Wsparcie systemowe kluczem rozwoju sektora MŚP w erze pandemii koronawirusa

Gospodarka rynkowa nie jest w stanie regulować się na bazie własnych mechanizmów – uważają uczestnicy panelu dyskusyjnego, który odbył się na Forum Ekonomicznym w Karpaczu w dn. 8-10 września 2020 r. Panel był poświęcony skutecznym metodom wsparcia oraz metodom stymulowania rozwoju sektora małych i średnich firm.

O kondycji sektora MŚP w Polsce opowiedział na wstępie Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców. W jego opinii obecny stan wymaga pomocy rządu, ale w postaci zmian instytucjonalnych w prawie, które nie będą obciążać budżetu. Biuro Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców sformułowało w tym celu stosowny pakiet postulatów.

Zdaniem Abramowicza w przestrzeni publicznej potrzebna jest dyskusja na temat systemu ubezpieczeń dla przedsiębiorców, który czerpałby ze sprawdzonych rozwiązań zagranicznych. W wyniku dialogu z rządem udało się już wypracować pewne kroki, ale w ocenie rzecznika MŚP nie są one wystarczające.

Jak powiedział Marek Niedużak, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju, na tle innych krajów unijnych polska gospodarka ma bardzo duży udział sektora MŚP, co samo w sobie stanowi wyzwanie. Jako przykład projektu, który może poprawić warunki rozwoju sektora podał tzw. estoński CIT.

Rolę instytucji wsparcia systemowego dla sektora MŚP omówił Konrad Trzonkowski, prezes zarządu Agencji Rozwoju Przemysłu. Zasiliły one realną sferę gospodarczą kwotą 135 mld zł, nie zaburzając realiów konkurencyjności. Zdaniem Trzonkowskiego gospodarka wolnorynkowa nie jest w stanie wyregulować się sama.

W ramach współpracy z sektorem MŚP w 2019 roku Agencja Rozwoju Przemysłu opracowała strategię, w ramach której przewidziano konieczność wsparcia przedsiębiorców w czasie kryzysu. Obecnie w ARP zrealizowano już wnioski pożyczkowe na łączną kwotę 700 mln zł. Agencja jest w stanie wprowadzić na rynek kolejne 1,7 mld zł.

Jak zachęcić przedsiębiorców do inwestycji? Zdaniem Przemysława Kurczewskiego, zastępcy dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, warunkiem koniecznym jest przewidywalność otoczenia zarówno pod względem finansowym, jak i prawnym. Proponowane regulacje prawne powinny mieć znacząco wydłużony okres konsultacji.

Stabilność prawa, jako czynnik sprzyjający inwestowaniu, potwierdził również rzecznik MŚP. Zdaniem Adama Abramowicza zmiany prawa nakładające obowiązki na przedsiębiorców, powinny mieć przynajmniej 6-miesięczne vacatio legis (okres między publikacją aktu prawnego, a jego wejściem w życie, który pozwala przygotować się do nowych przepisów).

O możliwych zmianach w strukturze gospodarki pod wpływem pandemii koronawirusa wspomniał Konrad Trzonkowski. W opinii zarządzającego ARP gospodarki odpowiednio zdywersyfikowane wychodzą z każdego kryzysu dużo lepiej. Stąd wsparcie punktowe czy stymulacja konkretnych branż wydaje się obecnie rozwiązaniem zbyt pochopnym.

W dyskusji pojawił się również wątek odpowiedniej pory do inwestycji w sektorze MŚP. W tym temacie wybrzmiało wspólne stanowisko świadczące o tym, że obecny czas podwyższonego ryzyka zdecydowanie temu nie sprzyja. Innowacyjność rodzimych firm bazuje również na budowaniu kompetencji i ten proces zdecydowanie warto podtrzymać.

Kryzys w branży gastronomicznej dopiero przyjdzie

Pandemia koronawirusa była dużym szokiem dla branży gastronomicznej – która została zmuszona do zamknięcia restauracji w modelu, w jakim działały dotychczas, czyli przyjmowania gości w lokalach. Stało się to właściwie z dnia na dzień – cały sektor nie był więc na to gotowy. W pierwszych tygodniach intensywnie pracowano nad transformacją modelu i sprzedażą w kanale tzw. delivery, czyli dostaw. Chociaż transformację tę, zwłaszcza w tak krótkim czasie można uznać za udaną, spadki przychodów były gigantyczne. Na początku panował duży strach – co przerodziło się jednak w dynamiczne działanie, planowanie i wdrażanie odpowiednich strategiiChociaż dzisiaj można założyć, że trwa etap wychodzenia z pandemii – nie wiadomo jak sprawy potoczą się dalej. Najtrudniej przewidzieć jednak to, jak zmienią się preferencje konsumentów. Jak zapowiadają eksperci, kryzys w branży gastronomicznej jeszcze przyjdzie.

– Obecnie lokale w ścisłym centrum Warszawy potrafią generować niższe przychody niż lokale w miastach, gdzie żyje 100-200 tysięcy mieszkańców – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Kołaszewski, członek zarządu Bobby Burger. – Ludzie unikają dużych skupisk, wolą siedzieć w ogródkach niż wewnątrz restauracji. Wybierają także lokalne miejsca w swojej dzielnicy, zamiast przemieszczać się do centrum. Niewiadomą pozostaje jednak, czy taki trend się utrwali. Niewiedza utrudnia planowanie w branży gastronomicznej – choćby pod kątem otwierania nowych lokali i budowania biznes planów. Prognozy zakładają negatywne scenariusze, w których kryzys dla branży ma wkrótce nadejść. Dotychczas można było już usłyszeć o zamknięciu kilku znanych restauracji. Dzięki rządowemu projektowi większość firm otrzymała wsparcie i środki finansowe, aby przetrwać ten czas. Pojawia się pytanie, jak sytuacja będzie wyglądała za 6-7 miesięcy. Być może przed branżą gastronomiczną są gorsze czasy – choć w dłuższej perspektywie szansą dla wielu może okazać się przerzedzenie i ostudzenie całego rynku. Przyciągał on wielu przedsiębiorców, a próg wejścia nie był wysoki. Obecne trudności i pandemia mogą ich nieco zniechęcić – analizuje Kołaszewski.

Krytyczni wobec eko marketingu, ale niekoniecznie wobec ekologii

Zielony marketing nie każdemu przypada do gustu. Niektórych nawet aktywnie irytuje. W dobie mody na ekologiczne przekazy 14% Polaków przejawia sceptycyzm wobec komunikacji pro-ekologicznej. Nie oznacza to jednak, że odwracają się oni od samej ekologii – wynika z drugiej edycji badania EKOBAROMETR Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research.

Ekologia ze względu na swoje szerokie pojęcie i popularność w komunikatach marketingowych wzbudza w Polakach różne emocje i postawy społeczne, często bardzo skrajne. Chcąc bliżej przyjrzeć się nastawieniu polskiego społeczeństwa do tematów ekologicznych, Agencja Badań Rynku i Opinii SW Research rozszerzyła swój cykliczny projekt EKOBAROMETR o pytania dotyczące społecznego wymiaru ekologii. W oparciu o wyniki powstała mapa pięciu różnych osobowości ekologicznych– które zostały przez SW Research opisane jako:

  1. Eko Na Pokaz,
  2. Eko Entuzjaści,
  3. Eko Zagubieni,
  4. Eko Troskliwi
  5. Krytycy Ekomarketingu.

Ilu jest Krytyków Ekomarketingu i kim są? Tę osobowość można spotkać średnio u 14% mieszkańców Polski, co oznacza, że w całym społeczeństwie. grupa ta może liczyć między 4,2 a 6,5 mln osób.

Krytykami są częściej mężczyźni (58%).  Pod względem wieku czy klasy zamieszkania nie wyróżniają się szczególnymi charakterystykami na tle całego społeczeństwa.

Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że Krytyk Ekomarketingu nie ma negatywnego stosunku do  ekologii jako takiej. Jego niechęć skierowana jest przede wszystkich w stronę zielonego marketingu, czyli przesadnego, jego zdaniem, nawiązywania do eko-motywów podczas komunikacji produktu czy usługi. Podejrzliwość i antypatia Krytyka przejawia się głównie w jego deklaracjach zakupowych. Na zakup produktu opatrzonego certyfikatem bio zdecydowałoby się tylko 31% Krytyków (Ogółem – 59%), a jedynie 20% osób z tego segmentu zwraca uwagę na ekologiczne opakowanie produktu (Ogółem – 49%). Również najmniej chętnie ze wszystkich segmentów Krytycy zapłaciliby więcej za odzież i obuwie wykonane z materiałów ekologicznych (15%, Ogółem  – 44%).

Nieufne spojrzenie tej grupy osób dostrzegalne jest również w podejściu do problemów ekologicznych. Rzadziej niż większość innych grup są zdania, że smog stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia ludzi (75%, Ogółem– 81%), a dwie trzecie Krytyków  sądzi, że obecny stan środowiska jest istotnym problemem (66%, Ogółem– 79%).

Slajd10 Slajd9Źródła obserwowanej nieufności do ekologii w komunikatach marketingowych należy upatrywać w dysonansie poznawczym rodzącym się w umysłach konsumentów na skutek otrzymywania sprzecznych komunikatów. Z jednej strony mogą oni bowiem odnieść wrażenie, że coraz więcej firm i instytucji staje się „eko”, z drugiej zaś niepokoją ich alarmujące doniesienia medialne o pogarszającym się stanie środowiska naturalnego i nieuchronnym zbliżaniu się ku ekologicznej katastrofie. Zestawienie tych dwóch nurtów, szczególnie w oczach uważnych i świadomych konsumentów sprawia, że niektórzy z nich nie chcą zaufać eko produktom, nie widząc ich realnego wpływu na środowisko – komentuje Piotr Zimolzak, Wiceprezes Zarządu SW Research.

Nie tacy straszni, jak się wydają

Osoby należące do segmentu Krytyków wykazują negatywne podejście do zielonego marketingu, ale w innych postawach ekologicznych są przykładnymi obywatelami. 90% osób z tego segmentu regularnie segreguje śmieci (Ogółem  – 84%), tyle samo gasi światło po wyjściu z pomieszczenia (Ogółem  – 83%), a 89% chodzi do sklepów z własnymi siatkami na zakupy (Ogółem  – 84%). Również 85% Krytyków stara się oszczędzać wodę przy każdej okazji (Ogółem – 81%).

Co ciekawe, 87% Krytyków Ekomarketingu kupuje energooszczędne żarówki LED-owe, kiedy mają taki wybór. Dla Ogółu odsetek ten wynosi 82% . Jest to nieliczny aspekt zakupów pro-ekologicznych, gdzie Krytycy Ekomarketingu zanotowali wynik wyższy niż dla Ogółu.

Slajd11

Niechęć do komunikatów ekologicznych nie przekłada się negatywnie na drobne działania tego segmentu na rzecz środowiska. Zastanawiające są dla nas powody, dla których wykonują dane czynności – komentuje Zimolzak. Jak widać na przykładzie energooszczędnych żarówek, przy zakupach kierują się częściej innymi czynnikami niż ekologia, a to, że przyczyniają się dzięki swoim zakupom do ochrony środowiska jest efektem pośrednim. Warto zatem przekazywać takim osobom inne zalety produktów, niż tylko skupiać się na ich aspektach pro-ekologicznych.

Opis badania

Badanie ma charakter cykliczny (trackingowy). Prezentowane wyniki dotyczące obszaru społecznego są sumą dwóch pomiarów zrealizowanych przez SW RESEARCH w czerwcu (4-24.06.2020 r.) oraz w marcu (2-24.03.2020 r.) metodą wywiadów on-line (CAWI). W ramach badania przeprowadzono w sumie 2 991 ankiet (Pomiar II – 1 515, Pomiar I – 1 476) z użytkownikami panelu badawczego SW Panel. Realizacja kolejnej fali planowana jest we wrześniu 2020 r.

O projekcie

Projekt EKOBAROMETR to cykl badań poświęcony analizie aktualnych postaw i nastrojów polskich konsumentów wobec szeroko pojętej ekologii obecnej w różnych sferach codziennego życia. Jedną z nich jest wymiar społeczny, ukazujący m.in. jak Polacy podchodzą do ekologii jako takiej i jak różnią się między sobą ich postawy wobec środowiska. Drugą sferą jest obszar komunikacji marketingowej, ukazujący m.in. jak konsumenci odbierają reklamy wykorzystujące motywy ekologiczne.

EBC utrzymuje łagodny kurs polityki pieniężnej

Europejski Bank Centralny, po posiedzeniu rady prezesów w czwartek (10.09.2020), zgodnie z oczekiwaniami analityków utrzymał dotychczasowy ultra łagodny kurs polityki pieniężnej w strefie euro. Stopa depozytowa pozostała na poziomie -0,4%, nie zmieniono również łącznej kwoty programu nadzwyczajnych zakupów w czasie pandemii (PEPP). Bank będzie kontynuował także program skupu aktywów (APP) w niezmienionej skali w wysokości 20 mld EUR miesięcznie. Jednym z najważniejszych argumentów dla tej decyzji okazała się nowa projekcja EBC, w której Europejski Bank Centralny przedstawia lepszy niż przed kwartałem scenariusz makroekonomiczny.

Po raz kolejny Superfund Alternatywny odnotowuje solidny wynik w skali tygodnia +1,75%. Fundusz ten wciąż jest jednym z najlepszych funduszy otwartych w tym roku pod względem stopy zwrotu, od początku roku zarobił 44,76%.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała lekki wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG w skali tygodnia zyskał na wartości 0,43%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zarobiły 0,84%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z lekkim spadkiem: sWIG80 osłabił się o 1,64%, a mWIG40 o 0,36%.

W bieżącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona zarówno na danych i wiadomościach z USA, jak i z Polski. We wtorek (15.09.2020) poznamy dane dotyczące produkcji przemysłowej w USA, inflacje CPI w Polsce oraz decyzje Rady Polityki Pieniężnej RP w sprawie stóp procentowych. W środę (16.09.2020) poznamy dane o sprzedaży detalicznej w USA oraz decyzje FOMC w sprawie stóp procentowych. W czwartek (17.09.2020) będą opublikowane dane o zatrudnieniu i wynagrodzeniu w Polsce. Poza tym poznamy liczbę nowych pozwoleń na budowę domów w USA. W piątek (18.09.2020) nadejdzie kolej danych o produkcji przemysłowej w Polsce oraz salda rachunku bieżącego w USA.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Giełdowy debiut Allegro może być największym w historii. Grupa zapowiada dalszy rozwój programu Smart! i Allegro Pay

Grupa Allegro, gigant polskiego e-commerce, ogłosiła zamiar przeprowadzenia pierwszej oferty publicznej swoich akcji, która będzie skierowana do inwestorów instytucjonalnych i detalicznych. Według ekspertów jej giełdowy debiut może być największym w historii warszawskiego parkietu. Allegro chce pozyskać z emisji akcji ok. 1 mld zł, co pozwoli spółce spłacić część zadłużenia, wzmocnić pozycję finansową i wspomóc plany rozwoju. Jej strategia zakłada dalsze inwestycje w obsługę kupujących i sprzedawców, lecz grupa nie wyklucza też międzynarodowej ekspansji.

– Allegro jest w Polsce bardzo lubianą marką. Około 12 mln Polaków robi tu zakupy, mamy ponad 100 tys. sprzedawców – małych i średnich przedsiębiorstw, które codziennie prowadzą sprzedaż. Dlatego wejście na warszawską Giełdę Papierów Wartościowych jest dla Allegro naturalnym krokiem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes François Nuyts, prezes zarządu Allegro.

Gigant polskiego rynku e-commerce w ciągu ostatnich 20 lat przekształcił się z lokalnego start-upu w dużego, europejskiego gracza. Niedawno z blisko 194 mln odsłon miesięcznie Allegro weszło do dziesiątki największych serwisów e-commerce na świecie. W Polsce firma ma 3-proc. udział w całym krajowym rynku handlu detalicznego, wartym ok. 621 mld zł. Szacunki zakładają, że do 2024 roku jego wartość wzrośnie już do 724 mld zł (czyli ponad 180 mld dol.).

To stwarza znaczące możliwości zwiększania udziału w wydatkach konsumentów zwłaszcza że Polska jest jednym z najszybciej na świecie rosnących rynków e-commerce i wciąż ma duży potencjał wzrostu.

– To dobry moment, aby Allegro zadebiutowało na giełdzie. Obecność na GPW od początku wydawała się naturalnym krokiem. Nasi obecni inwestorzy to trzy fundusze private equity, które dokonały przejęcia Allegro około czterech lat temu. Ich inwestycje trwają zwyczajowo od czterech do sześciu lat – mówi François Nuyts. – Nadal jednak będą posiadać udziały w Allegro i będą nas wspierać w dalszych inwestycjach i rozwoju działalności. Nic się nie zmienia w kwestii naszego zaangażowania w poprawę jakości obsługi klienta, która odpowiada za sukces w perspektywie długoterminowej.

Według ekspertów planowane jesienią IPO spółki będzie jednym z największych w historii warszawskiego parkietu. Allegro chce pozyskać z emisji akcji ok. 1 mld zł, co pozwoli spółce zredukować dźwignię finansową i spłacić część zadłużenia. Inwestorom indywidualnym zostanie przydzielone ok. 5 proc. łącznej liczby oferowanych akcji.

– Ograniczenie zadłużenia umożliwi nam dalsze inwestycje związane z rozwojem działalności – np. intensyfikację działań związanych z Allegro Smart! i Allegro Pay. Ten krok otworzy nam też drogę do potencjalnych fuzji i przejęć – wskazuje prezes zarządu Allegro.

Technologiczna firma może się pochwalić znacznym tempem wzrostu przychodów, rentowności i przepływów. Wartość produktów sprzedanych za pośrednictwem platformy (GMV) w ubiegłym roku sięgnęła 22,8 mld zł (czyli ok. 5,7 mld dol.) – co stanowiło wzrost o 25,4 proc. w porównaniu do tempa wzrostu wynoszącego ok. 16 proc. w pozostałej części segmentu e-commerce w Polsce. Przychody netto spółki w ubiegłym roku wzrosły zaś o ponad 30 proc. Z kolei w I połowie tego roku oba te wskaźniki (GMV i przychody netto) wzrosły już o ponad 50 proc.

Prezes zarządu Allegro François Nuyts podkreśla, że szybki wzrost to zasługa inwestycji w wysoki poziom obsługi i satysfakcji kupujących i sprzedawców, które spółka zamierza kontynuować. Grupa podała, że nie wyklucza też międzynarodowej ekspansji.

– Debiut na giełdzie w najbliższej perspektywie nie przyniesie dla konsumentów żadnych zmian. Natomiast w średnio- i długoterminowej perspektywie oznacza, że podwajamy wysiłki i podejmujemy dalsze inwestycje w działalność. Są więc pewne pośrednie skutki – będziemy nadal prowadzić intensywną rekrutację, inwestować w programy takie jak Smart!, Allegro Pay i wiele innych. Chodzi o doświadczenia klientów, którzy wchodzą na stronę Allegro – każdego dnia muszą być coraz lepsze. Kontynuujemy też inwestycje i rozwój narzędzi dla handlowców, aby mogli rozwijać swoją działalność. Dzięki programowi Smart! ich sprzedaż znacznie wzrosła, również liczba produktów sprzedawanych jednorazowo – podkreśla.

Według firmy analitycznej SimilarWeb Allegro pod względem miesięcznej liczby wizyt zalicza się do 100 największych portali internetowych na świecie.

– Jesteśmy dość nietypowi, ponieważ większość podobnych firm na świecie stawia na rozwój własnej sprzedaży. My natomiast dążymy do zwiększania sprzedaży podmiotów korzystających z naszej platformy i dawania im narzędzi, aby mogli szybko dostarczać produkty klientom i dzięki temu się rozwijać. To jedna z charakterystycznych cech Allegro, która czyni je niezwykłym na skalę światową – przekonuje François Nuyts.

Grupa Allegro jest właścicielem największej w Polsce porównywarki cenowej Ceneo.pl (średnio 21 mln użytkowników miesięcznie, 600 mln wizyt w ub.r.) oraz platformy handlowej Allegro.pl. Ta jest niekwestionowanym liderem polskiego rynku e-commerce – wartość jej sprzedaży w 2019 roku była 12-krotnie wyższa niż największego konkurenta online. Allegro.pl dysponuje bazą 12,3 mln aktywnych kupujących i 117 tys. sprzedających. Co miesiąc platformę odwiedza średnio ok. 20 mln internautów, czyli ponad 75 proc. wszystkich użytkowników internetu w Polsce, którzy w sumie generują ok. 380 mln wizyt miesięcznie i zawierają średnio 32 mln transakcji.

Miasta przechodzą cyfrową rewolucję. Będzie przybywać inteligentnych biurowców i galerii handlowych

COVID-19 może przyspieszyć cyfrową transformację w budownictwie i realizację idei inteligentnych miast. Biurowce, ale także galerie handlowe czy budynki użyteczności publicznej są użytkowane mniej intensywnie. To oznacza konieczność zminimalizowania wszystkich kosztów związanych m.in. z ich ogrzewaniem, klimatyzowaniem albo oświetleniem. W budynkach, w których pracownicy wrócili już do pracy stacjonarnej, potrzebne są nowe funkcjonalności zapewniające większe bezpieczeństwo zdrowotne. Do tego służą inteligentne systemy automatyki budynkowej oparte na internecie rzeczy, a popyt rynkowy na takie rozwiązania w ostatnich miesiącach rośnie.

– Inteligentne budynki są wyposażone w cały szereg urządzeń internetu rzeczy, które komunikują się ze sobą lub z oprogramowaniem zarządzającym, są w stanie dokonywać pomiarów zachodzących procesów i otoczenia, a także reagować na komendy albo automatycznie realizować określone funkcje. Wszystko to daje nam możliwość zwiększenia funkcjonalności takiego budynku, co przekłada się na komfort jego użytkowania, zwiększenie efektywności wykorzystania i spadek związanych z tym kosztów – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Łukaszewski, prezes Schneider Electric na Klaster Polski, Czech, Słowacji i Ukrainy.

Liczba maszyn, czujników i kamer podłączonych do internetu rzeczy stale rośnie. Według szacunków IDC w 2025 roku do IoT będzie podłączonych już 41,6 mld urządzeń, generujących 79,4 zetabajtów (ZB) danych. Z kolei serwis Statista podaje, że do 2023 roku globalne wydatki na IoT mają sięgnąć już łącznie 1,1 bln dol., co czyni go jednym z najszybciej rozwijających się trendów technologicznych. Największy potencjał rozwoju internet rzeczy ma m.in. w przemyśle, telemedycynie czy właśnie inteligentnych budynkach. Według prognoz analityków MarketandMarkets rynek inteligentnych budynków będzie się rozwijał w najbliższych latach w tempie blisko 12 proc. średniorocznie i osiągnie w 2024 roku wartość niemal 106 mld dol.

– Dane to waluta XXI wieku, coraz większe liczby urządzeń są w stanie komunikować się między sobą i podlegają automatycznej regulacji. Wygrywają te firmy, które te ogromne ilości danych potrafią zamienić na użyteczne informacje, które np. poprawią efektywność działania i produktywność procesów przemysłowych w budynku. Mowa nie tylko o oszczędzaniu np. energii, ale też o lepszej funkcjonalności i komforcie użytkowników – mówi Jacek Łukaszewski.

Internet rzeczy pozwala w inteligentnym budynku monitorować wszystkie systemy i sterować nimi: m.in. klimatyzacją i wentylacją, windami, oświetleniem, systemem kontroli dostępu czy telewizji dozorowej. Urządzenia i czujniki gromadzą i przetwarzają dane z różnych źródeł, reagując na zmiany w czasie rzeczywistym, tak aby uzyskać optymalne zużycie energii, mediów albo poprawić komfort w budynku.

Jak podkreśla prezes Schneider Electric MEE, pandemia SARS-CoV-2 zwiększyła rynkowe zapotrzebowanie na rozwiązania z obszaru smart buildings. Gros firm oddelegowało swoich pracowników do pracy zdalnej, a niektóre z nich testują model pracy hybrydowej. Biurowce, galerie handlowe czy budynki użyteczności publicznej są użytkowane mniej intensywnie albo wciąż są przynajmniej częściowo puste. To oznacza konieczność zminimalizowania  wszystkich kosztów związanych m.in. z ich ogrzewaniem, klimatyzowaniem albo oświetleniem.

– Jeżeli inteligentny budynek jest w stanie to regulować sam, to bardzo dobrze. Jeżeli nie, to wszystko staje się bardzo kosztowne – tłumaczy. – Pandemia wymusza też ograniczanie kontaktów, dystansowanie społeczne, a więc i bezkontaktową obsługę wszystkich instalacji. Tu pomocne są technologie obsługi głosowej czy urządzenia zbliżeniowe. Popyt na nie ostatnio rośnie. Nie można też zapomnieć o jakości powietrza, bo SARS-CoV-2 przenosi się drogą kropelkową, a więc instalacje dystrybucji powietrza, wentylacji i klimatyzacji, w które wyposażona jest większość nowoczesnych budynków, muszą minimalizować ewentualne rozprzestrzenianie się wirusa.

Schneider Electric, specjalizujący się w cyfryzacji zarządzania energią i automatyzacji procesów przemysłowych, podłączył do internetu rzeczy popularnie stosowane m.in. w biurowcach, fabrykach czy hotelach systemy BMS (Building Management Systems – zintegrowane systemy komputerowe, czuwające nad działaniem najważniejszych podsystemów budynkowych). Są one znane na rynku od dość dawna, ale podłączenie ich do IoT pozwala na zintegrowaną komunikację wszystkich podsystemów w czasie rzeczywistym i zdalne sterowanie nimi nawet z poziomu aplikacji mobilnej w smartfonie.

– Nasza architektura dedykowana internetowi rzeczy nazywa się EcoStruxure i pozwala na wdrażanie tego typu instalacji w szerokiej skali, nie tylko w budynkach, ale też w zakładach przemysłowych, centrach przetwarzania danych czy wreszcie w całych miastach – mówi prezes Schneider Electric MEE.

EcoStruxure Building to system BMS oparty na IoT, którego możliwości są uzależnione tylko od potrzeb branży bądź konkretnego budynku. Pozwala m.in. wykrywać usterki i je usuwać, optymalizować zarządzanie przestrzenią w biurowcach, minimalizować koszty zużycia mediów i obsługi obiektu. Dzięki temu budynek staje się bardziej ekologiczny, przyjazny i efektywny kosztowo.

– Przykładowo, gdy wjeżdżamy do garażu czy wchodzimy do biura, oświetlenie i klimatyzacja są automatycznie dostosowywane. Nadzór nad wykorzystaniem powierzchni biurowej, jej oświetleniem czy ociepleniem w zależności od pory roku też odbywa się automatycznie. Cały szereg usług cyfrowych czy instalacji w budynku jest możliwy dzięki automatyzacji i internetowi rzeczy – wymienia Jacek Łukaszewski. – Skuteczne wdrożenie takiego systemu IoT w dużej skali, tak aby uzyskać maksymalny zwrot z inwestycji i nie przeinwestować, nie jest łatwe. Wymaga sprawdzonego, doświadczonego partnera, ale efektem jest poprawa komfortu, efektywności działania i obniżenie kosztów operacyjnych.

Pokazują to też dotychczasowe wdrożenia. W szanghajskim Huashan Hospital wprowadzenie takich cyfrowych rozwiązań pozwoliło scentralizować systemy klimatyzacji i oświetlenia. Efekt to niższe koszty, większa o 20 proc. efektywność zarządzania obiektem i ograniczenie zużycia energii o 18 proc. Z kolei wdrożenie rozwiązań EcoStruxure Schneider Electric w wybranych hotelach Marriott przełożyło się na spadek zużycia energii średnio o 10–15 proc.

– Nie można zapominać o śladzie węglowym. Efektywny energetycznie budynek, czyli taki, który samodzielnie wytwarza energię ze źródeł odnawialnych albo korzysta z niej w najbardziej efektywny sposób, jest nie tylko tańszy w eksploatacji, ale i  przyjazny dla środowiska, realizuje funkcje komfortu w sposób zrównoważony – zaznacza prezes Schneider Electric MEE.

Optymalizacja zużycia energii w budynkach to jeden z filarów globalnej transformacji energetycznej, na którą mocny akcent stawia obecnie UE. Europejski Zielony Ład zakłada osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku. Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) cyfryzacja i wprowadzenie inteligentnych rozwiązań może obniżyć całkowite zużycie energii w budynkach mieszkalnych i komercyjnych o 10 proc. do 2040 roku.

Ekologia zdominowała rynek opakowań. W najbliższych latach nie wyprze jednak tworzyw sztucznych

Na rynku pojawia się coraz więcej biodegradowalnych i kompostowalnych opakowań. Producenci w ten sposób chcą nadążyć za modą na ekologię. – Pomimo tego w ciągu najbliższych kilku lat plastik nie zniknie całkowicie z rynku opakowań. Wygoda jego użytkowania przewyższa na razie aspekty ekologiczne – mówi Beata Pyś-Skrońska, zastępca dyrektora w Polskiej Izbie Opakowań.

Jednym z wiodących na rynku trendów jest ekologia i opakowania również muszą za nim nadążać. W związku z tym pojawiają się pewne zmiany w projektowaniu opakowań, rozwiązania, które producenci muszą wprowadzić, żeby zadowolić konsumentów, spełnić ich oczekiwania wobec produktów i opakowań – mówi agencji Newseria Biznes Beata Pyś-Skrońska. – Klienci chcą odchodzić od tworzyw sztucznych. Na razie jest to bardziej widoczne w deklaracjach niż faktycznych zakupach.

Jak podkreśla, pandemia koronawirusa sprawiła, że względy ekologiczne zostały nieco odsunięte na boczny tor.

– Konsumenci bardziej skupili się na bezpieczeństwie. Woleli kupić np. wędlinę zapakowaną w plastikowe pudełko niż z lady w sklepie, jeżeli mieli taką możliwość – mówi zastępca dyrektora w Polskiej Izbie Opakowań. – Ekologiczny kierunek na pewno będzie jednak zyskiwał na znaczeniu.

Zmiany są napędzane nie tylko przez wymagania konsumentów, ale także legislację Unii Europejskiej związaną z wprowadzaniem gospodarki o obiegu zamkniętym. (GOZ). Chodzi o minimalizowanie ilości odpadów i maksymalizowanie ponownego wykorzystania opakowań. To oznacza, że zmiany najmocniej odczują producenci opakowań z tworzyw sztucznych i jednorazowego użytku. Nowy system ROP (rozszerzonej odpowiedzialności producentów), nad którym trwają w Polsce prace, będzie łączył przydatność opakowania do recyklingu z kosztami wprowadzenia go na rynek. To w przypadku niektórych opakowań będzie oznaczało nawet 20–30-krotny wzrost opłat dla producentów. Analitycy Santander Bank Polska i SpotData oszacowali, że dostosowanie do zmian związanych z promowaniem GOZ będzie wymagało inwestycji rzędu 2–4 mld zł.

Wiele firm dziś skupia się na tym, aby wytwarzać opakowania z surowców pochodzenia naturalnego i odchodzić od tworzyw ropopochodnych. Również klienci coraz częściej oczekują opakowań biodegradowalnych i kompostowalnych, szczególnie takich, z których kompost można zrobić w domu, mających certyfikat Home Compost.

– Drugim kierunkiem w trendzie ekologicznym jest odchudzanie opakowań, czyli producenci starają się zużyć jak najmniej surowca, np. butelki są coraz cieńsze i lżejsze. To nie dotyczy tylko tworzyw sztucznych. Producenci tektury już szukają takich rozwiązań, aby zachować te same parametry, natomiast zużyć jak najmniej surowca pierwotnego – mówi Beata Pyś-Skrońska.

Zgodnie z unijnymi wytycznymi gospodarka odpadami opakowaniowymi nie powinna ograniczać się do ich zbierania i ponownego zagospodarowania. Bardzo istotny jest etap projektowania opakowań z uwzględnieniem kwestii środowiskowych oraz zapewnieniem ich przydatności do recyklingu.

Ekoprojektowanie będzie się teraz na pewno bardzo mocno rozwijało. Jeżeli nie możemy zmienić materiału na biodegradowalny, to musimy tak zrobić opakowanie, aby było jak najbardziej przyjazne do recyklingu i ponownego wykorzystania. Tutaj się pojawiają przede wszystkim takie rozwiązania jak opakowania z materiałów jednomateriałowych, z jednego rodzaju tworzywa, dzięki czemu opakowanie jest łatwiejsze do recyklingu. Ewentualnie, co jest poniekąd wymagane przepisami, ale jest to też zabieg marketingowy, pokazujemy, że nasze opakowanie jest w 50 proc. zrobione z recyklatu, czyli z materiału, który już wcześniej został zrecyklingowany, i w ten sposób pomagamy środowisku – wyjaśnia ekspertka Polskiej Izby Opakowań.

Pomimo coraz większego zainteresowania ekologicznymi rozwiązaniami opakowania z tworzyw sztucznych nie znikną szybko z rynku. Przykładowo na rynku żywności i napojów stanowią one 42 proc. rynku. Są wśród nich zarówno tradycyjne (ropopochodne), jak i otrzymywane z biosurowców (w śladowych wielkościach). Drugie w kolejności opakowania z papieru i tektury odpowiadają za 26 proc.

– Ogromną przewagą opakowań z tworzyw sztucznych jest fakt, że są lekkie i wygodne. W tej chwili kładzie się silny nacisk na ich recykling, ale w przyszłości może uda się znaleźć inne materiały, które pozwolą pozbyć się plastiku. Trudno wyrokować, czy całkowicie będziemy z niego rezygnować, czy znajdziemy inne rozwiązania, które pozwolą z niego korzystać bezpiecznie i bez szkody dla środowiska. Można jednak powiedzieć na pewno, że w ciągu najbliższych kilku lat plastik nie zniknie całkowicie z rynku – mówi Beata Pyś-Skrońska.

Oczekiwania klientów wpływają także na inne aspekty opakowań.

– Zmienia się model życia, coraz więcej mamy jednoosobowych gospodarstw domowych, więc w przypadku wielu produktów wystarczy niewielkie opakowanie, na przykład na jedną porcję sałatki – mówi ekspertka Polskiej Izby Opakowań. – Do tego opakowania są dostosowywane do wymagań osób starszych, które oczekują tego, żeby można je było łatwo otwierać i zamykać.

Polska Izba Opakowań szacuje, że rynek opakowań w Polsce jest wart 45 mld zł. Stanowi on ok. 1 proc. światowego rynku, natomiast na tle innych notuje wyraźne wzrosty. W 2019 roku było to ok. 6 proc.

Epigenetyka przyczyni się do lepszego zrozumienia mechanizmów powstawania chorób cywilizacyjnych. Już za kilka lat pozwoli opracować skuteczniejsze leki

Epigenetyka pozwoli lepiej zrozumieć czynniki determinujące występowanie chorób cywilizacyjnych, a więc i umożliwi skuteczniejsze ich leczenie – twierdzą eksperci. Już dziś pozwala tworzyć leki wykorzystujące mechanizm umożliwiający dostarczanie substancji bezpośrednio do chorych komórek. Dzięki niej będzie też można z nawet dwuletnim wyprzedzeniem stwierdzać ryzyko wystąpienia cukrzycy typu 2.

– Epigenetyka jest dziedziną nauki, która bardzo dynamicznie się rozwija. Naukowcy są coraz bardziej zainteresowani procesami, które zachodzą wokół DNA. Już od jakiegoś czasu wiemy, że informacja zapisana w sekwencji DNA nie jest wystarczająca. Sekwencja to jedno, ale to, co się wokół tego DNA dzieje, wszystkie procesy, które regulują produkcję białek, są co najmniej tak samo istotne. Dużo większa ilość informacji jest zawarta w epigenetyce niż w samej sekwencji DNA – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Marcin Kruczyk, prezes Genegoggle.

W obrębie zainteresowań epigenetyków znajduje się badanie ekspresji genów niezwiązanej ze zmianami w sekwencji nukleotydów w DNA. Procesy takie mogą być modyfikowane przez czynniki zewnętrzne oraz podlegać dziedziczeniu. Poznanie ich mechaniki pomoże lepiej zrozumieć to, w jaki sposób powstają niektóre choroby.

– To jest nowa dziedzina. Bardzo dynamicznie i w bardzo dużych ilościach powstają teraz nowe metody zarówno pozyskiwania danych z dziedziny epigenetyki, jak i analizy tych danych. Widzę wielką przyszłość przed tym obszarem, przed tą nauką i uważam, że największe wyzwania, które stoją przed medycyną, większość odpowiedzi na pytania, które mamy, znajduje się właśnie w procesach epigenetycznych – przekonuje dr Marcin Kruczyk.

Zespół ekspertów z Genegoggle opracował mechanizm, który pozwala na dostarczanie leków wprost do komórek nowotworowych. Istotą jego działania jest możliwość tworzenia cząsteczek, które wiążą się w sposób wybiórczy właśnie z komórkami rakowymi. Cząsteczki te spełniają rolę transportera substancji czynnej leku. Dzięki temu mechanizmowi choroba nie jest leczona ogólnoustrojowo, co jest bardzo obciążające dla chorego, lecz selektywnie.

– Są choroby zakaźne, w których główną rolę odgrywają bakterie i wirusy, ale są też takie choroby cywilizacyjne, o których nie wiemy, skąd się biorą. Takimi chorobami są np. cukrzyca, alzheimer i wiele innych, również nowotwory. W związku z tym, że do tej pory nie udało się znaleźć odpowiedzi na pytania, skąd te choroby się biorą, jak one działają, a przynajmniej odpowiadanie na nie jest jeszcze na bardzo wczesnym etapie, to ze względu na to, jak duża ilość informacji znajduje się w procesach epigenetycznych, w nich upatruje się szansę na to, żeby te odpowiedzi znaleźć – mówi prezes Genegoggle.

Naukowcy z Niemieckiego Centrum Badań nad Cukrzycą w Monachium opublikowali w ubiegłym tygodniu wyniki badań, z których wynika, że zmiany epigenetyczne w wysepkach Langerhansa trzustki można wykryć u pacjentów na kilka lat przed rozpoznaniem cukrzycy typu 2. Zmiany te są odpowiedzialne za zmienioną aktywność metylacyjną określonych genów, która różni się od tej występującej u osób zdrowych. Odkrycie to może pomóc w opracowaniu markerów diagnostycznych cukrzycy typu 2. Naukowcy chcą teraz zbadać, czy diety lub niektóre leki mogą korygować niekorzystne wzorce metylacji DNA. Chcą również ustalić, czy zidentyfikowane markery różnią się od siebie w różnych grupach cukrzycy.

– Nadal jesteśmy na początku tej drogi. Jestem przekonany, że w ciągu najbliższych 10 lat zaczną się pojawiać leki, i  byłbym gotowy pójść o zakład, że pojawią się metody wykorzystujące procesy i zjawiska epigenetyczne – przewiduje dr Marcin Kruczyk.

Analitycy z Market Data Forecast szacują, że rynek epigenetyki osiągnie w 2020 roku wartość 784 mln dol., a do 2025 roku wzrośnie do niemal 1,5 mld dol.

Sztuczna inteligencja wkracza do przemysłowych systemów bezpieczeństwa. Polski start-up opracował system wczesnego ostrzegania przed cyberzagrożeniami

Technologie z zakresu uczenia maszynowego znajdują zastosowanie w systemach bezpieczeństwa projektowanych z myślą o wykorzystaniu w obiektach infrastruktury krytycznej. Sztuczna inteligencja ułatwia monitorowanie w czasie rzeczywistym dużych zasobów danych oraz błyskawiczne wykrywanie anomalii w ruchu sieciowym. Do grona dostawców rozwiązań tego typu dołączył polski start-up ICsec, który przygotował pierwszy w Europie system do wczesnego wykrywania zagrożeń w sieciach przemysłowych.

– Scadvance służy do wykrywania i ostrzegania użytkownika o niepożądanych zjawiskach oraz sytuacjach sieciowych, które występują w danym przedsiębiorstwie. To rozwiązanie hardware’owe i software’owe wykorzystuje polską myśl technologiczną, produkowane jest w Polsce, wykorzystuje metody machine learningu, jak i sztucznej inteligencji. Scadvance to pierwszy w Europie system, który wykrywa zagrożenia w sieciach przemysłowych i konkuruje z amerykańskimi i izraelskimi rozwiązaniami – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Juszczyk, prezes ICsec.

Wiele spośród współcześnie funkcjonujących systemów infrastruktury krytycznej powstało w czasach przedinternetowych i dopiero po latach zostało podpiętych do globalnej sieci. W związku z tym część firm z sektora przemysłowego jest szczególnie narażona na atak ze strony cyberprzestępców, którzy potrafią wykorzystać luki w przestarzałym oprogramowaniu. W odpowiedzi na zagrożenie ze strony cyberprzestępców wyspecjalizowanych w atakach na infrastrukturę krytyczną powstały systemy wykrywania i zapobiegania włamaniom pokroju Scadvance.

Rozwiązania tego typu są w stanie wykryć anomalie sieciowe, które mogą być pierwszymi oznakami ataku wymierzonego w sektor przemysłowy, a co za tym idzie, stanowią system wczesnego ostrzegania przez zagrożeniem.

– Scadvance od strony technicznej to sonda podpinana do sieci przemysłowej, która pasywnie, nie ingerując w daną sieć, podsłuchuje ruch w jej obrębie. Poprzez mechanizmy sztucznej inteligencji analizuje dane i stwierdza, czy sieć pracuje w sposób standardowy, czy nastąpiły jakiekolwiek anomalie – tłumaczy ekspert.

Tym, co odróżnia rozwiązanie ICsec od klasycznych systemów bezpieczeństwa, jest sposób analizowania danych. Polski system monitoruje ruch wewnątrz sieci przemysłowej, a nie na jej brzegu, co umożliwia kontrolowanie informacji wymienianych między wszystkimi komputerami oraz urządzeniami wchodzącymi w skład automatyki przemysłowej. Dzięki wsparciu ze strony algorytmów sztucznej inteligencji Scadvance jest w stanie wychwycić podejrzane działania wewnątrz sieci, które mogą świadczyć o tym, że doszło do jakiegoś niepożądanego incydentu.

W rozwoju zaawansowanych systemów bezpieczeństwa pomóc może również Komisja Europejska, która nawołuje do wypracowania unijnej strategii rozwoju sektora sztucznej inteligencji. W ramach programu Horyzont 2020 przeznaczyła na finansowanie badań nad wykorzystaniem sztucznej inteligencji w przemyśle 1,5 mld dol. i zapowiedziała dalsze wspieranie tego sektora gospodarki za pośrednictwem programów Horyzont Europa oraz Cyfrowa Europa.

– Scadvance można wykorzystać w sieciach przemysłowych, energetycznych, elektrowniach, elektrociepłowniach czy zakładach wodociągowych. Ma kluczowe znaczenie w kontekście infrastruktury krytycznej, ponieważ pomaga monitorować incydenty i podejmować na ich podstawie decyzje osobom związanym z zarządzaniem ryzykiem danego przedsiębiorstwa. Rozwiązanie jest wdrożone w czterech miejscach, czekamy na kolejnych klientów, mamy podpisane kolejne dwie umowy na wdrożenia – wskazuje Robert Juszczyk.

Bezpieczeństwo sieci 5G kluczowe dla funkcjonowania państwa. Wymaga rygorystycznej certyfikacji krytycznych elementów infrastruktury

Jeszcze w tym roku ma odbyć się aukcja na częstotliwości sieci 5G, tymczasem trwa proces tworzenia ram prawnych w zakresie budowy jej infrastruktury. Kwestie bezpieczeństwa będą regulowane m.in. dzięki nowelizacji ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa. Nowe przepisy pozwolą wykluczyć z procesu budowy sieci 5G w Polsce niezaufanych dostawców, którzy będą podlegać ocenie m.in. premiera. – Pewniejszym rozwiązaniem jest postawienie bardzo konkretnych i ostrych wymagań związanych z bezpieczeństwem i kontrolą elementów sieci 5G, np. poprzez certyfikację krytycznych składników infrastruktury – ocenia Piotr Muszyński, doradca prezydenta Pracodawców RP ds. telekomunikacji. Podobne regulacje wprowadziły m.in. Niemcy.

Według zapowiedzi Ministerstwa Cyfryzacji i Urzędu Komunikacji Elektronicznej jeszcze przed końcem 2020 roku powinna zostać ogłoszona w Polsce aukcja na najbardziej interesujące operatorów pasmo sieci 5G 3,4-3,8 GHz. Tymczasem Polska jest w trakcie tworzenia ram prawnych dotyczących bezpieczeństwa sieci nowej generacji. Regulacje zostaną zawarte m.in. w nowelizowanej ustawie o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, która obecnie znajduje się w fazie konsultacji. W ustawie wprowadzone zostaną kryteria, które musi spełnić tzw. zaufany dostawca sieci telekomunikacyjnych, aby jego  rozwiązania mogły być wykorzystywane przy budowaniu sieci 5G.

– Dyskusje medialne na temat budowy sieci 5G koncentrują się głównie na wątku politycznym, czy chińscy dostawcy zostaną wykluczeni z dostaw 5G. Pada też pytanie, czy ewentualnie operatorzy będą musieli usunąć ze swych istniejących sieci znaczną część działających urządzeń. To drugie jest praktycznie niewykonalne. Obecnie bowiem rozwój sieć 5G odbywa się głównie w oparciu o tzw. architekturę non-standalone, czyli taką, która jest powiązana z siecią poprzedniej generacji 4G.  A operatorzy w Polsce w bardzo szerokim zakresie rozwijając sieci LTE opierali się na technologii Huawei – wskazuje Piotr Muszyński, prezes Fixmap, doradca Prezydenta Pracodawców RP ds. Telekomunikacji.

Dla operatorów wymiana znacznej części działającej obecnie infrastruktury byłaby olbrzymim wyzwaniem technicznym, w dodatku bardzo kosztownym. Niedawne szacunki Haitong Banku wskazują, że koszty pełnego zastąpienia dotychczas zainstalowanej w Polsce infrastruktury Huawei mogą sięgnąć około 2,5-2,9 mld zł.

Ponadto eksperci mają wątpliwości, czy wykluczenie jednego albo grupy dostawców z budowy infrastruktury 5G w Polsce zwiększy bezpieczeństwo sieci i ograniczy ryzyko występowania incydentów związanych z cyberbezpieczeństwem.

– Pewniejszym rozwiązaniem jest postawienie bardzo konkretnych i ostrych wymagań związanych z bezpieczeństwem i kontrolą krytycznych elementów sieci 5G, np. poprzez certyfikację krytycznych składników infrastruktury. Eliminacja jakiegoś dostawcy niewiele pomoże, jeśli nie będzie się prowadzić ciągłego monitoringu bezpieczeństwa w sieciach czy będzie się oszczędzać na zatrudnianiu wysokiej klasy specjalistów od cyberbezpieczeństwa w instytucjach odpowiedzialnych za ten obszar – podkreśla Piotr Muszyński.

Katalog dostawców mogących dostarczyć najwyższej klasy rozwiązania do budowy infrastruktury sieci 5G zawiera w tej chwili trzy firmy, w tym Huawei. Gdyby tego producenta wykluczono z procesu, ograniczyłoby to operatorom swobodę wyboru poszczególnych elementów sieci telekomunikacyjnej, co z kolei mogłoby rzutować na jakość tych elementów. Eksperci podkreślają, że lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie konkretnej listy wymagań w zakresie bezpieczeństwa, na wzór rozwiązań wprowadzonych w Niemczech.

– W Niemczech Federalna Agencja ds. Sieci (Bundesnetzagentur – BnetzA – przyp.red.) określiła bardzo konkretny katalog wymagań w zakresie bezpieczeństwa. Według zaostrzonych kryteriów w szczególności pod lupę będą brane te elementy infrastruktury, które realizują tzw. funkcje krytyczne. Będą one musiały przejść przez proces certyfikacji, tj. po przeprowadzeniu odpowiedniej procedury technicznej zdobyć świadectwo, że dany komponent spełnia wymagania w zakresie bezpieczeństwa. Wydaje się, że nic nie stoi na przeszkodzie, by takie wymogi w zakresie certyfikacji wprowadzić także w Polsce na równych warunkach dla każdego – wskazuje ekspert.

Architektura sieci 5G składa się z kilku warstw, o różnym poziomie wrażliwości na incydenty bezpieczeństwa. Zależnie od poziomu ryzyk można dobierać dostawców dla poszczególnych warstw sieci w oparciu o zasadę dywersyfikacji.

Niemieckie rozwiązanie powstało w oparciu o zestaw narzędzi ograniczających ryzyko w sieciach – unijny 5G toolbox (zestaw rekomendacji w zakresie budowy i zakupu sprzętu przeznaczonego do infrastruktury 5G) zatwierdzony w styczniu br. przez Komisję Europejską. Model ten oparty jest na współpracy operatora i dostawcy, w której ten drugi zobowiązuje się do ścisłej współpracy w zakresie bezpieczeństwa, w szczególności wczesnego informowania o nowych produktach i usługach.

– Niemcy przyjęli w swym rozwiązaniu zasadę, że rozstrzygnięcia w zakresie cyberbezpieczeństwa sieci 5G powinny opierać się na  mierzalnych i weryfikowalnych rozwiązaniach oraz jasnych procedurach. Warto pójść tą drogą, nie wplatając w to polityki, bo też budowa sieci 5G będzie dużym wysiłkiem inwestycyjnym dla operatorów, a powstające infrastruktura będzie  służyć gospodarce i społeczeństwu przez wiele następnych lat – podkreśla Piotr Muszyński.

Związek Cyfrowa Polska: HPE nowym członkiem organizacji pracodawców

Związek Cyfrowa Polska wzmacnia grono swoich członków o firmę technologiczną HPE. „Cyfrowa Polska” to organizacja największych pracodawców sektora RTV i IT na polskim rynku, która reprezentuje interesy branży, promuje dobre praktyki i buduje platformę dialogu między biznesem, nauką, a regulatorem. Tym samym HPE połączy siły z innymi graczami technologicznymi w celu przyspieszenia cyfryzacji polskiego rynku IT.

Prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik podkreśla, że usługi, które oferuje HPE to rozwiązania, które pomogą polskim firmom stać się jeszcze bardziej konkurencyjnymi na światowych rynkach. – Liczę, że nasza współpraca zaowocuje ciekawymi projektami, które przełożą się na innowacyjność polskich przedsiębiorców – mówi Michał Kanownik.

Związek Cyfrowa Polska jest branżową organizacją pracodawców – zrzesza największe w Polsce firmy z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii, w tym producentów, importerów i dystrybutorów. Głównym celem organizacji jest dbanie o rozwój tego sektora w Polsce. Związek wspiera członków w wyzwaniach regulacyjnych i buduję platformę dialogu z interesariuszami, dzieląc się doświadczeniem biznesowym, zarówno krajowym, jak i globalnym. – Szczególnie teraz, kiedy pandemia COVID-19 zweryfikowała i przyspieszyła cyfrowo funkcjonowanie wielu organizacji, widzimy, jak kluczowy wpływ ma IT na rozwój każdego, nawet najmniejszego przedsiębiorstwa. Cieszymy się, że będąc członkiem Związku Cyfrowa Polska, wspólnie z innymi uczestnikami rynku, będziemy przyspieszać cyfryzację naszej gospodarki i aktywnie uczestniczyć w debacie na temat tego, w jakim kierunku powinien podążać polski sektor IT – mówi Michał Zajączkowski, Prezes HPE.

Związek Cyfrowa Polska realizuje działania w takich obszarach, jak m.in.: cyberbezpieczeństwo, budowa sieci 5G, cyfryzacja, sztuczna inteligencja, rozwiązania chmurowe, reforma prawa autorskiego (np. opłata reprograficzna), uszczelnianie systemu podatkowego w Polsce (kwestie związane np. z VAT czy split payment) i tematy środowiskowe, a także gospodarka o obiegu zamkniętym.

Polacy pokochali kolej, ale chcą taniej, wygodniej i ciszej

Z jednej strony uważamy, że są wygodne, szybkie i stosunkowo tanie. Z drugiej – nadal jeżdżą zbyt rzadko i wciąż są za drogie, by korzystali z nich wszyscy zainteresowani. Badaczki z Akademii Leona Koźmińskiego sprawdziły, jak Polacy postrzegają podróże pociągiem.

Najnowsze badania preferencji i oczekiwań podróżujących, przeprowadzone przez dr Katarzynę Piotrowską i dr Katarzynę Staszyńską-Zagórską z Akademii Leona Koźmińskiego, dowodzą, że opinia społeczeństwa na temat kolei jest coraz lepsza. W badaniach nad innowacyjnym i zestandaryzowanym modelem zakupu wagonów kolejowych wzięło udział 1500 dorosłych osób z całej Polski.

– Kolej ocenia pozytywnie aż 89 proc. pasażerów, podczas gdy wśród niejeżdżących pociągami więcej niż połowa ma o niej dobre zdanie – zaznacza dr Katarzyna Piotrowska, współautorka badań, których wyniki mają na celu zwiększenie konkurencyjności polskiej gospodarki w sektorze transportu kolejowego, ale także podniesienie jakości i funkcjonalności pociągów.

Jest wygodnie i niedrogo, ale czekamy na kolejne usprawnienia

Respondentów zapytano również o przyczyny, dla których decydują się na wybór pociągu, a nie np. samochodu. – Na pierwszy plan niemal zawsze wybijają się kwestie wygody, oszczędności pieniędzy oraz czasu. Szczególnie pierwsza zaleta jest wskazywana bardzo często – dla co drugiej osoby wygoda podróżowania jest najważniejsza. Potwierdzają to też opinie na temat wyposażenia taboru, gdzie dla ok. 80 proc. badanych istotna jest odpowiednio duża przestrzeń na nogi – mówi dr Katarzyna Staszyńska-Zagórska.

Podkreśla jednocześnie, że za wybraniem pociągu przemawiają również takie czynniki, jak np. niska cena biletów (uważa tak 39 proc. podróżnych) czy krótszy czas dojazdu w porównaniu z samochodem (jeden na trzech pytanych zaznacza, że to jest duży plus).

Podróżowanie koleją ma jednak również swoją drugą stronę. 70 proc. uczestników przyznaje, że jedną z największych wad jest konieczność dostosowania swoich planów do rozkładu jazdy. – Dlatego uważamy, że z punktu widzenia operatorów połączeń warto rozważyć skorygowanie rozkładów jazdy zgodnie z potrzebami podróżnych, tak aby możliwie najwięcej osób mogło skorzystać z usług transportowych o dogodnej dla siebie porze – podkreśla dr Piotrowska. To jednak nie wszystko, co nie podoba się Polakom podczas korzystania z pociągów. Na przykład dla co czwartego pasażera sporą niedogodnością jest brak połączeń uzupełniających po podróży koleją. – Na uciążliwość interakcji z obcymi ludźmi wskazuje 15 proc. badanych, natomiast jedna piąta ankietowanych zaznaczała, że chciałaby móc zapalić w pociągu – zaznacza dr Piotrowska.

Badaczki zapytały również Polaków niepodróżujących koleją o to, co by się musiało stać, żeby wsiedli do pociągów. Od jednej trzeciej osób usłyszały, że bilety powinny być tańsze, a dla co piątej osoby ważne jest, by ten środek transportu jeździł częściej. – Nasze badania dostarczają również kolejnych dowodów na to, jak wielu Polaków jest dotkniętych wykluczeniem komunikacyjnym. 20 proc. respondentów wskazywało, że aby zaczęli jeździć pociągami, w ich miejscowości musiałaby powstać stacja kolejowa – uzupełnia Staszyńska-Zagórska.

Dodaje jednocześnie, że ogólnie opinie na temat kolei wyrażane przez niepodróżujących są raczej pozytywne. Zdaniem naukowczyni ten wniosek może być sygnałem dla przewoźników, którzy nie muszą się teraz skupiać na kształtowaniu pozytywnego wizerunku pasażerów wokół standardu podróży koleją, tylko przyjrzeć się cenom biletów oraz problemom dotyczącym dostępności
i organizacji połączeń.

Pasażerowie chcą ciszy i oddzielnych przedziałów dla rodziców z dziećmi

Jakie elementy wyposażenia taboru kolejowego są dla Polaków najważniejsze? Oprócz miejsca na nogi potrzebujemy przynajmniej jednej toalety (połączenia podmiejskie) lub dwóch (połączenia dalekobieżne) na wagon, zapewnienia bezpiecznego miejsca na większy bagaż, a także możliwości podróżowania w wyciszonym wagonie.

– Co ważne, dosyć wysoko w tym rankingu znalazła się sugestia dotycząca zorganizowania oddzielnych przedziałów lub wagonów dla podróżujących z małymi dziećmi. To, że za takim rozwiązaniem opowiadają się zarówno podróżujący rodzice, jak i pasażerowie niemający dzieci sugeruje, że istnieje ogólna społeczna potrzeba, żeby przy projektowaniu składu pociągów szczególnie uwzględniać potrzeby najmłodszych pasażerów oraz ich opiekunów – mówi dr Piotrowska.

Z kolei automaty z napojami czy przekąskami, przyciemniane szyby w wagonie oraz indywidualne stoliki i miejsca na kubek są najmniej istotne dla badanych. – Podróżni nie mają też jednoznacznie określonej preferencji co do sposobu organizacji siedzeń w wagonach. Rozwiązaniem tej kwestii mogłoby być umożliwienie pasażerom dokonywania wyboru typu wagonu przy rezerwacji miejsca, a więc konstruowanie takich składów, w których dostępne będą wagony zarówno otwarte, jak i z przedziałami – sugeruje dr Katarzyna Staszyńska-Zagórska.

Wyzwania liderów w nowej normalności

Działanie w warunkach niepewności, radzenie sobie z emocjami oraz brak bezpośredniego kontaktu z podwładnymi to największe wyzwania, z jakim mierzyli się menadżerowie w czasie pandemii. Pozostaną one także aktualne w kolejnych miesiącach – wynika z badania „Słodko-gorzki smak przywództwa” przeprowadzonego przez firmy Well.hr i Inwenta.

Wyzwania lidera

Pandemia postawiła menadżerów przed wyzwaniami, których różnorodność i skala były dużym zaskoczeniem. Dotyczyły one zarówno zarządzania ludźmi, jak i zapewnienia ciągłości biznesu. Z badania przeprowadzonego wśród menadżerów w lipcu i sierpniu tego roku przez firmy Well.hr i Inwenta wynika, że do najtrudniejszych wyzwań, z jakimi mierzyli się w ostatnich miesiącach menadżerowie należały: działanie w warunkach niepewności, nieprzewidywalności tego, co przyniesie jutro (57 proc. wskazań), radzenie sobie z emocjami podwładnych (42 proc. wskazań) oraz brak bezpośredniego kontaktu z pracownikami (31 proc. wskazań).

Większość wyzwań, z którymi mierzyli się menadżerowie podczas pandemii pozostanie ich zdaniem aktualna także w kolejnych miesiącach. Na działanie w warunkach niepewności jako wyzwanie, które pozostanie aktualne wskazało aż 65 proc. menadżerów, na skróconą perspektywę planowania – 37 proc., na radzenie sobie z emocjami podwładnych – 35 proc. Dodatkowo wśród najczęściej wymienianych wyzwań, które w następnych miesiącach nie stracą na aktualności było też motywowanie ludzi (34 proc. wskazań).

Pytani o skuteczne narzędzia motywowania podczas pandemii menadżerowie najczęściej wskazywali częste kontakty telefoniczne lub kontakty wideo (69 proc), danie zespołowi większej swobody (53 proc.) oraz wsparcie ludzi w godzeniu ról zawodowych i rodzicielskich (47 proc). Za najmniej skuteczne natomiast uznali częstszą kontrolę pracy i dodatkowe benefity finansowe.

Wykres 1. Wyzwania liderów w nowej normalnościWyzwania liderów w nowej normalności

Styl zarządzania na czas pandemii

Menadżerowie byli również pytani o skuteczny styl zarządzania podczas pandemii. Ich zdaniem w ostatnich miesiącach sprawdzało się przede wszystkim: otwarte komunikowanie trudnych spraw/sytuacji (51 proc. wskazań), dawanie pracownikom większej swobody w doborze sposobu wykonywania zadań (49 proc. wskazań) oraz w zakresie czasu pracy (43 proc.). Podczas pandemii menadżerowie chętniej angażowali swoich współpracowników w proces podejmowania decyzji (35% wskazań) i dzielili się z nimi odpowiedzialnością (34 proc). Zdaniem większości menadżerów konieczne było branie pod uwagę przy rozdzielaniu zadań sytuacji poszczególnych pracowników (34 proc). Sprawdzało się ono lepiej niż sprawiedliwy i równomierny podział obowiązków (tylko 13 proc. wskazań). Za szczególnie pomocne w zarządzaniu ludźmi podczas pandemii menadżerowie uznali: narzędzia umożliwiające pracę zdalną (51 proc. wskazań), poczucie odpowiedzialności członków zespołu (45 proc.) zaufanie jakim darzą swój zespół (44 proc.), a także wcześniejsze doświadczenia związane z pracą zdalną (42 proc.).

„- Jedną z niewielu korzyści, jakie odniesiemy z pandemii jest większa demokratyzacja stylu zarządzania. W wielu firmach efektywna praca nie byłaby możliwa bez wzajemnego zrozumienia dla szczególnej sytuacji pracowników, którzy np. nie byli w stanie wykonywać swoich obowiązków w konkretnych godzinach. To doświadczenie wiele nauczyło obie strony. Okazało się, że można tak pracować, bez wpływu na efektywność, pod warunkiem jasnego formułowania celów i umawiania się na czas, w jakim zostaną zrealizowane. Podczas pandemii menadżerowie dużo chętniej konsultowali też z zespołem podejmowane decyzje i wspólnie z podwładnymi wypracowywali rozwiązania dla pojawiających się problemów. Miejmy nadzieje, że te doświadczenia zaprocentują w przyszłości” mówi Beata Bukowska, Partner w firmie Inwenta.

Ocena wsparcia udzielonego przez firmę

54% badanych menadżerów uważa, że ich firma sprostała zadaniu udzielenia pracownikom wsparcia podczas pandemii, jednak tylko 20% ocenia to wsparcie bardzo wysoko. 14% oczekiwałoby większego wsparcia, a 11% ocenia uzyskane wsparcie bardzo nisko.

Jakiego wsparcia udzielali menadżerom i ich zespołom pracodawcy? Badani najczęściej wymieniali: stworzenie warunków do bezpiecznej pracy (60 proc.), udostępnienie nowoczesnych narzędzi do pracy zdalnej (53%), zadbanie o poczucie bezpieczeństwa zatrudnienia (37 proc.) oraz zapewnienie dostępu do aktualnych i wiarygodnych informacji (30 proc.).

Czego zdaniem menadżerów zabrakło? Wśród form wsparcia, których menadżerom brakowało wymieniane były najczęściej: pomoc finansowa lub prawna, szkolenia z radzenia sobie z emocjami (po 24 proc.), szkolenia z zarządzania wirtualnym zespołem oraz z radzenia sobie w sytuacji kryzysowej (po 23 proc.), dostęp do aktualnych i wiarygodnych informacji (22 proc.), szkolenia z rozpoznawania symptomów kryzysu psychologicznego, wsparcie w opiece na dziećmi dla pracujących rodziców oraz szkolenia z dbania o odporność fizyczną i psychiczną (po 20 proc.). 16 proc. menadżerów uważa, że firma powinna także opłacać pracownikom konsultacje z psychologiem lub terapeutą.

„- Nowa rzeczywistość postawiła liderów w obliczu poważnych wyzwań. Ich codziennością stały się pytania, jak zapewnić ciągłość biznesu i warunki do bezpiecznej pracy, jak podejmować trafne decyzje w sytuacji, która zmienia się z dnia na dzień, a czasem z godziny na godzinę, jak radzić sobie z emocjami ludzi, gdy nam samym puszczają nerwy. Po kilku miesiącach funkcjonowania pod presją i w ciągłym stresie menadżerowie otwarcie sygnalizują swoje potrzeby, wśród których ważne miejsce zajmuje wparcie psychiczne – szkolenia dotyczące radzenia sobie z własnymi i cudzymi emocjami, rozpoznawania kryzysu psychologicznego, budowania odporności a także konsultacje psychologiczne. Takie działania były dotąd prowadzone przez nieliczne firmy.”-  mówi Joanna Kotzian, współtwórczymi Well.hr, strateg well-being.

Wykres 2. Jakiego wsparcia brakowało menadżerów w działaniach podejmowanych przez firmy w ostatnich miesiącach:Jakiego wsparcia brakowało menadżerów w działaniach podejmowanych przez firmy w ostatnich miesiącach

O badaniu

Badanie zostało zrealizowane za pomocą ankiety online w lipcu i sierpniu 2020 roku. Wzięło w nim udział 119 respondentów, głównie menadżerów wyższego i średniego szczebla oraz przedstawiciele zarządów.  W próbie dominowali respondenci pracujących w dużych i średnich firmach.

Ropa w odwrocie

Ceny ropy naftowej pokazują, że ogłaszany powrót gospodarki na właściwe tory stoi pod dużym znakiem zapytania. 15% spadku we wrześniu to poważny sygnał ostrzegawczy.

Produkcja przemysłowa

Rano poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej w Unii Europejskiej. W skali roku spada ona o 7,7%, co jest dobrym wynikiem, gdyż oczekiwano 0,5% większego spadku, a jeszcze miesiąc temu było to 12%. Dane te pokazują, że kolejne miesiące pozwalają gospodarce odzyskiwać część strat wywołanych lockdownem. Kurs euro przyjął te dane neutralnie, było widać krótki ruch, jednakże kurs niemal od razu powrócił do poprzednich poziomów.

Ropa poniżej 40 dolarów

Wrzesień to bardzo trudny miesiąc na rynku ropy naftowej. Od początku miesiąca ropa staniała już niemal 7 dolarów, to 15% wartości. Można wyróżnić dwa główne powody, ale w sumie sprowadzają się do jednego – na rynku jest za dużo surowca względem zapotrzebowania. Gospodarka światowa nie radzi sobie tak dobrze, jak dotychczas sądzono, co powoduje, że popyt na surowiec jest mniejszy. Z drugiej strony produkcja nie jest dostosowywana, co powoduje wspomniane nadwyżki.

Inflacja w USA

W piątek poznaliśmy dane na temat zmian cen w Stanach Zjednoczonych. Inflacja konsumencka przyspiesza szybciej, niż oczekiwano i wynosi obecnie 1,3%. To aż 0,3% więcej niż miesiąc temu. Inflacja to taki parametr, który jak jest zbyt niski to znaczy, że gospodarka ma problemy. Z drugiej strony zbyt wysoka inflacja jest problemem i wywołuje niepewność. W rezultacie wzrostu inflacji w takim przedziale jest dobrą wiadomością dla amerykańskiej gospodarki.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Nowy gracz na polskim rynku logistyki dla e-commerce – Radial rozpoczyna działalność operacyjną w Polsce

Radial, należący do grupy bpost, to wysoce zaawansowany technologicznie operator logistyczny oferujący szeroki zakres usług w całym łańcuchu logistycznym e-commerce. Dzięki systemowym rozwiązaniom technicznym dla omnichannel łączy sprzedawców i klientów poprzez wysokojakościowe usługi fulfillment oraz różnorodne opcje dostaw. Firma rozpoczęła działalność w Polsce w kwietniu tego roku, jednakże operacyjnie magazyn centralny spółki Radial Poland ruszył z początkiem września. Wcześniej operator przejął firmę Landmark Global działającą na polskim rynku od kilku lat.

„Radial zapewnia swoim klientom nie tylko pełną obsługę logistyczną ich sieci e-commerce w zakresie fulfillmentu oraz zarządzania dostawami, ale wspiera ich także w konkurowaniu i wchodzeniu na nowe rynki e-handlu. Dla firm, które planują ekspansję na rynkach zagranicznych, może być to nowa droga do realizacji tego celu, gdyż nasze systemy pozwalają przy jednej integracji na łatwy i szybki dostęp do usług w kolejnych centrach Radial zlokalizowanych w innych częściach świata. Dostarczamy pełną obsługę fulfillmentową transportu, w tym również wysoce wydajną obsługę zwrotów, zapewniając szybką gotowość towarów do ponownej sprzedaży” – mówi Tomasz Okowiak, Site Director i jednocześnie członek zarządu Radial Poland.

Radial świadczy usługi fulfillment tj. pełną obsługę logistyczną e-handlu w zakresie realizacji dostaw B2C i B2B, zarządzania zamówieniami w omnichannel (wielokanałowo) dzięki własnemu rozwiązaniu systemowemu ROM (Radial Order Management) a także obsługi klienta i płatności oraz ochrony przed oszustwami w internecie na kilku rynkach światowych. Do grona klientów firmy Radial należy ponad 200 czołowych marek handlowych na świecie, głównie z branż: health&care, fashion, elektroniki, akcesoriów i biżuterii.

Radial Poland swoją siedzibę i magazyn centralny o pow. 9,3 tys. mkw. (klasa A+) posiada w Pruszkowie (na terenie MLP II Pruszków), gdzie pracuje około 150 osób. Operacyjnie, polski magazyn pod szyldem Radial rozpoczął działalność we wrześniu 2020 r., stąd przygotowuje obecnie zamówienia online swoich klientów, dostawy B2C i B2B do kilkudziesięciu państw na świecie. Bliska odległość od Warszawy i tylko kilka minut od głównych węzłów komunikacyjnych, bliskość międzynarodowego lotniska Chopina i sieci autostrad (A2, S2, S8) a także głównych magazynów największych firm kurierskich, umożliwia Radialowi szybką i wysokiej jakości realizację dostaw dzięki stale rosnącej liczbie współpracujących firm kurierskich w ramach globalnej sieci bpost.

„Korzystamy z międzynarodowego doświadczenia i wewnętrznego transferu know-how grupy bpost na całym świecie. Oferujemy pełną gamę usług fulfillment włącznie z różnorodnymi usługami VAS, takimi jak chociażby projektowanie opakowań dla e-com czy druk cyfrowy i offsetowy. Nasi klienci mają dostęp do wiodącej na świecie technologii zarządzania zamówieniami dla omnichannel w ramach Radial Order Management, a być może w niedalekiej przyszłości także do technologii płatności oraz inteligentnej ochrony przed oszustwami” – wymienia Mariusz Możdżyński, Sales Director CEE w Radial.

Firma posiada niemalże 30-letnie międzynarodowe doświadczenie w technologiach i usługach związanych z siecią internetową oraz w zakresie usług fulfillment. Radial ma obecnie 26 Centrów Fulfillment, 9 Centrów Obsługi Klienta i kolejnych kilka biur korporacyjnych, które znajdują się m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Polsce, Holandii, Włoszech, USA oraz Kanadzie.

Chmura nowym sposobem na wydobywanie wiedzy z danych

Niemal każda polska firma gromadzi dane, ale mało która potrafi zaprząc te dane do roboty. Według Gartnera niewykorzystany potencjał gromadzonych danych paraliżuje wzrost przedsiębiorstw, ponieważ jest hamulcem ich rozwoju[1]. A w najbliższym czasie, jak szacują badacze, co druga firma nie znajdzie kompetencji, by ten rezerwuar wiedzy przekuć w biznesową wartość.

Data literacy znaczy „czytanie” danych

W ciągu ostatnich kilku lat wytworzyliśmy więcej informacji niż od początku ludzkości. Firmy gromadzą dane zarówno na temat swoich klientów, dostawców i operacji, a ich ilość globalnie podwaja się co 18 miesięcy. Teoretycznie ta lawina informacji, wsparta narzędziami analitycznymi, oferuje firmom wprost nieograniczone możliwości: lepsze zrozumienie, czego potrzebują klienci i szybsze dotarcie z atrakcyjniejszą ofertą. Teoretycznie, bo badania OVHcloud wykazały[2], że dane zbierają niemal wszystkie polskie przedsiębiorstwa, ale aż 40% nic z tą wiedzą nie robi. Tymczasem Gartner definiuje umiejętność zarządzania danymi (Data Literacy) w odniesieniu do przedsiębiorstw jako zdolność wręcz krytyczną. Data Literacy to wyłuskiwanie cennych informacji na podstawie potężnych zbiorów, stosowanie analityki i dzielenie się tą wiedzą. Data Literacy polega na wykorzystaniu w praktyce zebranych miliardów terabajtów i rozumieniu potencjału, jakie oferują poprzez stawianie właściwych pytań i poprawną interpretację wyników. Umiejętność „czytania” danych stała się strategiczną inwestycją w rozwój biznesu.

Rezerwuar niewidocznej wiedzy

Pojęcie Data 3.0 odnosi się do gospodarki cyfrowej opartej na wiedzy i kompetencjach związanych z przetwarzaniem danych. Data 3.0 to innowacyjny model prowadzenia biznesu z analizowaniem wielkich zbiorów celem usprawniania działania firmy oraz doskonalenia jej oferty. Na tym polu wygrywają ci, którzy potrafią przekuć gromadzone informacje w konkretną wiedzę, a ponieważ rynek nie lubi próżni, miejsce tych mniej zorientowanych zajmują nowi gracze z lepiej dopasowaną ofertą. Im więcej firm poprze swoje działania wiedzą wynikającą z danych, tym szybciej zepchną ze sceny tych, którzy nie znajdą na czas potrzebnych kompetencji, opierając biznesowe decyzje na założeniach, hipotezach i analizach post factum.

Kluczowe jest też dzielenie sią wiedzą. Jeśli poza działem analiz nikt nie rozumie języka danych, to nie ma znaczenia jak wielką wartość biznesową one przedstawiają. Bez analizy i obróbki są rezerwuarem niewidocznej wiedzy.

Jako że dane są aktywem, który gromadzony jest niejako automatycznie, rozsądnie jest przyjąć, że ich przechowywanie może być cenną inwestycją dla długoterminowej przyszłości i celów firmy.

Ogromne ilości danych są zasobem biznesowym, którym należy zarządzać. Mamy świadomość tych potrzeb, tym bardziej, że stanowi to przedmiot zainteresowania 1,5 miliona naszych klientów. Dla OVHcloud storage jest przyszłością, stąd m.in. poprzez przejęcia innowacyjnych startupów zamierzamy pracować nad stworzeniem wysoce skalowalnej oferty, wykorzystującej najlepszą infrastrukturę w jak najatrakcyjniejszej cenie – mówi Robert Paszkiewicz VP, Central and Eastern Europe w OVHcloud –Chmura jest bezpiecznym, elastycznym i sprawdzonym rozwiązaniem, które pozwala organizacjom na strategiczne skalowanie przechowywania danych teraz i w przyszłości. Usługę przechowywania danych od sprawdzonego dostawcy można z powodzeniem wdrożyć w nowych, startujących środowiskach albo dostosować ją pod już istniejące rozwiązania IT. Cloud może także wesprzeć ewolucję IT. Model „pay-as-you-go” jest wygodny i bezpieczny.

Chmura odpowiada na wyzwania związane z przyrostem danych w warstwie fizycznej, ponieważ w tym modelu o wiele więcej danych może być przechowywane na mniejszej powierzchni, zużywając przy tym mniej energii potrzebnej m.in. do chłodzenia serwerów, stanowiącej kolosalny wydatek. Cloud umożliwia też przetwarzanie potężnych zbiorów w warstwie logicznej. Analiza dużych ilości danych jest wykorzystywana m.in. do zmiany strategii biznesowych, prognoz, adaptowania priorytetów operacyjnych, wreszcie eliminowania ryzyka błędu i niepotrzebnych kosztów. Jako wysokoskalowalne rozwiązanie, chmura jest wprost stworzona dla potrzeb Big Data oraz zadań wymagających potężnej mocy obliczeniowej, niezbędnej do działań z obszarów uczenia maszynowego oraz sztucznej inteligencji, ponieważ oferuje rekordową wydajność.

Chmura to najbardziej innowacyjne rozwiązanie ostatnich lat, pozwalające na przetwarzanie niemal nieograniczonych zbiorów danych. Do ich obliczeń wykorzystujemy główne zasoby mocy obliczeniowej, czyli CPU i RAM i właśnie te dwa elementy najbardziej kojarzone są z chmurą obliczeniową oraz jej wydajnością. W procesie przetwarzania danych tj. machine czy deep learning, nie bez znaczenia pozostaje także storage, czyli miejsce, gdzie zapisywane i skąd pobierane są dane. Niestety dużo danych gromadzonych jest w wielu miejscach, zróżnicowanych pod względem wydajności zapisu dyskach oraz formatów i apikacji. Powoduje to problem w zarządzaniu, dostępności i synchronizacji danych, co w wielu biznesach skutkuje tym, że posiadane dane nie są wykorzystywane na potrzeby firmy. – mówi Tomasz Sobol Product Manager z OVHcloud.

W OVHcloud, dzięki zastosowaniu innowacyjnej technologii, uzyskanej wraz z przejęciem OpenIO, problem różnicy wydajności sprzętowej, formatu zapisu, skalowalności i wydajności przestaje istnieć. Dzięki oprogramowaniu, które zarządza dynamicznymi elementami pamięci masowej możliwe jest optymalne pozycjonowanie danych, stała wydajność oraz możliwość łączenia różnych źródeł storage danych – dodaje.        

W 2017 roku The Economist opublikował głośny artykuł pod tytułem „Najcenniejszym zasobem na świecie nie jest już ropa naftowa, ale dane”. Publikacja wywołała falę gorących dyskusji, teza weszła do powszechnego obiegu, a ilość danych od tego czasu wzrosła kilkukrotnie. Tymczasem same dane, jeśli są pozbawione potrzebnego kontekstu, nie wystarczą do oceny sytuacji. Jeśli nie są na bieżąco analizowane, tkwią rozproszone w plikach, setkach tysięcy stron, raportach z transakcji i analizach miesięcy, niczego nie ułatwiając. Skoro zapowiedź pogorszenia pogody wpływa na przykład na decyzje zakupowe klientów, to konkurencja, która o tym wie, przygotuje wcześniej potrzebne scenariusze i dotrze do naszych klientów przed deszczem.

[1] „A Data and Analytics Leader’s Guide to Data Literacy”, Gartner, luty 2019

[2] Badanie OVHcloud przeprowadzone w listopadzie 2018r.

Czeka nas debata o społecznych konsekwencjach rozwoju technologii

Najnowsze technologie przemysłowe, wykorzystujące automatyczne rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, już niedługo mogą doprowadzić do tego, że coraz więcej fabryk w ogóle nie będzie zatrudniać ludzi. Dzięki zwiększonej wydajności oraz obniżonych kosztach, takie przedsiębiorstwa mogą stać się znacznie bardziej zyskowne. Redukcji będą często podlegać koszty wysoko opodatkowane, na przykład praca ludzka. Istnieje więc możliwość, że przedsiębiorcy osiągną wyższe dochody, będą płacić niższe podatki a w tym samym czasie wzrośnie bezrobocie.

Nic dziwnego, że w krajach najbardziej rozwiniętych temat zaczął być szeroko dyskutowany. Wielu komentatorów domaga się wprowadzenia nowych form redystrybucji dochodów oraz opodatkowania takich przedsiębiorstw. Nie ma wątpliwości, że w ciągu nadchodzących kilkudziesięciu lat pracodawcy będą zgłaszać coraz niższe zapotrzebowanie na pracowników nisko wykwalifikowanych. Z kolei rosnąć będzie popyt na pracę pracowników posiadających specyficzną wiedzę. Oczywiste jest więc, że przynajmniej część dodatkowych dochodów osiąganych przez przedsiębiorców powinna być wykorzystywana na edukację. Jest to nie tylko w interesie pracowników ale również samych przedsiębiorstw.

Dyskusja toczy się na razie wyłącznie w teorii, gdyż prawdziwie automatycznych fabryk jest jeszcze bardzo niewiele. Technologie są bardzo drogie i opłacalne wyłącznie przy ogromnej skali produkcji. Dodatkowo, koncepcje opodatkowania automatycznych fabryk mogą nieco przypominać dzielenie skóry na niedźwiedziu. Nie wiemy do końca, co będzie do podziału. Przedsiębiorcy, wskutek coraz bardziej intensywnej konkurencji, mogą być zmuszeni do obniżania cen swoich produktów. Będą wtedy przyczyniać się do poprawy poziomu życia społeczeństw nie przez płacone podatki a przez dostarczanie coraz tańszych produktów wysokiej technologii.

Redukcja wysoko opodatkowanych kosztów może być niebezpieczną gra dla przedsiębiorstw technologicznych. Rządy, zagrożone utratą wpływów podatkowych, jednocześnie mając przed sobą perspektywę wzrostu bezrobocia, z całą pewnością będą szukać nowych źródeł finansowania. Istnieje więc niebezpieczeństwo wylania dziecka z kąpielą. Najlepiej będą się rozwijać te kraje, które znajdą odpowiednią równowagę między rozwojem najnowocześniejszych technologii a ich opodatkowaniem.

Polskie władze, zachęcone sukcesem programu 500+, prawdopodobnie będą chciały wprowadzać nowe programy socjalne. Jednak chcąc utrzymać wysokie tempo rozwoju oraz wzrost poziomu życia, prawdopodobnie nie będziemy mogli opodatkowywać naszych przedsiębiorstw technologicznych bardziej, niż robi się to w Azji. Wtedy w długim okresie przegralibyśmy z nimi konkurencję.

W Polsce nie brakuje doskonale radzących sobie przedsiębiorstw wykorzystujących rozwiązania oparte o sztuczną inteligencję, szczególnie w sektorze technologii finansowych. Kontomatik, CRIF czy Provema, konkurują z tradycyjnymi bankami stawiając na rozwój ultranowoczesnych technologii. W bankach, reklamujących się od lat jako najnowocześniejsze, samo zamknięcie karty kredytowej po jej spłacie zajmuje często dwa miesiące. Tymczasem „fintechy” potrafią zbadać zdolność kredytową klienta i przyznać mu pożyczkę w kilkadziesiąt sekund. W dodatku robią to w ten sposób, że szkodowość udzielanych kredytów jest znacznie niższa niż w tradycyjnych bankach.

Co na to banki? W świetle prawa, zasłaniając się wewnętrznymi wytycznymi, najczęściej odrzucają możliwości współpracy z o wiele nowocześniejszą konkurencją. Nie ma im się co dziwić. Właściciele dorożek kiedyś na dwa lata zablokowali Paryż. W kilkunastu miejscach w mieście postawili barykady, żeby zaprotestować przeciwko rozwojowi taksówek zmotoryzowanych. Postęp jest jednak nieunikniony i polscy przedsiębiorcy z sektora nowoczesnych technologii doskonale sobie radzą pomimo przeciwności.

Autor: Piotr Kłodziński, radca prawny, MBA, Provema.

Polska Izba Przemysłu Targowego apeluje do posłów o wsparcie branży targowej w środowym głosowaniu

O wsparcie dla podmiotów organizujących targi i dla nich pracujących zwraca się do posłów na sejm Polska Izba Przemysłu Targowego (PIPT). Chodzi m.in. o objęcie firm „około targowych” dalszymi świadczeniami postojowymi czy zwolnieniem ich z obowiązku płacenia składek ZUS. Sejm zajmie się teraz tzw. Tarczą Turystyczną, która zawierać ma zapisy dotyczące branży targowej.

Korzystne dla firm około targowych poprawki do tzw. Tarczy Turystycznej przyjął właśnie senat. Chodzi m.in. objęcie świadczeniem postojowym firmy z branży targowej działające pod numerami PKD: a. 82.30.Z – organizatorzy targów, wystaw i kongresów, b. 73.11.Z – firmy projektujące i budujące stoiska targowe, c. 52.29.C – firmy transportu i spedycji targowej czy abolicję składek ZUS firmy z branży targowej działające pod numerami PKD: a. 73.11.Z – firmy projektujące i budujące stoiska targowe, b. 52.29.C – firmy transportu i spedycji targowej, z uwzględnieniem zaproponowanych wcześniej przez Izbę kryteriów, które pozwoliłby zawęzić beneficjentów pomocy rządowej do firm, które naprawdę jej potrzebują. Polska Izba Przemysłu Targowego zwraca się więc do posłów z prośbą o zagłosowanie nad tymi poprawkami.

– Branża targowa była jedną z pierwszych, które zostały już w lutym b.r. dotknięte pandemią choroby COVID-19. W związku z obostrzeniami sanitarnymi branża targowa od prawie pól roku znajduje się praktycznie w całkowitym zastoju – przypomina w piśmie do parlamentarzystów Izba i dodaje, że na skutek odwołania imprez targowych od 6 miesięcy przychód zdecydowanej większości firm branży targowej wynosi 0 zł. Z badań PIPT wynika, iż prawie 76% firm branży targowej straciło jedyne źródło przychodu i taki stan może trwać nawet do końca 2020 r.! Branża targowa w czasie obecnego „przestoju” traci nawet 150 mln zł miesięcznie. Jak łatwo policzyć, straty przekroczą wkrótce 1 mld PLN.

– Od pozytywnej decyzji Rządu zależy, czy sytuacja branży targowej będzie dalej się pogarszać, czy stanie się szansą i bodźcem do rozwoju polskiej gospodarki – pisze do posłów Izba. – Polski przemysł spotkań to gałąź gospodarki, która odpowiada za budowę relacji, tworzenie zaufania oraz kojarzenia partnerów biznesowych. Przy strategicznych decyzjach rynek ten może w najbliższych miesiącach i latach urosnąć wielokrotnie, repozycjonując polskich producentów i usługodawców, a w efekcie diametralnie poprawiając pozycję Polski na światowej mapie biznesu – czytamy w piśmie do posłów.

– Pozytywna decyzja Rządu RP odnośnie powyżej przedstawionych postulatów stanowiłaby nieocenioną pomoc dla przedsiębiorstw branży targowej oraz ich pracowników i pozwoliłaby w dużej mierze uchronić te przedsiębiorstwa przed falą bankructw – uzasadnia Polska Izba Przemysłu Targowego. Uważa, że dotychczasowa pomoc rządowa w ramach tarcz pomogła przetrwać polskim firmom pierwsze trudne miesiące. Przedsiębiorcy branży targowej również sięgnęli po instrumenty wsparcia z Tarcz 1, 2, 3 oraz z Tarczy finansowej. – Jednak wiemy już dzisiaj, że dla wielu z nich jest to wsparcie absolutnie niewystarczające, aby przetrwać kolejne miesiące. Szanse na otrzymanie dodatkowej pomocy dedykowanej dla branży targowej są na dzień dzisiejszy bardzo nikłe. Główną przeszkodą jest „wrzucenie” branży targowej do jednego worka z branżą turystyczną, która otrzymała już swoją pomoc sektorową i, jak deklaruje Premier Morawiecki, więcej pomocy dla turystyki nie będzie – tyle, że ani jedna złotówka nie trafiła do firm targowych – zwraca uwagę Izba.

Według pierwotnego, przyjętego już wcześniej przez sejm projektu Tarczy Turystycznej, pomoc w postaci abolicji składek ZUS przewidzianej ustawie z dnia 14 sierpnia 2020 roku ustawy o zmiany ustaw z dnia 02 marca 2020 roku o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw, otrzymać mają jedynie przedsiębiorstwa z jednej grupy PKD tj. organizatorzy targów, wystaw i kongresów (82.30.Z). Firmy branży targowej z pozostałych grupy PKD, tj. projektowanie i wykonywanie stoisk targowych (73.11.Z), transport i spedycja targowa (52.29.C) nie zostały objęte tą pomocą. Dopiero senat przegłosował zmiany, o które apelowała Polska Izba Przemysłu Targowego.

Polski rynek targowy zatrudnia ok. 20 000 pracowników etatowych i drugie tyle na umowy cywilno-prawne. Działają na nim także m.in. setki firm, zatrudniających tysiące pracowników, które są podwykonawcami dla firm targowych. Z badań PIPT wynika, że co 4 firma rozważa zwolnienia co najmniej połowy swoich pracowników i współpracowników! – Bez pomocy rządu dla naszej branży zbankrutuje lub ulegnie zamknięciu, w ciągu najbliższych dwóch miesięcy ponad 60% przedsiębiorstw – przewiduje Izba.

Finansowanie venture capital w branży software house

Coraz większa liczba software house’ów decyduje się na dywersyfikację przychodów poprzez wdrażanie własnych produktów, dzięki czemu otwiera się na współpracę z funduszami venture capital – to jeden z kluczowych wniosków płynących z raportu „Finansowanie VC w branży Software House” przygotowanego przez fundusz Czysta3.VC.

Celem raportu było zbadanie realnych potrzeb, wiedzy i potencjału inwestycji typu venture capital na rynku software house. Respondenci wskazali w nim kluczowe problemy i wyzwania stojące przed branżą, ale także oczekiwania wobec funduszy, które są dla nich wciąż względnie nowym źródłem finansowania.

Koncepcja włączenia software house’ów do spektrum zainteresowań funduszy Venture Capital wynika z transformacji na rynku start-upów, które na przestrzeni lat przestały budować wewnętrzne zespoły programistyczne i zaczęły zlecać kompleksowo tworzenie oprogramowania na zewnątrz. Kiedy trend ten zaczął dominować, software house’y stały się swoistymi centrami innowacji tworzącymi także własne produkty, dysponując unikalną wiedzą i kompetencjami technologicznymi – tłumaczy Szymon Janiak, Dyrektor Zarządzający funduszu Czysta3.VC.

Główne problemy software house’ów

Badani respondenci dostrzegają problem niewykorzystanego potencjału marketingowego oraz sprzedażowego w swoich spółkach. Wśród najliczniej wskazywanych jako „istotny” oraz „bardzo istotny problem” w rozwoju, znalazły się brak strategii w zakresie marketingu usług (58%) i brak konsekwentnej strategii w sprzedaży usług 61%.

Drugą grupą istotnych i bardzo istotnych trudności, które dostrzegają software house’y, są kwestie związane z pozyskiwaniem wartościowych pracowników (56% respondentów), a w konsekwencji presja płacowa i wysoki koszt wynagrodzeń obciążający budżet firmy (58% badanych). W tym kontekście zrozumiała staje się duża gotowość SH do tworzenia własnych produktów, które ułatwią pozyskanie dodatkowych źródeł dochodów, niezwiązanych z przepracowaną liczbą godzin programisty i szukania do współpracy inwestorów venture capital (71,3%).

Skąd software house’y biorą pieniądze

45% badanych deklaruje, że nie korzystało z żadnych zewnętrznych form finansowania swoich software house’ów. Najpopularniejszą formą pozyskiwania środków wśród ankietowanych jest pożyczka lub kredyt bankowy – w toku działalności sięgnęło po nie 37% firm.

Wśród badanych 86% deklaruje, że posiada co najmniej podstawową wiedzę dotyczącą finansowania venture capital, a 31% z nich uznaje, że bardzo dobrze orientuje się w tym temacie. Deklarowana wiedza o VC ma jednak w większości przypadków wśród badanych jedynie wymiar teoretyczny – 70% badanych nigdy dotąd nie prowadziło rozmów z funduszem inwestycyjnym.

Firmy IT doceniają zalety inwestorów

Respondenci, poproszeni o cenę jaką wagę mają poszczególne zalety finansowania venture capital najwyżej ocenili wsparcie doświadczonych doradców współpracujących z funduszem (71% wskazań „ważna” i „bardzo ważna zaleta”), wsparcie kontaktami zawodowymi, „otwieranie drzwi” – 79% wskazań, pomoc w skalowaniu działalności – 78% i wsparcie w ekspansji międzynarodowej – 72%.

Na pozafinansowe korzyści współpracy z funduszem wskazuje Radosław Bułat, CEO Applover, software house’u, który pozyskał inwestora VC „Oprócz samej inwestycji, bardzo ważne było to, aby inwestycja była „smart”, a nie skupiała się tylko na „money”. Bardzo dobrze sprawdza się sieć venture partnerów, od których co jakiś czas możemy odbić nasze biznesowe problemy czy wyzwania, a także nawiązać współprace związane z wzajemną promocją”.

Obawy software house’ów

Niemal połowa respondentów poproszona o wskazanie obaw, jakie mogą mieć osoby zarządzające software house’ami wskazała na możliwość utraty kontroli i decyzyjności w firmie w związku z dołączeniem inwestora. Wśród 11% badanych mówi o konieczności przekazania udziałów w zamian za finansowanie i potencjalnych nieadekwatnych oczekiwaniach funduszy, przede wszystkim dotyczących wyników, ale także procesów i raportowania.

Na chwilę obecną pokutuje wiele nieuzasadnionych obaw dot. np. kontroli nad spółką, zmiany jej założeń biznesowych czy forsowania decyzji, które są korzystne jedynie w krótkim terminie. Wyraźnie pokazuje to, że potrzebujemy więcej edukacji w zakresie współpracy z VC dla potencjalnych beneficjentów, co powinno stopniowo zwiększać liczbę ciekawych inwestycji w tym sektorze – dodaje Janiak.

Pełna treść raportu dostępna jest pod linkiem:

https://czysta3.vc/wp-content/uploads/2020/09/09092020-Raport-Finansowanie-VC-w-branzy-software-house-final.pdf

Patronat nad raportem objęły: ITCorner, Interizon Pomorski Klaster ICT, KLASTERit – Klaster Firm Informatycznych Polski Wschodniej, Klaster ICT Pomorze Zachodnie oraz Stowarzyszenie Inżynierii Wymagań.

Patronatem medialnym publikację objęły justjoin.it, BrandsIT, iTWIZ oraz DevNews.

***

Metodologia:

Raport powstał w oparciu o badanie przeprowadzone metodą CAWI wśród 80 firm IT tworzących dedykowane oprogramowanie (software house’ów). Oprócz wyników ankiety odnaleźć można w nim także komentarze ekspertów z branży, opinie spółek, które skorzystały z finansowania oraz podstawowe informacje na temat działania venture capital.

Webinarium:

01 października, o godz. 14.00 odbędzie się bezpłatny webinar Finansowanie VC w branży software house. Autorzy raportu oraz eksperci będą dyskutować o tym, w jakim stopniu finansowanie venture capital może okazać się odpowiedzią na największe wyzwania stojące przed firmami IT tworzącymi oprogramowanie. Więcej informacji oraz zapisy: https://czysta3.clickmeeting.com/finansowanie-venture-capital-w-branzy-software-house/register

Powstanie pierwsza w Polsce sieć ośrodków prowadzących badania kliniczne – CWBK

Agencja Badań Medycznych przeznaczyła 100 mln zł na stworzenie sieci dziesięciu wyspecjalizowanych Centrów Wsparcia Badań Klinicznych (CWBK). Nowopowstałe Centra  pozwolą na lepszą koordynację badań klinicznych w Polsce.

Inicjatywa stworzenia Centrów Wsparcia Badań Klinicznych ma na celu uatrakcyjnienie rynku badań klinicznych w Polsce, co przyczyni się do zwiększenia szansy pacjentów na dostęp do nowoczesnych, innowacyjnych terapii, częstszego wyboru przez sponsorów ośrodków badawczych w naszym kraju, a także wzrostu liczby realizowanych badań.

100 mln na stworzenie sieci CWBK

W ramach konkursu dotyczącego tworzenia i rozwoju Centrów Wsparcia Badań Klinicznych do Agencji Badań Medycznych wpłynęło 30 wniosków na łączną kwotę ponad 300 mln zł. Wśród beneficjentów wybranych w konkursie, znalazło się dziesięć podmiotów: Uniwersytet Medyczny w Łodzi, Uniwersytet Medyczny w Białymstoku, Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, Wojskowy Instytut Medyczny, Narodowy Instytut Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowy Instytut Badawczy w Gliwicach, Gdański Uniwersytet Medyczny, Narodowy Instytut Kardiologii Stefana kardynała Wyszyńskiego, Instytut „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”, Uniwersytet Medyczny im. Piastów Śląskich we Wrocławiu oraz Narodowy Instytut Geriatrii, Reumatologii i Rehabilitacji im. prof. dr hab. med. Eleonory Reicher.

Wybrane jednostki dysponują znakomitą kadrą profesorów, które mają olbrzymi wolumen pacjentów i leczą często niezwykle trudne przypadki. Jestem przekonany, że ośrodki te z jednej strony dadzą komfort pacjentom, z drugiej zaś pozwolą na wypracowanie bardzo wysokiego standardu badań – podkreśla Prezes Agencji Badań Medycznych dr n. med. Radosław Sierpiński.

Kompleksowe wsparcie dla polskich ośrodków prowadzących badania kliniczne

Placówki, które otrzymują granty utworzą CWBK jako centrum usług wspólnych, zapewniające kompleksowe i systemowe  wsparcie realizacji badań  zarówno komercyjnych jak i niekomercyjnych. Wsparcie to będzie dotyczyć m.in: planowania, zarządzania, rozliczania, czy koordynowania badań.

Infrastruktura CWBK będzie zawierać przede wszystkim część pozwalająca na realizację wizyt pacjentów w trybie ambulatoryjnym, strefę relaksu pacjenta, salę telekonferencyjną oraz pokoje do pracy dla przedstawicieli Sponsora.

Jednolitość, standaryzacja, usieciowienie

Sieć CWBK ma na celu zapewnienie jednolitego standardu realizacji badań,  wysokiej jakość obsługi pacjentów oraz ma na celu zwiększenia liczby komercyjnych i niekomercyjnych badań klinicznych.

Powstanie  sieci CWBK pozwoli na utworzenie ustandaryzowanych ośrodków, które nie będą ustępowały podobnym strukturom na zachodzie Europy. Staną się one flagowymi instytucjami w ochronie zdrowia prowadzącymi badania o najwyższym standardzie, z troską
o bezpieczeństwo uczestników badań. Badania kliniczne w Polsce będą dzięki temu prowadzone w sposób przyjazny zarówno dla szpitala, jak i pacjenta.

Pierwsze inwestycje w placówkach, które otrzymały grant ABM planowane są jeszcze w tym roku.CWBK mapa

Rośnie popularność gotówki

Paradoksalnie pandemia COVID-19 pozytywnie wpłynęła na znaczenie gotówki. W większości światowych gospodarek odnotowano znaczący wzrost podaży pieniądza w postaci banknotów. W ten trend wpisuje się również Polska, gdzie wartość gotówki w obiegu od początku roku – według Narodowego Banku Polskiego – wzrosła o ponad 27%. W tym samym czasie w USA odnotowano wzrosty na poziomie 15%, a w strefie euro o około 12% – wynika z danych VoxEU. Co więcej, nie wiązały się one z odpływem bankowych depozytów – w przypadku naszego kraju gospodarstw domowych wzrosły o 7%, a przedsiębiorstw niefinansowych aż o 15%, niebagatelny wpływ miała na ten wynik Tarcza Finansowa PFR.

W naszym kraju tradycyjne metody płatności są nadal bardzo popularne. W ubiegłym roku aż 20% Polaków wciąż deklarowało przywiązanie do gotówki – wynika z badania „Płatności bezgotówkowe oczami Polaków 2019”. Potwierdzają to także najnowsze dane Comp Platformy Usług S.A. dostarczone przez system M/platform. Gotówką płacimy najchętniej w sklepach małoformatowych, mimo że ponad 97% z nich oferuje możliwość korzystania z kart płatniczych.

Przyczyn popularności gotówki należy upatrywać w kilku źródłach. Jednym z nich jest to, że w trakcie lockdownu konsumenci zdecydowanie częściej robili zakupy w małych sklepach, które oferowały większe bezpieczeństwo i lepszą higienę niż duże sieci handlowe – mówi Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Co więcej, społeczeństwo w ten sposób chciało również wspierać małe, lokalne biznesy. Kolejnym elementem są ciągle spadające stopy procentowe, sprawiające, że banki nie są w stanie oferować różnych benefitów za płatności elektroniczne, do których wielu klientów było przyzwyczajonych. Ponadto popyt przezornościowy – w okresach kryzysów obywatele bardziej ufają bankowi centralnemu i jego banknotom niż elektronicznym zapisom podmiotów komercyjnych. Jak wynika z informacji Narodowego Banku Polskiego w dalszym ciągu płatności gotówkowe wiążą się z najniższymi, po przelewach bankowych, kosztami.

Warto wspomnieć również o tzw. patriotyzmie gospodarczym. Polega on na tym, że koszty płatności gotówkowych przekładają się na przychód w Polsce (centra gotówki, druk, przeliczenia, pensje kasjerów), podczas gdy te płatności elektronicznych (np. kartowych) zasilają zagraniczne budżety głównie Visy i Mastercarda.  Visa INC. w 2019 roku osiągnęła wynik finansowy na poziomie 12 mld USD netto, a Mastercard 8 mld netto. Skumulowane globalne przychody Visy i Mastercarda wyniosły w 2019 roku 40 mld USD (ok. 150mld PLN).

Elementem gotówkowego patriotyzmu gospodarczego jest również księgowy fakt, że każdy banknot wydany przez Narodowy Bank Polski automatycznie staje się elementem pasywów banku centralnego. Oznacza to, że osoba z banknotem w ręku jest, co do zasady, kredytodawcą Banku (analogicznie mając pieniądze na koncie kredytujemy bank komercyjny). W tej sytuacji wzrost pasywów oznacza po drugiej stronie wzrost aktywów – czyli w przypadku Banku Centralnego zazwyczaj rezerw dewizowych. Jest to zdecydowanie pozytywne dla kraju, bo może pozwolić sobie na większe rezerwy, np. złota – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Rząd wprowadza pakiet Slim VAT

Rządowe Centrum Legislacji przedstawiło 18 sierpnia plany nowelizacji ustawy o VAT oraz prawa bankowego. Pakiet nazwany przez Ministerstwo Finansów SLIM VAT zapowiada szereg uproszczeń administracyjnych dla podatników. Dokument zakłada wejście w życie z dniem 1 stycznia 2021 rozwiązań takich jak m.in. wydłużenie czasu na odliczenie VAT czy ujednolicenie kursów walut obcych dla celów VAT i podatków dochodowych. Eksperci firmy inFakt ostrzegają jednak, że niektóre zapisy ustawy mogą budzić wątpliwości interpretacyjne.

Uproszczenia w odliczaniu VAT

SLIM VAT zakłada wydłużenie terminu odliczenia VAT z trzech do czterech miesięcy. Podatnik rozliczający się miesięcznie będzie miał możliwość obniżenie kwot podatku należnego za jeden z trzech następnych okresów rozliczeniowych po okresie, w którym przysługiwało mu to prawo.

W stosunku do podatników rozliczających się kwartalnie termin odliczenia pozostaje bez zmian w stosunku do obowiązującego stanu prawnego.

MF wychodzi naprzeciw postulatom przedsiębiorców i zapowiada możliwość odliczenia VAT w stosunku do usług noclegowych nabywanych w celu ich odsprzedaży na zasadzie refakturowania. Dla przykładu obecnie przedsiębiorca, który nabywa usługi noclegowe w kwocie brutto 216 zł, następnie refakturuje je na rzecz kontrahenta, odprowadza do budżetu państwa 17,28 zł (216 zł * 8% VAT). Od nowego roku VAT należny zostanie pomniejszony o VAT naliczony z faktury za zakup usług noclegowych, tym samym transakcja będzie neutralna dla przedsiębiorcy.

Zgodnie ze stanowiskiem MF analogiczne rozwiązanie nie będzie na razie wdrożone do nabycia pozostałych usług noclegowych a także usług gastronomicznych.

Proste fakturowanie

Pakiet SLIM VAT (Simple Local And Modern) zakłada rezygnację z potwierdzania otrzymania faktury korygującej in minus przez nabywcę. Sprzedawca obniży VAT należny w okresie rozliczeniowym, w którym wystawił fakturę korygującą in minus, pod warunkiem, że:

  • z posiadanej przez niego dokumentacji wynika, że uzgodnił z nabywcą warunki obniżenia podstawy opodatkowania dla towarów lub usług określonych w fakturze korygującej;
  • faktura ta jest zgodna z posiadaną dokumentacją.

Analogicznie nabywca będzie zobowiązany do obniżenia VAT naliczonego z faktury korygującej zmniejszającej w rozliczeniu za okres, w którym warunki obniżenia podstawy opodatkowania zostały uzgodnione.

Zatem dla sprzedawcy jak i nabywcy istotne są faktyczne ustalenia między nimi poparte odpowiednią dokumentacją. W praktyce będzie to dokumentacja handlowa, w tym jak podaje MF w uzasadnieniu do projektu: aneksy do umów, korespondencja handlowa, dowody zapłaty, dowody, które potwierdzają, że obie strony znają i akceptują nowe zmienione warunki transakcji.

Wątpliwości interpretacyjne budzi jednak obowiązek skorygowania VAT przez nabywcę w przypadku, gdy ten uzgodnił warunki korekty z kontrahentem jednak nie jest jeszcze w posiadaniu faktury korygującej. Powstaje pytanie m.in. jak wykazać skorygowaną transakcję w pliku JPK – zwraca uwagę Marta Serafin, doradca podatkowy w firmie inFakt.

W projekcie SLIM VAT doprecyzowano natomiast zasady korekty in plus, które od lat budzą wątpliwości interpretacyjne. Zgodnie z nowym brzmieniem przepisu w przypadku zwiększenia podstawy opodatkowania, korekta dokonywana jest za okres, w którym zaistniała przyczyna korekty. MF podpowiada, że taki przypadek będzie miał miejsce, gdy w fakturze pierwotnej podatek należny został wykazany w prawidłowej wysokości, natomiast przyczyna korekty powstała później i nie była możliwa do przewidzenia w momencie wystawienia faktury pierwotnej. Przykładem są m.in. potransakcyjne zmiany cen, rabaty oraz korekty mające na celu wyrównanie dochodowości w grupie kapitałowej.

Jeśli natomiast korekta spowodowana jest przyczynami powstałymi już w momencie wystawienia faktury pierwotnej (np. błąd rachunkowy, zaniżenie wartości sprzedaży), to powinna ona zostać rozliczona w deklaracji podatkowej za okres, w którym została wykazana faktura pierwotna.

Spójne kursy walut

Jednym z proponowanych rozwiązań SLIM VAT jest ujednolicenie zasad dla VAT oraz podatku dochodowego dotyczących stosowania kursów do przeliczania podstawy opodatkowania wyrażonej w walucie obcej. Według obecnie obowiązujących przepisów do niektórych transakcji stosuje się różne kursy walutowe dla potrzeb VAT oraz PIT. Przykładem są usługi budowlane, których wartość do VAT określa się na ostatni dzień roboczy poprzedzający wystawienie faktury natomiast dla celów PIT istotny jest moment wykonania usługi budowlanej. Często te dwie daty różnią się od siebie, co powoduje konieczność odrębnego ujęcia dla celów ewidencji VAT oraz ewidencji księgowej.

Od nowego roku podatnik na zasadzie dobrowolności będzie mógł określić podstawę opodatkowania dla celów VAT na zasadach wynikających z przepisów o PIT (CIT). Na przykładzie usługi budowlanej podatnik zastosuje dla celów VAT i PIT (CIT) jednolity kurs waluty na ostatni dzień roboczy poprzedzający wykonanie usługi. Oznacza to uproszczenie rozliczeń dla przedsiębiorcy oraz zmniejszenie czasu na ustalanie kursu do walut dla jednej transakcji.

Przy wyborze tej opcji dobrowolnej podatnik będzie zobowiązany do jej stosowania przez okres 12 miesięcy od początku miesiąca, w którym ją wybrał. Analogicznie w przypadku rezygnacji podatnik zastosuje dotychczasowe metody przeliczania przez co okres najmniej 12 miesięcy.

W okresie stosowania dobrowolnej metody przeliczania mogą zaistnieć transakcje, dla których podatnik nie będzie mógł zastosować zasad przewidzianych dla celów dochodowych np. wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów, nabycie usług, dla których zobowiązanym do rozliczenia pozostaje nabywca, otrzymanie częściowych zaliczek. W takich sytuacjach podatnik zobowiązany będzie zastosować metodę przeliczania zgodną z zasadami VAT – mówi ekspertka inFakt.

Ułatwienia dla eksporterów

SLIM VAT wprowadzi wydłużenie terminu na wywóz towarów dla zastosowania stawki 0% przy opodatkowaniu zaliczek na poczet eksportu towarów. Obecnie eksporter ma prawo do zastosowania stawki 0% pod warunkiem, że wywóz towarów nastąpi w terminie 2 miesięcy od otrzymania zaliczki. Proponowana zmiana zakłada wydłużenie terminu z 2 do 6 miesięcy.

Od stycznia 2022 zmienią się także zasady w systemie zwrotu podatku podróżnym TAX FREE. Obieg dokumentów ma być w pełni elektroniczny, a sprzedawca zobowiązany będzie prowadzić ewidencję dokumentów TAX FREE w formie elektronicznej. Po wystawieniu przez dokonującego sprzedaży dokumentu TAX FREE, organ celny potwierdzi elektronicznie wywóz towarów, co będzie podstawą do zwrotu podatku w formie wskazanej przez podróżnego w momencie ich zakupu.

W praktyce oznacza to usprawnienie dokonywania odpraw celnych oraz skrócenie czasu obsługi podróżnych. Zdaniem MF proponowane zmiany w systemie TAX FREE mają zapobiec m.in. wykorzystywaniu systemu TAX FREE do wyłudzenia podatku VAT oraz wystawianiu dokumentów TAX FREE in blanco przez osoby, które faktycznie nie nabyły towarów.

Pozostałe zmiany

Pakiet SLIM VAT zawiera wiele innych przepisów doprecyzowujących i uzupełniających. – Najistotniejsze z nich to m.in. wprowadzenie możliwości wystąpienia o WIS dla towarów sklasyfikowanych wg PKWiU. Obecnie jest to możliwe tylko dla towarów klasyfikowanych wg CN oraz PKOB, co uniemożliwia zadawania pytań m.in. w zakresie załącznika nr 15 ustawy VAT. Dodatkowo od stycznia 2021 identyfikacja towarów i usług objętych mechanizmem split payment ujętych w tym załączniku będzie zgodna z PKWiU 2015 – wymienia Marta Serafin.

MF odstępuje od stosowania mechanizmu podzielonej płatności tylko dla wierzytelności, o których mowa w art. 498 Kodeksu cywilnego. Od kolejnego roku split payment ma objąć wszystkie wierzytelności także te niewymagalne.

Rozszerzona ma zostać także grupa podmiotów upoważnionych do występowania z wnioskiem o uwolnienie środków z rachunku VAT o podmioty, które nie są podatnikami VAT a posiadają środki na rachunku VAT np. komornicy lub podmioty zagraniczne. Od przyszłego roku podatnicy będą mogli także dokonywać płatności z rachunku VAT kwot z tytułów podatku VAT od importu usług oraz należności celnych na rzecz agencji celnych.

Projektowane zmiany przewidują także podwyższenie limitu dla tzw. prezentów o małej wartości, dla których nie trzeba prowadzić ewidencji z 10 do 20 zł (bez podatku). 

VIX – czym jest legendarny „indeks strachu”?

Niewiele wskaźników wzbudza tyle emocji, co wskazania VIX. Choć stworzony został z myślą o mierzeniu i wykazywaniu zmienności na rynku, to przez wielu traktowany jest jako skuteczny sposób na przewidywanie przyszłych rynkowych wydarzeń, pozwalając ocenić nastroje inwestorów. Czym w rzeczywistości jest VIX i co powinien wiedzieć o nim każdy inwestor?

Czym jest VIX?

Główne zadanie wskaźnika VIX to mierzenie zmienności na rynkach. Zmienności, czyli tego, jakim zmianom podlegają ceny aktywa – w przypadku indeksu VIX mierzona jest zmienność amerykańskiego S&P 500. Pomiar odbywa się, bazując na opcjach call i put w przedziale 37 do 23 dni przed wygaśnięciem, co daje 30-dniową średnią, której wskazania są właśnie zapisywane na wykresie VIX. Mówiąc o zmienności, warto mieć na uwadze istnienie dwóch typów – historycznej i implikowanej – ta pierwsza pokazuje zmiany w przeszłości, podczas gdy ta druga dotyczy właśnie tego, co ma nadejść. To właśnie ją stara się uchwycić VIX.

Jakie ma zastosowania VIX?

Zyski zazwyczaj nie idą w parze ze zmiennością. Wie o tym każdy doświadczony inwestor. Zmienność towarzyszy raczej niepokojom i niestabilności, a to bardzo szybko może doprowadzić do paniki na rynku i wyprzedaży. Z tego powodu w większości przypadków spadki są znacznie bardziej dynamiczne niż wzrosty. Rosnące wskazania indeksu VIX, wskazujące na rosnącą niepewność i zmienność mogą więc podpowiadać, że coraz bardziej prawdopodobny staje się wybuch paniki, który może gwałtownie pozbawić inwestorów zysków z zajętych pozycji.

Co ważne, posługując się indeksem VIX można również obliczyć przewidywany dzienny zasięg ruchu na S&P 500, wystarczy podzielić jego wskazania przez 16 (pierwiastek z 256, czyli liczby dni roboczych w roku). W praktyce może oznaczać to, że np. wskazania indeksu VIX na poziomie 30 wskazują na 1,875% dzienny ruch. Oczywiście należy pamiętać, że mówimy o spodziewanym ruchu.

Kontrakty futures na VIX

Jak niemal na wszystko, również na wskazania VIX, można zawierać kontrakty terminowe CFD. Pozwalają one na swobodne spekulowanie, zarówno spodziewając się wzrostów, jak i spadków instrumentu bazowego. Warto jednak pamiętać o ogromnym mnożniku – wynoszącym aż x1000 w przypadku amerykańskiego VIX (na S&P 500) lub x100 na europejski Euro Stoxx 50. Spekulowanie na VIX może więc dawać szanse na duże zyski, ale również szybko przynieść ogromne straty, warto więc mieć to na uwadze.

Wraca apetyt na ryzyko

Rynki wracają do pro-ryzykownego klimatu, oczyszczając się z obaw o przesadne wyceny ryzykownych aktywów, ale też znajdując wsparcie w gołębim nastawieniu banków centralnych oraz pozytywnych wieściach w temacie prac nad szczepionką. Rynek akcji i waluty ryzykowne pną się do góry, USD jest słaby.

Rynek akcji przetrzymał wczesnowrześniowe turbulencje i wraca na ścieżkę wzrostową. Jednak otoczenie nie jest jednoznacznie sprzyjające, a raczej inwestorzy selektywnie podchodzą do nagłówków z serwisów informacyjnych. I tak impulsem do odbicia po weekendzie są doniesienia, że AstraZeneca wznawia testy kliniczne szczepionki, a Pfizer podtrzymuje plany wypuszczenia swojej szczepionki przed końcem roku. Zatem szeroki rynek cieszy się z szans na szybsze znalezienie lekarstwa, mimo że zeszłotygodniowy pogrom sektora technologicznego został zatrzymany przez sygnały, że to lekarstwo tak szybko się nie znajdzie (przymus pracy z domu wspierał postęp technologiczny). Ale dziś futures na Nasdaq100 też rośnie (prawie 2 proc.), więc najwidoczniej tym razem dobro świata liczy się bardziej niż zysk netto spółek BigTech. Reakcje inwestorów na informacje stają się coraz bardziej nieprzejrzyste i czasami jeden dodatkowy argument może przechylić szalę. Dziś taki „kamyczek” może dokładać informacja, że rzekomo znalazł się kupiec na aktywa TikToka w USA, co powinno udobruchać prezydenta Trumpa i załagodzić (przynajmniej częściowo) spór na linii USA-Chiny. Dodajmy do tego jeszcze wyczekiwanie na gołębi przekaz FOMC w środę i tworzą się warunki na wypracowanie pozytywne klimatu dla handlu w tym tygodniu. Ale nie można ignorować szerszego oglądu sytuacji. Wzrost liczby zachorowań na COVID-19 w Europie będzie rzutować na wskaźniki koniunktury. Na horyzoncie ryzykiem w dalszym ciągu są wybory prezydenckie w USA.

I do tego dochodzi kwestia brexitu. Jakkolwiek funt stara się dziś skorzystać z klimatu risk-on i odbić po zeszłotygodniowym załamaniu, otocznie polityczne pozostaje niespokojne. Dziś ciekawie może być w brytyjskim parlamencie, gdzie omawiana będzie rządowa ustawa Internal Market Bill, która w skrócie anuluje zeszłoroczne ustalenia porozumienia brexitowego w ramach Withdrawal Agreement. Plany premiera Johnsona wywołały oburzenie wyższych rangą członków Partii Konserwatywnej. Dziś okaże się, czy w partii powstanie większa rewolta z szansą na całkowite odrzucenie Internal Market Bill. Co może być szybkim wygaszeniem dyplomatycznego skandalu, może także przerodzić się w konflikt wewnątrzpartyjny z całym z tym związanym zamieszaniem dla prowadzonych negocjacji z UE. Historia rządów Theresy May pokazuje, jak bardzo wewnętrze walki torysów szkodzą planom brexitu. Finalnie dalej liczy na zawarcie ramowej umowy handlowej między Wielką Brytanią i UE, co przyniesie „rajd ulgi” funta, ale droga do tego celu pozostaje wyboista.

Lepsze nastrojach na rynkach zewnętrznych sprzyjają złotego, by EUR/PLN handlował się poniżej 4,45. By zobaczyć mocniejszy spadek, potrzeba bardziej klarownych sygnałów wzrostu apetytu na ryzyko lub zrestartowania przeceny USD. Tymczasem EUR/USD kotłuje się w przedziale 1,18-1,19. W tym kontekście dla przyszłego kierunku złotego w tym tygodniu większe znaczne będzie miał wydźwięk komunikatu FOMC w środę niż RPP we wtorek.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Otwórz się na nowe, czyli co nam daje praca w innym kraju?

Umiejętność radzenia sobie w sytuacjach nieznanych to jeden z elementów składających się na kompetencję międzykulturową. Bez niej trudno byłoby odnaleźć się w nowej pracy, tym bardziej za granicą. Zderzenie kultur może wzbudzać lęk, ale praca w międzynarodowym środowisku przede wszystkim stanowi ogromną  szansę na rozwój zawodowy i osobisty.

Nieważne, czy dostałeś propozycję pracy w zagranicznej firmie, czy awansowałeś na kierownicze stanowisko w międzynarodowej filii firmy. Po pierwszych chwilach ekscytacji prawdopodobnie dopadnie cię strach i lęk przed nieznanym, a za nim wątpliwość – czy przyjąć ofertę? Mało kto lubi zmiany, ale są one nieodłącznym elementem naszego życia. Sprawiają, że nie stoimy w miejscu, mając okazję rozwoju na różnych płaszczyznach. Dlatego warto otworzyć się na nowe i zaryzykować.

– Myśląc o pracy w zagranicznej firmie powinniśmy najpierw dowiedzieć się jak najwięcej o danej społeczności, poznać zwyczaje panujące w określonym miejscu – będzie nam łatwiej odnaleźć się w nowym otoczeniu. Warto być otwartym na inne sposoby działania, panujące normy i zasady zamiast kurczowo trzymać się schematów utartych w Polsce. Nie bójmy się też prosić o pomoc i dopytywać osób, które mają za sobą podobne doświadczenia – podkreśla Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i  komunikacji międzykulturowej.

Otwartość na zmianę to podstawa

Po przyjeździe do obcego kraju wiele osób doznaje szoku kulturowego[1]. Dzieje się tak, ponieważ na początku wszystko nas zachwyca, przepełnia nas ekscytacja i chęć poznawania nowego. Taki stan trwa ok. 2-3 miesiące. Następnie wchodzimy na wyższy poziom poznawania kultury – to właśnie etap szoku kulturowego. Różnice międzykulturowe stają się być coraz bardziej odczuwalne, zaczyna nam przeszkadzać bycie niezrozumiałym, bądź niejednokrotnie źle zrozumianym. Czujemy się coraz bardziej wyobcowani. W takich chwilach bardzo ważne jest wsparcie najbliższych i danie sobie czasu.

– Potrzeba tygodni, a nawet miesięcy na adaptację. Bywa, że przeradza się ona we frustrację, niechęć, czy walkę ze swoimi myślami: zostać – czy wrócić. Warto dać sobie czas na przyzwyczajenie się do „nowej” rzeczywistości, nowych zasad panujących w środowisku. Umiejętności, które wypracowujemy doświadczając odmienności kulturowej i wykształcając kompetencję międzykulturową przydadzą nam się w przyszłości – podsumowuje Katarzyna Richter.

Funkcjonowanie w nowym środowisku i odmiennych realiach od tych, do których przywykliśmy sprzyja rozwojowi otwartości – wymaga bowiem od nas przełamania się i poznawania nowych ludzi, nauki innych schematów działań. Pobyt za granicą to opuszczanie własnej strefy komfortu, dzięki któremu zdobywamy cenne doświadczenia, które przełożyć się będą mogły na pole zawodowo-osobiste i lepsze radzenie sobie w kolejnych, niepewnych sytuacjach.

Czego nas uczą podróże?

Wyjazdy za granicę mogą być niezwykle rozwijające, zwłaszcza te trwające dłużej niż weekend. Dzięki nim mamy niebywałą okazję poznać obcą kulturę od podstaw. Uczymy się w niej na co dzień funkcjonować, nie jesteśmy tylko przejezdnym turystą. Obserwując lokalnych mieszkańców możemy poznać ich zwyczaje i tradycje, a także nawiązać prawdzie relacje. Daje to nam możliwość spojrzenia na swoje życie, wyznawane wartości i przyzwyczajenia z ogromnym dystansem.

– Dzięki pracy za granicą z pewnością lepiej opanujemy język, nawet jeżeli na co dzień posługiwaliśmy się nim bardzo dobrze. Poznamy lokalne zwroty, popularne idiomy, nauczymy się języka codziennego i przede wszystkim używanie go będzie dla nas bardziej naturalne. Przełamiemy bariery, jeżeli takie istnieją – zapewnia Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i  komunikacji międzykulturowej.

Praca w międzynarodowym środowisku wpływa również na wzrost wiary we własne kompetencje i możliwości. Nabieramy większego przekonania, ze warto wypowiadać swoje zdanie i dzielić się swoimi pomysłami. Stajemy się też bardziej tolerancyjni i bardziej otwarci na innych ludzi, na odmienne poglądy, czy prowadzony styl życia. Przesiąkamy klimatem danego miejsca, a co za tym idzie – powoli stajemy się nową, „międzynarodową” wersją siebie.

[1] Amsterdam, Tomasz Słodki, Rozmowa z Katarzyną Richter,2020r.

Wyłapać „czarne owce” – kontrole pracowników na home office

Pandemia koronawirusa spowodowała, iż wiele firm zmieniło model swojej działalności i funkcjonuje dzięki pracy pracowników na home office. Ustawa z 2 marca 2020 r. o przeciwdziałaniu i zwalczaniu COVID-19 mówi, że pracodawca może polecić pracownikowi wykonywanie pracy poza biurem, a pracownik ma obowiązek polecenie to wykonać. Rozporządzenie nie reguluje jednak w sposób jednoznaczny kontroli pracownika w trakcie trwania home office. Wykrywanie nieprawidłowości to nie lada wyzwanie dla pracodawców, a nieuczciwi podwładni chętnie wykorzystują fakt utrudnionej kontroli.

Praca zdalna bywa zwodnicza

Sytuacja pandemii zmusiła szefów oraz ich pracowników do zorganizowania pracy na nowo. Szacuje się, że w związku z pandemią koronawirusa blisko ¾ osób pracujących umysłowo w Polsce mogło przejść na pracę zdalną. Część pracowników bardzo dobrze odnalazła się w nowej rzeczywistości, inni nieco słabiej. Pracodawcy skarżą się na spadek efektywności pracy niektórych podwładnych. Brak prądu, problemy z połączeniem internetowym, zalany komputer – to tylko kilka najpopularniejszych argumentów pracowników chcących przedłużyć sobie weekend lub pójść na zakupy lub kawę w godzinach pracy. Wszystko to kosztem pracodawcy. Ze względu na wykonywanie pracy w domu a nie w biurze, kontrola pracowników ogranicza się zazwyczaj do bieżącej korespondencji mailowej pracodawcy z pracownikiem lub monitoringu komputera. Co jednak w sytuacji, gdy działania te nie są wystarczające?

Kontrola pracowników w miejscu zamieszkania

Gdy pracodawca podejrzewa, że dochodzi do nie prawidłowości, a opracowany regulamin home office, z którym zapoznali się i który zaakceptowali pracownicy nie jest przestrzegany, ma prawo skontrolować podwładnych w ich miejscu zamieszkania.

– Zespół wykwalifikowanych specjalistów, przy zachowaniu najwyższej jakości standardów etycznych, przeprowadza kontrolę w miejscu zamieszkania pracowników, gdzie weryfikuje szczególnie to, czy w trakcie pracy zdalnej pracownicy nie podejmują się dodatkowej działalności lub nie wykorzystują tego czasu w inny, niezgody z jego przeznaczeniem sposób. Każdy z naszych pracowników posiada specjalną legitymację i zgodę na przeprowadzenie kontroli – mówi Mikołaj Zając, prezes Conperio, firmy doradczej zajmującej się problematyką absencji chorobowej.

Gdy pracownik nie otwiera drzwi (powody są różne – może być nieobecny, może nie chcieć otworzyć, może spać) – działamy wg. ustalonych wewnętrznie procedur, zgodnych z obowiązującymi przepisami i wytycznymi PIP oraz innych instytucji. Każdy krok kontroli jest dokumentowany w naszej autorskiej, powiązanej z systemami monitoringu GPS aplikacji nadzorującej pracę kontrolerów. Aplikacja rejestruje datę i miejsce przeprowadzenia kontroli a nasz pracownik szczegółowo ją opisuje. Finalnie szczegółowy raport z kontroli trafia do pracodawcy – dodaje Zając.

Wyłapać nieuczciwych, pomóc pozostałym

Do najczęstszych przypadków naruszeń należą nie tylko niewykonywanie lub nienależyte wykonywanie obowiązków pracowniczych, ale także świadczenie pracy na rzecz innego podmiotu mimo zakazu konkurencji lub wyrządzanie szkody pracodawcy w inny sposób. W niektórych sytuacjach postępowanie pracownika może zakończyć się nie tylko rozwiązaniem z nim stosunku pracy w trybie dyscyplinarnym, ale także poniesieniem innych konsekwencji prawnych, w tym także odpowiedzialności odszkodowawczej.

Kontrola pracowników przebywających na home office ma jednak za zadanie nie tylko wyłapać zwodniczych pracowników, ale także pomóc w usprawnieniu pracy tym uczciwym.

– Nasi kontrolerzy to osoby legitymizujące się wyższym wykształceniem, posiadające doświadczenie w placówkach edukacyjnych, instytucjach państwowych, działach kadr czy policji. Dbamy o to, aby każdy z naszych kontrolerów posiadał udokumentowaną wiedzę z zakresu HR i prawa pracy, na miejscu przeprowadzają oni krótki anonimowy wywiad z zastanym pracownikiem. Odpowiedzi są świetnym sprzężeniem zwrotnym dla pracodawcy, który dowiaduje się, co w organizacji pracy zdalnej w jego firmie funkcjonuje dobrze, a które elementy wymagają jeszcze poprawy – wyjaśnia Mikołaj Zając.

Jak pokazują dane GUS rosnącą popularność pracy zdalnej dało się zauważyć jeszcze przed wprowadzeniem lockdownu. W marcu zeszłego roku 4,8% etatowców pracowało na home office. W I kwartale br. było to już 6,8%, przy czym dwa ostatnie tygodnie marca dały 14,2% pracowników zdalnych. Znaczenie pracy zdalnej rośnie w niezwykle szybkim tempie. Blisko 90% respondentów badania ARC Rynek i Opinia jest zdania, że praca zdalna stanie się bardziej popularna niż dotychczas. Gdy pandemia minie, spora część pracowników i tak do firmy nie wróci – będą pracować z domu.

Strach przed powrotem do zakładu pracy? Pomoże audyt przeciwepidemiczny

Wciąż jednak zdecydowana większość Polaków, szczególnie pracowników fizycznych, pracuje w zakładach pracy. Szefowie musieli nauczyć się organizować pracę w dobie koronawirusa – mają obowiązek zapewnienia dodatkowych środków ochrony osobistej oraz zorganizowania pracy w sposób pozwalający na zachowanie dystansu społecznego. Jednak nie wszyscy pracownicy czują się komfortowo po powrocie do pracy w firmach, a od początku trwania pandemii dochodzi do głośnych przypadków zakażeń koronawirusem w dużych zakładach pracy na terenie całego kraju. Jak zatem zadbać o bezpieczeństwo? Z pomocą pracodawcom przychodzi audyt przeciwepidemiczny, którego celem jest zbadanie stopnia bezpieczeństwa na terenie przedsiębiorstwa oraz wskazanie punktów krytycznych w celu poprawy ochrony pracowników.

– Pandemia koronawirusa spowodowała konieczność wprowadzenia szeregu zmian w zakresie BHP w zakładach pracy. Audyt przeciwepidemiczny, w trakcie którego analizowane i oceniane są procedury oraz ich przestrzeganie przez pracowników, pozwala określić i wdrożyć elementy wymagające poprawy w celu zapewnienia najwyższego stopnia bezpieczeństwa. Audyt rozpoczyna się w momencie wejścia audytora na teren zakładu pracy i opiera się na kontroli czterech obszarów – produkcji, biura i administracji, obszaru magazynu oraz tzw. obszarów wspólnych. Poprawa stopnia bezpieczeństwa przyczynia się do zminimalizowania ryzyka wystąpienia przypadków COVID-19 wśród załogi, tym samym minimalizuje ryzyko zbiorowej kwarantanny lub zamknięcia firmy – podsumowuje Mikołaj Zając.

Audytorzy przeprowadzają na podstawie obserwacji także analizę i ocenę procedur dotyczących wejścia na teren firmy osób z zewnątrz. W ramach badania prowadzona jest również analiza i ocena procedur dotyczących przypadku podejrzenia COVID-19 u pracownika zakładu.

Kolejny wzrost liczby pracowników z Białorusi – przeważają osoby do 40 r.ż.

Każdego dnia średnio 2 tys. Białorusinów przekracza granicę z Polską – podaje MSWiA. Wśród nich coraz większą grupę stanowią osoby przyjeżdżające do naszego kraju w celach zarobkowych. Jak wynika z danych Grupy Progres sierpień był kolejnym miesiącem, w którym wzrosła liczba Białorusinów pracujących w Polsce – było ich o 11 proc. więcej niż w lipcu. Mogą oni liczyć nie tylko na pracę, ale też na zarobki większe niż w ich ojczyźnie, gdzie płaca minimalna wynosi ok. 500 pln, a przeciętne wynagrodzenie niecałe 1 800 pln.

W I kwartale 2020 r. szacunkowa liczba przekroczeń granicy miedzy Polską a Białorusią wynosiła 1,914 mln, w tym aż 87,9 proc. stanowili Białorusini, a jedynie 12,1 proc. Polacy. Część naszych wschodnich sąsiadów przyjeżdżała do Polski w celach zarobkowych, jednak w pierwszych 3 miesiącach tego roku robili to zdecydowanie częściej niż po wybuchu pandemii COVID-19, gdy w II kw. 2020 r. liczba pracowników z Białorusi spadła o 32 proc.

Jak wynika z najnowszych danych Grupy Progres powolny wzrost liczby Białorusinów pracujących w Polsce rozpoczął się w czerwcu – było ich o 4 proc. więcej niż w maju 2020 r. (zdecydowanie najgorszy miesiąc, jeśli chodzi o liczbę obywateli Białorusi zatrudnionych w Polsce). W lipcu i sierpniu odnotowano kolejny wzrost. W ubiegłym miesiącu w naszym kraju pracowało o 28 proc. więcej Białorusinów niż w maju 2020 r.

Do pracy najczęściej przed 40-tką

Według danych ZUS w 2019 r. odnotowano ponad 10-krotny wzrost liczby Białorusinów zgłoszonych do ubezpieczeń w stosunku do 2008 r. oraz blisko 5-krotny wzrost w stosunku do 2015 r. (w badanym okresie liczba ubezpieczonych wzrosła z 4,2 tys. osób do 42,8 tys. w grudniu 2019 r.). W strukturze wiekowej Białorusinów ubezpieczonych w Polsce pod koniec 2019 r. dominowały  osoby  w  wieku 20 – 39 lat, a ich odsetek wyniósł aż 62 proc.

– Nasze dane wskazują, że również w 2020 r. Białorusini poniżej 40 r.ż. są najbardziej aktywni zawodowo w naszym kraju i to oni wybierają Polskę jako kierunek emigracji zarobkowej. Pod koniec sierpnia 2020 r. w grupie pracowników z Białorusi najwięcej osób – aż 62 proc. – było w przedziale wiekowym 21-39 lat – mówi Izabela Lubińska, Kierownik Działu Kadr i Płac w Grupie Progres. – Jeśli chodzi o płeć to najczęściej aktywność zawodową w Polsce podejmują Białorusinki między 21 a 29 r.ż. i 40 a 49 r.ż. – stanowią w sumie 59 proc. pracujących kobiet z Białorusi. W przypadku mężczyzn najczęściej pracują osoby między 21 a 29 r.ż. i 30 a 39 r.ż. – w sumie 63 proc. wszystkich panów z Białorusi zatrudnionych w Polsce – zaznacza Izabela Lubińska.

Mniej liczną grupę pracowników z Białorusi stanowią osoby poniżej 20 r.ż. (10 proc.). i między 50 a 59 r.ż. (14 proc.)Co więcej, Białorusini w wieku emerytalnym nie podejmują zbyt często pracy w Polsce – stanowią niecałe 7 proc. pracujących w naszym kraju (emerytura z tytułu pracy na Białorusi na ogólnych zasadach przeznaczona jest: mężczyznom – po osiągnięciu wieku 60 lat, a także stażu co najmniej 25 lat, kobietom – po osiągnięciu wieku 55 lat, a także stażu co najmniej 20 lat).

Od 17 pln brutto za godzinę

Wynagrodzenie Białorusinów, którzy w naszym kraju pracują tymczasowo zaczyna się od 17 pln brutto za godzinę. Obywatele ze Wschodu najczęściej otrzymują od 17 do 19 pln/h (67 proc. zatrudnionych w Polsce)*. Stawki rosną w zależności od branży, regionu czy zajmowanego stanowiska. 29 proc. pracowników tymczasowych z Białorusi zarabia od 19 pln/h do 25 pln/h, a 4 proc. otrzymuje 30 pln/h.*

Za pracę tymczasową w trybie 40 h/tygodniowo Białorusini emigrujący do nas w celach zarobkowych otrzymują od 2 720 pln brutto do nawet 4 800 pln brutto. Dokładając benefity oferowane przez pracodawców i biorąc pod uwagę różnice w kosztach życia w Polsce oraz na Białorusi w naszym kraju faktycznie można sporo zarobić i chcieć zostać tu na dłużej. Jak podała telewizja Biełsat realna średnia płaca wzrosła na Białorusi o 7,9 proc. (różnica między styczniem 2019 r. a styczniem tego roku). Najwięcej można zarobić w Mińsku średnio 1589,9 rubli białoruskich, w innych regionach nawet o 670 rubli mniej. W obwodzie mińskim – 1109,4 rubli, w obwodzie homelskim – 991 rubli, w obwodzie brzeskim – 949,9 rubli, w obwodzie grodzieńskim – 947,1 rubli, obwodzie witebskim – 947 rubli, a najniższą średnią płacę odnotowano w obwodzie mohylewskim – 920 rubli.

Według danych Trading Economics najwyższe przeciętne wynagrodzenie odnotowane na Białorusi w tym roku wynosiło niecałe 1 850 pln (1287,5 rubli).

*dane Grupy Progres

Poziom ubóstwa w Polsce spadł – recepta na poprawę sytuacji Polaków

Ubóstwo w Polsce dotyka mniej więcej 4 proc. obywateli. Co 25-ty Polak mieszka więc w gospodarstwie domowym, w którym dochód na osobę jest niższy niż minimum egzystencji. W gospodarstwie jednoosobowym wyniósł on w ubiegłym roku niewiele ponad 600 złotych. Ubóstwo w naszym kraju jest jednak silnie zależne od wieku i od typu gospodarstwa domowego. Najwyższy poziom wciąż odnotowuje się wśród dzieci. W tej grupie odsetek ubogich wynosi 4,5 proc. W przypadku osób starszych, w wieku 65+ odsetek ten to 3,8 proc. Często jest tak, że w rodzinach wielodzietnych – gdzie dochód osiąga tylko jedna osoba, dzieląc go na wszystkich członków gospodarstwa domowego – wynik jest niższy niż granica minimum egzystencji. Wtedy takie gospodarstwo uznaje się za ubogie.

– Różnica pomiędzy ubóstwem wśród osób starszych i dzieci wynika przede wszystkim z typu gospodarstwa domowego – powiedział serwisowi eNewsroom Jakub Sawulski, Kierownik Zespołu Makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – W przypadku emeryckich gospodarstw domowych zazwyczaj jedna lub dwie osoby uzyskują dochód z emerytury. Nawet jeżeli jest on stosunkowo niski, wciąż przekracza minimum egzystencji. W gospodarstwach domowych z dziećmi mamy wielu członków, z których tylko jeden lub dwóch osiąga dochód i jest on dzielony na pozostałych. W Polsce poziom ubóstwa udało się znacznie zmniejszyć, w tym przede wszystkim zjawisko to wśród dzieci. Dzisiaj jego poziom jest o wiele niższy niż jeszcze w 2014 roku. Wtedy przekraczało 10 proc., a dziś obejmuje niecałe 5 proc. dzieci, które żyją w gospodarstwach ubogich. To przede wszystkim zasługa transferów socjalnych – w tym głównie Programu 500+, ale nie tylko. Istotna była także bardzo dobra kondycja rynku pracy w tym okresie, niskie bezrobocie oraz stosunkowo szybki wzrost wynagrodzeń. To główne recepty na zmniejszanie odsetka osób ubogich w gospodarce. Po pierwsze potrzeba transferów socjalnych celowanych w te grupy, w których odsetek osób ubogich jest najwyższy. Po drugie konieczna jest systematyczna poprawa kondycji rynku pracy – w tym niskich płac, np. wynagrodzenia minimalnego – wskazuje Sawulski.

Prawie połowa polskich firm przemysłowych z branży przetwórstwa tworzyw sztucznych inwestowała w automatyzację

Automatyzacja procesów produkcji, digitalizacja oraz nowoczesny park maszyn i urządzeń to klucz do zachowania konkurencyjności oraz większa odporność na kryzysy i zmiany rynkowe. Jak wynika z badania Siemens Financial Services, co druga mała i średnia firma przemysłowa z sektora przetwórstwa tworzyw sztucznych zwiększyła automatyzację, a co trzecia również nakłady na odnowienie parku maszyn i urządzeń, w porównaniu do ubiegłego roku – najczęściej finansując to zyskiem lub leasingiem. Przed branżą jednak jeszcze wiele inwestycji, ponieważ swoje przygotowanie do konkurowania – na tle zagranicznych podmiotów – lepiej oceniło zaledwie 7 proc. przedsiębiorstw.

Rośnie automatyzacja i jakość parków maszynowych

Automatyzacja, digitalizacja oraz nowoczesny park maszyn i urządzań są niezbędne do zachowania konkurencyjności i utrzymania się na rynku. Zwłaszcza, w czasie obecnej pandemii, gdy przedsiębiorcy muszą być przygotowani na nagłe zmiany rynkowe, a także są zobligowani do zachowywania dystansu społecznego i rygoru sanitarnego.

Polskie firmy przetwórstwa tworzyw sztucznych są świadome, że automatyzacja to klucz do budowania pozycji rynkowej. Według badania Siemens Financial Services prawie co drugie (47 proc.) przedsiębiorstwo zwiększyło poziom automatyzacji w stosunku do 2019 roku, a o spadku wspomniało zaledwie 2 proc. ankietowanych.

Jak wynika z naszego badania, branża przetwórstwa tworzyw sztucznych była dużo lepiej przygotowana pod względem automatyzacji produkcji niż np. poligraficzna, spożywcza czy obróbki metali. Nie jest to jednoroczny przypadek, ponieważ aż 49 proc. ankietowanych przedsiębiorców chciało zwiększać automatyzację również w przyszłym roku, co także było najlepszym wynikiem na tle pozostałych trzech sektorów – mówi Tomasz Kukulski, Prezes Zarządu Siemens Financial Services w Polsce.

Prawie połowa polskich firm przemysłowych z branży przetwórstwa tworzyw sztucznych inwestowała w automatyzację
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Siemens Financial Services, marzec 2020.

Firmy z branży tworzyw sztucznych modernizowały również swoje parki maszynowe. W porównaniu do ubiegłego roku, 35 proc. badanych zwiększyło nakłady na jego odnowienie. Na tym samym poziomie utrzymały się u 56 proc. ankietowanych, a spadły u 9 proc. Co ważne, 28 proc. firm także częściej odnawiało parki maszyn i urządzeń, aby mieć stale nowoczesny sprzęt. Do spadku częstotliwości przyznało się tylko 7 proc.

Aby inwestycje w park maszynowy były efektywne, powinny wykorzystywać najnowsze technologie aktualnie stosowane w  przetwórstwie tworzyw sztucznych. Obecnie identyfikuje się kluczowe trendy, takie jak zwiększanie zakresu obrabianych materiałów w ramach jednej maszyny, wdrażanie predictive maintenance i stosowanie maszyn „szytych na miarę”, które precyzyjnie obrabiają tworzywa i redukują ilość odpadów ocenia Anita Grygorowicz, Szef Zespołu Vendorskiego w Siemens Financial Services.

Przedsiębiorcy z tego sektora chętniej korzystali również z finansowania zewnętrznego. W porównaniu do poprzedniego roku, jego udział wzrósł u 14 proc. ankietowanych, na tym samym poziomie został u 64 proc., a spadł u zaledwie 4 proc.

Najwięcej wytłaczarek w parkach maszynowych

Jakie maszyny i urządzenia znajdziemy w parkach maszynowych polskich MŚP z branży przetwórstwa tworzyw sztucznych? Jak wynika z badania Siemens Financial Services, najczęściej są to wytłaczarki, które posiada prawie co druga (48 proc.) firma – średnio osiem tego typu urządzeń w każdym przedsiębiorstwie. Na drugim miejscu (46 proc.) są urządzenia peryferyjne, jak roboty, chillery czy młyny (średnio 7 sztuk). 40 proc. posiada w swoim parku wtryskarki, a 13 proc. rozdmuchiwarki (średnio po 7 urządzeń). W parkach maszynowych popularne są jeszcze zgrzewarki (średnio 5 sztuk), które posiada 13 proc. firm oraz prasy, walcarki – średnio 8 urządzeń w 7 proc. badanych przedsiębiorstw.

Potrzeba większej konkurencyjności

Mimo większych inwestycji w automatyzację procesów produkcji oraz zwiększonych nakładów na park maszyn i urządzeń, polskie firmy z sektora przetwórstwa tworzyw sztucznych były średnio przygotowane do konkurowania na tle zagranicznych podmiotów. Jeszcze przed pandemią, za bardziej konkurencyjne uważało się zaledwie 7 proc. firm – wynika z badania Siemens Financial Services. Na tym samym poziomie oceniało swoje przygotowanie 32 proc. ankietowanych. Co ważne, do gorszej konkurencyjności przyznało się aż 31 proc.

– Sektor przetwórstwa tworzyw sztucznych powinien dążyć do większej konkurencyjności. Jak wynika z naszego badania gorzej pod tym kątem wypadła tylko branża food and beverage, a znacznie lepiej poligraficzna i metalowa. Pandemia koronawirusa i związana z nią „nowa normalność” wymagają także od sektora większej elastyczność i sprawnego dostosowywania się do nagłych zmian rynkowych  – mówi Tomasz Kukulski z Siemens Financial Services. – Przed branżą są również wyzwania środowiskowe, związane z lepszym wykorzystaniem surowców i większym recyklingiem. To wszystko z kolei wymaga znacznych nakładów kapitałowych oraz dostępu do elastycznego finansowania – dodaje.

Prawie połowa polskich firm przemysłowych z branży przetwórstwa tworzyw sztucznych inwestowała w automatyzację 2
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Siemens Financial Services, marzec 2020.

Rodzime przedsiębiorstwa, które będą dobrze przygotowane do konkurowania z zagranicznymi podmiotami mogą wykorzystać trend skracania łańcuchów dostaw. Koronawirus spowodował bowiem, że rośnie znaczenie tzw. nearshoringu (lokowania produkcji w krajach blisko położonych). Wiele europejskich firm, których łańcuchy dostaw zostały w czasie pandemii zachwiane lub przerwane, będą dążyć prawdopodobnie do ich większej dywersyfikacji. W konsekwencji zamiast zlecać produkcję np. w krajach azjatyckich, gdzie koszty produkcji są niższe, ale powstaje wysokie ryzyko przerwania dostaw, będą szukać nowych dostawców zlokalizowanych bliżej.

Maszyny i urządzenia finansowane zyskiem i leasingiem

Potrzebne inwestycje wymagają niezbędnego kapitału. W przypadku finansowania parków maszyn i urządzeń, przedsiębiorcy z branży tworzyw sztucznych najczęściej wykorzystywali środki własne – 69,1 proc. ankietowanych. Drugim najpopularniejszym sposobem finansowania był leasing. Jak wynika z badania Siemens Financial Services wykorzystywało go 38,1 proc. ankietowanych z tej branży, z czego 16,5 proc. finansowało tak cały park maszyn i urządzeń. Z dotacji korzystało natomiast 20,6 proc. ankietowanych firm, a z kredytu 22,7 proc.

Wykorzystywane źródła finansowania parku maszyn i urządzeń
*Wykorzystywane do sfinansowania całości parku MiU lub jego części
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Siemens Financial Services, marzec 2020.

– Przed branżą tworzyw sztucznych stoi wiele wyzwań, podobnie jak w innych sektorach przemysłowych. Kryzys wywołany COVID-19 i dynamiczna, ciągle niepewna sytuacja wymagają niezbędnych inwestycji oraz odpowiednich przygotowań. Do tej pory firmy najczęściej wykorzystywały do tego środki własne, jednak w wielu przypadkach rezerwy zostały zużyte do zachowania płynności w trackie lockdownu, a nowe zyski często są odkładane na wypadek drugiej fali zachorowań. W tej sytuacji, aby zrealizować niezbędne inwestycje przedsiębiorcy potrzebują finansowania zewnętrznego. Leasing, dzięki swojej elastyczności będzie nadal chętnie wykorzystywany przez polskie MŚP – podsumowuje Tomasz Kukulski z Siemens Financial Services.

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane przez Instytut Keralla Research w marcu 2020 r. na podstawie wywiadów z 400 przedstawicielami małych i średnich przedsiębiorstw z branży poligraficznej, metalowej, tworzyw sztucznych i food and beverage z całej Polski oraz posiadających własny park maszyn i urządzań (MiU). Wykorzystano metodę telefonicznych standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych (CATI).

Jak wykupić mieszkanie komunalne?

W dalszym ciągu wiele osób chce wykupić mieszkanie komunalne. Wyjaśniamy na jakie potencjalne problemy trzeba uważać podczas takiej transakcji.

W jednym z wiodących mediów niedawno pojawił się reportaż o kobiecie, której matka dość dużym kosztem wyremontowała mieszkanie komunalne i je oddłużyła (poprzez spłatę zobowiązań poprzednich lokatorów). Wspomniana lokatorka ze względu na nowotwór nie doczekała jednak pozytywnej odpowiedzi na wniosek o wykup odnowionego lokalu. Obecnie jej córka spiera się z urzędnikami o kwestię uprawnienia do wynajmu lokalu i ewentualny zwrot nakładów matki poniesionych na remont. Ta historia stanowi swoistą przestrogę dla osób, które chcą wykupić mieszkanie komunalne i ponoszą pewne wydatki w zamian za obietnicę dotyczącą możliwości wykupienia takiego lokum.

Prawo do najmu nie zawsze „przejdzie” na krewnych

Jeżeli chodzi o wspomnianą wcześniej sytuację dotyczącą zmarłej lokatorki mieszkania komunalnego oraz jej córki, to warto wskazać na pewną nieprecyzyjność artykułu 691 kodeksu cywilnego. Mówi on, że po śmierci najemcy w stosunek najmu mogą wstąpić:

  • małżonkowie niebędący współnajemcami lokalu (jeżeli małżonek jest współnajemcą, to wstąpienie w stosunek najmu nie będzie konieczne)
  • dzieci najemcy i jego współmałżonka
  • inne osoby, względem których pierwotny najemca był zobowiązany do świadczeń alimentacyjnych
  • osoby pozostające faktycznie we wspólnym pożyciu ze zmarłym najemcą

Dodatkowym warunkiem dotyczącym każdej z wymienionych powyżej osób jest stałe zamieszkiwanie ze zmarłym aż do jego śmierci polegające na posiadaniu w danym lokalu tzw. centrum spraw życiowych. Jeżeli żadna z zainteresowanych osób nie spełnia warunków określonych przez art. 691 KC, to stosunek najmu wygasa. „W analizowanym przykładzie urzędnicy uznali, że ma miejsce właśnie taka sytuacja, ponieważ mieszkanie komunalne nie było centrum spraw życiowych dla córki zmarłej kobiety (pomimo jej zameldowania)” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Opisywana sytuacja potwierdza, że w praktyce występują problemy związane z niejednoznacznością przepisów. Pewną podpowiedzią może być Uchwała Sądu Najwyższego z dnia 20 listopada 2009 r. (sygn. akt. III CZP 99/09). Mówi ona, że: „Faktyczne wspólne pożycie, w rozumieniu art. 691 § 1 k.c., oznacza więź łączącą dwie osoby pozostające w takich relacjach jak małżonkowie”. Warto też podkreślić, że posiadanie prawa do innego lokalu nie przesądza o możliwości wstąpienia w stosunek najmu (zobacz uchwała Sądu Najwyższego z 5 lipca 2002 r., sygn. akt. III CZP 36/02). Istnieją natomiast pewne rozbieżności orzecznictwa dotyczące tego, w jakiej sytuacji sporne mieszkanie komunalne można uznać za centrum spraw życiowych. „Jako przykład warto podać następujące wyroki sądowe: Wyrok Sądu Okręgowego w Gliwicach z dnia 19 września 2018 r. (sygn. akt III Ca 453/18) oraz Wyrok Sądu Okręgowego w Łodzi z dnia 8 czerwca 2017 r. (sygn. akt. III Ca 221/17)” – wymienia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Praktyki samorządów często są dość kontrowersyjne

Wspomniana wcześniej sytuacja, której okoliczności zaprezentowały nam media, stanowi również dobrą okazję do zwrócenia uwagi na inną kwestię. Chodzi o politykę samorządów, które nierzadko obiecują możliwość wykupienia mieszkania w zamian za przeprowadzenie w nim remontów oraz ewentualną spłatę długów poprzedniego lokatora. Taka polityka urzędów gmin wzbudza pewne wątpliwości. Nie chodzi tylko o to, że skutkuje ona zmniejszeniem posiadanego zasobu mieszkaniowego. Warto również zwrócić uwagę, że najemcy czasem wykonują generalne remonty (np. wymianę instalacji), które zgodnie z ustawą o ochronie praw lokatorów powinny obciążać właściciela mieszkania. „To ważne, bo zasady najmu nie powinny być mniej korzystne niż reguły określone przez wspomnianą ustawę (ustawę z dnia 21 czerwca 2001 r. o ochronie praw lokatorów, mieszkaniowym zasobie gminy i o zmianie Kodeksu cywilnego – Dz.U. 2001 nr 71 poz. 733)” – przypomina Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Jeżeli zapoznamy się z doniesieniami mediów, to można również przeczytać o sytuacjach osób, którym urzędy miasta mimo wcześniejszej obietnicy odmówiły sprzedaży mieszkania na preferencyjnych warunkach. Problem dotyczy również obietnic wyrażonych na piśmie. Nie zostały one uregulowane przez przepisy i nie mają formy umowy przedwstępnej. Warto zdawać sobie sprawę, że w razie złamania obietnicy dotyczącej sprzedaży „M” przez miasto, mogą pojawić się spore kłopoty dla niedoszłego nabywcy. Mianowicie będzie ona musiała dochodzić roszczeń od lokatorów, których dług wcześniej spłaciła. Odzyskanie środków wydanych na ulepszenie (remont) mieszkania, często będzie możliwe dopiero po zakończeniu wynajmu (zgodnie z artykułem 6d oraz 6e ustawy o ochronie praw lokatorów). „Dodatkowo w razie śmierci lokatora mogą się pojawić problemy związane ze wstąpieniem w stosunek najmu (na podstawie art. 691 KC). Właśnie takie kłopoty ma bohaterka reportażu, który niedawno pojawił się w mediach” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Północna Izba Gospodarcza apeluje o wspieranie szkolnictwa branżowego

Szkolnictwo branżowe w Polsce musi się rozwijać! – mówią przedstawiciele Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie i zwracają uwagę na sytuację sprzed ostatnich miesięcy, kiedy to właśnie ten sektor edukacji był bardzo mocno dotknięty skutkami pandemii koronawirusa. Od wiosny nie odbywały się zajęcia praktyczne i konieczna była zmiana systemu odbywania praktyk zawodowych. Nowy rok szkolny wymagać będzie więc od uczniów i nauczycieli jeszcze większego zaangażowania i „nadrabiania” strat, które miały miejsce w poprzednich miesiącach. – Szkolnictwo branżowe jest bardzo istotne dla rynku pracy, nie możemy sobie pozwolić na to, by uczniów było mniej, bo wtedy nie będzie komu pracować w przemyśle, budownictwie czy w takich sektorach jak np. usługi fryzjerskie – mówi dr Krzysztof Osiński, Prezes Wojewódzkiego Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Szczecinie. Prezes Osiński przyznaje, że tegoroczny nabór do WZDZ jest bardzo dobry, ale spotyka się z opiniami, że nabór do innych placówek – w tym tych, prowadzonych przez miasto – był skromniejszy.

Dla dobra gospodarki szkoły branżowe powinny się jeszcze dynamiczniej rozwijać

Sytuacja oświaty w czasie pandemii koronawirusa nie jest łatwa. W minionym roku szkolnym drugi semestr to w większości nauka zdalna, której efektywność tak naprawdę do dzisiaj jest trudna do oceny. Najpoważniej stratę odczuwają uczniowie szkół branżowych. W tych placówkach od teorii ważniejsza jest praktyka w salach warsztatowych oraz w miejscach pracy u przedsiębiorców. Jak przyznaje dr Krzysztof Osiński, Prezes Wojewódzkiego Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Szczecinie nowy rok szkolny będzie wymagać dużej mobilizacji od uczniów i nauczycieli: – 1 września wróciliśmy do normalności i mam nadzieję, że przy zachowaniu reżimu sanitarnego nauka będzie się odbywać. Mniej jest za to kursów, osoby dorosłe mają obawy i mniej zapisują się na szkolenia poszerzające kompetencje, jest również mniej skierowań od pracodawców. Nabór do szkoły branżowej w tym roku możemy ocenić bardzo pozytywnie, gorzej z kształceniem pozaszkolnym – przyznaje dr Krzysztof Osiński.

– Powinniśmy starać się pozyskiwać jak największą liczbę uczniów do szkół branżowych. Mam nadzieję, że sytuacja z wirusem nie wpłynie niekorzystnie na rekrutację w przyszłości. Jest nadal duże zainteresowanie zatrudnianiem specjalistów i osób gotowych do podjęcia pracy po szkole branżowej. Oczywiście jest tak, że np. wzrost bezrobocia i zamykanie miejsc pracy przekłada się bezpośrednio na nabór do szkół branżowych i mniejsze zainteresowanie zdobywaniem konkretnych, specjalistycznych umiejętności, ale sytuacja nie jest jeszcze na tyle krytyczna byśmy mogli komuś odradzać naukę zawodu. Wręcz przeciwnie – mówi dalej dr Krzysztof Osiński.

Więcej zajęć praktycznych! – szkoły branżowe muszą „nadrabiać” stracone miesiące lockdownu

Zajęcia w szkołach zawodowych odbywają się z zachowaniem wszelkich reżimów sanitarnych. Jak mówi nasz rozmówca podstawą jest powrót młodych ludzi do praktyk na warsztatach oraz do pracy w przedsiębiorstwach. Inaczej nie będziemy mogli mówić, że nauka branżowa jest efektywna. Zajęcia już się odbywają i uczniowie mogą zdobywać niezbędną im wiedzę. Jest to częściowo także „nadrabianie” zaległości z drugiego semestru poprzedniego roku szkolnego.

– W liceum ogólnokształcącym nauka może się odbywać zdalnie. W szkole zawodowej podstawą jest praktyka. Lekarz nie będzie dobrym lekarzem, jeżeli nie będzie praktykować w czasie nauki, a stolarz dobrym stolarzem bez korzystania ze sprzętu w czasie praktyk. Podobnie jest oczywiście z fryzjerstwem, nauką spawania czy obróbki metalu. WZDZ prowadzi zajęcia praktyczne, nasze warsztaty są już czynne i kładziemy duży nacisk na praktyczną naukę zawodu, co jest bardzo doceniane przez uczniów i rodziców. Musimy dbać o możliwie wysoki poziom merytoryczny – mówi dr Krzysztof Osiński, Prezes Wojewódzkiego Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Szczecinie.

Kondycja szkolnictwa zawodowego jest ściśle powiązana z kondycją gospodarki. Im gorsze wskaźniki, tym mniejsza szansa na to, że młodzi ludzie będą podejmować naukę praktycznych zawodów. Ostatnie lata pokazały, że na rynku pracy jest ogromne zapotrzebowanie na specjalistów. Oby koronawirus nie doprowadził do odwrócenia tej tendencji.

Quercus TFI przygotowuje się do nowej działalności i przejęcia Xelion

Quercus TFI S.A. nabyło 100% spółki, która będzie funkcjonować pod firmą Quercus Agent Transferowy Sp. z o.o. Głównym przedmiotem działalności spółki zależnej będzie prowadzenie rejestru uczestników funduszy inwestycyjnych. Spółka może także uczestniczyć w realizacji planowanego nabycia Domu Inwestycyjnego Xelion Sp. z o.o. lub innego podmiotu dystrybuującego fundusze inwestycyjne.

– Chcemy wykorzystać sprzyjającą sytuację rynkową, przyspieszyć rozwój i zwiększyć udziały w rynku funduszy inwestycyjnych. Nabycie spółki, która będzie pełniła funkcję agenta transferowego, jest jednym z kroków w kierunku realizacji przejęcia jednego z wiodących dystrybutorów na rynku – komentuje Sebastian Buczek, Prezes Zarządu i wiodący akcjonariusz Quercus TFI S.A.

Rozszerzenie kanałów dystrybucji, m.in. poprzez planowane przejecie spółki dystrybucyjnej, jest jednym z głównych kierunków rozwoju Quercus TFI S.A. Towarzystwo złożyło wiążącą ofertę przejęcia 100% udziałów Domu Inwestycyjnego Xelion Sp. z o.o. Obecnie prowadzone są negocjacje, mające doprowadzić do podpisania stosownej umowy. Quercus TFI S.A. nie wyklucza również innych transakcji, zarówno w obszarze dystrybucji, jak i podmiotów komplementarnie uzupełniających ofertę produktową.

Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Quercus TFI S.A. 31 sierpnia br. zdecydowało o emisji nie więcej niż 5.500.000 akcji serii D. Celem emisji akcji jest pozyskanie dodatkowych środków finansowych na rozwój sieci dystrybucji, konsolidację rynku funduszy inwestycyjnych oraz na utworzenia agenta transferowego. Quercus TFI S.A. chce z emisji pozyskać co najmniej 22 mln zł. Cena emisyjna akcji zostanie ustalona przez Zarząd, przy zastrzeżeniu, że wyniesie nie mniej niż 4 zł za jedną akcję. Pierwszeństwo w obejmowaniu akcji będą mieli dotychczasowi akcjonariusze posiadający co najmniej 1 proc. kapitału zakładowego na dzień WZA.

W 2021 roku mają ruszyć badania przesiewowe w kierunku rdzeniowego zaniku mięśni. Wczesne podanie leku pozwoli zatrzymać rozwój choroby

Każdego roku w Polsce rodzi się ok. 40–50 dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA) – postępującą chorobą genetyczną, która m.in. uniemożliwia samodzielne poruszanie. U większości z nich rozpoznaje się jej ciężką postać – SMA1. Cierpią na nią zarówno dorośli, jak i dzieci. Objawy choroby w ok. 90 proc. przypadków pojawiają się jednak w okresie niemowlęcym. Dzieci, u których zanik mięśni został wcześnie zdiagnozowany, mogą zostać poddane błyskawicznemu leczeniu i rozwijać się podobnie jak ich zdrowi rówieśnicy. Na razie jednak jest to niemożliwe, bo choć w Polsce funkcjonuje program lekowy, wciąż brakuje badań przesiewowych noworodków w kierunku SMA. W Ministerstwie Zdrowia trwają prace nad pilotażem, który miałby ruszyć w styczniu 2021 roku.

– Rdzeniowy zanik mięśni jest chorobą genetycznie uwarunkowaną, związaną z mutacją konkretnego genu – SMN1. Ten gen koduje białko warunkujące przeżycie tzw. motoneuronów. Jego uszkodzenie powoduje niedobór tego białka, a w konsekwencji obumieranie motoneuronów rdzenia kręgowego, co prowadzi do osłabienia i zaniku mięśni – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Maria Jędrzejowska z Instytutu Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej im. M. Mossakowskiego PAN.

Szacuje się, że w Polsce obecnie ok. 900–1000 osób choruje na rdzeniowy zanik mięśni (SMA). W ramach prowadzonego programu lekowego lek nusinersen otrzymuje obecnie ponad 630 chorych, kolejnych 80 jest zakwalifikowanych do terapii. Są to głównie osoby dorosłe, ponieważ włączanie do leczenia noworodków, u których rozpoznano SMA, odbywa się na bieżąco.

– Szacowaliśmy, że do końca 2020 roku uda nam się rozpocząć leczenie u wszystkich polskich pacjentów z SMA, ale pandemia niestety trochę zmniejszyła nasze możliwości. Szpitale w jej trakcie pracowały trochę inaczej. Pacjenci jednak są nadal włączani do leczenia i ten proces na pewno będzie trwał do momentu, aż obejmie wszystkich – podkreśla prof. dr hab. n. med. Anna Kostera-Pruszczyk, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jak podkreśla ekspertka, efekty leczenia SMA wśród polskich pacjentów są bardzo dobre. Dzięki nowej terapii – refundowanej od ubiegłego roku w ramach programu lekowego – nawet chorzy z ciężkim przebiegiem tej choroby odzyskują część utraconych funkcji ruchowych, a tym samym uzyskują większą samodzielność w codziennym życiu. W przypadku dzieci wraca zdolność samodzielnego siedzenia i chodzenia, co wcześniej było nieosiągalne. Niemowlęta z najcięższą postacią SMA otrzymały szansę na znacznie dłuższe życie – wcześniej rdzeniowy zanik mięśni był najczęstszą genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia.

– Od końca lutego 2019 roku mamy w Polsce dostępny program lekowy dla leczenia rdzeniowego zaniku mięśni dla wszystkich populacji pacjentów, dla wszystkich grup wiekowych – mówi prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych, kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej UCK Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. – Ten program funkcjonuje w Polsce świetnie, mamy jedne z najlepszych wyników w Europie. Po półtora roku obraz rdzeniowego zaniku mięśni w naszym kraju się zmienił, w tej chwili widzimy u pacjentów zatrzymanie postępu choroby albo poprawę.

– Zatrzymanie postępu choroby w przypadku takiego schorzenia jak SMA już można by uznać za sukces terapeutyczny. Obserwujemy jednak także odzyskiwanie ważnych funkcji ruchowych, nawet u osób dorosłych, u których ta choroba trwa kilkadziesiąt lat. To są zmiany, które istotnie poprawiają jakość życia zarówno pacjentów, jak i ich najbliższych, którzy na co dzień są ich opiekunami – dodaje prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

SMA dotyka osób w różnym wieku, ale w ponad 90 proc. przypadków objawy pojawiają się w okresie niemowlęcym. Co roku w Polsce rodzi się ok. 50. dzieci, u których rozpoznawany jest rdzeniowy zanik mięśni, w tym ok. 30–40 z najcięższą jej postacią. Chorobę tę wywołuje mutacja genetyczna, którą w Polsce ma średnio jedna na 35 osób. Jeżeli oboje rodziców są nosicielami tej wady genetycznej, istnieje 25 proc. ryzyka, że ich dziecko zachoruje.

– W tej chwili diagnostyka jest ukierunkowana tylko na pacjentów objawowych. Badania genetyczne są wykonywane głównie u osób, które mają jakieś objawy i podejrzenie rdzeniowego zaniku mięśni. Obejmuje się nimi także pacjentów, którzy w wywiadzie są obciążeni rodzinnie. Nie ma natomiast powszechnych badań przesiewowych noworodków w kierunku SMA – mówi dr Maria Jędrzejowska. – Wprowadzenie ich pozwoliłoby wykrywać tę chorobę na wczesnym etapie, zanim jeszcze wystąpią objawy, co dramatycznie zmieni rokowania.

– Apelujemy o jak najszybszą możliwość wprowadzenia u noworodków badań przesiewowych. Jeżeli wiemy, że ta choroba wystąpi, jeszcze zanim pojawią się objawy, możemy wcześnie włączyć leczenie i uzyskać wszystkie kroki milowe w rozwoju takiego pacjenta, jakich spodziewalibyśmy się u jego zdrowego rówieśnika – podkreśla prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska.

Potwierdzają to opublikowane niedawno wyniki badania NURTURE, w których bierze udział 25 pacjentów przedobjawowych z rdzeniowym zanikiem mięśni. Wykazały one, że im wcześniej włączane jest leczenie, tym bardziej jest ono skuteczne, a możliwość osiągania kamieni milowych w rozwoju ruchowym przez dzieci jest zbliżona do tej, jaką mają dzieci zdrowe.

– Do badania NURTURE pacjenci byli włączani w okresie przedobjawowym z typem SMA1. Są to dzieci badane prenatalnie, których rodzice dowiedzieli się, że istnieje ryzyko zachorowania, bo np. ich rodzeństwo było chore – tłumaczy przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych. – U tych pacjentów w pierwszych kilku–kilkunastu dobach życia włączano leczenie. Po kilku latach obserwacji wszyscy oni siedzą, większość z nich stoi, a część chodzi, a nawet biega.

Nowe dane wskazują, że po prawie pięciu latach ciągłego leczenia lekiem nusinersen 100 proc. dzieci leczonych przedobjawowo przeżyło i żadne z nich nie wymagało stałej wentylacji. Pacjenci nadal utrzymywali i stopniowo poprawiali funkcje motoryczne w porównaniu z naturalnym przebiegiem choroby, aż 88 proc. z nich samodzielnie chodzi bez żadnej pomocy.

– To są rzeczy, które dla pacjentów z SMA typu 1 w ich naturalnym przebiegu choroby były absolutnie nieosiągalne – podkreśla prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska. – Jeśli my zainwestujemy w badania przesiewowe, wyciągniemy z populacji około 50 chorych, którzy rodzą się co roku z rdzeniowym zanikiem mięśni, to możemy leczyć ich w tym momencie, który jest dla nich optymalny, czyli zanim te komórki zaczną obumierać.

Istnieje duża szansa, że badania przesiewowe noworodków w kierunku SMA mogą ruszyć już od stycznia 2021 roku. Ministerstwo Zdrowia poinformowało w lipcu, że pracuje nad pilotażem, który zacząłby się od jednego bądź dwóch województw, docelowo w ciągu dwóch–trzech lat objąłby całą Polskę.

– Cały czas czekamy na oficjalną decyzję Ministerstwa Zdrowia. Jako Zespół Koordynacyjny ds. Leczenia SMA proponowaliśmy rozpoczęcie tych badań od połowy tego roku. Wiadomo, że w związku z pandemią one nie mogły teraz ruszyć, ale mamy nadzieję, że od stycznia 2021 roku przynajmniej część dzieci będzie objęta badaniami przesiewowymi – mówi dr Maria Jędrzejowska.

– Wprowadzenie badań przesiewowych pod kątem rdzeniowego zaniku mięśni będzie prawdopodobnie 30. chorobą, która będzie badana podczas screeningu noworodków. To bardzo dobra wiadomość, cieszymy się niezmiernie, że uda się wprowadzić ten pilotaż. Liczymy na to, że w 2022 roku badania przesiewowe obejmą wszystkie noworodki, które się urodzą w Polsce – dodaje Dorota Raczek, prezes Fundacji SMA.

Fundacja stara się również o wprowadzenie programu opieki koordynowanej nad pacjentami z SMA.

– Chodzi o zespół specjalistów, którzy zajmą się chorymi na rdzeniowy zanik mięśni pod kątem ortopedycznym, anestezjologicznym, dietetycznym i kardiologicznym, bo oni potrzebują opieki wielospecjalistycznej – podkreśla prezes Fundacji SMA.

Opieka fizjoterapeuty ma na celu zachowanie siły mięśni oraz pełnego zakresu ruchów we wszystkich stawach – jest niezbędnym elementem terapii lekiem nusinersen. Lekarz ortopeda i ortotyk mają przeciwdziałać rozwijaniu się wad kręgosłupa i kończyn, często pojawiających się wskutek osłabienia i przykurczów mięśni, nieraz wymagających ingerencji chirurgicznej; zadaniem dietetyka jest natomiast dostosowanie diety do trybu życia oraz zapobieżenie skutkom osłabienia mięśni jamy ustnej i przełyku. W ciężkich przypadkach rdzeniowego zaniku mięśni niezbędna jest opieka pulmonologa lub anestezjologa, który czuwa nad przebiegiem funkcji oddechowych i w razie potrzeby wprowadza mechaniczne wspomaganie oddechu.

Galerie handlowe starają się na nowo przyciągnąć klientów po lockdownie. Zapewnienie rozrywki i programy lojalnościowe stają się kluczowe

0

Klienci powoli wracają do obiektów handlowych, ale jak wynika z danych PRCH, ich odwiedzalność wciąż waha się między 70 a 96 proc. ubiegłorocznych wartości. Ruch po lockdownie związanym z pandemią najszybciej odradza się w tych galeriach, które oferują dodatkowe możliwości rozrywki i spędzania wolnego czasu. Odbudowa bazy klientów to niejedyne wyzwanie, przed jakim stoją obiekty handlowe. Kolejnym jest zbudowanie ich lojalności w obliczu spodziewanego spadku wydatków konsumenckich i zaostrzenia konkurencji. Dlatego też galerie stawiają mocny akcent na rozbudowę swoich programów lojalnościowych, które pomagają zwiększyć ruch, przyciągnąć nowych klientów i zmotywować ich do częstszych zakupów.

Jak wynika z raportu „Westfield: How We Shop”, jednego z największych badań zwyczajów konsumenckich w handlu detalicznym, aż 75 proc. polskich konsumentów oczekuje od centrów handlowych wtapiania się w lokalne środowisko. W tych centrach handlowych, które są bliskie lokalnym społecznościom, najszybciej odradza się odwiedzalność – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Osińska, rzeczniczka warszawskiej galerii Westfield Arkadia.

Z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych wynika, że odwiedzalność obiektów handlowych w sierpniu br. wynosiła średnio między 70 a 96 proc. ubiegłorocznych wartości – w zależności od dnia, wielkości centrum handlowego i regionu. Galerie odwiedzało średnio ponad 11,4 tys. osób w ciągu jednego dnia handlowego, czyli o ok. 1,4 tys. osób więcej niż jeszcze w lipcu.

Klienci traktują galerie nie tylko jako miejsce dokonywania zakupów, lecz także spędzania wolnego czasu. Przestają one spełniać wyłącznie tradycyjną funkcję handlową, stając się ośrodkami rozrywki i spotkań towarzyskich. Potwierdza to rosnący udział najemców z sektora rozrywka oraz gastronomia w całkowitej powierzchni handlowej. W coraz większym stopniu galerie stają się też częścią miejskiej tkanki, pełniąc funkcje kulturalne i społeczne.

Robimy wiele, żeby pozytywnie wpływać na tkankę miejską i odpowiadać na potrzeby lokalnych społeczności. Korekta funkcji centrum handlowego – ze świątyni zakupów w kierunku miejsca przydatnego sąsiedztwu – nie jest rewolucją w przypadku obiektów należących do Unibail-Rodamco-Westfield. Konsekwentnie realizujemy plan aktywnego uczestnictwa w sąsiedzkim życiu i wnoszenia do niego wartości dodanej – mówi Karolina Osińska. – Dobrym przykładem takich działań jest plac zabaw wybudowany przed Westfield Arkadia. Dzięki tej inwestycji najmłodsi klienci centrum i okoliczni mieszkańcy zyskali dostęp do nowoczesnej infrastruktury, a obiekt jeszcze bardziej wtopił się w społeczne otoczenie.

Pandemia SARS-CoV-2 okazała się dla rynku handlowego katalizatorem, który przyspieszył migrację klientów z tradycyjnego kanału zakupowego do online’u. Z czerwcowego raportu e-Izby wynika, że obecnie 27 proc. z nich częściej dokonuje zakupów w sieci. Dlatego też głównym wyzwaniem dla galerii handlowych jest teraz odbudowa bazy klientów utraconej w czasie lockdownu – zachęcenie ich do tego, aby wrócili do swoich starych nawyków zakupowych i ulubionych miejsc.

Z pewnością mogłoby w tym pomóc czasowe zniesienie zakazu handlu w niedziele. Ostatnia handlowa niedziela 30 sierpnia może być tego dobrym przykładem. Dane PRCH wskazują, że tego dnia obserwowany był wzmożony ruch w galeriach handlowych, a średnia odwiedzalność wyniosła 97 proc. wartości odnotowanej w ostatnią niedzielę sierpnia 2019 roku. To oznacza, że liczba odwiedzających w centrach i galeriach handlowych była niemal taka sama jak przed wybuchem pandemii.

– Jak wynika z danych CBRE, ponad połowa Polaków chciałaby mieć możliwość swobodnych zakupów w niedziele. Zniesienie regulacji, która tego zakazuje, wpłynęłoby korzystnie zarówno na pobudzenie gospodarki, odbudowanie obrotów najemców, tworzenie miejsc pracy, jak i na zwiększenie bezpieczeństwa zakupów poprzez rozładowanie obłożenia centrów w pozostałe dni tygodnia – ocenia rzeczniczka galerii Westfield Arkadia.

Większość ekonomistów w związku z recesją prognozuje spadek wydatków konsumenckich. To oznacza, że wartość koszyków zakupowych będzie mniejsza, a obiekty handlowe muszą liczyć się z zaostrzeniem konkurencji o to, kto szybciej przyciągnie klientów i skłoni ich do większych zakupów. To zaś skłania galerie do szukania nowych sposobów na zwiększanie swojej atrakcyjności i budowania lojalności klientów. Jednym z najskuteczniejszych narzędzi są programy lojalnościowe, bo klienci lubią być premiowani za zakupy.

Jak wynika z badania TNS dla Comarch („Przyszłość zakupów. Najważniejsze trendy w retail dziś i w 2030 roku”), do co najmniej jednego programu lojalnościowego zapisało się 75 proc. Polaków. Cztery największe korzyści, na które wskazuje ponad 80 proc. uczestników takich programów, to promocje, jakość i ilość nagród, możliwość zbierania punktów lojalnościowych i dodatkowe benefity (np. przedpremiery, przedsprzedaż produktów).

Na rozbudowę swojego programu lojalnościowego dla stałych klientów zdecydowały się właśnie centra handlowe należące do Unibail-Rodamco-Westfield, które wprowadzają możliwość otrzymywania zwrotu części pieniędzy wydawanych na zakupy w Westfield Arkadia i Galerii Mokotów w Warszawie oraz Wroclavii we Wrocławiu.

To nowa, przynosząca wymierne korzyści funkcjonalność programu lojalnościowego. Przejrzyste zasady, wygoda i łatwość korzystania oraz oszczędności sięgające aż 10 proc. wartości zakupów to główne zalety cashbacku, ale udział w programie lojalnościowym oferuje ich znacznie więcej. Nasi stali klienci już od dawna mogą liczyć na ekskluzywne oferty wielu sklepów, otrzymywać dostęp do dedykowanych usług premium, a także specjalne zaproszenia na wydarzenia VIP. Teraz cashback jest więc kolejnym sposobem, dzięki któremu staramy się docenić i nagrodzić stałych klientów – mówi Kamila Mąsior, digital manager Unibail-Rodamco-Westfield.

15 września odbędzie się transmitowany w sieci otwarty webinar (https://youtu.be/SzchEe_YT1E), zorganizowany przy współpracy z agencją informacyjną Newseria, na którym przedstawiciel Unibail-Rodamco-Westfield zaprezentuje innowacyjne na polskim rynku rozwiązanie technologiczne w ramach swojego programu lojalnościowego.

Na rosnące znaczenie programów lojalnościowych w handlu detalicznym zwraca też uwagę firma doradcza PwC. Eksperci wskazują, że dobrze zaprojektowany i właściwie wdrożony program może pomóc pokonać trudności związane z obecną rzeczywistością: zwiększyć odwiedzalność i przyciągnąć nowych klientów, zmotywować ich do częstszych zakupów oraz zbudować ich lojalność i pozytywne doświadczenia zakupowe.

Rząd pracuje nad kryteriami bezpieczeństwa sieci 5G. Polskie przepisy mają być jednymi z najsurowszych w Europie

W tym tygodniu do publicznych konsultacji trafił projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, który będzie mieć duży wpływ na wdrażanie w Polsce sieci 5G. Znalazły się w nim m.in. zapisy pozwalające na wykluczenie dostawców infrastruktury, którzy pochodzą z państw nieprzestrzegających praw człowieka. Tym samym Polska chce wprowadzić jedne z najsurowszych w całej UE przepisy dotyczące podmiotów uczestniczących w budowie 5G. – To uderzy w rynek i opóźni wdrażanie nowej technologii – wskazuje dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska Ryszard Hordyński.

Projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa wprowadza szereg zapisów, które są niemierzalne, mało obiektywne i nietransparentne. Przykładem jest tzw. mechanizm dostawcy wysokiego ryzyka, których wskaże Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, czyli premier oraz szefowie służb, na podstawie mało obiektywnych kryteriów. Kolegium będzie oceniać na przykład to, czy dostawca pochodzi z kraju, w którym są przestrzegane prawa człowieka. A przecież prawa człowieka i cyberbezpieczeństwo to dwie zupełnie różne sprawy – mówi agencji Newseria Biznes Ryszard Hordyński.

Projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa trafił do konsultacji publicznych we wtorek, 8 września. Resort cyfryzacji czeka na opinie m.in. stowarzyszeń branżowych, przedsiębiorstw i instytutów naukowych, bo dokument będzie mieć duże przełożenie na wdrażanie w Polsce sieci 5G oraz wybór dostawców infrastruktury i oprogramowania dla nowego standardu telekomunikacyjnego.

– Jest 14 dni na konsultacje tej ustawy i zobaczymy, jaki ostatecznie będzie miała kształt. Jednak w tym momencie jest w niej szereg zapisów, które można by trochę lepiej przemyśleć – wskazuje dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska.

Resort cyfryzacji uzasadnia, że nowelizacja jest podyktowana ustaleniami na poziomie europejskim. Nowy projekt wdraża bowiem zalecenia i standardy opublikowane w tzw. 5G Toolbox, czyli zestawie narzędzi przygotowanych przez Komisję Europejską i Agencję Unii Europejskiej ds. Cyberbezpieczeństwa (ENISA) przy współudziale wszystkich państw członkowskich UE, w tym Polski.

5G Toolbox został przyjęty na początku tego roku i ma wzmocnić poziom cyberbezpieczeństwa w Europie w kontekście budowy sieci nowej generacji. Będzie podstawą dla wspólnych, skoordynowanych działań w tym zakresie. Państwa członkowskie UE zobowiązały się w nim m.in. właśnie do zaostrzenia wymagań dotyczących bezpieczeństwa infrastruktury telekomunikacyjnej oraz do oceny profilu ryzyka dostawców i ich dywersyfikacji. Jednak szczegółowe decyzje dotyczące tego, jakie konkretnie środki bezpieczeństwa zostaną wdrożone, pozostają w gestii państw członkowskich UE.

Do tej pory żaden kraj na świecie, a już na pewno w Europie, nie zaproponował tego typu zapisów. Najbardziej rygorystyczne ma jak dotąd Wielka Brytania, która nie jest już w UE. Czas na potencjalne wykluczenie dostawcy wynosi tam siedem lat, te zapisy były konsultowane z całym rynkiem przez dość długi czas, a operatorzy do końca tego roku wciąż mają prawo kupować urządzenia wszystkich dostawców, nawet tych potencjalnie wykluczonych. Polska proponuje więc dużo bardziej surowe przepisy niż wszędzie indziej w Europie – podkreśla Ryszard Hordyński.

W Polsce oceny dostawców sprzętu i oprogramowania, istotnego dla krajowego cyberbezpieczeństwa i sieci 5G, ma dokonywać Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. To organ doradczy, który od dwóch lat funkcjonuje przy Radzie Ministrów. Projekt nowelizacji ustawy o KSC zakłada, że w trakcie oceny kolegium weźmie pod uwagę takie czynniki jak m.in. potencjalne zagrożenia dla bezpieczeństwa publicznego „o charakterze ekonomicznym, kontrwywiadowczym i terrorystycznym”, prawdopodobieństwo tego, że dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE bądź NATO oraz jakie obowiązuje w tym kraju prawo w zakresie ochrony danych osobowych, ochrony praw obywatelskich i praw człowieka.

Ocena sporządzana przez Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa ma uwzględniać trzy stopnie ryzyka, jakie wiąże się z danym dostawcą: wysokie, umiarkowane lub niskie. To pierwsze jest przewidziane dla firm, które zostaną uznane za poważne zagrożenie dla krajowego cyberbezpieczeństwa, co oznacza, że zostaną odcięte od kontraktów, a podmioty korzystające z ich usług bądź sprzętu będą musiały pozbyć się ich w ciągu pięciu lat. Firmy objęte statusem umiarkowanego ryzyka będą mieć z kolei zakaz wprowadzania na polski rynek nowych produktów i usług (przynajmniej do czasu wyeliminowania stwarzanych przez nie zagrożeń).

Cyberbezpieczeństwo czy kwestie inżynierskie można obudować przepisami, które mają związek z technologią i podejściem inżynierskim. Natomiast zapisy zaproponowane w tej ustawie są nieobiektywne i czysto polityczne – komentuje dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska.

Zapisy nowelizacji ustawy o KSC wskazują na możliwość wykluczenia z polskiego rynku firmy Huawei, która jest w tej chwili jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury 5G. Stany Zjednoczone już od dłuższego czasu zarzucają technologicznemu gigantowi, że ma powiązania z chińskim rządem. W tle jest też wojna handlowa i napięte relacje pomiędzy Chinami i USA oraz amerykański program Clean Network, który ma na celu całkowite wyeliminowanie chińskich producentów z rynku telekomunikacyjnego.

Jak podkreśla Ryszard Hordyński, jeżeli ustawa o KSC wejdzie w życie w obecnie proponowanym kształcie, z mechanizmem zaprojektowanym do wykluczenia konkretnego dostawcy, uderzy to głównie w rynek i opóźni wdrażanie w Polsce 5G.

Po pierwsze, operatorzy, którzy w tej chwili korzystają z usług lub sprzętu potencjalnie wykluczonego dostawcy, będą musieli ponieść ogromne koszty. Te są szacowane na ok. 15 mld zł na samą infrastrukturę. Po drugie, w tej chwili na rynku jest trzech dostawców sieci 5G. Po tej zmianie zostałoby dwóch. Jeśli weźmiemy pod uwagę podstawowe zasady ekonomii, powstanie przez to monopol, w którym każdy operator będzie wykorzystywać tylko dwóch dostawców. To oznacza brak konkurencyjności, czyli nie tylko wyższe ceny, ale i gorszą jakość usług – mówi.

Resort cyfryzacji podkreśla, że zarówno Komisja Europejska, jak i Polska kładą duży nacisk na bezpieczeństwo technologii 5G. Tym bardziej że będzie ona mieć wpływ nie tylko na rynek telekomunikacyjny, lecz także inne kluczowe sektory gospodarki, jak np. energetyka, transport, bankowość czy zdrowie. Ponadto sieć 5G będzie nośnikiem informacji wrażliwych. Dlatego też zapewnienie jej bezpieczeństwa jest kluczowe. KE wskazuje, że odpowiedzialność za jej działanie i ochronę spoczywa zarówno na podmiotach rynkowych, jak i państwach członkowskich.

Jest w Polsce potrzeba wprowadzenia ramowych, wspólnych zasad dotyczących cyberbezpieczeństwa, bo obecna ustawa pochodzi sprzed kilku lat. Tymczasem technologia zmienia się bardzo szybko i prawo za nią nie nadąża. Wdrożenie sieci 5G będzie fundamentem tzw. gospodarki 4.0, która połączy ze sobą wszystkie urządzenia i wszystkie możliwe czujniki. Rozsądne podejście do bezpieczeństwa w tym zakresie jest bardzo potrzebne. Jednak powinno być to podejście mierzalne i inżynierskie, a nie polityczne – podsumowuje dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska.

Minister finansów: Nie planujemy zwiększać poziomu podatków w Polsce. Gospodarka wyjdzie z recesji dzięki konsumpcji prywatnej

Tadeusz Kościński deklaruje, że resort finansów nie zamierza podnosić podatków mimo zwiększonych wydatków spowodowanych pandemią. W tym roku zamiast zerowego deficytu ma on wynieść ponad 109 mld zł, choć wielu ekonomistów uważa, że jest to kwota zawyżona. Dodatkowo poluzowana reguła wydatkowa pozwala na pewną swobodę. Minister popiera też wprowadzenie podatku cyfrowego, choć musiałoby to się odbyć na poziomie unijnym, by nie narazić naszego kraju na retorsje Stanów Zjednoczonych.

– Nie planujemy zwiększać poziomu podatków w Polsce, żeby obywatele płacili więcej. Również nie zamierzamy zmniejszyć kosztów, bo naszą strategią jest, żeby gospodarka szybciej wyszła z recesji, a to będziemy robić poprzez konsumpcję prywatną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Kościński, minister finansów. – Im więcej pieniędzy będziemy mieli u naszych podatników, żeby mogli wydawać, tym szybciej wyjdziemy z tej recesji, więc podnosić podatki, wyciągać pieniądze z kieszeni czy obcinać jakieś koszty byłoby bez sensu, tego nie będziemy robić.

W budżecie państwa na 2021 rok zapisano wpływy na poziomie prawie 403,73 mld zł. W tym z podatków ma pochodzić 368,43 mld zł, czyli ponad 91 proc. Najwyższą pozycję – o wartości niemal ich połowy – stanowi podatek od towarów i usług, czyli VAT – 181 mld zł, a następnie akcyzowy oraz od osób fizycznych (odpowiednio 71,74 mld zł oraz 68,1 mld zł). Na obecny rok po nowelizacji spowodowanej pandemią przewidziano dochody w wysokości 398,7 mld zł, niższe od zaplanowanych wcześniej o 36,7 mld zł, a wydatki na poziomie 508 mld zł, o 72,7 mld zł więcej od zakładanych poprzednio. W przyszłym roku źródłem dodatkowych wpływów mają być dalsze uszczelnienie podatkowe, dokończenie reformy OFE oraz podatek od sprzedaży detalicznej, który ma zacząć obowiązywać od 1 stycznia.

– Chcemy, żeby nasza gospodarka szybko rosła, docelowo głównym jej motorem będzie inwestycja prywatna. Prywatni inwestorzy, co absolutnie zrozumiałe, nie chcą inwestować swoich pieniędzy, gdy nie czują się pewnie, więc z różnych stron będziemy próbować restartować gospodarkę: poprzez konsumpcję prywatną, konsumpcję publiczną, jak również inwestycje publiczne – deklaruje minister finansów. – Bardzo ważne, żeby lokalne inwestycje mogły być jak najszybciej wdrażane: budowy nowych dróg, szpitali i szkół. To spowoduje, że lokalne firmy będą zatrudniać, ludzie będą mieli pracę, będą płacić podatki, kupować w sklepach i w ten sposób gospodarka będzie rosła i mam nadzieję, że bezboleśnie wyjdzie z kryzysu.

Deficyt budżetowy w tym roku ma wynieść 109,3 mld zł (przed pandemią planowano budżet zrównoważony, z dochodami równymi wydatkom, jednak COVID-19 pokrzyżował te plany), a w przyszłym 82,3 mld zł. Jednak także w związku z koronawirusem poluzowana została stabilizująca reguła wydatkowa, dzięki czemu kwota wydatków na rok 2021 mogła zostać powiększona o połowę prognozowanej sumy skutków finansowych po stronie dochodów i wydatków wynikających z działań bezpośrednio nakierowanych na powstrzymanie skutków stanu epidemii w 2020 roku i walkę z nimi oraz na bezpośrednie wsparcie dotkniętych nim podmiotów.

Prognozy dochodów budżetu państwa zdeterminowane są przede wszystkim szacunkami wzrostu PKB (w ujęciu realnym o 4 proc., nominalnym o 5,4 proc.), średniorocznym wzrostem cen towarów i usług konsumpcyjnych, czyli inflacją (1,8 proc.), nominalnym wzrostem przeciętnego rocznego funduszu wynagrodzeń w gospodarce narodowej (2,6 proc.) oraz wzrostem spożycia prywatnego (w ujęciu nominalnym o 6,3 proc.).

– Nie mamy konkretnego planu, koncepcji, strategii, że likwidujemy ulgi. Ale na pewno będziemy bacznie uważać, czy one są efektywnie wykorzystane, czy nie możemy lepiej ich wykorzystać. Cały czas rozmawiamy z biznesem, z rynkiem i słuchamy, co rynek ma do powiedzenia. Oczekuję na ciekawe propozycje, jakie ulgi by pomogły rozkręcić naszą gospodarkę. Jak będzie coś ciekawego, na pewno będziemy to tak szybko wdrażać, jak tylko możemy – zapewnia Tadeusz Kościński.

Dodatkowe przychody mógłby przynieść tzw. podatek cyfrowy, czyli danina nakładana na największe firmy technologiczne: Google (Alphabet), Amazon, Facebook, Apple, które podczas pandemii jeszcze mocno zyskały (wszystkie są na giełdzie w Nowym Jorku, poza tym wzrosło zapotrzebowanie na usługi cyfrowe), a w wielu krajach nie płacą podatków. O podatku takim mówi się od dawna zarówno na poziomie UE, która zaproponowała 3-proc. stawkę (ale nie mówi jednym głosem), jak i pojedynczych krajów, ale jako że giganci ci wywodzą się ze Stanów Zjednoczonych, państwa próbujące nałożyć tenże podatek są straszone wprowadzeniem ceł (przykład Francji z ubiegłego roku). Dlatego też rządy liczą na spójną inicjatywę Brukseli w imieniu wszystkich państw Wspólnoty oraz na uzgodnienia w gronie państw OECD.

– Trzeba pamiętać, że podatki mają dwa cele: jeden cel jest podstawowy, żeby sfinansować budżet państwa, bo tylko w ten sposób będziemy mieli nowoczesną infrastrukturę, nowe drogi czy szkoły. A drugi cel – obowiązkiem jest pilnować, czy podatki są sprawiedliwe, że wszyscy odpowiednio dokładają swój kawałek do tej infrastruktury, którą chcemy budować – argumentuje minister finansów. – I są takie możliwości, podatek cyfrowy jest bardzo dobrym przykładem, obecnie nie ma go w Polsce, a mamy firmy, które działają w naszej gospodarce, czerpią korzyści stąd, wyciągają zyski, a nie dokładają się do naszej infrastruktury. To tylko jest uszczelnienie, na pewno będziemy na to bacznie patrzeć, czy uczciwi podatnicy nie mają jakiegoś kłopotu z tym, że inni działają na naszym rynku nieuczciwie.

Jarosińska-Jedynak: Znalezienie regionalnych nisz może pomóc w zwiększeniu polskiej innowacyjności. Kluczowe jest wsparcie z unijnych środków

Polska gospodarka zajmuje czwarte miejsce od końca pod względem innowacyjności wśród krajów unijnych. Pomóc to zmienić mogą środki unijne – w budżecie UE po 2021 roku nasz kraj otrzyma ok. 60 mld zł. – Powinniśmy wyjść od regionalnych inteligentnych specjalizacji i znalezienia takich obszarów, gdzie przedsiębiorczość może się rozwijać – podkreśla Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej. W ramach wsparcia inwestycji resort chce udoskonalić mechanizm wsparcia innowacji.

– Powinniśmy wyjść od regionalnych inteligentnych specjalizacji. To obszary, których każdy region poszukuje w ramach swojego potencjału rozwoju regionalnego czy przedsiębiorczości. Należy znaleźć nisze, a następnie poszukiwać w ramach tych obszarów innowacyjnych rozwiązań. Dzięki współpracy mikro-, małych i średnich firm z dużym przedsiębiorcą i z naukowcami możemy poszukiwać najlepszych rozwiązań, które będą konkurencją na rynkach międzynarodowych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej.

Najnowszy European Innovation Scoreboard 2020 opublikowany przez Komisję Europejską wskazuje, że pod względem innowacyjności Polska, podobnie jak rok wcześniej, zajmuje 24. miejsce. Choć w Unii Europejskiej plasujemy się na końcu stawki, stopniowo nadrabiamy zaległości. W gronie umiarkowanych innowatorów szybsze tempo odnotowały tylko Włochy (0,019), Hiszpania (0,030) i Cypr (0,046). Ogółem wydajność systemu innowacji wzrosła w przypadku naszego kraju o 13 pkt. proc. w porównaniu z 2012 rokiem. W dużej mierze to wynik wsparcia firm w ramach środków unijnych.

– Innowacje to trudne w realizacji i ryzykowne projekty. Dlatego mikro- i mały przedsiębiorca rzadko kiedy chce inwestować swoje środki w takie obszary. W momencie, kiedy pojawiają się możliwości finansowania ze środków Unii Europejskiej czy choćby ulgi w podatku na prace badawczo-rozwojowe, przedsiębiorcy chętniej sięgają po takie rozwiązania, chętniej ze sobą współpracują i poszukują tych najlepszych, nowatorskich pomysłów – ocenia Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

W budżecie unijnym po 2021 roku na innowacyjne inwestycje Polska ma otrzymać ok. 60 mld zł. Kluczowe jest zwłaszcza wsparcie dla najmniejszych firm, którym w efekcie kryzysu wywołanego koronawirusem często brakowało środków na bieżącą działalność. Dlatego też np. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości w czterech prowadzonych konkursach Bony na innowacje dla MŚP ma do rozdysponowania 160 mln zł z funduszy unijnych na takie projekty.

– Musimy podchodzić otwarcie do tych ryzykownych projektów. Nie możemy mówić, że jak nie wyszło, to tracisz środki, tylko sprawdzić, dlaczego nie wyszło, co miało na to wpływ i rozważyć możliwość sfinansowania tej inwestycji, która się nie udała, ale też doprowadziła do pewnych rozwiązań, które przecież mogą być wykorzystane w innych obszarach – przekonuje minister.

Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Polskiego Funduszu Rozwoju, w wyniku pandemii spadek zamówień dotknął ok. 60 proc. polskich przedsiębiorstw. Co czwarta firma ma trudności z regulowaniem zobowiązań. Szansą dla nich mogą być właśnie innowacje. Mogą pod tym względem liczyć na wsparcie z Programu Inteligentny Rozwój i Polska Wschodnia oraz w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych zarządzanych przez marszałków województw.

– Innowacje są wspierane w zależności od ich wielkości i odpowiedzi na potrzeby regionalnych inteligentnych specjalizacji. Wysokość wsparcia uzależniona jest od rodzaju prowadzonych prac badawczo-rozwojowych, od wielkości przedsiębiorstwa – przypomina Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Duże zmiany w energetyce wiatrowej. Turbiny staną bliżej zabudowań, a w Gdyni powstanie terminal do budowy farm morskich

Już nie dziesięciokrotność wysokości turbiny, lecz co najmniej 500 metrów ma dzielić nowo budowane farmy wiatrowe od zabudowań mieszkalnych. Tak wynika z zaprezentowanego niedawno projektu nowelizacji „ustawy wiatrakowej”. Projekt trafi niebawem do komisji sejmowych. Tymczasem rząd planuje budowę w Gdyni terminalu instalacyjnego na potrzeby budowy farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim. Energetyka wiatrowa ma się stać jednym z filarów nowego miksu energetycznego Polski. Najważniejszym pozostanie jednak fotowoltaika.

– Energetyka wiatrowa na lądzie wymaga pilnej zmiany przepisów. Chodzi o tzw. regułę odległościową, czyli zasadę 10H. To, co zrobiliśmy wspólnie z Ministerstwem Rozwoju, ale także Polskim Stowarzyszeniem Energetyki Wiatrowej przy współpracy z WindEurope to propozycja zmiany ustawy. Ona w tej chwili skierowana jest do dyskusji w komisjach sejmowych – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Kamil Wyszkowski, prezes UN Global Compact w Polsce.

Główną proponowaną zmianą w tzw. ustawie wiatrakowej jest zmniejszenie odległości dzielącej farmy wiatrowe od zabudowań. Dotychczas była to co najmniej 10-krotność wysokości wiatraka. W projekcie nowelizacji, zaprezentowanym podczas konferencji Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej w Serocku, znajduje się zapis umożliwiający budowę farm wiatrowych w odległości co najmniej 500 metrów od zabudowań. Zasada działa też w drugą stronę. Nie będzie można wybudować domu w mniejszej niż wspomniana odległości od już stojących wiatraków.

– Ta regulacja odnosi się również do norm hałasu. Uwzględnia także czynniki krajobrazowe i mnóstwo innych zastrzeżeń, które w toku dyskusji się pojawiły po to, żeby zaproponować salomonowe rozwiązanie, które zabezpiecza i zaspokaja wszystkie strony tej dyskusji wokół energetyki wiatrowej na lądzie – dodaje Kamil Wyszkowski.

Z ustawy wykreślony zostanie również zapis, który zasadę 10H wiązał nie tylko z zabudowaniami mieszkalnymi, ale również niektórymi formami przyrodniczymi. Usprawniony ma również zostać przepływ informacji w gminie – po to, by mieszkańcy o planach budowy farmy wiatrowej wiedzieli z odpowiednim wyprzedzeniem i mogli wziąć udział w konsultacjach społecznych.

– Ustawa ma wmontowane bezpieczniki wszędzie tam, gdzie gminy na poziomie lokalnym będą miały swoje zdanie, będą chciały chronić obywateli przed takim albo innym umiejscowieniem energetyki wiatrowej. Głównie ma ona służyć gminom zgrupowanym już w ramach związku gmin, które są przyjazne energetyce wiatrowej i zazwyczaj nie czekają na inwestycje wokół energetyki wiatrowej na lądzie. To jest jeden z ważniejszych tematów regulacyjnych, związany też z wdrażaniem przez Polskę celów ONZ, tzw. celów zrównoważonego rozwoju – wyjaśnia prezes UN Global Compact w Polsce.

Najpoważniejsze plany polskiego rządu wiążą się jednak obecnie z morską energetyką wiatrową. Zbigniew Gryglas, pełnomocnik rządu ds. morskiej energetyki wiatrowej, zapowiedział, że do 2024 roku w porcie w Gdyni powstanie terminal instalacyjny na potrzeby budowy farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim. Jego budowa ma pochłonąć około 500 mln zł. Rządowe plany zakładają, że do 2030 roku w obrębie polskiego terytorium wodnego na Bałtyku mają pracować farmy wiatrowe o mocy 8 GW.

– Morze Bałtyckie jest jednym z lepiej przygotowanych dla morskiej energetyki wiatrowej akwenem. To płytkie, bardzo dobrze nawietrzone morze, więc te inwestycje są optymalne, również ze względu na długość polskiej linii brzegowej. Relatywnie łatwo jest połączyć inwestycje wiatrakowe z siecią energetyczną na lądzie, więc tutaj akurat rozwój jest gwarantowany – podkreśla Kamil Wyszkowski.

Choć potencjał morskiej energetyki wiatrowej jest w Polsce bardzo duży, to zdaniem ekspertów farmy wiatrowe nie są w stanie zagwarantować pełnej konwersji na OZE. W tym procesie kluczowa będzie fotowoltaika.

– Energetyka wiatrowa jest jednym z elementów przebudowy polskiego miksu energetycznego, na pewno jednym z ważniejszych, ale nie najważniejszym, bo nie da się uzyskać odpowiednich mocy z energii z wiatru. Równolegle musi być silnie rozwijana energetyka słoneczna, fotowoltaika. Na szczęście  efektywność ogniw fotowoltaicznych wzrasta – wskazuje  prezes UN Global Compact w Polsce.

Z najnowszego raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że w wariancie optymistycznym Polska może być neutralna klimatycznie w 2056 roku. W scenariuszu negatywnym data ta przesuwa się na rok 2067. Tymczasem cel ustalony na Radzie Unii Europejskiej w grudniu 2019 roku zakłada osiągnięcie przez Europę neutralności klimatycznej do 2050 roku. Wcześniejszą konwersję na zeroemisyjność zadeklarowały Finlandia, Austria i Szwecja.

Oszczędności puchną, inwestycje kuleją

Największą słabością polskiej gospodarki są inwestycje. Ich dynamika spadła do wartości ujemnych. W kolejnych miesiącach będzie jeszcze gorzej. Sytuacja poprawi się nie wcześniej niż w II kwartale 2021 r.

Polskie firmy prywatne już od kilku lat inwestują niechętnie. W tzw. planie Morawieckiego krajowe inwestycje miały wzrosnąć do 20 proc. Koronawirus i recesja jeszcze bardziej zdezaktualizowały takie zamierzenia. Ta słabość gospodarki spowoduje, że w kolejnych latach w mniejszym stopniu będzie poprawiać się poziom życia Polaków.

– Spadek inwestycji spowodowany jest przede wszystkim mniejszą aktywnością firm prywatnych, podczas gdy inwestycje publiczne pozostawały na podwyższonym poziomie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krystian Jaworski, starszy ekonomista Credit Agricole Bank Polski.

Niestety, perspektywy na kolejne kwartały są pesymistyczne. O ile w II kw. firmy powstrzymywały się z decyzjami o nowych inwestycjach, to jednak kontynuowały przedsięwzięcia już rozpoczęte.

Efekt będzie taki, że w III kw. stopa inwestycji liczona rok do roku obniży się do -14,5 proc., a w IV kw. do -16,3 proc. W całym 2020 r. będzie to spadek o 11,9 proc.

– Poprawę zobaczymy dopiero w przyszłym roku, ale jeszcze nie w I kwartale, jednak będzie to efekt niższej bazy czyli niskiego tegorocznego poziomu inwestycji – komentuje ekspert. – Co jednak ważne, w drugiej połowie przyszłego roku powinniśmy obserwować już korzystne efekty uruchomienia Europejskiego Funduszu Odbudowy.

Według prognoz Credit Agricole Bank Polski w I kw. 2021 r. inwestycje spadną o 5,4 proc., w kolejnym kwartale już wzrosną o 5,2 proc. Natomiast cały rok kalendarzowy powinien zakończyć się słabym wzrostem inwestycji, bowiem o 4,5 proc.

13.09.2020 r. prace techniczne NASK związane z rejestrem domen

13.09.2020 r. w godzinach między 07:00 a 22:00 planowane są ważne prace NASK związane z utrzymaniem systemu rejestru domen (Registry).

W związku z prowadzonymi pracami NASK, dla rozszerzeń .pl nie będą możliwe operacje, takie jak: rejestracja, odnowienie, transfer czy zmiana danych abonenta domeny.

Jeżeli planujecie Państwo jakieś zmiany lub zakupy domen .pl w tym czasie, zachęcamy do zrobienia tego wcześniej lub po zakończeniu prac serwisowych.