Uczestnicy najnowszego badania RICS wskazują na poprawę nastrojów na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce w I kw. 2017. Wyniki te idą w parze z ogólną poprawą wskaźników makroekonomicznych.
Wyniki ankiety RICS za I kw. 2017 wskazują na przyspieszenie wzrostu popytu ze strony najemców we wszystkich obszarach rynku, z najszybciej rosnącym odczytem wskaźników od końca 2015. Dostępność powierzchni na wynajem rosła w każdym sektorze, przy czym najbardziej widoczny kwartalny wzrost odnotowano w sektorze biurowym (w ujęciu netto). Wzrastała również wartość pakietów zachęt ze strony właścicieli budynków, choć w najsłabszym jak dotąd tempie od 2013 roku.
Aktywność w budownictwie rośnie
W pierwszych miesiącach roku nastąpił kolejny silny wzrost aktywności w zakresie budownictwa komercyjnego, stymulowany głównie przez rozwój nowych projektów w sektorze biurowym. Jednocześnie liczba nowo zaczętych inwestycji w sektorze magazynowym rosła najszybciej od 2008 roku.
Według respondentów w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy jedynymi kategoriami, w stosunku do których spodziewany jest pozytywny wzrost czynszów, są główne rynki magazynowe i handlowe. Perspektywy dla najlepszych nieruchomości biurowych pozostają stabilne, przy jednoczesnym oczekiwanym spadku czynszów dla lokalizacji drugorzędnych we wszystkich sektorach rynku.
Wskaźnik nastrojów najemców (kompleksowy wskaźnik uchwytujący dynamikę rynku) przesunął się do stabilnie neutralnego poziomu -1. Jest to pierwsza od 2012 roku sytuacja, w której warunki rynkowe, opisywane na podstawie uzyskanych od uczestników badania informacji, nie uległy pogorszeniu. Wskaźnik ten jest przede wszystkim zgodny ze stabilną dynamiką rynku i nie oznacza jeszcze stanowczej poprawy.
Ożywienie na rynku inwestycyjnym
Po niewielkim spadku odnotowanym w ostatnim kwartale 2016 roku, zapytania inwestycyjne powróciły na ścieżkę wzrostu w I kw. bieżącego roku. Podaż inwestycji rosła w stałym tempie we wszystkich obszarach rynku, przy czym wzrost ten rozkładał się równomiernie na wszystkie sektory. Zdecydowanie wzrosła również liczba zapytań ze strony inwestorów zagranicznych we wszystkich obszarach rynku.
Podaż nieruchomości na sprzedaż nieznacznie wzrosła w obszarach magazynowym i handlowym rynku oraz w nieco silniejszym tempie w sektorze biurowym.
Dwunastomiesięczne oczekiwania co do wartości kapitału poddane zostały przez respondentów korekcie w górę (w porównaniu z IV kw. 2016) we wszystkich głównych podsektorach rynku, przy czym największe zyski przewidywane są dla najlepszych aktywów handlowych i magazynowych. Z drugiej strony ankietowani oczekują, że w nadchodzącym roku wartości kapitałowe będą narażone na spadki na wszystkich drugorzędnych rynkach.
Łącznie 57% respondentów uważa, że warunki na lokalnym rynku odpowiadają pewnemu etapowi ożywienia, z jakim mamy do czynienia w chwili obecnej. W ostatnim kwartale minionego roku 42% oceniało, że rynek znajduje się w fazie spowolnienia.
Wskaźnik nastrojów inwestorów wzrósł do +19 (z -4 w IV kwartale) zaznaczając najsilniejszy odczyt od końca 2015. Oznacza to, że nastąpił wzrost na rynku inwestycyjnym, po okresie stagnacji przez większość minionego roku.
Joanna Kowalska-Szymczak MRICS
„Dynamiczna poprawa nastrojów inwestycyjnych odnotowana w badaniu przeprowadzonym przez RICS w I kw. 2017, jest odzwierciedleniem niesłabnącego zainteresowania inwestorów polskim rynkiem nieruchomości, a jednocześnie powracającej stabilizacji otoczenia rynkowego.
Rok 2016 przyniósł szereg wydarzeń, które naruszyły status quo. W Polsce były to zapowiadane ale i realne zmiany legislacyjne w zakresie struktur podatkowych czy problemy z odzyskiwaniem VAT. Na świecie – referendum dot. Brexitu w Wlk. Brytanii oraz wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Pomimo niesłabnącego zainteresowania inwestorów polskim rynkiem nieruchomości, niepewność otoczenia rynkowego przyczyniła się do wstrzymywania decyzji inwestycyjnych.
Wydaje się że w 2017 wraca poczucie stabilizacji przy jednoczesnym niesłabnącym zainteresowaniu inwestorów nieruchomościami inwestycyjnymi w Polsce. Odzwierciedla to skokowy wzrost poziomu Investment Sentiment Index w pierwszym kwartale 2017.
Informacja o słabej dynamice rynku nieruchomości spoza sektora prime zazwyczaj pojawia się na marginesie głównych wniosków, a dotyczy przecież znakomitej większości rynku. Wraz z dojrzewaniem rynku i zwiększaniem jego zasobów, coraz więcej nieruchomości będzie przechodziło do grupy secondary i wymagało aktywnego zarządzania oraz strategicznej współpracy pomiędzy sektorem publicznym i komercyjnym na bazie szerokiej wizji rozwoju miasta. W Warszawie przykładem takiego procesu jest Mokotów, gdzie rozwiązanie systemowych problemów i przywrócenie wartości nieruchomości dla całej dzielnicy może się powieść poprzez strategiczne współdziałanie podmiotów komercyjnych, publicznych oraz organizacji społecznych.
Na tle innych stolic objętych badaniem RICS, w Warszawie zwracają uwagę niskie wyceny nieruchomości w stosunku do wartości godziwej i ocena obecnego rynku jako niedowartościowanego. To dobra wiadomość w kontekście działań zmierzających do wprowadzenia w Polsce ustawy o REIT’ach, która ma otworzyć dostęp do inwestowania w stabilne nieruchomości komercyjne inwestorom detalicznym, a jednocześnie przyczyni się do dalszego wzrostu płynności inwestycji nieruchomościowych w Polsce”, Joanna Kowalska-Szymczak MRICS, Syrena Real Estate.
„W Polsce pojawili się nowi najemcy poszukujący znacznej powierzchni biurowej, również na rynkach regionalnych, co wielu obserwatorów rynku uważa za pozytywny dla polskiego rynku efekt Brexitu. Po kilkumiesięcznym okresie niepewności związanej ze strukturyzacją transakcji i zwrotem podatku VAT sytuacja na rynku inwestycyjnym powoli się stabilizuje – kolejni inwestorzy otrzymują zwrot podatku VAT zapłaconego w związku z zakupem nieruchomości, co uspokaja nastroje inwestorów i wpływa na wzrost wolumenu transakcji inwestycyjnych”, Małgorzata Cieślak-Belgy MRICS, REINO Partners.
Bezrobocie na koniec kwietnia br. wyniosło 7,7 proc., co oznacza spadek o 1,7 pkt proc. rok do roku i 0,4 pkt proc. w stosunku do marca 2017 r. – szacuje Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
To kolejne dane, które potwierdzają, że na rynku pracy powoli zaczynają rządzić pracownicy. Liczba zarejestrowanych bezrobotnych w końcu kwietnia br. wyniosła 1 250 tys. wobec 1 324,2 tys. miesiąc wcześniej. W porównaniu z kwietniem ubiegłego roku liczba bezrobotnych spadła o 17,7 proc. Coraz bardziej realne stają się szacunki resortu pracy mówiące o bezrobociu niższym niż 7 proc. na koniec 2017 roku.
W kwietniu w porównaniu z marcem we wszystkich województwach nastąpił spadek bezrobocia. Największy odnotowano w województwie warmińsko-mazurskim, pomimo że odsetek osób zarejestrowanych jako bezrobotne jest najwyższy w Polsce i wynosi 13,1 proc. Nadal obserwujemy znaczne zróżnicowanie w poziomie bezrobocia w kraju. W Wielkopolsce, województwie o najniższym bezrobociu (4,9 proc.), w urzędach pracy zarejestrowało się prawie 3 razy mniej osób niż w warmińsko-mazurskim.
Spadkowi bezrobocia towarzyszy dobra koniunktura w gospodarce. Oznacza to, że przedsiębiorstwa planując zwiększenie inwestycji w dłuższej perspektywie, muszą brać pod uwagę, że natrafią na barierę rozwoju – brak pracowników. Pojawia się problem, jeśli chodzi o podaż pracy. Sygnałem o przesileniu będzie szybszy od oczekiwanego wzrost wynagrodzeń. Ratunkiem dla rynku pracy może być zwiększenie aktywności zawodowej, która jest na bardzo niskim poziomie i wynosi 56,3 proc.
Komentarz Jakuba Gontarka, eksperta z departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan
Porównywalny skonsolidowany zysk netto Banku Pekao S.A., po wyłączeniu kosztów regulacyjnych oraz pozycji nadzwyczajnych wyniósł w pierwszym kwartale 2017 r. 676 mln zł, co oznacza wzrost o 14,2% w warunkach porównywalnych. Raportowany zysk netto wyniósł 350 mln zł. Bank osiągnął rekordowo wysoki poziom nowych kluczowych kredytów detalicznych, które w ujęciu rocznym wzrosły o 58% do 4,4 mld zł.
W pierwszym kwartale 2017 roku porównywalny skonsolidowany zysk netto Banku Pekao S.A., po wyłączeniu kosztów regulacyjnych oraz pozycji nadzwyczajnych wyniósł 676 mln zł, co oznacza wzrost o 14,2% w warunkach porównywalnych. Raportowany zysk netto osiągnął poziom 350 mln zł i był obciążony kosztami podatku bankowego w wysokości 125 mln zł oraz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego w wysokości 201 mln zł.
Zysk operacyjny brutto wzrósł w warunkach porównywalnych o 11,1% i wyniósł 951 mln zł, dzięki zarówno wzrostowi dochodów podstawowych, jak i obniżeniu kosztów operacyjnych.
Dochody operacyjne wyniosły 1 744 mln zł, co w warunkach porównywalnych oznacza wzrost o 4,6% dzięki poprawie zarówno dochodów odsetkowych jak i dochodów z opłat i prowizji.
Wynik odsetkowy netto, wsparty znaczącym wzrostem wolumenów detalicznych, zwiększył się o 4,2% w ujęciu rocznym do 1 115 mln zł. Poziom marży odsetkowej netto wzrósł do 2,76%.
Kluczowe kredyty detaliczne wzrosły o 11,3% r/r do poziomu 52 919 mln zł, wsparte również silnym wzrostem kwartalnym o 3,3%. Kredyty korporacyjne wzrosły o 6,4% r/r do poziomu 56 184 mln zł. Bank Pekao w pierwszym kwartale osiągnął rekordowy poziom nowych kluczowych kredytów detalicznych w wysokości 4,4 mld zł, +58% r/r. Nowe złotowe kredyty hipoteczne wzrosły o 63,8% r/r i wyniosły 2 458 mln zł, podczas gdy nowe kredyty konsumenckie osiągnęły poziom 1 957 mln zł, +51,3% r/r.
Bank osiągnął dwucyfrowy wzrost depozytów detalicznych o 10,3% r/r, które wyniosły 72 698 mln zł, wsparty przez solidny wzrost kwartalny o 2,8%. Depozyty korporacyjne wyniosły 60 076 mln zł, +4,3% r/r.
Wynik z tytułu opłat i prowizji wzrósł o 2,0% r/r do 573 mln zł, dzięki wzrostowi opłat i prowizji z tytułu płatności kartami, transakcji wymiany walut oraz rynków kapitałowych.
Bank kontynuował dalszą redukcję kosztów operacyjnych, które w ujęciu rocznym spadły o 2,3%, do poziomu 794 mln zł. Wskaźnik koszty/dochody wyniósł 45,5%. Koszty całkowite zostały obciążone dodatkowo rozpoznaną w całości w pierwszym kwartale roczną składką na fundusz przymusowej restrukturyzacji banków oraz kosztami podatku bankowego.
Jakość aktywów Banku Pekao została utrzymana na niezmiennie wysokim poziomie. Koszty ryzyka w pierwszym kwartale wyniosły 40 pkt. bazowych, wskaźnik kredytów nieregularnych spadł do 5,9%, natomiast wskaźnik pokrycia rezerwami wzrósł do 75,1%.
Mieliśmy bardzo dobry początek roku ze świetnym tempem w detalu. Osiągnięte wyniki świadczą o sile, stabilności i dobrym stanie Pekao. Zrealizujemy nasze plany także w tym roku – powiedział Luigi Lovaglio, Prezes Zarządu Banku Pekao S.A.
Nowe technologie są coraz częściej obecne w naszej codzienności. Jest bardzo wiele sposobów oddziaływania nowych technologii na praktykę stosowania i tworzenia prawa w Polsce. Najbardziej pożądane przez inwestorów technologie zakłócają i zmieniają rzeczywistość. Prawo wg oczekiwań powinno być stabilne i przewidywalne, ale najczęściej nie nadąża ono za nowymi technologiami. W ten sposób pojawia się cały szereg okoliczności, które wymagają szybkich prac legislacyjnych.
– Potrzebne są modyfikacje systemu prawnego, które pozwolą wdrażać nowe technologie – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Rafał Stroiński, partner w kancelarii JSLegal – Pozwoli to uniknąć sytuacji, gdy przepis prawa powstały kilka lat temu – w innej rzeczywistości ekonomicznej, technologicznej i gospodarczej – przez przypadek uniemożliwia wprowadzenie nowej – społecznie uważanej za potrzebną – technologii. Technologia jest używana przez administrację rządową do modyfikacji stosowania i tworzenia prawa – przykładem jest prawo podatkowe. Zarzuty i krytyczne uwagi wobec prawa podatkowego są zgłaszane od wielu lat, prowadzone w tej chwili prace porządkujące zmierzają do poprawienia skuteczności i efektywności w przestrzeganiu prawa przez podatników. Bez wątpienia dają bardzo duże narzędzie kontroli dla administracji podatkowej – co jest słuszne z punktu widzenia społecznego i gospodarczego. To też może tworzyć określone ryzyka i ważna rolą dla prawników będzie identyfikacja tych obszarów – dodał Stroiński.
Po dwóch latach przerwy Wielka Brytania znów jest najchętniej wybieranym kierunkiem emigracji – wynika z najnowszego raportu Work Service „Migracje Zarobkowych Polaków”, który w całości zostanie zaprezentowany 17 maja. Wyjazd na Wyspy deklaruje 19% potencjalnych emigrantów zarobkowych z Polski. Co ciekawe ponad połowa badanych, która rozważa właśnie ten kierunek, deklaruje, że chce zdążyć z podjęciem pracy przed Brexitem.
Nie bez przyczyny mówi się, że Londyn to druga stolica Polski. Różne są szacunki dotyczące tego, ilu naszych rodaków jest w Zjednoczonym Królestwie. Według GUS to 720 tys. osób, a według brytyjskiego urzędu statystycznego nawet 916 tys. Takie liczby nie powinny dziwić, od lat bowiem Wielka Brytania była jednym z najchętniej wybieranych kierunków emigracji. Naszych rodaków kusiły nie tylko wysokie zarobki, ale też łatwość z jaką mogli na Wyspach znaleźć zatrudnienie. W ostatnich latach Polacy chętniej wybierali jednak Niemcy, o czym decydowała m.in. bliskość naszych zachodnich sąsiadów i równie atrakcyjne wynagrodzenia. Teraz znowu Wielka Brytania jest liderem, wyprzedzając Niemcy o 4 p.p. Z badania zrealizowanego na zlecenie Work Service wynika, że wyjazd do Wielkiej Brytanii deklaruje 19% osób planujących emigrację. To wynik o 5 p.p. wyższy w stosunku do badania z jesieni ubiegłego roku i pierwszy wzrost zainteresowania kierunkiem brytyjskim od jesieni 2015 roku.
Ogromny wpływ na taki wynik ma Brexit. W najnowszej edycji raportu „Migracje Zarobkowe Polaków” zapytaliśmy czy wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej determinuje właśnie taki kierunek emigracji – 58% badanych odpowiedziało, że tak. Wyraźnie widać zatem, że potencjalni emigranci Brexit wolą zastać na Wyspach niż w Polsce – komentuje Maciej Witucki, prezes Zarządu Work Service S.A.
Z danych Work Service wynika, że dla ponad 30% opuszczenie Wspólnoty przez Wielką Brytanię nie wpływa na decyzję o wyjeździe właśnie do tego kraju. Zdania w tej sprawie nie ma co dziesiąta osoba. W kontekście tych wyników ważne jest też to, że badanie przeprowadzano w momencie, kiedy rząd premier Teresy May oficjalnie rozpoczął procedurę wychodzenia z Unii Europejskiej. Na razie nie wiadomo czy ten sam gabinet będzie prowadził negocjacje z Brukselą. Wielką Brytanią czekają bowiem przedterminowe wybory, które wyłonią nowy rząd.
Nie wiadomo, na jakich zasadach Wielka Brytania będzie przyjmować imigrantów, kiedy opuści Unię Europejską, ani jakie świadczenia oraz warunki pracy dla cudzoziemców uda się wypracować podczas negocjacji z Brukselą. Nie ma jednak wątpliwości, że Brexit znacząco wpłynie na kierunki emigracji – do tej pory Wielka Brytania była bowiem jednym z najpopularniejszych kierunków. Za 2 lata drzwi na Wyspy mogą być już zamknięte – dodaje Maciej Witucki.
Rośnie liczba osób korzystających z oprogramowania blokującego wyświetlanie reklam w Internecie. Z raportu OnAudience.com wynika, że nad Wisłą blokuje się aż 42 proc. emisji, co daje Polsce pozycję lidera w globalnym rankingu. Po piętach depczą nam m.in. Wielka Brytania, Norwegia, Dania i Irlandia. W państwach, gdzie z takich wtyczek korzysta największa liczba osób, wydawcy uciekają się do kreatywnych rozwiązań, by powstrzymać popularyzację przynoszącego im straty procederu. Przedstawiamy najciekawsze działania wymierzone w użytkowników adblocków.
Wojna z adblokerami trwa w najlepsze i tak, jak dzieje się to w przypadku większości konfliktów, ma ona podłoże ekonomiczne. Wedle statystyk eMarketera, w związku z blokowaniem reklam wydawcy mogli stracić w 2016 roku nawet 27 mld dolarów. Z raportu „The state of the blocked web” wynika, że już 11 proc. światowej populacji i 615 milionów urządzeń blokuje reklamy. Zdaniem Piotra Prajsnara CEO Cloud Technologies, firmy która opracowała UnBlocka – narzędzie pozwalające wydawcom wyświetlać reklamy użytkownikom adblocków, winę za aktualny stan rzeczy ponosi każda ze stron. – Reklamodawcy, desperacko próbując zwrócić uwagę internautów, już dawno uodpornionych na standardowe formy reklamy, sięgają po coraz bardziej inwazyjne i krzykliwe kreacje. Co gorsza, wydawcy wyświetlają je na chybił trafił, więc nic dziwnego, że odbiorcy podświadomie klasyfikują je jako spam, którego chcą się za wszelką cenę pozbyć. Brak precyzyjnego targowania i wciąż niewielki udział spersonalizowanej reklamy na rynku stanowią problem, nad którym branża powinna się jak najszybciej pochylić – przekonuje Prajsnar.
Zdaniem CEO Cloud Technologies za kryzys na rynku e-wydawców odpowiedzialność ponoszą również internauci, którzy masowo instalując adblocki nie zwracając uwagi na to, że jakościowe treści, z których korzystają, powstają przeważnie dzięki środkom pozyskanym ze sprzedaży reklam. Zgoda na ich wyświetlanie jest formą zapłaty za dostęp do publikacji. Podobnie o problemie mówią wydawcy, którzy szukają alternatywnych metod pozyskania środków na utrzymanie redakcji, co najczęściej kończy się wprowadzaniem rozwiązań klasy paywall i pobieraniem opłat za dostęp do treści. – Jeśli spojrzymy na problem z dystansu i podsumujemy wszystkie fakty, to widać, że na popularyzacji adblocków tracą wszyscy zarówno pozbawieni sporej części przychodów wydawcy, jak i reklamodawcy, którzy utracili możliwość dotarcia do sporego grona użytkowników sieci oraz sami internauci, którzy mówiąc „tak” adblockom, nieświadomie podpisują zgodę na płatny dostęp do popularnych treści, które od zarania Internetu były powszechnie dostępne i bezpłatne – uważa Maciej Sawa z OnAudience.com.
Oliwy do ognia dolewają twórcy adblocków, którzy każą serwisom internetowym płacić za ochronę przed ich oprogramowaniem, co zdaniem przedstawicieli mediów jest formą haraczu. – Wydawcy nie powinni płacić za znalezienie się na białej liście. To jest nielegalne. To styl mafijny – skomentował takie praktyki Stefan Betzold z niemieckiej gazety Bild.
Mimo zaciętego konfliktu pomiędzy wydawcami a twórcami adblocków, firmy widzą ogromny potencjał w internautach, którzy zabarykadowali się za takimi wtyczkami. Zdaniem Grzegorza Kosińskiego z Audience Network, agencji specjalizującej się w kompleksowej obsłudze reklamodawców w zakresie data consultingu, użytkownicy adblocków, którzy poszczą od reklam internetowych są na nie dużo bardziej wrażliwi i charakteryzują się większą świadomością zagadnień informatycznych. Nic więc dziwnego, że dla reklamodawców stanowią łakomy kąsek, o który warto zawalczyć. Takiego zdania byli najwyraźniej specjaliści od reklamy z Netflixa. Korzystając z zaawansowanych rozwiązań technologicznych przygotowali kampanię skierowaną do osób, które wzięły rozwód z reklamą internetową.
Źródło: zrzut ekranu, The Next Web
„Witaj użytkowniku adblocka. Nie widzisz tej reklamy, ale ona widzi ciebie. Co jest po drugiej stronie twojego czarnego lustra?” Taki tekst zamieszczony na dużym banerze reklamowym przywitał czytelników wybranych portali, uzbrojonych we wtyczki, które miały ochronić ich przed takimi widokami. Kampania promowała produkcję Netfixa, która opowiada o wpływie nowych technologii na życie ludzi. Użytkowników adblocków, będących na bieżąco z nowinkami technologicznymi, skategoryzowano jako potencjalnych odbiorców mini serialu sci-fi.
Wielka Brytania
Na wyspach, gdzie według OnAudience.com blokuje się prawie 39 proc. emitowanych reklam, portal The Financial Times postanowił przeprowadzić eksperyment na grupie 15 tysięcy użytkowników adblocków, dzieląc ich na 3 grupy: pierwsza otrzymywała komunikat z prośbą o wyłączenie wtyczki blokującej; drugiej zablokowano dostęp do wybranych treści; trzeciej – całkowicie uniemożliwiono dostęp do całego serwisu. Po 30 dniach od rozpoczęcia eksperymentu okazało się, że w pierwszej grupie adblocka wyłączył co czwarty internauta (25 proc. osób), w drugiej – niemal co drugi (47 proc.), a w trzeciej aż 69 proc. użytkowników. Oceniając sukces akcji należy wziąć pod uwagę fakt, że profil czytelnika The Financial Times oraz marka samego tytułu z pewnością nie były tu bez znaczenia, a czytelnicy byli skłonni zapłacić za dostęp do treści o charakterze premium.
Źródło: Financial Times
Brytyjska gazeta ma na swoim koncie również kreatywną kampanię skierowaną do użytkowników adblocków, w ramach której na losowo wybranych czytelników portalu FT.com mających zainstalowane adblocki czekała irytująca niespodzianka: jedna trzecia słów w artykułach zniknęła. Ilość brakujących wyrazów miała odzwierciedlać rozmiar strat, jakie wydawca ponosi z powodu blokowania reklam. Dominic Good, dyrektor ds. sprzedaży reklamy w Financial Times twierdzi, że akcja miała wskazać na konsekwencje, jakie niesie ze sobą takie postępowanie i że tytuł, dla którego pracuje polega na reklamie, jako źródle finansowania jakościowych treści.
Litwa
Wydawca z tego niewielkiego państwa, liczącego niecałe 3 mil. mieszkańców, wsławił się ostatnio jednym z najbardziej medialnych apeli ostatnich lat. Dziennikarze serwisu 15Min.lt, który jest jednym z największych i najpopularniejszych na Litwie serwisów informacyjnych, odwiedzanym przez około milion unikalnych użytkowników miesięcznie, postanowili przeciwstawić się blokowaniu reklam i ratować portal przed utratą przychodów. Według raportu OnAudience.com u naszego północno-wschodniego sąsiada blokowanych jest 24 proc. wszystkich emisji. Każdy z członków redakcji 15Min.lt nagrał krótki film, mający na celu uświadomienie litewskiemu internaucie, że wyłączenie wtyczki typu AdBlock w przeglądarce, dodanie strony 15Min.lt do whitelisty lub zarezerwowanie stałej, miesięcznej subskrypcji serwisu w wysokości 1 euro, to tylko kilka kliknięć myszką. Dla wydawcy z kolei to często „być albo nie być”.
Kadr z filmu 15min.lt ADBLOCK Austėja Usavičiūtė Źródło vimeo.com
Przed apelem video litewscy wydawcy próbowali różnych metod. Pomysły zresztą do złudzenia przypominają te, które aktualnie wykorzystują lub planują stosować polscy wydawcy: wyświetlania blokującym użytkownikom komunikatów z prośbą o wyłączenie adblockerów, blokowania tylko wybranych treści lub video czy czasowego wprowadzenia blokady dostępu do niektórych treści dla użytkowników korzystających z adblockerów. Żadne z tych działań nie przyniosło jednak pozytywnego rezultatu. Dlatego Tomas Balžekas, redaktor naczelny serwisu 15Min.lt, zdecydował się na inne rozwiązanie. Skoro nie pomogły ani prośba, ani schowanie się za selektywnym paywallem, to pozostało już tylko jedno: wołanie o zrozumienie.
USA
Time
W Stanach Zjednoczonych, gdzie według raportu OnAudience.com blokuje się ponad 22 proc. reklam, najbardziej kreatywny okazał się magazyn Times. „YOU BROKE TIME.COM!” – z tak rozpoczynającym się komunikatem zetknęli się czytelnicy tytułu po kliknięciu w baner, który dosłownie zapraszał ich do zepsucia portalu. Z treści komunikatu dowiedzieli się, że dobre dziennikarstwo kosztuje, oraz że warto zastanowić się nad rezygnacją z wtyczek blokujących reklamy. Wcześniej jednak cały serwis rozsypał się na ich oczach.
Na tle rozwiązań wprowadzanych przez konkurencyjne portale w USA, akcja Time.com wyróżnia się akcentem humorystycznym i wydaje się być dużo bardziej łagodna. W przypadku serwisów Wired czy The New York Times, ich użytkownicy spotkali się z ultimatum i mieli do wyboru: dodanie portalu do whitelisty lub dostęp do strony serwisu pozbawionej reklam za 1 dolara miesięcznie. W przeciwnym razie dostęp do treści był niemożliwy. Nowojorska gazeta pokusiła się nawet o komunikat, w którym pokornie tłumaczy swoim czytelnikom, że za najlepsze rzeczy w życiu przychodzi nam płacić.
Żródło: The New York Times
Norwegia
Z danych OnAudience.com wynika, że w krainie fiordów blokowanych jest 38 i pół proc. wyświetlanych reklam. Schibsted, koncern mediowy wydający Verdens Gang, najpopularniejszy tabloid w Norwegii, którego internetowy serwis odwiedza codziennie prawie 2 mil. osób, postanowili pochylić się nad problemem blokowania reklam i poszukać najlepszego rozwiązania dla siebie i swoich czytelników. W tym celu przeprowadzano badanie wśród osób korzystających z adblocków. Miało ono pokazać, jakie reklamy są oni w stanie zaakceptować. Ankiety miały również pomóc respondentom zrozumieć, jakie są konsekwencje blokowania reklam dla wydawców. Okazało się, że spora część użytkowników adblocków zgadza się na reklamy z pewnymi wyjątkami. 47 proc. ankietowanych wyraziło chęć dodania VG do białej listy, jeśli wydawca usunie ze serwisu kreacje typu flash i pop-up oraz te ruchome i migające. Kolejnym istotnym warunkiem postawionym przez internautów było dokładne targetowanie, które gwarantuje, że reklamy nie są wyświetlane na chybił trafił. Ten sam procent użytkowników adblocków umieściłby VG na białej liście, jeśli w serwisie zredukowano by liczbę wyświetlanych banerów, a 58 proc. jeśli strona ładowałaby się szybciej. Badanie okazało się otrzeźwiające dla zwolenników pay-walla. Tylko 1 proc. respondentów wyraził chęć uiszczenia opłaty za dostęp do treści pozbawionych reklam.
Schibsted potraktował wyniki na poważnie, wyciągnął wnioski i postawił na transformację. Znacząco zredukowano ilość reklam w serwisie, skrócono o 70 proc. czas ładowania stron i zrezygnowano z reklam zawierających ciężkie animacje. Po wprowadzeniu zmian poinformowano o nich użytkowników adblocków. Wydawca rozpoczął również testy alternatywnych sposobów wyświetlania reklam.
Polska
Na naszym podwórku walka z adblockami wkroczyła na nowy poziom za sprawą portalu Onet.pl. Jeden z największych e-wydawców nad Wisłą zablokował czasowo dostęp do swoich treści użytkownikom korzystającym z wtyczki AdBlock Plus, chcąc w ten sposób wymusić ich wyłącznie. Polska jest światowym liderem blokowania reklam: z oprogramowania blokującego reklamy korzysta u nas około 7 mln internautów. Zatrzymują oni niemal co drugą (42 proc.) odsłonę reklamy internetowej, pozbawiając wydawców ich przychodów. Decyzja Onet.pl o zablokowaniu im dostępu wywołała poruszenie w środowisku polskich wydawców i poważnie je podzieliła.
– W Grupie Wirtualna Polska dążymy do stworzenia zbalansowanego ekosystemu usług i produktów elektronicznych, w którym zarówno potrzeby użytkowników jak i naszych reklamodawców będą zaspokojone. Nie zapominamy o pracy nad UXem, przy jednoczesnym rozwoju produktów reklamowych spełniających oczekiwania klientów.Blokujemy treści wideo. I choć widzimy już skuteczność takich rozwiązań, to dalej pracujemy nad tym trudnym dla wszystkich wydawców tematem – powiedział Paweł Kopacki, manager sprzedaży w zespole rozwoju produktu reklamowego Wirtualnej Polski.
Z kolei Paweł Chwaleba, członek Zarządu Interia.pl, stwierdził, że jego firma nie zamierzamy blokować strony głównej. – To niczego nie rozwiązuje. Przecież w Internecie prawie każda informacja jest dostępna z kilku źródeł – skwitował. Paweł Stremski, dyrektor portalu Gazeta.pl, również rozwiał wątpliwości użytkowników serwisu. – W tym momencie nie planujemy blokowania dostępu do treści na stronie głównej Gazeta.pl użytkownikom adblocków tak, jak zrobił to Onet – stwierdzi Stremski.
Spora część polski wydawców wierzy, że rozwiązanie tkwi we wprowadzeniu opłat abonamentowych za dostęp do treści, komunikatach zachęcających do dodania portalu do whitelisty lub większych inwestycjach w reklamę natywną oraz content marketing. Wolą uświadamiać internautom wagę problemu, niż wzbraniać im dostępu do treści czy też zmuszać do oglądania reklam. Inni korzystają już z alternatywnego rozwiązania jakim jest stworzony nad Wisłą UnBlock, czyli autorska technologia emisji reklamy internetowej opracowana przez Cloud Technologies, która umożliwia wydawcom wyświetlanie reklam pomimo blokującego je oprogramowania, a dzięki analityce Big Data, robi to z wyjątkowo precyzyjnym targowaniem. – Takie emitowanie reklam nie irytuje internautów. Wręcz przeciwnie: wywołuje u nich zainteresowanie, ponieważ przekaz jest precyzyjnie dobrany do ich potrzeb i zainteresowań. W przypadku UnBlock’a zaobserwowaliśmy imponujące wyniki, które obrazują skuteczność reklamy spersonalizowanej. Jest to np. 12 razy dłuższy czas spędzony na reklamowanej stronie, 46 proc. więcej kliknięć w baner niż w przypadku sieciGoogle Display Network czy o 27 proc. mniejszy współczynnik bounce rate. Takie dane są drogowskazem dla branży wydawniczej i reklamowej, w jakim kierunku powinny iść zmiany – przekonuje Marcin Filipowicz z Audience Network.
W pierwszym kwartale 2017 r. Polacy zrealizowali prawie 6 milionów transakcji BLIKIEM. Po pierwszych dwóch latach funkcjonowania systemu było to ok. 10 milionów transakcji. Dynamicznie rośnie liczba transakcji BLIKIEM za zakupy w internecie – ponad 3,6 mln. Dzięki metodzie „jednego kliknięcia” (tzw. ONE CLICK) ten sposób płacenia w sieci staje się jeszcze szybszy i wygodniejszy. Użytkownik nie musi przepisywać kodu na stronie internetowej, wystarczy potwierdzenie w aplikacji bankowej.
W pierwszych trzech miesiącach 2017 r. Polacy zapłacili BLIKIEM za zakupy w internecie 3,6 miliona razy. W sklepach stacjonarnych prawie 360 tys. razy. Ponadto wypłacili z bankomatów BLIKIEM ponad 1,6 miliona razy i zrobili 311 tys. przelewów na numer telefonu.
– BLIK upowszechnia się jako wszechstronny, wielokanałowy sposób płacenia. Klienci coraz chętniej z niego korzystają. Po świetnym czwartym kwartale ubiegłego roku i zakończonej kampanii promocyjnej, BLIK zyskuje coraz większy zasięg i popularność, jako bardzo wygodna metoda płatności. Blisko 6 milionów transakcji zrealizowanych w pierwszym kwartale tego roku pokazuje dalszy dynamiczny wzrost. – mówi Grzegorz Długosz, prezes zarządu Polskiego Standardu Płatności, operatora systemu – Podpisane umowy z kolejnymi bankami dowodzą, że BLIK stał się standardem płatności mobilnych w Polsce nie tylko z nazwy.
BLIKIEM można od niedawna płacić także w placówkach Poczty Polskiej, a dzięki projektowi realizowanemu wspólnie z KIR, także w coraz większej liczbie jednostek administracji publicznej.
Głównym kanałem transakcji BLIK staje się jednak segment e-commerce. Ponad 60 proc. transakcji to właśnie płatności za zakupy w sklepach internetowych, realizowane zarówno przez tradycyjne strony internetowe, jaki i aplikacje oraz mobilne wersje stron sklepów. Dla porównania, po dwóch latach funkcjonowania systemu transakcje e-commerce i m-commerce stanowiły 40 proc. wszystkich dokonywanych BLIKIEM.
– Nie jest przesadą stwierdzenie, że BLIK to prawdziwa rewolucja w płatnościach e-commerce, a szczególnie m-commerce. Umożliwienie klientom płacenia w ten sposób znacznie zwiększa liczbę finalizowanych transakcji. Przykłady pokazują, że po wyborze BLIKA jako metody płatności, klienci częściej kończą transakcję, niż kiedy wykorzystują inne możliwości – mówi DariuszMazurkiewicz, wiceprezes zarządu PSP. – Dzięki coraz powszechniejszemu wykorzystaniu metody ONE CLICK wskaźniki konwersji będą jeszcze lepsze – dodaje.
Płatność „jednym kliknięciem” staje się coraz popularniejsza, szczególnie w m-commerce. W trakcie realizacji pierwszej transakcji w danym sklepie internetowym klient dostaje możliwość zapamiętania tego sklepu. Przy kolejnej transakcji wystarczy już tylko wybrać BLIKA i zatwierdzić płatność na swoim telefonie. Transakcja wymaga oczywiście autoryzacji kodem PIN w aplikacji mobilnej banku, co uniemożliwia zrobienie zakupów przez osobę nieuprawnioną.
Jak wyglądała tegoroczna majówka w internecie? Młodzi wcale się w tym roku nie wylogowali, zwłaszcza młodzi influencerzy. Nie próżnowały też marki G2A, Orange, McDonald’s i Avon. Na Youtube dominowały grupa Abstra i Składanki Disco Polo.
Tegoroczna majówka trwała tylko 3 dni, w czwartek liczba dyskusji zdecydowanie zmalała. Najwięcej o majówce pisali internauci z Warszawy, Trójmiasta, Wrocławia i Krakowa. Ale to Wrocław i Śląsk były najczęściej wspominanymi miejscami. Na ścianie zachodniej – w Lubuskim i Dolnośląskim internauci najczęściej szukali informacji o tym, co robić w majówkę. We Wrocławiu odbył się też festiwal 3-majówka – licznie i pozytywnie komentowany.
Najczęściej podejmowane tematy w codziennych dyskusjach o majówce
To młodzi internauci – uczniowie – byli najbardziej aktywną grupą internautów. Najczęściej na Twitterze i Instagramie narzekają na pogodę, samotność i nauczycieli, którzy zapowiedziali sprawdziany. Na pogodę narzekali zresztą wszyscy. Młodzi influencerzy na Youtube’ie opisywali problemy związane z alergią (Sylwia Lipka, która zwraca m.in. uwagę na rolę chusteczek) i szczegóły planowania wypraw majówkowych (Hejłobuzy).
Zdecydowanie widoczny był profil Fit Lovers, którego autorzy niemal przez cały czas relacjonowali na Facebooku i Youtube’ie swoją wyprawę na słoneczne Korfu.
Co oglądano w internecie? Na Youtube zdecydowanie nie próżnowała grupa Abstra – 25 odcinek Nieprzygotowanych – miał aż 1,2 mln obejrzeń. Warto pamiętać, że to kanał Składanki Disco Polo dostarczył większość najczęściej oglądanych filmów.
Chociaż młodzi influencerzy pisali o alergii, to internauci chwalili się też uprawianiem sportów – przede wszystkim – jazdą na rowerze, spacerami i treningami.
Jakie marki nie próżnowały w trakcie Majówki? Na tle markowych działań zdecydowanie wybijała się akcja G2A, firma rozdawała doładowania do gier (giftcardy – 13 tyś. wyświetleń i 3 tyś komentarzy). Ta marka jako jedyna zaburzyła dynamikę dyskusji w głównych kanałach. Ponadto McDonald’s umieścił na Facebooku angażującego GIFa o jedzeniu w trakcie podróży (2,4 tyś. like’ów), Orange rozdawał 5GB do nowych kart, a Avon wprowadził do komunikacji Małgorzatę Kożuchowską.
We wtorek doszło do dalszego osłabienia się złotego w stosunku do euro, dolara i funta. Obecne poziomy w dłuższym terminie mogą być dobrymi okazjami do zakupów waluty głównie ze względu na sytuacje polityczną w Europie i prognozowane podwyżki stóp procentowych w USA. W ciągu najbliższego miesiąca dojdzie do wyborów parlamentarnych we Francji i w Wielkiej Brytanii, a także do posiedzenia FED-u, na którym może dojść do zmiany stóp procentowych. Niepewność co do wyników we Francji oraz w Wielkiej Brytanii będzie obciążać euro, co przy pozytywnym sentymencie dla dolara może doprowadzić do większej korekty na eurodolarze i zejście do poziomów 1,06-1,07. W takiej sytuacji waluty uznawane za mało bezpieczne, jak złoty, mogą znacznie się osłabić.
Kurs dolara do złotego USDPLN
Cena oscyluje w okolicach strefy ZZB przy 3,89. W przypadku wybicia górą celem będzie poziom 3,93-3,94, gdzie mamy górne ograniczenie formacji 1 do 1. W przypadku spadków, wsparciem będzie poziom dołków z końca maja przy 3,86. Warto wspomnieć, że byki próbują wybić się z kanału popytowego z szerokiego interwału, o czym pisaliśmy wczoraj, co może być sygnałem do tworzenia się nowego impulsu wzrostowego w długim terminie.
Kurs euro do złotego EURPLN
Euro zareagowało na test dołka przy 4,1850. Reakcja ceny była na ponad 5 groszy bez większej korekty, co pozwala przypuszczać, że może dojść do aktywowania się większego popytu. W przypadku wzrostów oporem jest poziom 4,26. W przypadku korekty cena powinna się zatrzymać na 4,21.
Kurs funta do złotego GBPPLN
Funt kontynuuje marsz w górę. Wybicie z poziomu 5 złotych jest trwałe i przynajmniej do jutra nie powinno dojść do ponownego retestu tego poziomu. W przypadku dobrych danych z gospodarki brytyjskiej powinniśmy podejść pod opór przy 5,10. W razie spadków wsparciem pozostaje poziom 5 złotych.
Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.
Wartość BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), który informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych, wyniosła +6,5% w kwietniu 2017 r. Oznacza to, że w kwietniu 2017 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 6,5% w porównaniu z kwietniem 2016 r. Średnia wartość indeksu od początku 2017 r. wyniosła 14,1%.
– Sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych w kwietniu była stabilna. Klienci, w przeliczeniu na dzień roboczy, zawnioskowali o wyższą wartość kredytów niż w 2016 roku, należy jednak wziąć pod uwagę, że kwiecień był krótszy pod względem dni roboczych niż rok wcześniej. Po bardzo pozytywnych dla kredytów mieszkaniowych wynikach 1 kw. 2017 r., w kolejnych miesiącach oczekujemy stabilizacji popytu na kredyty mieszkaniowe względem poziomów z ubiegłego roku – mówi Sławomir Grzybek, dyrektor Departamentu Business Intelligence Biura Informacji Kredytowej.
Wtorek przyniósł kontynuację trendów na rynku walutowym. Dolar umacniał się wczoraj względem euro. Wzrosty widoczne były też na warszawskim parkiecie giełdowym, a ropa taniała.
Wśród inwestorów na rynku ropy naftowej kumulują się wszelkie obawy, co wpływa na wycenę tego surowca. Wcześniej mówiło się o decyzji OPEC o przedłużeniu ograniczenia wydobycia. Dziś obawy dotyczą też zapasów, umacniającego się dolara oraz wydobycia łupkowego w USA. Ropa BRENT traciła na koniec dnia blisko 1%. Tymczasem w Polsce indeks WIG20 zyskał na zamknięciu 1.66%, kończąc dzień powyżej istotnej bariery psychologicznej 2400 punktów.
Giełdzie w Warszawie z pewnością pomogły lepsze dane. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej poinformowało wczoraj, iż na koniec kwietnia stopa bezrobocia w Polsce wyniosła 7.7%. To najniższy wynik od 1992 roku. Czy coraz lepsze dane makroekonomiczne przełożą się na zmianę ratingu polskiej gospodarki? Już w ten piątek agencja Moody’s będzie aktualizowała(bądź nie) swoją ocenę w sprawie ratingu Polski.
Skoro mowa o WIG20 to warto zauważyć, iż sytuacja na wykresie amerykańskiego SP500 zaczyna być trudna. Ostatnim wzrostom na wykresie cen nie towarzyszą analogicznie „duże” wzrosty na RSI. Powstaje więc negatywna dywergencja, która może zapowiadać spadki. Dlatego byki muszą szybko przejść do wzrostów. W innym wypadku może nas czekać test poziomu 2340. Oporem jest 2450.
Polskie firmy zajmujące się wizualizacją placówek handlowych i usługowych czy doradzające przy zmianie logotypów chętnie są zatrudniane przez zagranicznych zleceniodawców ze względu na wysoką jakość usług i niższe ceny. Najważniejsze we wzajemnych relacjach dotyczących zmian znaków wartych dziesiątki milionów dolarów jest jednak zaufanie. Branżą o największym zapotrzebowaniu na usługi rebrandingowe jest obecnie sektor spożywczy.
– Rynek w Polsce na pewno już tak dynamicznie się nie rozwija jak jeszcze kilka lat temu. Natomiast mamy ewidentną chęć współpracy korporacji zagranicznych, globalnych brandów z polskimi dostawcami, ponieważ gospodarka w Polsce jest gospodarką bardziej efektywną, a mniej kosztową niż we Francji czy Niemczech – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Rudnicka, prezes zarządu Vivenge, firmy zajmującej się identyfikacją wizualną. – Technologie, jakimi dysponujemy, są tak samo dobre, jeśli nie lepsze, ponieważ od kilku lat mamy dofinansowania jako przedsiębiorcy w Polsce. Upatrujemy więc przyszłość branży również w rozwoju zagranicznym.
Vivenge ma w swoim portfolio zmiany szyldów na polskim rynku u takich klientów jak Lotos (stacje Lotos Optima), Bank Pekao SA czy Poczta Polska. Zdaniem prezes Vivenge rynek rebrandingowy w Polsce w zakresie pełnej wizualizacji zewnętrznej i wewnętrznej można oszacować na 250–300 mln zł rocznie. Na świecie wartość ta jest wielokrotnie wyższa, a zagraniczne zlecenia ułatwia fakt, że wiele marek obecnych jest na rynkach globalnych.
– W tej chwili najbardziej dynamiczną branżą jest branża spożywcza. Ma to bezpośredni związek z dramatycznie rosnącą populacją na świecie. W bardzo szybkim tempie rośnie liczba sklepów spożywczych. Nam dzisiaj w Polsce wydaje się to dziwne, że na każdym zakręcie mamy Biedronkę, Carrefour, Auchan, Netto czy Lidla – mówi Rudnicka w wywiadzie udzielonym w czasie European Executive Forum. – Natomiast ma to związek z tym, że dzisiaj na świecie migracja jest bardzo duża i potrzeby wyżywienia ludności rosną bardzo mocno. W Europie branża spożywcza rozwija się najbardziej dynamicznie i tam w tej chwili jest najwięcej spektakularnych przejęć, fuzji i rebrandingów.
W ostatnich latach największym przejęciem na polskim rynku w tej branży był zakup sklepów Real od Grupy Metro przez sieć Auchan. W tej chwili francuski detalista zajmuje się rebrandingiem swoich sklepów formatu supermarketowego w całej Europie na „My Auchan”. Także w Polsce należąca do niego sieć Simply ma zmienić nazwę na „Moje Auchan”. Nowe logo od ubiegłego roku zdobi sklepy Żabka, a w maju 2017 roku rozpoczyna się w Polsce rebranding stacji benzynowych Statoil na Circle K – również jest to przedsięwzięcie międzynarodowe.
Jak podkreśla Katarzyna Rudnicka, przy zmianie wizualizacji bardzo istotną kwestią jest dopasowanie nowego wzoru do charakteru działalności klienta.
– Niezwykle ważne jest to, żeby nowa wizualizacja i nowy znak były akceptowalne w zakresie produktów, które sprzedaje firma, żeby klient miał okazję powiązać i kolorystykę, i kształt nowego znaku z produktem, który kupuje w tak obrandowanym punkcie sprzedaży. Trudno sobie wyobrazić różowe stacje benzynowe bądź białe, bardzo aseptyczne drogerie z drogimi kosmetykami i akcesoriami do makijażu – wyjaśnia prezes Vivenge. – Zauważmy, że bardzo silne brandy jak McDonald’s, Pepsi czy Coca-Cola nie dokonują dużych zmian w swoim logotypie, żeby nie stracić na rozpoznawalności u konsumenta. Te znaki w ostatnich dwudziestu latach zmieniły się kilkanaście razy, ale tak subtelnie, że klient tego nie dostrzega.
Do najbardziej wartościowych marek świata – według rankingu BrandZ z 2016 roku – należy Amazon (7. miejsce, wartość 98,99 mld dol.), McDonald’s (miejsce 9., 88,65 mld dol.), Coca-Cola (miejsce 13., 80,3 mld dol.) czy Starbucks (miejsce 21., 43,57 mld dol.). Na szczycie znajdują się marki technologiczne: Google, Apple i Microsoft. Wartość każdej z dwóch pierwszych sięga niemal 230 mld dol.
– Podstawową wartością, którą uważam za najważniejszą w ślad za researchem i wywiadem z klientami, jest zaufanie. To jest gwarancja sukcesu w tej branży, w której klient bardzo zważa na swoją markę, na którą ciężko pracował i która osiąga milionowe lub miliardowe wartości na rynku – przekonuje Katarzyna Rudnicka. – Dla niego niezwykle ważne jest to, żeby dostawca, z którym pracuje, w stu procentach realizował jego oczekiwania i żeby informacje, które nam przekazuje, były zachowywane, żeby miał do nas stuprocentowe zaufanie w zakresie terminów realizacji, oferowanej jakości i świadczonych usług.
Warszawa walczy ze smogiem, zmieniając tabor komunikacji miejskiej na bardziej ekologiczny. Do 2020 roku po stolicy ma jeździć ok. 160 elektrycznych autobusów. Jeszcze w tym roku pojawi się ich 30. Miejskie Zakłady Autobusowe inwestują też w proekologiczne rozwiązania w zajezdniach autobusowych. W zajezdni przy Woronicza energię uzyskuje się z paneli fotowoltaicznych.
– Obecnie mamy 10 autobusów elektrycznych, kolejnych 10 dołączały na przełomie lipca i sierpnia, a następnie 10 na przełomie roku. Spodziewamy się, że w ostatnich dniach grudnia te autobusy będą już bazowały w zajezdni przy ul. Woronicza – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Stawicki, rzecznik prasowy Miejskich Zakładów Autobusowych w Warszawie.
Do 2020 roku takich pojazdów ma być już 160. Przetarg na dostawę autobusów elektrycznych do Warszawy wygrało konsorcjum Ursus SA, AMZ Kutno oraz Ursus Bus. Już w styczniu fabryka Ursus dostarczyła miastu 10 nowych 12-metrowych pojazdów elektrycznych. Kontrakt z MZA był wart 25 mln zł. Elektrobusy będą wyposażone w podwójny system ładowania: łącze plug-in oraz za pomocą pantografu i napowietrznej ładowarki.
– Pod względem poboru prądu mamy już przygotowaną zajezdnię do przyjęcia tych autobusów. Następne 130 autobusów elektrycznych, przegubowych, które planujemy kupić w 2019 i 2020 roku, w większości pojawią się w nowej zajezdni Redutowa. Będzie ona wyposażona w 100 stanowisk do ładowania autobusów elektrycznych oraz tak energooszczędne i ekologiczne rozwiązanie jak pompy ciepła czy panele fotowoltaiczne – zapowiada Stawicki.
Z kolei zajezdnia przy ul. Spedycyjnej na Tarchominie ma zostać podłączona do gazociągu planowanego wzdłuż Kanału Żerańskiego. Miejsce znajdzie tam 300 autobusów na gaz.
– Prowadzimy też już pierwsze próby autobusów gazowych. Jesteśmy drugim miastem w Europie, które wykorzystuje autobusy na skroplony gaz ziemny, w tym roku dojadą również pojazdy na gaz CNG – wskazuje Stawicki.
Szacuje się, że w całej Polsce do 2025 roku ok 3 tys. pojazdów będzie napędzanych gazem skroplonym.
Stołeczne Miejskie Zakłady Autobusowe są jednym z europejskich pionierów we wdrażaniu elektrycznej i niskoemisyjnej floty do obsługi komunikacji miejskiej. Zielona energia stosowana jest także w zajezdniach autobusowych. Pod względem rozwiązań proekologicznych liderem jest zajezdnia Woronicza.
– Jako jedyni w Warszawie stosujemy zieloną energię pozyskiwaną z paneli fotowoltaicznych. Na dachu hali obsługowej zamontowanych jest 280 paneli fotowoltaicznych o mocy 65 watopików, w sumie daje to 75 kilowatopiki. Energię zużywamy do bieżących potrzeb i stanowi ona ok. 20 proc. naszego bieżącego zapotrzebowania – podkreśla Antoni Mroczek, kierownik oddziału przewozów R-1 Woronicza.
Jak zapowiada, w przyszłości, kiedy w zajezdni będą stać autobusy elektryczne, 30 proc. energii potrzebnej do ich ładowania będzie pochodziło z ekologicznych źródeł. Ma to pomóc w walce Warszawy ze smogiem. Zaoszczędzić energię ma też pomóc nowe ocieplenie hali obsługi.
– Pozyskanie energii ze słońca to zmniejszenie smogu i emisji dwutlenku węgla. Warszawa stanie się czystsza – podkreśla Antoni Mroczek.
Rośnie popyt na mieszkania, szczególnie w największych miastach Polski. Deweloperzy oddają też coraz więcej lokali do użytku. Początek roku był pod tym względem rekordowy. Polacy kupują mieszkania przede wszystkim na kredyt. O ten jednak coraz trudniej ze względu na wymagany 20-proc. wkład własny.
– Polacy chętnie korzystają z kredytu hipotecznego na zakup własnego lokum. W tym roku o kredyt jest nieco trudniej. KNF zwiększyła o 5 pkt proc. wymagany wkład własny, który obecnie wynosi 20 proc. Oznacza to, że jeśli chcemy kupić dom lub mieszkanie, to musimy dysponować kwotą w wysokości około 1/5 ceny planowanej do zakupu nieruchomości. Niektóre banki jeszcze udzielają kredytów przy niższym wkładzie własnym – 10 proc., ale wymagają ubezpieczenia wkładu własnego, co oznacza, że kredyt jest droższy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agata Stradomska, manager ds. szkoleń i marketingu w agencji nieruchomości RE/MAX Polska.
Niskie stopy procentowe zachęcają do wzięcia kredytu, jednak wymagany 20-proc. wkład własny sprawia, że na mieszkanie stać coraz mniej osób. W kupnie nieruchomości może jeszcze pomóc rządowy program Mieszkanie dla Młodych, jak jednak wskazuje ekspertka, wkrótce skończą się na niego środki.
– Program cieszył się tak ogromnym zainteresowaniem, że już na samym początku tego roku zaczęło brakować środków na bieżący rok – mówi Stradomska.
Na początku kwietnia skończyły się również środki z puli na 2018 rok (50 proc. z przewidzianych 762 mln zł). Pozostałe 381 mln zł dostępne będzie od stycznia. Łącznie z programu MdM skorzystało 85,7 tys. osób (dane na koniec stycznia). 2018 rok to ostatni okres obowiązywania MdM.
– Kolejne programy rządowe nie będą już wspierały posiadania własnego mieszkania, będzie za to taki wspierający wynajem. W programie Mieszkanie+ będzie można korzystać z tańszego niż rynkowy czynszu najmu – wskazuje przedstawicielka RE/MAX Polska.
Cena za czynsz ma wynosić 10–20 zł za mkw. Program zakłada możliwość długoterminowego wynajmu mieszkania z opcją dojścia do własności.
– Ważną zmianą dotyczącą rynku nieruchomości jest ta związana z budową domu. Osoby, które chciały czy chcą budować dom, na pewno ucieszyła kolejna liberalizacja prawa budowlanego, ponieważ mniej jest formalności administracyjnych. Ale z drugiej strony zwiększyły się wymogi dotyczące warunków technicznych, jakim muszą odpowiadać budynki, których budowa rozpoczęła się w tym roku – przypomina Agata Stradomska.
Od stycznia niższe są wartości dopuszczalnych wskaźników EP określających wielkość rocznego zapotrzebowania na nieodnawialną energię pierwotną niezbędną do zaspokajania potrzeb związanych z użytkowaniem budynku. Zgodnie z dyrektywą w sprawie charakterystyki energetycznej budynków do końca 2020 roku wszystkie nowe powinny być budynkami o niemal zerowym zużyciu energii.
– To dobra wiadomość w kontekście przyszłości. Będzie można taniej eksploatować budynki, natomiast na dziś konieczny jest zakup droższych, bo wyższej jakości materiałów, co podwyższa koszt budowy – zaznacza Stradomska.
W ubiegłym roku wiele zmieniło się w kwestii zakupu ziemi rolnej.
– Te grunty przestały mieć walory inwestycyjne, a stają się pomału głównie zasobem użytkowym. Obserwujemy spadek obrotu ziemią rolną i nie ma żadnych przesłanek, żeby w najbliższym czasie móc mówić o znaczących zmianach w tym obszarze – ocenia ekspertka RE/MAX Polska.
Jak analizuje Stradomska, na rynku nieruchomości ceny powinny się utrzymywać na stabilnym poziomie. Popyt na mieszkania, zwłaszcza w największych miastach, rośnie.
– Połowa udziału sprzedaży to pięć regionów w Polsce: województwo mazowieckie, dolnośląskie, wielkopolskie, śląskie i małopolskie. To obszary bardziej zaludnione, ale też ciekawe rynki pracy i miejsca inwestycyjne, które ściągają osoby z zewnątrz – wymienia Stradomska.
Coraz więcej mieszkań oddają też do użytku deweloperzy. W styczniu i w lutym rozpoczęli budowę blisko 14 tys. mieszkań (40 proc. więcej niż w tych miesiącach 2016 roku). W ubiegłym roku wydano pozwolenia na budowę 110 tys. mieszkań, a do użytku oddano 80 tys. lokali.
– Na rynku dostępnych jest coraz więcej mieszkań z rynku pierwotnego. Chętne są zarówno osoby, które chcą kupić własne mieszkanie, jak i te, które planują zainwestować w nieruchomość – podkreśla Agata Stradomska.
Zła sytuacja finansowa polskich kopalń, polityka klimatyczna Unii Europejskiej nastawiona na redukcję emisji gazów cieplarnianych oraz rosnące skokowo zapotrzebowanie na energię elektryczną wymuszają na sektorze energetycznym wielomiliardowe inwestycje. Według prognoz do 2030 roku powinny one sięgnąć około 240 mld zł. Odpowiedzią na te wzywania może być konsolidacja spółek energetycznych i ich integracja z górnictwem. W wyniku tego powstałyby silne podmioty, zdolne realizować duże inwestycje i skutecznie konkurować na europejskim rynku.
– Przed całą energetyką stoją teraz duże wyzwania, związane z inwestycjami w nowe moce oraz z procesem restrukturyzacji górnictwa. Konsolidacja i stworzenie dwóch dużych grup energetycznych pozwoliłoby im wygenerować środki na inwestycje w polską energetykę. Dlatego jestem wielkim zwolennikiem budowy koncernów paliwowo-energetycznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Kurella, ekspert ds. energetyki Instytutu Staszica, były prezes zarządu PGNiG i Tauron Polska Energia.
W Polsce zużycie energii elektrycznej na jednego mieszkańca wynosi 3 937 kWh per capita, podczas gdy w Niemczech i Wielkiej Brytanii sięga odpowiednio 7 017 kWh oraz 5 407 kWh per capita. W Finlandii, która jest jednym z europejskich rekordzistów pod tym względem, na mieszkańca przypada 15 509 kWh. Według prognoz w Polsce zużycie energii będzie szybko rosnąć – goniąc europejską średnią – i do 2030 roku zwiększy się o 70 TWh. W tym samym czasie w systemie ubędzie około 14 GW mocy na skutek wyłączania przestarzałych jednostek wytwórczych.
– Polska jest na jednym z ostatnich miejsc w Europie pod względem zużycia energii elektrycznej. W Luksemburgu, Szwecji, Finlandii czy innych krajach skandynawskich jest ono ponad dwu-, a nawet trzykrotnie większe. To pokazuje, że jeśli chcemy dorównać do poziomu europejskiego, to zapotrzebowanie na energię będzie stale rosło. Ponadto będziemy coraz częściej przechodzić na systemy, które z jednej strony oszczędzają energię, z drugiej – pochłaniają jej coraz więcej. Eksperci szacują, że w Polsce zwiększenie zapotrzebowania na energię do 2030 roku przekroczy 40 GW – mówi Jerzy Kurella.
Rosnące zapotrzebowanie na energię i wyłączanie przestarzałych bloków wymuszą konieczność dużych inwestycji w energetyce, którym mogą sprostać tylko silne kapitałowo spółki w dobrej sytuacji finansowej.
– Szacuje się, że do 2030 roku potrzeby inwestycyjne w sektorze energetycznym wyniosą około 240 mld zł. Mali gracze – mam na myśli obecny potencjał polskich grup energetycznych – nie będą w stanie udźwignąć ciężaru budowy nowych mocy energetycznych i programu wsparcia dla górnictwa – ocenia Jerzy Kurella.
Zła sytuacja finansowa, która zagraża funkcjonowaniu kopalń węgla kamiennego, jest dodatkowym obciążeniem dla całego sektora. Ze względu na fakt, że kopalnie są jednym z filarów polskiego bezpieczeństwa energetycznego i stanowią nierozerwalną część sektora energetycznego, konieczne jest ustabilizowanie ich sytuacji finansowej i umożliwienie im inwestycji. Ambitne cele stawia przed Polską również polityka klimatyczna UE, która zakłada redukcję gazów cieplarnianych, rozwój OZE i poprawę efektywności energetycznej. To też pociągnie za sobą konieczność miliardowych nakładów inwestycyjnych.
Zdaniem eksperta Instytutu Staszica odpowiedzią na te wzywania może być konsolidacja sektora energetycznego, w wyniku której powstałyby dwa silne koncerny paliwowo-energetyczne, integrujące energetykę i górnictwo węgla kamiennego. Nowe podmioty mogłyby przejąć część kopalń, dzięki czemu byłyby samowystarczalne pod względem paliwowym i odporne na wahania cen paliwa pierwotnego na rynku krajowym i międzynarodowym.
Dodatkowo konsolidacja wzmocniłaby pozycję polskich spółek energetycznych na europejskim rynku. Na tle konkurencyjnych firm w Europie rodzime podmioty wypadają blado. W 2013 roku moc zainstalowana Energi wynosiła 1 GW, Enei – 3 GW, natomiast PGE – 11 GW. Dla porównania szwedzki Vattenfall posiadał 45 GW mocy zainstalowanej, RWE – 49 GW, a Électricité de France – 140 GW. Analogiczne dysproporcje występują też przy porównaniu wyników finansowych i przychodów oraz wielkości produkcji energii elektrycznej poszczególnych spółek.
– Polskie spółki energetyczne, takie jak Enea, Energa, Tauron czy PGE, odniosły rynkowy sukces. Chociaż w krajowych warunkach wydają się duże, to patrząc na ich wielkość i nakłady finansowe w kontekście energetyki europejskiej są spółkami małymi. Gdybyśmy połączyli możliwości wytwórcze trzech największych polskich spółek energetycznych, wciąż byłyby one 10-krotnie mniejsze niż moce takiego giganta jak Électricité de France – mówi Jerzy Kurella.
Ekspert Instytutu Staszica zauważa również, że konsolidacja polskiego sektora energetycznego przy jednoczesnej zmianie obecnego modelu funkcjonowania górnictwa na górnictwo wykorzystujące w szerokim zakresie czyste technologie węglowe, w tym zgazowanie odpadów węglowych, wpisałaby się w politykę Unii Europejskiej, która dąży do budowy jednolitego rynku energii na terenie wszystkich państw Wspólnoty.
Taki proces może zapewnić korzyści całej gospodarce. Problematyczne jednak mogą okazać się kwestie dozwolonej pomocy publicznej i ochrony konkurencji na rynku energii oraz polityczne i korporacyjne interesy poszczególnych grup. Jednak w opinii Kurelli udana konsolidacja polskiej energetyki, przeprowadzona w ubiegłej dekadzie, pozwoliła zrealizować niezbędne inwestycje i pokazała, że nie jest to proces niemożliwy.
– Konsolidacja energetyki, która przebiegła w latach 2006–2008 i – co warto podkreślić – ponad podziałami politycznymi, była olbrzymim wyzwaniem dla sektora energetycznego i zakończyła się sukcesem. Mija już 10 lat funkcjonowania na polskim rynku czterech dużych podmiotów energetycznych, przed którymi dzisiaj stoją dodatkowe wielkie wyzwania – ocenia Jerzy Kurella.
Coraz więcej firm w Polsce i na świecie korzysta z chmury. Przy niewielkim nakładzie finansowym rozwiązania chmurowe stwarzają szansę poprawy organizacji, zwiększenia efektywności i obniżenia wydatków przeznaczanych nie tylko na IT. Dziś małe firmy traktują chmurę jako środowisko pracy, które może zastąpić tradycyjne biuro, ale ma ona dużo większe możliwości – podkreśla Magdalena Dziewguć z Google Polska.
– Praca w chmurze to przede wszystkim domena małych firm. Nie dysponują one dużymi pieniędzmi na inwestycje i muszą oglądać każdy inwestowany grosz, dlatego chmura przychodzi im z pomocą. Za dużo mniejsze nakłady finansowe osiągają dużo więcej i rosną szybciej. Duże firmy również powoli zaczynają zauważać tę przewagę i potencjał, który stwarza chmura obliczeniowa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Dziewguć z Google Polska, szefowa Google for Work na Polskę i region Europy Środkowo-Wschodniej.
Dane dotyczące skali zastosowania chmury w przedsiębiorstwach są niejednoznaczne. Z ubiegłorocznego badania Ipsos na zlecenie Intela wynika, że 34 proc. rodzimych firm korzysta z rozwiązań chmurowych, a największą popularnością cieszą się chmura prywatna i hybrydowa (łącząca tradycyjne serwery z cloudem). Badanie IDC dla Oracle Polska pokazuje, że ten wskaźnik jest nieco niższy i wynosi 18 proc.
Z kolei Onex Group podaje, że co druga mała i średnia firma (50 proc.) w Polsce korzysta przynajmniej z jednego rozwiązania chmurowego. Zdecydowana większość, bo 90 proc., pozytywnie ocenia przydatność technologii cloud computingu, doceniając przede wszystkim łatwość przechowywania i przetwarzania danych oraz możliwość szybkiego i prostego kontaktowania się ze współpracownikami.
Niezależnie od szacunków branżowi eksperci są zgodni co do tego, że chmura jest obecnie najważniejszym trendem w IT i stwarza przedsiębiorcom bardzo szerokie możliwości przy niewielkim nakładzie finansowym.
– Chmura to przede wszystkim szybszy rozwój. Można osiągnąć dużo większą skalę wzrostu przy mniejszych nakładach i odciążyć pracowników. Mówiąc obrazowo, chmura to jest taka moc, którą można podpiąć każdemu pracownikowi. Dzięki temu może on więcej czasu poświęcić na czynności, które są trudne i wymagają jego zaangażowania, a chmura wykona za niego prostsze zadania. To jakby prywatny robot – wyjaśnia Magdalena Dziewguć.
Szefowa Google for Work na Polskę i Środkowo-Wschodnią Europę zaznacza, że chmura sama w sobie nie zastąpi dobrych pracowników. Może ich jednak odciążyć i umożliwić przeznaczenie czasu na inne, bardziej angażujące zajęcia. To z kolei przekłada się na efektywność całej firmy.
– Chmura to tylko technologia, narzędzie, które pomaga pracownikom osiagnać lepsze wyniki. Ale żeby tak się mogło stać, trzeba mieć dobrych pracowników – podkreśla Magdalena Dziewguć.
Rosnące zainteresowanie przedsiębiorstw chmurą znajduje odbicie w nakładach finansowych przeznaczanych na tę technologię. Jak podaje Onex Group, powołując się na dane firmy CloudPassage, ponad połowa firm inwestuje w rozwiązania chmurowe 15 proc. całego swojego budżetu na IT. Co piąta przeznacza na ten cel 25 proc. środków.
W opublikowanym na początku tego roku raporcie międzynarodowy instytut badawczy Gartner prognozuje, że w 2017 roku ten rynek zanotuje 18-procentową dynamikę wzrostu, a jego wartość w skali globalnej wzrośnie z 209,2 do 246,8 miliardów dol.
Przetwarzanie danych i przenoszenie procesów do chmury zyskuje w biznesie coraz większą popularność. Również dlatego, że oferta rozwiązań chmurowych jest coraz szersza. Choć przedsiębiorcy mają opory związane z obawami o bezpieczeństwo danych w chmurze, to doceniają możliwość, które stwarza ta technologia: obniżenie kosztów i wydatków przeznaczanych na IT, elastyczność i ogólnodostępność.
Z uwagi na ten ostatni czynnik chmura jest technologię szczególnie przydatną firmom o rozproszonej strukturze, w których część pracowników jest zatrudniona w modelu zdalnym albo pracuje w zagranicznych oddziałach, w innych strefach czasowych.
– Chmura jest pewną formą przestrzeni biurowej, może przejąć część procesów zachodzących w tradycyjnym biurze, ale oferuje dużo więcej możliwości. Myślę, że nie zastąpi jednak spotkań, wymiany myśli, dyskusji, kłótni, wspólnego poszukiwania rozwiązań. Chmura może za to poprawić efektywność tych procesów – ocenia Magdalena Dziewguć.
Siła rekomendacji zyskuje na znaczeniu wśród internautów. Ponad 80 proc. konsumentów korzystających z sieci poleca znajomym produkty, z których są zadowoleni. Sami także chętnie kierujemy się opiniami innych – wynika z badania „Lojalni 2017” przeprowadzonego przez dr Tomasza Barana z Uniwersytetu Warszawskiego. Najczęściej na podstawie rekomendacji kupujemy produkty spożywcze i kosmetyki. Większość z nas bierze udział w programach lojalnościowych, co piąty za pomocą aplikacji na smartfonie.
– Wyniki ogólnopolskiego badania, które zrealizowaliśmy wśród korzystających z internetu konsumentów w Polsce, wskazują, że zarówno polecanie, jak i korzystanie z poleceń innych osób jest bardzo powszechne. Zdecydowana większość badanych wskazała, że chętnie poleca produkty lub usługi, z których sama skorzystała. Chętnie też korzystamy z poleceń – mówi agencji Newseria Biznes dr Tomasz Baran z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, autor badania „Lojalni 2017”.
Z badania „Lojalni 2017” przeprowadzonego na panelu Ariadna dla 2take.it wynika, że 82 proc. internautów poleca znajomym produkt lub usługę. Ponad połowa (57 proc.) robi to co najmniej raz w miesiącu, a 14 proc. – raz w tygodniu lub częściej. Najczęściej polecamy produkty spożywcze (42 proc.), kosmetyki (39 proc.), odzież (35 proc.) i książki (30 proc.). Co czwarty badany rekomenduje usługi fryzjera, z którego jest zadowolony, oraz sprzęt AGD, z którego korzysta. Najrzadziej z kolei polecamy takie produkty, jak motocykle, bilety lotnicze, materiały biurowe i usługi prawne.
Rekomendacje wpływają też na nasze decyzje zakupowe. Ponad 70 proc. osób przyznaje, że podejmowało je właśnie pod wpływem polecenia. Co piąty badany odpowiedział, że zdarza mu się to raz w miesiącu. Wśród najczęściej kupowanych produktów z polecenia są – podobnie jak przy rekomendowanych – produkty spożywcze, kosmetyki, odzież i książki.
– Są też różnice międzypłciowe między skłonnością do korzystania z poleceń. Kobiety częściej kupują z polecenia kosmetyki, mężczyźni częściej sprzęt elektroniczny – wskazuje autor badania.
Najczęściej rekomendacje mają miejsce w rozmowie – bezpośredniej (76 proc.) lub telefonicznej (32 proc.). Jednak coraz częściej wykorzystujemy do tego media społecznościowe (19 proc.).
– Bardzo pozytywnie badani reagują na propozycje wynagradzania za polecanie. Nie należy jednak mylić płacenia za to, żeby komuś ktoś coś polecił, tylko raczej wynagradzanie za to, że polecamy usługi, do których sami osobiście jesteśmy przekonani. W ten sposób wzmacniamy naturalną tendencję konsumentów do polecania produktów i usług, z których sami skorzystali i są z nich zadowoleni – analizuje dr Tomasz Baran.
Z badania wynika, że 66 proc. badanych (z czego 28 proc. zdecydowanie) byłoby zainteresowanych wzięciem udziału w programie, w którym otrzymywaliby wynagrodzenie za polecanie innym osobom produktów lub usług, które sami kupili.
– Zdecydowana większość badanych bierze udział w programach lojalnościowych. Aktywnie korzysta z nich niemal 2/3 osób. Zbieranie profitów z korzystania z różnego rodzaju systemów lojalnościowych jest dla nas ważne. System lojalnościowy wzbogaca też aktualną ofertę produktową – mówi autor badania „Lojalni 2017”.
W programach lojalnościowych bierze udział nieco ponad 80 proc. osób. Choć wciąż przeważnie korzystamy z plastikowej karty lojalnościowej (74 proc.), a ok. 30 proc. gromadzi kupony promocyjne lub zbiera punkty w postaci pieczątek przybijanych do kuponów, to coraz częściej korzystamy przy tym ze stron internetowych (33 proc.). Blisko co piąty badany deklaruje udział w programach lojalnościowych za pomocą aplikacji na smartfonie. 66 proc. badanych przyznaje, że udział w programach lojalnościowych sprawia, że częściej kupują lub korzystają z usług firm prowadzących taki program.
– Najważniejszym wzmacniaczem tego zjawiska jest poręczność programu. Chodzi o to, żeby nie wymagał on noszenia ze sobą jakiś kartek, pieczątek, kart plastikowych. Im bardziej będzie to poręczne i dostępne, np. w aplikacji na smartfonie, tym większa szansa, że program lojalnościowy będzie mógł istotnie zadziałać i spełniać swoją funkcję – tłumaczy dr Tomasz Baran.
Po oczyszczeniu nastrojów, wynikających z zamieszania związanego z wyborami we Francji i odkryciu, że Stany Zjednoczone tworzą silne miejsca pracy, wszystko wydaje się iść gładko. Theresa May wypada w sondażach śpiewająco i nie ma żadnego wydarzenia na horyzoncie, które byłoby obarczone dużym ryzykiem.
Wahania giełdowe nagle rekordowo nisko spadły. Indeks zmienności VIX zamknął się wczoraj poniżej 10 punktów, co oznacza najniższy odczyt w historii. Strach się skończył, ale chciwość jeszcze się nie zaczęła. Jak dotąd na rynkach akcji można zauważyć jedynie spokój i ciszę. Wiele głównych indeksów giełdowych utrzymuje się na tym samym poziomie co zwykle.
Dolar australijski kontynuuje swoją dewaluację, spadając o więcej niż się tego spodziewano. Niższe ceny towarów i silniejszy dolar amerykański to zły znak dla Australijczyków. Może to jednak stanowić niepowtarzalną okazję dla transakcji typu „carry trade”. Obecnie pozycja kupna pary walutowej AUD/CHF wynosi 52 centy dziennie na każde 10.000 jednostek, co sprawia, że jest to jeden z najbardziej atrakcyjnych celów dla klientów o wysokim kapitale własnym, którzy chcą uzyskać stały zwrot z niskim ryzykiem.
Jak obserwowaliśmy przez ostatni miesiąc, prezydent Republiki Południowej Afryki ciągle napotykał kłopoty. Niestety, nic się nie zmieniło. Obecnie rand zbliża się do pułapu 13,6 w stosunku do dolara. Poziom 14 dolarów był w przeszłości ważną barierą psychologiczną, więc jego przełamanie z pewnością sprawia wrażenie szybko deprecjonującej się waluty.
Po bliźniaczym ataku na Kraken i Poloniex, na rynku zaroiło się od kryptowaluty. Osiem z dziesięciu najwyżej cenionych kryptowalut odnotuje dziś spadek, ale ethereum poniesie tego największy ciężar. Całkowita kapitalizacja wszystkich kryptowalut, która w ciągu ostatnich kilku miesięcy stale szła w górę, nie wzrosła w ciągu ostatnich 24 godzin. Najwyżej ceniona na tym rynku waluta, bitcoin, silnie wzrosła dziś rano, a na niektórych giełdach już znacznie przekroczyła pułap 1700 dolarów za monetę. To doskonale pokazuje, iż bitcoin stanowi bezpieczną przystań na rynku kryptowalut.
We wtorek złoty stracił w relacji do dolara i funta, pozostał stabilny do euro i umocnił się do szwajcarskiego franka. Nie ma jednak wątpliwości, że właśnie dokonuje się zwrot i waluty już tańsze nie będą.
O godzinie 16:34 kurs EUR/PLN testował poziom 4,23 zł, pozostając blisko wczorajszego zamknięcia i o ponad 4 gr powyżej wczorajszego minimum. Kurs USD/PLN wzrósł dziś o 0,7 gr do 3,88 zł. Notowania GBP/PLN podskoczyły o 0,9 gr do 5,0206 zł. I tylko szwajcarski frank stracił 1,6 gr, spadając do 3,8604 zł.
Zmiany te w głównej mierze są pochodną zmian na rynkach globalnych. W trzech pierwszych przypadkach jest to efekt przede wszystkim powrotu notowań EUR/USD do 1,09 z poziomów powyżej 1,10 testowanych jeszcze w nocy z niedzieli na poniedziałek. Spadek CHF/PLN to efekt słabszego zachowania szwajcarskiej waluty, która traci na wartości w reakcji na zmniejszenie się ryzyka politycznego w Europie.
Obecny tydzień na krajowym rynku walutowym rozpoczął się od umocnienia złotego w reakcji na wygraną Emmanuela Macrona w niedzielnych wyborach prezydenckich we Francji. Rano w poniedziałek 9 maja za euro trzeba było zapłacić 4,1881 zł, co oznaczało wyrównanie wyznaczonego tydzień wcześniej dwuletniego dołka. Szwajcarski frank potaniał do 3,8497 zł, czyli poziomu nieoglądanego września 2015 roku. Dolar kosztował 3,8115 zł i był najtańszy od października. I tylko funt spadając do 4,9454 zł nie wyznaczył istotnego minimum.
To umocnienie szybko jednak przerodziło się w realizację zysków. Takie zachowanie było dość naturalne, gdyż zwycięstwo Macrona, a więc zmniejszające się ryzyko polityczne w Europie, było dyskontowane już od zakończenia pierwszej tury wyborów prezydenckich, a złoty był jednym z dużych beneficjentów tego procesu. Stąd realizacja zysków, która wczoraj miała miejsce również na giełdach oraz EUR/USD, w żaden sposób nie zaskoczyła.
Wygrana Macrona zamyka temat ryzyka politycznego wiszącego nad Europą. I to pomimo, że jeszcze w czerwcu odbędą się wybory parlamentarne we Francji i Wielkiej Brytanii, a na jesieni do urną pójdą Niemcy. To też powoduje, że uwaga rynków przesunie się teraz z Europy na USA, a na rynku walutowym najprawdopodobniej rozpocznie się gra pod czerwcową podwyżkę stóp procentowych przez Fed. W zasadzie ten proces już się rozpoczął, bo tak należy interpretować zwrot EUR/USD z półrocznego maksimum powyżej 1,10 i obecne cofnięcie do 1,09 dolara, które jest początkiem osuwania się tej pary w kierunku poziomów 1,06-1,07 dolara.
Potencjalna presja na umocnienie dolara, będzie prowadził do powstania podażowej presji na walutach rynków wschodzących. W tym również na złotym. Dlatego w perspektywie kolejnych tygodni należy się liczyć z osłabieniem złotego. I to nie byłoby większym zaskoczeniem, gdyż paliwo do jego umocnienia już się skończyło, więc mocne odreagowanie umocnienia rozpoczętego jeszcze w grudniu, staje się oczywiste nawet w sytuacji, gdy nie ma silnych argumentów do sprzedaży złotego.
Powyższy scenariusz znajduje pełne wsparcie w analizie sytuacji na wykresach polskich par. Poniedziałkowe mocne wzrosty USD/PLN i GBP/PLN, kolejny już zwrot EUR/PLN z okolic 4,18 zł, a nawet stojący pod znakiem zapytania zwrot CHF/PLN po wyznaczeniu dwuletniego minimum, wskazuje na zmianę tendencji i rosnące prawdopodobieństwo przeceny złotego w najbliższych tygodniach. Dlatego oczekuję, że miesiąc za wszystkie główne waluty trzeba będzie zapłacić po 5-10 gr więcej niż obecnie.
Czy coś mogłoby zakłócić scenariusz umocnienia dolara i idącego z tym w parze osłabienia złotego? Wydaje się, że jedynie tylko wyraźne zaostrzenie tonu przez Europejski Bank Centralny (ECB). Część rynku oczekuje, że wobec bardzo dobrych danych płynących z Europy i równoczesnego zmniejszenia ryzyka politycznego, przedstawiciele ECB zmienią retorykę i odejdą od obecnego gołębiego nastawienia. Być może o tym przekonamy się już w środę, przy okazji wystąpienia prezesa ECB Mario Draghiego w holenderskim parlamencie o godzinie 13:00. Tyle tylko, że to wprawdzie wpłynęłoby na sytuację na EUR/USD, wykluczając spadkowy scenariusz dla tej pary i zastępując go trwałym powrotem powyżej 1,10 dolara, ale z punktu widzenia złotego, perspektywa przyszłego odejścia od luźnej polityki monetarnej, której przecież był dużym beneficjentem, będzie również mocnym sygnałem sprzedaży. W tym układzie należałby spodziewać się nawet silniejszej jego przeceny niż o opisane wcześniej 5-10 gr.
Małopolskie, dolnośląskie, pomorskie doganiają mazowieckie w innowacyjności. Dystans między regionami się zmniejsza – pokazało badanie „Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności polskich województw 2017”. Co ciekawe największy rozwój potencjału innowacyjności osiągnęło województwo lubelskie, w którym liczba wydanych patentów wzrosła ponad trzykrotnie na przełomie 5 lat.
W czołówce województw o największym potencjale innowacyjności utrzymują się niezmiennie 4 województwa: mazowieckie, małopolskie, dolnośląskie oraz pomorskie. Są to regiony, gdzie dominującą rolę odgrywają aglomeracje miejskie: warszawska, krakowska, wrocławska i trójmiejska. W ostatnim czasie zauważalne jest zmniejszanie dystansu w indeksie innowacyjności między województwem mazowieckim a pozostałymi trzema regionami.
– Zmniejszenie dystansu wynika przede wszystkim z tego, że województwa małopolskie, dolnośląskie oraz pomorskie od kilku lat dynamicznie i relatywnie szybciej, niż lider zestawienia, zwiększają wydatki na B+R w przeliczeniu na PKB, a także liczbę pracujących w badaniach i rozwoju. Przyczyn tego zjawiska należy upatrywać w silnym rozwoju przemysłu innowacyjnego oraz innowacyjnych usług w tych regionach – mówi newsrm.tv Urszula Kryńska, ekonomistka Banku Millennium.
W porównaniu do ubiegłego roku, prawie wszystkie województwa, z wyjątkiem podkarpackiego, łódzkiego, śląskiego, lubuskiego i opolskiego osiągnęły wyższą średnią wyników z 6 analizowanych czynników składających się na potencjał innowacyjności. Co ciekawe największy rozwój potencjału innowacyjności w ciągu kilku lat osiągnęło województwo lubelskie. Główną przyczyną awansu tego województwa jest liczba wydanych patentów, która wzrosła ponad trzykrotnie na przełomie 5 lat.
– Zwiększenie liczby patentów jest konsekwencją dobrej pozycji Lublina jako ośrodka akademickiego. Szczególnie pozytywnie wyróżnia się Politechnika Lubelska. W 2015 roku uczelnia uzyskała 98 patentów i dokonała 97 zgłoszeń w Urzędzie Patentowym, co plasuje ją na 4 miejscu wśród jednostek naukowych w kraju. Ośrodki akademickie Lublina korzystają z wysokiego potencjału edukacyjnego regionu. Należy jednak pamiętać, że zgłoszenia patentowe były w omawianym okresie dofinansowane środkami z funduszy strukturalnych i budżetowymi, co może zawyżać ich liczbę – wyjaśnia Urszula Kryńska, ekonomistka Banku Millennium.
Dobre wyniki w rankingu osiągnęło również województwo podkarpackie. Odnotowało ono skok w wydajności pracy. Wynika to z prowadzonej w regionie polityki inwestowania w innowacyjne branże gospodarki, szczególnie lotnictwo i kosmonautykę.
Na najniższej pozycji w rankingu znalazły się województwa; świętokrzyskie, warmińsko-mazurskie i lubuskie. Spowodowane jest to przede wszystkim niską wydajnością pracy, małymi nakładami na badania i rozwój w relacji do PKB oraz małą liczbą osób pracujących w B+R, a także najniższą w kraju liczbą studentów i wydanych patentów. Przyczyn tego zjawiska należy szukać w relatywnie niskim uprzemysłowieniu tych regionów oraz niskim rozwoju sektora usług, infrastruktury transportowej, edukacyjnej oraz badawczo-rozwojowej.
– Innowacje mają też wpływ na jakość życia przeciętnego „Kowalskiego”, co widać m.in. na przykładzie usług finansowych. Dziś dla większości klientów kanały bankowości elektronicznej są kluczową drogą kontaktu z bankiem. Mamy w Polsce ponad 7 milionów użytkowników bankowości mobilnej. To co teraz jest oczywistością, 10 lat temu byłoby nie do pomyślenia. Aplikacje mobilne banków stają się użytecznym narzędziem, dzięki któremu można nie tylko błyskawicznie wykonać najważniejsze operacje bankowe, ale np. wykupić ubezpieczenie komunikacyjne, zapłacić za parking, czy kupić bilety komunikacji miejskiej. To jest właśnie innowacyjność na co dzień w praktycznym wydaniu – dodaje Urszula Kryńska.
Największymi atutami Polski w wyścigu innowacji jest: bliskość rynku UE, zaangażowanie polskich firm w międzynarodowe łańcuchy produkcji, duży zasób kapitału ludzkiego, możliwość wykorzystania środków UE oraz wysoki poziom przedsiębiorczości Polaków. Barierą na tej drodze może się okazać mała liczba liczących się ośrodków naukowych, niski poziom zaufania społecznego, duży dystans technologiczny wielu branż, niski poziom kompetencji u starszych osób oraz starzenie się społeczeństwa.
Po udanym dla branży motoryzacyjnej 2016 roku, I kwartał br. przyniósł kolejne wzrosty rejestracji pojazdów. W tym okresie zarejestrowano w Polsce 125,9 tys. nowych samochodów osobowych, 14,6 tys. aut dostawczych, 6,2 tys. samochodów ciężarowych oraz 2,9 tys. motocykli i 3,7 tys. motorowerów. Bardzo dynamicznie rośnie liczba rejestracji aut z alternatywnym napędem. Dużą popularnością cieszyły się także samochody z segmentu E, minibusy, małe i średnie SUV-y oraz kombivany. W I kwartale 2017 r. dobry wynik wypracowały też fabryki motoryzacyjne ulokowane w Polsce. Z taśm montażowych zjechało 202,5 tys. pojazdów samochodowych, co oznacza wzrost o 7,3% r/r.
Rośnie liczba rejestracji samochodów osobowych dokonywanych przez klientów indywidualnych
W I kwartale 2017 roku zarejestrowano w Polsce 125,9 tys. nowych samochodów osobowych, tj. o 21,2 tys. więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku i o 11,2% więcej niż w poprzednim kwartale. Pomimo, że popyt jest nadal generowany głównie przez klientów instytucjonalnych, którzy zarejestrowali od stycznia do marca o 24,6% aut więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, zaobserwowano również większą aktywność klientów indywidualnych (osób prywatnych i wśród nich również prowadzących działalność gospodarczą). Rejestracje aut osobowych w pierwszym kwartale tego roku wzrosły w tej grupie o 13,4%. Takie tempo wzrostu przyczyniło się do zwiększenia ich udziału w całym rynku do 36%.
Nieustannie obserwujemy dynamiczny wzrost liczby rejestracji samochodów premium – w okresie od stycznia do marca ich sprzedaż zwiększyła się o ponad 30% i wyniosła 15,7 tys. szt. Cztery największe marki premium, tj. BMW, Mercedes-Benz Audi oraz Volvo odnotowały wzrost sprzedaży oscylujący wokół 30%. Chociaż wśród nabywców wciąż przeważają firmy i instytucje, które w ostatnim kwartale zarejestrowały aż o 31,3% aut premium więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, to dynamika wzrostu sprzedaży wśród klientów indywidualnych jest również imponująca – nabyli oni w I kwartale o 25,6% więcej aut premium niż przed rokiem. Rynek aut popularnych rośnie nieco wolniej, choć także w zadowalającym tempie. W pierwszych dziewięciu miesiącach tego roku zarejestrowano o 19% pojazdów tej kategorii więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.– mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Dynamiczny rozwój segmentu aut z napędem alternatywnym
W pierwszym kwartale 2017 roku najsilniej wzrósł popyt na minibusy (+112,4%), małe/średnie SUVy (+33,2% r/r), samochody segmentu E (+32% r/r) oraz motorowery (+25,6%).
Kolejny kwartał z rzędu obserwujemy bardzo dynamiczny rozwój rynku aut z napędami alternatywnymi (nie licząc napędu na gaz ziemny czy lpg) – w pierwszym kwartale 2017 roku liczba rejestracji wzrosła o 95,7% i wyniosła 4,9 tys. Od stycznia do marca tego roku sprzedano zatem prawie tyle samo aut z napędem alternatywnym, co przez pierwsze dwa kwartały 2016 roku. Nadal zdecydowanie najpopularniejsze są hybrydy, które odpowiadają za 95,7% nowych rejestracji w tej grupie. Słabsza była dynamika sprzedaży samochodów elektrycznych (w tym hybryd plug-in), których zarejestrowano o 5% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Podobnie jak w poprzednich latach, w I kwartale 2017 roku najpopularniejszymi samochodami osobowymi były auta klasy C, których zarejestrowano 37,1 tys., co oznacza wzrost o 19% w stosunku do I kwartału 2016 roku – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.
Spadki w segmentach samochodów ciężarowych, wzrosty na rynku naczep i przyczep
Przez pierwsze trzy miesiące br. zarejestrowano 14,6 tys. nowych samochodów dostawczych (o DMC<=3,5t), czyli o 4,7% więcej niż przed rokiem. Rejestracje samochodów ciężarowych zmniejszyły się o 0,9% r/r, do poziomu 6,2 tys. sztuk. Za spadek odpowiadają przede wszystkim pojazdy o DMC>16t. Rynek nowych przyczep i naczep o masie całkowitej powyżej 3,5t wzrósł z kolei o 8,1% – w pierwszym kwartale zarejestrowano 6,3 tys. sztuk. O 7,2% wzrosła także liczba rejestracji nowych autobusów (DMC>3,5t), których od stycznia do marca zarejestrowano 0,5 tys. sztuk.
W I kwartale 2017 r. o 8,1% wzrósł rynek nowych naczep i przyczep o masie całkowitej 3,5t. Zarejestrowano łącznie 6,3 tys. sztuk pojazdów. Jeszcze większe wzrosty odnotowaliśmy w segmencie naczep – 9,1%rdr. Te dobre wyniki uzyskane przez polską branżę to przede wszystkim zasługa stabilnej, bardzo dobrej kondycji całego sektora transportowego w naszym kraju. Rynek od wielu miesięcy utrzymuje bardzo wysoki wolumen sprzedaży. W segmencie naczep wszyscy liderzy rynku odnotowali poprawę wyników w porównaniu do ubiegłego roku.
Rośnie rynek motorowerów
W pierwszym kwartale 2017 roku zarejestrowano 2,9 tys. nowych motocykli, czyli o 21,3 % mniej niż w analogicznym okresie 2016 roku.
Pierwsze trzy miesiące tego roku przyniosły odbicie w kategorii motorowerów, których sprzedaż zwiększyła się o 25,6% w stosunku do I kwartału 2016 roku. Był to zarazem pierwszy kwartał, w którym odnotowano wzrost od 2014 roku, kiedy nastąpiła zmiana w przepisach, pozwalająca kierować motocyklem do 125 centymetrów sześciennych posiadaczom prawa jazdy kat. B, a także zmiana przepisów homologacyjnych. Jest to wynik jednak bardzo skromny wobec osiągniętego w tym samym czasie w 2014, a nawet w 2015 roku. W minionym kwartale spadła za to liczba rejestracji motocykli, o 21,3% do poziomu 2,9 tys. sztuk. Wynik ten jednak jest wciąż dobrym rezultatem szczególnie w odniesieniu do okresu sprzed 2014 roku – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Dynamicznie rośnie produkcja w fabrykach ulokowanych w Polsce
W pierwszym kwartale 2017 roku odnotowano wzrost produkcji we wszystkich kategoriach – ogółem wyprodukowano w Polsce 202,5 tys. pojazdów samochodowych, aż o 7,3% więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Najbardziej dynamicznie rosła produkcja autobusów – od stycznia do marca zjechało z taśm montażowych 1,4 tys. sztuk, o 36,1% więcej niż przed rokiem. Podobną dynamiką charakteryzowała się produkcja samochodów dostawczych i ciężarowych, która wyniosła 43,1 tys. sztuk i była o 30% większa r/r. Nieco wolniej rosła produkcja aut osobowych – w tej kategorii zanotowano wzrost o 7,3% do 158,1 tys. sztuk.
Dane za pierwszy kwartał 2017 roku są bardzo optymistyczne i wskazują, że w całym roku możemy mieć najlepszy wynik w produkcji od kilku lat. Sytuacji tej sprzyja rosnący popyt na auta w Europie – od stycznia do marca zarejestrowano w Unii Europejskiej 4,1 mln aut, co oznacza wzrost o 8% w stosunku do poprzedniego roku. Warto podkreślić, że pierwszy kwartał tego roku był najlepszym pierwszym kwartałem od 2011 roku – komentuje Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.
Wzrost eksportu produktów motoryzacyjnych
Aktualne dane Eurostatu pozwalają także podsumować eksport motoryzacyjny z Polski w całym 2016 roku. Przez 12 miesięcy wyeksportowano produkty motoryzacyjne o wartości 30,4 mld euro. Wartość eksportu pojazdów, przyczep i naczep wyniosła 10,9 mld euro (+11,4% r/r). Największy udział mają jednak wciąż podzespoły, części i akcesoria motoryzacyjne – w ich przypadku wartość eksportu wzrosła do 19,5 mld euro (+7,5% r/r).
Podwyżka płacy minimalnej w przyszłym roku powinna być adekwatna do wzrostu wydajności pracy – uważa Konfederacja Lewiatan. Pracodawcy czekają na prognozy makroekonomiczne rządu, które posłużą do wypracowania ostatecznego stanowiska w sprawie podwyżki minimalnego wynagrodzenia.
Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu PKPP Lewiatan
– W tym roku płaca minimalna wynosi 2 tys. zł. Przy średnim wzroście wydajności pracy rzędu dwóch procent i dwuprocentowej inflacji optymalna byłaby podwyżka rzędu 80 zł. Pamiętajmy, że bezrobocie jest rekordowo niskie, ale prawdziwym problemem jest mała aktywność zawodowa. Spośród 31,5 mln dorosłych Polaków pracuje tylko 16,3 mln osób. Zbyt duża podwyżka płacy minimalnej utrudni aktywizację osób o niskich kwalifikacjach, szczególnie w biednych regionach, ponieważ zniechęci do zwiększenia zatrudnienia mikroprzedsiębiorców, którzy nie mają możliwości podniesienia cen swoich usług – mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.
Zbyt szybki wzrost minimalnego wynagrodzenia wymusza nieuzasadnioną wzrostem wydajności pracy podwyżkę wynagrodzeń wyższych od minimalnego, ponieważ relacja płac w przedsiębiorstwach musi odzwierciedlać wydajność pracowników, i w konsekwencji skłania przedsiębiorców do nieoficjalnego zatrudniania pracowników. Czy rząd jest przygotowany do skuteczniejszego zwalczania szarej strefy, która stanowi nieuczciwą konkurencję dla pozostałych przedsiębiorców?
Zdaniem 92% prezesów, w długim okresie czasu, kwestie pozafinansowe od zmiany klimatu po efektywność zarządów, będą miały realny i mierzalny wpływ na przedsiębiorstwa. Według ankietowanych w badaniu EY Czy raportowanie niefinansowe pokazuje inwestorom prawdziwą wartość przedsiębiorstwa? do tej pory firmy nie traktowały kwestii środowiskowych i społecznych jako istotnego obszaru działalności. Według ¾ badanych, głównym czynnikiem motywującym spółki do raportowania danych niefinansowych jest budowanie pozytywnej opinii o firmie wśród klientów. Na drugim miejscu znalazły się wymogi formalne.
Raportowanie niefinansowe rozwija się od końca lat 90. XX wieku. Ujawniane wtedy informacje zajmowały zaledwie kilka stron, dzisiaj raporty są często dłuższe od rocznego sprawozdania. W grudniu 2015 roku Laurence Fink, prezes Black Rock (amerykańskiej firmy zarządzającej aktywami o wartości 4,6 bln USD) zwrócił się do prezesów firm wchodzących w skład indeksu S&P500 z prośbą, by na poważnie potraktowali ujawnienia dotyczące wpływu na środowisko naturalne i społeczeństwo oraz ładu korporacyjnego (ESG – environmental, social and governance). Jego zdaniem ESG przynosi wymierne korzyści. Ponad 80% inwestorów badanych przez EY zgadza się z apelem Finka.
– Fink wzywał też do skoncentrowania się na długoterminowym budowaniu wartości (zamiast na krótkoterminowych wypłatach dywidend) i otwartości w prezentowaniu strategii biznesowych – mówi Rafał Hummel, szef Działu Climate Change and Sustainability Services, EY. – To pod jego wpływem rządy, regulatorzy i twórcy standardów raportowania dyskutują o zrównoważonym rozwoju i sposobach jego odzwierciedlania w raportach – dodaje.
Czy inwestorzy patrzą na ESG?
68% respondentów badania EY przyznaje, że ESG często lub czasami ogrywa znaczącą rolę w procesie podejmowania decyzji o inwestycji. W 2015 roku twierdziło tak 52%.
16% spośród tych, którzy nie biorą ESG pod uwagę, przyznaje, że nie jest przekonanych o wpływie ujawniania takich informacji na wyniki przedsiębiorstwa.
Inwestorzy chcą więcej
42% inwestorów, którzy nie biorą pod uwagę informacji o ESG narzeka, że niefinansowe informacje albo w ogóle nie są ujawniane, albo są niespójne i niesprawdzone. W 2015 roku sądziło tak tylko 32% badanych.
80% wszystkich respondentów uważa, że firmy niewystarczająco pokazują ryzyko związane z ESG, w tym przede wszystkim związane z aktywami, które są poza akceptowalnym poziomem dopuszczalnego ryzyka, wynikającymi ze zmieniających się regulacji, oczekiwań społecznych czy warunków środowiskowych. Takie aktywa to powód, dla którego aż 60% inwestorów zmniejszyło w ciągu ostatnich 12 miesięcy swoje zaangażowanie lub zamierza dokładnie przyjrzeć się tym aktywom w przyszłości.
39% twierdzi, że nie zainwestuje w firmę, która ma słaby ład korporacyjny, a 58% nie wyklucza wycofania się z tego właśnie powodu. 32% nie wyobraża sobie udziału w przedsięwzięciu, które narusza prawa człowieka.
20% badanych wymienia kwestie związane z ograniczeniem możliwości weryfikowania informacji – dlatego inwestorzy najbardziej cenią sobie informacje ujawniane przez zarząd lub komitet audytu.
Szukanie motywacji
Inwestorzy zastanawiają się też, co może zmotywować firmy do dokładnego raportowania niefinansowego. Uważają, że głównymi powodami powinno być budowanie relacji z klientami oraz zgodność z regulacjami.
– Firmy, które przodują w raportowaniu ESG narzekają, że jest ich za mało, więc inwestorzy nie mogą zrobić dobrej analizy porównawczej – mówi Robert Sroka, Menedżer w Dziale Climate Change and Sustainability Services. – Ale, dodaje, ESG wpływa na cenę akcji, więc coraz więcej przedsiębiorstw zaczyna raportować dane niefinansowe nie tylko raz w roku, ale nawet raz na kwartał.
Konferencja Klimatyczna w Paryżu (COP21)
27% badanych przez EY inwestorów uważa, że ustalenia COP21 zdecydowanie wpłyną na zwiększenie raportowania obejmującego działania firm na rzecz ograniczenia emisji CO2 i związanego z tym zarządzania ryzykiem. 58% sądzi, że COP21 tylko częściowo zintensyfikuje taką sprawozdawczość.
– Bez wątpienia wymogi regulacyjne wynikające z COP21 wywołają rewolucję w sektorze energetycznym – mówi Rafał Hummel. – Firmom energetycznym wydaje się, że mają 10-15 lat na dostosowanie się, ale technologia powoduje, że ten czas skraca się o połowę.
O czym informować?
Na początku wprowadzenia ESG inwestorów interesowało przede wszystkim zdrowie i bezpieczeństwo robotników w przemyśle ciężkim. Dzisiaj zwracają uwagę na zmieniające się oczekiwania społeczne, wpływ przełomowych technologii, zmiany demograficzne, niedobory wody i innych zasobów naturalnych, zmiany klimatyczne, a także pokryzysowe wynagrodzenia zarządów.
– Nawet cyberbezpieczeństwo jest częścią ESG – mówi Grzegorz Idzikowski, Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć EY, gdyż jest związane z ładem korporacyjnym oraz zarządzaniem i zapobieganiem wyciekowi danych. Dodatkowo inwestorzy są wyczuleni na ryzyko ujawnienia danych osobowych – dodaje.
Dla badanych przez EY inwestorów najważniejsza jest społeczna odpowiedzialność i to, w jaki sposób firmy podchodzą do swoich obowiązków regulacyjnych, etycznych i ekonomicznych. 35% uznało to za bardzo ważną kwestię, a 57% za ważną. Podobnie (31% i 60%) traktują podejście firm do żądań klientów dotyczących szerokiego dostępu do informacji.
O badaniu
Badanie zostało przeprowadzone przez Institutional Investor’s (II) Research Lab, na zlecenie EY. 42% respondentów pochodziło z regionu Europy, Afryki, Indii oraz Bliskiego Wschodu. 27% z obu Ameryk, a 25% z regionu Azji i Pacyfiku.
38% zarządza aktywami o wartości od 1 do 5 mld USD. 17% ma aktywa o wartości do 10 mld USD, a 17% – 50 i więcej miliardów USD. Dominowali przedstawiciele banków oraz firm zarządzających aktywami. 13% to firmy rodzinne, a 9% to fundusze emerytalne.
Cyberprzestępcy są coraz bardziej zainteresowani wykradaniem danych z rejestrów medycznych. Na czarnym rynku tego rodzaju informacje są warte więcej niż np. dane dostępu do konta czy karty kredytowej. Specjaliści Fortinet wyjaśniają, skąd bierze się taka popularność danych medycznych w cyberprzestępczym podziemiu.
Dogłębność informacji
Rejestry medyczne to bogate źródło wiedzy na temat danej osoby. Zawierają imię i nazwisko pacjenta, datę urodzenia, informacje o rodzicielstwie, numery ubezpieczeń społecznych, adresy, numery telefonów, informacje o krewnych i wiele innych informacji osobistych. Są to dane przydatne w szerokim zakresie cyberprzestępczych działań, włącznie z kradzieżą tożsamości.
Trwałość danych
O ile numery kart kredytowych i konta bankowe mają krótki okres przydatności dla przestępców, tak dane z rejestrów medycznych mogą być przetwarzane przez o wiele dłuższy czas. Do wykrycia kradzieży tego typu danych może dojść nawet po kilku miesiącach. Pozwala to przestępcom na spokojną i dokładną analizę wykradzionych informacji, które mogą być następnie wykorzystane do oszustw finansowych popełnianych poza sektorem opieki zdrowotnej.
Informacje o ubezpieczeniach zdrowotnych mogą być też wykorzystywane np. do uzyskiwania fałszywych recept czy zakupu sprzętu medycznego, który następnie może zostać z zyskiem odsprzedany.
Ograniczona możliwość odzyskania danych
Kiedy oszust wykorzystuje do popełnienia przestępstwa informacje z konta bankowego lub karty kredytowej, ich odzyskanie może być stosunkowo proste. Instytucja finansowa blokuje wówczas kartę czy możliwość wykonywania operacji na koncie i wydaje nowe dokumenty oraz dane. W przypadku kradzieży danych medycznych doprowadzenie do stanu sprzed kradzieży jest wręcz niemożliwe: nie zmieni się przecież imienia, nazwiska, historii choroby czy grupy krwi. Jedyną możliwością ochrony jest regularne sprawdzanie, czy np. nie odnotowano prób zaciągnięcia pożyczki, otwarcia nowego konta czy wyrobienia nowej karty kredytowej na twoje dane. Oczywiście o kradzieży danych należy bezzwłocznie po jej wykryciu poinformować organy ścigania.
Uwaga na IoT
Cyberprzestępcy coraz częściej atakują za pośrednictwem przedmiotów Internetu rzeczy (IoT). Dlatego przed podłączeniem do domowej sieci różnego rodzaju urządzeń opieki medycznej, które monitorują stan zdrowia pacjentów lub dawkują leki, należy je dokładnie sprawdzić: dowiedzieć się, czy istnieją znane luki w ich zabezpieczeniach i czy można je aktualizować.
Wnioski
Zdaniem ekspertów Fortinet można domniemywać, że na całym świecie przestępcy skradli już miliony danych z rejestrów medycznych. Dzięki statycznej naturze zawartych w nich informacji przestępcy mają sporo czasu, aby je przeanalizować, przetwarzać, a następnie z nich korzystać.
Cyberprzestępcy nadal korzystają z takich metod ataków jak ransomware wymierzone w jednostki ochrony zdrowia czy bardziej „tradycyjnych” ataków metodą DDoS (odmowa dostępu).
W tej sytuacji bardzo ważne jest, aby instytucje medyczne administrujące naszymi danymi odpowiednio szkoliły pracowników w zakresie cyberbezpieczeństwa, tworzyły kopie zapasowe danych czy przeprowadzały codzienną integrację sygnatur złośliwego oprogramowania.
Dzisiaj odbywają się wybory prezydenckie w Korei Południowej. Na rynkach po ostatnich wzrostach trwa korekta ostatniego optymizmu. Dobre dane z Czech, mieszane dane z Niemiec.
Wybory w Korei
Dzisiaj w Korei Południowej odbędą się wybory prezydenckie. Poprzednia Pani prezydent została odwołana po korupcyjnym skandalu. Pani prezydent nie pełni już swoich obowiązków od 5 miesięcy, a głównym powodem był nadmierny wpływ jednej z doradczyń, która jak się okazuje dbała głównie o własny interes. W tle wyborów jest intensyfikacja napięcia na granicy z północnym sąsiadem, który znów przeprowadza próby balistyczne. Po ujawnieniu skandalu waluta Korei Południowej straciła na wartości. Od tego czasu jednak weszła w trend wzrostowy i odrobiła straty. Ostatnie dni z kolei to kolejna przecena. Ruch ten nie może dziwić i jest powodem niepewności rynków co do wyboru obywateli.
Korekta na złotym
Często na rynkach jest tak, że po długim ruchu wzrostowym przychodzi czas na spadki. Nie inaczej jest obecnie na złotym. Ostatnie dni umacniał się na fali dobrego klimatu na rynkach w związku z wyborami we Francji. Wczoraj jednak zaczął tracić. Euro dotarło do 4,23 zł, frank został na 3,87 zł, głównie ze względu na osłabienie franka na rynkach względem głównych walut. Dolar podrożał o 4 grosze do 3,87 zł a funt przekroczył 5 zł.
Surowce w dół
Uspokojenie na rynku, którego jesteśmy świadkami po wyborach we Francji to nie tylko waluty. To również surowce. Przeważnie na rynku ejst tak, że wraz ze wzrostem ryzyk w górę idą surowce, a szczególnie złoto. Odwrotna sytuacja ma miejsce jak na rynkach się uspokaja. Wtedy surowce spadają. Od początku maja widzimy wyraźny ruch. Złoto spadło z 1275 dolarów do 1225 dolarów za uncję.
Dane makroekonomiczne
Rano poznaliśmy dane makroekonomiczne z Niemiec. Dobrze wypadły dane na temat wymiany handlowej. Zarówno import jak i eksport wzrosły powyżej oczekiwań. Gorzej z kolei wypadła produkcja przemysłowa, która w skali roku wypada gorzej od oczekiwań a w ujęciu miesięcznym wręcz spadła. Dobrze z kolei wypadły dane na temat sprzedaży detalicznej z Czech. Parametr ten u naszych południowych sąsiadów sprzedaż rośnie o 7,8%.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Jak budować markę osobistą, gdy jest się kobietą? Jakie narzędzia wykorzystać do promowania swojej eksperckości? Tym razem krakowskie spotkanie „Kobieta w Biznesie” obfitowało w treści i inspirujące wywiady z zakresu personal brandingu.
Przedsiębiorcze Krakowianki na stałe wpisały w swoje kalendarz wydarzenie „Kobieta w Biznesie”, organizowane przez Anetę Wątor. Na kwietniowym spotkaniu, w którym uczestniczyło ponad 100 kobiet zaangażowanych w prowadzenie własnego biznesu, udało zgromadzić się szereg gości, jacy podzielili się swoją wiedzą z zakresu budowanie marki osobistej.
Kwietniowa edycja rozpoczęła się od prezentacji specjalistów z agencji ContentHouse (Diana Drobniak i Michał Grzebyk), którzy opowiedzieli, jak budować markę osobistą, wykorzystując content marketing. Uczestniczki poznały praktyczne porady, narzędzia i zasady, a także szereg przykładów osób, które swój personal brand oparły o tworzenie i dzielenie się wartościowymi treściami w sieci.
Mając wiedzę, jaką tworzyć dobry content, przedsiębiorcze kobiety dowiedziały się, jak za pomocą SMS-ów i e-mail pozyskać serca oraz oddanie obserwatorów. W tajniki e-mail marketingu wprowadziła ich Karolina Bednarz z firmy FreshMail. Uczestniczki mogły poznać nie tylko sposoby na budowanie listy odbiorców, ale również sposoby wykorzystania personalizowanych SMS-ów do komunikacji z odbiorcami.
Gośćmi specjalnymi wydarzenia były dwie krakowskie osobiste stylistki: Joanna Kieryk, znana pod pseudonimem Plamkaa, blogerka modowa, zawodowo specjalista ds. marketingu i social media w jednej z popularnych firm obuwniczych oraz Zofia Kulewicz – osobista stylistka, która profesjonalnie zajmuje się budowaniem wizerunku zewnętrznego kobiet i mężczyzn. Wywiady z gośćmi specjalnymi to najbardziej inspirująca część spotkania.
Organizatorzy „Kobieta w Biznesie” kładą mocny nacisk na networking, dlatego oprócz klasycznej przerwy, w czasie której można wymienić się wizytówkami, wprowadzono również możliwość zaprezentowania własnego biznesu na forum. Dzięki temu wszyscy uczestnicy mogą poznać się nawzajem.
Najbliższe spotkania „Kobieta w Biznesie” odbędą się już 24.05.2017 r. w Trójmieście, 8.06.2017 – w Poznaniu, a 22.06 – znowu w Krakowie.
Testy psychologiczne są obowiązkowym elementem rekrutacji w policji, wojsku czy na lotniskach. Ostatnio stały się też modne podczas rekrutacji na stanowiska menadżerskie i wymagające pracy w zespole. Źle przeprowadzone mogą jednak odstraszyć kandydatów do pracy.
Jest aż 36 rodzajów prac, których podjęcie wiąże się z koniecznością przejścia testów potwierdzających sprawność psychofizyczną. Określa je Minister Pracy i Polityki Socjalnej rozporządzeniem z dnia 28 maja 1996 r. I tak na testy psychologiczne muszą zgodzić się osoby wykonujące prace przy obsłudze np. platform hydraulicznych i żurawi wieżowych. Na liście są też kierowcy autobusów i pojazdów przewożących materiały niebezpieczne oraz motorniczowie tramwajów. Badania czekają pilotów, maszynistów wiertniczych, nawigatorów lotniczych i mechaników pokładowych, ale też kaskaderów, treserów dzikich zwierząt i akrobatów cyrkowych.
W przypadku zawodów z ministerialnej listy wymóg przeprowadzania testów psychologicznych w procesie rekrutacji jest bezdyskusyjny. Od koncentracji i bystrości umysłu nawigatora lotów zależy bowiem życie załogi i pasażerów. Podobnie, tylko osoby stabilnie emocjonalnie, mogą mieć dostęp do broni i móc pracować w policji lub wojsku.
Testy psychologiczne do pracy w międzynarodowej korporacji
O ile starając się o pracę w zawodach z ministerialnej listy, uczestnictwo w tego typu testach jest niezbędne, o tyle udział w nich podczas rekrutacji do pracy w korporacji, powinien być dobrowolny – podkreśla Joanna Żukowska, ekspertka serwisu z ofertami pracy MonsterPolska.pl.
W praktyce, zwłaszcza w międzynarodowych firmach, to coraz częściej wymagana część rozmowy o pracę. W korporacjach zwykle daje się kandydatowi do wypełnienia kwestionariusze osobowości lub przeprowadza się testy umiejętności (albo jedno i drugie) – tłumaczy ekspertka.
Pierwsze mają dać pracodawcy ogląd, jaki poziom ugodowości albo konfliktowości ma w sobie kandydat, jakie ma sposoby rozwiązywania konfliktów czy podejmowania decyzji. Testy umiejętności mają zaś odpowiedzieć szefostwu czy np. kandydat ma w sobie potencjał sprzedażowy albo negocjacyjny. Mierzą też, czy osoba ma zdolności do pracy w międzynarodowym, różnorodnym środowisku.
Testy psychologiczne mają wartość, gdy przeprowadzają je psychologowie, czyli eksperci w danej dziedzinie. Fatalnym błędem, który popełniają firmy, jest przeprowadzanie „badań” na własną rękę w oparciu o gotowe formularze, bez umiejętności ich odpowiedniej interpretacji. Komiczną wręcz sytuacją jest ta, w której w rolę psychologa postanawia wcielić się szef i poszukuje on kandydata, przeprowadzając quasi-psychologiczną pogadankę na rozmowie kwalifikacyjnej. Taką psychozabawą można skutecznie odstraszyć kandydata.
Pytania jak z serwisu randkowego
– Jakiś czas temu starałam się o pracę w sprzedaży, w średniej wielkości firmie działającej głównie na rynku warszawskim. Po tym, jak wysłałam CV, otrzymałam do wypełnienia test z kilkudziesięcioma pytaniami i dobę na jego wypełnienie. Przeczytałam kilka pierwszych pytań i zrezygnowałam z dalszego procesu rekrutacji. Jedno z pytań, które mnie odrzuciło, dotyczyło tego, z iloma mężczyznami mogłabym, umawiać się jednocześnie na randki. Pojawiło się też pytanie o to, czy określiłabym się jako uległą czy jako drapieżną. Miałam wrażenie, że „test psychologiczny” został pobrany z serwisu randkowego – opowiada 31-letnia Marta, która bardzo szybko utwierdziła się, że dobrze zrobiła, rezygnując z wypełniania testu. – Po 24 godzinach otrzymałam maila od oburzonego szefa, że uważa za skandaliczne, że nie odesłałam wypełnionego testu w ciągu wyznaczonej przez niego doby. Uznałam, że mam do czynienia z despotyczną osobą i dalsza korespondencja nie ma sensu – dodaje.
Testy psychologiczne wykorzystywane w rekrutacji nie powinny naruszać strefy komfortu kandydata, a zdobyta wiedza nie powinna być wykorzystana przeciwko przyszłemu pracownikowi. Mają one za zadanie odpowiedzieć firmie, czy kandydat odnajdzie się na proponowanym stanowisku.
Dobrze przeprowadzone testy psychologiczne mogą przynieść korzyści obu stronom. Firma zyska idealnego pracownika, a ten nową wiedzę o sobie – podsumowuje Żukowska z serwisu MonsterPolska.pl.
Po długim majowym weekendzie, po wyborach prezydencjach we Francji oraz majowych danych z rynku pracy USA na rynku złotego zaszły spore zmiany. Doszło do realizacji zapowiadanego przez nas umocnienia się złotówki do bardzo istotnych poziomów, po czym nastąpiła pierwsza reakcja osłabiająca polską walutę.
Kurs euro do złotego EURPLN
Za euro 3 i 8 maja płaciliśmy najmniej od września 2015 roku tj. poniżej 4,19. Cena zareagowała na poziomie 127,2 ostatniego impulsu wzrostowego, a wielkość korekcyjnej reakcji na ponad 3 grosze daje sygnał do dużej aktywacji zleceń buy. Zrealizowanie się proeuropejskiego scenariusza wyborów prezydenckich we Francji, powinno przynajmniej na pewien czas osłabić euro na szerokim rynku, ponieważ inwestorzy już przed II turą wyborów wyceniali taki wynik. Zwycięstwo Emmanuela Macrona nie wzmocni jednak złotego, gdyż rynek zacznie wyceniać ryzyka związane z wyborami parlamentarnymi we Francji. Dodatkowo zapowiedzi Macrona o Europie dwóch prędkości i osobnym wspólnym budżecie krajów strefy euro będą wpływać niekorzystnie na polską walutę. Wczoraj doszło do realizacji zysków, przez co cena testowała poziom 4,23. W przypadku dalszych wzrostów oporem będzie mierzenie 61,8% Fibo ostatniego impulsu spadkowego. W przypadku jego pokonania oporem będzie bardzo ważny poziom 4,26, gdzie wypada równość korekt w trendzie spadkowym, głębokie mierzenie 78,6% Fibo ostatniego impulsu spadkowego i strefa price action. W przypadku spadków wsparciem pozostają ostatnie lokalne dołki.
Kurs dolara do złotego USDPLN
Zeszłotygodniowe dane z amerykańskiego rynku pracy były w cieniu niepewności związanej z wyborami we Francji. Od poniedziałku inwestorzy zwrócili swe oczy ku dolarowi i zaczęli wyceniać prawdopodobieństwo czerwcowej podwyżki stóp procentowych. Będzie to miało zdecydowanie ogromne znaczenie na notowania par walutowych denominowanych do dolara, w tym także do złotego. W kwietniu wielokrotnie wspominaliśmy, iż jest duże prawdopodobieństwo, iż punktem zwrotnym na tej parze będzie techniczny poziom 3,82 i tak też się stało. Popyt zdecydowanie zareagował i doszło do korekty na ponad 5 groszy w ciągu jednej sesji. Warto przypomnieć, że znajdujemy się w strefie popytowej pomiędzy mierzeniami 78,6% a 88,6% Fibo z szerokiego interwału W1, gdzie cena w poprzednich dwóch przypadkach reagowała. Dodatkowo po raz kolejny przetestowaliśmy linię trendową wyrysowaną po dołkach z sierpnia 2015, marca i sierpnia 2016. W krótkim terminie powinno dojść do dalszych wzrostów z oporem na 3,89, gdzie znajduje się strefa ZZB. W przypadku dalszych wzrostów celem dla ceny będzie poziom 3,94. W przypadku spadków wsparciem pozostaje poziom lokalnych dołków przy 3,82.
Kurs funta do złotego GBPPLN
Funt podobnie jak euro i dolar zaksięgował techniczne poziomy, po czym nastąpiło odbicie. Reakcja na funcie jest na ponad 5 groszy i należy się spodziewać dalszego podbijania ceny. Wskazywaliśmy, iż mamy do czynienia z dużo i małą formacją oRGR, które w przypadku dalszych wzrostów zostaną potwierdzone. Celem dla byków jest poziom 5,12, czyli poziom szyi mniejszego oRGR. W przypadku spadków cena kolejny raz może przetestować poziom 4,95.
źródło: opracowanie ergokantor.pl
Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.
Analiza procesów zakupowych wyraźnie pokazuje, że współcześni konsumenci przenikają pomiędzy różnorodnymi kanałami komunikacji z firmą – tradycyjnymi i cyfrowymi – pozostawiając po sobie niezliczone zasoby danych, układających się w ich profil zachowań. Z drugiej strony firmy stoją przed wyzwaniem związanym z precyzyjną oceną tych danych i poznaniem oczekiwań swoich nabywców. Obecnie obserwujemy aktywny rozwój platform Customer Intelligence, które łączą zaawansowaną technologię i analitykę z rozwiązaniami marketingowymi, umożliwiającymi analizę i lepsze zrozumienie danych, a także prognozowanie przyszłych zachowań konsumentów.
Rozmowa z konsultantem przez infolinię, wizyta w sklepie stacjonarnym i finalny zakup w Internecie to coraz częstszy scenariusz, według którego kupujemy produkty i usługi. Jedno działanie klienta łączy się z kolejnym, tworząc ślad dokumentujący schemat podejmowania decyzji prowadzących do zakupu. Klienci oczekują, że oferty firmy będą w pełni dostosowane do ich indywidualnych potrzeb, przedstawione w odpowiednim momencie i w ulubiony sposób, np. na Facebooku lub jako wiadomość wysłana na telefon komórkowy.
Intuicja przegrywa z siłą danych
Kontakt klienta z marką charakteryzuje ciągła interakcja, zarówno za pośrednictwem cyfrowych, jak i niecyfrowych punktów styku oraz regularna dostępność treści i zachęt do podejmowania decyzji. Za każdym klientem ciągnie się ogromny strumień informacji, których właściwa analiza umożliwia podejmowanie trafnych i szybkich decyzji. W tak złożonym środowisku decyzje oparte jedynie na przeczuciu okazują się mało precyzyjne.
Analiza zachowań i oczekiwań konsumentów oraz korzystanie z jednoznacznych, wymiernych informacji zamiast doświadczenia i intuicji umożliwiają zyskanie zaufania konsumentów, a co więcej poprawę efektywności kampanii marketingowych i sprzedażowych – mówi Dariusz Jańczuk, Senior Business Solutions Manager w SAS. Customer Intelligence to rozwiązanie pozwalające na usprawnienie kampanii marketingowych, w ramach którego możliwość dokonywania szybkich zmian, zgodnie z potrzebami klienta, staje się jednym z czynników decydujących o przewadze konkurencyjnej.
Walka o klienta z wysokim IQ
Według analiz firmy doradczej McKinsey[1] przedsiębiorstwa, które w zaawansowanym stopniu wykorzystują rozwiązania Customer Analytics, generują zdecydowanie lepsze wyniki w porównaniu do konkurencji. Osiągają one wyższe zyski o 93%, a ich sprzedaż jest większa aż o 82% w porównaniu z konkurentami stosującymi rozwiązania analityczne w mniejszym stopniu.
Customer Intelligence pozwala na tworzenie długoterminowych strategii sprzedaży poprzez optymalizację ścieżki zakupowej konsumenta, bez względu na to, czy dokonuje on zakupów online, czy offline. Specjaliści z dziedziny marketingu mogą dzięki temu odpowiedzieć na potrzeby klienta w czasie rzeczywistym oraz zaproponować produkt lub usługę zgodną z jego oczekiwaniami, niezależnie od tego, czy preferuje on formę cyfrową, czy analogową.
Internet sprawił, że możemy nabyć dowolną rzecz czy usługę dosłownie jednym kliknięciem myszki, nie ruszając się przy tym z domu. Komunikacja z klientem wyszła poza tradycyjny sklep i przeniosła się na czaty, smsy i do call center. Customer Intelligence pozwala zrozumieć i uporządkować ten złożony świat interakcji z klientem. Co więcej, pozwala dostosować decyzje do kontekstu w jakim działa klient oraz czasu i momentu, kiedy właśnie ma wybrać nasz produkt – dodaje Dariusz Jańczuk.
Słuchaj, zrozum i działaj
Kompleksowa strategia Customer Intelligence opiera się na trzech kluczowych etapach: słuchaniu, zrozumieniu i działaniu.
Etap słuchania to moment integracji danych online i offline, dotyczących zachowania określonego klienta, pozwalający zidentyfikować jego oczekiwania wobec firmy. Konsumenci, bez względu na sposób interakcji (za pośrednictwem call center, poprzez formularz online czy kontakt osobisty), oczekują indywidualnej obsługi i dopasowania do bieżącego kontekstu. W efekcie uzyskujemy kompletną i unikalną bazę wiedzy o klientach.
Etap zrozumienia polega na interpretacji posiadanych danych. Wszelkie informacje z nawiązanego kontaktu online i offline są integrowane, filtrowane i przekazywane do poszczególnych działów firmy. Dane te są odczytywane i analizowane za pomocą odpowiednich algorytmów analitycznych. Zasadniczą zaletą etapu zrozumienia jest możliwość tworzenia nie tylko spersonalizowanych ofert dla klientów, ale także odpowiadanie na ich potrzeby w czasie rzeczywistym.
Etap działania to moment wdrożenia planów marketingowych, których celem jest poprawa doświadczeń klientów (eng. Customer Experience). Koncentrujemy się wówczas na zarządzaniu i organizacji wszystkich kanałów kontaktu z klientem w celu przedstawienia spersonalizowanej oferty zanim klient zda sobie sprawę z tego, że jej potrzebuje.
Liczba wolnych miejsc pracy w Polsce w ciągu ostatniego roku zwiększyła się o 22 proc. Mimo to w całej Unii Europejskiej niższy odsetek wakatów niż Polska mają obecnie tylko Cypr i Grecja – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, na koniec IV kwartału 2016 r. w Polsce było 78 tys. wolnych miejsc pracy. To o 14 tys. więcej niż rok wcześniej w tym samym czasie. Kolejne korzystne zmiany? Utworzono o 2,2 proc. więcej nowych miejsc pracy, zlikwidowano o 19,7 proc. mniej.
Rynek potrzebuje specjalistów
Wakaty nie rozkładały się równomiernie na wszystkie branże czy regiony kraju. Najwięcej wolnych miejsc pracy na koniec IV kwartału ub.r. odnotowano w przetwórstwie przemysłowym, handlu i naprawie pojazdów oraz transporcie i gospodarce magazynowej. Te trzy branże odpowiadały za ponad połowę (dokładnie 51,9 proc.) wakatów w polskiej gospodarce. Znamienne, że przeciętne wynagrodzenie we wszystkich tych branżach znajdowało się poniżej średniej krajowej.
Wśród poszukiwanych zawodów największym zainteresowaniem cieszyli się robotnicy przemysłowi, rzemieślnicy, specjaliści, monterzy oraz operatorzy maszyn i urządzeń. Na pracowników biurowych czekało o połowę mniej wolnych miejsc, niż na robotników przemysłowych i rzemieślników, a na przedstawicieli władz publicznych, wyższych urzędników i kierowników – ledwie jedna piąta z całej puli.
Na wschodzie wyższe bezrobocie i niższe płace
Spore dysproporcje w liczbie wolnych miejsc pracy istnieją pomiędzy Polską wschodnią a zachodnią. Wyłączając woj. mazowieckie, w którym powstała niemal jedną czwartą wakatów w całym kraju, wolne miejsca pracy we wschodnich województwach – podlaskim, lubelskim, warmińsko-mazurskim, świętokrzyskim oraz podkarpackim – stanowiły zaledwie 9 proc., podczas gdy zamieszkuje w nich 24 proc. ludności Polski.
Nie powinien zatem dziwić fakt, że w tych województwach panuje wysoki poziom bezrobocia – np. w podkarpackim 9 proc. (najwięcej w kraju), w świętokrzyskim 8,3 proc., a w warmińsko-mazurskim 8 proc. Jeżeli popatrzymy pod kątem wynagrodzeń, przeciętne miesięczne wynagrodzenie dla pozostałych województw było o ok. 15 proc. wyższe niż w wymienionej piątce.
Daleko za Niemcami, na równi z Hiszpanią, przed Grecją
Współczynnik wakatów powstaje po podzieleniu liczby wakatów przez sumę obsadzonych stanowisk pracy oraz liczby wakatów. Odzwierciedla on popyt na pracę, a także potencjalne niedopasowanie (w przypadku wysokiej jego wartości) pomiędzy posadami oferowanymi przez pracodawców a dostępnością ludzi z odpowiednimi kwalifikacjami gotowych do podjęcia pracy. Niski współczynnik może oznaczać słabość danego rynku pracy oraz niższą presję na wynagrodzenia, czyli sytuację, w której pracodawcy nie muszą podnosić pensji, aby zwerbować pracowników.
Ograniczona liczba wolnych miejsc pracy w Polsce nie jest problemem dotyczącym wyłącznie wybranych województw. Najnowsze dane Europejskiego Urzędu Statystycznego (Eurostat) wskazują, że współczynnik wakatów wynosi w Polsce 0,7 proc. Stawia to nasz kraj na równi z Hiszpanią i Portugalią, których rynek pracy nadal pozostaje w słabej kondycji. Niższy współczynnik mają tylko Cypr (0,6 proc.) i Grecja (0,3 proc.), co również jest wypadkową ostatnich kryzysów finansowych, które dotknęły te kraje.
Średnia wartość współczynnika wakatów dla wszystkich krajów Unii Europejskiej wynosi 1,8 proc. W krajach lepiej rozwiniętych gospodarczo (np. w Wielkiej Brytanii) to 2,5 proc., a w Niemczech – 2,6 proc.
Zależność między współczynnikiem a podwyżkami
Ciekawe zjawisko można zaobserwować, porównując wartości tego współczynnika dla Polski i Niemiec. Na początku 2007 r. w Polsce wynosił on 2,1 proc. i od tego czasu spadał nawet do 0,3 proc. w 2012 r. Odwrotna sytuacja miała miejsce w Niemczech: na początku 2007 r. współczynnik wakatów wynosił 1,1 proc. i stopniowo wzrastał przez lata aż do 2,6 proc. – najwyższej wartości dla Niemiec odkąd Eurostat prowadzi statystykę.
Chociaż w polskiej gospodarce – w ujęciu rocznym – rośnie liczba wolnych miejsc pracy, to wciąż pozostaje ona na tyle niska, że może ograniczać wzrost płac. Nie dość, że Polska znajduje się w ogonie Unii Europejskiej pod względem współczynnika wakatów, to wewnętrzne różnice z polskiego rynku pracy dodatkowo mogą pogłębiać i tak już znaczne dysproporcje w wynagrodzeniach pomiędzy województwami.
Większość osób jest pogrążona w euforii. Indeks S&P 500 na nowych szczytach, spółki technologiczne rosną jak oszalałe. Na rynku pojawia się coraz większa ilość „wydmuszek”. Tak wygląda dzisiejsza rzeczywistość, dlatego należałoby ją schłodzić, a powodów do tego jest bardzo dużo.
Ostatnie wzrosty były napędzane wizją wielkich wydatków socjalnych w Stanach Zjednoczonych oraz euforią wśród społeczeństwa amerykańskiego. Nie możemy również zapomnieć o wyborach we Francji, które przyczyniły się do wzrostów na giełdzie, ale co dalej? Dlaczego rynek ma rosnąć, pomimo tego, że jest bardzo wykupiony? Większość osób spodziewa się przedłużenia obecnych wzrostów bez korekty, co jest mało prawdopodobne.
Statystycznie po takim rajdzie na rynek nadchodziła korekta, która zmniejszała optymizm wśród inwestorów. W nadchodzącym czasie rynek powinien być bardziej zmienny i skłonny do korekty. Głównym tego powodem będzie przewartościowanie giełdy. Kapitalizacja giełdy nowojorskiej wyrażona jako proc. PKB Stanów Zjednoczonych wynosi 107 procent, gdzie w przeszłości przy tych wartościach pojawiał się na horyzoncie rynek niedźwiedzia.
Kapitalizacja giełdy nowojorskiej wyrażona jako proc. PKB Stanów Zjednoczonych
Źródło: Inflation.us
Na powyższym wykresie zobrazowano kapitalizację NYSE na tle PKB Stanów Zjednoczonych. Wartości powyżej 100 procent wskazywały na mocno przewartościowany rynek i nieadekwatny do wielkości gospodarki. Po tak skrajnym przewartościowaniu dochodziło przeważnie do bessy, która znosiła daną wartość poniżej 80 procent.
Niemniej jednak to nie wszystko, popularny wskaźnik EPS (zysk przypadający na jedną akcję) nie wskazuje na dalsze wzrosty, ale kto podczas euforii rynkowe na to patrzy?
12 miesięczny EPS S&P 500
Źródło: Factset
Na powyższym wykresie przerywaną linią zaznaczono indeks S&P 500. Kolorem ciemniejszym oznaczono 12 miesięczny średni EPS, który wcale nie jest w najlepszej kondycji. Spadający EPS jest spowodowany przez spowolnienie gospodarcze.
Za korektą przemawia również odpływ kapitału z funduszy typu ETF. W poprzednim tygodni traderzy oraz inwestorzy wycofali z indeksu S&P 500 ponad 7.8 miliarda USD, co było największym odpływem kapitału od początku 2016 roku.
SPY, fund flows
Źródło: Bloomberg
Co mogłoby być czynnikiem powodującym przecenę indeksów na świecie? Być może będzie do sąsiad Stanów Zjednoczonych – Kanada, w której problemy zdają się nasilać. Kanada boryka się z dużym problemem wzrostu cen nieruchomości. Sytuacja zaczyna być podobna jak w Stanach Zjednoczonych w 2006 roku. Wszyscy pamiętają co się wtedy działo, jest to efekt niskich stóp procentowych. Home Capital Group – oto pierwsza ofiara. Od 28 marca z instytucji wyparowało ponad 75 procent depozytów, doprowadziło to ją na skraj bankructwa. Akcje tej spółki od początku roku spadły o 80 procent, przecena dotknęła także kanadyjskie banki.
Przecena banków kanadyjskich
Źródło: Casey Research
Drugim czynnikiem zapalającym korektę mogą być Chiny. Pomimo tego należy pamiętać, że spekulacja pod korekty w trakcie rynku byka jest bardzo utrudniona.
Notowania S&P 500, wykres tygodniowy
Źródło: Admiral Markets
Na wykresie tygodniowym dotarliśmy do górnej bandy kanału wzrostowego. Pokonanie jej może stanowić wyzwanie, szczególnie po takim rajdzie. Gdyby doszło do wyczekiwanej korekty, to notowania powinny zatrzymać się w okolicy 2245 punktów lub w okolicy 2200 punktów.
Pierwszy dzień po weekendzie przyniósł ożywienie na rynku walutowym. Choć pewnie nie takie jak oczekiwano. Spokojnie było natomiast na rynku akcyjnym, jak też na rynkach towarowych.
Wybory prezydenckie we Francji zakończyły się zgodnie z oczekiwaniami. Wygrana Macrona nie wywołała jednak euforii na rynku. Właściwie to dzień zakończył się spadkami na eurodolarze. Najwidoczniej taki rezultat był już w cenie, a obawy były przesadzone. Jeszcze w piątek wielu brokerów walutowych zmieniało warunki handlu, podwyższając wysokość depozytu zabezpieczającego dla swoich klientów. Ostatecznie, bez fajerwerków, euro straciło do dolara 0.67%.
Na rodzimym rynku akcyjnym miała miejsce nieznaczna przecena. Indeks WIG20 zakończył handel z wynikiem -0.3%. Wczorajszy dzień był ubogi w wydarzenia makroekonomiczne. Podobnie będzie i dzisiaj. Z ważniejszych wydarzeń warto wspomnieć o czwartkowym posiedzeniu Banku Anglii. W piątek natomiast agencja Moody’s powinna ogłosić decyzje w sprawie ratingu dla Polski.
Tymczasem do wyznaczonego limitu doszedł rynek USD/CAD. Limitem tym jest górna linia dużego kanału spadkowego, który biegnie teraz na wysokości 1.38 – pułap ten obniża się. Wskaźnik RSI pokazuje, że do spadków jeszcze daleka droga. Można więc spodziewać się walki i konsolidacji w przedziale 1.3850-1.3500, tuż pod lub wokół wspomnianej linii.
Gry mobilne cieszą się coraz większą popularnością i pobierane są przez setki milionów użytkowników na całym świecie. Według najnowszych prognoz rynek ten może urosnąć w tym roku o ponad 40 proc. Co ważniejsze, tytuły przeznaczone na smartfony i tablety zdetronizowały już pecety i konsole. Eksperci podają, że w 2016 roku udział gier mobilnych w całym rynku osiągnął wartość 36,9 miliarda dol. W tym roku jego wartość może sięgnąć 46,1 mld dol.
Najnowszy raport agencji badawczej Newzoo z prognozami na 2017 rok wskazuje, że przychody branży mają w tym roku wynieść 108,9 mld dol, co oznacza wzrost o 7,8 proc. w stosunku do 2016 roku. Z tej kwoty aż 46,1 mld dol. (42 proc.) przypadnie na gry mobilne. W 2016 roku rynek gier osiągnął łączną wartość 99,6 mld dol., z czego tytuły na tablety i telefony komórkowe stanowiły 36,9 mld dol. (37 proc. całkowitych wydatków użytkowników). Dla porównania komputery PC to wpływy rzędu 31,9 mld dol., zaś konsole – 30,8 mld dol..
– Największą popularność zdobywają ostatnio aid-clickery. To tytuły, które same grają, a my skupiamy się tylko na upgrade’owaniu postaci. Ponadto na uwagę zasługują tradycyjne strzelanki i wyścigówki, to nadal są bardzo dobre nisze na rynku gier mobilnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Grzegorz Zwoliński, współzałożyciel firmy T-Bull.
Różnica między grami mobilnymi a tytułami przeznaczonymi na pecety i konsole jest olbrzymia. W przypadku tych drugich sam proces produkcji jest o wiele bardziej skomplikowany, a przy tym bierze w nim udział znacznie więcej osób.
– Produkcja gry mobilnej różni się od produkcji na tradycyjne platformy zwykle wielkością zespołu i wymaganiami, jakie gra musi spełniać. Gry na peceta i konsole zawsze będą bardziej wydajne, będą miały lepszą grafikę, która jak najlepiej postara się oddać rzeczywistość. Innymi słowy, w przypadku największych platform do gry wchodzą bardzo skomplikowane produkcje, wręcz gigantyczne. Rynek mobilny to zupełnie inna para kaloszy. Tutaj liczy się przede wszystkim gameplay. Oczywiście to nie oznacza, że mniejsze gry nie mają nic do powiedzenia, a najlepszym tego dowodem jest liczba pobrań liczona w milionach – przekonuje Grzegorz Zwoliński.
Gry mobilne docierają niemal do każdego użytkownika smartfona czy tabletu, a wszystko dzięki niezbyt wygórowanym wymaganiom sprzętowym, ich dostępności i niskim cenom.
– Staramy się dotrzeć do jak największej liczby modeli urządzeń. Nasze gry działają na 12 000 z 12 100 urządzeń, jakie są teraz aktualnie na Androidzie, na wszystkich iOS-owych urządzeniach od telefonu 3G w górę, a także staramy się, aby nasze gry były dostępne wszędzie i dla wszystkich – komentuje Grzegorz Zwoliński.
Jak twierdzi współzałożyciel firmy T-Bull, wyprodukowanie gry na system iOS jest znacznie prostsze niż na platformę Android.
– iOS jest prostszą platformą, bo ma 4 czy 5 rozdzielczości obrazu, a przy tym są to bardzo wydajne urządzenia. Jeśli chodzi o Androida, to na produkcję trzeba poświęcić trochę więcej czasu. Stosujemy zasadę, że wydajemy wersję na Androida w 36 odmiennych wersjach, tak aby na każdym z telefonów, tabletów czy innych urządzeń gra działała bardzo dobrze – wyjaśnia Grzegorz Zwoliński.
Rynek gier mobilnych to zdecydowanie najszybciej rozwijający się obszar rynku gier wideo. Nic dziwnego, że gry wrocławskiego studia T-Bull są chętnie pobierane, co przekłada się na dobre wyniki finansowe firmy. W 2016 r. przychody spółki wyniosły 8,5 mln zł wobec 3,9 mln zł wypracowanych w poprzednim roku.
– Nasza najbardziej popularna gra to Moto Raider Go. Aktualnie tytuł ten ściągnięto ponad 20 milionów razy. Niedawno Google docenił naszą grę. Została ficzerowana na całym świecie. Teraz znajduje się w 80 krajach na pierwszym miejscu najlepiej ściągających się gier wyścigowych, teraz czekamy, co przyniesie przyszłość. Ale to wszystko rysuje się w bardzo dobrych kolorach – podsumowuje Grzegorz Zwoliński.
Polska firma XTPL opracowała innowacyjną technologię ultraprecyzyjnego drukowania szerokiej gamy nanomateriałów. Metoda wytwarzania linii przewodzących prąd nawet 400 razy cieńszych od ludzkiego włosa może zrewolucjonizować branżę fotowoltaiki oraz wyświetlaczy. Emisja akcji firmy połączona z wejściem na rynek NewConnect ma sfinansować komercjalizację technologii.
– Firma XTPL rozwija przełomową technologię ultraprecyzyjnego drukowania nanomateriałów do zastosowań w elektronice drukowanej, wszelkiego rodzaju wyświetlaczach oraz w ogniwach fotowoltaicznych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Maciej Adamczyk, dyrektor ds. operacyjnych w XTPL.
Opracowana przez polskich naukowców technologia umożliwia stworzenie nowej przezroczystej warstwy przewodzącej prąd (ang. transparent conductive film, w skrócie TCF), która może być stosowana w elektronice, zwłaszcza w produkcji ciekłokrystalicznych wyświetlaczy LCD, cienkowarstwowych ogniw słonecznych oraz ekranów dotykowych.
– Nasza technologia umożliwia drukowanie ultracienkich metalicznych linii na różnych podłożach, które przewodzą prąd. Potrafimy ułożyć w taki sposób strużkę tuszu zawierającego nanocząsteczki srebra, że po potraktowaniu jej zewnętrzną siłą formują się linie do 400 razy cieńsze od ludzkiego włosa, które świetnie przewodzą prąd elektryczny – tłumaczy Adamczyk.
Wartość rynku TCF szacuje się na 5 mld dol. Rocznie wzrasta on o kilkanaście procent i już w 2022 roku rynek powinien przekroczyć wartość 7,5 mld dol. Jak wskazuje przedstawiciel XTPL, firma nie tylko wchodzi na perspektywiczny rynek, lecz także opracowana przez nią innowacyjna technologia pozwala na uniezależnienie od indu, który dotychczas dominował na rynku TFC.
– Tlenek indu pozwala na tworzenie warstw przewodzących, które są relatywnie drogie, nie są elastyczne ani optymalne, jeżeli chodzi o parametry związane z przewodzeniem prądu. Nam udało się to wszystko połączyć w jedno. Rozwijamy technologię, która jest tania, która świetnie przewodzi prąd i do tego jest elastyczna, co ma niebagatelne znaczenie z punktu widzenia rozwijającej się na świecie branży elektroniki elastycznej – przekonuje ekspert.
Zasoby pierwiastka indu, który obecnie w 60 proc. jest kontrolowany przez Chiny, w ciągu najbliższych 20 lat mogą ulec wyczerpaniu. Przede wszystkim jednak ind przestaje być wystarczający dla rozwoju branży elektronicznej, ponieważ jest drogi i nie pozwala na tworzenie elastycznych rozwiązań. Badania i testy przeprowadzone przez zespół XTPL wskazują, że stworzona technologia ma wyższą od pierwiastku indu transparentność, wyższą elastyczność oraz niższą rezystancję elektryczną
– Nasza technologia jest oparta na ogólnodostępnym surowcu, jakim jest srebro. Jest tania, jesteśmy w stanie drukować te linie w zwyczajnych pokojowych warunkach. Do tego nasza technologia zapewnia pełną elastyczność, a linie przewodzące prąd są tak cienkie, że powierzchnia, która jest zadrukowana naszymi liniami, jest praktycznie przezroczysta – tłumaczy dyrektor ds. operacyjnych w XTPL.
Jak podkreślają przedstawiciele firmy, metoda opracowana przez XTPL pozwoli na wytwarzanie takich warstwy, które podczas wyginania nie będą traciły swoich własności. Sprawdzi się więc u producentów ogniw słonecznych czy elastycznych wyświetlaczy, które na dodatek będą bardziej energooszczędne.
– Podstawowe zastosowanie naszej technologii widzimy w fotowoltaice, czyli w produkcji ogniw słonecznych. Tam nasza technologia jest w stanie skokowo zwiększyć sprawność ogniwa słonecznego. Także we wszelkiego rodzaju wyświetlaczach, gdzie oprócz elastyczności możemy zaoferować zmniejszoną energochłonność – wskazuje ekspert.
Firma chce dostarczać kompleksowe rozwiązanie technologiczne, czyli urządzenia (drukarki laboratoryjne i przemysłowe) i nanotusze umożliwiające produkcję TCF. Taka strategia biznesowa zapewni firmie zarówno przychód jednorazowy (z drukarek), jak i powtarzalny (z tuszy).
– W marcu 2016 roku spółka złożyła zgłoszenie patentowe. Oczekujemy jeszcze na jego zarejestrowanie. W świecie technologicznym patenty są podstawową formą ochrony własności intelektualnej, pracujemy nad dwoma kolejnymi, aby stworzyć silną rodzinę patentową, która będzie chronić nasz pomysł na całym świecie – mówi Adamczyk.
Jeszcze w pierwszym półroczu tego roku XTPL chce wejść na rynek NewConnect. Na przełomie maja i czerwca ruszą zaś zapisy na akcje. Firma chce pozyskać 10 mln zł, które trafią na rozwój laboratoriów aplikacyjnych i rozpoczęcie globalnej sprzedaży technologii.
– Emisja ma przede wszystkim sfinansować kroki związane z komercjalizacją naszej technologii, takie jak powstanie laboratorium aplikacyjnego, przygotowanie kolejnych prototypów drukarek laboratoryjnych i wyjście na rynki zagraniczne. Laboratorium aplikacyjne jest pomostem pomiędzy zespołem technologicznym działającym w firmie a naszymi potencjalnymi klientami. Jego zadaniem jest testowanie technologii pod konkretne wymagania klienta i wskazanie zespołowi technologicznemu, co trzeba poprawić, by jeszcze spotkać się ze specyficznymi wymaganiami klienta bądź konkretnej branży – podkreśla Maciej Adamczyk.
Drastycznie rosnące koszty energii elektrycznej mobilizują użytkowników do inwestowania w energooszczędne produkty takie jak żarówki LED. Niestety, jak wykazali naukowcy z Uniwersytetu Twente oraz Uniwersytetu Nauk Stosowanych, cyfrowe liczniki mogą zawyżać zużycie prądu. Potwierdzają to także polscy naukowcy.
Paradoksalnie im bardziej ktoś stawia na energooszczędność, tym mocniej może zostać pokrzywdzony przez współczesne liczniki elektryczne. Badania przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Twente oraz Uniwersytetu Nauk Stosowanych wykazały, że użytkownicy energooszczędnych żarówek i innych urządzeń mogą wyraźnie przepłacać za zmierzone przez nowoczesne liczniki zużycie prądu. Próby holenderskich specjalistów wykazały błędy w pomiarach sięgające czasami niemal 600 proc.
Nowoczesne cyfrowe liczniki nie są dostosowane do mierzenia zużycia prądu przez współczesne, energooszczędne produkty.
– Wątpliwości, które pojawiają się wokół pomiaru energii elektrycznej w kontekście nowoczesnych liczników elektronicznych, wynikają w głównej mierze z charakteru urządzeń, które zasilamy z sieci elektrycznej. Nowoczesne urządzenia mają układy zasilające o charakterze impulsowym, tzn. że nie pobierają one prądu o charakterze sinusoidalnym, jak to bywało we wcześniejszych konstrukcjach, tylko ten prąd pobierany jest w pewnych odcinkach czasu. Jest to jedna z podstawowych zasad energooszczędności – pobierać nie tylko mniejszą wartość prądu, lecz także w krótszych odcinkach czasu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Konrad Sobolewski z Politechniki Warszawskiej.
Mierniki do pomiaru energii elektrycznej przed dopuszczeniem do obrotu poddawane są skrupulatnym testom, lecz mimo to w zetknięciu z rzeczywistym odkształceniem może się zdarzyć, że ich wskazania będą dalekie od ideału. Specjalista podkreśla, że błędy nowoczesnych liczników mogą wynikać z konstrukcji sprzętu, bowiem nie są w stanie zrozumieć działania nowoczesnych energooszczędnych urządzeń różnicujących zużycie energii.
– Licznik dopuszczony do obrotu w zetknięciu z rzeczywistym i mocniejszym odkształceniem może pokazywać błędne wartości zarówno in plus, jak i in minus. Bardzo wiele zależy od konstrukcji wewnętrznej takiego urządzenia zliczającego, ponieważ można zastosować w nim rozmaite metody techniczne i elektroniczne. Niestety, producenci nie zdradzają szczegółów specyfikacji, kryjąc się za tajemnicą handlową – komentuje Konrad Sobolewski.
Zweryfikowanie na własną rękę tego, czy licznik właściwie pobiera energię, jest praktycznie niemożliwe, bowiem do dokonania skrupulatnych pomiarów niezbędne okaże się specjalistyczne urządzenie pomiarowe. Ekspert doradza, aby zaprosić elektryka.
– Odbiorca mógłby zaprosić elektryka z urządzeniem, które pokazywałoby jakość energii, która jest pobierana i wtedy na podstawie stopnia odkształcenia prądu czy napięcia, można podejrzewać, że taki licznik dostarcza nieprawidłowych wskazań – tłumaczy Konrad Sobolewski.
Specjalista dodaje, że innym krokiem, na który można się zdecydować w przypadku, kiedy mamy wątpliwości, co do rachunków za energię, jest zwrócenie się z prośbą o badanie laboratoryjne bezpośrednio do zakładu energetycznego. Jest to jednak działanie ryzykowne, bo jeśli okaże się, że nie mamy racji, nie tylko nie zmniejszymy wysokości rachunków, lecz także poniesiemy dodatkowe koszty ekspertyzy.
– W zależności od tego, jaki będzie wynik badania laboratoryjnego, to zakład energetyczny może koszty przerzucić na odbiorcę lub ponieść je samemu. Jeżeli wynik tych testów będzie pozytywny, to znaczy, że miernik działał w sposób prawidłowy, a więc prawdopodobnie zakład energetyczny uzna, że wiosek był nieuzasadniony i w tym momencie koszty zostaną przerzucone na odbiorcę – wyjaśnia Konrad Sobolewski.
Rak rdzeniasty tarczycy uznawany jest za stosunkowo rzadki nowotwór – co roku w Polsce diagnozuje się około 100 nowych przypadków. Połowa pacjentów, u których chorobę rozpoznaje się w zaawansowanym stadium, nie ma szans na skuteczne i dostępne w innych krajach Unii Europejskiej leczenie. Na ten problem zwrócili uwagę eksperci podczas Akademii Onkologii Nuklearnej 2017 zorganizowanej przez Warszawskie Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej Curie.
– Połowę chorych po przeprowadzeniu dobrej diagnostyki udaje się wyleczyć. Gorzej mają ci, którzy zostali zdiagnozowani zbyt późno albo w ogóle nie mają diagnozy. W przypadku tego nowotworu okno terapeutyczne, czyli czas, w którym możemy go skutecznie leczyć, jest bardzo krótkie. Im wcześniej wykryjemy i wdrożymy terapię, tym lepszy efekt. Jeśli choroba ma niski stopień zaawansowania, możemy uzyskać stuprocentowe wyleczenie. Mamy jednak duży problem z pacjentami, u których doszło już do przerzutów, ponieważ dla nich nie ma skutecznego leczenia – mówi agencji Newseria Biznes prof. Marek Dedecjus, kierownik Kliniki Endokrynologii Onkologicznej i Medycyny Nuklearnej w Centrum Onkologii – Instytucie im. Marii Skłodowskiej-Curie.
Rak rdzeniasty stanowi około 5 proc. wszystkich zachorowań na nowotwory tarczycy. Rozwija się częściej wśród kobiet i osób po 50 roku życia, ale zdarza się, że chorują na niego również osoby młode w wieku 20–40 lat. Przyczyny tej choroby nie są do końca znane, ale ocenia się, że w wielu przypadkach mogą być to predyspozycje genetyczne.
– Narażone są wszystkie osoby, u których występował w rodzinie nowotwór tarczycy, a zwłaszcza rak rdzeniasty. Dlatego bardzo istotne jest, żeby pacjenci z rodzin objętych procesem nowotworowym byli regularnie badani – zarówno rodzice, dzieci, wnuki, jak i rodzeństwo. Wtedy jesteśmy w stanie wyselekcjonować pacjentów, którzy mogą być narażeni na wystąpienie raka tarczycy w przyszłości – mówi prof. Marek Ruchała, kierownik Katedry i Kliniki Endokrynologii, Przemiany Materii i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu oraz prezes Polskiego Towarzystwa Endokrynologicznego.
Do niepokojących objawów, które mogą świadczyć o rozwoju nowotworu w tarczycy, należą chrypka, trudności w przełykaniu, powiększenie węzłów chłonnych i bolesność w okolicy szyi. Lekarze przestrzegają, że każdy guzek wykryty w obrębie tarczycy powinien być szybko i dokładnie zbadany.
– Pacjenci, którzy wyczuwają zmianę guzkową w obrębie swojej tarczycy, powinni zostać poddani biopsji. W badaniu ultrasonograficznym nie możemy precyzyjnie określić, który guz jest łagodny, który jest związany ze zróżnicowanym rakiem tarczycy, a który z nich jest wynikiem raka rdzeniastego – zaznacza prof. Marek Ruchała.
Lekarz może zlecić uzupełnienie diagnostyki o inne badania obrazowe, np. tomografię komputerową. Żeby postawić jednoznaczną diagnozę, trzeba też oznaczyć poziom markerów antynowotworowych (stężenie kalcytoniny we krwi). Ich wysoki wynik wskazuje na raka rdzeniastego, a w takich przypadkach pacjent powinien zostać poddany natychmiastowemu leczeniu. Podstawą jest leczenie chirurgiczne: całkowite, operacyjne usunięcie tarczycy i przylegających węzłów chłonnych.
– Dokonujemy całkowitej strumektomi, czyli usunięcia tarczycy z okolicznymi węzłami chłonnymi. To jest bardzo istotne, ponieważ jeżeli zabieg zostanie wykonany odpowiednio wcześnie, pacjent nie będzie potrzebował żadnej dalszej terapii, będzie wyleczony – mówi prof. Marek Ruchała.
Podczas Akademii Onkologii Nuklearnej 2017, która odbyła się pod koniec kwietnia, eksperci podkreślali, że kluczowy w leczeniu tego typu nowotworu jest czas. Pacjenci we wczesnym stadium choroby mają bardzo dobre rokowania i dużą szansę na całkowite wyleczenie. Ci, u których nowotwór zostanie zdiagnozowany w zaawansowanym stadium, mają jednak ograniczone możliwości leczenia, ponieważ rak rdzeniasty jest agresywny i odporny na leczenie radiojodem. W Polsce połowa wszystkich przypadków tego nowotworu jest wykrywana zbyt późno, kiedy rak dał już przerzuty do innych narządów.
– Kiedy dochodzi do przerzutów, mamy zdecydowanie większy problem, ponieważ w Polsce właściwie niewiele możemy zrobić. Posiłkujemy się receptorową terapią izotopową, która nie przynosi niestety doskonałych efektów, kierujemy też pacjentów na badanie kliniczne, gdzie badane są inhibitory kinazy tyrozynowej, dzięki temu nasi pacjenci są leczeni. Niestety te inhibitory nie są w Polsce refundowane – mówi prof. Marek Ruchała.
– W Polsce nie ma zarejestrowanego skutecznego leczenia finansowanego z budżetu. Pojawiły się co prawda leki nazywane inhibatorami kinas, które w wielu krajach są już zarejestrowane i refundowane, ale my takiej możliwości nie mamy. Nie są to też leki, które pacjent mógłby finansować we własnym zakresie. Dlatego podejmujemy działania, aby przekonać decydentów, że dla tej wąskiej grupy osób, około 50 rocznie, warto wprowadzić refundowane leczenia nowoczesnymi lekami – dodaje prof. Marek Dedecjus.
Inhibitory kinazy tyrozynowej (TKI) to terapia celowa, która pojawiła się w 2012 roku. Opóźnia rozwój raka rdzeniastego tarczycy, a pacjentom w zaawansowanym stadium stwarza szansę na wydłużenie życia. Wprowadziło ją już wiele państw UE, w Polsce jest jednak nierefundowana, przez co niedostępna dla pacjentów. Brak skutecznej terapii oznacza, że lekarze mają związane ręce. Po leczeniu chirurgicznym i usunięciu tarczycy (które w przypadku pacjentów z zaawansowanym rakiem rdzeniowym nie dają oczekiwanych efektów) pozostaje im monitorowanie stężenia kalcytoniny we krwi, co pozwala kontrolować aktywność choroby. Mogą też kierować pacjentów na badania kliniczne prowadzone w poszukiwaniu nowych terapii lekowych.
– Wszystkie badania wskazują, że inhibitory kinazy tyrozynowej przedłużają czas przeżycia i czas do progresji, co oznacza, że nowotwór się nie powiększa. Oczywiście, nie wszystkie badania jednoznacznie potwierdzają, że będziemy mieli stuprocentowy wzrost przeżyć pacjentów z rakiem rdzeniastym leczonych TKI. Ale w tej chwili po leczeniu chirurgicznym tak naprawdę nie mamy tym pacjentom już prawie nic do zaoferowania – ocenia prof. Marek Dedecjus.
Polacy wciąż mają zbyt małą wiedzę o ubezpieczeniach społecznych. Nie znają przepisów, mylą ubezpieczenia. Dlatego ZUS stawia na edukację już młodzieży i organizuje projekt „Lekcje z ZUS”. W tym roku konkurs wiedzy zadebiutował jako olimpiada. Zgłosiło się do niej ponad 24,5 tys. uczniów. Laureaci mogą liczyć na dodatkowe punkty rekrutacyjne na uczelniach i indeksy czterech polskich uniwersytetów.
– To konieczność, by młodzi ludzie w sposób odpowiedzialny podejmowali decyzje, np. przy zatrudnianiu się na umowach cywilnoprawnych. Z naszych badań wynika, że najmniejsza wiedza w tym zakresie, czyli jej deficyt, występuje u osób najmłodszych i najstarszych, czyli naszych beneficjentów. Dlatego edukowanie o systemie ubezpieczeń społecznych jest przedsięwzięciem prestiżowym. Umożliwiamy młodzieży z całej Polski włączenie się w tak wielkie przedsięwzięcie, jak więcej wiedzieć o ubezpieczeniach społecznych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Badanie Instytutu Spraw Publicznych i Millward Brown wskazuje, że choć ok. 25 mln Polaków jest włączonych w system ubezpieczeń społecznych, wystarczającą wiedzę na jego temat ma zaledwie 10 proc. z nich. Blisko 60 proc. ma szczątkową wiedzę o systemie ubezpieczeń społecznych. Problem dotyczy też młodzieży, jednak ich stan wiedzy stopniowo się poprawia, w dużej mierze ze względu na projekt „Lekcje z ZUS” organizowany od 2013 roku.
– W dotychczasowej historii edukacyjnej ZUS organizowane były konkursy wiedzy o ubezpieczeniach. W ubiegłym roku została podjęta decyzja o przekształceniu konkursu w olimpiadę. Zainteresowanie w tym roku jest zdecydowanie wyższe niż podczas wcześniejszych konkursów. Do pierwszego etapu zgłosiło się ok. 24 tys. uczestników, przy 19 tys. rok wcześniej. Duże zainteresowanie to właśnie efekt przekształcenia konkursu w olimpiadę, gdzie finalista może liczyć na określone profity – tłumaczy prof. Uścińska.
Olimpiada składa się z trzech etapów. Pierwszy etap, szkolny, to rywalizacja indywidualna. Drugi etap odbywa się na szczeblu wojewódzkim i biorą w nim udział trzyosobowe zespoły ze szkół wyłonionych w pierwszym etapie. Ostatnia część to ogólnopolski finał. Jak przyznaje prezes ZUS, z pytaniami na olimpiadzie problem mieli studenci, uczniowie poradzili sobie jednak dobrze. Do wojewódzkiego etapu przeszło ponad 942 uczniów z 314 szkół. Do finału zakwalifikowało się 20 najlepszych szkół ponadgimnazjalnych, a zwycięzcą został zespół II Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica w Starachowicach.
– ZUS zawiera porozumienia z licznymi uczelniami w całej Polsce. Współpracujemy w wielu formach, na ich podstawie studenci mogą u nas odbywać praktyki i staże, również płatne. Na podstawie tych porozumień zwróciłam się do władz uczelni, aby ich senaty przeprowadziły formalne procedury i uhonorowały naszych finalistów, aby dostali dodatkowe punkty rekrutacyjne albo wręcz indeks – wskazuje prof. Gertruda Uścińska.
W tym roku finaliści odebrali indeksy na Katolicki Uniwersytet Lubelski, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, Uniwersytet im. Jana Kochanowskiego w Kielcach oraz Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie. W następnych latach liczba uczelni, które dołączą do olimpiady z wiedzy o ubezpieczeniach społecznych, powinna rosnąć.
– Od kilku lat prowadzimy i rozwijamy współpracę z ZUS. Włączyliśmy się w projekt także dlatego, że wiedza o ubezpieczeniach społecznych jest szalenie ważna zarówno dla każdego ubezpieczonego, jak i dla całego społeczeństwa. Dlatego uważamy, że należy robić wszystko, aby podnosić świadomość dotyczącą tych zagadnień – przekonuje Lidia Jaskuła, dyrektor ds. komunikacji na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. – Zdecydowaliśmy, żeby najlepszym z najlepszych zaproponować studia na wskazanych kierunkach dwóch wydziałów: Wydziału Nauk Społecznych i Wydziału Prawa, Prawa Kanonicznego i Administracji – podkreśla Jaskuła.
Fałszywe informacje, czyli tzw. fake newsy, pojawiają się w przestrzeni publicznej w jednej chwili i szybko się rozprzestrzeniają. Nagle konsumenci dowiadują się, że produkty, których bez żadnych negatywnych skutków używali przez dużą część życia, są niekorzystne lub wręcz szkodliwe. Takie historie to nie nowość, ale w dobie cyfrowych mediów coraz trudniej z nimi walczyć. Ostatnią, choć niejedyną, głośną sprawą tego typu była historii Nutelli.
– Fake newsy, czyli nieprawdziwe informacje, są problemem chyba dla każdej branży w tej chwili i stają się też problemem dla nas wszystkich, zwykłych konsumentów, którzy próbują wybrać z tego zalewu informacji to, co jest prawdziwe, a co nie jest – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności. – Mamy w tej chwili bardzo dużo nieprawdziwych informacji, które nie tyle są generowane przez zwykłą głupotę czy niewiedzę, ale są generowane w sposób specjalny i powodują określone działanie konsumentów.
Na początku roku media obiegła informacja o wycofaniu z włoskich sklepów sieci COOP kremu czekoladowo-orzechowego marki Nutella. Powodem miała być rzekoma szkodliwość produktu ze względu na zawartość oleju palmowego. Szybko okazało się jednak, że Nutella była i jest bezpieczna dla zdrowia, nadal stoi nie tylko na włoskich półkach, lecz także we wszystkich 180 krajach, w których jest dystrybuowana.
Powodem tej decyzji był raport Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) z maja ubiegłego roku, w którym wskazano na szkodliwość niektórych produktów, w tym wykorzystujących olej palmowy, ale bez wymieniania konkretnych marek. Co więcej, zaznaczono, że jakość produktu zależy nie tylko od pochodzenia i rodzaju tłuszczu, lecz także od sposobu jego obróbki w procesie produkcji.
Jednak informacja o Nutelli poszła w eter, mimo że producent zapewnił, że starannie dobiera najwyższej jakości surowce i stosuje specjalne procesy technologiczne, które ograniczają zawartość zanieczyszczeń do minimum w pełni zgodnego z wymaganiami określonymi przez EFSA. Korzysta też wyłącznie z oleju certyfikowanego i prowadzi akcję „zero wylesiania”.
– Media w dzisiejszych czasach coraz rzadziej informują, a coraz bardziej „produkują” widownię, którą sprzedają reklamodawcom. Chodzi więc nie tyle o to, żeby precyzyjnie powiedzieć odbiorcy coś o świecie, ile o to, żeby go przytrzymać przy medium, żeby on klikał, słuchał radia, oglądał telewizję czy kupował gazety – powiedział podczas prezentacji raportu CSR firmy Ferrero socjolog dr Marek Kochan. – Mówi się, że kiedyś były media typu „push”, a teraz są media typu „pull”. Czyli kiedyś telewizja strzelała w odbiorcę newsami, co robi cały czas, ale dziś odbiorca już nie chce, żeby w niego strzelano, on sobie wybiera, co oglądać. Wybiera te newsy, które go ekscytują osobiście.
W ten sposób im bardziej znana marka, tym bardziej narażona na podobne ataki, bo obchodzi większą liczbę konsumentów. Raz puszczona w obieg niesprawdzona informacja jest multiplikowana przez portale internetowe, a potem przez media społecznościowe i rozprzestrzenia się w sposób niekontrolowany. Odsiew powinien następować w redakcjach, jednak charakter obecnych mediów często nie pozwala na sprawdzenie wszystkich danych.
– Media straciły dawne sposoby finansowania, np. media drukowane zostały trochę zjedzone przez internet, bo dziś przedruki w internecie dekomercjalizują ten przekaz. Krótko mówiąc, dziennikarz ma mniej czasu, bo mniej zarabia pieniędzy, bo mniej się zatrudnia dziennikarzy w redakcji – tłumaczy ten mechanizm dr Kochan. – W efekcie dziennikarz rzadziej ma okazję zrobić to, co każdy dobry przedstawiciel tego zawodu powinien robić, czyli wysłuchać drugiej strony. Publikuje się materiały szybko, żeby konkurencja nie wyprzedziła, choćby były niesprawdzone i nieprecyzyjne.
Mechanizm ten działa w obie strony – z tego samego powodu następują sytuacje odwrotne, polegające na kreowaniu mody – a więc i popytu – na niektóre, dotąd nieznane produkty. Konsument będący jednocześnie widzem czy czytelnikiem domaga się bowiem coraz to nowych impulsów, informacji, ciekawostek.
– Mamy w tej chwili mnóstwo wyrobów, które jeszcze kilka lat temu w ogóle nie istniały na naszym rynku, a które kupujemy, jako konsumenci, za ciężkie pieniądze, mimo że tak naprawdę nie ma żadnych potwierdzonych informacji, że te właśnie produkty typu olej kokosowy czy nasiona o dziwnie brzmiących nazwach cokolwiek dają – przekonuje Andrzej Gantner. – A z badań naukowców wynika, że niektóre produkty segmentu tzw. superfoods, jeśli są niewłaściwie używane, mogą nam zaszkodzić, ponieważ często pochodzą z zupełnie innych stref klimatycznych, do których nasze organizmy kompletnie nie są przystosowane.
Wyniki wyborów prezydenckich we Francji wpisują się w obecny trend europejskiego przebudzenia – ocenia Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie. Wygrana Emmanuela Macrona jest potwierdzeniem zahamowania w Unii Europejskiej ruchów populistycznych. Może też oznaczać, że ruszy proces odnowy europejskiej, w której główną rolę odegrają Francja i Niemcy. Tylko współpraca z tymi krajami pozwoli innym państwom zachować wpływ na kształt Wspólnoty.
– Jesteśmy w fazie europejskiego przebudzenia. Wybory we Francji wpisują się w tę tendencję. Wiele osób uważało, że to były najważniejsze tegoroczne wybory, ponieważ w największym stopniu będą określały panujący nastrój. Po wyborach w Austrii i Holandii mamy kolejny dowód na to, że rośnie liczba osób, którym nie jest obojętne, co będzie z Unią Europejską – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie.
Przed wyborami we Francji eksperci oceniali, że wyniki albo odwrócą trend populizmu narodowościowego, albo go pogłębią. Zwycięstwo Marine Le Pen mogłoby zagrozić stabilności w Europie i rozbudzić tendencje separatystyczne we Wspólnocie. W wyborach prezydenckich we Francji zdecydowanie zwyciężył jednak kandydat centrowej partii Emmanuel Macron. W połączeniu z wynikami wyborów w Austrii (zwycięstwo Alexandra Van der Bellena) oraz w Holandii (zwycięstwo centroprawicowej Partii Ludowej) wskazuje to na zahamowanie populistycznych trendów.
– Moim zdaniem to reakcja na szok, w jakim Europa znalazła się po referendum w Wielkiej Brytanii, wyborach w Stanach Zjednoczonych i po toczącej się debacie, która podawała w wątpliwość dotychczasową rolę UE czy demokracji liberalnej. Ubiegłoroczne zdarzenia stanowiły wzmocnienie dla ruchów populistycznych i antyeuropejskich. Powoli zaczyna się jednak zaznaczać tendencja obronna. Coraz więcej osób uważa, że warto zachować dorobek europejski, ponieważ zapewnia nie tylko pokój i wolny handel, lecz także perspektywy na przyszłość – ocenia Prawda.
Jeszcze na początku tego roku według Banku Światowego indeks niepewności znajdował na najwyższym poziomie od 1997 roku, czyli od początku publikacji wskaźnika. W dotychczasowych tegorocznych wyborach w Unii wygrywali jednak ci, którzy gwarantowali stabilność w Europie. Zdaniem dyrektora Przedstawicielstwa KE w Polsce to znak, że wyborcy zdają sobie sprawę z tego, jak wiele zawdzięczają UE.
– Drugi sygnał to gotowość Francji i Niemiec do zwarcia szeregów i poprowadzenia procesu odnowy europejskiej. Wiemy, że UE wymaga reform, przez długi czas nie było konsensusu reformatorskiego między Francją a Niemcami. Dziś oczekiwałbym dużej gotowości z obu stron, żeby taką wspólną płaszczyznę znaleźć. Po wyborach w Niemczech może nastąpić przyspieszenie integracji europejskiej i debaty o tym, w którą stronę Unia może pójść. Francja i Niemcy będą odgrywać tu znaczącą rolę. Bez porozumienia obu tych krajów w Europie nie stanie się nic ważnego – wskazuje Marek Prawda.
Jak przekonuje, Francja i Niemcy muszą być wspierane przez inne kraje członkowskie, co pozwoli na wypracowanie konsensusu.
– Powinniśmy dostrzec u prezydenta elekta próbę dokonania syntezy podejścia liberalnego i socjalnego. Z jednej strony przygotował społeczeństwo na nieuchronne reformy, zmniejszenie wydatków na sektor publiczny czy reformę rynku pracy. Z drugiej strony zachowuje wiarygodność jako wyraziciel socjalnych aspiracji społeczeństwa. To historyczna próba dokonania syntezy tych dwóch podejść. To ważne dla wszystkich sąsiadów Francji i Niemiec w UE, aby pozostać w głównym trzonie współpracy europejskiej i mieć wpływ na to, jak w szczegółach ten projekt będzie się rozwijał – ocenia Marek Prawda.
Coraz więcej firm dostrzega biznesowe korzyści płynące z wdrożenia nowych technologii i narzędzi informatycznych. Te służą do poprawy obsługi klientów i komunikacji z nimi oraz automatyzacji prostych, manualnych procesów. Największy potencjał zastosowań eksperci dostrzegają w rozwiązaniach chmurowych, rozwoju internetu rzeczy, big data i automatyzacji. Barierą dla procesu cyfryzacji pozostaje czynnik ludzki.
– Transformacja cyfrowa w biznesie jest najbardziej widoczna w zmianie sposobu interakcji przedsiębiorstw ze swoimi klientami, zaangażowaniu ich w cyfrowych kanałach dystrybucji oraz w nowym podejściu do budowania relacji z klientem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Molik, digital advisor Microsoft.
Jak wynika z rozmów z Liderami Cyfrowej Transformacji przeprowadzonych w ramach zrealizowanego na zlecenie Microsoft przez CIONET, perspektywa 50 top managerów z dojrzałych firm (z różnych segmentów) jest spójna – o cyfrowej transformacji myślimy dzisiaj nie jak o wyzwaniu, tylko o sile stymulującej wzrost biznesu. Musi to być jednak proces ciągły, głęboko wpisany w DNA i kulturę firmy. Cyfrowa transformacja to narzędzie, a nie cel sam w sobie, element zmiany, którą przechodzą firmy.
Głównym obszarem, w którym firmy i przedsiębiorstwa wykorzystują cyfrowe technologie, jest obsługa klientów. Nowoczesne narzędzia informatyczne pozwalają poprawić jakość usług, usprawnić komunikację i na bieżąco reagować na oczekiwania odbiorców.
Cyfrowa transformacja w gospodarce wymaga jednak nie tylko narzędzi technologicznych, lecz także zmiany kulturowej i mentalnej w podejściu do zarządzania organizacją oraz relacjami z klientem i wdrażania nowych modeli biznesowych. Dlatego kluczowym elementem i zarazem wyzwaniem dla tego procesu jest czynnik ludzki.
– Wyzwania dla firm i cyfrowej transformacji są związane ze zmianą przyzwyczajeń, z przekonaniem własnej organizacji, zarówno decydentów i zarządu, jak i wszystkich pracowników, że zmiana jest konieczna, bo świat się zmienia i może uciec do przodu. Myślę, że jest to jedno z największych wyzwań i najbardziej niedocenianych przez wiele przedsiębiorstw – mówi Joanna Molik.
Najczęstsze zmiany, których firmy dokonują w ramach cyfryzacji, to proste i efektywne procesy. Dotyczą zwykle automatyzacji manualnych papierochłonnych procesów. Powstaje jednak coraz więcej ukierunkowanych na biznes rozwiązań i produktów, które przyspieszają cyfrową transformację.
– Mówimy tutaj o rozwiązaniach takich jak cloud, analityka i big data, czyli monetyzacja posiadanych przez przedsiębiorstwa informacji. Do nowinek – takich jak otwieranie się na aplikacje czy na ekosystem partnerów, start-upów albo firm budujących innowacyjne rozwiązania – duże przedsiębiorstwa podchodzą jeszcze z pewną dozą niepewności – mówi Joanna Molik.
Jak wynika z ubiegłorocznych badań, przeprowadzonych przez Ipsos MORI na zlecenie Microsoftu, cyfryzacja znacząco podnosi konkurencyjność. Przedsiębiorstwa z sektora MŚP, które korzystają z technologii informatycznych, są bardziej nastawione na rozwój niż firmy analogowe. Ponad dwie trzecie firm (65 proc.) o cyfrowym profilu realizuje strategię dynamicznego wzrostu.
– Firmy, które są cyfrowe, to firmy, które dostarczają swoim klientom zupełnie innych doświadczeń, ale także funkcjonują o wiele szybciej i o wiele taniej niż te, które nie przeszły transformacji cyfrowej i nadal są w tzw. starej ekonomii. To trochę tak, jak kiedyś warsztat ręczny, tkacki i fabryka włókiennicza z maszyną parową – ocenia Jarosław Mastalerz, wiceprezes zarządu do spraw operacji i informatyki mBanku (Fundusz mAccelerator).
Bankowość jest jednym z sektorów, w których cyfrowa transformacja postępuje najszybciej. Większość oferowanych przez banki produktów jest dostępnych w kanałach cyfrowych, z których klienci korzystają coraz chętniej. Zmieniają się także procesy wewnętrzne.
– Już kilkanaście lat temu banki wyoutsourcowały obsługę gotówki, dlatego w tej chwili całe nasze pieniądze to zapisy cyfrowe, czyli digital. Mamy digital product i wszystko, co robimy, to przetwarzanie. Dlatego bankowość jest branżą, na którą cyfrowa transformacja powinna mieć największy wpływ. Jednak na dzisiaj banki nadal pozostają wielkimi, ludzkimi komputerami. Ta transformacja przychodzi do nas stopniowo – mówi Jarosław Mastalerz.
Sektorem, w którym cyfrowe rozwiązania mają dużo zastosowań, jest również energetyka. Jak zauważa Janusz Wijtiwiak, dyrektor Departamentu Analiz Strategicznych i Rynkowych w Energa Obrót SA, firmy z tej branży muszą w pierwszej kolejności rozwinąć kanały kontaktu z klientami.
– W zakresie obsługi klientów musimy się dostosowywać do standardów, do których przyzwyczaiły klientów inne branże jak banki i telekomy. Dlatego innowacje technologiczne, które wdrażamy, są związane przede wszystkim z kanałami dostępu i kontaktu z klientami – mówi Janusz Wijtiwiak.
Duży potencjał dla branży energetycznej stwarza też rozwój internetu rzeczy (IoT), który umożliwi rozwinięcie nowych gałęzi usług. Korzystając z danych dostarczanych za pośrednictwem IoT firmy energetyczne będą mogły zaoferować klientom nie tylko nowe, lecz także bardziej spersonalizowane produkty.
– W najbliższym czasie widoczne będzie też zastosowanie rozwiązań chmurowych. To coś, do czego w tej chwili firmy oraz klienci jeszcze podchodzą z lekką nieufnością, natomiast potencjał ich wykorzystania w energetyce jest ogromny. Myślę, że w przyszłości efektywność i łatwość dostępu oraz uniwersalność platform, na których można stosować rozwiązania chmurowe, będą motorem zmian dla wielu branż, w tym również naszej – uważa Janusz Wijtiwiak.
Zdaniem Przemysława Zakrzewskiego, dyrektora Polskiego Centrum Rozwoju Oprogramowania ABB w Krakowie, proces cyfryzacji przyspieszy automatyzacja, szczególnie w sektorze produkcji. Około 70 proc. produkcji mechanicznej może podlegać automatyzacji, a powtarzalne, nużące i niebezpieczne czynności w zastępstwie pracowników mogą wykonywać roboty. Rozwój tej innowacji technologicznej potwierdza w ostatnich latach wprowadzanie na rynek pierwszych samochodów autonomicznych.
– Widzę ogromny potencjał innowacyjny w miniaturyzacji rzeczywistości rozszerzonej. Widzę niesamowity potencjał, który można wykorzystać w biznesie, w serwisie, w wytwarzaniu, w serwisach produkcyjnych – prognozuje Przemysław Zakrzewski, dyrektora Polskiego Centrum Rozwoju Oprogramowania.
Choć cyfrowa transformacja wpływa na konkurencyjność i efektywność przedsiębiorstw, to wciąż jeszcze postępuje ona dość wolno. Jak wynika z badań technologicznego giganta, w porównaniu do reszty państw UE polską gospodarkę charakteryzuje niski poziom cyfryzacji oraz wyjątkowo niski poziom inwestycji. Gros środków firmy przeznaczają na środki trwałe, wciąż stosunkowo niewiele inwestując w nowe technologie.