Kompap: wzrost sprzedaży do 65,11 mln zł w 2016

Grupa Kompap SA, do której należą dwie wiodące drukarnie dziełowe w Polsce – BZGraf i OZGraf, w 2016 roku zwiększyła o 4% przychody ze sprzedaży do 65,11 mln zł wobec 62,55 mln zł w 2015 r. Jednocześnie zysk z działalności operacyjnej sięgnął  5,17 mln zł w porównaniu do 6,91 mln zł przed rokiem. W związku z zakończeniem rozliczania strat z lat poprzednich grupa zapłaciła w 2016 podatek dochodowy i na koniec roku zarobiła na czysto 2,70 mln zł. Rok wcześniej skonsolidowany zysk netto wyniósł 4,73 mln zł.

W 2016 roku sprzedaliśmy ze stratą nieruchomość inwestycyjną w Otoczynie i  zapłaciliśmy podatek dochodowy, co znalazło swoje odzwierciedlenie w wynikach. Najistotniejsze jest jednak to, że po raz kolejny dzięki wytężonej pracy osiągnęliśmy satysfakcjonujące wyniki sprzedażowe, generując z nich zyski i to pomimo relatywnie trudnej sytuacji na rynku poligrafii. Rokrocznie już w Kompapie zwiększamy sprzedaż, umacniając się zarówno w Polsce, jak i za granicą. Co więcej z myślą o dalszym rozwoju poczyniliśmy też w 2016 roku duże inwestycje w maszyny introligatorskie, dzięki którym możemy znacznie zwiększać potencjał produkcyjny w naszych zakładach – mówi Waldemar Lipka, prezes zarządu Kompap SA.

Kompap specjalizuje się w druku dziełowym, a najważniejszą pozycję w asortymencie zajmują  książki, w tym albumy i wydawnictwa encyklopedyczne. W 2016 roku przychody z tytułu sprzedaży książek zwiększyły się o 9% r/r, generując 83% przychodów grupy. Oferta grupy obejmuje też składankę komputerową, wyroby samoprzylepne, czasopisma, gazety, katalogi, a także kalendarze i rolki.

Odbiorcami produktów Kompapu są przede wszystkim wydawnictwa krajowe i zagraniczne. W 2016 roku grupa po raz kolejny zwiększyła eksport – do poziomu 14,11 mln zł, co oznacza wzrost o ponad 12% r/r. Tym samym sprzedaż zagraniczna odpowiadała już za 22% skonsolidowanych przychodów. Równolegle Kompap umocnił się też na rynku krajowym. Przychody z tego tytułu wzrosły w 2016 roku do 51,01 mln zł wobec 50,00 mln zł rok wcześniej. Grupa sprzedaje swoje produkty do kilkunastu krajów europejskich. Poza Polską obecna jest m.in. na rynkach skandynawskich, w Holandii, Wielkiej Brytanii czy w Niemczech.

W 2017 roku będziemy kontynuować działania mające na celu dalszy wzrost sprzedaży w ramach grupy. Mamy w portfelu renomowane drukarnie, cenione za wysoką jakość przez klientów nie tylko w kraju, ale też za granicą. Dobrym przykładem jest chociażby OZGraf, który w 2016 roku zanotował najwyższe od siedmiu lat przychody z eksportu. Zamierzamy wykorzystać tę dobrą pozycję, jaką cieszą się dziś nasze zakłady i sukcesywnie zwiększać swoją obecność w Polsce i w Europie. Pomogą nam w tym dalsze inwestycje, dzięki którym możemy obsłużyć zwiększone zamówienia – przyznaje Waldemar Lipka. – W samym Kompapie z kolei chcemy rozwijać dystrybucję produktów papierniczych głównie poprzez kanał hurtowy i umacniać się na rynku dostawców w zakresie paper & packaging. Mamy więc przed sobą pozytywne perspektywy, które pozwalają z optymizmem patrzeć na rozwój całej grupy i budować wartości dla akcjonariuszy – podsumowuje prezes Kompapu.

Marcin Kiepas: Kurs funta może poszybować do 5,30 zł.

W środę złoty może korygować wczorajsze umocnienia do euro, dolara i szwajcarskiego franka, jednocześnie dalej tracąc w relacji do brytyjskiego funta.

Wczorajszy dzień dość nieoczekiwanie „skradła” brytyjska premier Theresa May, zapowiadając na 8 czerwca przedterminowe wybory parlamentarne na Wyspach. Jakkolwiek inwestorzy giełdowi odebrali to jako jeszcze jeden czynnik ryzyka, to rynek walutowy ocenił całą sytuację z nieco dalszej perspektywy i uznał, że ostatecznie wybory zmniejszą ryzyko polityczne związane z BREXIT-em. W efekcie umocnił się nie tylko funt, ale do koszyka głównych walut zaczął też zyskiwać m.in. złoty i węgierski forint. W umocnieniu złotemu pomogło również oczekiwanie na publikowaną w tym tygodniu serię, jak się zakłada, pozytywnych danych makroekonomicznych z Polski, a także wyraźny wzrost notowań EUR/USD.

Powody, które wczoraj stały za umocnieniem funta, dziś wciąż pozostaną aktualne. Stąd też notowania GBP/PLN mają szansę kontynuować ruch w górę. Taki scenariusz wspiera analiza sytuacji na wykresie dziennym tej pary, gdzie po powrocie powyżej psychologicznej bariery 5 zł i przełamaniu oporu na 5,0360 zł, otwarta została droga do strefy podażowej 5,1070-5,1370 zł. I to wcale nie musi być koniec zwyżek. Potencjalne przełamanie 5,1370 zł powinno skutkować ruchem w okolice 5,24 zł. A może nawet i do 5,30 zł.

O ile GBP/PLN może dziś kontynuować ruch z wczoraj, to w przypadku pozostałych polskich par, raczej należy nastawić się na korektę ich wtorkowego spadku. Za takim scenariuszem przemawia nie tylko obserwowana rano realizacja zysków na EUR/USD, ale też brak perspektyw na wyraźną poprawę nastrojów na rynkach globalnych, przy jednoczesnym możliwym narastaniu obaw przed niedzielnymi wyborami prezydenckimi we Francji, co będzie biło w złotego i inne aktywa traktowane jako ryzykowne.

Dziś startuje maraton publikacji makroekonomicznych z rodzimej gospodarki. O godzinie 14:00 Główny Urząd Statystyczny (GUS) opublikuje marcowe dane nt. przeciętnego wynagrodzenia i zatrudnienia w polskim sektorze przedsiębiorstw. Oczekuje się, że roczna dynamika płac przyspieszyła do 4,25 proc. z 4 proc. w lutym, a zatrudnienia pozostała na poziomie 4,6 proc. Dane te mogą okazać się nieco lepsze od prognoz, ale będą miały umiarkowany wpływ na notowania złotego.

W czwartek inwestorzy poznają, najważniejsze z całej grupy, dane o produkcji przemysłowej (prognoza: 7,15 proc. R/R) i sprzedaży detalicznej (prognoza: 8,2 proc.) w marcu, a także marcowy raport o cenach produkcji sprzedanej przemysłu (prognoza: 4,65 proc. R/R) i kwietniowy raport o koniunkturze konsumenckiej.

W piątek zostaną opublikowane dane nt. koniunktury gospodarczej w Polsce w kwietniu, a także protokół z ostatniego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej (RPP). Tego samego dnia również agencja S&P dokona aktualizacji oceny wiarygodności kredytowej Polski. W tym ostatnim przypadku nie należy spodziewać się, ani zmiany ratingu, ani też jego perspektywy. Stąd też decyzja Nie wpłynie na złotego. Temat ratingu zacznie rozgrzewać emocje dopiero w okolicach 12 maja, gdy będzie o nim decydowała agencja Moody’s.

Wspomniana wcześniej publikacja danych o płacach i zatrudnieniu w Polsce będzie mieć najwyżej umiarkowany wpływ na notowania złotego, które pozostaną dziś pod głównym wpływem czynników globalnych. To oznacza, że głównym tematem rynkowym będą dziś wybory we Francji i Wielkiej Brytanii, dane inflacyjne ze Strefy Euro, nastroje na giełdach i sytuacja na rynku surowcowym.

O godzinie 08:42 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2380 zł, USD/PLN 3,9535 zł, CHF/PLN 3,9640 zł, a GBP/PLN 5,0665 zł.

Aktualna sytuacja na wykresach polskich par sugeruje, że pod koniec marca wyczerpał się potencjał aprecjacyjny złotego. Jako, że obecnie brakuje nowego paliwa do trwałego umocnienia złotego, a jednocześnie na horyzoncie czai się kilka potencjalnych ryzyk (np. wybory we Francji, geopolityka), to w najbliższych tygodnia bardziej prawdopodobne jest osłabienie niż umocnienie polskiej waluty.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Sprzedaż samochodów osobowych: najlepszy marzec w XXI wieku

Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów ACEA podało, że z polskich salonów w marcu br. wyjechało ponad 49 tys. nowych samochodów osobowych, o 26% więcej niż rok temu (24. miesiąc wzrostu z rzędu). Od początku roku zarejestrowano prawie 126 tys. osobówek, czyli aż o jedną piątą więcej niż w I kwartale ubiegłego roku. Dobra passa nie omija także Unii Europejskiej, gdzie w marcu zarejestrowano o ponad 11% nowych aut więcej niż rok temu. Eksperci Exact Systems, firmy kontrolującej części samochodowe, zwracają uwagę, że choć tempo wzrostu rynku dyktują marki popularne, to ponadrynkową dynamiką może pochwalić się segment premium.

– Idziemy na kolejny rekord – tak zarówno marcowy jak i kwartalny wynik komentuje Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems. – Ubiegły rok zakończyliśmy wynikiem stulecia, a wewnętrzny popyt na nowe samochody w ciągu pierwszych trzech miesięcy pozwala nam sądzić, że w całym 2017 roku przekroczymy kolejną granicę wyznaczoną w 2000 roku, kiedy w Polsce w sumie zostało sprzedanych 479 tys. nowych osobówek. Znaczący udział w tym nadal będą mieć firmy, które kupują dwa razy więcej aut niż klienci indywidualni. Ponadto, dużo mocniej niż cały rynek rośnie segment premium. W marcu zanotowaliśmy wzrost aż o 37% w porównaniu do wyniku sprzed roku. Oba trendy naszym zdaniem powinny utrzymać się w kolejnych miesiącach – mówi Paweł Gos.

Najlepszy marzec w XXI wieku

W marcu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 49 429 sztuk nowych samochodów osobowych, czyli aż o 26% więcej niż w tym samym miesiącu 2016 r.[1] Jest to najwyższy marcowy wynik od początku wieku. W strukturze kupujących zdecydowaną większość stanowią firmy (69% udział), klienci indywidualni to zaledwie niecała jedna trzecia rynku. W marcu br. najchętniej kupowaną marką samochodową w segmencie osobówek w Polsce była Skoda. Druga na liście uplasowała się Toyota, na najniższym miejscu podium znalazł się Volkswagen.

Od początku roku, w ciągu trzech miesięcy zarejestrowano w Polsce 125 932 nowe samochody osobowe, czyli o 20,3% więcej rok do roku.

Europejski rynek również ma się dobrze

Dobra passa utrzymuje się nie tylko w Polsce, ale w prawie całej Europie. Z danych ACEA wynika, że w marcu br. Europejczycy kupili niemal 1,9 mln nowych osobówek (+11,2% r/r). W trzecim miesiącu tego roku na zielono możemy zaznaczyć właściwie wszystkie największe rynki europejskie takie jak Niemcy (+11,4% r/r), Francja (+7% r/r), Wielka Brytania (+8,4% r/r) czy Włochy (+18,2% r/r). Pozycją nr 1 w całej Unii Europejskiej ze wzrostem na poziomie ponad 4% r/r może pochwalić się marka Volkswagen.

– Prognozując wynik całoroczny, uważamy, że w zasięgu ręki jest wypracowanie zdecydowanie lepszego wyniku niż w 2016 roku na poziomie 15-20% r/r. Uzyskaniu takiej dynamiki powinny sprzyjać niskie bezrobocie oraz rosnący popyt konsumpcyjny, wzmacniany od niemal roku programem rządowym 500+ – mówi Paweł Gos z Exact Systems.

[1] http://www.pzpm.org.pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-osobowe-i-dostawcze/Marzec-2017r

Podróż dookoła świata czy przejażdżka Ferrari – pracodawcy prześcigają się w pomysłach nagród za polecenie kandydata do pracy

Pieniądze są najchętniej wybieraną przez pracodawców formą nagrody za polecenie kandydata do pracy. Z wewnętrznych danych ShareHire wynika, że najczęstsza kwota wypłacana polecającym wynosi 1000 zł. Jednak pracodawcy decydują się również na pozafinansowe sposoby wynagradzania. Firma doradcza EY za polecenia oferuje przejażdżkę Ferrari czy obiad z wybranym pracownikiem firmy. Wśród unikalnych nagród przedsiębiorstwa oferują m.in. drony czy wycieczki w ciekawe miejsca, a czasami umożliwiają przekazanie części otrzymanych środków na cel charytatywny.  

– Utrudniony dostęp do kadry to wyzwanie dla rekruterów, którzy szukają nowych, skutecznych rozwiązań, takich jak programy poleceń rekrutacyjnych. Pozwalają one sprawniej i często taniej odnaleźć pożądanych pracowników. Jednym z ważniejszych elementów programu poleceń rekrutacyjnych są nagrody. Najczęściej wypłaca się po prostu pieniądze lub wręcza bilety do kina. Jednak przykład zachodnich krajów pokazuje, że im ciekawsza zachęta, tym większe powodzenie programu. Czasami wystarczy nieoczekiwana forma, jak choćby dodatkowy dzień wolny od pracy. Oryginalne pomysły pojawiają się już w polskich firmach i według nas ten trend będzie się pogłębiał, bo to się pracodawcom po prostu opłaca – mówi Łukasz Małecki, prezes zarządu ShareHire, pierwszej firmy w Polsce zajmującej się outsourcingiem programów poleceń rekrutacyjnych.

Polecenie warte więcej niż zł…oto

Firmy, które wdrażają u siebie program poleceń pracowniczych, najczęściej decydują się na wypłacanie nagród finansowych za udaną rekomendację. To prosty sposób, aby docenić zaangażowanie w życie firmy. Wysokość nagrody zależy głównie od stanowiska, na które poszukiwana jest osoba. Zasada jest prosta – im wyższa specjalizacja, tym wyższa nagroda. Stąd współpracujący z ShareHire klienci z branży IT, m.in. Billennium, za polecenie specjalisty płacą nawet 8 tys. zł. Natomiast firmy z branży logistycznej, poszukujące pracowników niższego szczebla, średnio wypłacają nagrodę w wysokości 350-500 zł. W obu przypadkach nagroda za polecenie jest nawet kilkukrotnie niższa niż wynagrodzenie agencji zatrudnienia. Najczęstsza wartość nagrody w firmach, których programy poleceń obsługuje ShareHire wynosi 1000 zł, wypłacane w dwóch ratach po 500 zł, oddzielonych trzymiesięcznym okresem próbnym.

Bon na zakupy lub wyjście do kina, czyli nagrody rzeczowe za polecenia

Drugą, dosyć liczną grupą nagród za polecenia pracownicze, są nagrody rzeczowe. Mogą to być zarówno drobne upominki,  bilety do kina czy teatru. Nagroda musi być jednak na tyle uniwersalna, aby zadowolić osoby w różnym wieku i różnej płci. Z tego powodu firmy często zamiast na konkretne rzeczy, decydują się na bony zakupowe, które pozwalają nagradzanemu zdecydować, co chciałby kupić w danym miejscu. Co ważne, ten typ nagrody pozwala łączyć model biznesowy z programem referencyjnym. Korzystają z tego często sieci dyskontowe, które proponują polecającym bony na zakupy do swoich sklepów. Zdecydował się na to m.in. australijski jednego ze znanych portali internetowych, który oferował pracownikom kupony o wartości 10 dolarów do zrealizowania na stronie firmy.

Wsparcie fundacji, czyli nagrody z misją

Angażując się w polecenia, pracownicy firmy mogą wesprzeć nie tylko znajomych szukających pracy, ale także ważną inicjatywę społeczną. Przykładem takiego rozwiązania jest Bank Ochrony Środowiska, który połączył platformę poleceń rekrutacyjnych z programem CSR. Każdy polecający część kwoty, którą otrzymuje za udaną rekomendację, może przekazać na fundację Banku Ochrony Środowiska. Inny przykład to globalny dostawca oprogramowania, który zakomunikował pracownikom, że jeśli założoną konto na platformie poleceń i zarekomendują nie mniej niż 3 osoby, firma wpłaci określoną kwotę na osoby poszkodowane w wyniku huraganu na Filipinach. Nie miało przy tym znaczenia, czy poleceni zostali zaproszeni na rozmowy lub podjęli pracę. Liczyło się zaangażowanie.

Przejażdżka Ferrari, dron, czyli o nagrodach wyjątkowych

Najciekawszą grupę nagród za polecenia stanowią niestandardowe propozycje. Tutaj ograniczeniem tak naprawdę jest tylko wyobraźnia przedsiębiorcy. Może być to np. lot helikopterem, dron czy skok ze spadochronu.

W naszej firmie zaproponowaliśmy pracownikom unikalny program poleceń w ramach którego, oprócz nagród finansowych, wygrać można m.in. przejażdżkę Ferrari czy obiad z wybranym pracownikiem EY. Takie niestandardowe podejście spowodowało, że program cieszy się dużą popularnością. Pracownicy chętniej polecają, a my dzięki temu poszerzamy naszą sieć kandydatów z polecenia, którzy są często idealnie dopasowani do profilu poszukiwanej osoby – mówi Anna Woźniak, Starszy Menedżer ds. Rekrutacji z EY.

Nutkę pikanterii może dodać nie tylko sama nagroda, ale również jej forma. W amerykańskiej firmie IT dział HR prowadził ranking, w ramach którego pracownicy rywalizowali o pierwszeństwo w skutecznych poleceniach. Co tydzień załoga otrzymywała informację dotyczące miejsca, jakie zajmuje oraz ile brakuje jej do lidera. Zwycięzca otrzymał w nagrodę możliwość odbycia podróży, na koszt firmy, w dowolne miejsce na świecie. ShareHire zrealizowało podobny projekt grywalizacyjny, w ramach którego najlepsi polecający otrzymywali vouchery na podróże. Jego odbiorcą była jedna z wiodących firm w branży finansowej. Inne podejście zaproponował wiodący amerykański koncern z branży FMCG, który zdecydował się na mieszany model gratyfikowania pracowników. Z jednej strony, dość standardowo, firma oferuje 500 dolarów za skuteczne polecenie. Z drugiej strony, raz na kwartał organizowano losowanie, którego zwycięzca otrzymywał dodatkowy dzień wolny od pracy.

Nagroda za polecenie, bez względu na formę, ma jeden cel. Docenić tych, którzy angażują się w życie firmy i przyczyniają się do budowania jej pozytywnego wizerunku. W końcu pracodawca „godny polecenia” to najlepsza wizytówka.

Toyota opracowała robotyczną ortezę nogi do rehabilitacji

W ubiegłym tygodniu Toyota zademonstrowała na specjalnym pokazie w Tokio nowe urządzenie do precyzyjnej rehabilitacji osób dotkniętych paraliżem, wykorzystujące technologię robotyczną.

Welwalk WW-1000 (2)Welwalk WW-1000 służy do ćwiczenia chodzenia przez chorych ze sparaliżowaną jedną stroną ciała, na przykład po udarze. Uzbrojona w czujniki i silniczki orteza optymalnie dobiera stopień wsparcia pacjenta w chodzeniu, skracając czas rekonwalescencji. Chory porusza się po skoordynowanej z urządzeniem bieżni, na której jest podtrzymywany za pomocą uprzęży. Chód chorego jest monitorowany przez czujniki i na tej podstawie komputer reguluje działanie silniczków zginających i prostujących kolano. Do kontrolowania ustawień urządzenia służy ekran dotykowy.

Welwalk WW-1000 (1)Urządzenie zostało opracowane przez Toyotę we współpracy z Uniwersytetem Medycznym Fujita. Eiichi Saito, lekarz i wicedyrektor szpitala, zwrócił uwagę, że w starzejącym się japońskim społeczeństwie częściowy paraliż z powodu udaru jest bardzo częsty, a z Welwalk WW-1000 pacjenci będą wracali do sprawności szybciej, ponieważ korzystający z technologii robotycznej system wspomaga pacjenta skuteczniej niż rehabilitant. Czujniki pozwalają dobrać właściwy poziom wsparcia, gdyż za duża pomoc może spowolnić proces zdrowienia w takim samym stopniu jak zbyt mała.

Toyota dostarczy japońskim szpitalom 100 zestawów Welwalk WW-1000 w ramach rocznej umowy wynajmu. Jedno takie urządzenie, składające się ze specjalnej bieżni i ortezy, to koszt 9000 dolarów oraz 3200 dolarów miesięcznego czynszu.

Toyota zajmuje się robotyką od lat 70., kiedy zaczęła instalować roboty na liniach produkcyjnych w swoich fabrykach. W 2000 roku firma uruchomiła program Partner Robot, w ramach którego rozpoczęła prace nad robotami towarzyszącymi ludziom. Program obejmuje robotyczne narzędzia rehabilitacyjne, roboty pomagające ludziom z ograniczeniami ruchu w codziennych czynnościach oraz w poruszaniu się, roboty do pomocy w pracach domowych oraz systemy produkcyjne wykorzystywanych w fabrykach. W ubiegłym roku Toyota rozpoczęła sprzedaż na japońskim rynku niewielkiego robota Kirobo, zdolnego do prowadzenia inteligentnej rozmowy z człowiekiem.

Krakowski rynek mieszkaniowy – gdzie najdrożej a gdzie najtaniej?

Według informacji przedstawionych w najnowszym raporcie E-VALUER INDEX 2017, opracowanym przez firmę Emmerson Evaluation, mieszkania na krakowskim rynku pierwotnym zdrożały w ubiegłym roku o 5%. To największy wzrost odnotowany dla miast wojewódzkich. W bieżącym roku można oczekiwać rekordowej podaży, co sprawi, że ceny nowych i używanych mieszkań będą stabilne i pozostaną na obecnym poziomie.

E-VALUER INDEX 2017 to już czwarta edycja kompleksowego raportu na temat rynku mieszkaniowego w Polsce, przygotowywanego przez ekspertów od wyceny nieruchomości z Emmerson Evaluation. Raport obejmuje mediany[1] cen transakcyjnych mieszkań na rynku pierwotnym i wtórnym oraz stawek czynszu w największych miastach Polski.

Jak wynika z raportu, w 2016 roku ceny krakowskich mieszkań z rynku pierwotnego były na tle innych dużych ośrodków w Polsce jednymi z najmocniej drożejących lokali. Podobne wzrosty cen nowych mieszkań (o 5%) miały miejsce jedynie w Lublinie i Opolu. O wiele mniejszą dynamikę podwyżek eksperci Emmerson Evaluation zanotowali natomiast dla krakowskiego rynku mieszkań używanych, tutaj ceny podniosły się jedynie o 1%.

Nowe mieszkania najbardziej rozchwytywane

Według prognoz Emmerson Evaluation, w 2017 roku krakowski rynek mieszkaniowy czeka jednak stabilizacja. Zanotowana w raporcie E-VALUER INDEX 2017 dla rynku pierwotnego mediana cen transakcyjnych za 1 mkw. w Krakowie wynosiła w 2016 roku 6563 zł dla rynku pierwotnego i 5988 zł dla wtórnego. Podobnie jak w wielu innych lokalizacjach, również w stolicy Małopolski, rynek nowych mieszkań najmocniej przyciąga kupujących.  – Duży popyt jest jednak coraz skuteczniej zaspokajany przez ofertę deweloperów. W 2016 roku liczba zezwoleń na budowę wydana w Krakowie była najwyższa od 6 lat i wyniosła wg danych GUS 9 649, w tym ponad 9 tysięcy stanowiły pozwolenia na budowę uzyskane właśnie przez deweloperów. Na krakowskim rynku pierwotnym możemy zatem spodziewać się w najbliższych latach  rekordowej podaży mieszkań – mówi Magdalena Kliś-Suwała, dyrektor regionalny krakowskiego oddziału Emmerson Evaluation. – Rosnąca podaż nowych mieszkań powinna też już w bieżącym roku ustabilizować ceny na obecnym poziomie – prognozuje Kliś-Suwała.

Gdzie najdrożej a gdzie najtaniej?

Co ciekawe, jeśli spojrzymy na dane dotyczące dzielnic Krakowa, to trend zwyżkowy dla rynku pierwotnego nie potwierdza się w przypadku Śródmieścia. W tej części miasta ceny nowych mieszkań spadły o 4%, podczas gdy ceny używanych lokali wzrosły o 4% – zauważa Magdalena Kliś-Suwała. W pozostałych krakowskich dzielnicach trendy były już zbliżone i rynek pierwotny zyskiwał w porównaniu do wtórnego. Śródmieście pozostało jednak najdroższą krakowską dzielnicą z medianą cen za 1 mkw. nowego lokalu w wysokości 6711 zł, a używanego 6650 zł. Z kolei poszukujący najtańszych mieszkań, powinni rozejrzeć się za czterema kątami na rynku wtórnym w Nowej Hucie, gdzie mediana ceny za 1 mkw nie przekraczała 5 tysięcy zł (4 812 zł). Również w granicach tej dzielnicy można szukać najniższych cen w ofercie deweloperów, mediana cen nowych mieszkań wyniosła tu 5 316 zł/mkw.

krakowski rynek nieruchomości

Wynajem dobrą inwestycją

Popularność nowych mieszkań deweloperskich to również wynik atrakcyjności inwestycji w nieruchomości pod wynajem, zwracają uwagę eksperci Emmerson Evaluation. – Do inwestycji w ten segment rynku zachęca Polaków wysoka rentowność oraz bezpieczeństwo tej formy lokowania kapitału. W przypadku rynku krakowskiego, raport E-VALUER INDEX 2017 wskazuje, że dla mieszkań niedawno zakupionych, które zostały wybudowane w latach 2014-2016 stopa zwrotu z najmu wynosi już od 4,3 do nawet 5,8%. To blisko dwa czy nawet trzy razy więcej niż można uzyskać na lokacie w banku – komentuje ekspertka Emmerson Evaluation.

[1] Mediana (tzw. wartość środkowa, dzieląca zbiór na dwie równe części) lepiej odzwierciedla informację na temat cen nieruchomości niż średnia, ponieważ na jej wynik, nie wpływają pojedyncze wartości znacznie odchylające się od większości transakcji typowych w całym zbiorze (takie jak np. zakup jednej nieruchomości luksusowej).

Spółka MBR Finance SA zakończyła emisję obligacji serii I

Spółka MBR Finance SA zakończyła emisję obligacji serii I. Firma przydzieliła 3 000 sztuk obligacji o łącznej wartości emisyjnej 3 000 000 zł. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na dalszy rozwój firmy.

MBR Finance oferowała osiemnastomiesięczne obligacje serii I, o wartości nominalnej 1000 zł każda, z oprocentowaniem stałym wynoszącym 9,5% i dwumiesięcznym okresem odsetkowym, za wyjątkiem okresu zerowego. Przewidywany termin wykupu zaplanowany jest na 26 września 2018 r.

To już kolejna emisja obligacji, jaką zakończyliśmy z dużym sukcesem. W ciągu czterech tygodni pozyskaliśmy rekordową jak dotąd ilość, 53 inwestorów. Jesteśmy obecnie na etapie intensywnego rozwoju naszych produktów, a dzięki pozyskanemu finansowaniu możemy ten proces jeszcze przyspieszyć – komentuje Roman Wyszomirski, Prezes Zarządu MBR Finance.

Celem emisji obligacji serii I jest pozyskanie środków pieniężnych na rozszerzenie akcji pożyczkowej MBR Finance, głównie w ramach produktu Motopożyczka. Dodatkowo Spółka rozważa przeznaczenie części pozyskanych środków na produkty Hipopożyczka lub Bizpożyczka.

Motopożyczka jest naszym autorskim produktem refinansującym koszty zakupu samochodu, do 100% wartości pojazdu. Ze względu na nasze elastyczne podejście do oceny kredytowej klienta i umożliwienie skorzystania z naszych usług klientom posiadającym negatywną historię kredytową, popyt na ten produkt stale rośnie. Dlatego też zależy nam na jego dalszym rozwijaniu – dodaje Roman Wyszomirski, Prezes Zarządu MBR Finance.

W 2016 roku Grupa MBR Finance odnotowała wzrost obrotów (liczby udzielonych pożyczek) o prawie 65%, w stosunku do 2015 roku. Znaczącej poprawie uległ także kapitał własny Spółki, który w stosunku do 2015 roku wzrósł o prawie 120%. Również nieaudytowany zysk netto powiększył się o ponad 180% w stosunku do zysku, jaki Spółka wypracowała w 2015 roku.

Polski rynek IT – co, dla kogo, kto i gdzie?

Branża IT, to temat rzeka. Niemal codziennie słyszymy o niej w kontekście niedoborów kadrowych, dynamicznego rozwoju nowych technologii oraz robotyki i automatyki, które zaczynają coraz mocniej wkraczać w nasze codzienne życie i odbierać pracę ludziom. W przeddzień konferencji z cyklu The BSS Tour, Fundacja Pro Progressio rozkłada na czynniki pierwsze trendy i wyzwania na polskim rynku usług IT.

Co i dla kogo robi branża IT?

Podczas wielu wydarzeń, konferencji i spotkań o tematyce IT, ICT i ITO dużo mówi się o najnowszych usługach i procesach oraz trendach, którymi kieruje się branża informatyczna i teleinformatyczna. Wśród nich najczęściej pojawiają się zagadnienia z zakresu Big Data, Sztucznej Inteligencji, Robotyki, Automatyzacji, Cyberbezpieczeństwa. Głównymi odbiorcami i zarazem grupą docelową branży IT są obecnie farmacja, medycyna, finanse, ubezpieczenia, energetyka, telekomunikacja i bankowość. Jak podkreśla prezes Fundacji Pro Progressio, rozwiązania IT są jednak w obecnych czasach kierowane do każdego. Nie jest odkryciem fakt, że na co dzień prywatnie korzystamy z setek rozwiązań IT, którymi dysponujemy w domach, samochodach i urządzeniach mobilnych. W pracy korzystamy z setek różnego typu oprogramowania, a chodząc do sklepów i punktów medycznych czy usługowych stykamy się z kolejnymi tysiącami programów, aplikacji i systemów, dzięki którym możemy funkcjonować w otaczającej nas rzeczywistości – mówi Wiktor Doktór.

Kto zasili polski rynek IT?

Fakt deficytów kadrowych w branży IT znany jest od wielu lat i wygląda na to, że świat nie potrafi znaleźć na tę sytuację odpowiedniego rozwiązania. W Polsce słyszymy, że będziemy rekrutować kadrę na Ukrainie lub u innych wschodnich i południowych sąsiadów. Pomysł dobry, ale nie do końca sprawdzony. Jeśli dobrze się przyjrzymy trendom rynkowym, to zauważymy, że fala pracowników ze Wschodu wcale nie nadciąga jak tsunami, ale ma swoje przypływy i odpływy – mówi prezes Fundacji Pro Progressio. Powód tej sytuacji jest bardzo prosty – wyzwania z zatrudnieniem i utrzymaniem kadry informatycznej są takie same niemal w całej Europie, a to oznacza podobne wynagrodzenia i inne czynniki motywujące do pracy. Jeśli do tego dołożymy obciążenia wizowe, podatkowe i ubezpieczeniowe, to może się okazać, że zagraniczna rekrutacja jest znacznie większym wyzwaniem niż poszukiwanie krajowych rozwiązań.

Kolejnym, najbardziej oczywistym sposobem na pozyskanie wykwalifikowanych kadr IT jest edukacja. Na ogół większości z nas – biznesmenom, samorządom i do tego jeszcze szkolnictwu się wydaje, że studia informatyczne załatwią sprawę. Jak chyba większość z nas zdołała się już zorientować, nie jest to takie proste. Jeśli w nurt edukacji na studiach wyższych wpuścimy osoby, które dopiero zaczynają wdrażać się w świat programowania, to setki projektów informatycznych przepłyną nam obok nosa – ostrzega Wiktor Doktór. Kluczem do sukcesu nie jest edukacja informatyczna na studiach, ale już od wczesnych lat – w liceach, gimnazjach, szkołach podstawowych. W każdej z tych placówek edukacyjnych, nauka informatyki powinna być obligatoryjna i to nie na poziomie 1-2 godzin tygodniowo, ale dziennie, codziennie. Do tego rozbudowany powinien być poziom nauki kierunków matematycznych i to od wczesnych lat przedszkolnych. U podstaw świata IT leży matematyka i algorytmika i dopóki te umiejętności nie będą rozwijane u młodych ludzi, dopóty o brakach kadrowych będziemy mówić i mówić – podkreśla prezes Fundacji Pro Progressio.

Gdzie lokują się projekty IT?

Firmy, centra usług czy pojedyncze projekty IT wcale nie muszą być lokowane w dużych miastach. Patrząc tylko na Polskę, ani Warszawa, ani Wrocław, ani Kraków nie mają już wyłączności na usługi informatyczne. Nadal jest ich tam wiele i wciąż się rozwijają, lecz dojrzałość menedżerska wśród firm IT jest już na tyle duża, że spore znaczenie na polskiej mapie ośrodków IT zaczynają odgrywać miasta regionalne. Trójmiasto, Poznań, Łódź, Lublin, Opole, Szczecin czy Bydgoszcz, to miasta, w których rozwój firm IT nie dość, że jest zauważalny, to stanowi jeden z głównych czynników do rozwoju lokalnej przedsiębiorczości. To w tych miastach są przedstawicielstwa zagranicznych Klastrów IT – jak choćby w Lublinie, to tam przeprowadzają się i rozwijają się globalne marki, takie jak np. Intel, Atos, Nokia, Convergys, Fujitsu i wiele innych. To tu jest mniejsza konkurencja i niższa rotacja pracowników. W odpowiedzi na pytanie o braki kadrowe warto przyjrzeć się bliżej miastom regionalnym, ale nie po to aby stamtąd migrować pracowników, lecz po to, aby to właśnie tam rozwijać centra operacyjne lub pewnego rodzaju sieci i społeczności informatyczne, które mogą realizować globalne zlecenia ze świata IT – mówi Wiktor Doktór.

Miejsce pracy dla sektora IT

Jakiej infrastruktury poszukuje branża IT? Jedni wybierają biura w stylu Google, inni korzystają ze stref co-workingowych, jeszcze inni pracują w domach. Większość pracowników IT lokuje się jednak na jednym z dwóch biegunów. Albo grupują się w centrach operacyjnych (jednym lub wielu), albo pracują jako freelancerzy, którzy w milionach różnych lokalizacji pracują na rzecz wybranych przez siebie pracodawców. Jak wyglądają biura dla branży IT? Czy trendy zmierzają w stronę biur typu 360, a może w model Activity Based Working lub jeszcze inny układ przestrzenny i funkcjonalny biura, który zachęci ludzi do pracy i przede wszystkim w optymalny sposób dostosuje się do potrzeb operacyjnych firmy IT? Inaczej będą funkcjonować centra monitoringu i obsługi sieci, inaczej strefy programistów, inaczej firmy zajmujące się zabezpieczeniami systemów płatniczych, a jeszcze inaczej pierwsza, druga i trzecia linia wsparcia popularnych help-desków. Każde z biur potrzebuje indywidualnie dopasowanej przestrzeni, różnych funkcjonalności i ustawienia, a nawet zabezpieczeń. To firmy IT dyktują deweloperom i agencjom Real Estate swoje oczekiwania wobec przestrzeni biurowych i to w ten sposób powstają funkcjonalne miejsca pracy – mówi prezes Fundacji Pro Progressio. Istotną kwestią jest też lokalizacja biur – w centrum miast, na ich obrzeżach, przy głównych szlakach komunikacyjnych lub w parkach biznesowych – potrzeby są różne w zależności od upodobań każdej z firm i możliwości jakie oferują poszczególne miasta.

Kurs złotego w obliczu ważnych wydarzeń politycznych

Poświąteczny wtorek nie obfitował w kluczowe wydarzenia makroekonomiczne, jednakże splot wielu informacji spowodował znaczny wzrost zmienności. Sytuacja na półwyspie koreańskim oraz niepewność na bliskim wschodzie ciąży dolarowi.

Niepewność co do wyników wyborów we Francji, gdzie, aż 4 kandydatów ma duże szanse na wejście do 2 rundy wyborów, przy jednoczesnym spadku poparcia dla eurosceptyków, dodało siły euro. Wreszcie odważna Theresa May, która ogłosiła wcześniejsze wybory parlamentarne, by negocjacje w sprawie Brexitu były łatwiejsze i wsparły funta.

Na tle tak istotnych wydarzeń złotówka reaguje zgodnie z panującymi trendami. Wydaje się, że inwestorzy w ogóle nie wyceniają piątkowego ratingu dla Polski, który ma opublikować agencja ratingowa Standard & Poor’s. Choć agencje nie widzą ostatnio istotnych zagrożeń dla Polski, ale zapowiadane zmiany reform prorodzinnych oraz zapowiedzi, co do rozwiązań dotyczących kredytów frankowych i sytuacji z zadłużeniem, wpływają negatywnie na ten stosunkowo dobry obraz polskiej gospodarki.

Kurs dolara USDPLN

Kurs dolara do złotego USDPLN wykresZłoty znacznie się umocnił w stosunku do dolara i obecnie dąży do zniesienia 61,8% FIBO ostatniego impulsu spadkowego przy 3,9430. Jest to istotny poziom wybroniony już 21 marca, a następnie przebity 26 marca. W przypadku reakcji wzrostowej będzie można mówić o wyrysowaniu się formacji odwróconego RGR. W przypadku dalszych spadków wsparciem będzie poziom ostatniego dołka przy 3,89. Bardziej prawdopodobny jest jednak ruch w górę w ramach impulsu fali 3 struktury 5-cio falowej.

Kurs funta GBPPLN

Kurs funta do złotego GBPPLN wykresAmplituda zmian ceny we wtorek zaskoczyła nawet największych optymistów. Skok ceny o prawie 12 groszy w kilka godzin był spowodowany zapowiedziami o przedterminowych wyborach do parlamentu. Podaż uaktywniła się na poziomie głębokiego mierzenia 88,6% FIBO przy 5,09. W przypadku dalszych wzrostów oporem będzie poziom szczytów z końca lutego przy 5,11. W razie dalszej aktywności niedźwiedzi wsparciem pozostaje strefa ZZB, przy lokalnych dołkach na 4,9850.

Kurs euro EURPLN

Kurs euro EURPLN wykresEuro w dalszym ciągu w konsolidacji pomiędzy 4,26 a 4,21. Przynajmniej do końca tygodnia, do wyborów we Francji ciężko będzie liczyć na mocne euro, dlatego też uważamy, że byki będą liczyć na dobre zakupy w okolicach 4,21-4,22. W przypadku wzrostów oporem pozostaje poziom 4,26.

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 19.04.2017

EUR/JPY – cisza przed burzą

Od trzech dni para walutowa EUR/JPY znajduje się w korekcie wzrostowej, ale może to być jedynie cisza przed burzą, dlaczego? Głównym powodem mogą być wybory we Francji. Traderzy oraz inwestorzy na rynku opcji zabezpieczają się oraz oczekują większego ruchu na tej parze jak za czasów BREXIT-u, gdzie zobaczyliśmy ponad 1000 pipsowy ruch w dół. Po ewentualnej wygranej Le Pen notowania z poziomu 116 mogą spaść w okolicę 104 (wygrana Le Pen w II turze). Oczywiście wszystko zależy od przewagi nad innymi kandydatami w pierwszej turze. Gdyby okazała się większa niż 5 procent skutkowałoby to po raz kolejny dużym zamieszaniem oraz zanikiem płynności na rynku. Jest się nad czym zastanawiać i przemyśleć ewentualne scenariusze do rozegrania pod wygraną Le Pen.

Notowania EUR/JPY, interwał dzienny

Notowania EUR/JPY, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Najbliższym oporem, który powinien powstrzymać korektę wzrostową jest poziom 118-20-118.70. Niemniej jednak cel do zakończenia korekty jest bardzo odległy i nie powinniśmy wyrobić się przed 23 kwietnia, czyli do dnia wyborów prezydenckich. Po weekendzie możemy oczekiwać sporej luki, dlatego należy mieć się na baczności.

GBP/USD – zaskoczeni?

Każdy przeciera oczy ze zdumienia, a co tu się stało?! Po raz kolejny mogliśmy zaobserwować bardzo duży ruch na GBP/USD, we wtorek funt szterling umocnił się do dolara amerykańskiego o 2,20 proc. Zjawiska takie powstają przez zbyt negatywne nastawienie do któregoś aktywa. Tym razem był to funt szterling. Większość inwestorów, funduszy oraz prywatnych Traderów pozycjonowało się na dalszą wyprzedaż GBP. Pozycje netto na kontraktach terminowych osiągnęły nowe rekordowe minimum.

Pozycje netto dużych graczy na kontraktach terminowych

Pozycje netto dużych graczy na kontraktach terminowych

Źródło: Bloomberg

Przy tak dużym pesymizmie wystarczyła krótka, pozytywna wiadomość oraz większy ruch, który zmusił sporą ilość graczy do pośpiesznego domykania krótkich pozycji. Wówczas nikt nie chciał ich odkupić, co skutkowało mniejsza płynnością oraz nagłym skokiem ceny.

Notowania GBP/USD, interwał dzienny

Notowania GBP/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie tygodniowym doszliśmy w okolicę strefy 1.28-1.290. Do kontynuacji swoich wzrostów musi zostać pokonana. Ewentualne wybicie ponad ten poziom otworzy bykom drogę w okolicę poziomu 1.343-1.353.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Rynek usług w chmurze rozkwita dzięki maruderom – badanie

Przychody ze sprzętu, oprogramowania i usług świadczonych w chmurze, w domenie publicznej i prywatnej, wynoszą 180 mld dolarów, czyli 16 procent z wartego 1,1 biliona dolarów sektora IT przedsiębiorstw – wynika z najnowszego raportu „Zmieniające się oblicza chmury” przygotowanego przez  Bain & Company. W ciągu ostatnich 6 lat popyt na usługi w chmurze odnotował niespodziewaną i gwałtowną ewolucję.  

Badania Bain & Company z 2011 roku pokazywały, że firmy sprzedające produkty i usługi oparte na chmurze nie do końca potrafią określić, w jaki sposób będą zarabiać pieniądze. Niewiele osób potrafiło wtedy przewidzieć, jak szybko będzie ewoluował rynek usług w chmurze w ciągu najbliższych lat.

Dziś firma szacuje, że przychody ze sprzętu, oprogramowania i usług świadczonych w chmurze, w domenie publicznej i prywatnej, wynoszą 180 mld dolarów, czyli 16 procent z wartego 1,1 biliona dolarów sektora IT przedsiębiorstw. Rynek ten, niegdyś napędzany przez małe startupy i firmy średniej wielkości, obecnie jest zdominowany przez „maruderów”, którzy stanowią największy i najszybciej rosnący segment konsumentów usług w chmurze. Tak wynika z tegorocznej edycji badania przeprowadzonego przez Bain & Company.

Do pierwszych użytkowników, czyli tych którzy nadali rozpęd pierwszym falom przyswajania chmury (early adopters) dołączają więksi i bardziej mainstreamowi klienci, którzy do niedawna przyjmowali postawę „poczekamy, zobaczymy” – mówi Kazimierz Stańczak, partner w Bain & Company. – Menedżerowie muszą więc zrozumieć przemianę, jaką przechodzi rynek usług w chmurze i wprowadzić niezbędne zmiany do swoich ofert, strategii rynkowych i modeli operacyjnych, aby skutecznie obsługiwać pojawiających się nowych klientów, którzy do tej pory stali na uboczu. – dodaje.

Maruderzy chmury wchodzą do gry

W ciągu ostatnich lat, w miarę jak oferty usług w chmurze dojrzewały, a liczba klientów, którzy odnieśli sukces rosła, klienci „niespieszni i przezorni” – których Bain & Company definiuje jako zainteresowanych korzyściami z chmury obliczeniowej, ale bardzo ostrożnych, jeśli chodzi o ryzyko, przestali być najmniejszą grupą, stając się najszybciej rozwijającym się i potencjalnie największym segmentem tego rynku. W 2011 roku „ostrożni” klienci mieli średnio mniej niż 1 procent swoich aplikacji w chmurze. W 2013 roku było to zaledwie 4 proc., ale już w 2015 roku segment osiągnął punkt przegięcia i w chmurze było już 16 proc. aplikacji. Przewiduje się, że do 2018 roku odsetek ten sięgnie 30 procent.

Chociaż klienci z tej kategorii zdecydowanie wolą rozwiązania oparte na „chmurze prywatnej”, to nie czekają z migracją na atrakcyjne oferty od tradycyjnych dostawców. Zamiast tego zaczynają sprawdzać, co jeszcze jest dostępne na rynku, poza ofertą największych dostawców usług w chmurze, jak IBM czy Microsoft i przenoszą się do dostawców usług publicznych, a także mniejszych, nowych graczy.

W ciągu ostatniego roku „maruderzy” wykonali ogromny skok naprzód, jeśli chodzi o korzystanie z usług w chmurze. Wchodzą teraz na ten rynek w rekordowej liczbie i – dość nieoczekiwanie – zaczynają korzystać z dostawców, o których nikt by wcześniej nie pomyślał – mówi Kazimierz Stańczak z Bain & Company. – To doprowadziło do przetasowań wśród dostawców technologii – dodaje.

Nie tylko walka cenowa

Można by sądzić, że za tym przyswajaniem chmury musi stać cena. Jednak, zgodnie z raportem Bain&Company z 2011 roku, możliwość poczynienia oszczędności nie zmieniła znacząco nastawienia większości klientów do chmury. Badanie przeprowadzone przez firmę pokazuje, że tylko około 10 procent przedsiębiorstw dokonuje zakupu, kierując się ceną. Pozostałe 90 proc. chce, żeby ich inwestycje w chmurze były obojętne kosztowo, ale za to ma motywacje pozakosztowe, takie jak czas dostępności usług, elastyczność, skalowalność, łatwość użytkowania i bezpieczeństwo.

Dostawcy usług w chmurze zdali sobie sprawę, że nie mogą konkurować tylko ceną – mówi Kazimierz Stańczak z Bain & Company. – W rezultacie dodali do swojej oferty usługi, dzięki którym ich platformy są bardziej wartościowe i łatwiejsze w użyciu, a klienci są skłonni zapłacić za te funkcje. To ta zmiana w myśleniu była głównym powodem ogromnego wzrostu na rynku usług opartych na chmurze w ciągu ostatnich kilku lat. – dodaje.

Kolejna fala rozwoju chmury

Przemysł „chmurowy” ciągle się rozwija, przy czym wśród dostawców technologii doszło do kilku głośnych wyjść i przedefiniowania modeli biznesowych. W nadchodzących latach popyt na usługi typu cloud będą coraz silniej napędzać nowi nabywcy, a nowe pola walki konkurencyjnej zastąpią dawne definicje rynkowe.

Ponieważ preferencje nowych klientów ciągle się zmieniają, eksperci Bain&Company uważają, że dostawcy technologii powinni skupić się na trzech kluczowych aspektach: wybrać kilka węższych obszarów, na których chcą konkurować, wybrać te segmenty klientów, które odpowiadają ich potencjałowi oraz przeprowadzić audyt swoich ofert, strategii rynkowej i systemów pod kątem kolejnej fali rozwoju chmury. Dostawcy technologii, którzy wcześnie zauważą te trendy i maksymalnie efektywnie dostosują do nich swoje oferty i modele operacyjne, zwyciężą.

Prowadzisz działalność gospodarczą w domu? Uważaj, nowa kontrola celno-skarbowa może prawie wszystko

Według ekspertów, urzędnicy skarbowi zyskali prawo do naruszania prywatności właścicieli firm, którzy prowadzą swój biznes w miejscu zamieszkania. Mogą ich wypraszać w trakcie prowadzonych czynności i sprawdzać dosłownie wszystkie pomieszczenia oraz dokumenty, w tym także rzeczy osobiste przedsiębiorcy i jego rodziny.

Art. 64 ustęp 1 pkt. 6 ustawy o krajowej administracji skarbowej uprawnia urzędnika skarbowego do przeszukania lokalu przedsiębiorcy w każdym przypadku, gdy zostaje wszczęta kontrola celno-skarbowa. Warto wiedzieć, że zastąpiła ona kontrolę skarbową i oprócz niej można też prowadzić zwykłą kontrolę podatkową. Jak potwierdza warszawski radca prawny z Ecovis Milczarek & Partners Law Firm, zgodnie z ww. podstawą prawną, inspektor może również wkroczyć i zrewidować mieszkanie lub dom prywatny, jeśli jest tam prowadzona działalność gospodarcza podatnika.

– Oczywiście, przedsiębiorca może powiedzieć, że pewna część lokalu czy domu jest wykorzystywana tylko dla celów prywatnych. Jednak kontrola celno-skarbowa ma na celu znalezienie dowodów w prowadzonej sprawie. Dlatego, zgodnie z art. 77 ustawy o krajowej administracji skarbowej, urzędnik ma prawo wejść do każdego pokoju, znajdującego się pod adresem zarejestrowanej firmy. I to on decyduje, które konkretnie pomieszczenia będzie przeszukiwał – zapewnia Marcin Milczarek.

Urzędnicy skarbowi mogą nie tylko naruszyć prywatność przedsiębiorcy, prowadzącego działalność gospodarczą w swoim domu. Mają również prawo przeprowadzić tę kontrolę z użyciem psów służbowych. Ilość osób, które mogłyby jednocześnie wkroczyć do lokalu, nie została natomiast określona w przepisach. Ekspert przewiduje, że nowe i nie do końca dobrze zdefiniowane uprawnienia, jakimi obecnie dysponują inspektorzy, wielokrotnie będą prowadziły do dramatycznych wręcz sytuacji dla domowników. Gdy wśród nich znajdą się dzieci, nagła wizyta i przeszukanie domu może mieć negatywne skutki psychologiczne i społeczne.

– Inspektor ma prawo przeszukiwać lokal bez nadzoru kontrolowanego. Oznacza to, że w trakcie prowadzonej rewizji, przedsiębiorca może zostać wyproszony ze swojego domu i dalsze czynności będą się odbywać bez jego obecności. Wówczas istnieje niebezpieczeństwo, że pewne dowody pojawią się lub zaginą. Ponadto, urzędnik ma otwartą drogę do przeglądania np. prywatnych dokumentów czy też rzeczy osobistych mieszkańców. Oczywiście wszystko zależy od tego, w jaki sposób są wykonywane konkretne działania służbowe – ostrzega Marcin Milczarek.

Ustawa o KAS mówi wyraźnie w art. 64 ust. 1 pkt 6, że w ramach kontroli przysługuje uprawnienie do przeszukiwania lokali mieszkalnych. W opinii radcy prawnego, siłą rzeczy musi to prowadzić do kontroli rzeczy prywatnych. Urzędnik zawsze może się bronić, twierdząc, że szukał ukrywanych dowodów. Zdaniem eksperta, oczywiście godzi to w podstawowe prawa człowieka, np. do godności osobistej. Jednak wiele norm, określonych w Konstytucji RP, można ograniczać ustawowo.

– Uchylona ustawa o kontroli skarbowej nakazywała poszanowanie godności człowieka, wolności obywatelskiej oraz respektowanie innych praw. Ponadto, czynności służbowe musiały być wykonywane w sposób możliwie najmniej naruszający dobra osobiste i majątkowe przedsiębiorców, których dotyczyły. Nowa ustawa o KAS nie zawiera takich sformułowań. Co więcej, wcześniej zastosowanie miały przepisy Ordynacji Podatkowej, nakładające na urzędników obowiązek przeprowadzenia kontroli w obecności objętej nią osoby – przypomina ekspert z Ecovis Milczarek & Partners Law Firm.

Jak podkreśla Marcin Milczarek, urzędnicy mają do wykonania plan kontroli i mogą być pod presją jego realizacji. Może tak być zwłaszcza w sytuacji, gdy sprawa ma szczególne znaczenie, np. medialne. Dla przykładu, trwałaby akcja związana z kontrolą transakcji prowadzonych z krajami azjatyckimi i inspektorzy musieliby się wykazać osiągniętymi wynikami. W ocenie radcy prawnego, w ogromnej większości przypadków nie dojedzie do takich zachowań. Jednak podatnik, jako strona słabsza w relacjach z państwem, powinien być chroniony w sposób szczególny.

– Myślę, że urzędnicy będą często korzystali z uprawnienia do prowadzenia czynności bez obecności kontrolowanego, ponieważ on zawsze utrudnia im swobodne zachowanie. Natomiast wyproszenie podatnika pozbawia go w pewnej części prawa do obrony. Nie może bowiem zakwestionować tego, co zostało znalezione, ani też zaprzeczyć, że znaleziony sprzęt lub dokument, np. paragon na paliwo, jest rzeczą prywatną i niezwiązaną z działalnością gospodarczą – wyjaśnia Marcin Milczarek.

Według radcy prawnego, przedsiębiorca ma więc bardzo ograniczone możliwości bronienia się przed urzędnikiem, który dysponuje szerokim zakresem decyzji, dotyczących sposobu prowadzonej inspekcji. Oczywiście z czynności kontrolnych jest sporządzany protokół. I można zaskarżyć zawarte w nim wnioski. Ale w trakcie przeszukania, tak naprawdę nie da się zakazać inspektorowi wejścia do jakiejkolwiek części lokalu, w którym jest prowadzona działalność. Jeżeli stwierdzi on, że w pokoju dziecka mogą znajdować się dowody w sprawie, wolno mu tam wtargnąć nawet w asyście psów.

– Urzędnicy mają prawo sprawdzać przedmioty nieobjęte kontrolą. To znaczy, mogą przeszukiwać np. dokumenty, zawierające tajemnice firmowe, w tym dotyczące klientów. Przedsiębiorca przestaje wówczas panować nad tym, jak te informacje zostaną w przyszłości wykorzystane i co się z nimi stanie. W mojej ocenie, podatnik powinien mieć możliwość asystowania we wszystkich czynnościach, prowadzonych przez funkcjonariuszy. I stanowczo uważam, że konieczna jest nowelizacja ustawy o krajowej administracji skarbowej – podkreśla Marcin Milczarek.

Z pewnością trzeba odczekać kilka miesięcy, aby zaobserwować, jak konkretnie będzie wyglądało wykonywanie przepisów w praktyce. Należy też pamiętać o tym, że nie ma jeszcze wielu rozporządzeń wykonawczych do tej ustawy. Jeden z nich dotyczy np. sposobu prowadzenia kontroli w stosunku do wyrobów akcyzowych. Marcin Milczarek postuluje więc uregulowanie w ustawie szeregu czynności inspektorów, które obecnie mogą oni wykonywać w dowolny sposób. Co do zasady, to ustawy nakładają na nas prawa i obowiązki, nie zaś rozporządzenia, które dotyczą tylko kwestii technicznych.

– Wszelkie ograniczenia mogą być regulowane tylko ustawowo, co wynika z najważniejszego aktu prawnego Rzeczypospolitej Polskiej. Przykładowo, art. 50 Konstytucji RP mówi o tym, że zapewnia się nienaruszalność mieszkania. Przeszukanie go lub pojazdu przedsiębiorcy powinno więc następować jedynie w przypadkach szczegółowo określonych w ustawie KAS, w sposób również w niej opisany – proponuje Marcin Milczarek.

Jak zaznacza ekspert z Ecovis Milczarek & Partners Law Firm, trzeba uregulować ww. kwestie jak najszybciej. W przeciwnym przypadku, należy spodziewać się fali pozwów żądających uznania dokonanej kontroli za nieważną lub też naruszenia praw człowieka. Marcin Milczarek przypomina, że po wyczerpaniu krajowej ścieżki prawnej, w zakresie ochrony praw osobistych, podatnik zawsze może odwołać się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Jego zdaniem, prawnicy będą podpowiadali klientom taką możliwość, więc stanie się to działaniem na szeroką skalę.

– Legislator powinien lepiej dbać o jakość aktów prawnych, regulujących tak ważne kwestie. Przestępstwa, w tym skarbowe, należy oczywiście ścigać. Pozostaje jednak kwestia proporcjonalności środków do ewentualnie popełnionych czynów. Uważam, że kontrolne restrykcje w dużej większości uderzą w naprawdę uczciwych podatników, którym zdarzają się przecież błędy. Ci, którzy z premedytacją oszukują Skarb Państwa, nie działają w domu. Wykorzystują podstawione osoby, fikcyjne adresy i faktury. Tylko wyłudzane przez nich pieniądze są prawdziwe – podsumowuje Marcin Milczarek.

Theresa May ożywiła rynki

Pierwszy pełny dzień handlu po świętach i od razu mamy ożywienie. Rynki walutowe prezentowały się wczoraj najlepiej ze wszystkich. Nieco słabiej wyglądała sytuacja na rynkach giełdowych.

Indeks SP500 po raz czwarty w ostatnich pięciu dniach odnotował spadki. Podobnie wyglądała sytuacja w Europie, gdzie indeksy giełdowe mieniły się na czerwono. Na tym tle dobrze wypadł rodzimy WIG20. Warszawski parkiet był jednym z kilku w Europie, gdzie odnotowano wzrosty. Jednak największe emocje towarzyszyły wczoraj rynkowi walutowemu, a szczególnie funtowi brytyjskiemu. Premier Theresa May ogłosiła przedterminowe wybory, mające odbyć się 8 czerwca. Informacja ta najpierw osłabiła funta, który następnie do końca dnia bardzo mocno zyskiwał na sile(2.2% dla GBP/USD).

Ożywienie na rynku funta siłą rzeczy rozlało się też po pozostałych rynkach. Dolar amerykański znajdował się więc w defensywie. Wczorajszy kalendarz makroekonomiczny był niemal pusty, więc żadne inne wydarzenie nie obchodziło we wtorek inwestorów. Dziś danych wcale nie będzie dużo więcej. Z tych wydarzeń jakie będą miały miejsce wyróżnić należy publikację „Beżowej księgi”, która będzie miała miejsce o godzinie 20:00 polskiego czasu.

gbpusd19042017r

Pokaźne wzrosty na GBP/USD wcale nie zmieniły diametralnie sytuacji na wykresie tej pary. Zbliżyliśmy pod przedział 1.29-1.30. Jeśli impet wzrostowy się utrzyma, możliwe będzie podejście na 1.34. Tam też biegnie górna linia kanału spadkowego, stanowiąc barierę oporu. Wsparcie mamy przy 1.26.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Koszty ochrony danych osobowych dla administratorów budynków wzrosną

RODO jest rozporządzeniem zaostrzającym normy bezpieczeństwa baz danych na całym obszarze wspólnoty europejskiej. Mimo, że został wprowadzony w ubiegłym roku, to trwa obecnie okres dostosowawczy. Rozporządzenie wejdzie w życie 26 maja 2018 roku, a póki co prowadzone są prace przygotowawcze. Firmy informatyczne ciężko pracują nad RODO – zaostrzenie dotyczy przede wszystkim kwestii szyfrowania i pseudonimizacji danych. Lux Dom od dawna stara się być powyżej wszystkich standardów, więc można założyć spełnienie również tego wyśrubowanego standardu. Wprowadzenie tego rozporządzenia zwiększy koszty związane z bazami danych, które będą musiały pokryć firmy takie jak Lux Dom.

– Przy umowach z klientami i wspólnotami mieszkaniowymi zobowiązujemy się do prowadzenia bez danych oraz spełnienia wymogów narzuconych przez prawo państwowe – powiedział agencji eNewsroom.pl Marcin Celiński, wiceprezes Lux Dom – W tej chwili certyfikowanie baz danych oraz coroczne audyty mogą znacznie zwiększyć koszty. Czekamy na akt wykonawczy w prawie krajowym, który wskaże kto, w jaki sposób, w jakich okresach będzie wykonywał te kontrole. Z całą pewnością będą one płatne – przez co zwiększy to koszty. Kolejnym kosztem będzie oprogramowanie. Rozporządzenie uderzy najbardziej w mniejsze firmy, ze skromniejszymi środkami. Koszt startowy wdrożenia nowych rozwiązań będzie taki sam jak w przypadku dużych firm. Pewne jest, że RODO będzie uciążliwe dla małych firm, zwiększy koszty ich działania i spowoduje profesjonalizację obsługi informatycznej – co nie jest normą w małych firmach. Rynek zarządzania nieruchomościami jest tak konkurencyjny, że trudno sobie wyobrazić przerzucenie kosztów firmy na klientów. Małe firmy będą zmuszone do poszukania rozwiązań konsolidowania wspólnych zleceń albo nastąpi ruch rynkowy, który przekaże większą część tego tortu dużym firmom – podsumował Celiński

Studenci chcą większego zaangażowania uczelni i firm w ich proces edukacji. Ma to ułatwić im start na rynku pracy

Studenci chcą większego zaangażowania uczelni i firm w ich proces edukacji. Ma to ułatwić im start na rynku pracy

Zdaniem studentów brak doświadczenia zawodowego to największa bariera w zdobyciu pierwszej pracy. Tymczasem zarówno uczelnie wyższe, jak i firmy w niedostatecznym stopniu dbają o przygotowanie młodych ludzi do wykonywania zawodu. Brakuje przede wszystkim staży i opieki mentorskiej. Zdaniem 90 proc. pobierających naukę na studiach konieczna jest praktyczna współpraca nauki z biznesem.

– Najkorzystniejszym sposobem wsparcia młodych przygotowujących się do podjęcia pierwszej pracy jest współpraca uczelni z biznesem – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karol Leszczyński, dyrektor programu „Start na rynku pracy” Fundacji Inicjatyw Młodzieżowych. – Najlepiej układa się ona na szczeblu lokalnym, gdy miejscowy ośrodek naukowy współpracuje z regionalnym pracodawcą.

Współpraca nauki z przedsiębiorstwami nie jest mocną stroną polskiej gospodarki. Jak wynika z badania „Start na rynku pracy” realizowanego przez Fundację Inicjatyw Młodzieżowych (FIM) i Parlament Studentów RP, przeszło 90 proc. osób pobierających naukę na uczelniach wyższych jest zdania, że należy rozwijać praktyczną współpracę pomiędzy takimi ośrodkami a przedsiębiorstwami.

Największą barierą w podjęciu zatrudnienia – według studentów – jest bowiem brak praktycznego przygotowania (74 proc.). Dopiero na kolejnych miejscach plasują się wysokie wymagania pracodawców (51 proc.) oraz brak wiedzy o zasadach funkcjonowania współczesnego rynku pracy (38 proc.).

– Młodzi ludzie dbają o to, by mieć jak największe doświadczenie, ale nie wszyscy wiedzą, jak to zrobić, brakuje im też często możliwości – komentuje Karol Leszczyński. – Praktyki podczas studiów powinny być wysokiej jakości, młodzi ludzie muszą być prowadzeni przez pracodawcę, a następnie otrzymać informację o tym, czy sobie poradzili, oraz wynagrodzenie za pracę. Gdy współpraca jest w taki sposób prowadzona, studenci osiągają najlepsze efekty. Pracodawcy z kolei mogą wykształcić pracowników, którzy później zasilą szeregi zatrudnionych. Jednak takich przedsięwzięć w skali kraju nie ma niestety wiele.

Z badania wynika, że jako największe ułatwienie w zdobyciu posady studenci postrzegają znajomości (71 proc.). W dalszej kolejności wymieniali także prestiż uczelni (37 proc.) oraz konkretne jej działania, w tym działalność biura karier (18 proc.). Dla pracodawcy sam dyplom często ma mniejsze znaczenie, a ważniejsze są kompetencje.

– Tymczasem z naszych badań wynika, że 40 proc. studentów nie wie nawet, gdzie na ich uczelni znajduje się biuro karier, więc trudno mówić o dobrym wsparciu w tym zakresie ze strony placówki naukowej – zauważa Karol Leszczyński. – Na taką sytuację składa się wiele czynników. Po pierwsze, nie odpowiedzieliśmy sobie do dzisiaj w Polsce na pytanie, czy uczelnia jest po to, żeby kształcić pracowników, czy po prostu ludzi na danych kierunkach. Nie wiemy, czy ważniejsze jest zdobycie wiedzy ogólnej, czy przygotowanie do zawodu. W wyniku tego programy często nie są dopasowane do żadnej z tych form działania, co utrudnia kształcenie.

Drugim czynnikiem – zdaniem Leszczyńskiego – jest zmieniający się w Polsce bardzo szybko rynek zatrudnienia.

– Wiele lat temu mieliśmy duże bezrobocie, rynek należał do pracodawcy, a obecnie wskaźnik ten systematycznie spada. Dodatkowo w kraju przebywa i pracuje prawie milion obywateli Ukrainy – przypomina Karol Leszczyński. – Zmiana programu studiów tymczasem zajmuje około 7–8 lat.

Z badania FIM i Parlamentu Studentów RP wynika to również z tego, że dotychczasowe dobre praktyki zarówno uczelni, jak i pracodawców zmierzające do ułatwienia studentom wejścia na rynek pracy charakteryzują się bardzo niskim poziomem znajomości.

– W nawiązywaniu kooperacji placówki naukowej z biznesem pole do popisu mają organizacje akademickie – zauważa Karol Leszczyński. – Powinny dawać one swoim członkom możliwość działania, ułatwiać zdobywanie kontaktów, wiedzy, kompetencji, których uczelnia nie daje.

Polacy przy budowie domów zwracają uwagę na jakość materiałów. Liczy się energooszczędność i trwałość

Polacy przy budowie domów zwracają uwagę na jakość materiałów. Liczy się energooszczędność i trwałość 1

Przy budowie domów koszty przestają mieć decydujące znaczenie. Liczą się terminowość, fachowy wykonawca i właściwy dobór materiałów, który gwarantuje trwałość inwestycji. Polacy mają też coraz większą wiedzę o materiałach budowlanych. Chętniej sięgają po ekologiczne rozwiązania i coraz więcej osób decyduje się na pozyskiwanie energii ze źródeł odnawialnych. Polacy wiedzą, że w dłuższej perspektywie użycie ekologicznych materiałów daje oszczędności w eksploatacji domów – ocenia Bartosz Pilch z firmy SIG.

– W dużym stopniu to, czy Polacy budują na własną rękę, czy wolą gotowe domy lub mieszkania, zależy od miejsca ich zamieszkania. W dużych miastach dominuje budownictwo deweloperskie wielorodzinne, w związku z tym mamy większy wybór gotowych domów i mieszkań. Natomiast na terenach wiejskich budujemy przeważnie na własną rękę, bo inwestycji deweloperskich tam raczej nie ma – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Pilch, dyrektor ds. marketingu i e-commerce w SIG, firmie dystrybuującej materiały i systemy budowlane.

Z „Raportu o budowie domów w Polsce” przygotowanego przez serwis Oferteo.pl wynika, że większość osób (59 proc.) decyduje się na budowę domu według kupionego i gotowego projektu. Pozostali decydują się na projekt indywidualny. Najwięcej domów powstaje już od lat na terenach wiejskich i w średnich miastach.

– Zdecydowanie częściej decydujemy się oddać budowę w ręce fachowców. Budowa metodami gospodarczymi jeszcze występuje, ale w coraz większym stopniu jest wypierana przez profesjonalne ekipy – wskazuje Pilch.

Najczęściej szukamy jednej ekipy do budowy domu w stanie surowym, do pozostałych prac wybieramy wyspecjalizowane grupy. Choć rzadko sami decydujemy się na budowę własnymi siłami, większość z nas sama wybiera materiały budowlane.

– Polacy mają ogólną wiedzę na tematy budowlane. Wiemy co nieco o procedurach, procesach, mamy ogólną wiedzę na tematy związane z materiałami budowlanymi. Ale gdy wejdziemy nieco głębiej, wiedza okazuje się dosyć powierzchowna, np. przy izolacjach budowlanych klienci zwracają uwagę na jej grubość, a nie współczynnik przenikania ciepła – mówi ekspert firmy SIG.

Jeszcze kilka lat temu najważniejsza przy budowie domu była jak najkrótsza realizacja inwestycji i niska cena. Obecnie liczy się jakość wykonania, tak by dom był możliwie trwały.

– Do kluczowych obszarów na pewno należy terminowość wykonania inwestycji, fachowość wykonawcy, dobór właściwych materiałów. Natomiast cena nie jest już dominującym kryterium – ocenia Bartosz Pilch.

Zaczynamy zwracać uwagę na pochodzenie materiałów oraz ich wpływ na środowisko. Wybieramy takie produkty, które gwarantują solidność wykonania i większą energooszczędność. Wiąże się to z rozporządzeniem ministra infrastruktury. Do końca 2020 roku zgodnie z dyrektywą w sprawie charakterystyki energetycznej budynków wszystkie powinny być budynkami o niemal zerowym zużyciu energii.

– Polacy mają coraz większą świadomość istotności i wpływu na środowisko tych produktów, których używają. Zdają sobie sprawę z tego, że w dłuższej perspektywie użycie lepszych materiałów powoduje oszczędności w eksploatacji domów – wskazuje dyrektor ds. marketingu i e-commerce w SIG.

Pomocni w wyborze materiałów są doradcy w sklepach budowlanych czy porady podczas targów budowlanych. Często korzystamy z opinii zamieszczonych w internecie i porównywarki cen.

– Zwracamy uwagę na pochodzenie materiałów, na ich jakość, choć czasem nie do końca jesteśmy w stanie jej właściwie ocenić. W tym wypadku pomocą służy nam internet, gdzie można znaleźć informacje o produktach, ich dane techniczne, porównać je, a nawet kupić – podkreśla Pilch.

Polacy są przywiązani do tradycyjnych materiałów budowlanych, także przy wyborze systemów ogrzewania kierujemy się sprawdzonymi rozwiązaniami. Najpopularniejsze są ogrzewanie gazowe i elektryczne (40 proc.), materiały opałowe – przede wszystkim ekogroszek (30 proc.) czy podłączenie do sieci miejskiej. Coraz więcej osób decyduje się na pozyskiwanie energii ze źródeł odnawialnych. Szacuje się, że 15 proc. wybiera pompę ciepłą, a 7 proc. kolektory słoneczne.

– Wciąż najczęściej stosowanym typem ogrzewania jest ogrzewanie gazowe. Stosujemy również ogrzewanie np. na pelet oraz ogrzewanie elektryczne. Często łączymy to z pompami ciepła oraz coraz częściej z rekuperacją, która nie tylko pozwala nam odzyskiwać ciepło z wywietrzonego powietrza, lecz także zachować jego lepszą jakość wewnątrz domu – przekonuje Bartosz Pilch.

Tradycyjne zakupy odchodzą do lamusa. Sklepy inwestują w różne kanały sprzedaży i łączą je dzięki nowym technologiom

Tradycyjne zakupy odchodzą do lamusa. Sklepy inwestują w różne kanały sprzedaży i łączą je dzięki nowym technologiom 2

Czynnikiem decydującym o wyniku sprzedaży są wrażenia klientów towarzyszące zakupom. Tylko pod warunkiem że proces zakupowy będzie wygodny, szybki i bezpieczny, klient zdecyduje się na ponowną transakcję. To wymaga od firm przede wszystkim inwestycji w wielokanałowość i sprawną wymianę informacji między poszczególnymi kanałami dystrybucji. Do tego konieczna jest ścisła współpraca pomiędzy poszczególnymi działami w organizacji, w tym szczególnie marketingu, sprzedaży i działu technologicznego.

W typowym procesie sprzedażowym technologia odpowiada już za 70–80 proc. całego cyklu zakupowego. Dziś nie sposób robić zakupy bez wsparcia technologii. Cały marketing i proces sprzedaży – szczególnie tam, gdzie one są zautomatyzowane – bazują na technologii, na zbieraniu i przetwarzaniu ogromnych ilości danych, które są następnie udostępniane pracownikom firmy po to, by dostarczyć komfortową, bezpieczną i szybką obsługę klienta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Gembalczyk, regional manager SAP Hybris w Europie Środkowo-Wschodniej.

Technologiczna rewolucja i media społecznościowe wykreowały nowy typ konsumentów, którzy inaczej podchodzą do zakupów. Jak podaje Deloitte, 60 proc. podejmuje decyzje zakupowe na podstawie opinii rodziny lub znajomych, a połowa opiera się na recenzjach w internecie. Zaufanie do firm i marek nie przekracza 7 proc.

Zmienił się nie tylko sposób podejmowania decyzji, lecz także zwyczaje konsumentów. Z badań przeprowadzonych przez BigCommerce w USA wynika, że 43 proc. Amerykanów robi zakupy w łóżku, co czwarty będąc w pracy, a co piąty – w łazience albo samochodzie. To efekt popularności urządzeń mobilnych. Według globalnej firmy doradczej Deloitte w ubiegłym roku po raz pierwszy w historii więcej Brytyjczyków zrobiło zakupy online niż w sklepach stacjonarnych (48 vs. 45 proc.). Z kolei w Polsce e-zakupy robi regularnie ponad połowa internautów (55 proc.).

Współczesny klient ma takie same oczekiwania jak wcześniej. Szuka produktów, które są dostępne i właściwie wycenione, czyli mają dobrą relację wartości do ceny. Zmieniły się za to oczekiwania dotyczące samego procesu zakupowego – komentuje Wojciech Gembalczyk.

Konsumenci chcą dokonywać zakupów w różnych kanałach: w sklepach stacjonarnych, online albo w kanale mobilnym. Internet, blogi i fora stały się dla nich podstawowym źródłem informacji o markach i produktach. Ich opinię o danym brandzie kształtują interakcje w mediach społecznościowych. Dlatego na znaczeniu zyskał marketing, który spaja wszystkie te kanały, mając za cel zapewnienie klientom jak najlepszych doświadczeń zakupowych.

Marketing omnichanel (wielokanałowy) stał się niezbędny dla firm, które chcą utrzymać swoją konkurencyjność. Badanie przeprowadzone w 2015 roku przez GfK pokazało, że konsumenci oczekują coraz większej synergii pomiędzy kanałami online a offline. 40 proc. klientów łączy różne kanały zakupowe, a 23 proc. zapoznaje się z ofertą w sklepie stacjonarnym, a następnie kupuje w sieci. Niemal wszyscy klienci (96 proc.) chcieliby mieć możliwość sprawdzenia przez internet dostępności produktów w konkretnym sklepie stacjonarnym, a 90 proc. chce robić zakupy online i odbierać je osobiście w sklepie.

Skuteczność wielokanałowego marketingu potwierdza przeprowadzona przez odzieżowego giganta akcja „C&A Fashion like”. Marka umieściła ubrania ze swojej kolekcji na interaktywnych wieszakach, połączonych z Facebookiem, które w czasie rzeczywistym reagowały i wyświetlały liczbę lajków dla danego modelu, angażując klientów we wspieranie ulubionych projektów. Kampania okazała się marketingowym sukcesem, docierając do przeszło 8,8 mln osób i angażując co godzinę 1 tys. nowych fanów odzieżowej marki. Przełożyła się też na wyniki sprzedażowe: większość kolekcji została sprzedana w ciągu jednego dnia.

Jak zauważają eksperci, w marketingu cały czas pojawiają się nowe trendy, które mają zwiększyć jego efektywność. W jednym szeregu z omnichannel wymienia się obecnie widok konsumenta 360 stopni, konieczność angażowania klienta w dobrowolną promocję marki oraz marketing 1:1, czyli budowanie relacji z konsumentami opartej na spersonalizowanych interakcjach.

Głównym celem marketingu stało się jednak wzmacnianie pozytywnych emocji wokół marki w różnych kanałach kontaktu z klientem, ponieważ wrażenia towarzyszące zakupom to dziś kluczowy czynnik decydujący o wyniku sprzedaży. Dlatego też firmy muszą zaprojektować procesy marketingowe i sprzedażowe tak, by zapewnić klientowi maksimum komfortu, szybkości i bezpieczeństwa.

Trzeba właściwie rozpoznać klienta i zaoferować mu to, czego potrzebuje, umożliwić mu komfortowe dokonanie transakcji i nie gubić informacji o nim pomiędzy różnymi kanałami sprzedaży. Szybkość oznacza, że firma musi udostępnić informację o tym, co jest dostępne i na kiedy, oraz być wiarygodna – jeżeli obiecuje, że coś będzie za 2 godziny, to musi się z tego wywiązać. Bezpiecznie – to znaczy z jednej strony pozwolić klientowi opierać się na rekomendacjach, czyli na poleceniach innych osób, a z drugiej strony umożliwiać klientowi wycofanie się z transakcji albo zwrot towaru – wyjaśnia Wojciech Gembalczyk.

O tym, jak omnichannel marketing zmienia naturę relacji firm i konsumentów dyskutowali w tym tygodniu eksperci – specjaliści marketingu, sprzedaży, e-handlu i technologii, zgromadzeni w Warszawie na konferencji SAP Hybris Day Poland.

Polski rynek nieruchomości biurowych rośnie w siłę. Napędza go rozwój sektora usług dla biznesu

Polski rynek nieruchomości biurowych rośnie w siłę. Napędza go rozwój sektora usług dla biznesu 3

Polski rynek nieruchomości biurowych rośnie najszybciej w Europie. Odnotowane w ubiegłym roku popyt i podaż nowych biur były rekordowe, podobnie jak wolumen transakcji inwestycyjnych. Motorem rozwoju biurowego rynku jest sektor nowoczesnych usług dla biznesu, który w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie. Brexit może ten wzrost dodatkowo przyspieszyć. Eksperci zgadzają się co do pozytywnych prognoz dla rynku biurowego na nadchodzące lata.

– Rynek biurowy ma w Polsce bardzo dobre prognozy, które są podyktowane rozwojem sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Wiele firm ogłasza plany stworzenia nowych miejsc pracy, zarówno w Warszawie, jak i w miastach regionalnych. To główny bodziec do rozwoju rynku biurowego. Polska jest w tej branży europejskim i światowym liderem, dlatego prognozujemy, że rynek biurowy w Polsce będzie dalej stabilnie się rozwijał – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Wysokińska-Kuzdra, prezes zarządu Griffin Premium RE.

Jak wynika z podsumowania firmy doradczej JLL, ubiegły rok był rekordowy dla polskiego rynku nieruchomości biurowych. Do użytku oddano prawie 900 tys. mkw. nowych biur, najwięcej w historii. Tym samym łączne zasoby nowoczesnych powierzchni biurowych przekroczyły 9 mln mkw. Firmy podpisały umowy najmu na 1,34 mln mkw. powierzchni biurowej – to z kolei drugi najlepszy wynik w dotychczasowej historii polskiego rynku biurowego. Jak zauważa JLL, dużą część tego popytu wygenerowały firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu.

– Dzisiaj ten sektor gospodarki, którym są nowoczesne usługi dla biznesu, zatrudnia ponad 200 tys. osób. Według prognoz na przestrzeni kolejnych 2–3 lat to zatrudnienie wzrośnie o około 100 tys. osób. Licząc średnio 10 mkw. na pojedynczego pracownika, można wywnioskować, że w takim razie potrzeba będzie około 1 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Oczywiście można dyskutować o konkretnej liczbie, ale ten przykład dobrze obrazuje skalę i perspektywy polskiego rynku biurowego – mówi Dorota Wysokińska-Kuzdra.

Z danych branżowego stowarzyszenia ABSL, które zrzesza globalnych inwestorów z sektora usług biznesowych, wynika, że w ubiegłym roku w Polsce funkcjonowało 936 centrów usługowych (z czego 676 zagranicznych), które zatrudniały łącznie ponad 212 pracowników. W okresie I kwartał 2015 – I kwartał 2016 r. zatrudnienie w centrach zagranicznych ulokowanych w Polsce wzrosło o 25 proc. Według prognoz do 2020 roku w sektorze nowoczesnych usług dla biznesu będzie pracować już ponad 300 tys. osób.

ABSL zauważa w ubiegłorocznym raporcie („Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2016”), że Polska jest obecnie najszybciej rozwijającym się rynkiem biurowym w Europie Środkowo-Wschodniej. Na tle innych państw regionu wyróżnia ją znacząca liczba dobrze rozwiniętych lokalizacji biurowych, z bogatą ofertą najmu w ramach nowoczesnych projektów.

Poza Warszawą, w której podaż biur przekracza 5 mln mkw., szybko rozwijają się również Kraków, Wrocław, Katowice, Poznań i inne miasta regionalne. Jak podaje JLL, w ubiegłym roku sektor nowoczesnych usług dla biznesu wygenerował na lokalnych rynkach 59 proc. popytu na nieruchomości biurowe.

– Niewątpliwie nowoczesne usługi dla biznesu, czyli potocznie mówiąc nowoczesny outsourcing, jest dzisiaj motorem napędowym rynku biurowego w Polsce. Firmy się rozwijają, powiększają swoje siedziby i potrzebują więcej przestrzeni. Są to działy R&D, zaawansowane technologie IT oraz usługi finansowe i księgowe, które w tej chwili są relokowane również z Londynu, w czym paradoksalnie pomógł nam brexit – mówi Dorota Wysokińska-Kuzdra.

W 2017 roku podaż nowych biur może przekroczyć 800 tys. mkw., jeżeli deweloperzy terminowo zrealizują swoje plany. Na wysokim poziomie utrzymuje się też aktywność budowlana – obecnie w budowie znajduje się ponad 1,5 mln mkw. nowych biur, z czego 675 tys. mkw. w samej Warszawie.

Zdaniem prezes spółki Griffin Premium RE, która w ubiegłym tygodniu zadebiutowała na warszawskiej giełdzie, choć poziom wydawanych pozwoleń na budowę jest zbliżony do tego sprzed krachu, to Polsce nie grozi raczej zapaść na nieruchomościowym rynku.

– Dobrym regulatorem rynku w Polsce są banki. Nieruchomości komercyjne są finansowane przy użyciu finansowania zewnętrznego. Banki, które je zapewniają, wymagają odpowiedniego poziomu przednajmu. Poza tym dobrze, że są pozwolenia, że rynek się rozwija i jest podaż, ponieważ utrzymuje się też spory popyt na biura. Byłoby żal nie wykorzystać tego popytu i zainteresowania Polską, szczególnie w ramach sektora nowoczesnych usług dla biznesu – mówi Dorota Wysokińska-Kuzdra.

Szybki rozwój rynku biurowego sprawia, że na Polskę przychylnym okiem patrzą zagraniczni inwestorzy. Z danych JLL wynika, że w ubiegłym roku wartość transakcji w nieruchomościach komercyjnych sięgnęła blisko 4,6 mld euro, z czego 39 proc. (ok. 1,8 mld euro) tej kwoty przypadło na projekty biurowe. Polska zajęła pierwsze miejsce na liście najbardziej najatrakcyjniejszych lokalizacji dla inwestycji w nieruchomości (przed Czechami i Węgrami).

Zdaniem ekspertów w tym roku pozytywny trend się utrzyma, o ile podaż atrakcyjnych projektów biurowych na polskim rynku będzie w stanie dorównać zainteresowaniu inwestorów. Zdaniem prezes Griffin Premium RE jest ono spowodowane między innymi faktem, że Polska jako jedyne europejskie państwo nie borykała się z dużą recesją, notując przez cały czas wzrost gospodarczy.

– Ceny w Polsce wciąż są atrakcyjne w stosunku do Europy Zachodniej, więc można kupić bardzo dobre aktywa z długoletnimi umowami najmu, a nawet całkiem nowe aktywa. Polski rynek nieruchomości jest relatywnie młody w stosunku do zachodnioeuropejskich. To powoduje, że inwestorzy chętnie przyjeżdżają do Polski. Oczywiście jest to też kwestia dywersyfikacji ryzyka. Generalnie jednak Polska na światowej mapie rynku nieruchomościowego jest bardzo dobrze postrzegana – mówi Dorota Wysokińska-Kuzdra.

Inwestycje w farmy wiatrowe na Bałtyku mogą wynieść kilkadziesiąt miliardów złotych. Branża czeka na przejrzyste regulacje

Inwestycje w farmy wiatrowe na Bałtyku mogą wynieść kilkadziesiąt miliardów złotych. Branża czeka na przejrzyste regulacje 4

Aukcje energii to szansa dla technologi, które nie mogły rozwinąć się w poprzednim systemie opartym na zielonych certyfikatach. Jedną z nich jest morska energetyka wiatrowa, która jest relatywnie stabilnym źródłem zielonej energii. Inwestycje w ten sektor wymagają jednak czasu i kapitału. Branża czeka na przejrzyste deklaracje rządzących dotyczące morskiej energetyki wiatrowej. Ekonomiści szacują, że ulokowanie 6 GW energii w farmach wiatrowych na Bałtyku przełożyłoby się na inwestycje warte około 60 mld zł.

– Nowy system wsparcia dla energetyki odnawialnej, w którym rząd dyktuje wolumeny i kierunki rozwoju, daje szansę na rozwój technologii, które do tej pory nie były aż tak konkurencyjne i które nie broniły się finansowo przy założeniach systemu wsparcia obowiązującego wcześniej, opartego na zielonych certyfikatach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Puacz, radca prawny w Kancelarii Clifford Chance, zajmujący się praktyką energetyczną i prawem ochrony środowiska.

Poprzedni system wsparcia produkcji zielonej energii oparty był na tzw. zielonych certyfikatach, czyli świadectwach potwierdzających pochodzenie energii ze źródeł odnawialnych, wprowadzonych ustawą z 1997 roku. W czerwcu ubiegłego roku Sejm przyjął nową ustawę o odnawialnych źródłach energii, która wprowadziła model aukcyjny. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki wyłania w nich przedsiębiorców, którzy zaoferują określoną ilość zielonej energii po najniższej cenie. Aukcje, z których pierwsza odbyła się w grudniu, mają być przeprowadzane co najmniej raz do roku.

– System aukcyjny, który zakłada, że podmioty wiedzą, kiedy, o co i na jakich zasadach będą rywalizować, pozwala realizować im takie projekty, które są dużo bardziej kapitałochłonne, zdecydowanie większe i bazują na technologii, która wymaga dłuższego okresu przygotowania – ocenia Paweł Puacz.

Zdaniem radcy prawnego z kancelarii Clifford Chance w obecnym systemie wiele projektów energetyki wiatrowej na lądzie zostanie prawdopodobnie zablokowanych. Pojawiła się jednak szansa, aby ta moc została uruchomiona i przeznaczona na projekty energetyki morskiej, której jednocześnie oferują większą przewidywalność i stabilność dla systemu energetycznego.

– To jest jedną z największych bolączek ministra energii i operatorów systemowych. Polskiej energetyce odnawialnej wytyka się, że jest niestabilna i rozregulowuje cały system. Morska energetyka wiatrowa, mówiąc wprost, kręci się dłużej i jest bardziej przewidywalną technologią, co jest bardziej korzystne z punktu widzenia tego systemu – mówi Paweł Puacz.

Problemem, który utrudnia rozwój morskiej energetyki wiatrowej, pozostaje brak jasnych regulacji i odgórnych deklaracji co do zmian ukierunkowanych na wsparcie tego sektora.

– Sektor jest gotowy, aby inwestować i wchodzić w kolejne projekty, natomiast na tę chwilę nie ma wyraźniej deklaracji rządu, czy będzie wspierał tę technologię i jakie ewentualne zmiany prawne zostaną wprowadzone, aby poprawić tych kilka mankamentów regulacyjnych, z którymi borykają się obecnie deweloperzy i inwestorzy – mówi Paweł Puacz.

Jednym z głównych oczekiwań dotyczących morskiej energetyki wiatrowej jest zwiększenie przewidywalności dla tego sektora i wyznaczenie ram czasowych, w których konkretne projekty mogłyby wystartować po wsparcie i je uzyskać. W obecnym modelu z roku na rok wiadomo, kiedy będzie organizowana aukcja i  jaki wolumen energii będzie zaoferowany w ramach danej aukcji. Tym samym wiadomo również, jakie projekty mają szansę realizacji i będą mogły startować po wsparcie. Projekty związane z morską energetyką wiatrową wymagają natomiast dłuższej perspektywy czasowej i dłuższych przygotowań.

– Inwestorzy mają problem z wydaniem dziesiątek milionów złotych na proces deweloperski i zdobycie odpowiednich pozwoleń, nie mając perspektywy i nie wiedząc de facto, kiedy te projekty będą mogły uzyskać wsparcie umożliwiające ich realizację – mówi Paweł Puacz.

– Widzimy wielu nowych inwestorów i instytucji angażujących się w morską energetykę wiatrową. W przeszłości tym segmentem interesowały się głównie podmioty państwowe, teraz częściej angażują się inwestorzy instytucjonalni, fundusze emerytalne i towarzystwa ubezpieczeniowe. Jest również duże zainteresowanie ze strony instytucji finansowych. W ostatnich 10 latach dokonaliśmy dużego postępu, a przyszłość też wygląda obiecująco – mówi dr Florian Mahler, partner w kancelarii Clifford Chance.

Jak wynika z szacunków McKinsey & Company, potencjał morskiej energetyki wiatrowej w Polsce sięga około 6 GW mocy.

– Ekonomiści wyliczają, że zrealizowanie ambitnego planu, który zakłada 6 GW energii w projektach na morzu w ciągu nadchodzących 15 lat, oznacza, że poziom inwestycji w tym sektorze może osiągnąć kwotę 60 mld zł. Faktycznie są to inwestycje kapitałochłonne, oparte na bardzo nowoczesnej technologii. Na tym sektorze mogliby zarabiać zarówno producenci stali, dostawcy usług, serwisanci, jak i właściciele know-how oraz technologii – mówi Paweł Puacz.

– Polska ma wielki potencjał. Macie dostęp do europejskiego know-how w tym zakresie. Jesteście blisko Niemiec, Wielkiej Brytanii, Holandii, Danii i z ich doświadczeń możecie korzystać, by stworzyć odpowiednie warunki  prawne, które będą przyciągać inwestorów, a także zagwarantują, że polska gospodarka skorzysta na rozwoju morskich farm wiatrowych. To będzie największe wyzwanie – mówi  dr Florian Mahler.

Zdaniem branżowych ekspertów rozwój energetyki wiatrowej na Bałtyku stworzyłby szansę rozwoju dla mniejszych portów położonych na wybrzeżu oraz przemysłu stoczniowego. Obecnie w tym sektorze prowadzi już działalność kilkanaście polskich firm, które z braku popytu na krajowym rynku współpracują głównie z zagranicznymi partnerami i eksportują większość swoich produktów i usług. Rozwój morskiej energetyki w Polsce mógłby odwrócić sytuację.

– Przemysł stoczniowy jest wskazywany jako ten, który potencjalnie mógłby najbardziej skorzystać na rozwoju morskiej energetyki wiatrowej. Mówi się, że ten sektor może się rozwijać u nas, lokalnie. Jest gros polskich firm, które już teraz żyją z tego sektora, ich fabryki i montownie są w Polsce, ale na tą chwilę eksportują większość swoich usług za granicę – mówi Paweł Puacz.

Polskie słodycze hitem eksportowym. Najpopularniejszymi kierunkami państwa UE, Daleki i Bliski Wschód

Polskie słodycze hitem eksportowym. Najpopularniejszymi kierunkami państwa UE, Daleki i Bliski Wschód 5

Polska jest w pierwszej dziesiątce największych w Unii Europejskiej producentów słodyczy. Jednak ze względu na stagnację na polskim rynku, dominującą pozycję sieci handlowych oraz rosnącą konkurencję ze strony producentów z Ukrainy krajowi wytwórcy rozwijają eksport słodyczy na rynki zagraniczne. Głównymi odbiorcami są państwa Wspólnoty, jednak rozwijają się też rynki trzecie, przede wszystkim blisko- i dalekowschodnie. Eksport polskich słodyczy rósł w ostatnich latach w tempie sięgającym 10–15 proc. rocznie.

– Polska stała się w ostatnich latach szóstym co do wielkości producentem słodyczy w Europie. W tej chwili mamy jednak na polskim rynku stagnację, jeśli chodzi o sprzedaż słodyczy, więc to eksport pozwala firmom z branży dynamicznie się rozwijać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Pawłowski, prezes Cukierniczej Spółdzielni Inwalidów „Słowianka” oraz członek zarządu Stowarzyszenia Polskich Producentów Wyrobów Czekoladowych i Cukierniczych POLBISCO.

Polska wyrosła w ostatnich latach na jedną z europejskich potęg cukierniczych. Wartość krajowego rynku słodyczy szacowana jest blisko na 13 mld zł, z czego połowę stanowią wyroby czekoladowe. Według danych GUS w I półroczu ubiegłego roku produkcja wyrobów czekoladowych wzrosła o 5,7 proc. i przekroczyła 180 tys. ton.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu „Zmiany preferencji Polaków w zakresie konsumpcji żywności” przygotowanego przez Bank BGŻ BNP Paribas i firmę badawczą GfK, spożycie czekolady i wyrobów cukierniczych w latach 2005–2014 zwiększyło się o 36 proc. (do 4,5 kg na osobę rocznie). Polacy podczas zakupów częściej zwracają uwagę na kwestie zdrowotne, wybierając czekoladę z wysoką zawartością kakao czy batony z ziarnami zbóż. Konsumpcja słodyczy rośnie też wraz ze wzrostem dochodów konsumentów.

Na tle innych państw europejskich w Polsce spożycie słodyczy wciąż jest jednak relatywnie niewielkie. Statystyczny Niemiec zjada rocznie około 9 kg słodyczy. Dodatkowo producenci muszą pilnować niższych cen ze względu na politykę sieci handlowych oraz nasilającą się konkurencję tańszych dostawców ze Wschodu, głównie z Ukrainy. Ze względu na niższe ceny cukru i koszty siły roboczej tamtejsze wyroby są tańsze średnio o jedną trzecią. Dlatego szansą dla polskich producentów słodyczy jest eksport na rynki zagraniczne.

– Potencjał sprzedaży słodyczy na rynkach międzynarodowych jest nieograniczony. Polska sprzedaje ich ciągle stosunkowo niewiele, ale widać wzrost sprzedaży słodyczy na rynku eksportowym, który sięga 10–15 proc. – mówi Sławomir Pawłowski.

Wartość polskiego eksportu słodyczy jest szacowana na około 6 mld zł rocznie, z czego większość trafia na rynki Unii Europejskiej. Głównymi odbiorcami polskich rodzimych wyrobów są Niemcy i Wielka Brytania. W ostatnich latach branża rozwija również sprzedaż na rynki trzecie.

 Sprzedajemy nasze produkty do Chin, Wietnamu czy Korei, czyli na rynki dalekowschodnie, ale również bliskowschodnie, czyli do Emiratów Arabskich oraz do Afryki Północnej i Południowej. Eksportujemy również do Stanów Zjednoczonych i Kanady, także praktycznie cały świat objęty jest sprzedażą polskich słodyczy – mówi Sławomir Pawłowski.

Prezes Cukierniczej Spółdzielni Inwalidów „Słowianka” zwraca uwagę na to, że lwią część eksportu polskich słodyczy stanowią wyroby czekoladowe.

– Największe przyrosty sprzedaży eksportowej notowane są w czekoladzie. Wyroby czekoladowe są kategorią produktów, których sprzedajemy najwięcej. Jest to związane z tym, że szczególnie na rynkach trzecich, dalekowschodnich, spożycie czekolady jest ciągle na minimalnym poziomie, dużo mniejszym niż w Europie. To powoduje, że wejście z naszymi wyrobami na te rynki jest łatwiejsze – mówi Sławomir Pawłowski.

Problemem rodzimych eksporterów słodyczy jest brak możliwości odpowiedniego wypromowania swoich produktów za granicą. Zagraniczni konsumenci nie kojarzą polskich słodyczy, a wielu krajowych producentów sprzedaje na rynkach zagranicznych produkty pod marką zagranicznych sieci. Na promocję polskich słodyczy producenci najczęściej nie mają wystarczających środków finansowych.

– Podstawową barierą wejścia na rynki trzecie z wyrobami czekoladowymi i słodyczami jest brak możliwości promocji tych produktów. Tak naprawdę żadna z polskich firm, która produkuje słodycze, nie ma wystarczających zasobów finansowych, żeby promować swoje wyroby na rynkach trzecich – wyjaśnia Sławomir Pawłowski.

Carpooling – nowa era transportu pracowników w firmach

Oszczędność czasu i pieniędzy, ułatwienie dojazdu, mniej spóźnień i absencji pracowników czy obniżenie emisji spalin do środowiska – to tylko kilka z wielu korzyści jakie może przynieść zorganizowanie carpoolingu w dużych firmach. Czym jest carpooling i jakie są jego mocne strony?

Carpooling to udostępnienie, za niewielką opłatą, wolnych miejsc w samochodzie osobom, które zmierzają w tym samym kierunku co kierowca. Idea ta przywędrowała do Polski z Europy Zachodniej i jak się okazuje zakorzeniła się w życiu codziennym Polaków. Potwierdzają to chociażby dane raportu „Nasze życie w samochodzie” przeprowadzonego w sierpniu 2016r. przez CSA Research na zlecenie marki Citroën. Wynika z niego, że statystyczny Polak korzystał z carpoolingu 533 razy w swoim życiu. Dane przedstawiają się jeszcze ciekawiej, jeśli weźmiemy pod uwagę samych kierowców. Okazuje się, że Polacy posiadający auto korzystali ze wspólnych przejazdów 798 razy, natomiast spośród osób, które codziennie prowadzą auto aż 961 razy zabierało innych podróżnych.

Wspólne podróże niosą za sobą wiele korzyści: oszczędność na paliwie, komfort podróży a w wielu przypadkach szybsze dotarcie do celu. Nic więc dziwnego, że nowe podejście do podróżowania zostało dobrze przyjęte przez Polaków. Trend ten warto także wykorzystać w dużych firmach jako nowoczesną formę przewozu pracowników – komentuje Kornelia Maciesza, YanosikTLS. – Takie rozwiązanie generuje wiele pożytku zarówno dla pracowników, jak i przedsiębiorstw – dodaje. W jaki sposób carpooling może pozytywnie wpłynąć na rozwój firmy? Oto kilka przykładów.

CSR – społeczna odpowiedzialność biznesu

Carpooling wpisuje się w ideę CSR, czyli koncepcję, według której na etapie prowadzenia przedsiębiorstwa uwzględnia się interesy określonych grup społecznych i podejmuje działania mające na celu ochronę środowiska. Stworzenie w firmie rozwiązania umożliwiającego umawianie się pracowników na wspólne przejazdy do pracy wpływa na oszczędności związane z dojazdami osób zatrudnionych, a także na wizerunek firmy przyjaznej środowisku. Jak pokazują wyliczenia, 1 drzewo pochłania rocznie taką ilość CO2, jaką emituje auto po przejechaniu 8 km. Zmniejszenie liczby aut na drogach wpływa zatem na zmniejszenie emisji spalin, a co za tym idzie ochronę środowiska. Takie działanie rozwiązuje również problem z miejscami parkingowymi pod gmachem firmy.

Dobry wizerunek na rynku pracy – Employer Branding

Zapewnienie pracownikom odpowiednich warunków pracy i dodatkowych benefitów tworzy wizerunek firmy jako atrakcyjnego pracodawcy dla potencjalnych pracowników oraz zwiększa lojalność aktualnie zatrudnionych osób wobec przedsiębiorstwa. Wprowadzenie carpoolingu ma tutaj szczególne znaczenie, jeśli siedziba firmy znajduje się na obrzeżach miasta lub na terenach pozamiejskich. Stworzenie możliwości dzielenia się przejazdem pokazuje, że pracodawca nie jest obojętny na potrzeby pracowników. Takie działanie wzmacnia także więzi pomiędzy pracownikami, co wpływa również na lepszą atmosferę w pracy.

Jazda autem to mniejszy stres wśród pracowników

Jak wynika z badania „Commute survey” firmy rekrutacyjnej PageGroup, dojazd transportem publicznym wywołuje więcej stresu niż przyjazd do pracy autem. 35 proc. Polaków korzystających z transportu publicznego przyznaje się do stresu, natomiast mniejszą część pracowników, 23 proc. stresuje dotarcie do pracy autem. Wpływ na taki stan rzeczy ma głównie tłok w metrze, autobusach czy tramwajach. Niekiedy pracownicy muszą liczyć się z przesiadkami, co dodatkowo wydłuża czas dojazdu do miejsca zatrudnienia. Co ciekawe inne badania pokazują, że pracownicy, którzy dzielą się przejazdem są bardziej zadowoleni ze swojej pracy niż osoby docierające do pracy w pojedynkę.

– Wydłużony czas dojazdu do firmy wpływa na zachwianie tzw. work-life balance, czyli równowagi między życiem prywatnym a zawodowym. To z kolei oznacza, że pracownicy muszą wychodzić do pracy wcześniej i wracają później do domu. Odbija się to niestety na życiu osobistym zatrudnionych – komentuje Kornelia Maciesza, YanosikTLS. – Carpooling może być zatem dobrym rozwiązaniem dla obu stron. Kierowcy oszczędzają na paliwie a pasażerowie mogą liczyć na miejsce siedzące i komfort podczas podroży. Pracodawcy natomiast zyskują wypoczętych i bardziej efektywnych pracowników – dodaje.

Kurs funta rośnie po ogłoszeniu wcześniejszych wyborów parlamentarnych

Funt brytyjski umocnił się do najwyższego od lutego poziomu do koszyka głównych walut po tym jak premier Theresa May ogłosiła, iż rozpisze przedterminowe wybory parlamentarne na 8 czerwca 2017 roku.

Ruch ten ma na celu zyskanie poparcia społecznego dla „brexitowych” negocjacji które będą przeprowadzane za jej rządów. Obecnie sondaże przedwyborcze dają ponad 20% przewagę dla Partii Konserwatywnej nad głownymi opozycyjnymi partiami. Taki wynik w wyborach oznaczałby konsolidację władzy w rękach premier May.

Ogłoszenie daty wcześniejszych wyborów zostało pozytywnie odebrane przez rynki.

Koncentracja władzy w rękach konserwatywnego rządu może dać większą władzę i wpływ na wynik negocjacji w sprawie Brexitu. Para GBPUSD  rośnie obecnie aż 1,5% i handluje w pobliżu poziomu 1,2760, najwyżej od grudnia 2016 r. Para przebiła też górą linię 200 dniowej średniej ruchomej po raz pierwszy od referendum w sprawie Brexitu przeprowadzonego 23 czerwca ubiegłego roku.  Para EURGBP traci 1% i handluje w pobliżu poziomu 0,8380, również najniżej od grudnia 2016 r. Funt zyskuje również 0,7% do polskiej waluty i należy już płacić za niego ponad 5,04 zł.

Pomimo aktualnych wzrostów funt brytyjski jest wciąż tańszy o około 15% do koszyka głównych walut niż przed czerwcowym referendum.

Wcześniejsze wybory parlamentarne tworzą też kolejne ryzyko polityczne. Negatywnie na tę wiadomość zareagowały brytyjskie parkiety giełdowe, gdyż mocny funt zmniejsza zyski eksporterów. Mocno reprezentowany przez międzynarodowe koncerny indeks FTSE100 traci już ponad 2% i handluje w pobliżu poziomu 7100 punktów, najniżej od lutego. Pod czerwoną kreską handlują szczególnie spółki wydobywcze i banki.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Upraktycznianie kierunków studiów – sposób na pracownika idealnego?

Siłą dobrze prosperującego biznesu są ludzie. Z tego względu dostęp do odpowiednio wykwalifikowanych kadr jest kluczowy dla inwestorów stojących przed wyborem destynacji biznesowej.  Coraz więcej firm korzysta z możliwości wykształcenia sobie pracowników, nawiązując współpracę z lokalnymi uczelniami.

Praca czeka

Według ekspertów Fundacji Pro Progressio ostatnia dekada pokazuje otwartość szkół wyższych na poszerzanie oferty dydaktycznej i dostosowywanie jej do wymogów nakładanych przez świat biznesu. Jedną z branż, która najsilniej wpływa na zmiany w polskich uczelniach jest sektor outsourcingu i nowoczesnych usług dla biznesu, który notuje kilkunastoprocentowy wzrost rok do roku. W wyniku trójstronnej współpracy szkół wyższych, samorządów oraz prywatnych przedsiębiorstw, czyli tzw. „złotego trójkąta” powstają nowe specjalności i kierunki, a te już istniejące upraktyczniają się. Student opuszczający mury uczelni, oprócz dyplomu, posiada już cenne doświadczenie praktyczne i pełne przygotowanie do podjęcia pracy bezpośrednio po zakończeniu nauki. Co więcej, praca ta już na niego czeka – mówi Wiktor Doktór prezes Fundacji Pro Progressio. Korzyści jakie z tej kooperacji czerpie biznes, również są dość oczywiste. Firmy zyskują pracowników przygotowanych, znających realia rynku, a jednocześnie wzmacniają wizerunek pracodawców troszczących się o przyszłość i rozwój młodych ludzi.

Obszary współpracy

Współpraca między biznesem a szkolnictwem wyższym może przybierać różne formy, w zależności od branży, kierunku studiów i indywidualnych potrzeb danej firmy oraz wydziału. Niekiedy kooperacja ta skupia się na działaniach związanych z organizacją rynku pracy. Przedsiębiorstwa publikują oferty pracy w ramach uczelnianych Biur Karier, prezentują się jako pracodawcy podczas specjalnie organizowanych wykładów, współorganizują konferencje, sympozja czy targi pracy. Szkoły Wyższe z kolei, obejmują patronaty naukowe i opiekę merytoryczną nad konkursami rekrutacyjnymi.  Jeśli danej firmie zależy nie tylko na pozyskaniu do pracy absolwentów danej uczelni, ale wykształcenie sobie dedykowanych, „szytych na miarę” kadr, współpraca zaczyna się już na etapie kształcenia. Przedsiębiorcy organizują specjalnie przygotowane staże czy praktyki skierowane do studentów danego kierunku. Idąc o krok dalej, niektóre firmy współtworzą programy studiów dualnych, w trakcie których młodzi ludzie równocześnie zdobywają wiedzę akademicką i doświadczenie zawodowe, a także studiów podyplomowych czy kursów doszkalających. Najbardziej zaawansowaną formą współpracy są studia o profilu praktycznym, przystosowane do realiów współczesnego rynku pracy. Innym ciekawym obszarem współpracy na linii biznes – uczelnie są badania i rozwój. Polega ona zazwyczaj na realizowaniu wspólnych badań naukowych i publikacji, wdrożeń, aplikacji produktów. Szkoły Wyższe wystawiają niekiedy ekspertyzy i opinie o innowacyjności, świadczą usługi doradztwa, nadzoru badań laboratoryjnych czy szkoleń. Bywa, że dany uniwersytet występuje jako partner w innowacyjnych projektach, uwiarygodniając je od strony naukowo-merytorycznej.

Na różnych poziomach

Jak daleko może zabrnąć współpraca biznesu ze światem akademickim bez obaw o nadmierną ingerencję pomiotów zewnętrznych w niezależność uczelni? Ważne jest znalezienie złotego środka, tak, aby Uczelnia nie ograniczała się do kształcenia zawodowego na potrzeby tylko jednej firmy, w pewnym sensie zamykając swoim absolwentom możliwość znalezienia pracy w innych sektorach czy firmach. Jak wskazuje dr hab. Jarosław Krajka prof. UMCS, Zakład Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej wyznaczył sobie pięć poziomów współpracy kierunków studiów z sektorem BPO. Pierwszy z nich sprowadza się do delegowania uzgodnionej liczby studentów do odbywania praktyk w danej firmie. W ramach poziomu drugiego praktyki te poprzedzone są wcześniejszym wprowadzeniem treści przekazanych przez firmę w tok zajęć.  Poziom trzeci to realizacja prac licencjackich lub magisterskich na zamówienie firmy. Tematy prac są wtedy wyznaczane studentom zgodnie z potrzebami danego przedsiębiorstwa. Kolejny poziom to kooperacja w zakresie opracowania wspólnego programu studiów. Podmiot zewnętrzny może wówczas zasugerować przedmioty, efekty kształcenia, kompetencje, jakie powinien zyskać absolwent.  Najwyższy poziom integracji uczelni z przedsiębiorstwem to realizacja wspólnego programu studiów. W takim przypadku część zajęć jest prowadzona przez przedstawicieli danej firmy, a studenci są zobowiązani odbywać w niej praktyki studenckie.  Prof. Krajka wskazuje, że w przypadku studiów prowadzonych w Instytucie Germanistyki i Lingwistyki Stosowanej UMCS, takich jak germanistyka i lingwistyka stosowana, różne podmioty z rynku pracy w różnym stopniu współpracują z Uczelnią przy realizacji kształcenia, zarówno uczestnicząc w prowadzeniu wspólnego programu studiów (Convergys), oferując staże i praktyki (Orange) czy współpracując przy prowadzeniu studiów podyplomowych czy wspólnych projektów naukowych (Lubelski Klaster Medyczny).

Rynek spożywczy rośnie, ale część producentów narzeka. Pomogą nowe technologie?

Wartość polskiego rynku FMCG w 2016 roku wyniosła 255 mld PLN. Mimo wzrostu na poziomie 4,3 proc. r/r,  lokalnym producentom coraz trudniej utrzymać na nim pozycję, zwłaszcza w obliczu postępującej konsolidacji. Receptą na problemy mogą być inwestycje w nowe technologie i poprawa rentowności zakładów. Z danych GUS wynika, że znaczna część polskich producentów żywności jest informatycznie zacofana.

Rynek spożywczy w Polsce jest jednym z najszybciej rozwijających się sektorów produkcyjnych, posiadającym duży potencjał eksportowy. Pozytywną koniunkturę najlepiej oddają liczby. Według analityków Domu Maklerskiego PKO Banku Polskiego, w 2016 roku wartość rynku FMCG, zdominowanego przez 10 międzynarodowych koncernów do których należy większość popularnych marek, wyniosła 255 mld PLN, co oznacza wzrost na poziomie 4,3 proc. r/r. Z raportu Market Monitor wynika z kolei, że w bieżącym roku możemy spodziewać się wzrostu lokalnej sprzedaży w branży spożywczej o ponad 3 proc. Warto również zwrócić uwagę na eksport, który w 2016 roku wzrósł o prawie 6 proc. To bardzo optymistyczne wyniki.

Rynek pełen wyzwań

Mimo sprzyjającej koniunktury, nie wszystkim jednak graczom wiedzie się dobrze. Z danych Euler Hermes wynika, że rośnie liczba upadłości a przemysł jest tutaj jednym z liderów.  Wielu polskim firmom produkującym żywność trudno jest utrzymać się na rynku zdominowanym przez duże, dobrze zinformatyzowane przedsiębiorstwa i jeśli nie zoptymalizują one procesów wytwórczych, to grozi im upadłość lub przejęcie przez konkurencję. – Chyba dochodzimy do momentu, gdy konsolidacja będzie przyśpieszała, a powodów jest wiele: ewolucja handlu detalicznego w Polsce, zmiana preferencji zakupowych, rosnąca rola dyskontów na pewno wymuszą konsolidację sektora – twierdzi Paweł Stamburski, dyrektor departamentu sektorów strategicznych Banku Zachodniego WBK.

Zdaniem ekspertów, rynek spożywczy jest wyjątkowo wrażliwy na zmiany a to sprawia, że czynników, które należy wziąć pod uwagę przy produkcji, jest mnóstwo. Menedżerowie odpowiedzialni za zarządzanie w firmach z sektora spożywczego muszą sprostać takim wyzwaniom, jak m.in. fluktuacja cen surowców, kursów walut, a także pogoda czy nastroje konsumenckie. Planowanie produkcji jest bardzo często procesem złożonym, realizowanym w długiej perspektywie czasowej. Przykładem może być produkcja warzyw dla gastronomii, gdzie dla podstawowych linii produktów planowanie odbywa się z wyprzedzeniem ponad rocznym, w kilku przypadkach nawet dwuletnim. Wynika to z cyklu produkcyjnego (przetwarzanie warzyw, mrożenie, apertyzacja) i cyklu wegetacyjnego roślin oraz lokalizacji ich uprawy.Złożoność procesów produkcyjnych w naszym przypadku wynika z korelacji pomiędzy terminem zbioru plonów, a ich przetwarzaniem. Ważną rolę odgrywają tu takie czynniki jak lokalizacja fabryk, cykl ich pracy, czy też interakcje z częścią agrotechniczną. Plony często zbiera się zależnie od warunków wegetacyjnych czy pogodowych, a prace mogą przesunąć się nawet o kilka tygodni. Trzeba również wziąć pod uwagę specjalizację asortymentową poszczególnych fabryk i to, że stanowią one złożone środowiska produkcyjne, wymagające istotnego wsparcia narzędziowego – twierdzi Witold Kosmala z Bonduelle. To wszystko sprawia, że zarządzanie w branży spożywczej jest trudniejsze niż w wielu innych sektorach. Znajduje to odzwierciedlenie w sytuacji finansowej przedsiębiorstw.

Jak wynika z ubiegłorocznych danych Krajowego Rejestru Długów, zadłużenie firm spożywczych rośnie. Branża nie płaci bankom, firmom handlowym i sobie nawzajem. Na blisko 3,5 tys. firm z branży spożywczej, notowanych w bazie danych KRD BIG, łączne zadłużenie wyniosło 197 mln zł i wzrosło o 22 mln zł. Najgorzej radzą sobie firmy zajmujące się przetwarzaniem, konserwacją oraz produkcją wyrobów z mięsa – zalegają swoim wierzycielom na ponad 71 mln zł. Z kolei te, które zajmują się wyrobami piekarskimi i mącznymi mają długi w wysokości 45 mln zł. Kiepsko radzą sobie również producenci owoców i warzyw – mają do oddania łącznie ponad 35 mln zł – a w niewiele lepszej sytuacji są producenci napojów, którzy łącznie winni są wierzycielom ponad 14 mln zł.

Sektor spożywczy charakteryzuje się wyjątkową zmiennością otoczenia, co wynika zarówno z czynników makroekonomicznych, jak i przyzwyczajeń odbiorców oraz zmian na globalnych rynkach zbytu. Bardzo ważna jest tutaj możliwość prognozowania popytu, szybkiej reakcji na zmiany i przestawienia produkcji, gdy zachodzi taka potrzeba. Aby było to możliwe, konieczne jest zapewnienie szybkiej i precyzyjnej informacji o procesach zachodzących zarówno wewnątrz, jak i poza przedsiębiorstwem. Jeśli te warunki nie zostaną spełnione, to firmie trudno jest funkcjonować na bardzo konkurencyjnym i zmiennym rynku – tłumaczy Piotr Rojek, prezes zarządu firmy DSR, dostarczającej systemy wspierające zarządzanie produkcją.

Na cyfrowym dopingu

Słaba kondycja części firm to efekt braku inwestycji w rozwiązania informatyczne optymalizujące zarządzanie produkcją i przedsiębiorstwem. W Polsce krajobraz systemów ERP nie prezentuje się zbyt optymistycznie. W przypadku firm zajmujących się przetwórstwem przemysłowym, ponad 22 tysiące dużych przedsiębiorstw nie posiada żadnego narzędzia informatycznego, umożliwiającego lepsze zarządzanie i optymalizację kosztów produkcji, i to na podstawowym poziomie. W sektorze spożywczym informatyzacja przebiega jeszcze wolniej: zaledwie co czwarta firma produkująca żywność posiadał system ERP. To niemal dwa razy gorszy wskaźnik niż w sektorze chemicznym i farmaceutycznym, nie mówiąc o sektorze motoryzacyjnym czy elektronicznym, gdzie blisko 60% firm zadeklarowało posiadanie systemu wspierającego zarządzanie przedsiębiorstwem.

Według Witolda Kosmali z firmy Bonduelle Polska, technologie informatyczne są naturalnym krwiobiegiem i układem nerwowym organizacji. Są krytyczne dla utrzymania jej na wymaganym poziomie sprawności, a jednocześnie umożliwiają optymalizację procesów wpływających na efektywność firmy. – W mojej ocenie technologie informatyczne wspierające konkurencyjność to takie, które w sposób optymalny łączą efektywność przewidywań sprzedaży z produkcją i gospodarką magazynową. Wdrożenie systemu, który łączy te wszystkie aspekty skutkuje pełną dostępnością produktów przy dynamicznie zmieniającym się popycie i ograniczeniu kosztów do minimum – tłumaczy Witold Kosmala.

O znaczeniu rozwiązań IT dla producentów żywności przekonuje również Dariusz Wierzbicki, dyrektor IT w Farm Frites Poland, gdzie system ERP dostarczony przez QAD traktowany jest m.in. jako źródło wszelkich informacji dotyczących zdarzeń gospodarczych w firmie, umożliwiając rejestrację przychodów oraz śledzenie zobowiązań i należności. Zdaniem Dariusza Wierzbickiego, jeśli firma planuje rozwój, to po osiągnięciu pewnej skali działania musi zainwestować w system informatyczny, by móc maksymalnie wykorzystać zarówno posiadane zasoby, jak i możliwości oferowane przez rynek. – Producenci żywności z reguły pracują na niewielkiej marży, więc systemy klasy ERP umożliwiają im podwyższenie rentowności poprzez optymalizację wykorzystania zasobów i wskazanie obszarów, w których poprzez udoskonalenie procesów możliwa jest poprawa wyników – przekonuje Wierzbicki.

Wartość dodana

Dla mniejszych graczy to ważna informacja, zwłaszcza, że duże przedsiębiorstwa idą dalej i coraz częściej sięgają po rozwiązania uzupełniające klasyczny system wspierający zarządzanie. Przykładem może być Twinings AB Food, jeden z największych producentów wyrobów spożywczych w Europie, który stanął przed wyzwaniem związanym ze zmniejszeniem czasochłonności procesu układania harmonogramu produkcyjnego i eliminacją jego ręcznej obsługi. Twinings zdecydował się na wprowadzenie systemu do zaawansowanego planowania i harmonogramowania produkcji Preactor APS. –  W pewnym momencie stanęliśmy przed koniecznością usystematyzowania i usprawnienia systemu harmonogramowania produkcji. Przy tak dużej ilości marek nieodzowne stało się wprowadzenie narzędzia, które skróci czas ich tworzenia, a sam plan będzie bardziej dokładny. Dodatkowo pozwoli na uwzględnienie wszelkich czynników technologicznych, występujących w procesie produkcji – stwierdził Bartłomiej Stryczek, były szef informatyki w Twinings AB Food.-  Chcieliśmy, aby harmonogram był lepszy – nie generował błędów wynikających z ograniczonej dostępności ludzi oraz problemów, związanych nie tyle z nieznajomością technologii, ale z konieczności takiego ułożenia harmonogramu, aby czas między produkcją jednego rodzaju herbaty, a drugiej był jak najkrótszy. Eliminacja powyższych błędów wpływa na opłacalność całego procesu – dodaje Bartłomiej Stryczek.

Rozwiązanie uzupełniające system ERP wprowadził także Farm Frites, który przy wsparciu firmy DSR wdrożył RF Express, bezprzewodowe rozwiązanie informatyczne pracujące w czasie rzeczywistym w trybie online. Zostało ono zaprojektowane z myślą o integracji krytycznych funkcji automatycznego gromadzenia danych oraz kodów kreskowych z systemem ERP. – Dzięki użyciu terminali radiowych każdy element przekazywany do produkcji na linii płatków jest natychmiast rejestrowany w systemie w trybie on-line. Ma to tym większe znaczenie, że musimy dokładnie śledzić każdy komponent wykorzystany do produkcji, terminy przydatności oraz partię wyrobu gotowego. Dodatkowo, system umożliwia śledzenie kosztów przyporządkowanych do konkretnego zlecenia roboczego. W konsekwencji, mamy również możliwość zmniejszenia stanów magazynowych. Dysponujemy precyzyjną informacją, co i w jakim tempie schodzi z magazynu. Eliminuje to konieczność zamawiania nadmiarowych ilości materiałów – dodaje Dariusz Wierzbicki.

Quo Vadis branżo?

Czy szybka informatyzacja dużych zakładów oznaczać będzie konsolidację sektora i przejmowanie firm, które gorzej radzą sobie na rynku? Informatyzują się nie tylko duże zakłady produkcyjne, w IT inwestują również te mniejsze umacniając swoją pozycję na lokalnym rynku. Niestety nie wszystkie – jedną  z największych barier są obawy o koszty. Rośnie liczba dłużników, wejście w życie podatku od sieci handlowych sprawiło, że sieci handlowe przerzuciły część kosztów na producentów żywności. To utrudnia podejmowanie decyzji zwłaszcza przy niskiej marży.  Dariusz Wierzbicki podpowiada jednak rozwiązanie: chmura. Jego zdaniem, w dzisiejszych czasach nie trzeba już inwestować we własną, skomplikowaną infrastrukturę IT, by czerpać korzyści z systemów ERP. Można skorzystać z dużo tańszych rozwiązań „chmurowych”, oferowanych przez dostawców w modelu SaaS (Software-as-a-Service). W przypadku takiego wdrożenia firma może skupić się na zagadnieniach biznesowych, nie angażując się tak mocno w skomplikowane procesy informatyczne.

Warto także skorzystać z unijnego dofinansowania. Choć nie jest ono tak duże jak w poprzedniej perspektywie, to wciąż można dzięki nim sfinansować znaczną część wdrożenia.

Dwucyfrowy wzrost polskiego rynku leasingu w I kw. 2017r.

  • W pierwszych trzech miesiącach roku polska branża leasingowa sfinansowała inwestycje o wartości 15 mld zł, przy dynamice rynku na poziomie 12,7% (r/r).
  • Sektor leasingowy bardzo dobre wyniki odnotował w zakresie finansowania pojazdów osobowych i dostawczych do 3,5t (19,7% r/r), przy 6,7 mld zł wartości nowych kontraktów.
  • W I kwartale 2017r. po raz pierwszy od roku, także dwie inne kategorie: maszyn i urządzeń oraz nieruchomości, zanotowały wysokie, dwucyfrowe dynamiki.

Związek Polskiego Leasingu I kw. 2017Związek Polskiego Leasingu, reprezentujący polski sektor przedsiębiorstw leasingowych podał, że w pierwszych trzech miesiącach 2017r. branża leasingowa sfinansowała łączne inwestycje o wartości 15 mld zł, przy dynamice rynku na poziomie 12,7% (r/r). W omawianym okresie firmy leasingowe najczęściej finansowały pojazdy osobowe i dostawcze do 3,5t (w strukturze rynku transakcje te stanowią 44,6%), środki transportu ciężkiego (28,2%), maszyny i urządzenia liczone łącznie z IT (25,7%), rzadziej nieruchomości (1% udział).

„Wyniki, jakie branża leasingowa odnotowała na początku 2017r. są dobrym prognostykiem na nadchodzące kwartały. 12,7 proc. wzrost oraz wartość nowych kontraktów na poziomie 15 mld zł, pozwalają oczekiwać w kolejnych miesiącach roku coraz wyższego poziomu inwestycji MŚP, realizowanych przy udziale leasingu” – powiedział Andrzej Krzemiński, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu.

W pierwszym miesiącach br., sektor leasingowy osiągnął dwucyfrowe dynamiki w większości raportowanych przez ZPL kategorii aktywów.

ZPL I kw. 2017 struktura przedmiotów

19,7% to dynamika rynku w zakresie łącznego finansowania pojazdów osobowych, dostawczych i ciężarowych do 3,5 tony. Wartość nowych kontraktów dotyczących finansowania pojazdów lekkich wyniosła w omawianym czasie 6,7 mld zł.

Jeszcze wyższy, bo niemal 23 proc. wzrost był udziałem finansowania maszyn i urządzeń liczonych razem z IT. Łączna wartość nowych kontraktów na poziomie 3,9 mld zł została osiągnięta m.in. dzięki wysokiemu poziomowi finansowania maszyn rolniczych i budowalnych.

Warto także odnotować, że w pierwszym kwartale br. po raz pierwszy od roku zwiększyło się finansowanie maszyn i innych urządzeń, jak również nieruchomości. W przypadku tej  ostatniej kategorii rynek odnotował 76,5 proc. wzrost poziomu finansowania.

Ujemna, -4,2 proc. dynamika, przy wartości nowych kontraktów na poziomie 4,2 mld zł, odnosi się do finansowania przez branżę leasingową środków transportu ciężkiego w I kw. 2017r. Firmy leasingowe od lat finansują m.in. ciągniki siodłowe, naczepy/przyczepy, pojazdy ciężarowe powyżej 3,5 tony, autobusy, samoloty, statki czy środki transportu kolejowego. Dane ZPL pokazują, że w pierwszych miesiącach roku, na ujemną dynamikę segmentu transportu ciężkiego, wpływ miały wyniki w zakresie finansowania pojazdów ciężarowych powyżej 3,5 tony, autobusów oraz samolotów.

ZPL I kw. 2017 aktywa

Wyniki badania koniunktury branży leasingowej

Związek Polskiego Leasingu kwartalnie realizuje badanie koniunktury branży leasingowej. Badanie jest przeprowadzane wśród osób odpowiedzialnych za sprzedaż w firmach zrzeszonych w ZPL. Dane dotyczą oceny mijającego okresu oraz trendów w kolejnym kwartale. II kwartał to czas, kiedy według badanych firm, poprawi się aktywność rynkowa, w zakresie liczby i wartości wpływających wniosków (odpowiednio 77% i 88 % – łączne wskazania wzrost i istotny wzrost). Na podobnym poziomie, pozostaną zatrudnienie oraz liczba rozwiązywanych umów.

Badane przez ZPL firmy, W II kw. 2017r., oczekują wyższego poziomu finansowania dla wszystkich głównych grup środków trwałych, przy czym zdecydowania najlepsze perspektywy rysują się dla finansowania środków transportu ciężkiego, pojazdów lekkich oraz maszyn i IT. Także w przypadku finansowania nieruchomości, respondenci oczekują wzrostu produkcji.ZPL I kw. 2017 badanie koniunktury branży leasingowej

Kurs funta w górę! Co z euro, frankiem i dolarem?

Zabrakło paliwa do dalszego umocnienia złotówki. Euro wybroniło kluczowe poziomy, funt coraz droższy. Referendum w Turcji oraz wybory we Francji mogą ciążyć złotemu.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 10.04.2017-18.04.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2110 3,9430 3,9680 4,9215
Maksimum 4,2510 3,9820 4,0090 5,0200


Kurs euro do złotego EUR/PLN

Kurs euro do złotego EUR/PLN wykresWiele wskazuje na to, że trend spadkowy, który dominował od połowy marca, został już domknięty. Podczas jego trwania wspólna waluta potaniała o blisko 15 groszy. Od początku kwietnia kolejne dołki znajdują się coraz wyżej. Ruch wznoszący nie jest jednak wystarczająco silny, by mówić o nowym trendzie. Bardziej prawdopodobne jest, że kurs EUR/PLN znajduje się obecnie w formacji klina. Jest on ograniczony od dołu przez linie przechodzącą przez kwietniowe minima. Górną granicą zdaje się poziom 4,26 zł, który na początku kwietnia zdusił w zarodku trend rosnący, a dodatkowo w marcu chwilowo wstrzymał marsz kursu na południe. Warto zauważyć, że w tych okolicach wypada także znaczący poziom Fibo. Prawdopodobnie taki stan kumulacji otrzyma się jeszcze kilka dni. Jego wybicie powinno nastąpić bliżej przyszłego weekendu, gdy rynki już całą swoją uwagę skupią na wyborach prezydenckich we Francji. Wizja Marine Le Pen w Pałacu Elizejskim powinna “rozbujać” kursy. Z jednej strony jest to czynnik ryzyka stricte dla strefy euro, jednak może on rykoszetem uderzyć w waluty naszego regionu.

Kurs dolara do złotego USD/PLN

Kurs dolara do złotego USD/PLN wykresDolar na początku miesiąca dynamicznie się umacniał, drożejąc 10 groszy w niecały tydzień. Mogło się wtedy wydawać, że dość szybko wróci do poziomów z lutego, gdy kosztował około 4,10 zł. Scenariusz ten uwiarygadniał fakt, przełamania ważnego oporu w okolicach 3,97 zł. Później jednak trend stracił impet, przechodząc w konsolidację, która trwa do dzisiaj. Od dwóch tygodni kurs USD/PLN porusza się w wąskim kanale między 3,965 zł a 4,00 zł. Dolarowi szkodzą ostatnie działania (już nie tylko słowa) Donalda Trumpa. W dłuższej perspektywie jednak wzrost ryzyk globalnych powinien bardziej uderzyć w złotego niż w dolara. Oznacza to, że w najbliższym czasie możemy obserwować kolejne podejście pod okrągły poziom 4,00 zł. Jego pokonanie może dać impuls do kolejnego 10 groszowego ruchu w górę.

Kurs funta do złotego GBP/PLN

Kurs funta do złotego GBP/PLN wykresFunt w ostatnim czasie jest jedną z najmocniejszych walut G10. Niestety dla Brytyjczyków jest to raczej wynik wcześniejszej słabości tej waluty, która od czasu referendum pozostaje pod znaczną presją. Nie zmienia to jednak faktu, że od początku kwietnia funt podrożał o 17 groszy. Przełamał w międzyczasie kilka ważnych oporów. Między 4,97 zł a 5,00 zł znajdowały się co najmniej trzy kluczowe poziomy, które brytyjska waluta z mniejszym lub większym trudem pokonała. Sforsowania okrągłej bariery 5 złotych otwiera drogę do poziomów z początku roku, gdy za funta płacono od 5,05 zł do 5,12 zł. Należy jednak pamiętać, że w szerszej perspektywie nastawienie do funta pozostaje negatywne, więc prędzej czy później i tak prawdopodobnie powrócimy do spadków.

Kurs franka do złotego CHF/PLN

Kurs franka do złotego CHF/PLN wykresWzrost napięć globalnych musiał się przełożyć na wycenę franka szwajcarskiego, który cały czas jest traktowany jako bezpieczna przystań dla kapitału. Pod koniec marca na wykresie CHF/PLN zarysował się podwójny dołek. Frank wtedy kosztował 3,93 zł. Od tego momentu kurs najpierw się odbił, a potem ustabilizował przy cenie 3,96 zł. Szwajcarski bank centralny cały czas pilnuje, by helwecka waluta nie była zbyt mocna, jednak biorąc pod uwagę nadchodzące wydarzenia, może zostać po raz kolejny zmuszony do kapitulacji. Prawdopodobnie nie będzie to tak spektakularne, jak dwa lata temu, jednak przy coraz słabszej złotówce możemy obserwować systematyczny marsz w górę. Pierwsze ważniejsze opory znajdują się przy poziomach 4,00 zł oraz 4,05 zł. Ich pokonanie nie powinno jednak stanowić większego wyzwania.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Wątpliwości wokół ustawy o biegłych rewidentach

W Senacie trwają prace nad ustawą o biegłych rewidentach, firmach audytorskich oraz o nadzorze publicznym. Firmy, które będą weryfikować sprawozdania jednostek zainteresowania publicznego, np. banków czy spółek giełdowych, nie będą mogły świadczyć im wszystkich usług, za wyjątkiem usług zdefiniowanych jako czynności rewizji finansowej.

Przepis praktycznie pozbawia badane jednostki zainteresowania publicznego możliwości nabywania innych niż badanie usług od audytora. Poza usługami spełniającymi definicję czynności rewizji finansowej istnieje szereg usług o charakterze atestacyjnym (poświadczającym), które wykonują właśnie biegli rewidenci (firmy audytorskie), badający sprawozdanie finansowe jednostek, w tym co oczywiste JZP, i które generalnie zastrzeżone są dla audytora. Są to usługi wykonywane na podstawie krajowych standardów badania lub przeglądu. Świadczenie tych usług nie wynika jednak z przepisów prawa, tak jak w przypadku usług stanowiących czynności rewizji finansowej.

Ponadto istnieją usługi, nie mające charakteru atestacyjnego, które wykonywane są przez biegłego rewidenta badającego sprawozdanie finansowe jednostki, ale to w istocie tylko biegły rewident (firma audytorska) powinien je świadczyć z tej racji, że bada sprawozdanie finansowe i posiada dogłębną wiedzę o spółce.

W ocenie Konfederacji powierzanie tych usług innym podmiotom prowadzić będzie do komplikacji i ograniczeń w działaniach jednostki, której potrzeby w zakresie zlecania takich usług są immanentnie związane z tym właśnie, iż zleceniobiorca dokonuje bądź dokonał badania sprawozdań finansowych jednostki.

Zakaz świadczenia usług innych niż czynności rewizji finansowej w wielu przypadkach oznaczać będzie niemożliwość spełnienia oczekiwań kontrahenta jednostki, możliwych w normalnych warunkach rynku europejskiego. Skutkować to będzie szkodą dla jednostki, jej interesariuszy (takich jak akcjonariusze, kontrahenci), a także dla samych członków organów zarządzających i nadzorczych tych jednostek. W sytuacji braku możliwości zaangażowania biegłego rewidenta (firmy audytorskiej) JZP zmuszona będzie do zatrudnienia innego biegłego rewidenta (firmy audytorskiej), co niekoniecznie stanowić będzie osiągnięcie oczekiwanego celu.

Zdaniem Konfederacji pozostawienie możliwości świadczenia tych określonych usług będących w związku z wykonywanym badaniem, koniecznych dla potrzeb badanej JZP, a niebędących doradztwem, nie wpływa systemowo w żaden sposób na ryzyko działalności gospodarczej w Polsce ani na transparentność badań ustawowych.

Konfederacja Lewiatan

Dobre perspektywy dla rynku nieruchomości inwestycyjnych w Europie

Perspektywa wzrostu dla rynku nieruchomości komercyjnych w Europie jest duża pomimo zawirowań politycznych i niepewności jaką niosą za sobą Brexit oraz zbliżające się wybory w krajach Europy Zachodniej. Polska i region Europy Środkowo-Wschodniej odnotowują najlepsze od dekady wyniki, wartość transakcji w regionie przekroczyła 11 mld euro w 2016 r. – wynika z raportu „European Property Market Brief” przygotowanego przez AXI IMMO Group i Gerald Eve International.

Raport „European Property Market Brief” to efekt pracy ponad 800 specjalistów zrzeszonych w ramach Gerald Eve International, aktywnych na rynku nieruchomości komercyjnych w Europie. Publikacja zawiera opinie, a także twarde dane pozwalające na porównanie sytuacji, oszacowanie ryzyk i możliwości inwestycyjnych na rynkach biurowym i magazynowym.  Partnerzy projektu przeanalizowali uwarunkowania i perspektywy rozwoju rynków w 12 krajach i 24 różnych miastach.

Renata Osiecka, Partner Zarządzająca AXI IMMO
Renata Osiecka, Partner Zarządzająca AXI IMMO

Raport, który przygotowaliśmy z naszymi partnerami w ramach Gerald Eve International to rzetelne źródło wiedzy pochodzącej od lokalnych ekspertów z głębokim zrozumieniem lokalnych rynków. Specjaliści zgodnie przyznają, że sytuacja geopolityczna wpływa na decyzje inwestorów, ale dobra koniunktura gospodarcza i wzrosty na rynku najmu, zwłaszcza w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, niwelują ryzyka. Stabilne przychody z wynajmu nieruchomości komercyjnych w Europie kuszą inwestorów z całego świata – komentuje Renata Osiecka, Partner Zarządzająca AXI IMMO.

Stawki czynszów na rynku biurowym i magazynowym

Publikacja „European Property Market Brief” umożliwia m.in. prześledzenie obecnych trendów dotyczących rynku najmu i aktywności inwestycyjnej w sektorze biurowym i magazynowym. Na rynku biurowym w 17 na 24 analizowanych miast spodziewany jest wzrost czynszów lub utrzymanie się stawek za powierzchnie biurowe na dotychczasowym poziomie, ze względu na ograniczoną liczbę inwestycji w budowie oraz rosnący popyt związany z ekspansjami firm. Spadki prognozowane są jedynie w Warszawie i Stambule. Wśród miast przedstawionych w raporcie najwyższe średnie czynsze na poziomie 1365 euro/mkw. za rok występują w Londynie, najniższe w Antwerpii (155 euro/mkw. za rok), na Górnym Śląsku (162 euro/mkw. za rok) i w Brnie (167 euro/mkw. za rok).

Na rynku magazynowym wzrost czynszów za powierzchnie typu prime przewidywany jest w 10 miastach, w tym m.in. w Pradze, Brnie, na Górnym Śląsku i w Barcelonie. Natomiast, wśród badanych miast nie ma żadnego, gdzie w 2017 r. oczekiwany jest spadek czynszów. Najwyższe czynsze utrzymują się, podobnie jak w sektorze biurowym, w Londynie (179,90 euro/mkw. za rok), następnie w Dublinie (102 euro/mkw. za rok). Najniższe stawki czynszów w zestawieniu notowane są na Górnym Śląsku (43,20 euro/mkw. za rok), we wschodnim Lyonie i w Belfaście (46 euro/mkw. za rok).

Rynek inwestycyjny

Ze względu na utrzymującą się wysoką aktywność najemców i perspektywy wzrostu stawek czynszów za wynajem powierzchni rośnie aktywność inwestorów na rynkach nieruchomości komercyjnych w większości badanych krajów, pomimo atmosfery niepewności politycznej związanej z wdrożeniem procedury wyjścia Wielkiej Brytanii z UE oraz wyborów we Francji i Niemczech. W 22 z 24 analizowanych miast spodziewany jest wzrost zainteresowania inwestorów produktami logistycznymi.  Na wszystkich badanych rynkach stopy zwrotu z inwestycji typu prime wykazują tendencję zniżkową lub utrzymują się na stabilnym poziomie. Specjaliści podkreślają, że poza kapitałem ze starego kontynentu oraz USA na rynku inwestycyjnym widoczne są fundusze z Azji i Bliskiego Wschodu.

Co dalej z kursem funta? Theresa May ogłasza wybory w czerwcu!

Marcin Kiepas, analityk rynków finansowych
Marcin Kiepas

Brytyjska premier poinformował, że chce rozpisania przedterminowych wyborów, które odbyłyby się już 8 czerwca. Funt początkowo zareagował spadkiem, tak samo jak europejskie giełdy, ale szybko odrobił straty i zaczął się umacniać. Jaka teraz czeka przyszłość brytyjską walutę?

Premier Wielkie Brytanii Theresa May ogłosiła dziś, że chce rozpisania przedterminowych wyborów parlamentarnych. Uzasadniła to koniecznością uzyskania mandatu społecznego do negocjacji ws. BREXIT-u. Jutro ma się tym zająć parlament. Jeżeli ten wniosek uzyska akceptację 2/3 parlamentarzystów to wybory na Wyspach odbędą się 8 czerwca.

Decyzja May ws. przedterminowych wyborów zaskoczyła rynki finansowe. Kolejne wybory w Europie, po tym jak już w najbliższą niedzielę Francuzi będą wybierać prezydenta, a w czerwcu parlament, natomiast jesieni odbędą się wybory do niemieckiego Bundestagu, niewątpliwie zwiększają ryzyko polityczne. Szczególnie, że krok Brytyjczyków może też być impulsem do wcześniejszych wyborów we Włoszech. Nie zaskakuje więc, że giełda w Londynie, ale też i parkiety we Frankfurcie i Paryżu, zareagowały spadkami. Podobną ścieżką ruszyła warszawska giełda. Indeks WIG20, który jeszcze przed południem zyskiwał 0,7 proc., pozytywnie wyróżniając się na tle innych giełd, po doniesieniach z Wielkiej Brytanii zaczął tracić na wartości, cofając się do poziomu z zamknięcia poprzedniego tygodnia.

Pogorszenie klimatu inwestycyjnego można też było zaobserwować na rynkach surowcowych. W tym na rynku ropy, która pogłębiła początkowe spadki i tanieje o blisko 1 proc.

Zupełnie inaczej na dzisiejsze doniesienia zareagował funt. Wprawdzie początkowo, jeszcze na rynkowe plotki o wyborach, jakie pojawiły się tuż przed ogłoszeniem samej decyzji, brytyjska waluta zaczęła tracić na wartości, co było bardzo logiczną reakcją, gdyż inwestorzy reagowali na wzrost niepewności i wzrost ryzyka politycznego, ale dość szybko zaczął on odrabiać straty i spadki przerodziły się we wzrosty.

I tak kurs GBP/USD spadł z okolic 1,2585 do dziennego minimum na 1,2514, żeby o godzinie 13:18 testować już poziom 1,2670 i znaleźć się najwyżej od 2,5. miesiąca. W tym samym czasie notowania GBP/PLN spadły z 5,01 zł do 4,9782 zł, żeby następnie wybić się 5,0272 zł.

Dlaczego funt reaguje umocnieniem na przedterminowe wybory? Na pewno tej pozytywnej reakcji nie należy wiązać z samym BREXIT-em. Tu przysłowiowa klamka już zapadła, terminy biegną i nie ma odwrotu.

Częściowo można to wiązać z rynkowym uczuciem ulgi. Przed konferencją May, obok spekulacji o samych wyborach, pojawiły się też plotki o dymisji premier. Jej brak jest więc dobrą wiadomością. Jednak i to tłumaczenie jest nieco naciągane.

Dlatego wydaje się, że pozytywna reakcja funta jest pochodną chłodnej oceny sytuacji politycznej. Jakkolwiek w okresie do 8 czerwca ryzyko politycznie niewątpliwie wzrasta, to później jednak zdecydowanie ono spadnie. Przede wszystkim będzie to okres wielokrotnie krótszy niż do regularnych wyborów w 2018 roku. Po drugie, nowy rząd podczas negocjacji ws. BREXIT-u nie będzie zakładnikiem kampanii wyborczej (gdyby wybory odbywały się w 2018 roku). I po trzecie, czerwcowe wybory mają szanse dodatkowo ustabilizować brytyjską scenę polityczną po referendum ws. BREXIT-u i późniejszej rezygnacji premiera Camerona.

Jaka więc przyszłość teraz czeka funta?

Tu niestety, pomimo tych dzisiejszych zawirowań, sytuacja niewiele się zmienia. Wprawdzie przez najbliższe niespełna dwa miesiące pozostanie on zakładnikiem polityki (kampanii wyborczej i sondaży) to później wciąż jego losy nierozerwalnie będą związane z negocjacjami ws. BREXIT-u i przyszłością Zjednoczonego Królestwa (przyszłością Szkocji). A losu tych nie da się w żaden sposób przewidzieć. Jeżeli negocjacje będą  postępować gładko, a Wielka Brytania wyjdzie obronna ręką z tego „rozwodu” z Unią, to funt się wzmocni. Jeżeli jednak, co jest bardziej prawdopodobne, negocjacje będą szły jak po grudzie, a z każdym miesiącem inwestorzy będą dostrzegali rosnące koszty BREXIT-u, to funt będzie tracił na wartości. Zwłaszcza w relacji do euro i amerykańskiego dolara. Szczególnie, gdyby jednocześnie Szkocja „wymeldowała” się ze Zjednoczonego Królestwa.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Dzisiaj wchodzi w życie Ustawa o systemie monitorowania drogowego przewozu towarów

Od dzisiaj, tj. 18.04. br., wchodzi w życie Ustawa o systemie monitorowania drogowego przewozu towarów, która nakłada dodatkowe obowiązki na transport tzw. artykułów wrażliwych. Funkcjonariusze już teraz zapowiadają wzmożone kontrole na każdym etapie łańcucha dostaw. Eksperci OCRK wyjaśniają jak uniknąć kar związanych z nową ustawą.

Ustawa o systemie monitorowania drogowego przewozu towarów została przyjęta przez Senat 9 marca 2017 roku. Nowa Ustawa określa zasady systemu śledzenia przewozu tzw. towarów wrażliwych, a także wskazuje odpowiedzialność za naruszenie obowiązków związanych z kontrolą przewozu na każdym etapie łańcucha dostaw, czyli podmiotu wysyłającego, nadawcy, przewoźnika i odbiorcy.

Celem ustawy o monitorowaniu drogowego przewozu towarów jest uszczelnienie systemu podatku VAT, a tym samym marginalizowanie korzyści finansowych na rzecz szarej strefy. W związku z tym, nowe prawo nakłada na podmioty gospodarcze dodatkowe obowiązki związane z transportem niektórych artykułów. Ma to zastosowanie szczególnie przy przewozie tzw. towarów wrażliwych, takich jak: olej rzepakowy[1], susz tytoniowy, paliwo czy alkohol.

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

Ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców wyjaśnia, jak należy przygotować się do wprowadzonych zmian. „Aby spełnić wszystkie wymogi formalne stawiane przez nową Ustawę, należy zarejestrować się na Platformie Usług Elektronicznych Skarbowo-Celnych (PUESC).W tym celu warto zapoznać się z instrukcją elektronicznej rejestracji Systemu Informacyjnego Służby Celnej” – rekomenduje Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

„Procedurę rozpoczynamy od wypełnienia w PUESC deklaracji odnośnie przewożonego towaru, następnie system generuje numer referencyjny, który powinien zostać przekazany przewoźnikowi oraz odbiorcy dostawy. Dodatkowo, przewoźnik oraz odbiorca towaru zobligowani są do wypełnienia w systemie informacji o transporcie już po wykonaniu zlecenia. Jest to dosyć skomplikowany proces, a musimy jeszcze pamiętać o sytuacjach, gdy zmieniamy dane któregokolwiek z podmiotów, wówczas musimy dokonać zmian w systemie, w zasadzie w czasie rzeczywistym” – dodaje Włoch.

Pomimo, że akt legislacyjny wchodzi w życie już dzisiaj, to jednak Ustawa pozostawia pewien okres na zapoznanie się z systemem monitorowania. Dopiero z dniem 1 maja 2017r., będą egzekwowane przepisy artykułów 21–32, artykułu 34 oraz artykułu 35, punkt 2, mówiące o możliwości nakładania kar na przewoźników, a także strony wysyłające i odbierające towar. Kary pieniężne mogą sięgać nawet do 20 000 zł.

[1] Istnieje możliwość wprowadzenia na podstawie rozporządzenia Ministra Finansów, proces legislacyjny https://legislacja.rcl.gov.pl/projekt/12296451/katalog/12421435#12421435

Krajowa Administracja Skarbowa może skutecznie sparaliżować każdą firmę

Z początkiem marca ruszyła Krajowa Administracja Skarbowa, której zadaniem jest zlikwidowanie luki podatkowej w budżecie państwa. Nowa administracja celno-skarbowa otrzymała szerokie uprawnienia, które budzą niepokój wśród przedsiębiorców i ekspertów od gospodarki.

Nowa służba celno-skarbowa będzie mogła kontrolować przedsiębiorców bez uprzedzenia, zarówno w firmie, jak i mieszkaniu prywatnym. Kontrolerzy mogą żądać ujawnienia wszystkich dokumentów przedsiębiorstwa, nawet tych objętych tajemnicą handlową. Wicepremier Mateusz Morawiecki, inaugurując działanie nowej służby, nie ukrywał, że ma ona sprawnie zabezpieczyć finanse publiczne. Funkcjonariuszy KAS porównał do szabli, która odbierze to, co wzięła obca przemoc (czyli przestępcy gospodarczy).

Państwo skuteczne, a nie sprawne?

Waldemar Pawlak, były premier i minister gospodarki, zwraca uwagę na jeden z trzech głównych celów, jaki rząd PiS wpisał do Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, czyli „skuteczne państwo”.

– W poprzedniej Strategii Rozwoju Kraju z 2012 roku cel ten był określony jako „sprawne państwo”. Na czym ma polegać skuteczne państwo, pokazuje właśnie ustawa o Krajowej Administracji Skarbowej, przesuwająca w sposób bardzo niebezpieczny możliwość skutecznego paraliżowania każdej firmy bez szans na minimalną choćby równowagę stron postępowania – twierdzi Waldemar Pawlak.

Były premier dodaje, że zna przypadek, w którym urząd tak skutecznie kontrolował przedsiębiorców, że w jego rejonie zamarła wszelka działalność gospodarcza, a na koniec zlikwidowano sam urząd.

– Połączenie ministra odpowiedzialnego za gospodarkę i rozwój z finansami rodzi fundamentalny konflikt. Przywołam tu fraszkę Jana Sztaudyngera: „Jak świat światem, grzbiet źle współżyje z batem” – dodaje były premier.

Kłopoty ze zwrotem VAT

Wszystko wskazuje na to, że obawy te nie są bezpodstawne. Na początku kwietnia wniosek o upadłość złożyła spółka MGM SA, która utraciła płynność finansową mimo zysków, które stale osiąga. W ubiegłym roku fiskus zablokował jej ok. 24 mln zł i wstrzymał zwrot VAT na kwotę ok. 9 mln zł. Nie pomógł wyrok sądu odwieszający blokadę środków MGM.

Prawnicy z kancelarii PMR Restrukturyzacje SA przyznają, że często spotyka się sytuacje, w których przedsiębiorcy w wyniku kontroli organów skarbowych tracą płynność finansową. W wielu przypadkach grozi to niewypłacalnością, a często wręcz prowadzi do tego.

Wszczęcie wobec przedsiębiorców kontroli, które mają ustalić, czy prawidłowo rozliczył on podatek VAT, wiąże się często ze wstrzymaniem zwrotu nadwyżki podatku, który zapłacił właściciel firmy. Przedsiębiorca trwa wtedy w zawieszeniu aż do czasu zakończenia postępowania, co ma wpływ na kondycję jego firmy oraz jej rentowność w kolejnych miesiącach.

– Ograniczenie kapitału obrotowego oraz brak możliwości określenia terminu zwrotu środków wstrzymanych przez urząd skarbowy zmusza przedsiębiorcę do szukania nowych źródeł finansowania działalności – przyznaje Małgorzata Anisimowicz, prezes kancelarii PMR Restrukturyzacje SA. – Przedłużający się czas oczekiwania na rozstrzygnięcie naczelnika urzędu skarbowego oraz zwiększenie obciążeń kredytowych finansujących obrót wpływają na pogorszenie standingu finansowego spółki i powodują „usztywnienie” stanowiska instytucji finansujących współpracujących z firmą – dodaje.

Zdaniem Małgorzaty Anisimowicz to niejedyne konsekwencje przedłużających się kontroli. – Pogorszenie sytuacji finansowej przedsiębiorców jest również negatywnie odbierane przez firmy ubezpieczeniowe, które w takich sytuacjach drastycznie ograniczają np. limity ubezpieczenia kredytów kupieckich – dodaje.

Polityka pełna sprzeczności

Eksperci z Forum Obywatelskiego Rozwoju zwracają uwagę na sprzeczności, które widać w niektórych działaniach rządu. Z jednej strony wicepremier Mateusz Morawiecki przygotowuje „Konstytucję dla biznesu”, która zakłada domniemanie niewinności przedsiębiorców oraz rozstrzyganie niejasnych przepisów na korzyść właścicieli firm.

– W „Konstytucji dla biznesu” znajdują się pozytywne rozwiązania, jednak równocześnie rząd bardzo ostro zwiększa uprawnienia urzędów skarbowych oraz prokuratury. Już w czasie kampanii wyborczej i exposé nowego rządu zwracaliśmy uwagę, jak trudno będzie połączyć walkę z szarą strefą i uszczelnianie systemu podatkowego z przyjaźniejszą administracją podatkową, zwłaszcza że brakuje reform upraszczających system podatkowy – twierdzi dr Aleksander Łaszek, główny ekonomista i wiceprezes Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Wiceprezes FOR sugeruje, że wprowadzenie jednej stawki VAT lub jednakowe opodatkowanie i oskładkowanie wszystkich dochodów z pracy, niezależnie od formy umowy, ułatwiłoby walkę o uszczelnienie systemu podatkowego, a jednocześnie generowałoby mnie konfliktów na linii podatnik – administracja skarbowa.

– W tej chwili musimy obserwować zachowanie nowej administracji skarbowej. Ciekawą zmienną do obserwacji będą zwroty VAT: do jakiego stopnia wzrost ściągalności VAT będzie wynikał z uszczelnienia systemu (mniej oszustw), a w jakim stopniu będzie to efekt utrudnień w zwrocie VAT dla uczciwych przedsiębiorców. Oczywiście kluczowe pozostaje, o ile lepiej KAS będzie odróżniał oszustów od uczciwych podatników, niż dotychczas robiła to administracja – dodaje wiceprezes FOR.

Stan wyjątkowy w Turcji. Dobre dane z Chin

W Turcji po wygranym “wątpliwym” referendum przedłużono o kolejne 3 miesiące stan wyjątkowy. Wzrost gospodarczy w Chinach najwyższy od 1,5 roku. Spokojny poniedziałek na rynkach.

Co dalej z Turcją?

Stan wyjątkowy już dawno przestał być w tym kraju wyjątkowy. Trwa tam od nieudanego lipcowego puczu i właśnie został przedłużony o kolejne 3 miesiące. W ten sposób potrwa okrągły rok. Co ciekawe powodem wprowadzania stanu wyjątkowego jest ochrona demokracji i swobód obywateli. Dodatkowym problemem jest weekendowe referendum. Są poważne wątpliwości dotyczące samego głosowania. Krytyczne opinie wyraziło między innymi OBWE. Protesty na ulicach oczywiście się odbywają, ale ich skala wyklucza na razie nazwanie ich masowymi. Sytuacja w kraju jest na tyle spokojna, że wczoraj po samym referendum doszło do umocnienia się liry tureckiej. Potem co prawda nadeszła korekta. Lira jest dzisiaj znacznie słabsza niż przed puczem, kiedy to za jedno euro płaciło się poniżej 3,4 liry. Z drugiej strony w styczniu tego roku widzieliśmy już okolice 4,15 liry za euro, zatem obecny poziom 3,9 liry nie powinien budzić niczyjej paniki.

Dobre dane z Chin

Chiński urząd statystyczny opublikował dane na temat wzrostu PKB. Wyniósł on 6,9% PKB w ujęciu rok do roku. Oznacza to, że jest to najlepszy wynik kwartalny od połowy 2015 roku. Co ciekawe dołek po drodze sięgnął zaledwie 6,7%. Głównym motorem wzrostu są usługi rosnące o 7,7%. Sektor ten wbrew obiegowej opinii o Państwie Środka będącym jedną wielką fabryką wytwarza już obecnie ponad połowę tamtejszego PKB. Przemysł rósł wolniej bo o 6,4%. Najbardziej ciążyło nie tak kluczowe dla wyniku rolnictwo rozwijające się “zaledwie” o 3% w ujęciu rocznym. Warto również zwrócić uwagę na potwierdzające to dobre dane o produkcji przemysłowej oraz sprzedaży detalicznej. Zarówno jedno jak i drugie przekroczyło oczekiwania analityków o ponad 1%. Co ciekawe pomimo dobrych danych juan nie tylko nie umocnił się, ale wręcz delikatnie osłabił się względem dolara.

Poniedziałek na rynkach

Wielkanocny Poniedziałek był dość spokojnym dniem na rynkach. Można się było tego spodziewać skoro był dniem wolnym w wielu państwach w tym Wielkiej Brytanii i Szwajcarii z najbardziej Polaków interesujących pod kątem walutowym. Jedynym istotnym zjawiskiem na rynkach było umocnienie euro, zarówno względem dolara jak i franka szwajcarskiego. Ruch ten wynosił około pół centa, czyli proporcjonalnie był odpowiednikiem około 2 groszy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – pozwolenia na budowę domów,
  • 15:15 – USA – produkcja przemysłowa.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Komentarz walutowy. Kurs funta, dolara, euro 18.04.2017

Kurs dolara USDPLN

Niewielkie osłabienie się dolara na szerokim rynku miało także odzwierciedlenie stosunku do złotego. W wielkanocny poniedziałek złotówka odrobiła ponad 1 grosz, przy bardzo znikomej zmienności. Obecnie cena testuje zeszłotygodniowe dołki. W przypadku pogłębienia się spadków wsparciem pozostaje poziom 3,9670, gdzie wypada dolne ograniczenie formacji 1 do 1. W razie wzrostów oporem jest poziom 4,02, gdzie wypada mierzenie 61,8% FIBO ostatniego impulsu spadkowego.

Kurs dolara USDPLN wykres

Kurs euro EURPLN

Euro porusza się w trendzie horyzontalnym w małym przedziale ceny pomiędzy 4,2520 a 4,2350. W przypadku wybicia górą oporem pozostaje poziom 4,26, natomiast przy spadkach wsparciem pozostaje poziom ostatnich dołków przy 4,21. W związku ze wzrostem ryzyka związanego z wyborami we Francji zmienność na parach z euro powinna być większa, co może spowodować test wsparcia jeszcze w tym tygodniu.

Kurs euro EURPLN wykres

Kurs funta GBPPLN

Kurs funta GBPPLN wykresFunt utrzymuje się powyżej psychologicznego poziomu 5 złotych. Trwałe wybicie poziomu 61,8% FIBO impulsu spadkowego mierzonego od 22 lutego, pozwala oczekiwać dalszego ruchu w górę w kierunku 5,0550, gdzie wypada mierzenie 78,6% FIBO, a ponadto górne ograniczenie formacji 1 do 1. Tak potwierdzony poziom będzie mocnym oporem i strefą do aktywowania się podaży. W przypadku spadków wsparcie pozostaje niedawna strefa oporu, a teraz wsparcia przy 4,9850.

Autor: ergokantor.pl

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Analiza pozycji dużych graczy 18.04.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowymTabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

abela przedstawiające aktualne pozycję na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 18.04.2017 6– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 18.04.2017 7-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Najciekawsze instrumenty z punktu widzenia raportu COT

Z punktu widzenia raportów COT najciekawiej przedstawiają się metale szlachetne oraz jen japoński. Wzrost awersji do ryzyka spowodował napływ kapitału do bardziej bezpiecznych aktywów.

Złoto

Notowania złota kilka dni, jak nie tygodni walczyły z pokonaniem poziomu oporu 1260 USD za jedną uncję. Po kilku nieudanych próbach wybicie ponad ten poziom powiodło się we wtorek minionego tygodnia. Przyczyn kontynuacji wzrostów na złocie jest kilka. Pierwszą z nich jest wzrost awersji do ryzyka, czyli ucieczka kapitału z mniej bezpiecznych aktywów do „bezpiecznych przystani”. Przez ostatni rok takie zjawisko mogliśmy zaobserwować już kilka razy. Kolejnym powodem jest spadek rentowności obligacji USA. Spadek oprocentowania obligacji doprowadził do negatywnych stóp procentowych, co jest wymarzonym otoczeniem do kontynuacji trendu wzrostowego na złocie.

Notowania złota, interwał dzienny

Notowania złota, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Notowania złota powinny kontynuować ruch na północ w okolicę 1307 USD za jedną uncję. Niemniej jednak po takim impulsie przydałaby się korekta, która może zejść nawet w okolicę 1363 USD.

A co na to duży kapitał? Zarządzający od 4 tygodni powiększają swoje zaangażowanie po długiej stronie rynku. W minionym tygodniu otworzyli ponad 17 tysięcy nowych długich pozycji, natomiast zamknęli ponad 7 tysięcy krótkich pozycji.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: CME GROUP

Jen japoński

Wzrost awersji do ryzyka oraz spadek rentowności obligacji 10-letnich spowodował także napływ kapitału w stronę jena japońskiego. W obecnej chwili notowania jena znalazły się w kanale spadkowym.

Notowania USD/JPY, interwał dzienny

Notowania USD/JPY, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Notowania znalazły się na dolnym ograniczeniu kanału spadkowego, zatem powinniśmy oczekiwać korekty. Pierwszym celem korekty może być strefa oporu 110.10-111.00. Gdyby ten bastion padł, to korekta mogłaby podążać w stronę górnego ograniczenia kanału spadkowego.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, żółte – pozycje krótkie , linia zielona – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, żółte - pozycje krótkie , linia zielona - netto

Źródło: CmeGroup

Pomimo dużego umocnienia JPY w stosunku do USD fundusze lewarowane nie załapały się na ten ruch. Z jednej strony ich pozycja netto na JPY/USD rośnie stabilnie trzech tygodni, ale w głównej mierze spowodowane jest to przez spadek krótkich pozycji, a nie wzrost długich. Jednakże nie możemy powiedzieć, że długich pozycji nie przybyło, ponieważ w minionym tygodniu fundusze otworzyły 4 tysiące pozycji long względem 4 tysięcy zamkniętych pozycji krótkich.

Dalsze zaognianie się sytuacji na froncie największych mocarstw na świecie powinien sprzyjać umacnianie się japońskiej waluty, która uważana jest za „bezpieczną przystań”.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Co Polacy jedzą w pracy?

Makaron z pudełka, przekąski od Pana Kanapki, ciastka a może lunch na mieście – serwis rekrutacyjny MonsterPolska.pl postanowił sprawdzić, jak Polacy odżywiają się w pracy.

Największa grupa, bo aż 58% ankietowanych, to szczęściarze. Nie obawiają się standardowego pytania zadawanego sobie przez większość pracowników po przekroczeniu progu biura – „co będę jeść dzisiaj na lunch?”. Oni wiedzą. Mają przy sobie niezwykle cenne, kolorowe, plastikowe pudełeczko, które tylko czeka na odgrzanie.

Prawie 60% Polaków przygotowuje posiłki do pracy samodzielnie. Dzień wcześniej albo rano pakuje je do tzw. lunch boxów. A co zamykają w takie pudełka? Ci bardziej fit przeróżne sałaty, tradycjonaliści schabowego z ziemniakami z niedzielnego obiadu, ale równie często owoce, makarony i kasze z dodatkami. Jeśli komuś brakuje pomysłów na przyrządzenie obiadu do pracy, to z pomocą przychodzą przeróżni blogerzy, którzy dzielą się swoimi inspiracjami.

Lunch boxy są modnym i praktycznym rozwiązaniem, które ma coraz większą liczbę zwolenników. W modzie z Zachodu idą również specjalne lunch bagi, czyli torby przeznaczone tylko i wyłącznie do zapakowania obiadu.

Pozostałe 42% pracowników przychodząc rano do pracy, zazwyczaj nie wie, co zje na lunch. A duża część z nich nie je w ogóle! Okazuje się, że aż 15% Polaków w ciągu dnia pracy przymiera głodem. Zazwyczaj są to szczególnie zapracowane i zestresowane osoby, które o potrzebie jedzenia przypominają sobie dopiero po wyjściu z biura.

Pomimo bardzo rozbudowanej oferty lokali gastronomicznych tylko 12% badanych decyduje się na zjedzenie obiadu na mieście. Jest to zdecydowanie najdroższa forma na jedzenie w pracy. Dwudaniowy zestaw lunchowy to wydatek ok. 20 zł. Część oszczędza na wakacyjne wyjazdy i rezygnuje z jedzenia na mieście. Część nie ma czasu na wyjście z biura, ale są też tacy, którzy zwyczajnie zbyt się lenią, żeby z niego wychodzić.

Wtedy z pomocą nadciąga tzw. Pan Kanapka, czyli człowiek z wózkiem pełnym pyszności, który dostarcza jedzenie prosto do biura. Zazwyczaj odwiedza duże biura i centra biznesowe. 8% badanych deklaruje, że w pracy kupuje jedzenie oferowane właśnie przez dostawcze firmy gastronomiczne.

Również 8% badanych przyznaje się, że w pracy zaspokaja głód słodkimi albo słonymi przekąskami. Zamiast obiadu wybierają ciasteczka, krakersy albo paluszki, które podgryzają przez cały dzień.

Badanie zostało przeprowadzone w marcu 2017 roku na grupie 200 osób.

Polska na 6 pozycji na europejskim rynku leasingu

  • W 2016 r. europejska branża leasingowa odnotowała dynamikę na poziomie 11,2 % (r/r). Był to najlepszy wynik rynku europejskiego od 2007 r.
  • Dynamika polskiego rynku leasingu na koniec 2016 r. wyniosła 16,6 %, a wartość nowych umów wynosząca 13,3 mld euro (tj. 58,1 mld zł), pozwoliła zachować Polsce wysoką, szósta pozycję w rankingu europejskim.

Związek Polskiego Leasingu wzrost branży leasingowejFederacja Leaseurope, na bazie wstępnych danych podała, że dynamika europejskiego rynku leasingu w 2016 r. wyniosła 11,2 proc. (r/r), przekraczając 9 proc. wzrost osiągnięty w 2015 r. Europejski rynek leasingu odnotował tym samym najlepszy wynik od 2007 r. Jednocześnie odnotowano wysoki, 5,6% wzrost dynamiki aktywnego portfela umów na koniec 2016 r.

W ostatnim roku wzrosty obserwowano we wszystkich głównych kategoriach finansowania aktywów europejskiego rynku leasingu. Największe znaczenie dla jego rozwoju miało finansowanie ruchomości, a w ramach tej kategorii przede wszystkim pojazdów (13,2 proc. wzrost w stosunku do 2015 r.) W odniesieniu do leasingu ruchomości, z wyłączeniem pojazdów, w 2016 r. zanotowano 8,4 proc. dynamikę, podczas gdy europejski rynek leasing nieruchomości wzrósł o 0,5 %.

Podobne tendencje można zaobserwować na polskim rynku leasingu, którego dane do Leaseurope raportuje Związek Polskiego Leasingu. Dynamika rodzimego rynku w ostatnim roku wyniosła 16,6%, a wartość nowych umów, wynosząca 13,3 mld euro (tj. 58,1 mld zł), pozwoliła zachować Polsce wysoką, szósta pozycję w rankingu europejskim. Polski sektor leasingowy po raz kolejny wyróżnił się w gronie sześciu największych rynków leasingowych (Wlk. Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Szwecja, Polska), najwyższą dynamiką.

„Europejski rynek leasingu w ostatnich latach odnotowuje wysokie i systematyczne wzrosty. W tej sytuacji realny wydaje się powrót do poziomu finansowania sprzed kryzysu. Te same tendencje zauważamy w Polsce. Średnioroczna dynamika wzrostu polskiej branży leasingowej w okresie przed kryzysem (tj. w latach 2004-2008) wyniosła 23,4%. W czasie kryzysu (lata 2008-2012) polska branża zmagała się z ujemną dynamiką (-1,3% średniorocznie), zaś w ostatnich 5 latach osiągnęła średnioroczną dynamikę na poziomie 16,8%. Należy podkreślić, że polski sektor leasingowy osiągnął poziom finansowania sprzed kryzysu już w roku 2013. Wstępne dane Leaseurope za 2016 wskazują również, że firmy europejskie w coraz większym stopniu korzystają z leasingu, co świadczy o wzrastającej skłonności do inwestycji w środki trwałe. Europejskie wyniki stanowią też dobrą prognozę na 2017 r.” – powiedział Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope.

Wpływ blogerów modowych i ich współpraca z detalistami modowymi w Polsce

W przeprowadzonym na potrzeby tego raportu badaniu konsumenckim 8% osób które w 2016 r. kupiły odzież lub obuwie potwierdziło, że czytają blogi lub oglądają vlogi związane z modą. Głównie były to kobiety (68,3%) i osoby w wieku 25-44 lata. Prawie 50% tych osób, znajdowało się w tym przedziale. Niemal połowa posiada również wykształcenie średnie co skłania do wniosku, że treści modowe mogą trafiać do studentek.

Co ciekawe, mężczyźni częściej niż kobiety potwierdzają, że blogi mają wpływ na ich styl ubierania.

Niemniej jednak, kobiety, pomimo że nie sądzą, iż blogi/vlogi mają wpływ na ich styl ubierania się, to podobnie jak mężczyźni uważają je za użyteczne podczas dokonywania zakupów odzieżowo-obuwniczych.

moda blogi biznes

Popularność blogerów modowych dostrzegają również firmy działające w branży. Jednym z popularniejszych trendów na rynku odzieży i obuwia jest promowanie własnych marek z wykorzystaniem tzw. szafiarek, czyli osób prowadzących blog bądź videoblog o modzie. Połowa respondentów (51%) potwierdza, że nawiązała współpracę z tego typu osobami. 13% firm, które obecnie nie współpracują z blogerkami planuje to zrobić.

Cztery na pięć firm uważa, że korzyścią ze współpracy z szafiarkami jest skuteczny marketing, wykorzystujący kanał społecznościowy. 28% uważa, że tego typu współpraca przełożyła się na sprzedaż. Ponadto firmy odzieżowe uważają, że blogerki kreują trendy (więc jednocześnie ubrania danej marki się w nie wpisują).

Brak współpracy z blogerkami tłumaczony jest przede wszystkim brakiem potrzeby ze strony firmy, brakiem realnych korzyści z takiej formy promocji czy niewpisywaniem się blogerek w strategię danej firmy lub ich asortyment nie pasuje do działań tego typu.

polskie blogi modoweblogi modowe

W subiektywnym choć opiniotwórczym rankingu Tomasza Tomczyka (znanego jako Jason Hunt) w złotej dziesiątce najbardziej wpływowych autorów w polskiej blogosferze w 2016 r. pojawiły się trzy postacie z branży modowej. Jessica Mercedes i Maffashion oraz Ekskluzywny Menel.

Agencja Tribe Dynamics oszacowała, że ekwiwalent reklamowy Julii Kuczyńskiej (Maffashion.pl) w 2016 r. wyniósł 64,8 mln USD (czyli na tyle szacuje się zysk marek komercyjnych, które przyniosły treści, publikacje i tzw. ukazania produktów w serwisach i blogosferze dzięki Julii Kuczyńskiej). Tym samym w rankingu influencerów modowych opracowanym przez Tribe Dynamics Polka zajęła pierwsze miejsce. Popularność zdobyła dzięki blogowi założonemu w 2009 roku. Jej stylizacje trafiają na vogue.com i harperbazaar.com. Pisano o niej także w amerykańskim Glamour. Ostatnio reklamowała biżuterię i zegarki marki Calvin Klein. W 2012 r. wypromowała także własną markę ubrań Staff by Maff.

Jessica Mercedes Kirschner (jemerced.com) w tygodniu Wprost znalazła się na 40-stej pozycji wśród najbardziej wpływowych Polaków. Bloga Jemerced.com prowadzi od 2010. Wzmianki o niej pojawiły się w takich pismach jak Vanity Fair, Vogue, Grazia, czy Elle. W 2016 zdobyła także tytuł ikony mody Fashion Icon miesięcznika Glamour.

Kamil Pawelski (ekskluzywnymenel.com) podbija blogosferę niezobowiązującym stylem i podejściem do mody. Do współpracy zaprosiła go islandzka marka Icewear. Był także twarzą kampanii reklamowej Reiffeisen Polbank.

Wpływowych blogerów modowych jest znacznie więcej. Wśród nich można wymienić mrvintage.pl, beauty-fashion-shopping.pl, deynn.blogspot.com, jestemkasia.com, macademiangirl.com, styledigger.com, czasgentlemanow.pl, czy styloly.com. Do internautów docierają przez wiele kanałów tworząc filmy na youtube, fanpage na Facebooku, wystawiając zdjęcia na instagramie, czy tworząc snapchaty.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. Handel detaliczyny odzieżą i obuwiem w Polsce 2017.

PAIH: W Polsce przeprowadza się więcej inwestycji zagranicznych

W 2017 roku Polska Agencja Inwestycji i Handlu skupia się realizacji założeń Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, która zakłada dywersyfikację struktury bezpośrednich inwestycji w Polsce. Towarzyszy to zmianie strukturalnej polskiej gospodarki, gdzie w poprzedniej dekadzie byliśmy bardziej centrum usług mniej złożonych – w przypadku centrów produkcyjnych – oraz prostszych procesów produkcyjnych i obsługi biznesu – w przypadku centrów usług wspólnych. Do Polski trafiają bardziej złożone i zautomatyzowane produkcyjne – nie tylko w szlagierowym sektorze samochodowym, również w lotniczym oraz AGD.

– Można zauważyć także bardziej złożone centra usług wspólnych, gdzie nie wystarczą wyłącznie umiejętności językowe, lecz ważna jest znajomość wiedzy specjalistycznej, np. zagadnień związanych z instrumentami finansowymi – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Krzysztof Senger, wiceprezes Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu – W tym kierunku idą nasze prace nad nowymi projektami – w tym roku obsługujemy już więcej inwestycji, niż w analogicznym okresie zeszłego roku. W pierwszym kwartale 2016 roku mieliśmy kilkanaście projektów mniej, a dzisiaj mamy zdecydowanie więcej projektów zakończonych – 16 inwestycji na łączną kwotę 71 milionów euro i prawie 3 tysięcy miejsc pracy. Najważniejsze jest, że projekty są złożone, procesy są wyższego rzędu, bardziej skomplikowane pod kątem jakości oraz z półki „luxury goods”. Sektor usług to nie są już wyłącznie centra usług wspólnych, lecz także centra R&D oraz obsługa bardziej skomplikowanych procesów w finansach – podsumował Senger.

Złoto: polisa przeciw inflacji

Tradycyjnie żółty kruszec uważany jest za bezpieczną przystań, gdzie inwestorzy szukają schronienia w czasach niepewnych i niestabilnych. Eksperci BGŻOptima zaznaczają, że ostatnio coraz większego znaczenia nabiera też druga funkcja złota – ochrona kapitału przed skutkami inflacji.

Po spadkach na początku marca koniec miesiąca przyniósł ponowny wzrost cen złota, który kontynuowany jest do dziś. W połowie lutego kruszec podrożał do 1 285 dolarów za uncję, kończąc ośmiotygodniowy rajd rozpoczęty z pułapu 1 123 USD/oz. Ceny żółtego metalu poszybowały pomimo niedźwiedzich nastrojów na rynku.

Brexit i Trump nie pomogli

Skok cen w lutym był równie niespodziewany jak na początku 2016 r., kiedy złoto po pięciu latach bessy – gdy jego wartość rynkowa spadła z historycznych maksimów 1 908 USD/oz w sierpniu 2011 r. do 1 085 dolarów w listopadzie 2015 r. – w pół roku wzrosło o ponad 25 procent.

Analitycy tłumaczyli wzrost notowań utrzymującą się niejasnością co do perspektyw światowej gospodarki i niestabilnością polityczną na świecie. Złoto jest jednym z głównych aktywów, do których ucieka kapitał w czasach zawirowań i niepewności. Rok 2016 dostarczył takich sytuacji aż nadto. Referendum w Wielkiej Brytanii miało być jednym z kluczowych zdarzeń napędzających byki na rynku złota, bo chwiejna równowaga między zwolennikami i przeciwnikami wyjścia z UE stawiała pod znakiem zapytania ostateczny wynik. Cena kruszcu od wiosny szła w górę i optymiści spodziewali się przebicia poziomu 1 500 USD/oz. Tymczasem, po wygranym przez zwolenników Brexitu głosowaniu, kruszec wcale nie zaczął gwałtownie drożeć. Reakcja rynków na głosowanie była ograniczona.

Drugim kluczowym dla złota wydarzeniem były wybory prezydenckie w USA. I znowu, przeważało przekonanie, że wiktoria Donalda Trumpa wywinduje ceny na fali niepewności. Jednak podobnie, jak w przypadku Brexitu, tak i tym razem prognozy były mocno przesadzone. W górę poszły akcje i dolar, nakręcane perspektywą cięć w podatkach i inwestycjach, jakich rynek spodziewał się po nowej administracji. Kapitał ruszył w stronę szybko drożejących aktywów zapominając o bezpiecznych portach, w tym o złocie.

Niespodziewane wydarzenia polityczne miały ograniczony wpływ na rynki finansowe głównie w związku z zapowiadanymi podwyżkami stóp w USA, gdzie inflacja zaczęła przebijać cel FED. Po latach zerowych stóp bank federalny USA zaczął coraz głośniej deklarować jastrzębie nastawienie w polityce pieniężnej. W oczekiwaniu na podwyżkę w grudniu 2016 r. ceny złota już od listopada, czyli od wyborów prezydenckich, zaczęły spadać. Perspektywa wzrostu stóp uderzyła w rynek obligacji i metali szlachetnych. Kapitał zaczął przemieszczać się na rynki zapowiadające wyższe stopy zwrotu. Jak się okazało słusznie, gdyż amerykańska giełda zaczęła bić historyczne rekordy.

Polisa przeciw inflacji

Pomimo tych wszystkich czynników, złoto zaczęło drożeć w lutym. Dlaczego? Przyczyny są takie, jak przed rokiem: niepewność. Po fali entuzjazmu związanego z zapowiedziami przedwyborczymi okazało się, że z realizacją obietnic jest już gorzej. Pojawiła się obawa, że aktywa pompowane wizją Trumpeconomiki mogą być przewartościowane. Kapitał zaczął szukać znowu bezpiecznych przystani. Był też jeszcze jeden powód: inflacja. Relacja między wzrostem cen a rynkiem złota jest złożona. Z jednej strony kruszec traci na wartości, bo zyskuje dolar napędzany wzrostem stóp procentowych. Z drugiej, złoto zyskuje na atrakcyjności, jako aktywo zabezpieczające kapitał przed inflacją.

W styczniu ceny w USA wystrzeliły do 2,5 proc. Luty był drugim miesiącem z rzędu kiedy ceny rosły powyżej celu FED. Wzrost cen zmobilizował jastrzębi w amerykańskim banku centralnym – stopy procentowe zostały podniesione. Stopa funduszy federalnych znalazła się w przedziale 0,75-1 proc. Była to pierwsza podwyżka w tym roku, druga w ciągu ostatnich czterech miesięcy i trzecia od krachu w 2008 roku. Bank centralny podtrzymał też prognozę jeszcze dwóch podwyżek do końca 2017 roku oraz trzech w 2018 roku.

Za sprawą podniesienia stóp procentowych, średnioterminowe perspektywy złota nie rysują się najlepiej. Jednak w dłuższym horyzoncie trend wcale nie musi być negatywny. Niejasne są perspektywy dalszych podwyżek stóp. Inflacja co prawda rośnie, spada bezrobocie, ale wzrost gospodarczy w USA jest umiarkowany. Goldman Sachs i BoA prognozują wzrost PKB w całym roku na 1,3 proc. Może to powstrzymywać dalsze podwyżki stóp, gdyż amerykańskiej administracji pieniężnej będzie zależało na pobudzaniu gospodarki, a drogi kredyt nie sprzyja inwestycjom napędzającym rozwój. Warto też zwrócić uwagę na komentarze samego Donalda Trumpa, który w połowie kwietnia odniósł się do wysokich poziomów, na jakich znajduje się amerykańska waluta. Stwierdził, że dolar staje się zbyt silny, częściowo przez wizję Trumpeconomiki, co jest jednak szkodliwe dla amerykańskiej gospodarki konkurującej z krajami, które dewaluują swoje waluty. Dodał, iż lubi politykę niskich stóp procentowych. Obecnie, prawdopodobieństwo decyzji ponownego podniesienia stóp wynosi niecałe 55 proc.

Kolejnym czynnikiem mającym wpływ na notowania złota jest obecna sytuacja geopolityczna. Od początku kwietnia mamy do czynienia z eskalacją napięcia na półwyspie koreańskim, a groźba wybuchu konfliktu zbrojnego tradycyjnie sprzyja złotu.

Jeszcze intensywniej na kruszec wpływa wspomniana wcześniej inflacja. Ceny idą w górę i niewykluczone, że będą wzrastać nawet przy rosnących stopach procentowych i niskiej dynamice PKB. Tak było w latach 70. Złoto może tu odegrać ważną rolę aktywa zabezpieczającego kapitał przed utratą wartości.

Wzrost inflacji spowoduje natychmiastowy wzrost cen złota, które pełni funkcję polisy ubezpieczeniowej. Złoto nie jest instrumentem krótkoterminowego zysku, ale długoterminowej ochrony – powiedział Alan Greenspan, były szef FED podczas zimowego spotkania World Gold Council. To ważna informacja także dla polskich inwestorów, którzy obecnie mają do czynienia z inflacją po raz pierwszy od 2014 roku.

Historyczna obserwacja notowań złota pokazuje, że jest to aktywo bardzo wahliwe, szybko zmieniające ceny. W całym 2016 r., pomimo słabej końcówki roku, kruszec zyskał na wartości aż 8 proc. Ten kto wyszedł z inwestycji we wrześniu zgarnął 25-procentową premię – mówi Piotr Marciniak, Dyrektor Zarządzający BGŻOptima.

Ryzyko ataków terrorystycznych wymusza większą ochronę strategicznych obiektów. Rośnie zapotrzebowanie na zaawansowane technologicznie systemy ochrony

Ryzyko ataków terrorystycznych wymusza większą ochronę strategicznych obiektów. Rośnie zapotrzebowanie na zaawansowane technologicznie systemy ochrony 8

Z powodu rosnącego ryzyka terrorystycznego wzrasta zainteresowanie zaawansowanymi elektronicznymi systemami ochrony i kontroli dostępu do obiektów strategicznych. W Polsce jest kilkaset obiektów infrastruktury krytycznej o strategicznym znaczeniu dla państwa. Na liście są m.in. elektrownie, wodociągi, szpitale i systemy łączności. Do ochrony takich obiektów były dotąd stosowane głównie rozwiązania mechaniczne: kraty, solidne bramy i antywłamaniowe drzwi. 

– Sytuacja geopolityczna oraz zagrożenie terrorystyczne są głównym motorem napędowym, który sprawia, że osoby odpowiedzialne za infrastrukturę krytyczną coraz poważniej podchodzą do kwestii zabezpieczeń i analizują zagrożenia. Systemy wykorzystywane do ochrony takich obiektów powinny być najwyższej klasy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Korzeniowski ze specjalizującej się w zabezpieczeniach firmy Assa Abloy.

Jak wylicza Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, pod pojęciem infrastruktury krytycznej (IK) kryją się obiekty telekomunikacyjne, systemy zaopatrzenia w wodę, prąd i gaz, zapewniające ciągłość działania administracji publicznej, obiekty komunikacyjne i drogowe o strategicznym znaczeniu dla transportu oraz system ochrony zdrowia i zaopatrzenia w żywność. Według definicji ustawy o zarządzaniu kryzysowym z 2007 roku do infrastruktury krytycznej zaliczają się obiekty niezbędne do minimalnego funkcjonowania gospodarki, państwa i jego obywateli. Dlatego ich ochrona jest jednym z państwowych priorytetów.

– W takich obiektach stosowane są rozwiązania na najwyższym poziomie zabezpieczeń. Każde z nich jest projektowane na potrzeby konkretnej branży, musi uwzględniać strukturę funkcjonowania danego przedsiębiorstwa. System zabezpieczający nie może utrudniać jego działania, ale uzupełniać struktury, które są w przedsiębiorstwie stosowane na co dzień o funkcje kontroli bezpieczeństwa – wyjaśnia Grzegorz Korzeniowski.

Lista obiektów, które figurują na liście infrastruktury krytycznej, jest niejawna. Są wśród nich m.in. elektrownie, szpitale i porty morskie.

– Każda z branż wymaga innego rodzaju indywidualnie dopasowywanych systemów zabezpieczeń. Wspólną cechą jest potrzeba bardzo dokładnych informacji dotyczących tego, kto i kiedy ma dostęp do obiektów o znaczeniu strategicznym, żeby obecności uniknąć osób niepowołanych – mówi Grzegorz Korzeniowski.

NIK, która w ubiegłym roku przeprowadziła kontrolę zabezpieczeń infrastruktury krytycznej, wskazała szereg uchybień. Część terenów, na których znajdowały się takie obiekty, nie była strzeżona przed wejściem osób nieuprawnionych. Wejścia do niektórych obiektów nie spełniały norm bezpieczeństwa i nie były objęte systemem kontroli dostępu, a w większości z nich nie wyodrębniono personelu kluczowego ze względu na przestrzeganie zasad bezpieczeństwa infrastruktury krytycznej.

Grzegorz Korzeniowski zauważa, że w Polsce do ochrony tego typu obiektów najczęściej wykorzystywane były dotąd głównie zabezpieczenia mechaniczne: solidne kraty, bramy czy trudne do sforsowania drzwi wejściowe. Jednak rozwój technologii sprawił, że coraz częściej stosuje się nowoczesne elektroniczne systemy zabezpieczające. Przykładem jest elektroniczny klucz z zaszyfrowanym dostępem do konkretnych obiektów. W przypadku kradzieży lub zgubienia klucz zostaje zdalnie przeprogramowany, dzięki czemu nie ma ryzyka, że wykorzysta go osoba do tego nieuprawniona.

Osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo w obiektach strategicznych często wybierają rozwiązania takie jak nadzór telewizji przemysłowej albo elektroniczna kontrola dostępu. To jednak nie wystarcza, bo bardzo istotnym parametrem w ochronie infrastruktury krytycznej jest czas reakcji służb na włamanie czy potencjalny atak terrorystyczny.

– To powoduje, że idziemy w stronę rozwiązań, które łączą nowoczesne systemy elektroniczne – informujące o tym, kto i kiedy ma dostęp do strategicznych obiektów – z certyfikowanymi rozwiązaniami mechanicznymi, które mają potwierdzone parametry o dużej odporności na włamanie – mówi Grzegorz Korzeniowski.

Ze względu na rosnące zainteresowanie systemy elektroniczne wykorzystywane do ochrony obiektów infrastruktury krytycznej mają bardzo duży rynkowy potencjał. Ponieważ są to zaawansowane, szyte na potrzeby konkretnej branży rozwiązania, ich cena przewyższa koszty komercyjnych systemów wykorzystywanych w ochronie.

– Rozwiązania stosowane w infrastrukturze krytycznej są najczęściej z najwyższej półki, mają bardzo wysoki poziom zabezpieczeń. Porównując je do rozwiązań komercyjnych, mają też znacznie wyższą cenę. Ale takie rozwiązanie jest swego rodzaju inwestycją, która zwraca się już po kilku latach – mówi Grzegorz Korzeniowski.