Prawie 4 mln Polaków spędzi w tym roku urlop za granicą. Większość organizuje wakacje samodzielnie

Prawie 4 mln Polaków spędzi w tym roku urlop za granicą. Większość organizuje wakacje samodzielnie 1

Trzy czwarte Polaków planuje spędzić tegoroczny urlop w kraju, a prawie 4 mln wybierze się za granicę. Najpopularniejsze są europejskie kierunki, uważane za bezpieczne i wolne od zagrożenia terrorystycznego. Polakom wyjeżdżającym za granicę, niezależnie od kierunku, eksperci i MSZ przypominają o zachowaniu podstawowych zasad bezpieczeństwa. Przed wyjazdem trzeba się odpowiednio przygotować do wycieczki oraz wykupić ubezpieczenie turystyczne.

– Po podjęciu decyzji o wyjeździe za granicę należy sprawdzić, czy w danym kraju znajdują się polskie przedstawicielstwa dyplomatyczne, ambasady czy urzędy konsularne. Dobrze jest też się dowiedzieć, jakie panują tam obyczaje – co nam wolno, a czego robić nie wypada. To, co w Polsce uchodzi za normę, w wielu krajach może nas wpędzić w kłopoty – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Dobrowolski, radca prawny, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej.

Z sondażu, który na zlecenie Mondial Assistance przeprowadził w maju instytut badawczy Ipsos Polska, wynika, że wakacyjny urlop planuje w tym roku 16 mln Polaków, z których ponad 12 mln (74 proc.) zamierza spędzić go w kraju. Około 4 mln Polaków wybierze się za granicę – większość z nich woli zorganizować taki wyjazd samodzielnie, zamiast korzystać z oferty biura podróży.

Podobnie jak w poprzednim sezonie, najczęściej wybierane przez Polaków kierunki to Hiszpania i Wyspy Kanaryjskie, Chorwacja, Włochy i Grecja. Coraz większą popularnością cieszą się kraje uważane za bezpieczne, a coraz mniejszą – kraje islamskie i zagrożone terroryzmem. Dlatego w porównaniu do sytuacji sprzed kilku lat spadła liczba wakacyjnych wyjazdów do państw takich jak Egipt czy Turcja. Obawy o bezpieczeństwo to zresztą główny powód, dla którego z roku na rok większość Polaków decyduje się spędzić urlop w kraju.

Podstawą bezpieczeństwa za granicą jest odpowiednie ubezpieczenie. Przed wyborem polisy należy dokładnie przeczytać jej warunki i dopasować jej zakres do ryzyka i charakteru zagranicznej wycieczki. Zakłady ubezpieczeniowe mają w swojej ofercie zarówno produkty dla wypoczywających pod palmą, jak i dla planujących aktywny, sportowy wyjazd.

– Zwyczajne ubezpieczenie niekoniecznie będzie obejmować szkody, które powstaną w trakcie wyjazdu sportowego, np. podczas wspinaczki. Dodatkowo, jeżeli np. jedziemy w Tatry i przechodzimy na stronę słowacką, a tam dochodzi do wypadku, to akcja ratunkowa z udziałem śmigłowca będzie tam rozliczana zupełnie inaczej niż w Polsce. Tam turysta za nią zapłaci z własnej kieszeni. Dlatego warto wcześniej dopasować sobie odpowiednie ubezpieczenie – mówi Piotr Dobrowolski.

Osobom, które planują wyjazd za granicę, eksperci doradzają wcześniejsze przygotowanie. Na swojej stronie internetowej MSZ udostępnia bezpłatną aplikację iPolak 3.0, z której można się dowiedzieć o bieżących zagrożeniach w danym kraju.

– Warto obserwować stronę MSZ. Tam cyklicznie publikowane są komunikaty na temat potencjalnych zagrożeń dla turystów. Można znaleźć tam krótkie charakterystyki poszczególnych państw pod kątem tego, na co należy zwrócić uwagę – wyjaśnia Dobrowolski.

Opiekę nad obywatelami Polski poza granicami kraju sprawują placówki dyplomatyczne, ambasady i konsulaty. Niezależnie od miejsca, do którego zwróci się poszkodowany, powinna zostać mu udzielona pomoc. W przypadku utraty dokumentów można się zwrócić do placówki dyplomatycznej z prośbą o wystawienie zastępczych. Placówka udzieli też pomocy w razie kradzieży pieniędzy czy kart kredytowych.

– W przypadku kradzieży najpierw zawiadamiamy miejscowe organy ścigania. Pierwszym adresem powinien być najbliższy posterunek policji. Warto też skontaktować się z bliską osobą na miejscu albo w Polsce. Kolejne kroki należy skierować do placówki konsularnej. Jeżeli nie możemy wypłacić pieniędzy z bankomatu, to możemy się zwrócić do niej z prośbą o wypłacenie środków, które rodzina powinna wcześniej wpłacić na rachunek MSZ. Jeżeli nie ma takiej możliwości, to w skrajnej sytuacji obywatelowi Polski może zostać udzielona pożyczka, którą później musi zwrócić – mówi Piotr Dobrowolski.

Wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej przypomina też o kilku podstawowych zasadach bezpieczeństwa, których absolutnie trzeba przestrzegać podczas pobytu za granicą.

 Wszędzie należy zachować rozsądek. Wchodząc w tłum, nie można mieć przy sobie dużych pieniędzy. Sprzęt fotograficzny należy nosić w taki sposób, żeby utrudnić kradzież. Warto też zwrócić uwagę na bagaż – co się z nim dzieje i czy nie interesują się nim osoby trzecie. Nie należy zostawiać go również bez opieki na lotniskach czy w innych miejscach publicznych. W dobie zagrożenia terroryzmem samotna torba czy walizka może wzbudzić zainteresowanie stosownych służb. Nikt z nas nie chciałby przecież wywołać alarmu bombowego na lotnisku – dodaje ekspert.

Szczególną czujność powinny zachować osoby podróżujące z dziećmi.

 Należy zawsze mieć je blisko siebie. Nie mówimy nawet o ryzyku porwania, ale mogą się po prostu zgubić. Pod żadnym pozorem nie wolno przyjmować propozycji i ulegać prośbom o przewiezienie czegokolwiek przez granicę. To metody wykorzystywane przez przemytników. Zostaniemy potraktowani jak przemytnicy, a sankcją za to może być wieloletnie więzienie lub nawet kara śmierci. Trzeba mieć oczy dookoła głowy i myśleć o tym, co się dzieje i co robimy – przestrzega Piotr Dobrowolski.

Pracownicy z Ukrainy coraz ważniejsi dla polskiego rynku pracy. Rośnie ich zainteresowanie pracą na Zachodzie

Pracownicy z Ukrainy coraz ważniejsi dla polskiego rynku pracy. Rośnie ich zainteresowanie pracą na Zachodzie 2

Dziennie tylko przez Dworzec Zachodni przybywa do pracy w Polsce blisko 4 tys. Ukraińców. W 2016 roku pracowało ich w naszym kraju ponad 1,2 mln, a ich liczba wciąż dynamicznie rośnie. Z roku na rok pracownicy ze Wschodu stają się coraz istotniejszą grupą na rynku pracy, szczególnie w okresie prac sezonowych. Liberalizacja przepisów wizowych Unii Europejskiej dla Ukraińców sprawia jednak, że Polska może przestać być dla nich krajem docelowym. Z regionu szczecińskiego 90 proc. Ukraińców wyjechało do Niemiec.

Zgodnie z raportem opublikowanym przez NBP w Polsce pracuje 1,2 mln pracowników ze Wschodu. Według danych naszego oddziału, który pracuje na Dworcu Zachodnim, tylko przez to miejsce do pracy do Polski dziennie przybywa 4 tys. osób – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwona Załuska, członek zarządu Upper Job, agencji pośrednictwa pracy, która specjalizuje się w pozyskiwaniu pracowników ze Wschodu.

Dane Straży Granicznej wskazują, że tylko przez pierwsze 3 dni obowiązywania bezwizowego ruchu między Polską a Ukrainą (od 11 czerwca) granicę przekroczyło 8 tys. Ukraińców. W ubiegłym roku zarejestrowano ponad 1,3 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy dla cudzoziemców, z czego zdecydowanie najwięcej dla Ukraińców, których łącznie pracuje w Polsce 1,26 mln.

Pracowników ze Wschodu szukają przede wszystkim branża budowlana, hotelarstwo, przemysł spożywczy, prace magazynowe. Duże zapotrzebowanie jest w logistyce, w szpitalach, w opiece paliatywnej. Każdy zawód, gdzie Polscy pracownicy wyjechali pracować za granicę, wypełniają pracownicy ukraińscy. Dodatkowo świetnie radzą sobie z językiem polskim, wybierają nasz kraj, ponieważ mają blisko do domu – tłumaczy Załuska.

Ukraińcy zatrudniani są nie tylko w pracach sezonowych, jak prace w rolnictwie czy w produkcji, lecz także jako specjaliści, przede wszystkim w branży stoczniowej czy kierowcy z kategorią C+E.

– Poszukiwani są wszyscy: zarówno pracownicy niewykwalifikowani, jak i wykwalifikowani. Wśród wykwalifikowanych dużą popularnością cieszą się informatycy – ocenia ekspertka.

Zniesienie przez UE wiz dla obywateli Ukrainy otworzyło naszym sąsiadom możliwość łatwiejszego podróżowania do krajów unijnych. Ci, którzy mają paszporty biometryczne, będą mogli wjechać do krajów członkowskich bez wizy na 90 dni w ciągu pół roku. Dla Polski może to oznaczać duże zmiany na rynku pracy.

Liberalizacja przepisów wizowych to duży problem polskich pracodawców. Widzimy duże zapotrzebowanie strony ukraińskiej, jeżeli chodzi o pracę w Niemczech. Pytają, jaka jest procedura zatrudnienia, czy można tam pracować legalnie. Na razie na wizie turystycznej nie można pracować za granicą, ale myślę, że nasi sąsiedzi będą się starali o zliberalizowanie tego rynku jeszcze bardziej – analizuje przedstawicielka Upper Job.

Duża konkurencja płacowa ze strony krajów zachodnich sprawia, że polscy pracodawcy są zmuszeni podnosić wynagrodzenia. Z danych Upper Job wynika, że rosną oczekiwania płacowe Ukraińców – w ciągu miesiąca w zależności od branży nawet o 15–30 proc., przede wszystkim pracowników fizycznych (wzrost z 9 do 12 zł za godzinę).

Obecnie ponad 90 proc. pracowników ukraińskich zostaje w Polsce. Na razie tylko dopytują o pracę za granicą, ale w regionie szczecińskim ponad 90 proc. Ukraińców wyjechało do Niemiec. Najprawdopodobniej mieli już tam rozpoznane prace przez znajomych. Za ok. 3 miesiące będziemy wiedzieć, jaki odsetek pracowników z Ukrainy wyjechał do Niemiec – podkreśla Załuska.

Duże zapotrzebowanie na chętnych do pracy powoduje, że firmy podkupują sobie pracowników.

Jeśli pracownik fizyczny u jednego pracodawcy dostaje 12 zł netto, to sąsiad zza płotu może mu zaproponować, że zapłaci 14 złotych. Przy 300 godzinach pracy to kilkaset złotych więcej, decydują się więc na pracę u sąsiada, mimo że pierwszy pracodawca załatwia całą dokumentację wizową –tłumaczy Iwona Załuska.

Resort nauki i szkolnictwa wyższego stawia na doktorantów. Chce im ułatwić prace badawcze

Resort nauki i szkolnictwa wyższego stawia na doktorantów. Chce im ułatwić prace badawcze 3

W październiku startuje program doktoratów wdrożeniowych. Studenci, którzy wezmą w nim udział, będą równolegle pracować zawodowo i pisać rozprawę doktorską. Zarówno pracodawca, jak i uczelnia będą nadzorować ten proces, a przyszły doktorant będzie otrzymywać podwójne wynagrodzenie. Program ma zacieśnić współpracę przedsiębiorstw ze środowiskiem naukowym i poprawić sytuację doktorantów tak, aby mogli skupić się na badaniach naukowych. Kolejne propozycje w tym kierunku resort zawrze w projekcie nowej ustawy o szkolnictwie wyższym. 

W założeniach nowej ustawy o szkolnictwie wyższym chcielibyśmy, żeby doktoranci stali się badaczami, a nie studentami. To są nierzadko ludzie dojrzali, którzy mają rodziny i muszą się utrzymać, więc trudno mówić o nich jako o wiecznych studentach. To są badacze i powinni otrzymać wynagrodzenie. Chcielibyśmy, aby wszyscy doktoranci mieli stypendia doktorskie w takiej wysokości, która pozwoli skupić się na badaniach, żeby nie musieli szukać dodatkowych zajęć w celu utrzymania – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Szumowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

W październiku wystartują pierwsze doktoraty wdrożeniowe, które mają spowodować, że studenci nie będą musieli wybierać między karierą naukową a dobrze płatną pracą zawodową. Uruchomiony przez MNiSW program doktoratów wdrożeniowych ma też zacieśnić współpracę środowiska naukowego i akademickiego z biznesem.

Pierwsi uczestnicy programu rozpoczną za dwa miesiące studia doktoranckie i pracę pod okiem dwóch opiekunów merytorycznych (jeden zostanie wyznaczony przez pracodawcę, drugi – przez jednostkę naukową). W praktyce student będzie pracował nad rozprawą doktorską i równolegle będzie zatrudniony w firmie (jego praca będzie ukierunkowana na rozwiązanie konkretnego problemu wskazanego przez pracodawcę). Uczelnia albo jednostka naukowa i pracodawca, który zatrudnia doktoranta, będą wspólnie ustalać plan badań i kontrolować postępy.

Tego typu doktoraty niczym nie różnią się od zwyczajnych, są tak samo oceniane przez rady wydziałów, trzeba spełnić te same kryteria. To jest taki sam doktorat, ale nazywamy go wdrożeniowym po to, aby móc uruchomić strumień finansowania we współpracy z sektorem gospodarczym. Chcemy skłaniać polskich badaczy do wyjścia poza mury uczelni, aby współpracowali z odbiorcą ich pomysłów i wyników badań, czyli z sektorem gospodarki – mówi wiceminister Łukasz Szumowski.

Uczestnicy programu doktoratów wdrożeniowych będą dostawać podwójne wynagrodzenie: oprócz pensji od pracodawcy otrzymają stypendium z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Doświadczenia innych państw europejskich, które realizują program doktoratów wdrożeniowych (m.in. Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Dania), pokazują, że ich absolwenci szybciej znajdują pracę i zarabiają więcej od absolwentów tradycyjnych studiów doktoranckich. Natomiast przedsiębiorstwa, które ich zatrudniają, wykazują większą aktywność patentową. Na taki efekt liczy również MNiSW.

Liczymy na to, że polscy naukowcy będą współpracowali z przedsiębiorstwami i wdrażali to, co wymyślą w czasie badań. Z drugiej strony chcemy, aby przedsiębiorstwa czerpały korzyści ze współpracy z nauką, aby stawały się coraz bardziej nowoczesne, a nowe rozwiązania krążące w świecie akademickim znalazły zastosowanie z korzyścią dla tych firm – mówi wiceminister.

Doktoraty wdrożeniowe mają być również nową, przyspieszoną ścieżką dojścia do pierwszego stopnia naukowego. Podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego zauważa, że z ponad 40 tys. studentów doktorantów rocznie tylko 20 tys. rzeczywiście uzyskuje doktorat – studiuje, ale nie może w wystarczającym stopniu skupić się na prowadzeniu badań.

Według zapowiedzi MNiSW każdego roku do programu doktoratów wdrożeniowych będzie mogło przystąpić 500 doktorantów. Koszt programu resort oszacował na 85 mln zł rocznie. W roku akademickim, który rozpocznie się w październiku, na sfinansowanie doktoratów wdrożeniowych przewidziano 21 mln zł. Resort w wyniku naboru wyłonił 54 jednostki naukowe z całego kraju, które przystąpiły do programu. W zamian za wsparcie i zapewnienie doktorantowi dostępu do laboratoriów, otrzymają dofinansowanie kosztów wykorzystania infrastruktury badawczej.

Trwają również dyskusje, czy habilitacja powinna zostać jako stopień naukowy, czy jako pewien cenzus, który pozwala na promowanie kolejnych doktorantów. To wciąż jest przedmiotem dyskusji. Natomiast droga dojścia do habilitacji powinna być szersza, bardziej otwarta. W tej chwili średnia wieku to 46 lat. To bardzo późno na uzyskanie samodzielności w nauce. Być może opcją dla tych wybitnych jest uzyskanie doktoratu i prowadzenie grantu badawczego. To skutkowałoby samodzielnością naukową, czyli – w dzisiejszym rozumieniu – uzyskaniem stopnia doktora habilitowanego – dodaje Łukasz Szumowski.

Blisko 50 proc. leków kupowanych w internecie to fałszywki. Polacy wydają na podróbki 100 mln zł rocznie

Blisko 50 proc. leków kupowanych w internecie to fałszywki. Polacy wydają na podróbki 100 mln zł rocznie 4

Blisko połowa leków kupowanych w internecie może być podrobiona. Coraz częściej proceder ten dotyczy nie tylko suplementów diety, lecz także leków ratujących życie. W Polsce wciąż nie ma rozwiązań prawnych wymierzonych w to zjawisko, a za fałszowanie leków i wprowadzanie ich do sieci dystrybucji grożą stosunkowo niewielkie kary, więc proceder kwitnie. W ubiegłym roku wykryto pod Bydgoszczą największą w Europie fabrykę podróbek. Szansą na poprawę sytuacji są przepisy unijnej dyrektywy fałszywkowej, które muszą zostać wdrożone najpóźniej do 2019 roku.

– Szacuje się, że około 50 proc. leków oferowanych w internecie to podróbki. Według WHO co setny lek na polskim rynku jest podrobiony, a Polacy wydają na fałszywki 100 mln zł rocznie. W globalnej skali wartość czarnego rynku podrabianych leków sięga 200 mld dol. Interpol wskazuje, że każdego roku z powodu zażywania podrobionych leków ginie około miliona osób – mówi agencji Newseria Biznes dr Natalia Daśko z Wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Podrabianie leków to coraz większy problem, który dotyczy nie tylko krajów Azji i Afryki, lecz także państw europejskich. Komisja Europejska szacuje, że do 2020 roku w legalnej sieci dystrybucji znajdzie się około 183 mln opakowań sfałszowanych leków, a konsumenci będą wydawać na podróbki ok. 850 mln euro rocznie. Wartość polskiego rynku została z kolei oszacowana przez KE na 62 mln euro. W Europie najczęściej fałszowane są leki na problemy z potencją, tzw. viagropodobne. Na drugim miejscu są produkty i leki odchudzające oraz sterydy anaboliczne. Ze względu na cenę coraz częściej fałszowane są również cytostatyki stosowane w leczeniu nowotworów.

 Leki podrabiane są groźne, ponieważ zawierają mniejszą ilość substancji czynnej albo nie mają jej wcale. Tego typu produkty przede wszystkim nie leczą. Leki przeciwmalaryczne, cytostatyczne czy kardiologiczne bez substancji czynnej mogą spowodować śmierć pacjenta, który tak naprawdę nie jest leczony. Część może również zawierać substancje szkodliwe. W tej chwili obserwujemy – szczególnie w USA i Kanadzie – groźny proceder fałszowania leków przeciwbólowych i psychotropowych. Zamiast substancji czynnej te leki zawierają fentanyl albo jego pochodne. W ciągu ostatnich kilku lat w USA z powodu tych produktów zmarło ponad 5 tys. osób – mówi prof. dr hab. n. farm. Zbigniew Edward Fijałek, prezes stowarzyszenia „Stop Nielegalnym Farmaceutykom – Stowarzyszenia Wspierania Ochrony Zdrowia i Praworządności”.

Wytwórcy podrabianych leków nie stosują się do systemów jakości i nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za działanie sfałszowanych medykamentów. W Polsce zajmują się tym głównie grupy przestępcze. Fałszowane są nie tylko suplementy diety, lecz także leki ratujące życie. W wielu przypadkach podróbki wytwarza się np. ze zmielonej kredy albo leków znacznie przeterminowanych.

Ani pacjent, ani lekarz czy farmaceuta nie są w stanie odróżnić podrobionego leku. Dla fałszerzy największym wysiłkiem i kosztem jest opakowanie. Do tabletki czy ampułki, która się w środku znajduje, przykładają najmniejszą uwagę. Nierzadko hologramy na opakowaniu sfałszowanego leku są lepsze niż oryginalne – mówi prof. dr hab. n. farm. Zbigniew Edward Fijałek.

Dotąd w Polsce nie obowiązywały systemowe rozwiązania ani szczegółowe przepisy dotyczące podrabiania leków. To istotne o tyle, że polski rynek farmaceutyczny jest jednym z najbardziej zagrożonych tym procederem.

 Polska jest ważnym punktem tranzytowym, biegną tędy szlaki przemytu podrobionych leków ze wschodu na zachód oraz w drugą stronę. Poza tym Polska sąsiaduje z państwami byłego bloku wschodniego, gdzie problem podrabianych leków jest bardzo duży. Dlatego w ocenie Interpolu i WHO jesteśmy krajem podwyższonego ryzyka, jeśli chodzi o występowania podróbek leków na rynku – mówi dr Natalia Daśko.

Począwszy od 2009 roku polskie służby regularnie uczestniczą w prowadzonej przez Interpol operacji Pangea, której celem jest zwalczanie czarnego rynku fałszywych leków, głównie sprzedawanych w internecie. W ostatniej edycji tej operacji w 2015 roku zatrzymano 156 osób i zamknięto 2,5 tys. stron internetowych, które oferowały podrabiane leki. W Polsce służby zatrzymały natomiast cztery osoby i zabezpieczyły podrobione leki o wartości przekraczającej 20 tys. złotych.

– Z tymi problemami mierzymy się niemal co dzień. W ubiegłym roku CBŚP wykryło pod Bydgoszczą olbrzymią fabrykę sfałszowanych leków, największą w Europie. W niewielkiej miejscowości fałszerze przez kilka lat wytwarzali na dużą skalę leki czterech dużych koncernów farmaceutycznych. Były tam różne postacie leków, nie tylko tabletki, które są bardzo proste do wyprodukowania, lecz także fiolki i ampułki o bardzo dużej różnorodności substancji aktywnych. Musimy mieć świadomość, że coraz więcej grup przestępczych przerzuca się na wytwarzanie i handel takimi produktami – podkreśla prof. dr. hab. n. farm. Zbigniew Edward Fijałek.

Zgodnie z ustawą Prawo farmaceutyczne przestępstwo fałszowania produktów leczniczych podlega karze grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do 5 lat. Jeżeli zażycie sfałszowanego leku zagraża czyjemuś życiu lub zdrowiu, wówczas sądy posiłkują się przepisami Kodeksu karnego (zgodnie z artykułem 165. za sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia grozi kara pozbawienia wolności do 8 lat, w szczególnych przypadkach – do 12 lat).

W praktyce, chociaż liczba przestępstw farmaceutycznych z roku na rok rośnie, nie przekłada się to na liczbę skazań, których jest ciągle stosunkowo niewiele. Profesor Fijałek podkreśla, że to skłania grupy przestępcze do fałszowania leków na coraz większą skalę.

– Zorganizowane grupy przestępcze starają się dotrzeć do pośredników, dystrybutorów i przenikać do legalnego łańcucha dystrybucji, bo to zdecydowanie zwiększa zyski płynące z tej działalności. Trzeba jednak zaznaczyć, że podrobione leki w legalnym łańcuchu to rzadkość, większość fałszywek funkcjonuje na czarnym rynku – mówi dr Natalia Daśko.

– Leki powinniśmy kupować tylko w legalnej sieci dystrybucji. Daje to 99 proc. pewności, że kupimy dobry lek. Mieliśmy już do czynienia z fałszowaniem bardzo poważnych leków w ramach importu równoległego. Ten import, który ma bardzo wiele plusów, ale niesie za sobą również bardzo wiele zagrożeń, ponieważ im dłuższa jest sieć dystrybucji, np. jeśli mamy przepakowanie leku oryginalnego na opakowania krajowe, tym większe prawdopodobieństwo, że fałszerze znajdą drogę, aby sfałszowany produkt wszedł do legalnej sieci dystrybucji – dodaje prof. Zbigniew Edward Fijałek.

Na początku lipca tego roku została powołana Krajowa Organizacja Weryfikacji Autentyczności Leków, której głównym zadaniem jest wdrożenie informatycznego systemu weryfikacji autentyczności produktów leczniczych. Obowiązek utworzenia przez przedstawicieli branży farmaceutycznej takiego organu nakłada na poszczególne kraje członkowskie UE tzw. dyrektywa fałszywkowa uchwalona w 2014 roku. Zgodnie z jej wymogami do 2019 roku w Polsce powinien funkcjonować system zabezpieczania rynku przed sfałszowanymi lekami.

– Proceder podrabiania leków ma wiele negatywnych konsekwencji. Źle wpływa na innowacje i rozwój, na bezpośrednie inwestycje zagraniczne, na handel, środowisko i zatrudnienie. Szacuje się, że z tego powodu w samej UE likwiduje się 91 tys. miejsc pracy rocznie. Nielegalny obrót podrabianymi lekami to także ogromne straty dla budżetu państwa z tytułu nieodprowadzania podatków i opłat. Budżety państw UE tracą na tym średnio 1,7 mld euro rocznie – mówi dr Natalia Daśko.

Rekordowy debiut na warszawskiej giełdzie. Play z największą ofertą publiczną w historii GPW

Rekordowy debiut na warszawskiej giełdzie. Play z największą ofertą publiczną w historii GPW 5

Kolejny operator telekomunikacyjny wchodzi na warszawską giełdę. Dzisiejszy debiut firmy Play na głównym parkiecie jest największą pierwszą ofertą publiczną w całej historii GPW i największą w Europie w ciągu ostatnich 2 lat. Przeprowadzona w lipcu oferta publiczna telekomu cieszyła się rekordowym zainteresowaniem. Inwestorów przyciągają dobre perspektywy rozwoju zarówno spółki, jak i całego rynku telekomunikacyjnego – podkreślają przedstawiciele Play. Tak duży debiut może pozytywnie wpłynąć na rynek finansowy.

 Ze względu na bardzo duże zainteresowanie ten debiut może przyciągnąć na giełdę nowych inwestorów indywidualnych oraz poprawić płynność na giełdzie. Obecność firmy z sektora nowoczesnych technologii temu sprzyja – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Dobrzyński, dyrektor marketingu oraz członek zarządu Play.

Play Communications, właściciel operatora sieci Play, debiutuje na warszawskiej giełdzie jako 485. spółka notowana na rynku głównym. Oferta publiczna telekomu cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, zwłaszcza inwestorów indywidualnych, którzy złożyli zapisy na 18 mln akcji. Play zaoferował im 5,89 mln akcji (blisko 5 proc. całej oferty), co oznacza, że popyt ponadtrzykrotnie przewyższył podaż. Pozostałe 115,43 mln akcji zostało przeznaczonych dla inwestorów instytucjonalnych. Cena akcji została ustalona na 36 zł za sztukę.

Wejście na giełdę oznacza dla nas nowy etap w rozwoju. Play pojawił się na polskim rynku 10 lat temu i z małego operatora stał się jednym z największych usługodawców telefonii mobilnej w Polsce. Teraz stajemy się spółką publiczną. To kolejny krok do umocnienia się na rynku oraz zobowiązanie wobec nowych udziałowców, że będziemy dostarczać dobre wyniki – podkreśla Dobrzyński.

Łączna wartość oferty wyniesie prawie 4,4 mld zł. Tym samym debiut giełdowy Play będzie największym w historii GPW (nie wliczając ofert prywatyzacyjnych). Rekord padnie też w skali europejskiej – to IPO będzie największą ofertą publiczną firmy telekomunikacyjnej w Europie od 2015 roku.

Zainteresowanie subskrypcją naszych akcji jest bardzo duże, zarówno po stronie inwestorów indywidualnych, jak i inwestorów instytucjonalnych. Przyciąga ich to, że jesteśmy dużą i stabilną firmą, z dobrymi perspektywami rozwoju. Bez telefonii komórkowej klienci nie mogą wyobrazić sobie życia, każdy z nas coraz intensywniej korzysta ze swojego smartfona. Perspektywy rozwoju dla Play i całej branży są bardzo dobre – mówi Bartosz Dobrzyński.

Kapitalizacja rynkowa spółki po debiucie będzie wynosić 9,1 mld zł (ok. 2,2 mld euro). Play planuje w II kwartale przyszłego roku wypłacić akcjonariuszom dywidendę w łącznej wysokości 650 mln zł (za rok obrotowy kończący się w grudniu 2017 roku). W kolejnych latach wskaźnik wypłaty dywidendy ma wynosić 65–75 proc. skonsolidowanych wolnych przepływów za rok poprzedzający.

Przy okazji debiutu Play ujawnił swoje plany na nadchodzące miesiące. Zarząd spółki spodziewa się dalszego, przynajmniej jednocyfrowego, wzrostu przychodów i zakończenia budowy własnej sieci telekomunikacyjnej obejmującej terytorium całego kraju. Tylko w 2017 roku nakłady inwestycyjne operatora wyniosą około 700 mln zł. Począwszy od przyszłego roku, nakłady na inwestycje mają stanowić równowartość ok. 8 proc. przychodów operacyjnych plus dodatkowe 500 mln zł w latach 2018–2020.

Pod względem liczby klientów Play jest drugim największym w Polsce operatorem telefonii komórkowej (14,3 mln klientów na koniec marca br.). Jest również najszybciej rosnącym telekomem – w ciągu niecałej dekady (koniec 2008–2017) jego udział w rynku zwiększył się z 4,6 do 27,6 proc.

W zeszłym roku osiągnęliśmy ponad 25-proc. udział w rynku telekomunikacyjnym. Uznaliśmy, że jest to dobry moment, aby na giełdę wchodziła spółka, która ma solidne wyniki, dobry standing finansowy oraz bardzo dużą i mam nadzieję zadowoloną rzeszę klientów – mówi Bartosz Dobrzyński.

Najnowsze filtry fotograficzne są niemal niezniszczalne. Wykonane są ze specjalnie wzmacnianego szkła ceramicznego

Najnowsze filtry fotograficzne są niemal niezniszczalne. Wykonane są ze specjalnie wzmacnianego szkła ceramicznego 6

Filtry fotograficzne mocowane przed przednią soczewką obiektywu aparatu są chętnie wykorzystywane przez fotografów nie tylko do uzyskania dodatkowych efektów na zdjęciach, lecz także do ochrony samego obiektywu przed uszkodzeniem. Do tej pory problemem była jednak niska trwałość samych filtrów, które często pękają, kruszą się czy ulegają zarysowaniu. Nowe filtry fotograficzne są jednak znacznie bardziej odporne na uszkodzenia. 

Filtry z pancernego szkła, ze szkła ceramicznego, to nowość na rynku; do tej pory nie były dostępne w powszechnej sprzedaży. Rozwój technologii związanych z produkcją szkła i zapotrzebowaniem na tego typu produkty – fotografowie pracują coraz bardziej ekstremalnie w coraz trudniejszych warunkach – wymusiły na producentach zaoferowanie takiego produktu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Łukasz Jędrzejewicz, kierownik ds. sprzedaży w Sigma ProCentrum.

Popularnym materiałem do produkcji filtrów pozostaje nadal szkło, odpowiednio wzmacniane podczas produkcji. Stosowane w nowych filtrach szkło ceramiczne powstaje dzięki częściowemu krystalizowaniu jego powierzchni poprzez obróbkę cieplną materiału. Początkowo, z powodu wysokich kosztów, ten typ szkła stosowany był jedynie w zwierciadłach teleskopowych. Dopiero później szkło ceramiczne stało się m.in. elementem gospodarstwa domowego w postaci blatów kuchenek elektronicznych czy naczyń żaroodpornych.

Pancerne filtry, jak przyjęło się je nazywać, są wykonane z praktycznie tych samych materiałów, które występują w lotnictwie czy wręcz promach kosmicznych. To specjalne szkło, które wytrzymuje naprawdę olbrzymie naprężenia. Filtry są wykonane ze szkła, które jest odporne na ukruszenia, które jest bardzo wytrzymałe i jednocześnie elastyczne, w przypadku uderzenia filtr się odkształci, natomiast nie pęknie ani się nie zarysuje – deklaruje ekspert.

Najbardziej uniwersalny filtr fotograficzny to filtr odcinający promienie UV, nie jest już tak naprawdę potrzebny przy fotografii cyfrowej, ale nadal często wykorzystywany przez fotografów jako podstawowa ochrona szkła obiektywu. Sprawdza się jako dodatkowa osłona przed wszelkiego rodzaju zabrudzeniami, urazami mechanicznymi czy nawet bryzgami wody deszczowej lub morskiej, mogącej uszkodzić delikatne powłoki przedniej soczewki obiektywu.

Do tego filtry mają specjalne warstwy hydrofobowe, mają warstwy wpierające transmisję [przepuszczalność – red.] światła. Filtr nie może zatrzymywać na swojej powierzchni transmisji światła, to bardzo ważne, zawodowi fotografowie zwracają na to szczególną uwagę. Do tego warstwy antystatyczne, powłoki teflonowe itd. Wszystkie te technologie wykorzystane w służbie fotografii są zastosowane w tych najwyższej jakości filtrach, one faktycznie zrewolucjonizowały pojęcie filtra ochronnego na filtr pancerny – Łukasz Jędrzejewicz.

Na rynku dostępne są także filtry kwadratowe, które montuję się na dodatkowym uchwycie przed obiektywem aparatu. Można dzięki temu stosować te same filtry do obiektywów o różnej średnicy przedniej soczewki. Nie zapewnią one jednak odporności, jaką oferują filtry okrągłe, które wkręca się w obudowę obiektywu.

Ich zastosowanie też jest dość szczególne, do tej pory fotografowie sportów ekstremalnych mogli mieć trochę większy problem z osłoną swojego sprzętu, swoich obiektywów. Dziś ta technologia jest dostępna na rynku powszechnym. Filtry te są około 23 razy droższe niż klasyczne filtry UV, ale mają swoje unikalne własności, ceny zaczynają się od 400 zł w górę – opowiada kierownik ds. sprzedaży w Sigma ProCentrum.

Fotografowanie sportów ekstremalnych to zajęcie, które w wielu przypadkach wymusza stosowania ochrony obiektywu. Jego soczewki to nie tylko najbardziej narażony element podczas kadrowania, lecz także jeden z droższych. Dlatego fotografowie chętnie stosują odporne filtry, które wytrzymają spotkanie z twardymi przedmiotami czy odpowiednio rozproszą wodę.

Innowacyjność szkła użytego do budowy tych filtrów opiera się na strukturze całej szyby, która jest w nim zastosowana. Tafla szkła jest utwardzona na całej jego powierzchni, w całym przekroju, nie tak jak w klasycznych filtrach, gdzie szczególnie utwardzane są tylko brzegi, górne warstwy tego filtra – tłumaczy Łukasz Jędrzejewicz z Sigma ProCentrum.

Rozwój fotografii cyfrowej i programów do edycji zdjęć i wideo sprawił, że stosowanie wielu rodzajów filtrów stało się niepotrzebne. Nadal nie da się jednak zastąpić na drodze cyfrowej filtra polaryzacyjnego czy szarego, ale gdyby to kiedyś nastąpiło, to pozostanie jeszcze aspekt ochronny wykorzystania filtrów. Im bardziej będą one zatem „pancerne”, tym lepiej.

Polscy naukowcy opracowali przenośne laboratorium diagnostyczne. Mieści się w kieszeni fartucha lekarskiego

Polscy naukowcy opracowali przenośne laboratorium diagnostyczne. Mieści się w kieszeni fartucha lekarskiego 7

Postawienie trafnej i równocześnie szybkiej diagnozy ma kluczowe znaczenie w walce o ludzkie życie i zdrowie, jaka toczy się w szpitalach czy przychodniach lekarskich. W przypadku problemów takich jak sepsa to krótki czas podjęcia odpowiednich przeciwdziałań decyduje o ich skuteczności, ale dla terapii równie ważne jest też właściwe rozpoznanie bakterii i jej odporności na antybiotyki. W tych wszystkich problemach pomocny okaże się wynalazek opracowany przez polskich naukowców. 

Genomtec ID to przenośne laboratorium oparte na biologii molekularnej. Umożliwia detekcję patogenów zarówno bakteryjnych, jak i wirusowych, w dowolnym miejscu opieki nad pacjentem. Genomtec ID wykorzystuje unikalną technologię amplifikacji kwasów nukleinowych, która pozwala na określenie obecności DNA patogenów w dowolnej próbce materiału biologicznego z dokładnością nawet do jednej kopii, co umożliwia lekarzom postawienie dokładniejszych i szybszych diagnoz – opowiada agencji informacyjnej Newseria Innowacje Miron Tokarski z Zakładu Technik Molekularnych, współzałożyciel Genomtec.

Rozwiązanie stworzone przez polskich naukowców to innowacja na skalę światową, w zdecydowany sposób upraszczająca proces diagnostyki chorób zakaźnych. Już sama informacja, czy mamy do czynienia z infekcją bakteryjną czy wirusową, jest ogromną pomocą przy farmakoterapii. Oznacza też zasadniczy postęp w walce z antybiotykoopornością.

– Genomtec ID opiera się na autorskiej metodzie, która pozwala na przeprowadzenie całego procesu od nałożenia próbki do uzyskania wyniku na karcie reakcji, zamkniętej wewnątrz urządzenia. To rozwiązanie unikatowe na skalę zarówno polską, jak i światową, w tej chwili przebiega proces zgłoszenia patentowego, na którego rezultaty czekamy – dopowiada współzałożyciel firmy.

Urządzenie pozwala na przeprowadzenie badań o bardzo wysokiej czułości, dzięki czemu pomoże np. wykryć obecność wirusa HCV (żółtaczka typu C) już po kilkudziesięciu godzinach od infekcji, a więc wcześniej niż w przypadku obecnie stosowanych metod. Ale zalety nowego urządzenia to nie tylko jego mobilność i niezwykle wysoka czułość, przydatna jest także możliwość szybkiego zdiagnozowania odporności na antybiotyki i sepsy.

– Pozwala na stwierdzenie obecności kwasów nukleinowych, szczególnie tam, gdzie istotna jest szybkość diagnozy, np. przy intensywnych zakażeniach ogólnoustrojowych, w sepsie. Pozwala również na wstępne określenie antybiotykoodporności, co umożliwia stwierdzenie, który z wybranych antybiotyków będzie najbardziej dopasowany i skuteczny w przypadku danego pacjenta – wyjaśnia Miron Tokarski.

Specjalista zaznacza, że urządzenie będzie z blisko stuprocentową skutecznością wykrywać każdy zdefiniowany wcześniej wirus, co wesprze np. lekarzy pierwszego kontaktu czy pediatrów podczas diagnozowania najmłodszych pacjentów.

– O ile technologie amplifikacji kwasów nukleinowych [zwiększenia ich ilości w celach badawczych – red.] są znane już od lat 80. XX wieku, o tyle ich zastosowanie w przenośnych urządzeniach do tej pory nie było możliwe. Genomtec ID pozwala na detekcję patogenów w miejscu opieki nad pacjentem. W urządzeniu następuje izolacja kwasów nukleinowych, a następnie detekcja specyficznych fragmentów kwasów nukleinowych DNA lub RNA danego patogenu. Dzięki ich powieleniu możemy stwierdzić, czy w danej próbce znajduje się ten materiał i pochodzi od danej bakterii czy wirusa – tłumaczy ekspert.

Z tego powodu opracowane przez polskich naukowców przenośne laboratorium może się wydatnie przyczynić do usprawnienia działalności polskich szpitali i przychodni. Umożliwi bowiem lekarzom pierwszego kontaktu i pediatrom szybkie i tanie wykrywanie często występujących chorób zakaźnych, m.in. gronkowca złocistego czy chorób przenoszonych drogą płciową.

Obecnie, aby przeprowadzić badanie z wykorzystaniem metod biologii molekularnej, konieczne jest posiadanie wyspecjalizowanego laboratorium i sprzętu. Termocyklery, które służą do diagnostyki in vitro, w tej chwili kosztują setki tysięcy złotych, do tego trzeba doliczyć odczynniki niezbędne do przeprowadzenia badania oraz dodatkowo zużywane materiały. W przypadku Genomtec ID koszt urządzenia szacujemy na około 1600 zł, a koszt wykonania jednego badania na około 50 zł, co jest bardzo konkurencyjne względem obecnych metod – podsumowuje Miron Tokarski.

Wyniki Grupy mBanku za I półrocze 2017 r.

Grupa mBanku zakończyła I półrocze 2017 roku zyskiem netto w wysokości 488,5 mln zł wobec 696,3 mln zł przed rokiem. Za niższym wynikiem stoją przede wszystkim czynniki jednorazowe oraz obciążenia podatkowe. Przez pierwsze sześć miesięcy 2017 roku bank rozwijał się organicznie, pozyskując niemal 200 tys. klientów indywidualnych i 560 korporacyjnych.

Na wynik finansowy Grupy mBanku w I półroczu 2017 roku miał wpływ przede wszystkim spadek dochodów o 2,2 proc. w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego, związany z zaksięgowaniem transakcji przejęcia Visa Europe Limited przez Visa Inc. rok temu. Warto zaznaczyć, że dochody z działalności podstawowej wzrosły w tym czasie o 13,1 proc. Pierwsze sześć miesięcy to również wzrost kosztów związany z zaksięgowaniem składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny i zwiększenie tzw. podatku bankowego do poziomu 184,3 mln zł w porównaniu z 146,3 mln zł w I półroczu 2016 roku. Wyższe były również rezerwy na kredyty.

Pierwsza połowa roku to jednocześnie czas solidnego wzrostu organicznego mBanku. Wartość kredytów i pożyczek brutto wzrosła o 1,9 proc. w porównaniu do końca 2016 roku, dzięki intensywnym działaniom sprzedażowym zarówno w segmencie detalicznym, jak i korporacyjnym. Wyłączając transakcje reverse repo/buy sell back i efekt zmian kursów walutowych, kredyty brutto wzrosły w pierwszym półroczu o 4,3 proc. Ekspansja na rynku kredytów detalicznych znalazła odzwierciedlenie w rekordowej sprzedaży kredytów niehipotecznych, która wyniosła 3,7 mld zł, co stanowi wzrost o 20,2 proc. w stosunku do I półrocza 2016 roku. Odnotowano też znaczące zwiększenie sprzedaży kredytów hipotecznych – w I półroczu 2017 roku sprzedano ich 1,8 mld zł, co oznacza wzrost o 22,3 proc. w stosunku do ubiegłego roku.

Z kolei w samym II kwartale 2017 roku mBank wypracował 269,7 mln zł zysku netto, w porównaniu do 218,8 mln zł w I kwartale 2017 roku. W tym czasie wynik z tytułu odsetek wzrósł o 2,1 proc., co wynikało głównie ze spadku kosztów odsetkowych o 3,4% w ujęciu kwartalnym. Kolejnym pozytywnym czynnikiem było zwiększenie wyniku z tytułu opłat i prowizji o 1,2 proc., związane przede wszystkim ze wzrostem prowizji z tytułu działalności maklerskiej i za organizację emisji, trade finance oraz prowizji za pośrednictwo w sprzedaży produktów zewnętrznych podmiotów finansowych.

Spadek wyniku na działalności handlowej o 15,8 mln zł w ujęciu kwartalnym spowodowany był z kolei negatywną wyceną instrumentów CIRS oraz niższą zmiennością na rynku. W II kwartale 2017 roku mBank zaksięgował również wyższe rezerwy na niespłacane kredyty, głównie w segmencie korporacyjnym.

Kredyty i pożyczki brutto udzielone klientom wzrosły w II kwartale 2017 roku o 1,7 mld zł. Wzrost wartości kredytów zanotowano zarówno w segmencie klientów detalicznych (+0,4 mld zł), jak i korporacyjnych (+1,3 mld zł). Wyłączając wpływ wahań kursów walutowych, wartość kredytów i pożyczek udzielonych klientom indywidualnym wzrosła o około 1,4 proc. W II kwartale 2017 roku Grupa mBanku udzieliła 1 mld zł kredytów hipotecznych oraz 1,9 mln zł kredytów niehipotecznych.

Prognozowane obroty w europejskim handlu detalicznym

Największe i najbardziej rozwinięte rynki w Europie oferują detalistom korzystne warunki, ale jednocześnie mogą też okazać się dla nich wymagające, czy to pod względem konkurencyjności, czy, w niektórych przypadkach, także pod względem niemal całkowitego nasycenia.

Wyniki najnowszego raportu GfK dotyczącego trendów w europejskim handlu detalicznym pokazują, że największy wzrost obrotów w handlu detalicznym w 2017 r. jest prognozowany dla średniej wielkości rynków europejskich, takich jak Ukraina (+12,3%), Rumunia (+9,8%), Norwegia (+6,2%), Węgry (+5,7%), Estonia (+5,5%) i Polska (+5,3%). Z kolei dla większych gospodarek, takich jak Niemcy (+1,0%), Włochy (+1,2%), Francja (+2,0%) czy Hiszpania (+2,9%), przewidywany wzrost jest znacznie mniejszy. Mapa miesiąca GfK ilustruje prognozowane tempo wzrostu obrotów w handlu detalicznym w Europie w 2017 r.

Przed FOMC: dwie dobrze znane kwestie

Brak oznak przyspieszenia inflacji stanowi problem dla Fed, ale rynek pracy biski stanu pełnego zatrudnienia i solidne tempo wzrostu gospodarczego wspierają powziętą strategię normalizacji. W tym tygodniu Fed powinien pozostawić stopy procentowe bez zmian, a w komunikacie ważny będzie język dotyczący inflacji i terminu redukcji sumy bilansowej. Niepewność o pierwsze przeważy nad bliskością drugiego.

Dwudniowe posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku (FOMC) kończy się publikacją komunikatu w środę 26 lipca o 20:00 polskiego czasu. My i konsensus oczekujemy utrzymania stóp procentowych na niezmienionym poziomie (1,00-1,25 proc.). W lipcu nie ma konferencji prasowej ani prezentacji nowych prognoz gospodarczych.

Po dopiero co dokonanej podwyżce stóp procentowych w czerwcu, posiedzenie FOMC w tym tygodniu powinno przynieść pauzę w procesie normalizacji polityki pieniężnej. Mimo to komunikat po posiedzeniu będzie analizowany pod kątem zmian w języku. Dwie kwestie będą przyciągały szczególną uwagę: inflacja i redukcja sumy bilansowej. Inflacja stała się powodem do niepokoju po czterech miesiącach rozczarowujących odczytów. Preferowana przez Fed miara inflacji, PCE Core, obniżyła się z 1,8 proc. r/r na początku roku do 1,4 proc. w maju. Podczas przesłuchania w Kongresie prezes Fed Janet Yellen przyznała, że niższe odczyty inflacji związane są z „nadzwyczajnymi obniżkami w niektórych kategoriach dóbr”, ale jednocześnie podkreśliła niepewność o przyszłą ścieżkę inflacji, a szczególnie o to, „kiedy i jak bardzo inflacja odpowie na wyczerpywanie się wolnych mocy produkcyjnych”. Jeśli komunikat wskaże na wzrost obaw o trwałość niskich cen przez większą część członków komitetu, zmiana ta będzie miała gołębi wydźwięk. Nie musi to jednak oznaczać, że Fed porzuci dotychczasową strategię, gdyż rozwój gospodarczy przebiega zgodnie z oczekiwaniami FOMC. Rynek pracy dalej zmierza w kierunku stanu pełnego zatrudnienia – w drugim kwartale stopa bezrobocia spadła do 4,4 proc., tj. poniżej poziomy określanego przez Fed jako stopa „naturalna” (4,6 proc.). Jednocześnie cel dla tempa wzrostu PKB w całym 2017 r. (2,2 proc.) w drugim kwartale powinien zostać przekroczony.

Zatem jeśli Fed miałby nie zmieniać swojego nastawienia, oznaczałoby to zmierzanie do startu procesu redukcji sumy bilansowej we wrześniu i kolejnej podwyżki stóp procentowych w grudniu. Szczególnie ten pierwszy element może znaleźć mocniejszy akcent w komunikacie w środę. W czerwcu Komitet oczekiwał, że normalizacja sumy bilansowej rozpocznie się „jeszcze w tym roku”. Zmiana języka na „względnie szybko” lub „na najbliższym posiedzeniu” potwierdziłaby wrzesień jako termin. Ograniczenie sumy bilansowej ma więcej zwolenników w Fed niż podwyżki stóp procentowych, nawet wśród konserwatywnych członków jak Lael Brainard. Jeśli Fed chce zostawić sobie wiarygodną opcję na ruch na stopach w grudniu (i utrzymać przerwę pasywnego posiedzenia w październiku), musi mierzyć z redukcją bilansu we wrzesień.

Fed od tygodni komunikował swoje zdanie odnośnie inflacji i sumy bilansowej, stąd rynki są przygotowane na potencjalne zmiany w komunikacie. Jakkolwiek potwierdzenie startu redukcji sumy bilansowej we wrześniu niesie pozytywny impuls dla USD, obawy o inflację będą ważyć na oczekiwanej ścieżce podwyżek stóp procentowych, wywierając tym samym presję na krzywą rentowności (i pośrednio na USD). Uważamy, że rynek niedoszacowuje determinację Fed do normalizacji polityki monetarnej i jest zbyt mocno skupiony na przejściowej słabości inflacji i porażkach w implementacji bodźców fiskalnych. Jednak lipcowy komunikat FOMC nie pomoże rozwiązać tych problemów, stąd mało realne, aby rynek walutowy porzucił swój sceptycyzm w stosunku do USD. Konieczny jest wyraźny zwrot w odczytach makro z USA (przede wszystkim inflacji) z USA, by rynek uwierzył w jastrzębie nastawie Fed i siłę USD.

Materiał opracował Konrad Białas, Główny Ekonomista, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Stopy procentowe w USA. Ropa drożeje

Dzisiaj o 20:00 poznamy decyzję FOMC w sprawie stóp procentowych w USA. Wzrost gospodarczy na wyspach zgodny z oczekiwaniami. Ropa przekroczyła 50 dolarów za baryłkę.

Decyzja w sprawie stóp procentowych w USA

Dzisiaj Federalny Komitet Otwartego Rynku, czyli amerykański odpowiednik polskiej Rady Polityki Pieniężnej podejmie decyzje w sprawie stóp procentowych. Analitycy są niemal zgodni, że nie dojdzie do żadnych zmian. Biorąc pod uwagę wyceny kontraktów na stopę procentową w USA można odnieść wrażenie, że podobne przeczucia mają inwestorzy. Wedle tych danych zaledwie 3% z nich spodziewa się wzrostu stóp procentowych. Przeciw podwyżkom stóp przemawiają również słabsze dane, jakie w ostatnich tygodniach nadchodziły zza oceanu. Wczorajszy lepszy od oczekiwań indeks zaufania konsumentów – Conference Board, jest tutaj raczej wyjątkiem niż regułą. Jeżeli nie dojdzie dzisiaj do wzrostu stóp rynek powinien przyjąć tę wiadomość w miarę neutralnie. Gdyby jednak podniesiono stopy można oczekiwać gwałtownego wzrostu cen dolara. Zdaniem specjalistów najważniejszy będzie komentarz do decyzji. To od niego będzie zależeć jak szybko będziemy się spodziewać kolejnej podwyżki stóp procentowych.

Bez niespodzianki w Wielkiej Brytanii

Brytyjskie PKB zgodnie z oczekiwaniami wzrosło w ciągu roku o 1,7%. Było to równo zgodne z oczekiwaniami analityków. Spowolnienie wzrostu jest łączone z niepewnością co do przyszłości po decyzji o opuszczeniu Unii Europejskiej. Wiele firm wstrzymało inwestycje czekają na informacje jakie będą realne konsekwencje Brexitu. Rynek walutowy nie zareagował jak to często ma miejsce gdy odczyt pokrywa się z oczekiwaniami.

Ropa powyżej 50 USD za baryłkę

Wczoraj mogliśmy oglądać kolejny skok w górę cen ropy. Dzień rozpoczął się po 48,6 USD za baryłkę, a zakończył aż 2 USD wyżej. Są dwa powody dla których drożeje. Pierwszy to ograniczanie wydobycia przez państwa członkowskie OPEC. Obecnie do istotnego ograniczenia eksportu ropy zobowiązała się Arabia Saudyjska. Ma to być 1 milion baryłek dziennie (około 15%). Inne państwa mają również brać w tym udział. Drugim ważnym elementem pchającym ceny czarnego złota w górę były wieczorne dane z USA. Zmiana zapasów paliw wyniosła -10,2 miliona baryłek. Już oczekiwania analityków mówiące o redukcji o 3,2 miliona uchodził już za spory spadek. Dane te przez chwilę spowodowały, że ropa zbliżyła się nawet do 51 dolarów. Drożejąca ropa oczywiście wsparła walutę Rosji. Rubel zyskał około 1% na wartości.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 16:00 – USA – sprzedaż nowych domów,
  • 16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw,
  • 20:00 – USA – decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych,

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 26.07.2017

Przez ostatnie tygodnie waluty surowcowe znalazły się w trendzie wzrostowym. Przodował w tym dolar kanadyjski, australijski, nowozelandzki oraz korona norweska. Trzy z nich znalazły się na mocnym oporze lub też wsparciu, który może przeszkodzić dalszym wzrostom. Tylko jedna z nich pokonała swój tygodniowy opór – dolar australijski.

USD/CAD

Siła dolara kanadyjskiego wynika z podwyżki stóp procentowych przez Bank Kanady oraz mocniejszej ropy naftowej. Dzięki temu para walutowa USD/CAD znalazła się na silnym wsparciu, które może nie zostać pokonane bez napotkania oporu ze strony niedźwiedzi.

Notowania USD/CAD, interwał tygodniowy

Notowania USD/CAD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Przerwanie tygodniowego oporu 1.245-1.257 jest prawdziwym wyzwaniem. O ile w krótkim terminie może okazać się problematyczne, o tyle w długim nie powinno stanowić żadnego problemu. Ponadto warto zwrócić uwagę na indeks dolara, który również znalazł się na silnym wsparciu. Zatem bazowym scenariuszem pozostanie korekta, która zniesie część ruchu spadkowego lecz długoterminowo obecny kierunek powinien zostać utrzymany.

USD/NOK

Kolejna para walutowa, której notowania znalazły się na długoterminowym wsparciu. Jego przebicie również uzależnione jest od notowań ropy naftowej. Norweska gospodarka w dużym stopniu oparta jest na eksporcie ropy naftowej, dlatego notowania tegoż surowca wpływają na siłę waluty norweskiej.

Notowania USD/NOK, interwał tygodniowy

Notowania USD/NOK, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Po przerwaniu tygodniowego wsparcia możemy spodziewać się kontynuacji trendu spadkowego nawet w okolicę 7.27. Niemniej jednak musimy zobaczyć jego przerwanie.

Reasumując, indeks dolara oraz większość głównych par walutowych powiązanych z dolarem amerykańskim znalazła się na wsparciu lub oporze. Czy trend osłabiania dolara amerykańskiego będzie kontynuowany? Najprawdopodobniej tak, ale na samym początku należy przeczekać korektę.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Kluczowe miejsce dla złota

Do najbardziej aktywnych rynków należał we wtorek rynek ropy. Utrzymały się też wzrosty na amerykańskich parkietach giełdowych. Na rynku walutowym wzrosty zagościły na funcie , a spadki na jenie.

Spośród głównych walut najmocniej tracił wczoraj jen japoński. Spore zrosty w ciągu dnia odnotowano też na funcie, który ostatecznie zakończył dzień blisko poziomów otwarcia. Jednak największe zmiany odnotowano na rynku ropy. Informacje o zmniejszającym się w USA wydobyciu z łupków wypchnęły notowania WTI o ponad 3.3%, a Brent o ponad 4%. Tymczasem w USA indeks Nasdaq odnotował kolejna sesję wzrostową.

Wzrosty zagościły też w Warszawie, gdzie indeks WIG20 zakończył dzień z wynikiem blisko +0.3%. Wzrostom mogły pomóc dobre dane z gospodarki. Stopa bezrobocia spadła w Polsce do poziomu 7.1%, z poziomu 7.4%. Dziś napłyną dane z Wielkiej Brytanii, dotyczące tempa wzrostu PKB w Q2. Wieczorem na inwestorów czekać będzie decyzja Fed w sprawie wysokości stóp procentowych. Nie oczekuje się tu żadnych zmian.

Kluczowe miejsce dla złota 8

Tymczasem złoto dotarło do poziomu oporu na 1250. Biegnie tam też górna linia kanału spadkowego – w zasadzie nawet dwie. Co ciekawe, wskaźnik RSI dotarł też do swojej górnej linii. Mamy więc do czynienia z ważnym momentem. Albo wspomniane bariery zostaną pokonane, albo nastąpi odwrót i spore spadki. Ich teoretyczny zasięg to nawet poziom 1110$. W przypadku wzrostów otworzy się potencjał długoterminowego ruchu nawet na wysokość 1390$.

Sylwester Majewski

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Brak regulacji prawnych i odpowiedniej infrastruktury może opóźnić pojawienie się na polskich drogach pojazdów autonomicznych

Brak regulacji prawnych i odpowiedniej infrastruktury może opóźnić pojawienie się na polskich drogach pojazdów autonomicznych 9

Pierwsze próby stworzenia pojazdów, które poruszałyby się bez ingerencji kierowcy, rozpoczęły się już niemal sto lat temu, jednak dopiero ostatnio stworzenie w pełni autonomicznych samochodów stało się możliwe z technicznego punktu widzenia. Na na ulicach zauważyć można coraz więcej całkowicie autonomicznych prototypów (autonomia poziomu 4) lub samochodów w znacznym stopniu wyręczających kierowcę (niepełna autonomia poziomu 2 i 3). Problemem, który spowalnia rozwój tego typu aut, są nienadążające za rozwojem techniki regulacje prawne. 

Próby stworzenia samochodu autonomicznego podejmowano kilka lat po stworzeniu pierwszego komercyjnego samochodu, który zjechał z taśmy fabrycznej, czyli Forda T. Już bowiem w latach 20. zeszłego wieku, konstruktorzy eksperymentowali z sterowanymi samochodami za pomocą fal radiowych. W latach późniejszych wiele ośrodków akademickich podejmowało się wprowadzenia do powszechnego użytku samochodu, który mógłby przemierzać drogi bez potrzeby ingerencji kierowcy. Efektem tych badań jest choćby tempomat. Jego pierwsza wersja powstała już w roku 1948 i nadal – odpowiednio modernizowana – wykorzystywana jest w samochodach.

Uważamy, że nie da się zatrzymać postępu. Z całą pewnością będziemy takie rozwiązania eksploatować, będziemy starali się dostosować swoją filozofię i swoje przedsiębiorstwa do możliwości technologicznych i do potrzeb rynku – opowiada agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jan Buczek, prezes zarządu Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych.

Dopiero w latach ‘80 Mercedesowi udało się stworzyć samochód, który był wstanie poradzić sobie z jazdą na pustych drogach. Nie była to zatem pełna autonomia, określana w popularnie stosowanym podziale jako poziom 4, ale raczej poziom 3, czyli samodzielna jazda pojazdu w określonych warunkach. Niżej znajduje się poziom 2, czyli współpraca różnego typu systemów wspomagających jazdę (np. zwykłego tempomatu i radaru, co przełożyło się na tempomat adaptacyjny), a jeszcze niżej poziom 1 (pojedyncze systemy wspomagające, np. ABS, ESP).

Dopiero niedawno powstał pierwszy komercyjny samochód, poruszający się wśród innych uczestników ruchu, który uważany jest za pojazd autonomiczny (ale poziomu 3). Chodzi o Teslę Model S, w której ze względów bezpieczeństwa kierowca nadal powinien cały czas czuwać nad tym, jak się porusza jego samochód. Inne firmy starają się jednak nie pozostawać w tyle i niemal wszyscy producenci aut w mniej lub bardziej zaangażowany sposób pracują nad swoimi autonomicznymi pojazdami.

Wszystkie fabryki produkujące samochody: zarówno osobowe, jak i ciężarowe, pracują nad stworzeniem w pełni autonomicznego pojazdu. Wiemy, że prace są zaawansowane praktycznie we wszystkich firmach produkujących ciężarówki, jednakże jest wiele barier natury prawnej, infrastrukturalnej itd. Pomysły są różne, na przykład kolumna złożona z czterech czy pięciu pojazdów, w pierwszym jedzie kierowca a pozostałe w bliźniaczy sposób powtarzają te ruchy kierowcy. Część rozwiązań objętych jest tajemnicą, na tym polu też jest dosyć ostra konkurencja – dodaje Jan Buczek.

Jednym z liderów pod względem rozwoju samochodów autonomicznych jest firma Google. Samochody Waymo, spółki córki Alphabet (dawniej Google) od 2009 roku do połowy 2017 pokonały łącznie blisko 5 milionów kilometrów, a tylko w zeszłym roku ponad 1,5 mln kilometrów. Do tej pory samochody amerykańskiego giganta technologicznego uczestniczyły też w 14 wypadkach i kolizjach, ale większość – jak twierdzi firma – wydarzyła się z powodu nieodpowiedniego zachowania innych kierowców. W przypadku Tesli pierwszy wypadek śmiertelny z udziałem autopilota nastąpił po 208 mln przejechanych kilometrów w trybie autonomicznym przez wszystkie pojazdy firmy. Jak udało się ustalić podczas śledztwa, kierowca miał jednak dość czasu na reakcję i mógł uniknąć śmierci. Zatem do pełnej autonomii, w której kierowca zwolniony będzie całkowicie z obowiązku czuwania nad zachowaniem pojazdu, trochę jeszcze brakuje.

Spodziewamy się, że taka rewolucja nastąpi nieprędko, dlatego też robimy wszystko co możliwe, aby uruchomić kształcenie kierowców, bo już dziś potrzeby naszej gospodarki są na poziomie około 100 tys. kierowców. A gdyby ustabilizować deficyt, rokrocznie jesteśmy w stanie zatrudnić około 30 tys. kierowców – deklaruje prezes zarządu Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych.

Firmą, która posiada sprawny prototyp ciężarówki autonomicznej, jest Starsky Robotics. Przedsiębiorstwo na początku 2016 roku przeprowadziło test na amerykańskich drogach, podczas którego zmodyfikowany tir wraz z ładunkiem przejechał prawie 195 kilometrów (120 mil). Ta firma próbuje przeforsować swoją wizję dotyczącą jazdy ciężarówkami autonomicznymi; według niej wyszkoleni kierowcy mieliby zdalnie nadzorować trasę, po której poruszałaby się maszyna. W razie problemu mogliby przejąć stery i dojechać do miejsca docelowego. Nad rozwiązaniami dla tirów pracują także m.in. Volvo Trucks i Daimler, ale wdrożenie tych rozwiązań w życie hamowane jest m.in. przez brak odpowiednich regulacji prawnych.

Barierą prawną jest chociażby fakt odpowiedzialności, kto ma odpowiadać – czy ten, kto kupił robota, czy może ten, kto go programował. Więc jest jeszcze sporo do zrobienia. To jest największą barierą jeśli chodzi o wdrożenie ich do pełnej służby, bo problemy techniczne są łatwiejsze do pokonania – podkreśla Jan Buczek.

W niektórych stanach USA istnieją już odpowiednie normy prawne czy definicje określające, czym dokładnie jest pojazd autonomiczny. W stanach takich jak Kalifornia czy Newada poruszanie się samochodem, który może jechać samodzielnie, jedynie z kontrolą kierowcy, jest też w pełni dozwolone. Oprócz tego w trzech stanach (Waszyngton D.C, Newada, Michigan) prawo zrzuca odpowiedzialność za usterki autonomicznych pojazdów na producenta, zależnie jednak od rodzaju wypadku. Szacuje się, że choć w Stanach Zjednoczonych długo jeszcze jednak nie pojawi się prawo dotyczące samochodów autonomicznych na poziomie federalnym, to ten kraj przoduje zarówno w produkcji jak i używaniu tego typu pojazdów. W Europie – w tym w Polsce – regulacje prawne związane z tym zagadnieniem są jeszcze bardziej opóźnione.

Dobra reputacja miast przyciąga inwestorów. Budowanie wizerunku coraz częściej priorytetem samorządowców

Dobra reputacja miast przyciąga inwestorów. Budowanie wizerunku coraz częściej priorytetem samorządowców 10

Reputacja i pierwsze skojarzenia mają coraz większy wpływ na decyzje konsumentów. Dotyczy to nie tylko produktów czy marek, lecz także odwiedzanych miast i regionów. Takie podejście zarówno konsumentów, jak i partnerów biznesowych. Ogólna reputacja miasta może przyciągać lub zniechęcać inwestorów do lokowania w nich projektów. Dlatego miasta przykładają coraz większą wagę do dbania o swój wizerunek. Dużą rolę pełnią tu odpowiednia komunikacja z mediami i eksponowanie osiągnięć, także wśród mieszkańców.

– Reputacja to wrażenie, które przychodzi nam do głowy, gdy myślimy o marce, produkcie, mieście. To pierwsze emocje i skojarzenia, gdy słyszymy nazwę marki. Jak pokazują badania, ma to wpływ na decyzje konsumenckie. W przypadku miasta decyzją konsumencką może być wybór miejsca, w którym spędzimy wolny czas, czy to na wyjazd wakacyjny czy na weekendowy. Ogólna reputacja miasta może mieć wpływ na przyciąganie inwestorów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Tomasz Baran z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Z „Rankingu reputacji miast wojewódzkich” Premium Brand 2017 wynika, że najwyższą reputacją cieszą się Kraków (73 pkt), Gdańsk i Wrocław (72 pkt ex aequo), Poznań (71 pkt), Szczecin (69 pkt) i Warszawa (69 pkt). Jeszcze w ubiegłym roku liderem był Wrocław.

– Na zmianę lidera rankingu wpływ mogły mieć wydarzenia medialne związane z Wrocławiem, przede wszystkim głośna sprawa Igora Stachowiaka. To pokazuje, że jedna ze składowych, czyli atmosfera medialna wokół miasta, może pociągnąć wskaźnik reputacji w dół – analizuje Tomasz Baran.

W tym przypadku pod uwagę bierze się zaufanie (czy na mieście można polegać), referencje (miasto, które można polecić znajomym), atmosferę medialną, społeczną odpowiedzialność i dobre warunki pracy.

Raport „Ranking reputacji miast wojewódzkich” wskazuje, że najczęściej odwiedzanym miastem jest Warszawa, którą w ciągu ostatnich 12 miesięcy odwiedziło 25 proc. badanych, także Gdańsk i Kraków (20 proc.) oraz Katowice i Poznań (15 proc.). Podobnie wygląda czołówka miast, które zostały polecone do zobaczenia: Warszawa i Gdańsk – 15 proc., Kraków – 14 proc., Łódź i Wrocław – 9 proc.

– Miasto, jako miejsce, gdzie spędzamy czas, w którym pracujemy, może mieć wpływ na to, czy udaje się przyciągnąć osoby, które w poszukiwaniu pracy rozważają zmianę miejsca zamieszkania. Jest to związane z potencjałem inwestycyjnym danego miasta. Reputacja to dziś jeden z ważniejszych wskaźników, na które zwłaszcza w dobie marketingu, który wyszedł poza produkty i usługi, samorządy powinny zwracać uwagę, a liderzy odpowiedzialni za zarządzanie miastem powinni się skupiać – tłumaczy Tomasz Baran.

Wedle raportu konsumenci potrafią odrzucić produkty, o których wiadomo, że wytwarzająca je firma postępuje w sposób nieuczciwy. Niekiedy w ramach bojkotu konsumenckiego, świadomie rezygnują z marek, które mimo dobrej jakości mają złą reputację. Podobne znaczenie ma także reputacja miast, co coraz częściej dostrzegają włodarze miast.

– Z roku na rok obserwujemy coraz większe zainteresowanie miast tym, aby dbać o swój wizerunek i reputację. Można zwrócić uwagę na kampanie promocyjne miast, które pojawiają się w mediach. Stało się to ważnym elementem planowania marketingu i będzie nim nadal. Samorządowcy powinni dbać o swoją atmosferę medialną i w odpowiedni sposób komunikowania się z mediami – mówi ekspert.

Jak wskazuje, konieczna jest dbałość o odpowiednią atmosferę medialną i profesjonalny kontakt z mediami. Miasta starają się dotrzeć do całego społeczeństwa, nie tylko mieszkańców, tak aby szerzyć pozytywne skojarzenia.

– Nieocenianą rolę odgrywa zarządzanie komunikacją z mediami, czyli profesjonalna osoba lub sztab osób, które zajmują się analizą bieżącego wizerunku miasta i kontaktem z mediami w celu promowania tego miejsca w mediach. Za tym idą zorganizowane akcje promocyjne oraz dbałość o to, by dokonania miasta i jego inwestycje były odpowiednio eksponowane, a najlepszym przekaźnikiem informacji o mieście są jego mieszkańcy – tłumaczy dr Tomasz Baran.

W wakacje rośnie zapotrzebowanie na polskich opiekunów za granicą. Głównie w Niemczech

W wakacje rośnie zapotrzebowanie na polskich opiekunów za granicą. Głównie w Niemczech 11

Znajomość języka i doświadczenie w opiece nad osobami starszymi, choćby z prywatnego życia, to podstawowe wymogi pozwalające na znalezienie pracy w charakterze opiekunki za granicą. Wakacje i Boże Narodzenie to okresy wzmożonego zapotrzebowania na usługi tego typu, głównie w Niemczech. Chętnych do pracy nie brakuje, ale i tak popyt przewyższa podaż. Osoby zatrudnione jako opiekunowie mogą liczyć na 4–6 tys. zł netto.

 Polskie opiekunki osób starszych są poszukiwane za granicą, jest to widoczne zwłaszcza w Niemczech, gdzie zapotrzebowanie jest bardzo duże – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Celina Adamek z firmy ATERIMA MED, zatrudniającej opiekunów z Polski. – ATERIMA MED poszukuje kandydatów, którzy znają język niemiecki co najmniej w stopniu komunikatywnym i mają doświadczenie, przy czym doświadczenie nie musi być zdobywane w zawodzie w Polsce. To może być domowe doświadczenie w opiece nad osobami starszymi, np. rodzicami czy dziadkami.

Osoba decydująca się na tego rodzaju pracę w Niemczech może liczyć na wynagrodzenie od 1000 do 1350 euro na rękę miesięcznie. Dla porównania w Polsce średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w maju 2017 roku wyniosło niespełna 4,4 tys. zł brutto i jest to średnia dla wszystkich branż. Zapewne zarówno zapotrzebowanie, jak i stawki będą rosły ze względu na starzenie się europejskiego społeczeństwa.

– W Niemczech zapotrzebowanie na opiekunki osób starszych na pewno będzie rosło. Jest to społeczeństwo szybko starzejące się i to zjawisko jest tam dużo bardziej odczuwalne i widoczne niż w Polsce – mówi Adamek. – W Polsce również będzie rosło zapotrzebowanie, choć na razie rynek jest mało rozwinięty. Naszym zdaniem potrzeba czasu, aby ten rynek rozwinął się bardziej.

W Europie już 22 mln ludzi wymaga opieki. To niemal dwa razy tyle, ile dziesięć lat temu. W samych Niemczech do 2030 roku będą potrzebni opiekunowie do niemal 3,5 mln osób.

– W Niemczech to zapotrzebowanie jest bardzo duże. Jako ATERIMA MED, czyli jedna z firm, które oferują taką pracę właśnie w tym kraju, odnotowujemy rokrocznie coraz większe zainteresowanie ze strony klientów. Dużo osób się do nas zgłasza, natomiast cały czas kandydaci z Polski nie w pełni pokrywają potrzeby rynku w Niemczech – informuje Celina Adamek.

Dodaje, że w Niemczech łatwo o ofertę, trzeba tylko spełnić wymagania językowe i te dotyczące doświadczenia w opiece nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi. Dodatkowo wakacje są jednym z tych okresów – obok Świąt Bożego Narodzenia – kiedy liczba ofert rośnie.

 Polacy za granicą nie są już postrzegani jako tania siła robocza. Mają opinię cenionych i poszukiwanych za granicą specjalistów w krajach takich jak Francja, Niemcy, Holandia czy Belgia – wymienia przedstawicielka ATERIMA MED. – Są to osoby z takich branż jak budownictwo, branża wykończeniowa, ale również monterzy, specjaliści w zakresie aspektów technicznych. To osoby dobrze wykształcone, specjaliści w swojej dziedzinie. Takie osoby nie mają problemu ze znalezieniem bardzo dobrze płatnej pracy na Zachodzie.

Według CBOS najpopularniejszym kierunkiem, w którym udają się Polacy, by podjąć pracę za granicą, są Niemcy (w 2016 roku był to wybór 41 proc. osób). Kolejnym jest Wielka Brytania (23 proc.), a to wynik o niemal połowę niższy. Jedną z przyczyn dysproporcji jest decyzja o brexicie, która Brytyjczycy podjęli w czerwcu 2016 roku. Na słabszym zainteresowaniu Wyspami zyskała Holandia: jedna piąta Polaków poszukujących pracy poza granicami ojczyzny wybrała właśnie ten kraj.

W najbliższym czasie problemem mogą się jednak stać unijne regulacje dotyczące pracowników delegowanych. Zakładają one konieczność wypłacania pracownikom czasowo wysłanym do pracy w innych krajach Unii Europejskiej wynagrodzenia na takich samych zasadach, jakie obejmują lokalnych pracowników. To stwarza problem zarówno w sferze ustalania wysokości wynagrodzeń, jak i w zakresie samej ich struktury, bo zasady wynagradzania różnią się w zależności nie tylko od kraju, lecz także nawet okręgu czy zakładu pracy. Tymczasem więcej niż co piąty pracownik delegowany w UE pochodzi z Polski.

– Delegowanie pracowników, które umożliwia czasowe wyjazdy za granicę, jest zagrożone. Państwa takie jak Francja, Belgia czy Holandia mają zakusy, aby ograniczyć możliwości delegowania osób z Europy Środkowo-Wschodniej, co najbardziej uderzyłoby w Polskę, ponieważ jesteśmy liderem w tym obszarze. Polscy pracodawcy wysyłają najwięcej pracowników za granicę. Te liczby rokrocznie rosną – zauważa Celina Adamek.

W świetle planowanych zmian najwięcej mówi się o branży transportowej, jednak jest to jedynie czubek góry lodowej. Zagrożonych jest więcej branż, w których wyspecjalizowały się polskie firmy.

Branża ubezpieczeniowa inwestuje w nowe technologie. Rośnie liczba użytkowników aplikacji mobilnych i zgłaszanych za ich pomocą szkód komunikacyjnych

Branża ubezpieczeniowa inwestuje w nowe technologie. Rośnie liczba użytkowników aplikacji mobilnych i zgłaszanych za ich pomocą szkód komunikacyjnych 12

Aplikacje mobilne w ubezpieczeniach powoli stają się standardem w zachodniej Europie. Polski rynek ma wiele do nadrobienia. Wciąż tylko niewielki odsetek ubezpieczycieli udostępnia swoim klientom takie narzędzia. A przykłady z krajowego rynku pokazują, że zainteresowanie klientów jest. Największą popularnością cieszy się możliwość mobilnej likwidacji szkód.

– Rynek smartfonów rozwija się w Polsce bardzo szybko. Ponad 60 proc. ludzi na co dzień surfuje po internecie w swojej komórce. Ubiegłoroczne badania wykazały, że liczba użytkowników korzystających z sieci na urządzeniach mobilnych przerosła liczbę tych, którzy korzystają w tym celu z komputerów stacjonarnych i laptopów. Ta grupa docelowa będzie dla nas największą zachętą, aby rozwijać narzędzia mobilne – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Antol, starszy kierownik Wydziału Rozwoju i Utrzymania Systemów w Towarzystwie Ubezpieczeń i Reasekuracji WARTA.

Liczba sprzedanych w Polsce smartfonów przekroczyła w zeszłym roku osiem milionów sztuk. Agencje We Are Social i Hootsuite opublikowały kilka miesięcy temu swój cykliczny raport „Digital in 2017: Global Overview”, który pokazuje, że z telefonu komórkowego korzysta już 74 proc. Polaków. Każdego dnia średnio przez 1,5 godz. surfujemy po sieci właśnie za pośrednictwem smartfona lub tabletu.

Kanał mobilny stał się dla firm i organizacji podstawowym narzędziem dotarcia do konsumentów, co dobrze widać chociażby w bankowości (według ZBP swoim kontem w banku za pośrednictwem smartfona zarządza już blisko 5 mln Polaków). Zeszłoroczny raport KPMG („Ubezpieczenia w zasięgu ręki – czy aplikacje mobilne otworzą nowe możliwości przed ubezpieczycielami w Polsce?”) pokazuje, że pomiędzy rokiem 2015 a 2016 liczba użytkowników bankowych aplikacji mobilnych wzrosła aż o 40 proc.

Z mobilnych kanałów kontaktu z klientem coraz chętniej korzystają też ubezpieczyciele. KPMG wskazuje, że w Europie Zachodniej wykorzystanie aplikacji mobilnych w tym sektorze staje się powoli standardem.

Inaczej ma się sytuacja w Polsce, gdzie wciąż tylko niewielki odsetek ubezpieczycieli udostępnia swoim klientom aplikacje mobilne, mimo że oczekują oni takich rozwiązań. W badaniu KPMG blisko dwie trzecie (61 proc.) klientów zadeklarowało, że woli kupić polisę, którą można obsługiwać za pośrednictwem aplikacji mobilnej, nawet jeżeli miałaby być droższa.

Klienci nie mają obaw dotyczących kontaktowania się z ubezpieczycielem za pośrednictwem kanałów mobilnych. Zarówno w bankowości, jak i w instytucjach publicznych jest to kanał tak powszechny, że staje się już normą i codziennością – mówi Agnieszka Antol.

Jak podkreśla KPMG, polskie firmy ubezpieczeniowe wciąż traktują aplikacje mobilne z dużą ostrożnością i nie wykorzystują ich potencjału. Tylko czterech na dziesięciu największych ubezpieczycieli udostępnia swoim klientom takie narzędzia, jednak w większości mają one ograniczoną funkcjonalność. Tymczasem z badań wynika, że większość cyfrowych konsumentów chciałaby otrzymać od swojego ubezpieczyciela aplikację mobilną do zarządzania i obsługi swojej polisy.

Agnieszka Antol zauważa, że bardzo popularna jest zwłaszcza możliwość zgłoszenia i likwidacji szkód za pomocą aplikacji mobilnej. Klient poza tym, że ma większą kontrolę nad likwidacją swojej szkody, może w dowolnym miejscu i czasie śledzić postęp całego procesu. Kanał mobilny przyspiesza i upraszcza też kontakt z ubezpieczycielem.

Z naszych obserwacji wynika, że klienci wybierają te rozwiązania, które są dla nich użyteczne, przyjemne, proste i łatwe w użyciu. Wprowadzona 1,5 roku temu aplikacja Warta Mobile znacznie ułatwia klientom kontakty z ubezpieczycielem przede wszystkim poprzez skrócenie czasu likwidacji szkody i większą kontrolę nad tym procesem – potwierdza Agnieszka Antol.

Ze statystyk ubezpieczyciela wynika, że w tym czasie aplikację mobilną Warta Mobile ściągnęło ponad 70 tys. klientów. W około 20 proc. przypadków aplikacja jest wykorzystywana w procesie likwidacji szkody.

– Klient może w dowolnym czasie i miejscu śledzić swój status szkody, przesłać do nas dokumentację potwierdzającą zakres uszkodzeń. W przypadku wątpliwości może też skorzystać z komunikatora, który w prosty sposób przekieruje zapytanie do naszego opiekuna szkody – wyjaśnia Agnieszka Antol.

Ze względu na to, że rozwiązanie to zdobywa sobie coraz więcej zwolenników, WARTA pracuje nad wzbogaceniem swojej aplikacji mobilnej o nowe funkcjonalności. W ostatnich tygodniach ubezpieczyciel wprowadził narzędzie AudaSmart, które umożliwia samodzielne wyliczenie wysokości szkody. Cały proces trwa kilka chwil, a kiedy wyliczona przez klienta kwota odszkodowania zostanie zaakceptowana, wypłata może zostać zrealizowana jeszcze w tym samym dniu.

Chmura może pomóc firmom dostosować się do nowych przepisów o ochronie danych osobowych. Został na to niecały rok

Chmura może pomóc firmom dostosować się do nowych przepisów o ochronie danych osobowych. Został na to niecały rok 13

Za niecały rok wejdzie w życie unijne rozporządzenie RODO. Nałoży ono szereg nowych wymogów na firmy i organizacje, które gromadzą i przetwarzają dane osobowe. Informacje o klientach będą musiały być pod szczególną ochroną, dlatego ataki hakerskie i wycieki danych będą dla firm poważnym problemem. Coraz więcej z nich migruje do chmury, która zapewnia wysoki poziom bezpieczeństwa i usprawnia zarządzanie przedsiębiorstwem.

– Firmy czeka szereg zmian na poziomie technicznym i organizacyjnym. Ustawa RODO nałoży obowiązek stworzenia całego ekosystemu informatycznego, raportowania oraz analizowania wszelkich konsekwencji z tego wynikających. To potężne przedsięwzięcie dla firm – mówi agencji Newseria Biznes Bożena Leśniewska, wiceprezes zarządu Orange Polska.

Unijne rozporządzenie RODO, dotyczące ochrony danych osobowych, wejdzie w życie za niecały rok (25 maja 2018 roku). Nowe przepisy zwiększą kontrolę konsumentów nad ich danymi osobowymi oraz nałożą szereg wymogów na organizacje, które gromadzą i przetwarzają takie informacje.

Począwszy od maja przyszłego roku, firmy i przedsiębiorcy będą musieli wdrożyć rozwiązania techniczne i organizacyjne, które zagwarantują wysoki poziom bezpieczeństwa danych osobowych ich klientów. Nowe prawo wymaga, żeby firmy zadbały o ochronę danych już na etapie projektowania swoich systemów informatycznych. Zostaną też zobowiązane do tego, żeby każdorazowo uzyskiwać zgodę swoich klientów na przetwarzanie ich danych osobowych, a także do tego, by na ich żądanie usunąć ze swoich zasobów wszelkie dane na ich temat.

Zniszczenie, naruszenie bezpieczeństwa czy wyciek danych przedsiębiorstwa będą musiały obowiązkowo raportować do GIODO i powiadamiać o tym swoich klientów.

 Rozwiązania chmurowe mogą pomóc firmom w dostosowaniu się do wymagań RODO. W tę technologię „zaszyta” jest zgodność z oczekiwaniami regulacyjnymi. Modelowanie środowisk, procesów i data management, czyli sposób zarządzania danymi, to zagadnienia ujęte w format takiej chmury – mówi Adam Wojtkowski, dyrektor generalny Oracle Polska.

Rozwiązania chmurowe wpisują się w wymogi unijnego rozporządzenia RODO, ponieważ gwarantują bardzo wysoki poziom ochrony danych osobowych, które gromadzą i przetwarzają przedsiębiorstwa.

Wszystkie działania, począwszy od konstruowania produktu, poprzez jego projektowanie i wykonanie, są dopasowywane do wymagań regulatora. Choć Oracle rozwija całe portfolio produktów za oceanem, to rozwiązania chmurowe spełniają wszystkie wymagania prawne w tych krajach, w których są one oferowane. Dotyczy to także polskiego rynku. W związku z tym klient dostaje produkt, który niejako z definicji ma już wbudowane mechanizmy i instrumenty spełniające oczekiwania regulatora – podkreśla Adam Wojtkowski.

Cyberbezpieczeństwo to jedno z głównych wyzwań dla biznesu. Zespół CERT Orange Polska prognozuje, że w tym roku nastąpi wzrost liczby ataków z wykorzystaniem internetu rzeczy. Nie należy również spodziewać się spadku liczby ataków typu malware, ransomware czy phishingu. Ostatnie przykłady międzynarodowych ataków hakerskich powodują znaczący wzrost świadomości klientów biznesowych w zakresie wdrażania konieczności zabezpieczeń, jednak wciąż nie jest to wystarczający poziom.

– Obserwujemy, że klienci zaczynają szukać pomocy w zakresie cyberbezpieczeństwa dopiero wtedy, gdy spotkają się z problemem, gdy pojawia się atak. Mimo coraz większej świadomości użytkowników, badania pokazują, że głównym źródłem wycieku danych w firmach jest nadal pracownik. Najwięcej złośliwego oprogramowania dystrybuowane jest pocztą korporacyjną. To pokazuje, jak ważne jest wdrożenie odpowiednich usług zabezpieczających, które będą blokowały złośliwe aktywności, zanim dotrą one do stacji roboczych pracowników – mówi Bożena Leśniewska.

Dlatego – jak podkreśla – tak ważne jest proaktywne podejście i wdrożenie zabezpieczeń jeszcze zanim pojawią się ataki.

Naszą rolą jest wsparcie klientów w walce z cyberprzestępczością i zapewnienie im komfortu prowadzenia bezpiecznego biznesu. W ofercie Orange Polska i Integrated Solutions mamy szereg rozwiązań, które pokrywają szerokie spektrum potrzeb firm w zakresie ochrony danych oraz bezpiecznego korzystania z internetu – mówi Bożena Leśniewska. – Przykłady ostatnich cyberataków pokazują, że żaden z czołowych dostawców chmury nie padł ofiarą ataków złośliwego oprogramowania.

Dlatego coraz więcej firm przenosi swoje dane i systemy do chmury. Eksperci podkreślają, że nie jest to łatwe przedsięwzięcie, dlatego dostawcy technologii – poza samymi rozwiązaniami IT – oferują także pomoc merytoryczną.

Zainteresowanie polskich firm doradztwem w zakresie wdrożenia chmury mocno rośnie w ostatnim czasie – mówi wiceprezes zarządu Orange Polska. – Przez dłuższy czas mieliśmy sytuację, w której o digitalizacji i cyfryzacji biznesu mówiło się jak o słowach kluczach, modnych pojęciach. Natomiast teraz stają się one faktem. Przewidujemy, że w ciągu kilku kolejnych lat w Polsce nastąpi zdecydowany wzrost w zakresie transformacji cyfrowej, zarówno dużych, jak i średnich firm. To cały szereg zjawisk, które wymagają konsultacji i pomocy fachowców, którzy rozumieją tę cyfrową przemianę.

Eksperci podkreślają, że migracja firm do chmury przyspieszy też proces transformacji cyfrowej polskiej gospodarki.

Jeszcze w tym miesiącu możliwe przyspieszenie postępowania przetargowego na śmigłowce dla sił specjalnych

Jeszcze w tym miesiącu możliwe przyspieszenie postępowania przetargowego na śmigłowce dla sił specjalnych 14

Na początku lipca Ministerstwo Obrony Narodowej powołało specjalne zespoły, które zajmą się przygotowaniem umów offsetowych z dostawcami śmigłowców dla polskiej armii. Wszystko wskazuje na to, że jeszcze w tym miesiącu resort wystosuje zaproszenia do składania ofert. MON w pierwszej kolejności chce kupić maszyny dla sił specjalnych. W przetargu startuje m.in. śmigłowiec S70i produkcji Lockheed Martin oraz AW101 produkcji Leonardo Helicopters.

W lutym, po zakończeniu przez MON negocjacji z Airbus Helicopters, producentem śmigłowców Caracal, resort obrony ogłosił nowe postępowania. Obecny przetarg dotyczy dostawy ośmiu śmigłowców zdolnych do prowadzenia przez wojska specjalne misji poszukiwawczo-ratowniczych w warunkach bojowych oraz ośmiu maszyn przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych z jednoczesną zdolnością do prowadzenia misji ratowniczych na morzu.

Już miesiąc później do MON i Inspektoratu Uzbrojenia wpłynęły wstępne oferty firm zaproszonych do negocjacji. Do postępowania ponownie zgłosił się Airbus Helicopters, a także Sikorsky należący do Lockheed Martin, producent S70i, oraz PZL-Świdnik, którego właścicielem jest Leonardo Helicopters, producent AW101. Jak przekonują eksperci, MON jeszcze w tym miesiącu wystosuje zaproszenie do składania konkretnych już propozycji.

– Bierzemy udział w dwóch równoległych postępowaniach: w przetargu na dostawy śmigłowców dla Marynarki Wojennej oraz przeznaczonych dla wojsk specjalnych. To drugie postępowanie jest na nieco bardziej zaawansowanym etapie. Jesteśmy już po tzw. dialogu technicznym i czekamy na zaproszenie do składania ofert – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters, właściciela zakładów PZL-Świdnik.

– Wymagania polskiego wojska są bardzo duże, a poprzeczka jest ustawiona wysoko. Szczegółowe parametry nie zostały opublikowane, ale z wcześniejszych przetargów wiemy już, że nie wszystkie maszyny je spełniają – mówi Jerzy Gruszczyński, redaktor naczelny branżowego miesięcznika „Lotnictwo Aviation International”, i dodaje, że w jego ocenie to AW101 najlepiej odpowiada wymaganiom polskich sił zbrojnych.

Produkowany przez grupę Leonardo Helicopters AW101 to śmigłowiec wykorzystywany m.in. przez brytyjską marynarką wojennej, znany jako Merlin. Maszyny są produkowane w Anglii, w Yeovil, gdzie stacjonują w bazie Królewskiej Marynarki Wojennej. Są wykorzystywane do treningów, działań ratunkowych i bojowych.

Obecnie ze śmigłowców AW101 korzystają m.in. Japonia, Portugalia i Włochy. W sumie maszyny zostały przetestowane w trudnych warunkach przez kilkanaście państw.

Śmigłowiec produkowany przez Leonardo jest wyposażony w najnowszą awionikę, może wykonywać loty w każdych warunkach atmosferycznych, w dzień i w nocy. Jest wykorzystywany w ekstremalnych warunkach pogodowych m.in. przez Kanadę. W podobnym celu kupiły go też Norwegia i Japonia. Z kolei S70i jest śmigłowcem mniejszym, dwusilnikowym i jego możliwości też są mniejsze. Śmigłowiec AW101 jest maszyną trzysilnikową. Z tego wynikają jego przewagi – jest większy, ma silniejszy zespół napędowy, zabiera większy ładunek, ma większą ładownię, ma tylną rampę transportowo-załadowczą, szczególnie cenną dla sił specjalnych, oraz instalację do tankowania w locie – wylicza Gruszczyński.

Dzięki trzem silnikom na pokładzie AW101 śmigłowiec jest jednym z najbezpieczniejszych, bo w razie awarii jednego z nich pilot może kontynuować lot. Zasięg śmigłowca to ponad 1300 km, co umożliwia prowadzenie długich misji ratowniczych. Norwegia, która wykorzystuje AW101 właśnie w tym celu, poprosiła producenta o umieszczenie w kabinie śmigłowca stołów operacyjnych, ponieważ maszyny są bardzo stabilne i mają ograniczone do minimum drgania.

To śmigłowiec doświadczony w wielu krajach mających dostęp do morza, których wojsko czy służby działają w bardzo trudnych warunkach klimatycznych. Tym, co rzuca się w oczy, jest rozmiar tych maszyn, który pozwala na komfortową pracę pilotów i załogi. To ważne w przypadku śmigłowca dla wojsk specjalnych, ponieważ mówimy o działaniach zwykle podejmowanych bardzo szybko, takich jak nagłe opuszczenie maszyny czy ewakuacja z pola walki. W AW101 broń jest montowana na zewnątrz, co ułatwia przemieszczanie się żołnierzy w maszynie – mówi Krzysztof Krystowski.

Jak dodaje, AW101 może być produkowany w Polsce, w ramach umowy offsetowej, której zapisy są dla resortu kluczowe. Leonardo Helicopters ma w Świdniku zakład, który już dziś współpracuje przy produkcji AW101. Władze grupy zapowiadają, że ta współpracy zostanie zwiększona.

– Świdnik jest jedyną w Polsce firmą, która od A do Z potrafi budować śmigłowce. Zrobimy wszystko, aby ten śmigłowiec powstawał w Polsce, ale bardzo dużo zależy od decyzji MON, bo w przypadku ośmiu śmigłowców opłacalność ekonomiczna takiego przedsięwzięcia jest raczej niska. Przy zakupie szesnastu śmigłowców szanse na ich produkcję w całości w Polsce znacznie rosną – mówi Krzysztof Krystowski.

Sezonowość na złocie

W III oraz IV kwartale 2017 roku powinniśmy zwrócić uwagę na złoto oraz pozostałe metale szlachetne. Dlaczego? Głównym powodem jest sezonowość, która daje większe prawdopodobieństwo wzrostów cen metali szlachetnych niż ich spadku. Długoterminowa miesięczna średnia stóp zwrotu od 1975 roku został zobrazowana na poniższej grafice.

Gold Performance

Źródło: Hard Assets

Od marca do lipca metale złoto, reprezentant grupy metali szlachetnych nie dawał za wysokich stóp zwrotu. Bez dwóch zdań marzec był najgorszym miesiącem. Z kolei o sierpnia do lutego stopy zwrotu były dodatnie, a wrzesień można uznać za najlepszy miesiąc dla złota od 1975 roku.

Idąc dalej, średnie stopy zwrotu w trzecim oraz czwartym kwartale od 1975 roku okazały się największe i wynosiły odpowiednio 2.6 oraz 1.6 procenta.

Sezonowość na złocie 15

Źródło: Hard Assets

Zatem czy możemy liczyć na wzrosty w Q3 oraz Q4? Na wykresie dziennym notowania zatrzymały się w okolicy 1254-1259 USD za uncję. Pokonanie tego poziomu nie powinno stanowić większego problemu. Prawdziwym testem dla popytu będzie strefa oporu 1296 wyznaczona przez tegoroczne szczyty. Jej pokonanie byłoby jednoznaczne z testem szczytu z 2016 roku.

Sezonowość na złocie 16

Źródło: Admiral Markets

Gdzie szukać przyczyny takiego stanu rzeczy? W sezonowości innych aktywów. Jakiś czas temu pisaliśmy o sezonowości na rynku obligacji oraz akcji.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

EUR/GBP w drodze na szczyt

Rynek walutowy rozpoczął nowy tydzień zgodnie z tradycją niewielką zmiennością, bez wyraźnego trendu. Ceny ropy mozolnie pięły się w górę. Dobra atmosfera utrzymuje się na rynku kapitałowym, przynajmniej częściowo.

Pisząc o dobrej atmosferze mam na myśli głównie rynek amerykański, i to część sektora technologicznego. Indeks Nasdaq kolejny już dzień zyskiwał na sile, osiągając w trakcie sesji nowe maksima. Rozpoczyna się sezon wyników spółek nowych technologii, więc można się spodziewać dalszych wzrostów. Nieco gorzej było pod tym względem w przypadku pozostałych, głównych indeksów amerykańskich. Rodzimy WIG20 przez całą sesję trzymał się blisko poziomu piątkowego zamknięcia, aby na koniec dnia obsunąć się w okolice poziomu 2330 pkt.

Jeśli chodzi o wydarzenia makroekonomiczne, to w dniu wczorajszym królowały publikacje PMI. Najważniejsze były dla nas chyba dane z Niemiec, które wykazały nieznaczne spadki zarówno względem poprzednich danych jak też prognoz. W zainteresowaniu polskich inwestorów będą dziś zapewne dane z rynku pracy. O godzinie 10:00 poznamy aktualną wysokość stopy bezrobocia. W USA publikowane będą później dane z rynku nieruchomości oraz kolejne informacje o zapasach ropy.

EUR/GBP w drodze na szczyt 17

Rynek EUR/GBP wspina się w okolice szczytu z października 2016. Wskaźnik RSI zupełnie nie potwierdza potencjału wzrostowego, wskazując raczej na nerwową konsolidację. Kluczowym oporem będzie poziom 0.9050, który byki muszą pokonać w cenach zamknięcia, jeśli myślą o wzrostach. Wsparciem pozostaje bariera 0.88.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Rozchwiany rynek złotego po prezydenckim wecie

Wczorajsze dwa weta prezydenckie, przynajmniej do południa, dały paliwa do umocnienia się złotego. W godzinach popołudniowych cały ruch w dół na parach z PLN został wymazany. Inwestorzy potraktowali reakcję spadkową rynku, jako okazję do zakupów.

EUR porusza się w obszarze oporu pomiędzy 4,27 – 4,25. Wczorajszy ruch w dół był głębszy od zakładanego, ale popyt wyraźnie zareagował przy 4,2350. W krótkim terminie cena powinna poruszać się w trendzie horyzontalnym ze wsparciem na 4,25, a oporem na 4,28. Po skutecznym wybronieniu lokalnych wsparć popyt powinien zaatakować wyższe poziomy.

ergokantor-pl-eurpln-25-07USD podobnie jak EUR, najpierw przetestował poziom 3,64 na fali odreagowania, wybił nowy lokalny szczyt na 3,6655. Nadal znajdujemy się w silnym trendzie spadkowym w środku kanału trendowego, jednakże impet spadków wyraźnie spadł. Jest to też spowodowane wyhamowaniem fali osłabienia się dolara na szerokim rynku. W krótkim terminie wsparciem pozostają lokalne dołki, natomiast oporem linia szyi formacji odwróconego RGR. Po jej pokonaniu jest prawdopodobieństwo szybkiego ruchu w kierunku 3,70.ergokantor-pl-usdpln-25-07

Michał Bartos
Główny Analityk Walutowy
ergokantor.pl

Prowadzisz bloga o tematyce finansowej? Zobacz, jak zwiększyć swoje zyski

Sieć afiliacyjna to inicjatywa doskonała dla wielu podmiotów. Jej partnerami mogą zostać nie tylko blogerzy finansowi czy właściciele serwisów o tematyce biznesowej, ale również agencje reklamowe czy osoby prowadzące sklepy internetowe. Jakie korzyści płyną z marketingu efektywnościowego? Ile tak naprawdę może zyskać wydawca? Po jakie jeszcze metody warto sięgnąć, aby zwiększyć swoje zarobki? O tym w poniższym artykule.

Zarabiaj na swoim projekcie

Portal tematyczny o charakterze finansowym może być cennym źródłem nie tylko satysfakcji, ale także dodatkowych dochodów. Właściciel serwisu zwykle wkłada w jego rozwój wiele czasu i finansów, a jego działaniu często przyświeca misja, aby edukować społeczeństwo w tematach pożyczek, inwestowania czy zarabiania w sieci. Dzięki sieciom afiliacyjnym bloger czy właściciel portalu, zaczyna wreszcie zarabiać na swoim przedsięwzięciu. Może zostać wydawcą, a za każdy wygenerowany lead otrzymywać realne wynagrodzenie w wyznaczonym czasie.

LeadsMansion – partner w marketingu efektywnościowym

Oto najważniejsze powody, dla których warto dołączyć do sieci afiliacyjnej:

  • zadowoleni afilianci – 10 000 000 dolarów prowizji wypłaconych w ubiegłym roku
  • regularne wypłaty – każdego 1. i 16. dnia miesiąca dają stabilność zysków
  • zaufany i doświadczony partner – LeadsMansion jest częścią międzynarodowej grupy kapitałowej, należącej do DFEX INVESTMENTS LIMITED – działa z sukcesami na 6 światowych rynkach
  • przejrzyste zasady  – płatność za każdego leada
  • duży wybór narzędzi promocyjnych – pozwalają zwiększyć liczbę i wartość pozyskiwanych leadów. Wśród nich: 40 landing page, 60 kreacji mailingowych, banery reklamowe, iframe, strony prywatne.

Sieć afiliacyjna. Jak to działa?

Serwer LeadsMansion przetwarza dostarczone leady. Są one następnie kierowane bezpośrednio do pożyczkodawców. Cały proces odbywa się w czasie rzeczywistym, dlatego też osoba prowadząca bloga może w dowolnej chwili śledzić wysokość swoich zarobków za pomocą własnego panelu.

Ebook, kurs online i szkolenie, czyli jak jeszcze zwiększyć swoje zarobki

Twórca wartościowych i poczytnych treści może stworzyć ebooka, w którym zawrze specjalne, niepublikowane dotąd materiały. Może go udostępniać na własnej stronie WWW za drobną opłatą. Tego typu materiały stanowią nie tylko źródło dodatkowego dochodu, ale także dobrą metodę na budowanie wizerunku siebie jako eksperta w danej dziedzinie. Dzięki przystępnej cenie i nowoczesnej formie, docierają do sporego grona użytkowników. Są także tańsze w wydaniu i dystrybucji niż tradycyjna papierowa książka.

Inną metodą na monetyzację swoich zasobów jest współpraca z platformami edukacyjnymi, które udostępnią nam narzędzia do przygotowania własnego kursu online. Płatny kurs może być dodatkową metodą uzyskiwania dochodów, a także źródłem zawodowej i osobistej satysfakcji.

Bloger, który umocnił swoją pozycję eksperta, może również zorganizować płatne szkolenie, w czasie którego zdradzi użytkownikom swój sposób na sukces lub też wyłoży im konkretną, wartościową wiedzę. Tego typu forma zarobku wymaga jednak nieco więcej czasu i przygotowań.

Wartą uwagi metodą pozyskania dodatkowych dochodów może być też polecanie innego eksperta w naszej lub pokrewnej branży. Choć sposób ten nie przynosi bezpośrednich korzyści finansowych, daje coś równie cennego – pozwala zwiększyć zasięgi poprzez dotarcie z naszą działalnością do stargetowanej grupy odbiorców, na co dzień oddanych czytelników innych specjalistów w zbliżonej do naszej branży.

Zyski to nie tylko pieniądze

Współpraca z partnerem biznesowym może, oprócz korzyści finansowych, przynosić również prestiż i uznanie, czyli wpływać na umacnianie naszego wizerunku jako eksperta w danej branży. Ciekawy przykład dotyczy Michała Szafrańskiego, twórcy bloga Jak oszczędzać pieniądze?, znanego przede wszystkim osobom, które interesują się metodami mądrego oszczędzania. Michał, przy wsparciu MasterCard, stworzył kurs pomagający w samodzielnym wyjściu z długów. Szacunek, jakim darzy go społeczność internetowa, sprawił, że bloger ten wypada znacznie bardziej wiarygodnie w tej tematyce aniżeli przypadkowy pracownik banku, ubrany w garnitur i określany mianem eksperta ds. finansów.

Smartfony coraz lepiej radzą sobie z zastępowaniem profesjonalnych nawigacji dla wodniaków. To duża oszczędność w przypadku zaawansowanych amatorów turystyki wodnej

Smartfony coraz lepiej radzą sobie z zastępowaniem profesjonalnych nawigacji dla wodniaków. To duża oszczędność w przypadku zaawansowanych amatorów turystyki wodnej 18

Nowoczesne żeglarstwo, zarówno to profesjonalne, jak i hobbystyczne, w coraz większym stopniu wspomagane jest różnego typu elektroniką. To samo dotyczy także poruszania się jachtami i statkami motorowymi. Nadal trzeba jednak rozróżnić wykorzystywanie zaawansowanych narzędzi takich jak np. sonar czy radar od nastawionych na masowego odbiorcę aplikacji pogodowych czy nawigacyjnych na smartfony czy tablety, które do działania wymagają nieraz możliwości połączenia z siecią internetową. 

Jak wynika z danych Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska (GIOŚ), większość zbiorników wodnych, sztucznych i naturalnych została źle oceniona w badaniach wykonywanych od 2010 do 2015 roku. Ogólna ocena rzek wypadła w tym badaniu także dosyć słabo, znakomita większość stanów wodnych jest oceniana umiarkowano. Sporo jest jednak zbiorników, które zostały ocenione przez GIOŚ jako mające stan dobry, głównie w rejonie Mazur. Bardzo dobry stan wód występuje w rejonach południowych, takich jak Bieszczady. Generalnie Polacy coraz chętniej uprawiają sporty wodne, lecz nie można tu mówić o masowej modzie.

– Turystykę wodną w Polsce oceniam na stan dostateczny – są Mazury, a potem długo nic. Rokrocznie patentów sternika czy żeglarza wydawanych jest coraz więcej, motorówek jest coraz więcej, społeczeństwo zyskuje siłę nabywczą, ludzie chcą gdzieś spędzać czas wolny, między innymi na wodzie i wydaje się, że nieuchronne jest, że będzie coraz lepiej – opowiada w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Dominik Lewandowski z Navi Sail.

O ile jednak rośnie zamożność społeczeństwa i wynikające z niej pośrednio zainteresowanie dość kosztownymi sportami wodnymi, o tyle problemem nadal pozostaje sam stan wód i ich dostęp do wiedzy o nich. 

– Stan wód śródlądowych w Polsce nie jest najlepszy, na pewno wymaga rewitalizacji i dużych inwestycji w infrastrukturę, ale historia wód śródlądowych w Polsce jest bardzo ciekawa. Na przełomie XVI i XVII wieku Wisła była najważniejszą rzeką na świecie, spływało nią najwięcej różnych towarów – i podobnie powinniśmy patrzeć w przyszłość. Nasze wody śródlądowe, których jest bardzo dużo i są bardzo ciekawe, mogą kiedyś stanowić bardzo atrakcyjną ofertę turystyczną – przewiduje Dominik Lewandowski.

Ważnym, nowym narzędziem upowszechniającym wiedzę o stanie polskich wód jest polski program do nawigacji wodnej –  Navi Sail. To aplikacja mobilna, łącząca w sobie funkcjonalność nawigacji i prezentacji pogody.

Na motorówkach i żaglówkach pojawia się coraz więcej sprzętu związanego z sonarem, GPS-em, różnego rodzaju radarami i elektroniką. Myślę, że centralnym wsparciem dla żeglarzy i motorowodniaków okażą się ich własne telefony i tablety połączone z innymi urządzeniami peryferyjnymi, które będą sprzężone z tabletem i laptopem. W tę samą myśl i filozofię włączamy naszą aplikację NaviSail – opowiada Dominik Lewandowski.

Ceny urządzeń do nawigacji śródlądowej zaczynają się od kilku tysięcy do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Są one wstanie wskazać wszystkie niezbędne parametry dla kapitanów jednostek, jak głębokość, siła i kierunek wiatru a także aktualną pogodę. Do nawigacji możemy także podłączyć echosondę oraz system komunikacji, tworząc w ten sposób komputer pokładowy. Wodniacy nie potrzebujący tak profesjonalnych rozwiązań, mogą korzystać z aplikacji na telefony komórkowe. Warto jednak pamiętać, że nawet wodoodporne smartfony nie przetrwają długo pod wodą a ich bateria oferuje ograniczony czas działania.

Są urządzenia, które są przeznaczone stricte dla profesjonalistów i tych nie polecam amatorom, jak choćby specjalistyczne plotery (chartplotter to zaawansowany komputer wykorzystujący elektroniczne mapy nawigacyjne i odczyty m.in. z sonarów – przyp. red.). Są też aplikacje i urządzenia dla amatorów chcących spędzić czas na wodzie, w ten nurt urządzeń i aplikacji wpisuje się NaviSail – pomaga amatorom spędzić miło i przyjemnie czas na wodzie – wyjaśnia Dominik Lewandowski.

Mapy w aplikacji zostały podzielone na kilka regionów, dlatego warto pobrać interesujące nas pliki zanim zaczniemy korzystać z aplikacji na wodzie. Podczas pływania może istnieć problem z znalezieniem sieci, która pozwoli nam na swobodną instalację dodatkowych plików. Inne aplikację dostępne na rynku starają się korzystać z zewnętrznych aplikacji odpowiadających za pogodę czy głębokość rzek. W przypadku Navi Sail twórcy starali się spakować wszystko, co może być potrzebne, w jedną całość. Jedynie pierwsze 24 godziny korzystania z nawigacji są darmowe, za każdy kolejny dzień korzystania musimy opłacić abonament. W zamian użytkownik otrzymuje jednak gwarancję częsty aktualizacji informacji, na których bazuje program, oraz możliwość wykorzystywania go nawet w sytuacji, gdy nie będzie dostępu do sieci komórkowej.

Moim zdaniem przydają się wszystkie te, które pokazują nam batymetrię i szczegółową mapę wód. Jeśli chodzi o jeziora można mówić, że te parametry głębokości czy obrysy wód się nie zmieniają, natomiast w przypadku rzek jest to bardziej skomplikowany problem. Rzeki pracują, dna się zmieniają, ważne jest, aby mieć aktualne dane. Ważne jest też, aby wszelkiego rodzaju punkty i informacje mieć na wodzie offline, z internetem bywa różnie, istotne jest, aby wszelkie informacje mieć na łódce i nie być zależnym od innych instrumentów – dodaje Dominik Lewandowski.

Zniesienie opłat za roaming to nie koniec. Trwają już prace nad zmniejszeniem kosztów połączeń zagranicznych z Polski

Zniesienie opłat za roaming to nie koniec. Trwają już prace nad zmniejszeniem kosztów połączeń zagranicznych z Polski 19

Od 15 czerwca 2017 roku za rozmowy i SMS-y na obszarze Unii Europejskiej płacimy zgodnie z cennikiem krajowym operatora. Pomimo sprzeciwu żaden z operatorów nie zdecydował się jak na razie na zaskarżenie tych regulacji przed Komisją Europejską. Tymczasem trwają już prace nad drugą częścią planu mającego na celu obniżenie kosztów w przypadku połączeń wykonywanych za granicę z terytorium Polski. 

Tematem roamingu zajmuję się od 10 lat i co roku udaje nam się obniżyć dodatkowe opłaty za roaming. Ogólnie nie jestem wielkim zwolennikiem regulowania cen, ale ponieważ one nie spadają, nie wytworzyła się konkurencja, więc musieliśmy je regulować. Co roku słyszałam od operatorów, że będą oni bardzo stratni i zrujnowani, jak dotychczas nie są stratni, bardzo dobrze zarabiają, żadna firma nie upadła, jestem przekonana że tak samo będzie teraz – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Róża Thun, europosłanka Platformy Obywatelskiej.

Zdaniem europosłanki regulacja wdrożona przez Komisję Europejską pomoże zaoszczędzić pieniądze nie tylko zwykłym obywatelom, ale przede wszystkim małym przedsiębiorcom. Operatorzy mogą zaś szukać zysków w innych usługach, korzystając ze zwiększonej liczby połączeń wykonywanych podczas zagranicznych wyjazdów.

Nie wykluczam, że operatorzy będą zarabiali nieco mniej, ale zauważmy, że zyski z roamingu przy wyższych cenach, które były dotychczas, w firmach telekomunikacyjnych sięgają 3 czy 4 proc. Jeśli nastąpi tam jakiś ruch, to nie będzie to zasadnicze sprawa dla tych firm. Istotnie zmieni się natomiast skala – ludzie nie będą wyłączać telefonu czy tabletu, wyjeżdżając za granicę. Większy ruch w sieci jest dobry dla wszystkich, zależy nam na tym, aby mali przedsiębiorcy rozwijali się coraz lepiej i ich koszty wyjazdów na konferencje i spotkania nie były za wysokie, bo wtedy cała dynamika rozwoju spowalnia – tłumaczy europosłanka.

Analiza przeprowadzona przez firmę EY pokazuje, że regulacja wdrożona przez Komisję Europejską może sporo kosztować operatorów telekomunikacyjnych. Analitycy przewidują spadek zysku operacyjnego EBITDA nawet do 7 proc., a także znaczną obniżkę przychodów z roamingu –  nawet o 65 proc. Dlatego w kuluarach mówiło się, że niektórzy operatorzy zamierzają wnieść skargę do Komisji Europejskiej. Europosłanka Platformy Obywatelskiej dementuje tę informację i zaznacza, że w samej regulacji istnieje zapis, który uwzględnia straty poniesione przez operatorów, zwalniający ze stosowania zerowego roamingu.

– Według mojej wiedzy nie zamierzają się skarżyć. W tej regulacji istnieje stosowny zapis – jeśli firma udowodni, że ma straty, to może odwołać się do regulatora krajowego UKE. Operator może zażądać drobnych opłat, a UKE może się zgodzić na pobieranie ich od klienta – wyjaśnia Róża Thun.

A jednak choć po 15 czerwca 2017 roku roaming został zniesiony i nie obciąża kieszeni obywateli, to rozmowy międzynarodowe wciąż są jeszcze drogie. To kolejna kwestia, którą w najbliższej przyszłości zajmie się Komisja Europejska.

Są dwa tematy. Jeden to opłaty za roaming, których klient od lipca nie odczuwa. Dotychczas było tak, że wyjeżdżając za granicę i będąc obsługiwanym przez innego niż swój operatora, musieliśmy dopłacać do tej obsługi, to były te dodatkowe opłaty za roaming, to udało się w końcu znieść. Ciągle droga jest jednak inna usługa, czyli rozmowy międzynarodowe – gdy dzwonimy za granicę, będąc w Polsce, wciąż trzeba słono płacić – podkreśla Róża Thun.

Europosłanka PO dodaje, że trwają już prace nad zmniejszeniem opłaty międzynarodowej. Róża Thun wraz z posłami Parlamentu Europejskiego wysłała zapytanie, które trafiło bezpośrednio do rąk Komisji Europejskiej. W niedalekiej przyszłości dowiemy się, jakie rozwiązania zaproponuje Komisja, aby opłaty za telefonowanie z Polski do abonentów poza granicami kraju nie były tak wysokie.

Rozpoczęliśmy kroki w tym kierunku, aby zmniejszyć również te opłaty, bo albo mamy Europę z granicami, albo bez granic. Roaming jest już załatwiony i mam nadzieję, że będzie dobrze funkcjonował, te wakacje to trochę okres próby. Rozmowy międzynarodowe nie powinny kosztować więcej niż to, co płacimy w kraju, stopniowo będziemy do tego dążyć – podsumowuje Róża Thun.

Cyfryzacja pozwala firmom rosnąć o blisko 30 proc. szybciej i zwiększać zatrudnienie. Polskie przedsiębiorstwa jednak rzadko inwestują w ten obszar

Cyfryzacja pozwala firmom rosnąć o blisko 30 proc. szybciej i zwiększać zatrudnienie. Polskie przedsiębiorstwa jednak rzadko inwestują w ten obszar 20

Cyfryzacja pozwala usprawnić procesy wewnętrzne w firmie i ułatwia dostęp do danych. W Polsce digitalizują się jednak tylko największe przedsiębiorstwa w branżach o dużej konkurencyjności. Według badań Boston Consulting Group firmy, które aktywnie biorą udział w procesie cyfryzacji, rosną o 26 proc. rocznie i zwiększają zatrudnienie o 8 proc., a te, które opierają się temu procesowi – rozwijają się kilkukrotnie wolniej. Jak podkreślają eksperci, przedsiębiorstwa, które nie nadążą za cyfrową rewolucją, będą miały problem z przetrwaniem.

W skali Europy obserwujemy upowszechnianie technologii cyfrowych w biznesie. Jak wynika z raportu DESI 2017 (Digital Economy and Society Index) liczba firm wykorzystujących oprogramowanie do elektronicznego obiegu informacji wzrosła do 36 proc., czyli o 10 punktów procentowych w stosunku do 2013 roku. Faktury elektroniczne stosowało w 2016 roku 18 proc. przedsiębiorstw podczas gdy w 2014 roku tylko 11 proc. Także coraz powszechniej doceniany jest potencjał social mediów w komunikacji z klientami i handlu online. Odsetek firm sięgających po to rozwiązanie wzrósł z 14 proc. w 2013 roku do 20 proc. w 2016.

– Dokumenty papierowe stanowią tylko część ogólnej informacji, która jest przetwarzana w polskich przedsiębiorstwach. Ta informacja na koniec dnia musi być spójna niezależnie od tego, czy jej źródło jest analogowe, czy cyfrowe. Nowoczesność i innowacyjność w naszej branży przejawią się tym, aby w sposób możliwie najsprawniejszy i najtańszy przekształcać dokumentację analogową w dokumentację cyfrową – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Rochalski, prezes zarządu ArchiDoc, firmy specjalizującej się w digitalizacji przedsiębiorstw.

Nowe technologie pozwalają przeorganizować pracę całego przedsiębiorstwa, m.in. w zakresie obsługi klienta czy przechowywania i analizy gromadzonych danych. Raport Microsoftu i Konfederacji Lewiatan wskazuje, że w Polsce ok. 60 proc. nakładów na inwestycje przeznaczanych jest na nieruchomości. Polska pod względem cyfryzacji przedsiębiorstw plasuje się w ogonie Europy i w indeksie DESI 2017 wyprzedzamy tylko Rumunię. Tymczasem cyfryzacja kluczowych procesów, w tym obiegu dokumentów w firmie, przynosi określone korzyści.

– Wprowadzenie elektronicznego obiegu dokumentów trudno wprost przełożyć na oszczędności czy sprawność obsługi klienta. Jednak obserwując polskie urzędy, oparte o dokumenty papierowe, które spoczywają na kuwetach, wędrują od biurka do biurka, gubią się po drodze i tracą swój priorytet, widać, jak bardzo taki proces może usprawnić technologia. W elektronicznym obiegu każdy dokument jest nadzorowany i pilnowany przez system, w którym można prześledzić drogę jego przepływu, ile spędził czasu na danym biurku, sprawdzić, dlaczego tak długo i dlaczego w ten sposób ten dokument został przeprocesowany – tłumaczy Rochalski.

Technologia pozwala automatyzować procesy rejestrowania danych z dokumentów w systemach informatycznych. Zapewnia też szybki dostęp do ich wersji elektronicznej. Pracownicy korzystający z systemu mają do dyspozycji szereg funkcjonalności, które umożliwiają sprawną obsługę znajdującej się w nim dokumentacji. Nowe rozwiązania sprawiają, że każdy etap obiegu danego dokumentu w organizacji jest rejestrowany w systemie. Coraz częściej systemy workflow mają swoje wersje mobilne.

– Nowoczesne biuro coraz częściej jest biurem zdalnym. Menadżerowie i ludzie zarządzający nowoczesnymi organizacjami niekoniecznie pracują przy biurku, mając dostęp do komputera. Naturalne jest więc to, że elektroniczny obieg dokumentów musi być obsługiwany zarówno z urządzeń mobilnych, jak i ze stacjonarnych, z każdego kanału komunikacji – zaznacza prezes ArchiDoc.

Badania przeprowadzone na zlecenie Microsoft przez Boston Consulting Group wskazują, że te polskie przedsiębiorstwa, które aktywnie biorą udział w procesie cyfryzacji, rosną o 26 proc. rocznie i zwiększają zatrudnienie o 8 proc. Najczęściej to największe firmy działające w branżach o dużej konkurencyjności, przede wszystkim w telekomunikacji, finansach i bankowości.

Firmy, które nie inwestują w digitalizację, rozwijają się nawet czterokrotnie wolniej i redukują etaty o 1 proc. w skali roku. Niechętnie cyfryzują się małe i średnie przedsiębiorstwa. Rozwiązania, które oferują firmy specjalizujące się w digitalizacji przedsiębiorstw, wprowadzają udogodnienia, które mają przekonać tych, którzy najmocniej opierają się cyfryzacji.

– Pomagamy w przekształcaniu polskich przedsiębiorstw z opartych na informacji analogowej na oparte na informacji cyfrowej. Pomagamy budować biura bez papieru, aby to zrobić, potrzebujemy wydajnej, sprawnej i elastycznej technologii. Zbudowaliśmy ją sami – platforma INDO jest bardzo elastyczna o dostosowana do potrzeb polskich przedsiębiorców – przekonuje Konrad Rochalski.

Przewlekła białaczka szpikowa z możliwością odstawienia leczenia. UE zrobiła pierwszy krok

Przewlekła białaczka szpikowa z możliwością odstawienia leczenia. UE zrobiła pierwszy krok 21

Przewlekła białaczka szpikowa (PBSz) od wielu lat jest jasnym punktem na mapie polskiej hematoonkologii. Jeszcze do niedawna choroba uznawana była za śmiertelną. Dziś, dzięki postępowi medycyny i dostępowi do najnowocześniejszych terapii lekowych, kwalifikuje się do chorób przewlekłych. Kolejnym krokiem w leczeniu chorych na przewlekłą białaczkę szpikową jest perspektywa odstawienia leczenia. Unia Europejska wydała właśnie zgodę na uwzględnienie informacji o możliwości odstawienia leczenia w Charakterystyce Produktu Leczniczego nilotynibu.

Najpierw zamieniliśmy tę chorobę nowotworową na chorobę przewlekłą. Teraz coraz bardziej przekonujemy się do możliwości całkowitego odstawienia leczenia, a więc do uznania, że jesteśmy w stanie niektórych pacjentów uznać za wyleczonych – mówi agencji informacyjnej Newseria dr hab. med. Tomasz Sacha z Katedry i Kliniki Hematologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie oraz Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

Przewlekła białaczka szpikowa, na którą każdego roku zapada ok. 350 osób, to nowotwór, z którym współczesna medycyna radzi sobie dobrze. Pacjenci zmagający się z chorobą objęci są wysokiej jakości terapią. Konieczne jest jednak osiągnięcie kontroli nad chorobą poprzez uzyskiwanie kolejnych, coraz głębszych odpowiedzi na leczenie. Kluczem do tego jest właściwe monitorowanie terapii, które powinno być elementem spójnym leczenia. Pozwala ono na obserwację postępu terapii i kontrolę osiąganych wyników. Możliwość odstawienia leczenia uzależniona jest od kontynuacji leczenia lekiem nilotynib przez minimum 3 lata oraz uzyskania i utrzymania głębokiej odpowiedzi molekularnej na poziomie MR 4,5 przez rok w końcowym okresie leczenia.

 W tej chwili celem leczenia przewlekłej białaczki szpikowej jest osiągnięcie jak najgłębszej odpowiedzi molekularnej, ponieważ umożliwia ona nam dojście do momentu, w którym można ten lek odstawić. Staramy się tak prowadzić leczenie, aby dojść do minimalnej choroby, tzw. resztkowej, która umożliwia bezpieczne odstawienie leczenia. Perspektywa dla pacjentów zupełnie się zmieniła – o ile do tej pory informowaliśmy ich o tym, że od momentu rozpoczęcia leczenia właściwie przez całe życie będą musieli przyjmować leki, w tej chwili pojawia się nowa perspektywa – po osiągnięciu głębokiej odpowiedzi molekularnej i po pewnym czasie utrzymania jej, będziemy w stanie całkowicie odstawić leczenie – mówi dr hab. med. Tomasz Sacha.

UE wydała zgodę na podstawie badań, które potwierdziły możliwość odstawienia leczenia u pacjentów chorych na PBSz Ph+ w fazie przewlekłej. Badania te trwają od 2007 roku. Jednym z warunków odstawienia leczenia jest regularne monitorowanie odpowiedzi molekularnej pacjentów w celu wczesnego wykrycia ewentualnej progresji.

Strategia odstawienia leczenia jest bezpieczna. Mając dokładne techniki biologii molekularnej, które są w stanie wykryć nawet niewielki wzrost sygnału pochodzącego od zmutowanego genu, jeśli wcześnie wykryjemy nawrót choroby, możemy wrócić do leku i utracona odpowiedź jest uzyskiwana, a pacjent jest bezpieczny – mówi dr hab. med. Tomasz Sacha.

Uwzględnienie informacji o możliwości odstawienia leczenia w Charakterystyce Produktu Leczniczego leku to ważny krok w leczeniu chorych na przewlekłą białaczkę szpikową, na który środowisko hematologów czekało od lat. Zdaniem eksperta kolejnym powinna być taka zmiana obowiązujących regulacji, która umożliwi lekarzom w Polsce korzystanie z możliwości odstawienia leczenia, a w razie potrzeby – powrót do stosowanej terapii.

Przewlekła białaczka szpikowa jest chorobą nowotworową krwi i szpiku kostnego należącą do grupy nowotworów mieloproliferacyjnych. Rozwija się powoli i początkowo nie daje o sobie znać. U ok. 20 proc. pacjentów wykrywana jest przypadkowo, przy okazji rutynowych badań – morfologii krwi. Tymczasem dla powodzenia terapii bardzo istotne jest wczesne wykrycie i szybkie wdrożenie skutecznego leczenia.

Brak kierowców i unijny pakiet drogowy największymi zagrożeniami dla firm transportowych. Zwłaszcza dla mniejszych przedsiębiorstw

Brak kierowców i unijny pakiet drogowy największymi zagrożeniami dla firm transportowych. Zwłaszcza dla mniejszych przedsiębiorstw 22

Od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej krajowe firmy logistyczne i transportowe rosną w siłę, odpowiadając obecnie za blisko jedną czwartą unijnego rynku. W najbliższych latach czeka je jednak szereg wyzwań. Najważniejsze to unijny pakiet drogowy i niedobory kierowców na rynku pracy, sięgające nawet 100 tys. wakatów. Te problemy mogą się odbić zwłaszcza na kondycji mikroprzedsiębiorstw i małych rodzinnych firm z branży transportowej. Dlatego stawiają one na inwestycje i szkolenia kierowców.

Patrząc na ubiegły rok, bardzo dobrze oceniam stan polskiego i światowego rynku logistycznego. Dla nas 2016 rok był najlepszym, zarówno pod względem inwestycji, jak i wyników finansowych. Na całym świecie odnotowaliśmy 20-proc. wzrost obrotów, podobnie w Europie, gdzie mamy około 30 spółek i każda z nich rosła w podobnym tempie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Krawczyk, dyrektor zarządzający Mainfreight Poland.

Jak podkreśla, tendencję wzrostową notuje cały rynek. Po chwilowej stagnacji operatorzy logistyczni obserwują silny wzrost zarówno liczby klientów, jak i obrotów.

– Nie słabnie też zainteresowanie usługami transportowymi dla branży automotive, która stale rośnie w Polsce. Podobnie jest na rynku europejskim, gdzie równie perspektywicznym rynkiem jest rolnictwo. W gronie naszych głównych klientów na terenie Europy jest potentat z tej branży – firma John Deere, z którą współpraca jest przykładem na to, jak można rozwijać rynek w oparciu o wspólne tworzenie wartości dodanej – mówi Beata Krawczyk

Polska jest jedną z potęg na europejskim rynku usług transportowych, a rodzime firmy mają w nim około 25-proc. udział. Krajowa flota liczy ponad 200 tys. pojazdów, które kursują na trasach krajowych i międzynarodowych. Rośniemy w siłę od momentu wejścia do UE i otwarcia europejskich rynków. Według danych Eurostatu roczna liczba wyjeżdżonych przez polskie firmy tonokilometrów (TKM) wzrosła ze 102,8 mld w 2004 roku do 261 mld w 2015 roku. Z kolei statystyki GUS pokazują, że bezpośredni udział sektora usług transportu i logistyki w PKB Polski wzrósł w tym samym czasie z 5,4 do poziomu 6,5 proc. (czyli zwiększył się o jedną piątą od momentu wstąpienia Polski do UE).

Z październikowego raportu, który firma doradcza PwC opracowała na zlecenie stowarzyszenia Transport i Logistyka Polska, wynika, że od momentu przystąpienia Polski do Wspólnoty wielkość przewozów międzynarodowych rośnie znacznie szybciej niż przewozy krajowe. Szacuje się, że w latach 2016–2025 wzrost przewozów międzynarodowych będzie rósł w tempie około 1,8–2,2 proc. rocznie.

Mimo to przyszłość jest niepewna. Nowe regulacje prawne, zwłaszcza przygotowany przez Komisję Europejską tzw. pakiet drogowy, są coraz większym problemem dla branży logistycznej i transportowej. Zgodnie z projektem kierowcy mieliby zostać objęci przepisami dyrektywy o pracownikach delegowanych. To oznacza, że za czas pracy na terytorium innego państwa polski kierowca ma otrzymywać takie samo wynagrodzenie jak lokalny pracownik na podobnym stanowisku. Branża obawia się wzrostu kosztów i spadku konkurencyjności, co może doprowadzić do eliminacji polskich firm z rynków państw zachodnich. Zmiany będą się wiązać także z nowymi obowiązkami administracyjnymi. Te dwa czynniki mogą spowodować, że transport do tych państw stanie się po prostu nieopłacalny.

W firmy transportowe bezpośrednio uderza też duży brak kierowców na rynku pracy – podkreśla Beata Krawczyk.

Analitycy PwC oszacowali, że na polskim rynku jest obecnie 600–650 tys. aktywnych zawodowo kierowców pojazdów ciężarowych („Rynek pracy kierowców w Polsce 2016”). Niedobór na rynku pracy sięga około 100 tys. wakatów dla kierowców. Co roku z zawodu odchodzi około 25 tys. osób, natomiast liczba kierowców uzyskujących kwalifikację to ok. 35 tys., co nie pozwala na uzupełnienie istniejących niedoborów.

Zdaniem dyrektora firmy logistycznej Mainfreight Poland bariery legislacyjne i niedobory na rynku pracy mogą uderzyć zwłaszcza w niewielkie, rodzinne firmy transportowe i doprowadzić je do upadku. Szacuje się, że mikroprzedsiębiorstwa stanowią nawet 80 proc. rynku usług transportowych w krajach Wspólnoty.

– Rynek małych i średnich przedsiębiorstw oraz firm rodzinnych zdecydowanie się kurczy. Tutaj jest wiele do nadrobienia, szczególnie jeśli chodzi o sposób zarządzania tymi firmami, które nie dają sobie rady na tak bardzo konkurencyjnym rynku – podkreśla Beata Krawczyk. – Mimo to nadal widzę dużą szansę na rozwój polskich firm logistycznych i transportowych, które też sporo inwestują, chociażby w szkolenia pracowników. Barierą i trudnością w ich rozwoju może być to, co dzieje się z polskimi przepisami i unijnym pakietem drogowym.

Piłkarskie e-sklepy nie grają fair. Część z nich wprowadza konsumentów w błąd

Piłkarskie e-sklepy nie grają fair. Część z nich wprowadza konsumentów w błąd 23

Sklepy internetowe klubów piłkarskich nie spełniają kryteriów dotyczących praw klientów i ochrony kupujących – wynika z badania Trusted Shops, firmy oferującej gwarancję zwrotu pieniędzy klientom sklepów internetowych. Co więcej, wiele z nich stosowało sprzeczne z prawem praktyki handlowe albo wprowadzało kibiców w błąd. Najlepiej w rankingu wypadł e-sklep Cracovii, a najgorzej – Korony Kielce.

 Tuż przed rozpoczęciem kolejnego sezonu Ekstraklasy przeprowadziliśmy badanie sklepów internetowych klubów piłkarskich i niestety żaden z nich nie spełnił wszystkich naszych kryteriów. Są kluby, które mają dobre sklepy, ale niestety wiele z nich zasłużyło na żółtą, a nawet czerwoną kartkę – mówi agencji Newseria Biznes Anna Rak, country manager Trusted Shops.

W przeddzień nowego sezonu Trusted Shops sprawdziło sklepy internetowe, które należą do największych klubów piłkarskich w Polsce. Żaden z nich nie otrzymał największej liczby punktów (46). Najwyżej uplasował się internetowy sklep Cracovii (39 pkt). Drugie miejsce ex aequo zajęły GKS Katowice (36 pkt), Wisła Kraków (36 pkt) oraz Pogoń Szczecin (36 pkt). Warszawska Legia, z wynikiem 30 punktów, zajęła dopiero ósme miejsce w rankingu. Ostatnie pozycje zajęły kolejno e-sklepy Jagiellonii (11 pkt) oraz Korony Kielce (6 pkt), które stosowały wobec konsumentów największą liczbę sprzecznych z przepisami praktyk handlowych.

– Sklepom zdarzają się błędy czy wprowadzanie konsumenta w błąd w tym podstawowym prawie – prawie do odstąpienia od umowy – mówi Anna Rak.

Zgodnie z przepisami w ciągu 14 dni od otrzymania towaru konsument może z niego zrezygnować bez podawania przyczyny. Kolejne 14 dni przysługuje mu na odesłanie przesyłki. Klubowe e-sklepy najczęściej skracają ten czas lub też mylą oba pojęcia i traktują je jako tożsame. Tak jest np. w internetowym sklepie Legii, który informuje kibiców o 14-dniowym terminie na zwrot od momentu otrzymania przesyłki. Wiele e-sklepów uzależnia też zwroty od tego, czy towar ma zachowane oryginalne metki.

W takiej sytuacji konsument może skorzystać ze swojego prawa i zwrócić towar, ale może się spodziewać, że otrzyma obniżoną kwotę zwrotu, bo sklep także jest prawnie chroniony – mówi Anna Rak.

Klient nie może także zostać ukarany za to, że korzysta ze swojego prawa i zwróci towar bez podawania przyczyny.

– W jednym ze sklepów znaleźliśmy nawet informację, że jeżeli konsument skorzysta ze swojego podstawowego prawa do odstąpienia od umowy i nie poinformuje sklepu, dlaczego to zrobił, to sklep sobie zastrzega, że w przyszłości nie będzie już zawierał z nim transakcji. Oczywiście, taka praktyka też jest niedozwolona – podkreśla Anna Rak.

Kolejną nieprzepisową praktyką, stosowaną przez klubowe e-sklepy, jest łączenie zgód na przetwarzanie danych osobowych w celu związanym z zakupem, ze zgodą na wysyłanie informacji handlowych od sklepu lub jego partnerów. Przykładowo, w e-sklepie Piasta Gliwice nie można się zarejestrować bez zaznaczenia pola, przy którym klient wyraża zgodę na przetwarzanie jego danych w celach marketingowych i promocyjnych. Podobną strategię stosuje e-sklep Wisły Kraków. Trusted Shops przypomina, że zgodnie z przepisami konsument powinien wyrazić taką zgodę dobrowolnie i oddzielnie, a zakup nie powinien być uzależniany od jej wyrażenia.

 Jeżeli konsument czuje, że jego prawa w sieci nie są respektowane, może się zgłosić do miejskiego lub powiatowego Rzecznika Praw Konsumentów lub do Federacji Konsumentów. Tam na pewno otrzyma pomoc. Dodatkowo, może też zadzwonić na infolinię, która jest udostępniona przez UOKIK – radzi Anna Rak.

Trusted Shops to europejski znak jakości przyznawany najlepszym sklepom internetowym. Zanim go otrzymają, eksperci prowadzą audyt e-sklepu pod kątem zgodności jego regulaminu z przepisami, standardów obsługi i organizacji sprzedaży. Dodatkowo Trusted Shops oferuje klientom sklepów internetowych gwarancję zwrotu pieniędzy.

Zawód fryzjera wciąż chętnie wybierany przez młodych ludzi. To coraz bardziej wymagająca branża

Zawód fryzjera wciąż chętnie wybierany przez młodych ludzi. To coraz bardziej wymagająca branża 24

Chętnych do pracy w zawodzie fryzjera nie brakuje. Młodzi ludzie wciąż dość często wybierają tę profesję, mimo że jest to branża coraz bardziej konkurencyjna i wymagająca nieustannego doszkalania się. Marka Schwarzkopf Professional chce ułatwić początkującym fryzjerom start w zawodzie i z myślą o nich organizuje program Shaping Futures. Właśnie zakończyła się jego czwarta edycja.

– Zawód fryzjera jest dosyć często wybierany przez młodych ludzi. Osoby, które mają pasję tworzenia i są kreatywne, mają możliwość realizacji swoich marzeń. Ludzie dbają obecnie o wygląd zewnętrzny, chcą zmieniać wizerunek i wtedy wybierają tego typu usługi – mówi agencji Newseria Jerzy Zielonka, stylista i trener Schwarzkopf Professional.

Jerzy Zielonka zauważa, że zawód fryzjera wymaga pewnych predyspozycji, jak kreatywność, dbałość o szczegóły, znajomość kierunków i stylów w modzie. Przydaje się również znajomość historii sztuki, bo trendy często wracają w nowej odsłonie. Podstawową rzeczą jest jednak pasja do włosów i umiejętność pracy z ludźmi.

Od blisko dekady marka Schwarzkopf Professional szkoli we fryzjerstwie młodzież w kilku krajach świata, zwiększając ich szanse na dobry start w przyszłość i rozwój zawodowy. W tym roku po raz czwarty program Shaping Futures zawitał do Polski. W dziesięciodniowych warsztatach z fryzjerstwa wzięła udział dwudziestka młodych podopiecznych Fundacji TEB, która działa na rzecz wyrównywania szans edukacyjnych. Wielu z nich poważnie planuje związać swoją przyszłość z tą profesją.

 Fryzjerstwo to branża wymagająca, konkurencja na rynku jest bardzo duża, dlatego od fryzjera wymaga się nieustannego dokształcania i podążania za trendami. Pasja i kreatywność to ważne elementy sukcesu, ale nie możemy mówić o kreatywności bez solidnych podstaw rzemiosła, których uczymy uczestników programu Shaping Futures – mówi Ewa Wojciechowska, opiekun projektu Shaping Futures Schwarzkopf Professional.

Przez blisko dwa tygodnie, w dniach 1021 lipca, pod okiem wolontariuszy stylistów marki Schwarzkopf Professional, szkoliło się 20 osób z całej Polski. Zajęcia były prowadzone w Akademii ASK Schwarzkopf Professional. To należące do marki nowoczesne centrum szkoleniowe, w którym na co dzień – pod okiem światowych ekspertów – szkolą się profesjonalni fryzjerzy z całego kraju.

Zadaniem stylistów Schwarzkopf było nie tylko przekazanie uczestnikom warsztatów praktycznych umiejętności i podstaw zawodu, lecz także zaszczepienie w nich pasji do fryzjerstwa i zainspirowanie ich do rozwijania kariery.

– Fryzjerstwo jest inspirujące, poznaję wielu pozytywnie nastawionych do życia ludzi. Szkolenie Schwarzkopf Professional pokazało mi, że fryzjerstwo nie musi być nudne. Przeciwnie, może być pasjonujące, może być sztuką, którą możemy pokazać poprzez fryzurę, fajny kolor i dobre cięcie – mówi Patryk Wełmiński, uczestnik szkolenia Shaping Futures.

W trakcie zajęć uczestnicy mogli poznać podstawy cięcia, stylizacji, pielęgnacji i koloryzacji włosów. Wolontariusze Schwarzkopf Professional zapoznali ich też z zagadnieniami z zakresu obsługi klienta. Dzięki temu młodzi ludzie zdobywali doświadczenie i wiedzę dotyczącą wszystkich aspektów działania salonu fryzjerskiego. Podniesie to ich kwalifikacje zawodowe, a zdaniem organizatorów może zainspirować część z nich do otworzenia w przyszłości własnego salonu fryzjerskiego.

 Wiążę swoją przyszłość z fryzjerstwem. Uważam, że to bardzo kreatywny zawód, uwielbiam pracę z człowiekiem – ocenia Aleksandra Bojanowska, uczestniczka warsztatów Shaping Futures.

Podobnie jak w poprzednich edycjac, dwójka uczestników programu, która wykazała się największym zaangażowaniem i umiejętnościami, została objęta dalszym wsparciem.

 Jak co roku program Shaping Futures cieszył się ogromnym zainteresowaniem młodzieży. Młodzi ludzie są o tyle wdzięcznym odbiorcą tego projektu, że są chłonni i otwarci na wiedzę. To już czwarta edycja programu Shaping Futures w Polsce i bardzo się cieszę, że po raz kolejny możemy wspierać młodzież w ich dążeniu do lepszej przyszłości. Przez te dwa tygodnie dostali zarówno solidną dawkę wiedzy i inspiracji od najlepszych fryzjerów w tym kraju, jak i narzędzia i produkty, które – mam nadzieję – pomogą im w codziennej pracy – podsumowuje Ewa Wojciechowska.

Coraz bardziej brakuje wykwalifikowanych pracowników

Koniunktura gospodarcza w lipcu 2017 r. oceniana jest przez przedsiębiorców pozytywnie. W większości sekcji lepiej niż miesiąc wcześniej, a także lepiej niż w lipcu w latach poprzednich – podał GUS.

Przedsiębiorstwa oceniły koniunkturę gospodarczą w lipcu 2017 r. pozytywnie, podobnie jak w czerwcu. W części sektorów gospodarki sytuacja jest najlepsza od 8-9 lat. Oceny portfela zamówień są pozytywne – nawet w budownictwie, które od wielu miesięcy było w koniunkturalnym dołku. Oceny sytuacji finansowej także (poza budownictwem). Są jednak dwa „ale”.

Pierwsze, to informacja, że wszystkie sektory gospodarki przewidują dalszy wzrost zatrudnienia. Przetwórstwo przemysłowe przewiduje wzrost zatrudnienia większy od planowanego w czerwcu, budownictwo – niewielki, ale wzrost zatrudnienia, handel hurtowy i detaliczny, transport i gospodarka magazynowa – podobnie, hotele i restauracje – mniejszy niż w czerwcu, ale wzrost zatrudnienia, informacja i komunikacja – wzrost zatrudnienia. Jedynie firmy działające na rynku finansowym i ubezpieczeniowym zapowiadają redukcje zatrudnienia. Jednocześnie we wszystkich tych sektorach (poza finansami i ubezpieczeniami) za coraz większą, coraz poważniejszą barierę uznają firmy niedobór pracowników, a w jeszcze większym stopniu niedobór wykwalifikowanych pracowników. W największym stopniu problem niedoboru wykwalifikowanych pracowników odczuwany jest w budownictwie. A przed nami okres rosnących inwestycji infrastrukturalnych finansowanych z funduszy unijnych. Rośnie też budownictwo mieszkaniowe. Firmy budowlane chcąc wykorzystać szanse, które tworzy i będzie tworzył rynek muszą w pierwszej kolejności rozwiązać problem dostępu do pracowników. Wyraźnie rosną także problemy z zatrudnieniem w przetwórstwie przemysłowym, zakwaterowaniu i gastronomii, a także w transporcie.

Przy bezrobociu rejestrowanym na poziomie 7,2 proc. (czerwiec br.) i bezrobociu wg BAEL na poziomie 4,8 proc. (maj br.) nie ma wielkich „rezerw” pracowników na polskim rynku. Szczególnie trudno liczyć na możliwość znalezienia pracowników wykwalifikowanych. A przed nami jeszcze, od października, ubytek ponad 300 tys. osób z rynku pracy w wyniku obniżenia wieku emerytalnego. Podnoszenie wynagrodzeń nic tu nie pomoże, nie zwiększy bowiem podaży pracy na rynku. Pozostaje zatrudnianie cudzoziemców. I tu pojawia się problem, bowiem przedsiębiorcy coraz częściej i coraz silniej sygnalizują, że proces legalizacji zatrudnienia cudzoziemców wydłuża się i staje się poważna barierą.

Nie ma czasu, administracja lokalna powinna usprawnić i przyspieszyć proces legalizacji zatrudniania cudzoziemców, bo inaczej cała gospodarka będzie mieć problem nie tylko z możliwością zaspakajania rosnącego popytu, ale także z inwestycjami.

I właśnie inwestycje, to drugie „ale”. Bowiem do problemu niestabilności otoczenia prawnego, które nasila się w ostatnim czasie, dochodzi właśnie problem z brakiem pracowników. Przedsiębiorcy gotowi do podjęcia inwestycji wstrzymują się z nimi także w wyniku braku pracowników.

Sami sobie zgotowaliśmy ten los zmniejszając zainteresowanie kobiet pracą (należy przypomnieć, że w 4. kwartale 2016 r. liczba osób pracujących była wyższa w stosunku do 4. kwartału 2015 r. o 45 tys., w tym pracujących mężczyzn było o 51 tys. więcej, ale ubyło 6 tys. kobiet). A teraz już totalnie destrukcyjnie wpłynie na sytuację w całej gospodarce obniżenie wieku emerytalnego. Popyt zaspakajać będzie import, a polskie przedsiębiorstwa będą na to patrzeć z coraz większym niepokojem.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Co zmienia nowa ustawa o kredycie hipotecznym?

22 lipca weszła w życie znowelizowana ustawa o kredycie hipotecznym. Doprecyzowuje ona przepisy związane z udzielaniem kredytów hipotecznych, zapewnia klientom większe bezpieczeństwo i sprawia, że mogą podejmować swoje decyzje bardziej świadomie. Co konkretnie zmienia nowy akt prawny?

Wzięcie kredytu walutowego o wiele trudniejsze

Jedna ze zmian dotyczy udzielania kredytów w obcej walucie. „Banki nie mogą już przyznawać kredytów walutowych osobom, które zarabiają w złotych i większość majątku mają w polskiej walucie. Nie wolno także prowadzić tzw. sprzedaży wiązanej, tzn. uzależniać przyznania kredytu od zakupu innych produktów bankowych. Banki, owszem, mają prawo proponować klientom te produkty, np. dodatkowe ubezpieczenia, ale klient nie może być do nich przymuszany. Musi sam podjąć decyzję, że chce skorzystać z takiego dodatkowego produktu” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Przemysław Przybylski, dyrektor Biura Komunikacji Korporacyjnej i rzecznik prasowy w Credit Agricole.

Klienci mają być lepiej doinformowani

Kolejna zmiana odnosi się do sposobu informowania o ofercie kredytowej. Banki zarówno w swoich materiałach informacyjno-reklamowych, jak i odpowiedziach na zapytania konsumentów muszą przedstawiać ją rzeczowo, jednoznacznie oraz otwarcie. Tak aby klient mógł z łatwością porównać zaprezentowaną ofertę z innymi i wybrać tę najlepszą dla siebie.

Można się rozmyślić

Jak zauważa ekspert: „Zmieniają się również zasady dotyczące terminu wydania decyzji kredytowej. Po złożeniu wniosku przez klienta bank ma obowiązek podjąć ją w ciągu 21 dni. Później klient ma jeszcze 14 dni na to, żeby dokładnie zapoznać się z umową kredytową i ostatecznie zdecydować, czy chce z tego kredytu skorzystać. W czasie tych 14 dni bank nie może zmieniać jego warunków ani przymuszać klienta do tego, żeby podjął decyzję szybciej”. A jeśli ktoś zawrze umowę kredytową, ale potem się rozmyśli, w ciągu 14 dni od złożenia podpisu wolno mu od niej odstąpić bez opłat.

Timmermans grozi Polsce „opcją atomową”. Co kryje art. 7 UE?

Zmiany w systemie sprawiedliwości odbiły się echem w Unii Europejskiej. Frans Timmermans, wiceszef KE zagroził uruchomieniem artykułu 7 Traktatu UE, czyli nazywanego opcją atomową. Co to może dla nas oznaczać?

– Intencja artykułu 7 jest taka aby państwo członkowskie UE, które się wyłamuje z prawa, które uznają wszyscy inni naprowadzić na właściwą drogę. Mechanizmy, które do tego służą mają kilka poziomów i też kilka kalibrów, czy skali swojego oddziaływania. Najgorszym, już ostatecznym rozwiązaniem jest zawieszenie państwa członkowskiego w prawie głosu w Radzie Unii Europejskiej – mówi newsrm.tv dr Małgorzata Bonikowska, Akademia Finansów i Biznesu Vistula, prezes Centrum Stosunków Międzynarodowych i dodaje. – Mamy Węgry, które wprost na razie deklarują, że tego nie poprą. Formalne zastosowanie tej sankcji jest bardzo trudne. To też jest ostateczność, więc upłynie jeszcze dużo czasu zanim do tego w ogóle dojdzie.

Żeby mogło dojść do zawieszenia prawa głosu w Radzie Unii Europejskiej potrzebna jest zgoda wszystkich pozostałych państw członkowskich. Z głosowania wyłączone jest tylko to państwo, którego sprawa dotyczy. Unia nie musi też sięgać po takie rozwiązanie, gdyż ma jeszcze inne narzędzia. Pierwszy etap to rozmowy.

– Wcześniejsze etapy to jest na pewno monitorowanie sytuacji. Zastosowanie bardzo dokładnych analiz dotyczących co wymaga poprawy. Wysłanie informacji do polskiego rządu jaka jest diagnoza ze strony pozostałych partnerów, co wymaga naprawy. Dialog, próba dogadywania się i cały czas tłumaczenie co obie strony mają na myśli i dojścia do porozumienia aby nie stosować kolejnego poziomu jakim są inne sankcje – wyjaśnia dr Małgorzata Bonikowska.

Te sankcje mniejsze nie są zapisane wprost w Traktacie. One oznaczają, że usztywnia się stanowisko instytucji unijnych do kraju, który nie współpracuje. Sytuacja, w której Polsce będzie na czymś zależało może być mniej pozytywnie odbierana niż do tej pory.

– Większym jeszcze, mocniejszym sygnałem będzie rozmowa o obecnym budżecie. Nie wspominając już o przyszłym budżecie UE. W obecnym budżecie mamy sytuację problemową wynikającą z Brexitu. Brexit oznacza negocjacje z Wielką Brytanią ale również wyjście Wielkiej Brytanii z budżetu unijnego, czyli pomniejszenie pieniędzy we wspólnej kasie. Oczywiście nie wiemy czym te negocjacje się skończą. Brytyjczycy chcieliby przestać płacić od momentu wyjścia z Unii Europejskiej, czyli w 2019 roku. Strona europejska mówi, że powinni płacić do końca tej perspektywy, czyli 2020 rok plus trzy, bo to jest ten czas na rozliczanie. Nie wiemy na czym te negocjacje się skończą ale już widać, że jest ogólny kłopot z dotrzymaniem zapisów obecnego budżetu – opowiada dr Małgorzata Bonikowska.
Kolejnym problemem może być przyszły budżet. Podział środków trzeba będzie wynegocjować.

Adblock – wyzwanie dla afiliacji

Oprogramowanie blokujące reklamy internetowe (adblocking software) na trwałe wpisało się w krajobraz sieciowej rzeczywistości. Świadomi użytkownicy Internetu, dysponujący rozwiązaniami technologicznymi blokującymi niepożądane treści, stanowią wyzwanie dla operujących na dynamicznym rynku ekspertów marketingu afiliacyjnego.

Wymagający odbiorca

Współczesny odbiorca internetowych treści to odbiorca selektywny, a zapotrzebowanie na filtrowanie niepożądanych treści powoduje rozwój technologii zaprojektowanej do blokowania agresywnej reklamy. To jednak nie jedyny powód wzrastającej popularności adblockerów. Wykładniczy wzrost wykorzystania smartfonów to potrzeba lepszych osiągów również w kontekście technologii mobilnej, a to oznacza większe wymagania w stosunku do przeglądanych treści i konieczność blokowania inwazyjnej reklamy. To kwestia, nad którą muszą również pochylić się specjaliści od marketingu afiliacyjnego. Atrakcyjność tego modelu działań marketingowych, wraz z bogatym pakietem propozycji konsumenckich, wydaje się stanowić elastyczną reakcję na wymagania stawiane przez dynamiczny rynek reklamy online.

Adblocking: kontekst i geneza

Użytkownicy sieci, chcący decydować o jakości i rodzaju przeglądanych treści, to zjawisko znane od lat. Przeglądarki internetowe niemal od początku mają wbudowaną funkcjonalność, która pozwala użytkownikom kontrolować zachowania online. Po części jest to „wina” branży reklamowej: intensywność marketingu cyfrowego dynamicznie rosła, a agresywne kampanie reklamowe zaowocowały narzucającymi się banerami, nakładkami wideo i aplikacjami typu pop-up, co spowodowało nierównowagę między reklamą a bezpłatnym contentem. W niektórych przypadkach, przeciążenie oprogramowaniem reklamowym uniemożliwiało wręcz prawidłowe ładowanie się witryn.

Rozwój technologii mobilnej tylko zaognił sytuację. Niedoskonałość systemu Wi-Fi, wraz z ograniczonym zasięgiem sygnału telekomunikacyjnego, w konfrontacji ze stronami przeciążonymi formatami nieprzystosowanymi do konfiguracji mobilnej, prowadziły wprost do blokowania funkcjonalności urządzeń przenośnych.

Statystyki

Wyniki badania przeprowadzonego wśród użytkowników Internetu we wrześniu 2016 roku przez GlobalWebindex są jednoznaczne. Większość respondentów stwierdziła, że ​​zbyt wiele reklam jest irytujących lub nieadekwatnych w stosunku do przeglądanych treści. Nieco mniej niż połowa twierdzi, że reklamy zajmują zbyt dużo miejsca na ekranie, podobne wskazanie (48%) zyskuje opinia o zbyt dużej ich ilości, a kolejne miejsce w wyliczeniu to odpowiedź określająca internetową reklamę jako zbyt nachalną (44%). Respondenci wymienili cały szereg problemów związanych z agresywną reklamą, w większości deklarując niechęć i irytację w stosunku do tego powszechnego w sieci zjawiska. Fakt ten stanowi podatny grunt dla coraz liczniejszych producentów oprogramowania blokującego niepożądane treści.

Z kolei badanie przeprowadzone przez firmę PageFair, specjalizującą się w tematyce oprogramowania blokującego reklamy, wykazuje odnotowany w 2016 roku 30% wzrost wykorzystania adblockerów na całym świecie, co wynika wprost z rozwoju technologii mobilnej. Precyzyjne statystyki wskazują, iż do końca ubiegłego roku odnotowano 615 milionów urządzeń blokujących reklamy na całym świecie, z czego 62% (308 milionów) zainstalowanych zostało na urządzeniach mobilnych. Z kolei wykorzystanie adblockerów na komputerach stacjonarnych wzrosło o 17% w stosunku do roku 2015, a szacowana liczba urządzeń to 236 milionów.

Europa i świat

Wielka Brytania, z odsetkiem użycia adblockerów oscylującym w okolicach 20%, jest krajem, który statystyki lokują w dolnej połowie tabeli obejmującej europejskie państwa. Dla odmiany bardzo wysoko sytuuje się Polska, w której według badań przeprowadzonych przez MEC Wavemaker, aż 40% konsumentów decyduje się blokować reklamy. Co ciekawe, to samo badanie wykazało, iż 60% konsumentów rozważyłoby odinstalowanie technologii adblock, gdyby w Internecie było mniej reklam. Wśród krajów o najniższej adaptacji oprogramowania blokującego niepożądane treści warto wymienić Japonię, gdzie wskaźnik ten ledwo przekracza 10%. W innych krajach, w których operuje Awin, trudniej jest o precyzyjne dane. Różnice w metodologii badań oznaczają skrajnie rozbieżne wskazania. Na przykład Niemcy według PageFair wykazują adblocking rate na poziomie 27%, natomiast według lokalnego instytutu badawczego BVDW, liczba ta jest o dziesięć punktów procentowych niższa i wynosi zaledwie 17%.
Opracowanie firmy GroupM, bazujące na danych PageFair i innych źródłach informacji, sytuuje Francję na poziomie 34% , Holandię w przedziale od 17 do 29%, Szwecję 30%, a Włochy – około 20%. Hiszpania reprezentuje zakres od 19 do 26%. Amerykańskie dane wydają się konsekwentnie osiągać od 16 do 18%, choć istnieją też opracowania wskazujące, że 30% amerykańskich konsumentów używa obecnie oprogramowania adblock. Rezydujący w USA użytkownicy sieci wskazują też wyraźnie na potrzebę bezpieczeństwa online, jako główny powód blokowania treści reklamowych. Ten fakt nadaje dyskusji ciekawy wymiar – marketing internetowy stał się bowiem synonimem braku prywatności i nadużycia w kwestii ochrony danych osobowych.

Ogólny obraz sytuacji jest złożony, jasne jest jednak, że reklamodawcy i marketingowcy mają wiele do zrobienia, aby odzyskać zaufanie konsumentów na całym świecie. Prosty, uczciwy przekaz i bezpłatna treść w zamian za odpowiedzialną reklamę, jest częścią tego procesu.

Rynek adblockerów w Polsce

Badanie przeprowadzone w Polsce w kwietniu 2016 przez MEC Wavemaker pokazuje na jednoznaczne poirytowanie respondentów nadmiarem reklamy w Internecie. Trzy czwarte ankietowanych wskazuje właśnie to jako główny powód instalacji oprogramowania typu adblock. Co ciekawe, tylko 9% odnosi się do kwestii prywatności w sieci, podczas gdy 15% wskazuje jako powód na brak zainteresowania produktami przedstawionymi w reklamach. Jako powód wskazywane są także: utrudnienie w zapoznawaniu się z treściami na stronie oraz długi czas ładowania strony przez występujące tam reklamy.

Adblocking_1

W jakiej zatem sytuacji użytkownicy rozważyliby odinstalowanie oprogramowania blokującego? 60% ankietowanych byłoby gotowych to zrobić, gdyby liczba reklam w sieci została zmniejszona. Nieco mniej niż połowa zapytanych dezaktywowałaby adblocki w przypadku, gdyby ograniczały one dostęp do darmowych treści. Kolejne argumenty za rezygnacją z adblock to zmniejszenie dochodów dla ulubionych witryn oraz konieczność opłacenia dostępu do interesującego contentu.

Adblocking_2

Pomimo wszystkich wymienionych wyżej czynników, wydatki na reklamę cyfrową w Polsce rosną bardzo szybko. Według Interactive Advertising Association Europe (IAB Europe) i IHS Markit, wydatki na treści reklamowe publikowane w Internecie wzrosły w 2015 r. o 21,8%. To jedno z najwyższych wskazań na europejskim rynku. Wyżej sytuują się tylko kraje, takie jak Irlandia i Bułgaria.

Adblock Plus

Wyspecjalizowane oprogramowanie blokujące niepożądane treści stanowi element portfolio wielu branżowych firm, natomiast liderem na europejskim rynku jest niemiecka firma Adblock Plus. Charakterystyczna dla oferty tego start-upu jest możliwość zdefiniowania listy dopuszczalnych reklam. Poszczególne marki mogą być skatalogowane na białej liście, co stanowi gwarancję, że treści przez nie generowane nie będą blokowane przez dedykowaną technologię.

Praktyka ta może budzić kontrowersje, ponieważ pojawiły się pogłoski, iż niektóre firmy płacą Adblock Plus za dodanie do białej listy. W odpowiedzi na te zarzuty przedsiębiorstwo oświadczyło, że katalog obejmuje tylko te firmy, które podejmują odpowiedzialne podejście do swoich działań marketingowych oraz generowanych treści i reklam. Co ciekawe, mniejsze podmioty zwolnione są od wszelkich związanych z tym opłat, co jest szczególnie korzystne dla tych operujących w systemie marketingu afiliacyjnego, ponieważ większość zamieszczanych odnośników oparta jest na wysokiej jakości treści oraz witrynach typu cashback i voucher code.

Adblocking i marketing afiliacyjny

Funkcjonujące na stronach banery i linki prowadzące do stron partnerskich muszą zostać kliknięte i przekonwertowane w sprzedaż, aby wygenerować prowizję dla wydawcy. Z tego też względu, afiliowane podmioty wybierają starannie wyselekcjonowane, stargetowane reklamy, interesujące dla użytkowników.

W sieci Awin rzadko spotyka się irytujące formaty reklam, ponieważ stowarzyszeni wydawcy używają standardowych formatów banerów i łączy tekstowych. Formaty bardziej inwazyjne mogą wręcz stanowić naruszenie warunków współpracy z siecią afiliacyjną.

Adblocking w kontekście grupy docelowej

Odsetek użytkowników oprogramowania adblock różni się w poszczególnych witrynach i w zależności od grupy docelowej. Witryny z grami i treścią związaną z technologią mają znacznie wyższą liczbę użytkowników stosujących oprogramowanie adblock, niż inne strony, takie jak na przykład blogi lifestylowe. Jest to potwierdzone badaniami, które wskazują, że mężczyźni są znacznie bardziej skłonni do blokowania treści w Internecie, niż kobiety.

Ponieważ ponad 90% przychodów w marketingu afiliacyjnym pochodzi z łączy tekstowych, a oprogramowanie adblock zazwyczaj nie ma na celu blokowania tego rodzaju działalności, afiliowani wydawcy nie podlegają obostrzeniom w takim stopniu, jak ci, którzy są uzależnieni od reklamy banerowej. To jednak nie powinno stanowić powodu do samozadowolenia, a każdy wydawca powinien przeprowadzić kilka podstawowych testów, aby zrozumieć, w jaki sposób dane oprogramowanie ma wpływ na jego działalność.

Świadome użytkowanie Internetu

Istnieje ogólne założenie, że większość internetowych treści jest bezpłatna, ale dostęp do nich może wiązać się z mniejszą lub większą ekspozycją na reklamę. Inną kwestią jest fakt, iż witryny, które wcześniej dostarczały wysokiej jakości treści za darmo, ze względu na technologię blokującą reklamy zmuszone będą do pobierania opłat dostępowych. To zjawisko w jasny sposób zmniejszy ilość i jakość bezpłatnych materiałów dostępnych w Internecie i jest to zasadnicze wyzwanie, przed którym stoją wydawcy stron internetowych. Wspólne działanie powinno pozwolić wypracować zestaw standardów dotyczących jakości prezentowanych treści. Docelowo należy też wyzbyć się agresywnej reklamy, będącej głównym powodem stosowania aplikacji blokujących treści.

Co dalej?

Według Wall Street Journal, Google może wkrótce zaproponować funkcję blokowania reklam w przeglądarce Chrome. Biorąc pod uwagę, że 86% przychodów Google pochodzi z reklamy, może się to wydawać ryzykowną strategią.

To nie byłby pierwszy raz, kiedy Google próbował przejąć władzę nad całą branżą. Taka polityka oznaczałaby jednak edukacyjną odpowiedzialność w stosunku do publikujących reklamy, a także zobowiązanie do wskazania użytkownikom sieci zależności pomiędzy jakością doświadczanego contentu, a częstotliwością i zasięgiem reklamy online.

Autorem jest Mateusz Łukianiuk, Dyrektor Zarządzający polskiego oddziału Awin.

Moralność finansowa Polaków 2017

Czy w sprawach finansów osobistych Polacy są wystarczająco moralni, by firmy ubezpieczeniowe, kredytodawcy i wierzyciele nie musieli obawiać się strat z powodu świadomych i nierzetelnych zachowań swoich klientów? Skłonność obywateli do usprawiedliwiania odstępstw od zasad i norm społecznych została sprawdzona po raz drugi w badaniu „Moralność finansowa Polaków 2017”. I – jak wynika z raportu – sytuacja jest jedynie nieznacznie lepsza niż przed rokiem.

Wiele mówi się o konieczności poprawy zaufania do polskich przedsiębiorców, szczególnie tych z branży finansowej. Zrealizowanie tego celu uznaje się za warunek dalszej poprawy poziomu ochrony praw konsumentów, a także rozwoju gospodarki.

– Zbyt mało uwagi poświęcamy w debacie społecznej problemowi moralnych postaw konsumentów, które w znaczącym stopniu decydują o sprawności państwa i gospodarki. A przecież nawet drobne nadużycia w masowej skali poważnie wpływają na funkcjonowanie rynku i ograniczają jego rozwój. Wpływają też negatywnie na poziom cen produktów i usług ofertowanych przez przedsiębiorców, dotkniętych zjawiskiem niskiej moralności ich klientów czy kontrahentów. Wyniki tej edycji badań nie budzą wątpliwości – moralność finansowa Polaków nie stanie się w najbliższym czasie źródłem wzrostu naszej gospodarki – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.

Jak bowiem wynika z badania „Moralność finansowa Polaków”, przeprowadzonego po raz drugi na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, we współpracy z Rejestrem Dłużników BIG InfoMonitor, Ferratum Bank oraz firmą windykacyjną Lindorff – Polacy są skłonni usprawiedliwiać naruszanie przez konsumentów norm prawnych i standardów etycznych w ponad jednej piątej sytuacji. Tę skłonność odzwierciedla Indeks Akceptacji Nieetycznych Zachowań Finansowych, będący syntetyczną miarą wszystkich odpowiedzi udzielonych przez respondentów. W ciągu roku wskaźnik ten lekko się poprawił. Obecnie wynosi 21,7 i jest nieco niższy niż przed rokiem, kiedy to sięgnął 23,2.

W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 1000 Polaków powyżej 18 roku życia. Zostali oni poproszeni o ocenę poszczególnych nadużyć, dokonywanych przez konsumentów. W ten sposób zbadano akceptację społeczną dla naruszania norm moralnych oraz przyzwolenia na nadużycia czy wyłudzenia, m.in. takie jak: posługiwanie się cudzym dokumentem tożsamości, by uzyskać kredyt, zawyżanie wartości poniesionych szkód, by uzyskać nienależne odszkodowanie, czy przepisywanie majątku, aby uciec przed wierzycielami. W tym roku obniżył się poziom akceptacji dla pięciu z dziewięciu prezentowanych krytycznych zachowań, co świadczy o niewielkiej poprawie etycznych standardów wśród polskich konsumentów. W największym stopniu spadło zrozumienie dla dokonywania płatności bez pobierania rachunku celem uniknięcia płacenia VAT, przepisywania majątku na rodzinę, by uciec przed wierzycielem oraz zaciągania kredytu bez dokładnego zapoznania się z warunkami spłaty.

– Chociaż deklarowanie przez ludzi pewnych norm i wartości w ograniczonym stopniu rzutuje na ich rzeczywiste zachowania, to może być uznane za wskaźnik moralnej kondycji rynku, będącej ważnym czynnikiem jego efektywnego funkcjonowania. Przyzwolenie dla nadużyć tworzy sprzyjające środowisko dla ich faktycznego występowania, ponieważ osoby popełniające je nie tylko nie muszą obawiać się społecznego ostracyzmu, ale mogą liczyć na swoiste wsparcie ze strony otoczenia. Takie przyzwolenie może polegać na przykład na tym, że pracodawcy podają nieprawdziwe dane o dochodach swoich pracowników, by pomóc im w uzyskaniu kredytu, a sąsiedzi i znajomi dłużnika nie tylko nie okazują dezaprobaty dla jego nierzetelności, ale nierzadko utrudniają wierzycielom dotarcie do niego – wyjaśnia prof. dr hab. Anna Lewicka-Strzałecka, autorka badań.

Oceny respondentów badania są w znacznym stopniu zróżnicowane, począwszy od zachowań, które są potępiane bez wyjątku, a kończąc na zachowaniach usprawiedliwianych przez blisko jedną trzecią badanych osób. Moralność finansowa okazuje się współgrać z normami prawa, ponieważ najrzadziej usprawiedliwiane nadużycia konsumenckie to te, które są zagrożone sankcjami karnymi, jak np. kradzież tożsamości. Względnie dużym przyzwoleniem cieszą się zaś zachowania, naruszające w różnej formie zasadę nakazującą wywiązywanie się z zaciągniętych zobowiązań finansowych, w tym częste zmienianie rachunków bankowych, by uciec przez komornikiem.

– Tego typu postawy mogą mieć przełożenie na podejście do spłaty zobowiązań – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Z naszego ostatniego Raportu InfoDług wynika, że bieżące zobowiązania takie jak raty kredytów, pożyczek, rachunki za media, czynsz, telefon, internet i TV, ale też alimenty i zobowiązania wobec sądów, płaci z co najmniej 60-dniowym opóźnieniem, ponad 2,4 mln osób. Ich łączne zaległości wynoszą już 55,66 mld zł. W ciągu I kwartału tego roku liczba niesolidnych dłużników wzrosła o 5,3 proc. w stosunku do końca 2016 roku.

Zaskakująca decyzja prezydenta ratuje złotego

Politycy znów w głównej roli. Piątek pod znakiem ucieczki inwestorów od złotówki w obliczu nowej ustawy o Sądzie Najwyższych. Poniedziałek przynosi odreagowanie w efekcie zawetowania ustaw przez prezydenta. Od początku tygodnia krajowa waluta odrabia ostatnie straty. Tydzień pod znakiem Fed, rozstrzygnie sytuację na USD/PLN.  

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 10.06.2017-24.07.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,1800 3,7974 3,6224 4,6949
Maksimum 4,2670 3,9195 3,8190 4,8405

1Para EUR/PLN ma za sobą sporą huśtawkę nastrojów. Skok w górę niemal 7 groszowy może robić wrażenie. Za wszystkim oczywiście stoi polityka w naszym kraju. Inwestorzy bali się weekendu i gwałtownie wyprzedawali krajową walutę. Sprawa rozchodzi się o nową ustawę o Sądach Najwyższych, która delikatnie mówiąc nie podoba się również większości krajów europejskich. Głosy z Niemiec były najostrzejsze i mówiły o groźbach wprowadzenia sankcji wobec naszego kraju, w tym odcięcia od funduszy europejskich. Sytuacje na szczęście uspokoił nieco prezydent Duda, który zawetował ustawy. Stąd dzisiaj mamy ponad 3 groszowe umocnienie złotego i tym samym odrobienie połowy strat z piątku. Trzeba jednak zauważyć, że waluta europejska jest mocna na szerokim rynku w efekcie wzrostu wiary w jastrzębią politykę EBC. Na wykresie EUR/PLN jesteśmy w ciekawym miejscu, strefa silnego oporu w okolicach 4,2640 póki co wytrzymała. Przekroczenie tej strefy wybiło by kurs ponad 4,28. Kluczowe teraz będą kolejne dni jeśli kurs nie przebije tego oporu bardzo możliwe będą spadki nawet w okolice 4,15. Wszystko zależy teraz od propozycji prezydenta Dudy w sprawie zmian w Sądach Najwyższych. Jeśli nowe pomysły będą mniej rewolucyjny i spotkają się z aprobatą UE to złoty ma szansę sporo się umocnić. Silnym argumentem za tym jest solidna gospodarka. Trzeba jednak i spojrzeć na to co się stanie na szerokim rynku. A tutaj przede wszystkim decyzja Fed w sprawie stóp procentowych. Są spore szanse, że władze monetarne USA utrzymają swój jastrzębi kurs a to spowodowałoby w końcu wzrosty na dolarze i niekorzystnie odbiło się na walutach emerging markets.

2

Bardzo podobna sytuacja miała miejsce na CHF/PLN. Tutaj również zawirowania polityczne sprawiły, że złoty stracił ponad 7 groszy w kilka chwil. I to w sytuacji gdy kredytobiorcy frankowi zacierali już ręce, bo wsparcie w postaci 3,80 było już niemal sforsowane i był możliwy ruch nawet w okolice 3,76. Sytuacja dzisiaj nieco się uspokoiła po mimo wszystko dość zaskakującej decyzji prezydenta Dudy i zawetowaniu ustaw. Niemniej jednak mimo lekkiego umocnienia złotego jesteśmy dość daleko od ostatnich minimów. Oczywiście wszystko zależy teraz od dalszych losów ustawy o Sądzie Najwyższym. Na szerokim rynku brak jest póki co czynników, które spowodowałyby wzrost zainteresowania walutami bezpiecznymi. Stąd frank szwajcarski pozostanie stabilny. Ale o nagłe pogorszenie nastrojów nie trudno.

3

USD/PLN pozostaje w trendzie spadkowym. Niemniej jednak po dojściu w okolice 3,61 nastąpiła reakcja byków. Kontra kupujących dotarła w okolice 3,65. Co istotne odbyło się to przy słabym dolarze na szerokim rynku. Wydaje się więc, że było to odreagowanie na bazie chęci wprowadzenia przez PiS dość kontrowersyjnej ustawy o Sądach Najwyższych, która odbiła się szerokim echem w krajach europejskich. Dość silnym oporem wydaje się być 3,70. Z pewnością o dalszych losach USD/PLN zdecyduje środowe posiedzenie Fed. W ostatnich tygodniach narosło sporo wątpliwości czy władze monetarne USA będą dalej prowadzić politykę zacieśniania czy jednak trochę wyhamują. Efekt tych wątpliwości widać na EUR/USD gdzie jesteśmy blisko górnego ograniczenia formacji w okolicach 1,17. Wydaje się jednak, że pole do pogłębienia spadków na dolarze jest już niewielkie. A odbicie na EUR/USD w dół byłoby idealne dla techników, którzy z pewnością liczą na taką okazję. Ale potrzeba jasnej deklaracji Fed, że będzie redukował bilans, sama decyzji mogłaby nastąpić we wrześniu ale zapowiedź musiała by być teraz. Następnie decyzja o podwyżce stóp musiałaby nastąpić w grudniu i Fed wypełnij by obietnice. Takie słowa byłyby zaskoczeniem i pozytywem dla waluty amerykańskiej.

4

Również na GBP/PLN złoty poniósł nieco strat. Ale to nie zmienia ogólnego scenariusza spadkowego na tej parze w perspektywie ostatnich kilku miesięcy. Głównie przez zawirowania związane z Brexitem. Fundamenty brytyjskiej waluty pozostają dość słabe więc nawet słabość polskiej waluty nie przełożyła się na gwałtowną przecenę. Polska gospodarka ma się dobrze ale dość uszczypliwe komentarze agencji ratingowych mogą powodować osłabienie złotówki. W końcu grożenie palcem w sprawie nowej ustawy to jedno ale negatywny ruch i zmiana ratingu z pewnością sporo by osłabiła krajową walutę. Jak widać na ten moment i GBP i PLN mają swoje problemy więc trudno wyrokować gdzie kurs podąży. Wsparciem będzie ostatnie minimum, oporem w przypadku wzrostów górne ograniczenie kanału spadkowego.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Prezydent Duda wstrząsnął złotym

Prezydent Andrzej Duda wstrząsnął dziś nie tylko polską polityką, ale również złotym. Zapowiedź weta ustawy o SN i KRS ograniczyło ryzyko polityczne, wzmacniając tym samym polską walutę.

Poniedziałek na krajowym rynku walutowym upływa pod znakiem polityki. Tym samym inne tematy chwilowo zeszły na drugi plan. Wrócą jednak już we wtorek.

Zapowiedziane dziś przez prezydenta Andrzeja Dudę zawetowanie ustawy o Sądzie Najwyższym (SN) i Krajowej Radzie Sądowniczej (KRS), a więc 2 z 3 uchwalonych ostatnio kontrowersyjnych ustaw, które opozycja, organizacje pozarządowe i Unia Europejska określają jako pozakonstytucyjną próbę zmiany ustroju Polski (m.in. likwidację trójpodziału władzy), wywołało skokowe umocnienie złotego. O godzinie 13:54 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2450 zł (-2,3 gr), CHF/PLN 3,8515 zł (-1,8 gr), a USD/PLN 3,6440 zł (-1,4 gr), po tym jak w piątek euro i frank podrożały o 5,5 gr, a dolar o 3,5 gr, co również miało swe źródła w polityce.

Weto prezydenta Dudy obniża ryzyko polityczne. Jednak ono nie znika całkowicie. Dlatego jakkolwiek do końca dnia złoty może zyskiwać na wartości, to jednak powrót do poziomów z piątkowego otwarcia (euro po 4,2130 zł) to mało prawdopodobny scenariusz. Należy oczekiwać, że EUR/PLN zakończy dzień nie niżej niż 4,23 zł, CHF/PLN blisko 3,84-3,85 zł, a USD/PLN w pobliżu poziomu 3,64 zł.

O ile dziś polityka do końca dnia pozostanie tematem numer jeden na rynku walutowy, to już jutro przestanie ona się liczyć, a inwestorzy w swych decyzjach kierować będą się impulsami płynącymi z rynków globalnych oraz zachowaniem EUR/USD. To sprawi, że na pierwszym planie znajdą się doniesienia z USA, gdzie zostanie m.in. opublikowany przez Conference Board indeks zaufania tamtejszych konsumentów (prognoza: 116,6 pkt.) i indeks S&P/Case-Shiller odnośnie cen domów w 20 największych metropoliach (prognoza: 5,8 proc. R/R), a także gdzie rozpocznie się gra pod kończące się w środę posiedzenie Rezerwy Federalnej. Posiedzenie, który wprawdzie nie przyniesie zmian w polityce monetarnej, ale może przynieść odpowiedź na pytanie, na ile zasadne jest oczekiwane we wrześniu ogłoszenie ograniczenia sumy bilansowej banku centralnego i grudniowa podwyżka stóp procentowych?

We wtorek ponadto poznamy jeszcze czerwcowe dane o stopie bezrobocia w Polsce (prognoza: 7,1 proc.) oraz lipcowy odczyt indeksu Ifo dla Niemiec (prognoza: 114,9 pkt.). Tyle tylko, że ten pierwszy raport tradycyjnie nie wywołuje emocji, a wpływ drugie na rynki obecnie nie jest duży.

Wspomniane wcześniej posiedzenie Fed, razem z piątkową publikacją wstępnych danych o amerykańskim PKB za II kwartał, to główne wydarzenia tego tygodnia na rynku walutowym.  Dużą rolę może też odgrywać amerykańska polityka. W weekend przywódcy Republikanów i Demokratów poinformowali, że porozumieli się ws. zaostrzenia sankcji wobec Rosji w związku z jej ingerencją w ostatnie wybory prezydenckie w USA. Porozumienie to jest wbrew dotychczasowemu stanowisku prezydenta Donalda Trumpa, co dodatkowo osłabia jego pozycję. Podobnie jak zaplanowane na środę przesłuchanie syna prezydenta przed senacką komisją w sprawie tzw. afery rosyjskiej.

Ostatnie dwa dni przyniosły zmianę układu sił na wykresach dziennych EUR/PLN i CHF/PLN. Euro obroniło wsparcie na 4,20 zł, a wybijając się w piątek mocno w górę pokazało, że ma dużo większą łatwość do zwyżki, niż do trwałego przełamania 4,10 zł. Szwajcarski frank natomiast zawrócił z poziomu 3,80 zł, tym samym powtarzając scenariusz grany już w maju. Póki co natomiast o wzrostowej korekcie możemy mówić w przypadku USD/PLN. Dopiero zdecydowany powrót powyżej 3,70 zł mógłby zapowiadać zmianę sytuacji i sygnał zakończenia trendu spadkowego.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Przemysł turystyczny i wczasowicze przestali bać się chmur

Pochmurne niebo, deszczowe i chłodne tygodnie mogą popsuć letni wypoczynek urlopowiczów a także negatywnie wpłynąć na obroty firm z branży turystycznej. Jest jednak taki rodzaj chmury, który w świecie gospodarki cyfrowej przyczynia się do szybkiego rozwoju sektora usług turystycznych a podróżnikom ułatwia dotarcie do wybranych destynacji. Chodzi o chmurę obliczeniową, która zmienia sposób, w jaki firmy prowadzą biznes. Doniosłość modelu cloud podkreślają analitycy Gartnera. Według nich do 2020 roku niewykorzystywanie chmury będzie w przedsiębiorstwach zjawiskiem tak rzadkim, jak obecnie brak dostępu do Internetu. Co zatem sprawia, że usługi chmurowe szybko zyskują popularność wśród touroperatorów i podróżnych?

Branża turystyczna coraz ważniejszą gałęzią polskiej gospodarki

Wraz ze wzrostem stopy życiowej obywateli rośnie ich zapotrzebowanie na usługi turystyczne. Według danych Ministerstwa Sportu i Turystyki w 2016 roku gospodarka turystyczna stanowiła już 6 proc. PKB, zaś łączne wydatki w tym sektorze wyniosły 25,3 mld euro. Polacy coraz częściej wyjeżdżają za granicę a spośród tych wyjazdów 58 proc. ma na celu zwiedzanie i wypoczynek. Polska staje się także coraz częstszym celem podróży dla turystów z Europy i świata. W minionym roku nasz kraj odwiedziło blisko 17,5 mln turystów, z których każdy podczas swojego pobytu wydał przeciętnie blisko 460 dolarów.

Popularność usług w modelu cloud rośnie także w sektorach związanych z podróżowaniem

Jak wskazuje Gartner jednym z głównych trendów w gospodarce światowej jest dziś Cloud Shift, czyli coraz silniejszy nacisk na wykorzystanie chmury obliczeniowej. Nie inaczej jest wśród touroperatorów, hotelarzy i przewoźników, którzy coraz śmielej wykorzystują możliwości oferowane przez model SaaS (oprogramowanie jako usługa), a także IaaS, czyli infrastrukturę IT ulokowaną w chmurze. Przykładowo linie lotnicze, które w ostatnich latach notorycznie borykały się z nieplanowanymi przestojami, wynikającymi z przestarzałego zaplecza IT, obecnie stawiają na jego modernizację z wykorzystaniem cloud computingu.

O wzroście zainteresowania usługowym IT decyduje m.in. to, że dostawca może zaoferować klientowi zarówno serwery w chmurze, hosting, jak też aplikacje, czy dodatkowe narzędzia, np. do backupu, awaryjnego odzyskiwania danych, monitoringu lub zwalczania cyberzagrożeń. Niemniej ważne jest to, że firmy z branży turystycznej potrzebują rozwiązań dostępnych online bez względu na lokalizację. Serwery i oprogramowanie w chmurze idealnie wpisują się w te potrzeby. Co więcej, w przypadku outsourcingu usług IT, przedsiębiorca w ogóle nie musi martwić się o inwestycje we własną infrastrukturę. Może on powierzyć dużą część odpowiedzialności za obszar IT zaufanemu usługodawcy, który wydatnie odciąża firmę, pozwalając jej skupić się na rozwijaniu działalności.

Sezonowość wyzwaniem dla organizatorów ruchu turystycznego

Specyfika sektora turystycznego sprawia, że jego przedstawiciele największe obroty notują w letnim sezonie urlopowym. Według danych Eurostatu szczyt sezonu w Polsce przypada na sierpień, w którym obywatele wybierają się w podróż 4,2 razy częściej niż w listopadzie, miesiącu najmniejszego popytu na wycieczki. Oprócz szczytu w sierpniu i lipcu, także czerwiec i grudzień charakteryzują się zwiększoną aktywnością turystów. Sezonowość popytu ma w tej branży wiele wymiarów i powoduje szereg wyzwań. Jednym z rzadziej wspominanych jest zwiększone obciążenie infrastruktury informatycznej. Wzmożony ruch na stronie popularnego biura podróży stanowi wyzwanie nie tylko dla pracującego w nim personelu, ale także dla infrastruktury IT, na której zainstalowana jest witryna i aplikacje sprzedażowe. Niewydolne IT może spowodować, że strona, aplikacja webowa lub mobilna (jak wyszukiwarka hoteli, połączeń czy ofert last minute) zacznie się zawieszać lub zupełnie przestanie działać. Dla współczesnego internauty taki przestój jest nie do zaakceptowania. Jakiekolwiek trudności w korzystaniu z witryny lub aplikacji danego touroperatora sprawiają, że szybko sięga on po alternatywne rozwiązanie konkurencyjnej firmy.

Chmura a problem zwiększonego obciążenia systemów IT w szczycie sezonu

Wzmożony ruch w letnim sezonie urlopowym na stronie dostawcy usług turystycznych, oraz wyraźnie mniejszy w innych okresach roku, powodują, że firma powinna posiadać odpowiednio dopasowane do tej specyfiki zasoby IT. Optymalnym sposobem poradzenia sobie z sezonowością popytu jest wykorzystanie chmury obliczeniowej. Zaletą takiego rozwiązania, jak np. wirtualny serwer prywatny w modelu cloud, jest elastyczność i skalowalność, co oznacza zdolność do zwiększania oferowanych zasobów IT wraz ze zmieniającymi się potrzebami firmy. Touroperator – spodziewając się, że w danym okresie jego stronę będzie chciało odwiedzić wielokrotnie więcej użytkowników niż zazwyczaj – może błyskawicznie, bezpośrednio z panelu użytkownika, zamówić dodatkowe zasoby. Pozwolą mu one bezproblemowo obsłużyć spiętrzony ruch, nawet jeśli wyjątkowo atrakcyjne oferty last minute przyciągną zaskakująco dużą liczbę urlopowiczów. Warto wspomnieć, że w przypadku usługowego IT firma płaci tylko za realnie wykorzystane zasoby, co jest niewątpliwym atutem tego rozwiązania.

Nie tylko biznes. Turyści także korzystają z zalet rozwiązań chmurowych

Cloud computing przenika dziś coraz więcej usług internetowych i wiele z nich staje się naturalnym wyborem dla konsumentów, choć nie zawsze zdają sobie oni sprawę z ich chmurowego charakteru. Nikogo nie dziwi już, że podróżujący planują swoje eskapady ze smartfonem w ręku, szukając najlepszych hoteli i połączeń np. przez aplikację Booking.com lub Skyscanner. Ta pierwsza dostępna jest w przeszło 40 językach a za jej pośrednictwem turyści każdego dnia rezerwują ponad 1,2 mln noclegów. Jedynie na system Android pobrało ją ponad 50 mln użytkowników. Z kolei podobną aplikację TripAdvisor ściągnęło już przeszło 100 mln użytkowników Androida a zainteresowanie wciąż rośnie.

 

Wysoką dostępność aplikacji webowych i mobilnych coraz powszechniej gwarantuje elastyczność i skalowalność modelu cloud. Dzięki temu aplikacje z mapami, wyszukiwarkami noclegów, przelotów i atrakcji turystycznych pozostają dostępne na każde żądanie, nawet gdy jednocześnie logują się do nich miliony użytkowników na całym świecie. Zarówno webowe rozwiązania w modelu SaaS, jak też mobilne wersje usług internetowych stale zyskują na znaczeniu. Tylko w sklepie Google Play jest już blisko 110 tys. aplikacji z kategorii „Podróże”, a wśród nich niemal 3400 zostało pobranych przez minimum 50 tys. użytkowników. Aplikacje mobilne nie tylko ułatwiają podróżowanie ale także porozumiewanie się z obcokrajowcami. Mobilne usługi tłumaczące rozmowy w czasie rzeczywistym pozwalają ludziom z całego świata prowadzić dyskusje, wyzwalając ich od barier językowych. Baza słów i wyrażeń idiomatycznych może być uzupełniana w tych aplikacjach i udostępniania na bieżąco właśnie dzięki przetwarzaniu danych w chmurze.

 

Biznes stawia na chmurę … ale co z kwestią bezpieczeństwa?

Pomimo obaw niektórych organizacji, większość nowoczesnych przedsiębiorstw wykonuje zdecydowany zwrot ku chmurze, m.in. właśnie w celu lepszej ochrony zasobów IT. Niedawne badanie firmy NetApp, technologicznego partnera Aruba Cloud, pokazało, że główną motywacją przedsiębiorstw z regionu EMEA przy wdrażaniu chmury jest chęć zwiększenia poziomu bezpieczeństwa. 60 proc. dyrektorów ds. IT z tego regionu dostrzega możliwość usprawnienia ochrony zasobów informatycznych poprzez wykorzystanie modelu cloud. Jedynie oszczędności oraz elastyczność oferowane przez chmurę w podobnie dużym zakresie motywują firmy do implementacji usługowego IT. Wnioski z 19. Światowego Badania Bezpieczeństwa Informacji firmy doradczej EY również sugerują, że obecnie organizacje chętnie wdrażają chmurę w ramach strategii bezpieczeństwa. Spośród 1735 dyrektorów i menadżerów IT, blisko 40 proc. stwierdziło w tym sondażu, że w bieżącym roku w ich firmach chmura otrzymała wysoki priorytet. Co więcej 45 proc. ankietowanych przyznało, że w 2017 roku przeznaczy na chmurę więcej środków finansowych niż rok wcześniej.

Autor: Marcin Zmaczyński, dyrektor regionalny Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej.

Nigdy nie byliśmy tak nisko

Ten tydzień na rynkach rozpoczął się podobnie jak zakończył się poprzedni – upiornie cicho. Indeks zmienności VIX zamknął się w piątek na nowym, rekordowo niskim poziomie 9.36. Nigdy wcześniej nie był tak nisko. Zarówno, giełda europejska, jak i amerykańska nieco się wycofała w piątek, ale w tym tygodniu namieszała Azja.

Indeks_VIX_24_07_2017Tymczasem dolar amerykański wciąż pogrąża się w zapomnieniu. Od początku roku spadł o prawie 8,8%. Nie tylko Trump go podtapia. Zawyżenie, które niedawno obserwowaliśmy, było ruchem w dużej mierze w nadziei, że Fed podniesie stopy procentowe. Teraz ze względu na mniejsze oczekiwania na ten ruch, dolar stracił impet i zaczyna spadać.

USDOLLAR_24_07_2017

Z uwagi na wiele ważnych dzisiejszych wydarzeń, trudno jest określić, które z nich mają największy wpływ na rynki. Londyńskie sprawozdanie do Waszyngtonu mogłoby mieć pewien wpływ na funta, ze względu na próby ustalenia ram dla stosunków USA-Wielka Brytania po Brexicie.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy przyciągnie również uwagę, podczas ogłoszenia swoich globalnych prognoz wzrostu gospodarczego. Fundusz jest prawdopodobnie najbardziej wykwalifikowaną organizacją, która może przedstawić prognozy dotyczące gospodarki światowej. Dzisiejsze optymistyczne sprawozdanie mogłoby mieć wpływ na późniejszy nastrój inwestorów.

Ropa_24_07_2017Najważniejsze jednak, według mnie, jest spotkanie OPEC w Rosji. Przede wszystkim chcemy usłyszeć o Nigerii i Libii. Te dwa kraje zostały zwolnione z obecnych cięć produkcyjnych, ponieważ dopiero co odzyskują siły po twardej geopolityce. Teraz, gdy mniej więcej przywrócono ich poziomy produkcji do normalnych, możemy oczekiwać, że ustalą dla siebie maksymalnie wysokie limity. W ciągu ostatniego roku ceny ropy kształtowały się stosunkowo stabilnie w przedziale od 40 do 55 dolarów. Ostre wycofanie pod koniec ubiegłego tygodnia było niebezpieczne, ale jeżeli dzisiejsze spotkanie OPEC będzie ciekawe, może namieszać na rynku.

BTC_24_07_2017Sądząc po cenie Bitcoina w ciągu ostatnich kilku dni, wygląda na to, że największe kłopoty mamy za sobą, ale sądząc po opiniach pochodzących z forów internetowych i sygnałów z różnych środowisk górników, możemy jeszcze zobaczyć pewne turbulencje w przyszłości. Na ten moment wygląda na to, że możemy uniknąć całkowitego zniszczenia sieci, ponieważ rozwiązanie SegWit prawie na pewno zostanie wkrótce wdrożone. Czuję, że wielu, którzy wskazują na SegWit, faktycznie jest za SegWit2x i że możemy się jeszcze skierować w stronę hard forka przed końcem roku.

Na ten moment musimy wziąć pod uwagę analizę techniczną, jak i podstawy. Istnieje szeroki zakres około 1200 dolarów na Bitconie. Jest to zakres ceny, która znajduje się pomiędzy rekordowo wysokimi notowaniami, w wysokości 3000 dolarów, a niskimi notowaniami wycofania, które zakończyło się w ostatnią niedzielę.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Branża e-papierosów – nowe technologie najlepiej odbierane przez media RAPORT

Ponad milion osób – na tyle szacuje się liczbę użytkowników elektronicznych papierosów w Polsce, których z roku na rok przybywa. Wynika to m.in. z ogólnego odwrotu od papierosów tradycyjnych, wzrostu zainteresowania nowymi technologiami oraz podążaniem za aktualnymi trendami. Na decyzje zakupowe konsumentów wpływają jednak nie tylko panujące trendy, ale także publikacje medialne. Jaki obraz branży e-papierosów i e-liquidów kształtują media?

Z badania agencji informacyjnej PRESS-SERVICE Monitoring Mediów, przeprowadzonego na zlecenie firmy LIPRO e-Liquid Production, wynika, że na temat branży e-papierosowej
w 2016 r. odnotowano łącznie 4 976 publikacji. Najwięcej z nich ukazało się w Internecie (72 proc.), następnie w prasie (15 proc.), radiu (9 proc.) i telewizji (4 proc.), w zdecydowanej większości w mediach o zasięgu ogólnopolskim (64%). Wielkość publikowanych materiałów rozłożyła się niemal równomiernie między artykuły (30%), notki (38%) i wzmianki (32%). Potencjalny kontakt z publikacjami dotyczącymi e-papierosów wyniósł ponad 3,163 mld.

Przełom w branży

Prawie połowa materiałów (2 261) dotyczyła regulacji prawnych, co stanowiło najpopularniejszy temat w mediach. W dalszej kolejności dziennikarze najchętniej pisali
o wpływie e-papierosów na zdrowie, podatkach, badaniach i statystykach branżowych oraz nowych produktach i ofertach. Wyjątkowo duże zainteresowanie nowymi regulacjami prawnymi wynikało z mnogości zmian w tym segmencie rynku, które zrewolucjonizowały funkcjonowanie branży elektronicznych papierosów i e-liquidów.

Rok 2016 r. był dla naszej branży wyjątkowo dynamiczny. W sierpniu 2016 r. została podpisana nowelizacja ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu
i wyrobów tytoniowych, której przepisy zaczęły obowiązywać w Polsce we wrześniu zeszłego roku. Producenci i importerzy musieli rozpocząć przystosowanie swoich produktów do nowych wymogów, zmieniły się także zasady użytkowania e-papierosów i e-liquidów,
ich sprzedaży i dostępności
– tłumaczy Justyna Lipowicz, prezes LIPRO e-Liquid Production.

Media zrównywały e-papierosy z tradycyjnymi wyrobami tytoniowymi oraz informowały,
że ich używanie jest uciążliwe dla otoczenia bez pisania o redukcji szkodliwości. W rezultacie zdecydowana większość przekazu odnosiła się do branży w sposób negatywny (88 proc.).

E-papierosy oczami mediów

W skali roku biorąc pod uwagę wszystkie publikacje – pozytywnie do branży e-papierosów odnosiło się 10 proc. całości przekazu. 32 proc. miało wydźwięk neutralny. Pozostałe 58 proc. materiałów na temat elektronicznych papierosów prezentowało wiadomości w negatywnym świetle. – Co warto zauważyć, negatywne publikacje były częściej powielane przez media niż te o innych wydźwiękach. Przykładowo, awarie i wady e-papierosów nie zdarzały się często, jednak nagłaśniano te przypadki zdecydowanie negatywnie – mówi Marcin Szczupak, kierownik działu raportów medialnych w PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.

W większości pozytywny obraz branży w oczach odbiorców kształtowały artykuły
o nowych produktach. Można zauważyć, że również opinie użytkowników na temat
e-papierosów oraz nowe technologie wdrażane w branży są odbierane korzystnie. Z badania wynika, że najprzychylniejsze temu segmentowi produktów media to media specjalistyczne, które najczęściej publikowały materiały z wydźwiękiem pozytywnym (20 proc.).

Eksperci potrzebni od zaraz

Tylko w ok. 14 proc. materiałów medialnych (1 011 publikacji) mieliśmy do czynienia
z wypowiedzią eksperta, m.in. specjalistów z zakresu medycyny, ekonomii, przedstawicieli rządu oraz firm. Najczęściej wypowiadali się w nich przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Finansów. Jeszcze mniejszą część stanowiły opinie producentów
e-liquidów i e-papierosów. Przykładowo w kontekście regulacji prawnych odnotowano tylko 23 publikacje z udziałem ekspertów pochodzących z firm.

Chcielibyśmy, żeby w mediach pojawiało się więcej rzetelnych informacji na temat branży e-papierosowej. Z jednej strony wymaga to większej aktywności przedstawicieli nauki
i biznesu w prasie, telewizji i radiu oraz gotowości do udzielenia rzetelnych i merytorycznych komentarzy. Z drugiej, potrzeba impulsu i chęci sięgania po opinie ekspertów ze strony redakcji –
mówi Justyna Lipowicz z LIPRO e-Liquid Production.

Raport medialny został zaprezentowany przez firmę LIPRO e-Liquid Production w czerwcu  br. podczas międzynarodowej konferencji Światowego Forum Nikotynowego (Global Forum on Nicotine), mającego miejsce w Hotelu Marriott w Warszawie. Przybyło na nią prawie 400 specjalistów i ekspertów z całego świata.

Badanie dotyczy obecności medialnej branży e-papierosów w roku 2016 w Polsce. Analizie poddano materiał pochodzący z monitoringu ponad 1 100 tytułów prasowych, 5 mln źródeł internetowych oraz 100 stacji radiowych i telewizyjnych. Zgromadzony materiał przeanalizowano, że pomocą technik służących badaniu efektywności działań PR. W tym celu użyto wskaźników: wielkości, dotarcia przekazu do odbiorcy, indeksu wydźwięku wizerunkowego oraz analizy SWOT.