Wyższe stopy procentowe w Polsce dopiero w 2019?

W czerwcu inflacja w Polsce nieoczekiwanie wyhamowała do 1,5 proc. i była najniższa od grudnia ub.r. Dane wzmacniają, powtarzana jak mantrę, sugestię prezesa Glapińskiego, że również w 2018 roku nie będzie argumentów za podwyżką stóp procentowych w Polsce.

Inflacja w Polsce, która na początku roku mocno wystrzeliła w górę, teraz systematycznie się cofa. Jak wynika z opublikowanych w piątek przez Główny Urząd Statystyczny (GUS) wstępnych szacunków, w czerwcu wskaźnik inflacji CPI ukształtował się na poziomie 1,5 proc. w relacji rocznej wobec 1,9 proc. w maju i wobec 2,2 proc. w lutym. Tym samym był on najniższy od grudnia ub.r., gdy ukształtował się na poziomie 0,8 proc. rok do roku, i znacznie niższy od celu inflacyjnego Narodowego Banku Polskiego (NBP) na poziomie 2,5 proc. Na koniec roku powinna ona znaleźć się poniżej 1,5 proc.

Inflacja CPI (R/R) w Polsce w latach 2007-2017

Inflacja CPI RR w Polsce w latach 2007-2017
Źródło: Reuters

Dane inflacyjne mocno zaskoczyły. Spadek okazał się głębszy od oczekiwań. Rynkowy konsensus kształtował się na poziomie 1,7 proc. rok do roku. Zaskoczenie było tym większe, że obserwując jak w analogicznym okresie kształtowały się ceny w Niemczech oraz całej strefie euro, a także mając na uwadze czerwcowe osłabienie złotego do koszyka walut, można było zakładać nawet odczytu powyżej konsensusu.

Opublikowane przez GUS dane wzmacniają znaczenie, powtarzanych od wielu miesięcy, słów prezesa Rady Polityki Pieniężnej (RPP), że również w 2018 roku nie będzie mocnych argumentów przemawiających za podwyżką stóp procentowych. Przemawia za tym nie tylko odległa perspektywa przekroczenia celu inflacyjnego, ale też spodziewane w przyszłym roku wyhamowanie wzrostu gospodarczego w Polsce, a także „genetyczna” skłonność tej Rady do odwlekania pierwszej podwyżki, żeby jak najdłużej wspierać wzrost gospodarczy. Dlatego jest prawdopodobne, że za kilka miesięcy przeświadczenie o 2019 roku stanie się nowym rynkowym konsensusem. Póki co, ten wskazuje na III kwartał 2018 roku, jako termin potencjalnej podwyżki stóp procentowych.

Złoty nie zareagował na dane opublikowane przez GUS, kontynuując wcześniejsze umocnienie do koszyka walut. O godzinie 15:00 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2240 zł, USD/PLN 3,7015 zł, CHF/PLN 3,8636 zł, a GBP/PLN 4,8020 zł. Należy jednak mieć na uwadze, że polityka monetarna zaczyna stanowić poważny czynnik ryzyka dla niego. Potencjalne odsunięcie w czasie oczekiwań odnośnie podwyżki w Polsce, przy jednocześnie trwającym procesie podwyżek stóp procentowych w USA, a przede wszystkim przy wzroście oczekiwań na szybsze podwyżki stóp w Wielkiej Brytanii i szansach iż na jesieni wartość programu skupu aktywów ograniczy Europejski Bank Centralny (ECB), musi w końcu przełożyć się na osłabienie złotego. Szczególnie, że ten był jednym z większych beneficjentów luźnej polityki monetarnej w strefie euro.

Obecnie jednak inwestorzy ignorują to ryzyko, wciąż kupując złotego. Szczególnie ciekawie prezentuje się sytuacja na USD/PLN, gdzie piątek jest już 8. kolejnym dniem przeceny dolara, który dodatkowo atakuje wsparcie na 3,70 zł, które to na początku miesiąca zatrzymało półroczną przecenę „zielonego”, co następnie skutkowało korekcyjnym wzrostem o 12 gr. Znaczenie tego wsparcia, ale też krótkoterminowe wyprzedanie sugerować mogą, że i tym razem będzie to potencjalny punkt zwrotny. Gdyby tak się stało, to kurs szybko wróciłby powyżej 3,80 zł. W innym przypadku należy liczyć się z zejściem w okolice 3,62 zł, gdzie znajduje się kolejne techniczne wsparcie na wykresie USD/PLN.

Przyszły tydzień na rynku walutowym, który to zostanie przedzielony przez wtorkowe święto w USA (Dzień Niepodległości), upłynie pod znakiem indeksów PMI, danych z amerykańskiego rynku pracy, szczytu przywódców G20 w Hamburgu, a w Polsce dodatkowo pod znakiem posiedzenia RPP i decyzji Fitch ws. ratingu.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Przegląd wydarzeń nadchodzącego tygodnia

Przyszły tydzień jest przełamany przez obchody Dnia Niepodległości w USA, ale fajerwerki mogą się pojawić także przy wydarzeniach z kalendarza makro. Dolar czeka na pozytywne impulsy z indeksów ISM i raportu z rynku pracy. Ostatnia werbalna aktywność bankierów centralnych wzmocni zainteresowanie minutkami Fed i ECB. Posiedzenia banków centralnych w Australii, Szwecji i Polsce nie powinny przynieść zmian, ale będą interesujące w przekazie.

Przyszły tydzień: ISM i NFP z USA, minutki Fed/ECB, Riksbank, RPP, RBA, rynek pracy z Kanady

W przyszłym tygodniu kalendarz z USA zawiera topowe publikacje. Indeksy ISM dla przemysłu (pon) i usług (czw) pomogą stwierdzić, czy tempo ekspansji aktywności gospodarczej dalej zwalnia, jak to sugerują inne wskaźniki wyprzedzające. W protokole z posiedzenia FOMC (śr) inwestorzy będą szukać klaryfikacji, w jakim stopniu Fed jest w stanie tolerować słabsze odczyty inflacji, zanim zdecyduje się złagodzić jastrzębie nastawienie. Wreszcie w raporcie z rynku pracy (pt) dynamika płac pozostaje w głównym świetle (w poszukiwaniu impulsu dla inflacji), gdyż tempo zatrudnienia pozostaje solidne, a stopa bezrobocia jest nisko. Pomimo ostatniego osłabienia USD dalej pozostaje wrażliwy na rozczarowania w danych i brak jastrzębiości w komentarzach z Fed.

W strefie euro indeksy PMI (pon, śr) są rewizją szacunków sprzed tygodnia i nie powinny generować istotnych impulsów. Sprzedaż detaliczna (śr) zwykle ma drugorzędne znaczenie, za to inwestorzy przywiążą większą uwagę do minutek z ostatniego posiedzenia ECB (czw). Znaczenie będzie mieć potencjalna dyskusja odnośnie terminu rozpoczęcia redukcji skupu aktywów oraz warunków dla podwyżek stóp procentowych. Jest to pozytywne ryzyko, które wsparłoby już i tak silną pozycję EUR.

W Wielkiej Brytania indeksy PMI (pon-śr) będą analizowane pod kątem, czy ostatnie zawirowania na scenie politycznej odciskają piętno na zaufaniu biznesu. Majowe dane zdołały już pokazać pierwsze tonowanie wcześniejszego optymizmu i kolejny słaby wynik będzie solidnym przyczynkiem do sprzedaży GBP. Przy odczytach bilansu handlowego i produkcji przemysłowej (oba w piątek) rynek także będzie bardziej wrażliwy na rozczarowanie.

W mniejszych gospodarkach europejskich najmocniej wyróżnia się posiedzenie szwedzkiego Riksbanku (wt). Nie oczekujemy zmian w polityce monetarnej, choć możliwe jest, że Riksbank pójdzie śladem innych banków centralnych z Europy i porzuci część z gołębich elementów nastawienia. Nowe prognozy makroekonomiczne powinny przynieść podwyższenie ścieżki inflacji po pozytywnej niespodziance w maju. Podtrzymujemy pozytywne nastawienie do SEK, który po ostatniej słabości ma duże pole do odbicia.
W Polsce start nowego miesiąca przynosi odczyt PMI dla przemysłu (pon), decyzję RPP (śr) oraz decyzję Fitch ws. ratingu (pt). W tym ostatnim zakładamy utrzymanie ratingu A- i perspektywy stabilnej, gdyż od czasu ostatniej rewizji w styczniu czynniki determinujące ocenę Fitch nie uległy większej zmianie. Po odczycie PMI spodziewamy się wzrostu indeksu napędzanego przez pozytywne wibracje z Europy, głównie z Niemiec. Subindeksy nowych zamówień eksportowych oraz zatrudnienia powinny stać za przyspieszeniem ekspansji sektora. Rada Polityki Pieniężnej deklaruje utrzymanie stóp procentowych bez zmian nawet do końca 2018 r., co jasno ustawia oczekiwania rynkowe. W lipcu Rada będzie mieć do dyspozycji nowe projekcje makroekonomiczne i interesujące będzie, jak bardzo ostatnie oznaki dezinflacji opóźniają powrót inflacji do celu. W wycenie złotego nie ma oczekiwań na rychłe podwyżki, więc pasywność RPP w nikłym stopniu wpłynie na zmienność kursu. Mimo to wśród walut rynków wschodzących obserwujemy różnicowanie jakościowe i relatywnie niskie stopy procentowe w Polsce osłabiają atrakcyjność złotego. Jesteśmy sceptyczni wobec szans na wyraźne umocnienie złotego w najbliższych tygodniach.

W Japonii ciekawie prezentuje się raport Tankan o sytuacji w przedsiębiorstwach (pon). Publikowane co kwartał indeksy nastrojów w przemyśle i usługach cieszą się większym uznaniem niż wskaźniki PMI. Po drugim kwartale oczekuje się poprawy odczytów w ślad za globalnym przyspieszeniem wzrostu. Dobre dane dadzą przestrzeń do oddechu dla Banku Japonii, choć z perspektywy JPY mogą mieć ograniczone znaczenie.

Na Antypodach kalendarz z Australii skradnie całe show. RBA powinien utrzymać stopę kasową bez zmian (wt), a w komunikacie zostanie podtrzymany ton z poprzedniego posiedzenia – optymistyczne zapatrywania na perspektywy gospodarcze przy jednoczesnych obawach o niską inflację. Rynek może pozycjonować się na jastrzębi zwrot (w ślad za ostatnimi sygnałami z innych banków centralnych), stąd neutralny przekaz RBA może przynieść rozczarowanie i przejściowe osłabienie AUD. Z danych makro otrzymamy sprzedaż detaliczną (wt) i bilans handlowy (czw). W pierwszym przypadku istnieje ryzyko powrotu słabości, z kolei po bilansie handlowym oczekuje się solidniej nadwyżki. W kalendarzu z Nowej Zelandii brak jest pierwszorzędnych publikacji.

W Kanadzie główna uwaga będzie na danych z rynku pracy (pt). Ostatnia seria miesięcznych publikacji była imponująco dobra, co zwiększa ryzyko odreagowania. Mimo to jeden słabszy odczyt nie powinien odmienić oceny sytuacji na rynku pracy, a tym bardziej osłabić wysokich oczekiwań przed decyzją BoC w następnym tygodniu. Rynek daje 70 proc. dla podwyżki w lipcu na fali jastrzębich komentarzy z BoC i jest to podstawowe wsparcie dla CAD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W Polsce zanotowano najniższy poziom bezrobocia od 1991 roku

Majowa stopa bezrobocia w Polsce wyniosła 7,4%. Jest to najniższy wynik od ponad ćwierćwiecza. Pozytywnie wygląda również sytuacja na Ryn ku pracy w strefie euro, chociaż nadal istnieją wyraźne różnice między jej krajami. Wg Mario Drogiego poprzez luźną politykę pieniężną o wsparcie rynku pracy stara się również EBC, który zwraca uwagę przede wszystkim na problematyczną sytuację na rynku pracy w południowej części strefy euro. Jednak niepewne jest do jakiego stopnia polityka pieniężna może w tej dziedzinie mieć wpływ na zmiany.

Poza tym na rynek pracy w Europie negatywnego wpływu nie powinien mieć już Brexit. Po wypowiedzi Theresy May wydaje się, że proces ten będzie łagodniejszy, niż oczekiwano, a obywatele UE mieszkający w Wielkiej Brytanii nie będą zmuszeni do borykania się z poważnymi ograniczeniami związanymi z wyjściem z Unii. Jest to pozytywna informacja również dla Polaków, którzy żyją na terytorium Zjednoczonego Królestwa.

Dla polskiego rynku pracy ważne są również obiecujące perspektywy gospodarcze głównego partnera handlowego -Niemiec. W największej europejskiej gospodarce indeks IFO wzrósł na poziom 115,1 p kt., czyli historyczne maksimum, co oznacza pozytywne perspektywy dla niemieckiej gospodarki. W tym roku szacuje się, że wzrost PKB tego kraju osiągnie poziom o koło 2%.

Mijający tydzień możemy uznać za bardzo udany dla wspólnej waluty. Euro w dalszym ciągu umacnia się wobec dolara i w piątek rano kurs eurodolara był na poziomie 1,14. Euro umocniło się również w stosunku do złotego. Ta para walutowa na koniec tygodnia była notowana z kursem 4,24.

AKCENTA CZ a.s.

Linux Polska z nagrodą Innowator Roku 2017 od Red Hat

Linux Polska, lider rynku otwartych technologii, otrzymał nagrodę Innowator Roku 2017 w regionie EMEA przyznawaną przez Red Hat. To pierwsze tego typu wyróżnienie dla polskiej firmy. Nagroda została wręczona podczas Red Hat Partner Conference EMEA 2017 we Frankfurcie.

Nagroda Innowator Roku przyznawana jest za wybitne osiągnięcia we wdrażaniu nowych rozwiązań i wkład w transformację cyfrową.

– Z przyjemnością przyznaliśmy w tym roku nagrodę Innovator of the Year pierwszej firmie nie tylko  Polski, ale także całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Linux Polska walczył o przyznawany raz na dwa lata tytuł najbardziej innowacyjnej organizacji z setkami podmiotów z regionu EMEA. To ogromne wyróżnienie, otrzymane nie tylko za najwyższej jakości wdrożenia produktów i usług na bazie rozwiązań Red Hat, ale także ekspertyzę w zakresie potrzeb klienta końcowego. Nagrodzone wdrożenia dotyczą technologii kluczowych dla cyfrowej transformacji współczesnego biznesu – mówi Krzysztof Rocki, Senior Regional Manager CEE w Red Hat.

Wyróżnienie dla Linux Polska zostało przyznane za komercyjne zastosowanie rozwiązań takich jak: OpenStack, (rozwiązania chmurowe), Openshift (wykorzystanie i zarządzanie kontenerami) i Ansible (automatyzacja) dla przedsiębiorstw z sektora telekomunikacyjnego, banków, a także administracji publicznej. Doceniona została nie tylko wielkość sprzedaży, ale przede wszystkim profesjonalna obsługa podczas wdrożeń i szkolenia zespołów klientów. Technologie wdrażane przez Linux Polska znacznie zwiększają wydajność działania infrastruktury IT, podnoszą jej bezpieczeństwo i elastyczność. Linux Polska jako jedyna firma nominowana była w dwóch z czterech kategorii nagród spośród kilkuset podmiotów z całego regionu EMEA.

– Cieszymy się z wyróżnienia, które zdobyliśmy, konkurując z przedsiębiorstwami z całego regionu EMEA, w tym notowanymi na giełdach w Londynie czy Frankfurcie. Nagroda Innovator of the Year to obecnie jedno z najbardziej prestiżowych wyróżnień przyznawanych liderom otwartych technologii. Naszą ambicją jest nadal systematycznie rozwijać poziom innowacyjności i specjalizacji stosowanych przez nas narzędzi i procedur. Stale podnosimy kompetencje zespołu, bierzemy aktywny udział w projektach krajowych i zagranicznych związanych z trwającą cyfrową transformacją. Nasze kompetencje potwierdzane są nie tylko przyznanymi nam certyfikatami, ale przede wszystkim referencjami zadowolonych klientów. Rozwiązania otwarto-źródłowe uzupełniamy własnymi aplikacjami analitycznymi o unikalnym zastosowaniu w branżach od finansów po telekomunikację – powiedział Dariusz Świąder prezes zarządu Linux Polska Sp. z o.o.

Nagrody przyznawane są raz na dwa lata  przez Red Hat Inc. największego na świecie dostawcę rozwiązań i usług opartych o otwarty kod źródłowy. Ich celem jest wyróżnienie firm, które przyczyniają się do rozwoju innowacji w sektorze otwartych technologii w skali globalnej.

Od 1 lipca dostawcy internetu będą blokować strony z rejestru Ministerstwa Finansów

Dzięki nowym przepisom ustawy o grach hazardowych polscy gracze zyskają dostęp wyłącznie do legalnej oferty . Od 1 lipca br. dostawcy Internetu – pod karą grzywny do 250 tys. zł – będą mieli obowiązek blokować dostęp do niezarejestrowanych w Polsce domen. Obecnie w prowadzonym przez Ministerstwo Finansów rejestrze znajduje się blisko 500 domen. Kończy się era niepewności i prawnego bałaganu, zaczyna się droga do uzdrowienia polskiego rynku i zbliżenia go do europejskich standardów – oceniają eksperci Totolotek S.A., legalnego bukmachera.

Słowa „nielegalny” i „Internet” niestety często idą w parze. Dotkliwie odczuwa to rodzima branża zakładów bukmacherskich, która od lat zmaga się z nieuczciwą konkurencją w sieci. Do niedawna, podmioty działające spoza Polski i poza polską jurysdykcją zajmowały większą część internetowego rynku. Rzadko zdarza się sytuacja, w której rodzimy rynek wręcz wyklucza rodzime podmioty gospodarcze. Jednak wysyp nielegalnych zakładów bukmacherskich online spowodował, że polski rynek został w 90 proc. opanowany przez firmy zagraniczne. Nie rejestrują one swojej działalności w Polsce i nie płacą u nas podatków. Sytuacja ta wymagała radykalnych rozwiązań. Dlatego z uznaniem należy przyjąć nowelizację ustawy o grach hazardowych, która całościowo reguluje legalny hazard w sieci, zarówno od strony prawnej, jak i technicznej.

Najprostszym wyjściem jest skierowanie graczy wyłącznie do legalnie działających serwisów internetowych. Dlatego nowe przepisy wprowadzają rejestr domen zakazanych, do których dostęp będzie z mocy prawa zablokowany. Rejestr prowadzi minister finansów, i to od jego decyzji zależy czy dana strona internetowa zostanie do niego wpisana. Dzięki automatycznej wymianie informacji z dostawcami Internetu i operatorami usług płatniczych, zarówno dostęp do takiej strony, jak i możliwość dokonywania poprzez nią płatności zostaną zablokowane. Przyjrzyjmy się więc, czy rejestr domen zakazanych będzie lekiem na nielegalny hazard w sieci.

Rejestr – jak to działa?

Rejestr zakazanych domen jest jawny i dostępny dla każdego. Prowadzi go Ministerstwo Finansów:  https://hazard.mf.gov.pl. Dzięki czemu można natychmiast zweryfikować czy mamy do czynienia z legalną stroną internetową.

Minister finansów podejmuje decyzję o wpisie do rejestru jeżeli podmiot zarządzający domeną nie ma zezwolenia na prowadzenie gier hazardowych na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej, zwłaszcza jeżeli udostępnia strony internetowe w języku polskim i reklamuje je w Polsce. W konsekwencji, dostawcy Internetu będą zobowiązani do zablokowania dostępu do takiej strony w ciągu 48 godzin od pojawienia się jej w rejestrze.

Z kolei operatorzy płatności musza zablokować możliwość dokonywania transakcji na rzecz właścicieli tych domen w ciągu 30 dni od wpisania ich do rejestru. Brak blokady może skończyć się dla tych podmiotów grzywną do 250 tys. zł.

Co czeka graczy?

Gracz, który wejdzie na zakazaną domenę ujrzy komunikat o blokadzie i zostanie skierowany do prowadzonej przez Ministerstwo Finansów listy legalnie działających podmiotów.  Jednocześnie zostanie pouczony o odpowiedzialności karno-skarbowej za uczestnictwo  w nielegalnie organizowanych grach. Ponadto, wprowadzono rozwiązania, których celem jest skuteczniejsza ochrona graczy. Będzie on musiał m.in. potwierdzić pełnoletniość, a także obowiązkowo zarejestrować się przed rozpoczęciem gry. Niewykluczone, że dla wielu polskich graczy będzie to pierwszy kontakt z legalną ofertą zakładów bukmacherskich.

Podmioty, które ich zdaniem niesłusznie znalazły się w rejestrze domen zakazanych, mogą  – w ciągu dwóch miesięcy od dokonania wpisu – odwołać się od decyzji ministra finansów. Jeżeli decyzja zostanie podtrzymana, zainteresowani mają możliwość skorzystania z drogi sądowej, zgodnie z obowiązującymi przepisami dotyczącymi postępowania przed sądami administracyjnymi. Pozwala to przedsiębiorcom chronić swoje prawa i tym samym działać w przewidywalnym otoczeniu prawnym.

Adam Lamentowicz, prezes zarządu Totolotek S.A.
Adam Lamentowicz, prezes zarządu Totolotek S.A.

– Zawsze istnieją obawy, że rzeczywistość wyprzedzi prawo. Nie zwalnia to jednak ustawodawcy od wysiłku na rzecz budowania stabilnego ładu prawnego. Cieszy więc fakt, że wysiłek ten został podjęty. Blokowanie domen internetowych oferujących nielegalne gry hazardowe z pewnością nie będzie samo w sobie remedium na bolączki branży. Oferuje to jednak bezpiecznie warunki do korzystania z legalnej oferty bukmacherskiej w sieci. Jednocześnie, wprowadzi jasne zasady dla tych podmiotów, które chcą walczyć fair o sportowe emocje polskich graczy – podsumowuje Adam Lamentowicz, prezes zarządu Totolotek S.A.

Rząd w Wielkiej Brytanii. Jak PKO BP przewalutuje kredyty?

Theresa May ma Wotum zaufania. Zbigniew Jagiełło zapowiada przewalutowania kredytów frankowych. Dobre dane z USA.             

Rząd Theresy May z wotum zaufania

Zgodnie z oczekiwaniami po uzyskaniu porozumienia konserwatystów z Partią Demokratycznych Unionistów z Irlandii Północnej. Co ciekawe nie jest to koalicja tylko porozumienie dotyczące Votum zaufania oraz głosowań budżetowych. Ta dość dziwna z naszego punktu widzenia formuła nazywana jest po angielsku confidence and supply. W praktyce oznacza to, że porozumienie w pozostałych kwestiach będzie indywidualnie negocjowane każdorazowo.

PKO BP ma zaoferować własne reguły przewalutowania kredytów walutowych

Polska Agencja Prasowa przekazała słowa prezesa PKO BP Zbigniewa Jagiełły. Wynika z nich, że bank jest gotowy zaoferować swoim klientom propozycję zmiany kredytów z CHF na PLN. Warunkiem wstrzymującym całą operacje są rozporządzenia Ministra Finansów. Mowa o zwolnieniu kredytobiorców z podatku dochodowego (spadek wartości kredytu mógł być uważany był za dochód i podlegał opodatkowaniu). Drugim ważnym elementem, a dla banku ważniejszym nawet, jest możliwość rozliczenia operacji jako koszt. W ten sposób bank będzie podobno w stanie zaoferować klientom rozwiązanie nie zwiększające raty kredytu. Jak to możliwe? Skoro zmienią się stopy procentowe o ponad 2%? Kto dopłaci owe 2% odsetek? Najprawdopodobniej klient w postaci wydłużonego okresu kredytowania. Nie znamy co prawda detali ale jest to najprostsze rozwiązanie by bez dodatkowych kosztów po stronie banku utrzymać ratę kredytu to wydłużyć okres spłat.

Dane z USA

Wczoraj o 14:30 poznaliśmy pakiet danych zza oceanu. PKB w skali roku rośnie o 1,4%, to i tak lepiej o 0,2% od oczekiwań analityków. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wyniosła 244 tysiące i była o 4 tysiące większa od oczekiwań. Rynek uznał te dane za dobre powodując chwilowe umocnienie dolara w trwającym właśnie ruchu osłabiającym. Warto również zwrócić uwagę, że były to nieliczne dane ostatnio które pozytywnie zaskakiwały analityków. Jest to szczególnie cenne w obliczu prognoz niektórych analityków przewidujących recesję w USA. Biorąc pod uwagę przewartościowanie rynku akcji oraz widoczne zainteresowanie długoletnimi obligacjami coś może być na rzeczy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Przygotuj się na przyszły tydzień 30.06.2017

W nadchodzących tygodniach będzie gorąco. Zmienność powróciła na rynek z wielkim przytupem. Z racji bardziej jastrzębiego wydźwięku bankierów centralnych indeksy europejskie oraz amerykańskie zostały wyprzedane. W nadchodzącym czasie powinniśmy zaobserwować dalszą rozbieżność amerykańskich oraz europejskich danych makroekonomicznych. W przyszłym tygodniu poznamy koszt pieniądza w Australii, decyzję poznamy we wtorek o godzinie 06:30. Z kolei w środę o godzinie 10:00 odbędzie się spotkanie członków ECB, w ten sam dzień zostanie także opublikowany protokół z ostatniego posiedzenia FOMC dot. polityki monetarnej. W czwartek poznamy bilans handlowy z kilku rozwiniętych gospodarek. Natomiast dane tygodnia pojawią się w piątek, poznamy najnowszy odczyt liczb miejsc pracy poza rolnictwem.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Australia – stopy procentowe

Konsensus ekonomistów oraz rynkowy nie przewiduje zmiany kosztu pieniądza.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Australii

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Australii

Źródło: Bloomberg

Inwestorzy tylko z 39 procentowym prawdopodobieństwem wyceniają podwyżkę w połowie 2018 roku. Niemniej jednak warto podkreślić, że coraz większa część banków centralnych zmieniło swoje nastawienie do prowadzenia polityki monetarnej. Być może zobaczymy to też w Australii, co powinno umocnić walutę tego państwa.

Spotkanie Członków ECB – na co zwracać uwagę

Kilka dni temu Draghi dostarczył jastrzębiej retoryki – euro umocniło się na szerokim rynku. Bankier centralny stwierdził, że siły deflacyjne zostały ostateczne zastąpione reflacyjnymi. Dzięki temu wiemy, iż możemy spodziewać się szybszego wygaszania programu quantitative easing. Konsekwencje takiego doboru słów widzimy do dnia dzisiejszego: euro umocniło się na szerokim rynku, spadła cena obligacji europejskich, niemiecki indeks Dax został wyprzedany.

Ponadto inwestorzy w Strefie Euro zaczęli wyceniać możliwą podwyżkę stopy depozytowej w tym roku. Jeszcze w połowie tego miesiąca prawdopodobieństwo takiego ruchu wynosiło 0 porc., teraz wzrosło do 20 procent, co zostało zobrazowane przez białą linie na poniższym wykresie.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Strefie Euro

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Strefie Euro

Źródło: Bloomberg

Nonfarm payrolls – nowe miejsca pracy poza rolnictwem

Dane z amerykańskiego rynku pracy zostaną opublikowane o godzinie 14:30. Według prognozy nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym ma wynieść 179 tysięcy. Oprócz samych miejsc pracy poznamy stopę bezrobocia oraz czynnik, który na przełomie ostatnich kilku miesięcy jest najważniejszy – płacę godzinową.

Stopa bezrobocia

stopa bezrobocia

Źródło: Admiral Markets

Stopa bezrobocia spada sukcesywnie od 2009 roku. Aktualnie znalazła się na poziomie 4.3 procenta, co sugeruje bezrobocie naturalne. Jest to wielkość bezrobocia w warunkach równowagi na rynku pracy. Jest to odsetek siły roboczej obejmujący tych, którzy nie chcą podjąć pracy przy płacy realnej zapewniającej równowagę i są dobrowolnie bezrobotni.

W takich warunkach powinniśmy zobaczyć rosnącą inflacje oraz presję na wzrost płacy, jeżeli w takich warunkach płaca pozostaje na takim samym miejscu, to mamy do czynienia z niezdrowym rynkiem pracy.

Płaca godzinowa M/M

Płaca godzinowa M/M

Źródło: Bloomberg

Prognoza wzrostu płaci godzinowej miesiąc do miesiąca wynosi 0.3 procenta. Wszystko poniżej tej wartości powinno doprowadzić do wyprzedaży dolara amerykańskiego. Odczyt powyżej prognozy powinien umocnić dolara amerykańskiego. Nie zapominajmy również o samym odczycie nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym. Konsensus rynkowy zakłada 175 tysięcy nowych miejsc pracy. Strategie, które możemy przyjąć pod publikację piątkowych danych makroekonomicznych została przedstawiona poniżej.

Możliwe zachowanie EUR/USD na piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy

Możliwe zachowanie EUR/USD na piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy

Źródło: Opracowanie własne

Przez ostatnie kilka miesięcy mogliśmy zaobserwować dwie reakcje związane z publikacją danych. Pierwsza była powiązana z liczbą miejsc pracy. Wyższy odczyt od prognozy doprowadzał do umocnienia dolara amerykańskiego, słabszy odwrotnie.

Niemniej jednak w warunkach neutralnej stopy bezrobocia liczy się płaca godzinowa, która powodowała druga rekcję na rynku. Wszystkie możliwe scenariusze oraz reakcję pary walutowej EUR/USD zostały przedstawione w powyższej tabeli.

Instrumenty do obserwacji

W przyszłym tygodniu pod obserwację należy wziąć parę walutową AUD/NZD. Spoglądając na spread 10 letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich oraz notowania danej pary walutowej dojdziemy do jednego wniosku, wyprzedaż AUD na rzecz NZD zaszła za daleko.

Spread 10 letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich na tle AUD/NZD

Spread 10 letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich na tle AUD/NZD

Źródło: Admiral Markets

W bieżącym tygodni doszło do bardzo mocnego odbicia notowań od tygodniowej strefy popytu. Spodziewając się także korekty na głównym produkcie eksportowym Australii – rudy żelaza, w dłuższym terminie powinniśmy zobaczyć ruch wzrostowy w okolicę poziomu 1.09.

Notowania AUD/NZD, interwał tygodniowy

Notowania AUD/NZD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Matusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Odszkodowanie za nielegalne przetwarzanie danych osobowych RODO

Nowe rozporządzenie unijne o ochronie danych osobowych RODO a odszkodowanie za nielegalne przetwarzanie danych.

Obecnie w przypadku naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych przez administratora danych, dochodzenie rekompensaty pieniężnej w postaci zadośćuczynienia jest możliwe na podstawie przepisów dotyczących naruszenia dóbr osobistych zgodnie z art. 24 oraz 448 kodeksu cywilnego. Prawo do ochrony danych osobowych jest bowiem dobrem osobistym. Ustawa o ochronie danych osobowych nie zawiera przepisu uprawniającego poszkodowanego do żądania odszkodowania za niezgodne z prawem przetwarzanie tych danych. Niedługo jednak się to zmieni.

Na mocy rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (zwane RODO) w ramach prawa do sądu, osobie, której dane dotyczą, przysługiwać będą roszczenia odszkodowawcze względem administratora danych oraz podmiotu przetwarzającego dane w jego imieniu (art. 82 rozporządzenia). Rozporządzenie to weszło w życie w 24 maja 2016 roku i będzie bezpośrednio stosowane we wszystkich krajach członkowskich Unii Europejskiej od 25 maja 2018 roku. Do tego czasu przepisy obowiązujące w państwach członkowskich będą musiały zostać dostosowane do treści rozporządzenia. Co za tym idzie osoby, których dane osobowe podlegały nielegalnemu przetworzeniu będą mogły domagać się odszkodowania za naruszenie danych osobowych od administratorów danych.

Większa odpowiedzialność

Rozporządzenie rozszerza odpowiedzialność za niezgodne z prawem przetwarzanie danych osobowych na szkody spowodowane przez podmioty, które mimo że nie są administratorami danych, przetwarzające te informacje. Warto podkreślić, że odpowiedzialność podmiotu przetwarzającego dane w imieniu administratora jest – zgodnie z RODO – ograniczona i zachodzi wyłącznie w przypadku niedopełnienia przez niego obowiązków wskazanych w RODO. Obowiązki te to m.in. przetwarzanie danych wyłącznie na udokumentowane polecenie administratora, zachowanie danych osobowych w tajemnicy czy wdrożenie odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych dla zapewnienia stopnia bezpieczeństwa odpowiadającego ryzyku zagrożenia bezpieczeństwa danych. Podmiot przetwarzający dane ponosi również odpowiedzialność, gdy działał poza zgodnymi z prawem instrukcjami administratora lub wbrew nim.

Jak w takim razie należy interpretować pojęcie szkody związanej z niezgodnym z prawem przetwarzaniem danych osobowych? Szeroko. Należy przy tym brać pod uwagę orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości w sposób w pełni odzwierciedlający cele rozporządzenia. Odszkodowanie przysługuje zarówno za szkody majątkowe jak i niemajątkowe, np. za poczucie dyskomfortu wywołane niezgodnym z prawem przetwarzaniem danych osobowych. Poszkodowany będzie musiał przed sądem udowodnić wysokość poniesionej szkody, co może być utrudnione, zwłaszcza przy szkodach niematerialnych.

Decyduje wina

Odpowiedzialność zarówno administratora, jak i podmiotu przetwarzającego dane jest odpowiedzialnością opartą o zasadę winy. A zatem odszkodowanie będzie mogło zostać zasądzone, gdy te podmioty będą ponosić winę za zdarzenie, które doprowadziło do powstania szkody. Jeśli administrator lub podmiot przetwarzający dane udowodnią, że nie ponoszą winy za wystąpienie powodującego szkodę zdarzenia, wówczas może nastąpić zwolnienie od odpowiedzialności. Jednak spoczywa na nich (a nie na poszkodowanym) ciężar dowodu. Wmuszą wykazać, że nie ponoszą winy za ich niezgodne przetwarzanie „w żaden sposób”. Najmniejsza wątpliwość dotycząca legalności przetwarzania danych, będzie działać na korzyść poszkodowanego.

Jeśli w tym samym przetwarzaniu danych brało udział więcej podmiotów, to odpowiedzialność administratora i podmiotu przetwarzającego dane ma charakter solidarny. Gdy zostaną włączeni do jednego postępowania sądowego, to odszkodowaniem można obarczyć każdego z administratorów i każdy z podmiotów przetwarzających dane stosownie do ich winy za szkodę wynikłą z przetwarzania. Poszkodowany może domagać się całości należnego mu odszkodowania od wszystkich podmiotów biorących udział w przetwarzaniu jego danych, jak i od każdego z nich z osobna.

Autor: Bogdan Fischer, radca prawny, Partner Kancelarii Chałas i Wspólnicy

100 największych światowych spółek pod względem wartości rynkowej

Już szósty rok z rzędu najbardziej wartościową spółką na świecie jest Apple, która w bieżącym roku zwiększyła ponad dwukrotnie różnicę do drugiej spółki w rankingu Alphabet (właściciel Google) w stosunku do zeszłego roku. Łączna wartość rynkowa 100 największych spółek na świecie wzrosła o 1.861 mld dolarów (czyli 12%).

Ranking firmy PwC „100 największych światowych spółek pod względem wartości rynkowej” uwzględnia zmiany kapitalizacji przedsiębiorstw w okresie od 31 marca 2016 roku do 31 marca 2017 roku, w tym dynamikę i trendy w ujęciu globalnym, krajowym i sektorowym.

„Przepaść pomiędzy największymi spółkami ze Stanów Zjednoczonych oraz spółkami z reszty świata ciągle się pogłębia. Amerykańskie firmy zwiększają globalny zasięg, wysoki poziom innowacyjności, oraz siłę finansową – stanowi to wyraźny kontrast w stosunku do spółek pochodzących z Wielkiej Brytanii i Europy, które wciąż tracą pozycje w rankingu. Po okresie niepewności na rynkach azjatyckich, chińskie firmy nabrały siły, a Tencent oraz Alibaba szykują się, aby wejść do Top 10 w przyszłym roku” – mówi Bartosz Margol, wicedyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

  • Spółki ze Stanów Zjednoczonych zwiększyły swoje prowadzenie w rankingu PwC TOP 100, podczas gdy liczba i łączna wartość spółek z Europy spadły.
  • Łączna kapitalizacja wszystkich spółek z rankingu odrobiła straty z 2016 roku wzrastając o 12% względem analogicznego okresu poprzedniego roku osiągając rekordowy poziom 17,4 bln dolarów.
  • Liczba spółek ze Stanów Zjednoczonych wzrosła z 54 w roku ubiegłym do 55 w bieżącym rankingu. Udział firm z USA pod względem kapitalizacji wzrósł nieznacznie do 63% (z 62%, czyli o 1.292 mld dolarów). Obecnie wszystkie spośród 10 największych spółek pochodzą z USA.
  • Z rankingu wypadły kolejne dwie spółki z Europy i aktualnie jest ich 22. Spadł również łączny udział firm europejskich w kapitalizacji – z 19% do 17% (przy względnie niewielkim spadku wartości o 35 mld dolarów).
  • Wielka Brytania utrzymuje trzecią pozycję z pięcioma firmami w TOP 100, pomimo utraty dwóch przedsiębiorstw z rankingu w porównaniu z zeszłym rokiem (w następstwie wycofania z giełdy SABMiler po przejęciu przez Anheuser-Busch InBev oraz niezakwalifikowania się w bieżącym roku Vodafone do TOP 100).
  • Łączny udział przedsiębiorstw z Chin i Hongkongu pozostał niezmieniony na poziomie ok. 12%. Dwie chińskie spółki Tencent oraz Alibaba uplasowały się odpowiednio na pozycjach 11 oraz 12, odnotowując znaczący wzrost w rankingu w 2017 roku.
  • Już szósty rok z rzędu najbardziej wartościową spółką na świecie jest Apple, która w bieżącym roku zwiększyła ponad dwukrotnie różnicę do drugiej spółki w rankingu Alphabet (właściciel Google) w stosunku do zeszłego roku.
  • Podobnie jak w zeszłym roku, w 2017 r. łączna wartość spółek z sektora technologicznego przekroczyła łączną wartość spółek z sektora finansowego.

100 największych światowych spółek pod względem wartości rynkowej

Łączna wartość rynkowa 100 największych spółek na świecie wzrosła o 1.861 mld dolarów (czyli 12%) porównując do 31 marca 2016 roku. Wzrost ten z nadwyżką zrekompensował spadki z poprzedniego roku oraz przyczynił się do osiągnięcia rekordowej łącznej wartości rynkowej 100 największych spółek na świecie.

Niemal 70% wzrostu łącznej wartości rynkowej 100 największych spółek świata wynika ze wzrostu spółek ze Stanów Zjednoczonych, które skorzystały z dobrej sytuacji gospodarczej przed oraz po wyborach prezydenckich. W Europie udało się zatrzymać 2 lata spadków wartości rynkowej spółek, natomiast ich udział w łącznej wartości spółek z rankingu w bieżącym roku dalej się zmniejszał.

Trzeci rok z rzędu firmy z USA stanowią ponad połowę (55 wobec 54 w roku ubiegłym) wszystkich spółek przedstawionych w rankingu, a pod względem kapitalizacji – aż 63% łącznej wartości wszystkich przedsiębiorstw w TOP 100. W bieżącym roku Apple odnotował największy wzrost wartości rynkowej – w ujęciu nominalnym kapitalizacja spółki wzrosła o 149 mld dolarów (25%) w stosunku do 31 marca 2016 roku. Na drugim miejscu wśród największych wzrostów, uplasował się Amazon, który zwiększył swoją kapitalizację rynkową o 144 mld dolarów (51%) w porównaniu do 31 marca 2016 roku. Silny wzrost kapitalizacji firm amerykańskich był spowodowany także wzrostem wycen takich spółek jak Facebook, Bank of America oraz JPMorgan Chase.

Apple pozostaje liderem rankingu już szósty raz z rzędu, wyraźnie zwiększając przewagę nad drugim w rankingu Alphabet, podwajając różnicę w wycenie z 86 mld dolarów w zeszłym roku do 175 mld dolarów na dzień 31 marca 2017 roku, przy czym jeszcze w lutym 2016 roku kapitalizacja Alphabet chwilowo była wyższa niż rynkowa wycena Apple. Jest to szczególnie warte uwagi biorąc pod uwagę fakt, że Apple w roku kalendarzowym 2016 zwrócił więcej gotówki akcjonariuszom (29 mld dolarów) w postaci dywidend oraz skupie akcji (w roku kalendarzowym 2015 – 42 mld dolarów). Alphabet w 2016 roku rozdystrybuował łącznie 4 mld dolarów.

Łączna wartość spółek z sektora nowych technologii drugi rok z rzędu przewyższyła łączną wartość spółek z sektora finansowego. Ponadto, z sektora nowych technologii pochodzą wszystkie spółki z podium rankingu: Apple, Alphabet oraz Microsoft, a do tego Facebook uplasował się na szóstej pozycji. Działalność tych gigantów pokrywa praktycznie cały świat, znacząco przyczyniając się do cyfrowej rewolucji w skali globalnej.

Europejskie spółki znacząco ucierpiały w wyniku kryzysu finansowego, ale również znacznie słabiej poradziły sobie z odrobieniem utraconej pozycji w następnych latach. Jedynie 22 firmy z Europy znalazły się w rankingu (o 9 mniej względem 2009 roku oraz o 19 mniej względem roku 2008). Pod względem łącznej kapitalizacji spółki europejskie stanowią obecnie jedynie 17% rankingu (spadek z 36% z 2008 roku).

Względem ubiegłego roku łączna wartość spółek z Chin i Hongkongu wzrosła o 14%, z 11 spółkami w TOP 100 (liczba spółek nie zmieniła się od 2016 roku) – po niepewnej sytuacji na tamtejszych giełdach, chińskie rynki odzyskują pozycję w 2016 roku. Spółka Tencent odnotowała największy wzrost wartości rynkowej zwiększając swoją kapitalizację o 42% do 272 mld dolarów od 31 marca 2016 roku. Tencent oraz Alibaba są obecnie odpowiednio na 11 oraz 12 miejscu rankingu, bliskie wejścia do globalnego TOP 10.

Koniec hossy deweloperów? Nic bardziej mylnego

Jak wynika z najnowszych danych GUS, deweloperzy nie zwalniają tempa i budują coraz więcej. Liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto w maju, wzrosła rok do roku o 56,2%. Nadal wysoki procent sprzedaży stanowią transakcje gotówkowe. Popyt jest w dużej mierze napędzany przez obcokrajowców.

Od początku roku wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym na budowę 106 841 mieszkań, co oznacza 38,3 proc. wzrost w stosunku do 2016 r. Liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto, też jest imponująca. Liczba oddanych do użytku mieszkań wyniosła 63 903 lokali, a udział deweloperów jest znaczący w tej puli i wynosi 29 658 tysięcy mieszkań. Rynek deweloperski jest nadal w fazie ożywienia i mimo głosów, że koniec MdM osłabi koniunkturę na rynku, a Mieszkanie Plus zabierze klientów, nic takiego póki co nie ma miejsca.

– Podobnie jak w poprzednich latach, które charakteryzowały się historycznie dobrymi wynikami, tak i w tym roku ostrożnie podchodzimy do wieszczenia kolejnych rekordów, jednak dane GUS nastrajają nas bardzo pozytywnie i z dużą uwagą przyglądamy się kolejnym raportom o stanie branży – mówi Konrad Płochocki, Dyrektor Generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Dobrą sytuację potwierdza również francuski deweloper z ugruntowaną pozycją na rynku polskim, firma Bougues Immobilier Polska.

– Widzimy w naszych biurach sprzedaży, że popyt na mieszkania nie słabnie. Mamy inwestycje, które niemal w połowie wyprzedają się na etapie przedsprzedaży. Z naszych obserwacji wynika, że nadal znaczna część zakupów to transakcje gotówkowe, w II kwartale 2017 stanowiły one 43%. Oznacza to, że mieszkania nadal stanowią preferowaną formę inwestycji kapitału, przez co popyt nie ulega większym wahaniom – mówi Krzysztof Foder, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska.

Jeżeli chodzi o powody tego stanu rzeczy, to z pewnością możemy wymienić wśród nich bardzo dobrą, dającą poczucie bezpieczeństwa sytuację na rynku pracy oraz niskie stopy procentowe, które zachęcają ludzi zarówno do zakupu mieszkań pod inwestycje, jak i zapewniają łatwiejszy dostęp do kredytów hipotecznych.

– Znaczenie będą miały także zmiany wprowadzone przez rząd w programie Mieszkanie dla Młodych, które sprawiły, że już w sierpniu będzie możliwe złożenie wniosku i uzyskanie dopłaty do mieszkania z puli 100 milionów złotych. Dzięki temu kolejne rodziny będą miały możliwość skorzystania ze wsparcia. Popularność programu pokazuje, że Rząd powinien rozważyć jego przedłużenie – dodaje Płochocki.

Wysoka sprzedaż napędzana przez obcjokrajowców

Nie ulega wątpliwości, że wysoką sprzedaż mieszkań deweloperzy zawdzięczają w dużej mierze obcokrajowcom. Ukraińcy, Niemcy i Brytyjczycy coraz częściej inwestują
w nieruchomości w Polsce. W ubiegłym roku kupili aż 6,4 tys. lokali w największych polskich aglomeracjach. W odniesieniu do województw, prym wiedzie: mazowieckie (blisko 294 tys. mkw. kupionej powierzchni), małopolskie (99,2 tys. mkw.) oraz dolnośląskie (57,2 tys. mkw.). Z wstępnych szacunków wynika, że ten trend będzie się utrzymywał i nowe mieszkania nie będą długo czekały na nabywców. Popyt stymulowany przez zagranicznych nabywców z pewnością będzie miał przełożenie nie tylko na podaż, ale też podejście do potencjalnych klientów.

– Większość deweloperów już od dawna zdaje sobie sprawę, że dużą grupę nabywców stanowią osoby z zagranicy. W związku z tym strony internetowe w języku angielskim czy odpowiednio dostosowane działania marketingowe, stają się powoli standardem. W naszym centralnym Biurze Sprzedaży jest interaktywny ekran, na którym można zobaczyć inwestycje mieszkaniowe w formie 3D. Istnieje możliwość obracania bryłą budynku, sprawdzania ekspozycji mieszkania na światło dzienne i widoku z balkonu. Posługiwanie się obrazami i intuicyjny interfejs sprawiają, że to narzędzie jest dużo bardziej przyjazne obcokrajowcom, niż tradycyjny folder – dodaje Foder.

Inwestorzy obserwują rynek i dostosowują się do jego wymagań, dzięki czemu rynek deweloperski jest stabilny – nie ma galopujących cen ani zakupów spekulacyjnych. Wszystko wskazuje na to, że ten rok będzie dla branży równie dobry, jak ubiegły.

Inflacja = weryfikacja

W tym tygodniu rentowność amerykańskich dziesięcioletnich obligacji skarbowych podniosła się o kilkanaście punktów bazowych. W normalnych warunkach powinno przełożyć się to na umocnienie dolara. Okoliczności nie sprzyjały temu jednak ze względu na globalny zwrot w polityce monetarnej w kierunku zacieśniania. W rezultacie dolar jest w głębokiej defensywie.

W tym samym czasie, a wręcz od wtorku dochodowość niemieckich dziesięcioletnich obligacji skarbowych podniosła się aż o 20 pb, wzrosła do 0,46 proc. Oznacza to, że pomimo silnego podniesienia się krzywej rentowności amerykańskich obligacji, kanał relatywnej dochodowości obligacji działał zdecydowanie w kierunku wzrostów eurodolara.
Rynek musiał też wycenić, że gubernator Banku Anglii, Mark Carney zmieni zdanie i otworzy się na podwyżkę stóp procentowych w tym roku. Taki ruch wynika z faktu, że inflacja pozostaje wyraźnie powyżej celu (jedyny taki przypadek w całej przestrzeni G-10) a realne stopy procentowe są na poziomie -2,7 proc. Do Fed jako jedynego z głównych banków centralnych, które zacieśniają politykę w pierwszej kolejności dołączy jednak Bank Kanady, z którego płyną kolejne sygnały, że może do tego dojść już w lipcu. W ich wyniku, od poniedziałku inwestorzy zdyskontowali pół podwyżki stóp. Zepchnęło USD/CAD pod 1,30. Wycenianie jastrzębiego zwrotu w polityce monetarnej stało się motywem przewodnim notowań na rynku FX i obligacji. Dynamika wydarzeń dotycząca euro, funta i dolara kanadyjskiego została ekstrapolowana też na inne waluty. M.in. rynek zaczął wyceniać (wzrost o 6 pb w kilka dni) zacieśnianie ze strony RBA. Uważamy to za całkowicie bezzasadny krok i w tym świetle wzrost AUD/USD na kilkumiesięczne maksima i do 0,77 postrzegamy jako niemożliwy do utrzymania. Istnieje spore ryzyko, że zamiast zaostrzenia retoryki na przyszłotygodniowym posiedzeniu i w najbliższych komentarzach władz monetarnych głównym przesłaniem będzie zaniepokojenie siłą waluty. Wartość dolara australijskiego do koszyka ważonego obrotami handlowymi (kurs efektywny) wzrosła w rok o ponad 7 proc. a w samym czerwcu podniosła się o 3,5 proc. Nasze prognozy zakładają spadek AUD/USD do 0,74 w trzecim kwartale i 0,72 na koniec roku. Podobnie: nie widzimy pola do kontynuacji umocnienia przez funta szterlinga. Rynek nie wycenia możliwości spowolnienia gospodarki ani pojawienia się ryzyka politycznego związanego z negocjacjami Brexitu oraz słabym rządem a wycenia niemal 40 pb podwyżek kosztu pieniądza do końca 2018 roku.

Piątkowa sesja będzie w dużej mierze weryfikacją trwałości ostatnich przetasowań na rynkach długu i walut. O 11:00 poznamy bowiem wstępną inflację za czerwiec z Eurolandu. Konsensus zakłada spadek CPI z 1,4 do 1,2 r/r i wzrost cen bazowych z 0,9 proc. do 1,0 proc. r/r. Wnioski płynące z analizy wskazań inflacyjnych z Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii przemawiają za odczytem zgodnym z konsensusem, ale większej reakcji spodziewamy się na rozczarowanie odczytami. Przemawia za tym silne krótkoterminowe wykupienie i ekstremalne średnioterminowe pozycjonowanie. Rynek szczególnie uważnie monitorować będzie inflację bazową, której ścieżka determinować będzie pośpiech z jakim ECB normalizować będzie politykę. Po południu poznamy też amerykański wskaźnik PCE Core za maj, najważniejszą w oczach Fed miarę presji cenowej. Zakładany jest spadek z 1,538 do 1,4 proc. r/r. Mniejsze niż zakłada konsensus obniżenie się dynamiki ( a wręcz wartość przed zaokrągleniem) będzie potwierdzać ocenę Fed, że słabość gospodarki i tendencji cenowych są przejściowe. O 14:00 GUS opublikuje szacunek CPI za czerwiec. Nasze prognozy wpisują się w rynkowy konsensus i zakładają wyhamowanie rocznej dynamiki wskaźnika z 1,9 do 1,7 proc.

Kurs EUR/PLN kwartał powinien zakończyć w przedziale wahań z ostatnich kilkudziesięciu godzin (4,22 -4, 25). Spodziewamy się jednak kontynuacji wzrostów kursu w kierunku 4,28. USD/PLN pozostaje tuż na 3,70. W tym przypadku nie widzimy potencjału do trwałego zejścia poniżej tej okrągłej bariery. Bardziej ryzykowne waluty emerging markets (ZAR, TRY, MXN) właśnie odwracają swoje aprecjacyjne trendy i prawdopodobnie wyznaczają przyszły kierunek kursowi USD.PLN. W środowisku rosnących rentowności amerykańskich obligacji i słabnącej koniunktury na globalnych rynkach akcji (wczoraj technologiczny NASDAQ spadł 1,7 proc.) i wzrostu zmienności spodziewamy się głębokiej letniej przeceny walut EM.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Columbus Energy S.A. miał ponad 2 mln zł zysku netto w 2 kw. 2017 r.

Columbus Energy S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, przedstawiła szacunki skonsolidowanych wyników finansowych w drugim kwartale 2017 r. Zgodnie z nimi Spółka osiągnęła w tym okresie ponad 2,08 mln zł zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży przekraczających 9,84 mln zł.

W całym pierwszym półroczu 2017 r. skonsolidowany zysk netto Emitenta wyniósł 3,08 mln zł, a jego przychody netto ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 16,25 mln zł. Columbus Energy S.A. zanotował bardzo dobre wyniki finansowe dzięki dynamicznemu rozwojowi sprzedaży instalacji fotowoltaicznych w ramach programu abonamentowego oraz dalszej rozbudowie portfela klientów. Spółka zwiększyła również sprzedaż umów gotówkowych. W samym maju 2017 r. Emitent podpisał 100 szt. umów abonamentowych o wartości 2,61 mln zł oraz 52 szt. umów gotówkowych o wartości 1,13 mln zł. Podane przez Columbus Energy S.A. dane finansowe są szacunkowe i nieaudytowane. Raport okresowy Spółki za 2 kw. 2017 r. zostanie opublikowany w dniu 12.08.2017 r.

Cieszymy się, że zaczęliśmy ten rok z takim impetem. To prawda, iż rozwijamy się w bardzo niestandardowym tempie, które generuje ponadprzeciętne wyniki. To również pokazuje, że utrzymujemy cały czas pozycję lidera w naszej branży. Sprzedajemy i montujemy najwięcej komercyjnych instalacji fotowoltaicznych na domach Polaków. Kolejnym elementem innowacji produktowej jest wprowadzenie przez Columbus Energy Gwarancji Totalnej. To 15-letnia gwarancja na każdy element systemu, wydłużająca gwarancje producentów. To unikatowa oferta na rynku, którą już doceniają nasi klienci. Trzeci kwartał 2017 r. będzie bardzo pracowity właśnie dlatego, że chcemy, aby słupki cały czas rosły, a wynik netto na koniec roku był dwucyfrowy, zgodnie z naszą strategią i prognozami. Trzeci kwartał to też rozpoczęcie sprzedaży termomodernizacji w segmencie budownictwa jednorodzinnego, ale też projektowane wcześniej refinansowanie umów abonamentowych z pierwszego kwartału – co już rozpoczęliśmy procesować.” – komentuje Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Spółki Columbus Energy S.A.

W 1 kw. 2017 r. Columbus Energy S.A. przeprowadziła z sukcesem dwie emisje obligacji, z których pozyskała środki finansowe w łącznej wysokości 5,45 mln zł. Zostały one przeznaczone na montaż instalacji fotowoltaicznych w ramach programu abonamentowego. W marcu br. Spółka podpisała umowę współpracy z Nest Bank S.A., dzięki czemu zapewnione zostało finansowanie dla jej klientów. Nest Bank S.A. zobowiązał się do przekazywania na rachunek Emitenta środków finansowych wynikających z umów zawartych z jej klientami, co pozwoli na realizowanie jeszcze większej liczby instalacji.

Z kolei w maju tego roku spółka zależna Columbus Energy Finanse Sp. z o.o. podpisała umowę współpracy z Bankiem Ochrony Środowiska S.A. w zakresie pośrednictwa oraz wykonywania w imieniu i na rzecz Banku czynności faktycznych związanych z działalnością bankową dotyczących produktu Eko Kredyt PV. Jest on przeznaczony na finansowanie instalacji fotowoltaicznych sprzedawanych przez Columbus Energy S.A. Zgodnie z zapisami podpisanej umowy Columbus Energy Finanse Sp. z o.o. będzie odpowiadała za współpracę z Klientem w zakresie rozpatrzenia wniosków oraz zawarcia umowy przez Bank, jak również przyjmowania dokumentacji i jej weryfikacji. Podpisana umowa poszerza ofertę Spółki i rozwija jej produkt abonamentowy, zapewniając tym samym Klientowi możliwość finansowania instalacji fotowoltaicznych przez Bank Ochrony Środowiska S.A.

Quercus TFI proponuje zmiany w Radzie Nadzorczej Skarbiec Holding S.A.

Zmiany w akcjonariacie Skarbca, które wzbudziły niepokój wśród pracowników oraz otoczenia rynkowego, wymagają stabilizacji – postuluje Quercus TFI. Jako środek zapobiegawczy proponuje wprowadzenie zmian w składzie Rady Nadzorczej Skarbiec Holding S.A. i powołanie w jej skład dwóch niezależnych, doświadczonych członków.

Kandydatami, zaproponowanymi przez Quercus TFI są Raimondo Eggink oraz Andrzej Sołdek. Pierwszy jest konsultantem, który zasiada w radach nadzorczych kilku spółek giełdowych. Drugi do niedawna był prezesem i dyrektorem inwestycyjnym w PTE PZU. Obecnie zasiada w radzie nadzorczej Ferro i Elektrobudowy.

Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI
Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI

W ostatnich tygodniach doszło do niespodziewanej zmiany w strukturze akcjonariuszy Skarbca – Enterprise Investors sprzedało 33% pakiet firmie Murapol. Wywołało to zamieszanie na rynku, popłochwewnątrz organizacji i spadek kursu akcji Skarbca.” – podkreśla Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI.

Stąd propozycja otwarcia nowego rozdziału w historii Skarbca i ustabilizowania sytuacji, skierowana do akcjonariuszy finansowych oraz firmy Murapol.

„Z zadowoleniem przyjmujemy ostatnie komunikaty dotyczące wzmocnienia składu Zarządzających Skarbca. Mamy nadzieję, że nasza propozycja zostanie zaakceptowana przez pozostałych akcjonariuszy ipozwoli na uspokojenie sytuacji.’’ – dodaje prezes Quercus TFI.

Niebezpiecznie na USD/PLN

Nie wiedzie się dolarowi. Czwartek był kolejnym dniem, kiedy to amerykańska waluta znajdowała się pod presją. Również i tamtejsze indeksy giełdowe odnotowały spadki. Nie udało się utrzymać wzrostów na ropie.

Przez większość wczorajszej sesji ropa zyskiwała na sile, kontynuując impet wzrostowy z środy. Od początku amerykańskiego otwarcia inwestorzy wyprzedawali jednak ten instrument, który ostatecznie zakończył dzień na małym minusie, zostawiając na wykresach dziennych górny cień. Sporym zainteresowaniem cieszyło się za to euro. Wspólna waluta zyskuje od trzech dni. Inwestorzy oczekują, iż Europejski Bank Centralny będzie zmuszony uczynić swą politykę monetarną bardziej restrykcyjną. Nie pomogły zapewnienia banku, iż ostatnia wypowiedź prezesa EBC została źle zinterpretowana.

Z wczorajszych publikacji makroekonomicznych dowiedzieliśmy się, iż spadek dynamiki wzrostu PKB był niższy, niż się tego obawiano(1.4% vs 1.2%). Dziś w nocy dotarły też na rynek informacje z Japonii, gdzie bezrobocie dość nieoczekiwanie wzrosło do poziomu 3.1% z 2.8%. Poprawie uległy dane o produkcji przemysłowej w skali rocznej. Niebawem poznamy dane o brytyjskim PKB oraz informacje o dochodach i wydatkach amerykanów.

Niebezpiecznie na USD/PLN 1

Nieciekawie wygląda sytuacja dolara na wykresie USD/PLN. Rynek odbił się od środkowej linii kanału spadkowego i przed nim jest już dosłownie przepaść. Potencjalnym celem może być nawet 3.55-o ile nie nastąpi szybki odwrót. Jedynym pozytywem jest wskaźnik RSI, mocno już wyprzedany i szukający dywergencji. Dopiero zamknięcie ponad 3.8, aktualnym oporem, może być dla byków zbawienne.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Wartość polskiego rynku dronów może wzrosnąć w ciągu najbliższych lat do 10 mld zł. Potrzebne są jednak zmiany w przepisach

Wartość polskiego rynku dronów może wzrosnąć w ciągu najbliższych lat do 10 mld zł. Potrzebne są jednak zmiany w przepisach 2

Drony mają coraz więcej zastosowań w różnych sektorach gospodarki. Szczególnie w Polsce, która jako pierwsza wprowadziła w 2013 roku przepisy dotyczące ich komercyjnego wykorzystywania. Dzięki temu na arenie europejskiej mamy opinię jednego z liderów branży bezzałogowców. Eksperci podkreślają, że wartość sektora dronów w Polsce w ciągu najbliższych 10 lat może urosnąć do blisko 10 mld zł. Dodają jednak, że konieczne jest jak najszybsze uchwalenie szczegółowych przepisów dotyczących wykorzystania technologii dronowych. 

Sektor dronów w Polsce to ponad dwieście firm. Duża część ich przychodów to drony importowane i zastosowanie dronów w fotografii. W naszej ocenie przy korzystnych warunkach ten sektor mógłby w ciągu najbliższych dziesięciu lat urosnąć do około 10 mld zł wartości sprzedanej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Bogusław Bławat, dyrektor Instytutu Badań Rynku, Konsumpcji i Koniunktur w Warszawie.

Firma doradcza PwC podkreśla, że Polska to pierwszy kraj, który wypracował kompletne ramy prawne w zakresie komercyjnych lotów dronami, a branża ma na polskim rynku bardzo dobre perspektywy rozwoju. Potwierdza to również ubiegłoroczny raport Instytutu Mikromakro, który oszacował wartość polskiego rynku dronów na nieco ponad 201 mln zł (prawie 23-procentowy wzrost rok do roku).

Według szacunków PwC potencjał światowego rynku zastosowań dronów w biznesie wynosi ponad 127 mld dol. Najlepsze perspektywy komercyjnego wykorzystania dronów stwarzają sektory infrastrukturalny, rolnictwo i transport, bezpieczeństwo cywilne oraz branża medialno-rozrywkowa.

W sektorze cywilnym możemy dostarczać rozwiązania dla rolnictwa, co jest interesujące z perspektywy eksportu. Są kraje takie jak Bangladesz zainteresowane wykorzystaniem dronów przy monitorowaniu i obserwacji dużych areałów. Wdzięcznym obszarem jest też geodezja. Drony potrafią wykonać pomiary geodezyjne z prędkością wielokrotnie większą, niż robi się to tradycyjnymi metodami – wylicza Bogusław Bławat.

Wyposażone w czujniki i kamery bezzałogowe maszyny latające mają całe spektrum zastosowań. W rolnictwie mogą służyć do zbierania danych dotyczących gruntów i upraw, do oprysków roślin (drony robią to taniej niż wykorzystywane dotychczas śmigłowce), analizy składu gleby czy obserwacji meteorologicznych. Wykorzystuje się je do pomiarów geodezyjnych (dzięki czemu w przyszłości mogą np. wspomóc urzędy w naliczaniu i ściąganiu podatku od nieruchomości), nadzorowania prowadzonych inwestycji infrastrukturalnych oraz monitorowania bezpieczeństwa na terenach publicznych.

W przyszłości mogą znaleźć zastosowanie w reklamie albo w branży kurierskiej i dostarczać przesyłki albo niewielkie paczki. Z takim pomysłem wyszedł dwa lata temu Amazon, jeden z liderów e-commerce’owej branży. Jednak na razie w Polsce drony są wykorzystywane przede wszystkim w fotografii i do filmowania z powietrza. Szybko pojawiają się jednak nowe koncepcje ich zastosowania, na przykład w ratownictwie czy transporcie medycznym.

– Możliwe jest zastosowanie dronów w krwiodawstwie. Organy do transportu transplantacyjnego wymagają obecności lekarza, natomiast dron może przewozić krew. Będzie to robić jedna z polskich firm, są prowadzone prace w tym kierunku i testy w Białymstoku. Być może wkrótce po prawej stronie Wisły, między Szpitalem Praskim a Centrum Krwiodawstwa, będą latały drony z próbkami krwi – mówi Bogusław Bławat.

Polska w 2013 roku wprowadziła przepisy, które regulują komercyjne wykorzystywanie dronów, co umożliwiło rozwój całej branży. Jak podkreślają eksperci IBRKK i Instytutu Mikromakro w tegorocznym raporcie „Potencjał rynku systemów bezzałogowych w Polsce”, wprowadzenie kategorii statków bezzałogowych wraz z przejrzystą procedurą uzyskiwania uprawnień zaowocowało w krótkim czasie dużą liczbą świadectw kwalifikacji. Do marca 2017 roku wydano ich 4,2 tys., co daje Polsce miejsce w światowej czołówce. Dyrektor IBRKK podkreśla jednak, że dalszy rozwój branży dronów na polskim rynku warunkują zmiany legislacyjne.

Według aktualnego prawodawstwa amatorskie wykorzystanie dronów (do 25 kilogramów) w celach rekreacyjnych nie wymaga zezwoleń, o ile maszyna pozostaje w zasięgu wzroku pilota. Używanie ich w celach zarobkowych/ komercyjnych wymaga zdania państwowego egzaminu, uzyskania licencji i wykupienia ubezpieczenia OC. Do wykorzystywania dronów w różnych sektorach gospodarki potrzebne jest wprowadzenie szeregu szczegółowych przepisów.

– Przykładowo, dziś prawo geodezyjne nie dopuszcza pomiaru z drona jako uznanej metody dokonywania pomiaru obiektów. Przez to nie możemy na ich podstawie czynić wiarygodnych map – mówi Bogusław Bławat. – Część koniecznych zmian regulacyjnych dotyczy dopuszczenia dronów do przestrzeni miejskiej. Pomaga nam w tym Unia Europejska, która wprowadza zmiany dotyczące użycia dronów w tzw. U-space, czyli w obszarze miejskim o określonej wysokości lotu – dodaje.

UE pracuje nad stworzeniem i ujednoliceniem przepisów, które będą umożliwiać wykorzystanie dronów na szeroką skalę. Ramy dla prawa dronowego powinny powstać do 2019 roku.

– Szczęśliwie się złożyło, że w Polsce sektor dronowy znalazł wsparcie ze strony Ministerstwa Rozwoju, które pomogło w integracji tego środowiska. Powstało też stowarzyszenie pracodawców tego sektora – mówi Bogusław Bławat.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłosiło w październiku wyniki pierwszego konkursu dla dronów i statków bezzałogowych. Program sektorowy INNOSBZ to jeden z elementów programu operacyjnego Inteligentny Rozwój. W pierwszym konkursie NCBiR oceniło pozytywnie 11 projektów, dla których łączna kwota dofinansowania sięgnęła 42 mln zł. Te środki zostaną przeznaczone na rozwój nowych technologii dronowych.

Obiektywy z wbudowaną lampą to nowy trend w fotografii. To rozwiązanie szczególnie przydaje się w przypadku obiektywów makro

Obiektywy z wbudowaną lampą to nowy trend w fotografii. To rozwiązanie szczególnie przydaje się w przypadku obiektywów makro 3

Miniaturyzacja źródeł świateł opartych na diodach LED pozwoliła wprowadzić do fotografii nowe, innowacyjne rozwiązania. Jednym z nich są obiektywy wyposażone we własne, wbudowane lampy doświetlające.

Do tej pory w przypadku fotografii makro jedynym w pełni skutecznym rozwiązaniem było stosowanie wyspecjalizowanych i zazwyczaj drogich lamp do tego typu zdjęć, montowanych wokół lub po obu stronach obiektywu. Jednak miniaturyzacja źródeł światła opartych na diodach LED pozwoliła na skonstruowanie obiektywów wyposażonych we własne, wbudowane lampy doświetlające.

– Mamy dwa obiektywy z wbudowaną lampą doświetlająca, wcześniej to był obiektyw 28 mm EF-M, który jest przeznaczony do użytku z aparatami kategorii bezlusterkowców z wbudowaną lampą LED. Drugi obiektyw to nowość, która niedawno pojawiła się na rynku, jest to obiektyw EF-S 35 mm również z wbudowaną lampą LED, która doświetla nam  plan w przypadku przede wszystkim zdjęć makro – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Woźniak z firmy Canon Polska.

Zdjęcia makro to specyficzna odmiana fotografii, która wyróżnia się między innymi tym, że zwykłe lampy błyskowe – te wbudowane w aparat i te zewnętrzne, montowane na tzw. gorącej stopce – nie zdają w niej egzaminu. Wszystko dlatego, że źródło sztucznego światła umieszczone z boku powoduje powstanie niepotrzebnych dodatkowych cieni na fotografowanych obiektach, a przez to psuje finalne zdjęcia. Tej wady pozbawione są obiektywy z wbudowaną lampą umieszczoną wokół przedniej soczewki.

– To oświetlenie znajduje się na końcu obiektywu, wbudowane w sposób stały, co powoduje, że jest w osi optycznej zdjęcia, które wykonujemy. Dzięki temu możemy oświetlić przedmiot z bliskiej odległości przy fotografii makro i uzyskujemy fotografię bezcieniową, lub też mamy wpływ na kształtowanie światłocieni – tłumaczy Robert Woźniak.

Dodatkowo wbudowana w obiektyw EF-S 35 mm lampa składa się z dwóch niezależnie sterowanych połówek, dzięki czemu możliwe jest ustawienie mocniejszego światła z dowolnej strony w stosunku do strony przeciwnej, wyłączenie jednej ze stron lub działanie obu połówek w ten sam sposób. Ten ostatni tryb najlepiej sprawdza się zwykle przy bezcieniowych fotografiach typu makro oraz… przy filmach wideo.

Oprócz tego zaletą nowego obiektywu jest także wydajny system stabilizacji.

– Obiektyw 35 mm makro ma hybrydową stabilizację obrazu, jest to hybrydowa stabilizacja optyczna, która znakomicie sprawdza się przy drganiach typowych dla trzymania aparatu w rękach, jak i przy fotografii makro, kiedy mamy tzw. drgania przesuwne, góra-lewo-prawo. Wtedy ta hybrydowość umożliwia uzyskiwanie ostrych zdjęć na dłuższych czasach naświetlania, możemy sobie również wyobrazić lepszą jakość stabilizacji obrazu przy filmowaniu – podsumowuje Robert Woźniak.

Brytyjczycy mają dwa lata na wypracowanie nowych umów handlowych z resztą świata. Największym wyzwaniem będzie porozumienie z UE

Brytyjczycy mają dwa lata na wypracowanie nowych umów handlowych z resztą świata. Największym wyzwaniem będzie porozumienie z UE 4

Trwają negocjacje w sprawie brexitu. W ciągu dwóch lat Wielka Brytania musi wypracować nowe porozumienie handlowe z Unią Europejską, co będzie najtrudniejszym punktem dwustronnych rozmów. W tym czasie brytyjski rząd będzie zmuszony renegocjować i podpisać na nowo 750 umów i kontraktów z blisko 170 państwami, żeby kraj mógł sprawnie funkcjonować na arenie międzynarodowej. Jeżeli ten termin okaże się zbyt krótki, najmocniej ucierpi na tym import i eksport.  

– Z punktu widzenia importu i eksportu, jeżeli Wielka Brytania nie poradzi sobie z podpisaniem i renegocjacją tak wielu umów, z uzgodnieniem preferencyjnej umowy handlowej z UE oraz wprowadzeniem unii celnej, brytyjscy konsumenci będą musieli się liczyć z podwyżką cen i mniejszą liczbą produktów dostępnych na rynku. Z kolei producenci nie będą chcieli zakładać fabryk w Wielkiej Brytanii ani wspierać handlu wewnętrznego i będą szukać lokalizacji dla swoich produkcji gdzie indziej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Piech, starszy ekspert celny w firmie Rusak Business Services, która specjalizuje się w obsłudze celnej podmiotów gospodarczych.

Negocjacje dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii ze struktur Unii Europejskiej ruszyły 19 czerwca. To efekt ubiegłorocznego referendum, w którym za takim scenariuszem opowiedziało się 17,4 mln Brytyjczyków. Z końcem marca premier Theresa May oficjalnie uruchomiła art. 50 Traktatu Lizbońskiego, rozpoczynając procedurę brexitu.

– Zegar zaczął odmierzać dwuletni okres, w którym Wielka Brytania musi sobie poradzić z ustanowieniem własnej polityki handlowej oraz własnych zasad funkcjonowania w świecie międzynarodowego handlu. Pytanie, czy ten dwuletni okres jest wystarczający. Bardzo możliwe, że Wielka Brytania sobie poradzi, ale śmiem w to wątpić. Jest też możliwość przedłużenia tego dwuletniego okresu, ale muszą się zgodzić na to wszystkie kraje członkowskie UE. Ponadto, art. 50. stwarza też możliwość zejścia z tej ścieżki, co oznacza, że Wielka Brytania może jeszcze zrezygnować z opuszczenia UE. Wątpliwe jednak, że to zrobi –mówi Marta Piech.

Na opuszczenie unijnych struktur Wielka Brytania ma czas do marca 2019 roku, czyli dokładnie dwa lata. Brytyjski dziennik „Financial Times” ujawnił z końcem maja, że do tego czasu brytyjski rząd będzie musiał renegocjować co najmniej 759 umów i kontraktów handlowych ze 168 państwami. To niezbędne, żeby Wielka Brytania mogła bez przeszkód funkcjonować na arenie międzynarodowej po brexicie.

– Zdaniem optymistów Wielka Brytania przejdzie softbrexit i w ciągu dwóch lat zdoła uzgodnić nowe, lepsze umowy handlowe, na bardziej preferencyjnych warunkach niż te wynegocjowane przez UE. Z kolei przeciwnicy twierdzą, że będzie to hardbrexit, a Wielka Brytania nie poradzi sobie z tak wielkim natłokiem kwestii do ustalenia i uzgodnienia. Średni czas negocjacji pomiędzy UE a krajem trzecim wynosi od 4 do 9 lat. Wielka Brytania ma bardzo dużo umów, które musi renegocjować i podpisywać na nowo. Można wyobrazić sobie, jak wiele pracy czeka brytyjskich urzędników. Mówi się, że Wielka Brytania nie ma takiej liczby ekspertów, którzy byliby w stanie wykonać tak wielką pracę w tak krótkim czasie – mówi Marta Piech.

Gospodarcze i ekonomiczne skutki brexitu są trudne do przewidzenia. Eksperci szacują, że na rozwodzie Wielkiej Brytanii z Unią Europejską najbardziej ucierpi wspólny rynek (który dla Wielkiej Brytanii oznacza również dostęp do ponad 400 mln europejskich konsumentów). Dlatego dla brytyjskiego rządu kluczową sprawą będzie wynegocjowanie warunków nowego porozumienia handlowego z UE. Jednocześnie będzie to najtrudniejszy i najbardziej zapalny punkt rozpoczętych właśnie negocjacji.

– Wielka Brytania dąży do tego, aby uzgodnić lepszą umowę handlową z UE. Obie strony wystosowały odpowiednie instrukcje dotyczące tego, jak będą podchodzić do brexitu. Brytyjczycy opublikowali w styczniu swoje zasady. W odpowiedzi UE w odpowiedzi wystosowała swoje „guidelines”, których przewodnią myślą jest zasada „wszystko albo nic”. Unia od razu zaznaczyła, że Wielka Brytania nie będzie miała żadnej możliwości oddzielnego negocjowania warunków z poszczególnymi krajami Wspólnoty – mówi Marta Piech.

Jak podaje Eurostat, w 2016 roku państwa Unii Europejskiej odpowiadały za 47 proc. eksportu i 51 proc. importu Wielkiej Brytanii. Na brytyjskim rynku najwięcej sprzedają Niemcy (samochody i elektronika) oraz Hiszpania, która poza elektroniką dostarcza na brytyjski rynek także warzywa i owoce. Na Wyspy trafia ok. 6,5 proc. towarów wyprodukowanych w Polsce. Dla polskich i europejskich eksporterów, którzy nie wiedzą jeszcze, jak ukształtuje się współpraca w ramach wspólnego rynku po opuszczeniu struktur unijnych przez Zjednoczone Królestwo, brexit oznacza niepewność i konieczność poszukiwania całkiem nowych partnerów handlowych i alternatywnych kierunków eksportu.

W przyszłym roku ceny pamięci RAM mogą spaść nawet o połowę. Znacznie tańsze będą też dyski SSD

W przyszłym roku ceny pamięci RAM mogą spaść nawet o połowę. Znacznie tańsze będą też dyski SSD 5

Z powodu niedoboru komponentów na rynku utrzymują się wysokie ceny pamięci RAM i dysków SSD. Dyrektor regionalny Kingston Technology ocenia, że w przyszłym roku sytuacja się odwróci, a ceny mogą spaść nawet o połowę. Specjalizująca się w produkcji różnych typów pamięci firma coraz mocniej stawia też na branżę gamingową i zapowiada, że niedługo wprowadzi do oferty nowe kategorie produktów dla graczy. 

– Pamięci RAM i dyski SSD zachowują wysoką cenę, ponieważ mamy w tej chwili do czynienia z niedoborem, brakuje komponentów do produkcji tych produktów. Kilkanaście lat temu było 15 firm produkujących chipy do pamięci flash i pamięci RAM. Dzisiaj zostały cztery tego typu organizacje na świecie i jeśli któraś z nich ma jakieś kłopoty bądź świadomie chce pchnąć ceny w górę, wystarczy im zdobyć się na decyzję o zamrożeniu bądź czasowym zmniejszeniu produkcji. W momencie, w którym jest zbieżność interesów i wszyscy chcieliby uzyskać efekt wyższych cen na rynku, bardzo łatwo jest ten rynek kontrolować – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Śmigielski, dyrektor regionalny Kingston Technology.

Wysoki kurs dolara spowodował wzrost cen wielu podzespołów komputerowych, jednak ceny pamięci RAM i flash rosły zdecydowanie najszybciej. Ten trend utrzymywał się przez cały ubiegły rok i trwa do tej pory. Specjalizująca się w analizach tego rynku firma badawcza TrendForce podała, że w okresie od września do października 2016 roku średnia cena 4 GB pamięci DRAM zwiększyła się o 20 proc. (z 14,5 do 17,5 dol.), a wzrosty cena utrzymają się również w 2017 roku.

Ceny pamięci RAM rosną przez niewystarczającą ilość kości używanych do ich produkcji. Brak komponentów przekłada się na niższą podaż i wyższe ceny. Dyrektor regionalny Kingston Technology ocenia jednak, że już w przyszłym roku ceny powinny spaść, i to radykalnie.

– Przez cały 2016 rok aż do teraz mamy do czynienia z sytuacją, gdzie ceny pamięci idą w górę wskutek niedoboru komponentów. Uważamy, że ta sytuacja się odwróci, ponieważ kilku producentów stara się bardzo szybko zwiększyć możliwości produkcyjne, aby załapać się na to eldorado. Kiedy ceny pamięci są wysokie, firmy naturalnie chcą produkować ich więcej, co zaowocuje tylko tym, że w 2018 roku będziemy mieć nadprodukcję i ceny pamięci będą zjeżdżać po równi pochyłej. Za rok ceny dysków SSD, pamięci flash mogą być niższe o około 30–50 proc.– prognozuje Paweł Śmigielski.

Zarówno w Polsce, jak i na całym świecie Kingston ma około 50-procentowy udział w rynku w segmencie RAM (co zapewnia mu pozycję globalnego lidera), ale specjalizuje się także w produkcji różnych innych typów pamięci. Na początku tego roku firma oficjalnie zaprezentowała nową pamięć USB, oferującą największą obecnie na rynku pojemność 2 TB. Pendrive DataTraveler Ultimate Generation Terabyte to w tej chwili jedyny na świecie nośnik umożliwiający przechowywanie tak dużych plików.

– Ciągle dużym biznesem jest pamięci do komputerów, pamięci RAM. Ten segment rynku nie rośnie szczególnie szybko, ponieważ na świecie nie przybywa komputerów stacjonarnych. Bardzo szybko rosnącą częścią biznesu są za to pamięci do wszelkiego rodzaju urządzeń mobilnych, telefonów komórkowych, aparatów fotograficznych, smartfonów, tabletów, do wszystkich urządzeń, które już nosimy, albo za moment zaczniemy ich używać – mówi Paweł Śmigielski.

Kingston zamierza w najbliższych latach skupić się na fundamentach swojego biznesu, czyli produkcji pamięci RAM, pamięci flash, USB i dysków SSD. Równolegle firma chce jednak dynamicznie rozwijać nowy segment, czyli produkty dla graczy. Koncern wyodrębnił spółkę HyperX, w której ofercie znalazły się m.in. słuchawki, klawiatury i myszy do gamingu. Wkrótce mają do nich dołączyć nowe kategorie produktowe.

Dyrektor regionalny Kingstona podkreśla, że gamingowy rynek rośnie w skokowym tempie, a firmy, które już teraz zaznaczą na nim swoją pozycję i będą kształtować gusta graczy, prześcigną konkurencję i w przyszłości łatwiej im będzie poszerzać portfolio w tym segmencie.

– Idziemy w kierunku gier. HyperX to nasza najszybciej rosnąca kategoria produktowa. Rynek graczy i gamingu rozwija się w takim tempie, w jakim nie rozwijała się żadna inna kategoria produktowa. Pracuję z Kingston 22 lata i nie pamiętam szybciej rosnącego biznesu. Wystarczy popatrzeć, ilu jest graczy, nie tylko nastolatków, którzy spędzają wiele godzin, grając w gry komputerowe: jedni na telefonach, inni na konsolach, a jeszcze inni na PC. Ludzie próbują znaleźć coś, co rozładowuje stres, zapewni im rozrywkę, zagospodaruje czas. Gry doskonale się do tego nadają. Ten rynek ma ogromny potencjał, wyraźnie to widzimy – podsumowuje dyrektor regionalny Kingston Technology.

Pokój hotelowy na własność zyskowną alternatywą dla lokaty bankowej. Na tej inwestycji można zarobić 10 proc. w skali roku

Pokój hotelowy na własność zyskowną alternatywą dla lokaty bankowej. Na tej inwestycji można zarobić 10 proc. w skali roku 6

Niskie oprocentowanie lokat bankowych i inflacja sprawiają, że Polacy masowo wycofują z nich pieniądze i szukają bardziej zyskownych form lokowania kapitału. Coraz popularniejszą alternatywą jest rynek nieruchomości, który jest w bardzo dobrej kondycji. Poza mieszkaniem na wynajem, biurami czy ziemią modne w ostatnich latach stały się aparthotele i condohotele, czyli mieszkania i apartamenty wakacyjne. Te pozwalają zarobić inwestorom od 6 do nawet 10 proc. w skali roku przy relatywnie niskim poziomie ryzyka. 

– Stopy zwrotu z lokat są w tej chwili bardzo niskie. Przy 2-procentowej inflacji przynosi to stratę kapitału. W tej chwili jedynie mieszkania wydają się sensowną alternatywą, dlatego duża część wycofywanych wkładów – a jest to ponad 11 mld zł w przeciągu roku – trafia na rynek nieruchomościowy. Część tych pieniędzy jest lokowana w aparthotelach i condohotelach – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Puchała, prezes zarządu firmy deweloperskiej Prestige.

Lokaty bankowe są stosunkowo bezpiecznym instrumentem finansowym. Jednak przy aktualnym, 1,9-proc. poziomie inflacji w ujęciu rocznym przynoszą straty, zwłaszcza że uzyskane z nich odsetki są dodatkowo obłożone 19-procentowym podatkiem od zysków kapitałowych (tzw. podatkiem Belki).

Miesiąc temu Expander, powołując się na dane NBP, podał, że w kwietniu Polacy wypłacili z lokat prawie 4 mld zł. To największy miesięczny spadek salda lokat od czterech lat. Według wyliczeń Expandera oprocentowanie lokaty powinno być wyższe niż 2,47 proc. aby nie przynosiła ona strat. Na rynku jest stosunkowo niewiele takich ofert – średnie oprocentowanie rocznych depozytów jest obecnie najniższe w historii. Dlatego Polacy coraz bardziej się do nich zniechęcają i szukają alternatywnych możliwości lokowania kapitału.

Długoterminowy najem mieszkań w dużym mieście może przynieść 4 proc. zysku w skali roku. Aparthotele i condohotele to 6–8 proc, a przy dobrym zarządzaniu nawet 10 proc. zwrotu z inwestycji w skali roku. Dla uproszczenia pomijamy koszty utrzymania tego mieszkania wynajęcia tego mieszkania, żeby pokazać proporcje. Rynek aparthoteli i condohoteli jest rynkiem dynamicznie rosnącym w tej chwili w Polsce. Nie ma tygodnia w którym nie dowiedzielibyśmy się o nowym projekcie wprowadzanym przez deweloperów – wskazuje Piotr Puchała.

Inwestycje w nieruchomości są niezmiennie od lat postrzegane jako relatywnie bezpieczna forma lokowania kapitału, która generuje przepływy w postaci dochodów z najmu albo zysk ze sprzedaży. Dobra kondycja tego rynku powoduje, że duża część Polaków rezygnuje z inwestowania w lokaty i fundusze, zwracając się ku nieruchomościom. Potwierdzają to statystyki – analitycy Reas oszacowali, że w ubiegłym roku popyt na mieszkania wzrósł o 20 proc., a ten rok również będzie dla deweloperów bardzo dobry pod względem sprzedaży.

Inwestycje w nieruchomości obejmują jednak nie tylko mieszkania na wynajem, biura czy grunty, ale coraz modniejsze w ostatnich latach aparthotele i condohotele, które mają wielu współwłaścicieli. Inwestycja polega na tym, że deweloper buduje hotel, a inwestorzy wykupują w nim na własność poszczególne apartamenty, które później wynajmują, czerpiąc z nich zyski. Całością zarządza wyspecjalizowany operator, który dba o wszystko: począwszy od promocji i marketingu, poprzez konserwację aż po pozyskiwanie nowych klientów i obsługę gości hotelowych.

To daje możliwość zarabiania bez aktywnego uczestnictwa inwestora. Można komuś powierzyć zarządzanie i zadowolić się lepszą stopą zwrotu. Te stopy są wysokie i przez długi czas jeszcze będą przewyższały zyski z lokat bankowych czy też długoterminowego najmu mieszkań w dużych aglomeracjach jak Warszawa, Poznań czy Kraków – ocenia prezes zarządu Prestige.

Wakacyjny wynajem apartamentu w condohotelu przynosi przychód 6–8 proc. zainwestowanej kwoty, ale rentowność takiej inwestycji może nawet sięgnąć 10 proc. rocznie. Wynika to z wyższych, dziennych stawek wynajmu w kurortach i miejscowościach atrakcyjnych turystycznie jak Międzyzdroje, Kołobrzeg, Karpacz czy Zakopane. Taka lokata kapitału jest bardziej rentowna niż wynajem długoterminowy w dużych miastach.

To prosty szacunek: ile można z danego mieszkania uzyskać w roku? Nie wnikając w sprawy podatkowe i koszty utrzymania: jeśli zainwestujemy 400 tys. zł w mieszkanie w Warszawie, możemy liczyć, że będziemy je wynajmować za 2 tys. zł miesięcznie. Prosto licząc, przychód z takiego mieszkania wynosi więc około 24 tys. zł rocznie. Nad morzem, gdzie sezon jest dosyć krótki, ale ceny bardzo wysokie, 100-dniowe obłożenie takiego mieszkania, na przykład w Międzyzdrojach, generuje przychód rzędu 35 tys. zł – wylicza Piotr Puchała.

Oprócz polskiego wybrzeża i gór, deweloperów przyciągają też Warmia i Mazury. Wysokość zysków jest uzależniona od długości sezonu turystycznego i stawek na lokalnym rynku oraz długości pobytów właścicielskich (czas, w którym właściciel apartamentu lub mieszkania sam w nim przebywa i nie jest ono wynajmowane). Posiadanie własnego mieszkania w górach czy nad morzem jest bowiem także gwarancją miejsca noclegowego na wakacje czy weekendowe wyjazdy.

Inwestycja w aparthotele i condohotele to wydatek w wysokości około 400 tys. zł, czyli mniej więcej tyle, ile kosztuje zakup mieszkania. To kwota, za którą można kupić około 40 mkw., w pełni wykończonych, zwykle o podwyższonym standardzie.

Prezes firmy deweloperskiej Prestige zauważa, że przy wyborze konkretnej inwestycji trzeba przede wszystkim kierować się bezpieczeństwem i dokładnie sprawdzić operatora hotelowego, który będzie nią zarządzał. Im większe ma on doświadczenie, tym większy i pewniejszy będzie zysk.

W przypadku zakupu aparthotelu takie mieszkanie jest chronione ustawą o ochronie praw nabywcy. Pieniądze deponujemy na rachunek powierniczy, a bank zwalnia środki wraz z postępem w budowie, co przekłada się na duże bezpieczeństwo. W condohotelach mamy do czynienia z mniejszym zakresem bezpieczeństwa, ponieważ pieniądze wpłacamy bezpośrednio na rachunek dewelopera. Z tego względu aparthotel można kupić już na wstępnym  etapie planów czy na początku realizacji. Przy condohotelach radziłbym kupować już istniejącą inwestycję . Jeżeli możliwy jest wgląd w wyniki, jakie osiągał condohotel: jakie są stopy zwrotu, ile było przychodu na poszczególny pokój w poprzednim okresie – wtedy bezpieczeństwo wzrasta, bo wiadomo jak inwestycja jest zarządzana – mówi Piotr Puchała.

Dla inwestorów prywatnych i instytucjonalnych aparthotele i condohotele są relatywnie bezpieczną formą lokowania i pomnażania kapitału, bardziej rentowną niż inne instrumenty. Jednak taka inwestycja jest atrakcyjna również dla deweloperów, którzy traktują ją jako dywersyfikację działalności i możliwość wejścia na rynek hotelowo-turystyczny, który notuje w Polsce rekordowe wzrosty. W latach 2006–2015 liczba turystów korzystających z usług hoteli wzrosła w Polsce o 86 proc., natomiast krajowa baza noclegowa zwiększyła się o 80 proc. Ze względu na atrakcyjne ceny, intensywne działania promocyjne i zagrożenie terrorystyczne w innych krajach Europy, Polska cieszy się coraz większą popularnością wśród krajowych i zagranicznych turystów.

Dziennie w wypadkach drogowych poszkodowanych jest 66 osób. Przyczyną jest często brak odpowiedniej edukacji kierowców

Dziennie w wypadkach drogowych poszkodowanych jest 66 osób. Przyczyną jest często brak odpowiedniej edukacji kierowców 7

Pod względem wypadków na liczbę przejechanych kilometrów i liczby ofiar śmiertelnych w wypadkach drogowych Polska plasuje się pod koniec europejskich rankingów. W 2016 roku w 33,5 tys. wypadków zginęło ponad 3 tys. osób. Wiele kolizji to konsekwencja słabej edukacji kierowców. Zwiększyć bezpieczeństwo na drogach pomagają nowoczesne technologie. W programie „Odpowiedzialni na drodze” wykorzystywane są symulatory jazdy, które w połączeniu z telemetrią pozwalają dobrać narzędzia szkoleniowe do zachowania konkretnego kierowcy.

– Statystyki policyjne pokazują, że dziennie w Polsce około 66 osób jest poszkodowanych w wypadkach drogowych. To duża liczba, choć rokrocznie tych wypadków drogowych jest coraz mniej, wciąż jest ich zbyt dużo. Każdy wypadek drogowy niesie za sobą reperkusje: administracyjne, ekonomiczne dla rodziny, ale i dla każdego z nas. Objawia się to zwiększeniem stawek ubezpieczeniowych, reperkusjami prawnymi, do tego dochodzi bardzo często zwolnienie kierowcy z pracy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Gos z Akademii Bezpiecznej Jazdy, współinicjator kampanii „Odpowiedzialni na drodze”.

Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że między 2006 a 2016 rokiem liczba wypadków drogowych znacząco spadła. W ubiegłym roku doszło do ponad 33 tys. wypadków, w których zginęło nieco ponad 3 tys. osób (dla porównania w 2006 roku w blisko 49 tys. wypadków zginęło ponad 5 tys. osób). Łącznie w ciągu dekady zginęło 40 tys. osób. Z raportu Europejskiej Rady Bezpieczeństwa Transportu (ETCS) wynika, że choć wypadków jest coraz mniej, na tle Europy wyglądamy kiepsko. Pod względem liczby ofiar śmiertelnych gorzej jest tylko w Rumunii, Bułgarii i Łotwie. Pod względem wypadków na liczbę przejechanych kilometrów zajmujemy zaś niechlubne pierwsze miejsce.

 Długoletnia praktyka przekazywania wiedzy kierowcom przez różne ośrodki i instytucje wskazuje, że nie do końca spełniają one swoją rolę. Przyszedł czas na wymuszenie takich działań, które będą mogły bezpośrednio i poprawnie oddziaływać na każdego z kierowców posiadających wcześniejszą edukację. Przyszedł czas, aby do tych działań wykorzystać najnowsze technologie – przekonuje ekspert.

Zdaniem Gosa w Polsce problemem jest nie tylko duża liczba kierowców prowadzących pojazdy pod wpływem alkoholu czy środków odurzających, ale brak odpowiedniej edukacji. Stąd inicjatywa „Odpowiedzialni na drodze”, która stawia na edukację praktyczną kierowców, nie tylko uczenie się na pamięć przepisów.

– Możemy stworzyć koszyk potrzeb dla każdego kierowcy, z doświadczeniem i bez, inaczej mówiąc normalny wzór szkolenia pilotów. Każdy z kierowców po takim szkoleniu na symulatorze ma określone predyspozycje do bycia niebezpiecznym lub bezpiecznym kierowcą. Nieprawdą jest, że wszyscy jesteśmy niebezpiecznymi kierowcami – prawda jest taka, że jesteśmy słabo edukowani – tłumaczy Krzysztof Gos.

Na zwiększenie bezpieczeństwa kierowców pozwala telemetria. Technologia opiera się na danych pozyskanych m.in. z GPS, czy magistrali komunikacyjnej CAN pojazdu, odczytuje informacje o obrotach silnika, przyspieszaniu, hamowaniu czy gwałtownych skrętach pojazdu. W ten sposób diagnozuje sposób prowadzenia samochodu przez danego kierowcę, analizuje wyniki, wyznacza te obszary, które można byłoby poprawić, a następnie dopasowuje odpowiednie narzędzia szkoleniowe.

 Telemetria połączona z ultranowoczesnym symulatorem pozwala nam w bardzo krótkim czasie zdiagnozować i zniwelować problemy u kierowców. Program „Odpowiedzialni na drodze” składa się z trzech etapów: pierwszym jest diagnostyka oraz szkolenie indywidualne kierowcy z wykorzystaniem symulatora, następnym jest jazda w ruchu miejskim z zaawansowaną technologią telemetryczną, ostatnim etapem jest szkolenie z wykorzystaniem ekspertów ds. bezpieczeństwa i techniki jazdy – wymienia ekspert Akademii Bezpiecznej Jazdy.

Taka edukacja jest konieczna, zwłaszcza że jak wskazują statystyki, najczęstszą przyczyną wypadków na prostej drodze jest niedostosowanie prędkości do warunków panujących na drodze. Często zbyt bliska jest też odległość między pojazdami.

– Niejednokrotnie widzimy na drogach szybkiego ruchu, że kierowcy przy prędkości 130 km/h jadą w odległości 5 metrów. Podczas gwałtownego hamowania kierowca jadący za pojazdem często ulega wypadkowi. Przy takiej prędkości, w ciągu jednej sekundy przemieszczamy się o około 36 metrów – analizuje współinicjator kampanii „Odpowiedzialni na drodze”.

Niebezpieczne zdarzenia drogowe mają poważne skutki ekonomiczne, obejmujące m.in. koszty leczenia ofiar wypadku, wypłaty rent, także koszty dla całej gospodarki, czyli zwolnienia lekarskie, kalectwa i śmierć. Jak szacuje Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, tylko w 2015 roku koszty społeczne wypadków i kolizji drogowych przekroczyły 48 mld zł. Coraz częściej aspekty finansowe związane z wypadkami zauważają firmy.

– Wiele firm zauważyło pozytywne elementy naszego programu i zaczynają inwestować w szkolenia kierowców – mówi Krzysztof Gos.

Program „Odpowiedzialni na drodze” to inicjatywa firm DuPont, Cartrack i Akademii Bezpiecznej Jazdy GOS.

Egipt ponownie staje się ulubioną destynacją turystyczną Polaków. Zainteresowanie wyjazdami wzrosło w ciągu roku niemal dwukrotnie

Polscy turyści wracają do Egiptu. Jeszcze kilka lat temu co roku wyjeżdżało tam 600 tys. osób. Zawirowania polityczne spowodowały, że liczba chętnych na wakacje w tym regionie spadła. Jak pokazują jednak tegoroczne dane biur podróży, Egipt wraca do łask. Dynamika wzrostu sprzedaży wycieczek do tego kraju przekracza 90 proc. względem 2016 roku. Jak przekonują przedstawiciele władz Egiptu, kurorty turystyczne są bezpieczne, dodatkowo wdrażany jest też system ochrony lotnisk.

 W ostatnich latach notowaliśmy spadek liczby turystów z Polski, ale powoli zaczynają oni do nas wracać. W latach przed rewolucją Polska była trzecim krajem, z którego najliczniej przyjeżdżali do nas turyści. Odwiedzało nas ponad 600 tys. Polaków rocznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Khaled Fouda, gubernator regionu Południowego Synaju.

Egipt był tradycyjnie najpopularniejszym kierunkiem wakacyjnych podróży. Jeszcze kilka lat temu co trzecia osoba planująca zagraniczne wakacje wybierała właśnie ten kraj. Sytuacja zmieniła się po wydarzeniach Arabskiej Wiosny i zamachach terrorystycznych w północnej Afryce.

– Problemy były kilka lat temu, w czasie rewolucji, ale teraz jest już spokojnie i sytuacja wraca do normy – przekonuje Fouda.

W tym roku Egipt jest jednym z kierunków, które notują największe wzrosty. Z ostatniego raportu Polskiego Związku Organizatorów Turystyki, przygotowanego na podstawie danych z systemu MerlinX, wynika, że w pierwszej dwudziestce najpopularniejszych wakacyjnych destynacji znajdują się dwa egipskie kurorty (Hurghada i Marsa Alam, odpowiednio na 14. i 18. miejscu). W maju dynamika wzrostu sprzedaży wakacji w Egipcie przekraczała 90 proc. względem ubiegłego roku.

W ostatnich dwóch miesiącach sprzedaży nie sprzyjały zamachy na koptyjskie kościoły w północnym Egipcie oraz sprawa tajemniczej śmierci polskiej turystki. Jednak eksperci Instytutu Badań Rynku Turystycznego TravelDATA podkreślają, że ten wpływ już wygasł. Wyjazdom w ten region sprzyjają za to niższe niż przed rokiem ceny.

– W Egipcie jest wiele różnych atrakcji. To gwarantowana pogoda przez cały rok, poza tym ciepłe morze i wspaniałe zabytki, których nie ma nawet w Grecji –tłumaczy gubernator Południowego Synaju.

Egipt przyciąga turystów tradycyjnie piramidami i Sfinksem, ale zabytków jest znacznie więcej. W tym roku misja archeologiczna odkryła w Luksorze 66 posągów Sechmet, bogini wojny, chorób i zemsty. Z kolei w przyszłym roku ma zostać otwarte Grand Egyptian Museum, największe na świecie muzeum starożytności w Kairze.

 Mamy też bardzo szeroką ofertę turystyczną: safari, akweny do nurkowania i snorkelingu. W naszych miejscowościach turystycznych każdy znajdzie coś dla siebie. Rozwija się turystyka religijna i kongresowa – wymienia Ahmed Abdalla, gubernator regionu Morza Czerwonego.

Jak przekonują przedstawiciele Egiptu, mimo zawirowań politycznych i niepokojów ich kraj jest dla turystów bezpieczny.

– Nie ma żadnego zagrożenia dla turystów w Szarm el-szejk czy w Hurghadzie. Także lotniska w tych miastach są dobrze zabezpieczone – mamy nowoczesne systemy, które ułatwiają szczegółowe kontrole – wskazuje Khaled Fouda.

– Szarm el-Szejk jest bardzo bezpieczne. Lotnisko zostało zmodernizowane i ma najnowocześniejsze systemy zabezpieczeń. Ludzie, którzy przyjeżdżają do nas odpocząć, mogą się czuć tu bezpiecznie. Można bez obaw spacerować nawet w środku nocy – przekonuje Ahmed Abdalla.

Jeszcze w ubiegłym roku w Egipcie rozpoczęto wdrażanie nowoczesnego systemu ochrony lotnisk. Instalowany jest system do biometrycznego kontrolowania dokumentów pracowników portów lotniczych w Hurghadzie i w Szarm el-Szejk. Na szkolenia i rozwój systemu bezpieczeństwa na lotniskach kraj już wydał 42 mln dol.

10 kwietnia w Egipcie wprowadzono stan wyjątkowy, istnieje też ryzyko zamachów terrorystycznych. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza podróże do Egiptu, z wyjątkiem wyjazdów grupowych do miejscowości turystycznych.

Polacy piją coraz więcej wina wysokiej jakości. Hitem ostatnich lat są wina mołdawskie

Polacy piją coraz więcej wina wysokiej jakości. Hitem ostatnich lat są wina mołdawskie 8

Systematycznie rośnie sprzedaż wina. Choć z 7 litrami spożycia na osobę Polska jest daleko za światową czołówką, to powoli goni winiarskie potęgi. Dużą rolę w popularyzacji tego trunku odgrywają dyskonty, jednak coraz więcej Polaków szuka win wytrawnych lepszej jakości. Coraz większą popularnością cieszą się wina mołdawskie. Do Polski trafia nawet co czwarta butelka wina wyprodukowana w Mołdawii.

– Rynek win w Polsce szybko się to zmienia. Wino konkuruje z takimi trunkami jak piwo i wódka. Kilka lat temu nie było na to szans, dzisiaj widzimy, że Polacy piją coraz więcej wina, kiedyś było to 1,5 litra, teraz 4 litry, w całości ok. 7 litrów wina. Rynek wina jest rozwojowy, nie ma ryzyka finansowego, wino się rozwija i nie ma wewnętrznych ani zewnętrznych przeszkód, które mogłyby go zatrzymać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Franczak, wiceprezes firmy Partner Center, dystrybutora win importowanych.

W międzynarodowych rankingach Polacy pod względem spożycia wina wciąż są w tyle Europy (35. miejsce). Francuzi wypijają rocznie 45 litrów wina (15 razy więcej), niewiele mniej Portugalczycy (42 litry) czy Włosi (37 litrów). Rynek rośnie jednak w siłę. Jak wynika z raportu KPMG, od 2004 roku do 2015 roku sprzedaż win gronowych, zarówno spokojnych, jak i musujących, wzrosła w Polsce o 56 proc. Jeszcze 3 lata temu przeciętny Polak wypijał 3 litry wina. Obecnie, wedle różnych szacunków, to od 5,5 do 7 proc. (łącznie z winami owocowymi).

– Polacy piją dwa razy więcej wina, niż pili. W ostatnich miesiącach ten przyrost jest jeszcze większy, około 9–11 proc., zostały wprowadzone nowe wina wytrawne, następuje zmiana w piciu win półwytrawnych i półsłodkich na rzecz półwytrawnych. Idziemy w dobrym kierunku, konsumpcja zmienia się w tym kierunku, w którym każdy kraj, w którym nie rosną winogrona, musiał przejść – ocenia Franczak.

Jak podkreśla ekspert, większa popularność win, to w dużej mierze efekt ich sprzedaży w dyskontach. Zwłaszcza że jak wynika z danych GFK, najważniejszym kanałem (w ujęciu wartościowym), w którym gospodarstwa domowe zaopatrują się w wino, są sklepy dyskontowe jak Biedronka czy Lidl (39 proc. wartości wszystkich zakupów win gronowych).

– Nastąpiło przesunięcie konsumpcji wina do małych miejscowości i na wieś. Dużą rolę we wprowadzeniu win na wsi odegrała Biedronka, wprowadziła ona te wina, których ci ludzie nigdy nie mogli wypić i znaleźć w dobrej cenie. Jest to praca importerów i sieci, to daje efekty, których nie spodziewali się analitycy – tłumaczy wiceprezes Partner Center.

Jednocześnie coraz więcej Polaków kupuje wina świadomie, sięga po wytrawne, dopasowuje je do potraw czy pór roku. To efekt większej świadomości.

– Polacy dojrzeli do wina, wyjeżdżają do krajów produkujących wino, głównie krajów Morza Śródziemnego i Morza Czarnego. Wino promowane jest przez dziennikarzy, w filmach, w gazetach. Do tego nastąpiła zmiana stylu życia, Polacy zaczęli żyć spokojniej, zaczęli szukać przyjemności, połączyli jedzenie z winem – przekonuje ekspert.

Większa jest też kultura picia alkoholu. Częściej po trunek sięgają smakosze, którzy są w stanie zapłacić za butelkę znacznie więcej. Partner Center, dystrybutor importowanych win, od lat wyznacza kierunki na polskim rynku, inspiruje zachowania konsumentów. Aktywnie uczestniczy w kreowaniu kultury spożywania alkoholu poprzez integrację ze światem nauki i sztuki.

– Przez 26 lat firma Partner Center była trendsetterem rynku. Wyprzedzamy rynek, pomagamy w rozwoju kultury, jesteśmy sponsorami festiwali, pomagamy artystom, teatrom – podkreśla Franczak.

Firma została wyróżniona nagrodą kapituły TERAZ POLSKA! w kategorii Usługa, import i dystrybucja win butelkowanych. Dobrze przyjęte przez Polaków zostały kolekcje win Dor i win mołdawskich.

Liczba nieszczepionych dzieci w Polsce rośnie. Lekarze apelują do rodziców, by nie wierzyli w nieprawdziwe teorie o szkodliwości szczepionek

Liczba nieszczepionych dzieci w Polsce rośnie. Lekarze apelują do rodziców, by nie wierzyli w nieprawdziwe teorie o szkodliwości szczepionek 9

Coraz silniejsze ruchy antyszczepionkowe przekonują, żeby nie szczepić dzieci z uwagi na zdarzające się niepożądane odczyny poszczepienne (NOP). Lekarze są jednak zdania, że dużo bardziej niebezpieczne są choroby i powikłania po nich niż NOP. Zapewniają, że szczepionki są sprawdzone, bezpieczne i skutecznie chronią dziecko przed wieloma groźnymi chorobami. Mimo to liczba nieszczepionych dzieci rośnie. Resort zdrowia rozważa wprowadzenie systemu rekompensat za ewentualne niepożądane odczyny poszczepienne.

Eksperci w dziedzinie epidemiologii podkreślają, że liczba niezaszczepionych dzieci wzrasta od 2010 r. Wtedy od obowiązku szczepienia uchyliło się 2437 osób. W ubiegłym roku było to już około 23 tys. Z popularnymi mitami dotyczącymi szczepień można się spotkać na każdym kroku, co wzbudza nieufność i wątpliwości niektórych rodziców. Lekarze jednak uspokajają.

– Światowy Komitet ds. Bezpieczeństwa Szczepień na podstawie wszystkich dostępnych źródeł przewiduje, czy szczepionka jest w dalszym ciągu bezpieczna, czy też nie jest. Nad bezpieczeństwem szczepień czuwają nie tylko firmy farmaceutyczne, lecz także ośrodki, które badają tzw. pokliniczne profile bezpieczeństwa szczepień – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Ewa Bernatowska, kierownik Kliniki Immunologii w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

Od kilku lat narasta konflikt pomiędzy zwolennikami rozbudowy programu szczepień obowiązkowych a przeciwnikami takiego kroku. Z jednej strony podkreśla się konieczność zapobiegania chorobom zakaźnym, zapewnia o bezpieczeństwie i skuteczności szczepień, a z drugiej strony padają argumenty podważające zasadność takich działań i wskazuje się na ryzyko występowania niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP).

– Zaufanie do szczepionek można budować, poświęcając dostateczny czas na przekonanie nieprzekonanych w oparciu o badania naukowe, że szczepienia są bezpieczne. Jako lekarze rozumiemy, że rodzice mają wiele obaw, czy szczepionka jest naprawdę konieczna. Wiemy, że wielu nieprzekonanych rodziców nie zdołamy przekonać, oni w dalszym ciągu będą podlegali wpływom wypowiedzi, które znajdują na Facebooku czy na Twitterze – mówi prof. Ewa Bernatowska.

Z przeprowadzonego w ubiegłym roku badania ARC Rynek i Opinia wynika, że dziewięciu na dziesięciu rodziców popiera szczepienie dzieci. 6 proc. deklaruje, że jest przeciwko, ale uważa, że dzieci należy szczepić. Co trzeci badany wskazał, że obawia się komplikacji po szczepionkach skojarzonych (wieloskładnikowych) takich jak autyzm czy porażenie.

– Obecny rząd myśli o tym, aby jakoś rodzicom rekompensować to, że szczepienia łączą się z dyskomfortem – zachorowaniem dziecka, bólem czy wręcz koniecznością hospitalizacji. Tego typu zdarzenia mogą mieć miejsce. Wiemy, że dziecko może gorączkować, mieć biegunkę – my nie rozstrzygamy, czy jest to po szczepieniu, czy nie, ale następuje to w momencie szczepienia – mówi prof. dr hab. n. med. Ewa Bernatowska.

Otwarta pozostaje kwestia budowy systemu odszkodowawczego za NOP. Dziś dochodzenie odszkodowania i zadośćuczynienia za szkodę spowodowaną NOP odbywa się na zasadach ogólnych przed sądem powszechnym w trybie postępowania cywilnego jako roszczenie wobec podmiotów odpowiedzialnych za powstanie tej szkody. W maju minister zdrowia Konstanty Radziwiłł powiedział, że resort rozważa wprowadzenie systemu odszkodowawczego za NOP. Zapewnił jednak, że poważne przypadki takich odczynów zdarzają się niezwykle rzadko.

W Polsce szczepienia dzieci są obowiązkowe, co wynika bezpośrednio z przepisów prawa, a terminy szczepień obowiązkowych reguluje rozporządzenie Ministra Zdrowia. Jednak zawsze przed podaniem szczepionki dziecko powinno być dokładnie zbadane przez lekarza. Rodzic powinien też przed szczepieniem przeczytać ulotkę dołączoną do preparatu.

– Jeżeli chodzi o szczepionkę przeciwko HPV, która zawiera adiuwanty, o których się mówi, że mogą powodować niepożądane odczyny poszczepienne, jest stosowana od 2006 roku i mniej więcej co roku przeglądane są wszystkie doniesienia dotyczące bezpieczeństwa tej szczepionki. Nie ma żadnego związku między szczepieniem a występowaniem takich chorób, jak na przykład uogólniony zespół bólowy. Szczepionki te w żadnym wypadku nie uszkadzają mózgu, jak niektórzy opisywali – tłumaczy prof. Ewa Bernatowska.

Janet Yellen nie przewiduje kolejnego kryzysu za naszego życia

Bardzo odważna wypowiedź szefowej FED na temat kryzysów gospodarczych. Banki w USA gotowe na ewentualne zawirowania. Rośnie optymizm we Francji.

Brak kryzysów na horyzoncie?

Zdarzają się prognozy w przypadku, których już w momencie ich tworzenia wiadomo, że są bardzo odważne. Wiadomo również, że są szybko notowane, bo będzie dobra okazja by je wypomnieć. Taką myśl popełniła właśnie prezes FED. Janet Yellen mówiąc o możliwym kolejnym kryzysie powiedziała, że fakt, że nie będzie go w ogóle jest prawdopodobnie zbyt daleko idący, ale wyraziła nadzieję, że za naszego życia to się nie wydarzy. Warto zwrócić uwagę, że Pani Janet Yellen już 70 lat. Z jednej strony to dużo, ale ostatnie duże kryzysy miały miejsce w latach 2000 i 2008. Jeżeli zadziała statystyka powinna nie tylko dożyć kolejnego, ale również zrobić to na obecnym stanowisku, a wtedy z pewnością ta wypowiedź nie raz jeszcze zostanie wypomniana.

Dobre wyniki stress testów amerykańskich banków

Na rynek trafiły wyniki prowadzony testów co by się stało z amerykańskim systemem bankowym w przypadku pojawienia się kolejnej fali kryzysu. System bankowy jest silnie dokapitalizowany przez ostatnie lata ograniczonej wypłaty dywidend. Test wypadł pomyślnie, jednak były również analizowane scenariusze w których w przypadku globalnej recesji wiele banków gwałtownie zmniejszać swoją wypłacalność. Dane te spowodowały wzrost optymizmu i wzrosty na amerykańskiej giełdzie. Gorzej wypadł natomiast dolar, który kolejny dzień traci. Na początku tygodnia wielu analityków uważało poziom na EURUSD 1,13 za nieprzekraczalny. Od rana oglądamy już nawet 1,14 a ruch trwa.

Rosną nadzieje we Francji

Po wygranych przez Emmanuela Macrona wyborach prezydenckich oraz wspieraną przez niego formację wyborach parlamentarnych rośnie optymizm w biznesie. Indeks nastrojów gospodarczy wzrósł do 108 punktów. To 5 punktowy wzrost od maja. Spadają obawy o poziom bezrobocia oraz inflacji. Rośnie ocena standardu życia a większość gospodarstw deklaruje, że w ciągu roku będą w stanie oszczędzać. Nie jest to oczywiście wpływ działań obecnego prezydenta, gdyż jest on za krótko na stanowisku. Warto natomiast zwrócić uwagę, że przy takim poziomie optymizmu szybko powinno się to przełożyć na konsumpcję i inwestycje co będzie widać w twardych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

OVH pozyskuje 400 milionów euro, aby kontynuować swoją strategię rozwoju

OVH, europejski lider usług w chmurze, ogłasza pozyskanie finansowania w wysokości 400 milionów euro w konsorcjum bankowym składającym się z 9 instytucji. Operacja ta pozwoli grupie wzmocnić swoją strukturę finansową w celu kontynuowania strategii globalnej ekspansji w ciągu 5 kolejnych lat.

Grupa OVH, która od założenia w roku 1999 odnotowuje stały wzrost, związany z przyjętą strategią rozwoju, otrzymała wsparcie od konsorcjum bankowego w postaci linii kredytowej RCF w wysokości 400 milionów euro.

OVH posiada dziś 270 000 serwerów zainstalowanych w 20 centrach danych zlokalizowanych w 5 krajach, w tym w Ameryce Północnej, w Europie i w Azji. Grupa dostarcza usługi w chmurze w modelach prywatnym, publicznym i hybrydowym dla ponad miliona klientów na całym świecie, generując obrót bliski 400 milionom euro w roku budżetowym 2016/2017.

Nowa inwestycja pozwoli OVH na kontynuowanie strategii globalnej ekspansji, rozpoczętej jesienią 2016 roku poprzez wkład funduszy KKR i Towerbrook do kapitału grupy w wysokości 250 milionów euro. Europejski lider rozwiązań cloud computing ogłosił ambitny plan rozwoju oraz inwestycji w wysokości 1,5 miliarda euro.

Grupa zapoczątkowała już realizację planu globalnej ekspansji przede wszystkim otwierając kolejne centra danych w nowych lokalizacjach geograficznych. Otwarto trzy centra danych: w Australii, w Singapurze i w Polsce. Trwa budowa kolejnych centrów danych – w Niemczech i w Wielkiej Brytanii. Dwa centra danych zostaną wkrótce otwarte również w Stanach Zjednoczonych, gdzie OVH założyło nową spółkę w 2017 roku.

Nicolas Boyer, Chief Financial Officer grupy OVH, wskazuje: ”Nowe finansowanie zapewnia nam wsparcie jeszcze silniejszej grupy banków, które podtrzymują zaufanie w przyjętą strategię grupy oraz w jej pozycję na świecie. Wejście do tego konsorcjum amerykańskiego banku inwestycyjnego JP Morgan odzwierciedla naszą pozycję międzynarodowej firmy oferującej chmurę obliczeniową. Będziemy kontynuować wdrażanie naszego planu strategicznego poprzez rozwój na arenie międzynarodowej, konsolidację naszej pozycji na rynku cyfrowym, przyspieszenie wzrostu w segmencie klientów korporacyjnych oraz wzmocnienie i kształtowanie naszej organizacji, aby czerpać jak najwięcej korzyści z potencjału, jaki oferuje rynek.”

Operacja była koordynowana przez Société Générale Corporate & Investment Banking, które towarzyszy OVH od 2014 roku.

Organizatorami i liderami linii kredytu konsorcjalnego są BNP Paribas, Groupe Crédit Agricole, HSBC France oraz Société Générale Corporate & Investment Banking. 

Uczestnikami są JPMorgan Chase Bank N.A. (Paris Branch), CIC Nord Ouest oraz Banque Commerciale du Marché Nord Europe.

Czy polscy przedsiębiorcy powinni bać się cyberataków?

  • W wyniku ostatnich działań hakerów sparaliżowane zostały firmy i instytucje w całej Europie; najbardziej ucierpiała Ukraina.
  • Cyberataki oznaczają dla przedsiębiorstw wielomilionowe straty związane z przerwaniem pracy, odszkodowaniami za wyciek poufnych danych, a nawet z żądaniami okupu.
  • Ten do tej pory tylko teoretyczny problem nabrał realnego kształtu i może spowodować zmianę w postawie także polskich przedsiębiorców.

W ostatnich dniach Europa musiała stawić czoła zmasowanemu atakowi hakerów. Ich działania najdotkliwiej odczuła Ukraina, gdzie zaatakowane zostały m.in. systemy bankowe i telekomunikacyjne, lotniska, metro oraz elektrociepłownie. Wiele wskazuje na to, że cyberataki nie ominęły także Polski – firmy zgłaszały problemy z działaniem sieci informatycznej i przepraszały swoich klientów za utrudnienia. Po wielu latach bagatelizowania zagrożenia, problem okazał się na tyle realny, że polski rząd zdecydował się na zwołanie posiedzenia zespołu zarządzania kryzysowego.

Polskie firmy nie boją się hakerów

Do tej pory, polscy przedsiębiorcy nie byli zainteresowani ochroną przed tego typu zagrożeniami, co najlepiej widać w branży ubezpieczeniowej. Zarówno towarzystwa ubezpieczeniowe, jak i właściciele firm bagatelizowali problem, o czym świadczy uboga oferta produktów mających na celu zabezpieczenie przed cyberatakami oraz niski popyt na tego typu usługi.

Cyberataki są obecnie traktowane przez klientów tak samo wirtualnie, jak środowisko, w którym występują. Zarówno sam fakt ich wystąpienia, jak i konsekwencje, z którymi trzeba się uporać, wydają się tak odległe i nieprawdopodobne, że aż nierealne. Świat ubezpieczeń opiera się niestety na lęku. Nie ma lęku – nie ma potrzeby, nie ma potrzeby – nie ma produktu. Po wydarzeniach podobnych do tych m.in. na Ukrainie podejście klientów, a w odpowiedzi skromna obecnie oferta produktowa powinny ulec zmianie – mówi Michał Kwasek z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych.

Paraliż systemu to wielomilionowe straty dla przedsiębiorców

Większość współczesnych przedsiębiorstw opiera się na systemach informatycznych, w których przechowywane są wszystkie dane firmy oraz ich klientów. Tego typu dane są niezwykle cenne, o czym doskonale wiedzą hakerzy. Ich wyciek może oznaczać dla przedsiębiorstwa katastrofę – zarówno wizerunkową, jak i finansową. Poszkodowani będą zgłaszać się po odszkodowania, a pracownicy nie będą mogli wykonywać swojej pracy. Często zdarza się, że hakerzy żądają okupu za przywrócenie systemu do normalnego stanu lub za nie ujawnienie poufnych informacji. Takie konsekwencje oznaczają nawet wielomilionowe straty dla dużych przedsiębiorstw i trudne do oszacowania straty wizerunkowe.

Produkty chroniące przed skutkami cyberataków powinny więc w najbliższym czasie zyskać na znaczeniu. Głównym problemem związanym z przygotowaniem oferty takiego ubezpieczenia jest trudność w oszacowaniu możliwych strat. Nie mniej jednak, oczekujemy ożywienia w branży – wzbogacenia oferty towarzystw ubezpieczeniowych i zwiększenia popytu na ubezpieczenie od skutków działań hakerów – dodaje Michał Kwasek.

Umowa renty dożywotniej i klauzula „trzech siódemek”

Przenosząc prawo własności lokalu lub domu, względnie spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu, bardzo często zastanawiamy się w jaki sposób zabezpieczyć zapłatę ceny. Może się bowiem zdarzyć, że nabywca będzie zwlekał z uiszczeniem należnej nam kwoty. W takim przypadku warto skorzystać z art. 777 § 1 pkt 4 Kodeksu postępowania cywilnego. Małgorzata Rosińska, Kierownik Działu Prawnego Funduszu Hipotecznego DOM, wyjaśnia w jaki sposób interpretować ten przepis.

Art. 777 § 1 pkt 4 Kodeksu postępowania cywilnego najczęściej znajduje zastosowanie w umowie sprzedaży. Z powodzeniem może być jednak stosowany także w innych umowach, w których dłużnik zobowiązał się do uiszczenia wierzycielowi oznaczonej sumy pieniężnej. Dla przykładu w akcie notarialnym obejmującym umowę o dożywocie lub umowę renty odpłatnej nabywca może poddać się egzekucji w zakresie zapłaty comiesięcznych świadczeń, w kwocie uzgodnionej ze zbywcą. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku umów stosowanych w Funduszu Hipotecznym DOM.

Co to oznacza w praktyce?

Jeśli nabywca nieruchomości spóźni się z wypłatą renty, chociażby o jeden dzień, jej dotychczasowy właściciel może wystąpić do sądu o nadanie aktowi notarialnemu tzw. klauzuli wykonalności (zgodnie z przepisami sąd nadaje taką klauzulę niezwłocznie, nie później niż w terminie 3 dni), po czym zwraca się bezpośrednio do komornika, by ten wyegzekwował należne mu pieniądze. Jest to najprostszy i najszybszy sposób dochodzenia roszczeń. Atrakcyjne – z punktu widzenia wierzyciela – są również koszty tzw. postępowania klauzulowego. Zgodnie z art. 71 ustawy z dnia z dnia 28 lipca 2005 r. o kosztach sądowych w sprawach cywilnych opłata sądowa wynosi 50 zł.

Gospodarka napędzi wyniki polskich spółek

  • Koniunktura gospodarcza w Polsce i strefie euro się poprawia. Rośnie produkcja i konsumpcja.
  • Wyższa sprzedaż pomoże najlepszym polskim spółkom wypracowywać lepsze wyniki finansowe i niwelować wzrost kosztów pracy, cen surowców oraz umocnienie się złotego.
  • Prognozujemy, że spółki z GPW zwiększą swoje zyski o średnio kilka procent.

W 2017 roku polska giełda w ładnym stylu powróciła do europejskiej czołówki. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami w ostatnich miesiącach prym wiodły duże spółki. Od lokalnego dołka w listopadzie ubiegłego roku WIG20 urósł o ponad 30% – znacznie bardziej niż indeksy GPW grupujące spółki o średniej i małej kapitalizacji. To efekt m.in. napływu zagranicznego kapitału oraz funduszy typu ETF inwestujących w Polsce, ale także dużego popytu na największe spółki ze strony inwestorów instytucjonalnych.

Obecnie skłaniamy się coraz bardziej ku giełdowym „misiom”. Choć akcje wielu z nich znacznie już podrosły, a ich ceny są już nieco powyżej długoterminowych średnich, widzimy w tym segmencie przestrzeń do dalszych wzrostów. Jest jeden warunek – w najbliższych kwartałach spółki muszą pokazać dobre wyniki finansowe.  

Większy potencjał „misiów” dzięki ożywieniu w gospodarce

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że otoczenie nie sprzyja mniejszym spółkom. Powodem do zmartwień wielu przedsiębiorstw jest wzrost kosztów pracy, który wynika z podniesienia wynagrodzenia minimalnego i najniższego od 1991 roku bezrobocia. Na niekorzyść spółek eksportowych działa dodatkowo mocny złoty. Jeśli jednak przyjrzymy się nieco uważniej, polska i europejska gospodarka szybko się rozkręcają.

W Polsce w pierwszym kwartale tego roku PKB (po wyeliminowaniu efektów sezonowych oraz zmienności kalendarzowej) wzrósł aż o 4,1%. Ponadto produkujemy i konsumujemy coraz więcej. W maju produkcja przemysłowa zwiększyła się o 9,1 proc, a sprzedaż detaliczna o 8,4 proc. Spółkom prowadzącym biznes za granicą pomaga poprawa koniunktury w strefie euro. Jest ona widoczna nie tylko w Niemczech, ale także u innych partnerów handlowych Polski – we Francji, a nawet we Włoszech i Hiszpanii.

Zyski spółek w 2017 roku wzrosną o kilka procent

Oczekujemy, że silne ożywienie gospodarcze prędzej czy później przełoży się na wzrost przychodów i zysków wielu spółek notowanych na GPW. Nasze uśrednione prognozy na 2017 rok zakładają kilkuprocentowy wzrost zysków spółek. Jeśli się sprawdzą, inwestorzy dostaną do ręki argument za tym, by dalej inwestować w akcje.

Niezmiennie trzeba pamiętać tylko o jednym. W przeciwieństwie do indeksu WIG20, w którym dominują banki, spółki wchodzące w skład indeksów mWIG40 i sWIG80 to bardzo zróżnicowana kategoria. Aby wykorzystać potencjał „misiów”, konieczna będzie dokładna selekcja.

Tomasz Matras, zastępca dyrektora inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI

RODO a procesorzy – nowe obowiązki i więcej ograniczeń

Procesorów, czyli podmioty przetwarzające dane w imieniu przedsiębiorców, czekają duże zmiany wynikające z wejścia w życie europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO). Muszą się oni przygotować na wprowadzenie przepisów zwiększających zakres ich obowiązków wobec administratorów danych oraz ograniczenia, których do tej pory nie mieli. Z nowymi regulacjami powinny zapoznać się przede wszystkim firmy przetwarzające dane osobowe usługowo, np. działające w obszarze telemarketingu, call centre lub biura księgowe.

Obowiązkowy IOD

Firma zewnętrzna świadcząca usługi na rzecz podmiotu, który musiał wyznaczyć Inspektora ochrony danych (obecnego ABI, którego po 25 maja 2018 r. zastąpi IOD) będzie zobowiązana do wyznaczenia osoby do pełnienia takiej funkcji. Oznacza to, że każdy zleceniobiorca, któremu będą powierzane dane wymagające obligatoryjnego powołania IOD przez ich administratora będzie zobowiązany go powołać. Jest to spowodowane m.in. nowym zakresem obowiązków procesorów oraz obostrzeniami, jakie wprowadza w zakresie przetwarzania danych osobowych unijne rozporządzenie – mówi Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych, ODO 24.

Powierzanie przetwarzania

Procesor będzie mógł przetwarzać powierzone dane wyłącznie na udokumentowane polecenie administratora tych danych. Warto dodać, że jeżeli zmieni on np. cel ich przetwarzania to automatycznie stanie się ich administratorem. Oznacza to, że będzie także ponosił za nie pełną odpowiedzialność, niejako w zastępstwie pierwotnego administratora danych.

Zakaz podpowierzania

RODO wprowadza w odniesieniu do zlecania przez procesora przetwarzania danych osobowych innym podmiotom ograniczenie w postaci pisemnej zgody administratora tych danych. Obecnie kwestia ta jest regulowana wyłącznie w treści umowy powierzenia i jest zależna od woli stron umowy powierzenia. Procesorzy nie chcą być ograniczani w tym zakresie, dlatego że sami korzystają z usług podwykonawców, którzy często się zmieniają. To obostrzenie domyślnie ujawni administratorowi danych wszystkie podmioty zewnętrzne, które będą miały faktyczny dostęp do powierzanych danych – wskazuje ekspert ODO 24.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Zapewnienie odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa przez podmiot, któremu podpowierzone zostało przetwarzanie danych osobowych jest kolejnym obowiązkiem, który wprowadza RODO. Jeżeli podprocesor nie zapewni odpowiednich zabezpieczeń zgodnych z nowymi przepisami, odpowiedzialność za jego uchybienia poniesie podmiot, który mu podpowierzył dane, a nie sam administrator danych. Obecnie proces ten jest regulowany tylko w treści umów powierzenia przetwarzania danych osobowych.

Zachowanie tajemnicy

Zleceniobiorcy muszą zadbać o to by osoby, które zostały upoważnione do przetwarzania powierzonych danych osobowych zachowały je w tajemnicy. Obecnie jest to regulowane z mocy samej ustawy o ochronie danych osobowych, która bezpośrednio zobowiązuje osoby upoważnione do zachowania danych osobowych w tajemnicy – dodaje Konrad Gałaj-Emiliańczyk.

Wsparcie administratora

Procesorzy, po wejściu w życie nowych regulacji, będą musieli – w miarę możliwości – pomagać administratorom danych wywiązać się z obowiązku odpowiadania na żądania osób, których dane dotyczą. Ponadto będą zobowiązani po zakończeniu przetwarzania powierzonych danych usunąć je lub zwrócić administratorowi danych w zależności od jego woli.

Warto dodać, że procesorzy danych będą zobowiązani do udostępnia administratorom wszelkich informacji niezbędnych do wykazania spełnienia obowiązków określonych w przepisach Rozporządzenia ogólnego UE oraz umożliwienia im lub audytorom upoważnionym przez administratorów przeprowadzania audytów, w tym inspekcji – mówi Gałaj-Emiliańczyk z ODO 24.

Dodatkową zmianą techniczną jest możliwość zawierania umów powierzenia w formie elektronicznej. Do tej pory mogły być one sporządzane wyłącznie na piśmie.

Rynek fuzji i przejęć w Polsce rozwija się dynamicznie

Trzysta firm działających w Polsce sprzedano nowym inwestorom. Wartość tych transakcji to 11 mld euro. Dominowały fuzję i przejęcia o wartości do 10 mln euro.

– W Polsce będzie rosła liczba transakcji, w których kupującymi są firmy z Chin – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Krzekotowski, dyrektor Działu Konsultingu w Crowe Horwath.

Fuzje i przejęcia (M&A) nadal są chętnie stosowaną strategią rozwoju firm. W rekordowym 2015 r. globalna wartość transakcji wyniosła 24,28 bln dolarów, co stanowi rekordowy wynik wszechczasów. Czy żegluga po tym oceanie jest bezpieczna i pozwala dopłynąć do docelowego portu? Tak, pod warunkiem, że mamy do dyspozycji sprawny kompas oraz mapę licznych gór lodowych.

Przedstawia ją opublikowany właśnie raport Crowe Horwath, 8. co do wielkości firmy doradczej na świecie, oraz kancelarii prawnej TGC Corporate Lawyers. Raport prezentuje wnioski z badań międzynarodowych przedsiębiorstw zaangażowanych w proces fuzji i przejęć. W ankiecie złożonej z 20 pytań wzięło udział 180 respondentów – członków wyższego kierownictwa odpowiedzialnych za finanse. Ponad dwie trzecie (68 proc.) z nich pochodziła ze spółek prywatnych, pozostali reprezentowali firmy publiczne i organizacje non-profit.

Dobra sytuacja w sektorze bankowym

Po raz pierwszy od czasu kryzysu finansowego w 2008 r. Fed zadeklarował, że wszystkie duże banki są bezpieczne po przeprowadzeniu corocznych testów w warunkach skrajnych. Stanowi to uzupełnienie oświadczenia Janet Yellen, że prawdopodobnie nie zobaczymy kolejnego kryzysu finansowego w ciągu naszego życia. Sektor bankowy jest obecnie w dobrym nastroju i udało mu się podciągnąć również resztę rynków. Wiele firm ogłosiło, że będą nagradzać swoich akcjonariuszy dodatkowymi dywidendami oraz odkupem akcji.Akce_29_06_2017

Podczas ostatniego posiedzenia Banku Anglii zaskakującym było, jak wielu członków faktycznie głosowało za podwyższeniem stóp procentowych w Wielkiej Brytanii. Bank Anglii utrzymywał stopy na bardzo niskim poziomie biorąc przykład z innych banków centralnych od czasu kryzysu. Po decyzjach w sprawie Brexitu, obniżył swoje stawki nawet jeszcze bardziej, aby zachęcić do brania pożyczek i wydawania pieniędzy w tym niepewnym czasie.

GBPUSD_29_06_2017Prezes Banku, Mark Carney, był jednym z największych zwolenników utrzymywania niskich stawek, ale wydaje się, że nawet teraz ugiął się pod naciskiem i również zasygnalizował, że nadszedł czas, aby zrównać się z resztą świata i zacząć myśleć o podnoszeniu stopy procentowej. Ci, którzy już od jakiegoś czasu śledzą moje komentarze, wiedzą, dlaczego jest to tak ważne. Pozostałym przypominam, iż pomimo Brexitu i okropnego występu Theresy May w wyborach 8 czerwca, inwestorzy czują, że nawet cień szansy wyższych stóp wystarczy, aby podnieść cenę funta. Teraz wyobraźmy sobie, co się stanie, jeżeli rzeczywiście je podniosą.

Wolumen_Kryptowalut_29_06_2017Wygląda na to, że duży spadek Bitcoina rzeczywiście znalazł kilku kupców, ale są oni nietypowi. Patrząc na woluminy w ciągu ostatnich 24 godzin widzimy, że klientem numer jeden jest koreańska giełda Bithumb. To pierwszy raz, kiedy można zauważyć przewagę Koreańczyków nad Poloniex. Musimy jednak pamiętać, że w tej chwili Koreańczycy nie mają praktycznego zastosowania dla Bitcoinów. Nie mają wielu sklepów, które by je akceptowały, a nowy rząd ma teraz większe zmartwienia, niż tworzenie ram prawnych dla aktyw cyfrowych. Jedynym krajem, który ma szybko rosnącą liczbę sprzedawców akceptujących Bitcoiny jest Japonia. BitFlyer znajduje się obecnie na 10 pozycji. Nie dlatego, że niedawno odnotowali duże spadki, ale dlatego, iż nie zwiększali zamówień kupna od czasu szczytu. Dlatego możemy pokusić się o stwierdzenie, że powodem, dla którego Bitcoin ostatnio wzrasta, jest spekulacja. Na ten moment jest to niekoniecznie zła wiadomość, raczej coś, o czym należy pamiętać.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Synergia i ekspansja. Połączenie Megellana i BFF

CEO BFF i MagellanPierwszy rok wspólnej działalności Magellana i BFF upłynął pod znakiem intensywnej synergii działań. Suma wspólnych doświadczeń zaprocentowała w postaci udoskonalonej oferty produktów finansowych. Kolejne wyzwania to utrzymanie pozycji lidera na rynku finansowania służby zdrowia, dalszy rozwój usług faktoringowych, produktów finansowych dla samorządów, a także ekspansja w krajach Europy Środkowej i Wschodniej.

Od roku Magellan należy do grupy bankowej BFF – jednej z najszybciej rozwijających się instytucji, dostarczających rozwiązania finansowe dla sektora publicznego i opieki zdrowotnej w Europie oraz faktoring dla biznesu. Połączenie miało dla łódzkiej spółki strategiczne znaczenie. Przynależność do międzynarodowej grupy bankowej zapewnia Magellanowi łatwiejszy dostęp do kapitału i tańszego finansowania usług. Co najistotniejsze, Spółka zdobyła także know-how w zakresie bankowości. Implementuje również model zarządzania, przynoszący wymierne korzyści partnerom z BFF. Z kolei włoski bank włącza do swojej oferty najbardziej innowacyjne produkty finansowe, opracowane i z powodzeniem oferowane przez Magellana.

– Połączenie Magellana oraz BFF dało pozytywne impulsy rozwoju zarówno naszej spółce, jak i grupie bankowej, w której skład weszliśmy. BFF posiada długą tradycję i dostarcza najlepszych wzorów biznesowych. Prowadzi swoją działalność nie tylko we Włoszech, ale również w Hiszpanii i Portugalii. Dynamiczny rozwój jest czymś, co łączy grupę BFF z naszą spółką, która działa również na terenie Czech i Słowacji – podkreśla Krzysztof Kawalec, prezes zarządu Magellan S.A

Proces integracji Magellana i BFF przebiega wielostopniowo i dotyczy różnych poziomów zarządzania korporacyjnego. Jego istotnym elementem jest współpraca obu podmiotów w zakresie analizy potencjału rynków i dzielenie się doświadczeniami w tym zakresie. Integracja dotyczy również kompetencji ludzi, pracujących w obu firmach, którzy biorą udział we wspólnych szkoleniach i warsztatach.

– Ten rok pokazał, że współpraca między BFF i Magellanem przebiega intensywnie i układa się bardzo dobrze. Do tej pory udało nam się z powodzeniem zakończyć większość z przewidzianych rok temu procesów integracyjnych – mówi Massimiliano Belingheri, CEO BFF Banking Group.

Wszystkie wdrażane zmiany w zakresie zarządzania korporacyjnego mają przyczynić się nie tylko do utrzymania przez BFF i Magellana pozycji lidera w swoich segmentach rynku oraz dalszej ekspansji na rynki Europy Środkowej i Wschodniej. Massimiliano Belingheri podkreśla również ideowy wymiar działalności biznesowej prowadzonej przez firmę:

– Naszą misją jest upowszechnianie w pełni wiarygodnych i zupełnie transparentnych praktyk biznesowych. Takich, które respektują i wspierają nie tylko rozwój biznesowy firmy, ale też rozwój osobisty ludzi ją tworzących.

Bliski Wschód kusi producentów słodyczy

Wobec stagnacji na rodzimym rynku, polscy producenci słodyczy coraz chętniej poszukują nowych kierunków zbytu. Nie ograniczają się przy tym do „sprawdzonych odbiorców”, czyli krajów UE – w ostatnim czasie wzrosło zainteresowanie rynkami z grupy MENA, a w szczególności Emiratami Arabskimi oraz Pakistanem.

Wartość polskiego rynku słodyczy jest szacowana na 13 mld zł, natomiast wartość samego eksportu – rosnącego w tempie 10-15 proc. rocznie –  to ok. 6 mld zł. Ekspansji zagranicznej sprzyja z pewnością fakt, że rodzime wyroby cukiernicze mogą pochwalić się wysoką jakością przy relatywnie niskich kosztach produkcji. Ponadto, poszukiwanie nowych, atrakcyjnych rynków zbytu to efekt stagnacji na polskim rynku słodyczy, spowodowanej m.in. przez nasilającą się konkurencję wewnętrzną oraz zewnętrzną, głównie z Ukrainy, oferującej dużo tańsze produkty. Dlatego też, polscy producenci coraz śmielej wychodzą ze swoją ofertą na zagraniczne rynki, nie ograniczając się przy tym do najbardziej „oddanych” odbiorców z UE, w tym przede wszystkim z Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Rodzime łakocie są już dostępne w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, jak również na Dalekim Wschodzie, np. w Chinach czy Wietnamie. Kolejnym, atrakcyjnym punktem na mapie eksportowej staje się też region MENA.

Pełen potencjału jak MENA

Skrót MENA oznacza grupę krajów z bliskiego wchodu i północnej Afryki (Middle East and North Africa). To region określany jako jeden z najszybciej rozwijających się rynków słodyczy i przekąsek na świecie. Jego wartość szacowana jest obecnie na 9 mld dolarów, a zgodnie z prognozami ekspertów, w latach 2015-2018 sprzedaż słodyczy ma we wspomnianym regionie wzrosnąć o kolejne 20 proc., natomiast przekąsek – o 24 proc[1]. Oznacza to więc ogromny potencjał i szansę dla polskich eksporterów, którzy zresztą zaczynają tę szansę dostrzegać. – Z roku na roku obserwujemy coraz więcej polskich stoisk na jednych z najważniejszych, międzynarodowych targach słodyczy i przekąsek, czyli Yummex Middle East w Dubaju. Dzięki temu, mamy szansę na promocję i budowanie wizerunku polskich produktów w rejonie MENA. Zwłaszcza, że konsumenci z innych krajów nie kojarzą jeszcze polskich marek słodyczy, co jest efektem eksportu głównie pod marki własne zagranicznych sieci handlowych – zauważa Arkadiusz Drążek z firmy Brześć produkującej słodycze i przekąski. Główną barierą dla promocji polskich marek na rynkach trzecich jest brak wystarczających środków finansowych, stąd też współpraca z zagranicznymi partnerami ogranicza się zwykle do produkcji pod marki własne.  

Nie tylko Emiraty Arabskie

Rodzimi producenci słodyczy postrzegają rejon MENA głównie w kontekście współpracy z Emiratami Arabskimi, choć równie interesującym kierunkiem staje się np. Pakistan. Jeszcze niedawno jego udział w ogólnej puli eksportu oscylował w okolicach 0,1 proc. Obecnie kraj ten rozwija się i bardzo dużo importuje, co przekłada się na fakt, że Polska notuje nawet dwucyfrowe wzrosty eksportu do Pakistanu w stosunku r/r. W jaki sposób polskie firmy nawiązują kontakty z partnerami biznesowymi z rynków trzecich? –  Najskuteczniejszym sposobem na budowanie relacji z kontrahentami z Bliskiego Wschodu jest obecność na wspomnianych wcześniej, międzynarodowych targach branżowych. Warto zainwestować również w certyfikaty niezbędne w krajach Bliskiego Wschodu, jak np. Halal przyznawany produktom nadającym się do spożycia przez muzułmanów – mówi Arkadiusz Drążek z firmy Brześć, która w ostatnim czasie rozpoczęła współpracę eksportową z Pakistanem.

[1] http://www.yummex-me.com.

Kurs dolara spada 7. kolejny dzień i wraca do 3,70 zł

Wystarczyła nieco bardziej jastrzębia wypowiedź Draghiego i nieco mniej jastrzębia Yellen, żeby kurs EUR/USD poszybował w górę, odciskając tym samym silne piętno na notowaniach złotego. W najbliższych dniach rynki globalne wciąż pozostaną głównym drogowskazem dla krajowego rynku walutowego.

Czwartkowe przedpołudnie na krajowym rynku walutowym upływa pod znakiem wzrostu notowań euro, przy jednoczesnym spadku kursu dolara. Ten ostatni traci 7. kolejny dzień, zbliżając się do silnego wsparcia na poziomie 3,70-3,7023 zł (minimum z marca 2016), które to wsparcie na początku miesiąca zatrzymało półroczne spadki USD/PLN. O godzinie 10:47 dolar kosztował 3,7098 zł, podczas gdy za euro trzeba było zapłacić 4,2393 zł. Zmiany te są odzwierciedleniem obserwowanego dziś wzrostu notowań EUR/USD do 1,1426 dolara.

Ostatni tydzień czerwca na rynku walutowym upływa pod znakiem banków centralnych. To liczne wypowiedzi przedstawicieli głównych banków centralnych generują zmienność na tym rynku. Wszystko zaczęło się od słów Mario Draghiego, prezesa Europejskiego Banku Centralnego (ECB), o ożywieniu gospodarczym i przejściowym charakterze ostatniego cofnięcia inflacji. Spowodowały one zmianę oczekiwań co do polityki monetarnej tego banku. Zaczęto prognozować, że już na jesieni bank zakomunikuje kolejne ograniczenie programu skupu aktywów, która to decyzja wejdzie w życie z początkiem 2018 roku. Jako, że jednocześnie wtorkowe wystąpienie Janet Yellen nie było tak jastrzębie jak zakładano, a dane makro z USA w tę retorykę się wpisywały, więc kurs EUR/USD poszybował w górę. Para ta dynamicznie wybiła się górą z 1,5-miesięcznej konsolidacji w przedziale 1,11-1,1284 dolara, co otworzyło drogę nawet do 1,15 dolara.

Skok notowań EUR/USD, który korelował z dużymi zmianami na europejskim rynku długu, wywarł silną presję na notowaniach złotego. Kurs USD/PLN systematycznie spadał, podczas gdy na EUR/PLN obserwować można było silne wahania w przedziale 4,20-4,26 zł.

W kolejnych dniach dolar może próbować atakować wsparcie na 3,70 zł, ale szanse na jego trwałe pokonanie nie wydają się teraz duże. To silne wsparcie, a krótkoterminowe wyprzedanie jest już spore. Ponadto sygnały docierające z banków centralnych (nie tylko z ECB, ale też Banku Anglii, Banku Kanady), nie są korzystne dla złotego. Normalizacja polityki monetarnej przez czołowe banki, w sytuacji gdy złoty był beneficjentem taniego pieniądza, to sygnał do realizacji zysków. Szczególnie, że jednocześnie oczekiwania co do podwyżek stóp procentowych w Polsce raczej się odsuwają niż przybliżają. Dlatego też można zakładać, że obecnie cały impet zmian EUR/USD będzie przyjmowała na siebie para EUR/PLN, podczas gdy USD/PLN pozostanie blisko 3,70 zł.

W czwartek w centrum uwagi rynku walutowego pozostaną doniesienia z Europy. Uwaga skoncentruje się przede wszystkim na zaplanowanej na godzinę 14:00 publikacji wstępnych szacunków niemieckiej inflacji, którą to poprzedzą analogiczne dane z poszczególnych landów. Prognozowany jest spadek inflacji CPI do 1,4 proc. R/R z 1,5 proc. w maju. Gdyby jednak była ona wyższa, to wpisałaby się we wcześniejsze sygnały z ECB, dając impuls do umocnienia euro.

Dziś też zostaną opublikowane dane o koniunkturze gospodarczej w Strefie Euro (godz. 11:00), a także raporty z USA nt. zasiłków dla bezrobotnych (godz. 14:30) i finalnego odczytu PKB za I kwartał br. (godz. 14:30). Wszystkie te publikacje nie powinny jednakże wywołać równie dużych emocji co inflacja w Niemczech.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Slashies – nowy typ pracownika

Mówiono już o pokoleniu X, Y, Z, teraz przyszła pora na slashies. Kim są? To przedstawiciele generacji millenialsów, którzy równocześnie poszukują inspiracji w różnych branżach i nie ograniczają się do jednego zajęcia czy zawodu. Takie podejście do zatrudnienia jest coraz bardziej widoczne wśród młodych mieszkańców dużych polskich miast. Jaki może mieć wpływ na rynek pracy i co oznacza to dla pracodawców?

Programista i malarz w jednej osobie

Łączenie kilku różnych ról – zawodów czy hobby to dla slashies nie problem, a sposób życia. Nazwa tej generacji pochodzi od angielskiego słowa slash, które oznacza ukośnik (łamane przez). Naraz mogą więc być na przykład copywriterami / studentami / programistami / muzykami lub baristami / malarzami / grafikami – możliwości połączeń jest nieskończenie wiele. Dla tych osób istotna jest zarówno praca, jak i pasja. Chcą je łączyć – zarabiać na tym, co lubią robić. A że zainteresowań mają wiele, angażują się w różne branże. – W tych osobach można dostrzec tak zwanych multipotencjalistów, czyli ludzi, którzy pasjonują się wieloma tematami, mają zadatki na rozwój w kilku dziedzinach i nie chcą wybierać tylko jednej z nich. Równocześnie odcinają się od rozumienia kariery jako osiąganych kolejno szczebli na drabinie sukcesu w jednej firmie na rzecz tworzenia całego portfolio różnorodnych aktywności zawodowych i nauki przez całe życie. Takie podejście do pracy raczej nie stanie się trendem dominującym, jednak jest coraz częściej spotykane wśród 20- i 30-latków mieszkających w dużych polskich miastach – zauważa Aleksandra Budzińska, Młodszy Konsultant ds. Rekrutacji z firmy doradczo-szkoleniowej Integra Consulting Poland.

Elastyczność i planowanie

Slashies działają bardzo aktywnie na wielu płaszczyznach, dlatego u pracodawców cenią sobie elastyczność i sami też się nią charakteryzują. Równocześnie do perfekcji opanowują sztukę planowania, która pozwala im znaleźć czas na wszystko, co chcą robić. Zdarza się, że odpoczywając mają poczucie, że marnują czas, który ich zdaniem mogliby wykorzystać bardziej produktywnie. Niektórzy badacze zastanawiają się nad tym, czy długotrwałe funkcjonowanie w ten sposób nie będzie skutkowało przepracowaniem i w efekcie zbyt małą ilością snu czy czasu dla najbliższych. Tymczasem slashies wychodzą z założenia, że w każdym momencie mogą zrezygnować z któregoś z zajęć, jeśli przestanie ich pasjonować lub zacznie ich przerastać zbyt duża liczba aktywności. Bez problemu przełączają się więc z jednej roli na drugą – na przykład w ciągu dnia studiują lub pracują na etacie, popołudniami poświęcają się swojemu hobby, a wieczorami czy w weekendy podejmują się dodatkowych, dorywczych zleceń. – Funkcjonowanie na co dzień poza schematami, w różnych środowiskach i kontekstach może dać szerszą i unikalną perspektywę, prowadzić do otwartości i przełamywać bariery przed podejmowaniem ryzyka. Łączenie kilku etatów pozwala lepiej wykorzystać potencjał i daje możliwość zdobywania szerszego spektrum kompetencji, nowych doświadczeń. Osoby, które czerpią inspiracje, idee i trendy z różnych branż, często mogą zaoferować swoim pracodawcom świeże spojrzenie i nieszablonowe pomysły wykraczające poza rozwiązania z jednej dziedziny – komentuje Aleksandra Budzińska.

Wyzwanie dla pracodawców

Slashies lubią różnorodność i angażują się w to, co robią, istnieje jednak niebezpieczeństwo, że szybko się znudzą, a nawet zakończą współpracę, jeśli zatrudniający nie będzie w stanie zapewnić im interesujących wyzwań. Docenią jednak menedżera, który dostrzeże także ich inne pasje i będzie starał się łączyć je z aktywnościami firmy lub co najmniej umożliwi ich realizację, na przykład poprzez indywidualne dostosowanie grafiku pracy. – Nie każde stanowisko wymaga bowiem fizycznej obecności w pełnym wymiarze godzinowym lub o określonej porze dnia, niektóre nakierowane są na bardziej zadaniowy tryb. Również rozwój nowych technologii znacznie ułatwia elastyczne formy zatrudnienia. Wiele zadań można wykonywać zdalnie w całości lub chociaż częściowo, wówczas łatwiej jest je pogodzić z innymi zajęciami. Młodzi ludzie cenią pracodawców, którzy indywidualnie podchodzą do ich potrzeb, między innymi tej dotyczącej aktywności na wielu polach równocześnie. To dobry sposób na wzbudzenie ich zaufania i lojalności – zauważa Aleksandra Budzińska z Integra Consulting Poland. Dla tych młodych ludzi spore znaczenie ma też kultura organizacji – ważne, żeby sprzyjała rozwojowi i dawała im poczucie, że są częścią czegoś ważnego.

Co na to rynek pracy?

Według specjalistów pojawienie się slashies wpłynie na rynek pracy, ale nie zadziała na niego – jak obawiają się niektórzy – jednoznacznie negatywnie. Obecnie można przecież podpisać umowę między innymi na pół etatu. Jest to częsta praktyka na przykład studentów bądź rodziców, którzy chcą jednocześnie wychowywać swoje dzieci. – Wielu pracodawcom indywidualne dostosowywanie  grafików nie przeszkadza i tak raczej pozostanie. Niektórzy jednak, ze względu na specyfikę branży, działalności lub stanowiska, będą nadal poszukiwać osób, które są dostępne w pełnym wymiarze godzin, a dodatkowo skupiają się na jednej konkretnej dziedzinie i inwestują swój czas w pogłębianie wiedzy czy zdobywanie umiejętności w jej zakresie. Mimo to coraz częściej będziemy słyszeć o łączeniu różnych ról. Z jednej strony to rozwiązanie jest bowiem odpowiedzią na potrzeby kandydatów, a z drugiej daje firmom możliwość zabezpieczenia realizacji ich celów biznesowych. Podczas gdy rekruterom trudno pozyskać talenty, elastyczność ze strony pracodawcy może zachęcić potencjalnych pracowników. Rynek musi być otwarty na takie rozwiązania – zauważa Aleksandra Budzińska. – Czy specjalista ds. HR, jeśli tylko wywiązuje się ze swoich zadań i realizuje cele organizacji, nie mógłby jednocześnie w weekendy lub wieczorami być baristą? Jedno jest pewne: każdy powinien robić to, co sprawia mu przyjemność i to, z czego obie strony czerpią wymierne korzyści – dodaje.

Deloitte: Już co trzecia transakcja na rynku dóbr luksusowych odbywa się online

Wyniki sprzedaży 100 największych firm z sektora dóbr luksusowych wyniosły w minionym roku obrotowym 212 mld dolarów, wobec 222 mld dolarów osiągniętych rok wcześniej. Popyt w tym sektorze opiera się głównie na konsumentach z rynków wschodzących, spośród których 70 proc. deklaruje, że w ciągu ostatnich pięciu lat zwiększyło swoje wydatki na dobra luksusowe. Mimo, że ich sprzedaż odbywa się wciąż głównie w sklepach tradycyjnych, to niemal połowa klientów uważa, że kanały cyfrowe na rynku dóbr luksusowych będą zyskiwały coraz większe znaczenie – wynika z raportu Deloitte „Global Powers of Luxury Goods 2017. The new luxury consumer”.   

Spadek sprzedaży w minionym roku obrotowym w branży dóbr luksusowych wyniósł 4,5 proc., jednak po uwzględnieniu łącznego wpływu kursów walutowych, odnotowujemy wzrost sprzedaży o 6,8 proc. Rok wcześniej był to wzrost o 3,6 proc. Aż 67 spółek miało wyższe przychody ze sprzedaży niż rok wcześniej. W przypadku 45 firm wynosiły one ponad miliard dolarów. Średni zysk netto dla całego TOP 100 wyniósł 9,7 proc. Średnia wartość sprzedaży przypadająca na jedną spółkę sięgnęła 2,1 mld dolarów, a żeby znaleźć się w zestawieniu trzeba było osiągnąć przychody na poziomie co najmniej 180 mln dolarów. Tylko sześć firm z czołowej setki odnotowało dwucyfrowy spadek sprzedaży w omawianym roku obrotowym. Połowa z nich to jubilerzy, czyli segment produktów charakteryzujący się dużymi wahaniami popytu.

Konsumenci z rynków wschodzących nadal decydują o rozwoju rynku dóbr luksusowych. „W Chinach, Rosji i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, czyli w krajach klasyfikowanych jako wschodzące rynki sprzedaży dóbr luksusowych, procentowy udział konsumentów, deklarujących wzrost wydatków w tym sektorze w ciągu ostatnich pięciu lat wyniósł 70 proc., tymczasem na rynkach bardziej dojrzałych, czyli w krajach UE, USA i Japonii klienci tacy stanowili 53 proc.” – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w dziale Konsultingu Deloitte.

Natomiast średnia dla wszystkich badanych krajów wyniosła 59 proc. Prawie połowa dóbr luksusowych jest kupowana przez konsumentów podróżujących za granicę (31 proc. w sklepach i 16 proc. na lotniskach). W przypadku klientów z rynków wschodzących wskaźnik ten wzrasta do 60 proc. Co ciekawe skłonność do kupowania towarów luksusowych poza krajem zamieszkania maleje wraz z wiekiem.

Jak się okazuje ceny tych samych towarów luksusowych w różnych krajach mogą się znacząco różnić. W Chinach, uwzględniając zmiany kursu dolara USA, są one o ponad 50 proc. wyższe niż w Europie.

Największą średnią różnicę obserwuje się w odniesieniu do zegarków i biżuterii, najniższa dotyczy torebek.

Milenialsi kupują towary luksusowe w Internecie

Jeżeli marki luksusowe chcą pozyskać nowych, w tym młodych klientów, muszą dotrzymywać kroku zmianom technologicznym i stale unowocześniać swoje produkty, nie tracąc przy tym ich unikatowego charakteru. „Jak pokazało badanie Deloitte 63 proc. zakupów towarów luksusowych ma miejsce w sklepach tradycyjnych, ale rola e-commerce rośnie, szczególnie wśród młodych konsumentów. I tak w przypadku przedstawicieli pokolenia milenialsów odsetek towarów luksusowych zakupionych on-line wynosi 42 proc., podczas gdy w generacji powojennej wskaźnik ten wynosi jedynie 28 proc.” – wyjaśnia Mariusz Chmurzyński, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte, członek Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich.

Zdaniem prawie połowy badanych (48 proc.) kanały cyfrowe będą zyskiwać na znaczeniu w sprzedaży towarów luksusowych, a 37 proc. uważa, że dobra luksusowe i nowoczesne technologie będą coraz ściślej powiązane. Dla konsumentów towarów luksusowych najważniejsza jest ich wysoka jakość (88 proc.) oraz poczucie szczęścia i komfortu, które daje im ich posiadanie (82 proc.). Od producentów klienci oczekują większej personalizacji (45 proc.), nagród za lojalność (44 proc.) oraz zwiększonej liczby kanałów zakupowych (39 proc.).

Eksperci Deloitte wskazują, że choć źródłem wzrostu dla producentów dóbr luksusowych są rynki wschodzące, to jednocześnie największymi graczami w tym sektorze pozostają następujące kraje europejskie: Włochy (26 firm w zestawieniu), Szwajcaria, Francja i Wielka Brytania (po 10 firm) oraz USA (15). Największy udział w sprzedaży mają firmy francuskie (23,9 proc.) oraz amerykańskie (21,3 proc.).

Jak dotąd żadna z polskich firm nie znalazła się w zestawieniu producentów dóbr luksusowych, choć rynek ten rozwija się dynamicznie. Według danych Euromonitora w 2016 roku sprzedaż w tym segmencie wzrosła w naszym kraju o 5 proc. – Polska staje się coraz bardziej atrakcyjna dla luksusowych marek z całego świata, choć wciąż znajdujemy się w początkowym stadium rozwoju. Popyt napędzany jest nie tylko przez osoby o bardzo wysokich dochodach, ale także przez konsumentów z tzw. klasy średniej, jak i również zagranicznych turystów coraz częściej odwiedzających Warszawę, Kraków, Poznań, Wrocław czy Gdańsk – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w dziale Konsultingu Deloitte.

Najbardziej rentowni producenci szerokiego asortymentu dóbr luksusowych

W minionym roku obrotowym pierwsze miejsce wśród 100 największych producentów dóbr luksusowych ponownie zajął francuski koncern LVMH, w którego portfolio znajdują się m.in. Louis Vuitton czy Marc Jacobs. Na podium znalazł się także producent m.in. biżuterii i zegarków Compagnie Financiere Richemont oraz koncern kosmetyczny Estée Lauder. Pierwsza dziesiątka zanotowała wzrost 9,6 proc., a więc więcej niż wzrost przychodów TOP 100. Producenci z TOP 10 wygenerowali w sumie 48,1 proc. sprzedaży całej pierwszej setki.

W raporcie znalazło się także podsumowanie TOP 20, grupujące najszybciej rozwijające się firmy w tej branży. W tym roku miejsce dotychczasowego lidera (Kate Spade & Company) zajęła włoska firma Marcolin Group, której przychody w ciągu roku wzrosły o 20,1 proc., a w latach 2013-2015 o 43,1 proc.

W zestawieniu TOP 100 największych producentów dóbr luksusowych na świecie pojawiło się w tym roku dziesięć nowych firm. Najwięcej spółek w zestawieniu to tradycyjnie producenci ubrań i butów (41 firm), ale największy wzrost sprzedaży zanotowali producenci torebek i akcesoriów (o 13,4 proc.). Najwyższą rentowność sprzedaży osiągnęły z kolei firmy oferujące różnorodny asortyment dóbr luksusowych.

Transakcje M&A na rynku dóbr luksusowych

Rok 2016 cechował się wzmożoną aktywnością na rynku fuzji i przejęć w sektorze dóbr luksusowych– tak wynika z raportu Deloitte „Private Equity and Investors Survey 2017. Global report”.

W tym czasie na rynku globalnym zarejestrowano 211 transakcji głównie w sektorze: „Odzież i akcesoria” oraz „Zegarki i biżuteria”, (w Europie zawarto 14 transakcji), tj. o 70 więcej niż w 2015 roku.

Do najbardziej interesujących należały: przejęcie Elizabeth Arden przez Revlon, zakup przez Luxotticę marki luksusowych okularów Essilor, IT Cosmetics przez L`Oreal, oraz Donna Karan przez G-III Apparel.

Spośród wszystkich transakcji fuzji i przejęć, 68 proc. zostało przeprowadzonych przez strategicznych inwestorów, co oznacza wzrost o 73 transakcje w stosunku do 2015 roku, z kolei aktywność inwestorów finansowych nie zwiększyła się w stosunku do roku poprzedniego.

Sektor dóbr luksusowych cieszy się stałym zainteresowaniem inwestorów nie tylko branżowych, ale także funduszy private equity. W 2017 roku 90 proc. funduszy rozważa możliwość ulokowania kapitału w branży mody i dóbr luksusowych a zwiększenie zainteresowania dotyczy takich segmentów jak „Odzież i akcesoria” (inwestycje planowane przez 68 proc. respondentów), „Kosmetyki i perfumy” (49 proc.), Digital (21 proc.) oraz „Zegarki i biżuteria” (21 proc.), który cieszy się niesłabnącą popularnością pomimo spowolnienia na rynkach azjatyckich, spadku konsumpcji oraz presji ze strony nowych graczy
(m.in. marek „contemporary”).

„Sektor dóbr luksusowych jest wciąż popularny wśród inwestorów głównie ze względu na rozwój nowych technologii w tym digitalizację procesów zakupowych marek luksusowych, wysoką odporność na wahania koniunktury gospodarczej. Co więcej, branże te osiągają ponad przeciętne wyniki, co ma również odzwierciedlenie w wycenach tych spółek. W 2016 roku, 37 proc. transakcji osiągnęło mnożniki ponad 15krotność EBITDA a 34 proc. w przedziale 11-15krotności EBITDA” – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Zdaniem ponad połowy inwestorów w perspektywie kolejnych trzech lat branża mody i dóbr luksusowych nadal będzie rosła o 5-10 proc. rocznie, co jest zgodne z oczekiwaniami zeszłorocznymi. Wzrost szczególnie przewidywany jest w segmencie „Digital”, „Kosmetyki i perfumy”, dla których prognozy są coraz bardziej optymistyczne.

TOP 10 rankingu „Global Powers of Luxury Goods”

Miejsce w rankingu Nazwa firmy Wybrane marki Kraj pochodzenia Przychody ze sprzedaży netto (mln dolarów) Wzrost przychodów ze sprzedaży netto rok do roku (w proc.)
1 LVMH Moët Hennessy Louis Vuitton SA Louis Vuitton, Fendi,

Donna Karan, Marc Jacobs

Francja 22 431 15,2
2 Compagnie Financiere Richemont SA Cartier, Montblanc Szwajcaria 12 232 6,4
3 Estée Lauder Companies Inc. Estée Lauder, Aveda,

Jo Malone

USA 11 262 4,5
4 Luxottica Group SpA  Ray-Ban, Oakley Włochy 9 815 15,5
5 Kering S.A.

 

Gucci,

Bottega Veneta Saint Laurent

 

Francja 8 737 16,4
6 Swatch Group Ltd. Longines, Omega,

Rado

Szwajcaria 8 508 -3,0
7 L’Oréal Luxe Biotherm, Lancôme Francja 8 031 16,7
8 Ralph Lauren Corporation Ralph Lauren, Polo Ralph Lauren, Purple Label USA 7 405 -2,8
9 Chow Tai Fook Jewellery Group Limited Hearts on Fire Hong Kong 7 295 -11,9
10 PVH Corp. Tommy Hilfiger, Calvin Klein USA 6 292 -2,3

 

O raporcie „Global Powers of Luxury Goods 2017. The new luxury consumer”

Raport skupia się na czterech szeroko pojmowanych kategoriach dóbr luksusowych: ekskluzywnej odzieży, torebkach
i akcesoriach, biżuterii i zegarkach oraz kosmetykach i perfumach. W raporcie nie uwzględnia się luksusowych samochodów, podróży i obsługi turystycznej, łodzi i jachtów, sztuki i kolekcjonerstwa oraz luksusowych win, wódek i koniaków. Rozdział „Nowy konsument dóbr luksusowych” przedstawia wyniki ankiety przeprowadzonej na próbie ponad 1 300 konsumentów z jedenastu krajów (Chiny, Francja, Niemcy, Włochy, Japonia, Rosja, Hiszpania, Szwajcaria, ZEA, Wielka Brytania i USA).

Ropa tania tylko do końca roku

Pomimo przykręcenia kurka przez głównych producentów, cena surowca spadła poniżej 50 dolarów za baryłkę. Pytanie czy to trend, czy przejściowy spadek. Według prognoz na koniec roku ropa może podrożeć do 60 USD.

Amerykanie idą na rekord. Energy Information Administration szacuje, że dzienne wydobycie ropy w przyszłym roku wyniesie 10 mln baryłek. To najwyższy poziom od 1970 roku, kiedy rafinerie w USA pompowały  codziennie 9,6 mln baryłek. Już teraz dzienna produkcja wynosi 9,3 mld baryłek i jest o 10 proc. wyższa niż w połowie 2016 r. Rośnie wydobycie ropy, gdyż Amerykanie stale zwiększają liczbę szybów wiertniczych. Jak podaje firma Baker Hughes, w pierwszym tygodniu czerwca czynnych było 741 odwiertów, najwięcej od kwietnia 2015 r.

Przecena ropy

Podczas gdy Amerykanie rozbudowują przemysł naftowy, ceny ropy na światowych rynkach spadły w maju do 46 dolarów za baryłkę. W kolejnych tygodniach surowiec nadal taniał. I to pomimo zapowiadanego przez kraje OPEC oraz Rosję utrzymania cięć w produkcji ropy aż do końca I kwartału 2018 r. Pierwotnie, zgodnie z porozumieniem, które weszło w życie w styczniu tego roku, ograniczenia miały obowiązywać do czerwca. – Wbrew oczekiwaniom kartelu, przykręcenie kurka nie zmniejszyło w wystarczającym stopniu nadwyżki ropy w magazynach na świecie, co było głównym celem OPEC i Rosji. Ceny zamiast rosnąć, zaczęły spadać, osiągając poziom 47 dolarów – mówi Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima.

Przecena w maju była reakcją rynku na informacje o wzroście stanu magazynów w USA o 3,5 mln baryłek. To pierwsza nadwyżka po ośmiu tygodniach spadków zapasów. Pomimo cięć wydobycia u największych światowych producentów, podaż surowca wciąż jest duża. Po części jest to efekt niepełnej lojalności sygnatariuszy porozumienia. Według S&P Global Platt, w maju dzienna produkcja w krajach kartelu była wyższa o 270 tys. baryłek niż przyjęty limit, osiągając poziom 93,5 mln baryłek. Ponadto, nie wszyscy liczący się producenci ropy przystąpili do umowy. Nie ma wśród nich Libii, Nigerii i oczywiście USA.

Niedźwiedzie kontra byki

25 maja br. kraje OPEC i Rosja podpisały nowe porozumienie, zgodnie z przewidywaniami wydłużając okres limitowania wydobycia do końca I kwartału 2018 r. Od czerwca ceny ropy po czterech tygodniach spadków zaczęły rosnąć. Zdaniem części analityków jest to odreagowanie wcześniejszego dołka, które nie zmienia ogólnej perspektywy rynku. Ten, w coraz większym stopniu, pozostaje pod wpływem niedźwiedzich nastrojów. Redukcja wydobycia przez głównych producentów wcale nie musi oznaczać wzrostu cen, ponieważ system reglamentacyjny jest nieszczelny. Poszczególni uczestnicy porozumienia łamią ustalone limity. Nadwyżkę magazynową trudno więc ograniczyć, co minimalizuje potencjał wzrostu cen surowca. Zmniejszeniem produkcji nie jest zainteresowany również Iran. Nie wiadomo też czy uda się utrzymać solidarność kartelu, która w związku z kryzysem wokół Kataru poddawana jest próbie.

Nadzieja w popycie

Według analityków spadek cen ma przejściowy charakter i jest głównie reakcją na zaskakujące dane o zapasach w USA. Przyglądając się jednak dokładniej, okazuje się, że nadwyżka jest wynikiem transferu strategicznych rezerw rządowych do prywatnych magazynów. Poza tym, część ropy została przepompowana z trudnych do śledzenia zbiornikowców do urządzeń naziemnych, gdzie łatwiej obliczyć rzeczywistą wielkość zasobów surowca. To wpłynęło na dokładne doszacowania zapasów.

– Nadwyżka jest więc w dużej części zjawiskiem o charakterze przejściowym i technicznym. Szanse na realizację celów nakreślonych przez kraje OPEC, czyli wzrost cen poprzez ograniczenie podaży, są duże – dodaje Piotr Marciniak.

Choć członkom kartelu trudno jest utrzymać solidarność i jedność, determinacja do zachowania układu jest duża. Każdy z uczestników porozumienia jest w istotnym stopniu uzależniony od wpływów ze sprzedaży ropy, dlatego wzrost cen jest dla ich budżetów sprawą kluczową. Jak na razie ograniczone jest też ryzyko ze strony amerykańskich nafciarzy. Produkcja w USA rośnie, jednak miejscowe rafinerie są bardzo wrażliwe na cenę surowca.

Analitycy Domu Maklerskiego BGŻ BNP Paribas oraz BNP Wealth Management spodziewają się, że cena ropy przekroczy 50 dolarów za baryłkę, a pod koniec roku, kiedy obniżą się stany zapasów w USA, dojdzie do 60 USD.

Nieco ostrożniejsi w prognozach są eksperci Saxo Bank, choć również spodziewają się odbicia na rynku ropy. Główną przesłankę stanowi wzrost popytu na surowiec w Chinach, których gospodarka nabiera rozpędu. Poza tym Pekin odbudowuje strategiczne rezerwy paliw.

Jednak nie tylko Chiny są przyczyną takiego stanu rzeczy. Zdaniem Saxo Banku wstrzymanie inwestycji w infrastrukturę wydobywczą w ostatnich dwóch latach, gdy ceny ropy gwałtownie spadły, ograniczy moce produkcyjne, które nie będą w stanie zaspokoić rosnącego popytu. W konsekwencji z rynku zacznie odpływać nadwyżka surowca, dźwigając w górę ceny.

Przedsiębiorcy już liczą straty wynikające z Nowelizacji Ustawy o gazie

Wzrost kosztów wytworzenia produktów, utrata konkurencyjności na rynkach zagranicznych i w kraju oraz wizja grupowych zwolnień pracowniczych – takie wnioski płyną z badania przeprowadzonego wśród polskich firm przez Hermes Energy Group w ciągu 2 dni po głosowaniu Sejmowej Komisji Energii i Skarby Państwa nad Nowelizacją Ustawy o zapasach ropy i gazu.

Prawie połowa firm (45,2%) przewiduje, że wzrost ceny gazu, będący efektem nowelizacji przepisów o zapasach ropy i gazu, wpłynie na podwyżkę ceny ich produktu o 3 proc. Ponad 25 proc. przedsiębiorstw obawia się, że podwyżka ta zmieni ceny ich finalnych produktów o 4-5 proc. a 12 proc. uznało, że kwota ta może być większa niż 5 proc..

wykres1Jednocześnie prawie połowa badanych firm obawia się negatywnych skutków wzrostu cen gazu w postaci ograniczenia kosztów działalności i redukcji  zatrudnienia pracowników, w celu zachowania opłacalności biznesu.

Badanie objęło ponad 40 dużych przedsiębiorstw działających w branży produkcyjnej, wodnej i oczyszczania ścieków, chemicznej , hotelarskiej i turystycznej, motoryzacyjnej oraz handlu detalicznego. Badanie miało formę anonimowej ankiety online prowadzonej w okresie 20-23.06.2017.

Union Investment TFI odświeżyło swój fundusz akcji dywidendowych

Union Investment TFI odświeżyło proces inwestycyjny subfunduszu UniAkcje Dywidendowy. Dzięki temu zarządzający zyskał dodatkowy oręż, który umożliwi mu jeszcze szybsze reagowanie na informacje płynące z rynku i ze spółek. Z korzyścią dla stopy zwrotu.

UniAkcje Dywidendowy jest obecny na rynku od 2013 roku. Inwestuje w akcje wyłącznie wyselekcjonowanych spółek dywidendowych. Trzon jego portfela stanowią akcje notowane na giełdach w Europie Środkowo-Wschodniej, m.in. w Polsce, Czechach i na Węgrzech. Od połowy 2016 roku subfundusz poszukuje okazji inwestycyjnych także na rynkach rozwiniętych Europy Zachodniej.

W ramach odświeżenia procesu inwestycyjnego zarządzający Union Investment TFI dokonali gruntownego przeglądu oraz analizy spółek europejskich, w które zgodnie ze swoim statutem może inwestować subfundusz i stworzyli spektrum inwestycyjne.

– Efektem naszej pracy jest dodanie do spektrum inwestycyjnego spółek, które spełniają wyśrubowane kryteria i potencjalnie mogą znaleźć się w portfelu subfunduszu – mówi Tomasz Matras, zastępca dyrektora inwestycyjnego w Union Investment TFI i zarządzający UniAkcje  Dywidendowy.

– Wprowadzone ulepszenie zoptymalizowało proces zarządzania, dzięki czemu subfundusz będzie jeszcze bardziej aktywny niż dotychczas. Powinno to korzystnie wpłynąć na osiągane stopy zwrotu – dodaje zarządzający.

Spektrum inwestycyjne od kuchni

Tworzenie spektrum inwestycyjnego UniAkcje Dywidendowy przebiegało dwuetapowo. Na pierwszym etapie zarządzający określili podstawowe warunki, które spółki musiały bezwzględnie spełnić. – Do portfela trafiają wyłącznie te spółki, które mają przyjętą politykę dywidendową oraz przynajmniej trzy razy w ciągu ostatnich pięciu lat wypłaciły dywidendę. Istotne jest także wysokie prawdopodobieństwo, że w przyszłości w dalszym ciągu będą ją wypłacały. Stopa dywidendy (dividend yield) również musi być odpowiednio wysoka. Zwracamy też uwagę, czy wartość dywidendy wypłacanej przez spółkę rośnie, ponieważ oznacza to, że dana firma się rozwija – mówi Tomasz Matras.

W odniesieniu do spółek spełniających te kryteria zarządzający zastosowali autorski model punktacyjny. Na drugim etapie wszystkie spółki, które przeszły eliminację były szczegółowo analizowane pod względem parametrów fundamentalnych (kondycja finansowa, przewagi konkurencyjne, jakość zarządzania przedsiębiorstwem etc.) oraz płynności akcji.

Finalnie zarządzający Union Investment TFI zdecydowali, że w spektrum inwestycyjnym znajdzie się 80-90 spółek. – Nie jest to sztywny limit. Liczba spółek może się zmieniać w zależności od sytuacji rynkowej – mówi Tomasz Matras.
– Poza okresowymi przeglądami dopuszczamy także doraźne korekty. Jeśli jakaś spółka się wyróżni, może zostać wciągnięta na listę. Jeśli natomiast pojawi się okoliczność dyskwalifikująca, zostanie ze spektrum usunięta – dodaje.

Subfundusz UniAkcje Dywidendowy (wydzielony w funduszu parasolowym UniFunduszeFIO) działa od 30 kwietnia 2013 roku. Jest on skierowany do szerokiego grona inwestorów. Minimalna pierwsza i kolejna wpłata wynosi 100 zł. W 2016 roku UniAkcje Dywidendowy wypracował 16,4% zysku.

Imigranci z Afryki i Syrii nie są ratunkiem dla polskiego rynku pracy

Pracodawcy w Polsce w wielu sektorach odczuwają deficyt kadry i wyrażają większą skłonność do sięgania po pracowników z zagranicy. Oprócz Ukraińców, którzy już zdążyli się zadomowić, w kolejce po pracę ustawiają się Gruzini czy Białorusini. Przed naszym krajem również perspektywa imigracji z Syrii i Afryki. Eksperci Work Service Ukraine podkreślają jednak, że nie każdy imigrant jest w stanie przyczynić się do lepszego funkcjonowania polskiego rynku pracy. Obywatele Bliskiego Wschodu czy Afryki ze względu na argumenty ekonomiczne nie będą masowo wybierali Polski jako swojego kraju docelowego, a różnice kulturowe czy społeczne znacząco utrudnią asymilację do polskich warunków pracy.

Powodów, dla których imigranci z Bliskiego Wschodu oraz Afryki nie przyczynią się do poprawy sytuacji na polskim rynku pracy, jest kilka. Ogólnie można je podzielić na ilościowe, związane z warunkami ekonomicznymi w naszym kraju, które nadal są mniej atrakcyjne niż w wielu zachodnich gospodarkach, oraz jakościowe, w tym społeczne i kulturowe – mówi Krzysztof Inglot, Dyrektor Zarządzający Work Service Ukraine.

Polska mało atrakcyjna dla imigrantów

Jednym z ważniejszych kryteriów wyboru docelowego kraju dla imigrantów czy uchodźców, oprócz poszukiwania schronienia, są warunki ekonomiczne na miejscu. Chodzi tutaj głównie o oferowaną pomoc socjalną czy możliwe zarobki. Z tego punktu widzenia, Polska nadal nie może konkurować z lepiej rozwiniętymi gospodarkami zachodnimi, gdzie płace są nawet trzykrotnie wyższe, a pomoc socjalna w wielu aspektach jest atrakcyjniejsza. W związku z tym do Polski napływa niewielu imigrantów m.in. z Syrii, na co wskazują najnowsze dane Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

W pierwszych miesiącach 2017 roku zaledwie nieco ponad dwudziestu obywateli Syrii złożyło wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej w Polsce. Natomiast w całym 2016 roku było to czterdzieści kilka osób. To niewiele biorąc pod uwagę, że jak podaje Eurostat, w ubiegłym roku Niemcy udzieliły azylu aż 295 tys. obywateli Syrii, Szwecja prawie 45 tys., a Wielka Brytania 1850 osobom. To pokazuje, że Polska nie jest pierwszym wyborem dla imigrantów. Podobnej tendencji można spodziewać się w przypadku obywateli z Afryki, którzy według Ministra Współpracy i Rozwoju Niemiec ruszą masowo do Europy – mówi Krzysztof Inglot.

Różnice kulturowe nie bez znaczenia

Przychylność pracodawców w Polsce względem pracowników z Ukrainy wynika w dużej mierze z bliskości kulturowej obu narodów. Dzięki temu łatwiej przełamać bariery, w tym językową czy obyczajową. Kultura imigrantów z Afryki czy krajów Bliskiego Wschodu różni się od obowiązującej w kraju nad Wisłą. To powoduje, że dopasowanie napływających pracowników do oczekiwań pracodawców, może być trudniejsze. Pierwszą barierą jest język. Jest to utrudnienie dla znaczącej większości firm, które na co dzień posługują się wyłącznie językiem polskim. I choć zdarza się, że komunikacja w firmach w Polsce jest prowadzona w języku angielskim, nadal jest to niszowe zjawisko.

Ważny aspekt stanowi też mentalność i nastawienie do pracy. Według statystyk OECD, pokazujących przeciętną liczbę godzin przepracowanych przez jedną osobę zatrudnioną, polscy pracownicy znaleźli się na piątym miejscu. W Europie pod tym względem wyprzedzają polskich pracowników jedynie zatrudnieni w Grecji. Oznacza to, że praca w Polsce wymaga dużego zaangażowania. Dodatkowo, polscy pracownicy są bardzo wydajni, o czym świadczy m.in. skłonność unijnych pracodawców do zatrudniania pracowników z Polski czy decyzje międzynarodowych koncernów, przenoszących produkcję do naszego kraju. Napływający imigranci będą musieli brać to pod uwagę.

Niesprzyjającej nastroje społeczne

Jak wskazuje CBOS, od maja 2015 roku Polacy są sceptycznie nastawieni do relokacji uchodźców przybyłych do Unii Europejskiej z Bliskiego Wschodu i Afryki. Co więcej, od grudnia 2015 roku odsetek zdecydowanych przeciwników przyjęcia części uchodźców przybywających do Europy jest wyższy niż łączny odsetek umiarkowanych i zdecydowanych zwolenników. Z ostatnich danych, opublikowanych w kwietniu 2017 roku wynika, że relokacji osób z Bliskiego Wschodu i Afryki sprzeciwia się trzy czwarte (74%) badanych, przy czym dominującą odpowiedzią jest zdecydowany sprzeciw (43%). Za przyjęciem uchodźców opowiada się w sumie nieco więcej niż jedna piąta Polaków (22%). Inaczej sprawa wygląda w przypadku obywateli Ukrainy. Polacy są zdecydowanie przychylniej nastawieni do przyjmowania uchodźców z tego kraju. W kwietniu tego roku za udzieleniem im schronienia opowiadało się ponad połowa (55%) badanych, a przeciwnych jest dwóch na pięciu (40%).

– Uchodźcy z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki nie są ratunkiem dla polskiego rynku pracy. Zarówno z punktu widzenia przychylności społecznej, jak i bliskości kulturowej. Trzeba też pamiętać, że głównie są to imigranci socjalni a nie zarobkowi. Dlatego dla pracodawców lepszym rozwiązaniem jest zatrudnianie pracowników z Ukrainy. Oni chcą pracować w naszym kraju, o czym świadczą dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej za 2016 rok. W ramach uproszczonej procedury zatrudnienia obcokrajowców firmy deklarowały zatrudnienie 1,3 mln osób. Ponad milion to Ukraińcy. Warto też zwrócić, uwagę, że pomimo zniesienia wiz dla Ukraińców, którzy mogą teraz swobodnie podróżować po krajach Unii Europejskiej, z danych Fundacji Inicjatywy Demokratyczne wynika, że tylko 22% z nich chciałoby znaleźć pracę w szarej strefie dzięki temu rozwiązaniu (wiza nie pozwala na podjęcie pracy). A to oznacza, że dla obywatela Ukrainy liczy się legalność zatrudnienia, o którą w Polsce nie jest trudno, bo m.in. agencje zatrudnienia takie jak nasza, pomagają w załatwieniu wszystkich formalności – podsumowuje Krzysztof Inglot z Work Service Ukraine.