PZPTS wnioskuje do wojewody dolnośląskiego o unieważnienie w całości uchwały Rady Miejskiej Wałbrzycha tzw. Stop Plastik 2

2 września br. Polski Związek Przetwórców Tworzyw Sztucznych złożył w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim wniosek o unieważnienie uchwały Rady Miejskiej Wałbrzycha zakazującej posiadania, używania, udostępniania oraz sprzedaży niektórych wyrobów z tworzyw sztucznych. – Mamy nadzieję, że wojewoda przychyli się do naszej argumentacji i – podobnie jak to miało miejsce w lutym bieżącego roku – uchyli ten dokument w całości, jako rażący przykład dyskryminacji przedsiębiorców i obywateli, niezgodny z polskimi i unijnymi przepisami – mówi Robert Szyman, dyrektor generalny PZPTS.

Wprowadzony przez władze Wałbrzycha zakaz sprzedaży i posiadania wybranych tworzyw sztucznych jest w opinii Polskiego Związku Przetwórców Tworzyw Sztucznych (PZPTS) niezgodny z polską Konstytucją, Traktatem o Unii Europejskiej, ustawą o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi, prawem ochrony środowiska czy ustawą o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Nadto jest on niezwykle zbliżony treścią do uchwały podjętej przez RM Wałbrzycha 30 stycznia br., którą wojewoda uznał za nieważną 27 lutego br., a które to postanowienie w całości podtrzymał Wojewódzki Sąd Administracyjny.

– Jesteśmy zaskoczeni, że po raz kolejny władze Wałbrzycha popełniają te same błędy i oczekujemy, że wkrótce nowa uchwała, analogicznie do tej z początku roku, zostanie unieważniona. Rada gminy nie może ustanawiać prawa miejscowego, w ramach którego zabrania posiadania i użytkowania substancji, których obrót i użytkowanie jest dopuszczone ustawowo w całym kraju. Uchwała jest bezprawna z powodów stricte formalnych – dodaje Robert Szyman.

PZPTS podziela motywację Rady Miejskiej i Prezydenta Wałbrzycha, dotyczące walki o ochronę środowiska, jednak sposób ich urzeczywistnienia uważa za całkowicie chybiony. Zrzeszone w Związku podmioty aktywnie działają na rzecz ochrony środowiska. Konsekwentnie wspierają działania legislacyjne na szczeblu krajowym i unijnym, mające na celu wzmocnienie systemu zarządzania odpadami i radykalne zwiększenie poziomu recyklingu tworzyw sztucznych w kierunku Gospodarki Obiegu Zamkniętego. System ten jest dziś w Polsce mało efektywny, o czym świadczy konieczność importu przez polskie firmy regranulatu, czyli surowca pochodzącego z recyklingu. Producenci i przetwórcy tworzyw nie są przeciwnikami samorządów, a ich partnerami w rozwoju inwestycji i innowacji.

Przemysł przetwórstwa tworzyw sztucznych w Polsce tworzy ponad 7,5 tys. przedsiębiorstw, głównie MŚP, z łącznym zatrudnieniem około 160 tys. osób.

Jakie zakłady przemysłowe są zobowiązane do neutralizacji spalin?

Zarówno europejskie, jak i krajowe przepisy nakładają na firmy zanieczyszczające powietrze szkodliwymi pyłami restrykcyjne normy w zakresie emisyjności gazów. Nieprzestrzeganie przepisów w tym zakresie wiąże się z wysokimi karami finansowymi, a także innymi sankcjami. Wszystko to sprawia, że przedsiębiorstwa zajmujące się produkcją lub przetwórstwem przemysłowym, zobowiązane są neutralizować gazy, będące jednym z efektów ubocznych prowadzonej przez siebie działalności. Jakie są najlepsze sposoby filtracji i które spaliny bezwzględnie należy oczyszczać? Na te i wiele innych pytań odpowiadamy w dalszej części artykułu.

Jakie spaliny pochodzenia przemysłowego należy neutralizować?

Do jednostek, zobowiązanych przepisami do neutralizacji związków szkodliwych, należą:

  • obiekty energetycznego spalania (ciepłownie, elektrownie),
  • przemysł spożywczy,
  • produkcja napojów i mleczarski,
  • spalarnie odpadów,
  • zakłady chemiczne i przemysł rafineryjny,
  • zakłady z branży metalurgicznej, odlewnie, huty,
  • jednostki przemysłu papierniczego i drzewnego,
  • cementownie i inne.

Wszystkie ujęte są szczegółowo w konkluzjach BAT.

neutralizacja1

Zanieczyszczenie powietrza poprzez emisję przemysłową to zdecydowanie jedno z najpoważniejszych zagrożeń dla ludzi oraz środowiska naturalnego. Skalę problemu najdotkliwiej widać na szczególnie uprzemysłowionych terenach, takich jak parki przemysłowe na obrzeżach dużych miast oraz w regionach kraju związanych gospodarczo z wydobyciem i przetwarzaniem surowców. Współczesne technologie filtracji gazów pozwalają jednak skutecznie neutralizować zapylenie powietrza, redukując emisyjność przedsiębiorstw do restrykcyjnych norm określanych przez Unię Europejską.

Przykłady gazów oraz spalin, które bezwzględnie należy filtrować za pomocą dostępnych na rynku rozwiązań, to m.in.:

  • tlenki siarki (SOx) oraz azotu (NOx),
  • dwutlenek węgla (CO2),
  • chlorowodór (HCl),
  • fluorowodór (HF),

a także metale ciężkie, furany czy dioksyny, powstające m.in. na skutek spalania paliw kopalnych czy obróbki surowców w piecach hutniczych.

Jakie są sposoby neutralizacji spalin?

Neutralizacja spalin jest procesem, który ma na celu dostosowanie poziomów emisji produkowanych przez przedsiębiorstwa przemysłowe gazów do norm zawartych w przepisach UE oraz prawodawstwie krajowym. Firmy i zakłady będące producentami szkodliwych pyłów mogą stosować różne metody filtracji, z których największą popularnością cieszą się te, zakładające fizyczną lub chemiczną separację cząstek stałych od czystego powietrza. Jedną z nich jest odsiarczanie z wykorzystaniem metody gipsowo-wapiennej (na mokro). Zaletą tej technologii jest jej wysoka wydajność, co czyni ją skuteczną nawet w przypadku dużych przepływów spalin.

Inną, wartą uwagi technologią jest stosowanie instalacji katalitycznych, które ograniczają emisję NOx, wspomagając katalityczne utlenianie tlenków węgla, węglowodorów czy lotnych związków organicznych. Z kolei suche instalacje neutralizacji spalin pozwalają na skuteczne usuwanie metali ciężkich oraz ich związków. Jest to możliwe dzięki stosowaniu aktywnego węgla, węglanu wapnia lub innych środków absorpcyjnych. Skuteczną metodę oczyszczania małych oraz średnich przepływów spalin stanowi natomiast mokre odsiarczanie z zastosowaniem absorpcji chemiczno-fizycznej.

neutralizacja2

Za najskuteczniejsze uważa się tradycyjne metody filtracji workowej wspomagane suchymi lub półsuchymi absorbentami. Szeroki wybór dostępnych technologii pozwala na dopasowanie systemu, który zapewni najwyższą skuteczność do konkretnej gałęzi przemysłu oraz rodzaju zanieczyszczenia.

Co grozi zakładom przemysłowym, które nie neutralizują spalin?

Przedsiębiorstwa, które nie stosują się do obowiązujących norm krajowych oraz unijnych (w szczególności dyrektywy IED wprowadzonej rozporządzeniem Ministra Ochrony Środowiska), narażają się na wysokie kary finansowe oraz sankcje. Warto w tym miejscu dodać, że spełnienie tych wymogów oznacza nie tylko obniżenie emisyjności, ale przede wszystkim, wybór odpowiednich instalacji, urządzeń odpylających i systemów filtracyjnych. Wszystko to wymaga eksperckiej wiedzy oraz doświadczenia, twierdzą specjaliści z zakładu INSTAL-FILTER, którzy z chęcią zapraszają do współpracy w zakresie projektowania i dostawy wydajnych rozwiązań filtracyjnych.

FPP: Aż 95% Polaków chce kaucji za opakowania po napojach

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) wskazują, że Polska powinna wprowadzić jeden powszechny system kaucyjny (depozytowy) – czyli kaucję zwrotną za opakowania po napojach. W ten sposób zwiększyłby się poziom odzysku i recyklingu odpadów. Warto podkreślić, że aż 95% Polaków popiera wprowadzenie systemu kaucyjnego1. System kaucyjny powinien być powszechny, scentralizowany, oparty na niezależnym operatorze zarządzającym, podlegać kontroli publicznej i mieć charakter non-profit. Koszty funkcjonowania systemu powinni ponosić producenci, którzy wprowadzają opakowania na rynek.

System kaucyjny – czyli opłata i zwrot opakowań po napojach – powinien obejmować opakowania (butelki i puszki) plastikowe (PET), metalowe oraz szklane. Zwrot opakowań powinien być możliwy w każdym punkcie handlowym, w którym prowadzona jest sprzedaż napojów – w oparciu o krajowy kod kreskowy. Placówki handlowe otrzymywałyby opłatę logistyczną za prowadzenie punktów zbiórki w ramach krajowego systemu kaucyjnego. Kaucja nie powinna podlegać opodatkowaniu VAT – co potwierdzają Polacy w badaniach: aż 78% deklaruje1, że kaucja nie powinna być opodatkowana VAT-em. Niezależny operator odpowiadałby za zliczanie obrotu /liczby opakowań/, dokonywałby rozliczeń z producentami i sklepami oraz kierowałby opakowania do recyklerów. Producenci – w ramach finansowania systemu – ponosiliby opłatę producencką.

„Wiele krajów europejskich już wprowadziło systemy kaucyjne, a kolejne są w fazie zaawansowanych przygotowań. Warto korzystać z doświadczeń najlepszych – czyli krajów skandynawskich, gdzie system kaucyjny działa bardzo efektywnie. Z pewnością Polska – jako istotny rynek konsumencki w Europie – nie powinna zwlekać. Polacy także oczekują wprowadzenia systemu kaucyjnego. To ważny element uporządkowania odzysku i przetwarzania odpadów, ale też rozszerzonej odpowiedzialności producentów. To oni muszą ponosić koszty opakowań, które wprowadzają na rynek. Kaucja za opakowania po napojach pozwoliłaby na odnowienie dobrych nawyków w zakresie opakowań, przysłużyłaby się środowisku i zintegrowałaby Polaków wokół rozwiązań proekologicznych. Ale przede wszystkim pozwoliłaby na kontrolę ilości i jakości opakowań wprowadzanych przez producentów do obiegu” – komentuje Sylwia Szczepańska, dyrektor ds. dialogu Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Polska jeszcze w 2020 roku powinna poddać recyklingowi 50% odpadów komunalnych, czyli około 6 mln ton1. Tymczasem poziom przetworzenia sięgał zaledwie 26,1%2. Przyczyną takiej sytuacji jest słaby poziom odzysku odpadów i duże obciążenia finansowe gmin, które realizują te zadania. W ramach ROP (rozszerzonej odpowiedzialności producentów) to producenci powinni finansować zbieranie i recykling odpadów po opakowaniach. Ponadto należy wprowadzić jeden powszechny system kaucyjny / depozytowy – czyli kaucję za butelki i puszki metalowe, szklane, oraz plastikowe po napojach. Dzięki temu Polska zmniejszy ilość śmieci, które nie są przetwarzane.

Jeszcze w tym roku Polska ma obowiązek wdrożyć dyrektywę europejską dotyczącą m.in. rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP) za opakowania. Należy rozdzielić dwa strumienie odpadów: opakowania po napojach, dla których ROP powinna być realizowana przez wprowadzenie kaucji zwrotnej (jednego powszechnego systemu kaucyjnego / depozytowego). Drugim strumieniem jest finansowanie przez producentów określonych czynności dotyczących odpadów po opakowaniach w ramach gminnego systemu gospodarowania odpadami z gospodarstw domowych. W obu przypadkach podmiotem odpowiedzialnym i finansującym w ramach ROP powinni być producenci, którzy wprowadzają opakowania na rynek. Obecnie to przede wszystkim mieszkańcy gmin płacą za odbiór i przetwarzanie odpadów.

W przypadku systemu depozytowego odpowiedzialność producentów jest pełna, czyli operacyjna (organizacyjna) i finansowa. W przypadku ROP na pozostałe opakowania – wobec istniejącego już w Polsce systemu gospodarowania odpadami – powinna być to odpowiedzialność finansowa. Wprowadzenie ROP oraz systemu kaucyjnego będzie miało istotny wpływ na budowanie postaw proekologicznych, zmniejszanie ilości śmieci, wyższe wskaźniki recyklingu – a w konsekwencji ochronę środowiska i klimatu.

NEXERA zakupiła sieć światłowodową Telcent

Nexera rozszerza zasięg swojej sieci szerokopasmowej w województwie świętokrzyskim. Firma sfinalizowała zakup infrastruktury światłowodowej od firmy Telcent, obejmującej 1.500 gospodarstw domowych zlokalizowanych w gminie Jędrzejów. To już druga transakcja pozyskania aktywów, którą NEXERA przeprowadziła w 2020 r.

12 miesięcy na integrację

W wyniku podpisanej umowy, Nexera nabyła infrastrukturę szerokopasmową od firmy Telcent o łącznej długości 53 km. W zasięgu światłowodowej sieci operatora hurtowego znalazło się kolejne 1.500 gospodarstw domowych z Regionu Świętokrzyskiego. Przez najbliższe 12 miesięcy Nexera będzie prowadzić działania mające na celu integrację infrastruktury światłowodowej Telcent, co umożliwi jej udostępnienie w modelu hurtowym wszystkim zainteresowanym operatorom detalicznym. Dzięki temu mieszkańcy Jędrzejowa i okolic zyskają dostęp do znacznie szerszego wachlarza usług telekomunikacyjnych, które będą oferowane już nie tylko przez jednego, ale przez wielu operatorów.

W okresie dwunastomiesięcznej integracji Telcent nadal będzie świadczył usługi dla swoich dotychczasowych abonentów detalicznych na sieci Nexera, zgodnie z zawartymi umowami. Mieszkańcy będą też mogli skorzystać z usług nowego operatora – Uninet – i przenieść swoje umowy telekomunikacyjne.

Zakup sieci Telcent to kolejna inwestycja realizowana przez Nexerę. Pierwszą tego typu transakcję przeprowadziliśmy pod koniec lipca br. z operatorem Uninet, który teraz świadczy usługi detaliczne na sieci Nexery. Zakupy i integracja istniejących sieci światłowodowych to, obok inwestycji własnych, ważny element budowy operatora hurtowego z siecią dostępową o zasięgu 1 mln gospodarstw domowych. Mieszkańcy, którzy znajdą się w zasięgu naszej sieci, mają znacznie większy wybór usług telekomunikacyjnych oferowanych zarówno przez operatorów lokalnych jak i ogólnopolskich. W niektórych miejscowościach w zasięgu naszej sieci mieszkańcy mogą skorzystać z usług nawet 7 operatorów detalicznych na jednym łączu. Jest to fenomenem na skalę Polski i sytuacja bardzo rzadko spotykana na świecie – mówi Jacek Wiśniewski, Prezes Zarządu Nexery.

– Umowa sprzedaży sieci jest korzystna dla obydwu stron. W ciągu najbliższych dwunastu miesięcy, czyli w okresie integracji sieci, będziemy nadal świadczyć usługi dla naszych klientów detalicznych, co pozwoli nam zakończyć wszystkie zobowiązania. Po tym okresie, dzięki transakcji sprzedaży sieci, skupimy się na naszej podstawowej działalności: projektowaniu i budowie rozwiązań telekomunikacyjnych, jakie z powodzeniem realizujemy za pomocą innej naszej spółki. Być może w tym obszarze nawiążemy z Nexerą współpracę, mając na uwadze bardzo dobre doświadczenia związane z przeprowadzoną transakcją – mówi Paweł Bąk, współwłaściciel firmy Telcent.

Mieszkańcy potrzebują szerokopasmowej sieci

Wykorzystanie internetu systematycznie wzrasta – zarówno w całej Polsce, jak i w Regionie Świętokrzyskim. Większa eksploatacja łącza wpływa również na wzrost oczekiwań względem jego prędkości oraz jakości. Jak pokazuje badanie Nexery #RegionyNEXERY2020, ponad 63% badanych z Regionu Świętokrzyskiego jest zadowolonych z posiadanego łącza, jednak ponad połowa (51%) korzystających z internetu w domu rozważa zwiększenie jego prędkości. 61% mieszkańców uważa, że dostęp do internetu jest ważniejszy niż liczba połączeń komunikacyjnych do miasta, a według 93% respondentów budowa szybkiej sieci wpłynie na podniesienie atrakcyjności inwestycyjnej Regionu.

– Zależy nam na tym, aby jak najwięcej mieszkańców z naszych Regionów miało dostęp do najnowocześniejszych usług cyfrowych, które spełnią ich wymagania i potrzeby w zakresie korzystania z łącza. Dlatego planujemy kolejne inwestycje zlokalizowane w Regionach, gdzie już budujemy sieć światłowodową. Chcemy przyczyniać się do zmniejszania nierówności w dostępie do infrastruktury telekomunikacyjnej, a tym samym otwierać nowe możliwości na lepsze życie, pracę i prowadzenie biznesu przed mieszkańcami obszarów zwłaszcza tych słabiej rozwiniętych cyfrowo – podsumowuje Paweł Biarda, Członek Zarządu ds. Komercyjnych w firmie Nexera.

Nota metodologiczna:

Raport #RegionyNEXERY2020 to druga edycja autorskiego badania #RegionyNEXERY realizowanego przez firmę GfK dla firmy NEXERA. Badanie przeprowadzono w miesiącach marzec i kwiecień 2020 r. wśród mieszkańców, nauczycieli, urzędników i przedsiębiorców z Regionów NEXERY. Publikacja jest jednym z najbardziej przekrojowych źródeł wiedzy o polskich internautach na obszarach, gdzie brakuje dostępu do szerokopasmowego internetu lub dostęp do nich jest ograniczony. Raport podzielono na kilka obszarów tematycznych. Badanie dotyczące życia codziennego (przeprowadzone wśród mieszkańców) zrealizowano techniką wywiadu internetowego CAWI (computer assisted web interview). Wszyscy badani to użytkownicy internetu. W badaniu wzięli udział mieszkańcy zamieszkujący teren objęty siecią NEXERY. Łącznie zostało zrealizowanych 1.601 wywiadów. W raporcie #RegionyNEXERY2020 wykorzystano ponadto dane ze źródeł ogólnodostępnych oraz analizy zespołu InsightOut Lab.

Zmniejsza się liczba klientów bez maseczek. Pracownicy sklepów zdecydowanie odważniej reagują

Z najnowszego audytu sieci handlowych wynika, że pojemnik na płyn lub automat do dezynfekcji rąk w sklepie to już norma. W większości placówek zbiorniki są odpowiednio napełnione lub na bieżąco uzupełniane. Jednak coraz bardziej brakuje jednorazowych rękawiczek. Za to pracownicy częściej noszą maski lub przyłbice. I co ważniejsze, sprawniej reagują na to, aby klienci zasłaniali nosy i usta.

Audyt został przeprowadzony metodą „mystery shopping”. Tajemniczy klienci sprawdzali, czy w sklepach są pojemniki na płyn do dezynfekcji rąk. Weryfikowali też, czy nie są one czasem puste. Do tego badali, czy w placówkach były jednorazowe rękawiczki ochronne. Ponadto obserwowali, czy klienci, wchodząc do obiektów bez maseczek lub przyłbic, mieli zwracaną uwagę. Przyglądali się również, czy sami pracownicy sklepów zasłaniają usta i nosy.

I tak z badania wynika, że w każdym analizowanym sklepie był pojemnik na płyn do dezynfekcji rąk lub automat służący do tego celu. Dwa miesiące wcześniej, podczas identycznego badania, 91% obiektów spełniało tę normę. W większości placówek zbiorniki były napełnione – w sieciach convenience w 98% przypadków (poprzednio w 96%), w dyskontach w 100% (wcześniej w 98%), w hipermarketach w 99% (identycznie jak wcześniej), a w supermarketach – w 96% sklepach (w czerwcu br. w 99%). W kilku miejscach zdarzyło się też, że w czasie wizyty tajemniczego klienta pojemniki były uzupełniane.

– Badanie jednoznacznie wykazało, iż sieci handlowe faktycznie starają się o to, by klienci czuli się bezpiecznie, robiąc u nich zakupy. Dbają, aby pojemniki z płynem do dezynfekcji rąk były obecne i regularnie uzupełniane. Jest też wysoce prawdopodobne, że stwierdzone ubytki bywają tylko chwilowe – komentuje Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland.

W czerwcu br. jednorazowe rękawiczki ochronne często były niedostępne, mocno ukryte lub praktycznie niezauważalne dla klientów. Obecnie sklepy wykładają ich jeszcze mniej, licząc może na to, że klienci sami się w nie zaopatrują. Aż w 77% hipermarketów stwierdzono, że nie było rękawiczek (poprzednio w 56%). Brakowało ich też w 71% dyskontów (wcześniej w 58%), w 66% sieci convenience (dwa miesiące temu w 39%). Najlepiej wyglądało to w supermarketach, tj. nie było rękawiczek w 64% sklepach (w czerwcu w 43%).

– Sieci mogły uznać, że ten obowiązek leży po stronie klientów. Być może też doszły do wniosku, że znikoma liczba konsumentów robi zakupy w rękawiczkach. Niemniej jednak, jak wykazało lipcowe badanie UCE RESEARCH i SYNO Poland, łącznie tylko ponad połowa Polaków to praktykuje – mówi Karol Kamiński z Grupy AdRetail.

W ciągu dwóch miesięcy nastąpiła lekka poprawa w kwestii noszenia masek lub przyłbic przez pracowników. W większości obiektów personel miał je na sobie praktycznie przy każdej wykonywanej czynności. Najlepiej wyglądało to w supermarketach i hipermarketach – po 98% (poprzednio – odpowiednio 96% i 98%). Bardzo podobnie było w dyskontach – 97% (wcześniej 87%), a także w sieciach typu convenience – obecnie 96% (poprzednio 89%).

– Można się domyślać, iż obecna polityka sieci ma na celu zapewnienie bezpiecznych zakupów klientom. Przez pewien czas obawiali się oni wizyt w sklepach. Obsługa, która teraz nie zakrywa nosa i ust, może bardzo zaszkodzić wizerunkowi sklepu. I sieci dobrze o tym wiedzą. Dlatego też nie pozwalają sobie na tego typu sytuacje – uważa Julita Pryzmont.

Audyt wykazał też, że pracownicy sklepów bardziej pilnują noszenia masek lub przyłbic przez swoich klientów niż wcześniej. Tym razem najlepiej wyglądało to w dyskontach, bo w 84% placówek ktoś z obsługi zwrócił uwagę na niezakrywanie ust i nosa. Poprzednio było tak w 25% obiektów. Potem znalazły się sklepy convenience – 78%. Wcześniej miały wynik zaledwie 5%. W dalszej kolejności były supermarkety – 74% (poprzednio 12%), a potem hipermarkety – 72% (wcześniej 18%).

– Tak drastyczna zmiana to zapewne skutek nacisków instytucji rządowych oraz mediów na sieci handlowe. Wcześniej były oficjalne wytyczne, ale pracownicy sklepów mieli problemy z ich interpretacją i nie bardzo wiedzieli, jak się zachowywać wobec klientów. Jednak  poprawa wyników świadczy o tym, że personel jest szkolony i literalnie stosuje wprowadzone zasady – dodaje Kamiński.

Według badania, w sklepach jest teraz zdecydowanie mniej klientów, którzy nie noszą masek lub przyłbic. W czerwcu br. na 10 osób 3-4 nie miały ich. Obecnie są to maksymalnie 2 osoby. W tej kwestii zdecydowanie najczęściej reagują pracownicy ochrony (głównie w dyskontach i hipermarketach).

– Jeżeli personel częściej upomina łamiących zasady klientów, to oni również zmieniają swoje przyzwyczajenia. Fakt, że pracownicy ochrony zwykle zwracają uwagę konsumentom, wynika z tego, że są oni na tzw. pierwszej linii frontu. Ich zadaniem jest przecież obserwowanie ludzi i pilnowanie bezpieczeństwa – podsumowuje ekspert z Grupy AdRetail.

Badanie zostało wykonane przez UCE RESEARCH, na zlecenie portalu Money.pl, w dniach 27-30 sierpnia br. metodą „mystery shopping” (tj. za pomocą tajemniczych klientów). Zrealizowano je w 276 sklepach (losowo wybranych), znajdujących się w 16 miastach wojewódzkich, w tym w 11 aglomeracjach. Wśród tych placówek były dyskonty, hipermarkety, supermarkety i sieci convenience.

Mimo chwilowego załamania podczas epidemii, ceny prądu wzrosną

Ceny energii elektrycznej spadły podczas epidemii. Stało się tak, ponieważ zmalał popyt na prąd – zamrożenie gospodarki oznaczało mniejsze zużycie energii. Był to jednak tylko spadek punktowy. Średnie ceny energii wciąż są wyższe niż w roku poprzednim, a na początku 2021 roku mają wzrosnąć jeszcze bardziej. Wynika to z kilku względów. Po pierwsze są to rosnące koszty pozwoleń na emisję CO2, które w Polsce musi mieć aż 80% dostawców prądu. Głównym źródłem energii elektrycznej jest u nas nadal węgiel kamienny i brunatny – obłożony dużymi kosztami emisyjnymi. Na wzrost cen wpłynie również program ratunkowy dla sektora elektroenergetycznego – czyli tak zwany Rynek Mocy.

– Rynek Mocy zacznie obowiązywać z lekkim przesunięciem: będzie to pierwszy stycznia 2021 roku. To kolejny impuls do wzrostu cen energii, która zapewne uplasuje się na poziomie 45-55 zł za MWh. To duży wzrost – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Pomoc rynkowi elektroenergetycznemu jest wprowadzana po to, by elektroenergetyka węglowa zyskała impuls inwestycyjny. Dzięki temu rozpoczną się inwestycje w elektroenergetykę i w ciepłownictwo, które po jakimś czasie zaczną się zwracać. Mamy więc sytuację, gdy pojawia się impuls do wzrostu cen energii. Jest on oczywiście ograniczony technologiami i tym, co się dzieje na rynkach otaczających – coraz mocniej połączonych z naszym rynkiem elektroenergetycznym. Natomiast wzrost cen energii nastąpi na pewno od stycznia następnego roku – zapowiada Roszkowski.

Sytuacja poszczególnych branż zmagających się z zaległymi zobowiązaniami płatniczymi – 3 kw. 2020

Jedna trzecia mikro, małych i średnich firm deklaruje, że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy  odbiorcom ich towarów i usług zdarzało się opóźniać płatności przez ponad 60 dni. Mimo przedłużającej się pandemii, w trzecim kwartale przedsiębiorstw z problemami w rozliczeniach nieznacznie ubyło – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Najbardziej poprawiły sytuację handel i usługi, pogorszyło się natomiast w budownictwie.

Badanie wykonane dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor przez Instytut Keralla Research, w ramach projektu „Skaner MŚP”, pokazuje, że wbrew trudnym warunkom gospodarczym wywołanym pandemią koronawirusa polepszyła się jakość rozliczeń przedsiębiorstw. Odsetek przedstawicieli firm deklarujących, że ich kontrahenci w ostatnich sześciu miesiącach opóźnili płatność o ponad dwa miesiące spadł do 32,9 proc. Tak poważnie przeterminowane należności miało w drugim kwartale tego roku blisko 35 proc. firm, w pierwszym ok. 40 proc., a przed rokiem niemal 50 proc.

Należności przeterminowane ponad 60 dni w poprzednich 6 miesiącach

Należności przeterminowane ponad 60 dni w poprzednich 6 miesiącach
Źródło: BIG InfoMonitor

– Przedsiębiorcy stale doświadczają kłopotów z terminowym otrzymywaniem płatności. Zauważamy jednak, że trzeci kwartał jest kolejnym, w którym odsetek poszkodowanych spada. Jest to ewidentny przykład większej odpowiedzialności i zapobiegliwości prowadzących biznesy, co potwierdza m.in. fakt, że w tej samej grupie badanych mikro, małych i średnich firm aż 23,4 proc. nie stosuje obecnie w rozliczeniach odroczonego terminu płatności, a w zeszłym roku deklarowało takie działanie 10,4 proc. z nich – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Bez wątpienia na poprawę sytuacji wpłynęło też wykorzystanie różnych narzędzi pomocowych przygotowanych przez państwo w okresie pandemii – dodaje.

Rozpatrując krótsze, ponad trzydziestodniowe opóźnienia, widać, że odsetek zgłaszających problem z tego typu rozliczeniami nieznacznie jednak wzrósł, z 46,5 proc. do 49,1 proc.

Należności przeterminowane ponad 30 dni w poprzednich 6 miesiącach

Należności przeterminowane ponad 30 dni w poprzednich 6 miesiącach
Źródło: BIG InfoMonitor

Po transporcie, to przemysł ma największe kłopoty

Sytuacja poszczególnych branż zmagających się z zaległymi zobowiązaniami jest mocno  zróżnicowana. Wpływ na to mogą mieć nie tylko nieterminowe rozliczenia nawarstwiające się w ostatnich latach, ale też zmiana sytuacji gospodarczej wywołana pandemią i reakcja na tę zmianę. Paradoksalnie lockdown i inne konsekwencje pandemii sprawiły, że terminowość rozliczeń B2B zdecydowanie się poprawiła. Gdy w trzecim kwartale zeszłego roku o problemach mówiła połowa firm, dziś deklaruje je co trzecia. Obecnie najczęściej na problem z zaległościami przekraczającymi 60 dni wskazują przedstawiciele branży transportowej (44,1 proc.), niewiele lepiej jest też w przemyśle (41 proc.). W handlu natomiast o znaczących opóźnieniach mówi 29,4 proc., a w budownictwie 23,3 proc. Najrzadziej kłopotów doświadczają usługodawcy – 19,3 proc.

Należności przeterminowane ponad 30 dni w poprzednich 6 miesiącach 2
Źródło: BIG InfoMonitor

Z zestawienia odpowiedzi przedsiębiorców na temat niesolidności odbiorców z ostatnich kwartałów wynika, że w pandemicznych warunkach najbardziej poprawił ściąganie należności handel, gdzie odsetek skarżących się na opóźnienia spadł z dwóch trzecich przed rokiem i połowy na początku br. do mniej niż 30 proc. – Tym samym handel, od wielu kwartałów najbardziej obok transportu doświadczony przez niesolidnych odbiorców, ustąpił miejsca przemysłowi, który po sporej poprawie na początku pandemii znów ma się gorzej – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak. – Widać także, że w nowych trudnych warunkach lepiej udaje się zadbać o rozliczenia również firmom usługowym. W sektorze tym kłopoty z ponad dwumiesięcznymi opóźnieniami ma dziś mniej niż jedna piąta badanych. Wyraźnie znów zaczęło pogarszać się w budownictwie, gdzie udział przedsiębiorstw długo wyczekujących na zapłatę wzrósł w czasach COVID-19 do 23 proc., choć jeszcze na początku roku wynosił 14 proc. – dodaje.

Ograniczone zaufanie odpowiedzią na trudne czasy

Jakość wzajemnych rozliczeń przedsiębiorstw wygląda lepiej, bo niemal połowa podmiotów w zderzeniu z COVID-19 postanowiła zacząć działać.  Firmy skoncentrowane wcześniej na zwiększeniu sprzedaży, zdobywaniu nowych rynków, w chwili gdy dla wielu popyt się załamał, a w najlepszym przypadku stopniał, bardziej zaczęły zwracać uwagę na to, aby klienci rozliczali się terminowo. Bardzo ważne stało się bowiem utrzymanie płynności finansowej – również po to, by na czas płacić swoim dostawcom i nie narażać ich na dodatkowe problemy. Co zrobili przedsiębiorcy? Najwięcej zastosowało metodę ograniczonego zaufania – dokładniej sprawdzają partnerów biznesowych (13,8 proc.), natychmiast reagują też na opóźnienia (11,2 proc.), nie dopuszczając do przeciągania płatności przez kontrahentów – mówi Sławomir Grzelczak. Prawie 6 proc. wprowadziło przedpłaty, blisko 5 proc. sięgnęło po pomoc firmy windykacyjnej. Niektórzy podjęli też decyzję o skróceniu terminów płatności lub skorzystaniu z ubezpieczenia należności i faktoringu.

Należności przeterminowane ponad 30 dni w poprzednich 6 miesiącach 3
Źródło: BIG InfoMonitor

 Panujące na rynku wcześniej zasady rozliczeń jak i samo podejście ewidentnie zmieniają się pod wpływem epidemii koronawirusa. Odczuwają to już zresztą przedsiębiorcy z każdego sektora. W przemyśle co ósma firma wprowadziła ostatnio przedpłaty. W transporcie niemal co piąta zaczęła natychmiast reagować na opóźnienia, w czym pomocne jest np. powiadomienie o możliwości wpisu do rejestru dłużników BIG. Z kolei w handlu, który odnotował największą zmianę na lepsze w rozliczeniach B2B, co piąta firma zaczęła dokładniej sprawdzać potencjalnych kontrahentów jeszcze przed podjęciem współpracy. Jedną z metod weryfikacji wiarygodności finansowej kontrahenta jest sprawdzenie go w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor pod katem zaległości na rzecz innych podmiotów – mówi Sławomir Grzelczak.

Badanie zrealizowane przez Instytut Keralla Research, w ramach projektu „Skaner MŚP”, prowadzonego co kwartał wśród mikro, małych i średnich firm. Próba = 500, technika: wywiady telefoniczne, termin: lipiec 2020 r.

Rynek mieszkaniowy w coraz lepszej kondycji. Deweloperzy przygotowują się na wzrost zainteresowania lokalami

W ostatnich kilku latach polski rynek nieruchomości był nieprzerwanie w fazie hossy, ale pandemia SARS-CoV-2 chwilowo nim zachwiała. Klienci ograniczyli popyt, co pociągnęło za sobą słabsze wyniki finansowe deweloperów, a także wstrzymanie się z nowymi inwestycjami. W ostatnich tygodniach sytuacja zaczyna się stabilizować – banki delikatnie luzują restrykcyjne warunki udzielania kredytów, a w biurach deweloperów widać dużo większy ruch. RONSON Development mimo pandemii ma za sobą dobre półrocze i wysoką sprzedaż, a żeby sprostać rosnącemu popytowi, deweloper zadecydował, że poprowadzi równolegle budowę aż trzech kolejnych etapów w obu swoich flagowych inwestycjach.

Jak wynika z raportu redNet Property Group i CBRE, w II kwartale sprzedaż mieszkań znacząco spadła, na niektórych rynkach (np. Warszawa czy Łódź) nawet o ponad 50 proc. Jednak w kolejnych miesiącach analitycy i deweloperzy spodziewają się odbicia.

 Rynek nieruchomości jest dziś w lepszej kondycji niż w poprzednich miesiącach. Ceny nie spadają, chociaż większość klientów oczekiwałaby tego. Nie jesteśmy jednak w punkcie, w którym konieczne byłoby obniżenie cen. Naszym zdaniem rynek się umacnia, choć uważamy, że podaż nieznacznie spadnie, ponieważ część deweloperów nie rozpoczyna realizacji nowych inwestycji lub kolejnych etapów – mówi agencji Newseria Biznes Boaz Haim, prezes zarządu RONSON Development.

Prognozy spadku podaży mogą potwierdzać też dane GUS, według których w okresie styczeń–lipiec tego roku rozpoczęto budowę 121,7 tys. mieszkań, czyli o 11,4 proc. mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Deweloperzy rozpoczęli budowę 65,8 tys. mieszkań, czyli o 16,4 proc. mniej niż przed rokiem. To w dużej mierze efekt niepewności wywołanej pandemią SARS-CoV-2. Po pierwszych siedmiu miesiącach roku odnotowano też mniej pozwoleń na budowę lub zgłoszeń budowy (o 4,5 proc.).

Także popyt na mieszkania jest nieco niższy niż przed rokiem. Wskazują na to chociażby dane BIK na temat kredytów hipotecznych. W sierpniu tego roku o kredyt mieszkaniowy wnioskowało ponad 32,6 tys. klientów w porównaniu do 35 tys. rok wcześniej, co oznacza spadek o 6,8 proc. Również w ujęciu miesięcznym odnotowano spadek, ale analitycy wskazują, że mimo to można mówić o stabilizacji na rynku i odbudowywaniu się popytu.

 Inwestorzy są zainteresowani rynkiem nieruchomości mieszkaniowych, bo pandemia pokazała, że jest on bardzo bezpiecznym miejscem do lokowania środków, a sektor mieszkaniowy jest najmocniejszy wśród wszystkich segmentów rynku – podkreśla Boaz Haim.

Co ciekawe, rośnie też średnia kwota wnioskowanego kredytu. W sierpniu wynosiła ona 290 tys. zł, co może świadczyć o tym, że klienci kredytują coraz większe i droższe nieruchomości.

– Zauważyliśmy, że przez pandemię klienci wolą kupić nieco większe mieszkanie, niż miało to miejsce w przeszłości. Większość szuka mieszkania z ogrodem lub balkonem, w którym będą mieli przestrzeń do urządzenia domowego biura lub miejsce zapewniające trochę prywatności na potrzeby spotkań online czy wideokonferencji. Zapotrzebowanie na większe mieszkania jest bardziej zauważalne – mówi prezes RONSON Development.

Pozytywnym sygnałem może być również to, że w lipcu br. deweloperzy oddali do użytkowania ponad 14,3 tys. mieszkań. To o prawie 38 proc. więcej niż w czerwcu br. oraz w lipcu 2019 roku. Wynik za okres styczeń–lipiec to 76,7 tys. lokali, o 11 proc. więcej niż przed rokiem. Pierwsze półrocze było jednak trudnym okresem dla wielu firm deweloperskich. Jak wynika z zestawienia przygotowanego przez RynekPierwotny.pl, sprzedaż mieszkaniowa deweloperów notowanych na GPW spadła w tym okresie o blisko 15 proc. Niektóre firmy odnotowały nawet 50-proc. spadki, a wynik na plusie był rzadkością. Udało się to m.in. RONSON Development, który zanotował ponad 23-proc. wzrost sprzedaży względem I połowy 2019 roku.

– Mamy za sobą bardzo dobre półrocze. W zakresie realizacji projektów SARS-CoV-2 nie wywarł negatywnego wpływu na pozyskanie pozwoleń na budowę i rozpoczęcie kolejnych etapów inwestycji ujętych w harmonogramie. Udało nam się pozyskać pozwolenia na budowę i podpisać umowy z głównymi wykonawcami – mówi Boaz Haim. – Kiedy w marcu pandemia do nas dotarła, podjęliśmy decyzję, że priorytetową kwestią będzie realizacja naszych planów, rozpoczęcie planowanych etapów inwestycji i kontynuacja rozpoczętych robót budowlanych. Działaliśmy zgodnie z planem i wszystko się udało.

W pierwszym półroczu RONSON Development przekazał klientom 602 lokale, co oznacza wzrost o 76 proc. rok do roku. Sprzedaż natomiast wzrosła w ujęciu rocznym do 426 sztuk. Deweloper podkreśla, że mimo spowolnienia w całym sektorze pandemia nie pogorszyła jego wyników finansowych. W pierwszym półroczu RONSON odnotował wzrost przychodów o 77 proc. rok do roku do poziomu 253 mln zł. Marża brutto ze sprzedaży projektów mieszkaniowych wyniosła 26,3 proc. (wobec 17,8 przed rokiem), natomiast zysk operacyjny wzrósł rok do roku o 187 proc. do 50,7 mln zł.

Głównym motorem sprzedaży były projekty Ursus Centralny (151 sprzedanych lokali) oraz projekt Miasto Moje (82 lokale). To dwa największe projekty w portfolio spółki. Żeby sprostać rosnącemu popytowi na obie inwestycje, deweloper zadecydował, że mimo niepewności związanej z pandemią poprowadzi równolegle budowę trzech kolejnych etapów w obu tych inwestycjach.

– Zamierzamy utrzymać tempo wzrostu sprzedaży, które odnotowujemy od kilku miesięcy pandemii. Uważamy, że rynek się umocnił, i wracamy do wyników, które odnotowywaliśmy przed Covid-19, więc sytuacja jest bardzo dobra. Dlatego po raz pierwszy w historii podjęliśmy decyzję o równoczesnej realizacji trzech etapów na naszych dwóch największych inwestycjach: osiedli Miasto Moje i Ursus Centralny – uzasadnia prezes spółki.

Rozbudowa flagowych inwestycji RONSONA o kolejne etapy ma ruszyć jeszcze w tym miesiącu. Równolegle będą prowadzone etapy Ursus Centralny I, II i III, gdzie liczba dostępnych lokali wyniesie 209, oraz Miasto Moje III, IV i V z łączną liczbą 296 lokali. Uruchomienie sprzedaży najnowszych etapów obu inwestycji zwiększy całkowitą podaż spółki do prawie 1000 lokali.

Realizacja kilku etapów projektów w tym samym czasie będzie wymagać dużego nakładu sił i koordynacji działań. Co jednak istotne, deweloper już w sierpniu – a więc na trzy miesiące przed planowanym terminem – oddał do użytku V etap szczecińskiego osiedla Panoramika ze 115 lokalami. W tej chwili w sprzedaży pozostało w nim już tylko kilka wolnych mieszkań.

– W zakresie planów sprzedażowych, które przygotowaliśmy na początek 2021 roku, chcemy poszerzyć naszą ofertę i rozpocząć prace budowlane na wszystkich działkach, które zakupiliśmy. Mowa m.in. o projektach Chilli City w Poznaniu i Falentach w Warszawie. Inwestycje te będą odpowiedzią na zapotrzebowanie, które zgłaszają klienci w związku z pandemią – wprowadzimy na rynek minidomy z ogrodami – wskazuje Boaz Haim. – Ruszymy także z inwestycją mieszkaniową na warszawskich Siekierkach. Chcemy powiększyć naszą bazę gruntów, działek przeznaczonych pod zabudowę w niedalekiej przyszłości. W tym roku kupiliśmy już dwie działki: w Poznaniu i na warszawskiej Woli.

Rusza sezon na przetwory. W tym roku zdecydowanie mniej Polaków planuje przygotować słoiki na zimę

Polacy lubią smaki domowych przetworów. 80 proc. badanych ceni je bardziej niż produkty ze sklepowych półek – wynika z Barometru Providenta. Jednak odsetek osób, które będą w tym sezonie robić przetwory, jest znacznie niższy. Taki zamiar ma 52 proc. ankietowanych. Najczęściej w słoikach zamykamy ogórki – konserwowe i kiszone – oraz dżemy i konfitury.

– W ramach badania Barometr Providenta zadaliśmy Polakom pytanie o ich stosunek do przetworów na zimę. 80 proc. respondentów wskazało na to, że zdecydowanie bardziej ceni sobie samodzielnie przygotowywane przetwory. Niestety liczba ta nie przekłada się na to, ilu z nas je robi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Łuczak, rzeczniczka Provident Polska.

W tym roku chęć przygotowania zimowych przetworów samodzielnie deklaruje 52 proc. badanych, podczas gdy w ubiegłym roku było to 75 proc. W tej grupie jest więcej kobiet. Wśród ankietowanych pań twierdząco odpowiedziało prawie 60 proc., a wśród panów odsetek wyniósł 45 proc.

– Zdecydowanie najczęściej robimy ogórki – kiszone i konserwowe. Drugie w kolejności są dżemy i konfitury – wymienia Karolina Łuczak.

Tego typu przetwory przygotowuje odpowiednio prawie 38 proc. i blisko 18 proc. respondentów. Około 9 proc. zrobi w słoikach soki i syropy owocowe oraz grzybki marynowane. Te ostatnie są chętniej przygotowywane przez mężczyzn, podobnie jak nalewki (8,5 proc. mężczyzn vs. 3 proc. kobiet). Panie natomiast częściej niż panowie decydują się na przetwory z pomidorów – soki i koncentraty.

– Przetwory przygotowują przede wszystkim osoby młode, do 24. roku życia, oraz osoby powyżej 50. roku życia. Wynika to prawdopodobnie stąd, że młodzi ludzie kierują się przede wszystkim szczególnym podejściem do zdrowego żywienia i ekologii, natomiast starsze kontynuują z kolei domową tradycję – wskazuje rzeczniczka Provident Polska.

Blisko 55 proc. ankietowanych twierdzi, że w ich domach słoiki na zimę robi się niemal co roku, zaś co trzeci mówi, że zdarza się to czasami. Motywacją jest przede wszystkim smak domowych przetworów. Polacy oceniają je jako lepszy niż kupowanych produktów w słoikach. Cenią także to, że można je przygotować z naturalnych składników.

– Przede wszystkim korzystamy z własnych zbiorów, z tego, co sami mamy w ogrodach. Drugie w kolejności są zakupy na targach lub osiedlowych warzywniakach. Najmniejszą popularnością cieszą się zakupy w supermarketach, z których najczęściej korzystają panowie – mówi Karolina Łuczak.

Co piąty badany wykorzystuje w przetworach warzywa i owoce, które otrzymał od rodziny i znajomych. Często też obdarowujemy innych przygotowanymi samodzielnie produktami.

Krajowy Plan Odbudowy ma być przedstawiony Komisji Europejskiej jeszcze we wrześniu. Pozwoli on skorzystać z miliardów euro na walkę z kryzysem

Trwają intensywne prace nad Krajowym Planem Odbudowy, który jest warunkiem uzyskania wsparcia finansowego z unijnego instrumentu Next Generation EU. Plan ma powstać jeszcze w tym roku i będzie przewidywał realizację kilku tysięcy projektów z obszarów energetyki, transportu, cyfryzacji oraz ochrony środowiska, zgłoszonych przez ministerstwa i samorządy wojewódzkie. Poziom finansowania przewidziany dla Polski w ramach Europejskiego Instrumentu Odbudowy to 63,8 mld euro.

Next Generation EU to narzędzie finansowe, które ma przyspieszyć odradzanie się europejskiej gospodarki po pandemii i zapewnić wsparcie finansowe dla sektorów kluczowych dla jej rozwoju w przyszłości. Budżet Europejskiego Instrumentu Odbudowy wynosi 750 mld euro, a jego realizacja jest przewidziana na lata 2021–2024.

Już od stycznia 2021 roku może być wykorzystywany przez kraje unijne, ale fundusze muszą być wydane zgodnie z przeznaczeniem. Unia przewiduje finansowanie trzech filarów: po pierwsze, pomocy dla państw członkowskich przez wsparcie inwestycji, reform oraz sprawiedliwej transformacji; po drugie, wsparcia inwestycyjnego dla konkretnych technologii oraz przedsiębiorstw, a po trzecie – programów zdrowotnych i przeciwdziałania przyszłym kryzysom.

– Next Generation EU to bardzo ważny fundusz, który jest odpowiedzią na skutki pandemii SARS-CoV-2, i ma przede wszystkim pomóc w odbudowie unijnej gospodarki po kryzysie. Jednak jego zadaniem jest również napędzać ją do tego, aby stanowiła swoiste koło zamachowe dla nowych inwestycji, które będą ją pobudzać do rozwoju w określonych kierunkach – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej.

Jak podkreśla, teraz istotny jest sposób, w jaki Polska skorzysta z tego funduszu, a kluczowy dokument to Krajowy Plan Odbudowy. Dotychczas do Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej wpłynęło ponad 2 tys. propozycji projektów z poszczególnych resortów z obszarów energetyki, transportu, cyfryzacji oraz ochrony środowiska, które mają być wpisane do planu. Najprawdopodobniej drugie tyle propozycji przedstawią marszałkowie województw. Urzędy marszałkowskie uruchomiły konsultacje społeczne oraz organizują spotkania z interesariuszami.

– Zakładamy, że Krajowy Plan Odbudowy zostanie sporządzony do końca tego roku, a następnie rozpoczną się negocjacje z Komisją Europejską. Natomiast jeszcze w tym miesiącu chcielibyśmy roboczo skonsultować projekt tego dokumentu z Komisją Europejską, aby później dokonywać tylko drobnych, kosmetycznych poprawek – planuje Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Krajowy Plan Odbudowy może zostać przedstawiony Komisji Europejskiej najwcześniej po 15 października 2020 roku (wraz z projektem budżetu) do 30 kwietnia 2021 (lub 2022) roku. KE ma dwa miesiące na ocenę i podjęcie decyzji o wsparciu finansowym.

Prognozy dotyczące kondycji unijnej gospodarki nie są dobre. Zgodnie z lipcowymi szacunkami Komisji Europejskiej zakłócenie aktywności gospodarczej oraz łańcuchów dostaw w państwach członkowskich spowoduje spadek unijnego PKB o 8,3 proc. w 2020 roku Z kolei prognozy dotyczące Polski są bardziej optymistyczne. Według założeń tegorocznego budżetu spadek wyniesie 4,6 proc., a w przyszłorocznym Ministerstwo Finansów szacuje wzrost PKB na poziomie 4 proc.

Pandemia tylko chwilowo zachwiała inwestycjami w OZE. Polski rynek szturmują zagraniczni inwestorzy

Inwestycje w odnawialne źródła energii są w centrum zainteresowania sektora bankowego, jak i zagranicznych inwestorów, którzy szturmują polski rynek. Jednak pandemia SARS-CoV-2 chwilowo nim zachwiała i wstrzymała prace w tym sektorze. – Wzrosło i ryzyko, i koszty – mówi Paweł Olkowicz z DNB Bank Polska. Marże finansowania udzielonego przez banki klientom z sektora OZE są w tej chwili wyższe niż przed pandemią, ale z drugiej strony – dwukrotna obniżka stóp procentowych NBP spowodowała, że całkowite koszty finansowania są znacznie mniejsze. To m.in. z tego powodu w nadchodzących miesiącach inwestycje w OZE powinny powrócić do tempa sprzed pandemii.

 Polska przeżywa w tej chwili boom związany z zainteresowaniem inwestorów z zewnątrz i sektora finansowego. Nasz rynek jest zalewany przez zagranicznych inwestorów i są to najwięksi światowi gracze w tej branży. To nam daje podwójne korzyści. Po pierwsze, korzystamy z ich silnego zaplecza finansowego, co gwarantuje wysokie poziomy ich wkładu własnego w projekty realizowane w Polsce. Po drugie, mają oni olbrzymie doświadczenie z wielu rynków, którym chętnie się dzielą, a my lokalnie na tym korzystamy – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Olkowicz, ekspert w Departamencie Finansowania Strukturyzowanego i Projektowego w DNB Bank Polska.

Polska jest w ostatnich latach wielkim placem budowy dla inwestycji w odnawialne źródła energii. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki na koniec II kwartału br. łączna moc zainstalowana w OZE w polskim systemie przekroczyła 9474 MW. Dla porównania jeszcze pięć lat wcześniej wynosiła 6970 MW.

Głównym obszarem inwestycji jest fotowoltaika, która cieszy się rosnącą skokowo popularnością. Na początku sierpnia br. moc zainstalowana w instalacjach PV w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym wyniosła 2261,347 MW. Oznacza to wzrost o ponad 156 proc. rok do roku – wynika z danych PSE. Przed nią wciąż jednak plasuje się energetyka wiatrowa. Według URE w II kwartale br. w Polsce funkcjonowało 6039 MW w energetyce wiatrowej. Farmy są rozwijane na razie na lądzie, ale w przyszłym roku ma wejść w życie tzw. ustawa offshorowa – wyczekiwana przez branżę i inwestorów – która usprawni i przyspieszy wart 30 mld zł projekt budowy morskich farm wiatrowych na Bałtyku. Prąd ma popłynąć z nich już ok. 2025 roku. Docelowo w polskiej strefie planowane jest oddanie ponad 10 GW mocy zainstalowanej. To oznacza, że w nadchodzących kilku latach na Bałtyku szykuje się inwestycyjny boom.

– Banki bardzo chętnie finansują takie inwestycje. W Polsce jest około sześć–siedem banków komercyjnych, które mają na to strategię i duży apetyt oraz kapitał potrzebny, żeby finansować inwestycje w energetykę odnawialną. Obok nich mamy jeszcze instytucje multilateralne, jak Europejski Bank Inwestycyjny czy Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, które są aktywne na polskim rynku. Mamy także do czynienia z innymi podmiotami, np. EKF, czyli państwową organizacją wspierającą eksport duńskich towarów na świecie, która w tej chwili współfinansuje bardzo dużą farmę wiatrową zasilaną turbinami Vestasa – mówi ekspert DNB Bank Polska

Jednym z banków finansujących inwestycje w źródła odnawialne jest DNB Bank Polska, który kredytował już kilka dużych zielonych inwestycji. W maju tego roku – wspólnie z EBI – udzielił 164 mln zł kredytu funduszowi Energy and Infrastructure SME Fund na budowę 66 elektrowni fotowoltaicznych w północnej Polsce, które osiągną łączną moc 65,6 MW.

– Kiedy dwa lata temu w Polsce wchodził nowy system wsparcia dla energetyki odnawialnej, byliśmy pierwszym bankiem, który był gotowy finansować takie inwestycje i miał na to strategię – mówi Paweł Olkowicz.

Jak wskazuje, na finansowanie inwestycji w OZE duży wpływ ma w ostatnich miesiącach globalna pandemia SARS-CoV-2.

– W fazie konstrukcyjnej musimy mierzyć się np. z ryzykiem niewyprodukowania lub niedostarczenia turbin, paneli fotowoltaicznych na czas. Wiele podzespołów powstaje w Chinach, które w czasie lockdownu miały przestoje w produkcji i transporcie. Z drugiej strony mamy ryzyko związane z ludźmi i firmami, które wykonują montaż i budują farmę. Dla przykładu na jednym z ostatnich etapów finansowanej m.in. przez nas inwestycji,  tzw. commissioningu wykonywanym przez niemieckich inżynierów, mieliśmy sytuację, kiedy musieli oni zejść z budowy ze względu na lockdown i wrócić do Niemiec. Potem, po zniesieniu lockdownu, po powrocie do Polski przechodzili obowiązkową kwarantannę, co opóźniło oddanie projektu o pięć–sześć tygodni – podkreśla ekspert DNB Bank Polska.

Dla banków problemami są też ogólny wzrost ryzyka i problemy ze spłatą kredytów w innych branżach, które rzutują na parametry i wskaźniki bankowe, poziomy ustalanych rezerw i wyniki finansowe. Banki rekompensują sobie to zagrożenie w opłatach i prowizjach pobieranych od klientów, stąd już w marcu część z nich zdecydowała się na renegocjację poziomu marż finansowania udzielonego klientom z różnych branż, w tym z sektora OZE. Dziś są one wyższe niż przed pandemią. Dodatkowo na kwoty dostępnego finansowania i parametry projektów wpłynęły też niestabilny rynek walutowy i zmieniające się nieustannie kursy złotego w stosunku do euro.

– Kursy na rynku walut zmieniały się bardzo niekorzystnie z punktu widzenia naszych klientów i kredytobiorców. Wzrost kursu euro do złotówki przekładał się znacząco na parametry i kwoty dostępnego finansowania, a tym samym na  koszty samego finansowania – mówi Paweł Olkowicz.

Z drugiej strony dwukrotna obniżka stóp procentowych przez NBP do rekordowo niskich poziomów spowodowała, że całkowite koszty finansowania są w tej chwili znacznie mniejsze.

– Obniżka stóp procentowych pozwoliła w długim okresie znacznie obniżyć koszt finansowania projektów OZE. Jeszcze przed pandemią średnia wycena IRS-ów 10- czy 12-letnich wahała się między 1,8 a 2 proc. Natomiast w tej chwili na analogiczne okresy możemy uzyskać stopy rzędu 1–1,2 proc. W tak długim czasie to jest bardzo zauważalna obniżka, jeśli chodzi o średni koszt finansowania – mówi ekspert DNB Bank Polska.

Bank DNB prognozuje, że pandemia koronawirusa tylko chwilowo zachwiała inwestycjami w OZE i wstrzymała prace w tym sektorze, a w nadchodzących miesiącach licznie pojawią się kolejne projekty inwestycyjne.

– Różne szacunki pokazują, że w tym roku inwestycje w OZE spadną o ok. 13–20 proc. w stosunku do 2019 roku. Moim zdaniem spadek nie będzie tak duży. Wszystkie te inwestycje, które są opóźnione, zostaną dokończone i  wystrzelą na początku i w trakcie 2021 roku – ocenia Paweł Olkowicz.

Jak podkreśla, sektor bankowy w Polsce, choć dysponuje sporym kapitałem, nie ma wystarczających środków, żeby całkowicie sfinansować zieloną transformację. Banki już w tej chwili kredytują projekty OZE w fotowoltaice i energetyce wiatrowej o łącznej mocy kilku gigawatów, a na horyzoncie jest budowa morskich farm wiatrowych na Bałtyku, projekty gazowe i atomowe. Stąd niezbędne będzie też wsparcie po stronie spółek energetycznych i paliwowych. Polski rynek bankowy działa dosyć sprawnie i dysponuje sporym kapitałem, jednak przy tak ogromnej skali zaangażowania mogą pojawiać się kwestie związane z odpowiednią dywersyfikacją ryzyka pomiędzy sektory i projekty.

– Jako przykład można podać kredyt udzielony ostatnio Grupie Orlen na kwotę prawie 2 mld zł, do czego było potrzebne konsorcjum aż 16 banków. Finansowanie inwestycji wiatru na morzu to są kwoty wielokrotnie wyższe, więc możliwości polskiego systemu bankowego mogą nie wystarczyć. Będziemy z pewnością potrzebowali pomocy ze strony instytucji finansowych z zagranicy, EBOR-u i EBI, które też mają w swojej misji i strategii finansowanie tego typu inwestycji. Potrzebna jest też dobra strategia państwa, które musi stworzyć warunki, ażeby móc takie inwestycje realizować – dodaje ekspert DNB Bank Polska.

Pandemia koronawirusa szansą dla e-sportu. Oglądanie elektronicznych rozgrywek staje się coraz popularniejsze

W czasie szczytu pandemicznego zawieszono wiele wydarzeń sportowych, w tym m.in. igrzyska olimpijskie w Tokio. Takie działania miały za zadanie zniwelować ryzyko rozprzestrzenienia się koronawirusa zarówno wśród zawodników, jak i publiczności. W tym czasie wzrosło zainteresowanie sportem elektronicznym, który przyciągnął przed ekrany miliony widzów. Część stacji telewizyjnych postanowiła wprowadzić e-sport do głównej ramówki, a sami sportowcy zaangażowali się w promowanie alternatywnych, cyfrowych mistrzostw.

– COVID-19 jest szansą dla e-sportu, to jedna z niewielu form rozrywki, w której nie ma bezpośredniego kontaktu z innymi ludźmi. Ludzie po prostu siedzieli w domach, mieli czas grać i ten trend się utrzymał. 30-proc. wzrosty z marca w kwietniu delikatnie spadły, natomiast widzimy, że ten trend będzie się utrzymywał i e-sport będzie coraz popularniejszy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Łowigus z GGPredict.

Sport elektroniczny wkracza do świata mainstreamowej rozrywki i coraz częściej jest promowany przez firmy oraz instytucje niezwiązane ze światem gamingu. W stronę cyfrowych zawodów zwracają się także przedstawiciele świata tradycyjnego sportu.

– E-sport został oficjalnie uznany w Polsce za dziedzinę sportową i wydaje się, że przez ostatnie lata poczynił ogromny postęp, jeśli chodzi o świadomość społeczną, że to rzeczywiście nie jest siedzenie przy komputerze, tylko dziedzina sportu – wskazuje ekspert.

Dobrym przykładem wzrostu rynkowego znaczenia e-sportu jest przebieg tegorocznego turnieju Intel Extreme Masters w Katowicach, który został zamknięty dla publiczności kilkanaście godzin przed rozpoczęciem. Mimo iż zawody odbyły się przy zamkniętych trybunach, a decyzję o zamknięciu imprezy przekazano bardzo późno, zmagania turniejowe śledziło przeszło milion internautów.

– Badania pokazują, że do 2023 roku będzie około 400 mln oglądających e-sport na świecie. Tak jak każdy z nas lubi obejrzeć piłkę nożną, natomiast nie każdy w nią gra, tak teraz coraz bardziej popularne na świecie jest także oglądanie e-sportu, a nie stricte granie – tłumaczy Michał Łowigus.

E-sport wkracza także do ramówek telewizyjnych. Po odwołaniu Grand Prix Australii 2020 zespół Veloce Esports postanowił zrealizować pomysł francuskiego kierowcy Formuły E, Jeana-Érica Vergne’a, i przeprowadzić turniej w formie elektronicznej. Z kolei stacja Fox Sports we współpracy z NASCAR zorganizowała na antenie FS1 wirtualny turniej eNASCAR iRacing Pro Invitational Series.

Na polskim rynku również nie brakuje inicjatyw, które angażują sportowców w rozgrywki e-sportowe. Po zawieszeniu rozgrywek ekstraklasy firma ESL zaprosiła do turnieju Ekstraklasa HASHZostanWDomu z FIFA20 przedstawicieli polskich klubów piłkarskich.

– Ten rynek jest ogromny, najnowsze badania mówią o 300 mln zawodowych graczy, a łącznie na świecie jest ich około 1,5 mld. Ten rynek rośnie rok do roku o około 15–20 proc. – podkreśla ekspert z GGPredict.

Według firmy badawczej Grand View Research wartość globalnego rynku e-sportu do 2027 roku wzrośnie do 8,2 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 24,4 proc. w skali roku.

Odkrycie Polaków zrewolucjonizuje leczenie raka. Pierwsze selektywnie działające leki mogą się pojawić już za pięć lat

Opracowany przez polskich epigenetyków mechanizm pozwoli na dostarczanie leków bezpośrednio do komórek rakowych. Dzięki temu chorzy będą mogli być leczeni skuteczniej, z użyciem większych niż dotychczas dawek leków. To innowacyjne rozwiązanie na skalę światową. Pierwsze preparaty o selektywnym działaniu wykorzystujące tę metodę mogą się pojawić na rynku już za pięć lat. Start-up szuka jednak finansowania, żeby móc uruchomić badania kliniczne za półtora roku.

– Największym problemem w chemioterapii nowotworowej jest problem braku selektywności. Kiedy podajemy lek do organizmu, niestety nie eliminujemy tylko zmian nowotworowych, ale też wyniszczamy cały organizm. Postanowiliśmy rozwiązać ten problem. Opracowana przez nas metoda pozwala na inne podejście i kluczową zmianę w tym zakresie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Beata Gładysz z Genegoggle.

Polski start-up opracował rozwiązanie pozwalające tworzyć cząsteczki wiążące się wybiórczo – wyłącznie z komórkami rakowymi. Mogą one pełnić rolę transporterów leków, a zatem pozwalać na leczenie nowotworów z wykorzystaniem medycyny precyzyjnej.

– Tworzymy podstawę do tego, żeby leki produkowane przez firmy farmaceutyczne działały selektywnie, czyli żeby zabijały tylko komórki nowotworowe, a nie szkodziły komórkom zdrowym. Produktem Genegoggle będą zestawy cząsteczek, które w połączeniu z lekiem będą dawać takie efekty – tłumaczy dr Marcin Kruczyk, prezes Genegoggle.

Leki dostarczane do komórek rakowych nie będą działały ogólnoustrojowo, lecz selektywnie. Możliwe więc będzie podawanie pacjentowi wyższych dawek preparatów. W normalnych warunkach byłoby to niemożliwe, ponieważ wiązałoby się z zagrożeniem życia pacjenta.

– Wszystkie leki znane dotychczas operują na zewnątrz komórki – szukają różnic między komórką nowotworową a komórką zdrową. Jednak te najistotniejsze różnice, które powodują, że ta komórka zachowuje się inaczej, wynikają z jej wnętrza: z zestawu białek, jaki jest w środku, i z tego, co się dzieje wokół DNA. Jesteśmy jedyną firmą, która wykorzystuje fakt, że DNA w komórce nowotworowej jest zwinięte w inny sposób niż w zdrowej – wyjaśnia dr Marcin Kruczyk.

Metoda opracowana przez Genegoggle bazuje na najnowszych osiągnięciach bioinformatyki, wirtualnej rzeczywistości i uczenia maszynowego. Umożliwia modelowanie trójwymiarowej struktury DNA. Opiera się na eksperymencie Hi-C, który prowadzony jest dopiero od kilku lat. Jak dotąd standardową metodą wizualizacji danych z niego była dwuwymiarowa „mapa cieplna” wskazująca odległości między fragmentami DNA. Genegoggle Epigenetic Viewer umożliwia wizualizację trójwymiarowej struktury łańcucha DNA w technologii VR, dokładniej pokazując odległości między fragmentami DNA. Pozwala to na projektowanie cząsteczek, które mogą selektywnie wiązać się w komórkach nowotworowych.

– Narzędzie, które stworzyliśmy, przy odpowiednim wykorzystaniu i pewnej dozie determinacji i pieniędzy może dać pierwsze efekty w postaci leków w ciągu pięciu–sześciu lat – wskazuje prezes Genegoggle.

– Szukamy partnerów, którzy pomogą nam zrealizować badania docelowe, czyli na tkankach ludzkich, i to będzie trwało około półtora roku od momentu znalezienia partnera. Finansowanie jest dla nas kluczowym wyzwaniem – dodaje Beata Gładysz.

Według analityków z Market Data Forecast światowy rynek epigenetyki zamknie się w 2020 roku z wyceną na poziomie ponad 784 mln dol. Do 2025 roku zbliży się do poziomu 1,5 mld dol.

Ilu Polaków płaci raty kredytowe przekraczające nawet 50% ich dochodu netto?

Pewna część Polaków płaci raty kredytowe przekraczające nawet 50% ich dochodu netto. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzają, czy jest to powszechne zjawisko.

Kwestia kredytowego ryzyka nabiera większego znaczenia zawsze wtedy, gdy pogarsza się koniunktura gospodarcza. Portal RynekPierwotny.pl postanowił zatem sprawdzić, jaka jest wartość kredytów z wysokim wskaźnikiem DSTI, który określa relację rat kredytowych i dochodu netto gospodarstwa domowego.

Dane Komisji Nadzoru Finansowego pozwalają sprawdzić poziom wskaźnika DSTI dla kredytów mieszkaniowych oraz konsumpcyjnych. Warto podkreślić, że podawane przez KNF szacunki poziomu DSTI nie uwzględniają kart kredytowych oraz niezbyt popularnych w Polsce kredytów dla konsumentów o charakterze bieżącym. Tabela – wartość kredytów mieszkaniowych względem wskaźnika DSTI

W pierwszej kolejności warto przeanalizować rozkład wskaźnika DSTI dotyczącego kredytów mieszkaniowych. Jego średnia wartość według danych z końca 2019 r. kształtowała się na bezpiecznym poziomie wynoszącym 30% (PLN – 30%, CHF – 29%).

Krajowe banki w swoich bilansach mają jednak całkiem sporo kredytów mieszkaniowych z wyższym poziomem analizowanego wskaźnika. Wartość bilansowa brutto kredytów mieszkaniowych względem wskaźnika DSTI pod koniec 2019 r. wyglądała następująco:

  • DSTI do 20% – 124 mld zł
  • DSTI od 20% do 30% – 120 mld zł
  • DSTI od 30% do 40% – 89 mld zł
  • DSTI od 40% do 50% – 50 mld zł
  • DSTI od 50% do 60% – 23 mld zł
  • DSTI powyżej 60% – 25 mld zł

Powyższe informacje wskazują, że kredyty mieszkaniowe o stanowczo zbyt wysokim poziomie wskaźnika DSTI (> 50%) stanowiły na koniec 2019 r. około 11% całego portfela (w ujęciu wartościowym).

Jeżeli zaś chodzi o poziom wskaźnika DSTI dotyczący kredytów konsumpcyjnych, to KNF podaje, że umowy cechujące się zbyt wysokim obciążeniem kredytowym klientów (DSTI > 50%), pod koniec 2019 r. stanowiły 27% wartości całego portfela.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Ceny na wtórnym rynku mieszkaniowym – sierpień 2020

Okres wakacyjny na rynku mieszkaniowym dobiegł końca. W letnim okresie rynek mieszkaniowy miał się dobrze. Największe zmiany zauważamy w sektorze kredytowym, gdzie zaostrzenie kryteriów udzielania kredytów mieszkaniowych wciąż jest widoczne w statystykach. Mimo ograniczonego popytu wśród osób korzystających z oferty banków, ceny mieszkań pozostają stabilne.

W dużych miastach wakacje bez niespodzianek

Na największych rynkach w Polsce miesiące wakacyjne minęły pod znakiem niewielkich zmian cen ofertowych, jednak tendencja tych zmian była wzrostowa. W sierpniu ceny mieszkań znajdujących się ofercie wzrosły w większości miast o symboliczne 0,6% – 0,7% w porównaniu do lipca 2020. W ostatnim wakacyjnym miesiącu wyróżnił się jedynie Kraków, w którym sprzedający podwyższyli ceny ofertowe o 1,3%. Niewielkie zmiany powodują, że poziom cen na głównych rynkach mieszkaniowych pozostaje stabilny. W stolicy przeciętna cena ofertowa 1m2 mieszkania z rynku wtórnego wynosi około 11 tys. zł. Kraków i Gdańsk to miasta, w których ceny w sierpniu osiągnęły podobny poziom 9,3 tys. zł, choć od października 2019 do lipca bieżącego roku przeciętna cena za 1 m2 lokalu w Gdańsku była nieco wyższa niż w Krakowie.

Średnie ceny ofertowe mieszkań z rynku wtórnego w sierpniu 2020 r.

ceny mieszkań sierpień 2020 r
źródło: SonarHome.pl
2019 2020
czerwiec lipiec sierpień czerwiec lipiec sierpień
Warszawa 9 800 9 884 9 974 10 821 10 889 10 961
Gdańsk 8 329 8 390 8 491 9 296 9 320 9 327
Kraków 8 457 8 495 8 572 9 167 9 200 9 323
Wrocław 7 200 7 308 7 389 7 994 8 052 8 112
Poznań 6 770 6 792 6 838 7 400 7 447 7 500

Porównując tegoroczne wakacje do tych z 2019 roku można zauważyć spadek średniego tempa wzrostu cen ofertowych w miastach. W 2019 roku wynosiło ono około 2% (sierpień vs czerwiec), natomiast w bieżącym roku, wakacyjny wzrost cen (biorąc pod uwagę pięć największych rynków) wyniósł 1,2%. Mimo tego, że oczekiwania konsumentów na spadki cen mieszkań są w bieżącym czasie dość duże, to możliwości negocjacyjne do tej pory nie bardzo się zmieniły.

W okresie wakacyjnym nie zauważyliśmy większych zmian cen w porównaniu do poprzednich miesięcy. Co ciekawe średnia różnica między ceną ofertową, a transakcyjną w naszym biurze nie była wyższa niż 5%. Podobnie jak w latach poprzednich najpopularniejsze wciąż pozostają mieszkania 2-3 pokojowe. Znaczna część z nich została kupiona jako nieruchomość przeznaczona na najem długoterminowy. – mówi Szymon Ornatowski, dyrektor wrocławskiego oddziału Tekton Property

Zmiana średnich cen ofertowych mieszkań z rynku wtórnego – porównanie miesięcy wakacyjnych 2020

sierpień vs lipiec sierpień vs czerwiec
Warszawa 0,66% 1,29%
Gdańsk 0,08% 0,33%
Kraków 1,34% 1,70%
Wrocław 0,75% 1,48%
Poznań 0,72% 1,35%

źródło: SonarHome.pl

Mniejsze miasta podążają trendem widocznym w dużych ośrodkach

W mniejszych miastach wojewódzkich sytuacja cenowa była podobna do tej obserwowanej na największych rynkach. Jedynie w województwie lubuskim zarejestrowano nieznaczną obniżkę średniej ceny 1 m2 lokalu, jednak spadek rzędu 0,2% w Gorzowie Wielkopolskim oraz Zielonej Górze traktujemy jako mało istotny.

W samym sierpniu zmiany cen ofertowych mieszkań z rynku wtórnego w miastach wojewódzkich były niewielkie i w porównaniu do lipca jedynie w przypadku Lublina przekroczyły 1% (wzrost w porównaniu do lipca br.). Patrząc na rynki z perspektywy ostatnich trzech miesięcy, w Katowicach i Lublinie cena ofertowa wzrosła o około 2%. W pozostałych miastach zmiany były już mniejsze, dlatego możemy przyjąć, że wakacje nie przyniosły większych zmian po stronie podażowej. – mówi Barbara Bugaj, główny analityk rynku nieruchomości SonarHome.pl

Średnie ceny ofertowe mieszkań z rynku wtórnego w mniejszych miastach – sierpień 2020 r.

ceny mieszkań sierpień 2020
źródło: SonarHome.pl
czerwiec lipiec  sierpień  czerwiec lipiec  sierpień
Białystok 5 673 5 763 5 767 6 178 6 165 6 179
Bydgoszcz 5 295 5 325 5 307 5 839 5 852 5 881
Zielona Góra 4 411 4 472 4 523 5 054 5 031 5 050
Gorzów Wielkopolski 4 147 4 151 4 213 4 600 4 565 4 593
Katowice 5 421 5 524 5 552 6 161 6 231 6 285
Kielce 4 869 4 828 4 888 5 491 5 463 5 500
Lublin 5 847 5 913 5 968 6 642 6 685 6 756
Olsztyn 5 328 5 333 5 426 5 908 5 913 5 913
Opole 5 230 5 223 5 250 5 674 5 722 5 726
Rzeszów 5 900 6 000 6 113 6 313 6 345 6 400

 

Zmiana średnich cen ofertowych mieszkań z rynku wtórnego – porównanie miesięcy wakacyjnych w mniejszych miastach 2020

sierpień vs lipiec sierpień vs czerwiec
Białystok 0,22% 0,01%
Bydgoszcz 0,50% 0,72%
Zielona Góra 0,39% -0,08%
Gorzów Wielkopolski 0,62% -0,15%
Katowice 0,87% 2,01%
Kielce 0,68% 0,16%
Lublin 1,06% 1,71%
Olsztyn 0,00% 0,09%
Opole 0,07% 0,92%
Rzeszów 0,87% 1,38%

źródło: SonarHome.pl

Dobry kwartał dla mieszkaniówki

Wrzesień to ostatni miesiąc trzeciego kwartału. Obserwując ceny mieszkań, jak i popyt, już na tym etapie możemy stwierdzić, że będzie to dobry kwartał dla rynku wtórnego nieruchomości mieszkaniowych. Ceny mieszkań w niewielu miastach zanotowały kosmetyczne spadki, dlatego kupujący nie mogli nawet ich odczuć. Tym niemniej spadek zarówno liczby jak i wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych w lipcu 2020 roku (zgodnie z najświeższym dostępnym raportem BIK) w porównaniu do lipca 2019 roku wynosił 23%. Tym samym spadek akcji kredytowej utrzymał się na podobnym do czerwca poziomie. Oznacza, to że epidemia i wprowadzone przez banki restrykcje skutecznie ograniczyły popyt na zakup mieszkań wspomagany kredytem, jednak to zjawisko nie pogłębia się w czasie, tylko pozostaje na stabilnym poziomie. Na chwilę obecną (07.09.20) niedostępne są jeszcze dane dotyczące sierpnia 2020 roku.

Sierpień jednak był miesiącem, w którym spadła liczba wniosków o kredyt mieszkaniowy. Według danych BIK o kredyt starało się prawie 33 tys. klientów w porównaniu do 35 tysięcy rok wcześniej, co oznacza spadek o 6,8%. Liczba sierpniowych wniosków w porównaniu do lipca 2020 również spadła o 15,7%. Dopiero spadki popytu w kolejnych miesiącach będą mogły być dla nas sygnałem, czy ta tendencja się utrzyma, czy jest to bardziej wakacyjne wstrzymanie się z zakupami. To co na razie nie ulega zmianie, to utrzymujący się wzrost średniej wartości wnioskowanego kredytu w porównaniu do roku poprzedniego. W sierpniu wyniósł on 4%.

Wcześniejsze sygnały o tym, że Polacy zaczną kupować duże mieszkania z ogródkami i dużymi tarasami, okazały się nieco wyolbrzymione. Z naszych obserwacji oraz informacji jakie docierają do nas z biur nieruchomości wynika, że wciąż bardzo popularne są mieszkania 1, 2 i 3 pokojowe.

Okres wakacyjny był dla nas bardzo udany, daje nam to dobre perspektywy na ostatni kwartał bieżącego roku. Preferencje kupujących nie powinny zmieniać się zauważalnie, klienci nadal najbardziej interesują się kawalerkami oraz mieszkaniami 2-pokojowymi o powierzchni około 35-40 m2podsumowuje Szymon Ornatowski, dyrektor wrocławskiego oddziału Tekton Property

Podsumowując, sytuacja na rynku mieszkaniowym ustabilizowała się w czerwcu bieżącego roku. Zmiany cen ofertowych w ciągu tych trzech miesięcy były niewielkie, a sprzedający wciąż ich nie obniżają. Jeżeli chodzi o możliwości negocjacyjne to nadal pozostają one na dość niskim poziomie około 5%. Oznacza to, że tylko wyraźny spadek popytu w przyszłych miesiącach mógłby wpłynąć na zmianę cen mieszkań w IV kwartale 2020 roku.

Badania wskazują, że harmonizacja międzynarodowych regulacji może przynieść Europie 100 mld euro

  • Tylko 33% wiodących firm działających online ma pewność, że prowadzi swoje operacje zgodnie z regulacjami i standardami na wszystkich rynkach, na których jest obecna.
  • 64% byłoby aktywne w co najmniej 10 państwach, gdyby przepisy były lepiej zharmonizowane.
  • Przeciętna firma mogłaby podnieść swój dochód o 30%, gdyby nie musiała zmagać się ze skomplikowanymi regulacjami.

Raport opublikowany dziś przez Stripe, globalną firmę technologiczną budującą infrastrukturę finansową dla przedsiębiorstw internetowych, pokazuje, że regulacyjne niespójności są główną przeszkodą na drodze do zrealizowania wizji Jednolitego Rynku Cyfrowego dla wielu europejskich przedsiębiorstw, które borykają się z coraz bardziej złożonymi wymogami regulacyjnymi.

Szczegółowe badania, przeprowadzone przez B2B International na zlecenie Stripe , wśród 500 wiodących przedsiębiorstw prowadzących działalność w internecie, pokazało, że tylko jedna na trzy (33%) badane organizacje jest pewna, że działa w zgodzie ze standardami regulacyjnymi. Mniej niż jedno przedsiębiorstwo na cztery (24%) deklaruje, że z pewnością wie, które regulacje go dotyczą.

Trzy czwarte (72%) badanych liderów biznesu online ma poczucie, że spełnianie wszystkich międzynarodowych wymagań regulacyjnych, spowalnia ich wzrost. Z tego 30% twierdzi, że jest to dla nich „wielkie wyzwanie”, a 42% zgadza się, że zgodność z regulacjami staje się coraz trudniejsza. Ma to bezpośredni wpływ na ich ambicje rozwoju zagranicznego. 41% z tych przedsiębiorstw, które aktualnie ograniczają obecność na zagranicznych rynkach, podjęło taką decyzję, ponieważ poziom uregulowania prawnego wzrósł od momentu, kiedy wchodzili do określonego regionu.

Rosnąca złożoność sprawia, że rosną także koszty compliance. Już 44% internetowych przedsiębiorstw płaci zewnętrznym doradcom oraz konsultantom, a 41% rekrutuje nowych pracowników, aby zarządzali zmianami regulacyjnymi. Co więcej, przedsiębiorstwa internetowe już teraz bezpośrednio zatrudniają średnio 2-3 pełnoetatowych pracowników pracujących nad zgodnością z regulacjami, co oznacza roczne wypłaty w wysokości 250 tys. euro.  Przeciętnie, niezależnie od rozmiaru firmy, ok 5% kosztów płacowych jest związana z działami compliance.

Umożliwienie firmom o różnych modelach i rozmiarach zarządzania zgodnością na poziomie UE w prostszy i bardziej efektywny kosztowo sposób stwarza potencjał do odblokowania znaczącego wzrostu. Dwie trzecie (64%) badanych liderów biznesu, deklaruje, że będzie prowadzić operacje w co najmniej 10 państwach, jeżeli regulacje i system podatkowy będą lepiej zharmonizowane w ramach Unii Europejskiej.

Te organizacje przewidują także, że jeśli nie będą musiały borykać się ze zbyt skomplikowanymi regulacjami i zgodnością, będą w stanie podnieść swoje dochody o 30%. Gdyby te statystyki odnieść do wszystkich onlinowych przedsiębiorstw B2B w Europie, europejski PKB mógłby wzrosnąć o więcej niż 100 mld euro tylko w tym segmencie.

Wzrost dostępności rozwiązań i narzędzi online w ciągu ostatnich 5 lat jest uznawany za najważniejszy czynnik, który ułatwił biznesową rzeczywistość europejskim liderom. Liderzy ci w szczególności poszukują narzędzi wspierających zgodność, 70% biznesów online już używa technologii w tym zakresie. Jednak krajobraz narzędzi internetowych jest rozdrobniony, a technologia, podobnie jak przepisy, jest postrzegana jako zbyt specyficzna dla danego kraju, aby była naprawdę skuteczna.

Matt Henderson,  Business Lead na poziomie EMEA w Stripe powiedział “Aby w pełni uwolnić potencjał Jednolitego Rynku Cyfrowego, zgodność regulacji i transgraniczne zarządzanie podatkami musi być łatwiejsze dla biznesów online. To zadanie nie tylko dla decydentów, ale także twórców technologii. Stripe ma znaczące sukcesy we wspieraniu onlinowych biznesów w poruszaniu się w środowisku regulacyjnym, a wciąż rozwijamy naszą ofertę rozwiązań pomocnych w tym zakresie”

Tom Wehmeier, Partner oraz Szef Działu Insights w Atomico, komentuje “Jest wiele obserwacji dotyczących tego, jak Europa może tworzyć więcej wiodących rodzimych gigantów technologicznych. Raport, ilościowo badający codziennie wyzwania, przed którymi dziś stają europejskie biznesy technologiczne, ma jasny i praktyczny przekaz: musimy robić więcej, by usuwać ukryte codzienne bariery, które powstrzymują wzrost i ekspansję innowacyjnych europejskich biznesów technologicznych na terenie UE. Europejskie innowacje technologiczne już rozwijają się w sposób organiczny, ale często dzieje się tak na przekór warunkom działania w UE, a nie dzięki nim. Raport pokazuje, że szanse dla europejskiego biznesu i konsumentów są ogromnie, jeśli osiągniemy postęp w upraszczaniu operacji w ramach prawdziwego, jednolitego rynku cyfrowego”.

Warszawskie kancelarie prawne wybierają biura w centrum miasta

Pomimo upływu lat kancelarie prawnicze nie zmieniają swoich przyzwyczajeń co do lokalizacji biura w Warszawie. W przeprowadzonej analizie teleadresowej blisko 8 na 10 firm z tego sektora wybrało stołeczne Śródmieście. Jakie są inne trendy wśród tej grupy najemców i na co najczęściej zwracają uwagę przy wyborze biura? Postanowili to sprawdzić eksperci działu powierzchni biurowych AXI IMMO.

Klasyfikując typowych najemców z branży prawniczej możemy stwierdzić, że pewnego rodzaju standardem jest wybór biura w nowoczesnym budynku klasy A lub zabytkowej kamienicy z dobrym dostępem do środków komunikacji miejskiej. Adwokaci i radcy prawni oczekują, że wybrana lokalizacja zapewni ich klientom wygodny dojazd z różnych części miasta. Równie ważny jest prestiżowy adres lub okolica, a także same sąsiedztwo innych istotnych z punktu widzenia kancelarii firm, które pomagają w utrzymaniu ekskluzywnego charakteru miejsca.

Z analizy danych teleadresowych, w której uwzględniliśmy 63 duże i średnie kancelarie prawnicze, wynika, że 50 podmiotów czyli aż 79% firm jako lokalizację wybrało stołeczne Śródmieście. Rozszerzając tę próbę o sąsiadujące dzielnice Wolę i Ochotę, w których decyzję o ulokowaniu biura podjęło łącznie sześć firm położonych na granicach administracyjnych tych dzielnic, uzyskaliśmy wynik aż 89%! Z tego wynika, że większość biur kancelarii, szczególnie tych większych, znajduje się w centrum Stolicy,” mówi Jakub Potocki, Negocjator w Dziale Powierzchni Biurowych, AXI IMMO.

 „Nakładając biurową mapę Warszawy na jej odpowiedniczkę wskazującą położenie warszawskich sądów szybko zauważamy, że występuje tu duża korelacja obu podmiotów. Wybór takich lokalizacji z wydaje się logicznie uzasadniony. Otóż, zapewnia on zarówno adwokatom jak i radcom prawnym dużą oszczędność czasu ze względu na stosunkowo niewielką odległość sądów, a także rozwiązuje problem znalezienia miejsca do zaparkowania samochodu. Dodatkowo wiele firm, dla których kancelarie świadczą usługi jest również zlokalizowana w tych samych okolicach. Dlatego, jeżeli wystąpi okoliczność nagłego lub nieoczekiwanego spotkania w siedzibie klienta nie trzeba tracić czasu na dojazdy,” dodaje Jakub Potocki.

Analizując ostatnie doniesienia o transakcjach wśród najemców z sektora prawniczego widzimy pewną zależność. Jeszcze w czasie sprzed pandemii Covid-19 wyraźnym trendem była tak zwana rotacja wewnątrz tej samej strefy biurowej. Innymi słowy jeżeli dana kancelaria prawnicza decydowała się na zmianę adresu wybierała lokalizację o nieco lepszym standardzie w ramach tej samej dzielnicy, najczęściej w odległości kilku ulic od starej siedziby lub biuro w bardziej prestiżowym biurowcu na wyższym piętrze. Przykładem ogłoszonym w mediach i potwierdzającym tę tezę może być relokacja kancelarii Allen & Overy z biurowca Rondo 1 do kompleksu Browarów Warszawskich. Pieszo, oba budynki dzieli nieco ponad kilometr. Drugim przykładem jest zmiana adresu przez kancelarię Act BSWW, która przeniesie się ze Stratos Office Center do budynku Varso 2. Tu z kolei odległość wynosi około 1,5 kilometra.

Podobnie jak w innych branżach, zarówno w Polsce jak i na świecie, tak wśród kancelarii prawnych jako pracodawców bardzo ważni są dobrzy pracownicy. Konkurując z innymi podmiotami w walce o najlepsze talenty dużą wagę przywiązuje się do ciekawie zaaranżowanego biura w topowej lokalizacji. Wyjaśnia to tak dużą koncentrację kancelarii w centrum Warszawy. Jednak nie dla wszystkich firm z tej branży to naturalny kierunek. Nieco mniej oczywistym wyborem okazała się warszawska Praga-Północ i decyzja o ulokowaniu przez dwie kancelarie biur w kompleksie Centrum Praskim Koneser znajdującym się na terenie odrestaurowanej dawnej Warszawskiej Wytwórni Wódek. To wskazuje, że również budynki z tzw. duszą to atrakcyjny adres dla tego typu firm,” dodaje Jakub Potocki.

To, jak zaaranżowana jest przestrzeń w typowym biurze kancelarii prawnej, ma przede wszystkim wpływ, gdzie się znajduje. W biurowcach często spotykanym rozwiązaniem jest mix układu gabinetowego z formą open space’u. Na gabinet mogą liczyć przede wszystkim partnerzy i starsi prawnicy firmy. Oczywiste jest to, że w kamienicach mamy do czynienia z układem typowo gabinetowym, bo konstrukcyjnie inna opcja często nie jest możliwa. Na pewno przy aranżacji powierzchni dla kancelarii warto zadbać o dodatkowe miejsce na sale konferencyjne czy mniejsze salki do spotkać ad-hoc,” mówi Martin Lipiński, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, AXI IMMO.

Z uwagi na ponadstandardowe nakłady na aranżację powierzchni, wynikające przede wszystkim z dużej liczby wydzielonych pomieszczeń, często od najemców z sektora prawniczego wymaga się podpisania dłuższych umów np. na 7 lub 10 lat. Dla właścicieli biurowców obecność tego rodzaju najemców to z jednej strony na pewno prestiż, a z drugiej spokój i stabilność finansowa. Co w przypadku decyzji o sprzedaży biurowca jest dodatkowym atutem przy wycenie nieruchomości,” dodaje Martin Lipiński.

Prezes GPW: wkrótce będziemy największym parkietem na świecie, jeśli chodzi o branżę gier wideo

W tym lub w następnym roku wyprzedzimy giełdę w Tokio i będziemy największym parkietem na świecie, jeśli chodzi o branżę gier wideo – powiedział na Konferencji Giełd Trójmorza w Krakowie szef GPW Marek Dietl.

Podczas konferencji, w której udział wzięli prezydent RP Andrzej Duda oraz prezesi giełd naszego regionu, dyskutowano m.in. o tym, jak umiejętnie konkurować, mając relatywnie małą skalę działania.

Zdaniem prezesa warszawskiego parkietu, w wyścigu z dużymi graczami, trzeba znaleźć nisze rynkowe; dlatego Giełda Papierów Wartościowych postawiła na sektor gier wideo.

„Dzisiaj mamy ponad 40 firm notowanych na giełdzie, które są z sektora gier wideo. Dla porównania najwięcej spółek gamingowych na świecie ma giełda w Tokio – 44. Natomiast u nas w kolejce do wejścia na giełdę czeka 20 spółek, więc w tym lub w następnym roku będziemy największym parkietem na świecie, jeśli chodzi o gaming” – zauważył Dietl.

„To by się nie wydarzyło, gdyby nie nasi analitycy” – dodał.

Odnosząc się do współpracy giełd i krajów Trójmorza, prezes GPW ocenił, że jest ona konieczna dla rozwoju gospodarczego regionu.

„W tej chwili mamy ustawioną współpracę, infrastrukturę wschód-zachód, co wynika z uwarunkowań historycznych, teraz musimy się przestawić na współpracę północ-południe. Konferencja prezesów giełd Trójmorza służy właśnie zbudowaniu tej osi północ-południe w zakresie rynków kapitałowych” – zaznaczył Dietl.

Podczas panelu „Wyzwania rynków kapitałowych Trójmorza i znaczenie współpracy regionalnej” prezesi giełd naszego regionu zwracali uwagę, że w dobie konkurencji z wieloma wschodzącymi gospodarkami Azji kluczowa jest dyplomacja gospodarcza. Ich zdaniem wyzwaniem jest też fragmentaryzacja rynku, stąd inicjatywa, by integrować region. Za paradoks uznali natomiast fakt, że nasz region jest eksporterem kapitału.

Prezes giełdy w Lubljanie Aleš Ipavec zwrócił uwagę, że w Europie pojawiają się wciąż nowe regulacje, a dostosowywanie się do nich jest kosztowne. Przekonywał, że bez efektu skali, naprawdę ciężko jest przetrwać, dlatego jedyną możliwością jest wspólne działanie.

„Żeby pojawić się na radarach globalnych inwestorów, musimy współpracować (…), zachowywać się jako region, promować się jako region, zbudować markę Trójmorza, traktować to jako produkt. Nie chodzi o to, żeby budować coś wywrotowego, tylko żeby powstała marka na skalę globalną” – zaznaczył.

Uczestniczący w panelu przewodniczący Rady Federacji Europejskich Giełd Papierów Wartościowych (FESE), a także prezes giełdy w Pradze Petr Koblic podkreślił, że państwa regionu powinny w większym stopniu lobbować w Brukseli.

„Mamy bardzo silną reprezentację w Parlamencie Europejskim, myślę, że jest to ok. 1/3 europosłów, także wielu pracowników Komisji Europejskiej pochodzi z naszego regionu. Powinniśmy użyć tej +dźwigni+, by być bardziej widocznymi na mapie” – zaznaczył.

Również prezes giełdy w Bukareszcie Radu Hanga mówił, że wyzwania dla rynków kapitałowych wynikają m.in. ze skomplikowanego otoczenia prawnego. Dlatego jego zdaniem ważne jest zarówno posiadanie silnego głosu w Brukseli, jak również ścisła współpraca z lokalnymi politykami, regulatorami.

„Nawet jeśli chodzi o regulacje z Brukseli, to są one wdrażane przez lokalnych regulatorów. Dlatego kluczowa jest budowa silnego ekosystemu. Ważne jest to, co robimy tutaj, komunikujemy się, dzielimy najlepszymi praktykami” – podkreślił.

Podczas konferencji odbył się również panel „Czy zwiększanie świadomości ESG może podnieść konkurencyjność regionu?”, w którym wzięła udział członek zarządu GPW Izabela Olszewska.

Tradycyjna analiza finansowa pozwala określić kondycję finansową przedsiębiorstwa, natomiast analiza pod względem cech związanych z ESG pozwala na porównanie firm w ramach społecznej odpowiedzialności biznesu.

„Katalizatorami rozwoju ESG są po pierwsze regulacje, ale też technologie, a także zmiany w środowisku inwestorskim. Przede wszystkim napływ na rynek nowych inwestorów z pokolenia millenialsów” – oceniła Olszewska.

Inicjatywa Trójmorza skupia 12 państw między Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym (Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry). Partnerami strategicznymi Inicjatywy są USA i Niemcy.

Tarcza faktoringowa BGK – wsparcie płynności finansowej przedsiębiorstw w czasie pandemii

Bank Gospodarstwa Krajowego rozszerza pomoc dla przedsiębiorców dotkniętych skutkami pandemii koronawirusa. W ramach tarczy antykryzysowej proponuje gwarancje faktoringowe dla firm niezależnie od ich wielkości oraz branży. To pierwszy taki program w całej Unii Europejskiej.

Tarcza faktoringowa to nowa oferta BGK zbudowana we współpracy z Polskim Związkiem Faktorów. Ma zapewnić płynność finansową dla przedsiębiorców, którzy finansują swoje wierzytelności i zobowiązania za pomocą usług faktoringowych.

„To nowatorskie rozwiązanie, unikatowe w skali europejskiej. Być może dlatego tak dużo czasu zajęło nam przekonanie do niego Komisji Europejskiej. Wierzę, że ten program pomoże przedsiębiorcom podtrzymać płynność w tych trudnych czasach” – powiedziała Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes BGK.

Jak podkreślają autorzy rozwiązania, warunki umowy faktoringowej są korzystniejsze od standardowych warunków finansowania w postaci niższych kosztów, wyższych limitów, a także udzielenia limitu faktoringowego na dłuższy okres. Wszystkie formalności realizowane są w jednym miejscu, czyli u faktora.

„Program faktoringowy z założenia ma trafić do każdego przedsiębiorcy, niezależnie od branży oraz wielkości firmy. Mogą się do niego zgłosić zarówno mikro, małe, średnie, jak i duże firmy” – podkreśliła Anna Babiarz, dyrektor Departamentu Bankowości Transakcyjnej BGK.

Z programu gwarancji faktoringowych można skorzystać do końca grudnia 2020 roku, ale już teraz prowadzone są rozmowy nad jego wydłużeniem. Łączna wartość limitów faktoringowych zabezpieczonych przez Bank Gospodarstwa Krajowego może wynieść 14,4 mld zł, zaś udzielonych gwarancji – 11,5 mld zł. W ramach proponowanych gwarancji faktoringowych Bank Gospodarstwa Krajowego może zabezpieczyć do 80 proc. wartości limitu faktoringowego. Maksymalna kwota pojedynczego limitu faktoringowego wynosi 250 mln zł. Gwarancją można objąć faktoring z regresem lub faktoring odwrotny.

Lista faktorów zaangażowanych w projekt rozszerza się. Obecnie do programu, dołączyły Pekao Faktoring sp. z o.o., PKO Faktoring S.A., Bank Millennium S.A., Santander Factoring sp. z o.o. oraz mFaktoring S.A. Kolejne dwie umowy są w trakcie podpisywania, a kolejnych kilkunastu faktorów wyraża zainteresowanie współpracą.

Gwarancje faktoringowe to jeden z elementów pakietu pomocowego Banku Gospodarstwa Krajowego dla polskich przedsiębiorców, mającego na celu ograniczenie negatywnych skutków pandemii koronawirusa. Więcej informacji o programie wraz z listą faktorów, u których można złożyć wniosek o gwarancję, można znaleźć na stronie internetowej BGK – https://www.bgk.pl/przedsiebiorstwa/poreczenia-i-gwarancje/gwarancja-splaty-limitow-faktoringowych/.

Faktoring definiowany jest jako wykup przez podmiot świadczący usługę faktoringu nieprzeterminowanych wierzytelności (faktur) przedsiębiorstw należnych im od kontrahentów z tytułu dostaw i usług oraz jako zapłata przez faktora za zobowiązania faktoranta, z tytułu zakupu produktów, towarów lub usług. Faktor reguluje zobowiązania klienta wobec jego dostawców przy faktoringu odwrotnym.

Grupa Develia publikuje wyniki za I półrocze 2020 r.

  • Przychody ze sprzedaży wyniosły 220,1 mln zł wobec 631,7 mln zł rok wcześniej. Spadek przychodów jest efektem mniejszej liczby przekazanych mieszkań.
  • EBITDA wyniosła 57,8 mln zł wobec 168,5 mln zł rok wcześniej.
  • Rentowność EBITDA wyniosła 26% i była zbliżona do 27% uzyskanych w I półroczu 2019 r.
  • Zysk netto Grupy wyniósł 8,8 mln zł wobec 125,4 mln zł w analogicznym okresie poprzedniego roku. Znaczący negatywny wpływ na wyniki miały zdarzenia jednorazowe – przeszacowanie wartości nieruchomości oraz zamknięcie kontraktu zabezpieczającego stopę procentową w związku ze sprzedażą budynku Wola Center.
  • W ciągu pierwszych 8 miesięcy 2020 r. deweloper sprzedał 668 lokali na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych wobec 822 w analogicznym okresie 2019 r.
  • Na koniec II kwartału 2020 r. Develia posiadała 481,4 mln zł gotówki, co stanowi wzrost o ponad 41% w porównaniu do końca 2019 r., kiedy stan środków pieniężnych wyniósł 340,9 mln zł.

– Pierwsze półrocze 2020 r. było dla całej branży wymagającym okresem. Skupiliśmy się na uważnej obserwacji rynku oraz elastycznym reagowaniu i dostosowywaniu naszej oferty. W kolejnych miesiącach, po marcu i kwietniu, zauważyliśmy stopniową stabilizację sytuacji na rynku mieszkaniowym. W pierwszym półroczu sprzedaliśmy 423 lokale, natomiast w lipcu i sierpniu, pomimo sezonu urlopowego 245 lokali wobec 204 lokali w analogicznym okresie ubiegłego roku, co dowodzi, że rynek wraca do wolumenów sprzed wybuchu epidemii – mówi Paweł Ruszczak, p.o. prezesa Develii.

Działalność deweloperska

W ciągu pierwszych 6 miesięcy 2020 r. Develia sprzedała 423 lokale na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych wobec 618 w analogicznym okresie roku ubiegłego. Spółka przekazała 482 lokale, z czego 61 w II kwartale. Przekazania w pierwszej połowie 2019 r. wyniosły 1 673 lokale. Duże zmiany w liczbie przekazanych mieszkań wynikają z harmonogramu finalizacji inwestycji. Na koniec sierpnia br. Develia miała 1 913 lokali sprzedanych i nieprzekazanych, w tym 35 lokali gotowych. Przekazania znacznej części mieszkań zaplanowano na I połowę 2021 r., co wpłynie pozytywnie na wynik finansowy w tym okresie.

Po spadku sprzedaży w marcu i kwietniu, wynikającym przede wszystkim z ograniczeń przemieszczania się i innych obostrzeń wprowadzonych w związku z pandemią COVID-19, można było zaobserwować dynamiczny wzrost sprzedaży w kolejnych miesiącach. Develia odnotowała stabilizację lub tendencję wzrostową cen wprowadzonych mieszkań na większości rynków.

W pierwszym półroczu deweloper wprowadził do sprzedaży 239 lokali w nowej inwestycji Baltea Apartments w Gdańsku, a także kolejne etapy realizowanych już wcześniej projektów: 86 lokali we wrocławskiej inwestycji Między Parkami, 48 lokali w V etapie osiedla Mała Praga w Warszawie, 87 lokali na osiedlu Ceglana Park w Katowicach, a także 102 mieszkania w XI etapie osiedla Słoneczne Miasteczko w Krakowie.

Działalność komercyjna

Strategia Grupy w sektorze nieruchomości komercyjnych została ukierunkowana na budowę, skomercjalizowanie i następnie sprzedaż obiektów. W styczniu br. Develia sfinalizowała sprzedaż budynku biurowego Wola Center w Warszawie za 101,9 mln euro. W portfelu nieruchomości komercyjnych dewelopera znajdują się Arkady Wrocławskie i Sky Tower we Wrocławiu oraz Wola Retro w Warszawie, której poziom komercjalizacji wynosi 72%. Ponadto Develia prowadzi prace przygotowawcze związane z projektem Kolejowa we Wrocławiu z planowaną powierzchnią użytkową 33 tys. mkw. Wszystkie obiekty komercyjne Develii funkcjonują w nowym reżimie sanitarnym z zastosowaniem rozwiązań zapewniających bezpieczeństwo i komfort klientom oraz najemcom.

Zgodnie z przyjętą w 2019 r. strategią Develia systematycznie wprowadza w Sky Tower szereg zmian, mających podnieść atrakcyjność i funkcjonalność obiektu. Pojawiają się nowe udogodnienia dla najemców biurowych, uzupełnieniu i dostosowaniu do oczekiwań rynku ulega tenant-mix wraz z przestrzenią food court. Sukcesywnie wdrażane są kolejne kroki dotyczące flagowego projektu strefy autorskich konceptów restauracyjnych Sky Kitchen oraz rozbudowy oferty rozrywkowej, obejmującej także Punkt Widokowy. Pandemia COVID-19 wpłynęła na niewielką korektę planów, a oferta rekreacyjno-usługowa została dostosowana do nowych wymogów. W konsekwencji, planowany na IV kwartał 2020 r. termin transformacji może zostać przesunięty.

W II kwartale br. portfolio najemców Arkad Wrocławskich zasiliły 3 nowe marki: EraJetModels, Mikola, 50 style. Ponadto na dachu Arkad Wrocławskich otwarte zostało kino samochodowe. Dzięki stałemu poszerzaniu oferty skierowanej do rodzin oraz działaniom zarządcy mającym na celu zapewnienia bezpieczeństwa odwiedzającym, centrum handlowe po wznowieniu działalności odnotowuje systematyczny wzrost przychodów sklepów, które w lipcu wyniosły 96%  w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Stabilne portfolio i komercjalizacja obiektu na poziomie 94% udowadnia, że strategia rozwoju Arkad Wrocławskich jest atrakcyjna dla potencjalnych najemców.

W związku z sytuacją spowodowaną koronawirusem i wprowadzeniem ograniczeń, Develia wprowadziła elementy tarczy antykryzysowej dla najemców, którzy zostali objęci administracyjnym ograniczeniem w funkcjonowaniu. Rozwiązanie to wpłynęło na spadek przychodów z czynszów najmu oraz opłat eksploatacyjnych w obiektach handlowych, w okresie od 14 marca do 4 maja 2020 r.

Wyniki finansowe

Dane finansowe (tys. zł) 1H2020 1H2019 Zmiana (%)
Przychody 220 079 631 733 -65,16%
Zysk brutto ze sprzedaży 91 565 238 375 -61,59%
Marża brutto ze sprzedaży 41,61% 37,73% +3,88pp
Zysk brutto ze sprzedaży segment deweloperski 66 012 186 005 -64,51%
Marża brutto ze sprzedaży segment deweloperski 37,54% 33,53% +4,01pp
Zysk brutto ze sprzedaży segment komercyjny 25 512 52 255 -51,18%
Marża brutto ze sprzedaży segment komercyjny 57,73% 68,03% -10,30pp
EBITDA 57 768 168 463 -65,71%
EBITDA bez przeszacowań nieruchomości 72 894 213 080 -65,79%
Zysk netto 8 817 125 427 -92,97%
Skorygowany zysk netto* 51 019 154 882 -67,06%

(*) – skorygowany zysk netto, liczony według wzoru: skorygowany zysk netto = zysk netto – zysk/(strata) z nieruchomości inwestycyjnych – przychody/koszty finansowe z tytułu wycen zobowiązań finansowych w EUR – podatek odroczony utworzony od korygowanych pozycji

Przychody Grupy w II kwartale 2020 r. wyniosły 220,1 mln zł wobec 631,7 mln zł rok wcześniej. Develia wypracowała 8,8 mln zł zysku netto, czyli o ponad 90% mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

– Zdecydowanie mniejsza liczba przekazań mieszkań w pierwszym półroczu 2020 r., czyli 482 wobec 1 673 rok wcześniej wpłynęła negatywnie na wyniki finansowe Grupy. Jest to zgodne z naszym harmonogramem i wynika z mniejszej liczby inwestycji kończonych w 2020 rokumówi Paweł Ruszczak, p.o. prezesa Develii.

Zysk brutto ze sprzedaży z działalności deweloperskiej w I półroczu br. wyniósł 66,0 mln zł przy przychodach 175,8 mln zł. Zysk brutto ze sprzedaży z usług najmu wyniósł 25,5 mln zł przy przychodach 44,2 mln zł.

Na wyniki finansowe Develii w I półroczu 2020 r. znaczący wpływ miały zdarzenia o charakterze jednorazowym.

W rezultacie znaczącej zmiany kursu EUR w I półroczu br., nastąpił wzrost wartości godziwej nieruchomości inwestycyjnych w kwocie 53,2 mln zł. Jednocześnie odnotowano wzrost wyceny zobowiązań z tytułu kredytów w EUR zaciągniętych w związku z budową nieruchomości inwestycyjnych w kwocie 17,5 mln zł. Reasumując, wzrost kursu EUR wpłynął na zwiększenie skonsolidowanego zysku brutto Develii o 35,6 mln zł.

Ponadto Grupa ujęła w wynikach finansowych za I półrocze 2020 r. przeszacowanie wartości budynków Sky Tower oraz Arkady Wrocławskie wynikające ze zmianą wartości w efekcie pandemii COVID-19. Spowodowało to zmniejszenie skonsolidowanego zysku brutto o 50,2 mln zł.

Negatywnie na wyniki w kwocie 14,8 mln zł wpłynęło też rozliczenie zabezpieczenia stopy procentowej kredytu na budowę Wola Center (rozliczenie nastąpiło w związku ze sprzedażą biurowca), a także nakłady inwestycyjne na budynki komercyjne 13,5 mln zł oraz linearyzacja czynszów 4,6 mln zł.

Develia wypłaci z zysku za 2019 r. 0,1 zł dywidendy na akcję, czyli łącznie 44,8 mln zł. Dzień dywidendy został ustalony na 18 września, a dzień jej wypłaty na 2 października 2020 r.

Na koniec II kwartału 2020 r. Develia posiadała 481,4 mln zł gotówki, co stanowi wzrost o ponad 41% w porównaniu do końca 2019 r., kiedy stan środków pieniężnych wyniósł 340,9 mln zł. Na koniec II kwartału 2020 r. zobowiązania finansowe wyniosły 840,3 mln zł w porównaniu z 1 087,7 mln zł na koniec 2019 r.

W marcu i lipcu Develia wykupiła obligacje o łącznej wartości nominalnej 111 mln zł. Deweloper rozważa emisję obligacji o terminie zapadalności do 3 lat w ramach przyjętego programu emisji o wartości do 400 mln zł. Szczegółowe parametry emisji obligacji zostaną ustalone w procesie rozmów z inwestorami i budowania księgi popytu. Develia przeprowadzi emisję z zastrzeżeniem wystąpienia satysfakcjonujących warunków na rynku dłużnych papierów wartościowych.

Jedna z ostatnich szans na uratowanie targów

O uwzględnienie firm około targowych przy udzielaniu pomocy dla poszkodowanych przez epidemie branż w tzw. Tarczy Turystycznej – zwraca się do senatorów Polska Izba Przemysłu Targowego. Proponuje też m.in. wprowadzenie do procedowanego projektu ustawy dodatkowych zapisów, np. o zwolnienie firm z płacenia składek ZUS i o dopłaty dla pracowników – do 31 marca przyszłego roku.

Na krótko przed posiedzeniem senackiej komisji pracującej nad ewentualnymi poprawkami do projektu tzw. Tarczy Turystycznej, Polska Izba Przemysłu Targowego apeluje do senatorów o wprowadzenie niezbędnych dla dalszego funkcjonowania branży targowej zmian.

– Występując w imieniu kilkuset firm świadczących usługi projektowania i budowy stoisk targowych oraz spedycji i transportu targowego, zwracamy się z uprzejmą prośbą o interwencję u Pana Premiera M. Morawieckiego, u Pani Premier J. Emilewicz w kontekście ponownego rozpatrzenia naszego postulatu, aby abolicją składek ZUS i innymi ewentualnymi instrumentami wsparcia na kolejne miesiące zostały objęte także firmy projektujące i wykonujące stoiska targowe (PKD. 73.11 Z), firmy świadczące usługi transportu i spedycji targowej (PKD 52.29 C) z uwzględnieniem zaproponowanych w Postulacie kryteriów, które pozwoliłby zawęzić beneficjentów pomocy rządowej do firm, które naprawdę jej potrzebują. Dla firm usług targowych, dziejących pod ww. PKD targi są jedynym źródłem utrzymania – przeczytać można w apelu Polskiej Izby Przemysłu Targowego do senatorów.

Pomimo wcześniejszej prośby o wzięcie pod uwagę przy planowanej pomocy także firm projektujących i wykonujących stoiska targowe, a także zajmujących się spedycją targową, przegłosowany w sierpniu przez sejm projekt Tarczy Turystycznej (zw. też Mikrotarczą) miałby przyznać pomoc w postaci abolicji składek ZUS tylko przedsiębiorstwom z jednej grupy PKD tj. organizatorzy targów, wystaw i kongresów (82.30.Z). Zwracając się do senatorów o poszerzenie kategorii objętych pomocą podmiotów „około targowych”, Polska Izba Przemysłu Targowego apeluje także o przedłużenie tego wsparcia, jak również kontynuację dopłat dla pracowników do końca marca 2021 roku.

– Dotychczasowa pomoc rządowa w ramach tarcz pomogła przetrwać polskim firmom pierwsze trudne miesiące. Przedsiębiorcy branży targowej również sięgnęli po instrumenty wsparcia z Tarcz 1, 2, 3 oraz z Tarczy finansowej – piszą do senatorów przedstawiciele Polskiej Izby Przemysłu Targowego, przyznając, że wiedzą jednak już dzisiaj, że dla wielu z tych firm jest to wsparcie absolutnie niewystarczające, aby przetrwać kolejne miesiące. – Szanse na otrzymanie dodatkowej pomocy dedykowanej dla branży targowej są na dzień dzisiejszy bardzo nikłe. Główną przeszkodą jest „wrzucenie” branży targowej do jednego worka z branżą turystyczną, która otrzymała już swoją pomoc sektorową i jak deklaruje Premier Morawiecki, więcej pomocy dla turystyki nie będzie – tyle, że ani jedna złotówka nie trafiła do firm targowych – uzasadniają reprezentanci Izby. Proponują też m.in. przedłużenie terminów na zwrot otrzymanych od wystawców opłat czy zaliczek na poczet mających powstać stoisk na imprezach targowych, do których z powodu obecnego kryzysu nie doszło.

– Większość branż została już odmrożona i powoli osiąga obroty sprzed pandemii. Jednak kilka branż, w tym targowa, pomimo odmrożenia, w dalszym ciągu nie ma możliwości realizowania zleceń – skarży się w apelu do senatorów Polska Izba Przemysłu Targowego. Tłumaczy, że przyczyną takiego stanu rzeczy są m.in. obawa wystawców, iż z powodu koronawirusa na targi nie przyjdą zwiedzający, cięcia kosztów i skupienie się przez wystawców na odbudowanie własnych biznesów, jak również obawa przed ewentualnym zakażeniem pracowników. Realizację wydarzeń, w szczególności międzynarodowych, uniemożliwia również ponowne „uszczelnienie” granic oraz wstrzymanie ruchu lotniczego pomiędzy Polską a ponad 40 krajami. – Obecna sytuacja związana z wielomiesięczną przerwą w organizacji targów oraz z ograniczoną możliwością organizacji wydarzeń w kolejnych miesiącach stanowi nie tylko zagrożenie dla branży targowej, ale w połączeniu z innymi efektami może wpłynąć na recesję licznych segmentów rynku polskiego, w tym np. hotelowego, gastronomicznego, konferencyjnego, MICE czy eventowego – ostrzegają przedstawiciele branży targowej. Przypominają też, że była ona jedną z pierwszych, które zostały już w lutym b.r. dotknięte pandemią choroby COVID-19. W związku z obostrzeniami sanitarnymi od prawie pół roku znajduje się praktycznie w całkowitym zastoju.

Na skutek odwołania imprez targowych od 6 miesięcy przychód zdecydowanej większości firm branży targowej wynosi 0 zł. Z badań PIPT wynika, iż prawie 76% firm tego sektora straciło jedyne źródło przychodu i taki stan może trwać nawet do końca 2020 r.! – Branża targowa w czasie obecnego „przestoju” traci nawet 150 mln zł miesięcznie. Jak łatwo policzyć, straty przekroczą wkrótce 1 mld PLN – informuje w piśmie Izba. Co ważne, polski rynek targowy zatrudnia ok. 20 000 pracowników etatowych i drugie tyle na umowy cywilno-prawne. – Należy tu wspomnieć również o setkach firm, zatrudniających tysiące pracowników, które są podwykonawcami dla firm targowych. Z badań PIPT wynika, że co 4 firma rozważa zwolnienia co najmniej połowy swoich pracowników i współpracowników! Bez pomocy rządu dla naszej branży zbankrutuje lub ulegnie zamknięciu, w ciągu najbliższych dwóch miesięcy ponad 60% przedsiębiorstw – prognozuje Polska Izba Przemysłu Targowego. Jeszcze w lipcu apelowała do sejmu o uwzględnienie wszystkich najważniejszych kategorii (w oparciu o PKD) firm pracujących dla targów. W przegłosowanym na razie przez sejm projekcie Tarczy Turystycznej (zw. też Mikrotarczą) nie znalazły się firmy projektujące i budujące stoiska ani transportowe, o których pisała Izba. Teraz nad ustawą pracuje senat. W tym tygodniu zajmie się nią senacka Komisja Gospodarki Narodowej i Innowacyjności. Zasiadający w niej senatorzy mają szansę na wprowadzenie korzystnych dla branży targowej zapisów.

Infobip wprowadza na rynek „Moments” – nowe rozwiązanie ułatwiające kontakt z klientem

Infobip, firma specjalizująca się w globalnej komunikacji w chmurze, uruchomiła „Moments” – kompleksowe  rozwiązanie do automatyzacji komunikacji omnichannel, umożliwiające markom lepsze zrozumienie i dotarcie do konsumenta w erze postępującej cyfryzacji. „Moments” w ramach jednej platformy integruje i automatyzuje komunikację poprzez kanały takie jak WhatsAPP, Viber, Facebook Messenger, ale też e-mail, SMS czy RCS, pozwalając firmie na zaawansowaną personalizację kontaktu z klientem.

Wszelkie inicjatywy przedsiębiorstw w zakresie transformacji cyfrowej ich biznesów uległy znacznemu  przyspieszeniu ze względu na pandemię koronawirusa. „Moments”, autorskie rozwiązanie Infobip, umożliwia marketerom budowanie trwałych relacji z klientami w ramach szerokiego zakresu najpopularniejszych na świecie cyfrowych kanałów komunikacji. Należą do nich aplikacje do czatu (WhatsApp, Viber, Facebook Messenger, Line, KakaoTalk itp.), SMS, e-mail, głos, aplikacje mobilne, strony internetowe, ale też nowe kanały zyskujące coraz większą popularność takie jak RCS.

„Moments” pomaga markom tworzyć, aktywować i śledzić kampanie marketingowe, które korespondują z osobistymi preferencjami komunikacyjnymi klientów. Dzięki zintegrowaniu w obrębie jednej platformy najpopularniejszych kanałów komunikacyjnych, marki mogą docierać do klientów bezpośrednio za pomocą spersonalizowanych treści, co wraz z poprawą efektywności komunikacyjnej na linii klient-firma wpływa pozytywnie na efektywność biznesową i lepsze wyniki sprzedażowe.

„Dla marek, które chcą wzbudzać zaufanie i lojalność, znajomość klienta w stopniu podstawowym może okazac się niewystarczająca. By osiągać ponadprzeciętne efekty trzeba go zrozumieć w jak najpełniejszym wymiarze, a także wiedzieć jakie są jego preferencje i zwyczaje komunikacyjne. Niektóre kanały, takie jak na przykład WhatsApp, są obecnie powszechnie używane do wszystkiego – od komunikacji z lekarzem po dostawę artykułów spożywczych. Dlatego ważne było dla nas, by uwzględnić charakter tego zjawiska  w ramach jednego rozwiązania i pozwolić marce spotkać się z klientami tam, gdzie oni już są, respektując przy tym ich zwyczaje. Przykładowo SMS-y są zwykle odczytywane natychmiast, podczas gdy e-mail może znajdować się w czyjejś skrzynce przez chwilę, nie rodząc konieczności natychmiastowej odpowiedzi. Chodzi o zrozumienie ekosystemu komunikacyjnego i umiejętne zaplanowanie wokół niego zaangażowania klientów. Opierając się na ich zachowaniach, nasze rozwiązanie „Moments” umożliwia marketerom oferowanie prawdziwie zindywidualizowanych doświadczeń poprzez dostarczanie komunikatów za pośrednictwem najszerszej gamy kanałów komunikacyjnych z których korzysta współczesny konsument. Odpowiada to na bieżące zapotrzebowanie na szyte na miarę i bardziej zorientowane na konkretnego klienta działania marketingowe, co jest bezpośrednim efektem zmian spowodowanych pandemią – wyjaśnia Adrian Benic, wiceprezes ds. produktu w Infobip.

Kluczowe funkcje „Moments” to:

  • Proste zarządzanie kampaniami w wielu kanałach. Marketerzy uzyskują możliwość przeprowadzania kampanii w szerokiej gamie kanałów, za pośrednictwem jednego czytelnego interfejsu.
  • Ujednolicone dane klientów. Rozwiązanie pomaga tworzyć bogatsze profile klientów poprzez łączenie i ujednolicanie danych z wielu źródeł. Umożliwia to firmom lepsze zrozumienie potrzeb klientów i tworzenie skuteczniejszych, spersonalizowanych kampanii.
  • Inteligentniejsza segmentacja odbiorców. Dzięki „Moments” kampanie informacyjne mogą być „szyte na miarę” i jednocześnie realizowane na dużą skalę, dzięki możliwości segmentacji odbiorców na podstawie wydarzeń, tagów lub zachowań.
  • Automatyzacja marketingu. Rozwiązanie umożliwia wieloetapową automatyzację kampanii oraz daje sposobność do natychmiastowej reakcji na działania klientów związane z marką.
  • Zaawansowana analityka. Dzięki analizie zdarzeń i segmentów firmy mogą skutecznie optymalizować relacje z klientami, w oparciu o rozbudowane raporty. „Moments” daje również możliwość przetestowania, które komunikaty i kanały najbardziej angażują klientów, dzięki testom A/B.

„Wprowadzenie Moments idealnie wpisuje się w naszą misję przekształcania komunikacji biznesowej w bardziej bezpośrednią i naturalną w momencie gdy z roku na rok, coraz więcej ludzi kupuje za pośrednictwem aplikacji i urządzeń mobilnych. Chcemy pomóc marketerom w przeprowadzeniu cyfrowej transformacji, która będzie decydowała o powodzeniu biznesu nie tylko dzisiaj, ale i w przyszłości” – podsumowuje Adrian Benic.

Rozwiązania dla nauki zdalnej. Przepis na szybkie wdrożenie e-nauki

Biznes i szkoły powinny korzystać z tych samych rozwiązań –  przepis na szybkie wdrożenie e-nauki. Komentarz Piotra Kaweckiego, Prezesa Zarządu ITBoom Sp. z o.o.

Kilka dni po rozpoczęciu roku szkolnego w którym przynajmniej część placówek pracuje lub będzie pracować w trybie zdalnym, znaczna część szkół nadal boryka się z trudnościami organizacyjnymi. Problemem jest brak odpowiedniego zaplecza w postaci oprogramowania i sprzętu. Nauczyciele, którzy nie są biegli technologicznie, mają także spore obawy przed nową formułą pracy.

Przy współpracy Ministerstwa Nauki i gigantów technologicznych możliwe jest wykorzystanie rozwiązań, które z powodzeniem funkcjonują w biznesie również w polskiej edukacji.

Jednym z podstawowych problemów jest demografia kadry nauczającej. Krótko mówiąc nauczyciele w znakomitej części są osobami starszymi. W związku z tym proces edukacji i wdrożenia rozwiązań IT jest po prostu trudny.  Kolejnym błędem jest pozostawienie tej grupy zawodowej z tym problemem niejako samej sobie. Informatyzacja w administracji publicznej przechodzi krok po kroku przez wiele szczebli. Idzie niezwykle powoli, ale jak pokazuje pandemia – o oświacie kompletnie zapomniano. Paradoks obecnej sytuacji jest taki, że to młodzież i dzieci są lepiej przygotowane do zdalnej nauki niż nauczyciele. Młodsze pokolenie jest po prostu przygotowane technologicznie do poradzenia sobie z tą trudną sytuacją.

Jest także obawa i spora bariera wśród środowisk nauczycielskich, które boją się, że rozwiązania wspomagające pracę zdalną będą przyczynkiem do zwolnień lub wymiany kadry na bardziej biegłą technologicznie. To spory problem, którym także powinniśmy odpowiednio zarządzić.

Jest wiele możliwości doszkolenia nauczycieli w zakresie obsługi danego oprogramowania. Jeśli mamy do czynienia ze światowym gigantem, dostawcą oprogramowania już dostępnego od dłuższego czasu w biznesie, będzie można niezwykle tanio lub w sposób partnerski zaangażować biznes w program edukacji dla szkół. Osobiście zaangażowałbym się w taki projekt, bez mrugnięcia okiem. Jeśli np. Microsoft poprosiłby nas o oddelegowanie po godzinach 10 osób do przeprowadzenia serii szkoleń – nie ma problemu. Zrobimy to z przyjemnością.

Kolejnym utrudnieniem, które widzę jest fakt, że w znakomitej większości domów w Polsce jest komputer – tylko jeden. Mam świadomość tego, że są też rodziny, gdzie takiego komputera w ogóle nie ma. Natomiast nawet w przypadku posiadania jednego urządzenia istnieje problem techniczny.  Dla przykładu, jeśli w rodzinie jest więcej niż jedno dziecko to ich zajęcia zdalne będą się pokrywać. Czyli jedno z nich będzie musiało opuścić lekcje. Kolejną kwestią, jest fakt, że spora część dzieci będzie pozostawiona samym sobie. Ich rodzice albo nie będą mieli czasu na pomoc, albo nie będą znali technologii.

Wykorzystajmy gotowe rozwiązania

Moim zdaniem szkoły powinny iść za biznesem, czyli wykorzystywać narzędzia będące dzisiaj na topie w gospodarce i z dużym powodzeniem wykorzystywane w polskich firmach. Dzieci i młodzież będą wówczas oprócz zdalnej nauki uczyć się obsługi rozwiązań, z których będą korzystać w przyszłości w pracy zawodowej.

Dzisiaj brakuje natomiast nawet standardów i systemowych procedur postępowania, które powinny wyjść od szczebla centralnego. Nauczyciele i szkoły muszą otrzymać szczegółowe wytyczne, niezbędne do odpowiedniego przeprowadzenia wdrożeń. Takie standardy pomogłyby w korzystaniu z narzędzi, które są bezpieczne i dostępne. Odpowiednia rekomendacja poparta instrukcją korzystania z danego narzędzia w wielu przypadkach rozwiązałaby problem w ogromnej części.

Postawiłbym na oprogramowanie będące standardem biznesowym. Nie sprawdzi się nic projektowanego i wdrażanego na tzw. zamówienie czy w wyniku przetargu. Na to nie ma czasu, a już tym bardziej pieniędzy, więc w efekcie byłoby to działanie pozbawione sensu. Moim zdaniem muszą to być rozwiązania biznesowe, gotowe do natychmiastowej implementacji. Dzisiaj młodzież potrafi korzystać z narzędzi. Pokolenie Skype’a i Messengera nie będzie czekać na przetarg, zaprojektowanie i wdrożenie rozwiązań dedykowanych dla edukacji. To bezwarunkowo musi być rozwiązanie, które już istnieje i sprawdza się w biznesie. Najwięksi gracze mają takie narzędzia praktycznie od ręki. Co więcej, jeden z gigantów z Redmond na początku pandemii udostępnił swoje rozwiązanie do pracy zdalnej za darmo – na okres 6 miesięcy. Myślę, że kontynuacja takiej promocji jest realna, oczywiście przy odpowiednim poprowadzeniu rozmów przez Ministerstwo Edukacji Narodowej.

Duzi gracze na rynku powinni dostarczyć odpowiednie instrukcje oraz możliwość skorzystania z narzędzi praktycznie nieodpłatnie. To w mojej opinii niebywała szansa dla dostawców rozwiązań do zdalnej nauki i pokazania swojej roli w edukacji społeczeństwa. Pozwoli to także ponieść współodpowiedzialność za przyszłość polskich rodzin.

Co do samego sprzętu to niestety, w mojej opinii jest to kwestia adekwatnego pokrycia kosztów po stronie administracji centralnej. Na pewno powinniśmy w jakiś sposób zapewnić każdemu Polakowi równy dostęp do edukacji, a tym samym zadbać o rodziny nieposiadające dostępu do komputera czy Internetu. Mamy teraz spory sprawdzian dla dotychczasowego przeciwdziałania wykluczeniu cyfrowemu. Ta aktywność musi nabrać jeszcze większego tempa i zapewnić polskim uczniom równy dostęp do technologii, tak aby nauka przebiegała w miarę bezproblemowo.

Nie powinniśmy wyważać otwartych drzwi.

Musimy korzystać z narzędzi już sprawdzonych, dostępnych i w pełni bezpiecznych. Na pewno Rząd mógłby rozpocząć rozmowę z uznanymi dostawcami biznesowymi, którzy mają dostępną technologię i świadczą usługi od wielu lat. Nie mogę wykluczyć, że w drodze odpowiednich negocjacji mogłoby się okazać, że wdrożenie odpowiedniej platformy będzie niezwykle tanie lub nawet bezkosztowe. Wierzę, że świat edukacji i biznesu może się w tej dziedzinie porozumieć. Duże korporacje na pewno wyjdą z otwartymi rękoma i pomogą wdrożyć swoje narzędzia także w polskiej edukacji. Ważne jest, aby dostawcy mieli odpowiednie możliwości, wysoką przepustowość centrów danych, a ich rozwiązania były sprawdzone w milionowej skali użytkowników. Na świecie jest dwóch takich graczy i nie ma co ukrywać, że to w ich stronę trzeba się uśmiechnąć.

Polski rynek kosmetyczny rozwija się pomimo pandemii – analiza Santander Bank Polska

  • 9 września przypada „Międzynarodowy Dzień Urody” – z tej okazji analitycy Santander Bank Polska przeanalizowali dane dotyczące rozwoju polskiego przemysłu kosmetycznego oraz wydatki kartowe klientów.
  • Polska zajmuje szóstą pozycję w Europie pod względem obrotów handlu detalicznego kosmetykami.
  • Wielkość wydatków na kosmetyki na jednego mieszkańca Polski to średnio 100 euro, przy średniej europejskiej na poziomie 127 euro.
  • Pomimo lockdownu, eksport kosmetyków z Polski wzrósł o 6,2% w pierwszych 4 miesiącach br.

9 września obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Urody. To dobra okazja do podsumowania działalności polskiego przemysłu kosmetycznego w ostatnim czasie i jego pozycji międzynarodowej.

Największym rynkiem kosmetyków na świecie jest Europa. Wg Euromonitor International wartość europejskiego rynku liczona w cenach detalicznych wzrosła o 1,5% w 2019 r. do 79,8 mld euro. Kolejne miejsca zajmują Stany Zjednoczone i Chiny. Patrząc na poszczególne kraje europejskie, liderem są Niemcy z wielkością obrotów na poziomie 14 mld euro, za nimi plasują się Francja, Wielka Brytania i Włochy.

Największe rynki detaliczne kosmetyków
Źródło: Cosmetics Europe

Jak podaje Cosmetics Europe, ponad połowę wartości rynku detalicznego w Europie stanowią produkty do pielęgnacji skóry oraz higieny osobistej. Ich udział w rynku wynosił w 2019 r. odpowiednio 27,1% i 24,8%.

Europejski przemysł kosmetyczny zatrudnia bezpośrednio 207 tys. osób, a 1,6 miliona pracuje w sektorach powiązanych. Warto podkreślić, że 63% zatrudnionych stanowią kobiety. Sektor jest dosyć mocno rozdrobniony, bo oprócz dużych koncernów reprezentuje go około 5,9 tys. małych i średnich przedsiębiorstw.

Polska zajmuje szóstą pozycję w Europie z obrotami handlu detalicznego kosmetykami na poziomie 4,1 mld euro. Potencjał do wzrostu rodzimego rynku wydaje się nadal duży. Wielkość wydatków na kosmetyki wyniosła w Polsce w 2018 r. średnio 100 euro na jednego mieszkańca, przy średniej unijnej na poziomie 127 euro. Najwyższe średnie uzyskały Norwegia (229 euro/os.), Szwajcaria (220 euro/os.) i Szwecja (194 euro/os.), najniższą Bułgaria (58 euro/os.).

 

Euromonitor International szacuje, że na krajowy przemysł kosmetyczny w 2019 r. składało się 531 producentów. Wg GUS produkcją kosmetyków zajmowały się w tym okresie 83 podmioty, zatrudniające powyżej 9 pracowników, w których łącznie pracowało 16 tys. osób.

Wartość produkcji sprzedanej krajowych producentów (powyżej 9 zatrudnionych) wyniosła 7,5 mld zł w 2019 r. Na większą skalę odbywała się jednak zagraniczna wymiana handlowa kosmetykami. Eksport z Polski rósł nieprzerwanie od momentu wejścia przez nasz kraj do Unii Europejskiej. Wg danych GUS, między rokiem 2004 a 2019 jego wartość zwiększyła się pięciokrotnie, tj. z 3,0 do 14,8 mld zł. Głównymi rynkami zbytu są Niemcy, Rosja, Wielka Brytania. Największym zainteresowaniem za granicą cieszą się produkty do pielęgnacji skóry, odpowiadające za 44% wartości eksportu – mówi Radosław Pelc, analityk sektorowy Santander Bank Polska.

Polska jest eksporterem netto kosmetyków. Udział eksportu w obrotach handlowych utrzymywał się w latach 2004-2019 w przedziale 59-64%. Z uwagi na wzrost obrotów handlu zagranicznego ogółem, nadwyżka handlowa Polski wzrosła z 1,0 mld zł w 2004 r. do 6,1 mld zł w 2019 r. W minionym roku zaimportowano do Polski kosmetyki o wartości 8,7 mld zł.

rynek kosmetyków 2019
Źródło: GUS

Polski eksport był odporny na kryzys z lat 2008-2009. Dostępne dane (do kwietnia br.) pokazują, że krajowa branża kosmetyczna stawiła czoła również pandemii Covid-19. Co prawda w wyniku zawirowań związanych z lockdownem w kwietniu nastąpił spadek o 12,5% w ujęciu rocznym. Był on jednak na tyle niski, że łącznie w pierwszych 4 miesiącach br. eksport z Polski zwiększył się o 6,2% w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Dzięki temu zniwelował nieco bardziej gwałtowne spadki zanotowane na rynku krajowym.

 

– Pandemia potwierdziła, że rodzima branża kosmetyczna potrafi sprawnie i elastycznie reagować na sytuacje nadzwyczajne. Nie było łatwo – zamykane czasowo zakłady, problemy rejestracyjne z produktami antybakteryjnymi czy brak alkoholu etylowego. Ale ten okres pozwolił też zaistnieć polskim markom tam, gdzie przed pandemią było im trudniej sprzedawać. Na przykład w kwietniu odnotowano wzrost eksportu na wymagające rynki Szwecji i Danii o blisko 30% r/r oraz Szwajcarii o ponad 150% – komentuje Radosław Pelc.

 

Pandemia Covid-19 to okres wzmożonego rozwoju sprzedaży e-commerce. To właśnie kosmetyki mocno zyskały w tym kanale sprzedaży. Według badania Kantar Millward Brown obecnie już co trzeci Polak kupuje kosmetyki w sieci. To również segment, który rekompensował spadki sprzedaży w kanale tradycyjnym uzyskane w wyniku zamknięcia sklepów w galeriach handlowych

Rozwój sprzedaży kosmetyków w kanale internetowym wzmaga trend wzrostu zainteresowania niezależnymi markami kosmetycznymi. Umożliwia konsumentom dostęp do większej liczby marek kosmetycznych niż tylko tych oferowanych w lokalnych sklepach. Konsumenci chętniej eksperymentują z kosmetykami marek niszowych, wcześniej nieznanych. W efekcie lojalność wobec marki maleje. Jednocześnie pandemia może ułatwić dużym firmom kosmetycznym realizację strategii przejmowania takich małych niezależnych marek, które gorzej sobie poradziły w kryzysie i oferta przejęcia staje się dla nich w tym momencie szczególnie atrakcyjna.

W pandemii dbamy o urodę

Analitycy Santander Bank Polska przyjrzeli się także wydatkom kartami* klientów w salonach fryzjerskich i kosmetycznych. Oczywiście w czasie lockdownu wydatki kartami w salonach kosmetycznych i fryzjerskich spadły znacznie, poniżej 5 mln zł średniotygodniowo. Niezwykle interesująco wygląda natomiast odbicie. Już pod koniec maja bieżącego roku średniotygodniowe wydatki kartami klientów Santander Bank Polska w salonach kosmetycznych i fryzjerskich przekroczyły 18 mln zł i oscylowały wokół tego poziomu przez całe wakacje.

Pamiętamy, że w czasie lockdownu w mediach pojawiało się wiele materiałów, mówiących o tym jak uciążliwy jest dla Polaków brak możliwości korzystania z usług fryzjerów czy kosmetyczek. Dlatego zaraz po ich ponownym otwarciu zaobserwowaliśmy odbicie w kształcie litery V. Obecnie nasi klienci na usługi w salonach kosmetycznych i fryzjerskich wydają więcej niż kiedykolwiek. Od maja do dziś poziom wydatków utrzymuje się na poziomie o 45-63% wyższym niż w analogicznych okresach 2019 roku mówi Przemysław Chojecki, data scientist z Santander Bank Polska.

*Analiza transakcji płatniczych klientów banku nie obejmuje transakcji gotówkowych

 

Dane z Europy zawodzą. Recesja w Japonii

Dobra passa danych z Europy się kończy. Z jednej strony oczekiwania analityków po dobrym przyjęciu ograniczeń pandemicznych są bardzo optymistyczne. Z drugiej strony Europa wcale nie radzi sobie tak dobrze.

Słabsze dane z Niemiec

Ostatnimi czasy lepszą passę w danych makroekonomicznych mają zdecydowanie Amerykanie niż Europejczycy. Opublikowana wczoraj produkcja przemysłowa w Niemczech tylko potwierdza tę obserwację. W ujęciu miesięcznym wbrew oczekiwaniom nie rośnie o 4,7%, ale zaledwie 1,2%. W rezultacie w ciągu roku spadek wynosi niemal 10%. Spowodowało to kolejne osłabianie się euro wobec dolara.

Recesja w Japonii

Spadek PKB w kraju kwitnącej wiśni nie jest niczym nowym. W kontekście pandemii i lockdownu nie może zatem dziwić pogłębienie tej tendencji. Niemal 10% spadek jest ostatnio dość popularnym wynikiem na świecie. Wartość ta pokrywa się z oczekiwaniami analityków. Jen przyjął te dane w miarę neutralnie. Nie było widać większych zmian wartości względem amerykańskiego dolara.

Chiny znów przechodzą na eksport

Strategia gospodarki chińskiej jeszcze nie tak dawno zakładała przechodzenie na konsumpcję wewnętrzną zamiast eksportu. Ostatnie dane pokazują, że epidemia koronawirusa utrudnia ten koncept. Eksport rośnie o 9,5%, za to import spada o 2,1%. W rezultacie nadwyżka handlowa znowu się powiększa. Dane te zostały odebrane jako korzystne dla wartości juana i zyskiwał on po nich na wartości.

Dzisiaj w kalendarzu brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Rzecznik MŚP przeciwko niekorzystnym zmianom w zakresie Wiążących Informacji Stawkowych

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców krytycznie odniósł się do zmian zaproponowanych w projekcie ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy – Prawo bankowe dotyczących Wiążących Informacji Stawkowych (WIS) – numer projektu w Wykazie prac legislacyjnych i programowych Rady Ministrów – UD118.

Przedmiotowa nowelizacja ustawy o podatku od towarów i usług to pomysły na uproszczenie i unowocześnienie rozliczeń VAT, funkcjonująca pod nazwą SLIM VAT. Niestety, oprócz niektórych korzystnych rozwiązań znalazły się w nim propozycje zmian oceniane przez Rzecznika MŚP jako nie sprzyjające przedsiębiorcom. Wśród tych propozycji należy wymienić chociażby czasowe obowiązywanie Wiążących Informacji Stawkowych (przez 3 lata, obecnie, co do zasady, obowiązują bezterminowo) oraz brak ochrony dla adresatów WIS w sytuacji, gdy towar lub usługa, będąca przedmiotem WIS, stanowią element czynności zdefiniowanych w art. 5 ust. 5 ustawy o podatku od towarów i usług.

Temporalne obowiązywanie instytucji prawa podatkowego, jaką jest WIS, w szczególności mającej dla podatników walor ochronny, stanowi w ocenie Rzecznika MŚP naruszenie zasady pewności prawa oraz stanowi dodatkowe obciążenia administracyjne dla przedsiębiorców (związane z koniecznością „pilnowania” terminu ważności WIS i występowania o kolejną WIS w sytuacji wygaśnięcia dotychczasowej). Tym bardziej, że wydane WIS mogą wygasnąć z mocy prawa w przypadku zmiany przepisów dotyczących VAT lub zostać uchylone/zmienione w określonych przypadkach. Jednocześnie Rzecznik MŚP nie podziela argumentu z uzasadnienia do tej zmiany, iż wprowadzenie okresu obowiązywania WIS przyczyni się do większej jednolitości rozstrzygnięć.

Kolejna z propozycji zmian, krytycznie oceniana przez Rzecznika MŚP, dotyczy pozbawienia podatnika ochrony wynikającej z posiadanej Wiążącej Informacji Stawkowej, gdy z decyzji wydanej przez organ podatkowy będzie wynikać, że przedmiot WIS jest elementem transakcji, która została uznana za nadużycie prawa na gruncie art. 5 ust. 5 ustawy o podatku od towarów i usług. Nie kwestionując celu, tj. zabezpieczenia budżetu państwa przed nadużyciami dokonywanymi przez nieuczciwych podatników, należy zauważyć, iż proponowana zmiana stanowi, w ocenie Rzecznika MŚP przejaw nadregulacji. Z brzmienia klauzuli nadużycia prawa w VAT wynika bowiem, iż samo zastosowanie przedmiotowej klauzuli jest wystarczające w praktyce do pozbawienia WIS, uzyskanej przez nieuczciwego podatnika, mocy wiążącej.

Przedsiębiorcy sektora MŚP bez wątpienia potrzebują uproszczenia systemu podatkowego,  szczególnie w zakresie VAT. Z tego względu każda tego typu inicjatywa cieszy. Niemniej jednak ogólny, pozytywny wydźwięk proponowanych zmian zakłócają niektóre propozycje, które z perspektywy przedsiębiorców należy ocenić negatywnie. Przykładem są proponowane zmiany w zakresie Wiążących Informacji Stawkowych zawarte w tzw. pakiecie SLIM VAT – mówi Paweł Satkiewicz, doradca podatkowy, główny konsultant w Biurze Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Zdalne podpisanie umowy o pracę stanie się standardem cyfrowej transformacji biznesu

Koronawirus zmienił sposób wykonywania obowiązków zawodowych oraz istotnie wpłynął na proces rekrutacji czy podpisywania umów. W świetle Kodeksu Pracy zawarcie umowy o pracę lub zmiana jej warunków wymagają formy pisemnej. Co za tym idzie, aby dopełnić formalności należy spotkać się osobiście, skorzystać z usług kuriera lub użyć kwalifikowanego podpisu elektronicznego, którym według szacunków dysponuje obecnie tylko pół miliona Polaków. Dostosowując się do zmieniającej się rzeczywistości firmy zaczęły wdrażać u siebie rozwiązanie, pozwalające na wyrobienie pracownikowi podpisu kwalifikowanego podczas wideorozmowy, dzięki czemu proces zatrudnienia może się odbyć w pełni zdalnie.

Lista obszarów życia dotkniętych przez pandemię jest niemal nieskończona i wykonywanie obowiązków służbowych nie jest wyjątkiem. Od pierwszych przypadków koronawirusa w Polsce wiele firm przeszło na pracę w pełni zdalną i jak pokazują badania – Polacy zdecydowanie polubili taką formę wykonywania obowiązków zawodowych. W nowej rzeczywistości ponad 80% ankietowanych nie chce wracać na stałe do biura, jak wynika z raportu Future Business Institute „Praca zdalna – rewolucja, która się przyjęła” oraz wyników badania „Powrót do biura”, przeprowadzonego przez Billennium, polską firmę dostarczającą rozwiązania oraz usługi IT dla biznesu. Za tym trendem starają się nadążyć rządzący, a Sejm – w ramach Tarczy 4.0 – wprowadził możliwość czasowego wykonywania pracy zdalnej przez osoby posiadające odpowiednie umiejętności oraz możliwości techniczne i lokalowe. Co więcej, przedstawiciele Rządu otwarcie mówią o tym, że takie rozwiązanie na stałe zostanie wprowadzone do Kodeksu Pracy.

Jednak oprócz samej pracy, zdalnie zaczęły się też odbywać procesy rekrutacyjne. Od wysłania CV, przez rozmowę kwalifikacyjną, po informację o zatrudnieniu – wszystkie te etapy odbywały się bez konieczności spotkania się na żywo. Jednym wyjątkiem było podpisanie umowy o pracę, które zgodnie z przepisami wymaga formy pisemnej. Istnieje co prawda możliwość podpisania umowy na odległość, ale do tego wymagany jest podpis kwalifikowany, którym dysponuje zaledwie około pół miliona Polaków. W odpowiedzi na zmieniającą się rzeczywistość, chcąc umożliwić zdalne zawieranie umów o pracę w zgodzie z Kodeksem Pracy, pierwsze firmy zaczynają umożliwiać kandydatom możliwość wyrobienia podpisu kwalifikowanego w trakcie wideorozmowy.

Proces odbywa się poprzez platformę internetową, gdzie certyfikowani operatorzy z danej firmy mogą oficjalnie zweryfikować tożsamość rozmówcy. W trakcie rozmowy wideo na podstawie zdjęcia twarzy, dowodu osobistego lub paszportu, numer telefonu oraz adres e-mail, przyznają oni rozmówcy podpis kwalifikowany, który zostanie użyty do podpisania umowy o pracę, a także może być wykorzystywany w przyszłości. Jedną z firm, która wdrożyła takie rozwiązanie u siebie jest Billennium.

– Działamy w bardzo konkurencyjnej, zarówno jeśli chodzi o pozyskiwanie klientów, jak i pracowników, branży IT. Chcąc przekonywać klientów do najnowszych trendów i rozwiązań cyfrowych, sami chcemy je wykorzystywać wewnątrz naszej organizacji i między innymi dlatego zdecydowaliśmy się na wdrożenie systemu, pozwalającego naszemu działowi HR wyrabiać certyfikowane podpisy elektroniczne. Jesteśmy jedną z pierwszych firm, która oferuje to w pełni zgodne z Kodeksem Pracy rozwiązanie i wierzymy, że budując pozytywne doświadczenie z procesu rekrutacji czy też przedłużania umowy, uda nam się zapoczątkować trend, który będzie kolejnym etapem cyfryzacji polskiego biznesu powiedział Łukasz Sawicki vel Sawczenko, Compensation & Benefits Manager w Billennium.

Na co w trakcie pandemii „zachorowały” organizacje?

Koronawirus mocno dał się we znaki światowej gospodarce i uderzył we wszystkie jej sektory. Lockdown dla wielu organizacji okazał się czasem próby, a w niektórych przypadkach – obnażył wiele ich braków oraz problemów, których do tej pory dyrektorzy, menedżerowie i pracownicy nie byli świadomi.

Po pierwsze: zwolnienia i cięcia płac jako reakcja obronna

Zatrzymanie się gospodarki w miejscu błyskawicznie zrodziło potrzebę cięcia wydatków w celu utrzymania płynności finansowej. Wiele firm stanęło w obliczu dramatycznych wyborów, wśród których tym racjonalnym i najprostszym wydawały się zwolnienia. Eksperci zgodnie jednak przestrzegali, że masowe redukcje zatrudnienia są zasadne tylko wtedy, gdy są strategicznie uzasadnione i bez ich przeprowadzenia firma zniknie z rynku. Nie zawsze się tak działo – dla wielu organizacji lockdown stał się dobrym pretekstem do cięcia kosztów, wstrzymywania premii i dodatków do pensji, a także nagród dla wieloletnich pracowników. W niektórych przypadkach – także do zwolnień niekoniecznie podyktowanych kryzysem, ale dających się łatwo uzasadnić „trudną sytuacją biznesową”. Wielu pracodawców zapomniało, że zanim zdecydują się na zwolnienia, powinni szukać wszelkich innych możliwych dróg do zyskania oszczędności i bezpieczeństwa finansowego na najbliższe tygodnie lub miesiące – egzekwować należności, zarządzać długiem, redukować zapasy i nie generować niepotrzebnych kosztów. Dopiero, gdy nie dadzą one pożądanego efektu, powinni brać cięcia płac (lub w ostateczności zwolnienia) pod uwagę.

Po drugie: brak planu B

To dosyć szerokie pojęcie odnosi się nie tylko do rezerw budżetowych, których brak odczuły firmy mierzące się z koniecznością zwolnień, ale w ogóle całego katalogu działań, które organizacja mogłaby podjąć tak, by sytuację kryzysową odczuć jak najmniej dotkliwie. Doskonale przekonała się o tym branża TSL, a zwłaszcza te firmy, które nie dysponują zdywersyfikowanym portfelem zamówień i nie są gotowe na szybkie przekształcenie swojej działalności. Te o zróżnicowanej ofercie bez wątpienia lżej odczuły skutki koronakryzysu, bo nawet, gdy upadał jeden segment ich działalności, to inny wzmacniał się jego kosztem.

Równie dobrym przykładem dobrze spożytkowanej nauki, wyniesionej z lockdownu, są restauracje, które – zamiast się zamknąć i czekać na odmrożenie biznesu – otworzyły się na rynek delivery. Niektóre z nich nawiązały współpracę z serwisami agregującymi usługę zamawiania jedzenia online, inne rozpoczęły organizację własnej floty dostaw. Pozwoliło to nie tylko na podtrzymanie ciągłości pracy restauracji, ale otworzyło przed nimi zupełnie perspektywy. Plan B rozumiemy więc jako umiejętność takiego przeorganizowania działania firmy, by zminimalizować skutki kryzysu.

– Moim zdaniem jedną z ciekawszych lekcji dla firm jest konieczność rozszerzenia pojęcia zarządzania ryzykiem. Większość menadżerów, których znam, postrzega ryzyko jedynie w kategoriach zagrożenia. Obecna sytuacja pokazała, że istnieją czynniki, których po prostu nie da się przewidzieć. Warto więc przygotowywać plany nie tylko prognozując czynniki negatywne, ale też pozytywne. Innymi słowy: rozszerzyć pojęcie „ryzyka” na „sytuację niespodziewaną”. I odpowiedzieć sobie na pytania takie jak: jakie niespodziewane pozytywne sytuacje mogą wyniknąć na rynku w przyszłości? I jak powinniśmy na nie reagować?  Mówiąc krótko: przygotowujmy nie tylko plany „awaryjne”, ale też plany zarządzania szczególnymi, nowymi okazjami – podkreśla dr hab. Andrzej Wodecki, wykładowca w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej i opiekun merytoryczny programu MBA Digital Transformation.

Po trzecie: znikoma kultura pracy zdalnej

Jedną z poważniejszych barier, która powstrzymywała menedżerów przed wysyłaniem pracowników na pracę zdalną, był brak zaufania i obawa, czy wykonywanie przez nich obowiązków służbowych w domu będzie się odbywało z należytą starannością. Obawy te jeszcze bardziej się nasiliły w związku z powszechną kwarantanną, która dla wielu pracowników oznaczała konieczność dzielenia obowiązków zawodowych z tymi domowymi, np. opieką nad dzieckiem. W trakcie lockdownu pracodawca nie miał wyboru i musiał zaakceptować taką sytuację, co przysporzyło kolejnych trudności. Błędem jest bowiem założenie, że pracę, wykonywaną w sztywno narzuconych warunkach biurowych, można w ten sposób wykonywać w specyficznym, domowym środowisku pracy, w ściśle określonych godzinach i maksymalnym skupieniu. Wielu menedżerów i organizacji nie wdrożyło optymalnej, a więc przejrzystej i elastycznej kultury organizacyjnej, dopuszczającej zmienny czas pracy, orientację na wykonanie konkretnych zadań, a nie spędzenie określonego czasu przed komputerem. Przeciwnie – wiele organizacji zastosowało jeszcze bardziej zaostrzoną politykę kontrolowania i monitoringu, wymagając jeszcze bardziej szczegółowych dziennych raportów czy rozliczania się z każdej roboczej godziny.  – Moim zdaniem warto skorzystać z dobrych praktyk i/lub kursów z obszaru szeroko pojętej produktywności. Często rozmawiam na ten temat z zaprzyjaźnionymi menadżerami i widzę, że „produktywność” ma raczej negatywne konotacje, podczas gdy tak naprawdę to zbiór metod i techniki powodujących, że praca staje się łatwa i przyjemna – dodaje dr hab. Andrzej Wodecki.

Po czwarte: niekompetencja liderów

Nie bez powodu mówi się, że prawdziwego przywódcę poznaje się w obliczu trudnej sytuacji, a lockdown taką się okazał – i to bez cienia wątpliwości. Dobry, charyzmatyczny lider powinien integrować, inspirować i ufać swojemu zespołowi, a zmiany w organizacji zaczynać od krytycznej oceny samego siebie. Niestety, w wielu przypadkach menedżerowie, dyrektorzy i liderzy nie zdali tego egzaminu. Pochopnie podejmowane decyzje o zwolnieniach czy obniżkach pensji, brak odpowiedniego zaufania do rozproszonego zespołu, pogarszanie morale zamiast utrzymywania go na wysokim poziomie czy wywieranie często nieuzasadnionej dodatkowej presji na pracownikach – to cechy i zachowania absolutnie dyskwalifikujące menedżera w nowej, postpandemicznej rzeczywistości. Jeśli menedżer sprawdził się tylko w „spokojnych czasach”, to być może nigdy nie powinien nim zostać.

Po piąte: myślenie w krótkiej perspektywie

Druga fala pandemii nieuchronnie się zbliża. Nie pada już pytanie „czy”, tylko „kiedy” to nastąpi. Nie wszyscy jednak wydają się być tego świadomi i lockdown traktują jako chwilowe, pojedyncze tąpnięcie na rynku – kryzys, który przeminął. Wiele organizacji zdaje się wyczekiwać drugiej fali i zawczasu przygotowuje odpowiednią kryzysową strategię, gromadzi rezerwy, planuje reorganizację działań firmy, popularyzuje i rekomenduje kulturę pracy zdalnej. Przewidywanie i zapobieganie to, w tak niepewnych czasach, jedyna słuszna droga.

Ale… po szóste – będzie zdecydowanie lepiej

Pandemia dała nam wiele do myślenia, a organizacje doszły do cennych wniosków. Jak widać, nie zawsze pozytywnych, niekiedy wręcz bolesnych… Ale często to najlepsza możliwa droga do poprawy. Samokrytyka, dostrzeżenie własnych błędów, próba ich naprawy i zapobiegania tak, by więcej się nie powtórzyły z pewnością pozwolą organizacjom działać lepiej, szybciej, sprawniej i skuteczniej. Wszyscy bowiem stanęliśmy w obliczu pandemii i nikt nie był w stanie ustrzec się błędów w tak nowej, dynamicznie się zmieniającej sytuacji. Prowadzi to do wyraźnej konkluzji i optymistycznej prognozy – dzięki nauce wyciągniętej z lockdownu organizacje zdecydowanie zmienią się na lepsze, a w obliczu kolejnego zagrożenia będą reagować na bieżące wydarzenia z większym spokojem i kontrolą. – Warto spokojnie przeanalizować obecną sytuację nie tylko z perspektywy obrony przed zagrożeniem, ale też nowych szans, które powstają – podsumowuje dr Andrzej Wodecki.

600 tys. zł czeka na Polskie Produkty Przyszłości

Współczesny szybko zmieniający się świat nie może obyć się bez innowacyjnych produktów i nowatorskich technologii. A ich twórcy ponownie mogą powalczyć o nagrody finansowane z UE. Aż 600 tys. zł czeka na zwycięzców XXIII edycji konkursu „Polski Produkt Przyszłości”, organizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości i Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Przedsiębiorcy, jednostki naukowe oraz ich konsorcja mogą zgłaszać projekty od 21 września do 29 października.

W dotychczasowej historii konkursu rozpatrzone zostały 1 073 projekty, spośród których nagrodzono 56, a 122 zostały wyróżnione. Dotyczą bardzo różnych obszarów techniki, a dzięki swojej innowacyjności mają szansę zaistnieć także na globalnym rynku.

W dobie pandemii Covid-19 z nadzieją patrzymy na innowacyjne pomysły, które mogłyby ułatwić nam codzienne życie i tym samym być motorem napędowym polskiej gospodarki, zarówno teraz, jak i w przyszłości. Jestem pewna, że po raz kolejny dzięki konkursowi „Polski Produkt Przyszłości” uda się wybrać i nagrodzić najoryginalniejsze, nowoczesne technologie, produkty czy też kreatywne rozwiązania, które już wkrótce mogłyby stać się doskonałą wizytówką polskich innowatorów na całym świecie, a także stanowić potwierdzenie potencjału gospodarczego naszego kraju – powiedziała Jadwiga Emilewicz, wicepremier i minister rozwoju.

Tytuł „Polski Produkt Przyszłości”, który od 23 lat przyznawany jest w konkursie, to doskonałe narzędzie promocyjne. Dzięki niemu rozgłos w kraju i daleko poza jego granicami zdobyło wiele innowacyjnych produktów tworzonych w Polsce. Konkurs ma też znaczący wpływ na to, jak rodzime przedsiębiorstwa i instytucje naukowe postrzegają wzajemne relacje i potrzebę wdrażania innowacji. Świadomość korzyści wynikających ze współpracy przedstawicieli biznesu i sektora B+R wymaga stałego wspierania i rozwoju.

Organizowany przez PARP i NCBR konkurs to inicjatywa, która doskonale oddaje istotę pracy wykonywanej na co dzień przez obie agencje na rzecz rodzimych twórców technologii: płynącego do nich w różnej formie wsparcia pozwalającego realizować nowatorskie projekty i komercjalizować wyniki prac B+R. Przyjazna dla innowatorów legislacja oraz programy MNiSW, takie jak między innymi „Doktoraty wdrożeniowe”, ułatwiają prowadzenie działalności innowacyjnej – podkreśla Wojciech Murdzek, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Wśród nagrodzonych projektów w ostatniej edycji konkursu znalazła się m.in. proteza ucha środkowego o działaniu bakteriobójczym, fotowoltaiczna szyba z warstwą na bazie kropek kwantowych wspomagająca klimatyzację i ograniczająca nagrzewanie pomieszczeń, zielona sadza pozyskiwana ze zużytych opon, inteligentny stetoskop czy produkt stymulujący odporność roślin. Były to projekty z obszaru medycyny, chemii, elektroniki czy biotechnologii. Ich różnorodność pokazuje, że innowacyjne podejście jest pożądane niemal w każdej dziedzinie życia.

– Nagroda lub wyróżnienie w konkursie to nie tylko dowód uznania dla osiągnięć danej firmy czy jednostki naukowej, ale przede wszystkim potwierdzenie, że ryzykowny i skomplikowany proces badawczy zakończył się sukcesem w postaci komercjalizacji B+R. Zwycięzcy i laureaci „Polskiego Produktu Przyszłości” realizują ambitne projekty i wyznaczają trendy w swoich dziedzinach, promując przy okazji polską myśl techniczną i technologiczną – mówi dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Konkurs prowadzony jest z myślą o projektach, które osiągnęły już pewien stopień zaawansowania. Powinny być doprowadzone co najmniej do etapu prac wdrożeniowych (wymagany poziom gotowości technologicznej to co najmniej 6 TRL) albo wdrożone do produkcji maksymalnie 24 miesiące przed dniem złożenia wniosku konkursowego.

Wdrożenie innowacyjnego produktu to zwieńczenie długotrwałego i żmudnego procesu – setek godzin wytężonej pracy, a także nieskończonej ilości prób, błędów i powtórzeń – aż do skutku, aż do osiągnięcia sukcesu. W te działania zaangażowanych jest wiele osób, ich czas, umiejętności i duch walki. Zwycięstwo w konkursie jest nagrodą dla specjalistów za ich śmiałe marzenia, odwagę i upór w dążeniu do rozwoju – mówi Małgorzata Oleszczuk, prezes PARP.

Dla kogo „Polski Produkt Przyszłości”

W konkursie mogą wziąć udział uczelnie, instytuty naukowe i badawcze oraz przedsiębiorcy prowadzący działalność na terenie Polski. Uczestnicy mogą do niego przystąpić indywidulanie bądź zgłosić projekt opracowany wspólnie przez instytucję i firmę.

Zgłaszany produkt powinien cechować się innowacyjnością, a uczestnik konkursu musi być właścicielem autorskich praw majątkowych, patentowych lub innych praw własności intelektualnej dotyczących zgłaszanego produktu. Rywalizacja będzie odbywać się w trzech kategoriach:

  • Produkt Przyszłości Przedsiębiorcy,
  • Produkt Przyszłości Instytucji Szkolnictwa Wyższego i Nauki,
  • Wspólny Produkt Przyszłości Instytucji Szkolnictwa Wyższego i Nauki oraz Przedsiębiorcy.

Nagroda główna czyli po 100 tys. zł na konta bankowe zwycięzców

Zwycięzcy otrzymają prawo do posługiwania się tytułem i znakiem Polski Produkt Przyszłości. Poza wsparciem promocyjnym laureaci otrzymają nagrodę finansową – 100 tys. zł wynosi nagroda główna a 25 tys. zł wyróżnienie.

Konkurs przewiduje również przyznanie nagród specjalnych w kategoriach:

  • Produkt zgłoszony przez młodego przedsiębiorcę (funkcjonującego na rynku nie dłużej niż 3 lata),
  • Produkt z branży technologii informacyjnych i komunikacyjnych (ICT),
  • Produkt w obszarze ekoinnowacji lub w innych obszarach, które zostaną zidentyfikowane w trakcie oceny zgłoszonych produktów.

Konkurs jest współfinansowany ze środków Unii Europejskiej z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, poddziałanie 2.4.1 Centrum analiz i pilotaży nowych instrumentów inno_LAB.

Kluczowi pracownicy sposobem na przetrwanie pandemii

W obliczu znaczącego spowolnienia gospodarczego wywołanego przez COVID-19 pracodawcy koncentrują się na doskonaleniu systemów motywacyjnych, by zwiększyć współczynnik korelacji pomiędzy efektywnością, a wynagrodzeniem kluczowych pracowników. Jest to lekcja, którą wyciągnęli z okresu kryzysu finansowego z 2007r.

Pandemia koronawirusa nasuwa zatudniającym skojarzenia z ostatnim ogólnoświatowym załamaniem na rynkach finansowych. Dlatego coraz chętniej sięgają dziś do implementowanych wówczas dobrych praktyk opartych na unijnych dyrektywach mających zapewnić stabilność instytucjom finansowym w okresie recesji gospodarczej. Ważnym elementem budowanych wówczas strategii – opartych na minimalizacji ryzyka i długofalowym wzmocnieniu pozycji przedsiębiorstw – okazały się odpowiednio zaprojektowane systemy motywacyjne skierowane do kluczowych pracowników.

„Wydarzenia z tamtego okresu w sposób szczególny ukazały siłę właściwie budowanych systemów motywacyjnych, ale przede wszystkim to, że ich brak może firmę wpędzić w kryzys, lub go wydłużyć. Ma to szczególne znaczenie w przypadku pracowników, których działania mają strategiczny wpływ na działalność całej organizacji, ponieważ to oni podejmują decyzje obciążone największym ryzykiem.” – podkreśla Anna Wójcik, Head of Customer Success and Operations w Talentuno Polska.

Dlatego w warunkach regresu gospodarczego wśród zatrudniających rośnie dziś przekonanie o zasadności wdrażania rozwiązań wynikających wprost z dyrektyw CRD III i CRD IV. Szczególnie, że okazały się one skuteczne. Skierowane do instytucji finansowych wytyczne zobowiązały bowiem banki i instytucje finansowe do zredefiniowania polityki wynagrodzeń kluczowych pracowników w taki sposób, by powiązać je z celami długoterminowymi.

„Początkowo w formie dobrych praktyk – w ślad za największymi instytucjami finansowymi – firmy będące spółkami giełdowymi korzystały z tych instrumentów w przypadku swoich kluczowych pracowników, czyli odraczały część wynagrodzenia zmiennego w czasie i łączyły je z akcjami, czy też innymi instrumentami finansowymi dedykowanymi danej organizacji.” – przypomina Magdalena Miąsek – HR Advisor, współautorka publikacji „Budowa systemu wynagrodzeń”, Wolters Kluwer 2020. „Oznacza to, że wypłaty premii za realizację celów przez strategicznych pracowników odraczano na okres od 3 do nawet 5 lat. I jak się okazało, to właśnie zastosowanie tych dobrych praktyk pozwoliło firmom rozwijać się i rosnąć w siłę. I przetrwać kryzys.” – dodaje.

To sprawiło, że obecnie również sektor prywatny nabiera do nich przekonania. Zwłaszcza, że – jak wskazuje Magdalena Miąsek – narzędzia te mogą być wykorzystywane również w warunkach zaostrzonej konkurencji. Świadomość wpływu, jaki na działalność firmy mają kluczowi managerowie oraz członkowie zarządów sprawiła, że zaczęli być oni postrzegani jako gwarancja rozwoju – a w niektórych przypadkach – przetrwania firm.

„Na początku warto określić czemu dokładnie system motywacyjny ma służyć, ponieważ wynagrodzenie zasadnicze wypłacane jest za naszą codzienną pracę, za nasze kompetencje. Wynagrodzenie zmienne, natomiast, służy temu, by stymulować wynik organizacji – temu, by kierunek, którym podąża był zgodny z przyjętą strategią, zarówno w krótkiej, jak i długiej perspektywie. Dlatego najważniejsze jest określenie, co my chcemy osiągnąć” – wyjaśnia Magdalena Tur, Konsultant Zarządzający Magdalena Tur Rewards..

Stąd potrzeba weryfikacji celów w okresie kryzysu – wskazują specjaliści – przy założeniu, że cel wyznaczony pracownikom odnosi się do celów, które chce realizować organizacja. Przy czym tzw. cel firmowy budowany jest przez każdą firmę indywidualnie, bo dla każdej z firm oznacza on będzie coś innego.

Efektywny system motywacyjny wymaga jednak odpowiednio dostosowanych celów sprzedażowych, czyli tzw. KPI. W warunkach pandemii każdy tzw. KPI powinien być nie tylko skonkretyzowany, ale i odpowiednio mierzalny. Dotyczy to głównie celów jakościowych, które w przeciwieństwie do ilościowych, potrzebują odpowiednio dostosowanych parametrów. Dodatkowo, każdy cel powinien być ambitny, ale i możliwy do zrealizowania oraz określony w czasie.

Zarządzanie nieruchomościami bez wykorzystania nowych technologii będzie niemożliwe

Rynek nieruchomości postrzegany jako dość tradycyjny i niepoddający się szybkim zmianom. W dobie pandemii ma okazję do znacznego przyspieszenia w obszarze transformacji cyfrowej. Przykładem mogą być biura i centra handlowe, w których zarządcy testują nowe rozwiązania i technologie skoncentrowane przede wszystkim na zwiększeniu bezpieczeństwa użytkowników tych przestrzeni. Ta właśnie przesłanka będzie coraz bardziej wyraźna w nowej rzeczywistości na rynku nieruchomości komercyjnych, na którym zyskują na znaczeniu edge computing czy sztuczna inteligencja.

Technologie na krawędzi

Tzw. edge computing, czyli przetwarzanie brzegowe, jest uważane za jeden z najważniejszych trendów na rynku IT i może odgrywać kluczową rolę w kontekście sieci 5G oraz urządzeń podłączonych do Internetu. Co więcej, połączenie technologii edge computingu z rozwiązaniami chmurowymi jest obecnie jedyną drogą do zapewnienia dalszego rozwoju Internetu Rzeczy (IoT) i takich koncepcji, jak inteligentne miasto i dom.
Fakt, że w przypadku edge computing przetwarzanie danych odbywa się lokalnie, a nie w chmurze, może mieć znaczenie dla doświadczenia użytkownika danej nieruchomości. Dodatkowo edge computing ogranicza ilość generowanych i przesyłanych w sieciach danych, co pozytywnie wpływa na poziom bezpieczeństwa informacji. A stanie się to tym bardziej kluczowe, jak będzie rosła liczba aplikacji odpowiedzialnych za poszczególne funkcje np. nieruchomości biurowych czy handlowo-usługowych. – Bartosz Grabowski, R&D Director w Nanovo

Różnorodność systemów

Ewoluujące pod względem technologii aplikacje i systemy zapewniają wsparcie wielu procesów, w zależności od kategorii nieruchomości i wyzwań stojących przed biznesem. Przykładem mogą być narzędzia technologiczne do zarządzania dostawami materiałów na plac budowy, czy aplikacje umożliwiające nie tylko kompleksowe zarządzanie budynkiem, ale również przestrzenią biurową i pracą zatrudnionych tam specjalistów. Obecnie wszyscy są zgodni, że kontrola procesów biznesowych i usprawnianie kluczowych obszarów działalności są czynnikami warunkującymi rozwój. Dlatego rośnie również popularność zaawansowanych narzędzi zarządczo-raportowych, które wspierają zarządzanie całym portfelem posiadanych nieruchomości.

Wystarczy powiedzieć?

Według firmy badawczej Gartner, 30% ludzkich interakcji z technologią będzie odbywać się poprzez rozmowę ze smartfonami. Według AdWeek, do 2022 r. rynek rozpoznawania głosu wyniesie 40 mld dolarów, a 55% domów będzie miało inteligentny głośnik.
Dziś technologia ta nie jest jeszcze skalowalna do biznesu, ponieważ nie ma jeszcze pewności co do dokładności rozpoznawania przez IoT konkretnego użytkownika, a w przypadku nieruchomości mówimy o setkach osób. Natomiast jest to tylko kwestia czasu. Z pewnością jednak pandemia przyspieszyła prace nad tego typu rozwiązaniami, tak aby dokładność ta była bliska 100%. Wtedy praca z danymi wrażliwymi, a tych na rynku nieruchomości nie brakuje, będzie już możliwa. – Virginie de Baere, Dyrektor Zarządzająca, MVGM w Polsce

Tego typu możliwości dają dostępne już na rynku systemy operacyjne do całościowego zarządzania budynkiem biurowym i powierzchniami do pracy, w których ich funkcje komunikują się ze sobą, co pozwala, chociażby na wirtualne utworzenie „wejściówki” dla gościa z zewnątrz.

Sztuczna inteligencja i prywatność danych

Artificial Intelligence (AI) to od lat hasło przewodnie charakteryzujące rozwiązania PropTech. Dlaczego? Chodzi przede wszystkim o ogromny potencjał w zakresie poprawy doświadczenia najemcy, właściciela i zarządcy danej nieruchomości. Jednak najistotniejszą kwestią w tym obszarze jest świadomość i wiedza osób odpowiedzialnych za wdrażanie tego typu technologii na temat regulacji związanych z prywatnością.

Gromadzenie danych dotyczących użytkowników budynków musi iść w parze z doskonałą znajomością lokalnych wymagań związanych z bezpieczeństwem informacji oraz potrzeb konkretnych klientów. Tym bardziej że liczba rozwiązań PropTech dedykowanych biurowcom, centrom handlowym, czy magazynom będzie rosła lawinowo. Nie możemy więc zapominać, że mają one przede wszystkim służyć użytkownikom nieruchomości, zapewniając ich większe bezpieczeństwo, na każdym możliwym poziomie. – Virginie de Baere, Dyrektor Zarządzająca, MVGM w Polsce

Kwestie zmiany doświadczeń i cyfryzacji procesów, coraz częściej kojarzone są także z rozwiązaniami dla sektora retail i przestrzeni hotelowych, szczególnie w kontekście technologii wspierającej bezpieczeństwo. Jednym z kluczowych obecnie aspektów jest wywiad epidemiologiczny, który zazwyczaj przeprowadza się analogowo, a tysiące dokumentów w wersji papierowej składowanych jest w tradycyjnych archiwach, uniemożliwiając szybki powrót do konkretnych danych.

ankieta kontrolna

Rozwiązania z zakresu IoT i AI, oprócz digitalizacji wielu procesów, wielokrotnie reglamentują obieg papieru. Skupiając się na narzędziach biznesowych wspierających organizacje i przeniesieniu doświadczeń związanych z tradycyjnym przeprowadzaniem procedur epidemiologicznych do cyfrowego wymiaru, opracowaliśmy Nanovo Check Point. Technologia łączy elastyczny silnik ankiet, moduł podpisu elektronicznego, a także multimediów, dzięki czemu możliwa jest nie tylko automatyzacja procesu składania oświadczeń, ale również cyfrowa i kontekstowa komunikacja informacyjna. Przy okazji wszystkie dane zapisywane są na serwerze lub skierowanie do wybranej chmury. – Bartosz Grabowski, R&D Director w Nanovo

Wypracowanie nowych zasad doświadczania przestrzeni i przystosowanie powierzchni do powrotu klientów czy też pracowników są jednymi z głównych wyzwań stojących przed firmami.

Dostępne technologie wykorzystujące AI już dziś usprawniają funkcjonowanie budynków biurowych w zmienionej rzeczywistości. Na przykład od własnego biura rozpoczęliśmy wprowadzenie przy wejściu narzędzia w postaci niewielkiego tabletu, który weryfikuje poziom temperatury wchodzącej osoby oraz to, czy ma ona założoną maskę. System połączony jest z kontrolą dostępu. Analizując powierzchnie naszych klientów, widzimy, że w wielu przypadkach to rozwiązanie będzie bardzo przydatne. – Rajmund Węgrzynek, Dyrektor Zarządzający w Tétris

Reorganizacja przestrzeni i wdrożenie nowych konceptów opartych na mechanizmach sztucznej inteligencji, adekwatnych do sytuacji epidemiologicznej w kraju, przekładają się na bezpieczeństwo. Dziś to właśnie od poziomu technologicznego przygotowania firm zależy powodzenie ich biznesu.

Grupa Enel zamyka pierwszą połowę 2020 roku 5,6 proc. wzrostem, Enel X wzmacnia swoją obecność w Polsce

Grupa Enel, czołowy globalny koncern energetyczny, w skład którego wchodzi m. in. wiodący w Polsce agregator usług DSR Enel X Polska, zanotowała dochód netto ze zwykłej działalności operacyjnej o 5,6 proc. wyższy w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego. Mimo zawirowań gospodarczych związanych z pandemią COVID-19 grupa utrzymuje swoją silną pozycję na rynku energetycznym, a jej spółka – Enel X –  wzmacnia swoją obecność w Polsce.

Poprawa wyników finansowych była możliwa, pomimo, że przychody netto Enel w pierwszej połowie 2020 roku ukształtowały się na poziomie 33,375 mln euro, co oznacza spadek o 18,5 proc. w stosunku do pierwszej połowy 2019 roku na co wpłynęły przede wszystkim skutki epidemii COVID – 19.

Grupa podała, że wskaźnik EBITDA wzrósł do 8,794 mln euro z 8,763 mln euro, co oznacza o 0,4 proc. więcej niż w pierwszej połowie 2019 r. Na wzrost miała wpływ poprawa wydajności Enel Green Power oraz segmentów wytwarzania konwencjonalnego i obrotu, co z nadwyżką rekompensuje niższe wyniki segmentów sieci i infrastruktury oraz rynku detalicznego.

Przyspieszona zamykanie elektrowni konwencjonalnych oraz wzrost mocy zainstalowanej w źródłach OZE o 8% do 46,4 GW spowodowało zwiększenie udziału produkcji ze źródeł bezemisyjnych z 56% do 67%.

W segmencie rozwiązań skierowanych do firm w Enel X odnotowano m.in. wzrost ilości punktów ładowania do 89 000, wzrost oferowanej mocy w programach demand side response do 6,3 GW, oraz mocy magazynów energii do 110 MW.  Demand side response zaczyna również rosnąć w Polsce i w innych krajach Europy, gdzie podobnie jak wcześniej w USA nabiera coraz większego znaczenia w utrzymaniu bezpieczeństwa energetycznego przy rosnącym udziale odnawialnych źródeł energii.

Komentarz Dirka Idsteina, Dyrektora Enel X Europe, członka Zarządu Enel X Polska:

“Solidne wyniki finansowe – pomimo niesprzyjających warunków zewnętrznych – potwierdzają słuszność strategii i stabilność finansową Grupy Enel. Na całym świecie w zakresie korzystania z programów DSR, które stanowią kluczowy element budowania stabilności sieci zaufali nam klienci przemysłowi i komercyjni włączając do programów ponad 18000 obiektów. W Polsce działamy od 2017 roku, oferując możliwość udziału w programach DSR, aby wspierać stabilność systemu elektroenergetycznego i bezpieczeństwo energetyczne Polski.  Mamy ambitne plany wzrostu, aby rozwijać naszą działalność w tym dynamicznie rosnącym segmencie rynku, wspierając naszych klientów w bardziej efektywnym wykorzystaniu energii, dekarbonizacji, dzięki wykorzystywaniu nowoczesnych rozwiązań związanych m.in. z elektryfikacją czy digitalizacją w energetyce. Dzięki wdrażaniu takich rozwiązań mogą oni zwiększać swoją konkurencyjność.’’

Grupa Enel to jeden z czołowych globalnych koncernów energetycznych, producent i dystrybutor energii, największy na świecie wytwórca energii ze źródeł odnawialnych. Obecny jest w 32 krajach, na pięciu kontynentach. W Polsce działa należąca do grupy Enel firma Enel X Polska, operująca jako agregator usług DSR. Za jej pośrednictwem odbiorcy energii mają możliwość udziału w rynku mocy i zarabiania na tzw. usługach Demand Side Response na Rynku Mocy. W zamian za wynagrodzenie wypłacane przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE), odbiorcy deklarują gotowość do czasowego ograniczenia poboru energii, co wpływa na bezpieczeństwo i stabilizację Krajowego Systemu Elektroenergetycznego. W Polsce Enel X działa od roku 2017. Enel X Polska pozyskał również 70% kontraktów DSR na rynku mocy na lata 2021-2024.

Przypadki, w których faktura VAT nie uprawnia do odliczenia podatku od towarów i usług naliczonego

Prawo do odliczenia podatku naliczonego wynikającego z dokumentów zakupowych jest nadrzędnym prawem podatnika, stanowiącym fundament zasady neutralności podatku od towarów i usług. Istnieją jednak sytuacje, gdzie ustawodawca zdecydował o ograniczeniu tego prawa. Wynikają one m.in. z dokonywania zakupów niewykorzystywanych w działalności opodatkowanej, od podatników niezarejestrowanych jako podatnicy VAT czynni, zakupów związanych z samochodami wykorzystywanymi do celów mieszanych w działalności gospodarczej lub usługami noclegowymi i gastronomicznymi czy też wynikających z nadużyć lub oszustw podatkowych. W celu ograniczenia ryzyka podatkowego związanego z błędnym odliczeniem VAT podatnik powinien znać obowiązujące zasady w tym zakresie.

Wykorzystanie towaru lub usługi w wykonywanej działalności gospodarczej

W pierwszej kolejności przy ocenie prawa do odliczenia VAT z faktury zakupowej należy zwrócić uwagę na wykorzystanie towaru lub usługi do wykonywania opodatkowanej działalności gospodarczej (art. 86 ust. 1 ustawy o VAT). Innymi słowy, jeżeli podatnik dokonuje zakupu towarów lub usług niezwiązanych z opodatkowaną działalnością gospodarczą, wówczas nie przysługuje mu prawo do odliczenia VAT. Przykładowo więc podatnik świadczący usługi doradcze, dokonując prywatnego zakupu butów sportowych, nie będzie miał prawa do odliczenia VAT z takich faktur.

Kolejna sytuacja dotyczy podatników prowadzących działalność opodatkowaną i zwolnioną. W takich sytuacjach w pierwszej kolejności powinien on przyporządkować wydatek do określonego rodzaju działalności. Jeżeli nie będzie to możliwe, zastosowanie znajdzie odpowiednio wyliczona proporcja, o której mowa w art. 86 ust. 2a ustawy o VAT. Zatem podatnik będzie miał prawo do odliczenia VAT z takich faktur zakupowych jedynie w części.

Nabycie usługi od podatnika VAT

Ustawodawca w art. 88 ust. 4 ustawy o VAT wskazał, że brak jest możliwości odliczenia VAT z faktur wystawionych przez podmioty niezarejestrowane jako podatnicy VAT czynni. Taki zapis ustawy w połączeniu ze stanowiskiem fiskusa i wytycznymi Ministerstwa Finansów w zakresie weryfikacji kontrahentów sprawia, że podatnicy powinni dużą wagę przykładać do weryfikacji swoich kontrahentów, w szczególności w zakresie weryfikacji statusu VAT. Status podatnika można zweryfikować, korzystając z ogólnodostępnego rejestru elektronicznego umieszczonego na stronach Ministerstwa Finansów. Warto przy tym pamiętać o odpowiedniej dokumentacji przeprowadzonej weryfikacji statusu kontrahenta.

Ograniczone odliczenie – pojazdy osobowe

W przypadku wydatków związanych z określonymi samochodami wykorzystywanymi do użytku mieszanego podatnikowi przysługuje co do zasady prawo do odliczenia jedynie 50% podatku VAT wynikającego z faktury zakupu. Powyższe wydatki to w szczególności wydatki na nabycie pojazdu, używanie (także rata leasingowa) oraz eksploatację. W pierwszej kolejności podatnicy powinni określić rodzaj i przeznaczenie pojazdu, a także jakie warunki winien spełniać, aby odliczyć VAT w całości. Jeżeli ich nie spełnia, odliczenie możliwe jest tylko w części. W ślad za tą klasyfikacją dokonuje się także odliczenia od wydatków eksploatacyjnych związanych z danym pojazdem.

Usługi noclegowe i gastronomiczne

Ustawodawca zdecydował się pozostawić w art. 88 ust. 1 ustawy o VAT jedynie usługi gastronomiczne i noclegowe, co oznacza, że nabycie tych usług, nawet jeżeli jest ono związane z opodatkowaną działalnością gospodarczą, będzie wiązać się z brakiem możliwości odliczenia podatku VAT. Powyższe nie dotyczy nabycia gotowych posiłków przeznaczonych dla pasażerów przez podatników świadczących usługi przewozu osób. Jest to ograniczenie przedmiotowe i dotyczy określonego rodzaju usług. Sądy administracyjne wskazują, że nabycie na rzecz klienta usług gastronomicznych i noclegowych, które następnie zostaną odsprzedane, nie powinno być ograniczane w zakresie możliwości odliczenia VAT (por. wyrok NSA z dnia 21 stycznia 2020 r., sygn. I FSK 1393/17). Ponadto należy odróżnić usługi gastronomiczne od usług cateringowych, od których można odliczać VAT bez ograniczeń.

Transakcja nieopodatkowana lub zwolniona

Podatnikowi nie przysługuje prawo do odliczenia VAT naliczonego także w sytuacji, jeżeli zakupione towary lub usługi nie podlegają opodatkowaniu lub są zwolnione z opodatkowania. Oznacza to, że podatnik powinien zwrócić uwagę na klasyfikację podatkową nabywanych towarów i usług, w szczególności nie jest on w tym zakresie związany kwalifikacją dokonaną przez wystawcę faktury. Przykładowo więc, jeżeli podatnik otrzyma fakturę dokumentującą czynność zwolnioną z opodatkowania, na której wskazana została stawka 23%, to nie ma prawa do odliczenia VAT z takiej faktury.

Puste faktury, podatnicy nieistniejący, czynności pozorne itp.

Ostatnia grupa przypadków, w ramach których brak jest możliwości odliczenia VAT to sytuacje nadużyć podatkowych. W szczególności brak jest możliwości odliczenia VAT z faktur wystawionych przez podmiot nieistniejący lub z faktur tzw. pustych, czyli dokumentujących czynności, które się nie zdarzyły albo są niezgodne z rzeczywistością. Ponadto ustawodawca zakazał odliczenia VAT z faktur dokumentujących czynności pozorne.

Przykładowo więc, jeżeli zdarzenie w ogóle nie zaistniało, zaistniało w innej dacie lub innych rozmiarach, podatnik traci prawo do odliczenia VAT (por. wyrok WSA w Białymstoku z dnia 4 marca 2020 r., sygn. I SA/Bk 47/20). Ponadto organy podatkowe i sądy administracyjne zwracają uwagę na konieczność dochowania należytej staranności przy weryfikacji kontrahentów podatnika. W przypadku braku inicjatywy lub braku staranności przy weryfikacji prawo do odliczenia VAT może zostać ograniczone (por. wyrok WSA Poznań z dnia 6 lutego 2020 r., sygn. I SA/Po 553/19).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy USA rzeczywiście przegrywają wojnę handlową z Chinami?

Okazuje się, że odpowiedź na pytanie nie jest taka prosta a wielu polityków i komentatorów wydaje się nie dostrzegać ogromnych korzyści, jakie gospodarka amerykańska czerpie ze współpracy gospodarczej z Chinami.

Stany Zjednoczone to największa gospodarka świata i jednocześnie największy światowy importer. Z kolei Chiny to druga gospodarka świata pod względem wielkości PKB i największy eksporter. Oznacza to, że obie gospodarki muszą być połączone bardzo skomplikowaną siecią powiązań. Chiny korzystają z możliwości dostępu do ogromnego amerykańskiego rynku zbytu. Z kolei amerykańskie przedsiębiorstwa mogą ograniczać koszty produkcji korzystając ze współpracy w chińskimi dostawcami. Według powszechnej wiedzy oznacza to, że miejsca pracy uciekają ze Stanów Zjednoczonych do Chin a kontynuacja tego trendu powinna doprowadzić do katastrofalnych skutków dla USA i przejęcia przez Chiny roli najważniej gospodarki świata.

Która gospodarka rozwija się szybciej?

Odpowiedź jest oczywista. Szybciej rozwija się gospodarka chińska. Od 2017 do 2018 roku produkt krajowy Chin wzrósł z 12,310 do 13,894 bilionów dolarów czyli w imponującym tempie 12,8%. Rok później nie było już tak różowo, kiedy wzrost PKB do 14,343 biliona dolarów oznaczał  tempo wzrostu chińskiej gospodarki na poziomie 3,2%. Jednak cały czas było to tempo nieosiągalne dla większości gospodarek wysoko rozwiniętych. W tym samym czasie, czyli w latach 2017 – 2019 PKB Stanów Zjednoczonych wzrosło z 19,937 do 21,747 biliona dolarów. Wzrost gospodarczy USA wyniósł odpowiednio 4,88% w roku 2018 i 4,01% w roku 2019. W rozpatrywanym okresie gospodarka chińska urosła w sumie o 16,5%, wzrost gospodarki amerykańskiej wyniósł natomiast 9,07%. Różnica ta robi się znacznie mniejsza jeżeli weźmiemy pod uwagę liczby bezwzględne. PKB Chin urosło o 2,033 biliona dolarów podczas gdy PKB USA o 1,810 biliona.  Sytuacja zmienia się jeszcze bardziej, jeżeli weźmiemy pod uwagę dane per capita. Chiński produkt krajowy na głowę mieszkańca wzrósł od 2017 do 2019 roku z 8879 do 10261 dolarów, czyli o 1382 dolary. W Stanach Zjednoczonych w tym samym czasie wzrósł on z 61 166 do 66 066, czyli aż o 4 900 dolarów! Widać więc wyraźnie, że mimo tego, że gospodarka chińska jako całość rozwija się szybciej, przeciętny Amerykanin cały czas bogaci się o ponad 3,5 raza szybciej.

Czy Chiny kradną Stanom Zjednoczonym miejsca pracy?

W tym zakresie dane nie pozostawiają już żadnych złudzeń. Jeżeli odrzucić niereprezentatywne dwa kwartały 2020 roku i przeanalizować okres od 2017 do 2019 roku, widzimy wyraźnie, że bezrobocie w gospodarce amerykańskiej spada, natomiast w Chinach dynamicznie rośnie. Chiński wskaźnik bezrobocia wzrósł w omawianym okresie z 4 do około 5,2%. W Stanach Zjednoczonych w tym samym czasie spadł z 4,7 do 3,5%. Co więcej, spadek bezrobocia w gospodarce amerykańskiej trwał nieprzerwanie od 2009 roku. Oznacza to, że jeżeli zjawisko ucieczki miejsc pracy z USA do Chin w ogóle istnieje, to gospodarka amerykańska sobie z nim świetnie radzi i nie powoduje ono zwiększenia bezrobocia.

Należy też pamiętać, że import towarów z Chin do USA odbywa się dlatego, że jest on korzystny dla obu stron. Według różnych szacunków, zysk jaki pozostaje w Chinach po wyprodukowaniu jednego iPhona to około kilkanaście dolarów. Firma Apple prawdopodobnie kupuje swój najbardziej popularny produkt w Chinach za nieco ponad 600 dolarów aby sprzedawać go na całym świecie za ponad 1100. Odpowiedź na pytanie, kto robi lepszy interes jest oczywista.

Postęp technologiczny, automatyzacja i robotyzacja, mogą w najbliższym czasie doprowadzić do tego, że przenoszenie produkcji z USA do Chin przestanie być opłacalne. Jeżeli tania, manualna praca nisko wykwalifikowanych robotników przestanie być konieczna, może się okazać, że przeważą korzyści wynikające z usytuowania zakładów produkcyjnych w okolicy najważniejszych rynków docelowych. Znaczenie międzynarodowej wymiany handlowej może wtedy spaść a wraz z nim – amerykański deficyt handlowy.

Autor: Grzegorz Szulik – prezes zarządu polskiego fintechu Provema

(Nie)potrzebny szum

USA wraca do gry po długim weekendzie i dopiero dziś na poważnie zaczyna się tydzień. Kalendarz makro wciąż jednak oferuje więcej pustki niż treści, co oznacza, że rynki pozostają na pastwie nagłówków medialnych generujących przejściowy szum.

W nocy prezydent USA Donald Trump przypomniał o deklarowanej przez siebie niechęci do Chin. Jak na obchody Święta Pracy przystało Trump stanął w obronie amerykańskich miejsc pracy, dla których według niego Chiny są największym wrogiem. Kolejny raz zagroził, że skończy z uzależnieniem od Chin, czy to poprzez całkowite zerwanie relacji, czy „nałożenie ogromnych ceł”, ponieważ nie chce „aby budowały wojsko, tak jak oni budują teraz i wykorzystują nasze pieniądze, aby je zbudować”. Trump przeciwstawił się pomysłom kandydata Demokratów na prezydenta Joe Bidena, grożąc ukaraniem amerykańskich firm tworzących miejsca pracy za granicą i zakazaniem tym, którzy prowadzą interesy w Chinach, zdobywania federalnych kontraktów. Słowa Trumpa nie znajdują jednak odbicia na rynkach. Inwestorzy nauczyli się, że między deklaracjami Trumpa a faktycznymi decyzjami administracji w kwestii Chin jest przepaść. Jak już wielokrotnie podkreślałem, dla Trumpa nie jest łatwo całkowicie zerwać stosunki handlowe z Chinami, chyba że nie zależy mu na głosach rolników, którzy sprzedają płody rolne do Chin. Jesteśmy na końcowym etapie kampanii wyborczej, więc retoryka Trumpa będzie taka, jaka na danym wiecu przyciągnie mu najwięcej wyborców. Do 3 listopada możemy liczyć na więcej szumu politycznego, który z czasem będzie wstrząsał Wall Street. Ale dzisiejsze komentarze to niewypał.

Polityczna zawierucha dotyka coraz mocniej funta. Przy braku innych tematów do zaczepienia, inwestorzy skupiają większą uwagę na zamieszaniu, jakie premier Wielkiej Brytanii wznieca wokół negocjacji procesu brexitu. Dziś startuje kolejna runda rozmów nad umową handlową, choć Bruksela zastanawia się nad ich sensem, jeśli Johnson planuje zmienić pierwotne ustalenia, jakimi jest podpisana przed rokiem umowa wyjścia, tzw. Withdrawal Agreement. Wszystko wygląda na próbę wywarcia presji w końcowej fazie negocjacji (umowa handlowa ma zostać zawarta do 15 października i szczytu UE) i wydaje się, że Johnson chce jak najmocniej wykorzystać słynną chęć UE do szukania zgody (pamiętamy przykład Grecji?). Krytyczne komentarze polityków obu stron stanowią obecnie negatywne ryzyko dla GBP. Co ciekawe, analiza implikowanej zmienności opcji na GBP/USD sugeruje, że inwestorzy bardziej obawiają się szumu medialnego niż kwestionują szanse podpisania porozumienia. Wczoraj zdecydowanie mocniej skoczyła zmienność 1-miesięczna, czyli z datą wygasania na 7 października, niż 3-miesięczna. Innymi słowy wzrosła potrzeba zabezpieczenia się przed ryzykiem podwyższonych wahań kursu funta w dniach poprzedzających ostateczny deadline na porozumienie, podczas gdy relatywnie spokojniej inwestorzy podchodzą do ryzyka załamania funta w związku z brakiem umowy handlowej. Jeśli rynek ma rację, przed końcem roku funta będzie czekał rajd ulgi, kiedy aktualne obawy o bezumowny rozwód Wielkiej Brytanii z UE nie zmaterializują się.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

ABSL i Ministerstwo Rozwoju rozwijają współpracę w zakresie wspierania inwestycji zagranicznych

Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych oraz Ministerstwo Rozwoju rozwijają współpracę w zakresie wspierania inwestycji zagranicznych. Wicepremier i Minister Rozwoju, Jadwiga Emilewicz podczas wspólnie zorganizowanego FDI forum omówiła wraz z przedstawicielami inwestorów nowe propozycje wspierania inwestycji.

Sektor usług biznesowych w Polsce jest branżą, która najszybciej dostosowuje się do zmieniającej się rzeczywistości, stanowiąc istotny element stymulujący gospodarkę. Z analiz prowadzonych przez ABSL wynika, że w 2020 roku zatrudnienie w sektorze wzrośnie, mimo kryzysu, o około 7%, a – co za tym idzie – wzrośnie wartość eksportu w usługach wiedzochłonnych (tzw. KIBS), który na koniec 2019 roku był szacowany na 19,8 mld USD. Kontynuacja biznesowa i szybkość reakcji na kryzysy staje się równie ważna, jak koszt i poziom innowacyjności.

Jadwiga Emilewicz, Wicepremier i Minister Rozwoju mówi: – Rząd pracuje nad „szybką ścieżką” dla inwestorów zagranicznych, którzy planują wielkoskalowe inwestycje w Polsce. Współpraca z ABSL będzie dla nas pomocna w oszacowaniu potrzeb inwestorów. A także określeniu czynników, które sprzyjają dalszemu rozwojowi inwestycji tworzących nowe miejsca pracy o wysokiej wartości dodanej.

Centra usług wspólnych są dominującym typem inwestycji. Obsługa globalnych struktur macierzystych światowych firm zwiększyła się z około 22 tys. w 2016 roku do 60 tys. osób w 2020 roku, zapewniając stały wkład w gospodarkę w postaci eksportu usług. Jednocześnie Polska, wraz ze swoją ofertą, staje się jedną z najatrakcyjniejszych lokalizacji na świecie, mając szansę na pozyskanie kolejnych inwestycji w związku z globalnymi trendami dotyczącymi skracania łańcucha dostaw oraz lokalizacji procesów biznesowych jak najbliżej produkcji.

Piotr Dziwok, Prezes ABSL zwraca uwagę: – Sektor usług wspólnych zatrudnia 338 tys. osób, kluczowe znaczenie mają zatem przepisy dotyczące dostosowania prawa pracy do nowej rzeczywistości, np. pracy zdalnej oraz przepisy dotyczące zatrudniania obcokrajowców co do zasady. Z zatrudnianiem obcokrajowców wiąże się też kolejny istotny element budowania wizerunku Polski jako kraju otwartego i inkluzywnego, co również stanowi istotny element rozwiązań wspierających pozyskiwanie inwestorów.

W Polsce jest 970 firm-inwestorów posiadających centra usług, z czego 71% to inwestorzy zagraniczni. Blisko 100 inwestorów obecnych w Polsce znajduje się na liście Fortune Global 500, sprawiając tym samym, że stajemy coraz bardziej atrakcyjnym miejscem pracy dla obcokrajowców.

Michał Mierzejewski, Managing Director Poland & Baltics States, Philip Morris International podkreśla: – W nowej normalności, solidarność i odpowiedzialność między biznesem a rządem będą kluczowymi wartościami, które pozwolą polskiej gospodarce wrócić na ścieżkę rozwoju. Taka współpraca powinna opierać się na wzajemnym zaufaniu oraz objąć swoim zrozumieniem to, co możemy osiągnąć, jeśli połączymy nasze wysiłki.

Coraz więcej osób pół-bezrobotnych. Umykają oni statystykom, a sytuacja jest poważna

Wiele wskazuje na to, że jesień na rynku pracy będzie czasem bardzo trudnym dla wielu branż. Do naszego stowarzyszenia dociera dużo sygnałów od osób, które tracą pracę lub pracodawcy zapowiadają, że nie jest wykluczone, że w wyniku restrukturyzacji ich stanowiska będą redukowane, łączone z innymi stanowiskami lub proponowane będą im nowe umowy na gorszych warunkach. – Statystyki odnośnie bezrobocia, te oficjalne, są krzepiące. Obawiamy się jednak, że nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością. Wiele osób traci pracę i szuka następnej bez pośrednictwa urzędów. Statystyki nie obejmują także problemy półbezrobocia, a to ogromna ilość pracowników, którzy stracili pełne etaty – mówi Prezes stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

  • Zjawisko półbezrobocia to nowe pojęcie, które powoduje, że wszelkie dane dotyczące bezrobocia mogą okazać się nierzetelne. Dostajemy informację o wielu pracownikach, którzy nie stracili pracy, a np. część etatu lub zaproponowano im umowę cywilnoprawną
  • Największy odsetek pracowników półbezrobotnych to osoby zatrudnione w branży kreatywnej, ale i informatycy czy księgowi
  • Zjawisko półbezrobocia to problem poważny, bo osoba, która straciła cząstkę etatu nie jest bezrobotna i nie przysługują jej świadczenia z tego tytułu, a jednocześnie wysokość wynagrodzenia nie jest wystarczająca by pokryć wszelkie życiowe zobowiązania

Coraz więcej półbezrobotnych w Polsce. „Umykają oni statystykom”

O problemie zjawiska „półbezrobocia” nasze stowarzyszenie informowało już późną wiosną. To odpowiedź na statystyki bezrobocia, które nie odpowiadają realnej sytuacji na rynku pracy. Wiele osób rzeczywiście formalnie nie zostało bezrobotnymi, ale ich warunki funkcjonowania pogorszyły się na tyle mocno, że muszą szukać nowego zatrudnienia lub dorabiać w innych firmach. Mówimy więc o sytuacjach, gdy pracownik miał kiedyś etat, a obecnie zaproponowano mu tylko jego cząstkę lub gdy umowę o pracę, zmieniono na umowę cywilnoprawną.

– Pracownik półbezrobotny ma więc umowę np. na pół etatu. Umykają oni statystykom, bo oficjalnie pracę mają, ale na innych warunkach niż dotychczas. Ciężko jest oszacować skalę problemu i sprawdzić jakie faktyczne zmiany na rynku pracy wywołała pandemia koronawirusa – przyznaje Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Jakie branże narażone są na największe problemy w tym zakresie? Okazuje się, że zjawisko półbezrobocia dominuje w branżach kreatywnych oraz takich, które umożliwiają mobilność pracowników: – Najczęstsze zgłoszenia dotyczą np. pracowników agencji reklamowych, firm zajmujących się organizacją wydarzeń kulturalnych, nie brakuje też informatyków czy księgowych. Dominują osoby, którym łatwo jest regulować wymiar czasu pracy. Co ciekawe, nie brakuje też zgłoszeń od osób mających wyższe stanowiska menadżerskie – dodaje Prezes Marczulewska.

Więcej obniżek wynagrodzeń. Niektórzy obawiają się, co się będzie działo, gdy skończy się ochrona Tarczy Antykryzysowej

Prawnicy współpracujący z naszym stowarzyszeniem przyznają, że jesień może być czasem dużych zmian strukturalnych na rynku pracy. Wielu pracowników może spodziewać się zmiany umów o pracę, obniżek wynagrodzeń lub nawet zwolnień. Pracownicy mają prawo nie przyjąć propozycji pracodawcy lub oczekiwać uzasadnienia, dlaczego warunki pracy są zmieniane: – Co do zasady zmiana warunków pracy i płacy może zostać zmieniona przez porozumienie z pracownikiem – pracownik nie ma obowiązku podpisania takiego porozumienia. Istnieje również możliwość złożenia przez pracodawcę wypowiedzenia zmieniającego warunku pracy – tu pracownik może się odwołać od takiego wypowiedzenia. Instytucje te funkcjonują od lat w ramach kształtowania stosunku pracy – mówi mec. Mateusz Galikowski, radca prawny współpracujący ze Stowarzyszeniem STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

W ramach Tarczy Antykryzysowej przewidziano możliwość czasowego obniżenia wynagrodzenia pracownikom przy jednoczesnym obniżeniu czasu pracy (20% mniejsza pensja i 20% niższy wymiar czasu pracy). – W pierwszej fazie lockdown’u trafiły do mnie sprawy związane z obniżeniem wymiaru czasu i wynagrodzenia, zwłaszcza w branży IT. Były to czasowe ograniczenia, konsultowane z pracownikami i związane z przeniesieniem pracy do domu i wprowadzeniem na czas 2-3 miesięcy pracy zdalnej. W przypadkach przeze mnie konsultowanych pracownicy wykazali się zrozumieniem – mówi mec. Galikowski.

Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom cały czas czeka na zgłoszenia od pracowników poszkodowanych przez pracodawców. – Z założenia obniżki pensji wynikające z Tarczy Antykryzysowej mogły obowiązywać przez pół roku. Czas ten mija z końcem września. Spodziewamy się wówczas dużej ilości skarg od osób, które otrzymały nowe umowy z obniżonymi pensjami lub po prostu straciły pracę – przyznaje Prezes Stowarzyszenia Stop Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Przyszłość elektromobilności w Polsce

Pilotażowy program dopłat bezpośrednich do zakupu pojazdów elektrycznych nie przyniósł przełomu w rozwoju elektromobilności w Polsce. Złożyło się na to kilka czynników, w szczególności relatywnie niska wartość dopłaty oraz niski limit ceny maksymalnej pojazdu jaki mógłby zostać objęty dopłatą. Trudno jednoznacznie ocenić jaki wpływ na wyniki pilotażu miała pandemia gdyż w tym samym czasie w Europie sprzedaż samochodów elektrycznych notuje dynamiczne wzrosty.

Ceny samochodów elektrycznych, wciąż istotnie wyższe od cen samochodów spalinowych, wskazywane są jako jedna z głównych barier rozwoju tego rynku. Wzorem innych państw europejskich uruchomiony został w Polsce system bezpośredniego wsparcia zakupu pojazdów. Parametry programu zostały jednak ustalone na poziomie znacznie mniej korzystnym niż w Niemczech czy we Francji, ale także w stosunku do krajów o podobnym poziomie rozwoju rynku jak np. Słowacja czy Chorwacja. Jednocześnie, poza kilkoma wyjątkami, nie doszło do znacznego i trwałego obniżenia cen tych pojazdów przez dystrybutorów co ograniczyło znacznie pulę dostępnych modeli.

W celu rozwijania elektromobilności w Polsce powinniśmy czerpać z najlepszych praktyk stosowanych w innych państwach oraz koncentrować się na tym, jak dostosować je do polskich realiów. Pilotażowy program dopłat bezpośrednich powinien być źródłem wielu praktycznych doświadczeń dla instytucji rządowych odpowiedzialnych za rozwój rynku. W tym wypadku uzyskane zostały bowiem obiektywne dane dotyczące adekwatności zastosowanego poziomu dopłaty czy też limitu ceny maksymalnej, które można wykorzystać aby stworzyć skuteczny system – mówi Przemysław Szywacz, partner w dziale doradztwa podatkowego, w zespole doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Rozwiązania fiskalne wspierające rozwój elektromobilności

W krajach, które przodują w liczbie nowych samochodów elektrycznych z powodzeniem stosowane są także instrumenty fiskalne. Do najbardziej znanych należy zwolnienie samochodów elektrycznych z VAT w Norwegii, niemniej jego szersze zastosowanie wymagałoby zgody wszystkich krajów UE. W Polsce zakup i użytkowanie samochodów zero i niskoemisyjnych pod względem opodatkowania, poza zwolnieniem z akcyzy czy wyższą podstawą amortyzacji nie odbiega od pojazdów z tradycyjnymi napędami.

Jednym z możliwych do zastosowania rozwiązań jest odliczenie 100% VAT od zakupu i użytkowania samochodów elektrycznych. Jest to jeden z postulatów Białej Księgi Elektromobilności przygotowanej w ramach prac Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA) z udziałem ekspertów KPMG. Rozwiązanie to wpływa podwójnie korzystnie na całkowity koszt eksploatacji samochodu elektrycznego (TCO), ponieważ oprócz oszczędności w VAT pozwala na realne zwiększenie limitu ceny pojazdów objętych planowanymi dopłatami bezpośrednimi dla firm. Przy zachowaniu limitu ceny na poziomie 125 tys. zł netto, po zastosowaniu 100% odliczenia VAT dla firm staje się on ceną brutto 153 tys. zł, co pozwala na znaczne poszerzenie kręgu modeli podlegających dofinansowaniu – mówi Przemysław Szywacz, partner w dziale doradztwa podatkowego, w zespole doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Konieczny rozwój infrastruktury ładowania

Przyszłość rynku jest także uzależniona od dalszego, dynamicznego rozwoju infrastruktury ładowania. Barierą w tym wypadku są stałe opłaty dystrybucyjne stanowiące wysokie obciążenie dla operatorów stacji ładowania. Problem ten stał się szczególnie widoczny w okresie lockdownu, który oznaczał minimalne wykorzystanie infrastruktury. Jednocześnie operatorzy zmuszeni byli do ponoszenia stałych opłat przy znacznym ograniczeniu przychodów z działalności. Dlatego, jednym z postulatów w ramach Białej Księgi Elektromobilności jest wprowadzenie specjalnej E-taryfy na potrzeby ładowania samochodów elektrycznych, w przypadku której ciężar opłat dystrybucyjnych położony zostanie na opłaty zmienne, uzależnione od faktycznego zużycia energii. Rozwiązanie to zostało obecnie uwzględnione w projekcie rozporządzenia ministra klimatu.

Rozwój infrastruktury ładowania ma kluczowe znaczenie dla przyszłości elektromobilności w Polsce. Projektowane zmiany w zakresie opłat dystrybucyjnych, uzależniające ich wysokość od faktycznego zużycia energii odpowiadają na potrzeby rynku i zwiększają szansę na pojawienie się na rynku nowych podmiotów, dla których obecny system stanowił barierę ekonomiczną. Szanse na przełom zwiększyłoby także wdrożenie optymalnego systemu dopłat do kosztów budowy infrastruktury ładowania, dlatego konieczne są działania w celu uzyskania zgody Komisji Europejskiej na taki program – mówi Przemysław Szywacz, partner w dziale doradztwa podatkowego, w zespole doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Ożywienie na rynku pracy? Barometr Perspektyw Zatrudnienia 4 kw. 2020

W ostatnim kwartale bieżącego roku 9% firm będzie poszukiwać nowych pracowników, podczas gdy 4% w tym samym czasie planuje redukować etaty. Najlepsze perspektywy znalezienia nowej pracy będą w budownictwie oraz handlu. Najmniej ofert można się spodziewać w innych obszarach produkcji i innych usługach. Jednocześnie polski rynek pracy jest jednym z najmocniejszych – Polska jest siódmym z 43 krajów na świecie i trzecim z regionu EMEA, gdzie w najbliższym kwartale będzie najłatwiej o pracę. Więcej o planach personalnych firm w okresie od października do grudnia w opublikowanym dziś raporcie „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.

ManpowerGroup opublikował dziś najnowszy raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” przedstawiający plany rekrutacyjne firm na czas od października do grudnia. Zgodnie z prognozami pracodawców 9% z nich w czwartym kwartale roku chce zatrudniać nowych pracowników, 4% mówi o redukcji etatów, 83% nie planuje zmian personalnych, a 4% nie wie, co przyniesie końcówka roku. Prognoza netto zatrudnienia [1] po korekcie sezonowej dla Polski wynosi +5%, co oznacza umiarkowane perspektywy znalezienia nowej pracy. Wynik poprawił się o 12 punktów procentowych w ujęciu kwartalnym, jest niższy o 3 w stosunku do analogicznego okresu rok temu.

[1] Prognoza netto zatrudnienia to wyrażona w procentach różnica pomiędzy odsetkiem firm planujących zwiększać zatrudnienie, a odsetkiem pracodawców planujących redukcję etatów.

– Planowane przez firmy wzrosty zatrudnienia to dobry prognostyk dla rynku pracy i polskiej gospodarki. Różnica pomiędzy nastrojami rekrutacyjnymi firm w stosunku do poprzedniego kwartału jest skokowa i potwierdza, że organizacje chcą szybko odbudować swoje zespoły. Dobrą informacją jest też wzrost odsetka firm w ujęciu kwartalnym, z 73% do 83%, które nie planują zmian personalnych i można to traktować jako pewną stabilizację na rynku. Rośnie też świadomość organizacji i ich pewność co do planów na najbliższy czas, co z kolei potwierdza spadek odsetka przedsiębiorstw, które nie znają swoich prognoz zatrudnienia na następny kwartał, z 11% do 4% – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce. – Polscy pracodawcy doskonale pamiętają, jak trudno w ostatnich latach było pozyskać do organizacji nowe, potrzebne talenty. Jeszcze rok temu aż 7 na 10 firm nie mogło znaleźć rąk do pracy. Dlatego między innymi firmy podejmowały wiele kroków, by zatrzymać pracowników w organizacji. Gdy zamówienia na ich produkty bądź usługi wrócą do czasów sprzed pandemii, będą potrzebowały szybko rąk do pracy, aby móc je realizować na oczekiwanym poziomie. Dzięki staraniom pracodawców, pracowników oraz wsparciu osłonowych mechanizmów rządowych polski rynek pracy już teraz się stabilizuje, a zatrzymanie talentów w organizacji będzie w najbliższym czasie priorytetem HR polskich pracodawców – dodaje Iwona Janas.

W raporcie zaprezentowano plany rekrutacyjne firm z siedmiu sektorów rynku. Najwyższe wyniki będące zapowiedzią dużych szans na znalezienie pracy wskazali przedstawiciele budownictwa (prognoza netto zatrudnienia na poziomie +19%) oraz handlu detalicznego i hurtowego (+15%). Plany rekrutacyjne firm z tych sektorów są najwyższe od dwóch lat. Osoby zainteresowane zatrudnieniem w tych obszarach będą mogły liczyć na szybkie znalezienie nowego pracodawcy. Umiarkowane perspektywy zmiany kariery czekają na chętnych do pracy w finansach i usługach dla biznesu (+6%) oraz produkcji przemysłowej (+6%). Nieznacznej liczby ofert pracy można oczekiwać w restauracjach i hotelach (+2%), innych obszarach produkcji (+1%), innych usługach (+1%).

rynek pracy Q4 2020– Niewątpliwie dobrą informacją dla pracowników jest fakt, że wszystkie prognozy wskazane przez polskie firmy są dodatnie. W praktyce oznacza to, że więcej przedsiębiorstw będzie poszukiwać nowych pracowników, niż redukować etaty. Polskie firmy w swoich prognozach rekrutacyjnych potwierdziły trendy, które obserwujemy na rynku pracy. Dobrze prosperujący sektor budowlany, który poradził sobie z pandemią w najbliższym czasie będzie najbardziej powiększał swoje zespoły. Podobnie handel detaliczny i hurtowy, w ramach którego rekrutuje także e-commerce. Swoje zespoły będą odbudowywać także produkcja przemysłowa, gdzie od początku czerwca obserwujemy efekty odmrożenia gospodarki oraz finanse i usługi dla biznesu. Na dobre perspektywy znalezienia nowej pracy mogą liczyć eksperci od transformacji cyfrowej firm, specjaliści e-commerce, logistyki, ds. handlu i sprzedaży, finansów, IT oraz obsługi klienta – dodaje Iwona Janas.

Prognozy na ostatni kwartał roku są dużo bardziej optymistyczne od tych z okresu lipiec–wrzesień. Plany rekrutacyjne firm najbardziej poprawiły się w restauracjach i hotelach (wzrost prognozy o 31 punktów procentowych), lecz mimo to prognoza dla tego sektora pozostaje na bardzo niskim poziomie i w tym przypadku wzrost oznacza, że firmy przestaną redukować zespoły. Większe zapotrzebowanie na zasoby kadrowe odnotowano w budownictwie (24 pp.) oraz handlu detalicznym i hurtowym (21 pp.). Najmniejsze wzrosty wskazali pracodawcy z sektora inne usługi (2 pp.) i inne obszary produkcji (1 pp.). We wszystkich siedmiu analizowanych obszarach firmy zgłaszają zwiększone potrzeby kadrowe.

Analizując dane rok do roku pracodawcy w trzech z siedmiu badanych sektorów będą poszukiwać większej liczby pracowników. Mowa o budownictwie (gdzie prognoza wzrosła w ujęciu rocznym o 6 pp.), handlu detalicznym i hurtowym (6 pp.) oraz finansach i usługach dla biznesu (3 pp.). W pozostałych czterech sektorach w ujęciu rocznym zmniejszyło się zapotrzebowanie na nowych pracowników, najbardziej w produkcji przemysłowej (8 pp.), innych usługach (7 pp.), innych obszarach produkcji (6 pp.).

Polska siódma w zestawieniu globalnym, trzecia w regionie EMEA

Prognoza dla Polski jest jedną z najwyższych spośród 43 przeanalizowanych rynków. Polska jest siódmym krajem w ujęciu globalnym, gdzie w najbliższym kwartale będzie najłatwiej o pracę. W rankingu rynków regionu EMEA firmy nad Wisłą wskazały trzecią najwyższą prognozę. W tym samym zestawieniu na podium znalazły się Turcja (+10%) i Grecja (+8%). Biorąc pod uwagę dane dla największych gospodarek europejskich to najwyższy wynik odnotowano we Francji (+3%) i w Niemczech (+2%), gdzie firmy nieznacznie będą powiększać swoje zespoły, zaś w Wielkiej Brytanii (-8%) i we Włoszech (-1%) planowane są redukcje etatów. Biorąc pod uwagę dane dla polskich sąsiadów, to Czechy wskazują prognozę na poziomie +3%, a Słowacja +1%.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród ponad 38 000 pracodawców w 43 krajach i jest jednym z najbardziej wiarygodnych badań rynku pracy na świecie. Raport dla IV kwartału 2020 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 17 do 31 lipca 2020 r. W Polsce wyniki raportu ManpowerGroup publikowane są od II kwartału 2008 r. W badaniu dla trzeciego kwartału 2020 roku wzięło udział 434 pracodawców. Więcej informacji na temat raportu dostępnych jest na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

[1] Prognoza netto zatrudnienia to wyrażona w procentach różnica pomiędzy odsetkiem firm planujących zwiększać zatrudnienie, a odsetkiem pracodawców planujących redukcję etatów.

Przełomowa metoda leczenia miastenii gravis z finansowaniem Agencji Badań Medycznych

Uniwersytet Medyczny w Lublinie rozpoczął realizację badania klinicznego dedykowanego pacjentom z miastenią. Projekt uzyskał 26 mln zł grantu  w ramach pierwszego konkursu Agencji Badań Medycznych na działalność badawczo-rozwojową.

Miastenia gravis to choroba autoimmunologiczna z grupy chorób nerwowo-mięśniowych polegająca na zaburzeniu transmisji nerwowo-mięśniowej. W wyniku nadmiernej aktywacji układu immunologicznego powstają nieprawidłowe przeciwciała, co doprowadza do osłabienia mięśni.

Najczęściej choroba zaczyna się od pojawienia się niedowładów mięśni twarzy, opadania powiek, dwojenia w oczach, trudności w mówieniu, połykaniu. Później może dojść do uogólnienia choroby, gdzie atakowane są inne grupy mięśni. Pacjent rano jest w miarę sprawny, zaś w ciągu dnia, wraz z aktywnością codzienną zaczynają słabnąć mięśnie. Najbardziej niebezpieczne jest zajęcie mięśni oddechowych. Dochodzi wówczas do przełomów miastenicznych, co może doprowadzić do śmierci.

Tradycyjne metody leczenia

Leczenie objawowe ma na celu zwiększenie siły mięśni. Drugim równoległym postępowaniem jest osłabianie układu immunologicznego, aby nie atakował własnych struktur. Wśród różnych opcji terapeutycznych w pierwszej linii stosuje się sterydy. Niestety takie leczenie musi być prowadzone przewlekle, stąd liczne działania niepożądane. W przełomach immunologicznych stosujemy terapię oczyszczania krwi z przeciwciał, czyli plazmaferezę, albo podajemy immunoglobuliny. Są to metody doraźne, ratunkowe, które mogą wyprowadzić z przełomu miastenicznego, natomiast nie nadają się do długofalowej, przewlekłej terapii. Dlatego konieczne było poszukiwanie nowych leków – podkreśla prof. Konrad Rejdak kierownik Katedry i Kliniki Neurologii, Uniwersytet Medyczny w Lublinie.

Pionierska metoda leczenia z zastosowaniem kladrybiny

Kladrybina jest znana od około 30 lat. Powstała jako lek mający leczyć wybrane postaci białaczek, gdyż uszkadza i niszczy limfocyty. Okazała się bardzo skuteczna w wybranych typach białaczek. Kladrybiną zainteresowano się również w leczeniu stwardnienia rozsianego, gdyż w tym przypadku też dochodzi do nadmiernej aktywacji układu immunologicznego. Obecnie lek ten zarejestrowany jest w tym wskazaniu.

W innowacyjnym projekcie opracowanym w Uniwersytecie Medycznym w Lublinie, którego autorem jest prof. Konrad Rejdak zastosowano kladrybinę w leczeniu chorych z miastenią gravis, jako orginalną metodą terapeutyczną w skali światowej.

Pilotażowe badanie wykazało dużą skuteczność nowej metody. W miastenii lek podawany jest w ramach krótkiej kuracji, ale efekt kliniczny trwa długo. Wybiórczo uszkadzamy nieprawidłowe limfocyty, przerywamy leczenie i pozwalamy, aby odrodziły się limfocyty o prawidłowych właściwościach. Dzięki temu długo utrzymuje się efekt kliniczny, a pacjent nie musi przyjmować leków. To duża zaleta tej terapii. – podsumowuje prof. Konrad Rejdak.

W Polsce na miastenię choruje ponad 10 tysięcy osób, a szczególny wzrost zachorowań widać u osób w wieku dorosłym i podeszłym z chorobami współistniejącymi. Terapia sterydowa u osoby starszej nasila wiele innych chorób współistniejących, jak cukrzyca, czy osteoporoza. W przypadku nowego leku nie ma takiego ryzyka, a krótka terapia daje długi efekt kliniczny.

Wyniki badania pilotażowego opublikowane zostały na łamach European Journal of Neurology, i odbiły się one szerokim echem na świecie. Również pismo Nature skomentowało te wyniki pisząc, że to bardzo ciekawa i obiecująca terapia dla chorych z miastenią.