Wolontariat coraz popularniejszy. Już co piąty Polak dobrowolnie i za darmo pomaga innym

Polacy pomagają coraz więcej, coraz chętniej i już nie tylko przy okazji takich inicjatyw jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Ubiegły rok był przełomowy dla wolontariatu. Polacy zaangażowali się w nowe formy pomagania. Popularnością cieszyły się zwłaszcza wolontariat rodzinny czy e-wolontariat.

Z badań CBOS wynika, że odsetek wolontariuszy wzrósł z 20 proc. w 2011 roku do 26 proc. w 2013 roku. Wolontariuszkami najczęściej są młode kobiety, w wieku do 24 lat, z wyższym wykształceniem (53 proc.), osiągające relatywnie wysokie dochody i umiarkowanie religijne.

Tylko do fundacji Jurka Owsiaka co roku zgłasza się ponad 100 tys. wolontariusz, którzy chcą zbierać pieniądze w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W tegorocznym 23. Wielkim Finale WOŚP pieniądze wrzucone do puszek 120 tys. wolontariuszy kwestujących na ulicach polskich miast przeznaczone zostaną na leczenie dzieci na szpitalnych oddziałach pediatrycznych i onkologicznych oraz opiekę medyczną seniorów. Mimo że inicjatywa Owsiaka od 22 lat mobilizuje setki tysięcy Polaków, dzięki którym fundacja zakupiła sprzęt medyczny wart w sumie ponad 590 mln zł, to wciąż w wolontariat rozumiany jako działalność na rzecz organizacji lub grup społecznych angażuje się tylko 18 proc. Polaków.

To nie jest wysoki wskaźnik w skali europejskiej czy światowej, ale jest tak niski dlatego, że jak wynika z badań, mamy mało czasu na to, żeby spędzać go z rodziną, a co dopiero jeszcze pójść gdzieś pomagać innym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Łukasiak, prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.

Dodaje, że rozwiązaniem tego problemu może być wolontariat rodzinny, który polega na angażowaniu całych rodzin w akcje pomocowe podejmowane przez szkoły, biblioteki, domy kultury czy organizacje pozarządowe.

Wolontariat rodzinny ma jeszcze jedną zaletę: rodzina to jest zespół, który już jest zgrany, czyli nie musimy np. dzielić zadań itd. Oni się świetnie sami organizują. Kilka rodzin potrafi zrobić bardzo duży projekt – wyjaśnia Łukasiak.

W Polsce dynamicznie rozwija się e-wolontariat, czyli wykorzystanie do pomagania różnych narzędzi internetowych. Wolontariat prowadzony przez sieć może się pochwalić rozbudowaną infrastrukturą, a przykładem sukcesu na tym polu jest choćby konkurs „Odkryj e-wolontariat” oraz jego europejska edycja „Discover e-volunteering”.

Coraz chętniej działania w ramach wolontariatu podejmują prezesi firm, którzy wprawdzie nie dysponują nadmiarem czasu, ale za to są osobami kluczowymi. Pomagają oni np. start-upom w wypracowaniu nowych rozwiązań, które mają przynieść zmianę na polu biznesowym i społecznym.

W ramach koalicji „Prezesi-wolontariusze” prezesi angażowali się w ubiegłym roku w najróżniejsze działania: od bardzo prostych działań akcyjnych, po to, co wydaje się tutaj najcenniejsze – pomaganie poprzez wiedzę i doświadczenie, czyli tzw. wolontariat kompetencji – wyjaśnia Paweł Łukasiak.

W 2013 roku 74 proc. Polaków wspomogło organizacje społeczne, przekazując im pieniądze lub dary rzeczowe. Najwięcej, bo aż 61 proc. badanych, wsparło Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Znacznie mniejszym zainteresowaniem cieszyły się fundacje i stowarzyszenia zajmujące się działalnością charytatywną, które wspomogło 19 proc. respondentów. Na kolejnych miejscach znalazły się organizacje humanitarne (8 proc.) i religijne (6 proc.).

W taką działalność angażują się coraz to nowe grupy i pomagają różnymi nowymi metodami. Wierzę, że ten wskaźnik 18 proc. uda nam się podnieść, bo wolontariat jest coraz bardziej modny i popularny – twierdzi prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.

Statystyki wskazują, że ta prognoza ma duże szanse na realizację, bo liczba wolontariuszy w Polsce rośnie z roku na rok. Wsparcie dla największego beneficjenta działań filantropijnych, czyli WOŚP, w ciągu pięciu lat wzrosło o blisko 20 proc. Z badań Stowarzyszenia Klon/Jawor „Zaangażowanie społeczne Polek i Polaków” wynika, że jeszcze w 2008 roku akcję Jurka Owsiaka wspomogło 42 proc. badanych, a rok temu już 61 proc. W tym roku może może być ich jeszcze więcej.

Komentarz indeksowy Bossafx 8 stycznia 2015 r.

Komentarz indeksowy Bossafx 8 stycznia 2015 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

MON: zakup okrętów podwodnych będzie zrealizowany wraz z pociskami manewrującymi

Zakup okrętów będzie zrealizowany wraz z pociskami manewrującymi zapewnia resort obrony narodowej. Eksperci podkreślają, że tylko taki połączony zakup zagwarantuje polskiej flocie realną możliwość wykorzystania broni odstraszania. Jest to istotne również z punktu widzenia zobowiązań Polski jako członka NATO. Trzy nowe okręty podwodne mają trafić do Marynarki Wojennej do 2023 roku.

Zakup okrętów będzie zrealizowany wraz z pociskami manewrującymi. Założenie jest takie, żeby zrobić to razem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes gen. bryg. Włodzimierz Nowak, dyrektor Departamentu Polityki Zbrojeniowej Ministerstwa Obrony Narodowej.

Jak podkreślają eksperci, połączony zakup okrętów podwodnych i pocisków manewrujących jest najlepszym rozwiązaniem, ponieważ tylko taka procedura pozwoli Polsce uniknąć problemów z wdrożeniem broni odstraszania. Okręty i pociski manewrujące to elementy jednego systemu, muszą ze sobą współdziałać, Inaczej są bezużyteczne. Odłożenie zakupu pocisków spowoduje, że okręty podwodne być może nigdy nie będą mogły wykorzystać swojego pełnego potencjału. MON może sobie bowiem nie poradzić z ich integracją i zapewnieniem ich współdziałania.

Siłą okrętów podwodnych jest to, że jest to rodzaj uzbrojenia, który bardzo trudno zlokalizować i w każdej chwili może służyć do uderzenia z nieznanego miejsca, w nieznanym kierunku. Posiadając środki takie jak rakiety manewrujące, może robić to na kilkaset kilometrów. Właśnie obawa przed tym, że może zostać użyty, jest elementem odstraszania – wyjaśnia Nowak. – Pociski manewrujące, które mają zasięgi kilkuset kilometrów, powodują, że zaplecze przeciwnika, czyli składy amunicji lotniska i składy paliw, muszą być dyslokowane dużo dalej od linii frontu. To utrudnia zaopatrzenie wojsk walczących, w związku z tym osłabia ich skuteczność.

Jak podkreślał ostatnio Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego generał Mieczysław Gocuł, pociski manewrujące pozwalają także na atakowanie centrów decyzyjnych przeciwnika.

Istotne jest też zapewnienie niezależności państwa w serwisowaniu okrętów podwodnych, szczególnie w kontekście ich roli w systemie odstraszania. Gotowość polskiego strategicznego uzbrojenia nie może być uzależniona od woli innych państw.

Powinniśmy być niezależni w zakresie posiadania i serwisowania tego typu środków – wyjaśnia generał Nowak. – Trudno jest dysponować środkami uzbrojenia, jeżeli przeglądy i serwisy trzeba wykonywać daleko od własnych granic. Lepiej jest to robić u siebie.

Postępowanie przetargowe w ramach programu Orka ma ruszyć na początku przyszłego roku. Nowe okręty mają być przynajmniej częściowo produkowane i montowane w polskich zakładach. Jak podkreśla generał, nie powinno to wpłynąć na cenę jednostek.

Nie będziemy tych okrętów budować od początku, czyli od fazy projektowania, poprzez pełny cykl produkcji, ponieważ nigdy tego nie robiliśmy. Będziemy musieli skorzystać z gotowych projektów lub rozwiązań państw, które nam to zaoferują – mówi dyrektor Departamentu Polityki Zbrojeniowej Ministerstwa Obrony Narodowej.

LiveBank – wirtualny oddział rusza w Banku Zachodnim WBK

Przedmiotem wdrożenia była innowacyjna platforma LiveBank, która po raz pierwszy została udostępniona także na urządzenia mobilne zarówno w wersji tabletowej, jak również na smartfony. W chwili obecnej dotyczy to urządzeń z systemami operacyjnymi Android, a w najbliższych dniach również iOS. W kolejnym etapie przedmiotem wdrożenia będzie aplikacja mobilna dla urządzeń z systemem Windows Phone.
Dla klientów Banku Zachodniego WBK oznacza to dostęp do zupełnie nowych kanałów obsługowych oraz zdecydowanie łatwiejsze korzystanie z usług oferowanych przez Bank, szczególnie w przypadku urządzeń mobilnych. Dzięki integracji LiveBank z bankowością internetową i mobilną, klienci Banku otrzymali w pełni transakcyjne narzędzie, które w przyszłości pozwoli im przeprowadzać nawet najbardziej skomplikowane operacje bankowe bez konieczności odwiedzenia placówki bankowej. Oprócz platformy, Software Mind zapewnił pełne doradztwo w zakresie usability i userexperience w wersji mobilnej oraz webowej, oraz stworzył nowoczesne stanowiska pracy dla konsultantów pracujących w trybie wideo.

„LiveBank to unikalna platforma, stworzona przez Software Mind, która wypełnia lukę między oddziałem banku, a kanałem internetowym. Tworzymy tym samym wirtualny oddział, który może oferować te same usługi co oddział tradycyjny, ale w połączeniu z mobilną łatwością obsługi. Co warte podkreślenia, dzięki nowej aplikacji, dostęp do platformy LiveBank jest także możliwy z urządzeń mobilnych takich jak tablety, czy smartfony. Jestem przekonany, że przyszłość branży bankowej leży w rozwiązaniach typu LiveBank, pozwalających znacząco ograniczyć koszty związane z obsługą oddziałów fizycznych. Zainteresowanie rynku jest bardzo duże. Prowadzimy rozmowy o wdrożeniu platformy nie tylko na rynkach Europejskich, ale także Bliskiego Wschodu” – mówi Rafał Styczeń, Prezes Zarządu Software Mind i Wind Mobile.

LiveBank jest nowoczesną, unikalną platformą bankową pozwalającą stworzyć wirtualne kanały sprzedaży oraz obsługi klienta z wykorzystaniem transmisji video i współdzielenia pulpitu. Umożliwia ona również konsultantom interaktywną prezentację oferty i usług banków w czasie rzeczywistym. Dzięki mechanizmom uwierzytelniania i autoryzacji, platforma gwarantuje również pełne wsparcie realizowanych transakcji bankowych w wirtualnych oddziałach. Bardzo przydatną funkcją LiveBank jest możliwość tworzenia wideokonferencji „1+2”, która umożliwia klientowi jednoczesny kontakt ze swoim doradcą bankowym, jak i ekspertem w danej dziedzinie, np. maklerem. Co warte podkreślenia, ekrany interaktywne pozwalają każdej ze stron modyfikować parametry produktu, a efekty zmian są natychmiast widoczne zarówno dla klienta, jak i dla doradcy. Dzięki oferowanym funkcjonalnościom możliwe jest oferowanie najzamożniejszym klientom obsługi klasy VIP, za ułamek kosztów tradycyjnych usług.

„Cieszymy się, że dzięki LiveBank ponad 3,5 miliona klientów Banku Zachodniego WBK, trzeciego co do wielkości banku w Polsce, pozna rewolucyjną zmianę w korzystaniu z usług bankowości elektronicznej. Bank Zachodni WBK to bank, który niezwykle dynamicznie wprowadza nowoczesne rozwiązania IT i szeroko udostępnia swoim klientom najnowocześniejsze kanały kontaktu. Do tej pory w tym Banku istniał szereg usług i produktów, z których skorzystać można było wyłącznie w placówkach banku. Teraz dzięki platformie LiveBank, klienci Banku Zachodniego WBK uzyskają dostęp do wirtualnego oddziału bankowego, za pośrednictwem wygodnego serwisu internetowego i nowoczesnych narzędzi komunikacji. Co warte podkreślenia, dzięki nowej aplikacji, dostęp do platformy LiveBank będzie od dzisiaj możliwy także z urządzeń mobilnych, takich jak tablety czy smartfony”. – mówi Grzegorz Młynarczyk, Wiceprezes Zarządu Software Mind i Wind Mobile.

 

Grupa Wind Mobile S.A.

Pracodawca może rozliczyć twój PIT

0

Jeżeli nie chcesz samodzielnie rozliczyć swoich rocznych dochodów towystarczy, że przed 10 stycznia zgłosisz to pracodawcy i skorzystasz z jego pomocy.

Aby skorzystać z tej możliwości, powinieneś złożyć przed 10 stycznia swojemu płatnikowi (pracodawcy) oświadczenie PIT-12.

Dotyczy to jednak tylko tych osób, które w 2014 r. uzyskały dochody tylko u jednego płatnika. Jeśli zmieniałeś pracę lub łączyłeś zatrudnienie w kilku różnych miejscach, będziesz musiał rozliczyć się sam.

W składanym oświadczeniu musisz stwierdzić, że przez cały rok uzyskiwałeś dochody u jednego pracodawcy i nie będziesz korzystał z ulg podatkowych oraz preferencyjnego rozliczenia dochodów (np. wspólnego opodatkowania dochodów małżonków).

Po złożeniu przez ciebie oświadczenia, pracodawca jest zobowiązany do obliczenia twojego rocznego podatku na formularzu PIT-40 i przekazania go do końca lutego tobie oraz urzędowi skarbowemu).

Jeżeli rozliczył cię pracodawca, a ty dodatkowo osiągnąłeś przychody np. z odpłatnego zbycia nieruchomości i praw majątkowych, z kapitałów pieniężnych, z działalności gospodarczej opodatkowanej jednolitą stawką 19% lub przychody opodatkowane ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych, będziesz wówczas musiał złożyć odrębne zeznanie przeznaczone do rozliczenia tych przychodów.

Złożenie oświadczenia PIT-12 i sporządzenie PIT-40 nie pozbawia cię prawa do złożenia zeznania PIT-36 lub PIT-37 do końca kwietnia – według ogólnie obowiązujących zasad. Dotyczy to na przykład sytuacji, gdy pomimo złożenia oświadczenia PIT-12 zechcesz skorzystać z ulg lub rozliczyć się wspólnie z małżonkiem.

Bilans zamknięcia „FOZZ w likwidacji” zatwierdzony

W dniu 31 grudnia 2014 roku dobiegł końca proces likwidacji Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. W dniu 5 stycznia br. Minister Finansów Pan Mateusz Szczurek zatwierdził bilans zamknięcia „FOZZ w likwidacji” sporządzony przez likwidatora Funduszu Panią Martę Maciążek.  

Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (dalej FOZZ) został utworzony w dniu 21 lutego 1989 r. na mocy ustawy z dnia 15 lutego 1989 r. o Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (Dz. U. Nr 6, poz. 31 ze zm.). Celem działalności FOZZ miały być operacje redukcji polskiego zadłużenia. Środki FOZZ były wielokrotnie wykorzystywane w sposób niegospodarny lub niezgodny z celami przyświecającymi utworzeniu Funduszu. W efekcie Fundusz został postawiony w stan likwidacji (dalej „FOZZ w likwidacji”) ustawą z dnia 14 grudnia 1990 roku o zniesieniu i likwidacji niektórych funduszy (Dz. U. Nr 89 poz. 517, ze zm.). Ustawa ta weszła w życie w dniu 24 grudnia 1990 roku.

W czasie likwidacji „FOZZ w likwidacji” był stroną w ponad 50 postępowaniach sądowych w Polsce, jak i zagranicą. W świetle obowiązujących regulacji prawnych proces likwidacji nie mógł zostać zakończony do momentu wydania prawomocnych wyroków we wszystkich postępowaniach sądowych.

Zapoczątkowane  w 1998 roku postępowania sądowe, zarówno karne jak i cywilne, wobec osób odpowiedzialnych za spowodowanie strat FOZZ zostały zakończone w 2010 roku. W dniu 4 grudnia 2014 roku zapadł prawomocny wyrok w ostatnim postępowaniu sądowym toczącym się z udziałem „FOZZ w likwidacji”. W czerwcu 2014 roku został spieniężony ostatni składnik majątku pozostający w dyspozycji Funduszu.

Tym samym zostały spełnione najważniejsze przesłanki do podjęcia decyzji o zakończeniu likwidacji. Jednocześnie zostały sfinalizowane działania o charakterze organizacyjno-administracyjnym mające na celu zakończenie działalności Funduszu, w tym m.in.: rozwiązano umowy cywilno-prawne, których stroną był „FOZZ w likwidacji” oraz przekazano do Archiwum Akt Nowych całość dokumentacji zgromadzonej przez „FOZZ w likwidacji” od 1990 roku.

Wszystkie środki pieniężne zgromadzone przez „FOZZ w likwidacji” w toku likwidacji, w wysokości 32 746 905,95 zł, zostały przekazane na rachunek dochodów budżetu państwa w dniu 2 stycznia br. Oprócz ww. środków, po procesie likwidacji pozostały środki majątkowe w postaci wierzytelności, wynikające z zasądzonych wyroków sądowych. Wierzytelności te, na podstawie wcześniejszych uzgodnień z udziałem Ministra Skarbu Państwa, zostaną przekazane Wojewodzie Mazowieckiemu, którego zadaniem będzie ich odzyskiwanie w ramach postępowań egzekucyjnych.

Kleba Invest rozpoczyna realizację nowych parków handlowych w Olsztynku, Kutnie, Słupsku i Gdyni

W Polsce funkcjonuje już ponad 430 obiektów handlowych o powierzchni przekraczającej 10 mln mkw., ale w większości z nich zlokalizowana jest w dużych miastach. Tymczasem według danych GUS w małych miejscowościach i miastach poniżej 100 tys. mieszkańców mieszka prawie 72 proc. ludności. Spółka Kleba Invest dostrzega potencjał tkwiący w mniejszych ośrodkach i rozwija ofertę niewielkich parków handlowych o kilku tys. mkw. powierzchni.

Obecnie zakończyliśmy realizację dwóch parków handlowych w Chwaszczynie i podwarszawskich Markach. Nieruchomości w Olsztynku, Kutnie, Słupsku oraz Gdyni są na początkowym etapie procesu administracyjnego. To nasze plany na najbliższe tygodnie, natomiast w ciągu kolejnych dwóch lat planujemy realizację przynajmniej kilkunastu innych projektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jakub Makurat, prezes zarządu Kleba Invest, spółki zajmującej się realizacją i komercjalizacją obiektów handlowych.

Park Handlowy w Chwaszczynie zajmuje powierzchnię 1,9 tys. mkw., a w Markach – 4,7 tys. mkw. Razem z wcześniej otwartym obiektem w Pruszczu Gdańskim Kleba Invest zrealizowała już trzy takie projekty. Z kolei nowe przedsięwzięcia będą miały powierzchnię rzędu 1-5 tys. mkw., parkingi na 50-200 aut oraz przewidywany zasięg kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców. W podobnych kompleksach klienci znajdą m.in. sklepy spożywcze, odzieżowe, obuwnicze, drogerie czy punkty usługowe.

Strategią Kleba Invest są parki handlowe pod marką Prima, która jest kompleksowym konceptem rozwoju nowoczesnego handlu w mniejszych ośrodkach miejskich – tłumaczy Jakub Makurat. –  Nasze parki handlowe to gotowy produkt inwestycyjny przeznaczony najczęściej dla inwestora finansowego, który będzie lokował w ten sposób swoje środki na dłuższy okres czasu.

Jak dodaje, rynek wielkopowierzchniowych galerii handlowych w centrach dużych miast doszedł do pewnego punktu zwrotnego, co może skierować uwagę inwestorów ku mniejszym obiektom w mniej popularnych ośrodkach miejskich.

Widzimy potencjał w mniejszych lokalizacjach, dlatego z naszej perspektywy rynek jest atrakcyjny, a stopy zwrotu w takich obiektach są efektywne – wyjaśnia Makurat.

Prezes spółki zapewnia, że firma osiąga dwucyfrowe marże.

Parki są najczęściej zlokalizowane wzdłuż ciągów komunikacyjnych i mają łatwy dostęp do parkingu. Ich zaletą jest brak powierzchni wspólnych, co jest ważne dla najemców – zachwala prezes Kleba Invest.

Jak mówi Jakub Makurat, koncepcja parków handlowych Prima została skonstruowana w odpowiedzi na oczekiwania najemców. Przyszli najemcy często zgłaszają pomysły na lokalizację miejsc. Najemcy tworzą trzon strategii, kształtując kolejne działania Kleba Invest.

W 2014 rok od strony biznesowej przede wszystkim budowaliśmy swoje aktywa. W wynikach finansowych na pewno będzie widać zdecydowany wzrost skali naszej działalności, mierzony sumą bilansową i aktywami, które posiadamy – mówi Makurat.

Dane finansowe z 2013 i 2014 r. są nieporównywalne (w bieżącym roku odnotowano dużo gorsze wyniki) ze względu na zmiany struktury finansowej i bilansowej. Natomiast na dzień 30 grudnia 2013 r. spółka wykazywała się aktywami obrotowymi w wysokości 19,89 mln zł i trwałymi – 15,61 mln zł. Na koniec III kw. 2014 r. wartości te wyniosły odpowiednio 38,45 mln zł i 8,17 mln zł.

Nasz biznes jest zdywersyfikowany od strony pozyskiwania kapitału. Podstawą jest kapitał własny i akcjonariat. Drugą część stanowią obligacje. W 2015 r. prawdopodobnie będziemy korzystali z takiej formy finansowania. Z kolei sam proces inwestycyjno-budowlany finansujemy we współpracy z bankami  – wymienia prezes zarządu Kleba Invest.

Spółka do tej pory wyemitowała jedenaście serii obligacji o łącznej wartości prawie 28 mln zł oraz cztery serie akcji (wartość akcji objętych przez inwestorów – 8,4 mln zł). 30 września 2014 r. kapitał własny Kleba Invest wyniósł 9,81 mln zł, a kapitalizacja spółki w tym dniu – 52,33 mln zł. Spółka ma zobowiązania długoterminowe z tytułu kredytów i pożyczek w wysokości 1,26 mln zł oraz obligacji – 5 mln zł. Z kolei w ujęciu krótkoterminowym Kleba Invest posiłkowała się wsparciem kredytowym (1,4 mln zł) i emisją dłużnych papierów wartościowych (18,73 mln zł).

Trzy czwarte samorządów chce wprowadzić inteligentne technologie miejskie. Pieniądze pozyskają ze środków unijnych

Nawet 2,17 miliarda euro mogą otrzymać polskie samorządy do 2020 r. na cyfryzację miast. Po środki na wdrażanie innowacyjnych rozwiązań chce sięgnąć niemal trzy czwarte samorządów. Wśród miast realizujących projekty smart city są m.in. Gdańsk, Legnica i Lublin.

Lata 2014-2020 to okres, w którym samorządy będą bardzo intensywnie wdrażać koncepcję inteligentnego miasta. Zrobiliśmy ankietę wśród przedstawicieli samorządów i okazało się, że głównym powodem, dla którego miasta są zainteresowane takimi rozwiązaniami, jest znacząca pula funduszy unijnych przeznaczona na takie działania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Leszek Hołda, prezes zarządu Integrated Solutions.

Hołda podkreśla, że 73 proc. przepytanych przez Integrated Solutions samorządów chce sięgać po środki unijne na wdrożenie rozwiązań smart city. Dla największej grupy z nich to szansa na usprawnienie ruchu w mieście, a dla około połowy samorządów to główna zaleta inteligentnych rozwiązań.

Jak wylicza Hołda, dzięki takim technologiom można zmniejszyć korki, zwiększyć płynność ruchu, a także poprawić efektywność komunikacji publicznej. Obecnie mieszkańcy polskich miast spędzają w korkach ok. 7 godzin miesięcznie.

Co trzeci samorząd jest zainteresowany rozwiązaniami z zakresu smart grid, czyli nowoczesnych systemów pomiarowych na wszystkich miejskich sieciach (37 proc. ‒ zdalny odczyt wody, a 32 proc. ‒ monitoring miejski). Hołda zaznacza, że dzięki temu miasta mogą dużo zaoszczędzić. W ramach technologii związanych z inteligentnymi miastami możliwe są też m.in. poprawa systemu sterowania oświetleniem ulicznym, inteligentne parkingi oraz wprowadzenie płatności bezgotówkowych za usługi miejskiej.

‒ Wierzymy mocno, że te inwestycje będą realizowane i w związku z tym stworzyliśmy zespół, który zajmuje się smart city w naszej firmie i będzie wspierał wszystkie samorządy i miasta w realizacji takich inwestycji – mówi Hołda.

Integrated Solutions pod koniec 2013 r. wygrało przetarg na instalację zintegrowanego systemu zarządzania ruchem i transportem publicznym w Legnicy. Jego instalacja zakończy się w kwietniu 2015 r., a przetarg jest wart ponad 21 mln zł (z czego 85 proc. pokrywają środki UE).

Leszek Hołda zwraca uwagę na to, że również w Gdańsku i Lublinie trwają intensywne działania związane z przygotowaniem do wdrożenia technologii smart city.

‒ Jesteśmy nadal na początku drogi do budowania inteligentnych miast. Jest dużo woli i chęci, a teraz także narzędzia, chociażby w postaci funduszy unijnych, które wspomogą realizację projektów – podkreśla Hołda. ‒ Ważne jest to, by dobrze zdefiniować potrzeby miasta i by finalnie jego mieszkańcy mieli jak największe korzyści z wdrożenia takich rozwiązań.

URE: Prądu w Polsce nie zabraknie. Więcej mocy wytwórczych oddamy do użytku, niż wycofamy

CEO Magazyn Polska

W styczniu tego roku oraz za rok mogą wystąpić niewielkie niedobory mocy dyspozycyjnej – wynika z raportu Urzędu Regulacji Energetyki. Badania URE pokazują jednak, że nie istnieje poważne ryzyko wystąpienia braku zaopatrzenia w energię elektryczną. Do 2028 r. oddanych zostanie ponad 18 GW nowych mocy, a wycofanych – tylko 5,2 GW.

‒ Nasz raport bazuje na prognozie zapotrzebowania na energię elektryczną i prognozie możliwości jej wytwarzania. Różnica tych dwóch danych oznacza konieczność poniesienia określonych nakładów inwestycyjnych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Maciej Bando, prezes Urzędu Regulacji Energetyki. ‒ Na pewno, co pokazał raport, w najbliższych latach nie istnieje niebezpieczeństwo braku zaopatrzenia w energię elektryczną.

Zgodnie z raportem niewielkie niedobory mocy dyspozycyjnej mogą wystąpić jedynie w bieżącym miesiącu oraz w styczniu 2016 r. Szacowane są na odpowiednio 1,2 i 1,0 GW. Raport nie uwzględnia jednak możliwości importu mocy oraz produkcji jednostek nieujętych w badaniu.

W kolejnych latach energii elektrycznej na pewno nie zabraknie. Raport wykazał, że inwestycje o znacznym stopniu zaawansowania (planowane do oddania przed 2018 r.) obejmują 6 GW mocy. Najwięcej nowych mocy wytwórczych zostanie oddanych w latach 2017-2019 r.

Musimy przygotować się do trudnego okresu, jakim będzie druga połowa lat 20., bo wtedy według naszych prognoz zapotrzebowanie na energię elektryczną będzie przewyższało możliwości jej produkcji. Ale mamy wystarczająco dużo czasu, by wypracować odpowiednie mechanizmy – prognozuje Bando.

Aż 40 proc. nowych inwestycji to farmy wiatrowe. Tego typu energetyka ma zapewnić 7,5 GW z planowanych do 2028 r. 18 GW. 32 proc. inwestycji to jednostki na węgiel kamienny, a 22 proc. – na gaz ziemny.

Bando podkreśla jednak, że pomimo rozwoju różnych gałęzi energetyki odnawialnej, trudno jest wskazać jeden kluczowy segment inwestycji. Przekonuje, że zarówno energetyka odnawialna, jak i ta korzystająca z paliw kopalnych muszą współtworzyć system zabezpieczenia energetycznego Polski.

Nie ma możliwości, by gospodarka narodowa działała tylko w oparciu o energię odnawialną, np. wiatrową. Ta energia musi współgrać i współegzystować z energetyką w podstawie. W naszym wypadku są to elektrownie węglowe. I tyko wzajemna współpraca różnych źródeł daje stabilność i pewność w produkcji energii, w dostawach – podkreśla Bando.

To właśnie stabilność dostaw, a także zapewnienie wystarczającej rezerwy mocy to priorytety w zakresie bezpieczeństwa energetycznego kraju. Jak przypomina Bando, działają już mechanizmy rezerwy operacyjnej i rezerwy zimnej – dzięki nim elektrownie otrzymują środki na utrzymanie nierentownych mocy wytwórczych, które mogą zostać uruchomione w razie konieczności. Opłata ta jest przerzucana przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne na odbiorców prądu.

Bando zaznacza, że w raporcie uwzględniono inwestycje zakwalifikowane jako wykonalne. URE oceniało to m.in. na podstawie decyzji przyłączeniowej, finansowania i innych dokumentów.

Nie są to tylko projekty na papierze, nie są to tylko czyjeś myśli o prowadzeniu inwestycji – podkreśla Bando.

Zaznacza, że duże zmiany w obszarze inwestycji przyniesie nowa ustawa o odnawialnych źródłach energii, która może zostać uchwalona przez Sejm w pierwszym półroczu br. Wprowadzi ona nowe mechanizmy dofinansowania zielonej energii – aukcje zastąpią zielone certyfikaty. Inwestorzy obawiają się jednak nowego, nieznanego systemu i chcą wykorzystać wciąż funkcjonujące mechanizmy. Bando jest jednak przekonany, że po upływie pewnego czasu nowa ustawa również będzie skutecznym sposobem wsparcia.

W pierwszym roku programu Mieszkanie dla Młodzych przepadła ponad połowa środków

0

CEO Magazyn Polska

W pierwszym roku obowiązywania programu Mieszkanie dla Młodych nie udało się wykorzystać nawet połowy przeznaczonych na niego środków. Problem od początku były limity cen mieszkań kwalifikowanych do dopłat, które odbiegały od tych oferowanych na rynku. Pomimo nieznacznego dostosowania analitycy nie oczekują znacznej poprawy.

Limit na 2014 rok nie zostanie wykorzystany nawet w połowie. To było oczywiste od początku, ponieważ konstrukcja programu uniemożliwiała wykorzystanie tego limitu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Kuniewicz, dyrektor działu badań i analiz rynku REAS.

Jak wynika z danych BGK, do końca listopada na podstawie wniosków przekazanych do banku udało się wykorzystać 210,9 mln zł, czyli nieco ponad 35 proc. z zaplanowanych 600 mln zł dopłat. Kuniewicz podkreśla jednak, że program będzie trwał do 2018 r., więc jest jeszcze czas na poprawę wskaźników. Już na koniec listopada wykorzystano niemal 100 mln zł z limitu na 2015 r., czyli 13,8 proc. maksymalnej zaplanowanej kwoty. BGK otrzymał już też wnioski na 2016 r. (16 mln zł) i 2017 r. (156 tys. zł).

Kuniewicz zwraca jednak uwagę na to, że z uwagi na niedostosowane do sytuacji rynkowej limity cen, wykorzystanie środków różni się pomiędzy miastami. Na najlepszych dla młodych nabywców rynkach, czyli w Gdańsku i Łodzi, nawet połowa nowych mieszkań na rynku mogła uzyskać dopłatę w ramach programu MdM. Na początku roku, przed dostosowaniem limitów, poziom ten był jeszcze wyższy, a w Łodzi w pierwszym kwartale wynosił nawet 76 proc. dostępnych mieszkań.

Tuż za nimi jest Poznań, również ze świetnym limitem, zarówno w granicach administracyjnych miasta, jak i na obrzeżach. Na tych rynkach widzimy ogromną intensywność wykorzystania limitu i to jest rozsądne. Ale mamy takie rynki, jak choćby Kraków, w którym nawet po podwyższeniu limitu po III kw. tylko 7 proc. mieszkań na rynku pierwotnym kwalifikuje się do dopłaty – zwraca uwagę Kuniewicz.

Podkreśla, że to właśnie limity wpłyną na to, czy program dopłat będzie sukcesem. Na progi cenowe nie ma wpływu finansujący program BGK, ustalają go wojewodowie na podstawie danych GUS-u. Kuniewicz ocenia, że na razie nie widać zwiastunów lepszego dostosowania limitów do oferty na rynku.

Nic nie wskazuje na to, żeby limity w MdM były ustalane w taki sposób, żeby to miało związek z tym, ile mieszkań na danym rynku może być zakupione w takim limicie – krytykuje Kuniewicz. ‒ W zasadzie następuje oderwanie tego limitu od bieżącej sytuacji na rynku. Nie ma zmian w sposobie obliczania, nie ma też zapowiedzi, że będą jakiekolwiek zmiany w metodzie, którą się stosuje do obliczeń, w związku z tym nie ma przesłanek do tego, by powiedzieć, że teraz mniej więcej te limity będą podążały za rynkiem.

Analityczka REAS-a podkreśla, że przy obecnym niedopasowaniu limitów do cen rynkowych obserwowane są dwa zjawiska. Tam, gdzie limit jest bliższy cenom rynkowym, deweloperzy rzadziej dostosowują swoją ofertę do programu. Dla nabywców atrakcyjna jest wtedy nie tyle sama niska cena, ile możliwość uzyskania dopłaty. Program MdM w tych miastach wpływa przede wszystkim na zaplanowaną grupę docelową, czyli młodych nabywców.

Z kolei tam, gdzie ceny rynkowe są znacznie wyższe niż limit w programie, dla nabywców atrakcyjna jest już sama cena, a nie tylko dopłata. Dlatego zainteresowanie zakupem mieszkań kwalifikowanych do dopłat zgłaszają nie tylko młodzi Polacy, lecz także inni klientów, którzy na dopłatę nie mogą liczyć.

W związku z tym, jak szacuje Kuniewicz, całkowity wpływ programu MdM na rynek może być nawet dwukrotnie większy niż liczba mieszkań kupionych z dopłatą.

Jeżeli mówimy, że na jakimś rynku około 15 proc. mieszkań zostało sprzedanych  z dopłatą MdM, to wpływ tego programu na ten rynek był przynajmniej dwukrotnie większy. Dlatego, że korzystanie z ceny MdM na przykład na takim rynku jak warszawski samo w sobie było atrakcyjne, co oznaczało, że nie musiało się realizować w postaci wziętego kredytu. Wystarczyła cena zbliżona do limitów obowiązujących w programie – wyjaśnia Kuniewicz.

Obsługa tłumaczeniowa spotkań i targów w Krakowie

ICE KRAKÓW Congress CentreŻeby móc zacząć mówić językiem korzyści, musimy najpierw poznać potrzeby naszego potencjalnego Klienta, przy czym trzeba pamiętać, że komunikując się z nim w języku ojczystym wielokrotnie zwiększamy szansę na pozytywne zamknięcie transakcji.

Działamy lokalnie, ale myślimy globalnie. Kraków z roku na rok przyciąga coraz większą rzeszę zagranicznych inwestorów, wystawców i konferencji naukowych z udziałem gości zagranicznych. Dlatego też nasze Krakowskie Biuro Tłumaczeń 123 Sp. z o.o., przygotowało ofertę dedykowaną obsłudze tłumaczeniowej spotkań biznesowych, targów i sympozjów na terenie Krakowa – mówi Izabella Grzybowska Key Account Manager – 123Tłumacz.pl.

Zapraszamy do zapoznania się ze szczegółami oferty: tłumaczenia ustne w Krakowie

Pracodawcy krytykują ministra zdrowia

Konfederacja Lewiatan z niepokojem obserwuje działania ministra zdrowia dotyczące wdrażania tzw. pakietu onkologicznego i kolejkowego. O dialog i współpracę w walce z chorobami onkologicznymi apelowaliśmy już w lutym. Niestety, ministerstwo od początku traktowało świadczeniodawców jak wrogów.

– Uwagi zgłaszane w trakcie konsultacji społecznych zostały w całości odrzucone. Najgorsze było to, że na wiele pytań jeszcze w lipcu ministerstwo nie znało odpowiedzi. Prace parlamentarne prowadzono chaotycznie i w tempie, który nie pozwalał nikomu na rzetelną ocenę proponowanych zmian. Parlamentarzyści koalicji bez zmrużenia okiem zagłosowali za zmianami, których kształtu nikt nie znał. Sam minister wprost wskazywał, że procedury będą opisane w aktach wykonawczych do ustawy i zarządzeniach Prezesa NFZ – mówi Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz chwalił się, że jego pomysł będzie zupełne bezkosztowy.Ale to są mrzonki. Wskazywały na to wszystkie zainteresowane strony (szpitale, lekarze, konsultanci, stowarzyszenia pacjentów). – W maju nikt nie chciał nas słuchać. A teraz z trwogą słyszymy, że to wina lekarzy – mówi ekspertka Lewiatana.

Zaproponowana przez NFZ stawka na jednego pacjenta to 138,80zł (rocznie!). W zamian lekarz ma wydawać skierowania do okulisty i dermatologa. Dodatkowo będzie zlecał wykonanie m.in. USG tarczycy, czy pęcherza moczowego. A także kierować na badania edoskopowe – gastroskopię i kolonoskopię.

W przypadku podejrzenia choroby nowotworowej będzie uprawniony do wydania karty onkologicznej.
Za tym idą kolejne obowiązki raportowania i sprawozdawania do NFZ. Już dziś lekarze wskazują, że istniejąca biurokracja uniemożliwia im normalne funkcjonowanie. Brakuje czasu na badanie, bo trzeba wypełniać dokumenty. Teraz tych dokumentów jeszcze przybędzie.

Z uwagi na nieprzygotowanie do wdrożenia pakietu placówki medyczne nie mają pewności jak będą funkcjonowały po 1 stycznia 2015 r. Obawiają się wzmożonej kontroli NFZ i nakładania kar za niewykonanie jakiś czynności administracyjnych.

– Apelujemy zatem o tolerancję i czas na przygotowanie się placówek do wdrożenia tak trudnej reformy. Straszenie pacjentów nie jest wyjściem z sytuacji. Nie zmuszajmy wszystkich lekarzy do przyjęcia zmian, o których niewiele wiedzą. To nie jest tak, że do tej pory lekarze nie wykonywali badań przy podejrzeniu istnienia nowotworu. Wprowadzanie zmian w atmosferze wzajemnej niechęci i nietolerancji nie pomoże, a jedynie wprowadzi niepotrzebny niepokój wśród pacjentów – dodaje Dobrawa Biadun.

Konfederacja Lewiatan

J.K. Bielecki: Polscy przedsiębiorcy coraz chętniej przejmują europejskie firmy

0

Polskie małe i średnie firmy widzą swoją szansę na rynku europejskim i coraz częściej próbują swoich sił, przejmując zachodnich konkurentów. –Polskim firmom nie wystarcza już organiczny rozwój, dlatego zaczynają myśleć o fuzjach i przejęciach, także w innych krajach Unii – przekonuje Jan Krzysztof Bielecki. Przykładem może być nie tak dawne przejęcie niemieckiego producenta środków czyszczących przez polską firmę kosmetyczną Global Cosmed.  

Optymizm w inwestycjach wydaje mi się już pewien, choć w skali makro być może tego jeszcze nie widać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jan Krzysztof Bielecki, były premier, ustępujący szef rady Gospodarczej przy Premierze RP. – Rozmawiając z polskimi przedsiębiorcami, można odczuć zainteresowanie nowymi inwestycjami.

Według ostatniego grudniowego odczytu Indeksu Optymizmu Przedsiębiorców sytuacja sektora MSP jest cały czas przeciętna, ale wskazania indeksu wzrosły do poziomu 100,3 pkt z 96,2 pkt w listopadzie. Jak jednak zaznacza organizator badania, przedsiębiorcy oczekują też poprawy sytuacji w ciągu najbliższych 6 miesięcy, choć rośnie ich ostrożność. Tu wskaźnik spadł do 105,7 pkt z 107,4 pkt w listopadzie.

O fuzjach i przejęciach możemy mówić w dwóch wymiarach. Pierwszy dotyczy krajowego sektora finansowego. W mojej ocenie w sektorze bankowym kilka konsolidacji wydaje się możliwych – twierdzi Jan Krzysztof Bielecki.

Ostatnim przejęciem w sektorze jest nabycie 97,9 proc. akcji Meritum Banku ICB przez Alior Bank. UOKiK w komunikacie z 17 grudnia informuje, że Alior Bank przejmując aktywa Meritum Banku, nie wpłynie negatywnie na koncentrację w sektorze. Alior Bank zawarł przedwstępną umowę z  Innova Financial Holdings, WCP Coöperatief oraz EBOIR dotyczącą nabycia pakietu akcji za 352,5 mln zł.

Z kolei w ostatnim czasie na rynku pojawiła się informacja, podana przez agencje Reuters i Bloomberg, że austriacki Raiffeisen Bank International szuka nabywcy na Raiffeisen Bank Polska, który według szacunków – może być wart ok. 10 mld zł.

Drugim wymiarem są polscy przedsiębiorcy, którzy zaczynają wychodzić poza nasze granice. Polacy znajdują i przejmują małe i średnie firmy w krajach Europy Zachodniej. Coraz częściej nawet ze strefy euro – zaznacza były premier.

Były polski premier dodaje, że rozmawiając z polskimi przedsiębiorcami mówiącymi o przejęciu firmy niemieckiej w celu poprawy jakości zarządzania, odczuwa zdziwienie jak przy zjawisku zaskakującym i niebywałym.

Takim przykładem z ostatnich miesięcy było przejęcie aktywów niemieckiego producenta środków czyszczących i detergentów Domal wittol Wasch und Reinigungsmittel przez polskiego firmę kosmetyczną Global Cosmed. Wartość transakcji wyniosła 5,02 mln euro.

Polskich właścicieli mają ponadto: producent wyposażenia łazienek Hoesch (przejęty przez grupę Sanplast) oraz producent mebli biurowych Rohde & Grahl (właścicielem jest Grupa Nowy Styl). Brytyjska marka Rawlplug należy do wrocławskiego Koelnera. Przykładem polskiego przedsiębiorstwa, które stale rozwija się poprzez akwizycję, jest m.in. Maspex, który w grudniu ogłosił przejęcie aktywów Agros-Novy.

Sukces chińskich inwestycji zależy od sukcesu KPCh. Partia rządząca reformuje kraj, by utrzymać się u władzy

CEO Magazyn Polska

Wielu analityków uważa, że Chiny to świetne miejsce do inwestycji. Jeżeli wszystko będzie tam szło zgodnie z planami partii rządzącej, kraj ten czekają kolejne lata dynamicznego rozwoju. Komunistyczna Partia Chin przygotowała kilka reform, których powodzenie może przynieść kolejne impulsy wzrostowe Państwa Środka. Przyda się one bardzo, bo dane z chińskiej gospodarki potwierdzają spadek tempa jej wzrostu.

Chiny nie są ani krajem demokratycznym, ani wolnorynkowym. Władzę absolutną sprawuje tam partia komunistyczna i to od jej decyzji zależy pomyślność ewentualnych inwestycji. Zanim zacznie się robić interesy w tym kraju, warto więc uświadomić sobie, że nadrzędnym celem rządzących w tym kraju jest utrzymanie się przy władzy. Zatem jak długo działalność inwestora będzie zbieżna z celem władców Chin, może on liczyć na pomyślność.

– Ta władza jest bardzo skoncentrowana i de facto autorytarna, decyzje zapadają w dość szybkim tempie i przede wszystkim mają na celu spełnianie obietnic, które zostały złożone na poprzednich plenach Komunistycznej Partii Chin – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Aleksander Jawień, prezes Investment Fund Managers. – Chińczycy zrobią wszystko, po pierwsze, żeby utrzymać spokój od strony politycznej, spokój w kraju, po drugie, żeby wszystkie grupy interesów były w miarę zadowolone.

Dzisiaj gra w Chinach toczy się głównie o to, żeby wyrównać poziom zamożności wśród mieszkańców wybrzeża, gdzie ten jest wysoki, a środkiem kraju, czyli przede wszystkim terenami rolniczymi. Dla inwestorów ważne jest i to, że realizacja tego programu może przynieść wzrost zamożności ogromniej masy Chińczyków.

Chiny skupiają się dzisiaj na tym, żeby średnia płaca w 2020 roku była prawie o 100 proc. wyższa niż obecnie zwraca uwagę Aleksander Jawień. To jest gigantyczny wzrost, a to oznacza, że duże szanse upatrujemy w branżach konsumpcyjnych, branżach związanych z opieką zdrowotną, z zabezpieczeniem emerytalnym, ubezpieczeniami, dlatego właśnie tam płynie wiele pieniędzy, lokalnych chińskich oraz zagranicznych.

Dziś w bogatych regionach Chin następuje szybki rozwój rynku nieruchomości, gigantyczny przyrost liczby nowych samochodów, ogromnie wydatki na konsumpcję, co sprawia, że ceny luksusowych towarów w Hongkongu, Makau czy innych wielkich miastach są wyższe niż w Europie. Ten boom może się rozszerzyć na cały kraj.

– Będzie utrzymane wysokie tempo wzrostu, być może nie tak wysokie jak obecnie, ale i tak spójrzmy na to, że baza do wzrostu co roku rośnie podkreśla prezes Investment Fund Managers. – Jeżeli 10 lat temu mieliśmy małą bazę, to procentowy przyrost mógł być duży, dzisiaj ta baza do wzrostu jest o wiele większa. Więc wartościowo wzrost o 5 proc. dzisiaj jest większy niż 2 czy 3 lata temu.

Wśród realizowanych przez chińskie władze programów najbardziej brzemienna w skutki może się jednak okazać reforma meldunkowa. Meldunek uprawnia do całego zestawu benefitów, jak choćby prawo do opieki zdrowotnej, udziału w systemie emerytalnym czy zakupu mieszkania w mieście. 200-300 mln chłopów, którzy migrowali ze wsi do miejskich fabryk, mieszkało w barakach bez meldunku, prawa do opieki zdrowotnej, systemu emerytalnego, mieszkania. Gdy zyskają te prawa, ich zasoby trafią na rynek.

W tej grupie notowano duży poziom oszczędności, a większość tego nowego bogactwa była wysyłana w regiony wiejskie – opowiada Aleksander Jawień z Investment Fund Managers. Jeżeli ta reforma się wydarzy, to spowoduje, że w regionach miejskich poziom inwestycji w infrastrukturę, mieszkania i opiekę zdrowotną będzie skokowy, bo to jest efekt skali.

BTFG Audit: przed rynkiem funduszy private equity rysują się pozytywne perspektywy

Zdaniem ekspertów dzięki dobremu otoczeniu makroekonomicznemu i mniejszemu zaangażowaniu OFE na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie przed funduszami private equity rysuje się dobry czas. GPW bywa dla nich niekiedy szansą wyjścia z inwestycji, a w nowych warunkach rynkowych warszawski parkiet staje się bardziej obiektywnym miernikiem wartości.

Fundusze private equity nigdy nie przejmą rynku otwartych funduszy inwestycyjnych, ponieważ są to dwa różne segmenty – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Ruciński, prezes zarządu BTFG Audit. – Natomiast GPW dla funduszy private equity może przyjąć rolę, jaką spełnia często inwestor strategiczny, czyli może być opcją wyjścia z inwestycji.

Jak dodaje, OFE inwestowały przede wszystkim w spółki notowane na warszawskim parkiecie, funduszom private equity rzadko na tym zależy, przynajmniej na wstępnym etapie.

Obecnie rynkowi fuzji sprzyja dobre otoczenie makroekonomiczne. Ryzyko związane z gospodarką Polski spada. Trudno oczekiwać, by duża spółka z Polski mogła pokazywać wyniki znacznie odbiegające od stanu gospodarki. Gospodarka sprzyja, niewątpliwie zainteresowanie krajem się zwiększa, a to przekłada się na zainteresowanie samymi spółkami – mówi Ruciński.

Produkt Krajowy Brutto w III kwartale 2014 r. w ujęciu rocznym był wyższy o 3,3 proc. (odsezonowany odczyt 0,9 proc. w ujęciu kwartalnym) wobec 3,5 proc. w II kw. rok do roku i popyt wewnętrzny wzrósł o 4,9 proc., a inwestycje o 9,9 proc. rok do roku. Ekonomiści nie spodziewają się w IV kw. odczytu PKB poniżej 3,0 proc. rok do roku.

Zgodnie z niedawnym raportem Navigator Capital i FORDATA w III kwartale 2014 r. w Polsce miały miejsca 42 transakcje z zakresu M&A (fuzji i przejęć), o przeciętnej wartości 25-100 mln zł. Największą transakcją (1,49 mld zł) było przejęcie KWK Knurów-Szczygłowice przez Jastrzębską Spółkę Węglową. W sektorze bankowym Alior Bank przejął Meritum Bank (w grudniu UOKiK zaakceptował podpisaną w październiku umowę nabycia w przez Alior Bank 97,9 proc. akcji na WZA o wartości 352,5 mln zł od funduszu Innova Financial Holdings, WCP Coöperatief oraz EBOIR).

Według prezesa zarządu BTFG Audit zarządzający funduszami private equity przede wszystkim zwracają uwagę na spółki rentowne, mające wizję, perspektywy rozwoju oraz dobrych menadżerów. Branża zdecydowanie ma mniejsze znaczenie.

Fundusze PE analizują prawie każdą spółkę, która jest w stanie sprawnie i dobrze się rozwijać. Dużym atutem jest przedstawienie przez spółkę wizji rozwoju poza polskim rynkiem, a nawet poza rynkami europejskimi.

Wyjątkowo atrakcyjnych spółek dla funduszy pozostaje na rynku niewiele. Jak tłumaczy Adam Ruciński, na świecie jest dużo wolnego kapitału, także w Polsce. Najczęściej powtarzaną wypowiedzią przez posiadających kapitał jest jednak to o braku interesujących okazji inwestycyjnych.

Bywa także tak, że inwestorzy, znajdując już przedsiębiorstwo godne uwagi, spotykają się z jego zbyt wysoką wyceną – zaznacza Ruciński. – Jeśli prześledzimy średnie i statystyki z zakresu fuzji i przejęć, to widzimy, że procesy połączenia spółek zwykle są nieudane, czyli dwa plus dwa nie daje czterech, czy pięciu, tylko często trzy.

Jak wyjaśnia ekspert, połączenie dwóch organizmów jest sprawą trudną i mało komu udaje się to zrobić, uzyskując szybki efekt synergii. Badania wskazują, że najczęściej menadżerowie wpadają w pułapkę psychologiczną, chcąc się wykazać i dokonać jedynej w życiu fuzji, ponieważ statystycznie fuzja przypada raz w życiu menadżera.

Dziś menadżerowie zdają już sobie sprawę z tego, że większości fuzji kończy się niepowodzeniem, dlatego z większą pokorą i sceptycyzmem podchodzą do takich procesów – mówi Ruciński.

Erste: spodziewana podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych w końcu wymusi podobne posunięcia na innych bankach centralnych

Według domu inwestycyjnego Erste Securities Polska spodziewana w 2015 roku w Stanach Zjednoczonych podwyżka stóp procentowych spowoduje w dalszej perspektywie podobne posunięcia innych banków centralnych. Zdaniem Marka Czachora, analityka tej firmy, stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego nie będą już spadać i do końca roku prawdopodobnie pozostaną na niezmienionym poziomie. Na krajowe notowania giełdowe nadal duży wpływ będą mieć nastroje na parkietach zachodnich.

Obecnie jest już oczywiste, że w 2015 roku najprawdopodobniej dojdzie do pierwszej od dłuższego czasu podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, ale oczekiwania odnośnie momentu jej ogłoszenia są różne: jedni twierdzą, że stanie się to w trzecim kwartale, inni wskazują na drugi, pojawiają się też głosy, że stopy zostaną za oceanem podniesione już do marca – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marek Czachor, analityk domu inwestycyjnego Erste Securities Polska. – O tym, że jest to realny scenariusz, świadczy choćby zachowanie się kurs euro-dolara.

Amerykańska waluta od maja zdecydowanie umacniała się wobec euro w ubiegłym roku. Z poziomu niemal 1,40 dolara za euro (w marcu i na początku maja) urosła do 1,20, w ciągu roku, wzmacniając się o ponad 13 proc.

– Wynika to także z tego, że gospodarka Stanów Zjednoczonych jest zdecydowanie w lepszej kondycji niż europejska. PKB Starego Kontynentu nie rośnie, analitycy spodziewają się więc dalszego osłabiania euro i spadku stóp procentowych, czyli zakupu papierów wartościowych skarbowych przez Europejski Bank Centralny. Natomiast za oceanem widzimy, że gospodarka się ustabilizowała, lekko się zwiększa, w związku z tym dotychczasowa bardzo luźna polityka monetarna wcześniej czy później powinna stać się konserwatywna.

Ta dysproporcja  zdaniem Marka Czachora – doprowadzi w najbliższych kwartałach do dalszych ruchów walutowych, ale wywrze także w dłuższym terminie nacisk na inne banki centralne, aby te podnosiły swoje stopy procentowe.

Jeżeli depozyty będą wyżej oprocentowane w Stanach, a dolar będzie się umacniać, to kapitał automatycznie powinien płynąć także za ocean – wyjaśnia Marek Czachor. – W momencie, gdy gospodarki krajów rozwijających się nadal nie będą rosły, pojawi się konieczność, żeby przyciągnąć inwestorów. Banki centralne będą więc musiały postępować podobnie jak Rezerwa Federalna, co dzisiaj, wobec ucieczki kapitału ze Wschodu, robi chociażby Centralny Bank Rosji.

Wobec odpływu kapitału z Rosji na skutek konfliktu o Ukrainę, Centralny Bank Rosji podnosił w ubiegłym roku stopy procentowe aż sześć razy. W tym dwukrotnie w grudniu wobec gwałtownego spadku wartości rubla. Przed inwazją na Ukrainę główna stopa w Rosji wynosiła 5,5 proc. Obecnie – 17 proc.

Z kolei stopy procentowe Narodowego Banku Polskiego zostały w tym czasie mocno obniżone. Obecnie stopa referencyjna wynosi 2 proc., lombardowa – 3 proc., depozytowa – 1 proc., a redyskonta weksli – 2,25 proc. i są to rekordowo niskie poziomy.

Środowisko niskich stóp procentowych w założeniu powinno wspierać napływy środków do funduszy inwestycyjnych – zauważa analityk domu inwestycyjnego Erste Securities Polska. – Samo obniżenie stóp nie przyczyniło się jednak do wzrostów na giełdzie. Nie mamy dużych napływów do akcyjnych funduszy inwestycyjnych. Nowe środki trafiają natomiast do funduszy pieniężnych oraz papierów skarbowych. Mają one bowiem obecnie wyższą stopę zwrotu.

Według Marka Czachora w przyszłym roku polskie spółki kwotowane na GPW powinny pokazać średnio o 10 proc. lepsze wyniki finansowe niż w br. Ponieważ kursy większości z nich są niskie, powinno to wskazywać na możliwe wzrosty wartości akcji.

Porównując wycenę krajowych spółek do notowanych w Stanach Zjednoczonych, na innych rynkach wschodzących czy w Europie Zachodniej, widzimy, że poziomy ewaluacji nie są zbyt wymagające – mówi Czachor. – Pytanie o 2015 rok tak naprawdę jest pytanie o to, na ile firmy będą w stanie zaskoczyć inwestorów, jeżeli chodzi o tempo poprawy wyników. Rynek kapitałowy spodziewa się, że będzie to do 10 proc. rok do roku.

Polska giełda, jak wskazuje Marek Czachor, zachowywała się w br. gorzej niż parkiety zachodnioeuropejskie czy te w Stanach Zjednoczonych. Za wzrostami powinien przemawiać fakt, że główny czynnik tej rezerwy inwestorów już zniknął. Wiele zależeć będzie jednak od nastrojów na głównych światowych parkietach.

Według nas było to spowodowane tym, że część inwestorów obawiała się reformy emerytalnej – tłumaczy Czachor. – Jak wiemy, OFE nie zostały zmuszone do silnej sprzedaży akcji. Jeżeli chodzi o 2015 rok, to czynnikiem, który w znacznym stopniu będzie wpływał na GPW, będzie na pewno kierunek indeksów w Europie Zachodniej i Stanach. One z kolei w br. zachowywały się lepiej niż giełda w Warszawie. W związku z tym wcześniej czy później możemy spodziewać się korekty na tych rynkach. Na pewno będzie ona dotyczyła także GPW, ale pytanie o jej zasięg i terminowość pozostaje otwarte.

Atende: o słabszych wynikach w 2014 r. zdecydowały niższe od planowanych przychody z sektora publicznego

0

CEO Magazyn Polska

Specjalizująca się w integracji rozwiązań teleinformatycznych Grupa Atende prognozuje tegoroczne przychody ze sprzedaży na niższym od oczekiwanego poziomie. Jak tłumaczy Roman Szwed, jej prezes, będzie to wynikiem gorszych obrotów w sektorze publicznym. W innych sektorach firma zanotowała lepsze wyniki zarówno pod względem przychodów, jak i marż. Ogółem po trzech kwartałach 2014 r. wyniki Grupy były jednak gorsze od tych z bardzo dobrego dla spółki 2013 roku.

– Wolałbym, żeby nasze wyniki w 2014 roku były trochę lepsze – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Roman Szwed, prezes zarządu technologicznej spółki Atende. – Rzeczywiście widać to trochę po wynikach z trzeciego kwartału, które nie były tak dobre, jak bym tego oczekiwał. Nasza działalność opiera się na czterech filarach: mamy telekomunikację i media, sektor publiczny, przemysł, handel i usługi oraz sektor finansowy. W zasadzie wszystkie, poza jednym, publicznym, nadal funkcjonują dobrze. Tam odnotowaliśmy postęp, to znaczy większe przychody i marże. Natomiast jeden sektor nas zawiódł: publiczny.

Szef Atende spodziewał się, że w ubiegły rok będzie okresem większej aktywności firm i instytucji publicznych z uwagi m.in. na kończącą się perspektywę finansową 2007-2014 i związaną z tym potrzebę wydania przyznanych im środków.

To jednak nie był dla nas satysfakcjonujący rok, nie odbyło się dużo przetargów, wiele z nich straciliśmy, niewiele wygraliśmy, kilka zostało przesuniętych na przyszły rok – ocenia Roman Szwed. – W zasadzie można powiedzieć, że w rezultacie tego wyniki spółki są trochę słabsze w sektorze publicznym i w związku z tym wynik przedsiębiorstwa także jest gorszy. Oczywiście staraliśmy się, żeby cały rok był tak dobry, jak to tylko możliwe. Wiadomo, że dla firm technologicznych czwarty kwartał zwykle jest najlepszy. Mam więc nadzieję, że całoroczny wynik nie będzie dla nas aż tak niekorzystny.

Trudno także porównywać ubiegłoroczne rezultaty finansowe, jak wskazuje prezes Atende, do 2013 roku, który dla spółki był wybitnie dobry. Paradoksalnie może to także spowodować, że wyniki finansowe przedsiębiorstwa w 2015 roku będą lepsze od zakładanych.

Być może znowu zdarzy się tak, że któryś z obszarów naszej działalności będzie trochę słabszy, ale na tym polega mądrość firmy, że chce mieć cztery nogi: jeżeli któraś troszeczkę osłabnie, to szansa, że stanie się tak również z innymi, jest niewielka – przekonuje prezes zarządu Grupy Atende. – W ten sposób zawsze wynik finansowy jest rozsądnie dodatni. Zresztą w tym roku rezultaty także będą dobre, bo nie tracimy przecież pieniędzy. Chcielibyśmy tylko dużo więcej zarabiać.

Grupa Atende jest spółką technologiczną specjalizującą się w integracji rozwiązań teleinformatycznych. W trzecim kwartale br. jej skonsolidowane przychody wyniosły 47,3 mln zł i w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku były niższe o 9 proc., a skonsolidowany zysk netto – 1,4 mln zł (spadek o blisko 70 proc.). Po trzech kwartałach było to 121,8 mln zł przychodów (spadek o 16 proc.) i 0,76 mln zł zysku (spadek o 87 proc.).

W. Wojciechowski (Invest Bank): W 2015 r. PKB na poziomie 3,4 proc., bezrobocie poniżej 11 proc. Ryzyko to możliwe spowolnienie w strefie euro, Rosji i na Ukrainie

Polska gospodarka w dalszym ciągu jest w dobrej kondycji. Styczniowe odczyty wskaźników PMI (52,8 pkt) potwierdzają dobrą koniunkturę w przemyśle, a pozytywny trend powinien być kontynuowany. Wiktor Wojciechowski z Invest Banku przewiduje wzrost gospodarczy wyraźnie powyżej 3 proc. i spadek bezrobocia, choć zagrożeniami pozostają czynniki poza granicami kraju.

Patrząc na bieżące wskaźniki koniunktury i fundamenty wzrostu gospodarczego w ostatnich kwartałach, sądzę, że głównym motorem rozwoju w 2015 roku pozostanie popyt krajowy, czyli spożycie gospodarstw domowych oraz inwestycje przedsiębiorstw – mówi Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Invest Banku.

Ministerstwo Gospodarki podniosło w grudniu swoją prognozę wzrostu PKB za cały 2014 rok do 3,4 proc., z 3,3 proc. Według ostatnich danych GUS wzrost gospodarczy w III kw. 2014 r. wyniósł 3,3 proc. rok do roku i 0,9 proc. kwartał do kwartału. Inwestycje były wyższe w ujęciu rocznym o 9,9 proc. rok do roku (wobec 8,7 proc. w II kw.), natomiast popyt krajowy wzrósł o 4,9 proc. (5,6 proc. II kw.).

Wzrostowi wydatków gospodarstw domowych będzie sprzyjała poprawa sytuacji na rynku pracy, czyli spadające bezrobocie, które zwiększy skłonność do wydawania zarobionych pieniędzy, a nie przeznaczania ich na oszczędności. Zakładam, że 2015 rok zamknie się wzrostem Produktu Krajowego Brutto na poziomie 3,4 proc. oraz wskaźnikiem bezrobocia rzędu 10,6-10,7 proc. – prognozuje Wojciechowski.

Konsumpcji wewnętrznej oprócz rosnących nominalnie płac i większej liczbie zatrudnionych sprzyja też deflacja, czyli spadek cen, który zwiększa siłę nabywczą portfeli Polaków. Przynajmniej w pierwszych kilku miesiącach roku trend ten, trwający już od połowy 2014 roku, powinien być kontynuowany.

Sądzę, że bardzo głęboka w ostatnich miesiącach deflacja przedłuży się na pewno jeszcze na I kwartał 2015 roku. Pewnie w II kwartale jednak ten indeks zmian cen będzie powoli zbiegał do zera – przewiduje ekonomista.

Jak zaznacza główny ekonomista Invest Banku, istnieje pewne ryzyko mogące osłabić wzrost gospodarczy w Polsce. To trzecia najistotniejsza obok inwestycji i popytu krajowego składowa PKB, czyli eksport. W tym wypadku chodzi o niższe od prognozowanego tempo poprawy aktywności gospodarczej w strefie euro czy bardziej dotkliwe reperkusje spowolnienia gospodarczego w Rosji i na Ukrainie.

Wydaje mi się, że odczyty PMI dla Polski w najbliższych miesiącach powinny wykazywać ożywienie w naszej gospodarce, choć niezbyt silne. Natomiast patrząc na to, co się dzieje ze wstępnym odczytem PMI dla Niemiec, czy z indeksem ZEW, który obrazuje kondycję w niemieckiej gospodarce, możemy wnioskować, że również polskie przedsiębiorstwa przemysłowe będą odczuwać poprawę koniunktury, która jest pochodną lekkiego ożywienia w samych Niemczech – przekonuje Wojciechowski.

Według ostatnich odczytów PMI w przemyśle dla europejskich gospodarek z 2 stycznia wskaźnik dla strefy euro wzrósł z 50,1 do 50,6 pkt (wstępny odczyt wynosił 50,8 pkt). W przypadku Niemiec odczyt wpisał się w oczekiwania (51,2 pkt), natomiast większość wyników dla pozostałych gospodarek rozczarowała (m.in. 4-miesięczne minimum – 47,5 pkt we Francji). Kondycja polskiego przemysłu nadal przekracza granicę 50 pkt, które oddzielają rozwój od spowolnienia – odczyt wyniósł 52,8 pkt i wpisuje się w konsensus rynkowy. Mimo spadku wobec listopada, gdy odczyt był zaskakująco wysoki (53,2 pkt), to najwyższy wynik od marca ubiegłego roku.

Pogarszającą sytuację w chińskim przemyśle potwierdzają najnowsze odczyty PMI dla Chin. W grudniu 2014 r. według wyliczeń biura statystycznego i Federacji Logistyki indeks PMI dla chińskiego przemysłu spadł do 50,1 pkt z 50,3 pkt miesiąc wcześniej. Z kolei według HSBC Holdings i Markit Economics odczyt wskaźnika zniżkował do 49,6 pkt (w listopadzie wskaźnik wyniósł 50,0 pkt). To pierwszy od maja 2014 r. spadek poniżej granicy ożywienia/spowolnienia, czyli 50,0 pkt.

Zdaniem Wiktora Wojciechowskiego słabsza kondycja chińskiej gospodarki będzie się przekładała na spadek cen surowców, w tym ropy naftowej.

Na sytuację polskiej gospodarki w przyszłym roku będą mieć wpływ także banki centralne, szczególnie Fed i EBC.

Nie wiemy, kiedy Fed zdecyduje się na podwyżkę stóp procentowych, choć bieżące dane z amerykańskiej gospodarki pokazują jej silny trend wzrostowy. Podwyżki stóp procentowych można oczekiwać po około sześciu miesiącach od zniknięcia z komunikatu zapisu o utrzymywaniu stóp na niezmienionym poziomie przez dłuższy czas [zapis zniknął 17 grudnia, choć został zastąpiony innym, słabszym, mówiącym o „cierpliwości w kwestii terminu rozpoczęcia normalizacji polityki monetarnej” przez Fed – red.] – tłumaczy Wiktor Wojciechowski.

Jak dodaje ekonomista, wyższe stopy mogą zachęcić kapitał do odpływu z rynków wschodzących, w tym Polski, na rynek amerykański, co może sprzyjać osłabieniu złotego. Byłby to czynnik, który przyspieszyłby tempo powrotu inflacji do celu 2,5 proc.

Wpływy budżetowe silnie zależą od inflacji – jeżeli inflacja zaskakuje in plus, to wpływy z VAT-u rosną. Moglibyśmy oczekiwać, że w 2014 roku ze względu na niską inflację realizacja wpływów z podatku VAT będzie niższa od oczekiwań, a tymczasem okazuje się, że tempo wzrostu popytu krajowego jest na tyle duże, że rekompensuje z nawiązką negatywny wpływ deflacji na wpływy podatkowe – przekonuje Wiktor Wojciechowski.

Ministerstwo Finansów podaje, że po październiku wpływy z podatku VAT wyniosły 105,49 mld zł, co stanowi 91,2 proc. planu na 2014 r. (115,7 mld zł). Według ekspertów rok może zamknąć się wpływami na poziomie 126 mld zł. Z kolei ustawa budżetowa na 2015 r. przewiduje pozyskanie podatku VAT na poziomie 134,6 mld zł.

W nowej perspektywie UE szansa na międzynarodowe centrum badawczo-rozwojowe w Polsce

CEO Magazyn Polska

W ramach perspektywy unijnej 2014-2020 Polska może poprawić jakość funkcjonowania sektora badawczo-rozwojowego (B+R). Chodzi tu nie tylko o współpracę nauki i biznesu, lecz także o projekt specjalnego międzynarodowego ośrodka badawczo-rozwojowego. Centrum badań wprowadziłoby nowej klasy infrastrukturę, kapitał ludzki oraz przyspieszyłoby toczące się prace naukowe w zakresie zaawansowanych technologii.

Unia Europejska w każdej perspektywie finansowej przeznacza – niezależnie od środków przypisanych poszczególnym krajom – około 20 mld euro na rozwój międzynarodowej infrastruktury badawczej, co pozwala na utworzenie w tym czasie kilkunastu tego typu centrów badawczych.

– W Polsce takiego centrum jeszcze nie mamy. Obecnie wyłaniają się dwie ciekawe propozycje, które mają szansę walczyć o miejsce na europejskiej mapie infrastruktury badawczej – tłumaczy Jerzy Kwieciński, wiceprezes zarządu Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości, firmy doradczej specjalizującej się w zakresie funduszy i projektów unijnych. – Jedną z nich jest Europejskie Laboratorium Materiałów Elamat, mające powstać w okolicach Rzeszowa, którego zadaniem byłyby prace nad rozwojem i badaniem materiałów na rzecz energetyki termojądrowej.

Drugim kandydatem do takiej dotacji mógłby być według wiceprezesa EuCP projekt utworzenia Narodowego Centrum Radioastronomii i Inżynierii Kosmicznej. W przygotowanie projektu zaangażowano wiele uczelni wyższych, którym przewodniczy Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika z Torunia.

– Główną korzyścią umiejscowienia w Polsce takich ośrodków jest nie tylko nowa infrastruktura, lecz przede wszystkim względy ekonomiczne i korzyści długookresowe – zaznacza Jerzy Kwieciński.

Jego zdaniem do tego typu miejsc przyjeżdżają najlepsi naukowcy z całego świata, a już sama możliwość kontaktów i współpracy generuje innowacyjne odkrycia.

– Na arenie europejskiej przykładami prezentującymi możliwości podobnych inicjatyw jest Centrum CERN w Szwajcarii, pod Genewą – zajmujące się badaniami jądrowymi oraz obecnie powstający próbny reaktor termojądrowy w Cadarache we Francji – wymienia Kwieciński.

W Polsce do sektora B+R zalicza się Polską Akademię Nauk, przedsiębiorstwa z własnym zapleczem badawczym, uczelnie wyższe prowadzące działalność w zakresie B+R oraz centra badawczo-rozwojowe (CBR). Według ostatnich informacji Ministerstwa Gospodarki na dzień 31 grudnia 2014 r. funkcjonują 33 ośrodki o statusie CBR.

– Polska nauka w latach 2007-2013 poprzez znaczną poprawę bazy dydaktycznej, edukacyjnej i znaczące inwestycje w centra badawcze w dużym stopniu skorzystała z środków unijnych. Ale teraz, w nowej perspektywie, powstała baza musi być wykorzystywana na potrzeby gospodarki, szczególnie przemysłu – podkreśla Jerzy Kwieciński. – Ważnym wyzwaniem będzie współpraca sektora nauki i biznesu, zwłaszcza we wspólnie prowadzonych badaniach, a później we wdrażaniu ich wyników.

Wiceprezes Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości ma nadzieję, że wspólna kooperacja powinna przynosić nie tylko satysfakcję, lecz także realne korzyści ekonomiczne zarówno przedsiębiorcom, jak i naukowcom.

W nadchodzącej perspektywie unijnej 2014-2020 krajowym programem realizującym tematykę zaawansowanych technologii będzie Inteligentny Rozwój ze środkami rzędu 8,61 mld euro. W minionym planie finansowym UE rolę wsparcia B+R pełnił program Innowacyjna Gospodarka o wartości 8,25 mld euro pomocy.

Kontrakty w sektorze obronnym coraz częściej realizują prywatne firmy. To szansa na pracę dla byłych wojskowych

Zwiększa się dostępność kontraktów w sektorze obronnym dla prywatnych podwykonawców. Dzięki obowiązującej już od prawie dwóch lat nowelizacji Prawa zamówień publicznych i obowiązkowi organizacji przetargów firmy zatrudniające byłych wojskowych mogą dać im szansę na kontynuację kariery w tym sektorze. To też możliwość budowania kompetencji całego polskiego przemysłu.

Od niedawna firmy komercyjne mogą działać w sektorze, który był kiedyś dość zamknięty i zarezerwowany tylko dla spółek skarbu państwa – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Lep, prezes zarządu Fights on Logistics, specjalizującej się w obszarze wsparcia dla wojskowej technologii lotniczej, m.in. serwisu technicznego samolotów F-16. ‒ Większość kadry związana z wojskową techniką lotniczą wywodzi się z Wojska Polskiego. Staramy się przyczyniać do tego, żeby ta wysoko wykwalifikowana kadra nie przenikała do branż, które nie są związane z ich pierwotną domeną.

Lep podkreśla, że zatrzymanie wysoko wykwalifikowanej kadry byłych wojskowych jest bardzo istotne z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Wiele osób odchodzących do cywila kontynuuje karierę w zupełnie innych branżach, a dzięki zaangażowaniu ich przez przedsiębiorstwa komercyjne do realizacji zadań kontraktowych dla wojska ich umiejętności mogą zostać wykorzystane.

Wejście prywatnych przedsiębiorców do sektora obronnego ułatwiła nowelizacja Prawa zamówień publicznych, która weszła w życie w lutym 2013 r. Wprowadziła ona do polskiego prawa przepisy zawarte w unijnej dyrektywie obronnej 81/2009, zgodnie z którymi znacznie rozszerzony został katalog kontraktów, które trzeba zawierać po przetargu. Objął on m.in. wszystkie zamówienia resortu obrony z wyjątkiem tych uznanych za istotne dla bezpieczeństwa państwa, tajnych oraz regulowanych szczególnymi umowami międzynarodowymi.

Ze wszystkimi firmami, które są w Polsce, a zazwyczaj są to państwowe firmy, chcemy współpracować. Nie chcemy z nimi konkurować, bo mamy wspólny cel i wspólną misję, a siebie postrzegamy jako swoistego rodzaju partnera – zapewnia Lep. ‒ 2015 rok jest dla nas kluczowy, ponieważ większość postępowań, cała przemiana de facto teraz następuje. Liczymy na to, że będziemy w grze.

Dodaje, że poza sektorem państwowym i prywatnym ważną rolę odgrywają też zagraniczne firmy. Zwłaszcza w inwestycjach związanych z najnowszymi technologiami, z których korzysta polskie wojsko, zagraniczni partnerzy i producenci są kluczowymi partnerami.

Jak wyjaśnia Lep, w przypadku serwisowania polskich samolotów wielozadaniowych F-16 znaczna część technologii pozostaje w amerykańskich rękach, choć część prac wykonują bydgoskie Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2.

Nasza rola polega na tym, by kompetencje pochodzenia amerykańskiego przenosić do polskiego przemysłu zarówno prywatnego, jak i państwowego. Niektóre usługi świadczymy bezpośrednio, ale pomagamy też polskiemu przemysłowi budować kompetencje serwisowe związane z F-16 – tłumaczy Lep.

Ekspert zwraca uwagę na to, że wyzwań dla polskiego przemysłu będzie przybywało w miarę wycofywania technologii radzieckich, takich jak m.in. samoloty MiG-29 i Su-22. Zwiększanie udziału nowoczesnych, skomplikowanych i nieznanych do tej pory w Polsce technologii to szansa na korzystną dla całego sektora obronnego współpracę jednostek państwowych z prywatnymi przedsiębiorcami.

Co czwarta osoba kupująca w sieci korzysta z porównywarek cenowych. Pozwalają zaoszczędzić nawet kilkaset złotych miesięcznie

Internetowe porównywarki cen to coraz częściej wykorzystywane narzędzie. Dzięki zestawieniu cen różnych produktów z e-sklepów można zaoszczędzić sporo pieniędzy. Po pierwsze, konsument ma więcej czasu na zastanowienie i nie jest narażony na chwyty marketingowców, po drugie, może wybrać e-sklep z najlepszą ofertą. To szczególnie cenne w przedświątecznym szale zakupowym.

Internetowe porównywarki cen to coraz częściej wykorzystywane narzędzie. Dzięki zestawieniu cen różnych produktów z e-sklepów można zaoszczędzić sporo pieniędzy.

Z badań przeprowadzonych na zlecenie Deutsche Bank wynika, że Polacy coraz chętniej korzystają z porównywarek cen: aż 24 proc. ankietowanych przyznało, że kupując online, zawsze sprawdza ceny w tego typu serwisach. Według danych firmy Alleceny.pl internetowe porównywarki cen pozwalają zaoszczędzić nawet kilkaset złotych miesięcznie. Kupując w sklepach stacjonarnych, klienci bardzo często podejmują bowiem decyzje pod wpływem impulsu, wrzucając do koszyka zupełnie niepotrzebne lub zbyt drogie produkty. W dodatku duże markety stosują specjalne sztuczki, które mają skłonić konsumentów do większych i bardziej nieprzemyślanych zakupów. Internetowe porównywarki cen pozwalają uniknąć tego typu pułapek.

– Szczególnie w okresie przedświątecznym sklepy stacjonarne stosują szereg trików, aby przekonać nas do zakupów jak największej liczby produktów. Mówię tu o odpowiednim rozmieszczeniu produktów w sklepie, wspaniałych, kolorowych reklamach, a także o oddziaływaniu na nasze zmysły. Sklepy bardzo często rozpylają zapachy, np. świeżego pieczywa czy wypieków i ciastek, wszystko po to, abyśmy poczuli się jak w domu. Żebyśmy poczuli atmosferę świąt i w ten sposób kupili więcej produktów – mówi Paweł Dziennik, założyciel portalu Alleceny.pl, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Internetowe porównywarki cen pokazują, ile ten sam towar kosztuje w różnych sklepach, zarówno stacjonarnych, jak i internetowych. Dają one także możliwość wystawiania opinii i zapoznawania się z komentarzami innych użytkowników na temat jakości produktów i wiarygodności sklepów. W przypadku sklepów stacjonarnych klient otrzymuje zestawienia najniższych cen, natomiast w sklepach internetowych dodatkowo może złożyć zamówienie, a zakupy zostaną dostarczone prosto do jego domu. Porównywarki dają także możliwość obserwowania wartości koszyka, dzięki czemu kupujący jest w stanie cały czas kontrolować swoje wydatki i jeżeli koszyk przekracza założony budżet, może niepotrzebne produkty usunąć z koszyka.

– Porównywarka jest narzędziem intuicyjnym. Osoby, które składały już zamówienia poprzez sklepy internetowe czy serwisy aukcyjne nie będą miały absolutnie żadnych problemów z jej obsługą. Wystarczy wybrać produkty znajdujące się w porównywarce do koszyka i nacisnąć przycisk: porównaj ceny. Otrzymamy wtedy gotową listę najtańszych sklepów mówi Paweł Dziennik.

Internetowe porównywarki cen są bezpłatne dla klientów. Wszelkie koszty ponoszą sklepy, które podpisują z takim serwisem umowę.

Prywatnym teatrom w Polsce mogłyby pomóc odpisy podatkowe

Ponad 11 milionów widzów uczestniczyło w 2013 r. w przedstawieniach teatralnych. Choć większość spośród 170 teatrów i instytucji muzycznych należy do sektora publicznego, przybywa też placówek prywatnych. Ich utrzymanie nie jest proste, bo koszt jednego spektaklu na dużej scenie to nawet 150 tys. zł. Pomóc mogłyby odpisy podatkowe, podobne do tych funkcjonujących w Stanach Zjednoczonych.

Spektakl na dużej scenie kosztuje ok. 150 tys. zł, nie ma ludzkiej siły, żeby kosztował mniej, na małej scenie ‒ 70-80 tys. zł. Te pieniądze trzeba zebrać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Emilian Kamiński, aktor i właściciel Teatru Kamienica. ‒ Jeżeli mam kogoś, kto zechce mi pomóc, to on musi jeszcze zapłacić od tego 23-proc. VAT, co jest przecież bez sensu.

Kamiński wyjaśnia, że zupełnie inaczej funkcjonuje to w Stanach Zjednoczonych. Pod koniec lat 80. do założenia własnego teatru natchnął go Joseph Papp, znany amerykański producent i reżyser teatralny. Kamiński wspomina, że Papp powiedział mu wtedy o obowiązującym po drugiej stronie Atlantyku systemie wsparcia, w myśl którego osoby finansujące teatry prywatne mogły liczyć na 8-proc. odpis podatkowy.

Teraz właściciele prywatnych teatrów cały czas muszą bardzo rozważnie gospodarować środkami finansowymi. Jak podkreśla Kamiński, zdobycie przez nich dotacji na spektakle jest bardzo trudne. Szansą jest jednak rosnącą liczba osób odwiedzających teatry.

Jak wynika z danych GUS, w 2013 r. w ponad 55 tys. przedstawień i koncertów w teatrach i instytucjach muzycznych uczestniczyło łącznie 11,5 mln widzów. Wartości te wzrosły w porównaniu z 2012 r. odpowiednio o 2,5 i 7,3 proc. Każdy ze 170 teatrów i instytucji muzycznych wystawił średnio 326 wydarzeń. Urząd informuje, że większość spośród tych placówek należy do sektora publicznego, ale nie precyzuje dokładnych danych.

Pieniądze są z tego takie, że mogę się utrzymać, ale muszę bardzo się pilnować. Muszę patrzeć bardzo na co wydaję pieniądze. Normalnie w teatrach, które są dotowane, nie szanuje się tak pieniędzy, ponieważ one są dane. Ja muszę na każde 100 zł zarobić, w związku z tym przyznaję, że każde 100 zł wydaję z rozwagą – mówi Kamiński.

Podkreśla, że wydawanie pieniędzy na bilety teatralne to jedna z ostatnich pozycji w domowym budżecie Polaków, dlatego w okresach gorszej koniunktury mniej osób odwiedzi teatry.

Szansą dla prywatnych teatrów jest specjalizacja i zbudowanie unikalnego wizerunku. Przewagą Kamienicy Kamińskiego jest ścisły związek z Warszawą i wystawianie wielu sztuk opowiadających o stolicy.

Warszawa bardzo potrzebuje warszawskich miejsc, takich, które się z nią utożsamiają, które ją kochają. To jest bardzo ważne i widzowie o tym mówią. Kamienica to jest więcej niż teatr – przekonuje Kamiński. ‒ Co jest ważne w miejscu takim, jak jest teatr? Tak zwany genius loci, czyli duch miejsca, a w Kamienicy on jest.

Dodaje, że poza spektaklami, takimi jak wystawione „Wiera Gran”, „Sceny z życia małżeńskiego”, „Pamiętnik z powstania warszawskiego”, „Wroniec”, „Czarne serca”, a nawet „My, dzieci z dworca ZOO”, ważną rolę w funkcjonowaniu Kamienicy mają wydarzenia, konferencje, a nawet akcje społeczne. Jedną z nich jest kolacja wigilijna dla bezdomnych, na którą w 2013 roku przyszło 350 osób.

Mimo ciągłych wyzwań, Kamiński ma na ten rok ambitne plany. Największe wydarzenie związane jest z obchodami 40-lecia jego pracy zawodowej.

Obchodzę 40-lecie swojej pracy przy okazji sztuki, którą robi Krzysztof Jasiński, czyli „Kolacji na cztery ręce”. Grają tam Wiktor Zborowski, Olaf Lubaszenko i moja skromna osoba. Premiera tego spektaklu odbędzie się na XX Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach. Następnie będzie premiera w Kamienicy, a potem w Teatrze STU w Krakowie, czyli tam, gdzie króluje reżyser Krzysztof Jasiński – zapowiada właściciel Kamienicy. ‒ Mam też dużo innych planów, ale będę o nich mówił, jak już się potwierdzą.

Podejrzliwość hamuje przedsiębiorczość w Polsce. Pomóc mogłaby zmiana mentalności

Polacy to jeden z najlepiej wykształconych narodów na świecie. W 2017 roku 50 proc. społeczeństwa będzie mieć tytuł magistra. Wykształcenie nie idzie jednak w parze z wiedzą. Większość z nas wątpi w dobre intencje innych, jest też przekonana o tym, że duże pieniądze można zarobić tylko dzięki znajomościom. Zdaniem ekspertów bez zbudowania umiejętności miękkich i zmiany mentalności Polakom trudno będzie odnieść sukces.

Jako nacja jesteśmy odważni, przedsiębiorczy i wykształceni. Pod względem znajomości języka angielskiego zajmujemy 8. miejsce na świecie – mówi agencji Newseria Mateusz Grzesiak, psycholog i coach. – Mamy też wady. Tą fundamentalną, która przeszkadza nam w przedsiębiorczości, jest brak zaufania.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu Diagnoza Społeczna, tylko 12 proc. Polaków wierzy w dobre intencje innych. To kilkakrotnie mniej niż w innych krajach europejskich. Niewiele więcej badanych, bo 16 proc., jest przekonanych, że ludzie starają się być pomocni. Polakom łatwiej jest uwierzyć w złe intencje, dlatego często sami atakują pierwsi.

Nie zmienia się nastawienie do zamożnych osób, wciąż powszechne jest przekonanie, że pierwszy milion trzeba ukraść.

75 proc. Polaków uważa, że duże pieniądze można zarobić tylko dzięki znajomościom i kombinując. 20 proc. z nich wierzy, że bogaty to złodziej. To ewenement na skalę światową – przekonuje ekspert.

Polacy są jednym z lepiej wykształconych narodów. Szacuje się, że w 2017 roku połowa społeczeństwa będzie miała tytuł magistra. Wykształcenie nie przekłada się jednak na zarobki, nie pomaga również w przedsiębiorczości. Polakom brakuje umiejętności miękkich, uważają je za mało istotne i bardziej wierzą w teorię. Grzesiak przekonuje, że najlepszą edukacją byłoby dzielenie się przedsiębiorców receptą na sukces i takie działania przyspieszą nasz rozwój.

Liczę, że powstaną takie pomysły, które przerosną każdego z nas indywidualnie i zaczniemy myśleć w kategoriach kolektywnych – nie tylko kiedy mamy będziemy mieli wspólnego wroga, lecz także wtedy, kiedy będziemy chcieli coś wspólnie budować. Wtedy powstanie nowa Polska, adekwatna do czasów, w których żyjemy, gdzie psychologia biznesu idzie w parze z przedsiębiorczością i pomaga ludziom się rozwijać – mówi Grzesiak.

Polskie firmy zaczynają dostrzegać potencjał YouTube. Co trzecia ma aktywny kanał w tym serwisie

Spośród 500 największych polskich przedsiębiorstw 38 proc. (190) ma własny kanał w serwisie YouTube. Firmy zaczynają dostrzegać potencjał tego typu kanałów, dlatego też te zajmujące się postprodukcją coraz częściej skupiają się na dostarczaniu kontentu na potrzeby tego typu portali internetowych i społecznościowych. Internet staje się coraz potężniejszym medium, które powoli wyprzedza telewizję.

To ostatnie dni telewizji, jaką znamy, bo internet już jest potężniejszym medium – podkreśla Michał Pawłowski, dyrektor kreatywny Chimney Poland, firmy zajmującej się m.in. postprodukcją.

Polskie firmy przekonują się do wykorzystywania internetu do promocji i kontaktu z klientami. Jak podkreśla Pawłowski,  jeszcze trochę brakuje im pod tym względem do przedsiębiorstw np. szwedzkich czy amerykańskich, ale to się powoli zmienia.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Chimney na próbie 500 największych polskich przedsiębiorstw, 38 proc. z nich, czyli aż 190, ma własny kanał w serwisie YouTube, a w przypadku blisko jednej trzeciej, czyli 150, jest on aktywny (zamieszczony został na nim co najmniej jeden film w ciągu ostatniego roku). Tylko 23 firmy regularnie kontaktują się w ten sposób z rynkiem, zamieszczając przynajmniej jeden film tygodniowo.

Wśród setki najbardziej efektywnych firm w obszarze internetowej komunikacji wideo jeden zamieszczony film został obejrzany średnio blisko 15 tys. razy.

Jak wynika z badania krajowe przedsiębiorstwa w działaniach za pośrednictwem serwisu YouTube osiągają wysoką efektywność. Dziesięć najwyżej notowanych kanałów miało czterokrotnie większą efektywność, niż te, które znalazły się w drugiej dziesiątce. 65 aktywnych kanałów miało w ciągu 12 miesięcy poniżej 10 tys. odsłon, w 27 przypadkach oglądalność przekroczyła 10 tys.

Według analizy Megapanel PBI/Gemius w październiku serwis społecznościowy YouTube miał w Polsce 16,13 mln użytkowników (tzw. real users), czyli o 415,9 tys. więcej niż miesiąc wcześniej, oraz zasięg na poziomie 74,87 proc. W ciągu dwunastu miesięcy poprzedzających badanie firmy Chimney kanały YouTube stu największych polskich przedsiębiorstw miały łącznie 116 mln odsłon. Dla porównania analogiczne w Stanach Zjednoczonych osiągnęły 1,7 mld odsłon.

Nowa ustawa o obligacjach ułatwi firmom pozyskiwanie kapitału. Lepiej zabezpieczy też interesy wierzycieli

Kończą się prace legislacyjne nad nową ustawą o obligacjach. Ułatwi ona firmom pozyskiwanie kapitału. Z jednej strony wprowadzając nowe rodzaje papierów dłużnych, z drugiej lepiej chroniąc interesy obligatariuszy. Dokument po uchwaleniu przez Sejm i poprawkach Senatu trafił do Komisji Finansów Publicznych. Ma zacząć obowiązywać od 1 lipca 2015.

Ustawa ma ułatwić emisję papierów dłużnych firmom, które nie są związane z rynkiem finansowym. Precyzuje warunki emisji obligacji, a także obowiązki informacyjne emitenta. Wprowadza wreszcie instytucję zgromadzenia obligatariuszy.

Ta ustawa porządkuje wiele rzeczy, jeśli chodzi o łatwość emisji i dostęp do rynku dla podmiotów emitujących obligacje mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Błażej Wajszczuk, analityk BNP Paribas. W Polsce większość finansowania na rynku odbywa się poprzez kredyt bankowy, a ta ustawa umożliwia dywersyfikację finansowania.

Ustawa wprowadza jednocześnie nowe typy papierów dłużnych, obligacje podporządkowane, gdzie z góry zapisana jest kolejność roszczeń na wypadek bankructwa emitenta, oraz obligacje wieczyste, czyli papiery, które nie podlegają wykupowi, ale gwarantują wypłatę odsetek w formie renty wieczystej.

– Jest platforma Catalyst, która już funkcjonuje dobrze ocenia Błażej Wajszczuk. Trzeba ją tylko zasilić większą liczbą obligacji, żeby była tam większa płynność. Ta ustawa to umożliwi, bo wprowadza nowe rodzaje obligacji, które są odpowiedzią na większe zapotrzebowanie ze strony inwestorów.

Nie należy się jednak łudzić, że lepsze przepisy przyciągną na nasz rynek obligacji zagranicznych inwestorów. Dla niech większość polskich emisji jest po prostu za mała. Ich uwagę może przyciągnąć ewentualnie któryś z gigantów polskiej giełdy. Jakaś emisja benchmarkowa spółki z WIG20 o przynajmniej 200-300 mln euro nominału.

Wydaje mi się jednak, że kapitał zagraniczny, po to, by obsłużyć średnie i małe spółki i ich potrzeby płynnościowe, nie jest potrzebny ocenia analityk BNP Paribas. Mamy kapitał w kraju, mamy pieniądze na rachunkach bankowych, mamy zarządzających i fundusze, które są gotowe podjąć niewiele większe ryzyko, by osiągnąć wyższą stopę zwrotu, niż daje klasyczny instrument depozytowy.

Polskie spółki są też zbyt małe i nie dość zamożne, by korzystać z kosztownego ratingu. Jest on może przydatny przy zdobywaniu inwestorów do emisji obligacji, ale na takim rynku jak nasz właściwe raportowanie i właściwe opisanie reguł dotyczących informowania o sytuacji w spółce dla małych i średnich przedsiębiorstw są wystarczające, żeby w sposób jasny i klarowny komunikować się z inwestorami.

Oczywiście rating jest najlepszym sposobem komunikacji z rynkiem, choć jak wiemy z historii, nie jest wolny od błędów uważa Błażej Wajszczuk z BNP Paribas. Mimo wszystko dla małych i średnich emisji posiadanie ratingu jest po prostu zbyt drogie, tutaj wystarczy po prostu dobrze zbudowany system komunikacji i egzekwowanie go od inwestorów i przestrzeganie przez emitentów.

Prezes Infovide-Matrix: mimo trudnego roku osiągnęliśmy 20-proc. wzrost przychodów

0

Infovide-Matrix zdołała zwiększyć sprzedaż o 20 proc. rok do roku w pierwszych trzech kwartałach 2014 r. Mimo to spółka zanotowała stratę. W nadchodzącym roku nadzieję budzą nowe kontrakty z branżą finansową, energetyczną i użyteczności publicznej. Wyzwaniem dla firmy jest budowa nowych relacji z sektorem telekomunikacyjnym.

– Obecnie bierzemy udział w wielu przetargach. W sektorze publicznym uczestniczymy w kilku przetargach organizowanych przez ZUS oraz w jednym dużym konkursie Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Są to przedsięwzięcia rzędu kilkudziesięciu milionów złotych – mówi agencji informacyjnej Borys Stokalski, prezes zarządu Infovide-Matrix, dostawcy usług doradczych i rozwiązań zakresie IT.

W ocenie Stokalskiego rośnie zainteresowanie projektami IT ze strony sektora energetycznego. Pojawiają się pierwsze przetargi dotyczące inteligentnej infrastruktury pomiarowej.

Jesteśmy też zaangażowani w wiele ciekawych projektów w sektorze finansowym. W szczególności właśnie uruchamianym, po wygranym przetargu w jednym z banków – zdradza Borys Stokalski.

Jak mówi prezes Infovide-Matrix, największe wzrosty obrotów spółka notuje w sektorach publicznym, energetycznym oraz finansowym. Są to obszary, z którymi firma współpracuje od wielu lat. W okresie I-III kw. 2014 r. sektor finansowy i przemysłowo-energetyczny stanowiły po około 25 proc. ogółu przychodów, sektor publiczny odpowiadał za 13 proc. obrotów firmy.

2014 r. był okresem trudnym, ale dobrym dla Infovide-Matrix. W stosunku do roku ubiegłego osiągnęliśmy 20-proc. wzrost sprzedaży. Patrząc na podpisywane kontrakty, spodziewamy się podobnej dynamiki w przyszłym roku – zaznacza Stokalski.

Przychody Infovide-Matrix po III kwartałach 2014 r. wyniosły 148,20 mln zł i w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej wzrosły o 22 proc. z poziomu 121,89 mln zł. Zysk netto natomiast spadł z 2,45 mln zł do straty w wysokości 1,75 mln zł.

Wartość podpisanych kontraktów (tzw. backlog) na dzień 30 września wyniosła 147,6 mln zł i była o 18 proc. wyższa niż w porównywalnym momencie 2013 r. Główni klientami są banki (m.in. BPH, BZ WBK, BGŻ, Deutsche Bank), zakłady ubezpieczeń (Allianz, Compensa, Grupa Generali, PZU), podmioty z sektora energetycznego (Energa, PGNiG), zakłady przemysłowe (Mennica Polska, Maspex, Ströer Polska, Feroco), instytucje publiczne (MF, ZUS, Poczta Polska).

Wyzwaniem dla spółki w 2015 r. jest sektor telekomunikacyjny, bo ze względu na transformację branży wielkość obrotów naszej firmy z tą branżą spadała w ostatnich latach – powiedział Borys Stokalski.

Według niego przyszły rok pod tym względem powinien być nieco lepszy niż 2014 rok i firmie powinno udać się odwrócić niekorzystną dynamikę sprzedaży z klientami z sektora telekomunikacyjnego.

– Mamy wiele do zaproponowania klientom z tego sektora. Mamy duże doświadczenie w budowie usług konwergentnych, które są dla operatorów jednym z ważniejszych obszarów inwestycji. Rozwijamy naszą ofertę z zakresu business intelligence, tworząc innowacyjne rozwiązania do profilowania i personalizowania oferty operatorów. Konwergentne usługi oraz rozwiązania wspierające ich personalizację i monetyzację to dla nas ważne kierunki rozwoju oferty dla sektora telekomunikacji – tłumaczy Borys Stokalski.

Zapytany o przetarg na platformę wyborczą dla PKW Borys Stokalski stwierdził, że złe przygotowanie przetargu praktycznie uniemożliwiło składanie odpowiedzialnych ofert.

Widzieliśmy ten przetarg rozpisany na trzy miesiące przed wyborami, rozumieliśmy ryzyka i uznaliśmy, że dla dostawcy ten projekt jest projektem niemal samobójczym – zaznacza prezes Infovide-Matrix.

W przypadku lepiej jakościowo przygotowanego przetargu, o większym horyzoncie czasowym na realizację oferty firma poważnie rozważyłaby start w konkursie.

Spółka Infovide-Matrix SA jest jednym z 10 największych dostawców z zakresu IT w Polsce. Jest notowana na GPW od stycznia 2007 r. W ciągu ostatnich 12 miesięcy kurs akcji spadł o 35 proc. z  5 zł do około 3,25 zł, przy relatywnie stabilnym zachowaniu sektora – WIG-informatyka wzrósł w tym okresie o 4 proc. Obecna kapitalizacja spółki stanowi niecałe 40 mln zł, a wskaźniki fundamentalne wskazują (C/WK, C/P), że spółka jest niedowartościowana.

Według tegorocznego raportu ośrodka badawczego IDC udział Infovide-Matrix w polskim rynku konsultingu IT wyniósł 7,7 proc., co dało spółce 3. miejsce wśród dostawców usług konsultingowych i 3. miejsce w kategorii rozwiązań na zamówienie w Polsce.

Stabilne zyski i przychody Lokum Deweloper. Wrocławska spółka rozważa wejście na rynki Krakowa i Warszawy

Ponad 120 mln zł przychodów i ponad 20 mln zysku wypracuje w 2014 r. Lokum Deweloper. To wyniki nieco lepsze niż rok temu. Deweloper przymierza się do rozwoju poza rodzimym rynkiem wrocławskim, a szczególnie atrakcyjne są dla niego Kraków i Warszawa.

Prowadzimy stabilną politykę dotyczącą realizacji naszych inwestycji, co przekłada się na powtarzalność wyników przy zwiększaniu skali. Rokrocznie uzyskujemy marże na poziomie 20 proc. Jeszcze nie mamy danych grudniowych, ale już wiemy, że to jest [w 2014 roku] sto dwadzieścia kilka milionów przychodu i dwadzieścia kilka milionów zysku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Bartosz Kuźniar, prezes zarządu Lokum Deweloper.

W 2013 r. spółka osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 100,5 mln zł oraz zysk EBITDA w wysokości 23,4 mln zł. Ubiegłoroczne wyniki są zatem zbliżone.

Kuźniar zdradza, że Lokum Deweloper już od roku szuka możliwości wejścia na nowe rynki. Spółka obecnie działa we Wrocławiu, gdzie ma siedzibę, ale planuje rozszerzyć działalność na rynki krakowski i warszawski. Kuźniar zastrzega jednak, że musi pojawić się możliwość zakupu działek odpowiedniej jakości.

Od roku poszukujemy działek w tych dwóch lokalizacjach i jeśli taka propozycja się pojawi, propozycja, która odpowiada naszemu profilowi, bo chcemy powielić tę jakość i ten sposób realizacji, jaki jest we Wrocławiu, to do tego rozwoju dojdzie, jesteśmy do tego przygotowani – zapowiada Kuźniar.

Prezes Lokum Dewelopera podkreśla, że w rozpoczynającym się roku największym wyzwaniem dla spółki będą nie tyle warunki makroekonomiczne, ile trudne do przewidzenia decyzje kupujących. Kuźniar zwraca uwagę na duże wahania i niepewność koniunktury.

Dodaje, że o ile deweloper jest w stanie zminimalizować przewidywalne i pozostające pod kontrolą spółki ryzyka, to czynniki makroekonomiczne i związane z sytuacją międzynarodową mogą zaskoczyć rynek.

Na razie ocena sytuacji jest jednak optymistyczna, o czym świadczy m.in. dostępność kredytów bankowych. Jak podkreśla Kuźniar, Lokum Deweloper nie ma żadnych trudności z pozyskaniem finansowania. Kredyty pozostaną dla spółki ważnym źródłem środków.

Cały czas korzystamy z kredytu bankowego, to jest naturalna forma ze względu na ustawę deweloperską, z uwagi na rachunki powiernicze. Pieniądze klientów trafiają na wyodrębnione i często zamknięte rachunki, więc naturalnym sposobem działania jest realizacja inwestycji w części z kredytu bankowego – podkreśla prezes spółki.

Dodaje, że resztę finansowania zapewnią albo środki własne, albo finansowanie dłużne. W połowie grudnia spółka wprowadziła na rynek Catalyst obligacje z terminem wykupu w październiku 2017 r. o łącznej wartości 30 mln zł.

P. Kuczyński (Xelion): Nie spodziewam się w styczniu decyzji Europejskiego Banku Centralnego o skupie obligacji rządowych

Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion, uważa, że Europejski Bank Centralny nie podejmie w styczniu decyzji o skupie obligacji rządowych. Jego zdaniem nie można jednak wykluczyć tego, że nie zrobi tego w przyszłości. Wszystko zależy od tego, czy w strefie euro pojawi się trwała deflacja.

Niewątpliwie polityka monetarna Europejskiego Banku Centralnego (EBC) w 2015 roku dalej będzie ultraliberalna – uważa Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – To, czy będzie skupował obligacje, zależy od tego, czy w strefie euro pojawi się deflacja i czy będzie się utrzymywała w dłuższym okresie. Ale nie spodziewam się podjęcia takiej decyzji już w styczniu.

W grudniu szef EBC Mario Draghi oświadczył, że Rada Prezesów EBC na początku przyszłego roku ponownie przeszacuje program stymulacyjny TLTRO (z ang. Targeted Longer-Term Refinancing Operation – operacja długoterminowego refinansowania banków z przeznaczeniem na kredyty). Jego zadaniem jest pobudzenie akcji kredytowej banków, kierowanej głównie do małych i średnich, europejskich przedsiębiorstw, która ma wesprzeć wzrost gospodarczy strefy euro.

Rozważać mogą, ale według mnie w styczniu nie podejmą decyzji o skupie obligacji skarbowych – komentuje Piotr Kuczyński. – Jedno jest dla mnie oczywiste: Mario Draghi i koledzy grożą użyciem tego środka, ale zrobią wszystko, żeby go nie użyć, ponieważ po nim nie ma już niczego. Kupno obligacji rządowych to broń ostateczna. Używa się jej tylko wtedy, gdy sytuacja jest naprawdę groźna. A ona jeszcze taka nie jest, deflacji nie ma, na pewno tak uciążliwej, jak w Japonii. Tam dusiła ona gospodarkę przez dwie dekady.

Podczas pierwszego przetargu w ramach TLTRO, który odbył się 18 września br., europejskie banki zgłosiły popyt w wysokości jedynie 82,6 mld euro na oferowane w jego ramach pożyczki.

EBC kupuje już pewne instrumenty z rynku, ale ciągle grozi skupem obligacji rządowych – przypomina Kuczyński. – Co prawda traktat z Maastricht mu na to nie pozwala, ale najpewniej znalazłoby się jakieś obejście, że na przykład nabywcą będzie jakaś firma, a EBC od niej odkupi. Ale czy niemiecki Trybunał Konstytucyjny to zaakceptuje? Tego nie wiem. Na pewno byłyby z tym duże problemy.

W ramach dwóch pierwszych rund pożyczek w ramach TLTRO, na które EBC zamierzał przeznaczyć ok. 400 mld euro, ostatecznie przyznano zaledwie nieco ponad połowę tej kwoty – 212,4 mld euro. Mają one być kontynuowane, zgodnie z zapowiedziami EBC, w każdym z kolejnych kwartałów aż do czerwca 2016 roku.

Jeżeli chodzi o wzrost gospodarczy, to trudno się sprzeciwiać temu, co powiedział Mario Draghi, że spowolni, że nie będzie to prognozowane wcześniej ponad 1 proc., a najwyżej 0,7 proc. – zauważa Piotr Kuczyński. – To jest praktycznie stagnacja, a nie wzrost. Tymczasem stopy procentowe EBC są już prawie na poziomie zera. Stopa dyskontowa wynosi -0,2 proc. Więc to wszystko wygląda tak, że właściwie niewiele można w tej chwili zrobić.

W I połowie 2015 roku żywność będzie taniała. Dużo zależy jednak od sytuacji na Wschodzie

W grudniu ceny produktów spożywczych były o ok. 2 proc. niższe niż przed rokiem. Podobne prognozy dotyczą pierwszych miesięcy 2015 roku. Tańsze będą owoce, warzywa, mięso oraz przetwory mleczarskie. W II połowie roku dużo będzie zależeć od zbiorów oraz sytuacji na wschodzie Europy i ewentualnego utrzymania rosyjskiego embarga.

W grudniu koszyk żywnościowy był tańszy o 2-2,5 proc. Taka tendencja będzie się utrzymywała również w pierwszych miesiącach 2015 roku. Tańsze będą głównie owoce i warzywa. Tanieć będą też przetwory mleczarskie, bo w 2014 roku w większości przypadków były droższe. Mniej zapłacimy za mąkę, niektóre przetwory mączne i tłuszcze roślinne, przede wszystkim olej rzepakowy i słonecznikowy – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marta Skrzypczyk, analityk sektora rolno-spożywczego w Banku Gospodarki Żywnościowej.

Rekordowe zbiory zbóż w Polsce i na świecie spowodowały w 2014 roku nadpodaż na rynku. GUS podaje, że zbiory podstawowych zbóż wyniosły ponad 26 mln ton, co oznacza 10-proc. wzrost względem ubiegłego roku. Także analiza banku BGŻ na sezon 2014/2015 wskazuje, że światowe zbiory pszenicy, kukurydzy i soi mają być rekordowo wysokie i wyniosą 2 466 mln ton.

Wysokie zbiory przede wszystkim zbóż oleistych wpływają na spadek cen w Polsce. Wysoka produkcja mleka i mięsa oraz rosyjskie embargo spowodują, że niższe ceny utrzymają się też w I połowie przyszłego roku – przekonuje analityk BGŻ.

Rosyjskie embargo na mięso i zamknięte rynki Chin, Japonii, Korei Płd. i Tajwanu (ze względu na wykrycie w Polsce przypadków afrykańskiego pomoru świń na początku 2014 roku) sprawiły, że mięso jest znacznie tańsze. Wieprzowina kosztuje nawet 10 proc. mniej niż przed rokiem, o 8 proc. spadły ceny wołowiny (dane Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej).

Znacznie niższe niż przed rokiem są też ceny owoców i warzyw. Jabłka – ze względu na nadpodaż spowodowaną rosyjskim embargiem – kosztują o połowę mniej niż w 2013 roku. Znacznie mniej płacimy też za warzywa, przede wszystkim ziemniaki, buraki czy cebulę. Choć ceny produktów mlecznych utrzymują się na wysokim poziomie, to pod koniec roku cena mleka spadła o 17 proc.

Prawdopodobnie wpływ na ceny żywności w tym roku będą miały te same czynniki co w 2014 roku – ocenia Skrzypczyk. – II połowa roku w dużym stopniu będzie zależała od zbiorów roślin oleistych oraz owoców i warzyw. Udział owoców i warzyw w koszyku żywnościowym sięga 15 proc., a zmiany cen są bardzo silne. Więc jeśli zbiory będą bardzo duże, to w II połowie roku też będą przeważały tendencje spadkowe. Jeżeli zbiory będą przeciętne lub niskie, to możemy mieć do czynienia ze wzrostem cen.

Jak podkreśla, ceny produktów w II połowie roku będą zależeć również od ewentualnego utrzymania rosyjskiego embarga i sytuacji międzynarodowej, przede wszystkim na Ukrainie.

Mocne osłabienie rubla wpływa na polską walutę. Osłabienie się złotego będzie powodowało, że eksport będzie coraz bardziej konkurencyjny i tym samym ceny mogą być na nieco wyższym poziomie. Natomiast umocnienie się złotego może skutkować spadkami cen w Polsce – zaznacza ekspertka.

Zmiany w ustawie o ochronie danych osobowych. Lepszy nadzór nad przetwarzaniem danych

CEO Magazyn Polska

Od początku roku obowiązują przepisy, które nakładają na firmy nowe obowiązki w zakresie ochrony danych osobowych i ułatwiają ich przetwarzanie. Od teraz działający w strukturach firmy administrator bezpieczeństwa informacji (ABI) będzie miał większy zakres obowiązków. Ustawa wprowadza także istotne uproszczenia w zakresie rejestracji zbiorów danych. Zgodnie z ustawą zwolnienie z obowiązku zgłoszenia zbioru obejmie także te zbiory, które nie są prowadzone w wersji elektronicznej i nie zawierają danych wrażliwych. Przedsiębiorca, który nie powoła ABI, będzie musiał rejestrować zbiory na dotychczasowych zasadach.

Ustawa przewiduje możliwość powołania administratora bezpieczeństwa informacji i określa jego strukturę w hierarchii. Ma to być osoba, która podlega bezpośrednio kierownikowi jednostki. Obecnie administratorem jest osoba pełniąca dowolne stanowisko, a obowiązki administratora bezpieczeństwa informacji są jej zlecane niejako dodatkowo. Teraz będzie musiała mieć zapewnioną niezależność organizacyjną – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Iwona Kozieł, ekspert ds. ochrony danych osobowych w Kancelarii Lex Artist.

Ustawa reguluje, że ABI może zostać osoba fizyczna o pełni praw do czynności prawnych, która korzysta z praw publicznych i nie była karana za umyślne przestępstwo. Nie może być to osoba przypadkowa, musi mieć odpowiednie kompetencje.

Administrator bezpieczeństwa informacji musi być osobą zajmującą się wyłącznie ochroną danych osobowych. Inne obowiązki może realizować jedynie wtedy, kiedy nie prowadzi to do konfliktu z wypełnianiem obowiązków nałożonych przez ustawę – zaznacza Kozieł.

Do obowiązków administratora będzie należało m.in. sprawdzanie zgodności przetwarzania danych z przepisami, nadzorowanie aktualności dokumentacji i prowadzenie rejestru zbioru danych.

Nie wszystkie zbiory trzeba będzie zgłaszać, tak jak obecnie, Generalnemu Inspektorowi Ochrony Danych Osobowych, a ABI będzie taki rejestr prowadził wewnętrznie u każdego przedsiębiorcy, gdzie zostanie powołany. Zmiany dotyczą jedynie tych podmiotów, które zdecydują się na zarejestrowanie administratora danych osobowych. Jedną z zasadniczych zmian wynikających z nowelizacji jest bowiem to, że powołanie administratora będzie wymagało zgłoszenia do GIODO – tłumaczy ekspertka.

Zgłoszenie powołanego administratora musi nastąpić nie później niż w ciągu 30 dni od jego powołania (ten sam termin obowiązuje w przypadku odwołania). W związku z nowym rodzajem zgłoszeń GIODO ma prowadzić ogólnokrajowy jawny rejestr ABI.

Jak podkreśla Kozieł, ustawa ma zmniejszyć formalności administracyjne związane ze zgłaszaniem danych, zwiększy się też katalog zwolnień z obowiązku zgłaszania do GIODO.

Formalności związane ze zgłoszeniem zbiorów danych będą się koncentrowały wyłącznie w obrębie spółek, czyli nie trzeba będzie ich zgłaszać nigdzie indziej, jeżeli nie będziemy mieć tam danych wrażliwych – zaznacza ekspertka.

Małe przedsiębiorstwa ze względu na koszty związane z zatrudnieniem kompetentnych osób i koniecznością stworzenia nowego stanowiska, mogą zrezygnować z administratora. Większe spółki będą natomiast praktycznie musiały wyznaczyć pracownika lub osobę zatrudnioną na zasadzie outsourcingu.

Warto dostosować naszą dokumentację z zakresu ochrony danych osobowych do nowych wymogów prawnych, przygotować wzory rejestrów, które też będą musiały być prowadzone, i zastanowić się, kto będzie pełnił funkcję administratora – przypomina Iwona Kozieł.

Polacy terminowo regulujący płatności mogą budować pozytywną historię kredytową

Krajowy Rejestr Długów promuje uczciwych płatników. Platforma internetowa FairPay, czyli rejestr osób, które terminowo opłacają rachunki i inne zobowiązania, mimo że działa od niespełna trzech miesięcy, już zgromadziła 100 tys. informacji gospodarczych, a do końca 2015 r. liczba ta ma urosnąć nawet ośmiokrotnie.

W Krajowym Rejestrze Długów zaczęliśmy gromadzić informację pozytywną w specjalnej części rejestru, nazywanej FairPay – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Łącki, prezes zarządu Krajowego Rejestru Długów. – Rejestr stworzony jest dla klientów, którzy płacą swoje rachunki na czas oraz firm, które doceniają klientów wywiązujących się ze swoich zobowiązań finansowych.

Program został uruchomiony 15 października. Użytkownik, zakładając konto w serwisie fairpay.pl, może śledzić w rejestrze własną sytuację kredytową, może także sprawdzić dowolne przedsiębiorstwo. Poza tym FairPay umożliwia dopisanie uczciwego dłużnika do rejestru.

Głównym założeniem programu jest jednak rejestracja terminowego regulowania należności z ostatnich 12 miesięcy. W takim celu użytkownik winien wysłać wniosek do przedsiębiorstwa (banku, operatora sieci komórkowej, dostawcy internetu itp.), który może zamieścić w rejestrze korzystną informację o płatniku.

Pozytywna informacja służy kształtowaniu dobrego wizerunku na rynku. Osoby płacące zobowiązania na czas powinny się tym chwalić, a fakt terminowej wpłaty powinien być uwzględniony i doceniony przez innych przedsiębiorców. Mają oni bowiem do czynienia z rzetelnym płatnikiem i mogą zaoferować mu w przyszłości lepsze warunki – tłumaczy prezes KRD.

Jego zdaniem na świecie od dawna istnieją podobne inicjatywy, m.in. w Stanach Zjednoczonych, gdzie młodzi ludzie dbają o pozytywną historię płatniczą i często zaciągają kredyty tylko po to, aby budować dobry wizerunek.

Podejrzewam, że z końcem 2014 r. w programie FairPay znalazło się około 100 tys. informacji gospodarczych. W przyszłym roku pojawia się 700, może 800 tys. nowych informacji – mówi ekspert.

Jak zaznacza Adam Łącki, w rejestrach typu BIG czy BIK przeważają informacje pozytywne, stanowią one 80-90 proc. wszystkich danych.

Informacja negatywna to tylko 10-20 proc. rejestrów. Mając wgląd do obu tych informacji, będzie mogli ocenić zachowania płatnicze przedsiębiorców i konsumentów, z którymi mamy do czynienia – przekonuje Łącki.

Według danych KRD z listopada całkowite zadłużenie Polaków wynosi 15,84 mld zł. Statystycznym dłużnikiem jest mężczyzna, mieszkaniec województwa mazowieckiego lub śląskiego, w wieku 25-34 lata, który średnio jest winny swoim wierzycielom 7 909 zł.

Rozpoczęliśmy współpracę z kilkunastoma dużymi przedsiębiorstwami, które są ambasadorami programu FairPay. Te firmy już nagradzają swoich dobrych klientów – za ich zgodą umieszczają w programie informacje o wywiązywaniu się z płatności na czas – podsumowuje Adam Łącki.

Ambasadorami programu FairPay SA takie marki, jak: Play, PGE, Idea Bank, Idea Money, Bibby Financial Services, Poczta Polska, Vivus.pl, Net Credit, Incredit, Ekspres Kasa, Tempo Finanse, Cemex, Poznański Fundusz Poręczeń Kredytowych, Inicjatywa Mikro oraz program Rzetelna Firma.

Nieudaną imprezę sylwestrową można reklamować. Organizator powinien zwrócić część kosztów

0

Zakupiony bilet na imprezę sylwestrową jest umową, dlatego mamy prawo żądać rekompensaty za niedopełnienie jej warunków. Najlepiej zawrzeć umowę na piśmie, gdzie wyraźnie będzie zaznaczona np. liczba ciepłych dań, rodzaj i forma muzyki. Ułatwi to dochodzenie roszczeń w przypadku niedotrzymania warunków balu sylwestrowego. Reklamować można też nieudaną fryzurę i makijaż.

Zawsze warto reklamować wszystkie produkty i usługi niezgodne z umową, począwszy od jogurtu, a skończywszy na imprezie sylwestrowej. To są nasze pieniądze, ale decyzja należy do konsumenta, który musi być świadomy swoich praw – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Jak podkreśla, konsumenci często rezygnują z reklamacji. Nie tylko dlatego, że nie było wyraźnie zaznaczonych warunków, lecz także dlatego, że po prostu im się nie chce, wolą też nie wdawać się w kłótnie z organizatorem. Część nie wierzy także w efektywność reklamacji. To błąd, przekonuje Majchrzak i tłumaczy, że każdy ma prawo do produktu czy usługi wykonywanej zgodnie z umową, za którą zapłacił.

Bilet na imprezę sylwestrową to tak naprawdę umowa, określa datę, miejsce i warunki – mówi ekspertka. – Warto pamiętać, żeby przed wykupieniem biletu sprecyzować z organizatorem, nawet mailowo, wszystkie istotne elementy imprezy sylwestrowej.

Warunki balu najlepiej ustalić na piśmie, ułatwi to ewentualne dochodzenie zwrotu części kosztów. Reklamować można mniejszą niż umówiona liczbę ciepłych posiłków, serwowanych napojów czy muzykę Jeśli organizator oferował muzykę na żywo, a była puszczana z płyt, to jest to podstawą do dochodzenia swoich praw. Organizator powinien wówczas obniżyć cenę imprezy za niedopełnienie warunków.

Część rzeczy da się wyeliminować jeszcze na miejscu. Natomiast są takie, które będą nam przeszkadzać już po balu. Dlatego zabawmy się w sylwestrowego detektywa, zbierajmy dowody, nagrania, zeznania innych osób. Będzie łatwiej udowodnić, że umowa była wykonywana niezgodnie z jej warunkami – podkreśla Majchrzak.

Reklamację należy zgłosić na piśmie, a organizator ma 14 dni na zajęcie stanowiska w sprawie. Warto pamiętać, że także za źle zrobioną fryzurę czy makijaż można żądać zwrotu części kosztów, a w przypadku istotnej szkody, np. zniszczenia włosów lub choroby wywołanej przez zabieg kosmetyczny, także odszkodowania. Można się go też domagać, jeżeli po nieprawidłowo wykonanej usłudze klient był zmuszony skorzystać z usług innej firmy. Do udokumentowania szkody potrzebne będą rachunki.

I. Rokicka (Ipopema Securities): Dywidenda z PZU wyniesie przynajmniej 29 zł na akcję

0

CEO Magazyn Polska

Największy polski ubezpieczyciel w najbliższych latach powinien niezmiennie wypłacać wysokie dywidendy. Z zysku za 2014 r. rynek przewiduje wypłatę w granicach 30 złotych na 1 akcję. Zgodnie z zaleceniami Komisji Nadzoru Finansowego PZU jednak nie będzie jużmogło wypłacić wcześniejszej dywidendy zaliczkowej.

– W mojej opinii minimalnym poziomem dywidendy, którą spółka PZU SA wypłaci w następnym roku z zysków za 2014 r., będzie 29 zł przypadające na 1 akcję. Rynek aktualnie spodziewa się wyższej wartości, w okolicach 34–35 zł. Ostateczna wartość dywidendy będzie zależeć jednak od wyniku jednostkowego PZU SA w IV kwartale – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Iza Rokicka, analityk Ipopema Securities.

Na koniec września 2014 r. PZU osiągnęło zysk netto w wysokości 1,99 mld zł, a w analogicznym okresie w roku poprzednim 5,0 mld zł. Jednak na tak dużą różnicę duży wpływ miała działalność inwestycyjna. Do września 2013 r. wygenerowała ona 4,4 mld zł, a w tym samym okresie rok później 1,7 mld zł.

– W kwestii dywidendy z PZU sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana niż w przypadku banków. Zgodnie z polityką dywidendową KNF dostrzegam jeden aspekt, który może być potencjalnie negatywnym zaskoczeniem dla akcjonariuszy spółki – twierdzi Iza Rokicka. – Ubezpieczyciel nie może wypłacić dywidendy z kapitałów, czyli może ją wypłacić tylko z bieżących zysków.

Chodzi o wypłatę dodatkowej dywidendy z kapitału zaliczkowego. Ewentualne negatywne zaskoczenie może wynikać z braku zgody KNF na taką odroczoną wypłatę.

– Akcjonariusze spodziewają się, że spółka wypłaci część dywidendy odroczonej, co jest drugim stopniem realizacji polityki kapitałowej rozpoczętej już w ubiegłym roku. Zarząd PZU obiecał akcjonariuszom około 15 zł na akcję w ciągu dwóch lat. Pierwsza transza miała być płatna w 2015 r., druga w 2016 r. – tłumaczy ekspert Ipopema Securities.

Na początku grudnia Komisja Nadzoru Finansowego zaprezentowała nowe stanowisko w kwestii polityki dywidendowej instytucji finansowych, w tym zakładów ubezpieczeń i reasekuracji.

Komisja zezwala na wypłatę do 75 proc. zysku w postaci dywidendy przy spełnieniu następujących warunków: ocena ryzyka BION wynosi 1 (dobra) lub 2 (zadowalająca), zakład ubezpieczeń nie jest objęty programem naprawczym, w 2014 r. nie wykazał on niedoboru środków własnych na pokrycie marginesu wypłacalności lub kapitału gwarancyjnego. Ponadto firma musi na koniec roku wykazać się wskaźnikiem pokrycia wymagań kapitałowych w wysokości 160 proc. (dział I) lub 200 proc. (dział II). Innym wymogiem są pozytywnie zakończone stress-testy na dzień 31 grudnia 2014 r.

Przy spełnieniu kolejnych dodatkowych warunków zakład ubezpieczeniowy może wypłacić 100 proc. zysku netto w postaci dywidendy.

Pod względem współczynników kapitałowych spółkę PZU w dalszym ciągu stać na wypłatę bardzo wysokiej dywidendy – uspokaja Rokicka. – Co do zasady spółka przez kilka najbliższych lat powinna wypłacać wysoką dywidendę, nawet mimo wprowadzenia reguły Wypłacalność II (Solvency II).

Przyjęta w październiku 2014 r. dyrektywa Komisji Europejskiej o wypłacalności Solvency II wprowadza jednolite dla wszystkich krajów UE zasady zarządzania ryzykiem i wymogi kapitałowe. Nowe, bardziej restrykcyjne przepisy dotyczą zakładów ubezpieczeniowych i banków, wejdą w życie z dniem 1 stycznia 2016 r.

– Porównując politykę dywidendową sektora bankowego i ubezpieczeniowego, dostrzegamy, że w pierwszym mamy przynajmniej 10 podmiotów, które obserwujemy. W drugim patrzymy tylko na PZU – mówi Rokicka. – W mojej opinii PZU w 2015 r. będzie oferować wyższą dywidendę niż bank Pekao SA czy Citi Handlowy.

Za 2013 r. Grupa PZU na dywidendę przeznaczyła 4,66 mld zł, czyli 91,3 proc. zysku netto. Dywidenda na akcję wyniosła 54 zł. W latach 2010-2012 zysk netto był zwykle niższy – od 2,58 do 3,51 mld zł, ale stopa dywidendy zawsze była wysoka – od 63 do 99 proc., co oznacza, że na jedną akcję przypadało 22-29 zł podzielonego zysku.

DM BDM: Spodziewamy się spadków cen ropy naftowej lub ich utrzymania na obecnym poziomie

CEO Magazyn Polska

Choć od dwóch tygodni cena ropy naftowej przestała spadać, nic nie wskazuje na to, by w najbliższych miesiącach surowiec ten miał znacząco podrożeć. Analitycy liczą się raczej z dalszymi spadkami cen na światowych giełdach. Kraje OPEC, które mogłyby zmienić tę tendencję, zbierają się dopiero latem przyszłego roku.

Ropa zaczęła tanieć w połowie roku i do połowy grudnia jej ceny spadły o niemal połowę. Baryłka ropy Brent potaniała z ponad 110 dolarów do mniej niż 60. Teksańska ropa WTI kosztuje poniżej 55 dolarów za baryłkę. Dziś analitycy nie zastanawiają się więc, czy w najbliższym czasie ceny ropy znacząco wzrosną, ale czy jeszcze spadną.

– Trudno o tym wyrokować mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Pado, analityk DM BDM. Tak naprawdę rynek ropy jest teraz rynkiem bardziej podaży, mamy dużą podaż ropy ze Stanów Zjednoczonych, do tego kraje arabskie także chcą walczyć o rynek. W trudnej sytuacji jest Rosja, która nie może ograniczyć wydobycia, ponieważ potrzebuje pieniędzy na bieżąco do budżetu.

Amerykańska decyzja o zwiększeniu wydobycia i eksportu ropy okazała się najdotkliwszą z sankcji, jaka spadła na Kreml. Rosjanie, by bilansować swój budżet, muszą dostawać za baryłkę ponad 100 dolarów. Przy obecnych cenach zaczyna im brakować środków. W rezultacie ich rezerwy z lat prosperity stopniały z 416 mld dolarów do ok 360 mld.

Wydaje się, że do połowy 2015 roku, czyli do następnego posiedzenia OPEC, na rynku ropy nie nastąpi nic pozytywnego dla jej producentów, nie będzie raczej wzrostu cen  uważa Krzysztof Pado. Spodziewamy się, że te ceny mogą jeszcze nawet teraz spaść lub będą rosnąć do obecnych poziomów.

Bowiem nikt z dużych graczy na rynku nie ma interesu w tym, by podnosić ceny ropy. Arabia Saudyjska, gdzie wydobycie należy do najtańszych, nadal dobrze zarabia i już zapowiedziała, że nie zmniejszy wydobycia. Z racji tego, że obecny poziom cen odpowiada tym, od których on zależy, nie należy raczej oczekiwać ani większych wzrostów, ani kolejnych gwałtownych spadków. Widać to po ostatnich notowaniach, które od połowy grudnia utrzymują się na stałym poziomie.

Bardzo trudno to oszacować przyznaje analityk DM BDM. Rynek ropy poddaje się różnym czynnikom, dlatego nie ma co wyrokować, jaka może być cena ropy. Nie spodziewam się na pewno tych 15 dolarów, ponieważ to jest dużo poniżej kosztów wydobycia. 50-60 dolarów to jest minimalny poziom, który na tym rynku raczej zanotuje się w średnim terminie.

Niskie ceny ropy na świecie mają też oczywiście wpływ na ceny paliw na stacjach. O ile jednak ropa potaniała o 50 proc., benzyna w Polsce już tylko o kilkanaście proc.

– Należy pamiętać o tym, że ceny paliw nie składają się tylko z samych cen ropy przypomina Krzysztof Pado z DM BDM. Ona stanowi mniej niż 2 zł, a większość to są podatki, do tego podatki sztywne. Przez to cena benzyny nie spada tak szybko jak cena ropy.

Konieczność samodzielnego oszczędzania na emerytury to szansa dla rynku kapitałowego

CEO Magazyn Polska

Rok 2014 był czasem transferu ponad połowy środków zgromadzonych w OFE do ZUS. Ekonomiści zgadzają się jednak, że nawet gdyby pozostawić system w dotychczasowym kształcie, emerytury dzisiejszych 30- i 40-latków będą głodowe. Stopa zastąpienia, czyli relacja ostatniej pensji do pierwszej emerytury, w perspektywie kilkudziesięciu lat może spaść z obecnych 50 proc. nawet do 20-30 proc. Pojawia się zatem, często jeszcze przez wielu nieuświadomiona, konieczność gromadzenia własnych oszczędności, głównie poprzez produkty inwestycyjne i ubezpieczeniowe. To szansa na przyspieszenie na rynku kapitałowym.

– 2014 rok wywołał ogromną burzę w sektorze emerytalnym, najpierw poprzez przejęcie części aktywów OFE, a potem przez możliwość wyboru tego, czy chcemy być członkiem funduszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Lewandowski, prezes zarządu Pioneer Pekao TFI

3 lutego 2014 r. OFE przekazały do ZUS papiery dłużne o wartości 153 mld zł, po czym zostały one umorzone, a ich wartości dopisane do indywidualnych kont ubezpieczonych w ZUS. Z kolei w okresie od 1 kwietnia do 31 lipca członkowie funduszy emerytalnych wybierali, czy chcą pozostawić części swojej składki emerytalnej w OFE, czy chcą przenieść całości do ZUS.

Zaskakująco dużo osób zdecydowało się na OFE, szczególnie w ostatnich dniach wyboru. Pieniędzy na rynku finansowym będzie w związku z tym więcej, niż wynikało to z prognoz, choć łączna suma napływów będzie dużo niższa niż dawniej – ocenia Lewandowski.

Spośród 16,6 mln członków funduszy emerytalnych w kapitałowym systemie emerytalnym pozostało 2,56 mln osób, czyli ponad 15 proc. tych, którzy przekazali 2,92 proc. swojej składki do wybranego OFE.

– Rozwiązania, które w tej chwili mamy, czyli obowiązkowy ZUS i okrojone fundusze emerytalne, to za mało, aby zapewnić obecnie pracującym odpowiedni poziom środków na emeryturze – tłumaczy ekspert Pioneer Pekao TFI.

Lewandowski ocenia, że w takich realiach koniecznością stają się indywidualne decyzje o dodatkowych oszczędnościach.

– Pogarszająca się sytuacja emerytalna może tylko pozytywnie wpłynąć na polski rynek kapitałowy. Jeśli będziemy mieli coraz więcej osób pragnących oszczędzać we własnym zakresie na przyszłą emeryturę, to osoby te będą poszukiwały instrumentów finansowych umożliwiających im takie działania – przekonuje Krzysztof Lewandowski.

Jak dodaje, wybór produktów inwestycyjnych i ubezpieczeniowych będzie powodował wyższy napływ środków pieniężnych na rynek kapitałowy. Niewiadomą jest tempo takiego napływu. Problemem wciąż pozostaje niska świadomość emerytalna w społeczeństwie.

Według tegorocznego raportu Fundacji Kronenberga, „Postawy Polaków wobec oszczędzania”, tylko 16 proc. obywateli regularnie odkłada środki na emeryturę. A według innego badania, instytutu IMAS International na zlecenie Grupy Ubezpieczeniowej Europa, zaledwie 29 proc. obecnych emerytów pozytywnie ocenia swoje przygotowanie finansowe do emerytury.

W obecnie istniejących warunkach główną rolę w zmianie postaw powinno przejąć państwo. Mowa tu o preferencjach podatkowych, ale i szeregu innych rozwiązań, które spowodują wzrost świadomości oszczędzania we własnym zakresie – mówi prezes Pioneer Pekao TFI. – Rolą państwa jest pokazanie społeczeństwu, że tylko własne oszczędności pozwolą godnie żyć na emeryturze.

W ramach tzw. III filara najpopularniejszymi rozwiązaniami są Indywidualne Konta Emerytalne i Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. Mimo niedawnych zmian w OFE Polacy w niewielkim stopniu skłaniają się ku tym rozwiązaniom.

Członkami IKE na dzień 30 czerwca 2014 r. było 816 tys. osób, co stanowi zaledwie 5,2 proc. ogółu pracujących. Na kontach IKE zgromadzono 4,66 mld zł. W stosunku do połowy 2013 r. liczba członków się nie zmieniła, a wartość zarządzanych środków wzrosła o 0,88 mld zł.

Z kolei Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego w I połowie 2014 r. posiadało 493 tys. pracujących (3,1 proc. ogółu pracujących) i liczba ta w ciągu 12 miesięcy spadła o 16 tys. Na kontach IKZE 30 czerwca br. znajdowało się 154 mln zł.

A. Stefaniak (DMK): w pierwszej połowie 2015 roku złoty się osłabi

CEO Magazyn Polska

Ewentualna decyzja o obniżce stóp procentowych, tempo rozwoju gospodarczego oraz deflacja będą miały największy wpływ na notowania złotego w przyszłym roku. W pierwszym półroczu polska waluta może tracić na wartości, w drugim powinna się umacniać.

Do czerwca przyszłego roku złoty będzie dalej tracił na wartości i spodziewam się tego, że będziemy mieć nowe maksymalne poziomy na głównych parach związanych z krajową walutą – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, dealer walutowy firmy DMK. – Myślę, że dolar-złoty ma szansę dynamicznie pokonać poziom 3,50 i zbliżyć się do 3,80. Para euro-złoty powinna wrócić w okolice 4,20-4,30, a frank szwajcarski przetestować bardzo ważne poziomy w okolicach 3,50. Będą one zagrożone ich przełamaniem i uważam, że do czerwca możemy spodziewać się nawet 3,60 zł za franka.

Zdaniem Andrzeja Stefaniaka, najważniejsze czynniki, które będą wpływać na złotego w przyszłym roku, to po pierwsze dyskontowanie możliwości kolejnej obniżki stóp procentowych w Polsce.

Jeśli taka obniżka nastąpi, a rynek nie jest tego pewny, będzie to element, który osłabi krajową walutę – wskazuje Stefaniak. – Jeżeli do niej nie dojdzie, wesprze to złotego.

Kolejnym czynnikiem wpływającym na zachowania krajowej waluty w przyszłym roku, jak zauważa Andrzej Stefaniak, będą dane makroekonomiczne o stanie polskiej gospodarki.

Istotne jest to, czy ona w końcu odbije oraz to, jaka będzie dynamika wzrostu PKB, a przede wszystkim czy on przyspieszy – mówi Andrzej Stefaniak. – Wreszcie najważniejsza chyba rzecz to deflacja. Warto czekać na informacje o tym, czy spadek cen się utrzyma, czy też szybko zostanie zanegowany. Jeżeli będzie się pogłębiał lub pozostanie na tym samym poziomie, mocno wesprze to perspektywę kolejnych obniżek stóp procentowych. A wówczas złoty z pewnością będzie się osłabiać. W takim wypadku myślę, że to scenariusz bazowy.

W drugim półroczu zdaniem dealera walutowego firmy DMK sytuacja złotego będzie jeszcze ciekawsza.

Uważam, że negatywne czynniki dla złotego już się wtedy wyczerpią, a programy Unii Europejskiej i napływ środków będą powodować, że złoty znowu zacznie zyskiwać na wartości – przypuszcza Andrzej Stefaniak. – Myślę zatem, że pierwsza połowa będzie niekorzystna dla złotego, a druga – odwrotnie. Cały 2015 rok powinniśmy zakończyć na zbliżonych do obecnych poziomach.

Odpowiedzialność społeczna spółek giełdowych przyciąga inwestorów, także zagranicznych

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy giełdowi, w tym zagraniczni, coraz bardziej doceniają spółki stawiające na działalność społecznie odpowiedzialną (CSR). Zrzeszający najlepsze na tym polu spółki giełdowe indeks Respect od listopada 2009 r. zapewnił 70-proc. stopę zwrotu. Uczestnictwo w tym indeksie może dać przewagę nad konkurencyjnymi spółkami, bo CSR to gwarancja m.in. przewidywalności danej spółki.

Działanie w sposób społecznie odpowiedzialny doceniają inwestorzy. Gwarantuje ono przewidywalność korporacji i świadczy o tym, że funkcjonuje ona w sposób zgodny z etyką biznesową, a to się liczy coraz bardziej. Firma, która jest zaangażowana społecznie i realizuje wszystkie cele w strategii CSR, jest również bardziej przewidywalna dla partnerów i współpracowników. Dlatego zwracamy uwagę na zaangażowanie naszych pracowników w różnego rodzaju działania prospołeczne ‒ mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Nowohoński, członek zarządu ds. finansowych Orange Polska, spółki, która w indeksie Respect jest od początku jego powstania, czyli od pięciu lat.

Obowiązujący od tygodnia nowy skład indeksu Respect zawiera 24 spółki. Kryteria znalezienia się na tej liście są bardzo rygorystyczne ‒ spółki muszą nie tylko wykazać się dobrą płynnością, lecz także w sposób nienaganny komunikować się z rynkiem, wykazać się szeroko zakrojonymi działaniami społecznie odpowiedzialnymi oraz przejść niezależną weryfikację.

Maciej Nowohoński podkreśla, że Orange był uwzględniany we wszystkich dotychczasowych edycjach tego indeksu. Dla spółki CSR jest równie istotnym elementem obecności na giełdzie, jak działania typowo finansowe związane z raportowaniem wyników finansowych lub wypłatą dywidend.

Korporacje, które działają w Polsce, powinny być społecznie odpowiedzialne. Zwracać szczególną uwagę na aspekty społeczne, ekologiczne oraz związane z cywilizowanym i etycznym działaniem w biznesie – przekonuje Nowohoński. Wylicza działania w tym obszarze: ‒ Co szósty pracownik naszej firmy w tym roku zaangażował się w wolontariat. Prowadzimy działalność dobroczynną. W tym roku wydaliśmy na te cele już około 18 mln zł. Ponad połowa faktur, które dzisiaj wysyłamy do naszych klientów, jest w formie elektronicznej.

Dzięki takim działaniom spółki stają się znacznie atrakcyjniejsze dla zagranicznych inwestorów. Tomasz Wiśniewski, wicedyrektor Działu Rozwoju Produktów Informacyjnych i Indeksów Giełdy Papierów Wartościowych, podkreśla, że spółki z indeksu Respect mogą wygrać walkę o inwestorów z podmiotami notowanymi np. w Pradze lub Budapeszcie, które nie wyróżniają w taki stopniu jak one społeczną odpowiedzialnością.

Dla inwestorów zagranicznych jest to dodatkowe kryterium, które decyduje o inwestycji w daną spółkę – podkreśla Wiśniewski. ‒ Docierają do nas sygnały, że wiele spółek jest pytanych przez inwestorów zagranicznych o kwestie CSR-owe i wówczas mówią, że jak najbardziej coś takiego robią, wypełniają pewne wymogi, publikują raporty i są uczestnikami indeksu giełdowego, a to przekłada się na odbiór tych spółek przez inwestorów.

Dodatkowe środki dla lekarzy rodzinnych. Od stycznia zaczyna obowiązywać pakiet onkologiczny

CEO Magazyn Polska

Pakiet onkologiczny ma ułatwić dostęp do lekarzy specjalistów i skrócić czas diagnozowania i leczenia. Dzięki niemu mają wzrosnąć szanse pacjentów z nowotworami na skuteczną terapię. Zdaniem części specjalistów pakiet może być jednak dużym wyzwaniem dla służby zdrowia, mimo że wdrażane zmiany od lat były postulowane przez pacjentów. Istnieje obawa, czy lekarze pierwszego kontaktu poradzą sobie z nowymi zadaniami w diagnostyce i czy starczy środków na realizację założeń pakietu.

Pierwsze miesiące będą kłopotliwe dla wszystkich, również dla pacjentów. Staramy się jednak informować, jak będzie wyglądała tzw. szybka ścieżka diagnostyczna i szybka ścieżka onkologiczna. Pakiet ten uwzględnia postulaty, które od lat były zgłaszane przez pacjentów – mówi agencji Newseria Szymon Chrostowski, prezes Polskiej Koalicji Organizacji Pacjentów Onkologicznych i prezes fundacji Wygrajmy Zdrowie.

Proces leczenia będzie się zaczynać w gabinecie podstawowej opieki zdrowotnej (POZ). Lekarz pierwszego kontaktu przy podejrzeniu choroby nowotworowej będzie miał dwa tygodnie na zlecenie podstawowych badań diagnostycznych i zdecydowanie, czy skierować pacjenta do specjalisty. Gdy dotrzyma terminów i wykryje chorobę, może liczyć na stawkę motywacyjną, niezależną od stawki kapitacyjnej, która uległa zwiększeniu o 1/3. Następne dwa tygodnie ma zająć diagnostyka u lekarza specjalisty, a kolejne dwa, w razie potwierdzenia choroby nowotworowej, pogłębiona diagnostyka, która ma określić rodzaj i umiejscowienie raka oraz planowaną terapię. Pacjent ma na tym etapie otrzymać opiekuna, który poprowadzi go przez cały proces leczenia. Według Naczelnej Rady Lekarskiej pakiet oznacza destabilizację systemu opieki zdrowotnej i pogorszenie szans leczenia pozostałych chorych.

Pojawiają się pytania, co z innymi pacjentami. Ale przecież oni również będą beneficjentami tego systemu. Jeżeli ten system zadziała, to powinien zadziałać również w przyszłości pakiet diabetologiczny oraz każdy inny. Jeżeli te rozwiązania się sprawdzą, powinny być wprowadzane także w innych obszarach, a wtedy wszyscy pacjenci zostaną objęci udogodnieniami oraz szybszą ścieżką diagnostyczną i szybką ścieżką leczniczą – mówi Szymon Chrostowski.

Pakiet onkologiczny znosi ponadto limity w onkologii oraz ogranicza leczenie szpitalne. Część hospitalizacji ma być zastąpiona przez wizyty w ambulatorium lub przychodni. Ma to być nie tylko tańsze z punktu widzenia opieki medycznej, lecz także wygodniejsze dla pacjenta. Zdaniem specjalistów problemem może być przerzucenie ciężaru wykrycia choroby na lekarzy rodzinnych.

To budzi duże kontrowersje samego środowiska lekarskiego, lekarzy POZ-u, z tego względu, że lekarze ci są nieprzygotowani, by zajmować onkologią. To nie jest do końca prawda, dlatego że lekarz pierwszego kontaktu ma zwrócić uwagę na pewnego rodzaju objawy, po to, żeby zlecić konkretne badania diagnostyczne, nadać kartę pacjenta onkologicznego – mówi Chrostowski.

Zadanie to mają im ułatwić szkolenia oraz wachlarz badań diagnostycznych, dzięki którym będą mieli więcej narzędzi niezbędnych do wykrycia choroby nowotworowej. Resort zdrowia po rozmowie z przedstawicielami środowisk lekarskich ograniczył jednak listę dodatkowych badań do sześciu. Na ich realizację ministerstwo przeznaczy ponad 1 mld zł.

Największe błędy dotyczą samej komunikacji. Jest wiele szpitali, które nie wiedzą, na czym będzie polegać pakiet onkologiczny. Nie wiedzą, w jaki sposób ten system zadziała i jak wdrożyć go w placówce. Również lekarze nie są do końca poinformowani o zbliżających się zmianach. My ze swojej strony, jako organizacje pacjenckie, staramy się informować społeczeństwo i pacjentów onkologicznych o zasadach, o tym, jak to wygląda od strony pacjenta, czego może się on domagać i jakie ma prawa w tym systemie – mówi Szymon Chrostowski.

Wielu lekarzy sceptycznie podchodzi do zmian. Rozmowy z resortem zdrowia trwają. Podczas wczorajszej konferencji minister zdrowia Bartosz Arłukowicz poinformował, że podpisane kontrakty na przyszły rok ma 60 proc. przychodni podstawowej opieki zdrowotnej, w których pracuje 68 proc. lekarzy. Zdaniem specjalistów polska opieka medyczna potrzebuje minimum roku na sprawne przeprowadzenie całej reformy i wdrożenie nowych rozwiązań.

Od przyszłego roku ślub możliwy poza urzędem stanu cywilnego

CEO Magazyn Polska

Nie będzie już przymusu zawierania związku małżeńskiego w siedzibie urzędu stanu cywilnego. Do tej pory było to ograniczone do wyjątkowych sytuacji, od stycznia będzie zależało od wyboru małżonków, ale też będzie się wiązało z dodatkowym kosztem. Wprowadzony zostanie także elektroniczny rejestr aktów urodzeń, małżeństw i zgonów, dzięki czemu uzyskanie odpisu będzie możliwe w dowolnym urzędzie w kraju.

Nowa ustawa wprowadza szereg udogodnień, w szczególności możliwość rejestracji aktu stanu cywilnego w systemie teleinformatycznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Stanuch, radca prawny w Kancelarii DLA Piper. – Dla obywateli oznacza to, że będą mogli uzyskiwać odpisy z urzędów stanu cywilnego nie tylko właściwych dla swojej siedziby, lecz także w innych urzędach na terenie całej Polski. Będzie można je uzyskać również w formie elektronicznej.

Wniosek nie będzie musiał składać się z wniosku papierowego, wystarczy wniosek drogą elektroniczną. Kierownictwa urzędów stanu cywilnego uzyskają również dostęp do systemu teleinformatycznego, więc w razie potrzeby – bez konieczności zasięgania informacji od obywateli – będą mogli przejrzeć je w systemie.

Założeniem całej ustawy jest przeniesienie w krótszym czasie wszelkiego rodzaju ewidencji właśnie do systemów teleinformatycznych, tak żeby później uniknąć obiegu papierów. Dzięki temu zostanie ograniczona zbędna papierologia – mówi Sławomir Stanuch.

Zmiany w Prawie o aktach stanu cywilnego zakładają również możliwość zawierania małżeństw poza siedzibą urzędu stanu cywilnego. Dotychczas było to możliwe tylko w uzasadnionych wypadkach, np. ze względu na pobyt w szpitalu czy zakładzie karnym.

Ustawa pozwoli na zawieranie małżeństw poza siedzibą USC, na przykład w miejscu, które kojarzy się z miłym wydarzeniem, poznaniem małżonka itp. Możliwość taka będzie się wiązała jednak z pewnymi kosztami. Ustawodawca przewiduje, że nie powinny one przekraczać 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia – mówi radca prawny z Kancelarii DLA Piper.

Zgodnie z danymi GUS za listopad przeciętne wynagrodzenie brutto przekroczyło 4 tys. zł. Rozporządzenie resortu spraw wewnętrznych zakłada jednak, że ta opłata będzie wynosiła 1 tys. zł. Kwota ta będzie dochodem dla danej gminy. Liczba małżeństw zawieranych poza USC to ponad 2 tys. rocznie.

Nowa ustawa wprowadzi też nowe zaświadczenie o stanie cywilnym, które ma ułatwić postępowanie administracyjne. Będzie mieć to szczególne znaczenie dla osób, które chcą zawrzeć małżeństwo za granicą. W pierwotnej propozycji na zaświadczeniu miało nie być informacji o płci współmałżonka, ale wywołało to obawy środowisk konserwatywnych.

Protestowały one, twierdząc, że brak ujawnienia płci w zaświadczeniu doprowadzi do sytuacji, w której obywatel Polski mógłby zawrzeć związek małżeński z osobą tej samej płci tam, gdzie dozwolone są takie małżeństwa – zauważa Stanuch. – Z drugiej strony pojawiały się uwagi, że ujawnienie płci współmałżonka może dyskryminować osoby, które takie zaświadczenie, z takim właśnie założeniem, wybierają. Ostatecznie dokument będzie zawierał płeć współmałżonka.

Tym samym jeżeli w świetle polskiego prawa planowane małżeństwo nie spełni wymogów, które są przed nim stawiane (na przykład miałoby być związkiem jednopłciowym), kierownik USC może odmówić wydania zaświadczenia.

Zgodnie z nową ustawą pojawi się również możliwość nadawania dzieciom imion obcych. Imiona te nie będą musiały wskazywać na płeć, ale będą musiały być z nią powiązane – mówi Sławomir Stanuch

2014 rok rekordowo dobry dla deweloperów. Przyszły rok nie powinien być gorszy

CEO Magazyn Polska

Pod względem liczby sprzedanych mieszkań na deweloperskim rynku pierwotnym ten rok będzie rekordowy. W przyszłym roku jest szansa na powtórzenie tego wyniku. Eksperci oczekują rosnącej stopniowo podaży i trochę mniejszego popytu. Sytuacji nie powinien pogorszyć wymóg 10-proc. wkładu własnego, a wspomagać będzie program Mieszkanie dla Młodych.

Wiele wskazuje na to, że ten rok pod względem liczby mieszkań sprzedanych na rynku pierwotnym w Polsce będzie rekordowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Kuniewicz, dyrektor działu badań i analiz rynku firmy REAS. – Z całą pewnością jesteśmy w górnej fazie cyklu, jeśli chodzi o popyt, za którym idzie podaż wraz z mieszkaniami wprowadzonymi do sprzedaży. Mamy już za sobą moment równowagi, czyli zrównoważenia liczby sprzedanych lokali i wprowadzanych w danym okresie na rynek, ale wciąż jesteśmy bardzo blisko tego punktu.

Według Głównego Urzędu Statystycznego po trzech kwartałach br. w całym kraju oddano do użytku 100 138 mieszkań, czyli o 1,9 proc. mniej niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Wydano natomiast ponad 120 tys. pozwoleń na budowę, czyli o 14,8 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2013 roku, kiedy odnotowano spadek o nieco ponad 18 proc. Wzrosła także (do ponad 114,5 tys., czyli o 17 proc.) liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto, wobec spadku przed rokiem o 16,2 proc.

Następny rok – zdaniem Kuniewicz – powinno być równie dobry pod względem sprzedażowym. Nie należy spodziewać się ani załamania sprzedaży, ani gwałtownej hossy.

Wszystko wskazuje na to, że będziemy mieli spokojny, dobry rok sprzedażowy z powoli rosnącą podażą – przekonuje Katarzyna Kuniewicz. – Mamy przygotowane do wprowadzania na rynek nowe projekty deweloperów, którzy wcześniej przetestowali bardzo różne realizacje, jeśli chodzi o segmentację, lokalizację, odbiorców itp., oraz takich, którzy wychodzili z Warszawy jako swojego pierwszego rynku na zewnątrz z sukcesem.

Jak podkreśla, po stronie popytowej uruchomiły się wszystkie grupy: od najniższej, która kwalifikuje się do programu Mieszanie dla Młodych, po inwestorów, który lokują w mieszkania oszczędności i kapitał.

Zwiększenie od stycznia na skutek rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego wymaganego przez banki wkładu własnego podczas ubiegania się o kredyt hipoteczny do 10 proc. nie powinno wpłynąć na zmniejszenie popytu.

Sposób wdrażania rekomendacji był znany od dawna, więc wydaje się, że mamy do czynienia z zaakceptowanym przez wszystkie strony popytu i podaży faktem – ocenia Kuniewicz. – Już w br. bardzo trudno było uzyskać kredyt, mając tylko 5 proc. wkładu własnego. 10 proc. jest racjonalnym wymaganiem i nie ma najmniejszych wątpliwości, że to dobra rekomendacja.

Program MdM pomoże nabywcom, którzy najbardziej odczują zwiększenie wkładu własnego podczas zaciągania kredytu. Obecnie w Warszawie kwalifikują się do niego mieszkania, których cena nie przekracza 6 583,1 tys. zł za metr kwadratowy.

Mamy grupę osób, których nie stać na inną nieruchomość niż ta, która jest poniżej limitu – wskazuje Kuniewicz. – MdM rozwiązuje niejako ten problem. Jeżeli takie było założenie programu, to chylę czoła, bo tak to właśnie zadziała. Grupa, która zostanie najbardziej uderzona większym wkładem własnym, uzyska wsparcie i to nie hipotetyczne, lecz rzeczywiste, w momencie kupowania mieszkania.

Program powinien w dalszym ciągu wspierać sprzedaż, tym bardziej jeśli limity będą rosły. Jak podkreśla ekspertka, w takiej sytuacji możliwa jest powtórka wyniku ponad 16 tys. sprzedanych mieszkań na rynku warszawskim.

Polski rynek, jak zauważa Kuniewicz, ma za sobą bardzo trudny okres po kryzysie 2009 roku. Pozostały na nim przedsiębiorstwa doświadczone, które obecnie zachowują się bardzo spokojnie.

Wydaje się, że mamy teraz najlepszą fazę na rynku, który jest przecież cykliczny, jesteśmy teraz w górnych limitach popytowych – zauważa Katarzyna Kuniewicz. – Jak zwykle najciekawsze jest to, jak długo potrwa dobry okres. Bo to, że popyt nie będzie tylko rosnąć, jest pewne. Kto tego faktu nie akceptuje, nie powinien działać na rynku mieszkaniowym.