Warmińsko-Mazurska Specjalna Strefa Ekonomiczna przyciąga inwestorów najwyższym w kraju poziomem pomocy publicznej. W nowej perspektywie unijnej będzie to jeszcze istotniejsze, bo o dofinansowanie dla firm może być trudniej. Dodatkowym atutem regionu jest rozbudowywana infrastruktura – coraz większa sieć dróg i lotnisko w Szymanach, które może zacząć działać w przyszłym roku.
– Ta perspektywa finansowa zdecydowanie będzie się różniła od tej ubiegłej. Dofinansowania w dużej mierze będzie trudniej dostać i nie dla wszystkich firm będą one dostępne, więc strefa z najwyższym poziomem pomocy publicznej może się okazać jedyną formą pomocy i to na bardzo wysokim poziomie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Kuchciński, dyrektor departamentu pozyskiwania inwestorów w Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej.
Spośród 14 działających w Polsce SSE Warmińsko-Mazurska ma najwyższy możliwy próg pomocy publicznej – aż 50 proc. dla dużych przedsiębiorstw (60 i 70 proc. odpowiednio dla średnich i małych). Na taki sam poziom pomocy publicznej mogą liczyć inwestorzy w strefach, które obejmują województwa podlaskie, lubelskie i podkarpackie (m.in. Suwalska SSE i Tarnobrzeska SSE).
W innych regionach przedsiębiorcy dostaną znacznie niższe wsparcie państwa. Na Pomorzu to np. 35 proc., na Śląsku – 25 proc., a w Warszawie – 15 proc.
– Inna przewaga dotyczy regionalnego programu operacyjnego i projektów, które są z tym związane. My, jako strefa, oferujemy pomoc publiczną w postaci zwolnienia dochodu z podatku dochodowego – dodaje Kuchciński.
Podkreśla, że dla inwestorów barierą nie jest już ani infrastruktura, ani kapitał ludzki. Te dwa czynniki, poza pomocą publiczną i ulgami podatkowymi, najbardziej interesują inwestorów. Zauważyli już, jak podkreśla Kuchciński, że drogi w województwie warmińsko-mazurskim są coraz lepsze. Dzięki temu po ulokowaniu inwestycji w tej strefie można nadal szybko dojeżdżać do Gdańska czy Warszawy.
Dodatkową zachętą dla przedsiębiorców będzie lotnisko w Szymanach, w pobliżu Szczytna. Jego budowa ma zakończyć się do końca tego roku, a władze lotniska liczą na pierwsze rejsy wiosną 2016 r. Na razie żadna linia nie zapowiedziała uruchomienia połączenia do Szyman.
– Lotnisko jest kilka kilometrów od Szczytna, w centralnej części województwa warmińsko-mazurskiego – podkreśla Kuchciński. Zwraca też uwagę na to, że dla inwestorów liczy się nie tylko ruch pasażerski: – Myślę, że docelowo pojawi się strefa cargo. Widać to na przykładzie innych lotnisk regionalnych, gdzie tereny inwestycyjne wokół lotniska są dobrze postrzegane, jest duże zainteresowanie takimi terenami. Myślę, że to jest kolejna wartość dodana, a to przekonuje inwestorów, by zainwestowali w naszym regionie.
W Polsce przybywa pasjonatów zabytkowych samochodów. Coraz częściej kupujemy auta nie do codziennego użytku, ale dla przyjemności. Choć w porównaniu z krajami zachodnimi rynek jest wciąż niewielki, to dynamicznie się rozwija – nawet 30 proc. w skali roku. Popyt na takie auta będzie rósł, zwłaszcza że to również dobry sposób na inwestycje. W ciągu 10 lat ceny zabytkowych samochodów wzrosły o 456 proc.
– Rynek samochodów kolekcjonerskich rośnie w sposób bardzo dynamiczny. Od trzech lat możemy mówić o wzroście ponad 30-proc. rok do roku. Najczęściej kupujemy samochody poniżej 60-70 tys. zł, jesteśmy zainteresowani tanimi klasykami. To jeden z najbardziej dynamicznych rynków niszowych – mówi agencji Newseria Biznes Michał Wróbel, dyrektor domu aukcyjnego Ardor Auctions, pierwszego w Polsce domu aukcyjnego wyspecjalizowanego wyłącznie w motoryzacji klasycznej zabytkowej.
Coraz większa jest także grupa ludzi o ponadprzeciętnych dochodach, którzy decydują się albo na zakup luksusowego samochodu, albo zabytkowego auta o charakterze kolekcjonerskim. Dlatego też, jak przekonuje Wróbel, rynek powinien wciąż rosnąć w siłę.
W odpowiedzi na rosnące zainteresowanie zabytkowymi samochodami w marcu br. powstał pierwszy w Polsce dom aukcyjny, który ma pomóc w kupnie i sprzedaży.
– Potencjał jest naprawdę duży. Z roku na rok zwiększa się grupa ludzi, których stać na wydanie nawet 80 tys. zł na zabawkę, na stary samochód i jeszcze na jego utrzymywanie. Dlatego jeśli sytuacja ekonomiczna się nie zmieni, to rynek będzie rósł w tempie powyżej 20 proc. – analizuje ekspert.
W Europie jest ponad 1,5 mln zabytkowych samochodów, w rękach polskich kolekcjonerów znajduje się ok. 50 tys. Część z nich to youngtimery, czyli samochody 40-letnie, które można kupić za stosunkowo niewielkie pieniądze. Starsze samochody to znacznie poważniejszy wydatek. W ubiegłym roku padła rekordowa kwota, 38 mln dolarów, za Ferrari 250 GTO z 1962 roku. Przeciętny koszt oldtimerów to kilka, kilkanaście milionów, jednak ceny rozpoczynają się od kilkudziesięciu tysięcy euro.
– Jest coraz więcej osób majętnych, które decydują się na zakup auta zamiast nieruchomości. To też ciekawsze niż dzieło sztuki, które można postawić w domu, ale nie ma z niego żadnego użytku – zaznacza Wróbel.
Zabytkowy samochód jest dobrym pomysłem na inwestycje, zwłaszcza że ceny takich pojazdów idą w górę. Z danych zebranych przez Lion’s Bank wynika, że w ciągu dziesięciu lat wzrosły one o 456 proc. To znacznie więcej niż wzrost wartości nieruchomości, monet czy alkoholi.
– Samochodów klasycznych powyżej 200 tys. zł będzie coraz więcej, co też sprawi, że rynek usług związany z tymi samochodami będzie się rozrastał. Z jednej strony mowa o ubezpieczeniach, z drugiej strony o usługach związanych z serwisowaniem i dilerach samochodów klasycznych – prognozuje Michał Wróbel.
Wskaźnik robotyzacji w polskim przemyśle jest czterokrotnie niższy niż średnia w Europie, blisko piętnaście razy niższy niż w Niemczech oraz dziewięć razy niższy niż w rozwiniętych technologicznie krajach, jak Belgia czy Szwecja. To jednak powoli się zmienia. Zastosowanie rozwiązań z zakresu automatyki i robotyki pozwala na obniżenie kosztów produkcji oraz zwiększenie precyzji wykonania produktów. Szczególne korzyści widoczne są w przypadku branży metalowej, a także motoryzacyjnej, spożywczej, medycznej i farmaceutycznej.
– Wciąż będziemy dostarczać produkty do branż, w których koszty produkcji nieubłaganie rosną. Nowoczesne środki automatyzacji są szczególnie przydatne tam, gdzie istnieje ryzyko uszkodzenia produktu podczas procesu technologicznego lub ryzyko jego nieprecyzyjnego wykonania, co przynosi przedsiębiorstwu straty.Mowa tu o branżach motoryzacyjnej, metalowej oraz maszynowej – tam, aby móc nadal produkować w naszym kraju, należy inwestować w innowacyjne technologie niosące za sobą możliwość zarówno podniesienia jakości produktów, jak i obniżenia kosztów produkcyjnych, a co najważniejsze – utrzymania stabilnej jakości – mówi agencji Newseria Biznes Jędrzej Kowalczyk, prezes FANUC Polska, firmy dostarczającej rozwiązania z zakresu automatyki przemysłowej.
Jak podkreśla, wyjątkowo ciekawe perspektywy są w branży metalowej, gdzie możliwe jest nie tylko zastosowanie jednej technologii, lecz także łączenie kilku różnych. To wprawdzie wiąże się z większymi kompetencjami, które są niezbędne do wykorzystania tych rozwiązań, ale daje również większe możliwości zwiększania efektywności produkcji. Przykładem są aplikacje spawalnicze wykorzystywane w powtarzalnych procesach wymagających dużej dokładności. W ocenie Kowalczyka w takich przypadkach widoczny jest najszybszy zwrot z inwestycji.
– Na pewno bardzo interesujące i perspektywiczne są branże spożywcza, medyczna i farmaceutyczna. Tam pracuje obecnie jeszcze niewiele robotów, ale na pewno będziemy obserwować wzrost ich wykorzystania – ocenia Jędrzej Kowalczyk. – Branża spożywcza ma przed sobą ciekawy okres. Aby móc zapewnić higienę pracy i większą różnorodność produktów, niezbędna będzie automatyzacja.
Zdaniem prezesa FANUC Polska można liczyć również na ożywione inwestycje w branży motoryzacyjnej.
– Kondycja w branży jest bardzo dobra, nie tylko z punktu widzenia producentów aut, lecz także ich poddostawców. Są oni coraz bardziej cenieni na arenie międzynarodowej. Wielu klientów mówi nam, że uzyskało silną pozycję u swoich kontrahentów dzięki automatyzacji i robotyzacji – mówi Kowalczyk.
Wyjaśnia, że w Polsce największym zainteresowaniem cieszą się zaawansowane technologicznie maszyny obróbcze oraz roboty do aplikacji spawalniczych, zgrzewalniczych i paletyzacji.- Widzimy również bardzo duże zainteresowanie robotami współpracującymi, umożliwiającymi bezpośrednią współpracę człowieka z robotem, bez konieczności budowania dodatkowych systemów bezpieczeństwa – dodaje Kowalczyk.
Polska jest perspektywicznym rynkiem dla dostawców rozwiązań z zakresu automatyki i robotyki, ponieważ krajowy przemysł wciąż jest mało zautomatyzowany. Wskaźnik gęstości robotyzacji, czyli liczba robotów zainstalowanych na 10 tys. pracowników przemysłu, wynosi zaledwie 19. Średnia dla Europy wynosi 82, czyli czterokrotnie więcej.
FANUC Polska stanowi część międzynarodowej korporacji FANUC. Spółka zatrudnia ponad 5,2 tys. pracowników. Jej akcjami można handlować na giełdzie papierów wartościowych w Tokio.
Wygoda, promocje i niższe ceny powodują, że liczba pasażerów kupujących bilety w sieci systematycznie rośnie. W ten sposób zakupu można dokonać niemal przez całą dobę, a należną kwotę uiścić za pośrednictwem szybkiego e-przelewu. Z tej opcji najczęściej korzystają ludzie młodzi. W okresie wakacji zainteresowanie jest jeszcze większe.
Po kilku kliknięciach pasażer bez wychodzenia z domu otrzymuje na e-mail dokument uprawniający do podróży. Może go wydrukować lub pokazać konduktorowi na ekranie urządzenia mobilnego.
– Coraz więcej osób kupuje bilet online, ponieważ po pierwsze jest to wygodne, a po drugie często przewoźnicy oferują promocje, które są dostępne tylko online. To też przyciąga pasażerów, dla których najbardziej się liczy cena, więc cieszy ich, że mogą u nas kupić bilet dużo taniej niż na dworcu czy u kierowcy i nie trzeba wychodzić z domu – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Soroczyński, prezes Teroplan, właściciela serwisu e-podroznik.pl.
Trend wzrostowy dotyczy zarówno przewozów autobusowych, jak i kolejowych. Dla przykładu PKP Intercity w pierwszych dwóch miesiącach tego roku zanotowało aż 85-procentowy wzrost sprzedaży biletów online. Ponad 25 proc. biletów sprzedawanych jest przez internet. W marcu przewoźnik wprowadził też możliwość zakupu biletu przez aplikację IC Mobile Navigator.
Soroczyński podkreśla, że w transporcie coraz bardziej widoczne są nowe technologie.
– Bilety online kupują przede wszystkim ludzie młodzi, którzy korzystają z internetu czy aplikacji mobilnych, to oni są często odbiorcami tej usługi. A druga grupa to ludzie starsi, którzy albo proszą kogoś o pomoc, albo też sami starają się skorzystać z tej usługi – tłumaczy Andrzej Soroczyński
Ze statystyk wynika, że bilety przez internet najczęściej kupują mieszkańcy dużych miast – Warszawy, Katowic, Krakowa, Poznania, Trójmiasta i Wrocławia. Pasażerowie, którzy dokonują zakupów w sieci, są na bieżąco informowani o promocjach. Nie muszą się też rejestrować jako użytkownicy serwisów, mogą dokonywać zakupów jako goście.
W wakacje widać ożywiony ruch na trasach do miejscowości typowo turystycznych.
– Pasażerowie najczęściej wyjeżdżają z dużych, zatłoczonych miast do centrów turystycznych, nad Bałtyk, m.in. do Łeby, Ustki, Karwi, Władysławowa, Międzyzdrojów, lub w góry, m.in. do Zakopanego, Kudowy Zdroju i innych miejscowości górskich – dodaje Andrzej Soroczyński.
Jak podkreśla, w wielu miejscowościach wypoczynkowych nie ma transportu kolejowego, stąd podróżni częściej decydują się na autobus. Do większych miast chętniej wybierane są pociągi.
W 2005 roku za roczne średnie wynagrodzenie mogliśmy nabyć 4,2 metra kwadratowego mieszkania w stolicy. Chociaż od 2005 roku przeciętna płaca zwiększyła się o 62%, to wraz z płacami rosły też ceny nieruchomości. Dzisiaj za roczną średnią pensję w Warszawie możemy kupić o 0,5 metra kwadratowego mieszkania więcej niż 10 lat temu.
Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl
– Przeciętna płaca w sektorze przedsiębiorstw zwiększyła się z 1727 zł netto do 2813 zł obecnie, czyli prawie 1 tys. zł (62%). W miarę stałe względem wzrostu płac były ceny nieruchomości w stolicy. W 2005 roku za roczną średnią pensję netto można było nabyć 4,2 metra kwadratowego nowego mieszkania (0,35 m kw. miesięcznie). Z kolei dzisiaj za równowartość obecnej rocznej średniej pensji kupimy 4,7 m kw. mieszkania, czyli pół metra więcej niż 10 lat temu – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.
Na obecną chwilę za średnią płacę można kupić więcej powierzchni we Wrocławiu, Warszawie i Krakowie, ale w niektórych miastach Polski relacja przeciętnej płacy do ceny nieruchomości wyraźnie się pogorszyła. W Poznaniu za roczną średnią płacę kupimy 0,2 m kw. mniej niż w 2005 roku a w Gdańsku „tracimy” aż 1,5 m kw. rocznie.
Dzisiaj, by zakupić mieszkanie o powierzchni 50 m2 w stolicy, trzeba wydać ok. 400 tys. zł. Jeżeli zaciągniemy kredyt na 85% wartości nieruchomości, to przez 30 lat będziemy spłacać ratę, która będzie oscylować w granicach 1500 zł miesięcznie. Obecnie taka kwota stanowi 53% przeciętnego wynagrodzenia.
– Gdy przeciętny Polak w 2005 roku decydował się zaciągnięcie kredytu na mieszkanie musiał zadłużyć się na ok. 200 tys. zł, co dawało ratę w wysokości 1300 zł miesięcznie m.in. z powodu dużo wyższych stóp procentowych. Wówczas obciążenie ratą stanowiło ponad 70% jego wynagrodzenia. Teraz raty od tego kredytu stanowią ok. 30% średniej krajowej. Innymi słowy, osoby które zdecydowały się na kupno mieszkania 10 lat temu, chociaż było wtedy ciężko, to dzisiaj na tym korzystają – dodaje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.
W opinii publicznej często słychać oburzenie, ponieważ część pracowników w Polsce jest zatrudnionych w oparciu o umowę zlecenie czy o dzieło, które potocznie są nazywane „śmieciowymi”. Według danych opublikowanych w tym roku przez GUS, w 2013 roku około 1,4 mln osób zawarło umowę zlecenie lub o dzieło.
Infografika – wynagrodzenia a różne formy umowy
Co więcej: osoby te nie były oprócz tego nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy oraz nie pobierały renty lub emerytury. Niestety nie zostały przeprowadzone badania, które wskazywałyby, ile procent z tej grupy zatrudnionych jest niezadowolonych z formy zawartej umowy. Wiadomo, że taka grupa istnieje.
Umowę o dzieło lub kontrakt menedżerski zawiera wielu menedżerów. Taka decyzja pozwala uniknąć wysokich podatków po przekroczeniu drugiego progu podatkowego. Są też i tacy, którzy nie zarabiają kroci, a jednak świadomie wybierają inne formy umowy niż umowa o pracę.
Postanowiliśmy przeanalizować, jak wysokie wynagrodzenie netto otrzymuje pracownik zatrudniony w oparciu o umowę o pracę, umowę zlecenie i umowę o dzieło, jeżeli jego wynagrodzenie brutto równe jest płacy minimalnej, średniej płacy w gospodarce narodowej lub dwukrotności średniego wynagrodzenia. Poddaliśmy również analizie koszty, jakie ponosi pracodawca w związku z zatrudnieniem takich pracowników.
Pracodawcy mają wiele możliwości, by pomóc swoim pracownikom. Jednym z najbardziej cenionych sposobów jest zatroszczenie się o dzieci osób zatrudnionych w firmie, na przykład przez sfinansowanie wyprawki szkolnej. Pracodawca może w tym celu skorzystać ze środków Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych (ZFŚS) lub bezpośrednio z pieniędzy przedsiębiorstwa. Taka forma pomocy pracownikom musi być jednak w odpowiedni sposób rozliczona.
Andrzej Lazarowicz, Prezes wfirma.pl
Wyprawka szkolna – dofinansowanie ze środków ZFŚS
Istnienie w zakładzie pracy ZFŚS ułatwia przedsiębiorcy zadanie, jeśli chodzi o finansowanie wyprawki dzieciom pracowników – zgodnie z regulaminem może on przekazać im niezbędną sumę właśnie ze środków funduszu lub kupić odpowiednie przedmioty. W takim przypadku limit dofinansowania na wyprawkę powinien odpowiadać sytuacji materialnej, życiowej i rodzinnej pracownika.
Art. 21 ust. 1 pkt 67 Ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych reguluje te kwestię i wskazuje, że do pewnej kwoty dofinansowanie wyprawki szkolnej jest zwolnione z opodatkowania. Suma, którą pracodawca może przekazać jednemu pracownikowi, wynosi 380 złotych rocznie.
Ważne!
Kwota ta odnosi się do wszystkich świadczeń przekazanych w danym roku z ZFŚS.Jak wskazuje natomiast § 2 ust. 1 pkt 19 Rozporządzenia w sprawie szczegółowych zasad ustalania podstawy wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe, świadczenia pochodzące z ZFŚS, są całkowicie zwolnione ze składek ubezpieczeniowych.Dopłata do wyprawki szkolnej dziecka pracownika może być także wypłacona w ramach zapomogi w związku z indywidualnym zdarzeniem losowym czy klęską życiową, długotrwałą chorobą lub śmiercią. Tu zwolnienie z opodatkowania odnosi się do kwot wyższych niż 2280 złotych na rok podatkowy. W takiej sytuacji nie ma także znaczenia, czy pochodzi ona z ZFŚS, czy z dochodów firmy. Wyprawka szkolna – dofinansowanie ze środków obrotowych firmy Jeżeli pracodawca nie chce skorzystać z zasobów ZFŚS lub w zakładzie pracy nie funkcjonuje taka instytucja, może przeznaczyć na wyprawkę dla dzieci pracowników część środków obrotowych firmy. Dofinansowanie należy jednak wtedy traktować jako dodatkowy pozapłacowy element wynagrodzenia za pracę i jako taki opodatkować.Sumę, jaką pracodawca przeznaczył na wyprawkę, dolicza się do wynagrodzenia pracownika za dany miesiąc. Zatrudniający jest zobowiązany do odliczenia, pobrania i odprowadzenia zaliczki na podatek dochodowy od całości na zasadach przewidzianych dla opodatkowania przychodów ze stosunku pracy.Pieniądze na wyprawkę szkolną nie są częścią składową podstawy wymiaru składek na ubezpieczenie społeczne pod warunkiem, że taką sytuację przewidziały układy zbiorowe pracy, regulaminy wynagrodzenia, obowiązujące w danym zakładzie pracy, lub przepisy o wynagradzaniu. W przypadku, gdy takie dofinansowanie zostało uregulowane przez którąś ze wspomnianych regulacji, podlega ono oskładkowaniu.
Jarosław Gibas, coach z firmy coachingowo-szkoleniowej GóreckiGroup
Po każdym szkoleniu nasza półka wzbogaca się o kolejny plik notatek i materiałów edukacyjnych. Jednak niezwykle rzadko do nich wracamy – najczęściej z braku czasu. Tymczasem badania Neila Rackhama dowodzą, że 87% wiedzy, którą zdobywamy na szkoleniach, ulega zapomnieniu już po miesiącu. Co zatem zrobić, by przeciwdziałać tej prawidłowości? Jak zwiększyć efektywność szkoleń bez konieczności ciągłego powracania do notatek?
Nauka przez praktykę
Proces coachingowy jest niezależnym narzędziem rozwoju kompetencji, ale może również stanowić skuteczne dopełnienie specjalistycznego szkolenia. Jeśli bezpośrednio po szkoleniu rozpoczniemy pracę z coachem, mniej informacji ulegnie zapomnieniu, a my szybciej i efektywniej wykorzystamy nowo nabyte umiejętności.
– Podczas szkolenia w krótkim czasie otrzymujemy dużą dawkę nowej wiedzy, której nie jesteśmy w stanie przyswoić w całości. Sesje z coachem sprawiają, że ze spotkania na spotkanie wiedza może być systematycznie utrwalana. A jak wiadomo najlepiej uczymy się poprzez praktykę. Dlatego zadaniem coacha jest zainspirowanie osoby do tego, by znalazła sposoby na wykorzystanie nowych kompetencji w swojej pracy – wyjaśnia Jarosław Gibas, coach z firmy coachingowo-szkoleniowej GóreckiGroup.
Szkolimy się, ale co dalej?
O tym, że szkolenie pracowników jest niezbędną inwestycją nie trzeba już w Polsce nikogo przekonywać. Z raportu MillwardBrown SMG/KRC wynika, że ze szkoleń korzysta 98% średnich przedsiębiorstw oraz 80% małych firm. Większość pracodawców wysyła pracowników zarówno na szkolenia obowiązkowe, wymagane ustawowo, jak i te podnoszące kompetencje (84% w przypadku średnich firm oraz 57% w przypadku małych). Jedynie ok. 10% przedsiębiorstw ogranicza się wyłącznie do szkoleń obligatoryjnych.
Jednak na szkoleniach zwykle się kończy, dlatego zarówno pracodawcy, jak i pracownicy często narzekają na nieefektywność szkoleń. Pracownik w teorii wie bardzo dużo, ale nie potrafi tego zastosować, wykonując swoje zawodowe obowiązku. Brakuje przełożenia wiedzy na praktyczne rozwiązania. Polscy przedsiębiorcy dopiero zaczynają odkrywać zalety coachingu.
W poszukiwaniu praktycznych rozwiązań
Według szacunków ekspertów z GóreckiGroup ok. 10-15% firm w Polsce decyduje się na uzupełnianie szkoleń procesami coachingowymi. Dla porównania, dane amerykańskie mówią o ponad 60% przedsiębiorstw, które wspierając rozwój pracowniczy, korzystają z różnych form coachingu. Bez wątpienia ten trend będzie niedługo widoczny także w Polsce, bo regularnie rośnie liczba menedżerów i właścicieli firm, którzy dostrzegają korzyści płynące z sięgania po usługi coachingowe.
Co decyduje o tym, że coaching stanowi idealne uzupełnienie procesu rozwoju, zainicjowanego poprzez uczestnictwo w szkoleniu? W coachingu, w przeciwieństwie do szkolenia, nie ma transferu wiedzy. Coach nie musi być ekspertem w dziedzinie, w której pracuje jego klient. Nie jest jego trenerem, mentorem ani przewodnikiem duchowym. Nie przekazuje klientowi rad ani gotowych rozwiązań. – Wprost przeciwnie, rolą coacha jest pokierowanie klientem w taki sposób, aby ten zaczął korzystać z wiedzy, którą posiada, aby wypracowywał nowe rozwiązania, szukał nowych dróg osiągania założonych celów zawodowych – tłumaczy Jarosław Gibas.
Zwrot z inwestycji Adrian Górecki, właściciel GóreckiGroup
Aby proces coachingowy skutecznie uzupełniał kompetencje nabyte dzięki szkoleniu, można podczas sesji pracować nad celem bezpośrednio związanym z tematyką szkolenia. Dla przykładu przedstawiciel handlowy, który właśnie wziął udział w szkoleniu sprzedażowym, może od razu wspólnie z coachem szukać praktycznych rozwiązań jak wdrożyć do codziennej pracy poznane techniki, a tym samym zwiększyć poziom sprzedaży. – Dzięki wykorzystaniu coachingu skraca się czas pomiędzy treningiem, czyli szkoleniem, a jego rezultatem w postaci np. zwiększenia wydajności czy uzyskania lepszych wyników sprzedażowych. Mówiąc wprost, dla pracodawcy zastosowanie coachingu oznacza wyższy zwrot z inwestycji w programy szkoleniowe – mówi Adrian Górecki, właściciel GóreckiGroup.
Coaching w biznesie jest stosowany coraz częściej nie tylko jako element programu szkoleniowego. Popularność zyskuje również nurt kierowania zespołem z zastosowaniem technik coachingowych, wykorzystywanie coachingu do rozwiązywania konfliktów między pracownikami czy planowania ścieżki kariery wewnątrz firmy. – Coaching staje się nieodłącznym elementem myślenia o rozwoju pracowników i rozwoju firmy. Opierając się na klasycznych modelach zarządzania, rezygnując ze stawiania na kapitał ludzki, nie inwestując w rozwój swoich pracowników, firmy szybko zostają w tyle za nieustannie rozwijającym się rynkiem. A przecież konkurencja nie śpi – podsumowuje Górecki.
Od momentu wejścia na rynek w Japonii pod koniec 2013 roku, nowy, niewielki SUV Hondy – oferowany na tamtejszym rynku pod nazwą Vezel – wspiął się na szczyt statystyk sprzedaży, oferując nabywcom niespotykane połączenie stylowo zaprojektowanego nadwozia, przestronnego wnętrza oraz wszechstronnych rozwiązań. W Europie model ten pojawi się pod nazwą HR-V.
2015 Honda HR-V
2015 Honda HR-V
2015 Honda HR-V
2015 Honda HR-V
W 2014 roku Honda Vezel sprzedała się w Japonii w liczbie 96 000* egzemplarzy, zyskując miano ulubionego SUV-a Japończyków, natomiast w ciągu ostatnich 18 miesięcy było to najlepiej sprzedające się auto w segmencie SUV. Do dziś, Vezel trafił w ręce 140 000 klientów z Japonii, przy czym tylko w pierwszej połowie 2015 roku sprzedano 38 218 sztuk tego modelu Hondy.
W Stanach Zjednoczonych, w pierwszej połowie 2015 roku, sprzedaż SUV-ów zwiększyła się o ponad 10 procent w porównaniu z tym samym okresem w 2014 roku. Największy wzrost zainteresowania autami tego typu odnotowano w czerwcu, gdy do salonów Hondy trafił model HR-V. Sprzedaż SUV-ów wzrosła wówczas o 18 procent w stosunku do ubiegłego roku. „Nowa Honda HR-V weszła do sprzedaży z impetem, notując doskonałe wyniki po zaledwie sześciu miesiącach obecności na rynku”,powiedział Jeff Conrad, wiceprezes i dyrektor Hondy w Stanach Zjednoczonych. W pierwszym pełnym miesiącu sprzedaży, model HR-V trafił aż do 7 760 nabywców.
Honda HR-V wkrótce zadebiutuje w Europie, oferując klientom unikatowe rozwiązania techniczne. Zawieszenie tego modelu zostało zestrojone z uwzględnieniem charakterystyki europejskich dróg, podczas gdy nowy system sterowania pracą przekładni CVT odpowiada preferencjom europejskich kierowców. Wszystko to, w połączeniu ze 120-konnym silnikiem wysokoprężnym o pojemności 1,6 litra i-DTEC, oferowanym wyłącznie w Europie, sprawia, że model ten ma duże szanse sukcesu sprzedażowego również na Starym Kontynencie.
Wiesław Kołodziej, prezes Oddziału Hondy w Polsce powiedział: „Cieszymy się, że już wkrótce tak atrakcyjny produkt, jakim jest HR-V, trafi do sieci autoryzowanych dealerów Hondy. Liczymy, że podobnie jak w Japonii i USA, przypadnie on do gustu polskim klientom. Samochód ten reprezentuje ostatnio bardzo modny na naszym rynku segment niewielkich crossoverów, przy czym – oprócz niezwykle atrakcyjnego designu – zaoferuje nabywcy przestronne, funkcjonalne wnętrze, w tym obszerny bagażnik, a także bardzo ekonomiczne jednostki napędowe.”
W sobotę, 25 lipca br., już po raz dziesiąty w Polsce obchodzić będziemy Dzień Bezpiecznego Kierowcy. Z najnowszych statystyk policji wynika, że Polacy z roku na rok są rzeczywiście ostrożniejszymi kierowcami. W pierwszym półroczu tego roku doszło do 14912 wypadków drogowych, co oznacza 7% spadek w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Mniej było też kierujących pod wpływem alkoholu (o 7% r/r). Jak podkreślają eksperci zakładu ubezpieczeń Gothaer, na bezpieczeństwo drogowe wpływa z jednej strony coraz większa świadomość zagrożeń wśród kierowców, z drugiej natomiast intensyfikacja działań policji.
– Kierowcy w Polsce coraz większą wagę przykładają do prawidłowej jazdy. Wprowadzone wcześniej regulacje prawne w zakresie obowiązku jazdy z włączonymi światłami, zapiętymi pasami czy w przypadku dzieci, jazdy w specjalnym foteliku dostosowanym do wieku i wzrostu dziecka, stały się już naturalnym i automatycznym zachowaniem kierowcy rozpoczynającym podróż. Obszarem, nad którym jeszcze musimy popracować, i któremu w ostatnich latach nasza policja poświęca więcej uwagi, jest stan trzeźwości kierowców jeżdżących po polskich drogach. Od stycznia do czerwca br. liczba badań na zawartość alkoholu wzrosła aż o 19% -z 7,5 mln do ponad 9,3 mln. To oczywiście ma pozytywne przełożenie na bezpieczeństwo, gdyż jazda pod wpływem alkoholu jest jedną z najczęstszych przyczyn wypadków drogowych. Pijana osoba za kierownicą stanowi poważne zagrożenie nie tylko dla siebie, ale także dla pasażerów i otoczenia – mówi Marek Dmytryk, Zastępca Dyrektora Biura Ubezpieczeń Detalicznych w Gothaer TU S.A.
Działania podejmowane przez policję wpływają na większą ostrożność polskich kierowców. Z najnowszych danych Komendy Głównej Policji wynika, że w okresie od stycznia do czerwca br. liczba kierujących pojazdami mechanicznymi pod wpływem alkoholu zmniejszyła się o 7% rok do roku (IH 2014 r.: 48514, IH 2015 r.: 45203). Znajduje to odzwierciedlenie w liczbie wypadków drogowych, których w pierwszej części tego roku było o 7% mniej niż w analogicznym okresie 2014 r. (IH 2014 r.: 15961, IH 2015 r.: 14912). Również liczba rannych w wypadkach w tym roku była niższa – o 8% r/r (IH 2014 r.: 19451, IH 2015 r.: 18040).
Pijany kierowca zapłaci słony rachunek
Zgodnie ustawą o ubezpieczeniach obowiązkowych, każdy właściciel pojazdu jest zobowiązany do posiadania polisy OC, aby po spowodowaniu wypadku czy stłuczki rekompensatę poszkodowanym osobom trzecim wypłaciło jego towarzystwo ubezpieczeń. Jednak w przypadku jazdy pod wpływem alkoholu odpowiedzialnością finansową zostanie obarczony sam kierowca. – Jeśli sprawca zdarzenia był w stanie po użyciu alkoholu lub nietrzeźwy, to zgodnie z art. 43 ustawy, jego ubezpieczyciel wypłaci odszkodowanie poszkodowanym, ale następnie wystąpi do sprawcy o zwrot wypłaconego odszkodowania – podkreśla Marek Dmytryk.
W sytuacji, kiedy sprawcą zdarzenia jest kierowca pod wpływem alkoholu, poszkodowany i ubezpieczony w Gothaer może także skorzystać z likwidacji szkody w ramach modelu bezpośredniej likwidacji szkód. – Nie ma znaczenia stan trzeźwości sprawcy zdarzenia na fakt możliwości skorzystania z bezpośredniej likwidacji szkód w Gothaer. Wystarczy, że zgłosi szkodę do nas, a my weźmiemy na siebie wszystkie obowiązki związane z likwidacją szkody i wypłatą odszkodowania. To z pewnością wpłynie na szybkość i jakość całego procesu – wyjaśnia przedstawiciel Gothaer TU S.A.
Regionalna mapa wypadków drogowych
Jeśli spojrzymy na liczbę wypadków drogowych w rozbiciu na poszczególne regiony, to zobaczymy, że z mniejszą liczbą wypadków w pierwszym półroczu tego roku mieliśmy do czynienia w 12 regionach. Największy spadek został odnotowany w województwie śląskim (-17,2%) i zachodniopomorskim (-15,7%). Wzrost natomiast policja zanotowała w 5 województwach, największy w woj. lubuskim (+9,3%)[1]. Również w większości regionów Polski w wyniku wypadków samochodowych było mniej rannych. Niewielki wzrost zanotowano tylko w 3 województwach: podkarpackim, łódzkim i kujawsko-pomorskim.
Tworzenie nowych strategii rozwoju oraz osiągnięcie wyznaczonych celów długoterminowych – to zadania, z którymi zmierzy się nowa dyrektor zarządzająca holdingu Polski HR – Hanna Listek. Jako sprawny manager i psycholog z 15-letnim doświadczeniem w branży HR, zadba o spójność działań wszystkich podmiotów rekrutacyjnych grupy Loyd S.A., działających pod egidą Polskiego HR-u.
Dotychczas Hanna Listek zarządzała spółką Polski HR Doradztwo Personalne wchodzącą w skład holdingu Polski HR, gdzie odpowiadała za projekty rekrutacji, outplacementu, a także aktywizacji osób bezrobotnych.
–„Wybór nowego dyrektora zarządzającego holdingu Polski HR był oczywisty. Jako osoba zarządzająca spółką Polski HR Doradztwo Personalne Hanna Listek wykazała, że posiada niezbędne kompetencje do kierowania zespołem oraz realizowania wizji grupy LOYD S.A. Do obowiązków dyrektora zarządzającego holdingu należy koordynacja i wytyczanie wspólnego kursu dla blisko 20 spółek Polskiego HR działających w obszarze Human Resources. W ramach swoich kompetencji Hanna Listek odpowiadać będzie za współpracę z kontrahentami z Polski i zagranicy, budowę i wdrażanie strategii rozwoju firmy oraz planowanie i nadzór budżetu spółki. Do realizacji tych zadań potrzeba kompetencji menedżerskich oraz zaawansowanych umiejętności interpersonalnych. Według mnie Hanna Listek pozwoli spółce Polski HR rozwinąć skrzydła i wykorzystać potencja holdingu” – komentuje Bartosz Kaczmarczyk, prezes grupy kapitałowej LOYD S.A.
– „Branża HR w Polsce cały czas się kształtuje, co sprawia, że agencje zatrudnienia muszą nieustannie się rozwijać i dbać o jak najlepszy poziom obsługi swoich klientów. Ten awans stawia przede mną nowe wymagania. Moim celem będzie rozbudowanie portfela klientów krajowych oraz rozszerzenie współpracy na rynkach międzynarodowych. Chciałam bardzo podziękować za zaufanie jakim mnie obdarzono. Na ten awans patrzę przez pryzmat mojej dotychczasowej działalności w spółce Polski HR Doradztwo Personale. Docenienie efektów wieloletniej pracy jest bardzo motywujące”- skomentowała Hanna Listek, nowa dyrektor zarządzająca Polski HR.
Nowa dyrektor zarządzająca równocześnie prowadzi własną pracownię badań, gdzie rozwija zainteresowania z dziedziny psychologii. Wiedzę z zakresu HR łączy z wyjątkową wrażliwością na problemy drugiego człowieka.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Na rozchwianym rynku surowcowym, informacja o wzroście zapasów ropy w Stanach Zjednoczonych wystarczyła, by notowania amerykańskiej WTI spadły o ponad 3 proc., do 49 dolarów za baryłkę. To poziom najniższy od końca marca. O 2,5 proc. w dół poszły też ceny benzyny, mimo że jej zapasy zmniejszyły się w ostatnim tygodniu o 1,7 mln baryłek. Kontrakty na miedź zniżkowały o prawie 2 proc., do poziomu widzianego poprzednio w lipcu 2009 r. Oparcia nadal nie mogą znaleźć notowania złota. Czwartkowy poranek przynosi uspokojenie nastrojów na giełdach towarowych.
Na nowojorskim parkiecie najmocniejszej przecenie poddawały się w środę nie spółki surowcowe, lecz technologiczne, między innymi Apple, Microsoft, IBM. W Warszawie odgrywające podobną rolę akcje banków, oddały wczoraj dwa pierwsze miejsca wśród spadkowiczów walorom KGHM i PZU. W czwartek przodują akcje PKN Orlen, po publikacji rozczarowujących wyników finansowych. Nic nie wskazuje na to, by sytuacja na polskiej giełdzie miała się radykalnie poprawić, ale odreagowanie przeceny jest możliwe. Środowa panika nie przenosi się ani na złotego, ani na notowania obligacji.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Kurs jednej z najważniejszych walut w handlu międzynarodowym, czyli dolara amerykańskiego, ulegał w pierwszym półroczu 2015 r. sporym zmianom. W okresie od stycznia do czerwca wahał się między wartościami 3,5550 – 3,9260 PLN, a aprecjacja wspierała zyski polskich eksporterów. Analitycy instytucji płatniczej AKCENTA przewidują, że w drugim półroczu 2015 r. wartość dolara ustabilizuje się, aby na koniec tego roku zejść do poziomu 3,48 PLN.
Radosław Jarema
W pierwszym półroczu 2014 r. kurs dolara wynosił średnio 3,3526 i handel w USD podwyższał zyski importerów. Ponieważ w ciągu półtora roku kurs dolara do złotego otarł się zarówno o granicę 3 jak i 4 zł, to tak znaczące wahania wpłynęły na biznes firm zajmujących się handlem międzynarodowym. Biorąc pod uwagę długie terminy płatności dla większości kontaktów, znaczne wahania utrudniają przewidywanie marż i planowanie działalności firmy w związku z niepewnością, co do przyszłych wpływów i odpływów środków finansowych. – Najprostszym narzędziem eliminowania ryzyka wahań kursów dolara są forwardy, dostępne także dla MŚP. Jest to proste narzędzie, w AKCENCIE bezpłatne, a dzięki niemu przedsiębiorcy, którzy obawiali się zmian kursów dolara, wyeliminowali swoje ryzyko. Dzięki temu z góry wiedzieli ile na danym kontrakcie zarobią – mówi Radosław Jarema, szef polskiego rynku AKCENTY, instytucji płatniczej obsługującej transakcje walutowe eksporterów i importerów.
Kurs USD zaczął piąć się w górę już w III kw. 2014 r. aby na przełomie 2014/2015 r. podnieść swoją wartość do prawie 4 PLN, które ostatni raz płacono za dolara w 2004 r. Pierwsze półrocze 2015 r. było więc dużo korzystniejsze dla eksporterów przyjmujących płatności w dolarze, którzy za swoje towary uzyskiwali większe przychody w przeliczeniu na złotówki. Najwyższy kurs dolara od ponad 10 lat oznaczał spore zmiany dla eksporterów i importerów na kierunkach, na których w płatnościach dominuje dolar amerykański. – Na aprecjacji dolara skorzystali eksporterzy handlujący z USA oraz z krajami arabskimi, w tym głównie z Bliskim Wschodem. Również duża większość naszych klientów prowadzących biznes z krajami afrykańskimi, Ameryki Łacińskiej oraz Azji rozlicza się w USD, więc na tych kierunkach Polscy eksporterzy także mocno zyskali – mówi Radosław Jarema.
Analitycy AKCENTY przewidują, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że w drugim półroczu 2015 r. PLN będzie się w stosunku do USD umacniał. W perspektywie najbliższych 3 miesięcy kurs USDPLN powinien oscylować ok. 3,64 a na koniec roku znajdzie się w okolicach 3,48.
Od czego będzie zależeć kurs dolara do końca tego roku?
– Jest jedna podstawowa kwestia, która będzie decydować w kolejnych miesiącach o kursie amerykańskiej waluty i to właśnie głównie na tę kwestię powinni zwracać uwagę przedsiębiorcy używający dolara w swoich rozliczeniach. Kluczowy wpływ na kurs dolara, m.in. wobec złotego, będą miały w następnych miesiącach 2015 r. decyzje Fedu – mówi Miroslav Novak, analityk AKCENTY. Kluczowym wydarzeniem mogącym osłabić lub wzmocnić złotego będzie ogłoszenie przez FED informacji o podniesieniu stóp procentowych. Na początku obecnego roku oczekiwano, że FED, po raz pierwszy od 2006 r., podniesie w czerwcu stopy procentowe. Już teraz jednak wiadomo, że taka decyzja nastąpi zdecydowanie później niż zakładano. – W odróżnieniu od rynku, który oczekuje poniesienia stóp we wrześniu o 0,25 pkt., my – choć nie przestaje być to spora niewiadoma – przewidujemy, że do pierwszej podwyżki dojdzie dopiero w IV kw. bieżącego roku. Późniejsze podniesienie stóp procentowych pozytywnie wpłynie na rynki EM (emerging markets) i ich waluty, w tym na złotówkę. Jeśli jednak podwyżka nastąpiłaby już we wrześniu, to taka wiadomość może spowodować odpływ aktywów z rynku EM i osłabienie walut EM. Z dużym prawdopodobieństwem sytuacja ta wpłynęłaby także na osłabienie PLN, aczkolwiek nie tak wyraźnie jak innych walut regionu – twierdzi Novak. Ekspert podkreśla jednocześnie, że kurs USDPLN jest bardzo wrażliwy na notowania wspólnej waluty. – To co osłabia euro wobec dolara osłabia także złotówkę wobec dolara. Przykładem jest chociażby negatywny wpływ greckiego kryzysu na osłabienie europejskich walut. Niepokoje w Europie podbijają cenę dolara, który także dzięki poprawie sytuacji gospodarczej w USA jawi się dla inwestorów jako dobra inwestycja – dodaje analityk AKCENTY.
Wiele osób zainteresowanych odzyskaniem na drodze sądowej tzw. opłaty likwidacyjnej, bezprawnie pobranej przez towarzystwo ubezpieczeniowe w związku z przedterminową wypłatą środków z polisolokaty, z pewnością zastanawia się, czy w takiej sytuacji dochodzić swoich praw samodzielnie, czy też za pomocą tzw. pozwu zbiorowego. Przekonanie, że tylko ta druga opcja jest skuteczna w sporach z dużymi podmiotami na rynku finansowym, sprawia, że wielu z nas rezygnuje w ogóle z dochodzenia swych praw przed sądem.
Na co należy zwrócić uwagę, decydując się na pozew zbiorowy i co go odróżnia od pozwu indywidualnego?
Instytucja pozwu zbiorowego funkcjonuje w polskim porządku prawnym stosunkowo niedługo, bo od połowy 2010 r., kiedy weszła w życie ustawa z dnia 17 grudnia 2009 r. o dochodzeniu roszczeń w postępowaniu grupowym (Dz. U. z 2010 r., Nr 7, poz. 44). Zgodnie z jej przepisami, postępowaniem grupowym jest postępowanie sądowe, obejmujące roszczenia jednego rodzaju co najmniej 10 osób, jeżeli oparte są na tej samej lub takiej samej podstawie faktycznej.
Oznacza to, że w celu wniesienia pozwu zbiorowego powinna się zebrać grupa co najmniej 10 osób, żądających od strony przeciwnej tego samego zachowania (najczęściej zapłaty sumy pieniężnej, np. tytułem odszkodowania), a żądanie to musi wynikać z tego samego lub podobnego zdarzenia (np. wypadku komunikacyjnego lub, co nas interesuje najbardziej, umowy o założenie polisolokaty) – podkreśla mec. Szymon Guniewicz, adwokat z kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci. Należy pamiętać, że postępowanie grupowe ma ograniczone zastosowanie, tj. tylko do spraw o roszczenia o ochronę konsumentów, z tytułu odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny oraz z tytułu czynów niedozwolonych, z wyjątkiem jednak roszczeń o ochronę dóbr osobistych. W wypadku polisolokat może więc być wykorzystane do dochodzenia roszczeń z polisolokaty jako sprawy o roszczenia o ochronę konsumentów – dodaje.
Bardzo istotnym w postępowaniu grupowym jest ujednolicenie roszczeń członków grupy, czyli określenie wspólnej ich wysokości (mając na uwadze wspólne dla wszystkich okoliczności sprawy), ewentualnie dopuszcza się takie ujednolicenie w podgrupach, liczących co najmniej dwie osoby. Powództwo w imieniu własnym, ale na rzecz wszystkich członków grupy wytacza jej reprezentant, którym może być jeden z członków grupy lub miejski (powiatowy) rzecznik konsumentów. Niezależnie od powyższego, w postępowaniu grupowym mamy do czynienia z tzw. przymusem adwokackim, tj. obowiązkowym reprezentowaniem powoda przez profesjonalnego pełnomocnika (adwokata lub radcę prawnego), który nie występuje w postępowaniu zwyczajnym.
Sprawy w postępowaniu grupowym rozpoznaje zawsze sąd okręgowy obradujący w składzie trzech sędziów zawodowych w odróżnieniu od postępowania zwyczajnego, gdzie zasadą jest jednoosobowy skład sędziowski.
Koszty sądowe
W porównaniu do postępowania zwyczajnego, gdzie opłata sądowa wynosi co do zasady 5% wartości przedmiotu sporu, w postępowaniu grupowym opłata ta jest mniejsza i wynosi 2%, przy czym w obu wypadkach nie może przekraczać 100 000 zł. Dodatkową korzyścią postępowania grupowego jest możliwość rozłożenia opłaty pomiędzy członków grupy. Niestety, w postępowaniu grupowym nie można ubiegać się o zwolnienie od kosztów sądowych. Dodatkowo sąd, na żądanie pozwanego, może zobowiązać powoda do złożenia kaucji na zabezpieczenie kosztów, której wysokość nie może być wyższa niż 20% wartości przedmiotu sporu. Żądanie kaucji przy pozwie indywidualnym nie jest przewidziane przez przepisy procedury cywilnej.
Przepisy o postępowaniu grupowym wprowadziły po raz pierwszy do polskiego prawa ustawową możliwość umówienia się z pełnomocnikiem na wysokość należnego mu wynagrodzenia jako procent wygranej (nie wyższy niż 20%). W postępowaniu indywidualnym nadal obowiązują zryczałtowane stawki kwotowe (np. 7200 zł za sprawę, w której roszczenia przekracza 200.000 zł) z tym, że są to tzw. stawki minimalne, przyznawane przez sąd stronie wygrywającej sprawę od strony przegrywającej. Istnieje również możliwość indywidulanego negocjowanie stawek pomiędzy pełnomocnikiem a klientem.
Postępowanie grupowe składa się z dwóch etapów: w pierwszym sąd rozstrzyga o dopuszczalności rozpoznania danej sprawy w ramach postępowania grupowego, badając spełnienie wymogów formalnych opisanych na wstępie, a więc czy zgłoszone przez co najmniej 10 członków grupy roszczenia są jednego rodzaju i czy oparte zostały na takiej samej lub tej samej podstawie faktycznej, a także czy zostały prawidłowo ujednolicone.
Nie każda sprawa kwalifikuje się do pozwu zbiorowego
Z dotychczasowej praktyki sądowej wynika, iż właśnie zakwalifikowanie sprawy do postępowania grupowego w oparciu o prawidłowego zidentyfikowanie przez sąd podstawy faktycznej pozwu (tej samej lub takiej samej dla wszystkich roszczeń nim objętych) budzi największe wątpliwości i powoduje poważne rozbieżności w orzecznictwie.
Jedne sądy przyjmują bowiem, iż wystarczą same twierdzenia powodów o tożsamej podstawie faktycznej, by uznać sprawę nadającą się do rozstrzygnięcia w postępowaniu grupowym. Zdaniem innych (np. w szeroko komentowanej sprawie „frankowiczów” przeciwko Bankowi Millenium), mimo istnienia korzystnych wyroków Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów nt. abuzywności określonych klauzul umownych, należy pod kątem tej abuzywności zbadać każdą umowę oddzielnie, a to już wyklucza rozpoznanie ich wszystkich w postępowaniu grupowym – wyjaśnia mec. Guniewicz.
Jeżeli decyzja sądu o rozpoznaniu sprawy w postępowaniu grupowym stanie się prawomocna, sąd zarządza ogłoszenie (w prasie ogólnokrajowej) o wszczęciu postępowania grupowego, przez co rozpoczyna się drugi etap tego postępowania, w którym ustalany jest ostatecznie skład grupy (gdyż na podstawie ogłoszenia do grupy mogą przystąpić nowi członkowie) oraz następuje merytoryczne rozstrzygnięcie sprawy wg zasad tożsamych jak w postępowaniu zwyczajnym.
Co jeśli nie pozew zbiorowy?
Które zatem postępowanie jest skuteczniejsze dla odzyskania nienależnie pobranych opłat likwidacyjnych z polisolokat?
Na pewno korzyścią pozwu zbiorowego jest rozstrzygnięcie w jednym postępowaniu większej liczby takich samych spraw. Jednak wszystko rozbija się o niewinne zdawałoby się pojęcie „takiej samej sprawy”, skwapliwie wykorzystywane przez pozwanych argumentujących, iż aneks do umowy (zawierający czasem zapisy zupełnie nieistotne) nie pozwala jej traktować jako sprawy tożsamej. Niestety, z dotychczasowej praktyki sądów wynika, że traktują one przesłankę tej samej lub takiej samej podstawy faktycznej bardzo rygorystycznie, co istotnie zwiększa ryzyko niedopuszczenie pozwu zbiorowego do merytorycznego rozpoznania. W następstwie tego mnożą się odwołania do sądów wyższej instancji, co wpływa na czas trwania postępowania grupowego – podkreśla mec. Szymon Guniewicz z kancelarii Rączkowski, Kwieciński Adwokaci.
Ryzyko niedopuszczenia sprawy do rozpoznania z przyczyn formalnych właściwie nie istnieje przy pozwie indywidualnym, który ponadto nie musi być też wcale droższy od pozwu zbiorowego ponieważ osoba, której nie stać na uiszczenie kosztów sądowych, może ubiegać się o zwolnienie od ich ponoszenia (co, jak wyżej wskazano, jest niedopuszczalne przy pozwie zbiorowym). Ponadto postępowanie zwyczajne toczy się szybciej: w czasie, którym sąd przystępuje do merytorycznego rozpoznania pozwu zbiorowego, ta sama sprawy z pozwu indywidualnego może zmierzać ku końcowi, przynajmniej w pierwszej instancji.
22 lipca 2015 roku Rada Nadzorcza CIECH S.A. odwołała ze stanowiska prezesa zarządu spółki Dariusza Krawczyka i na jego miejsce powołała Macieja Tyburę, który od października 2014 roku pełnił funkcję członka zarządu.
Dariusz Krawczyk został prezesem zarządu CIECH w maju 2012 roku. Jego głównym zadaniem było rozpoczęcie restrukturyzacji i poprawy efektywności całej grupy.
Maciej Tybura związany jest z CIECH od lipca 2014 roku, najpierw jako członek Rady Nadzorczej, a od listopada 2014 roku jako członek zarządu. Maciej Tybura jest doświadczonym menedżerem, który pełnił funkcje zarządcze w największych polskich koncernach. W latach 2008-2012 był wiceprezesem KGHM Polska Miedź. Członek licznych Rad Nadzorczych: PCC Exol, KGHM International, Telefonia Dialog, Pol-Miedź Trans, Walcownia Metali Nieżelaznych. Pełni funkcję Przewodniczącego Rady Nadzorczej KGHM TFI oraz PHP Mercus, zasiada również w Radzie Nadzorczej Tauron Polska Energia.
Maciej Tybura jest absolwentem Wydziału Zarządzania Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. W latach 1999-2001 ukończył studia MBA na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. W latach 2000-2001 ukończył studia podyplomowe w Wyższej Szkole Handlowej we Wrocławiu.
Czerwcowa stopa bezrobocia według Głównego Urzędu Statystycznego wyniosła 10,3 proc. Jest to najniższy poziom od grudnia 2008 roku. Mimo to łączna liczba zatrudnionych w gospodarce nie rośnie. Przyczyną są procesy restrukturyzacyjne prowadzone w wielu zwłaszcza dużych przedsiębiorstwach i idąca za tym redukcja zatrudnienia. Stopa bezrobocia powinna jednak dalej spadać.
– Na rynku pracy obserwujemy ożywienie, ale jest ono rozłożone nierównomiernie. Z jednej strony następuje systematyczny spadek stopy bezrobocia, z drugiej strony zatrudnienie w sektorze dużych przedsiębiorstw przestało rosnąć – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.
Największa dynamika wzrostu zatrudnienia widoczna jest w sektorze MSP oraz w rolnictwie. Tymczasem w większych przedsiębiorstwach przebiegają procesy restrukturyzacyjne, przez co w tym segmencie mamy do czynienia ze zwolnieniami lub stagnacją.
– Stąd ta rozbieżność w statystykach – spadające bezrobocie i nierosnące zatrudnienie albo stabilizujące się zatrudnienie w sektorze największych przedsiębiorstw – wyjaśnia ekspert.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego stopa bezrobocia w czerwcu bieżącego roku wyniosła jedynie 10,3 proc., co jest wynikiem znacznie lepszym niż w tym samym okresie poprzedniego roku (12 proc.) Łączna liczba osób pracujących w gospodarce narodowej w I kwartale 2015 roku wyniosła z kolei 15,84 mln. Poprawa była tutaj jedynak niewielka. W analogicznym okresie 2014 roku w polskiej gospodarce pracowało 15,57 mln osób.
– Jednocześnie warto również zwrócić uwagę na sporą dynamikę ofert pracy, która poprawiła się znacząco w porównaniu do ubiegłego roku – mówi Rafał Benecki. – Myślę, że w tym roku bezrobocie przejściowo dotknie 10 proc. lub spadnie nieco poniżej tego poziomu, po czym przed końcem roku ponownie sezonowo wzrośnie w okolicę 10,2-10,3 proc. Przyszły rok powinien przynieść dalszą kontynuację poprawy sytuacji na rynku pracy.
Rafał Benecki oczekuje, że spadek bezrobocia utrzyma się do końca III kwartału bieżącego roku. Potem nastąpi lekki wzrost, który będzie spowodowany czynnikami sezonowymi.
– Trwająca poprawa na rynku pracy wynika oczywiście z czynników cyklicznych, z dobrej koniunktury gospodarczej i popytu, jaki firmy zgłaszają na nowych pracowników – tłumaczy Benecki.
Ekonomista zwraca uwagę na zmiany dotyczące warunków i regulacji pracy. Co prawda większość z nich jest niekorzystna dla pracowników, jednak stwarza dużo większą swobodę pracodawcom w procesie zatrudnienia. W związku z tym ożywienie na rynku pracy widoczne jest znacznie szybciej, niż było to zauważalne w przypadku poprzednich cykli koniunkturalnych.
– Natomiast z drugiej strony ta możliwość wybierania między pracownikami razem z niską inflacją powodują, że tempo wzrostu płac jest dosyć niskie – wyjaśnia ekspert ING Banku Śląskiego.
Istotną zmianę stanowi również dopuszczenie do procesu poszukiwania pracy prywatnych agencji zatrudnienia. Ich obecność wpływa na duży wzrost ofert pracy zgłaszanych do państwowych urzędów.
– Innymi słowy: obecna sytuacja, czyli spadek bezrobocia, jest związana zarówno z czynnikami cyklicznymi, jak i z pewnymi zmianami strukturalnymi – podsumowuje Benecki.
Tylko część firm stale zleca obsługę należności. Większość czeka na pieniądze od swoich kooperantów tak długo jak tylko się da. Kiedy, mimo zapewnień, gotówka nie pojawia się na koncie wierzyciele zwracają się do firmy z branży obrotu wierzytelnościami. Większość po to, aby jak najszybciej sprzedać dług. Czy to się opłaca?
Szymon Kobierski – Dyrektor Działu Dochodzenia Roszczeń Pragma Inkaso SA
Za ekspres dopłacisz
Dlaczego przedsiębiorcy zamiast zlecieć windykację wybierają sprzedaż długu? Najczęściej z przyczyn finansowych. W sytuacji, gdy firmowy budżet jest już mocno napięty sprzedaż jest pierwszym i ostatnim branym pod uwagę rozwiązaniem. Przedsiębiorcy są bowiem przekonani, że zlecenie windykacji po pierwsze kosztuje, po drugie trwa. Do firmy windykacyjnej trafiają najczęściej wówczas, gdy nie mają już ani pieniędzy ani czasu. Sprzedaż długu rzeczywiście pozwala błyskawicznie odzyskać zamrożoną gotówkę. Zbywca – wierzyciel natychmiast po podpisaniu umowy odzyskuje pieniądze w wysokości uzgodnionej ceny wierzytelności. Z punktu widzenia wierzyciela to jednak nie zawsze najkorzystniejsze finansowo rozwiązanie.
Płacisz za sukces
Firmy windykacyjne przekonują, że zlecenie obsługi należności wcale nie musi być drogie. Przede wszystkim przedsiębiorca zlecając odzyskanie długu profesjonalnej firmie nie powinien ponosić na wstępie żadnych opłat. Umowa zlecenia windykacji jest wstępnie zawierana na okres 3 miesięcy. Strony ustalają w niej wysokość prowizji jako procent należny od kwot odzyskanych, który jest potrącany z wpłat od dłużnika. Wynika z tego, że wiarygodne firmy windykacyjne nie będą pobierały żadnego wynagrodzenia dokąd nie odzyskają gotówki od dłużnika. Jeżeli chodzi o czas – to złotą zasadą jest ustalenie rozsądnego harmonogramu spłat i oznacza to, że nawet jeżeli wierzyciel czekał bez skutku kilkanaście tygodni na wpłatę, to firma windykacyjna ustali dla dłużnika terminy kolejnych płatności w odstępach nie dłuższych niż 2 -3 tygodnie. Doświadczeni windykatorzy przekonują, że przy krótkich terminach motywacja i dyscyplina płatnicza dłużnika jest większa, a tym samym skuteczność windykacji wyższa.
Prowizję windykacyjną zwróci dłużnik
Na mocy ustawy o terminach zapłaty w transakcjach handlowych wierzyciel może domagać się od dłużnika równowartości 40 euro jako zryczałtowanych kosztów windykacji. W sytuacji gdy wykaże, że korzystał z pomocy profesjonalnej firmy i poniósł w związku z tym koszty przewyższające wspomniane 40 euro np. w formie prowizji firmy windykacyjnej, może również domagać się jej zwrotu od dłużnika. Niektóre firmy z branży obrotu należnościami wprowadziły odzyskiwanie kosztów windykacji od dłużnika do swoich ofert. Decydując się czy zlecić windykację czy sprzedaż długu przedsiębiorcy powinni przede wszystkim dobrze przestudiować ofertę i porównać koszty obu rozwiązań. W sytuacjach kryzysowych, przy wysokich nominałach wierzytelności, duże firmy windykacyjne mogą zaproponować windykację z zaliczkowym finansowaniem przyszłych spłat od dłużnika. Jednak zarówno w przypadku sprzedaży, jak i windykacji im mniej czasu upłynie od momentu wymagalności faktury tym lepszą ofertę otrzyma wierzyciel.
Szymon Kobierski – Dyrektor Działu Dochodzenia Roszczeń Pragma Inkaso SA
Z badania „Zaangażowanie Polaków w działania lokalnych społeczności” przeprowadzonego przez 4P Research Mix. na zlecenie Banku Zachodniego WBK wynika, że połowa respondentów czuje się mocno związana z miejscowością, w której mieszka, a silną więź z całym krajem deklaruje tylko 43% respondentów. 7 na 10 respondentów jest zdania, że podejmowanie działań na rzecz społeczności lokalnej jest przejawem patriotyzmu, ale aż co szósty z nas nie zaangażował się w ubiegłym roku w żadną akcję lokalną. Lepiej jest z tzw. lokalnym patriotyzmem konsumenckim – więcej niż połowa zapytanych (53%) kupuje lokalne produkty ze względu na ich pochodzenie.
O patriotyzmie lokalnym można mówić na różne sposoby – zaczynając od deklaracji chęci „ponownego” ułożenia sobie życia w swojej miejscowości, po poczucie dumy z miejsca, w którym się mieszka. Można też na patriotyzm lokalny patrzeć przez pryzmat decyzji zakupowych podejmowanych z uwzględnieniem pochodzenia produktów. Jednak warto podkreślić, że niezależnie od tego, co rozumiemy przez to pojęcie, aż 71% respondentów badania na zlecenie Banku Zachodniego WBK jest przekonanych, że podejmowanie działań na rzecz swojej społeczności lokalnej jest przejawem patriotyzmu w ogóle.
Nie angażujemy się, bo nie mamy w co
Z badania zleconego przez Bank Zachodni WBK wynika, że 4 na 10 zapytanych osób zaangażowało się w działania na rzecz lokalnej społeczności chociaż jeden raz w ciągu ostatniego roku(41%). Najczęściej respondenci brali udział w akcjach na rzecz dzieci i młodzieży (14%), akcjach związanych z działalnością kulturalną (10%), z poprawą estetyki i porządku (10%), ze sportem i turystyką (10%) oraz angażowali się w działania na rzecz środowiska i ekologii (9%). Z drugiej jednak strony, aż 59% uczestników badania nie włączyło się w żadną inicjatywę lokalną. Czemu? Najczęściej odpowiadali, że nie spotkali się z żadną akcją lokalną w swojej miejscowości (43%). Po drugie, wskazali, że nikt nie zwrócił się nich z propozycją udziału w niej (38%) i po trzecie, brak zaangażowania wynikał z braku czasu, sił lub zdrowia (35%).
Warto podkreślić, że czynnikiem, który skłoniłby osoby biorące udział w badaniu do większego zaangażowania się w działalność na rzecz ich społeczności lokalnych, byłaby większa liczba organizowanych programów ułatwiających angażowanie się i pomaganie. Tak odpowiedziała niemal połowa respondentów (48%).
Jesteśmy patriotami konsumenckimi
Często nie zdajemy sobie sprawy, że można być patriotami na co dzień, np. robiąc zakupy. Decyzja o zakupie danego produktu czy usługi uwzględniająca ich pochodzenie, to także przejaw patriotyzmu lokalnego. Z badania Banku Zachodniego WBK wynika, że więcej niż połowa osób świadomie kupiła określoną rzecz z uwagi na lokalne miejsce jej produkcji. Jesteśmy coraz bardziej świadomymi klientami, a tzw. patriotyzm konsumencki czy gospodarczy to tego pozytywny przejaw. Wzorem państw zachodnich, gdzie z tym trendem mamy do czynienia już od kilkudziesięciu lat, podczas zakupów zwracamy coraz większą uwagę na to, aby wybrane towary pochodziły z kraju, regionu czy miejscowości, z której pochodzimy. Najczęściej dotyczy to produktów z branży spożywczej, ale coraz częściej decydujemy się na „nasze” kosmetyki jaki i ubrania.
Z badania wynika, że niezbyt liczne grono osób przynależy do różnego rodzaju organizacji społecznych. Tylko 25% pytanych odpowiedziało, że jest członkiem jakiejś organizacji, stowarzyszenia, komitetu lub partii. Chętniej natomiast udzielają wsparcia finansowego. Aż 72% zapytanych zadeklarowało, że przy rozliczeniu rocznym przekazało 1% podatku na rzecz organizacji pożytku publicznego. Połowa zaś (51%) przynajmniej raz dokonała wpłaty pieniędzy na rzeczy organizacji charytatywnej lub społecznej.
Innymi przejawami zaangażowania społecznego są udział w wyborach samorządowych (aż 74% twierdzi, że brało udział w ostatnich takich wyborach), udział w głosowaniu na budżet partycypacyjny (19%), zgłaszanie problemów i spraw do władz lokalnych (35%) czy popieranie inicjatyw lokalnych w Internecie poprzez Facebooka lub Twitter (35%).
Metodologia badania
Badanie „Zaangażowanie Polaków w działania lokalnych społeczności” zostało przeprowadzone przez firmę badawczą 4P Research Mix. na zlecenie Banku Zachodniego WBK S.A. w maju 2015 r. Badanie przeprowadzono na reprezentatywnej próbie 1007 respondentów w wieku 18-64 lata. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych (CATI) oraz samodzielnie wypełnianych kwestionariuszy internetowych (CAWI). Próby kwotowe uwzględniały wiek i płeć oraz miejsce zamieszkania, oddając rozkłady tych cech w populacji.
Grecji udało się przeforsować drugi pakiet reform. Grecki premier przekonywał parlamentarzystów do głosowania ‘’za’’ w burzliwej debacie. Tsipras powiedział, że ’’wybraliśmy kompromis zmuszający nas do wprowadzenia programu, w który nie wierzymy, ale wdrożymy go ponieważ nie ma innej alternatywy’’.
Krzysztof Furmańczak – dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Przegłosowane zmiany regulują kto poniesie koszty w sytuacji bankructwa banku. W pierwszej kolejności będą to udziałowcy i właściciele obligacji, dopiero potem właściciele depozytów powyżej 100 tys. euro.
Helladę czeka jeszcze zatwierdzenie trzeciego pakietu ustaw, który budzi największe kontrowersje wśród obywateli, gdyż dotyczy zmian w emeryturach i opodatkowania rolników. Głosowanie w tej sprawie ustalono na koniec sierpnia. Do tego czasu Troika (MFW, KE i EBC) ustali szczegóły trzeciego pakietu pomocy dla zadłużonego kraju opiewającego na ok. 86 mld euro.
Rodzima waluta wczoraj zachowywała się stosunkowo stabilnie. Kursy głównych walut względem złotego oscylowały praktycznie wokół wtorkowego zamknięcia. Ciekawostką było wyjątkowo słabe zachowanie polskiej giełdy, która była wczoraj najsłabszą na świecie, WIG20 stracił na zamknięciu ok 3%. EUR/USD rośnie dziś o 0,3%, a od początku tygodnia główna para walutowa podniosła się o prawie 200 pipsów z 1,08 o 1,1.
W kalendarzu makro o godz. 10:30 poznamy ważne dane na temat sprzedaży detalicznej z Wielkiej Brytanii. O godz. 16:15 przemawia prezes niemieckiego Bundesbanku i członek EBC Jens Weidmann. Jutro o godz. 9:30 poznamy wskaźnik PMI dla przemysłu w Niemczech. O godz. 10:00 pojawi się PMI dla przemysłu oraz usług dla Eurolandu. O godz. 16:00 opublikowane zostaną dane odnośnie sprzedaży nieruchomości ze Stanów.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 23.04.2015 do 23.07.2015
Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2400. Wsparciem do wybicia była linia na 4,1450. Kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1000 – 4,1050, gdzie w ostatnich dwóch miesiącach znajdowały się ważne minima.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 23.04.2015 do 23.07.2015
Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy, z którego doszło do wybicia w dół. Najbliższym wsparciem dla ruchu spadkowego są ważne minima na 3,9200.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 23.04.2015 do 23.07.2015
Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wystrzelił do góry. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Korekta przebiła wsparcie na poziomie 3,7300. Kolejnym wsparciem są ważne maksima na 3,6500.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 23.04.2015 do 23.07.2015
Kurs GBP/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9400. W przypadków spadków najbliższym wsparciem jest dolne ograniczenie kanału na 5,8000.
Krzysztof Furmańczak- analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Wkrótce o państwową dopłatę do kredytu będą mogły ubiegać się także osoby nabywające mieszkania używane. Czy po objęciu programem Mieszkanie dla młodych rynku wtórnego spadnie zainteresowanie nowymi mieszkaniami kwalifikującymi się do dopłat? Czy deweloperzy ograniczą budowę projektów, w których oferują lokale w MdM? Analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl prezentują opinie na ten temat przedstawicieli wiodących firm deweloperskich.
Jakie mieszkanie wybrać z dopłatą? Nowe, czy używane?
Tomasz Kaleta, dyrektor ds. sprzedaży LC Corp S.A.
Rozszerzenie programu MdM na rynek wtórny będzie miało umiarkowany wpływ na sprzedaż mieszkań na rynku pierwotnym w największych aglomeracjach. Zmiana pomoże natomiast nabywcom w mniejszych miastach, gdzie podaż nowych lokali jest ograniczona. Jest to związane ze średnimi cenami na rynku pierwotnym i wtórnym oraz wysokością limitów MdM.
Należy zauważyć, że ceny mieszkań na rynku wtórnym w takich miastach, jak Warszawa, Gdańsk, Kraków, czy Wrocław są na podobnym lub nawet wyższym poziomie niż na rynku pierwotnym. Zgodnie z nowym projektem uchwały limity MdM będą niższe o około 19 do 28 proc. niż na rynku pierwotnym. Obecnie trwają prace nad dokładnym ustaleniem wysokości mnożnika, który będzie używany do wyliczenia kwoty limitu ceny 1m kw. powierzchni użytkowej. Oferta spełniająca wymagania MdM w największych miastach Polski mieści się obecnie w przedziale 10-20 proc. Przy niższych limitach dla mieszkań z rynku wtórnego nie zakładamy, aby ta pula znacznie się powiększyła.
Warto jednak zaznaczyć, że w kolejnych latach rozszerzenie MdM o rynek wtórny wpłynie na pulę wykorzystanych środków. O ile środków w tym roku powinno wystarczyć, to w 2016 roku i w latach kolejnych z zakupem mieszkania w MdM trzeba będzie się spieszyć. Tym bardziej, że wzrosło dofinansowanie dla rodzin z większą liczbą dzieci.
Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska
Wprowadzenie dopłat dla mieszkań z rynku wtórnego w programie MdM nie będzie miało dużego wpływu na długookresowy popyt na rynku pierwotnym. Ceny atrakcyjnych, gotowych mieszkań, wybudowanych w nowoczesnej technologii, które cieszą się największym zainteresowaniem klientów na rynku wtórnym bardzo rzadko są konkurencyjne, czy nawet porównywalne, do mieszkań oferowanych przez deweloperów. Nie sądzę by nowe regulacje miały istotne konsekwencje dla dobrze zlokalizowanych, atrakcyjnych projektów. Mieszkania w MdM oferujemy aktualnie w jednym projekcie – Księżycowa 60 – zlokalizowanym w warszawskich Bielanach. W przypadku naszej oferty nie obawiamy się spadku dynamiki sprzedaży w związku z nowymi regulacjami MdM.
Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service
Wprowadzenie dopłat na rynek wtórny z pewnością uatrakcyjni ofertę dla osób poszukujących własnego M, jednak nie doprowadzi do gwałtownego obniżenia zainteresowania nowymi inwestycjami. Nowe mieszkania mają szereg zalet, których nie zapewniają nieruchomości z rynku wtórnego. Ponadto, mieszkania objęte programem MdM w naszych najnowszych, krakowskich inwestycjach – Zawiła, Piasta Park i Halszki 28A – są tańsze od podobnych lokali z rynku wtórnego w tych samych rejonach.
Katarzyna Żarska z firmy Marvipol
Objęcie programem Mieszkanie dla młodych rynku wtórnego niewątpliwie otworzy szansę skorzystania z dopłat osobom mieszkającym w mniejszych ośrodkach, w których działalność deweloperska nie jest rozwinięta. W tych lokalizacjach dopłaty do mieszkań używanych nie stworzą konkurencji dla rynku deweloperskiego.
Zmiany w programie MdM nie wpłyną też na rynek w Warszawie, gdzie udział mieszkań spełniających limity cenowe jest niewielki. W pewnym stopniu na zmianach mogą skorzystać deweloperzy, którzy mają w swoich inwestycjach lokale o większym metrażu. Po zmianie przepisów rodziny z co najmniej trójką dzieci będą mogły kupić z dopłatą mieszkanie nawet, jeśli wcześniej posiadały na własność nieruchomość. Dla tych klientów zwiększy się kwota dopłaty z 15 do 30 proc., która liczona będzie nie do 50 m kw., ale do 65 m kw. mieszkania, co ułatwi rodzinom zmianę mieszkania na większe.
W planowanych etapach inwestycji Central Park Ursynów będą dostępne mieszkania w programie MdM. Nie planujemy ograniczenia realizacji takich projektów.
Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord
Wybierając działki i planując nowe osiedla nie kierujemy się programem MdM, ale opieramy się na kalkulacji rentowności inwestycji. Wprowadzenie dopłat na rynek wtórny nie wpłynie więc na plany spółki.
Mieszkania deweloperskie są często tańsze od podobnych ofert sprzedawanych na rynku wtórnym. Na przykład w projekcie Polnordu 2 Potoki w Gdańsku można kupić dwupokojowe mieszkania ze słonecznym balkonem lub ogródkiem na parterze już za 156 tys. zł. Ceny lokali w tym osiedlu zaczynają się od 3900 zł za m kw. i przy ich zakupie można skorzystać z dopłat.
Różnice między stawkami za nowe i używane lokale widać szczególnie w dzielnicach o dużej podaży nowych lokali lub w rejonach, gdzie w latach 2006 – 2008 deweloperzy budowali i sprzedawali mieszkania w wygórowanych cenach. W prestiżowych lokalizacjach, o ograniczonych możliwościach zabudowy, jak np. w centrach miast, z reguły powstają inwestycje z wyższej półki, które nie kwalifikują się do MdM. Ich nabywcami są osoby z zasobnym portfelem, które nie pytają o rządowe dopłaty.
Wojciech Stisz z firmy Barc Warszawa
Zmiany przepisów dotyczących przyznawania dopłat do kredytów mieszkaniowych nie wpłyną na sprzedaż w inwestycjach, które oferują mieszkania w konkurencyjnych cenach. W warszawskim osiedlu Tarasy Dionizosa, w którym wszystkie mieszkania można kupić z dopłatą, nie zauważyliśmy spadku zainteresowania zakupem lokali. Oferta w tej inwestycji jest dla klientów atrakcyjna, trudno byłoby im znaleźć na rynku wtórnym mieszkania w cenie 5500 zł/m kw.
Anna Sitnik, dyrektor sprzedaży Dolcan
W naszej ocenie nowelizacja ustawy nie wpłynie znacząco na popyt. Szczególnie na rynku warszawskim, gdzie średnia cena na metr kwadratowy jest wyższa niż obowiązujący limit. Stale monitorujemy preferencje rynkowe i z naszych obserwacji wynika, że mieszkania o powierzchni do 65 m kw. są najczęściej poszukiwane. Dlatego też wprowadzenie MdM na rynek wtórny nie przełoży się na nasze plany inwestycyjne. Aktualnie przygotowujemy się do wprowadzenia do oferty kliku nowych projektów z mieszkaniami o takim metrażu. Na przykład w warszawskim Osiedlu Moderna w ofercie znajdą się mieszkania o powierzchni od 45-76 m kw. Projektując inwestycje staramy się dopasować je przede wszystkim do oczekiwań danej grupy klientów. Program dopłat ma w tym zakresie znaczenie drugorzędne.
Urszula Hofman, reprezentująca Grupę Inwest
Program Mieszkanie dla młodych, poza zapewnieniem dofinansowania do zakupu mieszkań, ma też za zadanie stymulowanie gospodarki, poprzez zwiększenie miejsc pracy w sektorach związanych z budownictwem. Chodzi o zatrudnienie w związku realizacją inwestycji, a także przy obsłudze technicznej, administracyjnej, prawnej, sprzedażowej, czy bankowej. A tymczasem dofinansowanie mieszkań z rynku wtórnego, poza umożliwieniem ich tańszego zakupu, w żaden sposób nie wpływa korzystnie na ogół spraw gospodarczych związanych z rynkiem nieruchomości. Tak więc dopłaty, generowane z naszych podatków, nie przyczyniają się do rozwoju sytuacji gospodarczej.
W realizowanych przez nas nieruchomościach nie zabraknie mieszkań, przy zakupie których można skorzystać z dopłat, jak np. w inwestycji realizowanej w doskonale skomunikowanym punkcie warszawskiej Pragi Północ przy ul. Siedleckiej.
Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.
Program MdM ma stabilny wpływ na sprzedaż. Dopasowujemy do niego naszą ofertę. Założeniem jest umożliwienie większej ilości młodych ludzi zakupu wymarzonego mieszkania i zachęcenie ich do rozwoju swoich możliwości w naszym kraju. W krajach Europy Zachodniej ludzie znacznie krócej muszą oszczędzać na mieszkanie niż w Polsce.
Nie spodziewamy się, że zmiany znacząco wpłyną na popyt na rynku pierwotnym. Zamierzamy rozwijać program MdM. W warszawskiej Białołęce, gdzie jesteśmy autorem niemal 1/3 inwestycji, wszystkie osiedla objęte są MdM, w tym nasze, najnowsze projekty Zielona Dolina II i Willa One. W ofercie inwestycji Villa Campina mamy także domy o powierzchni 100 m kw. z ogródkiem, kwalifikujące się do dopłat, w kwocie zbliżonej do ceny dwupokojowego mieszkania w centrum Warszawy.
Monika Kudełko z firmy Activ Investment
Dopłaty do mieszkań z rynku wtórnego niewątpliwie zwiększą konkurencję na rynku nieruchomości, bo wiele osób zdecyduje się na zakup takich lokali. Mimo to, nie obawiamy się spadku zainteresowania naszymi inwestycjami. Budując mieszkania od 1996 roku wyspecjalizowaliśmy się w tworzeniu nowoczesnych, niedużych i niedrogich mieszkań, na które zawsze będzie popyt, a szeroka oferta nowych mieszkań objętych programem MdM dodatkowo uatrakcyjnia te ofertę.
Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic
Należy raczej zadać pytanie, na ile program MdM przyczynił się do wzrostu popytu na mieszkania na rynku pierwotnym. Czy obecna dobra koniunktura nie jest raczej wypadkową wielu innych czynników? Chodzi o to, że program dopłat nie wpłynął w zasadniczy sposób na wzrost popytu na rynku pierwotnym. Choć jego wdrożenie nie było obojętne dla wzrostu sprzedaży. Chcę jednak zwrócić uwagę, że kryteria które musiał spełnić nabywca powodowały, że MdM nie był osiągalny dla wielu klientów, którzy mimo to decydowali się na zakup mieszkań. Przyjęte zmiany w programie wiążą się nie tylko z rozszerzeniem go na rynek wtórny, ale również ze złagodzeniem kryteriów i zwiększeniem kwoty dopłat. Tym samym, nowelizacja przepisów przyczyni się do wzrostu liczby osób korzystających z MdM, co zrównoważy odpływ klientów na rynek wtórny.
Grupa Robyg w pierwszym półroczu 2015 roku znalazła chętnych na 1131 mieszkań. W skali całego roku – przy utrzymaniu dotychczasowych tendencji rynkowych – sprzedaż może wynieść ponad 2,2 tys. lokali. Pod tym względem spółka znajduje się na pozycji krajowego lidera. Deweloper nie rezygnuje również z planów inwestycyjnych. Tylko w przeciągu ostatnich 12 miesięcy na kupno nowych terenów pod budowę mieszkań przeznaczył ponad 126 milionów złotych.
– Jesteśmy ciągle zainteresowani nowymi lokalizacjami w Warszawie. Budujemy jeszcze w Gdańsku, ale szczególnie intensywnie rozwijamy się w stolicy, interesują nas działki zarówno po prawej stronie Wisły, na Pradze Północ, jak i po lewej stronie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Zbigniew Wojciech Okoński, prezes zarządu Robyg SA.
Deweloper szczególnie aktywny jest właśnie w zachodniej części Warszawy, gdzie do tej pory oddał już do użytku kilka tysięcy lokali mieszkaniowych.
– W tym roku kupiliśmy do tej pory działki za około 100 mln zł i chcielibyśmy podwoić ten wynik, czyli zakupić następne działki w Warszawie za podobną kwotę – deklaruje prezes giełdowego dewelopera.
Chodzi o działki znajdujące się na terenach od Bemowa po Wilanów oraz w prawobrzeżnej części Warszawy.
Na przestrzeni ostatnich czterech kwartałów Grupa Robyg zakupiła 6 nowych terenów inwestycyjnych na terenie Warszawy oraz w gdańskiej dzielnicy Morena. Łączny koszt zakupionych działek wyniósł ponad 126 milionów złotych. Tylko na samym Bemowie na terenie o powierzchni 85 tys. mkw. ma powstać inwestycja Miasteczko Robyg Young City, która w sumie będzie liczyła około 3000 mieszkań.
– W tym roku chcielibyśmy osiągnąć wynik ponad 2,2 tys. mieszkań w kontraktacji. W zeszłym roku to było 2,1 tys. z małym kawałkiem – informuje przedstawiciel giełdowego dewelopera, pytany o planowaną wielkość sprzedaży na ten rok.
W pierwszym półroczu Grupa Robyg zakontraktowała sprzedaż łącznie ponad 1130 mieszkań. Oznacza to wzrost o 7 proc. w stosunku do tego samego okresu rok wcześniej. Tylko w II kwartale deweloper zawarł umowy sprzedaży na niemal 600 nowych lokali. Spółka ma również plany dotyczące rozpoczęcia budowy kolejnych mieszkań.
– W tym roku planujemy rozpocząć budowę ponad 2,5 tys. mieszkań, z tego do początku lipca rozpoczęliśmy ponad tysiąc – mówi Zbigniew Wojciech Okoński.
Przychody ze sprzedaży Grupy Robyg w 2014 roku wyniosły 409,3 mln zł. Chociaż jest to o 16 proc. mniej niż rok wcześniej, to zwiększył się wypracowany zysk netto. Wynik na poziomie 43,2 mln zł jest lepszy o 60 proc. od tego z 2013 roku.
Światowa branża energetyczna przechodzi rewolucję – na Zachodzie odnawialne źródła energii (OZE) stają się coraz bardziej dostępne dla zwykłych konsumentów. My wciąż czekamy na istotne zmiany. Czy wprowadzenie nowej ustawy to ich początek?
„W Polsce każdy może założyć mikroinstalację i produkować energię na własny użytek. Nowe przepisy, które wejdą w życie od stycznia przyszłego roku, mają ten proces ułatwić” – mówi serwisowi infoWire.pl Robert Kuraszkiewicz, prezes Stowarzyszenia Energii Odnawialnej. Ustawa o OZE systematyzuje i ujednolica między innymi regulacje dotyczące mikroinstalacji o mocy do 10 kW – na zainstalowanie urządzeń takich jak wiatraki czy ogniwa fotowoltaiczne nie trzeba będzie mieć koncesji, a zakład energetyczny nie będzie mógł odmówić przyłączenia ich do sieci.
Rozwijanie OZE ma wiele plusów: zwiększa wygodę prosumentów, dobrze wpływa na środowisko oraz przyczynia się do postępu technologii i infrastruktury w kraju. Działania inwestycyjne muszą się jednak opłacać. „Jeżeli obywatel, który założy instalację, będzie miał do niej dokładać, oczywiste jest, że tego typu inwestycje nie ruszą” – tłumaczy ekspert.
Niestety, planowana nowelizacja ustawy może pogorszyć korzystne warunki inwestycyjne. Zmiany obejmą obniżenie cen energii odbieranej przez zakłady energetyczne od prosumentów. A to prawdopodobnie odbije się na efektywności systemu energetycznego.
Część kupujących przed wyborem wersji silnikowej kolejnego samochodu zastanawia się, czy ubezpieczenie mocniejszego modelu będzie kosztowne. Pojemność i moc silnika faktycznie wpływa na wysokość składek w obowiązkowym ubezpieczeniu OC. Warto sprawdzić, ile wynoszą różnice kosztu ubezpieczenia w przypadku popularnego samochodu z różnymi silnikami.
Różnica w wysokości składek nie zawsze jest znacząca …
Ubezpieczyciele przy ustalaniu poziomu składki przyjmują, że kierowcy posiadający auto z większym i mocniejszym silnikiem, częściej mogą powodować wypadki drogowe. Taką zależność potwierdzają dane statystyczne. Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl zaznacza jednak, że każdy ubezpieczyciel opiera się na swoich informacjach (tzw. historii szkód) i stosuje inną politykę marketingową. Dlatego podejście do osób kupujących mocniejszy samochód, w praktyce bywa bardzo różne. Można się o tym przekonać analizując poniższą tabelę. Przedstawiono w niej przykładowe koszty ubezpieczenia Volkswagena Golfa szóstej generacji. Analiza porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl uwzględnia trzy różne warianty (patrz poniżej).
Wariant pierwszy: ubezpieczany samochód to zielony Volkswagen Golf VI 1.4 Trendline (5 drzwi, 80 KM). Auto z rocznika 2009, zakupione w polskim salonie, po raz pierwszy zostało zarejestrowane w lutym 2010 r. Przebieg całkowity VW Golfa to 65 000 km. Samochód posiada autoalarm oraz immobilizer. Auto do tej pory nie miało uszkodzeń.
Wariant drugi: ubezpieczany samochód to zielony Volkswagen Golf VI 1.6 Comfortline (5 drzwi, 102 KM). Auto z rocznika 2009, zakupione w polskim salonie, po raz pierwszy zostało zarejestrowane w lutym 2010 r. Przebieg całkowity VW Golfa to 65 000 km. Samochód posiada autoalarm oraz immobilizer. Auto do tej pory nie miało uszkodzeń.
Wariant trzeci: ubezpieczany samochód to zielony Volkswagen Golf VI 2.0 TDI Comfortline (5 drzwi, 110 KM). Auto z rocznika 2009, zakupione w polskim salonie, po raz pierwszy zostało zarejestrowane w lutym 2010 r. Przebieg całkowity VW Golfa to 65 000 km. Samochód posiada autoalarm oraz immobilizer. Auto do tej pory nie miało uszkodzeń.
Po sprawdzeniu wysokości składek dla trzech różnych wersji silnikowych VW Golfa okazuje się, że różnice nie zawsze są duże. Właściciel Golfa VI w wersji 1.6 (102 KM) średnio zapłaci składkę o 7,63% wyższą niż osoba ubezpieczająca to samo auto z silnikiem 1.4 (80 KM). W przypadku dwulitrowego turbodiesla (110 KM), analogiczna różnica wynosi 21,08%. Trzeba jednak odnotować, że dopłaty obliczone dla niektórych ubezpieczycieli nie przekraczają 5% (wariant drugi) lub 10% (wariant trzeci). W analizowanym przykładzie, firmy AXA Direct oraz Link4 są najbardziej przyjazne dla właściciela VW Golfa z większym silnikiem. „Taka osoba najwięcej będzie musiała dopłacić jeśli wybierze ofertę Gothaer, Uniqa lub MTU” – mówi Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.
Ubezpieczenia OC dla kierowców: zależność między pojemnością i mocą silnika oraz roczną składką*
Nazwa ubezpieczyciela
↓
Składka płacona przez właściciela
VW Golfa
(wariant pierwszy)
Składka płacona przez właściciela
VW Golfa
(wariant drugi)
Składka płacona przez właściciela
VW Golfa (wariant trzeci)
Procentowa różnica w wysokości składki
(silnik 1.4 – 1.6)
Procentowa różnica w wysokości składki
(silnik 1.4 – 2.0)
Aviva Direct
437 zł
482 zł
516 zł
10,30%
18,08%
AXA Direct
489 zł
499 zł
519 zł
2,04%
6,13%
Generali Direct
435 zł
456 zł
529 zł
4,83%
21,61%
Gothaer
517 zł
573 zł
790 zł
10,83%
52,80%
Link4
510 zł
520 zł
561 zł
1,96%
10,00%
Liberty Ubezpieczenia
437 zł
449 zł
497 zł
2,75%
13,73%
MTU
520 zł
583 zł
664 zł
12,12%
27,69%
Uniqa
555 zł
645 zł
658 zł
16,22%
18,56%
Średnia dla ośmiu towarzystw
488 zł
526 zł
592 zł
7,63%
21,08%
*- Pozostałe założenia: VW Golf zawsze jest parkowany w garażu indywidualnym (kod pocztowy 01-001). Ubezpieczony mężczyzna nie wykorzystuje auta na potrzeby działalności gospodarczej, a samochód jest użytkowany tylko w kraju. Przewidywany roczny przebieg to 15 000 km. Właścicielem VW Golfa jest trzydziestopięcioletni urzędnik, który wraz z żoną wychowuje jedno dziecko (6 lat). Kierowca posiada prawo jazdy od 10 lutego 1999 r. Volkswagen Golf to jego drugie auto, a wcześniejszy pojazd użytkował przez osiem lat. Ubezpieczanego samochodu nie prowadzą inne osoby. Właściciel auta w trakcie ostatnich pięciu lat ubezpieczał się w Allianz. Zniżka z ostatniej umowy to 50% (zero szkód). Ochrona jest przewidziana od 15 lipca 2015 roku. Polisa zostanie zamówiona przez Internet i opłacona jednorazowym przelewem. Klient akceptuje domyślne pakiety ochrony, które proponują mu ubezpieczyciele.
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych porównywarki Ubea.pl
Przed zakupem auta można sprawdzić, ile kosztuje OC
Przeprowadzona analiza wskazuje, że ubezpieczyciele bardzo różnie szacują składki dla posiadaczy mocniejszych samochodów. Nina Kuczyńska z porównywarki Ubea.pl zwraca również uwagę na spore zróżnicowanie proponowanych składek. W trzecim wariancie (VW Golf 2.0 TDI) roczny koszt polisy OC waha się od 497 zł (Liberty Ubezpieczenia) do 790 zł (Gothaer).
Bez pomocy porównywarki finansowej dość trudno jest ocenić, jaką dopłatę za większy silnik przewiduje nasz zaufany ubezpieczyciel. „Dlatego osoby rozważające zakup jednego z kilku samochodów lub wersji silnikowych tego samego modelu, powinny najpierw sprawdzić koszty ubezpieczenia. Taka kalkulacja w porównywarce jest bezpłatna i nie zobowiązuje do zakupu polisy” – podsumowuje Nina Kuczyńska z Ubea.pl.
Spółka Sunex zajmująca się produkcją i sprzedażą kolektorów słonecznych oraz innych urządzeń z zakresu energetyki odnawialnej już niedługo zadebiutuje na głównym parkiecie warszawskiej giełdy. Prospekt emisyjny został zatwierdzony przez Komisję Nadzoru Finansowego. Zarząd liczy na to, że transfer wzmocni wizerunek spółki oraz pozwoli dotrzeć do większej liczby inwestorów, którzy mogliby sfinansować przyszłe wydatki na nowe urządzenia.
Choć przejście Suneksu z rynku alternatywnego na główny nie wiąże się z emisją nowych akcji, prezes raciborskiej spółki nie ukrywa, że obecność na GPW ma w przyszłości pomóc w pozyskaniu nowego kapitału na przyszłe inwestycje.
– Decyzja ta została przede wszystkim podjęta ze względów marketingowych. Zależy nam na budowaniu wizerunku naszej firmy, pozyskaniu nowych inwestorów, pokazaniu się i osiągnięciu większej przejrzystości naszej spółki – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Romuald Kalyciok, prezes Suneksu.
W lutym bieżącego roku spółka Sunex złożyła do KNF wniosek o zatwierdzenie prospektu emisyjnego. Dokument został przygotowany w związku z zamiarem ubiegania się o przeniesienie spółki z NewConnect na rynek regulowany GPW.
– Firma powstała w 2002 roku, zajmuje się przede wszystkim produkcją kolektorów słonecznych, urządzeń dodatkowych do kolektorów, czyli systemów mocowania połączeniowych, zbiorników oraz pomp ciepła – wyjaśnia prezes Kalyciok.
Główne źródło przychodów spółki stanowi sprzedaż produktów za granicę. Eksport odpowiada za około 60 proc. całkowitej wielkości przychodów, które w 2014 roku wyniosły 29,32 mln zł (spadek o 4 proc. rok do roku). Z kolei zysk netto spółki wyniósł w ubiegłym roku 0,84 mln zł i był minimalnie mniejszy niż w 2013 roku.
– Plany na przyszłość to przede wszystkim wprowadzenie na rynek naszych nowych produktów, takich jak pompy ciepła NEXUS czy oprogramowanie do tych pomp – mówi Kalyciok.
Celem spółki Sunex na najbliższe lata jest głównie szukanie nowych partnerów handlowych oraz dotarcie do nowych rynków zbytu. W lipcu spółka poinformowała o podpisaniu umowy na dystrybucję swoich pomp ciepła w Austrii z tamtejszą firmą. Umowa może zostać poszerzona o teren Niemiec i jak podkreśla spółka, może znacząco wpłynąć na poziom jej przychodów. Prezes Kalyciok liczy również na poprawę rentowności sprzedaży oraz ugruntowanie pozycji spółki na polskim i europejskim rynku energii odnawialnej.
– Działamy na rynku energii odnawialnych. To rynek z dużym potencjałem wzrostowym, nowy, ciekawy. Rynek w Europie, który zajął już swoją pozycję, jest bardzo dużym rynkiem – tłumaczy przedstawiciel spółki Sunex.
Rozmówca wskazuje na duże różnice między polskim a niemieckim rynkiem. Nasz znajduje się dopiero w początkowej fazie rozwoju i jest około 10-20 razy mniejszy od naszych zachodnich sąsiadów. Takie porównanie pozwala na ukazanie potencjału, jaki wiąże się z inwestowaniem nad Wisłą.
– To rynek wielkich szans, wielkich nadziei, ale i wielu niebezpieczeństw. To rynek młody, nowy, tutaj dopiero budowane są różne opcje rozwoju – ocenia perspektywy biznesowe dla polskiego rynku Romuald Kalyciok.
Firma Sunex od 2011 roku notowana jest na rynku NewConnect.
Rafał Antczak, wiceprezes firmy doradczej Deloitte Business Consulting
Przejęcie przez Polskę roli głównego europejskiego dostawcy części zamiennych i podzespołów samochodowych ma też swoje gorsze strony. Powoduje, że kraj omijają duże inwestycje w fabryki nowych aut. Polska przegrywa konkurencję z innymi krajami regionu. Problemem jest to, że Polacy wciąż częściej kupują auta używane. Średni wiek samochodu na polskich drogach to 14 lat.
Produkcja, sprzedaż i eksport części samochodowych rokrocznie notują wzrosty. W ubiegłym roku na tym rynku działało 900 firm, w których pracowało ponad 116 tysięcy osób, a przychody ze sprzedaży wyniosły 60 mld zł. Ten segment rynku motoryzacyjnego stał się polską specjalnością – wartość eksportu w ciągu ostatniej dekady wzrosła dwukrotnie, a w 2014 roku sięgnęła 30 mld zł – wynika z danych Stowarzyszenia Dystrybutorów Części Samochodowych.
– Polska zaczyna być potęgą w produkcji części motoryzacyjnych. Jest to dobra i zła wiadomość, bo straciliśmy de facto wielu producentów, którzy w Polsce nie ulokowali produkcji, w związku z tym zastosowaliśmy strategię second best, czyli produkujemy części, a nie produkujemy całych aut, bo w tej konkurencji lepsze od nas okazują się kraje południa Europy Centralnej – wskazuje Rafał Antczak, wiceprezes firmy doradczej Deloitte Business Consulting, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.
Spośród państw Europy Środkowej i Wschodniej koncerny motoryzacyjne częściej wybierają na siedziby swoich zakładów takie kraje, jak Węgry, Słowacja czy Rumunia.
– Prawdopodobnie nie wygramy już tej konkurencji, ale producenci części sobie z tym jakoś radzą – podkreśla Antczak.
Wadą polskiego rynku jest wciąż duża popularność aut używanych. Mając do wyboru droższe, ale nowe auto z salonu oraz tańszy starszy model, klient często wybierze tę drugą opcję.
– To bardzo dziwna prawidłowość, że w Polsce sprzedaje się ponad dwukrotnie mniej nowych samochodów niż w innych krajach o podobnym poziomie dochodu – ocenia Antczak. – Często pojawia się opinia, że Polacy są biedni i nie stać ich na nowe pojazdy. Ale w innych krajach o podobnym poziomie dochodu konsumenci się jednak na nie decydują. Jest to, oczywiście, pokłosie polityki pozwalającej na wjeżdżanie starym, zużytym samochodom do Polski.
Jak podaje Instytut Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR, działające w kraju koncerny samochodowe w 2014 roku wyprodukowały 578 tysięcy nowych pojazdów, o 0,56 proc. więcej niż rok wcześniej. W tym samym okresie Polacy kupili 327 tysięcy nowych samochodów, o blisko 13 proc. więcej niż w roku 2013. Średni wiek poruszającego się po krajowych drogach auta wynosi jednak 14,2 roku. To wynik wysoki w stosunku do innych krajów Unii Europejskiej, gdzie przeciętny samochód ma zaledwie 8,3 roku.
– Wiążą się z tym odpowiednie konsekwencje ekonomiczne w postaci kosztów wypadków drogowych i zanieczyszczenia powietrza, czego nikt tak naprawdę nie liczy – zauważa Antczak. – Okazuje się, że Polakom nie opłaca się kupowanie nowych samochodów, a to błędna ekonomia.
Z danych przytaczanych przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że w pierwszych pięciu miesiącach 2015 roku import aut używanych był wyższy niż rok wcześniej. Co istotne, wśród nich jest coraz więcej samochodów starszych niż 10 lat (55,8 proc. vs. 50,8 proc. w 2014 roku).
Jak uważa Antczak, rynek motoryzacyjny w Polsce powinien być uważnie monitorowany. DNB Bank Polska oraz Instytut SAMAR publikują przygotowany z uwzględnieniem metodologii Deloitte wskaźnik zmian cen nowych samochodów (samarDNB indeks cen auto-moto). Do jego wyliczenia wykorzystywana jest wielkość sprzedaży samochodów na krajowym rynku oraz ceny oferowane przez 65 producentów, którzy od stycznia 1998 roku sprzedają w Polsce samochody osobowe.
– Chodziło o stworzenie indeksu cenowego, który uchwyciłby, co się dzieje na rynku motoryzacyjnym nowych samochodów, i pokazywał co miesiąc pewne trendy oraz zależności w indeksie zagregowanym oraz podzielonym na osiem głównych koncernów motoryzacyjnych – tłumaczy Rafał Antczak. – To umożliwia analitykę np. producentom części. Dzięki temu indeksowi mogą oni śledzić, jak ich główny odbiorca oraz inni producenci aut zachowują się na rynku motoryzacyjnym w Polsce.
W czerwcu samarDNB indeks cen auto-moto wzrósł o 5,4 proc. w ujęciu miesięcznym, w ujęciu rocznym był wyższy o 4,4 proc.
Włączenie rynku wtórnego i spółdzielni mieszkaniowych do programu Mieszkanie dla Młodych spowoduje, że będą z niego mogły skorzystać osoby w mniejszych miejscowościach, gdzie firmy deweloperskie rzadko inwestują. Złagodzone zostaną także kryteria uprawniające do otrzymania dopłaty. Ustawa czeka na podpis prezydenta.
– Najważniejsze korekty sprowadzają się do tego, by polepszyć dostępność oferty dla przeciętnego Kowalskiego – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Madej, prezes spółki Pro-Development. – Trzeba było wprowadzić zmiany regulujące reżim, który okazał się zbyt ostry. Poprzednia oferta nie do końca była atrakcyjna, ponieważ wiele osób nie spełniało wymogów, przez co nie mogli skorzystać z pomocy państwa. W rezultacie duża część środków przepadła.
Chodzi o uchwaloną przez Sejm pod koniec czerwca br. nowelizację ustawy o pomocy państwa w nabyciu pierwszego mieszkania przez ludzi młodych. Dofinansowanie obejmie na przykład kupno mieszkania z rynku wtórnego, co wcześniej było wykluczone. Jest to istotne szczególnie dla mieszkańców mniejszych miejscowości, gdzie inwestycje deweloperskie zdarzają się rzadko i w niewielkim stopniu, jeśli w ogóle, zaspokajają potrzeby mieszkaniowe.
– W wielu miastach mających 50-100 tys. mieszkańców, gdzie jest dość duży lokalny rynek, nie ma w ogóle działalności deweloperskiej, dlatego nie można było korzystać z dopłat – zauważa Łukasz Madej. – Wprawdzie został wprowadzony niższy limit ceny, tylko 90 proc. wartości odtworzeniowej, ale to i tak najważniejsza zmiana, bo rynek wtórny w skali kraju jest trzykrotnie większy niż pierwotny.
Zgodnie z nowelizacją do programu mogą być zakwalifikowane mieszkania z rynku wtórnego, których cena nie przekracza 90 proc. wskaźnika w danym województwie. W przypadku nowych lokali deweloperskich (rynek pierwotny) jest to 100 proc.
– Wskaźnik ten został w taki sposób ułożony, że w dużych miastach niewiele zmieni, bo mieszkania na rynku wtórnym są lokalami wykończonymi, czyli z zasady powinny być trochę droższe niż nowe [najczęściej oddawane w stanie deweloperskim – red.] – uważa Łukasz Madej. – Z punktu widzenia kupującego będzie to więc albo słabsza oferta z blokowisk, albo jednak rynek pierwotny. W mniejszych ośrodkach, ze względu na rynek wtórny i spółdzielnie mieszkaniowe, dostępność wzrośnie diametralnie, a w niektórych w ogóle pierwszy raz pojawi się oferta z dopłatą.
Drugą istotną zmianą jest dopuszczenie do programu spółdzielni mieszkaniowych. Skala ich działalności nie jest tak duża jak w latach wcześniejszych, kiedy były podstawową systemu zaspokajania potrzeb mieszkaniowych Polaków, ale i tak jest to ważna korekta wspomagająca rynki w mniejszych miastach, gdzie spółdzielnia często jest jedynym podmiotem dostarczającym lokale.
Pozostałe zmiany, jak wskazuje prezes Pro-Development, mają charakter łagodzenia kryteriów, i spowodują, że osobom zamierzającym zaciągnąć kredyt z dopłatą łatwiej będzie go otrzymać.
– Powiększy się krąg osób, które będą mogły pomóc w osiągnięciu zdolności kredytowej – informuje Łukasz Madej. – Polepszają się też niektóre wskaźniki co do samego metrażu. Nie są to może istotne zmiany, ale one spowodują, że skala dopłat będzie większa, szczególnie w przypadku modelu rodziny dwoje dorosłych plus trójka dzieci.
W ustawie budżetowej na br. limit środków do wykorzystania w ramach MdM został ustalony na 715 mln zł. Jak informuje zarządzający programem Bank Gospodarstwa Krajowego, na podstawie wniosków nabywców lokali do końca czerwca br. zostało wypłacone 296 mln 410 tys. zł, czyli 41,46 proc. Przez pierwszy rok funkcjonowania programu bank przyjął blisko 16 tys. wniosków, przyznając dopłaty o wartości ponad 366 mln zł.
Rynek pracy tymczasowej w Polsce dynamicznie się rozwija. Z pracowników tymczasowych korzystają zagraniczne korporacje, powoli przekonują się do nich również rodzime firmy, przede wszystkim związane z produkcją. Przed branżą są dobre perspektywy, zwłaszcza że pracodawcy coraz częściej szukają elastycznych rozwiązań w zakresie polityki kadrowej.
– W Polsce mamy szerokie spektrum pracy tymczasowej: od ogrodnictwa, poprzez prace fizyczne, po zastępstwa urlopowe, które są dużą szansą przede wszystkim dla ludzi młodych, bo mogą się zapoznać z pracą na stanowiskach, na które być może w przyszłości będą aplikować, czy po skończeniu studiów, czy rozwijając karierę zawodową – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Szrajber, dyrektor operacyjny Grupy Wadwicz, przewodniczący Komisji Etyki Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia.
Z raportu Polskiego Forum HR za 2014 rok wynika, że liczba pracowników tymczasowych w Polsce przekroczyła 700 tys. (z czego 254 tys. zatrudniły firmy skupione w PFHR). Przeważają w nich młodzi ludzie, do 26 roku życia, którzy stanowią ok. 40 proc. wszystkich zatrudnionych. Choć jako pracownicy tymczasowi najczęściej zarabiają mniej niż zatrudnieni na etacie, to finanse mają drugorzędne znacznie. Istotne jest sprawdzenie wiedzy i nabycie praktycznych umiejętności.
– To bardzo istotne, bo w każdym przedsiębiorstwie panują pewne nieformalne warunki, które trzeba poznać, żeby dobrze w danym biznesie pracować. Praca tymczasowa to właśnie okazja, żeby zaznajomić się z tymi realiami i sprawdzić się w takim systemie biznesowym – przekonuje ekspert.
Wciąż przeważają oferty pracy na stanowiska produkcyjne (84 proc.), ale duże firmy także coraz częściej sięgają po pracowników tymczasowych, w ten sposób uzupełniając braki kadrowe w czasie sezonu urlopowego. O pracę łatwiej w tych firmach, w których pracownik może szybciej wdrożyć się w obowiązki.
– Prym wiodą firmy ze stanowiskami masowymi, związanymi z produkcją czy obsługą call center. Również w biurach pojawia się więcej takich stanowisk, kiedy trzeba wspomóc stały personel, bo jest większe zapotrzebowanie na pracę lub stali pracownicy korzystają z urlopu wypoczynkowego – podkreśla Szrajber.
Elastyczne formy zatrudnienia cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Dlatego branża spodziewa się dalszych wzrostów, sięgających nawet 15-20 proc. Jak wskazuje Szrajber, wciąż chętniej po pracowników tymczasowych sięgają duże zagraniczne korporacje, jednak powoli do tej formy zatrudnienia przekonują się też polskie firmy.
Zatrudnienie polskich pracowników tymczasowych w podziale na sektory różni się znacznie od europejskiego rynku, gdzie wiodącym sektorem są usługi.
– W Europie Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych to temat dużo bardziej zaawansowany niż w Polsce. Tam praca tymczasowa funkcjonuje również na bardzo wysokich stanowiskach, np. osoby, które badają bilanse czy prowadzą zaawansowane projekty. Bardzo często pracują przez krótki okres w ciągu roku, a później korzystają z wakacji – tłumaczy Szrajber.
Polska jest jednym z najbardziej rozwiniętych technologicznie krajów pod względem transakcji bezgotówkowych. Liczbą terminali i transakcji wciąż jednak gonimy zachodnią Europę. Sieć terminali to dziś 410 tys. sztuk, a eksperci oceniają, że na rynku jest miejsce na kolejnych 300 tys. Rynek wyraźnie przyspieszył po obniżce prowizji od płatności kartą.
– O ile ilościowo dopiero gonimy starą Europę, o tyle pod względem samych produktów jesteśmy już w ścisłej czołówce – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Waś, country manager produkującej terminale płatnicze firmy Ingenico. – W tej chwili ponad 160 tys. firm umożliwia płatność kartami płatniczymi. To się przekłada na mniej więcej 410 tys. terminali płatniczych zainstalowanych w całym kraju.
Jego zdaniem liczba terminali może być nawet o 300 tys. większa. Z liczbą 700 tys. wskaźnik per capita byłby porównywalny do krajów zachodniej Europy. Jak podkreśla, Polska jest za to liderem pod względem kart bezstykowych – nie tylko w skali Europy, lecz także w skali świata.
– Przez ostatnie kilkanaście lat baza terminali rozwijała się z szybkością ok. 15 proc. rocznie. W ciągu ostatniego roku jej rozwój przyspieszył do 20-25 proc. rocznie. Po obniżce interchange rynek wyraźnie przyspieszył – przekonuje Piotr Waś.
Dzięki zmianom w ustawie o usługach płatniczych maksymalna opłata interchange, czyli prowizja od płatności kartą, spadła najpierw do 0,5 proc. wartości transakcji, a następnie (w styczniu tego roku) do 0,2 proc. przy transakcji kartą debetową i 0,3 proc. przy kartach kredytowych. Wcześniej opłaty w Polsce były jednymi z najwyższych w Europie (ponad 1,5 proc.). Ustawodawca założył, że dzięki obniżce spadną koszty użytkowania terminali przez przedsiębiorców, co pozytywnie wpłynie na rozwój sieci. Wciąż jednak koszt obsługi płatności bezgotówkowych jest dla wielu z nich barierą.
– Płatność kartą ze względu na użytą infrastrukturę i pośredników zawsze będzie kosztować. Nie są to w tej chwili duże koszty, w granicach mniej więcej 1 proc. wartości transakcji, ale to jest na pewno bariera. Środki otrzymywane z płatności obsługiwanych kartą pojawiają się na koncie z pewnym opóźnieniem, 2-3 dni, co też może być problemem. Poza tym to jest też bariera mentalna. Skoro do tej pory gotówka była dobra, dlaczego mam cokolwiek zmieniać – mówi Piotr Waś.
Ten problem jest szczególnie widoczny wśród mniejszych firm. Duzi detaliści zaakceptowali już taką formę płatności i są do niej profesjonalnie przygotowani. Wiedzą, że zaoferowanie takiej możliwości klientom jest korzystne dla obu stron – z oferty sklepu mogą skorzystać również ci, którzy zapomnieli o gotówce, a poza tym osoby, które nie są ograniczone ilością posiadanej w portfelu gotówki, są skłonne wydać więcej.
Ostatnio dynamicznie zwiększa się liczba urządzeń mobilnych.
– Są one bardzo chętnie kupowane przez restauracje czy różnego rodzaju dostawców, którzy w ten sposób sami stają się mobilni – informuje Piotr Waś. – W tej chwili widzimy mniej więcej 50 proc. przychodów z tej grupy terminali w naszym globalnym przychodzie.
Według Narodowego Banku Polskiego w ubiegłym roku w obiegu znajdowało się ogółem około 35 mln kart płatniczych, w tym 29 mln debetowych, 6,1 mln kredytowych i blisko 320 tys. obciążeniowych. Prognoza NBP zakłada, że do 2020 roku liczba wszystkich wzrośnie do około 41 mln. Kart debetowych będzie ponad 38 mln, kredytowych – 5,4 mln, a obciążeniowych – 250 tys.
Polacy uważają się za lokalnych patriotów, ale wielu z nich nie bierze udziału w przedsięwzięciach na rzecz sąsiedzkiej społeczności. 71 proc. jest dumnych z miejsca, w którym mieszka, a 53 proc. chce kupować produkty wytwarzane w okolicy, ale tylko 40 proc. zaangażowało się w jakieś lokalne przedsięwzięcie w ciągu ostatniego roku.
– Poczucie lokalności i związek z okolicą są wśród Polaków bardzo silne – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Kopka, menadżer ds. strategii marki i badań marketingowych Banku Zachodniego WBK, lider projektu społecznego „Tu mieszkam, tu zmieniam”. – Aż 71 proc. Polaków jest dumnych z miejsca, w którym mieszka, rozumiejąc to jako dumę z osiągnięć czy historii swojej miejscowości, a także tego, jak wygląda.
Jak wynika z badania BZ WBK, połowa respondentów czuje się mocno związana z miejscowością, w której mieszka. Silną więź z całym krajem deklaruje tylko 43 proc.
Rezultaty badania BZ WBK dowodzą, że przywiązanie do lokalnej okolicy wśród Polaków coraz bardziej się ujawnia. Przejawem tego jest na przykład tzw. patriotyzm konsumpcyjny. 53 proc. osób stwierdziło, że chce kupować i nabywa wyroby lokalne właśnie dlatego, że one są produkowane w ich okolicy.
– Gorzej jest z zaangażowaniem w rozwijanie społeczności lokalnej – ocenia Magdalena Kopka.
Siedmiu na dziesięciu respondentów uważa, że podejmowanie działań na rzecz społeczności lokalnej jest przejawem patriotyzmu, ale aż 60 proc. nie zaangażowało się w ubiegłym roku w żadną tego typu akcję.
– Polacy najczęściej angażują się w programy wpierające wychowanie dzieci i młodzieży, kulturę, sport oraz programy nastawione na poprawę warunków życia w społecznościach lokalnych – wymienia Magdalena Kopka z BZ WBK.
Osoby z grupy niezaangażowanych najczęściej odpowiadały, że nie spotkały się z żadną tego rodzaju inicjatywą w swojej miejscowości (43 proc.). 38 proc. wskazało, że nikt nie zwrócił się do nich z propozycją udziału. Brak czasu, sił i zdrowia był powodem bierności 35 proc.
– Odpowiedzią na to jest program, który chcemy kontynuować również w kolejnych latach – twierdzi Magdalena Kopka. – Dajemy możliwość, wsparcie finansowe, informację i pomoc w realizacji projektów. Program stawia na lokalność i wspólne działanie. A prawie połowa Polaków uważa, że działając wspólnie, można osiągnąć więcej, to dla nas dobry znak i inspiracja do dalszych działań.
W ubiegłym roku BZ WBK rozpoczął ukierunkowany na wsparcie lokalnych inicjatyw program „Tu mieszkam, tu zmieniam”. Do 26 lipca poprzez aplikację można składać wnioski i pomysły na to, co można zmienić w okolicy. Do rozdysponowania jest 25 grantów w wysokości 10 tys. zł, kolejnych 50 w wysokości 7 tys. zł oraz 225 o wartości 4 tys. zł.
– W grę wchodzą także pomysły dotyczące tego, jak zmienić mentalność ludzi, którzy żyją w danej społeczności – dodaje Magdalena Kopka – Mam nadzieję, że w tym roku zrealizujemy nasze założenia z równie dużym sukcesem jak w ubiegłym roku.
W 2014 roku Warszawa przyciągnęła 3 mln turystów i ich liczba z roku na rok rośnie. Aby było ich jeszcze więcej, Warszawska Organizacja Turystyczna zainicjowała kampanię Warsaw City Break – Przyjedź do Warszawy latem. Ma ona wylansować polską stolicę jako miasto idealne na wakacyjny weekend.
Według Euromonitor International Warszawa znajduje się na 42. miejscu listy najchętniej odwiedzanych miast świata. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, stolicę odwiedza coraz więcej turystów – w 2014 roku nocowały tu 3 mln turystów, czyli o 5 proc. więcej niż rok wcześniej. 40 proc. z nich to obcokrajowcy, głównie Brytyjczycy, Niemcy i Amerykanie. Warszawa znalazła się także w pierwszej czterdziestce corocznego rankingu stu miast o najlepiej ocenianej bazie hotelowej, tworzonej przez trivago.pl. Zdaniem ekspertów tym, co może zainteresować zwłaszcza zagranicznych przyjezdnych, jest fakt, że stolica Polski jest miastem pełnym kontrastów.
– Z jednej strony to miasto stare, z drugiej strony nowoczesne, pełne muzyki i specyficznej atmosfery wydarzeń. Kluczowymi symbolami Warszawy powinna być zarówno infrastruktura, czyli Pałac Kultury i Nauki, jak i sztuka, np. św. Anna z Galerii Faras czy obraz Rembrandta na Zamku Królewskim – mówi agencji informacyjnej Newseria Monika Białkowska z Warszawskiej Organizacji Turystycznej.
Zdaniem ekspertów polska stolica kojarzona jest głównie jako centrum biznesu i polityki – znaczna część obcokrajowców przyjeżdża bowiem do Warszawy w celach biznesowych. Aby jeszcze zwiększyć liczbę turystów, warto zmienić ten wizerunek i pokazać Warszawę jako miasto atrakcyjne turystycznie, idealne do spędzenia krótkiego urlopu lub ciekawego weekendu. Dobrym sposobem będzie podkreślanie kulturalnej atmosfery Warszawy – miasta wielu otwartych koncertów, spektakli teatralnych i innych wydarzeń kulturalnych.
– Turystów przyciąga różnorodność, różnokolorowość, nowoczesna infrastruktura, nowo otwarte metro czy nowo powstające budynki. Przyciągają ich nowoczesne muzea, wydarzenia kulturalne, mamy ponad 60 teatrów, wiele wydarzeń muzycznych. Wydaje mi się, że każdy jest w stanie znaleźć tutaj coś dla siebie – mówi Monika Białkowska.
Warszawska Organizacja Turystyczna we współpracy z przedstawicielami branży turystycznej przygotowała kampanię promocyjną Warsaw City Break. Prowadzona jest ona na rynku brytyjskim i szwedzkim, a opiera się przede wszystkim na działaniach w internecie. Na potrzeby kampanii stworzona została strona internetowa w całości w języku angielskim. Można na niej znaleźć informacje na temat aktualnych wydarzeń w Warszawie, sieci hoteli oraz atrakcji turystycznych.
– Jesteśmy organizacją, która łączy miasto i branżę turystyczną. Z inicjatywy tej branży rozpoczęliśmy działania, które są również przez branżę współfinansowane. Przekaz jest jeden: odkryj to miasto, zobacz, że to interesująca destynacja na weekend czy na kilka dni – mówi Monika Białkowska.
Kampania ma trwać do końca lipca. Warszawska Organizacja Turystyczna nie wyklucza jednak jej przedłużenia. Zdaniem twórców kampanii turystyka to ważny sektor gospodarki każdego miasta, a city tourism to obecnie kluczowy trend w turystyce.
Zarządzany przez Private Equity Managers fundusz wraz z TUW SKOK planują na bazie eCard zbudować lidera rynku obsługi płatności bezgotówkowych
Fundusz MCI. EuroVentures („MCI.EV”) zarządzany przez Private Equity Managers zainwestuje w eCard („Spółka”), podmiot oferujący nowoczesne rozwiązania w zakresie bezgotówkowego rozliczania transakcji płatniczych, w szczególności płatności w Internecie. Celem inwestycji jest zbudowanie lidera rynku obsługi płatności bezgotówkowych i agenta rozliczeniowego pierwszego wyboru dla spółek e-commerce.
MCI. EV realizuje inwestycję w eCard – polską firmę z segmentu fintech oferującą rozwiązania płatności w kanale elektronicznym oraz mobilnym. Warunkowa umowa inwestycyjna, którą fundusz podpisał ze spółką i jej największym akcjonariuszem, TUW SKOK z siedzibą w Sopocie, przewiduje m.in. konieczność osiągnięcia przez MCI.EV oraz TUW SKOK, poprzez skup akcji z rynku, poziomu 100% akcji. Po ziszczeniu się wszystkich warunków zawieszających, co zgodnie z umową powinno nastąpić do 29 kwietnia 2016 r., MCI.EV weźmie udział w podwyższeniu kapitału spółki i zostanie jej większościowym akcjonariuszem. TUW SKOK pozostanie mniejszościowym akcjonariuszem zachowując swój obecny stan posiadania.
– Wybierając cel naszej inwestycji przyglądamy się modelowi biznesowemu, kadrze zarządzającej oraz perspektywom rynkowym poszczególnych spółek. W przypadku eCard widzimy spółkę, która przy wsparciu głównego akcjonariusza zbudowała pozycję wiodącego gracza na rynku płatności online, a jej doświadczenie w obsłudze sklepów internetowych i współpracy z bankami pozwala czerpać korzyści z dynamicznego wzrostu rynków e-commerce i fintech. eCard to również dobra platforma do konsolidacji rynku płatności e-commerce i POS. Duży potencjał wzrostu wartości spółki sprawia, że jest ona naturalnym wyborem dla takiego funduszu jak MCI.EuroVentures – powiedział Cezary Smorszczewski, prezes zarządu Private Equity Managers S.A. i zarządzający funduszem MCI. EuroVentures.
– Już ponad 3 tys. firm podjęło współpracę z eCard. Pozyskanie tak doświadczonego inwestora jak MCI.EuroVentures to z jednej strony potwierdzenie jakości oferowanych przez nas usług, a z drugiej szansa na jeszcze szybszy rozwój spółki, w tym uatrakcyjnienie oferty i rozbudowanie bazy klientów – powiedziała Ewa Bereśniewicz-Kozłowska, prezes zarządu eCard S.A.
– MCI od lat współpracuje z liderami rynku e-commerce na całym świecie. Zna ich potrzeby i oczekiwania wobec systemów płatności. Kapitał jaki eCard pozyska w drodze podwyższenia kapitału zostanie przeznaczony na rozwój. Wspólnymi siłami zamierzamy uwolnić olbrzymi potencjał spółki i uczynić z niej wiodącą firmę obsługującą płatności bezgotówkowe – skomentował Grzegorz Buczkowski, członek zarządu TUW SKOK.
eCard to jeden z liderów rynku obsługi transakcji płatniczych online. Jego klientami są głównie firmy prowadzące sprzedaż w perspektywicznym segmencie e-commerce, który w Polsce notuje dwucyfrową dynamikę wzrostu każdego roku. Potencjał rozwoju rynku, na którym działa spółka, wynika z analizy przyzwyczajeń zakupowych Polaków: w transakcjach e-commerce nadal dominują płatności gotówką za pobraniem, które stanowią ok. 60% wartości wszystkich transakcji. Celem spółki jest zaoferowanie narzędzi dostosowanych do potrzeb klientów i w konsekwencji zwiększenie udziału płatności bezgotówkowych w transakcjach e-commerce.
eCard jest agentem rozliczeniowym oraz posiada zgodę KNF na świadczenie usług w charakterze krajowej instytucji płatniczej. Wykorzystując swoje bogate doświadczenie, MCI.EV chce uczynić ze spółki agenta rozliczeniowego pierwszego wyboru dla akceptantów rynku e-commerce.
– Obejmując akcje nowej emisji zamierzamy zasilić spółkę kapitałem, który posłuży do inwestycji w systemy IT i rozwój oferty produktowej dla akceptantów i klientów końcowych. Wspólnymi siłami zbudujemy szeroką bazę klientów, wykorzystując do tego spółki portfelowe funduszy MCI oraz nasze relacje zbudowane na rynku fintech. Dzięki rozległej sieci specjalistów z branży e-commerce pomożemy zarządowi eCard zoptymalizować strategię rozwoju, by efektywniej wykorzystywać szanse rynkowe. – powiedział Fabian Bohdziul, Investment Partner w MCI.
Według raportu firmy PMR wartość przychodów handlu internetowego w Polsce w 2014 r. przekroczyła 27 mld zł i rośnie w średniorocznym tempie 15%, jednym z najwyższych w Europie. W tak konkurencyjnej branży warunkiem koniecznym dalszego rozwoju jest stałe wprowadzanie innowacji. Jednym z obszarów najważniejszych zmian jest rynek płatności elektronicznych. eCard, który jest jednym z głównych graczy rynku e-płatności, dzięki wsparciu funduszu może zostać beneficjentem rewolucji technologicznej w zakresie płatności internetowych.
– Płatności internetowe są jednym z najważniejszych elementów funkcjonowania branży e-commerce. Uważamy, że rozwój tego innowacyjnego rynku jest kolejnym etapem na drodze rewolucji technologicznej (digital disruption), która stopniowo transformuje modele biznesowe z tradycyjnych w internetowe. Jako kluczowy inwestor technologiczny w Europie chcemy wesprzeć spółkę w budowaniu pozycji lidera tego rynku – powiedział Łukasz Wierdak, Investment Director w MCI.
O eCard S.A.:
Agent rozliczeniowy i krajowa instytucja płatnicza działająca od 2000 roku. Świadczy usługi najwyższej jakości, zgodnie z normami międzynarodowych organizacji płatniczych Visa, MasterCard oraz American Express. Dzięki doświadczeniu w dostarczaniu rozwiązań płatności w kanale elektronicznym oraz płatności mobilnych, współpracę z eCard S.A. podjęło już ponad 3 tysiące firm, w tym liderzy w swoich branżach tacy jak: Aviva, eBilet, Liberty Ubezpieczenia, Alma Market, Avon, Oriflame Poland, InPost, Ergo Hestia, Wakacje.pl, Polski Bus i wielu innych. Obecnie eCard S.A. oferuje szeroki wachlarz metod płatności za pomocą kart płatniczych, portfeli elektronicznych, szybkich przelewów automatycznych, SMS, płatności mobilnych, ratalnych i odroczonych.
Tendencje w sprzedaży poszczególnych koncernów motoryzacyjnych są zróżnicowane. Analizie poddawanych jest 8 koncernów, które odpowiadają za 91% sprzedaży w Polsce, tj. Volkswagen, PSA, Toyota, Renault, Opel, Nissan, Hyundai oraz Ford. Spośród nich najsilniej wzrósł indeks w przypadku Toyoty (o 16,9% r/r). Wzrost indeksu aut Grupy VW wyniósł 8,7%. Zbliżoną do średniej dynamiki za czerwiec, która wyniosła 4,4%, miał indeks cen aut firm: PSA (4,6%), Renault (5,4%) i Opel (5%). Wśród pozostałych wyróżnionych koncernów motoryzacyjnych obserwowaliśmy spadek wartości indeksu: Nissan o 10,8% r/r, Hyundai o 2,3% r/r oraz Ford o 0,7% r/r. Pomimo więc największej wagi koncernu Volkswagena w indeksie (27%) – słabsza dynamika zmian indeksu pozostałych koncernów wyhamowała w czerwcu wzrost jego ogólnego poziomu.
Indeks a średnie wynagrodzenie
Średnie ceny samochodów w salonach wykazują dość silny związek z dynamiką przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. W czerwcu 2015 r. skumulowany indeks dla cen aut wyniósł 179,2 (a więc wartość indeksu była o 79,2% wyższa niż średnio w 2004 r.), zaś dla płac – 173,7 (o 73,7% wyższa). Skumulowany indeks inflacji w analogicznym okresie wyniósł 130,3% (o 30,3% wyższe ceny towarów i usług konsumpcyjnych). Największy skumulowany wzrost indeksu miał miejsce w przypadku aut koncernu Hyundai (o 133%), Volkswagen (o 106,6%) i Toyota (o 95,8%) a najniższy wzrost koncernu PSA (13,4%) i Renault (o 51,2%). Skumulowany indeks aut koncernu Nissan utrzymał tendencję spadkową. W porównaniu do roku 2004 spadek wyniósł 14,1%.
Indeks a struktura rynku nowych samochodów
Warto zauważyć związek pomiędzy średnią ważoną ceną sprzedanych samochodów, a strukturą rynku: rośnie ona wraz ze wzrostem udziału klientów instytucjonalnych w rynku sprzedaży nowych samochodów. W czerwcu 2015 roku średnia ważona cena samochodu dla całego rynku wyniosła 93 923 zł (+1,15% w stosunku do maja 2015r.), w przypadku klientów indywidualnych – 77 659 zł (+0,81% m/m), a firm – 101 218 zł (+0,47% m/m). W pierwszym półroczu 2015 roku: cena ważona dla całego rynku wyniosła 90 570 zł (+3,34% r/r), dla klientów indywidualnych – 75 311 zł (-1,00% r/r), a dla firm – 100 160 zł(+4,66%).
W czerwcu 2015 roku udział klientów indywidualnych w całkowitej liczbie rejestracji samochodów osobowych wyniósł 30,95%. Udział firm osiągnął rekordowy poziom 69,05%. Statystyka ta jednak nie uwzględnia osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą oraz spółek cywilnych, które w bazie CEPiK klasyfikowane są w grupie „osób fizycznych”. Ponieważ w grupie osób fizycznych mogą również znaleźć się firmy, rzeczywisty rozkład rejestracji pomiędzy obiema grupami klientów może charakteryzować się jeszcze większą nierównowagą, ze wskazaniem na przewagę klientów instytucjonalnych. Fakt ten niekoniecznie świadczy o rosnącym zainteresowaniu zakupami firm, a raczej o małym popycie na samochody wśród klientów indywidualnych.
O indeksie:
SAMAR DNB indeks cen auto-moto to wspólne przedsięwzięcie DNB Bank Polska i Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR. Firma doradcza Deloitte jest autorem metodologii indeksu i jego kalkulacji. Jest to pierwszy w Polsce – i jeden z nielicznych na świecie – sektorowych wskaźników opartych na pełnych, a nie częściowych, danych zbieranych na krajowym rynku motoryzacyjnym. Indeks jest publikowany na bazie miesięcznej, począwszy od czerwca b.r.
– Sektor SKOK stał się obiektem brudnej kampanii politycznej – powiedział podczas dzisiejszej konferencji prasowej Rafał Matusiak, prezes Krajowej SKOK. – Tak zwana afera SKOK miała zaszkodzić kasom. Dziś mamy do czynienia z dalszą próbą wykorzystywania SKOK-ów w kampanii przed wyborami parlamentarnymi.
Rafał Matusiak, prezes Krajowej SKOK
W konferencji zorganizowanej w Centrum Prasowym PAP wzięli udział prezes Krajowej SKOK Rafał Matusiak oraz radca prawny Paweł Pelc. Matusiak odniósł się do niedawnej wypowiedzi wicepremiera Janusza Piechocińskiego, który w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” ujawnił, że był namawiany przez polityków Platformy Obywatelskiej do poparcia projektu powołania komisji śledczej w sprawie SKOK. Według Piechocińskiego PO twierdziła, że lider PSL „skorzysta na tym politycznie przed wyborami”. Wypowiedź ta wskazuje na prowadzenie politycznych targów wokół sektora SKOK, które nie mają nic wspólnego z merytoryczną oceną prowadzonej od blisko ćwierćwiecza działalności kas.
– Chciałbym podziękować panu premierowi za ujawnienie tego faktu w swoim wywiadzie i odpowiedzialność polityczną, jaką niewątpliwie się wykazał wskazując opinii publicznej na te okoliczności – powiedział Rafał Matusiak. Prezes Krajowej SKOK przedstawił także szerszy kontekst politycznych działań wobec sektora SKOK, podkreślając, że mają one istotny wpływ na stabilność funkcjonowania spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych.
– Z doniesień medialnych, które miałem okazję śledzić, wyłania się obraz zaplanowanej i przeprowadzonej z użyciem instytucji państwa operacji przeciwko kasom. Z publikacji wynika, że plan zaatakowania SKOK-ów powstawał już jesienią, natomiast do fazy realizacji przeszedł mniej więcej w lutym bieżącego roku. Według dziennikarzy tzw. afera SKOK miała zaszkodzić partii Prawo i Sprawiedliwość, miała również zdyskredytować kandydata na prezydenta PiS, pana Andrzeja Dudę. Dziś można powiedzieć, że mamy do czynienia z dalszym ciągiem tych działań, ponieważ trwa kampania parlamentarna. Z doniesień medialnych wynika, że SKOK-i nadal są w kręgu zainteresowań polityków Platformy Obywatelskiej i nadal mogą być wykorzystywane do zdobywania punktów w ramach kampanii – mówił Rafał Matusiak.
Prezes Krajowej SKOK, powołując się na doniesienia medialne, przedstawił scenariusz politycznego ataku na sektor. Rozpoczął się on upublicznieniem listu przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego do premier Ewy Kopacz oraz instytucji państwowych. Informacja była bardzo szeroko nagłaśniana w mediach przez polityków PO.
– Z żalem i dużym niepokojem chciałbym odnotować, że w wypowiedziach polityków PO można było usłyszeć wiele słów, które trudno było określić mianem odpowiedzialnych. Sięgano również po takie sformułowania, które mogły doprowadzić do wywołania paniki – zaznaczał Matusiak. – Można powiedzieć, że SKOK-i przeszły największy stress test w warunkach naturalnych, nie na papierze. Przeszły go z oceną bardzo dobrą, ponieważ nie doszło do masowych wypłat, nie doszło do runu na kasy. Te wydarzenia potwierdzają rzecz dla nas najważniejszą: SKOK-i cieszą się zaufaniem swoich członków, członkowie kas nie obawiają się przechowywać swoich depozytów w SKOK-ach. Te osoby, które próbują twierdzić, że nie istnieje coś takiego jak więź członkowska w SKOK-ach, po prostu nie wiedzą o czym mówią.
Przedstawiciele Krajowej SKOK skomentowali także przyjęcie sprawozdania przez sejmową podkomisję nadzwyczajną do spraw realizacji ustaw o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych, której przewodniczył Marcin Święcicki (PO). Według nich wyniki działań komisji należy ocenić krytycznie. Zwrócono m.in. uwagę na chaotyczny, pośpieszny tryb prowadzenia prac.
– Od samego początku komisja nie sporządziła żadnego harmonogramu. Poseł Święcicki o kolejnych posiedzeniach informował na 2-3 dni przed ich rozpoczęciem. Jestem w biznesie już kilkanaście długich lat i wiem, że bez planu po prostu nie da się działać – mówił Rafał Matusiak.
Uczestnicy konferencji podkreślali, że w ich ocenie sprawozdanie komisji ma charakter polityczny, nie zaś merytoryczny. – Wskazywaliśmy na liczne błędy merytoryczne w sprawozdaniu komisji, ale w praktyce wszystkie niemal poprawki, które nanosiliśmy były odrzucane. Wyjątkiem jest wykreślenie słów o „patologicznym” charakterze nadzoru Kasy Krajowej nad SKOK-ami. Stało się to po tym, gdy jeden z posłów poinformował, że eksperci Banku Światowego chwalą ten nadzór w swoich raportach – dodawał Paweł Pelc.
Rafał Matusiak wskazywał, że według autorów sprawozdania w Polsce powinny funkcjonować wyłącznie małe kasy, które nie stanowią zagrożenia dla lobby bankowego. Prezes Krajowej SKOK nie zgodził się też z zawartymi w sprawozdaniu ocenami, że SKOK-i popełniają „błąd” wspierając inicjatywy patriotyczne czy angażując się w dzieła Kościoła katolickiego. Matusiak zwracał uwagę, że przewodniczący podkomisji, poseł Marcin Święcki jest aktywnym uczestnikiem debaty politycznej, w której bardzo ostro krytykuje program gospodarczy Prawa i Sprawiedliwości. Wydźwięk raportu może być elementem tej właśnie debaty, ponieważ Święcki wielokrotnie wskazywał na rzekome związki kas z PiS. Prezes Krajowej SKOK dodawał również – powołując się na doniesienia prasowe – że poseł Marcin Święcicki prowadzi nie tylko działania mogące wywrzeć niekorzystny wpływ na funkcjonowanie sektora spółdzielczych kas, ale zaangażował się także w działania mogące osłabić pozycję Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Rafał Matusiak poinformował także o możliwych nieprawidłowościach w audytach przeprowadzanych w niektórych kasach na zlecenie KNF przez firmę Deloitte Polska. Zdaniem Matusiaka audytorzy Deloitte różnie oceniali takie same zjawiska gospodarcze w poszczególnych kasach oraz popełniali merytoryczne błędy w raportach – w przypadku jednej ze spółdzielczych kas sięgały one kilkuset milionów złotych. Niejasny jest też sposób wyłonienia firmy audytorskiej. Jedna z kas zwróciła się z prośbą o przedstawienie dokumentów umowy, która została zawarta pomiędzy KNF i Deloitte. Nie otrzymała ich, więc zwróciła się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego , który nakazał ich przekazanie. Do wczoraj – a od wyroku minął miesiąc – kasa dokumentów nie otrzymała.
– Z posiadanych przez Kasę Krajową informacji wynika też, że możemy mieć przynajmniej w jednym przypadku do czynienia z naruszeniem przepisów prawa polegającym na tym, że badanie zostało rozpoczęte, a data rozpoczęcia badania jest wcześniejsza niż data podpisania umowy między Komisją Nadzoru Finansowego i firmą audytorską. Myślę, że to jest również kwestia, którą należałoby wyjaśnić – mówił Matusiak.
Prezes Krajowej SKOK poinformował też, że pracownik Deloitte przeprowadzający audyt w kasach natychmiast po jego zakończeniu rozpoczął pracę w komercyjnym banku, który jest zainteresowany przejmowaniem SKOK-ów.
– W świetle opisanych zdarzeń, w naszej opinii, najpierw należy wyjaśnić wszelkie niejasności, a dopiero potem powinny zapadać jakiekolwiek rozstrzygnięcia o charakterze nadzorczym – mówił Rafał Matusiak.
Kończąc swoje wystąpienie prezes Krajowej SKOK zaapelował o zaprzestanie politycznej nagonki na kasy. – Polityka nie powinna dyktować metod traktowania rynku finansowego. Dlatego chciałbym zaapelować o to, aby instytucje państwowe powstrzymały się od pochopnych działań mogących mieć daleko idące skutki zarówno dla reputacji jak i funkcjonowania kas – powiedział.
Rafał Matusiak podkreślił również potrzebę stworzenia dobrego prawa dla spółdzielczych kas, prawa, które zapewni im możliwość stabilnego funkcjonowania. – Od dwóch i pół roku my takiej możliwości nie mamy. Jeżeli w ciągu niespełna trzech lat czterokrotnie zmienia się zasady prowadzenia rachunkowości, to jak w takiej sytuacji mówić o stabilnym działaniu. Prawo to powinno uwzględniać także specyfikę działalności SKOK-ów. SKOK-i nigdy nie były, nie są i nie zamierzają być bankami. SKOK-i, podobnie jak unie kredytowe działające w ponad 100 krajach na świecie realizują pewną misję, polegającą na dostarczaniu usług finansowych przede wszystkim osobom niezamożnym. Prawo, które obecnie nas obowiązuje w mojej opinii w żaden sposób tej kwestii nie uwzględnia – podsumował Rafał Matusiak.
Mercedes-AMG kompleksowo modernizuje modele CLA 45 4MATIC, CLA 45 4MATIC Shooting Brake oraz GLA 45 4MATIC – podobnie jak A 45 4MATIC, wyróżniają się one teraz jeszcze bardziej emocjonującą stylizacją i zapewniają większą przyjemność z jazdy. Innowacje techniczne oraz dodatkowe opcje indywidualizacji po raz kolejny plasują je na czele segmentu sportowych aut kompaktowych.
Do napędu CLA 45 4MATIC, CLA 45 4MATIC Shooting Brake oraz GLA 45 4MATIC służy 4-cylindrowy, turbodoładowany silnik o pojemności 2 litrów, który po modernizacji generuje moc 280 kW (381 KM) – o 15 kW (21 KM) wyższą niż dotychczas. To najmocniejsza produkowana seryjnie 4-cylindrowa jednostka na świecie. Jej maksymalny moment obrotowy wzrósł o 25 Nm, do 475 Nm. Nowe zestopniowanie 7-stopniowej przekładni dwusprzęgłowej i znany z Mercedesa-AMG GT system trybów jazdy DYNAMIC SELECT sprawiają, że kompaktowe modele osiągają jeszcze większą wydajność. Dostępne w opcji sportowe zawieszenie AMG RIDE CONTROL oraz pakiet AMG DYNAMIC PLUS pozwalają dodatkowo spotęgować dynamikę jazdy.
Kompleksowe modyfikacje silnika, skrzyni biegów, układu jezdnego, elektroniki i wyposażenia służą dalszemu zwiększeniu przyjemności z dynamicznej jazdy. „Dzięki optymalnej koordynacji poszczególnych zabiegów nasze samochody są nie tylko najmocniejsze, ale i najzwinniejsze w swoich klasach” – zauważa Tobias Moers, Prezes Zarządu Mercedes-AMG GmbH. „Mają wszelkie warunki, by kontynuować historię naszego sukcesu w wysoce konkurencyjnej stawce sportowych kompaktów”.
Decydującą rolę odgrywają tu zapierające dech w piersiach osiągi: CLA 45 4MATIC przyspiesza teraz od 0 do 100 km/h w 4,2 s, o 0,4 s szybciej niż poprzednik (Shooting Brake: 4,3 s, GLA: 4,4 s). Jednocześnie zużycie paliwa udało się utrzymać na dotychczasowym, bardzo niskim poziomie. Modele CLA 45 4MATIC i CLA 45 4MATIC Shooting Brake zużywają średnio jedynie 6,9 l/100 km, a GLA 45 4MATIC – 7,4 l/100 km.
Indywidualne doznania z jazdy: tryby jazdy AMG DYNAMIC SELECT
Charakterystykę działania jednostki napędowej, przekładni i układu kierowniczego kompaktowych modeli Mercedes-AMG można zmieniać jednym ruchem pokrętła dzięki montowanemu w standardzie systemowi trybów jazdy AMG DYNAMIC SELECT. Kierowca ma do wyboru cztery lub pięć programów: Comfort, Sport, Sport+ oraz Individual, a w połączeniu ze sportowym zawieszeniem AMG RIDE CONTROL – także Race.
Kolejną nowością jest pakiet AMG DYNAMIC PLUS, który dodatkowo wyostrza dynamikę jazdy. Jednym z jego głównych elementów jest blokada przedniego dyferencjału, znacznie poprawiająca trakcję podczas agresywnego pokonywania zakrętów. Co więcej, samochód jest jeszcze stabilniejszy podczas zmian obciążenia i podróżowania z wysokimi prędkościami. Do pakietu należy również sportowe zawieszenie AMG RIDE CONTROL (można zamówić je osobno) z programem jazdy Race oraz dwoma trybami adaptacyjnego tłumienia do wyboru. System działa w pełni automatycznie i osobno dobiera siły resorujące w każdym kole w zależności od aktualnych warunków drogowych oraz stylu jazdy.
Bezkompromisowe osiągi to również zasługa seryjnej, 7-stopniowej przekładni AMG SPEEDSHIFT DCT. Dzięki skróceniu biegów od 3. do 7. kompaktowe samochody Mercedes-AMG przyspieszają jeszcze szybciej w całym zakresie prędkości. Równocześnie inżynierowie z Affalterbach zoptymalizowali czas zmiany przełożeń i reakcji skrzyni.
Do standardowego wyposażenia wszystkich modeli należy napęd na cztery koła AMG Performance 4MATIC, zapewniający optymalną trakcję i maksymalną przyjemność z jazdy. Płynnie rozdziela on moment obrotowy między przednią a tylną osią w stosunku od 100:0 do 50:50. Zależnie od warunków, sprzęgło wielotarczowe zintegrowane z tylnym dyferencjałem w ułamku sekundy kieruje siłę napędową do tylnych kół.
Odnowione modele CLA 45 4MATIC, CLA 45 4MATIC Shooting Brake oraz GLA 45 4MATIC można zamawiać już w salonach Mercedes-Benz. Pierwsze egzemplarze dotrą do dealerów we wrześniu br.
Już pod koniec XIX wieku w Anglii zaczęli pojawiać się pierwsi osadnicy z Polski, którzy emigrowali w poszukiwaniu lepszego bytu i pracy. W tym okresie Wielką Brytanię zamieszkiwało około 2 tys. Polaków. Następny, znaczny napływ ludności z naszego kraju nastąpił w trakcie drugiej wojny światowej. Londyn stał się stolicą polskiej emigracji wojennej. Po wojnie liczba Polaków wciąż rosła osiągając poziom 94 tys.
Dnia 1 maja 2004 roku Wielka Brytania wraz ze Szwecją i Irlandią całkowicie otworzyły swój rynek pracy dla imigrantów z nowych państw Unii Europejskiej. Wielka Brytania stała się jednym z głównych kierunków emigracji Polaków. Już w 2004 roku liczba Polaków tam przebywających wyniosła 150 tys., a w 2005 roku podwoiła się i osiągnęła poziom 340 tys. Co ciekawe jeszcze przed otwarciem granic dużo osób wyjeżdżało do Wielkiej Brytanii i pracowało „na czarno”. O wyborze tego kraju decydowała w głównej mierze znajomość języka oraz wysokie zarobki. Emigrowali głównie ludzie młodzi w wieku produkcyjnym, część z nich początkowo wyjechała w celach edukacyjnych i zdecydowała się na pozostanie w tym kraju na stałe. Obecnie, jak wynika z danych GUS, na terenie Wielkiej Brytanii mieszka około 642 tys. naszych rodaków. Według nieoficjalnych danych jest ich tam nawet 1 mln.
Wynagrodzenia Polaków w Wielkiej Brytanii
Polacy najczęściej podejmują pracę w przemyśle (25%), hotelarstwie (20%) i budownictwie (8%). Znaczna część osób wykonuje również prace w edukacji i administracji (5%). Do Wielkiej Brytanii wyjeżdża też coraz więcej lekarzy. W ochronie zdrowia i pomocy społecznej pracuje około 7% emigrantów z Polski.
Minimalna stawka godzinowa w ojczyźnie Szekspira dla osób, które ukończyły 21 lat wynosi 6,50 GBP brutto na godzinę. Od października 2015 roku płaca minimalna w tej grupie wiekowej wzrośnie do 6,70 GBP na godzinę. Nieco niższa stawka jest wyznaczona dla osób od 18. do 21. roku życia – 5,13 GBP na godzinę. Najmłodszych pracowników, w wieku 16-17 lat obowiązuje płaca minimalna w wysokości 3,79 GBP na godzinę. Osobna stawka godzinowa jest wyznaczona dla praktykantów – 2,73 GBP.
Średnie wynagrodzenie Polaków, którzy pracowali w Wielkiej Brytanii w 2012 roku wyniosło 1 300 GBP, czyli około 6 711 PLN netto. Według danych Narodowego Banku Polskiego Polacy, którzy przebywali na terenie Wielkiej Brytanii krócej niż rok zarabiali przeciętnie 1 000 GBP netto miesięcznie. O 200 GBP więcej zarabiali ci, którzy przebywali na „Wyspach” od 1 do 3 lat. Najwyższe wynagrodzenia otrzymywali pracownicy z Polski, którzy zdecydowali się pozostać w Wielkiej Brytanii na stałe. Przeciętnie zarabiali 1 400 GBP netto miesięcznie, czyli około 7 228 PLN netto (po średniorocznym kursie z 2012 roku).
Wykres 1. Wynagrodzenie Polaków w Wielkiej Brytanii w zależności od długości trwania emigracji, według wyników badań z 2012 roku (netto w GBP)
Wynagrodzenia na różnych stanowiskach
Znaczna część Polaków pracuje w budownictwie (8%). W Wielkiej Brytanii w tej branży wymagane jest posiadanie karty CSCS (Construction Skills Certification Scheme), która określa specjalizację i poziom doświadczenia pracowników budowlanych oraz potwierdza znajomość przepisów BHP. To właśnie poziom doświadczenia jest kluczowym czynnikiem, który wpływa na wysokość wynagrodzenia tych osób. Oprócz tego kandydaci muszą posiadać kartę NIN (National Insurance Number), czyli kartę z numerem ubezpieczenia i numer UTR, czyli identyfikacji podatkowej. Ogłoszenia o pracę zazwyczaj zawierają widełki, kwota jest doprecyzowana podczas rozmowy z zainteresowanym, po uwzględnieniu poziomu specjalizacji i doświadczenia. Pracownicy ogólnobudowlani otrzymują od 80 do 110 GBP brutto dziennie (65-85 GBP netto dziennie).Podobnych wynagrodzeń mogą oczekiwać dekarze. Cieśla szalunkowy może zarobić nawet 11-18 GBP brutto na godzinę, przy ośmiogodzinnym dniu pracy dostaje od 88 do 144 GBP brutto. Duże rozpiętości są pomiędzy kwotami jakie może otrzymać stolarz. Zarobki w tym zawodzie w Wielkiej Brytanii wahają się od 60 do 120 GBP brutto dziennie. Podobnie jak w przypadku pracowników budowlanych. Wysokość ich wynagrodzenia w głównej mierze zależy od doświadczenia, specjalizacji i poziomu znajomości języka.
Stawki pracowników wszelkiego rodzaju fabryk zaczynają się od minimum (6,50 GBP na godzinę) osiągając nawet 10 GBP na godzinę. Wynagrodzenie pracowników produkcyjnych uzależnione jest od procesu, w którym biorą udział oraz doświadczenia. Często znaczenie ma również poziom znajomości języka. Jednak w fabrykach w Wielkiej Brytanii pracuje wielu Polaków, którzy nie znają języka angielskiego. Co więcej, nie mają problemów komunikacyjnych z przełożonymi bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zna język kraju emigracji i przekaże polecenia kadry zarządzającej. Zdarza się, że niepotrzebne jest pośrednictwo na linii pracownik – kierownik, gdyż często przełożeni polskich pracowników są również Polakami.
Wysoki odsetek Polaków pracuje w opiece nad osobami starszymi i dziećmi oraz służbie zdrowia. Praca w opiece może przybierać różne formy. Pierwsza z nich to „live-in” – oznacza zamieszkanie z podopiecznym. Tacy opiekunowie zarabiają od 60 do 80 GBP brutto dziennie. Najczęściej pracują 7 dni w tygodniu. W zależności od umowy z pracodawcą mają oni tydzień przerwy po 3 lub 4 tygodniach pracy lub 2 tygodnie wolnego po dwóch miesiącach pracy. Minusem takiej działalności jest konieczność całodobowej opieki, natomiast plusem jest to, że opiekun nie ponosi kosztów zakwaterowania mieszkając z podopiecznym. Drugim wariantem jest „live-out”, czyli praca z dojazdem do domu, pomoc w codziennych czynnościach i dotrzymywanie towarzystwa. Płace w tym systemie opieki wahają się od 7 do 9 GBP na godzinę. Podobne stawki obowiązują opiekunów osób starszych, pracujących w domach opieki. Znacznie więcej mogą zarobić pielęgniarze i pielęgniarki. Pielęgniarka ogólna zarabia od 12 do 19 GBP na godzinę, pielęgniarka chirurgiczna, operacyjna, anestezjologiczna czy z inną niszową specjalizacją, dużym doświadczeniem i bardzo dobrą znajomością języka angielskiego może zarobić nawet do 26 GBP za godzinę.
Polacy coraz częściej zajmują stanowiska administracyjne i specjalistyczne. Na tych stanowiskach ich wynagrodzenie jest równorzędne z tym, które otrzymują obywatele Wielkiej Brytanii.
Wydatki związane z życiem
Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii w 2007 roku na wydatki związane z życiem wydali 46% swojego wynagrodzenia. Wydatki te są ponoszone na wyżywienie, mieszkanie, transport, odzież, kulturę, rozrywkę, zdrowie jak i wszelkie inne towary i usługi. W 2010 roku Polacy przeznaczyli już średnio o 1 p. p. więcej. W 2012 roku na codzienne potrzeby wydali 49% swojego wynagrodzenia. Więcej wydają, Ci którzy w Wielkiej Brytanii postanowili osiąść na stałe. Często kupują domy i zaciągają kredyty, co zwiększa ich wydatki. Co więcej, nie żyją z dnia na dzień i nie starają się jak najwięcej zaoszczędzić. Polacy, którzy traktują swój wyjazd jako rozwiązanie tymczasowe chcą jak najwięcej odłożyć i przywieźć pieniądze do Polski. Znaczny odsetek tych osób już w trakcie pracy w Wielkiej Brytanii przesyła część wypłaty rodzinie, która została w ojczyźnie.
Wydatki związane z życiem za granicą, jako procent miesięcznego wynagrodzenia netto w różnych latach
Państwo socjalne
W Wielkiej Brytanii państwo oferuje szereg zasiłków takich jak: dla bezrobotnych, w związku z niskimi dochodami, na dziecko, zapomogi mieszkaniowe.
Zasiłek dla bezrobotnych „Jobseeker’s Allowance” przeznaczony jest dla osób, które są bez pracy lub pracują mniej niż 16 godzin tygodniowo. Aby dostać taki zasiłek należy być zdolnym do pracy i móc ją podjąć w każdej chwili, nie osiągnąć wieku emerytalnego i przepracować w trybie ciągłym 12 miesięcy przed utratą pracy. Wyróżnia się dwa rodzaje zasiłku:
1. zasiłek dla bezrobotnych – Contribution-based Jobseeker’s Allowance:
• osoby 16-24 lat – maksymalnie 56,80 GBP tygodniowo,
• osoby 25 lat i więcej – maksymalnie 71,70 GBP tygodniowo.
2. zasiłek w związku z niskimi dochodami – Income-based Jobseeker’s Allowance:
• osoby samotne poniżej 25 lat – maksymalnie 56,80 GBP tygodniowo,
• osoby samotne w wieku 25 lat i więcej – maksymalnie 71,70 GBP tygodniowo,
• małżeństwa lub związki partnerskie – maksymalnie 112,50 GBP tygodniowo,
• samotni rodzice (poniżej 18. roku życia) maksymalnie 56,80 GBP tygodniowo,
• samotni rodzice (powyżej 18. roku życia) maksymalnie 71,70 GBP tygodniowo.
Wysokość zasiłku może być niższa jeżeli pracuje się w niepełnym wymiarze pracy i pobiera wynagrodzenie. Do obliczenia wysokości zasiłku brana jest pod uwagę również wysokość oszczędności. Jeżeli zaoszczędzona suma przekracza 6 tys. GBP to kwota zasiłku jest pomniejszana. W przypadku gdy oszczędności przekraczają 16 tys. GBP osoba ta nie ma prawa do zasiłku.
Premier Wielkiej Brytanii David Cameron walczy o zmianę systemu zasiłków. Chce je ograniczyć dla imigrantów. Są to plany dalekosiężne, ale już od dawna słychać oburzenie Brytyjczyków, którym nie podoba się, że Polacy pobierają też zasiłki na swoje dzieci mieszkające w Polsce, co jest zgodne z prawem brytyjskim. Wystarczy mieć legalna pracę i dopełnić wszystkie formalności. Na pierwsze dziecko przysługuje 20,70 GBP tygodniowo, a na każde następne 13,70 GBP. Zasiłek przysługuje do ukończenia 16. roku życia przez dziecko lub nawet po 18. roku jeżeli dziecko pobiera naukę w pełnym wymiarze czasu.
Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI
Przez wiele tygodni uwaga inwestorów była skupiona na Grecji, ale duże problemy ma także giełda w Chinach. Załamania na chińskim rynku akcji spodziewaliśmy się od dawna. Po tym, jak inwestorzy indywidualni zaczęli na potęgę kupować akcje, pompując ich ceny do irracjonalnych poziomów, ta bańka musiała pęknąć. Korekta była intensywna, ale zakończyła się gwałtownie, gdy w sprawę zaangażowały się władze. Partia „zakazała” giełdzie spadać. Władze wprowadziły zakaz sprzedaży akcji chińskich spółek pod groźbą sankcji – włącznie z więzieniem. „Pomocne” okazało się także zawieszenie notowań wielu spółek, w efekcie czego nie można było ich sprzedać. To tymczasowo uspokoiło sytuację.
Duży udział inwestorów indywidualnych problemem chińskiej giełdy
Po ostatnich spadkach chińskie akcje są wycenione dużo bardziej racjonalnie. Jednak trzeba brać pod uwagę specyfikę tamtejszego rynku – dominujący udział inwestorów indywidualnych, który wynosi ponad 80%. To ewenement na skalę światową, bo na innych giełdach dominują inwestorzy instytucjonalni. Struktura graczy na chińskim parkiecie stwarza ryzyko dalszej gwałtownej przeceny w chwili, gdy zostaną zniesione obostrzenia dotyczące sprzedaży akcji. Trzeba pamiętać, że dla inwestorów detalicznych Państwa Środka giełda jest relatywnie nową formą inwestowania. Wobec tego nie są oni przyzwyczajeni do spadków i ich reakcje mogą być paniczne.
Porozumienie z Iranem: ceny ropy mogą dalej spadać, ale stopniowo
W kontekście globalnej gospodarki bardzo ważne jest także porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego. Jego najwyraźniejszym skutkiem jest spadek cen ropy naftowej – od kilku (europejska odmiana Brent) do kilkunastu procent (amerykańska WTI). Ceny ropy mogą w przyszłości dalej spadać. Niemniej będzie to proces rozłożony w czasie, jako że będzie zależał z jednej strony od tempa inwestycji w irańskim sektorze wydobywczym, a z drugiej – od terminów znoszenia kolejnych sankcji w miarę spełniania przez Iran kolejnych punktów porozumienia. W perspektywie co najmniej kilku miesięcy nie należy się więc spodziewać masowego napływu irańskiej ropy na światowe rynki.
Ceny ropy a poszukiwanie zysków w Rosji
Mówi się, że potencjał wydobywczy Iranu może doprowadzić do zmiany sytuacji na rynku ropy naftowej, zagrażając największym potentatom. Potencjalnie byłby to problem dla Rosji, której gospodarka i giełda są mocno uzależnione od cen tego surowca. Warto jednak zwrócić uwagę, że pomimo spadków cen ropy rosyjska giełda nie zachowuje się wcale tak źle, jak można by tego oczekiwać. Ponadto rubel – patrząc przez pryzmat jego zachowania w ostatnich miesiącach – jest całkiem stabilny. To bardzo istotne, ponieważ działając na rosyjskim rynku akcji (jak na każdym innym rynku wschodzącym), inwestujemy zarówno w tamtejsze spółki, jak i w walutę, której nie sposób zahedge’ować. Pomimo że dla większości rynków wschodzących najprawdopodobniej nadchodzą ciężkie czasy, w poszukiwaniu wartości dobrze zwrócić uwagę na Rosję. Ceny ropy naftowej znalazły się najprawdopodobniej blisko minimów (prognozy sugerują, że z perspektywy całego kwartału nie powinny już spadać), giełda rosyjska jest już wyceniana z dużym dyskontem do własnej historii, a w III kwartale powinniśmy osiągnąć dołek koniunktury. Analitycy coraz pozytywniej patrzą na perspektywy zysków tamtejszych spółek, rewidując swoje prognozy w górę. Pamiętajmy jednak, że Rosja to kraj o bardzo wysokim ryzyku (także politycznym). Rozważając ewentualną inwestycję, powinniśmy się przygotować na to, że droga może się okazać dość wyboista. Zatem udział tego rynku w naszym portfelu powinien być niewielki.