Grupa Waryński już w 40 proc. skomercjalizowała projekt biurowy EQlibrium na warszawskiej Woli. Rozpoczęta we wrześniu inwestycja ma zostać sfinalizowana do końca przyszłego roku, a najemcy mają się wprowadzić do budynku na początku 2017 roku. Deweloper nie wyklucza realizacji kolejnych inwestycji tego typu.
EQlibrium jest pierwszym projektem biurowym realizowanym przez Grupę Waryński. Biurowiec będzie się składał z dwóch połączonych brył, jedenasto- oraz sześciokondygnacyjnej. Łączna powierzchnia najmu, przygotowana w standardzie klasy A, wyniesie 10,5 tys. mkw.
– Skoro udało nam się uruchomić ten projekt i pozyskać finansowanie, to świadczy to o tym, że radzimy sobie nieźle, jak na debiutanta na rynku biurowym – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Jankowski, prezes zarządu Grupy Waryński. – Rzeczywiście ten rynek jest trudny i uczy pokory. Aczkolwiek jesteśmy optymistami, jeśli chodzi o naszą inwestycję. Jest to bardzo atrakcyjny projekt, w korzystnej i bardzo dobrze skomunikowanej lokalizacji, w bliskiej odległości od centrum.
Jarosław Jankowski zapowiada, że biurowiec budowany przez jego firmę powinien być gotowy już za rok.
– Projekt EQlibrium wystartował we wrześniu tego roku. Jego zakończenie i oddanie do użytkowania planujemy na grudzień 2016 roku, tak aby od stycznia 2017 roku mogli się tam wprowadzić pierwsi najemcy – mówi Jankowski. – Obecnie mamy skomercjalizowane 40 proc. budynku, więc nie jest to budowa spekulacyjna. Projekt ten budujemy i finansujemy w tradycyjny sposób. Kolejne rozmowy trwają, mam nadzieję, że jeszcze w tym roku podamy kolejnych najemców, którzy podpiszą z nami umowę.
Oprócz biurowca EQlibrium Grupa Waryński prowadzi też dwie inwestycje na rynku mieszkaniowym. Wspólnie z firmą Dantex buduje Miasto Wola, zaś z Polnordem Stację Kazimierz. Jak zapowiada Jarosław Jankowski, w perspektywie kilku lat Grupa Waryński odda ok. 1,5 tys. mieszkań o łącznej powierzchni sięgającej 100 tys. mkw.
– My jesteśmy historycznie i obecnie biznesowo związani z Wolą – deklaruje prezes zarządu Grupy Waryński. – Wola obecnie jest dzielnicą, która rozwija się niezwykle dynamicznie, zarówno pod kątem biurowym, jak i mieszkaniowym. Bardzo dobrze się tutaj czujemy.
Grupa Waryński nie wyklucza też kolejnych inwestycji na rynku biurowym, zaznacza jednak, że nie nastąpią one bardzo szybko.
– Teraz skupiamy się na zakończeniu budowy i komercjalizacji przede wszystkim budynku EQlibrium – deklaruje prezes Jarosław Jankowski. – Mamy też sąsiednią działkę, która jest zabezpieczona pod mniejszy budynek, ale nie rozpoczęliśmy jeszcze przygotowań do tego projektu.
Inwestycje na rynku odpadów napotykają w Polsce na podobne bariery jak w innych branżach. Do najpoważniejszych należy niestabilne prawo, które nie gwarantuje możliwości zaplanowania długoterminowej inwestycji. Pozytywnie zmienia się natomiast podejście polskiego społeczeństwa do nowoczesnych metod utylizacji odpadów.
– Poruszamy się w obszarze pomiędzy zagospodarowaniem odpadów, bo osady pościekowe są również odpadem, a energetyką. To oznacza, że możemy korzystać z ewentualnego systemu wsparcia z tytułu produkcji energii elektrycznej z odnawialnych źródeł energii pracujących na takich właśnie paliwach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Grzegorz Maj, dyrektor ds. innowacji i realizacji inwestycji w firmie Eneris. –Problem polega na tym, że te systemy wsparcia od wielu lat podlegają zmianom, które nie są do końca jasne i to powoduje, że inwestorzy mają problem z zaprogramowaniem ekonomicznym takiego projektu.
Tych barier, jak dodaje Grzegorz Maj, jest dużo, natomiast główną z nich jest w dalszym ciągu niestabilne prawo, które nie gwarantuje długoterminowego projektowania ekonomicznego dla takich inwestycji. Poprawia się za to społeczne postrzeganie spalarni, które muszą spełniać wysokie wymagania i są bardziej przyjazne środowisku niż składowiska śmieci.
– Nie mam wątpliwości, że przez ostatnie lata nastąpiła poważna zmiana w świadomości społeczeństwa – podkreśla Grzegorz Maj. – Edukacja zrobiła swoje i obecnie właściwie nie mówimy o spalarniach, mówimy o nowoczesnych źródłach, zazwyczaj kogeneracyjnych, na paliwa odnawialne, w związku z tym postrzeganie społeczne również się zmienia.
Jak podkreśla, na tradycyjnych składowiskach odpadów komunalnych często wybuchają np. pożary. Polacy zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, że jest to znacznie gorsze zarówno dla środowiska, jak i mieszkańców niż kontrolowana utylizacja. Wobec podobnych zagrożeń spalarnie śmieci przestają być postrzegane jako złe rozwiązanie.
– Mówimy o instalacjach, które gwarantują najwyższe standardy emisji – zwraca uwagę dyrektor ds. innowacji i realizacji inwestycji Eneris. –To nie tylko my, ale wszyscy ci, którzy budują w tej chwili instalacje termicznego przekształcania odpadów w Europie, są poddani najwyższym wymaganiom, standardom odnośnie do emisji. Tutaj po prostu zagrożeń nie ma. To jest najbardziej bezpieczna z dostępnych forma utylizacji czy odzysku z udziałem odpadów komunalnych.
Składowanie wiąże się z ryzykiem skażenia gruntu czy emisją np. metanu. Jak podkreśla Grzegorz Maj, Polacy zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, że nawet gdy składowisko jest zaopatrzone w nowoczesne instalacje do odzysku metanu, to nie uniknie się emisji do powietrza ze składowisk.
– Zatem tutaj następuje poprawa, aczkolwiek w wielu miejscach spotykamy się jeszcze w dalszym ciągu z dużą nieufnością– mówi Grzegorz Maj z Eneris. – Ważna jest komunikacja, ważne jest tłumaczenie, ważne jest to, w jaki sposób rzeczywiście przedstawiamy tę kwestię społeczeństwu. Jeżeli robi się to w sposób uczciwy, rzetelny, to zazwyczaj przynosi to dobre efekty.
W tym roku na konto Funduszu Ubezpieczeń Społecznych trafi 145 mld zł. Na emerytury, renty i zasiłki wydanych zostanie 200 mld zł. W dużej mierze brakującą kwotę pokryje dotacja z budżetu państwa. Zakład Ubezpieczeń Społecznych, który zarządza funduszem, może dodatkowo na ten cel zaciągać kredyty na rynku komercyjnym i skorzystać z pożyczek z budżetu.
– W dyskursie publicznym często zamiennie używamy nazw ZUS i FUS, a są to dwie różne instytucje. Z jednej strony mamy Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, na którym są gromadzone pieniądze ze składek i z którego są finansowane nasze emerytury. Z drugiej strony jest Zakład Ubezpieczeń Społecznych, czyli instytucja, która zarządza tym funduszem. To ZUS zajmuje się pobieraniem składek i wypłacaniem emerytur, ale te pieniądze pochodzą z FUS-u – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Aleksander Łaszek, ekspert fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR).
Składki ponad 14 mln ubezpieczonych w Polsce trafiają właśnie do FUS. Środki wpłacane przez osoby czynne zawodowo są zapisywane na indywidualnych kontach. ZUS je księguje, a następnie wypłaca świadczeniobiorcom, czyli emerytom i rencistom. Dla porównania, budżet ZUS to niecałe 2 proc. środków, którymi Zakład obraca.
W tym roku ze składek ubezpieczonych do FUS wpłynie 145 mld zł. Na emerytury, renty, zasiłki i inne świadczenia wydanych zostanie ok. 200 mld zł. Budżet państwa w ramach dotacji dołoży 42 mld zł. Ponad 5 mld zł wpływów do FUS będą stanowiły aktywa OFE.
– Deficyt w FUS jest rzeczą normalną. Nie powinien budzić żadnego przerażenia u obywateli. Ustawa przewidziała dotowanie Funduszu i uzupełnianie go w celu wypłaty bieżących świadczeń. Państwo co roku dotuje FUS. Dodatkowo ZUS może zaciągać kredyty na rynku komercyjnym, jednak zazwyczaj, jeśli korzystamy z takich narzędzi, to są to krótkotrwałe zasilenia z kredytów rynkowych, służące bieżącej płynności, które od razu spłacamy – wyjaśnia Wojciech Andrusiewicz, rzecznik prasowy ZUS.
Dodatkowo ZUS może również korzystać z pożyczek z budżetu państwa. Skala tego rodzaju wsparcia stopniowo maleje. W 2013 roku było to 12 mld zł, rok później ok. 7 mld zł, a w tym roku pożyczka może wynieść ponad 5 mld zł.
Z uwagi na różne świadczenia FUS dzieli się na cztery mniejsze fundusze: największy emerytalny oraz rentowy, chorobowy i wypadkowy.
Zaledwie 3 procent polskich firm jest gotowe na wprowadzenie Jednolitego Rynku Cyfrowego – wynika z badań zrealizowanych na zlecenie Ricoh. W skali UE przygotowane na ten krok jest zaledwie 8 proc. przedsiębiorstw. Tymczasem dzięki wejściu w życie inicjatywy Komisji Europejskiej powstać może kilkaset tysięcy miejsc pracy, a przychody z tego tytułu przekroczą 400 mld euro. Firmy obawiają się jednak zaostrzonej konkurencji.
– Korzyści z powstania Jednolitego Rynku Cyfrowego odniesie przede wszystkim ten, kto wykorzysta jego potencjał, który jest on ogromny. Jednolity rynek daje niespotykane na dotychczasową skalę możliwości ekspansji, rozwoju, pozyskiwania kontrahentów i partnerów do współpracy, a nawet finansowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Patrycja Gołos, dyrektor ds. korporacyjnych i polityki publicznej UPC Polska.
Przyjęta wiosną tego roku strategia Jednolitego Rynku Cyfrowego obejmuje trzy filary. Pierwszym jest poprawa dostępu do dóbr i usług cyfrowych w całej Europie, drugim – stworzenie odpowiednich warunków i jednolitych zasad prowadzenia działalności dla sieci cyfrowych i usług innowacyjnych, aby mogły się lepiej rozwijać. Trzecim jest zmaksymalizowanie potencjału wzrostu gospodarki związanego z gospodarką cyfrową. Komisja Europejska wyróżniła 16 inicjatyw w ramach tych filarów, które mają być realizowane do końca przyszłego roku.
– Jednolity Rynek Cyfrowy stwarza ogromne możliwości dla wszystkich graczy w cyfrowej gospodarce. Szczególnie dla operatorów takich jak my, inwestujących w infrastrukturę cyfrową – zaznacza Chris Hutchins, wiceprezes ds. polityki publicznej w Liberty Global, największym na świecie operatorze telewizji kablowej, do którego należy m.in. brytyjskie Virgin Media, holenderskie Ziggo oraz UPC Polska. – Dziś sektor cyfrowy jest nieprawdopodobnie konkurencyjny. Musimy zagwarantować, że europejskie firmy, zarówno duże, jak i małe, a także infrastruktura, która je wspiera, mogą się rozwijać i prosperować.
Zdaniem Hutchinsa to decydenci na szczeblu europejskim powinni gwarantować, że inwestycje infrastrukturalne będą kontynuowane, a konkurencja panująca na rynku będzie podlegać ochronie.
Z wyliczeń KE wynika, że JRC przyniesie unijnej gospodarce ponad 400 mld euro i wiele nowych miejsc pracy. Z badania przeprowadzonego przez firmę Ricoh wynika, że firmy również dostrzegają potencjalne korzyści. Ponad połowa ankietowanych uważa, że otworzy to dostęp do większej liczby klientów. Podobny odsetek liczy na otwarcie nowych europejskich rynków. Wiele firm jednak dostrzega również ryzyko.
– Jednolity Rynek Cyfrowy zapewne zaostrzy konkurencję w Europie i w Polsce. To przede wszystkim powinno nas zmotywować do właściwego przygotowania się na to, co nam przyniesie, czyli do zwiększenia naszej konkurencyjności, produktywności i możliwości działania – wyjaśnia Patrycja Gołos.
Z badania Ricoh wynika jednak, że 97 proc. firm nie jest przygotowanych na wdrożenie JRC. W całej Europie odsetek ten wynosi 92 proc.
– Jednym z najważniejszych powodów, dla których szefowie firm w Polsce nie czują się jeszcze gotowi do funkcjonowania na JRC, jest rozwój infrastruktury szerokopasmowej. Polska zdecydowanie ma jeszcze dużo do poprawy w zakresie dostępności do usług szerokopasmowych – mówi przedstawicielka UPC Polska.
Zdaniem Patrycji Gołos problemem jest także stosunkowo niewielki poziom umiejętności cyfrowych oraz technologii cyfrowych wykorzystywanych przez firmy. Na tym polu firmom potrzebna jest kompleksowa pomoc.
– To powinna być skoordynowana polityka państwa polegająca na współpracy z sektorem prywatnym, z organizacjami pozarządowymi, dzięki której możliwe będzie wypracowanie planu, który będzie wspierał firmy w adaptacji do tej cyfrowej rzeczywistości – wyjaśnia Patrycja Gołos. – Jeżeli nie przygotujemy się we właściwy sposób na jednolity rynek cyfrowy, to skorzystają na tym nasi konkurenci.
Jak podkreśla, koszty przygotowania nie powinny być wysokie. Nowoczesne technologie i narzędzia są coraz powszechniejsze, dzięki czemu ich użytkowanie nie wiąże się już z dużymi nakładami finansowymi.
– Jednolity Rynek Cyfrowy jest wyzwaniem dla firm pod wieloma względami. Tego nie da się przeprowadzić z dnia na dzień. Jeżeli jednak skupimy się na właściwych priorytetach, jeżeli dokonamy słusznych zmian, to korzyści zarówno dla obywateli, jak i dla firm mogą przyjść szybciej, niż byśmy tego oczekiwali – uważa Chris Hutchins.
Korzyści i ryzyka związane z JRC były głównym tematem seminarium „Jednolity rynek cyfrowy – korzyści i wyzwania” zorganizowanego przez Polsko-Brytyjską Izbę Handlową, Ambasadę Wielkiej Brytanii, AmCham, UPC Polska oraz ThinkTankCyfrowy.pl.
Szybko rosnąca liczba aut na drogach i ograniczone zasoby tradycyjnych paliw, które starczą tylko na kilkadziesiąt lat, powodują, że koncerny samochodowe pracują nad nowymi napędami. Łatwo pozyskiwalny wodór może być paliwem przyszłości. Zasilane w ten sposób auta mają być przyjazne środowisku, bardziej ekonomiczne i ciche. W napęd wodorowy zainwestowała już m.in. Toyota.
– Wodór możemy pozyskiwać drogą tradycyjną z surowców kopalnych, chociażby z metanu czy gazu ziemnego. To jest jednak proces, który wykorzystujemy tylko przez nasze lenistwo, ponieważ wodór możemy bardzo łatwo i na szeroką skalę pozyskiwać chociażby z odpadów komunalnych, a także wody – mówi agencji Newseria Robert Mularczyk, PR Manager Toyota Motor Poland.
Jak podkreśla Andrzej Szałek, instruktor z Akademii Toyoty i Lexusa, sposób pozyskiwania wodoru powoduje, że może on być wytwarzany w każdym państwie. Nie ma więc ryzyka związanego z uzależnieniem się od dostaw surowca z jednego kierunku, co ma znaczenie w przypadku napięć geopolitycznych.
– Podstawową zaletą wodoru jest to, że samochody czy autobusy nim napędzane nie emitują substancji zanieczyszczających. Ponadto poruszają się one relatywnie ciszej w stosunku do pojazdów konwencjonalnych – wyjaśnia Wojciech Gis, ekspert z Instytutu Transportu Samochodowego.
Według strategii Toyoty przyjętej 30 lat temu samochody przygotowywane i wdrażane do produkcji mają zmniejszać zużycie paliwa i emisję spalin. Napęd wodorowy spowodował, że dziś w produkcji jest auto zeroemisyjne, czyli nie produkujące żadnych spalin. Ogniwa paliwowe produkują jedynie parę wodną.
– Wodorowa Toyota Mirai to samochód elektryczny – z wodoru zgromadzonego w baku poprzez reakcje w ogniwach paliwowych wytwarzany jest prąd, który następnie zasila silnik. W związku z czym mamy samochód z własną elektrownią umieszczoną we wnętrzu. Nie potrzebujemy więc wielkich i ciężkich baterii, które są potrzebne w autach elektrycznych, które trzeba ładować po kilka godzin i które utrudniają nam wykorzystanie przestrzeni załadunkowej – mówi Robert Mularczyk.
Toyota Mirai cieszy się dużą popularnością. W USA w ciągu dwóch miesięcy przedsprzedaży wpłynęło 2 tys. zamówień, a w Japonii – 1,5 tys. tylko w ciągu miesiąca. Toyoty napędzane wodorem można kupić też w Danii, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Sięgają po niego przede wszystkim duże firmy i instytucje, najczęściej w leasingu. Koszt leasingu to ok. 1–1,2 tys. euro. Jak podkreśla Mularczyk, jest to kwota porównywalna z leasingiem tradycyjnego auta. Niewątpliwą przewagą – zwłaszcza w obliczu starań UE do obniżania emisyjności transportu – jest jednak zeroemisyjność wodorowego samochodu.
Na pełnym banku Mirai może przejechać 500–700 km. Proces tankowania na stacji do tego przeznaczonej trwa do 3 minut. Koszt przejechania 100 km takim autem to ok. 45–50 zł (przy uwzględnieniu cen niemieckich), czyli jest porównywalny do kosztów podróżowanie samochodem z dwulitrowym benzynowym silnikiem. Eksperci podkreślają, że w kolejnych latach wraz z rozwojem technologii i infrastruktury koszty wodoru będą spadać.
– Produkcja wodoru z odpadów komunalnych daje nam podstawę do oczekiwania, w zasadzie żądania, żeby jego cena malała. Jako użytkownik mam prawo oczekiwać, żądać, żeby przy taniejącym paliwie, pozyskiwanym niezależnie od dostaw, powstawało jak najwięcej stacji wodorowych – mówi Andrzej Szałek.
Jak podkreśla, w Europie działają konsorcja producentów aut, paliw i urządzeń, które wspólnie pracują nad rozwiązaniami dla wodoru i chcą propagować ten rodzaj napędu. Dzięki temu można oczekiwać, że infrastruktura do tankowania i rozwiązania zastosowane w autach będą uniwersalne. To powinno skutkować w długim okresie większą liczba zainteresowanych tym rozwiązaniem kierowców.
– Dziś istotną kwestią jest infrastruktura do tankowania. Jeżeli ona się rozwinie, to popularność tych samochodów wzrośnie lawinowo – ocenia Wojciech Gis. – W Niemczech w 2020 roku będzie około 50 stacji tankowania wodoru, co powinno pozwolić na poruszanie się po kraju takimi samochodami. Jeżeli stacje będą lokowane wzdłuż europejskich sieci transportowych, to cała Europa może być w relatywnie krótkim czasie, w latach 2020–2025, dostępna dla tego typu pojazdów.
W Polsce tego typu infrastruktury jeszcze nie ma. Instytut Transportu Samochodowego przygotował projekt lokalizacji stacji tankowania.
Eksperci podkreślają, że od rozwoju infrastruktury zależeć będą również plany koncernów samochodowych. Przedstawiciele Toyoty w Japonii, gdzie produkowana jest Mirai, zapewniają, że planują systematycznie zwiększać produkcję i uruchamiać linie produkcyjne w kolejnych fabrykach. W planach są także kolejne modele na wodór.
Problemy z dostawą energii elektrycznej i internetu mogą mieć dla firmy poważne konsekwencje. Wiąże się to nie tylko z wstrzymaniem pracy i utrudnionym kontakt z klientami, lecz także z ryzykiem utraty ważnych danych. Większość menadżerów nie jest jednak przygotowana na przerwy w transmisji sygnału internetowego czy awarie zasilania. Z konsekwencjami takich zdarzeń w ubiegłym półroczu musiała sobie poradzić połowa firm.
– Żyjemy w dobie usług online, zdecydowana większość biznesu dzieje się w internecie, więc bez dostępu do danych i kontaktu z klientami spółka jest w zasadzie unieruchomiona – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Ewelina Hryszkiewicz, kierownik produktu w spółce ATM, operatora centrów danych w Polsce. – Bardzo ważne jest zatem, by w przedsiębiorstwach wprowadzać procesy przygotowujące na takie sytuacje.
Jak wynika z ostatniego badania menadżerów, przeprowadzonego na zlecenie spółki ATM, 52 proc. firm w ostatnim półroczu miało problem z dostępem do internetu lub brakiem energii elektrycznej. W blisko jednej trzeciej przypadków (30 proc.) tego rodzaju awaria trwała od jednego do dwóch dni. 41 proc. badanych przyznało, że w jej wyniku przedsiębiorstwo musiało przerwać działalność lub poważnie ją ograniczyć.
– Zachowanie ciągłości działania oraz ciągłości kluczowych procesów biznesowych jest niezwykle istotne w działalności firmy – potwierdza Ewelina Hryszkiewicz.
Jej zdaniem najczęściej stosowanym w przedsiębiorstwach zabezpieczeniem, co potwierdzają wyniki badania, jest UPS (awaryjny zasilacz, skrót od ang. Uninterruptible Power Supply) oraz przechowywanie danych na serwerach lokalnych. Z usług tzw. biura zapasowego korzysta zaledwie 17 proc. firm.
– Niestety, w większości sytuacji to nie wystarcza – podkreśla Ewelina Hryszkiewicz. – W lutym, gdy spalił się Most Łazienkowski w Warszawie i przy okazji prowadzone na nim kable światłowodowe, wiele przedsiębiorstw zostało pozbawionych internetu. W związku z tym ich działalność została ograniczona.
Większość menadżerów nie jest przygotowana na przerwy w transmisji sygnału internetowego czy awarie zasilania. Choć 78 proc. uznaje ciągłość dostępu do danych za zdecydowanie ważną kwestię, to większość nie zetknęła się z pojęciem Business Continuity Management (BCM – proces zarządzania, którego celem jest określenie wpływu zakłóceń na organizację i wprowadzenie zabezpieczeń przed skutkami awarii).
Niewiele mniej, bo 64 proc., nie znało natomiast pojęcia tzw. biura zapasowego, czyli miejsca kontynuowania przez firmę działalności w razie trudnych do przewidzenia zdarzeń losowych, takich jak pożar, zalanie czy poważna awaria kluczowych dla ciągłości funkcjonowania systemów.
– Widzimy, jak na przestrzeni lat zmienia się podejście do innego rodzaju usług związanych z BCM. Po biura zapasowe sięgają już na przykład nie tylko korporacje, dla których jest to wymóg prawny, lecz także coraz mniejsze firmy widzą w tej usłudze potencjał i korzyści – mówi ekspertka ATM.
Badanie na zlecenie ATM przeprowadzono we wrześniu br. na grupie ponad 300 osób odpowiedzialnych lub współodpowiedzialnych za bezpieczeństwo infrastruktury IT w firmach zatrudniających więcej niż 50 osób.
Z powodu niższych cen mleka na światowych rynkach obecny rok jest słaby dla branży mleczarskiej. Przychody z produkcji mleka mogą być w tym roku niższe nawet o 3 mld zł niż w 2014 roku. Spada też wartość eksportu polskiego nabiału. W I połowie roku zyski spadły o 18 proc. Dla producentów szansą mogą być nowe rynki zbytu i większa konsolidacja branży.
– To trudny rok dla branży mleczarskiej, a ceny były stosunkowo niskie – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Tadeusz Bruj, członek zarządu grupy Polmlek, producenta wyrobów mlecznych. – Trudno określić, jak będą kształtowały się ceny w przyszłym roku. Wydaje mi się jednak i taką mam nadzieję, że dołek, który miał miejsce w 2015 roku, już się kończy.
Spadek cen rozpoczął się już w 2014 roku. Z danych GUS wynika, że w październiku tego roku za 1 hektolitr mleka płacono w skupie 112,03 zł. To wprawdzie o 3 proc. więcej niż we wrześniu, ale o blisko 10 proc. mniej niż przed rokiem.
Z wrześniowych danych banku BGŻ BNP Paribas wynika, że ceny odtłuszczonego mleka w proszku spadły o 25 proc. względem 2014 roku, serów dojrzewających – o 19 proc., a masła – o 5 proc. Z kolei o 6–8 proc. niższe są ceny produktów płynnych (śmietany, jogurty i kefiry).
– Różnice są duże, bo w samym tylko 2015 roku ceny mleka w proszku różniły się o prawie 40 proc. Trudno dlatego mówić o mocno skonsolidowanym budżecie. Wpływ na to ma również surowiec, który mocno staniał w ostatnim okresie – podkreśla Bruj.
Od kwietnia tego roku nie obowiązują limity produkcji mleka, czyli kwoty mleczne, co sprawia, że wzrosła produkcja. W pierwszych trzech kwartałach tego roku w zakładach zatrudniających powyżej 49 osób wyprodukowano ponad 2,2 mld litrów mleka płynnego, czyli o ponad 8 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2014 roku.
Nadprodukcja spowodowała, że ceny utrzymują się na rekordowo niskich poziomach, popyt na rynku wewnętrznym spada, szansą dla producentów jest więc zwiększenie eksportu.
– Rynek zagraniczny dla nas kształtuje się obecnie na poziomie 20 proc. Myślę, że będzie się dynamicznie rozwijał, gdyż mleka w naszym kraju szybko przybywa. W związku z tym trzeba będzie je zagospodarować, bo konsumentom w Polsce trudno będzie sprzedać więcej. Szansą są rynki zewnętrzne – analizuje przedstawiciel Polmleku.
Niekorzystna koniunktura branży przełożyła się na eksport. Dane FAMMU/ FAPA wskazują, że w pierwszej połowie tego roku ze sprzedaży nabiału osiągnięto 842,6 mln euro, czyli o 18 proc. mniej niż w analogicznym okresie 2014 roku. W ujęciu ilościowym zanotowano jednak poprawę. Mimo rosyjskiego embarga wysłano z Polski 648 tys. ton artykułów mleczarskich, czyli o 11,7 proc. więcej niż rok wcześniej.
Jak podkreśla Bruj, szansą dla branży na zwiększenie eksportu może być umowa o transatlantyckim partnerstwie handlowo-inwestycyjnym.
– Jestem optymistą, uważam, że to są nowe możliwości działania na ogromnym rynku. Rynek amerykański jest mocno skonfliktowany, ze względu na liczne ograniczenia, kontyngenty i limity. Jeżeli to by się udało pokonać, to myślę, że powinno być nie najgorzej – mówi Bruj. – Na pewno będziemy chcieli na ten rynek wchodzić.
Choć przed wejściem do Unii polski rynek był zdecydowanie bardziej rozdrobniony niż teraz, to aby zwiększyć możliwości sprzedażowe, branża mleczarska w Polsce powinna się konsolidować. Obecnie jest 140 tys. dostawców mleka ( 350 tys. w 2004 r.), a zakładów mleczarskich ok. 200 (300 przed wejściem do UE).
– Połączenia następują wolno, ale jeśli nie nastąpi konsolidacja, nie będziemy nigdy postrzegani jako duzi producenci. Mlekovita i Polmlek zapoczątkowały takie przejęcia, myślę, że w tym kierunku będzie to dalej postępować – ocenia Tadeusz Bruj i dodaje, że jego firma nie wyklucza w przyszłości przejęć.
Choć rozmowa kwalifikacyjna jest stresującym przeżyciem, to jednak trzeba trzymać emocje na wodzy i nie dać się zwieść czasem podchwytliwym pytaniom rekrutera. Kandydat nie powinien ubarwiać swojego życiorysu i źle mówić o swoim poprzednim pracodawcy. Warto też przed spotkaniem dokładnie zapoznać się profilem firmy i mieć pomysł na swój rozwój w ramach tej organizacji.
– Na rozmowie rekrutacyjnej na pewno powinniśmy się spodziewać pytań, które są związane z naszym CV. Nie warto więc koloryzować, naginać rzeczywistości, szczególnie dotyczy to takich obszarów, jak znajomość języka obcego. Rekruter może nam zadać pytanie w języku obcym i wówczas będziemy zaskoczeni. Kolejnym obszarem są nasze zainteresowania. Może się okazać, że wskażemy na coś, co będzie pasją rekrutera i również sytuacja stanie się niezręczna – mówi agencji informacyjnej Newseria Weronika Sierant, menadżer HR w firmie Smart MBC.
Podczas rozmowy kwalifikacyjnej często pada też pytanie, dlaczego kandydat zdecydował się ubiegać o dane stanowisko pracy i jak postrzega firmę.
– Tutaj raczej rekrutera nie interesuje odpowiedź typu: bo muszę spłacić kredyt, potrzebuje pieniędzy. Warto zastanowić się nad odpowiedzią, która będzie bardziej związana z profilem firmy, z tym, jakie są możliwości rozwoju w danej firmie. Warto odnieść się do swoich mocnych stron, do tego, co my możemy firmie zaoferować, jak wpłynąć na jej rozwój – tłumaczy Weronika Sierant.
Na pewno przed rozmową kandydat powinien sprawdzić profil firmy, podstawowe informacje o niej, jej osiągnięcia i zasięg.
– Niedopuszczalne są sytuacje, kiedy na pierwszym etapie rekrutacji dzwoni do nas rekruter, a my nawet nie pamiętamy, czy w ogóle wysłaliśmy CV do danej firmy. Musimy zapoznać się ze stroną internetową, znaleźć jak najwięcej informacji o firmie, aby być przygotowanym, żeby wiedzieć, czym firma się zajmuje. Niedopuszczalne jest to, żeby iść na rozmowę i nie wiedzieć, z kim chcemy pracować i co tam będziemy robić – dodaje Weronika Sierant.
Zazwyczaj rekruterzy pytają również o relacje z poprzednimi pracodawcami i powody zakończenia współpracy. W dobrym guście jest to, by byłego szefa nie krytykować i nie stawiać w złym świetle.
– W przypadku pytań o słabe strony w odpowiedzi warto podkreślać zalety. Rekrutera raczej nie interesuje odpowiedź typu: często się spóźniam, bo jestem leniwy, tylko raczej: „jestem perfekcjonistą, trzy razy wszystko sprawdzam, przez co może się wydłużyć czas wykonania zadania”. To samo z porażkami. Musimy odnieść się do tego, że zrobiliśmy coś, co się nie udało, ale wyciągnęliśmy z tego wnioski na przyszłość i inne zadania, które wykonywaliśmy, były już zakończone powodzeniem – radzi Weronika Sierant.
Podczas rozmowy rekrutacyjnej specjaliści od HR weryfikują również informacje dotyczące doświadczeń zdobytych w innych firmach i dodatkowych umiejętności podnoszących efektywność pracy.
– Często też pada pytanie o to, gdzie widzimy siebie za 5–10 lat. Pytanie to ma na celu sprawdzić, czy jesteśmy świadomi, czy mamy plan na siebie, jaka jest nasza motywacja do pracy. Raczej unikajmy odpowiedzi typu: „Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym”. Zastanówmy się wcześniej, co chcemy robić, jak ta firma może nam w tym pomóc, jak możemy się dalej rozwijać, jakie są możliwości awansu – mówi Weronika Sierant.
Ekspertka podkreśla, że podczas pierwszej rozmowy absolutnie nie powinny padać pytania dotyczące życia osobistego czy planów dotyczących założenia bądź powiększenia rodziny. Jeśli takie pytania się pojawią, kandydat nie musi na nie odpowiadać.
– Warto się zastanowić, czy jeżeli firma pyta już o to na etapie rekrutacji, to czy chcemy w niej pracować – mówi menadżer HR w firmie Smart MBC.
Dla kogo jednolity rynek cyfrowy jest szansą, a dla kogo zagrożeniem? W jakim kierunku rozwija się technologia na rynku medialnym? Jak wygląda ochrona praw konsumenta na rynku telekomunikacyjnym? Na te i wiele innych tematów dyskutowali prelegenci i uczestnicy Warsaw International Media Summit. Kongres odbywał się 18 i 19 listopada w Hotelu Westin w Warszawie. Organizatorem jest firma MMC Polska.
Podczas dwudniowego wydarzenia najważniejsze osobistości rynku telekomunikacji i mediów miały okazję do wymiany uwag, doświadczeń i opinii dotyczących obecnej i przyszłej sytuacji tej części gospodarki. Poruszono wiele istotnych tematów, m.in.: Jednolity Rynek Cyfrowy, ewolucja mediów, rozwój TV i nowych technologii wykorzystywanych w branży. Ponadto rozmawiano o przyszłości spektrum i finale polskiej aukcji na częstotliwości oraz wpływie ich uwolnienia na obywateli. Odpowiadano na pytanie w jaki sposób media społecznościowe pomagają w kreowaniu wizerunku, czy powinniśmy obawiać się o swoją prywatność i bezpieczeństwo żyjąc w świecie cyfrowym oraz o sytuacji konsumenta na rynku telekomunikacji. Jak zgodnie twierdzą paneliści, debaty już owocują ustaleniami i współpracą różnych podmiotów.
Najwyższą jakość merytoryczną zapewniła Rada Programowa pod przewodnictwem pana Przemysława Kurczewskiego, Prezesa Zarządu EmiTel, oraz prelegenci, wśród których znaleźli się m.in.: Magdalena Gaj, Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej; Jan Dworak, Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji; Piotr Muszyński, Wiceprezes Orange Polska; Jakub Brzeczkowski, Prezes Zarządu, Eutelsat Polska; Marcin Ornass-Kubacki, Prezes Zarządu, ASTRA CEE; Artur Waliszewski, Regional Business Director Google Polska; Maciej Maciejowski; Członek Zarządu, TVN; Robert Bednarski, Country Director CEE Facebook; Grażyna Piotrowska-Oliwa, Prezes Zarządu, Virgin Mobile Polska.
Pomysł wykorzystania wodoru jako paliwa budzi często obawy związane z możliwością pożaru lub wybuchu. Nie są one pozbawione podstaw, jednak mocno przesadzone. W rzeczywistości wodór jest bowiem dużo bezpieczniejszy, niż powszechnie stosowany gaz LPG, a nawet benzyna.
Paliwo ciekłe, takie jak benzyna lub olej napędowy, w razie uszkodzenia zbiornika rozlewa się tworząc kałużę. Jeśli dojdzie do zapłonu, pożar obejmuje wówczas znaczną powierzchnię, powodując duże zniszczenia i poważne zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Podobnie jest w przypadku gazu LPG, który będąc cięższym od powietrza, rozpływa się niewidzialną warstwą po podłożu. Ewentualna eksplozja i pożar mają wówczas bardzo duży zasięg.
Zupełnie inaczej zachowuje się wodór. Jako gaz ponad 14-krotnie lżejszy od powietrza, uwolniony ze zbiornika natychmiast ulatuje w górę, co wyklucza możliwość gromadzenia się łatwopalnej czy wybuchowej mieszanki z powietrzem w pobliżu ziemi. W przypadku zapłonu wodoru ulatniającego się ze zbiornika, płomień ma postać wąskiej, wysokiej kolumny, nie rozprzestrzeniającej się na boki.
Zagrożenie związane z pożarami węglowodorów, takich jak LPG, benzyna czy olej napędowy polega również na tym, że podczas pożaru nie spalają się one całkowicie – powstaje wówczas śmiertelnie trujący tlenek węgla i sadza, której rozżarzone cząsteczki nadają płomieniom żółtoczerwony kolor. Cząsteczki te emitują ogromne ilości promieniowania cieplnego, które może powodować oparzenia i dalsze rozprzestrzenianie się pożaru.
Zjawiska te nie występują podczas spalania wodoru. Produktem jego spalania jest czysta para wodna, a błękitny płomień emituje bardzo mało promieniowania cieplnego – nie stwarza ono zagrożenia już w odległości około metra od słupa płonącego wodoru.
Zagrożenia związane z wyciekiem i pożarem paliwa w samochodzie z napędem wodorowym i benzynowym znakomicie ilustruje eksperyment przeprowadzony przez dr. Michaela Swaina z Uniwersytetu w Miami. Wykorzystano w nim dwa pojazdy tego samego typu, jeden wyposażony w instalację wodorową, a drugi w konwencjonalny silnik benzynowy. W pierwszym spowodowano wyciek wodoru na zaworze bezpieczeństwa zbiornika, w drugim przebito przewód paliwowy biegnący pod nadwoziem. Wodór z pierwszego samochodu wypalił się w ciągu ok. 1,5 minuty ponad tylną częścią pojazdu, nie powodując żadnych zniszczeń (temperatura na powierzchni tylnej szyby sięgnęła 47 stopni Celsjusza, tylnej półki – 19), samochód z silnikiem benzynowym spłonął całkowicie (płomienie objęły wnętrze kabiny po 2 minutach i 20 sekundach).
Choć, jak wynika z powyższego, wodór jest bezpiecznym paliwem, jego zastosowaniu do napędu samochodów towarzyszy szereg dodatkowych zabezpieczeń. Przykładem mogą być rozwiązania zastosowane w Toyocie Mirai, pierwszym masowo produkowanym samochodzie elektrycznym zasilanym wodorowymi ogniwami paliwowymi.
Wodór w Toyocie Mirai jest przechowywany w dwóch wysokociśnieniowych zbiornikach o specjalnej, trójwarstwowej konstrukcji. Wewnętrzna warstwa z tworzywa sztucznego gwarantuje doskonałą szczelność, uniemożliwiając dyfuzję maleńkich cząsteczek wodoru przez ścianki zbiornika. Kolejna warstwa wykonana jest ze stosowanego w technice lotniczej i kosmicznej niezwykle mocnego kompozytu zbrojonego włóknem węglowym i zapewnia wytrzymałość na ciśnienie wielokrotnie większe od panującego wewnątrz zbiornika roboczego ciśnienia 700 barów. Warstwę zewnętrzną tworzy kompozyt zbrojony włóknem szklanym, który zabezpiecza zbiornik przed uszkodzeniami mechanicznymi. Wytrzymałość zbiorników zweryfikowano w szeregu testów, do których należały nie tylko próby zderzeniowe, ale i ostrzał z broni palnej. Przebicie ścianki zbiornika nastąpiło dopiero po dwukrotnym trafieniu pociskiem wielkokalibrowym w to samo miejsce.
Zbiorniki wyposażone są w zawory bezpieczeństwa, uwalniające wodór w kontrolowany sposób w razie wzrostu ciśnienia zagrażającego eksplozją. Ponadto umieszczone są poza wnętrzem samochodu, dzięki czemu w razie rozszczelnienia instalacji wodór bezpiecznie rozprasza się na zewnątrz, natychmiast ulatując ku górze, co zapobiega powstaniu wybuchowej mieszanki z powietrzem.
Proces produkcji zbiorników i kontroli ich jakości uzyskał certyfikat Ministerstwa Gospodarki, Handlu i Przemysłu Japonii (METI), potwierdzający m.in. spełnienie 194 rygorystycznych kryteriów KHKS0102.
Szczelność całej instalacji wodorowej Toyoty Mirai jest nieustannie monitorowana przez czujniki. W przypadku wykrycia nieszczelności instalacje samochodu są natychmiast wyłączane, a pozbawiony zasilania elektromagnetyczny zawór zbiornika samoczynnie odcina dopływ wodoru. To samo dzieje się w przypadku zderzenia.
Elektroniczne zabezpieczenia kontrolują również zautomatyzowany proces tankowania. Otwarcie dopływu wodoru z dystrybutora następuje dopiero po sprawdzeniu poprawności połączenia pistoletu dystrybutora z wlotem zbiornika. Rozpoczęcie tankowania jest niemożliwe bez wyłączenia napędu samochodu i ustawienia dźwigni biegów w pozycji P. Tankowanie odbywa się pod kontrolą komputera samochodu i dystrybutora, które komunikują się ze sobą przez bezprzewodowy interfejs działający w podczerwieni. Dzięki temu niemożliwe jest np. przepełnienie zbiornika i przekroczenie dopuszczalnego ciśnienia wodoru. Automatyzacja procesu tankowania eliminuje możliwość wystąpienia błędów popełnianych przez człowieka – dlatego tankowania może dokonywać sam użytkownik, bez udziału pracownika stacji paliw.
Wszystko to sprawia, że wodór wykorzystywany do napędzania pojazdów nie tylko nie zagraża bezpieczeństwu pasażerów i otoczenia, a jest nawet bezpieczniejszy od paliw konwencjonalnych, takich jak benzyna, olej napędowy czy gaz LPG.
Bank Zachodni WBK podpisał z Bankiem Gospodarstwa Krajowego portfelową umowę linii gwarancyjnej z regwarancją udzielaną przez Europejski Fundusz Inwestycyjny w ramach programu COSME. Celem programu jest wsparcie konkurencyjności sektora MŚP. Dzięki możliwości zabezpieczenia kredytu gwarancją COSME, przedsiębiorcy będą mieli w Banku Zachodnim WBK ułatwiony dostęp do finansowania.
COSME to program Unii Europejskiej przewidziany na lata 2014-2020. Jego głównym celem jest wsparcie konkurencyjności małych i średnich firm oraz pobudzenie akcji kredytowej i inwestycji kapitałowych. Program umożliwi firmom otrzymanie kredytu bez konieczności zabezpieczania ich majątkiem. Zamiast tego zastosowane zostaną 80-procentowe gwarancje BGK zabezpieczone regwarancją EFI.
Produkty zabezpieczone gwarancją COSME pojawią się w ofercie Banku Zachodniego WBK na początku 2016 r. Gwarancjami zostaną objęte kredyty obrotowe i inwestycyjne do kwoty 600 tys. zł. Wszyscy klienci mogą liczyć na niższą marżę, natomiast prowizja za udzielenie gwarancji wyniesie 1 proc. w skali roku. Dodatkowo, procedury będą maksymalnie uproszczone. Jednak jak zaznacza Izabela Sławińska, manager zespołu finansowania sektora MŚP w Banku Zachodnim WBK, główną korzyścią dla przedsiębiorców jest brak konieczności zastawiania własnego majątku przy wnioskowaniu o kredyt. – Głównym założeniem tego projektu jest umożliwienie uzyskania finansowania przez firmy, które do tej pory nie były w stanie uzyskać kredytu chociażby ze względu na brak materialnych zabezpieczeń. Teraz, nawet nie mając tych zabezpieczeń, mogą skorzystać z gwarancji COSME – podkreśla Izabela Sławińska.
Program COSME jest skierowany do sektora MŚP. – Funkcjonowanie małych i średnich firm ma kluczowe znaczenie dla kondycji całej gospodarki, jej innowacyjności i wzrostu. Dlatego wszystkie programy ułatwiające ich rozwój są bardzo ważne. Podpisanie umowy z BGK wzmocni naszą pomoc dla przedsiębiorców w prowadzeniu i rozwijaniu ich działalności. Warto też zwrócić uwagę, że gwarancje COSME są pierwszym projektem realizowanym w Polsce przy wsparciu Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych. Liczymy na to, że takich programów będzie więcej, a jeśli tak, to z pewnością będziemy się w nie angażować – mówi Izabela Sławińska.
Do programu COSME przystąpiło, oprócz Banku Zachodniego WBK, dziesięć innych instytucji bankowych.
Ekokogeneracja S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2012 r., rozpoczyna ofertę publiczną obligacji serii A, z której ma zamiar pozyskać od 2,5 mln zł do 5 mln zł.
W dniu 20.11.2015 r. Spółka rozpoczęła publiczną emisję nie mniej niż 2.500 i nie więcej niż 5.000 obligacji na okaziciela serii A o wartości nominalnej 1.000 zł każda. Oprocentowanie obligacji serii A będzie stałe i będzie wynosiło 8,5% w skali roku, a odsetki będą wypłacane półrocznie. Przydział obligacji serii A zostanie dokonany w dniu 11.12.2015 r. Z kolei ich wykup nastąpi po 3 latach w dniu 11.12.2018 r. Zabezpieczeniem obligacji będzie cesja całości lub części wierzytelności przyszłych z zawartej przez Emitenta z Ekokogeneracja Development Sp. z o.o. umowy dostawy nr 6/2015 z dnia 16.11.2015 r. oraz umowy dostawy nr 5/2015 z dnia 19.10.2015 r.
„Chcemy wykorzystać pozyskane środki z emisji obligacji na dofinansowanie spółki zależnej Ekokogeneracja Development Sp. z o.o., realizującej kontrakt dostawy instalacji oraz wykorzystać część tych środków w Ekokogeneracja S.A. jako kapitał obrotowy konieczny na realizację umów dostawy pieców ceramicznych WGE dla Ekokogeneracja Development Sp. z o.o.” – komentuje Wojciech Rychlicki, Prezes Zarządu Spółki Ekokogeneracja S.A..
Ekokogeneracja S.A. wypracowała w 3 kw. 2015 r. skonsolidowany zysk netto w kwocie 880 tys. zł przy przychodach ze sprzedaży sięgających 2.034 tys. zł. Narastająco, po trzech kwartałach br. Grupa Kapitałowa osiągnęła 526 tys. zł zysku netto przy sprzedaży na poziomie 3.027 tys. zł. Emitent realizuje obecnie nowy kontrakt dostawy instalacji, który będzie miał odzwierciedlenie w wynikach finansowych za 4 kw. 2015 r.
Ekokogeneracja S.A. prognozuje, że jej się skonsolidowany zysk netto w 2015 r. wyniesie 1.946 tys. zł przy przychodach na poziomie 5.222 tys. zł. Natomiast jednostkowy zysk netto Spółki ma sięgnąć w tym roku 1.145 tys. zł, a sprzedaż wynieść 2.353 tys. zł. Przedstawione przez Emitenta prognozy finansowe na 2015 r. zostały oparte na jego wstępnych rzeczywistych danych finansowych, a także na prognozie kosztów operacyjnych i przychodów ze sprzedaży za 4 kw. 2015 r.
„Realizacja kontraktu przebiega prawidłowo, rozpoczął się montaż zamówionej w Ekokogeneracja Development Sp. z o.o. instalacji, dlatego spodziewamy się, że osiągnięcie prognozowanego wyniku finansowego jest jak najbardziej możliwe.” – dodaje Prezes Rychlicki.
Spółka Ekokogeneracja S.A. zajmuje się prowadzeniem sprzedaży dla klientów zewnętrznych oraz podmiotów działających w ramach jej Grupy Kapitałowej instalacji i elementów instalacji do produkcji energii cieplnej z odpadów. Emitent oferuje potencjalnym klientom dwa rodzaje instalacji. Pierwszym są instalacje do produkcji energii cieplnej z odpadów o użytecznej mocy cieplnej od 1,2 do 2,4 MW w piecach ceramicznych WGE. Natomiast drugim rodzajem instalacji do produkcji energii cieplnej z odpadów są piece obrotowe o użytecznej mocy cieplnej od 3 MW do 10 MW.
Astra Transcor Energy zajmuje się handlem produktami energetycznymi na całym świecie za pośrednictwem swoich podmiotów zależnych i oddziałów w Europie, Azji i obu Amerykach. Grupa posiada oraz kontroluje liczne instalacje magazynowe, przepustowości na ropociągach, tankowce, barki oraz tabor kolejowy.
Denis Haller CEO ASTRA TRANSCOR ENERGY fot. Jacek Ufnal
Mimo, że rynki energetyczne charakteryzują się dużą zmiennością, i wymagają działań krótkoterminowych, firma przyjęła długoterminową wizję działalności, którą definiuje jako strategiczne partnerstwo. Firma koncentruje się na dostarczaniu skrojonych na miarę rozwiązań dla swoich partnerów biznesowych. Polityka Astra Transcor Energy jest zgodna z najwyższymi standardami etycznymi i ochrony środowiska.
Kluczowymi zasobami firmy są pracownicy oraz możliwości finansowe, dzięki silnemu wsparciu akcjonariuszy oraz banków.
Astra Transcor Energy posiada biura w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Niemczech i Belgii; ostatnio otwarto także biuro w Polsce. Główną siedzibą Astra Transcor Energy jest Zug (Szwajcaria).
Historia Grupy
Początki Astra Transcor Energy sięgają roku 1947 roku, kiedy belgijski przedsiębiorca, baron Frère założył TRANSCOMETAL, firmę specjalizującą się w obsłudze rynku stalowego.
Najważniejsze etapy w historii rozwoju ASTRA ENERGY GROUP:
1985 rok – TRANSCOR GROUP poszerzyła zakres działalności o ropę naftową i energetykę poprzez zakup spółki ASTRA z oddziałami w Singapurze, Szwajcarii i USA.
2000 rok – Grupa otwiera biuro w Calgary, koncentrujące się na kanadyjskim rynku ropy naftowej;
2005 rok – Grupa dokonała pierwszej dużej inwestycji w branży rafineryjnej poprzez zakup rafinerii PRSI w Pasadenie (stan Teksas). Kilka lat później rafineria sprzedana została brazylijskiej spółce Petrobas;
2006 rok – zakupiona została kolejna rafineria w Stanach Zjednoczonych, US Oil & Refining Company znajdująca się w Tahomie (stan Waszyngton);
2012 rok – została zawarta strategiczna umowa długoterminowa (10 letnia) na korzystanie z przepustowości ropociągu Trans Mountain z Edmonton do Vancouver w Kanadzie. Umowa ta sprawiła, że ASTRA TRANSCOR ENERGY stała się kluczowym graczem łączącym rozwijające się obszary wydobycia ropy naftowej w Kanadzie z międzynarodowymi rynkami;
2014 – Grupa zbyła posiadane rafinerie ropy naftowej w USA;
2014 – Astra Transcor Energy podejmuje decyzję o rozpoczęcie działalność na rynku gazu ziemnego angażując się w projekty LNG w Azji oraz Ameryce Północnej;
2015 – Grupa otwiera oddział w Warszawie, którego głównym zadaniem będzie rozwój sprzedaży gazu ziemnego w Polsce.
Do chwili obecnej głównymi akcjonariuszami sprawującymi kontrolę nad ASTRA ENERGY GROUP są baron Frere i jego rodzina.
W naszym kraju biega prawie tyle samo mężczyzn (52%), co kobiet (48%). Nieco inaczej wygląda to w przypadku startów w biegach masowych – tu udział deklaruje już więcej panów (60%). Biegacze mają od 25 do 39 lat – wynika z badania „Zwyczaje biegaczy w Polsce”* przeprowadzone przez agencję badawczą PBS na zlecenie PKO Banku Polskiego.
Zdecydowana większość badanych (77%) to osoby, które uprawiają ten sport nie dłużej niż 5 lat, w tym co czwarta osoba krócej niż rok. Połowa respondentów biega 2-3 razy w tygodniu, kolejne 22% – częściej. Kiedy biegamy? Zazwyczaj wieczorem, przy czym 83% deklaruje, że robi to bez względu na porę roku, a 39% nawet przy niesprzyjającej pogodzie. Dla wielu, bo 35% badanych mobilizującą zachętą okazują się biegowe aplikacje, wśród których najpopularniejszą jest Endomondo. Korzystają z nich jednak głównie najmłodsi (43%) oraz startujący w imprezach masowych (61%). Ponad połowa uczestników badania przyznaje, że zdarza im się publikować swoje wyniki w sieci, ale tylko 13% robi to regularnie.
Głównym powodem, dla którego rozpoczynamy przygodę z bieganiem jest dbałość o zdrowie i kondycję (84%), ale co ciekawe, na drugim miejscu znalazła się chęć zmiany czegoś w życiu – to podejście przeważało wśród najmłodszych. Kolejnym argumentem była namowa rodziny lub znajomych.
Biegacze zapytani o motywację do biegania, najczęściej wskazywali pozytywny wpływ tego sportu na zdrowie i kondycję (87%) oraz sylwetkę (47%), choć to drugie podawali częściej panie niż panowie (55% vs 40%) i osoby młode. – Bieganie stało się drogą, którą rzesze podążają do zdrowia i to nie tylko fizycznego. Od pewnego czasu coraz więcej mówi się o tym, że zdrowie psychiczne jest równie ważne i o nie również musimy zadbać. Bieganie daje taką szansę – jest relaksem, czasem na poukładanie sobie „wirujących myśli”. Aż 42% biegaczy deklaruje, że biega po prostu dla przyjemności, jaką z tej aktywności czerpie – mówi Monika Jagiełło, starszy kierownik projektów w agencji badawczej PBS. „Biegam bo lubię” – pogląd ten był najbardziej popularny wśród mężczyzn, osób najstarszych oraz uczestników imprez masowych.
Wyniki badania pokazują, że dwie piąte biegających chętnie bierze udział w imprezach masowych. Dowiadują się o nich przede wszystkim z Internetu (80%), na drugim miejscu są znajomi (42%), a na trzecim telewizja i radio (41%). Dlaczego biegacze decydują się uczestniczyć w takich wydarzeniach? Najczęściej wymienianym przez respondentów argumentem były: dbałość o zdrowie i chęć utrzymania dobrej kondycji (38%), a także poczucie niezwykłej atmosfery (34%) i przyjemność biegania (31%). 20% wymieniło możliwość poznania nowych ludzi. Prawie tyle samo osób za motywujące uznało porównywanie wyniku z innymi. – Wraz ze wzrostem popularności biegania rośnie też popularność imprez biegowych. Chcemy się angażować, czuć się częścią pewnej społeczności – to nic nowego, ale formy wyrażania tego zaangażowania, które obserwujemy, są czymś nieco innym niż to, które pamiętamy z przeszłości. Ludzie łączą się nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że chcą się poczuć wspólnotą – wyjaśnia Monika Jagiełło. – Bardzo ważną motywacją do uczestnictwa we wspólnym bieganiu jest właśnie potrzeba zaangażowania w społeczność ludzi, którzy podobnie jak my pragną poczuć atmosferę udziału w czymś wyjątkowym – dodaje.
Zarówno uczestnicy imprez masowych, jak i kibice, zostali poproszeni o wskazanie najbardziej atrakcyjnych biegów. W czołówce znalazły się Bieg Powstania Warszawskiego, PKO Nocny Wrocław Półmaraton oraz Bieg Niepodległości. To, co biegacze w największym stopniu w nich docenili, to przede wszystkim trasa, miejsce oraz jakość, organizacja i towarzyszące atrakcje.
Biegacze zapytani o powody nieuczestniczenia w masowych imprezach, wskazywali najczęściej na masowość tego typu wydarzeń, co wiąże się z bieganiem w tłumie (45%), problemy logistyczne – daleką odległość od organizowanych imprez (32%) oraz słabe zdrowie i kondycję (28%).
Z badania wynika, że prawie połowa biegających angażuje się w akcje charytatywne. – Dla wielu zawodników świadomość, że biegną nie tylko dla siebie i osiągnięcia dobrego wyniku, ale także by komuś pomóc, jest świetną motywacją. Akcje charytatywne organizowane przy każdym wspieranym przez nas biegu cieszą się bardzo dużą popularnością – mówi Agnieszka Kielichowska, dyrektor Biura Komunikacji i Odpowiedzialności Społecznej PKO Banku Polskiego. Od 2013 roku odbyły się 144 takie akcje, a Fundacja PKO Banku Polskiego wsparła beneficjentów kwotą ponad 2 mln zł. W sumie od początku istnienia programu biegacze przemierzyli charytatywnie 1 mln 305 tys. km, co równa się ponad 32 okrążeniom Ziemi wzdłuż równika.
Zwolennicy wprowadzenia luzowania ilościowego w Polsce wskazują, że tańszy kredyt pobudzi inwestycje, a gospodarka przyspieszy. W jakimś stopniu na pewno, pytanie ile jeszcze negatywnych efektów taki program spowoduje. Zdaniem wielu specjalistów będzie to druk pieniędzy do banków.
Cichną powoli emocje po expose Beaty Szydło. Największe emocje wśród ekonomistów zdaje się budzić wspomniane już wczoraj polskie LTRO. Miałaby to być operacja na kształt tej z Unii Europejskiej, gdzie bank centralny generuje (popularnie drukuje) pieniądze, które potem na niskiej marży pożycza bankom, by te pobudzały gospodarkę. Problem polega na tym, że nadmiar waluty ją osłabia. Efekt jest taki, że banki często otrzymując te środki je przewalutowują i inwestują za granicą. W przypadku silnych gospodarek o niskich stopach procentowych jest to większy problem niż w przypadku Polski. Nie zmienia to faktu, że nadal można sobie wyobrazić bardziej rentowne kierunki dla inwestycji niż Polskę. Będą się one co prawda charakteryzować pewnym ryzykiem, ale tani kredyt zachęca do podejmowania ryzyk. Czy taka akcja przy okazji wygeneruje środki do inwestycji? Podstawowym problemem w inwestycjach przedsiębiorstw nie jest tylko pozyskanie kapitału a znalezienie pomysłu jak go z zyskiem zainwestować. Nie sztuką jest wydać takie środki. Inwestorzy nie wstrzymują się z inwestycjami tylko przez brak dostępu do kredytu a przez niepewność co do reguł gry. Gdyby doszło do otwarcia takiego programu mógłby to być po prostu zastrzyk dodatkowych zysków dla banków, gdyż pozyskają one środki, które i tak musiałyby pozyskać tylko taniej. Taka akcja faktycznie wsparłaby inwestycje i konsumpcję, gdyż wpłynęłaby negatywnie na opłacalność oszczędzania.
Wczoraj poznaliśmy wyniki sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii. W ujęciu rocznym wzrost wynosi 3,8% wobec oczekiwanych 4,2%. Były to pierwsze od dawna wyraźnie gorsze dane z Wysp od kilku tygodni. Rynki oczywiście zareagowały spadkiem o mniej więcej 1 grosz. Ruch ten jednak szybko został skorygowany.
Ważne dane nadeszły z Polski. Niestety były one gorsze od oczekiwań. Produkcja przemysłowa w skali roku rośnie zaledwie o 2,4%. Rok temu było to 4,1%, a oczekiwania rynkowy wynosiły 3,2%. Sytuację ratują dane na temat sprzedaży detalicznej, które z kolei są delikatnie lepsze od oczekiwań. Nie zmienia to faktu, że wzrost sprzedaży o 0,8% w skali roku to naprawdę niewiele jak na kraj na naszym poziomie rozwoju gospodarczego. Dane z amerykańskiego rynku pracy okazały się dokładnie zgodne z oczekiwaniami.
Dzisiejszy dzień ma w kalendarzu wiele wystąpień członków Europejskiego Banku Centralnego, zatem można spodziewać się ruchów na głównej parze walutowej świata. Jest to spowodowane spekulacjami na temat podwyżki stóp w USA oraz poszerzeniem programu luzowania ilościowego w Europie. Z danych makroekonomicznych jest dzisiaj właściwie pusto w kalendarzu.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 20.08.2015 do 20.11.2015
Kurs EUR/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Po przebiciu maksimum na poziomie 4,2500, kurs dotarł do 4,2950 i zawrócił. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest wspomniany poziom 4,2950 gdzie znajduje się nowe maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2100 a następnie minima w okolicach 4,1550-4,1600.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 20.08.2015 do 20.11.2015
Kurs CHF/PLN przeszedł w trend wzrostowy. Po przebiciu poprzednich oporów kolejnym istotnym poziomem są okolice 3,9650 gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9050.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 20.08.2015 do 20.11.2015
Kurs USD/PLN w połowie października wybił się z trendu bocznego we wzrostowy. Nowym oporem są maksima na 3,9950. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,9250.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 20.08.2015 do 20.11.2015
Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są obecnie maksima lokalne na 6,0700. W przypadku spadków ważnym wsparciem są okolice 5,9200 gdzie kilkukrotnie kurs już odbijał się w górę.
Oponeo.pl, Gmoto.pl, Felgeo.pl, Iparts.pl i E-autoparts.pl – to pierwsza piątka najlepiej ocenianych przez konsumentów internetowych sklepów motoryzacyjnych według najnowszego rankingu Opineo.pl. Klienci chwalą e-sklepy motoryzacyjne za fachowe doradztwo i wysoki poziom obsługi. Wśród grzechów głównych wymieniają nieaktualne informacje o dostępności towaru na stronie i… pomylone lub niekompletne zamówienia.
Przy wystawianiu opinii o sklepach internetowych, konsumenci biorą pod uwagę szybkość realizacji zamówienia, poziom obsługi klienta, jakość zapakowania towaru i oceniają, czy dany sklep motoryzacyjny mogliby polecić znajomym.
Pierwszy w historii serwisu Opineo.pl Ranking Internetowych Sklepów Motoryzacyjnych to zestawienie 30 najlepiej ocenianych e-sklepów w tej kategorii. Wśród nich znajdują się zarówno sklepy oferujące szeroki wachlarz produktów, jak i te skoncentrowane na jednym rodzaju asortymentu – oponach, częściach do motocykli czy pojazdów rolniczych.
Jak oceniamy e-sklepy z branży moto?
Analiza opinii konsumenckich wykazuje, że najmocniejszą stroną sklepów motoryzacyjnych jest przygotowanie merytoryczne. Pracownicy e-sklepów fachowo doradzają wybór odpowiednich części. Klienci cenią sobie również możliwość zamawiania przesyłki bezpośrednio do warsztatu samochodowego, w którym naprawiają swoje auto. Jeśli zaś krytykują e-sklepy motoryzacyjne, to najczęściej za niekompletne przesyłki, pomylone zamówienia i nieaktualizowane stany magazynowe.
Przykładowe opinie:
Super sklep i super obsługa. Chodzi mi o to, że nie byłem pewny swoich wyborów, więc zadzwoniłem do konsultanta, a ten podesłał mi gotowe linki na potrzebne i właściwe części. Profesjonalna, sympatyczna i szybka obsługa. Polecam ten sklep. (Zbigniew, lipiec 2015)*[i]
Sklep wystawia towar w cenach, po których ich nie sprzedaje. Nie mają towaru w cenie, która widnieje w ofercie. Mnie to delikatnie mówiąc irytuje. Stąd negatywna ocena sklepu. (Piotrek, maj 2015)*
Zamówione poszerzenia nadkoli przysłano niekompletne (dwa prawe tylne, brak lewego). Po zgłoszeniu, sklep zażądał dokumentacji fotograficznej. Po przesłaniu zdjęć, brak kontaktu ze strony sklepu. Nadkole ciągle niewymienione. (Maciek, wrzesień 2014)*
Kim są klienci internetowych sklepów motoryzacyjnych?
Użytkownicy, którzy szukają części do samochodów w Internecie, to w głównej mierze osoby w wieku 25-34 lata. Stanowią oni jedną trzecią wszystkich internautów odwiedzających e-sklepy z tej branży. Na zakupy motoryzacyjne decydują się najczęściej w sezonie wymiany opon – marcu i kwietniu oraz październiku i listopadzie, w godzinach od 18.00 do 22.00. Najpopularniejsze artykuły z tej kategorii to niezmiennie opony, foteliki samochodowe i oleje silnikowe. Najczęściej wybierany produkt to Dębica Navigator 2 175/65R14 82T.
Jak motosklepy mogą budować zaufanie?
Sklepy motoryzacyjne to jeden z sektorów rynku, który dość powoli przenosi swoją aktywność z offline’u do online’u. Sytuacja ta ma wytłumaczenie w specyfice proponowanych produktów — części samochodowe to produkty, przy zakupie których klienci wciąż pozostają nieufni. W jaki sposób e-sklepy motoryzacyjne mogą zjednać sobie przychylność internautów?
— Najważniejsza jest jakość obsługi, zdolność do kompromisu i gotowość do rozwiązywania problemów na korzyść konsumenta — wymienia Grzegorz Sroka, product manager Opineo.pl.
Także najniższa cena nie jest już jedynym wyznacznikiem zakupów. Zdaniem Tomasza Sandomierskiego, category managera działu motoryzacja w serwisie Skąpiec.pl, duże znaczenie ma sposób prezentacji produktu:
— A więc: pełna informacja, ilość zdjęć, poradniki czy opinie innych użytkowników. To właśnie te czynniki sprawiają, że ufamy danemu sklepowi i pomimo wyższej ceny kupimy właśnie tam.
Najszybciej rosnąca spółka na giełdzie NewConnect opublikowała właśnie skonsolidowany raport finansowy za III kwartał 2015 roku. Wzrosty są imponujące: po III kwartałach Cloud Technologies osiągnęła przychody ze sprzedaży przekraczające 23,1 mln zł oraz zysk netto w wysokości 10,5 mln zł. To ponad dwukrotnie większe wskaźniki, niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy to po III kwartałach 2014 roku spółka odnotowała ponad 9,2 mln zł przychodów oraz 4 mln zł zysku.
Warszawska spółka Cloud Technologies, działająca w segmencie analityki Big Data, kolejny raz okazała się żyłą złota dla inwestorów. Od początku roku giełdowe notowania spółki wzrosły o ponad 100 proc. Na początku roku za pakiet akcji spółki płacono około 45 zł – obecnie jego wartość zbliża się nawet do 100 zł. W listopadzie 2015 roku padł rekord: 110 zł za akcję.
Cloud Technologies to firma z segmentu nowych technologii, która analizuje i przetwarza wielkie zbiory danych (Big Data) w chmurze obliczeniowej. Jest jedną z pierwszych firm, które wdrażały tę technologię w Polsce. To właśnie jej akcje przyniosły inwestorom na NewConnect największy profit w 2014 roku i pozycję giełdowego lidera. W tegorocznym rankingu Deloitte Technology Fast 50 CEE spółka zajęła 6. pozycję w kategorii „Rising Stars”.
Spółka stworzyła pierwszą w Polsce i największą w tej części Europy platformę danych DMP (Data Management Platform), która dziennie przetwarza ponad 5 TB danych i monitoruje ponad pół miliona witryn www. Składa się na nią ponad 70 mln profili użytkowników, podzielonych na ponad 100 segmentów i 5 000 atrybutów.
– Nasza platforma swoim zasięgiem obejmuje blisko 20 mln realnych użytkowników i ponad 70 mln urządzeń. Oznacza to, że znamy zachowania i preferencje praktycznie każdego polskiego internauty. Jako jedna z nielicznych spółek zajmujących się analityką internetową w Polsce, potrafimy monetyzować dane. Teraz pozyskaliśmy spółkę Audience Network oraz rozbudowujemy nasz zespół badaczy danych – mówi Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies – Nasza spółka jako jedyna jest bezpośrednio zintegrowana z największymi dostawcami technologii, takimi jak np. Google. Jako jedna z 10 polskich firm otrzymaliśmy również zaproszenie do udziału w programie Tech-Match Poland w Dolinie Krzemowej. Swoje doświadczenia zdobyte w Silicon Valley chcemy przenieść na polski grunt. Dlatego otworzyliśmy w stolicy park technologiczny Cloud Technologies Labs, skierowany do studentów i startupowców, z którymi chcemy wspólnie pracować nad nowymi technologiami – dodaje Piotr Prajsnar.
Cloud Technologies to jedna z historii wielkiego giełdowego sukcesu na NewConnect. W pierwszym dniu giełdowej emisji (maj 2012) akcje Cloud Technologies kosztowały 1,55 zł. Z kolei już w listopadzie tego roku płacono za nie ponad 90 zł. W tym miesiącu padł również giełdowy rekord – za akcje Cloud Technologies płacono 110 zł. Warszawska spółka z powodzeniem działa dzisiaj także na rynkach międzynarodowych (głównie w USA), zaś blisko 50 proc. jej przychodów generowanych jest poza Polską. W swojej strategii biznesowej spółka Piotra Prajsnara jako działania priorytetowe wymienia: dalszą ekspansję na rynki globalne, consulting (optymalizacja procesów biznesowych), mobile (produkcja gier mobilnych, analityka danych ze smartfonów, reklama mobilna), Internet of Things (analityka danych generowanych przez smart-urządzenia) oraz Cloud Technologies Labs (innowacyjny park technologiczny, skierowany do studentów i startupowców).
– Nasz giełdowy sukces to po części efekt boomu na technologie związane z analityką Big Data na całym świecie. Ekonomia oparta na Big Data już teraz staje się faktem, a firmy traktują gromadzone przez siebie dane nie tylko jako zasób, lecz kapitał. Boston Consulting Group w raporcie „The Value of Our Digital Identity” oblicza, że wartość anonimowych danych zgromadzonych o internautach z Unii Europejskiej, w 2020 roku zbliży się do okrągłego biliona EUR. Oznacza to, że cyfrowe ślady pozostawione przez Europejczyków w Sieci będą równoważne finansowo około 8 proc. PKB krajów całej Wspólnoty – mówi CEO Cloud Technologies – Big Data i postępująca digitalizacja całkowicie przemodelują oblicze przyszłego biznesu. Potwierdza to raport firmy Gartner: dzięki danym do 2020 roku aż 80 proc. procesów biznesowych zostanie zmodernizowanych – dodaje Piotr Prajsnar.
W ankiecie „18th Global CEO Survey”, przeprowadzonej przez PwC, aż 80 proc. prezesów firm określiło analitykę i przetwarzanie danych jako istotne działania z punktu widzenia strategii przedsiębiorstwa. Coraz więcej firm decyduje się również na integrację swoich danych, zawartych w systemach ERP czy CRM, z zewnętrznymi platformami Big Data (DMP). IDC podaje, że już teraz 70 proc. dużych firm korzysta z danych o użytkownikach gromadzonych i przetwarzanych przez zewnętrzne platformy Big Data. Do końca 2019 roku tym tropem mają pójść już wszystkie duże organizacje.
Narodowy Bank Polski prognozuje, że do końca 2017 r. tempo wzrostu gospodarczego w Polsce utrzyma się na poziomie 3,3–3,5 proc. rocznie. Silny pozostanie także rynek pracy. Dobra sytuacja wynikać będzie jednak nie ze wzrostu zatrudnienia, ale z mniejszej liczby osób poszukujących pracy. Najpoważniejszym czynnikiem ryzyka będzie kondycja rynków wschodzących, w tym Chin.
– Spodziewamy się, że wzrost gospodarczy w tym roku wyniesie prawdopodobnie 3,4 proc., w kolejnych latach będzie zbliżony. W roku 2016 – 3,3 proc., a w roku 2017 – 3,5 procent. Mamy więc w miarę stabilną ścieżkę wzrostu gospodarczego przy poprawiającej się koniunkturze przede wszystkim w krajach rozwiniętych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Kotłowski, wicedyrektor Instytutu Ekonomicznego NBP.
Do końca roku w polskiej gospodarce panować będzie deflacja, która trwa od połowy ubiegłego roku. Na przełomie nowego roku ceny powinny jednak zacząć nieznacznie rosnąć. Inflacjaw 2016 roku ma osiągnąć 1,1 proc., a rok później – 1,5 procent. Jest to dolna granica celu inflacyjnego, ustalonego przez NBP.
– Wydaje się, że na razie deflacja nie ma negatywnych skutków dla polskiej gospodarki. Konsumenci, przynajmniej na podstawie naszych badań ankietowych, nie widzą deflacji. Spadki cen, które notuje GUS, konsumenci raczej postrzegają jako brak zmiany cen, niż jako spadki cen ich koszyka – wyjaśnia Kotłowski.
Ekonomista spodziewa się także spadku stopy bezrobocia. Poprawa kondycji rynku pracy wynikać będzie jednak z niższej aktywności zawodowej, a nie ze zwiększenia liczby miejsc pracy w gospodarce. Zmiany demograficzne powodują bowiem, że liczba osób w wieku produkcyjnym będzie systematycznie maleć. Jeśli dojdzie do obniżenia wieku emerytalnego do poprzednich poziomów, to efekt ten zostanie jeszcze wzmocniony.
–Inwestycje pozostaną w trendzie wzrostowym, skala tego wzrostu może być w najbliższych latach nieco niższa ze względu na przejście z jednej perspektywy unijnej w kolejną, gdzie nowe środki dopiero napływają i dopiero stopniowo są wydawane. Ale dynamika inwestycji powinna być dodatnia – prognozuje wicedyrektor Instytutu Ekonomicznego NBP.
Według wrześniowego odczytu niemieckiego urzędu statystycznego Destatis zamówienia w przemyśle naszych zachodnich sąsiadów spadły o 1,7 proc. (m/m) i był to trzeci miesiąc spadków z rzędu. Choć spowolnienie może wpłynąć także na polską gospodarkę, to zdaniem Jacka Kotłowskiego negatywny trend jest tylko przejściowy.
– Tutaj możemy mieć do czynienia z jakimś przejściowym spowolnieniem, ale w dłuższej perspektywie ta dynamika eksportu powinna się utrzymać na stosunkowo wysokim jak na ten okres pokryzysowy poziomie – tłumaczy.
Ekspert za największe zagrożenie dla krajowej koniunktury uważa sytuację w gospodarkach krajów wschodzących, przede wszystkim w Chinach. Ryzyko wiąże się także z czynnikami cyklicznymi, jak m.in. spadek cen surowców czy ogólne wyhamowanie tempa wzrostu światowej produkcji.
Przedstawiciel NBP dodaje jednak, że ewentualny kryzys w Chinach nie powinien mieć bezpośredniego przełożenia na polską gospodarkę. Choć Chiny są dla Polski drugim po Niemczech importerem z udziałem 11,4 proc., to spowolnienie znacznie bardziej dotyka eksporterów, a polskie firmy eksportują towary do Chin w niewielkim stopniu.
– Nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że duża część naszego eksportu jest wysyłana do Chin pośrednio, to udział Chin cały czas w tym naszym czy to eksporcie, czy wartości dodanej jest stosunkowo niewielki, on nie przekracza 3 proc., więc skala tego spowolnienia nie powinna być duża – wyjaśnia Kotłowski.
Dom Maklerski W Investments zarządza obecnie aktywami wartymi 350 mln złotych. Do końca 2016 roku planowane jest podwojenie tej kwoty. W ramach czterech funduszy rynku alternatywnego inwestorzy mogą lokować kapitał w obszarze nieruchomości, gruntów rolnych, inwestycji senioralnych i w fundusz prowadzący gospodarkę leśną. Choć próg wejścia to aż równowartość 40 tys. euro, to bazując na danych historycznych, inwestorzy mogą liczyć na stopy zwrotu rzędu 8–12 proc. przy akceptowalnym poziomie ryzyka.
– Inwestujemy w fundusze alternatywne, tzn. z dala od rynku giełdowego, z dala od rynku obligacyjnego. Szukamy takich inwestycji, które są niezależne od aktualnej koniunktury, od tego, co się dzieje na rynkach kapitałowych. Dlatego interesujemy się twardymi aktywami: miedzy innymi ziemią, lasami, nieruchomościami – inwestycjami alternatywnymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Sawala, prezes zarządu Domu Maklerskiego W Investments.
DM W Investments w swojej ofercie ma aktualnie cztery takie fundusze inwestycyjne. Największym i jednocześnie najdłużej funkcjonującym jest fundusz WI Inwestycje Rolne FIZ AN, który ma aktywa na poziomie prawie 130 mln złotych. Fundusz oprócz kupna atrakcyjnych działek rolnych zajmuje się także ich uprawą, zarabiając nie tylko na wzroście wartości ziemi rolnej, lecz także na sprzedaży płodów rolnych oraz na otrzymywanych dotacjach unijnych. Przyjęta strategia pozwala na pełne uniezależnienie się od koniunktury na rynkach akcji i walut.
– Mamy także fundusz leśny, dzięki któremu jesteśmy pierwszym w Polsce zinstytucjonalizowanym posiadaczem lasów. W kręgu naszego zainteresowania pozostają zarówno młode, jak i dojrzałe lasy oraz grunty do zalesienia. Na gruntach będziemy sadzić las, na dojrzałych drzewostanach będziemy dokonywać wyrębu i sprzedawać pozyskane drewno. Będziemy prowadzić normalną gospodarkę leśną – tłumaczy prezes Sawala.
W funduszu SGB WI Lasy Polskie FIZ AN według danych z października 2015 roku ulokowano ponad 60 mln złotych.
W ofercie Domu Maklerskiego W Investments SA znajdują się także fundusze, z których pierwszy buduje luksusowy Dom Seniora w podwarszawskim Otwocku, a drugi jest skupiony na przecenionych aktywach z rynku nieruchomości.
– Kupujemy nieruchomości, które są przecenione z uwagi na aktualną sytuację sprzedających. Niektóre inwestycje od razu odsprzedajemy z zyskiem, na innych budujemy apartamenty albo osiedla mieszkaniowe. Do naszych flagowych i zrealizowanych projektów należą Rezydencja Naruszewicza czy Apartamenty przy Parku 14 w Warszawie. Nasze najmłodsze dziecko to inwestycja mieszkaniowa przy ulicy Cybernetyki na Mokotowie. Mamy zamiar wybudować tam dwa budynki wielorodzinne z funkcją usługową. Jest już projekt architektoniczny, a prace ruszą pod koniec II kw. 2016 roku – zapowiada prezes Domu Maklerskiego W Investments.
Propozycje DM W Investments kierowane są do zamożnych inwestorów. Minimalna kwota inwestycji wynosi równowartość 40 tys. euro. Fundusze pozwalają jednak oczekiwać ponadprzeciętnych i stabilnych stóp zwrotu, historycznie w okolicach 8–12 proc. rocznie.
– Rynek akcji jest dzisiaj trudny, panuje na nim ogromna konkurencja, a my nie chcemy się ścigać z dużymi bankowymi domami maklerskimi. Znaleźliśmy dla siebie niszę, w której się dynamicznie rozwijamy i dobrze się w niej czujemy. Większość z naszych produktów nie ma na rynku żadnej konkurencji – mówi Piotr Sawala, pytany o plany powrotu na rynek kapitałowy.
Piotr Sawala spodziewa się dynamicznego wzrostu wartości aktywów zarządzanych przez DM W Investments. W połowie przyszłego roku ma być to już 0,5 mld złotych, a cel na koniec 2016 roku zakłada kwotę 0,7 mld złotych.
– Wydaje nam się, że przy dzisiejszych stopach procentowych zwrot z inwestycji na poziomie 8–10 proc. w skali roku jest tym, czego inwestorzy oczekują. Na lokatach ani na GPW tyle nie zarobią – informuje.
Szczególnie dobre perspektywy rozmówca widzi w funduszu SGB WI Lasy Polskie. Z racji ogromnego popytu na drewno dzięki mocno limitowanej podaży możliwe jest osiągnięcie wyniku nawet o kilka punktów procentowych wyższego niż wspomniane 8–10 proc. rocznie.
Alumetal liczy na to, że w 2015 roku osiągnie rekordowo dobre wyniki i zapowiada poszerzeni grona odbiorców swoich odlewów aluminiowych. By sprostać rosnącym zamówieniom, spółka rozpoczęła budowę nowej fabryki na Węgrzech oraz cykl szkoleń w Polsce dla zatrudnionej tam kadry menadżerskiej oraz robotników.
Po trzech kwartałach 2015 roku Alumetal osiągnął rekordowe wyniki, co powinno zaowocować rekordem także w całym 2015 roku.
– III kw. to 34 mln zysku EBITDA, prawie 28 mln zysku netto – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Szymon Adamczyk, prezes zarządu, dyrektor zarządzający Alumetalu. –To powoduje, że cały 2015 rok może rzeczywiście być rekordowy. Mimo że zaczęliśmy dość słabo, I kw. był średni, II kw. był dobry, III kw. bardzo dobry, więc ze spokojem patrzymy na rezultaty 2015 roku. Wolumeny sprzedaży też osiągają w ujęciu ostatnich 12 miesięcy poziomy praktycznie wykorzystania stu procent zdolności produkcyjnych.
Alumetal w ciągu ostatnich 12 miesięcy sprzedał 164 tys. ton stopów. To zaledwie o 1 tys. ton mniej niż łączna moc produkcyjna obecnie działających trzech polskich zakładów spółki. Tymczasem, jak zaznacza Szymon Adamczyk, firma chce nadal zwiększać sprzedaż.
– Całym naszym rynkiem jest Europa i do tej Europy dostarczamy od samego początku, od początku naszej nowej ery Alumetalu w 2002 roku. Natomiast dla mnie ważna jest dalsza dywersyfikacja portfela odbiorców. W każdym kwartale 3–7 nowych klientów chcemy dorzucić do naszego worka i to jest ta dywersyfikacja, to jest ten nowy rynek.
By sprostać nowym zamówieniom, Alumetal buduje na Węgrzech nawy zakład. Będzie on kosztował 120 mln zł, a 1/3 środków pochodzić ma ze wsparcia węgierskiego rządu. W październiku inwestycja przyspieszyła, bowiem spółka podpisała umowę z generalnym wykonawcą i dzięki temu 26 października budowa zakładu fizycznie się rozpoczęła.
– Pracujemy zgodnie z naszym harmonogramem czasowym – mówi prezes zarządu, dyrektor zarządzający Alumetalu. –Na dzisiaj mamy już podpisane 83 proc. z założonych umów, które miały być podpisane, 83 proc. CAPEX-u już jest zakontraktowane, 17 już jest w fazie finalnej negocjacji i kontraktacji. I co też istotne, ciągle mieścimy się w naszych założeniach budżetowych, jeśli chodzi o wydatki inwestycyjne, a było to 120 mln zł.
Ponieważ węgierski zakład ma rozpocząć pracę już w przyszłym roku, to Alumetal rozpoczął intensywne szkolenia kadry. W sumie zatrudnienie ma tam znaleźć ponad 150 osób, a niemal połowa z nich ma zostać przeszkolona w Polsce. W tym roku to ok. 30 osób, w następnym kolejna grupa.
– Naszym celem jest, żeby w następnych miesiącach, czyli od stycznia do lutego sprowadzić do Polski około 20–30 dodatkowych i je po prostu wyszkolić – zapowiada prezes Szymon Adamczyk z Alumetalu. – Jak uruchomimy zakład w II połowie 2016 roku, to główną kadrę prowadzącą będziemy mieli wyszkoloną pod względem merytorycznym zgodnie z naszym sposobem zarządzania.
Wprowadzenie elektronicznego zwolnienia lekarskiego i rozszerzenie listy osób, których zaległości za nieopłacone składki będą mogły być rozłożone na raty, to zmiany, które w najbliższym czasie czekają pracodawców. Żeby ich na te zmiany przygotować, ZUS organizuje w dniach 23–27 listopada Tydzień Przedsiębiorcy. W 43 oddziałach, 212 inspektoratach i 70 biurach terenowych w ramach akcji „ZUS dla Biznesu” przedsiębiorcy będą mogli skorzystać z porad ekspertów.
– Tydzień Przedsiębiorcy to cykliczna inicjatywa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, która w tym roku odbywa się pod hasłem „ZUS dla Biznesu”. Zapraszamy wszystkich związanych z biznesem oraz osoby dopiero planujące rozpocząć działalność gospodarczą do odwiedzenia naszych oddziałów, inspektoratów czy biur terenowych – mówi agencji Newseria Paweł Jaroszek, członek zarządu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. – Będzie można w przyjaznej atmosferze spotkać się z naszymi ekspertami oraz ekspertami administracji podatkowej, a także przedstawicielami urzędów gmin i miast i uzyskać wszelkie odpowiedzi na pytania dotyczące relacji przedsiębiorca–urząd.
W ramach Tygodnia Przedsiębiorcy klienci będą mogli wziąć udział w seminariach tematycznych, które w tym roku będą dotyczyć osób, które rozpoczynają własną działalność gospodarczą, oraz takich zagadnień, jak rozliczanie kont w związku z jakością wprowadzonych danych oraz rozliczanie i wypłata świadczeń.
– Szczególnie zależy nam na informowaniu o nowych zdarzeniach i zmianach w przepisach, które będą miały miejsce bądź pod koniec bieżącego roku, bądź z początkiem 2016 roku. To przede wszystkim wprowadzenie elektronicznego zwolnienia lekarskiego, czyli e-ZLA, od 1 stycznia 2016 roku – podkreśla członek zarządu ZUS.
Przedsiębiorcy, którzy mają swój profil na Platformie Usług Elektronicznych ZUS, będą otrzymywać zwolnienia lekarskie wystawione ich ubezpieczonym bezpośrednio na PUE. Dlatego płatnicy, którzy rozliczają składki za więcej niż pięć osób, muszą do końca roku założyć profil na PUE. Pozostali przedsiębiorcy takiego obowiązku nie mają, jednak – jak przekonuje ZUS – tylko na tym skorzystają.
– Wyjaśnimy także zmiany w zakresie udzielania ulg i umorzeń, w tym w rozkładaniu zaległych składek na raty. Do tej pory mogliśmy rozkładać tylko część finansowaną przez płatnika, od 1 grudnia roku 2015 również część ubezpieczonego, czyli de facto całość zaległości będzie mogła być rozłożona na raty – wyjaśnia Paweł Jaroszek.
Dotychczas uldze podlegały wyłącznie składki finansowane ze środków płatnika składek – to połowa składki emerytalnej, część składki rentowej oraz składka wypadkowa. Po zmianach również składki osób ubezpieczonych, które nie są płatnikami składek, będą mogły zostać rozłożone na raty.
– Będziemy również informowali o możliwości uzyskania z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych dofinansowania na poprawę warunków pracy w ramach prewencji wypadkowej, a także zachęcali do korzystania z nowej, lepszej, interaktywnej wersji programu Płatnik – mówi Paweł Jaroszek.
W tym roku na poprawę warunków pracy ZUS przeznaczył 26 mln zł. Mikroprzedsiębiorstwa mogą liczyć nawet na 40 tys. zł dla projektów doradczych, 100 tys. zł dla projektów inwestycyjnych i 140 tys. zł dla projektów doradczo-inwestycyjnych. Maksymalnie ZUS dofinansuje nawet 90 proc. wydatków. Małe firmy (10–49 zatrudnionych) mogą liczyć na 80-proc. dofinansowanie, w wysokości odpowiednio 60, 150 i 210 tys. zł. Z kolei średnie przedsiębiorstwa przy 60-proc. dofinansowaniu dostaną maksymalnie 340 tys. zł.
Na stronie ZUS i podstronie poświęconej Tygodniowi Przedsiębiorcy (www.zus.pl/tydzienprzedsiebiorcy) można znaleźć szczegółowe informacje dotyczące zaproszonych ekspertów i harmonogramów działań w poszczególnych oddziałach ZUS.
Deklaracje na temat inwestycji oraz polityki społecznej stanowiły pozytywne punkty exposé premier Beaty Szydło – uważa były minister finansów Stanisław Kluza. Za mało było jednak na temat całościowej reformy emerytalnej, a to będzie jedno z poważniejszych zadań nowych władz. W dzisiejszym systemie zdaniem Kluzy niedoceniany jest wysiłek wychowawczy rodziców. Z kolei przy ustalaniu wieku emerytalnego powinna być brana pod uwagę nie tylko długość życia, lecz także sytuacja na rynku pracy.
– Akcent w exposé położono na dwóch obszarach: inwestycjach i sprawiedliwej polityce społecznej. To bardzo dobre spojrzenie, bo to nie tylko program rządu na jedną kadencję, ale perspektywa pokoleń, czyli pewnych równowag długookresowych, o które trzeba czasami zadbać wiele lat wcześniej. Dlatego całościowo oceniam, że to połączenie i gospodarki, i zbilansowanie tego troską o człowieka jest czymś wartościowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Stanisław Kluza, ekonomista, były minister finansów i były przewodniczący KNF.
Z tym wiąże się jednak kwestia reformy emerytalnej, której premier Szydło nie poświęciła wiele uwagi. Jak podkreśla Kluza, temat wieku emerytalnego to tylko wycinek całego problemu.
– Mamy kwestie niedoceniania w systemie emerytalnym nakładów, które ponoszą rodzice na wychowanie swoich dzieci. Wydaje mi się, że to byłaby jedna z istotnych motywacji do tego, żeby dzieci mieć i się nimi zajmować, gdyby nasza emerytura w jakiejś mierze była uzależniona od tego, czy ponieśliśmy ten wysiłek, trud wychowawczy – uważa Stanisław Kluza.
Jego zdaniem na kwestie obniżenie wieku emerytalnego powinno się patrzeć z dwóch aspektów. Pierwszym jest rosnąca średnia oczekiwana długość życia Polaków – żyjemy coraz dłużej, w społeczeństwie coraz więcej jest osób starszych, więc powinniśmy również dłużej pracować. Drugim czynnikiem jest sytuacja na rynku pracy.
– Jeżeli dzisiaj mamy trzy razy wyższe bezrobocie wśród osób młodych niż wśród osób starszych, to oznacza to, że nadmierne nasycenie rynku pracy osobami starszymi utrudnia osobom młodszym wejście na rynek pracy. Te dwie zmienne należałoby przeliczyć i zoptymalizować. Najczęściej słyszymy o tym pierwszym argumencie, ale ten drugi, związany z aktywizacją zawodową młodego pokolenia, jakoś nam umyka – ocenia ekonomista.
Istotnym zagadnieniem – po części związanym z poprzednimi zmianami w systemie emerytalnym – jest odbudowa reputacji rynku kapitałowego. Kluza zaznacza, że umorzenie części aktywów OFE przez poprzedni rząd doprowadziło do marginalizacji polskiego rynku kapitałowego. Odbudowa utraconej pozycji wymagać będzie – zdaniem byłego ministra – wielu lat pracy.
Jak podkreśla, dziś problemem polskiej gospodarski, którym nowy rząd musi się zająć, jest niska stopa inwestycji oraz niewielki odsetek wykorzystania funduszy unijnych. Szczególną uwagę należy zwrócić na zachęty dla przedsiębiorców do inwestowania w swój rozwój.
– Niejednokrotnie małe, rozwijające się przedsiębiorstwa, które nawet pozyskały fundusze unijne, nie mają takiego zasobu, żeby współfinansować to z zasobów własnych. Brakuje dostępnych kredytów bankowych oraz środków, którymi być może mogłoby tutaj zaangażować się państwo, aby tym inicjatywom, które zdobyły dofinansowanie unijne, zwiększyć możliwość szybkiego rozwoju – wyjaśnia Kluza.
Jak zaznacza, na ocenę gospodarczych planów rządu przyjdzie pora dopiero wtedy, kiedy skrystalizują się finalne pomysły na to, jak osiągnąć przedstawione cele.
Statystyczny Polak wypija blisko 100 litrów piwa rocznie, a produkcja tego trunku to blisko 40 mln hektolitrów rocznie. Rozwijająca się w Polsce kultura piwna i rosnąca konkurencja stymuluje inwestycje browarów oraz rozwój branż powiązanych. To z kolei przekłada się na wpływy do budżetu państwa. Tylko Grupa Żywiec w ubiegłym roku dołożyła do finansów publicznych 1,7 mld zł. Gdyby firma była jedynym podatnikiem, Polska mogłaby funkcjonować przez blisko dwa dni.
– Branża piwna przez rozbudowany łańcuch wartości wpływa na wiele innych branż, w związku z tym jedno miejsce pracy w Grupie Żywiec tworzy aż cztery dodatkowe. Całościowo w gospodarce dzięki naszej działalności funkcjonuje ponad 20 tys. miejsc pracy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Brzezińska, kierownik działu korporacyjnego Grupy Żywiec.
Firma zatrudnia ponad 15 proc. wszystkich pracujących przy produkcji napojów w kraju.
Jedną z branż, na którą browary mają duży wpływ, jest rolnictwo. 99 proc. chmielu do produkcji piwa Grupy Żywiec pochodzi od polskich plantatorów. Tylko dzięki producentowi m.in. Żywca, Warki czy Tatry zatrudnienie w sektorze rolnym znalazło 6 tys. osób. Zdecydowana większość zakupów dokonywanych przez Grupę Żywiec (ponad 80 proc.) pochodzi od polskich dostawców i jest warta ponad 1,2 mld zł. Zyskują też handel i gastronomia, tym bardziej że mimo rozwoju dyskontów i supermarketów piwo wciąż dobrze sprzedaje się w handlu tradycyjnym.
Zmieniające się oczekiwania konsumentów stymulują inwestycje w branży. Grupa Żywiec, aby dostosować się do zmian na rynku, zainwestowała w centra dystrybucyjne w Warce i w Żywcu. Powierzchnia nowo otwartych magazynów to 16 tys. mkw. Jak podkreśla Brzezińska, zostały zaprojektowane tak, by zwiększać efektywność działalności, lecz także aby były przyjazne środowisku.
– W ogrzewaniu magazynów pomaga nam ciepło, które odzyskujemy z procesu produkcji piwa, a panele słoneczne pomagają nam w ogrzewaniu wody, z której korzystają pracownicy magazynów – wyjaśnia przedstawicielka Grupy Żywiec.
W 2014 roku firma zredukowała też ilość odpadów (o 10 proc.) i ograniczyła pobieranie wody przez swoje zakłady o ponad 169 metrów sześciennych – to tyle, ile dziennie zużywa milion osób.
Całkowita wartość dodana wygenerowana w gospodarce dzięki działalności Grupy Żywiec to 2,25 mld zł. Taka kwota wystarczyłaby na zakup około 28 pociągów typu Pendolino. Wielkość dochodów sektora publicznego dzięki działalności firmy wyniosła o blisko 2,3 mld zł.
– Dzięki działalności naszej Grupy co roku do sektora publicznego wpływa ponad 1,7 mld zł, co oznacza, że przy obecnym poziomie wydatków budżetowych nasze państwo mogłoby tylko dzięki działalności firmy funkcjonować przez niemal dwa dni – wskazuje Brzezińska. – Dochody ludności wytworzone w Polsce w ciągu roku dzięki naszej działalności wynoszą ponad 700 mln zł.
Takie firmy jak Grupa Żywiec mają nie tylko wpływ na gospodarkę, lecz także angażują się w rozwój lokalnych społeczności. Tylko w 2013 r. pierwsza dziesiątka firm zgłoszonych do konkursu „Liderzy filantropii” przekazała na cele społeczne, zarówno bezpośrednio, jak i przez swoje fundacje, ponad 125 mln zł. Według II Ogólnopolskiego Badania Wolontariatu Pracowniczego 5–7 proc. największych firm w Polsce prowadzi programy wolontariackie. W ramach wolontariatu pracownicy Grupy Żywiec przepracowali w ubiegłym roku 1840 godzin. Wartość darowizn finansowych i rzeczowych oraz działań sponsoringowych w 2014 roku zrealizowanych przez firmę na rzecz kultury, sportu i innych inicjatyw lokalnych przekroczyła 27,5 mln zł.
Duże firmy często angażują się również w działania społeczne, walkę z biedą, wykluczeniem, a także edukują społeczeństwo. Żywiec realizuje własne działania edukacyjne i wspiera te prowadzone przez Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego.
– Koncentrujemy się na tym, aby edukować naszych klientów i konsumentów na temat odpowiedzialnej sprzedaży i konsumpcji alkoholu. Poprzez nasze działania edukacyjne dotarliśmy do 700 tys. uczestników różnych wydarzeń, które organizujemy lub sponsorujemy – tłumaczy Magdalena Brzezińska. – Dbamy o to, żeby sprzedawcy wiedzieli, w jaki sposób odpowiedzialnie sprzedawać alkohol i aby nie sprzedawali go nieletnim oraz nietrzeźwym. Wraz z innymi partnerami edukujemy również społeczeństwo, aby nie prowadzić samochodu po spożyciu alkoholu.
Strefy innowacji, nowoczesna ekspozycja produktów i rozwój usług związanym z finansowaniem i gwarancją zakupów – to najnowsze trendy w salonach sprzedaży elektroniki użytkowej. Światowe standardy zostały wykorzystane m.in. w nowo otwartym salonie Saturna w Bydgoszczy. Klienci mają dostęp tu do technologicznych nowości, a poza tym mogą się napić kawy, naładować telefon czy spersonalizować własne urządzenia mobilne. Sklep stawia także na sprzedaż przez internet.
– Saturn w Bydgoszczy jest najnowocześniejszym sklepem elektroniki użytkowej w Polsce i wykracza daleko poza granice definicji zwykłego sklepu. Zastosowane rozwiązania są innowacyjne pod względem ekspozycji produktów. Same produkty również są bardzo innowacyjne. Na każdym dziale możemy znaleźć jakieś nowości technologiczne – mówi agencji Newseria Sławomir Uherek, dyrektor zarządzający siecią Saturn.
Nowo otwarty salon Saturna w centrum handlowym Zielone Arkady ma być flagowym sklepem sieci. Klientów przyciągać mają nowości rynkowe, takie jak 65-calowy telewizor w technologii 4K, który przedpremierowo dostępny jest tylko w bydgoskim sklepie. Jak jednak podkreślają przedstawiciele Saturna, nowoczesne technologie wymagają innowacyjnej sprzedaży. Sklep został zaaranżowany według najnowszych światowych standardów w branży. Klienci będą mogli doświadczyć najnowszych technologii i odkryć korzyści wynikające z ich zastosowania w specjalnych strefach innowacyjnych.
Duży nacisk położono także na rozwój usług okołoproduktowych, związanych m.in. z finansowaniem produktów oraz udzielaniem gwarancji na zakupione towary.
– Przy wejściu do sklepu klienci mogą skorzystać z bezpłatnej kawy, mogą usiąść, naładować swoje urządzenie mobilne. Kładziemy nacisk na to, żeby komfort przebywania w sklepie i komfort zakupów był na najwyższym możliwym poziomie – dodaje Uherek.
Podkreśla, że sklep ma najszerszą na rynku ofertę produktów związanych z technologiami mobilnymi, czyli smartfonów i tabletów oraz nowoczesnych produktów poszerzających możliwości zakupionych urządzeń.
– W sklepie w Bydgoszczy mamy unikatową na rynku usługę, która polega na tym, że klient dowolnie wybrane przez siebie zdjęcie czy obraz może nanieść na etui swojego telefonu lub tabletu i dzieje się nto a poczekaniu – mówi Sławomir Uherek. – Rozwiązania zastosowane w tym salonie dla Saturna stają się standardem i będą stosowane w każdym nowo otwartym lub zmodernizowanym sklepie.
Jak podkreśla Uherek, strategia spółki opiera się na obecności w najważniejszych centrach handlowych polskich miast. Równolegle z bydgoskim sklepem w CH Zielone Arkady otwarto także salon Saturn Connect z technologiami mobilnymi we wrocławskim centrum Aleja Bielany.
Odblaskowe kamizelki, breloczki, smycze i opaski powinny być noszone na ramieniu, plecach lub na wysokości kolan. Takie elementy na ubraniu znacznie zwiększają bezpieczeństwo pieszego na drodze, bo zwiększają jego widoczność siedmiokrotnie.
Polska znajduje się na 2. miejscu spośród krajów Unii Europejskiej pod względem liczby dzieci ginących w wypadkach komunikacyjnych. Według raportu Komendy Głównej Policji w 2014 roku w Polsce miało miejsce 3210 wypadków drogowych z udziałem dzieci w wieku 0–14 lat. W ich wyniku 80 dzieci zginęło, a ponad 3,5 tys. zostało rannych. Zdecydowana większość wszystkich ofiar wypadków wśród dzieci w wieku 0–6 lat to pasażerowie pojazdów. W przypadku dzieci ze grupy wiekowej 7–14 lat najwięcej ofiar śmiertelnych wypadków drogowych było wśród pieszych.
– W Unii Europejskiej rocznie ginie około 800 dzieci na drogach. Tylko w Polsce, jak pokazują dane z 2012 roku, jest to ok. 90 dzieci. Ten problem więc istnieje i jest bardzo znaczący – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Paweł Witkiewicz, prezes zarządu CUBE.ITG, firmy, która wspólnie z rajdowym mistrzem Polski Kajetanem Kajetanowiczem promuje wśród dzieci noszenie odblasków.
Elementy odblaskowe znacznie zwiększają bezpieczeństwo pieszych i rowerzystów na drodze. Zgodnie z prawem o ruchu drogowym obowiązek ich noszenia ma każdy pieszy, nie tylko dziecko, który porusza się po zmierzchu poza obszarem zabudowanym. Za brak elementu odblaskowego grozi kara w wysokości nawet 500 zł. Zdaniem ekspertów odblaski siedmiokrotnie zwiększają szansę, że kierowca zauważy pieszego, a tym samym zdąży wyhamować lub bezpiecznie go ominięcia.
– Pieszy, który nie ma elementów odblaskowych, przy słabej aurze jest widoczny z odległości 20 metrów, z elementem odblaskowym to od 150 metrów nawet do 300 metrów – mówi Paweł Witkiewicz.
Za elementy odblaskowe uważa się m.in. kamizelki, smycze, przypinane do ubrania bądź plecaka breloczki i opaski. Kupić je można w sklepach sportowych i papierniczych, w większości supermarketów, sklepach z odzieżą BHP lub odblaskami oraz na stacjach benzynowych. Wiele sklepów oferuje specjalnie przeznaczone dla dzieci odblaskowe breloczki w formie zwierzątek lub bohaterów kreskówek. Sam element odblaskowy to jednak za mało – równie ważne jest jego odpowiednie umiejscowienie.
– Najlepiej nosić go na ramieniu bądź gdzieś wysoko na nogawce. Wtedy kierowca ma szansę faktycznie ten znak zauważyć – mówi Paweł Witkiewicz.
We wrześniu 2015 roku we Wrocławiu Grupa Kapitałowa CUBE.ITG zainicjowała akcję „Odblaskowe dzieciaki”. Jej celem jest uświadomienie dzieciom konieczności noszenia elementów odblaskowych na ubraniu. Do bezpiecznego zachowania na drodze uczniów nakłaniał Kajetan Kajetanowicz, czterokrotny mistrz Polski w klasyfikacji generalnej Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Polski. Rozdawał też opaski odblaskowe z logo Teamu Rajdowego Kajto i kampanii społecznej „Rodzina w formie”.
Prawie 80 proc. chorych nie wie, że cierpi na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, a tym samym lekceważy jej objawy. Przyczyną jest m.in. zbyt mała wiedza Polaków na temat POChP. Wczesne wykrycie choroby pozwala natomiast na zahamowanie jej postępowania oraz znaczne wydłużenie życia pacjentów. Dlatego każda osoba po 40 roku życia, która pali papierosy, kaszle i odczuwa duszności, powinna wykonać badanie spirometryczne.
Przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP) to śmiertelne, skracające życie o prawie 15 lat, schorzenie prowadzące do nieodwracalnych zmian w drogach oddechowych. Polega ono na postępującym i nieodwracalnym zmniejszeniu przepływu powietrza przez drogi oddechowe na skutek zwężenia oskrzeli. Główną przyczyną choroby jest palenie papierosów, a jej objawy to kaszel i duszności. Według Światowej Organizacji Zdrowia POChP zajmuje 4. miejsce wśród chorób powodujących najczęstsze zgony – w Polsce co roku z jej powodu umiera 14 tys. osób. Szacuje się, że na POChP choruje ok. 2 mln Polaków, przy czym blisko 80 proc. nie zdaje sobie z tego sprawy i lekceważy objawy choroby.
– Badanie zlecone przez Polskie Towarzystwo Chorób Płuc ujawniło, że tylko 3 proc. społeczeństwa wie, co to jest przewlekła obturacyjna choroba płuc. Jeżeli nie wiemy, czego szukać, to nie znajdziemy u siebie cech POChP. Dopiero świadomość tego, że za kaszlem i dusznością wysiłkową może stać POChP, zmusza do myślenia – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Piotr Dąbrowiecki, przewodniczący Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP.
Brak wiedzy skutkuje także problemami w terapii – wielu chorych nie wie, że muszą stale przyjmować określone leki. Dlatego w Polsce niezbędna jest edukacja w zakresie wiedzy o POChP. Polska Federacja Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP organizuje szkolenia, podczas których pacjenci dowiadują się, jak radzić sobie z chorobą i prawidłowo stosować terapię. Na spotkaniach edukacyjnych mówi się także o konieczności szczepień zapobiegających chorobom dróg oddechowych, np. zapaleniu płuc, oraz prowadzeniu rehabilitacji oddechowej. Sprowadza się ona do ćwiczeń oddechowych, które zwiększają przepływ powietrza. Spotkania te mają także walor psychoterapeutyczny – osoby z POChP często cierpią bowiem z powodu izolacji społecznej.
– W jednym miejscu i czasie spotykają się różne osoby – kobiety i mężczyźni, starsi i młodsi, którzy mają ten sam problem, i dzięki temu nie czują się samotni. Jestem tu nie tylko ja i moje POChP, tylko są tu inne osoby, czasami znane, i staramy się czegoś dowiedzieć o tej chorobie. Jest grupa starszych pacjentów dużo zyskujących dzięki temu, że podzielą się swoim problemem – mówi dr Piotr Dąbrowiecki.
Lekarze podkreślają, że diagnostyka POChP jest bardzo prosta. Podstawowym badaniem służącym do wykrywania choroby i oceny jej progresji jest spirometria. Chorzy mogą także skorzystać z testu duszności. Krótka ankieta pozwala określić skalę nasilenia duszności (MRC), ma ona pięć stopni (od 0 do 4). Zero oznacza duszność przy bardzo dużych wysiłkach fizycznych, pierwszy stopień to duszność przy wchodzeniu pod górę lub przy szybkim marszu. Stopień drugi występuje, gdy pacjent z powodu duszności porusza się znacznie wolniej od rówieśników.
– Dwójka w skali MRC mówi, że pacjent wymaga bardziej intensywnego leczenia i służy nam wyselekcjonowaniu grupy, podatnej na zaostrzanie choroby. To grupa, która powinna dostać intensywne, lepsze leczenie niż ci, którzy mają 0 lub 1. 3 to jest duszność po przejściu 100 metrów, a 4 to duszność, która pacjenta zostawia w domu, która się pojawia w trakcie zwykłej toalety porannej – mówi dr Piotr Dąbrowiecki.
Szansę na prowadzenie w miarę normalnego życia może dać wdrożenie zintegrowanego modelu opieki nad chorymi z POChP. Podstawową rolę pełniłby w nim lekarz pulmonolog, który czuwa nad przebiegiem terapii. Wspieraliby go natomiast pielęgniarka, która odwiedza pacjenta, oraz lekarze specjaliści z innych dziedzin, m.in. kardiolog i diabetolog. POChP dwukrotnie zwiększa bowiem ryzyko zawału i rozwoju cukrzycy typu II. Bardzo ważne jest także wsparcie psychiatry lub psychologa ze względu na częste poczucie wykluczenia społecznego u pacjentów z tą chorobą.
Oferta Sygnity S.A. została uznana za najkorzystniejszą w przetargu na Centralny System Bankowy BGK – taką decyzję ogłosiła wczoraj Krajowa Izba Odwoławcza ustosunkowując się do wszystkich zarzutów konkurencji.
Bogdan Zborowski, Wiceprezes Zarządu Sygnity S.A. Źródło: Sygnity S.A.KIO potwierdziło, co dla Spółki było niezwykle istotne, że oferta Sygnity jest najkorzystniejsza, ale nie zaniżona – komentuje Bogdan Zborowski, Wiceprezes Zarządu ds. Komercyjnych w Sygnity S.A., odpowiedzialny m.in. za sprzedaż – Raz jeszcze chciałbym podkreślić, że to połączenie unikalnych własnych rozwiązań i kompetencji wynikających z wieloletniego doświadczenia naszego zespołu w branży bankowej umożliwiło namprzygotowanie oraz złożenie najlepszej oferty, optymalnej zarówno pod względem kosztów uruchomienia, jak i utrzymania systemu w przyszłości.
Sygnity konsekwentnie buduje backlog zamówień na 2016 rok. Przychody na rok obrotowy 2016 z umów podpisanych na dzień 19 listopada wynoszą 257 mln PLN.. W stosunku do stanu odnotowanego na dzień 31 lipca i opublikowanego w sierpniu br. Backlog w tamtym momencie był wyższy aż o 33%.
Do tego wzrostu znacząco przyczyniły się nowo podpisane umowy właśnie w pionie bankowym, w którym Spółka zanotowała przyrost o 18,9 mln PLN /+64%/. Umowa z BGK dodatkowo podwyższy backlog.
Umowa z BGK jest dla nas niezwykle istotna. Dzięki takim wygranym konsekwentnie wzmacniamy naszą pozycję w sektorze bankowo-finansowym, budując solidny portfel zamówień, który obejmuje rozwój i kontynuację współpracy z naszymi aktualnymi Klientami. Ostatnie miesiące upłynęły w Sygnity pod znakiem intensywnej pracy przedsprzedażowej oraz zmian organizacyjnych, które ułatwią zdobywanie zamówień ‘nowej perspektywy budżetowej’ finansowania unijnego. Do końca 2015 roku zostało jeszcze kilka tygodni, w tym czasie spodziewamy się kolejnych korzystnych dla Spółki rozstrzygnięć. – podsumowuje sukces Wiceprezes Zborowski.
Aktywa netto (NAV) na akcję wyniosły 18,15 zł względem 16,07 zł przed rokiem (wzrost o 13% r/r). Plan roczny zakłada NAV/akcję na poziomie 19,75 zł na 31.12.2015
106 mln zł zysku netto i 118 mln zł zysku z inwestycji zrealizowanego w ciągu 9 miesięcy 2015 r.
Kapitały własne w wysokości 1 mld 139 mln zł
Wartość certyfikatów inwestycyjnych funduszy posiadanych przez MCI wyniosła na 30.09.2015 r. 1.490 mln zł względem 1.321 mln zł rok wcześniej (wzrost o 12,8% r/r)
W ciągu 9 miesięcy 2015 r. MCI Management S.A. wypracowała 118 mln zł zysku z inwestycji i 106 mln zł zysku netto. Wskaźnik aktywów netto na akcję, najlepiej obrazujący kondycję funduszy typu private equity, wyniósł na koniec września 2015 r. 18,15 zł, czyli o 13% więcej niż przed rokiem. Prognoza spółki zakłada jego wzrost do poziomu 19,75 zł na koniec br.
Wartość certyfikatów inwestycyjnych funduszy, których właścicielem jest MCI Management, wyniosła na koniec III kwartału 2015 r. 1.490 mln zł, czyli o 12,8% więcej w stosunku do stanu na koniec III kwartału 2014 r., kiedy wynosiła ona 1.321 mln zł. Największy udział w wyniku za 9 miesięcy br. miał wzrost wartości certyfikatów inwestycyjnych funduszy MCI.TechVentures (o 56,4 mln zł) i MCI.EuroVentures (o 33,2 mln zł) oraz wzrost wartości certyfikatów inwestycyjnych funduszu MCI.CreditVentures 2.0 (o 7,2 mln zł).
Od początku br. do momentu publikacji sprawozdania za III kwartał, fundusze inwestycyjne, których certyfikaty posiada MCI, zrealizowały 6 wyjść z inwestycji na łączną kwotę 486 mln zł, trzy z nich (Private Equity Managers, windeln.de i Wirtualna Polska) w drodze IPO. Ponad 4,1 mln zł MCI uzyskało z tytułu dywidendy wypłaconej przez Private Equity Managers.
Duże znaczenie dla wyników spółki za 9 miesięcy br. miał trzeci kwartał. Niepewność na europejskich giełdach, w tym polskiej GPW, wpłynęła na wycenę aktywów publicznych funduszy MCI. Spadki kursów akcji, w stosunku do stanu na zakończenie I półrocza, takich spółek jak turecki Indeks, ABC Data, windeln.de oraz Private Equity Managers sprawiły, że w samym trzecim kwartale zysk z inwestycji wyniósł 5,5 mln zł na 118 mln zł wypracowanych od początku roku.
– Zawirowania na europejskich giełdach nie sprzyjały budowaniu wartości dla spółek publicznych z naszego portfela. Pozytywnie na tym tle wyróżniła się Wirtualna Polska, która tylko w trzecim kwartale zyskała na wartości 17% – powiedział Tomasz Czechowicz, Prezes Zarządu MCI Management S.A. – Jednak najistotniejszy z naszego punktu widzenia jest potencjał dalszego wzrostu tych spółek oraz nowych inwestycji, które dołączyły do portfeli naszych funduszy w czasie ostatnich miesięcy – dodał.
Ostatnie większe inwestycje z udziałem funduszu MCI.TechVentures w spółki Auctionata – niemiecki internetowy dom aukcyjny, Gett – światowego lidera rynku usług transportowych na żądanie czy specjalizującą się w międzynarodowych transferach pieniężnych spółkę Azimo budują dobrą bazę do przyszłych wzrostów. W aktywach funduszy spółki te na koniec III kwartału 2015 r. wycenione są w cenie nabycia.
Plany na 2016 r.
Zarząd MCI oczekuje utrzymania dynamiki rozwoju portfela inwestycyjnego w funduszu MCI. TechVentures obserwowanej w tym roku. Oczekiwana stopa zwrotu IRR netto dla tego funduszu ma wynieść na koniec 2016 r. 15-20%. Z kolei fundusz buyoutowy MCI.EuroVentures powinien w tym czasie wypracować IRR netto w przedziale 10-15%.
Z uwagi na utrzymujące się dyskonto wyceny giełdowej do wartości księgowej, zarząd MCI zainicjował proces umorzenia 952,8 tys. akcji własnych MCI. Zamierza również przeprowadzić kolejny skup akcji własnych celem umorzenia do 5% kapitału zakładowego – uchwała w tej sprawie będzie głosowana przez akcjonariuszy na NWZA 17 listopada br. Zarząd MCI oczekuje, że realizacja wyłącznie tych działań przełoży się na wzrost NAV na akcję do poziomu 19,40 zł (przy braku wpływu innych pozytywnych czynników).
Grupa Asseco po pierwszych trzech kwartałach wypracowała 5 mld zł przychodów, o 15% więcej niż w tym samym okresie w 2014r. Po dziewięciu miesiącach wynik netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 240 mln zł. Przychody ze sprzedaży oprogramowania i usług własnych wzrosły o 17% i osiągnęły poziom 4,2 mld zł. Zysk operacyjny Grupy zwiększył się do 534 mln zł, i był o 16% wyższy w porównaniu z ubiegłym rokiem.
W dniu 13 listopada Grupa Asseco opublikowała wyniki finansowe za pierwsze dziewięć miesięcy 2015r. Przychody Grupy wyniosły 5 mld zł. To wynik o 661 mln zł lepszy (wzrost o 15%) w porównaniu do analogicznego okresu w 2014r. Tak dobry wynik to przede wszystkim zwiększenie sprzedaży na rynkach zagranicznych, których znaczenie dla wyniku całej Grupy Asseco sukcesywnie rośnie. To z operacji zagranicznych pochodzi już 77% przychodów Grupy. Szczególnie wysokie wzrosty odnotowały spółki izraelskie, które poprawiły swój wynik o 26% rok do roku i uzyskały ponad 2,6 mld zł przychodów w pierwszych trzech kwartałach 2014 roku.
Jesteśmy zadowoleni z wyników finansowych Grupy Asseco jakie wypracowaliśmy w okresie dziewięciu miesięcy 2015 roku. W porównaniu z ubiegłym rokiem, uzyskaliśmy o 661 mln zł przychodu więcej, osiągając rekordowy poziom 5 mld zł. Cieszę się z dynamicznego rozwoju naszych zagranicznych operacji — powiedział Adam Góral, Prezes Zarządu Asseco Poland. Udział spółek zagranicznych w wynikach Grupy stale rośnie. Już dzisiaj około 3/4 sprzedaży i 2/3 zysku Asseco pochodzi z naszych inwestycji poza Polską. W pierwszych trzech kwartałach 2015r. skupiliśmy się nie tylko na ciągłym rozwoju naszego biznesu, ale także na reorganizacji struktury Grupy, tak aby była bardziej efektywna. Jestem przekonany, że szybko dostrzeżemy pozytywne skutki tych działań.
Wyniki Spółki cechują się bardzo dobrą dywersyfikacją przychodów w ujęciu regionalnym, ale też sektorowym i wyniosły odpowiednio: 41% – sektor przedsiębiorstw, 38% – sektor finansowy oraz 21% – sektor administracji publicznej. Ponadto, Asseco konsekwentnie realizowało strategię rozwoju opartą na sprzedaży własnych rozwiązań informatycznych, które w analizowanym okresie przyniosły ponad 4,1 mld zł, co stanowi 82% przychodów ogółem.
Trzeci kwartał tego roku upłynął pod znakiem dalszej reorganizacji Grupy. Insseco, odpowiedzialne za polski rynek ubezpieczeń komercyjnych zostało połączone z Sapiens, spółką z Grupy, będącą czołowym światowym dostawcą rozwiązań dla sektora ubezpieczeniowego. Dzięki temu polski zespół otrzymał zupełnie nowe perspektywy rozwoju w wymiarze międzynarodowym. Ponadto, zakupiona została portugalska spółka Exictos, która działa przede wszystkim na afrykańskich rynkach wschodzących, co wpisuje się w strategię ekspansji geograficznej Asseco. Dzięki tej transakcji poszerzono bazę klientów w sektorze bankowości. Exictos to także pespektywy przyszłego rozwoju Asseco w krajach portugalskojęzycznych. W Polsce rozpoczęto pracę nad skonsolidowaniem 6 lokalnych podmiotów i utworzeniem Asseco Data Systems, które rozpocznie działalność operacyjną od I kw. 2016r. Oferta ADS będzie skierowana do małych i średnich firm oraz jednostek administracji – głównie samorządowej. Rozpoczęto także proces zakupu akcji Infovide-Matrix (sfinalizowany w listopadzie 2015r.), które przyczyni się do umocnienia pozycji Grupy na polskim i europejskim rynku, poprzez pozyskanie nowych kompetencji w zakresie usług IT.
W trzecim kwartale 2015 roku Asseco Poland z sukcesem zakończyło centralizację systemów bilingowych w Grupie Tauron, która jest jednym z największych i najszybciej przeprowadzonych wdrożeń tego typu w Europie. Umocniono też pozycję w sektorze rozwiązań IT dla rolnictwa, m.in. dzięki nowej umowie z KRUS na kompleksową obsługę systemu informatycznego, wspomagającego obsługę świadczeń emerytalno-rentowych 1,3 mln rolników. Wartość projektu to ponad 92 mln zł brutto. Asseco pozyskiwało z sukcesem nowe kontrakty w sektorze ochrony zdrowia. Będzie m.in. realizowało projekt E-zdrowie dla Mazowsza, w ramach którego wykona sieć teleinformatyczną dla 23 mazowieckich szpitali. W trzecim kwartale spółka po raz pierwszy wdrożyła swój nowy produkt bankowości internetowej i mobilnej (Asseco Customer Banking Platform) w Deutsche Bank Polska.
Asseco kontynuuje współpracę z kluczowymi klientami i aktywnie działa na rzecz nowych projektów. W minionych 9 miesiącach Grupa podpisała ponad 6 tysięcy kontraktów i umów. W listopadzie 2015r. portfel zamówień wyniósł ponad 6,8 mld zł i był wyższy o 18% w stosunku do zeszłego roku.
Polacy pokochali zakupy online. Z roku na rok rośnie liczba osób kupujących w sieci. Obecnie dwie trzecie Polaków korzysta regularnie z internetu, a 80 proc. przynajmniej raz dokonała zakupu tą drogą (CBOS, Internauci 2015). Systematycznie rośnie również liczba e-sklepów oraz wartość polskiego rynku e-commerce, który według szacunków w 2015 roku ma osiągnąć ok. 35 mld zł. To tylko jedne z nielicznych powodów, dla których utrzymanie ciągłej dostępności serwisów internetowych powinno być priorytetem dla ich właścicieli.
Jak wynika z raportu PayVison, Polska jest jednym z europejskich liderów pod względem dynamiki wzrostu rynku e-commerce. Roczny wzrost (porównanie roku 2014 do 2013) wyniósł dla Polski aż 22,6 proc, co uplasowało nas na podium zestawienia. Przed nami znalazły się tylko Niemcy (25 proc.) i Hiszpania (24,8 proc.). Szacunkowo, polski rynek e-commerce ma osiągnąć w tym roku wartość ok. 35 mld zł, a rosnąca popularność handlu elektronicznego powoduje, że stale przybywa nowych e-sklepów. W ciągu niespełna 10 lat, ich liczba wzrosła z 2 800 (dane za 2006 r.) do kilkunastu tysięcy. Dostępność 24/7, dostawa na drugi dzień, szybkie e-płatności to dziś standard, a każda usterka techniczna czy przerwa w dostępie do serwisu, to potencjalne straty dla sprzedających.
Timed out
Przykładem „łatwej” utraty zysków jest brak przygotowania e-sklepu na obsługę wzmożonego ruchu, np. w trakcie launchu kampanii reklamowej lub udostępnienia długo wyczekiwanej usługi. Niedostępność lub nieprawidłowe działanie serwisu internetowego na skutek przeciążenia serwera może przełożyć się na niższy zysk. – Brak możliwości sfinalizowania zakupów wynikający np. z błędu oprogramowania sklepu, przeciążenia czy też przekroczonego czasu odpowiedzi (tzw. timed out) serwera, prowadzi często do porzucenia koszyka i przerwania zakupów – mówi Łukasz Szynczewski, e-commerce manager ze sklepu szafa-bobasa.pl. – Aby zminimalizować liczbę porzucanych transakcji i uniknąć sytuacji, w której klient nie może skorzystać z oferty, powinniśmy na bieżąco monitorować kondycję naszych serwerów i stabilność oprogramowania– dodaje.
Jak wyjaśnia Adam Blok z Ping.pl, serwisu zajmującego się monitoringiem stron internetowych w czasie rzeczywistym, bieżąca kontrola serwerów, na których działa e-sklep, to podstawa. Nie tylko w trakcie prowadzenia wzmożonych akcji marketingowych, gdy spodziewany się kilkukrotnie większego ruchu, ale przede wszystkim podczas regularnej pracy serwisu. Trzymając rękę na pulsie, można szybko dostrzec zagrożenia, np. rosnące obciążenia serwera, a tym samym niezwłocznie zareagować na nieprawidłowości. – Utrzymanie wysokiej dostępności stron internetowych, bezpośrednio przekłada się na przychód przez nie generowany oraz na ich wiarygodność – mówi Adam Blok. – Dzięki temu, że monitorujemy również średni i obecny czas odpowiedzi serwera możemy nawet zapobiec zbliżającej się awarii. Jeśli zwiększa się aktualny czas odpowiedzi serwera, najczęściej oznacza to jego nadmierne obciążenie, które może zwiastować całkowitą niedostępność strony – dodaje.
Klienci na pomoc
Zagrożenie stanowi również brak informacji o występującej awarii. Zdarza się, że zarówno administrator, jak i właściciel serwisu, zostają poinformowani o niedziałającej stronie przez samych użytkowników – na taką „pomoc” możemy liczyć, gdy problem wystąpi na masową skalę. W razie wystąpienia awarii, tracimy nie tylko bezpośredni przychód ze sprzedaży w czasie niedostępności sklepu, ale marnujemy również fundusze zainwestowane w kampanię reklamową.
Co istotne, o części problemów z serwisem sprzedający może nawet nie wiedzieć, np. ze względu na krótki czas ich trwania. Bez względu na to czy przeprowadza kampanię reklamową czy aktualizuje serwis, administrator powinien dysponować narzędziami, które pozwolą mu otrzymać informację o problemie niezwłocznie po jego wystąpieniu. – Krótkie, kilkuminutowe przerwy w dostępie do serwisu internetowego często pozostają niezauważone, a to przecież kolejny odsetek potencjalnych klientów, którzy zniecierpliwieni wolą skorzystać z oferty konkurencyjnego, aktualnie działającego sklepu – komentuje Adam Blok.
Jeżeli mimo to dojdzie do awarii, może ona zostać szybciej usunięta dzięki automatycznemu powiadomieniu poprzez e-mail, SMS-a lub telefonicznie wskazanych przez właściciela serwisu osób. Z 4 500 wiadomości o wykryciu błędu wysłanych przez system monitorowania stron Ping.pl, prawie 2 000 stanowią powiadomienia SMS. Przy usuwaniu awarii niewątpliwe duże znaczenie ma czas, stąd też tak wysoki udział, wiadomości tekstowych komunikacji kryzysowej. Według badania „Conversational advertising” przygotowanego przez firmę badawczą MobileSQUARED, 90 proc. SMS-ów odczytywanych jest w ciągu 3 minut od dostarczenia. Jak wyjaśnia Daniel Zawiliński z platformy SerwerSMS.pl, która jest zintegrowana Ping.pl, SMS to wygodna i skuteczna forma komunikacji. – Z przeprowadzonego przez nas badania* wynika, że SMS-y są nadal nieodłącznym elementem komunikacji. 94 proc. Polaków nadal wysyła i odbiera SMS-y – mówi Daniel Zawiliński.
KERRIS group uruchomiła własny portal edukacyjny, skierowany do osób zainteresowanych nowoczesną nauką i rozwojem osobistym. Ma on w przyjazny sposób zachęcać do czytania książek, rozwijania swoich kompetencji oraz poszerzania światopoglądu. Wśród publikacji znajdują się artykuły popularnonaukowe, porady ekspertów, wywiady z inspirującymi osobami, recenzje książek, zestawienia oraz rankingi.
Edutorial.pl to portal, który ma dostarczać wartościowych i merytorycznych treści, zachęcających do odważnego wyznaczania celów i ich realizowania oraz wiary we własne możliwości. W serwisie obok artykułów motywacyjnych znajdą się publikacje dotycząc nowych technologii, nauki i przedsiębiorczości. Jego redaktorzy kłaść będą silny nacisk na motywację, metody i techniki efektywnego wykorzystywania swojego potencjału i inwestowanie w rozwój osobisty. Mają również zachęcać do czytania książek i sięgania po ich cyfrowe wersje. Portal skierowany jest w szczególności do osób z wykształceniem wyższym i w trakcie nauki. – Aby być specjalistą w swojej dziedzinie nie wystarczy już ukończony kierunek studiów. Świat biegnie do przodu, więc jeśli chcemy za nim nadążyć, to musimy nieustannie się rozwijając. Edutorial ma nam w tym pomóc, poprzez artykuły poszerzające horyzonty, motywujące do działania, porady na temat najefektywniejszych metod edukacji oraz przedstawianie innowacyjnych rozwiązań i narzędzi technologicznych ułatwiających przyswajanie wiedzy – mówi Mikołaj Szymański, CEO KERRIS group. Jego zdaniem korzyści płynących z synergii edukacji i nowych technologii z roku będzie coraz więcej.
Edutorial.pl na tle innych serwisów edukacyjnych wyróżnia się wysoką jakością merytoryczną publikowanych materiałów, nowoczesną „kafelkową” szatą graficzną oraz maksymalnie przyjazną użytkownikom kreacją, zaprojektowaną zgodnie z najnowszymi trendami przez specjalistów z agencji interaktywnej KERRIS.
KERRIS jest jedną z najszybciej rozwijających się agencji interaktywnych na polskim rynku. Projektuje i dostarcza usługi z zakresu kreacji, nowych technologii i performance marketingu. Spośród dziesiątek rozwiązań dostępnych na rynku wdraża te właściwe, skutecznie realizując cele biznesowe swoich partnerów. Należą do nich takie marki jak Porsche, L’Oréal Polska, Grupa LOTOS S.A., NUTRICIA Polska, Grohe Polska, Uber oraz czołowe domy mediowe. Uruchomienie specjalistycznego portalu edukacyjnego ma być kolejnym etapem rozwoju firmy oraz poszerzenia i zdywersyfikowania obszaru jej działalności.
W tym tygodniu cena za baryłkę ropy typu WTI ponownie spadła poniżej 40 dolarów, tym samym zbliżając się do poziomu sierpniowych dołków w okolicy 37,7 USD, które jednocześnie są najniższą ceną tego surowca od 2009 roku.
Generalnie ostatnie tygodnie to ciężki okres dla cen wszystkich surowców – indeks surowcowy sporządzany przez agencję Bloomberg spadł do najniższego poziomu od 16 lat. Przyczyny spadków notowań poszczególnych towarów warunkowane są czynnikami lokalnymi na każdym rynku, jednak w każdym przypadku pojawia się jeden wspólny mianownik – silny dolar amerykański. Ceny wszystkich surowców wyrażane są w amerykańskiej walucie, stąd wzrost jej kursu negatywnie wpływa na wycenę wszystkich surowców.
Indeks dolara amerykańskiego pokazuję, że tak naprawdę od połowy 2014 roku – momentu w którym Rezerwa Federalna zapowiedziała wygaszanie programu luzowania ilościowego oraz podjęcia kroków w kierunku normalizacji polityki pieniężnej – kurs tej waluty systematycznie osiąga coraz wyższe poziomy na szerokim rynku.
Perspektywa podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych jest obecnie wyjątkowo bliska. Najczęściej wymieniany wśród inwestorów termin to grudzień i na to wskazują również notowania kontraktów FED Funds Futures, które wyceniają ten miesiąc z 66% prawdopodobieństwem. Stąd skala aprecjacji dolara w ostatnich tygodniach nabrała tempa, co również przekłada się na dalszą przecenę surowców, w tym ropy naftowej.
Spadki cen „czarnego złota” wynikają również z dużej dysproporcji pomiędzy siłami popytu i podaży na tym rynku. Dowodem nierównowagi są cotygodniowe dane publikowane przez amerykańską Agencję ds. Energii, która bada cotygodniową zmianę zapasów ropy naftowej w magazynach w Stanach Zjednoczonych. Na przestrzeni ostatnich dwunastu tygodni, aż osiem odczytów było znacznie wyższych od konsensusu ekonomistów. Łączny przyrost zapasów w tym okresie wyniósł aż 36,5 miliona baryłek ropy naftowej, podczas gdy prognozy zakładały wzrost o 19,74 milionów.
Nierównowaga sił popytu i podaży dostrzegalna jest także w skali globalnej. Państwa zrzeszone w grupie OPEC, pomimo kolejnych spadków cen ropy naftowej, w październiku zwiększyły produkcję do 32,21 milionów baryłek ropy naftowej dziennie.
Znaczna nadpodaż ropy naftowej na rynku przez cały czas może się utrzymywać. Kraje Zatoki Perskiej posiadają niskie koszty wydobycia i produkcji ropy naftowej, stąd konkurowanie ceną, która przy obecnych poziomach oznacza nieopłacalność dla wielu pozostałych państw –Stanów Zjednoczonych czy Rosji – pozwala na utrzymanie dużego udziału w globalnym rynku. Nadpodaży ropy naftowej połączona z silnym dolarem i perspektywą normalizacji polityki pieniężnej w Stanach Zjednoczonych, to czynniki, które mogą utrzymywać ceny ropy na obserwowanych poziomach oraz przyczyniać się do jeszcze głębszych spadków.
Aż trzy czwarte firm przygotowuje dla swoich pracowników świąteczne atrakcje[1]. Nic w tym dziwnego. Wręczanie firmowych upominków to już niemal tradycja. Wielu pracodawców decyduje się również na zorganizowanie wigilii. Z jakimi obciążeniami podatkowymi się to wiąże? I czy zawsze od prezentów firmowych pracownik płaci podatek?
Wszystko to, co pracownik dostaje od pracodawcy stanowi przychód ze stosunku pracy, od którego trzeba zapłacić podatek dochodowy. Czy to znaczy, że od świątecznego prezentu także musimy odprowadzić podatek? – Zasadą jest, że wszystko co otrzymamy od szefa stanowi przychód ze stosunku pracy, a więc podlega opodatkowaniu. Są jednak pewne wyjątki. Podatku od świątecznych prezentów możemy uniknąć w sytuacji, gdy będą sfinansowane z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych (ZFŚS), a ich wartość w ciągu roku nie przekroczy w sumie 380 zł. Jednak nie każda firma posiada ZFŚS. Obowiązek jego utworzenia mają jedynie przedsiębiorstwa, które zatrudniają na etacie co najmniej 20 pracowników – mówi Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.
Z kolei prezenty gwiazdkowe sfinansowane ze środków obrotowych firmy można zaliczyć do kosztów podatkowych, co skutkuje obniżeniem zobowiązań przedsiębiorcy wobec fiskusa. Dla pracownika jednak wiąże się to z dodatkowym przychodem, który niestety podlega opodatkowaniu.
Prepaid lepszy niż bon
Wszelkie bony czy talony, bez względu na wartość i źródło sfinansowania, nie podlegają zwolnieniu z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych. Dlatego wartość takiego bonu zostanie doliczona przez pracodawcę do naszej podstawy opodatkowania i tym samym znajdzie się w zeznaniu rocznym, jako dodatkowy przychód, od którego musimy zapłacić podatek. A ile może on wynieść? – To zależy od tego, w której skali podatkowej się znajdujemy. Dla przykładu, jeśli bon ma wartość 1 000 zł, to będąc w pierwszej skali podatkowej zapłacimy 18-procentowy podatek, czyli 180 zł. Z kolei w drugiej skali podatkowej fiskus naliczy sobie aż 32-procentowy podatek, czyli do zapłacenia pozostanie nam 320 zł – tłumaczy Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.
Inaczej jest w przypadku pieniędzy sprezentowanych od szefa. Mogą być w formie gotówki, albo karty przedpłaconej, czyli tzw. prepaid. Co istotne, w świetle obowiązujących przepisów traktowana jest ona jak gotówka, zatem jeśli zostanie sfinansowana ze środków ZFŚS i nie przekroczy 380 złotych w skali roku, to nie zapłacimy od tego podatku.
Wigilia w kosztach i bez podatku
Wydatki poniesione na poczet organizacji spotkania wigilijnego przedsiębiorca może potraktować jako koszt, który następnie możemy odliczyć od podatku. – Spotkanie wigilijne, którego celem jest integracja zespołu, a także zwiększenie motywacji pracowników, może być rozliczone w kosztach podatkowych. Wtedy do wydatków możemy wpisać zarówno catering, jak i świąteczną dekorację biura. Warto jednak pamiętać, że kwalifikując dany wydatek jako koszt, musimy wskazać jego związek z uzyskanymi przychodami. Są jednak wyjątki. Pełną listę wydatków, których nie można mimo bezpośredniego wpływu na uzyskane przychody zaliczyć do kosztów podatkowych znajdziemy w ustawie o PIT – mówi Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.
W świetle niedawnej decyzji Trybunału Konstytucyjnego, raczej nie musimy się też obawiać, że udział w spotkaniu wigilijnym potraktowane zostanie jako przychód, od którego musielibyśmy zapłacić fiskusowi podatek. Trybunał jasno wyjaśnia, że udziału w imprezie integracyjnej pracownik raczej odmówić nie może. Nie da się również jasno ustalić realnej, zindywidualizowanej wartości jego uczestnictwa. W konsekwencji – w opinii TK – nie stanowi ono dla pracownika przychodu podlegającego opodatkowaniu (wyrok sygn. K 7/13).