Blisko dwie trzecie Polaków stresuje się przed pierwszym dniem tygodnia w pracy. Syndrom poniedziałku objawia się spadkiem formy psychicznej oraz brakiem energii, a daje o sobie znać w niedzielę. Poniedziałek wcale nie musi jednak oznaczać trudnego początku – przekonuje ekspert portalu Monsterpolska.pl. Wszystko zależy od pozytywnego nastawienia i właściwego zagospodarowania weekendu.
– Według naszych badań 65 proc. użytkowników cierpi na syndrom poniedziałku, czyli spadek formy mentalnej i energetycznej przed pierwszym dnie w pracy. Tylko 22 proc. z nas twierdzi, że nie ma takiego problemu. Wielu z nas syndrom poniedziałku, czyli tzw. sunday night blues, odczuwa w niedzielę wieczorem i myśli o pracy ustawicznie, co powoduje stres i zdenerwowanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Majewska, dyrektor marketingu Monsterpolska.pl.
Z syndromem poniedziałku można walczyć. Po pierwsze, weekend powinien być okazją do tego, żeby się psychicznie zresetować. Trzeba odpocząć, wyspać się i poświęcić czas na przyjemności. Robienie w tym czasie planów zawodowych na cały nadchodzący tydzień czy analizowanie konfliktów interpersonalnych będzie powodem jeszcze większej niechęci i obawy przed pierwszym dniem tygodnia.
– Trzeba nauczyć się odpoczywać w sposób efektywny – w piątek wyłączamy telefon, nie rozmawiamy o sprawach służbowych z naszymi znajomymi, a w weekend skupiamy się wyłącznie na rzeczach, które lubimy robić – tłumaczy Małgorzata Majewska.
Potrzebne jest także odpowiednie nastawienie. Nie powinno się z góry zakładać, że poniedziałek będzie trudny. Psychologowie radzą, by traktować ten dzień, jak każdy inny, bez uprzedzeń, bo to one przede wszystkim powodują obawy, stres i nerwy.
– Dobrym sposobem na walkę z syndromem poniedziałku jest pozytywne myślenie. Im bardziej pozytywnie jesteśmy nastawieni do samego dnia i spojrzymy na pracę z punktu widzenia tylko korzyści czy zalet, jakie ona posiada, tym chętniej pójdziemy do pracy w poniedziałek – mówi Małgorzata Majewska.
Przed weekendem nie powinno się też odkładać realizacji ważnych zadań właśnie na poniedziałek. Lepiej wykonać to w piątek lub zaplanować na środek tygodnia.
– Jeżeli nie umiemy sobie poradzić z syndromem poniedziałku, to część zadań, tych niepriorytetowych, możemy przełożyć sobie na kolejny dzień. Dzięki temu w poniedziałek jesteśmy trochę bardziej wyluzowani i trochę inaczej ten nasz dzień będzie wyglądał – radzi Małgorzata Majewska.
Najbliższe miesiące dzięki wejściu w życie ustawy o OZE mogą okazać się przełomowe dla rynku odnawialnych źródeł energii. Chociaż zapowiedź kolejnej nowelizacji ustawy może trochę hamować optymizm firm z branży. Dziś zainstalowana moc OZE w Polsce przekracza 6 GW. Większość pochodzi z elektrowni wiatrowych, jednak biorąc pod uwagę warunki klimatyczno-gruntowe i ekonomicznie korzystniejsze mogą być biogazownie – przekonuje Ryszard Rabiega z Bio Power.
4 maja weszła w życie ustawa o OZE, już teraz trwają jednak prace nad jej nowelizacją. Projekt ma zostać przesłany do Sejmu jeszcze przed wakacjami. Zdaniem eksperta może to wprowadzić niepokój na rynku i zahamować rozwój zielonej energii.
– Na ustawę czekaliśmy 4 lata, a to doprowadziło do pewnej stagnacji. Potencjalni inwestorzy czekali do momentu, aż się pojawiła. Dopiero co weszła w życie, a już się mówi o jej nowelizacji, czyli znów wchodzimy w obszar niepewności – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ryszard Rabiega, prezes Bio Power.
Rynek odnawialnych źródeł energii w Polsce, choć systematycznie się rozwija, to jest niewielki. Dane Urzędu Regulacji Energetyki wskazują, że na koniec marca tego roku moc zainstalowanych OZE nieznacznie przekroczyła 6 GW. Stabilność prawna powinna wpłynąć na znacznie większą dynamikę.
– Zobaczymy, czy w związku z tym odnawialna energetyka będzie się rozwijała na takim poziomie jak u naszych sąsiadów – mówi Rabiega.
W Niemczech od 2000 roku, czyli od momentu wejścia w życie ustawy o wsparciu OZE, do 2012 roku zainstalowana moc wszystkich źródeł zielonej energii wzrosła siedmiokrotnie z 10,8 GW do ponad 76 GW – wynika z danych przytaczanych w raporcie Ośrodka Studiów Wschodnich.
Zdaniem prezesa Bio Power istotne jest to, by przekonać cały sektor energetyki do odnawialnych źródeł energii. Jak podkreśla, wielu przedsiębiorców jest do nich sceptycznie nastawionych, ponieważ energetyka odnawialna kojarzy im się głównie z energią wiatrową i słoneczną, a to budzi wątpliwości, czy polskie warunki klimatyczne są do tego odpowiednie.
– Nasza energetyka oparta jest głównie na węglu, a jednostki wytwórcze oparte o to paliwo mają ograniczone możliwości regulacji. Nie są w stanie działać bezzwłocznie i dostosować produkcji energii do pogody, bo powoduje to perturbacje w prowadzeniu systemu. Dlatego nie dziwię się, że są pewne opory ze strony ludzi znających się na elektroenergetyce, żeby współpracować z takimi właśnie rodzajami źródeł w tej chwili – mówi Ryszard Rabiega. – Biorąc pod uwagę wszelkie za i przeciw, najbardziej efektywnym i profesjonalnym źródłem energii elektrycznej i ciepła są biogazownie.
W Polsce zdecydowana większość odnawialnej energii pochodzi wciąż z elektrowni wiatrowych (3,9 GW z łącznie 6,1 GW). Elektrownie na biogaz odpowiadają zaledwie za 190 MW, w porównaniu do 2011 roku to wzrost o 87 MW, jednak to wciąż niewiele. W Niemczech biomasa ma największy udział w produkcji energii końcowej brutto z OZE (67 proc.) Wykorzystuje się ją do produkcji biopaliw oraz ponad 90 proc. ciepła z odnawialnych źródeł. W produkcji energii elektrycznej biomasa zajmuje drugie miejsce spośród odnawialnych źródeł energii – wynika z raportu OSW.
Jak jednak podkreślają eksperci, nowe prawo nie sprzyja rozwojowi sieci biogazowni w kraju, trudno więc liczyć na inwestycyjny boom w tym segmencie.
Firma Bio Power przy współudziale partnerów zamierza budować na Zamojszczyźnie sieć biogazowni, tworząc tam spółdzielnię energetyczną. Celem inwestycji jest budowa kompleksu 12 elektrowni biogazowych połączonych autonomiczną siecią. Podzielona jest na kilka etapów, w których wybudowane zostaną węzły trzech jednostek wytwórczych na terenie jednej gminy. Prąd wytworzony z tych źródeł ma zasilać budynki użyteczności publicznej, oświetlenie uliczne i większość gospodarstw domowych.
Jedyną formą nauki języka obcego dla większości polskich uczniów są obowiązkowe zajęcia w szkole. Tylko 25 proc. rodziców posyła dzieci na dodatkowe lekcje. Zdaniem ekspertów uczniowie ci osiągają znacznie lepsze wyniki na egzaminach językowych.
Z Europejskiego Badania Kompetencji Językowej wynika, że co czwarty polski gimnazjalista nie opanował żadnego języka obcego nawet na poziomie podstawowym. Zdaniem ekspertów winę za taką sytuację ponosi system nauczania języków obcych w polskich szkołach, czyli źle opracowany program i zbyt duże grupy. Uczniowie, którzy uczą się języka obcego tylko na lekcjach szkolnych, osiągają znacznie słabsze wyniki na egzaminach. Badania TNS Polska, przeprowadzone na zlecenie PASE, pokazują, że aż 75 proc. rodziców nie inwestuje w dodatkową naukę języka obcego swoich dzieci. Pozostałe 25 proc. zapewnia dzieciom wsparcie ze strony korepetytorów, nauczycieli ze szkół językowych bądź samodzielnie uczy swoje pociechy.
– Z naszego badania wynika, że najliczniejsza grupa uczniów uczy się dodatkowo języka na korepetycjach. Ta strefa jest zupełnie poza jakąkolwiek kontrolą, bo nigdy nie wiadomo, jak wyglądają takie korepetycje. 27 proc. uczy się w szkołach językowych, a 26 proc. rodziców deklaruje, że pomaga dzieciom w nauce języka obcego. Bardzo nieliczny procent wysyła je na obozy językowe i wyjazdy zagraniczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Członkowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia na rzecz Jakości w Nauczaniu Języków Obcych PASE.
Decydując się na zapewnienie dziecku korepetycji, 39 proc. rodziców wybiera lekcje u osób niebędących nauczycielami języków obcych, np. studentów. Zdaniem ekspertów jest to niepokojące zjawisko, ponieważ większość tego typu korepetytorów nie ma wystarczających kwalifikacji, by z powodzeniem nauczać języka obcego. Nawet bardzo dobra znajomość języka nie musi być równoważna z umiejętnościami przekazywania tej wiedzy innym. Badania PASE pokazały też, że rodzice nie mają zaufania do systemu edukacyjnego w Polsce, ufają natomiast nauczycielom.
– Przeprowadziliśmy badanie na temat tego, kto udziela korepetycji, i wyszło, że prawie 50 proc. stanowią nauczyciele szkół państwowych. Uczeń chodzi do szkoły państwowej, gdzie nie zbyt efektywnie uczy się języka, a po południu ma dodatkowe lekcje z nauczycielem z tej samej szkoły lub sąsiedniej i uczy się tego języka efektywniej i skuteczniej. Nauczyciele mogą uczyć skutecznie, tylko muszą mieć do tego dobre warunki, czyli właśnie np. zindywidualizowaną pracę z uczniem – mówi Jacek Członkowski.
Za trzy lata egzaminy gimnazjalne z języków obcych będą brane pod uwagę przy rekrutacji do szkół ponadgimnazjalnych. Eksperci z PASE obawiają się, że znacznie zmniejsza to szanse uczniów, których rodziców nie stać na korepetycje, na dostanie się do dobrej szkoły.
Żadna ze skontrolowanych przez NIK szkół na terenie województwa lubuskiego nie zorganizowała uczniom zajęć z zachowaniem wszystkich reguł higieny pracy umysłowej. Powszechne było nierównomierne obciążanie uczniów trudnymi przedmiotami: łączenie ich w kilkugodzinne bloki, albo planowanie tych zajęć na ostatnich godzinach lekcyjnych. NIK zwraca też uwagę, że pięciominutowe przerwy są zbyt krótkie, przepełnione sale – niekomfortowe, a płatne szafki uczniowskie – nieetyczne. Ponieważ trudno wprost ująć w ramy prawne zagadnienia związane z BHP, NIK zachęca kuratoria i samorządy do wypracowania „katalogu dobrych praktyk” dla dyrektorów szkół.
Żadna ze skontrolowanych szkół nie zorganizowała uczniom zajęć z pełnym uwzględnieniem zasad higieny pracy umysłowej. Wszystkie podejmowane działania okazały się w mniejszym lub większym stopniu niewystarczające.
Najpoważniejsze zastrzeżenia NIK dotyczyły sposobu układania planu lekcji i rozkładu przerw między zajęciami. Kontrola wykazała, że w dziewięciu szkołach (spośród dziesięciu skontrolowanych) przedmioty wymagające zwiększonej koncentracji umieszczano w planie lekcji na ostatnich godzinach (w szkołach podstawowych: matematyka i przyroda, w gimnazjach i liceach: matematyka, fizyka i chemia). W siedmiu łączono takie szczególnie wymagające przedmioty w kilkugodzinne bloki bądź nierównomiernie obciążano zajęciami uczniów w poszczególne dni tygodnia. Taka praktyka, naruszająca zasady higieny pracy umysłowej, występowała na wszystkich poziomach edukacyjnych.
Powszechna praktyką (w siedmiu szkołach) było także planowanie wielu zaledwie pięciominutowych przerw międzylekcyjnych. NIK zwraca uwagę, że tak krótki odpoczynek nie daje uczniom szans na odpowiednią regenerację sił i uzyskanie optymalnego skupienia przed kolejnymi zajęciami. W opinii NIK szczególnie naganne jest planowanie tak krótkich przerw bezpośrednio przed i po lekcjach wychowania fizycznego (w czterech szkołach), ponieważ uniemożliwia to uczniom zachowanie higieny osobistej i może powodować niechęć do udziału w tego rodzaju zajęciach.
Szkoły mają problemy z zapewnieniem uczniom komfortowej przestrzeni. We wszystkich budynkach objętych kontrolą część zajęć dydaktycznych odbywała się w pomieszczeniach, w których na jednego ucznia przypadała powierzchnia mniejsza niż 2 m², a w skrajnych przypadkach – nawet poniżej 1 m². Obowiązujące przepisy nie regulują co prawda maksymalnej liczebności klas (z wyjątkiem klas I-III szkół podstawowych), ani minimalnej powierzchni przypadającej na jednego ucznia, NIK podkreśla jednak, że nie można uznać tego stanu za właściwy, gdyż nadmierne zagęszczenie klas nie sprzyja efektywnej pracy umysłowej.
Tylko połowa szkół objętych kontrolą (pięć) wywiązała się z ustawowego obowiązku zapewnienia wszystkim uczniom możliwości pozostawienia w szkole podręczników i przyborów szkolnych. Pozostałe szkoły stworzyły taką możliwość tylko dla części uczniów, w tym cztery – za opłatą. Pobieranie przez publiczne szkoły opłat za tzw. „szafki uczniowskie”, bez jednoczesnego stworzenia równoważnych bezpłatnych rozwiązań (w jednej ze szkół proponowano zostawianie rzeczy w szatni, której wyposażenie stanowiły jedynie haki i ławki), jest w opinii NIK praktyką niedopuszczalną i może prowadzić do pogłębienia wśród uczniów nierówności z przyczyn ekonomicznych. Brak możliwości pozostawienia w szkole podręczników i przyborów szkolnych naraża uczniów na różne dysfunkcje, związane z przeciążeniem szkolnych tornistrów.
Wyniki kontroli NIK potwierdziły po raz kolejny zasadność wprowadzenia na terenie szkół ustawowego zakazu sprzedaży tzw. „niezdrowej żywności”, który wejdzie w życie we wrześniu br. W dziewięciu na 10 skontrolowanych szkołach dostępne były bowiem produkty spożywcze uznane za niezdrowe (np. słodycze, chipsy, słodkie napoje gazowane), a dyrektorzy w żaden sposób nie ograniczali dostępu uczniów do takich produktów (np. poprzez ustalanie i egzekwowanie stosownych postanowień w umowach z prowadzącymi sklepiki).
Nie wszystkie skontrolowane szkoły zapewniały uczniom prawidłową pomoc przedlekarską: zdarzało się, że w części pomieszczeń nie było apteczek, bądź ich wyposażenie było niekompletne albo przeterminowane (w jednostkowym wypadku nawet o 13 lat). W dziewięciu na 10 skontrolowanych szkół wystąpiły nieprawidłowości związane z odpowiednim postępowaniem podczas wypadku z udziałem uczniów: dotyczyły one głównie nieinformowania o wypadkach właściwych osób i organów, a także sporządzania niekompletnej dokumentacji powypadkowej. W jednej ze szkół poszkodowani uczniowie nie zostali otoczeni właściwą opieką – nie udzielono im pierwszej pomocy, nie sprowadzono fachowej pomocy medycznej, a pracownicy szkoły nie zawiadomili rodziców (opiekunów) o zdarzeniu.
Kontrola wykazała także pozytywne aspekty działalności szkół. Wszystkie skontrolowane szkoły podstawowe stworzyły właściwe warunki do edukacji i opieki nad najmłodszymi uczniami (klas I-III). NIK zwraca jednak uwagę, że tylko w jednej skontrolowanej szkole podstawowej przydziału uczniów do klasy pierwszej dokonywano z pełnym poszanowaniem ustawowej zasady uwzględniającej rok i miesiąc urodzenia dziecka. W starszych klasach we wszystkich szkołach podział uczniów na grupy językowe odbywał się zgodnie z przepisami, czyli po weryfikacji stopnia znajomości języków obcych, a większość szkół (siedem) zapewniła uczniom na zajęciach z informatyki dostęp do indywidualnego komputera.
Do realnej poprawy bezpieczeństwa i higieny pracy uczniów niezbędna jest także, obok właściwej organizacji pracy i stałego nadzoru pedagogicznego, dbałość o odpowiedni stan techniczny budynków. Wymaga to jednak zapewnienia przez samorządy odpowiedniego poziomu finansowania. Tymczasem w niektórych przypadkach środki przyznane szkołom na niezbędne remonty były dziesięciokrotnie mniejsze niż planowane. NIK zwraca uwagę, że obecny stan techniczno-sanitarny większości szkół jest następstwem wieloletnich zaniedbań finansowania placówek oświatowych przez samorządy. Tam, gdzie część stwierdzonych nieprawidłowości wynikała z niewłaściwego zarządzania szkołami -zostały w wyniku kontroli NIK wyeliminowane. Jako przykład warto wskazać, iż w wyniku kontroli NIK, podjęto m.in. rozbudowę szkoły podstawowej w Iłowej. Burmistrz Iłowej poinformował, iż gmina jest na etapie wyboru wykonawcy dokumentacji technicznej.
Ponieważ trudno byłoby w ramach prawnych ująć wprost cały katalog zasad higieny pracy umysłowej uczniów, NIK zachęca organy sprawujące nadzór nad szkołami do wypracowania we współpracy z organami prowadzącymi katalogu „dobrych praktyk”. Zdaniem NIK byłaby to cenna pomoc dla dyrektorów.
Zielonogórska delegatura NIK przeprowadziła kontrolę w dziesięciu lubuskich szkołach oraz w Kuratorium Oświaty w Gorzowie Wielkopolskim. Kontrola objęła okres od 1 września 2012 r. do 31 grudnia 2014 r. Kontrolerzy przeanalizowali również wyniki kontroli przeprowadzonych przez Kuratorium Oświaty w Gorzowie Wlkp., m. in. dotyczących: przygotowania 278 szkół podstawowych do przyjęcia sześciolatków oraz organizacji pracy uczniów pod kątem zachowania higieny pracy umysłowej (i/lub warunków pobytu uczniów w szkole – 95 szkół oraz organizacji pracy uczniów – 44 szkoły).
Kobiety powracające na rynek pracy po urlopie macierzyńskim mają większe trudności ze znalezieniem pracy, niż pozostali kandydaci – tak twierdzi blisko 70% Polaków w najnowszym badaniu przeprowadzonym na zlecenie Work Service. Równocześnie 3/4 badanych jest zdania, że pracujące matki są równie dobrymi pracownikami, jak pozostali zatrudnieni. Co istotne, coraz częstsze korzystanie z urlopów tacierzyńskich, może pozytywnie wpłynąć na większe szanse powodzenia pracujących matek na rynku pracy.
W opinii 2/3 badanych matki powracające z urlopu macierzyńskiego mają większe trudności ze znalezieniem zatrudnienia, niż pozostali kandydaci. Tylko 18% ocenia, że matki mają podobne bariery jak inni kandydaci, a blisko 7% uznało, że kobiety posiadające dzieci mają mniejsze trudności ze znalezieniem pracy niż pozostali. Wyzwania związane z powrotem na rynek pracy matek rzadziej dostrzegały osoby o najwyższych dochodach, średnim i wyższym wykształceniu oraz mieszkańcy miast średniej wielkości. Co ważne, opinie kobiet i mężczyzn na temat były bardzo zbieżne.
Ocena sytuacji kobiet wracających na rynek pracy po urlopie macierzyńskim
– Od 2013 roku na polskim rynku obowiązują już roczne urlopy macierzyńskie. Ich wydłużenie spowodowało, że młode matki mogą dłużej opiekować się swoimi nowonarodzonymi dziećmi, a pracodawcy w bardziej wydajny sposób mogą wyszukiwać osób na ich zastępstwo. Dlatego należy odbierać tę zmianę jako pozytywną dla obu stron – podkreśla Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service S.A. – Mimo to, dłuższa przerwa w pracy z tytułu urlopu macierzyńskiego rzutuje na większe trudności w znalezieniu zatrudnienia. W większości przypadków niechęć do zatrudniania matek wynika ze stereotypowego postrzegania kobiet i przekonania, że matka nie będzie tak efektywnym pracownikiem, jak pozostali kandydaci. To błędne myślenie. Doświadczenia pracodawców pokazują, że pracujące matki są dobrze zorganizowane i ambitne, co przekłada się na bardzo dobre wyniki pracy – dodaje Krzysztof Inglot.
Podobnie również wskazują wyniki przeprowadzonego badania – zdecydowana większość (74%) ocenia pracujące matki na równi z pozostałymi pracownikami, a 15% uważa je nawet za pracowników lepszych. Tylko 2,4% ankietowanych uznało, że matki są gorszymi pracownikami niż pozostali zatrudnieni.
Ojcowie przejmą opiekę?
Największym wsparciem dla pracujących matek jest większa pomoc ojców w opiece nad dziećmi. Wówczas powrót do pracy po urlopie macierzyńskim, a następnie łączenie kariery z wychowaniem dzieci nie jest wyzwaniem niemożliwym do zrealizowania. Chociaż udział ojców w opiekowaniu się dziećmi jest dostrzegany przez Polaków, jest on wciąż niewystarczający. Z badania Work Service wynika, że niemal 60% osób zetknęło się w swojej pracy z co najmniej jednym przypadkiem skorzystania przez ojca z jakiejś formy urlopu związanego z urodzeniem dziecka. Częściej były to 1-2 dniowe urlopy okolicznościowe (45,5%), a nieco rzadziej 1-2 tygodniowe nieobecności (39,2%). Tylko w 1/4 obserwowanych przypadków mężczyźni nie korzystali z obu urlopów. Z wykorzystaniem urlopów tacierzyńskich częściej miały do czynienia osoby z dużych miast, otrzymujące wysokie dochody, czy osoby ze średnim i wyższym wykształceniem.
Wykorzystanie urlopów ojcowskich przez mężczyzn
– Choć sytuacja kobiet stopniowo się poprawia i możemy obserwować coraz większy udział mężczyzn w wypełnianiu obowiązków domowych i wychowaniu potomstwa, to ciągle jeszcze wielu pracodawców postrzega kobiety przez pryzmat ograniczeń związanych z realnym lub potencjalnym posiadaniem dzieci. To wciąż kobiety częściej są rodzicem, który bierze urlop lub zwolnienie w przypadku choroby dziecka, czy innej nagłej sytuacji – mówi Ewa Misiak, Prezes firmy opiekuńczej People Care z grupy Work Service oraz Doradca ds. Prorodzinnych w zespole prezydenta Bronisława Komorowskiego. – Aby zrobić kolejny krok w poprawie sytuacji kobiet, a szczególnie matek, na rynku pracy, potrzebne jest dostarczenie pracodawcom narzędzi i rozwiązań, które uświadomią, że pracownica, która ma dziecko nie musi generować problemów. Takie rozwiązania od lat sprawdzają się za granicą, a dzięki People Care dostępne są już także na polskim rynku. Są to specjalne programy dla przedsiębiorstw jak np. pakiety opieki nad dziećmi, które pracodawca może podarować pracownikom w formie benefitu, czy też pakiety medyczne, zapewniające domową opiekę pielęgniarską nad dzieckiem w sytuacji nagłego zachorowania. To także możliwość tworzenia przedszkoli przyzakładowych, czy klubów malucha. Takie rozwiązania eliminują realne problemy i w znacznym stopniu ułatwiają łączenie pracy z opieką nad dziećmi. Są one dziś bardzo potrzebne zarówno pracującym mamom jak i przedsiębiorstwom, które chcą działać zgodnie z ideą work-life balance – dodaje Ewa Misiak.
*Badanie zostało przeprowadzone przez Instytut Millward Brown w terminie 15-18.05.2015 na próbie N=528 osób pracujących, przebywających na urlopach macierzyńskich i wychowawczych oraz bezrobotnych. Próbę dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000
Kredytobiorcą jest Wielton S.A., największy polski i jeden z wiodących europejskich producentów naczep i przyczep. Celem kredytu jest finansowanie przejęcia 100% akcji spółki Fruehauf Expansion SAS. W pierwszym etapie nastąpiło przejęcie większościowego pakietu 65,31% akcji firmy Fruehauf od akcjonariusza finansowego MBO Capital 2 FCPR i kilku akcjonariuszy mniejszościowych. Umowa przewiduje opcję zakupu pozostałych akcji po 2017 roku od podmiotu będącego pod kontrolą inwestora prywatnego.
Andrzej Szczepek, Prezes Zarządu Wielton S.A.
– Strategiczne partnerstwo firmy Fruehauf i Wieltonu zapoczątkowuje zmiany na europejskim rynku naczep. Fruehauf to lider rynku francuskiego, zaś Wielton to największy polski producent tych wyrobów. Dwa nowoczesne zakłady produkcyjne, połączone zespoły inżynierów i techników, siła zakupowa nowej grupy i pozycja branżowa tworzą ogromny potencjał rynkowy, wykonawczy i innowacyjny, który pozwoli zwiększyć przewagę konkurencyjną i uplasować nas w pierwszej trójce największych graczy na rynku europejskim – powiedział Andrzej Szczepek, prezes Zarządu Wielton S.A.
Kredytu w wysokości 15,55 mln EUR po połowie udzieliły Bank BGŻ BNP Paribas (agent i organizator) oraz Bank Gospodarstwa Krajowego (organizator). Termin spłaty kredytu wynosi 7 lat.
– Finansowanie dostarczone przez BGK potwierdza naszą determinację i potencjał, by zwiększać możliwości ekspansji polskich firm za granicą – powiedział Jacek Szugajew, wiceprezes Zarządu BGK. – Rozszerzamy właśnie ofertę – poza finansowaniem dłużnym będziemy mogli uczestniczyć w transakcjach jako współinwestor za pośrednictwem naszego Funduszu Ekspansji Zagranicznej. Jako państwowy bank rozwoju pomożemy naszym klientom zwiększyć ich wiarygodność przy akwizycjach zagranicznych – dodał wiceprezes Szugajew.
– Poprzez dzisiejszą akwizycję, grupa Wielton stanie się kluczowym graczem na rynku europejskim. Jako Bank BGŻ BNP Paribas, znamy specyfikę zarówno polskiego, jak i francuskiego rynku i jesteśmy bardzo dumni z tego, że sfinansowaliśmy tę transakcję. Wierzymy, że to dopiero początek ekspansji polskich firm wspieranych przez nasz bank – powiedział Laurent Denizou, dyrektor Pionu Finansowania Specjalistycznego w Banku BGŻ BNP Paribas.
„Rok obrotowy 2014 był szczególnie korzystny dla MakoLab S.A. 28% wzrostu i podwyższenie działalności eksportowej do poziomu 70% całkowitej sprzedaży to kluczowe liczby, obrazujące dynamiczny rozwój spółki w tym okresie. Powiększenie sprzedaży całkowitej w I kwartale 2015 r. o aż 44% w porównaniu do analogicznego okresu w ubiegłym roku potwierdza nasz stabilny kurs rozwojowy” – komentuje najnowsze wyniki spółki Wojciech Zieliński, Prezes Zarządu MakoLab S.A., firmy notowanej na rynku NewConnect będącej dostawcą usług IT i rozwiązań webowych dla biznesu, m.in. Renault Nissan, mBanku i PZU Litwa.
Wojciech Zieliński, Prezes Zarządu MakoLab S.A.
MakoLab S.A. od ponad dwóch dekad prowadzi działalność jako jedna z najbardziej dynamicznych firm IT na polskim rynku, oferujących szeroki wachlarz usług internetowych, webowych i mobilnych. Zajmujemy pozycję pioniera oprogramowania w zaawansowanych technologiach webowych w Polsce, wprowadzając na rodzimy rynek m.in. nowatorskie rozwiązania z zakresu pozycjonowania danych w wyszukiwarkach internetowych. Konsekwentny rozwój Spółki na wielu polach przyniósł w roku obrotowym 2014 wymierne efekty.
Dynamiczny wzrost i międzynarodowy rozwój
Sprzedaż, w porównaniu z rokiem poprzednim, wzrosła o 28%. Zdecydowanie podnieśliśmy także wskaźniki rentowności po nieco słabszym 2013 roku, w którym na zysk netto wpływ miały zjawiska jednorazowe. W stosunku do 2012 i 2011 roku zyskowność sprzedaży MakoLab niemal podwoiła się. Ta sytuacja potwierdza, że stworzyliśmy stabilne podstawy do rozwoju w kolejnych latach. Mocnym potwierdzeniem tych prognoz są wyniki MakoLab w I kwartale 2015 r., w którym osiągnęliśmy 44% wzrostu sprzedaży w porównaniu do analogicznego okresu w ubiegłym roku.
Co ważne, stale umacniamy także pozycję na rynkach zagranicznych. Na dzisiaj eksport odpowiada za 70% całkowitej sprzedaży spółki, przy czym znaczny postęp w tym zakresie odnotowaliśmy w minionych 12 miesiącach. W ujęciu rok do roku, sprzedaż eksportowa MakoLab wzrosła o 33%.
Istotną rolę w naszym rozwoju odgrywają akcjonariusze. W 2014 r. przyjęliśmy politykę dywidendową na najbliższe dwa lata, która zakłada dzielenie się z nimi zyskiem. Biorąc pod uwagę stabilną sytuację finansową Spółki oraz oczekiwane wyniki, Zarząd zobowiązał się rekomendować Walnemu Zgromadzeniu Akcjonariuszy wypłatę dywidendy od 1/3 do całego zysku netto.
Nowe rozwiązania i kluczowe partnerstwa
Warunkiem rozwoju biznesu MakoLab jest także działalność rozwojowa, w której odnosimy znaczące sukcesy. W 2014 r. przy współpracy z Hepp Research GmbH kontynuowaliśmy prace nad technologiami semantycznymi, umożliwiającymi firmom i użytkownikom łatwiejszą, skuteczniejszą i bardziej precyzyjną wymianę informacji za pośrednictwem wyszukiwarek internetowych. Opracowanie metod analizujących duże, rozproszone zbiory danych pozwoliło nam na podpisanie prestiżowej umowy z Microsoft obejmującej rozwój i promocję aplikacji dla branży finansowej. Ponadto, spółka Chemical Semantics z USA w której mamy 48% udziałów, pozyskała grant rządu Stanów Zjednoczonych w wysokości ponad 1 mln USD na wykonanie aplikacji służącej publikacji danych naukowych.
Działamy w perspektywicznej branży, która stale rośnie. Po mającej miejsce w tej chwili rewolucji związanej z masowym używaniem urządzeń mobilnych, na horyzoncie pojawia się kolejna – „Internet rzeczy” (Internet of Things). Podaż specjalistów nie nadąża za popytem na coraz to nowe rozwiązania IT. Jako ważne wyzwanie, podobnie jak większość spółek z branży IT, postrzegamy więc rosnącą konkurencję o najlepszych informatyków. Biorąc pod uwagę stabilny wzrost biznesu MakoLab S.A., mamy przekonanie, że najbliższe kwartały przyniosą kolejne pozytywne sygnały dotyczące rozwoju spółki.
Najbardziej popularnym miejscem na urlop od początku 2015 roku okazały się zaskakująco polskie góry: Tatry i Karkonosze, gdzie prawdziwym bestsellerem okazało się Zakopane i okolice Rabki Zdrój. Obserwujemy tu widoczny powrót do trendu z 2013 roku, gdzie prym wiodły te same destynacje. Dla porównania 2014 roku Polacy najchętniej urlop spędzali nad polskim morzem, a dokładnie w Mielnie i Władysławowie.
Najpierw morze, potem góry
Aż 30% wszystkich wczasowiczów wybrało się w południowe regiony kraju. Bezsprzecznie w 2015 roku Polacy upodobali sobie na wypoczynek okolice Tatr. Zimowa stolica Polski – Zakopane, cieszyła się największym powodzeniem. Na drugim miejscu, w spragnieni wypoczynku krajanie wybierali okolice Rabki Zdrój. Region Tatr odwiedziło 14% wszystkich badanych. Dla porównania Karkonosze zwiedziło 9%. W 2013 roku ponad 30% Polaków odwiedziło polskie góry, korzystając z ofert Groupon Travel, przy czym najpopularniejszym kierunkiem była Białka Tatrzańska (15% podróżujących). Kolejne miejsce w 2013 roku ponownie zajęły Karkonosze (ponad 11%). Natomiast, w 2014 roku w wyborze kierunku królowało polskie wybrzeże (20% turystów). Prawdziwym hitem była miejscowość Mielno, położona między Bałtykiem, a jeziorem Jamno, znana nie tylko z szalonych imprez, ale również ze średniowiecznego kościoła i…pomnika morsa – amatora zimnej kąpieli, autorstwa znanego, poznańskiego artysty – Roberta Sobocińskiego. Zaraz za Mielnem uplasowało się Władysławowo i Gdańsk – w ten region kraju w 2014 roku wybrało się aż 35% wszystkich amatorów spacerów po naszych pięknych plażach. Obecnie widoczny jest powrót do trendu z przed dwóch lat. Groupon ujawnia, ze Polacy ponownie najchętniej wyjeżdżają w tereny południowej Polski – tereny polskiej części Tatr. Kolejnym najchętniej odwiedzanym miejscem w kraju są tereny Dolnego Śląska.
Plażowanie nie wychodzi z mody
Polacy poza spacerami po górskich szlakach, i gorączce białego szaleństwa, nie zapominają o polskim pięknym wybrzeżu, ten kierunek obrało 25% badanych. W 2015 roku, w rejonach północnej Polski największym powodzeniem cieszą się okolice Kołobrzegu, w ten region wybrało się aż 28% wszystkich nadmorskich wczasowiczów. Region słynie z doskonałych ośrodków wypoczynkowych, których główną specjalnością są wszelkiego rodzaju zabiegi SPA i wellness. Warto dodać, że ośrodki SPA od kilku lat stają się w Polsce coraz bardziej popularne. Obecnie stanowią aż 30% wszystkich ofert Groupon Travel. Zróżnicowana i z każdym rokiem rozbudowywana oferta, jaką proponują sprawia, że nie jest to już atrakcja jedynie dla wybranych, ale także dla szerokiej części społeczeństwa.
Dla każdego coś ciekawego
W każdej części Polski, o każdej porze roku znajdziemy wyjątkowe atrakcje urozmaicające nasz wyjazd. Wybierając się do ośrodka w Niechorzu, możemy wypożyczyć kijki do nordic walkingu i pospacerować wzdłuż wybrzeża. Czeka tam na nas niezwykła atrakcja – zbudowana ponad 130 lat temu latarnia morska. Nieopodal, w Trzesączu znajdują się ruiny gotyckiego kościoła porywanego przez morze. Nie wspominając już o niezwykłej platformie widokowej w Rewalu. W innym ośrodku – w Sobieniach Królewskich na turystów czekają takie atrakcje, jak pole golfowe, jazda konna czy kurs latania samolotem. Natomiast wybierając się zimą do SPA w Szklarskiej Porębie, oprócz zabiegów czekają na nas stoki narciarskie i trasy do narciarstwa biegowego. Z kolei latem jest to idealne miejsce do odbywania górskich wycieczek i odwiedzania pobliskich wodospadów. Poprzez wyjazd do SPA mamy nie tylko okazję poddania się relaksacyjnym zabiegom, ale także jest to okazja do złapania oddechu i poznania ciekawych miejsc, jakie proponują nam regiony Polski. Dlatego warto choć na chwilę wyrwać się z miasta, skosztować tej formy odpoczynku i wrócić pełnym pozytywnej energii.
Polska centralna też w cenie
W poprzednich latach hitem była również Dolina Pilicy niedaleko Tomaszowa Mazowieckiego. Miejsce to cieszyło się powodzeniem najpewniej ze względu na piękną przyrodę i doskonałą lokalizację na krótki wypad. Zaskoczeniem może być tego lata Łódź, która przyciąga coraz więcej użytkowników Groupon Travel.
Tendencje zakupowe
Kobiety nadal wiodą prym jako bardziej aktywna grupa klientów. Przedstawicielki płci pięknej średnio w ramach najczęściej wybieranych miejsc kupiły o 19% więcej pobytów wypoczynkowych niż mężczyźni. Warto też podkreślić, że najwięcej zakupów dokonujemy w miesiącach zimowych. Od 2010 roku do 2012 najwięcej ofert sprzedano w listopadzie, grudniu i styczniu. W latach 2013 i 2014 roku trend się nieco zmienia i zanotowano wzrost sprzedaży w miesiącach sierpień i wrzesień. Obecnie, w 2015 roku widzimy powrót do trendów sprzed dwóch lat – prym w ilości sprzedanych ofert ponownie wiodą miesiące: grudzień, styczeń i marzec.
Trwające od stycznia wzrosty na warszawskiej giełdzie doprowadziły frakcję niedźwiedzi na skraj wyginięcia. Taka sytuacja często poprzedza zmianę trendu i sugerowałaby rozpoczęcie jakiejś poważniejszej korekty na GPW.
– WIG ma za sobą bardzo udane cztery miesiące, w czasie których urósł o 14%. Jeszcze w ubiegłym tygodniu swoje roczne maksima codziennie poprawiały notowania ponad 20 walorów, czyli ponad 5% spółek z rynku głównego. To są czynniki ostrzegające przed nadmiernym optymizmem inwestorów i ryzykiem schłodzenia koniunktury w ramach miłościwie nam panującego rynku byka – stwierdza Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.
W najnowszej sondzie Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych odsetek giełdowych „byków” (czyli inwestorów spodziewających się wzrostów w horyzoncie półrocznym) sięgnął 60,3%. To drugi najwyższy wynik w ciągu ostatnich 18 miesięcy. Ostatni raz tak „bycze” nastroje na GPW utrzymywały się w październiku i listopadzie 2013 roku. Co się stało później, wszyscy pamiętamy – WIG w dwa miesiące spadł o 10,9%, a na odrobienie strat trzeba było czekać aż do września 2014 roku.
Niedźwiedzie w odwrocie
– Pretekstów do realizacji zysków nie powinno w najbliższym czasie zabraknąć. Rekordowo wysokie i mocno przewartościowane notowania amerykańskich akcji, możliwa niewypłacalność Grecji, nawrót wojny w Donbasie i osłabienie wzrostu w strefie euro i USA – to są potencjalne zapalniki dla korekty na GPW. Zdziesiątkowanym niedźwiedziom sprzyja też sezonowość: „Sell in May and go away” (w wolnym tłumaczeniu: sprzedaj w maju i jedź na wakacje) – mawiają na Wall Street i póki co statystyka przyznaje im rację – dodaje Kolany.
Od początku roku na niskim poziomie utrzymuje się odsetek „niedźwiedzi” – spadków oczekuje 18-26% inwestorów biorących udział w sondzie SII. W rezultacie różnica pomiędzy odsetkiem byków a niedźwiedzi wzrosła do 39,3 punktów procentowych i była dwukrotnie wyższa od historycznej średniej. Doświadczenie ostatnich 4 lat uczy, że z takich poziomów rynek lubi rozpoczynać poważniejsze korekty. Tak było w marcu 2012, w styczniu 2013 i ostatnio w listopadzie 2013.
– Otoczenie makroekonomiczne w Polsce jest po stronie giełdy. PKB rośnie najsilniej w regionie, bezrobocie maleje, a przeciętne wynagrodzenie utrzymuje się na poziomie powyżej 4 tys. zł. Nie zawodzi też inflacja, niskie stopy procentowe, a perspektywa wielkich unijnych inwestycji powinna napawać jeszcze większym optymizmem. Większość ekspertów stwierdza, że nie ma powodów do niepokojów, bo koniunktura w polskiej gospodarce jest po prostu niezła – nawet pomimo słabszych odczytów dotyczących sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej. Giełda rządzi się jednak trochę innymi prawami.
Czasami polityka lub wskaźniki makro nie mają na nią wielkiego wpływu, a czasami wręcz kolosalny. Nadchodząca II tura wyborów prezydenckich to ważny sprawdzian dla obecnego rządu. Ewentualna przegrana obecnie urzędującego prezydenta może oznaczać trwałą zmianę na scenie politycznej, a to dla biznesu sygnał, że będzie inaczej, co wcale nie znaczy, że lepiej – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.
Europejski rynek nieruchomości komercyjnych, hoteli i biurowców jest w fazie wzrostowej – ocenia austriacki Warimpex. W otoczeniu niskich stóp procentowych i rosnącej gospodarki zyskuje on na popularności wśród inwestorów. Dalszy rozwój rynku oczekiwany jest także w Polsce. Wciąż najbardziej perspektywiczna dla inwestorów pozostaje stolica, ale rośnie także znaczenie miast regionalnych.
Christoph Salzer, dyrektor regionalny Warimpeks
– Perspektywy na przyszłość są bardzo interesujące na wszystkich rynkach, na których działamy. Mamy bardzo dynamicznie rozwijające się rynki w Niemczech i Austrii, widzimy także nadchodzący boom we Francji – mówi agencji informacyjnej Newseria Christoph Salzer, dyrektor regionalny Warimpeksu. – Polska również jest bardzo dynamicznie rozwijającym się rynkiem, zwłaszcza Warszawa. Całkiem dobre perspektywy są też w miastach regionalnych, np. Krakowie, Katowicach, a także Łodzi.
Spółka wiąże też nadzieje z innymi rynkami regionu Europy Środkowo-Wschodniej – Węgrami i Rumunią, które wchodzą w fazę ponownego rozwoju. Problematyczny jest tylko rosyjski rynek hotelowy, gdzie w ubiegłym roku – przez spadek wartości rubla – znacznie spadły ceny pokoju, mimo że ich obłożenie pozostało względnie stabilne. Traciły również hotele spółki znajdujące się poza Rosją, ale które były odwiedzane głównie przez Rosjan i Ukraińców.
Obecny boom na rynku nieruchomości i pozytywne prognozy związane są z ożywieniem ekonomicznym, jakie można obserwować w części krajów Europy. Według najnowszych prognoz Komisji Europejskiej gospodarka Unii rozwijać się będzie w tym roku w tempie 1,8 proc. i jest to prognoza wyższa od tej sprzed trzech miesięcy o 0,2 pkt proc.
– Z jednej strony rynek hotelowy napędza ogólna kondycja gospodarki, która w ostatnich latach rośnie, a z drugiej strony – jest to również kwestia popytu na rynku inwestorów finansowych – tłumaczy Christoph Salzer. – Sprzyja temu sytuacja sektora finansowego w Europie – niskie stopy procentowe powodują, że na rynku jest dużo pieniędzy, które muszą być zainwestowane. Kombinacja obu tych czynników, czyli poprawa sytuacji gospodarczej i dobry rynek inwestycyjny wpływają na atrakcyjność rynku nieruchomości.
Ożywieniu sprzyjać będzie prowadzony od marca przez EBC skup obligacji w wysokości 60 mld euro miesięcznie. W tym tygodniu jeden z członków zarządu banku zapowiedział, że w maju i czerwcu EBC nawet zwiększy skalę pomocy. A to oznacza falę pieniędzy, których nie opłaca się inwestować w nieopłacalne z powodu niskich stóp procentowych lokaty.
– Jesteśmy przekonani, że ten trend będzie trwał, zwłaszcza na tych rynkach, które nie rozwijały się w szybkim tempie w ostatnich latach. Dlatego też spodziewamy się dalszego rozwoju inwestycji. Rynki nieruchomości charakteryzuje cykliczność, na większości z nich znajdujemy się w fazie wzrostowej, a na niektórych rynkach jesteśmy już dość blisko szczytu – podkreśla dyrektor regionalny Warimpeksu.
Na koniec ubiegłego roku spółka była właścicielem, współwłaścicielem lub dzierżawcą 18 hoteli oraz pięciu budynków komercyjnych i biurowych na ośmiu rynkach
– Koncentrujemy się na hotelach miejskich, zlokalizowanych w dobrych punktach miast – deklaruje Christoph Salzer. – Kluczem do sukcesu na rynku hotelarskim jest z jednej strony produkt, czyli sam hotel. Ważne jest, by mieć dobry budynek z wyposażeniem wysokiej jakości. A z drugiej strony trzeba oferować usługi na wysokim poziomie, a o tym stanowi m.in. marka, ale głównie zespół i pracownicy hotelu. To jest bardzo istotne dla świadczenia wysokiej jakości usług i przekłada się na satysfakcję klienta.
21 maja 2015 r. Wielton, jeden z największych w Polsce producentów naczep i przyczep, oraz francuska firma Fruehauf, podpisały strategiczną umowę o współpracy i dalszym rozwoju. W wyniku umowy Wielton S.A. przejął w I. etapie transakcji większościowy, tj. 65,31% pakiet akcji firmy Fruehauf od akcjonariusza finansowego MBO Capital 2 FCPR i kilku akcjonariuszy mniejszościowych. Wartość transakcji wyniosła 9,5 mln euro. Umowa przewiduje opcję zakupu pozostałych akcji po 2017 roku od podmiotu będącego pod kontrolą inwestora prywatnego, zaangażowanego w bieżący rozwój spółki za kwotę 6,6 mln euro powiększoną o premię uzależnioną od wyników spółki Fruehauf. Zakup otwiera grupie Wielton drogę do zdobycia pozycji trzeciego największego europejskiego producenta naczep.
Andrzej Szczepek, Prezes Zarządu Wielton S.A.
Strategiczne partnerstwo firm Wielton i Fruehauf zapoczątkowuje zmiany na europejskim rynku naczep. Fruehauf to lider rynku francuskiego, zaś Wielton to największy polski producent tych wyrobów. Dwa nowoczesne zakłady produkcyjne, połączone zespoły inżynierów i techników, siła zakupowa nowej grupy i pozycja branżowa tworzą ogromny potencjał rynkowy, wykonawczy innowacyjny, który pozwoli zwiększyć przewagę konkurencyjną i uplasować nas w pierwszej trójce największych graczy na rynku europejskim, mówi Andrzej Szczepek, Prezes Zarządu Wielton S.A.
Fruehauf pozostanie spółką francuską, z francuskim zarządem, produkującą w swoim zakładzie w Auxerre produkty marki Fruehauf. Porozumienie, do którego doszliśmy z Wielton S.A., jest dobrą informacją dla naszych klientów. Korzystnie zabezpiecza lepszą przyszłość dla naszego zakładu. Zgodziliśmy się co do istotnych kierunków przyszłych inwestycji, które poszerzą naszą obecność na rynku francuskim i które prowadzą do nowych możliwości eksportowych, mówi Pan Francis Doblin, Dyrektor Zarządzający Fruehauf.
Cieszę się, że udało się nam pozyskać do strategicznej współpracy tak znakomitą firmę, jaką jest spółka Fruehauf kierowana przez naszego partnera biznesowego, współudziałowca i doskonałego menedżera Pana Francisa Doblina. Jestem przekonany, że przed grupą Wielton otwierają się nowe perspektywy rozwoju i silnej obecności na rynkach Europy Zachodniej. Marka Fruehauf jest od lat liderem w branży naczep w Europie z ogromną grupą wiernych jej klientów. Wierzę, że najbliższy czas przyniesie korzyści z transakcji dla spółki i jej akcjonariuszy, podkreśla Paweł Szataniak, Przewodniczący Rady Nadzorczej Wielton S.A.
STRATEGICZNE PARTNERSTWO DWÓCH LIDERÓW – FIRMY WIELTON i FRUEHAUF EXPANSION
21 maja 2015 r. Wielton S.A., największy w Polsce i jeden z wiodących europejskich producentów naczep i przyczep, podpisał umowę przejęcia 65,31% akcji lidera francuskiego rynku naczep, firmy Fruehauf. Wartość transakcji wyniosła 9,5 mln euro. Umowa przewiduje opcję zakupu pozostałych akcji, tj. 34,69% po zakończeniu 2017 roku, od inwestora prywatnego, zaangażowanego w bieżący rozwój spółki, za kwotę 6,6 mln euro powiększoną o premię uzależnioną od wyników spółki Fruehauf. Umowa została podpisana po uzyskaniu wszystkich potrzebnych decyzji wynikających z przepisów prawa. Zakup otwiera grupie Wielton drogę do zdobycia pozycji trzeciego największego europejskiego producenta naczep z początkowym potencjałem produkcyjnym na poziomie 11 tys. produktów rocznie i obrotami powyżej 250 mln euro. Cała transakcja jest finansowana w 20% ze środków własnych spółki, w pozostałej części z finansowania bankowego udzielonego przez konsorcjum banków: Banku BGŻ BNP Paribas i Banku Gospodarstwa Krajowego.
Fruehauf jest wiodącym producentem naczep i przyczep do pojazdów ciężarowych z 44% udziałem
w kluczowym segmencie rynku naczep we Francji. Firma zatrudnia ponad 400 osób i produkuje rocznie ponad 4000 naczep. Roczne zyski firmy oscylują wokół 2-3 mln euro przy obrotach na poziomie 100 mln euro. Fruehauf posiada nowoczesny zakład produkcyjny we Francji, a odbiorcami produktów są klienci w Europie, w tym głównie we Francji.
WIĘKSZE MOŻLIWOŚCI ROZWOJU, WIĘCEJ INNOWACYJNYCH PRODUKTÓW W OFERCIE
Umowa o współpracy obu podmiotów zakłada zachowanie i wykorzystanie marki Fruehauf, rozwój oferty produktów tej spółki, a także inwestycje w zakład produkcyjny w Auxerre w celu rozbudowy i unowocześnienia potencjału produkcyjnego na potrzeby ekspansji w Europie, w związku z dynamicznym wzrostem rynku w ostatnim roku. Dotychczasowy wieloletni Prezes firmy Fruehauf Francis Doblin, będzie dalej kierował spółką i realizował strategię zgodnie z wypracowaną wspólnie z Wieltonem koncepcją rozwoju.
W planach na najbliższy rok jest pogłębianie kompetencji w zakresie wspólnych badań i rozwoju (R&D). Wielton dysponuje kadrą 120 inżynierów i techników oraz posiada własne Centrum Badań i Rozwoju. Innowacyjność rozwiązań zapewnia spółce przewagę konkurencyjną na rynkach europejskich. Potencjał badawczy i techniczny obu podmiotów pozwoli na rozwój kompetencji projektowych i produkcyjnych, przyjęcie najlepszych praktyk zarządczych i wymianę wiedzy pomiędzy firmami, co przełoży się na jeszcze szybsze reagowanie na potrzeby klientów i dostosowywanie oferty produktów do wymagań odbiorców.
Spółka oczekuje również innych synergii, które przełożą się na optymalizację działalności grupy Wielton i jej wyników.
WIELTON & FRUEHAUF GO GLOBAL
Porozumienie, które podpisaliśmy z naszym francuskim partnerem, spółką Fruehauf, stwarza nowe możliwości rozwoju produktów. W ramach partnerstwa wypracowaliśmy główne założenia dotyczące inwestycji i kierunki dalszej ekspansji, które poszerzą obecność obu partnerów na rynku europejskim i na rynkach pozaeuropejskich, wyjaśnia Andrzej Szczepek, Prezes Zarządu Wielton S.A.
Połączenie firmy Fruehauf z grupą Wielton pozwoli umocnić pozycję grupy na rynku europejskim, szczególnie w Europie Zachodniej. Wielton jest obecny na ponad 35 rynkach, w Europie, Azji i Afryce, gdzie wypracował przewagę konkurencyjną w segmentach wywrotek i zestawach wysokogabarytowych, dzięki stałemu wdrażaniu nowoczesnych rozwiązań. Odbiorcami pojazdów Wieltonu są firmy transportowe, budowlane, produkcyjne i dystrybucyjne w kraju oraz zagraniczni dealerzy pojazdów ciężarowych i naczep. W szczególności klientami grupy są firmy z Rosji, Ukrainy, Białorusi, Norwegii, Węgier, Litwy, Łotwy, Czech, Bułgarii, Rumunii, Słowacji, Estonii, Niemiec, Austrii, Francji, Holandii, Słowenii oraz Serbii. W ramach współpracy obu podmiotów Zarząd zakłada również ekspansję zagraniczną produktów Fruehauf w Europie, szczególnie w krajach sąsiedzkich. Skala działalności obu podmiotów i szeroki zakres oferty powinny stwarzać w kolejnych latach również większe możliwości eksportu poza rynki europejskie. W planach jest podbój rynków w Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie.
Jeśli w niedzielnym głosowaniu wygra urzędujący prezydent Bronisław Komorowski, prawdopodobnie na chwilę wzmocni to polską walutę. Natomiast zwycięstwo europosła Andrzeja Dudy mogłoby ją nieznacznie osłabić. Jak dokładnie może to wyglądać i skąd o tym wiemy? Tłumaczy Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.
Zwykle na długo przed wyborami rynek zastanawia się, jak wyniki głosowania wpłyną na kursy walut. Najsilniejsze reakcje pojawiają się oczywiście wtedy, kiedy wyniki okazują się mocno zaskakujące. Dobrym punktem odniesienia w przypadku tych wyborów są więc wydarzenia z 2005 r.
Polityczne zmiany i gospodarcze skutki
Dziesięć lat temu kalendarz wyborczy przewidywał najpierw wybory parlamentarne, a później prezydenckie. Jednak przedłużające się negocjacje pomiędzy koalicją PiS i PO sprawiły, że tamta historia może być dobrą wskazówką w przewidywaniach możliwej reakcji złotego na polityczne zmiany w najbliższych dniach czy też miesiącach.
Na początek warto cofnąć się mniej więcej do czerwca 2005 r. Znakomita większość sondaży pokazywała wtedy, że zarówno wybory parlamentarne, jak i prezydenckie, wygrają przedstawiciele PO. Rynek odbierał to jako element wzmacniający złotego. Nawet jeżeli w sejmie czy w senacie Platforma Obywatelska nie zdobyłaby wyraźnej większości, to rząd z PiS byłby równie korzystny dla polskiej gospodarki. Mogło być to możliwe ze względu na zapowiedzi obu partii o obniżeniu podatków, zmniejszeniu kosztów administracji, ulgach dla przedsiębiorców i walce z korupcją.
Prorynkowe zmiany obiecywane przez główne ugrupowania spowodowały, że jeszcze przed wyborami złoty zyskał około 15 gr do euro. I choć kierunek na złotym tradycyjnie pokrywał się ze zmianami na koronie czeskiej czy forincie węgierskim, to jednak złotówka wzmacniała się znacznie szybciej niż inne waluty z naszego regionu.
Zaskakujące zwycięstwa PiS
Rzeczywistość okazała się jednak zdecydowanie bardziej skomplikowana. Wybory parlamentarne, które odbyły się 25 września, wygrało PiS z przewagą prawie 5 proc. nad PO. Tuż po otwarciu rynku następnego dnia, złoty stracił 1.5 proc. wartości. Podczas kolejnych sesji handel był już jednak zdecydowanie bardziej spokojny.
Stabilizacja notowań wynikała nie tylko z uwzględnienia wyborczych rezultatów w kursie waluty, ale także ze względu na zapewniania prezesa Kaczyńskiego o chęci osiągnięcia kompromisu z PO w sprawach gospodarczych. Podobnie optymistyczne stwierdzenia na temat przyszłej koalicji z PiS wygłaszał między innymi Jan Rokita, ówczesny wiceszef PO.
Dwa tygodnie po wyborach parlamentarnych odbyły się wybory prezydenckie. Pierwsze starcie wygrał Donald Tusk z wynikiem 36 proc. przed Lechem Kaczyńskim (33 proc.). Mimo dość niewielkiej przewagi preferowanego przez rynek kandydata Platformy, złoty wzmocnił się w dwa dni o około 5 gr. W pewnym momencie wrócił nawet do poziomu sprzed wyborów do sejmu i senatu.
Druga tura wyborów (23 października) skończyła się jednak kolejnym zaskoczeniem dla rynku. Praktycznie żadne sondaże nie dawały zwycięstwa Lechowi Kaczyńskiemu. Tym razem jednak reakcji na złotym praktycznie nie było, gdyż inwestorzy cały czas zakładali, że koalicja PO-PiS jednak powstanie. Dopiero sugestie Kazimierza Marcinkiewicza o uformowaniu rządu mniejszościowego spowodowały, że złoty w ciągu dwóch dni osłabił się o 10 gr.
Inwestorzy zmęczeni polityką
Złoty był słaby mniej więcej do połowy listopada 2005 r. W kulminacyjnym momencie euro kosztowało o 17 gr więcej, niż przed wyborami parlamentarnymi we wrześniu. Warto jednak podkreślić, że zrealizował się najbardziej niekorzystny scenariusz według graczy na rynku walutowym. Powstał mniejszościowy i mniej reformatorski rząd. To rzadko jest pozytywną informacją dla kapitału zagranicznego, zaangażowanego w aktywa gospodarek wschodzących.
Co ciekawe jednak, przez kolejne tygodnie inwestorzy „zmęczyli” się polityką i dobry nastrój na złotym powrócił. Już na początku grudnia wartość euro spadła do poziomu sprzed wyborów. Złoty znowu zaczął zachowywać się podobnie do innych walut w rozwijających się krajach.
Co się stanie z walutami?
Gracze rynku walutowego mają w tej chwili bardzo podobne oczekiwania do tych, które mieli 10 lat temu. Zwycięstwo w niedzielnym głosowaniu urzędującego prezydenta Bronisława Komorowskiego prawdopodobnie chwilowo wzmocniłoby polską walutę, a wygrana europosła Andrzeja Dudy mogłaby ją nieznacznie osłabić. Wydaje się jednak, że efekt byłby krótkotrwały.
Zdecydowanie więcej może się wydarzyć przed jesiennymi wyborami do parlamentu. Dominująca część rynku przez kilka tygodni przed głosowaniem, będzie starała się budować odpowiednią narrację. Ma to przekonać resztę jego uczestników, że zwycięstwo jednej czy drugiej formacji politycznej może poważnie zaburzyć notowania złotego nawet w dłuższym terminie. Jednak podobnie jak 10 lat temu, wpływ głosowania na kurs nie powinien trwać dłużej niż kilka tygodni, niezależnie od wyniku. Nawet wyraźna wygrana jednej czy drugiej wiodącej partii prawdopodobnie nie zaburzy kursu euro o więcej niż kilkanaście groszy w krótkim terminie.
Dodatkowo na scenie politycznej nie widać ugrupowania, które mogłoby zatrzymać pozytywne procesy obserwowane w krajowej gospodarce. Biorąc także pod uwagę otoczenie zewnętrze i nastawienie krajowych władz monetarnych, złoty cały czas ma potencjał do wzrostu wartości w relacji do euro, niezależnie od wyborczych preferencji Polaków.
Blisko 1000 uczestników, 90 prelegentów, ponad 400 firm z całego świata oraz 60 projektów niezależnych to bilans organizowanej przez Krakowski Park Technologiczny konferencji Digital Dragons. Jest to jedno z najważniejszych wydarzeń dla branży gier w Europie środkowo-wschodniej. Konferencja odbyła się 21-22 maja 2015 r. w wyjątkowej scenerii Starej Zajezdni i Muzeum Inżynierii Miejskiej w Krakowie. Tegoroczna edycja była czwartą w historii.
Na konferencji zjawiła się liczna reprezentacja polskiego środowiska twórców gier komputerowych. Gościem specjalnym tegorocznej edycji był Brian Fargo, założyciel firm Interplay i InXile Entertainment oraz twórca serii „Wasteland”. Kraków odwiedzili także m.in. przedstawiciele studia CD Projekt RED, którzy opowiedzieli o kulisach powstawania gry „Wiedźmin 3: Dziki Gon”. Podobnie jak w ubiegłym roku, swoje gry zaprezentowali także twórcy niezależni. Obok autorów gier, gośćmi konferencji byli również przedstawiciele venture capital i startupów, dla których przygotowano sesję VC speed networkingu. Podczas uroczystej gali wręczone zostały Digital Dragons Awards dla najlepszych gier ubiegłego roku. Nagrodzeni zostali również autorzy gier niezależnych.
Promocja młodych twórców odbyła się podczas konkursu Indie Showcase oraz University Talent Show. Nowością tegorocznej edycji konferencji były warsztaty, obejmujące zróżnicowane propozycje tematyczne z zakresu grafiki, programowania, publishingu oraz marketingu gier.
Organizację Digital Dragons 2015 wspierali partnerzy strategiczni GRY-Online.pl i Onet.pl. Dzięki tej współpracy zostały przeprowadzone kompleksowe badania polskiego rynku gier, których prezentacja odbyła się także podczas konferencji.
Źródło: Krakowski Park Technologiczny
Wczoraj, podczas gali Digital Dragons zostały wręczone nagrody dla najlepszych produkcji 2014 roku. Nagrody przyznano w sześciu kategoriach. Nominacje były efektem głosowania przedstawicieli polskiego gamedevu, a laureatów wybrało jury złożone z dziennikarzy branżowych mediów.
Ponadto przyznano dwie nagrody specjalne. Nagrodę Województwa Małopolskiego dla firmy Ganymede, za jej wkład w działania na rzecz edukacji w branży gier, chęć dzielenia się swoją wiedzą i umiejętnościami z młodymi ludźmi. Po raz pierwszy przyznano także nagrodę Digital Dragons za promocję polskiej branży gier na świecie. Otrzymał ją Tomasz Gop. Poniżej lista nagrodzonych.
Laureaci Digital Dragons Awards 2015
Najlepsza polska gra
This War of Mine
Najlepsza gra mobilna
Sky Force
Najlepsze audio
The Vanishing of Ethan Carter
Najlepsza oprawa artystyczna
The Vanishing of Ethan Carter
Najlepszy game design
This War of Mine
Najlepsza gra roku
South Park: The Stick of Truth
Nagroda specjalna Województwa Małopolskiego
Ganymede
Dekadę temu za przeciętne wynagrodzenie netto można było kupić 1,4 m kw. mieszkania. Mało? Dziś pensja starcza na o połowę mniej. Gdyby ponadto do zakupu 50-metrowego mieszkania zaprzęgnąć kredyt, rata pochłaniałaby 33% miesięcznego wynagrodzenia. Jest to znacznie lepszy wynik niż w 2009 roku, ale wciąż brakuje dużo do tego z roku 2006, kiedy na ratę wystarczyło przeznaczyć 19% pensji – wynika z szacunków Lion’s Bank.
Szerszy dostęp do kredytów od początku XXI wieku pozwalał Polakom szybko zrealizować marzenie o własnym „M”. Rynek mieszkaniowy nie był jednak na liberalizację dostępu do kredytu przygotowany. Niedostateczna liczba mieszkań oferowanych w sprzedaży spowodowała, że przy dużej liczbie kupujących ceny zaczęły gwałtownie rosnąć. Doskonale widać to na podstawie danych GUS. Te pokazują, że w 2003 i 2004 roku za metr mieszkania płacono przeciętnie około 1,2 tys. zł. Od roku 2005 ceny zaczęły jednak dynamicznie rosnąć. W największych miastach kres tych wzrostów nastąpił na przełomie lat 2007 i 2008, po czym przyszły spadki cen. Nie przeszkadzało to jednak „gusowskiej” średniej rosnąć dalej. Może to wynikać z faktu, że choć w dużych miastach ceny przestały rosnąć, to w mniejszych miejscowościach zahamowanie trendu wzrostowego przyszło później lub po prostu zmieniła się struktura sprzedawanych lokali – np. więcej dokonywano transakcji nieruchomościami droższymi, co podnosiło średnią, choć nie świadczy to o wzroście poziomu cen.
Niezależnie od powodu, efekt był taki, że w 2009 roku za przeciętny metr trzeba było już zapłacić prawie 3,6 tys. zł – 3 razy więcej niż pięć lat wcześniej. Kolejne pięć lat nie przyniosło już tak spektakularnych zmian. Co jednak może dziwić średnia cena transakcyjna w tym czasie wzrosła (dane dla największych miast publikowane przez NBP czy Home Broker sugerują kierunek odwrotny). Na rok 2014 można szacować ją na ponad 3,9 tys. zł za m kw.
Dostępność kredytowa mieszkań w kolejnych latach
Rok
Przeciętna cena miezkania
(w zł za m kw.)
Średnie oprocentowanie kredytu złotowego
Rata 30-letniego kredytu za 50-metrowe mieszkanie*
Przeciętne wynagrodzenie „na rękę” osoby pracującej na pełen etat
DTI** (w%)
2003
1223
8,2%
365 zł
1 590 zł
23%
2004
1158
8,1%
343 zł
1 618 zł
21%
2005
1390
6,7%
360 zł
1 665 zł
22%
2006
1443
5,6%
332 zł
1 739 zł
19%
2007
2095
6,1%
507 zł
1 943 zł
26%
2008
2985
8,1%
881 zł
2 106 zł
42%
2009
3596
7,3%
988 zł
2 198 zł
45%
2010
3554
6,6%
908 zł
2 296 zł
40%
2011
3881
6,6%
991 zł
2 433 zł
41%
2012
3940
7,0%
1 047 zł
2 523 zł
41%
2013
3882
5,5%
880 zł
2 612 zł
34%
2014***
3943
5,2%
863 zł
2 655 zł
33%
Opracowanie Lion’s Bank na podstawie danych NBP, GUS i EUROSTATu
* Przy założeniu 20-proc. wkładu własnego
** Stosunek miesięcznej raty do dochodu*** Szacunki
Kredyt odrywa ceny mieszkań od zarobków
To jednak nie tylko ceny mieszkań decydują o łatwości zakupu własnych czterech kątów – przynajmniej nie w przypadku powszechności kredytów hipotecznych zaciąganych w tym celu. Inaczej mogło być w latach 2003 – 2004, gdy zadłużenie Polaków z tytułu kredytów hipotecznych rosło o „zaledwie” kilka miliardów złotych rocznie. Wtedy za przeciętne miesięczne wynagrodzenie na rękę osoby pracujące na pełen etat mogły kupić 1,3 – 1,4 m kw. mieszkania. Z aktualnego punktu widzenia jest to wysoki wynik. W kolejnych latach bowiem, gdy zadłużenie na cele mieszkaniowe rosło po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt miliardów rocznie, ceny mieszkań zaczęły dynamicznie rosnąć odrywając się od poziomu wynagrodzeń. Efekt? 2005 – 2009 możliwości nabywcze stopniały do 0,6 m kw. mieszkania za jedną pensję. Oczywiście jest to średnia dla całego kraju, a więc w największych miastach, gdzie średnia cena płacona za przeciętny metr jest dwukrotnie wyższa niż średnia krajowa, możliwości nabywcze są niższe. Kolejne lata przyniosły niewielką poprawę możliwości nabywczych. Krajowa średnia to obecnie 0,67 m kw. mieszkania za pojedynczą miesięczną pensję netto. W największych miastach poprawa ta była bez wątpienia znacznie bardziej wyraźna. Powód jest prosty – w największych miastach ceny nieruchomości od początku 2008 roku wyraźnie spadły – o około 15 – 20%, podczas gdy średnia pensja wzrosła.
Tanio na kredyt było 8 lat temu
Dane publikowane przez GUS i NBP pozwalają ponadto odpowiedzieć na pytanie – skąd wziął się wzrost popularności kredytów w latach 2003 – 2007? W latach tych singiel zatrudniony na pełen etat musiał wydać jedynie 20 – 25% swojego wynagrodzenia na ratę kredytu zaciągniętego na zakup 50-metrowego mieszkania przy 20-proc. wkładzie własnym. Co więcej obliczenia te zakładają zadłużenie w rodzimej walucie, a w latach o których mowa to kredyty walutowe święciły triumfy jako „tańsze”. Wracając jednak do meritum, trudno się dziwić skokowemu wzrostowi popularności kredytów hipotecznych jako sposobu finansowania zakupu własnego „M”, gdyż za relatywnie niewielką część domowego budżetu można było realizować potrzeby mieszkaniowe. Rekordowy pod tym względem był rok 2006, kiedy singiel musiał wydać przeciętnie 19% swojej pensji, aby opłacić ratę kredytu zaciągniętego w złotym na zakup 50-metrowego lokum (średnia dla całej Polski, w dużych miastach było to oczywiście więcej). Załamanie na rynku kredytowym i wzrost cen nieruchomości już w 3 lata później spowodował, że modelowy kredytobiorca musiałby wydawać na podobny cel aż 45% swojego comiesięcznego wynagrodzenia.
Kolejne lata przynosiły stopniową poprawę. Najnowsze dane – dla roku 2014 – sugerują, że singiel kupujący 50-metrowe lokum musi wydać na ratę 33% swojego wynagrodzenia.
Jak wcześniej wspomniano jest to jednak wynik średni dla całego kraju, a więc łatwiej singlowi byłoby sfinansować modelową transakcję, gdyby zarabiając średnią krajową mieszkał w mniejszej miejscowości, gdzie mieszkania są tańsze. Odwrotnie byłoby, gdyby kupić chciał mieszkanie w Warszawie, Krakowie, Poznaniu czy Wrocławiu, gdzie poziom cen jest o 50 – 100% wyższy niż krajowa średnia, a wynagrodzenia są wyższe o od 3 do 35% od przeciętnych.
Przedstawiciele firm członkowskich zasiadający w Komitecie Wykonawczym ZPL, podczas ostatniego posiedzenia, powierzyli Wojciechowi Rybakowi, prezesowi Millenium Leasing stanowisko przewodniczącego KW ZPL. Natomiast kandydatura Mieczysława Woźniaka, wiceprzewodniczącego KW ZPL i prezesa mLeasing została zgłoszona do zarządu Leaseurope.
14 maja br. zakończyła się kadencja Arkadiusza Etryka, pełniącego funkcję przewodniczącego KW ZPL. Jako wiceprzewodniczący, wspólnie z innymi członkami KW ZPL, będzie pracował na rzecz rozwoju współpracy branży leasingowej z rynkiem motoryzacyjnym oraz rozszerzenia reprezentacji związku.
Wojciech Rybak
Wojciech Rybak
Wojciech Rybak, nowo wybrany przewodniczący, pracuje w Komitecie Wykonawczym Związku Polskiego Leasingu od 2011 roku, opiekując się obszarem statystki i monitorowania rynku leasingu. Jako przewodniczący będzie także reprezentował związek wobec instytucji i partnerów zewnętrznych na rynku krajowym oraz m.in. nadzorował komunikację zewnętrzną i wewnętrzną organizacji.
Dynamiczny rozwój branży leasingowej, którego wskaźnikami są: 21,3 proc. wzrost na koniec 2014 i łączne finansowanie na poziomie 42,8 miliardów złotych, wskazują na niesłabnący potencjał rynku, który jest wspierany pozytywnymi sygnałami płynącymi z gospodarki. Rosnąca w pierwszych miesiącach bieżącego roku dynamika rynku leasingu, której towarzyszy wzrost wskaźników sprzedaży detalicznej (4,4 proc. w ciągu I kwartału) oraz produkcji sprzedanej przemysłu (5,3 proc.) pozwoli nam wypracować kolejny rekord w rozwoju polskiego rynku leasingu na koniec 2015 r. –powiedział Wojciech Rybak.
Członkowie Komitetu Wykonawczego podjęli także decyzję o delegowaniu Mieczysława Woźniaka do prac w zarządzie Leaseurope. Mieczysław Woźniak na co dzień jest zaangażowany w prace w obszarach: prawnym i podatkowym.
Mieczysław Woźniak
Mieczysław Woźniak
Obok wymienionych, swoją pracę w Komitecie Wykonawczym ZPL, będą kontynuować: Szymon Kamiński (prezes zarządu BZ WBK Leasing), Jerzy Kobyliński (prezes zarządu spółek z Grupy Masterlease), Radosław Kuczyński (prezes zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego), Andrzej Krzemiński (prezes zarządu Raiffeisen-Leasing Polska) i Marek Małachowski (prezes zarządu PZWLP, dyrektor zarządzający ALD Automotive Polska).
Wszystkie funkcje pełnione przez członków Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu i innych organów statutowych ZPL są funkcjami społecznymi. Organizacja rozwija się dzięki pracy społecznej ekspertów branży leasingowej wypracowujących rozwiązania w ramach zespołów i grup roboczych funkcjonujących w ramach ZPL.
Jednym z kluczowych narzędzi wykorzystywanych przez pośredników nieruchomości do reklamowania swoich ofert są internetowe serwisy ogłoszeniowe. Agenci mają do wyboru ogromną liczbę serwisów. Dlatego decyzja, z którymi z nich podjąć współpracę jest niełatwa. W szczególności jeśli dysponujemy umiarkowanym budżetem marketingowym.
Które z portali nieruchomości agenci wybierają najczęściej? Co biorą pod uwagę? Czy wykorzystują je w sposób optymalny? Na te pytania odpowiada raport z badania PBS, który zapytał agentów nieruchomości o satysfakcję z korzystania z serwisów ogłoszeń.
Z jakich serwisów korzystają profesjonaliści?
Pośrednicy i agenci nieruchomości mają do wyboru kilkanaście serwisów nieruchomości o różnych zasięgach. Zapytani o to, z usług których z nich korzystali najczęściej w ciągu ostatniego roku, większość z nich, bo aż 95% procent wskazała serwis Otodom. Na podium najpopularniejszych serwisów uplasowały się również Gratka, którą wskazało 81% ankietowanych oraz OLX.pl -73% respondentów. Kolejnymi serwisami ze znaczącym odsetkiem wskazań były Domy.pl oraz Oferty.net. Ponad połowa zapytanych agentów nieruchomości korzystała też z serwisów Domiporta, Gumtree, Nieruchomości-online.
Co decyduje o wyborze serwisu?
Wyniki badania wskazują, że dla agentów najważniejszym argumentem za skorzystaniem z konkretnego serwisu jest liczba zapytań o nieruchomość od potencjalnych klientów – użytkowników danej strony. Statystyki odwiedzin i popularność portalu to kolejny element, na który pośrednicy zwracają szczególną uwagę. W dalszej kolejności znalazły się odpowiednio – dopasowanie oferty do potrzeb biura, koszty zamieszczania ogłoszeń, wygoda korzystania z konta użytkownika, obsługa klienta oraz dostęp do branżowych analiz.
Skuteczność serwisów
Pośrednicy wskazali, że liczba klientów kontaktujących się z nimi za pośrednictwem danej strony jest podstawowym czynnikiem decydującym o wyborze serwisu. Co ciekawe jednak, wielu pracownikom biur nieruchomości dość trudno było oszacować dokładną liczbę zapytań, które otrzymują w odpowiedzi na zamieszczane ogłoszenia wynajmu i sprzedaży nieruchomości.
W subiektywnej ocenie agentów, najwięcej zapytań od klientów pochodzi z Otodom- średnio 6,6 kontaktów tygodniowo. Serwis Gratka.pl osiągnął zbliżony wynik – 6,2 kontaktów tygodniowo. W następnej kolejności znalazły się serwisy OLX.pl (średnio 4,2 zapytań dot. sprzedaży) oraz Domiporta (średnio 3,3 zapytań).
Transakcja
Sama liczba zapytań o ogłoszenie jest ważnym kryterium wyboru miejsca promocji w sieci. Jednak ostatecznie o tym, czy ogłoszenie było skuteczne, przesądza podpisanie umowy sprzedaży lub najmu.
42% zapytanych agentów uważa, ze najwięcej zapytań kończących się sprzedażą nieruchomości pochodzi z serwisu Otodom. Kolejne miejsce na podium należy do serwisu Gratka.pl – wskazało go 19% badanych. Natomiast na trzecim miejscu znalazł się serwis OLX.pl – 11%.
Liczba wykorzystywanych portali
Jak mogłyby wskazywać powyższe wyniki, pośrednicy nieruchomości bardzo świadomie podejmują decyzję dotyczącą wyboru portalu, z którym podejmują współpracę. Wydatki reklamowe agencji nieruchomości są rozproszone w wielu serwisach ogłoszeń. Z badania PBS wynika, że agencje zamieszczają ogłoszenia na wielu różnych portalach. Zdecydowana większość z nich (78 proc.) korzysta z 4 do 9 serwisów.
W których portalach zatem należy się reklamować?
Na tak postawione pytanie każdy sprzedający powinien odpowiedzieć oczywiście sam jednak wyniki naszego badania wskazują pewien kierunek. Stosunkowo wielu pośredników nie potrafiło od razu powiedzieć, który z serwisów przynosi najlepsze efekty i zapewne z tego powodu współpracuje z wieloma z nich. Monitorowanie efektywności poszczególnych portali i dostęp do rzetelnych danych pozwoli zoptymalizować budżet marketingowy i lokować go tam, gdzie przyniesie on najwięcej sfinalizowanych transakcji.” – mówi Anna Sowińska z agencji badawczej PBS.
Agencja PBS wykonała badanie CAWI w marcu i kwietniu 2015 roku. W badaniu udział wzięło 268 pracowników biur nieruchomości z całej Polski.
Inwestowanie w nieruchomości pod wynajem jest cały czas bardzo modne w całej Europie. Zagraniczni inwestorzy wykazują duże zainteresowanie projektami mieszkaniowymi w Polsce. Sprzyja temu wiele czynników.
Mieszkania Buy – to – let
W Polsce dominują mieszkania własnościowe, w ostatnich latach najem stał się alternatywą dla wielu gospodarstw domowych. Rosnący popyt na mieszkania pod wynajem wynika z kilku czynników demograficznych i ekonomicznych. Decyduje o tym przede wszystkim stabilna sytuacja ekonomiczna, kwestie prawne, a także trendy społeczne. Dużą popularnością cieszą się też agencje pośredniczące w wynajmie, a także zarządzaniu nieruchomością, co pozwala inwestorom na wygodę. Potrzeby mieszkaniowe i styl życia ulegają zasadniczym zmianom, z korzyścią dla sektora najmu. Dla osób młodych symboliczne posiadanie mieszkania nie ma już tak wielkiej wartości, dziś bardziej istotna staje się mobilność. Do dużych miast napływają osoby młode, dzięki zapleczu edukacyjnemu, pojawia się wielu studentów oraz młodych ludzi poszukujących pracy, a więc wzrasta zapotrzebowanie na mieszkania pod wynajem.
Mieszkania pracownicze, mieszkania siedziby spółki
Inwestorzy poszukują mieszkań, które są atrakcyjnym aktywem w bilansie. Firmy, chcąc obniżyć koszty zakwaterowania oddelegowanych pracowników, często decydują się na zakup mieszkania, które posłuży na długie lata. Często poszukiwane są lokale z wykończeniem i gotowym projektem architektonicznym, a takie perełki można znaleźć na poznańskim rynku. Innym aspektem kupowania mieszkań na poczet firmy, jest tworzenie w tym miejscu siedzib firmy, co pozwala obniżyć wydatki na wynajem. Nabywcom przysługuje prawo do odliczenia podatku VAT od zakupu mieszkania związanego z prowadzoną działalnością gospodarczą, a także zmniejszenie podstawy opodatkowania o odpisy amortyzacyjne o wartości zakupionego mieszkania.
Kupić korzystnie
Rynek deweloperski jest otwarty na inwestorów, którzy są stabilnymi klientami. Co więcej, niektóre firmy proponują inwestorom atrakcyjne oferty, dzięki czemu zakup mieszkania staje się jeszcze korzystniejszy – Przedsiębiorczy inwestor może liczyć na specjalne warunki oraz wsparcie przy urządzeniu lokalu. Przy zakupie dwóch mieszkań oferujemy 3 % zniżki, przy trzech – 5 %. Ponadto inwestorzy mogą liczyć na wykończenie w cenie, nowoczesny design, a także, przy wybranych mieszkaniach – projekt w cenie– mówi Roma Pikulska, marketing manager RED-Real Estate Development, który posiada nowoczesne wieżowce High-Tech na poznańskim Dębcu.
Lokalizacja kluczowy aspekt inwestowania
Lokalizacja jest ważna przy poszukiwaniu mieszkań odpowiednich dla biznesu. Ofertę warto prześledzić dokładnie – sprawdzić czy infrastruktura jest bogata, w pobliżu znajduje się centrum handlowe, siłownia czy też park, a także sprawdzić czy komunikacja z miastem i autostradami będzie sprawna – Dla inwestorów, którzy kupują u nas mieszkanie, bliskość A2 jest znacząca – dodaje Roma Pikulska.
W ten sposób należy analizować oferty, które mają potencjał, nie tylko w poszukiwaniu mieszkania pod wynajem, ale i w celu zakupu mieszkania na poczet firmy.
Zestawienie uczelni, których absolwenci z tytułem magistra-inżyniera zarabiają najwięcej, otwiera Politechnika Warszawska. Co drugi absolwent tej uczelni otrzymuje miesięcznie przynajmniej 8 000 PLN brutto – wynika z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń przeprowadzonego w 2014 roku przez Sedlak &Sedlak.
Analizując zarobki absolwentów Politechniki Warszawskiej należy jednak wziąć pod uwagę fakt, że są oni zatrudnieni w większości przypadków w Warszawie. Stąd taka różnica w porównaniu z zarobkami absolwentów uczelni z innych miast.
Spośród wybranych uczelni prym wiodą politechniki, a w szczególności Politechnika Gdańska z medianą wynagrodzeń równą 6 530 PLN. Z absolwentów krakowskich uczelni technicznych najwięcej zarabiają byli studenci Akademii Górniczo-Hutniczej oraz Politechniki Krakowskiej – odpowiednio 6 000 PLN oraz 5 670 PLN.
Tabela 1. Zestawienie wynagrodzeń całkowitych absolwentów wybranych wyższych uczelni w Polsce z tytułem magistra inżyniera (w PLN brutto)
W obliczu zagrożenia kradzieżami tożsamości banki będą wymagały nowych zaświadczeń od swoich klientów- to zapowiedź przedstawicieli większości banków podczas VII Forum Technologii Bankowości Spółdzielczej, zorganizowanego w dn. 19-20 maja 2015 r. przez Związek Banków Polskich oraz Centrum Prawa Bankowego i Informacji.
Wzmożona czujność banków wynika z wprowadzenia 1 marca 2015 roku nowych dowodów osobistych, które nie zawierają szeregu informacji istotnych z punktu widzenia banków. Brak w nich np. wzoru podpisu, adresu zameldowania oraz informacji o kolorze oczu i wzroście właściciela dokumentu.
„Nie jest to wymysł banków, tylko konieczność dostosowania się do nowejsytuacji po zmianie wzoru dowodu osobistego. Wszyscy posiadacze nowych dokumentów muszą być przygotowani na to, że w momencie uruchamiania kontalub zaciągania kredytu, bank może wymagać potwierdzenia adresu zameldowania lub tożsamości. W tym celu konieczne może okazać się np. pisemne oświadczenie klienta o adresie zameldowania lub specjalne zaświadczenie z urzędu gminy. Do dokumentów, potwierdzających adres może należeć np. ostatni rachunek za prąd lub gaz. Należy jednak podkreślić, że zmiany te są konieczne ze względów bezpieczeństwa klientów banków i ochrony ich pieniędzy przed nadużyciami ze strony osób trzecich. Banki będą robiły wszystko, aby nowe procedury były jak najmniej uciążliwe dla klientów” – powiedział Mieczysław Groszek, wiceprezes Związku Banków Polskich.
W ankiecie przeprowadzonej podczas VII Forum Technologii Bankowości Spółdzielczej 2015 aż 40 procent uczestników konferencji opowiedziało się za przywróceniem danych adresowych i podstawowych danych biometrycznych (wzrost, kolor oczu) w kolejnych wersjach dowodów osobistych.
„Obecnie Polacy posługują się trzema prawidłowymi wzorami dowodów osobistych wprowadzanymi na przestrzeni ostatnich 13 lat. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że niedługo, wzorem innych krajów UE, zdecydujemy się na uzupełnienie najnowszego dowodu o dane w wersji elektronicznej i wówczas będzie to już 4.wzór tego dokumentu. W takiej sytuacji prawidłowa weryfikacja autentyczności dowodu osobistego, niezbędna przed wprowadzeniem informacji o kliencie do bankowych baz danych, staje się jednym z kluczowych elementów systemu transakcji. Banki zdają sobie z tego sprawę i dlatego Forum Technologii Bankowości Spółdzielczej przyniosło m.in. odpowiedź na pytanie, co w dowodach osobistych jest istotne ze względów bezpieczeństwa. Banki cały czas udoskonalają metody weryfikacji autentyczności dokumentów tożsamości, by jak najlepiej zabezpieczyć pieniądze klientów”– dodał Dariusz Kozłowski, Wiceprezes Zarządu Centrum Prawa Bankowego i Informacji Sp. z o.o.
Eksperci Centrum Prawa Bankowego i Informacji potwierdzają, że nowe dowody osobiste mają wiele zabezpieczeń, które lepiej niż poprzednie wersje chronią je przed próbami fałszerstwa. Brak niektórych danych dotychczas widniejących na dowodach osobistych ma na celu ograniczenie przestępstw wynikających z użycia ich przez osoby trzecie. Dodatkowo wprowadzono nowe zabezpieczenia, które utrudniają ich podrobienie, np.: zmieniono znak holograficzny, uwypuklono czcionki i inne elementy, dodano grawerowane linie i wstęgi, wprowadzono elementy kolorystyczne niewidoczne „gołym okiem”. Eksperci podkreślają jednak, że choć prób fałszowania dokumentów będzie mniej, to nowoczesne zabezpieczenia mogą spowodować zwiększenie liczby prób kradzieży oryginalnych, nowych dowodów osobistych.
Z informacji z Centralnej Bazy Danych Systemu Dokumenty Zastrzeżone, opublikowanych w raporcie infoDOK, wynika, że zagrożenie kradzieżami tożsamości utrzymuje się na stosunkowo wysokim poziomie. W 2014 roku zastrzeżono ponad 128 tysięcy utraconych dokumentów tożsamości i udaremniono blisko 9 tysięcy prób wyłudzeń kredytów na łączną kwotę ponad 400 mln złotych. Największa kwota kredytu, który próbowano ukraść za pomocą sfałszowanych dokumentów, wynosiła aż 24 mln zł.
Najnowszy komunikat Bank of Japan po posiedzeniu ubiegłej nocy okazał się nieco bardziej optymistyczny, niż można by zakładać po ostatnich uwagach przedstawicieli BoJ i doniesień prasowych.
Trudno jednak uznać ten optymizm za przełomową zmianę, ponieważ korekty zawarte w nowym komunikacie w równej mierze dotyczyły pominięcia wcześniejszej, bardziej negatywnej retoryki, co dorzucenia nowych, wyraźnie pozytywnych komentarzy.
Ostatni raport w sprawie PKB Japonii w I kwartale, opublikowany na początku tego tygodnia, wydawał się solidny, mimo iż wzrost rezerw jest niepokojący, a cel inflacyjny pozostaje odległy, co może oznaczać, że dane za maj (które poznamy dopiero pod koniec czerwca) wykażą, że w Japonii panuje deflacja w ujęciu rok do roku.
W komunikacie BoJ oświadczył jednak, że oczekiwania inflacyjne rosną. Reakcja rynku na komunikat BoJ była umiarkowana; para USD/JPY powróciła w dolne rejony przedziału. Byki obawiają się, że nastąpi powtórka z 2014 r., kiedy to od stycznia aż do sierpnia wszelkie transakcje odbywały się w granicach wąskiego przedziału, zanim udało się wyjść z impasu.
USD wydaje się chwilowo na neutralnej pozycji, ponieważ rynek nie widzi powodów do dalszego umacniania USD, dopóki Fed czeka z prognozą na najnowsze dane – jedynym czynnikiem wspierającym USD jest mocny apetyt na ryzyko (w szczególności w parze EUR/USD).
Rynek wykazuje niepewność przed nadchodzącym trzydniowym weekendem (w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii) i może dziś gwałtownie zareagować na szczególnie zaskakujący odczyt amerykańskiego CPI.
USD/CAD
USD/CAD zachowuje się obecnie dość typowo dla par z USD; rajd USD umożliwił wydostanie się ze strefy zagrożenia, jednak nie wystarczył do ogłoszenia powrotu hossy dolarowej.
Obserwujemy dziś parę USD/CAD ze szczególnym zainteresowaniem, ponieważ zarówno Stany Zjednoczone, jak i Kanada opublikują dziś dane na temat inflacji, przy czym Kanada poda również dane dotyczące sprzedaży detalicznej w marcu.
Bykom zależeć będzie na szybkim skontrowaniu wszelkich dalszych spadków; zobaczymy, czy para ta zdoła ponownie przejść przez „lukę” pomiędzy ostatnimi maksimami i dawnym przedziałem powyżej poziomów 1,2350/1,2400.
Podsumowanie w koszyku G-10:
USD: rajd USD stracił impet i waluta musi dziś podjąć walkę, inaczej czeka nas kolejna runda nudnych transakcji w przedziale, biorąc pod uwagę, że bieżący rok dla wielu par z USD rozgrywał się zasadniczo w granicach przedziałów. Uwaga na dzisiejszy odczyt CPI i na wystąpienie Janet Yellen z Fed.
EUR: w parze EUR/USD istnieje ryzyko dalszej konsolidacji w górę, w szczególności w przypadku zaskakującego negatywnie odczytu amerykańskiego CPI. Umiarkowani inwestorzy skupiają się na obszarze 1,1200-25 z ryzykiem dotarcia do poziomu 1,1300 w przypadku pokonania tego obszaru. W przypadku spadku, zamknięcie ponownie w okolicach wsparcia na poziomie 1,1065 potwierdziłoby możliwość ewentualnego powrotu trendu spadkowego, i to raczej wcześniej, niż później.
JPY: niewielkie wsparcie ze strony BoJ i pary USD/JPY nie rozwiało wątpliwości inwestorów. Para EUR/JPY wydaje się ociężała, w szczególności w przypadku kontynuacji poniżej obszaru 134,00. Para AUD/JPY również szuka możliwości zwrotu.
GBP: być może to przedwczesna opinia, jednak funt jest zbyt mocny – czekam na potwierdzenie tej tezy przez parę GBP/USD, mimo iż pod względem formacji dzieje się raczej niewiele, nie licząc zniwelowania skutków wczorajszego rajdu. Para EUR/GBP może wykorzystać nieco większą przestrzeń do spadku w ramach tego trendu, zanim dojdzie do konsolidacji – uwaga na opór w rejonach 0,7125/50 w przypadku wzrostu, a następnie na obszar 0,7000+ w przypadku spadku.
CHF: harmonogram doniesień z Grecji staje się coraz bardziej napięty – zasadniczo skłaniam się ku spadkowi kursu franka po ogłoszeniu porozumienia – jednak można wziąć również pod uwagę opcjonalność – EUR/CHF lub USD/CHF.
AUD: w nocy waluta umocniła się względem konsolidującego się USD; jest jeszcze miejsce na dalszą konsolidację, zanim stanie się to niewygodne dla niedźwiedzi – nawet do poziomu 0,7975/0,8000, jednak osobiście wolałbym powrót trendu spadkowego.
CAD: uwaga na dzisiejsze dane, które mogą stanowić katalizator dla kursu CAD. Podtrzymuję prognozę aprecjacji pary USD/CAD, o ile nie spadnie z powrotem znacznie poniżej poziomu 1,2100.
NZD: waluta umocniła się pomimo rozczarowującego odczytu zaufania konsumentów ANZ w maju; być może inwestorzy byli rozczarowani, że najnowsze lokalne minima w parze NZD/USD nie zapewniły dodatkowego impetu spadkowego. Inwestujący w parę AUD/NZD powinni zwrócić uwagę, że powróciliśmy do 200-dniowej średniej ruchomej.
SEK: wyprzedaż w parze EUR/SEK traci impet w granicach przedziału. Trudno kupować walutę, z którą wiąże się ryzyko coraz większego luzowania ilościowego w przypadku, gdyby jej aprecjacja groziła podtrzymaniem widma deflacji. Jeżeli jednak nastąpi przełamanie i zamknięcie poniżej poziomu 9,22, może to być punkt wyjścia do testu.
NOK: zasadniczo czekam na relatywne osłabienie tej waluty i gdyby nie wysokie ceny ropy, chętnie zobaczyłbym dalsze spadki (zwróćmy uwagę na korektę w parze NOK/SEK). NOK jest jednak dość nudną propozycją dopóty, dopóki para EUR/NOK pozostawać będzie nadal w granicach przedziału 8,30-50.
Grupa Sage opublikowała skonsolidowane wyniki finansowe za pierwsze półrocze (rok finansowy liczony od października 2014 r.). W tym okresie Grupa odnotowała 5,1% wzrost zysku operacyjnego przy 6,5% wyższych obrotach. Jeszcze lepszą dynamikę odnotowano w obrotach i zysku z odnowień licencji oraz zakupu subskrypcji oprogramowania.
Wyższe obroty, zysk i marża
Rok finansowy w Grupie Sage liczony jest od października do września. W maju br. opublikowano skonsolidowane wyniki Grupy za okres październik 2014 – marzec 2015. Dane nastrajają optymizmem: przychody ogółem wyniosły 699 mln funtów (wobec 642 mln w analogicznym okresie ubiegłego roku, przeliczonych po bieżących kursach walutowych), a skonsolidowany zysk operacyjny Grupy wzrósł do 183 mln funtów (w ub. I półroczu wynosił 174 mln funtów).
Grupa Sage przedstawiła znakomite wyniki w kategorii tzw. „organicznego wzrostu”, który obejmuje wyłącznie dane ze sprzedaży licencji i subskrypcji oprogramowania oraz usług informatycznych. W tej kategorii na uwagę zasługuje ponad 9% wzrost zysku organicznego oraz zwiększenie marży operacyjnej do poziomu 28,1% (w I półroczu 2014 r. wynosiła ona 27,4%). „Wyniki Grupy Sage pokazują, że wkroczyliśmy w dobry okres do rozwoju biznesu.” – powiedział Piotr Ciski, dyrektor zarządzający Sage w Polsce. „Firma rośnie w siłę i rozwija się na wielu polach”.
Trendy rynkowe: subskrypcja i Chmura górą
Z udostępnionych wyników wyraźnie widać trendy panujące na rynku użytkowników oprogramowania wspomagającego zarządzanie przedsiębiorstwem – np. 8% wzrost obrotów z usług odnawialnych, przy wyraźnie niższym (niewiele ponad 2%) wzroście obrotów w segmencie usług IT.
Sage podkreśla zachodzącą na rynku globalnym zmianę po stronie przedsiębiorców. Zmienia się bowiem model korzystania z oprogramowania wspomagającego działalność biznesową. Coraz więcej firm odchodzi od tradycyjnego modelu opartego na zakupie licencji na rzecz subskrypcji, czyli wykupywania prawa do okresowego użytkowania oprogramowania. W I połowie 2015 r. na całym świecie z modelu subskrypcji korzysta już ponad 550 tys. klientów Sage, co w ogólnych rocznych obrotach Grupy stanowi wartość 260 mln funtów.
Wzrasta sprzedaż do małych i dużych firm
Na uwagę zasługuje również wzrost zarówno po stronie systemów przeznaczonych dla dużych firm, jak i dla kilkuosobowych przedsiębiorstw. Sprzedaż systemu Sage ERP X3 (oprogramowania dla większych firm) w ciągu pół roku wzrosła o 10% (w analogicznym okresie ub. r. wykazywała 7% dynamikę). Jednocześnie o ponad 30 tys. (do 115 tys.) zwiększyła się liczba subskrybentów systemu Sage One, udostępnianego wyłącznie w Chmurze i zaprojektowanego z myślą o obsłudze najmniejszych firm.
Dyrektor Zarządzający Grupy Sage, Stephen Kelly, w komentarzu do opublikowanych wyników podkreślił, że pomimo wysoko postawionej poprzeczki na bieżący rok obrotowy, Sage udało się osiągnąć wszystkie postawione cele. „Wzrost na poziomie 8% w segmencie odnowień subskrypcji pokazuje nasz potencjał i rynkową siłę, a jednocześnie dowodzi jakości naszych relacji z klientami”. Dodał przy tym, że choć wyniki obejmują zazwyczaj najkorzystniejszy dla firm informatycznych IV kwartał, to wszelkie prognozy i cele finansowe na ten rok są utrzymane.
„Jesteśmy dumni z tego, że należymy do Grupy i mamy swój udział w jej sukcesie”, podkreślił Piotr Ciski. Polski oddział Sage jest częścią Grupy Sage, zatem oficjalne sprawozdania finansowe Grupy zawierają także wyniki finansowe polskiej spółki.
Mimo starań podjętych przez Mario Draghiego w pobudzenie europejskiej gospodarki, aktualna sytuacja ekonomiczna Eurolandu nadal pozostaje daleka od oczekiwań szefa ECB. Jak wynika z wstępnych informacji opublikowanych w czwartek przez Market Economics, łączony indeks PMI obrazujący aktualną kondycję sektora przemysłowego i usługowego w strefie euro spadł z poziomu 53.9 pkt w kwietniu do 53.4 pkt w maju.
Jest to drugi z rzędu spadek, a zarazem najsłabszy wynik od trzech miesięcy, co wzbudza uzasadnione obawy o przyszłość całego regionu. Znaczenie słabsze od prognozowanych dane napłynęły także zza Oceanu, gdzie w ostatnim miesiącu indeks Fed Filadelfii spadł z 7.5 pkt do 6 pkt, potwierdzając tym samym doniesienia o trwałym spowolnieniu amerykańskiej gospodarki. W polskich domach wczorajszy wieczór zdominowała natomiast debata prezydencka z udziałem Andrzeja Dudy i Bronisława Komorowskiego. Oczy inwestorów za Odrą skierowane są jednak bardziej na poczynania Mario Draghiego, niż nasz rodzinny spektakl podgalający na licytowaniu się na wartość „prezentów wyborczych”.
Rano uwagę inwestorów na Starym Kontynencie przyciągnęły informacje o wysokości indeksu instytutu Ifo obrazującego nastroje panujące wśród niemieckich przedsiębiorców. W ciągu dnia zostaną natomiast opublikowane dane dotyczące dynamiki inflacji CPI (prognoza 0.1% m/m i -0.1% r/r) w Stanach Zjednoczonych. Istotny wpływ na przebieg dzisiejszej sesji może mieć także popołudniowe wystąpienie Mario Draghiego, który weźmie udział w odbywającym się w Portugalii Forum ECB dotyczącym bankowości centralnej.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Wiele osób uważa, że bez etatu nie ma sensu nawet próbować ubiegać się o kredyt gotówkowy. Z kolei inni są zdania, że procedury bankowe, z powodu ogromu dokumentacji niezbędnej do wzięcia kredytu, to przesada i niepotrzebna biurokracja. Jednak rzeczywistość jest zupełnie odmienna. Banki akceptują różnego rodzaju umowy jako potwierdzenie zdolności kredytowej, a konieczność przedstawienia określonych dokumentów zabezpiecza interes klienta. Dzięki temu unika on nadmiernego zadłużenia, które najczęściej prowadzi do kłopotów z regulowaniem zobowiązań i może skończyć się pętlą kredytową.
Podstawowym warunkiem uzyskania kredytu gotówkowego jest posiadanie odpowiednio udokumentowanego dochodu. W dzisiejszej rzeczywistości gospodarczej, kiedy coraz więcej osób rozlicza się z pracodawcami na podstawie umów cywilnoprawnych lub prowadzi działalność gospodarczą, banki akceptują wiele typów dokumentów poświadczających dochód. Poszczególne instytucje inaczej traktują różne umowy, chociażby ze względu na długość ich trwania, charakter prawny czy stabilność źródła dochodu.
Niewątpliwie w najbardziej komfortowej sytuacji są potencjalni kredytobiorcy zatrudnieni na umowę o pracę, szczególnie na czas nieokreślony. Od „etatowca” bank będzie oczekiwał podpisanego przez pracodawcę zaświadczenia o zatrudnieniu i osiąganych dochodach. Wiele banków wymaga jedynie, aby poprzedzający uzyskanie kredytu okres zatrudnienia takich osób przekraczał 3 miesiące. Bank może zaakceptować krótszy czas, gdy długość zatrudnienia przekracza 1 miesiąc, a przerwa nie jest dłuższa niż jeden kwartał. Osoby posiadające umowę o pracę na czas określony będą w o tyle trudniejszej sytuacji, że w zdecydowanej większości banków umowa kredytowa nie może być dłuższa od okresu zatrudnienia. Wyjątkiem mogą być osoby, których umowy czasowe są odnawiane regularnie – na przykład nauczyciele. Od takich klientów bank będzie najczęściej oczekiwał oświadczenia pracodawcy dotyczącego przyszłego zatrudnienia.
Prosta jest też sprawa w wypadku osób uzyskujących dochody z tytułu emerytury lub renty. Swoją zdolność do spłacenia kredytu mogą one udokumentować zaświadczeniem o przyznaniu lub waloryzacji świadczenia. Bank dokona także oceny ich sytuacji na podstawie ostatniego odcinka emerytury lub wyciągu z rachunku osobistego za miesiąc poprzedzający złożenie wniosku.
Uproszczone procedury dotyczą również osób pracujących w wolnych zawodach, a więc np. lekarzy, adwokatów, architektów, prawników czy psychologów. Jeżeli wykonują oni swój zawód poza stosunkiem pracy, czyli np. prowadzą własną praktykę, bank będzie oczekiwał od nich zaświadczenia potwierdzającego kwalifikacje lub dyplomu dającego prawo do wykonywania zawodu. Wysokość osiąganych dochodów jest wskazywana przez przyszłego kredytobiorcę w odpowiednim oświadczeniu. Najczęściej bank poprosi o ich udokumentowanie wyciągiem z rachunku (za minimum 6 miesięcy).
Kolejną grupą osób, dla których brak etatu nie powinien być problemem, są zatrudnieni na kontrakcie. W tym wypadku niezbędne będzie przedstawienie ostatniej umowy (min. 12-miesięcznej) lub potwierdzenie jej przedłużenia. Ważne, aby występowała ciągłość kontraktów – to znaczy, aby przerwy pomiędzy nimi nie były dłuższe niż 30 dni oraz by łączny okres zatrudnienia u obecnego pracodawcy nie był krótszy niż 12 miesięcy.
Zupełnie inne rodzaje dokumentów wymagane są od rolników. Banki oczekują oryginałów zaświadczeń z urzędu gminy o dochodach z gospodarstwa rolnego za ostatni rok i przedstawienia liczby hektarów przeliczeniowych. Istotne mogą się okazać również potwierdzenia o niezaleganiu z podatkami (z urzędu gminy) oraz ze składkami ubezpieczeniowymi (z KRUS-u).
Przedsiębiorcy, którzy są zainteresowani kredytem gotówkowym, muszą z kolei być przygotowani do przedstawienia rocznego zeznania podatkowego za ubiegły rok lub podsumowania książki przychodów i rozchodów (zazwyczaj za 6 miesięcy). Od osoby prowadzącej działalność gospodarczą bank może też oczekiwać potwierdzenia wpłat podatku dochodowego lub zaświadczenia o niezaleganiu z odpowiedniego urzędu skarbowego oraz ZUS-u. W wypadku zwolnienia z płacenia podatku niezbędne będzie oświadczenie o nieodprowadzaniu zaliczek na podatek dochodowy oraz dokument z urzędu skarbowego potwierdzający ten fakt.
Utrudnionych procedur kredytowych najbardziej obawiają się osoby pracujące na umowach cywilnoprawnych. Faktem jest, że w ich wypadku procedura w większości banków nie będzie taka prosta. To, na co banki zwracają szczególną uwagę, to stabilność dochodów uzyskiwanych w oparciu o taką umowę. Zwykle wymaga się od 9 do ok. 12 miesięcy nieprzerwanych umów – istotna jest powtarzalność. Relację z pracodawcą może dokumentować jedna umowa zlecenia na rok lub 12 powtarzających się miesięcznych umów. Większość banków będzie oczekiwać również, aby bieżąca umowa była co najmniej trzecią zawartą z obecnym pracodawcą oraz aby przerwy pomiędzy kolejnymi umowami nie trwały dłużej niż 7 dni. Często również wymagane jest odpowiednie zaświadczenie od pracodawcy potwierdzające brak przeciwwskazań do kontynuowania umowy.
Czy można uzyskać kredyt, nie przedstawiając w banku żadnej dokumentacji?
Owszem, ale tylko kiedy jesteśmy od jakiegoś czasu klientem tej instytucji. Mając informacje o obrotach na naszym rachunku, bank będzie w stanie szybko ocenić naszą sytuację finansową i na tej podstawie zaproponować nam pożyczkę. Minusem takiego rozwiązania jest konieczność skorzystania z oferty tego konkretnego banku, która może nie być w danym momencie najbardziej atrakcyjną na rynku. Innym sposobem na uniknięcie formalności jest skorzystanie z tzw. kredytu na PIT. W okresie rozliczeń rocznych podatków wiele banków promuje specjalne oferty, w ramach których kredyty udzielane są klientom na podstawie aktualnych formularzy PIT-11. Te wystawiane przez pracodawców dokumenty są przez banki uznawane za wiarygodne potwierdzenie zarobków.
Im bardziej złożona jest nasza sytuacja jeśli chodzi o źródła dochodów, tym lepiej powinniśmy się przygotować do rozmowy z bankiem o kredycie. Przygotowanie wcześniej niezbędnych dokumentów przyspieszy proces kredytowy i wypłatę pieniędzy. Warto swoją sytuację skonsultować ze specjalistą, np. doradcą w sieci pośrednictwa finansowego. Znając procedury w różnych bankach, będzie on w stanie wskazać nam instytucję, gdzie będą one dla nas najbardziej przyjazne oraz gdzie będziemy mieli szansę na najwyższą kwotę kredytu. Przedstawienie każdego rodzaju dochodu zwiększa naszą zdolność kredytową. Dlatego tak istotne jest okazanie w banku zaświadczeń dotyczących zarówno dochodów głównych, jak i tych pobocznych. Warto pamiętać, że do uzyskania kredytu, obok udokumentowanego dochodu, niezbędna jest też odpowiednia historia kredytowa w BIK-u.
Stabilizacja cen z lekką tendencją wzrostową – to najkrótszy możliwy opis sytuacji na rynku mieszkaniowym. Od blisko dwóch lat ceny w skali kraju ulegają niewielkim wahnięciom, choć ostatnio są to raczej zmiany w górę niż w dół.
W ostatnim półroczu Indeks Cen Transakcyjnych Home Brokera i Open Finance rósł cztery razy, a tylko w dwóch miesiącach zanotował spadek. Jego najnowsze notowanie (obejmujące dane transakcyjne obu firm za okres luty-kwiecień 2015 r.) to 826,23 pkt, co jest wartością o 0,5 proc. niższą niż przed miesiącem, ale o 2,3 proc. wyższą niż rok temu i o 7,3 proc. wyższą niż dwa lata temu. Po ponad półtorarocznym okresie przebywania w przedziale 800-820 pkt drugi miesiąc z rzędu wskaźnik cen mieszkań znajduje się ponad nim. Indeks wyliczany jest na podstawie transakcji na rynku mieszkaniowym dokonanych przez klientów Home Brokera i Open Finance, pokazuje on realną zmianę cen na rynku mieszkaniowym w największych miastach.
Indeks Cen Transakcyjnych Home Broker i Open Finance Źródło: Home Broker i Open Finance; na podstawie transakcji przeprowadzonych przez klientów firm.
W większości dużych miast ceny nieruchomości poszły w ostatnim roku w górę. Najbardziej w Łodzi (o prawie 20 proc.) i Bydgoszczy. W obu stoi za tym wzrostem przede wszystkim niska baza. Rok temu przeciętny metr kwadratowy mieszkania w Łodzi kosztował nieco ponad 3,5 tys. zł, do wzrostu cen przyczynił się też program Mieszkanie dla Młodych, który oferuje dopłaty do nieruchomości kupowanych na rynku pierwotnym.
W dużych miastach stabilniej
Z pięciu największych rynków ceny najbardziej wzrosły we Wrocławiu (o 5,3 proc. do 5613 zł za mkw.), a spadły w Poznaniu (o 5,7 proc. do 5262 zł za mkw.). Najdroższe mieszkania są niezmiennie w Warszawie, która jest najważniejszym ośrodkiem miejskim w kraju i jego centrum biznesowo-kulturalnym. Wg najnowszych danych za metr kwadratowy mieszkania w stolicy trzeba obecnie zapłacić 7253 zł, o 4,3 proc. więcej niż przed rokiem. Należy jednak pamiętać, że to dane oparte na medianach, czyli wartościach środkowych. Nie brakuje mieszkań dużo tańszych, a z drugiej strony ceny w najbardziej prestiżowych apartamentowcach kilkakrotnie przewyższają średnie stawki.
Jeszcze drożej niż w Warszawie może być w najbardziej popularnych miejscowościach turystycznych takich jak Jurata czy Zakopane. Jednak to rynki specyficzne i nie należy ich analizować w zestawieniu z największymi miastami. Przyglądając się zestawieniu cen mieszkań należy zauważyć, że na największych rynkach dochodzi do mniejszych wahań cen. Jest to związane z faktem, że na tych mniejszych rynkach jest po prostu mniej transakcji i kilka droższych inwestycji jest w stanie relatywnie mocno wpłynąć na medianę ceny transakcyjnej.
Komentarz i prognoza
Pierwsze oznaki wzrostu cen mieszkań korespondują z danymi firmy REAS mówiącymi o rekordowej sprzedaży deweloperów w pierwszym kwartale 2015 r. (11,5 tys. mieszkań w sześciu największych miastach) oraz informacjami GUS o aktywności deweloperów w zakresie rozpoczynania nowych budów.
Niskie stopy procentowe i dobre otoczenie gospodarcze dają podstawy do wiary w to, że najbliższe kwartały będą wyglądały podobnie. Warunki nie tylko zachęcają do zaciągania kredytów, ale i zniechęcają do zakładania lokat w bankach. W efekcie wiele zamożnych osób szuka alternatyw do ulokowania swoich pieniędzy i trafiają one m.in. na rynek nieruchomości. To widać szczególnie na rynku pierwotnym w dużych miastach, gdzie w niektórych inwestycjach zdecydowana większość mieszkań kupowana jest bez pomocy finansowania z banku.
Sytuacja w której ceny nieruchomości rosną nieco szybciej niż inflacja jest oznaką dojrzałości rynku i jego normalizacji. Stabilizacja sprzyja planowaniu przyszłych inwestycji przez deweloperów, a jednocześnie daje inwestorom bezpieczne otoczenie do lokowania środków. Oczekujemy utrzymania wzrostu w ujęciu rok do roku, nie powinien on jednak przekraczać kilku procent.
Wszystko wskazuje na to, że bankowość mobilna będzie jednym z najpopularniejszych kanałów dostępu do banków. Z informacji zebranych przez portal PRNews.pl wynika, że korzystających z tej formy dostępu do banku już ponad 4 mln.
– Klienci już nie tylko sprawdzają stan konta, ale też coraz częściej wykonują przelewy, zakładają lokaty, spłacają karty kredytowe. Zaleta jest taka, że klient ma dostęp do banku z poziomu telefonu, czyli z kieszeni – komentuje Wojciech Boczoń, redaktor naczelny PRNews.pl.
Wzrost popularności bankowości mobilnej to również nowe zagrożenia, np., związane z włamaniami do konta przez aplikacje zainstalowane w telefonie. Myślę, że trzeba zachować zdrowy rozsądek. Nie instalować programów z nieautoryzowanych stron. Z kolei jeśli zgubimy telefon to i tak sposób logowania, konieczność podania hasła czy też wpisania odpowiedniego PIN-u bardzo utrudniają dostęp do panelu klienta, który powinien mieć wtedy czas na zgłoszenie sprawy na policję i zmianę haseł – dodaje Boczoń.
Cykl konferencji TOP10 – najbardziej perspektywiczne rynki dla polskiego eksportu ma na celu popularyzację działalności eksportowej wśród polskich przedsiębiorców. 26 maja w Katowicach odbędzie się ósme z zaplanowanych dziesięciu spotkań.
Do tej pory odbyło się 7 z zaplanowanych 10 konferencji: w Warszawie, Wrocławiu, Łodzi, Poznaniu, Toruniu, Rzeszowie i Szczecinie. Następne spotkania regionalne w ramach projektu „TOP10 – najbardziej perspektywiczne rynki dla polskiego eksportu” oprócz najbliższego w Katowicach, odbędą się w Krakowie i Gdańsku.
Dachser, na początku roku 2015 został partnerem strategicznym konferencji TOP10 organizowanych przez wydawnictwo dziennika Rzeczpospolita. Pomysł zorganizowania cyklu konferencji, podczas których specjaliści z różnych dziedzin wspomagających eksport, np. z logistyki, mogliby podzielić się swoja wiedzą i doświadczeniami z przedsiębiorcami – potencjalnymi eksporterami, zrodził się po prostu z rynkowej potrzeby – mówi Grzegorz Lichocik, prezes Dachser w Polsce. Już od jakiegoś czasu przekonujemy naszych klientów, aby nie ograniczali swojej działalności do lokalnego rynku. Jesteśmy w Europie, która obecnie jest jednym, dużym rynkiem, do którego dzięki m.in. naszej działalności mają nieograniczony dostęp. Aby nasze argumenty mogły trafić do szerszego grona odbiorców, zdecydowaliśmy się na wsparcie projektu TOP10 – wyjaśnia Grzegorz Lichocik. Podczas konferencji przedstawiciele Dachser w prezentacji „Współpraca z operatorem logistycznym jako kluczowy element w ekspansji polskich producentów na nowe rynki” opowiedzą o głównych barierach związanych z transportem, z jakimi spotykają się eksporterzy oraz przedstawiają ofertę Dachser w zakresie globalnej dystrybucji towarów.
Konferencja „TOP10 – najbardziej perspektywiczne rynki dla polskiego eksportu” w Katowicach odbędzie się 26 maja od godz. 9:30 w Hotelu Monopol. Podczas spotkania wystąpią m.in. przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki, Ministerstwa Spraw Zagranicznych, sieci Centrów Obsługi Inwestorów i Eksporterów (COIE). Organizatorzy ogłoszą także wyniki konkursu Orły Eksportu dla firm z województwa śląskiego.
Partnerami merytorycznymi spotkań w regionach są Ministerstwo Gospodarki, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Krajowa Izba Gospodarcza, Związek Banków Polskich, Instytut Badań Rynku, Konsumpcji i Koniunktur, regionalne izby handlowo-przemysłowe oraz Marszałkowie Województw.
Dynamicznie rozwijający się sektor usług IT doprowadził do sytuacji, w której mamy do czynienia z tzw. rynkiem kandydata. Dla pracodawców oznacza to konieczność szukania nowych sposobów na znalezienie dobrego specjalisty. Jak twierdzą eksperci od rekrutacji – obsadzić wakat w branży IT jest coraz trudniej, a zwykłe ogłoszenie o pracę nie gwarantuje już odzewu. Tymczasem konkurencja nie śpi – aż 34 proc. osób, którym zaproponowano posadę w IT, odrzuciła ją bo dostała inną propozycje. 17 proc. kandydatów nie zdecydowało się na przyjęcie danej oferty, ponieważ zbyt długo czekali na decyzję firmy w sprawie rozpoczęcia z nimi współpracy. Z kolei 29 proc. uznało, że zaproponowane wynagrodzenie jest niesatysfakcjonujące.[1]
Potencjalni kandydaci są już zatrudnieni w firmach, które spełniają ich oczekiwania i gdzie realizują ciekawe projekty. Większość z nich nie odczuwa potrzeby zmiany pracy, a jeśli taka się pojawia, to w ciągu tygodnia zostają oni zaangażowani w kilka procesów rekrutacyjnych, a w przeciągu miesiąca potrafią znaleźć już nowe zatrudnienie. Co jest dla nich najważniejsze? Wynagrodzenie – na zmianę pracy z tych względów decyduje się 37 proc. specjalistów. Ale już aż 23 proc. z nich zwraca uwagę przede wszystkim na to, jakie projekty będzie realizować w nowej firmie. Chęć pracy w konkretnej organizacji to z kolei największa motywacja dla 16 proc. nowozatrudnionych.
POWODY
PRZYJĘCIE
Udział %
wyższe wynagrodzenie/ benefity
37%
ciekawsze projekty/ technologie
23%
wieksze możliwości rozwoju
16%
chęć przejścia do większej/ mniejszej organizacji
8%
chęć pracy w konkretnej organizacji
16%
ODRZUCENIE
Udział %
za małe wynagrodzenie/ benefity
29%
przyjęcie innej oferty
34%
zbyt długi czas oczekiwania na decyzję dot. Kandydata
17%
niedostępność w wymaganym terminie
11%
zbyt długi dojazd do pracy
6%
forma współpracy
3%
– Coraz większa liczba ofert na rynku pracy sprawia, że kandydaci stają się coraz bardziej wymagający, a co za tym idzie – rosną ich oczekiwania i wymagania. Aby przekonać ich do zmiany pracy, nie wystarczy już tylko atrakcyjne wynagrodzenie. Mocną kartą przetargową jest ubezpieczenie medyczne, samochód służbowy czy dofinansowanie do kursów i szkoleń – mówi Michał Lewandowski, Prezes Zarządu Diverse Consulting Group.
Jak znaleźć eksperta od IT?
By pozyskać odpowiednich specjalistów IT, rekruterzy odchodzą od starych metody, takich jak tzw. direct search czy tradycyjne ogłoszenia, które nie przynoszą już zadowalających efektów. Branża IT rozwija się na tyle szybko, że osoby tuż po studiach nie narzekają na brak zainteresowania ze strony pracodawców, a specjaliści IT w ciągu tygodnia potrafią otrzymać nawet kilkanaście propozycji zawodowych.
– Kandydaci przeglądają ogłoszenia, ale jeśli nie znajdą w nich nic atrakcyjnego, m.in. stawki i opisu projekt do jakiego mają dołączyć czy oferowanej formy współpracy, nie będą tracić czasu na odpowiedź. Informacje te w ogłoszeniach w branży IT są potrzebne już na wstępie – jeżeli nie pojawia się one w ofercie, aplikacje nie będą do nas napływać, mimo obszernego opisu firmy i atrakcyjnej grafiki – dodaje Lewandowski.
Szukamy kandydata – ale jak?
W branży IT najczęściej poszukiwani są kandydaci z dużym doświadczeniem i konkretnymi umiejętnościami, a przez trudności z odpowiedziami na zwykłe ogłoszenie i odchodzeniem od masowej rekrutacji, działy HR często decydują się na zlecenie tego procesu na zewnątrz.
– Rekruterzy zewnętrzni skupiają się na konkretnych wymaganiach i poszukują osób, które spełniają je w najwyższym stopniu. Dodatkowo mogą przeprowadzić weryfikację umiejętności technicznych kandydata czy poznać jego osobowość, tak aby firma otrzymała komplet informacji o osobie, którą chce zatrudnić. Dzięki bezpośredniemu kontaktowi są również w stanie przekazać dodatkowe szczegóły, które mogą być kluczowe, by przekonać kandydata. Ale co najważniejsze – rekruter specjalizujący się w dziedzinie IT dysponuje rozbudowaną siecią „zaprzyjaźnionych” specjalistów i czasami wręcz planuje prace projektowe i kolejne zatrudnienia razem z nimi – podsumowuje Michał Lewandowski z Diverse Consulting Group.
W poszukiwaniu specjalistów IT agencjom pomagają liczne portale, na których kandydaci posiadają swoje profile z doświadczeniem zawodowym, takie jak LinkedIn czy GoldenLine, a także media społecznościowe – Facebook, Twitter czy Google+. Popularną metodą wspierania rekrutacji w IT jest również uczestniczenie w wydarzeniach tematycznych i grupach dyskusyjnych związanych z tą tematyką. Jednak najbardziej efektywna jest własna baza CV, systematycznie poszerzana o nowe aplikacje, od której firmy doradztwa personalnego rozpoczynają poszukiwanie kandydatów. Dzięki wypracowanym relacjom i bezpośrednim kontaktom, rekruterzy są w stanie szybko znaleźć odpowiednią osobę, bez czekania na odzew z jej strony.
[1] Statystki prowadzone przez Diverse Consulting Group
Liczne zaginięcia ludzi przed ekranami komputerów i konsoli, poczucie dylatacji czasu, zachwyt i uniesienie. „Wiedźmin” rozpoczął po raz kolejny triumfalny pochód.
Zelektryzował Polaków, uwiódł graczy, media, a nawet polityków. Stał się elementem kampanii prezydenckiej. Produkcja studia CD Projekt RED to najbardziej wyczekiwany tytuł roku. Premiera 3. części kultowej gry „Wiedźmin” została zauważona przez wszystkich i przyciągnęła tłumy do sklepów. Już okrzyknięta przebojem, ma szanse stać się największym hitem polskiej branży gier komputerowych. Jej poprzednie edycje zakupiło 7 mln nabywców. Z kolei ta najnowsza w przedsprzedaży rozeszła się w ilości 1,5 miliona egzemplarzy. „Wiedźmin 3” zbiera znakomite recenzje zarówno w kraju, jak i zagranicą. O grze w kontekście gospodarczym i wizerunkowym naszego kraju wspomniał także Barack Obama. Wg prezydenta USA jest to jeden z naszych najlepszych produktów eksportowych i szansa dla gospodarki. To ogromny sukces CD Projekt, który jest producentem, wydawcą i dystrybutorem gier komputerowych.
Temat spotkał się z dużym odzewem w mediach. Z analizy PRESS-SERVICE Monitoring Mediów wynika, że o „Wiedźminie” od 1-19 maja ukazało się 3800 informacji. W tytułach publikacji internetowych i prasowych podkreślano wartość wydania oraz jego twórców: „Wiedźmin: globalna histeria zakupowa”, „Gerald z Rivii wart miliony”, „Dziś premiera Wiedźmina. Możemy być z niego dumni”, Wiedźmin 3: Dziki Gon. Polski towar eksportowy”, „Premier o twórcach >Wiedźmina 3: Dziki Gon<: To ambasadorzy Polski nowoczesnej”. W blisko 90 publikacjach dziennikarze relacjonowali spotkanie twórców gry z Bronisławem Komorowskim. W tytułach tych materiałów najczęściej cytowano słowa prezydenta: „Można w Polsce odnosić sukcesy”. Jeszcze większe zainteresowanie mediów wzbudziła wizyta premier Kopacz w siedzibie CD Projekt RED. O jej przebiegu źródła informowały w prawie 390 publikacjach.
Prasa i internet – specjalistycznie
Najwięcej publikacji ukazało się w internecie – prawie 88 proc. całości przekazu. 5 proc. należało do stacji telewizyjnych, a 4 proc. do radiowych. W prasie poświęcono „Wiedźminowi” 102 materiały, co stanowiło niecałe 3 proc. ogółu analizowanych informacji. Informacje opublikowane w internecie wygenerowały dotarcie na poziomie 1,8 mld kontaktów. Z materiałami prasowymi mogło zetknąć się 6,6 mln odbiorców.
W sieci najwięcej uwagi poświęciły nowemu „Wiedźminowi” portale specjalistyczne: tematyczny serwis Gry.onet.pl (62 materiały), Ppe.pl (61), Eurogamer.pl (60), Planetagracza.pl (58) oraz Gry-online.pl (55). Temat był szeroko omawiany na antenie ogólnopolskich stacji radiowych: Radio Zet (25 materiałów), Polskie Radio Program 4 (23), Antyradio Warszawa (16), Polskie Radio Program 3 (15) i Polskie radio Program 1 (13). Wśród stacji telewizyjnych dużym zainteresowaniem wykazały się kanały informacyjne. Polsat News 2 wyemitował aż 37 materiałów, w których wspomniano o wydaniu. O dwie informacje mniej pojawiło się TVN 24 BiŚ, a o trzy mniej w Polsat News. 28 materiałów opublikowano w TVP Info, a 25 w TVN24. W prasie prym wiodły tytuły specjalistyczne: PSX Extreme (13 publikacji) oraz CD Action (8). Artykuły zamieściły również „Gazeta Wyborcza” (8), „Dziennik Gazeta Prawna” (6) i „Parkiet” (6).
Trendy – media kontra Google
Z analizy trendów aktywności internautów w Google wynika, że wprawdzie szukali oni informacji w wyszukiwarce na temat „Wiedźmina” od początku miesiąca, jednak zainteresowanie wyraźnie wzrosło dopiero 16 maja, co z pewnością było również efektem szerokiej promocji produktu w mediach. Kolejny skok można zaobserwować 18 maja. Szczyt zainteresowania przypadł dzień później.
Wykres 1. Wyszukiwania w Google w porównaniu z sumą publikacji w mediach. Liczby reprezentują zainteresowanie względem najwyższego punktu na wykresie
Dziennikarze informowali o grze także od początku miesiąca. Minimalny wzrost liczby publikacji zaobserwować można 5 maja oraz od 11-13 maja. Jednak znaczący pik doniesień medialnych dotyczył 15 maja. Tylko tego dnia w mediach pojawiło się 816 materiałów odnośnie „Wiedźmina” – to wzrost o 591 proc. w stosunku do poprzednich 24 godzin. Skok aktywności medialnej miał związek m.in. z informacją o nocnej premierze artykułu oraz atrakcjach zaplanowanych na 18 maja przez wybrane sklepy. Na ten dzień przygotowano prezentacje trzeciej odsłony gry oraz masę konkursów. Fani mogli też porozmawiać z samymi twórcami kultowego produktu. Natomiast zaraz po północy „Wiedźmin” trafił do sprzedaży.
Wykres 2. Trendy informacji na temat „Wiedźmina” w okresie 1-19 maja 2015 r.
Największy skok popularności gry odnotowano właśnie 18 maja. Po weekendowym wyciszeniu medialność tematu wróciła do piątkowego poziomu. Wówczas media rozpisywały się o zbliżającej premierze oraz promocjach przygotowanych przez sklepy, a przyrost liczby doniesień medialnych wyniósł 1425 proc. w stosunku do ubiegłego dnia. Najwięcej informacji pojawiło się w internecie – 93 proc. Niemniej nie brakowało także materiałów w radiu (20), prasie (17) i telewizji (16).
W dniu premiery na temat gry ukazało się 986 doniesień medialnych, które mogły osiągnąć poziom aż 369 mln kontaktów. Jednak w tym okresie dużą aktywnością wykazała się także telewizja, w której pojawiło się o 115 materiałów więcej w porównaniu do minionego dnia. W tym czasie temat podjęty także źródła radiowe, lecz najwięcej materiałów wyemitowały dzień po premierze.
W przeliczeniu na złotówki
Ile musiałby wydać producent „Wiedźmina”, aby osiągnąć szacunkowe dotarcie na poziomie 1,8 mld kontaktów z informacjami? Analitycy PRESS-SERVICE Monitoring Mediów obliczyli, że byłaby to kwota co najmniej 16 mln zł. Największą wartość miały materiały z internetu – 7,4 mln zł. Ekwiwalent reklamowy publikacji z prasy wyniósł 3,6 mln zł, z telewizji 3,4 mln zł, a blisko 2 mln zł warte były emisje radiowe.
W porównaniu z innymi krajami europejskimi nie zaciągamy zbyt wielu kredytów mieszkaniowych. W 2014 roku całkowite zadłużenie polskich gospodarstw domowych z tytułu zobowiązań hipotecznych wynosiło 350 mld zł. Pod koniec 2014 roku kredyty mieszkaniowe spłacało ponad 1,8 mln kredytobiorców. Średnio pożyczamy na mieszkanie 209 tys. zł. W ciągu ostatnich ośmiu lat nasze zadłużenie hipoteczne zwiększyło się niemal pięciokrotnie. Nie boimy się już inwestować w nieruchomości, ale bierzemy kredyty rozważniej niż kilka lat temu.
Okazuje się też, że na tle Europy nasze zadłużenie na mieszkania nie jest takie duże. Biorąc pod uwagę poziom długu hipotecznego społeczeństwa w porównaniu do produktu krajowego brutto, według danych Europejskiego Banku Centralnego i Eurostatu, najbardziej zadłużeni są mieszkańcy Dani, Wielkiej Brytanii, Cypru, Szwecji i Holandii. Z 28 krajów unijnych w gorszej sytuacji niż Polska jest 19 państw, a w ośmiu wskaźnik ten jest niższy.
Większość zadłużenia hipotecznego w UE przypada na 3 kraje
Jeśli chodzi o kwotowe zadłużenie mieszkańców Europy, Polska plasuje się na 22. miejscu wśród krajów unijnych. Najmniejsze nominalne zadłużenie mają nowe kraje UE, a najwięcej do spłaty mają najstarsi członkowie wspólnoty europejskiej, tj. Wielka Brytania, Niemcy i Francja, na które przypada większość zadłużenia mieszkaniowego w całej Unii Europejskiej.
Obecnie kredyty mieszkaniowe w Polsce oprocentowane są najniżej w historii. Nie jest to jednak zasługą marż bankowych, ale niezwykle niskich stóp procentowych, ustalanych przez Radę Polityki Pieniężnej, które wpływają na całkowite oprocentowanie kredytów.
Jeśli kupimy w Warszawie mieszkanie w cenie 397 tys. zł, przy kredycie zaciągniętym na 30 lat, miesięczna rata spłaty wyniesie 1400 zł, wyliczają specjaliści rynkowi. Biorąc pod uwagę średnią stawkę na warszawskim rynku deweloperskim, którą analitycy Reas wyliczają na prawie 8 tys. zł/ m kw., w tej kwocie można kupić mieszkanie o powierzchni 50 mkw. Jednak wybierając tańsze inwestycje jest szansa na większy metraż. – Pod względem cenowym bezkonkurencyjna w Warszawie jest Białołęka. Poza tym, oferuje duży wybór mieszkań. Niższe ceny przyciągają młodych singli i rodziny z dziecmi. W kwocie 395 tys. zł w naszej inwestycji Tarasy Dionizosa przy u. Winorośli można kupić czteropokojowe mieszkanie o powierzchni ponad 63 m kw. Najmniejszy lokal dwupokojowy kosztuje 200 tys. zł – wymienia Wojciech Stisz z Barc Warszawa SA.
Spadek liczby udzielanych kredytów mieszkaniowych w Polsce
Mimo znacznie niższego kosztu kredytów mieszkaniowych i obciążenia miesięczną ratą spłaty niż kilka lat temu, liczba zaciąganych zobowiązań pozostaje obecnie na stabilnym, niskim poziomie. W całym 2014 roku banki udzieliły ponad 174 tys. nowych kredytów mieszkaniowych, a jeszcze w 2011 roku podpisały 231 tys. zł umów kredytowych.
Wiele osób kupuje w tej chwili mieszkania za gotówkę, w tym inwestorzy którzy wycofali środki z nieopłacalnych lokat. Maleją też szanse, że w następnych latach chętnych na kredyty przybędzie. Społeczeństwo polskie starzeje się w szybkim tempie, a w ciągu kolejnych 35 lat, jak podaje GUS, liczba ludności w naszym kraju zmniejszy się o 4,5 mln.
Do 2050 roku grupa młodych ludzi, którzy najczęściej kupują mieszkania, wyraźnie się skurczy. Czarny scenariusz zakłada, że do tego czasu co drugi mieszkaniec polskich miast będzie miał powyżej 50 lat. Starzenie się społeczeństwa to tendencja ogólnoeuropejska, ale zmniejszenie się ludności Polski aż o 1/10 Eurostat ocenia jako jeden z najgorszych wyników na tle 28 krajów Unii Europejskiej. Starsze od nas ma być tylko społeczeństwo Łotwy.
Naturalną tego konsekwencją będzie spadek ilości transakcji, zarówno na rynku mieszkaniowym, jak i kredytowym. Transformacja demograficzna już za kilka lat będzie poważną próbą dla deweloperów, szczególnie tych którzy budują poza Warszawą. Bowiem, według przewidywań GUS, jedynie w województwie mazowieckim ma przybyć mieszkańców.
Tymczasem sprzedaż nowych mieszkań wchodzi na coraz większe obroty. Deweloperzy notują rekordowe wyniki. W pierwszych trzech miesiącach tego roku sprzedało się o 20 proc. mieszkań więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Młodzi ludzie, którzy teraz kupują mieszkania to m.in. przedstawiciele pokolenia boomu demograficznego z lat 80. XX w.
Policja informuje o rosnącej liczbie wypadków z udziałem cyklistów – w 2014 roku było ich niemal 5 tysięcy. Najczęstszymi powodami są niestosowanie się do przepisów ruchu przez rowerzystów oraz brak obowiązkowego wyposażenia.
Policjanci podsumowali ubiegły rok. Według danych doszło w nim do niemal 5 tysięcy wypadków drogowych z udziałem rowerzystów. Okazali się oni sprawcami zdarzeń w około 2 tysiącach przypadków. Dla porównania, przed dwoma latami wypadków z udziałem rowerzystów było mniej o prawie 130. – Różnica może się wydawać niewielka, jednak pokazuje tendencję, w której większa popularność jazdy na rowerze, idzie w parze z rosnącą liczbą tego typu wypadków – mówi Remigiusz Kubler, rowerzysta i podróżnik, twórca Rowerowej Wyprawy Dookoła Polski. Przypomnijmy, że już co drugi Polak deklaruje regularne podróżowanie jednośladem.
Przepisy a bezpieczeństwo
Liczba amatorów roweru dodatkowo zwiększy się wraz z rozpoczęciem wakacji. Policjanci zwracają jednak uwagę, że niepokojąco spora część rowerzystów nie zna ani przepisów ruchu drogowego, ani regulacji, co do obowiązkowego wyposażenia w trakcie jazdy. I tak największa ilość mandatów wystawianych cyklistom dotyczy nieustępowania pierwszeństwa (od 50 do 350 zł) oraz nieprawidłowego skręcania. Zaraz potem plasuje się jazda po chodnikach (50 zł), a także brak obowiązkowego wyposażenia jednośladu (od 20 do 500 zł). – Przepisy nakazują posiadanie przynajmniej jednego światła białego z przodu oraz światła odblaskowego
i pozycyjnego czerwonego z tyłu – mówi Weronika Kostrzewska, eksperta ds. oświetlenia rowerowego w firmie Mactronic, będącej największym w Polsce producentem oświetlenia przenośnego. – Trzeba podkreślić, że wyposażenie roweru w zestaw lampek, to nie tylko kwestia przepisowej, ale także bezpiecznej jazdy.
Ekspertka dodaje, że prócz tradycyjnego oświetlenia montowanego na rowerze, na potrzeby dłuższej podróży warto zabrać ze sobą latarkę czołową lub opaski odblaskowe zakładane na ręce i nogi. Taka przezorność zapewnia doskonałą widoczność rowerzysty na drodze, a silne światło z dodatkowych latarek ułatwia dostrzeganie przeszkód po zmroku.
Wśród innych sposobów na zwiększenie bezpieczeństwa jazdy rowerem, można wymienić zsiadanie z jednośladu podczas przekraczania pasów, jazdę z dwoma rękami na kierownicy i obiema stopami na pedałach oraz nieużywanie telefonu podczas jazdy.
Warto mieć na uwadze, że niedostosowanie się do tych reguł, też może skutkować otrzymaniem mandatu.
Jak zmniejszyć liczbę wypadków?
Cykliści zwracają uwagę, że polityka mandatowa niekoniecznie musi przynieść pozytywne efekty. Wskazują inne sposoby na ograniczenie liczby wypadków z udziałem rowerzystów. Na przykład takie, jak na zachodzie Europy. – Warto brać przykład z Holandii, Niemiec czy Wielkiej Brytanii, gdzie dla rowerzystów budowane są swego rodzaju autostrady, drogi szybkiego ruchu a nawet wiadukty. Za ich sprawą podróż przez zatłoczone miasta odbywa się w pełni bezpiecznie o każdej porze – mówi Remigiusz Kubler.
W Polsce coraz częściej organizowane są akcje społeczne, mające zwiększać świadomość zagrożeń wynikających z nieprawidłowego zachowania się na rowerze. Przykładem jest policyjna akcja „Bezpiecznie na rowerze”, kierowana do dzieci i młodzieży. O swoje interesy walczą też sami rowerzyści. We Wrocławiu zrzeszają się pod nazwą „Masa Krytyczna” i raz w miesiącu organizują wielki przejazd ulicami miasta. Jak sami mówią, chcą zwrócić uwagę zmotoryzowanych kierowców na to, że nie są oni jedynymi użytkownikami dróg.
Należące do PBG Rafako zamierza wyemitować akcje o łącznej nominalnej wartości 30 mln zł, by sfinansować realizację zamówień. Spółka ma dobre wyniki i pełny portfel zamówień na najbliższe lata, a jej głównym problemem jest przesuwający się w czasie termin zawarcia układu z wierzycielami przez jej właściciela.
– Uchwała emisyjna, którą zarząd spółki podjął w ubiegłym tygodniu, ma związek z rok temu podjętą przez nadzwyczajne walne zgromadzenie uchwałą dającą zarządowi instrument w postaci możliwości skorzystania z emisji kapitału w ramach kapitału docelowego– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Agnieszka Wasilewska-Semail prezes Rafako. – I taką decyzję podjęliśmy.
Zarząd Rafako podjął uchwałę o emisji ponad 15 mln akcji z wyłączeniem prawa poboru. Mają one zostać zaoferowane akcjonariuszom spółki posiadającym co najmniej 10 proc. udziałów w niej, a w przypadku braku chętnych nowe akcje zostaną zaoferowane w trybie oferty publicznej. Akcje mają mieć wartość nominalną 2 zł.
Głosowanie nad układem PBG z wierzycielami odbędzie się w sierpniu, a decyzja w tej sprawie zapadła dopiero 18 maja. Spółce Rafako, której należące do PBG akcje mają gwarantować wierzycielom tej spółki, że wywiąże się ona z układu, utrudniało to sprawne działanie. Pierwotny, wyznaczony w lutym na koniec kwietnia termin został wcześniej anulowany. Stad podjęta 13 maja decyzja o emisji.
–Nie był znany termin głosowania nad układem naszej spółki matki, a to blokuje pewne procesy po naszej stronie– tłumaczy Agnieszka Wasilewska-Semail. –Blokuje to przede wszystkim procesy związane z docelowym miksem finansowym, który spółka musi mieć określony z racji tego, że działamy na rynku bardzo konkurencyjnym i żeby tej konkurencji sprostać, musimy mieć też adekwatne możliwości finansowe.
Początkowo Rafako zamierzało ogłaszać emisję dopiero, gdy znany będzie termin głosowania nad układem w PBG. Można bowiem oczekiwać, że decyzje o zwiększeniu zaangażowania w Rafako akcjonariusze będą chcieli podejmować dopiero, gdy wyklaruje się sytuacja głównego udziałowca.
– Niemniej jednak te procesy się na tyle wydłużyły, że jako zarząd musieliśmy niezależnie od tych procesów podjąć decyzję o tym, że instrument w postaci skorzystania z finansowania z rynku kapitałowego jest przez nas bardzo mocno rozważany – podkreśla prezes Agnieszka Wasilewska-Semail z Rafako. –To jest podłoże decyzji z ubiegłego tygodnia. Jeśli chodzi o harmonogram, to możemy powiedzieć, że na ten moment trwają prace nad prospektem emisyjnym. I oczywiście będziemy komunikować wszystkie terminy, które będą się pojawiały tak szybko, jak to będzie tylko możliwe ze względu na wymogi dotyczące informacji do rynku kapitałowego.
Rafako w I kwartale miało ponad 280 mln zł przychodów, o 52 proc. więcej niż przed rokiem. Zysk netto spółki spadł o 1,2 mln zł, sięgając 2,3 mln. Firma tłumaczy, że wynikało to z konieczności zapłacenia 2,2 mln zł podatku od sprzedaży spółki FMP.
UOKiK zbadał rynek sprzedaży detalicznej farmaceutyków, w tym kwestię zakresu ingerencji państwa w prowadzenie działalności na rynku farmaceutycznym. Wyniki badania dostępne są w podsumowaniu raportu
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przeprowadził badanie rynku sprzedaży detalicznej farmaceutyków. Celem badania była m.in. analiza uregulowań prawnych oraz ich ocena z punktu widzenia mechanizmów konkurencji, a także porównanie modeli regulacji występujących w niektórych państwach Unii Europejskiej. Szczegółowo przeanalizowano również strukturę rynku na terenie województwa kujawsko-pomorskiego. W trakcie badania Urząd zapytał o opinie ponad 400 przedsiębiorców prowadzących apteki.
Wyniki analizy rynku
Z informacji uzyskanych przez UOKiK wynika, że w Polsce – według stanu na 1 grudnia 2014 r. – działa 14 352 aptek i punktów aptecznych. Najwięcej w województwach mazowieckim i śląskim, gdzie istnieje po 1500 placówek. Jedna apteka przypada średnio na 2 600-2 700 mieszkańców. Dla porównania – w krajach UE średnia wynosi 4 500 osób, a w przypadku konkretnych krajów ta liczba waha się od 2 200 (Belgia) do 7 5000 ( Szwecja). Od początku 2014 r. można zaobserwować wzrost liczby placówek aptecznych. Jest to odwrócenie trendu z 2013 r., kiedy po wejściu w życie tzw. ustawy refundacyjnej ich liczba się zmniejszyła. Wprowadzone zostały wówczas m.in. stałe ceny leków refundowanych, obowiązek zawierania przez apteki umów z Narodowym Funduszem Zdrowia czy zakaz reklamy aptek.
Od kilku lat można także zauważyć wzrost ilości placówek prowadzonych w ramach sieci aptek. Obecnie mają one łącznie ok. 30 proc. udziału w rynku. Większość zamykanych aptek jest prowadzona przez pojedynczych przedsiębiorców, natomiast nowe punkty otwierane są przez duże sieci. Spadek rentowności mniejszych placówek może być spowodowany silną konkurencją cenową dotyczącą leków bez recepty, rosnącymi kosztami prowadzenia działalności, czy mniej korzystną pozycją negocjacyjną z hurtowniami farmaceutycznymi. Z tego ostatniego powodu zauważyć można coraz częstsze łączenie się przedsiębiorców w grupy zakupowe, co daje możliwość uzyskanie lepszych warunków zakupu produktów.
Zebrane dane pozwoliły ustalić, że przedsiębiorcy apteczni konkurują ze sobą na niewielkich obszarach. Większość z badanych podmiotów za placówki konkurencyjne uznała te, które są zlokalizowane w najbliższej okolicy (często w obrębie jednego osiedla lub nawet na tej samej czy sąsiedniej ulicy). Dlatego Urząd przyjął, że rynek ma wymiar lokalny i ogranicza się do obszarów wyznaczonych promieniem kilometra od aptek. Nieliczne są sytuacje, w których przedsiębiorcy posiadający najsilniejszą pozycję w skali całego kraju mogą mieć taką samą siłę na poszczególnych rynkach lokalnych.
Stan prawny
Analiza wykazała, że polski model regulacji prawnych działalności aptecznej nie odbiega od tych standardów przyjętych w części państw Unii Europejskich, w których preferowany jest mniejszy stopień ingerencji państwa. Polski ustawodawca nie zrezygnował wprawdzie w całości ze sprawowania kontroli nad tą działalnością, jednak w znacznym stopniu pozostawił jej funkcjonowanie procesom rynkowym. Wśród ograniczeń znajduje się m.in. przepis ustawy Prawo farmaceutyczne, zgodnie z którym nie wydaje się zezwolenia na otwarcie apteki, jeżeli przedsiębiorca, kontrolowane przez niego podmioty lub grupa kapitałowa do której należy prowadzą więcej niż 1 proc. aptek na terenie danego województwa. W odróżnieniu od Prawa farmaceutycznego, prawo antymonopolowe zakłada istnienie pozycji dominującej przedsiębiorcy na danym rynku – w tym przypadku rynku lokalnym, który nie jest tożsamy z obszarem województwa – jeżeli jego udział przekracza 40 procent.
Problemy rynku sprzedaży leków
Jednym z problemów, które można zauważyć na rynku farmaceutycznym jest tzw. eksport równoległy, czyli niekontrolowana sprzedaż do krajów, w których ten sam lek ma znacznie wyższą cenę. Ten proces ograniczyć może uchwalona 7 maja br. zmiana Prawa farmaceutycznego. Zakłada ona m.in. obowiązek regularnego, codziennego raportowania stanów magazynowych oraz wielkości sprzedaży towaru, a także nałożenie obowiązku zgłoszenia do inspekcji farmaceutycznej zamiaru wywozu leków za granicę.
W 2012 r. władze zapowiedziały przystąpienie Polski do Partnerstwa na rzecz Otwartych Rządów (Open Government Partnership, OGP). Niestety, obecnie odnosi się wrażenie, że pomysł ten został porzucony.
Przejrzystość finansów publicznych, jawność zarobków osób wybranych w powszechnych wyborach czy łatwy dostęp do informacji publicznych – to jedne z głównych zasad, do których przestrzegania zobowiązują się kraje zrzeszone w OGP. „Inicjatywa ta ma zachęcać państwa i ich obywateli do wspólnego dialogu oraz tworzenia nowych rozwiązań, które wzmocnią zaufanie społeczne do władzy” – mówi serwisowi infoWire.pl Katarzyna Batko-Tołuć ze Stowarzyszenia Sieć Obywatelska – Watchdog Polska.
Do OGP należy 66 krajów. Niestety, Polska przez trzy lata, mimo nalegań wielu organizacji pozarządowych, nie zdecydowała się na dołączenie. Rzekomo nie potrzebujemy przystępować do OGP, ponieważ przyjęliśmy strategię „Sprawne Państwo 2020”, która zakłada – jak czytamy na stronie internetowej Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji – „efektywną i sprawną administrację, otwartą na współpracę z obywatelem i tworzącą dobre prawo”.
„W Partnerstwie na rzecz Otwartych Rządów w pierwszej kolejności kładzie się nacisk na debatę publiczną. Kolejnymi krokami są przygotowanie planu zmian i jego realizacja”– informuje ekspertka. Krajowi, który dołącza do OGP, niczego się nie narzuca ani nie każe. Musi on stworzyć jedynie swój własny program reform, które między innymi bardziej zaangażują obywateli w procesy rządzenia, monitorowanie polityków oraz ocenianie ich działań. „Decyzja naszego kraju o przystąpieniu do OGP byłaby mocnym sygnałem wysłanym obywatelom, że realizacja idei otwartego rządu jest dla władzy celem priorytetowym” – stwierdza rozmówczyni.
Firmy chcą otoczyć prawną opieką pracowników, którzy informują przełożonych o nieprawidłowościach w przedsiębiorstwie, muszą jednak mieć do tego odpowiednie przepisy. Dzięki doniesieniom pracowników spółki mogą oszczędzić miliony, więc chcą chronić ludzi ujawniających błędy lub nieuczciwość współpracowników. W niektórych krajach płacą za to wynagrodzenie.
– W tej chwili wyzwaniem dla środowiska compliance jest to, by prawnie ochronić tych ludzi, którzy zdecydowali się mówić – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Gomoła, chief compliance officer w T-Mobile Polska. – Nie tylko ochronić, ponieważ oni są narażeni na szykany środowiskowe, często też na szykany prawne: pozwy o ochronę dóbr osobistych, naruszenie tajemnicy osobistej, korespondencji, wreszcie naruszenie dobrego imienia pracodawcy. Mogą zostać wyrzuceni pod byle pretekstem, więc tych przeszkód na ich drodze jest bardzo, bardzo dużo i praktycznie nie ma żadnych regulacji, które by zapobiegały takim działaniom.
W niektórych krajach osoby, które informują o oszustwach współpracowników są chronieni, a niekiedy też nagradzani z mocy prawa. Takie rozwiązania obowiązują w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, nawet na Słowacji, gdzie od 1 stycznia weszła ustawa, która zakłada wynagradzanie takiego informatora, z angielska nazwanego whistleblowerem, jeżeli informacja okaże się prawdziwa. Z drugiej strony wiele krajów takiego prawa wprowadzać nie chce.
– Niemcy również nie mają takiej ustawy i niechęć do wprowadzenia tam takiej ustawy jest duża ze względu na spuściznę nazistowską, a potem na spuściznę Stasi, gdzie wszyscy na wszystkich donosili– mówi Marcin Gomoła. – Jest dość duży kulturowy opór przeciwko wprowadzeniu takich regulacji, natomiast oczywiście korporacje, które są nastawione na zysk, odkryły, że instytucja whistleblowera i jego ochrona się po prostu zwyczajnie opłaca, bo zwiększa dochodowość firmy.
W polskim prawie nie ma takiej instytucji, jak jest w prawie karnym, czyli instytucji świadka koronnego czy świadka incognito. W ocenie chief compliance officer w T-Mobile Polska, potrzebne są regulacje, które wprowadzą do polskiego systemu prawnego ochronę osoby, która w dobrej wierze informuje o nieprawidłowościach.
Z drugiej strony warto jednak pamiętać o tym, że w przypadku donosów różnie bywa z ich prawdziwością oraz intencjami donosiciela, dlatego rolą compliance officera miałaby być nie tylko ochrona sygnalisty w razie potwierdzenia doniesień, lecz także zapobieżenie fałszywym oskarżeniom.
– Zdarzają się też bardzo często nadużycia tej praktyki, tej instytucji, ludzie załatwiają sobie swoje prywatne sprawy, to są często kwestie porachunków, często też porachunków małżeńskich, gdzie żona np. donosi przeciwko mężowi i vice versa, takie jest życie, więc compliance officer musi odfiltrować to, co jest prawdą, od tego, co jest pretekstem i jakimś elementem rewanżu, zemsty czy zawiści – podsumowuje Marcin Gomoła, chief compliance oficer w T-Mobile Polska.
W ocenie NIK izby celne i urzędy skarbowe, poza nielicznymi przypadkami, prawidłowo wykonywały wyroki sądów administracyjnych. NIK zwraca jednak uwagę, że w sytuacji gdy wyrok był korzystny dla organów podatkowych, jego wykonanie przebiegało sprawniej. Tymczasem od 2013 r. gwałtownie rośnie liczba decyzji podatkowych uchylanych przez sądy administracyjne. Zdaniem NIK wynika to przede wszystkim z błędów po stronie organów podatkowych oraz niskiej jakości prawa.
W badanym okresie zarówno izby celne, jak i urzędy skarbowe w większości przypadków prawidłowo wykonywały wyroki sądów administracyjnych. Niewiele było skarg podatników na bezczynność organów podatkowych w tym zakresie, a także ponagleń do Ministra Finansów na opóźnienia w realizacji wyroków. Zarówno organy podatkowe, jak i Minister Finansów podejmowali liczne działania na rzecz poprawy jakości orzecznictwa i terminowości załatwiania spraw. W dwóch izbach celnych (w Warszawie i Szczecinie) wdrożono program naprawczy, który zaowocował znacznym skróceniem czasu trwania postępowań odwoławczych, a także zmniejszeniem liczby zaległych spraw. Minister natomiast monitorował przyczyny uchylania wyroków sądów administracyjnych i analizował rozbieżności w orzecznictwie sądowo-administracyjnym, co przyczyniło się do poprawy nadzoru nad organami podatkowymi. Jednak ani organy podatkowe, ani Minister Finansów – mimo podejmowanych działań – nie doprowadzili do zmniejszenia w 2013 r. liczby uchylanych przez sądy administracyjne decyzji wymiarowych, czyli takich, które określają właściwy wymiar należnego podatku.
W 2013 r. podatnicy złożyli do sądów administracyjnych o prawie ⅓ więcej skarg na decyzje organów podatkowych niż w 2012 r.: na decyzje izb celnych o blisko 9 proc., na decyzje izb skarbowych nieco ponad 42 proc. więcej. Wzrosła także liczba i odsetek uchylonych przez sądy decyzji organów podatkowych, zarówno izb celnych, jak i skarbowych. Ta tendencja utrzymywała się również w I połowie 2014 r. NIK podkreśla, że wcześniej, do 2012 r. odsetek decyzji uchylanych zmniejszał się.
W 2013 roku sądy administracyjne uchyliły łącznie blisko ¼ wszystkich zaskarżonych decyzji wymiarowych wydanych przez organy podatkowe: odpowiednio 23 proc. uchyliły sądy wojewódzkie, 27 proc. Naczelny Sąd Administracyjny (NSA). NIK zwraca też uwagę, że w 2013 r. wojewódzkie sądy administracyjne uchyliły ponad 40 proc. więcej decyzji organów podatkowych niż rok wcześniej, podczas gdy w przypadku NSA liczba uchylonych decyzji wzrosła niemal dwukrotnie – o 95 proc.
Orzeczenia wojewódzkich sądów administracyjnych niekorzystne dla organów podatkowych w stosunku do rozpatrzonych spraw
Najczęstszym powodem uchyleń przez sądy decyzji organów podatkowych zaskarżonych przez podatników – w 43 proc. badanych spraw w izbach celnych i w 40 proc. badanych spraw w urzędach skarbowych – były błędy organów podatkowych, np.: niewyjaśnienie wszystkich okoliczności sprawy, czy oparcie rozstrzygnięcia na niekompletnym materiale dowodowym, co w efekcie skutkowało podejmowaniem błędnych decyzji przez organy podatkowe. W ocenie NIK takie zaniedbania stanowią naruszenie norm i ogólnych zasad prawa podatkowego zawartych w Ordynacji podatkowej.
Blisko połowa zbadanych przez NIK wyroków w urzędach skarbowych i izbach celnych dotyczyła zobowiązań sprzed 7-10, a w niektórych przypadkach nawet sprzed 13 lat.W konsekwencji ściągalność należności po stronie organów podatkowych była bardzo niska: w urzędach skarbowych odzyskano zaledwie 21,6 proc. należnych kwot, a w izbach celnych jeszcze mniej, bo tylko 16,5 proc.
Ponadto NIK zwróciła uwagę, że długotrwałe postępowanie naruszało określone w Ordynacji podatkowej prawa podatników do szybkiego załatwienia sprawy, a także negatywnie wpływało na wizerunek organów podatkowych.
Niska jakość polskiego prawa i jego niespójność z prawem wspólnotowym sprawiały, że stosowanie prawa podatkowego sprawiało organom podatkowym trudności. W 40 proc. zbadanych wyroków, które dotyczyły postępowań podatkowych prowadzonych w urzędach skarbowych, decyzje urzędów uchylono ze względu na rozstrzygnięcia zawarte w wyrokach Trybunału Konstytucyjnego i w uchwałach Naczelnego Sądu Administracyjnego, wskazujące na niezgodność przepisów z Konstytucją. Część decyzji uchylono z kolei z uwagi na rozstrzygnięcia zawarte w wyrokach unijnego Trybunału Sprawiedliwości. Także sądy administracyjne nie były zgodne co do stosowania niektórych przepisów. Zdarzało się, że Naczelny Sąd Administracyjny uchylał wyroki sądów wojewódzkich, niekorzystne dla organów podatkowych, np. we wrześniu 2014 r. NSA uchylił 62 wyroki Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, niekorzystne dla Izby Celnej w Warszawie, a w II półroczu 2014 r. NSA uchylił 41 wyroków WSA w Gdańsku niekorzystnych dla tamtejszej Izby Celnej.
Orzeczenia Naczelnego Sądu Administracyjnego niekorzystne dla organów podatkowych
W trzech izbach celnych i w trzech urzędach skarbowych kontrola NIK ujawniła nieprawidłowości stanowiące naruszenie prawa podatkowego, m.in.:
przewlekłość postępowania: w trzech przypadkach przedłużenie ustawowego terminu na przeprowadzenie postępowania podatkowego było nieuzasadnione (w Izbie Celnej w Warszawie postępowanie trwało nawet 9 miesięcy);
nieuwzględnianie przez organy podatkowe wskazań sądów administracyjnych co do dalszego postępowania. Kontrola NIK ujawniła trzy takie przypadki (niespełna 4 proc. badanych postępowań). Konsekwencją było wydłużenie postępowania. W skrajnym przypadku postępowanie dotyczące zwrotu podatku akcyzowego (ok. 34 tys. zł), zapłaconego przez podatnika z tytułu wewnątrzwspólnotowego zakupu w 2004 r. samochodu, toczyło się przed organami podatkowymi i sądami administracyjnymi obydwu instancji 10 lat i do czasu zakończenia kontroli NIK nie zostało zakończone.
NIK wskazała także osiem przypadków, w których izby celne i urzędy skarbowe z opóźnieniem zwracały nadpłacone podatki, co z kolei wiązało się z koniecznością wypłaty także odsetek (łącznie w ośmiu sprawach 18,1 tys. zł).
W ocenie NIK – w obliczu stwierdzonych problemów zarówno w obszarze kontroli podatkowej, jak i orzecznictwa – konieczne jest przede wszystkim zapewnienie jasnego, precyzyjnego prawa, spójnego z prawem wspólnotowym. Potrzeba także dalszych szkoleń dla pracowników izb celnych i urzędów skarbowych w zakresie stosowania tych przepisów.
W tym roku kurs złotego będzie zależał głównie od decyzji podejmowanych za oceanem. W USA oczekuje się bowiem podwyżki stóp procentowych i wzmocnienia dolara. To oznacza, że choć kurs złotego będzie się często zmieniał, to polska waluta nie będzie mocniejsza.
Po tym, jak pierwsze miesiące roku przyniosły informacje o wyhamowaniu rozwoju amerykańskiej gospodarki, większość analityków przestała oczekiwać, że zarząd Rezerwy Federalnej zdecyduje się na podwyżkę stóp już w czerwcu, jak sądzono po znakomitych poprzednich kwartałach. W I kwartale amerykańska gospodarka urosła jedynie o 0,2 proc. Wprawdzie to pierwszy odczyt, a w USA kolejne potrafią bardzo różnić się od siebie, jednak z ankiety Moody&HASH39;s i CNBC wynika, że odczyt może być zrewidowany w dół, do -0,3 proc. Stopy w USA już siedem lat utrzymywane są na rekordowo niskim poziomie 0-0,25 proc.
– Patrząc na bardzo słaby I kwartał, rynki uznały, że być może decyzja o pierwszej podwyżce stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych trochę oddali się w czasie– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Mróz, główny ekonomista Grupy Copernicus. – Niestety, dla amerykańskiej gospodarki II kwartał zapowiada się dużo lepiej pod względem dynamiki wzrostu gospodarczego, w związku z tym najprawdopodobniej jesienią, we wrześniu, Komitet Otwartego Rynku zacznie dyskutować o podwyżce stóp procentowych.
To oznacza, że międzynarodowi inwestorzy walutowi omijający od 2008 roku Stany Zjednoczone ponownie zaczną rozważać kupowanie dolarów. I to zanim Fed rzeczywiście podniesie stopy, powodując wzrost kursu amerykańskiej waluty.
– Z punktu widzenia krajów takich jak Polska, która do tej pory była bardzo dużym beneficjentem globalnej nadpłynności produkowanej przez Fed, wzrost kosztów finansowania w dolarze będzie powodował najprawdopodobniej odpływ kapitału, a więc również osłabienie walut lokalnych, w tym również złotego– prognozuje Marcin Mróz. – Dlatego też głównym determinantem kursu złotego w najbliższym czasie będą decyzje Fed.
Amerykańska waluta, która rok temu kosztowała nieco ponad 3 zł, dziś kosztuje niemal 3,7 zł. Jej dynamiczny wzrost rozpoczął się w lecie ubiegłego roku, gdy inwestorzy uznali, że ożywienie gospodarki USA zaczyna się utrwalać i może skłonić tamtejszy bank centralny do zakończenia polityki stymulowania wzrostu niskim stopami. Obecnie każda nowa informacja o kondycji gospodarczej Stanów Zjednoczonych jest analizowana pod tym kątem, a ostanie przekonują, że stopy mogą zostać podniesione w tym roku. W marcu np. wydatki konsumpcyjne Amerykanów wzrosły najmocniej od listopada 2014 r., o 0,4 proc. Spadła też liczba osób starających się o zasiłek dla bezrobotnych.
–Każda kolejna informacja ze Stanów Zjednoczonych będzie interpretowana jako czynnik za lub przeciw szybkiej podwyżce stóp procentowych, w związku z tym może powodować wahania kursu euro-dolara, tym samym przekładając się również na sentyment w całej grupie rynków wschodzących, do której to grupy należy również Polska – uważa główny ekonomista Grupy Copernicus.
Sama podwyżka stóp, do której wreszcie dojść musi, nie pozwoli jednak na trwałe wzmocnienie złotego. Co generalnie jest dobrą wiadomością dla polskiej gospodarki, bowiem nasz eksport do Stanów Zjednoczonych, który już dziś wpływa bardzo korzystnie na kondycję krajowych firm, jeszcze się wzmocni.
–Raczej brak aprecjacji i podwyższona zmienność to dwa główne czynniki, do których będziemy się musieli przyzwyczaić w naszym kraju na rynku walutowym w dalszej części roku– zapowiada Marcin Mróz z Grupy Copernicus.
ES-Systempozostanie spółką dywidendową – deklaruje zarząd. W maju WZA spółki zdecydowało o wypłaceniu dywidendy w wysokości 35 groszy na akcję, znacznie wyższej niż w poprzednich latach. Także wyniki, jakie spółka zamierza osiągnąć w 2015 roku, mają być na podobnym poziomie jak rok wcześniej lub lepsze.Spółka widzi bowiem potencjał wzrostu dla swojej działalności.
ES-System zwraca uwagę na to, że na polskim rynku oświetleniowym trwa rewolucja. Obecnie ponad 40 proc. sprzedaży krajowej i 49 proc. sprzedaży eksportowej ES-System to systemy oświetleniowe, w których źródłem światła są diody LED. Porównując rok ubiegły do bieżącego okresu jest to wzrost o ok. 100 proc.
– Firma ES-System aktywna jest w trzech podstawowych segmentach: architektonicznym, oświetlenia przemysłowego i zewnętrznego i to jest to, co będziemy kontynuować w najbliższym okresie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Gawrylak, niedawno powołany prezes zarządu ES-System SA. – Dodatkowo firma ES-System z racji posiadania wysoce wyspecjalizowanych inżynierów, designerów oraz bazy produkcyjnej jest w stanie zaproponować rozwiązania LED-owe. Te rozwiązania przyrastają w sposób skokowy.
W ubiegłym roku skonsolidowane przychody grupy przekraczały 169 mln zł i przyniosły 6,16 mln zysku netto wobec 4,4 mln zł rok wcześniej. W I kwartale obecnego roku ES-System miała wprawdzie 0,47 mln zł straty netto, jednak jej przychody rosły.
– Spółkawygenerowała skonsolidowany wynik 37,4 mln zł, jest to sprzedaż skonsolidowana – informuje Rafał Gawrylak. – Jest to wzrost kwartał do kwartału o 10,4 proc roku. W tym sprzedaży krajowej na poziomie 30,6 mln zł i sprzedaży eksportowej na poziomie 6,8 mln. W obu tych obszarach, tzn. sprzedaży krajowej, jak i eksportowej, wzrosty sięgały 10 i 12 proc.
Prezes nie deklaruje, jakich zysków akcjonariusze mogą oczekiwać w tym roku, zapewnia jednak, że jego firma pozostanie spółką dywidendową. Zysk za zeszły rok pozwoli wypłacić udziałowcom znacznie większą dywidendę niż w poprzednich latach.
– Decyzją walnego zgromadzenia akcjonariuszy wartość dywidendy to 35 groszy na akcję. Wcześniejsze lata nie były tak hojne, wartość dywidendy wahała się między 5 a 10 gr. Dzisiaj jest to 35 gr, nadal gwarantuje nam to stały rozwój i dobrą sytuację finansową, biorąc pod uwagę stan środków finansowych, jakie mamy w spółce – mówi Gawrylak.
Spółka ES-System poinformowała, że za granicą pozyskała nowych partnerów – w Bośni i Hercegowinie oraz Czarnogórze. Jak podano, na mapie sprzedaży firmy pojawiły się również Islandia i Albania. W stosunku do I kwartału ubiegłego roku spółka zanotowała ożywienie na rynkach Europy Zachodniej. Istotnie wzrósł poziom eksportu do ZEA i Kuwejtu. W sumie sprzedaż eksportowa w I kwartale sięgała 6,8 mln zł. Jednocześnie 30,6 mln zł to sprzedaż krajowa firmy.
– Rynek oświetleniowy jest duży. Na chwilę obecną wartość tego rynku to około 2 mld zł. Firma ES-System obejmuje około 10 proc. krajowego rynku profesjonalnych opraw oświetleniowych.. Zarówno w kraju, jak i za granicą jest dość duży potencjał wzrostu – ocenia prezes Rafał Gawrylak, dodając, że tylko w kraju przybywa inwestycji, w których spółka uczestniczy.
Stan zdrowia i długość życia Polaków powoli się poprawiają, jednak na tle Europy wypadamy słabo. Dużym zagrożeniem są choroby układu krążenia, które odpowiadają za 46 proc. zgonów. Coraz większe żniwo zbiera też cukrzyca, gdzie liczba chorych przyjmujących leki sięga już dwóch milionów i według badania NATPOL rośnie rocznie o kolejne 2,5 proc. Ograniczenie skutków tych chorób mogłoby zbliżyć Polskę do zachodnich krajów, ale warunkiem są większe nakłady finansowe na ochronę zdrowia.
– Stan zdrowia Polaków jest zadowalający, ale nie w takim stopniu, jakiego mamy prawo oczekiwać jako społeczeństwo. Wprawdzie żyjemy coraz dłużej i jesteśmy zdrowsi, ale wciąż brakuje nam dużo w stosunku do mieszkańców innych krajów Unii Europejskiej – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Bogdan Wojtyniak, zastępca dyrektora Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego i kierownik Zakładu – Centrum Monitorowania i Analiz Stanu Zdrowia Ludności.
Z raportu GUS wynika, że pod względem długości życia mężczyzn wśród 40 europejskich krajów Polska zajmuje dopiero 28. miejsce (u kobiet 24. pozycję). Mężczyźni żyją osiem, a kobiety cztery lata krócej niż w przedstawiciele społeczeństw europejskich, które przodują w tym rankingu. Wyliczenia wskazują, że chłopiec urodzony w 2013 roku będzie żył 73,1, a dziewczynka – 81,1 lat. Dla porównania we Francji, Szwajcarii i Islandii mężczyźni żyją ponad 80, a kobiety 85 lat.
– Główne różnice między zdrowiem polskich mężczyzn a mężczyzn w innych krajach UE wynikają przede wszystkim z większego zagrożenia zdrowia i życia z powodu chorób układu krążenia tych pierwszych. Gdyby udało się wyeliminować lub ograniczyć te niekorzystne skutki zdrowotne, to zbliżylibyśmy się parametrami zdrowotnymi do innych krajów – wskazuje ekspert.
Blisko co druga osoba (46 proc.) umiera z powodu chorób układu krążenia. Choć statystyki są lepsze, bo w latach 90. na choroby układu krążenia umierało 52 proc. osób, pozostaje jednak dużo do zrobienia. Aby dogonić zachodnią Europę, musimy zwiększyć nakłady na ochronę zdrowia, prewencję i promowanie zdrowego trybu życia. Zdaniem części ekspertów różnica w długości trwania życia będzie zmniejszała się bardzo powoli.
– Od lat walczymy o to, żeby Polacy znaleźli się w czołówce Europie nie tylko pod względem liczby autostrad na kilometr kwadratowy, lecz także pod względem stanu zdrowia. Rząd powinien dołożyć większych starań, bo sytuacja poprawia się równolegle do sytuacji w krajach Europy Zachodniej, a to oznacza, że różnica na niekorzyść Polaków nie zmniejsza się. Trzeba to zmienić – podkreśla Wojtyniak.