wymiany Międzynarodowej oraz część programów MNiSW, ale stworzy także nowe projekty, mające zachęcić młodych naukowców do przyjazdu, pozostania lub powrotu do Polski.

– Chcemy im stworzyć atrakcyjne warunki finansowe i możliwości prowadzenia badań naukowych – tłumaczy Jarosław Gowin. – Są to na ogół młodzi doktorzy, którzy na uniwersytetach takich jak Oxford, Stanford, Yale, prowadzą samodzielne badania naukowe. Wracając do Polski przy wcześniejszych rozwiązaniach ustawowych, de facto stawaliby się na powrót adiunktami. Podczas gdy na najlepszych uniwersytetach są profesorami, tutaj robiliby krok wstecz. Przygotowaliśmy rozwiązania ustawowe, które pozwolą tym młodym zdolnym doktorom od początku prowadzić samodzielną działalność badawczą.

Z danych resortu wynika, że dziś obcokrajowcy stanowią niecałe 2,5 proc. pracowników polskich uczelni, a ponad połowa z nich pochodzi z państw sąsiednich: Ukrainy, Słowacji, Białorusi i Rosji.

– Polska jest na trzecim miejscu pod względem przyjaznego stosunku do studentów obcokrajowców. Takie są wyniki najbardziej zobiektywizowanych badań, czyli ankiet przeprowadzanych w całej UE. Dużo gorzej wygląda współpraca naukowa, bo na polskich uczelniach pracuje bardzo mało naukowców zagranicznych – mówi minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Cieszę się, że niedawno doszło do wielkiego sukcesu polskiej nauki, mianowicie podpisania porozumienia między rządem polskim i niemieckim, które powołuje w Polsce dziesięć tzw. centrów doskonałości, prowadzonych pod egidą Instytutu Maxa Plancka. To jedna z najlepszych marek w światowej nauce. Dzięki tym centrom doskonałości polska nauka zdecydowanie podniesie swój prestiż.

NAWA zajmie się także zwiększeniem wymiany międzynarodowej studentów. W 2016 roku w Polsce studiowało niemal 60 tys. studentów z zagranicy, z czego ponad połowę stanowili obywatele Ukrainy. Łącznie odsetek cudzoziemców na polskich uczelniach przekroczył 4 proc. W krajach OECD odsetek był dwa razy wyższy. Z kolei z danych Elab Education Laboratory, która pomaga aplikować na zagraniczne uczelnie wynika, że tylko w tym roku liczba polskich maturzystów chcących studiować poza granicami kraju wzrosła o 20 proc. Już dwa lata temu za granicą uczyło się niemal 50 tys. młodych Polaków.

Początkowo budżet NAWA ma sięgnąć około 140 mln zł. Jednak kwota ta ma szansę wzrosnąć, gdy w przyszłorocznym budżecie pojawi się zapowiedziany przez ministra dodatkowy 1 mld zł na rozwój nauki. Jak podkreśla wicepremier, to krok w kierunku celu, jakim jest osiągnięcie pułapu 1,7 proc. PKB nakładów na badania i rozwój. Obecnie jest to ok. 1 proc. PKB.

– Ten dodatkowy miliard na naukę trafi częściowo do Narodowego Centrum Nauki i Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, a więc będzie przeznaczony na granty naukowe, częściowo zasili NAWA. Duża część trafi bezpośrednio na uczelnie i będzie wspierać tzw. badania statutowe, czyli te, które finansowane są ze środków uczelni. Tych środków będzie na  uczelniach w przyszłym roku zdecydowanie więcej – przekonuje Jarosław Gowin.

Rynek pod presją widma wojny USA z Koreą

Przebieg środowej sesji został zdominowany przez intensyfikację napięć politycznych pomiędzy Waszyngtonem oraz Pjongjangiem. Koreańskie plany ataku rakietowego na wyspę Guam, zamorskie terytorium USA, wywołały falę komentarzy Donalda Trumpa, który zagroził wykorzystaniem arsenału nuklearnego. Beneficjentami wywołanej awersji do ryzyka tradycyjnie były bezpieczne przystanie, do których zalicza się szwajcarskiego franka (1,0 proc.), japońskiego jena (0,3 proc.) oraz metale szlachetne.

W gronie walut G10 wyższość względem amerykańskiej waluty próbuje manifestować funt szterling, którego 0,1 proc. aprecjacja ponownie wypycha kurs GBP/USD w okolice poziomu 1,3000. Najsilniej tracącą walutą w koszyku pozostaje australijski dolar (-0,5 proc.) mający za sobą gorsze wskazanie indeksu zaufania konsumentów Westpac (-1,2 proc. m/m, poprzednio: 0,4 proc.). W przypadku euro należy mówić o zdecydowanie słabszym ruchu. Obecnie eurodolar balansuje przy poziomie 1,1750, znajdując się tym samym zaledwie 0,1 proc. niżej.

W gronie walut Emerging Markets liderem pozostaje chińskie renminbi (0,5 proc.). Po drugiej stronie zestawienia wyraźnie króluje południowokoreański won (-0,9 proc.), któremu towarzyszą meksykańskie peso (-0,6 proc.) czy południowoafrykański rand (-0,6 proc.). Przecena ostatniej z walut to pokłosie wczorajszej decyzji Zgromadzenia Narodowego, które zdecydowało się utrzymać prezydenta Jacoba Zumę przy władzy. W przypadku złotego (-0,2 proc.) należy mówić o zdecydowanie słabszej deprecjacji. Na koniec dnia EUR/PLN przebija się przez poziom 4,2700, USD/PLN wraca w okolice 3,6370, CHF/PLN jest ponownie kwotowany po 3,7720, a GBP/PLN stabilizuje się przy 4,7280.
W dość skąpym kalendarzu makroekonomicznym szczególną uwagę zwracała nocna publikacja chińskiej inflacji CPI (1,4 proc. r/r), która uplasowała się tuż pod rynkowym konsensusem. Oczy inwestorów były zdecydowanie zwrócone ku amerykańskiej gospodarce notującej wyraźny skok produktywności w II kwartale (0,9 proc. kw./kw., poprzednio: 0,1 proc.). Z punktu widzenia atrakcyjności inwestycyjnej oraz procesów cenowych uwagę przykuwała solidna rewizja jednostkowego kosztu pracy. W pierwszych trzech miesiącach roku odnotował on zannualizowany skok rzędu 5,4 proc. wobec uprzednio podanych 2,2 proc.

Nuklearne scysje wyraźnie przyczyniły się do odpływu kapitału z giełd. W gronie największych indeksów Starego Kontynentu najsilniej tracił CAC 40 (-1,4 proc.), który przebijając średnią ruchomą z ostatnich 50 sesji odnotował najsilniejszy ruch od 29 czerwca. Paryską listę komponentów zamknęły Schneider Electric (-3,1 proc.) oraz Société Générale (-3,0 proc.). We Frankfurcie spadkowym nastrojom przeciwstawił się Continental (0,5 proc.) po zmianie rekomendacji przez Deutsche Bank (-3,8 proc.) na „kupuj” z ceną docelową na poziomie 230 EUR (obecnie: 190,85 EUR). Zwyżkę producenta opon przebiły spółki z sektora energetycznego. Na czele indeksu DAX (-1,1 proc.) uplasował się E.ON (3,7 proc.) dzięki publikacji fenomenalnego sprawozdania za minione półrocze oraz wczorajszej zmianie polityki dywidendowej. Po publikacji zysku netto na poziomie 881 mln EUR (konsensus: 744,7 mln) nastroje podbił prezes spółki, który wspomniał o obecności jeszcze lepszych perspektyw w nadchodzących kwartałach. Na dnie niemieckiej giełdy niepodzielnie rządził Commerzbank (-4,1 proc.) mający za sobą wczorajszą rewizję ratingu przez S&P.

Na awersji do ryzyka istotnie zyskały spółki z sektora wydobywczego. Na czele spółek wchodzących w skład indeksu FTSE 100 (-0,9 proc.) znalazły się Fresnillo (4,9 proc.) oraz Randgold Resources (2,8 proc.). Na londyńskim parkiecie najsilniej traciło G4s (-7,5 proc.), które opublikowało sprawozdanie mogące sygnalizować poprawę kondycji spółki. Przy Książęcej miano lidera należało do Jastrzębskiej Spółki Węglowej (1,7 proc.) mającej w swoich szeregach nowego członka zarządu do spraw strategii i rozwoju. Nieco niżej znalazło się Orange Polska (0,5 proc.), którego wzrosty gonił Eurocash (0,3 proc.) po zmianie rekomendacji przez Raiffeisen na „kupuj” z ceną docelową na poziomie 41 PLN (obecnie: 34,21 PLN). Wypowiedź prezesa Alior Banku (-0,1 proc.) odnośnie braku prowadzenia rozmów dotyczących potencjalnych fuzji oraz przejęć pozwoliła walorom utrzymać się dość blisko wczorajszego zamknięcia, ale istotnie godziła w nastroje inwestorów Banku Pekao (-1,5 proc.). Na dnie indeksu WIG 20 (-0,7 proc.) należał do mBanku (-3,1 proc.), który znalazł się pod presją po potwierdzeniu ratingu na poziomie BBB+/A-2.

Na rynku ropy pierwsze skrzypce grał raport amerykańskiego Departamentu Energii, który wskazał na skurczenie się zapasów surowca o 6,5 mln baryłek. Powyższą tendencję sygnalizowały dane opublikowane przez API, gdzie szacowany spadek rezerw wyniósł 7,8 mln baryłek. Na koniec dnia baryłka ropy WTI balansuje przy poziomie 49,40 USD, tj. 0,4 proc. wyżej względem wczorajszego zamknięcia. Bardziej spektakularny skok odnotowały złoto (0,9 proc.) oraz srebro (2,4 proc.), które na koniec dnia są wyceniane odpowiednio po 1 272,40 USD oraz 16,86 USD za uncję. Na czele surowców obecnie znajdują się wrześniowe kontrakty na gaz ziemny ze zwyżką rzędu 2,7 proc.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Brakuje środków na realizację nowych inwestycji w energetyce. Państwo musi pomóc

Ceny energii w Europie – także w Polsce – wzrosną z różnych względów. Wzrost będzie związany z regulacjami środowiskowymi, ograniczeniami technologicznymi – tzw. „baty” oraz „brefy” – oraz tzw. pakietem zimowym. Pakiet zimowy jest to zestaw dyrektyw regulujących sposób funkcjonowania naszego miksu energetycznego, odpowiedzialnego za produkcję prądu oraz ciepła. W wyniku tego polska energetyka, która jest oparta o węgiel, będzie potrzebowała impulsu inwestycyjnego. Impuls będą stanowić pieniądze, które będzie trzeba wydać na dostosowanie do nowych unijnych reguł, a także na modernizację i budowę nowych bloków, na które będzie zapotrzebowanie w Polsce.

– Budżet nie może bezpośrednio dotować energetyki w taki sposób, że z jednej kieszeni włoży do drugiej – powiedział agencji eNewsroom.pl Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego – Środki powinny bezpośrednio trafić do spółek energetycznych. Mechanizm, na którym ten rynek jest oparty polega na rynku dwóch produktów. Z jednej strony mamy energię elektryczną, a z drugiej strony jest także rynek na gotowość do wyprodukowania i dostarczenia tej mocy. Dzięki rynkowi dwóch produktów koncerny energetyczne będą mogły realizować inwestycje przez następne 15-20 lat. Wszystkie pomysły, o których usłyszymy – np. budowa farm wiatrowych na morzu lub budowa elektrowni atomowej – związane są z kosztami. Spółki energetyczne w obecnym kształcie nie mają praktycznie żadnych pieniędzy na inwestycje. Przez regulacje unijne oraz bardzo mocne oparcie na węglu, spółki energetyczne mają bardzo małą lub zerową zdolność kredytową. Wszystkie instalacje muszą być realizowane „off-balance”, czyli poza dotychczasowymi aktywami, albo przez nowe źródło. Nowym źródłem jest rynek mocy – ocenił Roszkowski.

Wpływ napięcia geopolitycznego na linii USA – Korea Południowa na kurs franka

Wzrost napięcia geopolitycznego na linii USA – Korea Północna wystraszył inwestorów. Na tej fali strachu kurs szwajcarskiego franka rośnie o 5 gr. Drożeje też japoński jen i złoto.

Jak bumerang wróciło napięcie geopolityczne na linii USA – Korea Północna, tradycyjnie psując nastroje na rynkach globalnych i zwiększając awersję do ryzyka. Obecna odsłona tej zimnej wojny została zapoczątkowana wczorajszą wypowiedzią prezydenta USA Donalda Trumpa. Po tym jak w sobotę Rada Bezpieczeństwa ONZ założyła nowe sankcje na Koreę Północną powiedział on, że Koreę czeka „ogień i furia”, jeżeli kraj ten będzie kontynuował swój program nuklearny. Na co dziś rzecznik Armii Ludowej Korei odpowiedział w opublikowanym oświadczeniu, że jego kraj rozpatruje możliwość ataku rakietowego na amerykańską wyspę Guam na Pacyfiku, gdzie znajduje się baza wojskowa USA.

Ten powrót ryzyka geopolitycznego wystraszył inwestorów, którzy realizują zyski na akcjach i innych ryzykownych aktywach. W środę giełda w Warszawie traci 1,1 proc., parkiet we Frankfurcie spada o 1,5 proc., w Paryżu o 1,8 proc., a w Londynie o 0,8 proc. Jednocześnie zyskują na wartości tzw. bezpieczne aktywa. Dziś drożeją m.in. obligacje USA i Niemiec, złoto, japoński jen i szwajcarski frank.

Szwajcarska waluta zyskuje w środę w relacji do złotego aż 5 gr i za jednego franka trzeba zapłacić 3,7760 zł, co oznacza największy dzienny wzrost od 21 lipca br. Frank drożeje już 4. kolejny dzień.

Wykres dzienny CHF/PLN

kurs franka do złotego

Póki co, na gruncie analizy wykresu dziennego CHF/PLN, ten skok notowań należy traktować jako, co prawda gwałtowną, ale jedynie korektę, wcześniejszych silnych spadków, które sprowadziły notowania franka z poziomu prawie 4,18 zł w grudniu 2016 roku do 3,6729 zł w ostatni piątek (najniższy kurs od 15 stycznia 2015). Tym samym jeszcze nie można mówić o definitywnym zakończeniu spadków na CHF/PLN. A więc nie można też mówić o zmianie trendu na wzrostowy. Dopiero trwały powrót powyżej dawnej strefy wsparcia 3,80-3,8040 zł (a obecnie oporu), jaką m.in. tworzył dołek z maja br., będzie pierwszym wiarygodnym sygnałem zmiany układu sił. Oczywiście dojdzie do jego wygenerowania, jeżeli konflikt na linii USA – Korea Północna będzie się przedłużał.

Wzrost napięcia geopolitycznego odciska swe piętno również na notowaniach innych walut w relacji do złotego. Aczkolwiek już dużo mniejsze niż w przypadku franka. Euro podrożało w ciągu ostatnich 2. dni do 4,2670 zł z 4,2520 zł, podczas gdy dolar do 3,6330 zł 3,6050 zł. Jeżeli niepokój wokół Korei będzie się utrzymywał to złoty będzie dalej tracił, ale o losach EUR/PLN i USD/PLN w głównej mierze będą decydować dane makroekonomiczne. Z jednej strony będzie to piątkowy raport o inflacji w USA, który będzie wprost odnoszony do przyszłych decyzji Fed. Z drugiej, będzie to cała seria przyszłotygodniowych danych z rodzimej gospodarki (m.in. PKB, sprzedaż detaliczna, produkcja przemysłowa).

Geopolityka przede wszystkim jednak odciska swe piętno na notowaniach tzw. bezpiecznych aktywów. Oprócz wspomnianego silnie zyskującego franka, drożeje też japoński jen i złoto. Notowania USD/JPY spadły dziś do 109,56 z 110,32 jenów wczoraj, wyznaczając nowe 2-miesięczne minimum. Tymczasem jeszcze przed miesiącem za dolara trzeba było zapłacić ponad 114 jenów. Kurs złota rośnie natomiast o 1,1 proc. do 1274,4 dolarów za uncję, wyznaczając nowy 2-miesięczny szczyt. Ceny tego kruszcu wyraźnie podążają w kierunku 1300 dolarów.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Jak zarządzać zespołem rozproszonym?

Adam Beniowski, Prezes Pro Business Solutions
Adam Beniowski, Prezes Pro Business Solutions

Obecnie rynek pracy i sytuacja gospodarcza wymusza nowe sposoby organizacji pracy. Coraz częściej mamy do czynienia z rozproszonymi zespołami. Bywa, że nawet w ramach jednej organizacji współpracujący ze sobą pracownicy nie przebywają w jednym biurze, a nawet w ogóle się nie widują. Najłatwiej zobrazować czym jest zespół rozproszony, patrząc na zespoły sprzedaży. Zresztą właśnie od terenowych zespołów sprzedaży zaczęło się funkcjonowanie tego zjawiska. Zarządzanie takim zespołem to duże wyzwanie, ponieważ trzeba skoordynować działanie wielu osób, z którymi nie ma bezpośredniego kontaktu. O czym zatem warto pamiętać?

Pojawienie się zjawiska zespołów rozproszonych można wiązać z procesami, takimi jak: globalizacja obszaru działania firm, budowa centrów ekspertyzy, czy też powstawanie wyspecjalizowanych startupów. Wszystko to powoduje zmiany w organizacji pracy. Zespoły rozproszone, niezależnie od tego w ramach jakiej firmy istnieją, pracują jak tradycyjne zespoły zadaniowe, z tym że często mają ze sobą jedynie kontakt wirtualny lub też widują się sporadycznie.

Zespoły rozproszone funkcjonują np. organizacjach matrycowych. Często występuje w nich sytuacja, że w ramach projektów zespoły pracują pod nadzorem szefów projektowych, którzy niejednokrotnie operują z innego biura, a do tego podlegają managerowi w lokalnym oddziale firmy. Inny przykładem są startupy, w ramach których często powstają zespoły rekrutujące się z osób o różnej specjalizacji, pracujących z różnych biur, a nawet miast i krajów. Zdarzają się również zespoły projektowe składające się z osób z różnych firm czy organizacji, które współpracują w ramach konkretnego zadania w określonym czasie.

Zalety i wady

Praca z wykorzystaniem zespołów rozproszonych ma wiele zalet: pozwala na rekrutację profesjonalistów w ramach całej organizacji lub nawet poza nią, likwiduje ograniczenie korzystania wyłącznie z osób z jednego biura czy kraju. Umożliwia czerpanie z dużo większych zbiorów doświadczeń i kreatywności oraz pozwala na elastyczną rozbudowę zespołu pod kątem pojawiających zadań. Nie bez znaczenia pozostaje również dostosowanie do zmian pokoleniowych współczesnych pracowników, gdzie pokolenie Y i Z, bardzo często wskazuje jako element motywujący możliwość pracy przy różnorodnych projektach z możliwością jej wykonywania z domu, czyli Home Office.

Z drugiej jednak strony należy być świadomym wyzwań jakie stwarza taka organizacja zespołu, które związane są z jego zarządzaniem. Do największych należą te z obszaru komunikacji, synchronizacji pracy wszystkich członków zespołu oraz bieżącego kierowania, rozliczania i motywowania.

O czym trzeba pamiętać?

Dla maksymalizacji efektów pracy z zespołem rozproszonym, trzeba pamiętać o kilku podstawowych zasadach, w wielu miejscach identycznych jak te dla zespołów tradycyjnych:

  1. Jasna definicja celów

Jest to istotne w przypadku każdej pracy zespołowej, ale szczególnie w przypadku zespołów rozproszonych, ponieważ komunikacja w nich nie może być tak bezpośrednia i codzienna jak w przypadku zespołu, który zajmuje ten sam pokój. Nie ma po prostu możliwości, aby zwołać wszystkich i omówić projekt.

W przypadku zespołu rozproszonego warto jasno zakomunikować zadania na kilku poziomach. Należy:

  • a) Jasno przedstawić wizję celu projektu – „do czego zmierzamy?”
  • b) Jasno określić kluczowe role członków zespołu, czyli kto jest ekspertem od jakiej dziedziny, kto za co odpowiada.
  • c) Cel projektu warto rozbić na kamienie milowe projektu (milestones).
  • d) Milestone’y zaś na zadania (tasks) dla poszczególnych członków zespołu.

Zarówno cel projektu, jak i kamienie milowe, czy też zadania, powinny być określone  poprzez parametry, takie jak:

  • a) Czas wykonania: powinny być osadzone w czasie, czyli wszyscy członkowie zespołu powinni wiedzieć, do kiedy określony element należy dostarczyć.
  • b) Produkty: należy określić jak powinien wyglądać efekt danego etapu projektu, czyli co powstanie na jego koniec.
  • c) Osoby odpowiedzialne: kto, odpowiada za wykonanie określonego etapu.

Ważne jest odpowiednie zrozumienie powyższych przez cały zespół, dlatego już na etapie definiowania celów i podziału zadań warto sprawdzić jak rozumieją je poszczególne osoby. Można np. poprosić, aby każda z nich podsumowała cel zespołu oraz przedstawiła jaka jest jej rola.

Wyznaczenie zadań to jedno, ale równie ważne w zespole rozproszonym jest bieżące monitorowanie i rozliczanie realizacji zadań. Jest to szczególnie istotne na początku istnienia zespołu, kiedy krystalizują się zasady jego funkcjonowania. Wtedy członkowie doświadczają co oznacza realizacja zadania w dacie granicznej i jak ważny jest każdy szczegół dostarczanego produktu w stosunku do ustalonego celu. Taki stały monitoring na początku projektu, wyznacza granice i kształtuje zasady na całość trwania projektu.

  1. Warto doprowadzić do fizycznego spotkania

Zaobserwowano, że ludzie, którzy choć raz mieli fizyczny kontakt ze sobą, łatwiej się ze sobą komunikują. Biorąc pod uwagę, że komunikacja w zespole rozproszonym stanowi największe wyzwanie, warto doprowadzić do choć jednorazowego spotkania zespołu, aby ułatwić jego członkom przyszłą pracę. Oczywiście idealnie, gdyby udało się to zrobić w początkowej fazie prac. Warto również pielęgnować ten kontakt, organizując cykliczne spotkania, raz lub dwa razy do roku. Spotkanie takie może mieć charakter warsztatu, przy szczególnie ważnym elemencie projektu, np. etap planowania prac lub podsumowania pewnego etapu.

  1. Korzystaj z najnowocześniejszych technik komunikacji

Ten sam trend, który powoduje powstawanie zespołów rozproszonych, generuje falę rozwoju narzędzi komunikacyjnych. Warto zdecydować się na kilka, z których będzie korzystać cały zespół, upewniając się wcześniej, że ich używanie jest możliwe i zrozumiałe dla wszystkich.

Główne obszary o jakich warto pomyśleć to:

a) Telekonferencje i videokonferencje: zobaczenie na „żywo” lub przynajmniej usłyszenie osoby, z którą współpracujemy zawsze zwiększa zaangażowanie i polepsza komunikację. Istnieje wiele narzędzi, o różnej skali możliwości i zastosowań. Warto zainwestować czas i wybrać to najlepsze, dopasowane do zespołu i jego celów, pamiętając o takich niuansach jak np. to, że Skype dla Firm nie jest w pełni kompatybilny ze Skype dla użytkowników indywidualnych.

Warto również używać narzędzi umożliwiających prezentowanie omawianych plików dla wszystkich uczestników w czasie rzeczywistym.

b) Zarządzanie projektem: ważne jest, aby wszyscy członkowie zespołu mieli dostęp do planów projektu, kalendarza czy innych narzędzi do pomiaru realizacji zadań. Każdy z członków powinien mieć możliwość komunikowania zagrożeń i komentowania postępów prac. Istnieje wiele aplikacji realizujących te cele, np. Producteev, Asana, które polecamy przy realizacji „codziennych zadań” i mniej złożonych projektów. Dla bardziej złożonych projektów można rozważyć Teamwork lub Wrike – bardziej profesjonalne narzędzia, o zaawansowanej strukturze planowania projektów, np. z użyciem Gantta.

c) Codzienna komunikacja: coraz częściej zespoły wybierają szybszą komunikację niż e-mail i używają chatów, typu Google Talk, czy Slack. Ten ostatni szczególnie zasługuje na uwagę, ze względu na ogromną dostępność wtyczek i rozszerzeń. Slack to właściwie ekosystem służący do komunikacji.

d) Dyskusje w zespole rozproszonym: Warto określić czego będziemy używać podczas telekonferencji do współkreowania rozwiązań czy dyskusji, oczywiście w zależności od ich rodzaju. Na przykład podczas dyskusji na temat biznesplanów można korzystać z Arkuszy na Google Docs, a podczas kreowania rozwiązań można użyć rozwiązań do wspólnego rysowania, typu Whiteboard.

  1. Zasady komunikacji

W każdym projekcie, a już szczególnie przy zespołach rozproszonych, trzeba na początku jednoznacznie zdefiniować zasady wzajemnej komunikacji, np. zakresy tematów omawianych przez maile, telefony, smsy, chaty, videokonferencje, a także standardowy czas i formę reakcji. Sposobów komunikacji jest sporo, warto określić i stosować priorytetyzację. W zależności od złożoności zespołu, celu, rodzaju projektu, opłaca się zakomunikować jakiego rodzaju narzędzia do czego używamy, np. przy projektach bardziej kreatywnych można stosować więcej miękkich narzędzi typu videokonferencja czy telefony, natomiast przy projektach, w których konieczne jest zachowanie większego stopnia poufności, warto szyfrować wszystkie przesyłane załączniki.

  1. Motywacja

Na koniec, należy pamiętać o motywowaniu zespołu. Warto promować pracę, kreując swego rodzaju merytokrację – ducha zespołu w jakim członkowie szanują wzajemnie swoje umiejętności i zdobywają szacunek, dostarczając wysokiej jakości produktów. Warto używać najnowszych zdobyczy nauki i technologii, używając mechanizmów Grywalizacji, doceniając każdy krok w kierunku realizacji celów. Np. w Slack dostępne są integracje z systemami typu HeyTaco, czy Bonusly.

Z naszego doświadczenia wiemy, że praca w zespole rozproszonym jest wyzwaniem, ale dobrze poprowadzona, daje świetne rezultaty. Skala wyzwań biznesowych oraz prędkość zmian otaczającego świata, determinują konieczność nowego podejścia do pracy zespołowej, jako warunek bycia konkurencyjnym. Pro Business Solutions od 8 lat pracuje w takim zespole, tworząc produkty IT, realizując projekty doradcze i szkoleniowe, realizując je dla największych światowych marek i do tego już w kilkunastu krajach.

Autorem komentarza jest Adam Beniowski, Prezes Pro Business Solutions

Wyniki badania nastrojów konsumenckich w Unii Europejskiej za II kwartał 2017 r.

Dobre nastroje europejskich konsumentów utrzymały się także w drugim kwartale 2017. Na początku roku poziom wskaźnika nastrojów konsumenckich dla 28 państw UE osiągnął najwyższą wartość od dziewięciu lat i obecnie pozostał na tym wysokim poziomie. Pod koniec czerwca wyniósł 19,1 punktu.

Jednocześnie po raz kolejny odnotowano duże zróżnicowanie, zarówno w odniesieniu do trzech składowych wskaźnika – oczekiwań gospodarczych, oczekiwań dochodowych i skłonności do zakupów, jak również z punktu widzenia poszczególnych krajów. Podczas gdy w Niemczech i Francji wskaźniki nastrojów osiągają szczyty, w niektórych państwach Europy Wschodniej, w tym w Polsce i Czechach, nastroje stygną.

Niemcy: oczekiwania gospodarcze na najwyższym poziomie od trzech lat

W drugim kwartale bieżącego roku oczekiwania gospodarcze konsumentów niemieckich sięgnęły najwyższego poziomu od trzech lat. Pod koniec czerwca wskaźnik osiągnął wartość 41,3 punktu. Tak wysoki poziom zanotowano ostatnio w lipcu 2014 roku, który wyniósł wtedy 45,9 punktu. Pomimo zagrożeń, takich jak możliwe restrykcje handlowe wprowadzone przez rząd Stanów Zjednoczonych czy wstępne negocjacje dotyczące Brexitu, optymizm dla gospodarki pozostał w Niemczech nienaruszony.

Za sprawą bardzo dobrych prognoz dla niemieckiego rynku pracy, w czerwcu wzrosły również oczekiwania dochodowe. W odniesieniu do wartości z marca, wartość wskaźnika zwiększyła się o 16,8 punktu, osiągając rekordowy poziom 60,2 punktu. Nie odnotowano dotychczas tak wysokiej wartości wskaźnika. Badanie Consumer Climate jest prowadzone w Niemczech od 1991 roku.

Wartość wskaźnika skłonności do zakupów utrzymała się na wysokim poziomie. Wzrosła o 2,4 punktu w porównaniu z poprzednim kwartałem oraz o 3,5 punktu wobec poziomu z roku ubiegłego, osiągając w czerwcu poziom 57,9 punktu. Jednym z głównych powodów tak dobrego wyniku jest wyjątkowo stabilna sytuacja na rynku pracy.

Francja: wzrost wskaźników po zwycięstwie Emmanuela Macrona

Zwycięstwo w wyborach prezydenckich E. Macrona przyczyniło się do wzrostu oczekiwań gospodarczych we Francji. W czerwcu wartość wskaźnika wzrosła do poziomu 49,1 punktu, najwyższego od czasów rozpoczęcia we Francji badania Consumer Climate w 1986 roku. W porównaniu z rokiem ubiegłym, wskaźnik wzrósł o 48,6 punktu, natomiast w porównaniu z końcem pierwszego kwartału 2017 – o 37,9 punktu. Francuscy konsumenci są zdania, iż działania nowego prezydenta przyczynią się do poprawy sytuacji gospodarczej kraju.

W związku ze zwycięstwem E. Macrona oczekiwania dochodowe konsumentów we Francji osiągnęły pod koniec czerwca poziom 2,7 punktu. To wyraźny wzrost o 15,7 punktu w porównaniu z rokiem ubiegłym oraz o 12,6 punktu w porównaniu z pierwszym kwartałem bieżącego roku.

Podobną tendencję zaobserwowano w odniesieniu do skłonności do zakupów. Pod koniec pierwszego kwartału roku wartość wskaźnika wyniosła 8,4 punktu, natomiast na koniec czerwca osiągnęła poziom 25,5 punktu – najwyższy od kwietnia 2001 roku. W porównaniu z rokiem ubiegłym oznacza to wzrost o 23,5 punktu.

Wielka Brytania: Brexit osłabia nastroje konsumenckie

Oczekiwania gospodarcze w Wielkiej Brytanii nadal odnotowują spadek. W porównaniu z rokiem ubiegłym wartość wskaźnika spadła o 14,8 punktu i utrzymała się na poziomie -20,7 punktu, wyraźnie wskazując na niepewność brytyjskich konsumentów wobec nadchodzącego Brexitu.

Jeszcze większy spadek zanotowały oczekiwania dochodowe. W porównaniu z końcem czerwca 2016 roku wartość wskaźnika spadła o 21,2 punktu, osiągając poziom -2 punktów. W odniesieniu do pierwszego kwartału bieżącego roku oznacza to spadek o 3,2 punktu.

Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku wskaźnika skłonności do zakupów, który pod koniec drugiego kwartału spadł do poziomu 3,5 punktu. Była to najniższa wartość odnotowana od października 2014 roku, która wyniosła wtedy -5,7 punktu.

Włochy: utrzymuje się negatywny trend nastrojów konsumenckich

Konsumenci we Włoszech wykazują jedne z najbardziej pesymistycznych nastrojów wśród krajów Unii Europejskiej. W drugim kwartale roku oczekiwania gospodarcze we Włoszech spadły w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym o 24,2 punktu do poziomu -55,5 punktu. Była to najniższa wartość spośród wszystkich krajów UE biorących udział w badaniu.

Włoscy konsumenci negatywnie oceniają sytuację dochodową w najbliższych miesiącach. W porównaniu z końcem czerwca 2016 roku, wartość wskaźnika spadła o 10,8 punktu do poziomu -17,9 punktu. Biorąc pod uwagę wyniki za pierwszy kwartał roku oznacza to spadek o dziewięć punktów. Włoscy konsumenci są zdania, że w najbliższej przyszłości ich sytuacja dochodowa nie ulegnie poprawie.

Trend spadkowy zaobserwowano również w przypadku skłonności do zakupów w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym – wartość wskaźnika obniżyła się o 16,9 punktu. Natomiast w odniesieniu do końca pierwszego kwartału bieżącego roku wskaźnik poprawił się i jego wartość wzrosła o 5,3 punktu, osiągając poziom 3,7 punktu.

Hiszpania: pozytywny trend dla wszystkich wskaźników

W drugim kwartale 2017 roku oczekiwania gospodarcze hiszpańskich konsumentów uległy poprawie. Pod koniec czerwca wskaźnik wzrósł do poziomu 24,9 punktu. W porównaniu z poprzednim kwartałem odnotowano niewielki wzrost o 1,6 punktu, który był znacznie bardziej zauważalny w porównaniu z rokiem ubiegłym, w którym wyniósł 8,2 punktu.

Niewielka poprawa dotyczy również oczekiwań dochodowych, które wzrosły do poziomu 14,1 punktu. W porównaniu z poprzednim kwartałem oznacza to wzrost o 3,6 punktu oraz o 1,1 punktu w odniesieniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym. Polepszenie się rynku pracy sprawia, że konsumenci spodziewają się również poprawy sytuacji gospodarczej.

W drugim kwartale roku hiszpańscy konsumenci wykazali bardziej optymistyczne nastroje wobec skłonności do zakupów. Mimo iż wskaźnik utrzymał wartość ujemną, odnotował wzrost o 6,5 punktu w porównaniu z rokiem ubiegłym oraz o 2 punkty w odniesieniu do końca pierwszego kwartału, osiągając poziom -1,7 punktu.

Portugalia: wysoki poziom oczekiwań gospodarczych i oczekiwań dochodowych

Optymizm portugalskich konsumentów utrzymuje się na wysokim poziomie. Oczekiwania gospodarcze pobiły rekord zanotowany w styczniu 1992 roku i osiągnęły poziom 39,4 punktu. Dzięki dobrej sytuacji gospodarczej z końcem czerwca Portugalia z wyprzedzeniem spłaciła pożyczkę, którą otrzymała od Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF) w 2011 roku.

Utrzymał się też pozytywny trend oczekiwań dochodowych. Pod koniec czerwca zanotowano historycznie wysoką wartość 29,5 punktu. W porównaniu z rokiem ubiegłym oznacza to wzrost o 12 punktów. Wzrost w pierwszym kwartale roku wyniósł około 4 punktów.

Odnotowano również znaczną poprawę skłonności do zakupów. Pod koniec czerwca wskaźnik wyniósł 4,1 punktu, odnotowując wzrost o 25,9 punktu w porównaniu z analogicznym okresem w roku poprzednim oraz o 13,9 punktu w odniesieniu do poprzedniego kwartału.

Belgia: utrzymuje się pozytywny trend oczekiwań gospodarczych

Pod koniec drugiego kwartału 2017 roku nastroje belgijskich konsumentów w odniesieniu do oczekiwań gospodarczych były znacznie bardziej optymistyczne niż w roku ubiegłym. Wartość wskaźnika wzrosła o 20,9 punktu do poziomu 14,2 punktu. Jest to kontynuacja pozytywnego trendu z pierwszego kwartału – pod koniec marca wskaźnik osiągnął wartość 13,8 punktu.

W porównaniu z końcem pierwszego kwartału oczekiwania dochodowe spadły o około 11 punktów do poziomu -8,1 punktu. Był to wynik lepszy niż rok wcześniej – w połowie 2016 roku wartość wskaźnika wyniosła -17,6 punktu.

Belgijscy konsumenci podchodzą do kwestii dokonywania większych zakupów z ostrożnością. W porównaniu z rokiem ubiegłym wskaźnik utrzymał się na poziomie 13,5 punktu, jednak pogorszył się o 3,1 punktu w odniesieniu do pierwszego kwartału roku.

Grecja: nieznaczna poprawa nastrojów konsumenckich

W drugim kwartale roku oczekiwania gospodarcze w Grecji pozostały na niskim poziomie. Wskaźnik poprawił się jednak w porównaniu do pierwszego kwartału bieżącego roku o 7,6 punktu, a w odniesieniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym – o 1,6 punktu. Większy pesymizm wobec rozwoju gospodarczego w swoim kraju wykazują jedynie Włosi.

W kwestii oczekiwań dochodowych sytuacja wygląda podobnie. Wskaźnik nie zanotował poprawy w porównaniu z pierwszymi trzema miesiącami roku i wciąż utrzymuje ujemną wartość -42,9 punktów. W porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym, wartość wskaźnika wzrosła o 1,5 punktu.

Z kolei wskaźnik skłonności do zakupów stale utrzymuje się na niezmienionym poziomie -44,9 punktów – zarówno w porównaniu z rokiem ubiegłym, jak i pierwszym kwartałem roku bieżącego. Jest to najniższa wartość wśród krajów objętych badaniem. Jedną z głównych przyczyn tej sytuacji jest utrzymujący się w Grecji kryzys gospodarczy i finansowy.

Austria: wyraźny wzrost oczekiwań gospodarczych

W Austrii w drugim kwartale bieżącego roku utrzymał się pozytywny trend oczekiwań gospodarczych. W porównaniu z końcem marca wartość wskaźnika wzrosła o 7,4 punktu i osiągnęła poziom 18,7 punktu. Znaczny wzrost o 48,6 punktu w porównaniu z rokiem ubiegłym pokazuje, że austriaccy konsumenci wciąż optymistycznie oceniają kwestię rozwoju gospodarczego.

Większy optymizm można zaobserwować w oczekiwaniach dochodowych. W porównaniu z końcem pierwszego kwartału w połowie roku wartość wskaźnika wzrosła o 18 punktów, osiągając poziom 30,6 punktu. W roku ubiegłym wskaźnik znajdował się na równie wysokim poziomie, odnotowując wartość 28 punktów.

W ciągu pierwszych trzech miesięcy roku niewielki wzrost zanotował również wskaźnik skłonności do zakupów. Pod koniec czerwca jego wartość wzrosła niemal o 4 punkty, osiągając poziom 22,8 punktu.

Polska: nieznacznie gorsze prognozy

W drugim kwartale 2017 roku oczekiwania gospodarcze polskich konsumentów wykazały nieznaczny spadek w porównaniu z pierwszymi trzema miesiącami roku. Wskaźnik obniżył się o 2,8 punktu do poziomu 18,9 punktu. Oznacza to nieznaczny wzrost o 2,1 punktu w porównaniu z analogicznym okresem w roku 2016. W porównaniu z ogólnym wynikiem dla całej UE, oczekiwania gospodarcze w Polsce utrzymują mocną pozycję.

Z kolei w zakresie oczekiwań dochodowych, w porównaniu z poziomem półrocznym z 2016 roku, spadek wyniósł 10,4 punktu, Biorąc pod uwagę poziom z marca bieżącego roku, wskaźnik obniżył się o niemal 6 punktów do poziomu 25 punktów.

Po mocnym pierwszym kwartale wyraźnie zmalała skłonność do zakupów, notując spadek o 12 punktów i osiągając poziom 6,6 punktu. Obecna wartość plasuje się tuż nad poziomem z drugiego kwartału 2016 roku, w którym wyniosła 5,9 punktu.

Czechy: słabną nastroje konsumenckie

Po mocnym pierwszym kwartale roku oczekiwania gospodarcze wśród czeskich konsumentów znacznie osłabły pod koniec czerwca. Wartość wskaźnika spadła o 19,1 punktu do poziomu 18,1 punktu. Rok temu wskaźnik wynosiła 15,6 punktu.

Spadek optymizmu, który mimo wszystko znajduje się na względnie wysokim poziomie, zauważyć można również w kwestii oczekiwań dochodu. Mimo iż w lutym odnotowano historycznie wysoką wartość 59,5 punktu, pod koniec czerwca spadła ona do poziomu 40,8 punktu. Rok wcześniej wynosiła 43,6 punktu, a więc 2,8 punktu więcej niż obecnie.

Nieznacznie zmalał również wskaźnik skłonności do zakupów. W porównaniu z końcem pierwszego kwartału, jego wartość obniżyła się o ponad 4 punkty, osiągając poziom 14,7 punktu. W tym samym okresie w roku ubiegłym wskaźnik notował wartość 21,8 punktu, spadek wyniósł więc wartość ponad 7 punktów.

Słowacja: spadek wszystkich wskaźników

W porównaniu z końcem marca bieżącego roku oczekiwania gospodarcze na Słowacji spadły o 2,3 punktu, osiągając poziom 17,3 punktu. Jest to wartość o 5,6 punktu mniejsza niż w 2016 roku.

Obniżyły się również oczekiwania Słowaków wobec dalszej poprawy sytuacji dochodowej. Dokładnie rok temu wskaźnik zanotował poziom o dwa punkty wyższy niż obecnie. W porównaniu z pierwszym kwartałem 2017 roku spadek wyniósł niemal 4 punkty wobec względnie wysokiego poziomu 25,4 punktu.

Skłonność do zakupów słowackich konsumentów pokazuje podobną zmianę: w porównaniu z połową 2016 roku wskaźnik obniżył się o 10,4 punktu, a w porównaniu z końcem pierwszego kwartału – spadł o 8 punktów do poziomu 4,6 punktu.

Słowenia: utrzymuje się pozytywny trend

W drugim kwartale roku wzrosły oczekiwania gospodarcze słoweńskich konsumentów. W porównaniu z końcem marca wartość wskaźnika zwiększyła się o 4,9 punktu, osiągając poziom 24 punktów. W odniesieniu do roku ubiegłego oznacza to wzrost o 26 punktów – co podkreśla zwiększający się wśród słoweńskich konsumentów optymizm.

W porównaniu rok do roku zanotowano również wyraźny wzrost wskaźnika oczekiwań dochodowych, którego wartość zwiększyła się o 19,3 punktu do poziomu 24,8 punktu, co odzwierciedla poprawę nastrojów konsumenckich na Słowenii – konsumenci liczą na poprawę sytuacji dochodowej.

W kwestii skłonności do zakupu pod koniec czerwca zanotowano rekordowy poziom od dziesięciu lat. Wskaźnik wzrósł w porównaniu z końcem marca bieżącego roku o niemal dziesięć punktów do poziomu 24,8 punktu, a w porównaniu z wynikami z zeszłego roku zwiększył się o ponad 22 punkty.

Bułgaria: nastroje konsumenckie nieznacznie słabną

Oczekiwania gospodarcze w Bułgarii były na początku roku pozytywne. Jednak pod koniec czerwca spadły o ponad 5 punktów, osiągając poziom -7,8 punktu. W porównaniu rok do roku wskaźnik utrzymał się na stabilnym poziomie.

Oczekiwania dochodowe wśród bułgarskich konsumentów również zanotowały spadek – w porównaniu z końcem pierwszego kwartału o niemal 6 punktów.

Nieznaczny wzrost odnotowała skłonność do zakupów. Wskaźnik na poziomie 16,4 punktu był niemal identyczny, jak pod koniec czerwca w roku ubiegłym, a w porównaniu z końcem marca poprawił się o dwa punkty.

Rumunia: pogorszenie dobrych wyników z pierwszego kwartału

Pod koniec drugiego kwartału oczekiwania gospodarcze konsumentów w Rumunii zanotowały spadek w porównaniu z końcem marca o ponad 11 punktów do poziomu 7,2 punktu, co nieznacznie osłabiło mocny początek roku. W roku ubiegłym wartość wskaźnika była o ponad 3 punkty niższa.

W drugim kwartale roku oczekiwania dochodowe w Rumunii również odnotowały trend spadkowy. W porównaniu z końcem marca wskaźnik zanotował spadek o ponad 7 punktów do poziomu 26,3 punktu. W roku ubiegłym oczekiwania rumuńskich konsumentów odnośnie poprawy sytuacji dochodowej wynosiły 18,5 punktu.

Drugi kwartał roku wykazał również słabnącą skłonność do zakupów. Wartość wskaźnika wyniosła 5,6 punktu, co oznacza spadek o niemal 10 punktów w porównaniu z końcem marca, w którym wynosił ponad 16 punktów. W analogicznym okresie w roku ubiegłym skłonność do zakupów wyniosła 3,4 punktu.

Informacje o badaniu
GfK Consumer Climate Europe jest badaniem nastrojów konsumenckich prowadzonym w krajach Unii Europejskiej i współfinansowanym przez Komisję Europejską. Co miesiąc ankietowanych jest około 40 000 respondentów we wszystkich 28 państwach członkowskich. Barometr jest zagregowanym wskaźnikiem wyliczanym według niezmienionej formuły od 1985 roku.

Z comiesięcznego zestawu 12 pytań, do opracowania głównego indeksu nastrojów wybrano pięć składowych – oczekiwania gospodarcze, cenowe i dochodowe, skłonność do zakupów oraz do oszczędzania.

Indeks jest obliczanych w następujący sposób:

  • Podstawą obliczania poszczególnych składowych są salda odpowiedzi pozytywnych i negatywnych udzielanych poszczególnych pytaniach – składowych indeksu.
  • Sumy pozytywnych odpowiedzi (np. sytuacja finansowa gospodarstwa domowego poprawi się w istotny sposób) jest odejmowany od sumy odpowiedzi negatywnych (np. sytuacja finansowa gospodarstwa domowego pogorszy się w istotny sposób).
  • W kolejnym kroku, sumy są ujednolicane przy wykorzystaniu standardowych metod statystycznych, a następnie przeliczane tak, że długoterminowa średnia wskaźnika wynosi 0 punktów, przy teoretycznym zakresie wartości od +100 do -100 punktów. Na podstawie empirycznych danych gromadzonych od 1980 roku do analiz przyjmuje się wartości składowych w przedziale +60 i -60 punktów.
  • Dodatnia wartość składowej świadczy o ocenie tej zmiennej powyżej średniej w ujęciu długookresowym; odwrotna sytuacja ma miejsce dla wartości ujemnych. Standaryzacja ułatwia porównywanie wyników z różnych krajów, likwidując różnice kulturowe, charakterystyczne dla danej populacji.

ASERTYWNOŚĆ 3.0, czyli budowanie zdrowych relacji, osiąganie celów i ochrona granic

Asertywność najczęściej kojarzona bywa z odmawianiem, umiejętnością obrony swoich racji czy też „nieranieniem” innych ludzi. Takie podejście skupia uwagę na emocjach i zachowaniach, które mogą utrudniać relacje, blokować porozumienie i zmniejszać skuteczność w działaniu zespołowym.

Warto uświadomić sobie, że asertywność nie jest cechą, lecz umiejętnością, czyli nabytą postawą i zestawem zachowań. Polega na dawaniu sobie prawa do posiadania i wyrażania własnego zdania, emocji, potrzeb, postaw i jednocześnie przyznania takich samych praw innym ludziom. Wymaga to szanowania granic innych osób oraz dbania o własne bez stosowania zachowań agresywnych czy też manipulacji. Natomiast współcześnie, aby postawić akcenty na pozytywnym wzmacnianiu relacji, budowaniu porozumienia i wspieraniu współpracy w zespole, ale nie rezygnować z klasycznej ochrony granic, proponuję podejście do asertywności opierające się na pięciu kluczowych zasadach, które budują Asertywność 3.0.

ZASADA 1.: Mosty porozumienia

Główną zasadą konstruktywnej rozmowy jest przyjęcie założenia, że nie trzeba darzyć sympatią drugiej osoby, żeby móc skutecznie negocjować z nią dowolne kwestie. Warto pomyśleć o niej, jak o partnerze relacji i traktować z szacunkiem. W praktyce oznacza to, że staramy się w czasie rozmów budować mosty porozumienia, dzięki dawaniu partnerowi przestrzeni na wyrażenie potrzeb i emocji oraz unikamy tego, co mogłoby obniżyć jego status. Warto też zwrócić uwagę na to, aby usunąć ze swoich komunikatów złośliwość, ironię i sarkazm, ponieważ działają one deprymująco.

ZASADA 2.: Konsensus tak, kompromis nie

Konsensus oznacza wypracowanie porozumienia, gdy wszystkie strony czują, że znalezione wspólnie rozwiązanie jest najlepsze i są z niego zadowolone, nawet jeśli zrezygnowały ze swoich pierwotnych stanowisk lub je ograniczyły. Konsensus prowadzi do budowaniu dobrych relacji. Natomiast kompromis to porozumienie zawierane w układzie bierno-agresywnym, gdzie przynajmniej jedna ze stron jest od początku z niego niezadowolona, więc w nadarzającej się sytuacji będzie starała się wyswobodzić z tego porozumienia dowolnymi metodami. Nie stanowi on optymalnego rozwiązania konfliktu, ponieważ opiera się na poczuciu straty. Proces wypracowania konsensusu trwa dłużej, lecz ten typ porozumienia jest za to trwały i angażuje w realizację wszystkie strony.

ZASADA 3.: Od uprzejmości do stanowczości

Warto zabiegać o swoje potrzeby oraz chronić granice maksymalnie uprzejmie, jak tylko jest to możliwe w danej sytuacji. Należy jednak podchodzić do partnera dyskusji życzliwie, łagodnie, mając na względzie uczucia i interesy tej osoby. Dopiero, kiedy taki sposób nie przynosi efektów, możemy stopniowo zwiększać dawkę stanowczości, zachowując jednak do końca bazowy poziom uprzejmości, wynikający z szacunku do drugiej strony. Pozwoli to zbudować nam dobrą relację z rozmówcą, ale jednocześnie nie utracimy naszej autonomii.

ZASADA 4.: Unikanie „wycieczek osobistych”

Niezależnie od poziomu wrażliwości ludzie nie lubią być oceniani i etykietowani. Stosując takie zabiegi, wywołujemy w naszym rozmówcy opór wewnętrzny. Używanie zwrotów ad personam typu: „Ty jesteś…” może okazać się dla naszego rozmówcy druzgoczące. Komunikaty z czasownikiem „być” odnoszą się do tożsamości osoby i potrafią ją bardzo urazić emocjonalnie, zdyskredytować, obniżyć jej status względem naszego, a więc zburzyć mosty, które staraliśmy się zbudować.

ZASADA 5.: Fakty zamiast opinii i osądów

Fakty to opisy naszych obserwacji na temat zaistniałych zdarzeń, zachowań lub stanów. Mają charakter obiektywny i określony czasowo, czyli są niezależne od poglądów obserwatora, bez nacechowania emocjonalnego. Opinie natomiast są subiektywne, emocjonalne i mogą dowolnie zmieniać się w czasie. Subiektywizmem charakteryzują się również osądy, w całości zależne od odczuć i emocji osoby je wyrażającej, ale komunikowane tak, jakby były obiektywne – w formie „pseudo-faktów”. Przywoływanie faktów ma wydźwięk neutralny, opinie i osądy stwarzają natomiast pole do konfliktów. Ich wyrażanie sprawia, że porozumienie staje się mało prawdopodobne, ponieważ rozmówcy zaczynają walczyć między sobą o to, kto ma rację.

Stosowanie pięciu powyższych zasad sprawi, że nasze wypowiedzi nawet w sytuacjach trudnych stworzą przestrzeń do wyrażenia własnych opinii i pomysłów dla wszystkich oraz znacznie zwiększą prawdopodobieństwo wypracowania rozwiązania akceptowalnego dla zaangażowanych stron. Potrzebujemy do tego dobrej woli, zweryfikowania swojej postawy i dotychczasowych nawyków oraz treningu w stosowaniu tego podejścia. Efekty warte są jednak włożonego wysiłku.

Anna Podgórska, CEO Homo Creatore

Finiata: W pierwszym miesiącu z naszych usług skorzystało ponad 2000 firm

Minął zaledwie miesiąc od rozpoczęcia działalności Finiata na polskim rynku, a już firma może się pochwalić świetnymi wynikami. Jak podaje firma z oferowanych przez nią usług mikrofaktoringu skorzystało już ponad 2000 firm, które uzyskały blisko 2 mln zł na poczet wystawionych faktur. Finiata udostępnia także dane statystyczne swoich klientów –  są to głównie osoby prowadzące działalność gospodarczą, wystawiające średnio 15 faktur miesięcznie o wartości 7600 zł każda.

Finiata skupia się na jak najłatwiejszym i jak najszybszym dostarczeniu firmom gotówki na poczet wystawionych przez nie faktur swoim kontrahentom. Poprawia tym samym ich płynność finansową, ponieważ firma od razu posiada środki z faktur i może np. negocjować lepsze warunki finansowe u dostawców czy terminowo płacić należności.

28 czerwca, gdy Finiata zaczęła działać na polskim rynku okazało się, że wśród polskich firm istnieje olbrzymia potrzeba poprawienia płynności finansowej. Sama skala zainteresowania już mówi o dobrze dobranej usłudze do potrzeb rynkowych – ponad 2 tys. przedsiębiorców złożyło faktury na blisko 5 mln zł, z czego prawie połowa została sfinansowana.

– Uważam, że jak na pierwszy miesiąc działalności wyniki są naprawdę dobre. Usługa, dzięki swojej nowoczesnej formie, świetnie pasuje do potrzeb polskich firm (cichy faktroing) – mówi Tomasz Domagalski, CEO Finiata Polska. – Firmy cenią sobie także elastyczność, czyli możliwość przedłużenia czasu finansowania faktur. Nie zaskoczył mnie także duży odsetek odrzuconych faktur. Spodziewałem się tego – to efekt uczenia się przez użytkowników systemu; część faktur została przesłana dwa razy, część nie spełniała wymogów (była przeterminowana lub błędnie wystawiona).

Pierwszy miesiąc działalności Finiata Polska w liczbach:

  • Liczba zarejestrowanych Klientów: 2050
  • Kwota przesłanych faktur: 4,95 mln zł
  • Kwota wypłaconych środków: 1,92 mln zł
  • Średnia wartość finansowanej faktury: 3,8 tys. zł

Profil Klienta:

Na podstawie ankiet przeprowadzonych wśród klientów i danych wygenerowanych z systemu Finiata, można określić profil firm najczęściej korzystających z mikrofaktoringu:

  • – forma prawna – głównie działalność gospodarcza (72,7%), następnie sp. z o.o. (22,7%)
  • – wystawiają średnio 15 faktur miesięcznie
  • – średnia kwota wystawianej faktury to 7600 zł
  • – najczęściej spotykany termin płatności faktury to 30 dni (39%), następnie 14 dni (28%). Duży udział mają też faktury o terminie płatności 60 dni (21%).

Dobre wyniki Finiata pokazują, jak wielki potencjał tkwi w usługach mikrofaktoringu i jak istotnym problemem jest wydłużanie terminów płatności przez kontrahentów.

Do końca roku firma planuje zdobyć 12 tysięcy klientów oraz wypłacać 4 mln zł miesięcznie.

Finiata Polska należy do tzw. fintechów, czyli firm z branży finansowej, które świadczą znane usługi w sposób innowacyjny i przyjazny dla klientów. Mikrofaktoring w Finiacie jest prowadzony na zupełnie innych zasadach niż w typowych bankach: jest dostępny dla podmiotów mniejszych i działających krócej, w tym freelancerów prowadzących działalność gospodarczą. Usługa Finiata to tzw. faktoring cichy z regresem. Oznacza to, że fakt finansowania faktury jest znany tylko przedsiębiorcy i firmie Finiata. Spłata finansowania zostaje odroczona w czasie (nawet do 120 dni). Już na starcie przyspiesza to uzyskanie środków przez firmy i mniejszych przedsiębiorców. Ponadto środki są wypłacane najpóźniej w ciągu 24 godzin od zaakceptowania faktury w systemie, co oznacza błyskawiczną poprawę płynności i zwiększa bezpieczeństwo finansowe przedsiębiorstwa. Koniec z nerwowym sprawdzaniem stanu konta w oczekiwaniu na przelew i z niekończącym się ponaglaniem nieterminowych kontrahentów.

Zasada działania usługi jest prosta: przedsiębiorca rejestruje się na platformie Finiata i otrzymuje limit faktoringowy. Wprowadzając faktury do systemu Finiata, wykorzystuje posiadany limit. Przedsiębiorca sam ustala okres finansowania faktury. Jeśli pierwotny termin okaże się zbyt krótki, może go przedłużyć – aż do 120 dni, przy czym pierwsze 14 dni jest przedłużenia bezpłatnie. Opłata jest stała i łatwa do wyliczenia: 4 zł +VAT za każde 100 zł kwoty na finansowanej fakturze za każde 30 dni okresu finansowania. W przeciwieństwie do wielu banków w Finiacie darmowe są podstawowe działania związane z uruchomieniem finansowania, m.in. rozpatrzenie wniosku czy przeprowadzenie analizy kredytowej.

Mostostal Warszawa wybuduje budynek niemal zero-energetyczny dla Politechniki Poznańskiej

Oddział Zachodni Przemysłu i Ochrony Środowiska Mostostal Warszawa (Lider) i Acciona Construcción S.A. (Partner) wygrały przetarg na budowę budynku niemal zero-energetycznego dla Wydziału Architektury i Wydziału Inżynierii Zarządzania Politechniki Poznańskiej. Wartość kontraktu wynosi 71 875 790,22 zł brutto. Rozpoczęcie inwestycji zaplanowano na sierpień 2017 roku.

W imieniu konsorcjum umowę w dniu 9 sierpnia br. podpisali: Jorge Calabuig Ferre, Członek Zarządu ds. Rozwoju Biznesu (Mostostal Warszawa), Dariusz Jarek, Dyrektor Obszaru Budownictwa Ogólnego, Przemysłu i Ochrony Środowiska (Mostostal Warszawa) oraz Yves Marchand (Acciona Construcción). Stronę inwestora reprezentował Rektor Politechniki Poznańskiej prof. dr hab. inż. Tomasz Łodygowski i mgr Barbara Dopierała, Kwestor Uczelni.Mostostal Warszawa - podpisanie umowy

Umowa podpisana w formule „zaprojektuj i wybuduj” wraz z uzyskaniem prawomocnego pozwolenia na użytkowanie, obejmuje m.in. przekładkę kolektora DN 1000, konstrukcję i wykończenie obiektu (beton architektoniczny), instalacje elektryczne i niskoprądowe, instalacje sanitarne grzewcze (COP, COG, COT, CCW, PC3), chłodnicze, wytwarzania i zrzutu ciepła, źródła ciepła i chłodu, wentylację mechaniczną ogólną i pożarową oraz instalację fotowoltaiczną. Obiekt zaprojektowano z wysoko wydajnym i energooszczędnym wyposażeniem technicznym. Wszystkie instalacje będą spięte w jeden układ BMS (system zarządzania budynkiem) umożliwiając sterowanie układem oraz podgląd poszczególnych parametrów.  Budynek niemal zero-energetycznego Wydziału Architektury i Wydziału Inżynierii Zarządzania, zaprojektowano również z wysoko wydajnym i energooszczędnym wyposażeniem technicznym w którym zapotrzebowanie na energię pierwotną nieodnawialną nie przekroczy 50kWh/m²/rok.

Nowy budynek Politechniki Poznańskiej, za którego realizację odpowiada Mostostal Warszawa, będzie oszczędny w formie. Wyróżni go charakterystyczna prosta bryła. Przewidziano trzy kondygnacje nadziemne budynku, które osiągną wysokość dwunastu metrów. Zgodnie z zamysłem architekta Sławomira Rosolskiego projekt ma nawiązywać do proporcji Partenonu na Akropolu. Jednym z charakterystycznych elementów budynku WAWIZ ma być całkowicie przeszklone atrium, spełniające rolę wewnętrznego dziedzińca. Na tym samym poziomie znajdą się również dziekanaty i administracje wydziałów. Podziemna kondygnacja zostanie przeznaczona na laboratoria i parking.

„Budowa nowego budynku dla Politechniki Poznańskiej jest kolejną inwestycją realizowaną przez Mostostal Warszawa dla tej uczelni. W czerwcu tego roku podpisaliśmy kontrakt na rozbudowę Wydziału Elektroniki i Telekomunikacji Politechniki Poznańskiej wraz z przebudową klatki schodowej w zakresie oddymiania. Bardzo nas cieszy udana współpraca z inwestorem, tym bardziej, że budowany przez nas Wydział Architektury i Wydział Inżynierii Zarządzania będzie obiektem niemal zero-energetycznym, a to stawia przed nami konkretne wymagania” – powiedział Dariusz Jarek, Dyrektor Obszaru Budownictwa Ogólnego, Przemysłu i Ochrony Środowiska.

Wydział Architektury i Wydział Inżynierii Zarządzania Politechniki Poznańskiej będzie obiektem „niemal zero-energetycznym”, co oznacza, że energia będzie pobierana z ziemi za pomocą pomp ciepła i ze słońca dzięki ogniwom fotowoltaicznym. Pozwoli to uzyskać 80% energii potrzebnej do ogrzania budynku w zimę oraz ochłodzenia latem. Tym sposobem budynek uzyska również o połowę lepsze parametry niż wymaga tego Unia Europejska. Zgodnie z dyrektywą UE, od 2021 roku na terenie Unii Europejskiej mają być wznoszone wyłącznie budynki o bardzo niskim zapotrzebowaniu na energię i zasilanie.

Budowa Wydziału Architektury i Wydziału Inżynierii Zarządzania Politechniki Poznańskiej, to po otwarciu hali sportowej, Wydziału Technologii Chemicznej, Centrum Wykładowym oraz Centrum Mechatroniki, Biomechaniki i Nanoinżynierii, kolejny etap rozbudowy poznańskiej uczelni. Do 2020 roku na Piotrowie mają stanąć wszystkie wydziały Politechniki.

Z ramienia Mostostal Warszawa inwestycję zrealizuje Oddział Zachodni, Przemysłu i Ochrony Środowiska pod dyrekcją Marzeny Witkowskiej, Kierownikiem Kontraktu został Łukasz Czapla.

Przedmiot umowy: kompleksowa realizacja zadania pt. „Budynek niemal zero-energetyczny Wydziału Architektury i Wydziału Inżynierii Zarzadzania Politechniki Poznańskiej wraz z pracami projektowymi i uzyskaniem prawomocnego pozwolenia na użytkowanie.


Inwestor:
Politechnika Poznańska

Wykonawca: Mostostal Warszawa (Lider) i Acciona Construcción S.A.(Partner)

Termin realizacji: 18 miesięcy
Wartość kontraktu:
58 435 601,79 zł netto/ 71 875 790,22 zł brutto

Podstawowe parametry techniczne:

  • Powierzchnia użytkowa: 15 523 m²
  • Powierzchnia całkowita: 19 931 m²
  • Powierzchnia terenu opracowania: 20 844 m²
  • Powierzchnia zabudowy: 4 907 m²
  • Kubatura: 69 931,87 m³
  • Liczba kondygnacji: 4 (w tym jedna podziemna)

Mentor dla pracownika – czy to się opłaca?

Firma, stojąc przed koniecznością uzupełnienia wakatu na stanowisko menedżerskie lub specjalistyczne, ma do wyboru dwie drogi. Pierwsza to zatrudnienie nowej, doświadczonej osoby z zewnątrz. Druga – awansowanie pracownika, nawet jeśli poziom jego kompetencji nie jest jeszcze wystarczający. Właśnie w tej drugiej sytuacji doskonale sprawdza się mentoring.

Mentoring bardzo często mylony jest z coachingiem, co wynika zapewne stąd, że obydwa narzędzia opierają się na rozmowie, refleksji i zarówno jedno, jak i drugie powinno prowadzić do jasno określonych celów. O ile jednak w coachingu mamy do czynienia z relacją, w ramach której to osoba korzystająca z tej formy wsparcia powinna odkryć odpowiednie dla siebie rozwiązania omawianych problemów, o tyle w mentoringu efekty mogą pojawić się szybciej. To bowiem mentor, doświadczony w danej dziedzinie, może stanowić wzór do naśladowania, a przy tym pełnić rolę nauczyciela, wskazując konkretne, przetestowane w praktyce sposoby postępowania. W tym przypadku uzyskiwane odpowiedzi są co prawda mniej zindywidualizowane niż w coachingu, ale za to bardziej skoncentrowane na sprawdzonym działaniu.

Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że o ile coaching lepiej sprawdza się w sytuacjach dotyczących problemów osobistych, czy też wyboru drogi zawodowej, o tyle wtedy, gdy już wiemy, co chcemy osiągnąć i do czego dojść, to właśnie mentor okaże się bardziej pomocny. Pod jego okiem menedżer lub specjalista może zdobyć praktyczne umiejętności, nauczyć się wykorzystywać konkretne narzędzia, czy też rozwiązywać specyficzne dla danej firmy problemy.

Iwona Wencel, mentor, prezes w firmie doradczej WNCL
Iwona Wencel, mentor, prezes w firmie doradczej WNCL

– Mentoring to relacja „learning by doing”, czyli nauki przez działanie. Sytuacje, z którymi osoba poddawana mentoringowi (mantee) spotyka się być może po raz pierwszy, mentorowi są już dobrze znane. Wspólnie realizują oni cele, które mogą być na bieżąco modyfikowane. Dzięki mentorowi, mantee może w bardzo krótkim czasie dojść do eksperckiej perfekcji – mówi Iwona Wencel, mentor, prezes w firmie doradczej WNCL.

Mentoring a rekrutacja

W wielu przedsiębiorstwach mentoring w ogóle nie jest brany pod uwagę, a gdy na najważniejszych stanowiskach pojawia się wakat, za oczywistą drogę uważa się poszukiwanie dobrych specjalistów na rynku pracy. Problem w tym, że aby pozyskać cenioną osobę z dużym doświadczeniem, konieczne będzie zapewnienie jej lepszych warunków (także finansowych) niż w firmie, dla której pracuje ona obecnie. W dodatku, mimo wysokich kosztów, osoba taka będzie potrzebowała czasu, aby poznać specyfikę nowej organizacji, a więc jej obecność nie od razu przyniesie korzyści.

A co, gdyby poszukać odpowiedniego kandydata w organizacji? Rekrutacja wewnętrza pozwoli pracownikom poczuć, że ich rozwój zawodowy w firmie jest możliwy, a to pozytywnie wpłynie na motywację. Nie bez znaczenia jest też fakt, że wybrana osoba nie będzie musiała uczyć się od zera zasad panujących w przedsiębiorstwie ani poznawać jej kultury organizacyjnej. Natomiast niedostatek wiedzy i umiejętności będzie mogła uzupełnić za pomocą mentoringu.

Mentor będzie w tym przypadku osobą, która wprowadzi danego pracownika w nowe dla niego obowiązki, wesprze go w pokonywaniu pierwszych trudności i pokaże, jak radzić sobie z codziennymi i nietypowymi problemami.

Mentorem może być zarówno inny, bardziej doświadczony pracownik na analogicznym lub podobnym stanowisku, ale może nim być także specjalista z zewnątrz – ktoś, kto doskonale zna się na danej dziedzinie i kto potrafi podzielić się swoją wiedzą z mniej doświadczoną osobą. Rola mentora podobna jest do roli mistrza wobec ucznia – pokazuje on mniej doświadczonemu koledze, co i jak należy robić, a po pewnym czasie usuwa się w cień, pozwalając „podopiecznemu” na osiągnięcie samodzielności.

– W przypadku stanowisk związanych z zarządzaniem, gdzie wiedza ekspercka nie ma tak istotnego znaczenia, szczególnie istotne okazują się kompetencje osobiste. Mentor może znacząco wesprzeć mentee w rozwoju osobistym i budowaniu kariery, a także zmotywować go do działania. Pomagając w rozwiązaniu bieżących problemów, może też pokazać szerszą perspektywę. Informacja zwrotna jest w takiej sytuacji oparta na faktach, na wynikach pracy mentee – podkreśla Iwona Wencel.

Sposób na delegowanie odpowiedzialności

Mentoring to także antidotum na powszechny w wielu organizacjach strach przed popełnianiem błędów. Ponieważ błędy są kosztowne, wiele osób zarządzających stara się unikać delegowania odpowiedzialności na inne osoby. Uciekając przed ryzykiem, obciążają siebie nadmiernym zakresem zadań, przez co i tak nie są w stanie kontrolować wszystkich istotnych procesów. Jednocześnie uniemożliwiają rozwój osobom, które wykazują predyspozycje w danej dziedzinie, ale nie są gotowe na samodzielne wzięcie odpowiedzialności za określony zakres obowiązków. Również w takiej sytuacji warto postawić na mentoring.

– Z tego narzędzia korzysta się głównie wtedy, gdy kandydat jest gotowy w 60-70 proc. do pełnienia nowej funkcji – czy to w wymiarze potencjału, czy też dotychczasowych doświadczeń. Jeśli mentor jest pozyskany z wewnątrz organizacji, dobrze gdy między nim, a osobą poddawaną rozwojowi nie ma podległości służbowej, a jedynie prawdziwe rozwojowa relacja: mistrza i ucznia – mówi mentorka z WNCL.

Wsparcie ze strony mentora ma szczególne uzasadnienie, gdy:

  • na szefa działu awansowany zostaje menedżer mający doświadczenie jedynie w części obszarów, którymi ma się zajmować na nowym stanowisku;
  • osoba na stanowisku specjalistycznym ma wystarczającą wiedzę, by stać się menedżerem, ale nie ma doświadczeń związanych z zarządzaniem ludźmi;
  • przedsiębiorstwo chce przeprowadzić trudny projekt o strategicznym znaczeniu, a ze względu na dużą odpowiedzialność warto zapewnić wyznaczonemu do niego menedżerowi wsparcie bardziej doświadczonej osoby;
  • zarząd chce podwyższyć poziom wiedzy i umiejętności menedżera, uzupełniając jego kompetencje operacyjne, kompetencjami o charakterze strategicznym.

Dzięki wyodrębnieniu mentora, firma może zapewnić, że ważne zadania będą realizowane bez ryzyka eksperymentowania i uczenia się na żywym organizmie. Jednocześnie organizacja zyska zmotywowanego, zaangażowanego i odpowiednio przygotowanego pracownika. Takie rozwiązanie oznacza także niższe koszty w porównaniu z zatrudnianiem na stałe kandydata z zewnątrz. Nawet praca z ekspertem (mentorem) zewnętrznym, dzięki czasowości tego rozwiązania, okazuje się korzystniejsza finansowo.

– Moje doświadczenia dotyczą prowadzenia mentoringu w obszarze HR. Np. w jednym przypadku pozwolił on rozszerzyć zakres kompetencji HR-menedżera o zagadnienia z poziomu strategicznego. W dwóch innych, osoby o dużym potencjale i „haerowskiej” intuicji uczyły się fachu pod okiem doświadczonego menedżera, wspólnie projektując i wdrażając potrzebne danej firmie procesy HR – mówi Iwona Wencel.

Mentoring wymaga otwartości

To, że mentoring może być bardzo skutecznym narzędziem, nie oznacza, że sprawdzi się zawsze i wszędzie. Wiele zależy choćby od wewnętrznego nastawienia – zarówno osoby, która ma zostać mentorem, jak również tej, która ma zostać poddana mentoringowi.

Na pewno przeprowadzenie mentoringu łatwiejsze będzie w tych organizacjach, w których dzielenie się wiedzą jest nieodłącznym składnikiem kultury organizacyjnej. Niestety, bywają i takie przedsiębiorstwa, w których pracownicy starają się trzymać całą swoją wiedzę dla siebie, co daje im wrażenie bycia „niezastępowalnymi”. Dopóki pracownicy prezentują taką postawę, z pewnością nie będą mogli stać się dobrymi mentorami.

– Od mentora oczekuje się samoświadomości, otwartości na innych, posiadania wiedzy zawodowej i biznesowej, komunikatywności i chęci dzielenia się własnymi doświadczeniami. Poczucie humoru także nie zaszkodzi, a czasem może pomóc rozładować napięcie. Najważniejszą rolą mentora jest jednak zapewnienie wsparcia i wskazówek dla mentee w oparciu o jego potrzeby rozwojowe – mówi prezes firmy WNCL.

Nie zapominajmy także o tym, że to, iż ktoś został wyznaczony do pełnienia roli mentora, może być dla niego bardzo nobilitującym doświadczeniem. Oto bowiem okazuje się, że jego biegłość w danej dziedzinie została uznana za mistrzostwo, którym można się dzielić z młodszymi (stażem) adeptami. Prowadzenie menedżerów, obserwowanie jak się rozwijają i zawodowo dojrzewają, daje ogromną satysfakcję. Także ich nowe podejście, otwartość i nowa perspektywa uczą mentora elastyczności, otwartości i rozszerzają jego horyzonty.

Otwartość jest jednak potrzebna po obydwu stronach. Ważne jest również, aby specjalista lub menedżer, który ma skorzystać z mentoringu, był otwarty na rady i sugestie udzielane przez bardziej doświadczone osoby.

– Żeby mentoring miał sens, mentee powinien posiadać sprecyzowany cel zawodowy i dążyć do samorozwoju. Ważne, aby był osobą zaangażowaną, gotową do realizowania zadań wypracowanych na sesjach z mentorem – mówi Iwona Wencel. – Między obiema stronami musi obowiązywać zasada całkowitej poufności, wzajemny szacunek i oczywiście otwartość w dzieleniu się informacjami – podkreśla mentorka.

Reklama video wpływa na decyzje 9 z 10 konsumentów

Bez  reklamy video ani rusz – video z 1/3 udziałów w rynku i 30 proc. wzrostu wydatków

Według najnowszych szacunków agencji mediowej Zenith, wydatki na reklamę video w Polsce wzrosną w tym roku o 33 proc. Co więcej, już za dwa lata ten typ treści będzie generował jedną trzecią wartości rynku reklamy online jako takiej. Tak dynamiczny wzrost jest dobrze uzasadniony biznesowo. Konsumenci czterokrotnie chętniej czerpią informacje o produkcie z materiałów video niż opisu tekstowego. 90 proc. osób kupujących w sieci przyznaje, że video wpływa na ich decyzje zakupowe. Co więcej, treści video znajdują się wśród najchętniej konsumowanych przez użytkowników – 55 proc. przyznaje, że zapoznaje się z nimi z uwagą[1].

Czas, jaki przeciętny użytkownik poświęca na konsumowanie video, stale rośnie, także w Polsce. Według Zenith, obecnie wynosi on 40 minut dziennie – o 14 proc. więcej niż rok temu. Chodź Polacy nadal częściej oglądają video na urządzeniach stacjonarnych, (średnio 22 minuty w porównaniu do 18 minut na smartfonach i tabletach), to właśnie konsumpcja video w kanałach mobilnych rozwija się znacznie bardziej dynamicznie – o 20 proc. rok do roku w porównaniu do 10 proc. dla urządzeń desktop. Podobny trend obserwujemy na rynku reklamy internetowej. Badania opublikowane w połowie lipca przez IAB Europe, wskazują, że wartość rynku reklamy mobile wzrosła w ubiegłym roku aż o 60 proc., podczas gdy cały rynek reklamy rozwijał się w tempie zaledwie jednocyfrowym.

Klienci lubią video

 Jeszcze niedawno, reklama video była traktowana jako jedna z możliwych opcji w portfolio działań marketingowych. Dziś to kluczowy element każdej kampanii. Nie tylko dlatego, że video zdobywa coraz większy udział w ogóle ruchu internetowego, ale także dlatego, że taki sposób przekazywania treści jest dla użytkowników bardziej czytelny, łatwiejszy do przyswojenia i atrakcyjny w odbiorze. HubSpot Research przeprowadziło badanie, pokazujące, jak zmienia się sposób, w który użytkownicy poruszają się po sieci. Respondenci zostali m.in. poproszeni o wskazanie, które treści przyswajają
z uwagą, a które jedynie pobieżnie przeglądają. Liderem tej pierwszej kategorii okazało się właśnie video z 55 proc. wskazań, tuż przed postami w social mediach. Na pytanie, jakie treści ankietowani chcieliby napotykać częściej, 43 proc. także wskazało video, co daje temu formatowi trzecie miejsce 
– mówi Grzegorz Chyliński, CEO Adrino, największej sieci reklamy mobilnej w Polsce.

Inne badania, przeprowadzone przez Animoto, pokazują, że konsumenci czterokrotnie chętniej zdobywają wiedzę na temat produktu z materiałów video niż opisów. Ta sama firma przeprowadziła ankietę badającą wpływ materiałów video na wybory konsumenckie. Okazało się, że 96 proc.  badanych uważa, że video jest pomocne w dokonywaniu zakupów online, a 73 proc. przyznało, że chętniej zakupi produkt lub usługę po obejrzeniu dotyczącego go materiału filmowego.

–  Planując kampanię video, warto zaadoptować podejście ‘mobile first’. Po pierwsze, smartfon to urządzenie, z którym większość użytkowników praktycznie nie rozstaje się w ciągu dnia, także wtedy, kiedy nie ma dostępu do urządzenia typu desktop. Po drugie, skala  blokowania treści reklamowych w kanałach mobilnych jest wciąż nieporównywalnie mała, w stosunku do urządzeń desktop. Na przykład badanie PageFair i Adobe z 2015 r. podało, że jedynie 2 proc. blokad wyświetleń reklamy odbywa się na urządzeniach mobilnych. To szczególnie istotne biorąc pod uwagę, że Polska wciąż wiedzie prym pod kątem popularności aplikacji do blokowanie reklam – zauważa Dariusz Werelich, Head of Sales, Adrino.

Jak być skutecznym

Żeby inwestycje w reklamę video przyniosły zamierzone rezultaty, konieczne jest odpowiednie przygotowanie kampanii, zwłaszcza w kanałach mobilnych, które posiadają własną specyfikę. Według opracowania Dimensional Research i YouAppi, największym wyzwaniem dla twórców kampanii wyświetlanych w kanałach mobile jest przygotowanie przykuwającej uwagę treści (44 proc.). Na drugim miejscu znajduje się dobór parametrów pozwalający na dotarcie do odpowiedniej widowni. Trzecim istotnym wyzwaniem okazało się wybranie właściwego narzędzia pomiaru skuteczności kampanii, wśród wielu dostępnych, m.in. współczynnik lokalności czy liczba wyświetleń, która zakończyła się obejrzeniem video do końca.

Obszar, w którym respondenci ankiety okazali się najbardziej zgodni, dotyczy przyszłości reklamy video w kanałach mobilnych – 93 proc. uczestników odpowiedziało, że jej znaczenie będzie rosło.

Od dłuższego czasu obserwujemy rosnące zainteresowanie klientów reklamą video. Czy to w formacie pre-roll, czyli wyświetlanych przed właściwym materiałem, czy też w ramach kreacji rich media. Patrząc na dane rok do roku, mówimy o realnych wzrostach wydatków rzędu 73 proc. Pozytywne jest również to, że klienci coraz częściej dostarczają nam materiał przygotowany do odtwarzania w pionie – dodaje Dariusz Werelich, Adrino.

[1] https://research.hubspot.com/reports/the-future-of-content-marketing?_ga=2.179193005.862891773.1500388925-1725739442.1500388925

Rafał Wójcik wiceprezesem zarządu w Engave

Z dniem 1 sierpnia br. Rafał Wójcik objął stanowisko wiceprezesa zarządu w spółce Engave

Rafał Wójcik dołączył do Engave w 2015 roku. Swoją karierę w firmie Engave rozpoczął od stanowiska team leadera zespołu sprzedażowego w sektorze public, następnie awansował na stanowisko dyrektora Działu Wdrożeń i Logistyki. Od 1 sierpnia 2017 objął stanowisko członka zarządu. Rafał Wójcik odpowiedzialny będzie za pion handlowy oraz wdrożeniowo – logistyczny. Obecnie, w nowych strukturach zarządu spółki Engave znajdują się  trzy osoby: Iwo Dominik Żochowski, prezes zarządu, Adrianna Kilińska, wiceprezes zarządu i Rafał Wójcik, wiceprezes zarządu.

Rafał Wójcik wiceprezesem zarządu w Engave
Rafał Wójcik

Rafał Wójcik, ekonomista z wykształcenia, ekspert w zakresie zarządzania strategicznego. Negocjator międzynarodowy. Absolwent studiów MBA. Specjalista w doradztwie strategicznym, handlowym i finansowym. Ekspert optymalizacji procesów i kosztów. W swojej karierze budował i prowadził zespoły handlowe. Jest współautorem wielu opracowań strategicznych i programów rozwoju, w tym programów rewitalizacji, strategii marketingowych oraz finansowych. Człowiek posiadający duże doświadczenie w restrukturyzacji przedsiębiorstw. Lider, dzielący się wiedzą oraz potrafiący stawiać nowe wyzwania

Daniel Obajtek: Zdecydowanie dobre wyniki Energa po I półroczu 2017 r.

Wzrost zysku netto o 34 proc., a także wyższe przychody i poziom EBITDA odnotowała Energa po I półroczu. Tradycyjnie motorem rozwoju Grupy był Segment Dystrybucji. Segment Sprzedaży sprzedał największą od pięciu lat ilość energii, a liczba klientów kupujących energię od firmy pierwszy raz w historii przekroczyła 3 miliony. Z kolei Segment Wytwarzania dzięki lepszej pracy niemal wszystkich aktywów zwiększył produkcję o 14 proc.

W pierwszej połowie roku Energa osiągnęła 5,2 mld zł przychodów – o 5 proc. więcej niż rok wcześniej i wypracowała zysk netto w wysokości 488 mln zł – o 34 proc. wyższy od oczyszczonego z odpisów wyniku roku ubiegłego. EBITDA wyniosła 1 143 mln zł i była wyższa o 53 mln zł. Energa odnotowała wzrost wyników operacyjnych w Sprzedaży (7 proc. więcej sprzedanej energii) i w Wytwarzaniu (14 proc. wzrost produkcji). Grupa wyprodukowała 2,1 TWh energii elektrycznej (o 0,3 TWh więcej), łączny wolumen sprzedanej energii elektrycznej wyniósł natomiast 10,1 TWh (wzrost o 0,7 TWh). Wolumen dystrybuowanej energii utrzymał się na poziomie zbliżonym do ubiegłorocznego – 11 TWh.

Daniel Obajtek, prezes Zarządu Energa SA.
Daniel Obajtek, prezes Zarządu Energa SA.

– Pierwsze półrocze należy uznać zdecydowanie za udane. Grupa rozwija się we właściwym tempie, zgodnie z przyjętą strategią. Mimo trudnego otoczenia zewnętrznego mamy wyraźnie lepsze wyniki niż rok temu. Bezpieczeństwo energetyczne i szansę na zwiększenie przychodów widzimy nie tylko w nowych źródłach konwencjonalnych, ale także w lepszym bilansowaniu produkcji OZE. Dlatego jesteśmy liderami magazynowania energii i usług DSR (Demand Side Response). Drugie półrocze rozpoczęliśmy z solidnym buforem finansowym, także dlatego, że skutecznie wydeptujemy własną ścieżkę rozwoju w silnie wpływającym na nas otoczeniu regulacyjnym i administracyjnym – mówi Daniel Obajtek, prezes Zarządu Energa SA.

Cyfrowa transformacja w Polsce wchodzi w fazę dojrzałości

Cyfrowa transformacja w Polsce wchodzi w fazę dojrzałości. W rozwoju systemów klasy BPM liderzy digitalizacji stawiają na budowanie relacji z klientami oraz własnymi pracownikami, podczas gdy promowana dotychczas doskonałość operacyjna schodzi na dalszy plan.

Cyfrowa transformacja ma w Polsce zróżnicowane oblicze. Wśród polskich firm są zarówno podmioty, które dopiero stawiają pierwsze kroki w digitalizacji, wdrażając np. systemy ERP, jak i takie, które już od kilku lat swobodnie korzystają z rozwiązań służących do automatyzacji procesów biznesowych i ich bieżącej adaptacji, zgodnie z rytmem zmian zachodzących zarówno wewnątrz organizacji, jak i w jej otoczeniu.

Digitalizacja to nie sztuka dla sztuki

Przejście z rozwiązań analogowych na cyfrowe i kreatywne korzystanie z nich do budowania przewagi biznesowej przestało być wyłącznie domeną rynkowych innowatorów, a stało się powszechnie przyjętym elementem nowoczesnej strategii biznesowej.

Jak wynika z obserwacji firmy Forrester, jednej z czołowych firm badawczych, zajmujących się śledzeniem trendów w IT i biznesie, redukcja kosztów coraz częściej przestaje być głównym motorem zarządzania procesami biznesowymi. Zaczyna ją zastępować bardziej strategiczne dążenie do digitalizacji procesów (Business Process Management Playbook, Forrester, 2016). Jednak eksperci wskazują, że doskonałość operacyjna nie powinna być celem samym w sobie. Dopiero optymalizacja skoncentrowana na wsparciu cyfrowych punktów styku z klientem będzie oznaczać skuteczną digitalizację.

Tego rodzaju podejście można zaobserwować wśród coraz większej grupy działających w Polsce firm, które należą do swego rodzaju cyfrowej awangardy na tle rodzimego biznesu. Organizacje te korzystają już z rozwiązań klasy BPM/RAD (Business Process Management / Rapid Application Development) i opracowują własne cyfrowe rozwiązania tak, aby dostosować je do potrzeb biznesowych, skoncentrowanych wokół cyfrowych oczekiwań klientów.

Fakt ten potwierdzają wyniki ankiety przeprowadzonej w maju 2017 r. przez firmę WEBCON na próbie 126 klientów. Jako najważniejsze obszary wdrożenia BPM w przyszłym roku firmy wskazują właśnie sprzedaż i relacje z klientami (40%).

Co ciekawe, równie ważna dla ankietowanych firm jest digitalizacja obszaru kadr i HR (39%), co wskazuje, że w dobie stopniowej cyfryzacji dotykającej właściwie każdej z branż, organizacje dostrzegają konieczność dbania o swój najważniejszy kapitał, czyli pracowników. Natychmiastową korzyścią dla obu stron jest oczywiście zautomatyzowanie prostych, powtarzalnych czynności, a przez to uwolnienie czasu i kompetencji pracowników do wykonywania zadań bardziej kreatywnych. Jednak dostarczenie pracownikom nowoczesnych systemów to nie wszystko. Nie bez znaczenia jest też równy i łatwy dostęp do informacji, sprawiedliwy i uporządkowany udział w procesach decyzyjnych, czy sprawna i szybka obsługa ze strony działu HR. Klasycznie rozumiana optymalizacja procesów, czyli dążenie do doskonałości operacyjnej schodzi powoli na dalszy plan, choć oczywiście nadal pozostaje w kręgu zainteresowania, w szczególności kadry zarządzającej.

Wśród wskazanych przez użytkowników obszarów do cyfrowego zagospodarowania znalazły się również finanse (33%), zarządzanie inwestycjami i projektami (29%) oraz zarządzanie jakością (28%). 23% wskazało takie kierunki dalszego rozwoju narzędzi BPM jak: integracja z systemami zewnętrznymi (np. SAP), wsparcie IT i obsługa zgłoszeń, rozwój i planowanie produkcji, zamówienia, zakupy, procesy operacyjne, logistyka/spedycja, reklamacje oraz prowadzenie projektów. Należy podkreślić, że wielu respondentów planuje tworzyć procesy dedykowane, zgodnie ze ścisłymi wytycznymi klienta wewnętrznego.

To pokazuje, że wiodące firmy wyszły już z pierwszej fazy cyfrowej transformacji, czyli tworzenia procesów klasycznych, sprawdzonych, takich jak obiegi faktur i urlopów, a zaczęły w pełni doceniać i wykorzystywać potencjał posiadanych narzędzi BPM, można rzec: poczuły apetyt na więcej – mówi Radosław Putek, prezes firmy WEBCON, która od 2006 roku tworzy autorskie oprogramowanie klasy BPM/RAD dla platformy Microsoft SharePoint.

Nie tylko budżet spowalnia

Raporty w skali globu wskazują, że choć popularność cyfrowej transformacji wzrosła w roku 2015 o połowę w stosunku do roku 2014 (Google Trends, 2016), 47% firm jeszcze nie rozpoczęło u siebie tego procesu (Progress, 2016), choć 55% z nich ma zamiar wystartować ze zmianą właśnie w roku 2017 (Progress, 2016).

Co powstrzymuje polskie firmy przed śmielszym rozwojem cyfryzacji? Ankietowane przez WEBCON firmy wskazały cztery kluczowe przeszkody we wdrażaniu platformy BPM w organizacji, za główną podając brak zasobów ludzkich (49%), a następnie opór przed zmianą (42%). Co ciekawe, brak przekonania decydentów okazał się tak samo ważnym hamulcem do wdrażania automatyzacji procesów biznesowych, jak brak budżetu (37%).

Na dalszych miejscach badani klienci wymienili trudności w wykazaniu ROI (18%), obawa przed długim czasem wdrożenia (15%) oraz inne powody (w sumie 5% ankietowanych), takie jak chociażby duża liczba innych projektów.

– Wyniki ankiety wyraźnie wskazują, że budowanie świadomości korzyści płynących z zastosowania nowoczesnych narzędzi IT w biznesie jest niezwykle ważne – zauważa Radosław Putek. – Warto podkreślić, że obecnie dąży się do obniżania progu wejścia dla użytkowników i takiej konstrukcji rozwiązań, by zmiany w aplikacjach można było wprowadzać w prosty sposób i zwinnie, szczególnie wtedy, gdy zakres i założenia projektu nie są jeszcze w pełni skrystalizowane – mówi prezes WEBCON.

Odpowiednie narzędzie to efektywniejszy rozwój

Cyfrowa transformacja rozprzestrzenia się z procesów wertykalnych na horyzontalne, przenikając poszczególne działy i funkcje oraz sięgając na zewnątrz organizacji, co Gartner nazywa tworzeniem cyfrowego ekosystemu. Wymaga on bardziej kreatywnego niż tradycyjne zarządzania procesami biznesowymi, co umożliwiają tylko odpowiednie narzędzia, na tyle zwinne, by nadążyć za zmieniającym się jak w kalejdoskopie otoczeniem biznesowym.

Z badań firmy Gartner wynika, że mniej innowacyjne rozwiązania BPM (które np. nie zapewniają skutecznego zarządzania zmianą) uniemożliwią 80% firm osiągnięcie pożądanych celów ich strategii cyfrowej w roku 2017. Zdaniem ekspertów Gartnera, tylko 40% zadań w firmie można uznać za rutynowe, dające się obsłużyć za pomocą tradycyjnych systemów BPM. 60% charakteryzuje się pewnym stopniem niepewności i nie da się ich przewidzieć ani modelować z wyprzedzeniem. Gartner podkreśla, że w roku 2017 aż 70% skutecznych modeli biznesowych będzie się opierać na realizacji procesów niestabilnych, zmieniających się wraz z potrzebami klienta.

– W przypadku procesów wymagających ciągłej adaptacji zarówno do wymagań zewnętrznych, rynkowych, jak i wewnętrznych, wypływających z potrzeb pracowników, narzędziami, które sprawdzą się na dłuższą metę, są rozwiązania klasy Rapid Application Development (RAD). Umożliwiają one nie tylko zwinne tworzenie aplikacji biznesowych, ale przede wszystkim prostą i szybką ich modyfikację, nawet przez osoby nie będące programistami – mówi Radosław Putek, prezes firmy WEBCON, producenta platformy klasy RAD, WEBCON BPS. – To właśnie szybka reakcja firmy na pewne sytuacje i zjawiska, a nawet wyprzedzenie ich, może zapewnić firmie pozycję lidera na rynku – dodaje Putek.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 09.08.2017

W ostatnich godzinach na rynku królują aktywa należące do bezpiecznych przystani jak JPY, obligacje amerykańskie czy też metale szlachetne. Jest to spowodowane napiętą sytuacją na linii Kora Północna – USA. Wymiana zdań Donalda Trampa z Kim Jong Unem była stanowcza. Korea rozzłoszczona nowymi sankcjami gospodarczymi zapowiedziała, że Stany Zjednoczone „słono zapłacą za taką barbarzyńską politykę”. Prezydent USA nie był zadowolony z takiej informacji, odpowiedź była jednoznaczna. Ogłosił, że jeżeli Korea nie przestanie grozić USA, to spotka się z „ogniem i furią”. Sprawy toczą się dalej, rynki zareagowały.

Podczas rosnącej awersji do ryzyka zyskuje na wartości jen japoński, który uważany jest za jedną z najbezpieczniejszych walut świata. Na wykresie dziennym analiza techniczna nie daje dużo przestrzeni do dalszych spadków na USD/JPY, ale przy ostrzejszych wypowiedziach, a tym bardziej działaniach militarnych patrzenie na wsparcia lub opory przestaje mieć sens.

Najbliższe wsparcie do zahamowania ostatniej wyprzedaży jest poziom 108-109. Obrona wsparcia mogłaby świadczyć o dalszej konsolidacji kursu od wcześniej wspomnianego poziomu popytu do oporu 113.70-114.30. Niemniej jednak zaostrzenie konfliktu pomiędzy Koreą Północną a USA skutkowało natychmiastowym przerwaniem wsparcia i dalszą aprecjacją JPY.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 09.08.2017 8

Źródło: Admiral Markets

Kolejnym aktywem, które spiera się z potężną falą zleceń sprzedaży jest indeks S&P 500, a tak naprawdę globalny rynek papierów wartościowych. Fala wyprzedaży nadeszła wczoraj i jest kontynuowana do dnia dzisiejszego. Jednakże patrząc na wykres dzienny fala wyprzedaży jest mała i wygląda tylko na korektę dalszego ruchu wzrostowego.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 09.08.2017 9

Źródło: Admiral Markets

Notowania indeksu od początku 2017 roku poruszają się w kanale wzrostowym. Zagrożenia nie widać, dopiero po przebiciu poziomu 2455 oraz dolnej bandy kanału wzrostowego będzie zapowiedzią o wiele większej korekty. Kolejnym powodem do korekty może być zmiana nastawienia do polityki monetarnej przez główne banki centralne na świecie. Od 2009 po dzień dzisiejszy władze monetarne zalewają świat luzowaniem ilościowym, według BofAML banki centralne w 2018 oraz 2019 zredukują program QE do 0.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 09.08.2017 10

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Rząd zamierza wykorzystać systemy satelitarne do walki z przemytem

Rząd chce obowiązkowych lokalizatorów w pojazdach przewożących m.in. tytoń, alkohol, czy paliwa. Trwają właśnie prace nad systemem monitorowania transportu tzw. towarów wrażliwych. Projekt zakłada, że uprawnione służby będą mogły w każdej chwili sprawdzić, gdzie znajduje się pojazd. Zmiany mają pomóc walczyć z przemytem.

Z końcem lipca, Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o systemie monitorowania drogowego przewozu towarów, przygotowany przez Ministra Rozwoju i Finansów. Według zapowiedzi, w najbliższym czasie projekt ustawy zostanie przekazany do prac parlamentarnych i jednocześnie skierowany do notyfikacji przez Komisję Europejską. W ocenie ustawodawcy, aby kontrola przewozu była efektywna, dane z rejestru powinny być uzupełniane przez wskazania geolokalizacyjne.

Projekt nowelizacji ustawy przewiduje wprowadzenie następujących środków technicznych służących monitorowaniu przewozu towarów:

  • lokalizatora (telekomunikacyjnego urządzenia końcowego wykorzystującego technologie pozycjonowania satelitarnego i transmisji danych wraz z aplikacją),
  • zewnętrznych systemów lokalizacji (gromadzących dane geolokalizacyjne środka transportu przekazywane z zainstalowanego w nim urządzenia, wykorzystującego pozycjonowanie satelitarne i transmisję danych).

– Projekt zmian zakłada m.in. bezpłatne udostępnienie przez Krajową Administrację Skarbową oprogramowania do lokalizatorów, za pomocą którego służby będą miały wgląd w to, gdzie znajdują się w danej chwili pojazdy przewożące towary wymienione w ustawie. Wdrożenie zmian umożliwi skuteczną kontrolę i wyłapywanie sytuacji, w których dochodzi do nielegalnego obrotu paliwami lub transportowane są towary, które pochodzą np. z przemytu. Porównanie danych zawartych w rejestrze z danymi z lokalizatora lub zewnętrznego systemu lokalizacji pokaże realną drogę przemieszczania towarów wrażliwych, co pozwoli na kompleksowy nadzór. Uwzględnienie w projekcie ustawy także zewnętrznych systemów lokalizacji pozwoli przedsiębiorcom szybciej dostosować się do proponowanych zmian – mówi Kamil Korbuszewski, ekspert GBOX.

Nowe obowiązki

W przyjętym projekcie przedstawiono również kary za nieprzekazywanie aktualnych danych geolokalizacyjnych i brak wyposażenia pojazdu w lokalizator. Przewoźnikom łamiącym prawo ma grozić grzywna w wysokości 10 000 zł. Natomiast jeśli w trakcie kontroli przewozu towaru zostanie stwierdzone nieprawidłowe użytkowanie lokalizatora (np.  wyłączenie urządzenia), to kierujący pojazdem zostanie obciążony mandatem do 7500 zł. Zgodnie z projektem nowelizacji, do kierowcy będzie należał również obowiązek uruchomienia lokalizatora przed rozpoczęciem przewozu z pierwszego miejsca załadunku.

– Kierowcy i firmy transportowe będą odpowiadali za poprawne funkcjonowanie urządzeń monitorujących. Wiąże się to z dodatkowymi obowiązkami przy przewozie towarów wrażliwych. Wiele przedsiębiorstw na własne potrzeby już korzysta z zaawansowanych systemów telematycznych i monitoringu GPS. Bardzo często takie narzędzia są także elementem większego procesu, służącego do zarządzania i optymalizowania funkcjonowania całej floty samochodowej – dodaje Korbuszewski.

O przygotowywany projekt ustawy zapytaliśmy Ministerstwo Rozwoju i Finansów. Do czasu publikacji materiału nie uzyskaliśmy odpowiedzi.

Emeryci zamiast być przedsiębiorczy, są wpychani w szarą strefę

W ocenie ekspertów, z jednej strony ustawodawca zachęca seniorów do zakładania firm, ale jednocześnie część z nich ogranicza. Grozi im zmniejszeniem lub utratą świadczenia, jeżeli po przejściu na wcześniejszą emeryturę zadeklarują zbyt „wysokie” zarobki. To niesprawiedliwe, ponieważ opłacali swoje składki przez lata.

Samo podjęcie działalności gospodarczej przez emeryta nie prowadzi do zmniejszenia lub zatrzymania wypłaty świadczeń. Jednak, jak zauważa warszawski ekonomista Łukasz Białek, ZUS wskazuje, że zawiesi prawo do emerytury lub obniży jej wysokość w określonych warunkach. Jeżeli z zawiadomienia o wysokości przychodu, jaki senior planuje osiągnąć, wynikać będzie, że przekroczy 70% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia, ale nie osiągnie więcej, niż 130% tej kwoty, świadczenie zostanie zmniejszone. Powyżej 130% zostanie zawieszona wypłata. Od 1 czerwca br. limit 70% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia ogłoszonego za I kwartał 2017 roku wynosi 3047,50 zł, a limit 130% –5659,70 zł.

– Art. 127 Ustawy z dnia 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z FUS nakłada obowiązek zawiadomienia ZUS-u o podjęciu pozarolniczej działalności gospodarczej i o wysokości osiąganego z tego tytułu przychodu. Zgodnie z art. 104 ust. 1a, dla emerytów i rencistów prowadzących pozarolniczą działalność przychód stanowi podstawę wymiaru składki na ubezpieczenia społeczne, w rozumieniu przepisów o systemie ubezpieczeń społecznych. Jest to zadeklarowana kwota, nie niższa jednak, niż 60% prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego. Można zatem zakładać, że emeryt, mając świadomość ograniczeń, nie zadeklaruje sumy powodującej pomniejszenie lub zawieszenie świadczenia. Osiągnięta później faktyczna kwota przychodu nie zagrozi jego świadczeniu – mówi Łukasz Chruściel, radca prawny z Kancelarii Prawa Pracy Raczkowski Paruch.

W ocenie Łukasza Białka, oczywiście każdy przedsiębiorca powinien znać przepisy i wykazywać się odpowiednią operatywnością. To również dotyczy seniorów. Jednak świadczenie emerytalne powinno być formą wynagrodzenia za odkładanie składek przez całe życie zawodowe. I bezwzględnie nie wolno go nikomu odbierać. Ponadto, państwo powinno zachęcać emerytów do aktywności. Według powszechnie znanych prognoz GUS-u, w 2050 roku co trzeci Polak będzie miał 65 lub więcej lat. Obecnie wśród osób w wieku 65-69 lat zaledwie 9% pracuje. Światowa średnia jest na poziomie ok. 20%.

Nierówne traktowanie

– Zmniejszenie lub zawieszenie wypłaty świadczenia grozi tym, którzy skorzystali z możliwości wcześniejszego przejścia na emeryturę. Ustawodawca wyszedł z założenia, że renta lub wczesna emerytura przysługuje osobom, które utraciły dochody z pracy, ponieważ nie mogą dalej jej wykonywać. Uznał, że jeżeli są jednak w stanie pracować dla kogoś lub prowadzić własną działalność gospodarczą, to ich świadczenia emerytalne lub rentowe będą zmniejszone do momentu, kiedy nie zakończą pracy – tłumaczy Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan oraz członek Rady Dialogu Społecznego i Rady Nadzorczej ZUS-u.

Z kolei, Łukasz Chruściel dodaje, że istnieją przypadki, w których niezależnie od wysokości osiąganych przychodów, świadczenia nie będą zawieszane bądź zmniejszane. Jednak dotyczy to tych seniorów, którzy osiągnęli wiek emerytalny przed podjęciem działalności gospodarczej lub pobierają honoraria z tytułu działalności twórczej i artystycznej. Ponadto, wyjątek ten będzie miał zastosowanie do osób uprawnionych do emerytury częściowej.

– Seniorzy, którzy osiągnęli ustawowy wiek emerytalny, mogą prowadzić własną firmę lub pracować dla kogoś bez obawy, że utracą część bądź całość emerytury. Podjęcie działalności gospodarczej przez emeryta nie prowadzi do zmniejszenia lub zawieszenia wypłaty świadczenia. To słuszne rozwiązanie, ponieważ wysokość emerytury zależy od wcześniej wpłaconych składek. Biorąc pod uwagę, że na 31,5 mln dorosłych Polaków pracuje zaledwie 16,3 mln osób, powinniśmy zachęcać ludzi do pracy, a nie ich zniechęcać – wyjaśnia Jeremi Mordasewicz.

Ograniczona działalność

Według Łukasza Białka, zlikwidowanie bariery zarobkowej dla wszystkich seniorów zwiększyłoby konsumpcję wewnętrzną kraju. Ponadto, osoby starsze mogłyby stać się bardziej samodzielne i niezależne ekonomicznie, co wpłynęłoby pozytywnie na gospodarkę. Będąc na wcześniejszej emeryturze, z tytułu prowadzonej działalności, zgromadziłyby więcej środków finansowych, którymi swobodniej by dysponowały. Warto zwrócić uwagę, że przeciętna emerytura i renta z pozarolniczego systemu ubezpieczeń społecznych w 1 półroczu 2017 roku wyniosła jedynie 2119,41 zł brutto. Z kolei, średnia emerytura i renta rolników indywidualnych była wówczas równa 1195,27 zł brutto.

– Większość Polaków ceni sobie stabilność finansową. Dlatego, emeryci niechętnie rezygnują z przyznanych im świadczeń na rzecz niepewnych dochodów, które mogą uzyskać jako przedsiębiorcy. Tymczasem, istnieje mnóstwo obszarów działalności gospodarczej, w której mogliby zaistnieć. Dotyczy to np. szeroko pojętej branży usług, gdzie liczą się kompetencje i umiejętności. Popularne zajęcia to m.in. prace remontowo-budowlane, ogrodnicze, finansowo-księgowe, a także działalność rzemieślnicza czy artystyczna. W przypadku samozatrudnienia seniorzy mają większą kontrolę nad swoim czasem i poziomem zaangażowania – zauważa dr Piotr Kaczmarek-Kurczak z Akademii Leona Koźmińskiego.

Jak zaznacza Łukasz Białek, przepisy, które obecnie straszą aktywnych zawodowo seniorów utratą wypłaty świadczenia emerytalnego, absolutnie nie zachęcają ich do prowadzenia działalności gospodarczej. I raczej sprzyjają działaniom w tzw. szarej strefie. Skarb Państwa wiele na tym traci, bo gdyby wszyscy emeryci jawnie prowadzili swoje firmy, odprowadzaliby podatki do budżetu państwa, z tytułu osiąganych dochodów. Tę sytuację ekspert postrzega jako groźną dla społeczeństwa, gdyż utrwala ona patologiczne mechanizmy. Podczas gdy w Europie Zachodniej i Północnej dobrze znane jest pojęcie tzw. srebrnej gospodarki, tworzonej przez aktywnych zawodowo seniorów, nam pozostaje ono kompletnie obce.

Impuls do działania?

– Sporą zachętą do założenia działalności gospodarczej przez emerytów może być fakt, iż płacenie składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe dla takich osób jest dobrowolne. Muszą zadbać tylko o opłacenie składki na ubezpieczenie zdrowotne. Ale i w tym zakresie są pewne udogodnienia. Zgodnie z art. 82 ust. 8 Ustawy z dnia 27 sierpnia 2004 r. o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, składki na ubezpieczenie zdrowotne nie musi płacić senior, którego świadczenie emerytalne nie przekracza miesięcznie kwoty minimalnego wynagrodzenia, a przy tym osoba ta uzyskuje dodatkowe przychody, z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej w wysokości nieprzekraczającej miesięcznie 50% kwoty najniższej emerytury – podkreśla Łukasz Chruściel.

Podsumowując, ekonomista Łukasz Białek, stwierdza, że faktycznie istnieją przepisy, które zniechęcają do prowadzenia działalności gospodarczej. Można więc wnioskować, iż legislatura nie potrafi zaplanować logicznej i spójnej polityki gospodarczej oraz społecznej. Pojawiają się rzekome wskazania, że państwo chce zachęcać emerytów do pracy, ale jednocześnie w przestrzeni medialnej, jako kluczowe powszechnie promuje się zmniejszanie ustawowego wieku emerytalnego. Według eksperta, jedno z drugim niewiele ma wspólnego. Trzeba zwrócić uwagę na niejasne prawodawstwo i regulacje, które raczej nie wspierają przedsiębiorczości. Emeryci mogą czuć się pokrzywdzeni, z uwagi na regulacje ZUS-u, które pomimo wyjątków, jednak ograniczają możliwość prowadzenia działalności gospodarczej.

Nerwowe ubijanie dolarowego dołka

Po piątkowym raporcie z rynku pracy USA, który nie przyniósł rozczarowania na żadnej istotnej płaszczyźnie, inwestorzy z wielkim optymizmem przyjęli informacje o liczbie otwartych procesów rekrutacyjnych.

Skok wartości wskaźnika do ponad 6,1 mln nieobsadzonych etatów, czyli pułapu nienotowanego w kilkunastoletniej historii gromadzenia tych statystyk jednoznacznie wskazuje na siłę popytu na pracę.

To z kolei z optymizmem pozwala patrzeć na perspektywy całego rynku pracy, ze szczególnym uwzględnieniem dynamiki wynagrodzeń. Fakt, że normalnie pomijane dane tym razem wywołały spory ruch na rynku wynika nie tylko z rekordowej wartości wskaźnika i znikomej liczby istotnych publikacji w tym tygodniu, ale może również sugerować poprawę sentymentu względem amerykańskiej waluty. Dolar naszym zdaniem został zbyt mocno przeceniony w stosunku do relatywnego przebiegu krzywej rentowności USA i pozostałych gospodarek G-10.

Tarcia na linii Korea Północna uderzają przy tym w sentyment i sprawiają, że najgorzej radzą sobie waluty ryzykowne. Podsycenie awersji do ryzyka przekłada się nie tylko na spadki AUD/USD czy pogłębienie zniżek NZD/USD, ale również mocne zachowanie JPY i CHF. O ile USD/JPY broni wsparcia 110,00 i znajduje się wyraźnie poniżej środka przedziału wahań z ostatnich kilkunastu tygodni, to EUR/CHF po wystrzale z 1,10 do 1,15 w zaledwie dwa tygodnie jest zagrożony głębszym cofnięciem.

Naszym zdaniem krótkoterminowe maksima swojej siły do USD mają już za sobą m.in. AUD/USD, GBP/USD, USD/CAD czy USD/NOK. Eurodolar również otworzył sobie drogę do pogłębienia korekty w kierunku 1,16, ale w obecnym środowisku preferujemy szukać siły dolara względem walut surowcowych. AUD/USD byłby bardzo mocno zagrożony pogorszeniem sentymentu. Ostatnia odsłona hossy w notowaniach metali przemysłowych miała charakter czysto spekulacyjny. Niepewność i wzrost zmienności powinny skłaniać do wygenerowania korekty wynikającej z redukcji skrajnej długiej pozycji w notowaniach miedzi czy aluminium.

Z kolei na NZD presję wywrzeć powinna polityka monetarna. Oczekiwania przed środową decyzją RBNZ są za pozostawieniem stopy kasowej bez zmian, ale w związku z pogorszeniem w danych i siłą waluty ryzyko leży po stronie złagodzenia języka komunikatu. Ostatnio rynek FX był skupiony na dołowaniu USD. Z tego względu NZD/USD może nie być przygotowany na gołębie sygnały z banku centralnego (nawet pomimo ostatniego cofnięcia w kierunku 0,73).

Obraz gospodarczy Nowej Zelandii pogorszył się od czasu ostatniej rewizji prognoz przez RBNZ w maju. Choć wskaźniki nastrojów biznesu i konsumentów pozostają solidne, kwartalne raporty z rynku pracy i o cenach rozczarowały. Wprawdzie stopa bezrobocia w II kwartale spadła do ośmioletniego minimum na 4,8 proc., było to zasługą obniżenia się współczynnika partycypacji, który neutralizował niespodziewany spadek zatrudnienia. Wreszcie odczyt CPI za II kwartał rozczarował na 1,7 proc. r/r przy 2,1 proc. zakładanych przez bank w majowych prognozach. Wiosenny skok cen w wyniku zdarzeń nadzwyczajnych już zdążył wygasnąć. Dodatkowo kurs NZD ważony obrotami handlu (NZD TWI) pozostaje na podwyższonym poziomie, wyżej niż w czasie czerwcowego posiedzenia RBNZ i ponad 2 proc. powyżej prognozy RBNZ na koniec września.

Choć decyzja o poziomie stopy OCR jest bezdyskusyjna, w komunikacie może zostać podkreślona ostatnia słabość w danych, jak również niezadowolenia banku z wyraźnej aprecjacji waluty. Nawet jeśli jest to głównie zasługa osłabienia USD, istnieje wysokie ryzyko, że RBNZ zdecyduje się na wyraźniejszą werbalną interwencję. Prognozy CPI dla 2017 r. powinny zostać nieznacznie obniżone, choć bank raczej podtrzyma ścieżkę dla stopy OCR, gdzie podwyżka o 25 pb nie jest planowana wcześniej niż w drugiej połowie 2019 r.

Rynek stopy procentowej od dłuższego czasu jest bardziej jastrzębi w ocenie perspektyw RBNZ (obecnie wycenia pierwszą podwyżkę na koniec przyszłego roku), jego oczekiwania wyraźnie spadły w reakcji na gorsze odczyty makro. Jedynie 2 pb zacieśniana są wycenione na ten rok i 7 pb (mniej niż 30 proc.) do końca I kw. 2018 r., zatem pole do wyrażenia większego sceptycyzmu jest niewielkie. Jednak z punktu widzenia rynku FX sytuacja wygląda inaczej. Patrząc na ostatni raport CFTC, na NZD/USD w ostatnich tygodniach przeważała strona kupująca, odwracając się z krótkiej pozycji netto w maju. Mimo że było to odzwierciedleniem generalnego pogorszenia pozycji USD do pozostałych walut G10, w ten sposób NZD stał się bardziej wrażliwy na gołębie zmiany w stanowisku RBNZ. Biorąc pod uwagę, że NZD słabo rozpoczął tydzień, sugeruje to, że rynek powoli redukuje ryzyko na wypadek niekorzystnego wydźwięku posiedzenia RBNZ, choć dotychczasowy zjazd nie wyczerpuje szansy na wyprzedaż w reakcji na decyzję.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Na rozwój innowacyjności do 2020 roku Polska przeznaczy ponad 10 mld euro

W porównaniu z gospodarkami rozwiniętymi Polska wciąż ma braki w poziomie rozwoju działalności B+R oraz kulturze innowacji. Jak wynika z raportu „Inwestycje w Polsce. Niewyczerpany potencjał”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte we współpracy z Polsko-Niemiecką Izbą Przemysłowo-Handlową, import innowacyjnych technologii oraz know-how przez inwestorów zagranicznych może korzystnie wpłynąć na wzrost produktywności Polski. Jednym z elementów, który może ich skłonić do inwestowania w Polsce, jest system zachęt na działalność B+R. Zdaniem ekspertów Deloitte jest on obecnie najbardziej atrakcyjny i kompleksowy spośród krajów Europy Środkowej.                                               

Jak wynika z raportu Deloitte, potencjał gospodarki Polski wciąż jest daleki od wyczerpania. Jednym z powodów jest niższa niż w wysokorozwiniętych krajach UE produktywność oraz w dalszym ciągu niewielki zasób kapitału. Choć w ostatnich dwudziestu latach Polska osiągnęła około dwukrotny wzrost wartości kapitału przypadającego na jednego pracownika, co pozwoliło przegonić Słowację i Węgry, nadal jego nasycenie jest niemal dwukrotnie niższe niż w tradycyjnie uprzemysłowionych Czechach.

Niedobór kapitału z jednej strony świadczy o luce, którą Polska ma do nadrobienia w stosunku do wysokorozwiniętych gospodarek, z drugiej jednak sprawia, że inwestując tu, nadal można liczyć na ponadprzeciętne zyski. Krańcowa produktywność kapitału, czyli dodatkowa produkcja z każdej zainwestowanej złotówki czy euro, jest w Polsce niemal czterokrotnie wyższa niż w krajach strefy euro, a także wyższa niż na Słowacji, w Czechach i na Węgrzech.

Polska na początku innowacyjnej drogi

Szczególne znaczenie w świetle danych opublikowanych w raporcie Deloitte będą miały inwestycje w działalność o wysokiej wartości dodanej. – Ważną przewagę konkurencyjną Polski przyciągającą dotychczas bezpośrednie inwestycje zagraniczne stanowiły niskie koszty pracy i dostępność pracowników. To jednak może się niebawem zmienić. Wpływ na to ma wiele czynników, w tym stopniowe nadrabianie różnic w dobrobycie, przemysł 4.0, czy rozwój technologii produkcji zmniejszający zaangażowanie pracy fizycznej na rzecz automatyzacji. Równie ważne są procesy demograficzne. Polskie społeczeństwo starzeje się i jego struktura się zmienia. Wszystko to sprawia, że w niektórych branżach już występują niedobory w dostępności pracowników na rynku – tłumaczy Julia Patorska, Ekonomistka, Starszy Menedżer w Deloitte.

Na tle krajów Europy Środkowej Polska wypada całkiem dobrze pod względem innowacyjności, ustępując jedynie Czechom (według Global Competitiveness Index 2016/2017). Mimo to w porównaniu do krajów wysokorozwiniętych luka do nadrobienia jest nadal znaczna. Zwiększanie innowacyjności i produktywności to trudny proces, ale można go przyspieszyć m.in. poprzez import nowoczesnych technologii oraz know-how. – Wciąż w Polsce mamy do czynienia z mniej wyszukanymi rodzajami zachęt niż w krajach zachodniej Europy, gdzie istotną rolę odgrywają m.in. rozwiązania skupiające się na tworzeniu i utrzymywaniu własności intelektualnej w kraju oraz wykorzystywaniu jej przy realizacji produkcji i usług – mówi Michał Turczyk, Dyrektor, Lider zespołu innowacji i zachęt inwestycyjnych, Deloitte. – Mimo to zagraniczni inwestorzy mogą obecnie liczyć na szeroką ofertę zachęt do realizowania działalności o wysokiej wartości dodanej. Poziom zaawansowania instrumentów pomocowych wydaje się proporcjonalny do poziomu rozwoju polskiej gospodarki, jak również do możliwości firm działających w naszym kraju – dodaje.

Inwestorzy zagraniczni doceniają polską innowacyjność

Zdaniem inwestorów niemieckich uczestniczących w badaniu Deloitte, jednym z priorytetów rządu powinno być przełamanie barier dzielących naukę od gospodarki. Zwracają też uwagę, że pomimo oczywistych korzyści związanych z rozwojem branży nowoczesnych usług dla biznesu (BPO/SSC), bez odpowiednich reform nie uda się przyciągnąć bardziej zaawansowanych usług biznesowych, a także centrów B+R. Inwestorzy doceniają natomiast zmiany, które w sferze udogodnień B+R już się dokonały. W ciągu roku o 2 proc. nastąpił wśród nich wzrost pozytywnych ocen warunków dla działalności badawczo-rozwojowej. – Atutem Polski jest otwartość w podejściu do innowacji i rosnąca scena polskich start-upów technologicznych. Dostrzegają to także inwestorzy zagraniczni – mówi Marcin Diakonowicz, Partner w Dziale Audytu i Lider German Desk w Deloitte.

10 mld euro do 2020 roku na rozwój B+R

Zdaniem ekspertów Deloitte świadomość braków w wiedzy, technologii i doświadczeniu polskich przedsiębiorców w stosunku do zagranicznych firm uzasadnia skierowanie znacznych środków na wsparcie zarówno rodzimego biznesu, jak i zachęcanie inwestorów spoza Polski do rozwoju kompetencji B+R. Pomoc w finansowaniu dotyczy zarówno kosztów inwestycji w infrastrukturę badawczo-rozwojową (wsparcie głównie z Ministerstwa Rozwoju oraz z Urzędów Marszałkowskich w ramach tzw. Regionalnych Programów Operacyjnych), jak i operacyjnych kosztów działalności B+R (wsparcie w ramach RPO oraz z budżetu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju).

W ciągu najbliższych pięciu lat Polska przeznaczy ponad 10 mld euro na bezzwrotne granty dla przedsiębiorców polskich i zagranicznych na tworzenie centrów B+R (dofinansowanie nakładów kapitałowych) oraz prowadzenie w Polsce prac badawczych i rozwojowych (dofinansowanie kosztów operacyjnych działalności). Inwestorzy zagraniczni mają obecnie do dyspozycji program grantów uzupełniany przez połączenie ulg podatkowych w SSE oraz ulg na działalność B+R, jak również dostępnych w całej UE programów w ramach Horyzontu 2020. Ważnym narzędziem przyciągania inwestycji o wysokiej wartości dodanej typu B+R ma być też przyjęta Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, która zakłada stopniową ewolucję dotychczasowej polityki ukierunkowanej na przyciąganie BIZ.

System zachęt najlepszy w Europie Środkowej

Funkcjonujący obecnie system zachęt proponuje kilka ścieżek, które wzajemnie się uzupełniają – od wsparcia start-upów i młodych firm, poprzez finansowanie funduszy typu venture capital, szeroki program inkubacji w parkach technologicznych, ofertę grantów na wdrażanie rozwiązań innowacyjnych dla małych i średnich firm, aż po granty na tworzenie infrastruktury B+R i prowadzenie innowacyjnej działalności B+R przez małe i duże podmioty. – Źródła typowo grantowe, takie jak bezzwrotne dotacje, pochodzące zarówno ze źródeł funduszy Unii Europejskiej, jak i budżetu krajowego, są uzupełniane przez nowe na polskim rynku ulgi podatkowe na działalność B+R. Całościowo polski system jest największym i najbardziej atrakcyjnym systemem zachęt w regionie Europy Środkowej. Jakkolwiek poszczególne programy pomocowe, jak obecnie reformowany system grantów rządowych czy ulg podatkowych na B+R, są często znacznie mniej atrakcyjne niż w krajach sąsiednich, to przedsiębiorcy analizujący lokalizację inwestycji w Polsce otrzymują pakiet zachęt niespotykanych w regionie – mówi Michał Turczyk.

Na przeszkodzie rozwoju innowacyjności stoją skomplikowane przepisy

Zachęty na inwestowanie w B+R+I w Polsce stały się bardziej dostępne i atrakcyjne, ale jednocześnie wymagające znacznie bardziej specjalistycznego podejścia do ich pozyskiwania. Chcąc otrzymać dofinansowanie oraz zrealizować projekt B+R, niezbędne jest zaangażowanie inżynierów i naukowców w przygotowanie odpowiedniego projektu i sposobu jego realizacji. Dużą przeszkodą w rozwoju innowacyjności Polski jest nadal niespójny i niezrozumiały system przepisów prawa. Dotyczy to zwłaszcza podatków i prawa pracy, które są wskazywane przez Global Competitiveness Index 2016/2017 jako największe bariery dla przedsiębiorstw działających w Polsce.

W skrajnym przypadku te bariery mogą zniechęcić do podejmowania przedsięwzięć o wysokiej wartości dodanej. – Wielkość instrumentów pomocowych w Polsce wymaga podjęcia wysiłku szczegółowej analizy dostępnych zachęt i wyboru takich, które pozwolą na osiągnięcie pełnej synergii z realizowaną lub planowaną działalnością w Polsce. Niezbędne jest również przeanalizowanie potencjalnych zobowiązań wynikających z warunków udzielenia wsparcia w okresie rozliczania projektu i w okresie jego trwałości. Wszystko to sprawia, że decyzja o podjęciu wysiłku pozyskania finansowania niekomercyjnego musi być poprzedzona szczegółową analizą biznesową zarówno planowanego przedsięwzięcia jak i dostępnych narzędzi wsparcia – podsumowuje Michał Turczyk.

Rząd będzie monitorował kierowców – koniec szarej strefy?

Trwają prace nad systemem monitorowania transportu tzw. towarów wrażliwych. To kolejny krok w walce z przemytem w transporcie. Odpowiednie służby będą mogły w każdej chwili zweryfikować, gdzie w danym czasie znajduje się pojazd. Co czeka kierowców i przedsiębiorstwa transportowe, gdy nowy projekt wejdzie w życie?

Wraz z wprowadzeniem tzw. pakietu przewozowego, w kwietniu br. zaistniał  obowiązek cyfrowej rejestracji przewozów towarów wrażliwych (m.in. alkoholu, paliwa i suszu tytoniowego). Zmiany w prawie mają na celu zminimalizowanie nielegalnego i nieopodatkowanego obrotu tymi towarami. W ustawie określono m.in. kary w wysokości 20 000 zł w przypadku niezgłoszenia przez przewoźnika danego transportu lub w razie stwierdzenia, że towar nie odpowiada pod względem rodzaju, ilości, masy lub objętości danym podanym w zgłoszeniu. Mimo, że system obowiązuje od niedawna, rząd przygotował już koleje zmiany. Z końcem lipca, Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o systemie monitorowania drogowego przewozu towarów, przygotowany przez Ministra Rozwoju i Finansów. Według zapowiedzi, w najbliższym czasie projekt ustawy zostanie przekazany do prac parlamentarnych i jednocześnie skierowany do notyfikacji przez Komisję Europejską. W ocenie ustawodawcy, aby kontrola przewozu była efektywna, dane z rejestru powinny być uzupełniane przez wskazania geolokalizacyjne.

Projekt nowelizacji ustawy przewiduje wprowadzenie następujących środków technicznych służących monitorowaniu przewozu towarów:

  • lokalizatora (telekomunikacyjnego urządzenia końcowego wykorzystującego technologie pozycjonowania satelitarnego i transmisji danych wraz z aplikacją),
  • zewnętrznych systemów lokalizacji (gromadzących dane geolokalizacyjne środka transportu przekazywane z zainstalowanego w nim urządzenia, wykorzystującego pozycjonowanie satelitarne i transmisję danych).

Projekt zmian zakłada m.in. bezpłatne udostępnienie przez Krajową Administrację Skarbową oprogramowania do lokalizatorów, za pomocą którego służby będą miały wgląd w to, gdzie znajdują się w danej chwili pojazdy przewożące towary wymienione w ustawie. Wdrożenie zmian umożliwi skuteczną kontrolę i wyłapywanie sytuacji, w których dochodzi do nielegalnego obrotu paliwami lub transportowane są towary, które pochodzą np. z przemytu. Porównanie danych zawartych w rejestrze z danymi z lokalizatora lub zewnętrznego systemu lokalizacji pokaże realną drogę przemieszczania towarów wrażliwych, co pozwoli na kompleksowy nadzór. Uwzględnienie w projekcie ustawy także zewnętrznych systemów lokalizacji pozwoli przedsiębiorcom szybciej dostosować się do proponowanych zmian – mówi Kamil Korbuszewski, ekspert GBOX.

Nowe obowiązki

W przyjętym projekcie przedstawiono również kary za nieprzekazywanie aktualnych danych geolokalizacyjnych i brak wyposażenia pojazdu w lokalizator. Przewoźnikom łamiącym prawo ma grozić grzywna w wysokości 10 000 zł. Natomiast jeśli w trakcie kontroli przewozu towaru zostanie stwierdzone nieprawidłowe użytkowanie lokalizatora (np.  wyłączenie urządzenia), to kierujący pojazdem zostanie obciążony mandatem do 7500 zł. Zgodnie z projektem nowelizacji, do kierowcy będzie należał również obowiązek uruchomienia lokalizatora przed rozpoczęciem przewozu z pierwszego miejsca załadunku.

Kierowcy i firmy transportowe będą odpowiadali za poprawne funkcjonowanie urządzeń monitorujących. Wiąże się to z dodatkowymi obowiązkami przy przewozie towarów wrażliwych. Wiele przedsiębiorstw na własne potrzeby już korzysta z zaawansowanych systemów telematycznych i monitoringu GPS. Bardzo często takie narzędzia są także elementem większego procesu, służącego do zarządzania i optymalizowania funkcjonowania całej floty samochodowej – dodaje Korbuszewski.

MŚP coraz bardziej zorientowane na chmurę

Jak wynika z raportu „State of the Cloud Report 2017”, aż jedna trzecia małych i średnich firm korzystających z usług chmurowych to przedsiębiorstwa, które wykorzystują w pełni jej możliwości (tzw. cloud focused). To wzrost o 13 pp. w stosunku do poprzedniego roku. Przedsiębiorcy potrafią też wskazać więcej zalet korzystania z tego rozwiązania. Eksperci Onex Group zauważają, że również w Polsce narzędzia chmurowe radzą sobie coraz lepiej – tylko w I półroczu firma podwoiła sprzedaż i dostarcza Office 365 już do ponad 10 tys. firm i 8 tys. użytkowników domowych.

Wzrost liczby małych i średnich przedsiębiorstw, które można określić jako „cloud focused” pokazuje potencjał usług chmurowych, ale też postępującą zmianę w korzystaniu z poszczególnych funkcji. Widzimy to również wśród naszych klientów, którzy ciągle chcą się uczyć. Wielu z nich korzysta z podstawowych narzędzi, ale coraz częściej podejmuje się próby większego wykorzystania narzędzia. W wielu przypadkach sprawdza się metoda małych kroków, polegająca na tym, że najpierw identyfikuje się rozwiązania, które są wykorzystywane w małym stopniu, odkrywa się ich zastosowania, aby w dalszym etapie zacząć ich w pełni używać. Właśnie dzięki temu przedsiębiorcy z początkujących, stają się zaawansowanymi użytkownikami chmury – mówi Jakub Hryciuk, dyrektor zarządzający w Onex Group.

Chmura coraz bardziej zaawansowana

Odsetek firm deklarujących bycie zaawansowanymi użytkownikami chmury (cloud focused) rośnie. W 2017 roku wynosi 33% w porównaniu do 29% w ubiegłym. 1 firma na 4 uważa, że jest na etapie rozwijania umiejętności korzystania z chmury (cloud explorers). Początkujących użytkowników (cloud begginers) jest 22%. Pozytywnie wyróżnia się tutaj sektor małych i średnich firm, wśród których 38% określa się jako zaawansowani użytkownicy chmury (o13 pp. więcej niż rok wcześniej), a odpowiednio 21% i 20% przedsiębiorstw to rozwijający umiejętności korzystania z chmury oraz początkujący użytkownicy.

Zalety chmury przekonują przedsiębiorców

Wraz ze wzrostem doświadczenia firm w korzystaniu z usług chmurowych, rośnie świadomość zalet tego rozwiązania. Wśród mocnych stron wskazywanych przez przedsiębiorców znalazły się kolejno: szybszy dostęp do infrastruktury (62%), możliwość rozbudowy systemów informatycznych w przypadku zwiększonego zapotrzebowania na zasoby sprzętowe lub programowe (61%), oszczędność kosztów (35%), większa dostępność (56%), a także ciągłość działania firmy (40%).

Przedsiębiorcy, którzy dostrzegają więcej zalet chmury, przechowują w niej również więcej danych – już 52% firm planuje przenoszenie większej ilości zasobów do usług chmurowych.

Już teraz firmy na świecie, ale również w Polsce, wiedzą jak efektywne i bezpieczne jest korzystanie z usług chmurowych. Jesteśmy przekonani, że w niedalekiej przyszłości przedsiębiorcy nie będą zastanawiali się czy w ogóle przenosić dane do chmury, bo będzie to naturalne. Należy również pamiętać o wszystkich nowych firmach, które od początku będą tworzyć swoje dane w chmurze. Ciągle natomiast będzie podstępowała edukacja w zakresie optymalnego wykorzystania poszczególnych funkcji, tak aby wynieść jak najwięcej korzyści dla firmy podsumowuje Jakub Hryciuk.    

Metodologia badania:

Raport „State of the Cloud Report” powstał w styczniu 2017 roku na podstawie badania przeprowadzonego wśród 1002 przedsiębiorców pracujących w małych, średnich i dużych firmach.

Zysk Quercus TFI S.A. w I półroczu 2017 r. wzrósł do 14,8 mln zł (+29% r/r)

W I półroczu 2017 r. Quercus TFI S.A. osiągnęło 14,8 mln zł zysku netto versus 11,4 mln zł rok wcześniej.

  • Przychody netto ze sprzedaży wyniosły 54,6 mln zł (wzrost z 43,0 mln zł).
  • Zysk z działalności operacyjnej wyniósł 17,8 mln zł (wzrost z 13,6 mln zł).

W wynikach nie ujęto opłaty zmiennej za zarządzanie (rozliczana jest na koniec roku), która na koniec czerwca br. wynosiła 5,4 mln zł. Quercus TFI S.A. posiadało na koniec I półrocza 2017 r. 31 mln zł środków pieniężnych i ekwiwalentów.

„Wyniki finansowe naszej firmy w I półroczu były dobre. Głównym powodem istotnego przyrostu zysku jest większa baza aktywów pod zarządzaniem – 4,9 mld zł, +27% r/r.

Największy wpływ na przychody i zyski miały 2 flagowe fundusze: QUERCUS Ochrony Kapitału (2,297 mld zł aktywów, +1,19% zysku w I półroczu br.) oraz QUERCUS Agresywny (554 mln zł aktywów, +13,01% zysku).

Pozytywną informacją dla naszych akcjonariuszy jest również wzrost wartości rezerwy na potencjalną opłatę zmienną (success fee) dzięki solidnym wynikom inwestycyjnym funduszy QUERCUS. Po I półroczu wynosiła ona 5,4 mln zł.” – komentuje Piotr Płuska, Wiceprezes Zarządu Quercus TFI S.A., Dyrektor Departamentu Operacyjnego.

Czy to początek korekty na złotym? Kurs dolara, euro, funta

Początek tygodnia przyniósł nam lekkie osłabienie się złotego w stosunku do głównych walut. Przyczyną tej korekty jest głównie awersja rynku do ryzyka, a także realizacja zysków w sytuacji zagrożeń politycznych na linie USA – Korea. Ponadto, scenariusz rynkowy, jak i analiza techniczna od dłuższego czasu zapowiadały głębszą korektę silnego złotego.

Kurs dolara

ergokantor-pl-usdpln-9-08-2017USDPLN po zaksięgowaniu w nocy z 3 na 4 sierpnia dołku przy 3,5650 odbił się na ponad 7 groszy, by wczoraj na bazie dobrych danych z USA zaksięgować 3,64. Zakres ewentualnej korekty jest większy i oczekuje się, że cena przetestuje okolice lokalnych szczytów z drugiej połowy lipca przy 3,67, a nawet 3.70. W przypadku spadków mocnym wsparciem pozostaje poziom ZZB przy 3,61.

Kurs euro

ergokantor-pl-eurpln-9-08-2017EURPLN od kilku dni znajduje się w konsolidacji pomiędzy 4,2350 a 4,27. Mając na uwadze, że rynek będzie respektował formację odwróconego RGR, to jest spora szansa na przetestowanie oporów na 4,28, a nawet bardziej odległego w okolicach 4,35. Na większą reakcję będzie jednak trzeba poczekać aż do momentu wybicia się z konsolidacji i potwierdzenia ruchu. W przypadku wybicia się dołem i wyłamania poziomu 4,24, kluczowym poziomem dla podaży będą okolice okrągłego poziomu 4,20.

Kurs funta

ergokantor-pl-gbppln-9-08-2017Na GBPPLN od początku tygodnia broniony był poziom lokalnego dołka przy 4,68. Na tę chwilę z sukcesem, jednakże niewielka korekta popytu pozwala sądzić, że dojdzie jeszcze w najbliższym czasie do kolejnej kontry podaży. W przypadku wzrostów po wybiciu linii trendowej jest szansa na przetestowanie istotnego oporu w okolicach 4,85.

Michał Bartos
Główny Analityk Walutowy
ergokantor.pl

Polsko-szwedzki startup pracuje nad innowacyjną platformą do nauki robotyki, programowania i modelowania 3D

Idea edukacji w nurcie STEAM[1] – kompleksowego połączenia nauk ścisłych, technologii, inżynierii, sztuki i matematyki, została okrzyknięta przyszłością globalnego rynku pracy. Co więcej, w związku z dynamicznym rozwojem nowych technologii przewiduje się, że do 2018 roku branżowi giganci, tacy jak Google, Facebook, eBay czy Amazon utworzą ponad pół miliona nowych etatów. Prognozy pokazują, że aż dwie trzecie z nich będzie wymagało od pracowników posiadania umiejętności STEAM, a potrzeby w tym zakresie będą stale rosły.

Dostrzegając tę szansę, polsko-szwedzki startup Skriware, którego celem jest upowszechnienie technologii druku 3D w domach, szkołach oraz instytucjach naukowych na całym świecie, pracuje nad wdrożeniem interdyscyplinarnego programu edukacyjnego kształtującego umiejętności STEAM. Firma nawiązała w tym celu partnerstwo z Dartmouth College – uniwersytetem należącym do prestiżowego grona uczelni Ivy League. W ramach tej współpracy powstaje unikalny pakiet edukacyjny obejmujący nauczanie nowoczesnych kompetencji, takich jak modelowanie 3D, programowanie i robotyka.

Na koniec roku startup planuje wdrożenie interaktywnej platformy e-learningowej, na którą składać się będą bezpłatne kursy, poradniki i instrukcje, dostępne w wariantach o zróżnicowanym poziomie zaawansowania. Dodatkowo wszyscy zainteresowani będą mogli skorzystać z interaktywnego kreatora modeli 3D, który pozwoli na tworzenie własnych prototypów – bez konieczności posiadania skomplikowanego oprogramowania, umiejętności modelowania 3D czy zaawansowanej wiedzy w zakresie programowania i robotyki.

Każdy z robotów dostępnych na platformie, projektowany jest z myślą o rozwoju umiejętności STEAM. Chcemy inspirować użytkowników do kreatywnego działania i realizowania nieszablonowych pomysłów, poprzez pokazywanie twórczych aspektów robotyki, programowania i modelowania 3D. Naszym celem jest udowodnienie, że rozwój kompetencji w tym zakresie – zarówno w obszarze technicznych, jak i artystycznych umiejętności użytkowników to doskonała inwestycja w przyszłość, a przy okazji forma zabawy i rozwijania pasji – mówi Karol Górnowicz, CEO Skriware.

Skriware zapowiada, że robotami będzie można sterować za pomocą dedykowanej aplikacji mobilnej, która z jednej strony pozwoli kontrolować ruchy robota, a z drugiej – umożliwi zaprogramowanie specjalnych funkcji, jak na przykład reagowanie na dźwięk czy kierowanie szeregiem dodatkowych podzespołów. Uruchomienie platformy e-learningowej planowane jest na koniec 2017 roku.

[1] STEAM (ang. Science, Technology, Engineering, Arts, Mathematics)

Media społecznościowe walczą ze spamem, obraźliwymi komentarzami i treściami słabej jakości. Wprowadzają też nowe opcje dla reklamodawców

Media społecznościowe walczą ze spamem, obraźliwymi komentarzami i treściami słabej jakości. Wprowadzają też nowe opcje dla reklamodawców 11

Facebook wprowadził nowe narzędzia do walki z fake newsami i treściami niskiej jakości, spamującymi innych użytkowników. Ochronę przed spamem wdrożył także Instagram. Dodatkowo w tym serwisie odpowiednie filtry będą usuwać obraźliwe treści pod postami. Media społecznościowe rozbudowują też swoje funkcje dla reklamodawców. Na Snapchacie nowa aplikacja pozwala na samodzielne tworzenie reklam. Reklamy pojawią się również w komunikatorze Messenger.

W lipcu Facebook wprowadził zmianę, która ma wspierać wydawców. Strony, które publikują jedynie treści tworzone przez kogoś innego, nie będą miały możliwości edycji metadanych wklejanych linków, takich jak tytuł, opis czy zdjęcie. Możliwość edycji zachowają jedynie strony, które udostępniają treści tworzone przez siebie, w ten sposób Facebook chce walczyć z fake newsami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Baran, redaktor PRoto.pl.

Wydawcom zostanie udostępniona zakładka „Page Publishing Tools”, która ma pomóc w potwierdzaniu ich autentyczności jako autorów i w modyfikowaniu linków.

Instagram z kolei chce zadbać o bezpieczeństwo swoich użytkowników, w tym celu wprowadza filtry w komentarzach. Jeden z filtrów ma usuwać treści obraźliwe pod postami i transmisjami wideo, drugi natomiast będzie chronić użytkowników przed spamem – tłumaczy Baran.

Mniejsza ma być też widoczność niskiej jakości linków. Nowe rozwiązanie wprowadzone przez Facebooka ma ograniczać widoczność postów tych osób, które spamują tablice innych, umieszczając codziennie wiele niskiej jakości treści sensacyjnych, bez większej wartości, które mają zwabić chwytliwymi nagłówkami.

Facebook wprowadził także nowe narzędzie dla reklamodawców. Pozwala im targetować reklamy do gospodarstw domowych. Reklamy pojawią się także w Messengerze – będą wyświetlane w głównym oknie aplikacji, a po kliknięciu w reklamę użytkownik zostanie przekierowany do strony wybranej przez reklamodawcę lub do wskazanej przez niego konwersacji. Marki będą miały teraz możliwość wysyłania sponsorowanych wiadomości do konkretnego użytkownika, jednak tylko wtedy, gdy dana osoba sama nawiązała wcześniej kontakt z marką – wskazuje redaktor PRoto.pl.

Snapchat rozszerza możliwość przekierowania na strony zewnętrzne dla zwykłych użytkowników. Dotychczas mogli to robić jedynie reklamodawcy. Paperclips, czyli „spinacze”, mają uatrakcyjnić snapy.

Do każdego materiału publikowanego w aplikacji można dodać link, który będzie otwierany we wbudowanej przeglądarce Snapchata. Serwis ten wprowadził też globalnie możliwość samodzielnego tworzenia reklam. Pojawiła się także opcja dodawania snapów dłuższych niż dotychczas, czyli niż 10 sekund – wskazuje Małgorzata Baran.

Nowe możliwości daje firmom wprowadzena przez LinkedIn możliwości publikowania wideo. To jedna z niewielu platform społecznościowych, która do tej pory nie miała takiej opcji. Funkcja ta ma być przydatna markom znacznie bardziej niż ta na Facebooku czy Instagramie. W zamian za odtworzenie filmu autorowi udostępniana jest informacja o miejscu pracy czy stanowisku widza.

Filmy udostępniane w serwisie będą odtwarzane automatycznie podczas przewijania aktualności. W serwisie można zamieścić wideo w formacie pionowym i poziomym, może ono trwać maksymalnie 10 minut. Portal udostępnia użytkownikom także dane dotyczące wideo, takie jak liczba udostępnień, wyświetleń czy polubień – mówi Baran.

Nowe rozwiązania wprowadza także inny serwis rekrutacyjny GoldenLine. Z raportu „Jakich informacji o pracodawcach szukają Polacy?” przygotowanego przez portal wynika, że dla ponad 60 proc. badanych opinie o firmie znalezione w sieci są dobrym źródłem informacji, a ponad połowa z tego grona przegląda fora i serwisy z opiniami o pracodawcach.

– Dlatego GoldenLine chce rozbudować swoją funkcję „Profile pracodawców”. Ma to ułatwić kandydatom poszukiwanie informacji o danej firmie, dzięki temu kandydaci będą mogli teraz nie tylko zapoznać się z opiniami o danym miejscu pracy, lecz także kontaktować się bezpośrednio z rekruterami – tłumaczy Małgorzata Baran.

Wyprawkę szkolną coraz częściej kompletujemy w sieci. Przed zakupem warto sprawdzić sklep internetowy

Wyprawkę szkolną coraz częściej kompletujemy w sieci. Przed zakupem warto sprawdzić sklep internetowy 12

Zeszyty, przybory szkolne czy podręczniki rodzice coraz częściej kupują online. Ze względu na możliwość zwrotu towaru bez podania przyczyny zakupy w sieci to bezpieczna i wygodna alternatywa dla tradycyjnych sklepów. Warto jednak zachować czujność i przed zakupami sprawdzić sklep: przede wszystkim jego dane rejestracyjne w KRS oraz regulamin, a także opinie klientów – radzą eksperci z firmy Trusted Shops, która oferuje gwarancję zwrotu pieniędzy klientom sklepów internetowych.

– Podręczniki i akcesoria szkolne są coraz częściej kupowane w sieci. W sieci nie ma kolejek, godzin zamknięcia, potrzeby dojazdu do sklepu, a jednocześnie mamy bardzo szeroki wybór i łatwo znaleźć potrzebne nam produkty – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Rak, country manager Trusted Shops w Polsce.

Przy kompletowaniu szkolnej wyprawki nie warto czekać na ostatnią chwilę, jeśli mamy już listę potrzebnych podręczników. Zakupy w okresie wakacyjnym mogą się wiązać z promocjami.

 Należy pamiętać o tym, że średni czas dostawy w sieci to 2–3 dni. Warto zamówić nasze rzeczy wcześniej, nawet 2 lub 3 tygodnie wcześniej, aby dzieci poszły do szkoły z pełnym tornistrem – podkreśla Rak.

Badania przeprowadzone przez TNS Polska na zlecenie Trusted Shops wskazują, że prawie co trzeci Polak robi zakupy online przynajmniej raz na pół roku. 12 proc. deklaruje zakupy online dwa razy w miesiącu. Zanim jednak zrobimy zakupy w danym sklepie po raz pierwszy, należy sprawdzić jego wiarygodność.

– Abyśmy byli zadowoleni z zakupów, warto zwrócić uwagę na to, czy sklep jest bezpieczny. Żeby to ocenić, musimy wiedzieć, z kim zawieramy umowę, najczęściej znajdziemy tę informację w regulaminie – przypomina przedstawicielka Trusted Shops.

Klientów powinien zaniepokoić brak informacji identyfikujących sprzedawcę (wymaganych przez prawo) oraz danych kontaktowych. Jeśli w zakładce kontakt na stronie sklepu poza anonimowym elektronicznym formularzem nie ma żadnych innych danych, lepiej zrezygnować z zakupów w tym sklepie. Europejskie Centrum Konsumenckie ocenia, że 65 proc. sklepów udostępnia swoje pełne dane do kontaktu w widocznym dla konsumenta miejscu. Pozostałe e-sklepy ograniczają możliwości kontaktu, np. podając wyłącznie adres e-mail lub numer fax. Zdarzają się pojedyncze przypadki, gdy sprzedawca nie podaje żadnych danych identyfikujących firmę czy danych kontaktowych.

 Możemy sięgnąć do regulaminu, zwłaszcza punktu o odstąpieniu od umowy, i sprawdzić, czy te informacje są dla nas zrozumiałe. Warto również sprawdzić opinie o sklepie – będziemy wiedzieć od innych klientów, czy sklep wywiązuje się z obietnic. Idealnym dopełnieniem są znaki jakości, takie jak Trusted Shops, który oferuje ochronę kupującego, co świadczy o tym, że możemy czuć się bezpiecznie – wskazuje Rak.

Negatywne opinie internautów, choć nie muszą oznaczać, że zakupy będą się wiązać z niebezpieczeństwem, warto przejrzeć i sprawdzić, czego dotyczyły i jak reaguje na nie sprzedawca.

W regulaminie sklepu powinna zaś znaleźć się informacja o możliwości odstąpienia od umowy w terminie 14 dni od jego otrzymania i zwrotu towaru. Wedle danych ECK 66 proc. sklepów informuje konsumentów o ich prawie do odstąpienia od umowy w sposób zgodny z aktualnymi przepisami prawa oraz udostępnia im odpowiedni formularz. W 67 proc. regulaminów e-sklepów jest wyraźnie wskazane, kto ponosi koszty przesyłki zwrotnej.

– Nie musimy się obawiać zakupów w internecie. Mamy prawo do odstąpienia od umowy. Jeśli buty są za małe albo podręcznik jest zły, to możemy w terminie 14 dni od momentu otrzymania towaru zgłosić, że chcemy odstąpić od umowy. Następnie mamy 14 dni na odesłanie towaru do sklepu i na pewno otrzymamy z powrotem całą wpłaconą kwotę – mówi Anna Rak.

Dodatkowo można skorzystać z gwarancji bezpiecznych zakupów, którą internautom oferuje Trusted Shops.

Krajowy rynek lotniczy rośnie szybciej niż prognozowano. Polacy wciąż jednak latają rzadziej niż Niemcy czy Brytyjczycy

Krajowy rynek lotniczy rośnie szybciej niż prognozowano. Polacy wciąż jednak latają rzadziej niż Niemcy czy Brytyjczycy 13

Według wyliczeń Urzędu Lotnictwa Cywilnego w 2030 roku ruch pasażerski w Polsce podwoi się i przekroczy 60 mln pasażerów rocznie. Jeśli jednak utrzyma się dotychczasowa dynamika, to ten pułap może zostać osiągnięty wcześniej. Polski rynek przewozów lotniczych rośnie znacznie powyżej prognoz i tylko w I kwartale 2017 roku odnotował 17-proc. dynamikę. W największym stopniu wpływa na to rosnąca zamożność Polaków i ceny biletów. 

– Statystyczny Brytyjczyk lata samolotem trzy razy do roku, w Niemczech ten wskaźnik jest na poziomie 2,6. Natomiast w przypadku Polaków współczynnik mobilności wynosi 0,89. Widać więc, że mamy co nadrabiać. Jednak z roku na rok ten wskaźnik w Polsce rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Jąkalska, główna specjalistka Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

Statystyczny Polak lata dużo rzadziej niż Europejczyk. Według PwC (raport „Prognoza rozwoju rynku lotniczego”) wskaźnik liczby pasażerów lotniczych w stosunku do całej populacji utrzymuje się w Polsce na niskim poziomie (0,9) w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. W 2016 roku w Niemczech wyniósł on 2,7, natomiast w Holandii – 4,1.

Dane ULC pokazują, że ta różnica się zmniejsza, a polski rynek przewozów rośnie dynamicznie i powyżej prognoz. Tylko w I kwartale tego roku krajowe porty lotnicze obsłużyły łącznie ponad 7,5 mln pasażerów, czyli o 17 proc. więcej niż rok wcześniej w analogicznym okresie.

ULC podaje, że zwiększyła się także liczba operacji pasażerskich (o 10 proc. do blisko 72 mln) oraz  współczynnika wypełnienia miejsc (tzw. seat factor wzrósł o 4 pkt proc. do poziomu 78 proc.). Ponadto polski rynek odnotował wyniki znacznie lepsze od rynków europejskich i światowych.

Ruch międzynarodowy zanotował 16-proc. dynamikę wzrostu, co oznacza wzrost o blisko 830 tys. pasażerów. Największy udział miał w tym Ryanair oraz krajowy przewoźnik PLL LOT. Wzrost krajowych przewozów pasażerskich przekroczył natomiast 30 proc. ULC ocenia, że motorem tak dynamicznych wzrostów jest nadrabianie zaległości w stosunku do krajów Europy Zachodniej oraz rosnąca aktywność przewoźników i konkurencja między nimi.

– Tak dobra koniunktura związana jest bezpośrednio z silną konkurencją przewoźników niskokosztowych i narodowego przewoźnika PLL LOT, jak również z bogaceniem się Polaków. Widać to po rynku czarterowym, na którym popularne są już nie tylko kraje europejskie, lecz także państwa Morza Karaibskiego, Dominikana czy Kuba – tutaj ruch wzrósł o około 46 proc. – komentuje Anna Jąkalska.

Rynek czarterowy, po nieco słabszych wynikach w ubiegłym roku, odnotował w I kwartale 2017 wzrost sięgający 23 proc., obsługując blisko 70 tys. pasażerów więcej. Podobnie jak w analogicznym okresie najbardziej popularnym kierunkiem była Hiszpania. Jednak największe wzrosty odnotowano w przypadku lotów czarterowych do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Egiptu, Izraela i na Kubę.

Zdaniem ekspertki z ULC rosnąca zamożność Polaków oraz ceny biletów to czynniki, które będą w największym stopniu napędzać rodzimy rynek lotniczy. Jeżeli ceny biletów lotniczych będą rosły, to można się spodziewać dalszego dynamicznego wzrostu popularności przewoźników niskokosztowych, którzy już teraz mają prawie 50-proc. udział w polskim rynku.

– Wpływ na cenę biletów mają ceny benzyny czy podatki. Pasażer widzi tylko finalną cenę biletu, nie dostrzega innych aspektów, które wpływają na tę kwotę. Norwegia wprowadziła z początkiem kwietnia nowy podatek, który z pewnością wpłynie na cenę biletów, co nie spodobało się przewoźnikom niskokosztowym. Można oczekiwać, że nastąpi spadek oferowania lotów do Norwegii. Ze względu na cenę paliwa, nowe podatki i opłaty hałasowe, o których mówi się coraz częściej, ceny biletów będą rosły. To z kolei przełoży się na liczbę pasażerów, którzy lubią latać ekonomicznie – mówi Anna Jąkalska.

W całym 2016 roku polskie porty lotnicze obsłużyły blisko 34 mln pasażerów, co stanowiło 12-proc. wzrost rok do roku (wzrost o ok. 4 mln osób). Liderami niezmiennie okazały się warszawskie Lotnisko Chopina (12,8 mln) oraz Kraków-Balice (5 mln pasażerów). Najbardziej popularnymi kierunkami były Wielka Brytania, Niemcy, Norwegia i Włochy. W ruchu czarterowym na pierwsze miejsca wysunęły się państwa basenu Morza Śródziemnego: Hiszpania, Grecja, Bułgaria i Włochy.

Analitycy globalnej firmy doradczej PwC w kwietniu szacowali, że w tym roku liczba pasażerów obsłużonych przez porty lotnicze może się zwiększyć o 11 proc. do około 37,8 mln osób. Dla porównania światowy rynek przewozów lotniczych w perspektywie długookresowej (do 2035 roku) ma się rozwijać w średniorocznym tempie na poziomie 4 proc.

– Polski rynek rośnie znacznie powyżej oczekiwań. W zeszłym roku zauważyliśmy, że wyniki znacznie przewyższyły te, które były prognozowane na 2017 i 2018 rok. Jeśli nie nastąpią żadne perturbacje, kryzys czy załamanie koniunktury na rynku, to można się spodziewać, że wyniki będą z roku na rok coraz lepsze – prognozuje główna specjalistka Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

Komisja Europejska chce uprościć procedury ubiegania się o środki unijne. Pierwsze zmiany możliwe w przyszłym roku

Komisja Europejska chce uprościć procedury ubiegania się o środki unijne. Pierwsze zmiany możliwe w przyszłym roku 14

Komisja Europejska powinna rozważyć możliwości wprowadzenia ułatwień w dostępie do funduszy unijnych zaplanowanych w budżecie od 2020 roku – tak brzmi konkluzja grupy wysokiego szczebla ds. uproszczenia przepisów. Chodzi głównie o uproszczenie procedur i ograniczenie kontroli. Choć większość zapisów dotyczy perspektywy od 2021 roku, niektóre zmiany mogłyby wejść w życie nawet w przyszłym roku. To istotne dla firm, bo obecna perspektywa wbrew wcześniejszym zapowiedziom do łatwych nie należy – podkreślają eksperci.

– Należy się spodziewać przede wszystkim uproszczeń w procedurach, w procesie kontrolnym. W naszej opinii jako środowiska gospodarczego i finansowego, które obsługuje na bieżąco projekty unijne i beneficjentów, należy te uproszczenia ocenić pozytywnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Lewicki, dyrektor Zespołu ds. Programów Publicznych i Środowisk Gospodarczych w Związku Banków Polskich. – Uproszczenia absorpcji środków publicznych środowiska gospodarcze zawsze oceniają pozytywnie.

Grupa wysokiego szczebla ds. uproszczenia przepisów opowiedziała się za ujednoliceniem regulacji obowiązujących w ramach różnych funduszy i instrumentów unijnych odnoszących się do pomocy państwa, zamówień publicznych i zwrotu kosztów. W ten sposób można by umożliwić przedsiębiorcom ubieganie się o finansowanie UE przeznaczone na realizację jednego projektu z różnych źródeł, np. z Funduszu Spójności i Europejskiego Funduszu na rzecz Inwestycji Strategicznych. Jednolite zasady ułatwiłyby np. małym przedsiębiorcom dostęp do środków.

– W przypadku polityki spójności obecna perspektywa finansowa do specjalnie łatwych nie należy. W wielu przypadkach mamy przykłady dublowania się procedur i instytucji, konkurowania instrumentów krajowych i unijnych między sobą – ocenia Lewicki. – W raporcie podano, że istnieje ponad 600 stron samych tzw. twardych regulacji, do tego ponad 5 tys. stron wytycznych do nich. Proszę sobie wyobrazić przedsiębiorcę, który musi się zmierzyć z taką lekturą, aby uzyskać kilkaset tysięcy złotych wsparcia.

– Obecnie obowiązujące przepisy są skuteczne, ale wymagają uporządkowania. Najprostsze zasady to zasady, których jest niewiele. Zadaniem grupy jest ocena treści przepisów i przedstawienie propozycji dotyczących znacznego zmniejszenia liczby zbędnych regulacji lub ich całkowitego usunięcia – podkreślono w komunikacie Komisji Europejskiej.

Arkadiusz Lewicki zaznacza, że istotnym elementem jest zapowiedź ograniczenia liczby kontroli i wprowadzenia możliwości bazowania na materiale z poprzednich inspekcji. Nie tylko ograniczy to kolejne wizytacje, lecz także skróci czas ich trwania. O ile same państwa lub regiony wprowadzą sprawne systemy zarządzania i kontroli, zwiększą krajowe współfinansowanie i skupią się na najpilniejszych potrzebach, o tyle będą mogły jeszcze bardziej ograniczyć procedury – postuluje grupa.

W takich przypadkach unijne przepisy ograniczałyby się wyłącznie do strategicznych priorytetów inwestycyjnych i zasad wydatkowania środków.

– Na pewno pozytywnie oceniamy postulat wykorzystywania istniejących krajowych systemów wdrożeniowych, przykładem jest gwarancja De minimis, która może się wspaniale sprawdzać przy okazji wdrażania zwrotnych instrumentów finansowych zgodnie z nomenklaturą unijną, w tym przypadku instrumentów poręczeniowych czy gwarancyjnych – komentuje dyrektor z ZBP. – Nie trzeba tworzyć nowej wirtualnej rzeczywistości, można wykorzystać działający i sprawdzony w teście rynkowym instrument krajowy.

Przedsiębiorcy oczekują też zaniechania wprowadzania co siedem lat, przy okazji kolejnych perspektyw finansowych, zmian np. nazewnictwa instytucji czy nowych procedur. Ułatwi to rozpoczęcie pozyskiwania środków z kolejnych budżetów, ponieważ właściciele i prezesi firm nie będą musieli na nowo uczyć się procedur, co generuje koszty i pochłania czas.

– Większość rekomendacji, które Komisja Europejska głosem swoich komisarzy określiła jako kierunkowe i zobowiązujące do działania, dotyczy nowej perspektywie finansowej, natomiast mamy informacje, że są uproszczenia, które byłyby możliwe do wprowadzenia w tej chwili, i jest to brane pod uwagę. Mam nadzieję, że w przypadku KE najpóźniej w przyszłym roku będzie możliwe wprowadzenie pierwszych zmian, o które apelowali eksperci z grupy Kallasa – podsumowuje Arkadiusz Lewicki.

Środki przeznaczone na finansowanie polityki regionalnej i polityki spójności w latach 2014–2020 wynoszą 351,8 mld euro. Z tego ponad 82 mld euro to pieniądze przeznaczone dla Polski. Sam Fundusz Spójności jest przeznaczony dla państw członkowskich, których dochód narodowy brutto na mieszkańca wynosi mniej niż 90 proc. średniej unijnej. W latach 2014–2020 z skorzystają z niego Bułgaria, Chorwacja, Cypr, Czechy, Estonia, Grecja, Litwa, Łotwa, Malta, Polska, Portugalia, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry. Na ten cel przeznaczono w sumie 63,4 mld euro.