Rankingi szkół nie są wyznacznikiem jakości edukacji. Wciąż jednak decydują o wyborze liceum

Rankingi szkół nie są wyznacznikiem jakości edukacji. Wciąż jednak decydują o wyborze liceum 1

W środę gimnazjaliści rozpoczną serię egzaminów i za chwilę staną przed wyborem szkoły ponadgimnazjalnej. W przypadku co czwartego ucznia decydujący głos w tej sprawie będą mieli rodzice, a głównym kryterium są wówczas rankingi szkół. Eksperci przestrzegają przed poleganiem tylko na takich zestawieniach. Rankingi szkół są narzędziem PR, nie niosą żadnych wartości – podkreśla Robert Krool, prezes Fundacji LifeSkills. Nie uwzględniają one bowiem zajęć dodatkowych oraz faktycznego przygotowania do życia zawodowego.

– Praktyka minionych dwudziestu kilku lat pokazuje, że wdrukowuje nam się, że rankingi są dobrym narzędziem do podejmowania decyzji o wyborze szkoły. Naszym zdaniem kłopot polega na tym, że żaden z tych rankingów nie uwzględnia nakładów na korepetycje i innych, które mają na celu pomóc w zdobyciu odpowiednio dobrych  wyników maturalnych. Nie ma w tym rankingu ujętych kosztów związanych np. z kursem w trzeciej klasie przygotowującym do matury – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Krool, prezes Fundacji LifeSkills.

Z raportu IBE „Decyzje edukacyjno-zawodowe uczniów szkół gimnazjalnych” z 2015 roku wynika, że połowa absolwentów gimnazjów szkołę ponadgimnazjalną wybiera samodzielnie. Co czwarty korzysta z pomocy rodziny – zwłaszcza rodziców. Ci zaś przy wyborze szkoły kierują się głównie rankingami. Jak tłumaczy ekspert, nie do końca są one miarodajne.

– Rankingi nie mówią o dwóch podstawowych sprawach. Po pierwsze, jaka będzie użyteczność edukacji tego młodego człowieka po maturze. Po drugie, w jakim kierunku ten młody człowiek powinien iść. Pomijają też istotną kwestię, czyli to, jakie straty czasu towarzyszą nauce: na korepetycje, zadania domowe, kursy przygotowawcze. W końcu młody człowiek pisze maturę i okazuje się, że jedyne co potrafi to zaliczać testy – ocenia Krool.

Rankingi opierają się przede wszystkim na wynikach maturalnych absolwentów i dodatkowych aktywnościach, np. udziale w olimpiadach przedmiotowych. Ekspert Fundacji LifeSkills wskazuje jednak, że wyniki matury nie są odzwierciedleniem faktycznego stanu edukacji danej szkoły, a wypadkową różnych dodatkowych zajęć i korepetycji.

Krool dodaje, że wyniki matury nie zawsze są równoznaczne z umiejętnościami. Część szkół, które najlepiej wypadają w rankingach, nie uczy samodzielnego myślenia. Większość czasu młodzież poświęca zaś na naukę nieprzydatnej w życiu wiedzy. Poza tym, jak wskazuje ekspert, rankingi są tworzone z przesunięciem czasowym. Opierają się na osiągnięciach młodzieży, która do szkół zdawała trzy lata wcześniej.

To jest tak jakbyśmy na rynku mieszkaniowym porównywali ceny mieszkań, nie biorąc kompletnie pod uwagę tego, w jakiej lokalizacji jest dane mieszkanie i jakie nakłady na remont należy ponieść. Taki ranking tak naprawdę jest jednym wielkim narzędziem PR-owym, on nie ma żadnych innych wartości – ocenia Robert Krool.

Rankingi są próbą uśrednienia i wpisania systemu edukacji w ramy. Rodzice, którzy przy wyborze szkoły kierują się miejscem danej szkoły w zestawieniu, chcą wierzyć, że podejmują decyzję w oparciu o racjonalne dane. Jak wskazuje prezes LifeSkills, w przypadku rodziców często można mówić o uzależnieniu od „punktozy”, bo przykładają zbyt dużą wagę do ocen i punktów.

– W żadnej firmie życie nie składa się z przedmiotów, które ktoś ma zaliczyć. Ma on dostarczyć pewnego rodzaju użyteczność i powracamy do trzech bazowych pytań: co ten młody człowiek potrafi zrobić, co potrafi naprawić i czy wyniósł z domu i ze szkoły to, jak myśleć, czy co myśleć – przekonuje Krool.

Jak tłumaczy, decyzja o wyborze szkoły często jest nagła. W kwietniu gimnazjaliści zdają egzamin, w maju muszą już wybrać szkolę. Rankingi, które są wówczas publikowane, przyspieszają decyzję, bo często brakuje czasu na zastanowienie.

 Zatrzymanie się, które proponujemy, polega na tym, żeby z tym młodym człowiekiem ustalić, jakie ma on kryteria. Może wybiegają one daleko dalej niż matura i studia. Może chodzi o to, w jaki sposób ma być organizowany czas wolny, który ma największy wpływ na powodzenie w życiu. Bo posiadanie przez ucznia własnych kryteriów co do wyboru szkoły i środowiska, w jakim będzie się poruszać, jest ważniejsze niż rankingi – podkreśla Robert Krool.

Jego zdaniem problem w tym, że nie zawsze rodzice są w stanie przeprowadzić taką analizę z dzieckiem. W takim przypadku sięgnięcie po ranking wydaje się im najlepszym rozwiązaniem.

W sieci kwitnie handel wrażliwymi informacjami. Większość cyberprzestępców pozostaje anonimowa

W sieci kwitnie handel wrażliwymi informacjami. Większość cyberprzestępców pozostaje anonimowa 2

Szacuje się, że 4 proc. wszystkich danych znajduje się w szeroko dostępnym internecie. Pozostała część to Deep Web, w tym również Darknet, czyli anonimowa przestrzeń, która daje duże możliwości, również przestępcom. Można tam znaleźć niemal wszystko, zwłaszcza to, co nielegalne. To tu trafiają skradzione dane, m.in. firm. Namierzenie informacji w Darknecie wymaga zaawansowanych technologii. Narzędzia do automatyzacji testów i bieżącego monitorowania działania oprogramowania pozwalają szybciej zareagować na potencjalne niebezpieczeństwo.

 Darknet to ogromna przestrzeń, która umożliwia wielu osobom być anonimowym. Protokół, który służy do komunikacji w Darknecie jest tak skonstruowany, że osoby przysyłające sobie nawzajem informacje są anonimowe z technicznego punktu widzenia. Daje to więc bardzo duże możliwości, niestety w tym również przestępcom – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Leopold, ekspert ds . bezpieczeństwa IT w Info Sources, firmie detektywistycznej zajmującej się m.in. bezpieczeństwem IT i informatyką śledczą.

Ocenia się, że ok. 96 proc. wszystkich danych, które znajdują się w internecie, to tzw. Deep Web, czyli ukryty internet. Klasyczne wyszukiwarki nie mają do niego dostępu. W sieci znajduje się kilkaset tysięcy nieindeksowalnych stron internetowych. Darknet to mroczna część Deep Web, dostępna tylko nielicznym. Jej anonimowość sprzyja przestępcom. Wedle Garetha Owena, amerykańskiego badacza z Uniwersytetu Portsmouth, większość ukrytych stron dotyczy kontrabandy.

– To ważne z punktu widzenia organizacji. Jeżeli dana osoba skradnie np. informacje o ofertach, o podatnościach naszej organizacji, jej strukturach, technologiach, czy patentach to właśnie Darknet może być miejscem, w którym będzie chciała je sprzedać. Przykładem jest niedawna sytuacja: jeden z największych polskich sklepów e-commerce miał dziurę w bezpieczeństwie, ktoś to wykrył i napisał tzw. exploita, czyli metodę, która umożliwia skorzystanie z platformy w sposób nielegalny. Ta osoba chciała tę informację sprzedać i zrobiła to właśnie w Darknecie – tłumaczy ekspert.

Na świecie rośnie zagrożenia cyberatakami. Raport PwC Global Economic Crime Survey 2016 wskazuje, że 54 proc. amerykańskich firm oficjalnie przyznało się do bycia ofiarą ataków hakerów w ciągu ostatnich 2 lat. Ponad 70 proc. firm na świecie uznaje poufne dane firmowe za najbardziej wrażliwy i zagrożony ze strony cyberprzestępców element.

Jednocześnie, choć zwykły internet można monitorować w stosunkowo prosty sposób, to przeszukiwanie Darknetu pod kątem konkretnych informacji, np. o firmie, wymaga już znacznie bardziej zaawansowanych technologii.

– W organizacjach nie zawsze są osoby, które potrafią to zrobić, dotrzeć do tego świata i przeczesać informacje w celu znalezienia kawałka treści, który nas dotyka, czy może być dla nas interesujący. Odpowiednie narzędzia to umożliwiają, dzięki nim możemy lepiej monitorować sieć i wszcząć alarm – wskazuje Leopold.

Oferowane przez Info Sources narzędzie jest niezależnym robotem – hakerem, który naśladuje postępowanie hakerów w praktyce i wykonuje ciągłe testy penetracyjne. „White Canary” pozwala sprawdzić, czy cyberprzestępcy rozmawiają o danej firmie.

– Im lepiej chcemy się zabezpieczyć, tym wydatki będą większe. Możemy zacząć od kilkuset złotych miesięcznie przy małym przedsiębiorstwie, ale duże organizacje, np. największe banki w Polsce czy największe platformy e-commerce, muszą liczyć się z kosztami idącymi w miliony. Rozpiętość jest ogromna, ze względu na zakup narzędzi, jak i o pozyskanie i utrzymanie wykwalifikowanej kadry – zaznacza ekspert Info Sources.

Na świecie coraz szybciej rozwija się informatyka śledcza. Ponieważ każdy ruch w internecie zostawia ślady, a historia naszych działań jest praktycznie nie do usunięcia w całości, praca detektywów przenosi się do sieci.

– Umiejętność wyłapywania śladów cyfrowych oraz prowadzenia śledztwa po nitce do kłębka, poczynając od mikrośladu i zdobywaniu kolejnej informacji, zaczyna być sztuką samą w sobie – wskazuje Grzegorz Leopold.

Informacje w sieci zostawiają nie tylko zwykli użytkownicy sieci, ale również przedsiębiorstwa. W przypadku firm często to efekt zaniedbań pracowników, a część pozostawionych informacji, nawet tzw. śmieci, może okazać się dla cyberprzestępców przydatna.

– Powstaje zagadnienie, jak diagnozować, czy te „śmieci” są niechciane i jak je ewentualnie usunąć. Drugie zagadnienie jest związane ze śledztwem. Łatwiej jest namierzać pewne informacje w internecie, w którym często korzystamy w mniej lub bardziej zaawansowany sposób z wyszukiwarek. Jednak w Darknecie śledztwo jest już bardziej skomplikowane i wymaga więcej zachodu – tłumaczy Grzegorz Leopold.

Sektor kosmiczny staje się coraz bardziej perspektywiczny. W branży działa coraz więcej polskich firm

Sektor kosmiczny staje się coraz bardziej perspektywiczny. W branży działa coraz więcej polskich firm 3

Sektor kosmiczny prężnie się rozwija dzięki najnowszym zdobyczom techniki. Rewolucja technologiczna dała impuls do rozpoczęcia wielu nowych inicjatyw zarówno w Polsce, jak i na świecie. Branża ta przestaje być domeną państw, a zaczyna być perspektywiczną dziedziną biznesową, w którą angażuje się coraz więcej firm. Dla rodzimej branży kosmicznej oraz polskiej gospodarki to ogromna szansa na rozwinięcie skrzydeł również na wielu innych płaszczyznach.

W grudniu 2016 roku podczas Rady Ministerialnej Europejskiej Agencji Kosmicznej zapadły kluczowe decyzje, które będą nadawały branży kierunek przez kolejne 4 lata. Zdecydowano o uczestnictwie w wielu innowacyjnych programach i podziale budżetu na prace rozwojowe. W konsekwencji uruchomiono wiele nowych inicjatyw.

 To idealny moment, żeby wsiąść do tego pociągu i realizować nowe, jeszcze bardziej ambitne przedsięwzięcia. Polskie firmy czeka bardzo pracowity rok, ale gra jest warta świeczki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Bukała, dyrektor generalna Sener Polska.

Na szczególną uwagę zasługuje przedłużony o dwa lata program wspierający polski przemysł kosmiczny w ESA, czyli Polish Industry Incentive Scheme. Jego wartość to rocznie 9 mln euro, które w całości są do wykorzystania przez polskie firmy. W ostatnich pięciu latach liczba przedsiębiorstw zarejestrowanych na platformie przetargowej ESA wzrosła pięciokrotnie i dziś jest ich ok. 300.

Dyrektor generalny Sener Polska nie ma wątpliwości, że branża kosmiczna stoi u progu rewolucji, za co odpowiada przede wszystkim dynamiczny rozwój nowych technologii.

– Kluczowe dla branży kosmicznej okażą się prace m.in. nad zmniejszeniem kosztów wynoszenia systemów satelitarnych, nowymi systemami rakietowymi, nowymi koncepcjami wynoszenia, miniaturyzacją, stworzeniem bardziej wydajnych napędów. Ponadto bardzo ważna będzie praca nad zwiększeniem przepustowości łączy satelitarnych, a wszystko po to, żeby klientom zaoferować coraz szerszy dostęp do informacji satelitarnej – wylicza Aleksandra Bukała.

Rozwój tej gałęzi przemysłu to szansa dla polskiej gospodarki na wielu płaszczyznach. Ekspert zaznacza, że przede wszystkim nowe technologie kosmiczne stają się coraz bardziej powszechne i rewolucjonizują takie dziedziny, jak telekomunikacja, rolnictwo, budownictwo, bezpieczeństwo czy obronność. Po drugie, sektor ten umożliwia dostęp do wielu kluczowych kompetencji.

– Są to m.in. kompetencje techniczne, dzięki współpracy z najbardziej zaawansowanymi technicznie firmami na świecie. Druga kwestia, tak istotna w branży kosmicznej, która może wpłynąć na pozostałe branże, to pewna kultura pracy oparta na kreatywności, innowacyjności i najwyższej jakości. W kosmosie nic nie może się zepsuć, więc na każdym etapie każda osoba pracująca w tej branży musi być maksymalnie dokładna i zaangażowana w to, co robi –komentuje Aleksandra Bukała.

Trzecia kwestia to umiejętność zarządzania dużymi i skomplikowanymi projektami. Z raportu sporządzonego na początku 2016 roku przez Parlament Europejski wynika, że kwestie związane z zarządzaniem są jedną z głównych przeszkód w realizacji celów strategii Europa 2020.

– Sektor kosmiczny, który jest bardzo młody, bo powstał w zasadzie w 1954 roku wraz z wystrzeleniem pierwszego satelity, pozwolił na wypracowanie zupełnie nowych narzędzi zarządzania najbardziej złożonymi przedsięwzięciami. Bez programu Apollo i bez wypracowanych tam narzędzi wiele współczesnych branż, np. sektor lotniczy czy zbrojeniowy, nie mogłoby istnieć. Mam nadzieję, że nasze doświadczenia w sektorze kosmicznym oraz skrupulatna budowa kadr przełożą się również na inne branże i wreszcie doczekamy się polskich superproduktów zdolnych konkurować z najlepszymi na świecie – podsumowuje Aleksandra Bukała.

Zmiany w unijnych przepisach o delegowaniu pracowników mogą zatrząść polskim rynkiem pracy. Część firm czeka bankructwo

Zmiany w unijnych przepisach o delegowaniu pracowników mogą zatrząść polskim rynkiem pracy. Część firm czeka bankructwo 4

W Brukseli trwają prace nad zmianami w dyrektywie o delegowaniu pracowników za granicę. Komisja Europejska chce, by pracownicy delegowani po przekroczeniu granicy mieli opłacane wszystkie składowe wynagrodzenia miejscowych specjalistów. To nie tylko podniesie koszty pracodawców, ale przede wszystkim zaangażuje ogromny czas i wysiłek w zapoznawanie się z jeszcze większą ilością zagranicznych przepisów. Większość z nich jest dostępna tylko w języku danego państwa, a inne w ogóle nie są powszechnie dostępne.

Zmiany w dyrektywie o delegowaniu pracowników, nad którą obecnie pracują już łącznie Parlament Europejski z Komisją, wpłyną bezpośrednio na działalność wszystkich polskich firm usługowych, które muszą wysyłać pracowników na jakiś czas za granicę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stefan Schwarz, prezes Inicjatywy Mobilności Pracy. – Niezależnie od tego, czy to jest montaż, praca na budowie, w rolnictwie, czy jest to pracownik tymczasowy lub osoba zajmująca się osobą starszą – za każdym razem będą obowiązywały zasady delegowania.

Jeśli zaplanowane jeszcze na 2017 rok zmiany wejdą w życie, każde przekroczenie granicy przez pracownika w celu wykonaniu obowiązków służbowych będzie delegowaniem i będzie regulowane zasadami określonymi w nowej dyrektywie. Zmienią się warunki wynagradzania: obecnie pracownik za granicą musi otrzymywać przynajmniej płacę minimalną kraju, do którego został oddelegowany. Po zmianach płaca będzie musiała zawierać wszystkie elementy przewidziane lokalnym prawem pracy i układami zbiorowymi, a są różne nie tylko w poszczególnych krajach, ale również jednostkach samorządowych, branżach czy nawet zakładach pracy.

Po stronie pracodawców to będzie generowało ogromną biurokrację. Zanim wyślą pracownika nawet na kilka dni za granicę, będą musieli zapoznać się ze wszystkimi przepisami lokalnego prawa, które rzadko tłumaczone jest na język angielski. Czas, ryzyko i dodatkowe koszty mogą spowodować, że wielu pracodawców zrezygnuje z realizacji zagranicznych kontraktów.

Są trzy podstawowe obszary, w których powinniśmy myśleć o potencjalnych szkodach, które wywoła ta nowelizacja. Po pierwsze sami pracownicy, których jest w tym momencie przynajmniej kilkaset tysięcy. Według naszych badań zarabiają oni mniej więcej trzy razy tyle, ile zarobiliby w Polsce, a zatem jest to dla nich praca bardzo atrakcyjna, którą być może stracą – wyjaśnia Schwarz. – Być może niektórzy będą dalej wykonywać zadania dla swoich pracodawców, ale tylko na terenie Polski. Natomiast z pewnością, gdy się zmniejszy liczba kontraktów, zmniejszy się także liczba miejsc pracy, a zatem niektórzy tę pracę stracą.

Jak podaje KE, w latach 2010–2014 liczba pracowników delegowanych wzrosła prawie o 45 proc. (przy czym warto pamiętać, że poszerzyła się definicja delegowania, więc trudno powiedzieć, jaki był rzeczywisty wzrost). W 2014 roku około 1,9 mln europejskich pracowników zostało oddelegowanych do pracy w innych państwach członkowskich. Jest to szczególnie częste w sektorze budownictwa, w przemyśle wytwórczym i w sektorach usług, takich jak usługi osobiste (edukacja, zdrowie i opieka społeczna) oraz usługi dla przedsiębiorstw (administracyjne, specjalistyczne, ale także usługi finansowe czy IT). Dziś ocenia się, że ok. 25 proc. wszystkich delegowanych w UE to pracownicy z Polski.

– Drugi obszar to pracodawcy. Jeżeli firma świadczy usługi za granicą od czasu do czasu, to prawdopodobnie przetrwa, choć ograniczy swoją działalność, zmniejszy zatrudnienie. Natomiast wiele firm jest uzależnionych od kontraktów zagranicznych – tłumaczy prezes Inicjatywy Mobilności Pracy. – Jeżeli np. firma polska wyspecjalizowała się w podwykonawstwie przy budowie elektrowni atomowych, to nie będzie w stanie takich usług realizować na terenie Polski i prawdopodobnie zbankrutuje.

Ucierpieć też mogą pracownicy innych branż pracujący dla firm zagranicznych, które często nie zdają sobie sprawy, że problem ich dotyczy. Jest to np. sektor IT i usług biznesowych, których centra prężnie działają w Polsce. Według raportu ABSL w 2012 roku w tej branży pracowało już 212 tys. osób. Większość z nich obsługuje podmioty zlokalizowane poza granicami naszego kraju, co związane jest z częstymi podróżami do siedziby klientów za granicą. Te podróże zostaną ograniczone i utrudnione przez nową dyrektywę.

Według obliczeń IMP w 2016 roku za granicą pracowało już ponad pół miliona Polaków. Szacuje się, że zmiany, które dotkną tysięcy polskich firm usługowych z wielu branż mogą spowodować, że pracę straci od 400 do 800 tysięcy polskich pracowników.

– Trzecia sprawa to jest polska gospodarka. Ostatnio oszacowaliśmy, że około 5 mld zł trafia do ZUS-u z tytułu składek wpłacanych za pracowników delegowanych, więc będzie to dość odczuwalny cios – argumentuje Stefan Schwarz. – Ale warto też pamiętać, że eksport powoduje dobrobyt, więc jeżeli będziemy mieli mniej eksportu, bo delegowanie to nic innego jak eksport usług, i co najważniejsze, jest to nasza największa przewaga konkurencyjna na rynku europejskim, to będziemy wszyscy trochę biedniejsi. To wpłynie pośrednio na każdego Polaka.

Biznes przechodzi cyfrową transformację. Połączenie technologii z ludzką kreatywnością umożliwi stworzenie nowych usług i produktów

Biznes przechodzi cyfrową transformację. Połączenie technologii z ludzką kreatywnością umożliwi stworzenie nowych usług i produktów 5

Chmura, internet rzeczy, cyberbezpieczeństwo, ale przede wszystkim sztuczna inteligencja – to cztery filary cyfrowej transformacji w biznesie. Połączenie innowacyjnych technologii z ludzką kreatywnością da przedsiębiorstwom całe spektrum możliwości. Przede wszystkim umożliwi rozwój, pozyskanie informacji o klientach, wypracowanie nowych modeli biznesowych oraz stworzenie całkiem nowych produktów i usług. Cyfrowa transformacja wymaga jednak współdziałania i zaangażowania wielu stron.

– Cyfrowe współtworzenie to proces, w którym właściciel firmy łączy siły z cyfrowymi ekspertami i wspólnie dokonują transformacji lub wręcz rewolucji. Potrzebna jest do tego duża wiedza o biznesie, organizacji i jej procedurach oraz technologiach takich jak sztuczna inteligencja, internet rzeczy, cyberbezpieczeństwo i chmura. Tylko stworzenie zespołu złożonego z ludzi, którzy mają wiedzę na temat wspomnianych obszarów, może zaowocować nowymi ideami. Na tym polega cyfrowe współtworzenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Juan Maria Porcar, Wiceprezes Fujitsu, zarządzający regionem Europy Wschodniej, Rosji, CIS i Afryki.

Tworzenie wartości biznesowej dzięki połączeniu ludzkiej kreatywności i technologii cyfrowych było motywem przewodnim tegorocznej konferencji Fujitsu World Tour 2017 „Human Centric Innovation: Digital Co-Creation”. To jedno z największych na świecie wydarzeń poświęconych zastosowaniu IT w biznesie. Roadshow odbywa się na sześciu kontynentach, gromadząc co roku około 14 tys. gości.

Polska edycja, zakończona we wtorek w Warszawie, przyciągnęła do stolicy blisko 900 ekspertów z Polski  innych krajów europejskich. Dyskutowali o nowoczesnych technologiach i cyfrowej transformacji. Juan Maria Porcar, odpowiedzialny w Fujitsu za Europę Wschodnią, Rosję, CIS i Afrykę, wymienia cztery główne filary tego procesu.

– Nikt już nie ma wątpliwości, jak ważną rolę będzie odgrywała chmura i internet rzeczy. Bezdyskusyjne jest też znaczenie cyberbezpieczeństwa. Ale najbardziej interesującą i najważniejszą technologią jest sztuczna inteligencja (AI), która rozgościła się już wśród nas na dobre. Jest użyteczna dla organizacji, w opiece zdrowotnej, handlu, w administracji rządowej i poprawia efektywność biznesu – ocenia Juan Porcar.

Te prognozy mają potwierdzenie w statystykach. Z raportu „Sztuczna inteligencja w biznesie” MarketingLink wynika, że do 2020 roku 75 proc. przedsiębiorstw będzie wykorzystywać sztuczną inteligencję w biznesie. Już teraz korzystają z niej globalni giganci, tacy jak Facebook i Google. Wdrożenie zaawansowanych algorytmów opartych o AI ma przynieść w USA 60 mld dol. oszczędności do 2020 roku.

Rosnącą rolę sztucznej inteligencji prognozuje też Ericsson ConsumerLab w tegorocznym raporcie „10 Hot Consumer Trends for 2017”, z którego wynika, że AI będzie pomocna w pracy i w życiu codziennym dla 35 proc. konsumentów, a wykorzystanie jej w biznesie przyniesie pracodawcom znaczne oszczędności.

Zauważalnym trendem jest też rosnąca wartość rynku i technologii bazujących na internecie rzeczy. PwC podaje, że baza zainstalowanych urządzeń zdolnych do połączenia z internetem przekroczyła 14 mld na początku 2015 roku. Za cztery lata ta liczba sięgnie już 50 mld urządzeń. Z kolei globalna firma badawcza IDC szacuje, że w 2020 roku rynek IoT będzie wart w sumie 1,5 bln dol. W Polsce wartość inwestycji w tę technologię sięgnie do tego czasu 5,4 mld dol. Internet rzeczy ma na polskim rynku szczególnie duży potencjał rozwoju, ponieważ – jak szacuje Urząd Komunikacji Elektronicznej – na razie tylko około 3 proc. polskich przedsiębiorstw wykorzystuje technologie oparte o IoT.

Szybko rośnie również wykorzystanie w biznesie rozwiązań chmurowych, które są wymieniane jako jeden z motorów cyfrowej rewolucji. Coraz więcej firm decyduje się przenieść część swoich zasobów do chmury, a według przeprowadzonych nieco ponad rok temu badań Intela, w Polsce z rozwiązań cloudowych korzysta 34 proc. dużych przedsiębiorstw. Firma doradcza IDC prognozuje, że do 2020 roku wydatki firm na rozwiązania oparte na chmurze wyniosą w skali globalnej ponad 500 mld dol., czyli trzykrotnie więcej niż obecnie.

Cyfrowe technologie i innowacje będą najbardziej potrzebne w organizacjach, które produkują i przetwarzają duże ilości danych. Tym, których działalność opiera się na handlu, stwarzają całkowicie nowe możliwości pozyskiwania wiedzy o klientach i budowania skutecznych strategii marketingowych.

– Informacja o procesach i klientach jest kluczowa w transformacji cyfrowej. Przykładowo, sklepy internetowe dzięki śledzeniu klików swoich klientów w wielu różnych miejscach mają o nich dużo więcej informacji niż tradycyjne sieci handlowe. Dlatego obserwujemy też duże zainteresowanie tych tradycyjnych podmiotów internetem rzeczy, bo dzięki niemu będą mogli się dowiedzieć więcej o swoich konsumentach – mówi Juan Maria Porcar.

Wiceprezes Fujitsu podkreśla, że cyfrowa transformacja i współtworzenie wartości biznesowej dzięki połączeniu kreatywności z technologią wymaga zaangażowania wielu stron. Najlepszym rozwiązaniem jest stworzenie multidyscyplinarnego zespołu, w którym znajdą się zarówno osoby mające dużą wiedzę o organizacji i jej strukturach oraz specjaliści z zakresu wdrażania cyfrowych innowacji w biznesie. Z drugiej strony, cyfrowa transformacja wymaga również zmiany mentalnościowej na poziomie menadżerów i szeregowych pracowników.

– Zazwyczaj w każdej organizacji jest wielu twórczych ludzi. Mają nowe pomysły, szukają nowych modeli biznesowych. Ale jest też wielu takich, którzy są niechętni zmianom i woleliby, żeby wszystko zostało po staremu. Aby zmienić ich podejście, trzeba im pokazać prawdziwe procesy wdrożeniowe, realne korzyści albo różne aspekty cyfrowej transformacji biznesu. W ten sposób wielu ludzi w danej organizacji, nie tylko wizjonerzy, dołączy do zmian i zacznie je propagować – mówi Juan Maria Porcar.

Z globalnego badania „Global Data & Analytics Survey” międzynarodowej firmy doradczej PwC wynika, że ta zmiana już następuje. 57 proc. dyrektorów zakładów produkcyjnych w ostatnich dwóch latach opierało swoje decyzje na podstawie analityki big data i danych dostarczanych przez nowe technologie. Jednym z głównych wniosków badania jest właśnie potrzeba połączenia technologii i ludzkiej kreatywności w podejmowaniu strategicznych decyzji biznesowych.

O nieuchronnym nadejściu cyfrowej rewolucji są przekonane polskie firmy, z których prawie połowa ma gotową strategię biznesową. Natomiast IDC prognozuje, że do końca 2017 roku dwie trzecie największych firm na świecie postawi cyfrową transformację w centrum swojej strategii, rozwijając i wdrażając cyfrowe innowacje.

Liczba fuzji i przejęć na polskim rynku będzie rosnąć. Dominować będą średniej wartości transakcje zawierane przez lokalne fundusze

Liczba fuzji i przejęć na polskim rynku będzie rosnąć. Dominować będą średniej wartości transakcje zawierane przez lokalne fundusze 6

Polski rynek fuzji i przejęć nadal różni się od zachodnioeuropejskiego, zarówno pod względem liczby transakcji, profilu aktywów, jak i podejścia do ich finansowania. Stabilnemu wzrostowi liczby fuzji i przejęć w Polsce sprzyjać będzie coraz lepsza sytuacja w gospodarce, a także coraz bardziej liberalne podejście sektora bankowego do finansowania akwizycji dokonywanych przez przedsiębiorstwa i fundusze private equity. Polski rynek powoli zaczyna się wzorować na rynku londyńskim, który wyznacza standard w Europie i na którym dominują struktury dające inwestorom dużą swobodę w zarządzaniu przejmowanymi aktywami.

Charakterystyczną cechą polskiego rynku M&A jest relatywnie duża liczba spółek, które oferują inwestorom znaczący potencjał wzrostu. Natomiast w Europie Zachodniej przedmiotami akwizycji są zwykle spółki dojrzałe, w przypadku których inwestorzy skupiają się na poszukiwaniu synergii, optymalizacji strony kosztowej lub układaniu na nowo struktury kapitałowej.

– Mimo że mamy w Polsce wiele ciekawych i wzrostowych spółek, dotychczas nie przekładało się to na liczbę transakcji. Jedną z przyczyn może być słaby rynek kapitałowy, który nie był w ostatnich latach zbyt dynamiczny. W związku z tym, mamy mniej niż na Zachodzie publicznych spółek, które są transparentne i atrakcyjne cenowo dla inwestorów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Biernacki, dyrektor Departamentu Finansowania Strukturyzowanego w DNB Bank Polska.

Kolejnym powodem, który wpływa na relatywnie niewielką liczbę transakcji M&A na polskim rynku, jest mentalność właścicieli spółek. W wielu przypadkach są to ludzie, którzy zakładali swoje biznesy na początku lat 90. i są z nimi sentymentalnie i emocjonalnie związani, a przez to mniej skłonni, aby sprzedać je po cenie, którą dyktuje obecnie rynek. Dlatego rozwój rynku M&A może przyspieszać w miarę, jak przybierać będzie na sile fala sukcesji pokoleniowej w polskich firmach rodzinnych. Według styczniowych danych z raportu „Firma rodzinna to marka” opracowanego przez Instytut Biznesu Rodzinnego 36 proc. polskich firm uważa się za rodzinne.

Rodzimy sektor bankowy jak dotąd konserwatywnie podchodził do finansowania wykupów lewarowanych i dążył do zachowania dużej kontroli nad transakcją. Z drugiej strony, przez wzgląd na dużą konkurencję, oferował atrakcyjne marże.

Z kolei na rynku londyńskim dominują struktury „covenant-lite”, które dają inwestorom dużą swobodę w zarządzaniu przejmowanymi aktywami. Banki finansujące takie transakcje sprawują kontrolę nad przejmowanymi aktywami w niewielkim stopniu, ale przez to ich marże są dość wysokie. Dzieje się tak dlatego, że kapitał na sfinansowanie przedsięwzięcia dostarczają często inwestorzy instytucjonalni o bardziej liberalnym podejściu do ryzyka kredytowego niż banki.

– W polskich realiach – z uwagi na to, że od kilku lat mamy stagnację na rynku giełdowym, a rynek obligacyjny nie pełni znaczącej roli w finansowaniu przedsiębiorstw – inwestorzy często finansują gotówką akwizycje niewielkie w stosunku do swojego bilansu, a po sfinansowanie tych większych zwracają się do sektora bankowego – mówi Piotr Biernacki.

Ekspert Banku DNB zauważa, że rynek w Polsce powoli adaptuje „londyńskie” struktury kredytowe, a sektor bankowy zaczyna bardziej liberalnie podchodzić do finansowania akwizycji. To dobra strategia w przypadku najlepszych aktywów nabywanych w czasie dobrej koniunktury. Banki powinny się jednak zastanowić, czy aby na pewno chcą wprowadzić to jako nowy standard.

Na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy na polskim rynku fuzji i przejęć padł rekord, jeżeli chodzi o wartości transakcji. Na rynek trafiło wiele atrakcyjnych aktywów, które wzbudziły zainteresowanie nie tylko regionalnych, lecz także globalnych graczy. Największą i zarazem najgłośniejszą ubiegłoroczną akwizycją było przejęcie w październiku Grupy Allegro przez fundusze Cinven, Permira i Mid Europa za kwotę 3,25 mld dolarów. Drugie miejsce to grudniowe przejęcie 32,8 proc. akcji Banku Pekao SA od włoskiego UniCredit. Polski Fundusz Rozwoju i PZU wykupiły pakiet za łączną kwotę 10,6 mld zł. Nowego inwestora strategicznego znalazła też Kompania Piwowarska. Został nim japoński Asahi Group Holdings, jeden z największych producentów piwa.

– Myślę, że po wyjątkowo gorącej końcówce ubiegłego roku, sytuacja powinna wracać do normy. Z powrotem zaczną dominować transakcje ze średniego segmentu, dokonywane nie przez globalne fundusze private equity, ale przez te, które działają lokalnie na rynku polskim lub w Europie Środkowo-Wschodniej – prognozuje Piotr Biernacki. – W Polsce poprawia się koniunktura makroekonomiczna, a ryzyko polityczne powoli maleje. Te czynniki będą sprzyjały wzrostowi wolumenu transakcji M&A. 

Podobnego zdania jest międzynarodowa kancelaria prawna CMS, która ocenia, że w najbliższych miesiącach polski rynek M&A będą napędzać niskie wyceny spółek oraz wychodzenie funduszy z inwestycji, które osiągnęły już oczekiwany wzrost wartości. Ożywienia należy się spodziewać w e-commerce, telekomunikacji oraz w sektorze FMCG.

Jak wynika z raportu „Emerging Europe M&A Report 2016/17”, opracowanego przez kancelarię CMS, w minionym roku zawarto na polskim rynku 279 transakcji M&A, których łączna wartość przekroczyła 11,2 mld euro. Najwięcej fuzji i przejęć miało miejsce w branży nieruchomości i budownictwa, w produkcji, usługach i telekomunikacji. W porównaniu z 2015 rokiem liczba transakcji M&A spadła, za to wzrósł ich wolumen.

– Wyraźnym trendem w ostatnim czasie były też transakcje public to private, czyli przejmowanie w trybie wezwania do sprzedaży akcji spółek z warszawskiej GPW oraz ich delisting (wycofanie z giełdy). Wzrost popularności tego typu transakcji wynika z relatywnie niskich wycen wielu podmiotów, nieodzwierciedlających często ich potencjału do dalszych wzrostów. Transakcjami takimi zainteresowani są zarówno inwestorzy strategiczni, jak i fundusze private equity, które dysponują obecnie znacznymi środkami przeznaczonymi na zakupy – mówi Piotr Biernacki.

Bouygues Immobilier Polska sprzedał w I kw. 2017 roku 219 lokali

Francuski deweloper należący do globalnej Grupy Bouygues Immobilier, zamknął I kwartał 2017 roku ze sprzedażą mieszkań na poziomie 219 lokali, wobec 265 w analogicznym okresie ubiegłego roku. Firma jest obecna w Polsce na trzech rynkach: warszawskim, wrocławskim i poznańskim. W najbliższym czasie planuje również wejść do Krakowa.

– Różnica w wysokości sprzedaży w I kwartale 2017 roku, w stosunku do analogicznego okresu z 2016 roku, wynika bezpośrednio z poziomu stocku. W naszej firmie na początku tego roku było on niższy. Kolejne projekty będą wprowadzone w II i III kwartale. Spodziewamy się, że bieżący rok zakończymy wynikiem jeszcze lepszym niż osiągnięty w 2016. Wówczas sprzedaliśmy 1100 lokali, planujemy wzrost do 1150 – mówi Krzysztof Foder, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Bouygues Immobilier.

W pierwszym kwartale 2017 roku Bouygues Immobilier Polska wprowadził do sprzedaży dwie nowe inwestycje w Warszawie – Linde Residence na Bielanach i Camelie we Włochach, zapewniając tym samym 206 nowych mieszkań na rynku. We Wrocławiu firma podjęła się rewitalizacji kwartału zabudowy w ramach inwestycji Jagiełły 6, dzięki czemu Stolica Dolnego Śląska zyska 69 apartamentów.

Bouygues Immobilier Polska planuje kolejne nowe inwestycje – m.in. na warszawskiej Pradze i Bielanach.

W weekend referendum w Turcji. Spadki na giełdzie w USA

W weekend Turcy zagłosują za zmianami w konstytucji. Jeżeli powiedzą tak zmienią system na prezydencki. Dobre dane z japońskiego przemysłu. Spadki na giełdzie w USA.

Referendum w Turcji

Tematem referendum jest pakiet zmian w konstytucji zmieniający system gabinetowo parlamentarny na prezydencki. Zakłada on między innymi likwidację funkcji premiera i przekazanie tych kompetencji premierowi. Dodatkowo zmiany przewidują koniec z apolitycznością głowy państwa. A przynajmniej koniec z formalną apolitycznością, bo w wielu krajach pomimo formalnej apolityczności różnie z tym bywa. Dodatkowo aby bardziej podkreślić nową rolę prezydenta wybory prezydenckie będą się odbywać równolegle z parlamentarnymi. Fakt że zmiany przechodzą w referendum wynika z parlamentarnej arytmetyki. Mniej głosów potrzeba by przeprowadzić referendum niż dokonać bezpośrednich zmian w konstytucji. Dzisiaj od rana lira turecka traci na wartości. Wyniki poznamy w weekend, kiedy to rynki walutowe będą zamknięte. Dotychczas sondaże dają szanse obydwu możliwością zatem zapowiada się ciekawy poniedziałek na tureckiej walucie.

Dobre dane z Japonii

O 6:30 poznaliśmy dane z Japonii. Tamtejsza produkcja przemysłowa rośnie w ujęciu rocznym o 4,7%. Jest to z jednej strony mniej niż zakładanie 4,8%. Z drugiej strony to przyspieszenie o 1% względem zeszłego roku. Inwestorzy zakładali prawdopodobnie nadmierny optymizm analityków, gdyż dane te spowodowały umacnianie się jena względem zarówno euro jak i dolara.

Spadki na giełdzie w USA na zakończenie tygodnia

Czwartek był ostatnim dniem notowań na nowojorskim parkiecie w tym tygodniu. Inwestorzy mieli kilka powodów do ostrożności. Pierwszym z nich były słabsze od oczekiwań wyniki największych banków. Drugim i chyba ważniejszym jest klimat polityczny. Po pierwsze rynki miały nadzieję, że Donald Trump rozpocznie od postulatów ekonomicznych tymczasem angażuje się ostatnio głównie militarnie. W rezultacie na giełdzie trwa weryfikacja początkowych optymistycznych nastrojów po wyborze nowego prezydenta.

Dzisiaj Wielki Piątek. Jest to dzień wolny na wszystkich najważniejszych rynkach. Są to między innymi: USA, Wielka Brytania i Niemcy. Z tego powodu rynki mogą cechować się mniejszą płynnością niż zwykle. Pomimo tego w kalendarzu danych makroekonomicznych znajdują się ciekawe wydarzenia:

  • 14:00 – Polska – podaż pieniądza,
  • 14:30 – USA inflacja konsumencka,

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Polnord zwiększył udziały w KB Dom SA

Polnord SA, zwiększył stan posiadania akcji spółki Korporacja Budowlana Dom SA  powyżej progu 33 % ogólnej liczby głosów w Spółce.
KB Dom SA jest spółką notowaną na Giełdzie Papierów Wartościowych.  Posiada bogate doświadczenie na rynku budowlanym zarówno, jako generalny wykonawca jak i producent elementów betonowych dostarczanych na inwestycje realizowane w Polsce i za granicą. Wśród klientów Spółki znajdują się m.in. renomowane firmy budowlane oraz najwięksi deweloperzy, w tym Polnord SA.

Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord S.A.
Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord S.A.

Zwiększenie stanu posiadania jest wynikiem przejęcia na własność przez Polnord przedmiotu zabezpieczenia w postaci 290 000 akcji Spółki KB Dom w trybie art. 22 ust 2 pkt 1 ustawy z dnia 6 grudnia 1996 r o zastawie rejestrowym i rejestrze zastawów.– mówi Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord S.A.- Transakcja odbyła się poza rynkiem regulowanym GPW w drodze czynności prawnej za pośrednictwem domów maklerskich.

Do tej pory Polnord posiadał łącznie 3.149.189 akcji, stanowiących 31,72 % kapitału zakładowego KB Dom, uprawniających do wykonywania 3.149.189 głosów, co stanowiło 31,72 % w ogólnej liczbie głosów w tej Spółce. Po zmianie udziału, Polnord posiada łącznie 3.439.189 akcji, stanowiących 34,65 % kapitału zakładowego KB Dom, uprawniających do wykonywania 3.439.189 głosów, co stanowi 34,65 % w ogólnej liczbie głosów w tej Spółce.

– Polnord nie zamierza ogłaszać wezwania do zapisywania się na sprzedaż lub zamianę akcji Spółki w liczbie powodującej osiągnięcie 66% ogólnej liczby głosów, gdyż z uwagi na tryb przejęcia akcji na podstawie art. 75 ust 3 pkt 5 ustawy o ofercie publicznej zwolniony jest z tego obowiązku. – dodaje Dariusz Krawczyk.

Dlaczego testowe samochody autonomiczne to hybrydy

Dziennikarze motoryzacyjnego portalu TorqueNews.com zwrócili uwagę na ciekawy fakt: wszystkie samochody, używane jako platformy testowe dla systemów automatycznego prowadzenia pojazdów, to auta hybrydowe lub elektryczne. Czy to kwestia ekologii, czy może prestiżu bądź autoreklamy? Okazuje się, że powód jest przede wszystkim praktyczny.

Zainteresowanie kierowców w okolicach amerykańskiego miasta Cambridge w stanie Massachusetts przykuwa obudowany kamerami i czujnikami biały Lexus LS 600hL – superluksusowa, flagowa limuzyna japońskiego producenta samochodów klasy premium. Auto należy do Toyota Research Institute, placówki zajmującej się przede wszystkim badaniami nad sztuczną inteligencją i robotyką. Luksusowy LS z napędem hybrydowym służy do testów systemów automatycznego prowadzenia pojazdów. Można zrozumieć, że Toyota – koncern, w którego skład wchodzi Lexus – używa auta swojej marki, ale czy nie wystarczyłaby do tego celu tańsza o 50 tysięcy dolarów Toyota Camry, bardzo popularna w USA?

Hybrydowych aut używa również Google – początkowo były to Toyoty Prius, później do floty dołączyły hybrydowe SUV-y Lexus RX. Dziś Google używa ponad 20 Lexusów RX 450h. Jaki związek ma automatyczne prowadzenie pojazdów z napędem hybrydowym?

Dziennikarze TorqueNews zapytali o to Johna Hansona z Toyota Research Institute. Okazuje się, że powód jest czysto praktyczny: samochody z napędem konwencjonalnym nie są w stanie zapewnić wystarczającej ilości prądu, koniecznego do zasilania rozbudowanego systemu czujników i komputerów, zaś hybrydy i auta elektryczne mają go pod dostatkiem. Warto zwrócić uwagę, że autonomiczne samochody testowe, z których korzysta Toyota czy Google, to standardowe hybrydy, które nie wymagają ładowania z gniazdka. To pokazuje, że układ odzyskiwania energii z hamowania jest wydajniejszy, niż się potocznie wydaje.

Raport Poranny dotyczący sytuacji na rynku walutowym

W piątek główne centra finansowe na świecie są zamknięte w całości lub częściowo, zatem rynek do normalnego funkcjonowania powróci dopiero po weekendzie. W efekcie zaplanowane na dziś ważne publikacje z USA nie będą miały większego wpływu. Pozostajemy w klimacie rosnącego napięcia geopolitycznego z ostatnim przejawem w postaci ataku bombowego USA w Afganistanie.

Wczoraj USA dokonały kolejnego pokazu siły i zrzuciły „matkę wszystkich bomb”, największy nie-nuklearny pocisk balistyczny, na bazy ISIS w Afganistanie. Spekuluje się, że oprócz ataku na Państwo Islamskie, Ameryce chodziło o pokazanie Korei Północnej jaka jest siła armii USA. O tym, czy przekaz dotarł, przekonamy się w kolejnych dniach. Póki co inwestorzy obawiają się, że jutrzejsze obchody urodzin byłego przywódcy Kim Ir Sena będą „uświetnione” kolejnym testem nuklearnym. Tam, gdzie dziś w Azji handel się odbywał, indeksy rynków akcji świecą się na czerwono. Rynek walutowy przeszedł już w fazę dryfu. Krótkoterminowy kapitał, który chciał sprzedać USD po środowym wywiadzie Trumpa, już tego dokonał i teraz czeka na rozwój wypadków. Napięcia geopolityczne i awersja do ryzyka trzymają niską rentowności obligacji skarbowych USA, a to nie jest czynniki sprzyjający prędkiemu odbiciu dolara. Po nocy najlepiej radzi sobie JPY, a pod presją są ryzykowne AUD i NZD oraz pamiętający o wyborach we Francji EUR.

W kalendarzu widnieją ważne dane z USA: sprzedaż detaliczna i CPI. Bazowa sprzedaż detaliczna (bez aut, paliw i materiałów budowlanych) była słaba w pierwszych dwóch miesiącach roku, co miało związek w opóźnieniach w wypłacie zwrotów podatków. W marcu spodziewane jest nadgonienie wydatków i wzrost sprzedaży o 0,3 proc. m/m. Po CPI oczekuje się spowolnienia w przypadku ogólnego wskaźnika (z 2,7 proc. do 2,6 proc.), jednak inflacja bazowa ma przyspieszyć do 2,3 proc. (z 2,2 proc.). Taki zestaw powinien podtrzymywać wysoko oczekiwania na kolejną podwyżkę w czerwcu (teraz 57 proc.), jednak przy zamkniętym rynku obligacji jest wątpliwe, aby USD samotnie miał odczuć wyraźny wpływ danych.

Zanim wrócimy do regularnego handlu we wtorek, w niedzielę w Turcji odbędzie się referendum konstytucyjne, gdzie w grę wchodzi oddanie władzy absolutnej w ręce prezydenta Erdogana jako szefa rządu i usunięcie stanowiska premiera. Sondaże wskazują na poparcie dla wizji prezydenta na poziomie ponad 60 proc. Zwycięstwo idei prezydenta będzie oznaczać prawne umocnienie obecnego statusu quo i mini rajd ryzyka TRY. W przypadku przewagi głosów na „NIE” należy się spodziewać deprecjacji liry, która może być pogłębiona przez dość płytki rynek, gdyż podniesie to ryzyko przyspieszonych wyborów i wzrost niestabilności politycznej kraju (a także opóźnienie reform gospodarczych).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Tadeusz Kościński: Cyfryzacja rozwija gospodarkę

Pod względem cyfryzacji krajów Unii Europejskiej – Polska znajduje się pod koniec digital index. Nasza pozycja to 24-25 miejsce wśród 28 krajów, co świadczy o naszym zacofaniu. Polska podjęła działania mające na celu zmianę naszej pozycji. Jednym ze sposobów na nadgonienie jest uruchomiony w zeszłym program Paperless&Cashless, który będzie wspierał obrót bezgotówkowy. Za 3 lata zmiany będą bardzo widoczne.

– Płatności oraz zakupy w Internecie są dokonywane bezgotówkowo i jest to prostsze dzięki nowoczesnym technologiom finansowym – tzw. cashless – powiedział agencji eNewsroom.pl Tadeusz Kościński, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Rozwoju – Technologie te są bardzo dobrze przystosowane do potrzeb użytkowników. Działania tego typu w Internecie są częścią Industry 4.0 – czwartej rewolucji przemysłowej. W ten sposób nasza cała gospodarka się rozwija.

Marek Rogalski: Nie można odrzucać scenariusza wygranej Marine Le Pen

W wyścigu do Pałacu Elizejskiego liczą się czterej kandydaci – przed I turą zaplanowaną na 23 kwietnia: kontrowersyjna Marine Le Pen, były bankier, ale i też socjalista – Emmanuel Macron, twarz Republikanów – Francois Fillon, oraz przedstawiciel skrajnej lewicy – lider Francji Niepokornej, Jean-Luc Melenchon.

Niepokój rynków finansowych powinna wzbudzić pozycja Melenchona, który na przestrzeni ostatnich 3-tygodni zyskał w sondażach 7 p.p. i pozostaje na silnej fali wznoszącej. Szanse, aby znalazł się w drugiej turze wyborów nie są duże, ale już jego zwolennicy mogą poprzeć wtedy Marine Le Pen. O tym, jak istotne mogą okazać się tzw. przepływy elektoratów, a także czego można spodziewać się na rynkach finansowych opowie dla Newsrmtv, Marek Rogalski, główny analityk walutowy Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska S.A.

Sprzedaż hybryd Toyoty w Europie wzrosła o 50% w pierwszym kwartale 2017 roku

  • Toyota Motor Europe sprzedała 269 000 samochodów w pierwszym kwartale 2017;
  • Wzrost o 11% w porównaniu do pierwszego kwartału 2016, o 4 punkty procentowe więcej niż wzrost rynku;
  • Udział Toyoty w europejskim rynku wzrósł do 5%;
  • Kolejny rekord sprzedaży hybryd – 106 000 aut w ciągu pierwszych 3 miesięcy 2017 roku;
  • Wzrost sprzedaży hybryd o 50% w stosunku do pierwszego kwartału 2016 roku;
  • Hybrydy stanowią 40% sprzedaży Toyota Motor Europe.

Toyota Motor Europe (TME) sprzedała w pierwszym kwartale 2017 roku 269 000 samochodów, o 11% więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej. Udział firmy w europejskim rynku wzrósł o 0,2 punktu procentowego do 5%. Modele Hilux, Camry i RAV4 zajmują dominującą pozycję w swoich segmentach.

Sprzedaż hybryd w pierwszym kwartale 2017 zwiększyła się o 50% do 106 000 egzemplarzy. Hybrydy stanowią już prawie 40% całkowitej sprzedaży TME. W Europie Zachodniej niemal 50% samochodów opuszczających salony Toyoty i Lexusa to hybrydy.

Do tego wyniku przyczynił się sukces nowego crossovera, Toyoty C-HR, którego 80% całkowitej sprzedaży stanowią wersje hybrydowe. Bardzo dobry 1. kwartał Toyota zawdzięcza także hybrydowym wersjom modeli Yaris, Auris i RAV4, które uzyskały w marcu rekordowy poziom sprzedaży.

„Pierwszy kwartał nowego roku był bardzo dobry dla rynku motoryzacyjnego w Europie, a nasze wyniki okazały się jeszcze lepsze. Nasza gama hybryd składająca się z 15 modeli Toyoty i Lexusa (największa na rynku) znacznie się przyczyniła do dwucyfrowego wzrostu sprzedaży. Hybrydy stanowią prawie 40% całkowitej sprzedaży Toyoty, co pokazuje atrakcyjność technologii hybrydowej dla europejskich kierowców. Sądzę, że 2017 rok będzie bardzo dobry dla Toyoty” – powiedział Johan van Zyl, prezydent i CEO Toyota Motor Europe.

Wyniki Toyota Motor Europe w Q1 2017

  • Całkowita sprzedaż hybryd: 106 000 (+48% rok do roku);
  • Udział hybryd w całkowitej sprzedaży: Europa Zachodnia 48%, Europa Wschodnia 9%, łącznie 39%.

Wyniki marki Toyota w Q1 2017

  • Najlepiej sprzedające się modele: Yaris (55 400), Auris (35 500), Toyota C-HR (34 700);
  • Modele, które zanotowały największy wzrost: Toyota C-HR Hybrid (nowa), PROACE (+130%), Mirai (+117%), Hilux (+31%);
  • Najpopularniejsze hybrydy: Toyota C-HR (27 000), Yaris Hybrid (22 700), Auris Hybrid (22 300), RAV4 Hybrid (15 300);
  • Sprzedaż hybryd: 94 100 (+58% rok do roku);
  • Udział hybryd w całkowitej sprzedaży: Europa Zachodnia 44%, Europa Wschodnia 10%, łącznie 38%.

Sprzedaż Toyota Motor Europe w 1. kwartale 2017 roku

TOYOTA i LEXUS 269 056
   
TOYOTA 250 864
AYGO 25 602
Yaris (w tym Yaris Hybrid) 55 410
   Yaris Hybrid 22 689
Auris (w tym Auris Hybrid) 35 512
   Auris Hybrid 22 302
Toyota C-HR (w tym C-HR Hybrid) 34 675
  Toyota C-HR Hybrid 27 026
Corolla 15 060
Verso 8 554
Avensis 7 428
Rodzina Priusa 6 564
Prius 4 177
Prius+ 2 150
Prius Plug-in Hybrid 237
Mirai 26
Camry 7 767
GT86 427
RAV4 (w tym RAV4 Hybrid) 29 377
   RAV4 Hybrid 15 264
Highlander 199
Land Cruiser 8 035
Hilux 11 373
PROACE 4 524
Hiace 56
Pozostałe modele 275

 

Przygotuj się na przyszły tydzień 14.04.2017

Przyszły tydzień, w porównaniu do pierwszej połowy miesiąca zapowiada się nudno. W poniedziałek spora część instytucji finansowych w Europie jest zamknięta. W nadchodzącym tygodniu nie ma również żadnych super wiadomości, które mogłoby namieszać na rynku. Jedyną interesującą informacją może być publikacja inflacji w Nowej Zelandii oraz Kanadzie.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Inflacja – Nowa Zelandia oraz Kanada

Inflacja już od kilku dobrych tygodni z dużą siłą oddziałuje na rynek. Powód jest jeden. Główny oraz najważniejszy bank centralny na świecie, Rezerwa Federalna podwyższa stopy procentowe. Historycznie patrząc większość banków centralnych podążała za trendem krzywej stóp procentowych FED-u. Gdyby inflacja zaczęła odbijać w państwach rozwiniętych, to moglibyśmy liczyć na podwyżkę stóp procentowych. Reasumując, odczyt inflacji powyżej prognozy powinien umocnić NZD oraz CAD. W przeciwnym razie możemy zobaczyć wyprzedaż.

Nowozelandzka inflacja ma wynieść 0.4 proc. Q/Q. Poniżej został zamieszczony wykres, który pokazuje krzywą ostatnich odczytów.

Prognoza oraz aktualny odczyt inflacji Q/Q NZD

Prognoza oraz aktualny odczyt inflacji Q/Q NZD

Źródło: Bloomberg

Linią zieloną została zaznaczona prognoza, która wynosi 0.8 proc. Gdyby przyszły odczyt inflacji był wyższy od prognozy, to dolar nowozelandzki zyskałby na wartości.

Odczyt M/M dla Kanady ma wynieść 0.2 proc. Z kolei wykres dla odczytów R/R został zamieszczony poniżej.

Inflacja w Kanadzie, R/R

Inflacja w Kanadzie, R/R

Źródło: Bloomberg

Instrumenty do obserwacji

W środę wieczorem poznaliśmy opinie Donalda Trampa na temat dolara amerykańskiego oraz stóp procentowych. Uważa, że USD jest zbyt drogi. Podkreślił, że bardzo trudno jest konkurować z mocną walutą podczas, gdy reszta państw stara się zdewaluować swoją walutę. Bez ogródek, nazwał ich manipulatorami. Stwierdził również, że woli niskie stopy procentowe, a nie wysokie. Po takiej wypowiedzi dolar amerykański został wyprzedany, ale czy to zmieni ogólny trend? Być może.

W zeszłym tygodniu zwracaliśmy uwagę na rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich. Podkreśliliśmy, że jeżeli oprocentowanie 10-latków spadnie, to para walutowa USD/JPY powinna zostać wyprzedana, a na złoto znajdzie się popyt i też tak się stało.

Z tego też powodu dalej należy obserwować rentowności obligacji, które są kluczowe dla dalszego ruchu notowań na USD/JPY oraz metalach szlachetnych.

Notowania USD/JPY (linia żółta), rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich (kolor biały)

Notowania USD/JPY (linia żółta), rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich (kolor biały)

Źródło: Bloomberg

Dalszy spadek rentowności z pewnością napędziłaby wyprzedaż pary USD/JPY. W najbliższym czasie możemy oczekiwać minimalnej korekty, ale w długim terminie bazowym scenariuszem pozostanie dalszy spadek rentowności oraz wyprzedaż dolara amerykańskiego i zakup jena japońskiego.

Sytuacja na złocie wygląda bardzo podobnie. Spadek rentowności przyczynił się do wzrostu notowań złota. Poniższy wykres przedstawia odwrócone notowania złota na tle rentowności 10-letnich obligacji USA.

Gold i rentowność 10 letnich obligacji amerykańskich

Gold i rentowność 10 letnich obligacji amerykańskich

Źródło: Bloomberg

Gdzie możemy obserwować cenę obligacji? Na platformie Admiral Markets znajduje się instrument USTNote, który oparty jest o cenę obligacji 10-letnich. Gdy cena rośnie, to rentowność spada. Zatem dalszy wzrost ceny obligacji powinien wspierać rajd na zlocie oraz wyprzedaż USD/JPY.

USTNote, interwał tygodniowy

USTNote, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Wynagrodzenie netto w Polsce to średnio 71% pensji brutto

Po odjęciu podatku dochodowego od osób fizycznych i składek na ubezpieczenie społeczne w kieszeniach polskich podatników o przeciętnych dochodach zostaje ok. 71% pensji brutto. To prawie tyle samo, co średnio we wszystkich krajach Unii Europejskiej (72%). Zestawienie otwiera Cypr ze wskaźnikiem 91%, a zamyka Belgia (59%) – wynika z raportu PwC „Praca w Unii Europejskiej – podatki i składki”.

Z danych zebranych w raporcie PwC wynika, że w przypadku Polaków o przeciętnych zarobkach średnie wynagrodzenie netto, tj. po odjęciu podatku dochodowego od osób fizycznych oraz składek pracowniczych na ubezpieczenia społeczne, wynosi obecnie 71% wynagrodzenia brutto, co oznacza brak zmian w porównaniu do poprzedniej edycji raportu. Daje to naszemu krajowi 16. pozycję w zestawieniu wszystkich krajów UE. Ranking otwierają Cypr (91%), Malta (81%) i Estonia (79%), na końcowych pozycjach natomiast znalazły się Belgia (59%), Niemcy i Słowenia (po 62%).

Eksperci PwC przeanalizowali także, na jakie wynagrodzenie netto może liczyć polska rodzina o średnich dochodach, składająca się z dwójki dorosłych (jeden pracujący) oraz dwójki dzieci. W takim przypadku otrzymują oni średnio 74% pensji brutto, przy średniej dla wszystkich krajów UE wynoszącej 77%. Najwyżej w tym zestawieniu znalazł się także Cypr (91%), a na ostatnim Austria (67%).

Badania PwC wskazują, że obciążenia Polaków w zakresie PIT i ZUS są podobne do średnich obciążeń w Unii Europejskiej. Nasze stawki podatkowe 18% i 32% oraz łączna składka na ZUS w wysokości ok. 35% plasują nas w środku rankingu. Jednak w przypadku rodzin, polski system podatkowy wspiera je w nieco mniejszym stopniu niż średnio w UE. Wiele państw stosuje bowiem znacznie więcej ulg podatkowych zmniejszających obciążenia rodzin” – mówi Tomasz Barańczyk, partner zarządzający działem prawno-podatkowym PwC.

Jak obciążenia podatkowe wpływają na osoby lepiej zarabiające? Analiza PwC wskazuje, że zamożny singiel (pięciokrotność przeciętnego wynagrodzenia) otrzymuje średnio 66% wynagrodzenia brutto (najwięcej w Bułgarii 83%, najmniej w Belgii 44%), natomiast zamożne polskie rodziny mogą liczyć na 69% pensji brutto (najwięcej w Bułgarii 83%, najmniej w Belgii 47%).

Podatki i składki pracownicze w krajach Unii Europejskiej

Z danych z raportu PwC wynika, że krajach Unii Europejskiej nadal dominują stawki progresywne (dotyczy to zwłaszcza „starej Unii”). Najwyższe stawki obowiązują w Szwecji (57%), Austrii (55%), Portugalii (53%), Holandii (52%) i Danii (51,95%). Stawki liniowe obowiązują jedynie w 6 państwach. Najniższą stawką liniową może pochwalić się Bułgaria (10%).

W 2016 roku mieliśmy do czynienia z dalszym łagodzeniem obciążeń w zakresie podatków PIT w niektórych krajach Unii Europejskiej. 5 krajów zdecydowało się na obniżenie stawek podatkowych, w tym m.in. Węgry, Hiszpania i Holandia, niektóre zwaloryzowały natomiast także progi podatkowe – mowa tu o Austrii, Belgii, Holandii i Niemczech. Można oczekiwać, że trend ten będzie się utrzymywał także w kolejnych latach i pozostałe kraje zdecydują się na podobny ruch. Tylko nieliczne kraje zdecydowały się na podwyższenie stawek podatkowych i to jedynie dla najbogatszych – miało to miejsce w Grecji i Austrii” – mówi Joanna Narkiewicz-Tarłowska, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC.

Dodatkowo, w minionym roku sześć krajów UE zdecydowało się na podniesienie kwoty wolnej od podatku. Tego typu zmiany nastąpiły w Chorwacji, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Finlandii, na Malcie, a także w Estonii, gdzie sukcesywne podwyższanie kwoty wolnej jest zaplanowane do 2018 r.

W Polsce na przestrzeni ostatnich lat obserwujemy nieznaczny wzrost obciążeń PIT i ZUS z tytułu braku waloryzacji kwoty wolnej oraz podnoszenia kwoty limitu dla ZUS. Jeszcze w 2016 r. Polska miała jedną z najniższych kwot wolnych. Zmiany weszły w życie z początkiem 2017 r., jednak dotyczą one tylko osób o rocznych dochodach do 11 tys. zł, natomiast pozostałe liczne grono podatników nie odczuje zmian, bądź nawet straci możliwość odliczania kwoty wolnej od opodatkowania. Wysokość kwoty wolnej w innych krajach UE mieści się najczęściej w przedziale 2 000 euro – 10 000 euro” – mówi Grzegorz Ogórek, menedżer w dziale prawno-podatkowym PwC.

Zmiany w obszarze podatków CIT i VAT

Od kilkunastu lat w Unii Europejskiej zauważalny jest trend stopniowego obniżania stawek CIT, podczas gdy przeciętne stawki VAT utrzymywane są na podobnym poziomie, z nieznacznym trendem wzrostowym. W ostatnich latach na obniżenie stawek CIT zdecydowało się wiele krajów UE. Tendencja ta widoczna jest również w Polsce, gdzie od 2017 r. wprowadzono preferencyjną stawkę 15% CIT dla nowych i małych podmiotów.

Jednocześnie, władze skarbowe wielu krajów podejmują zdecydowane działania mające na celu poprawienie ściągalności podatków. Służyć temu mają przede wszystkim kierunkowe i profesjonalne kontrole podatkowe, jak również różnorodne rozwiązania informatyczne na wzór Jednolitego Pliku Kontrolnego.

Podatki to główne źródło przychodów państwa. Dlatego zrozumiałe są starania władz mające na celu zwiększenie kontroli i przejrzystości rozliczeń podatkowych. Po wdrożeniu obowiązku składania deklaracji drogą elektroniczną, kolejnym milowym krokiem w cyfryzacji rozliczeń podatkowych było wprowadzenie Jednolitego Pliku Kontrolnego opartego na wytycznych OECD. W rezultacie organy podatkowe otrzymały dostęp do ogromnej bazy danych dotyczących transakcji zawieranych pomiędzy podatnikami. W większości krajów Unii Europejskiej albo podobne rozwiązanie zostało już wprowadzone, albo jest analizowane” – mówi Mikołaj Woźniak, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC.

Raport: Roczne zeznanie podatkowe Polaków PIT 2016

Rozliczenie się z urzędem skarbowym dla 85% Polaków nie jest stresującym obowiązkiem – wynika z najnowszego raportu KPMG w Polsce pt. „Roczne zeznanie podatkowe Polaków PIT 2016”. Według respondentów czynność ta nie jest również czasochłonna, a na wypełnienie formularza PIT poświęca średnio 42 minuty. Z roku na rok rośnie liczba podatników składających zeznanie podatkowe przez internet – w tym roku będzie ich ponad 12 milionów. Już prawie 80% Polaków rozliczających się z fiskusem deklaruje, że przekazało lub przekaże 1% swojego podatku na rzecz organizacji pożytku publicznego.

Co drugi Polak uzupełnienie deklaracji PIT zleca w całości komuś innemu

Dla prawie sześciu na dziesięciu podatników rozliczenie się z urzędem skarbowym jest bardzo łatwe lub raczej łatwe. Jedynie 15% Polaków twierdzi, że wypełnienie formularza PIT jest trudne lub bardzo trudne. Mimo że większość podatników deklaruje, że wypełnienie formularza PIT nie sprawia im większych trudności, co drugi Polak w całości zleca przygotowanie rozliczenia innej osobie.

Czy Polacy sami wypełniają PIT

Warto zwrócić uwagę na rozbieżność pomiędzy oceną poziomu trudności wypełnienia zeznania podatkowego przez podatników, a odsetkiem Polaków samodzielnie wypełniających PIT. Zaledwie 15% Polaków podlegających obowiązkowi rozliczenia z urzędem skarbowym ocenia, że wypełnienie formularza PIT jest raczej trudne lub bardzo trudne. Mimo to, aż 47% respondentów w całości zleca rozliczenie komuś innemu, a kolejne 15% badanych korzysta z częściowej pomocy – mówi Andrzej Marczak, partner i szef zespołu ds. PIT w KPMG w Polsce.

Połowa podatników rozliczy się z urzędem skarbowym przez internet

W 2017 roku liczba osób deklarujących złożenie rocznego zeznania podatkowego przez internet wzrosła o 5 punktów procentowych w porównaniu do poprzedniego roku i osiągnęła rekordową wartość 50%. Oznacza to, że ponad 12 mln Polaków rozliczy się przez internet, podczas gdy rok temu było ich o milion mniej. Najczęściej ten sposób składania zeznania podatkowego wybierają osoby pomiędzy 25 a 54 rokiem życia.w jaki sposób Polacy składają PIT

Ulga na dzieci najbardziej popularną ulgą podatkową wśród Polaków

Z raportu KPMG wynika, że w tym roku 37% podatników skorzysta z ulg podatkowych – spadek o 2 punkty procentowe w porównaniu z rokiem ubiegłym. Podobnie jak w poprzednich latach, Polacy zdecydowanie najczęściej korzystają z ulgi na dzieci (67% spośród podatników korzystających z ulg).ulgi rozliczenia PIT

Prawie 8 na 10 podatników przekazuje 1% podatku na rzecz organizacji pożytku publicznego

Tegoroczne badanie KPMG pokazało, że w 2017 roku 79% Polaków mających obowiązek rozliczania się z urzędem skarbowym deklaruje chęć przekazania 1% podatku na rzecz organizacji pożytku publicznego (OPP). Wartość ta jest wyższa o 4 punkty procentowe w porównaniu do poprzedniego roku. Chęć przekazywania 1% podatku na rzecz organizacji pożytku publicznego rośnie wraz z uzyskiwanym dochodem netto. Osoby zarabiające do 1 500 zł netto miesięcznie zdecydowanie rzadziej decydują się na przekazanie 1% swojego podatku.

Prawie trzy czwarte wszystkich respondentów przekazujących swój 1% dokonuje wyboru organizacji pożytku publicznego w oparciu o sugestię lub prośbę znajomych i rodziny. W dalszej kolejności OPP wybierane są losowo (14%) lub na podstawie informacji w mediach (13%).podatek dla OPP

Z roku na rok rośnie odsetek osób, które przekazują 1% swojego podatku na rzecz organizacji pożytku publicznego (OPP). Z badania wynika, że głównymi przyczynami nieprzekazywania 1% podatku jest brak zaufania w stosunku do organizacji pożytku publicznego oraz przekonanie, że nasze działanie nic nie zmieni. Cieszy nas jednak fakt, że w stosunku do poprzedniej edycji badania, odsetek Polaków, którzy nigdy nie przekazują innych darowizn w ciągu roku na rzecz OPP lub innych instytucji i osób potrzebujących spadł aż o 10 punktów procentowych – z 45 do 35% – mówi Grzegorz Grochowina, menedżer w KPMG w Polsce.

Raport: Zwyczaje zakupowe klientów e-commerce

Mieszkańcy naszego regionu już średnio raz na miesiąc robią zakupy online, przy czym ponad 40% transakcji realizują w zagranicznych sklepach internetowych. Klienci najchętniej kupują przy pomocy komputera, a jedynie 11% z nich preferuje zakupy z wykorzystaniem urządzeń mobilnych. Cena nie jest jedynym czynnikiem wyboru sprzedawcy elektronicznego – ponad połowa badanych korzysta ze sklepów online ze względu na wygodę, a 46% ze względu na atrakcyjne ceny.

Statystycznie zakupy online robimy co najmniej raz w miesiącu

W regionie Europy Środkowo-Wschodniej i Rosji klienci dokonują średnio ok. 12 zakupów internetowych rocznie. Skala tego zjawiska w innych regionach świata wskazuje, że zakupy online będą jeszcze zyskiwać na popularności – dla porównania mieszkańcy Europy Zachodniej i Ameryki Północnej dokonują ok. 19 zakupów online rocznie, a Azji aż ok. 22.

raport konsumenci onlineRodzimy rynek zakupów elektronicznych ma jeszcze potencjał do wzrostu. W czasie wyprzedaży posezonowych czy promocji takich jak „Czarny Piątek” Polacy robią zakupy najchętniej w sklepach stacjonarnych, podczas gdy np. wśród Brytyjczyków obserwujemy odwrotny trend – 3/4 czarnopiątkowych zakupów zostało zrealizowanych online – mówi Jan Karasek, partner w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

Kraje z rejonu Europy Środkowo-Wschodniej oraz Rosji należą z kolei do liderów pod względem udziału zakupów importowanych, czyli zrealizowanych w sklepach internetowych działających zagranicą. Aż 43% transakcji internetowych wykonanych przez mieszkańców tego regionu miało miejsce w sklepach zagranicznych, podczas gdy w Europie Zachodniej czy Ameryce Północnej takich transakcji było 15%.

Ponad połowa klientów kupuje online ze względu na wygodę i atrakcyjne ceny

Najczęściej wskazywanym powodem kupowania online zamiast w sklepie stacjonarnym jest możliwość robienia zakupów 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu (58% wskazań). Badani podkreślali także inne czynniki związane z wygodą, jak np. oszczędność czasu (40% wskazań) oraz możliwość kupienia wszystkiego w jednym miejscu (27% wskazań). To właśnie wygoda robienia dużych i różnorodnych zakupów w jednym miejscu częściowo odpowiada za ogromny sukces tzw. e-tailersów, czyli dużych sklepów internetowych handlujących produktami z wielu różnych kategorii. Aż 45% badanych z naszego regionu wskazało, że robi zakupy online najczęściej właśnie w tego typu miejscach, podobnie jak mieszkańcy Ameryki Północnej oraz Europy Zachodniej (45 – 51% wskazań). Nie bez znaczenia pozostają jednak czynniki cenowe – 46% badanych wybiera zakupy online ze względu na lepszą ofertę cenową, a 54% z powodu możliwości bardziej komfortowego porównywania cen.

raport klienci sklepów internetowychMimo, że cena decydowała o wyborze sprzedawcy dla 60% badanych w Polsce, stosunkowo niewielu z nich (18%) skorzystało przed zakupem z internetowych porównywarek cenowych. Większą popularnością cieszyły się elementy tzw. showroomingu, jak wizyta w sklepie stacjonarnym, kontakt z jego obsługą czy przetestowanie produktu „na żywo” – wskazywane nawet przez blisko 27% kupujących w trakcie promocji – mówi Piotr Kwiatkowski, executive consultant w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

Według klientów, produkty z niektórych kategorii zakupowych – takich jak ubrania, urządzenia elektroniczne czy przedmioty o charakterze silnie funkcjonalnym lub dekoracyjnym – trzeba najpierw przymierzyć lub wypróbować. Aż 56% respondentów wskazało taką możliwość jako główną przyczynę realizacji zakupów w tradycyjnych sklepach, zaś dla ponad 40% z nich produkt wygląda inaczej „na żywo”.

57% zakupów online jest dokonywane przy pomocy komputera

Pomimo powszechnego wykorzystania smartfonów i tabletów, większość konsumentów na całym świecie nadal woli kupować przy pomocy laptopa lub komputera stacjonarnego. Taką tendencję widać szczególnie wyraźnie w naszym regionie, gdzie dla aż 71% badanych komputer jest preferowanym narzędziem do robienia zakupów online. W pozostałych regionach świata urządzenia mobilne także nie są wybierane często, za wyjątkiem Azji, w której używa ich do tego celu 27% konsumentów. 2/3 badanych przez KPMG przyznało, że wykorzystuje swoje telefony w sklepach stacjonarnych do uzyskania dodatkowych informacji o produkcie, np. sprawdzenia funkcjonalności, przeczytania opinii lub porównania cen. Zjawisko to jest szczególnie częste wśród mieszkańców naszego regionu, gdzie smartfon wykorzystuje w tym celu 78% klientów.

Żeby odnieść prawdziwy sukces rynkowy, sprzedawcy muszą zrozumieć i wykorzystać specyficzny kontekst sytuacyjny danego klienta oraz przynieść mu realną wartość dodaną w stosunku do zwykłego przeniesienia funkcjonalności sklepu internetowego na ekran smartfona. Mogą np. wprowadzić promocje wynikające z obecnej lokalizacji klienta, bądź uprościć proces wyboru, zakupu czy płatności. Również raport „Promocje oczami klienta – czy faktycznie działają?” wskazuje na niewielką skalę zakupów mobilnych w Polsce – tylko ok. 5% badanych doświadczeń zakupowych zostało zrealizowanych przy użyciu smartfona. Co więcej skala zakupów realizowanych przez tego typu urządzenia w trakcie promocji i obniżek cenowych jest jeszcze niższa, wręcz marginalna – mówi Jan Karasek, partner w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

Dla 47% klientów cena nie gra roli przy wyborze sprzedawcy online

Atrakcyjna cena nadal jest najczęściej wskazywanym czynnikiem wyboru sprzedawcy online – tak deklarowało 36% badanych. Dla 17% respondentów istotne były też opcje i koszty przesyłki. Jednak dla dużej części konsumentów (30%) decydujący charakter mają osobiste preferencje dotyczące poszczególnych sprzedawców online. Budowanie takich preferencji to złożony proces, bazujący np. na dobrych doświadczeniach przy poprzednich zakupach, pozytywnych rekomendacjach innych klientów, wsparciu w realizacji zakupu czy łatwości przeprowadzenia transakcji. Wszystkie te czynniki zwiększają zaufanie i lojalność klientów, w konsekwencji podnosząc przewagę konkurencyjną sprzedawcy i pomagając mu wygrać walkę o klienta.

raport zakupy onlineGlobalnie, strona internetowa sprzedawcy jest najczęściej wybierana (47% respondentów) przez klientów jako miejsce do podzielenia się swoimi doświadczeniami z zakupu. Na drugim miejscu znalazł się Facebook (31%), ale skala tego zjawiska jest silnie zróżnicowana pomiędzy klientami z różnych rynków. W naszym regionie portal ten jest wykorzystywany do podzielenia się opinią przez 15% klientów, podczas gdy w Europie zachodniej jest to 25%, a w Ameryce Północnej już ponad 62%. Niskie wykorzystanie mediów społecznościach w omawianym celu w naszym regionie widoczne jest także na przykładzie innych aplikacji – Instagram ok. 4 razy rzadziej niż w USA, a Twitter praktycznie niewykorzystywany, podczas gdy w USA osiąga poziom bliski 30%.

Wiele mówi się o rewolucji wywołanej przez media społecznościowe, jednak ich samodzielny wpływ na decyzje zakupowe Polaków nadal jest ograniczony. Jak wynika z ostatniego badania zrealizowanego przez KPMG w Polsce, wizyta w mediach społecznościowych poprzedza realizację zakupu w przypadku jedynie ok. 14% transakcji. Nieco mniej niż połowa Polaków cyfrowych poszukujących opinii w ten sposób wskazuje, że była to dla nich kluczowa czynność pomagająca podjąć decyzję o zakupie – mówi Piotr Kwiatkowski, executive consultant w dziale usług doradczych w KPMG w Polsce.

Paweł Surówka prezesem PZU SA

13 kwietnia Rada Nadzorcza Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń SA podjęła decyzję o powierzeniu Pawłowi Surówce funkcji prezesa zarządu PZU SA. Powołanie następuje na okres wspólnej kadencji, która rozpoczęła się 1 lipca 2015 roku i która obejmuje trzy kolejne pełne lata obrotowe. Pierwszym pełnym rokiem obrotowym kadencji był rok 2016.

Jestem zaszczycony, że Rada Nadzorcza PZU SA powierzyła mi pełnienie funkcji prezesa jednej z największych grup kapitałowych w tej części Europy. Jestem dumny, że dotychczas mogłem współtworzyć jej strategię do 2020 roku i uczestniczyć w tak kluczowych dla spółki projektach, jak transakcja przejęcia Pekao SA. Konsekwentna realizacja tych zamierzeń będzie moim najwyższym priorytetem  – powiedział Paweł Surówka, prezes PZU SA.

Paweł Surówka podkreśla, że podtrzymuje również politykę dywidendową, która wraz ze strategią została przyjęta przez zarząd spółki pod kierownictwem Michała Krupińskiego. Strategia zakłada rozwój biznesu ubezpieczeniowego i bankowego a także nacisk na wprowadzanie innowacyjnych narzędzi obsługi klienta i zarządzania. Realizowane będą także ważne inicjatywy wzrostowe w obszarze zdrowia oraz inwestycji.

Naszym celem jest w pełni wykorzystać ogromny potencjał Grupy PZU, począwszy od usług ubezpieczeniowych i zdrowotnych, poprzez produkty inwestycyjne, aż po ofertę bankową. Jest to unikatowe spektrum możliwości  – dodał Paweł Surówka, prezes PZU SA.

Paweł Surówka to menedżer z wieloletnim doświadczeniem zdobytym w globalnych spółkach kapitałowych. Bezpośrednio przed nominacją na prezesa zarządu PZU SA pełnił funkcję prezesa zarządu PZU Życie SA (od 23 czerwca 2016 kiedy to Rada Nadzorcza ubezpieczyciela powierzyła mu te obowiązki).

Grupę PZU cechuje nie tylko duża skala i siła finansowa, ale również kultura dbałości i odpowiedzialności. Odpowiedzialność i uczciwość wobec klientów, dbałość o rozwój naszej gospodarki, o sukces polskiego rynku. Ta kultura, jak ufam, długotrwale i stabilnie buduje wartość dla naszych akcjonariuszy, równocześnie pozytywnie wpływając na cały otaczający nas rynek – mówi Paweł Surówka, prezes PZU SA.

Prezes PZU SA jest absolwentem Universitẻ Paris I Panthẻon Sorbonne oraz Ecole des Hautes Etudes en Sciences Sociales (EHESS). Podstawowe studia odbył na Ludwig Maximilian Universität (LMU) w Monachium. W latach 2007 – 2013 zajmował stanowisko doradcy finansowego w Bank of America Merrill Lynch. Reprezentował Bank w regionie CEE poprzez budowanie relacji z inwestorami, doradzał w zakresie zarządzania portfelem, alokacji aktywów oraz ich dywersyfikacji, instrumentów alternatywnych oraz analizy rynkowej.

W latach 2013 – 2015 pełnił funkcje m.in. członka zarządu Boryszew SA, dyrektora biura ds. rozwoju sektora automotive.

Od 2015 roku był doradcą prezesa zarządu PKO Bank Polski SA oraz dyrektorem bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej na Niemcy, odpowiedzialnym za otwarcie pierwszego zagranicznego oddziału korporacyjnego PKO Banku Polskiego, a także doradztwo i obsługę finansową dla największych klientów korporacyjnych PKO Banku Polskiego w zakresie ich ekspansji i działalności zagranicznej. Paweł Surówka biegle posługuje się językami obcymi: angielskim, francuskim i niemieckim.

Polska żywność ekologiczna rośnie w siłę. Popularność zdobywają szybkie, ale zdrowe przekąski

Polska żywność ekologiczna rośnie w siłę. Popularność zdobywają szybkie, ale zdrowe przekąski 7

Rośnie sektor polskiej żywności ekologicznej. Szacuje się, że w tym roku jego wartość przekroczy miliard złotych. W ciągu ostatniej dekady liczba producentów wytwarzających żywność bez udziału środków chemicznych zwiększyła się o 576 proc. Dobre perspektywy czekają produkty łączące trendy ekologiczne z żywnością szybkich przekąsek. Dynamiczny rozwój rynku widać także po większej liczbie firm wystawiających się na targach WorldFood Warsaw. W tegorocznej edycji targów wzięło udział łącznie 300 wystawców.

– W Polsce bardzo dużym zainteresowaniem cieszy się strefa eco food, zarówno wśród wystawców, jak i wśród odwiedzających. Wystawiają się także firmy zagraniczne. To sektor, który rozwija się dynamicznie nie tylko w Polsce, ale w całej Europie i na świecie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Szpaderska, manager Międzynarodowych Targów Żywności i Napojów WorldFood Warsaw.

Polacy przywiązują coraz większą wagę do zdrowego odżywiania, tym samym szybko rośnie popularność żywności ekologicznej. Jak podaje Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, wartość krajowego rynku żywności ekologicznej w 2017 roku może po raz pierwszy przekroczyć miliard złotych. Większość polskiej żywności ekologicznej jest eksportowanej – wedle różnych szacunków nawet 70-80 proc. produktów może trafiać za granicę.

– W różnych sektorach z różnych krajów obserwujemy zainteresowanie firm zagranicznych polskim rynkiem. Nie tylko tych najbliższych jak Litwa, Łotwa czy Ukraina, ale również tych dalszych, np. z Republiki Południowej Afryki, Meksyku czy z Azji – ocenia Agnieszka Szpaderska.

W ciągu ostatniej dekady liczba rodzimych producentów wytwarzających żywność bez udziału środków chemicznych, na nieskażonych nawozami glebach zwiększyła się o 576 proc., a zakładów przetwórstwa ekologicznego – o 780 proc. Łącznie w Polsce działa ok. 200 przedsiębiorstw zajmujących się dystrybucją produktów w skali regionu lub kraju oraz około 800 niezależnych sklepów specjalistycznych z ofertą tego rodzaju certyfikowanych wyrobów.

– Jeśli chodzi o sektor eco food, mamy bardzo dużo przedstawicieli, firmy specjalizują się w przeróżnych produktach. Dużo firm produkuje ekologiczne oleje tłoczone na zimno. Mamy firmy, które produkują przekąski, to trend nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie. Sektor ekologiczny i convenience łączą się w jeden i tworzą trend szybkich, ale zdrowych przekąsek. Widać to bardzo wyraźnie wśród wystawców i firm, które się zgłaszają – przekonuje manager Targów WorldFood Warsaw.

Zdaniem Szpaderskiej, produkty typu food-to-go czy ready-to-eat będą cieszyły się coraz większą popularnością.

Na wartości rośnie też rynek żywności organicznej. To także widać po liczbie firm biorących udział w targach. Podczas WorldFood Warsaw w tym roku było ich 90, przy 60 jeszcze rok temu.

– To już jest czwarta edycja targów. W ciągu tych trzech lat właściwie trzykrotnie wzrosła liczba wszystkich wystawców. Co ciekawe, rośnie proporcjonalnie zarówno udział wystawców polskich, jak i zagranicznych – zaznacza Szpaderska. – W tym roku mieliśmy 300 wystawców z 24 państw z całego świata, zorganizowaliśmy 2 fora, kilkadziesiąt debat i konferencji plus pokazy kulinarne – wymienia.

Manager WorldFood Warsaw ocenia, że po rosnącej popularności takich imprez branżowych można wnioskować o coraz silniejszej kondycji całego sektora spożywczego.

 Biorąc pod uwagę, w jakim tempie rosną targi, jakie jest zainteresowanie firm, żeby wdrażać innowacje, rozwijać się i zdobywać nowe rynki, można na pewno uznać, że rynek jest w dobrej kondycji – podkreśla Agnieszka Szapderska.

W tym roku Międzynarodowe Targi Żywności i Napojów WorldFood Warsaw odbyły się w dniach 11-13 kwietnia.

Elektroniczny obieg dokumentów wyprze papierową formę. Pozwoli to na znaczne oszczędności czasu i kosztów

Elektroniczny obieg dokumentów wyprze papierową formę. Pozwoli to na znaczne oszczędności czasu i kosztów 8

Elektroniczny obieg dokumentów pozwala zaoszczędzić ponad dwie trzecie czasu, kosztów i zminimalizować nakład pracy potrzebny na wykonanie codziennych zadań administracyjnych. To rozwiązanie z czasem wyprze tradycyjny dokument papierowy – prognozuje Adrian Weremiuk, prezes firmy XSystem. Cyfrowe rozwiązania wprowadza coraz więcej przedsiębiorstw i jednostek sektora publicznego, choć Polsce daleko jeszcze pod tym względem do bardziej rozwiniętych państw.

Papier w codziennej komunikacji będzie odgrywał coraz mniejszą rolę, gdyż narzędzia służące do zażądania dokumentami i ich obiegiem są prostsze w obsłudze i bardziej dostępne dla szerokiego grona odbiorców. Rynek elektronicznego obiegu dokumentów będzie rósł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Weremiuk, prezes zarządu dostarczającej rozwiązania informatyczne firmy XSystem.

Elektroniczny obieg dokumentów pozwala firmie zaoszczędzić do 70 proc. czasu i kosztów w porównaniu do tradycyjnego modelu opartego na dokumentach papierowych. Poprawia przepływ informacji między pracownikami, umożliwia utrzymanie porządku w dokumentacji, usprawnia i przyspiesza pracę, a przy tym jest proekologiczny. Pozwala zaoszczędzić na kosztach drukowania, skanowania i przechowywania dokumentów w archiwum. Ponadto, do dokumentów w formie elektronicznej każda uprawniona osoba ma dostęp z dowolnego miejsca przez 24 godziny na dobę.

Takie rozwiązanie sprawdza się zwłaszcza w firmach o rozproszonej strukturze, na przykład kiedy część pracowników pracuje zdalnie albo zagraniczne oddziały przedsiębiorstwa znajdują się w kilku krajach. Przepływ i zarządzanie dokumentami na odległość są w takich przypadkach dużo prostsze, szybsze i bardziej efektywne.

Kiedy firma rozlicza usługę, może to zrobić w formie elektronicznej. Weźmy choćby zapotrzebowanie wewnętrzne firmy, z którego tworzone są koszty operacyjne w formie zamówienia, potem wpływa faktura, która musi być przetworzona w obiegu dokumentów, żeby mogła trafić do systemu ERP czy bankowości elektronicznej. To wszystko może być procedowane w jednym systemie – mówi Adrian Weremiuk.

Zdaniem prezesa XSystem trudno prognozować, kiedy elektroniczny podpis i obieg dokumentacji w formie cyfrowej obejmie większość procesów administracyjnych, pozostawiając papier jedynie dla najważniejszych dokumentów.

To pytanie nie pojawiło się wczoraj, zadajemy je sobie już dłuższy czas. Uważam, że dokument w formie tradycyjnej zostanie zmarginalizowany wyłącznie do najważniejszych dokumentów wymienianych między urzędami, firmami lub osobami fizycznymi, które trzeba będzie podpisywać ręcznie – mówi Adrian Weremiuk.

Przedsiębiorstwa i prywatne firmy nie są jedynymi, które wprowadzają w swoich strukturach elektroniczny obieg dokumentacji. Od kilku lat robią to też jednostki samorządowe i administracyjne. Te wykorzystują jednak cyfrowe narzędzia na niewielką skalę i nie zagospodarowują w pełni możliwości, jakie stwarza digitalizacja.

– Jeżeli popatrzymy przez pryzmat jakiejkolwiek gminy czy powiatu, to wszędzie mamy do czynienia z obiegiem dokumentów. Ale w wydziałach czy to architektury, czy geodezji okazuje się, że dokumenty stoją w szafach, niezarchiwizowane. A przecież podstawowa działalność samorządu zaczyna się od zarządzania majątkiem publicznym i niepublicznym oraz dostępu do związanych z nim informacji. Myślę, że na tym rynku jest dużo do zrobienia – mówi Adrian Weremiuk.

NIK, która skontrolowała wdrażanie e-administracji na szczeblu centralnym i samorządowym, orzekła, że w zdecydowanej większości (22 z 24 kontrolowanych urzędów) podstawowym sposobem dokumentowania rozpatrywanych spraw był tradycyjny system papierowy. W 18 urzędach był on wspierany przez elektroniczny system obiegu dokumentów. W praktyce jednak najczęściej okazywało się, że urzędnicy zbierali informacje w dwóch miejscach i powielali wcześniejsze czynności – poinformował NIK.

Z przygotowanego przez ONZ raportu „E-Government Survey 2016”, który dotyczy informatyzacji w zarządzaniu państwem, wynika, że polska administracja się poprawia. Z 42. miejsca w 2014 roku Polska awansowała rok temu na 36., tuż przed Chorwacją. Wyżej znalazły się między innymi Kazachstan, Litwa, Estonia, Słowenia, Malta i Islandia. Czołówkę państw, które mogą się pochwalić największą informatyzacją sektora publicznego, zajmują Wielka Brytania, Australia i Korea.

Elektroniczny system obiegu dokumentów w urzędach i jednostkach samorządowych umożliwia mieszkańcom podgląd i śledzenie bieżących postępów w rozpatrywaniu sprawy. Prezes XSystem zauważa, że korzyść jest obustronna, bo – poza korzyścią dla mieszkańców – system minimalizuje też nakłady pracy i czasu po stronie pracowników samorządowych.

Wyobraźmy sobie, że o godzinie drugiej w nocy pęka rura na Rondzie de Gaulle’a w Warszawie. Pod spodem jest plątanina różnego rodzaju rur i kabli. Żeby to naprawić, trzeba wysłać do archiwum centralnego kogoś, kto musi wyciągnąć i zeskanować właściwą dokumentację i dostarczyć inżynierowi, który wstał z łóżka w środku nocy, a następnie musi pojechać na to skrzyżowanie i naprawić rurę – mówi Adrian Weremiuk. – Gdyby zamiast tego inżynier mógł wejść do elektronicznego systemu, wyszukać odpowiedni dokument, wykonać telefon do kierownika robót, który jest na miejscu, i tylko skontrolować przebieg naprawy, to byłaby wielka oszczędność czasu, kosztów i zaangażowania ludzi. 

Dobra sytuacja polskich producentów jaj. Zawiększa się konsumpcja i eksport do krajów afrykańskich i na Bliski Wschód

Dobra sytuacja polskich producentów jaj. Zawiększa się konsumpcja i eksport do krajów afrykańskich i na Bliski Wschód 9

Systematycznie rośnie produkcja jaj i ich spożycie w kraju. Równie optymistyczne prognozy dotyczące cen sprzyjają polskim producentom. Coraz więcej jaj z Polski trafia na eksport – w 2016 roku było to ponad 230,5 tys. ton, czyli ponad 44 proc. krajowej produkcji. W tym roku produkcja i eksport powinny wzrosnąć – nie tylko ze względu na większy popyt ze strony krajów Unii Europejskiej, lecz przede wszystkim krajów trzecich, zwłaszcza z Afryki i Bliskiego Wschodu.

– Wielkanoc jest obok Bożego Narodzenia świętem, przed którym obserwujemy zwiększone zapotrzebowanie na jaja. Święto kojarzy się z jajem, wykorzystuje je się również w przetwórstwie, wypiekach, więc z pewnością jest to dobry okres dla naszych producentów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Gawrońska, główny specjalista Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz.

Tradycyjnie przed Wielkanocą sprzedaż jajek rośnie od kilkudziesięciu do kilkuset procent, w zależności od rodzaju jaj i miejsca ich sprzedaży. Zdaniem Gawrońskiej obecny okres jest dla producentów jaj korzystny nie tylko ze względu na czas przedświąteczny.

– Producenci jaj mogą być bardzo zadowoleni z obecnej sytuacji ekonomicznej na rynku jaj w Polsce w związku ze wzrostem cen, który nastąpił pod koniec 2016 roku. W ubiegłym roku, zwłaszcza w sezonie letnim, ceny nie pokrywały kosztów produkcji. Obecnie cena utrzymuje się na dobrym poziomie, najprawdopodobniej po okresie wielkanocnym nieznacznie się obniży, ale jednak nasze przewidywania są bardziej optymistyczne niż sytuacja w ubiegłym roku – ocenia ekspertka KIPDiP.

Obecnie w sklepach za jaja trzeba zapłacić kilka procent więcej niż w 2016 roku. W hurcie cena jajka XL wynosi ok. 0,43 zł. Dla porównania niecały rok temu było to nieco mniej niż 0,37 zł. Jajko S czy M kosztuje 0,35 zł przy ok. 0,27 zł rok wcześniej. Jak podkreśla specjalistka, wyższe ceny to nie jest jedyny powód do optymizmu.

– Spodziewamy się, że produkcja może nieznacznie wzrosnąć w tym roku, również eksport, w związku ze zwiększoną produkcją i zwiększonym popytem na rynku Europy Zachodniej – wskazuje Katarzyna Gawrońska.

Polska jest jednym z największych producentów jajek w Unii Europejskiej. W 2016 roku było to 516 tys. ton, a w tym roku może to być 535 tys. ton (wzrost 3,7 proc.). Przeciętny Polak zjada w ciągu roku ponad 150 jaj, a ich konsumpcja systematycznie rośnie, choć do światowych liderów sporo nam jeszcze brakuje (np. w Niemczech – 220, Danii czy Austrii – 240, a w Japonii ok. 340).

Jesteśmy też jednym z większym eksporterów, bo sprzedajemy ponad 40 proc. rocznej produkcji. W 2016 roku, choć dynamika eksportu nieco przyhamowała, sprzedaliśmy ponad 230,5 tys. ton.

– Polscy eksporterzy mogą zwiększyć wywóz jaj skierowanych zarówno bezpośrednio do konsumenta, jak i do przetwórstwa. Motorem napędowym polskiego eksportu jaj są na pewno rynki krajów trzecich, w szczególności kraje afrykańskie i Bliskiego Wschodu. Sprzedaż jaj spożywczych z Polski stale rośnie i spodziewamy się, że w nadchodzącym roku również taka sytuacja będzie miała miejsce – analizuje Gawrońska.

Największym odbiorcą polskich jaj są kraje unijne (98 proc. całego eksportu), przede wszystkim Niemcy, Holandia, Włochy i Czechy (ponad 65 proc. udziału w wartości eksportu), przy czym eksport do Niemiec wzrósł w ubiegłym roku o 24 proc. do 63 tys. ton. Coraz większa konkurencja na europejskim rynku i stosunkowo duże nasycenie sprawiają, że na znaczeniu zyskują nowe kontakty handlowe.

– Rynek europejski jest obarczony silną konkurencją, szczególnie z krajów wschodnich. Ukraina, korzystając z bezcłowych kontyngentów, bardzo silnie rozpycha się na europejskim rynku, będąc w ubiegłym roku największym eksporterem jaj na rynek europejski – wskazuje ekspertka KIPDiP.

W 2016 roku Ukraina była największym dostawcą jaj i przetworów jajecznych na europejski rynek. Dwustronna umowa o wolnym handlu z Unią Europejską pozwoliła na bezcłowe kontyngenty, w efekcie eksport do krajów unijnych wzrósł o 119 proc. Tym samym ukraińskie przedsiębiorstwa zrealizowały dostawy w wielkości połowy rocznej wielkości unijnego importu ogółem.

– Dlatego należy się opierać na nawiązywaniu nowych kontaktów handlowych z kontrahentami z krajów trzecich. Naszym zdaniem to szansa rozwoju dla sektora jaj w Polsce w zakresie eksportu – ocenia Katarzyna Gawrońska.

Jak wynika z danych Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz, łącznie do krajów trzecich w 2016 roku wyeksportowaliśmy 4,2 tys. ton jaj konsumpcyjnych. Najwięcej, bo 1,2 tys. ton (wzrost o 14 proc.), do Iranu. Największy udział w wywozie polskich jaj poza rynek UE miały kraje Bliskiego Wschodu (40 proc.), przede wszystkim Zjednoczone Emiraty Arabskie, Oman, Katar czy Bahrajn. Ok. 35 proc. jaj trafia na rynki afrykańskie, zwłaszcza do Gambii, Republiki Środkowoafrykańskiej i Mauretanii.

Milion Polaków pobiera rentę z tytułu niezdolności do pracy. Ich liczba z roku na rok spada

Milion Polaków pobiera rentę z tytułu niezdolności do pracy. Ich liczba z roku na rok spada 10

Osoby, które straciły zdolność do pracy, mogą liczyć na rentę. Obecnie pobiera ją prawie milion Polaków. Warto jednak pamiętać, że niepełnosprawność i niezdolność do pracy to dwie różne kwestie i nie każdy niepełnosprawny jest niezdolny do pracy – podkreśla Wojciech Andrusiewicz, rzecznik prasowy ZUS. Choroba nie musi oznaczać końca życia zawodowego.

– Renta z tytułu niezdolności do pracy przysługuje osobom, które utraciły zdolność do wykonywania pracy. Muszą one mieć okresy składkowe i nieskładkowe od roku do 5 lat (ich wymiar zależy od wieku). Ważne też, by niezdolność do pracy powstała w ściśle określonym czasie, m.in. w czasie trwania ubezpieczenia lub 18 miesięcy po jego ustaniu – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Andrusiewicz, rzecznik prasowy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Rentę może otrzymać osoba, która całkowicie lub częściowo utraciła zdolność do pracy zarobkowej z powodu naruszenia sprawności organizmu i nie rokuje odzyskania jej nawet po przekwalifikowaniu. Całkowicie niezdolną do pracy jest osoba, która utraciła zdolność do wykonywania jakiejkolwiek pracy. Natomiast osoba, która utraciła w znacznym stopniu zdolność do pracy zgodnej z posiadanymi kwalifikacjami, jest uznana za częściowo niezdolną do pracy.

– ZUS przyznaje renty okresowe. Górnym okresem jest 5 lat. Po tym czasie należy znowu wystąpić o przyznanie świadczenia, jeżeli niezdolność do pracy trwa nadal. Trzeba stanąć przed lekarzem orzecznikiem, a jeśli będzie to konieczne, również przed komisją lekarską. Niezbędne jest orzeczenie, że niezdolność do pracy rzeczywiście istnieje – wskazuje Andrusiewicz.

Niezdolność do pracy może być orzeczona na dłużej niż 5 lat, jeśli nie ma rokowań, że osoba odzyska zdolność do pracy przed upływem tego okresu. W szczególnej sytuacji są też osoby, które spełniają dwa warunki. Po pierwsze, mają prawo do renty z tytułu niezdolności do pracy przez co najmniej ostatnich 5 lat przed dniem badania lekarskiego. Po drugie, brakuje im mniej niż 5 lat do osiągnięcia powszechnego wieku emerytalnego.

W przypadku dalszego stwierdzenia niezdolności do pracy takie osoby otrzymują orzeczenie o niezdolności do pracy do dnia osiągnięcia powszechnego wieku emerytalnego.

Jak podkreśla rzecznik ZUS, przy przyznawaniu renty istotne jest to, czy dane schorzenie uniemożliwia wykonywanie jakiejkolwiek pracy czy pracy w dotychczasowym charakterze. Osoby, które mogą wykonywać inne obowiązki i wracają na rynek pracy, mogą liczyć na rentę szkoleniową przyznawaną na czas przekwalifikowania zawodowego.

– Niezdolność do pracy nie jest tożsama z niepełnosprawnością. Każda osoba niezdolna do pracy jest niepełnosprawna, ale nie każda osoba niepełnosprawna jest niezdolna do pracy i nie może pracować. Osoby, które mają obniżoną sprawność fizyczną, nie muszą wcale wykonywać prac manualnych. Mogą po przekwalifikowaniu wykonywać zupełnie inną pracę – przekonuje Wojciech Andrusiewicz.

Obecnie rentę z tytułu niezdolności do pracy pobiera prawie milion osób. Ich liczba jednak maleje, bo jeszcze w 2003 roku rencistów było 2,3 mln. Z danych  ZUS wynika, że najczęstszymi przyczynami przyznawania renty są zaburzenia psychiczne, choroby układu krążenia, układu kostno-stawowego i mięśniowego.

– Renta rekompensuje utraconą sprawność. To świadczenie, które daje możliwość codziennego funkcjonowania. Gdy ktoś podejmuje pracę, powinna być elementem wyrównującym szanse, potrzebnym, żeby normalnie funkcjonować, bo przecież osoba z niepełnosprawnością płaci więcej za leki, sprzęt, za codzienne funkcjonowanie. Renta jest więc niezbędna, żeby normalnie funkcjonować, ale powinna też być elementem wspierającym daną osobę przy podjęciu pracy – ocenia Piotr Pawłowski, prezes Fundacji Integracja.

Jak podkreśla, dla każdego chorego istotna powinna być możliwość powrotu do pracy. Jeszcze kilka lat temu większość pracodawców i niepełnosprawnych uważała, że choroba oznacza koniec życia zawodowego. Teraz coraz częściej pojawiają się oferty pracy dla niepełnosprawnych.

– Osoba niepełnosprawna powinna myśleć o tym, co zrobić, żeby wrócić do pracy. Powinna szukać i brać udział w różnych kursach, które przygotują do powrotu na rynek pracy. Praca jest wpisana w funkcjonowanie człowieka. Praca jest niezbędna, by czuć się pełnoprawnym obywatelem, normalnie funkcjonować w społeczeństwie – mówi Pawłowski.

Z danych GUS wynika, że współczynnik aktywności zawodowej osób niepełnosprawnych w wieku produkcyjnym w I kwartale 2016 r. wyniósł 27,4 proc., a wskaźnik zatrudnienia 23,7 proc. i był niemal dwukrotnie niższy niż średnia unijna (45 proc.). Współczynnik aktywności zawodowej w grupie osób posiadających wyższe wykształcenie wynosi nieco ponad 80 proc., w tym osób niepełnosprawnych ponad połowę mniej (32 proc.).

– Wiele osób w momencie, kiedy ulega wypadkom, myśli jedynie o tym, żeby nie wracać do pracy, funkcjonować na rencie. Wówczas zaczyna się swoisty dramat, bo taka osoba staje się kompletnie nieprzydatna w społeczeństwie, traci horyzont, który daje szansę na normalne funkcjonowanie. Gdy ktoś dostaje taką rentę, powinno mu się od razu zapalić światełko, co zrobić, żeby renta nie stała się wyrokiem do końca życia. Wiele organizacji czy instytucji daje możliwość przebranżowienia się, znalezienia nowego fachu, zawodu czy umiejętności, żeby tylko wrócić do pracy – przekonuje Piotr Pawłowski.

Polacy nie zwiększają wydatków na święta. Odkładają pieniądze na większe zakupy

Polacy nie zwiększają wydatków na święta. Odkładają pieniądze na większe zakupy 11

Większe zasoby finansowe, jakie mają do dyspozycji Polacy, nie będą wykorzystywane na doraźne okoliczności jak święta wielkanocne, lecz raczej odkładane na poważniejsze zakupy – uważa ekonomista Marek Zuber. To dlatego deklarowane na organizacje świąt wydatki nie są znacząco wyższe niż rok temu. Planom zakupowym nie przeszkodzi nawet inflacja, która powinna się utrzymywać w okolicach celu inflacyjnego.

– Konsumpcja w święta wielkanocne w tym roku jest mniej więcej na poziomie zeszłego roku. To wynika nie z tego, że Polacy nie mają więcej środków do dyspozycji, bo mają, ale przede wszystkim chodzi o to, że to nie są święta prezentowe, w czasie których wyjeżdża się na urlopy, to są święta głównie związane z byciem razem i z jedzeniem, a ileż można więcej zjeść – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ekonomista Marek Zuber. – W związku z tym mniej więcej 400 zł przeznaczone na święta, podobnie jak w zeszłym roku, po prostu wystarczy.

Z badań firmy windykacyjnej KRUK wynika, że największa część Polaków, bo 36 proc., zamierza wydać na organizację Wielkanocy od 300 do 500 zł. Niższą kwotę zadeklarowało 30 proc., co oznacza, że tylko co trzeci konsument jest gotów przekroczyć barierę 500 zł. Tylko co dwudziesty przygotowuje się na wydatek ponaddwukrotnie wyższy.

Niemal czterech na pięciu konsumentów jest przekonanych, że podoła organizacji świąt z bieżących środków. 14 proc. będzie zmuszonych uszczuplić w tym celu swoje oszczędności, a 7 proc. zaciągnie na ten cel pożyczkę, czy to u rodziny, czy w banku lub firmie pożyczkowej.

Ponad 75 proc. konsumentów zadeklarowało, że kupi wędliny i kiełbasy, pieczywo oraz jaja. Mniej niż dwie trzecie sięgnie po słodycze, a nieco ponad jedna trzecia – po alkohol. Na dekoracje świąteczne pewną kwotę przeznaczy 40 proc. pytanych. Zdaniem Zubera konsumenci zbierają swoje wyższe środki na poważniejsze zakupy.

– W związku z rosnącymi wynagrodzeniami, ze spadkiem bezrobocia, a także z programem Rodzina 500 plus Polacy mają więcej środków do dyspozycji i myślę, że próbują zbierać pieniądze na nieco większe wydatki – uważa ekonomista. – Niekoniecznie od razu na samochody, ale chodzi po prostu o większe zakupy typu telewizor, lodówka, więc nie będziemy szaleć na święta, bo zbieramy pieniądze na tego typu rzeczy.

Na koniec 2016 roku stopa bezrobocia wynosiła 8,3 proc., najniżej od ćwierćwiecza. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie w gospodarce narodowej przekroczyło w 2016 roku 4047 zł i po raz pierwszy było powyżej granicy 4 tys. zł. To o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej, a w skali całego roku oznacza o 1800 zł wyższych dochodów. Do tego dochodzi Rodzina 500 plus i fakt, że całoroczna dynamika cen była wciąż ujemna i wyniosła -0,6 proc. Od grudnia jednak nastąpił wzrost cen w ujęciu rocznym, do tego szybko przyspieszający: w ostatnim miesiącu roku ceny wzrosły o 0,8 proc., w styczniu już o 1,7 proc., zaś w lutym o 2,2 proc. W marcu tempo to lekko wyhamowało do 2,0 proc.

– Kluczowe jest pytanie o wzrost inflacji w dalszej części roku. Moim zdaniem pomimo rosnących wynagrodzeń i wzrostu cen, który obserwujemy dzisiaj, nie powinno w tym roku dojść do wyraźnego wzrostu inflacji – przekonuje Zuber. – Myślę, że poziom 2,5 proc., może nieco wyżej, to jest maksymalny poziom, który w tym roku zobaczymy, a zatem w pobliżu celu inflacyjnego. Nie sądzę, żebyśmy zatem zobaczyli podwyżki stóp procentowych w tym roku.

Przyczyną obecnego wzrostu cen są głównie te same czynniki, które w poprzednich latach powodowały deflację, czyli ceny energii, głównie ropy naftowej, oraz żywności. Inflacja oczyszczona o ceny tych kategorii wyniosła w marcu tylko 0,6 proc. Tymczasem choć ceny ropy znów w ostatnich tygodniach poszły w górę, to nie przekroczyły poziomów z grudnia, stycznia i lutego. Niepokój wzbudzić mogą natomiast wydarzenia polityczne, głównie wybory w największych unijnych gospodarkach, jak Francja i Niemcy, a także polityka Fed. W marcu amerykański bank centralny po raz trzeci podniósł stopy procentowe po podwyżkach w grudniu 2015 r. i grudniu 2016 r. Obecnie stopa funduszy federalnych znajduje się w przedziale 0,75–1,0 proc., a ekonomiści oczekują jeszcze dwóch podwyżek do końca 2017 r. Wszystko to odbije się na wartości polskiej waluty.

– Myślę, że to będzie interesujący rok, jeżeli chodzi o ruchy na złotym, a jeżeli jeszcze okaże się pod koniec roku, że mamy problem ze spięciem budżetu, czego nie możemy dzisiaj wykluczać, to może być naprawdę nieciekawie – zastrzega Marek Zuber. – Na razie myślę, że złoty pozostanie w tych okolicach, może nawet trochę się umocni z uwagi na to, że pewnie będziemy mieć potwierdzenie lepszych niż w poprzednich dwóch kwartałach danych dotyczących gospodarki. Ale musimy patrzeć szczególnie na kwestie polityczne w Europie.

Od początku roku złoty umocnił się do europejskiej waluty o 3,7 proc. i pozostaje na poziomie niespełna 4,25 zł za euro. Nie licząc chwilowych wahnięć, polska waluta jest najmocniejsza od końca 2015 roku. Zdaniem Marka Zubera w najbliższych tygodniach kurs powinien się utrzymać, o ile nie nastąpią nieprzewidziane wydarzenia.

– Poziom w okolicach 4,20 zł plus minus kilka groszy to będzie poziom obowiązujący przez najbliższe tygodnie – ocenia ekonomista. – Chyba że znowu coś nas zaskoczy, a pamiętajmy, że różne rzeczy bardzo lubią nas zaskakiwać. Obserwowaliśmy to wielokrotnie, ale nie spodziewam się złych danych z Polski. Do wyborów francuskich jeszcze trochę zostało, chyba że sondaże będą rzeczywiście bardzo negatywne z punktu widzenia stabilności Unii Europejskiej i strefy euro. Jeśli chodzi o brexit i negocjacje z nim związane, to nie sądzę, żeby one prowadziły do jakichś bardzo poważnych zmian, więc najbliższe tygodnie, jeśli chodzi o euro-złoty, powinny być dość stabilne.

W 2016 roku przychody klubów fitness w Polsce wyniosły 3,68 mld zł, a liczba członków 2,84 mln osób

Coraz więcej osób stawia na zdrowy styl życia. Beneficjentami tego trendu są również kluby fitness w Europie. Obecnie należy do nich 56,4 mln osób, czyli o 4,4 proc. więcej niż rok temu. Europejski rynek fitness wart jest 26,3 mld euro. Jak wynika z tegorocznego raportu „The European Health & Fitness Market”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte we współpracy z organizacją EuropeActive polski rynek usług fitness należy do jednego z najbardziej dynamicznie rozwijających się, ale jednocześnie najbardziej rozdrobnionych w Europie. Do klubów, których liczba na koniec ub. roku wyniosła ponad 2,5 tys., uczęszcza już 2,84 mln Polaków. Według szacunków w ciągu trzech-pięciu lat ta liczba może się zwiększyć nawet do 4 mln osób, z czego duża część będą to osoby starsze.

Wartość europejskiego rynku fitness w 2016 roku wyniosła 26,3 mld euro, co stanowiło wzrost w walutach krajowych o 3,1 proc. w porównaniu do roku ubiegłego, z czego niezmiennie niemal 2/3 stanowią przychody wygenerowane w pięciu krajach: Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Włoszech oraz Hiszpanii. Prawie jedna czwarta rynku (23 proc.) należy do grupy kolejnych sześciu państw: Holandii, Rosji, Turcji, Polski, Szwajcarii oraz Szwecji.

– Analizując wskaźnik penetracji, czyli stosunek liczby członków klubów fitness do liczby ludności danego kraju, wśród dziesięciu najważniejszych rynków fitness Europy, widać, że najwyższy, bo wynoszący ponad 16 proc. wskaźnik jest w Holandii i Szwecji – mówMarcin Diakonowicz, Partner w Dziale Audytu, Lider Sports Business Group Deloitte. – Z kolei największy potencjał rozwoju dostrzegamy w Rosji i Turcji, gdzie wskaźnik ten wynosi odpowiednio 2 proc. i 2,4 proc. W krajach tych, poza Moskwą, Sankt Petersburgiem oraz Stambułem, rynek fitness znajduje się właściwie na początku drogi rozwoju. W Polsce wskaźnik penetracji jest na poziomie 7,4 proc., czyli poniżej średniej dla wszystkich analizowanych krajów, która wynosi 8,1 proc.” – dodaje.

Biorąc pod uwagę liczbę członków klubów fitness liderami są Niemcy z niemal 10,1 mln osób oraz Wielka Brytania, gdzie członkostwo ma wykupione 9,3 mln osób. W Polsce jest to 2,84 mln osób. Liczba członków wzrosła w 17 z 18 analizowanych krajów (wyjątkiem jest Norwegia). Według szacunków z klubów fitness w 2025 roku może korzystać nawet 80 mln Europejczyków.

Raport, który przedstawia stan rynku fitness na dzień 31.12.2016 r., stosuje szeroką definicję klubu fitness. Jest to miejsce otwarte dla wszystkich, przeznaczone do uprawiania sportu, które posiada sprzęt do treningu wytrzymałościowego, wydolnościowego i do budowy kondycji fizycznej. Raport uwzględnia również pływalnie oraz szkoły tańca, tylko jeśli posiadają sale ze sprzętem do fitness. W Polsce działa około 2,56 tys. takich klubów, w ubiegłym roku było to 2,52 tys. Eksperci zauważają, że w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy powstało dużo nowych klubów, ale podobna liczba została też zamknięta. Niemniej zamykane są głównie starsze oraz nienowoczesne obiekty.

Suma przychodów polskich klubów fitness w omawianym okresie wyniosła 842 mln euro, czyli 3,68 mld zł. Rok wcześniej było to 871 mln euro (wówczas 3,65 mld zł). Wysokość przychodów na przestrzeni lat 2015-2016 pozostała na podobnym poziomie, a różnie wynikają z niekorzystnego kursu walutowego. Na tę kwotę 842 mln euro złożyły się przede wszystkim składki członkowskie oraz dodatkowe przychody z innej działalności. Średnia wysokość miesięcznej opłaty członkowskiej (wynikającej z cennika) wynosi w Polsce 27,7 euro, czyli około 116 zł, ale często stosowaną praktyką jest udzielanie rabatów, więc faktycznie może to być średnio około 25,5 euro (ok. 107 zł). – Większość klubów, według szacunków może być to nawet 80-90 proc., znajduje się w rękach prywatnych właścicieli, a więc w porównaniu z resztą Europy rozdrobnienie rynku jest znaczne. Dziesięciu największych operatorów posiada zaledwie 8 proc. udziału w rynku i 10 proc. jeżeli chodzi o udział w liczbie członków kubów fitness – mówi Marta Wrońska, Menedżer w Sports Business Group Deloitte. Największą liczbą klubów może pochwalić się obecnie sieć Calypso, która wyprzedza sieć Jatomi Fitness.

Z danych Polskiego Związku Pracodawców Fitness wynika, że stosunek karnetów sprzedawanych bezpośrednio przez kluby fitness do tych sprzedawanych przez operatorów kart, takich jak Multisport wynosi dwa do jednego. Sprzedaż w tym ostatnim kanale wzrosła w ostatnim roku o 20 proc. do ok. miliona sztuk,– Potencjał polskiego rynku jest ogromny. Szacujemy, że w ciągu 3-5 lat liczba osób korzystających z klubów fitness może wzrosnąć nawet o 1,5 mln osób. Co prawda możemy już mówić o nasyceniu rynku w głównej grupie docelowej, czyli osób otwartych na sport i zdrowy styl życia, ale wciąż istnieją grupy, dla których rynek fitness dotąd nie miał odpowiedniej oferty, jak chociażby studenci i emeryci – wyjaśnia Robert Kamiński, ekspert rynku fitness. Nie ma już mowy o chwilowej modzie czy kaprysach konsumenckich, rynek fitness staje się poważną, trwałą branżą– przekonuje.

Absolutnym liderem w Europie pod względem liczby członków pozostaje niemiecka sieć McFit. W ubiegłym roku było to 1,5 mln osób. Następna w kolejności sieć Basic-Fit (która dokonała IPO na giełdzie w Amsterdamie) może się pochwalić wynikiem na poziomie 1,2 mln osób. Jednak to nie McFit prowadzi w zestawieniu biorącym pod uwagę wysokość przychodów osiąganych przez sieci fitness. Pod tym względem pierwszy w rankingu jest niezmiennie Virgin Active, którego roczne przychody wyniosły w 2016 roku 499 mln euro. Na drugiej pozycji uplasowała się sieć David Lloyd Leisure (przychody rzędu 442 mln euro), a tuż za nią Migros Group (366 mln euro).

Zdaniem autorów raportu europejski rynek fitness przede wszystkim będzie rozwijał się w kierunku wzrostu klubów nisko kosztowych z ograniczoną obsługą klienta oraz segmentu butikowego (z wąską ofertą specjalistyczną). Należy spodziewać się również dalszej konsolidacji rynku. Najwięksi gracze wciąż szukają dalszych możliwości rozwoju. – W ostatnich latach zanotowano wzrost transakcji M&A. W 2015 roku było ich 19, a w 2016 roku 17, co jest bardzo dobrym wynikiem, biorąc pod uwagę niepewność gospodarczą, spowodowaną chociażby Brexitem – wskazuje Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte. Na rynku dominują transakcje kupna dokonywane przez inwestorów strategicznych, w porównaniu do tych dokonywanych przez inwestorów finansowych, aczkolwiek fundusze private equity też są aktywne na tym rynku – dodaje. W Polsce w ubiegłym roku doszło do trzech znaczących transakcji dokonanych przez Benefit Systems, który kupił udziały w sieciach Zdrofit, Fitness Club S4 oraz Tiger. Benefit Systems podpisał także dwa listy intencyjne na zakup dodatkowych pakietów (50,1 proc.) w Calypso Fitness i Fabryka Formy (33,3 proc.).

Coraz większy wpływ na rynek fitness mają technologie cyfrowe, które umożliwiają uprawianie sportu i mierzenie swoich postępów poza klubami. Zdaniem ekspertów Deloitte, choć pozornie mogą one stanowić zagrożenie dla sieci i klubów, to docelowo powinny one zostać włączone do ich modeli biznesowych. Coraz większe znaczenie w przyciąganiu klientów będą miały również nowoczesne narzędzia marketingowe, takie jak storytelling, content marketing, customer experience czy też grywalizacja.

ERNE VENTURES objął udziały w spółce Telehorse produkującej gry wideo

ERNE VENTURES – fundusz venture notowany na NewConnect – objął udziały w spółce Telehorse Sp. z o.o. w wysokości 49% kapitału zakładowego w zamian za wkład gotówkowy w wysokości 300.000 zł. Ponadto w wyniku podpisanego listu intencyjnego z właścicielami Telehorse, ERNE VENTURES lub podmioty powiązane w przeciągu kolejnych 12 miesięcy zainwestują w spółkę dodatkowe 450 tys. zł. W tym czasie planowane jest przekształcenie spółki w akcyjną oraz wprowadzenie jej na giełdę.

Telehorse to niezależne studio produkujące gry wideo założone w 2013. Obecnie spółka pracuje nad pięcioma grami, które ukażą się na rynku do końca 2018 roku. Pierwsza z nich to gra zatytułowaną Steamburg, która ma się ukazać w trzecim kwartale 2017. Gra zdobyła nagrodę dla Best Upcoming Game na IMGA Awards w San Francisco w 2017.

Polscy eksporterzy wracają do Rosji

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek

Eksport wzrósł w styczniu i lutym 2017 r. o 4,0 proc. r/r w euro, a import o 7,8 proc. Saldo było dodatnie i wyniosło 30,2 mln euro – padał GUS

Eksport w okresie styczeń-luty 2017 r. był wyższy o ponad 1,8 mld euro niż rok wcześniej, natomiast import był wyższy o ponad 3 mld euro. Dynamika importu wyraźnie przyspiesza (7,8 proc. wobec 6,6 proc. w styczniu br.), a dynamika eksportu – słabnie (4 proc. wobec 5,3 proc. w styczniu br.). To co prawda dopiero pierwsze dwa miesiące 2017 r., ale saldo obrotów handlu zagranicznego zbliża się już do zera (30,2 mln euro).

Przy takiej tendencji wzrostu eksportu i importu, już za styczeń-marzec zobaczymy deficyt po dwóch latach dodatniego salda handlowego. A możemy mieć pewność, że taka tendencja – szybszego wzrostu importu niż eksportu – utrzyma się. Rosnące spożycie indywidulane w wyniku dobrej sytuacji na rynku pracy, wzrostu zatrudnienia i wzrostu wynagrodzeń, a także dopływu do gospodarstw domowych środków z programu Rodzina 500+ zachęca bowiem do konsumpcji. Widać to po dynamice sprzedaży detalicznej, która wzrosła w ciągu 2. miesięcy br. o 9 proc. W tym jest także sprzedaż produktów z importu.

Na wysoką dynamikę importu wpływ mogą mieć, ale dopiero w 2. połowie roku, rosnące (miejmy nadzieję) inwestycje. Czeka nas zatem rok wyraźnego wzrostu popytu na towary i usługi z importu.

W tym kontekście bardzo ważne jest, aby eksporterzy nie koncentrowali się tylko na rynkach krajów UE, gdzie lokują ponad 80 proc. swojej sprzedaży. I tak się dzieje. Widać tu już pierwsze bardzo pozytywne sygnały, bowiem eksport do krajów rozwijających się jest r/r po 2 miesiącach 2017 r. wyższy o 9,4 proc. A eksport do krajów Europy Środkowo-Wschodniej – o prawie 25 proc. To głównie zasługa odbudowującego się eksportu do Rosji. W ciągu 2. miesięcy br. wyniósł on 804 mln euro. To ciągle mniej niż w tym samym czasie w 2014 r. (1122 mln euro), ale już więcej niż w styczniu-lutym 2015 r. i 2016 r. To bardzo ważne, aby polscy eksporterzy byli na rynku rosyjskim obecni, gdy powoli wracają na ten rynek także nasi konkurenci.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

PKN ORLEN z najwyższym ratingiem w historii

​Agencja Moody’s Investors podniosła rating PKN ORLEN do Baa2 z Baa3 – z perspektywą stabilną. Jednocześnie wzrosła ocena kredytowa Koncernu do Baa3 z Ba1. Uzyskanie ratingu na wyższym poziomie było możliwe przede wszystkim dzięki konsekwencji w oddłużaniu Koncernu i utrzymywaniu wszystkich wskaźników finansowych na bezpiecznym poziomie, przy wykorzystaniu sprzyjającej sytuacji makroekonomicznej.

W uzasadnieniu decyzji, analitycy Agencji zwrócili uwagę na coraz lepsze wyniki PKN ORLEN osiągane w latach 2015-2016, w tym rekordowy rezultat EBITDA LIFO z 2016 roku na poziomie 8,7 mld zł. Dodatkowo wyróżniona została konsekwencja Koncernu w ograniczaniu zadłużenia. W opinii analityków Moody’s przyjęta pod koniec 2016 roku strategia PKN ORLEN zawiera ambitne, ale przede wszystkim realne założenia finansowe oraz inwestycyjne. Ocena Agencji odzwierciedla również silną pozycję Koncernu w Europie Środkowo-Wschodniej, głęboką integrację segmentu rafineryjnego, petrochemicznego oraz detalicznego, a także pozycję lidera w sprzedaży hurtowej oraz detalicznej na rynku paliw w Polsce.

Wyższy rating ma dla nas duże znaczenie, szczególnie w kontekście naszego postrzegania na rynkach finansowych. Obecnie jesteśmy firmą o renomie i kondycji finansowej potwierdzonej wysokim ratingiem krajowym A-(pol) i międzynarodowymi ratingami inwestycyjnymi przyznanymi przez Agencje Moody’s i Fitch, co umacnia naszą wiarygodność wśród inwestorów – powiedział Sławomir Jędrzejczyk, Wiceprezes Zarządu PKN ORLEN ds. Finansowych.

Stabilna pozycja rynkowa, potwierdzona międzynarodowymi ratingami na wysokim poziomie umożliwia PKN ORLEN konsekwentną dywersyfikację źródeł finansowania. W 2016 roku PKN ORLEN, poprzez spółkę zależną ORLEN Capital AB z sukcesem wyemitował euroobligacje na kwotę 750 mln EUR. Największa emisja korporacyjnych euroobligacji o ratingu inwestycyjnym trafiła również do obrotu na Rynkach Catalyst GPW. W dzisiejszej decyzji, obok zwiększenia ratingu i oceny kredytowej Koncernu, Moody’s Investors podniósł także rating właśnie dla ostatniej emisji euroobligacji do Baa2 z Baa3.

Czeka nas rok spektakularnych otwarć na rynku nieruchomości

Firma doradcza JLL podsumowała I kwartał 2017 r. na rynku nieruchomości handlowych w Polsce.

„Na koniec I kw. 2017 r. całkowita podaż nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce wyniosła 13,4 mln mkw., z czego centra handlowe stanowiły 9,5 mln mkw., a parki i wielopowierzchniowe magazyny handlowe oraz centra wyprzedażowe łącznie 3,9 mln mkw. W ciągu pierwszych trzech miesięcy tego roku rynek wzbogacił się zaledwie o 36 800 mkw., ale to tylko przedsmak tego, co nas czeka w nadchodzących miesiącach. Jeśli plany deweloperów zostaną zrealizowane w terminie, to w 2017 r. rynek handlowy może urosnąć nawet o 511 000 mkw., w tym ok. 388 000 mkw. w ramach centrów handlowych”, wymienia Joanna Tomczyk, Analityk Rynku w JLL.

Największe obiekty planowane do oddania do użytku w 2017 r.

Projekt Miasto             GLA (mkw.)
Galeria Północna Warszawa 64 000
Wroclavia Wrocław 64 000
Serenada Kraków 41 300

Źródło: JLL, I kw. 2017 r.

W I kw. 2017 r. ukończono rozbudowy takich obiektów jak Auchan Hetmańska w Białymstoku (+5 800 mkw.), Galerii Wnętrz City Meble w Gdańsku (+ 6 000 mkw.) oraz zrealizowano dwa wielkopowierzchniowe magazyny handlowe – Leroy Merlin w Bełchatowie i Agata Meble w Rzeszowie.

„Na koniec marca br. 591 000 mkw. powierzchni w ramach tylko centrów handlowych było w budowie, z czego ponad 79% w głównych aglomeracjach. Łącznie, w Polsce powstaje obecnie ponad 650 000 mkw. powierzchni w ramach różnych formatów handlowych”, dodaje Joanna Tomczyk.

„W warunkach coraz większej konkurencji deweloperzy skupiają się nie tylko na realizacji nowych projektów, ale również na utrzymaniu atrakcyjności obiektów już istniejących. Modernizacja, rozbudowa, rozwój oferty handlowej, rozrywkowej i gastronomicznej czy wprowadzanie nowych rozwiązań technologicznych to trend, który będzie utrzymywał się w nadchodzących latach”, informuje Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych w JLL.

Popyt

„Polski rynek handlowy pozostaje atrakcyjny dla zagranicznych sieci. Da się jednak zauważyć selektywność w wyborze nowych lokalizacji. Swój pierwszy sklep w Polsce w III kw. 2017 r. otworzy brytyjska sieć sklepów z zabawkami Hamleys, która wybrała Galerię Północną na warszawskiej Białołęce, gdzie zajmie powierzchnię 1 600 mkw. W tym samym czasie w Arkadii otworzony zostanie pierwszy pełnoasortymentowy sklep amerykańskiego giganta – Victoria’s Secret. W II kw. zadebiutuje rosyjska marka odzieżowa – befree, która na swoje pierwsze lokalizacje w Polsce wybrała centrum handlowe Posnania w Poznaniu oraz Riviera w Gdyni”, wymienia Anna Wysocka.

Czynsze

Czynsze “prime”, które dotyczą najlepszych lokali o powierzchni 100 mkw. przeznaczonych dla branży moda i dodatki, w wiodących centrach handlowych, nadal pozostają najwyższe w Warszawie (do 130 euro za mkw. miesięcznie). W innych głównych aglomeracjach miesięczne stawki kształtują się w przedziale 45-60 euro za mkw.

Rynek inwestycyjny

„W I kw. 2017 r. całkowita wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze nieruchomości handlowych w Polsce wyniosła 135 mln euro i była o 5% wyższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Dwie największe sfinalizowane transakcje to sprzedaż przez CBRE Global Investors centrum handlowego Ogrody w Elblągu na rzecz CPI Property Group (w ramach transakcji portfelowej obejmującej 11 centrów handlowych w CEE) oraz sprzedaż przez Plaza Centers centrum handlowego Suwałki Plaza na rzecz kapitału węgierskiego”, komentuje Agnieszka Kołat, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo – Wschodniej, JLL.

Ponadto, w marcu Pradera zakomunikowała nabycie 25 parków handlowych o łącznej powierzchni najmu 538 000 mkw., zlokalizowanych przy sklepach IKEA w ośmiu krajach europejskich. Cztery obiekty znajdują się na terenie Polski: w Warszawie i okolicach (Targówek i Janki), w Katowicach (Rawa) i w Poznaniu (Franowo). Już w kwietniu sfinalizowano transakcję kupna 17 obiektów – w Niemczech, Francji i Polsce. W sierpniu tego roku planowane jest zamknięcie transakcji obejmującej pozostałe osiem obiektów – w Szwecji, Finlandii, Danii, Szwajcarii i Czechach.

„Aktywność inwestorów w segmencie polskich nieruchomości handlowych pozostaje wysoka. Potwierdzeniem tego faktu jest duża liczba podpisanych umów przedwstępnych, których finalizacji możemy spodziewać się w nadchodzących miesiącach”, dodaje Agnieszka Kołat.

Stopy kapitalizacji dla najlepszych centrów handlowych pozostają na poziomie 5,0%, a dla najlepszych parków handlowych na poziomie ok. 7,0%.

Ranking Szpitali Publicznych 2017

Ranking Szpitali Publicznych 2017 zaprezentowany! 12 kwietnia podczas uroczystej gali po raz kolejny zostały wręczone nagrody dla najlepiej zarządzanych szpitali publicznych w Polsce. W tym roku liderami rankingu okazały się jednostki z Augustowa, Łęczycy i Katowic. Ranking został stworzony przez spółkę Magellan, należącą do grupy bankowej BFF, pod patronatem merytorycznym Deloitte oraz medialnym dziennika Rzeczpospolita.

Ranking Szpitali Publicznych 2017 obejmuje w sumie 301 publicznych jednostek służby zdrowia. Szpitale zostały podzielone na trzy kategorie w zależności od kontraktu zawartego z Narodowym Funduszem Zdrowia. Pierwszą grupę stanowią jednostki z kontraktami z NFZ do wartości 29 mln złotych. Następnie oceniano te z kontraktami mieszczącymi się w przedziale 30-69 mln złotych. Wreszcie w trzeciej kategorii znajdują się największe szpitale, które podpisały kontrakty warte ponad 70 mln złotych. O miejscu na liście rankingowej decydowała liczba punktów, przyznawanych w następujących kategoriach: efektywność aktywów, rentowność sprzedaży oraz dynamika kontraktu z NFZ.

Tegoroczną edycję Rankingu w kategorii najmniejszych jednostek wygrał Samodzielny Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej w Augustowie, kierowany przez Dyrektor Danutę Zawadzką. Uzyskał 52 punkty na 60 możliwych. Na drugim miejscu uplasował się Samodzielny Publiczny Zespół Opieki Zdrowotnej w Głubczycach z wynikiem 51 punktów. Trzecie miejsce przypadło Samodzielnemu Publicznemu Zespołowi Opieki Zdrowotnej w Pajęcznie, który zdobył 49 punktów. Warto przypomnieć, że jednostki najmniejsze dysponują najniższymi budżetami. Ich pole manewrów finansowo-restrukturyzacyjnych jest więc dosyć wąskie.

W grupie szpitali, które mogą pochwalić się kontraktem z NFZ pomiędzy 30 a 69 mln zł zdecydowanie wyróżnił się Zespół Opieki Zdrowotnej w Łęczycy pod dyrekcją Andrzeja Pietruszki. Uzyskał aż 56 punktów, w tym maksymalną ilość zarówno w przypadku efektywności aktywów, jak i rentowności sprzedaży. Poprawił tym samym drugą lokatę z ubiegłorocznego Rankingu. Kolejny w zestawieniu Samodzielny Publiczny Wielospecjalistyczny Zakład Opieki Zdrowotnej MSW w Bydgoszczy, który rok temu wygrał w kategorii jednostek najmniejszych, zdobył o cztery punkty mniej. Również udało mu się osiągnąć najwyższe wskaźniki w dwóch kategoriach, w rentowności sprzedaży i w dynamice kontraktu z NFZ. Trzecie miejsce w tym zestawieniu z wynikiem 50 punktów zajął Samodzielny Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej w Kraśniku.

Wśród największych szpitali liderem okazał się Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny nr 6 Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka im. Jana Pawła II. Placówka, której dyrektorem jest Marian Kreis, uzyskała najlepszy wynik ze wszystkich szpitali w Rankingu – 57 punktów. Na drugim miejscu znalazł się Zespół Zakładów Opieki Zdrowotnej w Ostrowie Wielkopolskim z wynikiem 55 punktów, zaniżonym wyraźnie przez gorszy wynik w kategorii efektywność aktywów. Trzecie miejsce zajął Uniwersytecki Szpital Kliniczny im. Jana Mikulicza-Radeckiego we Wrocławiu, zdobywając 53 punkty.

O sukcesie finansowo-organizacyjnym wyróżnionych szpitali decyduje splot kilku czynników. Według Urbana Kielichowskiego, Członka Zarządu Magellan SA, do najważniejszych należy zespół zbudowany wokół sprawnego menedżera. Skuteczne zarządzanie pozwala zadłużonym jednostkom wychodzić na finansową prostą, a następnie generować zyski. Te z kolei najczęściej obracane są na nowe inwestycje, które w ostatecznym rozrachunku służą podwyższaniu jakości świadczeń medycznych, czyli dobru pacjentów. Poza tym Urban Kielichowski podkreśla, że dla szpitali, które zajęły dalsze miejsca w rankingu, to także szansa na korzystanie z doświadczeń najlepszych jednostek. Wzory dobrych praktyk mogą okazać się szczególnie istotne w kontekście ustawy Ministerstwa Zdrowia o sieci szpitali.

Magellan już od 2008 roku analizuje informacje o sytuacji szpitali w Polsce oraz przygotowuje corocznie raporty o kondycji finansowej sektora ochrony zdrowia. Stanowią one cenne źródło wiedzy na temat zmian na rynku medycznym i kierunków jego rozwoju.

Autorem metodologii rankingu i obliczeń jest spółka Magellan. Weryfikacji danych finansowych zawartych w Rankingu Szpitali Publicznych 2017 dokonała firma doradcza Deloitte.

Komentarz sektorowy: Robert Kauf, menedżer w dziale konsultingu, Deloitte

„Planowane przez Ministerstwo Zdrowia wprowadzenie Podstawowego Szpitalnego Zabezpieczenia Świadczeń Opieki Zdrowotnej (tzw. sieć szpitali) to największa zmiana w zakresie finansowania szpitali od lat. Jest za wcześnie, by oceniać skutki tego systemu, jednak z pewnością sprawi on, że szpitale będą musiały zaadaptować się do nowej rzeczywistości. Dla części z nich może oznaczać to uelastycznienie budżetów, dla innych z kolei potrzebę dostosowania profilu działalności do nowych warunków. Przede wszystkim jednak jest to sygnał świadczący o kierunkowej zmianie w strategii rozwoju tej części branży medycznej. Po zastopowaniu procesu komercjalizacji i prywatyzacji szpitali jest to kolejny krok w kierunku bardziej zintegrowanego systemu. Skutki tych zmian z pewnością będą różne dla różnych szpitali, najwięcej zyskać mogą największe z nich, oferujące najszerszy zakres świadczeń. Mniejsze szpitale, o profilu niewpisującym się w wymagania ministerialne mogą natomiast stracić, biorąc pod uwagę fakt, że na ich potrzeby przewidziano jedynie 9 proc. budżetu przeznaczonego na leczenie szpitalne.

Kolejnymi kwestiami, z którymi muszą zmagać się szpitale jest korekta wycen świadczeń, prowadzona przez AOTMiT (w szczególności dotyczyć będzie to placówek, które znajdą się poza tzw. siecią szpitali) oraz zapowiedź zmiany systemu finansowania, poprzez likwidację NFZ i finansowanie bezpośrednio z budżetu. Korekta wycen, tak jak i tzw. sieć szpitali, w największym stopniu dotyka szpitale o mniejszej liczbie specjalizacji, z uwagi na znaczne zmiany wycen w niektórych obszarach, jak np. kardiologia. Likwidacja NFZ jest natomiast zmianą dotykającą każdego świadczeniodawcę w ramach publicznej służby zdrowia, jednak jej zakres nie jest jeszcze do końca znany. Wiele efektów z pewnością uwidoczni się dopiero w 2018 roku po uruchomieniu systemu finansowania poprzez Wojewódzkie Urzędy Zdrowia.”

Pierwsza spółka typu REIT – Griffin Premium RE.. zadebiutowała na GPW

W czwartek, 13 kwietnia, na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie zadebiutowały akcje Griffin Premium RE.. N.V., która jest pierwszą spółka typu REIT notowaną na warszawskim parkiecie. Kurs akcji na otwarciu sesji wyniósł 5,70 zł, co przekłada się na kapitalizację rynkową Griffin Premium RE.. na poziomie 890 mln zł (około 206 mln euro).

– Bardzo nas cieszy, że Griffin Premium RE.. jest pierwszą spółką typu REIT notowaną na warszawskim parkiecie. W pewnym sensie, otwieramy nowy rozdział w rozwoju GPW i polskiego rynku kapitałowego. Dotychczas bowiem polscy inwestorzy, szczególnie inwestorzy indywidualni, nie mieli tak dogodnej możliwości zainwestowania w rynek nieruchomości komercyjnych. Kupując akcje Griffin Premium RE.., mogą pośrednio stać się współwłaścicielami 9 atrakcyjnych nieruchomości biurowych i biurowo-handlowych o łącznej wartości ponad 500 mln euro, które znajdują się w naszym portfelu, i tym samym mieć udział w dochodach z wynajmu tych nieruchomości. Mimo że w Polsce jesteśmy wciąż na etapie tworzenia legislacji regulującej działalność podmiotów typu REIT, my już dzisiaj oferujemy inwestorom korzyści klasycznego REIT, tj. wypłatę w formie regularnej dywidendy środków finansowych pochodzących z wynajmu nieruchomości komercyjnych – powiedziała Dorota Wysokińska-Kuzdra, prezes Griffin Premium RE..

– Dzisiejszy dzień jest wyjątkowy zarówno dla polskiego rynku kapitałowego jak i rynku nieruchomości. Bardzo się cieszymy, ze na polskiej giełdzie debiutuje spółka, której intencją jest przekształcenie się w REIT, czyli w fundusz zarządzający nieruchomościami, z ofertą skierowaną nie tylko dla inwestora instytucjonalnego, ale przede wszystkim indywidualnego – powiedział Jarosław Grzywiński, p.o. Prezesa Zarządu GPW.

Łączna wartość oferty publicznej akcji Griffin Premium RE.. wyniosła ponad 508 mln zł (około 118 mln euro) i była to jedna z największych transakcji IPO na warszawskiej giełdzie w ostatnich latach. Z emisji nowych akcji Spółka pozyskała środki w zakładanej wysokości ponad 126 mln zł, które zostaną przeznaczone na rozbudowę portfela nieruchomości. Zgodnie z zapowiedziami, około 18 mln euro Spółka zamierza przeznaczyć na zakup budowanego przez Echo Investment biurowca West Link we Wrocławiu, który zostanie ukończony na przełomie pierwszego i drugiego kwartału przyszłego roku, a który już teraz jest niemal w całości wynajęty renomowanemu najemcy, jakim jest Nokia, na okres siedmiu lat. Pozostałe środki Griffin Premium RE.. zainwestuje w trzy projekty biurowe realizowane przez Echo Investment w Warszawie.

W ramach oferty nowym inwestorom przydzielonych zostało łącznie 89.167.223 akcji, których cena została ustalona w drodze budowy księgi popytu na 5,70 zł za akcję.

Na otwarciu sesji pierwszego dnia notowania akcji Spółki na GPW, tj. 13 kwietnia br., ich kurs wyniósł 5,70, a zatem był równy cenie z oferty publicznej, co przekłada się na kapitalizację rynkową Spółki na poziomie 890 mln zł (około 206 mln euro).

W procesie IPO Griffin Premium RE… funkcję globalnych koordynatorów oraz współzarządzających księgą popytu pełnili Bank Zachodni WBK S.A. oraz Joh. Berenberg, Gossler & Co. KG, natomiast Dom Maklerski BOŚ S.A. pełnił funkcję współmenedżera Oferty.

Finansiści nowej ery nie będą już księgowymi

Dla większości dzisiejszych firm zmiana nie jest opcją – jest koniecznością napędzaną przez oczekiwania klientów i tempo innowacji. Jak powinny ewoluować działy finansowe firm, żeby generować przychód organizacji w dobie gwałtownych zmian społecznych, gospodarczych i technologicznych? O receptę na sukces CIMA (Chartered Institute of Management Accountants), AICPA i Oracle zapytały ponad 430 starszych managerów w USA i Kanadzie. Wyniki znalazły się w raporcie „Agile Finance Revealed – The New Operating Model for Modern Finance”, o którym przedstawiciele CIMA, Shell, UBS, Amway oraz IAG dyskutowali na początku kwietnia w Krakowie.

Ponad 80% respondentów raportu zgodziło się, że ich funkcja finansowa odgrywa wiodącą rolę w zapewnieniu płynnej odpowiedzi biznesu na zmiany i tym samym – rynkowego sukcesu. Tymczasem tylko 30% managerów potwierdziło, że ich działy faktycznie wspierają firmę w wydajny sposób. Jakie zastosowali rozwiązania, żeby zmienić tę sytuację? Przede wszystkim – przestali być tylko księgowymi i weszli w partnerskie relacje z biznesem, pracując w ramach zintegrowanych, wspartych nowymi technologiami zespołów.

Ewolucja usług do biznesowego partnerstwa

Jednym z kluczowych czynników sukcesu jest dostrzeżenie i adaptacja zmiany, jaka nastąpiła w rozumieniu funkcji centrów usług wspólnych dla globalnych korporacji. Tę „lekcję” ma już za sobą Shell.

–  Koncepcja posiadania dostawcy usług przestała odpowiadać rzeczywistym potrzebom globalnych organizacji. Centra operacyjne są strategicznymi jednostkami, które integrują coraz więcej funkcji finansowych w jednym miejscu. Zmiana mentalności takich centrów z usługodawców na biznesowych partnerów jest  więc kluczowa. Od mojego zespołu oczekuję przede wszystkim myślenia o tym, na jakie pytania powinien odpowiadać biznes, a nie dostarczania odpowiedzi dla standardowych zagadnień. Ci ludzie znajdują się na wyjątkowej pozycji, które pozwala im na kompleksowe spojrzenie na dane, procesy i dostarczenie informacji, które będą uwzględniały różne punkty widzenia. Będzie to wymagało ewolucji zachowań i kompetencji. Ponadto, wraz z rozwojem technologii (takich jak robotyka i niskokosztowa automatyzacja), coraz więcej czasu, zamiast na rutynowe procesy, będą mogli poświęcić na zrozumienie „co, dlaczego i co z tego wynika” – komentuje Ian Scott, menedżer ds. finansów odpowiedzialny za globalne raportowanie operacji w ramach Shell.

Tworzenie zintegrowanych zespołów powinno łączyć się z rozwijaniem potencjału analiz big data oraz sztucznej inteligencji. Ich prawidłowe wykorzystanie doprowadzi do zmiany statusu jednostek odpowiedzialnych za finanse z departamentów rozliczeniowych na swoiste R&D, w których opracowuje się strategie.

Rachunkowość to za mało

Jak wskazuje raport, innowacyjne rozwiązania muszą być uzupełnione przez nowe kompetencje kadr finansowych

– Finansiści nowej ery muszą świetnie rozumieć biznes, żeby stać się jego doradcami i oderwać się od świata złożonego z samych liczb. Powinni doskonale komunikować się z otoczeniem by skutecznie wywierać wpływ na decyzje zarządów firm. Równocześnie, nowe umiejętności w statystyce, analizie i wizualizacji danych będą konieczne, żeby dostarczać naprawdę wartościowych i kluczowych informacji. Wypełnienie istniejącej luki będzie ogromnym wyzwaniem dla nowoczesnych organizacji. Tak jak w wielu przypadkach, kiedy mamy do czynienia z zarządzaniem zmianą, najważniejsze i zarazem najtrudniejsze do zdobycia będą tzw. umiejętności miękkie. Wśród nich bardzo często wymieniane jest tzw. attitude – zrozumienie wagi swojej roli, nastawienie na realizację celów i gotowość do proaktywnego działania – komentuje Jakub Bejnarowicz, szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.

Perfekcyjny lider się opłaca

Przedsiębiorstwa wspierane przez elastycznych liderów finansów nowej ery znacznie częściej wykazują wzrost przychodów (89% vs 63%) i potrafią zwiększyć rentowność (95% vs 70%). Co ich charakteryzuje? Są m.in. znacznie bardziej skłonni do wprowadzania pełnego zarządzania wydajnością w oparciu o chmurę (51% vs 17%) oraz technologii przyszłości takich jak np. robotyzacja (44% vs 12%). Elastyczni liderzy wskazywani są również jako wysoce efektywni w dostarczaniu perspektywicznych analiz, które pozwalają identyfikować nowe możliwości wzrostu biznesu.

Raport „Agile Finance Revealed – The New Operating Model for Modern Finance” swoją polską premierę miał na początku kwietnia w Krakowie podczas spotkania Money Talks, zorganizowanego przez CIMA, Shell Business Operations oraz UBS.

Pełna wersja raportu dostępna jest pod linkiem: http://www.cgma.org/resources/reports/agile-finance-revealed-the-new-operating-model-for-modern-finance.html

Wyprzedaż na dolarze oraz osłabienie złotego

Trump opowiada o Chinach, NATO, Yellen i dolarze. Nowa narracja oderwana od obietnic kampanijnych. Wyprzedaż na dolarze oraz osłabienie złotego.

Ktoś tu się mija z prawdą…

“Nikt wam tyle nie da, ile my obiecamy”. Hasło bardzo dobrze znane polskim (wszystkim?) wyborcom. Wielokrotnie przekonaliśmy się, że rzeczywistość z kampanii wyborczej ma się nijak do rzeczywistości po wyborach. Niedotrzymywanie obietnic jest stałym elementem demokratycznych procesów. Jednak to, co wydarzyło się za oceanem, wprowadza politykę na zupełnie nowy poziom. Takiej metamorfozy między kandydatem a prezydentem nie obserwowano prawdopodobnie nigdy wcześniej. Liczba zmian jaka zaszła w Donaldzie Trumpie po wygraniu wyścigu o fotel prezydencki musi robić wrażenie i to niezależnie od tego, jak kto je ocenia.

Cynizm czy po prostu polityka?

Wczorajsza wypowiedź prezydenta USA znów przyniosła zmianę frontu na wielu płaszczyznach. Po pierwsze okazało się, że Chiny, mimo wcześniejszej ostrej krytyce, wcale nie są manipulatorem na rynku walutowym. Gigantyczna nierównowaga w handlu bilateralnym nie jest już tak istotna. Wpływ na zmianę nastawienia może mieć fakt, że Państwo Środka od pewnego czasu raczej umacnia swoją walutę, niż ją osłabia. Może też być jednak spowodowane próbą rozwiązania problemu koreańskiego, gdzie pomoc chińskiego partnera byłaby mile widziana. Pół roku wystarczyło również, by NATO nadrobiło swoje zaległości i przestało być sojuszem przestarzałym. Choć za jego nagłym awansem może stać równe nagłe pogorszenie się stosunków na linii Moskwa – Waszyngton.

Co dalej z Yellen?

Pewną zmianę nastawienia można dostrzec w stosunku do Janet Yellen. Trump, jak sam mówi, wciąż się zastanawia i nie podjął jeszcze decyzji co do drugiej kadencji pani prezes. Widocznie nie pamięta już, że FED jest “bardziej upolityczniony niż senator Clinton”. Z drugiej strony może to być również próba nacisku na Yellen, która wyraźnie staje się coraz mniej gołębia. Prezydent wczoraj szczerze przyznał, że “lubi politykę niskich stóp procentowych”. Jest to o tyle zrozumiałe, że po pierwsze każdy deweloper lubi taką politykę. Po drugie niskie stopy sprzyjają gospodarce, a po trzecie ich podnoszenie umacnia lokalną walutę. A dolar według Trumpa jest zbyt mocny. Zresztą wczorajsza wypowiedź uderzyła w notowania dolara, który na wieczór wyraźnie się osłabił, co pięknie domyka temat Chin jako manipulatora na rynku walutowym.

Złoty wciąż traci.

Początek czwartkowej sesji przynosi osłabienie złotego na rynku walutowym. Większość walut jest obecnie droższa niż wczoraj. Wyjątkiem jest oczywiście dolar, który nie zdążył jeszcze odrobić strat spowodowanych słowami Trumpa. W dzisiejszym kalendarzu odczytów makro warto zwrócić uwagę na liczbę zasiłków dla bezrobotnych w USA oraz rodzimy bilans płatniczy.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Inwestycyjna sztafeta. USA przekazują pałeczkę Europie

Robert Ślepaczuk Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI
Robert Ślepaczuk Szef Inwestycji Ilościowych w Union Investment TFI

Jeśli prześledzimy globalne przepływy kapitału pomiędzy funduszami ETF zauważymy, że od kilku tygodni trwa wyhamowanie napływów na amerykański rynek akcji. W ostatnich dniach mieliśmy nawet do czynienia z odpływem kapitału z USA. To znacząca zmiana, ponieważ od wyboru Donalda Trumpa w listopadzie ubiegłego roku aż do lutego, popyt na amerykańskie akcje był bardzo silny. Głównym powodem wycofywania kapitału z USA jest rozczarowanie inwestorów tempem realizacji reform przez gabinet prezydenta Trumpa (ostatnia porażka w Kongresie w sprawie reformy „Obamacare”). Gospodarka USA jest bowiem wciąż w dobrej kondycji.

Kapitał płynie na europejski rynek akcji

Rynek nie znosi próżni, więc naturalnym jest, że odpływy kapitału w jednym miejscu powodują napływy w drugim. Korzystają na tym giełdy europejskie. Ten trend bardzo wyraźnie widać w stopach zwrotu z akcji. Zainteresowanie inwestorów akcjami spółek z Europy jest przy tym uzasadnione – i to pomimo tlących się jeszcze ryzyk politycznych.

Europejska gospodarka znajduje się obecnie w fazie przechodzenia z rewizji negatywnych do pozytywnych. Oczywiście nie mamy pewności, czy poprawa danych gospodarczych w Europie będzie długotrwała, jednak wiele na to wskazuje. Choćby wciąż wysokie odczyty wskaźników koniunktury w przemyśle (PMI) dla krajów strefy euro oraz coraz lepsze wyniki spółek europejskich i związane z nimi pozytywne rewizje przyszłych zysków. A to zachęca do inwestowania na europejskich parkietach.

Sytuacja na rynku złotego 13.04.2017

Kurs dolara USDPLN

kurs dolara wykresGdyby nie słowa Prezydenta Trumpa wypowiedziane wczoraj późnym wieczorem, które doprowadziły do tąpnięcia wyceny dolara na szerokim rynku, można było by powiedzieć, że kurs USDPLN idzie zgodnie z planem. Cena wczoraj testowała kilkukrotnie poziom 4,0050 co pozwalało myśleć o zaksięgowaniu technicznego poziomu 4,02. Słowa Prezydenta Trumpa, że dolar jest za mocny doprowadziły do znacznego osłabienia amerykańskiej waluty także względem złotówki. Fundamentalnie nic to nie zmieniło, jednakże inwestorzy będą ostrożniejsi inwestując w dolara. W przypadku dalszych spadków wsparciem pozostaje poziom 3,96 natomiast oporem 4,02.

 

Kurs euro EURPLN

Kurs euro wykresW relacji EUR do złotego widać wyraźnie zanikający przedświąteczny handel. Byki nie mają na tyle siły by przetestować opór przy 4,26 pomimo umocnienia się EUR na szerokim rynku. Cena od 2 tygodni porusza się w trendzie horyzontalnym pomiędzy 4,26 a 4,21. W najbliższych dniach nie zanosi się na wybicie w którąś stronę.

 

Kurs funta GBPPLN

kurs funta wykresFunt w końcu zaksięgował długo oczekiwany poziom 5 złotych. W tym miejscu aktywowała się podaż jednak zasięg pierwszego odreagowania jest niewielki. Do końca tygodnia ze względu na niską zmienność spowodowaną świętami nie zakładamy wybijania nowych szczytów. Bardziej prawdopodobna jest lokalna korekta. Wsparciem jest dolne ograniczenie potencjalnej formacji 1 do 1 na poziomie 4,9460. W przypadku wzrostów oporem pozostaje poziom ostatnich lokalnych szczytów przy 5,01.

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Trump: dolar jest zbyt silny

W tym roku zajączek wielkanocny przybrał dla inwestorów postać Trumpa. To właśnie podejmowane przez prezydenta USA działania lub wypowiedziane słowa są w ostatnim czasie tematem numer jeden na rynkach finansowych.

„Dolar staje się zbyt silny”. Te słowa wypowiedziane przez prezydenta USA Donalda Trumpa podczas wywiadu dla Wall Street Journal (WSJ), stały się wczoraj wieczorem bodźcem do mocnej przeceny dolara. Ich wydźwięk dodatkowo wzmocniła opinia prezydenta, że podoba mu się polityka niskich stóp procentowych jaką prowadzi Fed. Oznacza to bowiem zwrot o 180 stopni. Jeszcze jesienią ubiegłego roku, podczas kampanii prezydenckiej, krytykował on Janet Yellen i Fed za utrzymywanie zbyt niskich stóp procentowych. Teraz nie tylko chwali ten stan rzeczy, ale też nie wykluczył, że Yellen dalej będzie kierowała bankiem centralnym po wygaśnięciu obecnej kadencji.

W wywiadzie dla WSJ takich „kwiatków” było jeszcze więcej. Trump m.in. zaprzeczył, żeby Chiny manipulowały swoja walutą dla osiągnięcia korzyści handlowych, o co oskarżał je jeszcze w kampanii.

W reakcji na słowa prezydenta USA odnośnie dolara i stóp procentowych, ten pierwszy osłabił się w środę wieczorem do głównych walut. I tak kurs EUR/USD wzrósł z poziomu poniżej 1,06 do 1,0674 dolara, GBP/USD skoczył z 1,2490 do 1,2543 dolara, notowania USD/JPY spadły z 109,65 do 108,91 jena, a kurs USD/PLN zniżkował z poziomu powyżej 4 zł do 3,9723 złotego.

Czwartkowy poranek przynosi korektę wczorajszej przeceny dolara. O godzinie 09:58 kurs EUR/USD testował poziom 1,0643 dolara, USD/JPY 109,04 jena, USD/PLN 3,9876 złotego, a GBP/USD 1,2556 dolara. Ta ostatnia para stanowi tu wyjątek za sprawą mocnego zachowania funta wobec koszyka walut.

Zanim Trump wypowiedział się ws. dolara i polityki monetarnej, wcześniej „trząsł” innymi rynkami, co również było tematem numer jeden dla inwestorów. Najpierw była to próba likwidacji Obamacare, co było analizowane w kontekście realizacji kampanijnych zapowiedzi ws. podatków i wydatków na infrastrukturę. Następnie był odwetowy atak USA na bazę lotniczą w Syrii i pogorszenie stosunków z Rosją. Później zaś groźby skierowane w kierunku Korei Północnej. W efekcie na giełdach można było obserwować skok zmienności i wzrost awersji do ryzyka, a w reakcji na wzrost napięcia geopolitycznego związanego z Syrią i Koreą Północną, mocno podrożało m.in. złoto, jen i ropa.

Dziś prezydent Trump już raczej niczym nie zaskoczy. A nawet gdyby się to stało, to rynki finansowe w pewien sposób przyzwyczajone do tego, już nie powinny gwałtownie reagować. Szczególnie, że w przypadku wielu giełd czwartek jest ostatnim dniem roboczym w tym tygodniu, co automatycznie również będzie wpływało na jutrzejsze obniżenie aktywności na rynku walutowym. Stąd też dziś jedynym źródłem potencjalnych impulsów będą popołudniowe dane z USA (inflacja PPI, wnioski o zasiłki dla bezrobotnych, indeks Uniwersytetu Michigan), a także wyniki kwartalne amerykańskich banków (Citigroup, JPMorgan Chase, Wells Fargo).

Wczorajszy wieczorny wzrost EUR/USD zmienia układ sił na wykresie tej pary. Potwierdził bowiem wcześniejsze starania strony popytowej o zwrot z poziomu dolnego ograniczenia rysowanego od początku roku kanału wzrostowego. To zaś sugeruje możliwość kontynuacji zwyżki po Świętach. Dotychczas dołki w ramach wspomnianego kanału były regularnie wyznaczane co 7 tygodni, a dwa dotychczasowe szczyt dzieliło 7,5 tygodnia. Gdyby te proporcje czasowe zostały zachowane, to kolejny szczyt powinien zostać wyznaczony w trzecim tygodniu maja na poziomie nieco powyżej 1,10 dolara. To może być jednak wątpliwy scenariusz dla EUR/USD, gdyż wcześniej stronie popytowej przyjdzie zmierzyć się z ważnym oporem w okolicy 1,0850 dolara, jaki tworzy 11-miesięczna linia trendu spadkowego.

Środowe umocnienie dolara pokrzyżowało też nieco plany popytowi na USD/PLN. Kurs odbił się od psychologicznej bariery 4 zł, co może zwiastować ruch w dół. Wprawdzie można wątpić, czy publikowane dziś dane nt. bilansu płatniczego Polski staną się impulsem wzmacniającym złotego. Jednak już przyszłotygodniowa seria raportów z kraju, w tym dane o możliwym przyspieszeniu produkcji do ponad 7% R/R i sprzedaży detalicznej do ponad 8% R/R, takim impulsem będą. Szczególnie, jeżeli jednocześnie będą rosły notowania EUR/USD, a nastroje na rynkach globalnych się poprawią.

Czekając na potencjalne przyszłotygodniowe umocnienie złotego nie można jednak  zapominać, że tak naprawdę paliwo do jego aprecjacji wyczerpało się pod koniec marca, a nowego jest brak. Stąd też wyznaczone wówczas minima na polskich parach, nie tylko nie zostaną przełamane, ale każde zbliżenie się do nich będzie prowokować nowe zakupy walut.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Nerwowo w geopolityce

Środowy rozwój wypadków na rynku walutowym zaskoczył wielu inwestorów. Ostatecznie dolar zakończył dzień na minusie – podobnie zresztą jak ropa. Spadki zagościły też na parkietach akcyjnych.

Zarówno giełda w Warszawie jak i później amerykańskie indeksy giełdowe, zakończyły dzień na minusie. Nastroje w USA popsuł prezydent Trump, stwierdzając w wywiadzie dla The Wall Street Journal, że dolar jest zbyt mocny. Stwierdził też, że chciałby aby stopa procentowa pozostała na niskim poziomie dłużej. To stoi w sprzeczności nie tylko z polityką FED i dotychczasowymi oczekiwaniami rynku ale i wcześniejszym wypowiedziom Trumpa. Reakcją na taką wypowiedź musiało być osłabienie dolara.

Donald Trump zmienił też swoją retorykę względem Chin. W tym samym wywiadzie stwierdził, iż USA nie będą oskarżać Chin o manipulowanie kursem walutowym. Po wcześniejszym spotkaniu z przewodniczącym Xi Jinping sytuacja wygląda jak nowe otwarcie w stosunkach między dwoma mocarstwami. Tymczasem w dzisiejszym kalendarzu makroekonomicznym na inwestorów czekają jeszcze dane z amerykańskiego rynku pracy.

gold13042017r

Wczoraj pojawiły się też informacje o napięciach między Chinami a Koreą Północną, a także o możliwej próbie nuklearnej reżimu koreańskiego. Nerwowa sytuacja geopolityczna sprzyja rynkowi złota, stanowiącemu tradycyjnie „bezpieczną przystań”. Wczorajsze wzrosty doprowadziły złoto na wysokość górnej linii kanału spadkowego(1290). Jeśli bariera zostanie pokonana, wzrosty będą mogły sięgnąć poziomu 1340, gdzie znajduje się kluczowy opór. Wsparcie mamy na 1260.

Sylwester Majewski

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Wybory prezydenckie we Francji 2017

Wybory prezydenckie we Francji będą najważniejszym wydarzeniem politycznym tego roku. Mogą mieć bardzo duży wpływ na rynek kapitałowy. Przez lata przyzwyczailiśmy się, że wydarzenia polityczne w małym stopniu wpływały na rynek, Brexit był wyjątkiem. Niemniej jednak wybory we Francji oraz wybór eurosceptyka na prezydenta Francji może być ostatecznym ciosem w stronę Unii Europejskiej.

Jak przebiegają wybory?

Na chwile obecną liczy się 5 kandydatów. Pierwsza tura wyborów odbędzie się 23 kwietnia. Jeżeli żaden z kandydatów nie otrzyma ponad 50 procent głosów, to będzie konieczna druga tura wyborów, która została zaplanowana na 7 maja. W drugiej turze wyborów będzie brało udział dwóch kandydatów z największą liczbą głosów z pierwszej tury. Aby wygrać drugą turę wyborów i zostać nowym prezydentem Francji należy otrzymać więcej głosów niż rywal.

Kandydaci na fotel prezydenta Francji

We Francji na pierwszym miejscu stoi bezpieczeństwo, dlatego rozpatrzymy każdego z pięciu kandydatów pod tym względem. Dopiero potem skupimy się na gospodarce oraz sprawach zagranicznych.

Sylwetka kandydatów na prezydenta Francji

Sylwetka kandydatów na prezydenta Francji

Źródło: Bloomberg, opracowanie własne

Na wybory we Francji powinniśmy patrzeć przez pryzmat bezpieczeństwa. Na dalszy plan schodzi gospodarka oraz reszta czynników. Po ostatnich zamachach we Francji oraz pozostałych częściach naszego globu dominują kandydaci anty-imigracyjni. Z tego powodu największe szanse na wygraną pierwszej tury ma Marine Le Pen oraz Emmanuel Macron.

Sylwetka kandydatów

Źródło: Bloomberg

Potwierdzają to ostatnie sondaże. Najbardziej niebezpiecznym kandydatem jest Pani Le Pen, która zamierza opuścić Strefę Euro oraz Unie Europejską. Z tego też powodu ewentualna wygrana tego kandydata będzie przewrotem o 180 stopni.

Czy Marine Le Pen ma szanse na wygraną?

W pierwszej turze wyborów prawdopodobnie nie zobaczymy zwycięzcy. W drugiej turze powinno dojść do zmierzenia się kandydatki z partii National Front oraz kandydata z On the Move! Na chwile obecną w drugiej turze każdy spodziewa się wygranej Macron’a, który zamierza pozostać w Unii Europejskiej oraz wzmocnić swoją pozycję. Taki scenariusz nie wprowadziłby paniki na rynku kapitałowym.

Niemniej jednak Le Pen ma szanse na wygraną z kilku powodów. Po pierwsze jest najbardziej anty-imigracyjna z całego towarzystwa. Ostatnie zamachy potwierdzają konieczność zmiany. Po drugie, od 2009 roku Francja boryka się z bardzo niskim wzrostem gospodarczym oraz dużym bezrobociem. Od ostatniego kryzysu PKB Francji wzrosło o jedyne 5.3 procenta, z kolei gospodarka niemiecka urosła o 8.5 procenta, a brytyjska o 11.2 procenta. Bezrobocie jest największe wśród młodych osób, wynosi 26.2 procenta.

Stopa bezrobocia

Stopa bezrobocia

Źródło: Bloomberg

Od kryzysu średnia stopa bezrobocia jest na poziomie 9.6 procenta, wśród młodych jest jeszcze większa i wynosi 26 procent. Niemniej jednak Włochy oraz Hiszpania borykają się z jeszcze większym problemem.

Wszystko to powoduje, że ponad 88 procent ankietowanych osób twierdzi, że Francja znajduje się na złej drodze.

Jak widzisz przyszłość?

Jak widzisz przyszłość?

Źródło: Bloomberg

Jak ewentualna wygrana Le Pen przełoży się na rynek?

Ze względu na to, że mamy dwa etapy oraz 5 kandydatów scenariuszy jest dużo, ale my skupimy się na tych, które w największym stopniu mogą wpłynąć na rynek kapitałowy.

I tura wyborów:

Scenariusz 1:

Znacząca przewaga Le Pen nad Macron’em rzędu większego niż 5 punktów procentowych. Tak duża przewaga będzie oznaczała o wiele większe prawdopodobieństwo wygranej Le Pen w drugiej turze. W takich warunkach należy spodziewać się:

  • Wyprzedaży euro
  • Wzrost awersji do ryzyka, czyli kapitał napłynie w stronę jena japońskiego, franka szwajcarskiego oraz amerykańskich obligacji.
  • Kapitał odpłynie z rynków wschodzących, PLN zostanie wyprzedany
  • Euro straci na wartości
  • Obligacje francuskie zostaną wyprzedane
  • Giełdy znajdą się pod presją sprzedających

Scenariusz 2:

Le Pen i Macron wygrywają pierwszą turę ze zbliżonym wynikiem. Scenariusz ten jest wyceniany przez rynek, zatem nie należy spodziewać się dużych ruchów.

Scenariusz 3:

Le Pen przegrywa pierwszą turę wyborów lub traci do Macron’a więcej niż 5 punktów bazowych. W takim przypadku należy spodziewać się spadku awersji do ryzyka. Rynki powinny zareagować odwrotnie niż w scenariuszu pierwszym.

II tura wyborów:

Gdyby zrealizował się scenariusz 1 z I tury wyborów, to tutaj moglibyśmy zobaczyć jego kontynuację. Z drugiej strony gdyby drugi scenariusz został zrealizowany do w II turze wyborów rynki czekałyby z niepewnością na napływające informacje. Ewentualna wygrana Le Pen byłaby wstrząsem dla rynku, z kolei wygrana Macron’a doprowadziłaby do spadku awersji do ryzyka.

Transakcje bankowe już z wykorzystaniem odcisku palca właściciela konta

W Polsce liczba aktywnych użytkowników bankowości mobilnej to 7,7 mln osób, jak wynika z danych na koniec 2016 r. Zaledwie w ciągu ostatniego roku ich liczba zwiększyła się o 2 mln. Bijemy światowe rekordy w korzystaniu z bankowości internetowej.

Największym bankiem mobilnym w Polsce, według statystyk serwisu PRNews.pl, jest mBank, który na koniec 2016 r. miał 854 tys. aktywnych użytkowników aplikacji mobilnej. Ma także największy odsetek klientów korzystających z banku w komórce: 29,8 proc. wśród ogółu klientów.

Już prawie 20 proc. wszystkich przelewów w mBanku dokonywana jest wprost z aplikacji mobilnej. Z kolei sprzedaż ubezpieczeń turystycznych w 30 proc. realizowana jest w kanale mobilnym. Co piąty kredyt gotówkowy został sprzedany przez aplikację.

Jedną z kluczowych funkcji w nowej aplikacji mBanku, z logowaniem do konta poprzez odcisk palca, są płatności mobilne Android Pay. Po raz pierwszy w Europie oferowane są w zupełnie nowym modelu, w którym dodanie karty do Android Pay odbywa się wprost z aplikacji banku. Aby płacić zbliżeniowo telefonem, wystarczy z listy kart widocznych w aplikacji wybrać tę, którą chcemy płacić przy użyciu smartfona i w kilku prostych krokach dodać ją do płatności Android Pay. Oznacza to, że po raz pierwszy nie trzeba już pobierać osobnej aplikacji Android Pay. Dzięki temu cała operacja aktywacji karty mobilnej w smartfonie jest szybsza i bardziej intuicyjna.

– Jesteśmy ikoną mobilności nie tylko za sprawą oferowanych rozwiązań, ale przede wszystkim dzięki klientom, którzy z każdym dniem coraz aktywniej wykorzystują aplikację mBanku. Naszym priorytetem jest dalszy rozwój mobilnych narzędzi i procesów w taki sposób, aby wszystkie istotne sprawy można było załatwić z użyciem smartfona. Litera „m” w nazwie mBanku nie jest przypadkowa. Chcemy być synonimem bankowości ery mobilnej – mówi Cezary Stypułkowski, prezes mBanku.

Trump znowu to zrobił

Prezydent Donald Trump nie pierwszy raz zrywa z tradycją i otwarcie komentuje położenie USD, co kończy się wyprzedażą na całej linii. Trump odchodzi też od oskarżania Chin jako manipulatora kursem, więc AUD i NZD dostały dodatkowy impuls. Gdzieś w tle pozostają obawy o testy militarne w Korei Północnej, ale im bliżej długiego weekendu, tym mniejsza aktywność rynków.

Prezydent Trump zrzucił w przepaść dolara i rentowności obligacji skarbowych USA sugerując w wywiadzie dla Wall Street Journal, że dolar jest za silny i finalnie będzie szkodliwy dla USA. Dodał też, że preferuje niskie stopy procentowe. Jakkolwiek słowa Trumpa nie mogą być potraktowane jako oficjalne stanowisko administracji (od tego jest Sekretarz Skarbu), to jednak przypominają, że polityka nowego prezydenta niekoniecznie musi przynosić same korzyści dla dolara. Dodatkowo Trump powiedział, że Chiny nie powinny być określane manipulatorem kursowym, co jest wyraźnym odejściem od stanowiska przedstawianego podczas kampanii wyborczej. Rodzi to wątpliwości, że faktyczna polityka handlowa USA może nie być tak ostra, jak obiecywał Trump, w rezultacie czego wsparcie dla USD będzie mniejsze. Przy takim zestawie zaskakujących stwierdzeń zginęły komentarze, że Trump lubi i szanuje Yellen i nie wyklucza przyznania jej kolejnej kadencji.

Trump wystraszył posiadaczy długich pozycji w dolarze względem walut ryzykownych i stał się darmową nagrodą dla pozycji ustawionych pod ostatni wzrost awersji do ryzyka – głównie USD/JPY. Łącznie mamy nieprzewidywalność prezydenta USA, niewiadome plany Korei Północnej oraz perspektywę długiego weekendu. To w większym stopniu skłania do trzymania się z boku lub zamykania pozycji, co także tyczy się spekulacyjnej sprzedaży dolara otwieranej wczoraj wieczorem. EUR/USD może być najbardziej wrażliwy na odwrót™, biorąc pod uwagę francuskie wybory. Przeciw silnemu porzucaniu USD przemawia także fakt, że rynek nie jest już tak przepełniony nadziejami odnośnie wpływu polityki fiskalnej administracji Trumpa, jak to jeszcze było pod koniec ubiegłego roku. Obecnie polityka Fed jest głównym motorem siły USD, a tutaj wywiad Trumpa nic nie zmienia. Jednak na razie „efekt Trumpa” zostawia skazę na dolarze i kupowanie teraz raczej nie przyniesie wiele pożytku.

AUD jest dziś najsilniejszy nie tyle po pozytywnym komentarzu Trumpa odnośnie Chin (choć to też pomaga), ale w reakcji na bardzo dobre dane z rynku pracy Australii. Wzrost zatrudnienia w marcu sięgnął 60,9 tys. przy prognozie 20 tys., co wstępnie wzbudziło obawy, że dane ponownie podlegają dziwnym aberracjom, ale urząd statystyczny szybko wykluczył błędy. RBA z przyjemnością przyjmie dzisiejsze dane, choć wciąż nie pozbędzie się wszystkich obaw o sytuację na rynku pracy, kiedy stopa bezrobocia pozostaje na 5,9 proc. Rynek ucieka z krótkich pozycji w AUD budowanych w ostatnich dniach, ale mam wątpliwości, czy trend się utrzyma. Napięcia geopolityczne nie są sprzyjającym czynnikiem, a ponadto zagrożeniem jest trwający od pięciu dni zjazd cen rudy żelaza. Jeśli popyt na USD się ponownie przebudzi, AUD/USD ma najwięcej do stracenia.

Wczoraj Bank Kanady okazał się mniej gołębi niż większość rynku oczekiwała, choć zgodnie z naszymi przewidywaniami. Podkreślony optymizm w stosunku do danych z gospodarki oraz wyższe prognozy PKB skłaniają do przybliżenia oczekiwań pierwszej podwyżki stóp procentowych, choć prawdopodobnie nie nastąpi to wcześniej, jak w połowie przyszłego roku. Ogólnie jednak rynek ma więcej argumentów (razem z silną postawą ropy naftowej) do premiowania CAD na tle innych walut G10.

Po danych z rynku pracy Australii i handlu zagranicznego Chin (lepsze od prognoz) reszta kalendarza prezentuje się marnie i nie powinna być przyczynkiem do podniesienia zmienności.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.