Zdobycie finansowania największym wyzwaniem dla początkujących firm. Dzięki preferencyjnym składkom ZUS mogą na starcie płacić mniej

Zdobycie finansowania największym wyzwaniem dla początkujących firm. Dzięki preferencyjnym składkom ZUS mogą na starcie płacić mniej 1

Początkującym przedsiębiorcom rozpoczęcie biznesu utrudniają przede wszystkim podatki oraz składki na ubezpieczenia społeczne. Rozwiązaniem jest obniżenie składek ubezpieczeniowych. Przedsiębiorca, który rozpoczyna działalność gospodarczą, korzysta z możliwości opłacania składek od niskiej podstawy ich wymiaru, tzw. preferencyjnych składek. Uprawnienie przysługuje przez pierwsze 2 lata prowadzenia działalności gospodarczej.

 Większość startujących w biznesie wskazuje, że największym wyzwaniem i barierą jest brak środków finansowych na podjęcie działalności. Żeby rozkręcić biznes, potrzebny jest konkretny kapitał, by zainwestować w wyposażenie, sprzęt lub żeby pokryć bieżące koszty działalności. Trudno jest prowadzić biznes, nie mając konkretnych aktywów, które mogą być produktywnie wykorzystane, zwłaszcza kiedy ma to być rzeczywisty biznes, a nie samozatrudnienie –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Kozłowski, ekspert Pracodawców RP.

Badanie „Polski przedsiębiorca. Portret własny” wskazuje, że 77 proc. przedsiębiorców zniechęcają wysokie składki odprowadzane do ZUS i podatki. Wraz z rozpoczęciem wykonywania działalności początkujący przedsiębiorca podlega obowiązkowemu ubezpieczeniom: emerytalnemu, rentowym, wypadkowemu i zdrowotnemu (chorobowe jest dobrowolne). Osoby te mają prawo skorzystać z obniżonych składek na ubezpieczenia społeczne. Minimalna podstawa wymiaru składek dla takich osób wynosi 600 zł (30 proc. minimalnego wynagrodzenia), a łączna minimalna miesięczna suma składek (z ubezpieczeniem chorobowym) w tym roku wynosi 190,62 zł.

– Obniżenie składek ubezpieczeniowych dla przedsiębiorców rozpoczynających działalność gospodarczą jest uzasadnione. To prawda, że w wyniku tego będą mieli nieco niższą emeryturę, bo przez dwa lata płacą obniżone składki. Ale z drugiej strony to rozwiązanie nazwałbym wsparciem na starcie. Takie osoby w pierwszej fazie muszą pozyskiwać klientów. Robią to stopniowo, a więc na początku ich dochody są małe, a jednocześnie koszty duże, bo rozkręcają działalność gospodarczą – przekonuje Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan.

Osoby, które rozpoczynają prowadzenie własnej działalności, mają prawo do płacenia niższych składek przez pierwsze 24 miesiące kalendarzowe od dnia rozpoczęcia działalności.

– Zawieszenie działalności gospodarczej nie powoduje przerwania biegu okresu 24 miesięcy. Jeżeli dana osoba prowadzi działalność i zawiesi ją na 3 miesiące, to nie wydłuża to okresu tych 24 miesięcy. Termin ten biegnie bez względu na to, czy ktoś prowadzi działalność, czy nie – przypomina Agnieszka Chłąd z Departamentu Ubezpieczeń i Składek w Centrali ZUS.

Z ulgi w opłacaniu składek nie mogą skorzystać osoby, które działalność wykonują na rzecz byłego pracodawcy, na rzecz którego przed dniem rozpoczęcia działalności gospodarczej w bieżącym lub poprzednim roku kalendarzowym wykonywały w ramach stosunku pracy czynności wchodzące w jej zakres. Ponadto, aby korzystać z ulgi, nie można prowadzić jakiejkolwiek innej pozarolniczej działalności obecnie lub w ostatnich 60 miesiącach kalendarzowych przed dniem rozpoczęcia tej działalności.

– Preferencyjne składki opłacają nowi przedsiębiorcy, w tym wspólnicy spółek cywilnych. Nie mogą ich natomiast opłacać wspólnicy spółek jawnych, komandytowych, partnerskich, wspólnicy jednoosobowej spółki z o.o., a także twórcy i artyści oraz osoby współpracujące przy prowadzeniu działalności. Nie korzystają z tych ulg także osoby prowadzące publiczne lub niepubliczne szkoły czy przedszkola oraz inne placówki oświatowe – wymienia ekspertka ZUS.

Przedsiębiorca, który ma prawo do opłacania preferencyjnych składek, podaje na formularzu zgłoszeniowym ZUS ZUA kod tytułu 0570 (0572 dla pobierających rentę z tytułu niezdolności do pracy). Formularz składa się w terminie 7 dni od daty powstania obowiązku ubezpieczeń. Łącznie początkujący przedsiębiorcy mogą zaoszczędzić dzięki preferencyjnym składkom kilkanaście tysięcy złotych. To o tyle istotne, że na starcie mają oni zwykle ograniczony budżet.

 Nie mają na tyle dużych oszczędności, by samodzielnie sfinansować zakup, a pozyskanie kredytu bankowego jest trudne dla osób, które dotychczas nie próbowały swoich sił w biznesie. Młoda firma nie ma historii kredytowej i instytucje finansowe podchodzą do niej ostrożnie. Osoby rozpoczynające działalność zresztą niechętnie decydują się na zaciągnięcie kredytu, bo nie wiedzą, czy ich pomysł biznesowy wypali, czy sprawdzi się w warunkach rynkowych, czy znajdą klientów na produkty czy usługi, dzięki czemu spłacą kredyt – tłumaczy Kozłowski z Pracodawców RP.

Nowa perspektywa unijna daje szanse na pozyskanie środków na rozkręcenie własnego biznesu, jednak większość będą stanowić niskoprocentowe kredyty, a nie bezzwrotne dotacje.

 Można też liczyć na wkład ze strony zewnętrznego inwestora, kogoś, kto współuczestniczy finansowo w naszym przedsięwzięciu, w zamian licząc na część zysków. Dotyczy to jednak tylko pewnej części rodzajów działalności, w szczególności start-upów technologicznych. Jeśli ktoś chce otworzyć restaurację czy warsztat samochodowy, raczej trudno o inwestora – ocenia Łukasz Kozłowski.

8 sierpnia ruszy pula środków z programu Mieszkanie dla Młodych. Na dopłaty do kredytów zostanie przeznaczone dodatkowe 67 mln zł

8 sierpnia ruszy pula środków z programu Mieszkanie dla Młodych. Na dopłaty do kredytów zostanie przeznaczone dodatkowe 67 mln zł 2

Według wstępnych informacji od 8 sierpnia będzie można składać wnioski o dofinansowanie z programu Mieszkanie dla Młodych. Dzięki zmianom w zasadach programu na dopłaty dla kupujących własne M trafi dodatkowe ponad 100 mln zł, z tego 67 mln w tym roku. Umożliwi to czterem tysiącom gospodarstw domowych skorzystanie z MdM. To ostatni dzwonek na przygotowanie wniosków.

Regulacje mają wejść w życie już w sierpniu, co będzie oznaczać, że banki wznowią akcję kredytową i zaczną przyjmować wnioski. Do tej pory można było wykorzystać do 95 proc. środków zabudżetowanych na dany rok, natomiast rezerwa w postaci 5 proc. była przeznaczona dla rodzin, którym urodziło się trzecie lub kolejne dziecko. Dzięki usprawnieniu będzie można skorzystać ze 100 proc. środków przeznaczonych na dany rok – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Kijanka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Grupie Deweloperskiej Geo.

Nowelizacja ustawy MdM, która wejdzie w życie w sierpniu tego roku, zakłada, że w sierpniu rząd uruchomi dodatkową pulę dofinansowań w programie, a banki przestaną przyjmować wnioski dopiero, gdy budżet MdM zostanie całkowicie wykorzystany Do 2018 roku, kiedy planowane jest zakończenie programu, na dopłaty zostanie przeznaczone łącznie ponad 100 mln zł (67 mln zł w tym i nieco ponad 38 mln zł w 2018 roku).

– Inną, równie ważną kwestią, są usprawnienia dla klientów, którzy składali wnioski kredytowe i dostawali decyzje, ale odstępowali od umów z deweloperem. W efekcie te środki po prostu przepadały. Wprowadzenie regulacji spowoduje, że środki nadal będą w budżecie – wyjaśnia ekspert.

Dotychczas na poczet każdego wniosku rezerwowano kwotę, jaka mogła zostać przyznana, ale jeżeli wniosek nie został pozytywnie rozpatrzony albo wnioskodawca się rozmyślił, to cała pula przepadała. Łącznie bez pokrycia pozostawało ok. 30 mln zł.

Spodziewamy się możliwości wykorzystania prawie 70 mln zł, co przy średniej dopłacie 26 tys. zł umożliwi dopłaty dla prawie 2,7 tys. gospodarstw – ocenia Piotr Kijanka.

Jak informuje Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa, pełne wykorzystanie limitów w tym i w przyszłym roku pozwoli na przyznanie dopłat dodatkowym ok. czterem tysiącom gospodarstw domowym.

Ekspert podkreśla, że warto się pospieszyć z wnioskiem, bo chętnych na dodatkowe środki nie brakuje. Od 2016 roku pieniądze z MdM są wykorzystywane w pełnej wysokości, podczas gdy w 2015 roku było to 70 proc., a w 2014 – 35 proc. Pulę pieniędzy, która została uruchomiona w styczniu tego roku, klienci zarezerwowali w ciągu zaledwie 1 miesiąca. Do dyspozycji kredytobiorców pozostaną jeszcze środki przeznaczone na 2018 rok. Będzie się o nie można starać od stycznia przyszłego roku, który będzie też ostatnim rokiem obowiązywania MdM.

– W najbliższym czasie nie należy się spodziewać podobnych programów jak MdM czy Rodzina na Swoim. W 2016 roku wszedł w życie program Mieszkanie Plus, który jest programem o zupełnie innym charakterze pomocy, więc nie należy się spodziewać innych. Jako branża deweloperska, nawet skonsolidowani, nie jesteśmy w stanie zaoferować rozwiązań podobnego typu – zaznacza dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Grupie Deweloperskiej Geo.

Projekt Mieszkanie Plus zakłada budowę mieszkań przeznaczonych pod tani wynajem z opcją jego wykupienia.

– Program Mieszkanie dla Młodych był i nadal jest jednym z pozytywnych stymulantów rynku deweloperskiego i popytu mieszkaniowego. Od 2014 roku podpisano prawie 100 tys. umów kredytowych, przy czym łączna wartość dopłat sięgnęła 2,5 mld zł. Wygaszenie programu po 2018 roku zapewne spowoduje zmniejszenie wolumenu sprzedaży, nie powinna być to jednak sytuacja, która diametralnie będzie rzutować na sytuację branży deweloperskiej – przekonuje Piotr Kijanka.

Prezes Rady Giełdy: Debiut Play umocni pozycję GPW i przyciągnie na warszawski parkiet nowych inwestorów

Prezes Rady Giełdy: Debiut Play umocni pozycję GPW i przyciągnie na warszawski parkiet nowych inwestorów 3

Spółka Play Communications zadebiutowała w czwartek na warszawskim parkiecie. To jeden z największych debiutów ostatnich lat. Oferta publiczna Play ma dla GPW kolosalne znaczenie, bo umacnia pozycję polskiego rynku w Europie i może przyciągnąć nowych inwestorów – podkreśla Wojciech Nagel, prezes Rady Giełdy. Play liczy natomiast, że obecność na giełdzie przełoży się na wzrost zaufania klientów do marki. Spółka nie zamierza jednak zmieniać dotychczasowej strategii i skupi się na inwestycjach we własną sieć. 

– Oferta publiczna Play ma dla giełdy istotne znaczenie. Umacnia zaufanie do polskiego rynku kapitałowego. Nie jest wcale oczywiste, że spółki listują się w Warszawie, ponieważ mają szereg innych możliwości. Nasza giełda cały czas walczy o konkurencyjność i klientów, a ten debiut potwierdza, że Warszawa jest interesującym parkietem dla inwestorów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Wojciech Nagel, prezes Rady Giełdy.

Play Communications, właściciel operatora sieci Play, zadebiutował w czwartek jako 485. spółka notowana na Głównym Rynku warszawskiej Giełdy. Jak informował wcześniej prezes telekomu Jørgen Bang-Jensen, spółka rozważała różne inne opcje, ale ostatecznie zdecydowała się na warszawski parkiet.

Publiczna oferta telekomu była pod wieloma względami rekordowa. To największe IPO prywatnej firmy w całej historii GPW. Pod względem wartości (4,4 mld zł) można porównywać je z ofertami prywatyzacyjnymi dużych spółek Skarbu Państwa. Ostatni tak duży debiut miał miejsce, kiedy sześć lat temu na giełdę wkraczała Jastrzębska Spółka Węglowa.

– Oferta firmy Play, debiutującej dziś na warszawskiej giełdzie, jest największą ofertą publiczną prywatnej firmy w historii GPW i pierwszą tak znaczącą emisją akcji od czasów dużych ofert spółek Skarbu Państwa. Zestawiając go z rynkiem europejskim, jest to silne, ponadprzeciętne IPO w Europie – mówi Wojciech Nagel.

Play jest 9. spółką, która wkroczyła w tym roku na warszawski parkiet. Łączna wartość poprzednich ośmiu debiutów sięgnęła trzech miliardów złotych. Oferta pierwotna telekomu była natomiast wyższa o ponad miliard złotych.

– Ten dziewiąty debiut giełdowy na pewno nie jest ostatnim w tym roku. Liczymy się z kolejnymi, znaczącymi debiutami, być może jeszcze w III kwartale, a na pewno w IV kwartale tego roku – zapowiada Wojciech Nagel.

Play zaoferował inwestorom ponad 121 mln akcji po cenie 36 zł za sztukę. Inwestorzy indywidualni złożyli zapisy na ponad 18 mln akcji. Popyt trzykrotnie przewyższył podaż, bo ostatecznie trafiło do nich prawie 6 mln akcji, czyli niecałe 5 proc. oferty. Reszta przypadła inwestorom instytucjonalnym.

Na czwartkowym otwarciu pierwsze transakcje na akcjach Play zawarto po kursie odniesienia, czyli 36 zł. W kolejnych godzinach wahania notowań były niewielkie, a sesję zamknięto na poziomie 35,52 zł. Obroty przekroczyły 840 mln zł.

Wejście na GPW jest dla nas ważnym wydarzeniem, ale w sensie rynkowym nie jest to żadna rewolucja. Zamierzamy kontynuować to, co robiliśmy do tej pory, czyli przedstawiać dobre oferty klientom i rozbudowywać naszą sieć – mówi Bartosz Dobrzyński, dyrektor ds. marketingu oraz członek zarządu Play.

Najważniejsze plany telekomu dotyczą inwestycji, na które tylko w tym roku przeznaczonych zostanie 700 mln zł. Play – drugi największy w Polsce operator telekomunikacyjny, który obsługuje 14,3 mln klientów – zamierza się skupić na dokończeniu budowy własnej sieci, która obejmie terytorium całej Polski. Najważniejszą częścią strategii telekomu jest rozwój usług transmisji danych.

 Rynek telekomunikacyjny w ostatnich latach przeżywa prawdziwą rewolucję. Dzisiaj podstawową usługą, którą świadczymy klientom, nie jest już dzwonienie czy wysyłanie SMS-ów, ale transmisja danych. Ta rewolucja postępuje – rosną prędkości i jakość przekazu. Zasięg szybkiego internetu, jego prędkość i stabilność będą ulegać ciągłej poprawie i w to właśnie będziemy inwestować – zapowiada Bartosz Dobrzyński.

UE chce pełnej współpracy między systemami poboru opłat drogowych. Kierowcy będą mogli przejechać całą Europę, uiszczając opłaty u jednego operatora

UE chce pełnej współpracy między systemami poboru opłat drogowych. Kierowcy będą mogli przejechać całą Europę, uiszczając opłaty u jednego operatora 4

Unia Europejska dąży do zintegrowania systemów poboru opłat drogowych w różnych krajach. Chodzi o to, by w przyszłości kierowcy mogli przejechać cały kontynent, uiszczając zbiorczą opłatę u jednego operatora poboru opłat. Państwa członkowskie muszą zapewnić interoperacyjność swoich systemów, aby było to możliwe. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad prowadzi przetarg, który zadecyduje o nowym kształcie systemu poboru opłat od polskich kierowców. Jego dotychczasowy zarządca podkreśla, że wybór powinien być uzasadniony ekonomicznie i dostosowany do krajowych wymogów. 

W Europie, w przeciwieństwie do innych regionów świata, są znacjonalizowane systemy poboru opłat drogowych. Takie systemy działają w Polsce, Czechach, Niemczech i innych krajach, a dla przykładu w Stanach Zjednoczonych obowiązuje system koncesyjny. Na europejskim rynku mamy też do czynienia z różnymi technologiami, które konkurują ze sobą. Niektóre firmy preferują technologię satelitarną, inne wolą mikrofale. To po prostu różne podejście do tej samej kwestii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Klaus Kröll, wiceprezes Kapsch w regionie EMEA.

W Polsce toczy się obecnie postępowanie, które ma wyłonić nowego operatora elektronicznego systemu poboru opłat drogowych viaTOLL. GDDKiA rozstrzygając przetarg, zadecyduje również o nowym kształcie e-myta.

Do udziału w postępowaniu zgłosiło się łącznie dziewięć podmiotów. Są wśród nich słowacki SkyToll, konsorcjum, w skład którego wchodzą Comarch i Orange Polska, austriacki Kapsch (dotychczasowy operator viaTOLL), konsorcjum powołane przez T-Systems i Strabag, i-CELL (narodowy operator podobnego systemu na Węgrzech), niemiecki Vitronic, francuska Grupa Egis w konsorcjum z TK Telekom, włoski AutostradeTech oraz Neurosoft i ID Block Systems – oba pochodzące z Polski.

Kapsch Telematic Services, który zarządza systemem viaTOLL od sześciu lat, chce rozwijać obecny system radiowy oparty na sieci bramownic rozmieszczonych na drogach. Ta technologia pozwala na dokładne naliczenie i pobór opłat od kierowców. Potwierdzają to zresztą dotychczasowe wyniki viaTOLL: obecny system jest szczelny prawie w 100 proc. i w ciągu sześciu lat wniósł do państwowego budżetu 8,1 mld zł (czyli około 5 mln zł dziennie).

Część firm startujących w przetargu GDDKiA opiera swoje pomysły na technologii satelitarnej wykorzystywanej do poboru e-myta m.in. w Niemczech, Szwajcarii i na Węgrzech. Od technologii radiowej różni się ona tym, że wymaga mniejszej infrastruktury przydrożnej, w tym wypadku bramownic kontrolujących prawidłowość poboru opłat.

Wiceprezes Kapsch w regionie EMEA podkreśla, że wybór technologii, na której zostanie oparty system e-myta, powinien być dostosowany do lokalnych potrzeb.

Technologia to z pewnością ważny temat. Każdy kraj chce mieć system, który jest ekonomiczny, wydajny i – jak to jest w przypadku Polski – przynosi duże wpływy. Jednak nie ma dobrych i złych technologii, wszystko zależy od okoliczności. Koniec końców trzeba dopasować technologię do scenariusza, a on może się różnić w zależności od kraju – zaznacza Klaus Kröll.

Technologia radiowa i pozycjonowanie satelitarne są rekomendowane przez Komisję Europejską jako spełniające standardy EETS (Europejska Usługa Opłaty Elektronicznej). GDDKiA może więc wybrać jedną z tych dwóch możliwości, decydując o nowych kształcie systemu viaTOLL.

UE dąży do zintegrowania systemów poboru opłat drogowych w różnych krajach, dzięki czemu w przyszłości kierowcy mogliby przejeżdżać przez cały kontynent tylko z jednym urządzeniem pokładowym (służącym do uiszczania opłat).

Chodzi o to, aby systemy w Czechach, Niemczech, Austrii, Polsce i innych krajach współpracowały ze sobą. To nie są kwestie technologiczne, bo mamy dyrektywę Unii Europejskiej nakazującą unifikację standardów, raczej chodzi o to, jak wdrażają ją poszczególne kraje – mówi Klaus Kröll. – W przyszłości pojawią się operatorzy, którzy znacznie ułatwią firmom i osobom prywatnym wnoszenie opłat drogowych. W najlepszym scenariuszu będziemy mogli przejechać całą Europę, a potem dostać rachunek wyliczony przez dostawcę usług – bez względu na to, czy kierowca jest osobą prywatną, czy profesjonalnym przewoźnikiem.

Według danych Kapsch obecnie w systemie viaTOLL jest zarejestrowanych blisko 1,1 mln pojazdów i 678 tys. podmiotów gospodarczych. Niemal 60 proc. to użytkownicy z Polski, kolejni są Niemcy i Litwini.

Elektroniczny system poboru opłat za przejazdy wybranymi odcinkami dróg krajowych i autostrad viaTOLL działa od lipca 2011 roku (zastąpił karty opłaty drogowej, czyli tzw. winiety). Obowiązkowo muszą korzystać z niego kierowcy autobusów i pojazdów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 t. Umowa z dotychczasowym zarządcą e-myta, Kapsch Telematic Services, wygasa w listopadzie przyszłego roku. Do tego czasu GDDKiA chce zawrzeć umowę z nowym operatorem, który będzie zarządzał systemem do 2024 roku.

Ministerstwo Cyfryzacji zapowiada rewolucję w składaniu wniosków o 500+. Od 1 sierpnia uproszczony formularz będzie dostępny poprzez m.in. witrynę PUE-ZUS i obywatel.gov.pl

Ministerstwo Cyfryzacji zapowiada rewolucję w składaniu wniosków o 500+. Od 1 sierpnia uproszczony formularz będzie dostępny poprzez m.in. witrynę PUE-ZUS i obywatel.gov.pl 5

Już od 1 sierpnia będzie można składać wnioski w ramach programu Rodzina 500+ poprzez stronę obywatel.gov.pl. Elektroniczny wniosek ułatwi i przyspieszy realizację, aby go wypełnić wystarczy dostęp do internetu i aktywny profil zaufany. Część danych z rejestru PESEL i ePUAP zostanie wypełniona w systemie automatycznie. E-wniosek przyzwyczaja nas do zupełnie nowej postaci: to bardzo uproszczona formuła i nowoczesny produkt wizardowy – podkreśla Anna Streżyńska, minister cyfryzacji.

Od sierpnia ruszy składanie wniosków na nowy okres świadczeniowy w ramach programu Rodzina 500+, nie tylko dla tych rodzin, które chcą dołączyć do programu, lecz także dla tych, które wciąż będą korzystać z takiej formy wsparcia. Wnioski o świadczenie można składać osobiście lub skorzystać z dostępnych kanałów elektronicznych. Nowością, która ma wejść w życie 1 sierpnia, będzie elektroniczny wniosek o świadczenie dostępny na portalu obywatel.gov.pl.

Chcemy projektować usługi online w taki sposób, aby zapewniać obywatelom jak największe korzyści z ich wykorzystania. W przypadku wniosku 500+ będzie można skorzystać z niego elektronicznie w czterech kanałach. Przede wszystkim na naszym portalu obywatel.gov.pl, ale również w portalu Emp@tia, w portalu PUE-ZUS, a także za pośrednictwem bankowości elektronicznej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Napiórkowski, zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Usług Cyfrowych i Otwartości Danych w Ministerstwie Cyfryzacji.

Polacy szybko przyzwyczajają się do nowinek technologicznych. Jesteśmy w czołówce pod względem bankowości mobilnej czy płatności telefonem. Z fiskusem elektronicznie rozlicza się połowa Polaków. Z dotychczas dostępnych kanałów elektronicznych w ramach programu Rodzina 500+ skorzystało nawet 20 proc. polskich rodzin. Przygotowany e-wniosek może znacznie zwiększyć ten odsetek.

Jak podkreśla minister cyfryzacji, prace nad e-wnioskiem trwały rekordowo krótko, zaledwie dwa tygodnie.

Nie była to praca standardowa, ale okupiona dużym wysiłkiem mojego zespołu. Wniosek przyzwyczaja nas do zupełnie nowej postaci: bardzo sprawne szybkie klikanie, bardzo uproszczona formuła, nowoczesny produkt wizardowy, do jakiego przyzwyczailiśmy się w urządzeniach mobilnych, przy tym też świetna współpraca z Ministerstwem Rodziny, które szybko potwierdziło nam jego postać i zgodność z obowiązującymi regulacjami – przekonuje Anna Streżyńska, minister cyfryzacji.

Nowo przygotowany e-wniosek powinien się cieszyć równie dużą popularnością, co dotychczas dostępne kanały elektroniczne, bo znacznie uprości wnioskowanie o świadczenie. W całej Polsce programem Rodzina 500+ jest objętych prawie 58 proc. wszystkich dzieci do 18 lat. Wsparcie trafia do ponad 2,6 mln rodzin, w tym ok. 380,5 tys. to rodziny wielodzietne.

Wniosek elektroniczny, nad którym pracujemy, od tradycyjnego różni się zdecydowanie tym, że większość osób będzie mogła go zrealizować za pomocą różnych kanałów elektronicznych, za pomocą telefonu, tabletu, komputera, laptopa. Wniosek tradycyjny wymaga po pierwsze stawiennictwa w urzędzie, wypełnienia wniosku papierowego, to dużo czasu i pracy, do tego niepotrzebne stawiennictwo w urzędzie – tłumaczy Marcin Łukasiewicz, dyrektor Departamentu Usług Cyfrowych w Centralnym Ośrodku Informatyki.

Aby wypełnić wniosek, należy mieć urządzenie z dostępem do internetu (wersja będzie dostępna także mobilnie), do wysłania wniosku i otrzymania potwierdzenia niezbędny jest też aktywny profil zaufany.

Pierwszym krokiem jest wejście na portal, który umożliwia dostęp do takiego wniosku, czyli obywatel.gov.pl, gdzie przez baner nastąpi przekierowanie do logowania. Logowanie jest zapewnione za pomocą Profilu Zaufanego, należy taką tożsamość cyfrową sobie założyć. Po zalogowaniu część danych, które znajdują się w rejestrze PESEL i są z systemu ePUAP, będzie automatycznie wypełniona w takim wniosku. To kolejne ułatwienie dla obywatela, bo nie trzeba będzie tych danych uzupełniać. Na koniec, gdy wniosek zostanie uzupełniony o wszystkie załączniki, wystarczy podpisać go profilem zaufanym – wskazuje Marcin Łukasiewicz.

Profil zaufany to bezpłatne narzędzie, dzięki któremu można potwierdzać swoją tożsamość w internecie. Za jego pomocą można bezpiecznie wysyłać oraz sprawdzać dokumenty w różnych serwisach urzędowych.

Pierwsze polskie samochody elektryczne mogą trafić na ulice już w przyszłym roku. Auto będzie kosztować 40–50 tys. zł

Pierwsze polskie samochody elektryczne mogą trafić na ulice już w przyszłym roku. Auto będzie kosztować 40–50 tys. zł 6

Realizowany w Polsce projekt zakłada stworzenie małego, miejskiego, zwrotnego samochodu, który będzie odpowiedzią na najnowsze trendy w polskich miastach. Według planów długość elektrycznego pojazdu wyniesie poniżej 3,75 m, a na jednym ładowaniu przejedzie on dystans ok. 150 km. Najważniejsza będzie jednak atrakcyjna cena na poziomie 4050 tys. zł.

Projekt polskiego samochodu elektrycznego przeszedł już pierwszą fazę, jaką był konkurs na wizualizację samochodu. Teraz wybrane pomysły doczekają się uszczegółowienia, a niektóre przejdą do fazy tworzenia prototypów. Wiadomo już, że polski samochód elektryczny pozycjonowany będzie w segmencie niedużych, miejskich aut klasy A, a więc będzie oferował długość poniżej 3,75 m.

Uważamy, że zapełni jedną z nisz, jaka powstanie na rynku za kilka lat. To samochód typowy do ruchu miejskiego, który będzie inteligentnie korzystał z miejskiej przestrzeni. To, co dziś widzimy na drogach: korki, problem ze znalezieniem miejsca parkingowego, to tylko przedsmak tego, co czeka nas za 5-10 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Zaremba, szef projektu ElectroMobility Poland.

Choć z założenia samochód nie będzie autonomiczny, to twórcy gwarantują, że zapewni należyty komfort i bezpieczeństwo. Tym bardziej że nad projektem pracuje zespół doświadczonych specjalistów.

Myślę, że samochód, który powstanie za kilka lat, nie będzie samochodem autonomicznym. Jest kilka wyzwań, które muszą zostać przezwyciężone, abyśmy mogli myśleć o wejściu w ten segment. Przede wszystkim trzeba mieć dobry, sprawdzony produkt, aby dokładać do niego funkcje autonomiczne, to jest podstawowe zadanie, które stoi dziś przed ElectroMobility Poland – musimy zbudować produkt, który obroni się na rynku – wyjaśnia Piotr Zaremba.

Szef projektu ElectroMobility Poland podkreśla, że polski samochód elektryczny nie będzie konkurował zasięgiem z autami klasy premium, które na jednym ładowaniu są w stanie przejechać nawet do 400 km. Oszczędność związana z wyposażeniem auta w mniej pojemne akumulatory pozwoli za to zmniejszyć całkowitą cenę auta.

Chcielibyśmy, aby samochód był tani, tylko wtedy ma szansę zelektryfikować polskie miasta. Nasz samochód zagwarantuje zasięg na poziomie 150 km, przy czym pamiętajmy, że jest to zasięg w zupełności wystarczający dla samochodu miejskiego. W Polsce średnio samochodem przejeżdżamy 18 kilometrów dziennie, co oznacza, że samochód przejeżdżający 150 km na jednym ładowaniu będzie swobodnie poruszać się od poniedziałku do piątku – tłumaczy Piotr Zaremba.

Ceny większości samochodów elektrycznych, które będą oferowane za kilka lat, mieścić się będą w przedziale 50–70 tys. zł. Dlatego twórcom projektu zależy, aby cena polskiego samochodu była niższa od konkurencyjnych rozwiązań z zagranicy.

Jeśli chcemy stworzyć samochód, który będzie sprzedawany masowo, to w warunkach polskiego rynku auto powinno być tańsze niż samochody produkowane poza granicami naszego kraju, a więc powinno kosztować 40–50 tys. zł. Tylko wtedy ma szansę być drugim samochodem w rodzinie. Jeśli stworzymy dla samochodów elektrycznych sprzyjające warunki w miastach, to przy takiej cenie samochód ma szansę się sprzedawać – twierdzi Piotr Zaremba.

Oczywiście zanim auto trafi do produkcji seryjnej, musi przejść wszystkie fazy technologiczne: pierwszego prototypu, pierwszej krótkiej serii i drugiej krótkiej serii. Co więcej, projekt rozciągnie się w czasie, bowiem pomiędzy tymi krótkimi seriami musi upłynąć co najmniej kilka miesięcy.

Produkcja seryjna to perspektywa kilku lat, jeśli myślimy o samochodzie w kategorii homologacyjnej M1, natomiast szybciej chcielibyśmy pokazać prototyp. Nasze plany zakładają, że pierwsze polskie samochody elektryczne pojawią się na drogach w 2018 roku – podsumowuje Piotr Zaremba.

Bezos chwilowo najlepszy

Problemy w Waszyngtonie prześladują prezydenta. Nowo wybrany dyrektor do spraw komunikacji, Anthony Scarmucci, krytykuje szefa kancelarii rządu, a sam Trump ostro atakuje Prokuratora Generalnego Jeffa Sessionsa. Niektórzy spekulują, że Trump jest nawet gotowy zwolnić Sessionsa , żeby prokurator Robert Muller dał mu w końcu święty spokój. Tymczasem projekt ustawy o uchyleniu Obamacare został właśnie odrzucony w Senacie. Wybitnie republikański, poprzedni kandydat na prezydenta (z 2008 roku), John Mccain, zagłosował przeciwko niemu.Wsparcie_dolara_28_07_2017

GER30_FRA40_UK100_28_07_2017Giełda w Azji nie ma się póki co za dobrze, a europejskie rynki otworzyły się z zauważalną luką. Przynajmniej dolar dostał jakieś wsparcie. Gratulacje dla Jeff’a Bezos’a za chwilowe zostanie najbogatszym człowiekiem na świecie. Jeff zdołał wspiąć się na najwyższą pozycję i utrzymał ją przez prawie 3,5 godziny. Większość majątku Bezos’a znajduje się w akcjach Amazonu, zatem gdy rynek otworzył się z wyraźną luką, wartość netto jego majątku sięgnęła 90 miliardów dolarów. Jednak pogarszające się zyski z raportu Amazonu posłały akcje z powrotem w dół.

AMZN_28_07_2017Jeżeli Bezos dobrze wyczuje moment będzie mógł sobie pozwolić na zakup wszystkich kryptowalut, które utrzymują mniej więcej stały poziom około 90 miliardów dolarów. A jeśli nie, sprzedaż 17 % akcji Amazon łącznie z informacją, że założyciele chcą je sprzedawać, istotnie pchnąłby ich ceny w dół, zanim w ogóle zdążyłby się ich pozbyć. Oczywiście presja kupujących, także podniosłaby cenę kryptowalut w górę.

Kapitalizacja_rynkowa_28_07_2017Ci którzy rozważali zakup wielu aktywów cyfrowych, pewnie zdecydują się zaczekać, biorąc pod uwagę, że 1 sierpnia wypada już w najbliższy wtorek, a wciąż nikt tak naprawdę nie wie co się stanie z Bitcoinem. Osoby, które zamierzają handlować na tym zdarzeniu, niech lepiej się upewnią, że złożą swoje zamówienia tak szybko jak tylko się da ze względu na możliwe okresy przestoju wynikające ze sposobu, w jaki się to wszystko rozegra.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Banki z krajów GCC zmuszone do dostosowania procedur zarządzania płynnością do nowego cyklu koniunkturalnego

  • Niskie ceny energii i mniejsze wydatki rządowe w regionie krajów GCC wywierają presję na możliwości kredytowania
  • Pomimo obecnej sytuacji gospodarczej kraje należące do GCC odnotowały w 2017 r. wzrost wolumenu udzielonych kredytów o 4,9 proc.
  • Banki będą udzielały kredytów w bardziej selektywny sposób w latach 2017–2018
  • Alternatywne opcje finansowania ze względu na trudną sytuację na rynku

Stagnacja cen ropy naftowej: zróżnicowany wpływ na finansowanie przedsiębiorstw

Stagnacja cen ropy naftowej na niskim poziomie wywiera negatywny wpływ na warunki płynności w krajach będących członkami Rady Współpracy Zatoki Perskiej (ang. Gulf Cooperation Council, GCC). Sytuacja ta prowadzi do spowolnienia wpływu przychodów fiskalnych do kasy państwa, pogorszenia warunków płynności w sektorze bankowym, wzrostu kosztów finansowania i spadku tempa wzrostu gospodarczego (2,1 proc. w 2017 r. wg prognozy Coface). Zgodnie z raportem Coface wprowadzanie dalszych restrykcji w stosunku do dotacji rządowych nasili spowolnienie przyrostu depozytów.

Poziom stóp międzybankowych wzrósł w całym regionie, a tempo przyrostu podaży pieniądza spadło. Sytuacja ta okazała się szczególnie problematyczna dla Omanu i Bahrajnu, ponieważ kraje te dysponują najmniejszymi buforami fiskalnymi i zewnętrznymi w regionie. Oznacza to, że pogarszające się warunki płynności wywarły większy wpływ na finanse przedsiębiorstw w tych dwóch krajach w porównaniu z innymi krajami, takimi jak ZEA i Arabia Saudyjska, które mają do dyspozycji większe bufory finansowe.

Przewiduje się, że wolumen udzielanych kredytów wzrośnie o 4,9 proc. w 2017 roku. Wynik ten jest jednak o wiele gorszy od średniego rocznego tempa wzrostu, które w latach 2012–2016 wynosiło 9,2 proc.

„Ograniczone zasoby przyczynią się do bardziej selektywnego udzielania kredytów przez banki w 2017 i 2018 r. Ponadto ograniczony zostanie dostęp do finansowania dla przedsiębiorstw, szczególnie małych i średnich, ponieważ wiąże się to z podwyższonym poziomem ryzyka” – powiedziała Seltem Iyigun, ekonomistka Coface.

Rynki kapitałowe odegrają większą rolę w pozyskiwaniu funduszy

Ceny ropy naftowej obniżyły się o ponad 75 proc. w okresie od połowy 2014 r. do stycznia 2016 r. Od tego czasu wzrosły, ale nadal znajdują się na niższym poziomie niż na początku tej dekady. Spadek ten doprowadził do pogorszenia się warunków finansowych i gospodarczych w wielu krajach, zmuszając niektóre rządy do wprowadzenia środków oszczędnościowych, takich jak rezygnacja z realizacji projektów o niewielkim znaczeniu, podniesienie wysokości opłat administracyjnych i ograniczenie niektórych dotacji.

„System bankowy w krajach Zatoki Perskiej stoi przed nowymi wyzwaniami spowodowanymi spadkiem cen ropy naftowej. Koszty finansowania wzrosły z powodu podwyższenia amerykańskich stóp procentowych, co niewątpliwie oddziałuje na walutę Zjednoczonych Emiratów Arabskich – dirham, którego kurs został powiązany z kursem dolara. Z uwagi na niedawne wdrożenie regulacji Bazylea III, zgodnie z którymi banki są zobowiązane utrzymywać znaczną ilość płynnych aktywów wysokiej jakości w latach 2018–2019, konieczne jest dokonanie stosownych korekt kapitałowych” – powiedział Massimo Falcioni, dyrektor generalny Coface w regionie Bliskiego Wschodu.

Z raportu Coface wynika, że silna zależność od ropy naftowej obniżyła przychody fiskalne w wielu krajach regionu. Z kolei to odbiło się negatywnie na poziomie płynności w sektorze bankowym i na wynikach przedsiębiorstw. Budżety krajów regionu na 2017 r. wskazywały ograniczenie wydatków publicznych, co doprowadzi do odłożenia w czasie realizacji niektórych istotnych projektów. W związku z powyższym, firmom będzie trudniej zarządzać przepływami pieniężnymi. Ponadto banki będą miały ograniczone możliwości finansowania dużych projektów, które stanowią jedno z ich głównych źródeł zysku.

„Banki z krajów należących do GCC muszą dostosować swoje procedury zarządzania płynnością, aby stawić czoła nadchodzącemu cyklowi koniunkturalnemu. Nadwyżki na rachunkach bieżących uległy zmniejszeniu, a krajowe nadwyżki fiskalne przekształciły się w deficyty. Zdolność sektora publicznego do kumulowania płynności w systemie bankowym również się obniżyła” – dodał Falcioni.

Niskie ceny ropy naftowej zmusiły niektóre kraje GCC do wykorzystania własnych zasobów do sfinansowania deficytów budżetowych. Rynki kapitałowe mogą odegrać większą rolę w pozyskiwaniu funduszy w obecnym otoczeniu biznesowym. Wejście na rynki międzynarodowych obligacji pomogłoby rządom krajów GCC złagodzić presję na płynność, jak również znaleźć dodatkowe źródła, które mogłyby zostać wykorzystane w sektorze prywatnym. W 2016 r. rządy krajów należących do GCC pozyskały 38,9 mld USD poprzez emisje międzynarodowych obligacji. Mimo ponownego wzrostu cen ropy naftowej oczekuje się, że kraje te będą nadal aktywne na rynkach obligacji w 2017 r. Zgodnie z raportem rządy krajów GCC pozyskały w 2016 r. w sumie ponad 38,9 mld USD za pośrednictwem rynków międzynarodowych obligacji. Oczekuje się, że trend ten będzie kontynuowany w 2017 r.

„Pogorszenie poziomu płynności wywiera presję nie tylko na finanse przedsiębiorstw, podwyższa także ryzyko handlowe związane z wypłacalnością i brakiem płatności. W tym otoczeniu ochrona systemu wymiany handlowej jest wysoce zalecana jako stabilizator, a także katalizator, toczącej się strategicznej ekspansji w sektorach niezwiązanych z ropą naftową” – podsumował Falcioni.

Ponadto pogarszające się warunki płynności doprowadzają firmy do wdrażania rozwiązań finansowych, takich jak oferty publiczne i zwracanie się do funduszy private equity o zaspokojenie ich potrzeb kapitałowych.

Kurs dolara pod presją

Dwadzieścia cztery godziny temu szereg walut notował długoterminowe rekordy swojej siły względem dolara. W piątkowy poranek w przypadku EUR/USD bliżej od ekstremów 1,1780 jest do poziomu zagrażającego załamaniem aprecjacyjnego trendów i otwierających drogę do głębszego odreagowania, czyli 1,1620.

Pierwsze oznaki załamywania się impetu zwyżek EUR/USD nadeszły we wtorek pod postacią długiego cienia dziennej świecy. Wczorajsze, kolejne ostre załamanie może schłodzić entuzjazm krótkoterminowych kupujących. Wyraźny wzrost zmienności sam w sobie także można interpretować jako wejście w ostatnią fazę wzrostów w ramach obecnego impulsu.

Jednocześnie warto zauważyć, że kurs EUR/USD wzrósł zbyt mocno w stosunku do wskazań modelu szacującego krótkoterminową wartość godziwą na podstawie relatywnego przebiegu krzywych rentowności długu USA i Niemiec. Wychodząc w przyszłość: widzimy zdecydowanie większe pole do zwyżek dochodowości obligacji amerykańskich niż niemieckich. Ostatnie zachowanie dziesięciolatek USA wpisuje się w tę ocenę.

Podobnie, w notowaniach większości walut emerging markets osłabienie dolara przybrało znamiona „kontrolowanego zniszczenia.” USD/TRY zbliżył się w ostatnich kilkudziesięciu godzinach do kluczowego wsparcia 3,52, ale wybronił je budując i aktywując krótkoterminowy podwójny dołek. Spodziewamy się odbicia od wzrostowej linii trendu i wykrystalizowania się średnioterminowej tendencji wzrostowej. Podobnie: spadki USD/ZAR wyhamowały bez przebijania kluczowej strefy wsparcia wokół 12,90.

Wracając do eurodolara: bardzo waży będzie kształt świecy tygodniowej. A kluczem do zamknięcia dzisiejszej sesji są publikacje makroekonomiczne bardzo wysokiej rangi. Przede wszystkim inflacja z Niemiec (wyjątkowo odczyt przeniesiony na 12:00) oraz PKB Stanów Zjednoczonych w drugim kwartale (14:30). Innymi słowy: kombinacja tych odczytów zdecyduje czy ostatnie dni to „kropka nad i” w trendzie wzrostowym EUR/USD, czy tylko przecinek pomiędzy jego poszczególnymi impulsami.

W zakresie kształtowania się tendencji cenowych w Eurolandzie warto odnotować, że wstępna inflacja HICP z Hiszpanii i Francji wypadła zgodnie z oczekiwaniami (odpowiednio 1,7 i 0,8 proc. rok do roku). Dynamika cen konsumenckich w Saksonii (pierwsze regionalne dane) wskazuje na wyraźny wzrost cen miesiąc do miesiąca. Po danych o PKB USA należy spodziewać się, że gospodarka wyraźnie przyśpieszyła po pierwszym słabym kwartale za sprawą silnej konsumpcji. Jednak jedynie odczyt wyraźnie powyżej konsensusu (2,7 proc.) może przyczynić się do trwalszej aprecjacji dolara pod wpływem czegoś więcej niż tylko pokrywania krótkich pozycji. Inwestorzy po gołębim opisie zjawisk cenowych przez Fed czekają na inflację. Rynek będzie szukał odpowiedzi na wątpliwości o siłę presji płacowej we wskaźniku kosztów zatrudnienia (które są w największym stopniu determinowane przez wynagrodzenia).

Raport opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz DM TMS

Frank w opałach

Po ostrych spadkach w ostatnich tygodniach amerykański dolar, który w środę był najsłabszy od 13 miesięcy, zyskuje na wartości wobec głównych walut światowych. Niektórzy analitycy liczą na dobre piątkowe dane o PKB w USA, co może jeszcze wzmocnić amerykańską walutę. Tymczasem mocno osłabił się frank szwajcarski – wobec euro do najniższego poziomu od stycznia 2015 r., kiedy to Narodowy Bank Szwajcarii przestał sztucznie utrzymywać zaniżony kurs własnej waluty. Sporo zyskuje na tym złotówka, której kurs wobec franka również ostro idzie w górę.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do japońskiego jena (-0,11%), a zyskuje do euro (+0,32%), brytyjskiego funta (+0,35%), dolara australijskiego (+0,8%) oraz dolara kanadyjskiego (+0,85%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,17, GBP/USD – 1,309, USD/CAD – 1,255, AUD/USD – 0,798 i USD/JPY – 110.9. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,39%) i kurs EUR/JPY wynosi 129,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,894. Złotówka traci do dolara, a zyskuje do euro, funta i franka szwajcarskiego. W piątek rano dolar kosztuje 3,63 zł, euro – poniżej 4,25 zł, funt – 4,75 zł, a frank – 3,75 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach przewaga koloru czerwonego. W czwartek londyński indeks FTSE 100 stracił 0,12%, frankfurcki indeks DAX – 0,76%, a paryski indeks CAC 40 – 0,06%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 obniżył się o 0,1%, meksykański indeks Bolsa spadł o 0,66%, a brazylijski indeks Bovespa zyskał 0,41%. W piątek w Azji tokijski indeks Nikkei obniżył się o 0,6%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,11%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem tracił 0,5%.

Ropa i złoto: Cena ropy naftowej czwarty dzień idzie w górę. W czwartek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 51,49 USD (+1,01%), a ropy WTI – 49,04 USD (+0,59%). Roczna prognoza ceny baryłki ropy pozostała na poziomie 56 USD. Z kolei złoto po wcześniejszym sporym wrośnie lekko zredukowało swoją wartość. W piątek rano uncję metalu rynek wycenia na 1259 USD. To 3 USD mniej (-0,24%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 1:30 – Japonia – Inflacja
  • 1:30 – Japonia – Stopa bezrobocia
  • 1:30 – Japonia – Sprzedaż detaliczna
  • 11:00 – Strefa euro – Wskaźniki koniunktury gospodarczej
  • 14:00 – Niemcy – Inflacja
  • 14:30 – USA – PKB
  • 19:20 – USA – Wypowiedź szefa Fed z Minneapolis

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Trudne dni franka

Szwajcarska waluta sukcesywnie traci na wartości do większości walut w innych krajach. W relacji do forinta czy czeskiej korony frank spadł już do strefy notowań sprzed „czarnego czwartku”. Niestety, złoty ostatnio także boryka się z problemami – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Od 24 kwietnia, czyli od otwarcia notowań po pierwszej turze francuskich wyborów, frank sukcesywnie traci na wartości. Zmniejszenie ryzyk politycznych w strefie euro oraz wyraźna redukcja ryzyka rozpadu strefy euro to główny powód lepszej kondycji europejskiej waluty i gorszej szwajcarskiej.

Mniejsza atrakcyjność franka jako „bezpiecznej przystani” wynika także z faktu lepszych perspektyw wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej oraz w krajach rozwijających się. Te rynki stają się coraz bardziej atrakcyjne dla inwestorów zagranicznych, co przekłada się także na odpływ kapitału z m.in. Szwajcarii.

Wyższy wzrost PKB zwykle wspiera nieco wyższą inflację oraz mniej łagodną politykę pieniężną. Europejski Bank Centralny prawdopodobnie niedługo zacznie się wycofywać ze skupu aktywów z rynku, a po tym rozpocznie podnoszenie stóp procentowych. W Szwajcarii natomiast, według ostatnich projekcji SNB, wzrost cen nie powinien przekroczyć 0,5 proc. r/r do końca 2018 r. Przy braku presji inflacyjnej szanse na jakiekolwiek sugestie zmiany polityki pieniężnej są bardzo ograniczone w najbliższych kwartałach.

Złoty korzysta, ale nie tyle, ile forint czy korona

Poza lepszą koniunkturą na świecie oraz malejącą atrakcyjnością szwajcarskiej waluty jako „bezpiecznej przystani” bank centralny cały czas stara się osłabiać franka. Thomas Jordan, przewodniczący SNB, powiedział w wywiadzie dla “Le Temps” 24 lipca, że „…frank nadal jest wyraźnie przewartościowany według naszych modeli oraz wskaźników. Dlatego utrzymujemy negatywne stropy procentowe oraz przeprowadzamy interwencje gdy jest to konieczne”.

Globalne osłabienie się franka przekłada się także na spadki CHF/PLN, którego notowania pod koniec lipca obniżyły się do przedziału 3,75-3,8 zł . Cały czas jednak frank jest ok. 6 proc. powyżej poziomów (3,55 zł) zanotowanych 14 stycznia 2015 r., czyli w przeddzień uwolnienia kursu EUR/CHF.

Dużo lepiej od złotego radzą sobie natomiast czeska (CZK) oraz węgierska waluta (HUF). Para CHF/CZK jest obecnie notowana blisko poziomu 23,00, co oznacza, że frank do korony jest już minimalnie tańszy niż przed „czarnym czwartkiem”.

Tylko nieco gorzej od korony w relacji do franka radzi sobie forint. Para CHF/HUF spadła pod koniec lipca do granicy 270. To tylko 1 proc. więcej niż wynosiło zamknięcie notowań 14 stycznia 2015 r. Gdyby kondycja złotego była analogiczna do zachowania się forinta na rynku globalnym, to frank – zamiast 3,75 zł – kosztowałby poniżej 3,6 zł.

Gdyby tak inwestorzy znów masowo pożyczali we frankach

Na rynku walutowym trudno zidentyfikować dokładne powody lepszej kondycji jednej czy drugiej waluty. Natomiast mimo bardzo silnych ruchów obserwowanych po „czarnym czwartku” do sierpnia 2015 r. notowania CHF/HUF oraz CHF/PLN praktycznie się pokrywały.

Druga połowa 2015 r. była już gorsza dla złotego, ale dopiero moment obniżenia wiarygodności kredytowej przez S&P Global Ratings prawdopodobnie stał się przełomowym momentem dla znacznie bardziej sceptycznego podejścia do złotego. I choć w tym roku ten element zaczął już wyraźnie wygasać, to złotemu nie udało się dogonić forinta.

Również wydarzenia polityczne w ostatnich dniach wpływają negatywnie na krajową walutę. Złoty stracił mniej więcej 1,5 proc. w relacji do forinta w związku z sytuacją w Polsce. Gdyby nie ta strata, to prawdopodobnie frank byłyby już poniżej 3,7 zł.

Pomijając jednak kwestie lokalne, cały czas najważniejszym elementem w dłuższym terminie są wydarzenia globalne. Jeżeli dobra koniunktura w strefie euro będzie się utrzymywać, a SNB nie zmieni swojego podejścia do polityki pieniężnej, to frank powinien pozostawać słaby.

Prawdziwym przełomem byłaby jednak sytuacja, w której inwestorzy globalni, korzystając z ekstremalnie niskich stóp procentowych, zaczęliby masowo pożyczać franki i inwestować poza Szwajcarią (strategia carry trade). Gdyby taki scenariusz przeważył, moglibyśmy mieć do czynienia z długotrwałym obniżeniem się wartości CHF i spadkiem jego notowań wyraźnie poniżej poziomów sprzed „czarnego czwartku”, również w relacji do złotego.

Scoring sposobem na problemy finansowe firmy

Prowadzenie biznesu wymaga od nas rzetelnej i wnikliwej weryfikacji wszystkich partnerów, z którymi podejmujemy współpracę. Jeżeli sami nie dysponujemy narzędziami do sprawdzania kontrahentów, pomocna okaże się firma scoringowa. Świadomy wybór partnera biznesowego, oparty na komplecie informacji o jego działalności, zminimalizuje ryzyko wystąpienia ewentualnych kłopotów finansowych firmy w przyszłości. Mateusz Panek, ekspert i B2B&Leasing Unit Manager Lindorff SA, radzi na co zwracać uwagę przy wyborze usług scoringowych.

Scoring to metoda weryfikacji kontrahenta przed podpisaniem umowy lub w trakcie jej trwania. Stosuje się ją m. in. do sprawdzenia zdolności kredytowej klienta czy całościowej oceny potencjalnego ryzyka, które może wynikać z podjętej współpracy. W celu uzyskania takich informacji stosuje się badania behawioralne, które weryfikują zachowania finansowe podmiotu, bądź aplikacyjne, w których określane są jego dane majątkowe. Ze względu na wagę uzyskanych informacji, scoring potencjalnych partnerów może okazać się kluczowym elementem zachowania płynności finansowej naszej firmy. W zależności od oczekiwań, profilu działalności przedsiębiorstwa, jak i stopnia zaufania wobec partnera biznesowego, możemy wybrać konkretną, dopasowaną do naszych potrzeb, formę weryfikacji.

– Przede wszystkim powinniśmy zastanowić się, jak wnikliwa analiza działalności potencjalnego partnera biznesowego jest nam potrzebna – zaznacza Mateusz Panek, ekspert i B2B&Leasing Unit Manager Lindorff SA. – Możemy zdecydować się na wizję lokalną jawną lub niejawną. W przypadku tej pierwszej kontrahent będzie wiedział, że zbieramy o nim informacje, umożliwi to poznanie większej ilości szczegółów na temat jego działalności. Kolejna pozwala zachować proces weryfikacji w tajemnicy przed drugą stroną – dodaje Mateusz Panek.

Biznesowy detektyw

Niejawna wizja lokalna polega na sprawdzeniu kontrahenta bez jego uczestnictwa i wiedzy. Ta metoda jest skoncentrowana przede wszystkim na potwierdzeniu danych adresowych potencjalnego partnera, głównie lokalizacji prowadzonej przez niego działalności gospodarczej. Dodatkową korzyścią z takiego działania są informacje pozyskane przy okazji przeprowadzania wywiadów terenowych, niezbędnych do realizacji całej procedury.

– Informacje zebrane podczas wywiadów środowiskowych są równie ważne, jak oficjalne dane przekazywane za pomocą dokumentów. Niekiedy mogą być nawet dokładniejszą wskazówką dotyczącą kultury prowadzenia biznesu naszego potencjalnego partnera. Dzięki temu możemy dowiedzieć się np. jaką opinią cieszy się dany przedsiębiorca na rynku lokalnym. Dobrze, jeśli firma, z usług której korzystamy, zaprezentuje nam wszystkie zebrane w ten sposób informacje, w postaci przejrzystego raportu – podsumowującego wszystkie konkluzje oraz sugerującego ocenę kontrahenta – komentuje Mateusz Panek.

Karty na stół

Jawna wizja lokalna umożliwia potwierdzenie faktu prowadzenia działalności gospodarczej oraz weryfikację prawidłowości danych przekazanych przez potencjalnych lub obecnych klientów i dostawców. Weryfikacja odbywa się dzięki danym potwierdzonym podczas bezpośredniego spotkania z przedstawicielem firmy. Jawny scoring pomaga również określić, czy zasoby posiadane przez przedsiębiorcę są wystarczające do prowadzenia danego typu działalności.

– Na tym etapie narzędzia oraz styl działania, wybierane przez firmę oferującą usługę scoringu, są mocno uzależnione od know-how oraz portfolio firmy. W dużej mierze może potwierdzić to skuteczność analizy podmiotu. Firma wyręczająca nas w weryfikacji przedsiębiorstwa powinna nawiązać kontakt z jego przedstawicielem oraz doprowadzić do realnego spotkania. Podczas takiej „konfrontacji” należy sprawdzić dane dotyczące prowadzonej przez weryfikowanego działalności gospodarczej oraz istnienie sprzętu. Wtedy też należy dostarczyć wszystkie niezbędne do procedury dokumenty. To najlepsza okazja do ustalenia zbieżności dostarczonych nam danych ze stanem faktycznym. Pozwala to również ocenić aktualne miejsce prowadzonej działalności gospodarczej (jakość siedziby, dopasowanie do profilu prowadzonej działalności, wygląd pomieszczeń, wyposażenie, liczba pracowników) oraz pozyskać informacje na temat aktualnej sytuacji podmiotu – podsumowuje Mateusz Panek.

Scoring ma charakter zapobiegawczy i pozwala zminimalizować ryzyko pojawienia się kłopotów z wypłacalnością kontrahenta czy jego szeroko pojętą nierzetelnością (np. brakiem dotrzymywania warunków umowy czy próbami forsowania zobowiązań w niej niezawartych). Większa pewność płynności finansowej pozwoli naszej firmie na szybszy i dynamiczny rozwój. Ponadto reputacja partnera biznesowego wpływa na wizerunek powiązanych z nią firm. Dzięki współpracy z zaufanymi i rzetelnymi podmiotami sami stajemy się bardziej wiarygodni w naszych działaniach.

Stanisław Gomułka: Zmiany w sądownictwie mogą spowolnić wzrost gospodarczy

Uchwalenie wszystkich trzech ustaw proponowanych ostatnio przez rząd, mogłoby mieć znaczne skutki dla gospodarki. Chodzi o zwiększenie niepewności w systemie prawnym, co znalazłoby przełożenie w podwyższonym ryzyku inwestycyjnym.

Dotyczy to nie tylko inwestorów zagranicznych, ale także krajowych – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club – Pewność obrotu prawnego jest ważna dla wszystkich przedsiębiorców. Kiedy rodzi się podejrzenie, że sądy działają w oparciu o dyrektywy polityczne, a nie prawo, natychmiast powstają wątpliwości, czy kontrakty między przedsiębiorstwami bądź ustawy dotyczące podatków będą realizowane zgodnie z prawem. Zwiększenie ryzyka inwestycyjnego musi oznaczać zmniejszenie zainteresowania inwestycjami. To z kolei skutkuje niższym tempem wzrostu gospodarczego.Prezydent zawetował dwie z trzech ustaw, niezwykle ważne z punktu widzenia pozycji Polski w Unii Europejskiej. W związku z tym reakcja rynków finansowych, czyli wzmocnienie kursu złotego i lekkie obniżenie kosztów długu publicznego jest zrozumiała. Oznacza aprobatę inwestorów co do decyzji prezydenta. Nie jest to jednak ostateczny rezultat. Będzie on w dużym stopniu zależeć od tego, jakie zmiany w dwóch zawetowanych ustawach zaproponuje prezydent. Jeżeli zmiany będą dobre i utrzymają niezależność sądów oraz całego wymiaru sprawiedliwości, to dobra opinia przedsiębiorców zagranicznych o gospodarce i warunkach inwestycyjnych w Polsce pozostanie niezmieniona. Od dwóch lat powstaje jednak niepewność co do sytuacji inwestorów z zagranicy, ponieważ oświadczenia ministrów są niejednoznaczne. Dotyczy to także zmiennych wypowiedzi wicepremiera Morawieckiego. Z powodów ideologicznych, niejasnych i niezrozumiałych dla ekonomistów, minister rozwoju chciałby o zmniejszenia zależności Polski od przedsiębiorców zagranicznych. Stawia to pod znakiem zapytania ich obecność w naszym kraju. Taka sytuacja tworzy dodatkowo konflikt z instytucjami Unii Europejskiej, który może doprowadzić do zmniejszenia przyznawanych nam środków unijnych. W ostatnich latach odgrywały one dużą rolę w polskiej gospodarce, a ich brak może jej znacznie zaszkodzić. Tempo wzrostu, które obecnie utrzymuje się w okolicy 3,5 proc., może spaść nawet o 1,5 pkt. proc. – dodał Gomułka.

Historycznie najwyższy poziom zysku netto Grupy Kapitałowej GPW

  • GK GPW wypracowała w II kwartale 2017 r. 41,9 mln zł zysku netto (wzrost o 51,2% kdk)
  • EBITDA osiągnęła poziom 56,1 mln zł (wzrost o 30% rdr)
  • Wskaźnik kosztów do przychodów uplasował się na jednym z najniższych poziomów
    w historii 43,1% (spadek o 15,7% kdk i 15,6 rdr) w II kwartale 2017 r.
  • Wzrost przychodów na rynku towarowym o 12,2% rdr i 1,0% kdk

W II kw. 2017 r. GK GPW osiągnęła rekordowy kwartalnie zysk netto w wysokości 41,9 mln zł (wzrost o 51,2% kdk) i wypracowała 87,6 mln zł przychodów ze sprzedaży, co oznacza nieznaczny spadek (3,7%) wobec I kwartału 2017 r., najlepszego w historii Grupy GPW pod względem przychodów. W stosunku do II kw. ubiegłego roku przychody wzrosły o 17,7%. Najwyższy w historii poziom osiągnął zysk EBITDA – 56,1 mln zł w II kw. 2017 r.

– Za nami dobry II kwartał 2017 r., w którym Grupa GPW wypracowała nie tylko rekordowy zysk netto, ale także wynik EBITDA. Udało się obniżyć koszty operacyjne, dzięki czemu wskaźnik kosztów do przychodów uplasował się na jednym z najniższych poziomów w historii. Dobrą perspektywą na kolejne kwartały jest przejęcie przez GPW Benchmark organizacji fixingu stawek WIBID i WIBOR, a także  sprzyjające nastroje rynkowe, w tym widoczne ożywienie na rynku IPO – mówi Jacek Fotek, Wiceprezes GPW.

Koszty operacyjne w I kw. 2017 r. wyniosły 37,8 mln zł, a wskaźnik kosztów do przychodów ukształtował się na jednym z najniższych poziomów w historii w ujęciu kwartalnym wynosząc 43,1%, przy spadkach o 15,7% kdk i 15,6% rdr.

Przychody z rynku towarowego w II kw. br. wyniosły 34,7 mln zł i wzrosły o 1% kdk i 12,2% rdr. W efekcie stanowiły 39,6% przychodów GK GPW. W II kw. 2017 r. odnotowano wzrost przychodów z obrotu prawami majątkowymi – z 8,7 mln zł w I kw. 2017 r. do 11,1 mln zł w II kw.2017 r., co jest efektem rosnących obrotów białych certyfikatów (+29,1% kdk) oraz zielonych certyfikatów (+39,8% kdk). Wzrosły także, w porównaniu do poprzedniego kwartału 2017 r., przychody z obrotu energią elektryczną, w wyniku wzrostu wolumenów na rynku forward. Odnotowano spadek przychodów z obrotu gazem będący konsekwencją sezonowo niższych wolumenów (1,9 mln zł w II kw. 2017 r. w porównaniu do 2,5 mln zł
w I kw. 2017 r.).

Omówienie wyników finansowych Grupy GPW za II kwartał 2017 r.

Zysk netto

Zysk netto Grupy GPW w II kw. 2017 r. wyniósł 41,9 mln zł, o 26,7% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wzrost w II kw. 2017 r. względem I kw. 2017 r. sięgnął 51,2%.

Przychody z rynku finansowego

W II kw. 2017 r. przychody ze sprzedaży na rynku finansowym ukształtowały się na poziomie 52,6 mln zł, co oznacza spadek o 5,6% w stosunku do rekordowego I kw. 2017 r. i wzrost o 22,4% rdr. Przychody z rynku finansowego stanowiły 60,0% całkowitych przychodów ze sprzedaży Grupy GPW, w porównaniu do 61,2% w I kw. 2017 r. i 57,7% rok wcześniej. Na przychody z rynku finansowego składają się przychody z tytułu obsługi obrotu, obsługi emitentów i sprzedaży informacji. 

Obsługa obrotu na rynku finansowym

W II kw. 2017 r. przychody z obsługi obrotu wyniosły 36 mln zł, odnotowując spadek o 7,4% w stosunku do I kw. 2017 r. oraz wzrost o 35,4% w stosunku do II kw. 2016 r. Wpływ na wysokość przychodów miały m.in. spadek obrotów sesyjnych na rynku akcji w II kw. 2017 r. o 12,7% kdk do poziomu 58,3 mld zł i jednocześnie wzrost o 42,7% rdr. W II kw. 2017 r. wolumen obrotu kontraktami terminowymi utrzymał się na poziomie 2 mln sztuk (spadki o 11,9% kdk i o 0,4% rdr), a wolumen obrotu kontraktami terminowymi na WIG20 na poziomie 1,24 mln sztuk (spadek o 3,5% kdk i wzrost o 3,9% rdr).

Obsługa emitentów

W II kw. 2017 r. przychody Grupy GPW z obsługi emitentów na rynku finansowym wyniosły 6,1 mln zł, co oznacza spadek o 4,4% względem I kw. 2017 r. i wzrost o 1,0% rdr. Tym samym przychody z obsługi emitentów w II kw. 2017 r. stanowiły 7% całkowitych przychodów Grupy GPW.

Sprzedaż informacji

Przychody ze sprzedaży informacji w II kw. 2017 r. wyniosły 10,6 mln zł, co oznacza wzrosty o 0,4% kdk i 2,7% rdr. Przychody z tej działalności stanowiły 12,0% przychodów ze sprzedaży Grupy GPW. Wzrosty są przede wszystkim efektem rozwoju oferty Grupy GPW w zakresie danych non-display, wykorzystywanych do handlu elektronicznego, ale również stabilizacji liczby abonentów, a także pierwszych umów na dane WIBOR i WIBID (Thomson Reuters, Bloomberg, SIX Financial, Interactive Data, VWD).

Przychody z rynku towarowego

W II kwartale 2017 r. przychody ze sprzedaży na rynku towarowym wyniosły 34,7 mln zł wobec 35 mln zł w poprzednim kwartale tego roku, co oznacza spadek o 1,0% kdk. Ich udział w całkowitych przychodach Grupy w II kw. 2017 r. wyniósł 39,6%. Na przychody z rynku towarowego składają się przychody z tytułu obsługi obrotu, prowadzenia rejestru świadectw pochodzenia i rozliczenia transakcji.

Obsługa obrotu na rynku towarowym

Przychody z obsługi obrotu na rynku towarowym w II kw. 2017 r. wzrosły do 17,6 mln zł z 15,6 mln zł w I kw. 2017 r. W II kw. 2016 r. wartość ta wynosiła 14,1 mln zł.

Prowadzenie Rejestru Świadectw Pochodzenia

W II kw. 2017 r. przychody z prowadzenia RŚP ukształtowały się na poziomie 7,8 mln zł, co oznacza spadki o 14,6% kdk oraz 0,2% rdr. Spadek przychodów z tego tytułu w ujęciu kwartalnym jest efektem mniejszej liczby wystawionych i umorzonych świadectw w tym okresie.

Rozliczenie transakcji

Przychody z rozliczenia transakcji w II kw. 2017 r. wyniosły 9,3 mln zł, co oznacza spadek o 10,4% w porównaniu do poprzedniego kwartału 2017 r., ale w porównaniu do II kw. 2016 r. nastąpił wzrost o 2,8%. Spadek przychodów z rozliczeń związany jest z sezonowością na rynku gazu.

Koszty działalności operacyjnej

W II kw. 2017 r. koszty działalności operacyjnej wyniosły 37,8 mln zł, czyli o 18,8% mniej niż w poprzednim kwartale 2017 r. i o 0,7% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Mimo wzrostu kosztów usług obcych o 29,2% kdk, wynikającego ze wzrostu kosztów IT (system transakcyjny TGE) oraz kosztów doradztwa (kwestia rozliczenia VAT w TGE), ogólny poziom kosztów operacyjnych obniżył się. Koszty osobowe spadły o 4,8% kdk. 

Koszty amortyzacji

W II kw. 2017 r. koszty amortyzacji wyniosły 7 mln zł w stosunku do 6,4 mln zł w I kwartale 2017 r. Wzrost amortyzacji o 9,9% kdk wynika z wdrożenia nowego systemu transakcyjnego w TGE oraz z inwestycji związanych z wdrażaniem regulacji MiFID2.

Udział w zyskach jednostek stowarzyszonych

W II kw. 2017 r. zysk Grupy GPW z tytułu udziału w zyskach jednostek stowarzyszonych wyniósł 3 mln zł w porównaniu do 1,5 mln zł w I kw. 2017 r. oraz 1,4 mln zł w II kw. 2016 r. Na udział w zyskach jednostek stowarzyszonych miały wypływ przede wszystkim wyniki Grupy KDPW i Aquis Exchange. W I kw. 2017 r. zysk KDPW przypadający na GPW wyniósł 3,5 mln zł w porównaniu do 2 mln zł w I kw. 2017 r. Bardzo dobre przychody KDPW wynikały z wysokich obrotów na rynku finansowym, jak również z opłat jednorazowych związanych z walnymi zgromadzeniami akcjonariuszy i wypłatą dywidend. Platforma obrotu Aquis Exchange wygenerowała w II kw. 2017 r. stratę, z której 0,8 mln zł przypadło na Grupę GPW, podobnie jak w poprzednim kwartale.

Wyniki finansowe Banku Zachodniego WBK po I półroczu 2017 r.

W I półroczu 2017 roku Grupa Banku Zachodniego WBK zanotowała wynik netto należny akcjonariuszom podmiotu dominującego w wysokości 1,1 mld zł. Po wyłączeniu zdarzeń jednorazowych w I półroczu 2016 i 2017 roku (przychody z VISA w wysokości 316 mln zł brutto/256 mln zł netto; oraz różnica w kosztach poniesionych na Bankowy Fundusz Gwarancyjny w wysokości 43 mln zł) porównywalny zysk netto wzrósłby o 12% r/r.

Michał Gajewski BZ WBK
Michał Gajewski, BZ WBK
  • Wyniki po I półroczu 2017 są bardzo satysfakcjonujące. Zysk należny akcjonariuszom w ujęciu porównywalnym wzrósł o 12%, o 10% zwiększyły się dochody komercyjne, w tym wyniki z tytułu prowizji i odsetek, koszty pozostały pod kontrolą. W efekcie współczynnik C/I wyniósł na koniec półrocza 44,6%, a w ujęciu porównywalnym 43,4%, natomiast współczynnik kapitałowy wzrósł do 16,51% zapewniając bezpieczeństwo prowadzonej działalności
    i stabilny wzrost. Z sukcesem przeprowadziliśmy emisję długu podporządkowanego o równowartości 150 mln dolarów, wypłaconego w euro, w formie zielonych obligacji. Jest to pierwsza emisja tego typu przeprowadzona przez polski bank. Doskonała kondycja Banku Zachodniego WBK została po raz trzeci doceniona przez Euromoney Awards for Excellence nagrodą „Best Bank in Poland”. Satysfakcjonujące wyniki finansowe pozwoliły na wypłatę dywidendy z zatrzymanego zysku w wysokości 5,4 zł na akcję.
  • Realizowana przez nas transformacja zmierza do stworzenia modelu biznesowego zapewniającego budowanie pozytywnych doświadczeń klientów. Stąd zmiany w systemach zarządzania relacjami z klientami, nowe narzędzia do analizy big data, nowe rozwiązania dla obsługi posprzedażowej. To wszystko pozwoli nam lepiej realizować potrzeby klientów i podnosić ich satysfakcję. Wierzę, że to będzie też kluczowy czynnik realizacji celów biznesowych

Wyniki w I półroczu 2017:

  • Dochody ogółem – wyniosły 3,8 mld zł, i zmniejszyły się o 3,6% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W warunkach porównywalnych dochody Grupy wzrosły o 5% r/r.
  • Wynik z tytułu odsetek wyniósł 2,6 mld zł i wzrósł o 12% r/r. dzięki efektom akcji kredytowej dla klientów indywidualnych oraz optymalizacji depozytów z naciskiem na rozwój bazy środków bieżących oraz długotrwałych relacji z depozytariuszami.
  • Wynik z tytułu prowizji wyniósł 971 mln zł i wzrósł o 3% r/r. Wzrost wyniku z tytułu prowizji nastąpił dzięki przyrostom w większości linii produktowych (szczególnie wysokim w obszarze dystrybucji funduszy inwestycyjnych, działalności maklerskiej, obsłudze kart kredytowych i debetowych). Prowizje ubezpieczeniowe pozostają pod presją zmian w regulacjach prawnych.
  • Przychody z tytułu dywidend były niższe w 2017 roku wyniosły 76 mln zł w porównaniu do 95 mln zł w 2016 roku, w tym dywidenda ze spółek z Grupy AVIVA w wysokości odpowiednio 69 mln zł i 89 mln zł.
  • Spadek wyniku handlowego (-47% r/r do wartości 92 mln zł) pod wpływem pochodnych instrumentów finansowych i walutowych operacji międzybankowych.
  • Spadek wyniku na pozostałych instrumentach finansowych (-93% do wartości 28 mln zł) w związku z wysoką bazą powstałą w efekcie jednorazowej transakcji kapitałowej przeprowadzonej przez Visę i wysokiego poziomu sprzedaży obligacji skarbowych w I połowie 2016 r.
  • Koszty operacyjne ogółem wyniosły 1,7 mld zł i były stabilne r/r. Porównywalne koszty po wyłączeniu nadwyżki opłat na BFG 2017/2016 spadły o 3% r/r.
  • Wskaźnik C/I ukształtował się na poziomie 44,6%, a porównywalny C/I 43,4%.
  • Podatek bankowy zapłacony przez Grupę BZ WBK za 6 pełnych miesięcy wyniósł 211 mln zł wobec 173 mln zł za 5 miesięcy w I półroczu. 2016 r.
  • Odpisy netto z tytułu rezerw kredytowych wyniosły 246 mln zł, a zannualizowany koszt ryzyka kredytowego ukształtował się na poziomie 66 pb., głównie dzięki poprawiającej się jakości portfela kredytowego (wskaźnik NPL: 5,9% wobec 6,8% na koniec I półrocza 2016 r.) i proaktywnej polityce zarządzania ryzykiem w korzystnym otoczeniu makroekonomicznym.
  • Nowe składki na rzecz BFG wprowadzone od początku br. (zmiana opłat, sposobu pobierania i podstawy naliczania): 169 mln zł kosztów ujętych w I połowie 2017 r. z tytułu opłat na rzecz BFG (w tym składki rocznej na fundusz przymusowej restrukturyzacji banków i składki kwartalnej na fundusz gwarancyjny banków), co stanowi wzrost o 43 mln zł w porównaniu z pierwszym półroczem 2016 roku.

Kapitały Silna pozycja kapitałowa Grupy BZ WBK: CAR na poziomie:16,51% oraz Tier1: 15,53%.

Klienci Należności brutto od klientów zwiększyły się o 4% r/r do 110 mld zł w wyniku wzrostu kredytów dla klientów indywidualnych o 5% r/r do 57 mld zł oraz należności od podmiotów gospodarczych i sektora publicznego o 1% r/r do 46 mld zł.

Zobowiązania wobec klientów wzrosły o 3% r/r do wartości 109 mld zł w efekcie przyrostu środków pochodzących od klientów indywidualnych o 5% r/r do 65 mld zł oraz ustabilizowania się poziomu depozytów od podmiotów gospodarczych i sektora publicznego na poziomie 44 mld zł.

Na dzień 30 czerwca 2017 r. łączna wartość aktywów netto funduszy inwestycyjnych zarządzanych przez BZ WBK TFI  wyniosła 15 mld zł, co oznacza wzrost o 16% w skali roku i 11% w skali półrocza.

Transformacja cyfrowa Rośnie liczba klientów aktywnych cyfrowo, o 4% r/r. Bank rozwija kanały zdalne – w aplikacji mobilnej oraz w usługach bankowości elektronicznej wprowadzono kolejne funkcje. W kanałach zdalnych (mobile, internet, contact center) bank realizuje już 32% wartości sprzedaży produktów kredytowych. W segmentach klientów firmowych realizowane są projekty ułatwiające obsługę tej grupy, koncentrujące się na uproszczeniu procesów sprzedażowych oraz automatyzacji w procesach kredytowych. 

Linie biznesowe. Stabilny rozwój projektów biznesowych nakierowanych na znaczący wzrost satysfakcji klientów oraz zwiększenie dostępnych cyfrowo produktów i usług. O prawie 4% wzrosła liczba kont osobistych w pln, a portfel kart płatniczych o ponad 4%. 

Bankowość detaliczna BZ WBK w I półroczu 2017 r.:

  • 5% wzrost portfela kredytów klientów indywidualnych;
  • Depozyty detaliczne przyrosły o 5% r/r;
  • Portfel kont osobistych w złotych wzrósł o 4% r/r (3,2 mln szt.);
  • Rekordowy wzrost sprzedaży kart kredytowych w internecie i aplikacji o 21% kw/kw. Portfel kart kredytowych wzrósł o ponad 3% r/r;
  • Portfel kart HCE wzrósł o 14% w ujęciu kw./kw.;
  • Wzrost liczby aktywnych klientów cyfrowych – 2,025 mln (+4% r/r);
  • Wzrost sprzedaży produktów kredytowych w kanałach zdalnych (mobile, internet, contact center) – wzrost wartości portfela o +53% r/r, liczby udzielonych produktów kredytowych o 47% r/r;
  • W kanałach zdalnych (mobile, internet, contact center) bank realizuje już 32% wartości sprzedaży produktów kredytowych;
  • Wzrost liczby transakcji mobilnych o ponad 750 tys. kw./kw. – łącznie to 5,5 mln transakcji (+79% r/r);
  • Wzrost transakcyjności w sieci wpłatomatów – 12% wzrost pod względem liczby wpłat (12%) oraz 20% wzrost wartości;

MŚP w I półroczu.2017 r.:

  • Nagroda „Euromoney Award for Excellence 2017”  w kategorii „Najlepszy Bank w Polsce dla MŚP”;
  • Biznes Ekspres EBI – kredyt z dofinansowaniem z Europejskiego Banku Inwestycyjnego z niższą marżą;
  • Wzrost wolumenu depozytów prawie o 10% r/r (o 1,1 mld zł);
  • Wzrost wartości portfela kredytowego MŚP w stosunku do poprzedniego kwartału o 296 mln zł tj. o 3% oraz 3% r/r tj. o 243 mln zł;
  • Stabilny wzrost liczby klientów MŚP, w tym wzrost liczby klientów aktywnych o 6% r/r;
  • Wdrożenie biometrii dla klientów SME;
  • Wprowadzenie sprzedaży kredytów przez contact centre;.

Bankowość Biznesowa i Korporacyjna w I półroczu 2017 r.:

  • 9% wzrost przychodów brutto klientów korporacyjnych r/r;
  • 19% wzrost dochodów z opłat i prowizji r/r w segmencie;
  • do oferty wprowadzono gwarancje bezterminowe oraz pakiet PRO-Invest, obejmujący produkty oszczędnościowo-inwestycyjne inne niż depozyty, w tym m.in. lokatę strukturyzowaną i strategię inwestycyjną dwuwalutową;
  • wprowadzono nowe rozwiązania produktowe i funkcjonalne w bankowości elektronicznej i call centre, m.in. portal unijny, w którym klienci korporacyjni mogą skorzystać narzędzia ułatwiającego selekcję programów unijnych adekwatnych do profilu i potrzeb swojego przedsiębiorstwa; narzędzie to jest mocnym wyróżnikiem BZ WBK na rynku;
  • zakończono V edycji ogólnopolskiego Programu Rozwoju Eksportu; 

Globalna Bankowość Korporacyjna w I półroczu 2017 r.:

  • Wzrost wolumenów o jedną trzecią w skali roku w obszarze finansowania łańcucha dostaw, wspierającego podstawową działalność klientów Globalnej Bankowości Transakcyjnej, dzięki rozszerzeniu liczby programów i dostawców;
  • Znaczące umowy kredytowe zawarte między innymi z klientem z sektora usługowego;
  • Realizacja prac analitycznych i doradczych oraz doradztwo finansowe i transakcyjne dla spółek z sektora farmaceutycznego i usługowego;
  • Pierwotna oferta publicznej dla spółki z sektora produkcyjnego;
  • Emisja obligacji i euroobligacji dla klientów z sektora finansowego i energetycznego;
  • 74% wzrost biznesu Sprzedaży Instytucjonalnej (Dom Maklerski) na rynku wtórnym;
  • Repo Desk – nowy obszar biznesu z klientami instytucjonalnymi;
  • Zabezpieczenie obcej ekspozycji dużej spółki z branży windykacyjnej;

Leasing w I półroczu 2017 r.:

  • Na koniec czerwca 2017 r. wartość portfela leasingowego przekroczyła 7 mld zł, co oznacza wzrost +15% r/r, przy jednoczesnym utrzymaniu bardzo wysokiej jakości portfela;
  • Od wielu lat BZ WBK Leasing jest nr 1 w finansowaniu maszyn i urządzeń na polskim rynku leasingu, w pierwszym półroczu 2017 r. zostały sfinansowane maszyny i urządzenia o wartości ponad 930 mln zł, co oznacza wzrost sprzedaży +14% r/r;
  • Najlepsze w historii półrocze – w 2Q BZ WBK Leasing sfinansował ruchomości o wartości netto ponad
    1,1 mld PLN (+14% r/r); 

Faktoring w I półroczu 2017 r.:

  • Obroty spółki faktoringowej wyniosły 11,09 mld zł i były wyższe o 27% r/r;
  • Portfel kredytów wzrósł o 16% r/r i osiągnął poziom 3,6 mld zł;
  • Spółka wzmocniła drugą pozycję na rynku, z udziałem na poziomie 13%;
  • Sprzedaż na koniec II kw. 2017 roku wyniosła 1,1 mld zł.;

Santander Consumer Bank w I półroczu 2017 r.:

  • Portfel kredytów brutto wyniósł 15,5 mld zł na koniec I półrocza br. i wzrósł o 8% r/r;
  • Wskaźnik C/I wyniósł 39%;
  • Sprzedaż spisanego portfela pożyczek gotówkowych, kredytów ratalnych i samochodowych oraz kart kredytowych o łącznej wartości 372 mln zł.;
  • Bank nawiązał współpracę z jedną z największych sieci marketów budowlanych oraz przedłużył współpracę z trzema kluczowymi partnerami z branży RTV/AGD;
  • Zysk netto wyniósł 326 mln zł i był o 28% wyższy niż przed rokiem;

Fizyczni, specjaliści i menedżerowie odchodzą z odmiennych przyczyn

Na decyzję o odejściu ma wpływ skomplikowany układ odczuć i opinii pracownika na temat aktualnej pracy. Powstają one w kontekście własnych potrzeb, aspiracji i oczekiwań oraz innych dostrzeganych w danym czasie możliwości rozwijania kariery. Czynnikami, które kształtują decyzję poszczególnych osób są więc zarówno:

• indywidualne uwarunkowania psychologiczno-społeczne,
• specyficzne problemy zatrudniającej organizacji,
• ogólna sytuacja w poszczególnych branżach,
• aktualna sytuacja na rynku pracy całej grupy zawodowej.

Badając opinie pracowników w naszej firmie poznajemy jedynie wycinek tej rzeczywistości. Aby nadać mu właściwe znaczenie i odpowiednio zinterpretować uzyskane wyniki potrzebny jest szerszy kontekst porównawczy. Należy m.in. dookreślić które aspekty funkcjonowania zawodowego są szczególnie ważne dla poszczególnych pracowników, czy też jak nasza firma zaspokaja potrzeby zatrudnionych na tle innych organizacji. Mając na uwadze dynamiczne zmiany na rynku pracy jest też tak, że nie można raz na zawsze stwierdzić, iż dana grupa osób decydując się na zmianę pracy zwraca szczególną uwagę na określone czynniki. Zarówno potrzeby zawodowe pracowników, jak i sposoby ich zaspokajania przez firmy systematycznie ewoluują, przez co kluczowe jest posiadanie aktualnej wiedzy oraz opracowywanych na bieżąco danych benchmarkowych. W badaniu Satysfakcja Zawodowa Polaków 2016 zebraliśmy dane pozwalające częściowo odpowiedzieć na pytanie nurtujące aktualnie wiele organizacji – na jakich działaniach się koncentrować, aby zatrzymać cennych pracowników.

W badaniu pytaliśmy uczestników zarówno o chęci, jak i o aktywne działania związane z poszukiwaniem pracy (m.in. o przeglądanie ofert zatrudnienia, uczęszczanie na spotkania rekrutacyjne). Jak pokazały wyniki, spośród osób pracujących w sektorze prywatnym, aktualnie około 29% podejmuje działania ukierunkowane na znalezienie nowego pracodawcy. W kolejnym kroku przeanalizowaliśmy poziom satysfakcji z różnych aspektów pracy tych osób i porównaliśmy go z wynikami pracowników nieszukających nowej posady. Podkreślić tu należy, że nie pytaliśmy pracowników o deklarowane powody zmiany pracy, co jest częstym błędem. Wybierając metodę badania mieliśmy na uwadze, że nie wszystkie motywy są przez ludzi uświadamiane i ujawniane publicznie, a także, iż istnieje wiele zjawisk psychologicznych zniekształcających pogląd na temat przyczyn własnego zachowania. W związku z tym bazowaliśmy na zestawieniu dwóch odrębnych rodzajów informacji: stopnia zadowolenia pracowników w różnych obszarach funkcjonowania zawodowego oraz mierzonych z osobna: chęci odejścia i działaniach podejmowanych aby zmienić pracę.

Jak się spodziewaliśmy – różne czynniki okazały się mieć odmienny wpływ na decyzję o odejściu różnych grup pracowników. Wyróżniliśmy wzorce zachowania dla członków 3 dużych grup zawodowych: pracowników fizycznych, specjalistów i menedżerów/dyrektorów.

Powody, dla których odchodzą pracownicy fizyczni

Głównym czynnikiem decydującym o poszukiwaniu nowej pracy w tej grupie są niesatysfakcjonujące zarobki. Pracownicy fizyczni odchodzą przede wszystkim dlatego, że swoją płacę uważają za nieadekwatną do wykonywanej pracy, są niezadowoleni z otrzymywanych benefitów, a obowiązujący w firmie system wynagrodzeniowy postrzegają jako niesprawiedliwy.

Drugim, bardzo istotnym powodem odejść wśród zatrudnionych na stanowiskach manualnych i liniowych są złe fizyczne warunki wykonywania pracy. Przeznaczenie pieniędzy na zapewnienie bezpieczeństwa i satysfakcjonującego komfortu pracy również na najniższych stanowiskach w firmie jest więc nie tylko koniecznością, ale i dobrą inwestycją w efektywność polityki personalnej.

Kolejnym aspektem zatrudnienia silnie wpływającym na decyzje o odejściu lub pozostaniu w firmie wśród pracowników omawianej grupy jest dostrzeganie realnej możliwości wykazania się na obecnym stanowisku oraz uzyskania awansu w strukturach firmy. Jeśli nie ma na horyzoncie widocznych szans na podniesienie swojej pozycji w firmowej hierarchii, zwłaszcza młodsi pracownicy tej grupy są istotnie bardziej skłonni do odejścia.

Powody, dla których odchodzą specjaliści

O tym, czy na zmianę pracodawcy zdecyduje się pracownik umysłowy wpływają przede wszystkim oferowane przez firmę możliwości rozwoju zawodowego. Do kategorii tej zaliczyć można głownie atrakcyjne merytorycznie szkolenia, możliwości dokształcania się poza firmą oraz, co równie istotne, otrzymywanie zadań stanowiących wyzwania zawodowe, pozwalające na samodzielną naukę nowych umiejętności oraz mierzenie się z nietypowymi sytuacjami.

Niezwykle istotna dla specjalistów jest także więź z organizacją i poczucie dumy z przynależności do jej szeregów. Pracownicy, którzy uważają organizację oraz pracę w niej za prestiżową są znacznie mniej skłonni do poszukiwania nowego pracodawcy. Ważne jest emocjonalne utożsamianie się z organizacją, jej marką i wartościami. Może to być częściowo realizacja potrzeby przynależności, ale także forma budowania własnego wizerunku społecznego zwana w psychologii „świeceniem odbitym blaskiem”.

Tym, co decyduje o zmianie pracy wśród specjalistów jest też odczuwana motywacja do wykonywania powierzonych sobie zadań. Osoby zaangażowane i wykonujące zadania z pasją zdecydowanie mniej chętnie rozglądają się za nowym zajęciem w innej firmie.

Pozostałymi czynnikami zachęcającymi tę grupę do zmiany pracy są:

– brak poczucia stałości zatrudnienia,
– złe warunki i atmosfera pracy,
– konieczność wykonywania zadań, które są niezgodne z wyznawanymi zasadami,
– niezadowolenie z wysokości wynagrodzenia (ten czynnik okazał się wpływać na zmianę pracy specjalistów i menedżerów ze znacznie mniejszą siłą, niż można by intuicyjnie oczekiwać).

Powody, dla których odchodzą menedżerowie i członkowie zarządów

Jak wynika z badania, dla pracowników na stanowiskach kierowniczych najważniejszym kryterium decydującym o zmianie pracodawcy jest prestiż i publiczna reputacja organizacji w której pracują i tych w których potencjalnie mogliby pracować. Poczucie emocjonalnego przywiązania i dumy oraz możliwość szczycenia się posiadaniem ważnej pozycji w ramach renomowanej marki znacznie podnosi poziom satysfakcji zawodowej wśród osób pracujących na tym szczeblu.

Podobnie jak specjaliści, również kierownicy, gdy nie odczuwający motywacji do wykonywania swojej pracy, często wolą porzucić dotychczasową posadę, niż pracować w tej samej firmie, bez poczucia zaangażowania. Jest to tendencja podwójnie korzystna dla organizacji. W świetle uzyskanych wyników, pomaganie pracownikom w utrzymaniu wysokiej motywacji do pracy skutkuje dla organizacji nie tylko oczywistym wzrostem jej efektywności, ale i większą stabilnością kadry menadżerskiej.

Znacznie chętniej odchodzą z firmy także menedżerowie, którzy czują się niedoceniani. Ważne są dla nich zwłaszcza pozafinansowe wyrazy uznania, jak publiczne pochwały i gratulacje, prestiżowe benefity czy unikalne w skali firmy przywileje. Poza powyższymi aspektami pracy, dosyć istotny wpływ na chęć odejścia wśród osób na stanowiskach kierowniczych mają:

– złe relacje z własnymi przełożonymi,
– niewystarczające możliwości rozwoju zawodowego,
– odczuwanie negatywnego wpływu pracy na życie prywatne.

Diagnoza zagrożenia rotacją – dlaczego odchodzą pracownicy MOJEJ FIRMY?

Powyżej przedstawiono zależności zidentyfikowane w dużej, ogólnopolskiej próbie badawczej. Można powiedzieć, że są to aktualne „rynkowe trendy”, w jakimś stopniu odzwierciedlające postawy pracowników wszystkich organizacji. Niezmiernie ważne dla szacowania zagrożenia rotacją i typowania powodów odejść pracowników konkretnej firmy są jej specyficzne uwarunkowania i problemy oraz charakterystyka lokalnego rynku pracy. Z tego powodu, prognozowanie zagrożeń dla stabilności personalnej organizacji koniecznie musi bazować na danych z wnętrza firmy, bezpośrednio od jej pracowników. Niezręcznie dla obu stron jest jednak pytać pracowników o to, kiedy planują opuścić naszą firmę i z jakiego powodu. Trudno oczywiście także spodziewać się w takiej formule badania szczerości, a więc i trafności wyprowadzonych z niego wniosków oraz prognoz. Powyższe zagrożenia udało się zminimalizować w przystosowanym niedawno na użytek firm Badaniu Zagrożenia Rotacją. Analitycy platformy badaniaHR.pl opracowali model statystyczny pozwalający prognozować poziom rotacji w firmie w najbliższym półroczu po realizacji badania postaw. Opiera się on między innymi na aktualnej wiedzy zdobytej w omawianym powyżej badaniu ogólnopolskim oraz na danych z badań, w których śledzimy rzeczywiste losy naszych respondentów, a więc dowiadujemy się kto, na jakim stanowisku i z jakimi opiniami na temat swojej firmy zmienił pracę, a kto wciąż pozostaje na wcześniej zajmowanym stanowisku. Model Badania Zagrożenia Rotacją dzięki zestawowi pytań o silnych, potwierdzonych empirycznie właściwościach diagnostycznych pozwala wytypować grupy pracowników najbardziej zagrożonych odejściem z firmy. Korzystając z pozostałych informacji uzyskanych w badaniu, diagnozujących satysfakcję z pracy i opinie na temat funkcjonowania firmy, uzyskujemy wskazanie na najbardziej prawdopodobne przyczyny, które pchają pracowników danej organizacji ku zmianie pracy. Trafny i wieloaspektowy ogląd sytuacji firmy jest z kolei niezbędną podstawą dla planowania dobrze dopasowanych działań retencyjnych.

grafika

Kilkuprocentowa obniżka już nie wystarczy, żeby zachęcić do zakupów. Klienci oczekują od sieci większych rabatów

Według raportu „Smart Okazje – zwyczaje zakupowe Polaków 2017”, promocje rzędu 5-10% przekonują do kupna towaru tylko co 10 osobę. Najczęściej preferowana wysokość rabatu to 20-30% lub 50% i więcej. Tak stwierdziło łącznie 32% ankietowanych. Dla 50% bonifikaty 17% badanych pojedzie do sklepu oddalonego od swojego domu. Taka sama okazja skusi też 19% respondentów do zakupu przy okazji dodatkowego produktu.

W badaniu, przeprowadzonym na zlecenie Grupy AdRetail, na pytanie, jaka promocja cenowa, znaleziona w Internecie, sprawi, że respondent uda się do sklepu stacjonarnego i dokona zakupu, najwięcej, bo 24% ankietowanych odpowiedziało, że nie wie. Jak wyjaśnia Katarzyna Czuchaj-Łagód, Dyrektor Zarządzająca Mobile Institute, oprócz wysokości rabatu, konsumenci biorą pod uwagę też inne czynniki, np. darmową lub ekspresową dostawę oraz zniżki na poszerzone zakupy. Dlatego, trudno jest im z góry określić sztywną granicę preferowanej bonifikaty.

– 16% respondentów zadeklarowało, że do zakupów w sklepie stacjonarnym za pomocą Internetu przekona ich dopiero 50% zniżka. Tyle samo ankietowanych wskazało rabat rzędu 20-30%, a 12% badanych podało 10-20% promocję. Analizując wysokość wybieranej bonifikaty, należy pamiętać o tzw. progach wejściowych. Konsument widząc 15% obniżkę, może zainteresować się danym produktem, ale to nie znaczy, że od razu go kupi. Będzie obserwował artykuł w sieci i zaczeka, aż marka z czasem podniesie rabat właśnie do 50%. Wówczas klient zdecyduje się nabyć wyczekiwany towar – mówi Michał Rosiak z Grupy AdRetail.

Tylko 10% ankietowanych zadeklarowało, że 5-10% obniżka wystarczy, aby ich przekonać za pomocą Internetu do zakupów w sklepie stacjonarnym. Jak zaznacza Karolina Szuba, Board Member, European Operations Director w Baltonie, Polacy przyzwyczaili się już do atrakcyjnych zniżek i oczekują ich coraz częściej. Przeważnie firmy stosują tzw. pogłębienie promocji. Najpierw oferują zejście z jednego poziomu ceny, by później zwiększyć rabat, np. z 10% do 60%. I ten zabieg jest coraz częściej wyczekiwany przez klientów.

– Ostatnio zdecydowanie mamy do czynienia z inflacją promocji. Może to wynikać z przyjętej przez wiele sklepów strategii oferowania wymiernej korzyści np. za zapisanie się do newsletter’a. Najczęściej jest to prosty rabat na pierwsze zakupy w danym sklepie, plasujący się na poziomie 5-15%. Dlatego zniżka rzędu 10% jest już pewnym standardem, do którego klienci zdążyli się przyzwyczaić i nie wywołuje to u nich większych emocji. Chcąc zachęcić ich do zakupów, trzeba zaproponować coś więcej – stwierdza Magdalena Szarejko, Kierownik Działu Marketingu w BBK S.A.

Odległość gra rolę

– Relacja między odległością, jaką konsument musi pokonać, idąc do sklepu stacjonarnego, a wielkością rabatu gra największą rolę. Póki klient zyskuje na obniżce, jest w stanie pokonać pewien dystans po dany produkt. Dlatego, przy 50% obniżce 17% ankietowanych jest skłonnych nawet pojechać do sklepu oddalonego od codziennej trasy lub miejsca zamieszkania. 20-30% promocja może przekonać do tego 14% badanych, 30-50% bonifikata zachęci 13% respondentów, natomiast 10-20% rabat – 12% osób i 5-10% upust – tylko 8% uczestników badania – wylicza ekspert z Grupy AdRetail.

Jak wynika z raportu, mimo promocji, 7% badanych osób i tak dokona zakupu „tam gdzie zwykle”. Zdaniem Katarzyny Czuchaj-Łagód, to jest charakterystyczne podejście dla wąskiego grona konsumentów, którzy wybierają tzw. utarte ścieżki. Najtrudniej przekonać ich do zmiany nawyków zakupowych, preferowanych marek czy produktów. Korzystają ze sprawdzonych sklepów i nie szukają nowych, lepszych miejsc, które w dodatku są oddalone od ich domów czy codziennych tras.

Nieplanowany zakup

– Jedna czwarta, czyli 25% badanych nie wie, jak wysoka promocja może ich przekonać do zakupu dodatkowej rzeczy w sklepie stacjonarnym. Liczą się dla nich preferencje. Przykładowo, klient nie jada na co dzień parmezanu, ale potrzebuje 1 opakowanie do sałatki. Wówczas drugi taki sam produkt  w 50% promocji raczej go nie zainteresuje, bo ser leżałby w lodówce do momentu zepsucia i wyrzucenia – wyjaśnia Michał Rosiak.

Z badania można jednak wnioskować, że Polacy właściwie są skłonni kupić drugi, nieplanowany produkt w sklepie stacjonarnym, pod warunkiem, że będzie na niego promocja powyżej 5%. Tak odpowiedziało w sumie 65% ankietowanych. Z kolei, 19% respondentów skusi się na zakup, pod wpływem 50% obniżki. Jak wyjaśnia ekspert z Mobile Institute, zdecydowana większość Polaków woli kupować sprytnie, czyli nabywać produkty atrakcyjne cenowo i jednocześnie dobrej jakości. A taką szansę dają im tylko odpowiednie rabaty.

Lojalność a promocja

­– Zaledwie 17% ankietowanych stwierdziło, że 50% regularna promocja przekona ich do zapisania się do programu lojalnościowego marki. Jest to dość niski odsetek respondentów. W fazie projektowania badania przewidywałem minimum 30% osób zainteresowanych tak dużym rabatem. Ale dla większości Polaków podawanie swoich danych personalnych markom jest wciąż nie do zaakceptowania, a tego wymagają regulaminy programów lojalnościowych. Wynik można też wyjaśnić w ten sposób, że wysoki, stały rabat kojarzy się konsumentom z produktami niskiej jakości. Kolejna możliwość jest taka, że w ich ocenie, firma ma sztucznie zawyżoną cenę, a promocja jest tylko z nazwy – analizuje Michał Rosiak.

Należy dodać, że 26% badanych nie wie, jaka stała obniżka sprawi, że zapiszą się do programu lojalnościowego marki. Ale trzeba zaznaczyć, że są to osoby generalnie niezainteresowane promocyjnymi zakupami lub podchodzące do zakupów bardzo analitycznie. Według Katarzyny Czuchaj-Łagód, zapisanie się do programu lojalnościowego to dla części konsumentów pierwszy krok do „uzależnienia” od jednej marki, a tego klienci, uznający się za racjonalnych, mocno unikają. Ponadto, nie chcą oni udostępniać swoich danych osobowych. Marki powinny być zadowolone z tego, że żadna promocja nie zachęci do programu lojalnościowego zaledwie 9% ankietowanych.

– Zdecydowana większość badanych osób, bo aż 62%, jest w stanie przystąpić do programu lojalnościowego, jeśli otrzyma rabat powyżej 5%. Patrząc na ten wynik można powiedzieć, że markom udaje się tworzyć oferty, które nie odstraszają konsumentów, a wręcz zachęcają ich do podjęcia interakcji. Przemawia za tym to, że rodzimi konsumenci generalnie nie lubią, gdy narzuca im się jakieś działanie. Raczej wolą sami wybierać dla siebie okazje zakupowe  – podsumowuje Michał Rosiak.

Badanie „Smart Okazje – zwyczaje zakupowe Polaków 2017”, zostało przeprowadzone przez Mobile Institute na zlecanie Grupy AdRetail. Partnerem przedsięwzięcia był Polski Standard Płatności, operator systemu BLIK. Dane zostały zebrane metodą CAWI, czyli za pomocą elektronicznych, responsywnych ankiet emitowanych w Internecie, na przełomie maja i czerwca br. W badaniu wzięło udział ponad 2800 osób w wieku powyżej 15 roku życia, w tym 40% kobiet i 60% mężczyzn.

Kurs franka poniżej 3,75 zł. Dobre dane z Japonii

Kolejny dzień już oglądamy marsz franka w dół. Korzystna kumulacja czynników trwa. Dobre dane z Japonii pomimo słabszej sprzedaży detalicznej. Prognozy wzrostu PKB dla Polski.

Frank poniżej 3,75 zł

Wygląda na to, że jeśli tendencja się utrzyma w najbliższych dniach w większości komentarzy do wydarzeń na rynkach walutowych znajdzie się informacja o najtańszym franku od pamiętnego stycznia 2015 roku. To wtedy Bank Szwajcarii zakończył interwencje rynkowe i przestał bronić poziomu 1,20 w relacji euro do franka. Wynikiem tej decyzji był gwałtowny wzrost wartości szwajcarskiej waluty. Dlaczego w tej chwili mamy odwrotną tendencję? Złoty jest w miarę stabilny. Na rynkach czuć ryzyka związane z protestami w ramach reformy sądownictwa, ale temat przygasa. W rezultacie złotówka w dalszym ciągu porusza się z grubsza w przedziale 4,20-4,26 zł. Z drugiej strony na parze EUR/CHF trwa obecnie rajd w górę. W ciągu 5 dni za jedno euro można kupić już nie 1,10000 a przeszło 1,13500 franka. Powodem zmiany jest brak perspektyw zakończenia polityki ujemnych stóp podczas gdy inne regiony w tym nawet strefa euro powoli przymierzają się do normalizacji. Paliwa dla tego ruchu dodaje poprawiająca się sytuacja gospodarcza Europy w tym głównej machiny napędowej – Niemiec. W rezultacie inwestorzy wierzą coraz bardziej w ryzykowne aktywa. Pytanie czy ruch potrwa jeszcze tydzień kiedy to przypada najpopularniejsza data spłat rat kredytów.

Dane z Azji

W nocy poznaliśmy dane z Japonii. Inflacja zgodnie z oczekiwaniami wyniosła 0,4% stopa bezrobocia spadła do 2,8% przy oczekiwanych 3%. Gorzej wypadła jednak sprzedaż detaliczna, która rośnie o 2,1% wobec oczekiwanych 2,3%. Po tych danych jen umacniał się nieznacznie wobec pozostałych walut.

Prognozy wzrostu PKB w Polsce

Kolejny głos w tej dyskusji zabrał Paweł Szałamacha, były minister finansów w obecnym rządzie, aktualnie członek zarządu NBP. Podał on prognozę na ten rok na poziomie 3,5-4%. Jest to ciekawe nie tylko ze względu na spory zakres możliwych wyników ale przede wszystkim dlatego, że jest to niezgodne z wynikiem analiz samej instytucji. Warto zwrócić uwagę, że na razie prognozy wzrostu dla Polski cały czas rosną, zatem jest to element wspierający złotego.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Niemcy – inflacja konsumencka,
  • 14:30 – USA – wzrost PKB,
  • 16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Przygotuj się na przyszły tydzień 28.07.2017

Przyszły tydzień zapowiada się bardzo interesująco. W poniedziałek, wtorek oraz środę czeka na nas szereg danych makroekonomicznych, ale dopiero czwartek może przynieść prawdziwe trzęsienie kursów walutowych, a w szczególności waluty brytyjskiej. Z kolei w ostatni dzień tygodnia poznamy dane z amerykańskiego rynku pracy. Zatem gdzie szukać zmienności w przyszłym tygodniu? Zdecydowanie na funcie brytyjskim i dolarze amerykańskim.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Czas na super czwartek

W najbliższy czwartek o godzinie 13:00 poznamy szereg danych publikowanych przez Bank Anglii. Głównym tematem będą stopy procentowe, a przede wszystkim rozkład głosów za podwyżką stóp procentowych lub za ich utrzymaniem.

Na chwile obecną na przestrzeni kolejnych 12 miesięcy inwestorzy nie spodziewają się podwyżki stóp procentowych. Niemniej jednak temat ten jest bardzo gorący i może ulec zmianie. Bank Anglii cały czas ostrzega przed nadmiernym zadłużaniem się, do którego poprzez ultra luźną politykę monetarną przyłożył rękę.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w UK

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w UK

Źródło: Bloomberg

Według ostatnich ankiet przeprowadzonych wśród brytyjskich konsumentów zaczyna doskwierać im inflacja. Ponadto świat wchodzi w normalizację polityki monetarnej, (podwyżki stóp procentowych) zatem należy spodziewać się szybszej podwyżki kosztu pieniądza niż wycenia to rynek. Taki scenariusz doprowadzi do umocnienia GBP na szerokim rynku.

Nonfarm payrolls – nowe miejsca pracy poza rolnictwem

Dane z amerykańskiego rynku pracy zostaną opublikowane o godzinie 14:30. Oprócz samych miejsc pracy poznamy stopę bezrobocia oraz czynnik, który na przełomie ostatnich kilku miesięcy jest najważniejszy – płacę godzinową.

Stopa bezrobocia

Stopa bezrobocia

Źródło: Admiral Markets

Stopa bezrobocia spada sukcesywnie od 2009 roku. Aktualnie znalazła się na poziomie 4.4 procenta, co sugeruje bezrobocie naturalne (konsensus rynkowy zakłada spadek do 4.3 proc.). Jest to odsetek siły roboczej obejmujący tych, którzy nie chcą podjąć pracy przy płacy realnej zapewniającej równowagę i są dobrowolnie bezrobotni.

W takich warunkach powinniśmy zobaczyć rosnącą inflacje oraz presję na wzrost płacy, jeżeli płaca pozostaje na takim samym miejscu, to mamy do czynienia z niezdrowym rynkiem pracy.

Płaca godzinowa M/M

Płaca godzinowa M/M

Źródło: Bloomberg

Prognoza wzrostu płacy godzinowej miesiąc do miesiąca wynosi 0.3 procenta. Wszystko poniżej konsensusu powinno doprowadzić do wyprzedaży dolara amerykańskiego. Odczyt powyżej prognozy powinien umocnić dolara amerykańskiego. Nie zapominajmy również o samym odczycie nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym.

Strategię, którą możemy wdrożyć pod publikację piątkowych danych makroekonomicznych została przedstawiona poniżej.

Możliwe zachowanie EUR/USD na piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy

Możliwe zachowanie EUR/USD na piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy

Źródło: Opracowanie własne

Przez ostatnie kilka miesięcy mogliśmy zaobserwować dwie reakcje związane z publikacją danych. Pierwsza była powiązana z liczbą miejsc pracy. Wyższy odczyt od prognozy doprowadzał do umocnienia dolara amerykańskiego, słabszy odwrotnie.

Niemniej jednak w warunkach neutralnej stopy bezrobocia liczy się płaca godzinowa, która powodowała druga rekcję na rynku. Wszystkie możliwe scenariusze oraz reakcję pary walutowej EUR/USD zostały przedstawione w powyższej tabeli.

Instrumenty do obserwacji

W nadchodzących tygodniach warto zwrócić uwagę na AUD/USD oraz NZD/USD. W ostatnim czasie zwyżkowały, ale prawdopodobnie ruch wzrostowy dobiegł końca. Dlaczego? Odpowiedź można znaleźć na poniższym wykresie.

AUDUSD NZDUSD i Blommberg metal index

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie kolorem fioletowym zobrazowano parę walutową NZD/USD, zielonym AUD/USD, natomiast na biało indeks metali przemysłowych bloomberga. Zarówno gospodarka Nowej Zelandii jak i Australii oparta jest na eksporcie surowców, dlatego zwyżka na metalach przemysłowych doprowadziła do ich umocnienia. Niemniej jednak metale przemysłowe znalazły się na ważnym oporze, czy zostanie przebity? Jeżeli tak, to NZD/USD oraz AUD/USD powinny kontynuować swój rajd, gdyby do tego nie doszło, to zobaczymy szybkie odwrócenie trendu wzrostowego.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Powrót dolara

Nie trwały długo spadki wartości dolara. Czwartek przyniósł odbicie na tym rynku. Zakończyła się też dobra passa indeksu Nasdaq, choć DJIA prezentował się świetnie. Wzrosty obecne były na rynkach ropy oraz metali szlachetnych.

Spadki na rynku dolara nie trwały długo. Wczorajszy dzień należał do dolara amerykańskiego, który w wielu przypadkach odrobił z nawiązką środowe straty. Bardzo dobrze wypadał dolar na tle franka szwajcarskiego, mającego wczoraj pewne kłopoty. Z kolei na amerykańskim rynku kapitałowym zakończyła się dobra passa indeksu Nasdaq, który zakończył dzień ze stratą 0.6%. Z rekordem mieliśmy natomiast do czynienia w przypadku indeksu DJIA, który zakończył dzień na najwyższym poziomie w swej historii.

Z danych publikowanych wczoraj nie wyłaniał się jasny obraz sytuacji. Nie mieliśmy też do czynienia z większymi niespodziankami. Ilość wniosków o zasiłki dla bezrobotnych wzrosła w ostatnim tygodniu w USA do poziomu 244 000. Dziś poznamy kolejne dane zza oceanu, w tym odczyt PKB za drugi kwartał(godzina 14:30). W godzinach porannych poznamy natomiast koniunkturę w gospodarce strefy euro.

Powrót dolara 7

Długa, dobra passa indeksu Nasdaq dobiegła końca, jednak to nie przekreśla szans byków na dalsze wzrosty. Co prawda wskaźnik RSI tworzy negatywną dywergencję, jednak wykres cen ma spory „zapas” aby jeszcze wyjść z niej. Możliwa jest chwilowa konsolidacja boczna. Wsparciem będzie obszar 5700-5800 pkt (Nasd100), co dla Nasdaq Comp. Odpowiada obszarowi wokół 6200 pkt. Dopiero spadek poniżej widocznej linii trendu wytrąci bykom impet.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

W 2019 roku wartość światowego rynku ogrodniczego wyniesie 81 mld euro. Duży potencjał na tym rynku mają polskie szkółki

W 2019 roku wartość światowego rynku ogrodniczego wyniesie 81 mld euro. Duży potencjał na tym rynku mają polskie szkółki 8

Polska branża ogrodnicza rozwija się bardzo dynamicznie. Euromonitor International wskazuje, że światowy rynek w 2019 roku osiągnie wartość 81 mld euro po wzrostach na poziomie ok. 2 proc. rocznie. W Polsce dynamika ta jest znacznie większa. Polskie szkółki dzięki trudniejszym warunkom klimatycznym dostarczają rośliny w niemal każdy zakątek świata, ale coraz więcej krzewów kupują także sami Polacy. Problemem na rynku jest logistyka, która zapewniłaby szybki transport roślin. Ma to zmienić platforma Greenery, której premiera planowana jest na koniec sierpnia.

Wartość rynku ogrodniczego przewiduje się na 81 mld euro w 2019 roku. Wzrost ma wynieść ok. 2 proc. rocznie. Jeśli chodzi o Polskę, jest to rynek niezmiennie rosnący – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marzena Bartosiewicz, właścicielka Centrum Ogrodniczego Hortorus i założycielka platformy Greenery.

Jak wynika z danych „Biznesu Ogrodniczego” przytaczanych przez Greenery, sprzedaż roślin w Europie Zachodniej generuje ponad połowę obrotów w całej kategorii gardening, podczas gdy w Europie Wschodniej jest to 35 proc., a w Polsce – mniej niż 20 proc. To pokazuje duży potencjał wzrostu.

Branża ogrodnicza ma przed sobą dobre perspektywy. Coraz więcej ludzi przeprowadza się do domów jednorodzinnych i dba o przydomowe ogródki. Uprawiamy własne owoce i warzywa, co wpisuje się w trend zdrowego stylu życia. Ważnym klientem są także działkowicze. Choć wydatki Polaków na zieleń są wciąż niższe niż w krajach europejskich, to systematycznie rosną. Duże znaczenie ma także eksport. Polskie szkółki dostarczają rośliny do krajów na całym świecie. Dzięki temu, że warunki klimatyczne są mniej korzystne niż na zachodzie Europy, to wiele z uprawianych u nas roślin jest bardziej odpornych. Dlatego polskie szkółki mogą zaopatrywać także chłodniejsze obszary.

Eksperci podkreślają, że kluczem do sukcesu na rynku jest szeroki i ciekawy asortyment oraz wysoka jakość roślin.

Największą bolączką branży ogrodniczej w kontekście roślinnym jest sprawna logistyka, aby polska produkcja roślinna, której nie musimy się wstydzić na tle krajów europejskich, szybko trafiała do naszych centrów ogrodniczych. O ile jeśli chodzi o produkcję nie odstajemy od konkurencji, o tyle logistyka pozostawia wiele do życzenia – wskazuje Bartosiewicz.

Jak podkreśla ekspertka, w Polsce wyzwaniem dla producentów roślin jest sprawne zaopatrywanie centrów ogrodniczych. Hurtownicy mogą obejrzeć rośliny podczas targów, przeważnie w formie kompozycji z roślin, lub skorzystać z oferty przedstawionej na stronie internetowej. Jak jednak tłumaczy Bartosiewicz, kupowanie w ten sposób roślin przypomina jednak trochę kupowanie kota w worku.

– Rośliny są kupowane w ciemno, bo nie zawsze parametry wskazywane przy opisie tej rośliny naprawdę mówią o jej jakości. Przez to hurtownicy nie kupują roślin tak często, jak mogliby to robić. Brakuje elementu kupowania pod wpływem impulsu, który zawsze nakręca handel w każdej dziedzinie – przekonuje Marzena Bartosiewicz.

Wraz z branżową wystawą „Zieleń to życie”, która rozpocznie się w Warszawie 31 sierpnia, ruszy platforma Greenery, która ma uzupełnić brakujący kanał dystrybucji i ułatwić decyzję zakupową. Ma łączyć odbywające się na żywo targi roślin oraz platformy sprzedażową online. Greenery będzie organizować targi: producenci, którzy przedstawiają rośliny, deklarują ich liczbę i asortyment, a po targach dostarczają zamówiony towar do centrum logistycznego Greenery. Odbiorcy hurtowi zyskają dostęp do pełnej informacji o roślinie, a jeśli nie będą mogli wziąć udziału w targach – możliwość zakupu roślin online na podstawie rzeczywistych zdjęć partii roślin. To także duże ułatwienie dla producentów.

 Rozwój i pozytywne przyjęcie tego rozwiązania na rynku jako nowego kanału dystrybucji nie tylko wpłynie na poziom satysfakcji klientów detalicznych, lecz także poszczególnych ogniw. Producentom pozwoli trafić do klientów, których nie mają w swojej bazie danych, często nie mogą oni dostarczyć swoich produktów na drugi koniec Polski, ponieważ koszty logistyczne zabijają taki pomysł. Dzięki tej platformie będą mogli sprzedać swoją produkcję nie tylko w Polsce, lecz także do krajów ościennych – tłumaczy założycielka platformy Greenery.

W ten sposób polscy producenci będą mogli szerzej zaistnieć na zagranicznych rynkach. W 2016 roku wartość eksportu sadzonek i roślin sięgnęła blisko 360 mln zł, a wraz z grzybnią ponad 640 mln zł (dane GUS).

 Inną korzyścią dla producentów jest skrócenie czasu dostawy do centrów ogrodniczych, usprawnienie formalności, mimo że jest wielu klientów, wystawiają jedną fakturę. Następną jest możliwość sprawnego wprowadzenia na rynek nowości roślinnych, które po przetestowaniu w opinii szkółkarzy są cennymi nasadzeniami. Dzięki projektowi Greenery hurtowi odbiorcy będą mogli kupować je na targach – przekonuje Marzena Bartosiewicz.

Na rowerze jeździ 70 proc. Polaków. Kolarstwo staje się równie popularne jak piłka nożna i siatkówka

Na rowerze jeździ 70 proc. Polaków. Kolarstwo staje się równie popularne jak piłka nożna i siatkówka 9

Z sondażu CBOS wynika, że na rowerach jeździ już 70 proc. Polaków. Między innymi dzięki temu ta dziedzina sportu staje się równie popularna jak piłka nożna czy siatkówka. Wpływ na to mają także sukcesy polskich kolarzy. Wyścig Tour de Pologne co roku przyciąga kilka milionów widzów na żywo i przed telewizorami. Minister sportu Witold Bańka podkreśla, że podstawą kolejnych sukcesów w tym sporcie jest szkolenie młodych zawodników. Temu mają służyć takie inicjatywy jak Nutella Mini Tour de Pologne, którego dziesiąta edycja rozpoczyna się w najbliższą sobotę.

– W Polsce kolarstwo cieszy się dużą popularnością, bo ma przepiękną historię. Mamy mistrzów świata, mistrzów i wicemistrzów olimpijskich. Był moment załamania, ale teraz znów mamy świetnych zawodników jak Rafał Majka, Michał Kwiatkowski, Kaśka Niewiadoma, Łukasz Wiśniowski czy Maciej Bodnar. Rower przeżywa renesans, a prawie 10 mln Polaków deklaruje, że jeździ na rowerze, bo sprawia im to przyjemność – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Czesław Lang, wicemistrz olimpijski oraz dwukrotny medalista mistrzostw świata w kolarstwie, dyrektor generalny Tour de Pologne UCI World Tour.

Rower cieszy się ogromną popularnością. Jak pokazał kwietniowy sondaż CBOS, z jednośladów korzysta 70 proc. Polaków – większość rekreacyjnie, ale dla jednej trzeciej rower jest narzędziem ćwiczeń, które ma zapewnić zdrowie fizyczne, a 5 proc. uprawia kolarstwo wyczynowo. Chociaż to piłka nożna uważana jest za najpopularniejszą w Polsce dyscyplinę, do miana sportu narodowego aspiruje też kolarstwo.

– Mamy za sobą świetne igrzyska olimpijskie, gdzie zdobyliśmy dwa medale i cztery miejsca finałowe, oraz świetny występ naszych torowców na mistrzostwach świata w Hongkongu. Mamy szosowców na najwyższym światowym poziomie. To wszystko sprawia, że przyszłość przed tą dyscypliną sportu jest fantastyczna – uważa minister sportu i turystyki Witold Bańka.

Minister sportu zauważa, że dzięki zwiększeniu środków finansowych przeznaczonych na tę dyscyplinę sportu kolarstwo w Polsce się rozwija, a coraz większy nacisk kładziony jest na szkolenie młodych kadr.

– Powstały szkółki kolarskie: w 2016 roku było 148 szkółek, w których regularnie trenowało ponad dwa tysiące dzieci. Teraz będzie ich zdecydowanie więcej. Polski Związek Kolarski uruchamia wojewódzkie ośrodki szkoleniowe, do tego dochodzi szkolenie kadr narodowych. To pełna piramida szkoleniowa, której zadaniem jest przygotowanie młodych ludzi do sportu wyczynowego na najwyższym poziomie – mówi Witold Bańka.

Młodzi zawodowcy szkolą się też podczas Nutella Mini Tour de Pologne – największej w Europie imprezy kolarskiej dla dzieci i młodzieży. Właśnie startuje po raz dziesiąty. Tegoroczna edycja będzie gościć łącznie w sześciu miastach Polski (w Krakowie, Katowicach, Szczyrku, Zabrzu, Rzeszowie, Zakopanem). Dotychczas w Nutella Mini Tour de Pologne wzięło już udział ponad 12 tys. młodych miłośników dwóch kółek, a część z nich została profesjonalnymi sportowcami.

– Poprzez takie imprezy i kontakt ze sportowcami dzieci mają okazję poznać tę dyscyplinę. Warto ją upowszechniać, łącząc to z promocją i zachęcaniem młodych ludzi do trenowania. Dzisiaj nie jest ważne, ilu z tych młodych ludzi zostanie sportowcami wyczynowymi. Ważne, żeby zarazić ich pasją, miłością do sportu, a na pewno w przyszłości pojawi się kilku zawodników na najwyższym, światowym poziomie – mówi minister Witold Bańka.

– Na tej imprezie pierwsze kroki stawiali między innymi Michał Kwiatkowski, aktualny mistrz świata zawodowców, Rafał Majka i Kasia Niewiadoma. Mini Tour de Pologne odkrywa nowe talenty. W każdej edycji przewija się około 3,5–4 tys. dzieciaków. Startują w tej samej atmosferze i w tej samej oprawie, w której jadą później zawodowcy. Jest takie samo zainteresowanie mediów, takie samo podium do dekoracji zwycięzców. Dla tych dzieci to naprawdę wielka frajda – dodaje Czesław Lang.

Wicemistrz olimpijski oraz dwukrotny medalista mistrzostw świata zaznacza, że celem imprezy jest nie tylko promocja kolarstwa, lecz także wychowanie poprzez sport. Podczas Nutella Mini Tour de Pologne młodzi zawodnicy mogą przez chwilę poczuć się jak wyczynowi sportowcy, bo wyścigi odbywają się na kilkukilometrowym odcinku trasy Tour de Pologne UCI World Tour, który pokonują najlepsi kolarze na świecie. Natomiast zwycięzcy są dekorowani na tym samym podium, na którym stają triumfatorzy Tour de Pologne.

Największej w Europie imprezie kolarskiej dla młodzieży od wielu lat patronuje Michał Kwiatkowski – obecnie zawodnik profesjonalnej drużyny kolarskiej Team SKY i mistrz świata w wyścigu ze startu wspólnego z 2014 roku, który pierwsze kroki w tej dyscyplinie stawiał właśnie podczas Nutella Mini Tour de Pologne.

Młodzi zawodnicy wystartują w nich z podziałem na płeć i trzy kategorie wiekowe: 8–10 lat, 11–12 lat oraz 13–14 lat. Trzecia grupa jest zamknięta i przeznaczona wyłącznie dla młodzieży z licencją kolarską. Natomiast w dwóch młodszych grupach wiekowych każde dziecko może spróbować swoich sił na wyznaczonej trasie. Jak podkreśla Czesław Lang, dla wielu z nich może to być początek nowej pasji.

W przyszłym roku ruszy giełda EraCoinów. Pierwsza polska kryptowaluta niedługo zostanie zaprezentowana w USA

W przyszłym roku ruszy giełda EraCoinów. Pierwsza polska kryptowaluta niedługo zostanie zaprezentowana w USA 10

EraCoiny to pierwsza na świecie kryptowaluta, która ma być prosta w obsłudze, a jej pozyskanie tańsze i łatwiejsze niż w przypadku innych wirtualnych walut. Aplikacja sama naliczy walutę, a następnie wymieni ją na rabaty w e-sklepie. Koncept stworzyła polska spółka Bit Evil, która w połowie lipca zaliczyła jeden z najgorętszych w tym roku debiutów giełdowych. Teraz rozpoczyna podbój globalnego rynku. W 2018 roku zamierza otworzyć giełdę EraCoinów.

 Aplikacja EraCoin powinna być gotowa w ciągu dwóch miesięcy. Będziemy ją udoskonalać, podpisywać kontrakty z producentami i dystrybutorami, zdobywać nowych użytkowników. Zależy nam oczywiście na rynkach międzynarodowych, co oznacza, że chcemy sprawdzić wszystko w Polsce, a następnie eksportować nasze produkty – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maria Belka, prezes zarządu Bit Evil.

Założona w połowie 2015 roku spółka Bit Evil specjalizuje się w innowacyjnych rozwiązaniach informatycznych i marketingu internetowym. Zarządza nią Maria Belka, córka byłego premiera, ministra finansów i prezesa NBP Marka Belki. W portfolio Bit Evil znajduje się aplikacja EraCoin. Działa ona na zasadzie programu lojalnościowego. Użytkownik ściąga aplikację, która zaczyna naliczać mu EraCoiny – walutę, którą specjalny algorytm przelicza następnie na rabaty w sklepach.

– W praktyce wygląda to tak, że użytkownik ściąga aplikację i po prostu czeka, aż system naliczy mu wystarczającą liczbę EraCoinów, żeby wchodząc do sklepu, mógł zobaczyć zniżki przy oferowanych produktach. Przykładowo, jeśli po tygodniu zgromadził 100 ERC, to może kupić produkt o cenie rynkowej 100 zł z 10-proc. rabatem. Gromadząc EraCoiny, przeciętny Kowalski będzie mógł kupować produkty ze zniżką od 5 do 90 proc. Ofertę będziemy powiększać wraz z rozwojem całego systemu – tłumaczy Maria Belka.

Aplikacja działa w tle, co oznacza, że użytkownik nie musi aktywnie z niej korzystać. Aby gromadzić EraCoiny, nie musi też nigdzie się rejestrować.

Jak na razie aplikacja EraCoin została udostępniona wybranemu gronu użytkowników w wersji testowej. Maria Belka informuje, że powszechnie dostępna będzie już za kilka miesięcy, w IV kwartale tego roku. Będzie można pobrać ją pobrać ze strony internetowej, AppStore i Google Play.

– EraCoin to kryptowaluta, z której może korzystać każdy, kto ma smartfon. BitCoiny, które wszyscy znamy, są bardzo skomplikowane i dostępne dla bardzo okrojonej grupy użytkowników. Natomiast EraCoin będzie dla wszystkich. Nasz pomysł na kryptowalutę to odwrócenie mechanizmu marketingu tak, aby budżety reklamowe trafiały wprost do portfeli klientów zainteresowanych danym produktem – wyjaśnia Maria Belka.

– W 2018 roku planujemy uruchomić giełdę EraCoinów, która będzie dostępna dla wszystkich zainteresowanych – zapowiada Maria Belka.

Aplikacja EraCoin najpierw przejdzie fazę testów w Polsce, a potem trafi na globalny rynek. W drugiej połowie tego roku zostanie zaprezentowana za granicą.

 Zaczniemy od USA, następnie planujemy roadshow w Finlandii i Portugalii. W tym roku jedziemy do Azji, zobaczymy, jak nasz koncept będzie odpowiadał tamtejszym rynkom – mówi Maria Belka.

Obok EraCoinów drugim sztandarowym produktem z portfolio Bit Evil jest Brand Sabbath – platforma łącząca firmy z influencerami. Za jej pośrednictwem marka może zlecić blogerowi czy vlogerowi przeprowadzenie akcji reklamowej w konkretnych kanałach społecznościowych. Następnie algorytm przelicza jej skuteczność na pieniądze, które są przelewane do jego wirtualnego portfela.

– Chcemy mierzyć ruch w internecie i wprowadzić inne akcje, nie tylko pozyskiwanie leadów i liczby klików. Klientom zależy na efektach. Wierzymy, że Brand Sabbath rozwinie się dzięki temu, że będzie duże zainteresowanie wśród blogerów i twórców internetu, którzy wcześniej nie mieli szans zarabiania na swojej aktywności – mówi Maria Belka.

Prezes zarządu Bit Evil przyznaje jednak, że influencerzy niechętnie i z dużą dozą ostrożności podchodzą do takich konceptów. Dlatego transparentność jest jedną z najważniejszych zalet Brand Sabbath.

– Myślę, że nasz zautomatyzowany, transparentny system pozwoli uwierzyć influencerom, że można zarabiać w sieci na tym, co się wypracowało –podkreśla Maria Belka.

W portfolio Bit Evil znajduje się jeszcze kilka projektów. Jest to m.in. Sorry Coach – narzędzie dla fanów sportu, którzy za jego pomocą mogą kreować własne marki odzieżowe, platforma sprzedażowo-marketingowa The Ahoy oraz Fuki Stuff – internetowy sklep stworzony we współpracy z Fukari, młodą artystką, która zdobyła międzynarodową sławę.

Prezes spółki podkreśla, że rozwój takich internetowych konceptów determinuje zainteresowanie użytkowników – jeżeli produkt będzie dla nich wygodny i funkcjonalny, to z pewnością przy nim zostaną.

– Jeśli poczują, że mogą na tym faktycznie zarabiać albo kupować tańsze i ciekawsze produkty, to na pewno z nami zostaną. Wówczas bariera wejścia będzie na tyle wysoka, że nawet konkurencja nam nie zagrozi – ocenia Maria Belka.

W połowie lipca spółka Bit Evil zaliczyła bardzo udany debiut na małym parkiecie – w szczytowym momencie jej wycena na NewConnect uległa podwojeniu. Aktualnie zamierza się skupić na rozwijaniu dotychczasowych projektów i nie planuje się angażować w nowe przedsięwzięcia.

 Debiut wyszedł nieźle, zaspokoił oczekiwania nawet tych bardziej wymagających. Myślę, że chwilę poczekamy na kolejne. Na razie mamy wystarczająco dużo pracy i nie będziemy porywać się na wielkie projekty. Na pewno będziemy pomagać inkubować się influencerom, szczególnie początkującym pisarzom czy sportowcom. Cały czas poszukujemy ciekawych, młodych, zdolnych osób, które chętnie promują się w internecie, mają swoje zasoby i talenty, które mogą pokazać w sieci – zapowiada Maria Belka.

Spółka założona w sierpniu 2015 roku przekroczyła próg rentowności już w 2016 roku, po pierwszym pełnym roku działalności.

Kraje azjatyckie szansą dla polskich producentów żywności. Eksport na rynki rozwijające się rośnie najszybciej

Kraje azjatyckie szansą dla polskich producentów żywności. Eksport na rynki rozwijające się rośnie najszybciej 11

O ponad jedną czwartą zwiększył się eksport polskich produktów rolno-spożywczych na pozaeuropejskie rynki rozwijające się w pierwszym kwartale 2017 roku. To wzrost dwuipółkrotnie wyższy niż eksport tych wyrobów ogółem. Rynki azjatyckie czy afrykańskie kryją w sobie pod tym względem duży potencjał wzrostu, gdyż Europa jest już polską żywnością nasycona.

 Na sposób postrzegania polskiej żywności wskazują przede wszystkim wyniki jej sprzedaży za granicę, a te były na bardzo wysokim poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Przybył, prezes zarządu Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. – Do 2015 roku mieliśmy stały przyrost wzrostu sprzedaży, on lekko osłabł w ostatnim roku, ale masowo cały czas jest to bilans dodatni. Produkcja rolno-spożywcza wyraźnie odznacza się na tle wszystkich innych dziedzin eksportu Polski.

Eksport produktów rolno-spożywczych w I kwartale 2017 roku wzrósł o 10,3 proc. wobec analogicznego okresu 2016 r., jak podaje Główny Urząd Statystyczny. W tym czasie polscy producenci żywności wyeksportowali towary o wartości 27,6 mld zł. Tym samym udział eksportu żywności w całkowitym eksporcie wzrósł do 13 proc. z 12,8 proc. rok wcześniej. Eksport wyrobów rolno-spożywczych do krajów rozwiniętych zwiększył się o 8,1 proc., w tym do krajów UE o 7 proc., do krajów Europy Środkowo-Wschodniej o 15,2 proc., natomiast do państw rozwijających się skoczył o 27,6 proc.

 Niewątpliwie wpływ na wzrost sprzedaży produktów rolno-spożywczych ma cena, ale w ostatnim okresie coraz bardziej zwracamy uwagę na jakość. Szczególnie ważny przy polskiej produkcji rolno-spożywczej jest stosunek ceny do jakości, który wyraźnie odróżnia się od zagranicznych – komentuje Krzysztof Przybył. – Po latach rozpychania się na rynku UE można powiedzieć, że ugruntowaliśmy tam swoją pozycję. Jest ona silna i ma perspektywę dalszego rozwoju, niemniej tutaj wielkich przyrostów nie osiągniemy. Dlatego poszukujemy nowych rynków zbytu, a naturalne kierunki to dziś Azja i Afryka. Mam nadzieję, że osiągniemy tam spektakularny sukces.

Jak wynika z danych ARR, wagowo między styczniem a kwietniem z Polski wyeksportowano o 11 proc. więcej wieprzowiny niż rok wcześniej (wartościowo wzrost o niemal jedną czwartą) natomiast zbóż i ich przetworów sprzedano za granicę o 27 proc. więcej za przychody wyższe o 14 proc.

Polski rząd w swoich działaniach mających na celu promocję polskich wyrobów za granicą za kraje szczególnie dobrze rokujące jako rynki zbytu uznał Algierię, Indie, Iran, Meksyk i Wietnam. Polski eksport ogółem do Meksyku wzrósł w I kwartale o ponad 46 proc., do Iranu o niemal 170 proc., do Indii o 15,5 proc., zaś do Wietnamu o 41 proc.

 Rynki azjatyckie, oprócz masowego zapotrzebowania na produkty, które nie są sprzedawalne w kraju, czyli tzw. odrzuty, mają wielką szansę się rozwijać. Społeczeństwa azjatyckie bogacą się, potrzebują więc lepszych produktów, a wśród nich na pewno mogą znaleźć się wysokiej jakości produkty polskie –wyjaśnia prezes Fundacji „Teraz Polska”. – Mam nadzieję na dalsze dobre efekty pracy, jaką wykonuje rząd i organizacje samorządu gospodarczego, zarówno poprzez uczestnictwo w różnego rodzaju targach czy misjach, jak i poprzez ciężką pracę handlowców w danych przedsiębiorstwach.

Jak podkreśla, wsparcia potrzebują głównie małe i średnie firmy.

– Wielcy producenci korzystają często ze swoich sieci dzięki temu, że weszli na rynki zachodnie i poprzez tamtejsze sieci mogą eksportować swoje produkty na inne rynki – mówi Krzysztof Przybył.

Poziom nasłonecznienia można sprawdzić w dowolnym miejscu w Polsce. Służą do tego specjalne mapy

Poziom nasłonecznienia można sprawdzić w dowolnym miejscu w Polsce. Służą do tego specjalne mapy 12

W Polsce istnieją dobre warunki do rozwoju energetyki słonecznej, ale w zależności od położenia geograficznego w przypadku konkretnych lokalizacji mogą się one mocno różnić. Dlatego przydatne są mapy potencjału solarnego, które pozwalają dokładnie określić możliwości wykorzystania energetyki słonecznej w danej miejscowości czy gminie. Szczegółowe analizy pomagają wytypować optymalne lokalizacje do zainstalowania modułów fotowoltaicznych i gwarantują szybszy zwrot poniesionych kosztów. 

Analiza nasłonecznienia, zacienienia i ilości światła, które dociera na Ziemię, pozwala zwiększyć wydajność instalacji fotowoltaicznych i kolektorów słonecznych, a także pomaga w ich wyborze i lokalizacji w zależności od położenia danego budynku. Tego typu rozwiązania umożliwiają też obliczenie rocznej sumy usłonecznienia np. na dachu budynku. Technologia przeznaczona jest przede wszystkim dla gmin, których mieszkańcy dzięki kilku kliknięciom klawiszem myszki będą w stanie sprawdzić, na których budynkach najlepiej zainstalować słoneczną mikroelektrownię.

Ta usługa ma na celu ułatwienie dostępu do informacji dotyczących potencjalnego rocznego wolumenu produkcji dla każdego mieszkańca. Chodzi o jak najprostsze dotarcie do tych informacji. Każdy mieszkaniec może wykonać tego typu obliczenia na własną rękę, jednak będzie to wymagało od niego większych poszukiwań informacji oraz wykonania osobistych obliczeń, jeśli chodzi o kąt nachylenia dachu oraz obiekty które znajdują się w bezpośrednim pobliżu danej lokalizacji – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr inż. Mateusz Lisowski, prezes zarządu Enetech.

Jak przekonuje ekspert, fotowoltaika jest tą gałęzią odnawialnych źródeł energii, która ma się szanse najlepiej sprawdzić w naszym kraju.

Polska jest dobrym miejscem do inwestycji w instalacje fotowoltaiczne. Sprawność wytwarzania energii w ogniwach fotowoltaicznych jest odwrotnie proporcjonalna do temperatury, w związku z czym wysoka temperatura ogranicza sprawność produkcji energii. Idealna sytuacja dla produkcji energii w ogniwach fotowoltaicznych to chłodne miejsca o sporym nasłonecznieniu. Wbrew pozorom Europa Środkowa i północ kontynentu jak najbardziej nadają się do wykonywania instalacji fotowoltaicznych i jest to opłacalne – wskazuje Mateusz Lisowski.

Z raportu „Rozwój polskiego rynku fotowoltaicznego w latach 2010–2020” przygotowanego przez Stowarzyszenie Branży Fotowoltaicznej Polska PV wynika, że łączna moc zainstalowana w polskich elektrowniach fotowoltaicznych osiągnęła pod koniec roku 2016 pułap niemal 75 MWp, z czego ponad 90 proc. to moc przyłączona w mikroinstalacjach. W Polsce fotowoltaika rozwija się stabilnie niezależnie od regionu.

Stopień nasłonecznienia poszczególnych obszarów w Polsce jest w miarę jednolity, jednak na pewno najlepsze nasłonecznienie to okolice Pomorza, Wielkopolski, południowego Mazowsza oraz górskie okolice na samym południu. Tam jednak bardzo trzeba zwracać uwagę na ukształtowanie terenu – przypomina prezes Enetech.

Szacuje się, że potencjał energetyczny w Polsce to ok. 1 tys. kWh, które można pozyskać z 1 mkw. Wytwarzanie energii ze słońca jest znacznie tańsze dla przeciętnego konsumenta, pozwala też w pewnym stopniu uniezależnić się od sieci energetycznej.

Koszt inwestycyjny instalacji fotowoltaicznej jest bardzo zależny od wykonawcy oraz dostawcy baterii fotowoltaicznych, niemniej jednak można przyjąć, że wynosi on około 68 tys. złotych netto za 1 kWp mocy [kWp to jednostka mocy maksymalnej instalacji – red.]. Czas zwrotu instalacji domowych, ok. 3 kWp, to 1011 lat, przy czym jest to czas zwrotu bez dofinansowania – zaznacza Mateusz Lisowski. – Jeśli chodzi o samą produkcję, można powiedzieć że 1 kWp mocy w polskich warunkach wyprodukuje około 1 tys. kWh energii rocznie. 

Coraz popularniejsze w Polsce stają się jednak programy parasolowe, gdzie to gmina pozyskuje środki, a następnie wydatkuje je na budowę mikroinstalacji wśród mieszkańców, z których ci mogą nieodpłatnie korzystać, a po kilku latach stają się ich właścicielami. W takim przypadku koszty mogą się zwrócić już po 3-4 latach.

W Wielkiej Brytanii Polacy pracują na minimalnych stawkach. Ich wynagrodzenie jest niemal dwukrotnie niższe niż zarobki w Niemczech

W Wielkiej Brytanii Polacy pracują na minimalnych stawkach. Ich wynagrodzenie jest niemal dwukrotnie niższe niż zarobki w Niemczech 13

Rosną wynagrodzenia Polaków pracujących w Niemczech – wynika z raportu Grupy Euro-Tax.pl, który objął emigrantów transferujących środki do kraju. Ich zarobki w tym kraju podobnie jak w Austrii są tylko nieco niższe niż tamtejsze średnie płace, a w Wielkiej Brytanii oscylują w okolicach minimalnego wynagrodzenia. Mimo że na Wyspach pracuje najwięcej Polaków, to łączne ich zarobki były niemal dwukrotnie niższe niż w Niemczech. W sumie ubiegłoroczne wynagrodzenia emigrantów były niższe niż w 2015 roku.

– Polacy zarabiają średnio w Unii Europejskiej ok. 300 zł brutto mniej niż w 2015 roku. Aby jednak prawidłowo to ocenić, musimy wejść w detale i popatrzeć na każdy kraj osobno – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Powiertowski, prezes Euro-Tax.pl.

Z raportu Grupy Euro-Tax.pl wynika, że średnie zarobki Polaków pracujących w Unii Europejskiej wyniosły blisko 6,7 tys. zł miesięcznie, przy ponad 7 tys. rok wcześniej. W tym czasie w Polsce średnie wynagrodzenie wzrosło o 3,8 proc. W skali roku to 0,1 mld mniej. Łącznie w całej Europie polscy emigranci zarobili w ubiegłym roku 120 mld zł, czyli ok. 6,5 proc. polskiego PKB. Z tego 77 mld zł przypada tylko na sześć krajów: Austrię, Belgię, Holandię, Irlandię, Niemcy i Wielką Brytanię. Od wejścia Polski do UE zarobki przekroczyły 1,2 bln zł.

 Numerem jeden w Europie według naszego raportu jest rynek niemiecki, gdzie notujemy bardzo duży wzrost zarobków. W 2016 roku Polacy zarobili tam 42 mld zł – to wzrost o ponad 40 proc. Dobrze rozwija się też Austria. Nie jest to jeszcze rynek, gdzie emigracja jest taka jak w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech, natomiast mamy tam najwyższe średnie zarobki, ponad 12 tys. zł brutto miesięcznie – wskazuje Powiertowski.

Choć najwięcej Polaków pracuje w Wielkiej Brytanii (720 tys.), to w Niemczech emigranci (655 tys.) zarobili niemal dwukrotnie więcej (42 mld zł przy 22 mld zł). Zarobki za naszą zachodnią granicą najszybciej też idą w górę. Wzrost w skali roku sięgnął 46 proc. Średnie wynagrodzenie Polaków pracujących w Niemczech wyniosło blisko 10,9 tys. zł. Na stabilnym poziomie utrzymują się zarobki w Holandii (6,1 tys. zł), Belgii (6,8 tys. zł) i Irlandii (6,4 tys. zł). W Wielkiej Brytanii zarobki zaś spadły o 20 proc. do średniego poziomu 5,4 tys. zł.

 W Wielkiej Brytanii, Irlandii, Holandii i Belgii najczęściej średnie zarobki Polaków to płaca minimalna. Jeśli weźmiemy pod uwagę te kraje, gdzie polskie firmy delegują swoich specjalistów, informatyków, inżynierów, np. na kontrakty budowlane, Polacy zarabiają znacznie więcej niż płaca minimalna, ale to ciągle mniej niż średnia płaca w danym kraju. W Wielkiej Brytanii Polacy pracują na minimalnych kwotach – tłumaczy prezes Euro-Tax.pl.

Jak podkreśla, nie dotyczy to osób, które osiadły w Wielkiej Brytanii, pracują i mieszkają tam ze swoimi rodzinami, a osób, które pracują za granicą i transferują środki do kraju. To ich bowiem objął raport. Różnica między tymi dwiema grupami polega także na tym, co stanie się z nimi po brexicie.

 W Wielkiej Brytanii jest bardzo duża, osiadła grupa migrantów, której brexit nie będzie dotyczył. Natomiast dla tej grupy Polaków, którzy pracują w Wielkiej Brytanii i którzy transferują środki do Polski, brexit może mieć jednak negatywny wpływ. Wszyscy czekają na to, jakie będą przepisy migracyjne po brexicie. Jeżeli nie będą korzystne dla Polaków, to nasi migranci będą szybko zmieniać miejsce pracy na przykład na Niemcy – ocenia Adam Powiertowski.

J. Gowin: każdą złotówkę wydaną na rozwój i badania będzie można odpisać od podatku. To wielka szansa na wsparcie innowacyjności w Polsce

J. Gowin: każdą złotówkę wydaną na rozwój i badania będzie można odpisać od podatku. To wielka szansa na wsparcie innowacyjności w Polsce 14

Od stycznia 2018 roku przedsiębiorcy inwestujący w badania i rozwój będą mogli uzyskać zwrot podatku na poziomie 100 proc. kwoty przeznaczonej na te aspekty działalności firmy. Podobne programy działają już od lat w innych krajach, choć na przykład w Wielkiej Brytanii maksymalna kwota zwrotu nie przekracza 70 proc. Dzięki drugiej ustawie o innowacyjności Polska może stać się krajem, w którym przedsiębiorstwa w wyraźny będą zwiększać wydatki na badania i rozwój (B+R).

Od początku tego roku obowiązuje ustawa przygotowana przez nasz resort we współpracy z innymi ministerstwami, przede wszystkim Ministerstwem Rozwoju i Finansów. Tam są wprowadzone po raz pierwszy w Polsce realne i duże ulgi podatkowe dla tych przedsiębiorców, którzy inwestują we współpracę z nauką. Kończymy także prace nad drugą ustawą o innowacyjności, ona przede wszystkim zdecydowanie zwiększy skalę ulg, od 1 stycznia 2018 każdą złotówkę zainwestowaną w badanie i rozwój, przedsiębiorca będzie mógł odpisać od podatku, dzięki temu staniemy się jednym ze światowych liderów pod względem wsparcia innowacyjności mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jarosław Gowin, wiceprezes Rady Ministrów, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Niezależnie od prac nad nową ustawą na początku tego miesiąca Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłosiło powstanie specjalnego programu doktoratów wdrożeniowych, który wspiera działania młodych naukowców. Celem tej inicjatywy to kształcenie przyszłych naukowców, którzy swoją pracą akademicką przyczyniają się do powstania nowych technologii. Ministerstwo chce także wspierać przedsiębiorców zgodnie z Planem na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju.

Osobna sprawa to reforma instytutów badawczych. Instytuty badawcze powinny być naukowym zapleczem Planu Odpowiedzialnego Rozwoju. Chcemy połączyć grupę kilkudziesięciu instytutów badawczych w sieć, te instytuty będą ściśle współpracować przy realizacji planu premiera Morawieckiego – podkreśla wicepremier.

W ramach długofalowej strategii ministerstwu udało się rozwiązać problemy związane z tzw. centrami transferu technologii. Niedługo naukowcy pracujący nad nowymi technologiami w ośrodkach akademickich będą wstanie przejmować swoją własność intelektualną w celu jej komercjalizacji.

Zarobki na uczelniach są dramatycznie niskie, to się nie zmieni w najbliższym czasie, mówię to uczciwie, z bólem. Ale możliwości budżetu nie przewidują tego, aby doszło do systemowych podwyżek płac na uczelniach, natomiast niedawno mogłem ogłosić ustalenie, które zapadło na szczytach koalicji rządzącej, ustalenie przyjęte także przez ministra finansów, czyli premiera Morawieckiego, że w przyszłorocznym budżecie znajdzie się dodatkowy miliard środków na naukę. Na podwyżki dla wszystkich pracowników naukowych będziemy musieli jeszcze trochę poczekać – wyjaśnia Jarosław Gowin.

Już 1 października 2017 r. wejdzie w życie ustawa podpisana przez prezydenta Andrzeja Dudę pozwalająca na powołanie Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej. Podpis złożony 25 lipca tego roku pozwoli na ściągnięcie do Polski naukowców z całego świata do naszego kraju, w tym obywateli robiących kariery naukowe na uczelniach zagranicznych.

– Każda reforma musi kosztować, ale nasz rząd ma świadomość, że polskie uczelnie, zwłaszcza nauka, są bardzo niedoinwestowane. Na pewno nie należy się spodziewać manny z nieba, uczelnie nie zostaną nagle obsypane złotem. Wzrost nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę musi być skorelowany z podnoszeniem poziomu i z samoreformowaniem się uczelni. Będą dodatkowe pieniądze, będą reformy, a gdy będą efekty, tych pieniędzy będzie więcej – zapewnia wiceprezes Rady Ministrów.

Dotychczasowa możliwość zwrotu podatku dla przedsiębiorstw, które inwestowały w badania i rozwój, sięga poziomu 50 proc. wydatków. Od 1 stycznia 2018 r. firmy, które mocno inwestują w B+R, odczują więc dużą ulgę finansową.

Polski rynek finansowy wrażliwy na zawirowania na rynkach zagranicznych

Silne wzajemne powiązanie międzynarodowych rynków finansowych sprawia, że wszelkie zawirowania błyskawicznie przenoszą się do Polski. Ewentualny kryzys walutowy byłby u nas odczuwalny po 1 dniu, zaś turbulencje na rynkach akcji i obligacji maksymalnie po 5 dniach. Najgroźniejsze byłyby wstrząsy w strefie euro, a także na rynkach: brytyjskim, amerykańskim oraz chińskim – wynika z raportu „Kierunki 2017”przygotowanego przez DNB Bank Polska i firmę doradczą Deloitte. Jednak w dłuższej perspektywie skutki takiego kryzysu dla polskiej gospodarki będą łagodniejsze niż w krajach, z których nadszedł kryzys.

Polski rynek finansowy odczuwa wszelkie wstrząsy na zagranicznych rynkach, jednak ocena ich skutków jest skomplikowana. Sektor finansowy ma dużo większe obroty w porównaniu do realnej gospodarki. Ponadto, mnogość instrumentów finansowych na globalnych rynkach utrudnia śledzenie ich wzajemnych zależności. Jak wskazują autorzy raportu „Kierunki 2017. Negatywne szoki gospodarcze. Stress–testy polskiej gospodarki w 2017 roku”, zawirowania na światowych rynkach finansowych błyskawicznie przenoszą się do Polski.

Silne powiązania rynków finansowych sprawiają, że wszelkie szoki zewnętrzne są natychmiast odczuwalne w Polsce, zwłaszcza w przypadku strefy euro, USA czy Wielkiej Brytanii, ale także innych analizowanych państw (Chiny, Rosja, Turcja). W przypadku tąpnięcia kursów walut zajmuje to 1 dzień, zaś krach na rynku akcji i obligacji dociera do Polski maksymalnie po 5 dniach. Transakcje walutowe opierają się o przewidywaną reakcję rynków, więc inwestorzy błyskawicznie przenoszą swoje aktywa. Z kolei akcje i obligacje mają silniejsze powiązania z realną gospodarką, więc tempo rozprzestrzeniania się kryzysu zależy od mikro– i makroekonomicznych fundamentów gospodarki danego kraju.

Bardzo wrażliwy polski złoty

Analizując rynki walutowe, autorzy raportu śledzili wahania kursu złotówki do dolara. Następnie zaś badali, jak na wspomniany kurs wpływają notowania par walutowych, w których powiązano dolara z euro, brytyjskim funtem, chińskim juanem, rosyjskim rublem, turecką lirą i ukraińską hrywną.

– Z analizy wynika silne powiązanie kursu złotego z kursem euro i brytyjskim funtem; spadkowi wartości tych walut w stosunku do dolara będzie towarzyszyć osłabienie złotego względem amerykańskiej waluty. W przypadku pozostałych walut, ich wahania wobec kursu dolara skutkują analogicznym zachowaniem złotego wobec dolara (jedynie w przypadku tureckiej liry zależność jest odwrotna), choć siła ich wpływu jest mniejsza – mówi Katarzyna Piętka-Kosińska, ekonomistka Deloitte.

Rada Polityki Pieniężnej nie sygnalizuje zamiaru rychłego podniesienia stóp procentowych. Dlatego impulsy walutowe będą miały swoje źródło przede wszystkim w polityce Europejskiego Banku Centralnego i amerykańskiego Fed. Sytuacja gospodarcza w strefie euro poprawia się, a szacunki ECB wskazują na wzrost PKB w strefie euro sięgający 1,9 proc. w tym roku i 1,8 proc. w 2018 r. Stopy depozytowe wciąż są ujemne, co może wpływać na ożywienie akcji kredytowej wśród przedsiębiorstw, a przewidywane wzmocnienie w gospodarce światowej będzie sprzyjać eksportowi ze strefy euro. W przypadku USA, Fed podniósł w czerwcu stopy procentowe o 0,25 pkt proc. do poziomu 1 – 1,25 proc. Fed podtrzymał również zapowiedź kolejnej podwyżki. Może to zwiastować większą zmienność na rynkach walutowych w dalszej części tego roku.

Cena polskiego długu silnie związana z rynkami strefy euro

W przypadku obligacji, autorzy raportu  „Kierunki 2017. Negatywne szoki gospodarcze. Stress–testy polskiej gospodarki w 2017 roku”, posłużyli się rentownościami na rynku wtórnym 10-letnich obligacji skarbowych analizowanych krajów, oprócz Ukrainy (z powodu braku danych).

Rentowność polskich papierów skarbowych najsilniej powiązana jest z rynkami obligacji dużych gospodarek strefy euro; w mniejszym stopniu z brytyjskim i rosyjskim oraz w niewielkim z chińskim, amerykańskim i tureckim. Rentowność polskich papierów skarbowych podąża za notowaniami obligacji we wszystkich analizowanych krajach, za wyjątkiem Rosji. Jeśli w Niemczech rośnie rentowność rządowego długu, to rośnie także w Polsce. Jednak gdy jego rentowność rośnie w Rosji, to w Polsce koszt pożyczania przez rząd maleje. Oznacza to, że kiedy inwestorzy sprzedają niemieckie obligacje doprowadzając do wzrostu ich rentowności, to sprzedają również polskie wywołując podobny efekt. Jednak gdy wyprzedają oni obligacje rosyjskie, to za część uzyskanej w ten sposób gotówki kupują polskie papiery dłużne, co wobec wzrostu na nie popytu wpływa na obniżenie rentowności. Polska gospodarka jest postrzegana przez pryzmat innych gospodarek UE. Dlatego w przypadku zawirowań na rynku rosyjskim, nasze obligacje traktowane są jako pewniejsza inwestycja.

Równie mocne są wzajemne powiązania międzynarodowych rynków akcji, bowiem spadki na zagranicznych giełdach wpływają negatywnie na indeks WIG. Najsilniejsze wahania kursów są przede wszystkim rezultatem zmian w największych gospodarkach strefy euro (w kolejności: Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpanii), następnie w Wielkiej Brytanii, USA, Rosji, Chinach, Turcji i w minimalnym stopniu na Ukrainie.

Indeks warszawskiej giełdy odzwierciedla ścisłe relacje handlowe Polski z krajami UE. Z drugiej strony, niezwykle istotny jest globalny wpływ gospodarek USA i Chin oraz bliskość geograficzna Rosji, Turcji i Ukrainy. Dlatego właśnie spadek indeksu WIG następuje w ślad za przecenami akcji w tych krajach.

Polska szybko odreaguje potencjalny kryzys

Zdaniem autorów raportu  „Kierunki 2017. Negatywne szoki gospodarcze. Stress–testy polskiej gospodarki w 2017 roku”, w przypadku kryzysu w gospodarkach UE, Polska będzie najdłużej – bo aż 7 lat – odczuwać szok pochodzący z Włoch, Hiszpanii oraz Wielkiej Brytanii. Najsłabiej odczuwalny będzie skumulowany w ciągu 7 lat impuls kryzysowy z Niemiec i Francji, bowiem osłabienie dynamiki polskiego PKB w stosunku do ścieżki bazowej będzie obserwowane tylko w pierwszym roku kryzysu. W kolejnych latach polska gospodarka zacznie już kryzys „odreagowywać” i powróci na pierwotną ścieżkę wzrostu gospodarczego, choć PKB będzie na niższym poziomie niż przed kryzysem. Efekt ten należy tłumaczyć możliwościami, jakie te duże gospodarki oferują polskim przedsiębiorcom, w tym ich silnym powiązaniem z gospodarką światową.

Jeżeli kryzys nadejdzie ze strony krajów spoza UE, Polska zdecydowanie mocniej odczuje kryzys w Chinach i USA, niż w Rosji i na Ukrainie. Wynika to przede wszystkim z faktu, że amerykańska i chińska gospodarka mają kluczowy wpływ na globalny wzrost gospodarczy. Z kolei w przypadku Rosji i Ukrainy podstawowym czynnikiem jest geograficzna bliskość, a nie kondycja gospodarcza tych krajów.

Kurs euro najwyżej do franka od lutego 2016

Euro jest obecnie najsilniejsze do szwajcarskiego franka od lutego 2016. Ta relacja cieszy frankowiczów. Mocne euro i utrzymujące się dobre nastroje na rynkach globalnych znalazły bowiem przełożenie na ponowny spadek notowań CHF/PLN w okolice 3,80 zł. Jest szansa na przełamanie tego wsparcia.

W czwartek kurs EUR/CHF wzrósł 1,1192 i tym samym był najwyższy od lutego 2016 roku. Obecna fala wzrostów została zainicjowana w czerwcu, ale cały ruch swój początek miał miejsce w marcu na poziomie 1,0637. Euro umacnia się na fali bardzo dobrych wyników gospodarki strefy euro i oczekiwań na przyszłą normalizację polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny (ECB), przy znacznie słabszej koniunkturze w Szwajcarii. Dodatkowo, utrzymujący się w ostatnich miesiącach pozytywny klimat na rynkach finansowych osłabia franka, który tradycyjnie jest uznawany za tzw. bezpieczną przystań, czyli walutę zyskującą w niespokojnych czasach i tracącą gdy apetyt na ryzyko wśród inwestorów rośnie.

Słabnący w relacji do euro frank automatycznie przekłada się na spadek notowań CHF/PLN. Zapewne ku uciesze wszystkich posiadających kredyty mieszkaniowe denominowane w szwajcarskiej walucie. Dziś o godzinie 10:54 kurs CHF/PLN testował poziom 3,8085 zł, po tym jak w 2. dni spadł on o 6 groszy. Tym samym notowania wróciły w rejon silnego wsparcia na 3,80 zł, gdzie w maju i połowie lipca były powstrzymywane spadki. Zgodnie z teorią analizy wykresów, kolejny atak na wsparcie, szczególnie że ma on miejsce zaledwie nieco ponad tydzień od tego ostatniego, zwiększa prawdopodobieństwo jego pokonania. To wprawdzie musiałoby się wiązać z trwałym wybiciem EUR/CHF powyżej 1,12 zł, czemu będą towarzyszyć wciąż dobre nastroje na rynkach globalnych, ale to nie jest taki nierealny scenariusz. Stąd też obecnie pojawia się największe w ciągu ostatnich 3. miesięcy prawdopodobieństwo trwałego przełamania poziomu 3,80 zł i spadku CHF/PLN przynajmniej od 5 groszy.

Wykres dzienny CHF/PLN

Wykres dzienny CHF PLN

Co ciekawe, powyższy scenariusz dla CHF/PLN mógłby już dawno być zrealizowany, gdyby nie trwające zamieszanie wokół niekonstytucyjnych zmian w polskim sądownictwie, co spotkało się z krytyczną reakcją zarówno Unii Europejskiej, jak i USA.

Dobra koniunktura gospodarcza w Polsce, dobra sytuacja budżetu oraz dobre nastroje na świecie, w pełni uzasadniają kurs EUR/PLN w okolicach 4,18-4,20 zł. To poziomy testowane jeszcze przed tygodniem, zanim inwestorzy zaczęli uwzględniać ryzyko polityczne związane z atakiem na Sąd Najwyższy (zmianami w sądownictwie) i notowania euro wzrosły o 7 gr. Gdyby więc nie polska polityka, to przy obecnych poziomach EUR/CHF, za szwajcarską walutę płacilibyśmy teraz 3,74-3,76 zł. A więc najmniej od 15 stycznia 2015 roku (tzw. czarny czwartek), gdy Narodowy Bank Szwajcarii (SNB) zdecydował o zaprzestaniu interwencji walutowych w celu osłabienia franka, co skutkowało skokiem notowań CHF/PLN z poziomu 3,5455 zł do 4,3164 zł na koniec tego „czarnego” dnia.

Dzisiejszej stabilizacji CHF/PLN w pobliżu poziomów z wczorajszego zamknięcia, towarzyszy osłabienie złotego do euro i dolara. Przed południem za wspólna walutę trzeba było zapłacić 4,2650 zł, czyli o 1,6 gr więcej niż w środę. Dolar podrożał o 2 gr do 3,6370 zł

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Poszukiwanie wakacyjnej pracy – dlaczego może być niebezpieczne?

Lato to nie tylko okres odpoczynku i urlopów. Wiele osób podejmuje w nim sezonowe prace lub szuka nowego zatrudnienia. Warto wiedzieć, że część ogłoszeń rekrutacyjnych nie służy znalezieniu pracowników, ale wyłudzaniu danych osobowych kandydatów. Jak uniknąć zagrożenia nie rezygnując z aplikowania na ciekawe stanowiska – podpowiada dr Paweł Mielniczek, specjalista ds. ochrony danych z firmy ODO 24.

Fałszywe ogłoszenia o pracę są zwykle atrakcyjne finansowo, a proponowane w nich zarobki, często nie są adekwatne do zakresu obowiązków. Oferowane w nich stanowiska, a także sami pracodawcy, opisywane są w lakoniczny sposób. Większość z nich nie zawiera informacji pozwalających zidentyfikować ogłoszeniodawcę, zazwyczaj wskazany jest tylko profil działalności firmy – dodaje dr Paweł Mielniczek z ODO 24. Oszuści próbują poprzez takie ogłoszenia zdobyć zarówno dane osobowe osób aplikujących o pracę znajdujące się w CV, jak również wyłudzić kserokopie ich dowodów osobistych oraz informacje dotyczące kont bankowych i kart płatniczych.

W jaki sposób można się zabezpieczyć przed takimi działaniami? Najlepszym rozwiązaniem jest zachowanie spokoju, dokładne czytanie ogłoszeń i nieudostępnianie na etapie rekrutacji ważnych danych. Nigdy nie powinniśmy przekazywać ksera swojego dowodu osobistego, a dane dotyczące swojego konta bankowego bezpiecznie jest podawać dopiero przy podpisywaniu umowy o pracę. Po otrzymaniu odpowiedzi na aplikację, należy zwrócić uwagę, czy firma informuje nas o adresie swojej siedziby i pełnej nazwie. Jeśli tego nie robi, to powinien być to dla nas ważny sygnał ostrzegawczy. Warto pamiętać, że według Kodeksu pracy, na etapie rekrutacji wystarczy podanie imienia, nazwiska, imion rodziców, daty urodzenia, adresu do korespondencji oraz informacji o wykształceniu i przebiegu zatrudnienia. Inne dane podaje się tylko dobrowolnie. Ponadto należy także uważać na podawane przez ogłoszeniodawcę linki, ponieważ mogą prowadzić do niebezpiecznych stron – wskazuje ekspert ODO 24.

Sztuczna inteligencja wyeliminuje cię z rynku pracy? Sprawdź, czy nie jesteś na liście

Eksperci są zgodni: gros wykonywanych dziś zawodów odejdzie do lamusa. Według firmy analitycznej McKinsey & Company, aż 60 proc. zawodów ma być w najbliższym czasie zastąpionych przez komputery. Na liście zagrożonych profesji znajdują się m.in. taksówkarze, księgowi, analitycy bankowi i dziennikarze. Pracy może zabraknąć nawet dla hollywoodzkich gwiazd filmowych. Postępująca automatyzacja ma zmienić rynek nie do poznania, drastycznie redukując liczba etatów. 

Kolejna fala dyslokacji ekonomicznej będzie wynikiem zawrotnego tempa automatyzacji, która sprawi, że wiele dobrych zawodów, wykonywanych przez klasę średnią stanie się nieaktualne — stwierdził były prezydent USA Barack Obama. Zmiany zdają się być nieuniknione, a dyktuje je rozwój sztucznej inteligencji, która powoli zadomawia się w kolejnych branżach, przejmując na siebie coraz więcej pracowniczych obowiązków. Do rewolucji na rynku pracy mają przyczynić się roboty. Ich aktywność do niedawna ograniczała się głównie do fabryk. Swoim wyglądem czy zachowaniem maszyny niczym nie przypominały swoich filmowych odpowiedników, ale i to ma ulec zmianie. Na to, by wizje snute przez kinematografów stały się rzeczywistością nie będziemy musieli długo czekać. Pierwsze policyjne roboty, kształtem podobne do człowieka, pojawiły się już w szeregach dubajskiej policji, a ich zadaniem ma być patrolowanie ulic. Rząd opiewającego w luksusy państwa zapowiedział, że do roku 2030, 25 proc. funkcjonariuszy mają stanowić tego typu maszyny, zapewniając jednocześnie, że nie zastąpią one ludzi. To, że Dubaj zrealizuje swoją daleko posunięte obietnice robotyzacji zdaje się być bardziej prawdopodobne niż to, że dotrzyma on słowa o niezdehumanizowaniu aparatu przestrzegania porządku publicznego.

Zdaniem twórców raportu „The Future of Jobs” ludzkość stoi w przedsionku czwartej rewolucji przemysłowej. Pierwsza wywołana została popularyzacją maszyn napędzanych parą wodną.  Kolejna, gdy wodę zastąpiono elektrycznością. Trzecia towarzyszyła rozwojowi technologii informacyjnych. Szeroko posunięta informatyzacja i dostęp do internetu zmieniły nie tylko sposób funkcjonowania przedsiębiorstw, lecz również całych społeczeństw. Czwarta rewolucja przemysłowa ma być przedłużeniem poprzedniej. To właśnie kombinacja składająca się z nowoczesnych komputerów o wysokiej mocy obliczeniowej, robotów i rozszerzonych technologii informacyjnych ma być jej siłą napędową. Kluczową rolę odegra tu analityka Big Data i nabierająca mądrości sztuczna inteligencja.

Były prezydent USA nie jest jedynym autorytetem, który zapowiada trzęsienie ziemi na rynku pracy. Andy Haldane, główny ekonomista Banku Anglii stwierdził, że 80 milionów pracowników w Stanach i 15 milionów w Anglii może stracić stanowisko na rzecz robotów. Potwierdzają to analitycy z Forrester. Jedna z najbardziej wpływowych firm doradczych na świecie prognozuje, że tzw. inteligentni agenci, czyli maszyny wzorowane na organizmach ludzkich, w nadchodzących latach pozbawią pracy 6 proc. społeczeństwa. Gigantyczna fala zwolnień ma się rozpocząć już w 2021 roku, jednak już dziś na niebie widać małe chmury, zapowiadające wielką burzę.

Japonia wyznacza kierunek

W Fukoku Mutual Life Insurance 34 pracowników dostało wypowiedzenie z powodu sztucznej inteligencji. Nowy system komputerowy, zbudowany na platformie Watson Explorer od IBM, ma ich zastąpić w obliczaniu wypłat osobom ubezpieczonym. Zarząd japońskiej firmy wierzy, że jego wdrożenie zwiększy produktywność o 30 proc., a inwestycja zwróci się w ciągu dwóch lat. Sztuczna inteligencja ma generować oszczędności w wysokości ponad 4,5 mln zł rocznie, a jej utrzymanie w tym przedziale czasowym wyniesie prawie 500 tys. zł.  Systemy analityczne tego pokroju, doskonale radzące sobie z interpretacją nieustrukturyzowanego tekstu, obrazów, dźwięku i materiałów wideo będą coraz popularniejsze w branży ubezpieczeniowej, co przełoży się na znaczącą redukcję zatrudnienia.

Roboty z dobrym smakiem

Zdaniem firmy analitycznej CB Insights, utratą stanowiska z powodu postępującej automatyzacji najczęściej zagrożone są osoby pełniące obowiązki w przewidywalnym środowisku pracy w sektorach nie obciążonych nadmiarem prawnych regulacji. Z opublikowanego przez nią raportu State of Automation wynika, że na liście zawodów najbardziej zagrożonych automatyzacją znaleźli się pracownicy lokali gastronomicznych: kucharze, kelnerzy, a nawet osoby sprzątające. — Powtarzające się zadania, takie jak parzenie kawy czy przygotowanie z góry określonych potraw, szczególnie w sieciach serwujących fast food z mocno ustrukturyzowanymi procesami i menu, łatwo podlegają automatyzacji — twierdzą autorzy raportu. Zmiany w metodzie płatności i sposobnie zamawiania jedzenia do swoich restauracji sukcesywnie wprowadza Mc Donalds. W lokalach na całym świecie goście mogą nie tylko zamawiać ulubione hamburgery za pośrednictwem e-kiosków z ogromnym ekranem dotykowym, lecz również zapłacić za nie bez wchodzenia w interakcje z człowiekiem. Na razie koncern nie zrezygnował w pełni z obdarzonych ludzkim DNA kasjerów, ale kierunek zmian wydaje się oczywisty. Z kolei Greg Creed, dyrektor generalny Yum, do której należy m.in. amerykańska sieć restauracji Taco Bell, przewiduje, że mogą zastąpić ludzkich pracowników za około 10 lat. — Nie wydaje mi się, by wydarzyło się to za rok, lub nawet rok później, ale wierzę, że od 2025 r. do końca dekady zaczniemy oglądać dramatyczną zmianę, polegającą na tym, że maszyny zaczną kierować światem — powiedział Creed.

Analitycy w odstawkę?

Rozwój sztucznej inteligencji odmieni również sektor analityki danych. Dzięki platformom DMP (data management platform) korzystającym z uczenia maszynowego można w czasie rzeczywistym dokonywać analiz, wykraczających poza ludzkie zdolności. Zdaniem Piotra Prasjnara, prezesa zarządu Cloud Technologies, dziś nawet najtęższe umysły nie mogą równać się zaawansowanym narzędziom do analityki danych, które nie tylko prześwietlają historyczne informacje i śledzą te napływające na bieżąco, ale nawet proponują kolejne kroki, jakie firma powinna podjąć, by pomnożyć zyski. — Wykorzystanie danych oraz maszynowego uczenia ma obecnie kluczowe znaczenie na przykład dla reklamy internetowej. Dzięki analityce Big Data możemy identyfikować potencjalnych klientów oraz tym samym zwiększać skuteczność kampanii reklamowych on-line. Codziennie analizujemy miliardy odsłon stron internetowych i profilujemy miliony użytkowników. Przetworzenie takiej ilości danych i wyciągnięcie z nich wniosków bez użycia zaawansowanych algorytmów nie byłoby możliwe — uważa Prajsnar. Prowadzona przez niego spółka posiada największą w Europie hurtownię danych o zachowaniach i preferencjach internautów. Do analizy ponad 3 miliardów anonimowych profili użytkowników sieci Cloud Technologies korzysta z autorskiej platformy DMP „OnAudience.com”, uzbrojonej w zaawansowane algorytmy uczenia maszynowego.

Wspólny wróg

To, jak świat reaguje na technologiczne innowacje, zaburzające dotychczasowy porządek rynkowy, doskonale widać na przykładzie Ubera. Już dziś taksówkarze w swoich głośnych protestach posuwają się coraz dalej, blokując miasta czy fizycznie atakując kierowców, bardziej rozwiniętej technologicznie konkurencji. W wielu państwach politycy zdecydowali się podtrzymać przy życiu wymierający zawód taksówkarza, delegalizując aplikacje pokroju Ubera. Podłączonych do respiratora kierowców taksówek czeka jeszcze kilka lat egzystencji, jednak ich dni są już policzone. Tak samo zresztą, jak dni kierowców Ubera, którzy pewnego dnia staną zapewne ramię w ramię z taksówkarzami, wspólnie protestując przeciwko autonomicznym pojazdom. Amerykański przewoźnik od jakiegoś czasu intensywnie testuje samoprowadzące się samochody, które w przyszłości mają stać się standardowym środkiem lokomocji zamawianym przez aplikacje. Mieszkańcy takich miast jak Tempe w stanie Arizona, czy San Francisco mogli przekonać się na własnej skórze, jak to jest zamówić przejazd w aplikacji Uber i nie zastać kierowcy na przednim siedzeniu.

Gwiazdy wiecznie żywe

W branży filmowej przyzwyczailiśmy się już do efektów specjalnych i komputerowych animacji. Przywykliśmy również do tego, że sceny odbywające się w plenerze często kręcone są w zamkniętym studiu przy wykorzystaniu greenscreena, jednak Hollywood ma nam jeszcze czym zaskoczyć. Dzięki zaawansowanym technikom CGI, twórcom spinn-off’a Gwiezdnych Wojen udało się osiągnąć coś, co do niedawna pozostawało jedynie w sferze marzeń producentów filmowych. Fani stworzonego przez Georga Lucasa uniwersum mogli znów zobaczyć na ekranie angielskiego aktora Petera Cushinga. Nikogo by to zdziwiło, gdyby nie fakt, że odtwórca roli Wilhuffa Tarkina odszedł w 1994 roku. Nowa technologia obrazów generowanych komputerowo pozwoliła wskrzesić wizerunek zmarłego aktora z niezwykłą dokładnością tak, że w zasadzie nie widać różnicy pomiędzy nim, a resztą obsady. Skoro wytwórnie filmowe potrafią na podstawie starych nagrań stworzyć wirtualną postać do złudzenia przypominającą prawdziwego człowieka, to być może na ekranach kin coraz częściej będziemy oglądać popularne gwiazdy w kwiecie wieku, nawet jeśli dawno już przeszły na emeryturę. Komputerowe odtworzenie ich wizerunku może być niebawem o wiele tańsze niż obsadzenie produkcji młodymi gwiazdami. Może to doprowadzić do zabetonowania przemysłu filmowego do tego stopnia, że inni aktorzy będą mieli jeszcze mniejszą szansę na wielką sławę, niż mają obecnie.

Recepta na przetrwanie

W 2013 r. badacze z Uniwersytetu Oksfordzkiego opublikowali listę zawodów najbardziej zagrożonych automatyzacją. Na pierwszym miejscu znaleźli się sprzedawcy kredytów i pożyczek. Drugie miejsce przypadło recepcjonistom i pracownikom udzielającym informacji. Następni na liście znaleźli się asystenci prawni, personel sprzedawców detalicznych, kierowcy, ochroniarze, pracownicy fast foodów, barmani, personalni doradcy finansowi, reporterzy i korespondenci, muzycy i piosenkarze oraz prawnicy. Zdaniem Piotra Grządziela, specjalisty od personal brandingu, osoby pełniące zagrożone zawody powinny już dziś podjąć kroki, które zapewnią im dobrą pracę w przyszłości. — Rynek zmienia się błyskawicznym tempie. Pokolenie Baby Boomersów nie uznawało innej formy zatrudnienia niż etat. Przez Millenialsów i pokolenia Z za jakiś czas etat będzie postrzegany, jako anomalia. Firmy będą rekrutować przede wszystkim do poszczególnych projektów, a te nie trwają przecież wiecznie. Wszystkich nas czekają coraz częstsze procesy rekrutacyjne, dlatego najlepiej poradzą sobie osoby, które nauczą się umiejętnie prezentować swoje umiejętności i będą sukcesywnie budować swoją markę osobistą – uważa Grządziel. — uważa Grządziel.

Defetystyczne nastroje studzi Piotr Prajsnar z Cloud Technologies. Jego zdaniem wprawdzie czeka nas przetasowanie na rynku pracy i wiele stanowisk pójdzie w niepamięć, ale pojawią się nowe zawody, na które z pewnością będzie zapotrzebowanie. — Ważne, by nastawić się na ciągły rozwój i zdobywanie nowych umiejętności, nie koniecznie z branży, w której się obecnie pracuje. Wraz z rozwojem analityki Big Data wyłoniły się nowe zawody. Dziś Data Scientist to chyba najgorętszy z nich. Firmy biją się o takich specjalistów. W przyszłości rosnąć będzie zapotrzebowanie na inżynierów specjalizujących się w robotyce czy trenerów sztucznej inteligencji. To możemy przewidzieć, ale z pewnością powstaną inne zawody, o których dziś nikt jeszcze nie myśli — przewiduje Prajsnar.

Marcel Płoszczyński

Polacy odchodzą od diesla – raport o branży motoryzacyjnej

Liczba nowych samochodów napędzanych silnikami Diesla systematycznie maleje. Według raportu „Branża motoryzacyjna 2017/2018” przygotowanego przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego polscy kierowcy znacznie częściej wybierają wersje benzynowe oraz alternatywne źródła napędu.

raport_paliwaZgodnie z danymi Centralnej Ewidencji Pojazdów na koniec 2016 roku samochody z silnikami benzynowymi stanowiły 45 procent odnotowanych w bazie aut. Udział pojazdów zasilanych olejem napędowym to 39 procent. Na końcu rankingu znalazły się auta z LPG (16 procent) oraz inne napędy (1 procent) – czytamy w raporcie przygotowanym przez PZPM.

Diesel traci – wzrasta popyt na benzynę i hybrydy

W 2016 roku diesel wciąż tracił na atrakcyjności – liczba rejestracji aut z silnikami wysokoprężnymi wzrosła co prawda o 10,5 procent, ale przy 17-procentowym wzroście całego rynku udział diesla w rejestracjach zmalał do 31,6 procent. To niemal o 2 punkty procentowe mniej niż rok wcześniej – podkreślają autorzy raportu „Branża motoryzacyjna 2017/2018”.

Równocześnie zwiększyła się popularność samochodów z silnikami benzynowymi – udział w rejestracjach wzrósł w 2016 roku do 64,3 procent, co oznacza zwiększenie udziału w stosunku do 2015 roku na poziomie 19,2 procent.

Eksperci PZPM podkreślają, że samochody z napędem hybrydowym również wyraźnie zyskały na popularności wśród Polaków. Liczba rejestracji tych samochodów sięgnęła w 2016 roku 10,1 tys. sztuk i była o 76,5 procent większa niż w 2015 roku. Udział hybryd w całości rejestracji wynosi 2,4 procent i jest o blisko 1 punkt procentowy większy od samochodów z fabryczną instalacją LPG. Liderem tej części rynku w Polsce niezmiennie jest Toyota i Lexus – marki te sprzedały w 2016 roku ponad 8,3 tys. samochodów z takim napędem, a w pierwszym półroczu bieżącego roku zarejestrowano w sumie już ponad 7,9 tys. hybryd obu japońskich marek (92,8 procent całego rynku aut z napędem hybrydowym).

Hybrydy plug-in liczone razem z elektrycznymi pojazdami zanotowały 100-procentowy przyrost liczby rejestracji – ich liczba jest jednak wciąż niewielka i wynosi w sumie 561 zarejestrowanych w 2016 roku sztuk.

Wolimy silniki benzynowe

Według danych CEP samochody w wieku do 4 lat mają w większości przypadków (58 procent) napęd benzynowy. Co więcej, liczba tych aut zwiększyła się w ciągu roku o dwa punkty procentowe. Równocześnie technologia Diesla straciła 2 punkty procentowe, uzyskując udział w rynku na poziomie 37 procent. Układy LPG również nie są popularne wśród najmłodszej floty – mają tylko 4 procent rynku. Pojazdy hybrydowe zdobyły natomiast 1 procent tego segmentu.

W grupie samochodów starszych – w wieku od 5 do 10 lat – nadal najpopularniejszą wersją silnikową jest diesel (52 procent udziału), ale i w tym przypadku można zauważyć spadek o 2 punkty procentowe w stosunku do zeszłego roku. Na drugim miejscu (39 procent segmentu) znalazły się modele benzynowe, zyskując rok do roku 1 punkt procentowy, natomiast auta z LPG utrzymują się na poziomie 8 procent.

Wśród samochodów w wieku od 11 do 20 lat największy udział (44 procent) mają auta z silnikami benzynowymi. Na drugim miejscu znalazły się diesle (37 procent). Samochody zasilane LPG stanowią natomiast 18 procent.

Również wśród samochodów starszych niż 20 lat najpopularniejsze były silniki benzynowe, stanowiące 47 procent całości. Na drugim miejscu – tu zmiana w stosunku do powyższych przedziałów – znalazło się LPG (27 procent). Samochody z silnikami wysokoprężnymi znalazły się na trzecim miejscu z udziałem na poziomie 22 procent. Inne rodzaje paliwa stanowiły 4 procent parku – czytamy w raporcie Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Gotówkowcy i millenialsi napędzają rynek

Michał Witkowski, dyrektor sprzedaży Skanska Residential Development Poland
Michał Witkowski, dyrektor sprzedaży Skanska Residential Development Poland

Bardzo dobre półrocze na rynku pierwotnym za nami i jeśli tendencje się utrzymają – będzie tak do samego końca 2017 roku. Padł kolejny rekord w sprzedaży mieszkań. Ważną zmianą, która dokonała się w minionych miesiącach jest wyczerpanie budżetu w programie MdM. Dominowały transakcje gotówkowe. Z doświadczenia firmy Skanska wynika, że grupą nabywczą, która rośnie w siłę są millenialsi  

Program „Mieszkanie dla Młodych” cieszy się dużym zainteresowaniem rynku. Pula środków na ten cel wyczerpuje się bardzo szybko, a jednym z beneficjentów są millenialsi, czyli osoby urodzone pomiędzy początkiem lat 80., a końcem lat 90. Co czwarty z nas to millenials. To pokolenie ma swój własny styl konsumpcji. Dużo częściej korzysta z aplikacji i rozwiązań digitalowych oraz chętnie zapoznaje się z ofertami deweloperów, przedstawionymi w formie wirtualnych spacerów czy aplikacji mobilnych. To osoby, które bardzo świadomie podejmują decyzje zakupowe. Wyczerpanie budżetu programu Mieszkanie dla Młodych było niewątpliwie ważną informacją dla wielu młodych klientów, jednak nie zaburzyło stabilności rynku nieruchomości pierwotnych. Być może spowodował to fakt, że Polacy coraz częściej kupują mieszkania za gotówkę. Według najnowszych badań przeprowadzonych przez NBP w 7 największych polskich miastach niemal 70 % transakcji generują „gotówkowcy”.

To było bardzo dobre półrocze na rynku mieszkaniowym. Według raportu REAS w I kwartale 2017 r. padł kolejny rekord. W 6 największych miastach sprzedano 30% więcej mieszkań, niż rok wcześniej.

Obserwując dynamikę sprzedaży na naszych inwestycjach widzimy, że zwiększyło się zaufanie społeczne do deweloperów. Nasi klienci na dobre przekonali się do zakupu nieruchomości w początkowej fazie budowy. Być może przyczyniła się do tego coraz większa dostępność nowoczesnych form prezentacji, wizualizujących powstające nieruchomości. W jednej z naszych inwestycji w Warszawie wyprzedaliśmy blisko połowę mieszkań o podwyższonym standardzie w niecałe pół roku od rozpoczęcia budowy.

Nadal największą popularnością cieszą się mniejsze mieszkania i kawalerki, kupowane jako inwestycje pod wynajem lub na własny użytek. Ważnym parametrem stają się certyfikaty środowiskowe, gwarantujące zachowanie norm jakościowych i ekologicznych. Już ponad 40 % naszych klientów pyta, czy budowane przez nas osiedla posiadają certyfikat środowiskowy.

Jeśli tendencje z pierwszej połowy roku utrzymają się bez zmian – będzie to kolejny bardzo dobry rok na rynku pierwotnym. Warto wspomnieć o zauważalnym i dynamicznym rozwoju usług fit outu, czyli kompleksowych realizacji, obejmujących sprzedaż mieszkań, remont i aranżacje wnętrz. W tej rzeczywistości deweloper powoli staje się tzw. „one stop shop”, czyli jednym przystankiem w zrealizowaniu wielu zadań. Z naszego doświadczenia wynika, że usługę fit out-u szczególnie doceniają klienci, którzy kupują drugie lub kolejne mieszkanie w swoim życiu. To osoby, które mierzyły się już wcześniej z wyzwaniem samodzielnego remontu i aranżacją własnego M.

Deweloperzy z coraz większą odpowiedzialnością zaczynają podchodzić również do projektowania nowych osiedli, pozbawiając ich barier architektonicznych. Wprowadzając szereg udogodnień, takich jak obniżone progi, podjazdy czy niżej zamontowane klamki okienne tworzą przestrzenie, przystosowane dla różnych grup odbiorców: rodziców z małymi dziećmi, osób starszych i z niepełnosprawnościami.

Raport o cenach OC. Które miasta są najtańsze i gdzie płaci się najwięcej?

  • Wrocław i Gdańsk to miasta, w których za komunikacyjne OC płaci się najwięcej – wynika z przeglądu cen w regionach przygotowanego przez multiagencję Superpolisa Ubezpieczenia.
  • Najmniej obowiązkowe OC kosztuje natomiast w Kielcach i Rzeszowie.
  • Niezależnie od miasta każdy kierowca porównując oferty znajdzie dla siebie OC w skrajnie różnych cenach – najtańszą polisę dzieli od najdroższej przynajmniej kilkaset złotych.

 

Raport o cenach OC przygotowano na podstawie kalkulacji dla dwóch przykładowych kierowców we wszystkich stolicach województw. Wyliczenia pokazują, że po dwóch latach dynamicznych wzrostów cen we wszystkich regionach podwyżki w końcu zahamowały, ale podział na wyraźnie droższe i tańsze województwa wciąż się utrzymuje.

 

– W naszym cyklicznym przeglądzie cen sprawdzamy, jak kształtują się składki za OC w miastach wojewódzkich. Na tej podstawie wskazujemy, gdzie kierowcy muszą przygotować się na największy wydatek, a którym właścicielom pojazdu uda się kupić polisę stosunkowo tanio. Bo warto pamiętać, że niezależnie od tego, czy ceny ogólnie na rynku rosną, czy maleją, ich wysokość jest zawsze w dużym stopniu uzależniona od lokalizacji – tłumaczy Jakub Nowiński, członek zarządu w multiagencji Superpolisa Ubezpieczenia.

Najdrożej we Wrocławiu, Gdańsku

Superpolisa Ubezpieczenia porównała składki dla dwóch bezszkodowych kierowców. Pierwszym z nich jest 33-letni mężczyzna, który prawo jazdy ma od 10 lat, od 7 lat wykupuje ubezpieczenie OC i jeździ 5-letnim oplem astrą. Drugi to profil 37-letniego mężczyzny, który prawo jazdy ma od 15 lat, OC wykupuje od 10 lat i jeździ 4-letnim volkswagenem golfem VI.

W obu przypadkach kierowcy najwięcej za OC zapłacą we Wrocławiu (odpowiednio 817 zł i 953 zł), w Gdańsku (792,40 zł i 976 zł). Trzecim najdroższym miastem wojewódzkim w Polsce jest Warszawa, w której pierwszym z kierowców nie kupiłby obecnie OC taniej niż za 719,91 zł, a drugi za mniej niż 914 zł. Różnice pomiędzy pierwszymi w zestawieniu Wrocławiem i Gdańskiem a resztą miast są wyraźne. Dobrze widać to na przykładzie – ceny polis na opla astrę w czwartym Szczecinie zaczynają się od 690 zł, a to aż o 18% taniej w porównaniu z Wrocławiem.

Najdroższe pod względem cen OC miasta wojewódzkie dla przykładowych kierowców
33-letni właściciel 5-letniego opla astry 37-letni właściciel 4-letniego volkswagena golfa
Miasto Najniższa składka OC Miasto Najniższa składka OC
1. Wrocław 817,00 zł Gdańsk 976,00 zł
2. Gdańsk 792,40 zł Wrocław 953,00 zł
3. Warszawa 719,91 zł Warszawa 914,00 zł
4. Szczecin 690,10 zł Łódź 909,00 zł
5. Toruń 683,78 zł Bydgoszcz 869,00 zł
6. Łódź 678,08 zł Szczecin 867,00 zł
7. Poznań 676,82 zł Olsztyn 852,29 zł
8. Bydgoszcz 640,52 zł Poznań 830,00 zł
9. Olsztyn 640,24 zł Kraków 811,00 zł
Dane: Superpolisa Ubezpieczenia

Kielce i Rzeszów najtańsze

Na drugim biegunie rankingu cen polis w miastach wojewódzkich znajdują się Kielce i Rzeszów. W stolicy województwa świętokrzyskiego składki za ubezpieczenie zaczynają się w przypadku pierwszego kierowcy od 529,29 zł, a drugiego od 601 zł. Bardzo podobnie ceny kształtują się na Podkarpaciu, odpowiednio: 542,42 zł i 600 zł dla właściciela opla astry i vw golfa. Różnice między składkami OC w najtańszych i najdroższych miastach mogą więc wynieść nawet kilkaset złotych. Na przykład właściciel volkswagena golfa z Gdańska zapłaci aż o 376 zł więcej niż w Rzeszowie.

Najtańsze pod względem cen OC miasta wojewódzkie dla przykładowych kierowców
33-letni właściciel 5-letniego opla astry 37-letni właściciel 4-letniego volkswagena golfa
Miasto Najniższa składka OC Miasto Najniższa składka OC
1. Kielce 529,29 zł Rzeszów 600,00 zł
2. Rzeszów 542,42 zł Kielce 601,00 zł
3. Lublin 581,17 zł Opole 671,00 zł
4. Katowice 602,84 zł Lublin 693,00 zł
5. Opole 605,22 zł Katowice 704,00 zł
6. Białystok 622,19 zł Gorzów Wielkopolski 705,00 zł
7. Kraków 630,78 zł Toruń 719,00 zł
8. Zielona Góra 631,16 zł Białystok 746,00 zł
9. Gorzów Wielkopolski 633,71 zł Zielona Góra 792,00 zł
Dane: Superpolisa Ubezpieczenia

– Miejsce rejestracji samochodu ma bezpośredni wpływ na wysokość składki za polisy OC. Ubezpieczyciele wiedzą, gdzie dochodzi do największej liczby kolizji i wypadków, dysponują także własnymi statystykami likwidacji szkód – te dane stanowią podstawę do kalkulacji ceny, choć nie są to oczywiście jedyne kryteria brane pod uwagę. Kierowcy powinni pamiętać, że przygotowana dla nich oferta jest zawsze wypadkową wielu czynników i ubezpieczyciele podchodzą do każdego swojego klienta w sposób indywidualny, m.in. oceniając jego historię jazdy, wykonywany zawód czy posiadane auto – dodaje Jakub Nowiński.

Ponad 1100 zł różnicy w cenach OC w obrębie Warszawy

Warto także zwrócić uwagę, że i inne cechy kształtowania się składek OC pozostają od lat niezmienne. Na przykład regułą przy zakupie obowiązkowej polisy jest to, że porównanie ofert różnych towarzystw prowadzi do znalezienia skrajnie różnych propozycji cenowych, nawet w obrębie jednej miejscowości. Dobrze obrazuje to przykład wspomnianego kierowcy opla, dla którego najniższa cena w Warszawie to dziś 719 zł w jednej z firm, ale w innej za OC musiałby zapłacić aż 1901 zł, a więc o 164% więcej.

Źródło: Superpolisa Ubezpieczenia

Jaki będzie świat po atakach ransomworm?

Można przypuszczać, że ostatnie cyberataki z wykorzystaniem ransomware WannaCry i Petya/NonPetya to początek nowego trendu w obszarze cyfrowego bezpieczeństwa. W 2016 roku odnotowywano 4 tysiące ataków ransomware każdego dnia, a suma opłaconych okupów sięgnęła 850 milionów dolarów. Co w takim razie może przynieść nam przyszłość?

Cyberprzestępcy patrzą globalnie

Według analizy specjalistów z FortiGuard Labs firmy Fortinet co trzecia organizacja doświadczyła aktywności botów ransomware. W ostatnim czasie cyberprzestępcy przeprowadzili też wiele ataków na globalną skalę, takich jak WannaCry i Petya/NonPetya. Oczywiście ataki na taką skalę nie są niczym nowym. W przeszłości mieliśmy do czynienia choćby z takimi przypadkami jak ILOVEYOU, Code Red czy Nimda, które dotykały większej liczby organizacji niż podczas najnowszych ataków. Rozprzestrzenianie się WannaCry i Petya/NonPetya było bowiem szybko ograniczone. Nie chodzi jednak tylko o skalę tych ataków. We współczesnej gospodarce cyfrowej ​​dane są dla organizacji zarówno kluczowymi zasobami, jak i podstawowym źródłem dochodów. Dlatego nowe ataki są i będą bardziej wyrafinowane niż kiedykolwiek.

Nadchodzi era ransomworm?

WannaCry zainicjował nowy rodzaj ransomware, który specjaliści z firmy Fortinet nazwali ransomworm.Zamiast zwykłej metody ransomware, polegającej na wybraniu określonego celu, funkcjonalność robaka WannaCry pozwalała mu rozprzestrzeniać się szybko na całym świecie, atakując tysiące urządzeń i organizacji – wyjaśnia Jolanta Malak, regionalna dyrektor sprzedaży Fortinet na Polskę, Białoruś i Ukrainę.

Niedawno byliśmy świadkami pojawienia się kolejnego ransomworm nazwanego Petya, któremu następnie nadano przydomek NonPetya. Ten nowy rodzaj złośliwego oprogramowania działa w podobny sposób jak WannaCry, nawet z wykorzystaniem tej samej luki, ale ze znacznie większą złośliwością. Petya/NonPetya jest w stanie np. skasować dane z systemu lub nawet modyfikować sektor rozruchowy urządzenia, uniemożliwiając korzystanie z niego. Ponieważ ten atak nie okazał się szczególnie dochodowy, można przypuszczać, że celem przestępców nie tyle były zyski z okupu, co odłączenie urządzeń od sieci.

Wygląda na to, że ataki WannaCry i Petya/NonPetya są częścią nowej strategii cyberprzestępców, którzy będą obierali jako cel globalnych ataków nowo odkryte luki w zabezpieczeniach masowych. To tylko wierzchołek góry lodowej i potencjalnie początek nowej fali ataków ransomworm.

Jak zapobiegać?

Skala i zakres tych ataków sprawia, że świat poważnie się niepokoi. Co możemy więc zrobić w tej nowej rzeczywistości? Z pewnością nie warto popadać w panikę, zwłaszcza że istnieje kilka sposobów, dzięki którym można się bronić przed ransomworm.

Jednym z nich jest dbanie o odpowiednią higienę sieci i podłączonych do niej urządzeń, które są obecnie najbardziej zaniedbanymi elementami bezpieczeństwa. WannaCry wykorzystał luki w zabezpieczeniach, które Microsoft załatał dwa miesiące wcześniej. Pomimo nagłośnienia tematu miesiąc później Petya/NonPetya był w stanie z powodzeniem uderzyć w tysiące organizacji dzięki dokładnie tej samej podatności. Ponieważ Petya/NonPetya wykorzystuje dodatkowe wektory ataku, sama aktualizacja systemu operacyjnego nie wystarcza do całkowitej ochrony. Oznacza to, że oprócz aktualizowania oprogramowania konieczne są odpowiednie praktyki i narzędzia zabezpieczające. Z kolei urządzenia, dla których aktualizacje nie są już dostępne, muszą zostać wymienione.

Drugim sposobem jest pełna kontrola nad urządzeniami podłączonymi do lokalnej sieci. Warto zainwestować czas i technologię, aby zidentyfikować każde z nich, określić, jaka jest jego funkcja i jaki ruch przez nie przechodzi. Ważne jest też, aby wiedzieć, kto ma do niego dostęp, na jakim systemie operacyjnym jest uruchomione i czy są na nim ustawione automatyczne aktualizacje.

Biorąc pod uwagę, że nasze sieci obejmują obecnie szeroką gamę urządzeń, użytkowników i aplikacji wdrażanych w wielu sieciowych ekosystemach, pojedyncze narzędzia monitorujące ruch, który przechodzi przez jeden punkt w sieci, nie są już odpowiednie. Dlatego też należałoby wdrożyć skuteczne narzędzia zabezpieczające, które mogą wyświetlać i zatrzymywać najnowsze zagrożenia w wielu miejscach w sieci

Kolejnym wymogiem jest segmentacja sieci. Nie jest to nowe zalecenie, ale większość organizacji niestety tego nie robi. W ich przypadku złośliwe oprogramowanie może dokonać prawdziwego spustoszenia.

Organizacje decydujące się na wprowadzenie segmentacji powinny mieć na uwadze, że powinna ona zapewniać bezpieczeństwo nawet najbardziej złożonym środowiskom sieciowym. Niezbędne jest, aby strategia segmentacji była w stanie zobaczyć, skontrolować i zatrzymywać złośliwe oprogramowanie oraz nieautoryzowanych użytkowników i aplikacje, które próbują przekroczyć segmenty.

Segmentacja musi być zautomatyzowana, obsługiwać ruch pionowy, jak i poziomy, być w stanie zidentyfikować i odizolować niebezpieczne i zainfekowane urządzenia, a także obejmować środowiska sieciowe.

Osoby zarządzające organizacjami muszą zrozumieć, że w obecnej sytuacji należy wprowadzić strategię bezpieczeństwa i przeznaczyć na jej realizację  odpowiednie środki. Jest to  niezbędne w naszej nowej rzeczywistości.

Złośliwe oprogramowanie – podsumowanie pierwszego półrocza 2017

Liczba złośliwego oprogramowania wciąż wzrasta. Nawet po 30 latach prowadzenia statystyk dotyczących wirusów i niebezpiecznego oprogramowania, trend ten nie ulega zmianom.  Dane sprzed 10 lat wykazywały 133 253 nowych wirusów w skali roku (a był to i tak 3-krotny wzrost w porównaniu do wcześniejszego roku). W dzisiejszych czasach liczbę tę osiągamy już po…4 dniach!

W pierwszej połowie 2017 roku liczba nowych „próbek” złośliwego oprogramowania wzrosła do 4 891 304, co pokazuje, że  każdego dnia pojawiało się ponad 27 000 nowych zagrożeń (czyli średnio co 3,2 sekundy!). Więcej! Co piąty malware, który kiedykolwiek powstał od momentu prowadzenia statystyk, powstał w tym roku! Jak zauważają specjaliści z G DATA, jeśli trend ten się utrzyma, w 2017 roku będziemy mieli do czynienia z prawie 10 milionami nowych próbek złośliwego oprogramowania.G DATA grafika

A jakie kategorie złośliwego oprogramowania były najbardziej „popularne” w pierwszej połowie 2017 roku? – Kolejność kategorii złośliwego oprogramowania nie uległa dużym zmianom. Najczęściej odnotowywane są konie trojańskie,  a następnie tzw. PUP, czyli potencjalnie niepożądane oprogramowanie – mówi Robert Dziemianko z G DATA. – Odsetek adware nieco zmalał w stosunku do I kw. 2017 r., ale nadal jest znacznie wyższy od poziomu z 2016 r. Co ważne, liczba samego ransomware również rośnie, czego świadkami byliśmy wszyscy ostatnio podczas tak medialnych ataków, jak WannaCry czy NotPetya – dodaje.GDATA Infografika

  • Średnio każdy komputer był atakowany 47,4 razy w pierwszej połowie 2017 roku.
  • Całkowita liczba złośliwego oprogramowania odnotowana w przeciągu całego 2007 roku jest obecnie osiągana w ciągu zaledwie 4 dni.

Użytkownicy Windows wciąż najbardziej zagrożeni

Najwięcej ataków zostało odnotowanych przez użytkowników systemu Windows (ponad 99%).  Na kolejnych miejscach są: Java, Android i Mac OS. Liczba poszczególnych rodzin złośliwego oprogramowania w pierwszej połowie 2017 roku wyniosła 749. Jest ona o  3,3% wyższa niż liczba z pierwszego kwartału 2016, ale o 16,3% niższa niż w ciągu drugiego półrocza 2016 roku.

Powyższe liczby informują o tym, jak często złośliwe oprogramowanie jest aktualizowane, lecz nie mówią nam, o tym, jak bardzo powszechne jest to zjawisko.  Specjaliści z G DATA co kwartał przygotowują zestawiania związane z atakami i udostępniają je wszystkim użytkownikom.

Od lat najbardziej rozpowszechnionym złośliwym oprogramowaniem jest adware lub PUP, co też miało miejsce w pierwszej połowie tego roku. Jeśli spojrzymy na liczbę ataków na 1000 użytkowników, widać, że PUP jest jednym z najczęściej odnotowanych złośliwych kodów przez oprogramowanie antywirusowe. Warto zwrócić uwagę także na Poweliks, który został sklasyfikowany jako malware, ale działa w obszarze reklam.

Najbardziej rozpowszechnione złośliwe oprogramowanie w pierwszej połowie 2017 (liczba prób ataków na 1000 użytkowników):

  • BAT.Poweliks.Gen (3252)
  • JS:Trojan.JS.Agent.RB (452)
  • Poweliks.Gen.4 (379)
  • Trojan.Binder.A (199)
  • Gen:Variant.Binder.1 (198)
  • JS:Trojan.Cryxos.261 (126)
  • Trojan.Redirector.BA (119)
  • JAVA.CVE-2013-0431.G (110)
  • Snifula.Gen.1 (89)
  • Worm.Autorun.A@gen (64)

Najbardziej rozpowszechniony programy typu PUP (liczba prób ataków na 1000 użytkowników):

  • Application.DownloadGuide.T(3118)
  • Gen:Variant.Application.Bundler.DownloadGuide.24 (2687)
  • Application.FusionCore.B (1367)
  • Application.InstallCore.FE (1186)
  • Application.Uniblue.A (1028)
  • Application.DownloadSponsor.R (987)
  • SearchProtect.BS (817)
  • Application.FusionCore.C (708)
  • Gen:Adware.BrowseFox.1 (665)
  • Application.InstallCore.HL (569)

Frank uznaje wyższość pozostałych walut

Początek notowań przy Wall Street wyraźnie nakreślił kierunek notowań dolara, który w azjatyckiej części sesji znajdował się pod presją niższych rentowności amerykańskiego długu. Jego wyższość uznają wszystkie waluty wchodzące w skład koszyka G10, przy czym najsilniejszą deprecjację notuje szwajcarski frank (-1,5 proc.). W trakcie dzisiejszej sesji para EUR/CHF przebiła technicznie istotny poziom utworzony przez średnią ruchomą z ostatnich 200 tygodni. Przyczyną potężnie osłabiającego się franka jest nie tylko rzekoma interwencja SNB na rynku walutowym, ale również masowa realizacja obronnych zleceń stop-loss przy poziomie 1,1100.

Pod koniec dnia wyższości dolara na rynku walutowym stara się oprzeć japoński jen, którego 0,2 proc. deprecjacja wypycha kurs USD/JPY do poziomu 111,40. Nieco silniejsze przetasowanie dotyczy euro (-0,6 proc.). Zmiany na amerykańskim rynku długu skutecznie spychają eurodolara w okolice maksimów z wtorkowego poranka, tj. do poziomu 1,1670.
W gronie walut Emerging Markets najmniej udaną sesję notują południowoafrykański rand (-0,8 proc.) oraz węgierski forint (-0,8 proc.) będącego zakładnikiem wyższej stopy bezrobocia (4,3 proc., konsensus: 4,2 proc.). Nieco słabsza przecena dotyczy polskiego złotego, który obecnie traci 0,6 proc. względem amerykańskiej waluty. Na koniec dnia kurs USD/PLN znajduje się przy 3,6430, EUR/PLN próbuje powrócić pod 4,2500, GBP/PLN stabilizuje się przy 4,7620, a CHF/PLN wraca do poziomów nienotowanych od czarnego czwartku (3,7770).

Na rynku walutowym do chwilowego podbicia zmienności szwedzkiej korony przyczyniła się publikacja danych z rynku pracy. Czerwcowa stopa bezrobocia uplasowała się 0,1 pp. poniżej rynkowych oczekiwań, które ustabilizowały się przy poziomie 7,5 proc. W pierwszej połowie dnia uwagę próbowały zwrócić szacunki podaży pieniądza z Eurolandu. Roczna dynamika agregatu M3 zrównała się z medianą prognoz (5,0 proc.), tym samym podtrzymując wartość z maja.

W popołudniowej paczce danych z amerykańskiej gospodarki szczególną uwagę zwrócił solidny przyrost zamówień na dobra trwałe (6,5 proc. m/m, konsensus: 3,7 proc.), który wyraźnie złagodził wydźwięk majowego rozczarowania (-0,1 proc.). Potencjalną reakcję dolara na opublikowane dane wyhamował niższy przyrost zamówień z wyłączeniem środków transportu (0,2 proc. m/m, konsensus: 0,4 proc.) oraz nieco silniejszy przyrost osób wnioskujących o zasiłek dla bezrobotnych (244 tys., poprzednio: 234 tys.).
Dzisiejsza sesja na europejskich parkietach przebiegała pod dyktando publikacji wyników za miniony kwartał. Na frankfurckiej giełdzie solidną dawkę zaskoczenia zapewnił Deutsche Bank (-6,5 proc.) spychany ku niższym poziomom przez zdecydowanie niższe przychody (6,6 mld EUR, konsensus: 7,1 mld EUR). Na celowniku inwestorów znalazły się również akcje Deutsche Börse (-3,8 proc.), której sprawozdanie za minione trzy miesiące jest dość niepokojące. Publikacja lekko rozczarowujących wyników ze sprzedaży oraz rewizja zysku EBITDA za 2017 roku przez Bayer (-3,0 proc.) stawiają pod znakiem zapytania perspektywy rychłego przejęcia Monsanto. Finalnie DAX skończył swoje notowania z 0,8 proc. stratą.

Zdecydowanie bardziej optymistycznymi nastrojami mogli pochwalić się inwestorzy w Paryżu, gdzie pod koniec sesji miano najsilniejszej ze spółek przejął Schneider Electric (3,8 proc.) dzięki publikacji wyników oraz doniesieniom o planowanym przejęciu jednego z amerykańskich producentów systemów zasilania. Przez długi czas notowaniom indeksu CAC 40 (-0,1 proc.) przewodziła Nokia (3,1 proc.) publikująca dość optymistyczny raport z wygenerowanych zysków. Dodatkowo optymizm podsycały wypowiedzi prezesa spółki odnośnie sukcesywnego zwiększania udziału w rynku. Listę komponentów zamykają tracące po 3,2 proc. Accor oraz Airbus, który nadal utrzymuje optymistyczne prognozy dotyczące produkcji modelu A320neo.

Podobną skalę zniżki względem francuskiego indeksu odnotował FTSE 100 (-0,1 proc.). W Londynie szczególną uwagę zwracała AstraZeneca, która zakończyła swoją sesję -15,4 proc. pod kreską. Powodem masywnej przeceny farmaceutycznego giganta były wysoce rozczarowujące wyniki testów klinicznych leku na raka płuc. Zgodnie z komunikatem spółki prace pochłonęły blisko 7 mld GBP.

Przy Książęcej najbardziej udaną sesję odnotowały walory spółki Orange Polska (3,5 proc.), która w trakcie ostatnich trzech miesięcy wyraźnie ograniczyła ponoszone koszty komercyjne oraz zapobiegła solidniejszemu odpływowi klientów do konkurencyjnych sieci. Utrzymywanie się pozytywnego sentymentu na rynku miedzi zapewniło walorom KGHM (0,5 proc.) kontynuację zwyżki. Co więcej, inwestorzy pozytywnie odebrali doniesienia o podpisaniu przez zarząd spółki umowy z PGNiG (-0,5 proc.) na dostawy gazu do 2033 roku. Wśród spółek indeksu WIG 20 (-0,4 proc.) najsilniej tracił mBank (-2,8 proc.), który ma za sobą publikację rozczarowującego zysku netto na poziomie 269,7 mln PLN wobec 285,3 mln oczekiwanych przez ankietowanych uczestników rynku. Część dzisiejszej przeceny starał się wymazać prezes spółki komunikując ambitny plan osiągnięcia stopy zwrotu z kapitału na poziomie 10 proc. w trakcie najbliższych trzech lat.

W gronie surowców inwestorską uwagę zwrócić ropa WTI (0,9 proc.), która pod koniec dnia ponawia atak na poziom 49,20 USD za baryłkę. Jej zwyżkę lekko przebijają wrześniowe kontrakty na gaz ziemny (1,1 proc.) dzięki publikacji pomyślnego raportu przez amerykański Departament Energii odnośnie wielkości zapasów surowca. W gronie metali dość wyjątkowo udaną sesję notuje pallad (1,3 proc.), który okrywa cieniem balansujące dość blisko wczorajszych poziomów złoto (-0,2 proc.) oraz srebro (-0,2 proc.). Obecnie uncja żółtego kruszcu jest wyceniana na poziomie 1 258,60 USD. Wśród płodów rolnych najsilniejszy skok notują wrześniowe kontrakty na kakao (4,9 proc.), których zwyżkę próbuje nadgonić zyskujący zaledwie 2,4 proc. sok pomarańczowy.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Europejska słabość

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Od ostatniego komentarza sytuacja na parkietach wiele się nie zmieniła. Nastroje wciąż można uznać za bardzo dobre, nawet wyraźnie w czerwcu słabszy technologiczny Nasdaq przełamał słabość i wzniósł się na nowe historyczne maksima. Utrzymuje się jednak dość zauważalne zróżnicowanie, gdyż opisana wcześniej „pełzająca letnia hossa” tyczy się głównie parkietów azjatyckich, amerykańskich oraz szeroko pojętego spektrum rynków wschodzących. Europa pozostaje w wyraźnym tyle, na co pewien wpływ może mieć silniejsze euro ograniczające konkurencyjność spółek ze Starego Kontynentu.

Wydaje się jednak, że to zaledwie część historii. Z ostatniego odczytu indeksu Ifo wynika bowiem dość wyraźnie, że nastroje w nastawionym na eksport niemieckim biznesie są wyśmienite i silniejsza waluta wspólnotowa pozostaje tutaj bez większego wpływu. Ekonomista instytutu określił klimat wśród przedsiębiorców jako „euforyczny”, co przy podejściu kontrariańskim może budzić pewien niepokój i to z dwóch powodów. Po pierwsze, jeżeli koniunktura gospodarcza jest wyśmienita, podobnie jak klimat inwestycyjny, to dlaczego europejskie parkiety są słabe? Po drugie, gdzie się podziały te wszystkie zagrożenia, których lista jeszcze niedawno była całkiem długa. Przypomnę, że obawiano się Brexitu, protekcjonizmu Trumpa, ale wspominano też o potencjalnych zagrożeniach płynących z Chin.

Aktualnie ta lista wydaje się pusta, a opublikowana półtora tygodnia temu seria dobrych danych z Państwa Środka stała się zarzewiem wzrostu cen surowców, szczególnie metali przemysłowych.

Co interesujące, procykliczny sektor bankowy radzi sobie lepiej od głównych europejskich indeksów, choć pozostaje poniżej maksimów z początku maja. Być może inwestorzy wciąż muszą zmierzyć się z wówczas wygenerowanym optymizmem po zwycięstwie Emanuela Macrona, który z perspektywy czasu okazał się zbyt duży i musi zostać przetrawiony. Szkoda tylko, że w ten sposób marnowany jest czas dobrej letniej koniunktury, co nie pozostaje bez wpływu na GPW. Nasz rynek wydaje się znajdować w niejednoznacznym położeniu, gdzie dobre zachowanie rynków wschodzących działa na korzyść parkietu przy Książęcej, ale słabość Eurolandu pozostaje doraźnym hamulcowym. Nie można też zapominać o obserwowanym ostatnio wzroście ryzyka politycznego, które ponownie ujawniło się po kilkumiesięcznej przerwie. Prawdopodobieństwo pewnych sankcji wobec Polski pozostaje co prawda znikome, ale musi być brane pod uwagę, podobnie jak amerykańskie bony skarbowe wyceniają już możliwość technicznego bankructwa w związku z potrzebą podniesienia limitu zadłużenia tej jesieni.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Dolar reaguje na zapowiedź Fed


Długo oczekiwane posiedzenie Fed zaskoczyło rynki bardziej, niż sądzono. Dolar amerykański znalazł się w głębokiej defensywie. Ponownie rosły parkiety giełdowe w USA oraz Polsce.

Nie kończy się dobra passa indeksu Nasdaq. Wczoraj odnotowano wzrosty rzędu 0.16%, czyli kosmetyczne. Jednak dobra seria tego indeksu nadal trwa. Od rana utrzymywała się też dobra atmosfera wokół indeksu WIG20. Wydarzeniem wczorajszego dnia było posiedzenie i decyzja Fed. Nie zmieniono wysokości stóp procentowych. Pojawił się jednak komunikat przyznający, iż Fed rozpocznie redukcję portfela aktywów „relatywnie niedługo”. Dotychczas sądzono, że o takich krokach można będzie myśleć dopiero pod koniec roku. Informacja ta doprowadziła do osłabienia dolara.

Wydarzenia zza oceanu przyćmiły inne wczorajsze publikacje. PKB Wielkiej Brytanii rósł w Q2 w tempie 0.3%, czyli zgodnie z prognozami. Zmniejszeniu uległy też zapasy ropy w USA, co przełożyło się na kolejne wzrosty cen tego surowca na giełdach. Dziś królować będą publikacje dotyczące rynku pracy-zarówno z Europy jak też z USA. Decyzję w sprawie wysokości stóp procentowych podejmie też bank centralny Turcji.

Dolar reaguje na zapowiedź Fed 15
Osłabienie dolara pomogło euro na wszystkich rynkach. Również i para EUR/PLN mocno wczoraj zyskiwała. Rynek znajduje się jednak przed ważnym obszarem oporu, zlokalizowanym wokół poziomu 4.30. Biegnie tam też wcześniej przebita linia wzrostowa. Wskaźnik RSI sugeruje konsolidację. Wsparcie mamy na 4.2450 oraz 4.2100.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Wyprzedaż dolara

Komunikat FOMC obył się bez niespodzianek, a jednak nie powstrzymało to przed kolejną wyprzedażą dolara. Inwestorzy dalej lepiej czują się grając USD na krótko i w tym kontekście Fed nie dał im powodów do zwątpienia. Dane z USA dziś i jutro prawdopodobnie będą rozgrywane podobnie.

Fed zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopy procentowe bez zmian, a w komunikacie podtrzymał dotychczasowy przekaz. Zmiany w tekście były niewielkie i spójne z komentarzami członków Fed z tygodni od czasu czerwcowego posiedzenia FOMC.

Dostaliśmy skromne gołębie modyfikacje w ocenie inflacji, która pozostaje „poniżej 2 proc.” (zamiast „nieco poniżej 2 proc.”). Jednocześnie podtrzymano przeświadczenie, że cel inflacyjny w szerszym horyzoncie jest niezagrożony. Fed jest tez bardziej optymistyczny w odniesieniu do sytuacji na rynku pracy, oceniając wzrost zatrudnienia jako „solidny”. Fed widzi też start procesu redukcji sumy bilansowej „relatywnie niedługo”, co jest istotną zmianą względem „w tym roku” komunikowanego w czerwcu. To oznacza, że jest wysoce prawdopodobne, że następnym razem we wrześniu bank formalnie rozpocznie redukcję.

Ogólnie zmiany w komunikacie były zgodne z oczekiwaniami rynkowymi ukształtowanymi jeszcze przed posiedzeniem FOMC, a jednak USD znalazł się wczoraj pod silną presją wyprzedaży. To sugeruje, że reakcja rynkowa więcej miała wspólnego z powrotem do budowania pozycji, dla której posiedzenie FOMC było tylko przeszkodą. Inwestorzy od tygodni pozostają sceptycznie nastawieni do dolara, widząc coraz mniej argumentów (słabość inflacji, porażki polityki fiskalnej) dla kontynuacji podwyżek stóp procentowych w założonym przez Fed tempie. Stabilizacja dolara na początku tygodnia mogła wynikać z ograniczania ryzyka na wypadek jastrzębich niespodzianek w komunikacie. Teraz, gdy wiadomo, że Fed „nie zmącił wody”, sprzyja to dalszej sprzedaży dolara. Zakładaliśmy taki rezultat, mimo że pozostajemy w przekonaniu, że rynek zbyt pochopnie postawił krzyżyk na zdolności Fed do kontynuacji podwyżek stóp procentowych. W ciągu najbliższych 18 miesięcy rynek zakłada raptem 25 pb podwyżki przy deklaracji Fed na poziomie 100 pb. Nawet jeśli prawda leży gdzieś po środku, to wciąż pozytywny scenariusz dla USD. Jednak ciężko będzie przekonać rynek do zmiany zdania, dopóki nie zobaczymy wyraźnego zwrotu w danych makro, przede wszystkim dotyczących cen. Do tego czasu przypadek dolara pozostaje beznadziejny.

Czwartkowe odczyty o zamówieniach na dobra trwałe nie zaliczają się do grupy danych pomagających w ocenie siły presji cenowej, stąd mają większe szanse napędzać sprzedaż USD niż ją odwrócić. Konsensus zakłada solidne odbicie w czerwcu o 3 proc. m/m po majowym spadku o 0,8 proc. Ale to zdrowe odbicie zamówień bez środków transportu o co najmniej 0,5 proc. może jasnym punktem dla dolara, choć raczej nie na długo.
Po politycznym zamieszaniu w sprawie reformy sądownictwa rynek stracił zapał do kupowania złotego, ale też nie przeszedł do totalnej kapitulacji i EUR/PLN broni 4,27.

Minima tego tygodnia na 4,24 zamykają range od dołu. Rynek teraz czeka na dalszy rozwój wypadków, ale przy prasie zagranicznej podkreślającej narastający konflikt między prezesem Kaczyńskim i prezydentem Dudą oraz ostrzeżenia ze strony Komisji Europejskiej, inwestorzy mogą rozglądać się za bardziej stabilnymi kierunkami do inwestycji na rynkach wschodzących. To jeszcze nie zapowiedź marszu na 4,30, ale 4,20 zaczyna się oddalać.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.