Michał Gajewski obejmuje dziś funkcję Prezesa BZ WBK

Michał Gajewski obejmuje dziś funkcję Prezesa Zarządu Banku Zachodniego WBK. Na to stanowisko Rada Nadzorcza Banku Zachodniego WBK powołała Pana Gajewskiego 16 maja br. informując jednocześnie, że formalnie obejmie stanowisko po uzyskaniu zgody Komisji Nadzoru Finansowego (co nastąpiło 9 sierpnia br.) oraz po wypełnieniu poprzednich zobowiązań zawodowych.

Michał Gajewski dołącza do Zarządu trzeciej pod względem aktywów instytucji finansowej w Polsce, pod względem aktywów, która szczyci się stabilną bazą kapitałową, licznym gronem aktywnych klientów, wysokim współczynnikiem adekwatności kapitałowej i jednym z wiodących w sektorze wskaźników rentowności.

– Od lat Bank Zachodni WBK konsekwentnie udowadnia swoją silną pozycję w branży bankowej. W naszej strategii rozwoju osiąganie świetnych wyników finansowych jest ściśle powiązane ze stylem prowadzenia biznesu – dbaniem o jakość obsługi, angażowaniem się w sprawy naszych klientów w sposób, który pozwala im na osiąganie kolejnych sukcesów – mówi Gerry Byrne, Przewodniczący Rady Nadzorczej Banku Zachodniego WBK. – kompetencje i doświadczenie Pana Michała Gajewskiego, z pewnością jeszcze bardziej wzmocnią to nastawienie.

– Po kilku latach dołączam do doskonale zorganizowanej, osiągającej ponadprzeciętne wyniki organizacji, tworzonej z pasją przez profesjonalny zespół bankowców. Od lat obserwowałem rozwój Banku Zachodniego WBK, kolejne sukcesy i innowacje. Odważne decyzje biznesowe łączone były zawsze z szacunkiem dla pracowników, klientów, wpieraniem polskich przedsiębiorców i myśleniem o społecznościach lokalnych. To podejście jest mi bardzo bliskie i z pewnością będę chciał taką właśnie filozofię prowadzenia biznesu podtrzymać. Jestem przekonany, że ponownie będę mógł zainspirować współpracowników do jeszcze większego zaangażowania w realizację strategii. Niewątpliwie, z uwagi na obecną sytuację na rynku bankowym, będzie to wyzwanie. Zmieniające się otoczenie legislacyjne, postępująca cyfryzacja, konkurencja ze strony fintechów, dynamiczne realia gospodarcze oraz nieunikniona transformacja sektora bankowego w Polsce – mają mocny wpływ na działalność biznesową. Jestem przekonany, że doskonale sobie z tym poradzimy, bo jako bank mamy duże ambicje i jeszcze większą determinację – mówi Michał Gajewski, prezes Zarządu Banku Zachodniego WBK.

*****

Michał Gajewski jest radcą prawnym, absolwentem Wydziału Prawa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, studiował też na uczelniach: Northwestern University w Chicago oraz London Business School.  Z sektorem bankowym związany jest od 1992. Na początku swojej kariery, w latach 1992-2008, Michał Gajewski zawodowo związany był z Grupą Kapitałową WBK, a następnie Bankiem Zachodnim WBK, zajmując szereg funkcji począwszy od pracy w oddziale banku, poprzez funkcje zarządcze średniego i wyższego szczebla, aż do pozycji Członka Zarządu Banku Zachodniego WBK, odpowiedzialnego za obszar Bankowości Detalicznej.

W latach 2008-2011 pełnił funkcję Wiceprezesa Zarządu w Banku BGŻ, w którym nadzorował obszar Biznesu Detalicznego i Bankowości dla Małych Firm (SME) oraz Pion Klienta Korporacyjnego. W 2012 r. W 2012 r. rozpoczął pracę w Banku Millennium. Początkowo, w latach 2012-2015, był Dyrektorem Makroregionalnym w Pionie Bankowości Detalicznej, następnie w roku 2015 został powołany na stanowisko Członka Zarządu ds. Detalu.

Rynek deweloperów zaczyna krzepnąć

Od kilku miesięcy rynek deweloperów zaczyna krzepnąć. Mimo to, spółki dalej notują kolejne rekordy a dotychczasowe sygnały świadczą raczej o delikatnym, cyklicznym spowolnieniu.

Dynamika wprowadzania nowych lokali do sprzedaży zaczęła od połowy 2016 r. słabnąć. Jak wyliczają analitycy REAS, w trzecim kwartale br. do oferty deweloperskiej trafiło o 20 proc. mniej mieszkań niż kwartał wcześniej. Jednocześnie podaż nowych „M” w sześciu głównych miastach w Polsce nie ulega zmianie, pozostając na poziomie 51 tys. przy czym w Warszawie, Trójmieście i Łodzi panuje stabilizacja, podczas gdy w Poznaniu i Krakowie pula mieszkań lekko wzrosła a we Wrocławiu – spadła. Jednocześnie eksperci REAS zanotowali spadek popytu – w III kw. sprzedano 14, 1 tys. lokali, czyli o 6,3 proc. mniej niż kwartał wcześniej.

– Stabilna liczba oferowanych mieszkań, przy spadku popytu oznacza, że deweloperzy błyskawicznie reagują na zmiany rynkowe, i obserwując mniejsze zainteresowanie ze strony klientów, wstrzymują się ze sprzedażą kolejnych projektów, dopóki rynek nie wchłonie „nadwyżek”. Dzięki tym decyzjom całkowita podaż pozostaje bez zmian, dopasowana do potrzeb aktualnego popytu – tłumaczy Dariusz Krawczyk, Prezes Zarządu Polnord SA.

Wyższe ceny, mniej gotowych

Spadek popytu to wyraźny sygnał wieszczący koniec trendu wzrostowego na polskim rynku mieszkań, który trwał nieprzerwanie od IV kw. 2014 r. Ale zarazem niedawno padł kolejny, rekordowy „roczny” wynik – w ostatnich 4 kwartałach wolumen sprzedaży wyniósł prawie 58 tys. lokali.

– Spadku sprzedaży można było się spodziewać, ze względu na wyczerpanie się na początku lipca br. pierwszej puli środków na dopłaty dla inwestycji kończonych w 2017 r. – podkreślają w raporcie przedstawiciele REAS.

Ponadto wpływ na decyzje zakupowe Polaków mają drożejące kredyty. Jak bowiem wskazują analitycy Lion’s Bank i portalu nieruchomości Morizon.pl, przez ostatnie 19 miesięcy zakup mieszkania zdrożał już prawie o 10 proc. – Cały czas mamy do czynienia z pogarszającymi się warunkami kredytowymi i rosnącym oprocentowaniem długu. Banki chcą pożyczać znacznie mniej niż przed dwoma laty, wzrosły marże kredytowe, a także coraz odważniej mówi się o potrzebie podniesienia stóp procentowych, co wprost miałoby przełożenie na oprocentowanie kredytów mieszkaniowych. Gdyby tego było mało, dziś trzeba mieć 15-proc. wkład własny przy zakupie mieszkania na kredyt, a od stycznia 2016 r. banki zaczną wymagać 20 proc. ceny mieszkania w gotówce, jeśli kredytobiorca nie chce płacić za dodatkowe ubezpieczenie – zauważa Bartosz Turek, analityk Lion’s Banku.

Według REAS liczba gotowych, niesprzedanych mieszkań skurczyła się w ciągu ostatniego roku o 20 proc. W efekcie dziś coraz trudniej o lokum dostępne od ręki, które wyróżnia się atrakcyjnym rozkładem, dobrą ceną i w dodatku w korzystnie zlokalizowanym i skomunikowanym osiedlu. Wyjątkowo szybko znika oferta gotowych lokali w Trójmieście, oscylując na poziomie ok. 10 proc. Na przykład, spółka Polnord ma do sprzedaży ostatnie gotowe  mieszkania na wybudowanym I etapie inwestycji Brama Sopocka przy ul. Sopockiej 2 w Gdyni. W sprzedaży znajdują się również mieszkania z nowych etapów, których odbiór planowany jest na II kwartał 2017r. Aktualna oferta obejmuje mieszkania o powierzchni od 57 m2 oraz większe 3-, 4- i 5-pokojowe, idealne dla rodzin ceniących przestrzeń i widok na niezabudowane zielone tereny Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Jak podaje Wioletta Kleniewska, dyrektor Sprzedaży i Marketingu Polnord S.A. szczególnym zainteresowaniem cieszą się lokale z antresolami i dużymi tarasami, które dają możliwość kreatywnej aranżacji wnętrza. W każdym z budynków zaprojektowano tylko sześć apartamentów, po dwa na jednej kondygnacji. Niezaprzeczalnym atutem Osiedla Brama Sopocka jest jego lokalizacja w bezpośredniej bliskości infrastruktury transportowej Gdyni.  – zapewnia Wioletta Kleniewska.

Niskie stopy i MdM

I nawet jeśli popyt dalej będzie słabnąć, trudno liczyć na znaczny wzrost puli mieszkań, zwłaszcza pochodzących z ukończonych projektów, bo deweloperzy, bogaci w doświadczenia z kryzysu sprzed 8 lat, będą z wyprzedzeniem reagować na wszelkie symptomy spowolnienia rynku. Aczkolwiek nikt dziś nie przewiduje większego tąpnięcia w mieszkaniówce.

– Sygnały o wolniejszym niż prognozowano tempie wzrostu gospodarczego, którego główną przyczyną było wyhamowanie nowych inwestycji w sektorze publicznym, związane ze zmniejszonym napływem funduszy unijnych, wydają się na razie nie wpływać istotnie na sektor mieszkaniowy, choć mogą, w połączeniu z wyczerpywaniem się środków na dopłaty w ramach MdM, zaowocować w niedługim czasie pewnym wyhamowaniem popytu – prognozują analitycy REAS.

Dariusz Krawczyk dodaje, że w zbliżającym się roku na skalę obrotów firm deweloperskich będą pozytywnie wpływać stopy procentowe, o ile pozostaną na dotychczasowym, niskim poziomie, zachęcając kolejnych inwestorów do wyciągania środków z lokat bankowych i kupowania lokali na wynajem. – W pierwszej połowie przyszłego roku rynek z pewnością rozbuja nowa transza finansowa programu MdM. Wówczas średnia cena ofertowa mieszkań może się nieco obniżyć, gdyż sporo deweloperów będzie obniżało stawki, dostosowując je do wymagań MdM – przekonuje Dariusz Krawczyk.

Porozumienie OPEC nie jest jeszcze przesądzone

Ceny ropy naftowej WTI spadły ponownie poniżej 47 dolarów za baryłkę, ponieważ Iran i Irak zgłosiły zastrzeżenia do kartelu OPEC na temat dystrybucji ograniczeń w produkcji ropy. Członkowie OPEC będą szukać rozwiązania na szczeblu ministerialnym. Do tego Arabia Saudyjska uważa, iż obcięcie produkcji nie jest wymagane do stabilizacji cen. Rosja natomiast zrezygnowała z uczestnictwa w jutrzejszym szczycie. Ropa WTI handluje obecnie 1,6 proc. poniżej wczorajszego zamknięcia rynku w pobliżu poziomu 46,10 dolarów za baryłkę. Ropa Brent handluje obecnie 1,5 proc. poniżej wczorajszego zamknięcia w pobliżu poziomu 48,30 dolarów za baryłkę.  

Metale przemysłowe korygują mocne wzrosty z zeszłego tygodnia. Miedź tanieje dziś pierwszy raz od 7 dni. Za funta metalu trzeba zapłacić 2,63 dolarów, czyli 1,2 proc. mniej niż na wczorajszym zamknięciu. Ceny niklu również dziś tracą – 2,4 proc., a ceny cynku – 3,3 proc. Wpływ niespodziewanej wygranej Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich i jego zapowiedzi inwestycji w infrastrukturę na metale przemysłowe wygasa. Dodatkowo inwestorzy zastanawiają się, jak długo Chiny będą wstanie utrzymywać wzrost gospodarczy na obecnym poziomie przy jednoczesnym wychładzaniu rynku nieruchomości. Złoto powróciło dziś do spadków, za uncję szlachetnego kruszcu trzeba obecnie zapłacić około 1187 dolarów, 0,5 proc. mniej niż na początku dnia.

Dolar zyskuje dziś do jena ok. 0,7 proc. handlując w pobliżu poziomu 112,5 jenów. Natomiast amerykańska waluta jest w miarę stabilna do euro i funta. W dniu dzisiejszym inwestorzy oczekują na zrewidowany odczyt amerykańskiego PKB za III kwartał. Wstępny odczyt pokazał, iż PKB wzrosło o 1,4 proc. (w ujęciu zannualizowanym), dzisiejszy konsensus analityków wskazuje na 3 proc. wzrost. Poznamy również wstępny odczyt niemieckiej inflacji CPI za listopad. Polski złoty nieznacznie traci do głównych walut. Para USDPLN zyskuje 0,3 proc. handlując w pobliżu poziomu 4,18, para EURPN zyskuje 0,1 proc. handlując w pobliżu poziomu 4,43, para CHFPLN zyskuje 0,1 proc. handlując w pobliżu poziomu 4,12, a para GBPPLN zyskuje 0,6 proc. handlując w pobliżu poziomu 5,21.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Kurs dolara pozostanie wysoki dopóki Donald Trump nie przedstawi planów gospodarczych

Bardzo łatwo jest przypisywać ostatnie umocnienie dolara tylko temu, że Donald Trump wygrał wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Jest to jednak znaczne uproszczenie. Niewątpliwie ten niespodziewany wybór Amerykanów był katalizatorem do zmiany, która narastała już wcześniej. Dodać do tego trzeba strach przed inflacją i wzrostem stóp procentowych w USA, które miałyby rosnąć szybciej niż do tej pory nam się wydawało. Żyliśmy w świecie ultra niskich stóp procentowych na poziomie 1%, a w Europie nawet poniżej zera. Na dłuższą metę nie mogło to się utrzymać. Inflacja zaczyna powoli iść w górę, a więc ultra niskie stopy procentowe napędzały wydawanie pieniędzy w krajach wschodzących.

– Polska gospodarka w takiej sytuacji niestety zalicza się do gospodarek wschodzących  powiedział agencji eNewsroom.pl Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego – W momencie, kiedy ten pieniądz zaczyna wracać do Stanów Zjednoczonych – w oczekiwaniu wyższych stóp – kraje wschodzące zaczynają tracić. Stąd osłabienie waluty w krajach takich jak Polska i umocnienie dolara.Amerykańska waluta w tym momencie jest najsilniejsza od kilkunastu lat, lecz ten stan nie potrwa długo – do momentu, gdy nie zobaczymy jak będą wyglądały nowe plany gospodarcze i kształt nowej administracji Donalda Trumpa.

Do czasu wyklarowania się tych efektów, czyli pewnie do początku przyszłego roku, przed dolarem kilka dobrych tygodni. Siła dolara to jedno, natomiast umocnienie pozostałych walut, np. euro to inna historia, pochodna strachu przed inflacją.

Wszystkie kraje euro są krajami niskich stóp procentowych i oczekiwane są wzrosty tych stóp, czy zmniejszenie oczekiwań zluzowania polityki monetarnej, co powoduje umocnienie tych walut. W Polsce perspektywy polityki monetarnej pozostają stabilne, więc przez jakiś czas zanotujemy jeszcze osłabienie złotówki wobec tych walut. Nie oczekiwałbym utrzymania na dłużej tego szaleńczego tempa. Takie osłabienie złotego doda impuls polskiemu eksportowi, co poprawi wynik obrotów bieżących i wpłynie na umocnienie waluty – podkreśla Kaczor.

Dzięki opóźnieniu Nord Stream 2 Polska może zagwarantować inne źródła dostaw gazu

Gazprom był zmuszony rozwiązać umowę akcjonariuszy dotyczącą powołania konsorcjum Nord Stream 2, ze względu na zastrzeżenia do formy koncentracji zgłoszone przez polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Urząd antymonopolowy miał prawo zablokować tego rodzaju operacje, pod warunkiem zagrożenia z jej strony konkurencji na rynku polskim i Europy Środkowo-Wschodniej. UOKiK stwierdził, że takie zagrożenie istnieje i zgłosił swoje zastrzeżenia. W reakcji na odmowę UOKiK-u, Gazprom i inni potencjalni udziałowcy Nord Stream 2 stwierdzili, że wycofają się z tej formy finansowania.

– Nie oznacza to jednak upadku projektu gazociągu z Rosji do Niemiec, który miałby zostać poprowadzony przez Morze Bałtyckie – powiedział agencji eNewsroom.pl Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny Biznes Alert oraz ekspert Instytutu Jagiellońskiego – Możliwe są inne formy finansowania – od wspominanej przez rosyjskie media emisji euro obligacji, po samodzielne finansowanie przez Gazprom, który może liczyć na pomoc Kremla w sytuacjach kryzysowych.

Gazprom nadal jest jednym z głównych narzędzi polityki energetycznej, a zatem fragmentem polityki zagranicznej Federacji Rosyjskiej. Dlatego teraz Gazprom zajmie się poszukiwaniami nowej formy finansowania Nord Stream 2, co może skutkować opóźnieniem powstania gazociągu.

Pierwotnie miał powstać do 2019 roku, a ze względu na wspomniane opóźnienia ten proces może się przeciągnąć o rok lub dłużej. Z polskiego punktu widzenia jest to korzystna sytuacja, ponieważ będziemy mieli więcej czasu na zaproponowanie alternatywy dla naszej części rynku, czyli dostaw przez funkcjonujący już terminal LNG w Świnoujściu, a w dalszej perspektywie także dostaw gazu norweskiego poprzez Korytarz Norweski.

Polacy, Duńczycy oraz Norwegowie chcą zbudować korytarz, który do końca roku będzie miał wybrany najbardziej opłacalny wariant realizacji. Za pomocą tych projektów, zamykających się w koncepcji tzw. Bramy Północnej, Polska będzie w stanie zaoferować regionowi kontrofertę do propozycji ze strony Gazpromu. Fakt, że Nord Stream 2 jest ofertą pogłębienia dominacji Gazpromu w Europie Środkowo-Wschodniej, status quo zostanie utrzymany wyłącznie przy tanim gazie, a Brama Północna jest w stanie zaoferować gaz z nowych kierunków całego świata: LNG z każdego gazoportu eksportowego na świecie i gaz gazociągowy z tanich norweskich złóż. To wszystko jest gwarancją dywersyfikacji i uniezależnienia od rosyjskiego Gazpromu, co jest kluczowym czynnikiem z punktu widzenia stolic Europy Środkowo-Wschodniej – dodał Jakóbik.

Grzegorz Sielewicz: Brexit ograniczy polski eksport

Od momentu, gdy Brytyjczycy opowiedzieli się za opuszczeniem Unii Europejskiej minęło już ponad 4 miesiące. Po początkowym spadku wskaźników obrazujących aktywność gospodarczą, większość z nich wróciła do przedreferendalnych poziomów. Przykładem jest wzrost PKB w III kwartale br. czy indeks PMI. Obrazuje to skuteczne oddalenie widma recesji brytyjskiej gospodarki. Jednak w ramach rewizji ocen ryzyka krajów, firma „Coface” odpowiadająca za ocenę ryzyka przedsiębiorstw w poszczególnych gospodarkach, zdecydowała się na obniżenie oceny Wielkiej Brytanii do A3.

– Nasze przewidywania potwierdzają, że im bliżej wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, tym więcej negatywnych skutków będzie widocznych dla gospodarki brytyjskiej – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej – W tym roku wzrost gospodarczy nieznacznie spowolni do poziomu 1,9%, natomiast w 2017 roku zmizernieje do 0,9%. Zgodnie z naszymi prognozami, począwszy od II kwartału 2017 roku , liczba upadłości przedsiębiorstw w Wielkiej Brytanii będzie wzrastała.

To jest negatywna informacja dla firm zagranicznych i kontrahentów Wielkiej Brytanii – w tym polskich przedsiębiorstw. Wielka Brytania do końca zeszłego roku była drugim największym odbiorcą naszego eksportu. Wobec spadku wolumenu eksportu, Wielka Brytania w tym roku spadła na 3 miejsce. Niemniej wciąż pozostaje istotnym rynkiem eksportowym dla polskich przedsiębiorstw.

Nadal jest wiele niewiadomych odnośnie Brexitu. Niewiadomo, jaki kształt przybiorą uregulowania umów handlowych, co powoduje wzrost niepewności nie tylko w kraju opuszczającym UE, lecz w całej Europie.

Wielka Brytania jest ponadto jednym z większych płatników netto w budżecie unijnym, co zwiększa niepewność w krajach Europy Zachodniej i Środkowowschodniej. Sytuacja ta przekłada się na niższe możliwości eksportowe ambitnych polskich firm, dla których Unia Europejska wraz ze strefą Euro jest głównym rynkiem zbytu – ocenił Sielewicz.

Przed tegorocznym Bożym Narodzeniem będzie więcej gazetek tematycznych, niż w ubiegłych latach

Według instytutu badawczego ABR SESTA, który porównywał strategie sieci handlowych, realizowane w 2014 i 2015 roku, można przewidywać, że w tym sezonie świątecznym wzrośnie liczba publikacji tematycznych. Klienci wymagają bowiem, żeby dla wybranych kategorii, np. Alkoholi czy Zabawek, były tworzone oddzielne gazetki.

Od 2 listopada do 24 grudnia 2015 roku monitorowano gazetki 180 sieci handlowych. Reprezentowało je m.in. 7 hipermarketów, 25 supermarketów, 10 Convenience, 16 drogerii, 5 sieci dyskontów oraz 5 Cash&Carry. Łącznie przeanalizowano 916 gazetek promocyjnych opublikowanych w ubiegłym roku. Zawierały one ponad 100 tys. modułów promocyjnych. Wyniki z zeszłego roku zestawiono z danymi uzyskanymi w 2014 roku.

– Porównując ze sobą świąteczne gazetki z dwóch lat, można wyraźnie zauważyć, że nie zmieniają się pod względem wyglądu i powielanych w nich treści. Choć na rynku pojawiają się nowe produkty, to w rankingach na najpopularniejsze wciąż wygrywają te same artykuły. Zatem kluczem dla sieci powinno być wyróżnienie się, tj. pokazanie innej ciekawszej oferty – zaznacza Marcin Dobek, wiceprezes instytutu badawczego ABR SESTA.

Oczekiwania klientów

W dniach 02.11 do 24.12 w latach 2014 i 2015 liczba publikacji, przypadająca na daną sieć, przeważnie była wyższa od średniej za cały rok w danym kanale. Wyjątek stanowiły drogerie. Jak podkreśla ekspert, konsumenci z coraz większą starannością planują zakupy prezentów. Dlatego też, w tym roku można spodziewać się większej liczby gazetek tematycznych, niż w ubiegłych latach. Sieci detaliczne będą dostosowywały się do konkretnych potrzeb klientów, którzy nie chcą już widzieć w jednej gazetce całej oferty produktów spożywczych, dekoracji i jednocześnie zabawek. Oczekują bowiem wyselekcjonowanych komunikatów, dostosowanych do tego, czego poszukują na daną okazję.

– Gazetki świąteczne i tematyczne mają więcej stron i obowiązują dłużej, niż te regularne. Co ciekawe, najobszerniejsze z nich wydają dyskonty, mimo iż w ciągu całego roku prym w tej kwestii wiodą hipermarkety. Wynika to z tego, że dyskonty z reguły na Boże Narodzenie mają bardzo szeroką ofertę produktów niespożywczych oraz inspiracji prezentowych. I praktycznie każdy artykuł, jaki pojawia się w ofercie sklepu, jest dokładnie analizowany i umieszczany w gazetce – mówi Marcin Dobek.

Urodzaj promocji

W swoich publikacjach hipermarkety najwięcej miejsca poświęcają na FMCG, zarówno w okresie przedświątecznym, jak i przez cały rok. Jednak przed Bożym Narodzeniem w 2015 roku Auchan zdecydował się powiększyć o ponad 1/10 powierzchnię dla produktów tej kategorii. Tesco Hipermarkety też mocniej na nie stawiały, redukując przy tym ofertę Non-Food. Jednocześnie poszerzyły asortyment z zakresu Elektro/AGD/RTV.

– Na Boże Narodzenie hipermarkety nie tylko publikują więcej gazetek i podnoszą liczbę ich stron, ale również wydłużają czas trwania promocji. Dla przykładu, zeszłoroczny katalog Carrefoura „Rozdajemy radość na święta”, w którym prezentowano propozycję gwiazdkowych podarunków, miał aż 72 strony i obowiązywał przez 51 dni. Sieć zdecydowanie zwraca większą uwagę na ofertę gazetkową. Choć w 2016 roku wydaje mniej publikacji, to i tak jest liderem na rynku pod tym względem – przypomina Marcin Dobek.

Powódź alkoholi

– W okresie Bożego Narodzenia w 2015 roku, 60% wszystkich supermarketów opublikowało gazetki tematyczne bądź świąteczne. Rok wcześniej – zaledwie 38% sieci w tym kanale. W 2014 roku ponad połowa z tych publikacji została poświęcona alkoholom, a tematyką prawie co piątej gazetki były święta. Moim zdaniem, w tym roku sieci, nie tylko supermarkety, utrzymają strategię, polegającą na wydawaniu większej liczby gazetek z ofertą alkoholi. Przykładem może być Polomarket, który w tym roku opublikował świąteczną gazetkę „Katalog win”, a jeszcze wcześniej – „Andrzejki tanecznym krokiem”. Sieci supermarketów Tesco i Carrefour Market też wydały już gazetki alkoholowe – zauważa Marcin Dobek.

W poprzednich latach większość gazetek alkoholowych na rynku supermarketów była publikowana tuż po Mikołajkach. Wtedy promocje rozpoczęły m.in. takie sieci, jak Piotr i Paweł, Mila czy Api Market. W zeszłym roku, publikację, dedykowaną wysokoprocentowym trunkom, najpóźniej, bo dopiero 17 grudnia, wydała Stokrotka. Ekspert przewiduje, że w tym roku powstanie jeszcze więcej publikacji tematycznych, niż w latach ubiegłych, np. alkoholowych. Klienci coraz bardziej oczekują bowiem podpowiedzi, w postaci gotowych prezentów.

Inspiracje dla klientów

– Biedronka wyróżnia się na tle innych dyskontów, m.in. pod względem liczby gazetek świątecznych, podczas gdy konkurencja właściwie ich nie wydaje. LIDL publikuje bowiem regularne gazetki z inspiracjami, np. prezentowymi. Jednak przewiduję, że w tym roku Biedronka wprowadzi na rynek jeszcze więcej publikacji tematycznych, z uwagi na ilość wydanych materiałów w pierwszym tygodniu listopada. Pojawiły się bowiem następujące tytuły – „Festiwal win jednoszczepowych w biedronkowych cenach”, „Selekcja premium”, „Modnie i wygodnie”, „Czysty Dom”, a także wydanie specjalne „Festiwalu promocji” – wymienia Marcin Dobek.

Klienci dobrze znają już standardowe produkty Biedronki z kategorii FMCG. Teraz sieć zamierza inspirować ich asortymentem in-out. Są to produkty sezonowe albo zmieniające się w zależności od akcji tematycznych, które nie występują w stałej ofercie. Mogą to być zabawki, artykuły gospodarstwa domowego, małe AGD, np. odkurzacze, czy też tekstylia domowe. Tymczasem dla dyskontów charakterystyczne jest to, że udział FMCG pozostaje bez zmian w stosunku do innych miesięcy w roku. Biedronka również częściej promuje alkohole i detergenty, które przynależą do tej właśnie kategorii. Jednak, nie ogranicza się wyłącznie do niej.

Globalna strategia

– Carrefour Express, Carrefour Express Convenience i Chata Polska, które reprezentują kanał Convenience, przeznaczają zdecydowanie więcej miejsca w gazetkach na produkty Świeże Obsługa, niż konkurenci. Dla francuskiej sieci oznacza to globalną strategię. Należy przy tym pamiętać, że jako jedna z pierwszych w Polsce komunikowała potrzebę zdrowego odżywiania. Obecnie rozwija własną markę – Carrefour-Bio. Na świąteczny stół może więc zaoferować ekologiczne warzywa i owoce – zwraca uwagę Marcin Dobek.

W sezonie przedświątecznym w 2015 roku w kanale Convenience gazetki alkoholowe opublikowały Freshmarket, Żabka i Małpka Express. Jedną, 4-stronnicową, publikację wydał wówczas Carrefour Express. Zostały w niej umieszczone inspiracje prezentowe, zabawki oraz dekoracje. Przeważnie liczba stron w gazetce oraz dni jej obowiązywania w okresie bożonarodzeniowym w większości podmiotów nie odbiega zdecydowanie od średnich całorocznych. Obszerniejsze materiały promocyjne oferują Freshmarket oraz Żabka, które należą do tego samego właściciela.

Sporadyczne publikacje

– W okresie przedświątecznym 2015 roku ponad 1/3 gazetek tematycznych/świątecznych sieci Makro stanowiła publikacje na temat alkoholu. W tym względzie sieć odnotowała wzrost o 9 p.p. w porównaniu z 2014 rokiem. W kanale C&C Makro od lat jest zdecydowanym liderem pod względem liczby wydawanych materiałów, mimo że ograniczyło liczbę regularnych gazetek. Dużą część publikacji stanowią gazetki dla kategorii Gastronomii, w segmencie HoReCa – mówi Marcin Dobek.

Warto również zauważyć, że ponad 1/5 gazetek tematycznych i świątecznych w sieci Selgros poświęcona jest ofercie bożonarodzeniowej. Z kolei Eurocash sporadycznie wydaje tego typu publikacje, ponieważ posiada bardzo ograniczony asortyment Non-Food i przede wszystkim sprzedaje artykuły z kategorii FMCG. Ponadto dostarcza asortyment głównie do mniejszych sklepów spożywczych.

Zbyt mało ofert

– Drogerie nie wydają wielu gazetek tematycznych i świątecznych, gdyż ich asortyment jest zdecydowanie węższy i w dużej mierze dotyczy oferty z kategorii Uroda/Pielęgnacja/Higiena. Jako prezenty, sieci te proponują głównie zestawy kosmetyczne bądź suplementy diety, np. Biovital, lub witaminy w tabletkach. Klienci oczekują jednak, że gwiazdkowe podarunki będą bardziej inspirujące, niż te, które są im obecnie oferowane, w standardowej promocji – tłumaczy Marcin Dobek.

Drogerie w głównej mierze koncentrują się na publikacji gazetek regularnych. W okresie przedświątecznym, zarówno 2014 jak i 2015 roku, tylko 3 sieci w tym kanale opublikowały gazetki tematyczne bądź świąteczne – Drogeria Natura, Hebe oraz Super-Pharm. 4 publikacje wydano w 2014 i 5 w 2015 roku, co stanowiło 1/5 wszystkich opublikowanych gazetek tematycznych bądź świątecznych w 2014 i 56% w 2015 roku.

Złoty będzie tracić. Nie pomagają mu dane makroekonomiczne i przegłosowana przez Sejm obniżka wieku emerytalnego

Złoty będzie tracić. Nie pomagają mu dane makroekonomiczne i przegłosowana przez Sejm obniżka wieku emerytalnego 1
W najbliższym czasie euro może znaleźć nowy punkt równowagi powyżej 4,40. Za dolara i szwajcarskiego franka będziemy płacić więcej nie tylko niż 4 zł, ale nawet powyżej 4,10 zł – przewiduje Marcin Kiepas, główny analityk easyMarkets. Na polskiej walucie będą ciążyć nie tylko pogarszające się czynniki makroekonomiczne i podwyższenie wieku emerytalnego, lecz także sytuacja na rynku amerykańskim.

– Opinia Moody’s dotycząca wpływu obniżki wieku emerytalnego na przyszły rating Polski nie będzie miała decydującego znaczenia dla kursów złotego, zwłaszcza że w żaden sposób nie zaskakuje. Było jasne, że po decyzji Sejmu takie negatywne opinie będą się pojawiać – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Marcin Kiepas, główny analityk easyMarkets.

Analitycy Moody’s jednoznacznie oceniają, że cofnięcie reformy wieku emerytalnego będzie miało negatywne skutki dla ratingu Polski. Ich zdaniem osłabia to finanse publiczne, pogarsza wiarygodność prowadzenia polityki i negatywnie wpływa na wzrost gospodarczy. Już w III kw. tego roku tempo wzrostu PKB spadło z 3,1 do 2.5 proc. Obniżenie wieku emerytalnego zwiększa ryzyko przekroczenia progu 3 proc. deficytu sektora instytucji rządowych i samorządowych do PKB w 2017 roku. Zwiększy się deficyt ZUS, który obecnie oscyluje wokół 50 mld zł (o kolejne 10 mld).

– Krajowy rynek walutowy jest jednak w takim momencie, kiedy dużo większy wpływ na zachowanie kursów walutowych mają czynniki globalne, czyli ogólne oczekiwania, że nowa administracja prezydenta Donalda Trumpa będzie stymulować gospodarkę. To siłą rzeczy pobudzi inflację i spowoduje wzrost stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, i te czynniki będą kreować notowania złotego bardziej niż czynniki lokalne – podkreśla analityk easyMarkets.

Eksperci oceniają, że grudniowa podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych jest niemal pewna. Na wysokim poziomie utrzymują się nastroje konsumentów, spada bezrobocie. To w połączeniu z pogarszającymi się danymi makroekonomicznymi w Polsce (słabsza koniunktura w budownictwie, handlu i przemyśle) sprawia, że złoty będzie tracił do innych walut.

– Można czy nawet trzeba być przygotowanym na to, że w najbliższych tygodniach, a wcale nie jest wykluczone, że w miesiącach, euro znajdzie nowy punkt równowagi powyżej 4,40. Za dolara i szwajcarskiego franka na trwałe będziemy płacić nie tylko więcej niż 4 zł, tylko nawet powyżej 4,10 zł – prognozuje Kiepas.

W ostatnich dniach złoty umacniał się wobec euro i dolara. Coraz bardziej prawdopodobne staje się jednak przekroczenie granicy 4,20 zł za dolara, część ekspertów prognozuje nawet poziom 5 zł, zwłaszcza że brakuje przesłanek do tego, aby waluty z rynków wschodzących (w tym Polski) miały się umacniać.

– Po powyborczym rajdzie na dolarze wydaje się, że rynek dorósł do realizacji zysków. Specyfika ubiegłego tygodnia przerwanego przez Święto Dziękczynienia w Stanach Zjednoczonych również skłaniała do realizacji zysków, zwłaszcza że polskie pary, w tym m.in. dolar, znalazły się na takich poziomach, gdzie już kusi sprzedawanie walut – wskazuje Marcin Kiepas.

M. Krajczewski: inflację zobaczymy jeszcze pod koniec tego roku

M. Krajczewski: inflację zobaczymy jeszcze pod koniec tego roku 2
Jeszcze w tym roku wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wyjdzie na plus, głównie za sprawą drożejącej ropy – uważa Michał Krajczewski, analityk rynku papierów wartościowych Biura Maklerskiego Banku BGŻ BNP Paribas. Jego zdaniem nie trzeba się jednak obawiać „wystrzału” inflacji w 2017 roku, bo słaby wzrost gospodarczy na świecie nie doprowadzi do zwyżek cen.

W październiku 2016 roku wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych w Polsce wyniósł -0,2 proc. (czyli ceny wybranych towarów i usług, w porównaniu do października 2015 roku, spadły o 0,2 proc.), co oznacza, że panowała deflacja. Widać jednak, że obowiązujący trend to trend zmniejszania się deflacji. Jeszcze w kwietniu sięgała ona -1,1 proc., w lipcu -0,9 proc. a we wrześniu -0,5 proc.

Przyczynia się do tego głównie odbicie w górę ceny paliw. W zeszłym roku cena baryłki ropy była niska. W sytuacji, gdy baza statystyczna nie jest wymagająca, nawet niewielki wzrost ceny baryłki ropy mocno odbija się na cenie paliw, a to w znaczący sposób przekłada się na inflację – tłumaczy Michał Krajczewski, analityk rynku papierów wartościowych Biura Maklerskiego Banku BGŻ BNP Paribas.

Obecnie baryłka ropy Brent kosztuje ok. 49 dol. W okresie od początku sierpnia do końca października 2015 roku wahała się w zakresie 47-48 dol., podczas gdy w analogicznym okresie 2016 roku poruszała się w okolicach 48-51 dol. W listopadzie ub.r. spadła poniżej 30 dol.

Krajczewski zwraca uwagę, że w górę idą również ceny żywności. W październiku br. indeks cen żywności FAO podskoczył o 0,7 proc., do 172,6 pkt. i był to odczyt najwyższy od marca 2015 r. Od początku 2016 roku indeks ten poszedł w górę o 9,1 proc. Drożeją głównie produkty mleczne, cukier i zboża. – Widać więc, że do końca tego roku wskaźnik inflacji powinien wyjść na plus i powinien przyspieszyć na początku przyszłego roku, bowiem na przełomie 2015 i 2016 roku mieliśmy na rynku żywności i surowców dołki cenowe – wskazuje Krajczewski.

Według analityka Biura Maklerskiego Banku BGŻ BNP Paribas nie należy się jednak obawiać „wystrzału” inflacji w 2017 roku. – Dość wolny rozwój gospodarczy nie przemawia za tym, żeby ceny na świecie, przynajmniej w okresie kilku najbliższych kwartałów, mocniej wzrosły – uważa Krajczewski.

Mimo występowania powolnego tempa wzrostu na świecie koniunktura w przemyśle w Europie jest wyższa od oczekiwań – zwraca uwagę Krajczewski. Według analityka, świadczy to o tym, że na razie nie widać w realnej gospodarce negatywnego wpływu Brexitu (czyli decyzji Brytyjczyków o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE).

W Polsce dane o produkcji przemysłowej za ostatnie miesiące były neutralne. Generalnie, jeśli chodzi o naszą gospodarkę, to widzimy lekkie spowolnienie. Mimo że mamy dosyć silny wzrost sprzedaży detalicznej i konsumpcji, która jest wspierana zarówno przez program 500+, jak i przez bardzo dobrą sytuację na rynku pracy – wskazuje analityk Biura Maklerskiego Banku BGŻ BNP Paribas.

Krajczewskiego niepokoi to, co dzieje się w obszarze budownictwa i infrastruktury. Według niego to dwucyfrowy spadek produkcji budowlano-montażowej w ostatnich miesiącach, spowodowany przez wolniejszy od oczekiwań napływ nowych środków z budżetu unijnego, wpływa na dane dotyczące tempa wzrostu polskiego PKB. W III kwartale br. tempo wzrostu PKB wyniosło 2,5 proc., podczas gdy rynek oczekiwał 2,9 proc. W III kwartale 2015 roku wskaźnik ten wyniósł 3,4 proc., a w II kwartale 2016 roku 3,1 proc.

Wydaje się, że lokalny dołek w zakresie PKB i produkcji przemysłowej pojawi się na przełomie 2016 i 2017 roku. W przyszłym roku oczekiwałbym stabilizacji jeśli chodzi o te odczyty – prognozuje analityk Biura Maklerskiego Banku BGŻ BNP Paribas.

Na wizytę u lekarza specjalisty czeka się już średnio 2,5 miesiąca. Rośnie więc zainteresowanie prywatnymi ubezpieczeniami

Na wizytę u lekarza specjalisty czeka się już średnio 2,5 miesiąca. Rośnie więc zainteresowanie prywatnymi ubezpieczeniami 3
Średni czas oczekiwania na wizytę u lekarza specjalisty w Polsce to 2,5 miesiąca. Czas wydłuża się w przypadku poszczególnych specjalizacji, a na rehabilitację trzeba czekać średnio 5,5 miesiąca – wynika z Barometru Fundacji Watch Health Care. Dlatego coraz więcej osób decyduje się na prywatne ubezpieczenie. W II kwartale 2016 roku zanotowano 44-proc. wzrost liczby klientów ubezpieczeń indywidualnych. Ubezpieczyciele pomagają także w sytuacji powypadkowej. Gwarantują nie tylko pokrycie kosztów świadczeń, lecz także ich organizację.

– Czas oczekiwania na wizyty u konkretnych specjalistów w Polsce jest dość długi. Na podstawie badań Fundacji Watch Health Care wiemy, że średnio na wizytę czeka się 2,5 miesiąca. To dość długo. Problem w poszczególnych specjalizacjach jest jeszcze większy. Na rehabilitacje czekamy średnio ponad 5 miesięcy, na chirurga prawie 2 miesiące, a na ortopedę już prawie 1,5 roku – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Włodarczyk-Moczkowska, prezes Gothaer, jednego z największych w Polsce towarzystw ubezpieczeniowych.

Z danych Fundacji Watch Health Care wynika, że najdłużej w Polsce czeka się na świadczenia w dziedzinie ortopedii i traumatologii narządu ruchu (ponad 16,5 miesiąca). Problemy z dostępem do specjalistów występują również w diagnostyce (np. na rezonans magnetyczny czas oczekiwania wynosi 6–8 miesięcy). Dlatego coraz więcej osób stawia na prywatne leczenie i ubezpiecza się samodzielnie.

– Ubezpieczyciele mogą odegrać bardzo istotną rolę w leczeniu i rehabilitacji powypadkowej. Jeżeli rehabilitacja po wypadku następuje zbyt późno, to konsekwencje dla poszkodowanego mogą być bardzo nieprzyjemne, czasami nieodwracalne. Dlatego pierwszy cel, który postawiliśmy przed sobą, to skrócenie czasu oczekiwania na potrzebną konsultację lekarską, w tym również na rehabilitację i badania. Drugą kwestią jest dostępność tej usługi – wskazuje Anna Włodarczyk-Moczkowska.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że po I półroczu 2016 roku składka zebrana na rynku ubezpieczeń zdrowotnych wyniosła 263,5 mln zł (11-proc. wzrost rdr.). Największy przyrost zanotowały ubezpieczenia indywidualne, gdzie składka wzrosła o 16 proc. Do 1,67 mln wzrosła liczba osób mających polisy. Polisy grupowe ma 1,36 mln osób, jednak największy wzrost notują ubezpieczenia indywidualne (wzrost z 218 tys. do 314 tys. osób – 44 proc.).

– Opcja, którą my proponujemy, nie odpowiada na potrzeby zrobienia sobie doraźnego badania krwi. To nie jest ten przypadek. Pomagamy w sytuacji, która wystąpiła po wypadku komunikacyjnym czy jakimkolwiek innym – podkreśla prezes Gothaer.

Gothaer wprowadził dwie propozycje skierowane do klientów indywidualnych. Produkt GoVital to ubezpieczenie kosztów organizacji świadczeń medycznych i leczenia po nieszczęśliwym wypadku. Pakiet GoAuto dotyczy kosztów organizacji świadczeń medycznych i leczenia po wypadku komunikacyjnym. Ta opcja przysługuje nie tylko kierowcy, lecz także pasażerom.

Obie propozycje pomagają uzyskać szybszy dostęp do lekarza, rehabilitację i pomoc domową po hospitalizacji. Czas oczekiwania na wizytę nie przekroczy 5 dni, wizyty i procedury medyczne realizowane są w sieci 800 placówek medycznych w Polsce. Ubezpieczyciel współpracuje z lekarzami z 20 specjalizacji.

– W ramach naszej oferty organizujemy nie tylko kontakt z lekarzem i wizytę lekarską, lecz także badania ambulatoryjne, rehabilitację, transport, pielęgniarkę po powrocie do domu, a jeżeli jest potrzeba, to również pomoc domową w opiece nad dziećmi czy pomoc w wyprowadzeniu psa – wymienia Anna Włodarczyk-Moczkowska.

Oba ubezpieczenia zapewniają nie tylko pokrycie kosztów świadczenia, lecz także ich organizację. Gothaer znajduje dogodne terminy wizyt lekarskich, podpowie, gdzie najszybciej można zrobić konieczne badania, umówi do rehabilitanta i zorganizuje pomoc opiekuńczą.

Fundacja Republikańska: viaTOLL po rozbudowie mógłby posłużyć do walki z przemytem i wyłudzeniami podatku VAT

Fundacja Republikańska: viaTOLL po rozbudowie mógłby posłużyć do walki z przemytem i wyłudzeniami podatku VAT 4
Elektroniczny system poboru opłat viaTOLL w ciągu  pięciu lat przyniósł prawie 7 mld zł do Krajowego Funduszu Drogowego. W przyszłym roku Ministerstwo Infrastruktury ma zadecydować o jego przyszłości, ponieważ w 2018 roku wygasa kontrakt na utrzymanie systemu z dotychczasowym operatorem. Zdaniem Fundacji Republikańskiej systemu viaTOLL nie należy zmieniać, ale rozbudować o nowe odcinki dróg i wyposażyć w dodatkowe elementy. Dzięki temu mógłby być wykorzystywany przez służby i organy ścigania do walki z przemytem i wyłudzeniami podatku VAT oraz do ochrony granic.

– Decyzja o zamianie systemu winietowego na elektroniczny system poboru opłat viaTOLL okazała się słuszna. To system szczelny i zyskowny dla budżetu państwa. Warto również podkreślić, że stanowi on własność Skarbu Państwa, a nie koncesjonariusza – zaznacza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Wróbel, prezes Fundacji Republikańskiej.

Elektroniczny system poboru opłat za przejazdy wybranymi odcinkami dróg krajowych viaTOLL został wprowadzony w lipcu 2011 roku i zastąpił karty opłaty drogowej (winiety). Z viaTOLL obowiązkowo muszą korzystać kierowcy autobusów i pojazdów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 t. Utrzymaniem systemu na zlecenie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad zajmuje się spółka Kapsch Telematic Services, której kontrakt wygasa w 2018 roku.

W przyszłym roku Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa ma zadecydować o przyszłości systemu viaTOLL. Z raportu „System poboru opłat drogowych”, opracowanego przez Fundację Republikańską, wynika, że w latach 2011–2016 przyniósł on niemal 7 mld zł do Krajowego Funduszu Drogowego, a koszty budowy zwróciły się już po kilkunastu miesiącach. Zdaniem autorów raportu zmiana systemu viaTOLL bądź zastąpienie go innym rozwiązaniem byłoby ekonomicznie nieopłacalne. Zamiast tego należałoby go rozbudowywać i zwiększyć jego funkcjonalność, zwłaszcza że viaTOLL może być wykorzystywany również w innych celach niż pobór opłat za przejazdy drogowe.

– W tej chwili viaTOLL obejmuje ponad 3 tys. kilometrów dróg, a niektóre części kraju – na przykład przy wschodniej granicy – niemal w ogóle nie są nim pokryte. System można rozbudowywać nie tylko terytorialnie, lecz także dodając na przykład elementy pozwalające na pomiar wagi pojazdów. Umożliwi to wykrywanie oszustw polegających na pustych przebiegach, kiedy deklarowane są pełne, albo na rozpoznawaniu cystern, co pozwoliłoby walczyć z przemytem paliw – zauważa Marek Wróbel.

W opinii Fundacji Republikańskiej system viaTOLL mógłby być również wykorzystywany przez polskie służby celne i skarbowe do walki z przemytem papierosów i alkoholu, wyłudzeniami podatku VAT i do ochrony granic Polski. Aby było to możliwe, system należy rozbudowywać o nowe odcinki płatnych dróg – szczególnie na wschodzie kraju – i wyposażyć w dodatkowe elementy. Dodatkowe moduły pozwalające na rozpoznawanie tablic rejestracyjnych i wagi pojazdów pozwoliłyby m.in. ograniczyć ryzyko wypadków drogowych i przyczynić się do poprawy stanu dróg oraz walczyć z wyłudzeniami podatku VAT. Na podstawie informacji z systemu viaTOLL przedsiębiorcy mogliby bowiem udowodnić transport towaru poza granice Polski i wystąpić o zwrot należnego podatku.

– Obecnie rząd walczy z nadużyciami skarbowymi, wyłudzeniami czy przemytem paliw, upatrując w tym sposobu na załatanie dziury budżetowej i wyrównanie konkurencji między tymi podmiotami, które są uczciwe, a tymi, które nie są. Polityka uszczelniania już zaczyna działać, co widać choćby po wpływach do budżetu, jednak możliwości są znacznie większe. Poprzez rozbudowę systemu viaTOLL rząd mógłby zyskać solidne narzędzie do walki z tymi nadużyciami – mówi Marek Wróbel.

System viaTOLL mógłby posłużyć również jako narzędzie do walki z przemytem alkoholu czy papierosów, na przykład dostarczając danych o najczęstszych trasach przemytników. Umożliwiłby również organom ścigania lokalizowanie konkretnych pojazdów i śledzenie ich tras, przyczyniając się do walki z przestępczością. W tym celu informacje pochodzące z systemu viaTOLL powinny jednak zostać udostępnione odpowiednim służbom.

– viaTOLL zbiera bardzo dużo danych, które stanowią własność państwa. Dlatego bezpośredni dostęp do tych informacji dla służb skarbowych i organów ścigania jest jak najbardziej zasadny – podkreśla Marek Wróbel, prezes Fundacji Republikańskiej.

Największa na świecie kancelaria doradztwa prawnego otworzyła w Warszawie centrum biznesowe. Docelowo planuje zatrudnić 300 osób

Największa na świecie kancelaria doradztwa prawnego otworzyła w Warszawie centrum biznesowe. Docelowo planuje zatrudnić 300 osób 5
Grupa Dentons, największa na świecie kancelaria doradztwa prawnego, która otworzyła w Warszawie centrum usług wspólnych, podkreśla, że o wyborze lokalizacji zadecydował dostęp do wykwalifikowanej kadry, atrakcyjna cena wynajmu, nowoczesne otoczenie biznesowe oraz infrastruktura techniczna. Centrum będzie prawdziwym biznesowym hubem. Ma obsługiwać aż siedem obszarów działalności Grupy w Europie, Afryce i na Bliskim Wschodzie.

– Warszawa zaoferowała nam najlepszą kombinację różnych wartości – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Macieja, dyrektor Dentons Business Services EMEA. – Liczyły się przede wszystkim dostęp do utalentowanych, mówiących wieloma językami pracowników, powierzchni biurowej w atrakcyjnych cenach, nowoczesnego otoczenia biznesowego oraz dobrej infrastruktury technicznej. Mamy nadzieję, że nasi prawnicy dostaną w Warszawie lepsze wsparcie, a zadania będą wypełniać w bardziej efektywny od strony finansów i kosztów sposób.

Grupa Dentons jest największą pod względem zakresu usług i miejsc prowadzenia działalności firmą prawniczą na świecie. Zatrudnia doświadczonych, notowanych wysoko na rozmaitych listach rankingowych specjalistów, którzy świadczą usługi doradztwa prawnego w 55 krajach (przeszło 125 lokalizacji), zapewniając rozwiązania biznesowe w 24 sektorach gospodarki i 40 obszarach prawa. Usługi kancelarii zawsze dostosowane są do lokalnych, regionalnych i jednocześnie globalnych potrzeb.

Kilka dni temu ruszyło w Warszawie nowe centrum usług wspólnych Dentons Business Services EMEA (DBSE). Jego uruchomienie było wspólną inicjatywą dwóch regionów przedsiębiorstwa – brytyjskiego, bliskowschodniego, afrykańskiego (UKMEA) oraz europejskiego. Poprzez skupienie w jednym miejscu funkcji dotychczas realizowanych w różnych biurach nowa placówka ma efektywniej wykorzystywać atut skali i zasoby obu regionów. Dzięki temu kancelaria ma świadczyć usługi w jeszcze wyższej niż obecnie jakości.

– Nowe miejsca pracy są bardzo wysokiej jakości – przekonuje Piotr Macieja. – Do tej pory funkcje takie jak IT, finanse, księgowość, marketing były realizowane przez specjalistów Dentonsa w poszczególnych, rozproszonych lokalizacjach. Teraz zdecydowaliśmy się na ich centralizację. Z Warszawy będziemy wspierać kolegów w naszych oddziałach europejskich i regionie EMEA, realizując stąd wybrane procesy.

Kierowane przez Piotra Macieję DBSE ma siedzibę w biurowcu Atrium Centrum położonym w ścisłym centrum Warszawy, blisko stołecznego biura Dentons. Centrum zatrudnia obecnie ponad siedemdziesięciu specjalistów z zakresu usług finansowych, business development, marketingu, human resources oraz IT. W ciągu najbliższych dwóch lat firma planuje dalszy rozwój DBSE. Do końca przyszłego roku, jak prognozuje Piotr Macieja, zatrudnienie może wzrosnąć nawet dwukrotnie, do 150 etatów. Docelowo w warszawskim centrum ma pracować około 250–300 osób.

– Mam nadzieję, że integracja procesów biznesowych będzie postępowała i w związku z tym będziemy realizować procesy w bardziej efektywny sposób, dawać lepszą jakość naszym prawnikom i klientom – zapowiada Piotr Macieja. – W odróżnieniu od innych tego rodzaju ośrodków na polskim rynku nasze biuro ma bardzo zdywersyfikowany profil. W tej chwili wspieramy siedem funkcji biznesowych, a będzie ich jeszcze więcej. Wiele z nich to obszary wysoce specjalistyczne. Realizujemy złożone procesy biznesowe takie jak marketing czy wsparcie sprzedaży. Taka dywersyfikacja powoduje, że to jest bardzo energetyczne i pozytywne miejsce.

Warszawskie centrum jest pierwszym przedsięwzięciem łączącym regiony kancelarii Dentons, co wpisuje się w ogólnoświatową strategię Grupy.

– Jednym z jej elementów jest integracja biur oraz biznesu – precyzuje Piotr Macieja. – Ten projekt realizuje taką strategię Dentonsa i będzie ją wspierał.

Coraz więcej Polaków choruje na nowotwory skóry. Pacjenci z zaawansowanym czerniakiem i rakiem podstawnokomórkowym wciąż czekają na skuteczne terapie

Coraz więcej Polaków choruje na nowotwory skóry. Pacjenci z zaawansowanym czerniakiem i rakiem podstawnokomórkowym wciąż czekają na skuteczne terapie 6
Nowotwory skóry są coraz częstsze i dotykają coraz młodsze osoby. Rocznie na czerniaka zapada ok. 3,5 tys. Polaków, czyli trzykrotnie więcej niż 20 lat temu, natomiast na raka podstawnokomórkowego ok. 8,5 tys. Wciąż wzrasta umieralność z ich powodu. Jednak wcześnie wykryte dają szansę na całkowite wyleczenie. Dla pacjentów z zaawansowanym czerniakiem lub rakiem podstawnokomórkowym skóry jedynym ratunkiem jest terapia celowana. W Polsce pacjenci nie mają jednak do niej dostępu.

Przyczyną rozwoju nowotworów skóry jest najczęściej nadmierna ekspozycja na działanie promieni UV. Ryzyko zachorowania zwiększa się wraz z wiekiem – nowotwory te atakują głównie osoby po 50 roku życia, coraz częściej jednak rozwijają się także u ludzi młodych, chętnie korzystających z kąpieli słonecznych lub solariów. W każdym wieku ważna jest  samokontrola powstających na skórze znamion, w momencie zaniepokojenia się ich wyglądem, wielkością lub nierównymi brzegami należy się zgłosić na badanie dermatoskopem do dermatologa, który przy podejrzeniu nowotworu zleci wykonanie badania histopatologicznego. Do najczęściej rozpoznawanych nowotworów skóry należą rak podstawnokomórkowy występujący w 80 proc. przypadków i czerniak stanowiący 5 proc. 

– W raku podstawnokomórkowym mamy różne metody leczenia, ich wybór zależy przede wszystkim od stopnia zaawansowania nowotworu i ryzyka wznowy. Złotym standardem jest ciągle leczenie chirurgiczne. W przypadku raka o niskim ryzyku wznowy możemy mówić o stosowaniu pewnych metod niechirurgicznych jak np. radioterapia. Jest  natomiast mniej możliwości, jeśli pacjent ma raka podstawnokomórkowego miejscowo zaawansowanego bądź przerzutowego – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Witold Owczarek z Wojskowego Instytutu Medyczny w Warszawie, przewodniczący Sekcji Dermatologii Onkologicznej Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego.

Jeżeli nowotwór nacieka okoliczne tkanki i rozwija się do stadium miejscowo zaawansowanego, to leczenie chirurgiczne oraz radioterapia nie przynoszą oczekiwanych rezultatów.

W Polsce zaawansowany rak podstawnokomórkowy dotyka rocznie ok. 50 osób. Jedyną szansą dla tych pacjentów są innowacyjne terapie celowane, m.in. lekiem o nazwie wismodegib, zarejestrowanym w Unii Europejskiej w 2013 roku.

– Jest to terapia, która działa blokująco na mechanizmy molekularne odpowiedzialne za powstawanie nowotworów. Dla chorych, u których wykorzystano już wszystkie opcje terapeutyczne, w chwili obecnej jest to jedyna szansa na powrót do zdrowia. Pojawia się jednak problem, ponieważ polscy pacjenci nie mają dostępu do tej terapii przez brak refundacji – mówi prof. Witold Owczarek.

Czerniaki stanowią tylko 5 proc. wszystkich nowotworów skóry – obecnie w Polsce jest ok. 3,5 tys. chorych. Problemem jest jednak dynamicznie zwiększająca się liczba zachorowań, podwajająca się co 10 lat, oraz stale rosnąca śmiertelność – obecnie umiera co trzeci pacjent. Czerniak jest nowotworem całkowicie uleczalnym, warunkiem sukcesu jest jednak jego wczesne wykrycie. Tymczasem większość pacjentów zgłasza się do lekarza, gdy zmiana nowotworowa przekracza 4 mm – na tym etapie śmiertelność wynosi już 50 proc. Średnio 35 proc. chorych na czerniaka w Polsce ma nawrót choroby – w przypadku guza mniejszego niż 2 mm odsetek ten wynosi 10 proc., przy większych zmianach – 50 proc.

– U niewielu pacjentów już w momencie diagnozy stwierdza się przerzuty. Z reguły następuje to sekwencyjnie. Czyli wykonujemy wycięcie, biopsję węzła, limfadenektomię, a dopiero później dochodzi do przerzutów odległych – jest to związane z parametrami ogniska pierwotnego – mówi Piotr Rutkowski, kierownik Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków, Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie.

W ciągu ostatnich kilku lat nastąpił znaczny postęp w leczeniu zaawansowanych postaci czerniaka. Obecnie na świecie zarejestrowanych jest 8 leków, z czego 5 dostępnych jest również dla polskich pacjentów. Istnieją dwa rodzaje leczenia: immunoterapia i terapie celowane. Pierwsza metoda stymuluje układ odpornościowy, działając niezależnie od odmiany czerniaka. W przypadku tej terapii stosuje się trzy leki dostępne w ramach programów lekowych, choć z pewnymi ograniczeniami.

– Jeśli chodzi o terapie celowane, to sprawa przedstawia się znacznie gorzej, ponieważ obecnie dostępne są leki (wemurafenib lub dabrafenib) jedynie w monoterapii. Tymczasem powinny one być stosowane w skojarzeniu z inhibitorem MEK, ponieważ wykazują wtedy dużo większą skuteczność w przypadku obecności mutacji BRAF – mówi Piotr Rutkowski.

Według najnowszych badań skojarzenie inhibitorów MEK i BRAF zmniejsza umieralność na czerniaka o 1/3. Stosowanie skojarzonych leków sprawia, że skuteczność terapii jest prawie 1,5 razy większa w przypadku przeżyć wolnych od progresji choroby i nawet dwukrotnie większa w zakresie przeżyć całkowitych. Jeszcze 5 lat temu trzyletnie przeżycia wynosiły zaledwie 10 proc., dzisiaj sięgają nawet 45 proc. Stosowanie terapii celowanych znacznie poprawia tolerancję leczenia przez pacjentów, a co za tym idzie – jakość ich życia.

Wbrew panującym mitom pieczywo mrożone ma podobną liczbę składników odżywczych co świeże. Często zawiera też mniej konserwantów

Wbrew panującym mitom pieczywo mrożone ma podobną liczbę składników odżywczych co świeże. Często zawiera też mniej konserwantów 7
Pieczywo mrożone pozwala zachować ciągłość sprzedaży świeżych wyrobów piekarskich przez cały dzień. Dlatego pomimo mitów, jakie krążą na jego temat, staje się coraz popularniejsze. Jak podkreślają eksperci, ma ono podobną liczbę składników odżywczych co pieczywo świeże i jest pozbawione wywołujących silne objawy alergiczne konserwantów. Wbrew obiegowym opiniom pieczywo do mrożone trafia do sklepów w ciągu 48 godzin od procesu produkcji.

– Pieczywo mrożone wytwarzane jest według określonych receptur piekarzy. Podstawowy skład surowcowy to zwykle mąka, woda, drożdże lub zakwas, sól i ewentualnie dodatki, jak cukier czy tłuszcz w ilości od 3 do 5 proc. Wytwarza się je w taki sam sposób, jak pieczywo tradycyjne. Różnica polega na tym, że proces wypieku jest przerwany po 80 proc. Takie pieczywo zostaje bardzo szybko schłodzone, następnie poddane procesowi szybkiego mrożenia – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr inż. Małgorzata Sobczyk z Wydziału Nauk o Żywności, Zakładu Technologii Zbóż w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Jak podkreśla ekspertka, wbrew pojawiającym się opiniom, proces mrożenia jest całkowicie bezpieczny, na żadnym etapie nie stosuje się ciekłego azotu. Mrożenie przebiega podobnie jak w domowych zamrażarkach. Różnica dotyczy wyłącznie urządzeń i technologii: chłodzenie odbywa się metodą owiewową w przemysłowych tunelach mroźniczych.

 Stosowane jest zamrażanie uderzeniowe, szybkie, w temperaturze -35 stopni Celsjusza, zimnym powietrzem. Nie azotem, dwutlenkiem węgla czy innymi substancjami chłodzącymi, jest to zimne powietrze – podkreśla Sobczyk.

Pieczywo mrożone ma również podobną do zwykłego pieczywa liczbę substancji odżywczych. Kluczowe znaczenie mają użyte składniki. Pieczywo razowe, powstające z mąki z pełnego przemiału, może być produkowane z przeznaczeniem do dopieku, a proces mrożenia nie wpływa na utratę zawartości składników odżywczych czy błonnika. Mrożenie zapewnia natomiast ochronę przed pleśniami, grzybami i bakteriami, dlatego wyklucza stosowanie konserwantów.

– Pieczywo mrożone, czyli pieczywo do dopieku, nie zawiera żadnych konserwantów czy barwników. Zgodnie z prawem ani w pieczywie świeżym, ani w pieczywie mrożonym składniki te nie powinny się znaleźć. Oczywiście zależy to od receptury producenta, który ma największy wpływ na skład pieczywa – przekonuje Anna Jelonek, dietetyk.

Pieczywo przeznaczone do dopieku jest pozbawione wywołujących silne i niebezpieczne objawy alergiczne konserwantów, jak np. sorbinian potasu, stosowanych niekiedy w procesie produkcji pieczywa świeżego pakowanego przeznaczonego do natychmiastowej sprzedaży (np. pieczywo tostowe).

 Takie pieczywo mogą spożywać alergicy. Proces technologiczny, czyli proces mrożenia, nie ma na to żadnego wpływu. To, czy produkt może być spożyty przez osobę mającą alergię, zależy wyłącznie od wykorzystanych podczas produkcji składników – podkreśla dietetyk.

W trakcie mrożenia nie zmieniają się właściwości pieczywa, zwłaszcza że jest to mrożenie krótkotrwałe. Pieczywo do dopieku trafia na półki sklepowe w ciągu kilku dni od procesu produkcji. Metoda odroczonego wypieku jest odpowiedzią na potrzeby rynku, który wymaga, aby zachować ciągłość sprzedaży świeżego pieczywa przez cały dzień.

Paweł Ostrowski Prezesem Zarządu Towarowej Giełdy Energii S.A.

  • Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Towarowej Giełdy Energii S.A. 28 listopada 2016 r. powołało Pawła Ostrowskiego na stanowisko Prezesa Zarządu Towarowej Giełdy Energii S.A.
  • Zgodnie z art. 27 ust. 1 Ustawy z 29 lipca 2005 r. o obrocie instrumentami finansowymi, zmiana w składzie Zarządu Towarowej Giełdy Energii S.A., polegająca na powołaniu Pawła Ostrowskiego na stanowisko Prezesa Zarządu Spółki, wejdzie w życie pod warunkiem uzyskania zgody Komisji Nadzoru Finansowego.

Paweł Ostrowski posiada ponad piętnastoletnie doświadczenie w pracy na rynku kapitałowym. Pracował dla takich instytucji finansowych, jak m.in. PKO Bank Polski S.A., Societe Generale, Deutsche Bank Polska S.A., BNP Paribas Polska S.A. Od 2007 r. piastował stanowisko Dyrektora Sprzedaży w Departamencie Skarbu PKO BP Banku Polskiego S.A. Specjalizuje się w sprzedaży produktów skarbowych oraz instrumentów zabezpieczających ryzyka towarowe oraz ryzyka stopy procentowej. Uczestniczył w projektach związanych z wdrażaniem pakietu MiFID II, a także fuzją z Nordea Bank Polska S.A.

Paweł Ostrowski jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, gdzie uzyskał stopień doktora na podstawie rozprawy „Wykorzystanie instrumentów pochodnych w zarządzaniu ryzykiem kursowym w przedsiębiorstwie”.

Analiza implikacji wyborów w Stanach Zjednoczonych dla rynków światowych

Stephen H. Dover, Dyrektor zarządzający, CIO Templeton Emerging Markets Group, Franklin Local Asset Management
Stephen H. Dover, Dyrektor zarządzający, CIO Templeton Emerging Markets Group, Franklin Local Asset Management

Wprawdzie niepewność co do wyniku wyborów w Stanach Zjednoczonych wreszcie mamy już za sobą, ale nadal nie wiemy, czy i jak przedwyborcza retoryka przełoży się na realne zmiany w prowadzonej przez władze polityce. Po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich teraz rynki próbują zgadywać, co może oznaczać taka decyzja elektoratu. Stephen H. Dover, CIO w zespołach Templeton Emerging Markets Group i Franklin Local Asset Management, dostrzega nie tylko wzmożoną zmienność i prawdopodobieństwo wzrostu protekcjonizmu w obszarze polityki handlowej (który mógłby mieć niekorzystne konsekwencje dla gospodarki Stanów Zjednoczonych), ale także szanse na stymulację gospodarki wynikającą z cięć podatków i wzrostu wydatków budżetowych, która może zrekompensować te niekorzystne konsekwencje. W artykule autor omawia te i inne implikacje zmiany administracji w Stanach Zjednoczonych dla rynku światowego.

Wprawdzie niepewność co do wyniku wyborów w Stanach Zjednoczonych wreszcie mamy już za sobą, ale ekonomiczne konsekwencje prezydentury Donalda Trumpa nie będą w pełni czytelne do czasu, gdy będziemy w stanie rozdzielić składane w kampanii obietnice od realnych działań politycznych. Zanim to nastąpi, na rynkach akcji spodziewamy się generalnie wzmożonej zmienności w związku z niepewną przyszłością kilku obszarów takich jak polityka handlowa czy przyszły skład Federalnego Komitetu ds. Operacji Otwartego Rynku (FOMC). Jednym z najważniejszych tematów pojawiających się w przedwyborczych obietnicach Trumpa było poluzowanie polityki budżetowej oparte na wydatkach na infrastrukturę i tworzeniu nowych miejsc pracy, które może stanowić bodziec do wzrostu globalnego popytu. Większe obawy mogą budzić jednak kroki w kierunku protekcjonizmu w obszarze wymiany handlowej, choć przypuszczamy, że Trump prawdopodobnie będzie wycofywał się ze skrajnych pomysłów w tym zakresie. Gdyby jednak polityka tego rodzaju była realizowana, odejście od opartych na regułach mechanizmów wymiany handlowej prawdopodobnie odbiłoby się echem na całym świecie. Oto kilka spośród najważniejszych czynników ogólnego ryzyka dotyczącego Stanów Zjednoczonych i innych krajów w różnych częściach świata:

  • Wzrost premii za ryzyko będący konsekwencją niepewności politycznej — fale optymizmu i pesymizmu na rynkach.
  • Większe prawdopodobieństwo protekcjonizmu w polityce handlowej, potencjalnie równoważone przez stymulację wynikającą z cięć podatków i wzrostu wydatków budżetowych.
  • Trudniejsza sytuacja eksporterów zaopatrujących Stany Zjednoczone w związku z narastającym protekcjonizmem.
  • Większa kontrola nad imigracją i przemieszczaniem się ludności.
  • Słabsze poparcie dla obowiązujących porozumień dotyczących obronności i bezpieczeństwa (z potencjalnymi znaczącymi implikacjami dla takich krajów jak Japonia, Korea Południowa czy Tajwan).

Potencjalne wsparcie dla wzrostu gospodarki Stanów Zjednoczonych

Zważywszy na przedwyborczą koncentrację Partii Republikańskiej na polityce prowzrostowej, większa unifikacja władzy wykonawczej i ustawodawczej w Stanach Zjednoczonych powinna zwiększyć prawdopodobieństwo znaczącej stymulacji budżetowej, a także reflacji. Nasilenie się populistycznych tendencji w Stanach Zjednoczonych także może przełożyć się, według nas, na większe zaangażowanie sektora publicznego w projekty infrastrukturalne czy wydatki innego rodzaju. Dlatego dostrzegamy rosnące prawdopodobieństwo, że rząd Stanów Zjednoczonych wkroczy na drogę bardziej agresywnych wydatków, po ośmiu latach restrykcyjnej polityki budżetowej. Należy przy tym przyznać, że nie wiemy, czy taka stymulacja przyniesie efekty i jakie będą jej konsekwencje dla deficytu. Ekspansywna polityka budżetowa prawdopodobnie pociągnie za sobą wzrost inflacji w Stanach Zjednoczonych, co może być, w naszej ocenie, korzystne dla niektórych inwestycji.

  • Rosnąca inflacja może wywołać odwrót od obligacji w kierunku akcji, gdy stopy procentowe zaczną rosnąć z zerowych poziomów i gdy dłuższy koniec krzywej dochodowości papierów skarbowych ze Stanów Zjednoczonych zacznie dyskontować większe ryzyko wzrostu inflacji.
  • Wzrost inflacji byłby korzystny, w szczególności, dla akcji spółek cyklicznych takich jak przedsiębiorstwa związane z infrastrukturą, banki czy producenci materiałów.
  • Repatriacja do kraju zysków wypracowanych przez amerykańskie spółki na rynkach zagranicznych może poprawić nastroje, co z kolei może mieć korzystny wpływ na sytuację licznych korporacji międzynarodowych oraz na rynki w ujęciu ogólnym, ale jednocześnie może mieć negatywne implikacje dla innych krajów pełniących obecnie rolę rajów podatkowych.

Wpływ na handel

Przedwyborcza retoryka prezentowana w Stanach Zjednoczonych zarówno przez Republikanów, jak i przez Demokratów potwierdza, że kraj włączył się w globalny trend związany z narastającym protekcjonizmem i populizmem oraz mniejszym zapałem do działań na rzecz globalizacji, co potwierdza także wynik referendum w sprawie Brexitu w Wielkiej Brytanii, w którym obywatele opowiedzieli się za opuszczeniem Unii Europejskiej (UE). Problem nie dotyczy wyłącznie Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii; Komisja Europejska poszukuje sposobów na wzmocnienie instrumentów ochrony handlu wspólnoty takich jak zaostrzenie regulacji handlowych, a szeroko omawianym tematem podczas ostatniego szczytu UE w Brukseli była większa ochrona i bezpieczeństwo unijnego handlu.

Należy zauważyć, że spadek dynamiki globalnej wymiany handlowej rozpoczął się jeszcze przed wyborami. Światowa Organizacja Handlu obniżyła ostatnio prognozę wzrostu światowego handlu na bieżący rok do zaledwie 1,7% (w porównaniu z kwietniową prognozą na poziomie 2,8%), a skumulowana stopa rocznego wzrostu realnego eksportu i realnego produktu krajowego brutto spadła ze szczytowego poziomu 3,5% do 1%, sygnalizując spadek dynamiki światowego handlu.[1]

Nie podejrzewamy, by nowy rząd Stanów Zjednoczonych był przeciwko swobodnemu handlowi, ale spodziewamy się większego nacisku na zapewnienie sprawiedliwego handlu. Bunt elektoratu przeciwko globalizacji nie dotyczy, według nas, samego handlu, ale raczej jest odzwierciedleniem koncentracji na dochodach i wzroście zatrudnienia.

Widzimy jednak coraz wyraźniej, że duże regionalne porozumienia handlowe łączące ze sobą kraje zaliczane do rynków rozwiniętych i wschodzących w przyszłości będą prawdopodobnie odchodziły do lamusa, ponieważ wzajemne korzyści są często zbyt mocno rozproszone, by uzasadnić koszty tych umów, szczególnie po stronie osób pracujących w poszkodowanych branżach, które mogą stracić zatrudnienie wskutek rosnącej konkurencji. Sądzimy, że taka sytuacja będzie wymagała częstszego zawierania dwustronnych umów handlowych pomiędzy poszczególnymi krajami.

Wpływ na rynki wschodzące oraz możliwości inwestycyjne

Choć byliśmy świadkami pewnych tymczasowych wstrząsów, zasadniczo uważamy, że większa stymulacja budżetowa w Stanach Zjednoczonych i prowzrostowa polityka może okazać się korzystna dla wielu rynków wschodzących. Natomiast konsumpcja krajowa napędzana przez trwające od dekady trendy demograficzne i urbanizacyjne nadal jest kluczowym motorem wzrostu rynków wschodzących w dłuższej perspektywie.

Ogólny wpływ wyborów w Stanach Zjednoczonych na kraje azjatyckie będzie najprawdopodobniej niekorzystny na kilku różnych płaszczyznach takich jak protekcjonistyczna polityka handlowa, większa kontrola nad imigracją i przemieszczaniem się ludności, słabsze poparcie dla obowiązujących porozumień dotyczących obronności i bezpieczeństwa (szczególnie istotne w przypadku takich krajów jak Japonia, Korea Południowa czy Tajwan) oraz prawdopodobieństwo sprowadzania kapitału do Stanów Zjednoczonych przez działające na rynkach zagranicznych przedsiębiorstwa ze Stanów Zjednoczonych po prawdopodobnej kompleksowej reformie podatkowej. Jednocześnie uważam, że gospodarki zaliczane do rynków wschodzących nadal oferują spore możliwości inwestycyjne związane z krajowym wzrostem i reformami, między innymi w Indiach czy Indonezji.

Jeżeli chodzi o Chiny, sytuacja jest niepewna przede wszystkim w obszarze przyszłej wymiany handlowej ze Stanami Zjednoczonymi oraz wzajemnych stosunków w zakresie bezpieczeństwa zważywszy na niedawne wypowiedzi Trumpa. Ponieważ wartość chińskiego importu jest silnie związana z częściami importowanymi z Japonii, Korei Południowej czy Tajwanu, kraje te także odczułyby niekorzystny wpływ spadku chińskiego eksportu.  Warto jednak zauważyć, że choć w dłuższej perspektywie elementy łańcuchów dostaw mogą być przenoszone z Chin do krajów południowoazjatyckich (reprezentowanych przez Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej)[2], trudno byłoby odtworzyć tak wysoką jakość komponentów mechanicznych, zachowując dotychczasową skalę produkcji poza Chinami. Z kolei presja zewnętrzna może zmusić Chiny do większej koncentracji na konsumpcji wewnętrznej, reformach rynkowych i innowacjach. Polityka zagraniczna Trumpa może wręcz okazać się korzystna dla Chin pod kilkoma względami, biorąc pod uwagę zapowiedzi mniejszej obecności w regionie Azji i Pacyfiku.

Co do innych części świata, wiadomość o zwycięstwie Trumpa negatywnie odbiła się na rynkach w Ameryce Łacińskiej. Meksyk był jednym z najważniejszych tematów kampanii wyborczej Trumpa w kontekście imigracji i handlu, a po wyborach peso meksykańskie znacząco osłabiło się w stosunku do dolara amerykańskiego, natomiast kursy akcji spółek meksykańskich poszły w dół. Sądzimy jednak, że kraj ten jest generalnie dobrze zarządzany, a jego łańcuch dostaw jest dobrze zintegrowany ze spółkami ze Stanów Zjednoczonych. Wydaje się więc, że początkowa reakcja rynku na wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych mogła być przesadnie negatywna. Zaobserwowaliśmy, ponadto, silny zwrot w obszarze oczekiwań dotyczących surowców (a w szczególności metali), co powinno być korzystne dla kilku bogatych w zasoby naturalne krajów latynoamerykańskich.

Należy zaznaczyć, że dla akcji spółek z rynków wschodzących jako klasy aktywów w ujęciu ogólnym długoterminowymi motorami wzrostów wciąż są reformy i popyt krajowy, czego dobrym przykładem są Indie. Na przestrzeni ostatniej dekady kraje rozwijające się oraz tamtejsze rynki akcji znacząco się zmieniły, co w wielu przypadkach oznaczało zmniejszenie zależności od surowców czy eksportu towarów, a zwiększenie znaczenia wzrostu krajowej konsumpcji, technologii i usług. Trend ten nadal zapewnia sprzyjające warunki dla inwestorów na rynkach wschodzących. W obecnych warunkach koncentrujemy się na możliwościach oferowanych przez regiony wyróżniające się solidnym krajowym wzrostem i konsumpcją oraz przez spółki o geograficznie zdywersyfikowanej ekspozycji na źródła przychodów, które mogą być mniej podatne na wpływ szkodliwej (protekcjonistycznej) polityki, jakiej można spodziewać w poszczególnych krajach w nadchodzących latach. Jeżeli chodzi o pojedyncze spółki, dostrzegamy możliwości wśród przedsiębiorstw o elastycznej krzywej kosztów, która może pozwolić na powiększanie marż. Atrakcyjne wydają się, na przykład, spółki proaktywnie inwestujące w automatyzację, ponieważ jednostkowe koszty pracy będą prawdopodobnie rosły w warunkach bardziej protekcjonistycznej polityki, a przedsiębiorstwa inwestujące w automatyzację procesów mogą odczuwać słabszą presję na marże.

Wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych przypomina o popularnym powiedzeniu, że „polityka ma zawsze charakter lokalny” — odnotowano niespodziewanie duże poparcie dla Trumpa wśród rozczarowanych i niezadowolonych członków lokalnych społeczności w całym kraju. Najbardziej znacząca w kontekście ostatnich wyborów jest skala pomyłki dziennikarzy wiodących tytułów prasowych co do kierunku zmian nastrojów elektoratu.  Jest to zatem ważna lekcja dla wszystkich analityków i inwestorów: musimy bardzo ostrożnie prowadzić badania i nie opierać się wyłącznie na ograniczonych źródłach informacji czy powszechnie dominujących poglądach, ale raczej starać się pozyskiwać informacje w sposób bezpośredni. Właśnie dlatego nasze zespoły ds. rynków wschodzących nie polegają na informacjach z prasy popularnej czy od analityków zajmujących się sprzedażą instrumentów, ale koncentrują się na lokalnej obecności na rynkach na całym świecie i pozyskiwaniu informacji z pierwszej ręki. Ponadto wierzymy, że aktywne zarządzanie sprawdza się w tego typu warunkach i może oferować inwestorom wartość dodaną.

Podsumowując, prezydentura Trumpa z pewnością pociąga za sobą wyższe ryzyko, ale jest zbyt wcześnie, by rzetelnie ocenić ekonomiczne i polityczne konsekwencje wyniku wyborów. Wskazaliśmy kilka obszarów kluczowego ryzyka, które będziemy nadal uważnie monitorować. Uważamy, że nasze strategie są obecnie dobrze przygotowane, by stawić czoła ryzyku. Niezależnie, co jeszcze wydarzy się w najbliższej przyszłości w Stanach Zjednoczonych lub innych miejscach na całym świecie, sądzimy, że każda sytuacja pociąga za sobą potencjalne możliwości, a naszym zadaniem jest ich wyszukiwanie.

[1] Źródło: Światowa Organizacja Handlu, wrzesień 2016 r. Realizacja jakichkolwiek prognoz, założeń lub szacunków nie jest w żaden sposób gwarantowana.

[2] Do Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej należą: Brunei Darussalam, Mjanma/Birma, Kambodża, Indonezja, Laos, Malezja, Filipiny, Singapur, Tajlandia i Wietnam.

Autor komentarza: Stephen H. Dover, Dyrektor zarządzający, CIO  Templeton Emerging Markets Group, Franklin Local Asset Management

WORK SERVICE: Wyniki finansowe za III kwartał 2016 r.

Grupa Work Service po trzech kwartałach 2016 roku odnotowała przychody przekraczające 1,8 mld złotych, co oznacza poprawę o niemal 20% r/r. Zysk brutto ze sprzedaży wzrósł o ponad 23% r/r., a wynik operacyjny grupy powiększony o amortyzację wyniósł 66,8 mln złotych. Work Service umocnił się na pozycji lidera regionu CEE z ponad 14% udziałem wartościowym w całym rynku usług personalnych.

Po pierwszych 9 miesiącach 2016 roku Grupa Kapitałowa Work Service odnotowała przychody na poziomie 1819 mln złotych, co oznaczało wzrost o 19,22% w stosunku do analogicznego okresu w 2015 r. W tym samym okresie grupa odnotowała poprawę wyniku brutto ze sprzedaży, który wzrósł z poziomu 161 mln zł do niemal 199 mln. Poprawa na rynku pracy i rozwój biznesu przełożył się również na umocnienie pozycji lidera rynkowego branży usług personalnych w Europie Środkowej. Z raportu firmy badawczej Interconnection Consulting wynika, że obecnie Grupa Work Service ma już 14,66% udziału wartościowego w całym regionie CEE TOP-5, w skład którego wchodzą: Polska, Rosja, Czechy, Słowacja i Węgry

– Silne fundamenty biznesowe i dobra koniunktura na rynku pracy powoduje, że osiągamy solidne wyniki finansowe i utrzymujemy dynamikę rozwoju. Przychody grupy rosną o niemal 20%, a zysk ze sprzedaży o ponad 23% rok do roku. To przekłada się na umacnianie naszej pozycji w całym regionie CEE, a także w poszczególnych krajach. Obecnie jesteśmy numerem jeden nie tylko w regionie, ale również w Polsce i na Węgrzech gdzie mamy odpowiednio 25,8% i 21,7% udziałów w rynku usług personalnych – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A. – Działamy na bardzo dynamicznym i perspektywicznym rynku. Z prognoz wynika, że do 2019 roku wartość sektora usług personalnych w Polsce, Czechach, na Słowacji i Węgrzech wzrośnie o ponad połowę do poziomu 4 mld euro. Są to kraje w których jesteśmy obecni i chcemy nadal się rozwijać. W tym celu od wielu miesięcy podejmujemy działania reorganizacyjne w ramach grupy, aby lepiej przygotować się na przyszłe wyzwania. Przeprowadzamy konsolidację naszych struktur biznesowych i restrukturyzację operacyjną, co ma wpływ na generowanie dodatkowych kosztów obciążających wyniki operacyjne. Skumulowane efekty tych działań będziemy widzieć już w 2017 roku – dodaje Maciej Witucki.

Po trzech kwartałach wynik operacyjny grupy powiększony o amortyzację wyniósł 66,8 mln złotych i osiągnął poziom porównywalny z analogicznym okresem 2015 roku. Po wyłączeniu odpisów aktualizacyjnych, będących wydarzeniem jednorazowym, wynik EBITDA ukształtował się na poziomie wyższym o 4%. Świadczy to o utrzymaniu dynamiki wzrostu wyników Grupy Kapitałowej, który poparty jest wzrostem organicznym na poziomie 11%.

– Nasza strategia przewiduje maksymalizację rozwoju zarówno geograficznie, jak i w ramach linii biznesowych. Dwucyfrowe zwiększenie poziomów sprzedaży i silny wzrost organiczny potwierdzają, że skutecznie rośniemy nie tylko poprzez akwizycje, ale również dzięki poszerzaniu naszej dotychczasowej działalności. Najlepszym tego przykładem jest wzrost wpływów z działalności międzynarodowej. Jej udział po stronie przychodowej od 2012 r. wzrósł z poziomu 20% do obecnych 45% – podsumowuje Tomasz Misiak, Prezydent Rady Nadzorczej Work Service S.A.

Podstawowe dane finansowe Grupy Kapitałowej Work Service S.A. za okres od 1 stycznia 2016 roku do 31 września 2016 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego:

 

Dane skonsolidowane (w tys. zł)

 

Q1-Q3 2016

 

Q1-Q3 2015

 

Zmiana r./r.

Przychody 1 819 173 1 525 886 +19,22%
Zysk brutto ze sprzedaży 198 812 160 750 +23,67%
EBITDA (wynik operacyjny + amortyzacja) 66 813 66 801 +0,02%
Zysk EBIT 55 020 58 186 -5,44%
Zysk  netto 18 845 27 025 -30,27%

Rynek kart podarunkowych w Polsce nabiera rozpędu

Jeśli chodzi o popularność kart podarunkowych, Polska wypada nieco blado na tle świata. Wciąż jesteśmy rynkiem młodym, choć sukcesywnie rozwijającym się. Z roku na rok przybywa zarówno firm oferujących tę formę zakupu produktów oraz usług, jak i samych użytkowników kart.

Rynek kart podarunkowych na świecie rozrósł się do olbrzymich rozmiarów. Zakładając, że przychody z kupna kart w samym 2014 r. trafiłyby do jednej firmy, to stałaby się ona 39. największym przedsiębiorstwem na świecie, z dochodem na poziomie 124 miliardów dolarów. W Stanach Zjednoczonych, które są liderem, jeżeli chodzi o sprzedaż kart podarunkowych, można już jednak dostrzec oznaki stagnacji. Dotychczas, roczny przyrost wspomnianego rynku liczony był w wartościach dwucyfrowych. Zgodnie z aktualnymi prognozami ekspertów, w 2017 r. rynek kart podarunkowych wzrośnie „jedynie” o ok. 5-6 proc.

Zupełnie inaczej ma się sprawa w Polsce, gdzie karty dopiero wchodzą do powszechnego użycia. Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi w 2015 r. przez PBS wspólnie z Polskim Stowarzyszeniem Emiterów Kart Podarunkowych, prawie co drugi Polak wie, czym są karty podarunkowe. Jest to spory wzrost w stosunku do 2011 r., kiedy znajomość kart podarunkowych deklarowało 38 proc. z nas. Dynamikę rynku w Polsce odzwierciedla też liczba osób, które otrzymały bądź podarowały tego typu kartę – od 2011 r. wzrosła ona o 44 proc.

Skąd ten wzrost?

Co ma wpływ na rozwój polskiego rynku kart podarunkowych? Poza rosnącą świadomością Polaków odnośnie tej formy upominku, zmienia się sam wizerunek kart podarunkowych. Nie są już odbierane jako prezent „na ostatnią chwilę”, ale korzystne i wygodne rozwiązanie stanowiące alternatywę dla nietrafionego upominku – w dodatku, w dużo subtelniejszej formie niż koperta z pieniędzmi. Wśród okazji do obdarowania kartą podarunkową największą popularnością cieszą się urodziny lub imieniny, święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Coraz częściej widać je też wśród prezentów ślubnych. – Na wzrost rynku kart podarunkowych wpływa też fakt, że są one coraz chętniej wykorzystywane przez firmy. W dobie rosnącej konkurencji o talenty oraz zmiany rynku pracodawcy na rynek pracownika, przedsiębiorcy dwoją się i troją, żeby budować relacje oraz motywować swój zespół. Coraz większą rolę odgrywają więc świadczenia pozapłacowe, a wśród nich właśnie karty podarunkowe – mówi Jakub Matuszewski, dyrektor zarządzający w firmie Wyjątkowy Prezent oferującej upominki w formie przeżyć. Kolejnym czynnikiem rozwoju rynku jest zwiększająca się dostępność, ilość kanałów sprzedaży oraz forma kart. Dziś karty podarunkowe to stały element kas sklepowych, możemy je również nabyć poprzez aplikacje na smartfony, czy też w formie tzw. „kart wirtualnych”. Sukcesywnie rośnie też wachlarz upominków, które możemy kupić przy pomocy karty podarunkowej – od materialnych po te w formie usług.

Prezenty coraz bardziej Wyjątkowe

Segmentem, który w ramach rynku kart podarunkowych rozwija się szczególnie prężnie są prezenty w formie przeżyć. Konsumenci powoli odchodzą od standardowych, materialnych form podarunków na rzecz tych bardziej wyszukanych, zapewniających niezapomniane wspomnienia oraz pozwalających spełniać marzenia. Kolacja w Ciemności, skok ze spadochronem, czy przejażdżka po mieście sportowym autem są odbierane przez większość z nas jako dużo bardziej atrakcyjne, niż zestaw filiżanek, krawat, czy kolejna butelka perfum. O potencjale prezentów w formie przeżyć świadczy chociażby liczba firm specjalizujących się w tym obszarze, których przybywa z roku na rok. – Potwierdzeniem rozwoju rynku kart podarunkowych na wyjątkowe przeżycia są zresztą doświadczenia naszej firmy. Od 2007 r. Wyjątkowy Prezent zgromadził pulę ponad 2 tys. prezentów i pozyskał ponad 4 tys. partnerów do współpracy, a od 2012 r. otworzyliśmy ponad 30 wysp handlowych w całej Polsce. Patrząc na te wyniki mogę śmiało stwierdzić, że rynek kart podarunkowych zmierza w dobrym kierunku – podsumowuje Jakub Matuszewski.

Deloitte o ataku ransomware na sieć transportu miejskiego w San Francisco

Autor komentarza: Marcin Ludwiszewski, lider obszaru cyberbezpieczeństwa w Deloitte w Polsce
Autor komentarza: Marcin Ludwiszewski, lider obszaru cyberbezpieczeństwa w Deloitte w Polsce

Jak podają źródła Internetowe, w ostatni czwartek i piątek sieć komputerowa operatora transportu miejskiego w San Francisco – SFMTA, była przedmiotem ataku z wykorzystaniem oprogramowania złośliwego typu ransomware. Skutkiem ataku była niedostępność automatów m.in. do zakupu biletów w sieci transportu miejskiego – Muni (autobusy, tramwaje, lekka kolei).  W zamian za odzyskanie dostępu do sieci przestępcy zażądali okupu w wysokości 100 BTC (około 73 000 dolarów, czyli około 302 950 zł). Jak wynika z komunikatu wyświetlanego na zainfekowanych komputerach:

“You Hacked, ALL Data Encrypted. Contact For Key([email protected])ID:681 ,Enter.”

do ataku wykorzystano znane oprogramowanie ransomware – [email protected] (firma Morphus Labs opisywała podobne oprogramowanie w swoim wrześniowym biuletynie nazywając je Mamba). Nie potwierdzono do końca wektora ataku, niektóre źródła wskazują na typowy phishing a później eskalację wewnątrz sieci i przejęcie przynajmniej jednego z kontrolerów domeny. W odróżnieniu od celu ataku, sam czas ataku wydaje się nieprzypadkowy z uwagi na przypadające na czwartek święto dziękczynienia i długi weekend, a więc mniejszą czujność i dłuższy czas reakcji na wypadek incydentu. Z przekazów internetowych oraz komunikacji SMFTA i Muni nie wynika też do końca jaki jest obecny status odzyskiwania sprawności sieci.

Ataki z wykorzystaniem ransomware są motywowane chęcią zysku finansowego. Poza wykorzystywaniem nadarzającej się okazji do infekowania (np. poprzez SPAM) wykorzystywane są coraz częściej do ataków ukierunkowanych na organizacje, gdzie właściciel jest bardziej skłonny do podjęcia decyzji o zapłacie okupu z uwagi na potencjalnie duże skutki (np. wpływ na zdrowie lub życie). Przykładem jest tegoroczny wysyp ataków na szpitale (Hollywood Presbiterian zapłacił 17 tysięcy dolarów okupu za odszyfrowanie swoich plików).

BioMaxima S.A. ma zgodę WZA na połączenie z Biocorp Polska

Akcjonariusze BioMaxima S.A., Spółki notowanej na rynku NewConnect od czerwca 2010 r., działającej w obszarze biotechnologii na rynku diagnostyki laboratoryjnej, wyrazili podczas jej NWZA zgodę na połączenie ze spółką Biocorp Polska Sp. z o.o. Emitent dzięki przeprowadzonej transakcji chce rozbudować swoją ofertę oraz umacniać pozycję na rynkach zagranicznych.

W dniu 25.11.2016 r. odbyło się Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy BioMaxima S.A., podczas którego podjęta została Uchwała w sprawie połączenia z Biocorp Polska Sp. z o.o. zgodnie z przyjętym planem połączenia. Połączenie obu podmiotów nastąpi poprzez przeniesienie całego majątku Biocorp Polska Sp. z o.o. jako spółki Przejmowanej na BioMaxima S.A. jako spółki Przejmującej w zamian za nowe akcje spółki Przejmującej, które zostaną wydane dotychczasowym wspólnikom spółki Przejmowanej. Udziałowcy Biocorp Polska Sp. z o.o. otrzymają łącznie 690.000 akcji Spółki BioMaxima S.A. oraz wypłatę gotówkową w wysokości 0,20 zł na każdą przyznaną im akcję Emitenta. BioMaxima S.A. zamierza poprzez połączenie z Biocorp Polska Sp. z o.o. stworzyć jeszcze bardziej konkurencyjną ofertę rynkową oraz umocnić pozycję na rynkach zagranicznych. Spółka liczy także, że uda jej się zoptymalizować politykę zakupową oraz będzie mogła zrealizować istotne synergie kosztowe wynikające z fuzji obu podmiotów.

„Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy podjęło uchwałę o połączeniu z Biocorp Polska Sp. z o.o. akceptując dalszy kierunek rozwoju Spółki. BioMaxima będzie podmiotem z silnie zaznaczoną specjalizacją mikrobiologiczną. Istotne jest również wzmocnienie naszego Zarządu osobą Pana Łukasza Urbana.” – komentuje Henryk Lewczuk, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

W ubiegłym tygodniu BioMaxima S.A. sfinalizowała transakcję zakupu 80% udziałów w dwóch rumuńskich spółkach QIAS MED oraz ISTAR za łączną kwotę w wysokości 138 tys. EUR plus podatek w wysokości 22 tys. EUR. W przypadku gdy podmioty ten wypracują w 2016 r. zysk netto wyższy o minimum 10% od osiągniętego w 2015 r., czyli co najmniej 95 tys. EUR to ich dotychczasowy właściciel będzie uprawniony do otrzymania premii za sukces w kwocie 25 tys. EUR. Były właściciel obu spółek zobowiązał się również do świadczenia pracy na ich rzecz przez okres co najmniej 5 lat, co zostało uregulowane w odrębnej umowie. Spółki QIAS MED oraz ISTAR prowadzą działalność w zakresie sprzedaży aparatury, testów, odczynników, mikrobiologii oraz wyposażenia laboratoriów, a łączna wartość ich przychodów w 2015 r. sięgnęła ok. 770 tys. EUR. Natomiast wysokość zysku netto ukształtowała się na poziomie ok. 86 tys. EUR. Emitent zamierza umacniać swoją pozycję na rynku rumuńskim oraz rozpocząć proces konsolidacji spółek QIAS MED i ISTAR, a także własnej spółki Roco Sistem, powołując nowy podmiot o nazwie BioMaxima Romania srl.

„Zakup rumuńskich spółek wzmacnia pozycję międzynarodową BioMaxima. Rozpoczynamy nowy etap rozwoju Spółki, co powinno przełożyć się na wzrost przychodów i zysków w najbliższych latach.” – podsumowuje Prezes Lewczuk

Spółka otrzymała w ostatnim czasie dofinansowane w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020, Działanie 2.1 „Wsparcie inwestycji w infrastrukturę B+R przedsiębiorstw” w wysokości prawie 2,3 mln zł na budowę Centrum Badawczo-Rozwojowego w Lublinie. Dzięki planowanej inwestycji BioMaxima S.A. będzie chciała opracowywać nowe oraz innowacyjne produkty. Emitentowi przyznana została również dotacja w kwocie ponad 584 tys. zł w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Lubelskiego na lata 2014-2020, Działanie 1.2 „Badania celowe”. Dofinansowanie zostanie przeznaczone na opracowanie technologii ilościowych testów do oznaczania minimalnego stężenia hamującego (MIC) antybiotyku hamującego wzrost mikroorganizmów.

Zakup mieszkania w 2017 roku – jak zapowiada się sytuacja na rynku kredytowym?

Dla wielu Polaków kredyt hipoteczny jest jedynym sposobem na zakup wymarzonych czterech kątów. Niskie stopy procentowe zachęcają do sięgania po środki na własne „M”. W 2017 r. kredytobiorców czeka nie tylko wzrost wymaganego wkładu własnego, ale również długie kolejki po rządowe dofinansowanie zakupu nieruchomości. Popularność Mieszkania dla Młodych w 2016 r. sięgnęła zenitu: na nowy rok została tylko połowa zaplanowanego budżetu.

Chociaż kredyt hipoteczny jest jednym z najpopularniejszych produktów bankowych popyt na finansowanie zakupu nieruchomości znacząco spadł w III kw. 2016 r. – zgodnie z raportem Narodowego Banku Polskiego,  z tego okresu. Instytucje finansowe systematycznie zaostrzają kryteria udzielania kredytów mieszkaniowych. Z danych wynika, że zmiana polityki wiąże się z wprowadzanymi regulacjami i bieżącą sytuacją gospodarczą. Warto pamiętać, że ważną przyczyną zmniejszenia zainteresowania kredytami hipotecznymi był szybki koniec bieżących środków, na 2016 r., w ramach programu Mieszkanie dla Młodych. Zainteresowanie rządową dopłatą było tak duże, że już w lipcu zostały zablokowane wypłaty środków na zakup nieruchomości w 2017 roku.

Co dalej z Mieszkaniem dla Młodych?

Do Banku Gospodarstwa Krajowego trafiły już wnioski na kwotę 373 mln zł – z terminem wypłaty w 2017 roku.  W związku z tym, że 2 stycznia zostanie odblokowana druga część budżetu na nowy rok, zainteresowanie zakupem własnego „M” na kredyt wzrośnie od razu. Biorąc pod uwagę, że środki na 2016 r. skończyły się już w marcu, należy spodziewać się szybkiego wyczerpania budżetu również tym razem. Program nabrał prawdziwego tempa dopiero pod koniec 2015 roku, a do 31 października zostało podpisanych 72,8 tys. umów kredytowych z państwowym dofinansowaniem na inwestycje warte. Na rok 2017 przeznaczono w sumie 692 mln zł, a ponad 740 mln na ostatni rok działania programu. Ogłoszenie końca Mieszkania dla Młodych również przyczyniło się do wzrostu zainteresowania programem.

Nowe zasady od nowego roku

Kolejki po rządowe dopłaty w 2017 r. będą dłuższe również dlatego, że styczeń otwiera ważną zmianę dla tych, którzy myślą o wyprowadzce „na swoje”. Obowiązkowy wkład własny – podstawowe kryterium na drodze do kredytu mieszkaniowego – rośnie. Zgodnie z  Rekomendacją S w 2014 r. zostało wprowadzone obowiązkowe zabezpieczenie zakupu nieruchomości. Kredytobiorcy muszą dysponować własnymi oszczędnościami: początkowo było to 5 proc. wartości mieszkania, a w kolejnych latach 10 i 15 procent. Teraz wkład własny osiągnie najwyższą zakładaną wysokość: 20 proc., jednak niektóre banki, mimo istniejącej rekomendacji, będą oferować kredyty hipoteczne nawet bez wymaganej kwoty. – Ubezpieczenie niskiego wkładu własnego jest to rozwiązanie stosowane dla tych kredytobiorców, którzy posiadają zdolność kredytową, ale nie są w stanie pokryć wysokości wkładu własnego. Oznacza to w praktyce, że w 2017 r. przy zakupie mieszkania o wartości 300 tys. zł, zgodnie z Rekomendacją S, należy zgromadzić 60 tys. zł. Zakładając, że kredytobiorca dysponuje oszczędnościami na poziomie 10 proc. wartości nieruchomości, czyli 30 tys. zł, brakująca część wkładu zostaje zabezpieczona w kredycie. Konsekwencją tego jest podwyższenie miesięcznej raty o kilkadziesiąt złotych do momentu aż relacja pożyczonej kwoty do wartości nieruchomości będzie wynosić poniżej 80 procent. – wyjaśnia Marta Sewerynek-Otwinowska, Dyrektor Działu Analiz Futuro Finance.

Jak długo można liczyć na niskie stopy procentowe?

Jednym z czynników, który wpływa na popularność kredytów, jest wysokość stóp procentowych. Od marca 2015 r. utrzymują one rekordowo niski poziom: dzięki czemu koszty finansowania zakupu mieszkania są niższe. Stopa referencyjna to nadal 1,5 proc., chociaż z zapowiedzi ekspertów wynikało, że zmiany zostaną przeprowadzone w 2016 roku. Rada Polityki Pieniężnej nie podnosi stóp procentowych, a w listopadzie podtrzymała ich obowiązujące wartości. Zdaniem Marka Belki sytuacja gospodarcza w Polsce na razie nie pozwala na zmiany w tym obszarze.

Co wydarzy się po podniesieniu stóp procentowych?

Przykład: zakup nieruchomości za 350 tys. zł. Zgodnie z założeniami Rekomendacji S w 2017 r. wkład własny wynosi 20 proc., zatem przyszły kredytobiorca powinien wnieść wkład własny na poziomie 70 tys. zł. Przyjmując okres kredytowania 30 lat, przy stawce WIBOR 3M 1,73 proc. oraz marży banku na poziomie 1,1 proc., szacunkowa rata takiego kredytu będzie kształtować się na poziomie 1155 zł. Załóżmy, że WIBOR 3M wzrośnie do 1,9 proc. a bank podniósł marżę do poziomu 1,5 %. Pozostałe warunki kredytu pozostają bez zmian. W tym wypadku kwota raty będzie wynosić 1242 zł. Zatem w tym przypadku wzrost stóp procentowych, która wpływa pośrednio na stawę WIBOR spowoduje wzrost wysokości raty o 87 zł w miesiącu.

Kredyt hipoteczny jest dużą odpowiedzialnością. Banki dążą do tego, by udzielenie tak dużego wsparcia finansowego było jak najmniejszym ryzykiem – stąd zmiany polityki kredytowej. Nastroje na rynku kredytowym zależą również od sytuacji gospodarczej, a przy okazji zdolności kredytowej Polaków. Wkład własny, który spędza sen z powiek wielu planującym zakup mieszkania w 2017 r., jest pewnego rodzaju zabezpieczeniem dla obydwu stron. – Zgodnie z planem KNF Rekomendacja S ma na celu przygotowanie kupujących mieszkania do systematycznego oszczędzania oraz terminowego spłacania rat. To dla przyszłego kredytobiorcy trening, który uczy prawidłowej obsługi kredytu hipotecznego, czyli zobowiązania na długi okres: aż do 35 lat. – tłumaczy Marta Sewerynek-Otwinowska, Dyrektor Działu Analiz Futuro Finance.

Im większą kwotę oszczędności włoży  kredytobiorca, tym tańszy kredyt może uzyskać z banku. Warto wybrać bezpieczną ofertę i podjąć świadomą decyzję przed sięgnięciem po bankową pomoc. Dla tych, którym zależy na zakupie nieruchomości w ramach Mieszkania dla Młodych, szansą jest szybkie działanie na początku 2017 r. lub rozważenie zakupu w ostatnim roku działania programu: limit na 2018 r. to 762 mln zł.

Tłumaczenia w biznesie – zlecić agencji czy zatrudnić tłumacza?

Coraz więcej firm staje przed tym trudnym pytaniem. Wraz z rozwojem przedsiębiorstwa i ekspansją na zagraniczne rynki powstaje konieczność inwestowania w tłumaczenie różnego rodzaju dokumentów. Zarówno zatrudnienie tłumacza, jak i współpraca z agencją tłumaczeń mają wiele zalet. Wybór odpowiedniego rozwiązania zależy od kilku czynników.

Koszty

Zatrudnienie tłumacza wiąże się z takimi samymi wydatkami, jak zatrudnienie każdego innego pracownika. Należy wziąć pod uwagę nie tylko wynagrodzenie, podatki i ubezpieczenie, ale również koszty stworzenia nowego miejsca pracy (pokój, biurko, telefon, komputer) oraz inwestycji w motywowanie pracownika i rozwijanie jego umiejętności. Kiedy korzysta się z usług agencji tłumaczeń, tych wszystkich kosztów nie ma.

Tematyka tłumaczenia

Wiele firm zatrudnia na różnych stanowiskach osoby, które doskonale posługują się językami obcymi. Często właśnie ci pracownicy zajmują się wykonywaniem tłumaczeń. Dużą zaletą takiego rozwiązania jest łatwość posługiwania się przez tłumaczących terminologią charakterystyczną dla danej branży lub nawet dla danego przedsiębiorstwa. Należy jednak zdać sobie sprawę z tego, że przy takim rozwiązaniu łatwo może dojść do kumulacji lub nadmiaru obowiązków. Żeby tłumaczenie zostało wykonane poprawnie, tłumacz musi mieć czas na jego wykonanie. Często będzie tego czasu brakować, jeżeli dany pracownik ma jeszcze wiele innych, ważniejszych niż tłumaczenie obowiązków. Problem pojawia się także w momencie, kiedy mamy do czynienia z dużą różnorodnością dokumentów – od instrukcji obsługi po umowę. Na przykład marketingowiec z zaawansowaną znajomością języka obcego może nie poradzić sobie z przekładem dokumentów prawnych. Kiedy tłumaczenie zostaje zlecone agencji tłumaczeń, tłumacze – co oczywiste – zajmują się wyłączenie tłumaczeniem i są dobierani zgodnie z potrzebną specjalizacją.

Poufność danych

Przy zatrudnianiu tłumacza, który będzie miał dostęp do dużej liczby różnorodnych dokumentów, należy zwrócić uwagę na istotną kwestię. Taka osoba po jakimś czasie będzie mieć ogromną wiedzę o firmie, także o sprawach poufnych, i może to wykorzystać w kolejnej pracy (na przykład w konkurencyjnej firmie). Zabezpieczeniem może być podpisanie z tłumaczem umowy o poufności i zakazie konkurencji. Od agencji tłumaczeń można zażądać dodatkowych umów o poufności. W obu przypadkach ochrona danych wiąże się z opłatami. Tłumacz w firmie, w przypadku jego zwolnienia, będzie wymagał pokrycia kosztów związanych z zakazem pracy w konkurencyjnym przedsiębiorstwie. Za ponadprogramową ochronę danych podczas tłumaczenia przez agencję również będziemy musieli zapłacić.

Tłumaczenia ustne

Można je podzielić na tłumaczenia symultaniczne i konsekutywne. Stosowane są między innymi podczas: przemówień prelegentów na konferencjach, spotkań biznesowych, negocjacji. W przypadku przekładu symultanicznego (uczestnicy spotkania chwilę po usłyszeniu oryginału słyszą w słuchawkach tłumaczenie) niezwykle ważna jest kwestia jakości i niezawodności sprzętu (słuchawki, system nagłaśniający i reszta niezbędnego wyposażenia). Najskuteczniejszym rozwiązaniem jest wynajęcie odpowiednio przeszkolonego tłumacza i sprzętu od jednej agencji tłumaczeń.

Dobra agencja tłumaczeniowa inwestuje w nowoczesne technologie wspierające proces przekładu, a także szkolenia dla tłumaczy i stałe podnoszenie efektywności ich pracy. Podobne działanie nie jest łatwe w przypadku pojedynczych tłumaczy etatowych zatrudnionych na przykład w przedsiębiorstwie produkcyjnym. Warto również wspomnieć, że agencje tłumaczeniowe zatrudniają doświadczonych tłumaczy o różnorodnych specjalizacjach. Dlatego są w stanie zapewnić wysoką jakość przekładu i poradzić sobie z krótkimi terminami realizacji. Warto, aby firmy o dużym zapotrzebowaniu, które poważnie podchodzą do tematu tłumaczeń, ufały sprawdzonym agencjom i czerpały korzyści z długofalowej współpracy. – mówi Łukasz Słowikowski, Marketing Manager w agencji tłumaczeń i szkole językowej Skrivanek Sp. z o.o.

Branża hipoteki odwróconej publikuje postulaty dla Rządu

Kiedy Instytucje Państwowe zajmą się Ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym? Jakie kroki powinny podjąć Rząd i Parlament w tej kwestii? Dlaczego hipoteka odwrócona może być remedium na problemy starzejącego się społeczeństwa? W jaki sposób rosnąca liczba wyłudzeń i oszustw wpływa na kształtowanie się rynku? To tylko niektóre z pytań stawianych przez branżę hipoteki odwróconej w Polsce. Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych (KPF) i Fundusz Hipoteczny DOM postulują o wznowienie prac nad Ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym, wskazują rozwiązania, które z powodzeniem funkcjonują na zagranicznych rynkach, angażują do dialogu Ekspertów z innych krajów europejskich. Co na to Rząd?

Polska jest jednym z krajów, który boryka się z problemem starzejącego się społeczeństwa. Wg danych GUS liczba emerytów w 2001 roku oscylowała wokół 4,5 mln osób, a w I półroczu 2016 zaczęła zbliżać się do 9 mln[i]. Z nową falą emerytów wzrosły również wydatki ZUS. W styczniu 2014 roku ZUS wydawał na emerytury 9,88 mld miesięcznie, a rok później już 10,26 mld. Gdyby podliczyć te dodatkowe 380 mln w skali roku, dałoby to blisko 4,6 mld zł[ii]. Według danych OECD już dziś Polska wydaje na świadczenia dla emerytów prawie 12 proc. PKB, podczas gdy średnia krajów zrzeszonych w tej organizacji to 7,8 proc.[iii] Na dodatek Polacy nie mają oszczędności, które zapewniłyby im byt na starość. Z raportu opracowanego przez Pracownię Badań Społecznych wynika, że tylko 21 proc. rodaków oszczędza lub podejmuje jakiekolwiek działania z myślą o przyszłej emeryturze.

– Dzięki hipotece odwróconej, seniorzy posiadający majątek zamrożony w nieruchomości mogliby zamienić go na bieżący dochód. Szacowana wartość aktywów, które dzięki tej usłudze można uruchomić i udostępnić seniorom przekracza w Polsce 1 bilion złotych. Tymczasem Ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym, która weszła w życie pod koniec 2014 roku uregulowała tylko połowę rynku, na dodatek tę, która nie działa w praktyce. Dotychczas żaden z banków nie wprowadził do swojej oferty odwróconego kredytu hipotecznego. W tym czasie fundusze hipoteczne wypłaciły seniorom świadczenia pieniężne o wartości ponad 9 mln zł – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM, który w 2012 roku wprowadził firmę na Giełdę Papierów Wartościowych.

– Prace nad kompleksową regulacją rynku tak zwanej odwróconej hipoteki rozpoczęły się już w 2009 roku i wciąż nie mogą doczekać się pełnej realizacji. Pamiętajmy jednak, że brak odpowiedniej regulacji oraz trudna sytuacja finansowa wielu seniorów skutkuje powstaniem szarej strefy i wzrostem nienadzorowanych podmiotów, które będą w sposób nierzetelny oferować świadczenia pieniężne w zamian za przekazanie własności do nieruchomości – dodaje Andrzej Roter, Prezes Zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce (KPF).

Jakie kroki powinny podjąć Rząd i Parlament w kwestii hipoteki odwróconej?

Jak wskazuje branża, należy jak najszybciej uregulować rynek hipoteki odwróconej w Polsce. Mowa o dożywotnim świadczeniu pieniężnym, czyli usłudze oferowanej przez fundusze hipoteczne od 2008 roku. Jak na razie działają one w oparciu o przepisy Kodeksu Cywilnego ale od kilku lat upominają się o nadzór. Podobnego zdania jest UOKiK, Rzecznik Praw Obywatelskich i inni uczestnicy rynku. Branża postuluje również, by zarówno odwrócony kredyt hipoteczny, jak i dożywotnie świadczenie pieniężne zostały uwzględnione w długofalowej strategii rządowej dotyczącej rozwiązywania problemów starzejącego się społeczeństwa.

– Z naszego punktu widzenia istotne jest nie tylko uregulowanie rynku i wprowadzenie nadzoru obejmującego podmioty oferujące hipotekę odwróconą, ale również stworzenie norm etycznych wymaganych dla całej branży, zapewnienie dostępu do profesjonalnego doradztwa, zainicjowanie i prowadzenie kampanii informacyjnych i edukacyjnych na szczeblu rządowym. Wzorem do naśladowania może być rynek brytyjski, który w tym roku obchodził 25-lecie działalności – podkreśla Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. Wtóruje mu Nigel Waterson, Przewodniczący Equity Release Council (ERC), największej organizacji skupiającej pond 400 podmiotów związanych z branżą hipoteki odwróconej w Wielkiej Brytanii.

– Najważniejszym wyzwaniem dla całej branży, również polskiej, jest zapewnienie seniorom bezpieczeństwa oraz utrzymanie wysokich standardów etycznych. Warto jednak podkreślić, że bez zaangażowania Rządu, bez zapewnienia odpowiednich regulacji, doradztwa, a przede wszystkim trójstronnego dialogu obejmującego zarówno państwo, podmioty oferujące produkty typu equity release i samych seniorów, większość z emerytów nadal będzie borykać się z problemami wynikającymi z brakiem lub niedoborem środków finansowych – mówi.

Dlaczego Ustawa o dożywotnim świadczeniu pieniężnym jest kluczowa?

Banki, które dotychczas nie wprowadziły odwróconego kredytu hipotecznego jako najczęstsze powody rezygnacji z tego rozwiązania wskazywały wysokie ryzyko, długofalowe oczekiwanie na zysk, ryzyka ubezpieczeniowe i brak doświadczenia zarówno w oferowaniu podobnych produktów jak i zarządzaniu nieruchomościami stanowiącymi nie tylko zabezpieczenie kredytu, ale i źródło jego spłaty. Tymczasem liczba klientów funduszy hipotecznych sukcesywnie rośnie, a ci, którzy zdecydowali się na podpisanie umowy są zadowoleni, co potwierdziła m.in. analiza UOKiK przeprowadzona jeszcze w 2013 roku i opublikowana w „Raporcie z kontroli przedsiębiorców zawierających umowy świadczeń dożywotnich”. Największe fundusze już dziś spełniają normy i wymagania proponowane m.in. przez KNF.

– Trzeba podkreślić, że liczba oszustw i wyłudzeń, które mają miejsce na nieuregulowanym rynku, wciąż rośnie. Istnienie rynku w obecnym kształcie, w którym widać wyraźny podział na fundusze hipoteczne wyznaczające najwyższe standardy oraz podmioty wykorzystujące niewiedzę seniorów. Brak przepisów i jasnych zasad działania stwarza zagrożenie i wymaga interwencji regulatora – podkreśla Andrzej Roter, Prezes KPF.

Rynek ma potencjał

– Europejski rynek hipoteki odwróconej już dziś rozwija się dynamicznie. W tej chwili produkty typu equity release są najbardziej popularne w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Z raportu Towers Waterson wynika, że popyt na nie wzrośnie w całej Europie, także w Niemczech i Francji, gdzie większość osób w wieku 65+ posiada własne nieruchomości. Szacujemy, że podobnie będzie w Hiszpanii – mówi Steve Kyle, sekretarz Generalny European Pension & Property Asset Release Group (EPPARG). Wtóruje mu Nigel Waterson z ERC w Wielkiej Brytanii.

– Z danych English Longitunidal Study of Ageing (ELSA) wynika, że w Wielkiej Brytanii ponad 80 proc. osób w wieku 65-74 posiada na własność nieruchomość mieszkalną. Szacuje się, że całkowita wartość mieszkalnych nieruchomości osób starszych to aż 1,4 biliona funtów – mówi.

Wielka Brytania jest dziś największym rynkiem hipoteki odwróconej w Europie. Rocznie podpisuje się tutaj około 20-30 tys. umów. Światowy prym wiodą jednak Stany Zjednoczone. Z HECM, czyli produktów hipoteki odwróconej ubezpieczonych przez rząd federalny USA skorzystało do tej pory ponad milion osób, w samym 2016 roku było ich ponad 48 tys. – W porównaniu z zagranicą polski rynek jest jeszcze niewielki, ale ma duży potencjał rozwoju. Niezależnie od jego wielkości kluczową kwestią pozostaje bezpieczeństwo seniorów oraz stabilny rozwój produktów typu equity release. Jak pokazują przykłady innych państw np. Włoch, dopiero odpowiednie odgórne regulacje mogą zapewnić zrównoważony rozwój branży, ochronę konsumentów i solidne podstawy do dalszego działania – podsumowuje Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM.

Branża hipoteki odwróconej wydała specjalny folder informacyjny „Hipoteka odwrócona w Polsce: wyzwania, zagrożenia, potencjał rynku” zawierający postulaty dla Rządu, komentarze Ekspertów i porównanie z zagranicą, który jest dostępny na stronie Funduszu Hipotecznego DOM. Udostępniła również tłumaczenie angielskiego folderu „Uwolnić potencjał. Przyszłość rynku equity release” wydanego w Wielkiej Brytanii przez Equity Release Council (ERC).

[i] GUS. Informacja o sytuacji społeczno-gospodarczej kraju w I połowie 2016 roku

[ii] Dane GUS, przedruk: artykuł „Emerytury albo zdrowie”. Rzeczpospolita, 9.03.2015.

[iii] http://stats.oecd.org/

Siekierki wciąż walczą o swoje prawa

Mieszkańcy Siekierek już od 10 lat czekają na normalny dojazd do centrum Warszawy.  I nie mają zamiaru czekać kolejnej dekady.

Siekierki, za sprawą bardzo szybko powstających nowych osiedli mieszkaniowych, są najdynamiczniej rozwijającym się obszarem w centrum Warszawy. Na skutek zaniedbań w inwestycjach infrastrukturalnych, mają one coraz większe kłopoty z dojazdem, szczególnie osoby mieszkające między ulicą Czerniakowską a Wisłą. Do centrum mieszkańcy nowych osiedli muszą dojeżdżać dwiema drogami: dziurawą i podtapianą ul. Bartycką, lub rzadziej, bardzo wąską ul. Bluszczańską, którą można przebić się do skrzyżowania Czerniakowskiej i Gagarina.

Aby zaspokoić podstawowe potrzeby regularnie wzrastającej liczby mieszkańców, już w 2008 roku odbyły się pierwsze konsultacje społeczne w sprawie niezbędnych inwestycji. Najważniejszą z nich miała być tzw. Czerniakowska-bis. Nowa ulica, o oficjalnej nazwie aleja Polski Walczącej, miała przebiegać łukiem od ul. Gagarina do Wolskiej i łączyć się z Trasą Siekierkowską poprzez istniejący już węzeł. W pierwotnych planach miała powstać już dwa lata temu.

Na planowaną aleję Polski Walczącej wydano już dziesiątki milionów złotych. Po wielu latach wreszcie uzyskano wszystkie niezbędne zezwolenia. Jeszcze w tym roku miała zostać dołożona kwota 10 mln zł, a kolejne 110 mln zł do końca 2018 roku, kiedy inwestycja powinna być przekazana do użytku.

Budowa miała wreszcie ruszyć i…

… dwa miesiące temu, na specjalnie zwołanej konferencji, w blasku fleszy, władze miasta ogłosiły zmiany w inwestycjach infrastrukturalnych. Skupiono się na rozbudowie II linii metra. Zapowiedziano, że jej oddanie nastąpi dwa lata szybciej, kosztem dodatkowych 1,2 miliarda złotych, które oczywiście nie wezmą się z powietrza.

Mieszkańcy Siekierek obawiają się, że to głównie oni zapłacą za to przyspieszenie. Dlatego zaczęli walczyć o inwestycję, która ma przywrócić normalne warunki życia na osiedlu.
W obronie swych praw, 18 października przed Ratuszem zorganizowano pikietę, która odbiła się szerokim echem w mediach, także ogólnopolskich. Miesiąc później, 16 listopada, mieszkańcy wysłali zapytanie do władz miasta, odnośnie wcześniejszych deklaracji oraz ostatniej obietnicy wiceprezydenta Michała Olszewskiego. Pytają w nim wprost, czy miasto i wiceprezydent Olszewski dotrzymają obietnic rozpoczęcia procedury przetargowej jeszcze w tym roku i zakończenia inwestycji do końca 2018 roku.

Rafael Tomaszewski, który koordynuje akcję w imieniu mieszkańców Siekierek, w rozmowie ze mną powiedział:

Na pierwszym spotkaniu z mieszkańcami Siekierek i Mokotowa przed Ratuszem, Wiceprezydent Warszawy Michał Olszewski zadeklarował, że nie będzie zmian w budżecie na budowę Czerniakowskiej-bis. Obiecał również, że przetarg na realizację tej inwestycji ruszy jeszcze w tym roku. Cieszymy się i bardzo doceniamy to, że Pan Olszewski znalazł czas i wyszedł porozmawiać z nami otwarcie. Niemniej jednak, po ostatniej sesji radnych m. st. Warszawy, czujemy się zaniepokojeni. Zbliża się koniec roku, wysłaliśmy więc list do wiceprezydenta, z prośbą o potwierdzenie tych deklaracji, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Nie chcemy dłużej czekać, dlatego jeszcze raz zdecydowaliśmy się przyjść na pl. Bankowy – 14 grudnia o 11.00 – licząc na ponowną rozmowę z wiceprezydentem i potwierdzenie swoich obietnic.

Z kolei podczas pierwszej pikiety przed warszawskim Ratuszem, jeden z protestujących stwierdził, że jeżeli dojdzie do kolejnego opóźnienia inwestycji, to mieszkańcy zażądają od władz miasta zmiany nazwy ulicy na aleję Siekerek Walczących… o swoje prawo do godnego życia.

Maciej Rogala – Blogger, mieszkaniec Warszawy

Dolar ponownie w cenie

Po długim weekendzie w USA, co sprzyjało realizacji powyborczych zysków na dolarze, amerykańska waluta ponownie zaczyna drożeć. Ta sytuacja może potrwać aż do grudniowego posiedzenia Fed.  

Początek poniedziałkowego handlu na rynku walutowym stał jeszcze pod znakiem kontynuacji zeszłotygodniowej realizacji dolarowych zysków. Rano kurs EUR/USD wzrósł do 1,0685 z 1,0586 w piątek na zamknięciu. W tym samym czasie notowania USD/PLN spadły do 4,1329 z 4,1723, USD/CHF do 1,0078 z 1,0142, a USD/JPY do 111,35 z 113,32. Tańszy dolar dość szybko okazał się jednak atrakcyjnym towarem. Jego przecena nie tylko została zatrzymana, ale też szybko zaczął on odrabiać straty. O godzinie 15:21 kurs EUR/USD testował poziom 1,0571, USD/PLN 4,1785, USD/CHF 1,0160, a USD/JPY 112,60.

Ten popyt na dolara nie zaskakuje. W poprzednim tygodniu jedynymi argumentami przemawiającymi za realizacją zysków było silne wykupienie „zielonego” i długi weekend w USA. Teraz to już się zdezaktualizowało. Co więcej, patrząc w przyszłość, trudno wskazać inne antydolarowe czynniki, a dość łatwo znaleźć te przemawiające za jego umocnieniem do wielu walut. Oczywiście niezmiennie koronnym argumentem stojącym za dolarem jest oczekiwanie, że administracja prezydenta Donalda Trumpa zdecyduje się na stymulację fiskalną gospodarki, co w konsekwencji podniesie inflację i zmusi Fed do większych i częstszych niż to jeszcze zakładano przed miesiącem podwyżek stóp procentowych. W tym właśnie kontekście będą analizowane licznie publikowane w kolejnych dniach dane makroekonomiczne z USA. Przede wszystkim zrewidowany raport nt. dynamiki Produktu Krajowego Brutto (PKB) za III kwartał br., indeks ISM, Chicago PMI i Conference Board, a przede wszystkim comiesięczne dane z amerykańskiego rynku pracy. Warto podkreślić, że wszystkie te „figury” będą analizowane w kontekście nie tyle grudniowego posiedzenia Fed, bo jego wynik jest już przesądzony (Fed podniesie stopy procentowe o 25 punktów bazowych po raz drugi w tym cyklu), ale już w kontekście kolejnych posiedzeń.

Tak samo jak za dolarem stoją racjonalne przesłanki do jego kupna, tak w przypadku wielu innych walut można znaleźć równie mocne powody do ich sprzedawania w relacji do „zielonego”. I tak w przypadku euro jest to oczekiwanie, że w grudniu Europejski Bank Centralny (ECB) wydłuży program QE. Wspólnej walucie nie pomaga też strach przed niedzielnym referendum konstytucyjnym we Włoszech (i jego wpływ na przyszłoroczne wybory we Francji i Niemczech). Funtowi nie pomaga strach przed BREXIT-em. A mówiąc dokładniej to obawy, że tamtejszy rząd nie ma żadnego politycznego pomysłu na BREXIT. Japońskiej walucie ciąży luźna polityka Banku Japonii i obawy o gospodarkę.

Przysłowiowym kamieniem u szyi złotego są zaś coraz słabsze wyniki polskiej gospodarki, połączone z obawami o rating i strachem przed ucieczką kapitałów z rynków wschodzących, gdy w kolejnych miesiącach dalej będziemy obserwować umocnienie dolara i wyprzedaż obligacji. W przyszłym roku w to wszystko mogą jeszcze wmieszać się spekulacje nt. ewentualnej obniżki stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej (tylko spekulacje, bo w samą obniżkę trudno uwierzyć), po tym jak wyniki gospodarki będą się pogarszać, a inflacja wbrew obecnym oczekiwaniom nie będzie silnie odbijać.

 

W kolejnych dniach notowania EUR/USD powinny osuwać się w kierunku zeszłotygodniowych minimów wraz z dobrymi danymi płynącymi z amerykańskiej gospodarki i zbliżającym się terminem referendum we Włoszech. Złoty w tym czasie będzie podążał za nastrojami na rynkach globalnych i zachowaniem EUR/USD. Tylko chwilowym przerywnikiem dla niego będą publikowane w środę szczegółowe dane nt. dynamiki polskiego PKB za III kwartał (prognoza: 2,5%) i wstępny odczyt listopadowej inflacji (prognoza: -0,1% R/R), a także czwartkowy odczyt indeksu PMI dla polskiego przemysłu za listopad. Większych emocji nie powinna za dostarczyć agencja S&P, która w piątek wypowie się nt. ratingu Polski.

Marcin Kiepas  

główny analityk easyMarkets

Hossa na metalach przemysłowych wciąż trwa

Zapoczątkowana w tym roku hossa na metalach przemysłowych ma się dobrze. Zarówno ceny cynku, jak i ołowiu zaliczyły dziś na giełdzie metali w Szanghaju górne widełki cenowe, czyli wzrosły o maksymalny pułap 5 proc. Cynk jest już najdroższy od 2008 roku, a ołów od początku 2011 roku. Miedź od początku miesiąca zyskała 23 proc. na wartości, co jest najmocniejszym wzrostem od 10 lat. W dniu dzisiejszym zyskuje około 0,7 proc. handlując w pobliżu poziomu 2,70 dolarów za funta, a rano handlowała już po 2,75 dolarów, czyli najwyżej od maja zeszłego roku.  Analitycy ostrzegają, iż wzrosty cen metali mogą być przesadzone. Zaczynają pojawiać się głosy, że wzrosty mają znamiona banki spekulacyjnej, gdyż bankierzy centralni swoimi działaniami wpływają na spadek zainteresowania innymi popularnymi instrumentami finansowymi.

Ceny ropy naftowej WTI rosną dziś o 2,7 proc. do ponad 47 dolarów za uncję, po tym jak iracki Minister Ropy Naftowej Jabar Ali al-Luaibi zapowiedział, iż jest przekonany, że w tym tygodniu zostanie osiągnięte porozumienie OPEC, a jego kraj będzie pomagał osiągnąć je w akceptowalnym przez wszystkich członków OPEC kształcie. Ropa Brent zyskuje aż 4,8 proc. handlując powyżej poziomu 49 dolarów za baryłkę. Ceny złota niemrawie próbują odbijać zeszłotygodniowe spadki handlując w pobliżu 1186 dolarów za uncję. Mimo tego złoto straciło w tym miesiącu aż 7 proc. i handluje najniżej od lutego.

Europejskie indeksy handlują dziś pod kreską, a ciążą na nich akcje włoskich banków. W niedzielę odbędzie się włoskie referendum, które zadecyduje, czy Włosi przyjmą plan reform konstytucyjnych ogłoszony przez rząd premiera Matteo Renzi. Nawet 8 włoskich banków stoi przed ryzykiem bankructwa, jeśli reformy nie zostaną przyjęte. Akcje największego włoskiego banku UniCredit SpA handlują najniżej od sierpnia. Akcje Banca Monte dei Paschi di Siena SpA, który ma najwięcej włoskich papierów dłużnych w swoich aktywach i jest pod presją pozyskania 5 miliardów euro kapitału, tracą dziś aż 17 proc.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Polacy wciąż stawiają na duże lokale. Tymczasem w Europie Zachodniej liczy się oszczędność ich eksploatacji

Chcąc korzystnie zainwestować w dom lub mieszczanie, należy brać pod uwagę nie tylko cenę zakupu czy budowy. Warto analizować wydatki w wieloletniej perspektywie i zapłacić więcej za produkt dobrej jakości. Zastosowanie energooszczędnych technologii zwróci nam poniesione koszty po 10 latach użytkowania nieruchomości.

Polacy w swoich decyzjach zakupowych kierują się głównie ceną, co wynika z warunków ekonomicznych panujących w kraju. Porównując koszty nowoczesnych technologii do zarobków, możemy kupić kilkukrotnie mniej dóbr, niż statystyczny mieszkaniec Europy Zachodniej. Jednak w ujęciu inwestycyjnym, które trwa 10-20 lat, opłaca się wydać więcej pieniędzy w chwili zakupu, aby potem zyskiwać – w trakcie eksploatacji lub wynajmując nieruchomość. Chcąc uzyskać informacje na temat najbardziej efektywnych i ekonomicznych rozwiązań na rynku, warto pytać o nie architektów, a także samemu przeglądać branżowe pisma i portale.

– Można odwiedzić firmy oferujące budynki pasywne lub co najmniej energooszczędne i porozmawiać z ich przedstawicielami. W przypadku spotkań z deweloperami mieszkań zalecałbym większą ostrożność, z uwagi na ich walkę o wysoką marżę. Wynika ona z wyższych kosztów działek w zabudowie miejskiej. Często są stosowane standardy, które spełniają normy i przepisy, ale nie mają nic wspólnego z pasywnością budynku – mówi Grzegorz Sperczyński z firmy Cada Casa.

Według danych NBP, w drugim kwartale 2015 roku w dużych miastach marże deweloperów kształtowały się, np. od 14% w Łodzi do 25% w Krakowie, średnio więc wynosiły 20%. Taką zyskowność ustalono przy typowych kosztach budowy wraz z działką sięgających ok. 4000 zł za metr kwadratowy powierzchni użytkowej mieszkania z oknami, instalacjami i przygotowaniem do wykończenia w środku przez klienta. Z kolei, według raportu Orgbud Serwis, firmy oferującej zbiory informacji o cenach czynników produkcji, kosztach robót i obiektów budowlanych, koszt wybudowania domu wielorodzinnego stanowi od 2 do 3 tys. złotych za mkw. powierzchni użytkowej w stanie deweloperskim. Do tego należy doliczyć opłatę za działkę. Wartości te są do siebie zbliżone, różnica jest najczęściej po stronie ceny gruntu w zależności od jego lokalizacji.

– Na wydatki związane z gotową inwestycją składają się m.in. koszt działki, projektu, budowy, nadzoru, finansowania oraz podatki, wśród nich – VAT. Marże deweloperów, w zależności od lokalizacji, wynoszą od kilku do nawet 30% brutto, tzn. wraz z podatkiem dochodowym. Średnia marża zysku operacyjnego netto dla spółek notowanych na GPW, które działają w branży deweloperskiej, wynosi 14%. Trzeba jednak pamiętać, że jest to wartość uśredniona. Dla niektórych firm, funkcjonujących w dużych miastach, przekracza ona 20%. W innych przypadkach może być ujemna, np. wśród deweloperów, którzy niekorzystnie kupili grunt – podkreśla Łukasz Sęktas z firmy TIARA Development.

Wsparcie dla inwestorów

Jak zauważa Grzegorz Sperczyński, w kulturze zachodniej, w której dba się o klienta długoterminowo, idealnie działa model doradczy. Konsument ma wsparcie we właściwym doborze technologii, w rozumieniu inwestycji czynionej na lata tak, aby np. ograniczył późniejsze remonty. W Europie Zachodniej jednym z mierników dobrej jakości budynku jest jak najniższa wartość czynszu, wynikająca z eksploatacji nieruchomości. Współcześnie projektowane domy muszą spełniać pasywne standardy wykonania, a zastosowane urządzenia – cechować się wysoką sprawnością układową, co zmniejsza straty energii względem faktycznie zużywanej.

– Dodatkowo, w nowych budynkach instalowane są rozwiązania, które pozwalają obniżać rachunki poprzez użycie odnawialnych źródeł energii. Stosowane są m.in. pompy ciepła i fotowoltaiki. Jednym z ekonomicznych rozwiązań jest wykorzystanie radiatora agregatu lodówki do podgrzewania ciepłej wody w ramach odzyskania energii, wydatkowanej na ochłodzenie żywności. Niestety, zastosowanie tej metody jest dość kosztowne, a potrzebne do niej urządzenie – niedostępne na polskim rynku. Zamówienie go ze Stanów Zjednoczonych to wydatek ok. 150 dolarów. Ponadto zwykle należy wymienić agregat lodówki na taki, który działa jak pompa ciepła. Jego cena sięga nawet 700 dolarów – zaznacza Grzegorz Sperczyński.

Według Łukasza Sęktasa, nowoczesne rozwiązania rzeczywiście pozwalają na oszczędności w trakcie eksploatacji. Ale ich stosowanie nie zawsze ma sens, biorąc pod uwagę początkowy koszt. Istnieją wprawdzie programy realizowane ze środków Unii Europejskiej lub prowadzone przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, które wspierają takie inwestycje. Jednak warunki stawiane inwestorom, ubiegającym się o te środki finansowe, czasem są bardzo trudne do spełnienia. Dlatego, popularność tych form pomocy jest stosunkowo nieduża.

– W Polsce, wzorem Europy Zachodniej, również zaczynają działać doradcy ds. nieruchomości, jednak na zdecydowanie mniejszą skalę. W porównaniu np. do sąsiednich Niemiec, na naszym rynku takich specjalistów jest dużo mniej. Ten zawód dopiero zaczyna u nas wchodzić w obieg. Tymczasem za granicą tego typu usługi świadczą zarówno mniejsze, rodzinne firmy, które funkcjonują w danej społeczności lokalnej, jak i duże, krajowe koncerny, np. przedsiębiorstwa konsultingowe – dodaje ekspert z TIARA Development.

Wsparciem dla Polaków kupujących domy lub mieszkania może być też generalny wykonawca. Zatrudnienie go okaże się szczególnie dobrym rozwiązaniem dla mniej doświadczonych inwestorów, którzy decydują się na samodzielną budowę – bez udziału dewelopera. To rozwiązanie tylko z pozoru wydaje się drogie, ale w praktyce się opłaca. Doświadczona firma budowlana efektywniej planuje prace, a przede wszystkim taniej kupuje surowce. W konsekwencji czas realizacji może być krótszy, zaś koszt podobny do metody gospodarczej, w której inwestor sam wybiera materiały i wykonawców do poszczególnych prac, np. murarskich, elektrycznych lub hydraulicznych.

Fakty kontra mity

Jak podkreślają eksperci, to nie surowiec świadczy o dobrym wykonaniu budynku. Istotne jest właściwe zastosowanie technologii, która ma w automatyczny sposób konserwować elementy konstrukcyjne. Najlepiej, gdy materiały użyte do budowy konstrukcji na stałe przebywają w neutralnym dla nich środowisku. Ważna jest przede wszystkim odpowiednia wilgotność, właściwy rozkład obciążeń i  temperatur na danej długości lub szerokości budulca.

– Na polskim rynku istnieje mit, że murowane jest trwalsze i tańsze, niż drewniane. Tymczasem 300-letnie kościoły z drewna nierzadko są w lepszym stanie, niż bloki z cegieł, które były wybudowane raptem 20-30 lat temu. Dla wyjaśnienia, zawilgotniały mur z wykonaną nieprawidłowo izolacją, dużą amplitudą temperatur na jego krańcach, wynikającą z obecności mostków termicznych, może ulegać procesom pękania. Jeśli zostaną zastosowane technologie dyfuzyjnie otwarte, które pozwolą na odprowadzanie wilgoci na zewnątrz, przy zachowaniu właściwego środowiska dla konstrukcji, ta powinna przetrwać dziesięciolecia – przekonuje Grzegorz Sperczyński.

Zdaniem specjalisty z firmy Cada Casa, przekonanie dotyczące krótkotrwałości surowca drzewnego jest niezgodne z funkcjonującymi obecnie standardami. W 2014 r. został wprowadzony przepis nakazujący właścicielom tartaków sprzedaż certyfikowanego drewna konstrukcyjnego na cele budowlane. Wcześniej, faktycznie bardzo rzadko oferowali oni właściwie przygotowany materiał. Pierwszym etapem tego procesu jest suszenie, które eliminuje szkodniki i nadaje tworzywu właściwą wilgotność. Następnym – struganie, chroniące przed łatwą zapalnością, a kolejnym – sortowanie, eliminujące niewłaściwe cechy tego surowca, np. sęki. Ale, jak podkreśla ekspert, nawet najlepsze drewno nie zapewni trwałości konstrukcji, jeśli zostanie użyte w niewłaściwym dla niego środowisku.

Oszczędność na lata

Podstawowa funkcja domu zmieniła się na przestrzeni wieków. Już nie wystarczy, by chronił nas przed wiatrem i deszczem. Ma stanowić doskonałe miejsce do wypoczynku, korzystnie wpływać na nasze zdrowie i zapewniać wygodne warunki bieżącego funkcjonowania. Chcąc naprawdę zaoszczędzić, należy inwestować w droższe technologie, które przynoszą lepsze rezultaty. Kierowanie się rozsądkiem ekonomicznym polega właśnie na myśleniu długoterminowym. Obecne rozwiązania są bardziej przyjazne środowisku, zużywają mniej energii i podnoszą komfort życia.

– Sztuką jest wykonanie domu, który będzie konsumował jak najmniej dochodów swoich właścicieli. Dlatego inwestycja w mieszkanie pasywne lub dom, co najmniej energooszczędny, zwraca się już po dziesięciu latach. Istotne jest użycie nowych i trwałych technologii, które nie wymagają wysokich nakładów na utrzymanie ich w dobrym stanie, w miarę długotrwałej eksploatacji. Dla przykładu, ogrzewanie na podczerwień nie wymaga praktycznie żadnej obsługi i jest wydajniejsze, niż gazowe, o 30%. Producenci oferują na nie nawet 50-letnie gwarancje. Tego nie można powiedzieć o stosowanym eko-groszku czy pelecie – zauważa Grzegorz Sperczyński.

Czasem bardziej opłaca się zrealizować dużą inwestycję małymi krokami, zaczynając od mniejszego nakładu finansowego, a kończąc na większym wydatku. Warto sięgać po technologie, które są bardziej wygodne i ekonomiczne. Dzięki temu niezależnie od majątku, jakim będziemy dysponować w przyszłości, nasze wydatki nie okażą się zbyt wysokie. Wybór powinien być poparty rachunkiem ekonomicznym. Posiadając np. duży areał działek i budując 2-3 mniejsze domy, można uzyskać stały dopływ kapitału z najmu lub odsprzedaży, zapewniając sobie, np. roczne finansowanie kosztów własnego domu.

– Przed rozpoczęciem inwestycji, warto zadać sobie pytanie, czy duża powierzchnia mieszkalna na pewno jest mi potrzebna? Pułapką bywa typowe myślenie polegające na tym, że dom jest dla gości, a nie dla nas. Wiele razy byłem świadkiem, gdy klient podjął się realizacji budynku o powierzchni ponad 300 metrów kwadratowych. A potem przez kilka lat mieszkał w stanie praktycznie surowym lub w jedynym wykończonym pokoju, ponieważ zabrakło funduszy na dokończenie inwestycji. Pamiętajmy, że budujemy dla siebie. Na długie lata – zaznacza Grzegorz Sperczyński.

Według badań zachowań klientów decydujących się na zakup mieszkania, głównym kryterium wyboru nadal jest lokalizacja, a kolejnym cena. Jednak jak wyjaśnia Łukasz Sęktas, oba te czynniki są ze sobą ściśle związane. Czasami jednak warto zapłacić więcej za produkt dobrej jakości, niż potem przez lata ponosić wyższe koszty, np. eksploatacji, czy też borykać się z problemami wilgoci lub pękających ścian. Wydaje się, że w Polsce klienci nie mają jeszcze takiej świadomości i często decydują się na tańszą inwestycję, która charakteryzuje się gorszym wykonaniem. Ale to myślenie powoli się zaczyna się zmieniać.

– Siła nabywcza w naszym kraju jest średnio 3-4 krotnie niższa, niż w Europie Zachodniej. Jednak z roku na rok poszerza się wiedza Polaków związana z uzyskiwaniem korzyści, nie tylko w momencie zakupu inwestycji, ale również w kwestii jej późniejszego utrzymania. Stopniowo zwiększa się również świadomość gospodarcza, czyli umiejętność biznesowej kalkulacji kosztów inwestycji – podsumowuje Grzegorz Sperczyński.

Black Friday most wanted

Zainteresowanie Black Friday rośnie od kilku lat. Najczęściej dyskutowanym sklepem w kontekście tego wydarzenia był Lidl, zaś najpopularniejszym produktem PlayStation.

2015 jako rok przełomowy

W roku 2012 w mediach społecznościowych pojawiło się zaledwie 5 020 wypowiedzi o Black Friday*, w roku 2016 już 75 105. W ciągu ostatnich 4 lat liczba wypowiedzi na ten temat w sieci wzrosła o 1396%. Największy skok (w stosunku do roku poprzedniego) został odnotowany w roku 2015 (+157%), natomiast najmniejszy w obecnym 2016 (+14%).

Lidl najpopularniejszą marką Black Friday w 2016 roku

Wśród 5 najpopularniejszych sklepów znalazły się dwa sklepy wielkopowierzchniowe – Lidl i Tesco. Wykorzystały one czarny piątek do zrobienia kolejnej promocji dla swoich klientów, która – jak większość dużych obniżek w tych sklepach – wzbudziła duże zainteresowanie wśród ich klientów. W topowej piątce znalazły się także dwa sklepy odzieżowe – Zalando i H&M – oraz Empik.

Konsole, gry i telefony najpopularniejszymi produktami

Wszystkie pięć najbardziej poszukiwanych produktów związanych z Black Friday związane jest natomiast z technologiami. Najbardziej poszukiwanymi produktami okazały się konsole do gier – PlayStation i Xbox – gra Fifa17 oraz telefony Samsunga i Apple. Mimo iż technologii szukaliśmy najczęściej, żaden ze specjalistycznych sklepów je oferujących nie przebił się do czołowej 5 najczęściej dyskutowanych, co pokazuje, że ciągle brakuje zdecydowanego lidera Black Friday w tej kategorii.

Zainteresował Cię ten temat? Zapraszamy do pobrania darmowego raportu.
Weronika Niżnik

*Liczba wypowiedzi od 1 listopada do dwóch dni po czarnym piątku w danym roku.

Ile głosów przeciw dolarowi?

Cofnięcie rajdu USD (i rentowności obligacji skarbowych USA) jest kontynuowane po weekendzie przy kilku podejrzanych o bycie impulsem. Wątpliwości o to, czy dolar nie zapędził się za daleko, wiszą nad rynkiem od kilku dni, co tworzy dość toksyczne środowisko dla handlu. Mimo to generalny pozytywny pogląd pozostaje bez zmian w oczekiwaniu na kluczowe dane makro w nadchodzących dniach.

Wracamy po długim weekendzie, który choć miał miejsce tylko w USA, to jednak docinała piętno na globalnym rynku finansowych poprzez spadek płynności. Główny skutek to redukcja długich pozycji w USD. Albo to z prostej zasady rynkowej, że jeśli coś nie chce rosnąć, to musi spaść (realizacja zysków po wytraceniu tempa); albo zbliżający się koniec miesiąca wywiera presję na przetasowania w zabezpieczeniach ryzyka kursowego; albo wreszcie obawy o konsekwencje ponownego przeliczenia głosów w wyborach w USA. W tym ostatnim przypadku chodzi o wniosek kandydatki Zielonych Jill Stein o przeliczenie głosów w stanie Wisconsin, gdzie mogło dojść do wypaczenia wyniku. W Wisconsin Trump wygrał przewagą ponad 22 tys. głosów, a historycznie ponowne przeliczenia „korygowały” wynik tylko o kilkaset głosów, więc szanse na zmianę zwycięzcy w tym stanie są niewielkie. Poza tym nawet zmiana przydziału głosów elektorskich z tego stanu nie zabierze zwycięstwa Trumpowi. Wprawdzie o podobne przeliczenia głosów wnioskuje się w Michigan (przewaga prawie 11 tys.) i Pennsylvanii (70 tys.), to wciąż wygląda na zbyt słaby powód, by całkowicie zniwelować reflacyjny impuls rajdu USD. Niezależnie do wyniku wyborów, Fed pozostaje na ścieżce do grudniowej podwyżki stóp procentowych i kluczowe dane z USA w tym tygodniu (ISM dla przemysłu w środę, raport z rynku pracy w piątek) powinny dać ostateczne przyzwolenie. Z drugiej strony do środy jeszcze dużo czasu, by pompować odwrót od dolara, jednak trzeba pozostać czujnym na szybki powrót inwestorów głodnych odkupowania USD.

Dzisiejszy kalendarz jest mało pobudzający, jak z reszta zwykle w poniedziałek. Podaż pieniądza z Eurolandu, czy indeks Dallas Fed nie są czymś, na co rynek czeka z niecierpliwością. Europa czeka na niedzielne referendum konstytucyjne we Włoszech, które może okazać się dużym ryzykiem dla EUR i z tego powodu jeszcze dziś może budować się presja na unijnej walucie, ale też na GBP, czy FTSE MIB. Po południu mamy dwa przemówienia prezesa ECB Mario Draghiego, ale w ostatnich dniach miał on już dwie okazje, by uchylić rąbka tajemnicy, co bank zrobi na najbliższym posiedzeniu, a jednak nie wykorzystał okazji. Wątpliwe, aby teraz się to miało zmienić.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

J.Banasiak (mBank): Nawet niewielka poprawa nastrojów wystarczy, aby ceny polskich akcji zaczęły rosnąć

J.Banasiak (mBank): Nawet niewielka poprawa nastrojów wystarczy, aby ceny polskich akcji zaczęły rosnąć 8
Ceny akcji na warszawskiej giełdzie są bliskie długoterminowych minimów – przekonuje Jarosław Banasiak z Domu Maklerskiego mBanku. Dodaje jednak, że atrakcyjne wyceny wcale nie stanowią gwarancji, że rynek w najbliższym czasie będzie rósł. Do tego potrzebna jest poprawa sentymentu wśród inwestorów oraz stabilizacja sytuacji polityczno-gospodarczej w kraju.

– W ostatnich kwartałach mieliśmy znaczny spadek inwestycji w całej gospodarce, a w sektorze budowlanym spadek wyniósł nawet ok. 20 proc. Wydaje mi się, że wobec tego prognozy 3,5-proc. wzrostu gospodarczego w 2016 roku są już nie do osiągnięcia, a dużo trzeba będzie włożyć wysiłku w to, żeby się udało ten wzrost gospodarczy utrzymać na poziomie 2,5 proc. – mówi Newserii Jarosław Banasiak makler papierów wartościowych w Domu Maklerskim mBanku.

Ekspert wyjaśnia, że oprócz tego co dzieje się wewnątrz polskiej gospodarki duży wpływ na zachowanie indeksów giełdowych mają także czynniki globalne. W tym miejscu zwraca uwagę na największą gospodarkę świata, czyli Stany Zjednoczone oraz na Niemcy – największego głównego partnera handlowego Polski.

– Natomiast jeżeli przyjrzelibyśmy się poszczególnym spółkom nieco dokładniej to trzeba zwrócić uwagę, że zarówno w tych wchodzących w skład WIG-u jak i WIG20 wartość księgowa jest odrobinę powyżej wartości 1,0. Czyli biorąc pod uwagę historyczne notowania trudno sobie wyobrazić, abyśmy w długim terminie zeszli jeszcze dużo niżej – zauważa Banasiak. – To jednak nie daje nam gwarancji tego, że skoro jesteśmy tak nisko, to na pewno w najbliższym czasie nastąpią wzrosty, to nie są warunki wystarczające – dodaje.

Makler DM mBanku zauważa, że znacznie poniżej historycznej średniej znajduje się także wskaźnik cena do zysku (C/Z), którego wartość w zależności od branży wynosi ok. 12-13. Podkreśla jednak, że także w tym przypadku nie jest to argument gwarantujący w najbliższym czasie wzrosty.

Banasiak przekonuje, że istotny wpływ na zachowanie rynków akcji mają także informacje dotyczące sytuacji  polityczno-ekonomicznej w kraju. Niestety dla inwestorów i przedsiębiorców w ostatnim czasie ich wydźwięk był przeważnie negatywny.

– Nie ma sensu tutaj wymieniać wszystkich negatywnych informacji, które otrzymywaliśmy w ostatnim czasie na temat sektora bankowego, ubezpieczeń, energetyki, to wszystko ewidentnie wpływało na to, co się działo z spółkami wchodzącymi w skład tych branż – mówi makler.

Jako przykład podaje sektor energetyczny. Szereg negatywnych informacji takich jak m.in. obciążenie go kosztami restrukturyzacji spółek z branży górniczej sprawił, że w ciągu roku indeks WIG-Energia stracił na wartości ponad 20 proc., a notowania niektórych spółek obniżyły się nawet o połowę.

– Takie okoliczności powodują jednak, że w środowisku zdominowanym przez tak złe wystarczy jakieś minimalne polepszenie warunków, aby zostało to odebrane przez rynek jako bardzo dobra informacja  zauważa Banasiak.

Ekspert porównuje w tym miejscu sytuację Polski i Węgier. Mimo, że obie gospodarki pod względem struktury są do siebie podobne, to jednak tamtejszy indeks giełdowy BUX w ciągu ostatniego roku zyskał na wartości aż 30 proc., podczas gdy WIG20 był w tym czasie blisko 10 proc. pod kreską.

– Tam nie nastąpiła żadna zmiana polityczna, cały czas mamy do czynienia z premierem, który był przez rynki oceniany źle, a jednak okazało się, że indeks węgierski bardzo dobrze w ciągu ostatniego roku dawał sobie radę. To pokazuje, że wystarczy odrobina poprawy, jakiekolwiek dobre wiadomości, aby można było spodziewać się jakiegoś wzrostu – podsumowuje Jarosław Banasiak.

Tegoroczny Cyber Monday mniej atrakcyjny przez mocnego dolara. Wyprzedaże pozwolą jednak zmierzyć nastroje konsumentów i inwestorów

Tegoroczny Cyber Monday mniej atrakcyjny przez mocnego dolara. Wyprzedaże pozwolą jednak zmierzyć nastroje konsumentów i inwestorów 9
Po cieszącym się dużą popularnością Black Friday, konsumenci będą mogli skorzystać z przecen również podczas obchodzonego dwa dni później Cyber Monday. Tego dnia zniżki i rabaty wprowadzają sklepy internetowe. Największe okazje oferują zagraniczne platformy sprzedażowe, jednak ze względu na słabe notowania złotego i mocny kurs dolara tegoroczne zakupy nie przyniosą zbyt dużych oszczędności. Zdaniem ekonomistów, okres wyprzedaży i Cyber Monday pozwolą jednak zmierzyć nastroje konsumentów i inwestorów dotyczące kierunku, w którym pójdzie amerykańska gospodarka po niedawnych wyborach prezydenckich.

– Czarny Piątek, czyli pierwszy okres wyprzedażowy, ma największe znaczenie dla rynku w Stanach Zjednoczonych, choć niewielkimi krokami wkracza też do Europy. Z kolei Cyber Monday, czyli dzień wyprzedaży w internecie, jest ważny dla rynków na całym świecie. W ostatnich latach uważnie obserwuje się jak przebiega on w Chinach i w całej Azji, do jakich przecen tam dochodzi i jak reagują inwestorzy oraz klienci – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marek Wołos, ekonomista z Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji w Lublinie.

Black Friday, czyli piątek po amerykańskim Święcie Dziękczynienia, to tradycyjnie pierwszy dzień świątecznych wyprzedaży. Sklepy i sieci handlowe oferują tego dnia zniżki sięgające nawet 90 proc., a obroty są liczone w miliardach dolarów. W ciągu ostatnich kilkunastu lat Black Friday stał się tradycją kultywowaną nie tylko w USA, ale i na całym świecie.

Druga fala promocji przypada w tzw. Cyber Monday, obchodzony 28 listopada, zaraz po Czarnym Piątku. Tego dnia wyprzedaże rozpoczynają sklepy internetowe, wprowadzając duże przeceny. Z roku na rok Cyber Monday jest coraz bardziej popularny, a od kilku lat – na dużo mniejszą skalę – obchodzony również w Polsce.

Zdaniem ekonomisty Marka Wołosa Cyber Monday to ważny dzień, zarówno dla gospodarki Stanów Zjednoczonych, jak i dla rynków na całym świecie. Pozwala również zmierzyć postęp e-commerce i zbadać zainteresowanie konsumentów nabywaniem towarów i usług w internecie. Jednak o ile Black Friday jest w Polsce dość rozpowszechniony i wykorzystywany od strony marketingowej, tak Cyber Monday nie cieszy się jeszcze zbyt dużą popularnością.

– Czarny Piątek jest widoczny dzięki sporej ilości reklam, natomiast mało jest informacji o wyprzedażach w internecie podczas Cyber Monday. Nasza branża e-commerce reaguje na to święto z opóźnieniem. Być może wpływa na to przekonanie, że w polskim internecie zawsze jest taniej, więc ten poniedziałek niczego nie wnosi. Handel internetowy to przyszłość i będzie się rozwijać, jednak Polacy w dalszym ciągu wolą kupować w sklepach stacjonarnych, gdzie towar można obejrzeć, wypróbować czy przymierzyć – uważa Marek Wołos, Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Administracji w Lublinie.

Polskie sklepy internetowe, które obchodzą Cyber Monday, zwykle oferują konsumentom przeceny rzędu 20-30 proc. Dla tych, którzy zamierzają skorzystać z wyższych rabatów i zrobić zakupy na zagranicznych portalach, w tym roku będzie to mało opłacalne. Oszczędności będą niewielkie ze względu na słabe notowania złotego i utrzymujący się wysoki kurs dolara, na który wpływają m.in. spekulacje dotyczące podniesienia przez Rezerwę Federalną stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych.

– Amerykańska gospodarka jest teraz dość mocno rozpędzona i konsumenci wydają coraz więcej na produkty detaliczne. Okres wyprzedażowy z pewnością kolejny raz wpłynie na ruchy wskaźników giełdowych, na sentyment do amerykańskich giełd i przede wszystkim na oczekiwania dotyczące tego, w którym kierunku pójdzie amerykański Fed. Jeżeli amerykańscy konsumenci będą wydawać dużo, to inflacja w Stanach będzie rosła, co oznacza że w przyszłym roku Fed będzie podnosił stopy procentowe – przewiduje Marek Wołos.

Ekonomista z Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji w Lublinie wskazuje, że okres wyprzedaży i Cyber Monday jest również wskaźnikiem, który pozwala zmierzyć nastroje konsumentów i sentyment inwestorów na rynkach finansowych. Obecnie panuje duża niepewność, ponieważ duża część inwestorów obawia się, że wygrana Donadlda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA pociągnie ze sobą zmianę polityki fiskalnej  Stanów Zjednoczonych, które są drugą największą gospodarką świata.

– To doskonały barometr sentymentu i oczekiwań inwestorów i nastrojów konsumenckich. Gdyby okazało się, że inwestorzy w tym okresie nie kupują, to wskazywałoby na jakieś obawy związane z nową prezydenturą. Natomiast gdyby Amerykanie wydali zgodnie z przypuszczeniami około 10-15 proc. więcej niż w poprzednich latach, to oznaczałoby, że nie ma obaw co do kierunku, w którym pójdzie amerykańska gospodarka – wskazuje Marek Wołos.

M. Petka-Zagajewska: zgoda KE na pomoc dla polskich kopalń nie oznacza, że restrukturyzacja górnictwa została zakończona

M. Petka-Zagajewska: zgoda KE na pomoc dla polskich kopalń nie oznacza, że restrukturyzacja górnictwa została zakończona 10
Zgoda Komisji Europejskiej na przyznanie przez polski rząd blisko 8 mld zł pomocy dla nierentownych kopalń to dla gospodarki pozytywny, łagodzący sygnał – mówi Marta Petka Zagajewska z Raiffeisen Polbank. Ekonomistka podkreśla jednak, że w dalszym ciągu sytuacja w branży jest daleka od właściwej, a proces restrukturyzacji polskiego górnictwa nie dobiegł jeszcze końca.

– Myślę, że decyzja Komisji Europejskiej jest istotna przede wszystkim dla samych kopalń i dla samego sektora finansów publicznych, ponieważ zdejmuje ryzyko, że ta pomoc, która już została kopalniom zagwarantowana, zostanie jednak zakwestionowana – mówi agencji Newseria Marta Petka-Zagajewska główna ekonomistka Raiffeisen Polbank.

Decyzja Komisji Europejskiej oznacza, że polski rząd do 2018 roku będzie mógł realizować plan dotyczący udzielenia 7,95 mld zł pomocy na załagodzenie społecznych i środowiskowych skutków zamykania nierentownych kopalń. Według informacji Ministerstwa Energii zdecydowana większość z tej kwoty, bo przeszło 7,5 mld zł, ma być wydatkowana na jednorazowe odprawy oraz inne świadczenia wypłacane pracownikom likwidowanych szybów. Reszta pieniędzy posłuży do wygaszenia działalności funkcjonujących obiektów oraz na pokrycie kosztów ich likwidacji.

– To, o czym musimy pamiętać to to, że te 8 mld nie pochodzi z unijnych funduszy. To nie jest tak, że to Europa będzie ratować te nasze kopalnie, tylko my sami, podatnicy. Pozostaje tu jednak znak zapytania, czy ta pomoc okaże się wystarczająca – zauważa Petka-Zagajewska.

Główna ekonomistka Raiffeisen Polbank jednocześnie podkreśla, że choć zgoda Brukseli na udzielenie pomocy publicznej stanowi pozytywny sygnał, to jednak sytuacja w obszarze górnictwa węgla kamiennego wciąż jest daleka od właściwej.

– Cały czas nie jest to informacja, która mogłaby sprawić, że będziemy pewni, że ten proces restrukturyzacji kopalń jest już bliski końca – zauważa.

Nadzieję na poprawę sytuacji w polskiej branży górniczej dają też rosnące w ostatnich miesiącach ceny węgla kamiennego. Od maja tego roku notowania surowca na światowych rynkach zwiększyły się o blisko 100 proc. i sięgnęły poziomu 85–90 dolarów za tonę. Wraz z drożejącym węglem rosły także notowania spółek zajmujących się jego wydobyciem. Liderem wzrostów, jeśli chodzi o polskich producentów, była Jastrzębska Spółka Węglowa. Rynkowa wartość kontrolowanej przez Skarb Państwa spółki tylko od czerwca zwiększyła się blisko 4-krotnie.

– Natomiast biorąc pod uwagę to, co się teraz dzieje na rynkach finansowych, tę dużą zmienność, cały czas trwające zaskoczenie wynikami wyborów w Stanach Zjednoczonych, to polskie kopalnie nie są czymś, co determinuje nastroje. To nie jest informacja, która mogłaby poprawić sentyment w stosunku do polskich aktywów – podsumowuje ekonomistka.

Rząd zajmie się kolejnymi ułatwieniami dla przedsiębiorców. Pakiet wierzycielski pomoże w odzyskiwaniu długów

Rząd zajmie się kolejnymi ułatwieniami dla przedsiębiorców. Pakiet wierzycielski pomoże w odzyskiwaniu długów 11
Kolejne projekty w ramach pakietu „100 zmian dla firm” trafią na posiedzenie rządu. Będzie to duża nowelizacja Kodeksu postępowania administracyjnego, która ma przyspieszyć procedury, a także pakiet wierzycielski, który ułatwi przedsiębiorcom odzyskiwanie długów. Trwają prace również nad nowymi przepisami dotyczącymi skrócenia terminu przechowywania dokumentów pracowniczych z 50 do 10 lat oraz nad nową formą prowadzenia działalności, prostą spółką akcyjną, która będzie korzystna dla start-upów.

 Do Rady Ministrów trafią dwa duże, istotne dla przedsiębiorców projekty – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Haładyj, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju. – Pierwszym jest duża nowelizacja Kodeksu postępowania administracyjnego.

Tak kompleksowej nowelizacji tego kodeksu nie było od lat. Jak podkreśla Haładyj, ma ona trzy główne cele. Po pierwsze, powinna przyspieszyć postępowania administracyjne.

Drugi cel to wprowadzenie pewnych mechanizmów bardziej konsensualnego trybu załatwiania spraw administracyjnych, jak chociażby mediacja. Trzecim obszarem jest ucywilizowanie kwestii wymierzania pieniężnych kar administracyjnych tak, żeby można było je miarkować i dostosowywać do rzeczywistych rozmiarów ewentualnego naruszenia przepisów – wymienia Mariusz Haładyj.

Drugi duży projekt to tzw. pakiet wierzycielski. Ma on ułatwić przedsiębiorcom dochodzenie wierzytelności. Umożliwi też uzyskanie znacznie szerszego zakresu informacji z biura informacji gospodarczej na temat ewentualnego kontrahenta. Jak podkreśla wiceminister, ma to przeciwdziałać powstawaniu zatorów płatniczych.

Resort chce także odciążyć firmy w zakresie przechowywania dokumentacji kadrowo-płacowej pracowników. Dziś firmy mają obowiązek przechowywać je w formie papierowej przez 50 lat.

To jest po pierwsze kosztochłonne dla pracodawcy, ale po drugie nie zapewnia pracownikowi w dzisiejszych czasach pełnej ochrony. Przy zmieniającym się dzisiaj rynku pracy i częstotliwości zmiany pracodawców szukanie tych dokumentów za 50 lat u pracodawcy, który już być może skończył działalność czy się przekształcił, wcale nie jest dla pracownika bezpieczne – wyjaśnia Haładyj. – W związku z tym po 10 latach obowiązek przechowywanie informacji potrzebnych do wyliczenia rent, emerytur, będzie już wyłącznie spoczywać na Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych.

Kolejnym usprawnieniem ma być nowa forma osobowości prawnej przedsiębiorstwa przygotowana z myślą o start-upach, łącząca zalety spółki akcyjnej i spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Dzisiaj mamy problem, że spółka z ograniczoną odpowiedzialnością nie zapewnia takich relacji między wspólnikami, które chroniłyby w pełni prawa inwestora, będącego słabszą stroną takiej współpracy – tłumaczy Mariusz Haładyj. – Z drugiej strony prowadzenie spółki akcyjnej jest kosztowne. W związku z tym chcemy opracować formułę prawną, która łączyłaby zalety obu tych bytów. Chodzi także o to, by inwestorzy nie musieli zakładać tego rodzaju firm za granicą.

Pierwsza transza pakietu „100 zmian dla firm” została przyjęta przez rząd 8 listopada. Jedna z najważniejszych zmian dotyczy kontroli skarbowych. Urząd nie będzie mógł ponownie kontrolować spraw, które już były badane. Poza tym kontrole będą przeprowadzane na postawie analizy ryzyka, czyli tam, gdzie ryzyko naruszenia prawa jest największe.

Drugi obszar przyjętych zmian dotyczy pewności prawa. Podatnicy nie będą musieli występować o indywidualną interpretację podatkową, ponieważ działanie zgodne z „utrwaloną praktyką interpretacyjną” będzie podlegało ochronie. Przy ustalaniu tej praktyki podatnicy będą mogli korzystać z interpretacji przygotowanych dla innych firm.

Trzeci obszar dotyczy ograniczania barier wzrostu dla najmniejszych firm. Nie chcąc wpadać w pewne dodatkowe obowiązki administracyjne czy finansowe, często limitują one swoją działalność. Dlatego w prawie finansowym podnieśliśmy limit prowadzenia uproszczonej księgowości czy rozliczania się ryczałtowego, a w prawie pracy – zmniejszyliśmy wymogi dotyczące tworzenia zakładowego funduszu świadczeń socjalnych. Firmy zatrudniające do 50 pracowników nie będą miały takiego obowiązku – wyjaśnia Haładyj.

Większość z tych zmian ma wejść w życie 1 stycznia 2017 roku.

Polska ma ograniczone zasoby wodne. Przemysł i samorządy muszą inwestować w programy oszczędzające wodę

Polska ma ograniczone zasoby wodne. Przemysł i samorządy muszą inwestować w programy oszczędzające wodę 12
Na tle innych państw Europy polskie gospodarstwa domowe zużywają stosunkowo niewiele wody. Aż 70 proc. krajowego poboru wykorzystuje jednak przemysł, w szczególności energetyka. Ponieważ Polska ma ograniczone zasoby wodne, konieczne jest prowadzenie racjonalnej gospodarki w tym zakresie. Oszczędzać muszą wszyscy: i przemysł, i samorządy, które wprowadzają programy z zakresu odzysku i redukcji strat wody w sieciach wodociągowych. Do 2018 roku muszą się dostosować do unijnych wymogów, które określają standardy w zakresie oczyszczania ścieków.

 Zasoby wody są w Polsce raczej skromne. Pomimo intensywnych opadów, trzy czwarte tej wody odparowuje do atmosfery. Ten problem raczej nie dotyczy zaopatrzenia w wodę ludności. Problem zależy od regionu czy rodzaju wód. Nawet jeżeli występują okresowe niedobory wody, to są one związane z niewydolnością wodociągów, a nie z poważną suszą. W trudniejszej sytuacji jest jednak przemysł, w szczególności energetyczny, któremu niedobór wody czy bardzo niski stan rzek uniemożliwia produkcję wystarczającej ilości energii – mówi agencji Newseria Biznes Klara Ramm, menadżer rozwoju Grupy Veolia w Polsce, która jest jednym z czołowych dostawców usług w zakresie zarządzania energią, gospodarki wodno-ściekowej i odpadowej.

Polska należy do grona państw o ograniczonych zasobach wodnych. Według danych Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej na jednego mieszkańca przypada średnio ok. 1,5 tys. metrów sześciennych wody na rok. Średnia dla Europy jest trzy razy większa. Cała gospodarka narodowa Polski pobiera rocznie ponad 11 tys. hektometrów sześciennych wody. Do wodociągów trafia jedynie 18 proc. Stosunkowo niewiele zużywa rolnictwo i leśnictwo (10 proc.), a większość wody jest wykorzystywana na potrzeby produkcji i przemysłu (72 proc.).

Jak wynika z opublikowanego w lipcu tego roku raportu organizacji Greenpeace, aż 70 proc. całkowitego poboru wody w Polsce przypada na przemysł energetyczny i elektrownie węglowe, które potrzebują ogromnych ilości wody do chodzenia bloków. Dla porównania średnia dla krajów UE wynosi 13,7 proc. Tak wysokie zapotrzebowanie na wodę jest problematyczne w okresie suszy i upałów, ponieważ w zbiornikach wodnych obniża się poziom wody pobieranej przez elektrownie, a z drugiej strony wzrasta zapotrzebowanie na prąd (m.in. przez wzmożone wykorzystanie klimatyzacji).

W Ministerstwie Środowiska trwają obecnie prace nad nowymi przepisami, które wprowadzają opłaty za pobór wody do celów przemysłowych. Takie działanie ma skłonić przedsiębiorstwa do oszczędzania wody, a z drugiej strony – zapewnić środki na sfinansowanie zmian w obecnym systemie gospodarki wodnej, m.in. poprawę stanu wód i zmniejszenie ryzyka powodziowego.

– Mamy znaczący wpływ na zasoby wodne. Systemy zaopatrzenia w wodę muszą nią odpowiednio gospodarować. Przede wszystkim jednak musimy oszczędzać wodę i edukować społeczeństwo w każdej grupie wiekowej. Należy organizować programy nastawione na edukację dotyczącą wartości wody i usług wodociągowych, oszczędność wody i zasobów. Wodociągi również mają dużo technicznych możliwości, związanych z poszukiwaniem wycieków, odzyskiwaniem wody ze ścieków i wody deszczowej, które powinny być wykorzystywane – zaznacza Klara Ramm.

Jak wynika z danych Izby Gospodarczej Wodociągi Polskie, statystyczny Polak zużywa niecałe 100 litrów wody dziennie. Dla porównania w Niemczech dobowe zużycie na osobę wynosi 145 litrów, w Anglii – 135 litrów, a w Szwajcarii – aż 270 litrów.

– Mamy coraz bardziej rozwinięte programy z zakresu odzysku wody, na przykład ze ścieków lub osadów ściekowych. Polska jest w dość komfortowej sytuacji, ponieważ wciąż ma znaczące zasoby wód powierzchniowych i podziemnych, więc nie ma takiego stresu jak choćby w krajach południowej Europy. Musimy jednak wdrażać programy oszczędności wody, ponieważ żaden samorząd nie może pozwolić sobie na straty sięgające nawet kilkunastu procent – podkreśla Klara Ramm.

Do końca 2015 roku polskie gminy miały się dostosować do wymogów tzw. dyrektywy ściekowej, która określa standardy dotyczące oczyszczania ścieków oraz stopnia skanalizowania aglomeracji i mniejszych miejscowości. Na inwestycje ściekowo-kanalizacyjne w poprzednich latach Polska wydała już łącznie ponad 55 mld zł. W ramach Krajowego Programu Oczyszczania Ścieków Komunalnych – do którego samorządy zgłaszają swoje potrzeby inwestycyjne – są zaplanowane kolejne projekty o łącznej wartości około 23 mld zł.

– Dostosowanie się do wymogów dyrektywy ściekowej zawartych w Krajowym Programie Oszczędzania Ścieków Komunalnych to gigantyczny wysiłek inwestycyjny i organizacyjny. 23 mld zł to kwota, która będzie pochodzić ze środków unijnych, funduszy państwowych i prywatnych. Program będzie trwał jeszcze przez kilka lat, ponieważ potrzeby samorządów i gmin są znaczące. W trudniejszej sytuacji jest przemysł, który podlega innym regulacjom i nie może liczyć na pomoc z żadnego programu, a również musi inwestować w systemy oczyszczania ścieków, odzysku wody. We własnym zakresie musi się dostosować do wymogów prawnych i założeń ochrony środowiska – mówi Klara Ramm,

Dla samorządów jednym z kluczowych zadań są też programy dotyczące odzysku wody i redukcji strat w sieci wodociągowej, co przekłada się na oszczędności. W ciągu dwóch dekad udało się dokonać w tym zakresie sporych postępów, ponieważ jeszcze w latach 90. średnie straty wody w sieciach wodociągowych sięgały 50 proc.

Założenia dotyczące ochrony środowiska i zasobów są jednym z elementów Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, przedstawionej w tym roku przez resort wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Jak podkreśla Klara Ramm, Veolia zamierza realizować niektóre projekty wynikające ze strategii jako partner prywatny dla samorządów, przemysłu i przedsiębiorstw komunalnych.

– Veolia, bazując na swoim doświadczeniu, jest otwarta na realizację projektów zmierzających do racjonalnego gospodarowania wodą i ściekami. Specjalizujemy się zarówno w systemach wodociągowych dla miast, jak i w dostarczaniu i uzdatnianiu wody dla przemysłu. To specjalistyczne i dedykowane danemu podmiotowi rozwiązania, dzięki którym możemy na przykład wdrożyć program redukcji wody niesprzedanej i dzielić się oszczędnościami z klientem, zrealizować program oszczędności energii lub odzysku energii z wody – przybliża Klara Ramm.

Biedronka zachęca do czytania. Książka nagrodzona w konkursie zorganizowanym przez sieć trafiła do sprzedaży

Biedronka zachęca do czytania. Książka nagrodzona w konkursie zorganizowanym przez sieć trafiła do sprzedaży 13
Książka dla dzieci, która zwyciężyła w ramach II edycji konkursu Biedronki „Piórko”, trafiła do sklepów sieci. Opowieść „Córka bajarza” została wybrana spośród ponad 4300 nadesłanych prac. Autorka i ilustratorka otrzymały po 100 tys. zł. Wydana w ramach pierwszej edycji literackich zmagań początkujących pisarzy i ilustratorów książka „Szary domek” sprzedała się w ponad 35 tys. egzemplarzy. To konkurs, który ma popularyzować czytelnictwo wśród najmłodszych – podkreślają przedstawiciele sieci Biedronka.

– Poziom czytelnictwa w Polsce jest niezwykle niski, w związku z tym nasza firma zainicjowała konkurs czytelniczy, z jednej strony dla literatów piszących do szuflady, z drugiej strony dla grafików, którzy do tej pory nie publikowali prac oficjalnie. Konkurs ma na celu popularyzację czytelnictwa poprzez pisanie literatury i popularyzację czytelnictwa w Polsce, bo książka jest adresowana do młodych odbiorców w wieku 4 do 10 lat – mówi agencji Newseria Anetta Jaworska-Rutkowska, kierownik ds. relacji zewnętrznych i CSR Jeronimo Martins Polska.

Do drugiej edycji konkursu wpłynęło ponad 4300 tekstów. Zwycięski okazał się utwór „Córka bajarza” – debiut literacki Moniki Radzikowskiej. Laureatką drugiego etapu rywalizacji, kierowanego do ilustratorów, została Monika Biała.

– Zwyciężył utwór, który jest baśnią, a takich propozycji było najmniej. Być może to też było atutem tekstu – mówi Renata Piątkowska, autorka książek dla dzieci i młodzieży, członek Kapituły Nagrody w kategorii tekst. – Teksty były bardzo różnorodne, poziom był również bardzo różnorodny. Mieliśmy w końcówce kilka prac, nad którymi gorąco dyskutowaliśmy, co też jest dobrym prognostykiem. Było wiele dobrych prac i wśród nich trzeba było znaleźć najlepszą.

W tym roku szczególny akcent został położony na podkreślenie roli literatury w umacnianiu i rozwijaniu relacji w rodzinie.

 To specyficzne, specjalne formy bajek, które pozwalają z jednej strony edukować, z drugiej strony uczyć odpowiednich zachowań, mówić o prawdziwych wartościach, o relacjach rodzinnych, o relacjach z przyjaciółmi. Pozwalają przenosić te wartości, które są najistotniejsze w życiu – mówi Anetta Jaworska-Rutkowska.

 Książka bardzo mi się podobała, moim dzieciom również, bo od razu sprawdziłem to na nich. Przesłanie jest piękne: tylko serducho się liczy – mówi Paweł Burczyk, aktor.

Motywem przewodnim „Córki bajarza” jest pokazanie, że warto pokonywać trudności i przezwyciężać własne lęki. Książka wskazuje, co w życiu jest najważniejsze i daje nadzieje na szczęśliwe zakończenie. Jak podkreśla jej autorka, szczęśliwego zakończenia przygody z konkursem w ogóle się nie spodziewała.

– Dowiedziałam się o konkursie z plakatu w Biedronce, robiąc zakupy. Wróciłam do domu, sprawdziłam w internecie, na czym ten konkurs polega, jaka była poprzednia edycja i od razu zdecydowałam, że wezmę udział. Dwa czy trzy dni przed terminem wysłałam swoją pracę – mówi Monika Radzikowska. – Mój przykład pokazuje, że warto próbować. Nigdy nic nie napisałam, nie wydałam książki, a mimo to się udało. Chciałabym to robić dalej.

Do wiary we własne możliwości zachęca także laureatka nagrody dla ilustratorów.

– Przeczytałam książkę z poprzedniej edycji i stwierdziłam, że może spróbuję w tym roku – mówi Monika Biała. – Taki konkurs to jest sprawdzenie swoich umiejętności i nowe doświadczenia.

 Bardzo starannie budowaliśmy cały regulamin, bo chcieliśmy wesprzeć tych, którzy piszą do szuflady, marzą o napisaniu książki, którzy wierzą w siebie, ale tylko do pewnego stopnia, a potem ta wiara ucieka. Chcemy im pokazać, że to jest miejsce, gdzie takie wydawnictwo może powstać i może się pojawić na rynku – mówi Anetta Jaworska-Rutkowska.

Słyszałem już wiele takich opowieści, że mamy same tworzą, opowiadając bajki dzieciom, ale potem nie mają odwagi puścić tego dalej, do innych dzieci. A przecież tak od zawsze powstawały książki, „Krzyżacy” na pewno powstali z rodzinnej opowieści: „Tata, a jak było tam na wojnie? Napisz to…” – mówi Paweł Burczyk. – Nieprawdopodobnym sukcesem jest to, że ludzie mają odwagę tworzyć: czy teksty, czy ilustracje. Gratuluję dziewczynom, bo to naprawdę jest piękna opowieść.

„Córka bajarza” została wydana przez Wydawnictwo Zielona Sowa w nakładzie 45 tys. egzemplarzy. Jest dostępna wyłącznie w sklepach Biedronka.

Instytut Staszica: proponowane zmiany Prawa farmaceutycznego ograniczą konkurencję między aptekami i oddadzą władzę korporacji aptekarskiej

Instytut Staszica: proponowane zmiany Prawa farmaceutycznego ograniczą konkurencję między aptekami i oddadzą władzę korporacji aptekarskiej 14
Postulowane przez środowisko izb aptekarskich zmiany na rynku farmaceutycznym przybrały formę projektu nowelizacji ustawy przygotowanego przez Ministerstwo Zdrowia. Zakłada on usunięcie de facto z krajowego rynku sieci aptecznych i wprowadzenie modelu zbliżonego do obowiązującego w Niemczech. Zdaniem Instytutu Staszica skutkiem takich rozwiązań może być wzrost cen farmaceutyków, a także wzmocnienie autonomii bardzo i tak już wpływowej korporacji aptekarskiej.

– Postulowany projekt, który zakłada tak naprawdę brak możliwości działania sieci aptecznych, także tych z polskim kapitałem, ponieważ będzie można mieć tylko 4 apteki, spowoduje ogromne rozdrobnienie tego rynku. To oznacza, że głównym podmiotem, który będzie decydował o cenie leków i o ich dostępności będą w dużej mierze hurtownie farmaceutyczne. Nie będą one miały po przeciwnej stronie partnera z odpowiednią pozycją negocjacyjną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dawid Piekarz, ekspert Instytutu Staszica (IS).

Jak podkreśla, tego typu model funkcjonuje np. w Niemczech i nie jest on korzystny dla pacjentów, głównie z tego powodu, że ceny leków idą w górę.

Obecny model, w którym tylko 1/3 aptek to sieci apteczne przede wszystkim oparte na polskim kapitale i posiadane przez polskich przedsiębiorców, jest modelem optymalnym. Z jednej strony gwarantuje przeciwwagę dla hurtowni farmaceutycznych i pozwala na utrzymywanie cen leków na rozsądnym poziomie, z drugiej strony gwarantuje niezbędny poziom konkurencji między aptekami – wyjaśnia Dawid Piekarz. – Lekarstwo, które projekt chce zafundować rynkowi farmaceutycznemu, może paradoksalnie okazać się gorsze od samej choroby.

W przeciwieństwie do rynku spożywczego na rynku aptekarskim nie ma konkurencji wielkich podmiotów z małymi, dlatego – w opinii IS – nie ma powodów, żeby porównywać sytuację oby rynków. Sieci aptek należą głównie do polskich przedsiębiorców, którzy rozwijali swój biznes w ostatnich 25 latach.

Eksperci IS podkreślają, że zmiany ograniczą konkurencję na rynku. Kryteria ludnościowe (jedna apteka na 3 tys. osób) i odległościowe (co najmniej 1 km odległości miedzy aptekami) będą promować już istniejące placówki.

– Nie wydaje się to mieć pozytywnego wpływu na rynek, ponieważ w tej chwili placówki takie realnie z sobą konkurują i nie ma żadnego powodu, żeby państwo miało w ten proces, w rezultacie służący pacjentowi, w jakiś sposób ingerować. Wprowadzanie restrykcji blokujących otwieranie kolejnych aptek natomiast będzie bardziej służyć korporacji aptekarskiej, na pewno nie klientom – mówi Dawid Piekarz.

Instytut Staszica podkreśla, że nowy projekt znacząco wzmocni pozycję korporacji aptekarskiej na rynku, a już dziś należy ona do najsilniejszych tego rodzaju organizacji w Polsce.

Zauważmy, że już obecnie ma ona ogromny wpływ na to, czy ktoś może być kierownikiem apteki, czy danemu przedsiębiorcy będzie wolno prowadzić taką placówkę, czy nie – wskazuje Dawid Piekarz.

Izby aptekarskie decydują o wydawaniu zaświadczenia stwierdzającego tzw. rękojmię kierownika apteki (bez niej nie jest możliwe prowadzenie placówki, a każda musi mieć kierownika). Rękojmia ma w dodatku moc obowiązującą tylko w stosunku do określonej apteki. Zatem farmaceuta, który postanowi zmienić pracodawcę i zatrudnić się jako kierownik gdzie indziej, musi od początku przejść całą procedurę, i to pomimo podlegania sądownictwu dyscyplinarnemu na bieżąco weryfikującemu wykonywanie zawodu. Zdaniem IS sprzyja to budowie lokalnych układów. Resortowa propozycja przewiduje w dodatku, że właściciel apteki ani nie będzie mógł jej sprzedać osobie, która nie jest farmaceutą, a więc de facto zrobić tego bez zgody korporacji, ani nawet zapisać placówki nieposiadającym takich uprawnień dzieciom.

– Postulowany projekt w bardzo istotnym stopniu ogranicza zatem konstytucyjne prawo własności – ocenia Dawid Piekarz. – Nie wydaje się to uzasadnione, jako że istniejące przepisy już wymagają, aby każda apteka miała wykwalifikowany personel. Nie ma także żadnego ekonomicznego ani społecznego sensu zakaz posiadania apteki przez osobę niebędącą farmaceutą. Firmę transportową na przykład można mieć, nie mając nawet prawa jazdy.

Eksperci Instytutu Staszica są zdania, że w sprawie kontrowersyjnych propozycji głos powinien zabrać rząd.

Firmy ubezpieczeniowe inwestują w start-upy. Telematyka i rozwój big data zrewolucjonizują branżę

Firmy ubezpieczeniowe inwestują w start-upy. Telematyka i rozwój big data zrewolucjonizują branżę 15
Już 2/3 światowych firm z branży ubezpieczeniowej inwestuje w start-upy, a wartość tych inwestycji sięgnęła w ubiegłym roku 3 mld dolarów. Młodymi, innowacyjnymi firmami chętnie interesują się duzi gracze, którzy chcą dogonić zmieniający się rynek. Technologiczne start-upy oferują najczęściej innowacyjne rozwiązania z zakresu oceny ryzyka, analizy danych i wyceny szkód oraz nowe produkty, jak ubezpieczenia w modelu P2P, czyli społecznościowe. 

– Segment insurtech zrewolucjonizuje rynek, ponieważ ubezpieczyciele będą się musieli dostosować do klientów, którzy za pięć czy dziesięć lat będą chcieli kupić ubezpieczenie tu i teraz, korzystając z technologii dostępnej na swoim smartfonie – mówił podczas konferencji „Innovation in insurance” organizowanej przez Sollers Consulting Guidewire Software w Warszawie Piotr Pastuszka, menadżer w firmie Sollers Consulting, specjalizującej się w usługach wdrożeniowych dla branży finansowej, ubezpieczeń i bankowości.

Branża ubezpieczeniowa przechodzi w ostatnich latach duże zmiany. Rozwój big data spowodował, że ubezpieczyciele dysponują większą niż kiedykolwiek liczbą danych o swoich klientach i mogą je wykorzystywać w procesach sprzedażowych. Z drugiej strony media społecznościowe, nowe technologie i narzędzia mobilne wykreowały nowy typ klienta, który oczekuje innych kanałów komunikacji i elastycznych, lepiej dopasowanych do swoich potrzeb produktów.

Duzi ubezpieczyciele chcąc nadążyć za zmianami coraz chętniej inwestują w start-upy z sektora tzw. insurtech, które wykorzystują nowe technologie i oferują innowacyjne produkty ubezpieczeniowe. Jak wynika z raportu światowej firmy badawczej Gartner, już 2/3 ubezpieczycieli ze światowej czołówki zainwestowało w start-upy z branży insurtech. Do 2018 roku na podobny krok zdecydują się już niemal wszyscy.

– Ostatnie trzy lata to znaczny wzrost zainteresowania start-upami ubezpieczeniowymi. Rozwija się coraz więcej coraz więcej boot campów, czyli miejsc w których spotykają się start-upowcy i łączą się z już ukształtowanymi firmami takimi jak Aviva czy Allianz. Jeszcze trzy lata temu w podobne przedsięwzięcia zainwestowano około pół miliarda dolarów. W 2015 roku było to już niemal 3 mld dolarów, a ten rok przyniesie kolejne 30–40 proc. wzrosty – mówi Grzegorz Podleśny, senior manager w Sollers Consulting.

Dobrym przykładem start-upu w branży insurtech jest działający w Stanach Zjednoczonych Oscar, który pozwala Amerykanom dokonywać zakupu ubezpieczenia medycznego przez internet. Jeszcze do niedawna zajmowali się tym wyłącznie agenci i brokerzy. W Nowym Jorku coraz bardziej popularny jest Lemonade, oferujący ubezpieczenia nieruchomości w modelu peer-to-peer. Za pośrednictwem aplikacji ściągniętej na smartfona klient wpisuje informacje dotyczące mieszkania lub domu, a po chwili dostaje gotową ofertę, która określa zakres polisy i wysokość miesięcznej składki (nawet kilkukrotnie niższej niż w tradycyjnym ubezpieczeniu).

Zdaniem Piotra Pastuszka, senior managera w Sollers Consulting, w kolejnych latach na czoło wysuną się te start-upy, które zajmują się przetwarzaniem i dostarczaniem scoringów ochrony ryzyka na bazie danych.

– Ciekawym przedsięwzięciem jest start up FitSense, który zbiera dane dotyczące ubezpieczeń zdrowotnych i na życie. Ale te dane są już dziś zbierane przez takie aplikacje jak Endomondo czy Strava i za chwilę może się okazać, że na bazie tych rozwiązań na rynku będą oferowane nowe ubezpieczenia – mówi Piotra Pastuszka.

– Prawdopodobnie w kolejnych latach pojawią się przedsięwzięcia oparte na zewnętrznych zbiorach danych. Możemy się posłużyć przykładem Ubera, czyli prostej i łatwej aplikacji, za którą naprawdę kryją się szacunki i mapy Google’a, serwis pobierający opłaty i kilka pomniejszych rozwiązań, które składają się w jedno. To samo będzie powoli działo się w ubezpieczeniach – potwierdza Grzegorz Podleśny.

Eksperci przekonują, że rewolucja czeka niedługo również segment ubezpieczeń komunikacyjnych, w którym coraz powszechniej wykorzystuje się telematykę. Komputer pokładowy samochodu zbiera dane (dotyczące m.in. stylu jazdy, prędkości, hamowania i przyśpieszenia), których analiza pozwala na ocenę ryzyka wypadku i wyliczenie adekwatnej stawki ubezpieczenia. Według szacunków do 2020 roku udział ubezpieczeń telematycznych na rynku wyniesie kilkanaście procent i będzie rósł dynamicznie.

– Docelowo za kilkadziesiąt lat powstanie autonomiczny pojazd, co kompletnie zrewolucjonizuje podejście do ryzyka. Tutaj na czoło wysuwają się już firmy takie jak Bull, Apple czy Mobily, które potrafią sterować samochodem bez kierowcy – mówi Piotr Pastuszka.

Jak podkreśla Grzegorz Podleśny z Sollers Consulting start-upy technologiczne wprowadzają do branży ubezpieczeniowej wiele nowych rozwiązań mobilnych i digitalowych, m.in.: platformy sprzedażowe czy nowe kanały dotarcia do klientów. Pojawiają się również takie, które w przyszłości mogą uprościć i obniżyć koszty wyceny szkód przez ubezpieczycieli.

– Jest szereg firm, które zajmują się przetwarzaniem obrazów i automatyczną wyceną szkód. Dane z brytyjskiego rynku pokazują, że weryfikacja szkody przez rzeczoznawcę technicznego kosztuje średnio 100 funtów. W przypadku automatycznej obróbki zdjęć koszty zmniejszają się do kilku funtów. Takie rozwiązania są kwestią najbliższej przyszłości – przewiduje Grzegorz Podleśny, senior manager w Sollers Consulting.

Polacy w te święta nie będą zaciskać pasa. Na większość decyzji zakupowych wpływają emocje

Polacy w te święta nie będą zaciskać pasa. Na większość decyzji zakupowych wpływają emocje 16
Na przygotowania do tegorocznych świąt Bożego Narodzenia Polacy wydadzą ponad 20 mld zł, czyli o 8 proc. więcej niż rok temu – wynika z sondażu przeprowadzonego przez IBRiS. Psychologowie podkreślają, że na zwiększoną konsumpcję i decyzje zakupowe klientów w tym okresie wpływają głównie emocje. Dlatego do przedświątecznych zakupów konsumenci powinni się dobrze przygotować, żeby nie wpaść w pułapki zastawiane przez sklepy i sieci handlowe.

 Część sondaży pokazuje, że świąteczne wydatki Polaków wyniosą w tym roku około 700 zł. To oczywiście zależy od zasobności portfeli, ale z pewnością w tym okresie wydajemy więcej pieniędzy. Nie zawsze dlatego, że podejmujemy wielu gości albo kupujemy dużo prezentów. Wpływa na to wiele czynników, w tym aura przedświąteczna, która jest kreowana już od listopada. Te dwa miesiące, kiedy dookoła są świąteczne ozdoby, a w sklepach z głośników lecą nastrojowe piosenki, wpływają pozytywnie na nastroje konsumenckie – mówi trener i psycholog Karolina Oleksa, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Z sondażu Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych wynika, że polskie gospodarstwa domowe planują wydać 20,1 mld zł na organizację tegorocznych świąt Bożego Narodzenia. Autorzy raportu podkreślają, że w okresie świąt Polacy tradycyjnie nie zamierzają zaciskać pasa, co może być pozytywnym impulsem dla całej gospodarki. W tym roku na zakupy i prezenty planują przeznaczyć 8,1 proc. więcej niż jeszcze rok wcześniej.

Karolina Oleksa podkreśla, że w okresie poprzedzającym święta Bożego Narodzenia emocje są kluczowym czynnikiem, który wpływa na decyzje zakupowe i zwiększoną konsumpcję.

– Jest miło, dookoła świąteczna atmosfera i piękne ozdoby, a w telewizji są wyświetlane filmy, które podsycają ten pozytywny nastrój. Przestajemy myśleć racjonalnie i prostu kupujemy, wpadamy w zakupowy szał. Działa przedświąteczna magia, jesteśmy szczęśliwi, spędzamy czas z rodziną. Całkowicie oddajemy się emocjom, pod wpływem których podejmujemy decyzje zakupowe – mówi Karolina Oleksa.

Zdaniem psychologów do przedświątecznych zakupów dobrze jest się zawczasu przygotować, żeby uniknąć zbędnych wydatków i marketingowych pułapek, które zastawiają na klientów sklepy i sieci handlowe. Konsumenci powinni również porównywać ceny w różnych sklepach albo korzystać z internetowych porównywarek, aby nie dać się nabrać na sztucznie kreowane przeceny.

 Przed świątecznym szaleństwem zakupów można się uchronić. Trzeba zacząć od zrobienia listy zakupowej i zastanowienia się w domu, na chłodno, co jest naprawdę potrzebne. Potem tę listę trzeba zabrać do sklepu i sztywno się jej trzymać. Po drugie, dobrze jest wcześniej porównać ceny. Sklepy w okresie przedświątecznym kuszą klientów ofertami i promocjami, które wcale nie są tak korzystne. Napis „promocja” potrafi zadziałać jak magnes. Trzeba jednak uważać, żeby przypadkiem nie przepłacić sporej sumy – przestrzega psycholog.

Najważniejsza rzecz to nie odkładać przedświątecznych zakupów ani szukania prezentów na ostatnią chwilę. Decyzje zakupowe podejmowane w pośpiechu często okazują się bowiem zarówno błędne, jak i bardzo kosztowne.

– Najgorsze, co może się zdarzyć, to szukanie prezentów za pięć dwunasta, w Wigilię. Biegamy wtedy po sklepach i w szale kupujemy wszystko, co wpadnie nam w ręce. Nie porównujemy, nie analizujemy i w efekcie pieniądze same uciekają z kieszeni. W takim wypadku jesteśmy też bardziej podatni na marketingowe sztuczki. Dobry przykład to ekspozycja droższych towarów na wysokości wzroku klientów. Nieświadomy konsument, który robi zakupy w pośpiechu, nawet się nie zorientuje, że podobny i tańszy produkt leży półkę niżej – mówi psycholog Karolina Oleksa.

Warszawskie byki odzyskują siłę

Mimo niezbyt korzystnych okoliczności, od kilku dni indeksy na warszawskiej giełdzie wyróżniają się in plus w porównaniu z większością wskaźników światowych giełd.

Zyskujący prawie 5 proc. WIG20 deklasuje niemieckiego DAX-a, który co prawda znajduje się w nieporównanie lepszej sytuacji niż indeks naszych największych spółek, ale ostatnio wyraźnie traci siłę. Co ważniejsze, nasz parkiet jest zdecydowanie mocniejszy niż rynki wschodzące. WIG20, wspierany przez notowania akcji KGHM, zdołał pokonać 1800 punktów, tym samym przygotowując sobie grunt do ewentualnej dalszej zwyżki. Bardzo dobrze radzi sobie także wskaźnik średnich firm, wracając w pobliże szczytu z końca października.

Sygnalizuje tym samym możliwość zakończenia spadkowej korekty. Warto też zwrócić uwagę, że poprawie nastrojów nie szkodzą słabsze dane z polskiej gospodarki, ostrzeżenia agencji ratingowych, zaniepokojonych obniżeniem wieku emerytalnego, czy zamieszanie wokół otwartych funduszy inwestycyjnych. Kontynuacja wzrostów w takich warunkach sugeruje, że możemy na naszym rynku mieć do czynienia z czymś więcej, niż tylko krótkim rajdem Świętego Mikołaja.

Mariusz Skwaroń
AgioFunds TFI S.A.

Podsumowanie FinTech Digital Congress CEE 2016

W dniach 22-23 listopada 2016 roku w Hotelu Westin w Warszawie odbył się FinTech Digital Congress CEE, który skupił przedstawicieli dojrzałego sektora finansowego, start-upów, firm wyzywających tradycyjne modele biznesowe, inwestorów, funduszy private equity oraz rynku kapitałowego. Wydarzenie zgromadziło 527 uczestników, którzy uczestniczyli w 6 panelach dyskusyjnych, 16 wystąpieniach indywidulanych oraz 4 fire chatach, w których łącznie głos zabrało 70 prelegentów.

FinTech Digital Congress CEE odbył się symultanicznie z V edycją BIG DATA: Think Big CEE Congress. Oba wydarzenia łączył wspólny panel inauguracyjny.

Uroczystego otwarcia kongresu dokonał Tomasz Czechowicz, Partner Zarządzający, Prezes Zarządu, MCI Capital oraz Maciej Witucki, Przewodniczący Rady Programowej, Przewodniczący Rady Nadzorczej Orange Polska, Prezes Zarządu Work Service S.A.

W roli Keynote Speakera wystąpił ekspert branży fintech Jeffrey Tijssen, Head of FinTech & Digital Partnerships, Capco.

Panel inauguracyjny dotyczył wykorzystania informacji dostępnych dzięki Big Data w ramach modeli FinTech. Panel rozpoczynający FinTech Digital Congress CEE dotyczył adaptacji i transformacji FinTech przez tradycyjnych uczestników rynku finansowego, w których poruszone zostały tematy współpracy i rywalizacji bankowości z sektorem fintech, przyszłości sektora finansowego, a także dostosowania bankowości do nowych potrzeb klienta. Panel kończący dzień pierwszy Kongresu skupiony był na otoczeniu regulacyjnym sektora fintech oraz kierunkach jego rozwoju.

Dzień drugi Kongresu rozpoczęła debata na temat modeli oraz best practices finansowania i skalowania projektów FinTech. Prelegenci rozmawiali między innymi o platformach fundraisingowych oraz equity crowdfunding. Kolejny panel dotyczył nowych obszarów cyfryzacji i symplifikacji finansów. W ramach kolejnego bloku tematycznego, który dotyczył globalizacji polskich startupów fintechowych dyskutowaliśmy na temat budowania globalnego produktu market fit oraz pozycji polskich startupów na tle Berlina, czy Londynu. W ramach panelu zaprezentowane zostały również startupy z branży fintech.

Dwudniowy Kongres zakończył Fire chat dotyczący dnia z życia przedsiębiorcy z branży digital, czyli praktycznej ilutracji prowadzenia działalności fintechowej.

Podczas FinTech Digital Congress CEE wystąpili m.in.:

  • Tomasz Czechowicz, Przewodniczący Rady Programowej, Partner Zarządzający, Prezes Zarządu, MCI Capital
  • Marcin Petrykowski, Wiceprzewodniczący Rady Programowej, Dyrektor Zarządzający, S&P Global
  • Jeffrey Tijssen, Head of FinTech & Digital Partnerships, Capco
  • Dorota Zimnoch, Międzynarodowy Ekspert branży FinTech oraz InsurTech
  • Marta Krupińska, Co-founder, Azimo
  • Piotr Kiciński, Wiceprezes Zarządu, Cinkciarz.pl
  • Rafał Plutecki, Szef Campus Google
  • Christoph Rieche, Founder, iwoca

Gala miała na celu wyróżnienie rozwiązań, produktów i usług wpływających na rozwój sektora fintech w Polsce.

Wyróżnienia przyznane zostały w następujących kategoriach:

Best fintech start up – inviPay.com
inviPay.com to dynamicznie rozwijający się startup z nowatorską, na rynku polskim, aplikacją skierowaną do małych i średnich przedsiębiorstw. Do dnia dzisiejszego inviPay.com obsłużył transakcje o łącznej wartości ponad 40 MLN PLN. Autorem tego unikalnego rozwiązania jest Marcin Pasenik – Prezes Zarządu inviPay. Nagrodę w tej kategorii wręczył Maciej Balsewicz, CEO, bValue Angels VC.

Currency exchange solution – Currency One
Prowadzone przez firmę Currency One serwisy Internetowykantor.pl i Walutomat w tym roku po raz kolejny udowodniły swoją pozycję lidera, bijąc rekordy jednodniowego obrotu. Po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie Brexit, platformy te jako jedyne na rynku sprostały wymaganiom klientów umożliwiając bezpieczną, wygodną i przede wszystkim niezachwianą dostępność wymiany walut. W rezultacie platformy prowadzone przez firmę Currency One zanotowały rekordowy obrót dzienny w wysokości ponad 200 milionów złotych, plasując się tym samym na pozycji niekwestionowanego lidera rynku wymiany walut on-line w Polsce. Nagrodę w tej kategorii odebrał Jacek Kornosz, Prezes Zarządu, Currency One, a wręczył mec. Arkadiusz Pędzich, Partner Kancelarii Allen & Overy.

Fintech in bank implementation – mBank
Produkt stworzony przez mBank – mKsięgowość to rewolucyjna fuzja konta bankowego i księgowości w jednym, powstała dzięki współpracy mBanku i SuperKsięgowa. Usługa dedykowana klientowi segmentu Małych i Średnich Firm wykorzystuje m.in. technologię Machine Learning by oszczędzać czas przedsiębiorcy i ułatwiać mu prowadzenie firmy. Statuetkę w tej kategorii odebrał w imieniu mBanku Tomasz Górski, Dyrektor Departamentu Małych i Średnich Firm, mBank, a wręczył Adrian Kurowski, Dyrektor VISA Europe w Polsce.

Insurtech implementation – Benefia Ubezpieczenia
Rozwiązanie Tu i Teraz. Na podstawie uzyskanych dzięki zeskanowaniu z dowodu rejestracyjnego kodu AZTEC, informacji Klient otrzymuje kilka skalkulowanych, dedykowanych tylko jemu wariantów ubezpieczenia. Tu i Teraz to unikatowa na skalę europejską aplikacja umożliwiająca dokonanie ubezpieczenia samochodu jedynie w 2 minuty! Statuetkę odebrał Mariusz Kurowski, Wiceprezes Zarządu, Benefia Ubezpieczenia, a wręczył Mariusz Chochołek, Prezes Zarządu, Integrated Solutions sp. z o. o.

Lending solution – Vivus Finance
Vivus to FinTech który rozpoczął działalność w 2012 roku. Wprowadził szereg rozwiązań, które stały się standardem w całym sektorze finansowym. To pierwszy FinTech w Polsce, który został liderem w swojej branży. Przy okazji pokazując, że nawet na tradycyjnych rynkach zawsze znajdzie się miejsce dla innowacyjności i nowoczesności! Nagrodę otrzymuje za udaną fuzję nowoczesnych technologii i finansów osobistych. Oraz za stworzenie rozwiązań informatycznych, które zdefiniowały na nowo rynek mikropożyczek w Polsce. Nagrodę w tej kategorii odebrała Ewa Wernerowicz , COO, Vivus Finance, a wręczył Norbert Biedrzycki, CEO Atos Polska, VP CEE System Integration.

Money transfer solution – kantoronline.pl
kantoronline.pl to jeden z pierwszych na świecie kantorów internetowych. W pełni wykorzystując swój zaawansowany system IT oraz współpracę ze wszystkimi kluczowymi bankami, oferuje klientom błyskawiczne transfery przelewów. Dzięki kantoronline klienci oszczędzają czas, pieniądze i wygodnie operują swoimi finansami. Kantoronline.pl także z powodzeniem ułatwia życie swoim pracownikom – m.in. dzięki wprowadzeniu automatycznego księgowania zasileń. Wszystko to sprawia, że dziś jest jednym z wiodących kantorów internetowych w Polsce. Statuetkę w tej kategorii odebrał Przemysław Spyra, Prezes Zarządu, kantoronline.pl, a wręczył Marcin Petrykowski, Wiceprzewodniczący Rady Programowej, Dyrektor Zarządzający, S&P Global.

Payment solution – PayU S.A.
PayU PayTouch to rozwiązanie dla m-commerce, umożliwiające dokonanie wygodnych płatności mobilnych polegających na jednym kliknięciu, stworzone dla jak największej wygody konsumentów, którzy chcą dokonywać płatności za zakupy bezpośrednio w aplikacji lub na stronie mobilnej sklepu bądź serwisu. Głównymi zaletami rozwiązania są prostota, intuicyjność, szybka integracja oraz pełne bezpieczeństwo transakcji. Nagrodę w tej kategorii odebrał Mario Shiliashki, CEO, PayU EMEA, a wręczyli Dorota Zimnoch, FinTech Program Leader, D-Raft oraz Andrzej Kopyrski, Wiceprezes Zarządu Pekao S.A.

Technology innovation – Idea Bank
Idea Cloud to nowoczesna bankowość dla małych i średnich firm umieszczona w chmurze. Łączy funkcje księgowe z bankowymi, a dzięki dedykowanym aplikacjom znacznie ułatwia przedsiębiorcom zarządzanie biznesem. Statuetkę na ręce Małgorzaty Szturmowicz, Członka Zarządu, Dyrektora Finansowego, Idea Bank wręczył Roman Szwed, Prezes Zarządu, Atende.

Rozdanie statuetek odbyło się w Hotelu Westin podczas FinTech Gala Awards, która rozpoczęła się o godzinie 19:00. Wręczeniu nagród towarzyszył akustyczny koncert tria CUGOWSCY czyli Krzysztofa, Piotra i Wojtka Cugowskich. Podczas Gali można było również wziąć udział w aukcji charytatywnej, podczas której można było wylicytować rękawicę z autografem Sylvestra Stallone z filmu Rocky, koszulkę Marcina Gortata z autografem sportowca, rakietę tenisową z kolekcji Agnieszki Radwańskiej z autografem oraz piłkę z autografem Cristiano Ronaldo.