Sezon komunijny w pełni. Tegorocznym hitem prezentowym elektryczne deskorolki

Sezon komunijny w pełni. Tegorocznym hitem prezentowym elektryczne deskorolki 1

Smartfony, tablety, konsole do gier – to od kilku lat jedne z najczęściej kupowanych prezentów na pierwsze komunie. W tym roku do hitów sprzedażowych dołączyły elektryczne hulajnogi i deskorolki, ale bardzo dobrze sprzedają się też tradycyjne rowery. W sklepach z elektroniką zwiększony ruch obserwowany jest już od połowy kwietnia.

– Dużym zainteresowaniem cieszą się konsole, pady. Klienci szukają także aparatów fotograficznych i tabletów, ale często sprzedawane są też laptopy – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Katarzyna Teleon z Media Expert.

Osoby, które kupują konsole, zwykle łączą je w zestawy – razem z padami, kierownicami czy joystickami. Eksperci zauważają, że sprzedaż tego typu produktów – podobnie jak tabletów, smartfonów czy laptopów – wyraźnie się zwiększa już od połowy kwietnia. Klienci coraz częściej sięgają także po technologiczne nowinki, takie jak drony czy okulary wirtualnej rzeczywistości, które umożliwiają oglądanie filmów w technologii 360 stopni i w kinowej jakości. Tradycyjnie kupowany kiedyś na komunię zegarek dziś zastępuje smartwatch.

Jak wynika ze statystyk Media Expert, w tym roku do czołówki sprzedażowej dołączyły także gadżety niezwiązane z elektroniką.

– Tegorocznym hitem są deskorolki napędzane elektrycznie, razem z muzyką. To się cieszy coraz większym powodzeniem – mówi Katarzyna Teleon.

Chociaż poruszające się na takiej deskorolce czy elektrycznej hulajnodze dziecko to dziś powszechny obrazek, nie brakuje również zwolenników bardziej tradycyjnych środków transportu. W sklepach Media Expert widoczne są znaczące wzrosty sprzedaży tradycyjnych rowerów.

– Ceny są różne, ale już od 299 zł można kupić dobry, ciekawy prezent – mówi Katarzyna Teleon.

Rodzice, którzy decydują się na zakup smartfona czy tabletu, muszą się liczyć z wydatkiem od ok. 200 zł do nawet 3 tys. Smartwatche są nieco tańsze – można je kupić od ok. 130 zł. Ceny dronów zaczynają się od ok. 500 zł. W podobnej cenie można też kupić rower dla trzecioklasisty. Na znacznie większy wydatek muszą się przygotować klienci, którzy wybrali konsole do gier – najtańsze kosztują ok. 1 tys. zł. Głębiej do kieszeni muszą sięgnąć również osoby, które dzieciom chcą kupić elektryczną deskorolkę – tu ceny zaczynają się od 1 tys. zł.

Produkcja mięsa drobiowego w Polsce rośnie najszybciej w Europie. Jego ceny będą spadać

Produkcja mięsa drobiowego w Polsce rośnie najszybciej w Europie. Jego ceny będą spadać 2

Na początku roku produkcja mięsa drobiowego wzrosła o 11,5 proc. W całej Unii Europejskiej dynamika wyniosła 1,6 proc. Polska jest nie tylko liderem w produkcji, lecz także w eksporcie drobiu mimo ognisk ptasiej grypy. I choć perspektywy dla branży są optymistyczne, Krajowa Izba Producentów Drobiu i Pasz ocenia, że możliwe jest obniżenie tempa wzrostu w kolejnych miesiącach.

– Przewidywania dla producentów drobiu są bardzo optymistyczne, naszym zdaniem jednak zbyt optymistyczne. Wydaje się nam to nieprawdopodobne, nie dlatego że Polska nie ma takiego potencjału, ale dlatego że ceny spadną, a to sprawi, że producenci będą mniej produkować. Oczekujemy dostosowania się rynku do nowych warunków – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Szymyślik, dyrektor Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz.

Z prognoz Komisji Europejskiej wynika, że produkcja drobiu w Polsce wzrośnie o 17 proc., a brojlerów kurzych – o 19,2 proc. To znacznie więcej niż perspektywy dla innych krajów unijnych, gdzie u żadnego z pozostałych czternastu największych producentów skala wzrostu ma nie przekroczyć 5 proc. W 2016 roku w Polsce wyprodukowano ponad 2,2 mln ton mięsa drobiowego (12,8 proc. więcej niż w 2015 roku). W tym roku zdaniem KIPDiP taki wzrost trudno będzie powtórzyć.

– Optymizm Unii Europejskiej bierze się z tego, że Polska jest liderem w Europie pod względem produkcji i eksportu mięsa drobiowego. Produkcja rośnie od ponad 10 lat o kilkanaście procent rocznie. Unia Europejska, patrząc na te dane historyczne, jest przekonana, że podobnie będzie w tym roku. Naszym zdaniem jednak doszliśmy już do tego punktu, że potrzebny jest być może mały odpoczynek – ocenia Szymyślik.

Z analizy KIPDiP wynika, że ceny żywca drobiowego systematycznie spadają już od 4 lat. Na początku roku były na poziomie wieloletnich minimów. W dużej mierze to efekt nadpodaży na rynku mięsa drobiowego. Produkcja stale rośnie, a nadwyżki trafiają głównie na krajowy rynek, mimo że w eksporcie też notujemy wzrosty. Tej dynamiki nie zmieniły nawet wykryte przypadki wysoko zjadliwej ptasiej grypy.

– Ptasia grypa miała wpływ bardziej psychologiczny. Zamknięto pewne rynki krajów trzecich przed polskimi producentami, perspektywiczne były Chiny i RPA. Niemniej w statystykach eksportu wcale tego nie odczuliśmy, eksport wzrósł, i to bardzo znacząco, mimo ptasiej grypy – wskazuje dyrektor KIPDiP.

W 2016 roku na zagraniczne rynki sprzedaliśmy 1,2 mln ton mięsa drobiowego (o 19 proc. więcej niż rok wcześniej). Optymistycznie wyglądają też dane z początku tego roku. W styczniu eksport wyniósł 78 tys. ton (wzrost o blisko 8 proc. względem 2016 roku). Systematycznie rośnie sprzedaż na rynki Afryki i Azji. W styczniu najszybciej, bo o 95 proc., wzrósł eksport do Hongkongu.

– Polscy eksporterzy znaleźli sobie inne miejsca, gdzie sprzedawali polskie mięso drobiowe, wzrost eksportu wynika też po części z tego, że byli sprytni. Można to obserwować na przykładzie Chin i Hongkongu. Eksportu do Chin nie było, a np. w styczniu do Hongkongu wzrósł o 100 proc., czyli nasi eksporterzy wywozili mięso do Hongkongu, a stamtąd to mięso wracało do Chin – tłumaczy Szymyślik.

Polska eksportuje drób przede wszystkim do krajów Unii Europejskiej (80 proc.), głównie do Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji. Rynek unijny jest jednak w znacznym stopniu nasycony. Do tego dochodzi duża konkurencja, również cenowa, ze strony Ukrainy – w styczniu i lutym import mięsa z tego kraju wzrósł o 29 proc. rok do roku. Aby utrzymać eksport na w miarę wysokim poziomie, polscy producenci muszą pozyskiwać odbiorców wśród krajów trzecich. Szanse wzrostu są duże, bo coraz więcej krajów, zwłaszcza z Azji Południowo-Wschodniej, chętnie sprowadza drób, rośnie też popyt na kurze łapy.

– W krajach trzecich spotykamy się z bardzo dużą konkurencją innych producentów, konkurują z nami głównie Brazylijczycy i Amerykanie. Sądzimy, że nie uda nam się tak łatwo z nimi wygrać, w związku z tym byłoby dobrze, gdyby eksport w tym roku wzrósł choćby nawet nieznacząco np. o 2–5 proc. – analizuje Mariusz Szymyślik.

Według ekspertów KIPDiP wzrost sprzedaży do niezamożnych krajów afrykańskich, np. Konga, Gabonu czy Ghany, może w dłuższej perspektywie negatywnie wpłynąć na rentowność firm drobiarskich.

Bezrobocie w kwietniu spadło do 7,7 proc. Pracownicy mają dużą przestrzeń do negocjowania wynagrodzeń

Bezrobocie w kwietniu spadło do 7,7 proc. Pracownicy mają dużą przestrzeń do negocjowania wynagrodzeń 3

Według resortu pracy w ubiegłym miesiącu stopa bezrobocia spadła do poziomu niewidzianego od 26 lat i wyniosła 7,7 proc. To o 0,4 pkt proc. mniej niż w marcu i o 1,7 pkt proc. mniej niż rok temu. Spadające bezrobocie oznacza coraz większe problemy firm ze znalezieniem nowych pracowników, przez co zwiększa się przestrzeń do negocjowania podwyżek. Jak podkreśla Katarzyna Lorenc z BCC, pracodawcy będą skłonni je podnosić, o ile pójdzie za tym wzrost efektywności pracy.

– Do tej pory było tak, że zapotrzebowanie na pracę rosło szybciej niż PKB. To świadczy o pracochłonności polskiej gospodarki. Dopóki się to będzie utrzymywać, dopóty faktycznie będziemy mieli do czynienia z rynkiem pracownika i w związku z tym jest przestrzeń do negocjowania wynagrodzeń – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Lorenc, ekspert Business Centre Club ds. efektywności pracy.

Utrzymywanie się rynku pracownika wymusi prawdopodobnie na pracodawcach coraz większe podwyżki wynagrodzeń. Potrzeba utrzymania najlepszych pracowników, stabilnych zespołów i wzrostu efektywności pracy sprzyjają podnoszeniu płac, z drugiej jednak strony tendencje tę hamuje niska efektywność pracy. Wedle różnych obliczeń może być o 33 proc. (Eurostat) do nawet 74 proc. (GUS) niższa niż w krajach Unii. Jednocześnie Polacy pracują stosunkowo dużo, średnio ok. 50 godzin tygodniowo.

Zdaniem Katarzyny Lorenc pogodzenie oczekiwań pracowników, którzy chcą zarabiać coraz więcej, i pracodawców, którzy liczą na to, że pracownicy będą bardziej efektywni, to największe wyzwanie na rynku pracy.

– Żeby efektywność pracy rosła, przedsiębiorcy muszą się zastanawiać nad rynkiem oraz inwestycjami w firmę. Z drugiej strony to jest wspólna praca przedsiębiorcy i pracowników nad tym, żeby pracować sprytniej, mądrzej, a nie dłużej. Jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych krajów, ale nie idzie to w parze z efektywnością. Uruchomienie współpracy na linii przedsiębiorca–pracownik na rzecz większej efektywności mogłoby się przełożyć na wyższe wynagrodzenia – podkreśla Katarzyna Lorenc.

Na rynku pracy coraz widoczniejszy staje się trend przechodzenia z małych firm do większych przedsiębiorstw, w dużej mierze ze względu na oferowane przez nie możliwości rozwoju, wyższe zarobki, bogatsze pakiety socjalne i stabilizację zawodową.

– Duże firmy mają do zaoferowania dużo większy pakiet socjalny i wykonały dużą pracę w rozwoju relacji personalnych w firmach, co jest związane z rozwojem działów HR. Małe firmy tego jeszcze nie mają i w związku z tym duzi pracodawcy wydają się bardziej atrakcyjni, mają też większe zapotrzebowanie na wzrost zatrudnienia. W związku z tym małe firmy mają dzisiaj ogromny problem z pozyskaniem pracowników – mówi ekspertka.

Jej zdaniem, choć sytuacja pracowników na rynku jest coraz lepsza, w trudnej sytuacji znajduje się wyższa kadra menadżerska. Przede wszystkim to efekt zmian w polityce firm, które stawiają na awanse wewnętrzne.

– Dlatego najwięcej problemów i najdłużej poszukują pracy byli prezesi i wyższa kadra menadżerska. Jeśli mają umiejętności językowe, zazwyczaj znajdują pracę na rynkach zagranicznych – wskazuje Lorenc.

Nowa strategia dla węgla kamiennego na Górnym Śląsku. Polska Grupa Górnicza chce do 2030 roku przeznaczać 1,7 mld zł rocznie na inwestycje

Nowa strategia dla węgla kamiennego na Górnym Śląsku. Polska Grupa Górnicza chce do 2030 roku przeznaczać 1,7 mld zł rocznie na inwestycje 4

Polska Grupa Górnicza zapowiada duże inwestycje. Strategia na lata 2017–2030 zakłada, że średniorocznie na inwestycje trafiać będzie 1,7 mld zł. Najważniejsze będą nakłady na udostępnianie nowych ścian wydobywczych i drążenie wyrobisk, a także modernizację zakładów przeróbki węgla. W efekcie, choć wydobycie węgla będzie stopniowo spadać, surowiec ma być wyższej jakości. W perspektywie kilku lat PGG chce też zadebiutować na giełdzie. 

– Najważniejszym elementem strategii jest zwiększenie produkcji wysokojakościowych paliw, czyli paliw ciepłowniczych o kaloryczności 23 MJ i zawartości siarki 0,6 proc. W zakresie pozyskania węgli inwestujemy w kierunki eksploatacji, czyli wydobycie w pokładach, które te węgle posiadają, i modernizację zakładów przeróbki mechanicznej węgla celem produkcji wysokojakościowych paliw – zapowiada Tomasz Rogala, prezes zarządu Polskiej Grupy Górniczej, w rozmowie z agencją Newseria Biznes podczas IX Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Polska Grupa Górnicza do 2030 roku planuje ustabilizować produkcję węgla na średnim poziomie ok. 30 mln ton rocznie. Przez kilka najbliższych lat ma to być ok. 32 mln ton i stopniowo spadać, do 28 mln ton w 2030 roku. Stopniowo ma za to rosnąć jakość surowca.

Na inwestycje co roku ma trafić średnio 1,7 mld zł. W strategii na lata 2017–2030 PGG zapowiada, że najwięcej środków zostanie przeznaczone na drążenie wyrobisk i udostępnienie nowych ścian wydobywczych.

 Inwestycje dotyczą zakładów przeróbki mechanicznej węgla, na które trafi 750 mln zł. Tym samym umożliwimy produkcję wysokojakościowych paliw. 13 mld zł jest przeznaczonych na udostępnianie ścian i frontów wydobywczych, to poziomy 880 w kopalniach Jankowice i Chwałowice, węgle grupy 500, 1180, w Ruchu Rydułtowy udostępnimy grupę 700. Wszystko to wysokojakościowe węgle, podobnie jak grupa partii C w kopalni Wesoła, doskonałe węgle grupy 500. To kierunki, które są naszymi priorytetowymi działaniami – podkreśla Rogala.

Obecnie w PGG działa 16 zakładów przeróbki węgla. Docelowo ich liczba ma spaść do 9 nowoczesnych, które pozwolą na produkcję surowca wyższej jakości. Ma powstać blisko 1,8 tys. km nowych wyrobisk. PGG chce udostępnić do wydobycia złoża Imielin Północ, Śmiłowice, Za Rowem Bełckim i Murcki Głębokie, gdzie łącznie znajduje się ok. 260 mln ton węgla do wydobycia.

– Planujemy też rozwój całego systemu doradców technicznych i systemów sprzedaży – wskazuje prezes PGG.

W dostawach do energetyki udział PGG ma wzrosnąć do ok. 41 proc. w 2030 roku (obecnie 39 proc.), a w segmencie ciepłowniczym i energetyki przemysłowej do 77 proc. (z 54 proc.). Na rynku odbiorców indywidualnych PGG chce zwiększyć udział do 53 proc., w dużej mierze poprzez rozwój bezpośrednich kanałów dystrybucji węgla i zaoferowanie specjalistycznego doradztwa.

Poza procesami inwestycyjnymi priorytetowy będzie także układ zbiorowy pracy, czyli negocjacje warunków pracy ze stroną społeczną. Jak podkreśla prezes PGG, po tym, jak uda się osiągnąć produkcję wysokojakościowych paliw i ją ustabilizować, spółka może zacząć myśleć o debiucie giełdowym.

– Proces restrukturyzacyjny zakończy się tak naprawdę w 2019 roku i wówczas będziemy widzieli jego efekty – mówi Tomasz Rogala. – Plany dotyczące wejścia na giełdę to etap późniejszy. Nie wykluczamy go, ale najpierw ten produkt, który ma wejść na giełdę, czyli Polska Grupa Górnicza, musi być odpowiednio przygotowany. Najpierw przygotujmy produkt, potem będziemy wchodzić na giełdę.

W III kwartale 2016 roku ceny węgla wzrosły do 90 dol. za tonę. W tym roku ceny spadły, ale utrzymują się na poziomach ok. 70 dol. za tonę. Ten relatywnie wysoki poziom cen (zwłaszcza na tle lat 2011–2015, kiedy ceny węgla spadły o połowę) powinien zapewnić stabilny rozwój.

– W tym roku po cenach węgla możemy się spodziewać stabilizacji w granicach 60 dol. za tonę – ocenia Rogala. – Ceny węgla mają ogromne znaczenie. Przy firmie, która ma tak duży poziom kosztów stałych i opiera się w głównej mierze na pracy ludzkiej, znaczne zmiany cen powodują brak możliwości pokrywania kosztów stałych. Naszym zdaniem jesteśmy już jednak po najgorszym okresie negatywnego eksperymentu i w tym zakresie nie przewidujemy zagrożeń – przekonuje prezes PGG.

Nie tylko Brexit. Długa lista wyzwań stojących przed Unią Europejską

Nie tylko Brexit. Długa lista wyzwań stojących przed Unią Europejską 5

Europejczycy wymieniają w sondażach imigrację i terroryzm jako główne wyzwania dla Unii Europejskiej. Z kolei europejscy przywódcy dostrzegają m.in. potrzebę ochrony granic, umocnienia strefy euro oraz strefy Schengen i wzmocnienia demokracji. Ten rok jest dla UE sprawdzianem również ze względu na wybory odbywające się w najważniejszych państwach członkowskich. Bezsprzecznie największym wyzwaniem dla UE pozostaje jednak brexit i związane z nim negocjacje, które określą, na jakich warunkach Wielka Brytania opuści zjednoczoną Europę.

– Wyzwania stojące dziś przed Unią Europejską są zbliżone do tych sprzed kilku lat, bo nadal nie udało nam się rozwiązać problemu napływu uchodźców ani sytuacji na wschodzie Europy, gdzie agresywna Rosja zagraża Ukrainie, a ludzie giną niemal codziennie. Martwimy się też o Grecję, która pozostała nierozwiązanym problemem – mówi agencji Newseria Biznes prof. Jerzy Buzek, europoseł, były premier RP oraz były przewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Przyszłość zjednoczonej Europy była jednym z głównych tematów marcowego spotkania premierów państw, które wchodzą w skład Grupy Wyszehradzkiej. Beata Szydło, czeski premier Bohuslav Sobotka, Viktor Orban oraz Robert Fico, szef słowackiego rządu, we wspólnym oświadczeniu wymienili siedem głównych wyzwań stojących obecnie przez Unią Europejską: rozwój jednolitego rynku, stabilność strefy euro, utrzymanie jedności UE oraz strefy Schengen (przy pogłębianiu współpracy z NATO i w zakresie obronności), kontrola zewnętrznych granic, wzmocnienie demokracji i utrzymanie silnej pozycji Unii jako jednego z globalnych liderów. Premierzy V4 zgodzili się, że Unia jest najlepszym narzędziem, aby sprostać wyzwaniom czekającym Europę.

Europejczycy za główne wyzwania dla kontynentu uważają natomiast imigrację i terroryzm. Przeprowadzony w grudniu na zlecenie Komisji Europejskiej cykliczny Eurobarometr pokazał, że prawie połowa (45 proc.) obawia się problemów związanych z napływem imigrantów, wskazując je jako główne wyzwanie na 2017 rok. Imigracja jest wymieniana jako duży problem przez obywateli wszystkich państw członkowskich za wyjątkiem Hiszpanii i Portugalii.

Drugie na liście jest zagrożenie terrorystyczne, którego obawia się 32 proc. spośród ponad 30 tys. ankietowanych Europejczyków. Te dwa czynniki były wymieniane częściej niż sytuacja gospodarcza (19 proc.), zły stan europejskich finansów publicznych (16 proc.) oraz bezrobocie (15 proc.).

Bezsprzecznie największym wyzwaniem stojącym obecnie przed UE jest jednak brexit i negocjacje dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii z europejskich struktur. Z końcem marca premier Theresa May oficjalnie uruchomiła art. 50 Traktatu Lizbońskiego. Negocjacje dotyczące warunków opuszczenia Unii Europejskiej rozpoczną się w przeciągu kilku najbliższych tygodni. Potrwają maksymalnie dwa lata, najpóźniej do początku 2019 roku.

– Wynegocjowanie porozumienia o rozwodzie z Wielką Brytanią będzie pewnym wyzwaniem psychologicznym. Brexit to zupełnie nowe doświadczenie dla Unii Europejskiej. Dotąd wszyscy czekali w kolejce, żeby do niej przystąpić, a UE wyłącznie przyjmowała nowych członków. To psychologicznie trudny moment – podkreśla prof. Jerzy Buzek w wywiadzie udzielonym podczas IX Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

8 czerwca na Wyspach odbędą się przyspieszone wybory parlamentarne, które z dużym prawdopodobieństwem wygrają torysi. Ugrupowanie premier Theresy May notuje w sondażach dużą, około 20-proc. przewagę nad Partią Pracy, a w maju konserwatyści odnieśli już duże zwycięstwo w wyborach samorządowych. Zdecydowana wygrana Partii Konserwatywnej w czerwcowych wyborach ma dać premier Theresie May silny mandat społeczny do wynegocjowania twardych warunków brexitu. Szefowa brytyjskiego rządu zadeklarowała, że chce uzyskać tak duże poparcie społeczne jak proeuropejski Emmanuel Macron, który wygrał właśnie wybory prezydenckie ze zdecydowaną przewagą głosów (ponad 66 proc.).

W trakcie negocjacji UE i Wielka Brytania będą musiały uregulować status swoich obywateli oraz wypracować nowe zasady współpracy handlowej. Dla Wielkiej Brytanii dostęp do europejskich rynków i ponad 400 mln potencjalnych konsumentów jest kluczowy z punktu widzenia całej gospodarki. Według zapowiedzi, jeśli Zjednoczone Królestwo straci dostęp do wspólnego rynku, wprowadzi szereg przywilejów dla przedsiębiorstw na podobieństwo rajów podatkowych oraz obniży podatki do poziomu minimalnego, przez co stworzy realną konkurencję dla UE.

Unia domaga się z kolei, aby Wielka Brytania uregulowała swoje zobowiązania finansowe związane z programami realizowanymi w obecnej perspektywie finansowej do 2020 roku. Te szacowane są na 60100 mld funtów. Brytyjczycy otwarcie zapowiadają, że nie zamierzają płacić takich kwot, dlatego finanse mogą się okazać jednym z najtrudniejszych punktów negocjacji.

– Brexit oznacza z jednej strony możliwość przejścia wielu instytucji z Wysp Brytyjskich na kontynent, ale z drugiej strony jest to osłabienie UE. Wzmacniamy się instytucjonalnie, być może łatwiej będzie nam podejmować decyzje, bo Brytyjczycy często oponowali. Ale byli też mocnym wsparciem. Innowacyjność, jakość takich uniwersytetów jak Cambridge czy Oxford, przemysł brytyjski oraz wielka tradycja i kultura to nie są jedyne atuty Wielkiej Brytanii. Będziemy musieli sobie poradzić i jesteśmy przekonani, że się uda – mówi prof. Jerzy Buzek.

Jednym z priorytetów, na których skupi się rząd Theresy May, będzie ochrona londyńskiego City. Skupiony w nim sektor finansowy generuje kilka procent brytyjskiego PKB oraz kilkaset tysięcy miejsc pracy. Banki i instytucje finansowe obawiają się jednak, że po brexicie stracą dostęp do rynków na kontynencie, dlatego część z nich zamierza się przenieść do kontynentalnej Europy.

Dla całej Europy dużym sprawdzianem będą też wrześniowe wybory parlamentarne w Niemczech. Eksperci zauważają, że jeszcze nigdy w historii UE w jednym roku nie odbyło się tak wiele głosowań, na dodatek decydujących o politycznym kształcie Wspólnoty.

– Historia pokazuje, że kiedy są zagrożenia, to Europa na nie odpowiada, wymyśla coś nowego, lepszego. Jestem przekonany, że tak samo będzie i w tym przypadku. Europa poradzi sobie z tymi problemami. W przeszłości, w XX wieku, takie kryzysy już się zdarzały. Tylko nam się zdarzył po raz pierwszy, bo Polska jest w Unii stosunkowo od niedawna – mówi prof. Jerzy Buzek.

Powstało narzędzie umożliwiające integrację wielu aplikacji chmurowych. Czeska firma chce podbić nim także polski rynek

Powstało narzędzie umożliwiające integrację wielu aplikacji chmurowych. Czeska firma chce podbić nim także polski rynek 6

Jednym z najważniejszych kierunków rozwoju systemów informatycznych są ostatnio usługi oferowane w chmurze, ale z drugiej strony zapanowanie nad tego typu narzędziami zajmuje coraz więcej czasu. Z ciekawą propozycją rozwiązania tego problemu wyszła firma Client.io, która stworzyła narzędzie o nazwie Appmixer. Ma ono służyć do integracji aplikacji chmurowych.

Głównym zadaniem aplikacji Appmixer jest zintegrowanie coraz większej liczby danych i baz danych trzymanych w chmurze. Jak przekonuje prezes firmy Client.io, to niepozorne narzędzie ma szeroki zakres funkcjonalności.

Można mieć kontakty w różnych rodzajach aplikacji, służących różnym celom. Inne jest oprogramowanie dla marketingu, inne dla narzędzi typu CRM, jeszcze inne dla sprzedaży. I wtedy, mając na przykład dwie lub więcej list kontaktów, można je synchronizować. W takim wypadku do gry wkracza Appmixer, który jest w stanie synchronizować kontakty czy szerzej po prostu różnego typu dane pomiędzy aplikacjami chmurowymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje David Durman, prezes zarządu firmy Cient.io.

Client.io to w pełni czeska firma, która stoi za udanym projektem, jakim był HTML5 Diagramming Toolkits. Warto wspomnieć, że obecnie używa go wiele firm, włącznie z tymi, które znalazły się w prestiżowym rankingu największych amerykańskich przedsiębiorstw – Fortune 500. Jednak w odróżnieniu od HTML5 Diagramming Toolkits, Appmixer kierowany jest do małych i średnich przedsiębiorstw.

 – Są to firmy, które chcą połączyć dane znajdujące się w siedzibie firmy i swoje wewnętrzne systemy przechowywania danych z aplikacjami w chmurze. Są to też osoby, które Forrester lub Gartner nazywa czasami „obywatelskimi integratorami”. To pracownicy marketingu lub sprzedaży, którzy pracują z aplikacjami chmurowymi i chcą zsynchronizować dane pomiędzy nimi – twierdzi David Durman.

Główną zaletą Appmixer jest prostota użytkowania. Program jest bardzo wizualny i łatwy do zrozumienia. Co więcej, umożliwia nie tylko połączenia jeden do jednego, lecz także wiele do wielu. Do atutów narzędzia należy również stale rosnąca liczba złączy, jak również fakt, że tworzą ją specjaliści z Polski, którzy zarabiają na ich tworzeniu. Koszt takiego rozwiązania waha się w przedziale od kilku do kilkuset dolarów.

Opłata zaczyna się od trzech dolarów miesięcznie, ale może wzrosnąć do kilkuset w zależności od wykorzystania. Pobieramy opłatę wyłącznie za wykorzystanie, a nie za rzeczy, których się nie używa. Na cenę wpływ ma liczba danych, które się synchronizuje i które przepływają przez Appmixer, liczba połączeń, których się używa, oraz częstotliwość, z jaką pyta się aplikację chmurową o nowe dane. W przypadku zaawansowanych użytkowników czas ten może wahać się pomiędzy jedną minutą a 15 minutami – komentuje David Durman.

Appmixer poprzez swój elastyczny, a zarazem naturalny charakter dedykowany jest również klientom indywidualnym.

Marketingowcom, sprzedawcom, tym wszystkim, którzy korzystają z internetowych forów, by pozyskiwać nowe kontakty. Jeżeli użytkownik pozyska nowy kontakt, sprzedawca następnego dnia przychodzi do pracy i ma listę kontaktów, z którymi może wejść w bezpośrednią interakcję. Otrzymuje wszystkie informacje o tej osobie. To są typowi użytkownicy: sprzedawcy, marketingowcy, ludzie biznesu – podsumowuje David Durman.

ING Lease zwiększył udział w rynku

Według danych ZPL na koniec 1 kwartału 2017, ING Lease plasuje się na 5. miejscu wśród firm leasingowych w Polsce pod względem wartości zawartych umów leasingu i wydanych aktywów. Spółka jednocześnie zwiększyła udział w rynku do 5,94 proc.

Całkowita wartość należności od klientów spółki osiągnęła na koniec 1 kwartału poziom 6,6 mld zł, odnotowując tym samym 11,3% przyrost w porównaniu z analogicznym okresem w 2016 roku. Dynamicznie przyrastała również liczba klientów – zanotowano wzrost o 31,2% w stosunku do stanu na koniec marca 2016 roku.

Ewa Łuniewska, prezes ING Lease
Ewa Łuniewska, prezes ING Lease

– W czasach cyfryzacji i automatyzacji, klienci oczekują szybkich, prostych produktów i wygodnych rozwiązań w obszarze leasingu. Dlatego udostępniliśmy możliwość wnioskowania o leasing poprzez bankowość internetową i mobilną ING. Mamy nadzieję, że wprowadzone zmiany oraz konkurencyjna oferta pozwolą nam utrzymać wzrost w zakresie sprzedaży i umocnią naszą pozycję na rynku – powiedziała Ewa Łuniewska, prezes ING Lease.

W efekcie wprowadzonych zmian w ofercie produktowej oraz obsłudze w poprzednich kwartałach, ING Lease zwiększył swój udział w rynku do 5,94 proc., awansując tym samym na 5 miejsce w rankingu firm leasingowych, prezentowanym przez Związek Polskiego Leasingu.

FIZ-y inwestują w nieruchomości

Hossa na rynku nieruchomości trwa w najlepsze i nic nie wskazuje na to, by miała się szybko skończyć. Zwłaszcza, że deweloperzy biją kolejne historyczne rekordy. Po 2016 roku, gdy do użytku oddali ponad 160 tys. mieszkań (a więc o 10% więcej niż rok wcześniej)[1], w pierwszym kwartale 2017 r. rozpoczęli budowę następnych 44 tys. mieszkań, tj. o blisko 30 proc. więcej w porównaniu z rokiem ubiegłym[2]. Równie dynamicznie rozwija się sektor nieruchomości komercyjnych. Do końca roku rynek handlowy może urosnąć nawet o 511 tys. mkw.[3], a podaż nowych biur może przekroczyć 900 tys. mkw.[4] Dobrą koniunkturę starają się wykorzystać zarówno inwestorzy instytucjonalni, jak i indywidualni, przy pomocy m.in. funduszy inwestycyjnych.

Mieszkanie na wynajem to nie wszystko

Nieruchomości stanowią od lat ulubioną formę inwestowania Polaków. Według danych Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami aż 51 proc. uważa je za najlepszą lokatę kapitału. Przekonanie to jest realizowane w praktyce – w zeszłym roku wydatki na zakup nowych mieszkań tylko w siedmiu największych miastach kraju przekroczyły 14,2 mld zł, co stanowi nowy historyczny rekord. Nieruchomości, w przeciwieństwie do giełdy, postrzegane są jako względnie przewidywalne i stabilne źródło zysków. Aby na nich zarabiać, nie trzeba jednak od razu kupować mieszkania na wynajem. Rynek finansowy oferuje inwestorom szereg alternatywnych rozwiązań.

Jednym z nich są tak zwane „fundusze deweloperskie” tworzone przez TFI we współpracy z firmą specjalizującą się w projektach mieszkaniowych. Strategia tego typu funduszy opiera się na finansowaniu procesu deweloperskiego z kapitału pozyskanego od inwestorów w zamian za obietnicę późniejszego podzielenia się zyskiem z jego efektów. Deweloper, będący najczęściej także uczestnikiem funduszu, odpowiada za profesjonalne przeprowadzenie procesu inwestycyjnego, a struktura funduszu pomaga w jego optymalizacji, tym samym stwarzając możliwość generowania atrakcyjnych zysków dla inwestorów indywidualnych.

Inny rodzaj funduszy nieruchomościowych pozwala inwestorom zarabiać na rynku wtórnym wskutek wzrostu wartości lokat wynikającego z procesu inwestycyjnego. Przykładem tego typu funduszu był „Prestiżowe Inwestycje Krakowskie” FIZ. Jego celem było osiągnięcie zakładanej stopy zwrotu na poziomie 9 proc. w skali roku poprzez lokowanie aktywów w renowacje kamienic. Strategia inwestycyjna opierała się m.in. na takiej selekcji nieruchomości, która miała gwarantować późniejszą atrakcyjną cenę sprzedaży apartamentów o podwyższonym standardzie wykończenia. Okazała się ona na tyle skuteczna, że „Prestiżowe Inwestycje Krakowskie” FIZ, jako pierwszy fundusz nieruchomościowy na polskim rynku, wykupił wszystkie certyfikaty inwestycyjne inwestorów zewnętrznych, a dodatkowo – zrobił to w czasie krótszym niż początkowo zakładano. W ciągu dwóch lat fundusz zwrócił im cały wpłacony przez nich kapitał wraz z zyskiem, a suma wypłat przekroczyła 35 mln zł.

Konstrukcja funduszu opierała się na automatycznych, częściowych umorzeniach certyfikatów. Dzięki temu ich posiadacze co kwartał otrzymywali część zainwestowanego przez siebie kapitału powiększaną każdorazowo o przynależny jej zysk, determinowany przez zakładaną stopę zwrotu. Uzyskiwane w ten sposób środki na bieżąco redukowały ich ryzyko inwestycyjne, pozwalając jednocześnie szukać dla nich nowych lokat.

Zysk podany na talerzu

Wśród funduszy nieruchomościowych można również znaleźć rozwiązania obejmujące inwestycje w rynek hotelowo-restauracyjny, który tylko w 2016 r. wzrósł o 7 proc. do wartości niemal 27 mld zł[5]. Perspektywy na obecny rok także są dla niego obiecujące, biorąc pod uwagę coraz większe kwoty przeznaczane przez Polaków na usługi gastronomiczne i hotelowe. Według zeszłorocznych danych Eurostatu wydatki te stanowiły 3,2 proc. naszych miesięcznych zarobków. Było to wciąż znacząco mniej w porównaniu do chociażby Niemców czy Słowaków, nie mówiąc już o Czechach, dla których wskaźnik ten wynosił 8,4 proc. Wszystko wskazuje na to, że uruchomiony w zeszłym roku Program „Rodzina 500 Plus” przełoży się wymiernie na wzrost tych wydatków, co także w kolejnych latach sprzyjać będzie całej branży.

Potencjał ten wykorzystuje chociażby Forum Food & Friends FIZ, który swoim inwestorom daje szansę na zysk w wysokości 6 proc. rocznie. Jest to pierwszy fundusz w Polsce, który inwestuje w rozwój renomowanych restauracji w centrum Krakowa. Pierwsze środki z tytułu wykupów certyfikatów inwestycyjnych zaczęły wraz z zyskiem wracać do inwestorów pod koniec zeszłego roku. Zarządzający przewidują, że proces ten potrwa około 5 lat. Podczas każdego kwartalnego wykupu, tak jak dotychczas, planowane jest zwracanie inwestorom części wpłaconego przez nich kapitału wraz z nadwyżką determinowaną przez zakładaną stopę zwrotu. Specyfika jej działania jako procentu składanego oznacza, że im dłużej środki będą pracować w ramach funduszu, tym większy zysk przyniosą one ostatecznie swoim właścicielom.

REIT po polsku, czyli stabilne zyski z nieruchomości komercyjnych

Fundusze inwestycyjne szukają także zysków na rodzimym rynku biurowym, będącym najszybciej rozwijającym się rynkiem w Europie Środkowo-Wschodniej.  W 2016 r. do użytku oddano prawie 900 tys. mkw. nowych biur, najwięcej w historii. Tym samym łączne zasoby nowoczesnych powierzchni biurowych sięgnęły 9 mln mkw. Perspektywy na kolejne miesiące są równie optymistyczne. Do końca bieżącego roku podaż nowych biur może przekroczyć kolejne 900 tys. mkw. Poza Warszawą, w której powierzchnia biurowa przekracza już 5 mln mkw., szybko rozwijają się również Kraków, Wrocław, Katowice, Poznań i inne miasta regionalne.[6] Równie dynamicznie rozwija się rynek powierzchni handlowych, który do końca 2017 r. może urosnąć nawet o 511 tys. mkw., a więc o 10 proc. więcej niż w zeszłym roku.

Nowoczesna infrastruktura w połączeniu z wciąż atrakcyjnymi w stosunku do Europy Zachodniej cenami, sprawia, iż koniunktura na rynku nieruchomości biurowych przyciąga nie tylko najemców, ale również inwestorów.

W krajach Europy Zachodniej oraz w USA jedną z najpopularniejszych form inwestowania w tym obszarze są tzw. REIT-y (Real Estate Investment Trust). Są to spółki akcyjne notowane na giełdzie, które czerpią zyski z wynajmu powierzchni komercyjnych. Ze względu na stosunkowo wysokie bezpieczeństwo inwestycji i jej immanentną długoterminowość znajdują się one w portfelach wielu funduszy emerytalnych, stanowiąc niekiedy nawet 10 proc. ich aktywów. Od dłuższego czasu inwestują one także na polskim rynku nieruchomościowym.

Chcąc umożliwić powstawanie rodzimych REIT-ów, które mogłyby konkurować z podmiotami zagranicznymi, Ministerstwo Finansów pracuje od kilku miesięcy nad odpowiednią ustawą legitymizującą ich funkcjonowanie. Z obecnych zapowiedzi resortu wynika, że nowe przepisy mogą wejść w życie w 2018 r. Zgodnie z założeniami projektu polskie REIT-y, podobnie jak ich odpowiedniki na Zachodzie, mają być dostępne dla szerokiego grona inwestorów jako notowane na giełdzie spółki akcyjne, czerpiące zyski z długoterminowego wynajmu nieruchomości. Spółki te mają być zwolnione z podatku CIT, pod warunkiem przekazywania akcjonariuszom większości swoich zysków w postaci dywidendy. Będą one mogły inwestować w każdą nieruchomość przynoszącą dochód: biura, centra handlowe czy magazyny. Ostatnio resort finansów skłania się również ku rozszerzeniu możliwości inwestycyjnych REIT-ów o lokale mieszkalne.

Wydaje się jednak, że dla drobnych inwestorów REIT-y staną się realną alternatywą dopiero po wejściu w życie regulacji przygotowywanych obecnie przez Ministerstwo Finansów, a więc najwcześniej w przyszłym roku. Zdecydowanie prostszą i szybszą formą wprowadzenia ich na nasz rynek byłoby umożliwienie ich funkcjonowania w postaci funduszy inwestycyjnych, jednakże obecne prace resortu zdają się skupiać na formule REIT-u jako spółki.

Grunt to zysk

Zarządzający funduszami inwestycyjnymi starają się szukać zysków również wśród innych rodzajów nieruchomości. Powstają więc fundusze lokujące środki swoich inwestorów w takie aktywa jak: ziemia rolna, grunty leśne, akademiki czy domy seniora. Celem każdego z nich jest wykorzystanie istniejącej lub prognozowanej koniunktury poprzez zwiększanie wartości certyfikatów inwestycyjnych z tytułu chociażby: wzrostu wartości ziemi, sprzedaży pożytków z niej pochodzących (płodów rolnych, drewna), uzyskiwanych dopłat obszarowych czy przychodów generowanych z bieżącej działalności. Decydując się na inwestycję tego typu, trzeba jednak liczyć się nie tylko z jej długim horyzontem czasowym, wynikającym ze specyfiki danego rynku, ale też z możliwymi zmianami prawnymi mogącymi znacząco wpływać na jego koniunkturę (np. zmiany w obrocie ziemią, program „Mieszkanie na wynajem”, itp.).

Perspektywy rozwoju

Biorąc pod uwagę fakt niesłabnącej koniunktury na rynku nieruchomości, bezpośrednio wpływającej na rentowność inwestycji, można się spodziewać, że inwestorzy nadal aktywnie będą poszukiwać funduszy potrafiących wykorzystać ten trend, a TFI – na bieżąco odpowiadać na to zapotrzebowanie. Można więc przewidywać, że nadchodzące miesiące będą się charakteryzować wzmożoną aktywnością towarzystw funduszy inwestycyjnych, tworzących kolejne instrumenty dające szanse na atrakcyjne zyski przy jednoczesnym ograniczaniu ryzyk charakterystycznych dla rynku finansowego.

[1] GUS, „Budownictwo mieszkaniowe I-IV kwartał 2016 r.”

[2] GUS, opracowanie sygnalne “Budownictwo mieszkaniowe I-III 2017 r.”

[3] JLL, “Poland Retail Market 1Q 2017”

[4] Colliers International, „Market Insights, Raport roczny 2017, Polska”

[5] PMR „Rynek HoReCa w Polsce 2017. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2017-2022”

[6] Colliers International „Market Insights, Raport roczny 2017, Polska”

„Okrągły stół” na temat gospodarki cyrkularnej

Wyzwania oraz bariery jakie stoją przed wdrożeniem gospodarki cyrkularnej były tematem pierwszego „okrągłego stołu” zorganizowanego przez Instytut Innowacyjnej Gospodarki oraz Koalicję „Reconomy”. Wydarzenie, w którym uczestniczyli przedstawiciele administracji publicznej, firm, eksperci i naukowcy odbyło się 10 maja br. w Warszawie.

Gospodarka obiegu zamkniętego (gospodarka cyrkularna, GOZ) – zakładająca racjonalne wykorzystywanie zasobów w taki sposób, aby zawarte w odpadach materiały mogły zostać użyte ponownie – jest w Polsce stosunkowo nową koncepcją. W trakcie debaty jej uczestnicy dyskutowali na temat wpływu GOZ na rozwój gospodarczy kraju i poszczególnych sektorów polskiej gospodarki. Zapoczątkowana wymiana poglądów ma prowadzić do wypracowania rekomendacji, które będą wskazówkami dla instytucji publicznych oraz decydentów
w ostatecznym kształtowaniu krajowej polityki w tym obszarze.

Stoimy obecnie przez perspektywą radykalnej zmiany, która prowadzi nas w kierunku bardziej zrównoważonego modelu gospodarki gwarantującego efektywniejsze zarządzanie surowcami oraz minimalizację negatywnego wpływu człowieka na środowisko. Unia Europejska stawia wysokie cele ekologiczne, zakładając odejście od modelu gospodarki linearnej na rzecz cyrkularnej. Jeśli chodzi o Polskę, dużo do zrobienia jest m.in. na polu edukacji. Biznes powinien wyjść z ofertą dla uczelni, by te mogły kształcić przyszłe kadry menedżerskie biegłe w gospodarce obiegu zamkniętego – mówi prof. dr hab. Bolesław Rok   z Akademii Leona Koźmińskiego, ekspert Instytutu Innowacyjna Gospodarka.

Gospodarka cyrkularna, aby mogła być skutecznie realizowana, wymaga zaangażowania wielu gałęzi gospodarki oraz podmiotów z całego łańcucha produkcyjnego. Dlatego też na temat jej wyzwań dyskutowali przedstawiciele m.in. branż: spożywczej, produkcji opakowań, detalicznej, elektronicznej, recyklingu.

Odpowiedzialne gospodarowanie odpadami ma wśród przedsiębiorców coraz większe znaczenie. Jest ono zarazem jednym z kluczowych elementów wdrażania gospodarki cyrkularnej. To poprzez projektowanie produktów, planowanie zakupu materiałów, proces produkcji, sortowanie odpadów firmy mają wpływ na to, ile materiałów uda się odzyskać – mówi Monika Mąkowska, Dyrektor Biznesu Odpadów Niebezpiecznych i Innych w Stena Recycling.

Spotkanie w formie „okrągłego stołu” odbyło się w siedzibie Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej przy ul. Berneńskiej 8 w Warszawie i zakończyło się ożywioną dyskusją. Uczestnicy zgodzili się, że debata jest pierwszym krokiem do zmian nastawienia w stosunku do gospodarki cyrkularnej zarówno po stronie społeczeństwa, instytucji publicznych, jak i biznesu. Podjęto decyzję o kontynuowaniu podobnych dyskusji w przyszłości oraz zapowiedziano udział w grupach roboczych Ministerstwa Rozwoju.

Efekty pracy ponad normę

Połowa pracowników pracuje dłużej niż 8 godzin dziennie, a 1/3 często zabiera pracę do domu. Czy ma to wpływ na ich efektywność? Na pytanie odpowiada Małgorzata Czernecka, psycholog i autorka Raportu: „Praca, Moc, Energia w polskich firmach”.

Należymy do rekordzistów jeśli chodzi o liczbę godzin spędzonych w pracy. Jednak pomimo tego, że pracujemy coraz więcej, nasza efektywność wcale się nie zwiększa. Nadmiar bodźców atakujących nas w ciągu dnia, zarówno w pracy, jak i poza nią powoduje, że nasz umysł pozostaje w ciągłym trybie stand-by. Przez to, że do późnych godzin jesteśmy dostępni pod służbowym telefonem bądź mailem, nasz odpoczynek jest tylko pozorny – ciągle czuwamy. Ponadto, coraz więcej osób zabiera pracę do domu. Badania przeprowadzone przez Human Power wskazują, że co trzeci badany pracuje również w domowym zaciszu. Taki tryb życia prowadzi aż 52% menedżerów oraz blisko 26% pracowników. Połowa kadry pracuje też dłużej niż 8 godzin dziennie, a 1/3 śpi mniej niż 6 godzin.  Być może dlatego częściej niż co drugi badany budzi się rano zmęczony. Ponad 30% ankietowanych przyznaje również, że ma poczucie, iż jego wydajność odbiega od pożądanego poziomu i co trzeci odczuwa silny spadek energii w ciągu dnia, już po godzinie 14.

Brak odpowiedniej dawki snu, który pełni funkcję regeneracyjną dla organizmu, powoduje spadek kondycji i efektywności o poranku. Aby być produktywnym musimy jednak pamiętać także o regeneracji w ciągu dnia. Potrzebujemy przeplatać okresy intensywnej pracy, okresami krótkiego odpoczynku – przekonuje Małgorzata Czernecka – Spanie poniżej zalecanych 7-9 godzin na dobę silnie wpływa na problemy z koncentracją uwagi i pamięć. Popełniamy też więcej błędów. Obniża się nasz nastrój i odporność na stres – stajemy się bardziej drażliwi – dodaje.

Badania wskazują, że maksymalny czas skupienia dorosłego człowieka wynosi 90 minut. Po tym czasie następuje fizjologiczny spadek energii, który objawia się mniejszą kreatywnością, dłuższym czasem reakcji oraz wydłużaniem się czasu wykonywania zadania.

Warto zaplanować przerwy regeneracyjne w ciągu dnia pracy. Należy jednak pamiętać, że aby takie przerwy przynosiły odpowiednie efekty, muszą być prawdziwymi przerwami od pracy. Najlepiej robić w ich trakcie coś odmiennego od wykonywanych obowiązków zawodowych i nie myśleć o czekających nas za chwilę zadaniach – dodaje Małgorzata Czernecka.

Efektywność nie zależy wbrew pozorom wyłącznie od wkładanego w zadania wysiłku. Wręcz przeciwnie. Aby być produktywnym należy zadbać o odpowiednią dawkę snu, przerwy regeneracyjnych i niepracowanie po godzinach.

Musimy pamiętać, że regeneracja bierna to element spłacania długu, jaki zaciągamy będąc aktywnym w ciągu dnia. Im dług jest wyższy, tym jego konsekwencje są bardziej odczuwalne dla naszej efektywności w pracy. Dlatego warto czasem po prostu „odpuścić” – przekonuje Małgorzata Czernecka.

Rekordowe obroty ING Commercial Finance

ING Commercial Finance osiągnął rekordowe wyniki po pierwszym kwartale 2017 roku. Spółka utrzymała pozycję lidera na rynku pod względem wartości obrotów, jak również udziału w rynku.

Michał Bolesławski, przewodniczący Rady Nadzorczej ING Commercial Finance i wiceprezes ING Banku Śląskiego
Michał Bolesławski, przewodniczący Rady Nadzorczej ING Commercial Finance i wiceprezes ING Banku Śląskiego

– ING Commercial Finance wykazuje dynamiczny wzrost pod względem wartości obrotów z kwartału na kwartał. Spółka osiągnęła wynik na poziomie 6,3 mld złotych na koniec marca br., co oznacza 22% wzrost w porównaniu z analogicznym okresem w 2016 roku. Rośnie liczba klientów oraz liczba powierzonych faktur – wyniki te przekładają się na największy udział w rynku na poziomie 15% – powiedział Michał Bolesławski, przewodniczący Rady Nadzorczej ING Commercial Finance i wiceprezes ING Banku Śląskiego.

– Dla ING Commercial Finance 2017 rok rozpoczął się rekordowym obrotem. Tak doskonały wynik nie byłby możliwy bez doskonałych relacji z naszymi obecnymi i nowymi klientami, którzy powierzyli nam swoje wierzytelności. Obserwujemy dynamiczny przyrost klientów w każdym kwartale. Na koniec marca br. obsługiwaliśmy blisko 1600 klientów, to o 25% więcej niż na koniec 1Q 2016 r. Rośnie również liczba wykupionych przez naszą spółkę faktur, w pierwszym kwartale 2017 roku było to o 23% więcej niż w pierwszym kwartale 2016 roku – powiedział Tomasz Mazurkiewicz, prezes ING Commercial Finance.

Jak podaje Polski Związek Faktorów, klienci firm faktoringowych powierzyli faktorom zrzeszonym w Polskim Związku Faktorów w I kwartale 2017 r. wierzytelności o łącznej wartości 41,4 mld zł. Oznacza to wzrost o 21% w porównaniu z analogicznym okresem w 2016 roku, kiedy obroty branży sięgały 34,3 mld zł. Cały rynek faktoringu nieprzerwanie wykazuje dwucyfrową dynamikę wzrostu od 2009 roku.

TOP10 – jakie hybrydy kupują Polacy?

Pierwszy kwartał 2017 roku można uznać za bardzo udany dla polskiej branży motoryzacyjnej. Wzrost segmentu samochodów nowych wynosi 11,2 procenta, można również zaobserwować dynamiczny rozwój segmentu aut z napędem alternatywnym – na poziomie 95,7 procenta.

Raport przygotowany przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego i instytut KPMG pokazuje, że w pierwszym kwartale 2016 roku zarejestrowano o 21,2 tys. samochodów osobowych więcej, niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Tak samo jak w poprzednich okresach popyt jest nadal generowany głównie przez klientów instytucjonalnych, którzy zarejestrowali od stycznia do marca o 24,6% aut więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Na uwagę zasługuje bardzo dynamiczny rozwój samochodów z napędem alternatywnym. Specjaliści KPMG podkreślają, że rejestracje aut osobowych tego segmentu wzrosły – w porównaniu do pierwszego kwartału 2016 roku – o 95,7 procent. Wynika z tego, że od stycznia do marca sprzedano tyle hybryd, co przez pierwsze dwa kwartały ubiegłego roku.

– W pierwszych czterech miesiącach kwietnia odnotowaliśmy wzrost sprzedaży samochodów z napędem hybrydowym o ponad 100 procent, a w przypadku samochodów z napędem elektrycznym ten wzrost jest jeszcze większy, bo ponad 130 procent. Trend jest więc bardzo pozytywny i zauważalny. Ma to związek między innymi z coraz większą ofertą takich modeli – wyjaśnia Wojciech Drzewiecki z Instytutu Badania Rynku Motoryzacyjnego Samar. – Jeżeli chodzi o zakup dokonywany przez klientów instytucjonalnych, to i w tym przypadku można zauważyć, że znacznie częściej wybierają oni samochody z napędem alternatywnym. Auta wyposażone w silnik Diesla mają nadal przewagę nad hybrydami. Jest to jednak kwestia czasu i przy tych trendach, które obserwujemy na rynku, diesel w przyszłości straci palmę pierwszeństwa. Polski rynek reaguje nieco inaczej niż europejski, ale zauważamy, że rynek samochodów zasilanych olejem napędowym zaczyna już gubić swój udział, zmniejszając się z prawie 31 procent do 27 procent, natomiast udział hybryd zwiększył się z 2,14 procent do 3,75 procent – widać tu więc wyraźną poprawę.

Przedstawiamy ranking marek w oparciu o sprzedaż w Polsce najczęściej kupowanych samochodów hybrydowych danej marki za okres styczeń-kwiecień 2017. Zestawienie zostało przygotowane na podstawie danych Instytutu Badania Rynku Motoryzacyjnego Samar.

Toyota C-HR

Toyota C-HR
Toyota C-HR

Najlepiej sprzedający się samochód hybrydowy Toyoty – crossover Toyota C-HR – to jednocześnie najchętniej kupowana w tym roku hybryda w Polsce. Auto zyskało od stycznia do kwietnia 1706 nabywców – podaje raport IBMR Samar. Oznacza to, że model ten ma udział w rynku samochodów z napędem hybrydowym na poziomie 27,47 procent, a w ciągu ostatnich miesięcy sprzedano 2067 sztuk.

Ceny C-HR z napędem hybrydowym zaczynają się od 106 900 zł. Pod maską pracuje napęd mocy 122 KM z silnikiem benzynowym o pojemności 1,8 litra.

Lexus NX

Lexus NX
Lexus NX

Najczęściej kupowanym samochodem hybrydowym Lexusa jest luksusowy SUV – Lexus NX. W okresie od stycznia do kwietnia sprzedano 223 sztuki tego samochodu. Jego udział w rynku samochodów z napędem hybrydowym to 3,59 proc. W ciągu ostatnich 12 miesięcy sprzedano 525 sztuk tego modelu.

W wersji hybrydowej samochód ten napędzany jest silnikiem benzynowym o pojemności 2,5 litra, który wraz z agregatem elektrycznym oferuje moc na poziomie 197 KM. Ceny hybrydy zaczynają się od 159 tys. zł.

Kia Niro

Kia Niro
Kia Niro

W ciągu pierwszych czterech miesięcy 2017 roku zarejestrowano w sumie 133 egzemplarze tego modelu, a w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy 315. Udział w rynku koreańskiej hybrydy wynosi 2,14 procent.

Cena samochodu wyposażonego w układ hybrydowy zaczyna się od 88 900 zł – w tym przypadku pod maską pracuje silnik o pojemności 1,6 litra, który wraz z agregatem elektrycznym oferuje 141 KM.

Hyundai Ioniq

Hyundai Ioniq
Hyundai Ioniq

Udział w rynku tego modelu to 1,18 procent. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy samochód został kupiony w ilości 110 sztuk, a w okresie od stycznia do kwietnia 2017 roku sprzedano 73 egzemplarze.

W odmianie hybrydowej samochód kosztuje od 93 900 zł. Pod maską znajduje się silnik spalinowy o pojemności 1,6 litra oraz jednostka elektryczna – w sumie układ oferuje 141 KM.

Infiniti Q50

Infiniti Q50
Infiniti Q50

W okresie od stycznia do kwietnia bieżącego roku sprzedano w sumie 48 sztuk tego modelu, a w ciągu ostatnich 12 miesięcy prawie dwa razy więcej – 81 egzemplarzy znalazło swojego właściciela. Udział w rynku tej limuzyny z napędem hybrydowym to 0,77 procent.

Ceny odmiany hybrydowej zaczynają się od 224 tys. zł – pod maską znajduje się silnik o pojemności 3,5 litra, a cały układ spalinowo-elektryczny oferuje 364 KM.

Ford Mondeo

Ford Mondeo
Ford Mondeo

Hybryda amerykańskiej marki zdobyła w 2017 roku udział w rynku na poziomie 0,40 procent. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy sprzedano 81 sztuk tego modelu, a w okresie od stycznia do kwietnia 2017 roku 25 egzemplarzy.

Cena odmiany hybrydowej zaczyna się od około 131 tys. zł. Samochód wyposażony jest w układ o mocy 187 KM.

Volvo XC90

Volvo XC90
Volvo XC90

Pierwsze cztery miesiące bieżącego roku przyniosły sprzedaż tego modelu w odmianie hybrydowej na poziomie 24 sztuk. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy sprzedano natomiast 98 egzemplarzy tego auta. Oznacza to, że samochód ma udział w rynku wszystkich oferowanych w Polsce modeli z napędem hybrydowym 0,39 proc.

Ceny tego modelu zaczynają się od około 351 tys. zł – pod maską znajduje się układ hybrydowy o mocy 407 KM.

BMW i3

BMW i3
BMW i3

Wersja spalinowo-elektryczna znalazła od stycznia do kwietnia 2017 roku 23 nabywców, a w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy sprzedano 62 egzemplarze tego modelu. Na rynku samochodów hybrydowych niemiecki mieszczuch ma udział na poziomie 0,37 procent.

Ceny hybrydowej odmiany zaczynają się od 174 tys. zł. Układ hybrydowy oferuje moc na poziomie 125 KM.

Mitsubishi Outlander

Mitsubishi Outlander
Mitsubishi Outlander

Ten japoński SUV w wersji hybrydowej ma udział w segmencie aut spalinowo-elektrycznych na poziomie 0,06 procent. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy sprzedano 14 sztuk tego modelu, a w okresie od stycznia do kwietnia 2017 roku 4 egzemplarze.

Ceny auta zaczynają się od około 189 tys. zł, a pod maską znajduje się napęd hybrydowy o mocy 121 KM.

Audi Q7

Audi Q7
Audi Q7

Udział w rynku hybryd tego modelu wynosi także 0,06 proc. W pierwszych czterech miesiącach bieżącego roku sprzedano 4 sztuki tego hybrydowego SUV-a. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy sprzedano natomiast 5 egzemplarzy.

Kobiety na rynku pracy portret własny

Aż 58 proc. kobiet biorących udział w badaniu InfoPraca.pl uważa, że znacznie trudniej im awansować niż mężczyznom. 

Zgodnie ze statystykami Eurostat, spośród 7,3 mln osób pracujących na terenie Unii Europejskiej na stanowiskach menedżerskich, 2,6 mln to kobiety. Przeciętnie zarabiają o 77 centów za godzinę mniej niż pracujący na identycznych stanowiskach mężczyźni. Różnica w płacach wynosi 23 proc.

Polska na europejskim tle wygląda lepiej. Na stanowiskach menedżerskich pracuje u nas 44 proc. kobiet. Oznacza to, że pod tym względem razem z Bułgarią jesteśmy na drugim miejscu na kontynencie.

Polki są bardzo dobrze wykształcone, przedsiębiorcze, zorganizowane i zaradne. Często mają wyższe kwalifikacje niż mężczyźni. Dlatego zarządy firm coraz częściej biorą je pod uwagę przy awansach – mówi Marek Jurkiewicz, dyrektor portalu InfoPraca.pl. Dodaje, że z badań serwisu InfoPraca.pl wynika, że aż 93 proc. respondentek jest gotowych na nowe wyzwania zawodowe. Co więcej, co trzecia ankietowana jest w trakcie podnoszenia kwalifikacji zawodowych, a ponad 20 proc. z nich dokształcała się w ubiegłym roku.     

Portal InfoPraca.pl zapytał prawie 3 tys. użytkowniczek portalu o to, jak postrzegają swoją pozycję na rynku pracy. Zdaniem niemal 69 proc. ankietowanych, kobiety są dyskryminowane na rynku pracy.

Tylko co trzecia ankietowana twierdziła, że w obecnym miejscu pracy stwarza jej się możliwości rozwoju zawodowego. Przeszło 62 proc. twierdzi, że nie czuje się doceniana przez pracodawcę. Aż 76 proc. uważa, że są przeciążone obowiązkami zawodowymi – za część z nich nikt im nie płaci. A 61 proc. uważa, że zarabia mniej niż ich koledzy siedzący przy biurku obok.

– Na rynku pracy nadal nie brakuje stereotypów. Wciąż w wielu firmach uważa się, że głównym żywicielem rodziny jest mężczyzna i to jemu powinno płacić się tyle, by był w stanie ją utrzymać – tłumaczy Marek Jurkiewicz.

Widać jednak zmiany. Nie chodzi tu tylko o wynagrodzenia, ale także o stworzenie w firmie atmosfery przyjaznej kobietom. Jak pokazuje badanie InfoPraca.pl – dla 46 proc. biorących udział w badaniu, to właśnie dobra atmosfera jest najbardziej pożądana w wymarzonym miejscu pracy.

W Polsce wciąż brakuje żłobków i przedszkoli dla dzieci oraz dziennych domów opiekuńczych dla seniorów. W rezultacie kwestie opiekuńcze w rodzinie spadają często na kobiety. To one muszą zrezygnować z pracy, by zająć się dziećmi lub starszymi rodzicami. Odzwierciedlają to wyniki badania InfoPraca.pl. Połowa pracujących mam uważa, że po urodzeniu dziecka ich kariera zawodowa wyhamowała. – Dlatego tak ważne jest, by kobiety mogły łączyć pracę zawodową z obowiązkami rodzinnymi. Ci przedsiębiorcy, którzy to rozumieją, wygrywają dziś na rynku pracy – mówi Marek Jurkiewicz. Ekspert wskazuje na takie rozwiązania jak elastyczny czas pracy, praca zdalna czy w niepełnym wymiarze. Coraz częściej powstają też przyzakładowe żłobki i przedszkola. – Jeśli firma wprowadzi u siebie takie rozwiązania, z pewnością zachęci do pracy kobiety. A biorąc pod uwagę fakt, że doceniane kobiety są lojalnymi  pracownikami, z pewnością przełoży się to na lepszą sytuację w firmie – podsumowuje Jurkiewicz.

Badanie „Portret kobiety pracującej” zostało przeprowadzone w dniach 27.02 – 07.03.2017 wśród 2942 użytkowniczek portalu InfoPraca.pl.

Hipermarkety coraz częściej sięgają po rozwiązania sprawdzone przez dyskonty

Strategie promocyjno-asortymentowe, realizowane przez hipermarkety w latach 2015-2016, zostały poddane analizie porównawczej. Instytut badawczy ABR SESTA zaobserwował, że Kaufland znacząco podniósł liczbę gazetek tematycznych i zaczął upodabniać się do dyskontów. Publikację tego typu ofert zwiększył też Carrefour.

W zeszłym roku 8 monitorowanych hipermarketów wydało 665 gazetek do benchmarku vs 718 w 2015 roku. Różnica ta wynika przede wszystkim z zamknięcia sieci Real. W całym segmencie w 2016 roku średnio najwięcej publikacji w miesiącu rozpowszechnił Kaufland – 12,9. Dla porównania, dwa lata temu odnotował wynik 11,7 i był na 2. miejscu, zaraz po Carrefourze. Jednak potem niemiecka sieć o 1/5 zwiększyła liczbę gazetek tematycznych (z 25 do 30) oraz ulotek. Jednocześnie nie zredukowała regularnych wydań, których nadal jest więcej, niż publikacji tematycznych.

– Trzeba zauważyć, że Kaufland to mini-hipermarket. Jego placówki są bowiem zdecydowanie mniejsze, niż np. hale Carrefoura czy Tesco. Sieć analizuje również rynek i chce korzystać z rozwiązań, sprawdzonych w kanale dyskontów. Właśnie dlatego, zwiększyła liczbę publikacji tematycznych. Nowej strategii Kauflandu nie należy jednak łączyć z tym, że ma tego samego właściciela, co Lidl. Nie chodzi bowiem o współpracę między podmiotami, lecz o wypróbowaną i wartą powielenia koncepcję – stwierdza Marcin Dobek, wiceprezes instytutu badawczego ABR SESTA.

Odmiennego zdania jest Michał Rosiak, kierownik sprzedaży z Grupy AdRetail. Jak podkreśla, Kaufland owszem wyróżnia się w segmencie pod względem ilości publikacji tematycznych, ale to nie oznacza, że zmierza w kierunku dyskontów. Inne hipermarkety, m.in. Tesco, również wydają tego typu gazetki. W badanym okresie, co drugie wydanie Carrefoura miało charakter tematyczny. Jednak, jak pokazują wyniki analizy, przeprowadzonej przez instytut badawczy ABR SESTA, w zeszłym roku francuska sieć odnotowała największy spadek liczby gazetek.

– Warto przypomnieć, że w 2015 roku Carrefour wydawał średnio najwięcej w swoim kanale, czyli 16 publikacji w miesiącu. Można powiedzieć, że wręcz „zalewał” nimi rynek. I nadal pozostaje w czołówce hipermarketów, jeśli chodzi o ilość rozpowszechnianych gazetek. Redukując ich liczbę do 12,6 w 2016 roku, znalazł się na 2. miejscu po sieci Kaufland. Decyzję Carrefoura o zmniejszeniu liczby wydawnictw można wiązać z tym, że w ubiegłym roku zdecydował się on zainwestować dużą część środków w telewizyjną kampanię reklamową pod hasłem „Co zamierza Napoleon?” – zauważa Marcin Dobek.

Czas obowiązywania

Natomiast, ekspert z Grupy AdRetail dodaje, że w całym segmencie hipermarketów, Carrefour najbardziej wydłużył średnią liczbę dni obowiązywania swoich gazetek. Odnotował bowiem wzrost z 15,2 dni w 2015 roku do 17,2 w 2016 roku. Dwa lata temu tylko Tesco miało nieznacznie wyższy wynik, który wynosił 15,3. Jednak już rok później sieć skróciła średni czas trwania publikacji do 14,3 dni. I Carrefour zdezydowanie zaczął prowadzić w tym zestawieniu.

– Na wynik francuskiej sieci wpłynęła redukcja publikacji regularnych oraz zwiększenie liczby gazetek tematycznych i świątecznych, a także ulotek. Należy jednak zaznaczyć, że średnia długość obowiązywania regularnych publikacji Carrefoura nie zmieniła się. W obu badanych latach wynosiła ona 10 dni. W tym kanale dłużej aktualne publikacje regularne rozpowszechniał tylko E.Leclerc – 12 dni w 2016 roku – precyzuje Marcin Dobek.

Jeżeli chodzi o publikacje regularne, to ze wszystkich hipermarketów tylko Tesco skróciło ich średni czas obowiązywania, z 9 dni w 2015 roku do 7 w 2016 roku. Michał Rosiak podkreśla, że na ten wynik musiał wpłynąć okres trwania innych publikacji, np. świątecznych, tematycznych oraz ulotek. Brytyjska sieć ograniczyła wydawanie jedynie gazetek regularnych.

Liczba stron

– Tesco zaczęło wydawać najobszerniejsze gazetki w kanale hipermarketów. Zwiększyło liczbę stron, z średnio 19,9 w 2015 roku do blisko 30,7 w 2016 roku. Dwa lata temu najczęstsza publikacja miała 16 stron, w zeszłym roku były to 40-stronnicowe gazetki. Miało to związek z tym, że sieć odświeżyła layout swoich publikacji. W mojej ocenie, teraz stały się one czytelniejsze, bardziej estetyczne i zdecydowanie przyjemniejsze w odbiorze. Poza tym, Tesco stawia na zakupy internetowe, dlatego wprowadziło nowocześniejszą odsłonę. Wysokiej jakości zdjęcia dobrze prezentują się na ekranie zarówno monitora, jak i telefonu – ocenia Marcin Dobek.

Z powyższą opinią nie do końca zgadza się Michał Rosiak, którego zdaniem, gazetki w całym segmencie są coraz bardziej podobne do siebie pod względem szaty graficznej. W większości sieci publikacje zostały uproszczone, w celu dobrego wyeksponowania produktów. To pozytywnie wpływa na odbiór, ponieważ klienci nie chcą poświęcać dużo czasu na szukanie artykułów w promocji. Wymagają jasnych i konkretnych przekazów. Według specjalisty z Grupy AdRetail, generalnie zwiększanie liczby stron w gazetkach może działać zniechęcająco na konsumentów. Jednak przyjazny w odbiorze layout Tesco minimalizuje to ryzyko.

Ekspert z ABR SESTA potwierdza to, że konsumenci coraz bardziej cenią swój czas, dlatego nie chcą już przeglądać wielostronnicowych gazetek o wszystkim. Jeśli szukają np. tekstyliów dla dziecka, to zależy im na szybkim sprawdzeniu oferty, ograniczonej właśnie do tego tematu. Tymczasem, zwiększeniu liczby stron uległy publikacje sieci Auchan (12,8 – 2015, 14,8 – 2016) i Carrefoura (12 – 2015, ponad 16,1 – 2016). Zdaniem Marcina Dobka, hipermarkety szukają obecnie optymalnego rozwiązania w kwestii długości, częstotliwości i liczby stron publikacji. Chcą w prosty sposób usystematyzować komunikat promocyjny. Przykładem jest dla nich Lidl, który zastosował podział na gazetkę żółtą i niebieską. I ta koncepcja została bardzo dobrze przyjęta przez klientów.

–  Z analizy instytutu badawczego ABR SESTA można wyczytać, że kilka sieci zdecydowało się na nieznaczne obniżenie liczby stron. Są wśród nich np. Bi1 – z 16,7 w 2015 roku do 15,2 w 2016 roku, Carrefour Mini z 18,7 w 2015 roku do 17,8 w 2016 roku, E.Leclerc 16,9 w 2015 roku do 16,1 w 2016 roku i Kaufland – z 15,8 w 2015 roku do 14,4 w 2016 roku. Moim zdaniem, skaracanie długości gazetek to bardzo dobra strategia. Klienci mogą z początku nie zauważyć drobnej różnicy, ale z czasem chętniej będą sięgali po zdecydowanie krótsze materiały promocyjne – podsumowuje Michał Rosiak z Grupy AdRetail.

Niejasna sytuacja na EUR/GBP

Charakter handlu na rynku walutowym pozostał w środę bez zmian, względem początku tygodnia. Tym razem na giełdzie w Warszawie zagościły spadki, a ceny ropy zwyżkowały.

Ceny ropy na rynku towarowym zyskiwały wczoraj na zamknięciu o ponad 2.6%. Do wzrostów przyczyniły się informacje o spadku zapasów ropy w USA w ostatnim tygodniu. Natomiast na rodzimym rynku doszło do przeceny na parkiecie akcyjnym. Indeks WIG20 stracił 1.3%, kończąc dzień poniżej bariery 2400 punktów. Na rynku walutowym bez zmian – euro ciągle w odwrocie, kosztem między innymi dolara amerykańskiego. Wspólna waluta rozpoczęła obecny trend spadkowy po wyborach prezydenckich we Francji.

Wczoraj miało miejsce posiedzenie banku centralnego Nowej Zelandii(RBNZ). Brak decyzji banku co do zmiany wysokości stóp procentowych posłał rynek NZD/USD daleko na południe. W dzisiejszym kalendarzu makroekonomicznym kluczowe będzie inne posiedzenie – Banku Anglii. O godzinie 13:00 spodziewane jest ogłoszenie decyzji. O tej samej godzinie poznamy raport kwartalny banku o inflacji.

eurgbp11052017r

Rynek EUR/GBP ciągle walczy o utrzymanie się w trendzie bocznym. Za opór służy tu poziom 0.85, którego nie udało się jeszcze sforsować. Ale nawet powrót ponad ten poziom nie gwarantuje, że uda się uniknąć spadków. Do tego potrzebne jest pokonanie 0.87. W najczarniejszym scenariuszu euro może zejść nawet na wysokość 0.80. Być może sytuacja rozjaśni się po dzisiejszym posiedzeniu Banku Anglii.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Komentarz: kurs złotego do euro i dolara w dłuższej perspektywie

Początek maja był pod znakiem umocnienia się złotówki w stosunku do walut podstawowych. Na dolarze zaksięgowaliśmy głębokie mierzenie FIBO 88,6%, po czym doszło do pierwszej reakcji popytowej. Historia dużych impulsów wzrostowych może się powtórzyć, a test poziomu ostatnich szczytów na 4,30 może zostać osiągnięty jeszcze przed wakacjami. Obecnie świeca miesięczna ma duży dolny cień, co może sugerować, iż popyt się aktywował. Mając na uwadze, że rynek będzie w dalszym ciągu wyceniał podwyżkę stóp procentowych w USA przy bierności RPP, można domniemywać, iż w najbliższych miesiącach za dolara będziemy płacić coraz drożej. Choć polska gospodarka wydaje się być obecnie stabilna i nieposiadająca słabych punktów, to obiektywnie rzecz biorąc, najbliższe miesiące mogą przynieść zagrożenia, które obecnie są „zamiatane pod dywan”. Niedocenianym problemem dla gospodarki jest niewątpliwie słaba dynamika wzrostu płac, wzrost zadłużenia oraz niedoszacowane koszty reform prospołecznych. Zwłaszcza ewentualne zwiększenie deficytu budżetowego może mieć duży wpływ na cenę.

kurs złotego do i dolara w dłuższej perspektywie

Na interwale tygodniowym cena w istotny sposób przetestowała linię trendową, jednak aktywacja popytu doprowadziła na tę chwilę przynajmniej do zatarcia zeszłotygodniowych spadków. W przypadku dalszego ruchu w górę cena powinna napotkać opór przy okrągłym poziomie 4 złotych, gdzie mamy także strefę ZZB. Dopiero pokonanie okrągłego poziomu pozwoli na dużej dynamice osiągnąć poziom 4,10. Naszym zdaniem wybicie górą poziomu 4 złotych nie będzie takie proste, a cena prawdopodobnie wielokrotnie będzie ten poziom testować. Patrząc jednak historycznie, należy podkreślić, iż po zmianie trendu ze spadkowego na wzrostowy cena rosła 2-3 tygodnie, a wielość pierwszej reakcji wzrostowej wynosiła 16-18 groszy. W przypadku, gdyby sytuacja miała się powtórzyć, możemy oczekiwać wzrostu ceny do poziomu 4 złotych w ciągu najbliższych 2 tygodni.

Złoty w dłuższej perspektywie

Końcem 2016 roku pokazywaliśmy, iż złotówka ma ogromny potencjał do umocnienia się w stosunku do euro. Ceny w okolicach 4,50 były spowodowane wzrostem awersji do ryzyka po rozstrzygnięciu wyborów w Wielkiej Brytanii. Sytuacja nieco się poprawiła, a technicznie para zrealizowała ogromną formację RGR. Naszym zdaniem nie ma już miejsca na dalsze spadki bez wyraźnego impulsu ze strony polityków bądź gospodarki. Rynek zdecydowanie wyhamował na 61,8 FIBO impulsu wzrostowego mierzonego od kwietnia 2015 do maja 2016 roku. Precyzja zaksięgowania tego poziomu sugeruje, że popyt wyraźnie czekał na ten moment. Na tę chwilę reakcja nie jest znaczna, jednakże dynamika zmian ceny na euro jest mniejsza niż na dolarze. Warto przyjrzeć się historii, jak zachowywała się cena po zmianie trendu ze spadkowego na wzrostowy. W kwietniu i maju 2015 roku oraz marcu i kwietniu 2015 roku reakcja ceny była i znaczna, bo ponad 20 groszy. Inaczej rzecz się miała w drugiej połowie 2016 roku, gdzie cena także zareagowała wzrostem o ponad 20 groszy jednak w dłuższym czasie. Niewątpliwie warto obserwować sytuację na wykresie miesięcznym, by w najlepszym momencie wejść w rynek.

kurs złotego do euro w dłuższej perspektywie

Na wykresie tygodniowym wyraźnie widać, że cena przetestowała dołek przy 4,1850 i wyrysowuje wzrostową formację świecową. W przypadku realizacji formacji podwójnego dna oporem będzie poziom 4,27 w myśl zasady ZZB. W przypadku spadków jest możliwe kolejne przetestowanie lokalnych dołków, jednakże scenariuszem bazowym będzie wzrost ceny.

kurs złotego do euro w dłuższej perspektywie

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Albo zapłacę po upływie ponad 30 dni, albo kupię gdzie indziej

Presja i daleko posunięta skłonność do ustępstw powodują, że terminy płatności części faktur przekraczają nawet 60 dni. Powód? Niemal połowa firm uważa, że co czwarty ich kontrahent – odbiorca towarów i usług zrezygnowałby ze współpracy jeśli nie mógłby zapłacić po ponad 30 dniach od otrzymania faktury – wynika z badania Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Jednocześnie połowa przedsiębiorców jest gotowa obniżyć cenę, oby tylko dostać pieniądze od ręki.

Czy brak możliwości opłacania faktur w dłuższym terminie niż 30 dni spowodowałby spadek liczby kontrahentów Państwa firmy? – spytaliśmy w badaniu* przeprowadzonym przez Kantar MillwardBrown. Twierdząco odpowiedziała niemal połowa ankietowanych firm. Przedsiębiorcy w zależności od wielkości firmy i branży obawiali się, że brak elastyczności spowoduje utratę od 24 do 28 proc. odbiorców.

Źródło: BIG InfoMonitor, badanie Kantar MillwardBrown
Źródło: BIG InfoMonitor, badanie Kantar MillwardBrown

– Wyniki nie napawają optymizmem. Otwartość na odkładanie płatności w czasie to nic innego jak uchylanie drzwi nierzetelnym płatnikom – mówi Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor.

Jak potrafi na firmie zemścić się wydłużanie płatności najlepiej pokazuje fakt, że wśród przedsiębiorstw wypowiadających się za koniecznością wystawiania faktur z ponad 30 dniowym terminem, aż 57 proc. stanowią przedsiębiorcy, którzy mają problem z zatorami płatniczymi. W grupie firm, które takich problemów nie mają opinia ta jest zdecydowanie rzadsza. Konieczność ustępstw widzi tu 36 proc. badanych.

Wymagają od mnie, to ja też wymagam

Badanie pokazało również, że przedsiębiorcy stawiani pod ścianą przez swoich odbiorców, sami później zwracają uwagę po jakim czasie będą musieli płacić za zakupiony towar czy usługi – mówi Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor. Zresztą nie tylko oni, bo aż dla ośmiu na dziesięć firm termin płatności ma znaczenie przy podejmowaniu decyzji o współpracy.

Źródło: BIG InfoMonitor, badanie Kantar MillwardBrown
Źródło: BIG InfoMonitor, badanie Kantar MillwardBrown

W prowadzonym przez BIG InfoMonitor Rejestrze Dłużników widzimy, że czas i pieniądze są silnie ze sobą powiązane. W przypadku wpisów do rejestru im szybciej dochodzi do wpisu tym większe szanse na odzyskanie pieniędzy. Najlepsze efekty mają zgłoszenia długów, których termin płatności minął nie dłużej niż trzy miesiące temu. Tymczasem wierzyciele w imię lepszych relacji z kontrahentem zwlekają ze zgłoszeniem dłużnika, a to dla nich często sygnał, że można wierzyciela lekceważyć – tłumaczy Mariusz Hildebrand.

Najwięcej faktur ma termin 14-dniowy

Ponad 30 dniowy termin płatności to na szczęście nie standard. Wśród ankietowanych najczęstszym terminem płatności wpisywanym na fakturze jest termin 14 dniowy (63 proc. wskazań, możliwe było kilka wskazań), a w drugiej kolejności 30 dniowy (44 proc.). Kolejne pod względem popularności okresy to poniżej 14 dni oraz 21 dni.

Źródło: BIG InfoMonitor, badanie Kantar MillwardBrown
Źródło: BIG InfoMonitor, badanie Kantar MillwardBrown

Na terminy od 45 dni w górę padło jednak łącznie aż 35 proc. wskazań. Co może wydawać się przerażające ankietowanym przedsiębiorstwom zdarza się wystawiać również faktury 90 i 120 dniowe.

Źródło: BIG InfoMonitor, badanie Kantar MillwardBrown
Źródło: BIG InfoMonitor, badanie Kantar MillwardBrown

Przy czym zdecydowanie częściej na terminy płatności przekraczające 30 dni zgadzają się firmy z zatorami płatniczymi. Faktur z odroczonym terminem płatności nie da się uniknąć. Wśród badanych mikro, małych i średnich firm, największy udział tego typu płatności mają średnie przedsiębiorstwa zatrudniające od 50 do 249 osób oraz branża budowlana.

Źródło: BIG InfoMonitor, badanie Kantar MillwardBrown
Źródło: BIG InfoMonitor, badanie Kantar MillwardBrown

s-428-x

Co szósta firma da nawet do 10 proc. rabatu za natychmiastową płatność

Przedsiębiorcy naciskani przez kontrahentów, sami poszukujący dostawców, którym nie trzeba szybko płacić jednocześnie gotowi są obniżyć cenę oby tylko szybko otrzymać pieniądze. Co trzeci dałby odbiorcy do 5 proc. rabatu w zamian za płatność od ręki. A kolejnych 17 proc. zgodziłby się nawet na obniżkę do 10 proc. gdyby tylko wymiana towaru i gotówki nastąpiła w tej samej chwili. Mniejszą o 5 proc. kwotą, ale w terminie zadowoliłoby się także od 26 do 30 proc. przedsiębiorców wystawiających faktury z terminami 14 i 7 dni. – Odpowiedzi te najlepiej uświadamiają jak duża niepewność panuje wśród części przedsiębiorców co do zachowania kontrahentów – mówi Mariusz Hildebrand.

Wydłużaniu terminowi płatności od czterech lat przeciwstawia się prawo. Wzorowana na unijnych rozwiązaniach „Ustawa o terminach zapłaty w transakcjach handlowych” z 2013 r. zaleca, aby terminy płatności nie przekraczały 60 dni. Przy płatnościach powyżej 30 dni pozwala naliczać odsetki ustawowe, już od 31 dnia, nawet jeśli zawarta umowa mówi o dłuższym terminie płatności. Ustawa daje również możliwość odzyskiwania zaległych zobowiązań na koszt przedsiębiorcy. – Obawy o relacje z kontrahentami powodują jednak, że jest to rzadko wykorzystywana możliwość. Z tego też względu, we wcześniejszym naszym badaniu, 61 proc. przedsiębiorców stwierdziło, że prawo nie tyle powinno dawać możliwość, lecz nakazywać pobieranie odsetek ustawowych od płatności przekraczających 30 dni. Według respondentów automatycznie powinny je naliczać programy do fakturowania – mówi Mariusz Hildebrand.

* Badanie Kantar Millward Brown zrealizowano w formie wywiadów telefonicznych (CATI – wywiady telefoniczne wspomagane komputerowo) na losowo – kwotowej próbie 601 firm, zatrudniających do 249 pracowników działających w Polsce, w przypadku mikrofirm posiadających co najmniej dwóch kontrahentów. Badanie było realizowane w listopadzie 2016 r.

Wyniki finansowe Grupy Kapitałowej Banku BGŻ BNP Paribas S.A. w I kwartale 2017 r.

Rynek Pracy Specjalistów w I kw. 2017 roku

W I kwartale 2017 r. na portalu Pracuj.pl opublikowano 138 089 ofert pracy. Oznacza to prawie 11% wzrost liczby ogłoszeń o pracę w porównaniu do pierwszego kwartału ubiegłego roku. Najwięcej ofert pochodziło z branż: handel i sprzedaż, bankowość/finanse/ubezpieczenia oraz przemysł ciężki. Pracodawcy poszukiwali głównie specjalistów ds. handlu i sprzedaży, obsługi klienta oraz ekspertów IT. Wśród województw na czele zestawienia pod względem liczby ogłoszeń znalazły się: mazowieckie, dolnośląskie i małopolskie, wielkopolskie oraz śląskie.

  • Wzrost całkowitej liczby ofert pracy o 11% w porównaniu do I kwartału 2016 r.
  • Najwięcej ofert pracy z branży handel i sprzedaż
  • 15% więcej ofert pracy z branży budownictwo i nieruchomości w porównaniu do I kwartału 2016 r.
  • 31% wzrostu zapotrzebowania na specjalistów ds. nieruchomości w porównaniu do
    I kwartału 2016 r.
  • 18% więcej ofert pracy skierowanych do specjalistów ds. inżynierii w porównaniu do I kwartału 2016 r.

Utrzymująca się znakomita koniunktura na polski rynku pracy widoczna jest w kwartalnych danych Pracuj.pl. W wielu obszarach pracodawcom zaczyna brakować rąk do pracy – co jest szczególnie widoczne w branżach o najwyższym potencjale wzrostowym.

Branże o największym zapotrzebowaniu na pracowników

Z analizy ogłoszeń opublikowanych przez pracodawców na portalu Pracuj.pl wynika, że największe zapotrzebowanie na pracowników w I kwartale 2017 r. widoczne było w firmach z branży handel i sprzedaż. Opublikowali oni 23 756 ogłoszeń o pracę, co stanowiło 17% wszystkich ofert z omawianego okresu. Kolejnymi branżami z największą liczbą opublikowanych ofert pracy były bankowość, finanse, ubezpieczenia (12% wszystkich ofert pracy) oraz przemysł ciężki (8% wszystkich ofert pracy).

Kluczowe wzrosty w I kwartale br. zanotowano w branży budownictwo i nieruchomości – wzrost o 15% rok do roku oraz IT i przemysł lekki.

rps_i_kw_pracuj_branze

Dla jakich specjalistów było najwięcej ofert w I kwartale 2017?

W I kw. 2017 r. najbardziej poszukiwanymi pracownikami na rynku pracy byli specjaliści handlu i sprzedaży (36% wszystkich ofert z pierwszego kwartału), obsługi klienta – jedna piąta wszystkich ofert pracy oraz pracowników IT. Na mały wybór ofert nie mogli także narzekać specjaliści ds. finansów, inżynierowie, pracownicy produkcji i logistyki.

Najbardziej wzrosło zapotrzebowanie pracodawców na specjalistów ds. nieruchomości – w pierwszy kwartale obecnego roku skierowano do nich o niemal jedną trzecią ofert więcej niż przed rokiem. Zauważalne było także zapotrzebowanie na specjalistów ds. budownictwa – w tym przypadku wzrost wyniósł niemal jedną piątą. Dane te potwierdzają dobrą kondycję rynku deweloperskiego. W I kwartale br. pracodawcy znacząco zwiększyli również zapotrzebowanie na inżynierów (o 18%) oraz specjalistów IT (o 13%). Także pracownicy produkcji znaleźli się w obszarze intensywnego zainteresowania pracodawców. W I kwartale 2017 r. opublikowano dla nich o 15% ofert pracy więcej, w porównaniu z analogicznym okresem w poprzednim roku.

rps_ikw_pracuj_specjalisci

W których województwach była najłatwiej o pracę?

Niekwestionowanym liderem pod względem liczby ogłoszeń było województwo mazowieckie. W I kw. 2017 r. pracodawcy na Mazowszu opublikowali 31 702 oferty. Oznacza to, że co piąte ogłoszenie pochodziło z województwa mazowieckiego. Na kolejnych miejscach uplasowały się województwa dolnośląskie, małopolskie i wielkopolskie. Znacznie wzrosło zapotrzebowanie na pracowników w województwach mazowieckim (o 18% rok do roku) oraz dolnośląskim (o 14% rok do roku).

rps_i_kw_pracuj_wojewodz

Jakie firmy zatrudniały w i kwartale 2017 r.?

W omawianym okresie zapotrzebowanie na nowych pracowników zgłaszały niezmiennie firmy duże (zatrudniające powyżej 251 pracowników), które łącznie publikowały 40 277 ofert pracy. Niewiele mniej, bo 38 844 ogłoszeń, opublikowały firmy średnie (zatrudniające pomiędzy 51-250 osób). W I kwartale 2017 r. zapotrzebowanie na pracowników wzrosło najbardziej w firmach największych, o 15% w stosunku do analogicznego kwartału w roku 2017.

rps_i_kw_pracuj_wielkosc_firm

Komentarz Przemysława Gacka, Prezesa Zarządu Grupy Pracuj Sp. z o.o.

Przemysław Gacek – Prezes Zarządu Grupy PracujW I kwartale 2017 r. na Pracuj.pl opublikowano ponad 138 tys. ofert pracy, o 11% więcej niż przed rokiem – to już kolejny kwartał z rzędu w którym widać, że polski rynek pracy ma się dobrze i może sugerować, że jest w nim jeszcze potencjał wzrostowy.

Pracodawcy tradycyjnie najwięcej ofert kierują do pracowników handlu i sprzedaży oraz obsługi klienta i nie inaczej było w trakcie trzech pierwszych miesięcy bieżącego roku. To niezmienne zapotrzebowanie wynika z jednej strony z faktu, że są to specjalizacje o stosunkowo wysokiej rotacji, a z drugiej ze sporego deficytu tych specjalistów. Widzimy to, choćby po tym, że luka w tym obszarze wypełniania jest przez pracowników zza wschodniej granicy, głównie Ukrainy.

Rynek pracy jest bardzo czuły na wszystkie zjawiska gospodarcze, dzięki temu dokładne analizy zapotrzebowania pracodawców pozwalają odpowiedzieć na pytanie, które sektory gospodarki są w najlepszej kondycji lub trendzie wzrostowym. Pierwszy kwartał 2017 roku należał zdecydowanie do budownictwa i nieruchomości – pracodawcy z tej branży opublikowali o 15% więcej ofert pracy niż w I kwartale 2016 r. Także specjaliści do spraw nieruchomości oraz budownictwa należeli do czołówki najbardziej poszukiwanych pracowników na rynku. Branża deweloperska ma bardzo dobrą koniunkturę, co widać szczególnie w wynikach deweloperów mieszkaniowych. Według danych GUS w 2016 r. deweloperzy oddali do użytkowania ponad 79 tys. mieszkań, co jest wynikiem o 26,7% wyższym aniżeli rok wcześniej, kiedy odnotowano wzrost rzędu 5,8%.

Małe firmy najsilniej i najszybciej odczuwają wszelkie zmiany gospodarcze. Rok 2016 zakończyły optymistycznie i wiele z nich prognozowało zwiększanie zatrudnienia – co widać w naszych danych. Utrzymujący się optymizm przekłada się na rosnące zapotrzebowanie na pracowników,  które zaobserwowaliśmy w I kwartale bieżącego roku.

Trans Polonia szacuje 4,7 mln EBITDA w I kwartale 2017 r.

Spółka Trans Polonia S.A., opublikowała szacunki EBITDA za I kwartał 2017 r. Wzrost wyniku do 4,68 mln zł (wobec -0,92 mln zł rok wcześniej) to skutek wejścia Spółki na rynek dystrybucji paliw, silnie rosnącej skali przewozów chemicznych w relacjach międzynarodowych oraz dużo lepszej sytuacji w sektorze logistyki asfaltów.

Szacunkowe przychody ze sprzedaży w 1 kw. 2017 r. to 48,74 mln zł (wobec 22,97 w rok wcześniej). EBITDA w okresie styczeń-marzec 2017 r. wyniosła orientacyjnie 4,68 mln zł i była wyższa w relacji do okresu sprzed roku o 194 proc. (skorygowania EBITDA za pierwszy kwartał 2016 r., uwzględniająca wyłączenie kosztów akwizycji wyniosła 1,59 mln zł).

Miło nam prezentować wysoki odczyt wyniku EBITDA, czyli ważnego dla inwestorów aspektu służącego ocenie spółki. W każdym z obszarów naszej działalności notujemy wzrosty wolumenów, co niesie za sobą wyższe przychody. Istotna jest także praca całego Zespołu nad efektywnością kosztową i synergiami w ramach Grupy, dzięki czemu osiągamy dobre poziomy marż. Pamiętajmy także, że I kwartał jest zwykle najsłabszym w naszej branży, zatem wypracowane wyższe przychody i wyniki w takim okresie pozwalają nam z optymizmem patrzeć na pozostałą część roku  – powiedział Dariusz Cegielski, Prezes Zarządu Trans Polonia S.A.

Trans Polonia 16 marca 2017 r. przedstawiła założenia Programu Inwestycyjnego na lata 2018-2020. Wzrost floty własnych ciągników i naczep-cystern o ponad 140 jednostek umożliwi Spółce odpowiedzieć na coraz wyższy popyt na oferowane usługi. Realizacja Programu rozpocznie się w II połowie 2017 r., a jego efekty będą widoczne w wynikach finansowych począwszy od kolejnego roku obrotowego. Grupa zakłada nabycie 66 cystern chemicznych i bitumicznych, 40 cystern paliwowych i LPG, a także 40 ciągników siodłowych o łącznej wartości ok. 55,8 mln zł. Program obejmuje także przeznaczenie części środków (ok. 6,2 mln zł) na wzrost kapitału obrotowego.

W obecnym modelu działalności Grupy, sukcesywne i organiczne wzrosty sprzedaży jak i wyników finansowych są scenariuszem bazowym. Chcemy jednak iść krok dalej, dlatego w marcu br. ogłosiliśmy Program Inwestycyjny na lata 2018-2020, zakładający umocnienie naszej pozycji we wszystkich segmentach, w których jesteśmy obecni. Chcemy w kolejnych latach istotnie zwiększyć flotę Grupy – dodał Dariusz Cegielski.

18 kwietnia WZA Trans Polonii przegłosowało emisję do 8,5 mln akcji oferowanej w trybie emisji publicznej.

Wartość rynku gier mobilnych stale rośnie. W 2017 roku ma wynieść ponad 46 mld dol.

Wartość rynku gier mobilnych stale rośnie. W 2017 roku ma wynieść ponad 46 mld dol. 7

Segment gier mobilnych ma w tym roku wygenerować ponad 42 proc. przychodów całej branży gier wideo. Jego wartość ma wynieść 46,1 mld dol. Zdaniem analityków polskie firmy dobrze radzą sobie na tym rynku – obecnie jest ich kilkadziesiąt. Przeszkodę mogą stanowić nie koszty produkcji gier, lecz wydatki na promocję i wprowadzenie produktu na rynek. 

Przychody na rynku gier rosną z roku na rok. Według firmy analitycznej Newzoo w 2017 roku mają one wynieść ponad 108 mld dol., a więc o blisko 8 mld więcej niż w roku ubiegłym. Najlepiej rokującym segmentem tego rynku okazują się gry mobilne – jego przychody w tym roku mają wzrosnąć o 19 proc. i wynieść ponad 46 mld dol. Z danych Newzoo wynika, że 22 proc. tej kwoty przypadnie na gry dostępne na smartfonach. Rynek gier mobilnych rozwija się szybko także w Polsce, co więcej nie jest on zdominowany wyłącznie przez dużych deweloperów.

– Każdy może zrobić grę. Od kilku lat technologia mocno się rozwija, również technologia tworzenia gier, i daje to możliwości pojedynczym deweloperom siedzącym w domu do stworzenia produkcji – mówi agencji Newseria Damian Fijałkowski, współzałożyciel T-Bull.

Na rynku gier mobilnych codziennie pojawia się kilkaset nowych produkcji. Koszt ich stworzenia jest różny w zależności od rodzaju gry. W przypadku kosztownych zasobów graficznych produkcja może się opłacać jedynie dużym deweloperom, mniej skomplikowane wizualnie gry mogą jednak stworzyć również niewielkie studia. Jak podkreśla Fijałkowski, firma taka jak T-Bull, zatrudniająca 60-osobowy zespół pracowników, jest w stanie wypuścić na rynek rocznie nawet kilkanaście nowych tytułów. Stworzenie gry to jednak zaledwie pierwszy etap procesu zaistnienia na rynku.

– Tutaj zaczyna się pewnego rodzaju magia, czyli w naszym przypadku kilka lat doświadczenia, i umiejętność dotarcia do użytkowników ze swoim produktem, bo można zrobić fajny tytuł, ale nie dotrzeć z nim do ludzi i on zginie w gąszczu tego, co zostało wytworzone – mówi Damian Fijałkowski.

Polskie firmy dobrze radzą sobie na rynku gier. W 2015 roku według agencji Newzoo Polska stanowiła 19. co do wielkości rynek gier wideo na świecie. Na krajowym rynku powstaje coraz więcej firm zajmujących się produkcją gier mobilnych, wiele z nich dość szybko osiąga mocną pozycję na rynku. Marka T-Bull powstała 7 lat temu jako dzieło dwóch osób, dzisiaj zatrudnia 60 pracowników, wypuszcza kilka premierowych tytułów rocznie, a także zadebiutowała na Giełdzie Papierów Wartościowych. Ze swoimi produkcjami obecna jest w ponad dwustu krajach świata.

– Trzeba pamiętać o jednej ważnej rzeczy, jeśli chodzi o rozwój firm związanych z rynkiem mobilnym. Tutaj granice czysto geograficzne nie do końca mają znaczenie. Sieć dystrybucyjna jest tak skonstruowana, że nie ma do końca znaczenia, z którego kraju pochodzi deweloper – mówi Damian Fijałkowski.

Zdaniem analityków rynek gier mobilnych ma przed sobą dobre perspektywy na najbliższych kilka lat. Bardzo istotny jest tu aspekt geograficzny, w wielu miejscach na świecie smartfony i tablety nie są jeszcze bowiem tak popularne jak w USA czy Europie Zachodniej. Są to miejsca, które rynek mobilny powinien zagospodarować. Branża gier mobilnych powinna także rozszerzać swoje grupy docelowe – obecnie górna granica wiekowa użytkowników tego rodzaju produkcji to 40–50 lat, ale będzie ona rosnąć.

– To jest rynek, który jeszcze przez co najmniej kilka lat będzie się naszym zdaniem mocno rozwijał, więc jest tu miejsce dla nowych ludzi. To bardzo fajna ścieżka kariery zarówno dla ludzi z technicznym wykształceniem, programistów, testerów oprogramowania, jak i dla ludzi z bardziej artystycznym zacięciem jak graficy komputerowi, animatorzy, ludzie od marketingu, od  kreacji wizerunku – mówi Damian Fijałkowski.

Według analityków Newzoo w 2020 roku segment gier mobilnych odpowiadać będzie za połowę przychodów całej branży gier wideo.

Sony inwestuje w rozwój PlayStation League. Powodem dynamiczny rozwój rynku e-sportu i stale zwiększająca się liczba graczy

Sony inwestuje w rozwój PlayStation League. Powodem dynamiczny rozwój rynku e-sportu i stale zwiększająca się liczba graczy 8

Firma Sony ogłosiła start ulepszonej formuły PlayStation League. Elektroniczne rozgrywki dedykowane platformie PS4 mają zrzeszać ponad 20 mln graczy z całego świata, pozwalając im startować w elitarnych turniejach, w których do wygrania są m.in. wartościowe nagrody pieniężne.

Liga PlayStation Plus wystartowała już w 2015 roku, jednak w ostatnim czasie firma Sony zaobserwowała wzmożoną aktywność użytkowników online, w sieci PlayStation Network. Ponadto japoński producent dostrzegł potencjał drzemiący w e-sporcie, dlatego postanowił zmienić charakter rozgrywek w taki sposób, by każdy gracz mógł poczuć radość rywalizacji na profesjonalnym poziomie.

– Od 2015 roku, kiedy wprowadziliśmy polską Ligę PlayStation Plus, widzieliśmy już potencjał, że e-sport to nie tylko gry pecetowe, ale także konsole. W związku z tym, że PlayStation Network bardzo mocno się rozwija i obserwujemy bardzo dużą liczbę graczy online, uznaliśmy że jest to dobry moment do tego, żeby rozpocząć rozgrywki, które będą miały na celu promowanie rywalizacji między graczami właśnie na platformie PlayStation 4 – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Monika Paplińska, Communication Manager z firmy Sony Interactive Entertainment Polska.

Nowa formuła rozgrywek została oficjalnie zaprezentowana pod koniec kwietnia. Ponad 20 mln użytkowników PS4 z całego świata ma możliwość rywalizacji na profesjonalnym poziomie, a także korzystania z szeregu innowacji, jakie japoński producent oddaje do dyspozycji swoim najwierniejszym fanom.

– 24 kwietnia ogłosiliśmy naszą nową, ulepszoną formułę PlayStation League, która ma polegać na tym, że wprowadzamy więcej turniejów, nową stronę internetową, jeszcze łatwiejszą do zapisów. W turniejach może wziąć udział każdy, kto jest posiadaczem konsoli Play Station 4 oraz ma abonent naszej usługi Play Station Plus, która umożliwia granie online. To tak naprawdę jedyne warunki – wyjaśnia Monika Paplińska.

Do turniejów można zapisać się za pośrednictwem oficjalnej strony playstationleague.pl. Co więcej, da się tam znaleźć również kompanów do rozgrywki online, z którymi można stworzyć zupełnie nowy zespół. Gra jest warta świeczki, bowiem na użytkowników PlayStation Network czeka nie tylko sława, ale również rozmaite nagrody.

– Przede wszystkim liczy się chwała i sława, ale również pięcie się w rankingach, a także wspaniałe nagrody. Nie oszukujmy się, że jest to bardzo duża zachęta do tego, żeby brać udział w turniejach. Rozdajemy zarówno nagrody pieniężne, jak i rzeczowe. W 2015 i 2016 roku łącznie w puli nagród było ponad 70 tysięcy zł, a pula ta sukcesywnie będzie się zwiększać, tak więc jest o co walczyć – dodaje Monika Paplińska.

Polska Liga PlayStation Plus przekształciła się w PlayStation League. Nie jest to jednak jedyna zmiana – japoński producent zapowiada, że pojawi się zarówno więcej turniejów, jak i samych gier, co znacząco urozmaici wybór i wyeliminuje monotonię rozgrywki.

– Uznaliśmy, że nowe rozgrywki to doskonały moment, by powiększyć liczbę turniejów, aby zachęcić jeszcze więcej uczestników do brania w nich udział.  Zaproponowaliśmy również więcej gier, bo wiadomo – nie każdy lubi tylko jeden, wybrany gatunek. Teraz do wyboru mamy m.in. Uncharted 4, super ligę, która trwa cały rok, Ligę FIFA 17, która jest bardzo popularną grą, również cały rok, a także będziemy co sezon zmieniać jedną grę po to, żeby trafić w gusta naszych graczy i proponować im co sezon, na przełomie roku, zupełnie nową grę –  deklaruje Monika Paplińska.

Polscy studenci pracują nad rewolucyjnym środkiem transportu. W nowej kapsule podróż między Warszawą a Wrocławiem potrwa 23 minuty

Polscy studenci pracują nad rewolucyjnym środkiem transportu. W nowej kapsule podróż między Warszawą a Wrocławiem potrwa 23 minuty 9

Polscy studenci pracują nad kapsułą Hyperloop. To połączenie pociągu i samolotu, które umożliwi przemieszczanie się z prędkością do 1 tys. km na godzinę. Tym samym podróż z Warszawy do Wrocławia trwałaby zaledwie 23 minuty. Kapsułę zbudują studenci z Politechniki Warszawskiej i Wrocławskiej, którzy zakwalifikowali się do finału zawodów Hyperloop Pod Competition.

– Hyperloop to nowy środek transportu. Nasz zespół dostał się do finału konkursu SpaceX, w którym zadaniem jest zbudowanie prototypu kapsuły, która ma się rozpędzić w testowym tunelu do jak najszybszej prędkości. Ma to na celu przetestowanie różnych rozwiązań i znalezienie najlepszego z nich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Szpartaluk, członek zespołu Hyper Poland University Team, student Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa na Politechnice Warszawskiej.

Zespół znalazł się w gronie 24 innych, które pod koniec sierpnia wezmą udział w zawodach w Kalifornii. Kapsuła, nad którą obecnie pracują studenci, zostanie przetestowana na torze w Los Angeles.

Kapsuła Hyperloop porusza się w specjalnej rurze, w której ciśnienie jest na takim poziomie jak na wysokości 10 kilometrów. Dzięki temu zredukowany jest opór powietrza, a pojazd porusza się bez kontaktu z podłożem przez magnetyczną lewitację oraz łożyska powietrzne. W ten sposób czas podróży może być znacznie krótszy niż w tradycyjnych środkach transportu.

– Infrastruktura powiązana z tą technologią byłaby podobna do sieci kolejowej. W wybranych miastach znajduje się stacja, na której można wsiąść do takiej kapsuły i przemieścić się w krótkim czasie – przekonuje Szpartaluk.

Hyperloop będzie się poruszać z prędkością do 1 tys. km na godzinę. Oznacza to, że podróż pomiędzy dowolnymi dwoma głównymi miastami w Polsce będzie trwałą mniej niż godzinę.

– W naszym filmie promocyjnym mówimy o trasie Warszawa–Wrocław pokonanej w 23 minuty. To porównywalny czas, w którym poruszamy się tramwajem po samej Warszawie – podkreśla członek zespołu Hyper Poland University Team.

Kapsuła przypominałaby kształtem pociągi osiągające wysokie prędkości. Cała konstrukcja, dzięki wykorzystaniu stopów aluminium, magnezu czy kompozytów węglowych, czyli materiałów stosowanych w lotnictwie, byłaby bardzo lekka. Ze względów bezpieczeństwa byłaby dodatkowo wyposażona w dwa niezależne od siebie systemy hamowania.

– Docelowa kapsuła mogłaby przewozić do 30 osób, miałaby kilkanaście metrów długości i poruszała się w tunelu o średnicy ponad 3 metrów z prędkością do 1 tys. km/h. To, czym my się w tej chwili zajmujemy w zespole uniwersyteckim, to mniejsza kapsuła testowa, o długości 4 m i wysokości ok. 1 m, która jest platformą testową docelowych rozwiązań. Ma wziąć udział w konkursie, w którym zadaniem będzie osiągnięcie jak największej prędkości – tłumaczy Szpartaluk.

Jak przekonują członkowie zespołu, projekt Hyperloop to nie science-fiction.

– Kiedyś ludzie myśleli tak samo o samolotach czy pociągach. Dzięki temu, że rozwijamy technologie i testujemy je, będziemy mieli wiedzę, czy możliwe jest zbudowanie takiej kapsuły, zamiast zakładać z góry, że to jest niemożliwe – mówi Tomasz Szpartaluk.

Na budowę pełnowymiarowej kapsuły i możliwości przetestowania jej na torze w Kalifornii, polski zespół potrzebuje min. 150 tys. zł. Pieniądze zbierane są w systemie crowdfundingowym.

– Naszym głównym atutem jest dokładność, z jaką wykonaliśmy dokumentację techniczną. Przeprowadziliśmy skomplikowane analizy, mamy całkiem dobrą wiedzę na temat tego, jak nasza kapsuła będzie się zachowywać i jak to ma docelowo wyglądać. Być może jesteśmy o krok przed innymi drużynami – ocenia Tomasz Szpartaluk.

Łaziki marsjańskie wizytówką polskich studentów. Technologie opracowane przy ich budowie mogą znaleźć zastosowanie w przemyśle samochodowym, służą policji i wojsku

Łaziki marsjańskie wizytówką polskich studentów. Technologie opracowane przy ich budowie mogą znaleźć zastosowanie w przemyśle samochodowym, służą policji i wojsku 10

Polskie konstrukcje łazików marsjańskich od lat znajdują się w światowej czołówce. Od 2010 roku na zawodach URC zespoły polskich uczelni nie schodzą z podium. Mało tego, już cztery lata z rzędu nasi studenci wygrywali ten prestiżowy konkurs, zaś przez dwa ostatnie lata zwycięzcą okazywał się Legendary Rover Team z Politechniki Rzeszowskiej. W ciągu pięciu lat rzeszowscy studenci zbudowali cztery konstrukcje. W tym roku skupiają się na krajowych zawodach i zapowiadają, że konstrukcje łazików to dopiero początek.      

– W tym roku nasz zespół jest mniej liczny. Mniej skupiamy się na zawodach w Stanach Zjednoczonych, a bardziej skupiamy się na zawodach środowiskowych, które odbędą się w maju i wrześniu w Polsce – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paulina Biedka, studentka Politechniki Rzeszowskiej, od trzech lat związana z Legendary Rover Team.

Pod względem konstrukcji łazików marsjańskich polskie uczelnie nie mają sobie równych. Od 2010 roku na prestiżowym konkursie University Rover Challenge (URC) na pustyni w stanie Utah, nasi studenci nie schodzą z podium. Przez ostatnie cztery lata w konkursie zwyciężała polska uczelnia, w tym w 2015 i 2016 roku Legendary Rover Team z Politechniki Rzeszowskiej.

– Zawody obejmowały w ubiegłym roku cztery zadania: przejazd po trudnym terenie, pomoc astronaucie; kolejnym zadaniem był panel konstrukcyjny, czyli przełączanie przełączników. I ostatnie zadanie, naukowe, polegało na poborze próbki gleby przy użyciu naszego świdra, zamiennie montowanego z manipulatorem, a następnie przeanalizowaniu próbki gleby – wymienia Biedka.

Polacy już dziewięciokrotnie stawali na podium (zespoły Hyperion Team, Legendary Team, Scorpio i Magma). Łaziki marsjańskie stały się wizytówką studentów robotyki z Polski i mogą też stać się polską specjalnością w branży kosmicznej. Jednak choć pojawiały się próby komercjalizacji łazików marsjańskich, dotychczas żadna z konstrukcji nie trafiła do szerszej produkcji. Jednak studenci przekonują, że ma to drugorzędne znaczenie.

– Chcemy poprzez takie projekty się rozwijać, ponieważ to dopiero wstęp do naszej przyszłej pracy. To praktyczne wykorzystanie wiedzy, którą zdobywamy już na uczelni. Fundusze czerpiemy od sponsorów, z projektu „Najlepsi z najlepszych”, także od uczelni i Wydziału Budowy Maszyn i Lotnictwa – podkreśla Patryk Figiel, student Politechniki Rzeszowskiej, odpowiedzialny w łaziku marsjańskim za zadanie astronaut assistance i podwykonawca kompozytów do łazika.

Zdaniem ekspertów, choć budowa łazików marsjańskich jeszcze długo może nie być komercyjnym przedsięwzięciem, to konstrukcje budowane przez polskich studentów będą mieć szersze, niż tylko kosmiczne, zastosowanie. Część wykorzystanych w łazikach konstrukcji może okazać się przydatna w przemyśle samochodowym, służyć policji czy wojsku, np. przy rozbrajaniu niebezpiecznych ładunków.

– Polskie zespoły są nauczone podczas studiów praktyczności. To dzięki temu jesteśmy w stanie rozwiązywać problemy w prosty i niezawodny sposób i dlatego polskie zespoły są tak silne na zawodach – tłumaczy Paulina Biedka.

W większości polskie projekty na tle konstrukcji innych krajów wyróżniały się prostotą. To zaś może okazać się przewagą w komercjalizacji użytych technologii, przede wszystkim ze względu na konkurencyjną cenę. Budowa bardziej skomplikowanych konstrukcji to zaś większa szansa na użycie wykorzystanych technologii w przyszłości na rynku.

– Tworzeniem łazików koło naukowe zajmuje się od 5 lat. Było to spowodowane chęcią zmiany profilu projektowanych obiektów. Po bezzałogowych aparatach latających rozpoczęliśmy prace nad mobilnymi robotami kołowymi, zwanymi łazikami marsjańskimi. W ciągu 5 lat powstały 4 konstrukcje, 4-krotnie koło naukowe wzięło udział w zawodach w Stanach Zjednoczonych. Warto było zacząć projektowanie tego typu obiektów także ze względu na to, że pozwoliło to na zintegrowanie pracy kilku kół naukowych Politechniki – podkreśla dr inż. Przemysław Mazurek, opiekun studenckiego Koła Naukowego Lotników z Politechniki Rzeszowskiej.

Coraz więcej osób ma problem z oceną wiarygodności informacji w sieci. Światowi giganci technologiczni zapowiadają walkę z fake newsami

Coraz więcej osób ma problem z oceną wiarygodności informacji w sieci. Światowi giganci technologiczni zapowiadają walkę z fake newsami 11

Fałszywe informacje coraz częściej wygrywają z prawdziwymi wiadomościami. Młodzi ludzie przyznają, że często nie potrafią odróżnić prawdy od fake newsa. Walkę z wprowadzającymi w błąd publikacjami zapowiedziały największe światowe koncerny technologiczne, jak Google, Facebook, Wikipedia czy Mozilla. Na ten cel zamierzają przeznaczyć 14 mld dol. Fałszywe newsy zmniejszają zaufanie do mediów, a także firm, instytucji  i osób publicznych, to zaś przekłada się na więcej pracy specjalistów z branży PR. 

– Żyjemy w erze postprawdy, w czasach, kiedy informacje fałszywe wygrywają z prawdziwymi, zwłaszcza w kontekście kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych, gdzie news o tym, jak papież popiera Donalda Trumpa, jest najchętniej klikanym nagłówkiem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Wosińska, redaktor PRoto.pl.

Z danych BuzzFeed News wynika, że podczas ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych popularność fałszywych informacji przerosła popularność tych prawdziwych. Wśród najczęściej udostępnianych w tym okresie przez użytkowników Facebooka fake newsów znalazły się materiały o rzekomym poparciu kandydatury Donalda Trumpa przez papieża Franciszka, potwierdzenia przez WikiLeaks sprzedaży broni Państwu Islamskiemu przez Hillary Clinton czy planowanego ujawnienia przez WikiLeaks korespondencji kandydatki demokratów z bojownikami. Fałszywe artykuły na temat wyborów zebrały ponad 8,7 milionów wyświetleń i komentarzy przy 7,3 mln, które zebrały prawdziwe wiadomości.

– Sami nastolatkowie przyznają, że nie są w stanie rozpoznać, które informacje w sieci są prawdziwe, a które fałszywe – zaznacza Wosińska.

Badania Uniwersytetu Stanford wskazują, że większość nastolatków ma problem z rozpoznaniem fałszywych informacji. Ponad 80 proc. uczniów gimnazjów nie rozróżnia informacji sponsorowanej od tekstu informacyjnego. Ponad 66 proc. z nich nie widzi zaś powodów, by nie wierzyć informacjom przedstawionym w takich tekstach.

 Firmy technologiczne zdają sobie sprawę z tego, jak ważną rolę odgrywają w tej dyskusji i w ślad za marką Google, która stworzyła tag fact-checking poszły inne koncerny, jak Facebook i Mozilla. Należą one do grupy 19 organizacji, które powołały nową inicjatywę mającą na celu przywrócenie zaufania do treści. Na ten cel chcą przeznaczyć 14 mln dol. Sam projekt zakłada pokazywanie konsumentom, jak ważne jest dziennikarstwo informacyjne – tłumaczy redaktor PRoto.pl.

Projekt The News Integrity ma propagować dziennikarstwo informacyjne. Weryfikację treści i walkę z fałszywymi newsami zapowiada też Wikipedia. Jeden z jej twórców, Jimmy Wales, chce sprawdzać wiarygodność informacji podawanych przez media, a do współpracy zaprosić redaktorów wolontariuszy i profesjonalnych dziennikarzy.

 Powodem, dla którego powstał nowy projekt, była jedna z wypowiedzi doradczyni Donalda Trumpa. W odpowiedzi na zarzuty o kłamstwo medialne administracji powiedziała, że administracja przekazywała jedynie alternatywne fakty – mówi Wosińska.

Zalew fake newsów przekłada się na dodatkowe obowiązki specjalistów ds. public relations, którzy są zmuszeni prostować coraz więcej informacji. Oceniają oni, że do walki z tym zjawiskiem konieczne jest odkręcanie postów w mediach społecznościowych i postawienie na prawdziwe newsy. Pomocne w tym są zaktualizowane narzędzia służące do monitoringu.

 Fake newsy dotyczą nie tylko polityki, lecz także świata informacji brandowych. Eksperci do spraw PR są zgodni, że czeka ich więcej pracy. Na pytanie, kto powinien weryfikować te informacje brandowe, odpowiadają, że same firmy albo organizacje, które są już do tego dedykowane, czyli Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Izba Wydawców Pracy – wskazuje Magdalena Wosińska.

Polska firma stworzyła wirtualną elektrownię. Jej działanie uchroni przedsiębiorstwa przed niedoborem energii w podczas szczytów zapotrzebowania

Polska firma stworzyła wirtualną elektrownię. Jej działanie uchroni przedsiębiorstwa przed niedoborem energii w podczas szczytów zapotrzebowania 12

Zwiększające się każdego roku szczyty letniego i zimowego zużycia prądu powodują drastyczny wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną. Problem ten ma rozwiązać innowacyjna usługa o nazwie DSR, która umożliwi przesunięcie poboru energii elektrycznej przez niektóre podmioty w inne, nie tak obciążone pory dnia.

Zaletą usługi o nazwie DSR (Demand Side Response) jest to, że wszystkie korzystające z niej strony na niej zyskują. Najbardziej zainteresowani zyskują nieprzerwany dostęp do energii elektrycznej, natomiast inni mogą na tym dodatkowo zarobić. Chodzi o tak zwane negawaty, czyli niewykorzystane megawaty. Powstają one, kiedy odbiorca na pewien czas ogranicza zużycie energii elektrycznej, co może mieć kluczowe znaczenie podczas tak zwanych szczytów zapotrzebowania. Występują one codziennie rano i wieczorem, ale największe poziomy osiągają w najbardziej energochłonne dni zimy i lata. I właśnie wtedy z pomocą przychodzi usługa DSR.

– DSR to odpłatne działanie strony popytowej, ku zapewnieniu bezpieczeństwa w krajowym systemie elektroenergetycznym. Polega na przesunięciu poboru energii elektrycznej w inne pory dnia, kiedy nie występują niedobory. Jest to również przesunięcie poboru energii podczas procesów pomocniczych, a także poprzez wykorzystanie generacji wewnętrznej u naszych klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Chylmański z firmy Enspirion (Grupa Kapitałowa Energa).

Aby zwiększyć efektywność zarządzania energią elektryczną, firma Enspirion – największy w Polsce agregator skupiający potencjał negawatów oferowanych przez odbiorców – buduje także tak zwaną wirtualną elektrownię. Ma ona pełnić rolę narzędzia, gromadzącego doświadczenie usług bilansujących i systemowych. Zadaniem systemu jest analiza poboru energii elektrycznej klientów przemysłowych i dostosowanie go do warunków pogodowych lub występujących awarii. Ponadto system ma również ustalać harmonogram pracy w systemie.

– Idealnie byłoby, gdyby taka wirtualna elektrownia to był samobilansujący się system elektroenergetyczny. Enspirion przeprowadził do tej pory 24 akcje redukcyjne, podczas których zredukowaliśmy ok. 2,5 gigawatów energii elektrycznej. Współpracujemy ze wszystkimi branżami energochłonnymi, w szczególności są to kopalnie, kopalnie surowców mineralnych, huty, odlewnie, przemysł spożywczy i cementownie – komentuje Piotr Chylmański.

Akcje redukcyjne przeprowadzane były w czasie tzw. euroszczytu, czyli okresu między godziną 7 rano a 22. Piotr Chylmański przekonuje przy tym, że współpraca z Enspirion to czysty zysk, bowiem firma planuje wprowadzić system, który będzie wynagradzał za przeprowadzoną redukcję.

– Planujemy wprowadzić model wynagradzania, gdzie klienci będą zyskiwać za to, że są gotowi do przeprowadzenia redukcji w każdej chwili. W obecnym modelu współpracy z operatorem sieci przesyłowych zakontraktowaliśmy umowy na okres euroszczytu, czyli od godziny 7 do 22, aczkolwiek latem najbardziej zagrożone godziny to od 11 do 15, natomiast zimą od 17 do 21. Akcje te były przeprowadzone na rzecz operatora sieci przesyłowej, a także dla Energii Obrót, gdzie głównym bodźcem do wykonania usługi redukcji są ceny na rynkach spot – podkreśla Piotr Chylmański.

Ponadto firma Enspirion zaplanowała wprowadzenie technologii uczenia maszynowego, dzięki któremu możliwa stanie się jeszcze skuteczniejsza analiza czynników zewnętrznych, a tym samym jeszcze efektywniejsze przeprowadzenie akcji redukcyjnych.

– Planujemy również wprowadzenie głębokich sieci neuronowych do naszych systemów informatycznych. Dadzą one możliwość dogłębnej analizy krajowego systemu elektroenergetycznego, co pozwoli na lepsze przeprowadzenie akcji redukcyjnych – zapowiada Piotr Chylmański.

W tym roku liczba aut zasilanych gazem może przekroczyć 3 mln. Rynek napędzają korzystne ceny tego paliwa

W tym roku liczba aut zasilanych gazem może przekroczyć 3 mln. Rynek napędzają korzystne ceny tego paliwa 13

Relatywnie niższe ceny gazu LPG względem tradycyjnych paliw napędzają rynek samochodów na gaz. Po polskich drogach jeździ już blisko 3 mln pojazdów zasilanych tym surowcem. Polityka akcyzowa będzie w tym roku i w następnych latach stabilna, podobnie jak ceny surowca, dlatego spodziewam się stabilnych cen autogazu – prognozuje Sylwester Śmigiel, prezes Gaspolu.

– W 2016 roku zanotowaliśmy wzrost sprzedaży gazu. Rynek osiągnął 2,33 mln ton, to blisko 5-proc. wzrost w ciągu roku. To pozytywne zaskoczenie. Spodziewaliśmy się wprawdzie wzrostu, ale był on jednak większy, niż wskazywały wcześniejsze prognozy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sylwester Śmigiel, prezes Gaspolu i członek prezydium Polskiej Organizacji Gazu Płynnego.

Roczny raport POGP wskazuje, że na wzrost konsumpcji gazu duży wpływ miała większa sprzedaż autogazu – wyniosła ona blisko 1,8 mln ton (wzrost o 5,9 proc.) i stanowiła 76 proc. w całości rynku. Każdy z pozostałych segmentów rynku, czyli gaz do zbiorników (poza autogazem) i butlowy, odpowiada za ok. 12 proc. łącznej sprzedaży w Polsce. Jednocześnie sprzedaż gazu w butlach spadła, wzrosła zaś sprzedaż gazu do zbiorników.

Produkcja krajowa LPG wzrosła o ponad 17 proc. do 440 tys. ton, stanowiło to jednak nieco mniej niż 19 proc. krajowego zapotrzebowania. Głównie bazujemy na dostawach ze Wschodu, przede wszystkim z Rosji (59 proc. i 11,2 mln ton przez 11 miesięcy 2016 roku ) i Kazachstanu (18 proc. i 367 tys. ton). Dostawy z Białorusi i Litwy stanowią po ok. 6 proc. dostaw. Łącznie z tych czterech krajów pochodzi ok. 90 proc. dostaw do Polski.

– Niezależnie od tego, że na polski rynek wpływa więcej gazu, więcej też reeksportujemy. W 2016 roku zanotowaliśmy większą sprzedaż do krajów sąsiadujących – na poziomie 280 tys. ton – wyjaśnia Śmigiel. – Ceny były w miarę stabilne. W drugiej połowie 2016 roku zanotowaliśmy co prawda lekki wzrost, który przełożył się na ceny detaliczne. Mimo to relacje, jeżeli chodzi o główny segment rynku, czyli autogaz, utrzymywały się na bardzo korzystnym poziomie względem paliw tradycyjnych, benzyny bezołowiowej.

Raport wskazuje, że wyższy poziom konsumpcji w segmencie to rezultat rozszerzenia oferty koncernów motoryzacyjnych o samochody fabrycznie wyposażone w instalację LPG. Coraz częściej gaz jest postrzegany jako paliwo pełnowartościowe. Podstawową kwestią był jednak poziom cen detalicznych poszczególnych rodzajów paliw.

Średnioroczna cena detaliczna autogazu w ubiegłym roku wynosiła 1,81 zł/l i była o prawie 9 proc. niższa niż w 2015 roku i o blisko 30 proc. względem 2014 roku. Przez cały rok utrzymywała się korzystna proporcja średniomiesięcznych cen autogazu do cen benzyny EU 95 (41,7 proc.) – rok temu było to 43,2, a w latach 2013–2014 – 48,8 proc. Tak korzystne relacje cenowe przyczyniły się do nienotowanego od lat zainteresowania autogazem i w konsekwencji znaczącego wzrostu sprzedaży w tym segmencie rynku LPG.

– Ta różnica była na tyle korzystna dla użytkowników autogazu, że zanotowaliśmy dość spory wzrost liczby samochodów [o 63 tys. sztuk – red.]. Tym samym zbliżyliśmy się już prawie do magicznej liczby 3 mln samochodów, które są napędzane autogazem. Jestem przekonany, że w 2017 roku ta liczba zdecydowanie przekroczy już 3 mln użytkowników autogazu – analizuje prezes Gaspolu.

Z raportu POGP wynika, że auta z instalacją LPG stanowią 14,6 proc. wszystkich samochodów – to o 0,2 pkt proc. mniej niż w 2015 roku.

– O ile nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, ceny powinny być w 2017 roku w miarę stabilne, zarówno jeżeli chodzi o autogaz, jak i gaz do celów grzewczych. Zagrożeniem może być polityka fiskalna, ale myślę, że żadnej niespodzianki nie będzie i będzie ona w tym roku i następnych latach stabilna, podobnie jak ceny surowca – prognozuje Sylwester Śmigiel.

Branża IT szuka pracowników. Pomóc w tym ma specjalnie stworzona aplikacja przypominająca serwis randkowy

Branża IT szuka pracowników. Pomóc w tym ma specjalnie stworzona aplikacja przypominająca serwis randkowy 14

Filttr to aplikacja mobilna służąca do rekrutacji fachowców z branży IT. Obecnie zrzesza ponad 40 tys. programistów, administratorów, analityków i testerów. Program jest bezpłatny i przypomina serwis randkowy Tinder.

Filttr jest pierwszą w Polsce aplikacją mobilną, która łączy pracodawców i kandydatów z branży IT. Aktualnie nasza społeczność liczy ponad 40 tysięcy specjalistów z branży IT, którzy powiedzieli nam, że są otwarci na propozycje lepszej pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Lemieszek, współzałożyciel Filttr.

Aplikacja przypomina serwis Tinder, służący do nawiązywania kontaktów towarzyskich, bowiem również opiera się na tzw. dopasowaniu. Dzięki temu Filttr pełni de facto rolę agenta, który dostarcza wyłącznie oferty precyzyjnie dopasowane do kandydatów.

– Kandydaci otrzymują wyłącznie konkretne oferty, które zawierają informacje o przedziale wynagrodzeniowym, a także informacje o technologii potrzebnej w danym projekcie – wyjaśnia Piotr Lemieszek.

Z badania przeprowadzonego przez specjalistów z infoShare Academy wynika, że w 2020 roku na całym świecie będzie brakowało ok. 1 mln programistów. Zapotrzebowanie na pracowników branży IT jest duże również w Polsce. 2016 roku zanotowano deficyt niemal 50 tys. specjalistów, co oznacza, że fachowcy mogą przebierać w ofertach.

Aktualnie programiści otrzymują ok. 36 ofert rocznie, a więc ok. 3 ofert pracy miesięcznie. W tej konkretnej sytuacji oczekują od pracodawców precyzyjnych informacji i nie ma nic absolutnie gorszego od spotkania z rekruterką bądź rekruterem, który nie ma zielonego pojęcia o danej technologii, w której programista miałby pracować – twierdzi Piotr Lemieszek.

Aplikacja umożliwi pracodawcy nie tylko dotarcie do kandydatów, którzy dokładnie spełniają jego oczekiwania, lecz także da możliwość kontaktu tylko z tymi kandydatami, którzy wyrazili zainteresowanie jego ofertą. To znacząco upraszcza cały proces rekrutacyjny.

Z punktu widzenia pracodawcy trafia on wyłącznie do tych kandydatów, którzy spełniają jego oczekiwania. Ustawia konkretne wymagania związane ze stackiem technologicznym, z doświadczeniem, a także informacjami związanymi z dodatkami, jakie tutaj są proponowane w danej ofercie pracy i kandydat decyduje, czy jest zainteresowany lub też nie – komentuje Piotr Lemieszek.

Aplikacja jest darmowa dla wszystkich użytkowników, dzięki czemu każdy fachowiec może bez problemu pobrać ją na swój telefon. Rekomendowanym system to Android, natomiast w przypadku, kiedy użytkownik korzysta z innego systemu, twórcy zachęcają do rejestrowania się za pośrednictwem strony internetowej www.filttr.pl. Jeśli chodzi o pracodawcę, to musi on ponieść koszty za udostępnienie mu specjalnego panelu rekrutacyjnego. Co istotne, tylko w momencie, kiedy dany specjalista zostanie zatrudniony.

W tym momencie, jeśli chodzi o płatności i o pieniądze, to płaci tylko pracodawca i tylko za sukces. Filttr pobiera opłatę wyłącznie za zatrudnionego programistę i ta opłata jest po stronie  pracodawcy – mówi Piotr Lemieszek.

Aplikacja Filttr została stworzona dla branży IT i przez ludzi z branży IT. Kluczowa według twórców była wiedza i znajomość tego obszaru. W konsekwencji udało stworzyć się narzędzie kompletne.

Aplikacja została stworzona przez osoby, które się na tym bardzo dobrze znają. Wykorzystaliśmy całą swoją wiedzę i doświadczenie, które zdobyliśmy w branży IT. A wszystko po to, by stworzyć narzędzie dla wszystkich specjalistów z sektora IT – podsumowuje Piotr Lemieszek.

KGHM spodziewa się lekkiej zwyżki cen surowców. Na inwestycje spółka wydawać będzie w najbliższych latach 2 mld zł rocznie

KGHM spodziewa się lekkiej zwyżki cen surowców. Na inwestycje spółka wydawać będzie w najbliższych latach 2 mld zł rocznie 15

W I kwartale 2017 roku KGHM-owi udało się po raz pierwszy uzyskać zysk operacyjny z kosztownej inwestycji w chilijską kopalnię Sierra Gorda. Spółka chce się skupić na stabilizacji produkcji miedzi i molibdenu w tym kraju. W Polsce ma natomiast kilka projektów m.in. przygotowania złoża Głogów Głęboki. Na inwestycje w ciągu następnych pięciu lat przeznaczać będzie średnio 2 mld zł rocznie.

– Chcemy przede wszystkim utrzymać stabilność i przewidywalność. Wyniki w I kwartale potwierdzają, że trzymamy się założeń budżetowych, jesteśmy nawet ponad te założenia, które przyjęliśmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Domagalski-Łabędzki, prezes zarządu KGHM. – To pochodna tego, że rynek okazał się bardziej sprzyjający dla producentów miedzi i srebra, niż to było założone. Cieszy nas przede wszystkim to, że mamy przewidywalne wydobycie i produkcję w Polsce.

W I kwartale 2017 roku KGHM miał 4,9 mld zł skonsolidowanych przychodów, o 1 mld zł więcej niż rok wcześniej. Zysk EBITDA wyniósł niemal 1,6 mld zł wobec niespełna 1 mld zł przed rokiem, a na akcjonariuszy jednostki dominującej przypadło netto 398 mln zł, dwa i pół razy tyle, co między styczniem a marcem 2016 roku.

Jednak aż 1,3 mld zł z 1,6 mld zł zysku EBITDA przyniosła działalność w Polsce.

– W Polsce chcemy realizować projekty inwestycyjne, które już ogłosiliśmy – zapowiada prezes KGHM. – Przygotowanie nowego złoża Głogów Głęboki jest ogromnym wyzwaniem, podobnie jak zakończenie programu pirometalurgii. Jest kilka innych takich projektów, które utrzymują nas niezmiennie w czołówce producentów miedzi. 2 mld zł to w okresie kolejnych 5 lat średnia, jaką chcemy przeznaczyć na nasze inwestycje.

Na najbardziej kontrowersyjnej inwestycji w Sierra Gorda wciąż ciąży strata netto, choć udało się ją zmniejszyć do 143 mln zł z 244 mln zł rok wcześniej. Na poziomie operacyjnym kopalnia przyniosła 34 mln zł zysku wobec 85 mln zł straty przed rokiem.

– Poprawiliśmy wyniki na Sierra Gorda. Mamy dodatni EBIT pierwszy raz historycznie w ujęciu kwartalnym. Nie zmienia to faktu, że jest to nasze główne wyzwanie w tej chwili, bo jest to projekt nowy, produkcja nie jest jeszcze ustabilizowana. Cały czas pracujemy nad poprawą efektywności, ustabilizowaniem zwłaszcza procesów związanych z uzyskaniem molibdenu i miedzi – informuje Radosław Domagalski-Łabędzki. – Mamy trudne złoże. To nie jest żadna tajemnica, że musimy być wyjątkowo efektywni w procesie operacyjnym, by zapewnić temu projektowi ekonomiczność. Zwłaszcza jeśli chodzi o uzyski molibdenu, jest lepiej, tylko musi być stabilnie. To jest największe wyzwanie.

Do poprawy znacząco przyczyniły się wyższe ceny surowców. Miedź była droższa o jedną czwartą niż w okresie porównawczym, zaś srebro o kilkanaście procent. Wzrosły też ceny molibdenu. I chociaż srebro jest dziś tańsze niż przed rokiem, bo jego cena mocno rosła w II kwartale 2016 roku, to w przypadku miedzi aż do przełomu listopada i grudnia można liczyć na efekt bazy.

– Myślę, że fundamenty makroekonomiczne są na tyle sprzyjające, że możemy optymistycznie założyć, że nie wrócimy już do tych niskich notowań poniżej 5 tys. dol. za tonę, które widzieliśmy w 2016 roku. Nie spodziewałbym się też jakichś istotnych zwyżek, raczej staramy się być ostrożni i konserwatywni w przewidywaniu przyszłości, ale nie widać też istotnych ryzyk – uważa Domagalski-Łabędzki. – Jeżeli Chiny utrzymają stabilność wzrostu opartego również na inwestycjach, jeśli w USA nowy prezydent będzie konsekwentnie realizował plany inwestycyjne w infrastrukturze, to przełoży się na jeszcze większy popyt na miedź i w oczywisty sposób na wyższe ceny, więc możemy sobie pozwolić na optymizm.

Przyszłością internetu personalizacja ofert w czasie rzeczywistym. Będą dopasowane do konkretnych klientów, a nawet ich emocji

Przyszłością internetu personalizacja ofert w czasie rzeczywistym. Będą dopasowane do konkretnych klientów, a nawet ich emocji 16

W dobie rosnących oczekiwań rynek zmuszony jest do ciągłych zmian w celu dopasowania się do klienta i zaspokojenia jego potrzeb. Zdaniem ekspertów w niedalekiej przyszłości o komfort konsumentów coraz częściej będą dbać algorytmy, które w czasie rzeczywistym przeanalizują informacje o użytkowniku i na tej podstawie spersonalizują kierowaną do niego ofertę.

Analityka w czasie rzeczywistym zapewni masowy wzrost personalizacji, umożliwiając sprawdzanie na bieżąco aktywności użytkowników witryny lub aplikacji. Według autorów raportu „Industrial Internet of Things: Unleashing the Potential of Connected Products and Services”, rynek znajduje się obecnie w okresie przejściowym pomiędzy fazami „biznes oparty na wynikach” a „nowe produkty i usługi”, która pochłonie tę pierwszą w ciągu najbliższych dwóch lat.

– Klienci chcieliby, żeby sposób komunikowania się z nimi był jak najbardziej zbliżony do tego, jak ludzie podejmują decyzję. Innymi słowy, mam przedstawianą jakąś propozycję czy ofertę i na bieżąco oceniam, na ile jest ona dla mnie atrakcyjna, a na ile nie jest. Jeżeli zmieniają się moje uwarunkowania, w tym momencie klienci również oczekiwaliby, żeby taka rekomendacja się zmieniła – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dariusz Jańczuk, analityk biznesowy firmy SAS Polska.

Ekspert tłumaczy, że cały proces będzie maksymalnie uproszczony, a wszystko po to, by w razie potrzeby klient mógł natychmiast skorzystać z zaproponowanej oferty.

– Wyobraźmy sobie klienta, który próbuje wypłacić środki w bankomacie ze swojego konta. Wkłada on kartę, wpisuje kwotę, jaką chce, natomiast nie ma wystarczającej ilości środków do tego, aby taką transakcję zakończyć. W klasycznym podejściu w takim momencie wyświetlilibyśmy mu w bankomacie informację, że nie ma wystarczających środków i transakcja by się zakończyła. Natomiast wiemy bardzo dużo o kliencie i możemy te informacje przekuć w ofertę, którą tu i teraz moglibyśmy mu zaproponować. Formalności mógłby dopełnić za pomocą aplikacji lub kontaktując się z konsultantem. Wszystko szybko i wygodnie ­– wyjaśnia Dariusz Jańczuk.

Ponadto klient robiący zakupy przez internet mógłby liczyć na instrukcje, które umożliwiłyby mu wcześniejsze obejrzenie i sprawdzenie produktu w najbliższym sklepie stacjonarnym. Aby zachęcić wahającego się konsumenta do transakcji, sklep mógłby automatycznie zaproponować rabat. Ponadto sieć otrzymałaby informacje o każdym kroku użytkownika i jego preferencjach zakupowych.

– Aplikacja mobilna może pozwalać na śledzenie klienta i w momencie, kiedy wychodzi ze sklepu, wiemy, czym był zainteresowany, i wiemy również, że nie dokończył swojego zakupu. W takiej sytuacji możemy mu szybko wysłać za pomocą aplikacji komunikat zachęcający go do sfinalizowania transakcji, a na przykład zachętą może być dodatkowy rabat, chociażby 15-procentowy. I w tym momencie klient zachęcony korzystną propozycją, którą otrzymał, dokonuje zakupu – komentuje Dariusz Jańczuk.

Współczesne narzędzia pozwalają śledzić interakcje z klientem na bieżąco, w czasie rzeczywistym, za pomocą różnego rodzaju kanałów. Taki sposób pozwala określić, kim jest konsument i jakie są jego preferencje.

– Śledząc interakcje, gromadzimy bardzo dużo cennych informacji o tym, kim jest klient i jakimi produktami jest zainteresowany. Ponadto sami klienci w trakcie tych interakcji potrafią nam przekazać dużo cennych wskazówek, które pozwalają nam przygotować dla niego odpowiednia ofertę twierdzi Dariusz Jańczuk.

Analityk biznesowy SAS Polska wyjaśnia także, że informacje i sposoby identyfikacji klienta różnią się w zależności od branży, w jakiej się porusza.

– Jeżeli jesteśmy operatorem telefonii komórkowej, to klient po obejrzeniu interesującej oferty być może zechce za pomocą tej samej strony sprawdzić ilość dostępnych środków na koncie pre-paidowym. Jeżeli jesteśmy bankiem, to tu również klient po zapoznaniu się z ofertą, którą dla niego mamy, może zechcieć zalogować się do bankowości internetowej i sprawdzić, jakie ma dostępne saldo. Te wszystkie wskazówki śledzone na bieżąco pomagają nam w tym, aby zidentyfikować klienta i od pewnego momentu wszystkie interakcje traktować jako interakcje ze znanym klientem – podkreśla Dariusz Jańczuk.

Ponadto uważa, że rozwijają się również inne kanały komunikacji. Dariusz Jańczuk wskazuje, że klienci chcieliby się komunikować z organizacjami w sposób bardziej naturalny, dlatego coraz większą rolę odgrywają asystenci głosowi.

– Jeżeli zaczniemy się komunikować z klientami, wykorzystując język naturalny, to dodatkowo zyskamy też nowe cenne źródło informacji o kliencie, ponieważ za pomocą tego typu kanałów klient przekazuje nie tylko treść, lecz także emocje. Znając emocje klienta, możemy odpowiednio dopasować ofertę – podsumowuje Dariusz Jańczuk.

Polski rejestr dawców szpiku jednym z największych w Europie. Liczba dawców szybko rośnie

Polski rejestr dawców szpiku jednym z największych w Europie. Liczba dawców szybko rośnie 17

W ciągu ostatnich 25 lat liczba chorych na nowotwory krwi wzrosła dwukrotnie. Dla 75 proc. pacjentów szansą na powrót do zdrowia jest przeszczepienie komórek macierzystych od niespokrewnionego dawcy. Bardzo ważną rolę pełnią rejestry dawców niespokrewnionych. Polski rejestr z 1,2 mln dawców jest na trzecim miejscu w Europie i szóstym na świecie pod względem liczby zarejestrowanych osób. Im więcej zarejestrowanych, tym większa szansa na znalezienie bliźniaka genetycznego dla pacjentów chorujących na nowotwory krwi.

– Misją Fundacji DKMS jest znalezienie dawcy dla każdego pacjenta, który potrzebuje przeszczepienia krwiotwórczych komórek od dawcy niespokrewnionego. Naszą działalność rozpoczęliśmy w lutym 2009 roku. W tym czasie w Polskim rejestrze niespokrewnionych dawców szpiku znajdowało się około 40 tys. potencjalnych dawców. Na ten moment jest ich już ponad 1,2 mln, w tym w bazie Fundacji DKMS zarejestrowanych jest blisko 1,1 mln – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sylwia Zakrzewska, koordynatorka rekrutacji dawców w Fundacji DKMS.

Dla chorych na nowotwory krwi często jedyną szansą na przeżycie jest przeszczep krwiotwórczych komórek macierzystych. Tylko co czwarty chory znajduje dawcę w obrębie rodziny. Pozostali muszą liczyć na niespokrewnionego dawcę.

 Rejestr potencjalnych dawców krwiotwórczych komórek macierzystych w Polsce jest obecnie trzecim rejestrem w Europie, a szóstym na świecie pod względem liczby zarejestrowanych dawców. Z roku na rok znacząco rośnie liczba osób chcących podzielić się cząstką siebie z osobami, które chorują na nowotwory krwi – komentuje Zakrzewska.

Dane BMDW (Bone Marrow Donors Worldwide) wskazują, że na świecie łącznie zarejestrowanych jest ok. 30 mln osób, z czego 1,2 mln to Polacy. W naszym kraju już 4,1 tys. osób zostało faktycznym dawcą.

Wielu Polaków chce być dawcami komórek krwiotwórczych, zgłaszają się jako dawcy komórek krwiotwórczych i ostatecznie zostają tymi dawcami, nie tylko dla pacjentów z Polski. Większość pobrań komórek krwiotwórczych jest dla innych krajów – mówi dr hab. n. med. Grzegorz Basak z Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Dawcą może zostać każda osoba w wieku 18–55 lat o dobrym ogólnym stanie zdrowia. Rejestracji można dokonać np. podczas Dni Dawcy Szpiku lub przez internet na stronie Fundacji DKMS. Jak ocenia resort zdrowia, polski rejestr wyróżnia się na tle Europy ze względu na młody wiek potencjalnych dawców. Zdecydowana większość nie przekroczyła 40 lat.

– Centralny rejestr dawców komórek krwiotwórczych jest niezbędny, aby móc znaleźć dla pacjentów dawcę niespokrewnionego. Najpierw poszukujemy dawcy jak najbardziej lokalnego, który najbardziej prawdopodobne, że będzie genetycznie zbliżony, będzie tzw. bliźniakiem genetycznym. Jeżeli takiego dawcy nie ma w rejestrze ogólnopolskim, kontaktujemy się z rejestrami innych krajów. Jeżeli nie ma dawcy w Polsce, może się okazać, że znajdzie się w Niemczech, Hiszpanii, Brazylii czy nawet w Chinach – tłumaczy Grzegorz Basak.

Szansa na zlezienie swojego bliźniaka genetycznego, czyli osobę o identycznym układzie antygenów HLA, jest niewielka. W najlepszym wypadku to 1 do 20 tys., a w najgorszym zaś to 1 do kilku milionów. Największe szanse mają osoby białej rasy – udaje się znaleźć dawcę dla 80 proc. z nich. Dla porównania w przypadku Afroamerykanów czy Latynosów w USA wskaźnik ten jest o wiele niższy.

– Rozbudowywanie rejestrów i dalsze zwiększanie liczby potencjalnych dawców jest bardzo ważne, zwłaszcza żeby pokryć możliwość pobrania komórek krwiotwórczych dla tych, dla których obecnie nie udaje się ich znaleźć, m.in. ze względu na rzadsze kombinacje cząsteczek HLA. To nie jest łatwe. Dlatego, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo pobrania komórek krwiotwórczych dla takich osób, czasami trzeba zrekrutować naprawdę ogromną liczbę dawców – podkreśla dr hab. n. med. Grzegorz Basak.

Na świecie co 35 sekund ktoś się dowiaduje, że choruje na nowotwór krwi. W Polsce co godzinę zostaje u kogoś zdiagnozowana białaczka. W ciągu ostatnich 25 lat liczba chorych na choroby hematoonkologiczne wzrosła dwukrotnie. Ponad połowa chorych to osoby w wieku 50–79 lat, jednak coraz częściej z chorobą zmagają się ludzie młodzi, często dzieci.

W Warszawie w dniach 13–14 maja zostanie zorganizowana akcja „Warszawa walczy o Małgosię i Miłosza”. Akcja odbędzie się równocześnie na Polu Mokotowskim (godz.11:00–19:00), Parku Szczęśliwickim (godz.8:00–18:30) oraz na Placu Defilad przy Teatrze Studio (godz. 11:00–20:00).

– Akcja została zorganizowana dla dwójki dzieci z Warszawy, sześcioletniej Małgosi oraz dziewięcioletniego Miłosza, i innych chorych. Małgosia choruje na anemię aplastyczną, zaś Miłosz na ostrą białaczkę limfoblastyczną – mówi Sylwia Zakrzewska. – Zapraszamy wszystkie osoby, które chcą się zarejestrować, oraz osoby, które chciałyby uzyskać informację na temat dawstwa szpiku.

Polacy stworzyli innowacyjną technologię wyświetlania w powietrzu obrazu. Można go dotykać i obracać

Polacy stworzyli innowacyjną technologię wyświetlania w powietrzu obrazu. Można go dotykać i obracać 18

Leia Display to jedyny na świecie innowacyjny system, który pozwala na interakcję z wirtualnym obrazem wyświetlanym bezpośrednio w powietrzu, w wysokiej jakości i w dużych rozmiarach. Rozwiązanie zaprojektowane i wyprodukowane przez polską firmę wykorzystuje między innymi parę wodną oraz specjalne czujniki ruchu, dzięki czemu wygląda lepiej niż wiele efektów specjalnych, jakie można zobaczyć w filmach science-fiction. I w przeciwieństwie do tego, co widzieliśmy w „Gwiezdnych Wojnach”, rzeczywiście działa, znajdując zastosowanie podczas premier produktów wielkich marek, na specjalnych pokazach czy w muzeach.

Leia Display umożliwia wyświetlanie obrazów w powietrzu. Gdybyśmy wzięli projektor i szybę to obraz z projektora zatrzymałby się na szybie. My zastępujemy szybę cienką warstwą pary wodnej, dzięki temu można przejść przez taki ekran lub wejść z nim w interakcję. Specjalne czujniki wychwytują nasze ruchy w obrębie ekranu, dzięki czemu zachowuje się on jak jeden wielki ekran dotykowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Panek z firmy Leia Display System.

Technologia wyświetlania na parze jest rozwijana i dopracowywana już od 20 lat. Jedną z osób, które odegrały kluczową rolę w jej rozwoju, jest Daniel Skutela z firmy Leia Display System. Ok. 5 lat temu polski konstruktor wpadł na pomysł, który pozwolił ulepszyć tę technologię i tym samym zdecydowanie poprawić jakość wyświetlanego obrazu.

Wyświetlanie obrazu na dymie czy na parze wodnej nie jest niczym nowym, natomiast my usprawniliśmy aerodynamikę tego rozwiązania. Nasz patent polega na tym, że ta aerodynamika jest unikalna, dzięki czemu ekran pozostaje laminarny, nie turbulentny, co z kolei sprawia, że obraz wyświetlany na nim jest czysty, wyraźny i taki niemal holograficzny – komentuje Daniel Skutela.

Konstruktor firmy Leia Display System twierdzi, że kluczem i największą zaletą opatentowanej technologii jest usystematyzowana struktura powierzchni tworzonej przez parę wodną, na której wyświetlany jest obraz.

Z samą parą wodną nic nie zrobiliśmy, tylko nadaliśmy jej kierunek, w którym ma się przemieszczać i zmieniliśmy sposób w jaki ma się przemieszczać. Innymi słowy, ma wędrować z punktu A do punktu B, nie napotykając na żadne przeszkody po drodze czy na żadne turbulencje – dodaje Daniel Skutela.

Technologia Leia Display została opatentowana, bowiem para przemierza odległości, jakich nie jest w stanie uzyskać żadna inna firma na całym świecie. Tym samym ekrany polskiego producenta oferują wysoką jakość wyświetlanego obrazu i może być to obraz o naprawdę dużych rozmiarach.

W naszym wypadku, a więc modelu Lei X 300, jest to 2,5 metra wysokości ekranu – to najwyższy wynik ze wszystkich firm na świecie, które produkują tego typu rzeczy. Dzięki temu, że para nie robi się turbulentna, tylko wędruje na duże odległości, możemy uzyskać bardzo wysoką jakość wyświetlanego obrazu – twierdzi Marcin Panek.

Ekrany Leia Display znajdują zastosowanie na całym świecie. Idealnie spisują się na targach, prezentacjach, ważnych premierach czy w muzeach. Sprzedawane są od Meksyku po Koreę Południową, a także w tak egzotycznych lokalizacjach jak choćby Dubaj czy Chiny.

Okazuje się, że najbardziej zależy na tym ludziom w muzeach lub instytucjach kultury, które swoim przekazem chcą zaciekawić potencjalnych odbiorców. Poza tym bardzo fajnie jest mieć tego typu rozwiązanie na eventach czy targach, bowiem daje to możliwość wbudowania ekranu w różne konwencje i scenografie. Ponadto technologia może być wykorzystana jako wejście na imprezę (wirtualna postać zaprosi ludzi do przejścia dalej) bądź też można wykorzystać ją jako logo obracające się w 3D – wylicza Marcin Panek.

Co ważne, twórcy Leia Display nie osiadają na laurach i już pracują nad kolejnymi unowocześnieniami dla swojego systemu. W przyszłości na rynku ma pojawić się ekran, który będzie dużo mniejszy, a tym samym będzie o wiele łatwiej dostępny i tańszy.

W tej chwili pracujemy nad zmniejszeniem wielkości ekranu oraz zwiększeniem jego dostępności, tak aby mogła z nich korzystać każda firma, np. na targach. Próbujemy stać się uniwersalnym i ciekawym środkiem przekazu informacji – podsumowuje Marcin Panek.

Nowe przepisy o egzekucji komorniczej zaszkodzą firmom

Krzysztof Kajda
Krzysztof Kajda

Konfederacja Lewiatan zwróciła się z apelem do wicepremiera Mateusza Morawieckiego o podjęcie działań przeciwdziałających wejściu w życie niekorzystnych dla wierzycieli (a w szczególności dla przedsiębiorców) zmian zaproponowanych przez resort sprawiedliwości w projekcie nowej ustawy o komornikach sądowych oraz nowej ustawy o kosztach komorniczych.

– Oba projekty ustaw dotyczące egzekucji komorniczej, które wkrótce trafią pod obrady rządu, zdestabilizują system egzekucji i przyniosą wymierne straty państwu – zarówno finansowe dla budżetu, jak i wizerunkowe poprzez obniżenie wiarygodności w oczach inwestorów – mówi Krzysztof Kajda, radca prawny, dyrektor departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Wprowadzenie w życie tych przepisów spowoduje redukcję kosztów, w tym personelu w kancelariach komorniczych, zaniechanie inwestycji przez komorników, spadek skuteczności kancelarii w odzyskiwaniu długów, rezygnację z dochodzenia przez wierzycieli z roszczeń do pewnych kwot (w zależności od branży np. do kwoty 1.000 – 2.000 zł) i przerzucenie części kosztów na Skarb Państwa, redukcję zatrudnienia po stronie wierzycieli lub wzrost cen usług (w celu zniwelowania kosztów związanych ze „złym długiem”) oraz wydłużenie czasu dochodzenia roszczeń.

Kluczową zmianą proponowaną przez Ministerstwo Sprawiedliwości jest kolejne ograniczenie prawa wierzycieli do korzystania ze sprawnych i sprawdzonych komorników. Pod koniec 2015 r. wprowadzono już limit spraw z wyboru dla komorników do 5 tys. (mniej niż 1% komorników uzyskało w 2016 r. wskaźnik skuteczności powyżej 35%, który umożliwia skorzystanie z drugiego pułapu, tzn. z 10 tys. spraw, a zatem jako realnie obowiązujący należy uznać limit 5 tys. spraw).

Planowane jest kolejne ograniczenie możliwości wyboru do 2,5 tys. spraw oraz do obszaru sądu apelacyjnego. Preferowane mają być kancelarie małe i średnie, jako cechujące się najwyższą sprawnością i skutecznością w egzekucji. Niestety, projektodawca pomija w uzasadnieniu interes wierzycieli – tak, jakby nowe regulacje w ogóle ich nie dotyczyły.

Konfederacja Lewiatan uważa, że zmiana uderzy także w kancelarie średnie, a będzie korzystna jedynie dla kancelarii mikro, które mają minimalne koszty własne. Jednak bez środków na inwestycje kancelarie mikro nie będą w stanie zapewnić wierzycielom egzekwowania roszczeń na poziomie skuteczności, który dzisiaj gwarantują średnie. To będzie wymierna strata dla wszystkich wierzycieli.

Inne zmiany, m.in. zmniejszające opłaty egzekucyjne czy obowiązek odprowadzania znacznej części przychodów przez komorników do Skarbu Państwa, będą uniemożliwiały komornikom zwiększanie wydatków na prowadzenie kancelarii, zatrudnianie pracowników w celu poprawy efektywności wobec wpływu nowych, innych niż dotychczasowe spraw.

Wśród wierzycieli (w szczególności masowych tj. z branży energetycznej, telekomunikacyjnej i finansowej) już pojawia się coraz większa trudność w znalezieniu komorników potrafiących bez zaległości obsłużyć dziesiątki lub setki drobnych spraw. Dla takich wierzycieli działalność windykacyjna jest poboczną i odnotowują oni ogromne straty wynikające z faktu, że złożone wnioski egzekucyjne do nich wracają (komornicy odmawiają przyjmowania spraw) i muszą poświęcać czas na selekcjonowanie regionalnych komorników działających sprawnie i w sposób nowoczesny. Problem ten po wprowadzeniu nowych przepisów będzie się jeszcze pogłębiał.

Całkowicie niezrozumiały jest także powrót do ograniczeń terytorialnych komorników. Nie uzasadnia tego w żaden sposób możliwość wizyty interesantów w kancelariach komorniczych, gdyż np. sprawę dłużnika mieszkającego w niedalekiej odległości od Warszawy, zgodnie z właściwością sądu apelacyjnego, będzie mógł prowadzić komornik z Suwałk, a nie będzie mógł prowadzić komornik z Warszawy lub okolic. Obecnie ponad 90% bieżących kontaktów z komornikami ze strony dłużników (nie licząc czynności terenowych komorników) odbywa się korespondencyjnie lub telefonicznie. Jeśli chodzi o podział terytorialny, to dużo bardziej zasadne wydawałoby się uwzględnienie podziału administracyjnego kraju na województwa.

Rekordowy pierwszy kwartał na polskim rynku magazynowym

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku powierzchni magazynowo – przemysłowych w Polsce na koniec I kw. 2017 r.

Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych w Polsce, JLL
Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych w Polsce, JLL

Tomasz Mika, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych w Polsce, JLL, informuje: „Polski sektor magazynowy kontynuuje znakomitą passę. Za nami najlepszy pierwszy kwartał w historii rynku, co stanowi dobry prognostyk dla całorocznych wyników. Firmy podpisały umowy najmu na 855 000 mkw., z czego na nowe kontrakty przypadło 647 800 mkw., czyli aż 75% popytu brutto. W I kw. br. największą aktywność najemców odnotowaliśmy na Górnym Śląsku, a następnie w rejonie Warszawy i Wrocławiu”.

Prawie 70% wolumenu umów zawarto w inwestycjach deweloperskich Panattoni i Prologis.

Wśród najemców powierzchni magazynowych dominowały sieci handlowe (w tym firmy z sektora e-commerce), które podpisały umowy na łączną powierzchnię 250 600 mkw. (popyt brutto) oraz operatorzy logistyczni (277 300 mkw.) i firmy z branży lekkiej produkcji (174 400 mkw.). Największy kontrakt najmu w pierwszych trzech miesiącach 2017 r. (135 000 mkw.) zawarł Amazon w inwestycji BTS realizowanej przez Panattoni w Sosnowcu.

Największe umowy najmu w I kw. 2017 r.

Najemca Park Rodzaj umowy Powierzchnia (mkw.)
Amazon Panattoni BTS Sosnowiec Nowa umowa 135 000
BSH Panattoni BTS Łódź Nowa umowa 79 000
H&M Panattoni BTS Nowa umowa 60 000
Electrolux MLP Pruszków I Renegocjacje 23 000

Źródło: JLL, magazyny.pl, I kw. 2017 r.                                                               

Podaż

Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL
Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL

„W I kw. 2017 r. deweloperzy oddali do użytku rekordowe 538 000 mkw. W rezultacie całkowite zasoby magazynowe na polskim rynku sięgnęły 11,7 mln mkw., co daje Polsce ósme miejsce wśród krajów Unii Europejskiej. W budowie pozostaje 1,39 mln mkw. i 60% tej powierzchni przypada na pięć głównych regionów – Okolice Warszawy, Górny Śląsk, Poznań, Polskę Centralną i Wrocław. Spośród mniejszych rynków wyróżnia się Szczecin, gdzie za sprawą dwóch dużych projektów BTS realizowanych dla Amazon i Zalando powstaje aktualnie aż 291 000 mkw.”, wymienia Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL.

W I kw. 2017 r. najwięcej magazynów oddała do użytku firma Panattoni, której 14 ukończonych projektów stanowiło ponad 65% nowej powierzchni w analizowanym kwartale. Ponad 100 000 mkw. deweloper ten oddał w ramach trzech swoich projektów na Kujawach.

„Obecnie 29% powierzchni w budowie pozostaje na zasadach spekulacyjnych, głównie na największych rynkach, takich jak Warszawa, Wrocław i Centralna Polska. To właśnie w najbardziej dojrzałych i aktywnych lokalizacjach deweloperzy są skłonni realizować projekty niezabezpieczone kontraktami przednajmu”, dodaje Tomasz Mika.

Pustostany

Na koniec I kw. br. wskaźnik pustostanów w Polsce wzrósł jedynie o o 0,3 p.p. i wyniósł 6,4%. Najwyższy współczynnik powierzchni niewynajętych rejestrowany jest w Krakowie, gdzie 11% zasobów magazynowych pozostaje bez najemcy. Najniższy wskaźnik charakteryzuje Opole (0,0%), Podkarpacie (2,1%), a z większych rynków Polskę Centralną (2,7%).

Powierzchnia istniejąca i w budowie (mkw.) oraz wskaźnik pustostanów na poszczególnych rynkach (%)

Powierzchnia istniejąca i w budowie mkw. oraz wskaźnik pustostanów na poszczególnych rynkach
Źródło: JLL, magazyny.pl, I kw. 2017 r.

Czynsze

Z danych dostępnych na portalu magazyny.pl wynika, że w I kw. 2017 r. czynsze bazowe za wynajem powierzchni magazynowej utrzymały się w prawie całym kraju na poziomie z końca ubiegłego roku, z wyjątkiem wzrostu o 0,4 euro za mkw. miesięcznie we Wrocławiu. Najwyższe czynsze nadal odnotowuje się w regionie Warszawa-Miasto i w Krakowie – odpowiednio 4,1-5,1 euro i 3,8-4,5 euro za mkw. miesięcznie. Z kolei najniższe stawki oferowane są na dwóch dużych, ale stale rozwijających się rynkach Poznania i Górnego Śląska: 2,8-3,5 euro za mkw. miesięcznie.

Kurs dolara – komentarz rynkowy 10.05.2017

Wczoraj prezydent Trump zwolnił szefa FBI, pozostawiając wielu Amerykanom pytanie: czy naprawdę mógł to zrobić? Najwyraźniej tak. Sposób, w jaki się to stało, daje po raz kolejny pewność, że człowiek ten potrafi wykorzystywać swoje układy. Zaledwie w zeszłym tygodniu Hilary Clinton zrzuciła winę za przegranie wyborów bezpośrednio na Jamesa Comeya. Więc Trump, zwolniwszy człowieka odpowiedzialnego za prześledzenie jego powiązań z Rosją. Reakcja na rynkach finansowych była raczej przyciszona. Po pierwsze, wiadomości zostały ujawnione dopiero po zamknięciu sesji na Wall Street. Po drugie, Trumpowi coraz ciężej jest już zaskoczyć rynki.

Kurs dolara  10 05 2017Pojawiły się komentarze, że to zamieszanie może odciągnąć uwagę Trumpa od spraw, które naprawdę mają znaczenie, jak opieka zdrowotna czy reforma podatkowa. Jeżeli jednak zmieni się to w giełdowy krach w stylu Niksona, który spowoduje, że Trump zrezygnuje lub zostanie odwołany, konsekwencje mogą być dużo bardziej dotkliwe. Patrząc na rynki dzisiaj rano, nie wygląda na to, aby ktoś naprawdę spodziewał się, że może się to wydarzyć.

Dziś dolar amerykański nieco spadł, ale może istnieć inna tego przyczyna. Wczoraj przewodniczący FED w Dallas, Robert Kaplan, poddał wątpliwości, czy plan dwóch dodatkowych podwyżek stóp procentowych jeszcze, nie spowoduje stagflacji. Wyglądało na to, że dolar subtelnie wraca do pewnej stabilizacji na rynku po okresie braku równowagi cen rynkowych. Jednak analizując parę AUD/USD tracimy nieco to wrażenie. Wydaje się, że jest to bardziej punkt wyjścia dla tych, którzy myślą o dalszym trwaniu trendu. Spoglądając na funta, możemy zauważyć jego nagły wzrost. Wygląda na to, jakby chciał przełamać poziom 1,300.

Kurs dolara do funta brytyjskiego GBPUSD 10 05 2017 Kurs dolara do funta brytyjskiego GBPUSD 10 05 2017Kurs dolara do dolara australijskiego  AUDUSD 10 05 2017Mario Draghi, prezes EBC wygłaszał podczas przesłuchania przed holenderskim parlamentem w Hadze swoje pierwsze publiczne przemówienie po francuskich wyborach. Draghi oświadczył, iż gospodarka regionu staje się coraz silniejsza. Jednak mimo wszystko zdaniem Włocha jest jeszcze za wcześnie, aby ogłosić sukces.

Kurs dolara do jena japońskiego USDJPY 10 05 2017
Kurs dolara do jena japońskiego USDJPY 10 05 2017

Inwentaryzacje naftowe będą obserwowane. W miarę jak utrzymuje się nadmiar podaży, coraz wyraźniej widać, że OPEC może pomóc powstrzymać ich spadek. Ropa potrafi stworzyć efekt domina na rynkach finansowych, więc jej stabilność ma zasadnicze znaczenie dla całej gospodarki światowej.

Decyzje w sprawie stóp procentowych w Nowej Zelandii mają zostać podjęte dziś wieczorem. Raczej nie oczekuje się żadnych zmian.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Dariusz Kurek komentuje 8 najbardziej spektakularnych kradzieży w historii

Te historie przyprawiają o dreszcze biznesmenów i rozgrzewają wyobraźnię reżyserów filmowych. Czy udany napad rabunkowy to zasługa sprytu i inteligencji złodzieja, a może niedostatecznych zabezpieczeń? Czy najsłynniejszych ataków można było uniknąć? Zapytaliśmy eksperta.

  1. 120 worków z pieniędzmi

Brytyjczycy nazwali to wydarzenie „napadem stulecia”. Chodzi o napad rabunkowy na pociąg, do którego doszło latem 1963 r. w pobliżu Mentmore. W wagonie pocztowym przewożone było ponad 2,6 mln funtów zapakowane w 120 worków. Były to zużyte banknoty, które banki w Glasgow wymieniły na nowe i przekazały do utylizacji do Londynu. 16-osobowy gang zamaskowanych rabusiów zmienił kolejność sygnalizacji świetlnej dla pociągu i zatrzymał go na czerwonym świetle. Maszynista został ogłuszony, ale nikomu więcej nie stała się krzywda. Napastnicy nie używali broni palnej. W 1963 r. nie było jeszcze bezpośredniej łączności między maszynistą a dyspozytornią, więc nie było jak wezwać pomocy policji.

Szacuje się, że wartość łupu to obecnie ok. 260 mln zł. Tak duża suma zaskoczyła złodziei, którzy liczyli na kilkaset tysięcy funtów. Z tego względu najprawdopodobniej zaczęli zachowywać się nieostrożnie i szybko wpadli. Policja dopadła ich dzięki odciskom palców i osadziła w więzieniu. Mimo to, pieniędzy nigdy nie odzyskano.

Komentuje Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska: – W dzisiejszych czasach konwoje wartości pieniężnych nie odbywają się już w taki sposób jak w latach 60-tych ubiegłego wieku. Wprowadzone zostały odpowiednie przepisy, które regulują wszelkie procedury związane z transportem pieniędzy, dostępne są też rozwinięte środki łączności. Pojazdy konwojujące są obecnie wręcz nafaszerowane wieloma zabezpieczeniami technicznymi.  Od czasu napadu na pociąg w 1963 r. znacznie zmniejszył się również obrót gotówkowy, co powoduje ograniczenie przewożonych wartości.

  1. Obrócili skarbiec w pył

52 lata później w kwietniu 2015 r., również w Wielkiej Brytanii doszło do napadu rabunkowego, w którym zginęły kosztowności za 200 milionów funtów. Podczas długiego wielkanocnego weekendu złodzieje obrabowali Hatton Garden Safe Deposit w londyńskiej dzielnicy słynącej ze sprzedaży diamentów i kosztowności; miejsce, w którym najbogatsi przechowywali swoje najcenniejsze rzeczy, m. in. biżuterię i zegarki warte dziesiątki tysięcy funtów.

Napastnicy wykazali się niezwykłą precyzją i pomysłowością. By dostać się do Hatton Garden wykorzystali szyb windy w sąsiednim budynku. Stamtąd weszli do piwnicy wybranego obiektu, gdzie przebili dwumetrowy mur oddzielający ich od skarbca i rozpruli metalowe drzwi prowadzące do pomieszczenia ze skrytkami. Opróżnili 70 z nich. Kiedy policja przyjechała na miejsce, zastała w miejscu skarbca tylko kurz i pył. Złodziei nie udało się namierzyć, a cennych przedmiotów nigdy nie odzyskano.

Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska: – Czy można było udaremnić tak precyzyjnie zaplanowany napad? Trudno powiedzieć, bo dokładne dane na temat zastosowanych w Hatton Garden zabezpieczeń są niedostępne. Ryzyko kradzieży w takich miejscach zmniejszają odpowiednie zabezpieczenia techniczne, monitoring i fizyczna ochrona mienia. Być może któregoś z tych elementów zabrakło. Jedno jest pewne. Złodzieje musieli wiedzieć, jakie zabezpieczenia muszą pokonać. Dlatego plan ochrony zawsze powinien pozostawać tajemnicą.

  1. Fałszywy konwój

Czterej mężczyźni przygotowali się do kradzieży diamentów w Holandii tak sprytnie, że nikt nawet nie zauważył ich akcji. Na lotnisko Schiphol w Amsterdamie regularnie przylatują najcenniejsze diamenty świata. Stamtąd są transportowane do Antwerpii specjalnymi konwojami holenderskich służb lotniczych. Złodzieje ukradli odpowiedni samochód oraz ubrania funkcjonariuszy i po prostu pewnego dnia zgłosili się po odbiór kosztowności.

Mieli ogromne szczęście. Okazało się, że transport obejmował w ten dzień kamienie o wartości aż 118 mln dolarów. Diamentów nie udało się odzyskać, ale w sprawie aresztowano kilkanaście osób, w tym, jak się okazało, zamieszanych w kradzież pracowników lotniska.

– W tej sytuacji błąd nastąpił na etapie identyfikowania uprawnień osób, które przyjeżdżają po wartości pieniężne. Nie zachowano przy tym należytej ostrożności – mówi Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska. – Proces wydawania wartości pieniężnych regulują ściśle określone procedury, których w żadnym względzie nie wolno lekceważyć. Ponadto jeszcze przed zatrudnieniem osób  w charakterze konwojentów należy zadbać o dokładną ich weryfikację, to samo tyczy się również pracowników podmiotów bankowych. Istotną rolę odgrywa również właściwy nadzór nad zatrudnionymi już pracownikami.

  1. Złodziej – kolekcjoner

Stephane Breitwieser pozostawał nieuchwytny przez 7 lat. W tym czasie okradł blisko 170 muzeów w całej Europie: zabierał obrazy (wycinał je z ram), rzeźby, srebra, puchary, talerze. Zwykle z niewielkich i źle strzeżonych muzeów i galerii. Jego modus operandi można opisać jako „okazja czyni złodzieja”. Na miejscu zjawiał się jako gość. Przychodził w pierwszych godzinach pracy muzeów i był jedynym zwiedzającym. Nie budził podejrzeń zaspanych jeszcze pracowników. Wykorzystywał to, że w wielu muzeach zabezpieczenia przed kradzieżą sprowadzały się do zamontowania kilku kamer, które nie obejmowały całej wystawy. Skradzione przedmioty wynosił pod płaszczem, w plecaku, czasem po prostu wyrzucał je przez okno.

Wpadł w 2001r. na wernisażu w Muzeum Richarda Wagnera w Lucernie. Francuski złodziej przyznał się do kradzieży 239 dzieł sztuki, których równowartość oszacowano na 1,4 mld dolarów. Nie sprzedawał ich jednak, lecz kolekcjonował – podkreślał to w sądzie. Dzięki temu wiele z nich udało się odzyskać.

Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska: – Złodziej wykazał się sprytem. Rzeczywiście jest tak, że pory dnia, w których ma się dokonać kradzież, mają znaczenie. Inaczej oddziałuje percepcja pracownika muzeum, banku lub sklepu o poranku, a w inny sposób postrzegają oni zagrożenia wieczorem. Większa czujność pracowników i kompletny monitoring z pewnością pomogłyby powstrzymać Stephana Breitwiesera.

  1. Pechowy hotel w Cannes

Do dziś nie odnaleziono złodzieja, który w lipcu 2013 r. ukradł z luksusowego hotelu Intercontinental Carlton Cannes biżuterię o łącznej wartości 136 mln dolarów. Kolekcja znajdowała się w jednym pomieszczeniu, bo właściciel (miliarder z Izraela Lev Leviev) użyczył jej hotelowi na wystawę. Uzbrojony mężczyzna w czapce i chustą na twarzy wszedł do hotelu przed południem, gdy wystawę właśnie instalowano. Na jego widok trzech ochroniarzy i kilku pracowników hotelu położyło się na ziemi. Nikomu nie stała się krzywda a złodziej błyskawicznie załadował łup do toreb i wybiegł tylnymi drzwiami.

To nie była pierwsza tak wielka kradzież w Carlton Hotel. W sierpniu 1994 roku trójka złodziei obrabowała tamtejszego jubilera z przedmiotów o wartości 45 milionów dolarów. Kradzież ta trafiła wtedy do księgi rekordów Guinessa.

Być może pecha przyniósł hotelowi Alfred Hitchock, który w 1955 r. kręcił w nim film „Złodziej w hotelu”.

– W Intercontinental Carlton Cannes ochrona była niekompletna. Hotel, który organizuje wystawę o takiej wartości pieniężnej, powinien zatroszczyć się o szczególne środki ostrożności. Jednym z nich mogłoby być zatrudnienie profesjonalnej ochrony, która weryfikowałaby osoby jeszcze na etapie wchodzenia do budynku. Warto także zastosować inne środki technicznego zabezpieczenia, np. kamery – mówi Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska.

  1. Dokumenty cenniejsze od diamentów

W tej historii nie ma skarbca, pieniędzy, ani biżuterii. Nie ma też zamaskowanych rabusiów z bronią w ręku. Gdy jednak świat dowiedział się o wycieku danych z kancelarii prawnej w Panamie na skroniach najbogatszych polityków tego świata pojawił się zimny pot. Chodzi o „Panama Papers” – aferę z początku 2016 r.

Ze zlokalizowanej w raju podatkowym (Panamie) kancelarii Mossack Fonseca hakerzy wykradli dziesiątki tysięcy dokumentów zawierających dane o klientach firmy: bogatych biznesmenach, politykach, celebrytach, filmowcach i sportowcach, którzy chcąc uniknąć płacenia podatków w swoim macierzystym kraju, rejestrowali działalność w Panamie.

Po wycieku, osoba przedstawiająca się jako „John Doe”, udostępniła dane gazecie „Süddeutsche Zeitung”, która po przeanalizowaniu ich wraz z dziennikarzami śledczymi z całego świata opublikowała serię artykułów o politykach uciekających przed podatkami we własnych krajach.

Choć można dyskutować o tym, czy działania hakerów były etyczne oraz rozważać nad moralnością polityków, to jedno jest pewne. Kancelaria Mossack Fonseca straciła klientów i zaufanie bezpowrotnie. Jak można zabezpieczyć się przed atakiem hakerów i wyciekiem poufnych danych?

Ekspert firmy Impel zauważa, że ataki cyfrowe są znacznie trudniejsze do powstrzymania. Żyjemy w dobie hakerów i nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć ich działania. Niestety, firmy specjalizujące się w cyberzabezpieczeniach są wciąż o krok za hakerami. Dlatego, na ile jest to możliwe, należy jak najczęściej zmieniać algorytmy zabezpieczeń elektronicznych – radzi Dariusz Kurek.

  1. Hazardziści z Wołowa

Również w Polsce dochodziło do spektakularnych kradzieży. Największy pod względem wartości łupu napad na bank w historii PRL został przeprowadzony latem 1962 r. w Wołowie w pobliżu Wrocławia. W czasach, gdy średnie miesięczne wynagrodzenie wynosiło 1680 zł, łupem złodziei padło ponad 12,5 mln zł. Nic dziwnego, że na podstawie tej historii nakręcono w 1975 r. film („Hazardziści” w reżyserii Mieczysława Waśkowskiego).

Włamywacze dostali się do banku późnym wieczorem, obezwładnili strażnika i przy użyciu podnośnika samochodowego wybili dziurę w stropie skarbca. Łup udało się wywieźć i milicja długo nie mogła wpaść na trop przestępców. Spośród skradzionych pieniędzy, trzy czwarte banknotów stanowiły świeżo wydrukowane. Milicjanci ustalili więc ich numery seryjne i czekali, aż włamywacze popełnią błąd i zaczną wydawać nowe złotówki. Tak się w końcu stało.

Po aresztowaniu sprawców, okazało się, że żaden z nich nie miał nigdy konfliktu z prawem. Pięciu głównych sprawców zostało skazanych na dożywocie zamienione następnie na 25 lat. Dwóch wspólników dostało 15 lat, a oskarżeni z rodziny i kręgu znajomych od 1 do 8 lat więzienia. Milicji udało się odzyskać 11,6 mln zł.

Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska. – W obecnym czasie dysponujemy innymi rodzajami zabezpieczeń technicznych, które uniemożliwiają nieautoryzowane wejścia. Najnowsza technologia pozwala na zapobieganie wszelkich naruszeń konstrukcji np. skarbca – zainstalowane czujniki drgań niezwłocznie wzbudzą alarm.

  1. Trzy zabójstwa za 100 tys. zł

Polacy mają też na koncie bardzo brutalne napady rabunkowe. Najbardziej krwawym był atak na placówkę Kredyt Banku przy ul. Żelaznej w Warszawie, do którego doszło wiosną 2001 r. Pisały o nim wszystkie gazety w kraju.

Trzech mężczyzn wtargnęło do banku i bezlitośnie z zimną krwią zamordowało ochroniarza i trzy kasjerki. Kobiety zmarły od pojedynczych strzałów w głowę, mężczyzna został postrzelony trzykrotnie. Życie pracowników Kredyt Banku było warte nieco ponad 100 tys. zł. Mordercy zrabowali bowiem łącznie 76 tys. zł, 5 tys. dolarów, ponad 2 tys. marek niemieckich, 700 franków francuskich, 405 funtów i 300 franków szwajcarskich. Zabrali też komórki zabitym kobietom i walkmana.

Napastników udało się złapać, ale pieniędzy nie odzyskano – bandyci wszystko wydali na imprezy i drogie ubrania. Mężczyźni usłyszeli wyroki dożywocia i już od 15 lat pozostają za kratkami. Filia Kredyt Banku została zamknięta i przez dziesięć kolejnych lat nikt nie wynajął pustych pomieszczeń.

Dariusz Kurek, dyrektor ochrony Impel Security Polska: – W sytuacji ataku agresywnych i uzbrojonych napastników, należy poddać się ich woli i wykonywać polecenia. Pamiętać należy, że walczy się o swoje życie i nie można w żaden sposób prowokować do agresji. Jeżeli jest to możliwe, trzeba uruchomić przycisk napadowy. Ważne jest, aby zapamiętać rysopis i kierunek ucieczki napastników, aby móc później przekazać te informacje policji –  są one niezbędne w odnalezieniu sprawców. Ujęcie napastników odbywa się zawsze poza granicami budynku, aby nie narażać osób postronnych na niebezpieczeństwo.

Moon Jae prezydentem Korei. Rośnie inflacja w Chinach

Wczoraj Koreańczycy z południa wybrali nowego prezydenta. Inflacja w Chinach znów rośnie. W piątek poznamy rating dla Polski.

Moon Jae nowym prezydentem Korei

Wczoraj zgodnie z oczekiwaniami wybory prezydenckie wygrał Moon Jae. Jaki ma to wpływ na rynki? O ile gospodarczo Korea Południowa ma niewielki wpływ na Polskę, o tyle jej polityka szczególnie według północnej części jest dość istotna. To właśnie próby balistyczne tej drugiej powodują ostatnio sporo niepokoju. O ile Nowy prezydent USA jest zdecydowanym zwolennikiem zdecydowanego podejścia do problemu, o tyle Moon Jae uchodzi za znacznie bardziej umiarkowanego. Tam gdzie USA mogą grozić interwencją militarną nowy prezydent może być skłonny zaproponować powrót do rozmów o wspólnej strefie ekonomicznej. Obydwóm politykom zależy na rozwiązaniu obecnych napięć z Phenianem. Waluta wczoraj w trakcie wyborów gwałtownie straciła po czym cały dzień jak stało się jasne kto wygrywa odrabiała straty.

Dane z Chin

Odczyty makroekonomiczne z państwa środka często budzą pewne wątpliwości. Dobrym przykładem jest tutaj opublikowana rano inflacja. W kraju gdzie sprzedaż detaliczna czy import rosną nierzadko o dwuprocentowe wartości ceny rosną o 1,2% i jest to wskaźnik powyżej oczekiwań analityków. Rynki nie zareagowały na te dane. Analitycy obecnie znacznie uważniej przyglądają się obecnie danym produkcyjnym w związku ze spadającym popytem na surowce w tym szczególnie metale. Chiny jako główny konsument wielu z nich są uważane za winnego ostatnich spadków.

Piątkowy rating Polski

W piątek poznamy decyzję agencji ratingowej Moody’s w sprawie ratingu Polski. Biorąc pod uwagę, że w ostatnim czasie gospodarczo sytuacja naszego kraju się nie pogarsza a w polityce brakuje gorących konfliktów nie należy spodziewać się negatywnej decyzji. Nie można oczywiście wykluczyć, że w komunikacie znajdzie się jakaś informacja na temat możliwych ryzyk w przyszłości. Jest to tym bardziej zasadne, że w przypadku pogorszenia koniunktury obecne programy socjalne mogą mocno uderzyć w budżet.

Dzisiaj z danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:00 – USA – wnioski o kredyt hipoteczny,
  • 16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Raport ManpowerGroup Solutions nt. preferencji kandydatów w Polsce i na świecie

Globalne badanie firmy ManpowerGroup Solutions ”Czas Świadomego Kandydata”, w którym wzięło udział blisko 14 000 osób poszukujących pracy, wskazuje na istotne przesunięcie równowagi sił między pracodawcą a kandydatem. Przez wiele lat pracodawcy byli na uprzywilejowanej pozycji, m.in. dlatego, że kandydaci nie mieli dostępu do wielu źródeł informacji na temat ich oraz stanowisk, na które aplikują. Obecnie kandydaci mówią o drastycznym zwiększeniu ilości informacji dotyczących przedsiębiorstw i stanowisk, do których mają dostęp już na wczesnym etapie poszukiwania pracy. Tylko w ciągu ostatniego roku zauważyli znaczną zmianę w ilości i rodzaju informacji, do których mają wgląd jeszcze przed rozpoczęciem procesu rekrutacji. Nie chodzi tu jedynie o bardziej szczegółowy opis stanowiska.

Łatwy dostęp do informacji zmienił sposób, w jaki ludzie szukają pracy komentuje Alex Bojarski z ManpowerGroup Solutions. – Kandydaci na całym świecie deklarują, że mają dojście do znacznie większej ilości danych o wynagrodzeniu, dodatkowych świadczeniach, dodatkowych wakatach, misji, wizji i kulturze organizacji, jej marce oraz działalności w ramach społecznej odpowiedzialności biznesu. Ponieważ firmy nadal zgłaszają problemy z wypełnianiem ról, zrozumienie preferencji kandydata jest kluczowe. Obecnie zachęcamy klientów do udostępnienia większej ilości informacji dotyczących wizji i atmosfery oraz sposobu pracy w ich przedsiębiorstwach. Pozwala to na nawiązanie głębszego kontaktu z kandydatami i przekłada się na zatrudnienie najlepszych pracowników.

Jakie informacje kandydaci uważają za najważniejsze?

Zarówno w ujęciu globalnym, jak i w Polsce, najistotniejszym czynnikiem przy wyborze miejsca pracy jest wysokość wynagrodzenia. Wskazuje na nią zdecydowana większość naszych rodaków (87%) i ponad połowa respondentów na świecie (59%). Zaraz za nią, jako najistotniejsze, podawane jest kryterium rodzaju pracy (52% w Polsce i 53% globalnie), a następnie lokalizacja miejsca pracy (40% w Polsce i 34% globalnie), które zamyka pierwszą trójkę. Na kolejnych, wymienianych przez kandydatów miejscach, znalazły się możliwości rozwoju (39% wskazań, zarówno w Polsce, jak i na świecie), a także elastyczność godzin pracy (31% w Polsce i 38% na świecie). Oferowane świadczenia dodatkowe, jak i marka pracodawcy to czynniki, które są istotne, ale wskazywane są na końcu przez polskich kandydatów (odpowiednio 16% i 14%), podczas gdy w ujęciu globalnym posiadają mocniejszą pozycję (odpowiednio 38% i 20%).Jakie informacje kandydaci uważają za najważniejsze

Dwa razy więcej informacji o marce pracodawcy

W poprzednim badaniu preferencji, 58% kandydatów z całego świata zadeklarowało, że marka pracodawcy jest dla nich ważniejsza niż pięć lat wcześniej. To stwierdzenie jest szczególnie prawdziwe w przypadku młodszych przedstawicieli Pokolenia Y (18-35 lat). Dzięki wykorzystaniu tego trendu – czyli np. zbudowaniu silniejszej oferty korzyści proponowanym pracownikom czy stworzeniu unikalnego portfolio możliwości, skojarzeń i wartości mających pozytywny wpływ na pożądanych kandydatów i pracowników – organizacje mogą uzyskać znaczną przewagę.

W skali światowej 28% ankietowanych potwierdza, że miało informacje o marce pracodawcy przed aplikowaniem na dane stanowisko. W Norwegii (40%), Indiach (37%), Szwecji (35%), Niemczech (34%), Hiszpanii (32%) oraz Polsce (29%) ta liczba jest jeszcze większa. Z kolei kandydaci w Brazylii (16%), Kostaryce (18%) i Japonii (19%) mówią o znacznie mniejszej ilości dostępnych dla nich informacji.

Przejrzystość wynagrodzeń

Jak wynika z badania ManpowerGroup Solutions, średnio 44% kandydatów na całym świecie posiada informacje o wysokości wynagrodzenia przed aplikowaniem na dane stanowisko, a zatem ma wiedzę o bardzo istotnym czynniku motywującym dla kandydatów. Jednak poziom dostępu do informacji różni się w zależności od rynku. Do informacji o wysokości wynagrodzenia ma dostęp ponad połowa kandydatów z Chin, Japonii, Meksyku, Brazylii i Panamy. Z kolei najsłabiej poinformowani są Szwedzi i Norwegowie, gdzie dostęp do takich danych deklaruje mniej niż 20% ankietowanych. W Polsce dostęp do informacji o oferowanych stawkach płac deklaruje 54% badanych.

Ponad połowa respondentów z Polski deklaruje, że ma dostęp do informacji o wynagrodzeniu przed aplikowaniem na daną ofertę, co stanowi dość dobry wynik, ale warto zwrócić uwagę, że chodzi tu o dane niekoniecznie otrzymane od potencjalnego pracodawcy komentuje Alex Bojarski z ManpowerGroup Solutions. – Kandydaci z coraz większą łatwością potrafią zdobywać informacje, które nie zawsze firmy chcą ujawniać od razu. Anonimowość Internetu sprawiła, że stał się on idealną platformą do wymiany informacji na temat firmy i wynagrodzenia. Z perspektywy pracodawców warto jednak stosować większą otwartość w tym obszarze, co może wpłynąć na przyciągnięcie do nich nowych kandydatów.  

Zalety informacji o dodatkowych świadczeniach

Na całym świecie kandydaci deklarują chęć posiadania informacji o dodatkowych świadczeniach oferowanych przez potencjalnych pracodawców. 38% z nich uznaje, że dodatkowe świadczenia związane z danym stanowiskiem lub przedsiębiorstwem są jednym z trzech najważniejszych czynników wpływających na ich decyzje zawodowe. W Polsce potwierdziło to 39% respondentów. Poziom wiedzy o dodatkowych świadczeniach przed aplikacją na określone stanowisko wzrósł wśród kandydatów z Wielkiej Brytanii i Australii bardziej niż w przypadku mieszkańców USA, Meksyku i Chin. Ta sytuacja może wynikać ze stałej oferty atrakcyjnych świadczeń dla pracowników w Wielkiej Brytanii i Australii w porównaniu do pozostałych państw.

Wizja jest wartością

Coraz więcej kandydatów chce związać się z przedsiębiorstwami, których zobowiązania w obszarach misji, wizji oraz polityki społecznej odpowiedzialności biznesu (CSR) są im bliskie. Dotyczy to zwłaszcza poszukujących pracy w Australii, Wielkiej Brytanii oraz USA, gdzie kandydaci intensywnie szukają informacji na ten temat u swoich potencjalnych pracodawców. W Polsce wiedza o wizji przedsiębiorstwa pracodawcy jest istotna dla 29% kandydatów. Działania firmy w obszarze społecznej odpowiedzialności biznesu ceni z kolei 9% respondentów. W skali światowej 32% kandydatów deklaruje posiadanie dostępu do informacji o misji/wizji organizacji na najwcześniejszym etapie poszukiwania pracy. W 11 badanych krajach uzyskano takie same lub wyższe wyniki. Chociaż mniej kandydatów (16%) ma wiedzę na temat działalności CSR przed aplikowaniem, niż w jakimkolwiek innym wymienionym w badaniu aspekcie dotyczącym poszukiwania pracy, liczba ta wciąż wzrasta.

Bez względu na to, co motywuje kandydatów na danym rynku, na całym świecie łączy ich chęć i możliwość uzyskania dostępu do największej dotychczas ilości informacji o pracodawcy. Dlatego też organizacje powinny być świadome tego, czym kierują się kandydaci przy podejmowaniu decyzji dotyczących ich życia zawodowego i stawiać na te aspekty w komunikacji z nimi.

O badaniu „Czas Świadomego Kandydata”

W międzynarodowym badaniu preferencji kandydatów wzięło udział blisko 14 000 aktywnych zawodowo osób w przedziale wiekowym 18-65 lat, które zdradziły, co jest dla nich ważne podczas poszukiwania pracy. Ankietowani reprezentowali cały przekrój wiekowy, dochodowy, rodzaju zatrudnienia (np. pełen etat, pół etatu, zlecenie), stopnia kariery oraz branży. Badanie zostało przeprowadzone w 19 różnych państwach, w tym w Polsce. Badanie zostało przeprowadzone przez firmę ManpowerGroup Solutions, największego na świecie dostawcy usług RPO, należącego do ManpowerGroup (NYSE: MAN).

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 10.05.2017

Pomimo rozstrzygnięcia wątpliwości o dalszym losie Unii Europejskiej (spokój na kilka miesięcy) euro traci na wartości. Dlaczego? Przyczyn jest kilka, w ostatnim czasie doszło do bardzo szybkiego umocnienia euro, dlatego korekta jest wskazana. Co więcej, mamy maj, który w ostatnich latach nie był zbyt łaskawy dla euro. Patrząc na sezonowość, para walutowa EUR/USD powinna znaleźć się pod presją sprzedających.

Sezonowość na EUR/USD

Sezonowość na EUR/USD

Źródło: Bloomberg

Przez ostatnie 16 lat euro w miesiącu maj straciło w 11 przypadkach. Gdybyśmy bazowali tylko na sezonowości, to w ten sposób z 70 procentowym prawdopodobieństwem należy spodziewać się wyprzedaży euro na rzecz dolara amerykańskiego. Co więcej, przez 7 ostatnich lat w maju wspólna waluta traciła na wartości. Warto również zauważyć, że maj wyróżnia się na tle pozostałych miesięcy, ponieważ charakteryzuje się dużą zmiennością.

Ostatni ruch wzrostowy na euro w większej mierze wspierany był przez zamykanie krótkich pozycji na kontraktach terminowych, tylko w małym stopniu odbył się przez otwieranie pozycji długich. Poniedziałkowa analiza raportu COT potwierdziła nasze domniemania o wyprzedaży euro na rzecz dolara amerykańskiego.

Notowania EUR/USD, interwał dzienny

Notowania EUR/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na interwale dziennym wykresu EUR/USD niedźwiedzie walczą z pokonaniem strefy wsparcia 1.086-1.090. Czy im się uda? Prawdopodobnie tak, następnym celem sprzedających może być głębsza korekta oraz domknięcie luki wzrostowej. Niemniej jednak musimy pamiętać, że na euro w dalszym ciągu otwarte jest o wiele więcej krótkich pozycji niż długich, dlatego też należy liczyć się z ewentualnym ich domykaniem, co może wywindować kurs walutowy w okolicę najbliższego oporu 1.110-1.115. Na dzień dzisiejszy bazowym scenariuszem pozostanie pokonanie oporu i domknięcie luki wzrostowej.

Ostatnie cztery tygodnie przyniosły także sporo zmian na rynku giełdowym w Stanach Zjednoczonych. Wystarczy chociażby popatrzeć na spółkę McDonald’s która w poprzednim miesiącu dała zarobić inwestorom prawie 8 procent. Na plus spółki przemawia bardzo wysoka rentowność (marża netto na poziomie 18,93 proc., ROE na 300,18 proc oraz ROA na 18,84%, wszystkie wskaźniki zdecydowanie lepsze niż inne firmy z branży). Niepokojące są natomiast coroczne spadki przychodów, które jeszcze w 2013 roku sięgały 28 miliardów dolarów, natomiast w 2016 były to już 24 miliardy. Na przestrzeni ostatnich czterech lat, dwukrotnie wzrosło też zadłużenie.

Niemniej jednak trwająca hossa w Stanach Zjednoczonych tworzy miejsce do dalszych wzrostów. Na wykresie tygodniowym doszło do wybicia ostatniego szczytu 132 dolarów za jedną akcje. Aktualnym celem byków stał się okrągły poziom 150 USD. Aczkolwiek po rajdzie trwającym kilka dobrych miesięcy powinniśmy zobaczyć silniejsze odreagowanie w kierunku południowym. Ewentualna korekta mogłaby znieść notowania akcji w okolicę 132 USD.

Notowania Mcdonald’s. interwał tygodniowy

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 10.05.2017 19

Źródło: Admiral Market

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Niepewność gospodarcza nie wpływa na fuzje i przejęcia w sektorze dóbr konsumpcyjnych

Wydarzenia geopolityczne ostatnich miesięcy, takie jak Brexit czy fiasko referendum konstytucyjnego we Włoszech wpłynęły na wzrost poziomu niepewności gospodarczej. Jak jednak pokazuje raport „Measuring the pulse. Consumer Products M&A Insights”, przygotowany przez firmę doradczą Deloitte, te zawirowania polityczne nie odbiły się na liczbie fuzji i przejęć w sektorze dóbr konsumpcyjnych. Wartość 43 dużych transakcji w tej branży z udziałem europejskich firm przekroczyła w okresie obejmującym czwarty kwartał 2015 do trzeciego kwartału 2016 roku aż 200 mld euro. Eksperci Deloitte spodziewają się dalszej aktywizacji na rynku M&A również w tym roku.

Raport Deloitte analizuje transakcje w pięciu segmentach sektora dóbr konsumpcyjnych: żywności i napojów, artykułów użytku osobistego i gospodarstwa domowego, wyrobów tytoniowych oraz rolno-hodowlanego.

„Pomimo wzrostu niepewności gospodarczej na świecie, w roku 2016 w sektorze dóbr konsumpcyjnych doszło do licznych fuzji i przejęć. Zawarto 43 duże transakcje, których wartość przekraczała 200 mln euro. Ich łączna wartość wyniosła 200 mld euro. Dla porównania: w roku 2015 było to 36 transakcji o wartości 143 mld euro. Wartość trzynastu transakcji przekroczyła miliard euro” – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego.

Najpopularniejszym krajem docelowym wśród europejskich inwestorów były Stany Zjednoczone, aż jedenaście z czterdziestu trzech dużych transakcji dotyczyło firm amerykańskich. Z kolei ponad połowa transakcji europejskich dotyczyła segmentu produktów spożywczych i napojów.

Wartość dziesięciu największych transakcji zawartych w segmencie producentów żywności wyniosła w omawianym okresie prawie 4,4 mld euro. „Najważniejszym czynnikiem decydującym o fuzjach i przejęciach w tym segmencie były możliwości strategiczne na nowych i starych rynkach, a także rosnące zainteresowanie konsumentów aspektami zdrowotnymi i utrzymaniem dobrej kondycji, czego najlepszym przykładem było przejęcie przez Danone za 10,9 mld euro firmy WhiteWave Foods, specjalizującej się w zdrowej żywności” – tłumaczy Katarzyna Sermanowicz-Giza.

W nadchodzących miesiącach główne trendy w tym segmencie będą obejmować dalszą konsolidację i zrównoważony rozwój, połączone z zaspokajaniem zmieniających się upodobań konsumentów.

W segmencie napojów o kształcie transakcji M&A zdecydowała właściwie jedna umowa, czyli połączenie branżowych gigantów: firm ABInBev i SABMiller. Wartość tej transakcji to 92 mld euro i jest to najwyższy wynik od czasu publikacji pierwszego raportu, czyli kwietnia 2013 roku. Stała się ona punktem wyjścia do dalszych tego rodzaju transakcji w segmencie piwowarskim, miała również wpływ na to, co się działo na polskim rynku browarniczym. W grudniu 2016 roku ABInBev zawarł umowę na sprzedaż aktywów należących do SABMiller w Europie Środkowej i Wschodniej japońskiemu koncernowi Asahi Group Holdings Ltd. za ponad 7 miliardów euro. Jak przewiduje raport Deloitte spodziewane są dalsze przejęcia wiodących marek alkoholowych (w tym wymiana aktywów między głównymi uczestnikami rynku), poszukiwanie alternatywnych ofert produktów prozdrowotnych i dalsze zainteresowanie działalnością charakteryzującą się wysokim wzrostem. Wartość dziesięciu największych transakcji w 2016 roku w segmencie napojów wyniosła 107,9 mld euro.

Jeżeli chodzi o producentów artykułów użytku osobistego, odzieży i gospodarstwa domowego, to liczba fuzji i przejęć nadal rośnie, w szczególności w odniesieniu do artykułów użytku osobistego, gdzie obserwuje się największe ich nasilenie zarówno pod względem wartości, jak i liczby transakcji. „W roku 2017 działalności tej będzie towarzyszyć szeroko zakrojona reorganizacja modeli biznesowych, ukierunkowana na osiągnięcie pozycji lidera rynkowego i zaspokojenie oczekiwań klientów, dla których doświadczenie związane z użytkowaniem produktu oraz opinia o nim zaczyna znaczyć dużo więcej niż jedynie proces zakupu” – mówi Kamil Kucharczyk, Menedżer w Dziale Doradztwa Finansowego. Wartość dziesięciu największych transakcji w tym segmencie wyniosła w 2016 roku 8,4 mld euro.

Według danych Deloitte w Polsce 53 proc. badanych dyrektorów finansowych prognozuje wzrost poziomu liczby fuzji i przejęć. Charakter tej prognozy pozostaje stabilny od dłuższego czasu. Dotyczy to również rynku dóbr konsumpcyjnych, który cieszy się rosnącym zainteresowaniem inwestorów.

W ubiegłym roku 18 spośród blisko 280 transakcji M&A, do których doszło w Polsce, dotyczyło rynku żywności i napojów. „Od kilku lat widać ożywienie na rynku M&A w segmencie dóbr konsumpcyjnych w Polsce, w szczególności w sektorze tzw. zdrowej żywności, np. produkcji wafli ryżowych, kasz, ciastek, napojów, czy też suplementów diety, zarówno dedykowanych dla profesjonalnych sportowców, jak i osób utrzymujących aktywność fizyczną na amatorskim poziomie” – dodaje Kamil Kucharczyk.

Z przewidywań Deloitte wynika, że z punktu widzenia inwestorów w Europie, w tym również w Polsce, w ciągu najbliższych kilku lat najbardziej atrakcyjne staną się firmy działające w branżach: e-commerce w segmencie dóbr konsumpcyjnych, higieny i pielęgnacji osobistej oraz produktów żywności alternatywnej (żywność „bio” i organiczna, posiłki typu „ready-made”), która biorąc pod uwagę zmieniające się oczekiwania konsumentów, w tym tzw. milenialsów, może liczyć na duży wzrost.

„Gospodarczą niepewność i niestabilność możemy już uznać za normę. Mimo tego rosnąca presja na zwiększanie wartości przedsiębiorstw, a także zmieniające się potrzeby konsumentów powinny pozytywnie wpłynąć na aktywność firm na rynku fuzji i przejęć w sektorze dóbr konsumpcyjnych” – podsumowuje Katarzyna Sermanowicz-Giza.