Polski rynek nieruchomości handlowych atrakcyjny dla inwestorów. Zainteresowanie byłoby większe, gdyby rozwijały się ulice handlowe

CEO Magazyn Polska

Wysoka aktywność zagranicznych inwestorów na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce. W I półroczu wartość transakcji przekroczyła 2 mld euro – podaje JLL. Transakcje na rynku handlowych wyniosły ponad 1 mld euro. W Polsce wciąż brakuje jednak prestiżowych ulic handlowych, które są na celowniku inwestorów w innych krajach. Gdyby ten segment się rozwinął, toby transakcji mogło być więcej.

Raport JLL wskazuje, że w I połowie tego roku wartość transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych sięgnęła 2 mld euro. W całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej było to ponad 5 mld euro i było to najlepsze pierwsze półrocze od dziewięciu lat.

Niewątpliwie bardzo atrakcyjne dla inwestorów są centra handlowe. Niestety, w Polsce nie mamy ulic handlowych. Ten produkt w innych miastach europejskich jest bardzo mocno na celowników inwestorów. Mam nadzieję, że to się z czasem będzie rozwijać również w Warszawie – mówi agencji Newseria Biznes Anna Duchnowska, prezes polskiego biura Invesco Real Estate. – Dominują u nas centra handlowe, ale chociażby w Warszawie tych produktów prime’owych, najlepszych w tym segmencie, nie jest dużo. To powoduje, że tych transakcji na naszym rynku mało. 

Jak podkreśla, centra handlowe w innych miastach kraju także cieszą się rosnącym zainteresowaniem inwestorów, wciąż jednak nie jest to duży rynek. Do najważniejszych transakcji zrealizowanych w I półroczu należały nabycie krakowskiego CH Krokus przez Mayland, kupno Ferio w Koninie przez Union Investment i przejęcie Galerii Corso w Świnoujściu przez First Property Group. Stopy kapitalizacji w przypadku najlepszych obiektów oscylowały w okolicy 5 proc.

Biura zawsze były na celowniku inwestorów, zwłaszcza inwestorów niemieckich, którzy od dawna koncentrowali się na Warszawie. Obecnie widzimy bardzo duże zaangażowanie inwestorów w miastach regionalnych, przede wszystkim w Krakowie, Wrocławiu, ale także w Poznaniu, a ostatnio również w Trójmieście – mówi Anna Duchnowska.

Łączna wartość transakcji biurowych wyniosła w I połowie roku 786 mln euro. 60 proc. z tego przypadło na główne rynki poza Warszawą.

Rynki regionalne stają się płynne i na tyle duże, że pozwalają na spokojne inwestowanie w nieruchomości. Warszawa, ze względu na to, że jest stolicą, zawsze będzie dominować. Tu liczba dostępnych produktów jest największa i to determinuje zainteresowanie – ocenia Duchnowska.

Zasoby powierzchni biurowej w Warszawie wynoszą ok. 4,7 mln mkw. Do końca roku przekroczą 5 mln mkw. W I półroczu na stołeczny rynek trafiło ponad 350 tys. mkw. nowych biur – o jedną czwartą więcej niż rok wcześnie. W budowie pozostaje ok. 545 tys. mkw.

Jeżeli porównamy te zasoby z Paryżem, Monachium czy Hamburgiem, to są to liczby 4 czy 5 razy mniejsze. Ten rynek jest cały czas w fazie wzrostowej. Widzimy teraz sporą nadpodaż na rynku warszawskim, a wciąż mówi się o bardzo dużej liczbie biurowców w budowie czy w planowaniu, które będą oddane w ciągu następnych trzech lat. To jest naturalne dla rynku, który nadal się rozwija – podkreśla Duchnowska.

Na koniec czerwca wskaźnik pustostanów, czyli niewynajętej powierzchni, wynosił 15,4 proc.

Leasing konsumencki może zacząć napędzać sprzedaż samochodów w Polsce

CEO Magazyn Polska

Leasing konsumencki jest niemal nieznany w Polsce, mimo że ustawa go regulująca obowiązuje od pięciu lat. Branża leasingowa wierzy jednak, że zgodnie z europejskimi trendami korzystanie z leasingu przez indywidualnych klientów będzie szybko rosnąć. Szczególnie perspektywiczny jest segment samochodów osobowych.

W Polsce leasing konsumencki cały czas jest obszarem nieodkrytym przez klientów. Na bardziej rozwiniętych rynkach, szczególnie amerykańskim czy brytyjskim, w zakresie finansowania potrzeb konsumentów bardzo szeroki udział zdobyły właśnie produkty związane z leasingiem, z długoterminowym najmem samochodów – mówi agencji informacyjnej Newseria Jakub Kizielewicz, prezes zarządu Prime Car Management (PCM). – U nas cały czas jest to margines działalności, ale być może w krótkim czasie się to zmieni. Sądzimy, że również w Polsce ten rynek ma przed sobą bardzo dobrą przyszłość.

Dla klienta nieprowadzącego działalności gospodarczej leasing może być alternatywą dla kredytu bankowego przy nabywaniu samochodów, przy czym jego koszty w zależności od oferty mogą być niższe od zobowiązania bankowego. Dodatkowo to na firmie leasingowej spoczywają formalności związane z użytkowaniem pojazdu, od jego rejestracji i serwisowania zaczynając.

W ocenie prezesa PCM, leasing konsumencki jest dobrym narzędziem do finansowania potrzeb, które dotyczą aktywów o większej wartości, a głównym obszarem, który rozwija się na innych rynkach, jest właśnie leasing samochodów osobowych.

Dotychczas rynek leasingu konsumenckiego w Polsce napotykał na szereg przeszkód. Po pierwsze, była nią relatywnie niewielka świadomość klientów na temat tego, że taki produkt jest oferowany na rynku. Po drugie, być może nie wszyscy klienci byli przekonani do tego, że lepszym rozwiązaniem jest użytkowanie samochodu, a nie jego kupowanie – zauważa Kizielewicz. – To są główne powody, dla których ten produkt w Polsce nie rozwija się tak szybko, jak mógłby się rozwijać, gdybyśmy podążali ścieżką, która już została przetarta w innych krajach.

Ustawa regulująca zasady leasingu konsumenckiego weszła w życie w połowie 2011 roku. Dotychczas jednak produkt ten jest wciąż mało znany i popularny wśród polskich konsumentów. Według szacunków sięga zaledwie kilku procent całego rynku, szacowanego na przeszło 80 mld zł. Tymczasem w Czechach, Niemczech czy Wielkiej Brytanii już przynajmniej kilkanaście na sto samochodów jest użytkowanych w ramach produktów zbliżonych do leasingu konsumenckiego.

Według danych Leaseurope europejskie firmy leasingowe w największym stopniu finansują inwestycje przedsiębiorstw (72 proc.), a drugim kluczowym odbiorcą usług leasingowych są konsumenci z 23-proc. udziałem w rynku. ZPL ocenia na podstawie struktury europejskiego rynku, że w perspektywie kilku lat polski sektor leasingowy ma szansę na rozwój w oparciu o nowe grupy klientów, czyli właśnie konsumentów, a także sektor publiczny. W Europie odpowiada on za 3 proc. rynku.

Niewielkie samoloty coraz popularniejsze. W Polsce rozwija się infrastruktura dla małego lotnictwa

CEO Magazyn Polska

Małe lotnictwo zdobywa w Polsce coraz większą popularność. Wciąż jednak standardy potrzebnej do latania infrastruktury, lądowisk i hangarów, pozostawiają wiele do życzenia. – Zorganizowanie lądowiska nie jest wielką inwestycją – zapewnia prezes Celier Aviation. Jego zdaniem takich miejsc będzie w kolejnych latach dynamicznie przybywać. Inwestować w to powinny m.in. miejscowości turystyczne, szczególnie te oddalone znacząco od większych miast.

Miejsc na lądowisko jest pod dostatkiem w Polsce. Do jego zorganizowania potrzeba kawałka ziemi, na której utwardzimy pas, posiejemy trawę i będziemy ją strzyc. Dodatkowo potrzebny jest kawałek ziemi wyłożonej kostką betonową i hangar. To nie są wielkie inwestycje – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Wronowski, prezes zarządu Celier Aviation.

Małe lotnictwo może zwiększyć dostępność takich regionów turystycznych jak Bieszczady, Podlasie czy Warmia i Mazury, gdzie wciąż niedoinwestowana jest infrastruktura drogowa i kolejowa.

Takie lądowisko może być w każdej miejscowości, w której jest jakaś atrakcja turystyczna. Jeżeli miejsca takie jak Puszcza Białowieska, jeziora mazurskie czy Bieszczady staną się bardziej dostępne dla turystów, to ruch tam się ożywi. Dzięki naszej obecności w Unii są również dotacje na ten cel – mówi Wronowski. – Wszystko zależy tylko od chętnych, którzy będą chcieli w ten biznes wejść i zainwestować pieniądze. Ta branża jest bardzo rozwojowa i dzisiaj jesteśmy na początku drogi. Dla potencjalnych inwestorów jest to bardzo ciekawy temat.

Inwestycje w infrastrukturę są konieczne. Klienci, którzy wydają kilkaset tysięcy na śmigłowiec czy wiatrakowiec, oczekują obsługi posprzedażowej na wysokim poziomie. Dziś zwykle zajmują się tym małe aerokluby z niewielkimi budżetami.

Koszt serwisowania takiej maszyny nie odbiega znacząco od kosztów serwisowania samochodu. Podobnie jak w samochodzie mamy przeglądy okresowe co 100 godzin. One kosztują od 3 tys. do czasami 4,5 tys. zł, w zależności od tego, ile lat ma maszyna – wyjaśnia prezes Celier Aviation. – Serwisowanie odbywa się u klienta, u nas w fabryce albo we wskazanym punkcie przez klienta.

Zdaniem eksperta zmieniać będzie się także model sprzedaży małych samolotów.

 Jednym z moich głównych planów jest to, by stworzyć miejsce, w którym klient będzie mógł obejrzeć każdy z naszych 4–5 modeli, zająć miejsce za sterami, wyprowadzić na płytę lotniska i wypróbować podczas półgodzinnego lotu. Na tej podstawie będzie mógł podjąć decyzję, czy lepsza dla niego będzie maszyna dwumiejscowa sportowa czy ekskluzywna, czy może maszyna trzymiejscowa albo czteromiejscowa, którą też mamy w ofercie – mówi Krzysztof Wronowski.

Produkowane przez Celier Aviation wiatrakowce wyglądem przypominają mały helikopter. Różnicą jest to, że w wiatrakowcu silnik nie napędza głównego wirnika. Jest on bowiem napędzany powietrzem przepływającym pomiędzy łopatami. Nowoczesne wiatrakowce oferują prędkość do 200 km/h i wysoki współczynnik bezpieczeństwa.

– Do tej pory na zamówiony wiatrakowiec klient czekał około trzech miesięcy – zauważa Krzysztof Wronowski. – Zakupy tego typu maszyn są jednak często podejmowane emocjonalnie. Czasami przychodzi klient, który ma pieniądze i chciałby już jutro mieć maszynę, dlatego pracujemy nad maszynami wyposażonymi dobrze i bardzo dobrze, które będzie można kupić od ręki.

Upały a obowiązki pracodawcy względem pracowników

Upały mogą zdezorganizować funkcjonowanie firmy, a na pewno mają wpływ na sposób i jakość pracy zatrudnionych w niej osób. Jak można usprawnić działanie przedsiębiorstwa w lecie, a więc jak zorganizować pracę w trakcie upałów? Przeczytaj i dowiedz się, jakie obowiązki spoczywają wtedy na pracodawcy.

Czy praca w upale to praca w szczególnych warunkach?

Definicję szczególnych warunków pracy znajdziemy w art. 3 ustawy z dnia 19 grudnia 2008 r. o emeryturach pomostowych. Zgodnie z nim:

Art. 3. 1. Prace w szczególnych warunkach to prace związane z czynnikami ryzyka, które z wiekiem mogą z dużym prawdopodobieństwem spowodować trwałe uszkodzenie zdrowia, wykonywane w szczególnych warunkach środowiska pracy, determinowanych siłami natury lub procesami technologicznymi, które mimo zastosowania środków profilaktyki technicznej, organizacyjnej i medycznej stawiają przed pracownikami wymagania przekraczające poziom ich możliwości, ograniczony w wyniku procesu starzenia się jeszcze przed osiągnięciem wieku emerytalnego, w stopniu utrudniającym ich pracę na dotychczasowym stanowisku; wykaz prac w szczególnych warunkach określa załącznik nr 1 do ustawy(…).

Definicję ustawową rozszerzają przepisy rozporządzenia Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej z dnia 26 września 1997 roku w sprawie ogólnych przepisów BHP. Zgodnie z nimi pracą w szczególnie uciążliwych warunkach jest wykonywana:

  • na otwartej przestrzeni przy temperaturze ponad 25°C,
  • w pomieszczeniach zamkniętych przy temperaturze ponad 28°C.

Jak widać, praca podczas upałów jest uznawana za pracę w warunkach szczególnych. W związku z tym na pracodawcy ciążą określone obowiązki

Praca podczas upałów a obowiązki pracodawcy

Jak mówi § 112 rozporządzenia Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej z dnia 26 września 1997 r. w sprawie ogólnych przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy w typowych, normalnych warunkach pracy pracodawca powinien dostarczać osobom, które zatrudnia, wodę zdatną do picia. Jej źródło powinno być usytuowane w takim miejscu, by każdy pracownik mógł swobodnie i bez trudu z niego skorzystać. Warto zwrócić uwagę także na samo pojęcie wody zdatnej do picia – oznacza ono wodę przebadaną pod względem higieniczno-sanitarnym i nadającą się do spożywania przez ludzi, co potwierdziła Państwowa Inspekcja Sanitarna. Jeżeli woda z wodociągów nie została uznana za zdatną do picia, szef ma obowiązek dostarczyć inne napoje.

Podobnie jest w przypadku wykonywania pracy w szczególnych warunkach. Wiąże się to ze zmianami fizjologicznymi w organizmie, więc pracownicy powinni otrzymać zimne napoje wzbogacone o sole mineralne i witaminy.

W żadnym akcie prawnym ustawodawca nie wskazał innych obowiązków pracodawcy w związku z upałami, może on jednak uregulować tę kwestię samodzielnie, na przykład w regulaminie zakładu pracy. Może to być zarządzenie przerw w wykonywaniu przez pracowników obowiązków, zmiana godzin pracy lub dostarczenie nakryć głowy (jeśli  praca odbywa się poza budynkiem) bądź klimatyzatorów czy też wiatraków, jeżeli praca odbywa się w biurze.

Odpowiedzialność pracodawcy za niedopełnienie obowiązków 

W przypadku sporów dotyczących pracy podczas upałów, to pracodawca musi udowodnić, że nie miały miejsca temperatury, nakładające na niego dodatkowe obowiązki – to on według przepisów prawa jest zobowiązany do zapewnienia pracownikom odpowiednich warunków pracy. Oznacza to, że dostarczenie napojów nie powinno być spowodowane ich wnioskiem – pracodawca sam powinien to zrobić. Odpowiedzialność za zaniedbanie tego obowiązku zawiera art. 283 § 1 kodeksu pracy:

 

Art. 283 § 1 Kto, będąc odpowiedzialnym za stan bezpieczeństwa i higieny pracy albo kierując pracownikami lub innymi osobami fizycznymi, nie przestrzega przepisów lub zasad bezpieczeństwa i higieny pracy, podlega karze grzywny od 1000 zł do 30 000 zł (…).

 

Praca podczas upałów – odpowiedzialność pracownika

Również pracownik ma obowiązki związane z pracą podczas upałów, zwłaszcza jeśli wykonuje pracę w warunkach szczególnie niebezpiecznych i podwyższonej temperaturze powietrza. Najważniejszym z nich jest ocena zdolności psychofizycznych do wykonywania obowiązków pracowniczych w panującej temperaturze. Najpełniej określa to art. 210 §1 kodeksu pracy:

Art. 210 §1 W razie gdy warunki pracy nie odpowiadają przepisom bezpieczeństwa i higieny pracy i stwarzają bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia lub życia pracownika albo gdy wykonywana przez niego praca grozi takim niebezpieczeństwem innym osobom, pracownik ma prawo powstrzymać się od wykonywania pracy, zawiadamiając o tym niezwłocznie przełożonego.

Co szczególnie istotne, powstrzymanie się od pracy we wskazanych wyżej warunkach nie może powodować zmniejszenia wynagrodzenia za ten czas.

W oczekiwaniu na FED i BoJ

W oczekiwaniu na FED i BoJ 1

Rezerwa Federalna

W środę poznamy koszt pieniądza w Stanach Zjednoczonych. Inwestorzy nie spodziewają się nadzwyczajnych zmian w polityce monetarnej. Uczestnicy rynku na podstawie kontraktów terminowych dają jedynie 8% prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych na najbliższym posiedzeniu.

W oczekiwaniu na FED i BoJ 2

Podsumowując większość inwestorów spodziewa się kontynuacji polityki „nic nierobienia” lub też „wait and see”.

Powołując się na słowa byłego członka Rezerwy Federalnej Laurenca Meyera, nie ma szans, że władze monetarne podwyższą główną stopę procentową w tym miesiącu. Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku ma sporo wymówek do dalszego przesuwania w czasie przyszłych podwyżek stóp procentowych, pierwszą jest, oczywiście Brexit, dalej może być indeks zaskoczenia danych makroekonomiczny, którego wartość kształtuje się na bardzo wysokim poziomie.

W oczekiwaniu na FED i BoJ 3

Bank Japonii

W oczekiwaniu na FED i BoJ 4

Powyżej zostały przedstawione wyniki ankiety przeprowadzonej przez agencję informacyjną Bloomberg dotyczącej przyszłego działania Banku Japonii. Wynik posiedzenia BoJu poznamy w najbliższy piątek. Ponad 70% ankietowanych spodziewa się poszerzenia skupu ETF-ów przez Bank Japonii, natomiast 28 z 39 ankietowanych spodziewa się kolejnej obniżki stopy depozytowej, która i tak jest już w negatywnych trajektoriach. Warto zauważyć, że będzie miało to bardzo negatywny wpływ na przyszłe wyniki finansowe sektora finansowego. Ponad 50% ankietowanych osób uważa, że BoJ może powiększyć bazę monetarną.

Pomimo powyższych rzeczy, które może zrobić Bank Centralny, rząd wprowadzi dodatkowy pakiet finansowy. Ma zamiar wydać 6 bilionów jenów, czyli 57 miliardów dolarów amerykańskich na przestrzeni kilku lat.

Niemniej jednak od podjętych działań na parach walutowych z jenem japońskim należy spodziewać się bardzo dużej zmienności, przedstawia to wykres poniżej.

W oczekiwaniu na FED i BoJ 5

Zmienność implikowana dla opcji z tygodniowym terminem wykupu wynosi prawie 24 punkty, tak wysoko nie byliśmy nigdy, zatem ruch rzędu 500 pipsów w jedną lub drugą stronę nikogo nie powinien zaskoczyć. Zmienność implikowana pochodzi z rynku opcji i mówi nam o tym, jaka może być zmienność danych walut lub też akcji w przyszłości. Czym wyższa wartość tego wskaźnika, tym rynek spodziewa się większych ruchów na rynku.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

FED nie zaskoczy

FED nie zaskoczy 6


Indeks dolara zdołał pokonać ostatni opór, który ukształtował się w okolicy 96 punktów. Spowodowane to było ostatnimi, bardzo dobrymi informacjami napływającymi z gospodarki amerykańskiej. Analiza fundamentalna na rynku jest mieszana, w długim terminie dolar amerykański powinien być wyprzedawany, ale Brexit zmienił sytuację na rynku walutowym, dolar amerykański od tamtego czasu zyskuje na wartości. Niemniej jednak w środę poznamy koszt pieniądza w Stanach Zjednoczonych. Inwestorzy nie spodziewają się nadzwyczajnych zmian w polityce monetarnej. Uczestnicy rynku na podstawie kontraktów terminowych dają jedynie 8% prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych na najbliższym posiedzeniu.


FED nie zaskoczy 7


Podsumowując większość inwestorów spodziewa się kontynuacji polityki „nic nierobienia” lub też wait and see.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Uodpornienie rynków na ataki w Europie

Notowania na europejskich parkietach w poniedziałek przyniosły głównie wzrosty. Giełdy na Starym Kontynencie w najmniejszym stopniu nie przejęły się weekendowymi, kolejnymi atakami w Europie i w USA. Można odnieść wrażenie, że rynki już całkiem nie reagują na akty terroru. Niemiecki DAX wzrósł o 0,50%, francuski CAC40 zyskał 0,16%, a brytyjski FTSE100 stracił 0,30%.

Na tle zachodnich parkietów, indeks WIG 20 wypadł naprawdę dobrze, ponieważ zyskał na koniec notowań 1,21%. Jedyne, co może martwić, to stosunkowo niskie obroty, które na całym rynku wyniosły niewiele ponad 600 mln zł.

Zmienność na rynkach europejskich pozostawiała wiele do życzenia, ale praktycznie pusty kalendarz makroekonomiczny nie dawał impulsów do aktywniejszego handlu. Rano, dowiedzieliśmy się, jak kształtuje się bilans handlu zagranicznego w Japonii, który w czerwcu odnotował wzrost o blisko 700 mld jenów. Z pewnością zadowalającą informacją jest systematyczny spadek ujemnej dynamiki eksportu. Można mieć nadzieję, że ta tendencja utrzyma się na dłużej, a zdaniem światowych ekspertów, z pewnością pomogłoby osłabienie jena. To jednak zależy od dalszych decyzji Bank of Japan, które poznamy już w najbliższy czwartek.

W Polsce natomiast została opublikowana wysokość stopy bezrobocia. W czerwcu, spadła z 9,1% do 8,8% (prognoza 8,7%). Od 2014 r., kiedy stopa bezrobocia wynosiła 14%, spadek do 8,8% jest naprawdę imponujący. Jako ciekawostkę można dodać, że osiągnęliśmy najniższy poziom bezrobocia od lat 90. ubiegłego wieku.

Dzisiejszy kalendarz makroekonomiczny będzie głównie skoncentrowany na odczytach ze Stanów Zjednoczonych. Poznamy między innymi odczyt indeksu cen domów S&P/Case Shiller, indeks PMI dla usług, informacje na temat sprzedaży nowych domów, a także indeks zaufania konsumentów Conference Board i indeks Fed z Richmond. Późnym wieczorem zostaną opublikowane dane dotyczące cotygodniowej zmiany zapasów paliw.

Sesja w USA:

Poniedziałkowa sesja na nowojorskich giełdach przyniosła spadki po wzrostach w ubiegłym tygodniu, a indeksy giełdowe w dół ciągnęły spadające ceny ropy naftowej. Ze spółek wchodzących w skład indeksu Dow Jones Industrial Average, największy negatywny wpływ na notowania miał koncern paliwowy Chevron. Na wartości traciły również akcje innego dużego amerykańskiego koncernu paliwowego, spółki Exxon.

W rezultacie, indeks S&P 500 spadł o 0,30%, Dow Jones Industrial Average na koniec dnia stracił 0,42%, natomiast Nasdaq Composite 0,05%.

Waluty:

Poniedziałek dla EURUSD zakończył się wzrostem o 0,16% do poziomu 1,0994.

Kurs EURGBP spadł o 0,05% i osiągnął poziom 0,8367, natomiast EURJPY stracił 0,10% i dotarł do poziomu 116,30.

Polska waluta dziś rano wyceniana jest przez rynek następująco: 4,3671 PLN za euro, 3,9679 PLN za dolara amerykańskiego, 4,0272 PLN za franka szwajcarskiego oraz 5,1886 PLN za funta szterlinga.

Surowce:

W trakcie poniedziałkowej sesji delikatnie traciło złoto, które zakończyło notowania stratą o 0,29% do poziomu 1319,30 USD za uncję. Srebro straciło  natomiast 0,21% i osiągnęło poziom 19,615 USD za uncję. Dalsze spadki cen notowała ropa. Na koniec dnia, baryłka odmiany WTI tego surowca wyceniana była na 43,13 USD (-2,40%), co jest najniższym poziomem od 10 maja br., jednak perspektywy dla cen ropy nadal pozostają negatywne. Odmiana Brent zakończyla dzień na poziomie 44,72 USD za baryłkę, tracąc tym samym 2,12%.

Konrad Mikołajko

Head of Support

Patron FX

Wciąż żyjemy „od pierwszego do pierwszego” – wyniki najnowszego raportu

Wciąż żyjemy „od pierwszego do pierwszego”, czy może sytuacja materialna Polaków uległa polepszeniu? Jak duży wpływ mają na nią nasze zarobki? Czy umiemy rozsądnie zarządzać naszym budżetem? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziemy w najnowszym raporcie firmy Lindorff SA – „Finansowe zwyczaje Polaków” [1] . Oto wyniki!

Jak oceniamy naszą sytuację materialną?

Jak wynika z raportu, ponad połowa badanych (56%) stwierdza, że pieniędzy wystarcza im tylko na podstawowe potrzeby, nie stać ich jednak na większe wydatki. Wynik ten jest zatem potwierdzeniem powszechnie panującego przekonania o trudnościach finansowych Polaków i tzw. życiu „pierwszego do pierwszego”.

[1] Raport „Finansowe zwyczaje Polaków”, zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA, kwiecień 2016 r. Ogólnopolskie badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród  członków społeczności badawczej Zymetrii, N=458, osoby w wieku 25-50 lat.Lindorff_Sytuacja materialna Polaków

W jeszcze trudniejszej sytuacji znajduje się 15% ankietowanych. Co piąty badany przyznaje, że musi odmawiać sobie wielu rzeczy, aby wystarczyło na codzienne wydatki, a 6% stwierdza, że nie wystarcza pieniędzy nawet na najpilniejsze potrzeby. Na swoją sytuację materialną nie narzeka zaledwie 16% respondentów – 15% z nich deklaruje, że pieniędzy wystarcza im na wszystkie, nawet większe wydatki, natomiast 1% określa swój status materialny jako zamożny. 8% badanych nie potrafiło określić jednoznacznie swojej sytuacji materialnej.

Jak na tę sytuację wpływają nasze zarobki? Nie umiemy gospodarować swoim budżetem, czy może zbyt mały budżet miesięczny nie pozwala na rozsądne zarządzanie finansami?

Ile zarabiamy?

Aż 58% badanych przyznało, że zarabia poniżej 3 tysięcy złotych netto: co piąty respondent w granicach 2001-3000 zł i tyle samo od 1501-2000 zł, natomiast aż 22% poniżej 1500 zł. Co ciekawe, 7% badanych pytanie o wysokość zarobków sprawiło trudność, a 14% ankietowanych odmówiło odpowiedzi.Lindorff Sytuacja materialna Polaków

Porównując zarobki Polaków ze stanem ich sytuacji materialnej można stwierdzić, że najtrudniejsza sytuacja dotyczy ok. 22% respondentów, zarabiających poniżej 1500 zł, zmuszonych do odmawiania sobie wielu rzeczy, aby wystarczyło pieniędzy na codzienne życie. W przypadku rodzin dochody w takiej wysokości mogą spowodować, że środków finansowych brakuje nawet na najpilniejsze potrzeby.

Eksperci przekonują jednak, że zawsze warto – nawet w przypadku najniższych zarobków – podjąć próbę rozsądnego zarządzania budżetem. Nawet w takich sytuacjach zdarza się, że przynosi ono efekty. Jak to zatem osiągnąć?

Rozsądne zarządzanie budżetem

Wielu Polaków stwierdza, że poprzez napięty budżet domowy zmuszeni są do życia „od pierwszego do pierwszego”. Z pensji co miesiąc opłacają bieżące wydatki bez odkładania jakiejkolwiek sumy na konto oszczędnościowe. Warto jednak przyjrzeć się dokładniej wydatkom, ponieważ może okazać się, że brak oszczędności jest wynikiem nieodpowiedniego zarządzania domowym budżetem. Istnieje kilka wskazówek, które mogą pomóc posiąść trudną umiejętność oszczędzania.

Przede wszystkim bardzo ważna jest analiza codziennych wydatków, pozwalająca określić, które z nich są zbędne. Warto także zaszczepić w sobie zwyczaj robienia listy niezbędnych zakupów przed wyjściem do sklepu, dzięki czemu będą one bardziej przemyślane i w rezultacie wydamy na nie mniej pieniędzy. Skuteczna okazuje się także rezygnacja z płacenia kartą na rzecz gotówki. Dzięki temu wzrasta kontrola nad wydawanymi pieniędzmi. Co więcej, wydana jednorazowo spora suma pieniędzy w gotówce robi większe wrażenie, niż „niewidzialny” wypływ gotówki z karty. Pomaga to zbudować większą powściągliwość w trwonieniu pieniędzy.

Niezbędne jest także przemyślenie wydatków na przyjemności. Analizując domowy budżet warto zastosować jedną, prostą zasadę – dopiero po uregulowaniu miesięcznych zobowiązań wolno myśleć o wydatkach na przyjemności. 33% z wolnej gotówki warto odłożyć na niespodziewane wydatki, analogiczną kwotę – na oszczędności. Dopiero ostatnią – trzecią część wolnych środków – można przeznaczyć na rozrywki i inne niekonieczne wydatki.

5 zadziwiających towarów eksportowych Polski, o których nie masz pojęcia

Polskie firmy za granicą potrafią sprzedać praktycznie wszystko: od zwykłego guzika po wystrzałowe sztuczne ognie – wskazują eksperci AKCENTY, instytucji płatniczej obsługującej transakcje walutowe eksporterów i importerów.

Zachęcamy przedsiębiorców, aby bez względu na profil działalności próbowali swoich szans za granicą. Naprawdę działalność eksportową można z sukcesem prowadzić operując nawet w najmniejszej niszy – mówi Radosław Jarema, szef AKCENTY w Polsce.

Dopinamy swego                

Na poparcie swojej opinii eksperci AKCENTY przywołują ciekawy przypadek guzików, o których myślimy tylko wtedy, gdy się odprują. Według danych GUS eksport tej kategorii towarów (obejmującej guziki, ale też i zatrzaski, zatrzaski guzikowe, formy do guzików i pozostałe części tych artykułów czy półprodukty guzików) wart był w zeszłym roku 43,4 mln zł. Najchętniej nasze guziki kupują Niemcy – tam trafia ponad połowa eksportu. W dalszej kolejności guziki wędrują na Ukrainę (3,2 mln zł) i do Mołdawii (1,6 mln zł).

Polskie – w to mi graj

Polskie firmy eksportują też (i to z coraz większym sukcesem) nuty. Nasze nuty w formie drukowanej lub w rękopisie, ilustrowane a także oprawione robią na świecie coraz większą furorę. W 2015 r. zapotrzebowanie na nie wzrosło ponad 3-krotnie w stosunku do ubiegłego roku. Ogromną popularnością nuty z polski cieszą się wśród Niemców, którzy w ub. r. zapłacili za nie ponad 4,7 mln zł. Poza naszymi zachodnimi sąsiadami, choć już za dużo mniejsze kwoty, nuty kupowali od nas Japończycy, Austriacy i Amerykanie.

Soczysty eksport suszonych jabłek

Po wprowadzeniu rosyjskiego embarga głośno było o polskim eksporcie jabłek. Przed zamknięciem drogi na Wschód byliśmy liderem ich wywozu na świecie, w zeszłym roku spadliśmy na trzecie miejsce[1]. Polscy producenci, którym pomogła także akcja promocyjna tu w Polsce, odnaleźli się w nowych warunkach stawiając na cydr, ale też na… eksport jabłek suszonych. Wartość ich wywozu z Polski wzrósł w ciągu ostatnich 5 lat prawie 2-krotnie. Suszone jabłka znajdują odbiorców w wielu krajach, także tych bardziej odległych, jak Malta, RPA czy nawet Hongkong. W ubiegłym roku ponad 1/3 suszonych jabłek kupili od Polski kontrahenci z Wielkiej Brytanii (za prawie 6,3 mln zł), którzy wyraźnie cenią sobie ten rodzaj jabłek, bo ich świeżej wersji kupili tylko o niecałą połowę więcej.

Ślimak, ślimak wystaw rogi za granicą

Świetnym przykładem nieoczywistego hitu eksportowego są wg ekspertów AKCENTY ślimaki. W 2015 r. ich eksport (w każdej postaci) wart był blisko 7,2 mln zł notując wzrost o 7 proc. r/r. Naszym kluczowym odbiorcą są najwięksi smakosze tych mięczaków na świecie, czyli Francuzi, do których wędruje ponad 70 proc. naszego eksportu. Kto jeszcze lubi polskie ślimaki? Tu niespodzianka – Czesi. Do Republiki Czeskiej w zeszłym roku wysłaliśmy ślimaki warte prawie 2 mln zł.

Eksport z Polski jest wystrzałowy

Huk, błysk i zachwyt – to także, pod postacią sztucznych ogni, eksportują polskie firmy. Ten wystrzałowy towar wysłany na zagraniczne rynki wart był w 2015 r. aż 27,3 mln zł. Sztuczne ognie z Polski rozświetlają niebo i uświetniają wydarzenia w prawie wszystkich krajach Europy, a największymi ich odbiorcami są Niemcy, Francja i Rumunia. – Mam nadzieję, że ten rok będzie „wystrzałowy” dla całego polskiego eksportu. Patrząc na wyniki za pierwsze cztery miesiące obecnego roku, które mówią o 6,7 proc. wzroście r/r, możemy mieć nadzieję, że polscy eksporterzy będą mieli co świętować – mówi Radosław Jarema z AKCENTY.

Wszystkie wartości w materiale podane w PLN. Źródło: Główny Urząd Statystyczny.

[1] Wg danych Eurostatu i Departamentu Rolnictwa Stanów Zjednoczonych.

Pierwsza praca w marketingu

Marketing kusi wielu absolwentów studiów wyższych. To wymagająca i szybko zmieniająca się branża, ale mogąca dać wiele satysfakcji. Dla kogo jest ten zawód? Co trzeba umieć? Ile można zarobić na początek? Jarosław Sosiński z White Paper Agency zdradza szczegóły pracy w marketingu.

W przypadku pracy w marketingu doświadczenie zdecydowanie wygrywa z wiedzą teoretyczną. Skutecznego marketingu nie można nauczyć się z książek. Aby zostać specjalistą w tej branży, trzeba wykazać się proaktywnością. Niekoniecznie chodzi o setki godzin praktyk zawodowych, a raczej o postawę kandydata na pracę.

– Kiedy rekrutujemy specjalistów z tej branży, nie koncentrujemy się na absolwentach marketingu. Profil skończonych przez kandydatów studiów nie jest dla nas kluczowy. Znacznie bardziej istotne są dla nas cechy charakteru danego kandydata do pracy, jego umiejętności, a także aktywność dodatkowa, np. pisanie bloga, działalność w organizacjach studenckich lub pozarządowych albo organizowanie eventów – mówi Jarosław Sosiński z White Paper Agency.

Dla kogo?

Marketing to bardzo dynamiczna branża. Stale ewoluuje, zmieniają się trendy i potrzeby odbiorców. Wśród kandydatów do tej pracy szczególnie mocno pożądana jest chęć ciągłego uczenia się oraz umiejętność przełożenia nabytej wiedzy  w działania.

W branży marketingowej trzeba stale trzymać rękę na pulsie. Takie kluczowe specjalizacje z obszaru e-marketingu, jak SEM,  email marketing czy social media wykształciły się w ciągu kilku ostatnich lat. – Dobry marketingowiec musi błyskawicznie wyłapywać nowe trendy, często wręcz je wyprzedzać – tłumaczy ekspert z White Paper Agency. – Praca marketingowca to często praca „na wczoraj”, dlatego ważna jest umiejętność pracy w stresie i pod presją wyniku – dodaje Sosiński. 

W tym zawodzie potrzebne są również umiejętności analityczne, sprawne wyciąganie wniosków i na tej podstawie dobieranie optymalnych rozwiązań. Dlatego, wbrew obiegowym opiniom, umysły ścisłe bardzo dobrze sprawdzają się w tej branży.

Obowiązki

W mniejszych agencjach marketingowych pracownicy, już na stanowiskach juniorskich, otrzymują szeroki zakres zadań, który realizują pod okiem doświadczonego specjalisty. Pierwsza praca w takiej agencji to dla młodych pracowników doskonała szansa, by poznać poszczególne obszary i wybrać ten, w którym czują się najlepiej.

W White Paper Agency od samego początku młodsi specjaliści ds. marketingu uczestniczą w każdym etapie obsługi danej marki – od planowania strategii po jej wdrażanie. Praca odbywa się pod ścisłym nadzorem doświadczonego profesjonalisty. To daje młodym ludziom szansę na poznanie branży i wybór swojej specjalizacji – tłumaczy Sosiński.

Zarobki

Są firmy, w których można liczyć na stałe zatrudnienie i umowę o pracę, ale są też takie, które wolą współpracować z marketingowcami projektowo i preferują zawieranie umów tymczasowych.

Mediana wynagrodzenia na stanowisku specjalisty ds. marketingu wynosi 4 104 zł brutto. Co drugi specjalista otrzymuje pensję od 3 132 do 5 508 zł brutto miesięcznie. 25 proc. pracowników na tym stanowisku zarabia poniżej 3 132 zł brutto i 25 proc. zarabia powyżej 5 508 zł brutto miesięcznie.

Wysokość zarobków zależy od stażu pracy, doświadczenia oraz miasta w którym podejmuje się pracę. W Warszawie osoba bez większego doświadczenia może liczyć na pierwszą pensję powyżej 2000 zł netto, podczas gdy w mniejszych ośrodkach trzeba się liczyć ze znacznie mniejszymi zarobkami na początek kariery.

praca w marketingu zarobki

Polski rynek cloud computing wzrośnie w 2016 roku o ponad 30%

Polski rynek rozwiązań IT oferowanych w chmurze cechuje bardzo dynamiczny wzrost. W przypadku segmentu chmury publicznej dynamika wzrostu rokrocznie przekracza 30%. W 2016 r. będzie podobnie. Problemem pozostaje nadal niski udział chmury w całkowitych wydatkach na IT.

Obecna sytuacja

Według najnowszego raportu „Rynek przetwarzania danych w chmurze 2016. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2016-2021”, opublikowanego przez firmę badawczą PMR, krajowy rynek usług chmury publicznej w 2015 r. ponownie wzrósł o blisko jedną trzecią. Prognozy na ten rok zakładają utrzymanie wysokiej dynamiki.

Rynek przetwarzania danych w chmurze 2016

W przypadku sektora dużych firm w Polsce znaczenie chmury sukcesywnie rośnie, mimo że preferencje największych odbiorców IT w Polsce niezmiennie kształtuje przede wszystkim chęć posiadania własnej, fizycznej infrastruktury. Z tegorocznej edycji badania dużych firm w kraju przeprowadzonego przez PMR wynika, że obecnie 25% przedsiębiorstw zatrudniających 250 i więcej pracowników korzysta z usług przetwarzania danych w chmurze. Oznacza to wzrost o 8 p.p. w stosunku do poprzedniej fali badania. Ankietowani zwracali przy tym uwagę na skalę korzystania z chmury, w większości podkreślając, że jeśli pytamy o strategiczną migrację zasobów do chmury to nie ma to u nich miejsca, a nawet nie ma takich planów.

Rynek cloud computing

Sprawdziły się nasze ubiegłoroczne prognozy dotyczące usług chmurowych w Polsce. Rynek rozwija się bardzo dynamicznie, szczególnie w porównaniu do całej branży ICT w kraju. Mimo wszystko, trzeba mieć na uwadze nieporównywalnie niższą skalę zjawiska. Udział chmury w całkowitej wartości rynku IT w Polsce nieznacznie przekracza 1% i jest ponad dwukrotnie niższy niż wskaźniki światowe.

Prognoza – komentarz analityka

Czołowi dostawcy IT mający w ofercie rozwiązania chmurowe, z którymi rozmawialiśmy o sytuacji na rynku, podkreślali, że wzrosty na rynku powinny być przynajmniej dwukrotnie wyższe, jeśli chmura ma odgrywać bardziej znaczącą rolę w strukturze przychodów w kolejnych latach. Biorąc pod uwagę sytuację na rynkach Europy Zachodniej i zakładając, że poziom nasycenia chmurą w polskich przedsiębiorstwach będzie podążał w kierunku wspomnianych rynków, teoretycznie taki scenariusz jest jak najbardziej możliwy. W praktyce jednak, nie jest to obecnie scenariusz najbardziej prawdopodobny. Z drugiej strony, nie ma też powodów, by obecnie zakładać, że rynek usług cloud computing w Polsce wyraźnie zwolni. Dynamika będzie nieznacznie spadać, ale nawet w perspektywie pięciu lat wzrosty w skali roku pozostaną powyżej 20%. Oznacza to, że chmura to jeden z motorów napędowych krajowego rynku IT i zdecydowanie obszar, w którym dostawcy powinni szukać możliwości rozwoju.

W kolejnych latach, na rynku polskim, naszym zdaniem, większe znaczenie będzie odgrywać chmura publiczna. Jest to zmiana naszego nastawienia, w porównaniu do ubiegłorocznej edycji, gdy spodziewaliśmy się bardziej stabilnej struktury w prognozowanym okresie. Pomimo różnic w formie realizacji i pod względem rodzaju odbiorców końcowych, oba modele nadal stanowią dwie odmiany jednej technologii, która sukcesywnie zdobywa nowych klientów. Na korzyść rozwiązań chmury publicznej działa przede wszystkim potencjalna liczba odbiorców, w tym popularyzacja rozwiązań wśród małych i średnich firm. W przypadku chmury prywatnej natomiast czynnikiem o podobnym kierunku oddziaływania jest wielkość kontraktów, które zwykle mają zupełnie inny charakter i skalę niż w przypadku rozwiązań chmury publicznej. Jesteśmy zdania, że skala zjawiska w MŚP i wyższe wolumeny sprzedaży usług wezwą górę, natomiast duże firmy, jeśli już, zaadoptują rozwiązania chmurowe częściowo, wpasowując je w obecną infrastrukturę i wykorzystując de facto model hybrydowy. W tej sytuacji, naszym zdaniem, kluczowe dla dostawców chmury jest ukierunkowanie na segment MŚP, a nawet mikro firm. Perspektywy sprzedaży choćby najprostszych rozwiązań, adresowanych do tego segmentu są obecnie wyraźnie powyżej ukierunkowania na bardziej skupiony na rozwijaniu własnych, prywatnych zasobów segment największych przedsiębiorstw.

*Uwagi metodologiczne

W kontekście badań i analiz warto zdać sobie sprawę z problemów metodologicznych związanych z usługami chmurowymi – wiele rozwiązań i dostawców używa tej nazwy na wyrost. Do wartości rynku zaliczamy przychody z usług realizowanych z wykorzystaniem komercyjnych centrów przetwarzania danych. Usługi te są kompleksowe i mogą zawierać szeroki wachlarz rozwiązań – od tych z segmentu IaaS (moc obliczeniowa, usługi backupowe), przez model PaaS do usług SaaS (gdzie centrum danych lub dostawca usługi występuje jako broker w stosunku do firmy produkującej oprogramowanie). Całość obudowana jest odpowiednim pakietem usług telekomunikacyjnych (łącze, transmisja danych).

Wyliczona wartość rynku nie obejmuje natomiast usług chmury prywatnej, rozwijanych przez firmy samodzielnie w ramach dedykowanych wdrożeń lub przez jeden podmiot w ramach grupy na potrzeby pozostałych spółek. Do wartości rynku cloud computing nie wchodzą usługi związane z projektowaniem, budową, wdrażaniem oraz samym uruchomieniem tych usług. W przypadku segmentu SaaS wzięto pod uwagę tylko oprogramowanie biznesowe i biurowe. Dedykowane systemy komunikacji oraz usługi tzw. małego hostingu (np. stron internetowych) nie zostały uwzględnione w podawanej wartości rynku.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2016.

Autor raportu:
Paweł Olszynka

Przychody klubów Ekstraklasy – po raz pierwszy powyżej 0,5 mld PLN

W 2015 roku, pierwszy raz w historii łączne przychody klubów Ekstraklasy przekroczyły 0,5 mld PLN i wyniosły 511,2 mln PLN. To o 13,5% więcej niż rok wcześniej. W raporcie „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu 2016” przygotowanym przez firmę doradczą EY i spółkę Ekstraklasa S.A. po raz pierwszy spółka ligowa oficjalnie podała dane na temat podziału wpływów z praw mediowych i marketingowych. Najwięcej w sezonie 2015/2016 otrzymała Legia – 14,6 mln PLN. Klub z Warszawy triumfował również w tradycyjnym rankingu biznesowym. Drugi był Lech, a trzecia Lechia.

Legia numerem jeden

Ranking biznesowy klubów Ekstraklasy tradycyjnie jest integralną częścią raportu „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu”. Legia Warszawa zwyciężyła w klasyfikacji finansowej i marketingowo-medialnej rankingu. Niespodzianką okazał się zwycięzca w kategorii efektywności sportowej, na którą składają się osiągnięcia w lidze, liczba reprezentantów kraju w składzie czy liczba młodzieżowców, którzy wystąpili w Ekstraklasie. Po podsumowaniu punktów, w klasyfikacji efektywności zwyciężyła Lechia Gdańsk. Warszawska Legia nie wygrała tej klasyfikacji pomimo największej liczby reprezentantów w składzie i mistrzostwa Polski na koncie. Słaby wynik (trzeci od końca) w klasyfikacji liczby zawodników poniżej 21. roku życia zepchnął warszawian w rankingu efektywności dopiero na czwartą pozycję.

Lech drugi, a nie siódmy

Co ciekawe drugą pozycję w rankingu biznesowym klubów Ekstraklasy zajął Lech Poznań, dla którego sezon 2015/2016 pod względem sportowym był najsłabszym od lat. Lech dzięki grze w europejskich pucharach zwiększył przychody do prawie 80 mln PLN (z nieco ponad 65 mln w 2014 roku). Był też drugą siłą marketingową w lidze. Był drugi po Legii we wszystkich 4 marketingowych zestawieniach: frekwencji na stadionie, oglądalności meczów w TV, wartości sprzedanych gadżetów klubowych oraz wartości ekwiwalentu związanego z obecnością klubu w TV.

W lidze oszczędności ciąg dalszy

W 2014 roku w Ekstraklasie było 7 rentownych klubów. W 2015, którego dotyczy ranking finansowy, wynik ten został powtórzony. Jagiellonia Białystok, Śląsk Wrocław, Piast Gliwice, Pogoń Szczecin, Legia Warszawa i Cracovia osiągnęły zysk netto. Najwyższy – bo aż 5,9 mln PLN – wypracował klub z Białegostoku. Łączna strata wszystkich 15 klubów, które przekazały autorom raportu dane finansowe, wyniosła 26,7 mln PLN. To najmniej w historii raportów Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu.

– Klub piłkarski to specyficzny biznes, ponieważ jego głównym zadaniem nie jest przede wszystkim osiąganie pozytywnego wyniku finansowego, lecz jak najlepszy wynik sportowy. Dlatego też, świetna sytuacja jest już wtedy, gdy wynik sportowy jest bardzo dobry, a finansowy na tyle dobry, aby właściciele do klubu nie dokładali – mówi Marcin Opiłowski, Dyrektor w firmie doradczej EY odpowiedzialny za branżę sportową. – W Ekstraklasie widać bardzo pozytywny trend. Kluby oszczędzają. Rozumieją już, że nie mogą się zadłużać bez myślenia o konsekwencjach, tak, jak miało to miejsce jeszcze parę lat temu. Koszty wszystkich klubów były w 2015 r. tylko o 11% wyższe od przychodów. Jeszcze w roku 2013 różnica wynosiła 31%. Trzeba chwalić kluby za oszczędności i cieszyć się z rosnących wpływów – dodaje Marcin Opiłowski.

Dzięki lepszej dyscyplinie budżetowej poprawia się także płynność finansowa klubów Ekstraklasy. Z obliczeń ekspertów z firmy doradczej EY wynika, że średni wskaźnik płynności bieżącej dla klubu wynosi 0,7. Oznacza to, że gotówka i poziom aktywów obrotowych w 70% pokrywają zobowiązania krótkoterminowe przeciętnego klubu. Jeszcze w 2013 roku wartość ta wynosiła 0,6. W roku 2015 w Ekstraklasie było 5 klubów, dla których wartość wskaźnika płynności bieżącej przekroczyła 1. To Jagiellonia (1,73), KGHM Zagłębie (1,58), Podbeskidzie (1,25), Cracovia (1,23) i Legia (1,06). Rok wcześniej były 4 takie kluby.

Coraz wyższe przychody z dnia meczu

Sezon 2015/2016 był rekordowy, jeśli chodzi o frekwencję na stadionach. Jeden mecz oglądało średnio 9,1 tys. widzów. Przełożyło się to na wyniki finansowe klubów. Przychody z dnia meczu w 2015 roku wzrosły o 32,5% w porównaniu z 2014 i wyniosły, w skali całej ligi, 73,1 mln PLN. Jednak najważniejszym źródłem finansowania działalności klubów Ekstraklasy pozostaje sponsoring i reklama. Sponsorzy w minionym sezonie wydali na wspieranie klubów najwyższej klasy rozgrywkowej ponad 142 mln PLN. Najwięcej – ponad 24 mln – otrzymało KGHM Zagłębie Lubin sponsorowane przez miedziowego giganta z Dolnego Śląska. Nieco ponad 19 mln zastrzyku gotówki otrzymała Legia Warszawa, a 15 mln Lechia Gdańsk.

Co ciekawe, korzyści osiągane przez firmy sponsorujące kluby, w przeliczeniu na ekwiwalent reklamowy, są dużo wyższe od wydatków na sponsoring. Firma Pentagon Research zajmująca się mierzeniem efektów sponsoringu sportowego na potrzeby raportu Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu przygotowała wyliczenie ekwiwalentu telewizyjnego – czyli szacowanej wartości mediowej ekspozycji wszystkich marek sponsorujących kluby. Wyniosła ona łącznie 390,1 mln PLN. Najwięcej korzyści odnieśli sponsorzy Legii Warszawa – 53 mln PLN, najmniej, Górnika Łęczna – 9,5 mln ekwiwalentu.

– Nasza współpraca z LOTTO i sponsoring tytularny ligi jest najlepszym dowodem na to, że Ekstraklasa ma wielki potencjał marketingowy. Podpisaliśmy umowę z partnerem tytularnym, która, mamy nadzieję, będzie wyznaczała trendy w sponsoringu sportowym w Polsce – mówi Dariusz Marzec, Prezes Zarządu Ekstraklasy S.A.

Warto też zwrócić uwagę na korzyści, które daje miastom i samorządom wspieranie klubów. Marka Wschodzący Białystok, która służy promocji miasta z północno-wschodniej Polski, pojawiła się w telewizji ponad 32 tys. razy dzięki temu, że miasto wspiera Jagiellonię. W przypadku Poznania i Szczecina liczba ekspozycji przekroczyła 18 tys.

Podział środków z praw mediowych wzorem Bundesligi, Premier League i Eredivisie

Drugim najważniejszym źródłem funduszy w klubach Ekstraklasy po sponsoringu i reklamie są przychody z tytułu praw mediowych i marketingowych, którymi dysponuje spółka Ekstraklasa S.A. W związku z publikacją raportu „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu” spółka ligowa po raz pierwszy podała do publicznej wiadomości informacje o dystrybucji środków z praw w sezonie 2015/2016. 14,6 mln PLN otrzymał mistrz Polski – Legia Warszawa, 11,4 mln Piast Gliwice. Trzecie w tabeli Zagłębie dostało 9,2 mln, a ostatnie Podbeskidzie 5,9.

– Model biznesowy Ekstraklasy S.A. czerpie z doświadczeń najlepszych lig w Europie. Jest połączeniem systemu finansowania, jaki funkcjonuje w Premier League, Bundeslidze i Eredivisie. Pozwala wzmocnić najsilniejsze drużyny, które mają reprezentować ligę w Europie i motywuje wszystkich do osiągania coraz lepszych wyników sportowych – mówi Marcin Animucki, Wiceprezes Zarządu Ekstraklasy S.A.

Legia zarabia na transferach

Raport „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu” EY i spółki Ekstraklasa S.A. jest też jedyną publikacją na rynku zawierającą dane o przychodach klubów z tytułu transferów zawodników. Najwięcej ze sprzedaży graczy w roku 2015 wpłynęło na konto Legii Warszawa – ponad 23 mln PLN. Druga w zestawieniu przychodów z transferów Jagiellonia Białystok uzyskała 11,2 mln, a trzecia Lechia już tylko 3,1 mln. Łącznie kluby zarobiły na sprzedaży graczy nieco ponad 49 mln PLN.

– Po EURO 2016, wartość Ekstraklasy bardzo wzrosła. Szczególnie z punktu widzenia… skautów. Teraz będą jeszcze chętniej przyjeżdżać żeby oglądać zawodników na stadionach w Polsce. I jest z tym związane pewne ryzyko. Mianowicie, ryzyko drenażu talentów. Owszem – mamy talenty – ale kołdra jest bardzo krótka (co zresztą pokazało EURO i problem ze zmiennikami w polskiej reprezentacji). Jeśli zagraniczni skauci wydrenują Ekstraklasę z ostatnich perełek, możemy mieć problem z rozwojem poziomu sportowego – zauważa Jan Krzysztof Bielecki, Przewodniczący Rady Partnerów EY.

O raporcie Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu 2016

Firma doradcza EY i Ekstraklasa S.A. już po raz ósmy opublikowały raport „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu”. Zawiera on między innymi ranking biznesowy 16 klubów Ekstraklasy za sezon 2015/2016. Kibice piłki nożnej znajdą w nim wszelkie informacje o klubowych osiągnięciach sportowych, marketingowych i medialnych w sezonie 2015/2016. Do tego doradcy EY opisali sytuację finansową każdego z klubów (za wyjątkiem Termaliki, która nie udostępniła danych) w roku 2015.

Silne umocnienie japońskiego jena

Japoński jen silnie umacnia się do innych walut po tym jak minister finansów Japonii Taro Aso zaprzeczył spekulacjom odnośnie natychmiastowego wsparcia przez Bank Japonii stymulusu fiskalnego.

Andrzej Kiedrowicz, ekspert KOI Capital
Andrzej Kiedrowicz, ekspert KOI Capital

Ostatnie osłabienie jena bazowało na idei, iż japoński rząd i Bank Japonii będą wspólnie wspierali japońską gospodarkę. Wypowiedź Pana Aso zmniejszyła prawdopodobieństwo takiej skoordynowanej akcji. Para USDJPY traci obecnie około 1,4 proc. handlując poniżej poziomu 104,50, para EURJPY traci 1,3 proc. handlując poniżej poziomu 114,80 a para GBPJPY traci 1,5 proc. handlując poniżej poziomu 136,90.

Polski złoty traci nieznacznie do głównych walut ze względu na pogorszenie się nastrojów inwestycyjnych po spadkowej sesji giełdowej na azjatyckich parkietach. Para EURPLN porusza się nieco poniżej poziomu 4,37, para USDPLN powyżej poziomu 3,97, para CHFPLN poniżej poziomu 4,02, a para GBPPLN zyskuje powyżej poziomu 5,21. Panujący od początku tygodnia spokojny handel na złotówce ma związek z oczekiwaniem na jutrzejszą decyzję Fed-u odnośnie stóp procentowych. Choć do podwyżki stóp na tym posiedzeniu nie dojdzie, inwestorzy będą oczekiwać na bardziej jastrzębi ton członków Fed-u. Pod wpływem mocnych danych z amerykańskiej gospodarki rosną bowiem szanse na zmianę retoryki Rezerwy Federalnej. Jeśli doszłoby do takiej zmiany, to para EURUSD ma szansę osłabić się co najmniej do pobrexitowych minimów w okolicy poziomu 1,09. To miałoby przełożenie również na osłabienie złotówki do innych walut, najmocniej oczywiście do dolara. W przypadku braku zmiany komunikatu Fed-u złoty może kontynuować umocnienie, trwające od początku lipca.

Ropa naftowa WTI handluje w okolicy 3-miesięcznych minimów na poziomie 42,60 dolarów za baryłkę. Pomimo, iż amerykańskie zapasy ropy spadły w zeszłym tygodniu o 2,25 mln baryłek, to wciąż znajdują się na najwyższych od dekady poziomach. Do tego amerykańscy producenci zwiększyli od początku lipca liczbę pracujących wiertni o 55, do 371. Miedź traci 0,7 proc., handlując w okolicy 2,20$ za funta, gdyż chińskie piece hutnicze zwiększyły produkcję, powiększając globalną nadprodukcję surowca.

Andrzej Kiedrowicz
Chief Operating Officer
KOI Capital

Huawei Consumer Business Group po pierwszym półroczu 2016

Huawei ogłosił wyniki grupy biznesowej Consumer po pierwszym półroczu 2016 r. Przychód ze sprzedaży wzrósł o 41 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim i wyniósł 77,4 miliardy juanów (11,6 miliarda USD). W tym samym czasie firma dostarczyła na globalny rynek ponad 60,5 miliona urządzeń, o 25 proc. więcej niż w 2015 roku. Według firmy analitycznej IDC, w pierwszej połowie bieżącego roku globalna liczba dostaw smartfonów wzrosła zaledwie o 3,1 proc. Huawei wyróżnia się jednak na tle konkurencji – firma odnotowała wzrost.

Huawei odnotowuje niezwykle szybki wzrost na rynku smartfonów z wyższej półki, przede wszystkim w Europie i na rynkach wschodzących, do których należą Afryka Południowa, Azja Centralna i Ameryka Łacińska. Nadal utrzymujemy trwały wzrost dzięki wysoce konkurencyjnym urządzeniom. To wynik naszego długoterminowego zaangażowania w innowacje, przewidywanie trendów konsumenckich oraz strategii, w której koncentrujemy się zarówno na rynku lokalnym, jak i globalnym. W przyszłości będziemy kontynuować współpracę z naszymi partnerami. Pozwoli nam ona na oferowanie klientom najwyższego poziomu usług oraz innowacyjnych produktów, łączących w sobie technologie, jakość i styl – powiedział Richard Yu, szef Huawei Consumer BG.

Śledząc bardzo szybki rozwój na rynkach międzynarodowych w pierwszej połowie 2016 roku, segment Consumer BG podjął się dalszej optymalizacji struktury przychodów. Obecnie obserwujemy, że całkowity wzrost Huawei na rynkach zagranicznych jest o 1,6 x większy, niż w kraju producenta – Chinach. Według GFK udział Huawei w globalnym rynku wyniósł 11,4 proc[1]., a wśród smartfonów z przedziału cenowego 500-600 USD – wzrósł o 10 proc[2].

Szczególnie dobre wyniki firma odnotowała w segmencie produktów premium. Rynkowy udział Huawei w wielu europejskich krajach przekroczył 15 proc. – świetnie radzi sobie w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji.

Wysoki poziom sprzedaży Huawei osiągnął także na rynkach wschodzących. Przykładowo
w Egipcie firma posiada już ponad 20 proc. udziału w rynku, a w Nowej Zelandii 15 proc.[3] Znaczny wzrost sprzedaży urządzeń firma zanotowała w Ameryce Łacińskiej i środkowej Azji. W niektórych krajach tego regionu została ona podwojona.  Według czerwcowych danych GFK, Huawei umocnił swoją pozycję w Chinach jako lider branży z udziałem w rynku równym 18,6 proc.

Huawei skupia się na innowacjach

Osiągając tak spektakularny wzrost sprzedaży, Huawei Consumer BG nadal bardzo angażuje się w badania i rozwój. Firma inwestuje w swoje centra R&D rozmieszczone na całym świecie, oferując przełomowe i innowacyjne rozwiązania zarówno w zakresie swoich produktów,  jak i platform oraz marek.

Flagowe produkty Huawei, takie jak P9, Mate 8, Honor V8, czy MateBook, zostały dobrze przyjęte przez globalnych konsumentów. Sprzedaż Mate 8 globalnie jest o ponad 65 proc. wyższa niż jego poprzednika – Mate 7 w 2015 roku. Doskonałe wyniki osiągnęły także modele P9 i P9 Plus – 4,5 miliona sprzedanych urządzeń, co stanowi wzrost o 120 proc, w porównaniu do sprzedaży modelu P8 w ubiegłym roku. Na rynku pojawiają się też nowości MateBook –pierwszy notebook 2w1 – jest już dostępny w wielu krajach na całym świecie, w tym w Stanach Zjednoczonych.

Huawei Consumer BG nadal podtrzymuje swoje strategiczne cele, które realizuje na całym świecie. W maju 2016 roku odnotowano liczbę 35 tysięcy sklepów detalicznych, oferujących produkty marki Huawei, co stanowi 116 proc. wzrost w porównaniu do tego samego okresu w 2015 r. Według GFK, na całym świecie jest już ponad 150 000 placówek handlowych oferujących produkty Huawei.

Firma chce nadal inwestować swoje zasoby marketingowe w takie dziedziny jak sport, lifestyle, moda i rozrywka. W tym celu zaprosiła do współpracy znane na całym świecie gwiazdy: piłkarza Lionela Messiego oraz aktorów Henry’ego Cavilla i Scarlett Johannson. Zostali oni ambasadorami marki i pomogli wprowadzić ją do życia konsumentów.

Huawei kontynuuje także współpracę z wieloma wiodącymi na rynku firmami m.in Leica, Swarovski, Harman Kardon, Audi, Google, Microsoft oraz Intel. Dzięki temu firma może oferować klientom produkty wyposażone w jeszcze bardziej zaawansowane technologie
i rozwiązania.

W 2016 roku Huawei po raz kolejny znalazł się w zestawieniu BrandZTM Top 100 Najcenniejszych Marek na świecie. Został wyceniony na 18,652 mln dolarów, awansując tym samym z miejsca 70. (2015 r.) na 50. (2016 r.).

Huawei jest bardzo dobrze przygotowany do tego, by kontynuować dalszą ekspansję swoich smartfonów, urządzeń typu wearables, technologii smart home i cloud. Firma plasuje się jako przyszłościowego dostawcę produktów typu end-to-end i usług platformowych oraz dostawcę oferującego klientom coraz bardziej inteligentne i wygodne rozwiązania dla uproszczenia ich codziennego życia.

[1] Źródło: GFK, maj 2016

[2] Żródło: GFK, czerwiec 2016

[3] Źródło: GFK, czerwiec 2016

Marketing precyzyjny – czyli, jak dobrze znasz swojego klienta?

Mariusz Maksymiuk
Mariusz Maksymiuk, CEO agencji interaktywnej Adexon 360

Bycie precyzyjnym to cecha pożądana zarówno w relacjach biznesowych, jak i prywatnych. Coraz częściej mówimy o niej również w kontekście marketingu. Jakie korzyści dla naszej marki niesie spersonalizowany przekaz i równie trafny dobór kanału komunikacji? Czym dokładnie jest, znany już dobrze za oceanem – marketing precyzyjny?

Istota precyzji w marketingu

Według książkowej definicji Sandry Zoratti i Lee Gallagher, marketing precyzyjny koncentruje się na specyficznej, szczególnie znaczącej dla nas grupie. Ma na celu wzbudzenie lojalności oraz pobudzenie zachowań zakupowych. To innowacyjna strategia, w której marketerzy analizują konkretne potrzeby, interesy oraz zachowania poszczególnych segmentów użytkowników. Wówczas następuje tworzenie dedykowanej reklamy w oparciu o pozyskane z analizy dane.

Zrozum kto, co i gdzie

Marketing precyzyjny sprawdza się szczególnie w przypadku unikalnych produktów, dedykowanych wąskiej grupie odbiorców. Taki produkt już na wstępie zawęża grupę celową, co usprawnia relacje na linii klient- dostawca, a komunikacja marketingowa staje się skuteczna i przede wszystkim efektywna.

Szybki rozwój technologii sprawił, że do dyspozycji marketerów oddany jest pełen wachlarz różnorodnych narzędzi, a co za tym idzie zwiększają się też możliwości precyzyjnego doboru mediów. Czasy koncentracji na jednym wiodącym nośniku minęły. Marketing precyzyjny zachęca do szukania kilku platform komunikacji z odbiorcą i wyboru najlepszej z nich.

Różne badania wykazują, że już ponad 50% ludzi na świecie korzysta z urządzeń mobilnych – warto więc, poza tradycyjnymi mediami, włączyć również w nasze kampanie kanał mobile. To on właśnie stanowił podstawę działań dla jednego z topowych klientów Adexon 360 z branży motoryzacyjnej. Działania dotyczyły samochodu dopasowanego do potrzeb myśliwych – produkt był więc unikalny, niszowy. Na potrzeby kampanii stworzone zostały kreacje, które wyświetlały się użytkownikom konkretnych aplikacji oraz w pobliżu sklepów z akcesoriami myśliwskimi. Przekaz był czytelny i zawierał bardzo konkretne dla danej grupy celowej informacje. Dzięki wykorzystaniu geotargetowania, mogliśmy bardzo precyzyjnie skierować przekaz do odbiorców. Po kliknięciu w reklamę, klient mógł umówić się na jazdę próbną nowym autem lub pobrać dedykowany pod jego potrzeby cennik. Wszystko więc, począwszy od doboru kanału kontaktu, mediów, kreacji – po sam przekaz – było niemal skrojone na miarę grupy celowej. Tylko dzięki temu udało się osiągnąć wysoki poziom konwersji.

Analizuj i mierz swoje działania

Marketing precyzyjny to nic innego, jak wejście w skórę swojego klienta i poznanie jego oczekiwać względem produktu i marki. Tylko szczegółowa analiza grupy przyczyni się do sukcesu kampanii. Istotą precyzyjnej analizy jest przeprowadzenie odbiorcy komunikatu przez kilka najważniejszych kroków. Począwszy od selekcji mediów, doboru kreacji, przekazu a skończywszy na przedstawieniu produktu.

W przypadku kampanii online należy pamiętać o regularnym sprawdzaniu wskaźników kampanii, aby mieć pewność, że podąża ona we właściwym kierunku. CTR nie jest w tym wypadku najistotniejszy. Dużo cenniejszych informacji dostarczy nam monitoring konwersji ruchu, ilość pobrań określonych materiałów czy czas spędzony na stronie.

W momencie, gdy kampania nie do końca spełnia ustalone założenia, warto spróbować np.  zmienić kreację, zróżnicować kanał przekazu czy usprawnić proces zbierania informacji. Przykładowo – jeśli chcielibyśmy, aby klient wchodzący na nasz landing page pobrał broszurę, którą dla nie niego przygotowaliśmy, ale nie spotyka się to z oczekiwanym odzewem, spróbujmy zastąpić materiał innym, np. cennikiem i sprawdźmy, jak ta zmiana przełożyło się na konwersję i zainteresowanie produktem.

Wybieraj media z głową

Równie istotną w marketingu precyzyjnym, obok poznania grupy docelowej, jest kwestia właściwego doboru mediów – mówimy tutaj zarówno o kanałach online, jak i offline. Wybór nośnika komunikatu nie może rozmywać się z założeniami strategii komunikacyjnej oraz profilem grupy docelowej. Zastanówmy się na początku, gdzie przebywają nasi potencjalni klienci. Co więcej, zależy nam na powtarzalności przekazu, z którym odbiorca ma stykać się o różnych porach i w wielu miejscach. Pamiętajmy o tym zanim wybierzemy właściwe medium. Jeśli, np. nasz wybór padnie na telewizję, zadbajmy o właściwy kanał, program i czas emisji. Wszystkie te czynniki mają ogromne znaczenie dla powodzenia naszych działań.

Krótko mówiąc – w marketingu precyzyjnym wybór mediów musi odbywać się zawsze wraz z grupą docelową. Warto zwrócić uwagę na wszystkie kanały potencjalnego dotarcia do odbiorców, a dobry research okaże się nieocenioną pomocą. Sprawdźmy więc wnikliwie: aplikacje, strony www, media społecznościowe, fanpage, programy telewizyjne czy audycje radiowe. Pamiętajmy, że im więcej precyzji w działaniach marketingowych, tym ich wyniki będą lepsze.

USD/JPY – w oczekiwaniu na piątek

USD/JPY - w oczekiwaniu na piątek 8

Wydarzeniem tygodnia będzie piątkowy wynik posiedzenia Banku Japonii, na którym mają zostać podjęte decyzje w sprawie dalszego luzowania ilościowego w tym kraju. Według gazety Nikkei oprócz działań Banku Japonii rząd przeznaczy na ten cel dodatkowe 6 bilionów jenów, czyli 57 miliardów dolarów amerykańskich. Jednak tylko 2 biliony jenów będzie zarezerwowane na rok 2016 rok, reszta będzie rozłożona na kolejne lata.

Natomiast traderzy na rynku walutowym zaczęli grać na umocnienie jena japońskiego na szerokim rynku. Boją się, że Bank Japonii po raz kolejny zawiedzie rynek zbyt małym pakietem stymulacyjnym. Na interwale dziennym pary walutowej USD/JPY w dalszym ciągu znajdujemy się w kanale spadkowym. Zaskoczenie rynku bardzo dużym pakietem stymulacyjnym doprowadziłoby do kolejnego impulsu wzrostowego.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Kapitał zagraniczny ściąga na Podkarpacie, Podlasie i Lubelszczyznę

Liczba podmiotów gospodarki narodowej zarejestrowanych w rejestrze REGON wyniosła na konie czerwca 2016 r. ponad 4,2 mln, w tym prawie 3 mln to firmy osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą, 390 tys. to spółki handlowe z polskim kapitałem, a 89 tys. z kapitałem zagranicznym – podał GUS.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek

W ciągu 2 lat, od czerwca 2014 do czerwca 2016, liczba podmiotów gospodarczych zarejestrowanych w systemie REGON wzrosła o 109 tys. (o 2,7 proc.). Nie jest to jednak wynikiem rejestrowania kolejnych firm osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą. Netto liczba tych podmiotów zmniejszyła się bowiem w ciągu 2 lat o tysiąc.

Wzrosła natomiast liczba spółek prawa handlowego z polskim kapitałem – z 310 tys. do 390 tys., czyli o ponad 25 proc. Wrosła także liczba spółek z udziałem kapitału zagranicznego – z 80 tys. do 89 tys., czyli o ponad 10 proc. Większość z nich to spółki kapitałowe (s.a. i z o.o.). To ciągle mało, bo spółki handlowe stanowią jedynie 11,4 proc. wszystkich podmiotów gospodarczych zarejestrowanych w Polsce, a spółki handlowe z kapitałem zagranicznym – 2 proc. Jednak tak dynamiczny wzrost ich liczby w ciągu 2 lat wskazuje, że przedsiębiorczość w Polsce nie tylko zwiększa się, ale przede wszystkim profesjonalizuje. Spółki handlowe to m.in. większa skala działania niż firmy osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą, większe zatrudnienie, profesjonalizacja zarządzania, większa przejrzystość finansów.

Nie dziwi, że szybko rośnie liczba spółek prawa handlowego w najlepiej rozwiniętych regionach (mazowieckie, małopolskie, wielkopolskie, dolnośląskie). Ale 2-cyfrowy wzrost liczby spółek następuje we wszystkich województwach. A regionem o najwyższym wzroście liczby spółek prawa handlowego w okresie czerwiec 2014 – czerwiec 2016 jest … Podkarpacie (wzrost o prawie 30 proc.), czyli województwo o jednym z najsłabszych PKB per capita.

Jeszcze lepsze wiadomości dotyczą wzrostu liczby spółek z kapitałem zagranicznym w regionach słabiej rozwiniętych. W ciągu 2 lat największy wzrost liczby podmiotów z kapitałem zagranicznym nastąpił na Podkarpaciu (wzrost o 550 firm, czyli o ponad 40 proc.). Na 2. miejscu znalazło się województwo podlaskie (wzrost o 25 proc.), a na 4. – lubelskie. Dowodzi to, że kapitał zagraniczny widzi szanse rozwojowe nie tylko w regionach najlepiej rozwiniętych, gdzie do tej pory najsilniej się lokował, ale także w tych o niższym poziomie rozwoju i słabszej infrastrukturze. To informacja, że władze samorządowe w tych regionach potrafią tworzyć warunki sprzyjające napływowi kapitału – polskiego i zagranicznego. Warto, aby pozostałe regiony Polski Wschodniej przyjrzały się jak to się robi na Podkarpaciu, Podlasiu i Lubelszczyźnie. Warto, bo efekty widać: w województwie podkarpackim stopa bezrobocia spadła z 14,7 proc. w czerwcu 2014 r. do 11,7 proc. w czerwcu 2016 r., w województwie podlaskim – z 13,5 proc. do 10,8 proc., a na Lubelszczyźnie – z 12,9 proc. do 10,4 proc.

Konfederacja Lewiatan

Złoto i srebro

Złoto i srebro 9

W ostatnim artykule skupiliśmy się na cenach złota, a dokładniej na ich korekcie. Zmiana kierunku notowań na rynku złota wyznacza równocześnie nadchodzącą korektę na rynku wszystkich metali szlachetnych. Spowodowane jest to wielkością rynku złota. Jeżeli przyjrzymy się notowaniom złota oraz srebra, to zaobserwujemy, że poruszają się praktycznie tak samo. Jednak przyjrzyjmy się korelacji. Korelacja mierzy współzależność dwóch zmiennych lub też kilku zmiennych. Dany wskaźnik przyjmuje wartość +1 dla instrumentów, które cały czas poruszają się w tym samym kierunku oraz -1, gdy poruszają się przeciwnie.

Na rynku złota i srebra aktualna korelacja wynosi prawie 0.78, czyli przez 78% czasu obydwa instrumenty poruszają się tak samu. Z tego względu analizując rynek metali szlachetnych należy zacząć od analizy złota.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Jak zapobiec kolejnej przerwie w dostawie energii elektrycznej?

Zbliża się rocznica ubiegłorocznych przerw w dostawie energii elektrycznej dla odbiorców przemysłowych. W tym roku sytuacja może się powtórzyć. Zdaniem Konfederacji Lewiatan mechanizm redukcji zapotrzebowania oparty na przepisach prawa energetycznego nie może być podstawowym środkiem zapewnienia bezpieczeństwa dostaw energii. Powinien być zastąpiony przez rozwiązania rynkowe. Tymczasem firmy mają płacić kary za przekroczenia ograniczeń mocy w czasie ubiegłego lata. Energetycy nie wywiązali się z umów na dostawę energii, ale konsekwencje mają ponosić tylko odbiorcy.

Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan
Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan

Tryb wprowadzenia ograniczeń w 2015 roku, jakkolwiek zgodny z obowiązującymi przepisami, należy uznać za anachroniczny: upały utrzymywały się od kilku tygodni, a Polskie Sieci Elektroenergetyczne w tym czasie nie przekazały informacji o potencjalnym zagrożeniu, która pozwoliłaby odbiorcom zrozumieć powagę sytuacji i przygotować się na ewentualne wyłączenia. Również władze publiczne nie informowały o pogarszającym się stanie bezpieczeństwa dostaw i nie apelowały do odbiorców o dobrowolne ograniczenie zużycia w godzinach szczytowego obciążenia, tak jak jest to praktykowane w wielu innych krajach.

PSE zastosowały, przewidziane w prawie, administracyjne narzędzie ograniczenia poboru energii, nie wykorzystując uprzednio możliwości komercyjnych redukcji zapotrzebowania, przy pełnej i niemal natychmiastowej aprobacie rządu. Ten precedens może skłaniać operatora i organy władzy publicznej do podejmowania podobnych działań w przyszłości, zamiast wypracowania rozwiązań opartych na rynkowej wycenie energii niedostarczonej odbiorcom.

Zgodnie z tą logiką, Urząd Regulacji Energetyki prowadzi setki postepowań w sprawie przekroczenia ograniczeń mocy podczas zeszłorocznych upałów. URE nie podaje, jakie dokładnie kary mogą zapłacić przedsiębiorcy, ale z ustawy wiadomo, że może to być nawet 15 proc. ich przychodów w poprzednim roku.

– Pozbawianie dostaw energii części odbiorców bez odszkodowania nie może być traktowane jako odpowiednie narzędzie zapewnienia bezpieczeństwa dostaw na obecnym etapie rozwoju rynku energii. Jednocześnie nie może być akceptowana sytuacja, gdy zastosowanie tak drastycznych środków nie jest wyceniane przez rynek i tym samym nie stwarza odpowiednich sygnałów ekonomicznych dla działań, jakie powinny być podejmowane w zakresie bezpieczeństwa przez wszystkich uczestników rynku – mówi Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan,

Sytuacja z sierpnia 2015, a także analizy PSE, wskazują na możliwość powtarzania się stanu zagrożenia dostaw energii, co będzie stanowić silny negatywny sygnał dla potencjalnych inwestorów zainteresowanych rozwojem swojej działalności w Polsce. To z kolei przełoży się na perspektywy wzrostu PKB w latach przyszłych. Jest to sytuacja wybitnie niekorzystna z punktu widzenia interesu gospodarczego i bezpieczeństwa Polski i powinna stać się przedmiotem pilnych działań zaradczych podejmowanych przez PSE i administrację rządową.

Zdaniem Konfederacji Lewiatan jedynym sposobem dla przeciwdziałania deficytowi mocy wytwórczych w Polsce jest podjęcie działań inwestycyjnych stymulowanych przez odpowiednie narzędzia rynku energii i rozwiązania regulacyjne. Przy planowaniu i realizacji programu niezbędne jest uwzględnienie elementu bezpieczeństwa, ale także elementu ekonomicznego i ekologicznego. Takie podejście powinno znaleźć swoje odzwierciedlenie w Polityce Energetycznej Polski.

Administracyjny nakaz ograniczenia poboru energii może być uzasadnionym środkiem zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego tylko w bardzo ograniczonym zakresie sytuacji awaryjnych i za odpowiednim wynagrodzeniem. Jako podstawowe powinny być stosowane rozwiązania oparte na sygnałach płynących z rynku energii. Tylko takie podejście umożliwi prawidłową wycenę bezpieczeństwa energetycznego i pozwoli odbiorcom energii na podejmowanie właściwych decyzji co do oczekiwanego poziomu zapotrzebowania na energię i poziomu bezpieczeństwa jej dostaw.

Konfederacja Lewiatan proponuje rozwiązania, które mogą zapobiec zagrożeniom bezpieczeństwa elektroenergetycznego kraju oraz zminimalizować ograniczenia w dostawie energii elektrycznej. M.in:

1. Po stronie prawnej:
• Analiza, weryfikacja i zmiana przepisów umożliwiających operatowi podejmowanie decyzji o wprowadzeniu ograniczeń w dostawach energii bez odszkodowania. Zmiana skali administracyjnych ograniczeń i wyłączenie z tego obowiązku grup niewielkich odbiorców biznesowych.
• Wprowadzenie obowiązku bieżącego / z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym informowania poprzez media publiczne o aktualnym stanie bezpieczeństwa dostaw z uwzględnieniem możliwości wytwórczych i redukcji obciążenia na warunkach rynkowych, możliwości przesyłowych i wymiany transgranicznej.

2. Po stronie mechanizmów rynkowych:
• Gruntowna przebudowa zasad wynagradzania wytwórców za dyspozycyjność jednostek
i świadczone rezerwy. Wprowadzenie mechanizmów bodźcowych zachęcających do inwestycji w poprawę dyspozycyjności, szczególnie w niesprzyjających warunkach pogodowych, np. instalowanie wentylatorów na obiegach wody chłodzącej lub wręcz budowę chłodni kominowych w elektrowniach z otwartymi układami chłodzenia.
• Powrót do dyskusji nad wprowadzeniem mechanizmów płatności za moc (rynek dwutowarowy, rynek mocy), które mogą stanowić zachętę do inwestowania w nowe źródła mocy.
• Rozważenie wprowadzenie bodźców, które spowodują szybki wzrost udziału energetyki fotowoltaicznej do skali, która pozwoli na istotną podaż energii w godzinach szczytów letniego zapotrzebowania.
• Znaczne poszerzenie zakresu płatności przez operatora za tzw. negawaty, czyli dobrowolne ograniczenie poboru mocy przez odbiorców.
• Wprowadzenie dla odbiorców tzw. taryf dynamicznych, tj. nadążających za sygnałami z rynku hurtowego i przenoszących na nich sygnały cenowe.

3. Po stronie odbiorców:
• Analiza otrzymywanych od operatorów dystrybucyjnych (OSD) dokumentów dotyczących ograniczeń w dostarczaniu energii i skorygowanie poziomów mocy bezpiecznej.
• Analiza i aktualizacja umów z dostawcami – weryfikacja zapisów dotyczących poziomu mocy w poszczególnych stopniach zasilania i poziomu mocy minimalnej mocy bezpiecznej.
• Opracowanie procedur na wypadek kolejnej sytuacji kryzysowej i wprowadzenia ograniczeń w dostarczaniu energii. Określenie własnych potrzeb i sekwencji wyłączania urządzeń przy kolejnych stopniach zasilania, w celu minimalizacji strat. Umocowanie procedur przez właściwe organa zarządcze i okresowe ćwiczenia.
• Analiza opłacalności i rozważenie zakupu urządzeń generujących energię elektryczną (generatory dieslowskie, mała kogeneracja, PV).
• Prowadzenie działań zwiększających efektywność energetyczną.

Konfederacja Lewiatan

Rynki czekają na Fed oraz BoJ

Rynki czekają na Fed oraz BoJ 10

W tym tygodniu odbędą się posiedzenia Rezerwy Federalnej oraz Banku Japonii. W stosunku do amerykańskiego banku nie ma żadnych oczekiwań, ale BoJ ma już wysoko podniesioną poprzeczkę. Inwestorzy po wygranej rządzącej partii z premierem Shinzo Abe liczą na dodatkową ekspansję fiskalną oraz monetarną.

Jutro zakończy się dwudniowe posiedzenie FOMC. Prawdopodobnie nie dojdzie do zmiany stopy funduszy federalnych. Rynki na podstawie kontraktów terminowych szacują prawdopodobieństwo podniesienia owej stopy procentowej na nieco ponad 1%. Fed ostatni raz zdecydował się podnieść stopę funduszy federalnych do 0,5% w grudniu ub.r. po siedmioletnim okresie praktycznie zerowych stóp. Prawdopodobnie tak pozostanie do grudnia br. W końcówce roku Rezerwa Federalna może zdecydować się na podwyżkę, gdy Brexit już nie będzie tak straszył. Prawdopodobieństwo takiego ruchu obecnie wynosi ponad 50%. Przypomnijmy, że oficjele banku centralnego Stanów Zjednoczonych zapowiadali przed referendum przynajmniej dwie podwyżki.

Stopa funduszy federalnych 2000 – obecnie

Rynki czekają na Fed oraz BoJ 11

Źródło: Bloomberg

Co zrobi Kuroda?

Z kolei oczekiwania w stosunku do Banku Japonii, na którego czele stoi Kuroda są bardzo duże. Według 32 z 41 ekonomistów ankietowanych przez agencję Bloomberg BoJ jeszcze bardziej złagodzi politykę pieniężną już na najbliższym posiedzeniu.

  • 72% respondentów spodziewa się wzrostu zakupów funduszy ETF
  • 64% respondentów spodziewa się dalszego cięcia stopy procentowej (obecnie -0,1%)

Gdyby jednak Bank Japonii wstrzymał się z jakimikolwiek decyzjami jen mocno by zyskał na wartości, a para USD/JPY mogłaby znowu spaść w okolice 100. Brak działał ze strony BoJ również zaszkodziłby polskiemu złotemu, który dzisiaj lekko traci do głównych walut ze względu na nieco gorsze nastroje na rynkach. Inwestorzy obawiają, że rząd może nie być tak skłonny do stymulowania gospodarki Japonii, gdyż sugeruje, że to bank centralny powinien mocniej działać. Niemniej jednak najważniejsze dla podtrzymania dobrego klimatu na rynkach jest dalsze działanie ze strony Banku Japonii.

Bartosz Zawadzki
Szef Działu Analiz

Co może zrobić Bank Japonii?

Co może zrobić Bank Japonii? 12

Powyżej zostały przedstawione wyniki ankiety przeprowadzonej przez agencję informacyjną Bloomberg dotyczącej przyszłego działania Banku Japonii. Wynik posiedzenia BoJu poznamy w najbliższy piątek. Ponad 70% ankietowanych spodziewa się poszerzenia skupu ETF-ów przez Bank Japonii, natomiast 28 z 39 ankietowanych spodziewa się kolejnej obniżki stopy depozytowej, która i tak jest już w negatywnych trajektoriach. Warto zauważyć, że będzie miało to bardzo negatywny wpływ na przyszłe wyniki finansowe sektora finansowego. Ponad 50% ankietowanych osób uważa, że BoJ może powiększyć bazę monetarną.

Niewątpliwie zmienność na rynku walutowym na parach walutowych z jenem w bieżącym tygodniu będzie bardzo duża, zatem osoby z awersją do ryzyka powinny wstrzymać się z zawieraniem transakcji na tych parach.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Rynek mieszkaniowy: deweloperzy nadal w gazie

Ostrożniejszy maj był tylko chwilową zadyszką. Deweloperzy z niezmiennym optymizmem patrzą w przyszłość i budują na potęgę. W ostatnim roku rozpoczęli budowę 88,9 tys. nowych lokali, co jest wartością najwyższą od co najmniej siedmiu lat. Roczna liczba pozwoleń na budowę przekracza 100 tys., co wskazuje, że w kolejnych kwartałach nowych inwestycji także nie zabraknie.

Działający na polskim rynku deweloperzy rozpoczęli w czerwcu 2016 r. budowę 9209 nowych lokali mieszkalnych. To o ponad 50 proc. więcej niż w maju bieżącego roku, o 44 proc. więcej niż w czerwcu ubiegłego roku i jednocześnie drugi najwyższy wynik od wiosny 2012 r. I nie jest to jednorazowy wyskok, wystarczy spojrzeć na dane Głównego Urzędu Statystycznego w dłuższym terminie, na przykład kumulując je w okresach 12-miesięcznych.

Przez ostatni rok liczba rozpoczętych przez deweloperów budów wyniosła 88 922 sztuki, o 13,8 proc. więcej niż w analogicznym okresie zakończonym rok temu. Sięgające do 2009 r. dane GUS wskazują, że od tego czasu nie zdarzyło się, by w ciągu 12 miesięcy deweloperzy rozpoczęli więcej budów.

Liczba Zmiana r/r
Oddane mieszkania 73 275 +28,1%
Rozpoczęte budowy 88 922 +13,8%
Wydane pozwolenia na budowę 103 058 +22,7%
Aktywność deweloperów w okresie lipiec 2015 – czerwiec 2016 r.
Źródło: Źródło: obliczenia Home Broker, na podst. danych GUS

Imponująco wygląda także liczba pozwoleń na kolejne budowy, o które działające na rynku firmy występują. Ich liczba (ponad 103 tys. lokali mieszkalnych w ostatnich 12 miesiącach) może się równać jedynie z wartością z 2008 roku, kiedy to rozgrzany boomem rynek zatracił umiejętność rozsądnego myślenia i oceny potencjału wzrostu.

Czy grozi nam przegrzanie rynku mieszkaniowego?

Na ile dzisiejsza sytuacja przypomina tamtą? Faktem jest, że buduje się dużo, a nawet więcej niż w okresie tamtego boomu. Ale i otoczenie rynkowe jest inne. Wówczas większość mieszkań kupowano na kredyt. W drugim kwartale 2007 r. udzielono prawie 90 tys. kredytów hipotecznych, aktualnie jest ich dwukrotnie mniej, gdyż inwestorzy kupują mieszkania za gotówkę. Tamte kredyty w dużej mierze miały wysokie LtV, nawet na poziomie 130-140 proc., aktualnie takich hipotek w ogóle się nie udziela. Pod uwagę należy wziąć też walutę udzielanych kredytów. W pewnym momencie prawie 80 proc. hipotek stanowiły te rozliczane w walutach obcych, aktualnie jest to około 1,5 proc.

Istotnym czynnikiem decydującym o tym, że spektakularne przegrzanie się rynku nam nie grozi jest fakt, w środowisku jakich cen się wszystko dzieje. W latach 2005-2008 mieszkania dynamicznie drożały, a teraz od kilku lat mamy do czynienia ze stabilizacją cen nieruchomości. Rynek bardziej przewidywalny jest dla inwestorów bezpieczniejszy.

Nie znaczy to jednak, że działalność deweloperów jest niezagrożona. Wprawdzie w pierwszym kwartale 2016 r. na największych rynkach więcej mieszkań sprzedano niż wprowadzono do sprzedaży (14,3 tys. vs 13,7 tys. – dane firmy REAS), ale już w drugim sytuacja była odwrotna (15,1 tys. vs 17,7 tys. lokali). Na pewno należy brać pod uwagę sytuację na rynku kredytowym (m.in. rosnący obowiązkowy wkład własny i spadająca zdolność kredytowa), ale także potencjalny wzrost inflacji i stóp procentowych, który spowoduje, że część inwestorów wróci do bankowych lokat i spadnie popyt na mieszkania kupowane inwestycyjnie. Nie bez znaczenia będzie także planowany program Mieszkanie Plus, który opierać się ma na tanich mieszkaniach na wynajem z możliwością dojścia do własności. Firmy działające na rynku deweloperskim powinny ostrożnie planować działalność w kolejnych kwartałach, by nie zostać z naręczem niesprzedanych nieruchomości w chwili, gdy nikt nie będzie ich chciał już kupować.

Marcin Krasoń

Zapowiada się, że Włochy staną się szybko problemem nr 1 Europy

Zapowiada się, że Włochy staną się szybko problemem nr 1 Europy. Niespłacane kredyty i ryzyko przyspieszonych wyborów to tylko wierzchołek góry lodowej. Ropa spada ciągnąć za sobą dolara.

Temat problemów Włoch wraca wielkimi krokami. By zmniejszyć ryzyka politycznych impasów pojawił się pomysł zmiany konstytucji. Wśród najważniejszych elementów jest zmiana Senatu. Od teraz jego rolę przejmą burmistrzowie regionów, czyli odpowiednik polskich wojewodów, oraz radni lokalni. W sumie 105 osób. Problemem tej zmiany jest to, że musi ją zatwierdzić społeczeństwo w referendum. To już nie jest takie proste.

W sondażach rządząca partia nie może liczyć na duże poparcie, co dodatkowo komplikuje obecną sytuację. Premier Matteo Renzi zapowiedział, że poda się do dymisji jeżeli referendum nie będzie skuteczne. Zmiana władzy we Włoszech byłaby dużym ciosem dla europejskiej gospodarki i samego euro. Wedle sondaży władzę przejęłaby formacja, której głównym pomysłem na uzdrowienie Włoch jest opuszczenie Unii Europejskiej. Jak rynki walutowe reagowały na funta było widać około miesiąca temu. W tym kontekście słabo wygląda również polski złoty. Jest on silnie powiązany z euro, plus jest walutą ryzykowną. W rezultacie straci dwa razy. Jeszcze więcej straci natomiast do franka będącego bezpieczną przystanią.

Dodatkowym problemem z którym mierzą się Włosi jest kondycja sektora bankowego. Posiada on imponującą liczbę 18% niespłacanych kredytów. Jeżeli dodamy do tego kilka nieciekawych parametrów makroekonomicznych jak np. zadłużenie na 135% PKB, widać tykającą bombę. W momencie niepewnościkapitał zrobi odwrót z Włoch. Spadną depozyty w bankach co jeszcze zwiększy problemy płynnościowe. Dodatkowo wzrośnie rentowność obligacji. W efekcie Włochów nie będzie stać na dalsze zadłużenie się by ratować system bankowy. Scenariusze ten oczywiście nie musi się zrealizować, ale biorąc pod uwagę w jakim tempie zbliżamy się do przepaści jest on coraz bardziej prawdopodobny. Włochy to nie Grecja, to za duża gospodarka, nie da się dowolnie długo podtrzymywać ich finansową kroplówką z Europy.

Z powodu rosnących zapasów ropy obserwowaliśmy kolejny spadek cen tego surowca. Czarne złoto wyceniane jest obecnie już poniżej 45 dolarów. To najniższy kurs od przełomu kwietnia i maja. Pomimo sezonu urlopowego w USA i Europie zapasy rosną. Może to oznaczać, że jesienne zapotrzebowanie na ropę będzie dużo niższe niż sądzono. Dodatkowym problemem są nowe odwierty, które pojawiły się gdy ropa naftowa osiągnęła 50 dolarów za baryłkę. Spadki cen ropy przełożyły się na Wall Street, gdzie mamy korektę zeszłotygodniowych wzrostów. Również dolar pod wpływem giełdy i ropy stracił część z tego, co w ostatnich dniach zyskał do euro.

Marek Woźny Dyrektorem Zarządzającym Application Services w Capgemini

Firma Capgemini poinformowała o zatrudnieniu Marka Woźnego na stanowisko dyrektora zarządzającego (Vice President / Managing Director) obszaru Application Services w firmie Capgemini Polska Sp. z o.o. należącej do grupy Capgemini, globalnego lidera wśród firm świadczących usługi konsultingowe, informatyczne i outsourcingowe.

Marek Wożny Managing Director obszaru Application Services w firmie Capgemini PolskaMarek Woźny posiada 20-letnie doświadczenie w obszarze doradztwa biznesowego i technologicznego. Jest specjalistą od zarządzania organizacjami i zespołami projektowymi świadczącymi usługi w zakresie projektowania, wdrożeń i utrzymania systemów informatycznych, outsourcingu IT, zarówno w lokalnych jak też międzynarodowych strukturach korporacyjnych.

Objęcie stanowiska dyrektora zarządzającego jest dla Marka Woźnego powrotem do organizacji, z którą jako Vice President / COO rozstał się pod koniec 2012 roku. Przez 12 lat jako konsultant zarządzający, dyrektor Działu Usług Technologicznych EEA/ERP, delivery and risk manager oraz jako dyrektor operacyjny, współtworzył obszar doradztwa technologicznego Capgemini w Polsce, walnie przyczyniając się do dynamicznego rozwoju firmy na terenie Polski i Europy Centralnej.

Wcześniejsze doświadczenia Marka Woźnego nabyte w takich firmach jak Deloitte & Touche, IFS i Prokom Software, wiążą sie między innymi z projektowaniem systemów informatycznych, sprzedażą i wdrożeniami systemów ERP/CRM oraz zarządzaniem zespołami konsultantów realizujących projekty doradcze w różnych sektorach i obszarach.

Od roku 2013 Marek Woźny prowadził własną działalność gospodarczą w zakresie doradztwa biznesowego i technologicznego, a od stycznia 2015 roku pełnił funkcję Prezesa Zarządu Advicom Sp. z o.o. – spółki celowej z Grupy Kapitałowej Jastrzębskiej Spółki Węglowej, stanowiącej zaplecze informatyczne i realizującej zadania związane z budową i obsługą spójnego systemu informatycznego dla całej Grupy JSW.

Jako dyrektor zarządzający obszarem Applications Services w Capgemini Polska Marek Woźny będzie odpowiadał za realizację strategii rozwoju usług firmy w Polsce. Application Services to jedna z trzech, obok Business Services oraz Infrastructure Services , jednostek organizacyjnych Capgemini w Polsce.

– Powrót do organizacji, z którą już wcześniej przez wiele lat współpracowałem jest dla mnie bardzo ekscytujący, tym bardziej, że następuje w niezwykle interesującym momencie. Obszar Application Services, za który odpowiadam, na przestrzeni ostatnich kilku podlegał zasadniczym zmianom. Powszechna cyfryzacja praktycznie każdego obszaru działalności naszych klientów, strategiczna rola olbrzymich ilości gromadzonych danych, możliwość odpowiedniego ich skonsolidowania i wykorzystania w procesie decyzyjnym, stanowią o przewadze konkurencyjnej. Dziś „aplikacje” to nie odrębne byty, które realizują ustalone na lata funkcje, lecz dynamiczne platformy elastycznie wspierające usługi czy procesy biznesowe, a nierzadko je kreujące. Do roli strategicznej urasta obszar zintegrowanego zarządzania informacją, jej obiegiem i odpowiednim wykorzystaniem, stąd też niezmiernie istotne stają się mechanizmy integracyjne i analityka predykcyjna bazująca na obróbce danych w czasie rzeczywistym. Wysokie kompetencje naszego zespołu konsultantów, analityków i programistów w połączeniu z doskonale przez nas rozumianymi nowymi potrzebami rynku, uprawniają do stwierdzenia, że Capgemini odgrywać będzie coraz większą rolę na krajowym rynku usług technologicznych. Od wielu lat konsekwentnie budujemy naszą pozycję rynkową dostarczając rozwiązania w obszarze zarządzania (np. CRM, ERP, BPM, integracja i zarządzanie aplikacjami). Mamy solidny potencjał do dalszego wzrostu, i to nie tylko w sektorach, w których od lat pracujemy (telekomunikacja, energetyka, sektor finansowy). Tym bardziej, że będąc członkiem działającej globalnie Grupy jesteśmy i będziemy w stanie przenosić na potrzeby rynku polskiego najlepsze światowe praktyki, rozwiązania i metodyki realizacji projektów. – komentuje Marek Woźny, dyrektor zarządzający Application Services, Capgemini Polska.

Marek Woźny jest absolwentem Wydziału Elektrycznego Politechniki Gdańskiej, ukończył z wyróżnieniem studia na De Montfort University w Leicester uzyskując brytyjski tytuł magistra zastosowań informatyki (MSc in Applied Informatics), jest również absolwentem podyplomowych studiów MBA Uniwersytetu Strathclyde w Glasgow, Uniwersytetu Gdańskiego i Gdańskiej Fundacji Kształcenia Menedżerów. Ukończył szereg kursów i szkoleń prowadzonych na zagranicznych uczelniach i w ramach międzynarodowych korporacji, posiada zdany egzamin dla kandydatów na członków do rad nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa.

Capgemini Polska zatrudnia już 6500 pracowników i jest jednym z największych inwestorów z sektora nowoczesnych usług dla biznesu w Polsce. Obszarami specjalizacji Capgemini są projekty transformacji przedsiębiorstw w oparciu o technologie informatyczne, outsourcing procesów biznesowych, usługi w zakresie infrastruktury IT oraz rozwój oprogramowania spełniającego indywidualne potrzeby biznesu.

Analiza zachowań użytkownika zwiększy bezpieczeństwo danych

Coraz więcej zdarzeń zagrażających bezpieczeństwu danych, ma miejsce wewnątrz sieci IT organizacji. Często jest to spowodowane nadużyciem uprawnień użytkownika z uprzywilejowanym dostępem. Cyberprzestępcy atakują zazwyczaj konta administratorów sieci, by za ich pośrednictwem uzyskać dostęp do poufnych danych firmy. Analiza zachowania użytkownika to rozwiązanie, które skutecznie pomaga przeciwdziałać naruszeniom danych i udaremniać ataki cyberprzestępców.

Stosowane powszechnie systemy zabezpieczeń mogą okazać się nieskuteczne w sytuacji, gdy użytkownik, np. pracownik danej firmy, współdziała z atakującym. Zaawansowane rozwiązania do zarządzania rejestrami zdarzeń, zapory sieciowe oraz systemy do zarządzania informacją i zdarzeniami bezpieczeństwa (SIEM – Security Information and Event Management) doskonale sprawdzają się w przypadku zwykłych użytkowników. Jednak są bezsilne w momencie, gdy trzeba powstrzymać osobę, która zgodnie z prawem otrzymała dostęp do serwerów firmy.

Analiza zachowań użytkownika (UBA – User Behaviour Analytics) to kluczowy element, który stanowi dodatkowy poziom ochrony zasobów firmy. Zwiększy bezpieczeństwo i wydajność organizacji przy jednoczesnym zmniejszeniu liczby ataków z wewnątrz sieci.

Każdy uprzywilejowany użytkownik sieci posiada swój charakterystyczny sposób funkcjonowania w danym środowisku – od tego, w jakich godzinach w ciągu dnia loguje się do sieci wewnętrznej firmy, jakich komend używa, korzystając z zasobów serwera, po specyficzny sposób pisania na klawiaturze i ruchy myszką. Urządzenie monitoruje typowe zachowania danego użytkownika, np. administratora IT i tworzy jego podstawowy profil zachowania. W ten sposób umożliwia w czasie rzeczywistym wykrywanie nieprawidłowości, odchyleń od „normy” i przeciwdziała naruszeniom danych oraz udaremnia ataki cyberprzestępców.

Analizując aktywność wszystkich użytkowników systemu IT oraz podejrzanych zdarzeń, organizacje zyskują wgląd w to, co rzeczywiście dzieje się w ich środowisku informatycznym. Mają możliwość wyeliminowania luk w zabezpieczeniach bez konieczności dodawania kolejnych rozwiązań mających na celu ochronę ich zasobów.

Posiedzenia Fed i Banku Japonii – najważniejsze wydarzenia tygodnia

0

– Wydarzeniem bieżącego tygodnia będzie niewątpliwie piątkowa decyzja banku Japonii o dalszym luzowaniu monetarnym w tym kraju – mówi Mateusz Groszek, młodszy analityk Admiral Markets. Więcej o samym posiedzeniu Banku Japonii, a także o spodziewanym środowym komunikacie po posiedzeniu Fed w wypowiedzi Mateusza Groszka.

Zgodnie z prognozami rynek inwestycyjny w Polsce zakończy rok z wynikiem 4 miliardów euro

Według raportu At a Glance Rynek Inwestycyjny w Polsce  Q2 2016 przygotowanego przez ekspertów z BNP Paribas Real Estate Poland, w drugim kwartale 2016 roku odnotowano największą w historii transakcję zakupu  udziałów  w Europie Środkowo-Wschodniej, której przedmiotem było 75% udziałów Echo Prime Properties należących do Griffin Real Estate. Portfolio, zawierające projekty handlowe i  biurowe nabyte zostało przez fundusz  South African Redefine za blisko 891 milionów euro. Transakcja ta stanowiła niemal 60% wolumenu umów zawartych w ostatnim kwartale. Ichcałkowita wartość przekroczyła 1,5 miliarda euro. Oznacza to czterokrotny wzrost w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku oraz trzykrotny w porównaniu do pierwszego kwartału.

55% wszystkich zawartych transakcji dotyczyło powierzchni handlowych. W większości przyczyniło się do tego nabycie centrów handlowych przez wcześniej wspomniany Redefine. Sektor biurowy  odpowiadał za 38% wolumenu transakcji, a pozostałe 7% przypadły sektorowi powierzchni magazynowych.

Pogorszenie się kluczowych wskaźników rynku biurowego (wzrost stopy pustostanów, spadek absorbcji) nie przeszkodziło w zawarciu znaczących transakcji na warszawskim rynku biurowym. Co więcej, w drugiej połowie roku powinna nastąpić finalizacja kolejnych umów.

Anna Staniszewska Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland
Anna Staniszewska Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland

Ten trend wynika z faktu, że  istnieją znaczne różnice pomiędzy dobrze zlokalizowanymi, prestiżowymi projektami, które rejestrują wysoki poziom wynajęcia, a nieruchomościami drugorzędnymi, odczuwającymi odpływ najemców.  Obecnie inwestorzy konkurują ze sobą o  projekty typu prime, oferujące zrównoważone stawki czynszów  w porównaniu do ich jakości i lokalizacji. – mówi Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate, CEE.

Inwestorzy kontynuowali masowe zakupy na regionalnych rynkach  biurowych,  w szczególności w Krakowie i Trójmieście. Zamknięcie kolejnych transakcji przewidywane jest po dokonaniu komercjalizacji aktualnie realizowanych projektów. Według prognoz BNP Paribas Real Estate Poland, całkowita wartość zawartych transakcji w roku 2016  będzie oscylować wokół  4 miliardów euro.

Drugi kwartał 2016 roku przyniósł obniżenie stóp kapitalizacji na rynku warszawskim. Ich poziom zmniejszył się do około 5,30-5,40%. Przewiduje się, że w sektorze handlowym transakcje sprzedaży również będą osiągać poziom poniżej 5,50%. Stopa zwrotu za projekty magazynowe i logistyczne o wysokim standardzie utrzyma się na poziomie 6,00-6,25%, jednak w niektórych przypadkach transakcje mogą zamknąć się na poziomie 5,50%. We wszystkich sektorach zauważa się odwrotny trend w przypadku projektów o podwyższonym ryzyku oraz nieruchomości typu „value-add”, gdzie pojawiają się atrakcyjne możliwości inwestycyjne.

Del Chandler, Dyrektor Zarządzający, Dział Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo-Wschodnia
Del Chandler, Dyrektor Zarządzający, Dział Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo-Wschodnia

Poziom stóp zwrotu uległ kompresji ze względu na łatwą dostępność do finansowania bankowego i brak produktów typu „core”. Widoczne jest natomiast poszerzenie zakresu cen za nieruchomości typu „value-add” i podwyższonego ryzyka. Pomimo wzrostu oprocentowania o około 0,5 punktu procentowego, spowodowanego nowym podatkiem bankowym, dostępność finansowania pozostanie wysoka. – komentuje Del Chandler, Dyrektor Zarządzający, Rynki Kapitałowe, BNP Paribas Real Estate, CEE.

Raport: Indeks Ryzyka Centrów Danych 2016

Polska zajmuje 15. miejsce w regionie EMEA oraz 22. na świecie w rankingu firmy Cushman & Wakefield, obejmującym 37 najważniejszych rynków globalnych. Ocenia on poziom ryzyka związanego z lokowaniem centrów danych. Kraje z czołowej trójki, charakteryzujące się najmniejszym ryzykiem, to Islandia, Norwegia oraz Szwajcaria.

Raport firmy Cushman & Wakefield Indeks Ryzyka Centrów Danych 2016 przedstawia ranking krajów rozwiniętych oraz wschodzących, sporządzony w oparciu o ocenę skali ryzyka związanego z funkcjonowaniem centrów danych. Tegorocznym badaniem zostało objęte 4,000 klientów na całym świecie. Autorzy raportu uwzględnili 10 czynników, w tym koszty energii, dostęp do wody, łączność internetową, łatwość prowadzenia działalności gospodarczej, poziom podatków oraz stabilność polityczną.

Raport firmy Cushman & Wakefield Indeks Ryzyka Centrów Danych 2016Zobacz raport

Zgodnie z danymi IDC cyfrowy wszechświat powiększa się niemal dwukrotnie co kilka lat i potrzeba dostarczania do klientów szybkich i dokładnych informacji znacznie zwiększa wymagania związane z infrastrukturą oraz zasobami. Indeks DCRI pomaga firmom podejmować przemyślane decyzje o lokowaniu centrów danych w celu poprawy efektywności, obniżenia kosztów i opracowania strategii służących ograniczeniu potencjalnego ryzyka.

Kraje europejskie nadal uważane są za najbezpieczniejsze lokalizacje do lokowania centrów danych i zajmują pięć czołowych pozycji w rankingu. Islandia, Norwegia, Szwajcaria, Finlandia oraz Szwecja oferują politycznie stabilne warunki do funkcjonowania centrów danych przy jednoczesnym niskim ryzyku związanym z możliwością wystąpienia klęsk żywiołowych oraz wysokim poziomie bezpieczeństwa energetycznego i udziale energii odnawialnej. Polska została ocenia jako kraj o średnim poziomie ryzyka wraz z Niemcami i Francją.  Charakteryzuje się niskim poziomem podatków korporacyjnych, niskimi kosztami pracy oraz niskim poziomem ryzyka związanym z możliwością wystąpienia katastrof naturalnych. Podobnie jednak jak Republika Czech oraz Bułgaria stoi przed największym wyzwaniem – zdecydowanym wzrostem udziału energii ze źródeł odnawialnych, których brak ogranicza możliwości rozwoju tych krajów.

Konkurencyjność i rozwój polskiej branży IT

Polski rynek IT nadal uważany jest za stosunkowo młody, a jego średnia wartość od kilku lat wzrasta o ok. 4 proc. rocznie. Wynika to między innymi z rosnącej otwartości na ewoluujące potrzeby rynkowe, czego efektem jest konkurencyjność i rozwój firm IT.

Z ostatniego raportu firmy analitycznej IDC wynika również, że dynamika tego wzrostu w 2016 roku może być o jeden procent większa i wynosić 5 proc. rocznie. Z kolei według prognoz firmy badawczej FMI, do 2020 roku rynek IT w Polsce będzie wyceniany nawet na 6 mld dolarów. Te dane wskazują, że rozwija się on bardzo dynamicznie, a przedsiębiorcy mają coraz większą świadomość biznesową i globalne aspiracje. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy liderem rynku. W rzeczywistości przed branżą IT w naszym kraju jeszcze długa droga, aby dołączyć do państw uważanych za najważniejsze ośrodki technologii informacyjnych.Tomasz Gibas, prezes Coders Center

Dystans technologiczny

Ranking „Bloomberg Innovation Index” wskazuje, że wśród krajów zaliczanych do światowej czołówki IT należy wymienić m.in. Koreę Południową, Japonię, Niemcy, Finlandię, Izrael czy Stany Zjednoczone. Jednak polskie firmy także przeznaczają coraz więcej środków finansowych na badania rozwojowe oraz skupiają się na rzeczywistych potrzebach klientów. Z tego względu to właśnie branża IT uznawana jest za prowodyra innowacyjności i sektor, w którym wprowadza się najwięcej nowatorskich, pionierskich produktów, o czym świadczy 23. pozycja w tym rankingu i awans o dwa miejsca w porównaniu z ubiegłorocznym zestawieniem.

Polskie firmy z branży IT stawiają na rozwój i innowacyjność, jednak ich ambicje nie ograniczają się jedynie do dominacji na rodzimych rynkach. Ich bezpośrednią konkurencją są międzynarodowe koncerny, z którymi trzeba walczyć o globalnego klienta. Ta walka nie jest prosta i dla wielu przedsiębiorstw w przeszłości skończyła się niepowodzeniem, jednak obecnie polskie marki są już coraz bardziej rozpoznawalne na całym świecie. Warto także pamiętać, że w rzeczywistości to konkurencja napędza rozwój całej branży – komentuje Tomasz Gibas, prezes Coders Center, firmy specjalizującej się w dostarczaniu rozwiązań z zakresu IT i nowych technologii.

Kluczem do sukcesu jest otwartość na zmieniające się potrzeby rynkowe, które polskie firmy zdają się dostrzegać. Nie bez powodu w naszym kraju przestaje dominować wyłącznie import, a coraz więcej uwagi skupia się na eksporcie technologii, usług i produktów. Rozwiązania technologiczne rodzimych firm trafiają do innych państw europejskich, Azji czy Ameryki.

Nie tylko niska cena

W niedalekiej przeszłości, tym co kierowało zagranicznymi inwestorami do skorzystania z usług polskich dostawców, była przede wszystkim niska cena. Obecnie ta sytuacja już się zmienia. Rodzimi specjaliści stają się coraz bardziej doceniani, głównie dzięki swoim kompetencjom, a także rozeznaniu rynkowemu. Oprogramowanie, które jest przez nich tworzone, nie tylko nie odbiega od globalnych standardów jakościowych, ale bardzo często także je wyprzedza. Przed branżą IT w Polsce jeszcze długa droga, jednak mamy już solidne podstawy, żeby uzyskiwać coraz lepsze wyniki w produkowaniu usług i rozwiązań technologicznych, co pomoże wzmocnić pozycję polskich firm na rynku IT.

Polskie firmy mogą szczycić się nie tylko konkurencyjnymi stawkami pracy. Naszą siłą są inwestycje w technologie i wdrażanie rozwiązań m.in. typu Enterprise takich producentów, jak: Sitecore, Episerver, Microsoft SharePoint, Adobe Experience Manager (wcześniej Adobe CQ), Magnolia CMS. Partnerstwa strategiczne i efektywne sieci sprzedaży są tym, co może doprowadzić firmę na sam szczyt, niezależnie od państwa, na terenie którego działa – dodaje Tomasz Gibas z Coders Center.

Polskie firmy mogą zapomnieć o kompleksie niższości, ponieważ jakość ich usług nie odbiega od międzynarodowych standardów jakości. Jednak tym co liczy się w tej branży jest przede wszystkim szybkość wprowadzania innowacyjnych pomysłów, ponieważ samo reagowanie na potrzeby rynkowe nigdy nie jest wystarczające. Jeśli polskie firmy chcą zdobyć lepszą pozycję na świecie, powinny się skupić na tym aspekcie działalności. Na szczęście wiele rodzimych przedsiębiorstw zdaje sobie z tego sprawę i właśnie dzięki temu wartość rynku IT w Polsce stale rośnie.

MZCh Organika SA – rekordowe wyniki za 2015 r.

Malborska Organika osiągnęła w 2015 r. znaczny wzrost rentowności biznesu i poprawę płynności finansowej. Jednostkowy zysk netto na poziomie ponad 3,3 mln zł wobec straty wielkości niemal 4,8 mln zł w 2014 r. został wypracowany na odbudowanym kapitale obrotowym. Rekordowa EBITDA spółki rzędu 14,8 mln zł jest dwukrotnie wyższa niż zeszłoroczna – 7,2 mln zł (wzrost o 106% rdr). Organika inwestuje w bezpieczeństwo biznesu optymalizując zakupy surowca i wdrażając zintegrowany system informatyczny SAP.

Wszystkie spółki produkcyjne Grupy Kapitałowej Organika, oprócz rosyjskich, odnotowały
w 2015 r. zysk i EBITDĘ na plusie. Dobra koniunktura na rynku meblarskim
i motoryzacyjnym, dywersyfikacja produkcji do kolejnych gałęzi przemysłu oraz rosnący
w strukturze sprzedaży udział produktów głębiej przetworzonych złożyły się na znaczny wzrost rentowności biznesu i najlepsze od lat wyniki.

– Wykorzystaliśmy najlepiej jak można restrukturyzację i sprzyjającą koniunkturę rynkową. Mamy apetyt na zwiększenie udziałów w rynku mimo osłabienia złotówki i wzrostu niepewności w gospodarce. Pracujemy nad zwiększeniem siły nabywczej Grupy poprzez dalszą centralizację  zakupów surowca oraz wydłużanie horyzontu planowania, co umożliwia dokonywanie zakupów w większych partiach na zoptymalizowanych warunkach.
W przyszłości w administrowaniu tym procesem, jak również oczywiście w zarządzaniu wszystkimi obszarami działalności,  pomoże nam inwestycja w zintegrowany system zarządzania SAP, dostosowany do charakterystyki biznesu Organiki
– Dariusz Kwieciński, prezes zarządu MZCh Organika SA.

Wdrożenie systemu wspierającego zarządzanie jest naturalną kontynuacją kultury ciągłego doskonalenia funkcjonującego w Organice od ukonstytuowania LEO (Lean Enterpise ORGANIKA) – własnego systemu zarządzania, koncentrującego działania na wzroście efektywności we wszystkich wymiarach. W szczególności stale „dostrajane” do rynku, planowanie produkcji i wzrost efektywności kosztowej przynoszą efekty w postaci większej konkurencyjności i elastyczności oferty spółki. Po wdrożeniu SAP planowanie produkcji zyska cenne narzędzie umożliwiające dalszą optymalizację dziennych wylewów pianki zharmonizowaną z minimalizacją zapasów oraz jak najefektywniejszym wykorzystaniem zasobów kadrowych. W 2015 r. Organika wzmocniła swój zespół 32 osobami, a w bieżącym roku, w odpowiedzi na zwiększony poziom zamówień i wzrost udziału produkcji głębiej przetworzonej, nadal rekrutowani są nowi pracownicy.

Rozmowa z Adamem Dębowskim, psychologiem biznesu o podejmowaniu trafnych decyzji

Jak radzić sobie ze stresem podczas dokonywania wyborów dotyczących pieniędzy? Dlaczego jest nam trudno zacząć oszczędzać? Co sprawia, że uznajemy usługę finansową za wiarygodną?

Adam Dębowski, psycholog biznesu
Adam Dębowski, psycholog biznesu

Rozmowa z Adamem Dębowskim, psychologiem biznesu, współwłaścicielem trzech przedsiębiorstw i doradcą w zarządzaniu ludźmi i zmianą.

Redakcja: Nierzadko przy podejmowaniu decyzji finansowych ludziom towarzyszą silne emocje. Czy zawsze zaciemniają one nasz osąd?

Adam Dębowski: Tak naprawdę zależy to od dwóch rzeczy: od rodzaju i intensywności emocji. Wyobraźmy sobie skalę, na której rozkładają się nasze emocje. -10 to totalna depresja, połączenie żalu, smutku, wściekłości. Z kolei +10 to entuzjazm, radość, pełne zadowolenie z życia. Zero to swoiste zawieszenie, ani w tę, ani w tamtą stronę. Wszyscy, w każdym dniu swojego życia przesuwamy się po podobnej emocjonalnej skali. Te +10 moglibyśmy określić u niektórych ludzi jako zbyt duży poziom entuzjazmu przy podejmowaniu decyzji finansowych, bo może się zdarzyć, że zbyt wiele pozytywnych emocji przesłoni nam ogląd sytuacji.

Hurraoptymizm?

Młodzi ludzie nazywają to “hajpem” [od ang. słowa “hype” – szum; przyp.red.]. To takie nakręcenie się na to, że projekt się uda. Przekonanie, że mogę zrobić megastart-up, błyskawicznie wzbogacić się na giełdzie albo zdobyć wielkie pieniądze dzięki zmianom kursowym. Ludziom na tym megaoptymizmie da się bardzo dużo sprzedać, ale osoby, które podejmują decyzje w takim stanie, często są później zawiedzione. Jeśli założymy, że +10 na naszej skali to zbyt skrajne emocje do podejmowania decyzji, to zdrowe emocje plasują się gdzieś pomiędzy +5 a +9. Natomiast jeśli chodzi o emocje po lewej stronie naszej skali, to dla niektórych osób pewne wycofanie, np. na poziomie -2 lub -3, czasami może być paradoksalnie dobre. Człowiek w takim stanie zmusza się nierzadko do jakiejś refleksji dotyczącej tego, co poprawić, co zmienić. Można by więc powiedzieć, że taka właśnie intensywność i rodzaj emocji jest pożądany przy podejmowaniu ważnych decyzji. Istotne, żeby nie schodzić już niżej na tej skali.

Jak można nazwać takie emocje?

Znajdą się osoby, które powiedzą, że dla nich -2 to racjonalizm, podczas gdy inny człowiek może powiedzieć: “Stary, ty po prostu szerzysz defetyzm, myślisz negatywnie i nie da się w ogóle z tobą gadać!”. Są to więc bardzo indywidualne kwestie. Przede wszystkim każdy sam powinien określić, jaki poziom emocji jest dla niego optymalny do dokonywania wyborów. Jeśli nie umiemy zrozumieć i uszeregować naszych emocji według choćby takiej uproszczonej hierarchii, to wówczas nawet odczuwając lekki niepokój, na poziomie powiedzmy -2 lub -3, nie zdecydujemy się na podjęcie ryzyka i być może stracimy dobre okazje. Względnie niewysokie ryzyko możemy uznać za przerastające nas.

Czyli nawet, jeśli ryzyko nie było zbyt duże, to nie zdecydowaliśmy się poczynić kroku naprzód?

Tak jest. W tym przypadku, w metodologii, w której ja pracuję, tzw. Change Value Process, mówimy, że podejmowanie decyzji to tak naprawdę zarządzanie obawami. Każdy człowiek, nawet jeżeli się nie przyznaje, ma obawy. Potwierdza to moje doświadczenie jako psychologa, przedsiębiorcy i coacha. Wiele osób, nawet wysoko postawionych dyrektorów czy prezesów, nie przyznaje się do niepewności i lęków. A one mogą być dla nas mądrymi podpowiedziami, a nie czymś, co buduje nam ciśnienie i po pewnym czasie przerasta. Nierzadko widzimy przecież, że nie potrafiąc zarządzać obawami, nawet inteligentna, doświadczona i zamożna osoba może podjąć może nieracjonalną, dziecinną decyzję.

Porozmawiajmy zatem o podejmowaniu decyzji. Kiedy wybieramy dostawcę usług finansowych, np. kantor wymiany walut albo bank, na ile kierujemy się zimną kalkulacją, a na ile opieramy się na naszym wyobrażeniu o reputacji danej instytucji?

Im mniej jesteśmy przygotowani, im mniej poświęcimy czasu na zastanowienie się nad tym, czego potrzebujemy, do jakiej firmy się kierujemy i o co nam w ogóle chodzi – tym bardziej jesteśmy podatni na emocjonalne decyzje i na to, że doświadczony sprzedawca może to wykorzystać. Część osób posądzi takich sprzedawców o manipulację. Część natomiast powie, że po prostu dobrze wywiązują się ze swoich zadań zawodowych, bo potrafią ukierunkować klienta. Z jednej więc strony powinniśmy mieć skonkretyzowane oczekiwania od danej instytucji, czyli po prostu wiedzieć, po co się do niej idzie. Z drugiej strony pamiętać należy też o tym, żeby nie nastawiać się zbyt sceptycznie. Ludzie mają często wdrukowane negatywne opinie o doradcach czy przedstawicielach instytucji finansowanych, widząc ich jako manipulatorów czy wręcz oszustów, przy czym oczywiście część z tych opinii jest poparta jakimś faktycznym doświadczeniem życiowym.

Myśli Pan, że to rzeczywiście uzasadnione?

Prowadząc szkolenia w dziesiątkach firm, widzę, że na rynku zaczynają dominować osoby rzetelnie i uczciwie podchodzące do swojej pracy. Trudno oczywiście jasno powiedzieć, jaki procent sprzedawców czy doradców jest nastawiony na wykorzystywanie swoich klientów. Uczciwi są jednak większością, a trend z całą pewnością jest pozytywny. Rośnie też świadomość klientów. Ta świadomość jest jednak dwojaka: z jednej strony klienci zadają coraz więcej pytań i są coraz bardziej wyedukowani. Z drugiej strony pojawia się też grupa klientów tak przeładowana negatywnymi wyobrażeniami, że nie jest w stanie nikomu zaufać.

Podkreśla Pan wagę zaufania jako wiodącej wartości w biznesie. Jak wygląda proces budowania przez markę zaufania u klientów?

Jest kilka poziomów budowania zaufania przez firmę. Pierwszy to taki, który nazwałbym działaniem zewnętrznym. Jeśli marka jest rozpoznawalna i znane osoby pojawiają się przy niej i polecają ją, to na pewno tzw. klient masowy będzie miał większe zaufanie do niej. Odbywa się to w myśl zasady “znam – mogę zaufać”. Drugi poziom jest taki, że jeszcze nie doświadczyłem działania produktu, ale już wiem, że on działa. Czyli zaufanie bierze się z tego, że jako firma pokazujemy nasze wyniki, komu pomogliśmy, tłumaczymy w jaki sposób. Mogą to być formy edukacyjne, czyli np. pokazywanie nie tylko znanych osób w reklamach, ale też prawdziwych klientów, którzy zwyczajnie korzystają z naszych usług.

To pachnie trochę wystawianiem sobie samemu laurki. Skąd wiemy, co naprawdę klienci myślą o marce?

Współcześnie da się błyskawicznie uzyskać informację zwrotną od klientów przez media społecznościowe. Szybkie reagowanie na sugestie i pomysły klientów pomaga marce zbliżać się do użytkowników i budować zaufanie. Kolejny poziom zaufania pojawia się, kiedy mam już styczność z produktem czy usługą danej marki. W przypadku waszych usług, klient ma styczność z Cinkciarz.pl na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to kontakt z samą platformą, z narzędziem do wymiany walut. Druga to styczność z osobami stojącymi za tym narzędziem, czyli np. z obsługą klienta. W momencie, kiedy stykam się z samym portalem, z techniczną stroną, to oceniam wówczas tzw. usability [ang. użyteczność – przyp.red.], czyli czy wszystko działa, czy się nie wiesza, itp. Warstwa druga to reakcja obsługi klienta w przypadku, kiedy mam pytania lub natknę się na jakąś trudność. Jak łatwo uzyskać mogę szybką odpowiedź na moje wątpliwości? Jeszcze kolejny poziom następuje, kiedy już skorzystałem z usługi. Reklamujecie szereg wartości, np. atrakcyjne kursy, niskie ceny zakupu waluty, a ja jako użytkownik mogę samemu zweryfikować, czy te korzyści są dla mnie istotnie takie, jak mówiono w reklamie.

Wydawać by się mogło, że to wszystko takie proste. Jakby istniał jakiś algorytm wiarygodności…

Jeśli mam kontakt z przedstawicielem firmy, to na zaufanie ma wpływ też jakość tego kontaktu: czy człowiek, który mi doradza, zna się na tym, o czym mówi? Czy jest profesjonalistą w zakresie wiedzy na temat oferowanych usług? Czy zadbał o mnie jako klienta? Czy obsłużył mnie automatycznie, czy też dostrzegł we mnie drugiego człowieka? Największy poziom zaufania marka uzyskuje, kiedy ja jako klient mam jakiś problem, techniczny lub merytoryczny, a osoba z firmy nie tylko odpowie sprawnie i szybko, ale będzie chciała też zadbać o jakieś dodatkowe korzyści, wartości dla mnie, którymi mnie zaskoczy.

Wspominał Pan o kwestii cen. Czym z punktu widzenia psychologii różni się oszczędzanie od polowania na niskie ceny?

Psychologicznie konsekwentne oszczędzanie jest trudniejsze niż łowienie promocji. Korzyść wynikająca z zaoszczędzenia na promocji daje nagrodę tu i teraz. Oszczędzanie wymaga od człowieka wybiegnięcia w przyszłość, wykonania świadomego procesu, który pokaże nam korzyści nie tu i teraz, ale nawet za kilka lat. Według obserwacji psychologów, zaledwie od kilku do kilkunastu procent osób potrafi myśleć przyszłościowo. Większość funkcjonuje kategoriami “tu i teraz” i nie są w stanie ustanawiać sobie długoterminowych celów. Ludzi sukcesu od tzw. “zwykłych ludzi”, którzy żyją na średnim poziomie, różni właśnie m.in. to, że są w stanie zastanawiać się nad przyszłością i ją zaplanować.

Co “zwykły człowiek” może zrobić, żeby ukierunkować swoje myślenie na przyszłość? Jak uczynić pierwszy krok?

Pierwszy krok to refleksja: po co mi planowanie długoterminowe? Jakie wartości może wnieść takie funkcjonowanie? Nie musimy od razu zacząć oszczędzać i inwestować, ale warto zacząć o tym świadomie myśleć. Drugi krok to odpowiedź na konkretne pytanie: jakie mam realne korzyści z tego, że rozpatruję moją sytuację życiową w długiej perspektywie? Warto czasem odbyć taką podróż w przeszłość i uświadomić sobie, że np. trzy lata temu myślałem o mieszkaniu lub o nowej pracy, a te trzy lata już minęły. I nagle okazuje się, że trzy lata to krótki okres. Jeśli przyjmiemy taki punkt widzenia mówiąc w 2016 r., to rok 2020 jest już zaraz. Uświadamiając sobie, że trzy lata to krótko, zaczynamy rozumieć, że warto oszczędzać, bo korzyści z tego realnie wpłyną na nasze życie, a przyjdą szybko. Szybciej niż nam się wydaje.

No właśnie, szybko… Szukając oszczędności na wymianie walut, np. mając kredyt w obcej walucie albo prowadząc działalność gospodarczą, nierzadko trzeba podejmować decyzje natychmiast. To czasem tworzy presję, stan napięcia. Jak zachować zdrowy rozsądek w takich momentach?

Podzieliłbym rozwiązania na zewnętrzne i wewnętrzne. Zewnętrzne to takie, które musimy mieć zaplanowane w kalendarzu. To np. czas, który ja nazywam momentem oazy albo spokoju. Idziemy wtedy w miejsce odosobnienia: do swojego gabinetu, na spacer, albo poćwiczyć i wyłączamy telefon. Drugie zewnętrzne rozwiązanie to regularna współpraca z zaufaną osobą: z przyjacielem, współpracownikiem albo oficjalnym, zewnętrznym coachem lub mentorem, z którym mogę przedyskutować dowolny temat.

Co mogą wnieść regularne rozmowy z kimś takim?

Ludzie, którzy mają do podjęcia wiele decyzji, np. stale inwestują lub kierują zespołami, kiedy nie mają z kim porozmawiać o swoich wyzwaniach, czują się bardzo samotni i przeciążeni. Możliwość “wygadania się” okazuje się bardzo niedoceniona, co obserwuję niezwykle często pracując z dyrektorami i prezesami. Druga sfera rozwiązań to ta wewnętrzna. Każdy powinien odpowiedzieć sobie na pytanie: co jest moim wewnętrznym akumulatorem?

Po co nam inna niż finansowa motywacja do pracy?

Każdy powinien to odnaleźć. Jeśli głównym motorem napędowym jest sam pieniądz, to istnieje duże niebezpieczeństwo, że nasze ego potraktuje dążenie do niego jak narkotyk. Możemy wpaść w pułapkę, w której okaże się, że tylko podnoszenie zysku nas wynagradza, a na brak stałego powiększania profitów zareagujemy poczuciem narkotycznego wręcz głodu, poczuciem porażki, cierpieniem. Musimy zatem mieć co najmniej jedną dodatkową motywację, drugi akumulator, który motywuje nas do pracy. Potrzebujemy czegoś, co uświadomi nam, że nie tylko coraz większy zysk jest ważny, a np. również budowanie marki firmy, dobro naszej rodziny i współpracowników, spełnianie wyższych ambicji.

Wszystko, o czym mówiliśmy, ma wspólny wątek: dążenie do rozumienia siebie….

To jest istotne dla wszystkich: od początkujących sprzedawców czy doradców, po prezesów największych firmy. Im mniejsza nasza samoświadomość, tym trudniej będzie nam na kolejnych etapach rozwoju zawodowego i przy podejmowaniu jakichkolwiek decyzji, nie tylko finansowych.

Dziękujemy za rozmowę.

Na Światowe Dni Młodzieży wydamy 200 mln zł. Ale zarobić możemy jeszcze więcej

Organizacja Światowych Dni Młodzieży ma kosztować nawet 200 mln zł, sam Kraków wyda jedną trzecią tej kwoty. Ten wkład może się jednak opłacić. Pielgrzymi z zagranicy zostawią w Polsce prawie pół miliarda złotych. Trzeba tylko uważać, by nie skończyło się jak w Brazylii, gdzie Kościół musiał wyprzedawać swój majątek, żeby pokryć długi zaciągnięte na organizację imprezy.

Ile osób pojawi się w Krakowie podczas obchodów Światowych Dni Młodzieży? Oficjalnie zarejestrowało się niespełna 400 tys. pielgrzymów, ale jak podkreśla rzeczniczka ŚDM Dorota Abdelmoula, tylko niewielka część pielgrzymów to robi, reszta przyjeżdża na ostatnią chwilę, bez zapisywania się. – Żeby spróbować oszacować liczbę pielgrzymów obecnych podczas wydarzenia, trzeba liczbę zarejestrowanych osób pomnożyć przez trzy, a czasem nawet i więcej – tłumaczy Abdelmoula.

Zdaniem organizatorów realna liczba katolików, chcących spotkać się z papieżem Franciszkiem, może sięgnąć 1,5 miliona. To mniej więcej tyle samo, co podczas podobnej imprezy zorganizowanej pięć lat temu w Madrycie. Oficjalne raporty mówiły wówczas o 400 tysiącach, a ostatecznie w stolicy Hiszpanii zjawiło się prawie cztery razy więcej pielgrzymów.

– Na mszy otwarcia spodziewamy się około pół miliona osób, a Ojca Świętego w czwartek powinno witać około 700 tys. młodych ludzi – szacuje rzeczniczka Światowych Dni Młodzieży. – Sobotnie czuwanie to już około miliona wiernych, a punkt kulminacyjny i msza odprawiana przez papieża Franciszka w niedzielę to około 1,5 miliona osób.

Oficjalnych kosztów organizatorzy nie chcą podawać. – O finansach będziemy mogli rozmawiać dopiero po zakończeniu Światowych Dni Młodzieży, co zresztą wielokrotnie powtarzał już kardynał Stanisław Dziwisz – ucina Dorota Abdelmoula.

Dlatego postanowiliśmy koszty oszacować samodzielnie. Komitet Organizacyjny ŚDM jeszcze u progu przygotowań zapewniał, że nie chce przekroczyć kwoty, którą na organizację wydali Hiszpanie. – To właśnie ta edycja jest dla nas od początku punktem odniesienia – przyznaje rzeczniczka ŚDM.

Spotkanie papieża (wówczas jeszcze Benedykta XVI) z młodzieżą w Madrycie w 2011 r. kosztowało ok. 50 mln euro (nieco ponad 200 mln zł). W Sydney w 2008 r. organizatorzy wydali równowartość 250 mln zł.

Można więc zakładać, że i tym razem organizacja imprezy pochłonie podobną kwotę, tym bardziej że i liczba pielgrzymów będzie podobna. To właśnie frekwencja jest decydująca w ostatecznym ustaleniu kosztów. „Skala wydatków będzie dostosowana do wysokości wpływów ze składek partycypacyjnych. Generalnie koszt organizacji ŚDM 2016 będzie zależeć od liczby uczestników” – informowali organizatorzy kilka miesięcy temu.

Składki partycypacyjne to tzw. pakiety pielgrzyma. Każdy, kto przyjedzie do Krakowa, może wybrać, którą wersję pakietu wybiera. Niektóre zawierają np. zakwaterowanie, wyżywienie, transport, ubezpieczenie i materiały informacyjne (tzw. plecak pielgrzyma), a niektóre to zaledwie ubezpieczenie i plecak pielgrzyma. Każdy pakiet może być wykupiony na cały tydzień, od piątku do poniedziałku, lub tylko na weekend. Najtańsza wersja kosztuje 15 euro, a najdroższa – nawet 200.

Według najnowszych informacji z komitetu organizacyjnego pakiety wykupiło już około 400 tys. pielgrzymów. Przyjmując średnią cenę pakietu na poziomie 50-60 euro, już daje to 20 mln euro przychodu. Dodatkowo Episkopat zadecydował, że przeprowadzi cztery zbiórki na tacę w polskich kościołach, które przeznaczy na organizację ŚDM.

Swoje dołoży również Kraków. – Koszt zadań inwestycyjnych związanych z ŚDM to 51 mln zł. Do tego trzeba doliczyć kilkanaście milionów złotych wydatków na obsługę samego wydarzenia – informuje money.pl Jan Machowski z Urzędu Miasta Krakowa. – Ten wydatek w kwocie 18 mln zł ma zostać zwrócony z budżetu centralnego poprzez wojewodę małopolskiego.

W sumie koszty powinny zamknąć się w kwocie ok. 250 mln zł.

Wydatki to jedno, ale zagraniczni pielgrzymi w Krakowie zostawią sporo pieniędzy. Z szacowanych 1,5 miliona osób mniej więcej jedna trzecia ma przyjechać z innych krajów. Wiele z nich będzie się stołować w krakowskich restauracjach, zechce zwiedzić muzea czy korzystać z komunikacji miejskiej. A to oznacza spore przychody dla miasta.

Jakie? Miejscy urzędnicy w jednym ze swoich raportów na temat turystyki w Krakowie zbadali m. in. kwoty, jakie zostawiają w mieście przyjezdni. Obcokrajowiec w stolicy województwa małopolskiego wydaje średnio 935 zł (dane za 2015 rok). Ta liczba pokrywa się z tym, co zakładali organizatorzy ŚDM, którzy liczyli na wydatki ok. 250 euro w przeliczeniu na jednego pielgrzyma z zagranicy. Turyści spoza Polski, przy założeniu że będzie ich około 500 tys., zostawią w Krakowie prawie pół miliarda złotych.

Do tego Polacy, którzy stanowią większość uczestników imprezy, wydają średnio w Krakowie około 270 zł, co daje dodatkowe 270 milionów zł. Kraków przez ten lipcowy tydzień wzbogaci się więc o ok. 750 mln zł.

autor: Jakub Ceglarz

500+ już widoczny w zakupach, ale jeszcze nie w inflacji

Efekt wprowadzenia programu „Rodzina 500+” zaczyna być coraz bardziej widoczny w placówkach handlowych. Beneficjentom przekazano już 5 mld zł.  Środki te wsparły obroty handlowe zwłaszcza w czerwcu tego roku, kiedy to sprzedaż detaliczna zwiększyła się o 6,5 proc. r/r (w cenach stałych). Pomimo rosnącego popytu, deflacja cen pozostaje obecna w polskiej gospodarce. Inflacja sięgnęła -0,8 proc. r/r w czerwcu tego roku i zgodnie z prognozą Coface pogłębi się do -0,9 proc. w lipcu 2016 r.

Grzegorz SIELEWICZ, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej
Grzegorz SIELEWICZ, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej – Coface

Program 500+ a sprzedaż w czerwcu 2016 r.

Spośród 17 mld zł planowanych do przekazania gospodarstwom domowym w ramach programu „Rodzina 500+” w tym roku, w ciągu pierwszych trzech miesięcy jego obowiązywania przekazano już 5 mld zł. Pozytywny wpływ programu na obroty firm handlowych potwierdzają czerwcowe dane o sprzedaży detalicznej, kiedy to w wielu przypadkach nastąpiła wypłata skumulowanego trzymiesięcznego świadczenia. Szacunki Coface zakładają, że wpływ „Rodziny 500+” będzie zauważalny w kolejnych danych obrazujących konsumpcję gospodarstw domowych, zwłaszcza w trzecim, a także częściowo czwartym kwartale tego roku, po czym jego efekt będzie w pewnej mierze wygasał nadal jednak wspierając wydatki konsumentów.

Dynamika sprzedaży detalicznej prowadzonej w niewyspecjalizowanych sklepach (jak Główny Urząd Statystyczny definiuje m.in. supermarkety), pozostanie dwucyfrowa w kolejnych miesiącach, a zwiększone obroty będą w znacznym stopniu rekompensować nowe obciążenie podatkowe, jakim większe podmioty handlu detalicznego maja być objęte po 1 września tego roku. Jednocześnie rosnący popyt gospodarstw domowych nie jest wyłącznie zasługą wydatków ze świadczeń programu „Rodzina 500+”. Trwającą poprawę na rynku pracy potwierdza stopa bezrobocia sięgająca 8,8 proc. w czerwcu tego roku, która w kolejnych miesiącach jeszcze się obniży, pokonując przedkryzysowe wartości bezrobocia z 2008 r. Ponadto, wzrost wynagrodzeń nabiera na sile osiągając 5,3 proc. r/r w zeszłym miesiącu, czyli najwyższej dynamiki od ponad 4 lat. W obliczu rosnącego popytu gospodarstw domowych konsumpcja prywatna wzrośnie o 5,2 proc. w trzecim kwartale i o 4,5 proc. w czwartym kwartale 2016 r., zgodnie z prognozami Coface.

Deflacja cen pozostaje obecna w polskiej gospodarce

Deflacja pozostaje obecna w polskiej gospodarce już od dwóch lat i nawet pomimo rosnącego popytu ujemne odczyty inflacji będą notowane w kolejnych miesiącach. Zgodnie z prognozą Coface inflacja osiągnęła -0,9 proc. r/r w lipcu tego roku, a dodatnie wartości zostaną odnotowane dopiero począwszy od ostatnich miesięcy 2016 r. Wychodzenie z deflacji wspiera stopniowy wzrost cen żywności i napojów, których udział w koszyku inflacyjnym jest największy – na poziomie przekraczającym 24 proc. Niemniej jednak niskie ceny surowców na rynkach światowych wciąż ograniczają wzrost inflacji. W ślad za taniejącą ropa naftową, ceny paliw detalicznych na polskich stacjach benzynowych zmniejszyły się od początku czerwca tego roku neutralizując szczyt cen paliw pojawiający się zazwyczaj w miesiącach wakacyjnych. Zawirowania w gospodarce globalnej, nadpodaż ropy przy ograniczonym popycie nadal będą należeć do zewnętrznych czynników przyczyniających się do ograniczonego wzrostu inflacji.

Na co zwrócić uwagę przy kupowaniu działki budowlanej

Investors TFI: Sytuacja na rynku polskich obligacji i złotego będzie stabilna

CEO Magazyn Polska

Minihossa na polskich dziesięcioletnich papierach skarbowych, z którą mieliśmy do czynienia w ostatnim czasie, świadczy o powrocie do normalności – uważa Jarosław Niedzielewski, dyrektor w departamencie inwestycji Investors TFI.  Ekspert przypomina, że oprocentowanie polskich obligacji w ciągu ostatniego roku w zasadzie się nie zmieniło. Dodaje, że zarówno na krajowym rynku obligacji, jak i na walutowym w najbliższych tygodniach sytuacja powinna być stabilna.

Inwestorzy zagraniczni na krajowym rynku obligacji w ciągu ostatnich kilku miesięcy zwracali uwagę przede wszystkim na duże ryzyko polityczne oraz niepewność – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Niedzielewski, dyrektor departamentu inwestycji w Investors TFI. – Moim zdaniem były to trochę na wyrost. Minihossa na polskich papierach skarbowych w ostatnich tygodniach świadczy o tym, że zaczynamy wracać do normalności.

W ciągu ostatniego roku oprocentowanie polskich dziesięcioletnich obligacji skarbowych w zasadzie się nie zmieniło. Podobnie jak w sierpniu 2015 roku tak i obecnie wynosi ono nieco ponad 2,9 proc. w skali roku. Najwyższe było w połowie grudnia ubiegłego roku i czerwca bieżącego roku, momentami dochodząc do 3,25 proc. Najniższe natomiast odnotowano w październiku 2015 roku (2,6 proc.).

Ostatni miesiąc był bardzo dobry, natomiast poprzednie były mniej korzystne – komentuje Jarosław Niedzielewski. – Biorąc pod uwagę to, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej, na przykład na obligacjach niemieckich, gdzie trwa permanentna hossa i coraz niższe rentowności można stwierdzić, że w Polsce się trochę odseparowaliśmy od głównych rynków ze względu na duże niepewności oraz ryzyka.

Na dojrzałych rynkach obecnie oprocentowanie dziesięcioletnich papierów skarbowych najwyższe jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie za nabycie tego rodzaju papierów Rezerwa Federalna płaci 1,59 proc. w skali roku. Ujemnym natomiast objęte są m.in obligacje emitowane przez Niemcy (-0,2 proc.) oraz Japonię (-0,23 proc.). Francja za swoje papiery płaci 0,22 proc., Kanada – 1,11 proc., Wielka Brytania – 0,83 proc., a Włochy – 1,24 proc.

W kwietniu tego roku po raz pierwszy od kilkunastu lat rentowność denominowanych w forintach papierów węgierskich z terminem wykupu w październiku 2027 roku była niższa niż krajowych obligacji skarbowych i wyniosła 2,93 proc. (wobec 2,97 proc.). Zmianę spowodował wzrost popytu po tym, jak bank centralny tego kraju zaskoczył rynek, nieoczekiwanie obniżając po raz pierwszy od ośmiu miesięcy stopy procentowe. Od tego czasu oprocentowanie węgierskich papierów spadło o 9 pkt. bazowych. W tym czasie rentowność polskich obligacji wzrosła o 12 pkt.

W porównaniu z Węgrami nasze rentowności nie powinny być na takim samym poziomie albo nawet na wyższym, tylko biorąc pod uwagę stan naszej gospodarki i jej możliwości zdecydowanie niższe – uważa Jarosław Niedzielewski.

Jego zdaniem podobnie jak w przypadku krajowej giełdy obserwujemy ostatnie miesiące niepewności dotyczące złotego. Sytuacja na rynku walutowym wraca bowiem do normalności.

Nie powinniśmy widzieć dalszego istotnego osłabienia naszej waluty – twierdzi Jarosław Niedzielewski. – Zyskowność firm eksportujących cały czas jest bardzo wysoka. Jeżeli jeszcze by wzrosła, to mogłoby to spowodować nierównowagę w całej gospodarce. Nie sądzę, żebyśmy mieli do czynienia w najbliższym czasie z długotrwałą falą osłabienia złotego. Nie ma ku temu makroekonomicznych podstaw. Jest wyłącznie sentyment inwestorów, który szybko może zmienić. I to już w najbliższych miesiącach.

Hiszpańska gospodarka staje na nogi, ale światowe niepokoje mogą ją podciąć

CEO Magazyn Polska

Od przeszło dwóch i pół roku hiszpański sektor usług nieprzerwanie rośnie, co miesiąc pokazując wskaźnik nastrojów powyżej 50 pkt. Pierwsze półrocze zamknęło się rekordowym wynikiem dzięki wzrostowi aktywności biznesowej, rosnącej liczbie nowych firm i miejsc pracy. Analitycy podkreślają jednak, że optymizm hiszpańskich przedsiębiorców i oparte na nim zaufanie zmierzone zostały w większości przed referendum w Wielkiej Brytanii. Przyszłotygodniowe dane za lipiec pokażą, na ile te dobre nastroje były trwałe.

– Wskaźnik PMI dla hiszpańskiego sektora usług wzrósł w czerwcu bieżącego roku do 56 punktów z 55,4 punktów w maju, wskazując najszybszą od listopada 2015 roku dynamikę wzrostu aktywności biznesowej – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Zuzanna Gołębiewska, dyrektor Biura Polsko-Hiszpańskiej Izby Gospodarczej. – Tym samym jest to kolejny 32. miesiąc wzrostu.

Pod kreską, czyli poniżej granicy 50 pkt wskaźnik po raz ostatni znalazł się w październiku 2013 r. Za czerwiec tego roku spodziewano się wyniku 55,2 pkt, wyraźnie niższego od rzeczywistego odczytu. To zasługa zwiększonej aktywności biznesowej i związanego z nią popytu na nowych pracowników. Indeks zatrudnienia podskoczył w czerwcu do 55,7 pkt z 52,3 pkt w maju – pokazało badanie firmy Markit Economics, w której powstał raport. Dodatkowo w redukcji bezrobocia pomógł trwający sezon turystyczny.

– Obserwujemy również obecnie najwyższy wskaźnik tworzenia nowych miejsc pracy od lipca 2007 roku, szybszy wzrost aktywności biznesowej i liczby nowych zamówień, jak również to, że wskaźnik inflacji kosztów pozostaje bez zmian od maja, a koszty produkcji wzrosły nieznacznie – wylicza przyczyny wzrostu pozytywnych nastrojów Gołębiewska.

Jednak według Markit Economics, nad tymi dobrymi wskaźnikami zawisł cień: ankiety były przeprowadzane przed wyborami w Hiszpanii, które odbyły się 26 czerwca oraz – zwłaszcza – przed referendum w Wielkiej Brytanii. Przedsiębiorcy wyrażali wówczas nadzieję, że szybkie odrodzenie w gospodarce będzie możliwe dzięki stabilizacji sytuacji w kraju i poza jego granicami. Tymczasem wybory wygrała ponownie Partia Ludowa Mariano Rajoya, zyskując wprawdzie o 14 mandatów więcej, ale wciąż bez szans na większość i z matematycznymi szansami na koalicje z tymi samymi partiami, co przed powtórką wyborów. Wynik referendum w Wielkiej Brytanii zaś może mieć jeszcze większy wpływ na nastroje hiszpańskiego sektora usług.

– PMI na poziomie 56 punktów, czyli powyżej granicy oddzielającej wzrost aktywności gospodarczej od jej spadku, będąc wskaźnikiem wyprzedzającym, może świadczyć o w miarę dobrej koniunkturze – przekonuje Gołębiewska.

W 2015 r. PKB Hiszpanii wzrósł o 3,2 proc. i jest to dobry wynik. Jednak deficyt budżetowy wyniósł 5,1 proc, choć nie powinien przekroczyć 4,2 proc. Wstępny odczyt PKB za I półrocze br. już w piątek. Prognozy przewidują 3,1 proc. wzrostu rok do roku. Natomiast lipcowe PMI dla usług opublikowane zostanie w środę 3 sierpnia.

Zerowy VAT, podatek obrotowy i rozszerzenie SSE mają uratować polski przemył stoczniowy. Nowa ustawa pomoże im konkurować z producentami z Azji

CEO Magazyn Polska

Przyjęta właśnie przez parlament ustawa stoczniowa pomoże uratować polski przemysł stoczniowy. Ułatwienia podatkowe i regulacje dotyczące specjalnych stref ekonomicznych mają uruchomić kapitał obrotowy w stoczniach i umożliwić im produkcję na terenach przez ostatnie lata leżących odłogiem – tłumaczy Paweł Brzezicki, wiceminister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej. Nowe przepisy mają wejść w życie od stycznia 2017 roku. Dzięki nim polskie stocznie będą miały większe szanse na międzynarodowym rynku.

 Główne założenia ustawy o aktywizacji przemysłu stoczniowego i przemysłów komplementarnych są skierowane w stronę stoczni produkujących nowe statki, przede wszystkim pełnomorskie. Najważniejsze elementy ustawy to te finansowe i fiskalne, które umożliwiają stoczniom bardziej elastyczne dostosowanie się do międzynarodowego rynku, w którym część podatków albo nie występuje, zwłaszcza w konkurencji dalekowschodniej, albo jest bardziej elastyczna – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Brzezicki, podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.

Producenci statków mają być zwolnieni z płacenia podatku VAT, który obecnie jest im zwracany po sprzedaży okrętu. W przypadku podatku dochodowego od osób prawnych stocznie będą miały możliwość wyboru między podatkiem CIT a zryczałtowanym podatkiem od wartości sprzedanej produkcji w wysokości 1 proc. Stocznie będą mogły wybrać sposób opodatkowania w kolejnych trzech latach. Jak wskazuje Brzezicki, rozwój stoczni w ostatnich latach wstrzymywało kilka absurdalnych regulacji.

– Zgodnie z dyrektywą VAT wszystkie statki można budować bez VAT-u, z wyłączeniem okrętów wojennych, nasze przepisy jednak na to nie pozwalały. Ta ustawa to umożliwi. Zmieni też możliwość stosowania przez stocznie zryczałtowanego podatku obrotowego od produkcji sprzedanej. W momencie hossy stocznia może akumulować kapitał na okresy bessy; dotychczas stocznie płaciły fiskusowi 18 proc., a przy dekoniunkturze fiskus nie mógł stoczniom dopłacić, ponieważ jest to wprost niedozwolona pomoc publiczna – tłumaczy Brzezicki.

Nowe przepisy mają pomóc przedsiębiorstwom stoczniowym, które obecnie działają na kilkuprocentowej marży. Budowa statku trwa kilka lat, konieczność płacenia VAT za części do produkcji oznacza zamrażanie środków, a to może oznaczać nieopłacalność produkcji.

– Pewnego rodzaju bezsensem ekonomicznym było ustanawianie stref ekonomicznych w terenach greenfield. Skarb Państwa wydawał miliony na uzbrojenie tych terenów, a w tym czasie uzbrojone tereny stoczniowe były puste – zaznacza przedstawiciel resortu.

Ustawa przewiduje działanie specjalnych stref ekonomicznych, czyli objęcie SSE tych gruntów, na których prowadzona jest produkcja okrętowa lub działalność w zakresie przemysłów komplementarnych. Strefę będzie można też rozszerzyć, jeśli będzie to miało na celu rozwój budownictwa statków.

– Obecnie w Polsce istnieje produkcja stoczniowa, która w większości produkuje elementy do statków składanych poza Polską. Dlatego zyskowność stoczni jest minimalna albo jej nie ma, a zyski pojawiają się u bezpośrednich klientów armatorów. Nowa ustawa będzie wyłącznie dotyczyć tych, którzy są bezpośrednim kontrahentem armatora, a nie innej stoczni, której dostarczają półfabrykaty – mówi Brzezicki.

W ubiegłym roku w Polsce wyprodukowano cztery jednostki pływające (kontenerowiec, prom i dwa inne statki nietowarowe), o połowę mniej niż w 2014 roku. Pojemność brutto (GT) statków wyniosła 11,4 tys. (o ponad 55 proc. mniej). Dla porównania w 2007 roku wyprodukowano 30 statków o pojemności 530,6 tys.

Nowa ustawa pozwala na zwiększenie pozycji konkurencyjnej, również w stosunku do Chin, Korei Południowej i Japonii, które budują coraz mocniejszą pozycję w przemyśle stoczniowym.

Ustawa została już przyjęta przez Sejm i Senat, czeka tylko na podpis prezydenta.

– Jeśli nastąpi to wkrótce, to ustawa wejdzie w życie 1 stycznia 2017 roku, bo musi być równoważna z rokiem finansowym – zaznacza Paweł Brzezicki.

Pracownicy sezonowi pilnie poszukiwani. Głównie w gastronomii i produkcji

CEO Magazyn Polska

Bezrobocie w czerwcu spadło poniżej 9 proc., więc krajowe firmy muszą coraz energiczniej poszukiwać pracowników, również te, które szukają kadry do prac sezonowych. Najbardziej poszukiwani podczas wakacji są pracownicy w gastronomii, produkcji oraz rolnictwie. Dynamicznie zwiększające obszar działania firmy logistyczne i transportowe szukają kierowców. Wiele firm chętnie zatrudni obywateli Ukrainy.

W tym sezonie, właściwie już drugim z rzędu, firmy potrzebują kandydatów do pracy z kilku obszarów – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Ostrowski, dyrektor regionu w firmie doradztwa personalnego Adecco Poland. – Na przestrzeni kilku lat, a szczególnie ostatnich kwartałów, bezrobocie zdecydowanie spadało. Konsekwencją tego są trudności w pozyskaniu odpowiednich pracowników. Najbardziej popularnych kierunkiem, jeśli chodzi o polskich pracodawców, są pracownicy z Ukrainy.

Ukraińcy stają się coraz bardziej liczącą się siłą na rynku pracy. Według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ubiegłym roku w krajowych urzędach pracy zarejestrowano ponad 780 tys. oświadczeń o powierzeniu zatrudnienia cudzoziemcom (w 2014 roku niecałe 390 tys.). W I kwartale było ich 318 tys., co oznacza ponad 50-proc. wzrost w porównaniu do 2015 roku. 97,5 proc. stanowiły dokumenty dotyczące obywateli i obywatelek Ukrainy.

Jak zauważa Marcin Ostrowski w okresie letnim branżą poszukującą najczęściej osób do pracy, zarówno Polaków, jak i obcokrajowców, jest gastronomia (pomoce kuchenne, kelnerzy, kucharze itp.). Drugą z kolei jest szeroko rozumiana produkcja.

Wielu naszych klientów, pracodawców ma latem peaki produkcyjne, które w jakiś sposób trzeba zapełnić – tłumaczy Marcin Ostrowski. – Potrzebują więc bardzo często ludzi do prostych prac manualnych, które z jednej strony pozwalają na zdobycie doświadczenia, z drugiej pozwalają zarobić.

Duży popyt na pracowników sygnalizują również branże logistyczna i transportowa. Krajowe przedsiębiorstwa tego sektora należą do najaktywniejszych w Europe i wciąż powiększają swój obszar działania.

Obecnie należą one do najprężniej rozwijających się, stąd zapotrzebowanie – wyjaśnia Marcin Ostrowski. – Nie można także zapomnieć o pracach dorywczych w rolnictwie, które na przestrzeni ostatnich kilku lat dość mocno zwiększyło swoje potrzeby w tym zakresie. Na pewno sprzyja też temu wysoka cena owoców, która powoduje, że rolnicy mogą się podzielić swoim zyskiem z zatrudnionymi na przykład przy zbiorach truskawek.

W okresie letnim za rynku pracy dostępni są głównie studenci i osoby młode. Jak jednak podkreśla Ostrowski, pracodawcy zatrudnią każdego, kto chce pracować.

Wiele firm oferuje osobom zatrudnionym w ramach prac sezonowych stałe zatrudnienie – informuje Marcin Ostrowski. – Zaangażowaniem, prezentacją swoich umiejętności i kompetencji takie osoby mogą łatwo przekonać potencjalnego pracodawcę do tego, żeby zaufał im w dłuższej perspektywie. W tym aspekcie na rynku pracy trend zdecydowanie sprzyja pracownikom. Właściwie każda osoba, która się sprawdzi na stanowisku w ramach obowiązków tymczasowych, dostaje propozycję, aby zostać dłużej.

Z perspektywy pracodawcy, jak zauważa Marcin Ostrowski, istotna jest elastyczność, możliwość sprawdzenia pracownika i być może zatrudnienia go na stałe. Najpopularniejszą formą zatrudnienia w wakacje są umowa o pracę w ramach usługi pracy tymczasowej lub umowy-zlecenia.

– Wynagrodzenia za tego rodzaju prace są różne, ale najczęściej zależą od ich charakteru, branży, rodzaju czasowego zaangażowania i oczekiwań firmy – precyzuje Marcin Ostrowski. – Mieszczą się w granicach od 12 do 20 zł za roboczogodzinę.

Dla przykładu kelner może zarobić od 1920 zł do 2240 zł brutto, pomoc w restauracji – ok. 2200 zł, a w kuchni – 1720 zł. Recepcjonistka w hotelu może liczyć na 1760 zł brutto, a pokojówka zarobi od 1760 do 2100 zł. Jako sortowacz lub pracownik załadunku w firmach przetwórstwa owocowego można liczyć na zarobki ok. 1850 zł brutto.

Według GUS bezrobocie pod koniec czerwca br. po raz pierwszy od wielu lat spadło poniżej 9 proc.

Czarny PR polskiej żywności. Krajowi producenci są poważną konkurencją dla firm w innych krajach

CEO Magazyn Polska

Polska żywność podbija Europę. Jesteśmy czołowym eksporterem mięsa drobiowego czy jaj. Produkowana przez nas żywność jest ceniona ze względu na wysoką jakość, co sprawia, że przez część krajów jesteśmy postrzegani jako zagrożenie dla ich przemysłu spożywczego. Tak należy traktować czeski czarny PR przeciwko polskiej żywności, w tym ostatnio jaj – ocenia Federacja Branżowych Związków Producentów Rolnych.

Jesteśmy dużym eksporterem dobrej żywności. Od czasu do czasu ktoś chciałby nas wyeliminować z konkurencji. Było tak z ogórkami, z koniną, ostatnio Czesi są szczególnie wrażliwi na polskie produkty, np. wędliny. Teraz mamy sprawę jaj. Czeski czarny PR trwa już dwa lata – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marian Sikora, przewodniczący Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych (FBZPR).

Teoretycznie ustalenia między polskimi a czeskimi służbami oznaczają, że wszystkie podejrzane przypadki będą najpierw sprawdzone i skonsultowane, a gdy się potwierdzą, można się komunikować z mediami. Mimo uzgodnień czeski minister rolnictwa oskarżył polskich rolników o stosowanie dumpingu i podważył jakość sprowadzanych z naszego kraju jaj.

Jesteśmy producentem żywności, którą Czesi chcą kupować. W związku z tym tamtejsze firmy są zagrożone. Próbują wmówić rodakom, że polska żywność jest złej jakości, jest dumpingowana. Nie możemy sobie na to pozwolić. Jesteśmy uczestnikami wspólnego rynku, a jego zasady oznaczają swobodny przepływ żywności – podkreśla Sikora.

Czechy zwróciły do Polski ok. 600 tys. jajek. Producenci podkreślają, że komunikaty prasowe deprecjonują polskie produkty, nie podpierając się żadnymi dowodami. Jeśli Czesi mieliby faktycznie zastrzeżenia co do jakości polskiej żywności, Unia Europejska ma odpowiednie procedury, a problemy z żywnością zgłasza się do systemu RASFF. Czesi informowali, że wygenerowali 10 powiadomień, żadne z nich nie dotyczyło jednak jajek.

FBZPR wydaje się, że zastrzeżenia do jakości żywności są tylko pretekstem. Liczne kontrole Biura ds. Bezpieczeństwa Żywności i Weterynarii Komisji Europejskiej nie wskazują na jakiekolwiek uchybienia polskich producentów żywności. W oficjalnym komunikacie polski resort rolnictwa wskazał na bezpodstawność zarzutów. Podkreślił też, że naszym produktom przypisuje się wady produktów z innych krajów.

Bardzo dobrze zareagowało ministerstwo rolnictwa, ale chcemy, żeby cały rząd to poparł, a Unia Europejska pracowała nad równymi warunkami na wspólnym rynku europejskim. Tym bardziej że nasza żywność jest badana zgodnie z normami Unii Europejskiej. Podważając jakość polskiej żywności, minister Czech podważa także jakość żywności z całej Europy. Taka wiadomość idzie w świat – przekonuje przewodniczący FBZPR.

Eksport polskiej żywności rośnie. W ubiegłym roku był to blisko 24 mld euro. Eksperci spodziewają się, że i ten rok może się okazać rekordowy. Według wstępnych danych GUS wzrost po I kwartale wyniósł 1,7 proc. Na rynek UE sprzedano towary na kwotę ponad 4,5 mld euro. W strukturze eksportu kraje unijne mają ponad 81-proc. udział. Czechy są trzecim największym odbiorcą polskiej żywności w UE (410 mln euro w I kw., o 12,6 proc. więcej niż przed rokiem).

Polska produkuje dobrej jakości żywność w wysokich gatunkach, w pięknych opakowaniach. Jesteśmy w sumie w pewnym sensie zagrożeniem dla przemysłu spożywczego Unii Europejskiej. Nikt się nie spodziewał, że tak szybko stworzymy nowoczesny przemysł i że będziemy tak dużo sprzedawać na rynku wspólnoty europejskiej – przekonuje Marian Sikora.