Do 2020 r. w Polsce nawet 100 tys. instalacji fotowoltaicznych o łącznej mocy 800 MW

CEO Magazyn Polska

W ciągu kolejnych pięciu lat w Polsce może powstać nawet 100 tys. instalacji fotowoltaicznych o łącznej mocy do 800 MW. To 30-krotnie więcej niż obecnie, ale wciąż znacznie mniej niż w Niemczech, gdzie już teraz moc instalacji pozyskujących energię ze słońca wynosi 33 tys. MW. Tempo wzrostu jest jednak obiecujące – od 2013 r. do teraz moc ogniw fotowoltaicznych w Polsce wzrosła 20 razy.

Jeszcze w 2013 roku mieliśmy 1,2 MW energii z paneli fotowoltaicznych, w tej chwili mamy już 27 MW – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mieczysław Koch, wiceprezes Stowarzyszenia Energii Odnawialnej i przewodniczący rady nadzorczej G-Energy. – Planujemy dzięki ustawie prosumenckiej zwiększyć moc przynajmniej do 800 MW, czyli do 100 tys. instalacji w Polsce. Niemcy, którzy są naszym sąsiadem i leżą na tej samej szerokości geograficznej, dzisiaj mają 33 tys. MW energii z paneli fotowoltaicznych.

Ustawa o odnawialnych źródłach energii, która weszła w życie 4 maja br., po raz pierwszy wprowadza w Polsce rozwiązania prosumenckie, czyli możliwość wytwarzania energii w przydomowych instalacjach OZE o niewielkiej mocy. Mieczysław Koch ocenia, że dzięki temu rozwinie się w naszym kraju m.in. segment fotowoltaiki. Część prosumencka ustawy o OZE wejdzie w życie dopiero od początku przyszłego roku. Od 1 stycznia 2016 r. zakłady energetyczne będą musiały odbierać nadwyżki mocy wyprodukowanej przez przydomowe instalacje.

Wykorzystywanie energii słonecznej jest możliwe nawet w polskim klimacie, co pokazuje przykład Niemiec. Jak podkreśla Koch, znaczenia nie ma to, że panele fotowoltaiczne nie pracują w nocy, a przy dużym zachmurzeniu ich moc spada. Panele może zainstalować niemal każdy, a dzięki nowej ustawie jest to znacznie prostsze.

Kończymy z biurokracją i formalnościami. Wystarczy w tej chwili tylko zgłoszenie do zakładu energetycznego o zainstalowaniu takiej instalacji – tłumaczy Koch. – Według danych Instytutu Meteorologicznego i innych jednostek badawczych w Polsce mamy tysiąc słonecznych godzin rocznie, a więc pozwala to nam na instalowanie tego typu urządzeń.

Przeciętna instalacja fotowoltaiczna w Polsce może generować 3 tys. kWh energii rocznie – to o ok. 1 tys. kWh więcej niż zużywa statystyczne gospodarstwo domowe. Dlatego nadwyżki nie są trudne do uzyskania, a wiele osób może zarobić na produkcji zielonej energii. Dzięki tym przychodom znacznie skróci się czas zwrotu z inwestycji w OZE.

Koszt takiej inwestycji mieści się w granicach 24 tys. zł, a czas zwrotu w zależności od zużywania energii przez gospodarstwo domowe to około 10 lat – mówi Koch.

W nowej ustawie cena za energię wyprodukowaną przez prosumentów została ustalona na poziomie 75 groszy za kilowatogodzinę przy instalacjach o mocy do 3 kW, a dla większych (do 10 kW) – 65 groszy. Taką cenę prawo gwarantuje na okres 15 lat od uruchomienia instalacji. Przelicznik oznacza, że przy nadwyżce w wysokości tysiąca kWh instalacja o mocy 3 kW może zapewnić nawet 750 zł dochodu rocznie.

Koch dodaje, że ustawa prosumencka wpłynie także na rynek pracy.

Wymusi to stworzenie nowych stanowisk pracy, bo potrzebne będą firmy instalujące, serwisujące i produkujące urządzenia – prognozuje Koch. – Ustawa wprowadza nowy zapis, w ramach którego firmy instalujące będą musiały posiadać certyfikaty dla instalatorów w zależności od technologii. Pierwsze szkolenia już zostały uruchomione.

Ministerstwo Gospodarki przedstawiło w ubiegłym tygodniu projekt nowelizacji, który może zmienić zapisy dotyczące poziomu wsparcia dla mikroinstalacji. Projekt nowelizacji zakłada wprowadzenie dla instalacji fotowoltaicznych minimalnej i maksymalnej kwoty wsparcia. Dla instalacji fotowoltaicznych do 3 kW zaproponowano stawki od 64 gr do 75 gr za 1 kW/h, a dla instalacji do 10 kW od 49 gr do 65 gr za 1 kW/h. Stawki minimalne mają być gwarantowane, aby zaś otrzymać stawkę wyższą, trzeba będzie udokumentować wyższe koszty wytwarzania energii elektrycznej. Resort chce też wprowadzić ograniczenie ilości oddawanej do sieci energii do 950 kWh energii na każdy 1 kW mocy rocznie.

Legendarna marka Citroëna – DS usamodzielnia się i celuje w segment premium

CEO Magazyn Polska

Sześć modeli samochodów i salony sprzedaży w 200 największych miastach świata – to plany marki DS do 2020 roku. Model DS, samochód, który 60 lat temu rozsławił francuskiego Citroëna, staje się samodzielnym brandem koncernu PSA Peugeot Citroën. Marka liczy na klientów segmentu premium, bo to szybko rosnący i perspektywiczny rynek.

W tym tygodniu w Luwrze świętujemy 60. urodziny marki DS. Jesteśmy bardzo dumni z tego wydarzenia, biorą w nim udział tysiące ludzi z całego świata. Żeby uczcić tę rocznicę, zaprezentowaliśmy limitowaną wersję czterech modeli – DS 3, DS 3 Cabrio, DS 4 i DS 5. To niezwykłe auta, w atramentowym odcieniu niebieskiego, z pewnymi unikalnymi cechami, które nawiązują do naszej ikony, czyli oryginalnego DS z 1955 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Eric Apode, vice president product and development division DS Brand w PSA Peugeot Citroën.

Cała gama modelowa DS będzie dostępna w limitowanej edycji „1955” – powstanie tylko 1955 sztuk DS 3 i DS 3 Cabrio oraz 955 sztuk DS 4 i DS 5.

DS od czerwca 2014 roku jest samodzielną marką, należącą do francuskiego koncernu PSA Peugeot Citroën. Dziś w ofercie ma trzy modele, istniejące wcześniej pod marką Citroën DS. Od 2010 roku, kiedy na rynek trafił pierwszy model z tej serii, sprzedano ponad 550 tys. takich aut. Najwięcej trafiło do Chin, Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch.

W przyszłości podwoimy naszą ofertę. Podjęliśmy decyzję, żeby inwestować w nowe auta, by przed 2020 rokiem mieć ofertę sześciu modeli, opartą o SUV-y i sedany, która będzie dostępna na wszystkich rynkach. Zwiększeniu sprzedaży ma służyć nasza strategia 200 miast, którą już rozpoczęliśmy, czyli stopniowego otwierania naszych salonów w 200 najważniejszych miastach świata – mówi Eric Apode.

Dziś auta DS sprzedawane są w salonach Citroëna, ale powstaje odrębna sieć sprzedaży. DS Store’y obecne są już w Chinach, które są dla spółki bardzo perspektywiczne. Trzy modele marki są przeznaczone wyłącznie na ten rynek (m.in. SUV DS 6WR), w dodatku są tam również produkowane.

W przyszłości mamy zamiar uruchomić kolejny, nowy zakład produkcyjny w Chinach. To nowy rynek, który dynamicznie się rozwija, szczególnie w segmencie premium, a wraz z nim rośnie również marka DS. Naszym celem jest stopniowe zwiększanie sprzedaży oraz budowanie bardzo silnej i solidnej marki – wyjaśnia przedstawiciel marki DS.

DS rozwija również sieć salonów, które będą połączone z dealerami Citroëna, ale zostaną oznaczone logo DS na zewnątrz. Koncern posiada już kilkanaście tego typu salonów w Europie. W przyszły wtorek dołączy do niego salon w Warszawie.

Samochody marki DS są produkowane z myślą o klientach segmentu premium

Chcemy budować silną i zyskowną markę – deklaruje Eric Apode. – Patrząc na globalny rynek motoryzacyjny, sprzedaż w segmencie premium stanowi ok. 10 proc., ale jego udział w zyskach wynosi już 50 proc. Marki premium przynoszą największe zyski, więc jeśli producent chce być konkurencyjny na światowym rynku, to musi inwestować w ten segment.

Flagowym modelem jest DS 5, którego nowa wersja została zaprezentowana podczas targów motoryzacyjnych w Genewie.

Model ma zmieniony przód, z logo DS – mówi Apode. – Przednie reflektory są wyposażone w technologię LED-ową, w całym aucie jest ponad 90 LED-owych świateł. Wiele modyfikacji zostało wprowadzonych również wewnątrz samochodu. Wykorzystano przy tym nowe technologie, jak DS Connect z dotykowym ekranem, w którą będą wyposażone wszystkie auta naszej marki na całym świecie.

Jak podkreśla, to auto otwiera nowy rozdział w historii tzw. connected cars, czyli samochodów wyposażonych w łączność z siecią i naszpikowanych technologią.

Od przyszłego roku Polska musi spalać więcej odpadów

CEO Magazyn Polska

Od przyszłego roku wszystkie odpady ściekowe będą musiały być spalane lub wykorzystywane ponownie. Na składowiska będą mogły trafiać tylko te, których wartość energetyczna jest zbyt mała, by opłacało się je spalać. To duża zmiana, bo obecnie spośród niemal miliona ton produkowanych rocznie odpadów ściekowych tylko 16 proc. jest spalanych.

Od 1 stycznia 2016 roku w życie wchodzi nowe unijne prawo, w efekcie którego zakazane będzie składowanie osadów ściekowych oraz wykorzystywanie ich do celów rolniczych.

Od stycznia przyszłego roku mamy nowe podejście do gospodarowania odpadami, które mogą być składowane na składowiskach odpadów komunalnych. Odpady komunalne, które mają w sobie taką moc, że mogą być wykorzystywane energetycznie, a więc mają przynajmniej 6 MJ/kg suchej masy, nie będą mogły być składowane na składowiskach odpadów komunalnych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Barbara Koszułap, prezes zarządu firmy Eneris.

Nowe przepisy zmienią bardzo dużo w obszarze odpadów ściekowych, które mają dużą wartość energetyczną. Obecnie duża część jest składowana. Jak wynika z danych GUS-u, w 2013 r. 30 proc. wytworzonych odpadów wykorzystywano w rolnictwie (głównie do nawożenia pól), 16 proc. było przetwarzanych, a 15 proc. trafiało na składowiska.

Jak zauważa Koszułap, statystyki nie pokazują, co dzieje się z 40 proc. odpadów. Dodaje, że odpadów tych powstaje bardzo dużo – nawet 900 tys. ton rocznie, w tym 600 tys. ton ze strefy komunalnej, więc nowe przepisy wymuszają duże zmiany.

Eksperci podkreślają, że unijna dyrektywa postawiła przed Polską wyzwanie natury ekonomicznej oraz ekologicznej. Motywuje też samorządy do działań zmierzających do wypracowania efektywnych rozwiązań energetycznych.

Będzie trzeba zaprzestać magazynowania. Myślę, że mamy zasoby finansowe, żeby przygotować instalację do zagospodarowania tego typu odpadów. Pytanie, czy będziemy w stanie to zrobić organizacyjnie – mówi Koszułap. – Pamiętajmy, że mamy jedną małą warszawską spalarnię odpadów komunalnych, a pozostałe odpady wędrują głównie do różnego rodzaju sortowni.

W Polsce w budowie są kolejne spalarnie, m.in. w Poznaniu, Krakowie i Białymstoku. W Rzeszowie własną spalarnię do 2018 r. chce zbudować PGE, zainteresowanie tego typu projektami wyraża także Veolia. Liczba instalacji tego typu w Polsce jest jednak niewystarczająca.

Koszułap zauważa, że Polska jest pod względem spalania odpadów komunalnych i przetwarzania ich na energię termiczną (spalać śmieci można też bez odzysku energii) daleko w tyle za krajami starej UE. Jak wynika z najnowszych danych Eurostatu za 2012 r., w Polsce spalanych było 94 kg odpadów na mieszkańca. Unijna średnia to 202 kg. W wiodących pod tym względem krajach, czyli Danii, Holandii i Szwecji, było to ponad 500 kg na mieszkańca, a w Finlandii – ponad 1,7 tony.

Pod względem udziału spalania w całkowitym przetwarzaniu śmieci przodują te same kraje: w Danii i Szwecji w 2010 r. było to ok. 50 proc., w Holandii, Niemczech i Belgii po niemal 40 proc. W Polsce – jedynie 1 proc.

Biorąc pod uwagę postęp technologiczny i ekonomiczny, które dokonały się w naszym kraju w ciągu ostatnich 25 lat, mamy ogromne szanse nadrobić również obszar gospodarki odpadami, tak jak znakomicie nadrobiliśmy obszar gospodarki wodno-ściekowej – prognozuje Koszułap.

Dodaje, że wzrost poziomu spalania i odzysku są niezbędne również z uwagi na długoterminowe cele UE. Zgodnie z planami Komisji Europejskiej do 2020 r. połowa wszystkich odpadów z gospodarstw domowych ma podlegać recyklingowi i odzyskowi.

Ale myślę, że to nie tylko dyrektywy unijne, lecz także nasza potrzeba wewnętrzna, żebyśmy mogli sięgnąć po ten surowiec, który mamy w odpadach, który sami wytwarzamy w gospodarstwach domowych – przekonuje Koszułap.

Nadciśnienie płucne nie musi być chorobą śmiertelną

CEO Magazyn Polska

Nadciśnienie płucne to śmiertelna choroba, w której przeżycie pacjentów bez leczenia nie przekracza 3 lat. W Polsce istnieje refundowana terapia dla chorych na TNP, brakuje jednak możliwości łączenia leków, a to znacząco mogłoby poprawić efekty leczenia. Ponadto polscy pacjenci o wiele dłużej niż pacjenci w innych krajach Europy muszą czekać na dostęp do innowacyjnych terapii.

Tętnicze nadciśnienie płucne to rzadka postać nadciśnienia płucnego. Schorzenie objawia się wzrostem ciśnienia w krążeniu płucnym, czyli w obiegu krwi między prawą komorą a lewym przedsionkiem serca. W efekcie prawa komora ulega przeciążeniu, powodując niewydolność  – podczas jakiegokolwiek wysiłku nie jest ona w stanie pompować wystarczającej ilości krwi przez płuca. Mniejsza jest też ilość krwi pompowanej do innych narządów wewnętrznych i tkanek. Chory odczuwa przewlekłe zmęczenie, osłabienie i duszności oraz kołatanie serca przy najmniejszym wysiłku fizycznym. TNP to choroba śmiertelna – obecnie w Polsce leczonych jest na nią kilkuset chorych.

Trudno powiedzieć, ile dokładnie, bo nie ma dokładnego rejestru. Dla przykładu terapia jest prowadzona u 250 pacjentów z wrodzoną wadą serca, która wiąże się z nadciśnieniem płucnym. Nie jest to zatem duża grupa pacjentów, natomiast leki, które im przepisujemy, są drogie, wymagają bardzo specjalistycznej wiedzy, zarówno na etapie diagnostyki, wdrażania leku, jak i monitorowania – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. med. Piotr Hoffman, kierownik Kliniki Wad Wrodzonych Serca w Instytucie Kardiologii w Warszawie.

Przyjmowanie leków pozwala spowolnić chorobę oraz poprawić jakość życia pacjentów. Wskazują na to wyniki osiągane w tzw. sześciominutowym marszu.

Mierzymy, jaki dystans pacjent przeszedł w tym czasie. Przed włączeniem terapii jest to 200 m, pół roku później może być to 500 m. Mamy więc do czynienia ze znaczącą poprawą, zresztą pacjenci mówią o tym z dużym entuzjazmem – dodaje prof. Hoffman.

Jeszcze kilka lat temu zdiagnozowanie TNP, zwłaszcza w późnym stadium, nie dawało pacjentowi szans na przeżycie dłużej niż pół roku. Dziś dzięki nowoczesnym lekom w większości przypadków tętnicze nadciśnienie płucne uznaje się za chorobę przewlekłą, a nie śmiertelną. W ramach programu terapeutycznego stosuje się tzw. terapie celowane, które poprawiają działanie śródbłonka tętnicy płucnej. Leki te po trzech miesiącach regularnego stosowania zmniejszają ryzyko zgonu aż o 43 proc. Nowoczesna terapia jest już dostępna w Polsce i refundowana przez NFZ. Wciąż jednak chorzy na TNP borykają się z wieloma problemami.

Polskie Stowarzyszenie Osób z Nadciśnieniem Płucnym i Ich Przyjaciół walczy o jak najszybszy dostęp polskich pacjentów do terapii przedłużających życie i poprawiających jego jakość. Ponieważ w tej chorobie każdy dzień jest ważny, staraniem Stowarzyszenia jest to, by polscy pacjenci mieli taki sam dostęp do leczenia, jak chorzy w innych krajach Europy.

Bardzo nam zależy na tym, żeby rozszerzyć możliwość łączenia leków pomiędzy sobą, co znacznie ułatwiłoby chorym dostęp do skutecznych terapii. Borykamy się z tym, że jest wymagany osobisty odbiór leków, co w przypadku sporej grupy pacjentów wiąże się z pokonywaniem nawet kilkuset kilometrów. Ponieważ nasza wydolność jest ograniczona, staje się to zupełnie niepotrzebnym wysiłkiem fizycznym. Wiąże się z tym również dodatkowy koszt, a nasi pacjenci to najczęściej osoby młode, które nie mają wysokich świadczeń, bo po prostu zwyczajnie nie zdążyły wypracować długiego stażu pracy – mówi Alicja Morze, prezes Polskiego Stowarzyszenia Osób z Nadciśnieniem Płucnym i Ich Przyjaciół.

Stowarzyszenie upomina się także o uwagę decydentów dla pacjentów zagrożonych innymi groźnymi odmianami nadciśnienia płucnego, którzy czekają na swoją szansę w walce o każdy oddech.

Na rynku tłumaczeń rośnie popularność egzotycznych języków i wymagania klientów

0

CEO Magazyn Polska

Rynek tłumaczeń ewoluuje. Rośnie zapotrzebowanie na tłumaczenia z języków afrykańskich i chińskiego, firmy notują też większe zainteresowanie językiem węgierskim i rumuńskim. W ubiegłym roku globalna wartość rynku tłumaczeń przekroczyła 40 mld dol., w Polsce szacuje się ją na 1 mld zł.

W Polsce działa 1,5 tys. biur tłumaczeń, w znakomitej większości są to małe podmioty, jednoosobowe działalności, z przychodami rzędu kilkuset tysięcy złotych rocznie. Liczących się biur tłumaczeń jest 35. Natomiast GUS zarejestrował w Polskiej Klasyfikacji Działalności ponad 60 tys. podmiotów mających tłumaczenia – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Zdanowski, prezes zarządu Summa Linguae.

Branża tłumaczeniowa cały czas się rozwija. Raport Common Sense Advisory wskazuje, że w ubiegłym roku globalna wartość rynku tłumaczeń wyniosła 40 mld dolarów (wzrost o 5 mld w porównaniu z 2013 rokiem). Jak jednak podkreśla Zdanowski, ważne jest już nie tylko samo tłumaczenie, bo firmy szukają kompleksowej obsługi.

Polska firma, która próbuje lokować swój produkt za granicą, potrzebuje już nie tylko przetłumaczyć stronę internetową czy broszurkę handlową, lecz także chce zlokalizować siebie i swoją markę za granicą. My w tym pomagamy. Ułatwiamy komunikację międzykulturową, próbujemy pomóc naszym klientom w zakresie strategii marketingowych, także pod kątem językowym – tłumaczy ekspert.

Rynek ewoluuje z tłumaczeń na lokalizację, czyli adaptację tłumaczeń na potrzeby rynku lokalnego. Teksty nie są dosłownie tłumaczone, ale dostosowane do określonej grupy odbiorców. Profesjonalne firmy odzwierciedlają w tekście różnice kulturowe, to m.in. odwołania historyczne i polityczne, przysłowia, wyjaśniają też regionalizmy.

Ekspert z Summa Linguae wskazuje, że szansą na rozwój branży są nowe technologie, które pozwalają na efektywniejsze tłumaczenia.

Ogromne pamięci tłumaczeniowe, które kiedyś były nie do stworzenia, glosariusze, tzw. TM-y, to systemy, które sprawiają, że potrafimy przetłumaczyć bardzo dużo tekstów w bardzo krótkim czasie przez kilkanaście osób pracujących jednocześnie w zespole. Wówczas tekst jest spójny terminologicznie i składniowo – przekonuje Zdanowski.

Wciąż najwięcej tłumaczeń dotyczy języka angielskiego, czyli najważniejszego języka biznesowego. Popularne są także hiszpański i włoski, ale rośnie zapotrzebowanie na tłumaczenia z języków azjatyckich, przede wszystkim chińskiego i japońskiego. Można też zauważyć większe zainteresowanie językami afrykańskimi, a z języków europejskich – węgierskim i rumuńskim.

Polskie firmy coraz częściej handlują z podmiotami właśnie z tych obszarów, a te z kolei coraz częściej lokują swoje biznesy w Polsce. Przede wszystkim jednak najważniejszy jest wciąż język angielski i to nie powinno się zmienić w najbliższych latach – przekonuje Krzysztof Zdanowski.

W Polsce świeci coraz więcej LED-ów

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy coraz częściej stawiają na nowoczesne i energooszczędne oświetlenie LED-owe. To w ich ocenie najbardziej perspektywiczna część rynku. Specjalizująca się w projektowaniu i produkcji systemów oświetleniowych spółka ES-SYSTEM podkreśla, że w ciągu ostatniego roku podwoiła się liczba zamówień na instalacje LED-owe.

Rozwiązania LED-owe przyrastają w sposób skokowy. Porównując rok ubiegły do bieżącego, mówimy o skoku o ponad 100 proc. Obecnie ponad 40 proc. sprzedaży krajowej i 49 proc. wolumenu sprzedaży eksportowej pochodzi właśnie z LED-ów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Gawrylak, prezes zarządu ES-SYSTEM SA.

Firma koncentruje się na produkcji opraw oświetleniowych dla trzech segmentów: architektonicznego, przemysłowego oraz zewnętrznego. Na swoim koncie ma dostawy dla prestiżowych inwestycji we wszystkich tych obszarach, np. Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku, Muzeum Historii Żydów w Warszawie czy Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu.

Rynek oświetleniowy jest duży – ocenia Rafał Gawrylak. – Na chwilę obecną jego wartość to ok. 2 mld zł. Firma ES-SYSTEM obejmuje około 10 proc. krajowego rynku profesjonalnych opraw oświetleniowych. Zarówno w kraju, jak i za granicą jest dość duży potencjał wzrostu.

Jak podkreśla, spółka jest gotowa na LED-ową rewolucję zachodzącą na tym rynku.

Firma ES-SYSTEM z racji posiadania wysoce wyspecjalizowanych inżynierów, designerów oraz bazy produkcyjnej jest w stanie zaproponować rozwiązania LED-owe – mówi Gawrylak.

W I kwartale obecnego roku ES-SYSTEM miała wprawdzie 0,47 mln zł straty netto, jednak jej przychody rosły. Spółka z optymizmem myśli o przyszłości i ma nadzieję na utrzymanie lub poprawę przychodów w I półroczu.

W ubiegłym roku skonsolidowane przychody grupy przekraczały 169 mln zł i przyniosły 6,16 mln zysku netto wobec 4,4 mln zł rok wcześniej. To pozwoli spółce wypłacić znacznie wyższą dywidendę dla udziałowców.

Decyzją walnego zgromadzenia akcjonariuszy wartość dywidendy to 35 groszy na akcję – podkreśla prezes zarządu ES-SYSTEM. – Wcześniejsze lata nie były tak hojne, bo wartość dywidendy wahała się pomiędzy 5 a 10 gr. Dzisiaj jest to 35 gr, nadal gwarantuje nam to stały rozwój i dobrą sytuację finansową, biorąc pod uwagę stan środków finansowych, jakie mamy w spółce.

Sprzedaż eksportowa ES-SYSTEM w I kwartale sięgała 6,8 mln zł przy 30,6 mln sprzedaży krajowej. Spółka liczy na nowe rynki, na które wchodzi, by zastąpić rynek rosyjski, trudny z uwagi na pogrążanie się tego kraju w kryzysie. Jak zwrócono uwagę w komunikacie, pozyskano nowych partnerów w Bośni i Hercegowinie oraz Czarnogórze. Na mapie sprzedaży ES-SYSTEM pojawiły się również Islandia i Albania. W stosunku do I kwartału ubiegłego roku spółka zanotowała ożywienie na rynkach Europy Zachodniej. Istotnie wzrósł poziom eksportu do ZEA i Kuwejtu. Prezes ocenia jednak, że ważne są kontrakty w Polsce, a tych nie brakuje.

Rodzice nie radzą sobie z zapewnieniem dzieciom bezpieczeństwa w internecie

CEO Magazyn Polska

Słaba znajomość nowoczesnych technologii sprawia, że rodzice nie są w stanie zapewnić dziecku bezpieczeństwa w internecie. Z badań TNS wynika, że znaczna część dzieci uważa swoich opiekunów za bardziej naiwnych użytkowników sieci od siebie. Potrzebne jest większe zaangażowanie dorosłych w wirtualny świat dzieci i jasne zasady użytkowania internetu, których będą przestrzegać również dorośli.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez TNS, ponad 90 proc. rodziców uważa, że to oni są odpowiedzialni za zapewnienie bezpieczeństwa dzieciom w internecie. W praktyce jednak wielu z nich nie jest w stanie sprostać temu zadaniu. Aż 69 proc. badanych ogranicza się wyłącznie do sprawdzania historii odwiedzanych stron na domowym komputerze. Oznacza to, że o ewentualnych zagrożeniach dowiadują się już po fakcie. Większość rodziców chce chronić dzieci przed kontaktami z niebezpiecznymi treściami, kontaktami z obcymi osobami oraz publikowaniem prywatnych danych. Aż 95 proc. dorosłych deklaruje, że korzysta z internetu wspólnie z dziećmi, bywa jednak, że są oni bardziej naiwnymi użytkownikami sieci niż ich pociechy.

–  Rodzic powinien być przewodnikiem w internecie, wprowadzać dziecko w ten świat i mieć nad tym pełną kontrolę. Patrząc na nasze umiejętności, od razu wiemy, że takie myślenie jest bardzo złudne. Dzieci są bardziej zaawansowane technologicznie i sprytniejsze. Jeśli chcą, potrafią nas łatwo oszukać, więc myślenie o tym, że będę przewodnikiem i autorytetem, jest tak naprawdę nierealne – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Ohme, psycholożka i psychoterapeutka dziecięca.

Niezależnie do zaawansowania w zakresie technologii na poziomie emocjonalnym dziecko nie jest gotowe, by przewidywać zagrożenia, jakie stwarza obecność w sieci. Dlatego potrzebuje pomocy osoby dorosłej. Zdaniem psychologów dobrym sposobem na zapewnienie dziecku większego bezpieczeństwa jest wprowadzenie konkretnych zasad w rodzinie, które powinny być dostosowane do wieku dziecka. Przede wszystkim należy wytłumaczyć dziecku, że komputer nie jest jego wyłączną własnością, nawet jeśli dostało go w prezencie. Komputer powinien stać w widocznym miejscu w domu, tak by wszyscy mieli do niego swobodny dostęp. To rodzice wyznaczają czas, który dziecko może poświęcić na surfowanie w internecie, a także określają, jakie strony może odwiedzać.

– Jeśli dziecko gra w gry internetowe, to warto zobaczyć, jakie to gry, pokazywać inne wartościowe miejsca w internecie, a najważniejsze – nieustająco mu towarzyszyć. Starszym dzieciom należy powiedzieć, jakich stron nie powinny odwiedzać i co im grozi, kiedy złamią zasady. Jeżeli widzimy, że pomimo umowy dziecko wchodzi na niepożądane strony, ryzykuje, podając prywatne informacje, czy uczestniczy w obraźliwych konwersacjach, trzeba reagować niezwłocznie. To jest cały czas balansowanie między tym, czego ja wymagam, aby moje dziecko było bezpieczne, a jego prywatnością – mówi Małgorzata Ohme.

Bardzo ważne jest wpajanie dziecku już od najmłodszych lat zasad wpływających na poprawę bezpieczeństwa w sieci. Podstawowe reguły to m.in. nierozmawianie z nieznajomymi, niepodawanie prywatnych danych, np. wysokości zarobków rodziców czy miejsca zamieszkania, zachowywanie kultury w internecie i szybkie reagowanie na niekomfortowe sytuacje. Warto przekonać dziecko do tego, by konsultowało z rodzicami treści i materiały, które publikuje w sieci, oraz uświadomić je, że raz opublikowana rzecz już w internecie zostaje.

Niestety, czasami tej świadomości nie mają nawet dorośli, o czym świadczy np. nowe zjawisko nazywane „troll parenting”, czyli obśmiewanie w internecie różnych zachowań własnych dzieci.

Ekshibicjonizm panujący obecnie na Facebooku, różnego rodzaju blogi, które opowiadają intymne historie o dzieciach i naszym życiu rodzinnym, pokazują, że czasem to dorośli mają problem ze zrozumieniem, że pewna treść, która jest śmieszna dzisiaj, za chwilę może być ryzykowna dla dziecka i wyśmiana przez innych, zatem jak mają to zrozumieć dzieci. Trzeba najpierw sobie samemu wyznaczyć granice, a potem nauczyć dziecko, że internet naprawdę nie zapomina – mówi Małgorzata Ohme.

Aby internet był miejscem bezpiecznym dla dzieci, Fundacja Orange stworzyła program „Bezpiecznie Tu i Tam”. Obejmuje on nowy serwis internetowy, konkurs grantowy oraz działania edukacyjne poświęcone bezpieczeństwu dziecięcych użytkowników internetu. Serwis przeznaczony jest dla osób dorosłych: rodziców, nauczycieli, starszego rodzeństwa. Mają oni wprowadzać dziecko w świat internetu. Małgorzata Ohme jest ambasadorką programu.

Rainbow Tours oczyszczony z zarzutów KNF

Prospekt emisyjny ATAL S.A. zatwierdzony przez KNF

W dniu 21 maja 2015 r. Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła Prospekt Emisyjny ATAL S.A., jednego z największych deweloperów mieszkaniowych w Polsce. Spółka zamierza przeprowadzić publiczną ofertę akcji na przełomie maja i czerwca br., a publikacja Prospektu Emisyjnego zaplanowana jest na 22 maja br.

Doradcami ATAL S.A. w procesie upublicznienia są: Dom Maklerski Raiffeisen Bank Polska S.A. oraz Dom Maklerski PKO Banku Polskiego jako współoferujący, doradcą prawnym jest Kancelaria Radców Prawnych Oleś & Rodzynkiewicz, a rolę doradcy finansowego pełni Raiffeisen Investment Polska.

W ramach publicznej emisji akcji oferowanych będzie 6.500.000 akcji serii E. Oferowane inwestorom akcje stanowić będą łącznie 16,79% podwyższonego kapitału zakładowego Spółki i uprawniać ich właścicieli do wykonywania łącznie 16,16% ogólnej liczby głosów na walnym zgromadzeniu ATAL S.A. Aktualnie jedynym akcjonariuszem ATAL S.A. jest Juroszek Investments Sp. z o.o., w której 100% udziałów posiada Zbigniew Juroszek, założyciel i Prezes Zarządu Spółki.

Zbigniew Juroszek ATAL S.A.
Zbigniew Juroszek, Prezes ATAL S.A.

Zatwierdzenie Prospektu ATAL S.A. przez Komisję Nadzoru Finansowego umożliwia nam przeprowadzenie oferty publicznej, skierowanej do inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych w Polsce. Pozyskanie środków z emisji akcji jest naszym zdaniem najlepszym sposobem na przyspieszenie tempa rozwoju Spółki. Jesteśmy przekonani, że inwestycja w akcje ATAL S.A. będzie cieszyła się dużym zainteresowaniem inwestorów i zakończy się sukcesem”– powiedział Zbigniew Juroszek, Prezes Zarządu ATAL S.A.

Grupa ATAL aktualnie realizuje projekty deweloperskie w największych polskich miastach: Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Łodzi i Katowicach. W minionym roku deweloper sprzedał łącznie 1093 mieszkania, co zapewnia mu czołową pozycję wśród największych przedsiębiorstw w branży. W ramach realizowanych inwestycji ATAL w 2014 r. przekazał klientom 1655 mieszkań. W pierwszych czterech miesiącach bieżącego roku nabywców znalazło 470 mieszkań, to najlepszy wynik w historii firmy.

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.05.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.05.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Obietnice, półprawdy i nieprawdy. Płace realne wzrosły o 48 proc.

Trzeba doprowadzić do podwyższenia wynagrodzeń w naszym kraju, bo są za niskie. Potrzebne jest w tym zakresie porozumienie między rządem, organizacjami pracowników i pracodawców – przekonuje Andrzej Duda. Konfederacja Lewiatan odpowiada na pytania, czy płace w Polsce rosną zbyt wolno, czy wynagrodzenie minimalne jest za niskie, jak odrabiamy zaległości w stosunku do krajów zachodnich i czy zmniejsza się wskaźnik ubóstwa?

Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło z 2385 zł w 2004 r. do 4124 zł w marcu 2015 r. W ujęciu realnym jest to wzrost o 48%. W stosunku do roku 2010 wzrost realny wyniósł 14%. Poziom dochodu netto osoby zarabiającej średnią krajową (12 903 rocznie w PPS – purchasing power standards – jednostka uwzględniająca siłę nabywczą) plasuje Polskę na 20 miejscu w UE. Wyprzedzamy takie kraje jak Łotwa, Rumunia, Bułgaria, Litwa, Węgry, Słowacja, Estonia i niemal zrównujemy się z Czechami i Słowenią. W Wielkiej Brytanii, Niemczech, Holandii, i Szwecji jest to poziom niemal dwa razy większy, trudno się więc dziwić, że ludzie tam wyjeżdżają do pracy. Warto jednak zauważyć, że różnica między poziomami dochodów między Polską, a najbogatszymi krajami UE zmniejszyła się, chociaż powoli. Przeciętny dochód netto wynosił w 2004 r. w Polsce ok. 38% poziomu Niemiec, w 2013 r. jest to już 49%.

Dochody z pracy

Wynika z tego, że poziom dochodów z pracy w Polsce nadrabia dystans jaki nas dzieli od krajów zachodnich, jednak dostosowanie nie może nastąpić za szybko. Różnica w możliwościach dochodowych jest podstawową przyczyną decyzji migracyjnych. Trudno na to coś poradzić, bo w obecnych warunkach przedsiębiorstwa nie mogą sobie pozwolić na wypłatę takich wynagrodzeń jak w Niemczech, czy Wlk. Brytanii. Żeby bardziej wyrównać tą różnicę, należy w krótkiej perspektywie – zmniejszyć opodatkowanie dochodów z pracy (obniżyć klin podatkowy) i w nieco dłuższej perspektywie – podnieść produktywność pracy, czyli przede wszystkim inwestować w postęp technologiczny, innowacje i lepszą alokacje zasobów pracy.

Płaca minimalna

Płaca minimalna w Polsce wzrosła z poziomu 824 zł w 2004 r. do 1750 zł w 2015 r. Porównując z innymi krajami wg PPS na 22 państwa Unii Europejskiej, w których ustala się płacę minimalną Polska jest na 12 miejscu przed m.in. Czechami, Węgrami i Portugalią, tuż obok Grecji i Hiszpanii. Kiedy wchodziliśmy do UE polska płaca minimalna stanowiła zaledwie 36% brytyjskiej, dziś jest to już 66%. Relacja płacy minimalnej do przeciętnego wynagrodzenia wynosiła w 2004 r. 35%, w 2013 r. było to już 44,6%, ale w 2014 spadło do 42,6%. W 2015 r. można spodziewać się rosnącej presji płacowej dlatego należy dopuścić szybszy wzrost płacy minimalnej niż wynika to z mechanizmu zapisanego w ustawie, zamiast o 32 zł minimalna może wzrosnąć o 50 zł do 1800 zł. Jednak udział płacy minimalnej w przeciętnej nie powinien przekraczać 43%.

Sytuacja materialna Polaków

Wyższy poziom zatrudnienia i płac przekłada się pozytywnie na sytuacje materialną polskiego społeczeństwa. Unijny (EUROSTAT) wskaźnik zagrożenia ubóstwem i wykluczeniem społecznym spadł z 45,3% do 25,8% w 2013 r. To jest o 7,3 mln osób mniej. Z kraju o niemal największym poziomie zagrożenia ubóstwem i wykluczeniem (24 miejsce na 27 państw) awansowaliśmy na 16 miejsce. Za nami są Hiszpania, Portugalia, Cypr, Włochy, Irlandia, Chorwacja, Litwa, Węgry, Łotwa, Grecja, Rumunia, Bułgaria. W szczególności w Polsce niski jest subwskaźnik osób żyjących w gospodarstwach domowych o niskiej intensywności pracy (w praktyce nikt nie pracuje). Jest to jeden z najniższych wyników w UE. Lepszy mają jedynie Czechy, Szwecja i Luksemburg. Wskazuje to, że wbrew obiegowym opiniom w Polsce większość gospodarstw domowych utrzymuje się z pracy.

Wskaźnik ubóstwa zmniejszył się od 2005 r. z 20,5% do 17,3%. Jest o 1,23 mln osób ubogich mniej. Nierówności dochodowe mierzone współczynnikiem Giniego zmniejszyły się w latach 2007-2013 z poziomu 32,2 do 30,7, zbliżając się do średniego poziomu dla UE, który wyniósł 30,5 w 2013 r. W latach 2007-2013 zaobserwowano zmniejszenie udziału dochodu grupy osób najzamożniejszych w dochodzie całej populacji o 1,2 pkt. proc. do poziomu 24,0%. Jednocześnie udział dochodu najmniej zamożnej grupy wzrósł o 0,2 pkt. proc. do poziomu 3,1%. Zróżnicowanie dochodowe wśród osób z gospodarstw domowych pracowników najemnych, mierzone współczynnikiem Giniego, obniżyło się w latach 2008-2013 z poziomu 31,6 do poziomu 29,7. Ubóstwo w Polsce spada bardzo szybko dzięki wzrostowi zatrudnienia i poziomu płac. Zmniejsza się też poziom nierówności dochodowych. Polska jest pod tym względem ewenementem w Europie.

Źródło: Konfederacja Lewiatan

 

 

lewiatan

Obietnice, półprawdy i nieprawdy. Opodatkowanie aktywów banków – czy znowu chodzi o wsparcie SKOK-ów?

W pierwszej debacie telewizyjnej poprzedzającej drugą turę wyborów prezydenckich Andrzej Duda złożył obietnicę, że będzie zabiegał o opodatkowanie aktywów banków. Ponieważ nie padły konkrety, Konfederacja Lewiatan wraca do poselskiego projektu ustawy o podatku od niektórych instytucji finansowych (druk nr 121), który w 2011 r., zaraz po rozpoczęciu nowej kadencji Sejmu, złożyło PiS.

W 2011 r. PiS złożyło w Sejmie poselski projekt ustawy o podatku od niektórych instytucji finansowych (druk nr 121), w którym zawarło konkretne rozwiązanie dotyczące opodatkowania banków i innych instytucji finansowych. Załóżmy, że propozycja, która padła w czasie debaty telewizyjnej, a także pojawiała się w trakcie kampanii wyborczej przed pierwszą turą wyborów prezydenckich, opiera się na tym właśnie projekcie. A zakładał on opodatkowanie, w wysokości 0,39 proc., aktywów banków krajowych, oddziałów banków zagranicznych, oddziałów instytucji kredytowych (w rozumieniu ustawy – Prawo bankowe) oraz krajowych zakładów ubezpieczeń, krajowych zakładów reasekuracji, oddziałów i głównych oddziałów zagranicznych zakładów ubezpieczeń i zagranicznych oddziałów reasekuracji (w rozumieniu ustawy o działalności ubezpieczeniowej), a także – funduszy inwestycyjnych (w rozumieniu ustawy o funduszach inwestycyjnych). Ustawa miała wejść w życie od 1 stycznia 2012 r. Sejm odrzucił ją na początku 2012 r.

Czy deklarowanie przez Andrzeja Dudę opodatkowania aktywów banków może oznaczać powrót do tego projektu? Jeśli tak, to powrót do czego?

Zgodnie z projektem ustawy wniesionej do Sejmu przez PiS w 2011 r. na liście podmiotów mających zostać podatnikami podatku od instytucji finansowych nie znalazły się SKOK-i. Znalazły się natomiast wszystkie inne banki, w tym banki spółdzielcze, które zgodnie z definicją zawartą w ustawie Prawo bankowe są bankami krajowymi. Konkurencją dla SKOK-ów nie były i nie są banki komercyjne, a właśnie banki spółdzielcze.

Według danych GUS i KNF w Polsce działało w 2013 r. 571 banków spółdzielczych i 55 SKOK-ów. Wartość aktywów którymi banki spółdzielcze dysponowały w 2013 r. to 96,5 mld zł, czyli na jeden bank spółdzielczy przypadało 169 mln zł aktywów. Wartość aktywów SKOK-ów w tym czasie to 18,7 mld zł, czyli przeciętnie na jedną SKOK przypadało 340 mln zł – 2 razy więcej niż na jeden bank spółdzielczy. Opodatkowanie banków spółdzielczych w wysokości 0,39 proc. ich aktywów oznaczałoby zapłacenie przez te banki w 2013 r. ponad 376 mln zł, czyli ponad 50 proc. wypracowanego przez banki spółdzielcze zysku netto. Zysku, który zatrzymywany w tych bankach zwiększałby ich siłę kapitałową. W 2014 r. byłoby to prawie 410 mln zł, czyli prawie 53 proc. wypracowanego zysku netto. SKOK-i natomiast nie miały zostać obciążone tym dodatkowym podatkiem, a tym samym mogłyby zwiększać swoją siłę kapitałową. A także, w sytuacji słabych wyników finansowych, nie pogarszałyby tej złej sytuacji, a jednocześnie osłabiałyby głównych konkurentów (w 2012 i 2013 r. część SKOK-ów zakończyła rok stratą finansową netto – w 2012 r. łącznie w wysokości 56,8 mln zł, w 2013 r. – 128,2 mln zł).

Nie powinno się proponować prawa, które obejmuje tylko część podmiotów gospodarczych i obciąży je dodatkowymi daninami, a inne pozostawia w uprzywilejowanej pozycji. Ponadto należy myśleć nie tylko o wpływach do budżetu państwa z tych danin po to, aby pokryć koszty realizacji wielu obietnic wyborczych, ale warto myśleć o konsekwencjach dla klientów wprowadzenia podatku od aktywów, bo zapewne w części te dodatkowe daniny zostaną wliczone w ceny produktów. A także o konsekwencjach dla spółdzielców, członków banków spółdzielczych, którzy będą w takiej sytuacji, jeśli ona się zmaterializuje, podwójnie „poszkodowani”.

Warto też pamiętać, że na ratowanie niektórych SKOK-ów, które znalazły się w trudnej sytuacji finansowej, wydano w ciągu ostatniego roku już prawie 3,5 mld zł. Tymczasem, od 1995 roku koszty ratowania wszystkich banków sięgnęły 800 mln zł.

Źródło: Konfederacja Lewiatan

lewiatan

Polska mama przeznacza średnio 607 zł miesięcznie na utrzymanie dziecka

26 maja obchodzimy Dzień Matki. W tym dniu zarówno małe, jak i już zupełnie dorosłe dzieci podziękują mamom za ich miłość i troskę. Dla każdego z nas mama jest wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Jak wynika z badania zrealizowanego przez MillwardBrown na zlecenie Biura Informacji Kredytowej, polskie matki mają jeszcze jeden wspólny mianownik – doskonale zarządzają domowymi finansami i już od najmłodszych lat edukują w tym zakresie swoje dzieci m.in. dając im kieszonkowe – średnio w wysokości 39 zł.

Współczesna polska mama przełamuje stereotypy. To już nie tylko kobieta skoncentrowana na wychowaniu dzieci i opiece nad domem, ale również umiejętnie godząca te role z karierą zawodową i realizacją własnych pasji. Kobiety przejęły również część obowiązków, wydawałoby się, zarezerwowanych dotychczas dla mężczyzn, jak chociażby zarządzanie domowym budżetem i planowanie wydatków. Jak wynika z analiz Biura Informacji Kredytowej, kobiety bardzo dobrze radzą sobie w tej roli – zdecydowanie częściej, w porównaniu do mężczyzn, deklarują, że bardzo dokładnie planują swoje wydatki (kobiety 47 proc. vs 38 proc. mężczyźni). Są również obowiązkowe – 61 proc. badanych kobiet w pierwszej kolejności opłaca najważniejsze rachunki zaraz po otrzymaniu pensji.

CEO Magazyn Polska

Mamy planując comiesięczny budżet uwzględniają w nim przede wszystkim potrzeby swoich dzieci. Według badania „Edukacja finansowa dzieci” zrealizowanego na zlecenie Biura Informacji Kredytowej, średnie comiesięczne wydatki na dziecko wynoszą 607 złotych. Najwięcej pieniędzy przeznaczanych jest na żywność – średnio 208 zł. Wydatki te wzrastają w dużych miastach i wraz z wiekiem rodziców. Pokolenie osób dojrzałych (urodzonych w latach 1948-1966) przeznacza na żywność ok. 80 złotych więcej niż rodzice z pokolenia Y i pokolenia X.

Ubrania to kolejna istotna część wydatków – średnio na ten cel przeznaczamy 114 zł. Koszty związane z obowiązkowymi zajęciami szkolnymi i przedszkolnymi obciążają miesięczny domowy budżet w kwocie ok. 84 zł, zaś prawie połowę mniej wydajemy na zajęcia dodatkowe. Rodzice, dzieci w wieku 10 – 12 lat, wydają najwięcej na nieobowiązkowe i pozaszkolne aktywności – średnio jest to prawie 80 złotych. Kolejnymi grupami wydatków są zabawki i zachcianki pociech, które pochłaniają prawie 95 złotych. Najwięcej na zabawki wydają rodzice z pokolenia Y (osoby urodzone w latach 1982-1995) oraz rodzice dzieci w wieku 3 do 5 lat. 64 złote to kwota przeznaczana na leczenie oraz inne koszty związane ze zdrowiem maluchów. W tym wypadku matki przeznaczają średnio 13 złotych więcej, niż deklarują ojcowie.

CEO Magazyn Polska

Jak wskazują badania BIK najwięcej wydatków mają rodzice, dzieci w wieku 10 – 12 lat – średnio wydają prawie 673 złote. Należy jednak zauważyć, że choć wzrost wydatków miesięcznych na dorastającą młodzież w wieku 13-15 lat wyhamowuje, to ciężar finansowania przenoszony jest na wysokość kieszonkowego.

W kosztorysie miesięcznych wydatków rodzice nie zapominają o potrzebach dzieci, ucząc ich od najmłodszych lat gospodarowania własnymi oszczędnościami. Już 49 proc. dzieci w Polsce regularnie otrzymuje kieszonkowe od rodziców – wynika z badania, przygotowanego na zlecenie BIK. Średnio dziecko otrzymuje 39 złotych miesięcznie. Wartość kieszonkowego rośnie z wiekiem dziecka. Kwotę 50 zł i więcej na ten cel deklaruje 26 proc. rodziców, dzieci w wieku 10 – 12 lat oraz 40 proc. rodziców nastolatków w wielu 13 – 15 lat. Badania potwierdzają, że wysokość otrzymywanego przez dzieci kieszonkowego zależy od zasobności domowego budżetu. Najczęściej własne pieniądze zaczynają otrzymywać dzieci w wieku 5 i 10 lat. Wysokość kieszonkowego rośnie wraz z wiekiem – młodzież w wieku 13 – 15 lat, która otrzymuje od rodziców pieniądze na własne potrzeby, dostaje prawie 70 złotych miesięcznie.

Polskie mamy są wszechstronnymi kobietami, kochające, pracowite, oszczędne. W dniu swojego święta zasługują na szczere podziękowanie za ich ciężką pracę. Prezent dla mamy nie musi kosztować wiele, najważniejsze żeby pochodził z serca. 26 maja wszystkim Mamom podziękujmy za otrzymaną miłość, troskę i opiekę.

Wynagrodzenia członków zarządów banków notowanych na GPW w 2014 r.

W 2014 roku mediana wynagrodzeń osób zarządzających bankami notowanymi na GPW wyniosła 1,75 mln PLN. Najwięcej zarobili prezesi zarządów, mediana ich wynagrodzenia wyniosła 2,8 mln PLN. Wiceprezesi przeciętnie otrzymywali 1,64 mln a członkowie zarządów – 1,73 mln PLN.

Schemat 1. Wynagrodzenia menedżerów pełniących różne funkcje w zarządach banków
(osoby, które przepracowały cały rok)

Schemat 1. Wynagrodzenia menedżerów pełniących różne funkcje w zarządach banków  (osoby, które przepracowały cały rok)
Źródło: Raport „Wynagrodzenia członków zarządów banków notowanych na GPW w 2014 roku”

 

W 2014 roku po raz kolejny najwyższe roczne wynagrodzenie otrzymał Luigi Lovaglio, Prezes Zarządu Banku Pekao SA. Jego wynagrodzenie wyniosło 7,17 mln PLN. Na drugim miejscu w rankingu uplasował się Richard Gaskin z rocznym wynagrodzeniem w wysokości 4,25 mln PLN. Spośród kobiet, które zasiadły w zarządach banków w 2014 roku, najwyższe wynagrodzenie otrzymała Małgorzata Kołakowska – prezes ING Banku Śląskiego SA (3,85 mln PLN) – zajęła trzecie miejsce w rankingu.

Tabela 1. Ranking pięciu najlepiej wynagradzanych menedżerów banków w 2014 roku

ranking osoba wynagrodzenie* 2014 (PLN)
1. Luigi Lovaglio prezes Banku Pekao SA 7 170 000
2. Richard Gaskin prezes Banku BPH SA 4 249 000
3. Małgorzata Kołakowska prezes ING Bank Śląski SA 3 846 000
4. Joao Bras Jorge prezes Millennium SA 3 743 360
5. Mateusz Morawiecki prezes Banku Zachodniego WBK SA 3 622 850

Źródło: Raport „Wynagrodzenia członków zarządów banków notowanych na GPW w 2014 roku”

* Kwoty wynagrodzeń pokazane w raporcie nie obejmują wartości przekazanych instrumentów finansowych (akcji, opcji) oraz wynagrodzenia należnego i potencjalnie należnego. Wynika to ze znaczących różnic w raportowaniu tego składnika wynagrodzenia.
Wszystkie dane zaprezentowane w niniejszym artykule pochodzą z rocznych sprawozdań finansowych banków notowanych na GPW w 2014 roku. W badaniu podsumowaliśmy wynagrodzenia 103 menedżerów z 14 banków. Ponadto przeprowadzimy szczegółową analizę płac 90 menedżerów, którzy przepracowali cały 2014 rok.

Sieć Max Elektro spółką akcyjną

0

Max Elektro, firma z branży RTV/AGD/IT działająca jako grupa zakupowa i zrzeszająca ponad 300 sklepów na terenie całej Polski, stała się oficjalnie spółką akcyjną. Od tej pory właściciel każdego sklepu, dotychczas współpracującego z siecią, może stać się jej współudziałowcem.

Firma funkcjonuje na zasadzie hurtowni ze sprzętem RTV/AGD/IT, a w swoich działaniach stawia na relacje partnerskie, co stało się kluczem do sukcesu przedsiębiorstwa. Max Elektro dostarcza sklepom produkty znanych marek w atrakcyjnych cenach, oferując im ponadto branding lokalu, a także reklamę sieci, do której od tej pory należą. Właściciele sklepów decydujący się na współpracę w ramach grupy zakupowej cenią sobie przede wszystkim niezależność oraz możliwość wspólnej reklamy.

Max Elektro S.A.

Spółka akcyjna Max Elektro S.A. jest nowością w branży. Uczestnikom sieci pozwala się na zakup akcji i stanie się współwłaścicielem tejże sieci, do której należą. Firma Max Elektro integrowała sklepy rozproszone po całej Polsce, natomiast przekształcenie się w spółkę akcyjną jest kolejnym elementem zacieśnienia tej współpracy, zagwarantowania sklepom bycia częścią jednej, wielkiej rodziny.

Ze względu na wyjątkową okoliczność, jaką jest przeobrażenie się firmy w spółkę akcyjną, właściciele wszystkich sklepów zrzeszonych w grupie zakupowej Max Elektro, w dniach 15-17 maja wzięli udział w uroczystej gali inauguracyjnej Max Elektro S.A. w Hotelu Arłamów.

– To wyjątkowy dzień – tu i teraz tworzymy historię. Rozpoczynamy nowy rozdział, zapisując wspólnie nową kartę historii tej branży – przemawiała na scenie Ewa Tomaszek, twórca Max Elektro.

– Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, aby po powstaniu sieci, władanie nad jej marką było w pełni przekazywane jej członkom. Od tej pory to akcjonariusze będą trzymać pieczę nad brandem Max Elektro – dodawał Tomasz Suchy, dyrektor ds. marketingu firmy.

Profesor Witold Orłowski, Członek Rady Gospodarczej przy Premierze RP, objaśniał zasady funkcjonowania spółek akcyjnych i opisywał tendencje zakupowe Polaków, w oparciu o dane dotyczące rosnących dochodów. Przedstawiał również, gdzie w tym procesie jest miejsce marki oraz jakie metody działania najlepiej wybierać. Galę uatrakcyjnił swoim występem Robert Janowski z zespołem.

Nieustanny rozwój

– Po upadku kolejnej dużej sieci z branży RTV/AGD w 2013 roku, zauważyliśmy pewnego rodzaju lukę na rynku. Chcieliśmy ją wypełnić i w jakiś sposób zrzeszyć sklepy z całej Polski, jednocześnie oferując im współwłasność, która gwarantuje pewnego rodzaju bezpieczeństwo na rynku. Na Zachodzie działa to na zasadzie spółdzielni, my nazwaliśmy to grupą zakupową, ponieważ taka nazwa lepiej się kojarzy – w taki sposób Ewa Tomaszek opisuje pomysł zostania spółką akcyjną.

– Grupa zakupowa to model opierający się na wartościach takich jak zaufanie, partnerstwo, zaangażowanie we wspólny biznes, wspólna wizja przyszłości. Ze swojej strony niczego nie narzucamy. Jestem przekonany, że jeśli wszyscy razem solidarnie będziemy pracować nad marką Max Elektro, osiągnie ona sukces na niespotykaną skalę – uzupełnia Tomasz Suchy i dodaje, że do końca bieżącego roku Max Elektro chce objąć swym zasięgiem sto kolejnych sklepów. – Naszym celem od samego początku była liczba 400 sklepów, ponieważ chcemy, aby sklepy Max Elektro były w każdym mieście w Polsce liczącym do 100 tysięcy mieszkańców. Takich miast jest właśnie około 400 – wyjaśnia.

Wartość nominalna akcji spółki Max Elektro wynosi tysiąc złotych. Każdy akcjonariusz uzyska dywidendę za dany rok obrotowy.

Niezależna firma konsultingowa na koniec 2014 roku wyceniła logo na wartość ponad 2 milionów złotych, ale w przeciągu pięciu najbliższych lat może ono osiągnąć wartość nawet 15 milionów złotych. Dla akcjonariuszy może to więc oznaczać nawet sześciokrotny zysk z zainwestowanych w akcje pieniędzy.

Pracodawca bez zakładki „kariera” zmniejsza swoje szanse na znalezienie talentów

Z badania Pracuj.pl „Specjaliści na rynku pracy” wynika, że aż 66% osób poszukuje informacji na temat potencjalnego pracodawcy na stronach internetowych firm, a w szczególności w zakładce „kariera/praca”. Eksperci eRecruiter podkreślają, że część firmowej strony dedykowana karierze może skutecznie zachęcić kandydatów do aplikowania i poprawić ich późniejsze wrażenia z procesu rekrutacji.

Obecnie, coraz częściej głównym źródłem wiedzy na temat pracodawców jest Internet. Zdecydowanie korzystniej dla pracodawcy będzie, jeśli informacje o nim kandydat znajdzie na firmowej stronie niż na forum internetowym, na które firma nie ma wpływu. – Wydzielona zakładka „kariera” na firmowej stronie www to jeden z elementów, który najbardziej interesuje kandydatów. Spełnia ona dwie podstawowe role. Z jednej strony stanowi cenne źródło informacji o firmie, jej kulturze organizacyjnej i podejściu do rekrutacji. Z drugiej zaś, to także bardzo istotny kanał poszukiwania pracy. Ponad połowa zapytanych przez Pracuj.pl specjalistów (55%) odpowiedziała, że szuka nowych wyzwań właśnie poprzez strony internetowe interesujących ich firm – mówi Marcin Sieńczyk, Business Development Director w eRecruiter.

Wartościowa zakładka „kariera”, czyli jaka?

Kluczem do efektywnego wykorzystania zakładki „kariera” jest zadbanie o to, żeby dostarczyć kandydatowi odpowiednich informacji, które pozwolą lepiej poznać organizację, ocenić, czy oczekiwania pracodawcy i kandydata są zbieżne, znaleźć interesującą ofertę pracy oraz lepiej przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej. W szczególności, wartościowa zakładka:

  • Przedstawia firmę kandydatowi

Kandydat, zanim podejmie decyzję o zgłoszeniu się do procesu rekrutacyjnego, z pewnością najpierw poszuka informacji o firmie i upewni się, czy chciałby zyskać takiego pracodawcę. Dlatego sekcja informacyjna zakładki powinna być w szczególności atrakcyjna. Po pierwsze, warto tutaj przedstawić kulturę organizacyjną i wartości, którymi kieruje się firma. Po drugie, w zakładce „kariera” kandydat powinien znaleźć informacje na temat korzyści i benefitów dostępnych w firmie, które z pewnością ułatwią mu podjęcie decyzji. – Ciekawym elementem są nagrania lub cytaty pracowników firmy, którzy przedstawiają opinię o swoim pracodawcy. Takie rozwiązanie wzbudza znacznie większe zaufanie wśród kandydatów, gdyż widzą oni prawdziwą osobę, która opowiada im o swoich doświadczeniach z firmą – doradza Izabela Bartnicka z eRecruiter.

  • Zapoznaje kandydata z procesem rekrutacyjnym

W zakładce warto przeznaczyć miejsce na opis procesu rekrutacji w firmie lub w jej poszczególnych departamentach. Bardzo często ta część zakładki składa się z trzech elementów, które w praktyce odpowiadają poszczególnym etapom procesu rekrutacyjnego: selekcja aplikacji, rozmowy kwalifikacyjne oraz informacje zwrotne. Zapoznanie kandydata z takimi informacjami wpłynie pozytywnie na jego pierwsze wrażenia i ułatwi przygotowanie się do kontaktu z potencjalnym pracodawcą.

  • Informuje o aktualnych ogłoszeniach o pracę

Lista aktualnych ofert o pracę to element, który obowiązkowo powinien znaleźć się w naszej zakładce, a jeśli prowadzimy programy stażowe, również o nich warto zamieścić informacje. Warto także kandydatom dać możliwość składania tzw. spontanicznych aplikacji, czyli takich, które nie odpowiadają na opublikowane na stronie aktualne ogłoszenia o pracę. – Osoby, które wykazują się proaktywnością i same zgłaszają się do firmy, są z pewnością lepiej zmotywowane do pracy. Już sam fakt, że pracownicy sami nas znaleźli i zdecydowali się zgłosić swoją kandydaturę oznacza, że bardzo zależy im na tej pracy. Ponadto, nawet jeśli w danym momencie nie mamy możliwości zatrudnienia takiej osoby, możemy z takich spontanicznych aplikacji budować bazę potencjalnych kandydatów, z której z pewnością w przyszłości skorzystamy – podkreśla Izabela Bartnicka z eRecruiter.

  • Jest mobilna

Poza zadbaniem o odpowiednią merytoryczną zawartość zakładki „kariera” warto, aby pracodawca dostosował tę podstronę do wyświetlania na urządzeniach mobilnych. Takie rozwiązanie ułatwia kontakt z kandydatami, którzy w dzisiejszych czasach coraz częściej przeglądają oferty pracy na urządzeniach mobilnych. W autobusie, pociągu czy na uczelni – niezależnie, gdzie kandydat przebywa, ma możliwość znalezienia informacji o pracodawcy na smartfonie lub tablecie.

Jeśli zatem firma jest dobrym pracodawcą, dba o rozwój swoich pracowników, stosuje ciekawe rozwiązania w zakresie motywacji, to zakładka „kariera” jest dobrym miejscem do zakomunikowania tego nowym, potencjalnym pracownikom. – Co więcej, z badania TalentBoard wynika, że kandydaci, którzy przed aplikowaniem na ofertę pracy mieli styczność z pracodawcą, jego produktami i usługami, kampanią employer brandingową czy właśnie zakładką „kariera” lepiej oceniają go już po zakończonym procesie rekrutacyjnym niż kandydaci, którzy przed zaaplikowaniem nie mieli szansy poznać firmy bliżej – dodaje Marcin Sieńczyk z eRecruiter.

Metodologia badania

Opinie kandydatów zostały zebrane podczas realizacji badania „Specjaliści na rynku pracy”, przeprowadzonego przez portal Pracuj.pl metodą ankiety dostępnej online na grupie 4656 osób z min. 2-letnim doświadczeniem na rynku pracy, pracujących na stanowiskach specjalistycznych, menadżerskich i wyższych. Badanie zostało przeprowadzone w październiku 2014 r.

Komentarz eksperta BESI do Deloitte Central Europe Private Equity Confidence Survey

0

W ciągu najbliższych miesięcy aż jedna trzecia reprezentantów Private Equity będzie koncentrować się na pozyskiwaniu nowych funduszy – wynika z 25. edycji badania „Deloitte Central Europe Private Equity Confidence Survey”,

Gdzie fundusze poszukują źródeł finansowania swojej aktywności i jak ich działalność wpływa na rynek akcji i obligacji komentuje Bartłomiej Dmitruk, Zastępca Dyrektora Generalnego BESI w Polsce.

Ostatnie miesiące pomimo złowieszczych prognoz po zmianach w OFE oraz niestabilności sytuacji geopolitycznej wywołanej napięciem w stosunkach UE-Rosja są coraz bardziej sprzyjające dla stabilnego rozwoju rynku kapitałowego w Polsce. Dobra koniunktura, pozytywne wyniki spółek giełdowych oraz napływ świeżego pieniądza w dobie niskich stóp procentowych powodują, że Giełda Papierów Wartościowych jest dziś atrakcyjnym źródłem kapitału lub długu dla funduszy PE i ich spółek portfelowych. Ostatnie przykłady „exitów” poprzez IPO takich spółek jak PCM czy Alumetal ze stajni Abrisu, WP.PL będącej inwestycją Innova Capital i MCI czy Skarbiec Holding od Enterprise Investors pokazują, że można skutecznie przekazać spółkę funduszową w ręce zarządzających OFE i TFI. Widzimy też przykłady w drugą stronę, gdzie wezwanie funduszu na spółkę publiczną skończyło się ko-inwestycją tegoż funduszu wraz z OFE i TFI – patrz przykład Ciechu z nowym właścicielem wiodącym w postaci Kulczyk Investments.

Coraz częściej spółki portfelowe funduszy PE sięgają po dług w postaci emisji obligacji korporacyjnych skierowanej do inwestorów instytucjonalnych, którzy chętnie wspierają rozwój i wzrost w zamian za rozsądne marże. Emisje obligacji takich emitentów jak AHP będącą współwłasnością Advent International czy Magellan i Kruka będących do niedawna w portfelu Enterprise Investors to dobre przykłady współpracy dłużnego rynku kapitałowego z sektorem PE.

Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta – fundusze private equity szukają ponadprzeciętnych stóp zwrotu w porównaniu z inwestorami instytucjonalnymi i biorą na siebie dużo większe ryzyko w pierwszej fazie inwestycji. Jeżeli inwestycja się powiedzie a spółka zostanie „poukładana” przez fundusz, jest ona także gotowa do wyzwań związanych z rynkiem publicznym. Zarządzanie, jakość raportowania, kultura pracy oraz motywacja zarządu to standardy jakie fundusz private equity wnosi wraz z wejściem do spółki. Są one później wykorzystane przy współpracy z inwestorami instytucjonalnymi oraz rynkiem kapitałowym. I jeżeli wszystkie strony dążą do długoterminowego budowania wartości spółki to jest to rzadka na rynku sytuacja „win-win”, w której wszystkie strony są wygrane.

Źródło: informacja prasowa

Deloitte: Inwestorzy Private Equity optymistycznie patrzą na rynek

0

W ciągu ostatnich sześciu miesięcy niemal dwukrotnie (do 31 proc.) wzrosła liczba przedstawicieli funduszy Private Equity z Europy Środkowej uważających, że sytuacja ekonomiczna się poprawia. W ciągu najbliższych miesięcy aż jedna trzecia reprezentantów PE będzie koncentrować się na pozyskiwaniu nowych funduszy. Jak wynika z 25. edycji badania „Deloitte Central Europe Private Equity Confidence Survey”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, dużą zmianą w porównaniu z poprzednimi latami jest fakt, że w orbicie zainteresowań funduszy znajdą się przede wszystkim firmy średniej wielkości.

Wcześniejsze edycje badania udowodniły, że opinie inwestorów związanych z funduszami Private Equity doskonale odzwierciedlają nastroje dominujące na rynku. Tak było również i tym razem. Bieżąca edycja pokazała, że fundusze zaczęły odczuwać poprawę sytuacji gospodarczej. Potwierdza to wysokość tzw. indeksu optymizmu (CE Private Equity Confidence Index), który wynosi obecnie 130 punktów. Jeszcze sześć miesięcy wcześniej wskazywał on 114. „Powrót do trendu wzrostowego może wynikać z kilku czynników. Sprzyjają temu ciągle wysoka dostępność finansowania dłużnego, wzrost optymistycznego postrzegania sytuacji ekonomicznej wspartej prognozami wzrostu PKB oraz pozytywny wpływ operacji poluzowania ilościowego rozpoczętej w tym roku przez Europejski Bank Centralny. Przyczyniają się także solidne wyniki spółek portfelowych i nadzieje na osiągniecie wzrostu w segmencie firm mid-market.” – tłumaczy Mark Jung, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Private Equity w Polsce, Deloitte.

CE Private Equity Confidence Index

CE Private Equity Confidence Index

Wpływ na wysoki poziom indeksu miały przede wszystkim przewidywania przedstawicieli funduszy Private Equity dotyczące ogólnej sytuacji ekonomicznej. W obecnej edycji badania 30 proc. z nich spodziewa się, że warunki gospodarcze w ciągu najbliższych sześciu miesięcy ulegną poprawie. To niemal trzy razy więcej respondentów niż jesienią 2014 roku, kiedy to taką opinię wyrażało jedynie 11 proc. Z 16 do 10 proc. zmniejszył się odsetek inwestorów oczekujących pogorszenia warunków. Natomiast sześciu na dziesięciu badanych przewiduje, że sytuacja gospodarcza się nie zmieni.

 

Pierwszy raz w dwunastoletniej historii badania inwestorzy deklarują prawie w równym stopniu koncentrację na nowych inwestycjach, zarządzaniu spółkami portfelowymi oraz fundraisingu. Co ciekawe, liczba respondentów oczekujących, że skupią się na pozyskiwaniu nowego kapitału w ciągu następnych sześciu miesięcy podwoiła się i jest najwyższa od początku badania w 2003 roku. „Świadczy to o dojrzałości rynku, ale jest też związane z naturalnym cyklem życia funduszu. Jest to również zbieżne z deklaracjami funduszy, że będą więcej sprzedawać niż kupować. Zmiana związana jest z wydłużeniem procesu fundraisingu, przez co fundusze muszą rozpocząć ten proces wcześniej.” – wyjaśnia Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

 

Stąd nie dziwi fakt, że aż 40 proc. przedstawicieli funduszy PE prognozuje, że w najbliższych miesiącach więcej sprzedadzą niż kupią. Wysoki wynik jest spójny z deklaracjami dotyczącymi planów gromadzenia funduszy. Tylko jedna piąta respondentów spodziewa się, że będzie nabywać nowe spółki, co jest z kolei najniższym wynikiem w historii badania. Czterech na dziesięciu inwestorów deklaruje, że w ich inwestycyjnym portfelu poziomy sprzedaży i kupna będą się równoważyć.

 

Warto zaznaczyć, że z 32 do 43 proc. wzrosła liczba tych, którzy przewidują, że aktywność transakcyjna na rynku wzrośnie. Połowa badanych spodziewa się, że pozostanie na niezmienionym poziomie, co jest nieznacznie poniżej średnich wyników z ostatnich trzech lat. Z kolei 67 proc. (pół roku wcześniej 84 proc.) prognozuje, że rozmiar transakcji na rynku Private Equity pozostanie bez zmian, a o 16 pp. (do 27) poszerzyła się grupa tych, których zdaniem skala ta się zwiększy.

 

Co ciekawe, inwestorzy czują się pewnie także, jeżeli chodzi o możliwość finansowania ich przedsięwzięć. Tylko zdaniem 3 proc. ankietowanych zmniejszy się dostępność kredytów. To najniższy poziom od czterech lat. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy podwoiła się za to liczba badanych (33 proc.), oczekujących poprawy dostępności finansowania dłużnego.

 

Jakie firmy będą cieszyć się zainteresowaniem funduszy Private Equity? Pierwszy raz od początku badania aż połowa respondentów oczekuje szans na nowe inwestycje wśród spółek średniej wielkości. „Dotąd to liderzy rynku znajdowali się w orbicie zainteresowań inwestorów. Zmiana może wynikać z kilku czynników. Przede wszystkim liczba dostępnych największych firm, które są na sprzedaż, nie jest zbyt duża. Poza tym wyceny spółek z segmentu mid-market mogą być niższe, a w perspektywie czasu firmy te mogą osiągnąć pozycję nowych liderów rynkowych” – wyjaśnia Katarzyna Sermanowicz-Giza.

 

Jak wynika z badania, w nadchodzących miesiącach 7 proc. inwestorów PE skupi swoją uwagę na start-up’ach, przy czym warto zaznaczyć, że jest to najlepszy wynik od jesieni 2006 roku. Sektorem, który niezmiennie najbardziej interesuje fundusze jest nadal branża produkcyjna ciesząca się zainteresowaniem 47 proc. badanych (31% wskazań w maju 2013 r.). Na drugim miejscu znalazły się technologie (20 proc.), co może wiązać się z zainteresowaniem inwestorów młodymi spółkami, a na trzecim – firmy działające w sektorze opieki zdrowotnej (17 proc.).

 

„Region Europy Środkowej i Wschodniej pozostaje obszarem oferującym inwestorom Private Equity szerokie możliwości inwestycyjne. Od kilku miesięcy obserwujemy stałą, solidną aktywność funduszy i w najbliższych miesiącach możemy spodziewać się jej wzrostu. Fundusze stają się coraz bardziej otwarte na niekonwencjonalne strategie inwestycyjne, pozwalające na osiągnięcie ponadprzeciętnych zysków z zainwestowanego kapitału, które potencjalnie mogą się pojawić, w momencie kiedy spółka staje się liderem na swoim rynku” – podsumowuje Mark Jung.

 

USD napiera na kluczowe poziomy – czy dojdzie do przełamania?

Opublikowany ubiegłej nocy protokół z posiedzenia Federalnego Komitetu Otwartego Rynku nie zawierał wielu istotnych informacji, przynajmniej w kontekście kontraktów terminowych na fundusze Fed, które nie zareagowały na tę publikację.

Ogólna retoryka protokołu była stosunkowo bardziej agresywna, niż ostatnie wyceny rynkowe trajektorii polityki Fed, jednak wydaje się, że rynek potrzebuje kolejnego cyklu – lub dwóch – danych, by uwierzyć, że Fed podwyższy poziom stóp, a co może ważniejsze, dokona tego więcej, niż dwukrotnie w ciągu następnych 12 miesięcy.

W istocie, mamy dwa scenariusze: a) stan gospodarki ulegnie poprawie i Fed podwyższy stopy o 150 punktów bazowych w ciągu 12 miesięcy od daty pierwszej podwyżki; lub b) gospodarka nadal będzie się wahać, a Fed nie podejmie żadnych działań. Innymi słowy, założenie, że wstrzymamy oddech na kolejnych kilka miesięcy w oczekiwaniu na informację „czy” i „kiedy”, wydaje się nieco niezrównoważone. Jeżeli się mylę i rynek trafnie oszacował przyszłą politykę Fed (zwykle się myli), może to wynikać z faktu, iż stan gospodarki poprawił się na tyle, że umożliwia podwyżkę stóp, jednak nie przyspiesza pomimo wyraźnej konieczności, ponieważ np. USD zbyt gwałtownie się umacnia.

Dziś w nocy odbędzie się posiedzenie Bank of Japan i mówi się, że bank centralny jest rozczarowany luzowaniem ilościowym, biorąc pod uwagę złagodzenie retoryki dotyczącej realizacji celu inflacyjnego na poziomie 2%  i sygnały, że nie są opracowywane żadne nowe bodźce. Ponadto BoJ może rozważyć podwyższenie swojej oceny japońskiej gospodarki, ponieważ niektóre z ostatnich danych przekroczyły oczekiwania. Byłoby to interesujące, zważywszy, że para USD/JPY dotarła do kluczowej strefy 121,50/122,00 i albo wyrwie się z przedziału, albo jeszcze bardziej się w nim zagłębi. W przypadku, gdyby rynek uznał, że posiedzenie było wyjątkowo agresywne i JPY zyskał na wartości, znacznie bardziej interesujące byłyby takie pary, jak AUD/JPY czy EUR/JPY.

Wykres: EUR/USD

Pod względem technicznym w tym momencie najciekawsza jest para EUR/USD: opór taktyczny znajduje się w okolicach poziomu 1,1150, a ważniejsze wsparcie – na poziomie 1,1065. Każde przełamanie w górę może spowodować zwrot w kierunku zniesień Fibonacciego, od zniesienia o 38,2% w okolicach poziomu 1,1215, jednak ważniejszy obszar oporu kształtuje się w rejonach 1,1300, który zapoczątkował ten ruch.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: waluta wydaje się mocna, dopóki nie okaże się inaczej. Do realnego przełamania pozostaje kilka kluczowych poziomów, m.in. obszar 1,1000/65 w parze EUR/USD, 1,5450/1,5000 w parze GBP/USD, rejony powyżej poziomu 122,00 w parze USD/JPY itp. Czy będziemy musieli czekać do kolejnej serii danych, zanim hossa dolarowa się w pełni rozwinie?

EUR: waluta nadal słaba w efekcie ostatnich uwag członka rady EBC, Benoita Coeure’a – nie jest pewna reakcja rynku na dzisiejsze odczyty PMI w kontekście tak zdecydowanej polityki banku centralnego, jednak osłabienie może być bardziej interesujące, niż umocnienie. Uwaga również na „sprawozdanie” EBC z posiedzenia. Harmonogram interesujących informacji z Grecji stał się bardziej wyraźny po tym, jak grecki rząd oświadczył, że nie jest w stanie dokonać płatności na rzecz MFW 5 czerwca bez napływu nowych środków.

JPY: posiedzenie BoJ ubiegłej nocy okazało się nieco ciekawsze, niż zwykle – zob. omówienie powyżej. W parze USD/JPY uwaga na poziom 120,50 w przypadku spadku i na poziom 121,50 w przypadku wzrostu po posiedzeniu BoJ.

GBP: dziś poznamy dane na temat sprzedaży detalicznej – szczególnie słaby odczyt byłby interesujący dla pary GBP/USD, ponieważ rejony 1,5450/1,5500 wydają się strefą zwrotu, jednak zobaczymy, czy to nastąpi. W parze EUR/GBP uwaga na minima przedziału w okolicach poziomu 0,7115 w przypadku ewentualnych pozytywnych niespodzianek.

CHF: reakcja na wydarzenia w Grecji w nadchodzących tygodniach wydaje się mieć zasadnicze znaczenie dla pary EUR/CHF. W parze USD/CHF najważniejsza pod względem technicznym jest strefa 0,9350-0,9500 i kwestia jej przekroczenia w nadchodzących dniach.

AUD: waluta nieco straciła na wartości, jednak sądząc po kursie w parze AUD/USD, w dalszej perspektywie pozostanie w połowie przedziału.

CAD: para USD/CAD traci na wartości po nieudanej próbie przełamania poziomu 1,2200 – nadal skłaniam się ku przełamaniu obecnego przedziału w górę, o ile nie okaże się inaczej lub o ile dane ze Stanów Zjednoczonych za maj nie okażą się słabe.

NZD: waluta ponownie przyparta do muru w parach AUD/NZD i NZD/USD – czy USD jest w stanie sprowadzić parę NZD/USD poniżej minimów cyklu? Przewiduję spadek, dopóki stopy nowozelandzkie będą kształtować się poniżej 3,5%, tj. dwuletniej nowozelandzkiej stopy swap.

SEK: waluta zachowuje się coraz bardziej ambitnie w miarę presji na spadek w parze EUR/SEK – wydostanie się z przedziału wymaga jednak napływu nowych danych ze Szwecji.

NOK: z pespektywy norweskich stóp ryzyko spadku jest większe, niż ryzyko wzrostu, przy czym dziką kartą jest ropa.

John J Hardy, Saxo Bank

saxo bank

Wadliwe części kosztują branżę motoryzacyjną miliardy

Z powodu wykrycia wadliwych poduszek powietrznych japońska firma Takata wezwała właścicieli aż 34 mln samochodów do naprawy. To największa tego typu akcja w historii. Eksperci Exact Systems, firmy kontrolującej części samochodowe, uspokajają, że z roku na rok jakość aut regularnie rośnie, bo koncerny samochodowe coraz większą wagę przykładają do kontroli podzespołów. Tylko w ubiegłym roku w Polsce odnotowaliśmy 55% wzrost liczby skontrolowanych części, a ich wadliwość spadła z 13% do 10%.

– Kierowcy przy zakupie samochodu najczęściej patrzą na niego jak na integralną całość, jednak w procesie produkcji należy zadbać o najwyższą jakość każdej, nawet najmniejszej część. Jedno auto składa się średnio z ok. 8 tysięcy elementów, które powinny być niezawodne i ze sobą współgrać w każdych warunkach.O tym, jak bardzo istotna jest dbałość o każdy szczegół przekonał się ostatnio japoński porducent Takata, który z uwagi na wadliwe działanie wyprodukowanych przez niego poduszek powietrznych, wezwał do największej w historii akcji naprawczej aż 34 mln samochodów – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji. – Takich akcji z roku na rok jest coraz mniej, ale jak już są, to jak widzimy na przykładzie japońskiego producenta, wiążą się z bardzo wysokimi kosztami sięgającymi nawet kilku miliardów dolarów. Tak ogromne liczby, warto to dodać, najczęściej są następstwem braku kontroli procesu produkcji. Bardzo ważny jest też czynnik bezpieczeństwa ludzkiego życia – jedna wadliwa część może przyczynić się do awarii samochodu, a w konsekwencji mieć przełożenie na bezpieczeństwo kierowcy i pasażerów. A to właśnie wspomniane poduszki powietrzne jako tzw. Safety Products”, które powinny stać na straży bezpieczeństwa życia ludzkiego, wymagają szczególnej uwagi i kontroli na wielu etapach procesu produkcyjnego – dodaje Gos.

Procesy naprawcze oraz utrata zaufania w oczach klientów mobilizują koncerny motoryzacyjne do zintensyfikowania kontroli jakości. Widać to szczególnie wśród posiadających w Polsce swoje zakłady producentów pojazdów i części do nich. W 2014 r. Exact Systems skontrolował w naszym kraju niemal 400 mln części, co oznacza aż 55% wzrost rok do roku. Wskaźnik wadliwości skontrolowanych części wyniósł w Polsce 10%. Był zatem niższy o 3 p.p. od wypracowanego w 2013 r. i aż dwkrotnie mniejszy niż jeszcze w 2006 r., w którym części wadliwe stanowiły aż jedną piątą (21%).

Coraz więcej firm zgłasza się do nas ze zleceniem kontroli jakości jeszcze przed przekazaniem części do montażu i w ten sposób z pewnością minimalizują ryzyko ich wadliwości i związanymi z tym dodatkowymi kosztami. Co więcej, warto podkreślić, że w Polsce spada także liczba wadliwych części, co jest niezmiernie istotne, jeśli chcemy ściągnąć do naszego kraju kolejne inwestycje motoryzacyjne. Jakość, obok efektywności kosztowej, położenia geograficznego i stabilnego otoczenia gospodarczo-prawnego, najczęściej była i z pewnością pozostanie w przyszłości języczkiem u wagi przy podejmowaniu przez producentów decyzji o wyborze lokalizacji swoich zakładów – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems.

Amerykańsko-europejskie przeciąganie liny z Grecją w tle

O kondycji gospodarki USA, osłabiającym się dolarze, europejskich rynkach akcji i „greckim ryzyku” rozmawiamy z Radosławem Piotrowskim, zarządzającym funduszami Union Investment TFI.

W kontekście rozwoju sytuacji na globalnych rynkach finansowych wielu inwestorów uważnie obserwuje kondycję amerykańskiej gospodarki. Jak ją oceniacie?
Radosław Piotrowski: W USA obserwujemy ostatnio nieco gorsze odczyty danych makro. Według niektórych opinii słabsze PKB w I kwartale 2015 r. to efekt mroźnej zimy czy strajku robotników portowych na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Moim zdaniem silny wpływ na amerykańską gospodarkę miały także niskie ceny ropy naftowej oraz mocny dolar, przekładające się odpowiednio na inwestycje w sektorze energetycznym oraz na eksport. Także ostatnie dane są w najlepszym wypadku mieszane, np. dobre dane z rynku pracy czy z sektora nieruchomości przeplatają się z gorszymi odczytami sentymentu konsumentów czy sprzedaży detalicznej. Ugruntowało to rynkowy konsensus, że cykl podwyżek stóp w USA przesunie się na wrzesień, choć pojawiają się też opinie, że pierwsza podwyżka nastąpi dopiero w ostatnim miesiącu tego roku czy nawet w 2016 r. Dalecy bylibyśmy jednak od stawiania tezy, że gorsze odczyty stanowią początek trwalszego trendu. Potwierdzają to m.in. prognozy makreokonomiczne sugerujące, że w II kwartale wzrost gospodarczy przyspieszy do 2,7%.

Jakie są implikacje oczekiwanego przesunięcia podwyżek stóp w USA?
RP: Oczekiwania inwestorów rzutują m.in. na wartość amerykańskiej waluty. Po okresie silnych wzrostów dolar osłabił się w relacji do koszyka walut, w tym do euro. Tendencja ta, wraz z niezłymi względem oczekiwań wynikami finansowymi amerykańskich spółek za I kwartał 2015 r., wspierała indeksy giełdowe na Wall Street. Jednocześnie wzrost kursu euro do dolara jest kiepską informacją dla europejskich eksporterów, których towary są przez to mniej konkurencyjne. Znajdowało to odzwierciedlenie w zachowaniu europejskich giełd w ostatnim czasie i to pomimo faktu, że w Europie dane makro prezentują się lepiej niż USA, a Europejski Bank Centralny prowadzi ekspansywną politykę monetarną. Na osłabieniu dolara zyskiwały także ceny surowców oraz szeroko rozumiane rynki wschodzące.

Skąd słabość europejskich indeksów?
RP: Łyżką dziegciu w obrazie Europy jest ryzyko związane z Grecją. Indeks obrazujący oczekiwania inwestorów co do prawdopodobieństwa rozpadu strefy euro (Sentix Euro Break-up Index) ostatnio wzrósł – z 20% na początku roku do ok. 50%. Trudno mi uwierzyć, by pomimo problemów ze spłatą długu Grecja opuściła strefę euro (nie chcą tego sami Grecy), niemniej coraz większa część uczestników rynku dopuszcza taką możliwość. Europejskim indeksom nie pomagało także wspomniane umocnienie się wspólnotowej waluty.

Ma szansę się zmienić?
RP: W krótkim terminie istnieje ryzyko utrzymania się takiego stanu rzeczy, przede wszystkim ze względu na przedłużające się negocjacje pomiędzy Grecją a wierzycielami. Porozumienie jest decyzją stricte polityczną, której nie sposób liczbowo oszacować. Natomiast w perspektywie kilku miesięcy (w przypadku rozwiązaniu problemu greckiego) z fundamentalnego punktu widzenia perspektywy dla rynku europejskiego wyglądają pozytywnie.

A co z kursem euro/dolar amerykański? Nie będzie stanowił przeszkody?
RP: Jeszcze przez jakiś czas może tak być, choć wtorkowa decyzja EBC o zwiększeniu skali europejskiego QE w maju i czerwcu kosztem miesięcy wakacyjnych pokazuje, że bank centralny aktywnie podchodzi do negatywnych zjawisk rynkowych, a takimi de facto były umocnienie się wspólnotowej waluty oraz towarzyszący mu nagły wzrost rentowności obligacji skarbowych krajów strefy euro. Dodatkowo zakładamy jednak, że ogólna sytuacja gospodarcza w USA powinna się poprawiać w kolejnych miesiącach na tyle, że (w połączeniu ze stale poprawiającą się sytuacją na rynku pracy i wzrostem oczekiwań inflacyjnych) zacznie wywierać większą presję na Fed. Będzie to stanowiło dodatkowy bodziec do powrotu euro do trendu spadkowego.

Czy mieszkanie z ogródkiem jest droższe?

Czy mieszkanie z ogródkiem jest droższe?Czy za mieszkanie na parterze zapłacimy mniej niż za lokal usytuowany na wyższej kondygnacji w budynku? Ile trzeba dopłacić za ogródek? Analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl zapytali o ceny nowych mieszkań położonych na parterach przedstawicieli wiodących firm deweloperskich.   

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp

W przypadku budynków niskich, 3 i 4-piętrowych ogródek staje się ważnym atutem mieszkania, zwłaszcza jeśli jego powierzchnia przekracza 50 m kw. Wówczas cena takiego lokalu bywa wyższa niż lokali na pozostałych piętrach. Inaczej ma się sytuacja, jeśli chodzi o budynki wysokie. Mieszkania z ogródkiem są w nich nieco tańsze, średnio o 200 – 300 zł za metr kw., w porównaniu z cenami mieszkań położonych na wyższych kondygnacjach.

Tomasz Sznajder, wiceprezes zarządu Polnord

Mieszkania na parterach cieszą się wśród klientów sporym zainteresowaniem, najczęściej ze względu na własny ogród. Dlatego też w inwestycjach Polnordu lokale na parterze podlegają tym samym regułom cenowym, co inne mieszkania w budynku. Takie lokale są wygodne dla rodzin z dziećmi, osób starszych i posiadaczy zwierząt domowych. Mieszkania na parterach często sprzedają się najszybciej. W wybranych inwestycjach klienci mogą liczyć na atrakcyjne promocje i upusty cenowe.

Karolina Guzik, koordynator sprzedaży Skanska Residential Development Poland

Mieszkania na parterze są często tańsze od lokali usytuowanych na wyższych kondygnacjach w budynku. W przypadku mniejszych mieszkań w warszawskim Osiedlu Mickiewicza, różnica pomiędzy ceną mieszkania na parterze i na wyższych piętrach wynosi średnio ok. 1000 zł za m kw.

Magdalena Rurarz, dyrektor działu sprzedaży i marketingu Victoria Dom

Mieszkania na parterach mają często niższą cenę niż lokale położone na wyższych piętrach, choć nie jest to regułą. Wszystko zależy od wielkości ogrodu.

Monika Kudełko z firmy Activ Investment

Lokale usytuowane na parterze są na ogół tańsze od tych znajdujących się na wyższych piętrach. Na przykład w inwestycji 4 Wieże w Katowicach, gdzie większość mieszkań na najniższej kondygnacji mieszkalnej, na poziomie +2,  posiada tarasy o powierzchni nawet do 137 m kw., mają niższe ceny niż lokale na poziomach wyższych.

Podobną zasadę stosujemy w przypadku naszych innych inwestycji w Krakowie i we Wrocławiu. Normą jest, że im mieszkanie jest usytuowane niżej, tym jest tańsze. Dotyczy to także lokali z tarasem.

Michał Witkowski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Atlas Estates

Z zasady, im wyżej mieszkanie jest położone, tym jest droższe. Z każdą kolejną kondygnacją cena rośnie o 2-3 proc. Podobnie jest z mieszkaniami na parterze, które często są postrzegane przez klientów jako mniej atrakcyjne. Ich szczególnym atutem może jednak okazać się ogródek. Tak było w inwestycji Apartamenty przy Karasińskiego w Warszawie, gdzie mieszkania na parterze oferowaliśmy z atrakcyjnymi ogórkami o metrażach nawet do 50 m kw. z nasadzoną zielenią. Dzięki temu szybko znalazły nabywców. Były o 2-3 proc. tańsze od lokali na pierwszym piętrze.

Wojciech Stisz, Barc Warszawa

Mieszkania z ogródkami w naszych inwestycjach nie są wycenione wyżej. W osiedlu Tarasy Dionizosa w Warszawie oferujemy lokale z ogródkami, usytuowanymi na dachu, na poziomie +1. Nie są droższe od innych lokali. Przeciwnie, ich ceny są nawet w niektórych przypadkach niższe. Trzypokojowe mieszkanie o powierzchni ok. 57 m kw. z balkonem oraz ogródkiem o metrażu ponad 20 mkw. kosztuje w tej inwestycji ponad 312 tys. zł.

Katarzyna Żarska z firmy Marvipol

W naszych inwestycjach nie różnicujemy cen mieszkań z ogródkami, tarasami czy balkonami. Mieszkania na parterze nie są tańsze od mieszkań na wyższych piętrach.

Alicja Dolińska, dyrektor działu marketingu i reklamy Dolcan

W większości naszych inwestycji ceny mieszkań są wyliczane wyłącznie na podstawie metrażu, a nie usytuowania lokalu. Czasem jednak lokale mniej atrakcyjne, jak np. tzw. mieszkania wynikowe z projektu są tańsze. Dotyczy to również lokali położonych na tzw. niskich parterach.

W przypadku inwestycji bezczynszowych ceny zróżnicowane są ze względu na wielkość mieszkań i ich położenie. Tu partery są atrakcyjniejsze niż piętra, pomimo że wszystkie lokale posiadają dostęp do ogródków.

Urszula Hofman, reprezentująca Grupę Inwest

W naszych projektach mieszkania na parterze są przeważnie nieco tańsze od tych na piętrze, ale istnieją oczywiście pewne wyjątki. Dla przykładu mieszkania zlokalizowane na kondygnacji „0” , z dużymi ogródkami mogą mieć cenę nawet wyższą niż te na piętrze. W inwestycji na warszawskim Bemowie przy ul. Strąkowej 30 lokale na parterze zostały sprzedane jako pierwsze, chociaż ceny tych mieszkań nie były najniższe.

Piotr Kijanka, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

W przypadku lokali usytuowanych na parterze cena rośnie lub maleje w zależności od dostępu do własnego ogrodu i jego wielkości. Na zakup mieszkań z ogródkiem często decydują się rodziny z małymi dziećmi. Deweloperzy coraz częściej rezygnują z mieszkań na parterze, a zamiast nich planują powierzchnie handlowo-usługowe lub biurowe. Takie rozwiązanie planujemy m.in. w krakowskiej inwestycji Zawiła.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Lokale na parterze są zazwyczaj tańsze od tych na piętrach, nawet o 10 proc. Należy pamiętać, że na cenę mieszkania składają się także takie czynniki jak wielkość, usytuowanie, rozkład czy nasłonecznienie, co oznacza, że różnice w cenie pomiędzy mieszkaniami na parterze i na piętrach mogą być nieznaczne. Zwłaszcza, jeśli mieszkania na parterze są wyposażone w ogródek.

Zuzanna Kordzi dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic

Mieszkania z ogródkami to nasz hit sprzedażowy. Lokale, które mają duże ogródki lub terasy oferujemy w cenach porównywalnych do mieszkań na wyższych piętrach.
W naszych projektach na parterach nie przewidujemy w ogóle mieszkań bez ogródka czy tarasu.

Jarosław Jankowski, prezes zarządu Grupy Waryński

W każdym z etapów warszawskich projektów Miasto Wola i Stacja Kazimierz przygotowaliśmy kilka mieszkań usytuowanych na parterach budynków. Każdy z lokali posiada ogródek o metrażu od 10 do 25 m kw. Jeszcze kilka lat temu nie były to najchętniej wybierane mieszkania, ale teraz daje się zauważyć wzrost zainteresowania klientów tego typu lokalami. Atutem mieszkań usytuowanych na parterze jest cena za metr kwadratowy, która niejednokrotnie jest niższa nawet o 5 proc. w porównaniu do lokali położonych na wyższych kondygnacjach, co znajduje potwierdzenie w naszych projektach.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Mieszkania na parterach są z reguły tańsze od tych, które znajdują się na wyższych kondygnacjach. Jednak wpływ na wycenę lokali na najniższych kondygnacjach może mieć ich układ funkcjonalny, lokalizacja względem całego osiedla, kwestia wielkości powierzchni przynależnej w postaci ogródka i to czy znajduje się od strony ulicy, czy dziedzińca. Takie mieszkania wybierają najczęściej osoby starsze, rodziny z małymi dziećmi i osoby z czworonożnymi domownikami.

Autor: Kamil Niedźwiedzki, analityk Dompress.pl

Budowa domu na cudzej działce – informacja ekspercka

Jak wybudować dom na wydzierżawionej lub użyczonej, ale wciąż cudzej działce? Komu będzie przysługiwać własność działki z domem? A może dom i działka będą miały innego właściciela? Kto zapłaci podatek od nieruchomości i poniesie koszty utrzymania wybudowanego obiektu? Odpowiada Tomasz Kaczorowski, adwokat w Kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu.
Już stara rzymska zasada wprost wskazywała, że wszystko co powstało (zostało wybudowane) na powierzchni gruntu jest nierozerwalnie związane z jego własnością. W praktyce oznacza to, że każdy wybudowany obiekt staje się z mocy samego prawa – bez konieczności żadnych dodatkowych czynności – własnością właściciela działki na której powstał. Superficies solo cedit – To co jest na powierzchni, przypada gruntowi. Taką samą regulację wprowadza również polski Kodeks cywilny, stosownie do art. 191 „własność nieruchomości rozciąga się na rzecz ruchomą, która została połączona z nieruchomością w taki sposób, że stała się jej częścią składową”. Z kolei art. 48 k.c. wskazuje, że częściami składowymi gruntu są w szczególności budynki i inne urządzenia trwale z gruntem związane. Każdy potencjalny inwestor, który zamierza wybudować obiekt na cudzym gruncie musi zatem pamiętać, że to właściciel działki stanie się również właścicielem wybudowanego obiektu.
Od czego zacząć?
Podstawą do rozpoczęcia procesu budowlanego, który musi pozostawać w zgodzie z warunkami zabudowy dla danej lokalizacji (studium/planem zagospodarowania przestrzennego) jest zawarcie z właścicielem działki np. odpowiedniej umowy użyczenia lub dzierżawy. Na jej podstawie inwestor nabywa prawo do dysponowania nieruchomością w celach budowlanych. Dzięki tej umowie może wystąpić z wnioskiem o pozwolenie na budowę. Zostanie ono wydane, ponieważ inwestor „dysponuje nieruchomością na cele budowlane”.
Najkorzystniej dla inwestora, jeśli umowa z właścicielem działki zostanie zawarta na maksymalnie długi czas, co daje pewne poczucie bezpieczeństwa, nie mniej nie zmienia to faktu, że właścicielem wybudowanego obiektu będzie właściciel działki a nie inwestor. Przeniesienie prawa własności całej nieruchomości wraz z zabudowaniami wymaga bowiem od stron dodatkowych uzgodnień.
Kto ponosi koszty utrzymania?
Do najważniejszych kosztów związanych z utrzymaniem nieruchomości zaliczymy podatek od nieruchomości. W pierwszej kolejności to właściciel nieruchomości jest zobowiązany do uiszczania podatku od nieruchomości (art. 3 ust. 1 pkt. 1 ustawy o podatkach i opłatach lokalnych), czyli w opisywanym wypadku będzie to właściciel działki. Sam fakt zawarcia umowy, która daje inwestorowi możliwość dysponowania nieruchomością na cele budowlane, nie zmienia osoby zobowiązanej do uiszczania podatku.
Oprócz podatku od nieruchomości, istnieje szereg różnego rodzaju opłat związanych z bieżącą eksploatacją i korzystaniem z wybudowanego obiektu. Są to np. opłaty za dostarczenie wody, odbiór ścieków, media, wywóz śmieci. Opłaty dla dostawców będzie ponosić osoba, która zawarła umowę na dostawę wskazanych usług, czyli najczęściej inwestor, ponieważ to on jest zainteresowany korzystaniem z obiektu.
Na cudzym gruncie bez umowy?
Nierzadko zdarza się, że inwestor buduje obiekt na cudzym gruncie, nie posiadając żadnej umowy, która uprawnia go do dysponowania nieruchomością w celach budowlanych. Dzieje się tak najczęściej, gdy działający w dobrej wierze inwestor jest przekonany, że ma prawo budować na danej działce i przysługuje mu prawo własności. Chociaż właścicielem wybudowanego obiektu stanie się rzeczywisty właściciel nieruchomości gruntowej (działki), to prawo nie pozostawia inwestora bez żadnej ochrony. Stosownie do treści art. 231 § 1 k.c. „Samoistny posiadacz gruntu w dobrej wierze (czyli najczęściej inwestor), który wzniósł na powierzchni lub pod powierzchnią gruntu budynek lub inne urządzenie o wartości przenoszącej znacznie wartość zajętej na ten cel działki, może żądać, aby właściciel przeniósł na niego własność zajętej działki za odpowiednim wynagrodzeniem”. Takie samo roszczenie przysługuje też właścicielowi, który może żądać, aby osoba która wybudowała, nabyła od niego również działkę. Najczęściej wybudowany obiekt będzie wart znacznie więcej niż sama działka. W takiej sytuacji inwestorowi przysługuje roszczenie do właściciela działki, aby ten sprzedał mu działkę za „odpowiednim wynagrodzeniem”, pod którym to pojęciem należy najczęściej rozumieć wartość rynkową działki.
Muszą zatem zaistnieć dwie przesłanki:
– wartości domu musi być wyższa od wartości samej działki,
– inwestor musi być samoistnym posiadaczem w dobrej wierze, czyli dysponować działką w sensie faktycznym tak jak właściciel oraz być przekonanym, że ma do tego uprawnienie, a dobrą wiarę potwierdzi w szczególności opłacanie podatku od nieruchomości.
Gdyby właściciel odmawiał sprzedaży, inwestorowi przysługuje prawo wystąpienia do sądu z żądaniem sądowego przeniesienia własności nieruchomości, także za odpowiednim wynagrodzeniem.

Krajobraz po burzy – jakie perspektywy dla polskich obligacji?

O perspektywach dla rynku długu oraz alternatywach dla funduszy pieniężnych z udziałem obligacji skarbowych rozmawiamy z Krzysztofem Izdebskim, zarządzającym funduszami obligacji Union Investment TFI.Krzysztof Izdebski

Ostatnie perturbacje na polskim rynku obligacji odbiły się nieznacznie również na funduszach pieniężnych. Czy inwestorzy mają powody do niepokoju?
Wycena funduszy pieniężnych, które w portfelu posiadają obligacje skarbowe, jest uzależniona od tego, co dzieje się na rynku. Wahania wartości jednostki uczestnictwa są więc w pełni naturalne i niejednokrotnie miały miejsce w przeszłości. W obliczu gwałtownego tąpnięcia na rynku długu oraz bezprecedensowej skali przeceny papierów skarbowych, wzrost zmienności był nieunikniony. Co jednak ważne, najlepsze fundusze pieniężne zdołały już niemal w pełni odrobić ostatnie ujemne wyceny.

Jakie są dalsze perspektywy dla funduszy pieniężnych i obligacyjnych?
Już na początku tego roku mieliśmy przeświadczenie, że rentowności obligacji na świecie zbliżają się do wyśrubowanych i nieuzasadnionych sytuacją gospodarczą poziomów. W kolejnych miesiącach, a zwłaszcza po uruchomieniu przez Europejski Bank Centralny programu skupu aktywów o wartości 60 mld euro miesięcznie, hurraoptymizm inwestorów wzrósł jeszcze bardziej, a rentowności papierów dłużnych w strefie euro i w Polsce zaczęły schodzić coraz niżej. Obserwowane ostatnio spadki na rynku obligacji były, w moim przekonaniu, nieuniknione. Pozytywne jest natomiast to, że sytuacja na rynku trochę się oczyściła.

Czy to oznacza, że kolejne miesiące będą już lepsze?
Nie popadałbym w nadmierny optymizm, choć oczywiście jest możliwe, że operacja prowadzona przez EBC podtrzyma sentyment do europejskich obligacji i przyczyni się do niewielkich spadków ich rentowności. Skorzystałby na tym także polski rynek, a tym samym inwestorzy lokujący środki w funduszach obligacyjnych i pieniężnych. Z drugiej strony nad rynkiem ciąży ryzyko podwyżek stóp procentowych w USA. Niewątpliwie byłby to sygnał do przynajmniej częściowej redukcji obligacji w portfelach globalnych graczy, co mogłoby wywołać kolejną korektę, a być może i czasowe odwrócenie trenu wzrostowego na rynku obligacji. Dla funduszy obligacyjnych byłaby to oczywiście zła wiadomość. Z kolei dla funduszy pieniężnych oznaczałoby to nieco słabszą dynamikę wzrostu i okresowe wahnięcia wyceny. Oczywiście aktywnie zarządzane i dobrze ułożone portfele w dalszym ciągu powinny wygrywać z depozytami bankowymi. Trudno oszacować, który scenariusz się zrealizuje lub będzie dominujący, ale bez względu na to inwestorzy powinni oswoić się z okresowo nieco większą zmiennością wyceny w funduszach z udziałem obligacji skarbowych.

Co powinien zrobić inwestor, który nie akceptuje nawet niewielkiej zmienności?
Inwestor, który odczuwa niepokój nawet przy drobnych wahaniach wyceny powinien wybrać fundusz pieniężny oparty na obligacjach emitowanych przez przedsiębiorstwa o wysokiej wiarygodności kredytowej. Fundusze takie są odporne na zmiany cen rynkowych, a ich płaski wykres jest pochodną zastosowania liniowej wyceny obligacji przedsiębiorstw znajdujących się w portfelu. Zaletą portfela złożonego z wysokiej jakości obligacji korporacyjnych jest bezpieczeństwo. „Ceną” za bezpieczeństwo jest natomiast niższa rentowność. Wynika ona z faktu, że emitenci o stabilnej sytuacji finansowej nie oferują wysokich odsetek od swoich obligacji. Mimo to roczny wynik funduszu na poziomie 2-2,5% – przy niemal zupełnym wyeliminowaniu wahań wyceny – na tle oprocentowania lokat bankowych wciąż prezentuje się atrakcyjnie.

Emperia w ciągu najbliższego półtora roku intensywnie będzie rozwijać sieć Stokrotka. Mimo inwestycji chce nadal dzielić się zyskiem z inwestorami

CEO Magazyn Polska

Właściciel sieci sklepów Stokrotka, chce przekazać udziałowcom po 1,33 zł dywidendy na każdą, wartą ok. 70 zł, akcję. Taka wypłata pozwoli spółce zachować środki na dalsze inwestycje, w tym intensywną rozbudowę sieci.

Do Emperii należy sieć ponad 250 sklepów Stokrotka, zarówno supermarketów o powierzchni handlowej od 400 do 1000 mkw., jak i mniejszych marketów pod szyldem Stokrotka Market, które zamierza intensywnie rozwijać. Ich atutem w konkurencji z dyskontami ma być lokalizacja.

To, co jest naszą przewagą dzisiaj, to nowy format sklepów, który zaczęliśmy rozwijać w ubiegłym roku, czyli sklepy marketowe, nieco mniejsze od naszych standardowych supermarketów o powierzchniach powyżej 400 mkw. – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Cezary Baran, wiceprezes zarządu i dyrektor finansowy Emperii Holding. Nasz market to sklep od 200 do 400 mkw. powierzchni sprzedaży i te sklepy lokujemy bardzo blisko skupisk ludzkich. One są bardzo wygodne, a nie różnią się ani polityką cenową, ani szerokością asortymentu na tyle istotnie od supermarketów, żeby przeciętny klient dostrzegał jakieś negatywne strony robienia w nich zakupów.

Obrany kierunek rozwoju jest zgodny z kierunkiem rozwoju rynku. Po okresie boomu hipermarketowego, kiedy klientów przyciągała mnogość produktów i promocje, a potem okresu zainteresowania dyskontami, kuszącymi niską ceną i innymi niż w pozostałych sklepach produktami, coraz większe znaczenie dla polskich konsumentów ma bliskość sklepu i krótki czas robienia zakupów. Stąd coraz większa moda na sklepy convenience.

Dzisiaj klient lubi wygodę ocenia Cezary Baran.  Chce, żeby zaoferować mu cenę, która u nas jest tak samo ważna, jak w dyskontach, a my dbamy o to, żeby klient u nas znalazł produkty w podobnych cenach jak te, które może znaleźć w dyskontach. Ale dodatkowo oferujemy mu większy wybór usług, szerszy ich zakres, a to daje nam pewną przewagę. Najważniejsza jest jednak lokalizacja, która jest dzisiaj głównym aktywem w tym biznesie. Trzeba być blisko klienta, żeby te lokalizacje dawały zarobić pieniądze.

Taka lokalizacja pozwala na uruchomienie o wiele większej liczby placówek niż w przypadku hipermarketów czy dyskontów. Zgodnie ze strategią Emperii, Stokrotek do końca przyszłego roku ma być niemal 630, w tym 80 we franczyzie. Mimo tej przewagi w potencjale wzrostu Emperia cały czas obserwuje przedsięwzięcia konkurentów.

Wszelkie działania w zakresie asortymentu prowadzone przez naszych konkurentów mają wpływ na to, jak postrzegają tę ofertę nasi klienci, którzy dzisiaj bardzo często dzielą zakupy i dokonują wyborów, uwzględniając swoje indywidualne preferencje – podkreśla wiceprezes zarządu i dyrektor finansowy Emperii Holding. Każda zmiana w asortymencie czy każda zmiana w ofercie, którą przeprowadza konkurencja, mają wpływ na nasze działania. Bacznie wszystko obserwujemy i staramy się reagować za każdym razem, dostosowując ofertę lub zmieniając naszą politykę.

W 2014 roku po wzroście o 0,5 proc. sprzedaż spółki była bliska 2 mld zł. Zysk Empreii wzrósł o 131 proc., sięgając 32 mln. I kwartał obecnego roku przyniósł spółce jeszcze lepsze wyniki. Sprzedaż wzrosła o 1,4 proc., porównując do wyników z przed roku, i sięgnęła 486 mln. Zysk był jednak wyższy aż o 487 proc. i przekraczał 18 mln zł. Mimo inwestycji spółka chce kontynuować wypłatę dywidendy.

Na ten rok zarekomendowaliśmy jako zarząd wypłatę maksymalnie możliwiej na ten moment dywidendy informuje Cezary Baran z Emperii Holding. To będzie 1,33 zł na akcję. Konsekwentnie od dłuższego czasu realizujemy tę politykę, starając się wytransferować do naszych akcjonariuszy nadwyżkę środków pieniężnych, które pozostały nam po transakcjach, które robiliśmy w 2011 roku, sprzedając nasz segment dystrybucyjny. Jesteśmy przekonani, że to dobry ruch i nadal zachowujemy nadwyżkę środków pieniężnych, która pozwala nam się rozwijać.

Walne Zgromadzenie spółki ws. podziału zysku za 2014 rok odbędzie się 27 maja.

Polska platforma PiLab/BI trafi na globalny rynek. Spółka po pozyskaniu 6 mln zł rozmawia z inwestorami o kolejnych emisjach

0

CEO Magazyn Polska

Polska spółka PiLab szykuje globalną premierę swojej platformy pozwalającej na kompleksową kontrolę procesów zachodzących w firmie. To technologia skierowana m.in. do instytucji finansowych, która pozwala wykryć szkodzące firmom działania wewnętrzne. W kwietniu spółka pozyskała 6 mln zł na pierwszy pilotaż w USA. Ma się rozpocząć w II połowie roku.

– W tym roku rozpoczynamy pierwsze pilotażowe projekty w Stanach Zjednoczonych i to ma nas przybliżyć do premiery naszego produktu na rynkach globalnych, na najbardziej zaawansowanym rynku informatycznym świata – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Paweł Wieczyński, prezes zarządu PiLab. – Równolegle w Polsce, w naszym mateczniku, rozpoczynamy sprzedaż, właśnie mieliśmy premierę produktu.

Pod koniec kwietnia spółka notowana na NewConnect pozyskała 6 mln zł z emisji akcji dla dotychczasowych inwestorów i prowadzi rozmowy z kolejnymi, nowymi inwestorami o znacznie wyższych kwotach. Posłużyć mają zademonstrowaniu, a potem sprzedaży na świecie platformy PiLab/BI, która jest narzędziem informatycznym służącym bezpieczeństwu, zarządzaniu ryzykiem, wykorzystaniu skomplikowanych zasobów i umożliwieniu menadżerom analizowanie danych z wielu połączonych źródeł.

To pozwala odpowiedzieć sobie na pytania, co ma wpływ na moją sprzedaż, gdzie uciekają mi pieniądze, kto próbuje naszą firmę oszukać i jakiego rodzaju metody wykorzystuje się do tego, żeby naszą firmę narazić na straty. To są straty, których do tej pory trudno było uniknąć.

Jak zapewnia Wieczyński, platforma przygotowana przez PiLab jest tańsza i łatwiejsza do wprowadzenia od podobnych rozwiązań stosowanych na świecie. Firma takich projektów pilotażowych przeprowadziła w Polsce już ponad 20, a kilka tygodni temu produkt miał swoją polską premierę. Jej przekonuje szef, wdrożenie tej technologii nie jest ani pracochłonne, ani czasochłonne. Zajmuje kilka tygodni, choć w przypadku skomplikowanych systemów w wielkich korporacjach może potrwać kilkanaście miesięcy.

Wchodzimy do dużej instytucji i mówimy: „Wiemy, że mamy system, który dzisiaj rozwiązuje bardzo poważne problemy. Pozwólcie, że wdrożymy wam go za darmo w trakcie pilotażowego wdrożenia. Pokażemy wam, jak wygląda to, jak działa. Będziecie mogli sobie korzystać z tych danych, zdejmuję z was to całe ryzyko wdrożeniowe, możecie od razu ocenić efekty z wykorzystania takiego systemu. Jeżeli się wam to spodoba, jeżeli będziecie widzieli te efekty, to my wam to sprzedamy w cenie, która jest dużo bardziej konkurencyjna od tego, co do tej pory widzieliście na rynku, dlatego że nas wdrożenie kosztuje bardzo niewiele”.

Jeszcze w tym roku pozyskane pieniądze wykorzystane zostaną na przeprowadzenie pilotażu w Stanach Zjednoczonych. Pierwszy etap tej inwestycji sfinansowany zostanie właśnie z kwietniowej emisji.

– Nasza technologia ma zastosowanie w spółkach, które mają zaawansowane problemy związane z zarządzaniem ryzykiem, detekcją defraudacji, czy to są właśnie instytucje bankowe, instytucje inwestycyjne, firmy ubezpieczeniowe. Również duże firmy produkcyjne, które chcą identyfikować zależności między różnymi procesami związanymi z produkcją, logistyką, łańcuchem dostaw – zapewnia Wieczyński.

Produkcja sprzedana przemysłu w kwietniu 2015 r. – komentarz MG do danych GUS

Według wstępnych danych GUS, produkcja sprzedana przemysłu w kwietniu 2015 r. była o 2,3 proc. wyższa w porównaniu z analogicznym miesiącem 2014 r. Wynik był znacznie niższy od oczekiwań MG.

W porównaniu z kwietniem 2014 r. produkcja sprzedana przemysłu była wyższa w 26 spośród 34 działów przemysłu. Znaczący wzrost odnotowano w produkcji urządzeń elektrycznych (o 13,2 proc.), a także pojazdów samochodowych przyczep i naczep (o 10,6 proc.). Najwyraźniej natomiast spadła sprzedaż w dziale produkcji artykułów spożywczych (o 7,2 proc.).

W kwietniu 2015 r w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku wzrosła także – o 8,5 proc. – sprzedaż  przedsiębiorstw budowlanych.

Ceny produkcji sprzedanej przemysłu w kwietniu 2015 r. były niższe niż przed rokiem o 2,6 proc., w porównaniu ze spadkiem o 2,5 proc. (po korekcie) w marcu.  W porównaniu z marcem 2015 r. ceny spadły o 0,3 proc.

Analitycy MG prognozują, że w maju 2015 r., przy jednym dniu roboczym mniej w porównaniu z 2014 r., wzrost produkcji przemysłowej powinien powrócić do tempa w granicach 5 proc.

Ministerstwo Gospodarki (MG)

Ropa ostatnio drożała, ale teraz koniec wzrostów. Eksperci oczekują stabilizacji cen lub ich spadków

CEO Magazyn Polska

Międzynarodowy rynek ropy w ciągu najbliższych dni i tygodni czeka stagnacja lub lekki spadek – oceniają eksperci. Ceny przestały się zmieniać, bo czynniki wpływające na ich wzrosty i spadki się równoważą. Po wzrostach z ostatnich tygodni można oczekiwać, że część inwestorów zdecyduje się zrealizować zyski.

Na początku roku ceny ropy spadły do poziomów niewidzianych na rynku od sześciu lat. W styczniu za baryłkę ropy Brent płacono poniżej 50 dolarów. Później notowania tego surowca ruszyły w górę, by na początku maja przekroczyć poziom 67 dolarów za baryłkę. Teksańska ropa Crude jeszcze w marcu była warta poniżej 45 dolarów i w ciągu półtora miesiąca podrożała o jedną trzecią. Maj przyniósł jednak zastopowanie wzrostów.

Ropa znajdowała się w ostatnim czasie w trendzie wzrostowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Paweł Grubiak, doradca inwestycyjny i członek zarządu Superfund TFI. Obecnie mamy taką sytuację, że ropa znajduje się w konsolidacji. To, że ropa nie ma siły do dalszych wzrostów, wynika między innymi z czynników makroekonomicznych, czyli niezbyt dobrych danych płynących z krajów OPEC. Dlatego że kraje OPEC nie wstrzymują, nie ograniczają produkcji, wręcz przeciwnie, zwiększają ją.

Paweł Grubiak zwraca też uwagę na zmianę sytuacji w Zatoce Perskiej.

– Bardzo ważnym elementem dla strony podażowej jest to, co się dzieje w Iranie. Czyli zapowiedzi ministra rządu irańskiego, że w sytuacji, gdy rządy zachodnie ograniczą sankcje ekonomiczne nałożone na ten kraj, ten zwiększy zdecydowanie produkcję ropy naftowej.

Niskie ceny na świecie utrzymywane są głównie dzięki Stanom Zjednoczonym, które rozpoczęły masową sprzedaż surowca w zeszłym roku, po zajęciu przez wspieranych przez Rosję separatystów części Ukrainy. Utrzymując ceny ropy na niskich poziomach, Amerykanie pozbawili Kreml pokaźnej części dochodów eksportowych, ograniczyli finansowanie modernizacji rosyjskiej armii i tym samym jej zdolności ofensywne. Od podpisania przed trzema miesiącami rozejmu rosyjsko-ukraińskiego rozpoczęły się wzrosty cen ropy.

– Z drugiej strony mamy informacje sprzyjające wzrostowi cen ropy, płynące ze Stanów Zjednoczonych, czyli malejące zapasy w Stanach Zjednoczonych i zmniejszenie produkcji w USA spowodowane mniejszą liczbą odwiertów ropy łupkowej zwraca uwagę doradca inwestycyjny i członek zarządu Superfund. Tak że te dwa elementy się na razie znoszą, w związku z tym ropa znajduje się w konsolidacji cenowej.

Sytuacja na Ukrainie wciąż jest niepewna, o czym świadczy ostrzał Mariupola, a ceny czarnego złota są najwyższe od grudnia, stąd można się spodziewać w najbliższym czasie ich schodzenia w dół. Analitycy Goldman Sachs przewidują nawet, że w ciągu kolejnych pięciu miesięcy ceny mogą powrócić do poziomów z początku roku. Takiego scenariusza nie wyklucza także rozmówca Newserii Inwestor.

Wydaje mi się, że teraz może też dojść do pewnej realizacji zysków, dlatego że ropa była jednym z lepszych instrumentów do zarabiania w ubiegłym miesiącu ocenia Paweł Grubiak z Superfund. W związku z tym będzie siłą rzeczy tendencja do zamykania pozycji długich i otwierania pozycji krótkich.

30 proc. stanowisk pracy w Europie ma szkodliwy wpływ na zdrowie zajmujących je ludzi

CEO Magazyn Polska

Przewlekły stres w miejscu pracy zwiększa ryzyko choroby wieńcowej, zawału serca i nadciśnienia. Praca w wymuszonej pozycji lub dźwiganie zbyt dużych ciężarów prowadzi natomiast do urazów układu mięśniowo-szkieletowego. W Europie 30 proc. miejsc pracy ma negatywny wpływ na zdrowie osób je zajmujących.

Według Światowej Organizacji Zdrowia na zdrowie człowieka wpływają cztery kategorie czynników: predyspozycje genetyczne, środowisko zewnętrzne, działania służby zdrowia oraz zachowania prozdrowotne. Te ostatnie stanowią 50 proc. wszystkich czynników. Zachowania prozdrowotne to m.in. sposób odżywiania się, aktywność fizyczna, niestosowanie używek, umiejętność odpoczywania i odreagowywania stresu. Zdrowy tryb życia należy prowadzić od najwcześniejszych lat życia. To rodzice powinni uczyć swoje dzieci zachowań prozdrowotnych, przekazując im wiedzę na temat odpowiedniego odżywiania, uprawiania sportu, konieczności odpoczynku, oraz służyć im przykładem.

Eksperci podkreślają, że kolejne pokolenia wchodzące na rynek pracy będą musiały pracować dłużej, a zbliżający się kryzys demograficzny związany ze starzeniem się społeczeństwa wymusi traktowanie wydatków na zdrowie jako inwestycji w utrzymanie produktywności i konkurencyjności gospodarki. Do tego potrzebna też będzie poważna zmiana codziennych nawyków.

Dzisiaj w Europie, a szczególnie w naszej części Europy, to przygotowanie jest dosyć słabe. Uczymy się na wzorcach, a one jeszcze są bardzo słabe. Musimy to zmienić i musimy pracować nad tym, żeby pokazywać, jakie konsekwencje może przynieść takie niedbałe i niehigieniczne życie – mówi agencji informacyjnej Newseria Danuta Jazłowiecka, posłanka do Parlamentu Europejskiego Ziemi Opolskiej i Dolnośląskiej.

Dla zachowania dobrego zdrowia bardzo ważna jest także higiena pracy. Zagrożenia wynikające z pracy mogą mieć dwojaki charakter: psychiczny lub fizyczny. Obciążenia psychiczne najczęściej wynikają z przewlekłego stresu, co może skutkować także pogorszeniem stanu fizycznego. Stres bowiem, zaburzając nerwowe i hormonalne mechanizmy regulujące funkcjonowanie serca, zwiększa ryzyko rozwoju choroby wieńcowej. Według naukowców z Uniwersytetu Harvarda kobiety wykonujące stresujące prace są o 43 proc. bardziej podatne na zawał, nadciśnienie i zatrzymanie akcji serca niż panie mające spokojniejsze obowiązki zawodowe.

Ponad 30 proc. miejsc pracy w Europie to miejsca, które wymagają niewygodnego ułożenia ciała, które wymagają powtarzalności czynności, które są niebezpieczne dla zdrowia, które wymagają przenoszenia ciężkich przedmiotów. To powinniśmy zmienić – mówi Danuta Jazłowiecka. – Powinniśmy też wzmocnić pozycję lekarzy medycyny pracy, którzy szczególnie w przypadku osób dojrzałych i starszych powinni częściej obserwować ich stan zdrowia, żeby one czuły się bardziej bezpieczne w miejscu pracy.

Najczęstsze skutki pracy w wymuszonej pozycji ciała to zmęczenie fizyczne, a co za tym idzie obniżenie wydajności i tempa pracy. Pracownik może także przyzwyczaić się do niewłaściwej pozycji, co z kolei może prowadzić do trwałych zmian, takich jak skrzywienie kręgosłupa czy garbienie się.

Na ogół problem ten dotyczy kierowców, stomatologów, mechaników samochodowych oraz osób bardzo dużo pracujących na komputerze. Także długotrwałe pozostawanie w jednej pozycji ma negatywny wpływ na zdrowie: może prowadzić do urazów karku, ramion lub nadgarstków. Dlatego tak ważne jest zapewnienie pracownikom regularnych przerw.

Instytut Sobieskiego: Dla dobra demokracji państwo powinno wspierać aktywność obywatelską

CEO Magazyn Polska

W Polsce obywatele nie są specjalnie aktywni, a organizacje pozarządowe mogą liczyć na nielicznych aktywistów. Zaangażowanie deklaruje ok. 20-30 proc. społeczeństwa, a odsetek aktywnych obywateli jest jeszcze niższy, co plasuje nas na dole rankingu w UE. To kwestia niedojrzałej demokracji – podkreślają eksperci i apelują o większe wsparcie państwa dla tego typu inicjatyw.

Jak wynika z wielu badań, Polacy, inaczej niż przedstawiciele innych nacji z Unii Europejskiej, niechętnie angażują się w publiczne działania, podejmują wspólny wysiłek i w mniejszym stopniu ufają innym ludziom. Aktywności obywatelskiej poświęcony jest projekt badawczy Instytutu Sobieskiego, którego częścią była konferencja towarzysząca V edycji Kongresu Polska Wielki Projekt.

W Polsce zaangażowanie w organizacje pozarządowe deklaruje w zależności od statystyk od 20 do 30 proc. społeczeństwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes, prof. Piotr Gliński, socjolog. – Aktywnych obywateli jest znacznie mniej. Niestety, to są nie najlepsze wyniki, jesteśmy w ogonie Europy.

Problemem jest również niski poziom kapitału społecznego, czyli wzajemnego zaufania między ludźmi.

Kapitał społeczny jest podstawą funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego, bo obniża koszty jego funkcjonowania, koszty korzystania z dóbr publicznych, z instytucji publicznych. Po prostu państwo jest lepiej zorganizowane i lepiej funkcjonuje. I tu znowu jesteśmy na końcu w statystykach europejskich – mówi prof. Gliński.

Jak podkreśla, zmiany w tym zakresie przyspieszyłaby reforma instytucjonalna, ale powiązana z reformą polskiej demokracji. Jego zdaniem to właśnie niedojrzała demokracja wpływa negatywnie na stan świadomości obywatelskiej. Wśród potrzebnych zmian wymienia reformę mediów publicznych, które nie spełniają dziś swojej roli, oraz zwiększenie praw opozycji politycznej, co przyczyniłoby się do większej kontroli sprawujących władze.

Problemem jest także sytuacja organizacji pozarządowych.

Rozmawialiśmy o wsparciu organizacji pozarządowych przez państwo – informuje Piotr Krygiel z Instytutu Sobieskiego. – To jest wsparcie nie tylko finansowe, lecz także materialne, np. w postaci lokali czy czasu antenowego. Głównym zagadnieniem jest jednak wsparcie dotacjami, czyli chodzi o środki publiczne. To jest nadal bardzo ważne źródło utrzymania dla polskich organizacji pozarządowych. Publiczne środki samorządowe i rządowe to kilkadziesiąt procent budżetu III sektora. Rozmawialiśmy o tym, jakie problemy w tym systemie wsparcia organizacje dostrzegają i jak można ten system poprawiać.

Eksperci byli zgodni, że potrzebna jest edukacja obywatelska i historyczna, ale tu napotykane są kolejne bariery, związane ze wsparciem ze strony państwa.

Po pierwsze edukacja historyczna i obywatelska wiąże się z tym, że jesteśmy identyfikowani bardzo ideologicznie. System trochę nie ma zaufania do tego typu organizacji, bojąc się, że do systemu edukacji zostaną przemycone różnego rodzaju nacjonalizmy – mówi Izabela Szeląg z Fundacji Instytut Aurea Libertas z Krakowa. – Po drugie, żeby dobrze działać, potrzebujemy przede wszystkim fachowości, niezależności i pieniędzy. Bez pieniędzy nie jesteśmy w stanie zatrudniać, angażować fachowych ludzi i nie jesteśmy w stanie być niezależni.

Dostęp do pieniędzy jest jednak utrudniony. Edukację obywatelską można finansować m.in. przy współudziale środków unijnych, ale tu z kolei jest szereg obostrzeń.

Dobrze by było, żeby te pieniądze były nasze i żebyśmy na naszych warunkach je mogli wydawać. Chodzi więc o to, żeby każda z organizacji ze względu na potrzeby, jakie realnie są identyfikowane, miała pulę środków do dyspozycji – mówi Szeląg.

Poza tym problemem jest to, że polski system edukacji spycha kwestie obywatelskie i historyczne na dalszy plan, są one traktowane jako uzupełniające czy hobbystyczne – dodaje przedstawicielka Fundacji Instytut Aurea Libertas z Krakowa.

W czerwcu opublikowany zostanie raport Instytutu Sobieskiego zawierający wnioski i rekomendacje dotyczące zaangażowania obywateli w sprawy publiczne.

Polacy chcą być świadomymi konsumentami i popierają patriotyzm ekonomiczny, ale nie umieją dokonywać takich wyborów

CEO Magazyn Polska

Patriotyzm ekonomiczny to trend, który jest coraz popularniejszy na świecie. Społeczeństwa zachodnie zwracają coraz większą uwagę na to, by kupować towary wyprodukowane w ich kraju, a patriotyzm konsumencki jest promowany także przez polityków. Wielu Polakom takie świadome wybory są bliskie, jednak w praktyce nie bardzo im się to udaje. Wyjątkiem jest branża spożywcza.

Zdecydowana większość Polaków deklaruje, że decyzje o zakupie chce podejmować z uwzględnieniem warunków i miejsca wyprodukowania towaru.

Polacy chcą być świadomymi konsumentami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Joanna Szalacha-Jarmużek z Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu. – 85 proc. badanych odpowiada, że uważa siebie za świadomych konsumentów, czyli za osoby, które w swoich decyzjach ekonomicznych i zakupowych kierują się po pierwsze, racjonalnością ekonomiczną, co zrozumiałe, po drugie wartościami stojącymi za danym produktem.

Jak podkreśla, to ogromny potencjał, który jednak rozprasza się w zderzeniu z rzeczywistością. Patriotyzm ekonomiczny bywa bardzo różnie rozumiany. Mimo że mniej więcej połowa badanych uważa, że polega on na kupowanie polskich produktów, to większość ma problem ze zidentyfikowaniem takiego wyrobu.

Konsumenci nie są pewni, czy produkt, który pochodzi z fabryki ulokowanej w Polsce, ale należy kapitałowo do firmy zagranicznej, jest polski – mówi dr Joanna Szalacha-Jarmużek. – Około 17 proc. badanych odpowiada, że patriotyzm konsumencki to kupowanie produktów regionalnych, lokalnych. A więc bardzo wąsko rozumieją pojęcie patriotyzmu, ograniczając je do swojej małej ojczyzny. Tylko 1 proc. badanych uważa, że oznacza to kupowanie polskich marek.

W rozwijaniu patriotyzmu gospodarczego przeszkadza nam niskie poczucie własnej wartości. Zdarza się, że Polacy postrzegają swoje produkty gorzej, niż są one postrzegane za granicą. Ekspertka nazywa to zjawisko negatywnym autostereotypem.

Polacy w międzynarodowym sondażu społecznym ISSP znaleźli się w grupie sześciu krajów o najniższym stopniu akceptacji i zadowolenia ze swoich osiągnięć politycznych i ekonomicznych. To jest bardzo zła wiadomość – zauważa Szalacha-Jarmużek. – Inną blokadą, która może utrudniać rozwój patriotyzmu ekonomicznego, jest zachowanie samych przedsiębiorców, którzy ukrywają się pod nazwami obcojęzycznymi.

Trzecim problemem jest przyjęta u progu transformacji polityka konkurowania niskim cenami i niskimi kosztami pracy, co może mieć przełożenie na niższą jakość finalnego produktu, a tym samym utwierdzać konsumentów w przekonaniu, że polskie produkty są gorsze.

Na tym tle pozytywnie wyróżnia się branża spożywcza. W tym obszarze Polacy bardzo chętnie wybierają rodzime produkty, podkreślając, że polskie są lepsze niż zagraniczne. Zjawisko patriotyzmu konsumenckiego często jest też wiązane z rynkiem żywności ekologicznej, który w Polsce dynamicznie rośnie. Jego wartość jest szacowana na 700 mln zł.

Jest coraz więcej certyfikowanych gospodarstw, które zajmują się właśnie tego typu produkcją – zwraca uwagę dr Joanna Szalacha-Jarmużek. – Te produkty trafiają zarówno do supermarketów, dyskontów, jak i małych lokalnych punktów handlowych, gdzie – jak pokazują inne badania – Polacy wolą kupować produkty, jeżeli zależy im na ich świeżości.

Zjawisko patriotyzmu gospodarczego jest zdecydowanie bardziej rozwinięte w krajach zachodnich, gdzie promują je również politycy. Zdaniem ekspertki to pokłosie kryzysu, który uświadomił Amerykanom, Chińczykom czy Niemcom, jak ważna jest ta gra zespołowa.

W Stanach Zjednoczonych od 2008 roku możemy obserwować, że krajowi producenci wracają do USA z produkcją, co jest też silnie wspierane przez państwo. Produkty „made in USA” są lepiej wyeksponowane w hipermarketach i lepiej przyjmowane przez konsumentów. Trend patriotyzmu ekonomicznego został podjęty przez liderów światowej gospodarki i szkoda by było, żeby polscy decydenci przegapili ten moment – podkreśla Joanna Szalacha-Jarmużek.

W ciągu najbliższych lat upowszechnią się bankomaty skanujące sieć naczyń krwionośnych dłoni czy siatkówkę oka

CEO Magazyn Polska

W ciągu najbliższych lat technologie biometryczne znajdą szerokie zastosowanie w bankowości. Dzięki systemowi skanującemu naczynia krwionośne w dłoni czy siatkówkę oka wypłaty z bankomatów i korzystanie z kart stanie się znacznie bezpieczniejsze. Biometria to tylko jedna z innowacji, która w centrum stawia potrzeby ludzkie. Na tego typu rozwiązaniach skupia się firma Fujitsu.

Innowacje ukierunkowane na człowieka to łączenie trzech wymiarów: technologii, informacji i ludzi. Dzięki takim rozwiązaniom jak przetwarzanie danych w chmurze, mobilność, internet rzeczy czy big data firmy tworzą nową wartość dodaną dla społeczeństwa.

Inteligentne społeczeństwo ukierunkowane na człowieka to możliwy do stworzenia świat, gdzie wszystko jest lepiej zabezpieczone, bardziej zrównoważone, gdzie ludziom lepiej się powodzi i mogą żyć pełnią życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes David Gentle, director of foresight and planning, Fujitsu. – Wszystko to umożliwiają technologia i informacje, więc chcemy w nie inwestować i chcemy pracować z klientami nad rozwijaniem technologii, które mogą nam pomóc zrealizować tę wizję.

Takie spojrzenie na rozwijające się technologie daje niemal nieskończone możliwości, w dodatku w wielu różnych segmentach. Przykładem może być służba zdrowia – dzięki platformom wymiany informacji między firmami farmaceutycznymi, szpitalami czy lekarzami, możliwe będzie dostosowanie usług medycznych do potrzeb pacjenta. Nowe technologie mogą też służyć zwiększaniu bezpieczeństwa. Przykładem jest aktywny monitoring globalnych zagrożeń, możliwość ograniczenia skutków katastrof naturalnych, jak trzęsienia ziemi, tsunami czy powodzie, szanse na lepsze radzenie sobie z niedoborami żywności czy emisją dwutlenku węgla.

Nie chodzi o zmniejszanie liczby trzęsień ziemi, bo one będą się zdarzały – podkreśla Adel Rouz, executive vice president, Fujitsu Laboratories of Europe. – Bardziej chodzi o to, jak szybko reagować na katastrofy, jak przewidywać ich skutki, np. poprzez inteligentne budynki, nowy rodzaj komunikacji, poprzez technologie sensoryczne z czujnikami, które będą wykrywały wycieku gazu czy nadchodzącego tsunami. Kluczowe jest przewidywanie oraz szybka reakcja.

Inna technologia Fujitsu jest pomocna w radzeniu sobie z pożarami – dzięki inteligentnym czujnikom pozwala w gęstym dymie wykryć źródło ognia, a także obecność ludzi, co zwykle jest niemożliwe przy użyciu tradycyjnego sprzętu.

Human Centric Innovations, czyli innowacje tworzone z myślą o człowieku, mogą też ułatwiać albo po prostu uprzyjemniać życie.

Mamy tablet, który zapewnia zupełnie nowy komfort użytkowania. Jego interfejs dotykowy daje wrażenie tekstury, masz uczucie, jakbyś naciskał przyciski – wymienia David Gentle. – Mamy nową technologię, która dopiero co została wprowadzona w Japonii. To czujnik biometryczny, którym można skanować tęczówki. Można więc odblokować telefon, po prostu na niego patrząc.

Eksperci Fujitsu podkreślają, że technologia biometryczna jest jedną z kluczowych innowacji. W ciągu najbliższych lat może ona zrewolucjonizować bankowość w Polsce, w znaczący sposób zwiększając bezpieczeństwo operacji bankowych. Skan niepowtarzalnego układu naczyń krwionośnych dłoni zagwarantuje, że bez względu na to, gdzie jest dokonywana transakcja, autoryzuje ja właściwa osoba.

Dziś musimy się identyfikować inaczej: raz to jest login z hasłem, innym razem karta z PIN-em, czyli klient banku musi dysponować wieloma tożsamościami. Łączy je jeden element, czyli jego tożsamości, więc naturalną rzeczą jest wykorzystywanie elementów ciała, czyli elementów biometrycznych, do jednolitej identyfikacji tożsamości we wszystkich kontaktach z bankiem poprzez wszystkie kanały – zwraca uwagę Jerzy Sorokowski, konsultant w Fujitsu Polska, odpowiedzialny za obszar rozwiązań biometrycznych.

Human Centric Innovations były tematem przewodnim warszawskiego spotkania w ramach Fujitsu World Tour 2015. W okresie od kwietnia do sierpnia zespół Fujitsu i partnerzy firmy odwiedzą 20 miast na całym świecie, pokazując, jak zaawansowane technologie i rozwiązania podnoszą zdolności jednostek i wpływają na sprawność organizacji.

Rozliczanie kosztów punktem spornym między centrami handlowymi a najemcami

0

CEO Magazyn Polska

Przedstawiciele centrów handlowych pracują nad dobrymi praktykami dotyczącymi wynajmu powierzchni przez sieci handlowe. Nieprecyzyjne określenie rozliczania kosztów wspólnych może prowadzić do konfliktów między zarządzającym centrum handlowym a najemcą, a co za tym idzie – może skutkować stratami dla obu stron.

Podstawowym warunkiem owocnej współpracy pomiędzy właścicielem, zarządcą centrum handlowego a jego najemcą jest sukces sprzedażowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Knap, dyrektor operacyjny Polskiej Rady Centrów Handlowych. –  Przyjęcie i stosowanie dobrych praktyk w zakresie transparentnego rozliczania kosztów wspólnych jest kluczem do zdrowych relacji pomiędzy stronami rynku. Zazwyczaj w sytuacji kiedy właściciel centrum i najemcy są zadowoleni z osiąganych obrotów, kwestie te nie są głównym tematem rozmów, ale stanowią podstawę współpracy. Diabeł tkwi w szczegółach, a tych w umowie między zarządcą a najemcą jest bardzo dużo.

Fundamentem wypracowania dobrej współpracy pomiędzy zarządcą a najemcą jest przede wszystkim zrozumienie wspólnego interesu, którym jest sprawnie działające centrum handlowe, czyli takie, które notuje wzrost odpowiedzialności i obrotów najemców. Interes obydwu stron, najemców i zarządców, jest tożsamy i jest to baza do budowania partnerskich relacji opartych na dialogu, współpracy i cyklicznych spotkaniach – mówi Justyna Kur, dyrektor ds. zarządzania nieruchomościami w Apsys Polska.

Podstawą jest dobra komunikacja, która pozwoli stronom dojść do porozumienia i sprawnie współpracować przy realizacji umowy najmu. Jak podkreśla Justyna Kur, zarządca musi pamiętać o tym, że najemca jest jego partnerem w biznesie. Z drugiej strony najemca musi mieć świadomość tego, że zarządca ma zdecydowanie szersze spojrzenie na centrum handlowe niż on, z perspektywy pojedynczego sklepu.

Najważniejszym aspektem, który często staje się kością niezgody, jest kwestia płatności, czynszu oraz rozliczania kosztów eksploatacyjnych. Sklepy płacą bowiem nie tylko za wynajętą powierzchnię, lecz także za media, ochronę i sprzątanie, a także marketing, ubezpieczenie budynku czy opłaty publiczno-prawne.

Bardzo ważnym elementem są zapisy mówiące o sposobach rozliczania kosztów eksploatacyjnych, istotne jest to, by najemca miał świadomość, jakie pozycje wchodzą w skład kosztów wspólnych i za co będzie ponosił opłaty – mówi Seweryna Afanasjew, członek zarządu organizacji branżowej RICS Polska.

Na polskim rynku brakuje jednoznacznych regulacji w tym zakresie. Stowarzyszenie, jakim jest Polska Rada Centrów Handlowych, trzy lata temu wypracowywało Kodeks Dobrych Praktyk w zakresie umów najmu, którym posiłkuje się część uczestników tego rynku i chce kontynuować misję w tym zakresie poprzez korzystanie ze sprawdzonych wzorców. Teraz polski oddział międzynarodowego stowarzyszenia RICS zapowiada, że przygotuje dostosowane do lokalnego rynku standardy, które obowiązują już na świecie.

RICS opracowuje globalnie standardy dotyczące rozliczania i zarządzania kosztami eksploatacyjnymi w budynkach komercyjnych i mieszkaniowych. W tym roku będziemy je wdrażać – zwraca uwagę Seweryna Afanasjew. – Polski rynek nieruchomości staje się coraz bardziej dojrzały. Wszystkie strony rynku, zarówno deweloperzy, właściciele nieruchomości, jak i najemcy oczekują, że standardy usług świadczonych przez firmy istniejące na tym rynku będą na coraz wyższym poziomie. Żeby to było możliwe, potrzebne są standardy – zwraca uwagę Seweryna Afanasjew.

O korzyściach ze standaryzacji, które mają wpływ na uregulowanie relacji pomiędzy najemcami i zarządzającymi centrami handlowymi, członkowie RICS i PRCH zamierzają dyskutować podczas paneli towarzyszących branżowym targom ReDI, które odbędą się w dniach 10-11 czerwca na Stadionie Narodowym w Warszawie.

Netia zaoferowała niższe opłaty za odtwarzanie muzyki w lokalach

0

CEO Magazyn Polska

Z obserwacji ZAiKS wynika, że coraz mniej firm unika opłat za odtwarzanie muzyki w lokalu. Zdarzają się przedsiębiorcy, którzy z muzyki rezygnują zupełnie, bo miesięczne koszty są zbyt wysokie. Netia ma pomysł, jak je obniżyć. Chce zaoferować przedsiębiorcom tanie pakiety z muzyką, za odtwarzanie których nie trzeba dodatkowo płacić. Miesięczne oszczędności mogą sięgać nawet 1 tys. zł.

Nie odtwarzam muzyki w salonie ze względu na wysokie koszty, jakie trzeba ponieść z tytułu podpisania licencji. Dowiadywałem się, że są to koszty rzędu 500 zł miesięcznie, a w skali roku jest to 6 tys. zł. Nie żyję z puszczania muzyki, tylko z usługi fryzjerskiej. Muzyka jest tylko dodatkiem umilającym klientom pobyt w salonie. Gdyby to były mniejsze koszty, z chęcią puszczałbym muzykę – mówi Marcin Szybejko, właściciel studia fryzjerskiego La Como.

Opłaty za prawa autorskie musi uiszczać każdy przedsiębiorca, który odtwarza publicznie muzykę, np. w salonie fryzjerskim, restauracji czy hotelu. Stawki te są bardzo zróżnicowane, zależą m.in. od typu przedsiębiorstwa, wielkości miasta, w którym się znajduje, i wielkości samego lokalu.

Dla przykładu, opłata za odtwarzanie muzyki podczas meczu na stadionie mieszczącym 10 tys. osób wynosi 444,97 zł. Właściciel sklepu o powierzchni 10 tys. mkw. zapłaci 681,08 zł. Właściciel restauracji w Warszawie, która może pomieścić jednocześnie 100 osób, zapłaci za sam ZAIKS 352,80 zł miesięcznie. A to nie jedyne opłaty, bo w Polsce działa 15 organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, w tym cztery związane z zarządzaniem prawami związanymi z wykorzystywaniem muzyki. Dlatego łączne koszty stają się jeszcze wyższe. Na przykład restaurator po zsumowaniu wszystkich opłaty związanych z pozwoleniem na puszczenie muzyki w lokalu będzie musiał uiścić opłatę w wysokości 777,01 zł. To ponad 650 zł więcej niż koszt oferty Netii.

„Muzyka dla Firm” jest to usługa dla wszystkich klientów Netii, którzy chcą publicznie oraz bez dodatkowych opłat odtworzyć muzykę w swoich lokalach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Wierzbicki, kierownik produktu w Netia. – Jest to muzyka na licencji royalty free – klient dostaje 10 predefiniowanych playlist, które zmieniają się co kwartał, urządzenie Set Top Box oraz możliwość odtwarzania utworów muzycznych w aplikacji online.

Jak podkreśla, w Polsce powstaje rocznie ok. 300 tys. firm, kilkadziesiąt tysięcy stanowią lokale gastronomiczne, zakłady fryzjerskie czy kosmetyczne, więc baza potencjalnych klientów jest bardzo duża.

Klienci są w stanie zaoszczędzić do 1 tys. zł miesięcznie dzięki usłudze „Muzyka dla Firm” – mówi Wierzbicki. – Cała usługa kosztuje w Netii 79,90 zł netto miesięcznie i w opłacie znajduje się urządzenie Set Top Box, znajduje się aplikacja online do odtwarzania muzyki oraz 10 predefiniowanych playlist, które zmieniają się co kwartał.

Netia liczy więc, że na jej usługę jest w Polsce spore zapotrzebowanie, a rynek cały czas rośnie. Sam ZAiKS zebrał ponad pół mld zł – jak wynika ze sprawozdania finansowego organizacji za 2013 rok. Jednocześnie Stowarzyszenie podkreśla, że prowadzi przed sądami ok. 2 tys. procesów przeciwko firmom niepłacącym należnych zdaniem organizacji tantiem.

Duże zainteresowanie dofinansowaniem do mikroinstalacji OZE

0

CEO Magazyn Polska

200 mln zł z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej ma trafić w tym roku poprzez banki na dofinansowanie mikroinstalacji OZE. Pierwsza transza – 20 mln zł udostępnione przez BOŚ Bank – została wyczerpana już pierwszego dnia, więc bank będzie wnioskował o zwiększenie środków. NFOŚiGW chce zaprosić do współpracy także inne banki.

Pierwsza alokacja, czyli 20 mln zł, została wyczerpana pierwszego dnia – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Skucha, prezes zarządu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. – W tej chwili BOŚ Bank, który zajmuje się dystrybucją dotacji, ma już alokację na poziomie kilkudziesięciu milionów, więc będzie występował do nas o zwiększenie środków.

Warunkiem uruchomienia przez NFOŚiGW kolejnej transzy jest podpisanie przez bank umów wyczerpujących 80 proc. alokacji.

Jak podkreśla prezes Funduszu, tak duże zainteresowanie prawdopodobnie sprawi, że 200 mln zł, jakie w tym roku zaplanowano na Prosumenta, zostanie szybko wykorzystane.

Chcemy zaprosić do współpracy inne banki, tak aby dostępność tego programu była jak największa, podobnie jak miało to miejsce w programie kolektorowym czy domach energooszczędnych – mówi Małgorzata Skucha.

Dofinansowanie przedsięwzięć w ramach prowadzonego przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW) programu Prosument obejmuje zakup i montaż nowych małych lub mikroinstalacji odnawialnych źródeł energii (OZE) do produkcji energii elektrycznej lub prądu skojarzonego z ciepłem na potrzeby jednorodzinnych lub wielorodzinnych budynków mieszkalnych.

Finansowane są instalacje wykorzystujące źródła ciepła opalane biomasą, pompy ciepła oraz kolektory słoneczne o zainstalowanej mocy cieplnej do 300 kWt, systemy fotowoltaiczne, małe elektrownie wiatrowe oraz układy mikrokogeneracyjne (w tym mikrobiogazownie) o zainstalowanej mocy elektrycznej do 40 kWe. Obecnie program nie przewiduje dofinansowania przedsięwzięć polegających na zakupie i montażu wyłącznie instalacji źródeł ciepła, natomiast rozdzielenie ciepła i energii elektrycznej w programie jest obecnie konsultowane.

– Program Prosument ma trzy ścieżki, którymi może trafić dofinansowanie do gospodarstwa domowego – wskazuje Małgorzata Skucha. – Pierwszą, która była uruchomiona w ubiegłym roku, są samorządy. Gmina swoim obywatelom może zagwarantować dofinansowanie dotacyjno-pożyczkowe z naszych środków. Druga, to wojewódzkie fundusze ochrony środowiska. Część z nich, współpracując z nami, również oferuje dofinansowanie, głównie spółdzielniom mieszkaniowym, wspólnotom czy bezpośrednio osobom fizycznym. Trzecia ścieżka została uruchomiona 24 kwietnia br. przez Bank Ochrony Środowiska.

Efektem ekologicznym Prosumenta ma być coroczne ograniczenie emisji dwutlenku węgla oraz wzrost produkcji energii z odnawialnych źródeł. Budżet programu na lata 2014-2020 wynosi 800 mln zł z możliwością wypłat środków do 2022 roku.

Dynamiczny rozwój gospodarki Meksyku szansą dla polskich eksporterów

CEO Magazyn Polska

Bliskość ogromnych rynków zbytu oraz coraz szybszy wzrost gospodarczy powodują, że Meksyk staje się atrakcyjny dla polskich firm. Szczególnie korzystne perspektywy stwarza firmom motoryzacyjnym i górniczym. Tamtejszy sektor automotive jest jednym z największych na świecie, a prywatne nakłady na inwestycje wydobywcze w ciągu najbliższych czterech lat mają ulec potrojeniu.

Meksyk to bardzo perspektywiczny i ciekawy rynek. Decyduje o tym m.in. jego położenie, to taki most między Ameryką Północną i Południową. Po drugie, bardzo stabilny wzrost gospodarczy. Prognozy mówią, że w kolejnych latach możemy się spodziewać niemal 4-proc. wzrostu PKB co roku. I po trzecie, stabilna sytuacja społeczno-polityczna – mówi Piotr Dylak, dyrektor ds. finansowania handlu w Banku Zachodnim WBK.

Według najnowszych prognoz Banku Światowego wynika, że dynamika PKB Meksyku w latach 2016–2017 wynosić będzie 3,8 proc. rocznie. Równie korzystne są długoterminowe prognozy analityków. Do roku 2050 Meksyk ma wejść do pierwszej dziesiątki największych gospodarek świata (HSBC daje jej 8. miejsce, PwC nawet 4.).

Z naszej perspektywy jest to rynek w dużym stopniu wciąż jeszcze niewykorzystany. Patrząc na wartość bezwzględną eksportu do Meksyku, mówimy tu o ok. 0,5 mld dol., czyli kwocie porównywalnej z naszym eksportem do Chorwacji. Tutaj jest jeszcze dużo do zrobienia, bo potencjał do dalszej ekspansji jest duży – zaznacza Piotr Dylak.

Głównymi produktami wysyłanymi przez Polskę do tego kraju były w ubiegłym roku części i akcesoria samochodowe, maszyny i urządzenia elektryczne, a także urządzenia mechaniczne, meble i sztućce. Z kolei dominującymi elementami wartego 415 mln dol. importu były m.in. maszyny i urządzenia elektryczne, samochody oraz pojazdy nieszynowe.

Mówiąc o  konkretnych branżach, które mogłyby zaistnieć w Meksyku, na pewno wymienić trzeba automotive: z jednej strony producenci części do samochodów, z drugiej strony, firmy, które dostarczają linie technologiczne dla tego przemysłu – mówi agencji informacyjnej Newseria dyrektor w BZ WBK.

Przemysł motoryzacyjny jest jednym z najważniejszych sektorów gospodarki Meksyku. Statystyki Międzynarodowej Organizacji Producentów Pojazdów Samochodowych (OICA) mówią, że Meksyk zajmuje obecnie 7. miejsce pod względem wartości wyprodukowanych pojazdów (3,4 mld dol.). Branża w ostatnim roku wzrosła o ponad 10 proc.

Meksyk jest też ciekawy dla firm działających w branży okołowydobywczej, czyli firm, które produkują, sprzedają maszyny i urządzenia dla górnictwa. To jest segment rynku meksykańskiego, która zdecydowanie się wyróżnia. Szacuje się, że w 2015 roku inwestycje w tej branżę osiągną 8 mld dol. Polskie przedsiębiorstwa mają potencjał, żeby w tej branży działać – mówi Dylak.

Górnictwo to czwarte co do wielkości źródło dochodów Meksyku, a wydobycie srebra w tamtejszych kopalniach jest największe na świecie. Według rządowych szacunków prywatne nakłady inwestycyjne w sektor wydobywczy mogą do 2018 roku wzrosnąć ponadtrzykrotnie, osiągając wartość nawet 25 mld dol.

Z racji swojego położenia Meksyk może być traktowany jako brama zarówno na rynek północnoamerykański, jak i do krajów Ameryki Łacińskiej i Południowej. Demografia regionu sprawia, że baza konsumentów będzie tam rosnąć znacznie szybciej niż w Europie. Do inwestycji zachęca także członkostwo w układzie NAFTA oraz względna stabilność prawna i regulacyjna.

Meksyk ma też podpisaną z Unią Europejską umowę o wolnym handlu, dzięki czemu polskie i unijne firmy mają preferencje celne w handlu z Meksykiem. Widzimy też dużą działalność agencji takich jak ProMéxico, które bardzo intensywnie promują inwestycje zagraniczne w Meksyku i efekty tego są widoczne – mówi Piotr Dylak.

W rankingu Doing Business, który ocenia kraj pod kątem łatwości prowadzenia biznesu, Meksyk znajduje się na 39. miejscu (Polska jest 32.).

D. Grzeszczak (Erbud): Polskie inwestycje w energetyce to najlepszy rynek budowlany w Europie

CEO Magazyn Polska

Akcje spółek budowlanych są coraz chętniej kupowane przez inwestorów na warszawskiej giełdzie – tylko od początku roku branżowy indeks wzrósł o 1/3. Poza ożywieniem inwestycji prywatnych oraz infrastrukturalnych rynek dostrzega także rosnące nakłady w energetyce. Potrzeby w zakresie modernizacji konwencjonalnych elektrowni i sieci przesyłowych są wciąż ogromne, podobnie jak niewykorzystany potencjał OZE.

Widzimy dużą poprawę w zakresie budownictwa drogowego, kolei i przede wszystkim budownictwa dla energetyki, w którym Polska stała się najlepszym rynkiem budowlanym w Europie. Konkurencja jest znacząca, ale musimy sobie dać radę jako lokalny partner – mówi agencji informacyjnej Newseria Dariusz Grzeszczak, prezes zarządu Erbudu.

Spodziewany wzrost inwestycji infrastrukturalnych wiąże się z rozpoczynającymi się projektami w ramach nowej perspektywy finansowej UE na lata 2014–2020. Impuls inwestycyjny w przypadku infrastruktury prawdopodobnie nie będzie tak silny, jak poprzednio, ponieważ priorytetem w obecnych programach jest wspieranie innowacyjności i konkurencyjności. Sektor budowlany będzie jednak korzystał z rosnących inwestycji, m.in. w energetyce, co pomoże niektórym firmom lepiej dywersyfikować ryzyko, a więc nie ograniczać się tylko do np. segmentu drogowego.

Na poprawę koniunktury w branży budowlanej wskazuje także indeks WIG-budownictwo, który od początku br. wzrósł o ponad 30 proc. i kontynuuje trend wzrostowy od połowy 2012 r. To nie tylko pochodna oczekiwanego przyspieszenia inwestycji drogowych czy kolejowych, lecz także efekt solidnego wzrostu całej gospodarki, który w ostatnich kwartałach był mocno wspierany przez wysoki przyrost inwestycji prywatnych, a więc również w budynki i budowle.

Widzimy, że rentowność segmentu kubaturowego jest według planu, a deweloperski poprawił swoją rentowność. Wiemy, że I kwartał w inżynierii i budownictwie dla energetyki jest sezonowo najtrudniejszym kwartałem, ale tym razem wyniki są lepsze niż w zeszłym roku. Jeżeli te dwa segmenty, czyli inżynieryjny i energetyczny, dołożą do kubaturowego i deweloperskiego, to myślę, że w następnych kwartałach poprawimy rentowności – przewiduje Grzeszczak.

W szczytowym okresie wydatkowania środków z poprzedniego budżetu UE – w latach 2010–2011 – inwestycje publiczne w Polsce w relacji do PKB podskoczyły do ponad 5,5 proc., by następnie spaść poniżej 4 proc. w 2013 r. Silne ograniczenie wydatków inwestycyjnych sektora publicznego po 2012 r. (wymuszone wcześniejszym ich zwiększeniem przed Euro 2012) i wadliwie stosowane Prawo zamówień publicznych przyczyniły się do zapaści w branży w budowlanej. Choć upadło wiele przedsiębiorstw, to według prezesa Erbudu nie można mówić o mniejszym natężeniu konkurencji.

Rzeczywiście mieliśmy boom budowlany, który zamiast stworzenia potęgi firm budowlanych, raczej spowodował u niektórych dużych graczy kłopoty lub nawet bankructwo. Natomiast konkurencja w dalszym ciągu jest i to nie zmieni się na pewno. Myślę, że teraz inne jest podejście zleceniodawcy, czyli GDDKiA, do realizacji tych przedsięwzięć i dlatego widzę szansę także dla nas na zaistnienie w tym segmencie – twierdzi Grzeszczak.

W przypadku budownictwa kubaturowego prezes Erbudu prognozuje wzrost przetargów na budowę centrów handlowych, szpitali, muzeów, hal sportowych oraz biurowców.

Portfel mieszkaniowy stanowi u nas około 10 proc., ponieważ rentowności w tym segmencie są dla firmy budowlanej raczej poniżej 1,5 proc., co nie jest naszym celem, dlatego ten segment interesuje nas mniej – mówi Dariusz Grzeszczak.

Grupa PEManagers sfinalizowała pierwszą część inwestycji w austriacki lifebrain AG

MCI. EuroVentures 1.0, subfundusz zarządzany przez Grupę Kapitałową Private Equity Managers S.A., zrealizował pierwszą cześć transakcji z lifebrain AG (Spółka) i obejmie za 10 mln EUR połowę przysługujących mu akcji. Spółka przeznaczy kapitał na dalszy rozwój.

Dzięki spełnieniu się warunków zawieszających, umowa inwestycyjna zawarta w kwietniu br. między MCI. EuroVentures 1.0 a Spółką może być finalizowana. 19 maja fundusz zarządzany przez Grupę PEManagers zrealizował pierwszą transzę inwestycji o wartości 10,13 mln EUR i obejmie akcje Spółki w ramach podwyższenia kapitału. W sumie fundusz przeznaczy na tę inwestycję 20 mln EUR. Warunkiem wejścia umowy w życie było m.in. podjęcie odpowiednich uchwał przez Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Spółki.

– lifebrain jest kolejną inwestycją funduszu MCI. EuroVentures 1.0 realizowaną w obszarze tzw. digital adaptation w regionie DACH. Za jej profesjonalne przeprowadzenie odpowiadał zespół składający się międzynarodowych specjalistów. Obejmując akcje nowej emisji, zainwestowaliśmy razem z dotychczasowymi i nowymi inwestorami – powiedział Cezary Smorszczewski, Wiceprezes Zarządu Private Equity Managers S.A – Nowa inwestycja zapewni nam ekspozycję na bardzo perspektywiczny rynek cyfrowych usług medycznych– dodaje.

Środki pozyskane w drodze podwyższenia kapitału zostaną przeznaczone na realizację strategii wzrostu.

– Dzięki nowemu inwestorowi i pozyskanemu kapitałowi będziemy w stanie realizować nowe przejęcia i zwiększyć tempo rozwoju naszej platformy powiedział Prof. Dr Michael Havel, CEO lifebrain AG.

 

O Lifebrain:

Lifebrain, z siedzibą w Wiedniu, jest dynamicznie rosnącą platformą konsolidującą podmioty z rynku laboratoriów diagnostycznych. Została założona i jest kierowana przez twórców grupy laboratoryjnej FutureLAB, która stała się częścią europejskiego lidera Synlab.Według doniesień zagranicznej prasy cytującej analityków branżowych, wartość Spółki przekracza 100 mln EUR.

Międzynarodowa Karta Energetyczna podpisana

Międzynarodowa Karta Energetyczna to nie tylko wyznacznik zmieniającej się globalnej architektury w sektorze energii, ale również narzędzie do dalszej promocji zasad funkcjonowania sektora, w szczególności w Azji, Afryce, Ameryce Południowej i na Bliskim Wschodzie – powiedział wiceminister gospodarki Andrzej Dycha podczas sesji plenarnej Konferencji Ministrów ds. Energii, która odbyła się 20 maja 2015 r.  w Hadze. W trakcie spotkania uczestnicy podpisali Międzynarodową Kartę Energetyczną.

Międzynarodową Kartę Energetyczną podpisali wysokiej rangi przedstawiciele kilkudziesięciu państw, w tym Chiny, Stany Zjednoczone, Iran, Nigeria, Meksyk, Japonia, Korea Południowa i Turkmenistan oraz Unia Europejska.

Odbywające się w dniach 20-21 maja 2015 r. posiedzenie ministerialne w Hadze jest ostatnim etapem realizacji tzw. „Procesu Warszawskiego”, który zainicjowany został podczas posiedzenia Konferencji Karty Energetycznej w Warszawie w listopadzie 2012 r. Konferencja Karty Energetycznej, będąca najwyższym organem decyzyjnym w procesie Karty Energetycznej, zadecydowała wówczas o aktualizacji Europejskiej Karty Energetycznej z 1991 r. i zastąpieniu jej nową deklaracją polityczną, która w sposób wymierny odzwierciedlałaby zmiany w funkcjonowaniu globalnego rynku energii.

Warto zwrócić uwagę, że przyjęcie nowej deklaracji politycznej może okazać się skutecznym instrumentem dla przekonania większej ilości państw do podpisania w przyszłości i ratyfikacji Traktatu Karty Energetycznej (TKE), zwłaszcza Państw G20 i Państw posiadających status obserwatora przy TKE.

Międzynarodowa Karta Energetyczna podkreśla wagę współpracy w obszarze energii pomiędzy państwami odwołując się do najważniejszych zasad ujętych w Traktacie Karty Energetycznej, tj. wolności handlu, tranzytu, potrzeby poprawy klimatu inwestycyjnego w sektorze energii, ochrony środowiska i efektywności energetycznej. Szczególny nacisk położony został na kwestie dostępu do energii, poprawy bezpieczeństwa energetycznego, stosowania zasady niedyskryminacji wobec inwestorów, walki z ubóstwem energetycznym, efektywnego wykorzystania surowców energetycznych. Nowa Karta podkreśla wagę wymiany doświadczeń i wzmacniania współpracy w kontekście zarówno globalnym, jak i regionalnym.

Więcej informacji:

Ministerstwo Gospodarki (MG)