3 błędy, które popełniamy podczas rozmowy kwalifikacyjnej – choć nie zdajemy sobie z nich sprawy

Wychodzisz ze spotkania z potencjalnym pracodawcą i jesteś przekonany, że poszło ci świetnie. Byłeś pewny siebie i swobodny, dużo mówiłeś i robiłeś inteligentne miny. A jednak telefon najpierw długo milczy, a ostatecznie otrzymujesz odpowiedź odmowną. Nie możesz zrozumieć dlaczego? Razem z rekruterami wskazujemy najczęściej popełniane nieświadomie błędy kandydatów podczas rozmów kwalifikacyjnych.

Zbytnia pewność siebie i nonszalancja

Mogłoby się wydawać, że podczas rozmowy kwalifikacyjnej największym wrogiem kandydata jest stres. Jednak coraz więcej rekrutrów twierdzi, że to nie zdenerwowanie, lecz wręcz przeciwnie – zbytnia pewność siebie może znacząco zmniejszyć szanse na zatrudnienie. – To prawda, że na polskim rynku pracownicy mają obecnie coraz mocniejszą pozycję i często mogą wybierać spośród wielu dostępnych ofert. Nie oznacza to jednak, że podczas spotkania rekrutacyjnego należy manifestować, że wcale tak bardzo nie zależy nam na posadzie. Jest to bowiem zupełnie nieuzasadnione, bo skoro już się na nim pojawiliśmy to znaczy, że podjęcie danego zajęcia musiało nas choć trochę zainteresować. Udawana nonszalancja i sprawianie wrażenia, że jesteśmy rozchwytywani niekoniecznie musi pomóc w zdobyciu danego etatu czy zlecenia – zaznacza specjalistka HR, Agnieszka Szczypińska z Agencji Pracy GP People.

Co ciekawe dość często to właśnie osoby, które dopiero zaczynają karierę zawodową i nie mają na koncie żadnego doświadczenia, bardzo lekceważąco podchodzą do składanych im ofert. Mają przy tym wygórowane i zupełnie nieadekwatne do posiadanych umiejętności oczekiwania. – Niestety pokolenie Z, czyli osoby urodzone w latach 90. XX w., bardzo często zbyt nonszalancko podchodzą do tematu zatrudnienia oraz samej rozmowy kwalifikacyjnej. To duży błąd, ponieważ nawet jeśli spełniamy wszelkie kryteria formalnie wymagane przez pracodawcę, to pokazując obojętność i brak zaangażowania już podczas pierwszego spotkania z rekruterem możemy być praktycznie pewni, że stanowisko, o które się staramy, dostanie inny, bardziej zmotywowany kandydat – dodaje Agnieszka Szczypińska.

„Przegadywanie” rekrutera

Rozwlekanie opowiadanych historii, nieustane żarty, przerywania czy wręcz nie pozwalanie na dojście do głosu rekruterowi – to kolejny duży błąd, jaki kandydaci popełniają podczas rozmów kwalifikacyjnych. Z jednej strony mogłoby się wydawać, że chęć przekazania dużej ilości informacji i zainteresowania swoją osobą pracodawcy świadczy o tym, że aplikantowi zależy na danym stanowisku, jednak takie „przegadywanie” osoby rekrutującej może przynieść tu zupełnie odwrotny efekt. – Taka sytuacja zdarza się często doświadczonym osobom z wieloletnim stażem, szczególnie gdy stanowisko, o które się starają, jest związane ze sprzedażą, relacjami B2B, B2C czy przedstawicielstwem handlowym. Takim kandydatom wydaje się, że na rozmowie wręcz należy zagadać rekrutera, a to nieprawda – mówi Szczypińska z GP People. Eksperci zgodnie twierdzą, że sztuka konwersacji w dużej mierze polega też na właściwym traktowaniu drugiej strony dyskusji, wysłuchaniu jej i odpowiednim odczytywaniu sygnałów, które wysyła. To niezmiernie cenione umiejętności, na które szczególnie zwraca się uwagę podczas procesu rekrutacji. – Rozmowa kwalifikacyjna jest oczywiście momentem, podczas którego powinniśmy jak najlepiej się zaprezentować, ale nie chodzi tu o to, by wypełnić ją nieprzemyślanym słowotokiem. Po spotkaniach, na których kandydat mówił o wszystkim i o niczym, nieustannie skacząc z tematu na temat, naprawdę niewiele o nim wiemy – mówi Szczypińska.– Taki aplikant często też nie daje rekruterowi możliwości zadania wszystkich pytań i niepotrzebnie przedłuża spotkanie. W konsekwencji zostawia po sobie negatywne wrażenie i poczucie zmarnowanego czasu – dodaje.

Gestykulacja poza kontrolą

Od lat naukowcy powtarzają, że na to, w jaki sposób druga osoba odbiera nasz przekaz, słowa wpływają tylko w 7%. Pozostałe 93% to ton głosu i mowa ciała. Większość z nas doskonale zdaje sobie z tego sprawę, a jednak nadal nie przywiązuje odpowiedniej wagi do przekazu niewerbalnego, który jest szczególnie ważny podczas takich sytuacji jak właśnie rozmowa kwalifikacyjna. – Co prawda opanowanie odpowiedniej gestykulacji nie jest proste, jednak aby podczas rekrutacji wypaść lepiej i zyskać w oczach przepytującej osoby, wystarczy kilka prostych trików – mówi Agnieszka Szczypińska z Agencji Pracy GP People. W pierwszej kolejności zastanówmy się więc nad tym, co robimy z rękoma i jakie jest ich ułożenie, kiedy słuchamy czy odpowiadamy na pytania. Nie krzyżujmy ich na klatce piersiowej, sygnalizuje to bowiem dystans i obawę. Nie pukajmy też placami o stół, nie bawmy się długopisem, telefonem czy guzikiem – to nie tylko zdradza zdenerwowanie, ale jest także nieeleganckie. – Chcąc wypaść dobrze, postawmy na stożkowe ułożenie dłoni podczas słuchania rozmówcy oraz gestykulację otwartą, czyli kierowanie wnętrza dłoni ku górze podczas odpowiadania na pytania. Pamiętajmy też o delikatnym uśmiechu i nie silmy się na sztucznie skupioną minę podczas wymiany informacji. Im bowiem bardziej nienaturalne gesty wykonuje kandydat, tym rekrutrowi trudniej jest uwierzyć w przekazywane mu informacje i nawiązać z aplikantem przyjazną relację, która także ma wpływ na ocenę podczas podsumowania całego procesu selekcji – dodaje Szczypińska z GP People.

 

 

Przedświąteczny tydzień

Przedświąteczny tydzień może przynieść stabilizację notowań na globalnych rynkach finansowych, co przełoży się również na spadek zmienności złotego. Ten ostatni po świętach jednakże powinien zacząć korygować swoje ostatnie umocnienie.

Poniedziałek przynosi niewielkie zmiany notowań euro, dolara i szwajcarskiego franka w relacji do złotego, przy jednoczesnym wyraźnym spadku brytyjskiego funta (funt traci również do innych walut, w tym do euro i dolara). O godzinie 15:42 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2553 zł, USD/PLN 3,7784 zł, CHF/PLN 3,9020 zł, a GBP/PLN spada do 5,4312 zł z 5,4696 zł na zamknięciu poprzedniego tygodnia.

Rynki wkraczają w okres przedświąteczny, który tradycyjny charakteryzuje się mniejszą zmiennością i wyciszeniem emocji. Teraz nie powinno być inaczej. Sprzyjać temu będzie dodatkowo fakt, że w piątek wiele głównych rynków jest już zamkniętych. Nie bez znaczenia jest ponadto to, że inwestorzy mają za sobą dwa ważne wydarzenia rynkowe. Mianowicie marcowe posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego (ECB) i amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed).

W tym przedświątecznym tygodniu niewiele też będzie nowych potencjalnych impulsów, które mogłyby nadać rynkom nowej dynamiki, prowadząc wykresy wyżej lub też prowokując realizację zysków. Warto zwrócić uwagę jedynie na wtorkową serię wstępnych odczytów indeksów PMI od Japonii, przez Europę, aż po USA, która powinna pokazać lekką poprawę koniunktury. Uzupełnieniem tych „figur” będą, publikowane również we wtorek, indeksy instytutów ZEW i Ifo. Raporty te o ile mają szansę wpłynąć na nastroje w dniu jutrzejszym, to jednak nie wywołają trwałych zmian na rynkach.

Złoty, który w ostatnich tygodniach mocno zyskiwał na wartości do głównych walut, co miało swe źródła w poprawie klimatu inwestycyjnego na świecie, osłabieniu dolara oraz pozytywnych danych płynących z rodzimej gospodarki, w najbliższych dniach prawdopodobnie pozostanie stabilny. Należy jednak mieć na uwadze, że rynek walutowy jest już wykupiony, stąd też rośnie ryzyko realizacji zysków z długich pozycji na złotym, co na przełomie marca i kwietnia może doprowadzić do wzrostów cen walut. Dla EUR/PLN potencjalny cel wzrostowego odbicia to okolice 4,30 zł, a dla USD/PLN 3,85 zł.

Jak wykorzystać okres Wielkanocy, aby zwiększyć zyski?

Eksperci szacują, że przed Wielkanocą sklepy internetowe mogą osiągnąć nawet do 50 proc. wzrostu sprzedaży.  W jaki sposób e-przedsiębiorcy mogą wykorzystać potencjał sprzedażowy nadchodzących świąt, aby niezależnie od branży, zwiększyć zyski?

 Polacy na Wielkanoc wydają mniej niż na Boże Narodzenie, ale średnio trzy razy więcej niż w zwykły, nieświąteczny weekend – pokazuje badanie Barometr Providenta. Ubiegłoroczne wydatki w tym czasie sięgały ok. 363 zł, natomiast w większych rodzinach ok. 400 zł. We wspomnianym okresie w Polsce obserwuje się wzrost sprzedaży online, zwłaszcza w sektorze spożywczym. W zależności od sklepu internetowego wynosi on od kilkunastu do nawet 50 proc. wzrostu sprzedaży. Istnieją jednak branże, w których sytuacja wygląda zupełnie inaczej – w tym czasie firmy np. odzieżowe, walczą ze spadkami sprzedaży. Eksperci z Sociomantic Labs radzą jak sprzedawcy internetowi, niezależnie od branży, mogą wykorzystać handlowy potencjał świąt.

Świąteczny layout i bannery z „niespodzianką”

Konsument oglądający dostosowane do okazji reklamy online lub odwiedzający stronę sklepu internetowego powinien poczuć świąteczny nastrój – atrakcyjny, przyciągający wzrok layout to pierwszy krok, aby zwrócić jego uwagę. Internauci często odbierają e-sklep ze spójną, świąteczną szatą graficzną jako świetnie przygotowany i wychodzący naprzeciw oczekiwaniom klientów. Tymczasem tylko 8,4 proc. sklepów online deklaruje, że zmienia layout strony raz w roku. Zmian częściej niż raz do­ko­nu­je za­le­d­wie 1,87 proc. ba­da­nych.

Magia słowa promocja

Promocje i wyprzedaże, wykorzystywane przy okazji świąt lub innych ważnych dni w roku, pozwalają w zależności od branży i reklamowanego produktu osiągnąć nawet 10-krotnie wyższy wskaźnik konwersji – podają eksperci z Sociomantic Labs. W okresie przed Wielkanocą warto objąć promocją nie tylko wybrane produkty spożywcze, dekoracje świąteczne czy prezenty, ale również ubrania, elektronikę czy sprzęt sportowy. Po tygodniu zakupów spożywczych i przygotowań świątecznych, przychodzi czas na chwilę odpoczynku, a ta bardzo często ma miejsce z komputerem czy komórką. To doskonały moment, by przypomnieć zmęczonym świątecznym zamieszaniem konsumentom, że wreszcie mogą pomyśleć o sobie i skorzystać z aktualnej promocji w ulubionym sklepie. Tworząc bannery, warto pomyśleć o wkomponowaniu w nie świątecznych kodów promocyjnych. Takie reklamy można wyświetlać wybranej grupie użytkowników sklepu np. tylko nowym odwiedzającym, co ma za zadanie skłonić ich do dokonania pierwszych zakupów w danym sklepie online.  Dobrym pomysłem są również kampanie marketingowe z przymrużeniem oka np. bannery reklamowe sklepów z wyposażeniem domu, gdzie na banerach z okazji zbliżającego się Lanego Poniedziałku będą promowane produkty z sekcji ogród w tym wiadra, konewki czy kalosze. Aby szczególnie zmotywować klienta warto przy tym dodać, że oferta jest limitowana i ograniczona czasowo

Kampanie cross-marketingowe czyli razem można więcej

Każda okazja jest dobra, aby zacieśnić współpracę między producentem, a sklepem internetowym, ale szczególnie sprzyjającym czasem dla e-handlu są świąteczne dni w roku. W ramach kampanii cross-marketingowych sklep zgadza się udostępnić w kampanii określonej marki czy producenta informacje o klientach sklepu – dane pochodzące ze strony internetowej oraz z CRM. Dzięki takiej współpracy marka może zaplanować dedykowaną kampanię swoich produktów, które reklamowane będą na banerach dynamicznych prowadzących do określonego sklepu internetowego. Sklep zyskuje w ten sposób m.in. większy ruch na stronie, dodatkową promocję dzięki działaniom marki, a także wzmacnia relację z danym producentem. Z kolei dla firm działania cross-marketingowe oznaczają promocję produktu wśród klientów sklepu (ogromna wartość zwłaszcza w przypadku najpopularniejszych polskich sklepów internetowych) i wzrost sprzedaży. Nie bez znaczenia jest również fakt, że skuteczność takich działań promocyjnych marki jest łatwa do zmierzenia.

Siła dobrego contentu

Badania pokazują, że w porównaniu z kampaniami reklamowymi, content marketing generuje o 62 proc. mniejsze koszty, a jednocześnie może zapewnić nawet 3 razy więcej leadów sprzedażowych. Stąd też przemyślane działania content marketingowe są idealnym dopełnieniem reklamowej strategii e-sklepów. Dobrym przykładem może być utworzenie przez sklep dedykowanego serwisu lub podstrony z wielkanocnymi poradami odnośnie przygotowywania świątecznych potraw, kreatywnymi pomysłami na prezenty, domowe dekoracje, a nawet na… utrzymanie dobrej atmosfery w trakcie rodzinnych spotkań. Wartościowe treści powinno wzbogacić się zdjęciami, grafikami lub materiałami video.

 Darmowa dostawa na święta? Czemu nie!

W czasie zaciętej walki o klienta każdy sposób jest dobry, aby przeciągnąć konsumenta na swoją stronę. Według badań Gemiusa, dla 67 proc. internautów kupujących online, niższe koszty dostawy stanowią motywację do częstszych zakupów. Dlatego dobrym pomysłem, aby przyciągnąć klienta do np. internetowego sklepu przed Wielkanocą jest wprowadzenie darmowej dostawy. Robiąc większe przedświąteczne zakupy w e-supermarkecie, bezpłatne dostarczenie zakupionych produktów spożywczych ma dla klienta duże znaczenie. Zwłaszcza, że w sieci poszukują oszczędności – 61 proc. internautów do zakupów motywują niższe ceny niż w sklepach tradycyjnych.

Święta, podobnie jak inne ważne daty w kalendarzu, mogą stać się dla e-handlu prawdziwym świętem zysków. Cała sztuka polega na tym, aby firmy i marketerzy potrafili je dobrze wykorzystać, realizując we właściwym momencie działania wspierające sprzedaż i dostosowując kampanie reklamowe do specyfiki prowadzonego biznesu.

Coraz więcej kobiet chce robić karierę w IT

Dziś kobiety w IT stanowią zaledwie 19 proc. wszystkich specjalistów w tej branży, jak wynika z danych opublikowanych przez Komisję Europejską. Mimo że statystyki nie są zachęcające – do końca 2016 roku odsetek ma zwiększyć się o nie więcej niż 6 proc., znawcy tematu wróżą paniom chcącym pracować w IT świetlaną przyszłość. Skąd tak pozytywne prognozy?

 Za kilka lat pracowników z umiejętnościami cyfrowymi może być nawet o milion za mało – alarmuje Komisja Europejska. Prognoza nie dziwi – wzmożone zapotrzebowanie na wykwalifikowanych specjalistów IT obserwuje się już od dłuższego czasu. Między innymi z tego powodu jedna z najbardziej zmaskulinizowanych branż, jaką jest IT, będzie ulegać systematycznym zmianom. Wygenerują je zarówno wspomniane potrzeby płynące z rynku pracy, jak i determinacja samych kobiet, które chcąc realizować się w tym sektorze. Konkretnymi działaniami, będą udowadniać własną wartość oraz naturalne predyspozycje praktyczne i analityczne, niezbędne zawodzie informatyka, programisty czy innego specjalisty IT.

 

 Z faktu, że kobiecej charyzmy, wielozadaniowości, determinacji i umiejętności organizacyjnych brakuje w IT, zdaje sobie sprawę wiele osób. Niestety, nadal niewiele z nich stara się coś zmienić. Tymi, który chcą zawalczyć o umocnienie kobiecej roli w informatycznym środowisku, jest Fundacja Rodzina i Przedsiębiorczość. Właśnie uruchomiła bezpłatny projekt „Mama w IT”, którego celem jest łamanie stereotypów dotyczących pracy kobiet w branży IT. – W ramach projektu Fundacja sfinansowała kobietom kursy przygotowujące do egzaminu ISTQB Certified Tester Foundation Level. Jego zaliczenie pozwoli paniom ubiegać się o pracę na stanowisku tester oprogramowania – tłumaczy Wojciech Mróz, współzałożyciel Testuj.pl, firmy która w ramach kooperacji z Fundacją Rodzina i Przedsiębiorczość, wyszkoliła przyszłe specjalistki IT. Jak dodaje: – Pracownik w tym zawodzie pełni istotną rolę, posiadając umiejętności pozwalające na podnoszenie jakości produkowanych aplikacji mobilnych, serwisów webowych i systemów desktopowych. Dzięki ich pracy, jest możliwe uniknięcie w przyszłości problemów związanych z niedostatecznym przystosowaniem tworzonych narzędzi do ich użytkowania.

Jak tłumaczy Ilona Gmytrasiewicz z Fundacji Rodzina i Przedsiębiorczość: – „Mama w IT” to ukłon w kierunku kobiet, a w szczególności mam, które po dłuższej przerwie chcą albo powrócić do życia zawodowego, albo udoskonalić swoje umiejętności, albo zacząć coś zupełnie innego. Projekt jest o tyle ważny, że pozwala walczyć z barierami płynącymi nie tylko z rynku pracy, ale także ograniczeniami, które czują same kobiety: – Częstym problemem jest własna psychika, która nie pozwala mamom podjąć pewnych wyzwań. Uważają, że skoro na kilka lat zostały wycofane z życia zawodowego, to dzis nie dadzą sobie rady w nowym otoczeniu i zmienionych realiach na rynku pracy – dodaje ekspertka.

One już pracują w IT!

 Wiele kobiet może się zastanawiać i szukać odpowiedzi na pytanie: „Czy to rzeczywiście dla mnie, skoro nie mam wykształcenia ani doświadczenia w branży IT?”. Trzy kobiety, które dzięki szkoleniom ISTQB zdobyły potrzebną wiedzę i kwalifikacje, a następnie pracę, najlepiej odpowiedzą na to pytanie.

ewaJestem z wykształcenia humanistką. Ukończyłam Stosunki Międzynarodowe na Uniwersytecie Wrocławskim – przyznaje Ewa. Druga z kobiet, Kasia, ukończyła weterynarię, czyli również nie miała nic wspólnego z branżą informatyczną. Monika, trzecia bohaterka, która zdecydowała się zawalczyć o siebie, zajmowała się wcześniej testowaniem, ale tylko hobbystycznie. Przeświadczenie, że wykształcenie informatyczne jest niezbędne do robienia tego zawodowo, kazało jej przez dłuższy czas zwlekać ze staraniem się o podjęcie podobnej pracy. Kluczowe okazało się wsparcie męża. Monika wzięła udział w szkoleniu, zdała egzamin i dziś pracuje jako tester oprogramowania, łącząc obowiązki zawodowe z obowiązkami matki. Kobieta zwraca uwagę na jeszcze jeden, bardzo istotny aspekt, a mianowicie kobiecą dociekliwość i ciekawość świata, co w tym zawodzie jest bardzo pożądaną cechą: – To jest to, co w tej pracy bardzo lubię – wymyślanie, co może zostać zepsute lub użyte w inny sposób, niż zostało przewidziane. Tu jest miejsce na moją naukową ciekawość i dociekliwość.

Na przekór stereotypom

Kobiety coraz chętniej i odważniej kształcą się w kierunku IT, chcąc pokazać, że potrafią być dobrymi testerami, informatykami i programistami. Monika, Ewa i Kasia są żywymi przykładami na to, że kobieta w IT może czuć się jak ryba w wodzie. Nie uwierzyły stereotypom, że informatyka jest wyłącznie dla mężczyzn. Zaufały własnym umiejętnościom i skorzystały z projektu, który poszerzył ich horyzonty, wzmocnił wiarę w siebie oraz pobudził ciekawość.

Jak podsumowuje Wojciech Mróz: – Rzeczywiście zainteresowanie kobiet pracą w branży IT rośnie, co widzimy chociażby po zwiększającej się liczbie pań uczestniczących w szkoleniach informatycznych. Nie dziwi nas ani podejście przyszłych testerek, ani pracodawców, którzy chcą zatrudniać kobiety. Panie już z natury są bardziej odpowiedzialne, dokładne, dociekliwe i chcą być najlepsze. To jeden z powodów, dla których uważamy, że tester aplikacji i oprogramowania bardzo szybko może stać się zawodem przyszłości dla pań chcących pracować w IT.

Śląsk to nie tylko przemysł ciężki, w siłę rośnie motobranża

Bezrobocie na poziomie niższym niż w całej Polsce, rosnąca liczba zgłaszanych do Urzędów Pracy ofert zatrudnienia, silne zaplecze edukacyjno-naukowe czy rozwijająca się infrastruktura drogowa – to tylko niektóre wskaźniki pokazujące potencjał Śląska. Rozwija się tutaj prężnie nie tylko przemysł ciężki, ale także motoryzacyjny. Jak wskazują eksperci CRS Polska, firmy kontrolującej samochody i komponenty do ich produkcji, w 2015 roku największe inwestycje Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej (KSSE) zrealizowano właśnie w Automotive[1]. Natomiast w tym roku, KSSE liczy na uruchomienie 25 nowych inwestycji o łącznej wartości ponad 1 mld zł.

– Województwo śląskie to region, który pomimo zmagań z problemami przemysłu ciężkiego, bardzo prężnie się rozwija. Stale rozwijające się inwestycje i nowe projekty podnoszą atrakcyjność tej części Polski. Swoje zakłady, siedziby lub oddziały mają lub otwierają tutaj największe międzynarodowe firmy, również z branży motoryzacyjnej – mówi Marzena Jurkiewicz, Dyrektor CRS Polska.  

Pracowity Śląsk

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) na koniec grudnia 2015 roku, stopa bezrobocia na Śląsku wyniosła 8,2%. Oznacza to, że była o 1,6 p.p. niższa niż wskaźnik ogólnopolski (9,8%). Spadła również w porównaniu do grudnia 2014 roku – o 1,4 p.p. Co więcej, pracujący w tym regionie zarabiają więcej niż wskazuje średnia ogólnopolska. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto na Śląsku, w grudniu 2015 roku wyniosło 5347,33 zł i w porównaniu z przeciętnym miesięcznym wynagrodzeniem brutto w kraju było wyższe o ponad 800 zł (średnia krajowa: 4515,28 zł) – wynika z danych GUS.

Wysoki poziom wynagrodzenia jest związany z rosnącą liczbą ofert pracy. W grudniu 2015 roku do Urzędów Pracy w województwie śląskim wpłynęło 8,4 tys. ofert pracy, czyli o 25,4% więcej niż przed rokiem[2].

Automotive w natarciu

Duże zapotrzebowanie na pracowników widać także w branży motoryzacyjnej, w której skupia się największa część naszego biznesu. Tylko w ubiegłym roku liczba kontrolerów jakości, z którymi współpracujemy, wzrosła o ponad 20% – mówi Marzena Jurkiewicz.

To właśnie na Śląsku wielu producentów samochodów, jak i części do nich ma ulokowane swoje zakłady. Należą do nich: koncern FCA produkujący modele takich marek jak Fiat, Lancia, czy Ford, Lear Corporation, Proma Poland, Die-Tech, Jonhson Controls, Grammer, Delphi, Magna, Hutchinson, Rockwell czy Magneti Marelli. W Częstochowie, Czechowicach-Dziedzicach, Bielsku-Białej i Gliwicach swoje zakłady ma ZF TRW – lider w produkcji i dystrybucji m.in. systemów bezpieczeństwa, obsługujący największych producentów i największe marki samochodowe na całym świecie. Natomiast w Gliwicach swoje siedziby mają tacy „giganci” Automotive jak Kirchhoff, którego nowa fabryka ma być największym zakładem tego koncernu w Europie, Nexteer, Plastic Omnium czy Tenneco Automotive. Wreszcie GMMP, którego najnowszy produkt – produkowana w Gliwicach ASTRA V – został właśnie ogłoszony „Samochodem Roku” w Genewie.

W Gliwicach swoją centralę ma także CRS Polska. Lider rynku firm oferujących usługi z zakresu kontroli jakości komponentów samochodowych.

Inwestycje siłą napędową w 2016 roku

Planowane na ten rok inwestycje w ramach Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej mogą przyczynić się do powstania łącznie nawet 1,5 tys. nowych miejsc pracy. Oznacza to, że zapotrzebowanie na pracowników w regionie nie będzie słabło. Umacniał się będzie również rynek Automotive, gdyż część inwestycji w ramach KSEE zostanie poczynionych właśnie w tej branży.

– Rosnąca atrakcyjność Śląska, z jednej strony, polega na odchodzeniu od przemysłu ciężkiego i inwestowaniu w inne sektory rynku, co zapewnia regionowi stały rozwój. Z drugiej zaś strony, wypracowana przez przemysł ciężki dobra sytuacja ekonomiczna województwa śląskiego, utrzymuje wysoką atrakcyjność regionu i przyciąga zarówno pracowników, jak i właścicieli firm – mówi Marzena Jurkiewicz.

[1] http://www.wnp.pl/inwestycje_przemysl_zatrudnienie/katowicka-sse-liczy-na-inwestycje-za-ponad-miliard-zlotych,267992_1_0_0.html

[2] http://katowice.stat.gov.pl/

 

Columbus Energy S.A. łączy się z Columbus Capital S.A.

Columbus Energy S.A. (dawniej Columbus Capital S.A.), Spółka notowana na rynku NewConnect, otrzymała informację o zarejestrowaniu przez Sąd połączenia ze spółką Columbus Energy S.A. Emitent zmienił nazwę na Columbus Energy S.A. i będzie prowadził działalność w branży Odnawialnych Źródeł Energii oraz w segmencie inwestycyjnym.

 W dniu 18.03.2016 r. Zarząd Columbus Energy S.A. (dawniej Columbus Capital S.A.) otrzymał informację o rejestracji przez Sąd Rejonowy w Krakowie połączenia Spółki z Columbus Energy S.A. Połączenie obu podmiotów nastąpiło zgodnie z przyjętym planem połączenia poprzez przeniesienie całego majątku Columbus Energy S.A. na Columbus Capital S.A. w zamian za nowo emitowane akcje. Kapitał zakładowy Spółki wynosi obecnie 72.863.778,42 zł i dzieli się na 269.865.846 akcji o wartości nominalnej 0,27 zł każda. Celem nowego podmiotu – Columbus Energy S.A. – jest utrzymanie pozycji lidera na rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce oraz przeniesienie notowań na rynek regulowany GPW w Warszawie.

„Dzień 18 marca 2016 r. zostanie zapamiętany w naszej organizacji jako otwarcie nowego, lepszego rozdziału historii dla Columbus Energy S.A. Nasza wiarygodność i wizerunek mogą opierać się dzisiaj o Giełdę Papierów Wartościowych. Jako jedyny podmiot w sektorze mikroinstalacji fotowoltaicznych jesteśmy spółką publiczną. Dzięki temu strategiczne podmioty w branży, takie jak korporacje sektora energetycznego (Tauron, Energa, etc.), Bank Ochrony Środowiska S.A., czy choćby Wojewódzkie Fundusze Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, będą traktować nas jak partnera do rozmów, a nie małą, lokalną firmę. Połączenie i jego następstwa są potwierdzeniem naszej pozycji lidera branży w Polsce. Zamierzamy dobrze to wykorzystać.” – komentuje Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Spółki Columbus Energy S.A.

W tym roku Columbus Energy S.A. podpisała istotne umowy współpracy z Bankiem Ochrony Środowiska S.A. oraz jego podmiotami zależnymi. Spółka nawiązała również współpracę z InPost Finanse Sp. z o.o., w której wyłącznym udziałowcem jest InPost S.A. – największy, niezależny operator pocztowy. W ramach podpisanej umowy o kooperacji InPost Finanse będzie aktywnie uczestniczył w pozyskiwaniu klientów zainteresowanych zakupem produktów i rozwiązań oferowanych przez Columbus Energy S.A.

„Aktualnie Spółka skupia się na budowaniu portfela klientów indywidualnych, głównie w oparciu o Program PROSUMENT. Tylko w tym roku podpisaliśmy umowy z klientami indywidualnymi o wartości ponad 13 mln zł brutto, a wartość sprzedaży za sam marzec może przekroczyć tę liczbę. Nabór wniosków przez BOŚ S.A. ma ruszyć niebawem, dlatego liczymy na to, że w tym roku uda nam się wykonać przynajmniej 1.500 instalacji o wartości przekraczającej 50 mln zł brutto. To oczywiście tylko jeden segment fotowoltaiki, w którym działa Columbus Energy S.A., bowiem równie mocno rozwija się nasz portfel klientów z sektora budynków sakralnych, gdzie wartość kontraktów na ten rok szacujemy na kilkadziesiąt milionów złotych.” – dodaje Prezes Zieliński.

 Połączenie spółek Columbus Energy S.A. z Columbus Capital S.A. stanowiło jeden z głównych celów Emitenta w jego zmodyfikowanej Strategii Rozwoju na lata 2015-2016. Spółka będzie dążyła do zwiększania osiąganych przychodów poszukując nowych kanałów sprzedażowych oraz zawierając nowe umowy. Długoterminowym celem Columbus Energy S.A. jest utrzymanie pozycji lidera na rynku firm działających w segmencie Odnawialnych Źródeł Energii, głównie na rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych. Emitent ma zamiar prowadzić również aktywną działalność inwestycyjną w podmioty z sektora MŚP.

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Zarobili 298 mln zł, teraz kupują nowe firmy

0

Tomasz Czechowicz, znany z listy 100 najbogatszych Polaków, ma nowe pomysły na inwestycje, realizowane poprzez giełdowe spółki MCI i PEM, w których jest akcjonariuszem. Fundusz zarządzany przez PEM, który przed tygodniem sprzedał posiadany pakiet akcji w Grupie Invia, zarabiając na tej transakcji 298 mln zł, będzie kupował firmy z sektora usług finansowych on-line.
Fundusz MCI.TechVentures sfinalizował przed tygodniem transakcję sprzedaży Grupy Invia za ponad 327 mln zł, osiągając 11 – krotny zwrot na inwestycji początkowej. Teraz szuka nowych okazji inwestycyjnych, koncentrując się na spółkach fin-tech z sektora usług finansowych on-line działających na rynku niemieckim i brytyjskim. – Rozmawiamy z kilkoma spółkami, którymi jesteśmy zainteresowani – mówi w rozmowie z MarketNews24 Sylwester Janik, partner w MCI Capital, zarządzający funduszem MCI.TechVentures. – Spółki fin-tech będą zmieniały rynek usług finansowych tak dalece, jak w latach 2006-2010 firmy eCommerce zmieniły handel detaliczny.
Takim inwestycjom sprzyjają bardzo rozwinięte w polskiej bankowości usługi on-line i mobile. Pod tym względem Polska jest bardziej nowoczesna niż Europa Zachodnia.

Erbud poprawił zysk netto rdr o 13,6%

Erbud, spółka z branży budowlanej, w 2015 roku wypracowała zysk na poziomie 31,7 mln złotych. W związku z tym, zarząd spółki rekomenduje wypłatę dywidendy. Więcej o wynikach oraz dalszych kierunkach rozwoju mówi Dariusz Grzeszczak, Członek Zarządu Erbud S.A.

Chińska giełda znów w górę

Dobre dane nadeszły z Chin, gdzie główny indeks giełdowy ponownie przekroczył 3000 pkt. W Polsce wciąż gorącym tematem jest raport KNF-u wyceniający skutki tzw. ustawy frankowej. Dobre dane z Kanady.

Dobre informacje nadeszły z giełdy w Chinach. Indeks po raz pierwszy od stycznia znalazł się powyżej psychologicznego poziomu 3000 pkt. Zdaniem analityków 2% wzrost spowodowany był decyzją China Securities Finance. Ta należąca do państwa instytucja wznowiła kredyty dla brokerów na zakup akcji. Dodatkowo obniżyła oprocentowanie pożyczek na ten cel do zaledwie 3%. Warto zwrócić uwagę, że poziom 3000 pkt to nie jest żadna reguła na chińskiej giełdzie, gdyż główny indeks znajdował się poniżej tego poziomu od połowy 2011 roku do niemal końca 2014 roku. Indeks wybił się w górę napędzany przez bardzo duży udział inwestorów indywidualnych, po czym nastąpiła korekta, aczkolwiek główny indeks jest w dalszym ciągu znacznie powyżej poziomów sprzed wybicia. Nie zmienia to faktu, że biorąc pod uwagę ostatnie działania, chińskie władze traktują giełdę bardzo prestiżowo. W rezultacie coraz bardziej luzują restrykcje kredytowe co może spowodować kolejną bańkę spekulacyjną.

Na rynkach nie cichną dyskusje na temat raportu KNF w sprawie ustawy frankowej. Jak nie trudno się domyślić, raport wykazuje olbrzymie koszty jakie poniosą banki na przewalutowaniu owych kredytów. Krytykowana jest metodologia samych obliczeń, gdzie to same banki wypełniały ankiety nadesłane przez KNF. Problemem oczywiście jest brak alternatywnej i szybkiej metody. Raport potwierdził natomiast to co wszyscy wiedzieli. Najbardziej zaangażowane w akcję kredytową banki po wejściu w życie tej ustawy idą “pod wodę”. Cała branża może zapomnieć o zyskach do końca dekady, a bankructwo grozi nawet trzem z dziesięciu największych polskich banków. Biorąc pod uwagę te dane można śmiało założyć, że ustawa w tym kształcie nie zostanie uchwalona i trzeba będzie szukać alternatywnego rozwiązania.

 

W piątek poznaliśmy dobre dane z Kanady. Sprzedaż detaliczna wzrosła o 2,1% wobec oczekiwań na poziomie 0,6%. Z drugiej strony inflacja konsumencka okazała się niższa o 0,1% niż prognozy. Poziom 1,4% jest jednak daleki od ryzyk deflacyjnych zatem rynek dobrze przyjął te dane, umacniając dolara kanadyjskiego.

Dzisiaj dzień wolny w Japonii z okazji święta Równonocy Wiosennej. Warto zwrócić uwagę na następujące dane:

12:00 – Wielka Brytania – wskaźnik zamówień wg. CBI,

14:00 – Polska – koniunktura gospodarcza,

15:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym.

Unified Factory debiutuje na NewConnect

Unified Factory, spółka zajmująca się tworzeniem automatycznych rozwiązań dla biznesu, e-commerce i administracji, zadebiutowała na NewConnect. Więcej o spółce mówi Maciej Okniński, Prezes Zarządu Unified Factory S.A.

Prezes Unified Factory o rynku E-commerce w Polsce

Prezes Unified Factory o rynku E-commerce w Polsce
Aktualności | 21 marca 2016 r. godz. 13:51 (CET)
Jak wygląda rynek E-commerce w Polsce? Czy branża potrzebuje automatyzacji wszelkich procesów związanych z obsługą klienta by móc równać się ze światowymi gigantami? – Przeprowadziliśmy własne badania skierowane i do przedsiębiorców onlinowych i offlinowych, że około 68% z nich planuje automatyczne rozwiązania. Po prostu wiedzą, że bez tego nie są w stanie sprostać konkurencji. – mówi Maciej Okniński, Prezes Zarządu i założyciel Spółki Unified Factory S.A.

Cash is king

Polacy trzymają w domach rekordową ilość gotówki. W „skarpetach” marnuje się 139 mld zł podczas, gdy na rocznej lokacie mogłyby przynieść 2,25 mld zł.

Cash is king – mówi znane powiedzenie. W Polsce gotówka rządzi na całego. Jak wynika z danych NBP tempo przyrostu pieniądza gotówkowego osiągnęło na koniec III kwartału 2015 r. najwyższy poziom od sześciu lat. Zresztą cały 2015 r. był wyjątkowy, jeśli chodzi o wartość bilonu i banknotów w obiegu –  kwartalne przyrosty wykazywały dynamiki większe niż w poprzednich latach. Na koniec III kwartału ubiegłego roku wolumen pieniądza gotówkowego był o 3 proc. wyższy niż miesiąc wcześniej. W portfelach, kieszeniach i szufladach Polacy trzymali już 139 mld zł, co stanowi 13,2 proc. rocznych dochodów do dyspozycji, których wartość na koniec września 2015 r. wynosiła 1055 mld zł.

Wyższy odsetek gotówki do majątku finansowego netto (nadwyżka aktywów nad zobowiązaniami) NBP odnotował w ostatnich latach tylko dwa razy. W III kwartale 2011 r. poza skarbcami banków znajdowało się 13,8 proc. pieniędzy będących do dyspozycji gospodarstw domowych. Absolutny rekord padł w I kwartale 2009 r., kiedy fala gotówki wezbrała aż do 17,4 proc. Co szóstą złotówkę Polacy woleli mieć wtedy w domu.

Kryzysowa gotówka

Skok wartości pieniądza w obrocie na początku 2009 r. nie dziwił, ponieważ staliśmy wtedy na progu globalnego kryzysu finansowego. Strach przed krachem, obawy o przyszłość, los instytucji finansowych skłaniały ludzi do wycofywania wkładów i lokat z banków i trzymania pieniędzy pod ręką. To właśnie wtedy niezwykle popularne stało się hasło „cashis king”, bo w tamtym czasie rządził ten kto mógł od ręki pokryć zobowiązania, zapłacić za dostawy. W czasach niepewności trudno było liczyć na kredyt kupiecki i bankowy.

O ile przywiązanie do gotówki zrozumiałe jest w czasie kryzysu to dlaczego teraz wraca ona do łask? Wytłumaczenia trzeba szukać na rynku stóp procentowych. Spadek oprocentowania lokat bankowych to wyzwanie dla rynku finansowego, bo nie zachęca konsumentów do odkładania pieniędzy. Patrząc na dane NBP widać, że trend wzrostowy gotówki koresponduje z rytmem obniżek stóp procentowych. Od kiedy stopy w banku centralnym zaczęły spadać w obrocie jest więcej fizycznego pieniądza. Warto jednak zauważyć ciekawą tendencję. Spadki stóp nie robią wrażenia na lokatach długoterminowych. Tu trend od kilku lat jest stabilny i po spadku w I połowie 2013 r. udział depozytów o dłuższym horyzoncie zapadalności w całym portfelu oszczędności utrzymuje się na poziomie 18 proc.

NBP zwraca uwagę na jeszcze jeden istotny szczegół. Otóż od IV kwartału 2014 r. w strukturze depozytów przeważają nieoprocentowane (lub dające minimalny procent) rachunki bieżące. Natomiast z drugiego kwartału na trzeci w 2015 r. nastąpił silny wzrost zainteresowania lokatami długoterminowymi. W III kwartale trafiło na nie 6,8 mld zł i był to najwyższy napływ nowych środków od I kwartału 2014 r. I to pomimo znacząco niższego oprocentowania niż rok wcześniej. Nowe depozyty klienci zakładali przy średniej cenie 1,8 proc., podczas gdy w 2014 r.  na takiej samej lokacie można było dostać 0,9 pkt proc. więcej.

 

 

 

 

128 mln zł miesięcznie

Na lokatach długoterminowych pracowało we wrześniu ubiegłego roku 302 mld zł. W umownej „skarpecie”, czyli w domach, nieoprocentowana leżała blisko połowa tej kwoty. Gdyby 139 mld zł trzymane w gotówce wpłacić do banku na roczną lokatę oprocentowaną na wspomniane 1,8 proc., to zysk, po potrąceniu podatku, wyniósłby 2,25 mld zł.

Oczywiście zamrożenie wszystkich pieniędzy na rok nie jest możliwe, ponieważ trzeba mieć pod ręką wolne środki na codzienne wydatki. Nie oznacza to jednak, że alternatywą jest wyłącznie gotówka. Na rynku z łatwością można znaleźć konta oszczędnościowe, oprocentowane wcale nie gorzej niż lokaty roczne. Przykładowo w BGŻOptima dla kwot do 100 tys. zł można liczyć nawet na 2,7 proc. odsetek rocznie (przy możliwości wypłacania dowolnych kwot dowolną ilość razy w ciągu miesiąca bez żadnych dodatkowych kosztów). Przy takim oprocentowaniu i założeniu, że przeciętne miesięczne saldo na rachunku oszczędnościowym wynosi połowę gotówki będącej w obiegu, czyli 70 mld zł (część pieniędzy już na początku miesiąca idzie na rozmaite opłaty i znika z portfeli), to zysk, już po podatku wynosi 1,54 mld zł. Oznacza to, że co miesiąc gospodarstwa domowe lekką ręką rezygnują ze 128 mln zł utraconych wpływów z odsetek z konta oszczędnościowego.

Polskę ogarnie gorączka złota?

Polacy chcą mieć złoto i kupują go coraz więcej. Od lat rynek tego drogocennego kruszcu w kraju zdecydowanie rośnie i zapewne nadal będzie rósł. Szacuje się, że w przyszłym roku Polacy wydadzą już miliard złotych na złoto inwestycyjne. Przemawiają za tym trzy powody – ocenia dr Wojciech Kaźmierczak, prezes Goldenmark SA.

Po pierwsze obserwujemy wzrost świadomości Polaków na temat walorów metali lokacyjnych: złota i srebra. – Tutaj edukacja cały czas się rozwija, może jeszcze nie jest to wiedza powszechna. W mediach ten temat nie pojawia się zbyt często. Eksperci różnych instytucji finansowych pomijają temat złota z oczywistych względów. Jest to konkurencja dla tradycyjnych produktów finansowych. Natomiast jest wiele publikacji książkowych, jest Internet. Polacy się edukują, dokształcają i ich świadomość rośnie – mówi newsrm.tv dr Wojciech Kaźmierczak.

Drugi powód zdaniem eksperta to sytuacja polityczna i makroekonomiczna, która zdecydowanie sprzyja lokowaniu środków w złoto. Kruszec od dawna jest postrzegany jako alternatywa dla tradycyjnych form lokowania kapitału: lokat, funduszy inwestycyjnych, czy akcji. – Złoto traktowane jest jako swoista „polisa ubezpieczeniowa” na trudne, niepewne czasy. Zawsze można kupić sobie sztabkę, czy monetę, można trzymać ją w domu i tutaj żadne kryzysy, żadne zawirowania polityczne nie sprawią, że sztabka zniknie – wyjaśnia prezes Goldenmark SA.

Trzeci powód to łatwa dostępność złota i nasza skłonność do oszczędzania. Według badań Polacy 2/3 swoich oszczędności trzymają w gotówce, na lokatach lub zwykłych rachunkach bankowych. Ekspert ocenia, że właśnie z tych powodów rynek ma potencjał do wzrostu: – Na rynku polskim złoto staje się rzeczywiście produktem bardzo dostępnym każdy już może kupić sobie złotą monetę, czy sztabkę. Właściwie tych sklepów stacjonarnych, które oferują tego typu produkty jest coraz więcej – dodaje.

Polski rynek złota inwestycyjnego szacowany jest na mniej więcej 6-7 ton, jest on blisko 20 razy mniejszy od rynku niemieckiego. Wciąż najczęściej wybieranym produktem jest złota sztabka o wadze jednej uncji, czy stu gram. Natomiast w ostatnim czasie rośnie zainteresowanie także mniejszymi gramaturami. – Już od 200 złotych można kupić sztabkę złota, która jest często przeznaczona na prezent lub jest po prostu związana z regularnym oszczędzaniem. Jako ciekawy przykład mogę podać serwis Goldsaver.pl, który oferuje klientom możliwość zakupu sztabek uncjowych niejako na raty. Klient może wpłacać kiedy chce dowolną kwotę, gdy uzbiera odpowiednią sumę odbiera fizyczną sztabkę złota – mówi dr Wojciech Kaźmierczak.

Kompap z 4,73 mln zysku netto w 2015, wzrost o 143% r/r

Grupa Kompap, do której należą dwie wiodące drukarnie dziełowe w Polsce – BZGraf i OZGraf, w 2015 r. osiągnęła skonsolidowane przychody ze sprzedaży w wysokości 62,55 mln zł, co stanowiło wzrost o 11% w stosunku do 2014 roku. Jednocześnie grupa zwiększyła zysk netto o 143% r/r, który na koniec ubiegłego roku osiągnął wartość 4,73 mln zł. W tym okresie Kompap odnotował także wzrost skonsolidowanego zysku operacyjnego z 4,17 mln zł w 2014 r. do 6,91 mln zł w 2015 r., tj. o 66%. 

– Mamy już za sobą okres restrukturyzacji naszych zakładów drukarskich OZGaf i BZGraf, Obecnie są to drukarnie nie tylko wysoko cenione przez klientów, ale także efektywne biznesowo, co znalazło wprost odzwierciedlenie w naszych przychodach i rentowności za miniony rok. Nie spoczywamy jednak na laurach, mamy ambitne plany dalszego zwiększania skali prowadzonej działalności zarówno w zakresie druku książek, jak i pozostałych produktów papierniczych. Zakładamy też dalszy wzrost sprzedaży zagranicznej z naszych zakładów w Olszynie i Białymstoku. Pracujemy obecnie nad strategią rozwoju grupy na kolejne lata. Będziemy chcieli ją zaprezentować w najbliższych miesiącach – komentuje Waldemar Lipka, prezes zarządu Kompap.

Odbiorcami grupy Kompap są oficyny wydawnicze, hurtownie papierowe, firmy farmaceutyczne, usługowe, spożywcze, a także podmioty z branży transportowej i logistycznej. Wśród Klientów OZGraf i BZGraf znajdują się m.in. największe wydawnictwa z Polski i zagranicy. Grupa sprzedaje swoje produkty do kilkunastu krajów, w tym na tak wymagające rynki, jak fiński, duński, niemiecki, szwedzki czy brytyjski. Eksport w 2015 r. stanowił 20% sprzedaży grupy (12,54 mln zł) i wzrósł o 21% r/r. Jednocześnie sprzedaż krajowa zwiększyła się o 9% do poziomu 50 mln zł.

Najważniejszą pozycją asortymentową grupy Kompap (80% przychodów ze sprzedaży) są książki, w tym albumy, wydawnictwa encyklopedyczne, podręczniki szkolne i in. W 2015 roku ich sprzedaż wzrosła o 11% r/r do 49,75 mln zł. Grupa drukuje także kalendarze, składankę komputerową, czasopisma, katalogi i gazety, a także wyroby samoprzylepne, poligraficzne oraz rolki. Przychody ze sprzedaży innego asortymentu niż książki w 2015 r. wzrosły w grupie Kompap do poziomu 12,8 mln zł, tj. o 11% r/r.

– Naszym kluczem do sukcesu jest połączenie doświadczenia ludzi z nowoczesnością maszyn oraz stałe ukierunkowanie na osiągniecie zakładanych celów biznesowych. Jesteśmy w stanie wykonać nawet bardzo niestandardowe zlecenia, a jakość i solidność pracy pozwala nam budować długoterminowe relacje z naszymi klientami i realizować zamówienia na satysfakcjonujących obie strony warunkach. By móc jednak funkcjonować w tym modelu biznesowym i konkurować z drukarniami nie tylko w Polsce, ale i w Europie, również na ten rok zaplanowaliśmy inwestycje w park maszynowy we wszystkich trzech naszych zakładach. Zakładamy jednocześnie dalsze obniżanie kosztów działalności i wzrost rentowności – wyjaśnia Waldemar Lipka.

Jak nie dać się oszukać pracownikowi: maszyny budowlane pod pełną kontrolą

Kradzieże paliwa, przestoje w pracy, użytkowanie służbowych maszyn w celach prywatnych… to tylko kilka przykładów praktyk, które spędzają sen z powiek właścicielom i zarządcom flot pojazdów wykorzystywanych w branży budowlanej. Prostym sposobem na zapobieganie nadużyciom jest wykorzystanie systemu monitoringu.

Zaledwie kilkunastu tygodni potrzebował jeden z właścicieli firmy budowlanej spod Łodzi, by stwierdzić, że montaż monitoringu w dwóch koparko-ładowarkach i trzech spycharkach gąsienicowych zwrócił mu się z nawiązką – dzięki ustaleniu i wyeliminowaniu procederu kradzieży paliwa dokonywanej przez operatorów urządzeń. System sprawdza się również
w innych przypadkach niekontrolowanego użycia maszyn budowlanych przez osoby zatrudnione w firmie. Nie tylko pokazuje bieżącą pozycję obiektu, ale też pozwala na wgląd w parametry pracy ciężkiego sprzętu.

Właściciel wyposażonego w odpowiedni moduł pojazdu jest w stanie zdefiniować strefy,
w których dany sprzęt może się poruszać i których nie powinien opuszczać. Każdy wyjazd
z określonego obszaru powoduje wysłanie alertu w postaci SMS-a, e-maila lub VMS-a (wiadomość głosowa, która może być przekazana zarówno na telefon stacjonarny, jak
i komórkowy) do osoby odpowiedzialnej za zarządzanie maszyną. Efektem jest z jednej strony zapobieganie kradzieżom, a z drugiej ograniczenie wykonywania nieautoryzowanych prac na koszt właściciela pojazdu.

Dominika_WlodarczykTechnologia ta pozwala również na ustalanie godzin, w których maszyna powinna pracować. Jeśli działania na budowie odbywają się od 7 do 19, to każde uruchomienie lub wyłączenie silnika poza tymi ramami czasowymi powoduje wygenerowanie alarmu. „Kluczową z punktu widzenia okradanych pracodawców okazuje się funkcja kontroli poziomu paliwa. System poinformuje o nagłych spadkach ilości oleju napędowego w zbiorniku, dzięki czemu zarządca będzie mógł natychmiast zareagować i nakryć nieuczciwego pracownika na gorącym uczynku” – zauważa Dominika Włodarczyk, Key Account Manager w firmie Gannet Guard Systems.

Jedną z funkcjonalności systemu monitoringu, zapobiegającą wykorzystaniu pojazdów przez osoby do tego nieupoważnione, jest system identyfikacji użytkownika np. przy użyciu specjalnych pastylek. Uruchomienie silnika maszyny jest w tym przypadku możliwe dopiero po przyłożeniu jej do czytnika. Pozwala to eliminować przypadki obsługiwania sprzętu przez pracowników nieposiadających stosownych, przewidzianych przepisami uprawnień, co narażałoby zarządcę pojazdów na odpowiedzialność prawną.

„System monitoringu to także narzędzie do walki z nieuczciwością pracowników związaną
z raportowaniem czasu ich pracy. Łatwo jest zweryfikować prawdziwość zapewnień operatora, który twierdzi, że wykonywał powierzone mu zadanie, a w rzeczywistości
z odczytu danych wynika, że maszyna nie pracowała wcale albo działała na biegu jałowym,
a nie pojawił się np. ruch podnośnika”
– wyjaśnia Dominika Włodarczyk.

Zarządca parku maszynowego ma w ramach usługi monitoringu dostęp do pełnych danych wykorzystania pojazdu. Uzyskuje go za pomocą strony www lub aplikacji mobilnej.

Plast-Box z największym zyskiem w swojej historii

 Plast-Box, jeden z liderów produkcji opakowań z tworzyw sztucznych, sprzedający swoje produkty do większości krajów w Europie, osiągnął w 2015 roku historycznie najlepsze wyniki finansowe, wykazując 9,15 mln zł skonsolidowanego zysku netto. Jest to dynamiczny wzrost zysku w stosunku do 2014 roku, tj. o 241,2 %. Przychody skonsolidowane osiągnęły 140,2 mln zł, a EBITDA uzyskała wartość 20 mln zł, przy stopie EBITDA 14,5% , co w tej branży stanowi wysoki poziom.

Grzegorz Pawlak PTS Plast-Box S.A.Znaczny wzrost zysku grupy kapitałowej i wysoki poziom rentowności EBITDA w 2015 roku to duży sukces, zwłaszcza po wielu miesiącach wysokich cen surowca, czy dewaluacji kursu hrywny na Ukrainie, gdzie prowadzimy część naszych interesów – zauważa Grzegorz Pawlak, prezes zarządu Plast-Box S.A.

Stabilizowanie się sytuacji na Ukrainie sprzyjało w 2015 roku poprawie wyników spółki Plast-Box Ukraina, która przyniosła 20 % przychodów grupy, i może pochwalić się wyrażonym w hrywnach 12,8 % wzrostem sprzedaży, 8,4 % wzrostem  wartości EBITDA  oraz wzrostem zysku netto do 7,1 mln UAH ze straty 4 mln UAH w 2014 roku.

Sytuacja ekonomiczna na Ukrainie poprawia się, kierunek zmian jest pozytywny, co dobrze wpływa na obecne wyniki i perspektywy naszej spółki córki zlokalizowanej w Czernihowie. Jest to nowoczesna fabryka, którą chcemy z wieloletnią perspektywą wykorzystywać dla rozwoju grupy Plast-Box  – mówi Krzysztof Pióro, wiceprezes zarządu Plast-Box S.A.

Spółka matka grupy kapitałowej Plast-Box zlokalizowana w Słupsku, przy przychodach wynoszących 121,7 mln zł, poprawiła zysk brutto na sprzedaży o 13,7 % oraz wartość EBITDA o 17,3 %. Spółka ta wypracowała 5,2 mln zł zysku netto, co stanowi wzrost o 38,8 % w stosunku do roku ubiegłego.

Grupa Plast-Box systematycznie zwiększa eksport do krajów Unii Europejskiej. Sprzedaż eksportowa na rynki unijne po 12 miesiącach 2015 roku wzrosła o 11,4 % do 50,0 mln zł  i stanowiła 35,7 % udziału w przychodach Grupy. Plast-Box dostarcza swoje produkty do zdecydowanej większości krajów europejskich, a eksport stanowi blisko 56,6 % całkowitej sprzedaży. W 2015 roku wzrosła także sprzedaż krajowa o 9,5% r/r do poziomu 60,9 mln zł. Z powodów makroekonomicznych zmniejszyła się o 37,6 % , do 28 mln zł, sprzedaż w kierunku wschodnim.

Główną pozycję asortymentową Plast-Boxu stanowią wyrafinowane, zamykane wiadra plastikowe, oferowane do renomowanych producentów w branżach spożywczej, chemicznej i budowlanej, których sprzedaż w 2015 roku zwiększyła się do 113,0 mln zł, tj. o 2,2 % r/r, co przekłada się na 80,5 % przychodów Grupy.

Stale pracujemy nad poszerzaniem i wzmacnianiem oferty produktowej Plast-Boxu. Aktywnie pozyskujemy nowych klientów, walczymy o nowe rynki. Jak pokazał miniony rok zwiększamy efektywność naszej organizacji produkcyjnej, a na najbliższe lata planujemy duże inwestycje w maszyny. Nasze działania porządkuje strategia na lata 2016-2021. Myśląc o interesie akcjonariuszy zamierzamy co roku rekomendować wypłatę dywidendy –  dodaje Grzegorz Pawlak, prezes zarządu Plast-Box S.A.

 

Po pięciomiliardowej stracie za 2015 rok KGHM pracuje nad rewizją strategii

0

CEO Magazyn Polska

Odpisy na utratę wartości zagranicznych kopalni mocno obciążyły wynik KGHM-u za ubiegły rok. Spółka zamierza zrewidować strategię zaplanowaną do 2020 roku, a zwłaszcza ponownie przemyśleć projekt Sierra Gorda. Jednocześnie władze KGHM oczekują stabilizacji cen miedzi powyżej poziomu z końca ubiegłego roku.

– Dokonujemy rewizji, zarówno w kontekście wszystkich nowych projektów, które są przedstawione, jak i wszelkich innych nowych założeń inwestycyjnych planowanych przez zarząd spółki w okresie 5 lat. Trudno jest w tej chwili mówić o szczegółach, bo dopiero rozpoczęliśmy prace – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Skóra, prezes zarządu KGHM.

Przez cały ubiegły rok spółce szkodziły niskie ceny zarówno miedzi, jak i srebra. Przez ostatnich 36 miesięcy surowce te potaniały odpowiednio o 33 i 45 proc., i to wliczając w to wzrosty z ostatnich tygodni. W ciągu miesiąca miedź podrożała o przeszło 10 proc. i na giełdzie w Londynie znów przekroczyła cenę 5 tys. dol. za tonę. Srebro od początku roku poszło w górę o 14 proc.

– Ceny miedzi czy srebra nie były wysokie w porównaniu z wcześniejszymi latami, dlatego wynik osiągnięty przez spółkę jest w sumie pozytywny – przekonuje prezes KGHM. – Do tego doszedł kurs dolara. Mamy nadzieję, że ceny surowców ustabilizują się na poziomie korzystniejszym, niż było to pod koniec ubiegłego roku.

W 2015 roku KGHM zanotował skonsolidowaną stratę netto na poziomie 5 mld zł. Była to jednak strata księgowa, powstała z powodu odpisów na utratę wartości zagranicznych aktywów spółki. Jak podkreśla prezes KGHM-u, gdyby pominąć ten czynnik, Polska Miedź zarobiłaby na czysto niemal 2 mld zł.

Odpisy dotyczą amerykańskich kopalni spółki w Chile, Kanadzie oraz Stanach Zjednoczonych. Najbardziej problematyczny jest chilijski projekt Sierra Gorda. Kopalnia ta działa od półtora roku, a komercyjne wydobycie prowadzi od połowy ubiegłego roku, ale przynosi straty ze względu na niskie ceny nie tylko samej miedzi, lecz także wydobywanego tam molibdenu.

– Projekt Sierra Gorda jest kontynuowany. Uważamy, że należy dołożyć wszelkich starań, aby zakończył się powodzeniem. Rozmawiamy ze stroną japońską, z firmą Sumitomo, aby efektywność tego projektu była lepsza, bo jak na razie nie przynosi on zadowalających wyników – mówi Krzysztof Skóra. – W tym projekcie również nie osiągnięto docelowych mocy z I etapu rozbudowy, a jest jeszcze II i III etap rozbudowy tej kopalni.

KGHM zakupił chilijską Sierra Gorda na przełomie 2011 i 2012 roku, płacąc za nią 10 mld zł. Uruchomienie kopalni kosztowało jednak kolejne 4 mld dol. Polska spółka jest właścicielem 55 proc. w przedsięwzięciu. Jej władze liczą na to, że w 2016 roku wynik chilijskiej kopalni na poziomie zysku EBITDA będzie dla grupy neutralny.

Konkurencja producentów trzody chlewnej z Hiszpanii pogarsza sytuację polskich hodowców

CEO Magazyn Polska

Niskie ceny i duże rozdrobnienie w procesie wytwórczym powodują, że produkcja trzody chlewnej w Polsce staje się coraz mniej opłacalna. Tym bardziej że są w Unii kraje, takie jak Hiszpania, które dofinansowują ten segment rolnictwa, by ograniczyć wysokie bezrobocie. W tym kraju liczba sztuk trzody chlewnej przewyższyła tę notowaną na rynku niemieckim.

Produkcja trzody w Hiszpanii mocno wzrasta, ponieważ – jak wynika z mojego rozeznania – Hiszpanie znaleźli w rozwoju produkcji trzody chlewnej sposób na ograniczenie bezrobocia. Dość spore pieniądze, i to łatwe pieniądze, wchodzą do tego przemysłu i są wykorzystywane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marian Kapłon, prezes zarządu Krajowego Związku Pracodawców-Producentów Trzody Chlewnej.

W Hiszpanii pod koniec ub.r. było 28,4 mln sztuk trzody chlewnej, co dało jej pozycję lidera w Unii Europejskiej. Kraj ten wyprzedził tym samym zajmujące dotychczas pierwszą pozycję Niemcy (27,5 mln). W ciągu roku pogłowie świń w Hiszpanii wzrosło o 6,7 proc. Kraj ten od lat boryka się z wysokim bezrobociem. Ostatnie dane wskazują jednak, że liczne reformy przynoszą efekty. Bezrobocie spadło z niemal 27 proc. na początku 2013 roku do mniej niż 21 proc. pod koniec 2015 roku.

Przez dwa ostatnie lata produkcja trzody chlewnej w Hiszpanii rosła o 7 proc. rocznie i podobno tak ma rosnąć przez kolejne 3–4 lata – mówi Kapłon. – To oznacza, że produkcja trzody chlewnej w Hiszpanii wzrośnie o 50 proc. w 5–6 latach, czyli będą produkować tyle, ile teraz produkujemy w Polsce.

W Polsce na koniec 2015 roku pogłowie trzody chlewnej wynosiło niespełna 10,6 mln sztuk i było 6 proc. niższe niż rok wcześniej oraz o 9 proc. niższe niż w czerwcu 2015 r. Jeszcze pod koniec 2007 roku stada liczyły łącznie ponad 17 mln loch, tuczników i prosiąt.

Branża narzeka na niską opłacalność produkcji. Jak podkreśla Kapłon, jednym z czynników jest spadająca cena. W czerwcu 2015 roku za 1 kg żywca wieprzowego płacono rolnikom 4,43 zł w skupie, a na targowiskach 4,52 zł, tj. odpowiednio o 16,7 proc. i o 10,5 proc. mniej niż w czerwcu 2014 roku.

Innym czynnikiem jest rozdrobnienie w produkcji. W branży działa ok. 300 tys. gospodarstw, ale 2 tys. z nich odpowiada za hodowlę 80 proc. trzody.

Elementem bardzo krytycznym dla producentów jest integracja pionowa. My jesteśmy w większości sami, czyli produkujemy tuczniki, które kupuje pośrednik, potem są one ubijane w dużej ubojni, a następnie mięso trafia przez jakąś dużą centralę dystrybucyjną do sklepów. Dla przykładu w Danii producent uczestniczy w zyskach zakładów mięsnych, dostaje dywidendę na koniec roku, która jest dość istotnym elementem jego ceny, jaką akumuluje – wyjaśnia prezes Krajowego Związku Pracodawców-Producentów Trzody Chlewnej.

Jak podkreśla, takie zasady mogły obowiązywać również w Polsce, ale zabrakło do tego woli politycznej.

To, co w tej chwili mamy na rynku trzody chlewnej, jest kumulacją zaniedbań, jakie zostały poczynione przez ostatnie 25 lat. Miał być program rządowy dla trzody chlewnej, ale tak naprawdę go nie ma – przekonuje Marian Kapłon.

W Holandii pracuje 200 tys. Polaków. Oferty pracy czekają m.in. w branży transportowej, budowlanej i rolnictwie

CEO Magazyn Polska

Holandia jest czwartym najchętniej wybieranym przez emigrantów zarobkowym krajem. Od 2007 roku, kiedy otworzono dla Polaków tamtejszy rynek pracy, liczba wyjeżdżających rośnie. Szacuje się, że jest ich tam ok. 200 tys. Obecnie największe zapotrzebowanie na pracowników z Polski jest tam w branży transportowej, budowlanej, ogrodnictwie, rolnictwie oraz przy obsłudze maszyn.

Holandia jest czwartym krajem, który Polacy wybierają jako miejsce zatrudnienia za granicą – mówi agencji Newseria Biznes Urszula Kozłowska, doradca ds. migracji i polityki społecznej w Ambasadzie Królestwa Niderlandów. – Tamtejszy rynek pracy został otwarty dla obywateli Polski w 2007 roku, a więc już prawie 10 lat. Początkowo myślano, że do Holandii przybędzie około 20 tys. Polaków. Koniec końców zjawiło się dziesięć razy więcej. 200 tys. to dużo, biorąc pod uwagę populację tego kraju.

Według „Raportu migracyjnego” Work Service i CEED Institute w 2014 roku do Holandii na pobyt stały wyjechało blisko 1,4 tys. osób. To daje jej czwarte miejsce, zaraz po Niemczech, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Spośród osób wyjeżdżających do pracy w Holandii co trzeci decyduje się na pozostanie w tym kraju.

Badanie z sierpnia 2015 roku wskazało jednak, że kierunek ten stracił na popularności jeśli chodzi o plany wyjazdowe Polaków. Tylko 1 proc. rozważających wyjazd bierze pod uwagę ten kraj. W marcu 2015 roku do Holandii wyemigrować chciało 9 proc., a w 2014 roku – 23 proc. planujących wyjazd.

Skupiając się na pracownikach z niższym wykształceniem, mogę powiedzieć, że jeżeli mamy odpowiednie kwalifikacje, to ten rynek będzie atrakcyjny. Po analizie ogłoszeń na stronie europejskich służb zatrudnienia EURES widać, że bardzo często pracodawcy wymagają kwalifikacji oraz od dwóch do pięciu lat doświadczenia – zauważa Urszula Kozłowska. – Sporadyczne poszukiwani są psychologowie, księgowe, a częściej osoby do cięższej pracy: w transporcie, budownictwie czy przy obsłudze maszyn technicznych.

Także przemysł chemiczny jest otwarty na pracowników z innych krajów, w tym z Polski.

Dużo osób kojarzy Holandię także z pracą w ogrodnictwie i rolnictwie. Tam rzeczywiście jest dużo takiej pracy i nie jest ona sezonowa, jak w Polsce. Holandia wyspecjalizowała się na tyle, że tam szklarnie są w stanie zapewnić obrót i pracę ludziom przez cały rok, więc takie oferty możemy też znaleźć – mówi Urszula Kozłowska.

Wśród ofert niewiele jest umów na czas nieokreślony. Dominują kontrakty elastyczne, które są mniej korzystne dla pracowników, ponieważ nie otrzymują oni stałej pensji, a jedynie wynagrodzenie za przepracowane godziny. Jedna z form takiego zatrudnienia to kontrakty zerowe, które zakładają, że pracodawca wzywa do pracy, kiedy jest to konieczne, więc może się zdarzyć, że w danym miesiącu nie będzie pracy, a więc nie będzie także wynagrodzenia. Kontrakty min–max określają minimalną i maksymalną liczbę godzin, którą pracownik będzie mógł przepracować w danym tygodniu. Wtedy pracodawca, nawet jeśli w danym okresie pracy nie będzie, wypłaci wynagrodzenie za wskazaną liczbę godzin.

Nie warto jechać za granicę po to, aby pracować 10 godzin w tygodniu – twierdzi Urszula Kozłowska. – Na portalu EURES jest zdecydowanie większa szansa znalezienia pracy w pełnym wymiarze godzinowym, czyli 36–38 czy 40 godzin tygodniowo. Warto także rozglądać za pracą na miejscu.

Umożliwiają to numery DigiD (rodzaj podpisu elektronicznego) oraz BSN, niezbędny do legalnego zatrudnienia, wynajęcia mieszkania czy korzystania z pomocy lekarza.

Z myślą o Polakach mieszkających w Holandii lub planujących wyjazd do tego kraju w celach zarobkowych Ambasada Królestwa Niderlandów uruchomiła portal wHolandii.pl. W dziale poświęconym pracy można znaleźć informacje dotyczące sposobów poszukiwania zatrudnienia, al także np. bezpiecznej organizacji wyjazdu, sprawdzenia pracodawcy, oferującej pracę agencji czy praw i obowiązków osoby zatrudnionej. W dziale Życie znajdują się natomiast rady dotyczące wszystkiego, co dotyczy kosztów utrzymania, warunków zakwaterowania i różnego rodzaju zasiłków.

Pracując w innym kraju Unii Europejskiej, a już na pewno w Holandii, Polak ma prawo np. do zasiłku dla bezrobotnych – podkreśla Urszula Kozłowska. – O wszystkich takich uprawnieniach warto dowiedzieć się przed wyjazdem, żeby w chwili, kiedy pojawią się ewentualne problemy, nie być zaskoczonym.

W Polsce jest za dużo lotnisk. Wiele z nich może mieć problemy z rentownością

CEO Magazyn Polska

W Polsce tylko trzy województwa nie mają swojego lotniska. Choć wszystkie porty łącznie odprawiły w ubiegłym roku ponad 30 mln osób, to tylko siedem z nich powyżej miliona. Ze względu na mniejszy popyt i dużą konkurencję ze strony kolei, część mniejszych lotnisk może w przyszłości borykać się z problemami finansowymi, podobnie jak port w Radomiu. Wywiadownia CRIBIS.pl zaliczyła go do najbardziej spektakularnych porażek gospodarczych.

Port Lotniczy w Radomiu powstał przede wszystkim z powodu marzeń gminy o posiadaniu własnego lotniska. Rynek bardzo szybko je zweryfikował, pokazując, że nie ma popytu na taki produkt i strategię, jaką przyjęło to lotnisko – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dominik Lewandowski, dyrektor ds. rozwoju odpowiedzialny za markę CRIBIS.pl w CRIF Polska. – Loty do Rygi czy do Czech nie były w stanie rozwinąć lotniska i sprawić, że będzie ono popularnym miejscem dla turystów i biznesmenów.

Z danych wywiadowni wynika, że spółka Port Lotniczy Radom wykazuje coraz większe straty, w 2011 roku – 2,4 mln, w 2014 roku już 12,4 mln zł. Lotnisko odprawiło w ubiegłym roku ok. tysiąca pasażerów. Ze współpracy pod koniec ubiegłego roku zrezygnował łotewski Air Baltic, w lutym odleciał ostatni samolot linii Czech Airlines do Pragi.

Od kwietnia z lotniska znów będą startować samoloty, tym razem linii SprintAir – do Pragi, Berlina, Gdańska i Wrocławia. W sumie tygodniowo ma odbywać się 14 lotów. Ranking przygotowany przez CIBRIS.pl wskazuje, że lotnisko w Radomiu można zaliczyć do jednej z bardziej spektakularnych ubiegłorocznych katastrof gospodarczych, przede wszystkim ze względu na złe przygotowanie i niedokładne zbadanie potrzeb rynku.

Nie jest to jedyny port, który będzie mieć problemy finansowe – podkreśla Dominik Lewandowski. – Nie można mówić o tym, że gmina została zaskoczona tym, co się wydarzyło. To bardziej kwestia przygotowania dobrego modelu biznesowego, sprawdzenie, czy na rynku istnieje popyt na dany produkt. Wszystkie przedsiębiorstwa powinny na to uważać, budując modele biznesowe, które dobrze wyglądają na papierze. Ktoś przecież musi chcieć zapłacić za produkt lub usługę.

Zdaniem eksperta można się spodziewać, że nie jest to jedyne lotnisko w Polsce, które będzie się borykać z podobnymi problemami. Obecnie w naszym kraju działa 14 lotnisk, tylko województwa podlaskie, świętokrzyskie i opolskie nie mają lokalnego portu. Ubiegły rok okazał się rekordowy dla polskich portów – łącznie odprawiły ponad 30,5 mln osób, jednak tylko połowa z nich ponad milion.

Po medycynie czas na przemysł zbrojeniowy. Drukiem 3D interesują się kolejne branże

CEO Magazyn Polska

Drukarki trójwymiarowe coraz śmielej wkraczają do krajowej medycyny. Za ich pomocą tworzone są m.in. protezy i implanty oraz modele poszczególnych narządów tworzone na podstawie zdjęć RTG. Dużym zainteresowaniem cieszy się ta technologia także w przemyśle zbrojeniowym, produkcji sprzętu AGD i RTV, studiach projektowych i architektonicznych oraz w branży automotive.  

Polska medycyna jest bardzo innowacyjna i możemy powiedzieć, że pod tym względem jesteśmy w ścisłej czołówce światowej – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Tomasiak, prezes zarządu Zortrax. – Niestety, w zastosowaniu przemysłowym jeszcze trochę odstajemy od reszty świata. Powodem jest zbyt mała liczba ośrodków produkcyjnych.

Liderem zastosowania technologii druku 3D są kraje azjatyckie – Korea, Japonia i Chiny, a za nimi Stany Zjednoczone i częściowo Europa Zachodnia.

Myślę, że to będzie zmierzało w coraz lepszą stronę. Coraz więcej ośrodków przemysłowych będzie powstawało, nawet tych średnich czy małych, i podejrzewam, że w najbliższych latach Polska będzie jednym z dominujących krajów, które będą odpowiadały za wdrożenie tej technologii u siebie – podkreśla Tomasiak.

To już widać w branży medycznej, gdzie druk 3D jest wdrażany na szeroką skalę. Technologia ta pozwala na wydrukowanie wcześniej zaprojektowanego modelu komputerowego w firmie z elementów z tworzywa sztucznego. Znajduje to zastosowanie w rożnych dziedzinach medycyny. Druk 3D jest użyteczny przy planowaniu zabiegów – wydrukowane organy mogą służyć lekarzom do ćwiczeń skomplikowanych operacji. Drukowane mogą być np. implanty zębów, a także protez.

Jesteśmy autorem narzędzia do wyciągania światłowodu odpowiadającego za usuwanie zatorów żylnych – zauważa Rafał Tomasiak. – Jest coraz więcej nowości, rosną możliwości tej technologii w medycynie. Ostatnim ciekawym przykładem jest wykorzystanie druku w odbudowie twarzy osoby po wypadku. Następne lata przyniosą jeszcze bardziej spektakularne odkrycia, które jeszcze bardziej zwiększą możliwości zastosowania druku 3D w medycynie.

Technologia ta wykorzystywana jest także w przemyśle, studiach projektowych i architektonicznych, firmach wytwarzających urządzenia elektryczne, sprzęt RTV, AGD, w branży motoryzacyjnej oraz lotniczej. Dzięki drukowi 3D może szybciej powstać projekt koncepcyjny, różnego rodzaju prototypy, a później gotowe elementy, co pozwala przyśpieszyć proces wejścia na rynek.

Rozwijane jest także zastosowanie tej technologii w przemyśle zbrojeniowym.

Na razie jest to faza koncepcyjna i testowa. Kilka armii światowych zaczyna używać tej technologii do dostarczania części, np. plastikowych części karabinów, wyposażenia żołnierza, a także pojazdów militarnych. Na poligony czy strefy wyjazdowe transportowane są zespoły drukarek, które pracują nad częściami zapasowymi do tych sprzętów – mówi Rafał Tomasiak.

Z drukarek Zortrax korzystają m.in. bydgoskie Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2. Druk 3D posłuży im do serwisowania i modernizowania samolotów myśliwskich, tak by spełniały wymagania NATO.

Młodzi konsumenci bardziej ufają blogerom niż celebrytom

CEO Magazyn Polska

Celebryci nie są uważani przez młodych konsumentów za osoby wiarygodne. Bardziej ufają wyspecjalizowanym w konkretnej dziedzinie blogerom. Popularność, a zatem i potencjał reklamowy celebryci utrzymują u starszych pokoleń, które częściej niż z internetu korzystają z tradycyjnych mediów.

Z badania przeprowadzonego przez Dentsu Aegis Network Polska oraz ARC Rynek i Opinia wśród internautów w wieku 15–55 lat wynika, że celebryci i internetowi influencerzy różnią się stopniem rozpoznawalności w poszczególnych grupach wiekowych konsumentów. Respondenci z najmłodszej grupy wiekowej często nie znali gwiazd i celebrytów doskonale rozpoznawanych przez starsze pokolenia. Osoby ze średniej i starszej grupy wiekowej nie kojarzyli natomiast postaci, które młodzież uznała za autorytety. Badanie pokazało, że idolami młodych ludzi są dziś przede wszystkim blogerzy i vlogerzy zajmujący się konkretną tematyką.

Nie ma w internecie osób, które są wszechstronne. Zazwyczaj mamy „gwiazdy”, które odwołują się do pewnych kategorii. Na przykład są osoby zajmujące się urodą, są to blogerzy czy vlogerzy, którzy piszą o modzie, makijażu, mamy osoby, które się specjalizują w tematyce muzycznej czy grach komputerowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle dr Adam Czarnecki, wiceprezes zarządu ARC Rynek i Opinia. 

Specjalizacje internetowych influencerów są zazwyczaj bardzo wąskie, jednak wśród osób zainteresowanych konkretną tematyką cieszą się oni bardzo dużą rozpoznawalnością. Z badania Dentsu i ARC wynika ponadto, że rozpoznawalność często nie jest równoznaczna z wiarygodnością i zaufaniem ze strony odbiorców, co ma niebagatelne znaczenie marketingowe. Oznacza bowiem, że powierzenie roli ambasadora marki bądź wynajęcie do kampanii reklamowej znanego aktora lub celebryty może nie przynieść spodziewanego efektu.

– Są osoby znane, jednakże ich wpływ na innych jest ograniczony, i są takie, które może nie są aż tak rozpoznawalne, najczęściej dotyczy to osób z internetu, ale ich opinie mogą wywierać bardzo duży wpływ na opinię młodszej generacji konsumentów – mówi dr Adam Czarnecki.

Młodsi konsumenci zdecydowanie bardziej niż gwiazdom ze świata mediów tradycyjnych – artystom lub celebrytom – ufają osobowościom ze świata online. Ich zdaniem blogerzy i vlogerzy są bardziej zaangażowani w konkretną tematykę, która często jest ich życiową pasją. Tym samym są bardziej wiarygodni niż powszechnie znana osoba. Badanie pokazało, że internauci lepiej odbiorą reklamy kosmetyków, w których wystąpi wiodąca blogerka niż popularna aktorka. Wynika to najczęściej ze zbyt dużej aktywności artystów i celebrytów na rynku reklamowym.

Oni są wykorzystywani w różnego rodzaju kampaniach reklamowych, są już niejako wypaleni w tym sensie, że ich wiarygodność ulega obniżeniu. Mogą jednego dnia reklamować jeden produkt, drugiego dnia zupełnie inny, w związku z tym nie są w wielu wypadkach aż tak wiarygodni – mówi dr Adam Czarnecki.

Przywiązanie konsumentów może jednak maleć, gdy internetowi influencerzy zaczynają przenikać do rynku offline i sami stają się celebrytami. Badanie Dentsu Aegis Network Polska oraz ARC Rynek i Opinia zostało przeprowadzone za pomocą House of Influence. Jest to pionierskie narzędzie, które pozwala porównać osobistości ze świata tradycyjnych mediów i gwiazdy internetu oraz określić stopień ich dopasowania do konkretnych działań marketingowych.

Sektor BPO nakręca krakowski rynek biurowy

Z roku na rok rośnie zapotrzebowanie na nowoczesną powierzchnię biurową, zarówno w miastach regionalnych, jak i w Warszawie. W ubiegłym roku wynajęło się o jedną trzecią więcej biur niż w 2014 roku, który również był bardzo dobry pod tym względem.  Precedensem okazała się ilość powierzchni wynajętej w głównych aglomeracjach, poza Warszawą, w których wolumen najmu po raz pierwszy w historii był większy niż w stolicy.

Sektor BPO nakręca krakowski rynek biurowyW największym stopniu przyczyniły się do tego firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu, które podpisały umowy na ponad połowę powierzchni wynajętej w 2015 roku w największych miastach, poza Warszawą. Stanowią one zdecydowanie najliczniej reprezentowaną grupę najemców biur na rynkach regionalnych. Jak podają specjaliści firmy doradczej Walter Herz, w 2015 roku firmy sektorowe wynajęły niemal 400 tys. m kw. biur w głównych aglomeracjach, poza stolicą.

70 proc. biur dla firm BPO/SSC

Sektor BPO/CSS najprężniej rozwija swoją działalność w Krakowie i we Wrocławiu. W tych miastach firmy świadczące nowoczesne usługi dla biznesu były odbiorcą ok. 70 proc. ubiegłorocznej puli najmu. Branża rośnie w naszym kraju o około 15 proc. rocznie, a jej ekspansja pociąga za sobą rozwój regionalnych rynków biurowych. Poza Krakowem i Wrocławiem, wzrost tej gałęzi gospodarki stanowi motor dla rozwoju inwestycji biurowych w Trójmieście, Poznaniu, Aglomeracji Katowickiej, czy Łodzi.

Branża wyrasta na wiodącego pracodawcę w Polsce. Jak podaje Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych, obecnie w tym segmencie rynku zatrudnionych jest ponad 170 tys. osób. Prognozy wskazują, że w tym roku zatrudnienie w branży wzrośnie o ok. 20 tys.

Kraków europejskim liderem outsourcingu

Największym ośrodkiem outsourcingu, nie tylko w Polsce, ale i w Europie jest Kraków. Stolica Małopolski jest zarówno polskim, jak i światowym liderem, jeśli chodzi o liczbę nowych podmiotów i rozwój firm z sektora BPO/SSC. W szczególnie szybkim tempie w  mieście rozwija się outsourcing IT i usługi związane z rozwojem.

Miasto zapewnia inwestorom wsparcie, świetny dostęp do wykwalifikowanej kadry, przy niższych w porównaniu z Warszawą kosztach pracy i stawkach czynszowych za wynajem powierzchni biurowej. Zachętą do inwestowania jest też turystyczna pozycja miasta, które jest jednym z najpopularniejszych miejsc wycieczkowych w Europie.

Zatrudnienie w sektorze osiągnie 58 tys. osób

Specjaliści Walter Herz, na podstawie najnowszych analiz organizacji ASPIRE , podają że styczniu 2016 roku w międzynarodowych firmach działających w Krakowie w sektorze zatrudnionych było około 48 tys. osób. W ciągu ostatniego roku wzrosło o 9750 osób (26 proc.). Doradcy informują, że według raportu ASPIRE do stycznia 2017 roku branża wzbogaci się o kolejne 10 000 pracowników (20 proc.), a zatrudnienie zwiększy się do 58 tys. osób.

Eksperci Walter Herz podkreślają jednocześnie, że w ciągu ostatnich lat nastąpiła wyraźna ewolucja usług świadczonych przez centra BPO, które od obsługi prostych procesów biznesowych przeszły do zaawansowanych operacji, wymagających specjalistycznej wiedzy i umiejętności. Ośrodki outsourcingowe zlokalizowane w mieście świetnie sobie radzą m.in. w takich obszarach, jak rachunkowość zarządcza, czy obsługa zaawansowanych procesów IT.

W Krakowie ulokowało swoje oddziały wiele światowych firm, należą do nich m.in.: Capgemini, Cisco, Eletrolux, Shell, UBS, State Street, AMS, ALK-Abello, Google, FedEx, Capita, Getinge Group, HSBC, Grid Dynamics, IBM, IAG Dassault Systems, Lufthansa, Lundbeck, Architech, Red Stack Tech, Solar Winds, Amway, Symphony. Obecne na krakowskim rynku firmy rozwijają obszar swojej działalności. Przykładem może być informatyczna firma Comarch, która na przestrzeni ostatniego roku zwiększyła zatrudnienie o ok. 800 osób, czy centrum biznesowe koncernu Shell, które zatrudniło 400 nowych pracowników.

Kraków zbliża się do 1 mln m kw. biur

Wraz z rozwojem ośrodków BPO i centrów SSC w Krakowie rozwija się rynek biurowy. W 2015 roku popyt na powierzchnie biurowe w mieście przekroczył 200 tys. m kw., obliczają eksperci Walter Herz. Do użytku oddane zostało niespełna 80 tys. m kw. biur. W tym roku oddane może zostać ponad 100 tys. m kw. powierzchni biurowej, z wynajmem której nie będzie problemu, bo najemcy już na nią czekają. Współczynnik powierzchni niewynajętej w mieście oscyluje bowiem w okolicy 4-5 proc. Obecnie biura można wynająć np. w nowym budynku kompleksu Bonarka Business Park i Quattro Business Park, biurowcu Opolska Business Park, Equal Business Park, czy Aleja Pokoju 5.

Eksperci Walter Herz oceniają, że w ciągu najbliższych dwóch lat całkowita podaż nowoczesnej powierzchni biurowej w Krakowie osiągnie poziom 1 mln metrów kw. Obecnie Kraków dysponuje niespełna 800 tys. m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Wśród nowych budynków powstających w mieście znajduje się biurowiec Axis  i realizowane są kolejne etapy inwestycji DOT Office oraz Enterprise Park.

 Wrocław i Trójmiasto gonią Kraków

Krakowowi depcze po piętach Wrocław i Trójmiasto. W tych aglomeracjach firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu również poszukują biur, tym samym stanowiąc konkurencję dla stolicy Małopolski. Specjaliści Walter Herz podają przykład amerykańskiego koncernu State Street, świadczącego usługi finansowe dla globalnych inwestorów instytucjonalnych, który od kilku lat działa w Krakowie i zatrudnia 2500 osób, a niedawno wynajął biura w gdańskiej Alchemii, gdzie ma pracować 1100 osób.

Kraków nadal pozostaje jednak liderem, jeśli chodzi o wynajem biur przez firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. W 2015 roku podpisały one umowy na wynajem ponad 150 tys. mkw. krakowskich biur. We Wrocławiu firmy outsourcingowe wynajęły w minionym roku ponad 90 tys. m kw. powierzchni biurowej. W ubiegłym roku Wrocław i Trójmiasto wyprzedziły jednak Kraków pod względem ilości biur oddanych do użytkowania i to właśnie one zapewniają firmom obsługującym procesy biznesowe większą dostępność nowoczesnej powierzchni biurowej.

 

Zastanów się, ile dla ciebie jest warte życie

Nadal łatwiej wyobrazić sobie kradzież auta czy pożar mieszkania niż utratę własnego zdrowia. I choć los płata różne figle, to niestety tylko co czwarty Polak ma polisę na życie. Czas zmienić świadomość ubezpieczeniową rodaków.

Wybierając ubezpieczenie, Polacy kierują się zazwyczaj jego zakresem, ceną oraz sumą. „Każdy z nas powinien odpowiedzieć sobie na dwa pytania: Jakiej kwoty potrzebowałaby rodzina w przypadku mojej śmierci? Jakiej kwoty potrzebowalibyśmy na leczenie, rehabilitację i powrót do pracy w razie poważnego zachorowania?” – stwierdza w rozmowie z serwisem infoWire.pl Krzysztof Skarbek z Uniqa Polska. Pozwoli to ustalić, jakie odszkodowanie mogłoby w pełni pokryć potrzeby ubezpieczonego.

Równie istotny jest zakres polisy. Zazwyczaj ubezpieczamy się na wypadek śmierci. Coraz częściej decydujemy się także na ubezpieczenie związane z zachorowaniem na raka. W ubiegłym roku odnotowano wśród Polaków 150 tys. zachorowań na nowotwór. „Boimy się tej choroby, dlatego świadomość i zapotrzebowanie na tę ochronę wzrastają” – zauważa rozmówca. „Co ważne, w przypadku wykrycia śmiertelnej choroby zapewniamy konsultację diagnozy ze specjalistami z całego świata” – dodaje.

Polisa na życie jest dla każdego. Polacy najchętniej przeznaczaliby na nią od 20 do 100 zł miesięcznie – wynika z badań ARC Rynek i Opinia. Takie ubezpieczenia, dopasowane do potrzeb i możliwości finansowych klientów, są dostępne na rynku. Pamiętajmy, że na życiu nie warto oszczędzać.

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.03.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Wódka a savoir-vivre

Savoir-vivre dotyczy różnych sfer życia, także podawania dań i alkoholi. Tutaj główną zasadą jest oczywiście umiar, szczególnie w przypadku napojów wysokoprocentowych, kiedy nie chcemy doprowadzić do nadużyć. Wódka to bardzo wymagający trunek, przy którego serwowaniu łatwo o faux-pas. Aby wydobyć z niego to, co najlepsze, należy stosować się do kilku podstawowych zasad. 

 Michał GuttOdpowiednia temperatura

Pierwszą i niezmiennie najważniejszą rzeczą jest pamiętanie o tym, aby wódka zawsze była bardzo dobrze schłodzona przed podaniem, szczególnie ta czysta i wytrawna gatunkowo. Zwykle serwujemy ją tylko do zakąsek. Kiedy nie chcemy umieszczać w zamrażarce całej butelki, możemy do niej wstawić kieliszki, tak aby powstał na nich delikatny szron. Wódek słodkich, czyli tzw. „damskich”, można napić się na ciepło, np. zamiast likieru w kawie. Wódki półwytrawne lub półsłodkie serwuje się schłodzone, a słodkie i likiery – w temperaturze pokojowej. Idąc natomiast za światowymi trendami dotyczącymi likierów i słodkich wódek, można również dodać małą kostkę lodu.

Sposób picia

Jedynym alkoholem, który możemy wypić „na raz”, jest właśnie wódka. Należy jednak pamiętać, że przy oficjalnych okazjach warto porcję rozłożyć na co najmniej dwie części. Nie zaleca się odchylania głowy w tył, a także wykrzywiania twarzy po wypiciu mocnego alkoholu.

 Podanie

Jeśli zdecydujemy się na podanie wódki, należy jeden kieliszek zestawić z zimną lub gorącą zakąską, lub jako digestif po obiedzie. Do przekąsek podaje się wódki wytrawne, gorzkie lub żołądkowe, do głównego posiłku raczej półwytrawne lub półsłodkie, w zależności od serwowanych dań.

Na odpowiedni odbiór wysokoprocentowego alkoholu wpływa również sposób jego podania. Wódki czyste podaje się w kieliszkach. Ewentualnie można wykorzystać do nich kieliszki z nóżką, te jednak są zarezerwowane głównie dla trunków gatunkowych. Wytrawne podajemy w kieliszkach 35-40 ml, a słodkie smakowe w mniejszych – 20-25 ml. Kieliszek, w którym znajduje się kolorowa wódka, powinien być napełniony tak, aby do krawędzi pozostało 3-5 mm. Ostatnio możemy zaobserwować również tendencję podawania wszystkich rodzajów wódek w coraz mniejszych kieliszkach, o pojemności 20-25 ml, szczególnie w ekskluzywnych restauracjach. Jest to trend, który pozwala na degustację różnych trunków podczas jednego obiadu czy kolacji.

Wódki naturalne, najczęściej robione samodzielnie, serwuje się w specjalnych kieliszkach koniakowych, które są stosunkowo duże (80-100 ml). Ich kształt powinien zwężać się ku górze. Nalewamy je zawsze do połowy kieliszka, tak aby znalazło się w nim ok. 25 ml alkoholu. Przed wypiciem dobrze jest przytrzymać kieliszek przez chwilę w dłoni. Pozwala to uwolnić aromat na zewnątrz.

Umiejętność picia

Wódka to elegancki i klasyczny alkohol. Kiedy zostanie ładnie podana, może stanowić ozdobę każdego przyjęcia. Należy pamiętać, że tą wysokiej jakości pije się raczej dla przyjemności, nie jest ona przeznaczona do oszołomienia umysłu. Umiejętność picia wódki to sztuka.

 

Michał Gutt, twórca marki Gutt Vodka.

Małe firmy: II półrocze 2015 stabilne, ale…

Druga połowa 2015 roku była dla większości małych przedsiębiorców stabilna. Niepokoi jednak ciągle wzrastający odsetek firm, których ogólna sytuacja się pogarsza. Szczególnie dotyczy to sektora przemysłu i handlu – to wnioski z badania Instytutu Badań i Analiz OSB oraz portalu Firmy.net, dotyczącego nastrojów gospodarczych wśród mikro- i małych firm w drugiej połowie 2015.

W badaniu z czerwca 2015 roku większość małych firm przewidywała poprawę w głównych obszarach działalności, jednak ostatnie pół roku okazało się okresem znacznie trudniejszym, niż przewidywali przedsiębiorcy. Stało się tak głównie za sprawą dalszego spadku popytu i presji cenowej na rynku. Z tego powodu optymistyczne prognozy udało się zrealizować tylko 27,9 proc. przedsiębiorstw, a w 41,8 proc. z nich sytuacja nie zmieniła się. Pogorszenie odczuło za to 30,2 proc. przebadanych firm – o blisko 10 proc. więcej niż prognozowano pół roku wcześniej.

Rys_1_Sytuacja_ogolna_firmRys. 1 – Sytuacja ogólna firm – stan przewidywany w czerwcu 2015 r. i ocena po upływie tego okresu – w grudniu 2015 r.

Budowlanka odbija się od dna, w handlu i przemyśle gorzej

W II połowie 2015 roku najbardziej stabilna sytuacja panowała w sektorze budownictwa i usług, które w największym stopniu odczuły wzrosty sprzedaży. Dodatkowo nastroje firm z tych sektorów charakteryzowały się tendencją wzrostową, czyli odczuwających poprawę ogólnej kondycji było więcej niż tych odczuwających jej pogorszenie. Szczególnie w przypadku firm budowlanych jest to duża zmiana w stosunku do poprzedniego badania, kiedy to ich firmy były w najgorszej kondycji z całej gospodarki.

Na przeciwnym biegunie znaleźli się przedstawiciele sektora przemysłu i handlu, gdzie tendencja negatywna w nastrojach ogólnych przyjęła rolę dominującą. W firmach handlowych nastroje dodatkowo pogarsza niepewność co do ostatecznego kształtu planowanego nowego podatku obrotowego.

Rys_2_Sytuacja_ogolna_firm_w_II_połowie_2015_wg_sektorówRys. 2 – Sytuacja ogólna firm w II połowie 2015 r. według sektorów ekonomicznych

Silna marka najbardziej pomaga w walce o klienta

Firmy, które odczuły poprawę swojej sytuacji ogólnej, przypisały to przede wszystkim wzrostowi rozpoznawalności ich marki (34,5 proc.) lub wzrostowi popytu i ożywieniu rynku (24 proc.). Duży wpływ na poprawę sytuacji miały także inwestycje firm w rozwój (12,2 proc.) lub w reklamę (8,9 proc.), zmiany organizacyjne (8,2 proc.) oraz poprawa jakości (7,2 proc.).

Jako powód pogorszenia się sytuacji swoich firm na rynku, przedsiębiorcy najczęściej wskazywali spowolnienie rynku i spadek popytu (27,6 proc), zbyt dużą konkurencję cenową (23,5 proc.), a także wzrost kosztów prowadzenia firmy (22,1 proc.). Relatywnie mniejszy wpływ miały decyzje rządu i idące za tym zmiany w przepisach (9,6 proc.), utrata klientów (7,3 proc.) czy zatory płatnicze (4,4 proc.).

Ceny i sprzedaży w kraju nadal w dół, rosną eksporterzy

W minionym półroczu ceny produktów i świadczonych przez przedsiębiorstwa usług najczęściej pozostały bez zmian (60 proc.). Jednak wśród pozostałych firm wciąż częściej podejmowane były decyzje o obniżeniu cen (24,8 proc.) niż ich zwiększeniu (15,3 proc.). Tendencja ta dotyczyła wszystkich sektorów gospodarki, a największe spadki cen można było zaobserwować w handlu (27,9 proc.), budownictwie (26,5 proc.), przemyśle (25,4 proc.) oraz w usługach (23,4 proc.).

Spadkowi cen towarzyszył spadek popytu na rynku krajowym, ale można zauważyć delikatną tendencję wzrostową w stosunku do początku 2015 roku. Rośnie bowiem grupa przedsiębiorców zadowolonych z poziomu sprzedaży (I połowa 2015 r. – 23,3 proc., II połowa 2015 r. – 26 proc.), a grupa odczuwająca pogorszenie maleje (I połowa 2015 r. – 32,8 proc., II połowa 2015 r. – 29,9 proc.).

Największe spadki poziomu popytu odnotowano w handlu, a w mniejszym stopniu także w sektorach usług i przemysłu. Najsilniejsza tendencja wzrostu poziomu sprzedaży była w budownictwie.

Jednym z nielicznych wskaźników, gdzie w II półroczu 2015 roku przeważały wzrosty nad spadkami, był poziom sprzedaży na rynkach zagranicznych

Rys_3_Poziom_sprzedaży_na_rynku_zagranicznymRys. 3 – Poziom sprzedaży na rynku zagranicznym – stan przewidywany w czerwcu 2015 r. i ocena po upływie tego okresu – w grudniu 2015 r.

Finanse, konkurencyjność i pozycja na rynku

Większość przedsiębiorców nie odczuła zmian swojej sytuacji finansowej (41,8 proc.). W grupie pozostałych firm w II połowie 2015 roku częściej nastąpiło jednak pogorszenie sytuacji finansowej (35,6 proc). niż jej poprawa (22,6 proc.). Najczęściej trudności dotknęły przedsiębiorstwa handlowe i przemysłowe.

W minionym półroczu 61,2 proc. przedsiębiorstw utrzymało swoją pozycję wśród konkurencji. W grupie pozostałych częściej ich konkurencyjna pozycja poprawiła się (26 proc.), niż pogorszyła (12,8 proc.). Tendencja poprawy najwyższy poziom osiągnęła w sektorach budownictwa, usług i przemysłu, natomiast najniższy w sektorze handlu

Poziom zatrudnienia minimalnie w górę

Przedsiębiorstwa w I połowie 2015 r. przeważnie utrzymały stały poziom zatrudnienia (80,5 proc.). Pozostałe firmy minimalnie częściej decydowały się zatrudniać nowych pracowników (10,4 proc.), niż ich zwalniać (9,1 proc.).

Rys_4_Poziom_zatrudnienia_w_firmach_w_II_połowie_2015Rys. 4 – Poziom zatrudnienia w firmach w II połowie 2015 r.

Niewielki wzrost zatrudnienia wystąpił w sektorach budownictwa i usług. Tendencja spadku poziomu zatrudnienia wystąpiła w sektorach przemysłu i handlu.

Informacje o badaniu

Badanie nastrojów gospodarczych zostało przeprowadzone po raz szósty w grudniu 2015 r. z zastosowaniem techniki CAWI przez Instytut Badań i Analiz OSB. W badaniu wzięło udział 1096 przedstawicieli małych firm (46,1 proc. firm jednoosobowych, 47,3 proc. mikro firm, zatrudniających od 1 do 9 pracowników, oraz 6,7 proc. małych firm, zatrudniających od 10 do 49 osób), które są zarejestrowane w wyszukiwarce firm Firmy.net. Wśród ankietowanych większość zajmuje się działalnością usługową – 63 proc., 20,3 proc. – handlową, 10,7 proc. – budowlaną, 5,4 proc. – przemysłową, a 0,6 proc. działa w branży rolnej. Z uwagi na liczbę i strukturę respondentów wyniki badania mają charakter reprezentatywny.

Wyniki PKP Cargo wyniosły 31,55 mln zł

PKP Cargo, drugi największy gracz na rynku przewozów towarów w Europie, opublikował wyniki finansowe za 2015 rok. Więcej o wynikach mówi Maciej Libiszewski, Prezes Zarządu spółki.

Hejtera można pokonać. Sprawdź czego się nie spodziewa

Potrafią znieważyć, oczernić, upokorzyć – w Internecie aż roi się od osób, których wirtualna aktywność sprowadza się wyłącznie do poniżania pozostałych użytkowników. Większość z nich jest przekonana, że może być bezkarna i nieuchwytna. Nic bardziej mylnego. Internet nie zapomina, a w każdym razie generuje całą masę śladów, które pomagają ustalić tożsamość hejtera.

Hejtera można pokonać. Sprawdź czego się nie spodziewa– Za wpisy umieszczone na stronie odpowiada administrator portalu. To jego obowiązkiem jest usunięcie wpisów, które nie mieszczą się w ramach dozwolonej krytyki, są np. szkalujące, obraźliwe lub są przejawem nieuczciwej konkurencji – mówi newsrm.tv Marcin Kulisz, prezes Kliniki Reputacji.

Przede wszystkim wobec cyberprzemocy nie można pozostawać bezczynnym. Dotyczy to zarówno osób prywatnych, jak i firm, których dobra osobiste są w ten sposób naruszane. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez serwis KlinikaReputacji.pl, ponad 70% internautów podziela ten pogląd i uważa, że z wirtualną mową nienawiści należy walczyć.

– Natychmiastowe przeciwdziałanie użytkownikom, próbującym nas znieważyć, piętnującym różne aspekty naszego życia lub prowadzonej działalności, pozwoli zapobiec rozprzestrzenianiu się fałszywych informacji i ochroni nasz wizerunek. Należy pamiętać, że każda platforma, służąca wymianie opinii i argumentów pomiędzy internautami, ma swoich administratorów zarządzających treścią. To ich zadaniem powinna być kontrola i dopilnowanie, aby moderowana zawartość była etyczna, zgodna z prawem, a w przypadku wszelkich naruszeń skutecznie usuwana lub przekazywana do wiadomości organów ścigania – mówi Marcin Kulisz.

Wzrost ryzyka dla deweloperów

0

Wzrost ryzyka dla deweloperów spowodowany przygotowaną przez rząd ustawą dotyczącą obrotu gruntami rolnymi może wywołać wzrost cen mieszkań. Przy jednoczesnym spadku cen gruntów rolnych.
Skutek uchwalenia ustawy, co najmniej przejściowy, do czasu wydania m.in. wiążących orzeczeń Sądu Najwyższego, będzie taki, że grunty rolne, dla których nie uchwalono miejscowego planu przestrzennego zostaną formalnie wyłączone z obrotu dla deweloperów.
Będą tacy deweloperzy, którzy zminimalizują ryzyko i nie będą przygotowywać inwestycji na takich gruntach. Ale będą też tacy, którzy podejmą zwiększone ryzyko. Za zwiększone ryzyko będą oczekiwać większej premii w postaci zysku. Ten mogą zwiększyć kupując taniej ziemię i drożej sprzedając mieszkania. O tym w rozmowie z MarketNews24 mówi prawnik Piotr Woźniak z międzynarodowej firmy doradczej EY.
Rząd przygotował ustawę, aby uniemożliwić kupno gruntów rolnych przez cudzoziemców. Jednak rolnicy protestują, bo ceny gruntów spadną po wejściu w życie ustawy.

Spokojny piątek na koniec pełnego wrażeń tygodnia?

Kończący się tydzień był bardzo ciekawy dla inwestorów, którzy grali głównie pod dyktando bankierów centralnych. Piątek powinien przynieść uspokojenie emocji.

Dzień wczorajszy to przede wszystkim rewizja pozycji przez inwestorów po decyzji FOMC. Zgodnie z tym co pisałem wczoraj delikatne ostudzenie oczekiwań przez Rezerwę Federalną wpłynęło na zajmowanie krótkich pozycji na dolarze. Główna para walutowa testowała w czwartek tegoroczne maksima, jednak zabrało siły by je pokonać i dziś obserwujemy delikatną korektę ruchu.

Osłabienie dolara spowodowało wśród spekulantów zaostrzenie apetytu na ryzyko. Od wczoraj widzimy zdecydowany popyt na ryzykowne aktywa, a co za tym idzie zieleń dominuje na parkietach rynków wschodzących oraz na rynku surowcowym. Globalne trendy widoczne są również w Polsce. Wczoraj dało się zaobserwować umocnienie złotego, a Giełda Papierów Wartościowych zanotowała bardzo dobrą sesję.

Z rodzimej gospodarki napłynęły bardzo dobre dane, które mogą napawać optymizmem. Produkcja przemysłowa w lutym wzrosła o 6,8% w ujęciu miesięcznym co przekłada się na 6,7% rok do roku. Takie wskazanie przekroczyło szacunki analityków, mówiące o wzroście 5,5% r/r i dało rynkowi nieco optymizmu po bardzo słabym odczycie na początku roku. Również sprzedaż detaliczna pozytywnie zaskoczyła analityków, rosnąc w lutym 3,9% r/r a nie jak się spodziewano o 3,3%.

Po bardzo ciekawym i obfitującym w publikacje makroekonomiczne czwartku, piątek powinien minąć raczej spokojnie. Kalendarz makroekonomiczny jest niemal pusty. Jedną informacją,  która może zainteresować inwestorów będzie wstępny odczyt Indeksu Uniwersytetu Michigan za marzec. Szacunki analityków w kwestii tego wskaźnika są optymistyczne i mówią o wzroście indeksu o 0,5 punktu do poziomu 92,2.

Ponadto za oceanem mamy dzisiaj cała masę wystąpień szefów FED z poszczególnych okręgów. Jak zwykle w przypadku takich wydarzeń inwestorzy będą starali się konfrontować ich wypowiedzi z zaprezentowaną w środę polityką FOMC.

Grupa Jaguar S.A. z sukcesem zakończyła emisję akcji serii D

Grupa Jaguar S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zajmująca się obrotem nieruchomościami gruntowymi, budową domów oraz rewitalizacją kamienic, przydzieliła wszystkie oferowane w emisji akcje serii D. Emitent sprzedał już także prawie wszystkie lokale mieszkalne w realizowanym projekcie inwestycyjnym w Gdyni.

W ramach emisji akcji serii D, przeprowadzonej z zachowaniem prawa poboru dla dotychczasowych Akcjonariuszy, złożone zostały 63 zapisy podstawowe w sumie na 5.538.114 akcji, które stanowiło 91,3% oferowanych. W ofercie publicznej złożono również 15 zapisów dodatkowych, łącznie na 2.897.435 akcji serii D. Stopa redukcji w przydziale akcji w ramach zapisów dodatkowych wyniosła tym samym 81,7%. Środki pozyskane z emisji akcji serii D w wysokości ponad 600 tys. zł zostaną przeznaczone na kapitał obrotowy Spółki.

„Nie ukrywamy naszej radości z sukcesu tej emisji, przede wszystkim dlatego, że była to pierwsza emisja akcji w niespełna pięcioletniej giełdowej historii Spółki, nie licząc oczywiście oferty prywatnej przed debiutem na rynku NewConnect. Jesteśmy szczególnie zadowoleni, że dotychczasowi Akcjonariusze, bowiem to do nich kierowana była ta emisja, dokonali tak dużych zapisów dodatkowych. Odbieramy to bardzo pozytywnie jako oznakę dużego zaufania do Spółki. Z pewnością większa liczba akcji w obrocie przyczyni się również do większej płynności obrotu, co pozwoli nam przyciągnąć nowych inwestorów.” – komentuje Jacek Wieczorkowski, Członek Zarządu Spółki Grupa Jaguar S.A.

Grupa Jaguar S.A. aktywnie sprzedaje lokale mieszkalne w realizowanej inwestycji o nazwie „Kamienna Góra Lipowa”, która jest kompleksem 9-ciu ekskluzywnych apartamentów znajdujących się w dwóch kamienicach, zlokalizowanych w jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic Gdyni, a także całego Trójmiasta. Całkowita powierzchnia oferowanych przez Spółkę mieszkań wynosiła ponad 710 m2. Emitent dokonał już sprzedaży ośmiu z dziewięciu apartamentów znajdujących . Termin odbioru lokali jest przewidywany na 2 kw. 2016 r. Grupa Jaguar S.A. planuje realizację kolejnych projektów w obszarze rewitalizacji kamienic, ponieważ ten segment działalności umożliwia jej osiąganie bardzo atrakcyjnych rentowności. Realizacja projektu inwestycyjnego w Kamiennej Górze będzie miała swojej odzwierciedlenie w wynikach finansowych Spółki w 2016 r.

„Jesteśmy na ukończeniu remontu obu kamienic. Stan zaawansowania prac spowodował też większe zainteresowanie apartamentami. Mamy podpisane umowy sprzedaży na 8 z 9 mieszkań i wkrótce zaczniemy sporządzać akty przenoszące własność. To będzie moment, kiedy kwoty wynikające z transakcji sprzedaży pojawią się w przychodach i zyskach Spółki, co pozytywnie wpłynie na nasz wynik finansowy w tym roku. Prowadzimy intensywne negocjacje dotyczące zakupu kolejnych kamienic do remontu na terenie Trójmiasto i myślę, że zaczniemy je finalizować w II kwartale br.” – dodaje Wieczorkowski.

Grupa Jaguar S.A. wypracowała w 2015 r. zysk netto w wysokości 35 tys. zł przy przychodach ze sprzedaży sięgających 1.931 tys. zł. Spółka realizuje obecnie kilka projektów inwestycyjnych w zakresie nieruchomości gruntowych, m.in. w Zdradzie, Odargowie i Sznurkach. W tej ostatniej inwestycji Emitent prowadzi również sprzedaż całorocznych domów rekreacyjnych. Grupa Jaguar S.A. rozwija także działalność pośrednictwa w obrocie nieruchomościami na rynku wtórnym, która jest realizowana przez spółkę zależną – Jaguar Inwestycje Sp. z o.o., w której Emitent posiada 100% udziałów.

Największa słabość piłkarskiej ekstraklasy

Najistotniejszą słabością ekstraklasy piłkarskiej jest brak infrastruktury szkoleniowej. To dlatego, że w większoci klubów brakuje nastawienia na szkolenie młodzieży.
-Ekstraklasa jest coraz bardziej profesjonalna, ale pokutują jeszcze mankament z przeszłości – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Zaczyński, współautor raportu o polskiej piłce nożnej, z międzynarodwej firmy doradczej Grant Thornton. – Stadiony już mamy, ale brakuje nam infrastruktury szkoleniowej.
Ekspert z Grant Thornton ocenia, że ekstraklasa bardzo zyskała na profesjonaliźmie, odkąd prezesem PZPN jest Zbigniew Boniek.

Lexus wchodzi na nowy rynek

Lexus otworzył w Stambule swój pierwszy w Turcji salon firmowy, oficjalnie rozpoczynając sprzedaż samochodów tej luksusowej japońskiej marki w tym kraju.

Lexus wchodzi na nowy rynekLexus oferować będzie w Turcji szeroką gamę samochodów, w tym modele IS, GS, NX, RX, RC oraz LS. Jak powiedział podczas uroczystego otwarcia szef Lexus Europe Alain Uyttenhoven, firma spodziewa się, że w najbliższej przyszłości wielkość tureckiego rynku samochodów klasy premium wzrośnie z 80 tys. sztuk w roku 2015 do ponad 100 tys., co da Turcji miejsce w pierwszej siódemce na naszym kontynencie. Planowane jest otwarcie kolejnych salonów w dużych miastach kraju, zaś sieć zakładów serwisowych obejmować będzie niemal 60 punktów.

Ekspansja terytorialna towarzyszy znakomitym wynikom sprzedaży Lexusa. W ubiegłym roku firma sprzedała na świecie 652 tys. samochodów, o 12% więcej, niż w roku 2014. Sprzedaż w Europie wzrosła o 20% i wyniosła 64 tys. aut, przy czym wzrost sprzedaży w Europie Zachodniej sięgnął 31%. W Chinach nabywców znalazło 88500 samochodów marki Lexus – o 14% więcej, niż rok wcześniej, zaś w Ameryce Północnej 368 tys. – o 12% więcej, niż w roku poprzednim. Warto podkreślić, że w 2015 roku aż 23% ogólnej sprzedaży stanowiły pojazdy z napędem hybrydowym (149 tys. sztuk), a w marcu bieżącego roku całkowita liczba hybryd sprzedanych przez Lexusa od wprowadzenia tego rodzaju napędu przekroczyła milion.

Lexus odnotował również bardzo duży, bo ponad 50-procentowy wzrost sprzedaży w Polsce: w 2015 roku klienci kupili 2630 aut (rok wcześniej – 1725). Lexus posiada w naszym kraju dziewięć salonów dilerskich: po jednym w Katowicach, Krakowie, Poznaniu, Szczecinie, Trójmieście i Wrocławiu oraz trzy w Warszawie.

Pracodawca nie przekazał Ci PIT-11? Co zrobić?

Na pracodawcy, jako na płatniku, spoczywa obowiązek przekazania pracownikowi formularza PIT-11 za poprzedni rok podatkowy. Musi on dokonać tego w odpowiednim terminie – do końca lutego. Jest to o tyle ważne, że PIT-11 jest niezwykle istotnym dokumentem w kontekście rozliczenia rocznego pracownika – to imienna informacja o jego dochodach w trakcie roku i zaliczkach na podatek dochodowy, które pobrał zakład pracy jako płatnik. Nic zatem dziwnego, że pracownicy niecierpliwie wyczekują chwili, gdy dostaną formularz. Co mogą jednak zrobić, gdy luty się skończył, a deklaracji nadal nie ma?

Deklaracja  PIT-11 – kto powinien ją złożyć?

Przepisy nakładają te obowiązki na podatnika, czyli pracownika (wyjątkiem jest sytuacja, w której zakład pracy dokonuje rocznego rozliczenia za pracownika), on więc musi dopilnować, by dokument trafił we właściwym terminie do urzędu. Jak zatem widać, niezależnie od tego, czy pracodawca przekazał mu PIT-11, pracownik musi rozliczyć się z Urzędem Skarbowym.

Kiedy należy złożyć PIT-11?

Najważniejszą kwestią, jeżeli chodzi o rozliczenie deklaracji PIT-11, jest to, czy podatnik ma odpowiednią ilość czasu na rozliczenie się z fiskusem, czyli czy może dostarczyć go do właściwego urzędu do 30 kwietnia. Dlatego jeśli pracodawca tylko się spóźnił z dostarczeniem formularza, a pracownik będzie mógł złożyć go w terminie, nie jest to naganne.

Interwencja u pracodawcy w sprawie niewydania PIT-11

Powodem do niepokoju z pewnością może być niedostarczenie formularza przez pracodawcę przed końcem lutego. W takim przypadku najrozsądniejsze będzie zainterweniowanie u pracodawcy, a jeżeli to nie pomoże, przesłanie oficjalnego ponaglenia listem poleconym. Brak wiadomości od pracodawcy może skutkować  brakiem danych na temat rozliczonych zaliczek na podatek dochodowy. Pracownik może złożyć deklarację z szacunkowymi kwotami i dokonać później korekty zeznania, zaś przy korygowaniu jako powód złożenia drugiej deklaracji należy podać przekazanie informacji PIT-11 po terminie. Podatników może jednak odstraszyć od tej metody zarówno konieczność złożenia korekty, jak i niepewność, czy od pracodawcy da się wyegzekwować wspomniana informację.

Co jeszcze może zrobić podatnik? Zgłosić brak deklaracji PIT-11 do właściwego urzędu skarbowego. Niedopełnienie przez pracodawcę tak ważnego obowiązku grozi odpowiedzialnością karną skarbową.  Jednak to, że zostanie on ukarany grzywną, może nie spowodować, że pracownik otrzyma od niego deklarację. Wobec tego najkorzystniejszą opcją dla podatnika jest zwrócenie się do organu podatkowego o wydanie właściwego zaświadczenia. Urząd ma obowiązek wydać je, jeżeli może o­no potwierdzić fakty albo stan prawny, wynikający z prowadzonych przez urząd ewidencji, rejestrów lub z innych danych znajdujących się w jego posiadaniu. Podatnik musi jednak wykazać, że stara się o zaświadczenie ze względu na swój interes prawny, a także że służy ono uzyskaniu urzędowego potwierdzenia określonych faktów lub stanu prawnego.

Może jednak okazać się, że z dokumentów urzędu skarbowego wynika, że nie płatnik nie odprowadził żadnych zaliczek na podatek dochodowy. Podatnik musi w takim przypadku samodzielnie obliczyć i uiścić podatek od otrzymanych wynagrodzeń.

Zmieniasz pracę, poproś o referencje

Listy referencyjne wróciły do łask. Przy szukaniu nowej pracy, rekrutacji na studia doktoranckie, aplikowaniu o grant lub stypendium – silne referencje będą kartą przetargową, pomogą wyróżnić się z tłumu. Trzeba się tylko odważyć i poprosić o nie szefa.

Referencje_MonsterPolska.pl

Ani pracodawca ani wykładowca nie mają obowiązku wystawiania listów polecających.

Nie ma przepisów, które obligowałyby pracodawców do wystawiania referencji. Mimo to zdecydowanie warto o nie zawalczyć. Rekruterzy uważają zawarte w nich informacje ze bardziej wiarygodne niż te, które kandydat sam wpisuje w liście motywacyjnym.” – mówi Bartosz Struzik, ekspert międzynarodowego serwisu z ofertami pracy MonsterPolska.pl.

Wielu z nas ma jednak wątpliwości, czy wypada o nie poprosić; „co powie szef”, „czy nie zdenerwuje go moja prośba”, „może trzeba oferować coś w zamian”, „a jeśli wcale mnie nie lubi a skrycie nie znosi”, itd. Czas rozbroić tę bombę.

Po prostu zapytaj

Łatwo powiedzieć? Pewnie tak, ale to naprawdę jedyny sposób. Pomaga, gdy się zrozumie, że nie jest się ani pierwszą ani ostatnią osobą, która o to prosi. Menadżerowie i profesorowie są przyzwyczajeni do takich próśb, słyszą je coraz częściej. Zamiast więc krygować się, przepraszać za zbytnią śmiałość czy kręcić, trzeba zapytać wprost. Trzeba wytłumaczyć, do czego potrzebujemy listu referencyjnego i koniecznie zaznaczyć, na kiedy.

Można tak: „Panie profesorze, staram się o staż. Do aplikacji muszę załączyć dwa listy referencyjne. Czy zgodzi się pan napisać jeden z nich? Potrzebuję go do 20-ego.”

Zasugeruj treść

List referencyjny ma przekazać konkretne informacje o naszych kwalifikacjach, cechach i doświadczeniu potencjalnemu nowemu pracodawcy. Warto więc mieć pewność, że się w nim znajdą. Co do zasady, lepiej jeśli są sformułowane na tyle uniwersalnie, by można je było przedstawić w kolejnych rekrutacjach. Ale kiedy staramy się o konkretną posadę można wybić te doświadczenia i umiejętności, których oczekuje dana firma. Nie wystarczy więc poprosić o referencje, trzeba też zasugerować, co powinno się w nich znaleźć.

Na przykład tak: „Dziękuję, że zgodził się pan wystawić mi referencje. Czy mógłby pan wspomnieć o mojej roli w pracach nad ostatnią kampanią, a szczególnie o tym, jak posty, które umieszczałem na profilu przyczyniły się do zwiększenia ruchu na firmowej stronie?”

Napisz list sam

Nie oszukujmy się, wszyscy funkcjonujemy w niedoczasie. Niewykluczone, że przełożony poprosi nas o przygotowanie wstępnej wersji listu. Jeśli jesteśmy z szefem w dobrych relacjach, możemy też sami to zaproponować.

”Idealny list referencyjny nie może być rozwlekły  – nie więcej niż A4, powinien zawierać nazwę firmy, stanowiska i czas naszej pracy. Musi być konkretny. Powinien opisywać trzy, cztery nasze mocne strony. Za każdym razem zilustrowane konkretnym przykładem.” – dodaje ekspert MonsterPolska.pl.

Tak przygotowany szkic wysyłamy szefowi, poprawiamy według jego wskazówek i prosimy o podpis. Można zapytać tak: „Wiem, że ma pan teraz gorący okres. Mogę przygotować wstępną wersję listu referencyjnego, którą pan zweryfikuje i, jeśli będzie w porządku, podpisze.”