160 miliardów złotych – rząd zwiększył wartość Programu Budowy Dróg Krajowych

W czerwcu pojawiła się decyzja rządu o zwiększeniu o ponad 21 miliardów złotych wartości Programu Budowy Dróg Krajowych. To bardzo dobra informacja – biorąc pod uwagę, że część ważnych odcinków drogowych czekało na realizację w formule PPP. Dobrze, że przechodzi się na tradycyjną budowę odcinków kluczowych. Jest to przede wszystkim trasa S6 – od Słupska w kierunku Trójmiasta, łącznie z jego nową metropolitalną obwodnicą. Przetargi będą tu ogłaszane w drugiej połowie roku. Bardzo obciążony jest także fragment trasy S10 – między Bydgoszczą, a Toruniem. Zadecydowano, że on także będzie realizowany z pieniędzy państwowych. Wartość Programu Budowy Dróg urosła już do 160 miliardów złotych. Pojawiło się kilka opóźnień – w wyniku czyszczenia placów budowy po firmach, które ze względu na brak potencjału nie wywiązywały się z harmonogramu prac.

– Na szczęście w żadnym przypadku nie ma zagrożenia dla wykorzystania środków unijnych – jeżeli takie są zaangażowane w daną inwestycje. Niemniej niecierpliwią się już kierowcy, w oczekiwaniu na otwarcie nowych tras – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes zespołu doradców gospodarczych TOR. – Tymczasem naprzód idzie budowa inwestycji Via Baltica. Dofinansowanie z Unii Europejskiej otrzymał kolejny odcinek – między Rzeszowem a Lublinem – trasy Via Carpatia. Prace przygotowawcze trwają na odcinku do Białegostoku. Tutaj rząd będzie podejmował starania, aby cały ten ciąg drogowy wszedł na mapę nowych sieci transeuropejskich i w całości mógł uzyskiwać środki unijne. Ważne przedsięwzięcie, którego nie chciano podjąć od lat, to wejście od strony północnej do Krakowa. Wszystkie odcinki trasy S7 mają już wybranych wykonawców albo umowy zostaną niebawem podpisane. Trwa również budowa północnej obwodnicy miasta. Z Chin ma wkrótce dotrzeć do Polski tarcza, która będzie drążyć tunel pod Świną – a więc połączy rozerwaną tkankę miejską Świnoujścia. Tam więc, gdzie powstają opóźnienia w zdecydowanej większości przypadków wpływają na nie powody obiektywne bądź wybór niewłaściwego wykonawcy przed kilkoma laty. Optymistyczne jest to, że inwestycje kolejowe i drogowe oparły się pandemii. Zarówno pod względem zachorowań – żadna inwestycja nie stanęła przez wprowadzenie kwarantanny dla pracowników, jak i braku pieniędzy. Tutaj jest zgoła przeciwnie – rząd dokłada środków na ich realizację. Do tego trwa jeszcze oczekiwanie na decyzję w sprawie unijnego funduszu odbudowy w związku z epidemią koronawirusa i dużych środków także na infrastrukturę dla Polski – wyjaśnia Furgalski.

TopLevelTennis.com S.A. będzie współpracować nad budową tenisowej gry w technologii VR

TopLevelTennis.com S.A. (poprzednio Thunderbolt S.A.), Spółka notowana na rynku NewConnect, zawarła list intencyjny z austriacką spółką VR Motion Learning GmbH & Co KG, zgodnie z którym spółki rozpoczęły negocjacje odnośnie budowy gry tenisowej w technologii VR. Obie spółki rozważają wykorzystanie w grze gwiazd platformy TopLevelTennis oraz chcą prowadzić wspólne działania promocyjne.

Emitent podpisał list intencyjny z austriacką spółką VR Motion Learning GmbH & Co KG, na mocy którego obie strony rozpoczęły negocjacje dotyczące współpracy w zakresie budowy gry tenisowej w technologii VR. Planowana kooperacja zakłada także tworzenie klubów w grze z obecnymi i przyszłymi gwiazdami tenisa współpracującymi z platformą TopLevelTennis. Spółki planują też prowadzić działania marketingowe na rzecz promocji wspólnych projektów. Zarząd TopLevelTennis.com S.A. widzi ogromy potencjał w wykorzystaniu technologii VR w tenisie.

„Podpisanie listu intencyjnego z austriackim partnerem otwiera przed nami możliwości nawiązania współpracy w zakresie budowy gry tenisowej opartej o technologię VR. Jest to dynamicznie rosnący rynek, który powinien okazać się beneficjentem rewolucji technologicznej. Mamy nadzieję, że nasza kooperacja przyniesie korzyści obu stronom oraz umożliwi nam promocję i budowanie marki TopLevelTennis.” – wyjaśnia Artur Górski, V-ce Prezes Zarządu Spółki TopLevelTennis.com S.A.

Podjęcie decyzji o wzajemnej współpracy TopLevelTennis.com S.A. oraz VR Motion Learning jest uwarunkowane faktem, iż gra w tenisa w technologii VR stanie się bardzo popularna na całym świecie i wpłynie na promocję tej dyscypliny sportu. Celem obu spółek jest dążenie do dystrybucji wyprodukowanej gry tenisowej w technologii VR na skalę światową. Strony ustaliły, że w terminie do 31 marca 2021 r. podpiszą umowę o współpracy, a po jej podpisaniu Spółka będzie partycypowała w miesięcznych wpływach z abonamentów zawodników gry w tenisa w technologii VR.

„Cały czas poszukujemy nowych źródeł przychodów dla naszej platformy i jednym z nim z nich może być sprzedaż abonamentów w ramach gry VR. Nasz partner biznesowy jest podmiotem specjalizującym się w nowych technologiach, w szczególności rzeczywistości wirtualnej i posiada bardzo wysokie kompetencje w tej branży. Znaczącą rolę w progresji projektu gry tenisowej VR może mieć także rozwój rynku e-sportu.” – podsumowuje Górski.

TopLevelTennis.com (poprzednio Thunderbolt S.A. i Compress S.A.) zadebiutowała na rynku NewConnect w 2008 roku. Pod koniec ub. roku Spółka poinformowała o przyjęciu założeń do kierunków rozwoju, rozszerzeniu profilu działalności i rozpoczęciu prac nad budową platformy internetowej o charakterze sportowo-edukacyjnym, na której zamieszczane będą filmy szkoleniowe poświęcone tematyce tenisowej z udziałem gwiazd światowej klasy. Cały projekt będzie realizowany w języku angielskim, co ułatwi jego globalny zasięg oraz ogólnoświatową dystrybucję nagrań poprzez platformę. W kolejnych latach Spółka nie wyklucza rozszerzenia swojej działalności na inne dyscypliny sportu.

Obecnie na platformie TopLevelTennis dostępne są kursy z Borisem Beckerem, Dominiką Cibulkovą oraz Ulą Radwańską. We wrześniu br. udostępniony zostanie także kurs z Wolfgangiem Thiemem – ojcem, trenerem i managerem jednego z najlepszych tenisistów świata – Dominica Thiema. Kolejną gwiazdą platformy będzie też Marco Panichi, trener przygotowania motorycznego Novaka Djokovica.

Zarządzanie w branży gier video – nowa specjalizacja na kierunku Zarządzanie Uczelni Łazarskiego

Uczelnia Łazarskiego, we współpracy z liderami branży gier video w Polsce, wraz z rokiem akademickim 2020/2021 uruchomiła nową specjalizację na kierunku Zarządzanie. Zarządzanie w branży gier video (Video Game Management) na Wydziale Ekonomii i Zarządzania to element trzyletnich studiów I stopnia, zarówno stacjonarnych, jak i niestacjonarnych.

Globalny rynek gier wideo wg. szacunków PWC przekroczy w 2020 roku wartość 90 miliardów USD. Gry wideo są najszybciej rosnącym segmentem rynku rozrywkowego nie tylko na świecie, ale również w Polsce, gdzie w ostatnich latach stały się jednym z najważniejszych sektorów. Wybrane Spółki giełdowe swoją wartością i wyceną przewyższają już firmy z bardziej tradycyjnych obszarów gospodarki. Przyciągają uwagę nie tylko graczy, ale również inwestorów i największych światowych funduszy. Na całym świecie już ponad 2,5 miliarda ludzi określa się mianem „graczy”. Największe rynki zbytu gier wideo to USA, Chiny i kraje Europy Zachodniej. Jednocześnie ponad 80% wartości całego rynku gier wideo pochodzi ze sprzedaży oprogramowania gier wideo.

Zarządzanie w branży gier video to propozycja dla tych, którzy chcą stać się częścią tej dynamicznie rozwijającej się branży i w przyszłości znaleźć zatrudnienie w studiach deweloperskich, u producentów lub wydawców gier. Uczelnia Łazarskiego wraz z partnerami planuje kształcić przyszłych menedżerów, którzy docelowo będą pełnić kluczowe biznesowe funkcje w już istniejących lub nowo powstających firmach związanych z grami video.

Zdajemy sobie sprawę, jak rozwojową i przyszłościową branżą są gry video. Zauważyliśmy, że coraz więcej naszych studentów się nimi interesuje, nie tylko dlatego, że lubią spędzać tak wolny czas, ale przede wszystkim chcą poznać tajniki produkcji, promocji czy wydawania gier i związać z nimi swoją przyszłość. Pragniemy zapewnić najbardziej kompleksową i przekrojową wiedzę na temat tego rynku we współpracy z najlepszymi praktykami z dziedzin bezpośrednio i pośrednio związanych z grami video. Będzie to program z ogromnym potencjałem, która umożliwi i ułatwi studentom zdobycie zatrudnienia w branży gamingowej – ocenia Dr Martin Dahl, dziekan Wydziału Ekonomii i Zarządzania na Uczelni Łazarskiego.

Studia łączą wybrane elementy kierunków: zarządzanie, zarządzanie projektami, HR, marketing i PR oraz produkcja. Cechuje je mocny nacisk na naukę języków obcych, w szczególności języka angielskiego. W toku studiów uczestnicy pozyskają umiejętności przywódcze i produkcyjne, mające zastosowanie w branży gier. Ponadto studenci będą mieli okazję poznać i zrozumieć najnowsze trendy w technologii gier. Ukończenie kierunku zapewni studentom wiedzę i doświadczenie potrzebne do biegłego poruszania się w branży gier wideo oraz umiejętności niezbędne do pełnienia szeregu ważnych funkcji w firmach gamingowych.

Partnerem kierunku jest m.in. firmy Klabater S.A.  doświadczony podmiot prowadzony przez managerów od lat pracujących w branży gamingowej.

Chcemy przekazać obecnym studentom, a przyszłym managerom wiedzę niezbędną do rozpoczęcia kariery zawodowej w jednym z najdynamiczniej rozwijających się sektorów na świecie. Wspólnie opracowany przez nas i naszych partnerów kierunek pozwoli poznać między innymi zasady zarządzania projektami, zrozumieć specyfikę nadzorowania zespołów deweloperskich, produkcji i promocji gier, czy też kwestie związane z szacowaniem budżetu. Umożliwiamy też odbycie praktyki w studio deweloperskim oraz dostarczymy studentom materiały do praktyk – powiedział Michał Gembicki, członek zarządu Klabater S.A. oraz jeden z wykładowców na kierunku Zarządzanie w branży gier video na Uczelni Łazarskiego.

W kadrze znalazło się wielu praktyków zagadnień ujętych w podstawie programowej, m.in. Kamila Dulska-Maksara, Łukasz Mach, Robert Ogłodziński, Maciej Matusik czy Adrian Gawlikowski. Studenci będą mogli wybrać, czy chcą poznać historię rynku gier video, podstawy zarządzania produkcją, marketing gier, finanse w grach video czy związane z branżą aspekty wydawnicze.

Grupa INC z 11,2 mln zł zysku netto w I półroczu 2020

Grupa INC, specjalizująca się w finansowaniu innowacyjnych podmiotów, osiągnęła w I półroczu 2020 r. 11,2 mln zł skonsolidowanego zysku netto. W samym II kwartale zysk netto wyniósł 5,9 mln zł i był o 11,6 proc. lepszy niż kwartał wcześniej. To drugi najlepszy kwartał w historii spółki. Wynik EBITDA wyniósł 8,2 mln zł, a na koniec kwartału Grupa posiadała ponad 8,0 mln zł gotówki. Grupa INC realizowała, przyjętą w marcu, strategię rozwoju skoncentrowaną na realizacji projektów kapitałowych i doradczych dla spółek z tzw. nowej ekonomii. Od początku roku INC wprowadziło na NewConnect cztery spółki, do końca roku ich liczba ma się zwiększyć do około dziesięciu.

– Pierwsze półrocze, a w szczególności II kw. br. to okres hossy na rynku NewConnect. Jesteśmy świadkami napływu nowych inwestorów, wysokich obrotów, a w konsekwencji również zwiększonego zainteresowania pozyskaniem kapitału na giełdzie przez nowe spółki. Dzięki skutecznie realizowanej strategii i zdywersyfikowanej działalności Grupa INC jest tego beneficjentem, co widać po liczbie klientów i samych wynikach finansowych.  – komentuje Paweł Śliwiński, prezes INC.

Grupa INC skutecznie wykorzystuje sprzyjające otoczenie rynkowe i kontynuuje dynamiczny rozwój. W I półroczu Dom Maklerski INC pozyskał dla swoich klientów 25,7 mln zł, jest to w dużej mierze zasługa II kwartału, w którym spółka pracowała przy ofertach na kwotę 20,4 mln zł. Dom Maklerski INC jest nadal aktywny w obszarze przeprowadzania emisji akcji. W ciągu najbliższych kilku tygodni planowane jest przeprowadzenie ofert akcji o łącznej wartości 25 mln zł. Zbliżające się oferty to m.in. Drago Entertainment, Mazurska Manufaktura Alkoholi oraz Genomtec.

Dobre wyniki Grupy INC są wynikiem, przyjętej w połowie marca, nowej strategii rozwoju. Zakłada ona osiągnięcie pozycji krajowego lidera w kompleksowej obsłudze małych i średnich spółek poszukujących finansowania na rozwój. Grupa planuje również rozszerzyć działalność poza Polską.

– Od początku roku wprowadziliśmy na rynek NewConnect cztery spółki tj. Plantwear, SpyroSoft, GenXone i Skinwallet. Dwie ostatnie spółki to najświeżsi debiutanci, których debiuty były bardzo udane. Warto zaznaczyć, iż są to spółki portfelowe funduszu z naszej Grupy – Carpathia Capital. Nie zamierzamy zwalniać tempa i do końca 2020 r. planujemy wprowadzić na giełdę ok. 10 spółek. – dodaje Paweł Śliwiński.

Działalność nierejestrowana. Prowadź sklep internetowy bez firmy!

Co to jest działalność nierejestrowana?

Działalność nierejestrowana, działalność nieewidencjonowana i działalność nierejestrowa to tak naprawdę to samo. Jest to forma działalności osoby fizycznej, która pozwala prowadzić firmę na próbę, bez konieczności jej rejestracji w CEIDG. Najważniejsze fakty o działalności nierejestrowanej to:

  • Prowadzenie działalności nierejestrowanej nie wymaga opłacania składek ZUS (zarówno na ubezpieczenie zdrowotne, jak i społeczne). Nie generuje więc żadnych kosztów stałych.
  • Limit miesięcznego przychodu dla działalności nierejestrowanej wynosi połowę płacy minimalnej. W 2020 roku jest to 1300 zł.
  • Przychód z działalności nierejestrowanej i pracy na etacie nie sumuje się.
  • Działalność nierejestrowana pozwala wypróbować swoje pomysły na biznes np. na sklep internetowy.
  • W przypadku sprzedaży bez firmy, działalność nierejestrowana będzie wymagała prowadzenia jedynie uproszczonej ewidencji sprzedaży, a nie pełnej księgowości.

Sprawdź, jakie możliwości da Ci działalność nierejestrowana i jak ją prowadzić!

Podstawa prawna działalności nierejestrowanej

Podstawą prawną działalności nierejestrowanej jest Konstytucja Biznesu, czyli pakiet ustaw wprowadzających ulgi dla przedsiębiorców. Pojęcie działalności nierejestrowanej weszło w życie 30 kwietnia 2018 roku i od tej pozwala prowadzić drobną działalność zarobkową bez konieczności rejestracji firmy.

Co ważne, prawo nakłada obowiązek rejestracji działalności gospodarczej do 7 dni od momentu przekroczenia limitu miesięcznego przychodu dla działalności nierejestrowanej, który wynosi 50% płacy minimalnej wyznaczonej na dany rok.

Jak założyć działalność nierejestrowaną i gdzie zgłosić?

Celem wprowadzenia działalności nierejestrowanej jest m.in. zminimalizowanie biurokracji dla początkujących przedsiębiorców. Właśnie dlatego działalności nierejestrowanej nie trzeba nigdzie zgłaszać. Co więcej, jej założenie nie wiąże się z koniecznością złożenia ani jednego wniosku bądź wizytą w urzędzie. Warunki, jakie musisz spełnić, by móc korzystać z działalności nierejestrowej:

  1. Brak wspólników w prowadzonej działalności.
  2. Wykonujesz prace nieobjęte koncesjami i dodatkowymi licencjami np. sprzedajesz ręcznie wykonywane meble w sklepie internetowym.
  3. Uzyskujesz miesięczny przychód z tytułu działalności nierejestrowanej, który nie przekracza połowy pensji minimalnej.
  4. Przez ostatnie 5 lat nie prowadziłeś firmy.

Założenie działalności nierejestrowanej to po prostu rozpoczęcie sprzedaży bądź innej formy zarabiania. Pamiętaj, że gdy na koncie pojawią się pierwsze wpływy, musisz je odnotować i kontrolować, czy nie przekraczasz określonego przez ustawodawcę limitu.

Sklep internetowy bez firmy

Działalność nierejestrowana umożliwiła prowadzenie sklepu internetowego bez firmy zupełnie legalnie! I choć w pełni zwalnia Cię z opłacania składek ZUS, nie zmienia przepisów obowiązujących w pozostałych obszarach. Co to w praktyce oznacza?

  • Prowadząc sklep internetowy bez firmy skorzystasz ze zwolnienia z kasy fiskalnej. Wyjątkiem będą produkty, które niezależnie od formy sprzedaży muszą być na niej rejestrowane. Są to np. perfumy. Wykaz znajdziesz w ustawie.
  • Prowadząc sklep internetowy bez firmy skorzystasz ze zwolnienia z podatku VAT. Wyjątek stanowią produkty objęte obowiązkowym VAT-em np. kosmetyki.
  • W swoim sklepie internetowym musisz zamieścić regulamin. Możesz napisać go samodzielnie lub zlecić jego wykonanie firmie prawniczej.
  • Pomimo, że sprzedajesz bez firmy, obowiązują Cię wszelkie koncesje i obostrzenia. Do sprzedaży alkoholu potrzebujesz koncesji, a przy sprzedaży żywności rejestracji w Sanepidzie.

Przy sprzedaży zdecydowanej większości produktów możesz zarówno ze zwolnienia z fiskalizacji, jak i odprowadzania podatku VAT. Oznacza to, że odpowiedni dobór asortymentu jeszcze wyraźniej zminimalizuje liczbę koniecznych do dopełnienia formalności.

Działalność nierejestrowana a podatek dochodowy

Działalność nierejestrowana, jak każda inna działalność dochodowa, podlega opodatkowaniu. Podatek dochodowy w działalności nierejestrowanej rozliczany jest na koniec roku, z pomocą formularza PIT. Do wprowadzenia danych służy rubryka „9. działalność nierejestrowana”.

Pamiętaj, że podatek rozliczany jest w formie niedopłaty. Oznacza to, że całość kwoty zapłacisz na koniec roku. Tu w zależności od Twojej sytuacji finansowej warto przyjąć jedną z dwóch strategii:

  1. Odkładaj co miesiąc określoną kwotę na poczet przyszłego podatku.
  2. Opłać podatek na koniec roku np. ze zwrotu podatku, który przysługuje Ci z innych źródeł.

Oczywiście, podczas rozliczenia uwzględnisz koszty uzyskania przychodu, które musisz być w stanie udokumentować np. paragonami za użyte do produkcji Twoich produktów materiały.

Kiedy warto prowadzić sklep internetowy bez firmy?

Przy wyborze asortymentu do sklepu internetowego prowadzonego bez firmy musisz pamiętać o tym, że obowiązuje Cię limit miesięcznego przychodu. Jest to całość kwoty, którą otrzymujesz od klienta. W 2020 roku wynosi ona 1300 zł.

Sklep internetowy bez firmy warto prowadzić wtedy, gdy koszt zakupu bądź produkcji artykułów nie jest wysoki, a możliwa do uzyskania marża satysfakcjonująca. Taka konfiguracja pozwoli maksymalizować zyski z prowadzonej sprzedaży. Wśród rzeczy, które opłaca się sprzedawać bez firmy znajdują się:

  • autorskie e-booki, zdjęcia, grafiki oraz pozostałe pliki cyfrowe;
  • wszelkiego rodzaju rękodzieło i dodatki handmade;
  • drewniane meble ogrodowe (szczególnie te mniejsze);
  • płócienne torby, bransoletki.

Jak widzisz, działalność nierejestrowana pozwala zarabiać na pasji bez konieczności ponoszenia opłat związanych z prowadzeniem firmy. Możliwość prawną warto wykorzystać także wtedy, gdy chcesz sprzedawać inne artykuły, a Twoim celem jest przekonanie się, czy klienci będą nimi zainteresowani.

Jak założyć sklep internetowy bez firmy?

Założenie sklepu internetowego bez firmy umożliwia oprogramowanie Sky-Shop.pl. Gotowe rozwiązanie w systemie abonamentowym sprawia, że tuż po konfiguracji uruchomisz sprzedaż. Bez wiedzy z zakresu IT, bez martwienia się o serwery, z pełnym wsparciem technicznym – prosto, szybko i sprawnie! A wszystko już za 99 zł miesięcznie.

kreator szablonu sklepu
Rysunek 1 Kreator Szablonu Sklepu w Sky-Shop.pl

Swój własny sklep internetowy ułożysz z kafelków, wybierając spośród gotowych modułów, a gdy zechcesz – wprowadzisz zmiany w kilka minut. Co więcej, dostępne funkcje pozwalają na prowadzenie sprzedaży wielokanałowej m.in. w: sklepie internetowym, na Allegro, na Facebooku, na eBay’u i wielu innych miejscach.
Co ważne, Sky-Shop.pl umożliwia sprzedaż plików cyfrowych wraz z zaawansowaną konfiguracją sposobu oraz ograniczeń wysyłki materiałów do odbiorcy. Od własnego sklepu internetowego dzieli Cię tylko krok!

  1. Załóż sklep internetowy w Sky-Shop.pl
  2. Wybierz nazwę dla e-sklepu i zarejestruj domenę
  3. Wprowadź produkty do sklepu lub skorzystaj z oferty hurtowni współpracujących z osobami bez firmy
  4. Sprzedawaj i zarabiaj!

Załóż sklep internetowy i testuj wszystkie funkcje oprogramowania Sky-Shop.pl bezpłatnie przed 14 dni!

Kinga Tobała, Content Marketing Specialist w Sky-Shop.pl

Revolut umacnia pozycję w Azji: wszedł z usługą na rynek japoński

Revolut wszedł dziś oficjalnie na rynek japoński i rzucił wyzwanie rynkowemu status quo w postaci wysokich opłat za przewalutowania i nieprzejrzystych cenowo przelewów międzynarodowych.

Dzięki Revolut, Japończycy będą mogli płacić i przesyłać środki za granicę po atrakcyjnym kursie wymiany oraz przechowywać i wymieniać w aplikacji 23 waluty, w tym japońskie jeny, brytyjskie funty, euro i dolary amerykańskie. Wyróżnikiem Revolut będzie brak ukrytych opłat i łatwy wgląd w bieżące kursy walut.

Revolut chce stać się super aplikacją, która przełamie granice finansowe i pozwoli na globalny, tani lub darmowy, błyskawiczny przesył środków. Japońscy klienci będą mogli teraz przesyłać pieniądze w czasie rzeczywistym i bez opłat swoim znajomym i rodzinie w Europie, USA, Australii i Singapurze.

Przesyłając pieniądze za granicę wiele osób nie zdaje sobie sprawy z ukrytych opłat, które nakładają banki. Bank Światowy w jednym z ostatnich raportów wskazał, że opłaty za przelewy międzynarodowe w Japonii są dwa razy wyższe niż w USA. Świat staje się coraz bliższy, usługi finansowe powinny temu sprzyjać, a nie to komplikować” – powiedział Nik Storoński, współzałożyciel i CEO w Revolut.

Revolut nie ma fizycznych oddziałów. Klienci mogą natomiast jednym kliknięciem pobrać aplikację na telefon i w ciągu kilku minut utworzyć konto. Bez papierologii i wychodzenia z domu. Dzięki takiemu podejściu, do Revolut w Japonii dołączyło na etapie “family & friends” i beta testów już ponad 10 tysięcy Japończyków.

Poza przelewami międzynarodowymi i wymianą walut, japońscy klienci będą mogli skorzystać z debetowych kart Visa, błyskawicznych powiadomień o płatnościach, narzędzi do kontroli wydatków i domowego budżetu, przesyłać środki peer-to-peer w czasie rzeczywistym, dzielić jednym kliknięciem rachunki w restauracjach oraz odkładać końcówki z codziennych płatności na z góry upatrzony cel.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa, Japończycy będą mogli przetestować dobrze znane klientom w Polsce funkcje, takie jak blokowanie i odblokowywanie karty jednym kliknięciem w aplikacji, wyłączanie i włączanie w smartfonie poszczególnych funkcji karty – płatności online, magnetycznych, bezstykowych – i karty wirtualne ze zmiennym numerem, do bezpiecznych zakupów w sieci, których dane są niszczone po każdej transakcji.

* * *
(*) Brak opłat do 750 000 JPY (lub ekwiwalentu w innej walucie) miesięcznie dla klientów Revolut Standard. Nieograniczona wymiana bez opłat dla klientów Revolut Premium.
(**) Źródło: https://remittanceprices.worldbank.org/sites/default/files/rpw_report_june_2020.pdf

Branża kurierska inwestuje w rozwój punktów partnerskich. Wkrótce co druga przesyłka będzie odbierana lub nadawana w takich miejscach

Szybki rozwój internetowego handlu, który dodatkowo napędziła pandemia SARS-CoV-2, wymusza na operatorach logistycznych inwestycje w rozwiązania pozwalające im usprawnić dostawy do klientów. Jednym z takich obszarów są sieci punktów partnerskich, coraz chętniej wybierane przez konsumentów zamawiających online. DHL Parcel obserwuje w tym roku 40-proc. wzrost zainteresowania odbiorem w Punktach DHL, dlatego do końca roku planuje rozbudować swoją sieć o tysiąc nowych placówek. Już dziś liczy ona 9 tys. miejsc znajdujących się m.in. w centrach handlowych, na stacjach benzynowych oraz w sklepach największych sieci handlowych w Polsce.

– Od kilku lat widzimy dynamiczny wzrost liczby przesyłek kurierskich w segmencie B2C, czyli kierowanych do odbiorców indywidualnych. Jako firma logistyczna staramy się podchodzić do tego elastycznie. Dlatego zainwestowaliśmy w rozwój odbiorów i nadań w punktach – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Rokuszewski, menedżer ds. rozwoju biznesu w DHL Parcel Polska.

Jak wynika z tegorocznego raportu Gemiusa, opcja dostawy do punktu partnerskiego jest w czołówce najchętniej wybieranych przez klientów. Taką formę dostawy preferuje 39 proc. Polaków, którzy robią zakupy w sieci.

– Usługa odbioru paczki w punkcie partnerskim z roku na rok cieszy się rosnącą popularnością. Od stycznia do lipca odnotowaliśmy 40-proc. wzrost liczby przesyłek obsługiwanych w punktach partnerskich. Szacujemy, że do końca roku ten przyrost wyniesie ponad 50 proc. Oprócz większej liczby paczek odnotowujemy też bardzo wysokie oceny zadowolenia klientów. W badaniu, które prowadzimy w DHL Parcel, ponad 83 proc. odbiorców poleciłoby tę usługę rodzinie lub znajomym – mówi Maciej Dudek, menedżer działu sieci partnerskiej, DHL Parcel Polska. – Niedługo co druga przesyłka nadawana bądź odbierana przez klienta indywidualnego będzie procesowana właśnie w punktach partnerskich. To przyjazna dla środowiska i wygodna forma odbioru.

E-commerce już od kilku lat rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie, a pandemia SARS-CoV-2 okazała się dodatkowym katalizatorem migracji klientów z offline’u do online’u. Według czerwcowego raportu e-Izby „Omni-commerce. Kupuję wygodnie” zakupy w sieci robi już 72 proc. polskich internautów, przy czym 27 proc. z powodu pandemii koronawirusa częściej wybiera ten kanał zakupowy. Z kolei w badaniu Nielsena („Wpływ COVID-19 na zachowania konsumentów”) 31 proc. Polaków przyznało, że przez pandemię zwiększyło swoją aktywność zakupową w kanale online w kategorii produktów spożywczych i kosmetyczno-chemicznych.

Coraz szybszy rozwój rynku wymusza inwestycje po stronie firm logistycznych, które muszą wprowadzać rozwiązania, żeby zapewnić klientom wygodną i elastyczną dostawę.

– Po pierwsze, klienci mogą wybrać dostawę do punktu bezpośrednio w koszyku zakupowym danego sklepu. Po drugie, jeżeli klient wybierze dostawę za pośrednictwem kuriera, dostaje od nas SMS-a z powiadomieniem, że paczka już do niego jedzie i w każdej chwili może ją przekierować do dowolnego punktu odbioru. Jeżeli taka przesyłka zostanie doręczona do punktu, wówczas będzie oczekiwała na odbiór przez siedem dni – mówi Michał Rokuszewski.

– DHL Parcel posiada obecnie największą sieć punktów partnerskich wśród firm kurierskich w Polsce. Liczy ona 9 tys. lokalizacji, dzięki czemu 80 proc. konsumentów może dotrzeć do takiego punktu z pracy lub domu w ciągu 10 minut. W tym roku otworzyliśmy już ponad 1 tys. nowych lokalizacji i planujemy rozbudować naszą sieć do 10 tys. punktów jeszcze przed tegorocznym szczytem paczkowym – zapowiada Maciej Dudek.

Sieć punktów partnerskich DHL Parcel to 9 tys. punktów zlokalizowanych m.in. w centrach handlowych, na dworcach, w metrze, na stacjach benzynowych oraz w sklepach największych sieci handlowych w Polsce. Co istotne, aż 92 proc. z nich jest otwartych w weekendy. Niemal tyle samo jest czynnych aż do godziny 21.00, co daje klientom dużą swobodę w odbiorze paczki. Przesyłkę można opłacić z góry albo na miejscu, za pobraniem (do kwoty 1 tys. zł, choć ta opcja jest na razie niedostępna w automatach paczkowych).

– Główna zaleta punktów partnerskich to elastyczność – mówi menedżer działu sieci partnerskiej, DHL Parcel Polska. – Ponadto paczki w punkcie partnerskim nie trzeba odbierać osobiście. Może to zrobić zaufana osoba, której przekażemy numer PIN. Na odbiór przesyłki jest aż siedem dni, a nie tylko 48 godzin, co mogłoby być kłopotliwe w przypadku nieobecności czy np. weekendowego wyjazdu.

Na odbiór przesyłki zamówionej do Punktu DHL klient ma aż tydzień, jednak jak wynika ze statystyk DHL Parcel, prawie 80 proc. z nich jest odbieranych jeszcze tego samego dnia. Z kolei 97,5 proc. przesyłek klienci odbierają z punktu w ciągu maksymalnie trzech dni.

Badania przeprowadzone na zlecenie logistycznego operatora pokazały, że ponad 3/4 klientów jest zadowolonych z tej opcji. Dlatego też DHL zamierza dalej inwestować w rozwój sieci punktów partnerskich. Do tej pory operator skupiał się na dużych miastach powyżej 200 tys. mieszkańców. W nadchodzących miesiącach za cel obierze mniejsze miejscowości, liczące do 50 tys. mieszkańców, w których planuje otwierać kolejne punkty we współpracy z nowymi partnerami strategicznymi z branży spożywczej.

– Oprócz zwiększania liczby punktów i zasięgu sieci wdrażamy też nowe usługi. Do tej pory usługę opłacenia paczki za pobraniem przy odbiorze mieliśmy w 6,3 tys. punktów, a jeszcze w tym roku przekroczymy liczbę 7 tys. punktów z tą usługą – zapowiada Maciej Dudek.

Program Wisła zgodnie z harmonogramem. Pandemia nie opóźni dostaw pierwszych Patriotów dla Polski

– Program Wisła jest realizowany i przebiega zgodnie z planem. Nawet pomimo trwającej pandemii koronawirusa udaje nam się dotrzymywać założonych terminów – zapewnia Shawn Rantas z Raytheon Missiles & Defense. Dostawa dwóch pierwszych baterii systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej Patriot dla Polski jest zaplanowana do końca 2022 roku. W produkcji kluczowych komponentów szeroko uczestniczy rodzimy przemysł obronny, który został włączony w globalny łańcuch dostaw. Dzięki temu polskie firmy i spółki z Polskiej Grupy Zbrojeniowej uzyskały dostęp do 16 zagranicznych rynków, w tym partnerów z NATO.

– System Patriot składa się z szeregu komponentów, a większość z nich znajduje się w tej chwili na etapie przedprodukcyjnym lub produkcyjnym. Są to komponenty projektowane, integrowane i wytwarzane również przez polski przemysł – mówi agencji Newseria Biznes Shawn Rantas, dyrektor programu Patriot w Raytheon Missiles & Defense.

Patrioty dostarczane przez Amerykanów w ramach programu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej średniego zasięgu Wisła mają zapewnić Polsce bardzo wysoką odporność na ataki z powietrza. System będzie monitorować przestrzeń powietrzną, samodzielnie rozpoznawać zagrożenia (np. rakietę lub wrogi samolot) i będzie w stanie unieszkodliwić je w ciągu kilkunastu sekund.

Umowę na dwie pierwsze baterie Patriot (Wisła – I faza), które mają chronić polskie niebo, w 2018 roku podpisał szef MON Mariusz Błaszczak. Jak podkreślił, Polska będzie drugim na świecie krajem (po Stanach Zjednoczonych) z najnowocześniejszymi zestawami Patriot z systemem IBCS (systemem zarządzania polem walki). Dostawa dwóch pierwszych baterii jest planowana do końca 2022 roku, a osiągnięcie wstępnej gotowości operacyjnej – na przełomie 2023 i 2024 roku.

– Program jest realizowany i przebiega zgodnie z planem. Nawet pomimo trwającej pandemii koronawirusa udaje nam się dotrzymywać założonych terminów – zapewnia Shawn Rantas.

Za system Patriot/IBCS Polska zapłaci w sumie 4 mld 750 mln dol. Jest to jeden z największych kontraktów zbrojeniowych w polskiej historii. W II fazie programu Wisła planowany jest zakup kolejnych sześciu baterii Patriot.

W dostawach kluczowych komponentów systemu uczestniczą rodzime firmy, które zostały włączone przez Raytheon w globalny łańcuch dostaw.

– To daje im szansę świadczenia usług i dostarczania produktów nie tylko na rynek polski, ale też do 16 innych państw, użytkowników systemu Patriot – mówi dyrektor programu Patriot w Raytheon Missiles & Defense.. – Polski przemysł odgrywa bardzo ważną rolę w realizacji tego programu. Dostrzegamy talent i umiejętności polskich firm i rozległą wiedzę specjalistyczną, jaką wnoszą w ten projekt.

W ramach programu Wisła koncern Raytheon współpracuje z dziewięcioma polskimi firmami z sektora obronnego. Są wśród nich m.in. Huta Stalowa Wola, która zajmie się zintegrowaniem i produkcją wyrzutni rakietowych M903, Wojskowe Zakłady Elektroniczne, które dostarczą moduły elektroniki DLTM, stanowiące komponent wyrzutni, firma TELDAT, która zapewnia dostawy wojskowych routerów, czy PIT-RADWAR, który produkuje anteny identyfikacji „swój–obcy” (IFF) na potrzeby systemu Patriot.

– Współpraca z tą liczącą się w świecie amerykańską korporacją pozwoliła nam zdobyć wyjątkowe doświadczenie i kompetencje. Przed jej rozpoczęciem musieliśmy przejść przez wiele audytów, etapów walidacji, badań i testów naszych rozwiązań. Amerykański partner stawia przed nami wysokie wymagania organizacyjno-techniczne, przekazał doświadczenia i oprzyrządowanie do ich realizacji. To wpłynęło korzystnie na nasz rozwój – mówi Sebastian Cichocki, wiceprezes zarządu TELDAT. – W efekcie jesteśmy wieloletnim już dostawcą wojskowych rozwiązań teleinformatycznych dla rządu USA. Nasze rozwiązania są już eksploatowane w wielu armiach sojuszniczych i wdrażane w kolejnych.

Polska spółka współpracuje z amerykańskim Raytheonem od 2012 roku. Ubiegłoroczne duże zamówienie na wyspecjalizowane wojskowe routery do Patriotów to kontynuacja tej współpracy. Urządzenia w całości zaprojektowane przez polskich inżynierów są kluczowe dla komunikacji sieciowej w tym systemie.

– Zakres naszej współpracy systematycznie wzrasta i w dużej mierze dzięki temu jesteśmy postrzegani jako solidny i wiarygodny partner, także na globalnym rynku obronnym – mówi Sebastian Cichocki. – Ta współpraca umożliwiła wprowadzenie naszej firmy na globalny rynek obronny i ugruntowanie na nim pozycji. Pozwoliła lepiej zrozumieć jego specyfikę i zacieśnić polsko-amerykańskie relacje biznesowo-techniczne na każdym poziomie współpracy i zarządzania.

Jednym z ostatnich kontraktów jest ten zawarty w maju br. pomiędzy Raytheonem i DEMARKO Military Vehicles. Polska spółka ma dostarczyć naczepy, na których będą umiejscowione kontenery ze sprzętem do obsługi technicznej systemu Patriot.

– Zajmujemy się projektowaniem, produkcją, testami i homologacją naczep przeznaczonych dla systemu Patriot w ramach programu Wisła, świadczymy też serwis gwarancyjny i pogwarancyjny naszych produktów. Projekt rozpoczął się w styczniu, obecnie jesteśmy w ostatniej fazie zatwierdzenia dokumentacji w celu rozpoczęcia produkcji seryjnej. Planowane zakończenie dostaw to IV kwartał przyszłego roku – wskazuje Mateusz Komarec, prezes DEMARKO Military Vehicles.

System Patriot jest wykorzystywany przez 16 innych państw – w tym USA i pięć innych państw należących do NATO. To oznacza, że członkowie Sojuszu mogą prowadzić wspólne ćwiczenia, współpracować i płynnie wypełniać swoje zadania.

– Polsko-amerykańskie stosunki są obecnie najlepsze w historii, mamy bliskie relacje prawie w każdej dziedzinie. Zwłaszcza w zakresie wojskowości nabrały mocy, czego przejawem jest też współpraca naszych firm. Zwiększona obecność sprzętu i wojsk amerykańskich w Polsce przyczynia się do wzmocnienia bezpieczeństwa, a my jesteśmy zadowoleni z tego, że chociaż w pewnym stopniu możemy się do tego przyczynić – mówi Mateusz Komarec.

Na współpracy szeroko korzystają też spółki z Polskiej Grupy Zbrojeniowej. W skład konsorcjum PGZ-Wisła, które odpowiada za realizację programu, wchodzi 14 podmiotów, a kilka innych spółek z grupy weźmie w nim udział jako poddostawcy, w tym m.in.  Zakłady Mechaniczne Tarnów, które w lipcu podpisały z Raytheonem umowę na produkcję i dostawy siłowników do wyrzutni rakiet M903. To kluczowe podzespoły, które umożliwiają poruszanie się i ustawianie pocisków na naczepie wyrzutni. Co istotne, wyrzutnie M903 wchodzą w skład systemów Patriot produkowanych też dla innych krajów. To otwiera przed PGZ i jej spółkami możliwości pozyskiwania kolejnych zamówień.

Zainteresowanie kredytami mieszkaniowymi powoli się odbudowuje. Polacy wnioskują o coraz wyższe kwoty

Średnia kwota kredytu hipotecznego, o jaki wnioskowali w sierpniu Polacy, była o 4 proc. wyższa niż przed rokiem – wynika z danych BIK. Jednak chętnych wciąż jest mniej o prawie 7 proc. niż w sierpniu 2019 roku. W rezultacie indeks popytu na kredyty mieszkaniowe wyniósł w ubiegłym miesiącu -3,1 proc. Analitycy BIK wskazują, że to oznaka stabilizacji na rynku, chociaż hamowanej przez wciąż restrykcyjną politykę banków. W całym roku spodziewają się, że sprzedaż kredytów hipotecznych będzie o 8 proc. niższa niż przed rokiem.

Odczyt indeksu popytu na kredyty mieszkaniowe na poziomie -3,1 proc. oznacza, że w sierpniu br. banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę o 3,1 proc. niższą niż w sierpniu 2019 roku.

– Na indeks mają wpływ liczba klientów i wartość kredytu. Liczba wnioskujących klientów spadła o 7 proc. rok do roku, była też niższa o 16 proc. niż wyniki z br., natomiast wzrosła o 17 proc. w stosunku do minimum z kwietnia 2020 roku – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Nosal, kierownik zespołu analiz portfelowych Biura Informacji Kredytowej. – Czynnikiem pozytywnym była za to średnia kwota wnioskowanego kredytu.

W sierpniu wyniosła ona 290 tys. zł i była o 4 proc. wyższa niż rok temu, za to o 4 proc. niższa w porównaniu do kwietnia 2020 roku, gdy Polacy wnioskowali średnio o ponad 300 tys. zł. Wzrost w ujęciu rocznym jest zauważalny mimo wyższego wymaganego wkładu własnego. To może oznaczać, że kredytowane są droższe, a więc prawdopodobnie większe nieruchomości.

Analityk BIK podkreśla, że mimo wciąż ujemnego i dużo niższego niż rekord z lutego br. (+27,6 proc.) odczytu to wskazuje na odbudowę popytu w ujęciu wartościowym na rynku kredytów.

– Choć sierpniowa wartość indeksu pozostaje ujemna, to jednak mamy czwarty miesiąc z rzędu odbudowę popytu na kredyty mieszkaniowe. W kwietniu podczas lockdownu osiągnęliśmy najniższy poziom indeksu popytu (-27,6 proc.), w maju nastąpiła lekka poprawa do -24 proc., w czerwcu mieliśmy już wyraźne odbicie do -6,7 proc. i ostatnie dwa miesiące to stabilizacja z lekkim wzrostem do -3 proc. – przypomina Sławomir Nosal.

Jak podkreśla analityk BIK, wzrost wartości wnioskowanych kredytów hipotecznych nie musi przełożyć się na wzrost sprzedaży tych produktów.

– W związku z wysokim ryzykiem, związanym m.in. z obawami o nasilenie pandemii jesienią, banki stosują konserwatywną politykę kredytową – wymagają wyższego wkładu własnego i lepszej zdolności kredytowej. Poziom akceptacji jest więc niższy niż przed pandemią – mówi.

W ciągu siedmiu miesięcy tego roku banki udzieliły kredytów mieszkaniowych na łączną kwotę 36 mld zł. To o 4 proc. mniej niż w okresie od stycznia do lipca 2019 roku.

– Prognozujemy, że w całym 2020 roku sprzedaż kredytów mieszkaniowych może osiągnąć 60 mld zł wobec 65 mld zł w zeszłym roku, co oznaczałoby spadek o 8 proc. – wskazuje kierownik zespołu analiz portfelowych BIK.

Programy inwestycji publicznych będą najważniejsze w walce z kryzysem. Pandemia wstrzymała część inwestycji, ale firmy budowlane nie mają przestojów

Inwestycje publiczne są najlepszą receptą na gospodarcze spowolnienie. – Branża budowlana stanowi 10 proc. PKB Polski, bez niej nie odbudujemy wzrostu i nie wrócimy do normalnego funkcjonowania państwa – ocenia Artur Popko, wiceprezes Budimeksu. Pandemia wstrzymała część inwestycji, zwłaszcza tych, które wymagały ścisłej współpracy z zagranicznymi podwykonawcami. Większość jest jednak realizowanych terminowo. W przypadku Budimeksu 80 proc. kontraktów jest oddawanych przed czasem.

Kryzys związany z koronawirusem sprawił, że niemal wszystkie kraje borykają się z problemami gospodarczymi. W Polsce według szacunków rządu PKB ma się zmniejszyć o 4,6 proc. Remedium na spowolnienie będą inwestycje publiczne, o czym podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach mówił też Mateusz Morawiecki.

– Szczególnie ważne jest uruchomienie wielkich programów inwestycji publicznych i zachęcanie przedsiębiorców do inwestowania – podkreślał premier.

– Każda inwestycja, którą realizuje państwo, bardzo mocno wspiera gospodarkę. Bez branży budowlanej, która stanowi 10 proc. PKB Polski, nie odbudujemy swojego wzrostu. Ona daje możliwość pracy polskim pracownikom, producentom i dostawcom, bo 90 proc. materiałów pochodzi od polskich firm – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes podczas EKG Katowice Artur Popko, wiceprezes Budimeksu. – To wszystko powoduje, że 70 proc. środków, które zainwestuje państwo, wraca z powrotem w formie podatków, ZUS-u czy innych należności.

Raport Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa wskazuje, że pandemia uderzyła w ten sektor znacznie mniej dotkliwie niż w inne branże, przede wszystkim dzięki temu, że nie było odgórnej decyzji o wstrzymaniu robót w czasie lockdownu, jak to miało miejsce w Austrii czy Belgii. Duże firmy wykonawcze kontynuują prace budowlane w nowym reżimie sanitarnym z wydajnością ok. 5–20 proc. niższą niż przed pandemią, a kondycja finansowa sektora jest stabilna.

W czerwcowym badaniu BIG InfoMonitor firmy budowlane były najbardziej optymistycznie nastawione do przyszłości spośród pięciu badanych branż (transport, przemysł, handel i usługi). PZPB wskazuje, że optymizmem napawają zapowiedzi o utrzymaniu wysokich nakładów na inwestycje publiczne, głównie w segmencie drogowym, kolejowym, energetycznym i hydrotechnicznym. Branża spodziewa się, że wypełni to lukę po nieuniknionym spadku inwestycji prywatnych i samorządowych. Z drugiej strony wskazuje, że kumulacja projektów publicznych zaostrzy konkurencję między firmami, a to rodzi ryzyko spadku rentowności małych i średnich firm.

Większość przedsiębiorców z branży zabezpiecza się też na wypadek drugiej fali pandemii i ewentualnego lockdownu.

 Podejmujemy środki zaradcze związane ze współpracą z zamawiającymi, zastanawiamy się, jak można prowadzić prace zdalnie czy realizować je tak, żeby nie wstrzymać prac na budowie. Dla każdej firmy wstrzymanie prac to jest ogromna strata. Grupa Budimex zatrudnia 7,5 tys. pracowników, co oznacza miesięcznie 70 mln zł kosztów. Robimy wszystko, co możliwe, żeby nie wstrzymać prac na budowie, żeby nie nastąpił lockdown w drugiej części roku – tłumaczy Artur Popko. – Podpisujemy też umowy z wieloma ośrodkami medycznymi na wykonywanie testów wśród pracowników.

Pandemia koronawirusa miała wpływ na wyniki Grupy Budimex w pierwszej połowie 2020 roku, szczególnie w segmencie budowlanym. Firma oszacowała je na 36 mln zł, na co składają się koszty związane z wydłużeniem czasu realizacji kilku projektów oraz dostosowania przestrzeni pracy do nowych warunków i zakupu środków ochrony osobistej. Jak wskazuje Popko, firma realizuje obecnie jednocześnie 300 inwestycji, a 80 proc. kontraktów jest oddawanych przed terminem.

Pomimo ograniczeń wynikających ze stanu epidemii firma zachowała jednak ciągłość działania we wszystkich segmentach operacyjnych. W segmencie budowlanym od początku roku Budimex podpisał kontrakty o wartości 3,8 mld zł, dzięki czemu portfel zamówień na koniec czerwca wzrósł do 11,6 mld zł.

 Nasze inwestycje można podzielić na infrastrukturalne, tzw. liniowe, realizowane w okresach dwuletnich, i inwestycje energetyczne, przemysłowe, które faktycznie zostały dotknięte problemem pandemii. Bardzo wiele urządzeń i materiałów do nich dowożonych jest spoza granic Polski – dostawy są z Japonii, Włoch czy Niemiec, więc pandemia miała duży wpływ na realizację tych kontraktów – tłumaczy wiceprezes Budimeksu.

Ten problem dotknął m.in. Elektrownię Turów budowaną w konsorcjum z Mitsubishi Hitachi Power System oraz Tecnicas Reunidas.

– Niektóre urządzenia dojeżdżały z półrocznym opóźnieniem. Do dzisiaj odczuwamy te problemy z uwagi na to, że przy zamkniętych granicach i utrudnionym transporcie w ruchu lotniczym część inwestorów czy dostawców w ogóle nie może dojechać na teren Polski. To bardzo mocno i istotnie wpływa na realizację tej inwestycji – przekonuje przedstawiciel Budimeksu.

W lipcu firma podpisała kontrakt na przebudowę stacji Warszawa Zachodnia o wartości 1,8 mld zł. Oprócz tego w poczekalni znajdują się kontrakty o wartości ponad 1,5 mld zł. Wyzwaniem w najbliższych kwartałach będzie pozyskanie kontraktów w części kubaturowej, gdzie widać ograniczenie nowych inwestycji prywatnych oraz częściowe wstrzymanie planowanych inwestycji publicznych.

– To, na czym mocno chcielibyśmy się skupić w najbliższych dwóch latach, to hydrotechnika i linie kolejowe. To są dwie odnogi, które bardzo mocno absorbują nasze inwestycje – zapowiada Artur Popko.

Materiał tekstylny o pamięci kształtu zrewolucjonizuje przemysł modowy. Pomoże opracować inteligentne ubrania i zmniejszyć ilość odpadów

Naukowcy opracowali biokompatybilny materiał, który można wydrukować w 3D w dowolnym kształcie i wstępnie zaprogramować z odwracalną pamięcią kształtu. Za pomocą roztworu nadtlenku wodoru i fosforanu sodu badacze zaprogramowali stały kształt materiału – taki, do jakiego zawsze powróci. Innowacyjny materiał jest wykonany z keratyny i może być stosowany we wszystkich materiałach, w tym w lecznictwie medycznym. Pomoże też zmniejszyć ilość odpadów w przemyśle modowym.

Bawełna, jedwab, skóra i wełna są od lat używane do ​​produkcji ubrań, jednak według obliczeń analityków McKinsey ilość odzieży produkowanej każdego roku podwoiła się od 2000 roku. Produkcja bawełny powoduje m.in. erozję i degradację gleby, a do wytworzenia zaledwie jednego kilograma bawełny potrzeba 8–10 tys. litrów wody. Dlatego naukowcy szukają materiału, który będzie nie tylko wytrzymały, ale też ekologiczny. Powstały już materiały wytwarzane z odpadów spożywczych (np. ze skórki pomarańczy czy z włókien liści ananasa), regenerowanej celulozy i źródeł pochodzących z recyklingu. Na rynku dostępna jest też np. wegańska wełna.

Naukowcy ze Szkoły Inżynierii i Nauk Stosowanych Johna A. Paulsona na Uniwersytecie Harvarda (SEAS) poszli o krok dalej i opracowali biokompatybilny materiał z pamięcią kształtu, który można drukować w 3D.

– Dzięki naszemu projektowi wykazaliśmy, że nie tylko możemy poddać recyklingowi wełnę, ale też możemy zbudować z niej rzeczy, których nigdy wcześniej sobie nie wyobrażano – podkreśla Kit Parker, profesor bioinżynierii i fizyki stosowanej w SEAS.

Materiał jest wykonany z keratyny, czyli włóknistego białka znajdującego się np. we włosach czy paznokciach. Hierarchiczna struktura keratyny pozwala jej zmieniać kształt. Pojedynczy łańcuch keratyny jest ułożony w strukturę podobną do sprężyny (helisa alfa). Dwa z łańcuchów skręcają się razem, tworząc zwiniętą cewkę. Takie wiązania zapewniają materiałowi zarówno wytrzymałość, jak i pamięć kształtu. Kiedy włókno jest rozciągane lub wystawiane na działanie określonego bodźca, struktury rozwijają się.

Naukowcy wydrukowali keratynowe arkusze w różnych kształtach. Zaprogramowali stały kształt materiału za pomocą roztworu nadtlenku wodoru i fosforanu sodu. Po ustawieniu pamięci arkusz można było ponownie zaprogramować i uformować w nowe kształty.

– Tego rodzaju włókna można wykorzystać do produkcji biustonoszy, których rozmiar i kształt miseczki można dostosować każdego dnia czy też wytwarzać aktywujące tkaniny do celów medycznych. Możliwości są ogromne – twierdzi Kit Parker. – Będziemy kontynuować projektowanie tkanin, wykorzystując cząsteczki biologiczne jako podłoża inżynieryjne w taki sposób, w jaki nigdy wcześniej ich nie używano.

Innowacyjny materiał można drukować w 3D i stosować w wielu różnych tekstyliach. Zdaniem naukowców otworzy to drogę do stworzenia inteligentnych ubrań, które dopasowują się kształtem do użytkownika czy same wentylują, by szybciej wyschnąć. W przyszłości materiał mógłby znaleźć zastosowanie w medycynie, np. przy rekonstrukcji tkanek.

– Ten dwuetapowy proces drukowania materiału 3D, a następnie ustalania jego trwałych kształtów, pozwala na wytwarzanie naprawdę złożonych kształtów z cechami strukturalnymi nawet o wielkości mikrona – podkreśla Luca Cera, pracownik naukowy SEAS. – To sprawia, że materiał nadaje się do szerokiego zakresu zastosowań, od tekstyliów po inżynierię tkankową.

Naukowcy wydobyli keratynę z resztek wełny Agora używanej do produkcji tekstyliów. Dzięki temu będzie można ograniczyć ilość odpadów w przemyśle modowym.

– Konsekwencje dla zrównoważenia zasobów naturalnych są oczywiste. Dzięki przetworzonemu białku keratynowemu możemy zrobić tyle samo lub więcej niż dotychczas poprzez strzyżenie zwierząt, a tym samym zmniejszyć wpływ przemysłu tekstylnego i modowego na środowisko – podkreśla Kit Parker.

Cyberprzestępcy coraz chętniej sięgają po sztuczną inteligencję. Firmy muszą się bronić, stosując inteligentne zabezpieczenia

Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa stawiają na rozwój narzędzi predykcyjnych wyspecjalizowanych w procesie rozpoznawania zagrożeń internetowych za pośrednictwem systemów sztucznej inteligencji. Algorytmy wyszkolone przy wykorzystaniu technologii uczenia maszynowego mogą zautomatyzować proces wykrywania zagrożeń oraz rozpoznać złośliwe oprogramowanie i ataki hakerskie, które omijają filtry stosowane w klasycznych programach antywirusowych.

– Sztuczna inteligencja może być wykorzystana do tego, żeby na podstawie analizy behawiorystyki pomóc identyfikować anomalie, które mogą wskazywać na prawdopodobny incydent – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Bartosz Kozłowski, współzałożyciel Cybersecurity Studio. – Jeżeli spojrzymy na najnowsze technologie wykorzystywane do ataków hakerskich, np. deep fake, zobaczymy, że przestępcy doskonale posługują się nią do tego, żeby podszywać się pod tożsamość innych osób, np. prezesa danej firmy, i dokonywać nadużyć finansowych, zachęcać pracowników do rzeczy, których teoretycznie nie powinni robić 

Z raportu „Anti-Fraud Technology Benchmarking” opracowanego przez ekspertów z Association of Certified Fraud Examiners wynika, że jedynie 13 proc. firm w 2019 roku korzystało z systemów sztucznej inteligencji do ochrony przed wyłudzeniami internetowymi. Rola narzędzi tego typu będzie jednak sukcesywnie rosnąć i do 2021 roku aż 72 proc. respondentów planuje wdrożyć inteligentne algorytmy do ochrony przed nadużyciami.

O tym, jak istotną rolę w ochronie przed cyberprzestępcami może stanowić dobrze wyszkolona sieć neuronowa, przekonują analitycy Highmark Health, którzy wykorzystali sztuczną inteligencję do ochrony swoich klientów. Z badań przeprowadzonych przez ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa wynika, że tylko w 2019 roku system pozwolił uniknąć 260 mln dol. strat będących wynikiem oszustw, marnotrawienia zasobów firmy bądź różnego rodzaju wyłudzeń. Gdyby korporacja nie zdecydowała się na wdrożenie narzędzi tego typu, potencjalne straty poniesione w ciągu ostatnich pięciu lat na skutek nadużyć mogłyby osiągnąć wartość 850 mln dol.

– Ostatnie miesiące pokazały, że każdy sektor jest narażony na zagrożenia. Wynika to z tego, że większość firm musiała otworzyć się na technologię, którą wcześniej niechętnie stosowała, np. w modelu pracy zdalnej. Ten model otworzył firmy na nowe zagrożenia bądź na ich nową skalę. Ostatni raport przygotowany przez FBI mówi o tym, że w ostatnich kilku miesiącach 300-krotnie wzrosła liczba ataków. Nie ma znaczenia, czy jesteśmy małą, czy dużą firmą, de facto każda firma będzie musiała przygotować się na zagrożenia i w umiejętny sposób z nimi postępować – podkreśla ekspert.

Po sztuczną inteligencję sięgnęli eksperci ds. cyberbezpieczeństwa z firmy Cybersecurity Studio, którzy opracowali autorski system analizy zdarzeń wykorzystujący technologię predykcyjną. Narzędzie wyszkolono w procesie analizy i rozpoznawania wzorców zachowań cyberprzestępców, dzięki czemu pozwala wykryć zagrożenie w jego wczesnej fazie.

– Nasz system stanowi warstwę uzupełniającą na rynku bezpieczeństwa. Standardowe rozwiązania jak antywirusy bazują głównie na sygnaturach, czyli wzorcach, które zostały wcześniej rozpoznane. Technologia na tyle się rozwinęła, że konieczna jest ewolucja w kierunku badania behawiorystyki, czyli na podstawie zdarzeń, dzięki którym można identyfikować te, które na tle pozostałych mogą stanowić jakieś zagrożenie – tłumaczy Bartosz Kozłowski.

System opracowano głównie z myślą o sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, o firmach, które nie dysponują funduszami na zatrudnienie eksperta ds. cyberbezpieczeństwa. Sztuczna inteligencja zastępuje wykwalifikowanego pracownika i w pełni automatycznie analizuje i reaguje na zagrożenia z sieci.

– Tworzymy produkt, który ma odpowiedzieć na potrzebę głównie sektora MŚP w zakresie cyberbezpieczeństwa. Mamy pomóc tym firmom identyfikować zagrożenia i reagować na nie, a w związku z tym budować ich biznes – wskazuje Bartosz Kozłowski.

Według raportu analityków Meticulous Research z czerwca 2020 roku globalny rynek sztucznej inteligencji w cyberbezpieczeństwie do 2027 roku osiągnie wartość ponad 46 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 23,6 proc.

Epidemia wydłużyła służbowe rozmowy nawet o 4 godziny dziennie

Epidemia koronawirusa zmieniła styl pracy wielu Polaków. W efekcie 1 na 5 pracowników znacznie zwiększył czas spędzany z telefonem w ręku – wynika z badania Krajowego Rejestru Długów. Dla niemal jednej czwartej z tej grupy służbowe rozmowy zajmują aż 4 godziny więcej w ciągu dnia, niż przed wybuchem zarazy. Z kolei wśród osób, które po przyjściu epidemii odnotowały większą aktywność służbową w Internecie, co czwarty przeznacza na to od 2 do 4 godzin więcej pracy dziennie. Zmiany widać także w długach firm wobec telekomów. W czasie epidemii – od lutego do lipca br. takie zadłużenie wzrosło o ponad 46 mln zł. W sumie firmy mają obecnie do uregulowania prawie 364 mln zł.

Przed pandemią telefonu w celach służbowych używaliśmy najczęściej krócej niż godzinę (20% wskazań badanych) lub około godziny (16%). Z kolei, czas spędzany online był dość zróżnicowany. Krócej niż godzinę służbowo w Internecie spędzało 16% badanych, od 1 do 3 godzin 28%, a 14% ponad 4 godziny.

Epidemia i większa konieczność kontaktów zdalnych dla wielu osób oznaczała wydłużenie czasu spędzanego ze służbowym telefonem w ręku. Wyniki badania Krajowego Rejestru Długów pokazują, że wśród osób, które zauważyły zwiększony czas rozmów telefonicznych w godzinach pracy, 36% deklaruje, że wydłużył się on o mniej niż godzinę. 27% rozmawia od 1 do 2 godzin dłużej, a 14% ponad 2 do 4 godzin. Niemal jedna czwarta wszystkich (23%) spędza teraz z telefonem przy uchu ponad połowę całego dziennego czasu pracy, czyli więcej niż 4 godziny. Co ciekawe, jedna trzecia pracowników w czasie pandemii do rozmów służbowych wykorzystywała swój prywatny telefon – zadeklarowało tak 34% wszystkich zapytanych.

Wśród osób, które odnotowały większą aktywność służbową w sieci po przyjściu pandemii, blisko jedna trzecia twierdzi, że czas spędzony online wydłużył się o mniej niż godzinę. Niemal co czwarty pracownik szacuje, że przeznacza na to od 2 do 4 więcej godzin dziennie, a 17% ponad 4 godziny.

Obecnie, mimo zniesienia większości obostrzeń, wielu pracowników nadal pracuje z domu. Zdalna forma pracy okazała się więc długoterminową koniecznością. Jednak nie da się utrzymać dotychczasowego poziomu pracy i realizacji zadań bez utrzymywania relacji ze współpracownikami, klientami, kontrahentami. Nasze badanie wskazuje, że rozmowy telefoniczne czy telekonferencje za pośrednictwem Internetu pomogły w znacznym stopniu zrekompensować ograniczenia w spotkaniach twarzą w twarz – mówi Adam Łącki, Prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Rachunek za epidemię

Jak pokazują dane Krajowego Rejestru Długów praca zdalna i konieczność dłuższego korzystania przez pracowników z telefonu czy Internetu wraz z mniejszymi zarobkami czy problemami z płynnością finansową odbiła się na długach firm. W ciągu siedmiu miesięcy 2020 r. zadłużenie przedsiębiorstw wobec telekomów wzrosło o 17%. Podobnie jak liczba zadłużonych. Natomiast liczba samych zobowiązań zdążyła urosnąć aż o 42%, do 103 051. Największy ich przyrost nastąpił w marcu, gdy koronawirus dotarł do Polski i firmy musiały niemal z dnia na dzień przenieść się na zdalne kanały kontaktu. Ostatecznie na koniec lipca suma zadłużenia 36 370 biznesowych dłużników wynosiła prawie 364 mln zł.  Jedna firma do oddania ma średnio ok. 10 tys. zł.

Tegoroczny lipiec zdecydowanie gorzej wypada w porównaniu z poprzednim rokiem. W siódmym miesiącu 2019 r. liczba zadłużonych podmiotów gospodarczych i wartość ich długu była dwukrotnie niższa. Z kolei liczba zobowiązań aż trzykrotnie mniejsza. W ciągu roku znacząco wzrosło również średnie zadłużenie – o blisko 2 tys. – Nawet przed okresem epidemii firmy coraz mocniej zadłużały się u telekomów. Nie znaczy to jednak, że „przegadały” te pieniądze. Część tych długów jest pochodną kupna sprzętu elektronicznego od operatora – nowych smartfonów, laptopów czy tabletów. Technologia to inwestycja, która może pomóc firmie szybciej i lepiej się rozwijać. A dostęp do nowoczesnych i sprawnych urządzeń w obecnym czasie epidemii okazał się kluczowy – dodaje Adam Łącki.

Najbardziej zadłużeni

Wśród samych dłużników telekomów, największe grono stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze (66%). To one mają też najwięcej zobowiązań (59%). Jednak pod względem wysokości długu, prym wiodą już spółki z o.o. i akcyjne oraz instytucje, które mają do uregulowania więcej niż połowę całego zadłużenia podmiotów gospodarczych – prawie 191 mln zł. Wśród nich znajduje się także największy dłużnik, który ma do oddania ponad 14 mln zł, wynika z danych z Krajowego Rejestru Długów.

Wyraźne różnice w skali zadłużenia biznesu u operatorów widać także pod względem geograficznym. Zdecydowanie największe problemy z uregulowaniem rachunków u telekomów mają przedsiębiorcy z województwa mazowieckiego. Tu liczba dłużników (7 666) jest ponad trzykrotnie wyższa niż średnia dla reszty regionów, a dług niemal czterokrotnie wyższy (89 mln zł). Trzeba jednak zaznaczyć, że na tym obszarze mamy ogromne skupisko przedsiębiorstw, stąd i wyższe zadłużenie i liczba dłużników.

Z kolei biorąc pod uwagę branże, największy dług do spłacenia (85,5 mln zł) mają firmy zajmujące się handlem hurtowym i detalicznym. Spore zaległości ma również budownictwo (42 mln zł) i transport wraz z gospodarką magazynową (39 mln zł).

Dolar odżywa, a rynek czeka teraz na ruch ze strony EBC

Kluczem do zachowania rynku w tym tygodniu będzie czwartkowe spotkanie EBC. Reakcja banku centralnego na ostatnie dane z gospodarki, a szczególnie na szokujący raport o inflacji opublikowany w zeszłym tygodniu, niewątpliwie wpłynie na sytuację wspólnej europejskiej waluty.

Miniony tydzień przyniósł umocnienie amerykańskiej waluty, która w ostatnich miesiącach charakteryzowała się wręcz niespotykaną słabością. Ruch w górę jednak niekoniecznie jest zaskakujący, jeśli weźmiemy pod uwagę ogromną skalę krótkich pozycji na dolarze amerykańskim, kolejne pozytywne zaskoczenie w kontekście sytuacji na amerykańskim rynku pracy i ogólną korektę ostatnich trendów na rynkach finansowych.

W tym tygodniu oczy inwestorów zwrócą się w stronę EBC. Sądzimy, że kombinacja słabości inflacji w strefie euro, siły amerykańskiego rynku pracy oraz ekstremalnego poziomu długich pozycji spekulacyjnych na euro prawdopodobnie doprowadzi do przejściowej słabości wspólnej europejskiej waluty.

PLN

Polski złoty zakończył miniony tydzień sporym osłabieniem. Słabość ta nie miała związku z jakimikolwiek negatywnymi informacjami z kraju, czy ze świata.  Zbiegła się jednak w czasie z ostrą wyprzedażą akcji amerykańskich spółek technologicznych, która pociągnęła w dół indeksy w drugiej części tygodnia. Złotemu nie pomagało również umocnienie amerykańskiej waluty. Tym samym, kurs EUR/PLN powrócił do poziomów ostatnio widzianych w lipcu, wychodząc z dość wąskiego korytarza, w którym pozostawał przez ponad miesiąc. W tym kontekście w najbliższych dniach dla złotego istotniejsze niż jakiekolwiek wieści z kraju powinny być nadal informacje z zewnątrz.

EUR

W zeszłym tygodniu w siedzibie EBC musiał wybrzmieć alarm. Szokujący raport o inflacji w sierpniu pokazał spadek bazowej dynamiki cen do 0,4%, czyli poziomu znacznie niższego niż oczekiwano i jednocześnie najniższego w historii. Później, para EUR/USD przebiła jednak poziom 1,20; po czym zaczęła spadać. Zakładamy, że zarówno istotny wzrost kursu głównej pary, jak i wspomniany bardzo głęboki spadek inflacji nie były oczekiwane przez decydentów podczas ostatniego spotkania. O ile nie spodziewamy się żadnych natychmiastowych zmian w polityce monetarnej podczas spotkania w tym tygodniu, tak jednak spotkanie to dla inwestorów zyskało na znaczeniu. Kluczową kwestią będzie to, jak dużo tolerancji wobec aprecjacji euro w kontekście bliskiej zeru inflacji mają decydenci we Frankfurcie.

USD

Dane z gospodarki USA jakie poznaliśmy w ubiegłym tygodniu były dość dobre. Indeksy ISM dla przemysłu i usług wzrosły, osiągając co najmniej 56 pkt, tym samym wskazując na solidną ekspansję. Co istotne, sierpniowy raport z rynku pracy potwierdził to, co wcześniej sugerowały nam cotygodniowe dane o wnioskach o zasiłki dla bezrobotnych. W sierpniu udało się odzyskać 1,4 miliona miejsc pracy netto. Jeszcze lepsze wieści płyną z ankiet wśród gospodarstw domowych – stopa bezrobocia spadła do 8,4%, znajdując się znacznie poniżej oczekiwań.

W tym tygodniu nie czeka nas wiele istotnych publikacji, poza piątkowymi danymi o inflacji w USA, w związku z czym spodziewamy się, że dolar będzie reagował przede wszystkim na wieści płynące z EBC, jak też jakiekolwiek nagłówki dotyczące negocjacji między Demokratami i Republikanami w kontekście rozmiaru i składu dodatkowych środków mających wesprzeć gospodarkę USA.

GBP

Wydaje się, że szterling znajduje się pomiędzy dwoma przeciwstawnymi trendami. Z jednej strony, dane z brytyjskiej gospodarki zaskakują in plus. Z drugiej brak jednak postępów w kontekście negocjacji dot. Brexitu. Sądzimy, że w najbliższych kilku tygodniach uwaga rynku skupi się na kwestii wspomnianych negocjacji. Biorąc pod uwagę jak szybko brytyjska waluta umocniła się po osiągnięciu pandemicznych minimów, jak i tendencję do odsuwania negocjacji ws. Brexitu do ostatniej chwili może to oznaczać, że krótkoterminowa słabość funta będzie się utrzymywać. W tym kontekście warto dodać, że premier Johnson wyznaczył 15 października jako ostateczny termin na osiągnięcie porozumienia o wolnym handlu, w związku z czym w miarę zbliżania się do tej daty na rynku można spodziewać się zmienności.

CHF

Po tym jak w ubiegłym tygodniu frank szwajcarski osłabił się do najniższego poziomu w parze z euro od czerwca, waluta odrobiła część strat i obecnie para EUR/CHF utrzymuje się w okolicy poziomu 1,08.

Dane makro ze Szwajcarii opublikowane w ostatnich kilku dniach nadal wskazują na poprawę sytuacji gospodarczej w tym kraju w III kwartale. Niemniej, uparcie niska inflacja głęboko poniżej zera rzuca cień na ten w większości pozytywny obraz. W sierpniu ceny spadły o 0,9% w ujęciu rocznym, a inflacja pozostała na tym samym poziomie co miesiąc wcześniej. Nie oznacza to jednak, że na horyzoncie widać jeszcze głębiej ujemne niż obecnie stopy procentowe. Ostatnia komunikacja ze strony prezesa SNB, Thomasa Jordana sugeruje, że preferowanym przez bank centralny narzędziem są obecnie interwencje na rynku walutowym, a nie dodatkowe obniżki stóp procentowych.

Dane o bezrobociu, które poznamy w środę będą jedynym kluczowym odczytem makro ze Szwajcarii jaki ujrzy światło dzienne w tym tygodniu. Mają one pokazać dalsze, aczkolwiek ograniczone pogorszenie sytuacji na szwajcarskim rynku pracy. Frank nadal jednak prawdopodobnie będzie reagował przede wszystkim na informacje z zewnątrz.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Zasoby wolnych biur utrzymują się na stałym poziomie

Na początku sierpnia wyhamował agresywny trend wzrostowy powierzchni niewynajętej. Od początku II kwartału do końca lipca każdego miesiąca na rynku przybywało średnio ponad 200 wolnych biur nieabsorbowanych przez nowe umowy najmu. Co dziesiąty wolny metr kwadratowy w Polsce znajduje się we Wrocławiu.

Według danych REDD w ofercie wynajmu jest obecnie ponad 4500 modułów biurowych, które oczekują na nowych najemców.

— Od początku II kwartału do końca lipca obserwowaliśmy agresywny trend wzrostowy, podczas którego każdego miesiąca na rynku przybywało średnio ponad 200 wolnych biur nieabsorbowanych przez nowe umowy najmu. Ten trend wzrostowy wyhamował na początku sierpnia i od tego czasu porusza się w kanale horyzontalnym, a zasoby dostępnych biur utrzymują się na stałym poziomie w granicach 4500 modułów (+-2%) — mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.Zasoby wolnych biur

Wrocław: Stabilizacja po wakacyjnych wzrostach

Wolne zasoby biurowe we Wrocławiu stanowią ok. 11% wszystkich niewynajętych powierzchni w Polsce (2,5 mln m2). W okresie wakacyjnym na rynku wrocławskim doszło do ponad 10-procentowego wzrostu wolnej powierzchni biurowej, która obecnie wynosi 289,180 m2. Liczba niewynajętych modułów biurowych to 479.Wolne zasoby biurowe we Wrocławiu

W okresie wakacyjnym we Wrocławiu w REDD zarejestrowano 72 nowe umowy najmu, co stanowi ok. 11% wszystkich transakcji na głównym rynkach w Polsce.transakcje biurowe we Wrocławiu

Najemcy: Klienci celują wysoko. Warszawskie wieżowce w popycie

W okresie wakacji, najwięcej umów najmu w Warszawie podpisano w trzech dzielnicach: Wola (111), Mokotów (87) i Śródmieście (82), co stanowi ponad 45% wszystkim transakcji najmu zawartych w Polsce.

Interesujących obserwacji dostarcza szczegółowa analiza modułów biurowych, których dotyczyły zawarte umowy.

Judyta Bartnicka, Data Analyst, REDD
Judyta Bartnicka, Data Analyst, REDD

— Na Woli zawarto nie tylko najwięcej nowych umów, ale również „najwyższych”. Najemcy średnio wybierali biuro na 7 piętrze, przy czym rekordowa transakcja dotyczyła 38 kondygnacji w jednym z wolskich wieżowców. Kolejna tak „wysoka” umowa najmu była związana z powierzchnią na 31 piętrze na Śródmieściu — Judyta Bartnicka, Data Analyst, REDD.transakcje biurowe w Warszawie

Popyt na kredyt mieszkaniowy w sierpniu nadal mniejszy niż rok temu – komentarz eksperta do wartości BIK Indeksu

W sierpniu 2020 roku banki i SKOK-i przesłały zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 3,1% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku – wynika z najnowszych danych BIK. Aktualny odczyt indeksu wyraźnie pokazuje kontynuację trendu, czyli utrzymującą się w kolejnym już miesiącu, niższą ilość składanych wniosków w zestawieniu do tego samego okresu w roku ubiegłym, za co bezpośrednio odpowiada pandemia koronawirusa. W porównaniu do lipca 2020 r. liczba wnioskujących spadła o 15,7%. Jednak – co warto podkreślić – w stosunku do kwietnia br. (najsłabszego miesiąca w tym roku) wzrosła o 17,4%.

W sierpniu 2020 roku o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 32,66 tys. klientów, w zeszłym roku było to 35,07 tys., co oznacza spadek o -6,8%. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w sierpniu br. wyniosła 290,00 tys. zł i była o 4% wyższa niż w tym samym miesiącu w 2019 roku.

O ile z początkiem okresu wakacyjnego mogliśmy obserwować znaczącą odbudowę wartości indeksu z -24,2% w maju 2020 roku, poprzez -6,7% w czerwcu aż do -3,5% w lipcu, o tyle dane sierpniowe wyraźnie wskazują na pewną stabilizację dynamiki popytu, która – co ważne – wciąż jednak zachowuje tendencję wzrostową – wskazuje Kinga Burcan, Ekspert Kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance.

Obecnie jesteśmy świadkami ciągłego wzrostu średniej kwoty wnioskowanego kredytu. W lipcu 2020 roku była już o 4% większa niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Jedną z bezpośrednich przyczyn takiego stanu jest fakt, iż pandemia najbardziej pokrzyżowała plany zakupu nieruchomości osobom, których sytuacja ekonomiczna była najsłabsza, a które celowały w najtańszy segment nieruchomości. Biorąc pod uwagę restrykcje bankowe związane z podwyższeniem koniecznego wkładu własnego oraz brakiem akceptacji dla wielu „słabszych” (w oczach banków) form zatrudnienia, nie powinno to dziwić. Osoby lepiej sytuowane, wybierające droższe nieruchomości nie miały aż takich problemów z pozyskaniem finansowania.

Sierpień był trudniejszym miesiącem z powodu normalnego cyklu sezonowości, związanego z okresem urlopowym wielu Polaków. Ponadto, wciąż wiele osób czeka z decyzją o wzięciu kredytu do jesieni. Wydaje się więc, że co do prognozy popytu na najbliższe miesiące czeka nas okres dużej niepewności. Z jednej strony zapowiadane i już stopniowo wprowadzane poluzowywanie restrykcji bankowych będzie działać stymulująco, z drugiej dość powszechna obawa przed drugą falą pandemii i jej konsekwencjami wciąż może hamować potencjalnych kredytobiorców – podsumowuje Kinga Burcan, Ekspert Kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance.

AFORTI Holding przeprowadziło pierwszą emisję obligacji korporacyjnych w Rumunii

Grupa AFORTI od ponad 11 lat z sukcesami funkcjonuje na rynku polskim, natomiast od 3 lat jest obecna na rynku rumuńskim. To właśnie m.in. z tym rynkiem związane są najbliższe plany rozwojowe polskiego holdingu finansowego. W celu rozszerzenia działalności na tym rynku, AFORTI Holding przeprowadziło pierwszą emisję obligacji korporacyjnych w Rumunii.

Emisja tej pierwszej dla Grupy, zagranicznej partii obligacji korporacyjnych zakończyła się w czwartek, 3 września 2020 roku. Została ona dokona dzięki współpracy AFORTI Holding S.A. z renomowanym rumuńskim domem maklerskim SSIF GOLDRING S.A. Całkowita wartość emisji wynosiła 2 mln RON i została w całości objęta subskrypcją zaledwie w ciągu dwóch dni od jej rozpoczęcia. Oferta przedstawiona przez polską spółkę cieszyła się dużym zainteresowaniem, o czym świadczy nadsubskrypcja na poziomie 24 proc. W związku z dużym zainteresowaniem Inwestorów emisją obligacji, AFORTI nie wyklucza powtórzenia tego procesu przy współpracy z domem maklerskim SSIG GOLDRING S.A. a wszystkie środki pozyskane w ten sposób będą przeznaczone na rozwój działalności Grupy AFORTI na rynku rumuńskim.

Cieszę się, że pierwsza emisja obligacji korporacyjnych AFORTI Holding na rynku rumuńskim spotkała się tak dużym zainteresowaniem. Szczególnie teraz, w czasach niepewności gospodarczej spowodowanej pandemią COVID-19, pokazuje to, jakim uznaniem cieszy się marka AFORTI w świadomości rumuńskich inwestorów – mówi Piotr Klinowski, Country Head – Romania w AFORTI Holding. – Dzięki pozyskanym środkom będziemy mogli dodatkowo rozbudować naszą ofertę na rynku rumuńskim, a wszystko po to, abyśmy w niedługim czasie mogli wspierać tamtejszych przedsiębiorców w takim samym stopniu, jak robimy to w Polsce, na naszym rodzimym rynku – dodaje Klinowski.

Rumunia jest jednym najbardziej perspektywicznych rynków ekonomicznych w Europie Środkowo-Wschodniej. Wzrost zainteresowania tamtejszym rynkiem kapitałowym, coraz szersza ekspansja zagraniczna rumuńskich przedsiębiorstw czy duży potencjał konsumpcyjny społeczeństwa to tylko niektóre z czynników pokazujących, dlaczego warto zainteresować się rozwijaniem działalności operacyjnej w tym kraju. Grupa AFORTI wykorzystując kompleksowość swojej oferty skierowanej dla przedstawicieli MSP oraz mikroprzedsiębiorstw celuje w wypełnienie luki, która obecnie panuje na rynku rumuńskim.

Ze względu na bieżącą sytuację na świecie związaną z pandemią COVID-19 oraz potrzebą dostosowania się do obecnego otoczenia makroekonomicznego, Grupa AFORTI zweryfikowała aktualną strategię rozwoju marki. Dlatego w najbliższych okresach większość zasobów zostanie skierowania na takie produkty, jak faktoring, wymiana walut czy windykacja należności. Stąd też, to właśnie faktoring jest głównym produktem Grupy AFORTI, który oferowany jest na rynku rumuńskim. Jednakże w najbliższych miesiącach planowane jest poszerzenie oferty o pozostałe usługi finansowe z portfolio Grupy AFORTI.

Sąd Arbitrażowy przy KIG usprawnia postępowania online

Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej chce jeszcze bardziej usprawnić toczące się przed tym sądem polubownym postępowania online. W tym celu nawiązuje współpracę z regionalnymi oraz branżowymi Izbami KIG. W jej ramach klienci Sądu, którzy nie mają możliwości połączenia się z SA KIG online, będą mogli korzystać z należących do tych Izb pomieszczeń. Dzięki takiemu rozwiązaniu już dziś postępowania online staną się dostępne dla szerszej grupy klientów SA KG, a w przyszłości, po ustaniu pandemii, część spraw prowadzonych przez arbitrów tego Sądu nadal będzie się mogła toczyć w formie wideokonferencji.

Krajowa Izba Gospodarcza jest największą niezależną organizacją biznesu w Polsce – reprezentuje największa liczbę przedsiębiorców, łącząc blisko 160 organizacji biznesowych, tzw. Izb. Jest wśród nich m.in. 67 Izb i związków branżowych oraz 63 Izby regionalne. Pierwsze umowy między SA KIG a Izbami już zostały podpisane.

Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie ma możliwość prowadzenia rozpraw w formie wideokonferencji od 2015 r. Realne zainteresowanie tą formą rozstrzygania sporów pojawiło się jednak dopiero po wybuchu pandemii. Dlatego pierwsze postępowania online SA KIG zorganizował w czasie lockdownu. Od połowy marca arbitrzy SA KIG przeprowadzili już 14 rozpraw wideo oraz 6 posiedzeń mieszanych. Zorganizowali również 21 telekonferencji, w czasie których omawiano sprawy organizacyjne dotyczące toczących się przed SA KIG sporów.

Aktualnie, gdy wróciliśmy już do tradycyjnych posiedzeń, postępowania online wciąż są w kalendarzu arbitrów. Z tego powodu chcemy je jeszcze bardziej usprawnić i spowodować, by były dostępne dla jeszcze szerszego grona klientów. Izby członkowie Krajowej Izby Gospodarczej są naszym naturalnym partnerem, dlatego zaprosiliśmy je do współpracy, w ramach której będą udostępniały swoje pomieszczenia, z których będą mogły korzystać osoby niemające możliwości łączenia się w trybie wideokonferencji. W ten sposób będziemy mieli szersze możliwości nie tylko zdalnego przeprowadzania spotkań organizacyjny, ale także przesłuchania świadków czy prowadzenia online całości postępowania arbitrażowego – mówi Agnieszka Durlik, dyrektor generalny Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie. – Oczywiście mamy świadomość, że wszystkich postępowań w formie wideokonferencji prowadzić się nie da, niektóre – choćby ze względu na stopień skomplikowania – lepiej procedować na sali sądowej. Ale naszym celem jest, by także po ustaniu pandemii ok. 30 proc. sporów wpływających do naszego sądu mogła być rozpoznawana na odległość – podkreśla.

SA KIG dysponuje narzędziami pozwalającymi zarówno kontynuować rozpoczęte już postępowania, jak i podejmować nowe spory. W Sądzie Arbitrażowym przy KIG spory rozstrzygane są w oparciu o Regulamin Arbitrażowy, a kodeks postępowania cywilnego stosuje się posiłkowo, dlatego w przypadkach szczególnych – z jakim niewątpliwie mamy do czynienia w związku z rozprzestrzeniającym się koronawirusem SARS-Cov-2 – strony mogą uzgadniać zmianę terminów.

Firmy, które chcą w bezpieczny sposób dochodzić swoich praw i mają pytania dotyczące rozstrzygania sporów, mogą liczyć na wsparcie SA KIG. Sąd przygotował rekomendacje dotyczące przeprowadzenia rozpraw w formie wideokonferencji oraz instrukcję dla uczestników postępowań online. Strony mają też możliwość wyboru oprogramowania – najczęściej akceptowany jest popularny Zoom.

Złoto, dolar i rynek akcji a banki centralne

Status “bezpiecznej przystani” został dawno zatarty, a złoty metal zaczął być wykorzystywany jako ryzykowny instrument z ceną wyrażoną w dolarze. Słabość USD oznaczała wzrosty cen złota, nawet mimo rajdu rynku akcji. Jednak złoto i rynek akcji mają jedno wspólne źródło paliwa: banki centralne.

Motyw odbicia globalnego ożywienia nie napędzałby silnego odbicia rynków akcji, gdyby nie bezprecedensowe decyzje czołowych banków centralnych w temacie ekspansji monetarnej: od ostrego cięcia stóp procentowych po uruchamianie programów skupu aktywów i linii pożyczkowych. Inwestorzy finansowi otrzymali środki, za pomocą których mogą windować wyceny spółek przy oczekiwaniach poprawy sytuacji gospodarczej lub (jak to ma miejsce w przypadku sektora technologicznego) dyskontować istotny skok rozwojowy dla spełnienia potrzeb nowej rzeczywistości „social distancing”.

Złoto korzysta potrójnie. Po pierwsze obniżki stóp procentowych i deklaracje utrzymywania gołębiego nastawienia przez banki centralne na dłużej oznacza wypłaszczenie krzywej dochodowości na niskim pułapie. Będące zwykle alternatywą dla złota obligacje oferują niską, jeśli nie ujemną stopę zwrotu. Brak kuponu z inwestycji w złoto przestaje być problemem. Po drugie nielimitowana ekspansja monetarna rodzi ryzyko podwyższonej inflacji, a jak wiemy z ostatniego wystąpienia prezesa Fed Powella, wyższa presja inflacyjna może być tolerowana przez Fed dłużej niż zwykle. Złoto jest klasycznym środkiem zabezpieczenia przed inflacją. Po trzecie decyzje Fed implikują negatywne perspektywy dla USD w długim horyzoncie czasu, co generuje dodatkowy impuls do windowania ceny złota wyrażonej w USD.

Ale wsparcie ożywienia ekspansja monetarną nie jest zjawiskiem zarezerwowanym tylko dla USA i Fed. Deprecjacja USD oznacza aprecjację innych walut. Słaba waluta jest dużą zaletą w procesie odbudowy ożywienia i poprawy warunków wymiany handlowej. Z drugiej strony nikt nie chce ponosić kosztu umacniania się własnej waluty. Nie minie dużo czasu, kiedy banki centralne inne niż Fed zaczną odczuwać niezadowolenie z umocnienia krajowych walut. Na razie trend USD ma dominujące znaczenie dla kierunku cen złota. Jednak wyścig banków centralnych w próbach osłabienia rodzimych walut będzie miał coraz większy, korzystny wpływ dla cen złota w średnim i długim terminie. Jakkolwiek riposta na zmiany w strategii Fed ze strony np. EBC czy Banku Japonii może zachwiać trendem deprecjacyjnym USD, tak implikuje zaniżanie krzywej dochodowości globalnie, ograniczając bezpieczne alternatywy dla inwestycji w złoto.

Dolar i złoto – odwrotna zależność
Źródło: Bloomberg

Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers

Rynek pracy za oceanem

Piątkowe popołudnie upłynęło pod dyktando danych z amerykańskiego rynku pracy. Były to dane wyraźnie lepsze od oczekiwań inwestorów, co spowodowało spore zamieszanie na rynku walutowym.

Dane z USA

W piątek poznaliśmy dane z amerykańskiego rynku pracy. Zgodnie z oczekiwaniami bezrobocie spadło wreszcie poniżej 10%. Co ciekawe, spadek ten był, nie jak sądzono do 9,8%, a od razu do 8,4%. Jest to korzystna informacja, ale bezrobocie ponad 8% to nie jest coś, czym w USA można się chwalić. Zmiany zatrudnienia nie wypadły natomiast aż tak dobrze. Pozostały one w miarę zgodne z oczekiwaniami. Dolar po tych danych wyraźnie zyskiwał na wartości, po czym odbił się w te same okolice, z których zaczął ruch.

Dobre dane z Kanady

Równolegle z danymi z USA pojawiły się dane z Kanady. Były one właściwie zgodne z oczekiwaniami. Stopa bezrobocia wyniosła dokładnie 10,2%, czyli tyle, ile oczekiwali analitycy. Liczba nowych miejsc pracy była nawet niższa niż oczekiwania. Wielu inwestorów jednak wyraźnie bało się tych danych, bo tuż po nich zaczęli od razu kupować dolara kanadyjskiego.

Słabsza passa złotego

Od środy widać wyraźną zmianę sentymentu inwestorów do walut naszego regionu. W rezultacie złoty stracił względem euro do dzisiaj 7 groszy, w efekcie czego za europejską walutę płacimy już ponad 4,46 zł. Frank kosztuje już nie 4,05 zł a 4,13 zł, dolar z kolei podrożał z 3,68 zł na 3,78 zł w tym wypadku jednak pomogło odbicie dolara względem euro na rynku.

Dzisiaj dzień wolny w USA i Kanadzie z okazji święta pracy a w kalendarzu brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Rzecznik MŚP kieruje do Ministra Zdrowia pytanie ws. uprawnienia pracowników sklepów do samodzielnego egzekwowania obowiązku zakrywania ust i nosa przez klientów

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców skierował wystąpienie do Ministra Zdrowia w związku z wątpliwościami, co do uprawnienia pracownika sklepu lub innego obiektu handlowego do samodzielnego egzekwowania od klientów obowiązku zakrywania ust i nosa oraz ewentualnej odpowiedzialności pracownika/przedsiębiorcy z tego tytułu.

Mając na uwadze liczne głosy przedsiębiorców, Rzecznik MŚP zwrócił się do Ministra Zdrowia o udzielenie informacji i wyjaśnień w następujących kwestiach:

  1. Czy pracownik sklepu lub innego obiektu handlowego jest uprawniony do samodzielnego egzekwowania od klientów obowiązku zakrywania ust i nosa, o którym mowa 24 rozporządzenia Rady Ministrów z 7 sierpnia 2020 r. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii[1]?
  2. Kto ponosi odpowiedzialność z tytułu egzekwowania od klientów obowiązku, o którym mowa w pkt 1 powyżej – pracownik czy przedsiębiorca zatrudniający pracownika?
  3. Czy pracownik sklepu lub innego obiektu handlowego może odmówić sprzedaży towaru klientowi, który nie stosuje się do obowiązku wskazanego w pkt 1 powyżej?
  4. Czy odmowa sprzedaży towaru klientowi, który nie stosuje się do obowiązku wskazanego w pkt 1 powyżej, stanowi przesłankę do wymierzenia pracownikowi/przedsiębiorcy kary grzywny, o której mowa w art. 135 ustawy z dnia 20 maja 1971 r. – Kodeks wykroczeń[2]?

Ponadto, w związku z tym, że powyższa problematyka była również przedmiotem wystąpień Rzecznika Praw Obywatelskich, czego wyrazem jest m.in. pismo do Komendanta Głównego Policji z 28 sierpnia 2020 r., w którym RPO ponownie wskazał, że obowiązek zakrywania twarzy i nosa został nałożony z przekroczeniem upoważnienia ustawowego zawartego w art. 46a i art. 46b pkt 1-6 i 8-12 ustawy z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, Rzecznik MŚP wystosował do RPO prośbę o przesłanie kopii odpowiedzi Komendanta Głównego Policji.

[1] Dz.U. z 2020 r. poz. 1356, ze zm.

[2] T.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 821.

Koniec ery rynku pracownika

Rynek pracy zmienił się diametralnie, co odzwierciedlają wyniki firm należących do Polskiego Forum HR. Rynek rekrutacji stałych zmalał o ponad 30%. Praca tymczasowa odnotowała spadek na poziomie 18%.

Największe spadki w rekrutacjach stałych

Pracodawcy masowo powstrzymują realizację procesów rekrutacyjnych, co odzwierciedla 31%-owy spadek obrotów firm członkowskich PFHR w zakresie sprzedaży tych usług w porównaniu do poprzedniego kwartału. Ich wartość w drugim kwartale (2Q2020) wyniosła 27 mln PLN. Znacznie mniejszy, bo 9%-owy spadek, odnotowaliśmy w zakresie realizacji projektów rekrutacji międzynarodowych, których obroty w badanym okresie wyniosły 3,8 mln PLN.

– W wielu branżach pierwszą reakcją pracodawców było zamrożenie wszelkich decyzji w zakresie realizacji projektów rekrutacyjnych. Doskonale to widać w wynikach firm członkowskich PFHR. Oczywiście nadal mamy branże które rekrutują: cały sektor IT, logistyka i dystrybucja, centra usług wspólnych, ale powrót do sytuacji sprzed kryzysu zajmie nam sporo czasu – mówi Piotr Dziedzic, członek zarządu Polskiego Forum HR.

Pracownicy tymczasowi mają coraz mniej pracy

Rynek rekrutacji

O 25%, w porównaniu do tego samego okresu poprzedniego roku, zmniejszyła się liczba pracowników tymczasowych. Porównując dane kwartał do kwartału, spadek ten nie jest już tak drastyczny i wynosi 5%, niestety towarzyszy mu znaczny, bo 25%-wy, spadek liczby godzin przepracowanych przez tych pracowników. W sumie, w drugim kwartale firmy członkowskie PFHR zatrudniały 67 tys. pracowników tymczasowych. Liczba przepracowanych godzin w przeliczeniu na pełne etaty wyniosła 27 tys. W Polskim Forum HR, mimo trudnej sytuacji na rynku, nadal udaje się zachować wysoki odsetek umów o pracę zawieranych z pracownikami tymczasowymi, w 2Q2020 wyniósł on 89%.

– Dużą liczbę pracowników tymczasowych straciliśmy już w pierwszym kwartale tego roku. Część firm, z którymi pracujemy, powiązana jest z dostawcami zagranicznymi np. z Chin, w związku z czym ograniczała swoją działalność na długo przed lockdownem w Polsce. To z tą grupą pracowników nasi klienci rozstawali się w pierwszej kolejności i wtedy ten spadek był drastyczny. Dodatkowo nie pomagał fakt braku praktycznej możliwości objęcia pracowników tymczasowych działaniami pomocowymi rządu. Tarcza antykryzysowa nie brała pod uwagę tej formy zatrudnienia, gdzie przestój występował nie u pracodawcy czyli agencji a u pracodawcy użytkownika. Na szczęście widać światełko w tunelu i rosnące powoli zainteresowanie pracą tymczasową w trzecim kwartale – komentuje Anna Wicha, prezes Polskiego Forum HR.

W 2Q2020 o 18% w porównaniu do poprzedniego kwartału spadła też wartość tego rynku. Firmy członkowskie PFHR osiągnęły poziom obrotów w wysokości 535 mln PLN, o ok. 30% niższy niż w tym samym okresie poprzedniego roku.

– COVID-19 bardzo mocno uderzył w nasz rynek, ale jest to też zjawisko normalne. Pracodawcy ograniczają zatrudnienie i masowo rezygnują wtedy ze współpracy z pracownikami tymczasowymi. Warto jednak pamiętać, że agencje najszybciej też zauważą poprawiającą się kondycję przedsiębiorstw, która jak tylko sytuacja kryzysowa zostanie opanowana, w pierwszej kolejności korzystać będą właśnie z tej formy zatrudnienia – mówi Wojciech Ratajczyk, wiceprezes ds. pracy tymczasowej w Polskim Forum HR.

Outsourcing

Z uwagi na poszerzające się grono nowych członków PFHR oraz fakt, iż firmy członkowskie świadczą również usługi w ramach outsourcingu, od początku 2020 roku rozpoczęliśmy badanie również tego rodzaju usług. Jedną z form outsourcingu świadczoną przez firmy członkowskie jest tzw. contracting, w szczególności w obszarze IT, ale zalicza się tu też inne usługi świadczone przez usługodawcę na rzecz usługobiorcy, przy wykorzystaniu osób zatrudnionych w formule pracowniczej albo cywilnoprawnej, nie będące pracą tymczasową w rozumieniu ustawy o zatrudnianiu pracowników tymczasowych. Wartość tych usług wśród członków PFHR w 2Q2020 wyniosła 215 mln PLN i była o 4% mniejsza niż w poprzednim kwartale tego roku.

– Agencje zatrudnienia, podążając za potrzebami klientów, świadczą usługi coraz bardziej kompleksowe, przejmują odpowiedzialność za wykonanie danych zadań. Mamy firmy, które specjalizują się w danym obszarze np. IT contractingu. To są usługi zupełnie innego rodzaju, nie mieszczące się w ramach definicji pracy tymczasowej – mówi Liliana Strupp, członek zarządu Polskiego Forum HR. – Outsourcing od zawsze istniał jako model przeniesienia pełnej odpowiedzialności za projekt i pracowników na dostawcę. Jest to naturalny krok w kontinuum PERM-TEMP-OUTSOURCING, gdzie PERM (rekrutacje stałe) – klient bierze 100% odpowiedzialności za pracownika, TEMP (praca tymczasowa) – gdzie odpowiedzialność jest wspólna agencji i klienta oraz OUTSOURCING – gdzie agencja bierze 100% odpowiedzialności za pracownika i całą usługę – dodaje Michał Młynarczyk, członek zarządu Polskiego Forum HR.

Rynek delegowania pracowników w ramach świadczenia usług rośnie

Kryzys związany z koronawirusem nie powstrzymał zainteresowania Polaków wyjazdami do pracy za granicę. W 2Q2020 obroty firm członkowskich w zakresie delegowania pracowników w ramach świadczenia usług wyniosły 71 mln PLN i były o 22% wyższe niż w poprzednim kwartale i o 19% wyższe niż w poprzednim roku.

Nowy szef działu Crop Science w Bayer dla Polski, Krajów Bałtyckich, Czech i Słowacji

  • Antoine Bernet obejmuje stanowisko szefa działu Crop Science w Bayer dla Polski, Krajów Bałtyckich, Czech i Słowacji
  • Wzrastające znaczenie rolnictwa w Europie Środkowej i Wschodniej – szansą na zademonstrowanie zalet rozwiązań w środkach ochrony roślin dla nowoczesnego rolnictwa

Antoine Bernet, wcześniej kierujący organizacją handlową Crop Science w Skandynawii i dyrektor zarządzający Bayer Dania, od 1 września 2020 objął stanowisko szefa działu Crop Science w Bayer dla Polski, Krajów Bałtyckich, Czech i Słowacji. Bernet z warszawskiego biura Bayer w Polsce będzie kierować zespołem około 150 osób w w/w krajach, sprzedającym środki ochrony roślin (herbicydy, insektycydy, fungicydy), jak również nasiona. Globalnie, w biznesie rolniczym (Crop Science) Bayer podniósł w drugim kwartale 2020 sprzedaż o 3.2 procent do 4,802 miliarda Euro i osiągnął łącznie 11,636 miliardów Euro w pierwszym półroczu 2020.

„Rosnące znaczenie rolnictwa w Europie Środkowo-Wschodniej daje nam niepowtarzalną okazję do wykazania zalet rozwiązań w środkach ochrony roślin dla nowoczesnego rolnictwa. Dodatkowo, podczas obecnej pandemii COVID-19, rolnicy każdego dnia pokazują kluczową rolę jaką odgrywają w łańcuchu żywnościowym, zapewniając ciągłość produkcji zdrowych upraw“ – powiedział Antoine Bernet.

„Zgodnie z Celami Zrównoważonego Rozwoju, określonymi przez ONZ do 2030 roku, Bayer zamierza aktywnie przyczyniać się do ich osiągnięcia, kładąc silny nacisk na zdrowie ludzi i produkcję żywności. „Zdrowie dla wszystkich, brak głodu“: taka jest nasza wizja w Bayer.“

„W segmencie Crop Science należy położyć większy nacisk na takie tematy, jak zrównoważone rolnictwo, redukcja emisji CO2 w rolnictwie oraz bioróżnorodność. Bayer zobowiązał się do osiągnięcia 30-procentowej redukcji emisji gazów cieplarnianych naszych klientów dla systemów upraw o największej emisji w obsługiwanych przez nas regionach do 2030 roku. Powinno to iść w parze z bezpiecznym i odpowiedzialnym stosowaniem środków ochrony roślin, które są podstawowym elementem efektywnej produkcji żywności dla setek milionów ludzi w Europie.” – dodaje Bernet.

Antoine Bernet rozpoczął swoją karierę w Bayer w 2005 roku jako przedstawiciel handlowy we Francji. Następnie zajmował różne stanowiska w sprzedaży i marketingu we francuskiej organizacji. W 2015 roku przeniósł się do Danii i objął stanowisko szefa marketingu w Crop Science na kraje skandynawskie. Od 2019 roku kierował organizacją handlową Crop Science w Skandynawii.

Bernet został również wybrany członkiem zarządu Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Roślin (PSOR).

Moment powstania obowiązku podatkowego w podatku VAT w przypadku transakcji wewnątrzwspólnotowych

Wewnątrzwspólnotowa sprzedaż towarów, a następnie ich przemieszczenie pomiędzy państwami w ramach Unii Europejskiej jest bardzo powszechną transakcją, zwłaszcza biorąc pod uwagę swobodę przepływu towarów. Przedsiębiorcy decydujący się na sprzedaż towarów do innych krajów Unii Europejskiej powinni bardzo dokładnie ją przeanalizować, aby zweryfikować, czy mają do czynienia ze sprzedażą wysyłkową, czy wewnątrzwspólnotową dostawą towarów. Obie transakcje ujmuje się różnie na potrzeby ustawy o podatku od towarów i usług. Dalsza część artykułu poświęcona będzie transakcjom wewnątrzwspólnotowym (WNT i WDT).

Transakcje wewnątrzwspólnotowe towarowe

Wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów (dalej „WNT”) to nabycie prawa do rozporządzania jak właściciel towarami, które w wyniku transakcji są transportowane w ramach Unii Europejskiej z jednego państwa członkowskiego na terytorium drugiego państwa członkowskiego. Co do zasady WNT może nastąpić, jeżeli jest dwóch podatników zarejestrowanych na VAT-UE w swoich krajach i nie zachodzi żaden z wyjątków.

Wewnątrzwspólnotowa dostawa towarów (dalej „WDT”) to z kolei ich wywóz z terytorium jednego państwa członkowskiego na terytorium innego państwa członkowskiego w celu dokonania dostawy. Kryteria uznania za WDT są bardzo podobne jak w przypadku WNT.

Moment powstania obowiązku podatkowego

W celu prawidłowego ujęcia obu transakcji w raportowaniu VAT niezbędne jest prawidłowe określenie momentu powstania obowiązku podatkowego. Zgodnie z art. 20 ust. 1 ustawy o podatku od towarów i usług w przypadku wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów obowiązek podatkowy powstaje z chwilą wystawienia faktury nie później niż 15 dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym dokonano dostawy. Momentem dokonania dostawy jest moment, w którym na nabywcę przechodzi prawo do rozporządzania towarami jak właściciel. Istotne w tym zakresie są postanowienia warunków dostawy (tzw. INCOTERMS). Przykładowo incoterms EXW (ex-works) oznaczają, że kupujący ponosi wszystkie koszty i ryzyko podczas całego procesu dostawy. Innymi słowy, prawo do rozporządzania towarami jak właściciel nabywa w miejscu, gdzie następuje odbiór towaru (w magazynie).

Dodatkowo należy wskazać, że o momencie dostawy decyduje faktyczne przeniesienie prawa do rozporządzenia towarem jak właściciel, a nie protokół zdawczo-odbiorczy (por. wyrok WSA w Gliwicach z 20 lipca 2016 r., sygn. III SA/Gl 2502/15). Nie można w sposób umowny kształtować obowiązku podatkowego, bazując jedynie na dacie protokołu. Niemniej w wielu przypadkach jest on potrzebny i stanowi potwierdzenie, że dostawa w ogóle miała miejsce.

Podobne regulacje mają zastosowanie w przypadku wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów, gdzie obowiązek podatkowy powstaje w dacie wystawienia faktury przez sprzedawcę, nie później niż do 15 dnia miesiąca następującego po miesiącu dokonania dostawy.

Zaliczka na poczet WDT

Otrzymanie zaliczki na poczet WDT nie rodzi konsekwencji podatkowych w VAT z uwagi na odrębne ujęcie przepisów w osobnym rozdziale oraz brak odniesienia się ustawodawcy wprost do postanowień art. 19a ust. 8 ustawy o VAT. Organy podatkowe w takim przypadku wskazują, że nawet uiszczenie dużej części zaliczki na poczet dostawy nie spowoduje powstania obowiązku podatkowego, który w takim przypadku uzależniony jest od daty dostawy i daty wystawienia faktury końcowej (rozliczeniowej) – interpretacja indywidualna z dnia 16 kwietnia 2020 r. nr 0114-KDIP1-2.4012.77.2020.1.RST.

Dostawy dokonywane w sposób ciągły

W art. 20 ust. 1 a ustawy o VAT ustawodawca wskazał, że w przypadku dostawy towarów w ramach WDT dokonywanej w sposób ciągły przez okres dłuższy niż miesiąc dostawę uznaje się za dokonaną z upływem ostatniego dnia danego miesiąca. Oznacza to, że jeżeli wcześniej nie została wystawiona faktura, to obowiązek podatkowy w przypadku takich dostaw powstaje do 15 dnia kolejnego miesiąca.

Wewnątrzwspólnotowe nabycie nowych środków transportu

W przypadku wewnątrzwspólnotowego nabycia nowych środków transportu obowiązek podatkowy powstaje z chwilą otrzymania tych środków transportu, jednak nie później niż z chwilą wystawienia faktury. Za nowe środki transportu uznaje się określone pojazdy lądowe, jednostki pływające, a także statki powietrzne.

Wewnątrzwspólnotowe świadczenie usług

Wewnątrzwspólnotowy import usług jest to nabycie usług z innego kraju Unii Europejskiej, dla których podatnikiem jest nabywca. W przypadku tego rodzaju świadczeń obowiązek podatkowy powstaje w dacie ich wykonania. Natomiast jeśli podatnik wcześniej otrzymał zapłatę za usługi, wtedy obowiązek powstaje w dacie otrzymania całości lub części zapłaty za usługi. Nie mają zastosowania pozostałe szczególne zasady określone w polskiej ustawie o VAT. W przypadku usług świadczonych w sposób ciągły moment obowiązku podatkowego wyznaczany jest zgodnie z upływem wyznaczonych okresów płatności.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Najbardziej atrakcyjne inwestycyjnie sektory nieruchomości na drugie półrocze 2020 roku

Z najnowszego raportu „European Investment Spotlight” międzynarodowej firmy doradczej Savills wynika, że w pierwszej połowie 2020 roku Niemcy i kraje Europy Środkowo-Wschodniej odnotowały wzrost wolumenu transakcji inwestycyjnych we wszystkich sektorach nieruchomości komercyjnych pomimo negatywnego wpływu pandemii Covid-19 w drugim kwartale.

Dane opublikowane przez Savills pokazują, że Niemcy wykazały największą odporność na kryzys, odnotowując 31-procentowy wzrost transakcji inwestycyjnych w porównaniu z pierwszymi sześcioma miesiącami 2019 roku, co pod względem wolumenu przekłada się na dodatkowe 10 mld euro zainwestowanego kapitału. Wśród krajów, które również mogą pochwalić się wzrostem obrotów, znalazły się także Luksemburg (173,1%), Portugalia (42,2%), Czechy (11,2%), Polska (4,6%) i Rumunia (3,2%).

Natomiast największe spadki aktywności inwestycyjnej zaobserwowano w Irlandii (‑44,5%),  Norwegii (-38%) i we Włoszech (-29,5%).

Oli Fraser Looen, współdyrektor działu doradztwa inwestycyjnego w regionie EMEA, Savills, komentuje: „Zgodnie z przewidywaniami, z powodu obostrzeń związanych z lockdownem, zmniejszył się wolumen kapitału zagranicznego napływającego na europejski rynek nieruchomości. Niemniej jednak w ostatnich miesiącach zaobserwowaliśmy wzrost aktywności ze strony firm zarządzających inwestycjami oraz liczby akwizycji w ramach joint venture lub transakcji zakupu podmiotów, umożliwiających międzynarodowym funduszom inwestowanie poza granicami kraju. Ponadto, inwestorzy azjatyccy byli stosunkowo mało aktywni na rynku europejskim, natomiast nadal aktywnie działały fundusze amerykańskie”.

Marek Paczuski, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego w Savills w Polsce powiedział: „W sytuacjach kryzysowych najwcześniej do zakupów ruszają fundusze oportunistyczne, szukające nieruchomości z potencjałem po obniżonych cenach. Tym razem widzimy jednak w Polsce wysoką aktywność również funduszy typu core, zainteresowanych nieruchomościami wynajętymi na długi okres podmiotom o bardzo dobrym standingu finansowym. Sektor magazynowy, ze względu na rekordowe zainteresowanie ze strony inwestorów, praktycznie nie doświadczył wzrostu stóp kapitalizacji, natomiast w sektorze biurowym w związku z pandemią transakcje w ostatnich miesiącach zamykały się zwykle na poziomach o ok. 5% niższych, niż dotychczas”.

Savills w raporcie wskazuje również najbardziej atrakcyjne sektory nieruchomości na pozostałe miesiące roku, między innymi:

Nieruchomości wielorodzinne

W pierwszej połowie bieżącego roku wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze nieruchomości wielorodzinnych wyniosła łącznie 20,2 mld euro, co oznacza wzrost o 32% w porównaniu z pierwszym półroczem rok wcześniej. Niemcy ponownie były największym rynkiem, na którym zainwestowano niemal 12,5 mld euro, co przełożyło się na 62-procentowy udział w całkowitym wolumenie transakcji. Sektor nieruchomości wielorodzinnych odpowiadał za 17% łącznego wolumenu na rynku europejskim w pierwszym półroczu i za 20% w drugim kwartale. Nieruchomości wielorodzinne to zabezpieczone aktywa długoterminowe, które generują przychód i oferują dywersyfikację, ponieważ na ich sytuację wpływają czynniki strukturalne. Savills przewiduje, że w najbliższych 12 miesiącach inwestorzy będą nadal zwiększać ilość kapitału przeznaczanego na inwestycje w tym sektorze.

Nieruchomości logistyczne

W pierwszym półroczu wolumen transakcji inwestycyjnych w sektorze nieruchomości logistycznych w Europie wyniósł 13,3 mld euro w porównaniu z 14,5 mld euro w analogicznym okresie ubiegłego roku, czyli zmniejszył się w ujęciu rocznym o 8%. W czasie lockdownu ogromnie wzrosło znaczenie firm prowadzających działalność dystrybucyjną, na które pozytywnie wpłynął dynamiczny rozwój sprzedaży detalicznej w kanale online.

Nieruchomości handlowe

Wartość transakcji inwestycyjnych na europejskim rynku nieruchomości handlowych wzrosła o 1% w porównaniu z pierwszą połową ubiegłego roku, osiągając poziom 18,3 mld euro. Udział tego sektora w łącznym wolumenie inwestycyjnym wyniósł 15% i był zbliżony do średniej pięcioletniej. Wzrost aktywności inwestycyjnej w sektorze handlowym był szczególnie widoczny w Niemczech, Francji, Hiszpani i Szwecji. Największy udział w tym miały duże transakcje portfelowe, a przede wszystkim sprzedaż pięciu centrów handlowych we Francji należących do Unibail-Rodamco-Westfield za 1,1 mld euro. Segment spożywczy cieszył się największym zainteresowaniem inwestorów, ponieważ sieci działające w tej branży okazały się odporne na zawirowania związane z COVID-19.

Nieruchomości biurowe

W pierwszej połowie 2020 roku wolumen transakcji inwestycyjnych w europejskim sektorze nieruchomości biurowych wyniósł 39,3 mld euro – o 15% mniej niż w pierwszym półroczu rok wcześniej. Sektor ten nadal stanowi dominującą klasę aktywów, odpowiadając za 33% całkowitego wolumenu w porównaniu z 39% w pierwszych sześciu miesiącach ubiegłego roku. Pomimo rosnących obaw związanych z tym sektorem z powodu pandemii COVID-19, podczas której z różnym powodzeniem powszechnie wdrażano model pracy z domu, z analiz przeprowadzonych przez Savills wynika, że zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe będzie raczej ewoluowało, niż zniknie.

Lydia Brissy, dyrektor w dziale badań rynków europejskich, dodaje: „Stopy kapitalizacji utrzymały się na stabilnym poziomie dla większości klas aktywów. W sektorze nieruchomości biurowych wynosiły w Europie średnio 3,73% (spadek o 15 pb w porównaniu z I kw. 2019 r.); stopy kapitalizacji dla nieruchomości wielorodzinnych również pozostały na stabilnym średnim poziomie 3,35% w ujęciu kwartalnym, a dla najbardziej atrakcyjnych obiektów magazynowych wyniosły 4,58% (-2 pb) i były niższe o 37 pb w stosunku do ubiegłorocznego poziomu. W najbliższych kilku miesiącach będziemy prawdopodobnie świadkami stabilizacji na większości rynków po okresie znacznych spadków stóp kapitalizacji na przestrzeni ostatnich pięciu lat. Pomimo rosnącego zainteresowania inwestorów sektorem nieruchomości, przewidujemy, że możliwe do osiągnięcia stopy kapitalizacji dla najlepszych aktywów pozostaną do końca roku na dotychczasowym poziomie z powodu prognozowanego nikłego wzrostu czynszów na większości rynków europejskich”.

Marek Paczuski, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego w Savills w Polsce, dodaje: „W Polsce, podobnie jak w innych krajach europejskich, w przypadku sektora biurowego część inwestorów przyjęła postawę wyczekującą, zastanawiając się czy i w jakim stopniu zmieniony model pracy może spowodować spadek popytu na powierzchnię biurową. To czym Polska różni się od innych krajów, to duża zależność od kapitału z zewnątrz, co w sytuacjach dekoniunktury działa na naszą niekorzyść. Jednak rynek pracy w Polsce pozostaje bardzo atrakcyjny dla pracodawców na tle wielu innych krajów Unii Europejskiej, co może sprawić, że Polska stanie się większym beneficjentem ewentualnego przenoszenia usług do Europy, niż większość krajów zachodniej części kontynentu”.

Jak powinien wyglądać program dopłat do samochodów elektrycznych?

Jednym z narzędzi, którym państwo może wspierać rozwój elektromobilności, jest dofinansowanie zakupu samochodu elektrycznego. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej przeprowadził w tym roku już trzy nabory wniosków, w których można było ubiegać się o dopłatę do zakupu pojazdu na prąd. Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych przeanalizowano przebieg naborów, by wyciągnąć wnioski na kolejne. Okazuje się bowiem, że wiele rzeczy można było zrobić lepiej.

– Ocena pierwszych trzech naborów pokazuje, że dzięki nim wreszcie mamy o czym dyskutować. Nie były one oczywiście tak dużym sukcesem, jak byśmy sobie wszyscy życzyli. Mam jednak nadzieję, że będą punktem wyjścia do dalszego rozwoju elektromobilności w Polsce – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor zarządzający PSPA. – Dzięki temu kolejne nabory, które będą uruchamiane jeszcze w tym roku lub w kolejnych latach, będzie można dopasować do potrzeb branży elektromobilnej i wszystkich zainteresowanych kupnem samochodów elektrycznych. Główne potrzeby branży i klientów są następujące. Po pierwsze: brak ograniczenia wartości dofinansowanego samochodu do kwoty 120 tysięcy złotych. Takie ograniczenie wyłączyło z konkursu dużą część modeli samochodów. Po drugie: wyższa kwota dofinansowania. Aktualnie dofinansowanie nie jest dopasowane do realiów, zwłaszcza w dobie kryzysu związane z pandemią COVID 19. Musimy dopasować wysokość dofinansowania do poziomu, którego wymaga rynek. Po trzecie: nowe metody finansowania, czyli uruchomienie takich możliwości jak CFM lub leasing operacyjny. Po czwarte: kolejne programy muszą być otwarte również na przedsiębiorców. Dotychczasowe nabory wykluczały dofinansowanie samochodów używanych w firmach. Dopiero gdy wprowadzimy te zmiany będziemy mogli mówić o sukcesie naborów, a elektromobilność rzeczywiście zacznie się dynamicznie rozwijać – podkreśla Mazur.

Dlaczego warto wspierać rozwój przemysłu gier wideo?

Branża gier wideo charakteryzuje się intensywnymi badaniami i rozwojem, inwestując znaczne środki w rozwój nowych technologii, dążąc do tworzenia coraz bardziej innowacyjnych gier i usług dla kolejnego pokolenia graczy. Inwestycje te generuje również efekt „rozprzestrzeniania się technologii”, które są korzystne dla innych segmentów gospodarki poprzez wprowadzanie nowych technologii i wspieranie zwiększonej produktywności. Ponieważ jest to innowacyjna, wysoce kreatywna i oparta na technologiach branża, rozwój sektora gier często prowadzi do powstania oryginalnych pomysłów, koncepcji, modeli biznesowych i technologii mających zastosowanie w różnych sektorach przemysłu. Branża gier wideo jest aktywnie zaangażowana w rozwój nowych technologii, takich jak rzeczywistość wirtualna (VR), analityka dużych zbiorów danych (Big Data) i sztuczna inteligencja (AI), które mają odgrywać kluczową rolę w pobudzaniu wzrostu w wielu gałęziach przemysłu i staną się niezbędnym składnikiem przyszłego sukcesu gospodarczego.

Polski rząd od lat dostrzega potencjał branży w zakresie stymulowania wzrostu PKB, innowacyjności i stara się (z sukcesami) zapewnić mu czołowe miejsce wśród liderów. Natomiast Amerykańska Izba Handlowa wspiera ekspansję polskich firm i przedsiębiorców, w utworzonym na początku roku programie „American Investor Desk”, który pomaga odnieść sukces na topowym rynku amerykańskim. Wyższe uczelnie w Polsce stworzyły już ponad 60 kierunków studiów, kształcących kadry dla tego sektora.

„Chcemy przekazać obecnym studentom, a przyszłym managerom wiedzę niezbędną do rozpoczęcia kariery zawodowej w jednym z najdynamiczniej rozwijających się sektorów na świecie. Wspólnie opracowany przez nas i naszych partnerów kierunek pozwoli poznać między innymi zasady zarządzania projektami, zrozumieć specyfikę nadzorowania zespołów deweloperskich, produkcji i promocji gier, czy też kwestie związane z szacowaniem budżetu. Umożliwiamy też odbycie praktyki w studio deweloperskim oraz dostarczymy studentom materiały do praktyk” – informuje Michał Gembicki, członek zarządu Klabater S.A. oraz jeden z wykładowców na kierunku Zarządzanie w branży gier video na Uczelni Łazarskiego.

Rządy na całym świecie, dostrzegając potencjalne korzyści płynące z rozwoju odnoszącej sukcesy branży gier wideo i podjęły różne środki w celu wsparcia lokalnego przemysłu. Poniżej opis niektórych takich inicjatyw. Izrael to najważniejsze centrum high-tech na świecie po Stanach Zjednoczonych.

  • Izrael

Izraelskie startupy osiągnęły rekordowy poziom ponad 6 miliardów dolarów, a kraj, który jest nowicjuszem na światowej scenie gier wideo, w krótkim czasie osiągnął znaczące sukcesy na skalę światową, jak znanych firm „Playtika”, a ostatnio „Plarium”. Unikalny dla innowacji ekosystem sprawia, że jest to pierwszy kraj docelowy dla organizacji, które chcą wprowadzać innowacje (poza Stanami Zjednoczonymi). Izrael może pochwalić się ponad 6000 startupów, a każdego roku powstaje około 600 nowych, to drugi najbardziej innowacyjny kraj na świecie, zajmuje trzecie miejsce na liście firm technologicznych notowanych na NASDAQ (po USA i Chinach), drugi na świecie w kategorii badania i rozwoju-jako procent PKB (4,1%), z najwyższą na świecie liczbą startupów na mieszkańca. Już kilka lat temu 200 firm zajmujących się grami, generowało ponad 1 miliard dolarów przychodów i zatrudniało około 4000 pracowników. Lokalny przemysł gier stale zajmuje wysokie miejsce wśród przodujących sektorów przemysłu w Izraelu i zdobywa sławę na całym świecie. Playtika-największa izraelska firma zajmującą się grami została założona w 2010 roku przez Roberta Antokola i Uri Shahaka. W maju 2011 r. firma została kupiona przez Caesars Entertainment Corporation. W lipcu 2016 r. działalność firmy została przejęta za 4,4 miliarda dolarów przez chińskie konsorcjum.

Fundamentami sukcesu Izraela są m.in. programy akademickie, takie jak:

Program tworzenia gier „Mentor College”, który zapewnia wszechstronne szkolenie praktyczne w zakresie wszystkich kluczowych obszarów produkcji gier (projektowanie, grafika, programowanie i dźwięk), tworzenie portfolio gier i produkcja gier na komputery stacjonarne i urządzenia mobilne. Praktyki oferowane są wybitnie zdolnym studentom.

Tiltan oferuje 3-letni program tworzenia gier z 2 ścieżkami specjalizacji, jeden dla programistów
a drugi dla artystów. Nauka obejmuje mechanikę narracji i projektowania gier, projektowanie poziomów i daje szansę pracy (jak w prawdziwym studio) nad projektowaniem gry. Uczelnia ma niezależne studio na terenie kampusu, które prowadzi projekty w świecie rzeczywistym, od urządzeń mobilnych i Xbox po AR / VR.

Program rozwoju gier Shenkar College, działający od 2009 r., Obejmuje takie obszary, jak modelowanie 2D i 3D, interfejs użytkownika, zarządzanie produkcją gier i pisanie gier wideo. Uczelnia od 2 lat współpracuje z MIT, prowadząc wspólny inkubator gier dla uczniów obu szkół.

IAC-Izraelska Szkoła Animacji, oferuje wydział gier wideo obejmujący różne obszary projektowania i tworzenia gier, w tym projektowanie 2D i 3D (Unity 3D, DS Max3), Digital Sculpting (ZBrush), UX i UI, AI, Motion Capture, AR / VR i publikowanie gier mobilnych / internetowych.

IDC Herzliya oferuje specjalizację z gier komputerowych w ramach trzyletnich studiów licencjackich z informatyki. Program oferuje praktyczne warsztaty, podczas których uczniowie są pod opieką liderów branży w zakresie produkcji gier oraz biznesowych aspektów tworzenia i dystrybucji gier.

„Hasifa”, oddział Open University oferuje program rozwoju gier wideo obejmujący takie obszary, jak narracja dla różnych gatunków gier, sztuka i kreatywność, UX, 2D (Construct 2) i wprowadzenie do Unity3D i Maya. Studenci także zdobywają praktyczne doświadczenie w tworzeniu wersji demo.

Bezalel oferuje ścieżkę specjalizacji „Game Design” w ramach 4-letniego tytułu licencjata Visual Communications (B.Des). Studia obejmują kursy projektowania gier, grafiki i tworzenia gier, współpracę z programem informatyki Uniwersytetu Hebrajskiego oraz szeroką gamę kursów akademickich, studiów i kursów magisterskich prowadzonych przez liderów branży.

  • USA 

Stany Zjednoczone zajmują pozycje lidera pod względem całkowitej liczby pracowników w branży, którą tworzą  ponad 3 tysiące firm, zatrudniających w przybliżeniu pół miliona ludzi. Gry wideo to jedna z najszybciej rozwijających się gałęzi przemysłu rozrywkowego w USA. Według najnowszych danych branża gier wideo jest obecnie większa niż branża filmowa i muzyczna razem wzięta, co czyni ją główną branżą rozrywkową. Szacuje się, że w tym roku globalny rynek gier wygeneruje 152,1 miliarda dolarów od 2,5 miliarda graczy na całym świecie. Firmy posiadające największy udział w amerykańskim rynku gier wideo to Microsoft Corporation, GameStop Corp., Sony Corporation, Nintendo Co. Ltd., Activision Blizzard Inc. i Electronic Arts Inc.  Uważane przez niektórych za miejsce narodzin gier, napędzane gorączką gier arkadowych w latach 60-tych i wprowadzeniem pierwszych komputerów osobistych i domowych konsol do gier w latach 70-tych. Stany Zjednoczone są zdecydowanie globalnie czołowym krajem pod względem zatrudnienia przy tworzeniu gier, zdecydowanie wyprzedzając kolejne w rankingach tj. Wielką Brytanię, Kanadę i Japonię.

  • Dania

DFI, który jest finansowany przez duńskie Ministerstwo Kultury, oferuje program dotacji dla duńskich gier wideo. Wsparcie jest udzielane na rozwój, produkcje i uruchamianie cyfrowych, interaktywnych gier, niezależnie od platform technologicznych i procesu dystrybucji. Fundusz oferuje wsparcie na etapie rozwoju, produkcji i uruchomienia w wysokości od 50 do 60% budżetu każdego etapu.

  • Holandia

The Dutch Game Garden (DGG) to finansowany przez rząd inkubator i centrum biznesowe z wieloma lokalizacjami w Holandii, mający na celu przyspieszenie rozwoju holenderskiej branży gier zarówno w kraju, jak i za granicą. Fundacja zapewnia szerokie wsparcie początkującym i uznanym twórcom gier. Ponadto fundusz gier finansowany przez holenderskie Ministerstwo Edukacji, Kultury i Nauki , zachęca do rozwoju gier artystycznych.

  • Finlandia

Doskonały przykład siły branży gier wideo w wyłonieniu się Finlandii jako światowego lider w tej dziedzinie, z ponad miliardem ludzi na całym świecie grających w gry wyprodukowane w kraju z 5,5 miliona ludności. Branża gier wywarła zarówno kulturowy, jak i ekonomiczny wpływ na fińskie społeczeństwo. Sektor gier wideo w Finlandii koncentruje się głównie wokół sektora mobilnego, a zdecydowana większość firm tworzy gry na tę platformę. Ta specjalizacja może mieć swoje korzenie w historycznej dominacji Nokii na fińskim rynku mediów, ale przypisuje się ją również stosunkowo niskim kosztom tworzenia gier na tę platformę. Dystrybucja cyfrowa, choć nie była pozbawiona zagrożeń, takich jak konieczność pokrywania kosztów produkcji i marketingu, dawała tym, którzy zaryzykowali, możliwość zostania uznanymi nazwiskami i liderami rynku. Ważną rolę w fenomenalnym sukcesie odegrała firma Rovio’s Angry Birds i była siłą napędową boomu na startupy w branży. Kolejnym znaczącym wydarzeniem był rozwój modelu biznesowego free to play (F2P). W modelu F2P konsumenci mają bezpłatny dostęp do gier, ale za dodatkową opłatą oferowane są dodatkowe funkcje i aktualizacje. Tytuły, takie jak Clash of Clans, Hay Day i Clash Royale, wyniosły fiński przemysł na nowe wyżyny, ponieważ pięć najpopularniejszych gier Supercell dotarło do rekordowego poziomy 100 milionów graczy (dziennie) i zarabiało ponad 5 milionów dolarów dziennie.

  • Francja

Fundusz wsparcia dla gier wideo (FAJV) jest współfinansowany przez francuskie Ministerstwo Przemysłu i Centre National du Cinéma (CNC). FAJV wspiera firmy już na etapie rozwoju lub w fazie produkcji. Dwie podstawowe formy oferowanej pomocy to dotacja na tworzenie własności intelektualnej oraz wsparcie finansowe na badania, rozwój i innowacje. Finansowanie może również obejmować wydarzenia handlowe.

  • Hiszpania

Fundusz Krajowego Wsparcia Rozwoju Gier Wideo, którym zarządza i finansuje hiszpańskie Ministerstwo Przemysłu, które wspiera rozwój projektów oprogramowania i gier. Udzielane wsparcie jest połączeniem subwencji i pożyczki. Maksymalna kwota dotacji to 10% całkowitych wydatków projektu. Pomoc w formie pożyczki może uzupełnić dotację do 100% kosztów projektu.

Autor: Adam Białas, ekspert rynku, dyrektor Agencji CORE PR, która jest liderem komunikacji w sektorze gamingowym i obsłużyła ponad 600 kampanii. Nie tylko realizowała działania dla największych Spółek z sektora gier wideo, V/C czy wsparcia transakcji M&A, czy IPO, ale i wielu małych startupów. Prowadzi też działania integrujące środowisko branżowe jak np. „miksery” dla liderów branży, działania edukacyjne z najważniejszymi uczelniami czy nowatorskie prezentacje projektów.

Popyt na Kredyty Mieszkaniowe w sierpniu 2020 r.

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Kolejny, ósmy w tym roku odczyt Indeksu wyniósł -3,1%, co oznacza, że w sierpniu 2020 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 3,1% w porównaniu z sierpniem 2019 r.

W sierpniu 2020 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 32,66 tys. klientów w porównaniu do 35,07 tys. rok wcześniej – jest to spadek o -6,8%. W porównaniu do lipca 2020 r. liczba wnioskujących również spadła o 15,7%, zaś w stosunku do minimum z kwietnia 2020 r. wzrosła o 17,4%. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w sierpniu br. wyniosła 290,00 tys. zł i była o 4% wyższa niż w sierpniu 2019 r. W porównaniu do kwietnia 2020 r. (gdy była najwyższa) średnia kwota kredytu była niższa o (-4,0%).

– Na wartość Indeksu negatywnie wpłynął spadek liczby wnioskodawców, pozytywnie natomiast wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu. Sierpniowy odczyt Indeksu, pomimo, że nadal jest ujemny i daleko mu do odczytu lutowego br. (+27,6%), który zakończył wzrostowy trend popytu na kredyty mieszkaniowe, jest już kolejnym po czerwcu oraz lipcu wskazaniem odbudowy popytu (ujęcie wartościowe) na rynku kredytów mieszkaniowych. Otwartym pytaniem pozostaje, na jak długo. Na razie mamy swoisty rollercoaster: w styczniu kontynuowana hossa z 2019 r., w lutym – euforia, w marcu w pierwszej połowie optymizm, w drugiej połowie niepewność, w kwietniu – głęboka depresja, w maju lekka poprawa, w czerwcu wyraźna poprawa, oraz stabilizacja w miesiącach wakacyjnych lipcu i sierpniu. Nadal jednak jest prawdopodobny scenariusz drugiej fazy pandemii na jesieni, który znów może negatywnie wpłynąć na popyt na kredyty mieszkaniowe – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Trzeba również pamiętać, że Indeks wskazuje jedynie na odbudowę strony popytowej i tylko w wymiarze wartościowym rynku kredytów mieszkaniowych. Warto zwrócić uwagę na wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu i to przy wyższych wymaganiach co do wkładu własnego (spadek poziomu lewarowania). Oznacza to, że kredytowane są droższe nieruchomości. Na wartość nieruchomości wpływają dwa elementy: cena oraz wielkość nieruchomości. Ceny nieruchomości na rynku pierwotnym zachowują się w sposób zróżnicowany: są lokalizacje gdzie ceny spadają (Gdańsk, Kraków, Szczecin), w innych rejonach ceny są stabilne (Warszawa), ale występują też miejsca, gdzie ceny wzrosły (Wrocław, Katowice, Poznań, Lublin). Kredytowane mogą być więc większe, a tym samym finalnie droższe nieruchomości. Ponadto należy mieć na uwadze, że wartość akcji kredytowej determinowana jest również polityką kredytową banków. Nadal obecnie mamy politykę konserwatywną, co powoduje spadek poziomu akceptacji wniosków kredytowych. Dlatego też w miarę optymistyczne odczyty poziomu popytu na kredyty mieszkaniowe nie oznaczają, że nastąpi również wzrost akcji kredytowej. Chociaż banki zapowiadają, że zaczną luzować politykę kredytową – dodaje prof. Rogowski.BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe wyniósł w sierpniu 2020 r.Metodyka indeksu: Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Pandemia i czasowe zamknięcie granic nieco odmłodziły strukturę wieku aut na rynku wtórnym

W stosunku do zeszłego roku mamy o blisko 8 pkt procentowych mniej aut w wieku 10 – 21 lat. To oznacza, że wiek aut na polskim rynku zawyżają złomy z importu.

Jak wyglądała I połowa 2019 roku?

Wg danych autobaza.pl w pierwszej połowie 2019 roku, kiedy nikomu jeszcze nie śniło się o COVID-19, aut z rocznika 2007 – 2010 było 27,20%, 2003 – 2006 nieco mniej, bo 22,14% udziału w rynku ofert. Natomiast auta z rocznika 1999 – 2002 miały 9,37% udziału w rynku ofert.

Z tego wynika, że aż 58,71% aut w obrocie na rynku wtórnym w 2019 roku miało co najmniej 9 lat!auta używane import 2020

W związku z pandemią i całkowitym lockdownem, w pierwszej połowie roku mamy aż 214 446 tys. aut mniej w obrocie niż w połowie 2019 roku. Wpłynęło to na odmłodzenie struktury wieku aut na polskim rynku wtórnym.

Co zmieniło się w I połowie 2020 roku?

Obecnie auta z roczników 2007 – 2010 stanowią 25,64% (spadek o 1,56%), roczniki 2003 – 2006 to 22,14% ofert na rynku wtórnym (spadek o 3,96%), a auta z roczników 1999 – 2002 stanowią 6,97% udziału w rynku (spadek o 2,4%). auta używane sprzedaż 2020

Sumując powyższe, w pierwszej połowie 2020 roku mamy w obrocie 50,79% aut w wieku powyżej 10 lat! W stosunku do roku 2019 nastąpiło zmniejszenie o 7,92 punkty procentowe.

“Zaledwie 3 miesiące lockdownu i utrudnienia przy przekraczaniu granic wystarczyły, aby struktura wieku aut odmłodniała blisko o 8 pkt procentowych r/r. To wiele mówi o tym co się zwozi do naszego kraju i jaki ma to ogólny wpływ na rynek aut używanych w Polsce” – mówi Marek Trofimiuk ekspert autobaza.pl.

W strukturze rynku w Polsce dominują samochody używane

Przypomnijmy, że w Polsce 2 na 3 osoby kupują samochód używany, a wśród zakupów nowych samochodów dominują firmy.

Niedawno SAMAR przygotował raport wykluczający udział tzw. martwych dusz w statystykach CEPiK. Na tej podstawie oszacowano, iż średni wiek auta osobowego w Polsce wynosi nieco ponad 15 lat.

Widać wyraźnie, iż przedstawione powyżej dane autobaza.pl korelują z ustaleniami SAMAR i mogą również rzucić nieco światła na strukturę wieku aut na rynku i tego co się sprzedaje na polskim rynku wtórnym.

Średni wiek auta przywożonego do naszego kraju wynosi nieco ponad 11 lat i trend ten się utrzymuje od 2016 roku.

W najbliższych latach z powodu pandemii i trudnej sytuacji gospodarczej, która przełoży się na zasobność naszych portfeli, nie obniżymy średniej wieku aut jeżdżących po naszym kraju, a to oznacza, że nadal będziemy jeździć w Polsce średnio piętnastoletnimi autami…

Sklepy wprowadzają nowe trendy. Już nie bio, a eko i vege są najczęściej promowaną zdrową żywnością

O prawie 180% wzrosła liczba promocji w sklepach na produkty bio, eko, vegan oraz vege. To zmiana, która nastąpiła w pierwszej połowie br. w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Największy przyrost dotyczył kategorii eko i wyniósł przeszło 640%. Z kolei najmniejszy miał miejsce w przypadku art. vegan – ponad 80%. Biorąc pod uwagę formaty sklepów, zdecydowanym liderem wzrostów są dyskonty – 624%. Na końcu znalazły się supermarkety – prawie 92%. To wnioski z analizy przeprowadzonej przez agencję badawczo-analityczną Hiper-Com Poland oraz UCE RESEARCH.

Jak wynika z analizy, sieci handlowe ogólnie zrobiły o 178,8% więcej promocji na produkty bio, eko, vegan i vege. Wzrost ten nastąpił w pierwszej połowie 2020 roku w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Jak przekonuje Arkadiusz Paprzycki z aplikacji Zdrowe Zakupy, klienci oczekują od sklepów dobrej oferty zdrowych produktów. Kupując takie towary, czują, że lepiej dbają o siebie i swoich bliskich. A to w tym roku nabiera coraz większego znaczenia.

– Ten rynek zaczyna się u nas ładnie rozwijać, choć wciąż jesteśmy daleko za trendami zachodnimi. Sieci handlowe zorientowały się, że na tym można dobrze zarabiać. Uczą więc ludzi, czym jest produkt bio. Mówią o zdrowiu czy wyższej jakości, a to przyciąga też lepszego klienta. To jednocześnie stanowi świetne działanie PR-owe i CSR-owe. Sieci chcą być kojarzone z takim asortymentem – komentuje Krystyna Radkowska, prezes Polskiej Izby Żywności Ekologicznej (PIŻE).

Jak podkreśla Julita Pryzmont, z Hiper-Com Poland, największy wzrost promocji zanotowano w drugiej połowie 2019 roku, a minione półrocze przyniosło lekkie wyhamowanie. Okres od lipca do grudnia br. pokaże, czy tak jak w ub.r. sieci zintensyfikują działania. Zdaniem eksperta, pandemia na pewno wpłynęła na zdrowsze wybory Polaków. Jednak ciągły wzrost cen żywności może ograniczyć zakup produktów z tych kategorii, które zazwyczaj są droższe. Według Arkadiusza Paprzyckiego, trend związany z promocjami będzie się coraz mocniej rozwijać.

– Myślę, że liczba promocji utrzyma się na podobnym poziomie jak w ostatnich miesiącach. Docierają do mnie informacje, że działania z pierwszego półrocza będą kontynuowane. Na pewno sam rynek produktów bio jeszcze urośnie. On zyskuje na tym, że w trakcie lockdownu ludzie mieli czas na różne przemyślenia, w tym dotyczące jakości jedzenia. Dziś klienci częściej sprawdzają składniki produktów i zwracają uwagę na etykiety – dodaje prezes PIŻE.

Z analizy wynika również, że największy przyrost miały produkty typu eko – 641,8%. Dalej znalazły się  vege – 541,2% oraz bio – 167,5%. Z kolei najmniejszy wzrost był widoczny w przypadku art. vegan – 80,3%. Zdaniem Krystyny Radkowskiej, wzrosty wynikają z dwóch czynników. Po pierwsze, rynek nie osiągnął jeszcze możliwego pułapu. Po drugie, był bardzo niedoinwestowany. A jeśli pojawia się coś nowego, to zawsze te przyrosty na początku są o wiele większe. Później nie trzeba już tak mocno promować towarów. Natomiast Julita Pryzmont podkreśla, że wyrazów „eko” i „bio” można używać zamiennie. To kwestia wyboru producenta. Konsumenci mogą więc traktować te promocje łącznie.

– Firmy zaczęły wykorzystywać modę na zdrowe odżywianie i oznaczają swoje produkty jako eko, bio, vege czy vegan. Tego typu informacje są silnym bodźcem zakupowym dla klientów. Oni utożsamiają je z wysoką jakością i zdrowiem. Największy wzrost miały produkty eko i vege, ponieważ ludzie zwracają uwagę właśnie na te oznaczenia. Wegan jest zdecydowanie mniej niż wegetarian, więc asortyment nie rozwija się tak dynamicznie – analizuje ekspert z aplikacji Zdrowe Zakupy.

Uwzględniając wszystkie kategorie analizowanych produktów, największy przyrost promocji odnotowano w dyskontach – 624%. Następne były sieci typu cash & carry – 252,9%, a za nimi – convenience – 230,8%. Najmniejszy wzrost zanotowały supermarkety – 91,4% i hipermarkety – 107,6%. Jak zaznacza Julita Pryzmont, w tych dwóch ostatnich formatach głównie robione są duże, planowane zakupy rodzinne. Ich budżet często nie może udźwignąć zdrowszych, droższych odpowiedników. Natomiast dyskonty już od dawna starają się oferować swym konsumentom tanie towary premium.

– Dyskonty walczą o pozycję lidera, która sieć będzie postrzegana jako bardziej ekologiczna i prozdrowotna. Taki wizerunek, obok ceny, jest jednym z najważniejszych czynników, na który zwracają dziś uwagę konsumenci. Te sklepy chcą być postrzegane jako zdrowe warzywniaki z sąsiedztwa. Właśnie dyskonty mają największy kawałek tortu do zgarnięcia w tej kategorii i stąd tak dynamiczny wzrost – stwierdza Arkadiusz Paprzycki.

Według prezes Radkowskiej, dyskonty pokazują tak naprawdę, jak przeciętny Polak zaczyna się żywić. Jeżeli tam rośnie sprzedaż produktów bio, to znaczy, że przysłowiowy Kowalski zaczyna wybierać taką żywność. I to jest bardzo dobra wiadomość.

Analizę wykonali eksperci z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz zespołu analitycznego UCE RESEARCH. Porównano dane z I półrocza 2020 roku i z analogicznego okresu w ub.r. Weryfikacji poddano blisko 1,5 tys. akcji promocyjnych, w tym blisko 500 produktów.

Na rynkach względny spokój. Zmiany w porozumieniu brexitu

Przy braku interesujących informacji z weekendu i świadomości święta w USA, rynki w poniedziałek zachowują względny spokój. Mimo to pozycja aktywów ryzykownych pozostaje krucha przy nerwowości zasianej przez wyprzedaż spółek technologicznych na Wall Street. Inwestorzy potrzebują dowodów, że rajd ryzyka ma wsparcie w gołębich bankach centralnych.

To najprędzej nastąpi dopiero w czwartek przy posiedzeniu EBC. Po ostatnich komentarzach przedstawicieli banku wyrażających niezadowolenie z siły EUR, interesującym będzie, czy te obawy zostaną ujęte w komunikacie (fragment o „nieuzasadnionym zacieśnianiu warunków finansowych”). Spadek inflacji CPI poniżej zera w sierpniu podnosi ryzyko bardziej gołębiego wydźwięku konferencji prezes Lagarde. Jednocześnie wydaje się za wcześnie, by EBC zapowiadał zmiany w parametrach polityki, więc ogólnie możemy otrzymać przekaz korzystny dla apetytu na ryzyko, ale w ograniczonym stopniu szkodliwy dla EUR.

Co powie Powell

W najbliższych dniach raczej nic nowego nie usłyszymy z Fed. Dzisiejsze obchody Święta Pracy w USA zwalnia też członków FOMC od wypowiadania się publicznie, a od jutra rozpoczyna się tygodniowy okres zamknięty przed przyszłotygodniowym posiedzeniem. W ciągu dnia ma pojawić się przeprowadzony wcześniej wywiad z prezesem Fed Powell dla NPR, jednak ujawnione w piątek fragmenty nie sugerują rewelacji. Pozytywnie odebrał on ostatni raport NFP, ale przyznał, że odbudowa gospodarki potrwa długo i będzie wymagać niskich stóp procentowych „przez lata”. To zostawia USD skazanego na impulsy z danych, a tych w tym tygodniu będzie niewiele (tylko CPI z piątek). Wyschnięcie dopływu kluczowych odczytów może zahamować umocnienie dolara.

Zmiany w porozumieniu brexitu

W poniedziałek uwaga skupia się na funcie, który znalazł się pod presją w obliczu plotek o skomplikowaniu negocjacji ws. brexitu. Financial Times donosi, że rząd Wielkiej Brytanii rozważa zmiany w porozumieniu brexitu sprzed roku. W środę premier Johnson ma przedstawić nowe przepisy m.in. dotyczące przyszłości granicy z Irlandią. Te zmiany to nic innego jak złamanie ustaleń, które były negocjowane przez wiele miesięcy i takie stanowisko Wielkiej Brytanii może rodzić poważne ryzyko zerwania aktualnych negocjacji. To wszystko może być tylko agresywna strategia, by ugrać jak najwięcej w negocjacjach handlowych, które muszą się zakończyć do połowy października, ale z Johnsonem nigdy nic do końca nie wiadomo. Z drugiej strony prawdopodobne jest, że strona unijna będzie cierpliwie znosić wybryki BoJo, licząc, że na koniec zwycięży dyplomatyczny pragmatyzm. Inwestorzy najwyraźniej są podobnego zdania i nie reagują zbyt nerwowo (choć negatywnie), ale w obliczu nowych informacji wzrosty funta stają się coraz trudniejsze.

EUR/PLN wyrwał się ponad 4,46 i tak wysoko nie był od połowy lipca. Złoty znalazł się pod presją redukcji ryzykownych pozycji w ślad za odbiciem USD i tąpnięciem rynku akcji, ale nie uważamy, aby miało dojść do głębszej zmiany trendu. Mimo to do ponownego umocnienia złotego potrzebny będzie zdecydowany powrót EUR/USD do wzrostów.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dyrektorzy szkół z dużymi obawami weszli w nowy rok szkolny. 70 proc. chce zmiany podstawy programowej

Możliwy przyrost zachorowań wśród uczniów i nauczycieli, dostosowanie się do narzuconych wytycznych MEN oraz zadbanie o społeczną funkcję szkoły – to dzisiaj największe zmartwienia dyrektorów szkół. Mimo to większość z nich zdecydowała się na powrót dzieci do szkół od 1 września. Podkreślają jednak, że konieczność zmiany modelu nauczania powinna pociągnąć za sobą zmiany w podstawie programowej.

To, czy Polska jest gotowa na nowy rok szkolny, okaże się dopiero wtedy, gdy w placówkach znajdą się dzieci. Wśród pytanych przez nas dyrektorów aż 80 proc. opowiadało się za tym, żeby do szkół wrócić 1 września. Jest to optymistyczne, jednak przed tymi dyrektorami stoi ogromne wyzwanie – mówi agencji Newseria Biznes Urszula Borzym z Instytutu Humanites.

To na dyrekcji szkoły będzie spoczywać odpowiedzialność związana ze zdrowiem dzieci. Zgodnie z informacją MEN z 25 sierpnia podstawowym modelem kształcenia od 1 września br. jest nauka stacjonarna w szkołach. Jeśli jednak pojawi się sytuacja zagrożenia, możliwy będzie również model mieszany. Może o tym zdecydować dyrektor szkoły po uzyskaniu zgody organu prowadzącego i na podstawie pozytywnej opinii sanepidu. Przy większym zagrożeniu epidemiologicznym może on także zastosować kształcenie zdalne.

Naturalnie dyrektorzy najbardziej obawiają się zachorowań wśród kadry i uczniów. Kolejne obawy to możliwość realizacji społecznej roli szkoły. Tego w nauczaniu zdalnym nie dało się osiągnąć, a co więcej, nie wszystkie dzieci miały dostęp do edukacji. Trzecia obawa, wynikająca z dwóch poprzednich, to troska o zdrowie psychiczne i motywację, zarówno nauczycieli, jak i uczniów – mówi Urszula Borzym.

Prawie 70 proc. badanych dyrektorów szkół i nauczycieli podkreśla konieczność zmiany realizowanej podstawy programowej. Jak zaznaczają eksperci, próba przeniesienia jeden do jednego tradycyjnego nauczania do internetu skończyła się fiaskiem. Potrzeba więc nie tylko większej autonomii dyrektorów szkół, ale też zmiany metodyki pracy i większego zaangażowania zarówno nauczycieli, jak i uczniów.

Ostatnie miesiące pokazały, że przewidziana w podstawie programowej całość materiału jest bardzo trudna albo nawet niemożliwa do zrealizowania. Nasuwa to prostą refleksję, że podstawa programowa powinna być zmieniona. Musi stać się bardziej elastyczna i lepiej dostosowana do możliwości uczniów, zwłaszcza w przypadku nauki hybrydowej. Odpowiedni byłby model, w którym 80 proc. tej podstawy jest wymagane, a 20 proc. to dodatek, który należy zrobić w zależności od możliwości uczniów oraz nauczycieli – mówi ekspertka z Instytutu Humanites.

Druga połowa poprzedniego roku szkolnego pokazała, jak ważna jest elastyczność i otwartość na nowe rozwiązania w szkole. Sytuacja pandemiczna uwypukliła także rolę dyrektorów w kierowaniu pracami placówki.

Przez lata dyrektorzy szkół byli traktowani jak administratorzy, wypełniający odgórne zalecenia. Teraz wymaga się od nich, żeby z dnia na dzień stali się samodzielnymi liderami – mówi Urszula Borzym. – Dyrektorzy są przygotowani do podejmowania trudnych decyzji, na co dzień to robią, tylko w mniejszej skali. W tej chwili ta skala urosła niewyobrażalnie. W tym wyjątkowym czasie sygnalizują nam potrzebę ogromnego wsparcia i kompetencyjnego, i systemowego, i emocjonalnego.

W stawaniu się liderem dyrektorom może pomóc program Instytutu Humanites Akademia Przywództwa Liderów Oświaty (APLO).

To program, który daje dyrektorom szkół możliwość kształcenia na poziomie wysokiej kadry menadżerskiej, przygotowuje ich do zarządzania zmianą, podejmowania trudnych decyzji i stania się bardziej liderem niż administratorem – mówi ekspertka.

Problemy psychiczne może mieć nawet 6 mln Polaków, a kolejki do specjalistów rosną. Rozwiązaniem mogą być konsultacje online

W Polsce ze wsparcia psychologów korzysta 1,6 mln osób, jednak pomocy może potrzebować nawet kilka milionów. Problemem jest nie tylko długi, nawet kilkumiesięczny okres oczekiwania na konsultację, zarówno w państwowych, jak i prywatnych placówkach, lecz także stereotypowy lęk przed wizytą w gabinecie. Pandemia koronawirusa pokazała, że skuteczną formą pomocy może być zdalna konsultacja – zarówno rozmowa telefoniczna czy online, jak i terapia asynchroniczna, czyli wymiana wiadomości tekstowych z psychologiem nie w czasie rzeczywistym. W Polsce powstała pierwsza służąca do tego platforma WeTalk.

Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że na depresję cierpi blisko 300 mln ludzi na całym świecie, a problem dotyka średnio 10–15 proc. społeczeństwa. W krajach rozwiniętych różnego typu zaburzenia psychiczne i behawioralne są jednymi z najczęściej występujących problemów zdrowotnych. W Polsce z problemami psychicznymi może borykać się nawet 6 mln osób. Jak jednak pokazują dane GUS (za 2018 rok), z pomocy psychologów korzysta jedynie 1,6 mln Polaków.

– W Polsce jest duże zapotrzebowanie na porady psychologiczne. W zależności od województwa czeka się na nie w ramach NFZ od kilku tygodni do nawet pół roku. Rzecz ma się podobnie w dobrych ośrodkach prywatnych, gdzie mogą to być nawet dwa miesiące oczekiwania. U prywatnych psychologów oczekiwanie może trwać kilka tygodni, bo kalendarze są tak zapełnione – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Dąbrowski, psycholog, współtwórca WeTalk.

Rozwiązaniem może być terapia zdalna. Konsultacje na odległość okazały się nieocenione podczas pandemii i przymusowej kwarantanny, które dodatkowo wpłynęły na pogorszenie nastrojów i nasilenie lęków. Czynniki te uwypukliły problem samotności i trudnych relacji w rodzinie.

– Pomoc psychologiczna online poprawi dostępność do usług psychologicznych, choćby biorąc pod uwagę odległe miejsce zamieszkania czy trudności z dostępem do lekarza w niektórych miastach – ocenia Grzegorz Dąbrowski.

Pomoc psychologiczna online to coraz popularniejsze rozwiązanie na całym świecie. W Europie Zachodniej czy USA jest ona refundowana przez państwo lub towarzystwa ubezpieczeniowe.

– W Polsce do pewnego czasu pomoc online była traktowana bardzo ortodoksyjnie przez środowisko psychologów, natomiast pandemia koronawirusa spowodowała, że wszyscy, nawet jej przeciwnicy, byli zmuszeni do spróbowania tej formy. Jak wynika z rozmów ze środowiskiem, jest bardzo pozytywny odzew, wielu terapeutów zdecydowało się włączyć konsultacje online do swoich usług – wskazuje współtwórca WeTalk.

Psycholodzy współpracujący z portalem wskazują, że tekstowa pomoc psychologiczna spełnia jeszcze jedną ważną funkcję, która zazwyczaj nie jest dostępna w tradycyjnym gabinecie.

– Pacjenci przekazują nam, że niezwykle istotna jest dla nich nie tylko sama rozmowa, ale i poczucie, że ktoś czuwa, jest codziennie obecny i potencjalnie dostępny na wyciągnięcie ręki w schowanym w kieszeni smartfonie –  opowiada Bibianna Muszyńska-Czerewkiewicz, psycholog, współtwórczyni WeTalk. –  Młode osoby w naturalny sposób korzystają z urządzeń mobilnych i komunikują się za ich pomocą ze światem, dlatego pisanie do psychologa nie wydaje im się niczym nietypowym.

W wielu krajach działają także serwisy, które oferują tekstowe konsultacje. Przykładowo w USA platformy te mają miliony użytkowników i tysiące licencjonowanych psychoterapeutów. Sukcesy takich rozwiązań w innych krajach i rosnące zapotrzebowanie na pomoc specjalistów zachęciły polskich psychologów do uruchomienia na krajowym rynku platformy WeTalk, która oferuje wsparcie psychologiczne, psychoterapeutyczne i coachingowe.

– Portal opiera się na wymianie tekstowych wiadomości z terapeutą. Jest ona asynchroniczna, czyli to nie jest czat na żywo, natomiast mamy gwarancję otrzymania odpowiedzi od specjalisty codziennie. Możemy pisać o każdej porze, rano przy śniadaniu, w metrze, skądkolwiek i kiedykolwiek. Jest to bardzo wygodna forma pomocy – przekonuje Grzegorz Dąbrowski.

– Żadna ze stron nie jest zobowiązana do ustalania wspólnego terminu. Porada się odbywa, ponieważ pacjent może pisać do swojego terapeuty, kiedy chce i skąd chce, a terapeuta raz dziennie to komentuje – dodaje Bibianna Muszyńska-Czerewkiewicz.

Osoba potrzebująca pomocy na początku rozmawia z konsultantem, który ma wykształcenie psychologiczne. Następnie przydziela on trzech terapeutów, spośród których można wybrać tego, który wzbudza największe zaufanie.

– Naszym mottem jest to, że o każdym problemie warto rozmawiać. Jesteśmy portalem dedykowanym osobom z depresją, lękami, ale nie tylko, również osobom, które mierzą się z różnymi wątpliwościami, mają problem, ale nie wiedzą, czy na tyle poważny, żeby pójść do gabinetu. Mamy również wsparcie dla osób, które chcą popracować nad samorozwojem, gdyż są u nas coachowie czy seksuolodzy – wymienia Grzegorz Dąbrowski. – Nasz portal funkcjonuje od prawie pół roku i wygląda to obiecująco, bo mamy już tysiąc użytkowników.

Badania wykazują, że terapia zdalna może być skuteczniejsza niż tradycyjna w przypadku osób bardzo nieśmiałych, które mają kłopoty z nawiązywaniem relacji i mówieniem o swoich problemach. Wiadomości tekstowe wymieniane z psychologiem pozwalają zachować większą anonimowość niż wideospotkania czy tradycyjna terapia. Niektórym pacjentom łatwiej jest się wtedy otworzyć i zwierzyć z problemów.

– Nie jesteśmy portalem, który się zajmuje ostrymi kryzysami i interwencją w takich przypadkach, ale poza tym mamy doświadczenie wszelkiej pracy – mówi Bibianna Muszyńska-Czerewkiewicz. – Ludzie piszą, żeby się zorientować, jak mogą pomóc bliskiej osobie. Mamy też sytuacje, w których chodzi o problemy rodzinne. Wiele porad dotyczy osób, które znajdują się w kryzysie w relacji, są w żałobie, potrzebują wsparcia, bo rozstały się z kimś bliskim. Ale mamy także do czynienia z pracą typowo psychologiczną, związaną z depresją, zaburzeniami lękowymi czy innymi chorobami.

Karty paliwowe dają przedsiębiorcom oszczędności nawet 40 groszy na litrze paliwa. Preferencyjne stawki są teraz dostępne także dla firm z pojedynczymi autami osobowymi

0

Dla posiadaczy kart paliwowych stawki za litr paliwa na stacjach benzynowych mogą być o kilkadziesiąt groszy niższe. Preferencyjne ceny są liczone na bazie stawek hurtowych, a nie detalicznych. Oferta jest dostępna dla posiadaczy kart DKV, obsługujących do niedawna tylko transport ciężki. Teraz z tych kart mogą korzystać wszyscy przedsiębiorcy z autami osobowymi, nawet prowadzący jednoosobową działalność. Sieć stacji, na których mogą tankować taniej, liczy już ponad 600 punktów. Wkrótce powiększy się o kilkadziesiąt kolejnych. Specjalna aplikacja pomaga wybrać te stacje, gdzie ceny są najkorzystniejsze.

– Do tej pory z możliwości zakupu tańszego paliwa mogły korzystać tylko firmy transportowe. Teraz jesteśmy w stanie zapewnić dostęp do taniego produktu wszystkim przedsiębiorstwom. Na otwarcie tej oferty dla lekarzy, prawników, kosmetyczek miała wpływ pandemia – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mariusz Derdziak, kierownik sprzedaży w DKV Euro Service Polska.

Jak podkreśla, kwietniowy wskaźnik PMI dla polskiego przemysłu, pokazujący aktywność gospodarczą, był najniższy w historii badań (od czerwca 1998 roku). Przez lockdown wiele firm – bez względu na ich wielkość – znalazło się w poważnych kłopotach i szukało sposobów na cięcie kosztów. To skłoniło DKV do rozszerzenia oferty, dotąd dostępnej jedynie dla firm transportowych, na floty aut osobowych.

 Z uwagi na brak minimalnych liczby tankowań naszą ofertę kierujemy także do mniejszych przedsiębiorców posiadających auta osobowe – wskazuje Cezary Wiśniewski, doradca DKV Euro Service Polska. – Korzystanie z kart paliwowych DKV może przynosić firmom oszczędności ok. 35 gr na litrze paliwa. Taką średnią cenę odnotowaliśmy w pierwszej połowie 2020 roku i jest to porównanie pomiędzy średnią ceną hurtową na stacjach DKV z detalicznymi cenami na pozostałych stacjach w Polsce.

Niskie ceny to efekt innego modelu kalkulowania stawek. Są one liczone przez DKV na bazie cen hurtowych SPOT, tym samym są niezależne od polityki cenowej danej stacji.

Na początku pandemii, w marcu, średnia cena paliw na stacjach wynosiła 4,74 zł, a cena hurtowa była o 56 gr niższa. W kwietniu ceny detaliczne mocno spadły, ale również stawki hurtowe uległy obniżeniu, a różnica między nimi wynosiła 42 gr. W maju i czerwcu różnice były nieco niższe i wynosiły odpowiednio 29 i 14 gr.

Przewidywania DKV na temat kształtowania się cen paliw w dłuższym okresie są optymistyczne.

W Polsce cena hurtowa paliwa budowana jest na podstawie notowań trzech giełd europejskich: w Amsterdamie, Rotterdamie i Antwerpii. Jest to warunkiem bezpiecznego funkcjonowania wszystkich operujących na rynku. Zapewnia to, że cena jest sprawiedliwa i powiązana z innymi rynkami – wyjaśnia Mariusz Derdziak. – Notowania giełdowe wskazują dzisiaj na stabilizację w cenach. Przewidujemy, że nie powinno się to zmienić do końca roku, a ewentualna różnica w cenie będzie wynosiła średnio około 30 gr na litrze paliwa. Musimy jednak uwzględniać obecną sytuację. Jeśli wystąpi załamanie rynku czy powrót lockdownu, stawki też zareagują.

Obecnie preferencyjne ceny są dostępne na 614 stacjach zlokalizowanych w całej Polsce, w tym m.in. w obszarach przygranicznych, w rejonie Warszawy i wzdłuż autostrady A2.

 Dziś sieć tanich stacji obejmuje wszystkie stacje MOYA, AMIC oraz Pieprzyk, jak również 51 wybranych stacji Lotos i kilkaset punktów należących do lokalnych polskich marek – wylicza Cezary Wiśniewski. – Co ważne, wszystkie transakcje znajdują się na jednej zbiorczej fakturze. Dzięki temu księgowość firm ma ułatwione zadanie, gdyż rozlicza tylko jeden dokument, a kierowcy nie muszą z każdej stacji pobierać paragonów bądź faktur.

Tą samą kartą DKV można płacić w Polsce na ok. 5 tys. stacji znanych międzynarodowych koncernów paliwowych.

Coraz więcej firm ogranicza szkodliwy wpływ na środowisko. Czołowy producent okien w Polsce chce wspólnie z WWF zneutralizować CO2 wyemitowany od momentu powstania firmy

W ciągu trzech dekad Unia Europejska ma stać się neutralna klimatycznie. Ten ambitny cel obierają nie tylko państwa, lecz także coraz więcej przedsiębiorstw. Jeden z czołowych na świecie i w Polsce producentów okien – Grupa VELUX – ogłosił właśnie, że zneutralizuje całą swoją emisję dwutlenku węgla od momentu rozpoczęcia działalności. To łącznie 5,6 mln ton CO2. Firma chce osiągnąć dożywotnią neutralność węglową do 2041 roku i przeznaczy na ten cel nawet 135 mln euro. To ambitne zadanie będzie realizowane w partnerstwie z WWF.

Świat stoi przed ogromnymi wyzwaniami. Zmiana klimatu i globalne ocieplenie powodują nieodwracalne zmiany, które obserwujemy wszyscy. Do tego dochodzi ukryty kryzys różnorodności biologicznej, o którym często się nie mówi, a przecież wiele gatunków na świecie wymiera. ONZ ogłosił obecny czas dekadą działania – jeżeli ją prześpimy, będzie za późno. Dlatego też strategie zrównoważonego rozwoju, takie jak nasza, odegrają bardzo ważną rolę. Transformujemy naszą firmę, żeby była neutralna dla środowiska. Inicjujemy też projekty, które wychodzą naprzeciw tym wyzwaniom, będą wspierały odbudowę różnorodności przyrody i pochłanianie CO2, ale przy tym będą również drogowskazem dla innych firm, aby działać podobnie – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

Zmiana klimatu jest w tej chwili jednym z największych wyzwań społeczno-gospodarczych. W raporcie Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) blisko setka naukowców z 40 państw wskazała, że ludzkości grozi katastrofa klimatyczna na niespotykaną skalę, jeżeli wzrost temperatury na świecie nie zostanie zahamowany do 1,5 st. C. Wśród efektów będzie m.in. podniesienie poziomu mórz nawet o 90 cm, co grozi zalaniem terenów zamieszkałych przez połowę̨ populacji świata. Dane przytaczane przez KE pokazują z kolei, że już w latach 2000–2016 roczny wskaźnik występowania klęsk pogodowych w globalnej skali wzrósł o 46 proc. Z kolei spowodowane nimi straty ekonomiczne w 2016 roku zwiększyły się o 86 proc. względem 2007 roku.

W związku z tym w grudniu ubiegłego roku KE przyjęła Europejski Zielony Ład, który zakłada, że do 2050 roku Unia Europejska osiągnie neutralność klimatyczną, co oznacza, że gospodarka będzie emitować tyle samo dwutlenku węgla, ile pochłania. Będzie to wymagać wielomiliardowych inwestycji we wszystkich branżach i gałęziach przemysłu. Realizacja tego celu wymaga więc zaangażowania zarówno po stronie sektora publicznego, jak i biznesu, który coraz aktywniej włącza się w zieloną transformację.

To biznes namawia konsumenta do tego, żeby kupił dany produkt. Jeśli jest on stworzony w sposób zrównoważony, wtedy konsument również konsumuje w sposób zrównoważony i nie sięga po alternatywę – podkreśla Tobiasz Adamczewski, członek zarządu Fundacji WWF Polska.

Firmy mają do odegrania jedną z kluczowych ról w przeciwdziałaniu zmianom klimatu. Walka z nimi zaczyna się już na etapie wyborów konsumenckich, więc rolą biznesu jest edukowanie klientów. Z drugiej strony, działając w sposób zrównoważony, firmy minimalizują swój wpływ na środowisko.

Takie zobowiązanie podjęła Grupa VELUX. Producent okien ogłosił właśnie, że weźmie odpowiedzialność za swoje dotychczasowe i przyszłe emisje dwutlenku węgla. W ciągu 10 lat stanie się firmą neutralną pod względem emisji CO2, zaś do 2041 roku zneutralizuje również historyczny ślad węglowy, osiągając tzw. dożywotnią neutralność węglową. To łącznie 5,6 mln ton CO2. Na ten cel grupa przeznaczy łącznie 135 mln euro.

Unikatowość naszego planu polega na tym, że bierzemy odpowiedzialność nie tylko za nasze przyszłe emisje CO2, które będziemy radykalnie redukować, ale również za całą historyczną emisję, która powstała w procesie naszej działalności od początku istnienia firmy. Tym samym dołączymy do niewielkiej na razie grupy firm na świecie, które w ten sposób myślą o transformacji. Dzięki długofalowemu partnerstwu z WWF przeprowadzimy projekty, które pochłoną z atmosfery ilości CO2 odpowiadające całemu historycznemu śladowi węglowemu, jaki można przypisać naszej firmie – mówi Jacek Siwiński.

Pierwszy etap to projekty ochrony oraz sadzenia lasów, które wspierają walkę ze zmianą klimatu, a przy tym sprzyjają poprawie jakości życia lokalnych społeczności. Projekty ochrony lasów zostały opracowane przez WWF i będą realizowane przez najbliższe 21 lat.

– Ochrona obszarów zalesionych naturalnie jest bardzo istotna, bo w ten sposób chronimy też istniejącą różnorodność biologiczną. Z kolei projekty zalesiania terenów zdegradowanych powodują, że emisja dwutlenku węgla jest pochłaniana z atmosfery, co przyczynia się do neutralności klimatycznej – mówi Tobiasz Adamczewski.

Pierwsze dwie takie inicjatywy zostaną zrealizowane w Ugandzie i Mjanmie. Projekty obejmują między innymi odtwarzanie zdegradowanych lasów i sadzenie nowych, hodowlę drzew w szkółkach i plantacjach, co pozwoli pokryć popyt na produkty leśne i ograniczyć ich pozyskiwanie z lasów naturalnych, oraz ochronę korytarzy ekologicznych i bioróżnorodności przy współpracy z lokalnymi społecznościami.

– Jest to pewien impuls i sygnał dla całego biznesu, który pokazuje, w jaki sposób podejść do problemu emisji gazów cieplarnianych i jak dążyć do neutralności klimatycznej – podkreśla członek zarządu WWF Polska.

Firmy, które mają długofalową strategię, będą w stanie się zaadaptować do wymogów Zielonego Ładu i przejść transformację, wyjdą z niej silniejsze. Natomiast w przypadku biznesów zorientowanych krótkoterminowo, opartych raczej na tworzeniu niewielkiej wartości przy niskich kosztach, może być pewien problem. Myślę jednak, że jeżeli dobrze wykorzystamy środki przeznaczone na sprawiedliwą transformację, z których część zostanie skierowana do biznesu, to większość firm sobie z tym wyzwaniem poradzi – dodaje Jacek Siwiński.

Strategia Zrównoważonego Rozwoju VELUX 2030 zakłada, że do końca obecnej dekady firma będzie już całkowicie neutralna węglowo, a w całym łańcuchu wartości (czyli razem np. z dostawcami) zredukuje swój ślad węglowy o 50 proc. W tym celu przyspieszy inwestycje w poprawę efektywności energetycznej swoich fabryk, a energię będzie pozyskiwać wyłącznie ze źródeł odnawialnych. Firma planuje także zdecydowanie zmienić metody specyfikacji i zakupu materiałów oraz przesiąść się na samochody elektryczne.

Detektory kosmiczne wykryły największe z dotychczasowych źródeł fal grawitacyjnych. Zdaniem naukowców zdarzenie jest bardzo nietypowe

Fale grawitacyjne – zmarszczki w czasoprzestrzeni, których istnienie przewidział Albert Einstein – otwierają nową erę astronomii. Pozwalają naukowcom zobaczyć części Wszechświata, które kiedyś uważano za niewidoczne, m.in. czarne dziury. Niedawno badacze wykryli sygnał z prawdopodobnie najbardziej masywnego połączenia czarnych dziur, jakie dotychczas zaobserwowano. Instrumenty LIGO oraz Virgo ogłosiły wykrycie fal grawitacyjnych z układu dwóch czarnych dziur o masach 66 i 85 mas Słońca.

Już sto lat temu Albert Einstein opracował ogólną teorię względności i przewidział istnienie fal grawitacyjnych. Wytwarzane są przez przyspieszanie obiektów dowolnej wielkości, powodując powstanie „zmarszczek” w czasoprzestrzeni. Większość z tych fal jest jednak zbyt słaba, aby wykryć je eksperymentalnie. Można jedynie wykryć fale grawitacyjne wytwarzane przez najbardziej masywne obiekty poruszające się z prędkością bliską prędkości światła.

Niedawno naukowcy dzięki instrumentom LIGO i Virgo wykryli sygnał z połączenia czarnych dziur (o masach około 85 i 66 mas Słońca), prawdopodobnie najbardziej masywnego, jakie dotychczas zaobserwowano w falach grawitacyjnych. W efekcie powstała masywna czarna dziura o masie 142 mas Słońca i uwolniła ogromną ilość energii, odpowiadającą około ośmiu masom Słońca, rozrzuconą po Wszechświecie w postaci fal grawitacyjnych.

– To, co wykryliśmy, nie brzmi jak dotychczas wykrywane sygnały. To bardziej przypomina „huk” niż „ćwierkanie” i jest to najmocniejszy sygnał, jaki LIGO i Virgo do tej pory przechwyciły – podkreśla Nelson Christensen, członek Virgo, naukowiec z francuskiego Narodowego Centrum Badań Naukowych (CNRS). – Fakt, że dostrzegamy czarną dziurę w tej luce, sprawi, że wielu astrofizyków podrapie się po głowach i spróbuje dowiedzieć się, jak powstały te czarne dziury.

Fala grawitacyjna została zarejestrowana 21 maja 2019 roku przez trzy detektory interferometryczne. Sygnał – nazwany GW190521 – został następnie przeanalizowany przez naukowców, którzy oszacowali odległość źródła sygnału na około 17 mld lat świetlnych. Astrofizycy zwracają uwagę, że powstała czarna dziura należy do klasy czarnych dziur o masie pośredniej (od 100 do 100 tys. mas Słońca). Nigdy wcześniej nie udało się zaobserwować czarnych dziur w takim zakresie – ani za pomocą fal grawitacyjnych, ani obserwacji elektromagnetycznych. Detekcja może pomóc wyjaśnić powstawanie czarnych dziur o masie pośredniej.

– Od czasu, gdy uruchomiliśmy LIGO, wszystko, co zaobserwowaliśmy, to zderzenie czarnych dziur lub gwiazd neutronowych – mówi Alan Weinstein, profesor fizyki z Caltech, członek LIGO. – Jest to jedyne zdarzenie, w przypadku którego nasza analiza dopuszcza możliwość, że nie jest takim zderzeniem.

Do dziś zidentyfikowano dzięki obserwacjom elektromagnetycznym bardzo niewielu kandydatów na czarne dziury o masie pośredniej, a GW190521 jest pierwszą obserwacją takiej czarnej dziury za pomocą fal grawitacyjnych. W porównaniu do poprzednich detekcji fal grawitacyjnych obserwowany sygnał GW190521 trwał dużo krócej, co utrudnia naukowcom analizę. Ze względu na złożony charakter tego sygnału rozważano też inne źródła jego pochodzenia.

– Istnieje prawdopodobieństwo, że odkryliśmy coś zupełnie nowego – mówi Alan Weinstein. – Zgodnie z zasadą brzytwy Ockhama przyjmujemy, że prostsze rozwiązanie jest lepsze, a w tym przypadku jest to podwójna czarna dziura.

Zdaniem ekspertów obserwacja GW190521 otwiera nowe perspektywy badania masywnych gwiazd i mechanizmów wybuchów supernowych. Pokazuje też skuteczność instrumentów.

– LIGO po raz kolejny zaskakuje nas nie tylko wykrywaniem czarnych dziur o rozmiarach, które są trudne do wyjaśnienia, lecz także samą ich techniką, która nie została zaprojektowana specjalnie do wykrywania połączenia czarnych dziur – mówi Pedro Marronetti, dyrektor programu ds. fizyki grawitacyjnej w amerykańskiej National Science Foundation. – Ma to ogromne znaczenie, ponieważ pokazuje zdolność instrumentu do wykrywania sygnałów z całkowicie nieprzewidzianych zdarzeń astrofizycznych. LIGO pokazuje, że potrafi również obserwować nieoczekiwane.

W zespole Virgo-Polgraw, uczestniczącym w odkryciu, pracuje 16 naukowców z Polski.

Przełom w podawaniu leków za pomocą plastrów coraz bliżej. Nad rozwojem technologii pracuje polski start-up

Firmy z sektora farmaceutycznego eksperymentują z plastrami medycznymi, które pozwolą w kontrolowany sposób aplikować pacjentom mniejsze dawki leków przy takiej samej skuteczności oraz zmniejszyć ryzyko wystąpienia powikłań. Polscy naukowcy mają swój udział w opracowywaniu nośników tego typu. Spółka Biotts opatentowała technologię, która pozwoli jej licencjonować plastry medyczne nowej generacji, dostarczające substancje lecznicze bezpośrednio do kości i mięśni.

– W Biotts projektujemy nośniki dla substancji leczniczych tak, żeby zwiększyć ich biodostępność, co może skutkować zmniejszeniem dawki tej substancji, którą podajemy, przy zachowaniu efektu terapeutycznego i zmniejszeniu działań niepożądanych. W ten sposób będzie można podawać praktycznie wszystkie leki, od antybiotyków po sterydy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach Paweł Biernat, prezes Biotts.

Wrocławski start-up złożył w Urzędzie Patentowym RP szereg wniosków, które pozwolą zmienić sposób dostarczania substancji czynnych do ludzkiego organizmu. Naukowcy opracowali specjalny plaster, który po przymocowaniu do skóry pacjenta regularnie uwalnia lek do jego organizmu, dzięki czemu ten może szybciej i sprawniej trafić do organów docelowej aplikacji. Zastosowanie tego nośnika samoczynnie uwalniającego lek pozwoliło zmniejszyć skuteczną dawkę substancji czynnych.

Nad podobnym rozwiązaniem pracują naukowcy z Purdue University, którzy eksperymentują z alternatywnymi, nieinwazyjnymi metodami walki z czerniakami. Eksperci opracowali plaster medyczny naszpikowany igłami silikonowymi, które samoczynnie rozpuszczają się w organizmie w ciągu kilku miesięcy od aplikacji plastra.  Naukowcy z University of Pittsburgh School of Medicine testują z kolei szczepionkę na koronawirusa aplikowaną za pośrednictwem plastra z mikroigiełkami. Wstępne testy laboratoryjne wykazały, że po dwóch tygodniach od aplikacji plastra w ciele pacjenta pojawiają się przeciwciała, które skutecznie zabezpieczają przed koronawirusem.

– Jest bardzo dużo ograniczeń w systemach transdermalnych, które istnieją obecnie na rynku. My te ograniczenia i bariery znieśliśmy, dzięki czemu można będzie podawać praktycznie wszystkie rodzaje leków: na nadciśnienie, na cukrzycę, wszystko to, co połykamy w tabletkach, będzie można podać w postaci systemu transdermalnego – mówi Paweł Biernat. – Leki stosowane w cukrzycy typu II będzie można zaaplikować raz na miesiąc na skórę i zapomnieć o przyjmowaniu i o połykaniu tabletek.

Według Biotts plaster jest jedynym rozwiązaniem tego typu na świecie, które pozwala dostarczać do organizmu wszystkie substancje rozpuszczalne w wodzie, w tym m.in. białka oraz przeciwciała.

– System jest już opracowany i opatentowany, dodatkowo tworzymy chmurę patentową w poszczególnych wskazaniach terapeutycznych i pierwszy patent z chmury wszedł już w fazę globalną. Teraz dostosowujemy nośnik do kolejnych substancji czynnych i wskazań terapeutycznych – wskazuje ekspert.

Największą zaletą plastrów medycznych Biotts jest fakt, że są jedynie nośnikiem leków, dlatego proces dopuszczania substancji czynnych będzie kontrolowany przez korporacje farmaceutyczne. Firma planuje licencjonować swoje rozwiązanie podmiotom zewnętrznym, a nie rozpoczynać procesu produkcji autorskich leków.

– Leków nie trzeba opracowywać na nowo, dlatego że rejestrujemy lek ze znaną substancją czynną, więc ona nie musi przechodzić wszystkich badań. My wykonujemy badania podstawowe, określające biodostępność, przenikalność, bezpieczeństwo, i wtedy możemy już rejestrować – tłumaczy Paweł Biernat. – Wprowadzenie każdego nowego preparatu jest jednak długie. Wykorzystując naszą technologię, jesteśmy w stanie skrócić ten czas z 7–10 do pięciu lat.

Według analityków z firmy Polaris Market Research wartość globalnego rynku biotechnologicznego w 2019 roku wyniosła 449 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie do 742 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 6,84 proc.

Rzecznik MŚP wystosował kolejne uwagi i postulaty w zakresie korzystnych rozwiązań dla przedsiębiorców z branży turystycznej i eventowej

Rzecznik MŚP wystosował kolejne uwagi i postulaty do uchwalonej przez Sejm w dniu 14 sierpnia 2020 r. ustawy o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw w zakresie korzystnych rozwiązań dla przedsiębiorców z branży turystycznej i eventowej.

W dniu 14 sierpnia 2020 r. Sejm uchwalił oczekiwaną przez polską branżę turystyczną i eventową ustawę o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw (druk sejmowy nr 559 i 570).

Jeszcze na etapie przed wniesieniem do Sejmu projektu tej ustawy Rzecznik MŚP aktywnie zabiegał o jak najszersze uwzględnienie w niej licznych uwag i postulatów, jakie docierały ze środowiska przedsiębiorców.

Nie kwestionując faktu, że uchwalona ustawa wychodzi naprzeciw wielu problemom, z jakimi borykają się przedsiębiorcy branży turystycznej i eventowej w aktualnej sytuacji związanej z obowiązującym stanem epidemii, wciąż pozostają kwestie wymagające wprowadzenia dodatkowych rozwiązań zaradczych.

Dlatego w dniu 4 września 2020 r. Rzecznik MŚP skierował do Pani Senator Marii Koc, Przewodniczącej Komisji Gospodarki Narodowej i Innowacyjności Senatu RP, dodatkowe uwagi i postulaty uwzględniające propozycje i potrzeby zgłoszone przez przedstawicieli 8 organizacji branżowych i grup firm oraz specjalistów turystycznych, z wnioskiem o ich uwzględnienie w dalszych pracach legislacyjnych.

Dwie twarze bonu turystycznego – kogo wspiera, a kogo uwiera?

Wprowadzenie Bonu Turystycznego spolaryzowało polskie społeczeństwo. Osoby nieposiadające dzieci negatywnie oceniają bon jako formę pomocy rodzinom. Polacy zdecydowanie lepiej postrzegają wprowadzenie Bonu Turystycznego jako wsparcie dla branży turystycznej – wynika z najnowszego barometru nastrojów konsumenckich „Polacy w czasie epidemii” zrealizowanego przez agencję badawczą SW Research.

Bon turystyczny jak działa?

Z końcem lipca rząd wprowadził Bon Turystyczny, który ma na celu wsparcie finansowe polskich rodzin oraz pomoc osłabionej przez skutki pandemii COVID-19 branży turystycznej. Bon Turystyczny ma formę elektroniczną i jest ważny do końca marca 2022 roku. Jego beneficjentami są rodziny z co najmniej jednym dzieckiem. Wynosi on jednorazowo 500 zł na każde dziecko do 18 roku życia. Za pomocą bonu można dokonać płatności za usługi hotelarskie oraz imprezy turystyczne realizowane przez przedsiębiorcę turystycznego lub organizację pożytku publicznego na terenie kraju.

Jak Polacy oceniją wprowadzenie Bonu Turystycznego

Co trzeci Polak negatywnie ocenia wprowadzenie Bonu Turystycznego jako pomocy polskim rodzinom (34%). Odsetek ten jest najwyższy wśród osób nieposiadających dzieci. W przypadku tej grupy, prawie połowa respondentów krytykuje bon jako formę wsparcia rodzin (42%). Odsetek osób przychylnie postrzegających Bon Turystyczny pod kątem wpływu na sytuację materialną polskich rodzin jest wyższy niż odsetek badanych przeciwnego zdania (pozytywna ocena – 37%). Czterech na dziesięciu potencjalnych beneficjentów bonu ma o nim dobrą opinię (41%). Połowa Polaków pozytywnie ocenia Bon Turystyczny jako pomoc branży turystycznej (50%). Odmiennego zdania jest co piąty badany (20%).Polacy zdecydowanie lepiej postrzegają wprowadzenie Bonu Turystycznego jako wsparcie dla branży turystycznej

Początkowo w celu ratowania krajowej turystyki polski rząd planował wprowadzić program 1000+ na wakacje, skierowany do osób zatrudnionych na umowę o pracę, którzy nie zarabiają więcej niż wynosi przeciętne miesięczne wynagrodzenie. Zarzucenie tego programu na rzecz Bonu Turystycznego, którego beneficjentami są wyłącznie rodziny posiadające niepełnoletnie dzieci z pewnością wpłynęło na odnotowany przez nas wysoki odsetek osób bezdzietnych, negatywnie oceniających bon jako formę wsparcia polskich rodzin – komentuje Piotr Zimolzak, Wiceprezes Zarządu SW Research. Co ciekawe odsetek osób pozytywnie oceniających wpływ bonu na branżę turystyczną jest zbliżony w przypadku zarówno beneficjentów, jak i nie-beneficjentów – zauważa Zimolzak.

Bon turystyczny – jak korzystają Polacy?

Wśród osób, które deklarują, że będą korzystać z Bonu Turystycznego, co piąta planuje zrobić to w sierpniu lub wrześniu tego roku (21%). Więcej niż 1/3 badanych chce wykorzystać bon w przyszłoroczne wakacje (36%). Co piąty beneficjent nie wie kiedy wykorzysta Bon Turystyczny (21%). Ponad połowa respondentów deklaruje, że odpowiada im elektroniczna forma bonu (53%). W trakcie epidemii koronawirusa większość Polaków (77%) uważa, że  płacenie bezgotówkowymi metodami jest bezpieczniejsze niż płacenie gotówką.co polacy sądzą o bonie turystycznym

Większość osób, które planują wykorzystać Bon Turystyczny, chce to zrobić dopiero w przyszłym roku. Prawdopodobnie na tę decyzję wpływają odnotowane w ostatnim czasie wzrosty zachorowań na COVID-19 w Polsce. Z naszego badania wynika również, że ponad połowa respondentów jest zadowolona z elektronicznej formy bonu, co może być spowodowane wysokim odsetkiem Polaków, którzy w trakcie epidemii przekonali się do płatności bezgotówkowych – dodaje Zimolzak.

Metodologia badania

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 11-17.08.2020 przez SW RESEARCH Agencję Badań Rynku i Opinii metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W badaniu zebrano 1007 ankiet z reprezentatywną próbą grupy Polaków. Badanie ma charakter cykliczny, prezentowane wyniki pochodzą z Pomiaru IX.

„Estoński” CIT tylko z nazwy? Wstępny projekt Ministerstwa Finansów ma wiele warunków i ograniczeń

Inwestycje przedsiębiorstw prywatnych spadną w tym roku do rekordowo niskiego poziomu. Co dalej? Wprowadzenie tzw. estońskiego CIT ma to zmienić. Jednak propozycje Ministerstwa Finansów nie są korzystne dla firm, które osiągną sukces.

Organizacje skupiające przedsiębiorców mają wątpliwości. Oceniają, że takie rozwiązanie, wprowadzone także w innych krajach UE, okaże się estońskim CIT – jedynie pro forma. To z tego powodu, że w Polsce firmy nie będą mogły jednocześnie skorzystać z ulg B+R i ulgi na złe długi.

– Na rozwiązanie to czeka wielu przedsiębiorców, jednak pozostaje wiele wątpliwości – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Rozbicki, junior associate w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Z założeń projektu ustawy – która jest kojarzona z wprowadzeniem w Polsce tzw. estońskiego CIT – wynika, że ustawodawca przewiduje wprowadzenie dwóch rozwiązań, promujących rozwój przedsiębiorstw.

Pierwszym rozwiązaniem jest wprowadzenie specjalnego funduszu utworzonego na cele inwestycyjne. Fundusz ma być tworzony z zysku osiągniętego za rok poprzedzający dany rok podatkowy. Środki przeznaczone na fundusz zostaną wpłacone na wyodrębniony w tym celu rachunek w Banku Gospodarstwa Krajowego albo innym banku (który zawarł umowę z BGK o współpracę w zakresie wymiany informacji o środkach gromadzonych na tym rachunku, inny niż rachunek płatniczy podatnika) nie później niż w dniu dokonania tego odpisu. Zgromadzone środki nie mogą pochodzić z pożyczki, kredytu, dotacji, subwencji, dopłat i innych form wsparcia finansowania.

Zgromadzone w roku podatkowym środki muszą zostać wydane na cele inwestycyjne nie później niż w roku podatkowym następującym po roku, w którym dokonano tego odpisu. Jednak nie jest to obligatoryjne, jeżeli zostanie złożona informacja o planowanych inwestycjach wskazująca rok wydatkowania środków oraz wydatkowanie tych środków nastąpi nie później niż trzeciego roku podatkowego, następującego po roku, w którym dokonano tego odpisu, przy czym każdy z tych trzech lat nie może być dłuższy niż 12 miesięcy.

Drugim rozwiązaniem, jest wprowadzenie systemu wzorowanego na rozwiązaniu estońskim. Beneficjentami tego rozwiązani będą przedsiębiorstwa, które spełniają łącznie takie warunki jak:

  • ich roczny przychód nie przekracza 50 mln zł;
  • udziałowcami są wyłącznie osoby fizyczne;
  • forma prowadzenia działalności to spółka kapitałowa (sp. z o.o. bądź s.a.);
  • beneficjent taki, nie posiada udziałów w innych podmiotach jak spółki kapitałowe, fundacje i trusty;
  • zatrudnia co najmniej 3 pracowników (liczonych według pełnych etatów) – nie licząc udziałowców – moglibyśmy się zastanowić, czy przesłanka ta, jest zasadną, ponieważ nierzadko zdarza się, że przedsiębiorstwa rozwijające się, prowadzą działalność operacyjną za pośrednictwem wspólników właśnie;
  • przychody pasywne nie przewyższają przychodów z działalności operacyjnej oraz
  • wykazują nakłady inwestycyjne.

W jakiej sytuacji będą firmy, które osiągną rynkowy sukces i ich przychody przekroczą 50 mln zł w okresie, gdy będą korzystały z estońskiego CIT?

– To nie zostało rozstrzygnięte, musimy poczekać na propozycje Ministerstwa Finansów – wyjaśnia Marcin Rozbicki.

Już wiadomo, że rozwiązanie to, nie jest skierowane do przedsiębiorstw, które:

  • są przedsiębiorstwami finansowymi;
  • instytucjami pożyczkowymi;
  • osiągają dochody z działalności prowadzonej na terenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej lub osiągają dochody zwolnione na podstawie decyzji o wsparciu nowych inwestycji;
  • zostały postawione w stan upadłości lub likwidacji.

Wyłączenie czasowe dotyczy również podmiotów, które powstały poprzez podział lub połączenie. Takie podmioty będą zmuszone do wstrzymania się z decyzją o rozpoczęciu korzystania z modelu estońskiego co najmniej 24 miesiące od momentu ich powstania.

Opodatkowanie „estońskim CIT” obejmuje okres bezpośrednio po sobie następujących czterech lat podatkowych. Przedłuża się on na kolejne okresy bezpośrednio po sobie następujących czterech lat podatkowych, chyba że podatnik złoży informację o rezygnacji z tej formy opodatkowania.

Jedną z wielu wątpliwości proponowanego rozwiązania jest to, w jaki sposób należy rozumieć pojęcie nakładów inwestycyjnych. Pod tym pojęciem kryje się poniesienie wydatków wyłącznie na środki trwałe określone w grupach 3-8 klasyfikacji, dotyczącej m.in. wydatków na maszyny, urządzenia czy wyposażenie.

– Może to spowodować, że wielu podatników CIT-u, którzy ponoszą znaczące wydatki na przykład związane z licencjami, prawami autorskimi czy z prawem patentowym, nie będzie mogła z tej regulacji skorzystać – ocenia M.Rozbicki z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Z projektu wynika, że podatnik będzie musiał ponosić bezpośrednie nakłady inwestycyjne w kwocie wskazującej na wzrost nakładów o 15%, jednak nie mniej niż 20 000 zł – w okresie dwóch kolejno następujących po sobie lat podatkowych, albo 33%, jednak nie mniej niż 50 000 zł – w okresie czterech lat podatkowych rozliczanych w tej formie.

Opodatkowaniu estońskim CIT będą podlegały m.in. dochody odpowiadające wysokości zysku netto wypracowanego w części, w jakiej zysk ten został przeznaczony do wypłaty udziałowcom/akcjonariuszom lub na pokrycie strat powstałych w okresie poprzedzającym okres opodatkowania ryczałtem.

Dla tych podatników, którzy zdecydują się skorzystać z prezentowanego rozwiązania stawka podatku wyniesie:

*15% – w przypadku małego podatnika oraz podatnika, którego wartość średnich przychodów nie przekracza wartości maksymalnych przychodów określonych dla małego podatnika (2 mln EUR);

*25% – w przypadku pozostałych podatników.

Powyższe stawki mogą zostać obniżone o 5 pkt. proc. (do odpowiednio 10% oraz 20%), w przypadku ponoszenia przez podatnika podwyższonych nakładów inwestycyjnych (50% w okresie dwuletnim lub 110% w okresie czteroletnim).