Firmy mają 19 mld do oddania, należności rosną zamiast maleć

  • Mniej niż co drugie przedsiębiorstwo płaci w Polsce w terminie, dla porównania w Niemczech 8 na 10.
  • Zaległości firm wobec banków i kontrahentów to już 19 mld złotych.
  • Pomimo wzrostu PKB i dobrej sytuacji w gospodarce należności firm wobec ich kontrahentów rosną zamiast maleć.

Zatory płatnicze to jeden z największych problemów polskiej gospodarki. Z danych BIG InfoMonitor i BIK wynika, że zaległości firm wobec kontrahentów i banków wynoszą już 19 mld zł.

Biznes najlepiej robić z Duńczykiem

Najbardziej komfortowo (i uczciwie) według raportu Bisnode działają firmy duńskie, aż 86,5% z nich płaci zobowiązania w terminie. Robi tak też 8 na 10 przedsiębiorstw w Niemczech. Szybciej od nas płacą też Węgrzy (55% terminowych rozliczeń). W Polsce ustaleń dotyczących terminu płatności dochowuje znacznie mniej niż połowa firm (jeszcze gorzej jest we Francji, Grecji czy Portugalii). W 2016 r. nad Wisłą w terminie zapłacono 43,5 proc. faktur. To podobnie jak w 2015 roku, ale wzrosła liczba najmocniej opóźnionych płatności. W ubiegłym roku, aż 12% faktur zapłacono 120 (lub więcej) dni po terminie określonym na dokumencie. W tym zakresie „przodujemy” w całej Europie. Od Grecji, gdzie tylko 4,1% faktur jest przeciąganych ponad 120 dni, czy Portugalii (6,6%) moglibyśmy się uczyć terminowości. W Polsce w ciągu dwóch lat, od 2014 roku, zanotowano wzrost udziału płatności z najdłuższym terminem – o 4 pkt. proc.

– Nazwałbym to raczej pogłębieniem się problemów trapiących polski biznes od lat. Nie dość, że więcej niż co drugi przedsiębiorca nie płaci w terminie, to jeszcze co dziesiąty na pieniądze każe czekać ponad 120 dni. To 4 miesiące od wykonania pracy czy wyprodukowania towaru! Wiele firm, szczególnie o krótkim stażu, bez ugruntowanej pozycji i dużej ilości rezerwowych środków na rachunku, ma kłopoty z przetrwaniem w takich realiach. Dlatego coraz popularniejsze są rozwiązania finansowe – jak np. faktoring – pozwalające prowadzącym firmę znacznie szybciej otrzymać zasłużone pieniądze. Widzimy stale rosnące zainteresowanie przedsiębiorców takim wspieraniem ich rozwoju i bieżącej działalności. Ten trend pokrywa się z rosnącymi problemami z płatnościami – ocenia Piotr Gąsiorowski – Prezes Zarządu eFaktor S.A.

Firm z nieco krótszymi zobowiązaniami opóźnionymi o 60 dni (na kwotę co najmniej 500 zł) było w bazach BIG i BIK aż 183,2 tys.

Uwaga szczególnie na handel hurtowy czy transport

Nieterminowe płatności są przez przedsiębiorców wymieniane jako jedna z najpoważniejszych barier rozwoju biznesu. W dodatku problem jednej firmy przenosi się na inne, bo żeby opłacić swoich podwykonawców, zarządzający biznesem musi otrzymać należne mu pieniądze. 23,9 proc. ankietowanych przez firmę Atradius przedsiębiorstw podało, że ze względu na opóźnienia w płatnościach od kontrahentów zmuszeni byli przełożyć regulację zobowiązań na rzecz swoich dostawców.

Przeciętne terminy oczekiwania na płatności są coraz dłuższe, choć nie świadczy to o tarapatach finansowych przedsiębiorstw, bo według szacunków Atradius całkowity brak zapłaty dotyczy w Polsce tylko ok. 1 proc. wszystkich faktur z ostatnich 12 miesięcy. Opóźnianie przelewu stało się więc raczej normą i modelem biznesowym. Powody do zmartwień mają szczególnie przedsiębiorcy działający w handlu hurtowym, górnictwie i transporcie. Dla firm z tych branż to ogromny problem, a skutki są długofalowe.

Dla przykładu przedsiębiorstwa transportowe wprawdzie zazwyczaj mogą serwisować pojazdy na kredyt, ale płacąc z opóźnieniem, po otrzymaniu przelewu od klienta, wydają na te i inne usługi znacznie więcej. To zmniejsza ich zyskowność i szanse na rozwój. Dlatego z pewnością przy istniejących realiach w gospodarce warto wcześniej zabezpieczyć środki na bieżącą działalność.

– Problemem są nie tylko opóźniane płatności, ale same terminy zapłaty wpisywane na fakturach. Bardzo często to 90 czy nawet ponad 100 dni. Jeśli do tego dodamy ilość dni „przetrzymania” należności w wielu przypadkach okres oczekiwania na zapłatę wynosi nawet 8 miesięcy. Przedsiębiorcy działający w handlu hurtowym czy transporcie są naszymi częstymi klientami. Chcielibyśmy, aby wynikało to z ich dalekowzroczności i planowania rozwoju, bo w takim przypadku faktoring także spełnia swoją rolę. Częściej jednak zgłaszają się do nas, bo szukają szybszego dostępu do gotówki ze względu na brak środków. Przetrzymują je ich partnerzy biznesowi, a warto dodać, że są to należności za usługi już wykonane i do których zamawiający nie miał żadnych zastrzeżeń.

mówi Piotr Gąsiorowski – z eFaktor.

W przypadku małych firm – a badania pokazują, że właśnie te z wyegzekwowaniem płatności mają największy problem – szybkie otrzymanie przelewu może oznaczać być albo nie być. Silna pozycja dużych firm powoduje, że potrafią zmienić terminy płatności na fakturze jednostronną decyzją, nawet bez konsultacji z partnerami. W takich realiach biznesowych, w Polsce lepiej wcześniej zabezpieczyć środki niż ryzykować utratę płynności.

Sebastian Buczek: Quercus TFI zadowolony ze zmian w RN Skarbiec

Quercus TFI, którego fundusze posiadają prawie 7 proc w kapitale Skarbiec Holding S.A., z zadowoleniem przyjął decyzję Walnego Zgromadzenia Skarbiec akcjonariuszy w sprawie powołania do składu Rady Nadzorczej spółki dwóch, nowych członków: Raimondo Egginka oraz Andrzeja Sołdka.

To pozytywny sygnał dla spółki i rozsądny kompromis. Nowi członkowie zapewnią profesjonalny nadzór nad działalnością zarządu oraz gwarancję poszanowania większościowych oraz mniejszościowych akcjonariuszy. To jednocześnie czytelny, pozytywny sygnał dla pracowników i klientów Skarbca, świadczący o stabilizacji sytuacji w spółce.’’ – podkreśla Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI.

RODO – zmiany dla przedsiębiorców w obszarze ochrony danych osobowych od 2018 r.

W dniu 4 maja 2016 r. ogłoszony został tekst Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uczelnia dyrektywy 95/45/WE – w Polsce bliżej znanego jako Rozporządzenie o ochronie danych osobowych, w skrócie RODO. Rozporządzenie weszło w życie przy czym, zgodnie z przepisami przejściowymi, będzie mieć zastosowanie od 25 maja 2018 r. Warto już dziś zapoznać się z nowymi regulacjami i przygotować do zmian, gdyż prowadzenie działalności niezgodnie z przepisami RODO będzie skutkowało obciążaniem karami administracyjnymi sięgającymi nawet kilkudziesięciu milionów euro.

RODO znacznie poszerza definicję danych osobowych, określając je jako informacje o zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osobie fizycznej („osobie, której dane dotyczą”); możliwa do zidentyfikowania osoba fizyczna to osoba, którą można bezpośrednio lub pośrednio zidentyfikować, w szczególności na podstawie identyfikatora takiego jak imię i nazwisko, numer identyfikacyjny, dane o lokalizacji, identyfikator internetowy lub jeden bądź kilka szczególnych czynników określających fizyczną, fizjologiczną, genetyczną, psychiczną, ekonomiczną, kulturową lub społeczną tożsamość osoby fizycznej. Dane osobowe przetwarzane przez przedsiębiorstwa nie dotyczą tylko klientów. Są to również dane osobowe pracowników i innych osób świadczących usługi. Wszystko to sprawia, że prawie każdy przedsiębiorca zbierający jakiekolwiek dane od osób fizycznych, będzie objęty obowiązkami wynikającymi z RODO.

Ustawodawca unijny ostatecznie zdecydował o uregulowaniu kwestii profilowania, wykorzystywanego obecnie przez banki czy firmy marketingowe. Od maja 2018 r. profilowanie będzie dopuszczalne jedynie po spełnieniu ściśle określonych warunków. Doprecyzowane zostały także zasady pozyskiwania zgody osoby fizycznej na przetwarzanie jej danych osobowych. Preambuła RODO wskazuje, że zgoda powinna być wyrażona w drodze jednoznacznej, potwierdzającej czynności, która wyraża odnoszące się do określonej sytuacji dobrowolne, świadome i jednoznaczne przyzwolenie osoby, której dane dotyczą, na przetwarzanie dotyczących jej danych osobowych i która ma na przykład formę pisemnego (w tym elektronicznego) lub ustnego oświadczenia. Co więcej, jeżeli przetwarzanie odbywa się na podstawie zgody, Administrator musi być w stanie wykazać, że osoba, której dane dotyczą, wyraziła zgodę na przetwarzanie. Zapytanie o zgodę musi odbyć się w sposób jasny, językiem prostym, odróżniając się od pozostałych kwestii. Osoba udzielająca zgody ma jednak prawo w dowolnym momencie ją wycofać – musi to zostać jej umożliwione w tak samo łatwy sposób, w jaki ją wyrażała.

RODO przyznaje więcej praw osobom fizycznym, których dane są przetwarzane. Głównie są to:

  • prawo dostępu do danych przysługujące osobie, której dane dotyczą,
  • prawo do sprostowania i uzupełnienia danych,
  • prawo do usuwania danych (tzw. „prawo do bycia zapomnianym”),
  • prawo do ograniczenia przetwarzania danych,
  • prawo do przenoszenia danych,
  • prawo do sprzeciwu (w razie sprzeciwu Administrator danych będzie musiał wykazać m.in. nadrzędne prawnie uzasadnione podstawy do przetwarzania danych).

Elementem, na który RODO kładzie największy nacisk, jest zwiększona transparentność przedsiębiorstw w zakresie sposobu przetwarzania przez nie danych osobowych. Poza podstawowymi informacjami o tożsamości Administratora, danych kontaktowych czy celu przetwarzania, przedsiębiorstwa będą zobowiązane również m.in. do informowania osób fizycznych o okresie, przez który ich dane osobowe będą przechowywanie, konsekwencjach braku podania danych, zasadach profilowania, prawie wniesienia skargi do organu nadzorczego (UODO). Administratorzy wraz z Inspektorami (obecnymi ABI) będą również zobowiązani do oceny ryzyka związanego z przetwarzaniem, a także do tworzenia tzw. kodeksów postępowań lub zatwierdzonych mechanizmów certyfikacji. Na przejrzystość przetwarzania danych będzie mieć też wpływ obowiązek rejestrowania czynności przetwarzania danych, który dotknie wszystkich Administratorów danych, gdyż w rezultacie jedynie sporadyczny charakter przetwarzania lub brak ryzyka naruszenia praw i wolności osób może zwolnić przedsiębiorców od tworzenia rejestrów. Ewentualne naruszenia ochrony danych osobowych w firmach będą musiały być zgłaszane Prezesowi UODO a także osobie, której naruszenie danych dotyczy.

Nowe przepisy będą mieć bezpośrednie zastosowanie, nie wymagają implementacji. Niemniej jednak, ustawodawca krajowy może ustalić własne regulacje w poszczególnych kwestiach. Polski ustawodawca skorzystał z tego uprawnienia czego rezultatem jest projekt ustawy o ochronie danych osobowych opublikowany przez Ministerstwo Cyfryzacji w dniu 28 marca 2017 r. Najważniejszą zmianą, jaką wprowadza projekt ustawy jest likwidacja Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych i utworzenie w jego miejsce nowego organu – Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Zmiana jest uzasadniona przepisami unijnymi, które wprowadzają Inspektora Ochrony Danych Osobowych w miejsce obecnego Administratora Bezpieczeństwa Informacji. Stosowanie dotychczasowej nazwy organu mogłoby wprowadzać w błąd. Obecnie wyznaczenie ABI jest uprawnieniem, a nie obowiązkiem Administratora danych. Po wejściu w życie przepisów RODO, powołanie Inspektora Ochrony Danych będzie w niektórych przypadkach obowiązkiem Administratora. Zrezygnowano również z dwuinstancyjności postępowań przed wspomnianym organem, co w rezultacie ma przyspieszyć procedurę. Ministerstwo Cyfryzacji skorzystało także z możliwości obniżenia granicy wieku dziecka, które będzie potrzebowało zgody rodzica na przetwarzanie swoich danych w Internecie. Wiek ten będzie wynosić 13 lat, a więc 3 lata mniej niż obecnie. Kwestia sposobu wyrażenia takiej zgody przez opiekuna prawnego wymaga jeszcze doprecyzowania w przepisach krajowych.

Najistotniejszym dla przedsiębiorców będzie jednak nowe uprawnienie, jakie RODO przyznaje Prezesowi Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Zostaje on wyposażony kompetencję do nakładania kar finansowych na przedsiębiorców, a także podmioty sektora publicznego. Obecnie GIODO nie dysponuje takimi uprawnieniami. Kary nakładane na przedsiębiorców będą mogły wynosić maksymalnie 20 milionów euro albo do 4% światowego obrotu danego przedsiębiorstwa.

Wobec złożoności omawianej tematyki oraz ilości obowiązków jakim sprostać musi każdy Administrator danych, zalecamy korzystanie z pomocy profesjonalnych doradców.

Autor: WFY Group

Nowa ustawa o kredycie hipotecznym już 22 lipca

Wsparcie banku jest dla wielu Polaków jedynym sposobem na zakup własnego mieszkania. Od lipca 2017 obowiązują nowe zasady udzielania jednego z najpopularniejszych kredytów. Czytelne reklamy, jasne oferty banków, komplet informacji, dokładny termin oczekiwania na decyzję kredytową oraz zakaz udzielania finansowania w obcej walucie – to tylko część zmian, które wprowadza ustawa.

Zasady korzystania z popularnego produktu bankowego – kredytu hipotecznego – zostały zebrane w akt prawny: Ustawę o kredycie hipotecznym oraz o nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego i agentami. Dokument od lipca 2017 r. ma być głównym wyznacznikiem działań dla banków, pośredników oraz źródłem informacji o prawach i obowiązkach dla kredytobiorców. Wprowadza szereg regulacji, które mają zwiększyć ich bezpieczeństwo i rozjaśnić oferty banków.

Jasne, czytelne, konkretne informacje o kredycie

Z tego powodu ustawa o kredycie hipotecznym precyzuje zasady budowy komunikatów reklamowych. Banki i pośrednicy muszą zadbać o to, by wszelkie informacje o charakterze reklamowym i marketingowym dotyczące kredytów hipotecznych były jednoznaczne, rzetelne, zrozumiałe i widoczne oraz nie wprowadzały konsumenta w błąd . Wszelkie dwuznaczności i zapis drobnym druczkiem znikną z plakatów i ulotek reklamowych. Dzięki zmianom w sposobie informowania o cechach oferty finansowania nieruchomości kredytobiorca od razu pozna cechy produktu bankowego, a wartości procentowe będą dla niego jednoznaczne z konkretną informacją np.: o rzeczywistej stopie procentowej, stałym oprocentowaniu lub koszcie zobowiązania. Już na początku klient banku lub firmy świadczącej usługi pośrednictwa otrzyma cały pakiet informacji o kredycie w oparciu o reprezentatywny przykład, czyli taki, który odnosi się do sytuacji kredytobiorcy. Gdy klient zainteresuje się ofertą kredytowania zakupu mieszkania, kredytodawcy będą obowiązani przekazać konsumentowi, na trwałym nośniku, zindywidualizowane informacje niezbędne do porównania kredytów hipotecznych dostępnych na rynku, oceny konsekwencji ich zaciągnięcia i podjęcia przez konsumenta świadomej decyzji dotyczącej zawarcia umowy o kredyt hipoteczny.

21 dni na rozpatrzenie wniosku, 14 dni na decyzję

Ustawa określa również czas, w jakim bank może wydać decyzję kredytową. Do 21 dni wnioskujący o finansowanie zakupu nieruchomości musi otrzymać odpowiedź. Natomiast odmowę udzielenia kredytu kredytodawca powinien uzasadnić, by klient wiedział, gdzie leży problem. Po pozytywnym rozpatrzeniu wniosku kredytowego i podpisaniu umowy klient ma 14 dni na przemyślenie decyzji i może skorzystać z możliwości wycofania się z układu.

Restrukturyzacja jako ratunek dla klienta

Gdyby natomiast kredytodawcy przydarzyły się problemy z terminową spłatą zadłużenia, nowe regulacje narzucają bankom obowiązek współpracy z nim w szukaniu przyczyn problemu. Pierwszym krokiem jest wezwanie do zapłaty: bank wyznacza termin nie krótszy niż 14 dni roboczych, a następnie razem z kredytobiorcą ustalenie warunków restrukturyzacji: kredytodawca informuje konsumenta o możliwości złożenia, w terminie 14 dni roboczych od dnia otrzymania wezwania, wniosku o restrukturyzację zadłużenia. Spłacający może liczyć na czasowe zawieszenie kredytu, zmianę wysokości rat i wydłużenie okresu spłaty.

Wcześniejsza spłata kredytu w dowolnym czasie

Kolejna zmiana zawarta w nowym akcie prawnym daje kredytobiorcom prawo do wcześniejszej regulacji zobowiązania. Do tej pory banki same określały warunki zamknięcia kredytu przed czasem lub w pierwszych latach regulacji długu. Teraz mają 7 dni na określenie kosztów tej zmiany. W przypadku kredytu hipotecznego oprocentowanego zmienną stopą procentową kredytodawca może pobierać rekompensatę wyłącznie, gdy spłata całości lub części kredytu hipotecznego nastąpiła w okresie 36 miesięcy od dnia zawarcia umowy o kredyt hipoteczny. Opłata pobierana jako rekompensata nie będzie mogła być wyższa niż 3% całej pożyczonej kwoty. Z kolei przy kredycie ze stałym oprocentowaniem opłata może być pobierana w całym okresie pod jednym warunkiem: nie może być wyższa niż koszty kredytodawcy bezpośrednio związane z przedterminową spłatą. Jednak to wyjaśnienie ustawodawcy wymaga doprecyzowania.

Ustawa o kredycie hipotecznym definitywnie zamyka temat kredytów walutowych, które w praktyce są już rzadkością. Wskazuje również sposób prowadzenia sprzedaży wiązanej: kredytodawca nie może dokonywać sprzedaży wiązanej w związku z zawarciem umowy o kredyt hipoteczny, chyba że sprzedaż wiązana dotyczy prowadzonego bezpłatnie rachunku płatniczego lub rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego. Dzięki nowym regulacjom kredytodawcy otrzymują cały pakiet obowiązków, które porządkują usługi świadczone na rzecz kupujących mieszkania na kredyt oraz wyjaśniają charakter działań pośredników i agentów.

Marta Sewerynek-Otwinowska
Dyrektor Działu Analiz
Futuro Finance

Prezydent USA coraz mniej szokuje rynki walut. Wizyta w Polsce będzie bez znaczenia dla kursu złotego

Jak zapewnia dr Przemysław Kwiecień, Donald Trump przyzwyczaił już rynki finansowe do swoich zaskakujących wypowiedzi. Dlatego, jego wystąpienia przestają na nie wpływać. Nawet, gdyby powiedział w Warszawie coś sprzecznego z interesami Europy Środkowo-Wschodniej lub mocno zaakcentował przyjaźń polsko-amerykańską, waluty i tak nie powinny na to zareagować.

Do tej pory dwa rodzaje wypowiedzi Donalda Trumpa faktycznie wpływały na rynki finansowe. Dotyczyły one kursu dolara lub polityki gospodarczej USA. Można przytoczyć sytuację z początku kwietnia, kiedy to prezydent Trump w wywiadzie dla „Wall Street Journal” powiedział, że dolar jest zbyt mocny. Notowania amerykańskiej waluty momentalnie straciły 0,7%. W innych okolicznościach Donald Trump mówił też, że partnerzy handlowi Stanów Zjednoczonych, np. Niemcy, prowadzą politykę, która zaniża wartość euro względem dolara. I tego typu stwierdzenia istotnie wpływały na kurs amerykańskiej waluty, szczególnie w pierwszych tygodniach prezydentury. Jednak jego postać wywołuje coraz mniejsze emocje na rynkach finansowych.

– Nie sądzę, aby w trakcie swojej wizyty w Warszawie Donald Trump odnosił się do kursu złotego. Polska jest na tyle nieistotnym partnerem handlowym dla Stanów Zjednoczonych, że kondycja naszej waluty może być mu kompletnie nieznana. Dlatego, nie spodziewałbym się, żeby przywódca USA w rozmowie z naszym rządem poruszał akurat kwestie kursu walutowego. Natomiast, naturalnie każda wypowiedź Trumpa na temat wartości dolara może mieć chwilowy, nieznaczny wpływ na rynki finansowe – zaznacza dr Przemysław Kwiecień, Główny Ekonomista X-Trade Brokers.

Z kolei, kwestie dotyczące bezpieczeństwa międzynarodowego czy NATO, które mogą zostać podjęte w trakcie spotkania polskich polityków z amerykańskim prezydentem, mają duże znaczenie polityczne. Jednak, te tematy nie wpływają istotnie na notowania rynkowe. Zdaniem eksperta, nawet zadeklarowanie przez Trumpa tego, że Stany Zjednoczone są bliskim i strategicznym sojusznikiem Europy Środkowo-Wschodniej nie wywoła euforii na rynkach walut. Wizyta przywódcy USA w Polsce zapewne podniesie nasz prestiż, ale to wydarzenie będzie miało znaczenie stricte medialne. Dr Kwiecień nie spodziewa się najmniejszej reakcji złotego.

– Jesteśmy w tej korzystnej sytuacji, że liczy się to, ile płacimy za euro, a zmienność kursu jest naprawdę nieduża. On wprawdzie w ostatnich miesiącach spadał, więc opłacalność eksportu nieco się obniżyła. Ale mówimy o zmianach rzędu 4-5% w ciągu kilku miesięcy. To nie jest dużo dla polskich przedsiębiorstw. Kurs walutowy na chwilę obecną nie jest zagrożeniem dla koniunktury gospodarczej w Polsce. Według badań Narodowego Banku Polskiego, kurs opłacalności eksportu dla polskich firm jest nadal poniżej 4 złotych za euro – podsumowuje dr Kwiecień.

Odbicie na ropie

Poniedziałki zazwyczaj charakteryzują się ograniczoną zmiennością. Trochę inaczej było jednak wczoraj. Na rynku walutowym dolar odzyskał wigor, a ropa ponownie zyskiwała na sile.

O ile większość poniedziałków charakteryzuje się ograniczoną dynamiką ruchów na rynkach finansowych, o tyle tym razem zmiany były widoczne. Działo się tak przy ograniczeniach związanych ze świętem w Kanadzie oraz przygotowaniami do Święta Niepodległości w USA, które ma miejsce dzisiaj. Dolar zyskał ponad 0.5% do euro, natomiast do jena japońskiego zyskał już ponad 0.8%. Również i funt brytyjski był wyraźnie słabszy tego dnia. Kolejny dzień z rzędu zyskiwała w cenie ropa. To już ósmy dzień z rzędu wzrostów, co jest chyba najlepszym wynikiem na tym rynku od kilku lat.

Nieco mniejszy impas przełamano na warszawskim parkiecie giełdowym. Po trzech dniach spadków indeks WIG20 odnotował pierwsze dzienne wzrosty, zyskując na zamknięciu ponad 1%. W skróconej sesji za oceanem indeks SP500 odnotował niewielkie wzrosty. Przy nieobecności amerykańskich inwestorów, dzisiejszy handel na wielu rynkach będzie ograniczony, a w wielu przypadkach zwyczajnie zamknięty. Oprócz porannej decyzji RBA o pozostawieniu stóp procentowych na tym samym poziomie, w dniu dzisiejszym nic ciekawego na uczestników rynku czekać już nie będzie.

Odbicie na ropie 1

Wczorajsze wzrosty na rynku ropy doprowadziły jej kurs(WTI) do pierwszego oporu na 47$. Było to klasyczne odbicie od środkowej linii dużego kanału wzrostowego. Kolejny opór znajduje się na wysokości 50$. Wskaźnik RSI przeciął pułap 50pkt i sygnalizuje trend boczny. Można oczekiwać jeszcze jednego zejścia w okolice 42.50$-44.0$ i jakiejś formy konsolidacji.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Za opóźniony, odwołany lot lub zgubiony bagaż przysługuje odszkodowanie. Ubiega się o nie tylko 1 proc. uprawnionych do tego Polaków

Za opóźniony, odwołany lot lub zgubiony bagaż przysługuje odszkodowanie. Ubiega się o nie tylko 1 proc. uprawnionych do tego Polaków 2

W przypadku zgubienia bagażu, opóźnienia lotu czy niewpuszczenia na pokład samolotu pasażerowie mają swoje prawa, także finansowe. Odszkodowanie w razie problemów z lotem może sięgać 600 euro, za zagubienie lub zniszczenie bagażu przysługuje do ok. 6 tys. zł. W Polsce o odszkodowania ubiega się zaledwie 1 proc. uprawnionych. W Europie tylko co czwarty pasażer uzyskuje przysługujące odszkodowanie, a 15 proc. rekompensatę za zgubiony lub zniszczony bagaż.

– Niewielu podróżujących zdaje sobie sprawę z tego, że w przypadku problemów z bagażem oraz problemów z opóźnieniami lotów czy z niewpuszczeniem na pokład samolotu przysługują im roszczenia, również finansowe, w dość wysokich kwotach. Problemy tego typu zdarzają się często, ale niewielu konsumentów korzysta z takich możliwości – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Górna, adwokat w kancelarii Affre i Wspólnicy.

W przypadku problemów z bagażem należy działać natychmiast po wylądowaniu na lotnisku docelowym. Jeśli bagażu nie można odnaleźć na lotnisku, należy z obsługą ustalić, gdzie walizka w rzeczywistości poleciała. Jednak w sytuacji, gdy bagaż zostanie faktycznie zgubiony lub uszkodzony, trzeba złożyć reklamację do przewoźnika. Wysokość odszkodowania zależy od zawartości bagażu.

– Kwestię bagażu reguluje konwencja montrealska. W przypadku zagubionego, zniszczonego bądź opóźnionego bagażu możemy się domagać odszkodowania w kwocie maksymalnie ok. 6 tys. zł. Dokładna kwota zależy od kursu walut, natomiast w konwencji jest zawarty przelicznik, według którego można to obliczyć – tłumaczy Katarzyna Górna.

W przypadku zniszczenia bagażu pasażer powinien jeszcze na lotnisku wypełnić protokół niezgodności, następnie ma 7 dni na zgłoszenie roszczeń przewoźnikowi. Jeśli bagaż został zgubiony lub dotarł z opóźnieniem, na zgłoszenie roszczeń podróżny ma 21 dni. Na rozpatrzenie skargi linie lotnicze mają 30 dni, w przypadku niedotrzymania terminu pasażer może złożyć skargę w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego.

– Niektóre kosztowne przedmioty przewożone w bagażu mogą być jednak wyłączone z tego typu roszczeń w regulaminach linii lotniczych. Przed podróżą powinniśmy to dokładnie zweryfikować – przypomina adwokat.

Prawa pasażerów w transporcie lotniczym określa wprowadzone w 2004 roku rozporządzenie unijne WE 261/2004. W przypadku odwołania rejsu lub opóźnienia przekraczającego trzy godziny pasażerom przysługuje szereg przywilejów, m.in. prawo do zwrotu kosztów zakupionego biletu i odszkodowanie za niemożność kontynuowania podróży do kwoty 600 euro. Jeżeli zaszła konieczność oczekiwania na lot w nocy, wówczas przewoźnik musi zapewnić opiekę, wyżywienie i nocleg w hotelu oraz darmowy transport na lotnisko.

– W przypadku, gdy lot jest opóźniony bądź linia lotnicza go odwoła lub odmówi nam wejścia na pokład w sytuacji tzw. overbookingu, również przysługują nam różne rodzaje roszczeń. Jest to prawo do opieki, mamy prawo do otrzymania napojów, posiłków w ilości zależnej od okresu oczekiwania oraz do wykonania dwóch telefonów czy wysłania e-maila. Są też pewne roszczenia odszkodowawcze – wymienia Górna.

Przepisy mają zastosowanie w przypadku korzystania z usług przewoźników zarejestrowanych w Unii Europejskiej oraz gdy podróż odbywa się innymi liniami lotniczymi, ale lot rozpoczyna w jednym z państw unijnych.

Na odszkodowanie można liczyć, jeśli opóźnienia lub odwołany lot nastąpiły z przyczyn zależnych od przewoźnika (np. niesprawny samolot). Jeśli jednak przyczyna nie leży po stronie linii lotniczych, a np. jest skutkiem klęski żywiołowej, rekompensata nie przysługuje.

– W takiej sytuacji przewoźnik również powinien zapewnić klientom zabezpieczenie w postaci posiłków czy możliwość wykonania telefonu. Również gdy mamy do czynienia ze strajkiem na lotnisku lub poważną usterką samolotu, nie możemy dochodzić takich roszczeń odszkodowawczych. We wszystkich innych przypadkach, kiedy opóźnienie jest winą linii lotniczych, jak najbardziej powinniśmy dochodzić swoich roszczeń – podkreśla ekspertka.

W Polsce tylko niewielki odsetek podróżujących stara się o odszkodowania. Firma AirHelp, która wspiera pasażerów w dochodzeniu swoich praw, obliczyła, że w 2016 roku 1,1 tys. lotów w Polsce miało utrudnienia. O rekompensatę z tego tytułu o łącznej wartości 50 mln euro mogłoby się ubiegać 124 tys. polskich pasażerów. Robi to jednak tylko 1 proc. z nich.

Dane europejskiej organizacji konsumentów BEUC wskazują zaś, że połowa pasażerów otrzymała od przewoźnika posiłek i napój w przypadku opóźnienia lub odwołania lotu. Co czwarty dostał przysługujące odszkodowanie przy odwołanym locie, a jeszcze mniej (15 proc.) uzyskało rekompensatę za zgubiony czy zniszczony bagaż.

– Według statystyk świadomość jest niska, niewiele osób z tego korzysta. Działają na rynku firmy, które zajmują się dochodzeniem takich roszczeń. Można jednak zgłosić się do linii lotniczych samodzielnie, nie jest to bardzo skomplikowana procedura, warto z niej korzystać – ocenia Katarzyna Górna.

Polski rynek ociepleń należy do największych i najbardziej nowoczesnych w Europie. Do 2020 roku może być wart 4,5 mld zł

Polski rynek ociepleń należy do największych i najbardziej nowoczesnych w Europie. Do 2020 roku może być wart 4,5 mld zł 3

Krajowy rynek ociepleń z ponad 40 mln mkw. powierzchni ścian plasuje się w europejskiej czołówce. Według prognoz firmy badawczej PMR do 2020 roku rynek ten może być wart 4,5 mld zł. Obecnie stosowana technologia ETICS należy do bardziej nowoczesnych na świecie. Duża jest też skala docieplania, a to za sprawą modernizacji ociepleń wykonanych w latach 90., które nie spełniają dzisiejszych wymogów energooszczędności. W Polsce problemem są jednak tzw. „składaki”, czyli ocieplenia zrobione z materiałów od różnych producentów. Tylko kompletny system, dla którego została wydana ocena techniczna, gwarantuje skuteczność i trwałość ocieplenia – przekonują eksperci.

– Polska należy do liderów rynku ociepleń. W 2016 roku w naszym kraju ocieplono około 40 mln mkw. ścian. To drugi rynek w Europie po Turcji. Zaryzykowałbym jednak twierdzenie, że polski rynek jest liderem w ociepleniach. Rynek niemiecki, który przez lata był większy od polskiego, przeżywa pewien kryzys i tamten rok zamknął z powierzchnią ok. 37 mln mkw. – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Michalak, prezes Stowarzyszenia na Rzecz Systemów Ociepleń.

W 2015 roku wartość polskiego rynku ociepleniowego wyniosła 3,9 mld zł (dane firmy badawczej PMR). Do 2020 roku ma wzrosnąć do blisko 4,5 mld zł.

W Europie ocieplenia budynków są wykonywane od 60 lat. Do Polski technologia dotarła pod koniec lat 80. Stosowane wówczas systemy ociepleń nie spełniają jednak obecnych wymogów.

– Ocieplaliśmy, mając inne materiały i nieco inną technologię. W efekcie mamy sporo budynków, które zostały ocieplone w latach 90. przez dobrych wykonawców, ale wymagania, standardy i jakość materiałów była inna. Te budynki nie spełniają dzisiejszych wymogów. To istotny problem. Z technicznego punktu widzenia najlepszym rozwiązaniem byłoby usunięcie tego materiału – tłumaczy Michalak.

Jeszcze w latach 90. ocieplenie miało przede wszystkim zwiększyć energooszczędność ścian. Obecnie obowiązujące poziomy współczynników przenikania ciepła ścian nowych domów stopniowo stają się coraz bardziej rygorystyczne. Od 2017 parametr ten może wynosić maksymalnie 0,23 W/m²K. Od 2021 roku będzie to już 0,2 W/m²K. Równie ważne co energooszczędność jest spełnianie zaostrzających się wymagań związanych z ochroną środowiska. Nie bez znaczenia jest również estetyka czy odporność budynków na zniszczenia.

– Polski rynek ociepleń jest wiodący i w aspekcie technicznym porównywalny z rynkiem niemieckim czy innych krajów zachodniej Europy – podkreśla prezes Stowarzyszenia na Rzecz Systemów Ociepleń. – W systemie ETICS jednym z zasadniczych elementów jest materiał termoizolacyjny. Tym najpowszechniej stosowanym jest ekspandowany polistyren, czyli styropian. Innym materiałem jest wełna mineralna, ale też polistyren ekstrudowany.

Z badania TNS Polska przeprowadzonego pod patronatem Stowarzyszenia na Rzecz Systemów Ociepleń wynika, że w Polsce w ponad 80 proc. do ocieplania ścian budynków wykorzystuje się styropian. Pozostałe materiały, przede wszystkim ze względu na cenę, są stosowane znacznie rzadziej. Wełna mineralna stanowi kilkanaście procent rynku.

Jak zaznacza ekspert, polski rynek ociepleniowy jest bardzo rozdrobniony. Działają na nim nie tylko rodzime przedsiębiorstwa, lecz także zagraniczne firmy, a różnorodność oferowanych wyrobów jest bardzo duża.

– Rynek powinien być dobrze uporządkowany. Aby wprowadzić do obrotu cały złożony system izolacji cieplnej, należy mieć stosowne dokumenty, które go dopuszczają do obrotu. Tymi dokumentami, w zależności od tego, czy jest to system krajowy, czy system unijny z oznakowaniem CE, jest albo krajowa, albo europejska ocena techniczna – podkreśla Michalak.

W Polsce praktyka znacznie odbiega od teorii. Częstym zjawiskiem są tzw. „składaki”, czyli sytuacja, w której przy jednej inwestycji stosuje się materiały od różnych producentów. Najważniejszym kryterium przy wyborze materiału jest cena.

– Stowarzyszenie na Rzecz Systemów Ociepleń w swojej działalności popularyzującej systemy ETICS ogromną wagę przywiązuje do edukowania. Jeżeli chcemy, aby efekt ociepleniowy był jak najkorzystniejszy, pamiętajmy, że tylko kompletny system od jednego producenta jest przebadany i na podstawie wyników tych badań dopuszczony do obrotu – podkreśla Jacek Michalak.

Nowe zasady segregacji odpadów mają poprawić działanie systemu. Terminy narzucone przez UE są zagrożone

Nowe zasady segregacji odpadów mają poprawić działanie systemu. Terminy narzucone przez UE są zagrożone 4

1 lipca weszły w życie nowe przepisy dotyczące segregacji odpadów. Mieszkańcy stopniowo będą musieli zacząć segregować śmieci na cztery frakcje: szkło, papier, tworzywa sztuczne z metalami oraz bioodpady i odpady zmieszane. Gminy mają czas na dostosowanie się do nowych przepisów do czerwca 2022 roku, ale do końca tego roku powinny odpowiednio oznakować pojemniki. Zmiany mają podnieść efektywność systemu gospodarki odpadami. To jednak może nie wystarczyć, żeby spełnić rygorystyczne unijne normy – podkreślają eksperci.

Od lipca zaczynają obowiązywać zasady segregacji odpadów na cztery frakcje: szkło, papier, tworzywa sztuczne z metalami oraz bioodpady. Określona jest jednocześnie kolorystyka worków i pojemników – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Władysław Kącki, prezes Miejskiego Zakładu Oczyszczania w Pruszkowie, członek zarządu Krajowej Izby Gospodarki Odpadami.

Według nowych zasad do pojemnika niebieskiego trafi papier, do zielonego – szkło (ewentualnie szkło bezbarwne do białego i kolorowe do zielonego pojemnika), do żółtego – metale i tworzywa sztuczne, a do brązowego – odpady, które ulegają biodegradacji.

Do tej pory praktyka była taka, że mieszkańcy mieli trzy frakcje: odpad komunalny, tworzywo i papier w jednym worku, a szkło osobno – mówi Władysław Kącki. – Teraz mieszkańcy muszą dostosować swoje miejsca do składowania odpadów tak, aby można było złożyć tam cztery worki do selektywnej zbiórki plus odpady komunalne, czyli piąty pojemnik, którego wszyscy używamy.

Gminy mają obowiązek dostosowania się do nowego systemu w ciągu 5 lat, ale na oznakowanie pojemników mają czas do 6 miesięcy od wejścia w życie przepisów, czyli do końca 2017 roku. Z analiz Ministerstwa Środowiska wynika, że nawet połowa gmin segreguje odpady w sposób, jaki przewiduje nowe prawo.

Jak wskazuje Kącki, do nowych przepisów trudno będzie się dostosować sortowniom. Przede wszystkim będą musiały zmienić ustawienia techniczne.

– Pracujemy na częściowo lub całkowicie automatycznych liniach, które dostosowane są do obsługi całego strumienia odpadów. Z tego strumienia jeden separator odbiera papier, drugi tworzywo, trzeci szkło, w związku z tym będziemy musieli zmienić pewien cykl. Takie przestawienie to proces długotrwały i drogi. Najlepsze w Polsce sortownie praktycznie muszą zmieszać te odpady, aby potem rozdzieliły je automaty – tłumaczy przedstawiciel Krajowej Izby Gospodarki Odpadami.

Obecnie sortownie średnio odzyskują ok. 20 proc. odpadów opakowaniowych, najlepsze blisko 30 proc. Trudno jednak będzie zwiększyć ten odsetek.

Jeżeli odpady opakowaniowe nie zostaną posortowane w miejscu ich powstania, nie jesteśmy w stanie wydobyć ich z odpadów komunalnych. Istnieje wielki problem sortowania odpadów w blokach, gdzie nie ma indywidualnej oceny, czy dany mieszkaniec wysortował odpady. Powstaje więc pytanie, jak wyedukować mieszkańców bloków. W selektywnej zbiórce w blokach mamy zanieczyszczenie na poziomie ponad 50 proc. – ocenia Kącki.

Resort środowiska przekonuje, że nowe zasady mają poprawić efektywność systemu segregacji odpadów. Obecnie recykling odpadów komunalnych wynosi 26 proc.

W 2017 roku musimy odzyskać 20 proc. odpadów opakowaniowych, w 2018 – 30 proc., w 2019 – 40 proc. a w 2020 roku 50 proc. Dyskutuje się, aby jeszcze podnieść ten procent do poziomu 70 proc. w 2030 roku – przypomina prezes MZO w Pruszkowie.

Jak podkreśla, o ile limity na ten i kolejny rok są do osiągnięcia, o tyle od 2019 roku będzie coraz trudniej. A nieosiągnięcie w 2020 roku wymaganych przez UE poziomów recyklingu będzie skutkowało nałożeniem na Polskę wysokich kar finansowych. Może też skutkować wstrzymaniem unijnych środków na inwestycje proekologiczne.

Zdążymy z dostosowaniem worków i pojemników w terminach, które określają przepisy. Myślę jednak, że na pewno nie zdążymy z przystosowaniem całej gospodarki. Już w tej chwili mamy ogromny problem ze zbyciem posortowanych odpadów. W zeszłym roku mieliśmy zbycie papieru w granicach 200 zł za tonę, w tej chwili ceny spadają poniżej 100 zł. Za folię mamy cenę na poziomie 10–15 zł, wcześniej było to 400 zł – mówi Kącki.

Członek zarządu KIGO podkreśla, że problem leży w opłacie produktowej, którą powinni uiszczać producenci.

Producenci nie pokrywają kosztów odbierania odpadów i selektywnej zbiórki. Mimo że jest określona wielkość opłaty, my dostajemy tylko szczątkowe kwoty. Za odzyskanie tony tworzywa z odpadów komunalnych powinniśmy dostać 2400 zł, a dostajemy 7 zł – mówi Władysław Kącki. – Systemowo powinno się wprowadzić odgórną, bardzo dokładną kontrolę opłaty produktowej, którą mają pokryć producenci za wprowadzenie odpadów opakowaniowych. Jeżeli te pieniądze nie wejdą do systemu, Polska nie da sobie z tym rady.

Korupcja w Polsce wciąż jest problemem. Co czwarty pracownik gotowy wręczyć łapówkę za utrzymanie relacji biznesowych

Korupcja w Polsce wciąż jest problemem. Co czwarty pracownik gotowy wręczyć łapówkę za utrzymanie relacji biznesowych 5

38 proc. Polaków postrzega korupcję jako poważny problem w naszym kraju – wynika z danych EY. To znacznie mniej niż w Europie Środkowo-Wschodniej. Mimo to skala tego zjawiska wciąż jest niepokojąco duża – ok. 25 proc. pracowników przyznaje, że są gotowi wręczyć łapówkę, jeśli to pozwoli utrzymać relacje biznesowe. Jednak badania pokazują, że praktyki korupcyjne w dłuższym terminie są nieopłacalne: kary mogą pogrążyć biznes, a sama korupcja negatywnie wpływa na pracowników. Blisko połowa rozważa odejście z pracy w przypadku podejrzenia firmy o nieetyczne praktyki.

– Według Transparency International 2016 aspekt korupcji w Polsce z roku na rok się poprawia. Obecnie zajmujemy 29. miejsce na 176 krajów. Podobnie według ostatnich badań EY pracownicy firm stwierdzają, że korupcja stanowi mniejszy problem niż rok temu czy jeszcze kilka lat wstecz – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Bejnarowicz, szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.

Raport EY 2017 „Ludzki instynkt czy logika maszyn – czemu ufasz bardziej w walce z korupcją i nadużyciami?” wskazuje, że coraz mniej Polaków postrzega korupcję jako duży problem w naszym kraju. Wskazuje na to 38 proc. osób, przy 59 proc. w 2013 roku i 43 proc. w 2015 roku. Dla porównania, średnia dla całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej wynosi 64 proc.

– Bank Światowy stwierdził, że problem korupcji w 2016 roku znacznie wzrósł w stosunku do tego, co było w ostatnich pięciu latach. Według niego korupcja to 5 proc. światowego PKB, co daje około tryliona dolarów. To ta, jakby nagle z gospodarki światowej wyparowało PKB Niemiec. Proporcjonalnie to tak, jakby w Polsce nagle wyparowałby budżet w skali rocznej Warszawy i Krakowa – analizuje szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.

Choć zdarza się, że przypadki korupcji zamiatane są pod dywan, firmy zdają sobie sprawę z tego, że w dłuższym okresie jest to postępowanie nieopłacalne.

– Harvard Bussines School stwierdziło na podstawie swoich badań, że działalność korupcyjna nie opłaca się firmie długoterminowo, ponieważ zysk jest praktycznie zerowy, a jeśli nieprawidłowość wyjdzie na jaw, kary mogą pogrążyć przedsiębiorstwo ­– mówi Jakub Bejnarowicz.

Jak wynika z obliczeń CIMA, korupcja zwiększa koszty prowadzenia firmy o ok. 10 proc. Ponadto, jeśli korupcja wyjdzie na jaw, firmy muszą się liczyć z wysokimi kosztami. Indeks egzekwowania prawa dotyczącego spraw zagranicznych i korupcyjnych wskazuje, że w 2016 roku 27 firm zapłaciło blisko 2,5 mld dol. kary za dopuszczenie się działań korupcyjnych.

– Przed nami wciąż jednak duże wyzwania. Około 25 proc. pracowników przyznaje się, że są gotowi wręczyć łapówkę, aby utrzymać relacje biznesowe. Połowa ankietowanych stwierdziło, że nie informuje o takich zjawiskach, ponieważ obawia się o swoje bezpieczeństwo. Blisko 70 proc. respondentów stwierdziło, że ich manager bądź zarząd byłby gotowy do nadużyć, aby uzyskać wyniki krótkoterminowe – wskazuje Bejnarowicz.

Jak wynika z danych EY, do nadużyć gospodarczych i nieetycznych zachowań skłonni są przede wszystkim przedstawiciele pokolenia Y. Ponad 70 proc. przyznaje, że nieetyczne postępowanie można wytłumaczyć, jeśli pomoże ono firmie przetrwać kryzys. Połowa twierdzi, że ich współpracownicy, aby przyspieszyć swoją karierę, byliby gotowi do nadużyć. Z drugiej strony ok. 50 proc. pracowników nie zgłosiłoby nadużyć w firmie ze względu na swoje bezpieczeństwo.

Z badań Instytutu CIMA „Anti-corruption landscape 2017” wynika, że co trzecia osoba, która zgłasza nieprofesjonalne zachowania w pracy, spotyka się z ostracyzmem. 40 proc. zatrudnionych czuje presję ze strony współpracowników, by naginać standardy.

Aby radzić sobie ze zjawiskiem korupcji, przedsiębiorstwa coraz częściej wdrażają kodeksy postępowania i etyczne, które mają stanowić mapą drogową dla zatrudnionych.

– Wszystko zależy od osób zarządzających organizacjami, od wprowadzania odpowiednich kodeksów etycznych, ładu korporacyjnego, od promowania odpowiednich zachowań w organizacji, monitoringu i kontrolowania. Dużą rolę odgrywają finansiści, którzy mają na co dzień do czynienia z informacją, która napływa nie tylko z działów finansowych, ale również z otoczenia przedsiębiorstwa i są w stanie wyłapać nieprawidłowości przy użyciu nowych technologii. Istotna jest ocena ryzyka, bez niej nie będziemy w stanie tego kontrolować – ocenia Jakub Bejnarowicz.

CIMA inicjuje wiele aktywności związanych z ulepszeniem praktyk w przedsiębiorstwach, organizuje szkolenia, a także wykłady dla młodych finansistów. Angażuje się w działania mające na celu walkę z ciemną stroną biznesu, np. poprzez usystematyzowanie Globalnych Zasad Rachunkowości Zarządczej.

– Razem z naszym amerykańskim partnerem American Institute of Certified Public Accountants, stworzyliśmy przewodnik dla finansistów, jak powinni postępować, aby wyeliminować wszelkie nadużycia z działalności przedsiębiorstw. Nasi członkowie są zobowiązani do przestrzegania wysokich standardów etycznych. Robimy wszystko, aby stworzyć mapę drogową dla finansistów. Im więcej firm i organizacji będzie inwestować w kwalifikacje i tego typu umiejętności, tym większe szanse powodzenia dla przedsiębiorstwa i gospodarki – przekonuje Jakub Bejnarowicz.

Komputronik chce być prywatną firmą i wycofuje się z giełdy. Zapisy na sprzedaż akcji spółki potrwają do 7 lipca

Komputronik chce być prywatną firmą i wycofuje się z giełdy. Zapisy na sprzedaż akcji spółki potrwają do 7 lipca 6

Większościowi akcjonariusze firmy Komputronik, polskiej sieci sklepów oferujących m.in. sprzęt komputerowy, podjęli decyzję o zamiarze całkowitego przejęcia spółki i wycofaniu jej z warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Rodzina Buczkowskich chce długoterminowo zaangażować się w rozwój firmy, ale już jako spółki prywatnej. Jak zaznacza prezes, firma od wielu lat nie przynosi oczekiwanych zwrotów z inwestycji mniejszościowym akcjonariuszom. Ponadto niełatwa sytuacja branżowa powoduje, że spółka nastawiona jest na zatrzymanie zarobionych środków i nie zamierza w najbliższym czasie wypłacać dywidendy.

Marinera Invest postanowiła zorganizować wezwanie na sprzedaż wszystkich akcji spółki Komputronik, ponieważ moja rodzina chce wycofać spółkę z giełdy i skupić się na jej rozwoju w taki sposób, aby prowadzona przez nas działalność była związana z większą poufnością – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Buczkowski, prezes zarządu Komputronika.

Ogłoszenie wezwania przez Marinera Invest, spółkę należącą do Moniki i Krzysztofa Buczkowskich, nastąpiło w połowie kwietnia. Skup akcji rozpoczął się 8 czerwca od ceny 6,50 zł za akcję. Po tym, jak kurs poszedł w górę (obecnie przekracza 7 zł), cenę w wezwaniu podniesiono do 7,18 zł.

Jeśli uda nam się zorganizować wezwanie, które zakończy się skupieniem co najmniej 90 proc. wszystkich akcji w Marinera Invest, wtedy spółka ogłosi wezwanie na sprzedaż wszystkich akcji poprzez przymusowy wykup i dojdzie do delistingu spółki – mówi Wojciech Buczkowski. – Jeśli natomiast nie uda się osiągnąć co najmniej 90 proc. akcji w wezwaniu, wtedy wezwanie się nie powiedzie i powrócimy do sytuacji z początku kwietnia, spółka nadal będzie normalnie notowana na giełdzie.

Największymi akcjonariuszami Komputronika są obecnie spółki WB iTotal, kontrolowana przez Wojciecha Buczkowskiego (28,51 proc. udziału w kapitale) oraz EKB (26,71 proc.) Ewy Buczkowskiej. Wojciech Buczkowski już wcześniej zapowiadał, że termin w wezwaniu na akcje nie zostanie przedłużony.

– Wycofanie spółki z GPW wynika z tego, że prowadzona przez nas dzisiaj działalność nie wiąże się z poufnością, nasza konkurencja wie o nas więcej, niż byśmy chcieli – tłumaczy Buczkowski. – Jednocześnie nie dostrzegamy innych korzyści wynikających z notowania papierów na giełdzie – jest to dużo obowiązków, wiele obostrzeń i wysokie koszty prowadzenia spółki giełdowej.

Na tydzień przed upływem terminu wezwania Marinera Invest podniosła cenę do 7,18 zł za jedną akcję. To stanowiło premię ponad 20 proc. wobec średniej ceny notowań spółki sprzed okresu wezwania i ponad 16 proc. więcej niż minimalna ustawowa cena.

Polska giełda jest w momencie, który nie rodzi dobrych perspektyw dla rynku – ocenia prezes Komputronika. – Następuje całkowita nacjonalizacja OFE, ale też odpływ z TFI. To skłania mnie do wniosku, że w najbliższej przyszłości giełda będzie raczej w trendzie spadkowym.

Przyjmowanie zapisów na sprzedaż akcji Komputronika w ramach wezwania potrwa do 7 lipca 2017 r. Zapisy przyjmowane są przez Dom Maklerski mBanku w punktach usług maklerskich.

IT Security Management 29.11- 01.12 2017, Hotel Mercure Karpacz Resort

Zapraszamy do udziału w kolejnej edycji konferencji IT Security Management, która odbędzie się w dniach 29 listopada – 1 grudnia w Karpaczu w przepięknym sąsiedstwie gór Sudetów. 5 sesji, panele dyskusyjne, imprezy integracyjne w uroczym górskim klimacie – to wszystko czeka na naszych gości. Konferencja poświęcona systemom zarządzania bezpieczeństwem w przedsiębiorstwie.

IT Security Management 29.11- 01.12 2017, Hotel Mercure Karpacz ResortZarządzanie bezpieczeństwem informacji w organizacjach obejmuje zespół wytycznych zmierzających do osiągnięcia i utrzymywania optymalnego poziomu bezpieczeństwa, m.in. poziomu poufności, integralności oraz dostępności danych. Dotyczy to głównie informacji zawartych w bazach danych oraz komputerach.

Poprzez wykłady ekspertów i ekspozycje produktów zostanie zaprezentowana wiedza na temat strategii i zagadnień technicznych, które pomogą zbudować kompleksowy i niezawodny system zabezpieczający sieć i dane firmowe.

TEMATYKA KONFERENCJI:

Sesja I: Bezpieczeństwo danych w obliczu nowych technologii: Mobile Security, Bezpieczeństwo danych w chmurze
Sesja II: Plany awaryjne (disaster recovery, ciągłość działania) oraz bezpieczeństwo infrastruktury dostępowej
Sesja III: Audyt i wykrywanie oszust i nadużyć firmowych
Sesja IV: Informatyka śledcza
Sesja V: Zarządzanie tożsamością, systemy kontroli dostępu, ochrona danych wrażliwych

UCZESTNIKOM ZAPEWNIAMY:

– bezpośredni kontakt z ekspertami z branży
– materiały konferencyjne oraz prezentacje z wykładów
– konsultacje z prelegentami oraz dużo czasu na rozmowy
– pyszne lunche oraz przerwy kawowe
– zakwaterowanie w pokoju jednoosobowym lub dwuosobowym
– udział w dwóch wieczorach integracyjnych
– atrakcje hotelowe oraz te przygotowane przez organizatorów

KONFERENCJA SKIEROWANA DO:

– kierowników działów IT;
– oficerów bezpieczeństwa;
– administratorów sieci i systemów zabezpieczeń;
– wszystkich innych osób odpowiedzialnych za strategię i utrzymanie bezpieczeństwa systemów w firmie

Wszystkie informacje o wydarzeniu, prelegentach oraz cennik dostępne na stornie:
http://gigacon.org/event/itsec_17/

Konferencja Summit EOIF GigaCon 2017 – Elektroniczny Obieg Informacji w Firmie

Chcesz dowiedzieć się dlaczego w dzisiejszych, mobilnych czasach digitalizacja dokumentów jest tak ważna? Raporty mówią, że firmy zmagają się nawet z 20% spadkiem efektywności spowodowanym pracą nad dokumentacją papierową. Co trzecia europejska firma planuje w najbliższym czasie całkowicie przejść na elektroniczną dokumentację.

Konferencja Summit EOIF GigaCon 2017 Już teraz usprawnij obieg informacji również w swojej firmie! Gorąco zachęcamy do udziału w wyjątkowej dwudniowej konferencji poświęconej właśnie tej tematyce – Elektroniczny Obieg Informacji w Firmie – Summit EOIF GigaCon. To największa taka konferencja organizowana w Polsce – nie może Cię na niej zabraknąć!

Data: 26-27.07.2017r.
Miejsce: Warszawa, PGE Narodowy

Zapraszamy do  bezpłatnego udziału wszystkie osoby zainteresowane narzędziami do usprawnienia i zautomatyzowania działań związanych z zarządzaniem przedsiębiorstwem.

Uczestnictwo w konferencji zapewni uczestnikom przegląd nowoczesnych dostępnych na rynku rozwiązań w tym zakresie. Jak co roku przedstawiciele wiodących firm zaprezentują swoje produkty oraz zaproponują narzędzia dotyczące obiegu dokumentów, przetwarzania i składowania informacji.

W roli Wystawców wystąpią: 
Sponsor Główny konferencji – WEBCON
Sponsorzy – DSA i Paperless
oraz: elliteq, Tecna, Konica Minolta Business Solutions Polska, XSystem, Axence, Connect Distribution, HP, Astrafox, ELO Digital Office, Kofax, Ipopema Business Consulting, BeOne, SaldeoSMART, SkanSerwis, Kodak Alaris  i skanowanie.pl.
A także ODO 24 i Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo z kącikiem porad o RODO!

Każdy uczestnik będzie miał również możliwość wysłuchania prelekcji merytorycznych przygotowanych przez doświadczonych ekspertów. Wsród tematów m.in.: JPK, podpis elektroniczny, RODO, praktyczne przykłady wdrożeń, prezentacja narzędzi itp..

W agendzie pojawiły się już niektóre tematy prelekcji i można je znaleźć tutaj:
http://gigacon.org/event/eoif_summit_17/#agenda
Kolejne tematy już wkrótce!

Szykujemy dla uczestników również inne atrakcje, czyli pokaz technologii (m.in. gogle wirtualnej rzeczywistości, druk 3D, drony), strefę relaksu oraz konkursy z atrakcyjnymi nagrodami.

Cały czas uzupełniamy wydarzenie – pojawiać się będą nowi wystawcy, tematy prelekcji i inne informacje. Zachęcamy do śledzenia strony internetowej konferencji na bieżąco.

Udział w wydarzeniu jest całkowicie bezpłatny, aczkolwiek jedynym warunkiem uczestnictwa jest wcześniejsza rejestracja, którą wraz z innymi szczegółami znajdą Państwo na stronie:  http://gigacon.org/event/eoif_summit_17/

Inflacja zwalnia

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w czerwcu 2017 r. o 1,5 proc. r/r, a w stosunku do maja br. spadły o 0,2 proc. – podał GUS prezentując szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych.

Inflacja zaczęła w czerwcu zwalniać, mimo że z reguły jest to miesiąc „nowalijkowy” (podobnie jak maj), w którym ceny żywności są nieco wyższe ze względu na początek sezonu owocowego i warzywnego. Tym razem wzrost cen żywności mógł być niższy, w tym także ze względu na wyższą bazę – w czerwcu 2016 r. ceny żywności wzrosły o 1,1 proc., podczas gdy w ciągu 5. miesięcy 2016 r. – jedynie o 0,6 proc.

Niższa dynamika cen towarów i usług konsumpcyjnych w czerwcu niż w pierwszych 5. miesiącach 2017 r. (średni wzrost o 2 proc.) wynika zapewne przede wszystkim z dość silnego spadku cen paliwa na rynkach światowych (z 52 USD za baryłkę ropy, na 45 USD, z lekkim odbiciem do 48 USD w końcu czerwca), a także utrzymywania się spadku cen odzieży i obuwia. Niewykluczone, że obniżenie stawek roamingowych przez operatorów telekomunikacyjnych od 15 czerwca (do poziomu krajowego – konsekwencja wejścia zasad ustalonych przez UE) spowodowało także spadek cen na usługi łączności.

Dla pracowników do dobry sygnał, bo ich realne dochody będą wyższe niż na początku roku. Jeśli wynagrodzenia będą dalej rosły w tempie 5 proc. i więcej, na co wszystko wskazuje, a inflacja będzie się zmniejszała, to należy oczekiwać dalszej poprawy optymizmu konsumentów, a tym samym silnego wsparcia wzrostu PKB ze strony spożycia indywidualnego. Tylko, żeby inwestycje jeszcze chciały silniej ruszyć.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

W 2016 roku agencje pomogły zatrudnić ponad 1,2 mln osób

Według opublikowanego przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej raportu „Informacja o działalności agencji zatrudnienia w 2016 roku” liczba osób, które znalazły zatrudnienie za pośrednictwem agencji wyniosła 1 219 139.

Największą grupę stanowią pracownicy tymczasowi, których liczba w 2016 roku wyniosła 796 tys. osób, o 0,5% mniej niż w ubiegłym roku. Firmy członkowskie Polskiego Forum HR, członka Konfederacji Lewiatan, zatrudniały w tym czasie 264 tys. osób, czyli 33% wszystkich pracowników tymczasowych w Polsce.

W ramach pośrednictwa pracy na terenie RP pracę znalazło 275 tys. osób, a 149 tys. zostało skierowanych do pracy za granicę.

Liczba agencji zatrudniania w Polsce w 2016 roku

Jak podaje Ministerstwo, liczba agencji w ubiegłym roku wyniosła 7484, to aż o 24% więcej niż w poprzednim roku. Jako obszar swojej działalności 34% wskazało pośrednictwo pracy na terenie RP, 30% pracę tymczasową. Watro zauważyć, że na dzień 30 czerwca br. liczba agencji wynosi już 8330 podmiotów.

– Bardzo duży wzrost liczby agencji, obserwujemy od wielu lat. Jeśli miernikiem wielkości rynku byłaby liczba podmiotów na niej działających, Polska zajmowałaby w tej klasyfikacji trzecie miejsce w Europie. Jest to efektem bardzo liberalnych przepisów dotyczących zakładania agencji. Szkoda, że przy ostatniej nowelizacji przepisów nie został wprowadzony, postulowany przez partnerów społecznych obowiązek posiadania zabezpieczenia finansowego przez podmioty działające w obszarze pracy tymczasowej, która jest usługą wymagającą bardzo dobrego przygotowania nie tylko merytorycznego ale również kapitałowego – mówi Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR

Jeśli chodzi o formę działalności to 42% stanowią spółki z ograniczona odpowiedzialnością i aż 37% osoby fizyczne. Co ciekawe na liście podmiotów posiadających certyfikat znalazły się również: związki zawodowe, w liczbie 9 oraz kościół katolicki w liczbie 6 podmiotów.

Praca tymczasowa w Polsce

Agencje zatrudniały w ubiegłym roku łącznie 796 tys. pracowników tymczasowych, 50% z nich w oparciu o umowy o pracę, co jest lepszym wynikiem niż poziom osiągnięty w ubiegłym roku (47%), ale daleko odbiega od standardów wytyczanych przez firmy członkowskie Polskiego Forum HR, gdzie odsetek umów o prace stanowił w 2016 roku 92%.
Nadal największa grupa pracowników zatrudniana jest przez łączny okres nieprzekraczający 3 miesięcy – 56% wszystkich zatrudnionych, odsetek osób zatrudnionych na okres dłuższy niż 12 miesięcy wyniósł 9%.

Łącznie w ubiegłym roku zawarto ponad 2 mln umów – średnio na jednego pracownika tymczasowego przypadało 2,5 umowy o pracę lub umowy prawa cywilnego. Ponad połowa liczby wszystkich umów dotyczyła zatrudnienia w pięciu grupach zawodów:

1. Pracownicy wykonujący dorywcze prace proste
2. Robotnicy wykonujący prace proste w przemyśle gdzie indziej niesklasyfikowani
3. Magazynierzy i pokrewni
4. Pracownicy wykonujący prace proste gdzie indziej niesklasyfikowani
5. Monterzy gdzie indziej niesklasyfikowani

Blisko 19 tys. firm korzystających z pracy tymczasowej

Liczba firm korzystających z pracy tymczasowej wyniosła w 2016 roku 18 608 podmiotów, to o 9% więcej niż w ubiegłym roku. Największa liczba pracodawców zlokalizowana była w województwie mazowieckim (5950 firm), dolnośląskim (2005), śląskim (1774) oraz wielkopolskim 1688).

Huebner zdradza kulisy negocjacji ws. Brexitu

Dzisiaj ciągle mamy ogromną niepewność i właściwie nie wiadomo jak będą wyglądały przyszłe relacje – mówi newsrm.tv o negocjacjach ws. Brexitu prof. Danuta Huebner, posłanka do Parlamentu Europejskiego. Zgodnie z harmonogramem negocjacje powinny trwać dwa lata. Rozmowy podzielona na etapy. W pierwszym z nich poruszone zostaną tematy dotyczące ochrony obywateli UE mieszkających w Wielkiej Brytanii.

– Ten pierwszy etap to będą negocjacje o ochronie obywateli Unii Europejskiej, tych z 27 państw członkowskich, którzy znajdują się na Wyspach Brytyjskich, bo podjęli prace, są połączenie więzami rodzinnymi, studiują. Negocjacje dotyczą także obywateli brytyjskich w tych 27 państwach Unii Europejskiej. Już widać, że dwa stanowiska negocjacyjne to europejskie i to brytyjskie są bardzo daleko od siebie. To będzie taka pierwsza próba. Już w lipcu zaczną się negocjacje. Zobaczymy czy uda się rzeczywiście znaleźć wspólne pole dla kompromisu – mówi Danuta Huebner.

W lipcu poruszony także zostanie temat finansów. Unia i przedstawiciele Wielkiej Brytanii będą rozmawiali o zobowiązaniach takich jak emerytury. – Te negocjacje również będą bardzo trudne. Zaczynamy rzeczywiście mocnym uderzeniem. Do końca tego roku mamy nadzieję osiągnąć postęp w tych negocjacjach dotyczących obywateli i finansów, ale także granicy na wyspie Irlandia. Wtedy jeżeli ocenimy, że zaawansowanie jest dostateczne rozpoczniemy także myślenie o przyszłości, ale dzisiaj przyszłość jest zupełnie nieznana – dodaje Danuta Huebner.

Rozbrat Wielkiej Brytanii z Unią Europejską niesie ze sobą też obawy o przyszłość działania firm. Przedsiębiorcy już teraz obawiają się, że będą musieli np. płacić cło. Kolejny problem to podatki: czy VAT pozostanie bez zmian i jak będzie wyglądał jego zwrot. Wielka Brytania i Unia Europejska mają także wspólny system patentowy i ochrony znaków towarowych. Przedsiębiorcy obawiają się czy zostanie to utrzymane czy może jeszcze raz będą musieli swoje znaki zastrzegać.

– Są obawy o to, że w momencie rozpoczęcia wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to przedsiębiorcy będą mieli utrudnione kontakty z partnerami w Wielkiej Brytanii. To będzie oznaczało nie tylko wzrost kosztów ale także wydłużanie się całego procesu współpracy biznesowej z Wielka Brytanią a to będzie oczywiście wpływać na wyniki finansowe – dodaje dr. Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Jak wynika z danych Konfederacji Lewiatan najbardziej zaniepokojone są branża samochodowa, kosmiczna, kosmetyczna oraz sektor telekomunikacji satelitarnej.

Po co pracownikowi poczucie własnej wartości?

Jeśli chcesz mieć naprawdę dobrego pracownika, zadbaj o jego poczucie własnej wartości. Dzięki większej samoświadomości i pewności siebie, stanie się lepszym partnerem do wspólnej i twórczej pracy. A właśnie na takich pracownikach firma może najwięcej zyskać.

Wokół koncepcji poczucia własnej wartości nagromadziło się wiele mitów i nieporozumień. Pewność siebie bywa wymieniana w jednym rzędzie z wybujałym ego, a asertywność mylona z postawą roszczeniową, a nawet agresywną. Tymczasem poczucie własnej wartości to realistyczna, choć zarazem doceniająca opinia o sobie. „Realistyczna” to taka, kiedy nie oszukujemy siebie, jesteśmy uczciwi i szczerzy przed samym sobą, mamy świadomość swoich słabych i mocnych stron. „Doceniająca” oznacza natomiast, że nasza ogólna opinia o sobie jest dobra. Zdrowe poczucie własnej wartości to przekonanie, że jest się wartym tyle samo, co każdy inny człowiek.

– Mając adekwatne poczucie własnej wartości, z jednej strony czujemy spokojne zadowolenie z tego kim jesteśmy, mamy też poczucie godności płynące z przekonania, że posiadamy wewnętrzną wartość. Z drugiej strony, pozostajemy pokorni, gdyż zdajemy sobie sprawę, że każdy z nas musi wiele się nauczyć – mówi Marta Bober-Lal, trenerka w firmie szkoleniowej Effect Group.

Niektórzy wierzą, że z pewnością siebie trzeba się urodzić, i że jest to szczególna umiejętność, dostępna jedynie nielicznym. Na szczęście nie jest to prawdą. Poczucie własnej wartości można w sobie wykształcić oraz wzmocnić.

Pewny siebie pracownik – lepsza firma

Gdyby zapytać o to pracodawców, wielu z nich odpowiedziałoby, że zależy im na pracownikach pewnych siebie, asertywnych. Niestety, w rzeczywistości wielu z nich bardziej odpowiadają pracownicy ulegli, cisi i posłusznie wykonujący wszystkie polecenia. W efekcie blokują oni samodzielność i rozwój zatrudnionych osób.

Tymczasem, jeśli spełnione zostaną odpowiednie warunki, dobrze zorganizowana praca będzie podnosiła samoocenę pracownika, a wyższa samoocena sprzyjać będzie podnoszeniu kwalifikacji i kompetencji. A w takiej sytuacji następuje sprzężenie zwrotne – satysfakcja z pracy wpływa na zadowolenie z siebie i odwrotnie.

Marta Bober-Lal wymienia następujące korzyści z adekwatnego poczucia własnej wartości u pracowników:

  • osoby mające poczucie własnej wartości zdecydowanie lepiej radzą sobie w nowych sytuacjach, mniej się też obawiają oceny innych ludzi;
  • pracownik skupia się raczej na zadaniu niż na sobie i swoich nieprzyjemnych uczuciach, co z kolei sprzyja skuteczności działania;
  • człowiek z poczuciem własnej wartości szanuje siebie, zatem szanuje również innych ludzi;
  • lider zespołu z poczuciem własnej wartości stara się włączać ludzi zarówno w proces rozwiązywania problemów, jak i podejmowania decyzji – korzysta z ich wiedzy, co prowadzi do osiągnięcia efektu synergii (uzyskuje się efekty wyższe niż wyniosłaby suma wkładu poszczególnych osób);
  • pracownicy są mocniej zaangażowani w pracę, bardziej samodzielni, a gdy czują się doceniani i bezpieczni, są w stanie naprawiać własne błędy oraz zdobywać nowe umiejętności;
  • mając takich pracowników, organizacje są lepiej przygotowane do działania w trudnych warunkach.

Te same cechy powinien wyrabiać w sobie także sam lider czy menedżer. Badania dotyczące porażek w biznesie wskazują, że ich przyczyną bardzo często jest lęk szefa przed podejmowaniem decyzji. W wielu przypadkach menedżerowie także powinni popracować nad poczuciem własnej wartości.

Wyobraźmy sobie jednak firmę, w której ludzie faktycznie działają na wysokim poziomie świadomości – akceptują siebie i innych, są odpowiedzialni, asertywni, realizują jasno wyznaczone cele i robią to w zgodzie z poczuciem osobistej uczciwości. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że byłaby to firma o niezwykłych wynikach i efektach pracy. Ale to nie utopia! Aby taką firmę stworzyć, wystarczy zadbać o kilka aspektów.

  • Poczucie bezpieczeństwa – pracownicy muszą być pewni, że nikt ich nie wyśmieje, nie zlekceważy i nie upokorzy za ich otwartość i szczerość.
  • Akceptacja – pracownicy powinni móc liczyć na wysłuchanie ich pomysłów; należy ich zachęcać do wyrażania autentycznych myśli i opinii.
  • Stawianie wyzwań – pracownikom warto powierzać zadania, które dadzą im okazję do poszerzania umiejętności.
  • Konstruktywna informacja zwrotna – zamiast krytykować, lepiej uczciwie wskazać, co zostało wykonane dobrze, a co wymaga poprawy.
  • Wyraźnie określone zasady i wskazówki – polecenia powinny być wydawane w taki sposób, aby pracownik nie tracił czasu i energii na domyślanie się lub zgadywanie, czego oczekują od niego przełożeni.
  • Zachęcanie do samodzielności – dzięki nim pracownik sam będzie potrafił rozwiązywać problemy i podejmować wyzwania związane z pracą.

Co zrobić, by mieć takich pracowników?

W jaki sposób pracodawca może wspierać pracowników i wzmacniać ich poczucie wartości? Trenerka Effect Group przywołuje pięć zasad, o których powinien pamiętać każdy menedżer.

Zasada nr 1: Umacniam i podnoszę poczucie wartości ludzi, z którymi pracuję. Jak menedżer może to zrobić na co dzień? Poprzez chwalenie swoich pracowników, okazywanie im szacunku, konstruktywną krytykę, wspieranie w trudnych zadaniach, czy też przydzielanie nowych zadań.

Zasada nr 2: Słucham uważnie i reaguję z empatią. Menedżer powinien cierpliwie wysłuchać problemu, z jakim przychodzi do niego pracownik, w razie potrzeby może spróbować mu doradzić lub udzielić innej pomocy, okazać współczucie i zrozumienie a także cieszyć się sukcesami pracownika.

Zasada nr 3: Potrafię poprosić o pomoc i zachęcam do udziału. Najlepszym przykładem będzie rozmowa z pracownikiem lub burza mózgów; w trakcie wspólnej dyskusji szef może np. delegować zadania, podziękować zespołowi za podjęcie wspólnych działań lub obiecać nagrodzenie najlepszego pomysłu.

Zasada nr 4: Dzielę się informacjami, mówię o faktach i odczuciach. Ważnym elementem będzie tutaj zlecanie pracownikowi zadań przewyższających jego aktualny zakres obowiązków, poświęcanie czasu na spotkania z pracownikami, wysłuchiwanie propozycji rozwiązania rozmaitych problemów, czy też otwarte podejmowanie tematów trudnych i zarazem ważnych dla firmy.

Zasada nr 5: Daję wsparcie bez odbierania odpowiedzialności. Najważniejsze w tej zasadzie jest to, aby menedżer nie wykonywał zadań za pracownika, a jednocześnie dzielił się wiedzą. Chodzi o to, aby wskazywał kierunek, ale nie dokładną drogę.

Bardzo dobrą praktyką może się okazać rozpoczynanie ścieżki szkoleniowej dla każdego pracownika właśnie od warsztatu budowania poczucia własnej wartości. Takie szkolenie pomoże otworzyć pracowników na zmiany, a firmie umożliwi lepsze, bardziej aktywne korzystanie z ich potencjału.

– Dla uczestników warsztatu najważniejsze jest poczucie, że zmiana jest możliwa, a to przekonanie będzie silniejsze, jeśli w jakimś obszarze już nastąpiła. Praca nad podniesieniem poczucia własnej wartości jest długa, kręta, ale też daje ogromną satysfakcję – mówi Marta Bober-Lal. – Od lat przekonuję pracodawców, że jest to podstawowy warsztat rozwojowy dla pracowników. Powoduje wzrost efektywności, poczucia zadowolenia i pozwala budować lepsze relacje w zespole – przekonuje trenerka.

Jeśli nad poczuciem własnej wartości chciałby popracować sam pracownik, zacząć może choćby od próby zwiększenia poziomu samoakceptacji. Samoakceptacja to postawa zaufania, wiary i szacunku wobec samego siebie. A aby siebie pokochać, przede wszystkim należy zaakceptować swoje ograniczenia, poznać własne potrzeby, aspiracje i marzenia. Trzeba także pozwolić sobie na popełnianie błędów.

Jak powiedział psycholog Fritz Perls, „bądź tym, kim jesteś i mów to, co czujesz, ponieważ ci, którzy mają z tym problem nie są ważni, a ci, którzy są ważni, nie mają z tym problemu”. Trudno o bardziej trafne wyrażenie istoty poczucia własnej wartości.

Analiza pozycji dużych graczy 03.07.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 03.07.2017 7– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 03.07.2017 8-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/US

Po dokładnym przeanalizowaniu raportu COT nasza uwaga powinna zostać skierowana w stronę dolara nowozelandzkiego. Powinniśmy wypatrywać ewentualnej dywergencji na wykresie, bowiem optymizm na tej parze walutowej musi zostać przyhamowany mocniejszą korektą lub nawet załamaniem kursu walutowego. W poprzednim tygodniu fundusze lewarowane po raz kolejny powiększyły swoje długie pozycje na dolarze nowozelandzkim. Pozycje długie znalazły się najwyżej w historii, co sugeruje skrajny optymizm żywiony do dalszych wzrostów.

Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cme Group

Warto zauważyć, że wzrostowi pozycji długich towarzyszył także wzrost pozycji krótkich, niektórzy już zaczęli wyceniać możliwą wyprzedaż omawianej pary walutowej.

Na wykresie tygodniowym notowania dotarły w okolicę strefy oporu 0.731-0.739. Po siedmiu tygodniach nieustannych wzrostów powinna zawitać korekta, która może przerodzić się w większy ruch spadkowy. Dodatkowym czynnikiem wspierającą korektę jest wyprzedaż metali przemysłowych, które stanowią duży odsetek eksportu Nowej Zelandii. Ewentualna wyprzedaż mogłaby znieść kurs po raz kolejny w okolicę strefy wsparcia 0.686.

NZD/USD, interwał tygodniowy

NZD/USD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Kolejnym ciekawym instrumentem do obserwacji jest dolar kanadyjski, o którym już kilka razy wspomnieliśmy. Scenariusz szybkiej redukcji krótkich pozycji i mocnego umocnienia CAD został zrealizowany. W poprzednim tygodniu fundusze lewarowane zredukowały krótką pozycję o 32 tysiące, z kolei długą o 1,5 tysiąca. W nadchodzących tygodniach zjawisko powinno być kontynuowane.

Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje funduszy zarządzających, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cme Group

Na wykresie tygodniowym analiza techniczna potwierdza trend spadkowy. Bowiem została przerwana dolna lbanda kanału wzrostowego, w nadchodzących tygodniach wyprzedaż USD na rzecz CAD powinna być kontynuowana. Niemniej jednak należy spodziewać się odreagowania ostatnich spadków. Ewentualnym poziomem korekty może być test dolnej bandy kanału wzrostowego.

Notowania USD/CAD, interwał tygodniowy

Notowania USD/CAD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

 

Importerzy gazu piszą skargę do Premiera Morawieckiego na projekt nowelizacji Ustawy

Brak konsultacji projektu Nowelizacji ustawy o zapasach ropy i gazu z prywatnymi importerami gazu i obawa o negatywne efekty dla całego rynku – to główne argumenty, które podnosi Hermes Energy Group – jeden z czołowych importerów gazu w Liście Otwartym do Premiera Mateusza Morawieckiego. Importer ostrzegają przed konsekwencjami prawnymi ze strony Urzędu Regulacji Energetyki oraz Komisji Europejskiej.

Występując w imieniu setek przedsiębiorców oraz tysięcy pracowników zatrudnionych w sektorze HEG zwraca się ”…z wnioskiem o pilną reakcję na sposób działania procesu legislacyjnego Sejmowej Komisji Energii i Skarbu Państwa, która dotychczas nie przesłała żadnych projektów dokumentów do przedstawicieli branży jak i Urzędu Regulacji Energii przed głosowaniem w Sejmie RP.”

W opinii importera nowe, proponowane przez rząd zasady utrzymywania rezerw są nierynkowe i dyskryminują mniejsze podmioty, gdyż koszty przechowywania gazu, czy to w kraju czy zagranicą, są bardzo wysokie i nieopłacalne dla niezależnych firm. Konsekwencją tych zmian prawnych będzie podwyżka cen gazu o 5 do 8 proc.

„Szacujemy, że rocznie rachunki za gaz w skali kraju pójdą w górę o ok. 1 mld zł, z czego połowę pokryje ok. 7 mln gospodarstw domowych’’ – podkreśla image001 z Hermes Energy Group, jednego z sygnatariuszy Listu.

Importerzy proszą o pomoc UOKiK

Importer gazu zwraca uwagę Premiera Morawieckiego na fakt, iż projekt ustawy został przyjęty przez rząd w „trybie odrębnym”, czyli nie był wcześniej poddany konsultacjom i uzgodnieniom.

‘’Proces legislacji nie jest przejrzysty, ani uczestnicy rynku ani Prezes URE nie otrzymali dokumentu do wglądu przed głosowaniem. To budzi nasz sprzeciw i zamierzamy poprosić UOKiK o wydanie w tym zakresie opinii prawnej’’ – podkreśla przedstawiciel HEG.

Importerzy poddają krytyce argumenty Ministerstwa Energii mówiące o tym, że znacząca część surowca już dziś obecna na rynku, zawiera w sobie koszt utrzymywania zapasów. *

‘’Wystarczy spojrzeć na różnice w cenach gazu między Polską a Niemcami przed lipcem 2016 i obecnie 2017. Kolejne zaostrzenie spowoduje kolejne podwyżki, choć już dziś widać, że ceny na TGE są o ponad 10 proc. wyższe niż w Niemczech’’ – dodają przedstawiciele HEG.

…i Trybunał Sprawiedliwości UE

Przedstawiciele HEG w imieniu branży informują Premiera, że jeśli rząd nie podda w najbliższych dniach nowych zapisów konsultacjom z branżą, zamierzają wystosować skargę do Komisji Europejskiej i Strasburga.

‘’Już dziś prowadzimy konsultacje z kancelariami prawnymi w Brukseli i Warszawie. Jeśli okaże się, że nowe rząd pominie nas w procesie legislacji, będziemy zmuszeni do złożenia skargi w Strasburgu’’ – dodają przedstawiciele branży.

* Projekt, przyjęty przez Sejmową Komisję Energii i Skarbu Państwa, zakłada m.in., że importerzy gazu, którzy obowiązkowe zapasy utrzymują poza granicami kraju muszą  (w celu zapewnienia zdolności ich przesyłu do Polski w razie kryzysu energetycznego) zarezerwować tzw. zdolności przesyłowe ciągłe na połączeniach transgranicznych (interkonektorach). Zarezerwowane zdolności mają pozwalać na przesłanie całości zapasów w ciągu maksimum 40 dni i dodatkowo nie mogą być wykorzystywane w żadnych innych celach.

Polska na szóstym miejscu w Europie pod względem zagrożenia atakami hakerów

Polska szóstym najbardziej zagrożonym cyberatakami krajem w Europie, natomiast malware WannaCry oraz Fireball zaraziły już ponad 25% światowych sieci korporacyjnych – to wnioski comiesięcznego raportu dotyczącego cyberbezpieczeństwa firmy Check Point Software Technologies. 

ThreatcloudMapFirma Check Point przedstawiła kolejny ranking państw, w których sieci firmowe ulegały atakom hakerskim. W skali europejskiej najbardziej zagrożonymi są Macedonia (69,6), Gruzja (62,6) i Albania (53,3). Coraz bardziej niepokoi sytuacja polskich sieci firmowych – ulokowaliśmy się na 6 miejscu w Europie wśród krajów z największą liczbą ataków, z indeksem zagrożenia na poziomie 34,4 pkt. Poza czołową trójką gorszymi wskaźnikami charakteryzują się tylko Rosja i Rumunia (odpowiednio 38,8 i 35,9). Na przeciwnym biegunie znalazły się Mołdawia (20,4), Islandia (20,7) oraz Luksemburg (21,9), które w maju odnotowały najmniejszą liczbę incydentów bezpieczeństwa wśród 42 sklasyfikowanych państw Europy.

rankCo ciekawe, analizy Threat Cloud Map wskazują, że największa część ataków na Polskie komputery pochodziła z amerykańskich IP. Wg Check Pointa aż 1/4 sieci korporacyjnych na całym świecie została w maju zainfekowana przez dwie rodziny malware „zero-day” – Fireball oraz WannaCry, które zostały sklasyfikowane jako dwa z trzech najpopularniejszych typów malware. Fireball, będący ostatnio najpopularniejszym typem złośliwego oprogramowania, odpowiada za infekcję ponad 20% sieci firmowych. Drugi w klasyfikacji – RoughTed – zainfekował 16% sieci korporacyjnych, natomiast WannaCry blisko 8% z nich.

Według Check Point codziennie doświadczamy ponad 26 tys. ataków na świecie. Jak wynika z badań PwC w Polsce 96% firm doświadczyło co najmniej 50 ataków w ciągu roku, jednocześnie wzrosły koszty wynikające z cyberataków. Średni koszt jednorazowego ataku na polską firmę sięga 1,5 mln złotych!

Dobry koniec kwartału w polskim sektorze przemysłowym

W czerwcu indeks PMI® polskiego sektora przemysłowego (Wskaźnik Managerów Logistyki) zarejestrował 53,1 punktu, co wskazuje na przyspieszenie tempa wzrostu gospodarczego w polskim sektorze przemysłowym.

Jak podała firma badawcza IHS Markit, wskaźnik PMI dla Polski był wyższy niż w maju br. (52,7 pkt.) i wskazywał na mocne zakończenie drugiego kwartału 2017 roku.

W minionym miesiącu w wyniku wzmożonej liczby zamówień z sektora wytwórczego  odnotowano wzrost wielkości produkcji, a jej dynamika była nieznacznie wyższa niż w maju. Pomimo większej liczby nowych zleceń ogólna liczba kontraktów pochodzących z rynków zagranicznych zwiększyła się w umiarkowanym tempie, które było niższe niż miesiąc wcześniej.

Po raz kolejny wzrósł poziom zatrudnienia w sektorze, ale dynamika tego wzrostu była najwolniejsza od 34 miesięcy. Okres nieprzerwanego zwiększania zatrudnienia trwa już prawie cztery lata.

Ceny wyrobów wzrosły, ale w tempie najniższym od siedmiu miesięcy. Wyhamowała również inflacja kosztów produkcji, przy czym zwiększenie ogólnych obciążeń wciąż było gwałtowne i odczuwalne dla firm z sektora.

Czerwcowy poziom indeksu PMI zakończył pozytywnie drugi kwartał w polskim przemyśle, co odzwierciedla poprawę warunków gospodarczych. Przełożyło się to na optymizm polskich przedsiębiorców, którzy oczekują dalszego przyspieszenia wzrostu w kolejnych kwartałach.

Piotr Ludwiczak, Head of Research, Michael/Ström

Upadłości i restrukturyzacje firm w Polsce w I półroczu 2017 roku

  • W pierwszej połowie 2017 r. łączna liczba upadłości i restrukturyzacji polskich firm wyniosła 387, czyli o 18 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2016 r. (wg danych na dzień 29 czerwca br.)
  • Wśród rodzajów postępowań upadłościowych najwięcej ogłoszono upadłości w celu likwidacji majątku (238 tj. 61 proc.). Jest to jednak o 11 mniej niż w I połowie 2016 roku.
  • Upadłości z możliwością zawarcia układu nie są możliwe od momentu wprowadzenia nowego prawa restrukturyzacyjnego.
  • Świadomość przedsiębiorców w wykorzystaniu prawa restrukturyzacyjnego cały czas rośnie.
  • W I połowie 2017 r. ogłoszono łącznie 149 postanowień restrukturyzacyjnych (z czego najwięcej, bo 88 stanowią przyspieszone postępowania układowe), podczas gdy w analogicznym okresie rok temu było ich 57. Wynik pierwszego półrocza 2016 r. stanowi niską bazę do porównania, ponieważ były to pierwsze miesiące funkcjonowania nowego prawa restukturyzacyjnego.
  • Najwięcej upadłości i restrukturyzacji nastąpiło w produkcji (106). Natomiast największy skok postępowań odnotowaliśmy w handlu (+ 23 proc.) oraz w budownictwie (+19 proc.).
  • W I półroczu 2017 roku najwięcej upadłości i restrukturyzacji było w województwie mazowieckim (76). Znaczny wzrost postępowań odnotowaliśmy natomiast w województwie podlaskim (+ 400 proc.)
  • Coface prognozuje, że w kolejnych miesiącach 2017 r. dostępne formy restrukturyzacji nadal będą zyskiwać na popularności.
Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej
Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej

Komentuje Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Polsce

W pierwszej połowie tego roku nasza gospodarka rozwijała się w solidnym tempie. Już w pierwszym kwartale 2017 r. wzrost gospodarczy Polski przyspieszył do 4 proc. r/r, a dalsze zwiększanie się konsumpcji gospodarstw domowych umocniło ją na miejscu głównej siły napędowej naszej gospodarki. Dostępne dane za drugi kwartał 2017 roku potwierdzają, że ożywienie jest kontynuowane. Dobra sytuacja na rynku pracy nadal wspiera konsumpcję prywatną. Produkcja przemysłowa notuje dynamikę wzrostową nie tylko dzięki popytowi krajowemu, ale także przyspieszeniu gospodarczemu w strefie euro, zwłaszcza Niemczech, a dynamika produkcji budowlano-montażowej wreszcie jest dodatnia po zastoju budowlanym, jaki miał miejsce w 2016 roku.

Otoczenie makroekonomiczne sprzyja przedsiębiorstwom, a wiele branż notuje wyższe wskaźniki rentowności sprzedaży i obrotu. Jednak sytuacja płynnościowa firm w Polsce jeszcze w pełni nie odzwierciedla przyspieszenia gospodarczego. W pierwszej połowie tego roku ogłoszono 387 postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych, co stanowi 18-proc. wzrost w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego. Na dynamikę zmian rocznych nadal duży wpływ ma zmiana prawa upadłościowego i wprowadzenie odrębnego prawa restrukturyzacyjnego, jakie miało miejsce na początku 2016 r. W pierwszej połowie ubiegłego roku nowo wprowadzone rodzaje postępowań restrukturyzacyjnych powoli i stopniowo zaczęły zyskiwać na popularności stając się w kolejnych miesiącach 2016 roku coraz powszechniejszym środkiem próby naprawy przedsiębiorstwa borykającego się z trudną sytuacją płynnościową. W drugiej połowie tego roku jeszcze ciężko jest ocenić czy wprowadzone rozwiązania prawne pomagają firmom powrócić do efektywnej działalności biznesowej. Wiele z tych postępowań jest w trakcie procesów „uzdrawiania” przedsiębiorstw. Bez wątpienia restrukturyzacje są i będą dość często wykorzystywanym środkiem w przypadku trudności płynnościowych. W pierwszej połowie tego roku ich udział we wszystkich postępowaniach był bliski 40 proc. i wydaje się, że poziom równy liczbie około 70-80 restrukturyzacji kwartalnie będzie utrzymywał się w kolejnych statystykach.

Jako, że nasz scenariusz bazowy zakłada utrzymanie przyzwoitego tempa wzrostu gospodarczego w drugiej połowie 2017 r., odnotowany zostanie dalszy spadek liczby upadłości przedsiębiorstw, a łączna liczba upadłości i restrukturyzacji będzie obniżać się w kolejnych miesiącach i na koniec roku będzie niższa o 6 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Nie oznacza to jednak, że kolejne miesiące będą idealne dla polskiego biznesu. Już bieżące statystyki wskazują na wzrost liczby upadłości i restrukturyzacji w branży handlowej, pomimo bardzo dobrej sytuacji na rynku konsumenta. Duża konkurencja, presja na marże i trudności w obsadzeniu wakatów nadal będą obecne w handlu. Ponadto, wyższa inflacja, którą nadal można określać jako umiarkowaną, powoduje, że wzrost wynagrodzeń w ujęciu realnym nie będzie już taki znaczny jak w latach 2014-2016, a konsumenci mogą być mniej skłonni do zwiększania wydatków. Z kolei w budownictwie nastąpił dalszy wzrost liczy postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych, pomimo poprawy dynamiki produkcji budowlano-montażowej. Wzrost tej ostatniej nadal w dużej mierze pozostaje zasilany tzw. efektem bazy statystycznej, jako że odnosi się do mizernych wyników roku poprzedniego. Na realną poprawę sytuacji budownictwa trzeba jeszcze poczekać. Gdy w pierwszej połowie tego roku dane makroekonomiczne wskazywały wyższą aktywność sektora budowalnego, jego sytuacja płynnościowa nadal była dosyć trudna. Liczba upadłości i restrukturyzacji przedsiębiorstw budowlanych wzrosła o 19 proc. w pierwszej połowie 2017 r. w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego. Zeszłoroczne zahamowanie inwestycji infrastrukturalnych nadal znajduje odzwierciedlenie w spadku przychodów wielu firm budowlanych, a zyski z nowych kontraktów jeszcze nie są widoczne w wynikach finansowych.

Upadłości i restrukturyzacje według branż

branża liczba**
upadłości i restr.I-VI 2016
liczba**
upadłości  i restr.I-VI 2017
 

zmiana

PRODUKCJA, w tym: 92 106 +15%
Przetwórstwo przemysłowe, w tym m.in.: 78 95 +22%
         Produkcja metali i metalowych wyrobów gotowych 13 24 Wzrost
         Produkcja artykułów spożywczych i napojów 14 10 Spadek
         Produkcja maszyn, urządzeń i urządzeń elektrycznych 7 12 Wzrost
         Produkcja wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych 4 6 Wzrost
         Poligrafia i reprodukcja 5 1 Spadek
         Produkcja chemikaliów i wyrobów chemicznych 0 5 Wzrost
         Produkcja papieru i wyrobów z papieru 1 2 Wzrost
         Produkcja odzieży i wyrobów tekstylnych 5 3 Spadek
         Produkcja mebli 0 3 Wzrost
         Produkcja wyrobów z drewna, z wyłączeniem mebli 9 12 Wzrost
         Produkcja wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych (w tym materiały budowlane) 7 6 Spadek
         Przetwórstwo pozostałe 13 11 Spadek
HANDEL, w tym m.in.: 79 97 +23%
          Handel hurtowy 48 57 Wzrost
          Handel detaliczny 21 29 Wzrost
BUDOWNICTWO 57 68 +19%
TRANSPORT 13 13 bez zmian
POZOSTAŁE, w tym m.in.: 87 103 +18%
         Obsługa rynku nieruchomości 16 19 Wzrost
         Zakwaterowanie i gastronomia 9 8 Spadek
ogółem 328 387 +18%

** Stan wg wiedzy na koniec pierwszego półrocza.

Charakterystyka upadłości i restrukturyzacji w wybranych sektorach

Komentuje Marcin Siwa, dyrektor działu oceny ryzyka w Coface

Przetwórstwo przemysłowe

Gospodarka polska rozwija się ostatnio w dość szybkim tempie, co nie jest sytuacją wyjątkową na tle innych gospodarek regionu. Koniunktura gospodarcza w Europie jest ostatnio dość sprzyjająca, co odzwierciedlają wzrosty PKB poszczególnych krajów. Nie zmienia to jednak faktu, że zmiany w polskim prawie upadłościowym i restrukturyzacyjnym sprzyjają wzrostowi liczby tychże upadłości i restrukturyzacji. W pierwszym półroczu 2017 roku wzrosty pojawiły się w większości sektorów produkcyjnych i jest to związane po części z wciąż słabymi inwestycjami, które nie wspierają wzrostu produkcji dóbr wykorzystywanych właśnie przy inwestycjach, a z drugiej strony, słabsze firmy mają łatwiejszy dostęp do ochrony przed wierzycielami i coraz częściej z tego korzystają.

Handel

Przedsiębiorstwa z sektora handlowego stanowią nadal liczną grupę w statystykach upadłościowych, odpowiadając za blisko ¼ wszystkich postępowań. Duża ilość podmiotów z tej branży w polskiej gospodarce przyczynia się do konieczności akceptacji niskich marż, które dla niektórych przedsiębiorstw, zwłaszcza tych mniejszych, o słabszej pozycji negocjacyjnej, mogą decydować o prowadzeniu biznesu na granicy rentowności. Wzrost konsumpcji prywatnej wspiera handel, ale jest to skutecznie neutralizowane przez konsolidację rynku i bardzo dużą konkurencję. Dodatkowo firmy wskazują na problemy fiskalne, długotrwałe i kończące się często negatywnymi dla podmiotów gospodarczych decyzjami kontrole urzędów skarbowych, które w wielu przypadkach są również powodem ogłaszania przez firmy upadłości czy też rozpoczynania procesów restrukturyzacyjnych. Dynamika wzrostu upadłości i restrukturyzacji w handlu jest obecnie wyższa niż w pozostałych sektorach gospodarki.

Budownictwo

Trudna sytuacja płynnościowa w budownictwie utrzymuje się pomimo poprawy dynamiki produkcji budowlano-montażowej. Wpływ na to mają dwa podstawowe czynniki: przychodzące ze znacznym opóźnieniem ożywienie w inwestycjach (zakładano, że pojawi się już pod koniec roku 2016, a sytuacja nie zmienia się zasadniczo do tej pory) oraz wprowadzenie odwróconego VATu na usługi budowlane. Popyt na materiały budowlane, stal i usługi budowlane stopniowo rośnie, co świadczy o tym, że rynek inwestycyjny wreszcie nieco się ożywia. Nie uratowało to jednak wielu firm, które oczekując na to ożywienie musiały rozpocząć restrukturyzację. Odwrócony VAT powoduje, że wiele firm usługowych ma duże problemy z utrzymaniem płynności: muszą kupić towary z VAT, a sami wystawiają je netto czekając na zwroty – to często wydłuża obrót gotówką do poziomów, które utrudniają normalne regulowanie własnych zobowiązań. Można się spodziewać, że sytuacja w budownictwie w kolejnym półroczu nieco się poprawi, ale sektor nadal będzie się borykał z problemami płynnościowymi.

Upadłości i restrukturyzacje według regionów

województwo liczba**
upadłości i restr.I-VI 2016
liczba**
upadłości i restr.I-VI 2017
zmiana
mazowieckie 57 76 wzrost
śląskie 57 52 spadek
dolnośląskie 40 36 spadek
wielkopolskie 26 32 wzrost
małopolskie 37 27 spadek
zachodniopomorskie 14 26 wzrost
podkarpackie 11 20 wzrost
podlaskie 4 20 wzrost
warmińsko-mazurskie 11 18 wzrost
lubelskie 10 17 wzrost
pomorskie 12 17 wzrost
kujawsko-pomorskie 19 14 spadek
opolskie 7 10 wzrost
lubuskie 9 9 bez zmian
łódzkie 9 8 spadek
świętokrzyskie 5 5 bez zmian
ogółem 328 387 +18%

Wzrost liczby upadających oraz objętych restrukturyzacją firm widać w większości województw. Listę otwiera województwo mazowieckie, gdzie upadłości i restrukturyzacji jest najwięcej, bo aż 76. Ich liczba wzrosła o 33% w porównaniu do analogicznego okresu w 2016 roku. Największy skok odnotowano natomiast w województwie podlaskim, gdzie liczba postępowań restrukturyzacyjnych i upadłości wzrosła aż o 400 proc. (z 4 do 20). W 5 województwach (śląskim, dolnośląskim, małopolskim, kujawsko-pomorskim oraz łódzkim) liczba postępowań spadła, ale nieznacznie. Najmniej postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych zanotowano natomiast w woj. świętokrzyskim i łódzkim i sytuacja na przestrzeni roku prawie się nie zmieniła.

Biorąc pod uwagę formy prawne upadających i restrukturyzowanych przedsiębiorstw w zdecydowanej większości grup sytuacja pogorszyła się. Tylko grupie spółdzielni odnotowano spadek, jednak nieznaczny, bo tylko o 1. Największą grupę wśród firm objętych postępowaniami stanowią spółki z ograniczoną odpowiedzialnością (55 proc.), na drugim miejscu znalazła się grupa przedsiębiorców (27 proc.), która pozostaje na podobnym poziomie jak w analogicznym okresie w 2016 roku.

Upadłości a wiek firmy

Analizując wiek upadających i objętych postępowaniami restrukturyzacyjnymi przedsiębiorstw dominują firmy z kilku- i kilkunastoletnim stażem działalności, jest ich ponad 60 proc. Przedsiębiorstwa założone przed 1990 rokiem stanowią tylko około 6 proc. Najstarszym przedsiębiorstwem borykającym się z problemami jest firma założona na początku lat 50. XX wieku.

Konflikt interesów Starej i Nowej Europy?

Jak pokazują wyniki raportu pt. „Transport na Drogach Europy”, polscy przewoźnicy najczęściej jeżdżą do krajów Starej UE, takich jak: Niemcy, Francja czy Austria. Jednak Zachodnia Europa poprzez tworzenie nowych barier prawnych: wprowadzenie płacy minimalnej, wzmożone kontrole drogowe czy wymogi administracyjne, stara się minimalizować konkurencyjność innych krajów. Czy wpływa to na delegowanie polskich pracowników za granicę?

Według wyników raportu „Transport na Drogach Europy”[1], przeprowadzonego na zlecenie Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców, kierowcy zawodowi najwięcej czasu podczas delegacji zagranicznych spędzają na terenie Francji. Średni czas pobytu w tym kraju wynosi około 49 godzin miesięcznie. Koszty związane z delegacją pracownika do Francji są jednymi z najwyższych w Europie, ponieważ stawka minimalnego wynagrodzenia wynosi tam co najmniej 9,76 €, a do tej kwoty należy doliczyć także diety i ryczałty noclegowe. Co więcej, obowiązująca od 1 lipca 2016 roku ustawa Loi Macron, wymaga od firm transportowych nie tylko posiadania przedstawiciela na terenie kraju, ale także wymusza m.in. konieczność uzupełnienia zaświadczenia o delegowaniu dla każdego z pracowników. Dokument ten powinien być przygotowany w języku francuskim i zawierać dane kontaktowe firmy, osób zarządzających, informacje z systemu ubezpieczeń społecznych oraz dane pracowników, a także stawki godzinowe kierowców brutto w przeliczeniu na euro.

„Dane zebrane przez OCRK jasno wskazują, że pomimo ogromnych barier administracyjnych stawianych przez Francję, jest to kraj, w którym polscy kierowcy spędzają średnio najwięcej czasu. Wysoki poziom rejestracji pracy kierowców we Francji może wynikać z faktu, że przewoźnicy zdają sobie sprawę ze skrupulatności i bezwzględności francuskich organów kontrolnych, które nakładają wysokie kary finansowe na przedsiębiorców” – komentuje wyniki Łukasz Włoch, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców. „Główny Urząd Statystyczny opublikował w ostatnim czasie dane, które pokazują, że nasze rodzime firmy transportowe w ubiegłym roku wykonały o 11 proc. więcej przewozów towarów krajowych i międzynarodowych, niż w roku poprzednim. Świadczy to o stale rosnącej pozycji lidera Polski wśród innych krajów Europy” – dodaje Włoch.

Drugim krajem, w którym polscy kierowcy przebywają znaczną część delegacji są Niemcy. Zgodnie z wynikami badania, średni czas, jaki kierowcy zawodowi spędzają w ciągu miesiąca na terenie tego państwa to 44 godziny. Na trzecim miejscu pod względem czasu spędzonego za granicą, zajmuje Austria, z liczbą 31 godzin w skali miesiąca.  „Niemcy, a także Francja, Austria i Wielka Brytania to kraje, które odznaczają się najwyższym poziomem protekcjonizmu w Europie i z tego też powodu chcą zamknąć rynek usług transportowych dla konkurencyjnych firm z Europy Wschodniej. Pomimo, że kraje Unii Europejskiej funkcjonują w ramach jednolitego rynku, nie dotrzymują one początkowych ustaleń dotyczących wspierania eksportu oraz propagowania otwartych rynków dla krajów członkowskich” – wyjaśnia Łukasz Włoch.

Wyniki raportu „Transport na Drogach Europy”, odnoszące się do czasu pracy kierowców na terytorium Niemiec i Austrii, już niedługo mogą ulec zmianie. Co ciekawe, zmiany proponowane przez rządy niemiecki i austriacki idą w dwóch różnych kierunkach.

Niemcy, na wzór Belgii i Francji, od 25 maja 2017 roku, uchwałą parlamentu wprowadziły zmiany dotyczące odpoczynku w kabinie pojazdu. Zgodnie z art. 8 ust. 8 rozp. WE 561/2006, wprowadzone sankcje oznaczają dla kierowców całkowity zakaz odbioru 45-godzinnego, tygodniowego odpoczynku w kabinie pojazdu „Wprowadzone zmiany, najprawdopodobniej zmuszą właścicieli firm transportowych do zmiany organizacji tras, w taki sposób, aby zapewnić kierowcom nocleg w innym miejscu, niż ciężarówka. Spowoduje to wydłużenie tras oraz pobytu na terytorium Niemiec” – mówi Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

Austria, wprowadzając zmiany, od dnia 1 czerwca 2017 roku złagodziła procedury delegowania pracowników. Nowelizacja ustawy o zwalczaniu dumpingu socjalnego i społecznego znacznie ograniczy złożone procesy administracyjne. Zmianie uległ m.in. formularz zgłoszeniowy ZKO3-T, który został dopasowany do działalności transportowej, pozwala za pomocą jednego formularza delegować kilku pracowników, przedłużając okres zadeklarowanego oddelegowania do 6 miesięcy. Zminimalizowana została także ilość dokumentów wymaganych w kabinie pojazdu, od 1 czerwca niezbędne są: umowa o pracę (przetłumaczona na język angielski lub niemiecki), zaświadczenie A1, karta kierowcy, wykresówki, zaświadczenie o delegowaniu. Pozostałe dokumenty należy przesłać stronie austriackiej do 14. dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym odbyła się ewentualna kontrola.

[1] Raport pt. „Transport na drogach Europy”. Badanie zostało przeprowadzone na próbie 800 firm oraz 7239 kierowców w I kwartale 2017 roku. Dane liczbowe zawarte w raporcie pochodzą z wewnętrznej ewidencji OCRK.

MŚP: im większa firma, tym częściej korzysta z leasingu

W związku z rosnącą liczbą inwestycji, w II kwartale br. co piąty przedsiębiorca z sektora MŚP oczekiwał, że będzie więcej korzystać z finansowania zewnętrznego – wynika z „Barometru EFL[1]”. Najpopularniejszym instrumentem finansowym, podobnie jak w poprzednim kwartale, pozostaje leasing – wybiera go 58% firm. Biorąc pod lupę branże, z leasingu najchętniej korzystają firmy budowlane (73,8%), transportowe (73,8%) i produkcyjne (73%).

Podstawowym źródłem finansowania inwestycji zarówno w mikro, małych jak i średnich firmach pozostają niezmiennie środki własne. Korzysta z nich 9 na 10 zapytanych przedsiębiorstw. Biorąc pod uwagę zewnętrzne wsparcie, po raz kolejny leasing dominuje nad kredytem bankowym (58,1% vs. 54,4%). Co szósta firma korzysta z ubezpieczenia majtku firmy (17,4%), a co dziesiąta z faktoringu.

Najmniejsze firmy sięgają do portfeli, większe stawiają na leasing

Podobnie jak w poprzednich kwartałach, widać wyraźną tendencję w korzystaniu z instrumentów finansowych spoglądając na wielkość podmiotów. Im firma zatrudnia więcej pracowników, tym częściej korzysta z leasingu. Podczas gdy wśród mikro firm 45,5% zarządzających bazuje na leasingu, to wśród małych ten odsetek wynosi 61,4%, a wśród średnich podmiotów aż 71,7% przedsiębiorców finansuje swoją działalność leasingiem. Podobną zależność mamy również w przypadku ubezpieczenia majątku oraz faktoringu.

Jak podkreśla Radosław Kuczyński, prezes EFL, takie wyniki z jednej strony korespondują z największym optymizmem wśród „średniaków” dotyczącym planów inwestycyjnych w II kwartale br. – Średnie przedsiębiorstwa najczęściej zgłaszali wzrost planowanych inwestycji, małe i mikro zdecydowanie mniej. Z drugiej zaś, w przypadku tych najmniejszych firm możemy mówić o mniejszej skłonności do ryzyka finansowego, czego konsekwencją jest korzystanie przede wszystkim ze zgromadzonej gotówki – podkreśla Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Firmy budowlane, transportowe i produkcyjne leasingują najczęściej

Na tle sześciu badanych branż, wyróżniają się trzy, których przedstawiciele najczęściej do finansowania swoich inwestycji wykorzystują leasing. Są to branża budowlana (73,8%), transportowa (73,8%) oraz produkcyjna (73%).Wyraźnie większe znaczenie środków własnych, a mniejsze leasingu i kredytu bankowego, widać natomiast w branży handlowej – aż 92,4% stawia na gotówkę, 49,2% na kredyt, a 48,3% na leasing. Z podobną sytuacją mamy do czynienia w usługach, gdzie tylko 46% stawia na kredyt, a 40,3% na leasing.

Ponad 300 tys. Polaków ma długi w telekomach

Regulacje unijne sprawiły, że za wakacyjne rozmowy w krajach UE po raz pierwszy klienci telekomów zapłacą jak w ojczyźnie. Jest więc szansa, że miłośnicy zagranicznych urlopów i telefonicznych pogaduszek rzadziej będą trafiali do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Aktualnie w bazie jest blisko 302 tys. dłużników telekomów. Przeciętny dług wynosi 2 357 zł, ale rekordzista ma na minusie rachunki telefoniczne o wartości 189,5 tys. zł. Całość zaległości przekracza 711 mln zł – wynika z danych BIG InfoMonitor.

Wysokie rachunki telefoniczne, przywożone z zagranicznych wojaży wpędziły w tarapaty niejedną osobę. Jak wynika ze statystyk BIG InfoMonitor, na początku jesieni zwykle przybywało więcej dłużników telekomunikacyjnych niż w innych okresach roku. Warunkiem wpisu dłużnika do BIG jest bowiem przeterminowanie płatności o co najmniej 60 dni (na kwotę min. 200 zł), stąd w październiku wpisy długów powstałych latem. Przy okazji warto zauważyć, że większa liczba telekomunikacyjnych dłużników trafia do rejestru także w lutym, gdy mija 60 dni od terminu zapłaty rachunków wystawionych w grudniu. W tym przypadku powodem są wydatki związane ze świętami Bożego Narodzenia.

– Użytkownicy telefonów powinni mieć świadomość, że operatorzy telefonii komórkowych chętnie korzystają z usług BIG-ów. Sprawdzają potencjalnych klientów, a gdy pojawią się problemy z uzyskaniem płatności wpisują dłużników do rejestru – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. Osoba znajdująca się w BIG może mieć problem z otrzymaniem kredytu, pożyczki gotówkowej, z zakupem sprzętu na raty, czy też podpisaniem kolejnej umowy na telefon, czy telewizję kablową. Najwyraźniej dłużnikom dokuczają konsekwencje obecności w BIG i spłacają dług dzięki czemu są skreślani z rejestru. Starają się też rzetelniej płacić telekomunikacyjne zobowiązania, bo jak widać z danych BIG InfoMonitor liczba osób winnych pieniądze telekomom spadła w ciągu roku z blisko 314 tys. do niecałych 302 tys. Wartość zaległości obniżyła się w nieco mniejszym stopniu, bo z 720 mln zł do 711 mln zł.

W Unii jak w Polsce, ale są wyjątki

– Obecnie jest szansa, że przynajmniej przyczynę letnich kłopotów użytkowników telefonów zmieni regulacja unijna wprowadzająca zasadę „roam like at home” (RLAH) – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. Od 15 czerwca za korzystanie z usług operatorów telefonii komórkowych podczas podróży po Europejskim Obszarze Gospodarczym czyli UE oraz Norwegii, Islandii i Lichtensteinie, klient powinien zapłacić dokładnie tę samą cenę, jaką zapłaciłby, gdyby był w swoim kraju. Operator po prostu odlicza: rozmowy, SMS-y i jeśli w pakiecie są wyszczególnione to także MMS-y – wykonane zagranicą z puli krajowego planu taryfowego/pakietu. Zasada ta nie dotyczy jednak wszystkich operatorów, a także każdego pakietów transmisji danych. Specjalne oferty cenowe dla rozmów w roamingu przygotowała np. część operatorów wirtualnych (nieposiadających własnej infrastruktury sieci telefonii komórkowej). Poza tym unijne zalecenia pozwalają telekomom na wprowadzenie pewnych ograniczeń dla pakietów transmisji danych.

W efekcie nowa regulacja nie jest tak prosta w zastosowaniu jak wynikałoby to z założenia. Dlatego zanim znajomi w Warszawie otrzymają z kawiarenki w Porto czy Atenach – MMS-y (które wiążą się z transmisją danych), albo codzienną relację wydarzeń w rozmowach czy SMS-ach warto upewnić się jakie są faktyczne warunki posiadanej taryfy. Choć należy zauważyć, że nawet po wyczerpaniu krajowych pakietów ceny naliczane za korzystanie z telefonu na obszarze Europejskiego Obszaru Gospodarczego nie będą wysokie. Minuta rozmowy wykonywanej przez osobę, która przebywa poza Polską, a dzwoni do kraju lub też na inne numery strefy roamingowej EOG, kosztuje obecnie 0,3 zł, SMS 0,2 zł, a 1 MB max. 0,21 zł – wynika z wyliczeń portalu rpkom.pl. Podczas gdy przed 15 czerwca w UE za 1 minutę rozmowy w zależności od operatora i oferty, klient płacił ok. 0,54 zł, za SMS-a w granicach 0,30 zł, a 1 MB – ok. 0,83 zł, trzeba też było ponosić koszty rozmów przychodzących, o czym obecnie nie ma już mowy.

Oczywiście cały czas muszą się mieć na baczności wyjeżdżający poza UE. Minuta rozmowy na turecki numer może kosztować w zależności od operatora od 2,3 do 2,90 zł, a na egipski nawet ponad 8 zł. Trzeba będzie również zapłacić za odebrane połączenia. A co równie ważne dla kosztów, opłaty za połączenia międzynarodowe naliczane są za każdą rozpoczętą minutę.

Najczęściej nie płacą mężczyźni około 30-tki

Najczęściej nie płacą mężczyźni około 30-tki

Przeciętny dług osoby, która znajduje się w BIG InfoMonitor z powodu niezapłaconego rachunku telefonicznego wynosi obecnie 2 357 zł. Jednak rekordzista 44-letni mieszkaniec woj. podkarpackiego ma do oddania 189,5 tys. zł. Kolejna osoba to również mężczyzna 32-letni kaliszanin z kwotą ponad 104 tys. zł. Trzeci dłużnik pochodzi z woj. mazowieckiego i winny jest telekomom prawie 94 tys. zł. Co dostrzegalne już wśród rekordzistów województw, w grupie wszystkich dłużników telekomunikacyjnych przeważają mężczyźni (stanowią 58 proc.), a także osoby między 25 a 44 rokiem życia. Dopiero na ósmej pozycji wojewódzkich rekordzistów jest pierwsza kobieta, a wszystkich pań w tym gronie można naliczyć jedynie cztery.Przeciętny dług osoby, która znajduje się w BIG InfoMonitor z powodu niezapłaconego rachunku telefonicznego

Nie bez znaczenia jest fakt, że większość rekordzistów z województw ma również inne nieopłacone zobowiązania wpisane do rejestru. Z jednym wyjątkiem są to znacznie mniejsze zaległości niż te wobec telekomów.

W lubuskim i kujawsko-pomorskim 14 dłużników na 1000 mieszkańców

Na czele województw z największą liczbą dłużników telekomunikacyjnych znalazł się Śląsk. Stamtąd pochodzi niemal 43 tys. osób z niezapłaconymi rachunkami Na Śląsku jest więcej dłużników telekomunikacyjnych niż w pięciu ostatnich w zestawieniu województwach razem, choć liczba ich mieszkańców jest o ponad 40 proc. wyższa niż liczba Ślązaków. Imponująca jest też łączna wielkość nieopłaconych przez Ślązaków rachunków telekomunikacyjnych oraz średnia na osobę. Całość zaległości przekracza 110,6 mln zł, a średnia wynosi 2 579 zł i jest o 319 zł wyższa niż dla kraju. Na Mazowszu,  drugim pod względem liczby dłużników jest blisko 33,2 tys. osób, które nie zapłaciły rachunku telefonicznego. Ich łączny dług sięga 82,3 mln zł. Dalej jest Dolny Śląsk, gdzie mieszka prawie 32 tys. zgłoszonych przez telekomy do BIG InfoMonitor, z zaległościami na kwotę 76,2 mln zł. W licznie zamieszkałych województwach działa efekt dużych liczb, jednak gdy przyjrzeć się ilu dłużników przypada na 1000 dorosłych mieszkańców poszczególnych regionów to okazuje się, że z pozoru skromnie prezentujące się woj. lubuskie wygląda najgorzej, bo wypada tam 14 dłużników na 1000 osób. Podobnie jest w woj. kujawsko-pomorskim, a w dalszej kolejności dolnośląskim i zachodniopomorskim. Jedynie po 5-6 dłużników przypada natomiast na 1000 mieszkańców woj. podkarpackiego i podlaskiego.Co robić, aby z powodu telefonu komórkowego nie wpaść w finansowe tarapaty

Co robić, aby z powodu telefonu komórkowego nie wpaść w finansowe tarapaty

Najczęstszą przyczyną kłopotów jest roaming, czyli możliwość korzystania z telefonu w innym kraju i brak świadomości wiążących się z tym niebezpieczeństw. Choć dla zdecydowanej większości podróżujących po UE roaming nie będzie już problemem, to jednak poza Unią może okazać się dokuczliwy cenowo.

Włączany jest jeśli klient sobie tego życzy, czasami do jego uruchomienia wystarczy terminowe opłacenie trzech faktur za abonament. Gdy na roamingu nam zależy zawsze warto się wcześniej upewnić, czy mamy dostęp do takiej usługi i przy okazji sprawdzić jakie są ceny rozmów i pobierania danych w kraju, do którego wyjeżdżamy. Informacje takie operatorzy przesyłają też na telefon. Niejednokrotnie, przy przekraczaniu kolejnych granic, przestajemy zwracać uwagę na masę otrzymywanych komunikatów i ostatecznie nie zawsze mamy świadomość cen, czy też takiego szczegółu jak możliwości naliczania w danym kraju opłaty za całą rozpoczętą minutę, zamiast za wykorzystane sekundy. A to poza znacznie wyższymi stawkami poza Unią również może znacząco podbić rachunek, podobnie jak korzystanie z danych, które jeśli nie są kupowane w pakietach również mogą być liczone co 1 MB, mimo wykorzystania 100 kB.

Wyłącz „dane komórkowe” i korzystaj z darmowego Wi-Fi

Najbezpieczniej za granicą jest w ogóle wyłączyć „dane komórkowe” i logować się do darmowego Wi-Fi. Funkcję danych komórkowych uruchamiać tylko na moment korzystania z sieci czy też wysyłania lub pobierania ważnych dla nas informacji, gdy nie ma dostępu do Wi-Fi.

Tym bardziej, że telefony samoczynnie co jakiś czas aktualizują swoje oprogramowanie, gdy przeprowadzą taką aktualizację poza Unią, korzystając z transmisji danych komórkowych, może to słono kosztować. Pobieranie danych bez kontroli limitów to właśnie jedna z głównych przyczyn wysokich rachunków telefonicznych. Poza Unią 1MB w zależności od operatora i rodzaju abonamentu może kosztować ponad 20 zł.

Kosztowne może się okazać nawet wymienianie ze znajomymi widokami znad basenu i morza. Zarówno wysyłanie jak i odbieranie MMS-ów to transmisja danych, chyba, że robimy to korzystając z darmowego Wi-Fi.

Aby się w komórkowym internecie nie zasiedzieć i nie nabić wysokiego rachunku, zgodnie z unijnymi zaleceniami każdy klient korzystający z roamingu, po wyczerpaniu danych z pakietu, ma ustalony z góry limit wydatków na transmisję danych za granicą. Jest to kwota 265 zł, chyba, że klient sam zdecyduje inaczej. Po przekroczeniu 80 proc. limitu właściciel telefonu zostanie o tym poinformowany. Może wówczas uruchomić dalej usługę pobierania danych bez limitu, ale lepiej wyznaczyć pułap wydatków, przy którym transmisja danych znów się wyłączy, aby nie ryzykować, że opłaty wymkną się spod kontroli.

Unikaj polskich znaków w SMS-ach

Polskie znaki w SMS-ach mogą okazać się pułapką. Wysłane z zagranicy jedno „ś” czy „ą” mogą być policzone nawet jako kilkanaście znaków. Pisząc wiadomość z dużą liczbą polskich liter przekroczony zostanie limit 160 znaków, który uznawany jest za jeden sms, dlatego za wiadomość, która wydawałoby się jest jednym sms-em, trzeba będzie zapłacić jak za kilka.

Zlikwiduj pocztę głosową

Za rozmowy przychodzące za granicą też można zapłacić. Jeśli jesteś za granicą i dzwoni do ciebie ktoś z Polski, płaci jak za zwykłe połączenie na terenie kraju, a dodatkowe opłaty ponosi odbierający, są to koszty połączenia przychodzącego. Cena naliczana jest według cennika operatora w którym wykupimy jest abonament lub karta. Odebranie telefonu z Polski w Europejskim Obszarze Gospodarczym będzie bezpłatne, ale już w Egipcie, Indiach czy Tajlandii na pewno nie.

Dlatego warto rozważyć likwidację poczty głosowej, bo użytkownik poczty, nawet jeśli nie odbiera przychodzących rozmów i tak umożliwia dzwoniącym połączenie z pocztą i nabijanie rachunku.

Jeśli zmieniłeś operatora nie zakładaj, że cennik rozmów poza UE jest taki sam. Stawki operatorów potrafią się różnić.

Cube.ITG planuje emisję do 10 mln akcji celem obniżenia zobowiązań i pozyskania kapitału obrotowego

Cube.ITG, dostawca rozwiązań z zakresu IT i data center, oglosił projekty uchwał na Nadzwyczajne Zgromadzenie Akcjonariuszy, które ma na celu uchwalić emisję maksymalnie do 10 mln szt. akcji serii C. Środki zostaną przeznaczone na poprawę sytuacjo dłużno-płynnościowej, czyli spłatę zobowiązań w celu poprawy kapitałów własnych i wskaźników zadłużenia oraz kapitał niezbędny do realizacji oczekiwanych przyszłych kontraktów.

W projektach uchwał zwołanego na 31 lipca Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia zakłada się podwyższenie kapitału zakładowego o kwotę nie wyższą niż 20 000 000 zł (wobej obecnej wartości 19 887 694 zł) w drodze emisji bez prawa poboru nie więcej niż 10 000 000 akcji (zwykłych na okaziciela), zaoferowanych w drodze subskrypcji prywatnej do nie więcej niż 149 podmiotów.

Zdecydowaliśmy się na emisję akcji ze względu na to, iż struktura długu Grupy nie jest dziś zadawalająca i wymaga poprawy w okresie krótko i długoterminowym. Taki model emisji jest najbardziej optymalny dla relatywnie szybkiego pozyskania finansowania, a  równocześnie daje silną pozycję do realizacji dużych kontraktów – powiedział Marek Girek, Prezes Zarządu i główny Akcjonariusz Cube.ITG.

Inwestorami mającymi prawo pierwszeństywa do wzięcia udziału w emisji będą podmioty, które zarejestrowały swoje uczestnictwo w NWZ 31 lipca.

Na koniec I kwartału 2017 roku zadłużenie krótkoterminowe wynosiło 147,2 mln zł, z czego krótkoterminowy dług odsetkowy z tytułu kredytów i pożyczek to ok. 57 mln zł. Z kolei aktywa obrotowe wynosiły 88,2 mln zł. Spółka dąży do konwersji części długo krótkoterminowego na dlugoterminowy i tym samym optymalizację źródeł finansowania.

Planuję zwiększenie swojego osobistego zaangażowania w firmę w trakcie tej emisji – dodał Marek Girek.

Spółka rozpoczyna realizację pozyskanych w II kwartale kontraktów z sektora administracji publicznej (COI i NASK), co poprawi cash flow (w minionym tygodniu otrzymała pierwsze zamówienie na 2 mln zł). Z drugiej strony do końca zbliża się proces sprzedaży nieruchomości biurowej we Wrocławiu, należącej do DTP, z czego oczekiwane wpływy mogą wynieść ok. 6 mln zł.

Pierwszy krok do otwarcia chińskiego rynku

Mamy dziś obfitujący w wydarzenia dzień w Azji. Trochę pozytywnych danych na temat produkcji zostało ujawnionych zarówno w Chinach, jak i Japonii, ale są one tylko wisienką na torcie. Chiny właśnie otworzyły swój, wart 9 bilionów dolarów, rynek papierów dłużnych dla zagranicznych kupców za pośrednictwem Hong Kongu. Teraz każdy, kto chce kupić chińskie obligacje może to zrobić nawet jeżeli nie jest obywatelem Chin. Jest to duża zmiana w kierunku otwarcia chińskich rynków dla globalnych inwestorów.

W Japonii, nastrój nie jest już tak uroczysty. Premier Shinzo Abe poniósł porażkę w wyborach lokalnych w Tokio i najprawdopodobniej będzie musiał dokonać pewnych zmian w rządzie w najbliższej przyszłości, aby umocnić swoją pozycję. Polityka premiera Abe jest jednym z głównych powodów, dla których japoński jen był tak słaby w ciągu ostatnich kilku lat.

Po wprowadzającym w zakłopotanie zwycięstwie Theresy May w wyborach przedterminowych z ubiegłego miesiąca, łagodniejszy Brexit wydaje się być oczywisty. Minister finansów, Philip Hammond, wprowadzi nas dziś w jego istotne szczegóły. Czuje on dużą presję przed wyborami, ponieważ ma on, w przeciwieństwie do innych, łagodne podejście do Brexitu. Teraz, gdy opinia publiczna, również jest za łagodniejszym Brexitem, jego pozycja nieco się umocniła.

GBPUSD_03_07_2017Duże firmy, które bardzo bały się opuszczenia UE, teraz mogą czuć się spokojniejsze po bardziej spokojnych wypowiedziach ministra, zwłaszcza po tym, co pokazał Bank Anglii w zeszłym tygodniu. Para GBP/USD naciska na swój psychologiczny punkt oporu 1.3000. Pod niewielkim wpływem Brexitu, funt jest teraz o wiele tańszy, niż ktokolwiek mógłby sobie to wyobrazić dwa lata temu. Obecnie, za pośrednictwem Banku Anglii, który chce umocnienia funta oraz z rządem, który nie chce jego gwałtownego spadku, niewielkie wyłamanie może mieć przed sobą długą drogę.

Ethereum_03_07_2017BTC_03_07_2017BTC_03_07_2017Wygląda na to, ze zarówno Bitcoin, jak i Ethereum znalazły się w komfortowym przedziale cenowym. Przyglądając się ich analizie technicznej, możemy zauważyć kilka formujących się trójkątów na rynkach. Tego typu wzór zazwyczaj oznacza, że przedział cenowy będzie nadal zmniejszał się, aż w końcu będzie zmuszony się wyrwać. Na przykład, Litecoin miał wczoraj małe przełamanie, które bardzo szybko przerodziło się w ogromny wzrost. Przy braku podstawowych informacji, te techniczne ruchy są niezwykle istotne dla handlujących w pozycjach krótkoterminowych.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

PLAY publikuje prospekt emisyjny i rozpoczyna pierwszą ofertę publiczną akcji

PLAY Communications S.A.[1] („Spółka”) będąca właścicielem 100% udziałów w P4 sp. z o.o. („PLAY”), która jest operatorem telefonii komórkowej PLAY, jednej z najszybciej rozwijających się firm telekomunikacyjnych w Europie, opublikowała dziś prospekt emisyjny oraz cenę maksymalną i rozpoczyna pierwszą ofertę publiczną akcji („IPO” lub „Oferta”).

Komentując dzisiejsze ogłoszenie, Jørgen Bang-Jensen, Prezes Zarządu PLAY, powiedział:

W ciągu najbliższych dwóch tygodni będę miał przyjemność spotkać się z potencjalnymi inwestorami i zaprezentować im historię unikalnego sukcesu na europejskim rynku telekomunikacyjnym. W ciągu dziesięciu lat od pojawienia się w Polsce nowego operatora, PLAY zdobył ponad 27% udział w rynku pod względem liczby klientów, generując przy tym marże EBITDA i wskaźniki konwersji gotówki na najwyższych poziomach w branży. Wierzymy, że nasza pierwsza oferta publiczna stwarza inwestorom możliwość skorzystania ze stałego wzrostu naszej firmy, osiąganych wartości przepływów pieniężnych i rentowności„.

Informacje ogólne

  • Cena maksymalna została ustalona na 44,00 PLN za jedną akcję
  • W ramach IPO oferowane będą wyłącznie  istniejące akcje zwykłe luksemburskiej spółki PLAY Communications S.A., należącej do spółki Play Holdings 1 S.à r.l. („Akcjonariusz Sprzedający”), będącej własnością i kontrolowanej przez spółkę Tollerton Investments Limited i Telco Holdings S.à r.l.
  • Docelowa wielkość Oferty ma wynieść od ok. 38% do 44% akcji Spółki, z wyłączeniem opcji dodatkowego przydziału (stabilizacyjnej), lub między ok. 42% a 48% akcji Spółki, z uwzględnieniem opcji dodatkowego przydziału
  • Zakładając sprzedaż maksymalnej liczby 121,6 mln[2] akcji oferowanych po cenie maksymalnej oczekuje się, że wpływy z Oferty wyniosą ok. 5,3 mld PLN (ok. 1,3 mld EUR)[3], przy założeniu pełnego wykonania opcji dodatkowego przydziału i braku transakcji stabilizacyjnych
  • Akcjonariusz Sprzedający przyzna Globalnym Koordynatorom opcję (stabilizacyjną) nabycia do 11,1 mln istniejących akcji zwykłych w celu pokrycia dodatkowych przydziałów
  • Oczekuje się, że po przeprowadzeniu Oferty free float Spółki będzie kształtował się na poziomie do ok. 48%[4], przy założeniu pełnego wykonania opcji dodatkowego przydziału i nie zawierania transakcji stabilizacyjnych
  • Na podstawie ceny maksymalnej zakłada się, że kapitalizacja rynkowa Spółki powinna kształtować się na poziomie ok. 11,2 mld PLN (ok. 2,6 mld EUR)[5]
  • Na podstawie planowanej wartości dywidendy PLAY za rok obrotowy kończący się 31 grudnia 2017 r. wynoszącej 650 mln PLN, dla której obecni akcjonariusze deklarują poparcie, zakładana wysokość stopy dywidendy wynosi 5,8% przy założeniu ceny maksymalnej
  • Wyłącznie Akcjonariusz Sprzedający otrzyma wpływy z Oferty i zamierza wykorzystać część tych wpływów, by przedterminowo wykupić obligacje Senior PIK Toggle Notes, o zapadalności w 2022 r., wyemitowane przez Impera Holdings S.A., swoją spółkę dominującą. Akcjonariusz Sprzedający wykorzysta pozostałą część uzyskanych środków na sfinansowanie dystrybucji do swoich akcjonariuszy i częściowe rozliczenie pieniężne istniejących programów motywacyjnych, które zostaną zakończone w związku z Ofertą w zakresie w jakim nie będą one reinwestowane w akcje przez menadżerów
  • Oferta obejmuje ofertę publiczną skierowaną do inwestorów indywidualnych, uprawnionych pracowników i inwestorów instytucjonalnych w Polsce oraz ofertę skierowaną do inwestorów międzynarodowych zgodnie z Regulacją S i Przepisem 144A
  • Spółka i Akcjonariusz Sprzedający zgodzili się na wprowadzenie zwyczajowego zobowiązania do niesprzedawania akcji Spółki przez 180 dni od momentu debiutu (tzw. lock-up). Nowe akcje, które zostaną wyemitowane, dla zarządu oraz około 100 menedżerów i kluczowych pracowników w pierwszym dniu notowania, lub wkrótce po, będą również podlegały lock-upowi do 3 lat[6]
  • J.P. Morgan, BofA Merrill Lynch oraz UBS Investment Bank działają jako Globalni Koordynatorzy i Współprowadzący Księgę Popytu. Bank Zachodni WBK S.A. oraz Dom Maklerski PKO Banku Polskiego działają jako Współprowadzący Księgę Popytu i Współoferujący.

Oferta dla inwestorów indywidualnych

  • Inwestorzy indywidualni mogą składać zapisy na akcje w terminie od 4 do 12 lipca br.
  • Okres zapisów dla inwestorów indywidualnych został podzielony na dwie części: zlecenia zakupu złożone w pierwszym okresie zapisów (4-7 lipca 2017 r.) uzyskają przydział preferencyjny, który w przypadku redukcji zapisów na akcje, co do zasady będzie dwukrotnie wyższy niż przydział dla zleceń złożonych w drugim okresie zapisów (8-12 lipca 2017 r.)
  • Zlecenia zakupu akcji w odniesieniu do oferty detalicznej można składać za pośrednictwem Współoferujących oraz innych firm inwestycyjnych i banków („Członkowie Konsorcjum Detalicznego”)
  • Szczegółowa lista punktów obsługi klienta Członków Konsorcjum Detalicznego, którzy przyjmują zapisy dostępna jest na stronie internetowej Spółki www.playcommunications.com oraz stronie dedykowanej zapisom dla inwestorów indywidualnych www.akcjeplay.pl
  • By złożyć zapisy na akcje, inwestorzy indywidualni muszą posiadać otwarty rachunek inwestycyjny prowadzony przez Członka Konsorcjum Detalicznego. Osoba, która nie posiada takiego rachunku, a chce złożyć zapisy na akcje, powinna otworzyć taki rachunek najpóźniej przed złożeniem zapisu
  • Zapisy na akcje należy składać na formularzach udostępnianych przez punkty obsługi klienta Członków Konsorcjum Detalicznego osobiście lub faksem, telefonicznie lub za pomocą innych środków komunikacji elektronicznej, o ile dany Członek Konsorcjum Detalicznego dopuszcza taki sposób składania zapisów
  • Zakłada się, że ok. 5% ostatecznej ogólnej liczby akcji będzie zaoferowane inwestorom indywidualnym i uprawnionym pracownikom

Oferta dla uprawnionych pracowników

  • Uprawnieni pracownicy, czyli głównie pracownicy Spółki i jej spółek zależnych, mogą składać zapisy pomiędzy 4 a 12 lipca br., do maksymalnej liczby 668 akcji na pracownika
  • Uprawnieni pracownicy mogą uczestniczyć w IPO po cenie akcji z oferty z 15% dyskontem, (tj. 37,40 PLN za akcję przy założeniu ceny akcji z oferty równej cenie maksymalnej), otrzymają też przydział gwarantowany akcji (tj. zapisy nie będą podlegać redukcji), który nie będzie przekraczał 668 akcji na każdego uprawnionego pracownika, z zastrzeżeniem zobowiązania się do niesprzedawania akcji przez rok od momentu debiutu
  • Składanie zapisów na akcje przez uprawnionych pracowników może odbywać się wyłącznie za pośrednictwem Domu Maklerskiego PKO Banku Polskiego. Szczegółowy wykaz punktów obsługi klienta Domu Maklerskiego PKO Banku Polskiego, które będą przyjmować zapisy, dostępny jest na stronie internetowej Spółki www.playcommunications.com
  • By móc złożyć zapisy na akcje, uprawnieni pracownicy muszą mieć otwarty rachunek inwestycyjny w Domu Maklerskim PKO Banku Polskiego. Uprawniony pracownik, który nie posiada takiego rachunku, a chce złożyć zlecenie zakupu akcji, powinien otworzyć taki rachunek najpóźniej przed złożeniem zapisu
  • Zapisy na akcje należy składać na formularzach dostępnych w punktach obsługi klienta Domu Maklerskiego PKO Banku Polskiego lub telefonicznie

Harmonogram

  • Prospekt emisyjny dotyczący IPO został opublikowany w dniu dzisiejszym
  • Budowa księgi popytu wśród inwestorów instytucjonalnych rozpoczyna się dzisiaj i zakończy się 13 lipca 2017 roku. Cena oferowanych akcji zostanie ogłoszona 13 lipca br., a przydział akcji oferowanych zostanie dokonany do 20 lipca 2017 r.
  • Zakłada się, że pierwszy dzień debiutu akcji Spółki na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie odbędzie się 27 lipca 2017 r.

Więcej informacji można znaleźć na stronie Spółki: www.playcommunications.com oraz na stronie www.akcjeplay.pl

[1] Przed rozpoczęciem pierwszej oferty publicznej spółka Play Holdings 2 S.à r.l. została przekształcona w Play Communications S.A.

[2] Wliczając opcję akcji dodatkowych

[3] Wszystkie przeliczenia między PLN a EUR zostały wykonane przy zastosowaniu kursu średniego NBP na poziomie PLN/EUR 4,2265 z 30 czerwca 2017 r.

[4] Zakładając, że wyemitowana zostanie maksymalna liczba nowych akcji dla zarządu i około 100 menedżerów i kluczowych pracowników w dniu, wkrótce po pierwszym notowaniu

[5] W oparciu o wartość 250 mln akcji wyemitowanych przed przeprowadzeniem IPO i nowych akcji wyemitowanych dla Zarządu PLAY oraz około 100 menedżerów i kluczowych pracowników w dniu, lub wkrótce po pierwszym notowaniu (przy założeniu ceny maksymalnej)

[6] Z następującym harmonogramem: 100% lock-up do 1-ej rocznicy debiutu, 80% lock-up do 2-giej i 40% lock-up do 3-ciej rocznicy debiutu

Akcjonariusze GK IMMOBILE S.A. zdecydowali o wypłacie ponad 4,5 mln zł dywidendy

Grupa Kapitałowa IMMOBILE S.A. wypłaci akcjonariuszom 4,52 mln zł dywidendy, co oznacza, że dywidenda na jedną akcję wyniesie 0,06 zł. Według kursu zamknięcia z 30 czerwca daje to 1,6 proc. stopy dywidendy. Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy wybrało również dwóch nowych członków Rady Nadzorczej. Dzień po WZA odbył się Dzień Inwestora. W obu wydarzeniach wzięło udział ponad 80 inwestorów.

Akcjonariusze GK IMMOBILE S.A. zdecydowali o wypłacie dywidendy, zgodnie z rekomendacją Zarządu, Spółka wypłaci 4,52 mln zł z kapitału zapasowego z niepodzielonych zysków z lat ubiegłych. Dzień dywidendy wyznaczono na 31 sierpnia, natomiast jej wypłata nastąpi 30 września. To druga z rzędu dywidenda w giełdowej historii Spółki.

 „Nasi akcjonariusze są dla nas niezmiernie ważni, dzięki ich zaangażowaniu możemy realizować strategię i cele biznesowe. Dlatego chcemy, aby partycypowali w naszych sukcesach i po raz kolejny dzielimy się z nimi dywidendą. Chcemy być spółką dywidendową i również w przyszłości dzielić się zyskiem z akcjonariuszami.” – powiedział Rafał Jerzy, prezes zarządu GK IMMOBILE.

W trosce o wysoką frekwencję inwestorów indywidualnych na Walnym Zgromadzeniu, Zarząd Spółki pierwszy raz zorganizował Dzień Inwestora. Podczas dwudniowego wydarzenia inwestorzy mieli możliwość poznać przedstawicieli spółek z Grupy IMMOBILE oraz zobaczyć aktywa Grupy. 1 lipca uczestnicy odwiedzili zakład produkcji systemów przeładunkowych w Koronowie, plac budowy inwestycji deweloperskiej Platanowy Park i biurowca IMMOBILE K3 w Bydgoszczy oraz hale produkcyjne Makrum. Inwestorzy zapoznali się również z ofertą systemów parkingowych Modulo.

„Od kilku lat budujemy relacje z inwestorami indywidualnymi i angażujemy ich w życie Grupy. W tym roku połączyliśmy Walne Zgromadzenie z Dniem Inwestora, dzięki czemu wszyscy zainteresowani mogli zobaczyć najważniejsze aktywa Grupy zlokalizowane w okolicach Bydgoszczy. Cieszymy się, że nasza inicjatywa spotkała się z pozytywnym odzewem inwestorów i z pewnością będziemy kontynuować nasze działania.” – dodał Rafał Jerzy.

Walne Zgromadzenie odbyło się 30 czerwca w należącym do Grupy hotelu Focus Premium Pod Orłem w Bydgoszczy. Uczestniczyło w nim ponad 60 osób, w tym 40 akcjonariuszy z łączną liczbą 40 899 615 głosów. W jego trakcie Akcjonariusze m.in. powołali do składu Rady Nadzorczej Roberta Dziubłowskiego i Andrzeja Paczuskiego oraz udzielili absolutorium członkom Zarządu i Rady Nadzorczej.

Negocjacje Brexitowe. Wreszcie dobre dane z USA

Czy Londyn zerwie negocjacje? Stopy procentowe w Australii mają rosnąć od przyszłego roku. dobre dane z USA. Kryzys w Wenezueli.

Możliwe zerwanie negocjacji Brexitowych?

Według Sunday Telegraph taki scenariusz jest możliwy, aczkolwiek mało prawdopodobny. Na tym etapie negocjacji odchodzenie od stołu byłoby dużym pokazem siły i prowokacją wobec drugiej strony. Obie strony na ten moment chcą uchodzić za racjonalnych i wiarygodnych partnerów, stąd do momentu kiedy nie pojawią się nierealne roszczenia, nie powinno dojść do gwałtownych ruchów. Nie można ich jednak wykluczyć w momencie negocjacji wpłat Wielkiej Brytanii do wspólnego europejskiego budżetu. Kwota, w zależności od źródeł, waha się od 40-100 mld euro. Negocjacje te będą mieć istotny wpływ na notowania funta względem obcych walut. Im lepsze warunki uzyska Londyn, tym mocniejszy będzie funt.

Stopy procentowe w Australii

Według analityków od 2018 roku do krajów podnoszących stopy procentowe dołączy również Australia. Kraj ten – jak większość obecnie na świecie – w wyniku kryzysu ustalił je na historycznych minimach. Spodziewane są podwyżki z obecnego 1,5% do 3,5% w perspektywie 2 lat. Powodem przyspieszenie wzrostu stóp procentowych jest szybko rosnąca inflacja osiągająca już cel inflacyjny oraz stabilny, około 3%, wzrost gospodarczy. Rosnące stopy procentowe będą umacniać dolara australijskiego.

Dobre dane z USA

W piątek poznaliśmy serię lepszych od oczekiwań danych z USA. Dochody i wydatki Amerykanów rosną odpowiednio o 0,4% i 0,1%. Nie są to przesadnie dobre dane, ale przynajmniej nie były poniżej oczekiwań analityków. Lepiej wypadły za to indeksy zarówno Chicago PMI oraz Uniwersytetu Michigan. Świadczy to o wciąż wysokim optymizmie dotyczącym przyszłości gospodarki USA. Potwierdza to zresztą reakcja rynków. Po tym jak EURUSD ustanowił maksima w okolicach 1,1450 spadł już poniżej 1,14.

Kolejne problemy w Wenezueli

Powiedzenie, że Wenezuela ma problemy gospodarcze to i tak łagodne stwierdzenie. W tym państwie inflacja wynosi w tym roku 720%. Właśnie po raz trzeci od stycznia podniesiono minimalną pensję i to o 50%. Problemem tego kraju jest sztywny kurs wymiany waluty wobec dolara. Co ciekawe, obecne działania mają na celu walkę z inflacją i spadającą wartością waluty. Od początku kryzysu z 2008 roku, pomimo sztywnego połączenia z dolarem, wenezuelska waluta była już 3 razy dewaluowana, w sumie niemal 5-krotnie, a zdaniem analityków konieczna jest kolejna dewaluacja, gdyż kurs czarnorynkowy znacznie odbiega od oficjalnego.

Dzisiaj dzień wolny w Kanadzie i skrócona sesja giełdowa w USA. W kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu,

16:00 – USA – indeks ISM dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Firmy farmaceutyczne pracują nad nowymi lekami na choroby nowotworowe, układu krążenia czy cukrzycę. Barierą przy wprowadzaniu nowych leków są czas badań i wysokie koszty

Firmy farmaceutyczne pracują nad nowymi lekami na choroby nowotworowe, układu krążenia czy cukrzycę. Barierą przy wprowadzaniu nowych leków są czas badań i wysokie koszty 9

Nowe trendy w leczeniu to przede wszystkim medycyna personalizowana w onkologii, immunoonkologii oraz terapie nakierowane na mutacje genowe. Pojawiają się też nowe leki na choroby cywilizacyjne takie jak cukrzyca czy choroby układu krążenia. Główną barierą przy wprowadzaniu nowego leku jest jednak czas przeprowadzenia badań i wysokie koszty. Szacuje się, że na wprowadzenie tylko jednego leku potrzebne jest nawet 1,5 mld dol. W Polsce problemem jest też długi proces rozpoczęcia badania.

– Wszyscy zastanawiamy się, kto w końcu wymyśli lek na choroby nowotworowe. To truizm, bo jednego leku nie będzie, natomiast na pewno terapie celowane, terapie immunologiczne, leki biologiczne, terapie z uwzględnieniem mutacji genowych to trendy, które już są i będą się rozwijać. Nie powinniśmy zapominać o chorobach cywilizacyjnych takich jak choroby układu krążenia czy cukrzyca, które są problemem naszej cywilizacji i tutaj też pojawią się nowe leki i terapie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Alina Pszczółkowska, dyrektor zarządzająca projektem rozbudowy globalnego centrum operacyjnego badań klinicznych w AstraZeneca.

Firmy farmaceutyczne inwestują w cząsteczki, które mogą pomóc w walce z chorobami, które są najczęstszą przyczyną zgonów na świecie. Stawiają na onkologię z immunoonkologią tak, aby ciało zwalczało nowotwór, celując dokładnie w niego i nie niszcząc niczego poza nim. Trwają też prace nad cząsteczkami, które trafiają w potrzeby klasycznej onkologii, chorób układu oddechowego i układu krążenia.

– Nowe trendy w leczeniu to na pewno medycyna personalizowana w onkologii, immunoonkologii oraz terapie nakierowane na mutacje genowe, do tego leki biologiczne – wskazuje Alina Pszczółkowska.

Pod względem inwestycji w badania i rozwój AstraZeneca plasuje się w pierwszej dziesiątce firm farmaceutycznych na świecie. Ponadprzeciętne zaangażowanie w prace badawczo-rozwojowe przekłada się na oferowane przez firmę portfolio leków. Według Bloomberg Intelligence Innovation Scorecard firma zakończyła 2016 rok z najbardziej innowacyjnym na świecie portfolio leków w późnych stadiach badań. W III fazie badania lub na etapie procesu rejestracyjnego firma miała łącznie 12 nowych molekuł, w tym w astmie ciężkiej, raku płuc, raku piersi, oraz 26 nowych wskazań dla posiadanych leków.

– Nasza firma działa w trzech dziedzinach terapeutycznych. W onkologii mamy bardzo szerokie portfolio, np. wprowadzony ostatnio na rynek lek we wskazaniu raka jajnika u pacjentek z mutacją – Olaparib czy zarejestrowany niedawno w raku pęcherza lek immunoonkologiczny Durvalumab. Działamy również w chorobach metabolicznych, nie tak dawno pojawił się lek Dapagliflozyna dla pacjentów z cukrzycą, w procesie rejestracji, po pozytywnych wynikach badań, mamy lek biologiczny w ciężkiej astmie Benralizumab – wymienia przedstawicielka AstraZeneca.

Z danych firmy Bioscience wynika, że rocznie w Polsce rejestruje się 400–500 nowych badań klinicznych (w 2016 roku blisko 460). Informacje Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA wskazują, że ponad połowa z nich to badania fazy III, które mają na celu ostateczne potwierdzenie skuteczności badanej substancji w leczeniu danej choroby. Blisko 30 proc. to badania fazy II – kiedy sprawdzane jest, czy lek działa w określonej grupie chorych i czy jest dla nich bezpieczny.

– Staramy się, aby proces badania klinicznego był szybszy i sprawniejszy, aby leki szybciej mogły trafić do pacjentów. Wszystkie bazy danych, postęp technologii umożliwiający elektroniczny transfer danych bezpośrednio z baz danych szpitali, które później analizujemy pod kątem badania skuteczności leku, wszelkiego rodzaju elektroniczny kontakt z pacjentem przez aplikacje mobilne. W szerszym zakresie mówimy o nakierowaniu na pacjenta, aby badania były łatwiejsze do pacjentów i zachęcały do uczestnictwa – tłumaczy Alina Pszczółkowska.

Problemem w rejestracji nowych leków są przede wszystkim wysokie koszty i długi czas trwania badań. Ocenia się, że na wprowadzenie tylko jednego leku potrzebne jest nawet 1,5 mld dol. Najwięcej kosztów pochłaniają końcowe fazy badań klinicznych.

– Trzeba wziąć też pod uwagę koszty cząsteczek, które nie przeszły badań klinicznych – od 5 do 10 tys. cząsteczek przeskanowanych po to, aby do badań późnych faz weszło 5 do 10, z których jedna stanie się lekiem. Koszt badań jest ogromny – podkreśla ekspertka.

Barierą są również kwestie administracyjne, które znacznie wydłużają wprowadzenie nowych cząsteczek na rynek. Sytuacja na świecie powoli się zmienia, agencje są otwarte na dialog z przemysłem. Polska, choć często jest wskazywana jako kraj pierwszego wyboru na prowadzenie badań klinicznych, cierpi ze względu na skomplikowaną legislację. Przy wniosku o rejestrację badań należy przedłożyć umowy między wszystkimi stronami badania.

– Takie umowy składane są we wszystkich krajach, natomiast nie przed samym rozpoczęciem procesu, w związku z tym ten proces rozpoczęcia badania jest dosyć długi, ale UE stara się przyciągnąć więcej badań do Europy, ciągle USA są tutaj liderem. Nowe prawo europejskie, które my także wprowadzamy, powinno pomóc w zniknięciu tych barier  – podsumowuje Alina Pszczółkowska.

Na nietrzymanie moczu cierpi co najmniej 2,5 mln Polaków. Brakuje dostępu do nowoczesnych terapii, które na świecie są standardem

Na nietrzymanie moczu cierpi co najmniej 2,5 mln Polaków. Brakuje dostępu do nowoczesnych terapii, które na świecie są standardem 10

Nietrzymanie moczu to wstydliwy problem, dlatego trudno o dokładne dane obrazującego jego skalę. Specjaliści szacują, że to schorzenie dotyka od 2,5 do nawet 5 mln Polaków, częściej kobiet niż mężczyzn. Pacjenci z nietrzymaniem moczu apelują do Ministerstwa Zdrowia o lepszy dostęp do sprawdzonych w Europie metod terapeutycznych i nowych leków. 

– Nietrzymanie moczu to bardzo interdyscyplinarny problem, z którym mierzą się lekarze różnych specjalizacji. Społeczne i ekonomiczne koszty tego problemu są trudne do oszacowania. Z pewnością są wysokie, ponieważ mówimy o dużej części społeczeństwa. Ponadto system ochrony zdrowia w Polsce nie proponuje systemowych rozwiązań, a tylko stara się gasić pożary. Brak refundacji w leczeniu farmakologicznym i zabiegowym powoduje, że część osób zostaje pozostawiona sama sobie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Michałek, pełnomocnik zarządu Stowarzyszenia UroConti do spraw współpracy międzynarodowej. – Z naszych wyliczeń wynika, że koszt absencji wynikających ze zwolnień chorobowych związanych z nietrzymaniem moczu wynosi ponad 1,3 mld zł według konserwatywnych wyliczeń.

Według Światowej Organizacji Zdrowia i Międzynarodowego Towarzystwa Kontynencji (ICS) nietrzymanie moczu to przypadłość obejmująca mimowolny wyciek moczu z pęcherza moczowego. Przyczyn tego schorzenia jest bardzo wiele, w zależności od tego, czy osoba cierpiąca na NTM jest mężczyzną, kobietą, osobą starszą czy dzieckiem.

Częstotliwość występowania nietrzymania moczu (NTM) jest trudna do określenia ze względu na brak jednoznacznych danych. Szacuje się, że na tę przypadłość cierpi od 4 do 8 proc. społeczeństwa. Od kilku lat ten odsetek sukcesywnie wzrasta. W 2018 roku na całym świecie problem nietrzymania moczu dotknie około 420 mln osób – 300 mln kobiet i 120 mln mężczyzn (dane przyjęte podczas 6. Międzynarodowych Konsultacji nad Inkontynencją). W Polsce na NTM cierpi łącznie około 2,5 mln pacjentów.

Wśród kobiet NTM występuje częściej niż inne choroby przewlekłe, nawet takie jak nadciśnienie tętnicze, depresja czy cukrzyca. Według WHO ta przypadłość może dotyczyć nawet co trzeciej kobiety.

Pacjent, u którego pojawią się problemy z nietrzymaniem moczu, powinien się zgłosić do lekarza rodzinnego w POZ, a następnie zasięgnąć konsultacji specjalisty – urologa, neurologa a w przypadku kobiet również ginekologa. Lekarz powinien przeprowadzić bardzo szczegółowy wywiad i zlecić badania diagnostyczne, by znaleźć źródło problemu. Do podstawowych badań zaliczają się: USG, cystoskopia, posiew moczu oraz badanie urodynamiczne, które pozwalają wykluczyć schorzenia wpływające na funkcje pęcherza.

– Pacjent, który podejrzewa u siebie nietrzymanie moczu, powinien się zgłosić do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. Tu zaczynają się schody. Niestety, część lekarzy nie jest w pełni przygotowana na to, aby konfrontować się z tym wyzwaniem. Bardzo ważne jest, aby pacjent, szukając pomocy, nie poddawał się od razu, jeśli usłyszy, że jest zbyt stary albo zbyt stara i tak już musi być, to absolutnie nie powinien w to wierzyć. Nietrzymanie moczu można i należy leczyć, nie można tego schorzenia pozostawić samego sobie. Trzeba starać się szukać rozwiązań, które oferuje współczesna medycyna, które oferuje słabo działający, ale jednak działający, system ochrony zdrowia. Takim przykładem jest odpowiedni dobór środków chłonnych, które są w Polsce refundowane. Zanim zaczniemy leczyć NTM, powinniśmy wspólnie z lekarzem POZ zadbać o higienę. To podstawa – podkreśla Tomasz Michałek.

Z danych Narodowego Funduszu Zdrowia wynika, że w ubiegłym roku koszt świadczeń związanych z wykonaniem badań urodynamicznych wyniósł 12,1 mln zł (spadek o 8 proc. w ujęciu rocznym).

– Może to wydawać się dużo, ale odnotowaliśmy trend spadkowy, ponieważ w 2015 roku było to ponad milion złotych więcej. Ministerstwo Zdrowia zdecydowało się usunąć niepotrzebny, jak twierdzą eksperci medyczni, wymóg badania urodynamicznego przy refundacji leków na zespół pęcherza nadreaktywnego. Usunięcie tego wymogu spowodowało, że koszty wreszcie zaczęły spadać, a badanie oferowane jest tylko tym pacjentom, którym jest to naprawdę potrzebne – wyjaśnia Tomasz Michałek.

Pierwszym sposobem leczenia nietrzymania moczu (NTM) jest tzw. leczenie zachowawcze, niewymagające stosowania leków. Opiera się na fizjoterapii, między innymi ćwiczeniach mięśni Kegla, elektrostymulacji, biofeedback’u i treningu pęcherza.

– Innym środkiem pomocniczym są leki. Niestety, w Polsce stosowane są tylko dwa leki refundowane: tolterodyna i solifenacyna. Refundacja wynosi 30 proc. Na świecie stosuje się różne leki, my cały czas czekamy na refundację mirabegronu, który jest w tej chwili dostępny jedynie pełnopłatnie. Nasi pacjenci nie mogą sobie pozwolić na pełnopłatne kupowanie tego leku i korzystanie z takiej terapii – dodaje prezes stowarzyszenia Anna Sarbak.

Mirabegron stwarza możliwość dalszego leczenia tym pacjentom, u których dostępne i stosowane dotychczas leki nie przyniosły efektów albo musieli oni zrezygnować z farmakoterapii ze względu na zbyt dużą uciążliwość skutków ubocznych. Mimo pozytywnej rekomendacji AOTMiT, wydanej już w 2014 roku, mirabegron nie znalazł się na liście refundacyjnej i jest w Polsce pełnopłatny. Na całym świecie ta substancja uznawana jest za terapię przyszłości w leczeniu nadreaktywnego pęcherza. Zdaniem specjalistów mirabegron może być w przyszłości lekiem pierwszego rzutu ze względu na wysoką skuteczność i znikome działania niepożądane.

Narodowy Fundusz Zdrowia refunduje obecnie siedem innych preparatów stosowanych w leczeniu NTM – jeden na bazie solifenacyny oraz sześć na bazie tolterodyny. Są one przeznaczone są dla osób chorych na zespół pęcherza nadreaktywnego (OAB). W ubiegłym roku wydano łącznie 394 551 opakowań leków stosowanych w przypadku leczenia NTM. Na ich refundację NFZ wydał 12,7 mln zł.

– Pacjenci potrzebują leków łatwo dostępnych, tanich i nowoczesnych. W chwili obecnej mamy możliwość wypisywania refundowanych leków, stosowanych w leczeniu nadreaktywności pęcherza moczowego. Są to leki nowoczesne, ale nie wszystkie z nich są refundowane. W związku z tym pewien obszar leczenia jest dla części pacjentów nadal niedostępny – podkreśla Ewa Barcz, ginekolog-położnik z Uniwersyteckiego Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka WUM.

Ostatnią, inwazyjną metodą leczenia nietrzymania moczu (NTM) jest leczenie operacyjne. W zasięgu pacjentów są refundowane operacje z użyciem taśm oraz zabieg założenia sztucznego zwieracza cewki moczowej. W ubiegłym roku NFZ wydał na refundację zabiegów operacyjnych stosowanych w terapii nietrzymania moczu nieco ponad 33 mln zł (spadek o 1,2 proc.). Liczba zabiegów wykonanych z użyciem taśm spadła w tym czasie do 3 232.

– Pacjenci, którym nie pomagają terapie pierwszego rzutu, powinni skorzystać z neuromodulacji. Szacujemy, że w Polsce takich operacji może być rocznie około stu. Są to przypadki, gdzie nic innego nie pomaga. Operacja polega na wszczepieniu elektrod i aparatu podobnego do rozrusznika w sercu, tzw. stymulatora. W tej chwili taka terapia jest w Polsce niemożliwa, takich operacji się nie przeprowadza. Postulowaliśmy, aby pojawiła się możliwość wykonywania takich operacji, ale Ministerstwo Zdrowia na razie jej nie widzi. Istnieje jeszcze możliwość wyjazdu na leczenie za granicę, co umożliwia dyrektywa transgraniczna, ale wymagane są tu zezwolenia konsultanta krajowego do spraw urologii – mówi Anna Sarbak.

Internauci popełniają wiele błędów językowych. Może to zniweczyć ich szanse na zdobycie pracy

Internauci popełniają wiele błędów językowych. Może to zniweczyć ich szanse na zdobycie pracy 11

Tylko na przestrzeni ostatnich 3 miesięcy w mediach społecznościowych pojawiło się ponad 270 tys. postów i artykułów, w których znalazły się błędy językowe – wynika z danych Instytutu Monitorowania Mediów. Najwięcej tego typu publikacji pojawiało się na Facebooku. Błędy językowe popełniane w tekstach publikowanych w mediach społecznościowych, podobnie jak w CV, mogą zrobić złe wrażenie na potencjalnych pracodawcach i zaważyć na ich decyzji rekrutacyjnej. 

Publikacje w mediach społecznościowych to nieformalna wizytówka każdego internauty. To właśnie na ich podstawie inni użytkownicy internetu, w tym potencjalni pracodawcy, wyrabiają sobie wstępną opinię o autorze postów. Przez rekruterów błędy językowe popełniane w publikacjach internetowych, podobnie jak w CV, odbierane są jako brak staranności lub niewystarczająca znajomość zasad języka polskiego.

– Popełnianie błędów w publikacjach internetowych może wpłynąć na to, że nie zostaniemy zaproszeni do kolejnego etapu rekrutacji, chociaż oczywiście zależy to od poziomu i zakresu stanowiska – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Pawłowska z Instytutu Monitorowania Mediów.

Internauci popełniają jednak wiele błędów językowych. Z najnowszego badania IMM wynika, że od początku marca do końca maja bieżącego roku w internecie zostało opublikowanych około 275 tys. artykułów i postów zawierających nieprawidłowości. Większość błędów to niepoprawnie napisane bądź użyte w złym znaczeniu słowa. Listę nieprawidłowości IMM sporządził na podstawie sugestii fanów facebookowej strony Poprawna Polszczyzna.

 Pośród tych słów królował przysłówek „na pewno” pisany łącznie oraz pleonazm „dzień dzisiejszy”. Na niechlubną listę wpisały się także frazy „dlatego bo”, oraz „z powrotem” pisane łącznie przez s, pleonazmy „okres czasu” i „trwać nadal” – mówi Magdalena Pawłowska.

Z badania IMM wynika, że najwięcej błędów, bo aż 50 proc., pojawia się na Facebooku. Drugim medium społecznościowym pod względem nieprawidłowości językowych jest Twitter z wynikiem 15 proc. Treści na tej drugiej platformie publikowane są zazwyczaj dość szybko – stanowią gorący komentarz aktualnych wydarzeń, stąd duża liczba błędów. Postów nie można ponadto edytować w celu usunięcia nieprawidłowości.

– Przyjrzeliśmy się także interakcjom w mediach społecznościowych, wśród których aż 87 proc. stanowią udostępnienia. Niestety, nie wszystkie to internetowe lekcje języka polskiego, tak jak w przypadku tweeta, który został podany dalej ponad 1700 razy, a w którym autor tłumaczył pisownię słowa „włączać” – mówi Magdalena Pawłowska.

IMM przypomina, że ewentualne błędy językowe i literówki powinny być brane pod uwagę przez osoby zajmujące się monitoringiem publikacji internetowych. Nieprawidłowości mogą się bowiem pojawić w słowach kluczowych.

Służba zdrowia wymaga pilnych zmian. Rozwiązaniem problemów może być zaadaptowanie holenderskiego systemu opieki zdrowotnej

Służba zdrowia wymaga pilnych zmian. Rozwiązaniem problemów może być zaadaptowanie holenderskiego systemu opieki zdrowotnej 12

Starzejące się społeczeństwo i ograniczone zasoby finansowe to największe wyzwania systemu opieki zdrowotnej. Chcąc im sprostać, służba zdrowia musi postawić na nowe technologie i koordynację procedur medycznych. To pozwoli obniżyć ich koszty i poprawić jakość usług dla pacjentów. Koordynowana opieka medyczna sprawdziła się w wielu krajach europejskich, między innymi w Holandii. O tym, jak przenieść ten model na polski rynek, eksperci rozmawiali podczas ubiegłotygodniowego Polsko-Holenderskiego Szczytu Zdrowia.

– Holenderska opieka zdrowotna jest dobrze oceniana przez pacjentów, ponieważ jest łatwo dostępna. To efekt systemu, w którym lekarz rodzinny jest kimś w rodzaju kontrolera ruchu. Pacjenci otrzymują taką opiekę, jakiej naprawdę potrzebują. Nie tylko szpitalną, lecz także psychologiczną i społeczną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Nick Guldemond z Instytutu Polityki Zdrowotnej i Zarządzania Erasmus University.

W ubiegłym roku Holandia kolejny raz zajęła pierwsze miejsce w Europejskim Konsumenckim Indeksie Zdrowia. Tamtejszy system opieki zdrowotnej od kilku lat jest w sondażach bardzo dobrze oceniany przez pacjentów.

Zamiast jednego płatnika, Holendrzy mają do wyboru różnych ubezpieczycieli i ponad 20 polis zdrowotnych. Wszystkie mają podpisane kontrakty z placówkami medycznymi. Głównym celem rynku jest zapewnienie wysokiej jakości usług medycznych w przystępnej cenie.

– Jest to kraj, w którym opieka jest ukierunkowana na pacjenta, a sam pacjent jest traktowany jak partner, człowiek i klient, uczestniczy w całym procesie leczenia. W Holandii na służbę zdrowia przeznacza się 10,6 proc. PKB, natomiast u nas 4,4 proc. PKB. To również w pewnym stopniu odpowiada za różnice, ponieważ służby zdrowia nie da się przebudować za darmo – zauważa prof. Mirosław Wysocki, dyrektor Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH oraz konsultant krajowy w dziedzinie zdrowia publicznego.

Poza wysokością nakładów polski i holenderski model służby zdrowia różni się modelem opieki nad pacjentem. W Holandii lekarz rodzinny pełni rolę koordynatora, który nadzoruje cały proces leczenia i stanowi dla pacjenta punkt styku. Podmioty publiczne, prywatne i środowisko naukowe ściśle współpracują ze sobą i koordynują procedury medyczne. Taki model wdraża powoli również Wielka Brytania.

– Opieka koordynowana jest obecnie modnym i ważnym tematem w ochronie zdrowia, zarówno w Polsce, jak i w krajach europejskich. W części z nich taki model jest na etapie wdrażania. Opieka koordynowana jest jednym z wyzwań, które mają na celu nie tylko optymalizację kosztów w systemie ochrony zdrowia, lecz także stworzenie lepszego środowiska do powrotu do zdrowia dla pacjentów – mówi Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji zewnętrznych, Philips Polska.

Model opieki koordynowanej polega na zapewnieniu pacjentom ciągłości leczenia poprzez połączenie różnych dostawców usług medycznych oraz terminowych i wysokiej jakości świadczeń w całym procesie leczenia. Począwszy od konsultacji lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, badań wstępnych, następnie konsultacji u lekarza specjalisty, hospitalizacji i rehabilitacji, skończywszy na badaniach kontrolnych po zakończeniu leczenia. Taka forma opieki nad pacjentem może nie tylko poprawić jakość oferowanych usług, podnosząc poziom opieki zdrowotnej, lecz także zmniejszyć koszty związane z procesem leczenia.

– Jednym z priorytetów opieki koordynowanej jest to, aby pacjent możliwie długo przebywał w środowisku domowym. To pozwala zapewnić mu komfort i poczucie bezpieczeństwa, a przy tym nie generuje niepotrzebnych kosztów na poziomie ambulatoryjnej opieki szpitalnej. Są to zatem korzyści finansowe, a także związane z samopoczuciem pacjenta i jego rodziny, która jest w stanie stale wspierać wymagającego opieki członka rodziny. Te wszystkie elementy składają się na pozytywną całość – wyjaśnia Michał Kępowicz.

Rozwój technologiczny i coraz nowocześniejsze rozwiązania w zakresie diagnostyki, obrazowania, farmakologii czy rehabilitacji umożliwiają skoordynowanie wszystkich procedur medycznych i optymalizację procesu leczenia. To pozwala też obniżyć jego koszt. Poza Holandią opieka koordynowana sprawdziła się już w wielu krajach zarówno w Europie, jak i poza nią, m.in. w Niemczech, Szkocji i w odległej Australii.

– Koordynacja polega na tym, że pacjent jest płynnie kierowany ze szpitala do opieki poszpitalnej, od lekarza podstawowej opieki zdrowotnej do specjalistów. Nie on to wszystko załatwia, nie on czeka i stoi w kolejkach. Koordynuje ten proces na przykład podstawowa opieka zdrowotna albo szpital. Wiąże się to z łączeniem danych, dlatego potrzebna jest cyfryzacja systemu ochrony zdrowia. Czynimy wysiłki w tym kierunku, ale jesteśmy dość daleko. To będzie jedno z głównych wyzwań służby zdrowia: łączenie danych i sprawna cyfryzacja – ocenia prof. Mirosław Wysocki.

Kluczowym wyzwaniem w opiece koordynowanej jest współpraca pomiędzy środowiskiem pacjenckim, regulatorem, który tworzy przepisy, rodzinami, które wspierają pacjenta w trakcie procesu leczenia i rehabilitacji, a środowiskiem naukowym, które bada efektywność takiego modelu opieki. Jedną z grup zaangażowanych są też firmy technologiczne, które dostarczają rozwiązania i systemy możliwe do wdrożenia na różnych rynkach medycznych.

– Mamy w tej kwestii doświadczenia w Ameryce Północnej. Kraje europejskie także są coraz bardziej zainteresowane zintegrowaną opieką. Wdrażamy długoterminowy projekt w Liverpoolu, gdzie chcemy zaoferować zintegrowaną opiekę medyczną, nie tylko dla tych najciężej chorych, lecz także dla grup zagrożonych. W Niemczech nawiązaliśmy ostatnio współpracę i realizujemy tam program dotyczący ataków serca. Razem badamy pacjentów cierpiących na choroby sercowe i ludzi zagrożonych takimi schorzeniami – mówi Robert Goudswaard, senior director w Philips Personal Health Solution Europe.

Firma Philips jest jednym z dostawców rozwiązań, które wspierają nie tylko tzw. infrastrukturę ciężką, diagnostyczną, lecz także komunikację pomiędzy różnymi szczeblami ochrony zdrowia, która ma służyć wsparciu opieki koordynowanej. W Unii Europejskiej Phillips brał udział w projekcie finansowanym ze środków funduszy strukturalnych, który miał na celu stworzenie podstawy naukowej na potrzeby pilotażu opieki koordynowanej w pięciu regionach Wspólnoty. Wspólnie z brytyjskim NHS realizował natomiast projekt dla grupy pacjentów cierpiących na choroby płuc, cukrzyków, osób po incydentach kardiologicznych, dzięki któremu ponad 20 proc. nie musiało z powrotem wracać do opieki ambulatoryjnej.

– Opieka zdrowotna to nie tylko diagnostyka i leczenie, lecz także zapobieganie schorzeniom, opieka poszpitalna i promowanie zdrowego trybu życia. Mamy szereg rozwiązań, które dotyczą całej sfery opieki zdrowotnej i w coraz większym stopniu staramy się je integrować w jedną całość – mówi Robert Goudswaard.

Koordynowana opieka zdrowotna, która według ekspertów może się przyczynić do poprawy jakości opieki i zadowolenia pacjentów, a także do ograniczenia zbędnych kosztów była głównym tematem Polsko-Holenderskiego Szczytu Zdrowia, który 22 czerwca gościł w Warszawie.

– Możemy się wiele nauczyć od siebie nawzajem. Ja na przykład zdobyłem duże doświadczenie we Wrocławiu, gdzie działa wiele nowoczesnych start-upów, które w nieszablonowy sposób myślą o wykorzystaniu IT w opiece zdrowotnej, w diagnostyce chorób, w tym także chorób serca. Te rozwiązania mogą się przydać holenderskim pacjentom. Możemy się uczyć od siebie nawzajem i wymieniać wiedzę, zamiast wymyślać na nowo coś, co już istnieje – mówi Nick Guldemond z Instytutu Polityki Zdrowotnej i Zarządzania Erasmus University.

– W niemal wszystkich krajach Unii opieka zdrowotna działa w taki sposób jak w Holandii. Taki model powinien zostać wprowadzony również w Polsce, ponieważ jesteśmy członkiem UE i nie wyobrażam sobie, abyśmy pozostali jakimś skansenem bez koordynacji – podkreśla prof. Mirosław Wysocki, dyrektor Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH oraz konsultant krajowy w dziedzinie zdrowia publicznego.

Usługa bezprzewodowego ładownia smartfonów może zwiększyć przychody placówek gastronomicznych. Rozwiązanie zachęca do wydłużenia wizyty np. w kawiarni

Usługa bezprzewodowego ładownia smartfonów może zwiększyć przychody placówek gastronomicznych. Rozwiązanie zachęca do wydłużenia wizyty np. w kawiarni 13

Jak pokazują badania, rozwiązanie problemu ładowania wydłuża wizytę klienta średnio o 11 minut, co wyraźnie przekłada się na zwiększenie przychodów. Powstał więc start-up Powermat, który w prosty sposób chce rozwiązać problem ciągłej potrzeby naładowania smartfona. Firma działa na całym świecie. Swoją ofertę kieruje do uczelni, dworców, lotnisk, hoteli, a przede wszystkim restauracji i kawiarni. 

– Powermat Polska jest oficjalnym gold resellerem firmy Powermat, która jest oficjalnym pomysłodawcą wdrażania bezprzewodowego ładowania o  standardzie PMA na całym świecie. Naszym oficjalnym partnerem jest Starbucks Polska. Ponadto nasze rozwiązanie obejmuje już 2500 lokali dostępnych na całym świecie. W Polsce są trzy wdrożenia pilotażowe, w Hulakula, w Nailbarze Świeżo Malowane i w restauracji Marka Kościkiewicza – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Juliusz Korwin, dyrektor ds. marketingu w Powermat Polska.

Powermat to system składający się z dyskretnych, niewidocznych mat oraz mobilnych pierścieni, które dają możliwość bezprzewodowego ładowania dowolnych smartfonów wyposażonych w port Micro USB lub Lightning. Oczywiście w przypadku, w którym telefon sam wyposażony jest w opcję ładowania bezprzewodowego, Dodatkowy pierścień o nazwie PowerMat Ring nie jest już potrzebny. Wystarczy położyć telefon na macie, zainstalować aplikację i zsynchronizować oba sprzęty ze sobą, aby bez trudu doładować telefon. Powermat sprawdzi się w szeroko rozumianym HoReCa, a więc hotelach, restauracjach i kawiarniach. Polski oddział firmy różni się jednak od pozostałych części firmy, rozsianych na całym świecie.

– Mamy inne podejście marketingowe od naszej centrali, bardziej wychodzimy do biznesu, pokazując, że dzięki systemowi nasz klient może być o 11 minut dłużej w lokalu, co bezpośrednio przekłada się na powiększenie przychodów. Należy zauważyć, że Powermat to system wykorzystujący chęć naładowania telefonu, ale połączony z systemem lojalnościowym – im dłużej jesteśmy w lokalu, tym mamy ciekawsze promocje – wyjaśnia Juliusz Korwin.

Powermat to izraelski start-up, który rozpoczął działalność w 2006 roku. Fundacja współpracowała wtedy, z takimi firmami jak: Blackberry, Starbucks czy P&G. Obecnie standard PMA wymagany jest we wszystkich telefonach komórkowych.

– Do końca 2017 roku chcemy mieć tysiąc aktywnych mat do ładowania w całej Polsce, nie tylko w hotelach, restauracjach czy kawiarniach, ale też na lotniskach, uniwersytetach – wszędzie tam, gdzie jest duże skupisko konsumentów, ludzi, i gdzie jest potrzeba naładowania – podkreśla Juliusz Korwin.

Ekspert prognozuje, że w przyszłości wszystkie urządzenia mobilne będą ładowane bezprzewodowo. Co ciekawe, boom na tego typu rozwiązania nadejdzie już w przyszłym roku.

– Najbliższe trendy związane z nowymi technologiami to na pewno skupienie się na bezprzewodowym ładowaniu urządzeń mobilnych. Można to porównać do boomu, jaki miał miejsce przy WiFi – w każdym lokalu wcześniej czy później to WiFi się pojawiało. Prognozujemy, że do końca 2018 roku będzie miał miejsce pełny boom na to zjawisko, ponieważ znacząco ułatwia życie – podsumowuje Juliusz Korwin.

Tylko 220 z 6 tys. firm wykonało obowiązkowy audyt energetyczny. Za niedopełnienie obowiązku grożą wysokie kary finansowe

Tylko 220 z 6 tys. firm wykonało obowiązkowy audyt energetyczny. Za niedopełnienie obowiązku grożą wysokie kary finansowe 14

Zaledwie 220 przedsiębiorstw złożyło informację o przeprowadzeniu audytu do Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki. Zobowiązanych jest do tego w sumie ponad 6 tys. podmiotów. Na realizację audytu pozostały im tylko trzy miesiące. Za niedopełnienie ustawowego obowiązku grożą im kary finansowe, sięgające nawet 5 proc. rocznych przychodów. Większość przedsiębiorstw nie zdaje sobie sprawy ze zbliżającego się terminu albo traktuje audyt wyłącznie jako konieczny obowiązek administracyjny.

W październiku ubiegłego roku weszła w życie ustawa o efektywności energetycznej, która nakłada na wybrane przedsiębiorstwa obowiązek przeprowadzenia audytu energetycznego w ciągu 12 miesięcy od uchwalenia nowych przepisów. Obowiązek dotyczy przedsiębiorstw, które spełniają jedno z trzech kryteriów: wielkość zatrudnienia – co najmniej 250 pracowników, roczny obrót netto powyżej 50 mln euro lub całkowity bilans roczny wynoszący ponad 43 mln euro.

– Są to duże przedsiębiorstwa, w Polsce jest około 6 tys. takich podmiotów. Z danych opublikowanych przez URE pod koniec maja wynika, że do tej pory jedynie 4 proc. zobowiązanych podmiotów wypełniło już ustawowy obowiązek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Burzyńska, dyrektor zarządzająca firmy doradczej Ayming Polska.

Tylko 220 przedsiębiorstw złożyło dotychczas informację o przeprowadzeniu audytu do Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki. Pozostałym firmom pozostały zaledwie trzy miesiące na dopełnienie ustawowego obowiązku.

– Deadline upływa 30 września, zostało bardzo niewiele czasu – podkreśla Magdalena Burzyńska.

Zgodnie z ustawą, audyt energetyczny musi przeprowadzić niezależny podmiot z odpowiednią wiedzą i doświadczeniem, albo wewnętrzny ekspert – pod warunkiem, że nie jest zaangażowany bezpośrednio w ten segment działalności firmy. Przedsiębiorstwa muszą przeprowadzać audyt regularnie, co cztery lata i składać z niego raport do Prezesa URE. Oprócz sprawozdania z kontroli, dokument musi zawierać informację o możliwych do uzyskania w firmie oszczędnościach energii.

Eksperci podkreślają, że kontrola efektywności energetycznej firmy może też obniżyć koszty jej funkcjonowania i otworzyć nowe możliwości finansowania inwestycji.

– Przedsiębiorstwa widzą w przeprowadzeniu audytu energetycznego jedynie administracyjny obowiązek. Nie widzą za to korzyści, których jest naprawdę dużo. Przede wszystkim przedsiębiorstwa mogą usprawnić swoje działanie i poprawić wyniki finansowe. Poprzez wprowadzanie efektywniejszych, bardziej energooszczędnych rozwiązań obniżają koszty – komentuje Magdalena Burzyńska, dyrektor zarządzająca Ayming Polska.

Koszty energii są dużym wydatkiem zwłaszcza w budżetach firm produkcyjnych, gdzie cena surowca jest istotnym elementem końcowej ceny produktu. Jak wynika z badania, przeprowadzonego w kwietniu przez Kantar Millward Brown na zlecenie Ayming Polska, zdecydowana większość przedsiębiorstw (93 proc.) deklaruje, że koszty energii elektrycznej to istotna pozycja w ich kosztach. Większość z nich nie podejmuje jednak prób optymalizacji tego obszaru.

– Z naszych badań wynika, że 65 proc. przedsiębiorstw  nie  zdaje sobie sprawy jakie przysługują im dodatkowe źródła finansowania. Tych źródeł jest kilka. To przede wszystkim białe certyfikaty, czyli papiery wartościowe, które przedsiębiorstwa mogą uzyskać w wyniku przeprowadzenia audytu energetycznego i działań energoefektywnych. Drugim źródłem jest dofinansowanie europejskie pochodzące z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko, który proponuje niskooprocentowane pożyczki dla przedsiębiorstw, nawet do 75 proc. kosztów kwalifikowanych. Pożyczki te w 15 proc. mogą przekształcić się w dotacje, które idą bezpośrednio do kieszeni przedsiębiorców – mówi Magdalena Burzyńska.

Ustawa o efektywności energetycznej wprowadziła zmiany w systemie świadectw efektywności energetycznej, czyli tak zwanych białych certyfikatów. Funkcjonują one podobnie jak zielone certyfikaty na rynku OZE.

Sprzedawcy energii są zobligowani do pozyskania i umorzenia określonej liczby takich świadectw, ewentualnie do uiszczenia  opłaty zastępczej. Z kolei odbiorcy energii, którzy zrealizowali lub planują działania poprawiające efektywność energetyczną mogą otrzymać białe certyfikaty. Wydaje je Prezes Urzędu Regulacji Energetyki, a żeby je uzyskać – firma musi najpierw przejść audyt energetyczny. W związku z tym, że białe certyfikaty są rodzajem papierów wartościowych, firma może je odsprzedać na Towarowej Giełdzie Energii i w ten sposób częściowo zrekompensować koszty poniesione na inwestycje proefektywnościowe.

Drugie źródło finansowania – o które firmy mogą ubiegać się po przeprowadzeniu audytu energetycznego – to fundusze europejskie, dostępne w Programie Operacyjnym Infrastruktura i Środowisko. Występują w postaci preferencyjnych pożyczek, nawet do 75 proc. kwalifikowanych kosztów inwestycji. Przedsiębiorstwa mogą liczyć również  na umorzenie części pożyczki nawet do 15 proc. wysokości kosztów kwalifikowanych.

Za niedopełnienie ustawowego obowiązku przeprowadzenia audytu energetycznego, firma może zostać obciążona karą finansową sięgającą nawet 5 proc. jej rocznych przychodów.

Wybór odpowiedniej domeny przed rozpoczęciem działalności w internecie to nie wszystko. Firmy muszą zadbać też o certyfikaty bezpieczeństwa czy rozwój mediów społecznościowych

Wybór odpowiedniej domeny przed rozpoczęciem działalności w internecie to nie wszystko. Firmy muszą zadbać też o certyfikaty bezpieczeństwa czy rozwój mediów społecznościowych 15

Zaznaczenie obecności nowej firmy w internecie nie jest prostym zadaniem. By przyciągnąć klientów, start-up nie tylko powinien wybrać odpowiednią domenę i zweryfikować jej wartość pod kątem biznesowym, lecz także powinien zadbać o odpowiednie certyfikaty bezpieczeństwa. Ważne jest również wykreowanie odpowiedniego wizerunku poprzez rozwijanie mediów społecznościowych.

– Tworząc start-up, możemy wybrać spośród 1200 końcówek domenowych, więc ważne jest, aby dobrać odpowiednią domenę. W Polsce najpopularniejszymi domenami są .pl i domeny globalne .com, .net, .org, natomiast coraz częściej młode firmy, start-upy, zwłaszcza te innowacyjne, technologiczne, wybierają spośród pozostałych, nowych końcówek domenowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży i marketingu z firmy OVH – Przykłady takich rozszerzeń to: .io, .xyz, .top, ale mogą być również bardziej branżowe .ecommerce, .shop, .travel, takich końcówek jest bardzo wiele. W konsekwencji możemy swobodnie wybierać między nimi.

Wybór odpowiedniej domeny to zaledwie pierwszy z wielu kroków, który powinni wykonać założyciele start-upu, by zaznaczyć swoją obecność w internecie. Jak podkreśla ekspert, istotne jest również zweryfikowanie wartości domeny pod kątem biznesowym.

– Drugi aspekt to kwestia dobrej weryfikacji naszego biznesu, co faktycznie chcemy robić i czy dana końcówka domenowa jest nam bardziej potrzebna czy mniej. Są firmy, które z definicji zabezpieczają się wieloma domenami, po to, by ustrzec się przed konkurencją, nie pozwolić, żeby ktoś pod daną nazwą uruchomił konkurencyjny dla nas biznes. W innych przypadkach może się okazać, że jest to na tyle lokalna inicjatywa, że nie ma potrzeby inwestowania w dodatkowe końcówki domenowe i wystarczy nam jeden lub dwa adresy – twierdzi Robert Paszkiewicz.

Kolejnym ważnym elementem dotyczącym obecności w internecie są elementy wyróżniające tworzoną stronę pod względem technologicznym. Jednym z nich są rozwiązania dotyczące bezpieczeństwa, które wspomagają zarówno bezpieczne przeglądanie zawartości stron, jak i np. bezproblemowe zakupy.

– Powszechnym standardem jest wykorzystywanie certyfikatów SSL, natomiast nie każdy wie o takiej technologii jak DNSSEC. W chwili obecnej w Polsce tylko 1 proc. stron internetowych jest w ten sposób zabezpieczony, a klienci bardzo lubią wyróżniki, swego rodzaju potwierdzenia, że firmy prowadzące biznes działają w optymalny sposób. Jeżeli dołączymy do tego grona i zabezpieczymy naszą stronę na przykład tą technologią, to będziemy mieli szansę zyskać jeszcze większe zaufanie klientów – przekonuje Robert Paszkiewicz.

Ekspert zaznacza, że budowanie wizerunku w sieci nie powinno się ograniczać jedynie do rozwijania własnej witryny internetowej, ale do mediów społecznościowych, które powinny ją dopełniać, tworząc spójną całość.

– Jeśli chodzi o dodatkowe usługi dla start-upów, to warto pamiętać o mediach społecznościowych. Oprócz strony załóżmy konto na Facebooku, profil naszej firmy, pamiętajmy o wideo, czyli na przykład kanale na YouTube. Są to ważne rzeczy, stanowią swoiste uzupełnienie strony internetowej, działają razem, możemy w jednym miejscu budować społeczność, w drugim tworzyć nasz content wideo, czyli na przykład materiały reklamowe i promocyjne, a strona internetowa jest spięciem tych wszystkich elementów, może służyć jako kanał transakcyjny, czyli miejsce, gdzie uruchomimy nasz sklep internetowy – podsumowuje Robert Paszkiewicz.

Polska gospodarka traci 3 mld zł rocznie z powodu piractwa w sieci. Z nielegalnych treści korzysta co drugi internauta

Polska gospodarka traci 3 mld zł rocznie z powodu piractwa w sieci. Z nielegalnych treści korzysta co drugi internauta 16

Przez piractwo treści w internecie Skarb Państwa stracił w ubiegłym roku 836 mln zł. W skali całej gospodarki jest to 3 mld zł utraconego PKB, czyli mniej więcej równowartość 30 proc. rocznych wydatków państwa na kulturę i media. Eksperci podkreślają, że skala piractwa w Polsce rośnie, a do walki z nim konieczne są nie tylko zmiany w prawie, lecz przede wszystkim wyedukowanie społeczeństwa.  

– Połowa Polaków w wieku od 15 do 75 lat posługujących się internetem korzysta z nielegalnych źródeł i treści. Wielu z nich nie zdaje sobie z tego sprawy. To zjawisko występuje na wielu rynkach treści: wideo, książek, prasy, transmisji online, muzyki i audiobooków. W 2016 roku polska gospodarka straciła z tego tytułu ponad 3 mld zł, to są ogromne kwoty. Jest to także ponad 20 tys. miejsc pracy, które mogłyby zostać utworzone albo nieutracone, gdyby nie istniało piractwo w sieci – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Julia Batorska, ekonomista Deloitte.

Stowarzyszenie Kreatywna Polska i firma doradcza Deloitte przygotowały raport obrazujący skalę piractwa w polskim internecie i wpływu, jaki wywiera ono na kulturę i gospodarkę. Wynika z niego, że około 12 mln Polaków, czyli średnio co drugi internauta, korzysta w sieci z nielegalnych źródeł i treści.

– Najbardziej dotkliwe jest piractwo audiowizualne, kradzież meczów, eventów sportowych, kradzież telewizji na żywo, filmów kinowych, seriali. Branża audiowizualna wyróżnia się największą skalą strat – mówi Marcin Przasnyski ze stowarzyszenia Kreatywna Polska.

W ubiegłym roku szacunkowa suma wydatków poniesionych na serwisy pirackie przez użytkowników internetu wyniosła około 900 mln zł. To równowartość dziewięciu rocznych budżetów Biblioteki Narodowej albo suma, za którą można kupić prawie 50 mln biletów do kina. Szacunkowy łączny przychód pirackich serwisów w 2016 roku wyniósł około 745 mln zł.

– Konsumenci wydają na pirackie treści około 900 mln zł rocznie, natomiast część tej kwoty trafia do legalnie działających pośredników. Nielegalne przychody to ponad 700 mln zł rocznie – mówi Julia Batorska.

– Te pieniądze trafiają w czarną dziurę. Użytkownicy nie mają gwarancji, że dostaną dostęp do opłaconych treści ani że będą one wysokiej jakości. Bardzo często nie dostają nic, bo około 20 proc. portali to serwisy wyłudzające. W takich przypadkach użytkownicy myślą, że płacą za dostęp do określonych treści, a w odpowiedzi dostają kadr z jakiegoś filmu albo zostają zupełnie z niczym, także bez swoich danych osobowych, które przy okazji są wyłudzane. Często jest przy tym instalowane złośliwe oprogramowanie. Buduje się duży sektor nielegalnej działalności, która jest szkodliwa nie tylko dla użytkowników, lecz także dla krajowej gospodarki – mówi Teresa Wierzbowska, prezes Stowarzyszenia Sygnał, które działa na rzecz poszanowania własności intelektualnej.

W wyniku piractwa treści w internecie (na sześciu rynkach kreatywnych: telewizyjnym i filmowym, muzycznym, książkowym i prasowym) w 2016 roku Skarb Państwa stracił 836 mln zł. W skali całej gospodarki jest to 3 mld zł utraconego PKB. To mniej więcej równowartość jednej trzeciej rocznych wydatków państwa na kulturę i media.

– Prognozujemy, że to zjawisko będzie narastać. Wynika to z rozwoju technologii, z rozwoju kompetencji cyfrowych oraz szerszego dostępu do szybkiego internetu. To może spowodować, że w 2023 roku przekroczymy poziom 4 mld zł strat dla PKB z tytułu piractwa – mówi Julia Batorska, ekonomistka.

Jak oszacowali eksperci Deloitte, w latach 2017–2024 całkowita wartość pirackiej konsumpcji treści z nielegalnych źródeł w internecie sięgnie 30,4 mld zł. Za taką kwotę można by pokryć blisko trzy czwarte wartości deficytu sektora publicznego albo wybudować ponad 700 kilometrów autostrad.

– Skala piractwa niestety rośnie. Straty gospodarki z tytułu piractwa treści internetowych są liczone w miliardach złotych, jest to gigantyczna skala. Bierność prawa i całego rynku spowodowały, że powstał gigantyczny biznes, który czerpie korzyści albo bezpośrednio od użytkowników, którzy nieświadomie płacą za dostęp do nielegalnych treści, albo poprzez emisję reklam – mówi Teresa Wierzbowska.

Piractwo i korzystanie z nielegalnych treści w internecie ma też przełożenie na rynek pracy. Z wyliczeń ekspertów Deloitte wynika, że to zjawisko przekłada się na 27,5 tys. utraconych miejsc pracy (lub takich, które mogłyby powstać). To mniej więcej liczba mieszkańców Zakopanego i 13 proc. wszystkich bezrobotnych zarejestrowanych na Mazowszu.

– Kultura nigdy nie była tak szeroko dostępna jak teraz. Niestety, korzysta ona głównie z nielegalnych kanałów. To szansa dla przemysłów kreatywnych, żeby zaspokoić ten wielki popyt, ale najpierw trzeba zrobić porządek z piractwem, do którego doprowadziły przepisy prawne i wieloletnie zaniedbania. Trzeba o tym głośno mówić, piractwo dotyka wszystkich, przynosi straty nie tylko kulturze, lecz także gospodarce. Problem można minimalizować, jest na to wiele sposobów – mówi Marcin Przasnyski ze stowarzyszenia Kreatywna Polska.

– Jest koniecznością, żeby polskie prawo odpowiadało standardom unijnym. Te standardy są wyznaczone przez dyrektywy UE oraz orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości. W tym zakresie znacząco odbiegamy od tego, co dzieje się w tej chwili w Europie. Jeśli mamy gonić lub być w centrum Europy, powinniśmy spojrzeć jak Europa walczy z naruszeniami praw własności intelektualnej – wskazuje Oskar Tułodziecki, prawnik specjalizujący się w ochronie własności intelektualnej.

Eksperci Deloitte wskazują, że w walce z piractwem kluczowe jest zwiększanie podaży legalnych treści, upowszechnianie elastycznych modeli dostępowych oraz dostosowanie licencji do dynamicznie zmieniającego się rynku cyfrowego. Potrzebny jest również szereg zmian w istniejących przepisach.

– Nikt nie chce ścigać internautów. Chodzi o to, żeby wyeliminować piractwo na trochę innym poziomie – tam, gdzie jest jego źródło. Jeśli się nie da, istotne jest odcięcie użytkowników od pirackich treści i zaoferowanie im treści legalnych – wskazuje Oskar Tułodziecki – Pilnie powinna zostać zrewidowana sytuacja portali, które udają portale wymiany plików, a w rzeczywistości rozpowszechniają nielegalne treści. Mówimy o wdrożeniu dyrektywy e-commerce, bo istotne jest to, aby sądy mogły wydawać zarządzenia przeciwko tzw. niewinnym pośrednikom, a więc osobom, których usługi są wykorzystywane przez piratów. Mam tu na myśli dostawców internetu czy operatorów płatności online – dodaje.

– Duże koncerny mediowe lub wydawcy treści starają się organizować w ramach swoich struktur działy antypirackie, które na bieżąco i z wykorzystaniem dostępnych mechanizmów prawnych reagują i zgłaszają tego typu naruszenia. Robią to z dużą skutecznością. Żeby skutecznie przeciwdziałać piractwu, potrzebne są mechanizmy prawne. Bez tego poszkodowani twórcy nie są w stanie skutecznie dbać o swoje interesy – mówi Teresa Wierzbowska, prezes Stowarzyszenia Sygnał.

Jednym ze sposobów na walkę z piractwem może być stworzenie krajowej bazy stron internetowych, za pośrednictwem których dochodzi do masowego naruszania praw autorskich. Potrzebna jest również edukacja społeczna i kampanie informacyjne na temat skutków naruszeń własności intelektualnej.

– Aby uniemożliwić ten proceder, staramy się ograniczyć dopływ pieniędzy do serwisów pirackich. Możemy to robić m.in. poprzez blokowanie modelu reklamowego. Zachęcamy reklamodawców i domy mediowe, aby uważniej przyglądały się, gdzie lokują budżety reklamowe swoich klientów i czy oby marki znanych produktów są reklamowane w kontekście legalnych treści. Być może te budżety zasilają działalność o charakterze przestępczym. Współpracujemy także z pośrednikami płatności, to jest rosnący model przychodowy serwisów pirackich – wylicza Teresa Wierzbowska.

Rekordowe wyniki rynku Catalyst w 2016 r.

  • Wartość nieskarbowych instrumentów dłużnych notowanych na Catalyst osiągnęła na koniec czwartego kwartału 2016 r. 81,8 mld zł – wynika z raportu firmy Grant Thornton przygotowanego pod patronatem Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie
  • Był to najwyższy wynik od momentu powstania rynku Catalyst
  • Po raz pierwszy od trzech lat w żadnym kwartale 2016 r. nie wystąpił spadek wartości notowanych na tym rynku instrumentów

Firma audytorsko-doradczo-outsourcingowa Grant Thornton już po raz piąty dokonała analizy polskiego rynku instrumentów dłużnych Catalyst. Ubiegły rok pokazał, że funkcjonujący od września 2009 r. Catalyst nie jest jedynie miejscem emisji instrumentów dłużnych Skarbu Państwa, a rozwijający się segment obligacji korporacyjnych przedsiębiorstw nadal stanowi atrakcyjną alternatywę dla finansowania bankowego czy rynku akcji.

Potwierdzają to dane dotyczące wartości i wielkości rynku Catalyst. Na koniec 2016 r. wartość instrumentów notowanych (z wyłączeniem obligacji skarbowych) wyniosła 81,8 mld zł, co jest najwyższym wynikiem od momentu powstania tego rynku. Dla porównania, na koniec 2015 r. wartość ta osiągnęła 69,6 mld zł, a na koniec 2014 r. 64,1 mld zł. Oznacza to również znaczną poprawę dynamiki wzrostu tej wartości (z 8,5 proc. w 2015 r. do 17,5 proc. w roku 2016). Co więcej, po raz pierwszy od trzech lat w żadnym kwartale 2016 r. nie wystąpił spadek wartości notowanych instrumentów. Potwierdza to systematyczny rozwój rynku Catalyst.

Wykres 1. Wartość instrumentów notowanych na koniec poszczególnych kwartałów (z wyłączeniem obligacji skarbowych)

Wartość instrumentów notowanych na koniec poszczególnych kwartałów

W 2016 r. wzrosła również liczba instrumentów dłużnych notowanych na Catalyst. Wyłączając z analizy obligacje Skarbu Państwa, liczba pozostałych instrumentów osiągnęła z końcem roku 525 serii, co stanowi wzrost o 29 instrumentów w porównaniu z wynikiem na koniec 2015 r.

Miniony rok był dla rynku Catalyst pozytywny. Od niemal ośmiu lat – czyli od powstania Catalyst we wrześniu 2009 – dokładamy starań, by rynek ten służył zarówno przedsiębiorstwom, umożliwiając im finansowanie rozwoju przy wykorzystaniu obligacji, jak i inwestorom, którzy coraz chętniej inwestują środki w instrumenty dłużne – powiedział Jacek Fotek, Wiceprezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie S.A. – Popularność tego rynku rośnie, w 2016 roku pojawili się nowi emitenci. Co więcej, emitenci, którzy już są obecni na rynku, plasują kolejne serie. Catalyst to dla nich sprawdzone i skuteczne sposoby pozyskania kapitału – dodaje.

Rynek Catalyst może być wzorem dla rynków instrumentów dłużnych w państwach regionu Europy Środkowo-Wschodniej (CEE). Zgodnie z danymi za 2016 r. prezentowanymi przez Federation of European Securities Exchanges (FESE), łączna liczba instrumentów dłużnych notowanych na Catalyst na koniec ubiegłego roku wyniosła 566 serii – to aż o 392,2 proc. więcej niż na rynku czeskim, który pod względem liczby notowanych instrumentów zajmuje drugie miejsce. Catalyst dominuje również w Europie Środkowo-Wschodniej jeśli chodzi o wartość przeprowadzonych transakcji w latach 2010-2016, z obrotem w wysokości 3,2 mld euro, co stanowi aż 48,6 proc. wszystkich transakcji zawieranych w tym okresie w regionie CEE.

Wykres 2. Obroty sesyjne na giełdach obligacji państw Europy Środkowo-Wschodniej w latach 2010-2016Obroty sesyjne na giełdach obligacji państw Europy Środkowo-Wschodniej w latach 2010-2016

Rynek Catalyst bez wątpienia pozostaje niekwestionowanym liderem wśród państw Europy Środkowo-Wschodniej – powiedział Rafał Śmigórski, Partner w Departamencie Doradztwa Transakcyjnego w Grant Thornton. – Warto również zaznaczyć, że nie zachwiały nim takie wydarzenia polityczne jak brytyjskie referendum w sprawie Brexit czy wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Co więcej, polski rynek długu korporacyjnego, dzięki nieznacznej korelacji z zagranicą stanowi stabilną ofertę i ostoję dla inwestorów charakteryzujących się awersją do ryzyka – dodaje.

Zachęcamy do lektury pełnej treści raportu „Catalyst. Rynek papierów dłużnych w 2016 roku” opracowanego przez firmę Grant Thornton, nad którym patronat objęła GPW.

Murapol przydzielił obligacje o wartości 28 mln zł

Grupa Murapol wyemitowała w drodze prywatnej oferty 28 169 obligacji serii BA o wartości nominalnej 1 tys. zł każda. 3-letnie instrumenty dłużne, o stałym półrocznym oprocentowaniu w wysokości 6 proc. w skali roku, zostały objęte przez inwestorów instytucjonalnych. Pozyskane od obligatariuszy środki Murapol przeznaczy na finansowanie bieżącej działalności Grupy.

– Strategia rozwoju holdingu Murapol zakłada stałe rozbudowywanie obszaru inwestycyjnego działalności poprzez wprowadzanie na rynek kolejnych produktów inwestycyjnych. Temu służą tworzone we współpracy z TFI fundusze inwestycyjne zamknięte, jak również organizowane emisje obligacji korporacyjnych. Instrumenty te, z jednej strony stanowią atrakcyjne produkty inwestycyjne, z drugiej dostarczając finansowanie, umożliwiają nam stały rozwój. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Murapol S.A. – Każdorazowe uplasowanie oferty obligacji to dla nas potwierdzenie, że obok zaufania klientów, wypracowaliśmy także zaufanie uczestników rynku kapitałowego. – dodaje Michał Sapota.

Obecnie w obrocie giełdowym znajdują się cztery serie instrumentów dłużnych Murapol S.A. (P, R, T i U) o łącznej wartości 67,5 mln zł, a kolejne dwie serie obligacji – W i Z na kwoty odpowiednio 12 mln zł i 13,2 mln zł – są w trakcie procedowania dopuszczenia do Alternatywnego Systemu Obrotu na rynku Catalyst.

Od 3 lat Grupa Murapol tworzy, we współpracy z wiodącymi polskimi TFI, fundusze inwestycyjne zamknięte aktywów niepublicznych. Obecnie Grupa zarządza blisko 200 mln zł wpłaconymi przez nabywców certyfikatów czterech FIZ-ów, w tym uruchomionego w bieżącym roku Murapol HRE FIZAN. W styczniu br. został rozliczony pierwszy fundusz inwestycyjny zamknięty współtworzony z Murapolem – Murapol FIZ Mieszkaniowy, który wypłacił nabywcom certyfikatów inwestycyjnych, w gwarantowanych w trakcie oferty terminie i wysokości, 8 proc. zysku w skali roku. W bieżącym roku zamierzamy powołać kolejne 2-3 FIZ-y.