BioMaxima S.A. będzie komercjalizować technologie Pure Biologics

BioMaxima S.A., notowana na NewConnect firma działająca na rynku diagnostyki laboratoryjnej, polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, podpisała umowę współpracy z Pure Biologics Sp. z o.o. Jej zakres obejmuje komercjalizację rezultatów prac badawczo-rozwojowych prowadzonych przez Pure Biologics, które są związane z nowymi narzędziami do diagnostyki in vitro.

Zgodnie z umową podpisaną przez Spółkę z Pure Biologics obie strony będą współpracowały w obszarze wdrażania do produkcji szybkich testów, opartych na systemach diagnostycznych stworzonych przy użyciu narzędzi biotechnologicznych opracowanych przez Pure Biologics, m.in. platformy selekcji przeciwciał rekombinowanych z bibliotek, platformy selekcji aptamerów DNA oraz technologii Pure Biologics do otrzymywania rekombinowanych białek. BioMaxima S.A. oczekuje, że podpisana umowa pozwoli jej na tworzenie szybkich testów w obszarach, w których istnieje zapotrzebowanie rynkowe na nową albo przyspieszoną ścieżkę diagnostyczną, przede wszystkim w wykrywaniu nowotworów, zakażeń bakteryjnych i wirusowych. Zawarta umowa określiła, że Pure Biologics będzie odpowiedzialne za opracowanie technologii, natomiast Emitent będzie koncentrował się na jej testowaniu, budowie prototypów, a także wdrożeniu do produkcji, po uprzednim procesie rejestracji.

„Już dzisiaj BioMaxima produkuje i sprzedaje szybkie testy immunochromatograficzne. Opieramy się jednak na generycznych systemach diagnostycznych, zbudowanych na sprawdzonych od dawna i szeroko stosowanych technologiach. Współpraca z Pure Biologics umożliwi nam zapewnienie sobie na lata dopływu nowych metod badawczych, dzięki którym będziemy mogli jako pierwsi zaprezentować rozwiązanie na rynku, tam gdzie jest ono oczekiwane. Będziemy wspólnie adresowali obszary diagnostyczne, które zespół handlowy BioMaxima wytypuje jako posiadające największy potencjał, takie jak diagnostyka raka pęcherza, raka prostaty czy zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych.” – komentuje Łukasz Urban, Prezes Zarządu BioMaxima S.A.

Plany obu spółek zakładają, że pierwszy projekt w ramach nawiązanej współpracy zostanie uruchomiony w ciągu najbliższych trzech miesięcy, a szacowany czas jego trwania został przewidziany na dwa lata. Realizację badań ułatwi tworzone aktualnie przez BioMaxima S.A. Centrum Badawczo-Rozwojowe w Lublinie, którego otwarcie zostało zaplanowane na koniec 2017 r. Emitent posiada duże doświadczenie w zakresie opracowywania oraz wdrażania do produkcji szybkich testów i jest jedynym polskim producentem tego typu testów. Spółka będzie mogła zaoferować nowe produkty w Polsce oraz na rynkach zagranicznych, co stanowi ich bardzo duży potencjał sprzedażowy.

„BioMaxima ma rozeznanie w zapotrzebowaniu na rynku, co umożliwi nam projektowanie systemów diagnostycznych w obszarach, w których są one najbardziej potrzebne. Będziemy również wykorzystywali potencjał produkcyjny BioMaxima i jej globalną sieć dystrybucji, aby komercjalizować te testy. Jest to klasyczne partnerstwo organizacji zajmującej się contract research, takiej jak Pure Biologics, z komponentem przemysłowym, jaki wnosi BioMaxima.” – dodaje Dr Filip Jeleń, Prezes Zarządu Pure Biologics Sp. z o.o.

Pure Biologics Sp. z o.o. zajmuje się contract manufacturing oraz contract research, ze specjalizacją w inżynierii białka oraz produkcji białek trudnych w ekspresji, a także metod selekcji rekombinowanych przeciwciał z wykorzystaniem platformy Phage Display. Pure Biologics posiada szereg narzędzi biotechnologicznych oraz programów badawczych umożliwiających tworzenie systemów diagnostycznych in vitro i jest zainteresowany wykorzystywaniem ich do tworzenia prototypów oraz gotowych systemów diagnostycznych, a także ich komercjalizacją.

BioMaxima S.A. sfinalizowała w ub. roku proces połączenia z BIOCORP Polska Sp. z o.o., dzięki czemu umocniła swoją pozycję rynkową w segmencie mikrobiologii oraz znacząco zwiększyła przychody z eksportu. Emitent w 2016 r. zrealizował także transakcję nabycia dwóch rumuńskich spółek QIAS MED oraz ISTAR. W najbliższym czasie połączą się one z należącą do BioMaximy spółką Roco Sistem i stworzą nowy podmiot o nazwie BioMaxima Romania srl., którego celem będzie zapewnienie produktom BioMaxima znaczącego udziału w rumuńskim rynku diagnostyki.

Przemysław Kwiecień o tym, w co warto inwestować w 2017 r.

Większość Polaków swoje oszczędności trzyma w banku. Niestety stopa zwrotu, którą zapewniają konta lub lokaty, jest niewielka, zwłaszcza ostatnio, kiedy mamy do czynienia z niską inflacją albo nawet deflacją. Znacznie bardziej może się opłacać gra na giełdzie, choć wiąże się oczywiście z większym ryzykiem. W co warto inwestować w 2017 r.?

Platyna większą żyłą złota niż złoto

„Ciekawych pomysłów inwestycyjnych w tym roku można szukać na rynku surowców. Tutaj często ceny nie są tak bardzo powiązane z tym, co się dzieje na światowych giełdach. W zeszłym roku atrakcyjne były metale przemysłowe i ropa. W tym – interesujący jest rynek platyny. Są na nim ciekawsze perspektywy niż na rynku złota” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Przemysław Kwiecień, główny ekonomista domu maklerskiego X-Trade Brokers.

Za pszenicę nie zapłacisz jak za zboże

Innymi rynkami, na których opłaca się obecnie inwestować, są niektóre rynki rolne. Warto kupować np. pszenicę, której ceny spadły niedawno do poziomu nienotowanego od wielu lat. Ponieważ jej produkcja straciła na opłacalności, część rolników może przerzucić się na inne zboża. Jeśli tak się stanie, ilość pszenicy na rynku zmaleje, co z kolei będzie sprzyjało wzrostowi jej cen.

Korona szwedzka może królować

Jeśli chodzi o rynek walutowy, 2017 r. powinien upłynąć pod znakiem walut europejskich (np. euro czy mniej popularnej korony szwedzkiej). W ostatnich latach inwestowanie w te waluty nie było szczególnie opłacalne. Wynikało to między innymi z kryzysów w krajach południowoeuropejskich czy niskich stóp procentowych w państwach Europy Zachodniej. W tej chwili koniunktura na Starym Kontynencie się jednak poprawia, więc przecenione waluty europejskie mogą okazać się dobrym wyborem.

Wyniki finansowe Grupy Kapitałowej Funduszu Hipotecznego DOM za 2016

Wzrost ilości i wartości umów zawieranych z nowymi klientami, uzyskanie dodatniej rentowności i utrzymanie pozycji lidera na rynku hipoteki odwróconej – to tylko niektóre założenia strategiczne Grupy Kapitałowej, rozpisane na trzy najbliższe lata. Firma chce też przedterminowo spłacić zobowiązania finansowe i wykupić obligacje. Planuje również podwyższenie kapitału. Instytucja, po restrukturyzacji kosztów i przemodelowaniu działalności w latach 2014-2015 zamyka rok 2016 z dobrym wynikiem i odważnie patrzy w przyszłość.

Na koniec 2016 roku, w skład portfela nieruchomości zarządzanych przez Grupę Kapitałową Funduszu Hipotecznego DOM wchodziło 208 nieruchomości o wartości rynkowej prawie 46,6 mln zł. Przychody netto ze sprzedaży wyniosły 4,6 mln zł (o 1 mln zł więcej w stosunku do roku 2015) a Grupa po raz pierwszy zanotowała zysk ze sprzedaży – 413 tys. zł (rok wcześniej firma miała 1,1 mln straty z tego tytułu).

Strata netto na działalności firmy wyniosła 543 tys. zł w 2016 r. podczas gdy w 2015 plasowała się na poziomie 2,3 mln zł. Grupa zmniejszyła również poziom należności długoterminowych z 118 tys. w 2015 roku do 91 tys. w 2016 roku oraz zobowiązania długoterminowe z 18,9 mln zł w 2015 roku do 8,5 mln zł. Wskaźnik rentowności na działalności podstawowej po raz pierwszy w historii Grupy był dodatni i wyniósł 8,87 proc. w 2016 roku przy EBIDTA w wysokości 367 tys. złotych, podczas gdy w 2015 r. rentowność była ujemna i wynosiła -30,89 proc. Pozostałe wskaźniki również uległy poprawie. ROA w 2016 wynosił -1,78 proc. (w porównaniu do -7,73 proc. w 2015) a ROE -5,54 proc. (w porównaniu do -28,16 proc. w 2015 roku).

– Rok 2016 był okresem, w którym ukierunkowaliśmy działalność Grupy Kapitałowej na stopniowe zwiększanie liczby podpisywanych umów, przy jednoczesnym zachowaniu równowagi finansowej. Jednym z najważniejszych wyzwań było zidentyfikowanie naturalnego, istniejącego już popytu na nasze usługi i testowanie efektywnych kanałów pozyskiwania klientów – powiedział Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. – W związku z opóźnieniami w uchwaleniu przepisów regulujących rynek renty dożywotniej doszło do spowolnienia rozwoju tego rynku w latach 2013-2015. To właśnie dlatego zdecydowaliśmy się na zmiany wewnątrz organizacji, które obejmowały m.in. restrukturyzację kosztów operacyjnych, administracyjnych i marketingowych. Dziś wiemy, że było to dobre posunięcie, a nasza konsekwencja powoduje, że zbliżamy się do punktu równowagi finansowej – dodał Robert Majkowski.

Przyspieszenie w 2017 roku

– Rok 2017 będzie dla nas okresem wdrożenia nowej strategii marketingowej i ponownym otwarciem procesu legislacyjnego związanego z „Ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym”. Nasz udział w profesjonalnym rynku hipoteki odwróconej nadal wynosi blisko 70 proc., co daje nam pozycję lidera, którą zamierzamy ugruntować i utrzymać. Jednocześnie, poprzez rozwój całego rynku hipoteki odwróconej, zakładamy wzrost naszego portfela nieruchomości, a tym samym wzrost wartości Grupy Kapitałowej. Wiele sygnałów płynących z rynku pozwala zakładać, że rok 2017 może być przełomowy zarówno pod względem wzrostu liczby zawartych umów jak i naszych wyników finansowych wyników finansowych – mówi  Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Firma chce zwiększyć liczbę i wartość nowych umów podpisywanych z seniorami oraz osiągnąć dodatnią rentowność. Pracuje również nad nową strategią marketingowo-sprzedażową. W związku z terminem wykupu obligacji serii A i B, które przypadają odpowiednio w lipcu i grudniu 2017 r. Grupa rozważa przedterminowy wykup obligacji, przedterminową spłatę kredytu bankowego i podwyższenie kapitałów własnych (m.in. poprzez emisję akcji).

– Cele, które stawiamy przed naszą firmą to tylko jedno z wyzwań na najbliższy rok. Kluczową kwestią wciąż pozostaje uregulowanie rynku i wzmożenie działań związanych z budowaniem otoczenia prawnego hipoteki odwróconej w Polsce. To temat, w który angażujemy się od wielu lat i w 2017 roku również będziemy nad nim pracować – podsumowuje Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Nowe przepisy RODO a opieka nad dziećmi „w trybie online”

Dla wielu dorosłych korzystanie z internetu to często tylko udogodnienie,  dla małoletnich wirtualna rzeczywistość to codzienność. Z badań wynika, że coraz więcej dzieci odchodzi od tradycyjnych rozrywek na rzecz tych w wersji online. Stawia to przed rodzicami wiele wyzwań związanych z ich ochroną przed różnymi zagrożeniami czyhającymi w Internecie. Nowe unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO) wprowadza zmiany w przetwarzaniu danych nieletnich i ma przyczynić się do zwiększenia ich bezpieczeństwa w sieci.

Według badań PBI aż 10% polskich internautów to małoletni w wieku od 7 do 14 lat. Świat wirtualny otwiera przed nimi wiele możliwości, ale jednocześnie niesie za sobą nowe wyzwania, a często również poważne zagrożenia. Obecnie małoletni nie mają najmniejszego problemu z założeniem konta na portalu społecznościowym, skrzynki pocztowej, konta na platformie umożliwiającej pobieranie gier, a nawet prowadzeniem hazardowych rozgrywek online.

Obowiązujące przepisy o ochronie danych osobowych nie regulują kwestii związanych z przetwarzaniem danych małoletnich w ramach społeczeństwa informacyjnego. Nowe regulacje unijnego rozporządzenia wreszcie dostrzegają ten problem.  Małoletni, którzy nie ukończyli 16 roku życia będą potrzebowali zgody rodzica lub osoby sprawującej nad nimi władzę rodzicielską na korzystanie ze wskazanych usług. Warto zaznaczyć, że rozporządzenie pozostawia państwom członkowskim możliwość obniżenia tego progu wiekowego z zastrzeżeniem, że musi on wynosić co najmniej 13 lat. W Polsce jednostką koordynującą pracę nad wdrożeniem nowej ustawy jest Ministerstwo Cyfryzacji, które deklaruje, że omawiana granica wiekowa w naszym kraju będzie wynosiła właśnie 13 lat.

Damian Gąska
Damian Gąska, specjalista ds. bezpieczeństwa informacji, ODO 24

Przepisy RODO wskazują, iż organizacja zmuszona będzie do podjęcia stosownych starań, by zweryfikować, czy osoba sprawująca władzę rodzicielską lub opiekę nad dzieckiem wyraziła zgodę lub ją zaaprobowała. Pozostaje jednak wątpliwość, jak  w sieci przeprowadzić wiarygodną weryfikację takiej osoby. Na to pytanie obecnie trudno jest szukać jednoznacznej odpowiedzi. Niewykluczone, że w najbliższym czasie Europejska Rada Ochrony Danych wskaże w tym zakresie stosowne wytyczne. Z pewnością konieczne będzie zbieranie informacji o rodzicach lub opiekunach prawnych dzieci, ponieważ razie kontroli administrator będzie musiał wykazać, że zgody zebrane były prawidłowo. Zmiana jest korzystna z punktu widzenia bezpieczeństwa dzieci, a od przedsiębiorców wymaga przyjrzenia się dotychczasowemu podejściu do ochrony danychzauważa Damian Gąska, specjalista ds. bezpieczeństwa informacji, ODO 24.

Organizacje podczas pozyskiwania danych osobowych zobowiązane będą również przedstawić osobie, od której dane pozyskują, szereg dodatkowych informacji. W związku z tym obecne klauzule informacyjne ulegną znacznemu wydłużeniu. Dodatkowo nowe przepisy wskazują, że będą musiały być one przejrzyste oraz napisane tak prostym i zrozumiałym językiem, aby nawet dziecko mogło je bez trudu zrozumieć.

Jak zwiększyć pewność obrotu gospodarczego?

Przedsiębiorcy oczekują pewności obrotu gospodarczego – dlatego należy stworzyć ramy prawne, które zapewniałyby stabilizację ekonomiczną i pobudzały do dalszych innowacji.

– Przełoży się to na wpływy do budżetu i wszystkie elementy, na których zależy całemu państwu – w tym Ministerstwu Finansów i Rozwoju – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Arkadiusz Pączka, Zastępca Dyrektora Generalnego Pracodawców RP, Dyrektor Centrum Monitoringu Legislacji – Myślę, że element związany z dalszym rozwojem innowacyjności jest o tyle kluczowy, że jest on wpisany w „Plan Morawieckiego”. To powinno przyświecać potencjalnym działaniom regulacyjnym – ocenił Pączka.

Przegląd walutowy. Kurs funta, dolara, euro 24.03.2017

Kurs dolara do złotego

Wykres Kurs dolara do złotegoW czwartek złotówka umocniła się w stosunku do dolara o 2 grosze. Po wyrysowaniu fali czwartej, spadkowej piątki, oczekiwany jest jeszcze ruch w dół dopełniający strukturę. Wsparciem pozostają lokalne dołki z 21 marca przy 3,94, a w przypadku pokonania tej zapory wsparciem pozostaje poziom 3,92. Głębsza korekta na dolarze powinna zostać zatrzymana na linii trendowej wyrysowanej po dołkach z kwietnia i sierpnia 2016 roku. W przypadku wzrostów oporem pozostaje górne ograniczenie kanału spadkowego, a po jego pokonaniu poziom 4 zł. W szerszej perspektywie obecny poziom wydaje się być dobrym momentem na zakup dolara.

Kurs euro do złotego

Wykres Kurs euro do złotegoUmocnienie się złotówki w relacji do dolara i euro to głównie zasługa protokołu z ostatniego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej, który ma zdecydowanie jastrzębi wydźwięk. Członkowie Rady coraz bardziej rozważają podniesienie stóp procentowych, która ma być uzasadniona dynamiką cen i wzrostem inflacji. Taki wydźwięk komunikatu dodał siły złotówce, jednakże nie tyle, ile można było oczekiwać przy jastrzębim podejściu Rady. EURPLN skorygował się o 2 grosze, testując dołki z poniedziałku. Podaż nie ma jednak siły na większą reakcję, co sugerować może, że do głosu dojdzie popyt, który będzie chciał przetestować poziom 4,30.

Kurs funta do złotego

Wykres Kurs funta do złotegoCoraz ciekawiej wygląda sytuacja na funcie. Brytyjska waluta, która w ostatnich dniach mocno zyskała do dolara i euro, w stosunku do złotego zyskała niewiele. Doskonałe dane z brytyjskiej gospodarki są paliwem dla umocnienia się funta i nawet zapowiedź oficjalnego ogłoszenia Brexitu 29 marca nie jest w stanie go osłabić. Z technicznego punku widzenia funt odbił od poziomu 4,90 i mozolnie pnie się w górę. Na interwale H4 wyrysowała się formacja odwróconej głowy z ramionami na odwrócenie trendu, co pozwala myśleć o wzrostach. Oporem pozostaje poziom 61,8% Fibo ostatniego impulsu spadkowego przy 5,03, a po jego pokonaniu poziom 5,0580. W przypadku spadków wsparciem pozostają lokalne dołki przy 4,90.

źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Za 5 lat z klientem banku skontaktuje się sztuczna inteligencja

Bankowość mobilna jest najszybciej rozwijającą się częścią sektora. Wirtualny oddział banku umożliwia klientom kontakt z doradcą w każdej chwili. Zdaniem prezesa spółki Ailleron już za pięć lat z posiadaczem konta kontaktować się będzie nie żywy człowiek, lecz system.

– Rynek idzie intensywnie w kierunku rozwiązań mobilnych, dlatego że wszyscy korzystamy z telefonów komórkowych, chcemy mieć wszystkie nasze usługi pod ręką, w szczególności sektor bankowy się rozwija w tym obszarze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Styczeń, prezes spółki Ailleron. – W sektorze bankowym nasza firma jest dzisiaj jednym z liderów światowych, jeśli chodzi o wirtualny oddział. Jesteśmy w stanie przez telefon komórkowy załatwić kompletnie wszystkie rzeczy, które z bankiem do tej pory załatwialiśmy albo w oddziale, albo przy wykorzystaniu komputera.

Z badania NBP przeprowadzonego we wrześniu 2016 roku wynika, że z bankowości mobilnej czynnie korzysta 6,6 mln Polaków. Na razie to 17,4 proc. populacji. Jednak już w grupie wiekowej 25–39 lat odsetek osób używających urządzeń mobilnych do obsługi konta wynosi 30,3 proc., natomiast wśród 18–24-latków jest minimalnie wyższy – 30,5 proc. Jednak w tej ostatniej grupie własnym lub współdzielonym kontem dysponuje jedynie 58 proc. badanych (w następnej według starszeństwa grupie konto ma aż 94 proc.) i zapewne odsetek ten w ciągu kilku lat wzrośnie. Natomiast to właśnie najmłodsi wykazują najwyższy współczynnik korzystania z bankowości mobilnej: 59 proc. posiadających dostęp do konta internetowego aktywnie łączy się z nim poprzez urządzenia mobilne (35 proc. w starszej grupie).

– Możemy na żywo rozmawiać z przedstawicielem banku przez 24 godziny, w dowolnym momencie i załatwiać wszelkie sprawy, widzieć prezentowane produkty, zatwierdzać je itd. – tłumaczy zalety tego rozwiązania Styczeń. – W związku z tym ten obszar idzie bardzo silnie do przodu. Co więcej, w krajach takich jak Wietnam, jak Malezja czy Singapur, gdzie wdrażamy nasze produkty, bardzo często w ogóle komputery już nie są używane, tam naturalne jest właśnie załatwianie wszystkiego przez telefon.

Ailleron jest firmą sektora IT, dostarczającą rozwiązania technologiczne dla kilku branż, w tym bankowej. Jego produkt LiveBank to usługa oferowana bankom, dzięki której klienci tych ostatnich mogą załatwić poprzez aplikację na smartfonie 90 proc. wszystkich operacji proponowanych przez bank. W ubiegłym roku to właśnie rozwiązania dla instytucji finansowych najmocniej wpłynęły na dynamikę wyników spółki. Jak podał Ailleron w raporcie rocznym opublikowanym na początku marca, w 2016 roku LiveBank uzyskał siedmiokrotnie lepszy wynik niż w 2015, osiągając zysk EBITDA na poziomie 2,1 mln zł. W ciągu roku Ailleron potroił liczbę obsługiwanych instytucji finansowych.

– W wirtualnych oddziałach bankowych, które banki powszechnie wdrażają, bardzo duża część komunikacji jest czatem. Tak jak ludzie są przyzwyczajeni do Messengera, tak oczekują, że Messengerem mogą się komunikować z bankiem. Chcemy bank traktować jak każdego innego kolegę w Messengerze i powiedzieć mu, żeby zrobił coś lub nie zrobił. I to jest też idealne miejsce na to, żeby tego typu technologie inteligentne wdrażać – komentuje prezes spółki.

Ailleron zakończył ubiegły rok z najwyższymi wynikami w swojej historii. Przychody wyniosły 89 mln zł, EBITDA 14,7 mln zł (rentowność 16,5 proc.), a zysk netto 7,6 mln zł. To o 16 proc. więcej niż rok wcześniej. Już w 2017 roku Ailleron wprowadził nową linię produktową Wealth, skierowaną do branży finansowej. Nowy produkt będzie oferowany tej samej grupie docelowej co LiveBank, z naciskiem na te banki detaliczne, które mają szeroką ofertę produktów inwestycyjnych. Po raz pierwszy wdrożone zostaną w nowym projekcie Golden Sand Bank – międzynarodowym mobilnym banku przeznaczonym dla klienta premium.

Według Rafała Stycznia kolejny krok na drodze rozwoju technologii w tej branży to rozwój sztucznej inteligencji tak, by z klientem kontaktował się nie pracownik banku, lecz system. Wejście w życie takich rozwiązań to jego zdaniem kwestia kilku lat.

– Dzisiaj sztuczna inteligencja to takie poszukiwanie złota, wszyscy biegną w tym kierunku, każdy wie, że jest to przyszłość i że musi coś w tym kierunku robić, bo inaczej ktoś gdzieś go wyprzedzi – mówi Rafał Styczeń. – Myślę, że te systemy za jakieś 5 lat osiągną taką dojrzałość, że będą w stanie rzeczywiście zastępować człowieka, że komunikując się z nimi, będziemy mieli wrażenie, jakbyśmy rozmawiali z człowiekiem, bądź będziemy w stanie załatwić większość rzeczy. Żeby tam być za 5 lat, trzeba dzisiaj już nad tym pracować, więc my też pracujemy np. nad automatyczną obsługą czata, czyli naszego produktu livebankowego.

Dobre perspektywy przed morską energetyką wiatrową w Polsce. Na jej rozwoju zyskają stocznie

Dobre perspektywy przed morską energetyką wiatrową w Polsce. Na jej rozwoju zyskają stocznie 1

Obecnie na rynku morskiej energetyki wiatrowej realizowane są dwa projekty o łącznej mocy 2,2 GW. Do 2030 roku może powstać nawet 6 GW zainstalowanej mocy. Na rozwoju sektora skorzysta przede wszystkim branża stoczniowa, która może zmienić profil działania. Eksperci zauważają, że mogą się pojawić nowe zamówienia na duże statki do budowy farm.

– Jesteśmy przekonani, że rynek morskiej energetyki wiatrowej będzie rósł szybciej niż lądowa energetyka wiatrowa. Już w 2022 roku mamy osiągnąć pełną możliwość produkcyjną zarówno w pierwszej, jak i w drugiej fazie dla farmy budowanej w okolicach Łeby. Takich farm wiatrowych powstanie kilkanaście na terenie Polski, również inne kraje bałtyckie chcą rozwijać ten segment – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Kopczyński, dyrektor ds. inwestycji przemysłu stalowego w Grupie MARS Shipyards & Offshore.

Z raportu McKinsey & Company „Rozwój morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. Perspektywy i ocena wpływu na lokalną gospodarkę” wynika, że morska energetyka wiatrowa może w ciągu najbliższych lat stać się ważną branżą polskiej gospodarki. Do 2030 roku może powstać nawet 6 GW zainstalowanej mocy. Obecnie realizowane są dwa projekty farm morskich o łącznej mocy 2,2 GW. Jak przekonuje ekspert, wszystkie kraje nadbałtyckie mają dobre perspektywy rozwoju morskiej energetyki wiatrowej.

– Sprzyja nam geografia. Mamy silne i stałe wiatry w granicach 9–10 m/s i jednocześnie niezbyt duże głębokości w porównaniu np. z Morzem Północnym, gdzie wprowadza się technologię tzw. farm pływających czy turbin pływających. Przy płytszych wodach możemy liczyć na monopale [pojedynczy fundament – red.], natomiast przy większych głębokościach, dochodzących do 75 metrów, można stawiać fundamenty kratownicowe czy tripod jackety, czyli trójnogi. One też skutecznie spełniają swoją rolę – tłumaczy przedstawiciel Grupy MARS Shipyards & Offshore.

W Europie morska energetyka wiatrowa szybko się rozwija. Średni przyrost mocy w ostatnich kilkunastu latach wynosił ok. 30 proc. Obecnie łącznie zainstalowanych jest ponad 12,5 GW mocy, a do 2020 roku może być 20 GW. W technologii przodują Niemcy i Wielka Brytania. Morskie farmy wiatrowe w porównaniu do lądowych są inwestycją droższą, ale za to bardziej stabilną. Mają niemal dwukrotnie większą produktywność energii. Współczynnik sprawności wynosi 40–50 proc., przy mniej niż 30 proc. dla lądowych farm wiatrowych i 10 proc. dla elektrowni fotowoltaicznych.

Na rozwoju morskiej energetyki wiatrowej skorzystają firmy specjalizujące się w drobnych elementach konstrukcji stalowych. Największe korzyści sektor przyniesie branży stoczniowej.

– Widzimy duże możliwości w przekształcaniu stoczni, które do tej pory pracowały niemal wyłącznie nad dużymi jednostkami transportowymi. Obecnie to jednostki specjalistyczne do transportu m.in. wytworzonych elementów konstrukcji stalowych do morskiej energetyki wiatrowej, czyli barki, statki, które spełniają rolę serwisową, ale jednocześnie są wysoko wyspecjalizowanymi jednostkami. Stanowią one już dzisiaj o sile polskiego przemysłu w tej branży – podkreśla Kopczyński.

W stoczniach mogą się pojawić nowe zamówienia na duże statki do transportowania elementów koniecznych do budowy farm oraz na mniejsze, przydatne przy eksploatacji wiatraków. Będzie też zapotrzebowanie na elementy farm, czyli wieże i fundamenty. Na rozwój sektora morskiej energetyki wiatrowej liczą m.in. stocznie Nauta, Gryfia i Crist z Grupy MARS Shipyards & Offshore.

– Wielokrotnie na targach spotykałem się z dobrymi opiniami na temat chociażby specjalistycznych jednostek Innovation, wykonanych w stoczni Crist [jednostki do instalacji i obsługi morskich farm wiatrowych – red.]. Jesteśmy dumni, że te statki pracują i z sukcesem mogły zmienić profil działania z dotychczas bardzo prężnie rozwijającej się i dochodowej branży oil and gas w kierunku morskiej energetyki wiatrowej – wskazuje Jacek Kopczyński. – Takie jest nasze myślenie w ramach funduszu MARS, żeby integrować te wszystkie zakłady. Mamy 7–8 jednostek i liczymy, że będą bardzo ściśle ze sobą współpracowały.

Polscy naukowcy pracują nad urządzeniem umożliwiającym robienie dokładnych zdjęć satelitarnych

Dzięki nowoczesnemu urządzeniu, nad którym pracują wrocławscy naukowcy, satelity mogą wykonywać zdjęcia w dużo lepszej rozdzielczości i z wykorzystaniem nawet stu długości fal świetlnych, w tym w podczerwieni czy ultrafiolecie. Pozwala to uzyskać bardzo precyzyjne dane o rejestrowanym obszarze. Wspólnie z Europejską Agencją Kosmiczną (ESA) spółka SatRevolution chce stworzyć sieć takich satelitów na orbicie okołoziemskiej i komercyjnie udostępniać dane satelitarne. ​ 

– Zaprezentowaliśmy nowy projekt hiperspektrometru. Jest to plan rozwinięcia naszego satelity Światowida, który w 2018 roku poleci w kosmos w towarzystwie dwóch Rusałek [nanosatelity – red.] – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Damian Fijałkowski, współzałożyciel SatRevolution.

Hiperspektrometr to specjalistyczne urządzenie do rejestracji obrazów wykorzystywane w misjach kosmicznych. Pozwoli ono na udostępnianie dokładnych obrazów satelitarnych zainteresowanym firmom i instytucjom. Nad urządzeniem pracują polscy naukowcy we wrocławskim laboratorium technologicznej spółki SatRevolution. Hiperspektrometr zostanie wyniesiony na orbitę okołoziemską przez satelitę badawczego w 2020 roku.

Hiperspektrometr umożliwia obserwowanie Ziemi nie tylko w spektrum światła widzialnego, lecz także z wykorzystaniem wielu różnych długości fali świetlnej. Dzięki temu będziemy mogli zaobserwować rzeczy, których gołym okiem nie widać. Przykładowo, w rolnictwie możemy zbadać wilgotność gleby, a w geologii sprawdzić, jakie minerały występują na Ziemi lub zlokalizować złoża złota. Hiperspektrometr ma bardzo dużo zastosowań czysto komercyjnych – mówi Damian Fijałkowski.

Standardowe kamery rejestrują tylko trzy kolory, które widzi ludzkie oko: czerwony, zielony i niebieski. Skaner hiperspektralny może odnotowywać nawet do stu długości fal. Dzięki zastosowaniu najnowszych technologii może wykonać serię zdjęć wzdłuż swojej trajektorii lotu, w pełnym zakresie barw, włącznie z podczerwienią czy ultrafioletem. To pozwala na uzyskanie precyzyjnych informacji o rejestrowanym obszarze. Hiperspektrometry mogą być wykorzystywane na przykład do wykrywania zanieczyszczeń środowiska, takich jak natężenie emisji gazów cieplarnianych albo wycieki ropy do oceanu, lokalizowania złóż minerałów, mogą być również wykorzystywane w transporcie albo meteorologii, przykładowo do śledzenia rozkładu temperatur lub chmur.

Skaner hiperspektralny, który zostanie skonstruowany przez polskich inżynierów, będzie miał wielkość niewielkiego prostopadłościanu o wymiarach około 10/15/20 cm. W środku pomieści zaawansowaną technologię, opartą na teleskopie TMA o szerokim polu widzenia, światłoczułej matrycy i podzespołach elektronicznych.

Hiperspektrometr jest rozwinięciem projektu satelity badawczego o nazwie Światowid. Może on obserwować Ziemię w zakresie światła widzialnego i wykonywać zdjęcia z dokładnością 14 Mpx. Natomiast kolejna edycja satelity będzie już wyposażona w hiperspektrometr, który może dokonywać dużo dokładniejsze obserwacje.

– Docelowo, razem z ESA, chcemy stworzyć system komunikacji satelitów na orbicie. Dzięki temu Ziemię będzie obserwować cały rój takich satelitów, a my uzyskamy dokładniejsze dane. Będziemy mogli zaobserwować rzeczy istotne ze względów militarnych, finansowych i z punktu widzenia bezpieczeństwa. Możemy sobie wyobrazić systemy monitorujące warunki atmosferyczne albo wspomagające centra zarządzania kryzysowego w przypadku zagrożeń wynikających z nagłych zmian klimatycznych – mówi Damian Fijałkowski.

Technologicznej spółce SatRevolution udało się dotychczas pozyskać 3 mln zł na sfinansowanie budowy Światowida. Te środki pozwolą również na wystrzelenie satelity na orbitę okołoziemską.

– Wszyscy myślą, że wysyłanie obiektów w kosmos jest dość drogie, przynajmniej w powszechnej opinii. Jednak w tej relatywnie niewielkiej kwocie udało nam się zamknąć koszty produkcji Światowida i Rusałek oraz wystrzelenia ich w kosmos – mówi współzałożyciel SatRevolution.

W 2017 roku firma zamierza pozyskać inwestora i zdobyć finansowanie w kwocie 40 mln zł na kolejne etapy projektu, czyli budowę hiperspektrometru i sieci nanosatelitów, które będą obserwować Ziemię z orbity.

– Przemysł kosmiczny się rozwija. Wiemy, że jest gros inwestorów zainteresowanych tym sektorem. Branża kosmiczna to temat, który ostatnio nabrał dynamiki. Słyszymy o planach podróży na Marsa, o tysiącach satelitów Elona Muska, który chce stworzyć internet na orbicie. Ponieważ branża kosmiczna jest ostatnio popularna, liczymy, że znajdą się inwestorzy chętni zainwestować w tę gałąź – mówi Damian Fijałkowski.

Sieć powiązanych ze sobą satelitów, które będą obserwować Ziemię z orbity, firma chce stworzyć w partnerstwie z Europejską Agencją Kosmiczną. SatRevolution jest już na etapie wstępnych przygotowań do rozpoczęcia tego projektu.

– To projekt, który zakłada stworzenie rozwiązań algorytmicznych i software’owych, pozwalających zarządzać grupą satelitów i zoptymalizować ich działania na orbicie. Nie wszystkie satelity muszą się komunikować bezpośrednio z Ziemią. Możemy stworzyć podgrupy, w których każdy z satelitów komunikuje się z jednym, pełniącym rolę przekaźnika. Dzięki temu można by zoptymalizować koszt finansowy i energetyczny. Ponieważ takie urządzenia potrzebują energii, zoptymalizowanie roju na orbicie sprawi, że cały system będzie wydajniejszy – mówi Damian Fijałkowski.

Docelowo spółka chciałaby stworzyć platformę, w ramach której dostęp do danych i zdjęć satelitarnych mieliby prywatni użytkownicy.

– Chcielibyśmy docelowo stworzyć platformę, do której mógłby się zalogować przeciętny Kowalski i na której miałby dostęp do danych satelitarnych. Możemy sobie wyobrazić gospodarstwa rolne, które korzystając z nich, obserwują plony albo wilgotność gleby, wiedzą, na jakich obszarach muszą podjąć jakieś działania. Mówimy o gospodarstwach liczących setki i tysiące hektarów, w przypadku których trudno jest obserwować całość i sprawować nad nią kontrolę. Dzięki satelicie lub nanosatelicie można uzyskać dostęp do takich danych w czasie rzeczywistym – mówi Damian Fijałkowski.

Sklepy i placówki medyczne pod lupą GIODO. Urząd skontroluje, jak chronione są dane osobowe klientów i pacjentów

Sklepy i placówki medyczne pod lupą GIODO. Urząd skontroluje, jak chronione są dane osobowe klientów i pacjentów 2

W najbliższych miesiącach Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych skontroluje sklepy oraz podmioty lecznicze, takie jak poradnie lekarskie oraz przychodnie. Inspektorzy GIODO przyjrzą się, czy przetwarzanie danych osobowych odbywa się w tych miejscach zgodnie z obowiązującymi przepisami. Kontrola obejmie także podmioty korzystające z systemów SIS i VIS, takie jak policja i służby graniczne.

Plany kontroli generalnego inspektora na ten rok obejmują kilka branż i kilka sektorów, w tym przede wszystkim kontrolę sklepów w kontekście stosowania przez nie monitoringu oraz kontrolę podmiotów leczniczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Edyta Bielak-Jomaa, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.

Planowana przez GIODO kontrola podmiotów leczniczych, takich jak przychodnie oraz poradnie lekarskie, dotyczyć będzie głównie kwestii ujawniania danych osobowych w miejscach publicznych. Inspektorzy zwrócą uwagę na to, czy podczas rejestracji w tego typu placówkach personalia pacjenta są należycie chronione.

Będziemy kontrolować podmioty medyczne, ponieważ otrzymujemy liczne skargi, że przetwarzanie danych osobowych w związku z badaniami odbywa się przy braku zapewnienia prywatności i intymności pacjentów – wyjaśnia Edyta Bielak-Jomaa.

Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych dodaje, że liczne skargi pojawiają się także w kontekście monitoringu stosowanego w sklepach stacjonarnych. W związku z tym inspektorzy GIODO zwrócą uwagę na to, czy dane rejestrowane przez kamery w tego typu miejscach są przechowywane i wykorzystywane zgodnie z prawem.

– Nasza kontrola obejmie także to, do czego jesteśmy zobligowani co roku, czyli kontrole w zakresie SIS i VIS – dodaje.

System Informacyjny Schengen (SIS) oraz System Informacji Wizowej (VIS) wykorzystywane są przez policję oraz straż graniczną i służą do wymiany informacji pomiędzy państwami członkowskich m.in. na temat ruchu na zewnętrznych granicach Unii Europejskiej. GIODO podczas kontroli chce się przyjrzeć, czy wgląd i edycja zawartych w obu systemach danych osobowych odbywają się z zachowaniem prywatności sprawdzanej osoby.

Oprócz powyższych kontroli sektorowych GIODO realizuje również inne postępowania kontrolne, które prowadzone są m.in. w związku z rozpatrywaniem skarg, sygnalizacjami obywateli, rejestracją zbiorów danych osobowych. Podejmuje je również na wniosek innych podmiotów, takich jak sądy i prokuratury, inne organy kontrolne (jak np. Najwyższa Izba Kontroli, Państwowa Inspekcja Pracy) czy Rzecznik Praw Obywatelskich.

Obecnie GIODO zajmuje się sprawami dotyczącymi m.in. elektronicznych dzienników lekcyjnych czy funkcjonowania w jednostkach samorządu terytorialnego systemów informatycznych wykorzystywanych m.in. do obsługi mieszkańców i prowadzenia spraw pracowniczych.

Polacy mają 47 mld zł długów. Program Rodzina 500 plus nie skłonił dłużników do spłaty zaległości

Polacy mają 47 mld zł długów. Program Rodzina 500 plus nie skłonił dłużników do spłaty zaległości 3

Zadłużenie Polaków jest coraz większe. Jak wynika z danych BIG InfoMonitor i Biura Informacji Kredytowej, dłużnicy w 2016 roku byli winni łącznie ponad 47 mld zł. To zarówno niespłacone kredyty, jak i zaległe opłaty za energię czy telefon. Sytuacji nie poprawiło spadające bezrobocie ani transfery socjalne w ramach programu Rodzina 500 plus.

– Znacząca część dłużników nie spłaca swoich zobowiązań. Głównym powodem jest unikanie regulowania zaległej należności albo kłopoty finansowe, z których bardzo trudno się nieraz wydostać – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Gulbicka z firmy Best, zajmującej się windykacją.

Jak wynika z danych Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor i Biura Informacji Kredytowej, krajowi dłużnicy winni są łącznie różnego rodzaju firmom i instytucjom 47,19 mld zł, z czego 27,98 mld zł stanowią niespłacone kredyty, a 19,21 mld zł – zaległe należności pozakredytowe, czyli m.in. opłaty za gaz, prąd, czynsz, telefon czy alimenty.

– Polacy starają się zarządzać swoim budżetem, większości się to lepiej lub gorzej udaje – ocenia Katarzyna Gulbicka. – Jednak większość konsumentów żyje tu i teraz, wydając pieniądze na bieżące potrzeby, rzadko planując przyszłe wydatki. W sytuacjach awaryjnych pojawia się problem, bo część wynagrodzenia czy innych pieniędzy przeznaczanych na spłatę długu pokrywa koszty leków, naprawy zepsutego samochodu albo inne tego typu wydarzenia w gospodarstwie domowym.

W związku z sytuacją na rynku pracy branża windykacyjna oczekiwała poprawy spłacalności długów. Bezrobocie, podstawowy wskaźnik określający możliwości bieżącego regulowania zobowiązań, wynosi 8,6 proc. i od stycznia ubiegłego roku spadł o prawie 2 pkt proc. W listopadzie było to nawet 8,2 proc., czyli najmniej od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej. Nie przełożyło się to jednak na większą skłonność do regulowania zaległych zobowiązań.

Eksperci liczyli także na poprawę sytuacji w wyniku uruchomionego w kwietniu 2016 roku programu pomocy socjalnej na drugie i kolejne dziecko, czyli Rodzina 500 plus. W ubiegłym roku korzystało z niego 3,8 mln dzieci, a do beneficjentów trafiło ponad 17 mld zł. Jednak to również nie skłoniło dłużników do spłat.

 Wydawałoby się, że dodatkowa wartość finansowa, która znalazła się w polskich portfelach, powinna się przyczynić do tego, że klienci będą mieli mniej długów, ale tak się nie stało – żałuje Katarzyna Gulbicka. – W gospodarce obserwujemy wzrost konsumpcji w zakresie zakupów sprzętu AGD czy sprowadzania aut z zagranicy. Można powiedzieć, że branżę windykacyjną raczej omija świadczenie Rodzina 500 plus.

Środki w ramach programu Rodzina 500 plus nie podlegają zajęciu komorniczemu. Pozostają w dyspozycji rodziców, co w praktyce oznacza, że mogą być przeznaczane również na spłatę zaległych zobowiązań.

– Świadczenia przewidziane są na rzecz dzieci w gospodarstwach domowych, więc nie mogą być zajmowane – potwierdza Katarzyna Gulbicka. – Natomiast na sprawę warto spojrzeć z punktu widzenia odpowiedzialności związanej z wychowywaniem dzieci. Zdecydowanie bardziej rozsądne jest najpierw spłacić długi, zamknąć stare sprawy, a potem dopiero, jeżeli sytuacja pozwoli, podjąć decyzję o kupnie nowego komputera czy zapisaniu dziecka na dodatkowe zajęcia. Nieopłacone zobowiązania mogą bowiem w przyszłości stać się poważnym brzemieniem dla potomstwa.

Wartość wszystkich zaległości wpisanych do Krajowego Rejestru Długów zwiększyła się w ubiegłym roku o 12 proc. Najszybciej rosła łączna wartość przeterminowanych długów powyżej 3,5 tys. zł. Tego rodzaju zobowiązania wyniosły łącznie 31,3 mld zł, po wzroście o prawie 15 proc. (z 27,6 mld zł). Zdaniem Katarzyny Gulbickiej w spłacie zaległych zobowiązań najtrudniejszy jest pierwszy krok.

– Trzeba przede wszystkim podjąć odpowiedzialną decyzję o tym, że chce się spłacić zaległe należności – precyzuje Katarzyna Gulbicka. – Jeżeli taka decyzja zapadnie, to potem jest łatwiej. Zachęcam do tego, żeby wyjść ze sfery komfortu, w której dług jest tematem tabu. Warto postanowić, że trzeba się go pozbyć, skontaktować z wierzycielem i zastanowić nad sposobem uregulowania zaległej należności.

Krótkoterminowe wypożyczalnie aut mogą poprawić jakość powietrza. Dzięki nim na ulicach miast będzie 10 razy mniej samochodów

Krótkoterminowe wypożyczalnie aut mogą poprawić jakość powietrza. Dzięki nim na ulicach miast będzie 10 razy mniej samochodów 4

W największych miastach transport drogowy odpowiada za 60 proc. zanieczyszczeń powietrza. Tylko w Warszawie emituje 40 proc. pyłów PM10 i 15 proc. benzo(a)pirenu o właściwościach rakotwórczych. Rezygnacja z samochodu i wybór komunikacji miejskiej nie zawsze jest możliwy. Rozwiązaniem może być carsharing. Wypożyczalnie samochodów na krótki czas są popularne na Zachodzie, a ich użytkownicy jeżdżą średnio o 31 proc. mniej, niż kiedy korzystają z prywatnego pojazdu.

– W samej Warszawie znaczny udział w smogu mają zanieczyszczenia pochodzące z samochodów. Carsharing może pełnić istotną rolę w ograniczaniu warunków smogowych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Jeż, dyrektor ds. rozwoju BikeU z Grupy Egis, która wspólnie z Communauto i Grupą PSA zaproponowały koncept carsharingu dla Warszawy.

Najwyższa Izba Kontroli w raporcie „Ochrona powietrza przed zanieczyszczeniami” wskazuje, że niska emisja odpowiada za 90 proc. zanieczyszczeń, a 7 proc. generuje komunikacja. W największych miastach transport odpowiada jednak za ponad 60 proc. zanieczyszczeń.

– Jeżeli naszym podstawowym zadaniem jest zmniejszenie liczby samochodów w mieście i udałoby się z sukcesem wprowadzić program carsharingu, to automatycznie jest mniej zanieczyszczeń w powietrzu. Jak konkretny projekt poprawi jakość powietrza, zależy miedzy innymi od procentowego udziału charakteru floty (samochody spalinowe /hybrydy/elektryczne), rekomendujemy zawsze optymalne rozwiązania, a nasze międzynarodowe doświadczenia są budujące – przekonuje przedstawiciel BikeU.

Wypożyczalnie samochodów w formie carsharingu przypominają miejskie systemy wypożyczania rowerów. Auto można zarezerwować i wypożyczyć w momencie, kiedy jest ono potrzebne, a oddać w dowolnym miejscu działania strefy systemu lub wręcz w jednym ze wskazanych w mieście miejsc parkingowych.

– Najważniejsze wskaźniki dotyczą aut wniesionych do systemu względem liczby aut, z których zrezygnują mieszkańcy. Wskaźniki potrafią dochodzić do 1:10, czyli dzięki jednemu samochodowi carsharingowemu możemy wyeliminować aż 10 samochód prywatnych – mówi Jeż.

Średnio samochód prywatny jest użytkowany przez godzinę dziennie, pojazd w systemie carsharing do 8 godzin. Użytkownicy projektu jeżdżą też średnio o 31 proc. mniej, niż kiedy korzystają z prywatnego samochodu. Co więcej, po przyłączeniu do systemu co czwarta osoba rezygnuje z zakupu nowego pojazdu, a 15 proc. w ogóle rezygnuje z użytkowania własnego samochodu.

Zauważamy bardzo szybki wzrost liczby nowych wypożyczalni rowerów miejskich i ten rynek wydaje się już powoli w Polsce dojrzały. Tak samo szybko albo jeszcze szybciej będzie rozwijał się carsharing. Musi wystartować pierwszy projekt, aby kolejne miasta chciały zrealizować podobne działania na rynkach lokalnych – przekonuje Jeż.

Jak podkreśla ekspert, to carsharing prywatny zapoczątkował takie usługi. Carsharing tworzony jest również przez podmioty prywatne, jednak najlepsze efekty przynosi współpraca sektora prywatnego z publicznym.

– Może to być flota składająca się wyłącznie z samochodów elektrycznych, ale też mamy dobre wzorce w zakresie korzystania z aut spalinowych czy hybrydowych. Mamy cały wachlarz dostępnych usług z każdego segmentu aut, od elektryków po hybrydy oraz spalinowe. Wszystko zależy od uwarunkowań danego miasta. Moim zdaniem system mieszany lub wyłącznie elektryczny jest najlepszym rozwiązaniem – ocenia Marcin Jeż.

Dane z rynku niemieckiego czy duńskiego pokazują, że użytkownicy carsharingu chętniej korzystają z komunikacji miejskiej (połowa korzystających z carsharingu) czy wypożyczalni rowerów (o 25 proc. częściej).

Bikesharing i carsharing to dwie uzupełniające się nawzajem usługi. Motywują, aby pozostawić lub zrezygnować z prywatnego samochodu. Nie zawsze jest konieczność skorzystania z samochodu, czasami lepiej skorzystać z roweru. Bardzo ważna jest też integracja tych dwóch systemów tak, aby niezależnie od tego, z którego chcemy skorzystać, niosło to ze sobą szerokie korzyści w postaci specjalnych przywilejów zarówno w jednym systemie, jak i w drugim –tłumaczy Jeż.

Cyberbezpieczeństwo – stan bezpieczeństwa informacji w polskich firmach

W 96% średnich i dużych przedsiębiorstw działających w Polsce w ostatnich 12 miesiącach doszło do ponad 50 cyberataków. Najczęściej wykorzystywaną metodą był atak phishingowy. Jednocześnie, aż 41% firm przemysłowych, obawia się, że w wyniku ataku hakerskiego może dojść do uszkodzenia infrastruktury – wynika z raportu PwC „Ochrona biznesu w cyfrowej transformacji”, przygotowanego na podstawie 4. edycji dorocznego badania „Stan bezpieczeństwa informacji w Polsce”.

Cyfrowa transformacja wystawia na próbę zaufanie w cyfrowym świecie. Skuteczna ochrona systemów IT, zgromadzonych danych i informacji jest dziś kluczowym elementem dla stabilnego funkcjonowania firmy. 61% prezesów firm na świecie wskazało cyberzagrożenia jako jedno z największych obszarów ryzyka dla ich biznesu” – mówi Piotr Urban, partner w PwC, lider zespołu zarządzania ryzykiem.

Jak wynika z badania przeprowadzonego na potrzeby raportu PwC, w ostatnim roku 96% polskich średnich i dużych firm zanotowało ponad 50 incydentów związanych z naruszeniem bezpieczeństwa informacji lub systemów IT. W przypadku 64% liczba tego typu zdarzeń była większa niż 500.

Najczęściej wykorzystywaną metodą cyberataków był atak phishingowy (39%), mający na celu zmylenie użytkownika i nakłonienie do wykonania zamierzonej operacji. Na drugim miejscu znalazło się wykorzystanie systemów IT (35%), a na trzecim użycie zewnętrznego nośnika danych (23%). Wśród najbardziej dotkliwych skutków cyberataków respondenci badania wskazywali: narażenie na ryzyko prawne i straty finansowe (35% wskazań) oraz utrata klientów i kradzież własności intelektualnej (po 30%). Jednocześnie, aż 55% firm nie ma świadomości, jakie były efekty ataków cybernetycznych na dane w ich organizacjach biznesowych.

W 79% przypadków wykrytych incydentów związanych z naruszeniem bezpieczeństwa informacji ich źródłem byli aktualni pracownicy firmy, natomiast 62% stanowiły ataki hakerskie.

Dojrzałe organizacje dostrzegają korzyści z posiadania stałej informacji na temat cyber ryzyka oraz możliwości jej wykorzystania w decyzjach biznesowych. Do tego organizacja musi jednak posiadać właściwe narzędzia umożliwiające pozyskanie, analizę, śledzenie i raportowanie otoczenia i związanych z nim ryzyk. Warto podkreślić, że takie narzędzia istnieją – systemy SIEM, czy DLP, często jednak brakuje procesów i wiedzy oraz ludzi, co umożliwiłoby ich pełne wykorzystanie” – mówi Patryk Gęborys, wicedyrektor w zespole Cyber Security PwC.

Z raportu PwC wynika, że średnie i duże polskie firmy przeznaczają obecnie znaczące budżety na kwestie związane z zapewnieniem bezpieczeństwa danych i systemów IT. W 48% przedsiębiorstw wydatki te są większe niż 1 mln zł, a w ponad połowie badanych firm mieszczą się w przedziale od 500 tys. zł do 1 mln zł. Jak zauważają autorzy raportu, polskie firmy rzadko podejmują dodatkowe działania w celu ochrony przed cyberzagrożeniami – jedynie 31% prowadzi współpracę z innymi podmiotami na rzecz poprawy bezpieczeństwa i ograniczenia ryzyka w przyszłości. Jeszcze mniej, bo tylko 7%, twierdzi, że wykupiło specjalne ubezpieczenie obejmujące skutki potencjalnych cyberataków.

Posiadanie ogólnej strategii bezpieczeństwa nie gwarantuje jeszcze optymalnego wydatkowania środków i wyboru adekwatnych technologiczno-organizacyjnych mechanizmów zabezpieczających. Dopiero wiedza o otoczeniu i zagrożeniach, o tym co jest najistotniejsze dla organizacji i jakie zasoby powinny być chronione, pozwala na skierowanie inwestycji we właściwą stronę. Wynik badań i obserwacje rynku wskazują jednak, że nadal wydatki są kierowane punktowo i raczej na technologię, niż podniesienie poziomu dojrzałości bezpieczeństwa całej organizacji” – mówi Tomasz Sawiak, wicedyrektor w zespole Cyber Security PwC.

Rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO) a cyberbezpieczeństwo

Nowe, unijne Rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO) wejdzie w życie 25 maja 2018 r. i będzie dotyczyć wszystkich przedsiębiorców, zastępując krajowe przepisy dotyczące ochrony danych osobowych.

Dla firm przygotowanie się do nowych przepisów jest ogromnym wyzwaniem. RODO wprowadza wiele istotnych zmian w podejściu do spełnienia wymagań zabezpieczania danych osobowych. Na przykład wszystkie incydenty związane z naruszeniem bezpieczeństwa danych osobowych będą musiały być zgłaszane w ciągu 72 godzin do organu regulacyjnego. Dodatkowo, każdy rodzaj biznesu przetwarzający takie dane będzie musiał przeprowadzić stosowne analizy ryzyka i wdrożyć adekwatne zabezpieczenia. Może to oznaczać zmianę lub konieczność nowej strategii w zakresie zarządzania danymi i wdrożenia procesów oraz technologii w celu zapewnienia inwentaryzacji i ochrony danych osobowych.

Tymczasem jak wynika z badania PwC, polskie firmy pod względem przygotowania do RODO znajdują się dopiero na początku drogi do zapewnienia zgodności z nowymi przepisami. Wśród podjętych kroków najskuteczniej zrealizowane zostało uwzględnienie mechanizmów ochrony danych osobowych w fazie projektowania nowych systemów informatycznych. Z kolei najbardziej zaniedbanymi obszarami związanymi z nowymi przepisami są: utworzenie i aktualizacja rejestru operacji przetwarzania danych osobowych, ocena skutków operacji przetwarzania oraz ograniczenie liczby operacji przetwarzania do minimum koniecznego do osiągnięcia celu, dla którego zostały zebrane.

Jak podkreślają eksperci PwC, kary za niedostosowanie się do nowych przepisów mogą być dla firm bardzo dotkliwe – do 20.000.000 euro lub 4% wartości rocznego światowego obrotu przedsiębiorstwa.

Bezpieczeństwo systemów przemysłowych (OT – operational technology)

Systemy OT odpowiadają za podtrzymanie kluczowych procesów technologicznych w firmach. Cyberataki na to środowisko mogą mieć poważne i daleko idące konsekwencje. Poza stratami finansowymi, możliwe są przedłużające się przerwy w dostawie usług krytycznych, szkody wyrządzone środowisku naturalnemu, a nawet zagrożenie zdrowia i życia ludzkiego.

Jak ukazały wyniki pogłębionych wywiadów w największych firmach przemysłowych, respondenci doskonale zdają sobie sprawę z tego jak poważne następstwa mogą za sobą pociągać incydenty w obszarze bezpieczeństwa OT. 64% ankietowanych wskazało, że ich efektem może być przerwanie procesów technologicznych w firmach, w których pracują. 43% wyraziło przekonanie, że incydenty mogą spowodować wyciek wrażliwych informacji, a 41% obawia się, że może dojść do uszkodzeń infrastruktury, co pociągnie za sobą znaczące koszty.

Jako źródła incydentów 68% respondentów wskazało na nieautoryzowany dostęp z wnętrza organizacji. To oznacza, że podobnie jak w przypadku IT największe zagrożenie stanowią sami pracownicy, choć często odbywa się to nieświadomie.

O raporcie „Ochrona biznesu w cyfrowej transformacji, czyli 4 kroki do bezpiecznej firmy

Raport został przygotowany na podstawie badania, w którym wzięli udział eksperci zajmujący się bezpieczeństwem informacji i IT w 100 dużych i średnich firmach (powyżej 100 pracowników) działających w Polsce. Badanie zostało przeprowadzone jesienią 2016 roku metodą ankiety online. Aspekty bezpieczeństwa OT zostały zbadane w ramach wywiadów pogłębionych. Polskie badanie jest częścią międzynarodowego projektu The Global State of Information Security® Survey 2017, który bada 133 kraje pod kątem stanu bezpieczeństwa informacji.

Raport: Sytuacja mikro i małych firm w województwie podkarpackim

Dobre nastroje nie opuszczają przedsiębiorców z Podkarpacia – takie wnioski płyną z siódmego już „Raportu o sytuacji mikro i małych firm w roku 2016”. Najlepiej ocenione zostały zatrudnienie i sytuacja firmy. Przedsiębiorcy rzadziej skarżą się na bariery rozwoju firmy. Rośnie odsetek eksporterów w województwie. Mniej firm inwestuje niż średnio w kraju.

Systematycznie rośnie optymizm mikro i małych przedsiębiorców z Podkarpacia. Średni Ogólny Wskaźnik Koniunktury[i] w Podkarpackim zanotował najwyższą historycznie wartość 97,7 pkt (to o ok. 1 pp. więcej niż w ubiegłym roku i 2 pp. więcej niż dwa lata temu). To drugi, po Małopolsce (98,5 pkt), najwyższy wskaźnik w Polsce przy średniej krajowej na poziomie 96,7 pkt. Przedsiębiorcy z Podkarpacia ubiegłe 12 miesięcy ocenili na 95,7 pkt. co jest wynikiem zbliżonym do średniej krajowej (95,4 pkt), natomiast dużo lepiej ocenili perspektywy na kolejne 12 miesięcy (99,6 pkt wobec 97,9 pkt. dla Polski). Najbardziej zadowoleni z sytuacji w ubiegłym roku byli przedsiębiorcy z podregionu przemyskiego, oceniając 2016 r. na 96,6 pkt. Najniżej ostatnie 12 miesięcy, jak również kolejne 12 miesięcy ocenili właściciele firm z podregionu tarnobrzeskiego (odpowiednio 94,3 pkt oraz 98,4 pkt.). Przyszłość w najjaśniejszych barwach widzą właściciele mikro i małych firm z podregionu rzeszowskiego (100,4 pkt).

Wskaźnik Koniunktury to wypadkowa wyników badania dla 8 obszarów: oceny ogólnej sytuacji gospodarczej, sytuacji branży i firmy, przychodów i wyniku finansowego firmy, zatrudnienia, długości oczekiwania na zapłatę oraz dostępu do finasowania. Podkarpaccy przedsiębiorcy w zasadzie wszystkie z tych aspektów (poza długością oczekiwania na zapłatę) oceniają wyżej niż ich koledzy z kraju. Najlepsze oceny przyznali zatrudnieniu oraz sytuacji firmy.

W Podkarpackim zdecydowanie rośnie odsetek eksportujących firm. W 2016 roku eksportowało 19% firm. Dla porównania średnia krajowa to 18%. W 2017 roku, odsetek eksportujących firm powinien utrzymać się również na poziomie 19% (średnia dla kraju to 19%). W województwie na prowadzenie pod względem eksportu wysunął się podregion krośnieński, gdzie w ubiegłym roku eksportowało 28% firm, co oznacza wzrost o 17 pp. w ujęciu rocznym. Odsetek ten powinien utrzymać się również w przyszłym roku na poziomie 27%. Kolejne podregiony pod względem eksportu to: tarnobrzeski – 19%, rzeszowski 16% i przemyski 13%. Kolejne miesiące mogą przynieść wzrost eksportu w podregionie rzeszowskim do 18%.

W ostatnich latach odnotowano na Podkarpaciu imponujący wzrost odsetka eksportujących mikro i małych firm. O ile w roku 2013 eksport deklarowało jedynie 6% przedsiębiorstw, w każdym kolejnym roku ten odsetek rósł, by w ostatnim badaniu osiągnąć poziom 19% – mówi Tomasz Kierzkowski, współautor Raportu Banku Pekao SA.

Przedsiębiorcy z Podkarpacia byli proszeni o skwantyfikowanie barier rozwoju biznesu. Średnia wartość barier spadła w porównaniu z ubiegłym rokiem. Wśród barier, które przedsiębiorcy odczuwają najbardziej, znalazły się: wysokość podatków, koszty pracy oraz przepisy prawne.

W tym roku tematem specjalnym siódmej edycji „Raportu o sytuacji mikro i małych firm” Banku Pekao SA są inwestycje w mikro i małych firmach. Na Podkarpaciu w 2016 roku, podobnie jak w roku ubiegłym, inwestowało 44% firm. To mniej niż średnio w kraju, gdzie w ujęciu rocznym zaobserwowano wzrost z 46% na 49%. W przyszłym roku, prowadzenie inwestycji deklaruje 41% firm – o 2 punkty procentowe więcej niż średnio w kraju. Wysokość nakładów przeznaczonych na inwestycje jest zbliżona do średniej w kraju. Najlepszy pod tym względem jest podregion rzeszowski – w 2016 roku aż połowa mikro i małych firm w tym podregionie prowadziła inwestycje. W pozostałych podregionach odsetek inwestujących był zbliżony: 38% w tarnobrzeskim i po 43% w krośnieńskim i przemyskim. W kolejnych dwunastu miesiącach odsetek firm inwestujących w podregionie rzeszowskim spadnie i będzie zbliżony do pozostałych podregionów.

Podkarpaccy przedsiębiorcy najchętniej inwestowali w wyposażenie i narzędzia, maszyny i urządzenia oraz środki transportu. W większym stopniu niż przedsiębiorcy z innych regionów Polski korzystali przy tym z kredytów bankowych oraz dotacji unijnych – dodaje Tomasz Kierzkowski.

W Podkarpackiem przedsiębiorcy realizują inwestycje, żeby poprawić efektywność (46%), dokonać wymiany środków trwałych (48%) oraz w odpowiedzi na popyt na produkty i usługi firmy na rynku krajowym (23%).

W tegorocznym badaniu autorzy zapytali także o inwestycje w kapitał ludzki. Przedsiębiorcy z Podkarpacia podnoszą swoje kwalifikacje przede wszystkim poprzez samokształcenie (50%) oraz kursy i szkolenia (39%). Właściciele firm chcą zwiększać swoje kwalifikacje – zwłaszcza w obszarze specjalistycznej wiedzy związanej z prowadzoną działalnością gospodarczą (25%), marketingu i reklamy (23%) oraz języków obcych (22%).

Na Podkarpaciu odsetek innowacyjnych firm oraz nakłady na innowacje są zbliżone do średniej krajowej. W województwie innowacje produktowe wdrożyło 25% firm (średnio w kraju 24%), a innowacje procesowe 16% (średnio w kraju 17%). Najwięcej innowacji produktowych i procesowych, podobnie jak w ubiegłym roku,  wdrażają przedsiębiorcy z podregionu krośnieńskiego – odpowiednio 35% i 21%.

Raport został przygotowany na podstawie wywiadów telefonicznych prowadzonych we wrześniu i październiku 2016 roku z właścicielami prawie 7 tysięcy mikro i małych firm (w tym 417 z województwa podkarpackiego). Raport pokazuje wyniki badania na poziomie krajowym, regionalnym (16 województw) i lokalnym (66 podregionów). Jest dostępny wraz z poprzednimi edycjami na stronie https://www.pekao.com.pl/mis/raport_SME/

[i] Wskaźniki w ramach badania mogą przyjmować wartości od 50 do 150, przy czym 50 oznacza „dużo gorzej”, 75 – „gorzej”, 100 – „ani lepiej, ani gorzej”, 125 – „lepiej”, 150 – „dużo lepiej”

Korekta jednych straszy, innych kusi

Wypatrywana od pewnego czasu na giełdach korekta wreszcie nadeszła. Jej losy będą zależeć od tego samego czynnika, który ją wywołał, czyli od postępów jakie będzie robił Donald Trump w realizacji swojej polityki. Pierwszym poważniejszym testem będzie głosowanie w Kongresie nad ustawą reformującą system ubezpieczeń zdrowotnych. Powodzenie projektu będzie zależeć od tempa wdrażania kolejnych zapowiadanych kroków, czyli obniżenia podatków i uruchomienia programu stymulacji fiskalnej, na które tak bardzo liczy rynek.

Z drugiej strony, na przebieg korekty wpływ będą mieć zachowania inwestorów. Choć wtorkowe tąpnięcie mogło wywołać obawy, to jednak posiadacze akcji nie mają powodów do wielkiej nerwowości. Nie muszą się spieszyć z ich sprzedażą, biorąc pod uwagę ścieżkę, jaką w ostatnich latach przebyły amerykańskie indeksy, a więc nie ma wielkiego zagrożenia, że rynek ulegnie załamaniu, biorąc pod uwagę, że w gospodarce nic złego się nie dzieje i nie stanie się nawet bez reform planowanych przez Donalda Trumpa. Spadki mogą zaś sprowokować tych, którzy akcji jeszcze nie mają lub czekali na dogodny moment, by uzupełnić swoje portfele.

Z podobną sytuacją możemy mieć do czynienia na naszym parkiecie, na którym czekających jest z całą pewnością znacznie więcej niż chętnych do pozbywania się akcji. O tym, że ci pierwsi przystąpili już do zakupów, świadczą dane o zwiększającym się napływie pieniędzy do funduszy inwestycyjnych. Ich strumień może wkrótce przybrać na sile, tym bardziej, że w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi, warunki do tego są bardziej sprzyjające. Stopy wciąż pozostają na historycznie niskim poziomie i pozostaną na nim prawdopodobnie jeszcze przez kilkanaście miesięcy, a tempo wzrostu gospodarczego w kolejnych kwartałach powinno wyraźnie przyspieszyć.

Michał Stanek, AgioFunds TFI S.A.

ZBP i BGK nagrodzili BZ WBK za najlepszą obsługę gwarancji de minimis dla projektów innowacyjnych

Doradcy Banku Zachodniego WBK zapracowali na tytuł Liderów Sprzedaży Gwarancji z Funduszu Gwarancyjnego Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. W konkursie Banku Gospodarstwa Krajowego oraz Związku Banków Polskich, przedstawiciele BZ WBK stanęli na wszystkich trzech miejscach podium konkursu w rywalizacji międzybankowej.

W grupie doradców z 10. banków, które udzielały darmowych gwarancji z FG POIG, najskuteczniejsi okazali się trzej przedstawiciele Pionu Bankowości Biznesowej i Korporacyjnej Banku Zachodniego WBK, ale całościowym wyniku Banku swój ogromny udział miał Pion Bankowości Małych i Średnich Przedsiębiorstw. Bank otrzymał także tytuł „Bankowej Kuźni Liderów” za najwyższe indywidualne kwoty udzielonych gwarancji.

Do ostatniego euro                   

Limit gwarancji, przyznany wstępnie przez BGK, Bank Zachodni WBK przekroczył o 30 proc. – Nasza skuteczność w oferowaniu gwarancji de minimis z FG POIG w ogromnym stopniu przyczyniła się do pełnego wykorzystania puli środków unijnych z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka z poprzedniej perspektywy, dystrybuowanych za pośrednictwem systemu bankowego. Pieniądze te przyznane przez UE na wsparcie polskich innowacyjnych przedsiębiorstw zostały wykorzystane w pełni. To wielka satysfakcja – podkreśla Dariusz Kucharczyk, manager ds. produktów w Pionie Bankowości Biznesowej i Korporacyjnej Banku Zachodniego WBK.

Bank Zachodni WBK wspiera absorpcję środków unijnych przez polskie firmy bardzo intensywnie i od wielu lat. – Pomaganie firmom, aby do ostatniego euro wykorzystywały przysługujące im pieniądze z UE, postrzegamy jako obowiązek. Te środki są paliwem dla polskiej naszej gospodarki i unikalną szansą na szybki i sprawny rozwój przedsiębiorstw. Firmy nie mogą tych pieniędzy nie wykorzystywać – mówi Michael McCarthy, Wiceprezes Zarządu Banku Zachodniego, który odebrał nagrodę „Bankowa Kuźnia Liderów” podczas specjalnej uroczystości zorganizowanej 22 marca br. przez BGK i ZBP.

URSUS dostarczy ciągniki, maszyny rolnicze, oprzyrządowanie i części zamienne do Zambii

23 marca 2017 r., w obecności Ministra Finansów, Felixa Mutati na wniosek Prezydenta Republiki Zambii, Jego Ekscelencji Edgara Chagwy Lungu oraz Członków Rządu Republiki Zambii, URSUS S.A. podpisał z firmą Industrial Development Corporation (IDC) umowę na dostawę 2694 ciągników i 2509 maszyn rolniczych wraz z dostawą oprzyrządowania i części zamiennych. Kontrakt zakłada również uruchomienie zakładu montażu w Lusace oraz stworzenie 10 centrów serwisowych na terenie Zambii. Łączna wartość umowy w momencie zawarcia wynosi 100 milionów dolarów. Przystąpienie do realizacji umowy nastąpi niezwłocznie po otrzymaniu przez spółkę zaliczki w wysokości 40% jej całkowitej wartości. Zakończenie projektu przewidywane jest w terminie do roku od momentu rozpoczęcia jego realizacji.

W ramach kontraktu, spółka dostarczy do Zambii 2694 ciągników w mocach od 47 do 180 koni mechanicznych oraz 2506 maszyn rolniczych, m.in. przyczep, rozrzutników obornika, pras zwijających do słomy i siana czy bron oraz pługów. W ramach kontraktu w Strefie Ekonomicznej Lusaka-Południe wybudowany zostanie nowoczesny zakład montażu produktów URSUS, a w każdej z dziesięciu prowincji kraju powstaną autoryzowane centra serwisowe.

To kolejny już tak znaczący kontrakt Spółki na kontynencie afrykańskim, po poprzednich działaniach realizowanych w Etiopii oraz Tanzanii. Wieloletnie doświadczenie Spółki w obecności na rynkach afrykańskich, sprawdzona i niezawodna technologia oraz rozpoznawalność marki URSUS powodują, że Zambia jest kolejnym krajem, który korzysta z oferty Ursusa.

Na sfinansowanie projektu, władze Republiki Zambii zwróciły się do władz Rzeczypospolitej Polskiej o udzielenie preferencyjnego kredytu rozwojowego na zasadach pomocy wiązanej, zgodnej z zasadami Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Dzięki takiej metodzie finansowania, Rząd Zambii planuje przeprowadzenie narodowego programu mechanizacji rolnictwa, przyczyniając się do rozwoju społecznego obszarów wiejskich i poprawy poziomu życia ludności.

Płatność za towary będzie realizowana zgodnie z warunkami umowy międzyrządowej oraz porozumień, które zostaną zawarte pomiędzy Bankiem Gospodarstwa Krajowego (BGK) i Ministerstwem Finansów Zambii. Pierwsza transza będzie zrealizowana w formie 40% zaliczki tj. 40 milionów dolarów przed rozpoczęciem dostaw, kolejna – 58% ceny tj. 58 milionów dolarów zostanie dokonane po przedstawieniu dokumentów przewozowych do kolejnych wysyłek. Ostatnia transza, 2% tj. 2 miliony dolarów, zostanie wykonana po podpisaniu adekwatnych protokołów w trzech partiach w toku realizacji projektu.

EBOR zamierza nabyć akcje Griffin Premium RE.. w ramach oferty publicznej

  • Griffin Premium RE.. N.V. („Spółka”), pierwsza spółka działająca w formule zbliżonej do REIT, skoncentrowana na rynku nieruchomości biurowych i biurowo-handlowych w Polsce, zawarła umowę ramową z Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju („EBOR”) dotyczącą nabycia akcji Spółki w ramach trwającej oferty publicznej.
  • EBOR może nabyć akcje reprezentujące nie mniej niż 5% oraz nie więcej niż 10% udziałów w Spółce za równowartość do 20 mln euro.
Dorota Wysokińska-Kuzdra, prezes Griffin Premium RE..
Dorota Wysokińska-Kuzdra, prezes Griffin Premium RE..

– Bardzo cieszymy się z podpisanej umowy z tak ważną instytucją, jaką jest Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, oraz z faktu, że EBOR rozważa udział w IPO pierwszej spółki, która działa w formule REIT na polskim rynku w segmencie biurowym i biurowo-handlowym. Zainteresowanie Banku potwierdza, że nasza oferta jest atrakcyjna dla inwestorów poszukujących stabilnych, regularnych, przewidywalnych zysków. Posiadamy warty ponad 500 mln euro portfel świetnie położonych nieruchomości, które m.in. dzięki zdywersyfikowanej bazie solidnych najemców i długim umowom najmu generują stabilne dochody, co umożliwi wypłatę regularnej dywidendy, atrakcyjnej zarówno dla inwestorów instytucjonalnych jak i indywidualnych – powiedziała Dorota Wysokińska-Kuzdra, prezes Griffin Premium RE..

Zgodnie z ramowym porozumieniem Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju może nabyć akcje w ramach oferty publicznej reprezentujące nie mniej niż 5% oraz nie więcej niż 10% udziałów w kapitale zakładowym Griffin Premium RE.. za równowartość w złotych (PLN) do 20 mln euro.

Oferta publiczna akcji Griffin Premium RE.. obejmuje do 22.201.267 akcji nowej emisji oraz do 59.108.251 akcji istniejących sprzedawanych przez dotychczasowych akcjonariuszy, tj. podmioty pośrednio kontrolowane przez globalny fundusz inwestycyjny Oaktree Capital Group LLC. Dotychczasowi akcjonariusze zobowiązali się ponadto sprzedać do 7.857.705 akcji w ramach opcji dodatkowego przydziału. Przed zakończeniem budowy księgi popytu, dotychczasowi akcjonariusze mogą zdecydować o zwiększeniu liczby sprzedawanych akcji maksymalnie o 26.786.383 akcje. Przewiduje się, że free-float akcji po ofercie wyniesie od około 51% do około 74%.

Do 27 marca zapisy na akcje Spółki mogą składać inwestorzy indywidualni. Zapisy w tej grupie inwestorów przyjmowane są po cenie maksymalnej, tj. 6,50 zł za akcję. Ostateczna cena i liczba oferowanych akcji zostaną ustalone po przeprowadzeniu budowy księgi popytu wśród inwestorów instytucjonalnych i opublikowane najpóźniej 29 marca br. do godz. 9.00.

Transparentne dane to dobre dane

Zachwyt wielkimi zbiorami danych może być przedwczesny. Jak wynika z badań Instytutów CIMA i AICPA, przeładowanie informacyjne paraliżuje procesy podejmowania decyzji. Bez odpowiedniej analityki dane przestają być źródłem wiedzy. Stają się natomiast przeszkodą w realizacji działań sektora nie tylko prywatnego, ale i publicznego.

Pierwszy krok do cyfrowego świata rządy mają za sobą. Masowa digitalizacja zbiorów pozwala już na wejście do drugiego etapu. Cyfrowa rewolucja (digital transformation) zakłada wykorzystanie narzędzi, które pozwolą usystematyzować posiadane zasoby, generując wiedzę potrzebną do sprawnego zarządzania. Pierwsze zrozumiały to prywatne przedsiębiorstwa, które w analitykę zainwestowały kilka lat temu. Instytuty CIMA i AICPA sygnalizują, że „utechnicznienie” to także konieczność dla jednostek rządowych, które kierując się rachunkiem ekonomicznym będą w stanie sprawniej zarządzać państwowymi zasobami.

 Wejście na etap cyfrowej rewolucji to szansa dla każdego sektora. Jeżeli chodzi o jednostki rządowe, możemy mówić chociażby o możliwości rozliczania podatków w sieci. Część z nas przyzwyczaiła się już do takiego rozwiązania i nie wyobraża sobie fizycznego dostarczania rozliczonego PIT-u do Urzędu Skarbowego – komentuje Jakub Bejnarowicz, Szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.

Jak twierdzą badacze z obu Instytutów, wiedza wynikająca z usystematyzowanych danych powinna być zrozumiała nie tylko dla zainteresowanych po stronie rządowej, ale stanowić także wartość dla przeciętnego Kowalskiego. Dlatego właśnie transparentność została uznana za jeden z ważniejszych czynników przy budowaniu pozycji jednostek sektora publicznego. Tym bardziej, że według wniosków zawartych w analizie The Edelman Trust Barometer, spośród mediów, sektora prywatnego, organizacji NGO i organizacji rządowych, te ostatnie cieszą się najmniejszym zaufaniem wśród opinii publicznej. Ideę transparentności danych są już realizowane przez niektóre jednostki publiczne. Dzieje się tak w regionie administracyjnym Londynu, którego władze upubliczniają je każdemu zainteresowanemu za pomocą platformy „London Datastore”. Znajdują się tam raporty dotyczące działania metra, wskaźników zatrudnienia czy nawet liczby wypożyczeń rowerów miejskich. Cel jest prosty i zakłada zwiększenie zaangażowania obywateli w tworzenie i rozwijanie usług publicznych.

Odpowiednia komunikacja jest często niedoceniana w strategicznym procesie wymiany informacji. A to właśnie od sprawności jej przepływu zależy, jakie decyzje zostaną podjęte, kiedy zostaną podjęte i czy będą to w ogóle decyzje trafne lub potrzebne. Z opracowań CIMA i AICPA wynika, że gros takich decyzji oparto na danych, które były niepełne. To świadczy o dużym problemie komunikacyjnym, który bywa bagatelizowany – dodaje Bejnarowicz.

Administracja i ekosystem

Aby efektywnie sprawować władzę, jednostki rządowe powinny wdrożyć narzędzia zarządzania, funkcjonujące w ramach sektora prywatnego. To między innymi technologie chmurowe, mobilne, cyfrowe, a także predyktywną i preskryptywną analizę danych, czyli tę przewidującą i optymalizującą planowane działania. Muszą też pamiętać o ich usystematyzowaniu według wzorców modeli biznesowych z sektora prywatnego. Eksperci podkreślają, że dane powinny być wówczas selekcjonowane pod kątem sytuacji wyjściowej, planowanych działań, zysku i efektu. Nie mogą być też przypadkowe, powinny być dostępne, zrozumiałe i spójne. Aby podkreślić transparentność, należy w czytelny sposób odnosić się do bezpośrednich celów rządowej agendy.

Badanie: 91% Polaków popiera propozycję wprowadzenia nowego systemu podatkowego

Uproszczenie dotychczasowego systemu podatkowego jest wyraźnie preferowane przez większość Polaków. 91% z nich uważa, że propozycja wprowadzenia nowego systemu podatkowego, wyliczanego jako procent od sprzedaży firm, jest lepsza od aktualnie obowiązującego. Takie wnioski płyną z Raportu pn. „Czego Polacy nie wiedzą o podatkach?”. Został on przygotowany w oparciu o badanie ilościowe  przeprowadzone przez prof. Dominikę Maison z Wydziału Psychologii UW.

Prezentacja badania to równocześnie start koalicji „Polacy na rzecz sprawiedliwych podatków”, którą tworzą Centrum im. Adama Smitha, Forum dla Wolności i Rozwoju, Fundacja Klubu Ronina, Instytut Jagielloński, Polskie Stowarzyszenie Przedsiębiorców, Warsaw Enterprise Institute oraz Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.

Celem koalicji jest wprowadzenie bezspornego, taniego w poborze, prostego i efektywnego systemu podatkowego, który przyniesie nie mniejsze niż obecnie przychody dla budżetu i uwolni ludzi oraz przedsiębiorców od biurokratycznej mitręgi i potrzeby przebijania się przez gąszcz niezrozumiałych, a często sprzecznych ze sobą przepisów podatkowych. Propozycja sprzymierzonych organizacji zawiera również 20% podwyżkę dla pracowników, bez zwiększania łącznych kosztów pracy dla przedsiębiorców.

Oparte na aktualnych danych Ministerstwa Finansów i ZUS  wyliczenia nowego systemu podatkowego koalicja przedstawi na dużej konferencji w Sejmie w kwietniu 2017.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Maison&Partners dla większości Polaków obecny system podatkowy jest nieodpowiedni, przede wszystkim ze względu na jego skomplikowanie i niezrozumienie. 93% Polaków uważa, że system ten powinien zostać uproszczony. Obecny system jest postrzegany jako nieprzyjazny, niesprawiedliwy, skomplikowany i niezrozumiały.

Wiedza Polaków na temat istniejącego w Polsce systemu podatkowego jest bardzo mała. Znajomość rodzaju podatków ze słyszenia nie oznacza również, iż Polacy rozumieją, na czym one polegają.

Po pierwsze bardzo mała jest faktyczna wiedza na temat rodzajów podatków: PIT, VAT, CIT. Chociaż 90% twierdzi, że słyszało o podatku PIT, to cały czas 16% pracujących na umowę o pracę jest przekonana, że nie płaci takiego podatku. Podobnie z podatkiem VAT – 90% słyszało o takim podatku, 70% twierdzi, że wie na czym on polega, ale tylko 42% uważa, że płaci taki podatek. Najmniej znanym podatkiem jest podatek CIT, co nie dziwi, gdyż jest to podatek odprowadzany przez pracodawców. Ponadto 21% Polaków jest przekonana, że nie płaci żadnych podatków, ani PIT-u, ani CIT-u, ani nawet VAT-u.

Uzupełnieniem braku wiedzy na temat działania i zasad systemu podatkowego w Polsce jest również brak świadomości wysokości wynagrodzenia z uwzględnieniem zawartych w nim podatków. Spośród osób pracujących 82% orientuje się ile wynosi ich wynagrodzenie netto, 72% twierdzi, że wie ile wynosi kwota brutto (choć prawdopodobnie wynik ten jest zawyżony), natomiast tylko 36% ma świadomość dodatkowych kosztów ich wynagrodzenia dla pracodawcy i zawartych w nich podatkach.

W świetle toczącej się od lat w mediach dyskusji o tym, czy Polacy wolą system podatkowy progresywny czy liniowy, wyniki pokazują, że poparcie zależy od sformułowania pytania. Jeżeli operuje się tylko nazwą systemu podatkowego (bez jego wyjaśnienia) to 10% jest za obecnie istniejącym systemem progresywnym, 20% za liniowym, ale równocześnie aż 69% nie ma zdania na ten temat (gdyż prawdopodobnie nie ma wiedzy). Natomiast gdy zada się pytanie z podaniem przykładu na konkretnych kwotach (czyli dostarczy wiedzy respondentom), to okazuje się, że poparcie dla liniowego podatku drastycznie wzrasta – 60% Polaków (trzykrotnie więcej niż w pytaniu bez przykładu) wskazuje ten system jako właściwy, a poparcie progresywnego systemu pozostaje na podobnym poziomie (12%) – czyli ma pięciokrotnie mniej zwolenników niż obowiązujący obecnie podatek progresywny. Preferencja wobec systemu liniowego (szczególnie po wyjaśnieniu jego zasad) utrzymuje się w Polsce od lat. Ten obraz wyników pokazywały badania z 2009 zaprezentowane w książce „Polak w świecie finansów” (PWN, D. Maison, 2013).

Z Raportu wynika, że spośród osób pracujących na umowę o pracę 65% rozlicza się samodzielnie. Pozostała jedna trzecia (35%) rozliczających się z podatku PIT nie robi tego samodzielnie. Są to przede wszystkim osoby najmłodsze i o najniższym wykształceniu, które korzystają ze wsparcia rodziny i znajomych. Spośród osób samodzielnie rozliczających podatki aż 40% uważa to zadanie za trudne.

Badanie przeprowadzone przez firmę Maison&Partners pokazuje, że zdecydowana większość, bo aż 70% Polaków, jest za uproszczeniem dotychczasowego systemu podatkowego i wprowadzeniem nowego, w którym pracownicy nie musieliby się rozliczać na koniec roku z podatków, gdyż wszystkie podatki byłyby odprowadzane przez pracodawcę.

91% Polaków uważa, że taki system jest lepszy od dotychczasowego a 68% uważa, że byłby to system lepszy dla Polski niż dotychczasowy. Większość Polaków postrzega taki system jako lepszy dla wszystkich: obywateli, przedsiębiorców i państwa.

Mamy nadzieję, że działania nowopowstałej koalicji „Polacy na rzecz sprawiedliwych podatków” doprowadzą do wprowadzenia zupełnie nowego systemu podatkowego, który my proponujemy – powiedział Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP. – Starego nie ma sensu już ulepszać i modyfikować. Wszyscy dobrze wiemy, że tworzenie nowych regulacji i przepisów w tym zakresie nie ma przełożenia na realną poprawę, nie tylko w zakresie lepszego stosowania przepisów podatkowych, ale także skutecznego weryfikowania ich przestrzegania. System podatkowy trzeba stworzyć od nowa i to jest fakt. Mówiliśmy o tym już dawno. Przedstawiliśmy wstępne założenia dotyczące nowego systemu podatkowego i cieszy nas, że ta propozycja spotkała się z tak pozytywnym odbiorem większości społeczeństwa – podsumował Kaźmierczak.

Zdaniem większości Polaków (73%) zaproponowany system podatkowy byłby korzystny przede wszystkim dla obywateli (36% – dla obywateli + 37% – dla wszystkich). Znacząco mniej, bo 16% Polaków uważa, że na takim systemie skorzystałoby tylko państwo, a najmniej osób (4%) uważa, iż taki system byłby korzystny wyłącznie dla przedsiębiorców.

Z przytoczonych danych wynika, że taki system podatkowy byłby dla zwykłych obywateli dużo bardziej zrozumiały, a co więcej odciążyłby ich od konieczności sporządzania corocznego rozliczenia podatkowego i zdejmował odpowiedzialność za źle rozliczone podatki.

Badanie zostało przeprowadzone w lutym 2017. Jego celem było poznanie wiedzy i opinii Polaków na temat obecnego systemu podatkowego oraz postrzeganie propozycji nowych rozwiązań. Badanie zostało przeprowadzone przez firmę Maison&Partners metodą CAWI na Ogólnopolskim Panelu Badawczym Ariadna. Badanie zrealizowano na ogólnopolskiej próbie N=1063, reprezentatywnej dla ogółu Polaków ze względu na płeć, wiek i wielkość miejsca zamieszkania.

Dolar nieco odrabia. Kurs funta pod presją odczytu sprzedaży detalicznej

Głosowanie w sprawie Obamacare ważne dla rynków. Trump walczy o jednomyślność w Partii Republikańskiej. Dalsze głosowanie w senacie obarczone jeszcze większym ryzykiem. Sprzedaż detaliczna w Wielkiej Brytanii istotna w kontekście wzrostu gospodarczego. Polska waluta nieco odrabia.

Głosowanie w Izbie Reprezentantów

Dzisiaj kluczowym wydarzeniem dla rynków będzie głosowanie w Izbie Reprezentantów w USA na temat programu Obamacare. Jak już wcześniej informował Donald Trump jego wygaszenie jest kluczowe, by myśleć o projekcie zmian w podatkach i programie inwestycji infrastrukturalnych.

Dolar nieco odrabia

To pierwsze zderzenie z rzeczywistością nowego prezydenta USA. A dokładniej test poparcia Partii Republikańskiej dla wprowadzania planów Trumpa. Inwestorzy dość bacznie zwracają na to uwagę, gdyż niepowodzenia w początkowej fazie z pewnością odbiją się na notowaniach waluty amerykańskiej. Odbicie na rynku surowców również stanie pod znakiem zapytania.

Możliwy krótkotrwały impuls

Kwestia głosowania wcale nie jest taka oczywista. Wiadomym jest, że Demokraci projektu nie poprą. W samej Partii Republikanów zauważalne są podziały a tylko 23 przedstawicieli może wyrazić sprzeciw. Od rana na rynkach pojawiały się informacje o negocjacjach, które trwały w nocy. Zmiany, które weszły do projektu powinny pozwolić nowej administracji osiągnąć sukces. Może to wywołać krótkotrwały impuls dla dolara. Nieznaczny ruch widzimy już teraz gdzie EUR/USD spadł znów poniżej 1,08. Trzeba jednak pamiętać, że to dopiero będzie połowa sukcesu, następnie projekt trafi pod obrady senatu, a tam szanse na przegłosowanie są bardzo niewielkie.

Zakładany lekki wzrost sprzedaży

Bardzo ważne dane napłynął o 10.30 z Wielkiej Brytanii. Sprzedaż detaliczna jest dość ważnym wskaźnikiem konsumpcji, która wpływa na wzrost gospodarczy. Tym bardziej, że od października obserwowany jest co miesięczny spadek tego wskaźnika. W styczniu było to tylko 1,5%r/r, tym razem prognozy mówią o wzroście 2,6%. Z pewnością odczyt przełoży się na wzrost wahań funta. Ostatnio na tej walucie mamy sporą huśtawkę, z jednej strony Brexit czyli czynnik negatywny z drugiej jastrzębie głosy z Banku Anglii czyli pozytyw. Efekt jest taki, że GBP/USD znalazł się powyżej 1,25. Aktualnie nieco niżej biorąc pod uwagę mocniejszego dolara.

Kilka danych z USA

O 13.30 poznamy liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych z USA. Dane te są na wieloletnich minimach więc jak już można oczekiwać negatywnego zaskoczenia i niewielkiego wzrostu. Mimo to publikacja nie powinna wywrzeć jakiegoś większego wpływu na dolara. O 13.45 przemawia Janet Yellen. Nie należy się jednak spodziewać by padła jakaś deklaracja co do zmiany ilości podwyżek stóp w 2017 roku.

Trochę lepiej niż wczoraj

Na krajowej walucie mamy lekkie odreagowanie po wczorajszej fali wyprzedaży. CHF/PLN powrócił poniżej granicy 4,00. Niemniej jednak należy ostrożnie spoglądać, a z ewentualną tezą, że sentyment do ryzyka powrócił należy poczekać aż do głosowania w USA. Na krajowym rynku brak jakichkolwiek publikacji.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Regionalne rynki biurowe napędzane przez sektor BPO/SSC

Od lat międzynarodowe firmy chętnie wybierają polskie miasta regionalne na rozwój swojego biznesu. Rosnące wymagania najemców skutkują dynamicznym rozwojem sektora nowoczesnych powierzchni biurowych, który w skali kraju wynosi już blisko 9 milionów mkw. Poza stolicą do najważniejszych rynków regionalnych należą: Kraków, Wrocław oraz Trójmiasto, których ekspansja jest zdeterminowana poprzez zainteresowanie firm z sektora BPO/SSC/IT. Firma doradcza CBRE przygotowała raport „Regionalny Rynek Biurowy po IV kw. 2016”, w którym poddała analizie wskaźniki rynku biurowego w poszczególnych miastach regionalnych.

Łącznie w miastach regionalnych znajduje się prawie 4 mln. mkw. powierzchni biurowej, a duża aktywność deweloperów wciąż sprzyja rozwojowi rynku. W minionym roku nowe inwestycje zwiększyły zasób powierzchni biurowej o prawie pół miliona mkw., w budowie wciąż pozostaje 75 inwestycji, które w roku 2017 dostarczą na rynek ponad 600 tys. mkw.  Aktywność deweloperów jest odpowiedzią na potrzeby najemców,
w roku 2016 odnotowano rekordowy popyt, wynajęto blisko 590 tys. mkw.

Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE
Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE

Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, Advisory & Transaction Services, CBRE:

„2016 rok pokazuje nam, że najemcy chętnie wybierają rynki regionalne na rozwój swojego biznesu. Rozwój rynku w zarówno cieszącym się największą popularnością Krakowie, jak również innych dużych miastach regionalnych generowany jest głównie przez sektor BPO/SSC/IT.  Rok 2016 jest kolejnym rekordowym rokiem pod względem wynajętej powierzchni. Polska od lat jest liderem w regionie CEE w kontekście obsługi outsourcingowej i zakłądamy że utrzyma tą pozycję w najbliższych latach. Dodatkowo należy wskazać, iż branża ta ewoluowała i, mając na uwadze bardzo doświadczoną kadrę, co raz więcej firm, lokuje w Polsce zawansowane procesy outsourcingowe. Dobrymi przykładami są na to decyzje Cathay Pacific o rozwoju w Krakowie czy firmy Swarovski o utworzeniu centrum obsługi w Gdańsku. Oczywiście takich przykładów możemy mnożyć niemalże bez liku. Potencjał polskich miast i pracowników, mimo co raz większej konkurencji na rynku pracy, będzie w najbliższych latach stabilnie się rozwijał.” 

Poznański rynek biurowy przyśpiesza

Utrzymujące się w Poznaniu duże zainteresowanie powierzchnią biurową zachęca, zarówno inwestorów, jak i władze miasta do planowania dużych inwestycji 

Ostatnie dwa lata przyniosły świetne wyniki pod względem oddanej i wynajętej powierzchni biurowej w największych aglomeracjach w kraju. W Poznaniu rekordowy popyt na biura odnotowany został w 2015 roku, w którym wynajęte zostało niespełna 65 tys. mkw. powierzchni. Rok 2016 okazał się nie mniej dobry. Podpisano umowy na ponad 64 tys. mkw. biur, informują doradcy Walter Herz. Zaznaczają, że w minionym roku więcej firm obecnych w stolicy Wielkopolski zdecydowało się na powiększenie zajmowanej powierzchni, co stanowi pozytywny sygnał, świadczący o potencjale inwestycyjnym rynku.

Prawie pół miliona mkw. nowoczesnych biur

Poznański rynek biurowy należy do czołówki wiodących lokalizacji w Polsce, dysponuje niespełna 430 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Z danych Walter Herz wynika, że w 2016 roku podaż w aglomeracji zwiększyła się o 41 tys. mkw. Najwięcej powierzchni w minionym roku oddano do użytku w kompleksie Maraton (ponad 13 tys. mkw.). – W budowie pozostaje ponad 40 tys. mkw. biur. Ponad połowa tej powierzchni powinna zostać ukończona do końca tego roku, podają specjaliści Walter Herz.

Jak zauważają eksperci, dzięki dużemu popytowi na biura w 2016 roku wskaźnik powierzchni niewynajętej w Poznaniu spadł do poziomu 13,6 proc. Najwyższe czynsze transakcyjne w mieście są porównywalne do stawek obowiązujących w Krakowie, czy Wrocławiu, kształtują się w granicach 14-15,5 euro/mkw./m-c.

Bałtyk na ukończeniu   

W połowie tego roku w aglomeracji planowane jest oddanie do użytku kompleksu biurowego Bałtyk. Jeden z najciekawszych architektonicznie poznańskich budynków, zlokalizowany w centrum miasta dostarczy ponad 15 tys. mkw. powierzchni biurowej.

Firma Garvest planuje też realizację dwóch kolejnych budynków biurowych o powierzchni około 9 tys. mkw. i 8,5 tys. mkw. w pobliżu ulicy Grunwaldzkiej. Jak zapewnia inwestor, nowe budynki będą bliźniaczo podobne do zlokalizowanego w sąsiedztwie pierwszego biurowca Pixel. Klaster pięciu budynków biurowych zaoferować ma docelowo 55 tys. mkw.

Na pograniczu centrum Poznania i dzielnicy Jeżyce powstanie również biurowiec, który wejdzie w skład wielofunkcyjnego kompleksu Zajezdnia Poznań. Czterokondygnacyjny budynek biurowy klasy A ma mieć około 6,8 tys. mkw. powierzchni całkowitej.

W przygotowaniu najwyższy budynek w mieście

W mieście rusza również budowa drugiego etapu projektu Business Garden Poznań, w którym ma powstać pięć kolejnych budynków o łącznej powierzchni najmu 46 tys. mkw. oraz wolnostojący budynek parkingowy. Cały obiekt ma być gotowy do końca 2018 roku. Dotąd w parku biurowym położonym przy ulicy Marcelińskiej, Bułgarskiej i Łubieńskiej oddane zostały cztery budynki z 42 tys. mkw. powierzchni.

Firma Andersia Property przygotowuje się zaś do realizacji budynku, który będzie najwyższym obiektem w Poznaniu. Andersia Silver, pierwsza z dwóch wież biurowych, która stanie przy placu Andersa ma mieć wysokość 116 metrów i dostarczyć 28 tys. mkw. powierzchni. Rozpoczęcie jej budowy planowane jest w połowie bieżącego roku.

Poznański Nowy Rynek  i Wolne Tory

W Poznaniu inwestuje też Skanska. Zamierza zabudować spory fragment miasta. Wielofunkcyjna inwestycja Nowy Rynek powstanie na terenie dawnego dworca PKS, na obszarze o powierzchni 3,2 ha. W kwartale ulic Matyi, Wierzbięcice, Wujka i Przemysłowej powstanie kilka budynków, które spajać ma ogólnodostępny plac usytuowany na wewnętrznym dziedzińcu.  Inwestor chce rozpocząć budowę w połowie tego roku. Projekt zakłada głównie zabudowę biurową. Poza biurowcami będą też mieszkania. Skanska rozważa również realizację na tym terenie hotelu.

Jak informują eksperci Walter Herz, także władze Poznania przygotowują plan miejscowy dla ponad 100 ha terenu położonego pomiędzy poznańską Wildą i Łazarzem. Projekt ma obejmować zabudowę o charakterze mieszkaniowym, biznesowym i usługowym. Wolne Tory mają być nową dzielnicą miasta, w której powstać ma 10-15 tys. mieszkań. Partnerami miasta w realizacji inwestycji są PKP i bank BGK Nieruchomości.

Kolej, która jest właścicielem części terenu planuje realizacje komercyjnej części projektu z nowoczesnymi biurowcami. Poza budynkami biurowymi w obrębie Wolnych Torów mają powstać liczne budynki mieszkaniowe, w których znajdą się także lokale zrealizowane w ramach programu Mieszkanie Plus. Inwestycja ma wystartować za rok.

Ekspansja sektora BPO/SSC

Podobnie, jak w innych miastach regionalnych jednym z największych najemców powierzchni biurowej w Poznaniu jest sektor nowoczesnych usług dla biznesu. W stolicy Wielkopolski, jak wynika z danych ABSL, działa 76 centrów BPO, SSC, IT i R&D, w których zatrudnionych jest ponad 13 tys. osób. Według szacunkowych obliczeń, do 2020 roku w branży ma znaleźć zatrudnienie kolejne 5 tys. osób.

Firmy sektorowe stale zwiększają zatrudnienie. Do otwartego w ubiegłym roku poznańskiego centrum Capgemini Software Solutions Center firma zamierza w ciągu 2-3 lat zatrudnić blisko 300 specjalistów z dziedziny IT. Także Poznańskie Centrum Usług Biznesowych GSK IT  i firma Sii mają w planach zatrudnienie po 200 osób w swoich nowych oddziałach zlokalizowanych w aglomeracji. Firma Mobica, która w tym roku otworzyła centrum rozwoju oprogramowania prowadzi z kolei nabór 100 pracowników.

Specjaliści Walter Herz zaznaczają, że Poznań ma duży potencjał kadrowy. – Dane GUS mówią o 150 tys. osób studiujących w mieście i jednym z najniższych wskaźników bezrobocia w kraju wynoszącym 5,1 proc., zwracają uwagę doradcy.

Autor: Walter Herz

MON chce przejąć nadzór nad największymi i najważniejszymi polskimi firmami

Pod płaszczykiem troski o obronność kraju minister Antoni Macierewicz chce przejąć nadzór nad największymi i najważniejszymi polskimi firmami. Spółki umieszczone w rejestrze o szczególnym znaczeniu gospodarczo-obronnym będą musiały niemal za darmo wykonywać polecenia idące z MON, a nawet prosić o zgodę na zmianę profilu działalności czy likwidację lub sprzedaż swojej własności. Przepisy dotyczyć mają nie tylko spółek Skarbu Państwa. Co jeśli się nie zgodzą? Grozić będą kary finansowe, a ich zarządom do dwóch lat więzienia – pisze money.pl

Pół roku temu do konsultacji trafił projekt ustawy o zadaniach na rzecz obronności państwa realizowanych przez przedsiębiorców.

Ministerstwo Cyfryzacji ostrzegło przed niekonstytucyjnością przepisów, resort finansów straszył wyłudzaniem podatków i niezgodnością z unijnym prawem. Nawet przyjazna obecnemu rządowi „Solidarność” stwierdziła, że ustawa może prowadzić do problemów finansowych wielu firm.

Co zrobiło w związku z tym Ministerstwo Obrony Narodowej? Przepisy jeszcze bardziej zaostrzyło, większość uwag pominęło i zaczęło procedować nowy projekt, który właśnie trafił do konsultacji.

Jak podaje money.pl, MON chce zmian w wykazie firm, które państwo uznaje za ważne ze względu na nasze bezpieczeństwo. Dziś to 187 spółek związanych mocniej lub luźniej z obronnością (np. PKN Orlen, PKP, Grupa Azoty, ale też Budimex, T-Mobile czy Polfa). Zgodnie z obecnym prawem firmy te mogą zostać zobowiązane do pomocy polskiemu wojsku.

Jakie dokładnie zadania realizują? Nie wiadomo, bo jest to tajne. MON podaje jedynie kwoty, jakie wypłaca rocznie firmom z rejestru w ramach dotacji. Czasem jest to kilkaset tysięcy, czasem milion, a zdarza się, że i kilka milionów złotych. Rocznie wszystkie firmy dostają od rządu ok. 100 mln zł.

Zdaniem MON współpraca z tymi firmami jest zbyt wąska. Macierewicz proponuje więc, by każda ze spółek co pół roku przekazywała do jego ministerstwa informacje o mocach produkcyjnych, kondycji finansowej i prawnej i kadrze menadżerskiej.

Resort obrony częściowo chce bowiem też zarządzać tymi spółkami. Jeśli któraś z nich chciałaby zmienić profil działalności, przenieść siedzibę za granicę, sprzedać albo wydzierżawić część swoich fabryk lub nawet maszyn, to będzie musiała uzyskać zgodę ministra obrony. Antoni Macierewicz decydowałby także, czy firma może sprzedać spółki-córki.

MON chce też, by firmy były zobowiązane do utrzymywania mocy produkcyjnych, nawet wtedy, gdy nie jest to korzystne z punktu widzeniach ich działalności. Szczegóły tego, jak dokładnie ma to wyglądać, resort obrony chce dopiero określić w rozporządzeniu.

Co jeśli firma się nie zgodzi na wykonanie zadania powierzonego przez resort obrony? Samo przedsiębiorstwo będzie musiało zapłacić karę finansową, zwrócić wszelkie dotacje państwowe związane z programami rozwojowymi oraz te związane z offsetem.

Jeszcze większe powody do zmartwień mogą mieć właściciele lub prezesi takich firm. Nawet za niezłożenie do MON odpowiednich raportów grozić ma im do 2 lat więzienia – poprzedni projekt mówił „tylko” o 30 dniach aresztu.

źródło: money.pl

Nie ma rekordu dochodów z VAT

Dochody budżetu państwa w styczniu i lutym 2017 r. stanowiły 18,7 proc. całkowitych dochodów zaplanowanych na 2017 r., wydatki 15,6 proc. Budżet osiągnął nadwyżkę w wysokości 855,1 mln zł – podało Ministerstwo Finansów.

Ministerstwo Finansów podało dane dotyczące wykonania budżetu państwa po dwóch miesiącach 2017 r. i wszyscy wpadli w euforię jak fantastyczne wyniki udało się osiągnąć w ściąganiu podatków, w tym głównie podatku VAT. Tymczasem Ministerstwo Finansów (MF) bardzo precyzyjnie zaplanowało wpływy podatkowe w Harmonogramie dochodów i wydatków budżetu państwa na 2017 r.

Zestawienie danych z Harmonogramu z Szacunkowym wykonaniem budżetu państwa za styczeń-luty 2017 r. pokazuje tę precyzję – wykonanie dochodów tak po styczniu 2017 r., jak i łącznie po dwóch miesiącach br. jest minimalnie różne od tych zaplanowanych przez Ministerstwo Finansów (tabela poniżej).

VAT
Źródło: Konfederacja Lewiatan opracowanie na podstawie danych Ministerstwa Finansów

Harmonogram przygotowany przez MF wyraźnie także pokazuje, że w marcu 2017 deficyt budżetowy będzie wynosił 6,65 mld zł (a łącznie po 3 miesiącach – 5,8 mld zł). W kwietniu wzrośnie o kolejne 4,7 mld zł, dając łącznie po 4 miesiącach 2017 r. deficyt na poziomie 10,5 mld zł.

Zestawienie tych danych pokazuje, że MF bardzo umiejętnie planuje swoje budżetowe działania tak, aby zminimalizować ryzyko przekroczenia przez deficyt 3 proc. PKB. Dlatego przyspieszyło wypłaty VAT w grudniu 2016 r. zwiększając co prawda w ten sposób deficyt budżetowy w 2016 r. (mogło sobie na to pozwolić znając wykonanie budżetu po 11. miesiącach ubiegłego roku), ale tym ruchem poprawiło sytuację budżetu w pierwszych miesiącach 2017 r., i tym samym w całym 2017 r.

Od stycznia 2017 r. weszła także w życie zmiana dotycząca terminów rozliczeń podatku VAT – wszystkie przedsiębiorstwa (poza małymi podatnikami) rozliczają się w trybie miesięcznym, a nie kwartalnym. W efekcie w styczniu i w lutym wpłynęły do budżetu państwa dochody z VAT, które w latach poprzednich  wpływały dopiero w kwietniu. We wpływach VAT do budżetu widoczny jest także efekt odwróconego VAT w budownictwie. To ostatnie rozwiązanie jest, jak widać po wynikach, dobre dla budżetu, ale może silnie negatywnie wpłynąć na płynność finansową podwykonawców w projektach budowlanych w pierwszej połowie roku. Budownictwo ciągle jest w dołku i pozbawienie mniejszych firm budowlanych (bo to w większości one są podwykonawcami) możliwości wspierania swojej płynności finansowej VATem może tylko sytuację w tym sektorze pogorszyć (firmy te przestają być płatnikami VAT, a swój VAT np. za styczeń 2017 r. będą mogły odebrać najwcześniej w kwietniu).

Patrząc na Harmonogram dochodów i wydatków budżetu na rok 2017 oraz dotychczasowe wykonanie budżetu, widać wyraźnie, że rekordów w dochodach VAT nie ma i nie będzie. I raczej należy trzymać kciuki, aby udało się osiągnąć planowane dochody ogółem na poziomie 325,4 mld zł, gdzie VAT stanowi istotną ich część.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Jakie kolory wpływają na pobudzenie apetytu oraz lepszy nastrój gości w restauracji?

Chcąc przyciągnąć klienta do restauracji, przede wszystkim koncentrujemy się na smacznej kuchni. Warto jednak zadbać o odpowiednie wnętrze naszego lokalu. Oprócz oryginalnych i praktycznych rozwiązań architektonicznych, powinniśmy położyć szczególny nacisk na dobór odpowiednich barw i kolorów. Dlaczego? Dlatego, że kolorystyka wnętrza odgrywa ogromną rolę w budowaniu wyjątkowego klimatu i nastroju, który przekłada się na zwiększony apetyt gości oraz większe przychody restauracji.

Selekcja kolorów wnętrza restauracji, jest istotnym etapem kreowania charakteru lokalu. Powszechnie wiadomo, iż barwami możemy optycznie modyfikować proporcje pomieszczeń, uwidaczniać dobre i ukrywać słabe strony, bądź też wyraźnie zaznaczać strefy funkcjonalne restauracji. Nie każdy jednak wie, że kolory w dość dużym stopniu wpływają na sferę psychologiczną klienta, mają przełożenie na jego doznania oraz odczucia, a co za tym idzie przekładają się na jego decyzje oraz opinie na temat doświadczeń konsumenckich.

Powinniśmy zatem zastanowić się jakie odcienie kolorów powinny dominować w lokalu oraz czym się kierować podejmując finalne decyzje. Na początek należy przemyśleć aspekty związane z przeznaczeniem miejsca – nasze osobiste preferencje zawsze zestawiajmy z tym, czego będzie oczekiwał od naszej restauracji potencjalny klient (określmy jego profil). Przeanalizujemy wymiary i proporcje wnętrza oraz ilość okien i następnie przejdźmy do wyboru kolorów ścian, mebli, podłóg i wszelkich dodatków. Nie zapominajmy także o odpowiedniej dawce oświetlenia, które powinno być prawidłowo rozmieszczone, a jego natężenie dostosowane do kolorystyki wnętrza.

Wiele badań potwierdza, że kolory wpływają realnie na ludzki apetyt. Przykładowo czerwień powoduje szybszy przepływ krwi i podnosi ciśnienie, w wyniku czego wzmaga się apetyt. Pomarańczowy stymuluje na przykład dopływ tlenu do mózgu, zwiększa aktywność umysłową co wpływa na uczucie komfortu i zwiększenie chęci zjedzenia czegoś. Niebieski natomiast zniechęca nas do jedzenia. Przeprowadzono nawet eksperyment, polegający na zabarwieniu takiego samego jedzenia na różne kolory… niebieskie było wybierane zdecydowanie najrzadziej.

Barwy intensywne czy stonowane?

Intensywne barwy dobrze prezentują się we wnętrzach – należy jednak pamiętać, aby nie przesadzić. Przy ich wyborze kierujmy się umiarem i dopasowujmy intensywność do kubatury i przeznaczenia wnętrza.

Zdecydowanie bardziej „bezpieczne” będą kolory stonowane i pastelowe. Dlaczego? Zdecydowanie mniej drażnią one wzrok i nie przytłaczają psychiki gości. Wnętrza utrzymane w bardziej stonowanej kolorystyce, łatwiej komponują się z wszelkiego rodzaju dodatkami, zarówno pod względem wizualnym jak i funkcjonalnym – prościej jest później dokonywać zmian stylistycznych związanych z elementami wyposażenia.

Istnieją intensywne kolory, które trudno zastosować w gastronomii – jednak te barwy, tyle że w pastelowych odcieniach, będą nabierały łagodniejszego wyrazu. Dobrym rozwiązaniem w przypadku intensywnych kolorów, jest ich łącznie z barwami neutralnymi, np. z bielą lub szarością.

Jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju elementy wyposażenia wnętrza restauracji, takie jak meble, zasłony czy obrusy, warto stosować intensywne kolory. Wtedy najlepiej zestawić to z delikatnym kolorem ścian, aby uniknąć przesady wizualnej.

Warto stosować

Czerwony – kolor ten pobudza ludzki organizm. Świetnie nadaje się do restauracji, ponieważ poprawia apetyt i kreuje dobry nastrój. Nie stosujemy jednak tej barwy do wszystkich ścian, gdyż przebywanie w takim lokalu może być nieprzyjemne i drażniące.

Pomarańczowy – podobnie jak czerwony, jest szczególnie polecanym kolor wnętrza restauracji. Pobudza apetyt i dodaje energii. Interesującym zabiegiem będzie np. połączenie go z modną ostatnio szarością.

Żółty – również wywołuje pozytywne reakcje gości. Zastosowanie delikatnych odcieni we wnętrzach uprzyjemnia spożywanie posiłków i niweluje poczucie zmęczenia.

Beżowy i brązowy – kojarzą się z ciepłem, łagodnością oraz miękkością. Wzbudzają poczucie elegancji oraz wyrafinowania.

Różowy – utożsamiany jest ze słodyczą, miłością, zakochaniem i delikatnością. Może być znakomitym rozwiązaniem do restauracji tematycznych.

Złoty – od dawna kojarzy się z bogactwem i powodzeniem. Jeśli chcemy aby nasz restauracja była pełna majestatu i blasku, kolor ten świetnie się do tego przyczyni.

Biały – jest bardzo wygodnym i bezpiecznym kolorem do tworzenia różnych aranżacji w lokalu. Doskonale dopasowuje się do innych barw. Niestety jest to kolor trudny do utrzymania w gastronomii.

Czarny – nadaje pomieszczeniom szyku i elegancji. Aby nie wywołać jednak uczucia przytłoczenia i zmęczenia, nie przesadzajmy z ilością. Warto zastosować ten kolor np. do mebli i dodatków.

Pamiętajmy także, że przestrzeń restauracji możemy w prosty sposób „powiększyć” – wybierając jasne kolory lub „zmniejszyć” decydując się na ciemną kolorystykę. Natomiast pomieszczenie utrzymane w jednej kolorystyce o zdecydowanie ciemniej barwie, pozornie traci swój zarys i kształt.

AUTOR: Aleksandra Potrykus-Wincza, Country Manager Poland & Baltics w Mood

Aleksandra Suszczewicz dołączyła do zespołu CBRE w Łodzi

22 marca 2017 roku do zespołu Advisory & Transaction Services na stanowisko Property Negotiator dołączyła Aleksandra Suszczewicz, która wraz z Anną Trębicką, odpowiedzialna będzie za doradztwo najemcom i deweloperom w sektorze biurowym w Łodzi.

Aleksandra Suszczewicz, Property Negotiator, Advisory & Transaction Services, Office, CBRE
Aleksandra Suszczewicz, Property Negotiator, Advisory & Transaction Services, Office, CBRE

Aleksandra Suszczewicz jest specjalistką w zakresie pozyskiwania i obsługi inwestorów z branży nowoczesnych usług dla biznesu, przemysłu i logistyki, jak również deweloperów. Od 2005 roku  wspólnie z McKinsey & Company tworzyła Zespół Obsługi Inwestora, którym następnie zarządzała. Od 2013 roku dołączyła do zespołu Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej i zajmowała się koordynacją prowadzonych działań. W CBRE Aleksandra odpowiedzialna będzie za doradztwo transakcyjne najemcom, proces komercjalizacji inwestycji biurowych oraz rozwój biznesowy łódzkiego oddziału firmy. Jest absolwentką wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie Łódzkim.

Anna Trębicka, Senior Property Negotiator, Advisory & Transaction Services | Office, CBRE

„Od kilku lat pracujemy z firmami i inwestorami obecnymi na rynku łódzkim. Miasta regionalne napotykają wiele wyzwań w kontekście rozwoju sektora biurowego, w przypadku Łodzi takim wyzwaniem jest bliskość stolicy oraz wciąż niska dostępność powierzchni biurowych. Biorąc pod uwagę prowadzone inwestycje, aktywność najemców oraz rozkwit sektora outsourcingowego, spodziewamy się rozwoju tego rynku w Łodzi. Dołączenie Aleksandry do zespołu obsługi najemców i inwestorów jest dla nas kluczowe w kontekście dostarczania klientom korzyści i wsparcia na najwyższym poziomie. Jej doświadczenie cechuje kompleksowe podejście do potrzeb biznesowych naszych partnerów oraz doskonała znajomość rynku.”

Ranking najgorszych czcionek do CV

Ranking czcionekJak zepsuć nawet najlepsze CV? Użyć przestarzałej, niewyraźnej lub dziecinnej czcionki. Oto antyranking przygotowany przez serwis z ofertami pracy MonsterPolska.pl.

Wiadomo, że kiedy rywalizujemy z wieloma osobami o wymarzoną posadę, chcemy się wyróżnić. Sposobów jest wiele. Jedni mają kartę przetargową w postaci referencji od wpływowego pracodawcy, inni piszą nietuzinkowy i zgrabny list motywacyjny. Kusząca bywa zabawna forma CV. Jeśli jednak nie mamy graficznego wyczucia, może to być ryzykowne. Szczególnie, kiedy sprowadza się do użycia wymyślnej czcionki.

Osoba odpowiedzialna za rekrutację najczęściej przegląda CV w kilka sekund. Jeśli nie może czegoś odczytać, raczej to odrzuci. Lepiej więc sięgnąć po czcionkę klasyczną, neutralną i czytelną.

Oto sześć najgorszych czcionek w CV:

  1. Courier new

To czcionka szkolna, dobra do rozprawki (szczególnie kiedy chce się, by wypracowanie wyglądało na dłuższe), fatalna w CV. Przypomina pismo maszynowe, ale wcale nie w elegancki, modny sposób. Nie będzie to dobrze odebrane.

  1. Lucinda console

Ta czcionka powstała w 1985 roku. Na pierwszy rzut oka wydaje się w porządku, na pewno jest czytelna. Jednak duże spacje między znakami i przysadziste formatowanie mówią: „nie myślę zbyt poważnie o tej pracy”. Lepiej odpuścić.

  1. Comic sans

Tym ubawimy rekrutującego, ale raczej nie skłonimy, by zaprosił nas na rozmowę kwalifikacyjną. Czcionka próbuje być swobodna i niezobowiązująca, a jest zwyczajnie niezdarna. A do tego przestarzała. Nie sprawdzi się, nawet jako żart.

  1. Times New Roman

To może być dla wielu zaskoczenie. W końcu to czcionka bardzo popularna i neutralna. A jednak w CV nie wygląda najlepiej. Odstępy między znakami są w niej dość nieregularne, co daje wrażenie braku harmonii w tekście. Poza tym jest nudna.

  1. Apple chancery

To piękna czcionka, jeśli mamy zamiar wypisywać zaproszenia ślubne. Do CV i listu motywacyjnego jest zdecydowanie zbyt strojna.

  1.     6.Brush script

To czcionka, która powstała w 1942 roku. Przypomina litery, pisane piórem. Jednak napisanie nią naszego imienia i nazwiska wcale nie podkreśli naszej osobowości, bo czcionka dawno wyszła z mody.

W CV warto się wyróżnić, jednak lepiej, żeby uwagę zwracały nasze kwalifikacje i nie przyćmiła ich źle dobrana czcionka.

Do CV wybieramy czcionki tradycyjne, które pozwolą rekruterowi bez problemów zapoznać się z naszą aplikacją. Dobrym wyborem jest czcionka — Calibri, Arial albo Verdana. Pamiętaj również o odpowiednim rozmiarze — czasami pokusa, by wszystko zmieściło się na jednej stronie, popycha nas do używania zbyt małej czcionki. Najbardziej czytelne CV będzie napisane dwunastką – mówi Joanna Żukowska, ekspert MonsterPolska.pl.

Blaski i cienie outsourcingu zakupów

Kierowanie działem zakupów nie jest łatwe. Jednym z większych wyzwań, przed którymi stają przedsiębiorstwa, jest zarządzanie łańcuchem dostaw i utrzymywanie należytych relacji z dostawcami. Wiele firm robi to na własną rękę. Niektóre – zdecydowały się jednak przenieść całość lub część procesu zakupowego na organizację zewnętrzną. Kiedy warto to zrobić i jakie korzyści oraz zagrożenia wiążą się z outsourcingiem zakupów?

Blaski i cienie outsourcingu zakupów

Według raportu Aberdeen Group outsourcing zakupów może między innymi obniżyć ceny towarów i usług kupowanych przez firmę o 18%, zmniejszyć koszty administracyjne związane z zakupami o 25%, a także zredukować koszty operacyjne o 15–20%. Jak mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl dr Tomasz Gonsior, partner z firmy OptiBuy: „Jego główną zaletą jest obniżenie kosztów. Dotyczy to szczególnie dużych graczy. Kolejną – jest zwiększenie elastyczności. Odnosi się to do wszystkich firm. Dla mniejszych przedsiębiorstw ważna jest zwłaszcza możliwość pozyskania wiedzy (know-how), której same nie mają”.

Outsourcing zakupów ma jednak również pewne wady. Przede wszystkim wiąże się z koniecznością przekazania części wiedzy wypracowanej w organizacji na zewnątrz. Często zostaje ona w ten sposób utracona lub jest ją bardzo trudno odzyskać. Zawsze jest też ryzyko, że wybierzemy nieodpowiednią firmę outsourcingową i zarządzanie naszym procesem zakupowym po prostu ją przerośnie. Przy wyborze firmy trzeba więc zwrócić bacznie uwagę, czy ma ona kompetencje oraz zasoby, aby świadczyć dla nas usługę. Jest to o tyle ważne, że przeniesienie wydzielonych zadań z powrotem do organizacji (insourcing) jest niestety dość trudne, podobnie zresztą jak powierzenie ich kolejnej firmie outsourcingowej.

Na outsourcing zakupów, a także każdy inny, warto zdecydować się wtedy, kiedy po pierwsze nie dotyczy on strategicznego obszaru działalności danej firmy, a po drugie nie wiąże się ze znaczącym zwiększeniem ryzyka finansowego. Skorzystanie z tej usługi powinno się więc rozważyć w przypadku, gdy pozwoli ona przedsiębiorstwu bardziej skoncentrować się na swoich kluczowych zadaniach i celach.

Jeśli nie outsourcing, to co?

Firmy, które nie chcą rezygnować z kierowania swoim procesem zakupowym, muszą oczywiście starać się optymalizować go w inny sposób. Dotyczy to między innymi relacji z dostawcami. W lepszym zarządzaniu tymi relacjami pomoże np. wdrożenie systemu SRM (Supplier Relationship Management). „Taki system pozwala nam kontrolować wszystkie aspekty współpracy z dostawcą” – zauważa Mateusz Borowiecki, prezes firmy OptiBuy.

Bardzo ważne znaczenie ma również to, aby skrupulatnie oceniać swoich dostawców i pozyskiwać o nich jak najwięcej informacji z różnorodnych źródeł. Jak stwierdza Łukasz Kozicki, manager NextBuy: „Dzięki temu możemy dużo lepiej i dużo szybciej reagować na różne negatywne wydarzenia, które się dzieją u dostawcy, oraz minimalizować ryzyko współpracy z nim”.

Ponadto trzeba zadbać, aby menadżerowie zakupów utrzymywali z dostawcami jak najlepsze relacje. „Odpowiedzialność, współpraca i uczciwość. Te trzy słowa doskonale mogą opisywać menadżera ds. zakupów. Liczą się otwartość, rozmowa oraz poszukiwanie rozwiązań, a nie agresywne podejście i stawianie wymagań” – uważa Andrzej Matuszyński z Eurozetu.

Komentarz walutowy: Kurs złotego 23.03.2017

USDPLN

ergokantor-pl_usdpln_23-03Dolar sukcesywnie się umacnia w stosunku do złotego. Z technicznego punktu widzenia jest szansa na wyrysowanie się fali czwartej w pięciofalowym układzie spadkowym, co by sugerowało obecną lokalną korektę do poziomu 4 zł, a następnie jeszcze jeden impuls spadkowy. Istotnym wsparciem jest poziom linii trendowej wyrysowanej po dołkach z kwietnia i sierpnia 2016 roku. W przypadku przebicia poziomu 4 zł zakończymy krótkoterminowy trend spadkowy.

EURPLN

ergokantor-pl_eurpln_23-03W wczoraj EUR kilkukrotnie testowało poziom 4,29, gdzie pojawiła się podaż, zbijając cenę o grosz. Ponieważ byki i niedźwiedzie nie mają dużej siły na zdecydowany ruch w którąś stronę, dlatego prawdopodobnie wyrysowana zostanie konsolidacja pomiędzy linią trendową a poziomem 4,29. W przypadku spadków wsparciem pozostaną lokalne dołki przy 4,2560, natomiast w przypadku wzrostów oporem będzie mierzenie 61,8% FIBO na poziomie 4,3170.

GBPPLN

ergokantor-pl_gbppln_23-03Funt odrobił część poniesionych strat. Cena wyhamowała na poziomie 4,95, czekając na kolejny impuls i przede wszystkim na dane dzisiaj o 10.30. Możliwe jest wyrysowanie formacji 1 do 1 z miejscem oporu przy 5,05. W przypadku spadków wsparciem pozostają lokalne dołki przy 4,90. Pokonanie tego poziomu pozwoli cenie na zejście do istotnego poziomu 4,84-4,85, gdzie wypada klaster Fibo wyznaczony przez mierzenie 78,6% FIBO z impulsu wzrostowego i 61,8%  mierzenia zewnętrznego.

źródło: opracowanie własne ergokantor.pl

Powyższy komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia Ministra Finansów z 19 października 2005 roku. Komentarz został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Sądy orzekają, a Polacy nie płacą. Ponad 48 tys. osób nie zapłaciło grzywien na kwotę 66 mln zł

W BIG InfoMonitor widnieje obecnie 58 tys. dłużników wymiaru sprawiedliwości. Jedna osoba średnio jest winna 1 796 zł, choć są i tacy, którym ciężko rozstać się z kilkoma milionami zdobytymi w drodze przestępstwa. Dłużnicy razem mają do zwrotu ponad 104 mln zł. Suma byłaby znacznie wyższa, ale obecność w BIG mobilizuje, statystyki pokazują, że sądom udaje się odzyskać 2 zł z każdych wpisanych do rejestru 5 zł.

Zgodnie z prawem, zobowiązany ma na opłacenie należności sądowych 30 dni. Jeśli tego nie zrobi musi się liczyć z możliwością trafienia do wszystkich pięciu BIG-ów działających w kraju. Liczba dłużników sądowych wpisanych do BIG InfoMonitor w połowie marca sięgnęła 57 988 osób. Z pewnością nie można powiedzieć, że to mało, tylu mieszkańców ma np. Będzin czy Biała Podlaska. – A wciąż nie są to wszyscy. Sądy bowiem do wprowadzonego w lipcu 2015 r. obowiązku zgłaszania dłużników do wszystkich BIG-ów dostosowują się stopniowo – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak. Aktualnie informacje do BIG InfoMonitor przekazuje 240 z ponad 370 sądów powszechnych działających w Polsce.

Tymczasem widać, że obecność w BIG, przynajmniej na część dłużników zadziałała. Z 168,4 mln zł długów wprowadzonych przez sądy od połowy 2015 r. – wpisy na 64,3 mln zł, czyli blisko 40 proc. zostały z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor wycofane.

Sądy orzekają, a Polacy nie płacą

Średnia zaległość przypadająca na jednego dłużnika sądowego to 1 796 zł. Długi potrafią się jednak znacząco różnić. Maksymalna nieuregulowana kwota stanowiąca przedmiot przepadku, czyli w opinii sądu suma jaką skazany powinien oddać, ponieważ wzbogacił się w wyniku przestępstwa, to 5,8 mln zł. Z kolei najwyższa nieopłacona grzywna przekracza 0,5 mln zł. Znaczący jest też maksymalny dług powstały z powodu nieopłaconych kosztów sądowych – ponad 193 tys. zł. Sądy orzekają, a Polacy nie płacą

Ponad 48 tys. osób nie zapłaciło grzywien na kwotę 66 mln zł

Wśród 58 tys. dłużników sądowych najwięcej osób – 48,3 tys. trafiło do rejestru z powodu grzywien. Jednocześnie wielu z dłużników nie uregulowało też kosztów sądowych, z tego tytułu wpisanych jest prawie 33,5 tys. osób. Pozostali – 468, znajdują się w rejestrze ze względu na nieopłacone nawiązki na rzecz Skarbu Państwa (orzekane w sytuacjach, gdy przepadek przedmiotów pochodzących z przestępstwa jest niewspółmierny do wagi popełnionego czynu), kwoty pieniężne stanowiące przedmiot przepadku (chodzi tu o zwrot korzyści pochodzących z przestępstwa), a także niezapłaconych kar porządkowych (które można dostać za zabieranie głosu bez zgody sądu, czy używanie nieparlamentarnego słownictwa na sali rozpraw). Przeciętnie osoba zarejestrowana w BIG InfoMonitor ma 1,7 wpisu dotyczącego długów wobec wymiaru sprawiedliwości.

Ponad 48 tys. osób nie zapłaciło grzywien na kwotę 66 mln zł

Liczba nieopłaconych grzywien zgłoszonych do BIG InfoMonitor jest całkiem spora biorąc pod uwagę, że większość wyznaczanych przez sądy kar finansowych opiewa na niewielkie kwoty. Np. najczęściej orzekane grzywny w przypadku przestępstw ściganych z oskarżenia publicznego (60 proc.) w 2015 r. nie były wyższe niż 1 tys. zł, blisko jedna czwarta wynosiła między 1001 a 2000 zł, a ok. 15 proc. przekraczała 2 tys. zł. Sądy powszechne za przestępstwa ścigane z oskarżenia publicznego wydały w 2015 r. ponad 260 tys. wyroków, z tego w 61,5 tys. przypadków poprzestały wyłącznie na zasądzeniu kary finansowej. W kolejnych 60,5 tys. spraw – grzywny towarzyszyły karom pozbawienia wolności.

Źródło: Rocznik statystyczny 2016 GUS
Źródło: Rocznik statystyczny 2016 GUS
Źródło: Rocznik statystyczny 2016 GUS
Źródło: Rocznik statystyczny 2016 GUS

Deloitte chce stworzyć w Rzeszowie 200 dodatkowych miejsc pracy

Centrum Usług dla Biznesu Deloitte w Rzeszowie, utworzone półtora roku temu, zatrudnia obecnie ponad 200 osób. Planowane jest podwojenie tej liczby w nadchodzących miesiącach. Centrum mieści się w SkyRes Warszawska, najnowocześniejszym biurowcu w Rzeszowie i ciągle się rozwija.

Centrum Usług dla Audytu, dział Finansów i Księgowości, IT oraz Zarządzania Ryzykiem – razem tworzą one Centrum Usług dla Biznesu Deloitte dla Europy Środkowej. Centrum obsługuje zespoły Deloitte i klientów firmy zarówno w Polsce, jak i w innych krajach europejskich.

Centrum Usług dla Biznesu rozwija się bardzo dynamicznie. W najbliższych miesiącach liczba jego pracowników przekroczy 400 osób, a zakres usług świadczonych przez Centrum zostanie rozszerzony, aby sprostać zapotrzebowaniu Deloitte wynikającemu z planowanego wzrostu działalności.

– W minionym roku z przyjemnością obserwowaliśmy szybki rozwój Centrum. Dzięki doskonałej współpracy z miejscowymi uczelniami przyciąga ono młodych, energicznych, wykształconych absolwentów, którzy dołączają do bardziej doświadczonych, wcześniej zatrudnionych kolegów – mówi Pavel Frnoch, Lider Centrum Usług dla Biznesu Deloitte. – Naszym podstawowym celem jest najwyższa jakość. Dążymy do standaryzacji usług i procesów biznesowych we wszystkich oddziałach Deloitte w Europie Środkowej, a nawet opracowujemy nowe rodzaje usług w oparciu o wcześniej niedostrzegane trendy – dodaje

Centrum Usług dla Biznesu Deloitte zatrudni studentów i absolwentów wszystkich kierunków studiów, ze znajomością języka angielskiego na poziomie konwersacyjnym, umiejących pracować w zespole.  Deloitte ma również nadzieję, że dzięki ofercie zatrudnienia w Centrum osoby pochodzące z województwa podkarpackiego, które aktualnie mieszkają i pracują w odległych miastach Polski, jak i za granicą, będą miały szansę powrotu do rodzinnego miasta. Centrum założono we wrześniu 2015 roku i od tego czasu stale poszerza ono zakres swoich działań. Jego zadaniem jest nie tylko świadczenie usług dla biur Deloitte działających w osiemnastu krajach Europy Środkowej. Centrum chce stale poszerzać swoją ofertę, aby objęła ona nowy zakres usług i klientów.

PAIH: W 2017 pojawi się bardzo dużo nowych inwestycji z Azji

Rok 2017 jest bardzo obiecujący – zarówno z prognoz, jak i wykonania za pierwszy kwartał. Pojawia się bardzo dużo inwestycji z Azji – Japonia to pobudzony inwestor w Polsce, który aktywuje bardzo dobre procesy i posiada solidne firmy. Duże marki światowe – Daimler, Volkswagen oraz inne firmy – które pojawiły się w naszym kraju w 2016 roku, powinny potwierdzić dobry klimat do inwestycji w Polsce i przyciągnąć inne światowe marki w 2017 roku.

– Pracujemy nad różnymi projektami, które dotyczą dużych graczy i zawierają złożone procesy B+R – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Krzysztof Senger, wiceprezes Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu – Rok 2017 powinien być jeszcze lepszy niż 2016. Wprowadzone ułatwienia i udogodnienia – np. „one-stop-shop” w całej Grupie PFR– powinny spowodować, że nasza agencja będzie mogła się pochwalić jeszcze lepszym wynikiem w 2017 roku. Być może będziemy obserwować duży napływ chińskich inwestycji – pamiętajmy, że Chiny są jednym z największych inwestorów na świecie. Ponad 120 miliardów dolarów to poziom chińskich inwestycji w 2016 roku. Eksportując kapitał Chińczycy szukają przede wszystkim dobrych projektów do przejęć. Złożoność inwestycji chińskich jest bardzo duża, ale szukają inwestycji bezpośrednich, greenfieldowych. Prawdopodobnie takie inwestycje zostaną zrealizowane w 2017 roku w Polsce i będziemy mogli mówić o Jedwabnym Szlaku również w naszym kraju – dodał Senger.

Alternatywy dla tradycyjnych depozytów

Przy rekordowo niskim oprocentowaniu depozytów bankowych najwyższy czas rozejrzeć się za alternatywnymi sposobami pomnażania pieniędzy. Na początek warto zacząć od funduszu z lokatą, czy lokaty strukturyzowanej. To dobry sposób na poprawę zyskowności z kapitału, a jednocześnie naukę mechanizmów funkcjonowania rynku funduszy inwestycyjnych.

Na depozytach bankowych zarobić jest dziś bardzo trudno. NBP podaje, że jesienią ubiegłego roku z lokaty o terminie zapadalności 12 miesięcy można było uzyskać średnio 1,4 proc. odsetek. Większe zyski oferowały depozyty na krótsze okresy. Tu przeciętne oprocentowanie wynosiło 1,7 proc. Tak niskich cen na rynku depozytów bankowych jeszcze nie było, a na podwyżki w najbliższym czasie się nie zanosi. Sektor finansowy dysponuje nadwyżką lokat i przy bardzo umiarkowanym popycie na kredyty banki nie będą zgłaszały zapotrzebowania na dodatkowe finansowanie. Jednocześnie rosnąca inflacja zjada już i tak niewielki zysk z lokat. W lutym ceny w sklepach były średnio o 2,2 proc. wyższe niż w lutym 2016 roku.

Podwyżki stóp procentowych, które mogą odwrócić ten trend możliwe są dopiero
w przyszłym roku. Nie oznacza to, że posiadacze oszczędności są skazani na minimalne zyski z lokat. Na rynku dostępny jest cały wachlarz alternatywnych dla depozytów produktów finansowych. Warto im się bliżej przyjrzeć, ponieważ obarczone są niskim ryzykiem poniesienia straty i mają jeden bardzo ważny walor z punktu widzenia początkującego inwestora, który dotąd oszczędzał tylko na lokatach: możliwość przetestowania nowego sposobu pomnażania kapitału i zdobycia wiedzy o tym, jak funkcjonuje rynek finansowy.

Fundusz z lokatą

Jeśli ktoś nigdy nie inwestował poprzez fundusz inwestycyjny, boi się tego produktu, a z drugiej strony ma już dość niskich odsetek z banku powinien zastanowić się nad funduszem z lokatą. Zasada jego działania polega na tym, że część pieniędzy (w różnych proporcjach 50/50, 25/75) trafia na lokatę o określonym terminie zapadalności, zazwyczaj oprocentowaną zdecydowanie powyżej średniej rynkowej. Wysoki procent ma stanowić zachętę dla klienta do kupna produktu, ale też równoważyć ryzyka związane z częścią inwestycyjną. To dlatego, że druga część pieniędzy trafia do wybranego przez klienta funduszu lub grupy subfunduszy.

Klient sam decyduje w jakie klasy aktywów zainwestować, w bardziej konserwatywne fundusze obligacji, bardziej agresywne fundusze akcyjne, czy też rozwiązania mieszane – mówi Konrad Grzelec, ekspert BGŻOptima.

Z tym rodzajem inwestowania, jak z każdym, łączy się również ryzyko poniesienia straty. Nikt nie jest w stanie przewidzieć zachowania się rynków. Hybryda fundusz z lokatą stwarza znakomitą okazję do  przetestowania tego rodzaju inwestycji i przyjrzenia się zasadom działania tego rynku. Pamiętajmy, że ewentualnie straty może nam zrekompensować zysk z lokaty.

Również dojrzali inwestorzy mogą sięgnąć po dwupak jako sposób dywersyfikacji portfela, metodę zabezpieczenia części kapitału na dobrze oprocentowanej lokacie asekurującej część inwestycyjną.

Lokata strukturyzowana

Drugim produktem bankowo-inwestycyjnym „dla początkujących” może być lokata strukturyzowana, nazywana też lokatą inwestycyjną. Nie ma tutaj podziału na część inwestycyjną i lokacyjną. Istota produktu sprowadza się do swoistego kontraktu między bankiem a klientem, w ramach którego zysk uzależniony jest od spełnienia się zakładanego scenariusza inwestycyjnego. Na koniec okresu trwania lokaty wypłacane są klientowi odsetki, których wysokość w przypadku zrealizowania się zakładanego scenariusza inwestycyjnego zdecydowanie przewyższa te, jakie można otrzymać na tradycyjnej lokacie. Ale może się tak zdarzyć, że wypłacony będzie tylko zainwestowany kapitał.

Lokata inwestycyjna jest instrumentem powiązanym z wybranym wskaźnikiem, np. indeksem giełdowym, czy kursem walutowym. Wynagrodzenie dla klienta uzależnione jest od tego czy wskaźnik, na którym oparta jest struktura zachowuje się zgodnie z założonym scenariuszem – wyjaśnia Konrad Grzelec z BGŻOptima.

Lokata strukturyzowana na pewno jest produktem, który podobnie jak inwestycja w fundusze inwestycyjne wymaga wiedzy i znajomości rynku. Jednak taka lokata może być dobrą wprawką do aktywnego inwestowania, czy to poprzez fundusze czy samodzielnie na rynku kapitałowym. Posiadacz lokaty ma możliwość sprawdzenia jak zmienny i trudny do przewidzenia jest rynek. Może się przekonać, że po wzrostach mogą przyjść spadki, zupełnie zmieniające parametry inwestycji.

Dobrze dobrana lokata może być instrumentem dla początkujących inwestorów, gdyż umożliwia rozpoczęcie przygody na rynkach finansowych bez ryzyka poniesienia straty. Jednocześnie daje szanse na zysk wyższy niż na standardowej lokacie – mówi Konrad Grzelec.

Rośnie liczba niewypłacalnych firm w Polsce – analiza Euler Hermes

W lutym opublikowano informacje o niewypłacalności 77 polskich przedsiębiorstw wobec 54 w lutym 2016 roku, czyli nastąpił wzrost ich liczby o +43% (niewypłacalność – czyli niezdolności do regulowania zobowiązań wobec dostawców w różnych formach prawnych, upadłości czy postępowań restrukturyzacyjnych).

  • Skala wzrostu liczby niewypłacalności r/r wynika z efektu niskiej bazy (ich liczby) na początku 2016 r., ale… mimo wszystko ich liczba w 2017 będzie zauważalnie wyższa niż przed rokiem.
  • Budownictwo – problemy firm mniejszych, które nie mając takiego zaplecza finansowego jak rynkowi potentaci nie są w stanie dłużej czekać na dopływ środków z nowych inwestycji, upadają „ na przednówku”.
  • Przemysł – oprócz sektorów metalowo-maszynowego i wyspecjalizowanego w produkcji na potrzeby budownictwa problemy mają producenci żywności – koncentracja w handlu wymusza także koncentracje w produkcji, wypycha z rynku firmy mniejsze.
  • Usługi – obok wielu innych sektorów w gronie niewypłacalnych firm były także te wyspecjalizowane w usługach leczniczych
  • Wzrost liczby niewypłacalności w południowo-wschodnich województwach, a także na Mazowszu, Śląsku i Dolnym Śląsku.

Liczba niewypłacalności jest zdecydowanie większa niż w tym samym okresie ubiegłego roku, ponieważ rok temu w pierwszym kwartale byliśmy świadkami jeszcze spadku ich liczby o -15% r/r. Od połowy roku liczba niewypłacalności zaczęła rosnąć i na tym tle dane po dwóch miesiącach nie zaskakują – są w tym samym trendzie. Skala zmiany w stosunku do ub. roku nie jest więc zapowiedzą kontynuacji takiego tempa wzrostu niewypłacalności (+39% r/r po dwóch miesiącach), ale wspomnianym efektem niskiej bazy na początku 2016 roku – komentuje Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. Tym niemniej wzrost liczby niewypłacalności będzie faktem – spodziewamy się, że w skali całego roku ich liczba będzie wyraźnie wyższa niż w 2016 roku.

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Aż 40% niewypłacalności to przypadki postepowań restrukturyzacyjnych – ich liczba więc cały czas rośnie. Jeszcze dwa lata temu stanowiły 15 do 20%, w ubiegłym roku było to już 30% ogólnej liczby przypadków niewypłacalności. Nie można ich lekceważyć nie tylko z powodu liczby, ale przede wszystkim efektu: co prawda firma nie znika z rynku (przynajmniej na razie) jak w przypadku klasycznej upadłości likwidacyjnej, ale nie reguluje swoich zobowiązań wobec wierzycieli tak samo jakby z niego zniknęła. Co jest ważniejsze – formalna statystyka firm skreślonych, czy faktyczna liczba tych, które nie płacąc przyczyniają się do spirali niewypłacalności kolejnych firm?

Firmy produkcyjne – problemy w trzech obszarach: produkcja na potrzeby budownictwa, metalowo-maszynowa i… spożywcza

Produkcja – nadal obserwujemy w tej gałęzi gospodarki wiele przypadków niewypłacalności z sektora metalowo-maszynowego: maszyny i części na eksport jak i konstrukcje dla budownictwa, także inne wyroby (drewniane, betonowe etc.) dla budownictwa oraz… producenci wyrobów spożywczych. Tutaj można pokusić się o tezę, że koncentracja, z jaką mamy do czynienia w dystrybucji art. konsumpcyjnych w detalu pociągnęła za sobą koncentrację w hurcie, a obecnie w produkcji. Spada liczba małych sklepów, ich miejsce zajmują sieci i dyskonty (szacujemy ich udział w rynku na ponad 60%), a pozostałe lokalne sklepy chcąc konkurować z nimi cenowo łączą się, a raczej dołączają do sieci zakupowych, programów afiliacyjnych wielkich dystrybutorów. Znika więc w naturalny sposób klient lokalnych producentów spożywczych – małe sklepy zaopatrujące się często po sąsiedzku, u miejscowych wytwórców i dostawców: w zakładach mięsnych czy mleczarskich. Coraz więcej sklepów jest „usieciowionych” a duża sieć kupuje u dużego dostawcy. Zmiany w dystrybucji przekładają się więc na produkcję żywności. Koncentracja dystrybucji wymusza koncentrację produkcji – ocenia Tomasz Starus.

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Sytuacji nie zmieni inflacja cen – możliwość do odbudowania przy okazji w pewnym stopniu marż. Jest to gra o to, kto ma mocniejszą pozycję przetargową – czy odbiorca czyli hurtownik/detalista, czy producent. W tej chwili handel ma przewagę, gdyż sieci handlowych jest mniej niż producentów żywności. Producenci muszą więc rosnąć w siłę i robić się coraz więksi. Mniejszym zaś zostaje coraz mniejszy kawałek rynku. Poza tym te sklepy, które nadal działają samodzielnie – nie są zrzeszone, mają gorsze warunki cenowe więc są słabsze finansowo i gorzej płacą, co dodatkowo odbija się na ich małych, niezależnych dostawcach. Jest oczywiście granica tego zjawiska – na świecie a więc z czasem i w Polsce coraz bardziej będzie rósł popyt na jakość, wartość dodaną żywności – ekologiczną jak i pochodzącą od lokalnych, tradycyjnych dostawców. Jak na razie trend ten jest zauważalny dopiero w większych ośrodkach, gros kupujących wykorzystuje dopływ środków socjalnych na zwiększenie ilości, a nie jakości kupowanych produktów.

Po ostatnio dobrych danych o zamówieniach w przemyśle do ostrożności mogą skłaniać informacje o spadku analogicznych zleceń w Niemczech – co z czasem zapewne przełoży się na polskich podwykonawców z sektorów maszynowego, części metalowych etc.

Budownictwo – zawsze największe problemy są bezpośrednio przed zmianą koniunktury na lepsze

W budownictwie nie wytrzymuje, traci płynność najwięcej firm jak zawsze na „przednówku”, po dłuższym okresie dekoniunktury, gdy firmy musza walczyć o przetrwanie. Firmy się trzymają, trzymają i zwykle pod koniec, właśnie tuż przed poprawą sytuacji upada czy restrukturyzuje się najwięcej firm budowlanych. Wytrzymują prawie do końca, ale nie starcza im środków na kolejny sezon, rozpoczęcie kolejnego cyklu inwestycyjnego – mówi Michał Modrzejewski, dyrektor Analiz Branżowych w Euler Hermes. Charakterystyczne jest przecież to, że są to firmy mniejsze, o lokalnej skali działalności, mające więc mniejsze zasoby finansowe. Dodatkowo – powszechne są obawy na rynku jak rozliczać odwrócony VAT. Podwykonawcy zleceń kupują materiały z pełnym podatkiem VAT, natomiast rozliczają się z głównym wykonawcą bez VAT. Aby odzyskać VAT, muszą zwrócić się do urzędu skarbowego i wykazać nadpłatę oraz ubiegać się o jej zwrot.

W najbliższych miesiącach nadal małe firmy budowlane będą upadać, zanim rynek budowlany zaskoczy na dobre, tym bardziej że inwestycje te nie będą tylko zwykłymi pracami infrastrukturalnymi (dostępnymi dla szerokiego grona podwykonawców), ale też w dużym stopniu specjalistyczne prace np. kolejowe.

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Co prawda liczba przypadków niewypłacalności w handlu hurtowym już nie rośnie, ale jak na razie również nie spada – można więc powiedzieć, iż zwiększona programami socjalnymi konsumpcja nie odwróciła trendu konsolidacji w handlu i problemów mniejszych podmiotów, ale dopływ środków na rynek nieco zmniejszył ich skalę. Problem niskiej rentowności handlu nie znajdzie więc szybkiego rozwiązania – przez dłuższy okres czasu będziemy mieli do czynienia z podobną sytuacją, gdy kroplówka wydatków konsumenckich ratować będzie handel przed całkowitą zapaścią, ale też nie wystarczy ona hurtownikom i dostawcom do zwiększenia rentowności. Większą szansę na to stwarza rosnąca inflacja – pozwalająca szybciej podnieść marże wielu dystrybutorom…

Sektor usług: liczna i zróżnicowana grupa firm przeżywających trudności

Usługi to jak w poprzednich miesiącach niewypłacalności w sektorach: media i reklama, obsługa i zarządzanie nieruchomości, usługi związane z budownictwem (usługi projektowe, inżynieryjne etc.), gastronomia i turystyka. Warto zwrócić uwagę na niewypłacalności w opiece zdrowotnej – mniejsze z nich to efekt problemów z rozliczaniem czy nieodnowieniem kontraktu z NFZ, natomiast średnie i większe niepubliczne zakłady opieki zdrowotnej były faktycznie często powołane tylko po to, by wystawiać recepty, kupować lekarstwa i wysyłać je za granicę (wykorzystując ich dofinansowanie w Polsce). Upadają zatem, zanim zostaną „namierzone” przez instytucje skarbowe. Rynek bowiem sprzyja obecnie usługom medycznym – kolejki w publicznej służbie zdrowia i generalnie większa zamożność społeczeństwa przekładają się na rosnący popyt na usługi lecznicze, rehabilitacyjne… krótko mówiąc niewypłacalności w branży nie muszą świadczyć o dekoniunkturze.

Rozwinięte gospodarczo otoczenie nie pomaga zmniejszyć – tak jak w ubiegłym roku liczby niewypłacalności. Dekoniunktura dotknęła także Mazowsze, Śląsk czy Dolny Śląsk

Generalnie zaobserwować można wzrost liczby upadłości w województwach Polski centralnej, południowej i południowo-wschodniej. Warto zwrócić uwagę na fakt, że najszybciej liczba upadłości rośnie w woj. mazowieckim, śląskim i dolnośląskim. Działa tam oczywiście najwięcej firm, ale w poprzednich kwartałach silna gospodarka lokalna sprzyjała wolniejszej skali przyrostu niewypłacalności w porównaniu do innych województw. Obecnie największa liczba omawianych przypadków niewypłacalności opublikowanych w styczniu miała miejsce w woj. mazowieckim, małopolskim i śląskim. Nie jest to zaskoczenie – po kilku kwartałach pogorszenia koniunktury (wolniejszego wzrostu gospodarczego, wzrostu liczby niewypłacalności) firmy w województwach o bardziej ekstensywnej gospodarce – nastawionej m.in. na turystykę, rolnictwo czy tradycyjny przemysł związany m.in. z przerobem drewna (meblarski, papierniczy) dostosowały się do tej sytuacji. W mniejszym stopniu sprzedają na kredyt, a w większym za gotówkę. Było to dla nich łatwiejsze z uwagi na bardziej lokalny zasięg – firmy z najsilniejszych gospodarczo regionów mając szerszą skalę działalności, krajową jak i międzynarodową nie są w stanie tak szybko i w ten sposób reagować na problemy na rynku. Ponadto przemysł meblowy i papierniczy – opakowań ma w tej chwili dobra passę, zwiększa zwłaszcza swoją produkcje eksportową (w odróżnieniu od wspomnianej wcześniej produkcji maszynowo-metalowej).

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Pod pojęciem niewypłacalności rozumiemy stan faktyczny – niezdolność do regulowania zobowiązań na rzecz wierzycieli. Do końca ubiegłego roku były to upadłość likwidacyjna, jak i układowa. Po zmianie prawa, w tym roku, postępowanie układowe oddzielono, dla podkreślenia zmiany wyodrębnione postępowania naprawcze nie mają już w nazwie „upadłości”. Dla zachowania porównywalności danych bieżących z tymi z lat ubiegłych (gdy postępowanie układowe było rodzajem upadłości) nadal traktujemy łącznie wszystkie przypadki postępowań upadłościowych i naprawczych, jako niewypłacalność przedsiębiorstw. Ponadto nadal otworzenie tych postępowań oznacza dla dotychczasowego dostawcy de facto brak bieżącej płatności – z tego powodu Euler Hermes na całym świecie, pod pojęciem niewypłacalności, rozumie zarówno przypadki likwidacji firm, jak i wszczęcia w ich przypadku procesów naprawczych (jak np. objecie w USA firmy ochrona przed wierzycielami z tytułu Chapter 11).

Kolor ma ogromny wpływ na poziom sprzedaży. Wywołuje skojarzenia, często powiązany jest też z daną marką

Kolor ma ogromny wpływ na poziom sprzedaży. Wywołuje skojarzenia, często powiązany jest też z daną marką 5

Kolor jest pierwszym elementem, na który zwraca się uwagę. Często działa podświadomie, ale zdaniem ekspertów motywuje do zakupu. Dobrze sprzedają się przede wszystkim produkty w kolorach zdecydowanych i ostrych. Przy ich ekspozycji istotną rolę pełni także oświetlenie i zastosowanie kontrastu. Niektóre połączenia barw są już automatycznie odbierane jako informacje o promocjach czy wyprzedażach. Firmy ponadto próbują zawłaszczyć kolory, bo psychologia koloru może mieć decydujące znaczenie przy zakupach.

– Kolory, które się sprzedają, to te dobrze widoczne. Zawsze chętnie będą się sprzedawały rzeczy w kolorach czerwonych, żółtych, pomarańczowych, błękitnych, zdecydowane i ostre. Wszystko zależy od tego, jaki mamy kontekst produktów, jeśli sklep urządzimy np. w otoczeniu kolorów szarych, ciemnych, to w takim otoczeniu dobrze będą wyglądały produkty kolorowe. Kolor to kontrast, ale i wrażenie wzrokowe, im bardziej jest widoczny, tym lepiej – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Marek Borowiński, specjalista ds. visual merchandisingu i psychologii koloru z Shop Doctor.

Decydujący wpływ na zakup mają zmysły. Odpowiednio wyeksponowane produkty mogą zachęcić klientów, dlatego duże znaczenie pełni również oświetlenie, podobnie jak zastosowane barwy i połączenia kolorów. Część połączeń kolorów wywołuje w kupujących odpowiednie reakcje.

– Promocje mamy żółto-czerwone, wyprzedaże biało-czerwone i to oznaczenia, które na nas działają. Czasami nie idziemy kupić konkretnego produktu, ale w okresie promocji czy wyprzedaży te akcje bardzo zachęcają do zakupu – ocenia ekspert.

Większość klientów przyznaje, że kolor jest istotnym czynnikiem motywującym do zakupów. Wykorzystują to marki, które starają się powiązać swój produkt z daną barwą. Jak wskazuje Borowiński, przykładem mogą być telefonie komórkowe, producenci słodyczy czy kosmetyków.

– Wystarczy wówczas pokazać taki kolor w reklamie, został nam zakodowany i na niego reagujemy. Jeżeli pokażemy ten kolor jeszcze z symbolem, odpowiednim kształtem, nawet nie pisząc i nie wymieniając nazwy, większość z nas od razu się zorientuje. Dlatego firmy bardzo chętnie z tego korzystają – przekonuje Borowiński.

Część producentów próbuje też zastrzec w Urzędzie Patentowym kolor. To jednak bardzo trudne, ponieważ nie rejestruje się kolorów podstawowych, a jedynie odcienie, których dotyczy wtórna zdolność odróżniająca.

– Kolory w produktach mają też znaczenie we wskazaniu kategorii. Sklep spożywczy, który wprowadza kategorie produktów naturalnych, ze zdrową żywnością, to warto je oznaczyć kolorem, który do tego jest przynależny, czyli zielonym. Wtedy wiemy, że te produkty są zdrowe, ekologiczne – tłumaczy ekspert.

Jak przekonuje Borowiński, kolory działają przede wszystkim na podświadomość, dlatego ich wpływ bywa bagatelizowany. Jak jednak zaznacza ekspert, każdy kolor oznacza coś innego, odwołuje się do innych emocji, a tym samym wpływa na zakup.

– Czerwony to kolor miłości, namiętności, fizjologicznie powoduje, że powieki szybciej mrugają, podnosi się ciśnienie krwi. To jedna z najmocniej zauważalnych barw. Dlatego kolory mają znaczenie w sprzedaży i we wpływie na reklamę – podkreśla dr Marek Borowiński.

Linie lotnicze Emirates zapowiadają rozbudowę siatki połączeń. Inwestują też w nowe maszyny

Linie lotnicze Emirates zapowiadają rozbudowę siatki połączeń. Inwestują też w nowe maszyny 6

Linie lotnicze Emirates rozbudowują flotę i siatkę połączeń. Zapowiadają dynamiczny rozwój na polskim rynku. W 2016 roku uruchomiły 7 nowych rejsów pasażerskich, przede wszystkim do Azji, zwiększając liczbę połączeń do 154. Linie zapowiadają też rozszerzenie siatki połączeń w Europie. W połowie roku ruszą rejsy do Zagrzebia. Systematycznie odnawiana jest też flota. Nowe maszyny pozwalają zwiększyć jakość oferowanych na pokładzie usług.

– Na co dzień operujemy samolotem Boeing 777-300ER, który jest w stanie zabrać na pokład 428 pasażerów. Będziemy utrzymywali operacje tym samolotem. Naszym celem jest kontynuacja dynamicznego rozwoju, który rozpoczęliśmy ponad 4 lata temu. Chcemy powiększać naszą ofertę i utrzymywać wysoką jakość obsługi na pokładzie, ale też jakość tego, co oferujemy przed rozpoczęciem podróży. Liczymy też na większą liczbę pasażerów podróżujących z Warszawy do Dubaju – naszego kluczowego portu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Pyrka, country manager Emirates Airlines.

Linie Emirates z lotami na trasie z Dubaju do Warszawy wystartowały w lutym 2013 roku. Początkowo były wykonywane Airbusami A330-200. Obecnie na trasie latają Boeingi 777-300ER zabierające na pokład ponad 420 pasażerów (w tym 42 w klasie biznes). Z okazji czwartej rocznicy lotów z Warszawy na warszawskim Okęciu wylądował Airbus A380, największy samolot pasażerski świata. Niewykluczone, że już niedługo będą one na stałe kursować między Warszawą a Dubajem. Tym samym może znacznie zwiększyć się liczba obsługiwanych pasażerów.

– Przez ostatnie 4 lata udało nam się przewieźć ponad 700 tys. osób. Ich liczba cały czas rośnie i mamy nadzieję stale ją powiększać – zaznacza Maciej Pyrka.

Jak podkreśla, 2016 rok upłynął liniom Emirates pod znakiem rozszerzenia siatki połączeń. Uruchomiono 7 nowych połączeń pasażerskich i 1 cargo. Łącznie samoloty latają w 154 kierunkach.

– Są dwa nowe kierunki na Filipinach: Cebu i Clark. Rozpoczęliśmy połączenia do drugiego miasta w Wietnamie, do Hanoi, oraz do Rangun w Myanmar, dawnej Birmie. Zaczęliśmy latać do dwóch miejsc w środkowych Chinach: Chengdu i Yinchuan, oraz do Fort Lauderdale na Florydzie – wymienia Pyrka.

Przedstawiciel Emirates zapowiada, że to nie koniec nowych połączeń. Linie zamierzają rozwijać połączenia do miast europejskich. W połowie marca uruchomiono loty między Dubajem a Atenami, a w czerwcu zostanie wprowadzone codzienne połączenia z Dubaju do Zagrzebia w Chorwacji.

– Nie jest to jednak nasze ostatnie słowo. Nasi pasażerowie znajdą coś dla siebie ciekawego i myślę, że cały czas będziemy mogli ich pozytywnie zaskakiwać, jeżeli chodzi o listę naszych połączeń – mówi Pyrka.

Emirates rozbudowuje też swoją flotę – w ubiegłym roku o 36 maszyn, w tym 20 airbusów A380 i 16 boeingów 777-300ER. Łącznie na koniec roku linie dysponowały 255 samolotami, jednocześnie średni wiek maszyn jest znacznie niższy niż w innych liniach (5 lat przy średniej 11 lat u innych przewoźników). W 2016 roku linie otrzymały tytuł najlepszej linii na świecie w plebiscycie Skytrax World Airline Awards.

Długotrwałe wzrosty na warszawskiej giełdzie powinny potrwać jeszcze co najmniej rok

Długotrwałe wzrosty na warszawskiej giełdzie powinny potrwać jeszcze co najmniej rok 7

Po trudnym 2015 roku i stabilizacji w kolejnym indeksy na warszawskiej giełdzie ruszyły w górę. Od połowy 2016 roku indeks szerokiego rynku WIG zyskał ponad 30 proc., a mWIG40 ponad 40 proc. Zdaniem Artura Olszewskiego z krakowskiego Domu Maklerskiego BDM ta dobra passa może potrwać jeszcze co najmniej rok. Zwłaszcza że dołączyły do niej także największe spółki.

– Od dłuższego czasu bardzo mocno rosną indeksy zachodnie. Indeksy wszystkich głównych giełd na Zachodzie praktycznie w ostatnim roku dały zarobić od 20 do 30 proc. I to jest główny powód, dla którego nasza giełda też nie mogła zostać niezauważona, te nasze wyceny były na tyle atrakcyjne, że inwestorzy dostrzegli ten potencjał w naszej giełdzie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Olszewski, dyrektor oddziału Domu Maklerskiego BDM w Krakowie.

Amerykański indeks S&P 500 z korektami jest w trendzie wzrostowym od ośmiu lat. W 2016 roku zwiększył wartość o 14 proc., a pod koniec lutego 2017 roku pobił kolejny rekord. Dow Jones poszedł w tym czasie w górę o niemal 20 proc., podobnie jak brytyjski FTSE 100. WIG20 natomiast urósł o niespełna 5 proc., zaś WIG o nieco ponad 11 proc. Dopiero w połowie listopada rozpoczęła się pogoń warszawskich indeksów za światowymi odpowiednikami. Nieprzypadkowo zbiegła się w czasie z wzrostem cen ropy.

– Drugi powód to rosnące ceny surowców, które zawsze pomagają giełdom rynków wschodzących. Mamy wzrost spółek surowcowych typu KGHM, PKN, Lotos, tych wiodących dużych spółek, które mają duży wpływ na wzrost naszych indeksów – tłumaczy Olszewski. – Trzeci powód to pojawiająca się powoli w gospodarce inflacja, a to wskazuje na dużą szansę poprawy warunków gospodarczych, czyli samego wzrostu gospodarczego zarówno w Polsce, jak i w krajach europejskich.

Ropa naftowa zaczęła drożeć w listopadzie i mimo ostatnich marcowych już spadków wciąż jest o jedną trzecią droższa niż przed rokiem. To pociągnęło za sobą wzrost cen transportu i wszystkich towarów. Miedź rozpoczęła swój rajd w październiku i od tego czasu jej cena podskoczyła o 25 proc. Na te globalne czynniki nałożyły się aspekty psychologiczne związane z wewnętrzną sytuacją Polski – po półtora roku spadków spowodowanych niepewnością po zmianie władz i przy jednoczesnej wysokiej wycenie innych giełd inwestorzy znów łaskawym okiem spojrzeli na Warszawę.

– Na tę chwilę wróciliśmy do poziomów z okolic wyborów prezydenckich z 2015 roku. Wtedy faktycznie ta zmiana została trochę niedobrze odebrana przez zachodnich inwestorów, dlatego mieliśmy potem przeceny na naszym rynku – przypomina dyrektor DM BDM. – Ale w tym momencie wygląda na to, że jest otwarta droga do wzrostów, do szczytów z 2007 roku. To jest poziom okolic 64–65 tys. pkt, więc patrząc na aktualny poziom indeksów, mamy jeszcze kilkanaście procent potencjału wzrostowego.

Warszawski indeks giełdowy dobija obecnie do granicy 60 tys. punktów, a był już powyżej tego poziomu. To więcej niż w maju 2015 roku, gdy oscylował wokół 57 tys. pkt. Jeszcze lepiej radzą sobie średnie spółki, którym niewiele już brakuje do rekordu sprzed kryzysu finansowego. Na dobrej drodze do rekordu jest też indeks małych spółek. Zwłaszcza że zdaniem rozmówcy Newserii dobre nastroje na Książęcej tak szybko się nie skończą.

– Historycznie patrząc, najkrótsze hossy na naszej giełdzie trwały około 2 lat. Taką hossę internetową np. mieliśmy w okolicach roku 2000–2002 i ona trwała 2 lata. Wszystkie pozostałe hossy wyraźne, które mieliśmy na naszym rynku kapitałowym, trwały dłużej, 3–4 lata. Wygląda na to, że przed sobą możemy mieć jeszcze przynajmniej dobry rok –  ocenia. – Bo patrząc na nasze indeksy, praktycznie ta nasza hossa zaczęła się na początku poprzedniego roku. Na dobre rozkręciła się w ostatnim kwartale tego roku, bo przyłączyły się oczywiście te największe podmioty – spółki z WIG20, ale można powiedzieć, że małe podmioty rosną już od roku.

Oczywiście nie bez korekt. Nie są one jednak znaczące. Na przykład WIG jest obecnie o niespełna 1 proc. niżej niż na przełomie lutego i marca, gdy znalazł się na ponaddziewięcioletnim szczycie. Zdaniem Artura Olszewskiego takie kroki w tył nie mają jednak większego znaczenia, dopóki nie łamią poziomów wsparcia.

– Uważa się na rynkach kapitałowych, że korekta nie większa niż 10 proc. nie powoduje jakichś wielkich perturbacji i problemów. Jeżeli te korekty byłyby większe niż 10 proc., to wskazywałoby na jakieś tam ryzyko zakończenia trendu wzrostowego. Na razie te korekty, które w ostatnim czasie się odbywają, są dość płytkie, trwają krótko. Widać, że rynek na razie jeszcze ambitnie pnie się do góry i wielkiego ryzyka nie ma – przekonuje analityk. – Te korekty mogą być, można zobaczyć, jakie były poprzednie lokalne szczyty z ostatnich miesięcy i oczekiwać, że te indeksy teraz w przypadku korekt będą się opierać o te szczyty. Czyli jeśli nie przebijamy poprzednich szczytów, to jest wszystko dobrze i hossa trwa dalej.

Przybywa niemieckich inwestycji w Polsce. Rośnie zainteresowanie prowadzeniem nad Wisłą prac badawczo-rozwojowych

Przybywa niemieckich inwestycji w Polsce. Rośnie zainteresowanie prowadzeniem nad Wisłą prac badawczo-rozwojowych 8

Bezpośrednie inwestycje zagraniczne w Polsce w ciągu ostatnich 25 lat podniosły polski PKB o ponad 15 proc., a płace i zatrudnienie o niemal 9 proc. Jednym z większych inwestorów pozostają Niemcy. Choć wciąż jest dużo projektów przemysłowych takich jak fabryki Lufthansy czy Mercedesa, to w ostatnich kilku latach widać wzrost zaangażowania w projekty lokalne oraz badawczo-rozwojowe. Zdaniem dyrektora Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej warto jeszcze rozwinąć współpracę niemieckich inwestorów z polskimi placówkami naukowymi.

 Przez ostatnie 25 lat niemieckie firmy zainwestowały w Polsce łącznie 28 miliardów euro. To zarówno wielkie koncerny międzynarodowe, jak i średniej wielkości firmy. W sumie mówimy o ponad 6 tys. niemieckich przedsiębiorstw, które są aktywne w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michael Kern, dyrektor zarządzający Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Warszawie. – Boom inwestycyjny zaczął się w latach 90. Inwestorów przyciągały niższe koszty pracy oraz wykwalifikowana siła robocza. Firmy zaczęły przenosić swoje zakłady produkcyjne z Europy Zachodniej, także z Niemiec, do Polski i Europy Środkowo-Wschodniej.

Zgodnie z raportem NBP bezpośrednie inwestycje zagraniczne w Polsce osiągnęły po 2015 roku ponad 712 mld zł. Niemcy znalazły się na drugim pod tym względem miejscu wśród wszystkich krajów po Niderlandach. Zaangażowanie naszych zachodnich sąsiadów sięgnęło 116,6 mld zł. W samym tylko 2015 roku wyniosły 9,8 mld zł, niemal jedną piątą wszystkich pieniędzy, które napłynęły do Polski tytułem inwestycji ze strony zagranicznych firm. Jednak uwzględniając kraj siedziby podmiotu dominującego w grupie kapitałowej, Niemcy są największym inwestorem bezpośrednim (blisko 136 mld zł). Kolejne są Stany Zjednoczone z kwotą 77,3 mld zł i Francja 76,9 mld zł.

– W ostatnich 5–8 latach firmy inwestujące w Polsce zaczęły się bardziej angażować w lokalną gospodarkę. Współpracują z lokalnymi dostawcami i plasują swoje produkty na polskim rynku. W tym czasie widzimy także kolejny trend – inwestycje w projekty badawczo-rozwojowe firm. Niemieckie inwestycje zagraniczne w Polsce mają więc charakter wielowymiarowy – ocenia dyrektor zarządzający Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Warszawie.

Zarówno w 2015 roku, jak i w całym okresie ostatniego ćwierćwiecza najwięcej inwestycji zagranicznych przeznaczono na inwestycje w przetwórstwo przemysłowe. To odpowiednio 11,8 mld zł (z 50,8 mld zł ogółem) oraz 229,6 mld zł (ze wspomnianych 712 mld zł). W trakcie rozwoju są kolejne duże projekty niemieckich koncernów: w czerwcu ruszy budowa zakładu silników firmy Mercedes-Benz w Jaworznie na Dolnym Śląsku. Inwestycja warta jest 0,5 mld euro. Z kolei Lufthansa i GE zainwestują 250 mln euro w Środzie Śląskiej w centrum serwisowania silników lotniczych.

Mamy też inne inwestycje z branży motoryzacyjnej, takie jak nowa fabryka Volkswagena we Wrześni otwarta pod koniec ubiegłego roku. Powstanie nowych zakładów oznacza, że będzie potrzeba coraz więcej dostawców. Zainteresowanie branży motoryzacyjnej polskim rynkiem jest bardzo duże – mówi Kern.

Według raportu Polityki Insight na zlecenie 14 międzynarodowych izb handlowych w Polsce „Co przyniosły inwestycje zagraniczne – wpływ na gospodarkę Polski w ostatnim ćwierćwieczu”, dzięki ulokowanemu w Polsce kapitałowi zagranicznemu i aktywności międzynarodowych korporacji poziom PKB w 2015 r. był wyższy o 15,6 proc. niż w scenariuszu bez inwestycji zagranicznych. Napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych spowodował wzrost płac o 8,9 proc., zatrudnienia o 8,5 proc., a dochody podatkowe państwa dzięki inwestycjom zwiększały się średnio o 2,7 proc. rocznie.

 Polska gospodarka ma jedną olbrzymią przewagę: to dynamiczny rozwój branży IT w ostatnich latach. To daje wiele możliwości rozwoju współpracy pomiędzy polskimi firmami z tego sektora, również tymi najmniejszymi, a średnimi i dużymi przedsiębiorstwami niemieckimi – zauważa Kern. – To może być bardzo perspektywiczna kooperacja, szczególnie przy realizacji założeń inicjatywy Przemysł 4.0. Przeszkody, które można by usunąć, dotyczą współpracy niemieckich firm i polskich uczelni oraz instytutów badawczych w dziedzinie prac badawczo-rozwojowych. To jest moim zdaniem wyzwanie na przyszłość –poprawa komunikacji, lepsze dostosowanie uniwersytetów i instytucji badawczych do potrzeb przemysłu i biznesu.

Zauważa także, że w ciągu ostatnich 4–5 lat widać dynamiczną ekspansję polskich przedsiębiorców na rynku niemieckim. Im również Izba stara się pomóc w rozwinięciu działalności.

Roboty będą pracowały obok ludzi. Biznes przyspieszy dzięki sztucznej inteligencji

Roboty będą pracowały obok ludzi. Biznes przyspieszy dzięki sztucznej inteligencji 9

Wkrótce każdy rodzaj biznesu będzie wspierany przez sztuczną inteligencję – przekonuje David Rowan, wieloletni redaktor naczelny magazynu „Wired” i gość specjalny gali finałowej programu Think Big organizowanej przez UPC. Wirtualna rzeczywistość czy tzw. uczące się maszyny są coraz częściej stosowane w firmach. Inteligentne urządzenia i postępująca automatyzacja z jednej strony wspomagają prowadzenie biznesu, z drugiej niosą ze sobą zagrożenia. Obecnie na 10 tys. pracowników zatrudnionych w światowym sektorze produkcji przypada blisko 70 robotów przemysłowych. W ciągu kilku lat z globalnego rynku może zniknąć nawet 5 mln miejsc pracy.

– W Azji, Stanach Zjednoczonych i Europie zachodzą te same trendy. Największe możliwości są obecnie związane ze sztuczną inteligencją albo tzw. uczącymi się maszynami. Chodzi o zdolność maszyn do doskonalenia się przy realizowaniu zadań, które wcześniej mogli wykonywać tylko ludzie. Maszyna jest w stanie dostrzegać pewne prawidłowości, słyszeć głos i na niego reagować. Potrafi też zrozumieć stan emocjonalny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes David Rowan, wieloletni redaktor naczelny angielskiej edycji magazynu „Wired”.

Szacunki IDC z 2016 roku wskazują, że wartość rynku wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości (VR i AR) może wzrosnąć z 5,2 mld dol. w 2016 roku do 162 mld dol. w 2020 roku. Jednym z głównych trendów w kolejnych latach może się stać machine learning. Rozwiązania z zakresu uczenia się maszynowego to podstawa sztucznej inteligencji. Umożliwiają one analizę ogromnej liczby danych. IDC ocenia, że już w 2020 roku wartość rynku inteligentnych aplikacji sięgnie 40 mld dol. Rośnie też liczba oferowanych usług, które pomagają rozwiązywać problemy, analizować zdarzenia i wskazywać najlepsze rozwiązania.

– Komputery stały się na tyle potężne, by przetwarzać wszystkie informacje w czasie rzeczywistym. Do tego projektowane są nowe techniki, które pomogą maszynom uczyć się na podstawie ogromnej liczby danych, tak jak robi to ludzki mózg. To sztuczne sieci neuronowe –  tłumaczy Rowan.

Komunikujące się ze sobą i „myślące” urządzenia coraz częściej znajdują zastosowanie w inteligentnych domach. Przede wszystkim jednak są pomocne w biznesie. Służą m.in. do monitorowania pojazdów czy usprawniania procesów produkcyjnych.

– W efekcie każdy rodzaj biznesu będzie wspomagany przez sztuczną inteligencję. W finansach pomoże ona podjąć szybsze i mądrzejsze decyzje. W ochronie zdrowia przeanalizuje tomograf i lepiej niż lekarz określi, na co cierpi dany pacjent. Każdy, kto jeździ samochodem, odkryje, że nie potrzebuje kierownicy, ponieważ sterowany sztuczną inteligencją samochód, ciężarówka czy samolot bezpieczniej dowiezie nas na miejsce – przekonuje wieloletni redaktor naczelny „Wired”.

Międzynarodowa Federacja Robotyki w raporcie „Roboty przemysłowe 2016” wskazuje, że najczęściej w roboty inwestuje branża elektroniczna, medyczna i chemiczna. Łącznie w 2015 roku na świecie sprzedano blisko 258 tys. maszyn. Światowa populacja aktywnych robotów wzrosła do 1,6 mln (wzrost o 11 proc.).

– Niezależnie od tego, w jakim sektorze się działa, trzeba myśleć, jak może on skorzystać na inteligentnych maszynach, bo mogą one pracować obok człowieka – ocenia ekspert.

Rosnąca automatyzacja może mieć wpływ na rynek pracy. Obecnie na 10 tys. pracowników w światowym sektorze produkcji przypada średnio 69 robotów przemysłowych (dla porównania w Polsce ok. 28, ale w Niemczech już powyżej 290). Na niektórych stanowiskach człowiek przestanie być niezbędny, zwłaszcza w produkcji. Instytut Nomur ocenia, że w Japonii roboty mogą zastąpić ludzi na połowie stanowisk, podobnie może być w Stanach Zjednoczonych. Eksperci podkreślają, że warto dlatego zadbać o odpowiednią edukację,

– Trzeba się zastanowić, jakie umiejętności można doskonalić, by konkurować w świecie, w którym jesteśmy otoczeni przez komputery zachowujące się coraz bardziej jak ludzie. To ekscytujące. Społeczeństwo dzięki temu będzie bogatsze i będzie żyć dłużej. Jednak rodzi to również ważkie pytania, co np. stanie się z niektórymi spośród tych miejsc pracy, które wkrótce przejmą maszyny – podkreśla David Rowan.

World Economic Forum wskazuje, że 65 proc. dzieci, które rozpoczyna naukę, będzie pracować w zawodzie, który obecnie jeszcze nie istnieje.

David Rowan był prelegentem i gościem specjalnym gali finałowej programu dla przedsiębiorców Think Big organizowanej przez UPC, która odbyła się 15 marca w Warszawie.