MADKOM S.A. aktualizuje strategię rozwoju na lata 2017-2020

MADKOM S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od sierpnia 2012 r., zajmująca się produkcją systemów IT dla samorządów, dokonała aktualizacji swojej strategii rozwoju na lata 2015-2020. Spółka zamierza zwiększyć wartość przychodów stałych z umów serwisowych oraz maksymalnie efektywnie wykorzystać przyszłe fundusze unijne, które właśnie zaczynają pojawiać się na rynku.

Głównym celem krótkoterminowym Emitenta na 4 kw. 2016 r. oraz na lata 2017-2018 jest pozyskanie nowych kontraktów na kwotę co najmniej 10 mln zł, co powinno zostać zrealizowane poprzez podpisywanie umów wykonawczych. Pierwsze zamówienia publiczne na te projekty zostały już opublikowane, a MADKOM S.A. zamierza wziąć udział w postępowaniach przetargowych i złożyć w nich swoje oferty. Spółka chce także pozyskać zamówienia na dostawy systemów Elektronicznego Zarządzania Dokumentami u nowych klientów w liczbie co najmniej 100 urzędów w 2017 r. Dzięki realizacji tego celu Emitent przybliży się do zwiększenia swojej rentowności w zakresie wpływów ze stałych umów serwisowych, a generowane z nich przychody będą pokrywały koszty jego działalności. MADKOM S.A. planuje również zdobyć zamówienia z funduszy RPO województw, które zakończyły oceny w konkursach i przyznały już dofinasowania na lata 2016-2018. Celem Spółki jest pozyskanie w tym segmencie zamówień o wartości 6 mln zł netto i ich realizacja w latach 2017-2018.

„Cele, jakie zaprezentowaliśmy, są ambitne, ale są oczywiście do zrealizowania. Cała branża IT zajmująca się obsługą rynku publicznego przeżywała w ostatnim czasie stagnację, jednak pierwsze ogłoszone przetargi są już za nami, a teraz rozpocznie się ostra walka o zamówienia, gdyż ponad rok posuchy bardzo negatywnie odbił się na kondycji firm IT. W tym czasie nasza konkurencja skurczyła się o trzy firmy. Jest to ważna informacja, gdyż w tym samym obszarze działało zaledwie 9 podmiotów – teraz pozostało 6, z którymi będziemy konkurować. Plan pozyskania w ciągu roku 100 urzędów też nie jest nie do zrealizowania, bowiem jak pokazał rok 2015, potrafimy się postarać o dobre rezultaty dla takich planów. W sukurs nam idzie Ministerstwo Cyfryzacji upowszechniając Profil Zaufany, a co za tym idzie, potrzeba po stronie Interesantów w urzędzie stanowić będzie presje do uruchamiania e-usług.” – komentuje Grzegorz Szczechowiak, Prezes Zarządu Spółki MADKOM S.A.

Przedstawiona przez Spółkę w lutym 2015 r. strategia rozwoju na lata 2015-2020 została oparta się głównie na podniesieniu jakości jej produktów, wejściu w nowe obszary IT oraz dążeniu do corocznego zwiększania przychodów. Najważniejszym celem na 2015 r. była dla Emitenta terminowa realizacja pozyskanych projektów ze środków POKL, co udało mu się wykonać z nawiązką. Ważnym elementem strategii rozwoju było także utworzenie Biura Obsługi Klientów, wynikające z szybko powiększającej się liczby kontrahentów. MADKOM S.A. planuje uruchomić do końca 2016 r. nowy podmiot, który zajmie się obsługą serwisową Klientów. Spółka wdrożyła również zwinne metody zarządzania procesami oraz przepływu informacji, które obecnie są doskonalone oraz zaimplementowała system zarządzania bezpieczeństwem informacji, który z sukcesem przeszedł audyt prowadzony przez TUV Nord. Wejście w nowe obszary świadczenia usług IT, głównie dla branży medycznej oraz hotelowej, nie przyniosło Emitentowi oczekiwanych zwrotów z inwestycji, dlatego też planuje on dokonać sprzedaży aktywów należących do Cloud Industry Solutions Sp. z o.o. Spółka prowadziła także prace rozwojowe, które doprowadziły do połączenia systemu SPIRB z systemami księgowości budżetowej innych dostawców wypełniając tym samym lukę w obszarze planowania oraz realizacji budżetu zadaniowego.

Najważniejszy cel długofalowy w strategii rozwoju MADKOM S.A. stanowiło coroczne zwiększanie sprzedaży. W 2015 r. Spółce udało się go zrealizować. Natomiast w 2016 r. nastąpiło załamanie sprzedaży w całej branży w wyniku opóźnienia w procesie uruchamiania środków unijnych na lata 2014-2020. Spowoduje to przesunięcie wykorzystania funduszy unijnych na 2017 r. Późniejsze uruchomienie środków unijnych przełoży się także na mniejszą dynamikę wzrostu przychodów Emitenta z tytułu świadczenia usług serwisowych.

„Strategia rozwoju realizowana w latach 2015-2016 z jednej strony zadowoliła Inwestorów, z drugiej zaś padały w naszym kierunku pytania o znaczące koszty działalności operacyjnej. Chciałbym zapewnić, że Spółka dobrze alokowała swoje fundusze. Głównym celem było pozyskiwanie klientów, a jeśli mieliśmy to zrobić w możliwie krótkim czasie to stan osobowy musiał ulec radykalnym zmianom, co przyczyniło się do wzrostu kosztów funkcjonowania. Jednak od 2017 r. pozyskana większa ilość klientów przyniesie relatywnie proporcjonalny wzrost wpływów z umów serwisowych. Ponadto, Spółka prowadziła prace rozwojowe w zakresie nowego systemu SIDAS – napisanego od nowa jądra systemu, który po ukończeniu będzie można stosować nie tylko u klientów z sektora publicznego. Przy okazji prac nad nowym systemem SIDAS powstaje grupa narzędzi, która w niedługim czasie zostanie zaprezentowana jako samodzielne oprogramowanie wspomagające procesy obsługi podpisów elektronicznych, w tym w pełni wspierające rozporządzenie dot. eIDAS.” – zakończył Prezes Szczechowiak.

MADKOM S.A. jest dostawcą i integratorem autorskiego oprogramowania do zarządzania dokumentami, informacją i procesami w administracji publicznej. Spółka posiada wieloletnie doświadczenie oraz doskonałą znajomość prawa regulującego funkcjonowanie urzędów administracji publicznej, co pozwala jej oferować  produkty w pełni zgodne z aktualnymi przepisami. Od sierpnia 2012 r. MADKOM S.A. jest notowany na rynku NewConnect.

 

V Edycja „Chemical Industry Summit & Awards Gala”

21 listopada w hotelu Sheraton w Warszawie odbędzie się V Edycja „Chemical Industry Summit & Awards Gala” organizowana przez Executive Club we współpracy z Pwc Polska pod Patronatem Honorowym Wicepremiera, Ministra Nauki I Szkolnictwa Wyższego, Jarosława Gowina. W panelach dyskusyjnych wezmą udział najważniejsi przedstawiciele branży chemicznej, a zwieńczeniem konferencji będzie gala rozdania „diamentów polskiej chemii”.

Dotychczasowe edycje kongresu wzbudziły ogromne zainteresowanie w środowisku biznesowy, zrzeszając grono najwybitniejszych przedstawicieli sektora z Polski i zagranicy. Konferencja od lat cieszy się ogromnym uznaniem największych spółek sektora, a Partnerami tegorocznej edycji są między innymi: Grupa Azoty, PKO Bank Polski, BASF, Bank Gospodarstwa Krajowego, DOW, Alwernia, Apeiron Synthesis, Azelis, Fluor, Nord Partner, Seen Holding oraz  Veolia Water Technologies.

W tym roku wśród podejmowanych tematów będzie przyszłość przemysłu chemicznego, mądra polityka innowacyjna i perspektywy dla polskiej petrochemii i przemysłu paliwowego. Poznamy prognozy dotyczące przyszłości przemysłu chemicznego w perspektywie europejskiej oraz globalnej, a w panelach dyskusyjnych udział wezmą najważniejsi przedstawiciele sektora. Konferencję zwieńczy uroczysta gala rozdania „Diamentów Polskiej Chemii” będąca jedną z najbardziej uznanych inicjatyw w branży, której celem jest promowanie firm i osób związanych z branżą chemiczną wyróżniających się wyjątkowymi osiągnięciami, efektywnością i innowacyjnością.

Rejestracja na wydarzenie: http://www.executive-club.com.pl/konferencje/chemia/21-listopada-2016/rejestracja/

Rejestracja na konkurs: http://www.executive-club.com.pl/konferencje/chemia/21-listopada-2016/konkurs-diamenty-polskiej-chemii/

Honoraty Patronage: Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego

Coorganizer: PwC Polska

Strategic Partner: Grupa Azoty

Main Partner: PKO Bank Polski

Partners: Alwernia, Apeiron Synthesis, Azelis, BASF, Bank Gospodarstwa Krajowego, Cigno Consulting, Dow, Fluor, Nord Partner, Seen Holding, Veolia Water Technologies

Gala Partners: Fracht FWO Polska, PayU

Media Partners: Wirtualna Polska, Dziennik Gazeta Prawna, Warsaw Business Journal, Chemia i Biznes, PAP Biznes, Obserwator Międzynarodowy, Plastech, kierunekchemia.pl, Chemia Przemysłowa, Reporter Chemiczny, Manager, Poland Today, Polish Market, Miesięcznik Chemik, investing.com, Rynek Inwestycji, Law Business Quality, Newseria, Biznes Alert, CEO Magazyn

Lekarze na stażach – zarobki, godziny pracy, odpowiedzialność

W Polsce w Izbach Lekarskich zarejestrowanych jest ponad 8 tys. lekarzy stażystów oraz lekarzy dentystów stażystów. Gdzie jest ich najwięcej, ile zarabiają, ile godzin mogą pracować i jaką odpowiedzialność ponoszą?

Zanim absolwent medycyny zostanie specjalistą, rozpoczyna karierę zawodową od odbycia obowiązkowego stażu. W przypadku lekarza stażysty okres ten trwa 13 miesięcy, w trakcie których pogłębia on wiedzę teoretyczną oraz praktyczną w zakresie udzielania świadczeń zdrowotnych, a w przypadku lekarza dentysty stażysty – 12 miesięcy. Staż rozpoczyna się corocznie w dniach od 1 października albo 1 marca. Najwięcej młodych adeptów sztuki medycznej zbiera pierwsze zawodowe doświadczenia w okręgu warszawskim, krakowskim i wrocławskim. Z danych Naczelnej Izby lekarskiej z dnia 30.09.2016 roku wynika, że kluczową kuźnią lekarzy jest Warszawa, gdzie na stażu w Okręgowej Izbie Lekarskiej zarejestrowanych jest 1036 lekarzy i 218 lekarzy dentystów. W Okręgowej Izbie Lekarskiej w Krakowie jest ich odpowiednio 736 i 191, a w Dolnośląskiej Izbie Lekarskiej we Wrocławiu – 639 i 199. Z kolei najmniej stażystów zdobywa praktyczne doświadczenie w Gorzowie Wielkopolskim – 16 lekarzy stażystów i 4 lekarzy dentystów, w Płocku 26 i żaden dentysta, a w Zielonej Górze – odpowiednio 31 i 4.

Zarobki i wymiar dyżurów

Wynagrodzenie lekarza stażysty określa rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 26 września 2012 r. w sprawie stażu podyplomowego lekarza i lekarza dentysty – paragraf 6 ust. 5. Zasadnicze wynagrodzenie miesięczne wynosi 2007 zł brutto (czyli ok. 1465 zł netto).  Zarobki mogą być wyższe w momencie, gdy lekarz stażysta pełni dyżury medyczne. Za każdą godzinę dyżuru medycznego pełnionego w porze dziennej oraz nocnej przysługuje mu wynagrodzenie w wysokości 125 proc. stawki godzinowej zasadniczego wynagrodzenia miesięcznego. Młody lekarz w trakcie stażu może pełnić jeden dyżur w tygodniu w wymiarze 10 godzin i 5 minut lub dwa dyżury w tygodniu w wymiarze – jeden 5 godzin i drugi 5 godzin i 5 minut.

Czy młody lekarz potrzebuje obowiązkowego OC?

OC jest obowiązkowe tylko dla podmiotów wykonujących działalność leczniczą, tj. dla podmiotów leczniczych np. szpitali czy przychodni oraz dla praktyk lekarskich. Dotyczy to więc także lekarzy zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych (tzw. kontraktowych). – Lekarz zatrudniony na podstawie umowy o pracę nie ma ustawowego obowiązku posiadania polisy OC. Zatem stażysta, będący pracownikiem podmiotu szkolącego również nie musi mieć ubezpieczenia OC – wyjaśnia Katarzyna Strzałkowska, Rzecznik Prasowy Naczelnej Izby Lekarskiej. – Kwestia odpowiedzialności stażysty za błąd medyczny – jak każdej odpowiedzialności za błąd medyczny – nie może być rozpatrywana na płaszczyźnie ogólnej, w oderwaniu od okoliczności konkretnej sprawy. Co do zasady stażysta wykonuje zawód pod nadzorem opiekuna, czynności podejmuje na jego zlecenie lub po zasięgnięciu jego opinii, zatem to raczej opiekun stażysty jest osobą prowadzącą leczenie pacjenta i to on powinien zadbać, aby leczenie to odbywało się zgodnie z aktualną wiedzą i sztuką medyczną – dodaje Rzecznik NIL.

Zabezpieczenie interesów własnych

Lekarze i lekarze stażyści pracujący na zasadzie umowy o pracę nie są zobowiązani do posiadania obowiązkowego ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej. Jednak istnieją sytuacje, kiedy takie ubezpieczenie może ochronić ich majątki lub np. pokryć koszty procesów sądowych. – Nawet jeśli podmiot medyczny zatrudnia lekarza czy lekarza stażystę na umowę o pracę, a sam ma wykupione OC, to istnieją zdarzenia, które nie są objęte ochroną takiej polisy. Przykładem może być tu zniszczenie mienia pacjenta lub naruszenie jego praw – mówi Andrzej Twardowski, dyrektor Biura Ubezpieczeń Medycznych i OC w TU INTER. – Zgodnie z zapisami kodeksu pracy, podmiot medyczny może pociągnąć lekarza lub lekarza stażystę do odpowiedzialności regresowej do wysokości trzech pensji. Regresu można spodziewać się w sytuacji, kiedy winę da się przypisać konkretnemu lekarzowi lub stażyście – dodaje ekspert INTER. Aby posiadać ochronę przed tego typu sytuacjami, lekarze pracujący na umowę o pracę powinni wykupić dobrowolne ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej. Lekarze stażyści z kolei mogą wykupić OC we własnym zakresie albo skorzystać ze specjalnych programów ubezpieczeniowych przygotowanych dla nich, nawet bezpłatnie, przez niektóre Izby Lekarskie.

Roczny wzrost wolumenu światowego handlu nadal poniżej 4%

Wzrost handlu światowego ulegnie w 2016 roku spowolnieniu do poziomu +2,1% (według ilości), a następnie w 2017 roku przyspieszy nieznacznie do +3,1% – wynika z najnowszego raportu („Wojny handlowe: osłabienie mocy”) opracowanego przez Euler Hermes, światowego lidera sektora ubezpieczeń należności handlowych. Za niezadowalającym wynikiem stoją: wahania popytu na rynkach wschodzących, utrzymujące się niskie ceny surowców, fala deprecjacji walut na całym świecie, jak również rosnące tendencje izolacjonistyczne (siłą rzeczy – ograniczenie i mniejsza zależności od handlu międzynarodowego).

W latach 2014-2016 poziom wymiany towarów i usług na świecie zmalał o 3129 mld dolarów – czyli o kwotę niemal równą PKB Niemiec,” mówi Ludovic Subran, główny ekonomista Euler Hermes. „Niestety nie ma dużej nadziei na to, że nawet po 2017 roku poziom handlu w pełni odzyska tempo sprzed kryzysu finansowego.”

Euler Hermes przewiduje, że motorem dodatkowego importu w latach 2016-17 będą Niemcy (77 mld USD skumulowanego przyrostu w tym okresie), USA (66 mld USD) oraz Japonia (49 mld USD), Chiny nie będą już największym światowym nabywcą, a większość krajów będzie importować mniej niż do tej pory.

 

Jeżeli zaś chodzi o eksporterów – biorąc pod uwagę spowolnienie popytu – państwa europejskie powinny okazać się liderami pod względem przyrostu nowego eksportu, natomiast eksporterzy surowców będą wciąż odnotowywać spadki. Niemcy z 75 mld dolarów dodatkowego eksportu w latach 2016-17 znajdą się na pierwszym miejscu; kolejne miejsca zajmą Francja (42 mld USD), Irlandia (38 mld USD), Włochy i Hiszpania ex aequo (po 34 mld USD). Chiny zajmą zaledwie piąte miejsce z wynikiem 33 mld dolarów dodatkowego eksportu, co potwierdza, że powrót chińskiej machiny eksportowej do poprzedniej kondycji nie jest łatwy.

Wzrost eksportu w poszczególnych krajach

(Łączna wartość dodatkowego eksportu w okresie 2016-2017, w mld USD)

Wzrost handlu światowego ulegnie w 2016 roku spowolnieniu do poziomu +2,1% (według ilości), a następnie w 2017 roku przyspieszy nieznacznie do +3,1% - wynika z najnowszego raportu („Wojny handlowe: osłabienie mocy”) opracowanego przez Euler Hermes, światowego lidera sektora ubezpieczeń należności handlowych. Za niezadowalającym wynikiem stoją: wahania popytu na rynkach wschodzących, utrzymujące się niskie ceny surowców, fala deprecjacji walut na całym świecie, jak również rosnące tendencje izolacjonistyczne (siłą rzeczy – ograniczenie i mniejsza zależności od handlu międzynarodowego). 	 „W latach 2014-2016 poziom wymiany towarów i usług na świecie zmalał o 3129 mld dolarów – czyli o kwotę niemal równą PKB Niemiec,” mówi Ludovic Subran, główny ekonomista Euler Hermes. „Niestety nie ma dużej nadziei na to, że nawet po 2017 roku poziom handlu w pełni odzyska tempo sprzed kryzysu finansowego.”  Euler Hermes przewiduje, że motorem dodatkowego importu w latach 2016-17 będą Niemcy (77 mld USD skumulowanego przyrostu w tym okresie), USA (66 mld USD) oraz Japonia (49 mld USD), Chiny nie będą już największym światowym nabywcą, a większość krajów będzie importować mniej niż do tej pory.  Jeżeli zaś chodzi o eksporterów – biorąc pod uwagę spowolnienie popytu – państwa europejskie powinny okazać się liderami pod względem przyrostu nowego eksportu, natomiast eksporterzy surowców będą wciąż odnotowywać spadki. Niemcy z 75 mld dolarów dodatkowego eksportu w latach 2016-17 znajdą się na pierwszym miejscu; kolejne miejsca zajmą Francja (42 mld USD), Irlandia (38 mld USD), Włochy i Hiszpania ex aequo (po 34 mld USD). Chiny zajmą zaledwie piąte miejsce z wynikiem 33 mld dolarów dodatkowego eksportu, co potwierdza, że powrót chińskiej machiny eksportowej do poprzedniej kondycji nie jest łatwy.  Wzrost eksportu w poszczególnych krajach (Łączna wartość dodatkowego eksportu w okresie 2016-2017, w mld USD)

Patrząc w przyszłość, realny handel światowy nawet w perspektywie średniookresowej będzie prawdopodobnie rósł w tempie poniżej +4% rocznie. Ubezpieczyciel kredytu handlowego wymienia trzy przyczyny takiego stanu rzeczy:

  1. Zmiany strukturalne w światowym popycie, wynikające z kontynuacji odwrotu Chin i USA ze swojej roli motorów handlu światowego. Chiny kierują się w stronę modelu w mniejszym stopniu zależnego od importu, zamiast tego z usługami i konsumpcja prywatna jako głównymi elementami napędowymi ich gospodarki. Tymczasem w USA rewolucja w zakresie energetyki przekłada się na niższy import energii. Euler Hermes szacuje, że spadek realnego importu o 1 punkt procentowy ze strony Chin i USA mógłby przełożyć się na zmniejszenie wzrostu handlu światowego o, odpowiednio, -0,3 oraz -0,2 punktu procentowego światowej wymiany handlowej.
  1. Fragmentacja finansów sprawia, że handel oraz finansowanie długiem (w USD) staje się bardziej skomplikowane, a ponadto dewaluacje walut w celu zwiększenia konkurencyjności poszczególnych krajów nie doprowadziły do intensyfikacji handlu w skali ogólnoświatowej.
  1. Niepokój w sektorze prywatnym wzbudzają rosnące ryzyka polityczne oraz bardziej intensywne środki protekcjonistyczne.

Konsumenci na całym świecie oczekują dziś w większym stopniu usług i przeżyć niż towarów, finansowanie działalności handlowej stało się bardziej złożone i kosztowne, rośnie też ryzyko polityczne i protekcjonizm”, mówi Ludovic Subran. „Wydaje się, że konieczna będzie ewolucja recepty na globalizację tak, aby stała się ona zjawiskiem obejmującym większą liczbę krajów, opartym w większym stopniu na zaufaniu oraz inaczej postrzeganym przez decydentów i dyrektorów firm.”

 

 

W tym kontekście, firmy będą musiały znajdować nowe alternatywy dla rozwoju własnej działalności.

 

  • Mogą opierać się na zwiększeniu roli usług i digitalizacji, ponieważ umożliwiają one firmom szybsze rozpoczęcie działania w skali międzynarodowej, mimo iż w momencie startu przedsiębiorstwa te są mniejsze (mikroprzedsiębiorstwa międzynarodowe). Zakłócenie w zakresie obrotu usługami jest mniejsze niż w przypadku obrotu towarowego: eksport usług utrzymywał się w latach 2014-2015 na stabilnym poziomie 6,7% globalnego PKB, natomiast eksport towarów zmalał w 2015 roku do poziomu 22% (z 24% w 2014). Międzynarodowe przepływy danych oparły się spowolnieniu w handlu światowym. Opracowany przez Euler Hermes Wskaźnik Zdolności w Zakresie Cyfryzacji [Enabling Digitalization Index – EDI] dowodzi, że Niemcy, Holandia oraz Szwecja mają największe predyspozycje, aby skorzystać na tego rodzaju przekształceniach.

Wskaźnik Zdolności w Zakresie Cyfryzacji [Enabling Digitalization Index] Euler Hermes

Wskaźnik Zdolności w Zakresie Cyfryzacji [Enabling Digitalization Index] Euler Hermes

  • Firmy mogą opierać swój wzrost na inwestycjach zagranicznych oraz stosować różne modele ekspansji za granicą. W ubiegłym roku wartość transgranicznych transakcji fuzji i przejęć osiągnęła rekordowy poziom 1,6 biliona USD, przy czym na czele tej nowej fali umiędzynarodowienia swoich przedsiębiorstw znalazły się Chiny.

 

  • W następstwie rozczarowujących horyzontalnych „mega” transakcji handlowych, niezbędne staje się ponowne odkrycie regionalnych bloków wertykalnych: Europa-Bliski Wschód-Afryka, Ameryka Północna-Południowa, Azja Południowa-Wschodnia.

„Eksport daleki jest od spacerku po parku, jednak firmy będą chciały dążyć do zwiększania sprzedaży zagranicznej oraz zysków z inwestycji poprzez nawiązywanie efektywnej współpracy partnerskiej oraz sprzedaż bezpośrednio do klientów końcowych, zamiast generowania przychodów z tradycyjnego eksportu na podstawie dotychczasowej bazy. Obok dużych spółek giełdowych także mniejsze, młodsze i bardziej odważne firmy mogą nas w tym nowym modelu handlu zaskakiwać – ponieważ bariery wejścia są dziś mniejsze niż dotychczas,” konkluduje L. Subran.

Dynamiczne zmiany w polskiej branży ubezpieczeń. Jak wpływają na rynek pracy?

Polski rynek ubezpieczeń ulega w ostatnich miesiącach dynamicznym przemianom. Obowiązujące od początku bieżącego roku przepisy i trudna sytuacja wielu podmiotów z tej branży, skłania sporą część ubezpieczycieli do zmian struktury wewnętrznej bądź fuzji, co przekłada się na rynek pracy. W obliczu wspomnianych zmian, rośnie rola firm rekrutacyjnych, z usług których coraz chętniej korzystają zarówno pracodawcy, jak i pracownicy z branży ubezpieczeniowej.

Fuzje – polska specjalność

Jak wynika z danych zawartych w Emerging Europe M&A Report 2015/2016, Polska jest jednym z liderów Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby oraz wartości przejęć i fuzji – plasuje się na drugim miejscu jeśli chodzi o liczbę tego rodzaju transakcji oraz na trzeciej pozycji pod względem ich wartości. Zarówno ilość przejęć i fuzji, jak i kapitał przedsiębiorstw, które brały w nich udział uległy wzrostowi w stosunku do roku 2014, odpowiednio: z 285 do 346 i z 4,5 do 6,3 mld euro.  Istotną część tego procesu stanowią transakcje w sektorze finansowo-ubezpieczeniowym, których w minionym roku przeprowadzono w Polsce łącznie 22.

Szanse i zagrożenia

Na przestrzeni ostatnich lat na rodzimym rynku ubezpieczeń doszło do dwóch dużych fuzji. Pierwszą z nich było połączenie Generali Polska i Proama, w wyniku którego pracę straciło około 300 osób, a wiele kolejnych zostało przesuniętych na inne stanowiska. Istotne przekształcenia trwają również w AXA, gdzie podjęto decyzję o połączeniu AXA Direct, AXA Ubezpieczenia TUiR i AXA TUiR w jedną spółkę majątkową do końca 2017 roku. Do nowopowstałej spółki dołączyło Liberty Ubezpieczenia, które zostało przejęte przez tę grupę.

Dynamiczne przekształcenia z jednej strony potęgują niepokój o zachowanie pracy, jednak z drugiej – stanowią okazję do rozwoju zawodowego. – W związku z dublowaniem się niektórych stanowisk oraz działów powstaje zagrożenie, że nie wszyscy pracownicy znajdą zatrudnienie w organizacji po połączeniu. Z drugiej jednak strony pojawiają się nowe szanse, gdyż większe przedsiębiorstwo ma szersze możliwości działania i większy portfel produktów, co może zwiększyć zapotrzebowanie na nowe kompetencje z rynku – tłumaczy Karolina Borucka, Senior Consultant Insurance z Relyon Recruitment & IT Services, jednej z wiodących firm rekrutacyjnych w Polsce. – W przedsiębiorstwie ulegającym dynamicznym przekształceniom najlepiej odnajdą się osoby kreatywne, wnoszące nowe idee i  potrafiące zarządzać zmianą – dodaje.

Ubezpieczyciele kontra nowe przepisy

Dodatkowym czynnikiem, zmuszającym ubezpieczycieli do wprowadzania zmian w strukturach firmy, jest dyrektywa Solvency II, która zaczęła obowiązywać od początku bieżącego roku. Dotyczy ona systemu wypłacalności zakładów ubezpieczeń, który został oparty na trzech filarach: wymogach kapitałowych, jakościowych i obowiązkach informacyjnych. W praktyce oznacza to między innymi, że ubezpieczyciel jest zobowiązany do przeprowadzenia analizy potrzeb klienta przed podpisaniem umowy i stwierdzenia, czy produkt oferowany danemu klientowi jest adekwatny do jego potrzeb, wiedzy i doświadczenia w dziedzinie ubezpieczeń na życie oraz jego sytuacji finansowej. Ten proces wpływa na powstawanie nowych etatów i zmian w firmowej strukturze zatrudnienia – twierdzi Karolina Borucka.

Jak pozyskać najlepszych?

Jak wynika z danych opracowanych przez portal Pracuj.pl, branża finansów, bankowości i ubezpieczeń, mimo wspomnianych przekształceń, była drugim po handlu i sprzedaży sektorem pod względem ilości ofert pracy. Dynamiczna sytuacja i silna konkurencja na rynku wymagają także specjalistycznego wsparcia, które gwarantują agencje rekrutacyjne, umożliwiające szybkie dotarcie do najlepszych kandydatów. – Firmy rekrutacyjne często poszukują pracowników na nowotworzone stanowiska w organizacji, specjalistów odpowiedzialnych za produkty, które dopiero są wprowadzane do oferty lub handlowców, tworzących nowe kanały sprzedaży. Rolą firmy rekrutacyjnej jest przeprowadzenie badania rynku i konkurencji pod kątem kompetencji, które najlepiej pozwolą wdrożyć nowe strategie, wyszukać odpowiednich kandydatów i wskazać ich pracodawcy – tłumaczy Karolina Borucka.

Inną kwestią, która często wymaga wsparcia firm rekrutacyjnych, jest odpowiednie rozpoznanie wymagań kandydatów w stosunku do pracodawcy. – Pracownicy branży ubezpieczeń cenią sobie stabilność zatrudnienia i możliwości rozwoju zawodowego. Wiele osób podkreśla także możliwość realnego wpływu na strategię obszaru, za który odpowiada. Wciąż ważna jest marka i pozycja danego zakładu ubezpieczeń na rynku. Dla pracowników merytorycznych, jak na przykład aktuariusze, bardzo istotne są również narzędzia, przy pomocy których będą pracować – mówi Karolina Borucka.

Jak nowe technologie mogą wspierać pracę lekarzy? Nowy sposób analizy danych w medycynie

Nowoczesne technologie umożliwiają coraz dokładniejszą diagnozę i bardziej efektywne leczenie. Zdaniem ekspertów spowodują one, że w perspektywie następnych czterech lat medycyna przejdzie rewolucję cyfrową. Jak rozwiązania IT mogą zmienić funkcjonowanie służby zdrowia i wpłynąć na jakość leczenia poprzez precyzyjną analizę danych? 

Stopień informatyzacji systemów szpitalnych w Polsce pozostawia wiele do życzenia, tylko 24 proc. systemów operuje elektroniczną kartą choroby. Dla porównania na Cyprze jest to 50 proc, zaś w Danii 100 proc. W tej kwestii wyprzedzamy jednak Niemców, gdzie odsetek ten wyniósł jedynie 10 proc[1]. Jak zmienić ten stan rzeczy?

Wiele do zaoferowania w tym obszarze mają nowoczesne technologie. W branży medycznej przejście na format cyfrowy, ułatwia przesyłanie i gromadzenie danych, a także ich późniejsze przetwarzanie. Coraz częściej odbywa się ono dzięki wyspecjalizowanym urządzeniom, które ułatwiają pracę i sprawiają, że przebiega ona szybciej.

Analiza danych ma znaczenie

Dotychczas do wystawienia diagnozy, lekarzowi wystarczyła jedynie znajomość objawów. Dziś znaczenie ma cała dokumentacja medyczna, a zwłaszcza ogromne ilości informacji o pacjencie, które wymagają odpowiedniej analizy i narzędzi. Tutaj z pomocą przychodzą nowoczesne rozwiązania. Dzięki innowacyjnym systemom, informacje na temat pacjentów są przesyłane pomiędzy szpitalami i specjalistami, a ich szczegółowość zwiększa się o dane z urządzeń monitorujących stan chorego. Te same zasoby mogą być później wykorzystywane chociażby do opracowywania nowych metod leczenia, czy analiz porównawczych. W ten sposób lekarze mają szansę korzystać z doświadczeń innych specjalistów, szczególnie w kwestii trudnych przypadków – tym samym zwiększając swoje kompetencje.

– Do tej pory analiza tak kompleksowych danych, była możliwa po zakupie całego systemu Business Inteligence (BI) lub zaawansowanych narzędzi do analiz statystycznych, które do obsługi i tak wymagały eksperckiej wiedzy. Dziś z potencjału zgromadzonych zasobów, mogą korzystać też lekarze. Przykładem narzędzia, które to umożliwia jest MedStream Designer. Program współpracuje z systemami szpitalnymi HIS, a pozyskane z nich dane można monitorować, analizować i zestawiać ze sobą. To znacząco wpływa na poprawę jakości leczenia – mówi Konrad Wojdan, Dyrektor R&D w Transition Technologies, polskiej firmie informatycznej.

Przyszłość sektora medycznego

Jednym z wyzwań sektora medycznego jest zmiana roli pacjenta, który jest bardziej wymagający i  świadomy swoich praw[2]. Dlatego właśnie to jego potrzeby powinny być uwzględniane jako pierwsze. Z kolei te, pod wpływem zmiany sposobu komunikacji, możliwości załatwienia wszystkiego online, zaczynają się zmieniać. Konsultacje medyczne nie będą mieć miejsca tylko w przychodniach, czy szpitalach. Jak wskazują eksperci, sprawowanie opieki nad pacjentem zostanie przeniesiona do świata wirtualnego. Już dla 20 proc. pacjentów konsultacje z lekarzami przez Skype albo FaceTime, byłyby zupełnie komfortowe, a 27 proc. mogłoby poznawać dostępne metody leczenia poprzez program komputerowy, video, czy aplikację.

Zgodnie z zapowiedzią raportu, w 2020 roku, większość usług medycznych odbywać się będzie w domach pacjenta. Fizyczna obecność lekarza obok chorego nie będzie już konieczna by postawić diagnozę, czy wydać zalecenia związane z dalszym leczeniem. Charakter pracy medyków, nabierze głównie zdalnego charakteru. Dlatego też w tym kontekście tak ważny jest dostęp do wszystkich danych o pacjencie. Można sobie jedynie wyobrazić, jakie udogodnienia niesie ze sobą taka zmiana, dla przewlekle chorych pacjentów i ich rodzin. Aby stało się to możliwe, technologia musi zagościć w świecie medycyny już na poziomie szerokiej wymiany  informacji.

Nowe technologie odgrywają szczególną rolę w procesie rozwoju medycyny. Należy pamiętać, że to dzięki cyfryzacji służby zdrowia możliwe będzie usprawnienie pracy lekarzy, która ma bezpośredni wpływ na jakość świadczonych usług.

[1] Badanie wykonane na zlecenie Dyrekcji Generalnej Społeczeństwa Informacyjnego i Mediów KE.

[2] Raport Healthcare and Life Sciences Predictions 2020: A bold future?”, Deloitte.

BLOOMGA S.A. producent gier przeglądarkowych zamierza debiutować na New Connect

Spółka BLOOMGA S.A. – zajmująca się produkcją gier przedlądarkowych ma w planach osiągnąć do 10 milionów EBITDA w 2018 roku. Zarząd Spółki przed IPO na New Connect zamierza w listopadzie br. złożyć wniosek do PARP w programie 4 Stock. Spółka realizuje obecnie przyjęty plan rozwoju i przygotowuje premierę strategiczno – ekonomicznej gry ISLANDOOM, najnowszej produkcji Spółki.

Zarząd BLOOMGA SA planuje zakończyć w listopadzie 2016 roku prace nad grą ISLANDOOM. To strategiczno – ekonomiczna gra przeglądarkowa; autorska produkcja firmy, której premiera ma odbyć się już w grudniu 2016. Po polskiej premierze gra trafi do sprzedaży w ponad 30 krajach, gdzie gry przeglądarkowe są popularne. Wg Spółki przychody z tej produkcji powinny być stabilne przez trzy, lub nawet cztery lata. Wiele wskazuje na to, że firma może być kolejnym polskim deweloperem gier, która zawalczy o światowy sukces. Wydawcą gry ISLANDOOM w Polsce będzie najprawdopodobniej uznana Firma notowana na warszawskiej Giełdzie, posiadająca kilka milionów użytkowników obecnych stale w Internecie. Jak informuje Spółka, rozmowy z polskim wydawcą są bardzo mocno zaawansowane.

„.. Od grudnia polsko i angielskojęzyczni gracze będą mogli rozwiązać ponad 100 zadań, przygotowanych dla nich w naszej produkcji pond nazwą ISLANDOOM. Nie udałoby się to bez naszego wspaniałego zespołu, który pokonał wiele barier i wykonał wyśmienitą pracę. – Nie jest to moja ocena, a jedynie opinie jakie otrzymuję od przyjaciół i jednocześnie liderów rynku wydawniczego gier – nie tylko z Polski ! Z  tym większym entuzjazmem czekamy na premierę ISLANDOOM i pokazanie perspektyw Spółki potencjalnym inwestorom na zaplanowanych na listopad rozmowach. Widzimy, że rynek dobrze odbiera spółki z sektora gier, a my mamy wyśmienity produkt i solidną strategię …”  twierdzi Prezes, Dawid Przygodzki.

ISLANDOOM to duża produkcja i Spółka chce ją pokazać na targach GamesCom w Niemczech, jakie odbędą się w sierpniu 2017 roku BLOOMGA. Jest to właściwe miejsce aby zdobyć nowych wydawców na rynki całego Świata i zbudować pozycję lidera w Polsce. Tym samym firma ma szansę dołączyć do znanych polskich marek produkujących gry nowej generacji. Wg Prezesa firmy sytuacja na rynku sprzyja planom rozwoju:

„…Obecnie oceniamy budżety aby z właściwą siłą zdobywać rosnący, światowy rynek. Niebawem planujemy spotkania i czaty z inwestorami aby omówić plany inwestycyjne Spółki i założenia sprzedaży na lata 2017 i  2018, a te wyglądają bardzo, bardzo dobrze. O wyśmienitych perspektywach sektora świadczą ostatnie wyceny z debiutów porównywalnych podmiotów i zainteresowanie inwestorów spółkami z branży gier. Chciałbym na targach GamesCom pokazać produkt dostępny w kilkunastu wersjach językowych z już ponad 200 zadaniami dla graczy. Teraz będziemy pracować nad tym, aby do Spółki udało się pozyskać inwestorów. Każda złotówka, czy ta zarobiona, czy od inwestorów będzie dobrze zagospodarowana na dalszy rozwój firmy. Po realizacji planu jakim jest IPO, BLOOMGA pokaże w pełni gotowy do pracy z kolejnymi wydawcami, wielojęzyczny produkt na Światowym poziomie. Dzięki tej produkcji, możemy stać się liderem polskiego sektora deweloperów gier przeglądarkowych i nie jest wykluczone, że zostaniemy zauważeniu na Świecie. Jestem nawet o tym przekonany …”

Dawid Przygodzki jest twórcą gry ISLANDOOM. Jednocześnie to jeden z akcjonariuszy i Prezes Firmy. Z rynkiem gier związany jest od 2006 roku i nie kryje, że zna go wyjątkowo dobrze. Współtworzy scenariusze i jest kreatorem, który właśnie spełnia swoje marzenia o prawie… globalnym biznesie. Spółka jest na etapie testów gry w wersji Beta – przed jej premierą. BLOOMGA SA powstała dzięki wsparciu inwestorów, Pani Doroty Denis – Brewczyńskiej i jej męża Piotra, następnie wykupiła przedsiębiorstwo Games Faktory jakie prowadził Dawid Przygodzki od 2010 roku. W Games Faktory obecny Prezes BLOOMGA SA stworzył pierwszą grę pod tytułem ISLANDERZ – poprzednika gry ISLANDOOM. Dzięki wykupowi istniejącego przedsiębiorstwa z posiadanym know-how Zarząd Spółki BLOOMGA zaoszczędził czas i ogromne pieniądze, a firma może już po niespełna dwóch latach kończyć nową produkcję.

„…Już na studiach miałem wizję założenia własnej firmy, która będzie produkować gry. Dopiąłem w końcu swego, założyłem swój biznes i wypuściłem na rynek grę strategiczno – ekonomiczną swego pomysłu „Islanderz”. Marzyłem jednak, by na jej bazie stworzyć grę znacznie lepszą, już na najwyższym, światowym poziomie. No i wtedy znalazłem inwestora do tego scenariusza. Tak powstała gra ISLANDOOM – w założonej w 2015 roku Spółce BLOOMGA SA. Teraz czas zrealizować kolejny etap rozwoju i pójść po pieniądze np. z Giełdy i mocno rozwinąć skrzydła.  – opowiada Przygodzki…”

Spółka obecnie finansuje się ze środków własnych, ale celem dla Zarządu jest znalezienie dodatkowych źródeł finansowania aby wypromować praktycznie gotową produkcję i sprawnie zrealizować ambitne plany rozwoju i osiągać duże zyski, gdyż dzięki niszy w jakiej pracuje BLOOMGA jest to możliwe. W planach firmy jest osiągnięcie nawet do 10 milionów EBITDA w 2018 roku, a to pokazuje jak bardzo rynek gier przeglądarkowych jest atrakcyjny. Jeśli Spółka pozyska niebawem kilka milionów złotych to takie plany są jak najbardziej realne. Środki własne oraz zakup przedsiębiorstwa Games Faktory pozwoliły stworzyć światowej klasy produkt, który ma już wielu zwolenników zdobytych w trakcie trwających beta testów.

Zdaniem Prezesa…  „można powiedzieć, że Spółka pokazała co potrafi, a zwiastun gry ISLANDOOM jest dostępny w sieci. Nadszedł czas na zaproszenie do Spółki inwestorów i przygotowanie firmy na ekspansję światową, aby powiedzieć konkurencji „sprawdzam”. Na poważnie rozważamy IPO jeszcze w tym roku. Są realne możliwości, aby złożyć wniosek do Giełdy w IVQ2016. Chcemy te plany omówić z inwestorami w najbliższym czasie. Aby odciążyć budżet firmy zamierzamy złożyć wniosek w PARP z poddziałania 3.1.5 i przygotować Spółkę do drogi na New Connect…”

BLOOMGA. SA zamierza zadebiutować jeszcze w 2016 roku, lub z początkiem 2017 roku – zależnie od zamknięcia formalności z Giełdą Papierów Wartościowych. Spółka chce od grudnia 2016 roku generować przychody z nowej gry ISLANDOOM, a następnie w 2017 roku zaprezentować grę na największych targach w Europie, aby w 2018 osiągnąć szczyt sprzedaży i pokazać nową grę.

Przy sprawiedliwym orzecznictwie sądów ustawa frankowa może okazać się zbędna

Sprawy kredytów frankowych w sądach są na etapie pierwszej lub drugiej instancji. Wciąż brakuje orzeczeń Sądu Najwyższego, które jednoznacznie przekreślałyby tego typu umowy. Linia orzecznicza sądów ewoluuje i sądy częściej stają po stronie kredytobiorców. Dodatkowo sądy biorą pod uwagę istotne poglądy wydawane przez Rzecznika Finansowego i te sprawy są szybciej załatwiane. Podczas gdy jeszcze 2 lata temu na pierwszą rozprawę trzeba było czekać nawet rok, teraz pozwy są bardzo szybko przesyłane do banków. Banki mają ok. półtora miesiąca na odpowiedź, co pokazuje, że sądy przestały się obawiać rozstrzygania tych spraw.

– Istotny jest fakt, że ciężar rozwiązania problemu frankowego przesunął się z władzy ustawodawczej do władzy sądowniczej – powiedziała agencji eNewsroom.pl Barbara Garlacz, radca prawny – Jednocześnie sądy uzyskały potężne wsparcie ze strony Rzecznika Finansowego i prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Widzimy, że te instytucje, które powinny zajmować się prawami kredytobiorców i konsumentów na rynku, zaczynają wykonywać swoje działania.

Potrzebne jest teraz sprawiedliwe orzecznictwo sądów, w sposób niezawisły, bez względu na lobby bankowe, które jest dosyć silne. Wtedy nie będzie konieczna ustawa rozwiązująca ten problem, natomiast jedyną kwestią skłaniająca do rozwiązania ustawowego jest możliwość objęcia szerszej grupy klientów, niż ci, którzy mogą rozwiązać sprawę w sądach. Sądy dostrzegają, że to nie jest kredyt, czy standardowa instytucja kredytu i zaczynają się zastanawiać nad możliwością zaoferowania takiej umowy kredytu konsumentowi. Na czym polegał mechanizm tej umowy? Jestem przekonana, że w ciągu najbliższych miesięcy lub w przyszłym roku uda się uzyskać orzeczenia, w których sądy będą znacznie głębiej weryfikować ten temat.

Cały czas czekamy na orzeczenie Sądu Najwyższego odnoszącego się do kredytów indeksowanych i czy były dozwolone w okresie oferowania ich. To samo dotyczy kredytów waloryzowanych. Aktualnie ta linia orzecznicza zaczyna się rozdwajać. Są sądy, które uważają, że należałoby wyrzucić klauzule niedozwolone i nieuczciwe z umowy, co pozostawi kredyt w złotówkach, ze stawką LIBOR. Zaczynają się pojawiać także orzeczenia, gdzie stanowisko sądów uznaje umowę w całości za nieważną. Mamy do tego pogląd UOKiK, w którym prezes stwierdził, że czy umowa pozostaje w mocy bez klauzul abuzywnych, czy też upada w całości, należy badać na gruncie okoliczności konkretnej sprawy.

Należy ustalić z klientem czy godzi się on na rozwiązanie umowy i uznanie jej za nieważną. Moim zdaniem, w ostateczności ta linia orzecznicza nie będzie jednolita i sąd będzie w sprawie brał pod uwagę interes stron, uwzględniając stanowisko strony powodowej, czy klient jest przygotowany na rozwiązanie w postaci stwierdzenia nieważności umowy – ocenia Garlacz.

Schneider Electric wdraża systemy optymalizacji w Europie i Azji. Pozwoli to na znaczące usprawnienie procesów w firmie

Schneider Electric wdraża systemy optymalizacji w Europie i Azji. Pozwoli to na znaczące usprawnienie procesów w firmie 1
Schneider Electric wdraża systemy Lean Management w swoich centrach usług wspólnych w Polsce, Indiach, Chinach i na Filipinach. Metoda ta pozwala efektywnie zmienić kulturę firmy, w tym zapewnić ciągłe zwiększanie produktywności, podwyższanie jakości, skracanie cyklu realizacji usług i przyciąganie nowych klientów. Po zbudowaniu fundamentów Lean Management w 2015 i 2016 roku, obecnie przygotowywana jest strategia na 2017 rok. Jej kluczowym elementem ma być rozwój menadżerów, pełne wykorzystanie potencjału pracowników i zaangażowanie klientów w prowadzone projekty usprawnieniowe.

– Systemy Lean Management dają ramy i metody pracy, które pomagają danej organizacji stać się organizacją solidną, ciągle uczącą się, poprawiającą przepływy i wykorzystanie zasobów, dążącą do doskonałości i jakości – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Teresa Rondomańska, Leanergy Director Global Finance Shared Services, odpowiedzialna za wdrażanie systemów Lean w Schneider Electric.

Zdaniem ekspertki głównym problemem organizacji usługowych jest przede wszystkim brak przejrzystości danych i systematycznego zaangażowania pracowników w poprawę procesów. W wielu organizacjach panuje przekonanie, że pewne rzeczy są jakie są, nie można ich zmienić i należy akceptować chroniczne problemy. Efekty usprawnień często nie są mierzone. Dużym wyzwaniem jest też włączenie wszystkich pracowników w systematyczne usprawnianie ich własnej pracy. Nie mówiąc już o procesach wykraczających poza odpowiedzialność danego zespołu.

– Stosujemy metodę małych kroków, żeby tworzyć nowe nawyki. Lean to zarządzanie zmianą. Wymaga stopniowego wdrażania, jeśli chcemy zmienić kulturę firmy. Pierwszy krok to uzyskanie klarownego obrazu tego, co robimy, popartego danymi i zrozumienie przez pracowników wszystkich procesów, które wykonują i dostrzeżenie problemów – mówi Rondomańska.

Wdrażany jest system raportowania pracy w czasie rzeczywistym, zespoły spotykają się codziennie. W ten sposób tworzy się nawyk częstego patrzenia na status prac, a członkowie zespołu zaczynają wzajemnie pomagać sobie w usuwaniu barier codziennej pracy. Wiadomo, gdzie pojawia się problem, szukamy wtedy rozwiązań poprzez analizę przyczynowo-skutkową i wdrażamy usprawnienia. Jak podkreśla ekspertka, angażowanie wszystkich członków zespołu stanowi o sile systemu.

– O ile w pierwszym i drugim kroku wdrażania Lean koncentrujemy się na zakresie prac danego zespołu, to w trzecim patrzymy szeroko na procesy, które przechodzą poprzez całą organizację. Rozpoczynamy projekty obejmujące członków różnych zespołów, włączamy również przedstawicieli klienta – tłumaczy Rondomańska.

Opracowana metoda optymalizacji została zaakceptowana przez grupę Schneider Electric jako standard w finansowych centrach usług wspólnych na pięciu kontynentach. Koncepcja Leanergy została bardzo dobrze przyjęta przez szefów CUW w Polsce, Chinach, USA, Meksyku, Indiach i Filipinach. W marcu 2015 roku program ruszył w Chinach, kilka miesięcy później na Filipinach i w Indiach. Trzeba patrzeć na procesy pod kątem niezakłóconego przepływu informacji, dokumentów, ludzi. Pracujemy warsztatowo. Prowadzimy projekty. Wizualizujemy i i standardyzujemy to, co robimy. Uzgadniane są kolejne kroki dla centrum w Meksyku. Wewnętrznie nasz program nazywamy Leanergy. Nazwa nawiązuje do „zleanowanych” procesów i ludzkiej energii. Leanergy jest systemem zarządczym organizacji usługowej, a strategia 2017 roku opiera się na całkowitym zintegrowaniu filozofii Lean z celami biznesowymi.

– Jej kluczowym elementem jest przekształcenie menadżerów w Lean Leaderów. Drugim elementem jest wzmacnianie ekspertyzy w naszych zespołach, znajomości narzędzi i umiejętności miękkich wykorzystywania zbiorowej inteligencji organizacji. Obecnie inwestujemy w specjalną stronę internetową, gdzie metodologia, szkolenia online, przykłady rozwiązań będą bardzo łatwo dostępne dla każdego i przedstawione w jak najprostszy sposób – podkreśla ekspertka.

Schneider Electric od dawna wykorzystuje Lean Management w zakładach produkcyjnych i centrach dystrybucyjnych. Obecnie od ok. 3 lat z powodzeniem również w centrach usługowych.

– W większości firm Lean wdraża się projektowo, eksperci szukają obszarów do poprawy i tam prowadzą projekty usprawnieniowe. My obraliśmy inną drogę. Zmieniamy kulturę firmy. Zabiera to więcej czasu, ale daje o wiele większy efekt, bo usprawniają wszyscy, nie tylko dedykowani specjaliści. Przy okazji odkrywamy niezwykłe talenty naszych pracowników – przekonuje Teresa Rondomańska.

O wdrażaniu Lean Management w sektorze BPO/SSC rozmawiano podczas konferencji organizowanej przez międzynarodową grupę audytorsko-doradczą Mazars – „Mazars CEE Business Forum”, która odbyła się w dniach 6–7 października w Warszawie.

A. Zaremba (Saturn TFI): chińska waluta będzie dalej słabnąć mimo niezłych wieści z gospodarki

A. Zaremba (Saturn TFI): chińska waluta będzie dalej słabnąć mimo niezłych wieści z gospodarki 2
W ciągu ostatniego roku chiński juan osłabił się do dolara o niemal 6 proc. Choć dolar umacniał się w tym czasie do większości walut, nawet polski złoty odnotował w tym czasie wobec niego 2,5-proc. osłabienie. Według Adama Zaremby z Saturn TFI słabość chińskiej waluty będzie postępować mimo nie najgorszych danych makroekonomicznych z gospodarki.

– W ostatnim czasie zobaczyliśmy bardzo duży odpływ inwestycji i środków kapitału z Chin, co przekłada się na notowania chińskiej waluty i wydaje mi się, że ten trend może być kontynuowany. Dodatkowo osłabienie juana będzie sprzyjać wzmocnieniu innych walut jak chociażby dolara amerykańskiego czy euro, co jest moim bazowym scenariuszem – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Adam Zaremba, główny ekonomista Saturn TFI. – W związku z tym nie zdziwiłbym się, gdybyśmy kontynuowali trend osłabienia i juan w perspektywie kilku miesięcy doszedłby do poziomu siedmiu w stosunku do dolara amerykańskiego.

Obecnie za dolara trzeba płacić około 6,79 juana i są to poziomy niewidziane od połowy 2010 roku. Rezerwy walutowe Chin są najniższe od 2011 roku i tylko we wrześniu spadły o 20 mld dol. do 3,17 bln dol. Z jednej strony jest to wynik odpływu kapitału, z drugiej zaś interwencji mających powstrzymać spadek chińskiej waluty.

– Chińska gospodarka zasadniczo ma się w tej chwili całkiem nieźle, więc to, co dzieje się w tej chwili z juanem, a więc ogromne osłabienie, jakie obserwujemy od kilku miesięcy, wiązałbym przede wszystkim z przepływami walutowymi, a także ze słabą komunikacją banku centralnego z inwestorami – ocenia Zaremba.

Ostatnie dane z chińskiej gospodarki były niejednoznaczne. Mocno, bo o 10 proc., spadł we wrześniu eksport, choć oczekiwano spadku jedynie o 3 proc. Import zmniejszył się o 1,9 proc., również mocniej od oczekiwań. W efekcie dodatni bilans handlu zagranicznego Chin skurczył się do 42 mld dol. z 52 mld w sierpniu. Z drugiej strony sprzedaż detaliczna wzrosła mocniej od oczekiwań o 10,7 proc. w ujęciu rocznym, a tempo wzrostu PKB utrzymało się na poziomie z poprzednich kwartałów. Słabsza od oczekiwań była natomiast produkcja przemysłowa, choć PMI wciąż pozostaje powyżej 50 pkt. O ile jednak chińskie władze podają 50,4 pkt, o tyle Markit Economics ocenia wskaźnik na ledwie 50,1 pkt.

– Mamy tam cały szereg różnych czynników i część analityków wątpi w to, na ile właściwie dane, które przedstawia rząd chiński, są realne – zastrzega główny ekonomista Saturn TFI. – Niemniej jednak na tle rynków wschodzących Chiny wciąż zachowują się całkiem nieźle i tutaj o stronę gospodarczą byłbym akurat spokojny. Wydaje mi się, że rynki wschodzące będą w najbliższym czasie, jeżeli chodzi o gospodarkę, radzić sobie całkiem dobrze.

K. Maliszewski: trudno będzie się wybić z poziomów 4,27-4,37 złotego za euro

K. Maliszewski: trudno będzie się wybić z poziomów 4,27-4,37 złotego za euro 3
Na notowania złotego w najbliższych tygodniach wpływ będą miały głównie czynniki międzynarodowe, zwłaszcza te płynące zza oceanu. To również wobec dolara złoty narażony może być na większe wahania. Natomiast euro zdaniem Kamila Maliszewskiego, głównego analityka DM mBanku, poruszać się będzie między poziomami 4,27 a 4,37 zł, a przekroczenie tego pasma jest w najbliższych dniach mało prawdopodobne.

– Zdecydowanie czynniki międzynarodowe są obecnie kluczowe w stosunku do walut z naszego regionu. Wydaje się, że żadne dane z Polski nie mają potencjału, żeby zdecydowanie zmienić notowania polskiej waluty w stosunku do euro czy do dolara, gdzie najprawdopodobniej będzie działo się w najbliższych tygodniach najwięcej ­– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Kamil Maliszewski, analityk Domu Maklerskiego mBanku.

8 listopada odbędą się w Stanach Zjednoczonych oczekiwane przez globalne rynki wybory prezydenckie, których wynik pozostaje zagadką, gdyż oboje kandydatów ma szansę na zwycięstwo. Wbrew dotychczasowej historii amerykańskich głosowań tym razem rynki przychylniej spoglądają na Hilary Clinton ze względu na jej przewidywalność. Dlatego jej zwycięstwo powinno pchnąć w górę indeksy i zwiększyć apetyt światowych inwestorów na ryzyko. Czyli na inwestycje na rynkach wschodzących.

– Jeżeli wygra Hillary Clinton, to jest szansa na dość pozytywne nastroje wśród inwestorów i wtedy złoty może się umocnić – przewiduje Maliszewski. – Należy jednak pamiętać, że w ostatnich tygodniach pozostajemy w dość wąskim paśmie wahań, jeżeli spojrzymy na Europę. Tak naprawdę okolice 4,27–4,37, to jest taki zasięg, w którym powinniśmy się poruszać i trudno będzie się wybić z tych poziomów.

Zanim okaże się, kto będzie 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych, z kraju tego popłyną jeszcze dwie informacje: odczyt PKB za III kwartał (w piątek po południu) oraz decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych (w najbliższą środę). Prognozy dotyczące wzrostu gospodarczego oscylują wokół 2,5 proc. w ujęciu zannualizowanym po 1,4 proc. w II kwartale. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca dolar umocnił się do polskiej waluty o ponad 4 proc. i jest blisko granicy 4 zł. Według głównego analityka mBanku piątkowy odczyt PKB może zaważyć na jej przełamaniu.

Natomiast na posiedzeniu Fed podwyżka stóp nie jest spodziewana, zwłaszcza że jest to posiedzenie, któremu nie będą towarzyszyły nowe prognozy makroekonomiczne, ale oczekuje się, że Fed da sygnał wzmacniający lub osłabiający oczekiwania podwyżki na posiedzeniu grudniowym.

Mamy w ostatnich dniach wiele wypowiedzi członków Rezerwy Federalnej, które wskazują, że powinniśmy zobaczyć je w grudniu. Jeżeli takie stanowisko potwierdzi się podczas posiedzenia FOMC, to najprawdopodobniej rynki w Stanach Zjednoczonych mogą się znaleźć pod pewną presją spadkową i to przełoży się także na nasz WIG20 i może zaszkodzić złotemu – analizuje Maliszewski. – Nie spodziewałbym się jednak żadnego załamania przed wyborami, to jest ten czynnik, który teraz będzie skupiał uwagę wszystkich inwestorów i dopiero za około dwa tygodnie poznamy tę najważniejszą informację i będziemy mogli się skupić na informacjach z gospodarki oraz na przyszłych poziomach stóp procentowych.

Co piąty Polak świętuje Halloween. Najpopularniejszą formą zabawy jest przebierana impreza

Co piąty Polak świętuje Halloween. Najpopularniejszą formą zabawy jest przebierana impreza 4
Dla wielu Polaków świetnym pretekstem do przeżycia emocji z dreszczykiem jest Halloween. Święto to pojawiło się nad Wisłą w latach 90. i wciąż cieszy się dużą popularnością. Jak wynika z badań Mars Polska, Halloween świętuje co piąty Polak. Najpopularniejszą formą zabawy w ostatni wieczór października jest przebierana impreza, zarówno w domu, jak i w klubie. Obowiązkowymi elementami takiej zabawy są dynie i kostiumy wampirów, duchów i upiorów.

Sonda serwisu prezentarzen.com pokazuje jednak, że Polacy mają także inne sposoby na świętowanie Halloween.

– 42 proc. Polaków będzie oglądało horror. My polecilibyśmy escape roomy. To nowa atrakcja – mamy straszne pokoje, w których musimy rozwiązać zagadki, żeby wydostać się z pomieszczeń – mówi Grzegorz Rożalski.

Z badań wynika, że Polacy lubią przeżywać silne emocje w towarzystwie i dzielić się kontrolowanym poczuciem lęku. Aż 61 proc. ankietowanych przez prezentmarzen.com chętnie obdarowałoby bliską osobę tego typu niecodziennym prezentem.

Zdecydowana większość Polaków lubi się bać. Potrzebę odczuwania ekscytującego lęku wyraziło aż 63 proc. ankietowanych. 37 proc. badanych traktuje sytuacje związane z przeżywaniem strachu jako sposób na przełamywanie własnych ograniczeń i realizowanie nowych wyzwań. Dla 29 proc. respondentów lęk wiąże się z przeżywaniem przygody, a dla 15 proc. jest to metoda na walkę ze stresem i oderwanie się od codzienności.

– Żyjemy w biegu: praca, dom, praca, dom, a elementy strachu są od  tego odskocznią. To jakby element relaksu umysłowego. Jeżeli trochę się poboimy, to psychicznie odchodzimy od stresu codziennego – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Grzegorz Rożalski, dyrektor generalny serwisu prezentmarzen.com.

Co trzeci Polak mocnych wrażeń szuka raz w miesiącu, a co piąty nawet kilka razy na miesiąc. 6 proc. badanych przyznało, że stale lubi być pod wpływem emocjonującego lęku. Sonda serwisu pokazała, że potrzeba odczuwania strachu nie jest związana z płcią – 59 proc. osób, które przyznały się do takiej potrzeby, to bowiem kobiety.

– Ludzie boją się różnych rzeczy. Z tych bardziej ekstremalnych rzeczy do doświadczenia to skok ze spadochronem, skok na bungee, lot motoparalotnią, jazda sportowym supersamochodem na torze. To dostarczy nam emocji, a emocje są najlepszym nośnikiem pamięci – mówi Grzegorz Rożalski.

Polska staje się potęgą w branży wierzytelności. Wartość transakcji rośnie, coraz większa jest też konkurencja

Polska staje się potęgą w branży wierzytelności. Wartość transakcji rośnie, coraz większa jest też konkurencja 5
Rynek wierzytelności jest wart 20–25 mld zł i z roku na rok notuje wzrosty. Trafia na niego coraz więcej wierzytelności bankowych, ale swoje portfele sprzedają też przedsiębiorstwa telekomunikacyjne, ubezpieczyciele oraz dostawcy energii, gazu i innych mediów, choć tych ostatnich nie jest jeszcze dużo. Ze względu na to, że rynek dynamicznie się rozwija, jest on atrakcyjny dla zagranicznych graczy. – Konkurencja jest coraz większa – uważa Paweł Trybuchowski, wiceprezes spółki GetBack SA.

 Na rynku wierzytelności pojawiają się firmy zagraniczne. Często są to znakomite marki, z wieloletnią tradycją. W ostatnich latach obserwowaliśmy wiele przejęć i inwestycji zagranicznych w Polsce. Również polskie firmy się konsolidują, niektóre kontynuują ekspansję na zachodnich rynkach. Można powiedzieć, że stajemy się potęgą w branży wierzytelności – ocenia Paweł Trybuchowski, wiceprezes spółki GetBack SA w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Na koniec II kwartału 2016 roku firmy zrzeszone w Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce, która monitoruje polski rynek, zarządzały łącznie 14,9 mln sztuk wierzytelności o łącznej wartości 85 mld zł. Średnia wartość pojedynczej wierzytelności wzrastała nieprzerwanie od początku ubiegłego roku, jednak w drugim kwartale br. nieznacznie spadła, osiągając wartość 5,7 tys. zł – wynika z cyklicznego raportu KPF. Dla porównania w II kwartale roku ubiegłego firmy objęte badaniem obsługiwały wierzytelności o nominalnej wartości 61,6 mld zł, co oznacza wzrost o 23,4 mld zł w ciągu dwunastu miesięcy. Jak podaje KPF, wartość nominalna obsługiwanych wierzytelności nieprzerwanie rośnie, począwszy od 2010 roku.

Polski rynek wierzytelności składa się z trzech głównych segmentów: konsumenckiego, biznesowego (korporacyjnego) i wierzytelności służby zdrowia. W ocenie wiceprezesa GetBack na rynku widać zwłaszcza dużą podaż wierzytelności konsumenckich ze strony banków, które chętnie odsprzedają trudno ściągalne zobowiązania swoich klientów profesjonalnym podmiotom. Tak więc należy się spodziewać, że w bieżącym roku powinien nastąpić wzrost podaży wierzytelności bankowych, głównie za sprawą wprowadzonego w lutym podatku bankowego.

 Każdy klient tego segmentu prowadzi procesy sprzedażowe. Najwięcej, zarówno pod względem wartości nominału, jak i liczby portfeli, wystawiają na sprzedaż banki. Poza tym na rynku są jeszcze przedsiębiorstwa telekomunikacyjne, firmy utility i ubezpieczeniowe – mówi Paweł Trybuchowski.

Ostatnie dwa lata upłynęły pod znakiem konsolidacji rynku i napływu zagranicznego kapitału. W Polsce zadebiutowały m.in. Grupa Lindorff, Hoist, B2Holding i amerykański lider branży Portfolio Recovery Associates (PRA). Polski rynek wciąż budzi duże zainteresowanie zagranicznych inwestorów i jest postrzegany jako wzrostowy i bardzo konkurencyjny.

– Niektóre spośród rodzimych firm uważają nawet, że łatwiej jest kupić portfel w krajach Europy Zachodniej niż w Polsce. To świadczy o tym, że walka jest mocna, ale prowadzona na zdrowych zasadach. Zasadniczo nie ma firm, które przepłacają za portfele – wskazuje Paweł Trybuchowski.

W opinii wiceprezesa GetBack wartość transakcji na polskim rynku z roku na rok wzrasta. Wynika to m.in. z nowych technik sprzedaży i metod przeprowadzania transakcji.

 W branży konsumenckiej rentowność waha się w granicach 15–25 proc. Dużo gorzej jest w przypadku rentowności tzw. windykacji serwisowej, usługowej, ale to jest zrozumiałe, ponieważ marże, prowizje i stopień komplikacji całego procesu są znacznie trudniejsze do okiełznania – dodaje Paweł Trybuchowski.

Założona w 2012 roku spółka GetBack SA jest jednym z liderów polskiego rynku zarządzania wierzytelnościami. Od dwóch lat rozwija się także w Rumunii. W czerwcu br. konsorcjum funduszy private equity kupiło od podmiotu zależnego Idea Banku 100 proc. akcji GetBack SA za kwotę 825 mln zł. W I półroczu br. Grupa Kapitałowa GetBack wypracowała skonsolidowany zysk netto w wysokości 74,4 mln zł, czyli o 37 proc. wyższy w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Przychody netto wyniosły natomiast 160 mln zł i wzrosły o 84 proc. rok do roku.

Polscy naukowcy stworzyli innowacyjne urządzenie do badania piersi w warunkach domowych. Unikalny na skalę światową wynalazek właśnie trafił do sprzedaży

Polscy naukowcy stworzyli innowacyjne urządzenie do badania piersi w warunkach domowych. Unikalny na skalę światową wynalazek właśnie trafił do sprzedaży 6
Pierwsze na świecie urządzenie do przesiewowego badania piersi w warunkach domowych stworzyli polscy naukowcy z biotechnologicznej spółki Braster. Chroniony patentami wynalazek trafił właśnie do powszechnej sprzedaży na polskim rynku. Głównym kanałem dystrybucji będzie strona internetowa producenta oraz sieć aptek. Firma Braster szacuje, że w ciągu roku sprzeda nawet 10 tys. sztuk urządzenia do samobadania piersi.

– Wprowadzenie na rynek Brastera to rewolucja. Do tej pory kobiety mogły polegać tylko na badaniu palpacyjnym za pomocą dotyku, które jest dość subiektywne. Teraz dostaną narzędzie, które umożliwi im przeprowadzenie w prosty i wygodny sposób powtarzalnego badania w domu i poda obiektywny, wiarygodny wynik – mówi dr n. med. Agnieszka Byszek, dyrektor medyczny Braster w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Braster Tester to pierwsze na świecie urządzenie, które umożliwia kobietom przeprowadzenie samodzielnej diagnostyki raka piersi. Polscy naukowcy pracowali nad nim od kilku lat. Wynalazek jest chroniony patentami w 17 krajach, m.in. w USA, Kanadzie, Chinach, Australii i we wszystkich państwach Unii Europejskiej. Pod koniec października notowana na warszawskim parkiecie spółka Braster rozpoczęła powszechną sprzedaż urządzenia na polskim rynku.

Głównym kanałem dystrybucji będzie strona internetowa producenta. Równolegle Braster trafi do sprzedaży w jednej z największych sieci aptek Dr Zdrowie. Zgodnie z przyjętą przez spółkę strategią Braster będzie dostępny w trzech wariantach cenowych, w pakiecie z 24-miesięcznym abonamentem (w ramach którego kobiety mają dostęp do aplikacji, która pomaga przeprowadzić badanie i przesłać je do centrum telemedycznego, gdzie zostanie poddane interpretacji, oraz do indywidualnego konta, które archiwizuje historię badań użytkowniczki). Ambasadorką marki została aktorka Magdalena Różczka, a Braster szacuje, że jeszcze w tym roku sprzeda łącznie około 10 tys. sztuk urządzenia do samobadania piersi.

– Przeprowadzenie badania Brasterem jest niezwykle proste dzięki aplikacji mobilnej, która krok po kroku pokazuje nam, jak powinniśmy postępować, aby zostało wykonane poprawnie. Nie jest też czasochłonne, zajmuje zaledwie 15 minut raz w miesiącu. Jeżeli w swojej hierarchii wartości będziemy miały to badanie na wysokiej pozycji, to zawsze znajdziemy na nie czas – mówi ambasadorka marki Braster, aktorka Magdalena Różczka.

Lekarze i onkolodzy podkreślają, że Braster to skuteczne narzędzie do przesiewowego badania piersi w warunkach domowych, którego skuteczność została potwierdzona w badaniach klinicznych. Dzięki temu stanowi doskonałe uzupełnienie standardowej diagnostyki obrazowej, jak mammografia i USG piersi, wykonywanych zwykle raz na dwa lata.

– Urządzenie Braster zostało zbadane w kilku badaniach klinicznych, były to badania obserwacyjne. Potwierdziły one skuteczność tej metody na poziomie 80 proc. Jest to metoda screeningowa, więc trudno porównywać ją do diagnostycznych badań obrazowych, jak USG czy mammografia. Braster jest jednak idealnym uzupełnienie standardowej diagnostyki piersi – mówi dr n. med. Agnieszka Byszek.

Dzięki ciekłokrystalicznej matrycy Braster rejestruje procesy wewnątrztermiczne zachodzące w piersi i przy regularnym stosowaniu wykrywa ewentualne zmiany nowotworowe na bardzo wczesnym etapie. Aplikacja mobilna w prosty i intuicyjny sposób przeprowadza kobietę przez proces samobadania, a specjalne algorytmy interpretują wynik. Zdaniem onkologa prof. Tadeusza Pieńkowskiego ważnym elementem profilaktyki jest również to, że urządzenie przypomina o kolejnym terminie wykonania badania.

– Braster bada rozkład temperatury w obrębie piersi. Jest przeznaczony do użytku domowego. Co istotne, aplikacja zintegrowana z urządzeniem przypomina o zbliżającym się terminie wykonania kolejnego badania i o tym, że ma ono potencjalnie duży wpływ na zdrowie i dalszy los kobiety – zaznacza onkolog prof. Tadeusz Pieńkowski.

Nationale-Nederlanden od lat inicjuje oraz wspiera akcje mające na celu wzrost świadomości społeczeństwa w zakresie profilaktyki zarówno zdrowotnej, jak i finansowej oraz promocji regularnych badań. Jak zauważa Marta Pokutycka-Mądrala, z firmą Braster połączył ich wspólny cel – przekonanie Polaków do stosowania zasad profilaktyki zdrowotnej na co dzień.

– Współpraca z firmą Braster jest dla nas naturalnym krokiem na drodze do wykształcania zdrowych nawyków związanych z badaniami. Dzięki temu urządzeniu Polki, a wkrótce w ramach specjalnej limitowanej oferty także nasze potencjalne klientki, zyskają narzędzie i dodatkową szansę na jeszcze lepsze zadbanie o zdrowie swoje i bliskich – uzasadnia Marta Pokutycka-Mądrala, dyrektor ds. komunikacji korporacyjnej Nationale-Nederlanden.

Rak piersi jest najczęściej wykrywanym nowotworem złośliwym u Polek, stanowiąc 1/5 wszystkich zachorowań na raka. Co roku w Polsce diagnozuje się go u około 17,5 tys. kobiet, a liczba zachorowań wzrasta w ostatnich latach. Rocznie około 5 tys. Polek umiera z powodu raka piersi. Onkolodzy podkreślają, że najważniejszym elementem walki z nowotworem są badania profilaktyczne i regularne samobadanie piersi w domu, ponieważ tylko choroba wykryta we wczesnym stadium ma duże szanse na wyleczenie.

– Rak piersi jest chorobą, której nie można zapobiegać, ale mocne dowody naukowe wskazują na to, że wyniki leczenia są uzależnione w dużej mierze od zaawansowania nowotworu. Przy niewielkich zmianach wyniki leczenia są bardzo dobre, dlatego cały wysiłek został włożony w poszukiwanie sposobów wczesnego wykrywania raka piersi – mówi prof. Tadeusz Pieńkowski, onkolog.

Ediko stawia na rozwój własnych technologii. Z aplikacją MPS Satellite wchodzi na zagraniczne rynki

Ediko stawia na rozwój własnych technologii. Z aplikacją MPS Satellite wchodzi na zagraniczne rynki 7

Ediko, firma oferująca kompleksowe usługi z zakresu zarządzania dokumentami w organizacji, zapowiada rozwój działu deweloperskiego i własnych technologii. Staramy się zaspokoić wszystkie potrzeby użytkowników, dobrać oprogramowanie do potrzeb klienta – podkreśla Adam Kaliszewski, dyrektor ds. technicznych w Ediko. Firma od 5 lat rozwija własne rozwiązania. MPS Satellite, autorska aplikacja, jest już testowana poza granicami Polski.

Nasza firma od 20 lat specjalizuje się w całym obiegu dokumentów, zaczynając od jego powstania, przez archiwizację czy zniszczenie. Staramy się zaspokoić wszystkie potrzeby użytkowników, również personalnie, czyli staramy się mieć na tyle dużo dostępnych vendorów i producentów, żeby móc dobrać oprogramowanie do potrzeb klienta – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Kaliszewski, dyrektor ds. technicznych w Ediko.

Firma od kilku lat wdraża również własne technologie. Jak podkreśla Kaliszewski, dzięki temu jest w stanie zaproponować klientom kompleksowe rozwiązania – od zdiagnozowania problemów, po zaproponowanie autorskich rozwiązań. Dlatego firma w najbliższych latach zamierza się skupić na działaniach innowacyjnych.

Nasze plany inwestycyjne są związane z rozwojem działu deweloperskiego, nowych własnych technologii. Związane są one również z cyfrowym, jak i analogowym wydrukiem. W tym momencie w to najwięcej inwestujemy. Za kilka lat widzimy siebie jako producenta kilku rodzajów oprogramowania, oprogramowania potrzebnego klientom – wskazuje dyrektor w Ediko.

MPS Satellite, autorska aplikacja Ediko, pozwala zdalnie kontrolować drukarki i urządzenia wielofunkcyjne bez podłączenia do wirtualnej chmury. Aplikacja monitoruje drukarki pod względem stanu licznika wydruków, informuje użytkownika o materiałach eksploatacyjnych, będących głównym źródłem kosztów związanych z drukarkami.

Pół roku temu podjęliśmy decyzję o internacjonalizacji naszego nowego oprogramowania MPS Satellite. Wygraliśmy konkurs na Web Summit 2016 w Lizbonie na początku listopada, gdzie będziemy się wystawiali i szukali nowych partnerów – mówi Kaliszewski.

Ediko została wybrana do udziału w targach w ramach programu ALPHA skierowanego do start-upów. Miejsce wystawowe na Web Summit firma uzyskała właśnie dzięki aplikacji MPS Satellite, która audytuje i monitoruje środowisko druku w firmach, tym samym pozwala na obniżenie kosztów druku nawet o 100 tys. zł. Ocenia się, że koszty korporacyjnego druku w Polsce oscylują w okolicach 8 proc. obrotów danej firmy, przy średniej światowej na poziomie 3–5 proc. Aplikacja MPS Satellite wprowadzana jest również poza granicami kraju.

– Dział obsługi klienta i dział wdrożeniowy pozyskują nowych partnerów. Aplikacja testowana jest w Grecji, Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Ostatnio nasze oprogramowanie zaczęło być testowane w Czechach, gdzie klientowi zależy na centralizacji wszystkich swoich urządzeń do jednego oprogramowania – wymienia dyrektor w Ediko.

MPS Satellite została wprowadzona na polski rynek w 2015 roku. Z aplikacji skorzystało już ok. 50 międzynarodowych firm, trwają negocjacje z kolejnymi potencjalnymi klientami. Duże zainteresowanie sprawia, że MPS Satellite, zdaniem Ediko, ma szansę stać się liderem wśród rozwiązań z zakresu MPS nie tylko w Polsce, ale na całym świecie.

Rozwój za granicą jest spowodowany potrzebą partnerów, którzy czują oddech konkurencji na plecach. Nasze rozwiązanie pozwala im wyprzedzić konkurencję, zaspokoić nowe potrzeby klientów oraz zdobywać nowe kontrakty, a to dzisiaj jest najważniejsze dla firm komercyjnych – zaznacza ekspert.

Specjaliści Ediko dokonują również cyklicznych analiz, na podstawie których wybierane są najlepsze i najbardziej popularne urządzenia wielofunkcyjne. Poprzez dobranie optymalnych urządzeń firma zapewnia możliwie najlepszą inwestycję w techniczny obieg dokumentów.

Chcemy, żeby praca naszego serwisu była proaktywna i cyfrowa, żebyśmy mogli w szybki i prosty sposób docierać do klienta, rozwiązywać dane problemy oraz gromadzić wiedzę. Ta wiedza w rozwiązywaniu problemów jest bardzo ważna, ponieważ pozwala nam na kopiowanie schematów zapisanych w odpowiednich formach na portalach, które również rozwijamy. Dzięki temu nasi serwisanci mają dostęp do tej wiedzy natychmiastowo – tłumaczy Adam Kaliszewski.

Dobre wyniki sprzedaży mieszkań. Deweloperzy będą refinansować obligacje, żeby pozyskać środki na nowe projekty

Dobre wyniki sprzedaży mieszkań. Deweloperzy będą refinansować obligacje, żeby pozyskać środki na nowe projekty 8
W ciągu trzech pierwszych kwartałów tego roku deweloperzy odnotowali dwucyfrowy wzrost sprzedaży mieszkań rok do roku. Rośnie również liczba wydawanych pozwoleń na budowę. Aby pozyskać środki na nowe projekty, spółki będą w większości refinansować obligacje, których termin zapadalności przypada w najbliższych miesiącach.

– Sprzedaż mieszkań po trzech kwartałach 2016 roku wyniosła ponad 16.3 tys. lokali w analizowanej przez nas grupie deweloperów, co daje nam prawie 12-procentowy wzrost w porównaniu z rokiem ubiegłym. Najwięksi deweloperzy – Dom Development, Robyg i Murapol – sprzedali ponad 2 tys. mieszkań. Atal, który również bardzo szybko goni czołówkę, sprzedał ponad 1,7 tys. mieszkań. Natomiast J.W. Construction oraz LC Corp odnotowały sprzedaż rzędu 1,1–1,4 tys. mieszkań. Pozostali deweloperzy sprzedali w tym okresie poniżej tysiąca lokali – informuje Mateusz Mucha, menadżer w Domu Maklerskim Navigator oraz wiceprezes zarządu Navigator Debt Advisory.

Z opublikowanego w czerwcu tego roku raportu domu maklerskiego Navigator, który zanalizował sytuację 11 wybranych deweloperów z rynku Catalyst, płyną optymistyczne dane. Autorzy opracowania zwracają uwagę na to, że cele sprzedażowe deweloperów na cały 2016 rok pozwalają z optymizmem patrzeć na najbliższe dwa lata. W większości przypadków zarządy spółek zakładają wzrost lub przynajmniej utrzymanie obecnego wolumenu sprzedaży mieszkań. Zwiększenie liczby wydanych pozwoleń na budowę o 20 proc. oraz dobre wyniki sprzedażowe w minionych kwartałach pozwalają sądzić, że wyniki w latach 2016–2017 będą przynajmniej tak dobre, jak w ubiegłym roku.

– Chciałbym podkreślić, że bardzo dobre wyniki sprzedażowe osiągnęły w szczególności spółki działające na rynku wrocławskim. Archicom, Vantage Development i Lokum Deweloper odnotowały największe wzrosty sprzedaży mieszkań rok do roku, co oznacza, że rynek wrocławski jest w bardzo dobrej kondycji, sprzedaje się tam bardzo dużo mieszkań – zaznacza Mateusz Mucha.

Analitycy domu maklerskiego Navigator wskazują, że wzrost pozwoleń na budowę i dobre wyniki sprzedażowe wpływają na zwiększoną aktywność deweloperów w zakresie pozyskiwania środków na nowe projekty, na przykład poprzez emisję obligacji korporacyjnych. W opinii ekspertów obligacje, których termin zapadalności przypada w kolejnych miesiącach, spółki w większości przypadków będą chciały zrefinansować poprzez nowe obligacje.

– W 2017 roku analizowane przez nas spółki będą miały do wykupu obligacje za około 500 mln zł, natomiast w latach 2018 i 2019 roku będzie to ponad 1,2 mld zł. Cały czas podtrzymujemy naszą prognozę, że dług ten będzie w zdecydowanej większości zastępowany nowym długiem, gdyż sytuacja deweloperów wygląda bardzo obiecująco – mówi Mateusz Mucha.

Menadżer Navigatora podkreśla, że do grupy jedenastu deweloperów mieszkaniowych, którzy mają notowane na Catalyst obligacje o wartości przekraczającej 40 mln zł, dołączył Archicom, który w czerwcu br. wyemitował obligacje o wartości 55 mln zł.

– Ta dwunastka, włącznie z Archicomem, przeprowadziła od czerwca do dziś dziewięć emisji obligacji o łącznej wartości 316 mln zł, przy wykupie obligacji za 196 mln zł. To oznacza, że mamy 120 mln zł nadwyżki nowych emisji nad wykupem emisji, co potwierdza naszą tezę, że obligacje będą zastępowane nowym długiem i do tego pewnie będzie nowy dług dokładany – podkreśla Mateusz Mucha.

Jedną z największych emisji w tym okresie przeprowadził Robyg, który wyemitował obligacje o wartości 100 mln zł. Zaraz za nim uplasował się Archicom (55 mln zł) i Lokum Deweloper, który przeprowadził emisję o wartości 40 mln zł. Spółka Polnord wypuściła w tym czasie dwie serie obligacji za 40 mln zł.

Spółki deweloperskie zapowiedziały również emisję nowych obligacji. Do końca roku Dom Development planuje przeprowadzić emisję o wartości 120 mln zł, która zastąpi zapadający w lutym przyszłego roku dług z tytułu obligacji. Spółka Vantage Development zapowiedziała emisję do 25 mln zł, również na refinansowanie emisji zapadających w 2017 roku. Emisję obligacji o wartości 25 mln zł zapowiada także wrocławski deweloper i2 Development, który zadebiutował w maju na rynku głównym GPW.

– W najbliższym czasie niektóre spółki dokonają również przedterminowego wykupu. Robyg wykupi obligacje za 15 mln zł, a Vantage Development w związku z planowaną emisją planuje przedterminowo wykupić papiery za 23,5 mln zł. Mały przedterminowy wykup obligacji za 7 mln zł zapowiedział także Polnord – informuje Mateusz Mucha.

Małe i średnie firmy na celowniku hakerów. Zwykle przeznaczają niewystarczające środki na cyberochronę

Małe i średnie firmy na celowniku hakerów. Zwykle przeznaczają niewystarczające środki na cyberochronę 9
Od pięciu lat rośnie liczba ataków hakerskich na systemy małych i średnich firm. W 2015 roku próby kradzieży danych od przedsiębiorców z tego sektora stanowiły 42 proc. wszystkich ataków zablokowanych przez Symantec, podczas gdy w 2011 r. było to zaledwie 18 proc. Mimo mniejszych budżetów na IT MŚP mogą zapewnić sobie skuteczną ochronę dzięki np. usługom w chmurze.

– Zauważono ostatnio wzrost aktywności hakerów, którzy przeprowadzają ataki na małe i średnie przedsiębiorstwa. Jest to prawdopodobnie związane z mniejszym budżetem na ochronę w takich firmach. Zwykle nie mają one wystarczających środków do zabezpieczenia swojej infrastruktury serwerowej i do zabezpieczeń antyspamowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Smirnow, menadżer ds. rozwoju w Onex Group, która oferuje produkty i usługi oparte o technologie firmy Microsoft.

Cyberataki mają przede wszystkim na celu wyłudzenie danych, np. osobowych lub innych poufnych informacji z firmy. Hakerzy najczęściej dokonują ich przy pomocy zainfekowanych wiadomości e-mail, których treść skłania do otwarcia załącznika. Mogą to być np. listy przewozowe od firm kurierskich, linki do śledzenia paczek czy fałszywe faktury.

Hakerzy mają różne sposoby, żeby skłonić nas do otworzenia niebezpiecznej zawartości e-maila – tłumaczy Smirnow. – Nie ma sposobu, by jednoznacznie stwierdzić, czy jej zawartość jest bezpieczna. Jeżeli odbieramy e-maila od osób, które są nam znane, od stałych klientów czy partnerów, to nie ma czego się obawiać. Jeżeli odbieramy je jednak od nieznanych nadawców, to powinniśmy się mieć na baczności.

Przedsiębiorcy coraz więcej wiedzą na temat cyberzagrożeń i starają się w tym zakresie szkolić swoich pracowników. Z danych Symantec wynika, że w ubiegłym roku liczba kampanii mających na celu zwiększenie świadomości pracowników wzrosła o 55 proc. wobec 2014 roku.

Czujność to jedna kwestia. Drugą są odpowiednie zabezpieczenia. Małe i średnie firmy nie mają dużych budżetów na cyberochronę. Mimo to na rynku są dostępne rozwiązania, które zagwarantują im korporacyjne standardy bezpieczeństwa.

– Przede wszystkim chodzi o filtry antyspamowe zabezpieczające firmy przed złośliwym oprogramowaniem. Wówczas e-maile, które trafiają do nas ze złośliwą albo niebezpieczną treścią, są odpowiednio blokowane – wyjaśnia Smirnow.

Koszt takiego oprogramowania, w zależności od pakietu, to około 1 000 zł. Bardziej korzystne dla firm mogą się okazać rozwiązania chmurowe. Umożliwiają one przechowywanie w zabezpieczonym centrum danych ważnych dokumentów czy przenoszenie skrzynek pocztowych, które są od razu objęte określonymi rozwiązaniami antywirusowymi i antyspamowymi. Jak podkreślają przedstawiciele Onex Group, w przeciwieństwie do darmowych hosterów, treści przechowywane na skrzynkach pocztowych nie są analizowane przez dostawcę i na ich podstawie nie mogą być tworzone treści reklamowe czy wręcz phisingowe.

Jeżeli mamy w firmie przestarzałą infrastrukturę serwerową, nie chcemy inwestować w nowe oprogramowanie serwerowe, które jest bardzo drogie, to mamy wówczas możliwość migracji całej infrastruktury do chmury. Taką możliwość daje np. Office 365. Wówczas wszystkie te serwery są wspierane przez wielką firmę typu Microsoft, gdzie mamy pełną gwarancję bezpieczeństwa przechowywania własnych danych i ochrony przed atakami hakerskimi –zaznacza Smirnow.

Skandynawskie firmy coraz częściej inwestują w Polsce. Wypracowują nad Wisłą innowacyjne rozwiązania i wdrażają je na innych rynkach

Skandynawskie firmy coraz częściej inwestują w Polsce. Wypracowują nad Wisłą innowacyjne rozwiązania i wdrażają je na innych rynkach 10
Szwecja jest drugim po Szwajcarii najbardziej innowacyjnym państwem na świecie. Dania i Finlandia także znalazły się w pierwszej dziesiątce rankingu, a Norwegia na 22. miejscu. O wysokiej pozycji Skandynawów decydują wysokie nakłady na badania i rozwój oraz edukację, a także inwestycje tamtejszych firm. Tacy giganci jak VELUX, IKEA czy Ericsson przenoszą swoje innowacje również do Polski. Dzięki temu zyskują krajowi dostawcy, środowisko i cała gospodarka.

W europejskim rankingu innowacyjności (European Innovation Scoreboard) Szwecja, Dania i Finlandia zajmują miejsca od drugiego do czwartego. Wyprzedza je tylko Szwajcaria. Wskaźniki innowacyjności dla tych krajów są znacznie wyższe niż średnia dla UE (ok. 0,7 vs. 0,52 dla 28 państw). Norwegia znalazła się w tym zestawieniu na 17. pozycji, a Polska na 29. miejscu na 36 krajów.

– O wysokiej pozycji państw skandynawskich decyduje przede wszystkim wysoki poziom edukacji, a co się z tym wiąże – wysokie nakłady na edukację, w granicach nawet 7–8 proc. PKB tych krajów. Drugim ważnym elementem są nakłady na badania i rozwój, które są jednymi z większych na świecie – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Kowalcze, dyrektor Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej (SPCC).

Liderem w zakresie wydatków na badania i rozwój jest Finlandia – przeznacza na ten cel 3,78 proc. PKB, podczas gdy Polska niecały 1 proc. PKB. Rozdziałem środków na poszczególne programy wspierające innowacyjność zajmują się wyspecjalizowane agendy rządowe.

– Ważnym elementem są także bardzo przejrzyste ramy instytucjonalne i bardzo sprawnie rozdzielane fundusze przeznaczone na innowacje. To także współpraca i zaangażowanie wielu różnych podmiotów w budowanie polityki innowacyjnej w Skandynawii. Zarówno sektor prywatny, jak i publiczny są bardzo mocno zaangażowane w te działania – mówi Agnieszka Kowalcze.

Dla innowacyjności gospodarek istotne znaczenie ma także biznes, który sam jest liderem w tym zakresie. Znaczącą część wydatków rządowych na badania i rozwój wykorzystują bowiem właśnie skandynawskie przedsiębiorstwa (od 1,35 proc. do 2,5 proc. PKB). To szansa dla Polski, ponieważ wiele z tych firm prowadzi tutaj swoją działalność.

– Wysoką innowacyjność firm skandynawskich możemy wykorzystać, nawiązując z nimi współpracę. Firmy te inwestują w nowe technologie, otwierają centra badawczo-rozwojowe, współpracują z polskimi uczelniami i z jednostkami badawczymi. Często ta współpraca łączy się z partnerstwami z polskimi firmami i ośrodkami badawczymi. Niejednokrotnie te rozwiązania wypracowywane są i testowane w Polsce, a później wdrażane na innych rynkach – mówi Agnieszka Kowalcze.

 Rozwijanie innowacyjności w Polsce wymaga tworzenia kultury innowacyjności, którą określiłbym jako budowanie zaufania i współpracy wszystkich interesariuszy: zaczynając od rządu, polityków, poprzez agencje rozwojowe, instytuty naukowe, uczelnie, kończąc na biznesie, a więc małych, średnich i dużych firmach niezależnie od sektora. Wszyscy ci interesariusze tworzą razem pewien ekosystem. Efektywna współpraca w ramach tego ekosystemu będzie prowadziła do najlepszych innowacyjnych rozwiązań. W tym względzie możemy korzystać ze skandynawskich wzorców kultury zaufania, która dobrze sprawdza się także w Polsce – podkreśla Jacek Siwiński, dyrektor generalny VELUX Polska, należącego do duńskiego holdingu VKR producenta okien i drzwi.

Jak podkreśla Agnieszka Kowalcze, energetyka może być perspektywicznym obszarem współpracy między polskimi a skandynawskimi firmami. Efektywność energetyczna, czyste technologie i OZE to jedne z priorytetów zarówno skandynawskich rządów, jak i poszczególnych firm.

W ubiegłym roku pracownicy Grupy VELUX wdrożyli ponad 5 tys. różnych usprawnień w zakresie efektywności produkcji czy bezpieczeństwa pracy. Część z innowacyjnych rozwiązań dotyczy ekologii. Cztery polskie zakłady VELUX w ciągu pięciu lat zmniejszyły emisję dwutlenku węgla o 16 proc.

– To, w czym firmy skandynawskie są najlepsze, to zrównoważony rozwój. Patrzymy na te kraje jako na miejsca, gdzie ludzie żyją najbardziej ekologicznie i które potrafią stworzyć dobre warunki do życia. Jak myślimy o innowacji, to powinniśmy patrzeć w stronę zrównoważonego rozwoju – uważa Ignacy Niemczycki, menadżer ds. relacji zewnętrznych w IKEA.

Grupa IKEA dąży do tego, by we wszystkich 27 krajach, w których działa, uzyskiwać całą energię ze źródeł odnawialnych, produkując jej tyle, ile zużywa. W Polsce niezależność energetyczną udało się osiągnąć na początku 2016 roku, dzięki posiadanym sześciu farmom wiatrowym. IKEA promuje też ekologię wśród swoich klientów. W ofercie sieci dostępne jest wyłącznie oświetlenie LED, które zużywa 85 proc. energii mniej niż tradycyjne. W przyszłym roku chce zaś wprowadzić do sprzedaży panele fotowoltaiczne. Są one już dostępne w sklepach w Wielkiej Brytanii, Holandii i Szwajcarii.

 Chcemy sprowadzić innowacje z poziomu abstrakcyjnego i uczynić je dostępnymi dla wszystkich – mówi Ignacy Niemczycki. – Ważna jest także nasza rola we współpracy z polskimi firmami. Mamy tu ok. 70 dostawców, którym chcemy pokazywać najlepsze standardy światowe w zakresie zrównoważonego rozwoju. Polscy dostawcy są bardzo konkurencyjni, szybko się uczą i są otwarci na innowacje.

Dyrektor Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej podkreśla, że kolejnym ciekawym obszarem współpracy może być także cyfryzacja i nowe technologie w branży ICT, czyli technologii informacyjno-komunikacyjnych. Kraje skandynawskie są bardzo zaawansowane w tym zakresie. Dla przykładu, Duńczycy są jednymi z najbardziej zaawansowanych użytkowników internetu – 88 proc. z nich korzysta z bankowości elektronicznej, a 82 proc. robi zakupy online. Z kolei w Szwecji 99 proc. gospodarstw domowych jest w zasięgu internetu szerokopasmowego.

– Przyszłość dla ICT w Polsce rysuje się w jasnych barwach. Rynek telekomunikacyjny jest w dobrej kondycji. Polska ma jedną z najlepszych sieci LTE w Europie – mówi Martin Mellor, country manager firmy Ericsson. – Potencjał rynku teleinformarycznego jest bardzo duży. Wraz z wysokimi kompetencjami pracowników w dziedzinie ICT czyni to Polskę bardzo atrakcyjnym krajem do inwestowania. Także dla nas. Ericsson przejął ostatnio firmę Ericpol, dzięki czemu dwa tysiące programistów zasiliło rodzinę Ericssona. Pracują oni nad oprogramowaniem systemów radiowych dla naszej firmy. To jedno z najbardziej innowacyjnych rozwiązań na rynku, które jest sprzedawane na całym świecie.

Innowacyjność firm i krajów skandynawskich przekłada się na konkurencyjność gospodarczą. Według Global Competitiveness Index 2015–2016 państwa skandynawskie znalazły się wśród 15 najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata (Finlandia – 8., Szwecja – 9., Norwegia – 11., a Dania 12. miejsce). Polska w tym rankingu zajęła 41. pozycję.

O kluczowych czynnikach i warunkach sprzyjających rozwijaniu innowacyjności dyskutowali przedstawiciele sektora prywatnego i publicznego z Polski i krajów skandynawskich, zgromadzeni na organizowanej przez SPCC w Warszawie konferencji.

Na rynku pojawiła się książka „Rewolucja z Marketing Automation”. To kompendium wiedzy o nowoczesnym marketingu

Na rynku pojawiła się książka „Rewolucja z Marketing Automation”. To kompendium wiedzy o nowoczesnym marketingu 11
Książka „Rewolucja z Marketing Automation” to przewodnik po innowacyjnej technologii marketingu internetowego. Zawiera zarówno wiedzę teoretyczną, jak i praktyczne przykłady zastosowań nowoczesnych rozwiązań w polskich przedsiębiorstwach. Adresowana jest do pracowników zajmujących się sprzedażą, zarówno tych początkujących, jak i starszych stażem. 

Rewolucja technologiczna całkowicie zmieniła profil współczesnego konsumenta. Jest on bardziej świadomy swoich potrzeb i oczekiwań, wymagający i rozważny. Dzięki stałemu dostępowi do internetu i aplikacji mobilnych jest w stanie porównywać ceny, zdobywać opinie innych użytkowników sieci i na tej podstawie decydować o zakupie. Zmiana ta przedefiniowała jednocześnie rolę i sposób działania marketingu. Jej efektem jest automatyzacja marketingu, a więc technologia maksymalizowania zysków poprzez lepsze dostosowanie przekazu marketingowego do klienta. Jest to z jednej strony rozwiązanie pozwalające na gromadzenie danych o indywidualnych klientach firmy poprzez ślady, które zostawiają oni w sieci.

– Jest to filozofia marketingu, której zastosowanie zmienia optykę pracy w dziale marketingu, która umożliwia transformację tego działu typowo kosztowego w kierunku działu, który faktycznie zaczyna budować wartość firmy poprzez wdrażanie różnego rodzaju procesów marketingowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Grzegorz Błażewicz, autor książki „Rewolucja z Marketing Automation”.

Przewodnikiem po nowoczesnym marketingu online jest książka „Rewolucja z Marketing Automation. Jak wykorzystać potencjał Big Data” wydanej przez Wydawnictwo Naukowe PWN. Zawiera ona nie tylko teorię funkcjonowania innowacyjnego systemu marketingowego, lecz także jego praktyczne zastosowanie. Na ponad 250 stronach czytelnik znajdzie wiele przykładów wdrożenia poszczególnych rozwiązań w działających na polskim rynku przedsiębiorstwach. Książka podzielona jest trzy segmenty.

– Pierwsza część to filozofia automatyzacji marketingu, druga część opowiada o tym, jak zarządzanie danymi zmienia te wszystkim znane tradycyjne techniki marketingowe, a ostatnia cześć jest poświęcona konkretnym przykładom, jak wykorzystywać te techniki w bieżącej operacyjnej działalności firmy – mówi Grzegorz Błażewicz.

Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla osób zajmujących się marketingiem i sprzedażą. Mogą po nią sięgnąć zarówno początkujący pracownicy, jak i bardziej zaawansowani stażem, książka buduje bowiem wiedzę o marketing automation stopniowo: od zupełnych podstaw aż do innowacyjnych zastosowań. Autor twierdzi, że jego celem nie było wypełnienie luki w polskim systemie kształcenia, który uważa za przestarzały i mało efektywny. Kierował się raczej chęcią pokazania nowej, ciekawej technologii dla działów marketingu oraz wskazania problemów, z którymi miał do czynienia jako pracownik marketingu.

To była moja też prywatna ambicja związana z tym, że ja przez 10 lat pracowałem w działach marketingu w firmach, życie tego działu marketingu poznałem od podszewki i jeszcze podczas mojej ostatniej pracy w korporacji zawiązaliśmy projekt zbudowania podobnego systemu i to okazało się w miarę ciekawym wdrożeniem – mówi Grzegorz Błażewicz.

Autor książki to założyciel i prezes zarządu SALESmanago Marketing Automation, pierwszej w Polsce platformy automatyzacji marketingu, z której korzysta obecnie 5 tys. firm w 40 krajach świata. Ma piętnastoletnie doświadczenie w branży marketingowej, zdobywane zarówno w polskich, jak i zagranicznych agencjach.

Powraca temat CETA: polscy rolnicy stracą, ale zyskają najbiedniejsi konsumenci

Temat ratyfikacji CETA przez UE szybko powrócił, po zmianie decyzji rządu belgijskiego. Co CETA zmieni dla polskich rolników? Prawdopodobnie spadną ceny żywności, ale zyskają na tym najbiedniejsi konsumenci.

O wynikach międzynarodowych badań dotyczących skutków liberalizacji handlu międzynarodowego w rozmowie z MarketNews24 mówi Rafał Trzeciakowski, ekspert FOR.

Małe firmy zawsze poszkodowane w naliczaniu kar umownych?

Niektóre duże przedsiębiorstwa uczyniły z kar finansowych dodatkowe źródło dochodu. Ich płatnikami są małe i średnie firmy, obciążone kosztami wyższymi niż zaistniałe straty. Agnieszka Nowosielska z serwisu PRAVNA.pl, wyjaśnia, w jaki sposób sąd może obniżyć należności.

Trudno dziś spotkać kontrakt bez kar umownych. Klauzule te stanowią swego rodzaju zryczałtowane odszkodowanie za niewykonanie lub nienależyte wykonanie zobowiązania niepieniężnego. Sposób określenia wysokości kary umownej nie wynika z żadnych przepisów prawa. Brak jest także ustawowych kryteriów ustalania wysokości kary umownej w kontrakcie. Wysokość kary strony powinny co do zasady ustalić, odnosząc się do wartości umowy, a w szczególności do wysokości rzeczywistych strat, jakie jedna ze stron może ponieść wskutek niewykonania bądź nienależytego wykonania umowy.

Kary należy miarkować

Szkoda nie jest przesłanką roszczenia o karę umowną, co potwierdził Sąd Najwyższy w Uchwale 7 Sędziów z 6 listopada 2003 r. W związku z tym wysokość jej może znacząco różnić się od wysokości ewentualnej szkody. W takich wypadkach zwykle dochodzi do zastrzeżenia kar umownych w wysokości niekorzystnej dla strony, która będzie je musiała opłacić.

W doktrynie zwraca się uwagę, że instytucja kary umownej ma służyć ułatwieniu dochodzenia wysokości szkody i nie może być instrumentem osiągania nieuzasadnionych i niewspółmiernych zysków przez wierzyciela (por. J. Namitkiewicz, Kodeks zobowiązań. Komentarz dla praktyki, t. I, Łódź 1949, s. 124). Podobny pogląd prezentowany jest w orzecznictwie, gdzie podkreśla się, że celem kary umownej jest ułatwienie dochodzenia odszkodowania, a nie zagwarantowanie wierzycielowi źródła zarobku za niewykonanie zobowiązania przez dłużnika. Tak wynika m.in. z wyroku Sądu Administracyjnego w Katowicach z 17 grudnia 2008 r. Dlatego na wypadek rażącej dysproporcji między karą umowną a szkodą ustawodawca przewidział w art. 484 § 2 k.c. instytucję miarkowania (obniżenia) kary. Prawodawca dąży w ten sposób do zapewnienia dłużnikowi ochrony przed nadmiernie dotkliwymi skutkami wadliwej oceny ryzyka danego wypadku i przywrócenia w tym zakresie słuszności kontraktowej.

Zbyt wygórowane kary umowne są częściej stosowane przez przedsiębiorców większych, znajdujących się w lepszej sytuacji ekonomicznej, w stosunku do przedsiębiorców mniejszych, których byt z reguły zależy od zleceń udzielanych przez silniejszych graczy na rynku. Często też zbyt wysoka kara umowna jest zastrzegana w przypadku, gdy jednej ze stron bardzo zależy na należytym i terminowym wykonaniu umowy, a wysokość kary umownej ma wówczas pełnić funkcję dyscyplinującą dla wykonawcy zadania.

Aby sąd zakwestionował karę umowną, muszą być spełnione dwie przesłanki. Po pierwsze, zobowiązanie musi być wykonane w znacznej części. Po drugie, kara musi być rażąco wygórowana. Oba warunki miarkowania są równorzędne i rozłączne. Wystarczy wystąpienie jednego z nich, aby dłużnik mógł żądać redukcji kary umownej.

Kryteria naliczania kar

Należy mieć na uwadze, że pojęcie rażącego wygórowania kary umownej jest zwrotem niedookreślonym, wskazującym na ewidentnie niewspółmierną wysokość (nieadekwatność) kary do tej, która powinna być należna w danej sytuacji. Kara umowna może być zatem uznana za przesadnie wygórowaną, jeżeli stwierdzi się, że uszczerbki w dobrach chronionych wierzyciela są nieznaczne, a dysproporcja między nimi a karą umowną jest dość znaczna i rażąca. Jednym z kryterium stwierdzenia poważnego wygórowania kary umownej jest uwzględnianie jej stosunku do szkody powstałej po stronie wierzyciela wskutek niewykonania lub nienależytego wykonania zobowiązania. Szkodę tę należy rozumieć szeroko jako całość uszczerbków majątkowych i niemajątkowych poniesionych przez wierzyciela.

W orzecznictwie wysuwana jest również teza, że przy badaniu rażącego wygórowania kary umownej powinno uwzględniać się stosunek jej wartości nie do szkody poniesionej przez wierzyciela, lecz do odszkodowania, jakie należałoby się wierzycielowi, gdyby dochodził go na zasadach ogólnych. Innym kryterium branym pod uwagę przy ocenie rażącego wygórowania kary jest m.in. niski stopień winy dłużnika za niewykonanie lub nienależyte wykonanie zobowiązania. Ten miernik będzie aktualny jedynie w przypadku, gdy dłużnik za niewykonanie lub nienależyte wykonanie zobowiązania ponosi odpowiedzialność na zasadzie winy.

Jako kryterium rażącego wygórowania kary umownej można wskazać także stosunek między wysokością zastrzeżonej kary, a wartością całego świadczenia dłużnika lub wartością świadczenia, którą spełnił on z opóźnieniem. Tak orzekł Sąd Najwyższy w wyroku z 23 maja 2013 r.

Przy ocenie potencjalnego wygórowania kary umownej można brać pod uwagę także elementy takie jak zakres i czas trwania naruszenia zobowiązań umownych oraz wagę naruszonych postanowień kontraktowych z punktu widzenia interesów wierzyciela. Chodzi np. o wykonanie z opóźnieniem tylko tych obowiązków kontraktowych, które nie mają większego znaczenia dla interesu wierzyciela.

Wierzyciel nie wskazuje szkody

Kary umowne mogą być obniżone w przypadkach, gdy wierzyciel przyczynił się do niewykonania lub nienależytego wykonania zobowiązania przez dłużnika. Tak wynika z art. 362 k.c. Za zastosowaniem tego artykułu do kary umownej w orzecznictwie opowiedział się Sąd Najwyższy w wyroku z 9 października 2003 r. Jednak jego zastosowanie może nastąpić jedynie odpowiednio. Żądając kary umownej wierzyciel z reguły nie wskazuje wysokości poniesionej szkody, a zatem brak jest wskazanego w art. 362 k.c. kryterium obniżenia kary. Przeciwko stosowaniu wyżej wymienionego artykułu w zakresie obniżenia kary umownej opowiedział się Sąd Najwyższy w wyroku z 8 lipca 2004 r.

Należy podkreślić, że nie ma prawnej możliwości skutecznego wyłączenia w kontrakcie możliwości miarkowania kar umownych, jeżeli wystąpią podstawy do jej miarkowania, określone w przepisie art. 484 § 2 k.c. (tj. jeżeli zobowiązanie zostało wykonane w znacznej części i/lub kara jest rażąco wygórowana). Takie postanowienie nie będzie wówczas skuteczne. Dotyczy to także kontraktów zawieranych tylko między przedsiębiorcami. Potwierdził to Sąd Apelacyjny w Białymstoku w wyroku z 18 marca 2013 r., stwierdzając, że powyższy przepis k.c. ma charakter bezwzględnie obowiązującego, co oznacza, że strony nie mogą w umowie wyłączyć możliwości miarkowania kary umownej, a wszelkie postanowienia w tym przedmiocie uznać należy za bezwzględnie nieważne. Tym samym, kiedy umowa zawiera wyłączenie możliwość zmniejszenia kar umownych, w przypadku zaistnienia przesłanek z art. 484 § 2 k.c., możliwe jest żądanie obniżenia wysokości kar umownych przez sąd.

Autorem publikacji jest Agnieszka Nowosielska, radca prawny z serwisu PRAVNA.pl

Leasingodawca, w przypadku kasacji lub kradzieży auta, może żądać natychmiastowej spłaty wszystkich rat

Kierowcy coraz częściej wybierają leasing jako metodę finansowania samochodu, lecz nie chronią dostatecznie swojego majątku przed utratą wartości pojazdu w wyniku jego eksploatacji. Ubezpieczenie GAP może być pewnym zabezpieczeniem dla korzystającego na wypadek nagłego wygaśnięcia umowy z podmiotem leasingującym.

Jeżeli dojdzie do kradzieży pojazdu leasingowanego albo szkody całkowitej, wówczas umowa leasingu automatycznie wygasa. Jak podkreśla adwokat Wojciech Drapała, w takiej sytuacji, finansujący może żądać od korzystającego natychmiastowej spłaty wszystkich opłat ratalnych. Leasingodawca otrzymuje również odszkodowanie, które w przypadku ubezpieczeń OC i AC jest ustalane według wartości samochodu w momencie zdarzenia szkodowego, a nie w chwili rozpoczęcia umowy. Świadczenie to jednak pomniejsza kwotę zobowiązań leasingobiorcy z tytułu rat. Dlatego, w samym interesie użytkownika  jest to, aby firma leasingująca otrzymała pełną rekompensatę za pojazd.

– Wartość handlowa samochodu eksploatowanego przez kilkanaście miesięcy obniża się od kilku do nawet kilkudziesięciu procent. Zależy to od jego marki, modelu oraz bieżącego poziomu zużycia. Jednak leasingobiorca, podobnie jak każdy właściciel pojazdu, nie tylko leasingowego, ma prawo chronić się przed stratą, wykupując tzw. ubezpieczenie GAP. Dzięki niemu, w przypadku szkody całkowitej auta bądź jego kradzieży podmiot leasingujący otrzyma od ubezpieczyciela zwrot wartości pierwotnej pojazdu. Korzystający opłaca składki, aby właściciel pojazdu mógł otrzymać świadczenie – mówi serwisowi agencyjnemu MondayNews Wojciech Drapała.

Niestety, wielu użytkowników wciąż nie wie o takiej możliwości. Dlatego leasingobiorcy rzadko wykupują nieobowiązkowe ubezpieczenie GAP, które dotyczy nie tylko nowych pojazdów. Jest ono o tyle korzystne, że pozwala zrekompensować ubytek w majątku korzystającego, jaki powstaje w związku z różnicą pomiędzy wartością pojazdu przed rozpoczęciem umowy leasingu oraz w chwili szkody eksploatowanego auta. Leasingodawca, bez względu na okoliczności, i tak otrzymuje równowartość wszystkich opłat ratalnych. Według eksperta, na rynku ubezpieczeniowym nie ma innych rozwiązań w postaci produktów finansowych, które chroniłyby użytkownika lub właściciela samochodu przed takimi sytuacjami.

– W przypadku szkody całkowitej auta powstaje dodatkowy problem. Przy nieopłacalności naprawy pojazdu, leasingodawca nadal pozostaje jego właścicielem, również wraku, który tak czy inaczej reprezentuje pewną wartość majątkową. Może ona wynosić nawet kilkanaście tysięcy złotych. Zależy od tego, czy części samochodu kwalifikują się do remontu czy ponownego użycia. Tymczasem korzystający musi spłacić wszystkie pozostałe raty leasingowe. W związku z wygaśnięciem umowy, traci on również prawo do wykupu po tym, co pozostało z pojazdu. Taki użytkownik ma szansę jedynie wystąpić do firmy leasingującej z wnioskiem o przeniesienie na niego własności – dodaje Wojciech Drapała.

Zdaniem eksperta, w przypadku odnalezienia skradzionego pojazdu, procedura jest bardziej skomplikowana, ponieważ taka sytuacja nie została wprost uregulowana w przepisach. Zatem należy przeanalizować postanowienia umowy leasingu oraz umowy ubezpieczenia. Jeżeli pomijają one tę kwestię, wówczas trzeba odwołać się do przepisów kodeksu cywilnego. Oznacza to, że właścicielem auta nadal jest leasingodawca. Tymczasem użytkownik utracił prawo do korzystania z samochodu, ponieważ umowa między nim a finansującym przestała obowiązywać z chwilą kradzieży. W tym przypadku nie ma znaczenia, czy leasingobiorca spłacił wszystkie raty w trybie natychmiastowym, czy wciąż, systematycznie je reguluje.

– Jeśli skradziony pojazd zostaje odnaleziony, ubezpieczycielowi może przysługiwać wobec leasingodawcy roszczenie o zwrot bezpodstawnego wzbogacenia w zakresie, w jakim otrzymał odszkodowanie przewyższające szkodę. Podstawę prawną, jaką należy poważnie rozważać w takich przypadkach, stanowi artykuł 410 kodeksu cywilnego. Właściciel, który odzyskał auto, nie ponosi straty. Dlatego, nie istnieje już przesłanka odpowiedzialności zakładu ubezpieczeń – podsumowuje Wojciech Drapała.

Choć dzieci jeszcze nie zniknęły z reklam, już teraz pojawiają się pomysły, jak obejść ewentualny zakaz

Według prawników, wprowadzenie ograniczenia dotyczącego występowania dzieci w reklamach produktów chroniących ich zdrowie czy bezpieczeństwo uderzyłoby w oferujące je branże. Tymczasem problemem do rozwiązania jest nieprzestrzeganie obecnych przepisów przez reklamodawców.

Temat ustawowego zakazu występowania małoletnich w reklamach (z wyjątkiem promowania odzieży i artykułów jej pokrewnych) oraz kierowania do nich przekazów reklamowych (oprócz produktów związanych z edukacją i rozwojem) stale powraca do debaty publicznej. Opinię w tej sprawie wydała Komisja Kultury i Środków Przekazu. W dalszej kolejności Komisja do Spraw Petycji rozpatrzyła ją, a następnie postanowiła skierować postulat do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Przed podjęciem ostatecznych decyzji, prawnicy ostrzegają, że wprowadzenie kolejnych restrykcji nie tylko nie rozwiąże aktualnie istniejących problemów na rynku reklamowym, ale również może doprowadzić do dyskryminacji uczciwych przedsiębiorców, z niektórych branż.

– Zakaz występowania dzieci w reklamach spowodowałoby poważne utrudnienia w prowadzeniu działalności gospodarczej dla producentów oferujących artykuły dla najmłodszych, m.in. foteliki samochodowe, produkty higieniczne, spożywcze czy lekarstwa. Filmy reklamowe, w których np. kosmetyki do pielęgnacji niemowląt pokazywaliby wyłącznie dorośli aktorzy, byłyby sprzeczne z przeznaczeniem tych towarów, a tym samym nieskuteczne – mówi serwisowi agencyjnemu MondayNews Paweł Derlikowski, adwokat z Kancelarii Pasieka Derlikowski Brzozowska i Partnerzy.

Zdaniem eksperta, całkowite ograniczenie udziału dzieci w reklamach prawdopodobnie jednak nie zostanie uchwalone, ponieważ radykalne projekty zwykle ulegają korekcie w pracach sejmowych. Dlatego, producenci artykułów dziecięcych nie powinni obawiać się strat. Jednak już teraz pojawiają się pomysły, jak obejść ewentualny zakaz. W filmach reklamowych zamiast ludzi mogłyby się pojawiać animowane postacie dzieci lub bohaterowie kreskówek. Derlikowski podkreśla, że mnożenie reguł, które nie będą przestrzegane, wydaje się bezpodstawne, tym bardziej, że obecnie obwiązujące przepisy nie są egzekwowane. Wprowadzanie kolejnych aktów prawnych, mających chronić dzieci tylko teoretycznie, mija się w zasadzie z celem.

– Z moich bieżących obserwacji wynika, że w telewizji występuje wiele reklam bezpośrednio zachęcających dzieci np. do nabywania zabawek. Tymczasem takie przekazy perswazyjne są zakazane. Co więcej, biorą w nich udział najmłodsi. W tej sytuacji należy przede wszystkim rozwiązać kwestię obecnie nieprzestrzeganych przepisów. Problemem nie jest złe prawo, ale jego egzekwowanie przez reklamo-dawców i stosowanie przez sądy – zaznacza Paweł Derlikowski.

Adwokat również wyjaśnia, że ustawodawstwo nie zakazuje adresowania reklam do dzieci, a jedynie namawiania ich wprost do kupna. Produkt lub usługa powinny być prezentowane w formie odpowiedniej dla najmłodszego odbiorcy. Granica pomiędzy namawianiem bezpośrednim i pośrednim jest dość płynna, co każdorazowo wymaga oceny całokształtu konkretnego przekazu reklamowego. To umożliwia obchodzenie obecnie obowiązujących przepisów i prawdopodobnie jest przyczyną powstania projektu.

– Najmłodsi widzowie są szczególnie podatni na przekaz reklamowy. Przyjmują go w zasadzie dosłownie i bezkrytycznie. To wpływa na kształtowanie wśród nich nieświadomych postaw konsumenckich. Jednak w mojej ocenie, aktualne przepisy prawne dostatecznie chronią ich interesy. Na przykład, art. 16B ust. 2 ustawy o radiofonii i telewizji jest w całości poświęcony tematyce ochrony małoletnich przed reklamami. Ustawa zakazuje również przerywania reklamami audycji dla dzieci – wymienia specjalista.

Ponadto interesy najmłodszych chroni art. 16 ust. 1 pkt. 3 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Zakazuje on prowadzenia reklamy w sposób, który mógłby wykorzystywać łatwowierność dzieci. Ich dobro zabezpiecza też ustawa o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych oraz ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Ekspert przypomina również obowiązujące rozporządzenie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z 23 czerwca 2005 r. Określa ono precyzyjnie warunki rozpowszechniania audycji i innych przekazów, w tym reklamowych.

– Obecnie dzieci występują również w reklamach produktów dla dorosłych, np. banków czy samochodów. Mają za zadanie ocieplić wizerunek danych firm i ta funkcja im zupełnie nie szkodzi. Dlatego, w tym przypadku ich udział również nie powinien zostać zabroniony. Gdyby jednak został wprowadzony taki zakaz, to producenci tych artykułów nie odczuliby jego skutków tak, jak wytwórcy akcesoriów dziecięcych. Dla sektora bankowego czy motoryzacyjnego powstałyby reklamy bez udziału najmłodszych, które, w mojej ocenie, były również skuteczne – podsumowuje Paweł Derlikowski.

Polskie supermarkety delikatesowe stoją na skraju bankructwa. Jaki los czeka ten segment handlu?

 Odchodzenie dotychczasowych graczy od formatu delikatesów może oznaczać, że na rynku zdominowanym przez dyskonty nie ma już miejsca na tego typu sklepy. W opinii ekspertów, ostatnią szansą dla upadającego sektora jest tworzenie nowych strategii. Należy inwestować w badania potrzeb klientów i dostarczać im inspiracji.

Największe supermarkety delikatesowe przechodzą poważny kryzys. Blisko trzy lata temu upadło BOMI, a obecnie Alma Market jest na skraju bankructwa. Z kolei sieć Piotr i Paweł zrywa z dotychczasowym wizerunkiem drogich sklepów, z którym jest utożsamiana, zwłaszcza w dużych miastach. Według Sebastiana Starzyńskiego, prezesa instytutu badawczego ABR SESTA, formuła delikatesów powoli wyczerpuje się na rynku i wymaga poważnych zmian strukturalnych.

– Ten format handlowy nie skończył się w Polsce i ma przed sobą przyszłość. Jednak powinien na nowo określić swoją charakterystykę, poprzez lepsze rozumienie zmieniających się oczekiwań konsumentów. Supermarket delikatesowy musi stać się pierwszym wyborem swojego klienta i oferować mu znacznie więcej, niż tylko sprzedaż towarów – twierdzi Viktor Riemer z Information Resources, jednej z największych agencji badawczych na świecie.

Niemiecki ekspert zwraca uwagę na to, że rozwój sektora handlu detalicznego w krajach rozwiniętych gospodarczo przebiegał zazwyczaj w czterech etapach. Na początku duże sieci podbijały europejskie i amerykańskie rynki. Wówczas istniało jeszcze miejsce dla tradycyjnych supermarketów. W kolejnej fazie agresywne działania dyskontów powodowały wysoką konkurencję cenową, wypierając z rynku niezależne supermarkety. Po zmniejszeniu liczby graczy, następowała dywersyfikacja strategii dominujących podmiotów. W konsekwencji, część sieci handlowych poszerzała swój asortyment. Obecnie supermarkety w Europie oraz USA idą o krok dalej i świadczą wiele dodatkowych usług.

– Po znaczącym spadku poziomu cen na rynku, supermarkety zaczynają różnicować produkty i oferty marek typu premium. W ostatnim, czwartym, etapie rozwoju, sieci handlowe wprowadzają nowe koncepcje biznesowe właśnie po to, by lepiej służyły klientom. Zapewniają takim działaniem wyższy komfort, poprzez zindywidualizowany asortyment oraz dodatkowe usługi, np. zamówienia on-line i dostawę produktów bezpośrednio do domu – wyjaśnia Viktor Riemer.

Nieunikniony rozwój

– W Europie Zachodniej wiele supermarketów zbankrutowało, a inne zostały zakupione przez duże międzynarodowe sieci handlu detalicznego. Jednak te, które przetrwały, obecnie doświadczają sukcesów mimo silnej konkurencji, która zmusza je do uważnej obserwacji tendencji oraz zmieniających się potrzeb klientów. W Polsce problem polega na tym, że różne fazy rozwoju sieci handlowych zachodzą w tym samym czasie, a nie w sposób seryjny, jak np. w innych krajach Starego Kontynentu lub w Stanach Zjednoczonych – podkreśla Viktor Riemer.

Indywidualne strategie

W opinii Marii Andrzeja Falińskiego, dyrektora Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, problem delikatesów również tkwi w znalezieniu strategii i zrozumieniu nowego trendu. Operacyjnie bowiem zarządzane są bardzo dobrze. Dlatego, w niektórych sklepach postawiono na promocję marki własnej. Zwiększa to skalę zakupu, promocji, wsparcia sprzedaży, przy zachowaniu własnościowego status quo partnerów. Ekspert również przewiduje, że firmy czyniące inaczej, raczej upadną. Będą przejmowane w całości lub po kawałku.

Wizerunek cenowy

– Chociaż zarobki Polaków wzrastają, klienci nie chcą tracić czasu na zakupach, ani przepłacać. Coraz łatwiej przychodzi im porównywanie cen, dzięki wielu rankingom, które pojawiają się w mediach. Dlatego właśnie, supermarkety delikatesowe niejako są zmuszone do zmiany swojej obecnej strategii. Powinna ona obejmować racjonalizację kosztów poprzez optymalizację asortymentu, poziomów cenowych, w tym również promocji – mówi Sebastian Starzyński.

Jak zauważa ekspert z ABR SESTA, wzrost zarobków dotyczy również tysięcy osób zatrudnionych w handlu. Świadczy o tym m.in. obecna kampania reklamowa Lidla jako dobrego pracodawcy. Dyskont buduje wizerunek marki dbającej o pracowników, a to ma znaczenie, bo sieci handlowe często są kojarzone z firmami, które źle traktują pracobiorców. Obecnie delikatesy muszą konkurować między sobą nie tylko o klienta, ale również o pracownika. Dzięki właściwej promocji, Lidl znalazł sposób na pozyskanie jednego i drugiego.

Ważny marketing

– Sieć Piotr i Paweł chce zacząć pozycjonować się jako supermarket. W tym segmencie konkurencja jest zdecydowanie szersza. Poza sklepami Mila, Intermarche, Polomarket, Stokrotka czy Carrefour Market, delikatesy rywalizują też z dyskontami, które poszerzyły asortyment o marki narodowe. Część supermarketów nie zdaje sobie sprawy z tego, jak ważny jest marketing. W mediach widać dziś głównie trzy firmy – Lidla, Biedronkę i Carrefoura – zauważa ekspert z ABR SESTA.

Działania marketingowe, które obecnie podejmuje Piotr i Paweł, wymagają jednak czasu, aby odniosły zamierzony efekt. Jak podkreśla Sebastian Starzyński, konsumenci muszą dostrzec i zapamiętać, że sieć oferuje produkty w niższych cenach. Ale sama zmiana wizerunku nie wystarczy. Potrzebna jest optymalizacja asortymentu, bo bez tego firma nie obniży kosztów. Produkty szybko rotujące będą musiały być droższe, aby zrekompensować wolniejszą sprzedaż innych artykułów.

Liczy się czas

O wyborze sieci handlowej przez konsumenta decyduje lokalizacja placówki, oferowane w niej ceny, a także idealne dopasowanie asortymentu do potrzeb klienta. W przypadku delikatesów bardzo istotne jest sąsiedztwo osiedli z bardziej wymagającą i zamożniejszą klientelą. Jednak nie wystarczy mieć sklep we właściwym miejscu, trzeba jeszcze czymś konkretnym przyciągnąć kupujących.

– Bardzo szeroki asortyment, który dotąd cechował delikatesy, nie zawsze jest korzystny z punktu widzenia klientów. Szczególnie dotyczy to kategorii rzadziej kupowanych, gdyż wydłuża się proces decyzyjny przy półce i tym samym czas potrzebny na całe zakupy. To z kolei powoduje, że konsumenci zaczynają unikać sklepu, gdy mają drobniejsze zakupy – tłumaczy Sebastian Starzyński.

Przyszłość delikatesów

– Należy pamiętać o tym, że sytuacja makroekonomiczna w Polsce będzie miała znaczący wpływ na dalsze losy delikatesów. Każda sieć handlowa musi również śledzić i interpretować czynniki ekonomiczne, prawo oraz inicjatywy rządu. To wszystko będzie bowiem wpływać na zamożność konsumentów, zaangażowanie w wydawanie pieniędzy, a także tworzenie pozytywnej atmosfery do konsumpcji – podsumowuje Viktor Riemer.

Z kolei, zdaniem dyrektora Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, dużym wyzwaniem dla sklepów delikatesowych będą czynniki nieekonomiczne, a jednak dezorganizujące rynek. Wysokie podatki, projekt ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi, a także zakaz pracy w niedzielę to wszystko są pomysły, które mogą doprowadzić do ograniczenia i dyskryminacji dużych firm handlowych.

– Wielcy gracze na rynku odwołają się do strategii obronnych, czyli podniosą komfort zakupów, zredukują ceny produktów i wzmocnią się promocjami. Jeśli masowy producent jeszcze bardziej obniży cenę, zachowując przy tym parametry jakościowe, to mniejszy supermarket delikatesowy nie będzie jego partnerem konkurencyjnym. Nie znaczy to jednak, że dla tego segmentu nie ma przyszłości. Będzie istniał wśród różnych formatów handlowych, pod warunkiem wprowadzenia redefinicji luksusu w handlu detalicznym i oferowania klientom np. usług kulinarnych – przewiduje Maria Andrzej Faliński.

Co ciekawe, podczas gdy delikatesowi liderzy upadają, niektórzy gracze na rynku uważają, że ten sektor ma jeszcze spory potencjał do wykorzystania. Przykładem jest Carrefour, który niedawno otworzył sześć pierwszych tego typu sklepów w Polsce. Wcześniej nie inwestował w ten segment na terenie naszego kraju. Może jednak korzystać z doświadczeń, które zdobył w tym obszarze na światowych rynkach, gdzie są obecne supermarkety premium tej marki.

– Carrefour może dostrzegać pewne błędy polskich delikatesów, np. zbyt szeroki asortyment, i mieć nowy pomysł na ten sektor handlu w Polsce. Projekt jest zapewne w fazie testów, ale wyniki muszą być obiecujące, skoro kolejne supermarkety przechodzą transformację. Wszystkie placówki z nowym asortymentem znajdują się w dużych miastach. Carrefour postawił też na artykuły świeże, m.in. mięso, wędliny i sery, wśród których poszerzył wybór produktów premium. Sieć ma szansę wzmocnić segment delikatesów, gdyż ich strategia jest zgodna ze światowymi trendami – wyjaśnia Sebastian Starzyński.

Nie przystępując do testu kompetencyjnego, nie dostaniesz awansu lub premii

Pracodawca ma pełne prawo do tego, aby w każdej chwili oceniać kwalifikacje zatrudnianych osób. Nie musi też uprzedzać ich o planowanym badaniu. Eksperci ostrzegają, że podważanie zasadności przeprowadzenia testu, podobnie jak odmowa udziału w nim, nie jest w interesie pracownika. Spory w tej kwestii rozstrzyga sąd.

Jak zauważa adwokat Grzegorz Cieślik, przeprowadzenie testów kompetencyjnych wśród pracobiorców jest zgodne z art. 22 § 1 Kodeksu Pracy. Pracodawca występuje jako nabywca efektów działań pracowników. Dlatego też, w każdej chwili może nakazać zatrudnionym, aby poddali się odpowiedniemu badaniu kwalifikacji zawodowych. Nie ma również obowiązku zapowiadać im tego z wyprzedzeniem. Przedsiębiorca wyznacza bowiem cele, do realizacji których potrzebuje osób o określonych umiejętnościach i cechach zawodowych. Chcąc odnieść sukces na rynku, który nieustannie się zmienia, musi na bieżąco oceniać ich przydatność do pracy.

– W przepisach brakuje regulacji prawnych w przypadku ewentualnego niewyrażenia zgody na wzięcie udziału w teście kompetencyjnym. Zalecam jednak, aby przystępować do tego rodzaju egzaminu, niezależnie od tego, czy w ocenie pracownika, jest on słuszny, czy też nie. Zgodnie z własnym interesem, zatrudniony nie powinien narażać się pracodawcy na zarzut, że posiada zbyt niskie kwalifikacje względem wymagań, jakie niesie ze sobą dane stanowisko pracy – mówi serwisowi agencyjnemu MondayNews, Grzegorz Cieślik.

Niewystarczające kompetencje zatrudnionych mogą być powodem pomijania ich w kontekście podwyżki, awansu lub innych form premiowania. Jeśli pracodawca uzna, że powodem niskiej jakości wykonywanych obowiązków jest brak określonych kwalifikacji pracownika, ma prawo wypowiedzieć mu umowę o pracę. Zdaniem eksperta, kwestionowanie zasadności przeprowadzania testu kompetencyjnego lub zerwania stosunku pracy z powodu jego wyniku lub odmowy udziału w takim pomiarze umiejętności zawodowych może odbywać się na drodze postępowania cywilnego. Wówczas konieczne jest złożenie odwołania do Sądu Rejonowego, Wydziału Pracy i Ubezpieczeń Społecznych.

– Pracodawca, przeprowadzając testy kompetencyjne, powinien odpowiednio zabezpieczyć się przed ewentualnym roszczeniem ze strony zatrudnionych, którzy mogą być nieusatysfakcjonowani z powodu osiągniętych wyników. W tym celu musi zapewnić maksymalną wiarygodność i obiektywność takiego badania. W mojej ocenie, najlepszym rozwiązaniem jest zlecenie dokonania konkretnej diagnozy umiejętności zawodowych specjalistom z branży rekrutacyjnej – podkreśla Grzegorz Cieślik.

Należy pamiętać, że wynik testu kompetencyjnego każdej osoby jest informacją poufną. Pracodawca nie ma prawa przedstawiać go innym pracobiorcom. Zgodnie z art. 23 Kodeksu Cywilnego, w przypadku naruszenia dobra osobistego pracownika, a za takie można uznać jego kwalifikacje zawodowe, zatrudnionemu przysługuje roszczenie o dopełnienie czynności zmierzających do usunięcia zaistniałej szkody. Taki pracodawca może zostać zobowiązany, np. do złożenia określonego oświadczenia w miejscu pracy.

– Zgodnie z art. 94 ust. 9a Kodeksu Pracy, pracodawca lub upoważniony przez niego podmiot, jest zobligowany do prowadzenia dokumentacji w sprawach związanych ze stosunkiem pracy. Pracownik ma prawo poznać własne wyniki testu kompetencyjnego, ponieważ te informacje są zawarte w jego firmowych aktach i stanowią dane osobowe. Prawo do ich kontroli wynika z art. 32 ust. 1 ustawy o ochronie danych osobowych. W przypadku ewentualnego sporu, z żądaniem ujawnienia wyników testu może zwrócić się też Sąd Rejonowy, Wydział Pracy i Ubezpieczeń Społecznych – podsumowuje adwokat Grzegorz Cieślik.

Na świecie diametralnie zmienia się model konsumpcji

Wraz ze „smartfonizacją” rozwinęło się nowe zjawisko kulturowe i społeczne, jakim jest współdzielenie dóbr. Społeczności zaczęły współpracować ze sobą, by ułatwić do nich dostęp. Gdy jedni na tym zyskują, dla innych oznacza to stratę. Czym właściwie jest ekonomia współpracy?

Co najmniej 42,8% użytkowników w Polsce korzysta z Internetu, natomiast 92% kojarzy przynajmniej jedną z usług ekonomii współpracy. Jednak często pytani, co ona dokładnie oznacza, niestety nie znają odpowiedzi. Tymczasem nierzadko słyszeli o takich usługach jak Airbnb, BlaBlacar, Uber czy TakeTask, a nawet wielokrotnie z nich korzystali. Inicjatywy oparte na udziale jednostek i ich wzajemnej interakcji poprzez internetowe sieci oraz platformy i przede wszystkim budowane w nich obopólne zaufanie, składają się właśnie na ekonomię współpracy. Przy czym nie ma w niej podziału na branże, dziedziny i segmenty klientów. Dotyczy ona właściwie wszystkich aspektów naszego życia.

Wspólnota użytkowania

Zjawisko ekonomii współpracy nie jest czymś nowym, albowiem już od zarania dziejów ludzie ściśle współpracowali ze sobą. Obecnie jest modelem ekonomicznym opartym o cyrkulację produktów i usług poprzez dzielenie się, wymianę, sprzedaż, wypożyczanie lub nieodpłatne przekazywanie. Umożliwia ono tym samym dostęp, czyli możliwość zaspokajania potrzeb bez konieczności posiadania konkretnych dóbr, i w konsekwencji redukuje marnotrawstwo cennych zasobów, gdyż jedna rzecz jest wykorzystywana przez większą liczbę ludzi.

Z ekonomią współpracy mamy do czynienia w wielu obszarach naszego życia. Wszystkie procesy mogą być realizowane przez osoby nie będące częścią formalnej organizacji (firmy), ale mogą ze sobą współpracować. Wspólne użytkowanie umożliwia maksymalne wykorzystanie zasobów, takich jak czas, umiejętności, przedmioty, pieniądze, pomysły. Dzięki współpracy, jaką wspiera technologia społeczności mogą współtworzyć, współfinansować, wspólnie projektować, pożyczać, pomagać i robić wiele innych pożytecznych czynności, które ułatwią życie przeciętnej osobie.

Innowacyjne technologie pozwalają na bardzo efektywną współpracę między użytkownikami, dzięki czemu możliwe jest oferowanie konkurencyjnych cen na usługi zaspokajające potrzeby (tym do tej pory zajmowały się wyspecjalizowane podmioty, np. firmy). Natomiast dla osób świadczących takie usługi jest to nowe dodatkowe źródło dochodu.

Wygoda i użyteczność

Dużą popularnością, nie tylko za granicą, ale także w wielu miastach Polski, cieszy się wypożyczalnia rowerów Nextbike (np. w Warszawie operator systemu Veturillo). Można je wypożyczać na godziny za pomocą aplikacji mobilnej. W ten sam sposób rozwija się rynek usług logistycznych, np. poprzez miejskie i międzymiastowe usługi kurierskie. Jadąc na zaplanowanej trasie, osoby mogą przewieźć komuś przesyłkę.

Dla ludzi rozwój ekonomii współpracy oznacza  niższe ceny usług i możliwości wypróbowania różnych rzeczy bez konieczności ich kupowania. Na przykład, współużytkowanie obecnie dotyczy produktów drogich i rzadko używanych, gdyż nadal jest czasochłonne i obarczone ryzykiem niedostępności danej rzeczy, gdy jej potrzebujemy. Jednak wraz ze wzrostem osób udostępniających swoje przedmioty i rozwojem technologii – szczególnie sztucznej inteligencji i Internetu rzeczy, będzie łatwiejsze i bezpieczniejsze, co przy niższej cenie przesunie kolejne kategorie produktowe do współużytkowania zamiast posiadania.

W ostatnich latach ekonomia współpracy także rozwinęła się w branży nieruchomości. Większości z nas znany jest już Airbnb, w którym osoby prywatne udostępniają swoje mieszkania w niższej cenie. Według szacunków, w okresie od 2014 roku do 2015 roku, branża hotelarska w USA straciła ok. 450 mln USD obrotu na rzecz właśnie tego portalu. Popularność serwisu sprawiła, że powstały usługi opieki nad nieruchomościami. Z kolei w obszarze najmu biurowego najbardziej popularny jest coworking i mikrobiura, czyli powierzchnia biurowa, którą współdzieli wiele firm i osób pracujących jako tzw. freelancerzy lub małe startupy.

Natomiast w finansach z nowym zjawiskiem mamy do czynienia np. w crowdfundingu. Jest to forma finansowania różnych projektów przez społeczność za pomocą drobnych, jednorazowych wpłat przez osoby zainteresowane danym projektem. Ekonomia współpracy pozwala na różne sposoby zmniejszać ryzyka finansowe i ubezpieczeniowe. W obszar ubezpieczeń grupy ludzi, np. znajomych, wpłacają część składki na specjalne konto, z którego pokrywa się wkład własny w razie ewentualnego wypadku. Jeśli grupa nie będzie miała wypłat odszkodowań, duża część tej sumy wraca do nich. W taki sposób przede wszystkim ogranicza się wyłudzenia. Dzięki temu klienci cieszą się tańszym ubezpieczeniem, a dla ubezpieczyciela oznacza to niższe koszty.

W ostatnich latach coraz więcej powstaje organizacji zajmujących się foodsharingiem, czyli przekazywaniem produktów, których nie skonsumujemy w domu, aby rozdać je ludziom potrzebującym (np. Foodsharing.pl). Powstają także platformy, które w ramach ekonomii współpracy zajmują się przygotowaniem i dostarczaniem ciepłych posiłków przez osoby, które lubią i umieją gotować.

Otwarta wiedza i edukacja umożliwia powszechny dostęp do taniego lub bezpłatnego korzystania z wiedzy, np. darmowego oprogramowania. Jest to coraz szybciej upowszechniający się model w ramach kursów uzupełniających lub podyplomowych. To tylko wybrane przykłady obszarów, w których dość sprawnie już funkcjonuje ekonomia współpracy. Należy przypuszczać, że wraz z szybkim rozwojem technologii będą przybywać nowe dziedziny angażujące pojedyncze osoby lub całe społeczności.

Powszechny dostęp

Ekonomia współpracy diametralnie zmienia globalny model konsumpcji. Już nie trzeba kupować danych produktów na stałe. Wiele z nich rzadko jest używanych. Bardziej efektywny jest do nich dostęp wtedy, kiedy ich akurat potrzebujemy. Takim przykładem jest wiertarka udarowa – przeciętny Amerykanin używa ją rzadko, tymczasem posiada ją większość jego rodaków. Zatem o wiele bardziej użyteczne będzie jego wypożyczenie za niewielką kwotę. Dzięki temu właściciel zwróci sobie częściowo jej koszt, a użytkownik oszczędzi czas potrzebny na jej zakup i samą wartość urządzenia.

Dzięki automatyzacji produkcji i szczególnie sztucznej inteligencji wiele branży będzie zmieniać modele biznesowe na bardziej efektywne. Oznaczać to będzie masowe zwolnienia, np. autonomiczne samochody już w najbliższych latach zaczną zastępować kierowców taksówek czy autobusów, a mniejsze zapotrzebowanie na pojazdy wynikające z większego ich współdzielenia spowoduje szybki spadek zatrudnienia w przemyśle motoryzacyjnym i usługach serwisowych. Korzyścią będzie niższy koszt mobilności ludzi i towarów.

Zaawansowane systemy będą zastępować lub wręcz wypierać pracowników z różnych prac biurowych. Dla przykładu – ING właśnie ogłosiło, że zastąpi niemal 6000 pracowników systemami informatycznymi, firmy prawnicze w USA wprowadzają systemy IBM Watson, które zastępują ludzi przy wyszukiwaniu informacji podczas przygotowania do procesu sądowego. Ludzkość przechodziła takie zmiany już wiele razy, np. gdy z koni przesiadaliśmy się na samochody, albo zamiast lampy naftowej zaczęliśmy stosować żarówkę elektryczną. W dzisiejszych czasach tempo tych zmian jest bardzo szybkie i dotyczy wielu dziedzin jednocześnie.

Ekonomia współpracy nie jest zatem problemem, ale rozwiązaniem, gdyż będzie w stanie zapewnić ludziom możliwość wymiany dóbr i usług po zdecydowanie niższych cenach dla kupującego i po wyższych dla sprzedającego – tylko dlatego, że pominiętych zostanie wielu niepotrzebnych, w tym łańcuchu pośredników. Ekonomia współpracy jest zatem bardziej rozwiązaniem niż problemem.

Zjawisko ekonomii współpracy zmienia świat, także nasze podejście do nowych technologii, które coraz bardziej stają się przyjazne i użyteczne na wiele sposobów. Poza wygodą oferuje ona mniejsze koszty, szybki dostęp do produktów i usług. Ma ona jeszcze jeden dość istotny wymiar – angażuje społeczności i wyzwala pozytywne pokłady energii oraz chęć niesienia pomocy innym.

Autorem publikacji jest Sebastian Starzyński, prezes zarządu instytutu badawczego ABR SESTA

Marketing zapomniał o smart shopperach. Ci zaś domagają się lepiej zorganizowanej komunikacji

Jak wynika z raportu, sporządzonego przez specjalistów z aplikacji mobilnej Qpony, smart shopperzy stanowią aż 89 procent polskich konsumentów. Jednak wciąż są źle definiowani. W związku z tym, marketerzy popełniają szereg błędów. Przede wszystkim pomijają kanały komunikacji, z których korzystają tego typu klienci.

Jak wyjaśnia ekspert, socjolodzy wyróżniają trzy typy smart shopperów. Wśród nich są tzw. „zbieracze okazji”, „łowcy okazji” oraz „poławiacze okazji”. Pierwsi rzeczywiście wykazują niższe dochody i muszą oszczędzać. Drudzy są w lepszej sytuacji ekonomicznej, lecz potrafią przemieścić się nawet kilkanaście kilometrów i poświęcić kilkadziesiąt minut w celu skorzystania z atrakcyjnej zniżki. Najmniej liczna jest trzecia grupa. Ma najwyższe przychody i nie stroni od konsumpcyjnego trybu życia oraz produktów wysokiej jakości. Oszczędzanie jest dla niej strategią prowadzącą do sukcesu finansowego.

– Za smart shopperów uznawane są przede wszystkim osoby młode. Nie jest to jednak do końca zgodne z prawdą. Mając do dyspozycji podobne narzędzia i informacje, grupy o różnych profilach demograficznych, podejmują podobne decyzje zakupowe. To, czy dany konsument jest smart shopperem, czy raczej social shopperem, nie zależy od wieku, płci czy miejsca zamieszkania. Ten drugi typ określa klientów, którzy „kupują społecznie”, czyli w swoich wyborach zakupowych kierują się opiniami płynącymi z otoczenia – tłumaczy Mateusz Puchala.

Należy podkreślić, że smart shopperzy to złożona demograficznie grupa. Różnice w zachowaniach nabywczych kobiet i mężczyzn, a także reprezentantów kolejnych pokoleń, wyraźnie zacierają się. Łączy je analityczne podejście do zakupów, używanie urządzeń mobilnych, kupowanie w sieci, korzystanie z wielu sprawdzonych źródeł informacji. To samo dotyczy stosunku inteligentnych konsumentów do nowoczesnej technologii. Starsi konsumenci coraz chętniej wybierają np. aplikacje mobilne i korzystają z Internetu w celu analizy rynku przed dokonaniem danego zakupu.

– Wbrew powszechnej opinii, smart shopperzy to nie są osoby, które korzystają wyłącznie ze smartfona z dostępem do Internetu. Coraz częściej sięgają po technologie umożliwiające im wyświetlanie treści związanych z położeniem, w którym się znajdują. Dzięki usługom lokalizacyjnym, dostarczanym m. in. przez GPS czy Bluetooth Low Energy, inaczej Bluetooth 4.0, użytkownicy znajdują w swoim otoczeniu atrakcyjne oferty. Jak pokazują międzynarodowe doświadczenia sieci Carrefour, wykorzystywanie nadajników Bluetooth 4.0, tzw. beaconów, prowadzi do wzrostu zaangażowania klientów w interakcję z marką, która odbywa się w kanale mobilnym – zapewnia Krzysztof Łuczak z firmy technologicznej Sensorberg.

– Na przykładzie Blixa, czyli największej w Polsce aplikacji mobilnej agregującej promocje, można zauważyć, że użytkownicy korzystają z tego kanału komunikacji średnio dwa razy dziennie i każdorazowo spędzają w nim co najmniej jedną minutę. Najwięcej odsłon mają gazetki promocyjne dużych sieci handlowych. Wynika z tego, że smart shopperzy poszukują wsparcia nawet w codziennych, spożywczych zakupach. W trakcie researchu na urządzeniach mobilnych, będąc w sklepie, szukają m.in. rzetelnych informacji i opinii o produkcie, a także kuponów rabatowych. Przeglądają gazetki promocyjne i korzystają z porównywarek cenowych – dodaje Mateusz Puchala.

Jak zaznacza Krzysztof Łuczak, perspektywa, w której klient zaznacza na smartfonie interesujące go produkty bądź marki, by następnie otrzymywać spersonalizowane oferty rabatowe, jest tym, do czego obecnie od dłuższego czasu dąży marketing mobilny. Dzięki aplikacjom poznającym zainteresowania konsumentów, smartfony coraz lepiej potrafią dopasować promocyjne oferty reklamowe do naszych indywidualnych preferencji. Co więcej, smart shopperzy zaczynają się domagać od swoich ulubionych marek lepszej, tj. indywidualnej komunikacji. Konsumenci oczekują, że oferta będzie do nich dostosowana. Nie chcą oglądać już ofert, które np. dotyczą innych miast czy są kompletnie niezgodne z ich zainteresowaniami.

– W erze mobile odpowiedni kontekst jest ważny, jak nigdy wcześniej. Dzięki urządzeniom mobilnym, możemy dostarczać konsumentom geolokalizowane i spersonalizowane komunikaty. Z naszych informacji wynika, że najbardziej znane na świecie marki, tj. McDonald’s czy Coca-Cola, inwestują obecnie poważne sumy pieniędzy w opracowywanie metod skutecznej, indywidualnej komunikacji z klientem. Firmy te są świadome wartości, jakie daje, wiadomość wysyłana użytkownikowi w miejscu zakupu. Giganci na rynku zatrudniają osobnych specjalistów z zakresu proximity mobile marketingu, którzy mają za zadanie tworzyć podstawy do rozwoju tej płaszczyzny komunikacji – podsumowuje Krzysztof Łuczak.

Strategiczne znaczenie technologii mobilnych dla polskiej gospodarki

Z danych zebranych w raporcie PwC „Technologie mobilne w nowoczesnej Polsce – odpowiedzialny rozwój i równe szanse” wynika, że wkład operatorów telekomunikacji mobilnej do PKB Polski to ponad 26,5 mld zł. Biorąc pod uwagę wpływ technologii mobilnych na wzrost produktywności polskich firm oraz że powstaje dzięki nim wiele nowych branż i produktów, szacowany łączny wpływ sektora telefonii mobilnej na polską gospodarkę to nawet 3,2% PKB rocznie. Do 2020 roku operatorzy mobilni zamierzają wydać 23,2 mld zł, aby zapewnić Polakom dostęp do nowoczesnych technologii. Zdaniem ekspertów PwC bez tych inwestycji nie będzie możliwe podniesienie konkurencyjności polskiej gospodarki, może wręcz dojść do obniżenia tempa jej rozwoju nawet o 2% PKB.

„Technologie mobilne od 20 lat zmieniają polskie życie gospodarcze, społeczne i publiczne, a w przyszłości ich rola będzie jeszcze bardziej znacząca. W ramach przyjętej przez rząd Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju postawiono trzy główne cele: trwały wzrost gospodarczy, rozwój społecznie i terytorialnie zrównoważony oraz budowa e-państwa. Bez inwestycji w najnowocześniejsze technologie mobilne realizacja tych celów nie będzie możliwa” – mówi Ireneusz Piecuch, Prezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.

Sektor telefonii mobilnej tworzy 137 tysięcy miejsc pracy w Polsce, z czego prawie 40 tys. przypada na nowoczesny przemysł. Jak zauważają autorzy raportu jest to liczba porównywalna do zatrudnienia w całej branży motoryzacyjnej w naszym kraju.

„Technologie mobilne już w tej chwili wpływają nie tylko na nasze życie codzienne, ale także na procesy gospodarcze i społeczne. Są dobrem infrastrukturalnym na równi z siecią drogową i energetyczną. Jest oczywiste, że ich wpływ na gospodarkę będzie coraz większy. Niczym nieskrępowana komunikacja pomiędzy ludźmi, coraz swobodniejszy dostęp do informacji i wiedzy oraz coraz szybsze przesyłanie coraz większych pakietów danych to podstawy rozwoju nowoczesnego przemysłu, usług logistycznych, zdrowotnych, publicznych, nowoczesnej ekologicznej motoryzacji, a nawet rozrywki” – podkreśla Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.

Rola technologii mobilnych w rozwoju polskich przedsiębiorstw

Firmy, aby być na rynku konkurencyjne, będą musiały wykazywać się wysokim poziomem cyfryzacji. Autorzy raportu PwC wskazują, że w ciągu najbliższych 5 lat odsetek takich firm wzrośnie z 33% do 72%. Dla wielu krajowych podmiotów już w tej chwili technologie mobilne są kluczowym elementem strategii rozwojowej. Zmieniają one nie tylko sposób działania tradycyjnych usług, takich jak transport czy logistyka, ale także są podstawą do tworzenia zupełnie nowych modeli biznesowych, na przykład działających na zasadzie ekonomii współdzielenia. Rynek ekonomii współdzielenia (wymiana dóbr pomiędzy konsumentami i przedsiębiorcami za pośrednictwem platform internetowych bez przekazywania praw własności), rośnie w tempie 77% rocznie w Europie i jest szansą dla bezrobotnych, mikroprzedsiębiorców, a także stanowi perspektywą rozwoju wielu nowych firm.

Eksperci PwC podkreślają, że technologie mobilne odgrywają kluczową rolę w tzw. czwartej rewolucji przemysłowej, która polega na pełnej integracji środowiska produkcji fizycznej z Internetem. Aby uczestniczyć w rozpoczynającym się wyścigu technologicznym polskie firmy muszą mieć zapewniony dostęp infrastruktury mobilnej.

Bez wykorzystania technologii mobilnych nie jest też możliwe stworzenie nowoczesnego państwa oraz stabilnego rozwoju. Zgodnie z założeniami rządowych programów w 2020 roku około 50% obywateli i 95% firm ma załatwiać większość swoich spraw urzędowych przez Internet. Połowa strumieni tego programu jest silnie związana z zastosowaniem i rozwojem infrastruktury mobilnej. Cyfryzacja usług publicznych i obrotu gospodarczego na proponowaną skalę powinna oznaczać wdrożenie rozwiązań przyjaznych obywatelowi i efektywnych ekonomicznie.

„Polskie firmy, aby zachować konkurencyjność na rynkach światowych muszą stać się częścią procesów określanych jako Przemysł 4.0, czyli produkcji zintegrowanej sieciowo, której rozwój bez dynamicznej inwestycji w rozwiązania mobilne będzie niemożliwy. Inteligentne specjalizacje zidentyfikowane jako wiodące dla polskiej gospodarki w ramach ‘Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju’ to m.in. transport przyjazny środowisku, automatyzacja i robotyka procesów technologicznych, a także nowoczesne układy wytwarzania, magazynowania, przesyłu i dystrybucji energii. Technologie te będą mogły się rozwijać tylko przy wsparciu szerokopasmowej łączności internetowej” – uważa Maciej Korzeniowski, partner w PwC, lider doradztwa dla sektora telekomunikacji, mediów i technologii.

Technologie mobilne podstawą zrównoważonego rozwoju Polski

Zdaniem ekspertów PwC technologie mobilne są także kluczem dalszego wyrównywania szans rozwojowych i zrównoważonego rozwoju Polski. Według ich szacunków tempo wzrostu gospodarczego dzięki powszechnemu dostępowi do nowoczesnych technologii mobilnych może zwiększyć się nawet do 2%. Dodatkowo, dzięki rozpowszechnieniu urządzeń mobilnych (94% Polaków ma w tej chwili telefony komórkowe), oraz praktycznie pełnemu zasięgowi sieci mobilnej i planowanej na rok 2023 pełnej dostępności Internetu szerokopasmowego dla wszystkich gospodarstw domowych, mamy po raz pierwszy do czynienia z sytuacją, w której każdy dorosły Polak będzie mógł mieć równy dostęp do narzędzi komunikacji, informacji oraz szeregu usług komercyjnych i publicznych.

„W pełni rozwinięta Infrastruktura mobilna daje równy dostęp do informacji i szeregu usług publicznych i komercyjnych wszystkim obywatelom. Można z niej korzystać w takim samym stopniu niezależnie od miejsca zamieszkania i statusu materialnego. Jedynym warunkiem dostępu jest posiadanie telefonu z dostępem do Internetu oraz umiejętności posługiwania się nim. Trudno jest znaleźć przykład bardziej egalitarnej infrastruktury” – podsumowuje Mateusz Walewski, starszy ekonomista w PwC.

Informacje o raporcie

Raport „Technologie mobilne w nowoczesnej Polsce – odpowiedzialny rozwój i równe szanse” został przygotowany przez firmę doradczą PwC na zlecenie i przy współpracy z Polską Izbą Informatyki i Telekomunikacji. Pełna treść raportu jest dostępna na stronie www.pwc.pl/technologie-mobilne.

Informacje o Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji

Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji (PIIT) istnieje od stycznia 1993 roku. Członkami Izby są podmioty gospodarcze prowadzące działalność gospodarczą w sektorze teleinformatyki telekomunikacji i informatyki. Obecnie do Izby należy prawie 120 firm, reprezentowanych w Izbie poprzez swoich przedstawicieli.

Rozporządzenie o ochronie danych osobowych wyzwaniem dla przedsiębiorców

Ogólne rozporządzenie o ochronie danych (RODO), które obowiązuje wszystkich polskich przedsiębiorców przetwarzających dane osobowe, będzie w pełni stosowane od 25 maja 2018 r. Jest ono ogromnym wyzwaniem dla firm, zarówno pod względem kosztów, jak też zasobów ludzkich – twierdzą eksperci PwC. Rozporządzenie nakłada dodatkowe obowiązki w zakresie ochrony danych osobowych, nie określając przy tym dokładnej ścieżki postępowania. Naruszenie przepisów będzie wiązać się z ryzykiem nałożenia na przedsiębiorstwa kary finansowej do 20 mln euro lub 4% wartości rocznego obrotu przedsiębiorstwa.

24 maja 2016 r. weszło w życie rozporządzenie UE, które zmienia przepisy o ochronie danych osobowych.

Rozporządzenie jest stosowane wprost, dlatego jest wiążącym prawem dla wszystkich przedsiębiorców (i zastąpi przepisy polskiej ustawy o ochronie danych osobowych). Obecnie trwa okres ustanowiony dla przedsiębiorców na wdrożenie wymagań rozporządzenia, które w pełni stosowane będzie od 25 maja 2018 roku.

„Wprowadzenie Ogólnego rozporządzenia o ochronie danych jest gigantyczną zmianą dla polskich firm, które do tej pory poruszały się w obrębie krajowych, dobrze znanych przepisów. W nowym podejściu ochrona danych osobowych w przedsiębiorstwie to ciągły proces, dlatego z jednej strony niezwykle ważne jest, by jak najlepiej przygotować się do nowych obowiązków, z drugiej zaś, by proces ten w późniejszych etapach doskonalić, oddalając ryzyko sankcji” – mówi Sylwia Pusz, partner w PwC.

Nowe prawo wprowadzi wiele zmian w podejściu do ochrony osobowych. Konieczne będzie m.in. uwzględnienie ochrony danych osobowych już w fazie projektowania rozwiązań informatycznych. Obowiązkowe będzie także rejestrowanie czynności przetwarzania danych osobowych, a także przeprowadzania analizy skutków planowanych operacji dla ochrony danych osobowych. Dodatkowo, administratorzy danych osobowych będą zobowiązani do zawiadamiania organu ochrony danych o naruszeniu przepisów.

„Przedsiębiorcy – poza branżą telekomunikacyjną – nie są przyzwyczajeni do zgłaszania własnych naruszeń ochrony danych osobowych organom nadzoru. Ten nowy obowiązek wymaga nie tylko identyfikowania zaistniałego naruszenia, ale także przygotowania procedur reagowania na incydenty ochrony danych” – mówi Anna Kobylańska, adwokat w kancelarii PwC Legal.

Naruszenie przez przedsiębiorcę przepisów RODO będzie wiązać się z ryzykiem nałożenia na kary finansowej do 20 mln euro lub 4% wartości rocznego światowego obrotu przedsiębiorstwa. Jednak, jak podkreślają eksperci PwC, ryzyko finansowe to nie jedyne zagrożenie. Równie ważne są także ryzyko operacyjne (ewentualne problemy z działalnością na terenie Unii Europejskiej) oraz ryzyko reputacyjne, związane z utratą zaufania klientów.

Jak przygotować się do nowych obowiązków?

Wymagania zawarte w Ogólnym rozporządzeniu o ochronie danych mają wpływ na bardzo wiele obszarów działalności firmy. Nie dotyczą tylko działu prawnego, ale również marketingu, HR-u czy obsługi klienta. Jak się przygotować do nowych obowiązków?

Przygotowanie warto zacząć od oceny stanu obecnego u przedsiębiorcy w kontekście sposobu, zakresu i podstawy prawnej przetwarzania danych osobowych. Istotnym elementem tego procesu będzie także inwentaryzacja danych, czyli ustalenie, jakie dane osobowe, jak, gdzie i po co są wykorzystywane przez przedsiębiorcę. Analizy te umożliwią przygotowanie wykazu luk w sposobie chronienia danych osobowych oraz zidentyfikowanie elementów ochrony, które powinny być zmienione lub uzupełnione w celu dostosowania do wymagań Ogólnego rozporządzenia o ochronie danych. Kolejnym krokiem będzie podjęcie opracowanych działań wdrożeniowych i naprawczych, w tym zaplanowanie ciągłego procesu weryfikacji i uwzględniania ochrony danych osobowych.

„RODO wprowadza istotną zmianę podejścia do zabezpieczania danych osobowych. Nie opisuje konkretnych mechanizmów bezpieczeństwa w warstwie technologicznej, proceduralno-procesowej i organizacyjnej, które muszą być wdrożone, a jedynie ogólne wymagania w obszarze bezpieczeństwa danych osobowych. W związku z tym sposób spełnienia tych wymagań dla różnych firm może być inny, a nawet dla jednej firmy może istnieć kilka scenariuszy. Należy jednak pamiętać, że każda decyzja powinna być poprzedzona pogłębioną analizą, która pozwoli na wybranie najlepszego rozwiązania” – podsumowuje Łukasz Ślęzak, menedżer w zespole ds. cyberbezpieczeństwa w PwC.

Nowe zasady kwalifikowania wydatków finansowanych z funduszy UE w latach 2014-2020

14 października 2016 r. wprowadzono przełomowe zmiany w wytycznych dotyczących kwalifikowania wydatków finansowanych z funduszy europejskich w latach 2014-2020. Zmiany dotyczą procedury konkurencyjnego wyboru ofert dla wydatków objętych dotacjami – znacząco uelastyczniają one cały proces i odpowiadają na praktykę rynkową.

Najważniejszą zmianą jest wprowadzenie licznych wyłączeń, kiedy zasada konkurencyjnego wyboru ofert nie musi być stosowana.

„Procedura konkurencyjnego wyboru nie musi być stosowana w przypadku, gdy nie ma innych wykonawców, ze względu na brak konkurencji, z powodów technicznych lub gdy przedmiot zamówienia jest objęty ochroną praw wyłącznych. To ostatnie wyłączenie daje beneficjentowi możliwość kupienia wybranego patentu. Bardzo często projekt badawczy zakłada rozwój istniejącego patentu, a konkurencyjny wybór ofert stał w sprzeczności z samą ideą” – mówi Beata Cichocka-Tylman, dyrektor w zespole Innowacje i B+R w PwC.

Procedura zamówień nie będzie musiała być stosowana jeśli na zapytanie nie wpłynęła żadna oferta lub ze względów obiektywnych trzeba natychmiast dokonać zamówienia i nie można zastosować wymaganych terminów, a sytuacji tej nie można było wcześniej przewidzieć. Eksperci PwC podkreślają jednak, że wytyczne nie precyzują, co można uznać za obiektywne przesłanki.

Przyjęte zmiany wprowadziły także możliwość przeprowadzenia zamówień uzupełniających dla uprzednio wybranego dostawcy.

W nowych regulacjach zniesiono także m.in. obowiązek publikacji zapytań w Dzienniku Urzędowym UE dla zamówień, których wartość przekracza próg 209 tys. euro netto na dostawy i usługi oraz 5 225 tys. euro na roboty budowlane. Decyzja w zakresie publikacji zapytania w Dzienniku została pozostawiona beneficjentom. Jest to o tyle korzystne, iż publikacja w Dzienniku wymaga min. 40 dni na przyjmowanie ofert. Niemniej jednak wprowadzono dla tego typu zamówień obowiązek minimum 30 dni na zbieranie ofert. Mowa tu o większych zamówieniach, na które oferty zwyczajowo są bardziej skomplikowane. Można więc powiedzieć, że miesiąc dla ofertodawców to dobra praktyka rynkowa.

Zdaniem ekspertów PwC beneficjenci powinni także odpowiednio przemyśleć układ kryteriów formalnych i ocennych, na podstawie których wybiorą wykonawcę lub dostawcę. Kryteria oceny ofert bowiem nie mogą dotyczyć właściwości wykonawcy, w szczególności jego wiarygodności ekonomicznej, technicznej lub finansowej. Zakazem tym nie są objęte zamówienia na usługi społeczne i inne szczególne usługi oraz zamówienia o charakterze nie priorytetowym w dziedzinach obronności i bezpieczeństwa. Akurat ta zmiana wprowadza formalnie zasadę stosowaną już wcześniej przez wiele instytucji.

Waluty grają na giełdach

S&P500 od początku września stracił nieco ponad 2 proc. Nie jest to wiele, wciąż można mówić o mało znaczącej korekcie, jednak to nie jej skala, ale czas trwania może budzić obawy co do dalszego rozwoju sytuacji. Jednocześnie znacznie lepiej radzą sobie wskaźniki w Japonii, Niemczech i Wielkiej Brytanii.

Nikkei od końca sierpnia wzrósł o ponad 6 proc. DAX i FTSE100 poszły w górę po ponad 4 proc. W przypadku każdego z tych trzech rynków nieco odmienne są uwarunkowania determinujące giełdową koniunkturę. Co więcej, ich wpływ nie jest jednoznaczny i niekoniecznie spójny z utartymi kanonami. Z gospodarki Stanów Zjednoczonych płyną w większości pozytywne informacje, a inwestorzy wydają się już pogodzeni z perspektywą grudniowej podwyżki stóp procentowych. Niemiecka gospodarka ostatnio także radzi sobie lepiej, ale niepokoją sytuacja w sektorze bankowym i brak optymizmu co do wzrostu gospodarczego na kolejny rok.

Wielka Brytania na razie trzyma się dobrze, a mimo wygranej eurosceptyków w referendum wciąż nie wiadomo, kiedy, jak i czy w ogóle jest wola polityczna do rozpoczęcia procedury wyjścia. Wydaje się, że politycy będą robili wszystko co możliwe, by odwlec w czasie Brexit. Jeśli chodzi o Japonię, to o jej perspektywach nie da się powiedzieć niczego dobrego, a bank centralny ma spory problem z jej stymulowaniem.

Do wyjaśnienia tych różnic i niekonsekwencji można posłużyć wspólny mianownik, którym są kursy walut. Mocny dolar szkodzi amerykańskiej giełdzie, a słabnące euro, jen i funt wspierają zwyżki na pozostałych trzech parkietach. Ten prosty schemat prawdopodobnie jednak zbyt długo się nie utrzyma i wkrótce do głosu dojdą także inne czynniki – jak np. wybór nowego prezydenta w USA.

Marcin Chadaj, AgioFunds TFI S.A.

Rynek deweloperski po III kwartale 2016 r.

W pierwszym półroczu oddano do użytku największą liczbę mieszkań po 2009, czyli przed załamaniem związanym z globalnym kryzysem gospodarczym. Czy wzorem rekordowych upałów we wrześniu, trzeci kwartał przyniósł w Polsce dalsze wzrosty podaży? Z najnowszych danych GUS wynika, że dobra passa trwa, choć można też zauważyć rosnącą ostrożność deweloperów.

W okresie od lipca do września w Polsce do użytku oddano łącznie 38,6 tys. mieszkań. To wynik nieznacznie przewyższający oba poprzednie kwartały (37,3 tys. w pierwszym i 36,3 tys. w drugim kwartale). Co ciekawe, po raz pierwszy od dłuższego czasu większość nowych obiektów stanowiły lokale budowane na sprzedaż lub wynajem (48%). Segment ten nieznacznie wyprzedził budownictwo jednorodzinne (47%). Przez pierwsze dziewięć miesięcy deweloperzy oddali w Polsce do użytku 53,4 tys. mieszkań – o 32% więcej, niż w analogicznym okresie rok temu.

Stabilną sytuację na rynku pierwotnym odzwierciedla liczba sprzedanych lokali przez spółki deweloperskie. Jak podała w październiku Polska Agencja Prasowa, czternastu największych graczy na polskim rynku zawarło w III kwartale ponad 4,5 tys. transakcji, poprawiając wynik w analogicznym okresie w zeszłym roku o 10%. Porównując sprzedaż w przedziale styczeń-wrzesień, w 2016 swoich nabywców znalazło już ponad 11,8 tys. lokali, co oznacza wzrost o 15,3%.

Sygnały ostrzegawcze

Podczas gdy ogólne dane dotyczące podaży mieszkań wybudowanych wskazują na kontynuację trendu zwyżkowego, w działaniach deweloperów da się zauważyć pierwsze oznaki ostrożności. O pewnym spowolnieniu może świadczyć liczba mieszkań, których budowę w Polsce rozpoczęto – o ponad 5,7 tys. mniej, niż w kwartale drugim (spadek o blisko 22%). Zmalała też, choć nieznacznie, liczba uzyskanych pozwoleń na budowę (26,5 tys.). W relacji rok do roku, liczba projektów deweloperskich zapoczątkowanych od lipca do września spadła o blisko 10%.

Jeżeli wziąć pod uwagę jedynie największe rynki pierwotne w Polsce (Warszawę, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań i Łódź), to w stosunku do rekordowych 17,7 tys. nowych mieszkań wprowadzonych w drugim kwartale zaobserwowaliśmy spadek o około 20%. Miasta regionalne przełamały też trwający nieprzerwanie od końcówki 2014 trend wzrostowy, jeżeli chodzi o liczbę transakcji – zawarto ich o tysiąc mniej, niż w okresie kwiecień-czerwiec.

Jakość kosztem ilości?

Za czynniki, które mogą przyhamować zamiary deweloperów, wskazać należy gasnący potencjał programu MdM, coraz bardziej restrykcyjną politykę kredytową banków i coraz mniejszą dostępność działek. Zdaniem ekspertów, załamanie na rynku deweloperskim raczej nam jednak nie grozi. W najbliższym czasie mieszkania mogą stanowić za to bardzo atrakcyjny kierunek inwestycyjny.

– Obserwujemy wzrost popytu mieszkań kupowanych za gotówkę, nabywanych między innymi z myślą o dalszym wynajmie. Duża konkurencja na rynku sprawia, że inwestorzy coraz częściej stawiają na jakość nieruchomości – przekonuje Andrzej Szczepanik z firmy OPG Property Professionals, która w Łodzi buduje prestiżowy kompleks mieszkaniowy ART MODERN.

Zdaniem eksperta, taka forma lokowania kapitału wydaje się dziś dla Polaków szczególnie atrakcyjna. – Kiepska kondycja giełdy, zachowawczy charakter obligacji oraz niski poziom oprocentowania depozytów zachęcają Polaków do wycofywania oszczędności z banków i zakupu nieruchomości, które raczej nie będą stanowić konkurencji dla programu Mieszkanie Plus – dodaje.

Ceny mieszkań bez większych wahań

O stabilizacji na rynku pierwotnym świadczyć może Indeks BCN cen mieszkań. We wrześniu wskaźnik wyniósł w skali kraju 95,66 punktów – jedynie o 0,20 jednostki więcej, niż w sierpniu. Podobną różnicę (0,23 pkt.) odnotowano rok temu, jednak wówczas mieliśmy do czynienia z obniżką.

Wedle danych portalu otodom.pl, niższe stawki ofertowe można było obserwować w tym roku w większości miast regionalnych. Największe wahania cen zaobserwowano w Gdańsku (do 360 zł za metr kwadratowy), w pozostałych miastach nie przekroczyły one 100 zł za metr kwadratowy.

Tabela. Średnie ceny ofertowe mieszkań na rynku pierwotnym w wybranych miastach Polski w III kwartale 2016 [zł/mkw.].

Średnie ceny ofertowe mieszkań na rynku pierwotnym w wybranych miastach Polski w III kwartale 2016
Źródło: Bankier.pl, Otodom.pl, OPG Property Professionals

W stosunku do kwartału drugiego, kiedy to rynek w istotnym stopniu napędzał program MdM, zauważyliśmy delikatny wzrost cen lokali wprowadzanych do sprzedaży. Po okresie, gdy uruchamiane były przede wszystkim inwestycje w segmencie podstawowym, deweloperzy zaczęli uzupełniać ofertę mieszkań w wyższym standardzie oraz apartamentowców.

– Lekkiego wzrostu popytu i obniżek cen można spodziewać się pod koniec roku, co związane będzie ze zwiększeniem wymaganego wkładu własnego, odblokowaniem pozostałej części środków z MdM na rok 2017, a także wprowadzeniem do oferty kolejnych inwestycji, których finansowanie można zaplanować na rok 2018 – przewiduje Andrzej Szczepanik.

Mieszkanie plus = mieszkańcy na minus?

Michał M. Styś Dyrektor OPG
Michał M. Styś
Dyrektor Zarządzający
OPG Orange Property Group

Przyjęty we wrześniu rządowy program Mieszkanie plus, który ma zastąpić MdM, prawdopodobnie nie wpłynie na ofertę deweloperów. Projekt przewidujący wynajem lokali skierowany będzie raczej do osób, które nie mogą sobie pozwolić na zaciągnięcie kredytu hipotecznego. Czy projekt ma szansę powodzenia? Michał Styś, Dyrektor Zarządzający OPG Property Professionals uważa, że sama idea wsparcia rodzin niezamożnych jest słuszna. W jej realizacji warto wziąć przykład z rozwiniętych krajów Europy, gdzie tego typu programy funkcjonują, lecz pod warunkiem, iż nie zaburzają rynku mieszkaniowego.

– Problem leży w braku mieszkań dobrej jakości, dostosowanych do dzisiejszych standardów życia. W Niemczech państwo gwarantuje najem lokali odpowiadających realnym potrzebom obywateli – ustandaryzowanych, wykończonych pod klucz, z gwarancją długiego najmu, co daje tak potrzebny komfort psychiczny. Powodzenie Mieszkania plus zależeć będzie od dostępności działek należących do Skarbu Państwa, przyjętych standardów budowlanych oraz tempa podaży – ocenia.

Zdaniem Michała Stysia, istnieją skuteczne i zrównoważone instrumenty stymulujące budownictwo mieszkaniowe zarówno w segmencie lokali pod wynajem, jak i na sprzedaż.

– W Niemczech i w Czechach funkcjonują rozwiązania uwzględniające ulgi przy bieżącym oszczędzaniu z przeznaczeniem na mieszkanie – wyjaśnia. – U naszych zachodnich sąsiadów, gdzie funkcjonuje dług gruntowy, można zabezpieczać do określonych granic różne, zmieniające się wierzytelności bez konieczności ustanawiania nowego zabezpieczenia dla każdej z nich. Banki zabezpieczają hipoteki w poczet długoterminowych oszczędności. W Polsce, posiadając nasze oszczędności na rachunkach osobistych, oferują nam hipotekę na 20-35 lat – podsumowuje.

Branża elektroodpadów potrzebuje dobrego audytu

Wprowadzenie tzw. „testu wsadu” dla każdej grupy elektrośmieci przetwarzanej w przedsiębiorstwie oraz coroczne, co najmniej 16-stogodzinne obowiązkowe szkolenie dla audytorów, to niektóre z propozycji Związku Pracodawców Branży Elektroodpadów i  Opakowań „Elektro-Odzysk” na zapewnienie lepszej kontroli zakładów przetwarzania i  organizacji odzysku. Ministerstwo Środowiska pracuje właśnie nad rozporządzeniem o  audycie dla branży elektroodpadów.

Przyjęta nieco ponad rok temu ustawa o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym wymaga opublikowania rozporządzenia w sprawie audytu zakładów przetwarzania i organizacji odzysku. Pod koniec sierpnia resort opublikował projekt rozporządzenia w tej sprawie. Nowa regulacja musi zostać przyjęta do 31 grudnia, aby – zgodnie z treścią ustawy – móc zacząć obowiązywać od 1 stycznia 2017 roku.

Równocześnie Polskie Centrum Akredytacji (PCA) opracowuje wytyczne dla weryfikatorów środowiskowych w obszarze gospodarki odpadami. Wytyczne w zamyśle resortu środowiska mają być uzupełnieniem do rozporządzenia.

– Rozporządzenie w sprawie audytu oraz wytyczne dla audytorów to bez wątpienia najważniejsze dokumenty regulujące rynek elektroodpadów z punktu widzenia zwalaczania istniejących na nim nieprawidłowości – mówi Mirosław Baściuk, prezes Związku Pracodawców Branży Elektroodpadów i Opakowań „Elektro-Odzysk”.

Szacuje się, że nawet ok. 40% zaświadczeń o dokonanej zbiórce i recyklingu zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego w Polsce jest fikcyjnych. Kwity wydawane są na sprzęt, który zamiast do profesjonalnego recyklingu, trafia np. na złomowisko. Zdarza się, że zakłady przetwarzania deklarują przyjęcie i demontaż większej ilości i innego rodzaju sprzętu niż pozwalają ich możliwości techniczne.

– Niestety, przedstawione projekty są zbyt ogólne, aby móc skutecznie zweryfikować dane przedstawiane przez te przedsiębiorstwa – dodaje Baściuk.

„Elektro-Odzysk” postuluje przyjęcie wytycznych dotyczących praktycznego sprawdzenia funkcjonowania zakładów przetwarzania, czyli tzw. testu wsadu. Test ten polega na przetworzeniu w czasie rzeczywistym, w obecności audytora stu urządzeń jednego typu. Test wsadu powinien dotyczyć każdej z ustawowo wyodrębnionych grup zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego, które są przetwarzane na zakładzie.

Zdaniem Związku równie ważne jak sam przebieg audytu są wymagania stawiane audytorom, nad którymi pracuje aktualnie Polskie Centrum Akredytacyjne. „Elektro-Odzysk” postuluje co najmniej 16-sto godzinne, odnawiane corocznie szkolenie dla audytorów branżowych, z dokładnie ustalonym zakresem tematycznym. Szkolenie powinno składać się z części teoretycznej oraz praktycznej przeprowadzanej bezpośrednio w zakładzie przetwarzania.

Obawiamy się, że same wytyczne PCA mogą nie być wystarczającym bodźcem do poprawy sytuacji. Tak ważne kwestie jak szczegółowe wymagania wobec audytorów powinny być zawarte w samym rozporządzeniu, co nada im właściwą moc prawną – podkreśla Baściuk.

Za dużo biurokracji przy pozyskiwaniu pieniędzy z KFS

Projekt rozporządzenia Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, dotyczący przyznawania środków z Krajowego Funduszu Szkoleniowego utrudni pozyskiwanie pieniędzy z tego źródła, wydłuży okres oczekiwania na wyniki oraz realizację celów. Na pracodawców narzucono dodatkowe biurokratyczne obowiązki – uważa Konfederacja Lewiatan.

dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan
dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Istotą wprowadzenia i funkcjonowania Krajowego Funduszu Szkoleniowego (KFS) jest przeznaczenie części składek odprowadzanych przez pracodawców na Fundusz Pracy na przedsięwzięcia związane z kształceniem ustawicznym pracowników i pracodawców. Mają one zapobiegać utracie zatrudnienia przez osoby pracujące – tak, aby ich kompetencje były adekwatne do wymagań dynamicznie zmieniającej się gospodarki.

Wszelkie działania związane z planowaniem wydawania środków KFS, propozycje priorytetów na kolejny rok, powinny zatem uwzględniać potrzeby przedsiębiorców oraz opierać się na analizie badań dotyczących kompetencji przyszłości i rozwiązań w zakresie stosowania instrumentów, których celem jest współfinansowanie rozwoju firm oraz kapitału ludzkiego.

– Zmiany zaproponowane w rozporządzeniu będą miały negatywny wpływ na Krajowy Fundusz Szkoleniowy. Zwiększą problemy i trudności w aplikowaniu o środki i wydłużą okres oczekiwania na wyniki oraz realizację różnych przedsięwzięć – ostrzega dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan.

Na pracodawcę narzucono dodatkowe obowiązki, zwiększając biurokrację i wprowadzając wymóg umieszczania dodatkowych zapisów, uzasadnień oraz załączania dokumentów, których można byłoby wymagać na etapie podpisywania umowy pomiędzy pracodawcą a urzędem, a nie w momencie aplikowania o środki. Proponowane zmiany zwiększą również obowiązki oraz wydłużą czas pracy przeznaczony na działania związane z KFS w urzędach pracy.

Analiza badań dotyczących funkcjonowania KFS, którą przeprowadziło wiele organizacji zrzeszających pracodawców, a także firma zewnętrzna na zlecenie ministerstwa wykazała, że przedsiębiorcy zgłaszali problemy dotyczące aplikowania o środki, ze względu na skomplikowaną dokumentację. Z kolei pracownicy urzędów pracy podnosili kłopoty związane z oceną wniosków.

– Dlatego dodawanie, w tej sytuacji, obciążeń i wymagań oraz skomplikowanych, niejasnych procedur jest po prostu dolewaniem oliwy do ognia. Ministerstwo szykuje pracodawcom i urzędom pracy biurokratyczną ścieżkę zdrowia, ale najgorzej, że nieźle działający instrument może zostać trwale uszkodzony – dodaje Grzegorz Baczewski.

Konfederacja Lewiatan

 

Mocny odczyt PKB pokazuje odporność brytyjskiej gospodarki na Brexit

Gospodarka Wielkiej Brytanii rosła w III kwartale szybciej niż przewidywali ekonomiści. PKB kwartał do kwartału wzrósł 0,5 proc. wobec przewidywanego 0,3 proc. wzrostu, natomiast rok do roku wzrósł 2,3 proc. wobec 2,1 proc. oczekiwanego wzrostu. Szczególnie dobrze wypadł sektor usług, gdzie kwartalny wzrost wyniósł 0,8 proc., co zrównoważyło spadki w sektorze budowlanym i produkcyjnym. Ze względu na fakt, iż dane obejmują już okres po czerwcowym głosowaniu za wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, wskazują one na brak negatywnych efektów głosowania za Brexitem na brytyjskiej gospodarce w następującym po nim kwartale. Gospodarka rośnie w podobnym tempie jak w poprzedzających głosowanie kwartałach, pokazując piętnasty z rzędu kwartał wzrostu gospodarczego. Tak dobry odczyt PKB wskazuje, iż Bank Anglii najprawdopodobniej wstrzyma się z dalszą obniżką stóp procentowych w przyszłym tygodniu. Po publikacji danych para GBPUSD handluje stabilnie, w pobliżu poziomu 1,2210, para ERUGBP handluje w pobliżu poziomu 0,8940 a para GBPJPY zyskuje 0,1 proc. handlując w pobliżu poziomu 128 jenów. Funt nieznacznie jednak traci do złotego, handlując w okolicy poziomu 4,84 zł.

Gubernator Banku Japonii Haruhiko Kuroda powiedział dziś, że bank centralny może nie będzie musiał skupować z rynku co rok obligacji o wartości 80 bln jenów (765 mld dolarów) w celu osiągnięcia targetu oprocentowania dziesięcioletnich obligacji na poziomie 0 proc.  Oprocentowanie tych obligacji wzrosło najmocniej w tym miesiącu od lutego 2015 roku, gdyż inwestorzy przygotowują się na podwyżkę stóp procentowych przez Fed. Większość ekonomistów, przepytanych przez agencję Bloomberg, spodziewa się, iż Bank Japonii pozostawi poziom stymulusu monetarnego na niezmienionym poziomie na kończącym się 1 listopada posiedzeniu odnośnie polityki monetarnej Banku. Para USDJPY kontynuuje więc zapoczątkowane w zeszłym miesiącu umocnienie, handlując już powyżej poziomu 104,80 jenów, najwyżej od lipca.

Deutsche Bank AG zaraportował dziś, zaskakujący inwestorów, zysk netto w III kwartale, wynoszący 256 mln euro. Spodziewali się oni straty w wysokości 394 mln euro. Przychody z tradingu wzrosły o 10 proc. dzięki bardzo dobremu wynikowi na obrocie długiem i walutą. Jednak akcje Deutsche Banku oddały większość z początkowych 3 proc. wzrostów, gdyż CEO banku – John Cryan na wynikowej konferencji nie zdołał rozwiać obaw związanych z rozwiązaniem sporu z amerykańskim Departamentem Sprawiedliwości odnośnie wysokości wielomiliardowej kary finansowej. Angielski bank Barclays PLC również zaraportował zaskakująco dobre wyniki za III kwartał. Zysk banku wzrósł aż o 35 proc. dzięki dobremu wynikowi na handlu długiem. Z tego samego powodu w III kwartale wzrósł o 31 proc. zysk japońskiego banku Nomuras Holdings Inc.

W dniu dzisiejszym będziemy mieli wysyp wyników kwartalnych od amerykańskich gigantów technologicznych. Już przed otwarciem amerykańskiej sesji giełdowej poznamy wyniki z Twitter Inc., gdzie analitycy obawiają się ogłoszenia cięcia miejsc pracy ze względu na malejące przychody. Natomiast po zakończeniu sesji poznamy wyniki z Amazon.com Inc. oraz Alphabet Inc., czyli spółki matki Google. Wczoraj analitycy zostali pozytywnie zaskoczeni przez niespodziewane zyski, zaraportowane pierwszy raz w historii przez Tesla Motros Inc. Spółka ogłosiła również, iż nie będzie potrzebowała żadnego dodatkowego finansowania w tym roku. Na przedsesyjnym handlu akcje Tesli rosną więc już prawie 5 proc.

Ropa naftowa WTI handluje blisko wczorajszych minimów w pobliżu 49 dolarów za baryłkę po publikacji danych, które pokazały wzrost produkcji ze złóż łupkowych w USA. Oficjele OPEC spotkają się pod koniec tygodnia, aby zdecydować, ile ropy powinni wydobywać poszczególni członkowie organizacji dla zachowania planowanej redukcji wydobycia. Wypracowanie limity zostaną przedstawione do zatwierdzenia przez członków OPEC na oficjalnym listopadowym szczycie w listopadzie w Wiedniu. Natomiast ropa Brent zyskuje dziś 0,6 proc., handlując powyżej przebitego wczoraj psychologicznego poziomu 50 dolarów za baryłkę.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Ustawa dotycząca obrotu gruntami rolnymi do pilnej zmiany

Obowiązująca od maja ustawa dotycząca obrotu gruntami rolnymi dała bardzo dużą władzę urzędnikom państwowym. Uderzyła w rolników, w małe firmy. Ustawa wymaga pilnej zmiany, bo prawo powinno chronić prywatną własność.

– Ustawa praktycznie wykluczyła możliwości obrotu gruntami rolnymi – mówi w rozmowie z MarketNews24 Rafał Zięba, partner zarządzający w kancelarii prawnej Kochański Zięba i Partnerzy (KZP).

Według rządowej ustawy rolnicy mogą sprzedać grunty o powierzchni powyżej 3 tys. m kw. tylko rolnikom, co bardzo obniżyło popyt, chyba że uzyskają zgodę na transakcję od Agencji Nieruchomości Rolnych. Ta państwowa agencja uzyskała więc wielką władzę.

– Uzyskanie zgody od agencji związane jest z bardzo skomplikowaną procedurą, a nowe przepisy są niejasne – mówi Rafał Zięba z KZP, która została nominowana do tytułu „Kancelaria Roku: Europa Środkowa” przyznawanego przez najbardziej prestiżowy międzynarodowy magazyn prawny „The Lawyer”.

Ustawa po prostu powinna być jak najszybciej zmieniona: – Prawo powinno chronić prywatną własność, w taki sposób, że właściciel może sprzedać swój grunt dowolnej osobie.

Z innego materiału wideo MarketNews24 można się dowiedzieć kto najbardziej zyskał materialnie na tej ustawie: „Z powodu nowej ustawy najwięcej stracili rolnicy, a zyskał Kościół i PKP”.

Polacy mają coraz więcej pieniędzy, ale niezbyt chętnie je wydają

Dochody realne gospodarstw domowych bardzo wzrosły w III kw. To nie tylko efekt programu 500+, ale także rosnących wynagrodzeń związanych z coraz niższym bezrobociem. Konsumpcja się rozkręca, ale jeszcze nie w takim stopniu, jak tego oczekiwano.

– Sytuacja na rynku pracy jest coraz lepsza dla pracowników, rosną płace, a nie ma inflacji. Wzrost gospodarczy jest większy niż po I półroczu, które rozczarowało – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Nadal ciekawe jest czy wzrost dochodów przełoży się bardziej na konsumpcję. – Czekamy też na bardzo ważne dane o inwestycjach przedsiębiorstw, bo sytuacja w I półroczu przyniosła bardzo duże rozczarowanie.

Inwestorzy z niepokojem czekają na decyzje o handlu w niedzielę i obniżeniu wieku emerytalnego

Inwestycje przedsiębiorstw spadły niepokojąco w tym roku. Charakterystyczna wydaje się postawa inwestorów zagranicznych, którzy zanim stworzą nowe miejsca pracy oczekują na kilka bardzo ważnych decyzji rządu, związanych z realizacją obietnic wyborczych.

– Z niepokojem czekamy na decyzje dotyczące podatków,handlu w niedzielę czy obniżenia wieku emerytalnego – mówi w rozmowie z MarketNews24 Monika Constant, dyrektor generalna Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej.

VMware ogłasza wyniki finansowe za III kwartał 2016 r.

W III kwartale 2016 r. przychody VMware wyniosły 1,78 mld USD, co oznacza wzrost o 6% w porównaniu z III kw. roku 2015. Przychody z tytułu licencji w III kw. wyniosły 691 mln USD, co stanowi wzrost o 1% w stosunku do III kw. 2015 r.

  • W III kw. dochód netto liczony według standardów GAAP wyniósł 319 mln USD, tj. 0,75 USD na rozwodnioną akcję, co stanowi wzrost o 25% na rozwodnioną akcję; dla porównania w III kw. 2015 r. dochód netto liczony według standardów GAAP wyniósł 256 mln USD, tj. 0,60 USD na rozwodnioną akcję. W III kw. dochód netto liczony według standardów innych niż GAAP wyniósł 485 mln USD, tj. 1,14 USD na rozwodnioną akcję, co stanowi wzrost o 12% na rozwodnioną akcję; dla porównania w III kw. 2015 r. dochód netto liczony według standardów innych niż GAAP wyniósł 433 mln USD, tj. 1,02 USD na rozwodnioną akcję.
  • W III kw. 2016 r. dochód z działalności operacyjnej liczony według standardów GAAP wyniósł 381 mln USD, co stanowi wzrost o 17% w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego. W III kw. 2016 r. dochód z działalności operacyjnej liczony według standardów innych niż GAAP wyniósł 592 mln USD, co stanowi wzrost o 12% w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego.
  • Przepływy pieniężne z działalności operacyjnej w III kw. wyniosły 620 mln USD. Wolne przepływy pieniężne w III kw. wyniosły 590 mln USD.
  • Środki pieniężne i inwestycje krótkoterminowe wyniosły 8,25 mld USD, a pozostałe przychody 5,09 mld USD według stanu na dzień 30 września 2016 r.
  • Łączne przychody plus zmiana sekwencyjna w łącznych niezrealizowanych przychodach wzrosły o 13% r/r.
  • Przychody z tytułu licencji plus zmiana sekwencyjna w niezrealizowanych przychodach z tytułu licencji wzrosły o 9% r/r.

Paweł Kuglarz dołączył do warszawskiego zespołu Taylor Wessing

Paweł Kuglarz objął stanowisko partnera odpowiedzialnego za praktykę Restructuring & Corporate Recovery (restrukturyzacja, prawo upadłościowe i naprawcze) w Taylor Wessing Warszawa.

Paweł Kuglarz
Paweł Kuglarz

Mecenas Kuglarz zajmuje się również prawem nieruchomości i prawem budowlanym, rozwiązywaniem sporów i arbitrażem inwestycyjnym. Jest specjalistą w zakresie obsługi prawnej przedsiębiorstw w różnych rodzajach inwestycji infrastrukturalnych, partnerstwa publiczno-prywatnego, a także prowadzenia gospodarczych postępowań sądowych i arbitrażowych. Doradza w sprawach z zakresu prawa handlowego, cywilnego, budowlanego, prawa zabezpieczeń kredytowych, a przede wszystkim hipotek oraz prawa nieruchomości.

Paweł Kuglarz jest aktywnym twórcą, obserwatorem i komentatorem prawa gospodarczego w Polsce. Jest autorem licznych książek, publikacji i komentarzy o tematyce prawnej m.in komentarzy do ustawy o księgach wieczystych i hipotece, upadłości konsumenckiej, upadłości deweloperskiej.

Oprócz gruntownej fachowej wiedzy Mecenasa Kuglarza wyróżnia silna sieć kontaktów na rynku prawniczym w Polsce i zagranicą oraz jego ogromny wkład w rozwój polskiego prawa. Jest współzałożycielem Polsko-Niemieckiego Centrum Prawa Bankowego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pełnił funkcję kierownika Szkoły Prawa Niemieckiego a od 2003 r. jest kierownikiem Szkoły Prawa Austriackiego na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Paweł Kuglarz jest także Członkiem Zarządu Fundacji na Rzecz Kredytu Hipotecznego, wiceprzewodniczącym Sekcji Prawa Upadłościowego Instytutu Allerhanda w Krakowie, Członkiem międzynarodowego stowarzyszenia prawa upadłościowego INSOL Europe a od 2016 polskim przedstawicielem w Zarządzie INSOL Europe. W 2012 został powołany na członka zespołu d/s prawa upadłościowego przy Min. Sprawiedliwości, który przygotował nowe prawo upadłościowe i restrukturyzacyjne.  Pełni również funkcję Członka grupy roboczej Finansowanie Infrastruktury przy Ministerstwie Infrastruktury i Budownictwa, jest także ekspertem Zespołu ds. Prawa Gospodarczego przy Ministrze Rozwoju.

– Prawo nieruchomości to jedna z głównych praktyk Taylor Wessing na świecie. Warto podkreślić, że w tym momencie, dzięki przejęciu tak wybitnego eksperta, jakim jest Paweł Kuglarz, Taylor Wessing w Warszawie posiada niezwykle silny zespół partnerów doradzających w obszarze prawa nieruchomości oraz projektach infrastrukturalnych. Obok Mecenasa Kuglarza, odpowiedzialnego za restrukturyzację, prawo upadłościowe i naprawcze, zespól ten na poziomie menadżerskim tworzą także Sylwester Żydowicz,  partner odpowiedzialny za praktykę Real Estate & Construction (nieruchomości i prawo budowlane), certyfikowany członek Royal Institution of Chartered Surveyors (RICS) oraz Grażyna Kuźma, partner odpowiedzialna za finansowanie nieruchomości (Real Estate & Construction/Banking & Finance), współautorka książki Prawo budowlane i nieruchomości (Wydawnictwo CH Beck) – komentuje Dr Ewelina Stobiecka, partner zarządzający Taylor Wessing w Warszawie.

Rozwój i dobra jakość

– Z wielkim sukcesem realizujemy cel, jakim jest stały rozwój naszych wszystkich naszych biur w Europie Środkowo-Wschodniej w zakresie zatrudniania wybitnych prawników. Zapewniamy tym samym wzrost na najwyższym jakościowym poziomie  – stwierdził Partner Zarządzający CEE Taylor Wessing Raimund Cancola. – Aktualna liczba 39 partnerów stanowi zatem jak do tej pory rekordowy poziom zatrudnienia w Taylor Wessing CEE.